/ Language: Polski / Genre:sf / Series: Mars (pl)

Czerwony Mars

Kim Robinson

Niezwykle realistyczny opis kolonizacji Marsa przez Ziemian na początku XXI wieku. Dramatyczne dzieje osadników, którzy doprowadzają do totalnej katastrofy, próbując przystosować planetę do zamieszkania. Czy mimo eksperymentów na ekosferze planety i zbrodniczych posunięć międzynarodowych korporacji finansowych Mars się odrodzi i stanie się dla ludzi prawdziwym domem? Czerwony Mars to pierwsza część trzytomowego cyklu o kolonizacji Czerwonej Planety, obsypywanego licznymi nagrodami. Autor, Kim Stanley Robinson, z dużym znawstwem przedstawia technologiczne aspekty ogromnego, kosmicznego przedsięwzięcia, ukazując jednocześnie skomplikowane losy ludzi uwikłanych w uczuciowe, polityczne i społeczne konflikty. Zawiść, miłość, polityczne ambicje i fanatyzm - to wszystko tworzy mieszankę wybuchową, która łatwo może unicestwić marzenia o stworzeniu nowej Ziemi. Kolejne części cyklu to Zielony Mars i Błękitny Mars. Powieść otrzymała nagrodę BSFA w 1992, Nebula w 1993. Nominovana do nagród Hugo, Clarke i Locus w 1993.

Kim Stanley Robinson

Czerwony Mars

Dla Lizy

CZĘŚĆ 1 — Świąteczna noc

Przed naszym przybyciem Mars był tylko wielką, jałową pustką. Co oczywiście nie oznacza, że pozostawał w całkowitym bezruchu i martwocie. Przez miliony lat skały tworzące powierzchnię globu wrzały w ogniu gwałtownych reakcji chemicznych i elektromagnetycznych burz, potem zaś zaczęły stopniowo stygnąć. Ten długotrwały proces odcisnął niezatarte piętno na powierzchni planety, gęsto poznaczonej ogromnymi kraterami, kanionami i wulkanami.

Wszystkie te przeobrażenia dotyczyły jednak wyłącznie niczego nieświadomych skał: nie było świadków — z wyjątkiem nas, a i my obserwowaliśmy Marsa z sąsiedniej planety tylko w ostatnim okresie jego długiej historii. To właśnie my jesteśmy całą świadomością, jaką kiedykolwiek miał.

Wszyscy wiemy, że Czerwona Planeta fascynowała ludzkość od zarania dziejów: już dla naszych prehistorycznych przodków była jednym z najważniejszych ciał świetlnych na nocnym niebie. Zawsze intrygował nas jego charakterystyczny blask, cyklicznie zmieniający intensywność, jego barwa oraz droga, po której wędrował wśród gwiazd tam i z powrotem. Zdawało nam się, że tą wędrówką próbuje nam coś istotnego powiedzieć, więc czciliśmy go i przypisywaliśmy mu nadnaturalną moc. Z pewnością dlatego też wszystkie najstarsze nazwy Marsa — Nirgal, Mangala, Auqakuh, Harmakhis — brzmią tajemniczo i fascynują niezrozumiałym dziś ukrytym znaczeniem, jakby były o wiele starsze niż starożytne języki, w których zostały sformułowane, jakby były prasłowami, pochodzącymi z epoki lodowcowej, a może nawet i sprzed niej. Tak, przez tysiące lat Mars był dla ludzkości symbolem świętej siły, jego kolor zaś sprawiał, że moc tę uznawano za niebezpieczną i złowieszczą. Uosabiał dla nas krew i wojnę, szaleństwo i ślepą odwagę.

Nieco później pierwsze teleskopy pozwoliły nam dokładniej przyjrzeć się Marsowi i wtedy naszym oczom ukazał się mały, pomarańczowy dysk z białymi biegunami i ciemnymi obszarami, które rozszerzały się i kurczyły wraz ze zmianami długich pór roku. Mimo że powstawały coraz doskonalsze teleskopy, długi czas nie udało nam się zobaczyć wiele więcej. Z drugiej strony już na początku naszego wieku odkrywcza pasja i niezwykła potęga naukowej wyobraźni wystarczyły Lowellowi do stworzenia wspaniałej opowieści, opowieści znanej nam wszystkim: o umierającym świecie i bohaterskiej rasie, której przedstawiciele rozpaczliwie budowali kanały, chcąc powstrzymać niosącą ostateczną zagładę ekspansję piasków pustyni.

Była to wspaniała opowieść; jednak jakiś czas później sondy Mariner i Viking przesłały na Ziemię fotografie Marsa i nagle wszystko się zmieniło. Nasza wiedza o Marsie niepomiernie wzrosła — dotarły do nas miliony nowych informacji, a Czerwona Planeta objawiła nam się jako zupełnie nowy świat, całkowicie różny od naszych dotychczasowych wyobrażeń.

Jednak świat ten wydawał się przeraźliwie martwy. Rozpoczęliśmy gorączkowe poszukiwania śladów minionego lub obecnego życia, pragnęliśmy znaleźć cokolwiek — szczątki cywilizacji nieszczęsnych budowniczych kanałów, mikroorganizmy albo choćby tylko pozostałości po wizycie obcych przybyszów. Jak wiecie, niczego nie znaleźliśmy. Zrozumiałe więc, że aby wypełnić tę pustkę — podobnie jak w prehistorycznych jaskiniach i na sawannach, jak w czasach Homera i Lowella — zaczęliśmy snuć opowieści o mikroskamieniałościach zniszczonych przez ziemskie bioorganizmy, o ruinach pojawiających się wśród szalejącej burzy pyłowej, których nigdy nie dało się ponownie odnaleźć, o Wielkim Człowieku i jego licznych przygodach oraz o małych czerwonych ludzikach na granicy naszego pola widzenia. Wymyślaliśmy te historie, ponieważ nade wszystko pragnęliśmy obdarzyć Marsa życiem albo przynajmniej mu je przywrócić. Nadal jesteśmy przecież tymi samymi zwierzętami, które przeżyły epokę lodowcową, które z lękiem i zdumieniem wpatrywały się w nocne niebo i snuły opowieści. Tak naprawdę Mars nigdy nie przestał być dla nas tym, czym był od początku: ważnym znakiem, istotnym symbolem, potężną siłą.

I wreszcie tu przybyliśmy. Dotychczas Mars był dla nas symbolem, teraz stał się rzeczywistością.

— …A więc wreszcie tu przybyliśmy. Nikt jednak nie przypuszczał, że gdy wylądujemy na Marsie, będziemy tak bardzo odmienieni przez lot, że wszystko, co nam kiedyś wpajano, straci wszelkie znaczenie. Ta podróż bowiem nie przypominała ani wyprawy podwodnej, ani zdobywania Dzikiego Zachodu — to było całkowicie nowe, fascynujące doświadczenie. Ziemia, w miarę trwania lotu Aresa, oddalała się od nas coraz gwałtowniej, aż w końcu stała się już tylko błękitną gwiazdką pośród wielu innych migoczących w przestrzeni; głosy z niej docierały tak późno, że zdawało się, iż pochodzą z poprzedniego stulecia. Byliśmy zdani wyłącznie na siebie, w związku z czym staliśmy się zupełnie innymi istotami.

To wszystko stek kłamstw, pomyślał z rozdrażnieniem Frank Chalmers. Siedział wśród marsjańskich dostojników i obserwował, jak jego stary przyjaciel John Boone wygłasza typową dla siebie “inspirującą mowę”. Przemówienie straszliwie Chalmersa nużyło. Prawda była taka, że podróż na Marsa okazała się po prostu kosmicznym odpowiednikiem bardzo długiej jazdy pociągiem. Jej uczestnicy nie tylko nie stali się “zupełnie innymi istotami”, ale przeciwnie, teraz byli sobą bardziej niż kiedykolwiek: odcięci od znajomego środowiska i zmuszeni do wyzbycia się starych nawyków, musieli się zmierzyć z nagą, surową substancją własnych jaźni. A John stał tam i celując palcem w tłum mówił:

— Lecieliśmy na Marsa z nadzieją stworzenia nowego świata i kiedy wreszcie tu dotarliśmy, okazało się, że zanikły różnice, które dzieliły nas na Ziemi, znikły bez śladu, ponieważ tutaj nie mają najmniejszego znaczenia!!

Tak, Boone rozumiał to dosłownie. Jego wizja Marsa stanowiła jakby soczewkę zniekształcającą rzeczywistość, coś w rodzaju religii.

Chalmers przestał słuchać i w zamyśleniu wodził wzrokiem po panoramie nowego miasta. Postanowili nazwać je Nikozją. Było to pierwsze miasto zbudowane na powierzchni Marsa; wszystkie budynki umieszczono pod ogromną przezroczystą kopułą, wspartą na niemal niewidocznej konstrukcji i usytuowaną na wzniesieniu Tharsis, na zachód od Noctis Labyrinthus. Lokalizacja ta sprawiała, że z miasta rozciągał się oszałamiający widok, z szerokim, płaskim wierzchołkiem Pavonis Mons przecinającym odległy horyzont. Wszystkich marsjańskich pionierów znajdujących się w tłumie widok ten z pewnością przyprawiał o zawrót głowy: nareszcie byli na powierzchni, porzuciwszy na zawsze rozpadliny, płaskowzgórza i kratery! I tak już będzie zawsze! Hurra!

Śmiech, który nagle przeleciał przez tłum, skierował uwagę Franka z powrotem na starego przyjaciela. John Boone przemawiał lekko ochrypłym głosem z przyjemnym dla ucha, środkowozachodnim akcentem i w jakiś sobie tylko właściwy sposób był jednocześnie rozluźniony i skoncentrowany, szczery i autoironiczny, skromny i pewny siebie, poważny i rozbawiony. Krótko mówiąc, stanowił niemal ideał mówcy. Nic więc dziwnego, że słuchacze byli wniebowzięci: przecież przemawiał do nich “pierwszy człowiek na Marsie”. Mieli tak zachwycone miny, jakby widzieli przed sobą Jezusa rozmnażającego na wieczerzę chleb i ryby. I John chyba rzeczywiście zasługiwał na ich uwielbienie, gdyż dokonał niemal cudu, choć w nieco innej dziedzinie — dzięki niemu ich pełna wyrzeczeń, męcząca egzystencja przekształcała się w oszałamiające duchowe doświadczenie.

— Na Marsie będziemy się troszczyć o siebie nawzajem bardziej niż kiedykolwiek — oznajmił John. W praktyce oznacza to, pomyślał Chalmers, przerażające zachowanie obserwowane u szczurów, których populację eksperymentalnie zwiększono, nie stwarzając jednak możliwości ekspansji terytorialnej. — Mars jest miejscem wspaniałym, egzotycznym, ale i niebezpiecznym — kontynuował mówca, opisując w ten sposób zmrożoną kulę zwietrzałej skały, gdzie ich organizmy przyjmowały dawkę około piętnastu remów rocznie szkodliwego promieniowania. — A jeśli chodzi o naszą pracę — stwierdził Boone — kształtujemy nowy porządek społeczny i stawiamy kolejny olbrzymi krok w historii ludzkości.

Jak sobie uświadomił z rozbawieniem Frank, ten “olbrzymi krok” miał znaczenie wyłącznie dla dominacji rzędu naczelnych. Tym szumnym stwierdzeniem John zakończył przemowę, a tłum natychmiast zareagował rykiem aplauzu. Gdy zaległa wreszcie cisza, na podium weszła Maja Tojtowna, aby przedstawić Chalmersa.

Frank posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, mówiące, że nie jest w nastroju do jej zwykłych żartów. Z pewnością go zrozumiała.

— Nasz następny mówca jest czymś w rodzaju paliwa rakietowego do naszego małego statku kosmicznego. — Wśród zgromadzonych rozległy się stłumione chichoty. — To właśnie dzięki jego śmiałej wizji i niespożytej energii dotarliśmy wiele lat temu tu, na Marsa, jeśli więc macie jakieś problemy, on właśnie jest osobą, której powinniście je przedstawić. Oto mój stary przyjaciel, Frank Chalmers.

Gdy wszedł na podium, natychmiast uderzył go rozciągający się stąd widok miasta: wydawało się zaskakująco duże. Zajmowało obszar przypominający wydłużony trójkąt, a oni znajdowali się teraz niemal w jego najwyższym punkcie, w parku zajmującym zachodni wierzchołek. Park przecinało promieniście siedem ścieżek, które na jego obrzeżach zmieniały się w szerokie, trawiaste aleje, obramowane rzędami drzew. Między alejami stały niskie trapezoidalne budynki o ścianach wyłożonych płytami z polerowanego kamienia w najrozmaitszych kolorach. Rozmiar i architektura budowli nadawały miastu trochę paryski wygląd, przy czym był to Paryż widziany wiosną oczyma pijanego fowisty, z kawiarenkami na chodnikach i całą resztą. Cztery czy pięć kilometrów dalej, u stóp wzgórza, granicę miasta wyznaczały trzy smukłe drapacze chmur, a za nimi rozciągała się zieleń położonych na nizinie farm. Wieżowce stanowiły równocześnie część wsporników kopuły, która u góry z sieci przewodów w kolorze nieba tworzyła łukowate sklepienie. Samą kopułę wykonano z przezroczystej materii, co wywoływało u patrzących złudzenie, że znajdują się na otwartej przestrzeni. Było to wspaniałe przeżycie. Nikozja z pewnością będzie przyciągać całe rzesze osadników.

Chalmers opowiedział to wszystko zgromadzonym, a ci entuzjastycznie przyznali mu rację. Wyglądało na to, że zdobył sobie tłum — te niestałe duszyczki, wyczulone na najdrobniejsze nawet potknięcia mówcy — prawie tak niezawodnie jak John. Frank był potężnym mężczyzną o ciemnej karnacji i zdawał sobie sprawę, że stanowi fizyczne przeciwieństwo pogodnego, jasnowłosego Johna, który samym wyglądem zdobywał zaufanie ludzi. Wiedział jednak również, że ma własną, szorstką charyzmę, teraz także z niej korzystał, czerpiąc pełnymi garściami z zapasu ulubionych słów i wyrażeń.

Nagle chmury przeciął promień słońca, padając na skierowane ku górze twarze i Frank poczuł dziwny ucisk w żołądku. Tylu obcych! Tłum wydał mu się czymś przerażającym — wszystkie te wpatrzone w niego, wilgotne porcelanowe oczy na tle niewyraźnych, różowych plam twarzy… To było prawie nie do zniesienia. Pięć tysięcy osób w jednym jedynym marsjańskim mieście. Po wszystkich tych latach w Underhill trudno to było pojąć.

Chalmers nierozsądnie spróbował wyjaśnić swe odczucia zgromadzonym.

— Kiedy rozglądam się wokół… uderza mnie, jak niesamowita jest nasza obecność tutaj…

Wyraźnie tracił przychylność tłumu. Ale w jaki sposób miał im to wyjaśnić? Jak przekazać tym twarzom, jaśniejącym niby papierowe lampiony, myśl, że są samotni wśród całego morza skał? Jak im powiedzieć, że nawet jeśli żywe istoty nie są niczym więcej, niż tylko nosicielami genów nastawionych wyłącznie na przetrwanie — co przecież w jakiś sposób też oznacza martwotę — to i tak są cenniejsze niż jałowa, nieorganiczna nijakość tej planety?

Rzecz jasna, w żadnym wypadku nie może im tego powiedzieć. W każdym razie nie teraz i oczywiście nie przy takiej okazji. Musi się więc wziąć w garść.

— Na marsjańskim pustkowiu — oznajmił — ludzka obecność jest… hmm… czymś bardzo szczególnym. — Jakiś głos w jego umyśle powtórzył szyderczo: “Będziemy się troszczyć o siebie nawzajem bardziej niż kiedykolwiek”. — Ta planeta sama w sobie jest tylko martwym, zamarzniętym koszmarem (”Mars jest egzotycznym i wspaniałym miejscem”, zadźwięczało mu w uszach), ale ponieważ los przeznaczył ją na nasz dom, z konieczności musimy troszeczkę ją… przekształcić. (”Tworzymy nowy porządek społeczny”.) — No tak, przyłapał się na tym, że wygłasza dokładnie takie same kłamstwa, jak te, które przed chwilą usłyszeli od Johna!

Dzięki temu jednak za swoją przemowę również otrzymał gromkie oklaski. Zirytowany zgryźliwie oświadczył, że czas już się udać na posiłek, i w ten sposób pozbawił Maję okazji do podsumowania. Chociaż prawdopodobnie przewidziała, że Frank tak postąpi, bo wcale nie wyraziła ochoty na zabranie głosu. Frank Chalmers znany był z tego, że lubi mieć ostatnie słowo.

Na prowizorycznej mównicy tłoczyło się mnóstwo osób, aby zbliżyć się do marsjańskich znakomitości. Niezwykle rzadko można było spotkać w jednym miejscu tak wielu przedstawicieli pierwszej setki pionierów. Korzystając z okazji, nowi przybysze gromadnie obiegli Johna, Maję, Samanthę Hoyle, Saxa Russella i Chalmersa.

Frank wzrokiem odszukał w tłumie Johna i Maję. W otaczającej ich grupie Ziemian nie rozpoznał nikogo, co go trochę zaciekawiło. Ruszył wolno przez podest w ich stronę; zbliżając się, zauważył, że Maja i John wymieniają porozumiewawcze spojrzenia.

— Nie widzę przeszkód, aby to miejsce nie mogło funkcjonować zgodnie z powszechnie przyjętymi prawami — mówił jeden z przybyszów.

Maja odpowiedziała mu pytaniem:

— A czy Olympus Mons naprawdę przypomina panu hawajską Maunę Loa?

— Oczywiście — odparł mężczyzna. — Wszystkie tarczowe wulkany wyglądają podobnie.

Frank spojrzał na Maję ponad głową tego idioty. Nie odpowiedziała spojrzeniem. John również udawał, że nie zauważa jego obecności. Maja odwrócona była tyłem do Franka, Samantha Hoyle przez chwilę wyjaśniała coś półgłosem innemu przybyszowi, który pokiwał głową, po czym zerknął niepewnie na Chalmersa. Samantha wciąż stała odwrócona tyłem. Ale ona go nie interesowała, liczył się tylko John, tylko John i Maja, a oboje udawali, że nie dzieje się nic niezwykłego, chociaż niezależnie od tego na jaki temat rozmawiali, gwałtownie przerwali rozmowę.

Chalmers opuścił podest. Przybysze grupkami podążali przez park ku umieszczonym w górnych krańcach siedmiu alei stołom. Frank ruszył za gośćmi pod koronami młodych, przeszczepionych platanów; ich liście koloru khaki połyskiwały w popołudniowym świetle, dzięki czemu cały park wyglądał jak dno akwarium.

Przy bankietowych stolikach przepijali do siebie wódką robotnicy budowlani. Zachowywali się coraz hałaśliwiej i zapewne niejasno zdawali sobie sprawę z faktu, że wraz z ukończeniem budowy zakończył się również pionierski, bohaterski okres Nikozji. Być może dotyczyło to całego Marsa.

Powietrze wypełniał gwar rozmów. Frank przebił się przez rozgadany tłumek, po czym ruszył w stronę północnego krańca miasta. Zatrzymał się przy sięgającym do pasa betonowym murze — granicy miasta. Z metalowego okucia na szczycie muru wyrastała kopuła zbudowana z czterech warstw różnych stopów przezroczystego plastiku.

Jakiś Szwajcar fachowo objaśniał grupie zwiedzających szczegóły techniczne:

— Zewnętrzna membrana z piezoelektrycznego plastiku przetwarza siłę wiatru w elektryczność. Pod nią znajdują się dwie tafle, a między nimi izolacja z aerożelu. Wewnętrzną warstwę stanowi błona pochłaniająca promieniowanie. Gdy staje się purpurowa, wymieniamy ją. Jasne jak słońce, prawda?

Zwiedzający przytaknęli. Frank wyciągnął rękę i nacisnął wewnętrzną membranę. Rozciągnęła się sprężyście, aż wbił w nią palce po kostki. Była dość chłodna. Na plastiku zauważył wydrukowany wyblakły napis: ISIDIS PLANITIA POLYMERS. Poprzez platany nad swoim ramieniem mógł dostrzec trybunę na wzgórzu. Otoczeni wianuszkiem wielbicieli z Ziemi, John i Maja rozprawiali o czymś z ożywieniem. Zarządzali tą planetą, decydowali o losie Marsa.

Frank wstrzymał powietrze i podświadomie zacisnął zęby aż do bólu. Ze złością rąbnął w kopułę tak mocno, że aż poruszyła się najbardziej zewnętrzna błona, co oznaczało, że jakaś cząstka jego gniewu zostanie schwytana, przetworzona na elektryczność i przekazana do miejskiej sieci wysokiego napięcia.

To był naprawdę wyjątkowy polimer — atomy węglowe połączono z cząsteczkami wodoru i fluoru w taki sposób, że uzyskana substancja okazała się bardziej piezoelektryczna niż kwarc. Wystarczyło jednak wymienić jeden z trzech elementów, by uzyskać zupełnie inny syntetyk: zastępując na przykład fluor chlorem, otrzymywało się winylowe włókno saranu.

Frank popatrzył na swoją dłoń wbitą aż po kłykcie, potem podniósł oczy i dostrzegł, że dwie warstwy kopuły nadal się ze sobą stykają. Uświadomił sobie, że bez jego siły są niczym!

Ruszył gwałtownie w stronę labiryntu wąskich uliczek miasta. Był naprawdę wściekły.

W centrum placu, skupiona niczym małże na skale, rozsiadła się grupka popijających kawę Arabów. Przedstawiciele tej nacji przybyli na Marsa zaledwie dziesięć lat temu, ale już stanowili siłę, z którą trzeba się było liczyć. Mieli sporo pieniędzy i to właśnie oni wraz ze Szwajcarami stworzyli projekt budowy szeregu miast. Jednym z nich była właśnie Nikozja. Podobało im się na Marsie.

“Tu jest jak w chłodny dzień w Rub al-Chali” — mawiali Saudyjczycy. Podobieństwo do tamtego miejsca było tak duże, że arabskie wyrazy zaczęły masowo przenikać do angielszczyzny, ponieważ arabski okazał się o wiele bogatszy od angielskiego, jeśli chodzi o opis marsjańskiego krajobrazu: akaba oznaczało strome stoki wulkanów, badia — wielkie piaszczyste wydmy, nefuds — głębokie piaski, seyl — liczące sobie miliard lat wyschnięte koryta rzeczne.

Chalmers spędzał sporo czasu z Arabami, więc i teraz siedzący na placu ucieszyli się na jego widok. Salaam aleyk!- krzyknęli do niego, a on odpowiedział: Marhabba! Pod smolistymi wąsiskami Saudyjczyków błysnęły radośnie białe zęby. Grupa jak zwykle składała się z samych mężczyzn. Kilku młodzieńców poprowadziło Franka do głównego stolika, przy którym skupili się starsi. Był wśród nich również przyjaciel Chalmersa, Zeyk. On też zagaił rozmowę:

— Zamierzamy nazwać ten skwer Hajr el-kra Meshab, czyli “plac miejski z czerwonego granitu”. — Wskazał ręką kamień brukowy w kolorze rdzy. Frank skinął głową, zwykle z uprzejmości rozmawiał z nimi po arabsku najdłużej jak potrafił, co kosztowało go wprawdzie nieco wysiłku, ale warto było się pomęczyć, bo zyskiwał sobie w zamian przychylność i sympatię. Usiadł przy stole i rozluźnił się. Nagle poczuł się tak, jakby znajdował się na ulicy w Damaszku albo Kairze, owiewany przyjemnym zapachem kosztownych arabskich pachnideł.

Z uwagą studiował twarze rozmówców. Nie ulegało wątpliwości, że reprezentują zupełnie obcą kulturę. Najwidoczniej również nie mieli najmniejszego zamiaru się zmieniać tylko dlatego, że zamieszkali na Marsie, a to wyraźnie zakłócało harmonijną wizję Johna. Ich światopogląd w zasadniczych kwestiach bardzo się różnił od zachodniego stylu myślenia. Na przykład za rzecz niewłaściwą uważali rozdział Kościoła od państwa. Problem ten zresztą stanowił jedną z przyczyn, z powodu których, pomimo wielu wysiłków rządu, niemożliwe było ich porozumienie z ludźmi Zachodu. Poza tym do tego stopnia kultywowali tradycje patriarchatu, że niektóre ich kobiety podobno w ogóle nie umiały pisać. Analfabetki na Marsie! Był to jakiś znak. I rzeczywiście, ci mężczyźni naprawdę mieli coś groźnego w spojrzeniu, coś, co Frankowi kojarzyło się z określeniem macho. Wyglądali na ludzi, którzy niemiłosiernie maltretują swoje kobiety, a te — odgrywając się na mężczyznach w jedyny dostępny im sposób — terroryzują synów, którzy potem terroryzują swoje żony, które terroryzują swych synów i tak w nieskończoność, aż wszyscy pogrążają się coraz bardziej w spirali chorej miłości i wzajemnej nienawiści dwóch płci. W tym względzie wszyscy oni byli szaleńcami.

Między innymi zresztą właśnie za to Frank ich lubił. Poza tym oczywiście traktował ich jako nowy element w rozgrywce, ponieważ zaczynali stanowić sporą siłę. Postępował zgodnie z radą Machiavellego: “Wspieraj nowego, słabego sąsiada, aby osłabić siły starych i potężnych”.

Frank dopił kawę, a potem stopniowo, aby nie podrażnić dumy Arabów, przeszedł na angielski.

— Jak wam się podobały przemówienia? — spytał, wpatrując się w czarne fusy na dnie swojej filiżanki.

— John Boone taki sam jak zawsze — odparł stary Zeyk. Pozostali zaśmiali się zgryźliwie. — Kiedy mówi, że stworzy na Marsie całkowicie nową kulturę, ma jedynie na myśli, że poprze jedną z ziemskich kultur, a pozostałe będą prześladowane. Te, które on arbitralnie uzna za zacofane, zostaną skazane na zagładę. To pewna forma ataturkizmu.

— Boone sądzi, że wszyscy mieszkańcy Marsa po prostu staną się Amerykanami — oświadczył mężczyzna imieniem Nejm.

— Co w tym dziwnego? — uśmiechnął się Zeyk. — Na Ziemi to się już prawie dokonało.

— Nie, nie — wtrącił Frank. — Musieliście go źle zrozumieć. Ludzie mówią, że Boone myśli tylko o własnych korzyściach, a to…

— Ależ on naprawdę skupia się jedynie na sobie! — krzyknął gniewnie Nejm. — Żyje w sali pełnej luster! Sądzi, że przybyliśmy na Marsa, aby założyć filię starej, dobrej amerykańskiej superkultury i że wszyscy zgodzą się na ten plan, ponieważ stworzył go sam John Boone.

— Nie potrafi zrozumieć, że niektórzy ludzie mają całkowicie odmienną wizję tej planety — dodał Zeyk.

— To wcale nie tak. On po prostu z góry wie, że jego wizja jest najsensowniejsza ze wszystkich — zażartował Frank.

Wybuchnęli śmiechem, ale na twarzach młodych Arabów pojawił się wyraźny grymas goryczy. Niemal wszyscy Saudyjczycy byli przekonani, że przed ich przybyciem na planetę Boone potajemnie sprzeciwiał się udzielonej przez Organizację Narodów Zjednoczonych zgodzie na osadnictwo arabskie. Frank celowo utwierdzał ich w tej wierze, która była zresztą niedaleka od prawdy, ponieważ John nienawidził wszelkich ideologii, które mogły w jakikolwiek sposób przeszkodzić mu w jego planach. Wymagał od wszystkich bezwzględnej akceptacji własnych pomysłów, uważając je za absolutnie najlepsze.

Arabowie jednakże sądzili, że John właśnie ich nację darzy szczególną niechęcią. Młody Selim el-Hayil właśnie zamierzał coś powiedzieć, ale Frank rzucił mu szybkie, ostrzegawcze spojrzenie. Selim zawahał się na moment, po czym z wściekłością zacisnął usta.

— Cóż, w gruncie rzeczy on nie jest wcale taki zły — powiedział lekko Frank. — Chociaż, prawdę mówiąc, faktycznie wyznał kiedyś, że jego zdaniem byłoby o wiele lepiej, gdyby Amerykanie i Rosjanie po przybyciu na planetę ogłosili ją swoją wyłączną posiadłością, jak zwykło się czynić w czasach wielkich odkryć geograficznych.

Arabowie wybuchnęli krótkim, trochę wymuszonym, gorzkim śmiechem. Selim przygarbił się, jak po uderzeniu. Frank wzruszył ramionami, uśmiechnął się szeroko i uspokajająco rozłożył ręce.

— Nie ma sprawy, przecież to tylko słowa! To znaczy… sam już nie wiem. A wy jak myślicie, czy John coś szykuje?

Stary Zeyk uniósł z powagą brwi.

— Boone’a nie można lekceważyć.

Gdy Chalmers zbierał się do odejścia, pochwycił na moment badawcze spojrzenie Selima. Zszedł boczną uliczką — jednym z wąskich zaułków, które łączyły siedem głównych alei miasta. Większość tych uliczek była brukowana albo obsiana trawą, ale ta akurat została wylana betonem. Minął ukryte w niszy wejście do jednego z budynków, po czym zwolnił kroku i zatrzymał się przed oknem zamkniętego warsztatu szewskiego. Na tle ciężkich butów od walkera za szybą sklepowej witryny dostrzegł niewyraźny zarys swojej twarzy.

“Boone’a nie można lekceważyć”. Bez wątpienia większość osób nie doceniała Johna — nawet Frankowi zdarzyło się to przecież kilkakrotnie. Stanęła mu przed oczami pamiętna scena w Białym Domu, kiedy jego przyjaciel — poczerwieniały z przejęcia — wygłaszał niezwykle przekonujący wykład. Niesforne blond włosy fruwały dziko na wszystkie strony, wpływające przez okna Owalnego Gabinetu słońce przydawało mu jakiegoś nieziemskiego blasku, sam John zaś szaleńczo gestykulując spacerował po pokoju tam i z powrotem, rozprawiając z niezwykłą pewnością siebie. Prezydent potakująco kiwał głową, a jego doradcy obserwowali młodego mężczyznę i zastanawiali się, w jaki sposób pozyskać dla siebie tego charyzmatycznego mówcę. Tak, w tamtych czasach obaj byli gwałtowni: Frank miał nowatorskie, czasem nawet genialne pomysły, John za to był człowiekiem “z pierwszej linii”, który potrafił o nich opowiadać. Na dobrą sprawę niemal nic nie było w stanie go powstrzymać.

Wśród butów na wystawie pojawiło się odbicie Selima el-Hayila.

— Czy to prawda? — zapytał.

— Co mianowicie? — odpowiedział pytaniem Frank.

— Czy Boone jest nastawiony anty-arabsko?

— A jak sądzisz?

— Czy to on zablokował zezwolenie na budowę meczetu na Fobosie?

— Boone jest potężnym człowiekiem.

Twarz młodego Saudyjczyka wykrzywił grymas.

— Jest najpotężniejszym człowiekiem na Marsie i jeszcze mu mało! Chyba chce zostać królem! — Selim wściekle uderzył się pięścią w dłoń. Był smuklejszy od innych Arabów, a jego pociągłą twarz zdobił gęsty wąs przykrywający wąskie usta.

— Już wkrótce mamy odnowić traktat — zadumał się Frank — a koalicja Boone’a najwyraźniej mnie unika. — Zacisnął wargi. — Nie wiem, jakie snują plany, ale zamierzam się tego dowiedzieć dziś wieczorem. Chociaż właściwie i bez tego można je sobie wyobrazić. Marsjańską społecznością nadal rządzą ziemskie uprzedzenia. Boone może się sprzeciwić podpisaniu nowego porozumienia, jeśli nie znajdzie w nim gwarancji, że na Marsie będą mieli prawo osiedlać się jedynie pierwotni sygnatariusze traktatu. — Selim zadrżał z oburzenia, a Frank dodał zimno: — Właśnie tego chce Boone i bardzo możliwe, że uda mu się to osiągnąć, ponieważ dzięki tej nowej koalicji czuje się potężniejszy niż kiedykolwiek przedtem. A nowy układ może oznaczać kres osadnictwa nacji, które nie podpisały tamtego porozumienia. Cóż, wtedy albo zostaniecie na Marsie wyłącznie na prawach pracowników kontraktowych albo będziecie musieli powrócić na Ziemię.

Odbita w oknie twarz Selima przypominała zastygłą w grymasie wściekłości teatralną maskę. “Battal, battal”, mamrotał młody Arab, “fatalnie, fatalnie”. Splatał i rozplatał nerwowo ręce i mruczał coś o Koranie, Camusie, Persepolis i Pawim Tronie. Mieszał fakty i wyciągał dziwaczne wnioski. Bełkotał.

— Słowa nic nie znaczą — przerwał mu cierpko Chalmers. — Teraz, kiedy sprawy zaszły już tak daleko, liczy się tylko działanie.

Młody Arab gwałtownie umilkł.

— Na pewno nie ma innego wyjścia? — bąknął w końcu.

Frank poklepał go przyjacielsko po ramieniu, zauważając, że ciałem mężczyzny wstrząsnął nerwowy dreszcz.

— Weź pod uwagę, że mówimy o twoim narodzie. I o przyszłości tej planety.

Usta Selima zacisnęły się gniewnie pod wąsem. Po chwili powiedział stanowczo:

— Tak, to prawda.

Frank milczał wyczekująco. Obaj wpatrzyli się w witrynę, jakby oceniali wystawione za szybą buty.

Wreszcie Frank podniósł rękę.

— Jeszcze raz pomówię z Boonem — szepnął. — Dziś wieczorem jest po temu ostatnia okazja, ponieważ jutro wyjeżdża. Spróbuję go przekonać, ale… wątpię, czy to coś da. Nigdy przedtem nikomu się to nie udało… Ale spróbuję. A później… Hmm… powinniśmy się znów spotkać.

— Dobrze.

— Więc w parku, na skrajnej południowej ścieżce. Około jedenastej.

Selim skinął głową.

Chalmers zmierzył go czujnym wzrokiem.

— Pamiętaj, że słowa nic nie znaczą — powtórzył szorstko i odszedł.

W alei kłębił się tłum. Ludzie tłoczyli się przed otwartymi barami i licznymi kioskami, gdzie sprzedawano kuskus i bratwurst. Arabowie i Szwajcarzy. Z pozoru kombinacja wydawała się dziwna, ale te dwie nacje potrafiły całkiem dobrze ze sobą współpracować.

Wieczorem tego dnia niektórzy Szwajcarzy z progów swoich domów rozdawali maski. Najwyraźniej świętowali “narodziny miasta” w taki sposób, jak gdyby było to coś w rodzaju karnawału, Tłusty Czwartek (nazywali je Fassnacht): z muzyką i przebierankami, które zawsze mogły przemienić żebraka w księcia, tak samo jak to robili niegdyś w burzliwe lutowe noce w Bazylei, Zurychu czy Lucernie… Pod wpływem impulsu Frank wmieszał się w tłum.

— Każdego prawdziwego mędrca zawsze powinna skrywać maska — zagadnął stojące przed nim dwie młode kobiety. Uprzejmie skinęły głowami, a potem wróciły do przerwanej rozmowy, którą prowadziły w gardłowym schwyezerduutch, dialekcie nigdy nie spisanym, sekretnym szyfrze, niezrozumiałym nawet dla Niemców. Szwajcarzy stanowili kolejną, niemożliwą do zgłębienia kulturę i w jakimś sensie byli nawet bardziej tajemniczy niż Arabowie. Te dwa narody tak świetnie umieją ze sobą współdziałać właśnie dlatego, pomyślał Frank, że oba są tak bardzo zamknięte, tak niedostępne dla obcych, iż nigdy nie mogłyby się całkowicie zasymilować. Roześmiał się głośno, kiedy otrzymał maskę. Przypadła mu czarna twarz przyozdobiona czerwonymi sztucznymi klejnocikami. Włożył ją z uśmiechem.

Aleją przesuwał się radosny korowód postaci w karnawałowych maskach. Wszyscy byli pijani, swobodni, rozluźnieni. Na skrzyżowaniu aleja rozszerzała się w mały placyk, gdzie strzelała w niebo fontanna wody, mieniąc się kolorami w promieniach słońca. Obok południowo-amerykański zespół perkusyjny wystukiwał rytm calypso, a wokół zgromadziły się tłumy, tańcząc albo podrygując w takt niskich tonów werbli. Nad głowami ludzi, sto metrów wyżej, tuż pod sklepieniem kopuły wirowało świeże powietrze tak lodowate, że unosiły się w nim maleńkie płatki śniegu, migocząc jak odłamki miki. I nagle tam wysoko w górze zaczęły wybuchać sztuczne ognie, a barwne iskry zmieszały się z płatkami śniegu.

Zachód słońca, bardziej niż jakakolwiek inna pora dnia, uświadamiał im, że znajdują się na obcej planecie. W kącie padania promieni i czerwieni światła było coś nienaturalnego; w niczym nie przypominało to widoku, jaki ludzie od milionów lat znali i oglądali na otwartej przestrzeni. Dzisiejszy wieczór stanowił szczególnie wyraźny przykład tego niepokojącego zjawiska. Chalmers szedł w świetle, kierując się znów do muru okalającego miasto. Równina na południe od Nikozji usiana była skałami, rzucającymi długie, czarne cienie. Frank zatrzymał się pod betonowym łukiem południowej bramy miasta. Nie było tu nikogo. Podczas tego typu festynów bramy zamykano, by pijani nie mogli wyjść na zewnątrz, co z pewnością nie skończyłoby się dla nich dobrze. Frank jednak rano otrzymał z departamentu pożarnictwa kod bezpieczeństwa przewidziany na ten dzień, upewniwszy się więc, że nikt go nie widzi, wystukał kod i pospiesznie wszedł do śluzy. Tam nałożył walker, buty i hełm, po czym przeszedł przez środkowe i zewnętrzne drzwi.

Na zewnątrz jak zwykle panowało dotkliwe zimno, więc już po chwili system grzewczy walkera zaczął go grzać przez ubranie. Chalmers z chrzęstem przeszedł po betonie i wkroczył na twardą skorupę planety. Silny wiatr posuwał na wschód luźne drobiny piasku.

Ponuro rozejrzał się na wszystkie strony. Wszędzie dokoła wznosiły się skały. Meteory uderzały w planetę już miliardy razy i spadały nadal. Pewnego dnia jakiś meteor może trafić w któreś z miast. Frank obrócił się i spojrzał za siebie. Nikozja wyglądała jak połyskujące w ciemnościach akwarium. Bez ostrzeżenia, po prostu wszystko nagle się rozpadnie: ściany, pojazdy, drzewa, ludzkie ciała. Aztekowie wierzyli, że koniec świata nastąpi w wyniku jednego z czterech wydarzeń: trzęsienia ziemi, pożaru, powodzi albo jaguarów spadających z nieba. Tutaj nie mogło być mowy ani o ogniu, ani o trzęsieniu ziemi, ani o potopie, tego Frank był pewien. Pozostawały więc tylko jaguary.

Wieczorne niebo nad Pavonis Mons miało barwę ciemnego różu. Na wschodzie rozciągała się nikozyjska farma: długa, niska oranżeria ustawiona na spadzistym wzgórzu obok miasta. Z miejsca, w którym stał Chalmers, wypełniona zieloną roślinnością farma wydawała się nawet większa niż samo miasto. Frank westchnął i ruszył ku jednej z zewnętrznych śluz farmy. Wszedł.

Wewnątrz było gorąco, o całe sześćdziesiąt stopni cieplej niż na zewnątrz i o piętnaście stopni cieplej niż w mieście. Nie mógł jednak zdjąć hełmu, ponieważ powietrze farmy przystosowano do potrzeb roślin, a więc było bogate w dwutlenek węgla, ubogie zaś w tlen. Frank zatrzymał się przy biurku i przeszukał szuflady zapełnione narzędziami ogrodniczymi, próbkami pestycydowymi, rękawicami i woreczkami. Wybrał trzy maleńkie próbki, włożył je do plastikowej torebki i delikatnie wsunął do kieszeni walkera. Próbki były tak zwanymi pestycydami inteligentnymi, biostymulatorami przeznaczonymi do ogólnoustrojowej ochrony roślin. Frank czytał o nich trochę i wiedział, jakie ich połączenie może stać się zabójcze dla ludzkiego organizmu…

Do drugiej kieszeni walkera włożył parę nożyc. Wąskie żwirowe ścieżki poprowadziły go pomiędzy rozległymi łanami jęczmienia i pszenicy z powrotem ku centrum. Wszedł do śluzy prowadzącej do miasta, zdjął hełm, walker i buty, a potem przełożył zawartość kieszeni do marynarki i ruszył w kierunku dolnej dzielnicy miasta.

Właśnie tam Arabowie zbudowali medinę, dzielnicę na wzór swych ziemskich miast. Uparli się na tę właśnie lokalizację twierdząc, że jest niezbędna dla estetyki całości. Alejki zwężały się symetrycznie, a między nimi przebiegały tuziny krętych pasaży, jakby żywcem przeniesionych z Tunisu czy Algieru, ale może też naprędce wymyślonych już na Marsie. Z żadnej alejki nie dało się zobaczyć następnej, a niebo w kolorze śliwy było widoczne tylko w prześwitach między pochylającymi się ku sobie budynkami.

Większość alejek była teraz pusta, ponieważ zabawa przeniosła się do północnej części miasta. Pomiędzy budynkami przemknęła para kotów; pewnie oceniały swoje nowe mieszkania. Frank wyjął z kieszeni nożyczki i wydrapał na kilku plastykowych oknach arabskimi literami słowa: Żyd, Żyd, Żyd. Potem ruszył dalej, pogwizdując. Mijał narożne kafejki, które wyglądały jak maleńkie rozświetlone jaskinie. Niby kilofy poszukiwaczy złota pobrzękiwały tam butelki. Na małym czarnym podwyższeniu siedział jakiś Arab i grał na gitarze elektrycznej.

Frank znalazł główną aleję i wszedł w nią. Chłopcy siedzący w gałęziach lip i platanów wykrzykiwali do siebie piosenki w schwyzerdeutsch. Jedna z przyśpiewek była po angielsku:

John Boone, człowiek mężny
Wybrał się na Księżyc.
No i czyż nie farsa —
Dotarł aż na Marsa

Małe, powstające spontanicznie zespoły muzyczne starały się przekrzyczeć gęstniejący tłum. Kilku wąsaczy ubranych jak amerykańskie wodzirejki wywijało po mistrzowsku nogami w skomplikowanych krokach kankana. Dzieciaki uderzały w małe bębenki z tworzyw sztucznych. Było głośno. Materia kopuły tłumiła wprawdzie dźwięk, nie było więc echa, jakie dawało się słyszeć pod kopułami w marsjańskich kraterach, ale i tak panował niesamowity hałas.

Gdy Frank znalazł się w miejscu, gdzie aleja wychodziła na park platanów, zobaczył Johna w otoczeniu ludzi. Boone również go dostrzegł, rozpoznał natychmiast mimo maski i pomachał ręką. Jak dobrze znała się nawzajem ta ich pierwsza setka podróżników…

— Cześć, Frank — zagaił John. — Wyglądasz, jakbyś się nieźle bawił.

— Oczywiście — rzucił Frank przez maskę. — Uwielbiam takie miasta, ty nie? Wielonarodowe stadko. Rozglądasz się i uświadamiasz sobie, ile kultur miesza się tu na Marsie.

John uśmiechnął się nieznacznie, po czym odwrócił wzrok i przez chwilę lustrował uliczkę.

Frank przerwał ostrym tonem tę kontemplację.

— To miejsce stanowi nie lada przeszkodę dla twojego planu, prawda?

Boone znów popatrzył na Franka. Otaczający ich tłum rozchodził się pospiesznie, czując wiszącą w powietrzu kłótnię. John odparł spokojnie:

— Nie mam żadnego planu.

— Och, daj spokój! A co z przemówieniem?

Boone wzruszył ramionami.

— Maja je napisała.

Podwójne kłamstwo: że Maja je napisała i że John nie wierzy w to, co mówił. Po tych wszystkich latach spędzonych razem Frank poczuł się, jakby rozmawiał z nieznajomym. Z politykiem przy pracy.

— Nie żartuj, John — warknął Frank. — Wierzysz w każde słowo tego przemówienia i dobrze o tym wiesz. Powiedz mi lepiej, co zamierzasz zrobić ze wszystkimi obcymi nacjami? Jak sobie poradzisz z waśniami etnicznymi i religijnym fanatyzmem? Twoja koalicja nie będzie w stanie wszystkiego kontrolować. Nie możesz zatrzymać Marsa dla siebie, John, to nie jest już stacja badawcza i teraz nie uda ci się wynegocjować traktatu, w którym tak będzie zapisane.

— Wcale tego nie próbujemy.

— Więc dlaczego usiłujesz mnie wyeliminować z rozmów?!

— To nieprawda! — John zrobił urażoną minę. — Spokojnie, Frank. Przebrniemy przez to razem, jak zawsze. Nie denerwuj się.

Frank z zakłopotaniem popatrzył na starego przyjaciela. W co miał wierzyć? Nigdy nie wiedział, co naprawdę ma myśleć o Johnie, który czasem używał go jako trampoliny w rozmaitych rozgrywkach, innym zaś razem był taki przyjazny… Czyż nie zaczynali jako sprzymierzeńcy, jako przyjaciele…

Przyszło mu do głowy, że John szuka Mai.

— No więc, gdzie ona jest?

— Gdzieś tutaj — odrzekł krótko Boone.

Minęły lata, zanim byli w stanie zacząć rozmawiać o Mai. Teraz Boone rzucił mu szybkie spojrzenie, jakby chciał dać do zrozumienia, że to nie jest sprawa Franka. Jak gdyby wszystko, co stało się dla Boone’a ważne w ciągu tych ostatnich lat, nie było już jego sprawą.

Dlatego Frank więcej się już nie odezwał. Po prostu odszedł bez słowa.

Niebo przybrało teraz barwę głębokiego fioletu, upstrzonego kleksami żółtych pierzastych chmur. Chalmers minął dwie postaci skute razem kajdankami i ubrane w śnieżnobiałe, powłóczyste togi. Uosabiały starożytną Komedię i Tragedię. Ulice miasta powoli ciemniały, za to blaskiem zaczynały płonąć okna. Wszędzie widział sylwetki bawiących się ludzi, zauważył jednakże, że spojrzenia rzucane spod wielu dziwacznych, maskaradowych masek nie wyrażają wcale spokoju czy beztroskiej radości, lecz nerwowo omiatają okolicę, jakby próbując znaleźć źródło wiszącego w powietrzu napięcia. Ponad falującym tłumem rozległ się nagle niski, rozdzierający uszy dźwięk.

W zasadzie nie powinien być zaskoczony, naprawdę nie powinien. Znał przecież Johna tak dobrze, jak tylko można znać drugiego człowieka; zresztą wszystko to nigdy nie powinno go było obchodzić. Wszedł między platany w parku i przystanął pod liśćmi wielkości ludzkiej dłoni. Jakże się zmienili! Cały czas razem, ramię w ramię, łączyło ich tyle lat przyjaźni, a teraz to wszystko, co przeżyli, przestało się już liczyć. Pozostała tylko polityka.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła jedenasta. Zbliżała się pora spotkania z Selimem. Następne spotkanie. Jego życie składało się z podzielonych na kwadranse dni, kiedy to biegał z jednego spotkania na drugie, przybierał kolejne maski, walczył z kolejnymi kryzysami, zarządzał, manipulował, załatwiał interesy, a wszystko odbywało się w szaleńczym, nieustannym pośpiechu. Teraz wszędzie świętowano, trwał karnawał, Fassnacht, a on wciąż tylko się miotał. Nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek było inaczej.

Wszedł na teren budowy. Pośrodku stała szkieletowa konstrukcja z magnezu; otaczały ją stosy cegieł, piasku i kamieni. Jakież to nieostrożne z ich strony zostawiać takie rzeczy wszędzie wokoło. Napchał sobie kieszenie kurtki kawałkami cegły. Wyprostował się i spostrzegł, że ktoś z drugiego końca budowy przygląda mu się z uwagą — niewysoki mężczyzna o pociągłej twarzy i czarnych nastroszonych dredlokach. W jego spojrzeniu było coś niepokojącego; Frankowi zdawało się, że mimo maski ten obcy widzi jego twarz i wpatruje się weń z taką uwagą, ponieważ przejrzał jego najskrytsze myśli i plany.

Przestraszony, zaczął szybko uciekać, kierując się ku peryferiom parku. Kiedy się upewnił, że zgubił mężczyznę i że nikt inny go już nie obserwuje, zaczął rzucać kamieniami i cegłami w stronę dolnej części miasta. Ciskał je z całych sił, wyładowując wściekłość. Jeszcze jeden, dla tego nieznajomego, prosto w twarz! Sklepienie kopuły nad jego głową widoczne było jedynie jako blady kontur na tle zimnobarwnych gwiazd; wydawało mu się, że przebywa na otwartej przestrzeni, w mroźnym, nocnym wietrze Marsa. Wiatr był tego wieczoru bardzo silny. Dobiegł go brzęk tłuczonego szkła i jakieś wrzaski. Czyjś krzyk. Było naprawdę głośno, ludzie szaleli. Frank cisnął ostatni kamień poprzez trawę w dużą oświetloną witrynę. Chybił. Wsunął się głębiej między drzewa.

Przy południowej ścianie zobaczył kogoś pod platanem — był to krążący nerwowo Selim.

— Selimie! — zawołał cicho Frank; pocił się. Sięgnął do kieszeni kombinezonu, ostrożnie pomacał wewnątrz torebki i ukrył w dłoni trzy zabrane z farmy próbki gruntu. Działały naprawdę silnie, zarówno na dobre, jak i na złe. Frank podszedł i ostrożnie uściskał młodego Araba. Próbki zetknęły się z lekką bawełnianą koszulą i przesiąknęły w ciało Selima. Frank odsunął się nieznacznie.

Teraz Selim miał przed sobą około sześciu godzin życia.

— Rozmawiałeś z Boonem? — spytał Arab.

— Usiłowałem — odparł Chalmers — ale mnie nie słuchał. I kłamał. — Tak łatwo było udawać smutek. — Dwadzieścia pięć lat przyjaźni, a on mnie po prostu okłamuje! — Uderzył pięścią w pień drzewa i próbki ziemi rozsypały się w ciemności. Opanował się. — Jego koalicja będzie optować za tym, aby na Marsie jako osiedleńcy pozostali jedynie przedstawiciele państw, które podpisały pierwotny traktat. — To było przecież całkiem możliwe, a poza tym brzmiało prawdopodobnie.

— On nas nienawidzi! — krzyknął Selim.

— Nienawidzi wszystkich, którzy wchodzą mu w drogę. I widzi, że islam nadal stanowi prawdziwą siłę przewodnią w życiu wielu ludzi. Kształtuje ich sposób myślenia, a John nie może tego znieść.

Selim wzruszył ramionami. Białka jego oczu błyszczały w ciemnościach.

— Trzeba go powstrzymać.

Frank odwrócił się i oparł o drzewo.

— No… nie wiem.

— Sam to mówiłeś. Słowa nic nie znaczą.

Frank obszedł drzewo; kręciło mu się w głowie. Ty głupcze, pomyślał, słowa oznaczają wszystko. Bez wymiany informacji jesteśmy niczym, wszystko, co mamy, to słowa!

Zbliżył się znowu do Selima i spytał:

— W jaki sposób?

— Planeta. To jest nasza droga.

— Bramy miasta są w nocy zamknięte.

Młody Arab zamilkł. Jego ręce poruszały się nerwowo.

— Ale wejście na farmę jest stale otwarte — zasugerował Frank.

— Tylko że wewnętrzna brama będzie zamknięta. Frank wzruszył ramionami, dając Selimowi czas do namysłu.

I rzeczywiście, Arab po chwili zamrugał i powiedziawszy: “Aha”, szybko odszedł.

Frank siedział wśród drzew, na gołej ziemi. Było to piaszczyste, lekko wilgotne, brązowe podłoże, w przeważającej części wytwór ludzkiej techniki. Nic w tym mieście nie było naturalne, zupełnie nic.

Po jakimś czasie wstał. Przeszedł przez park, spoglądając na ludzi. “Jeśli znajdę jedno sprawiedliwe miasto, oszczędzę tego człowieka”. Na małym placyku splotły się w walce dwie zamaskowane postacie, otoczone przez gapiów, którzy najwyraźniej czekali na krew. Frank ruszył z powrotem na teren budowy, aby wziąć więcej cegieł. Gdy je rzucał, zobaczyli go jacyś ludzie i musiał uciekać. Znowu znalazł się między drzewami, w tej małej, osłoniętej kopułą namiastce dzikiego świata, uciekając przed napastnikami, pobudzony adrenaliną, najmocniejszym ze wszystkich narkotyków. Roześmiał się dziko.

Nagle napotkał spojrzenie Mai, która stała samotnie przy prowizorycznej trybunie na wzgórzu. Przebrała się w jakiś biały kostium, ale to bez wątpienia była ona — sylwetka, włosy, postawa, tak, to z pewnością była Maja Tojtowna. Pierwsza setka kiedyś stanowiła mały zespół; zresztą tylko oni byli dla Franka naprawdę prawdziwi, reszta to tylko widma. Pospieszył ku niej, potykając się na nierównej ziemi. Ścisnął w ręce kamień zagrzebany głęboko w kieszeni kurtki, myśląc: “Chodź tu, ty suko. No, powiedz coś, aby go uratować. Powiedz coś, co sprawi, że przebiegnę całe miasto, aby go ocalić”.

Usłyszała jego kroki i odwróciła się. Jej strój połyskiwał idealną, niemal nienaturalną bielą, na której jarzyły się metalicznie niebieskie cekiny. Pod maską trudno było dostrzec oczy.

— Cześć, Frank — rzuciła, rozpoznając go. Niewiele brakowało, by się obrócił i uciekł. Więc wystarczy tylko na niego spojrzeć…

Pozostał jednak i spokojnie odpowiedział:

— Witaj, Maju. Piękny zachód słońca, nie uważasz?

— Bardzo widowiskowy. Natura chyba nie ma gustu. To jest tylko otwarcie miasta, a wygląda jak Dzień Sądu Ostatecznego.

Stali pod latarnią, depcząc cienie.

— Dobrze się bawisz? — spytała.

— Bardzo dobrze. A ty?

— Robi się trochę zbyt… dziko.

— To zrozumiałe, nie sądzisz? Wyszliśmy wreszcie z naszych nor, Maju, w końcu jesteśmy na powierzchni! I jaka wspaniała jest ta powierzchnia! Tylko na Tharsis są tak rozległe widoki.

— Usytuowanie rzeczywiście jest doskonałe — przyznała.

— To będzie wspaniałe miasto — zawyrokował Frank. — Gdzie ostatnio mieszkasz?

— W Underhill, Frank, jak zawsze. Przecież o tym wiesz.

— Ale wcale tam nie bywasz, co? Nie widziałem cię pewnie od roku albo i dłużej.

— Aż tak długo? No cóż, byłam w Hellas. Pewnie słyszałeś?

— A kto niby miał mi powiedzieć?

Potrząsnęła głową; cekiny zamigotały błękitem.

— Frank, proszę. — Odwróciła się, jakby chciała uciec przed podtekstem tego pytania.

Chalmers obszedł ją gniewnie i stanął przed nią.

— Wtedy na Aresie — zaczął. W jego głosie dało się wyczuć napięcie; pokręcił szyją, by rozluźnić mięśnie karku. — Co się zdarzyło, Maju? Co się wtedy stało?

Wzruszyła ramionami, unikając jego spojrzenia. Długo się nie odzywała. Potem podniosła na niego oczy.

— Chwilowy impuls — wyjaśniła.

Właśnie wtedy wybiła północ i znaleźli się w marsjańskiej szczelinie czasowej, trwającej trzydzieści dziewięć i pół minuty luce między 12:00:00 a 12:00:01, kiedy wszystkie zegary zastygają w bezruchu. W ten sposób pierwsza setka postanowiła pogodzić nieco dłuższą marsjańską dobę z ziemską i ku ich własnemu zaskoczeniu to rozwiązanie okazało się dziwnie zadowalające. Co noc można było na chwilę zapomnieć o migających cyferkach, o bezlitosnym ruchu małej wskazówki…

Ale tej nocy, kiedy dzwony wybiły północ, całe miasto wprost oszalało. Prawie czterdzieści minut poza czasem! Celebracja osiągnęła szczyt, wszyscy wiedzieli o tym instynktownie. W górze rozbłysły sztuczne ognie, ludzie zaczęli wznosić okrzyki, a ponieważ zagłuszały ich syreny, owacje stawały się coraz głośniejsze. Frank i Maja obserwowali fajerwerki, wsłuchując się w narastający zgiełk.

I nagle coś zakłóciło tę radosną wrzawę: rozpaczliwe wrzaski, poważne wołanie o pomoc.

— Co się dzieje? — spytała z niepokojem Maja.

— Pewnie się biją — odparł Frank, ale nadstawił czujnie ucha. — Pewnie czyjś chwilowy impuls. — Wpatrzyła się w niego z napięciem, więc szybko dodał: — Może powinniśmy rzucić okiem.

Krzyki nasilały się gwałtownie. Najwyraźniej gdzieś stało się coś złego. Ruszyli przez park; ich kroki stawały się coraz dłuższe, aż zmieniły się w wielkie marsjańskie susy. Park wydał się teraz Frankowi jakby większy i na moment poczuł strach.

Główną aleję pokrywały śmiecie. Ludzie pędzili w ciemnościach jak stada drapieżników. Powietrze rozdzierał świdrujący w uszach ryk syreny, który sygnalizował, że w jakimś miejscu została przerwana powierzchnia. Wszędzie wokół słychać było trzask pękających szyb w oknach. Na trawniku leżał na wznak jakiś mężczyzna, a trawa wokół pokryta była ciemnymi smugami. Chalmers chwycił za ramię jedną z pochylających się nad mężczyzną kobiet.

— Co tu się, do cholery, stało? — krzyknął.

Płakała.

— Bili się! Oni się bili!

— Kto? Szwajcarzy? Arabowie?

— Nieznajomi — wyjaśniła. — Auslander. — Spojrzała na Franka niewidząco. — Sprowadźcie pomoc!

Frank wrócił do Mai, która rozmawiała z grupką osób otaczających drugą leżącą postać.

— Co tu się, u diabła, dzieje? — spytał, kiedy odchodzili w kierunku miejskiego szpitala.

— Jakieś zamieszki — wyjaśniła. — Nie znam powodów. — Jej usta wyglądały jak cienka kreska na twarzy równie białej jak maska ciągle zakrywająca j ej oczy.

Frank zdjął swoją maskę i odrzucił na bok. Cała ulica była pokryta warstwą potłuczonego szkła. Jakiś mężczyzna spieszył w ich stronę.

— Frank! Maja!

To był Sax Russell. Frank nigdy nie widział, by ten mały człowieczek był czymś tak poruszony.

— To John… To jego zaatakowano.

— Co?! — wykrzyknęli oboje jednocześnie.

— Próbował załagodzić jakiś spór i trzech czy czterech mężczyzn rzuciło się na niego. Powalili go, a potem gdzieś zabrali!

— I nie powstrzymaliście ich? — wrzasnęła Maja.

— Próbowaliśmy… Ścigaliśmy ich całą grupą, ale zgubiliśmy ich w medinie.

Maja spojrzała zimno na Franka.

— Coś takiego! — krzyknął. — Gdzie go mogli zabrać?

— Do bram — szepnęła.

— Ale przecież są zamykane na noc, prawda?

— Może nie dla wszystkich.

Ruszyli za nią do mediny. Wszystkie uliczne latarnie były potłuczone, przez cały czas mieli pod nogami szkło. Odszukali strażnika i poszli z nim do Bramy Tureckiej; strażnik otworzył ją i kilku mężczyzn z grupy wysforowało się naprzód, w pośpiechu nakładając walkery. Wyszli na zewnątrz w noc, aby się rozejrzeć, oświetleni jedynie przez bijącą od miasta łunę światła. Frank natychmiast odczuł przeraźliwy chłód nocnego Marsa: błyskawicznie zmartwiały mu kostki i niemal wyczuwał dokładny kształt swoich płuc, jak gdyby w klatkę piersiową włożono mu dwie lodowe kule, by schłodziły zbyt szybko bijące serce.

Nic nie znaleźli, więc wrócili do środka. Przeszli wzdłuż północnego muru, przekroczyli Bramę Syryjską i jeszcze raz wyszli na zewnątrz. Znowu nic, tylko świecące wysoko gwiazdy.

Minęło wiele czasu, zanim pomyśleli o farmie. Do tej pory już ze trzydzieści osób miało na sobie walkery, więc teraz szybko zbiegli w dół, przeszli przez śluzę i rozproszyli się wśród zagonów farmy.

Znaleźli go przy rzodkiewkach. Na twarz miał naciągniętą kurtkę w charakterystyczny, często stosowany w nagłych wypadkach sposób, który na krótki okres mógł zapewnić bezpieczne oddychanie; prawdopodobnie zrobił to odruchowo tuż przed utratą przytomności, ponieważ kiedy ostrożnie przewrócili go na bok, zobaczyli, że z tyłu głowy ma potężnego guza.

— Zabierzcie go do środka — nakazała Maja; jej głos brzmiał jak krakanie. — Szybko, wnieście go do środka!

Podnieśli Johna we czworo. Chalmers podtrzymywał mu głowę i jego palce zetknęły się na moment z palcami Mai. Pospiesznie ruszyli z powrotem. Potykając się przeszli przez bramę farmy, po czym podążyli w stronę centrum. Jeden ze Szwajcarów poprowadził ich do najbliższego punktu pomocy medycznej, już zatłoczonego pogrążonymi w smutku ludźmi. Ułożyli Johna na pustej ławce. Jego twarz była ściągnięta od mrozu i zdeterminowana. Frank gwałtownie ściągnął z głowy hełm i ruszył po pomoc. Wbiegał do kolejnych sal, pokrzykując na lekarzy i pielęgniarki. Zapracowani, nie zwracali na niego uwagi, aż w końcu jedna z lekarek mruknęła:

— Niech pan się zamknie. Już idę. — Wyszła na korytarz i z pomocą pielęgniarki wsunęła Johna pod aparaturę kontrolną. Potem badała go z roztargnionym, nieobecnym spojrzeniem, jakie miewają lekarze podczas pracy: ręce przy szyi i twarzy, potem przy głowie i piersi, stetoskop…

Maja wyjaśniła to, co wiedzieli. Lekarka zdjęła ze ściany aparat tlenowy, obserwując czujnie urządzenie kontrolne. Jej usta zacisnęły się w grymasie niezadowolenia. Maja usiadła na brzegu ławki; maska dawno już zniknęła z jej twarzy, a zamiast niej widniała rozpacz.

Frank przykucnął obok niej.

— Możemy nadal poddawać go reanimacji — odezwała się lekarka — ale obawiam się, że jest już za późno. Zbyt długo był pozbawiony tlenu, sami rozumiecie…

— Proszę jeszcze próbować — powiedziała Maja.

Oczywiście, że próbowali. W końcu pojawiło się kilku pielęgniarzy, którzy zawieźli Johna do sali reanimacyjnej. Frank, Maja, Sax, Samantha i kilkoro tutejszych siedzieli w napięciu na korytarzu. Lekarze przychodzili i odchodzili; mieli to samo puste spojrzenie, jakie przybierają w obliczu śmierci. Ochronna maska. Wreszcie jeden z lekarzy wyszedł i potrząsnął głową.

— Nie żyje. Zbyt długo przebywał na zewnątrz.

Frank oparł głowę o ścianę.

Kiedy Reinhold Messner wrócił z pierwszej samotnej wspinaczki na Everest, był poważnie odwodniony i skrajnie wyczerpany. W trakcie schodzenia spadł z dużej wysokości, runął na lodowiec Rongbuk i przez długi czas czołgał się na łokciach i kolanach, a kiedy kobieta, która stanowiła jego jedyne wsparcie, do niego dotarła, podniósł oczy, spojrzał na nią nagle zupełnie przytomnie i spytał: “Gdzie są wszyscy moi przyjaciele?”

Panowała zupełna cisza. Nie słychać było żadnego dźwięku poza niskim brzęczeniem i szumem, przed którym na Marsie nie można się było nigdzie schronić.

Maja położyła rękę na ramieniu Franka, a on odruchowo niemal się uchylił. Gardło ściskał mu straszliwy skurcz; mówienie sprawiało mu prawdziwy ból.

— Przykro mi — zdołał tylko wyszeptać.

Wzruszyła ramionami, marszcząc brwi. Sprawiała teraz wrażenie równie obojętnej, jak nawykłe do widoku śmierci pielęgniarki.

— Cóż — wycedziła — i tak nigdy go naprawdę nie lubiłeś.

— To prawda — odparł, błyskawicznie decydując, że w tym momencie najlepsza będzie szczerość. Po chwili jednak wzdrygnął się i zapytał cierpko: — Skąd możesz wiedzieć, co lubię, a czego nie?

Strząsnął jej dłoń ze swego ramienia i wstał z wysiłkiem. Nie mogła tego wiedzieć, nikt z nich nie mógł tego wiedzieć. Frank ruszył powoli do sali reanimacyjnej, ale zmienił zamiar. Będzie na to czas na pogrzebie. Poczuł w sobie pustkę. Nagle wydało mu się, że razem z Johnem odeszło na zawsze wszystko, co dobre.

Wyszedł z centrum medycznego. Pomyślał, że w takiej chwili trudno nie być sentymentalnym. W dziwnie kojącym mroku miasta podążył ku kainowej krainie Nod. Ulice połyskiwały, jakby na chodnik spadły gwiazdy. Ludzie stali w grupkach, milczący, oszołomieni nowiną. Frank Chalmers przeszedł między nimi, czując na sobie ich spojrzenia; bezwiednie skierował się ku trybunie na szczycie miasta, a kiedy tak szedł, powtarzał sobie w myślach: “Teraz zobaczymy, co potrafię zrobić z tą planetą”.

CZĘŚĆ 2 — Podróż

Ponieważ i tak w końcu zaczną wariować, dlaczego po prostu nie wyślemy przede wszystkim szaleńców, aby mieć problem z głowy? — spytał Michel Duval.

Nie był to właściwie żart: Michel od początku uważał kryteria selekcji, stanowiące połączenie dwojakich, z pozoru przeciwstawnych wymagań, za chybione i całkowicie niepotrzebne.

Jego koledzy psychiatrzy popatrzyli na niego.

— Chce pan zaproponować jakieś szczególne zmiany? — spytał przewodniczący, Charles York.

— Zastanawiam się, czy wszyscy nie powinniśmy udać się z nimi na Antarktydę, by obserwować ich zachowanie w pierwszym okresie wspólnego pobytu. Mogłoby nas to wiele nauczyć.

— Może, ale nasza obecność hamowałaby ich. Sądzę, że musi wystarczyć jeden z nas.

Tak więc wysłali Michela Duvala. Przyłączył się do stu pięćdziesięciu kilku osób zakwalifikowanych do ostatecznego sprawdzianu. Mieszkali na antarktycznej Stacji McMurdo. Wstępne spotkanie przypominało międzynarodowe konferencje naukowe, na których bywali wcześniej wszyscy finaliści, z racji najrozmaitszych dziedzin wiedzy. Istniała jednak poważna różnica: tu kontynuowano proces selekcji, który trwał już parę lat i miał potrwać jeszcze rok. Wybrani mieli polecieć na Marsa.

Na Antarktydzie żyli razem z górą rok. Zaznajamiali się z konstrukcją budowli i sprzętem, który wylądował już na Marsie w automatycznych ładownikach, oswajali z krajobrazem, niemal tak samo mroźnym i surowym jak ten na Czerwonej Planecie, a przede wszystkim poznawali się nawzajem. Mieszkali w sieci kesonów usytuowanych w Dolinie Wrighta, największej spośród Suchych Dolin Antarktyki. Założyli tu biosferyczną farmę, a potem zainstalowali się w kesonach na całą mroczną antarktyczną zimę, ucząc się dodatkowych zawodów, które były dla nich drugimi i trzecimi profesjami, albo brali udział w symulacjach różnych zadań, które będą musieli wykonywać na statku kosmicznym Ares lub jeszcze później na samym Marsie. Przez cały ten czas towarzyszyła im świadomość, że są obserwowani, oceniani i kwalifikowani.

Nie wszyscy byli astronautami czy kosmonautami; właściwie specjaliści od międzyplanetarnych podróży stanowili mniejszość — było ich zaledwie około tuzina, chociaż poza bazą na Antarktydzie pozostała jeszcze znacznie większa grupa osób, które domagały się głośno, by włączono je w skład ekspedycji. Większość przyszłych kolonistów specjalizowała się w dziedzinach, które miały się okazać niezbędne po wylądowaniu: w medycynie, programowaniu komputerów, robotyce, projektowaniu zamkniętych systemów i struktury biosfery, architekturze, geologii, inżynierii genetycznej, biologii, a także wszelkiego rodzaju innych specjalnościach technicznych i budowlanych. Bez wątpienia zespół, który przebywał na Antarktydzie stanowił imponującą grupę ekspertów najważniejszych działów nauki i profesji, a poza tym każdy w czasie pobytu tutaj szkolił się w dziedzinach dotąd mu obcych, tak by prócz swej podstawowej specjalności stać się również fachowcem w co najmniej dwóch innych.

Cały czas działali ze świadomością, że są oceniani, obserwowani, osądzani. Nie da się ukryć, że była to procedura stresująca, ale stres był częścią testu. Michel Duval przeczuwał, że to błąd, ponieważ przyszli koloniści zaczęli się stawać małomówni i podejrzliwi, a to uniemożliwiało stworzenie zgranej grupy, do czego komitet selekcyjny rzekomo dążył. Była to jedna z owych sprzeczności, sami kandydaci nie chcieli się wypowiadać na ten temat i nie winił ich za to. Nie było lepszej strategii, ale ta powodowała milkliwość. Nie mogli sobie pozwolić na to, by kogoś obrazić, ale i nie skarżyli się za bardzo. Nie mogli ryzykować, oddalając się od siebie, nie mogli robić sobie wrogów.

Sprzeczne wymagania. Starali się być na tyle genialni i wspaniali, aby wyróżniać się z grupy, ale wystarczająco przeciętni, by móc ze sobą współpracować. Byli wystarczająco dojrzali, żeby posiadać głęboką wiedze i doświadczenie, ale dostatecznie młodzi, by znieść fizyczne trudy czekającego ich zadania. Dość ambitni, by ze sobą konkurować, lecz na tyle spokojnego charakteru, by umieć współżyć z resztą grupy. I, rzecz jasna, na tyle szaleni, aby pragnąć na zawsze opuścić Ziemię, a jednocześnie na tyle opanowani i trzeźwo myślący, by zataić tkwiące u podstaw tego pragnienia oczywiste szaleństwo i w gruncie rzeczy bronić go jako całkowicie racjonalną motywację, wieczną i niezmierzoną pasję poznawczą człowieka i coś w tym rodzaju… Ponieważ to właśnie wydawało im się najbardziej preferowaną przez komisję motywacją, wszyscy naturalnie utrzymywali, że są najbardziej spragnionymi poznania uczonymi w historii ludzkości! Ale to jeszcze nie wszystko. Musieli bowiem być również do pewnego stopnia samotnikami, by znieść rozłąkę ze wszystkimi, których znali przez całe swoje życie, równocześnie jednak musieli być tak otwarci i towarzyscy, by bezkonfliktowo współpracować z nowymi znajomymi w Dolinie Wrighta, z każdym członkiem tej maleńkiej osady, która miała się wkrótce stać kolonią. Och, te sprzeczne wymagania można było mnożyć wręcz w nieskończoność! Krótko mówiąc, mieli być jednocześnie zupełnie zwykli i absolutnie nadzwyczajni. Kryterium to z pozoru wydawało się niemożliwe do spełnienia, a jako że stanowiło główną przeszkodę na drodze do realizacji ich życiowego marzenia, stało się dla nich źródłem nieustającego stresu, lęku, niepokoju, wściekłości. Każdy sam musiał znaleźć sposób na rozładowanie tego ciągłego napięcia psychicznego…

Jednakże również to było częścią testu. Michel nic nie mógł na to poradzić, ale przez cały czas obserwował ich z wielkim zainteresowaniem. Niektórym się nie powiodło, zawiedli w tej czy innej sprawie. Pewien amerykański termoinżynier z dnia na dzień coraz bardziej zamykał się w sobie, aż wreszcie kiedyś dostał ataku szału, zniszczył kilka marsjańskich roverów i trzeba go było obezwładnić i usunąć z grupy. Z kolei dwoje Rosjan zostało kochankami, a wkrótce potem pokłócili się publicznie i tak się znienawidzili, że nie mogli na siebie patrzeć, ich również trzeba było odesłać z obozu. Ten melodramat uświadomił zresztą wszystkim skalę konfliktów, jakie mogą wywoływać miłostki, i sprawił, że reszta grupy stała się odtąd niezwykle ostrożna w okazywaniu uczuć. Wprawdzie nadal zdarzały się romanse i gdy opuszczali Antarktydę, były już wśród nich trzy małżeństwa (ta szczęśliwa szóstka mogła się uważać w pewnym sensie za “bezpiecznych”), ale większość testowanych tak bardzo chciała się znaleźć w składzie marsjańskiej ekspedycji, że niemal całkowicie stłumiła w sobie wszelkie intymne potrzeby. Jeśli już decydowano się zawrzeć jakąś “dyskretną przyjaźń”, zwykle kochankowie ukrywali się przed wszystkimi, a zwłaszcza przed wzrokiem członków komitetu selekcyjnego.

Michel jednak wiedział, że ogląda tylko wierzchołek góry lodowej. Podejrzewał, że przyszłych kolonistów łączy znacznie więcej rozmaitych relacji emocjonalnych, niż mogłoby się wydawać, tyle że są one starannie ukrywane. Romanse mają swoje początki. A przecież czasem już pierwsze spotkanie przesądza o rodzaju więzi, która będzie łączyć ludzi w przyszłości. Podczas krótkiego dnia ktoś mógł na przykład opuścić obóz i po prostu powędrować na spacer. Po jakimś czasie jego śladem podążała druga osoba, a to, co się zdarzało podczas takiego sekretnego spotkania, mogło wywrzeć trwały wpływ na ich przyszłe wzajemne stosunki. Ile takich spotkań miało miejsce, Michel nigdy się nie dowiedział.

Wreszcie opuścili Antarktydę i wybrano właściwy zespół. Pięćdziesięciu mężczyzn i pięćdziesiąt kobiet: trzydziestu pięciu Amerykanów, tyle samo Rosjan i trzydziestu przedstawicieli państw sprzymierzonych, po piętnaście osób zaproszonych przez każdego z wielkich partnerów. Utrzymanie tak idealnej symetrii było dość trudne, ale komitet selekcyjny jakoś sobie z tym poradził.

Wybrańcy rozjechali się na Przylądek Canaveral albo na Bajkonur, skąd mieli wyruszyć na orbitę ziemską. Do tego czasu poznali się już bardzo dobrze, a jednocześnie nie znali się wcale. Stanowią zespół, myślał Michel, z ustalonymi przyjaźniami i pewną liczbą grupowych ceremonii, rytuałów, nawyków i skłonności, a wśród tych skłonności znalazł się niestety również narzucony im na Antarktydzie instynkt ciągłego skrywania uczuć, grania ról i nieustannego tłumienia swej osobowości. Chociaż może taka właśnie jest najprostsza definicja życia osadniczego, życia społecznego? Jednak to Michel uznał za jeszcze gorszą możliwość. Nigdy przedtem nikt nie musiał się tak zawzięcie starać, aby przyłączyć się do jakiejś społeczności i pewnie z tego powodu w grupie doszło do radykalnego rozłamu między życiem prywatnym a publicznym, rozłamu, który był nowy i dziwny. Niemal u wszystkich zauważał nienaturalne dążenie do współzawodnictwa, jakby każdy przyswoił sobie — mniej lub bardziej świadomie — przekonanie, że jest absolutnie samotny, a wszelkie kłopoty narażają go w każdej chwili na odrzucenie przez pozostałych i wykluczenie z grupy.

W ten sposób komitet selekcyjny niejako niechcący stworzył pewne istotne problemy, których bezwzględnie pragnął uniknąć. Kilku członków komitetu domyślało się takiego stanu rzeczy i dlatego postanowiono włączyć do grupy kolonistów psychiatrę, i to najbardziej kompetentnego z możliwych.

Tak więc wysłali Michela Duvala.

W pierwszej chwili poczuli jakby gwałtowne uderzenie w klatkę piersiową, a potem wgniotło ich w fotele i na sekundę pojawił się głęboko znajomy ucisk: l g, ziemskie ciążenie, którego już nigdy więcej nie doświadczą. Ares przez jakiś czas krążył wokół Ziemi z prędkością dwudziestu ośmiu tysięcy kilometrów na godzinę, po czym parę minut przyspieszał. Ciąg potężnych silników był tak potężny, że wszystko wokół zamazało się w nieokreśloną plamę, jakby spłaszczyły im się rogówki, i nagle zaczęli mieć kłopoty z oddychaniem. Przy czterdziestu tysiącach kilometrów odpalanie się skończyło i uwolnili się od ziemskiego przyciągania. Teraz pozostawali już tylko na orbicie Słońca.

Koloniści siedzieli zesztywniali w fotelach delta V, mrugając nerwowo oczami; twarze mieli nabrzmiałe i poczerwieniałe, a serca biły im szaleńczo. Maja Jekatierina Tojtowna, oficjalny przywódca ekipy rosyjskiej, rozejrzała się uważnie wokół siebie. Wszyscy wyglądali na mocno oszołomionych. Co czuli teraz, kiedy nareszcie spełniało się ich marzenie? Naprawdę trudno powiedzieć. W pewnym sensie ich dotychczasowe życie się kończyło, ale równocześnie przecież zaczęło się nowe, inne życie, w końcu wreszcie się zaczęło. Rozsadzało ich tak wiele rozmaitych uczuć, że wciąż jeszcze nie mogli otrząsnąć się z oszołomienia; typowa reakcja złożona — niektóre uczucia zniknęły, inne stały się mocniejsze. Odpinając pasy Maja uświadomiła sobie, że jej twarz rozjaśnia szeroki uśmiech, i wokół siebie zobaczyła takie same mimowolne uśmiechy — na twarzach wszystkich z wyjątkiem Saxa Russella, który jak zawsze był beznamiętny niczym sowa i mrużąc oczy, jakby nic wyjątkowego się nie zdarzyło, najspokojniej przeglądał odczyty na ekranach komputerów.

Dryfowali w nieważkości. Był 21 grudnia 2026 roku. Poruszali się szybciej niż ktokolwiek przedtem. Przed nimi znajdował się cel. Dzień ten stanowił początek dziewięciomiesięcznej podróży, a w zasadzie podróży, która miała trwać przez resztę ich życia. Od tego momentu zdani byli wyłącznie na siebie.

Piloci Aresa zlustrowali pospiesznie ekrany komputerów i zaczęli wystukiwać komendy odpalania bocznych rakiet kontrolnych. Ares zaczął wirować, stabilizując się na czterech obrotach na minutę. Koloniści opadli na podłogę i znaleźli się w sztucznie wytworzonej grawitacji rzędu 0,38 g, bardzo bliskiej tej, jaka czekała ich na Marsie. Wieloletnie, prowadzone na ludziach testy wykazały, że życie w takim ciążeniu nie jest specjalnie szkodliwe dla zdrowia, a w każdym razie o wiele zdrowsze niż normalny w trakcie międzyplanetarnych podróży stan nieważkości. Poza tym, pomyślała Maja, w tej jednej trzeciej ziemskiej grawitacji człowiek czuje się naprawdę wspaniale. Przyciąganie było wystarczająco duże, aby stosunkowo łatwo utrzymać koordynację ruchów, a nie istniało niemal żadne wrażenie ciężkości, nie czuło się w ogóle oporu. W każdym razie zdawało się to idealnie odpowiadać ich aktualnym nastrojom: zmierzając korytarzami do dużej jadalni w Torusie D, zataczali się radośnie, beztroscy i niezwykle ożywieni, na każdym kroku manifestując rozpierającą ich energię.

W sali jadalnej Torusa D zorganizowali coś w rodzaju coctail party, świętując odlot. Maja krążyła między zebranymi, popijając z kubka szampana; czuła się trochę nierealnie, ale i ją przepełniało niezwykłe szczęście. Ta mieszanina nastrojów przypomniała jej własne przyjęcie weselne sprzed wielu lat. Miejmy nadzieję, pomyślała, że ten związek będzie lepszy od tamtego, ponieważ w tym będziemy musieli pozostać już na zawsze. Jadalnia aż huczała od rozmów.

— To jest symetria nie tyle socjologiczna, ile matematyczna. Rodzaj równowagi estetycznej.

— Chcielibyśmy otrzymać wynik do miliardowych po przecinku, ale to nie będzie łatwe.

Maja podziękowała za dolewkę szampana, uważając, że już wystarczająco kręci jej się w głowie. Poza tym była przecież w pracy. Pełniła funkcję współprzywódcy tej małej społeczności, a więc przede wszystkim musiała zadbać ojej sprawne współdziałanie i rozwój, a to z pewnością z dnia na dzień będzie coraz trudniejsze. Nawet w tej radosnej chwili wychodziły na jaw rozmaite antarktyczne przyzwyczajenia. Zaczęła się uważniej przysłuchiwać rozmowom i zmierzyła otaczający ją tłumek badawczym wzrokiem typowym dla antropologa albo szpiega.

— Psychologowie mają swoje sposoby. Skończymy jako pięćdziesiąt szczęśliwych par.

— Tak, i na pewno niektórym z nas wyznaczyli rolę swatów.

Obserwowała ich, gdy się śmiali. Byli błyskotliwi, doskonale wykształceni, tryskali zdrowiem — właściwie stanowili z pozoru idealną realizację wizji całkowicie racjonalnego, umiejętnie wyselekcjonowanego społeczeństwa, które było utopijnym marzeniem okresu Oświecenia. A wśród nich znajdował się Arkady, a także Nadia, Wład, Iwana. Znała ekipę rosyjską zbyt dobrze, aby mieć jakiekolwiek złudzenia w tym względzie. W gruncie rzeczy bardziej chyba przypominali mieszkańców politechnicznego kampusu, młodzież bez reszty pogrążoną w obmyślaniu dziwacznych kawałów i zaaferowaną romansami. Tyle tylko, że wyglądali trochę za staro: większość mężczyzn łysiała, a wiele osób, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, zaczynało siwieć. Tak, tak, aby się tu dostać, trzeba było przejść długą drogę; średnia wieku wynosiła czterdzieści sześć lat: najmłodsze z nich miało trzydzieści trzy (Hiroko Ai, japońska “cudotwórczym” w projektowaniu biosfery), najstarsze — pięćdziesiąt osiem (Wład Taniejew, laureat nagrody Nobla w dziedzinie medycyny).

Teraz jednak wszystkie bez wyjątku twarze promieniały młodością. Arkady Bogdanów był typem niemal idealnego rudzielca: włosy, broda, cera; na tle tej płomiennej rudości niepokojąco odbijały oczy koloru indy go. Przewracał nimi dziko i szczęśliwy wykrzykiwał:

— Nareszcie wolni! Wreszcie swobodni! Wszystkie nasze dzieci są nareszcie wolne!

Kamery wideo wyłączono natychmiast, gdy tylko Janet Blyleven skończyła nagrywać serię wywiadów dla ziemskich stacji telewizyjnych, toteż teraz w jadalni nie mieli łączności z ojczystą planetą. Arkady śpiewał, a skupione wokół niego towarzystwo popijając zachęcało go do coraz to innych pieśni. Maja nie przyłączyła się do nich. Rzeczywiście nareszcie są wolni! Wprost trudno uwierzyć, że naprawdę lecą na Marsa! Koloniści podzielili się na małe grupki i rozprawiali z ożywieniem. Wielu z tej setki należało do światowej czołówki w swoich specjalnościach: Iwana była współlaureatką nagrody Nobla w dziedzinie chemii, Wład jednym z najsłynniejszych specjalistów biomedycyny, Saxa zaliczano do panteonu wielkich twórców teorii subatomowej, natomiast Hiroko była niezrównana w projektowaniu systemów wspomagania życia w obiegach biologicznie zamkniętych… i tak dalej. Prawdziwa elita!

A Maja była jednym z ich dowódców. Nadal ją to nieco szokowało; jej dokonania jako inżyniera i kosmonauty były dość skromne, więc przypuszczalnie na pokładzie tego statku znalazła się głównie dzięki swoim talentom dyplomatycznym. Została wybrana, aby kierować podzieloną, krnąbrną ekipą rosyjską i grupą przedstawicieli państw zaprzyjaźnionych. Chociaż, może jednak ten wybór nie był wcale przypadkowy? Praca była interesująca i Maja znakomicie się na niej znała, a jej talenty mogły równie dobrze okazać się najważniejsze na pokładzie. Musieli przecież ze sobą współpracować i potrzebowali do tego sprawnego przywódcy, a tu niezbędna była pewna przebiegłość, spryt i zapał. Zapał ludzi, którzy mają wykonywać jej polecenia! Popatrzyła na rozpromienione twarze i roześmiała się. Wszyscy na statku to specjaliści najwyższej klasy, ale niektórzy byli naprawdę genialni. Musiała rozpoznać takie osoby, zdobyć ich przychylność i wykorzystać ich autorytet. Pomyślała, że od tego będzie zależała jej skuteczność jako dowódcy, ponieważ w końcu zapewne staną się czymś w rodzaju luźnej naukowej merytokracji. A w takiej społeczności nadzwyczajnie uzdolnione jednostki w naturalny niejako sposób stają się prawdziwymi potęgami i w krytycznej chwili one właśnie mogą stać się rzeczywistymi przywódcami kolonii, oni albo ci, którzy uzyskają na nich wpływ.

Rozejrzała się dokoła i odnalazła wzrokiem swój amerykański odpowiednik, Franka Chalmersa. Na Antarktydzie nie poznała go zbyt dobrze. Był wysoki, barczysty, o śniadej karnacji, dość rozmowny i nieprawdopodobnie energiczny, ale trudno go było rozgryźć. Uznała, że jest pociągający. Ale czy myślał takimi samymi kategoriami jak ona? Tego nigdy nie wiedziała. Frank rozmawiał teraz z kilkoma osobami w drugim końcu sali, słuchając swoich rozmówców z typowym dla siebie skupionym, nieodgadnionym wyrazem twarzy, z głową przechyloną na bok, gotów w każdej chwili wyskoczyć z dowcipną ripostą. Będzie musiała lepiej go poznać. Co więcej, będzie musiała podjąć z nim współpracę.

Przeszła przez salę i stanęła u jego boku tak, że ich ramiona niemal się stykały. Skłoniła ku niemu głowę, po czym szybkim kiwnięciem pozdrowiła pozostałych i powiedziała:

— Szykuje nam się niezła zabawa, nie uważacie?

Chalmers spojrzał na nią uważnie i wolno odparł:

— Jeśli wszystko pójdzie dobrze.

Po przyjęciu i kolacji Maja długo nie mogła zasnąć, więc wyszła na spacer po Aresie. Wszyscy uczestnicy wyprawy spędzili już przedtem trochę czasu w przestrzeni kosmicznej, ale nigdy nie latali statkiem tak ogromnym jak Ares. Na dziobie statku znajdowało się coś w rodzaju nadbudówki, pomieszczenie podobne do marynarskiej dziobówki, które obracało się w przeciwnym kierunku niż cały statek, zachowywało więc idealną stabilność. Umieszczono tam aparaturę do obserwacji Słońca, anteny radiowe i resztę sprzętu, któremu do sprawnego funkcjonowania potrzebny był bezruch; na samym końcu tego pomieszczenia zamontowano owalną komorę z przezroczystego plastyku, potocznie nazywaną “baniaczkiem”, w której załoga mogła doświadczać stanu nieważkości i sycić oczy nieruchomym widokiem gwiazd oraz obserwować część swego wielkiego statku.

Maja przesunęła się obok szklanej ściany baniaczka, z ciekawością spoglądając do tyłu na skomplikowany kadłub Aresa. Swój kształt zawdzięczał między innymi wykorzystaniu pustych zewnętrznych zbiorników paliwa dla wahadłowców. Mniej więcej na przełomie wieków NASA i Gławkosmos zaczęły dołączać do tych zbiorników małe pomocnicze silniki rakietowe i wyrzucać je na orbitę. Wysłano ich w ten sposób dziesiątki, a potem zaholowano do orbitalnych “warsztatów” i wykorzystano: zbudowano z nich dwie wielkie stacje kosmiczne, stację L5, księżycową stację orbitalną, pierwszy pojazd załogowy i wiele bezzałogowych transportowców wysyłanych na Marsa. Tak więc do czasu, gdy obie organizacje postanowiły wspólnie zbudować Aresa, wykorzystywanie tych zbiorników stało się już czymś najzupełniej normalnym: dostarczały one standardowych systemów spoilerów, gotowych ładowni, układów napędowych i wiele innych części. Dzięki temu budowa tak wielkiego statku zajęła tylko niecałe dwa lata.

Tyle że z tego powodu Ares wyglądał jak złożona z walcowatych klocków dziecięca zabawka z przyczepionymi do jednego końca dyszami potężnych silników, co razem tworzyło dziwaczny i skomplikowany kształt.

Część użytkową stanowiło osiem sześciokątów zbudowanych z cylindrycznych zbiorników paliwowych. Nazywali je torusami; były ustawione w rzędzie i osadzone na centralnym członie statku, składającym się z pięciu szeregowo połączonych ze sobą cylindrów. Połączenie torusów z centralnym trzonem (określali go mianem piasty) zapewniała sieć nieco cieńszych cylindrów przypominających szprychy, a powstała w ten sposób konstrukcja wyglądała trochę jak część jakiejś maszyny rolniczej, na przykład ramię kombajnu zbożowego, obrotowy zraszacz trawnika albo jak osiem obwarzanków nadzianych na batonik. Ot, dziecięca zabawka, tyle że powiększona do gigantycznych rozmiarów.

Osiem torusów wykonano z amerykańskich zbiorników, a sieć pięciu połączonych rosyjskich zbiorników tworzyło człon centralny. Oba typy miały te same wymiary: około pięćdziesięciu metrów długości i dziesięciu średnicy.

Maja od dłuższego już czasu unosiła się bez celu wzdłuż piasty. Zajmowało to sporo czasu, ale jej się nie spieszyło. Dotarła do Torusa G, który składał się z pomieszczeń o najrozmaitszych kształtach i rozmiarach, aż po największe, zajmujące kilka zbiorników. Podłoga jednego z pomieszczeń znajdowała się poniżej kolanowego połączenia cylindrów, a jego wnętrze przypominało przepastny tunel. Większość zbiorników jednak była podzielona na dziesiątki małych pokoików. Maja usłyszała od kogoś, że razem wziąwszy jest ich na statku ponad pięćset, co miało kolonistom ułatwiać adaptację przez skojarzenie, choćby nawet dalekie, z wnętrzem wielkiego miejskiego hotelu.

Tylko czy ta namiastka wystarczy?

Prawdopodobnie tak. Po doświadczeniu Antarktydy, życie na Aresie wydawało się niezwykle intensywne, pełne różnych niespodzianek i codziennych radości. Około szóstej każdego ranka w torusach mieszkalnych mrok rozświetlał się powoli do szarego świtu, a około wpół do siódmej pojawiała się nagła jasność nazywana “wschodem Słońca”. Na ten znak Maja budziła się, tak jak przez całe swoje dotychczasowe życie. Szła do łazienki, potem do kuchni Torusa D, gdzie podgrzewała sobie posiłek i zanosiła go do dużej jadalni. Siadała zawsze przy stoliku otoczonym karłowatymi lipami. Kolibry, zięby, tanagry, wróble i pstre papużki kręciły się pod nogami i fruwały nad głową, oblatując pnącza winorośli, które zwisały z długiego wypukłego sufitu korytarza, pomalowanego na kolor szaroniebieski, przypominający zimowe niebo Sankt-Petersburga. Maja jadła powoli, obserwowała ptaki, odprężała się i przysłuchiwała toczącym się wokół rozmowom. Spokojne śniadanie! Po całym życiu spędzonym na nieustannej harówce, zjadany bez pośpiechu posiłek wydawał jej się początkowo czymś niepokojącym, jak luksus, na który w żaden sposób nie zasłużyła. To jest tak, jakby codziennie była niedziela, zauważyła Nadia. Ale niedzielne poranki Mai nigdy nie były szczególnie przyjemne. W dzieciństwie był to czas przeznaczony na sprzątanie jednopokojowego mieszkania, które dzieliła z matką. Matka Mai była lekarzem i jak większość kobiet swojego pokolenia musiała niezwykle ciężko pracować, aby zarobić na życie: jedzenie, wychowanie dziecka, utrzymanie mieszkania, a przy tym jeszcze dbanie o własną karierę zawodową. Zbyt wiele jak na jedną osobę. Nie wytrzymała psychicznie tego obciążenia i wkrótce dołączyła do grupy zdesperowanych kobiet, gniewnie żądających od państwa sowieckiego zmiany istniejącego porządku, w którym płacono im pensje dwukrotnie mniejsze niż mężczyznom pracującym na tych samych stanowiskach, i do tego jeszcze bynajmniej nie ułatwiano wychowania dzieci. Kobiety miały już dość czekania, dość cierpienia w milczeniu. Postanowiły siłą zdobyć dla siebie minimum praw w tym świecie wiecznego braku stabilizacji. “Wszystko jest na stole! — wykrzykiwała z kuchni matka Mai, gotując skromniutkie obiadki. — Wszystko, z wyjątkiem jedzenia!”

Jednak, choć w owych mrocznych dniach epoki sowieckiej kobiety nie wywalczyły dla siebie żadnych przywilejów, wyniosły z nich coś może znacznie istotniejszego: nauczyły się pomagać sobie nawzajem, tworząc niemal zupełnie samowystarczalny świat matek, sióstr, córek, babć, przyjaciółek, koleżanek, a nawet zupełnie obcych przedstawicielek słabszej płci. Kiedy upadł komunizm i zaczęły się demokratyczne przemiany, świat ten połączył swe siły i zaczął wywierać coraz większy nacisk na struktury rosyjskiej władzy, na tę utrwaloną od lat skorupę męskiej oligarchii.

Jedną z najbardziej atakowanych dziedzin był program badań kosmicznych. Matka Mai, dość luźno z nim związana, twierdziła zawsze, że koniec końców rosyjska kosmonautyka musi zostać otwarta dla kobiet, choćby tylko po to, by zapewnić sobie kobiece dane w medycznych eksperymentach. “Nie mogą przecież bez końca straszyć nas Walentiną Tierieszkową!” — krzyczała matka. I najwyraźniej miała rację, ponieważ po ukończeniu astroinżynierii na moskiewskim uniwersytecie Maja została przyjęta do ośrodka badań kosmicznych na Bajkonurze, gdzie w krótkim czasie zabłysła nowatorskimi pomysłami, więc skierowano ją na Nowyj Mir. Tam, w górze, najpierw zaprojektowała całkiem nowe, znacznie bardziej ergonomiczne wyposażenie stacji, a następnie spędziła rok jako jej dowódca; dwie świetnie wykonane naprawy nagłych awarii utrwaliły jej dobrą reputację. Niemal natychmiast znalazła się w kierownictwie Bajkonuru, a wkrótce potem otrzymała przydział do Moskwy i po pewnym czasie dostała się do czegoś w rodzaju odpowiednika dawnego politbiura Gławkosmosu. Tam zajmowała się głównie delikatnym podjudzaniem mężczyzn przeciwko sobie, najpierw wychodząc za mąż, a potem się rozwodząc, aż wreszcie stała się międzynarodowym przedstawicielem Gławkosmosu i znalazła się w gronie nieustannie intrygującego przeciw sobie triumwiratu, który sprawował prawdziwą władzę. A teraz była tutaj, bez pośpiechu jedząc śniadanie.

— Jakież to cywilizowane — mruknęła szyderczo Nadia. Była najlepszą przyjaciółką Mai na Aresie; niska, okrąglutka jak kamyk kobietka o kwadratowej twarzy okolonej krótko przystrzyżonymi włosami w kolorze soli z pieprzem. Tak przeciętna, jak tylko to możliwe. Maja doskonale wiedziała, że jej własna uroda okazywała się często decydującym atutem w wielu życiowych sytuacjach, tym bardziej więc kochała tę zwyczajność Nadii, cechę, która w niezwykły sposób podkreślała fachowość przyjaciółki. Nadia była inżynierem, ekspertem od budownictwa w skrajnie mroźnym klimacie, ale potrafiła się przystosować do każdych warunków. Poznały się jeszcze na Bajkonurze, dwadzieścia lat temu, a potem przez wiele miesięcy mieszkały razem na stacji Nowyj Mir. Różniły się od siebie pod każdym względem, toczyły zażarte spory niemal na każdy temat, ale były sobie bardzo bliskie. Przez te wszystkie wspólnie spędzone lata stały się dla siebie jak siostry.

Nadia rozejrzała się dokoła i dodała:

— Przydzielenie Rosjanom i Amerykanom kwater w odrębnych torusach to okropny pomysł. Pracujemy wprawdzie razem z nimi w ciągu dnia, ale przecież najwięcej czasu spędzamy właśnie tutaj, gapiąc się ciągle na te same, od dawna znane twarze. To tylko pogłębia dzielące nas różnice.

— Masz rację, myślę, że powinniśmy zaproponować wymianę połowy ekip.

Arkady, który siedział przy sąsiednim stoliku i łapczywie pożerał mleczną bułkę, nagle wychylił się w ich kierunku.

— To nie wystarczy — wtrącił, jakby od samego początku brał udział w rozmowie. Jego ryżawa bródka, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej zaniedbana, była cała obsypana okruszkami. — Powinniśmy ogłosić, że każda niedziela to dzień przeprowadzki i pozwolić wszystkim bez wyjątku przenosić się, gdzie tylko zapragną. Dzięki temu poznalibyśmy się znacznie lepiej i wreszcie skończyłyby się te śmieszne podziały na zamknięte kliki. No a poza tym nie musiałbym już więcej słyszeć bzdurnych zachwytów na temat posiadania na stałe własnego pokoju.

— Ale mnie się podoba, że mam swój pokój — zaoponowała Nadia.

Arkady pochłaniał już kolejną bułkę i żując ją z wyraźną przyjemnością, wyszczerzył do Nadii zęby w głupawym uśmiechu. Trudno powiedzieć, jakim cudem przebrnął przez selekcję.

Później Maja omówiła tę kwestię z Amerykanami; nie wszystkim spodobał się plan Arkadego, ale jednorazową wymianę potowy pokoi uznali za całkiem dobry pomysł. Po długich naradach i dyskusjach ustalono dzień przeprowadzki. Zrobili to w niedzielny poranek i od tej pory wspólne śniadania stały się nieco bardziej międzynarodowe. Rankiem w jadalni D zaczęli się teraz pojawiać Frank Chalmers i John Boone, a także Sax Russell, Mary Dunkel, Janet Blyleven, Rya Jimenez, Michel Duval i Ursula Kohl.

Boone okazał się prawdziwym rannym ptaszkiem i przychodził do jadalni nawet przed Mają.

— Ta sala jest tak przestronna i przewiewna, że czuję się tu jak na dworze — rzucił od swojego stolika pewnego wczesnego poranka, kiedy Maja weszła do jadalni. — Dużo lepsza niż jadalnia B.

— Sztuczka polega na umiejętnym zamaskowaniu wszystkich chromowych powierzchni, usunięciu białego plastyku i pomalowaniu sufitu na kolor prawdziwego nieba — odpowiedziała Maja. Jej angielski zawsze był niezły, a teraz z każdym dniem go doskonaliła.

— Chcesz powiedzieć, że to nie jest zwykły błękit?

— Tak.

Pomyślała, że Boone jest typowym Amerykaninem: prostoduszny, otwarty, szczery, zawsze rozluźniony. I pomyśleć, że ten całkiem zwyczajny człowiek był jedną z najsłynniejszych postaci w historii. Boone zupełnie nie pasował do tradycyjnego wyobrażenia sławnych ludzi i zachowywał się tak, jakby własne osiągnięcia nie wyróżniały go z reszty załogi. Bez reszty pochłonięty jedzeniem bułki albo jakimiś nowinami na ekranie telewizora, nigdy sam nie wspominał o swojej poprzedniej wyprawie, a jeśli już ktoś poruszał ten temat, mówił o niej w taki sposób, jak gdyby nie różniła się od lotów, jakie miała za sobą reszta kolonistów. To była absolutna nieprawda, ale dzięki jego skromności taką się wydawała. Przy tym samym stoliku każdego ranka śmiał się z kiepskich technicznych dowcipów Nadii i z zainteresowaniem dyskutował o najbłahszych nawet sprawach. Trzeba było bardzo pilnie obserwować, aby dostrzec otaczającą go aurę sławy.

Frank Chalmers był o wiele bardziej interesujący. Zawsze przychodził późno i siadał samotnie, wpatrując się jedynie w swoją kawę i ekran. Po wypiciu dwóch filiżanek stawał się bardziej rozmowny i zagadywał ludzi w kiepskiej, ale zrozumiałej ruszczyźnie. Większość rozmów w sali D, dla wygody Amerykanów, toczono teraz po angielsku. Sytuacja językowa przypominała rosyjską lalkę matrioszkę: angielski był językiem podstawowym dla wszystkich, wewnątrz znajdował się rosyjski, głębiej inne języki europejskie, wreszcie języki etniczne poszczególnych nacji. Osiem osób na pokładzie należało właśnie do tej ostatniej kategorii i mówiło biegle wyłącznie w swoich językach; zdaniem Mai stanowili godny politowania przykład wyobcowania. Wydawało jej się również, że są o wiele bardziej związani z Ziemią niż pozostali i częściej komunikują się z ludźmi na rodzimej planecie. Jakże dziwne musiały być takie zwierzenia na odległość, jedyna okazja, by móc z kimś swobodnie porozmawiać.

Tak czy owak, angielski był wspólnym językiem całej załogi i na początku Maja myślała, że fakt ten daje przewagę Amerykanom. Jednak już niebawem zauważyła, że tak naprawdę jest to dla nich nieco uciążliwe: ich rozmowy rozumieli wszyscy, gdy tymczasem pozostali mogli się w każdej chwili “przełączyć na inny język”, kiedy chcieli coś omówić w mniejszym gronie.

Frank Chalmers był jednak wyjątkiem. Jak nikt na statku, znał aż pięć języków. I nie obawiał się używać rosyjskiego, chociaż mówił tym językiem bardzo słabo. Zwykle mozolnie formułował pytanie, a potem słuchał odpowiedzi z wręcz drażniącym skupieniem, by po chwili zastanowienia nagle wybuchnąć gromkim śmiechem. Maja uważała, że w wielu sprawach jest niezwykły jak na Amerykanina. Początkowo wydawał jej się typowym przedstawicielem swego narodu: dobrze zbudowany, hałaśliwy, wariacko energiczny, pewny siebie, niecierpliwy, a po porannej kawie również dość rozmowny i przyjacielski. Jednakże po jakimś czasie dostrzegła, że Frank często “włącza” i “wyłącza” swą życzliwość, a to, o czym opowiada, niewiele mówi o nim samym. Maja nigdy nie dowiedziała się na przykład niczego na temat jego przeszłości, mimo kilku ostrożnych prób wciągnięcia go w szczerą przyjacielską pogawędkę. To oczywiście tylko wzmogło jej ciekawość. Frank miał czarne włosy, śniadą twarz i jasnoorzechowe oczy, był przystojny, jeśli ktoś lubi typ “mocnych facetów”; uśmiechał się raczej rzadko i prawie niezauważalnie, za to śmiech miał ostry i głośny, podobny trochę do śmiechu matki Mai. Miał również ostre, przenikliwe spojrzenie, zwłaszcza, gdy patrzył na Maję. Przypuszczała, że sonduje ją w ten sposób, chcąc ocenić jej wartość jako współ-dowódcy wyprawy. Na ogół jednak zachowywał się wobec niej tak, jakby znali się długie lata i dzięki temu świetnie się rozumieli, co ją trochę niepokoiło, szczególnie, gdy sobie przypominała, jak niewiele rozmawiali na Antarktydzie. Maja zwykła traktować kobiety jako sojuszniczki, natomiast mężczyzn uważała za wprawdzie atrakcyjny, ale niebezpieczny problem. Dlatego też mężczyzna, który uważał się za jej sprzymierzeńca, stanowił dla niej prawdziwie skomplikowane wyzwanie. I niebezpieczne. Poza tym… było coś jeszcze.

Przypominała sobie tylko jeden jedyny przypadek, kiedy Frank zdradził swoje prawdziwe uczucia. Było to jeszcze na Antarktydzie, gdy załamał się tamten termoinżynier i został odesłany na północ. Wkrótce potem ogłoszono, kto go zastąpi, i nowina ta wszystkich zaskoczyła — by nie powiedzieć: zelektryzowała — usłyszeli, że będzie to sam John Boone, chociaż z całą pewnością podczas swojej poprzedniej wyprawy przyjął dawkę promieniowania znacznie przekraczającą dopuszczalną normę. Sala wciąż jeszcze huczała od nowiny, gdy Maja zauważyła, że wchodzi Frank Chalmers. Kiedy usłyszał wiadomość, gwałtownie odwrócił głowę i piorunującym wzrokiem zmierzył swego rozmówcę. I wtedy przez ułamek sekundy Maja dostrzegła w jego oczach błysk potwornej, natychmiast stłumionej wściekłości. Ale to jedno niekontrolowane spojrzenie wystarczyło, by Maja zaczęła traktować Franka nieufnie.

Niewątpliwie jego i Johna Boone’a łączyły jakieś bardzo osobliwe stosunki. Pojawienie się Johna musiało być bez wątpienia trudne dla Chalmersa, był przecież oficjalnym dowódcą amerykańskiej ekipy i nawet tytułowano go “kapitanem”, a tu nagle pojawia się Boone ze swoją blond urodą i otaczającą go aurą legendarnych już osiągnięć. Z pewnością Boone miał w sobie o wiele więcej charyzmy i w rzeczywistości to właśnie on wydawał się prawdziwym amerykańskim przywódcą. Frank Chalmers wyglądał przy nim jak nadgorliwy zastępca, wypełniający milczące rozkazy Johna. Taka sytuacja nie mogła być dla Franka zbyt przyjemna.

Są przyjaciółmi od wielu lat — odpowiedziano Mai, gdy zapytała. Jednak sama widziała niewiele oznak tej przyjaźni, mimo że bacznie się przyglądała. Publicznie rzadko ze sobą rozmawiali, a prywatnie nie spotykali się chyba w ogóle. Toteż, kiedy przebywali razem, obserwowała ich tym uważniej, zupełnie nie wiedząc, po co to robi — po prostu wydawało jej się, że wymaga tego naturalna logika sytuacji. Gdyby znajdowali się w Gławkosmosie, podstawowym zadaniem Mai byłoby skłócenie tych dwóch mężczyzn, ale tu zdążyła się już odzwyczaić od tego utrwalonego przez lata sposobu działania. Przynajmniej tak jej się wydawało.

A jednak nadal ich obserwowała. Pewnego ranka Janet Blyleven przyszła na śniadanie do sali D w swoich wideookularach. Była czołową reporterką amerykańskiej telewizji i często snuła się po statku z tą nowoczesną kamerą na nosie, rozglądając się, komentując, zbierając opowieści i przekazując je na Ziemię, gdzie zostawały — jak mawiał Arkady — “przetrawione i zwymiotowane w postaci papki ku zadowoleniu ogółu”.

Oczywiście, nie było to dla nich nic nowego. Uwaga mediów jest stałym elementem życia każdego astronauty, ale w czasie selekcji ich grupce przyglądano się baczniej niż komukolwiek wcześniej, a teraz stali się bohaterami najpopularniejszego w historii programu kosmicznego. Miliony ludzi oglądały reportaże z ich codziennego życia jak najlepszą “mydlaną operę” i ten brak prywatności niektórych bardzo drażnił. Toteż, kiedy Janet w elegancko oprawionych okularach z włókien światłowodowych usadowiła się na końcu stołu, tu i ówdzie rozległo się kilka jęknięć protestu. Po drugiej stronie stołu natomiast Ann Clayborne i Sax Russell kłócili się zawzięcie, nie zwracając na nic uwagi.

— Miną długie lata, zanim poznamy tę planetę, Sax. Całe dziesięciolecia. Na Marsie jest tyle samo lądu co na Ziemi, i to lądu o zupełnie innej budowie i składzie chemicznym. Powierzchnię trzeba najpierw gruntownie zbadać, nim będzie można zacząć cokolwiek zmieniać.

— W jakiś sposób zmienimy ją już samym lądowaniem. — Russell agresywnie odpierał wątpliwości Ann, gestykulując, jakby odgarniał z twarzy pajęczynę. — Decyzja lotu na Marsa to jak początek zdania, a całe zdanie mówi…

— Veni, vidi, vici.

Russell wzruszył ramionami.

— Skoro tak to widzisz.

— Jesteś gnojkiem, Sax — oznajmiła Ann, z irytacją wykrzywiając usta. Miała szerokie ramiona i niesforne kasztanowe włosy; była geologiem o utrwalonych poglądach i niewątpliwie trudnym przeciwnikiem w tym sporze. — Zrozum, Mars należy tylko do siebie samego i jest, jaki jest. Jeśli chcesz, możesz się bawić w zmienianie klimatu na Ziemi, bo jej rzeczywiście trzeba pomóc. Albo spróbuj z Wenus. Ale nie wolno ci tak po prostu zniszczyć liczącej sobie trzy miliardy lat powierzchni Marsa.

Russell starł kolejne pajęczyny.

— Mars jest martwy — oświadczył zimno. — Poza tym w gruncie rzeczy decyzja nie należy do nas. Zadecydują o tym inni.

— Niczego nie mogą nam narzucić — wtrącił ostro Arkady.

Janet przenosiła wzrok z jednego rozmówcy na drugiego, wszystko skrupulatnie rejestrując. Ann podniecała się coraz bardziej i gwałtownie podnosiła głos. Maja rozejrzała się i zobaczyła na twarzy Franka grymas niezadowolenia. Jednak gdyby się wtrącił, pokazałby milionom telewidzów, że nie chce, aby koloniści spierali się na ich oczach. Popatrzył więc tylko badawczo na Boone’a, który siedział na drugim końcu stołu. Między dwoma mężczyznami nastąpiła tak szybka wymiana spojrzeń, że Maja aż musiała zamrugać.

— Kiedy tam byłem, odniosłem wrażenie, że coraz bardziej przypomina Ziemię — włączył się do dyskusji John.

— Taa, z wyjątkiem dwustu stopni Kelvina — mruknął Russell.

— Jasne, ale naprawdę wyglądał jak Mojave albo Suche Doliny. Pierwszy raz rozglądałem się po Marsie, a złapałem się na tym, że wypatruję jakichś zamarzniętych fok, które widzieliśmy w Suchych Dolinach.

Rozmowa potoczyła się dalej w tym kierunku, Janet skierowała okulary na Johna, a Ann w pewnej chwili wzięła swoją filiżankę kawy i wyszła oburzona.

Później Maja wiele razy usiłowała sobie przypomnieć jak patrzyli na siebie Boone i Chalmers. To wyglądało na sekretny szyfr albo niemal intuicyjną więź, często łączącą jednojajowe bliźnięta.

Mijały tygodnie. Każdy dzień rozpoczynał się od zjadanych bez pośpiechu śniadań, ale po posiłku było wiele pracy. Każdy miał swój rozkład zajęć, chociaż niektórzy mieli więcej zadań niż inni. Plan Franka był niezwykle napięty, ale on to lubił, wprost uwielbiał szaleństwo wiecznej aktywności. Podstawowe zadania wcale nie były przyjemne: musieli dbać o sprawne funkcjonowanie statku i własną kondycję fizyczną i duchową, a jednocześnie codziennie przygotowywali się na spotkanie z Marsem. Utrzymywanie Aresa w odpowiednim stanie zaczynało się od zawiłości programowania komputerowego i poważnych remontów, a kończyło na prostej wymianie drobnych części, które pobierali z magazynu czy utylizacji odpadów. Zespół zajmujący się biosferą spędzał większą część czasu na farmie, która zajmowała wielkie połacie torusów C, E i F. Zresztą, każdy członek załogi miał przydzielone jakieś zadania związane z uprawą roślin. Większości podobała się ta praca, a niektórzy nawet poświęcali jej swój wolny czas. Poza tym z polecenia lekarzy wszyscy przeznaczali obowiązkowo trzy godziny dziennie na ćwiczenia sportowe na mechanicznym chodniku, ruchomych schodach, obrotowych kołach albo w siłowni. Niektórzy je lubili, inni znosili z trudem albo wręcz nimi pogardzali, ale nawet ci, którzy je lekceważyli, po wyjściu z sali gimnastycznej byli w zdecydowanie lepszym nastroju.

— Endorfiny beta to najlepsze narkotyki — oznajmił Michel Duval.

— To szczęście, skoro i tak nie mamy żadnych innych — odparł Boone.

— Och, jest kofeina…

— Usypia mnie.

Alkohol…

— Rozsadza mi po nim głowę.

— Prokaina, pastylki Darvona, morfina…

— Morfina?

— Tak, w zestawach medycznych. Do użytku tylko w niezbędnych wypadkach.

Arkady zaśmiał się.

— Hmm, może by tak na coś zachorować?

Wszyscy inżynierowie, łącznie z Mają, spędzali wiele poranków na treningach symulacyjnych. Odbywały się one na pomocniczym mostku dowodzenia w Torusie B, gdzie znajdowały się najnowocześniejsze syntetyzery obrazu. Symulacje były tak doskonałe, że trudno je było odróżnić od prawdziwego lotu. Ale wcale nie czyniło ich to bardziej interesującymi: takie na przykład powtarzane co tydzień, typowe przyczepo we wchodzenie statku na orbitę, nazywane “lotem mantry”, z biegiem czasu stało się zajęciem nużącym niemal wszystkich astronawigatorów.

Tyle że nuda bywa jednak czasami najmilsza ze wszystkiego. Funkcję trenera pełnił Arkady, którego cechował perwersyjny talent do opracowywania “lotów problemowych”, tak trudnych, że zwykle “zabijały” wszystkich. Loty te nie należały do specjalnie przyjemnych i raczej nie przysparzały Arkademu sympatii u “ofiar”. Arkady na chybił trafił przeplatał loty problemowe z lotami mantry, ale coraz częściej wybierał te trudniejsze. “Zbliżali się” na przykład do Marsa, kiedy nagle błyskało czerwone światełko, któremu czasem towarzyszyły syreny, i znowu byli w tarapatach. Pewnego dnia na przykład “zderzyli się” z planetazymalą ważącą około piętnastu gramów, co zostawiło wielką rysę na osłonie termicznej statku. Wcześniej Sax Russell obliczył, że ryzyko, iż mogą uderzyć w coś cięższego niż gram, wynosi mniej więcej jeden do siedmiu tysięcy lat lotu, niemniej jednak okazało się, że niebezpieczeństwo naprawdę istnieje! Na tę myśl przeszedł ich dreszcz, mimo że początkowo wyśmiali sam pomysł takiej katastrofy. Popędzili więc do piasty, włożyli skafandry zewnętrzne EVA i wyszli w przestrzeń, aby zaplombować uszkodzenie, zanim wejdą w atmosferę Marsa i spalą się na popiół. Gdy byli mniej więcej w połowie drogi, w interkomach usłyszeli głos Arkadego: “Nie dość szybko! Wszyscy jesteście już martwi”.

Ale to zaliczało się do prostszych ćwiczeń, inne były jeszcze gorsze. Lotem statku sterował system elektroniczny, co oznaczało, że załoga wprowadzała tylko instrukcje do komputerów nawigacyjnych, a te przetwarzały je, uwzględniając wszystkie aktualne dane i wysyłały ostateczny impuls do systemu napędowego. Nie mogło być inaczej, ponieważ kiedy statek z tak olbrzymią prędkością zbliża do masy grawitacyjnej wielkości Marsa, żaden człowiek nie potrafi wyczuć czy też dokładnie przewidzieć potrzebnych ilości spalanego paliwa, parametrów lotu czy mocy silników. Żadne z nich nie było więc prawdziwym pilotem. Niemniej jednak Arkady dość często “niszczył” cały ten precyzyjnie skonstruowany system sterowania (którego prawdopodobieństwo uszkodzenia, jak twierdził Russell, wynosiło jeden do dziesięciu miliardów), osiągali punkt krytyczny, musieli przejąć dowodzenie i dalej ręcznie kierować statkiem. Obserwowali więc monitory i widzieli, jak czarne tło wypełnia spadająca na nich pomarańczowa kula Marsa. Mieli do wyboru: zawrócić i pogrążyć się w otchłaniach kosmosu, gdzie niechybnie czekała na nich powolna śmierć, albo lecieć dalej, uderzyć w planetę i umrzeć natychmiast. Jeśli wybierali to drugie, musieli śledzić opadanie aż do symulowanej prędkości sto dwadzieścia kilometrów na sekundę i przeżyć zderzenie z Marsem.

Ćwiczyli również symulację uszkodzeń mechanicznych: głównych silników, rakiet stabilizujących, komputerowego hardware’u i software’u, systemu rozwijania osłony termicznej. Wszystkie te elementy musiały działać bez zarzutu na końcowym etapie lotu, a prawdopodobieństwo awarii właśnie tych układów było największe, rzędu — jak twierdził Sax (chociaż niektórzy kwestionowali jego wyliczenia) — jeden do dziesięciu tysięcy podejść. Więc ćwiczyli coraz to inne warianty uszkodzeń, dzień za dniem błyskały czerwone światełka alarmu, a oni stękali i błagali o lot mantry, chociaż zwykle lubili nowe wyzwania. I kiedy zdołali przeżyć mechaniczną awarię, rozpierała ich duma i stawało się to najważniejszym wydarzeniem tygodnia. Pewnego razu Johnowi udało się, jedynie ze sprawnym głównym silnikiem, ręcznie wykonać hamowanie aerodynamiczne do jedynej bezpiecznej prędkości i wejść na orbitę w precyzyjnie obliczonej wcześniej przez komputer milisekundzie łuku. Nikt nie mógł w to uwierzyć.

— Łut szczęścia — rzucił Boone, uśmiechając się szeroko, kiedy jego wyczyn głośno komentowano przy kolacji.

Większość lotów problemowych Arkadego kończyła się jednak fiaskiem, to znaczy śmiercią całej załogi. Chociaż była to tylko symulacja, trudno było nie poważnieć podczas takich ćwiczeń; po każdym kolejnym rosła irytacja i złość na Arkadego za ich wynajdowanie. Kiedyś na przykład “naprawili” wszystkie monitory na mostku dokładnie na czas, aby zobaczyć na nich, jak w statek uderza mała asteroida, która wpada do środka piasty i zabija wszystkich. Innym znów razem Arkady, jako członek zespołu nawigacyjnego, popełnił “błąd”: poinstruował komputery, aby zwiększyły wirowanie statku zamiast je zmniejszyć.

— Przygwożdżeni do podłogi przez 6 g! — bełkotał, udając przerażenie, a oni przez pół godziny musieli się czołgać po podłodze, usiłując skorygować pomyłkę; każde ważyło pół tony. Kiedy im się wreszcie udało, Arkady zerwał się na nogi i zaczął ich gwałtownie odpychać od głównej konsolety.

— Co tu się, do cholery, dzieje? — wrzasnęła Maja.

— Zupełnie oszalał — odparła Janet.

— Nie, tylko symuluje, że oszalał — poprawiła ją Nadia. — Mamy się nauczyć… — Biegała zapamiętale wokół Arkadego. — …Jak sobie poradzić z szaleńcem na mostku!

Miała rację, ale przez cały czas widzieli oczy Arkadego i nie było w nich śladu uznania, kiedy nacierał na nich w milczeniu. Obezwładnienie go kosztowało ich piątkę sporo wysiłku, a Janet i Phyllis Boyle otrzymały kuksańce jego ostrymi łokciami.

— No i co? — spytał potem przy kolacji, uśmiechając się krzywo i wydymając pogardliwie usta. — Co zrobicie, jeśli to się naprawdę zdarzy? Jesteśmy cały czas pod wielką presją, a wchodzenie na orbitę będzie najtrudniejsze. A jeśli ktoś się wtedy załamie? — Obrócił się do Russella. — Jaki jest procent ryzyka? — Wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu i zaczął podśpiewywać pod nosem jakąś jamajską melodię, w zabawny sposób łącząc słowiańską i karaibską intonację: — Spadek ciśnienia, hula hop, spadek ciśnienia, kap, kap, kap, spadek ciśnienia, Oooooo!

Nie pozostało im nic innego, jak pogodzić się z coraz intensywniejszym programem ćwiczeń Arkadego, nawet jeśli były to symulacje tak nieprawdopodobnych sytuacji, jak atak mieszkańców Marsa, odłączenie Torusa H na skutek eksplozji wadliwego spoilera “przypadkowo zainstalowanego podczas budowy statku”, czy też “nagła” zmiana orbity Fobosa. Rozwiązywanie najwymyślniejszych z owych fantastycznych scenariuszy często przypominało sceny z przesiąkniętego czarnym humorem, surrealistycznego filmu i gdy co jakiś czas Arkady odtwarzał im w ramach wieczornej rozrywki wybrane wideokasety z ćwiczeń, niektórzy ze śmiechu aż wzlatywali pod sufit.

Ach, te okropne loty problemowe… Nadal je odbywali, poranek po poranku. I mimo że opanowali już nawyk podejmowania błyskawicznych decyzji i angażowali w trakcie tych symulacji wszystkie swoje umiejętności, raz za razem towarzyszył im ten sam obraz — pędząca na nich z niewyobrażalną prędkością czterdziestu tysięcy kilometrów na godzinę Czerwona Planeta, która szybko wypełniała cały ekran. Po chwili ekran stawał się biały, a na tle tej bieli pojawiał się napis: “Katastrofa”.

Zbliżali się do Marsa po Drugiej Elipsie Hohmanna, wprawdzie jednej z dalszych, lecz bardzo bezpiecznej trajektorii, wybranej przede wszystkim dlatego, że kiedy statek był wreszcie gotowy, Mars i Ziemia znajdowały się w konfiguracji niemal idealnej do takiego toru lotu — Mars wznosił się pod kątem około czterdziestu pięciu stopni ponad Ziemią względem płaszczyzny ekliptyki. W trakcie swego lotu Ares miał przebyć trasę niemal dokładnie odpowiadającą połowie rocznego obiegu Marsa wokół Słońca, docierając do Czerwonej Planety po około trzystu dniach. Okres ten Hiroko nazwała ich “życiem płodowym”.

Psychologowie na Ziemi doszli do wniosku, że na Aresie powinny zachodzić cykliczne przemiany otaczającego podróżników świata, aby stworzyć iluzję, że następują po sobie kolejne pory roku. Zmieniały się więc długość dni i nocy, pogoda oraz otaczające kosmonautów kolory. Nie było tylko jednomyślności co do tego, jaka pora roku ma towarzyszyć ich lądowaniu: niektórzy obstawali przy okresie letnich zbiorów, inni zaś przy wczesnej wiośnie. W końcu po krótkiej dyskusji sami podróżnicy zadecydowali przez głosowanie, że lot rozpocznie się wczesną wiosną, ponieważ korzystniejsza będzie dla nich podróż podczas lata niż w trakcie zimy, a kiedy osiągną cel, kolory statku powinny raczej przypominać jesienne barwy Marsa, a nie jaskrawe zielenie i subtelne pastele ziemskiej przyrody, którą pozostawili daleko za sobą.

Tak więc w tych pierwszych miesiącach lotu, kiedy kończyli poranne zajęcia, opuszczając farmę albo mostek dowodzenia, czy też słaniając się powracali z radośnie sadystycznych symulacyjnych treningów Arkadego, otaczały ich barwy wiosny. Na ścianach znajdowała się bladozielona boazeria, zdjęcia azalii wielkości sporych fresków i dekoracje ze sztucznych jakarand i wisienek. Jęczmień i gorczyca w wielkich pomieszczeniach farmy płonęły ostrą żółcią kwiatów, a w leśnej biomie oraz siedmiu komorach parkowych rozkwitały wiosennie najrozmaitsze drzewa i krzewy. Maja uwielbiała tę wiosenną wielobarwność kwiatów drzew owocowych i po porannych zajęciach zawsze wypełniała część regulaminowego limitu ćwiczeń fizycznych spacerem po biomie leśnej, która miała pagórkowate podłoże i była tak gęsto zadrzewiona, że z jednego końca pomieszczenia nie można było zobaczyć przeciwległej ściany. Maja bardzo często spotykała tu Franka Chalmersa, który spędzał w biomie prawie wszystkie swoje nieliczne wolne chwile. Twierdził, że lubi wypoczywać w tej gęstwie wiosennych liści, chociaż Mai zdawało się, że nigdy nie rozgląda się wokół siebie. Spacerowali więc razem i w zależności od nastroju rozmawiali lub po prostu milczeli. W rozmowie nigdy nie poruszali ważkich tematów, ponieważ Frank nie lubił rozmawiać o swoich dowódczych obowiązkach. Maja uznała to za dość osobliwe, ale nie zdradziła mu swojej opinii. Zresztą ich praca prawdopodobnie nie do końca pokrywała się, co mogłoby ewentualnie tłumaczyć jego niechęć do rozmów na ten temat. Pozycja Mai była bowiem raczej nieformalna i nie wynikała ze ściśle określonej hierarchii — wśród rosyjskich kosmonautów panował swoisty egalitaryzm, co stało się tradycją już od czasów Korolowa. Amerykański program przygotowawczy miał natomiast raczej charakter militarny, na co wskazywały choćby oficjalne tytuły wojskowe: Maja była zaledwie Koordynatorem Ekipy Rosyjskiej, Franka nazywano Kapitanem Chalmersem i przypuszczalnie jego stopień rzeczywiście odpowiadał tej randze w marynarce wojennej i lotnictwie.

Frank nie powiedział jej nigdy, czy taki regulaminowo usankcjonowany autorytet ułatwia czy utrudnia mu pracę. Czasami rozmawiał z nią o biomie, o drobnych problemach technicznych albo o nowinach z domu, ale częściej po prostu chciał z nią spacerować w milczeniu po wąskich dróżkach, przedzierając się przez gąszcz sosen, osik i brzóz. Frank zawsze traktował Maję z nietypową dla siebie serdeczną zażyłością, jak gdyby byli starymi przyjaciółmi albo też jakby bardzo nieśmiało i subtelnie się do niej zalecał.

Pewnego dnia, gdy Maja zastanawiała się nad tym, przyszło jej do głowy, że “wiosenny” start Aresa może być przyczyną pewnych kłopotów. Statek stanowił dla kolonistów ich mezakosmos; wokół była wiosna i wszystko wydawało się tak urodzajne, płodne, kwitnące i zielone. Powietrze pachniało kwiatami, od czasu do czasu owiewał ich lekki wietrzyk, a dni stawały się coraz dłuższe i coraz cieplejsze, toteż wszyscy chodzili tylko w podkoszulkach i szortach. Stanowili setkę zdrowych ssaków, które wspólnie jadły, ćwiczyły, brały prysznic i spały w sąsiadujących ze sobą kwaterach. Nie mogło być inaczej: temu wszystkiemu musiał towarzyszyć seks.

Cóż, dla Mai nie było to nic nowego, doskonale znała to fantastyczne przeżycie, jakim jest kosmiczny seks. Najistotniejsze tego typu doświadczenia zdobyła podczas drugiej bytności na Nowym Mirze, kiedy ona, Grigorij, Jeli i Irina wypróbowali każdą możliwą w nieważkości pozycję, a było ich naprawdę sporo. Teraz jednak sytuacja wyglądała zupełnie inaczej, byli starsi i mieli pozostać ze sobą już do końca życia. “W zamkniętym systemie naprawdę wszystko jest zupełnie inne” — mawiała często Hiroko o różnych sprawach. W NASA dominował pogląd, że podczas lotu koloniści powinni utrzymywać ze sobą wyłącznie braterskie stosunki: z tysiąca trzystu czterdziestu dziewięciu stron opracowania pod nazwą: “Stosunki międzyludzkie podczas lotu na Marsa”, tylko jedną stronę poświęcono erotyce. I zdecydowanie odradzano tam seks. Tekst sugerował, że podróżnicy stanowią coś w rodzaju szczepu braci i sióstr, w którym śródplemienne łączenie się w pary powinno być postrzegane jako tabu. Rosjanie często naigrawali się z tego głośno, za to Amerykanie przybierali świętoszkowate miny. “Nie jesteśmy jakimś tam plemieniem — mawiał Arkady. — Stanowimy cały świat”.

A więc była wiosna. Ponadto na pokładzie statku znajdowały się pary małżeńskie, a niektóre z nich zachowywały się dość ostentacyjnie. I do tego jeszcze w Torusie E był basen, a także sauna i jacuzzi. Ze względu na pruderię Amerykanów, w mieszanym towarzystwie wkładano kostiumy kąpielowe, ale w gruncie rzeczy nie robiło to żadnej różnicy. Natura była silniejsza. Maja słyszała od Nadii i Iwany, że w baniaczku w cichych godzinach nocnych odbywają się schadzki; wielu kosmonautom bardzo się podobała nieważkość. W parkach i w leśnej biomie liczne zakątki służyły jako tajemne miejsca spotkań dla tych, którzy woleli bardziej konwencjonalne doświadczenia. W końcu parki zostały zaprojektowane przecież po to, aby podróżnicy mogli oderwać się choć na chwilę od codziennych obowiązków. Poza tym każde z nich miało dla siebie jedno prywatne, dźwiękoszczelne pomieszczenie. Dzięki temu jeśli jakaś para zachowywała się dyskretnie, mogła spotykać się do woli, nie stając się przy tym tematem plotek. Maja była absolutnie przekonana, że na statku dzieje się o wiele więcej niż ktokolwiek mógłby podejrzewać.

Wyczuwała to. Inni bez wątpienia również. Szepty w parkach, częsta rotacja miejsc przy stolikach w jadalni, szybka wymiana spojrzeń, dyskretne uśmieszki, dłonie niby przypadkiem muskające ramiona czy łokcie, gdy jakaś para mijała się w przejściu. Tak, tak, bez wątpienia zaczęły ich łączyć uczucia znacznie bardziej intymne niż mogłoby się z pozoru wydawać. Jednak cała ta sytuacja miała też strony ujemne. Pojawił się znany już z Antarktyki lęk przed konsekwencjami nieudanego związku, lęk, który dodatkowo potęgowała świadomość, że teraz istnieje ustalona raz na zawsze, ściśle ograniczona liczba potencjalnych partnerów. Kolejny nieudany związek teoretycznie przybliżał w jakimś sensie samotność.

Maja miała w tej kwestii jeszcze dodatkowy kłopot. Wiedziała, że każdy Rosjanin, z którym się bliżej zaprzyjaźni, będzie przez resztę uważany za takiego, który “sypia z szefową”. Podchodziła więc do tej sprawy ostrożnie, pamiętając swoje doświadczenia z przeszłości, kiedy sama nawiązywała intymne stosunki z dowódcami i szefami. Poza tym, żaden… Hmm, z pewnością darzył ją sympatią Arkady, ale on jej się w ogóle nie podobał, przynajmniej nie pod tym względem. A inni… Jelego znała już wcześniej, był tylko przyjacielem, Dmitri w ogóle ją nie obchodził, Wład był za stary, Jurij nie w jej typie, Aleks był tylko zastępcą Arkadego… i tak dalej.

No cóż, pozostawali jeszcze Amerykanie i przedstawiciele pozostałych nacji, ale w tym wypadku pojawiała się dodatkowa komplikacja. Inna, obca kultura, któż może wiedzieć, jacy są? Toteż Maja wciąż powstrzymywała się od nawiązania romansu, choć sporo o tym myślała. Od czasu do czasu po przebudzeniu się rano albo po zakończeniu pracy ogarniał ją przypływ pożądania. Rzucała się wtedy na łóżko albo zastygała pod prysznicem. Czuła się bardzo samotna.

Aż pewnego późnego ranka, po szczególnie męczącym locie problemowym, kiedy prawie udało im się “uratować”, ale potem i tak “zginęli”, natknęła się w leśnej biomie na Franka Chalmersa. Odpowiedziała radośnie na jego powitanie, po czym weszli jakieś dziesięć metrów między drzewa i tam się zatrzymali. Ona była w szortach i krótkiej podkoszulce, bosa, spocona i zarumieniona od szalonej symulacji. On również był w szortach i koszulce z krótkim rękawem, bosy, spocony i zakurzony po pracy na farmie. Nagle wybuchnął nerwowym śmiechem, wyciągnął rękę i dotknął jej ramienia dwoma palcami.

— Wyglądasz dzisiaj na szczęśliwą — rzucił z szybkim uśmiechem.

Przywódcy dwóch części ekspedycji. Równi sobie. Dotknęła jego ręki i tak się zaczęło.

Zeszli z dróżki i zanurzyli się w zwarty gąszcz sosen. Zatrzymali się, pocałowali i… Ostatni raz kochała się bardzo dawno temu, więc teraz wszystko wydało jej się wręcz niesamowite. Frank potknął się o korzeń i zaśmiał pod nosem. Ten cichy konspiracyjny śmiech wywołał u Mai dreszcz, prawie strach. Osunęli się na sosnowe igliwie i tarzali jak para studentów, kochających się w podmiejskim lasku. Roześmiała się; zawsze lubiła szybki początek, lubiła po prostu rzucać się na mężczyznę jeśli tylko miała na to ochotę.

Na chwilę dała się ponieść namiętności. Kiedy już było po wszystkim, odprężona zapatrzyła się w złocisty odblask na igliwiu. Z jakiegoś niewiadomego powodu nagle poczuła się skrępowana; nie wiedziała, co powiedzieć. Nawet kiedy się kochali, miała wrażenie, że Frank coś ukrywa, było w nim coś dziwnego. I co gorsza, wydawało jej się, że pod tą jego rezerwą wyczuwa coś w rodzaju triumfu, jak gdyby coś wygrał, a ona przegrała. Ten pełen fałszu amerykański purytanizm, to poczucie, że seks jest czymś złym i że mężczyźni muszą w jakiś sposób oszukiwać kobiety. Więc sama również zamknęła się w sobie, rozzłoszczona afektowanym, głupim uśmieszkiem na jego twarzy. Wygrana i przegrana, jakież to dziecinne.

I w dodatku byli współszefami, dotąd równymi sobie. Przecież… Czyżby on traktował to, co zaszło między nimi, jako swoją przewagę…

Rozmawiali przez chwilę o jakichś błahostkach i nawet kochali się jeszcze raz, ale nie było już tak samo, jak za pierwszym razem. Maja była dziwnie roztargniona. W miłości tak wiele spraw wymykało się racjonalnej analizie. Maja przeważnie wyczuwała w psychice swoich kochanków jakieś dziwne reakcje, których nie potrafiła zrozumieć ani nawet wyrazić. Jednak zawsze albo podobało jej się to, co z nimi przeżyła, albo nie; co do tego nie miała nigdy żadnych wątpliwości. Gdy spojrzała na Franka Chalmersa po pierwszym zbliżeniu była niemal pewna, że coś jest nie w porządku. I bardzo ją to zaniepokoiło.

Mimo to była dla niego miła i czuła. Byłoby nie fair manifestować chłód w takiej chwili, byłoby to niewybaczalne. Wstali, ubrali się i wrócili do Torusa D. Kolację jedli przy wspólnym stoliku z innymi i był to idealny pretekst, aby się od siebie oddalić. Ale w następnych dniach uzmysłowiła sobie, że podświadomie unika Franka i znajduje rozliczne powody, aby nie znaleźć się z nim sam na sam. Zaskoczyło ją to i zirytowało. Uznała swoje zachowanie za żenujące, bo wcale tego nie chciała. Niejako w formie zadośćuczynienia, kiedy potem raz czy dwa znaleźli się sami i kiedy on rozpoczął grę wstępną, znowu się z nim kochała, starając się wypaść jak najlepiej. Pragnęła uwierzyć, że poprzednim razem po prostu popełniła jakiś błąd albo miała zły nastrój. Ale znowu było tak samo, zawsze pojawiał się ten maleńki błysk triumfu, jakieś nie wymówione: “zdobyłem cię”, które tak bardzo ją drażniło. Czuła się “zbrukana”, jak gdyby postąpiła niezgodnie z niepisanym kodeksem cnotliwych amerykańskich purytanów.

W rezultacie unikała Franka jeszcze bardziej, aby zapobiec okazji do zbliżenia, co zresztą on dość szybko zauważył. Pewnego popołudnia spytał ją, czy chce iść na spacer do biomy. Kiedy odmówiła, tłumacząc się zmęczeniem, na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie, ale już po chwili znów przybrał swą zwykłą maskę obojętności. Maja poczuła się paskudnie, ponieważ sama do końca nie rozumiała swego zachowania.

Aby choć w części wynagrodzić mu gorycz odrzucenia, zachowywała się wobec niego niezwykle przyjaźnie, oczywiście tylko wtedy, gdy nie byli sami i była “seksualnie” bezpieczna, W dodatku raz czy dwa zasugerowała, chociaż nie wprost, że ich randki były dla niej jedynie sposobem przypieczętowania przyjaźni i że postępuje tak również z innymi mężczyznami. Wszystko to jednak starała mu się przekazać jedynie w półsłówkach i możliwe, że nieodpowiednio to zrozumiał. Kiedy wreszcie pojął jej intencję, na jego twarzy odbiło się ogromne zdziwienie, które natychmiast przekształciło się w grymas zakłopotania. Pewnego razu, gdy jako pierwsza odchodziła z grupy, zauważyła, że Frank rzuca jej zimne, niemal wrogie spojrzenie. Od tej chwili zachowywał się wobec niej z rezerwą i nadzwyczaj powściągliwie, chociaż nigdy nie domagał się żadnych wyjaśnień; nigdy też nie próbował z nią o tym porozmawiać. Doszła do wniosku, że na tym właśnie polegał problem: on po prostu nie chciał z nią w ogóle na ten temat dyskutować.

Cóż, może miewał romanse z innymi kobietami, na przykład z Amerykankami? Trudno powiedzieć. W każdym razie stał się wobec niej naprawdę bardzo skryty, jakby demonstracyjnie. I to było… bardzo dziwne.

Maja postanowiła na razie powstrzymać się od kolejnych romansów, mimo że na myśl o seksie wciąż odczuwała lekki dreszczyk. Hiroko nie myliła się: w zamkniętym systemie wszystko było zupełnie inne. Frank miał po prostu pecha (o ile w ogóle przejmował się tą sprawą), służąc jej w tej kwestii za królika doświadczalnego. Uznała, że wszystko mu wynagrodzi, jeśli będzie dla niego dobrą przyjaciółką. Starała się tak bardzo, że raz, prawie miesiąc później, posunęła się trochę za daleko — była tak miła, że Frank pomyślał, iż znowu go uwodzi. Należeli przecież do tego samego zespołu, do późna rozmawiali w grupie, ona siedziała blisko niego, a gdy spotkanie się skończyło, najwyraźniej zleją zrozumiał i poszedł za nią do łazienek Torusa D, przemawiając w sposób czarujący i naprawdę podniecający, tak jak kiedyś w leśnej biomie. Maja zirytowała się na siebie, nie chciała, by uznał ją za kobietę niestałą. Chociaż doskonale wiedziała, że mężczyzna może zrozumieć jej zachowanie zupełnie opacznie, postanowiła jeszcze raz się z nim kochać, po prostu dlatego, że tak było najprościej, ale także dlatego, że jakaś cząstka jej samej bardzo tego pragnęła.

Kiedy już była całkowicie zdecydowana, nagle ogarnęła ją wściekła złość na samą siebie i doszła do wniosku, że to musi być ostatni raz, coś w rodzaju podarunku pożegnalnego. Powinna sprawić, by było to coś wyjątkowego, wspaniałe wspomnienie, do którego mógłby wracać. Kiedy się kochali, złapała się na tym, że jest bardziej namiętna niż kiedykolwiek przedtem, ponieważ naprawdę chciała go zadowolić i ponieważ to miał być ostatni raz. A potem, tuż przed orgazmem, spojrzała mu w oczy i poczuła się tak, jakby patrzyła w okna pustego domu.

I to był naprawdę ostatni raz.

( v. V oznacza prędkość, delta zaś zmianę. W przestrzeni kosmicznej jest to miara zmiany prędkości, niezbędnej do przemieszczenia się z jednego miejsca w inne, a więc pośrednio również określenie wielkości energii potrzebnej do tego przemieszczenia.

Wszystko się porusza. Aby oderwać się od powierzchni Ziemi (nieustannie się poruszającej) w celu wejścia na orbitę wokół niej, (v musi wynosić około 10 km/s; aby opuścić orbitę ziemską i skierować się na Marsa należy nadać statkowi prędkość ucieczki z A v minimum 3,6 km/s, natomiast gdy chcemy się znaleźć się na orbicie marsjańskiej, a potem wylądować na Czerwonej Planecie, wartość (v powinna wynosić tylko około l km/s. Wynika więc z tego, że najtrudniejszą część całego zadania stanowi opuszczenie Ziemi, ponieważ grawitacja naszej ojczystej planety jest znacznie większa niż Marsa. Wzniesienie się na tę ostrą krzywiznę czasoprzestrzeni wymaga ogromnej energii, bowiem by nadać ciału nowy kierunek, najpierw trzeba pokonać ogromną siłę bezwładności.

Historia również kieruje się zasadą bezwładności. W czterech wymiarach czasoprzestrzeni każda cząsteczka (lub zdarzenie) ma własny kierunek. Próbując to pokazać matematycy rysują na diagramach proste, które nazywają “liniami świata”. W dziejach ludzkości pojedyncze linie świata tworzą niezwykle gęstą plątaninę — wychodzą z mroków prehistorii i ciągną się przez otchłań czasu, tworząc sieć wielkości samej Ziemi, krążącej wokół Słońca po długiej zakrzywionej orbicie. Ta sieć splątanych linii świata jest właśnie historią. Spoglądając w przeszłość, bez trudu można przewidzieć kształt przyszłości — jest to kwestia prostej ekstrapolacji. Prawdziwym wyzwaniem jest jednak odpowiedź na pytanie, jaką wartość musi osiągnąć (v, aby wyzwolić się od ciążenia historii, jakie i jak wielkie siły trzeba wytworzyć, by uniknąć tej przytłaczającej bezwładności i obrać całkowicie nowy kurs?

I właśnie z tego względu najtrudniejszą częścią podróży jest pozostawienie za sobą Ziemi.

Kształt Aresa był odwzorowaniem struktury rzeczywistości: próżnia między Ziemią a Marsem zaczęła się wydawać Mai podobna do długiego łańcucha cylindrów połączonych ze sobą pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Dookoła Torusa C znajdował się tor do biegu z przeszkodami; przy każdym złączu Maja zwalniała i napinała mięśnie nóg, ponieważ czekała ją ciężka przeprawa przez dwa dwudziestodwuipółstopniowe łuki, po czym nagle dostrzegała przed sobą całą długość następnego cylindra. W gruncie rzeczy taki właśnie był teraz cały ich świat: równie wąski i ciasny. Za to zamieszkujący go ludzie, jakby pragnąc zniwelować tę ograniczoność, zaczęli stawać się coraz więksi.

Nadal trwał proces zrzucania antarktycznych masek; co rusz ktoś ujawniał jakąś nową, nieznaną dotychczas cechę, co sprawiało, że wszyscy, którzy to dostrzegli, czuli się o wiele swobodniej. Wywoływało to reakcję łańcuchową, gdyż również oni porzucali narzucone przez program schematy zachowań i manifestowali swoje prawdziwe uczucia. Pewnego niedzielnego poranka grupka katolików, która liczyła około tuzina osób, świętowała Wielkanoc w baniaczku. Wprawdzie na Aresie przeżywali właśnie pełnię lata, ale na Ziemi był kwiecień. Po nabożeństwie zeszli do jadalni D na przekąskę. Maja, Frank, John, Arkady i Sax siedzieli przy stole, popijać kawę i herbatę. Wszyscy prowadzili ożywione rozmowy z osobami z sąsiednich stolików, więc początkowo tylko Maja i Frank usłyszeli, co John powiedział do specjalizującej się w geologii Phyllis Boyle, która celebrowała wielkanocną mszę.

— Rozumiem ideę pojmowania wszechświata jako superistoty i że cała energia kosmosu to myśl tej istoty. Całkiem przyjemna koncepcja. Ale historia Chrystusa… — John potrząsnął głową.

— Na pewno dobrze znasz tę opowieść? — spytała wyzywająco Phyllis.

— Wychowałem się w rodzinie luterańskiej w Minnesocie — odparł krótko John. — Skończyłem pełny kurs religii, przeszedłem konfirmację. Wszystkiego uczyłem się na pamięć.

I, pomyślała Maja, prawdopodobnie właśnie dlatego pakujesz się w tego rodzaju rozmowy. John miał niezadowoloną minę, jakiej Maja nigdy przedtem u niego nie widziała, więc pochyliła się trochę do przodu i zaczęła uważnie przysłuchiwać się dyskusji. Spojrzała na Franka: wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w swoją filiżankę kawy, jakby nad czymś intensywnie dumał, ale była pewna, że również słucha z uwagą.

— Musisz wiedzieć — powiedział John — że ewangelie pisali ludzie, którzy nigdy Chrystusa nie spotkali. Poza tym istnieją też ewangelie, które przedstawiają go całkiem innego, ewangelie, które świadomie wykluczono z Biblii w trzecim stuleciu. Tak więc w rzeczywistości Jezus jest tylko czymś w rodzaju postaci literackiej albo kreacji politycznej. Nic nie wiemy o samym człowieku.

Phyllis potrząsnęła głową.

— To nieprawda.

— Ależ prawda — zaoponował John. Na te słowa również Sax i Arkady zaczęli przysłuchiwać się rozmowie. — Słuchaj, taka jest historia całej tej religii. Monoteizm to system, który zaczął się rozwijać już u wczesnych ludów pasterskich. Im większa była zależność od stada, tym bardziej prawdopodobne powstanie wiary w pasterza-boga. To jest ścisła współzależność, możesz ją sobie nawet wyrysować. A bóg był zawsze mężczyzną, ponieważ te społeczności były patriarchalne. Wystarczy trochę wiedzy z archeologii, antropologii, socjologii religii i wszystko staje się idealnie jasne — mechanizm powstania takiego kultu i potrzeby, jakie spełnia.

Phyllis obserwowała go z uśmieszkiem.

— Nie wiem, co mam ci na to powiedzieć, John. To nie jest przecież kwestia historii. To kwestia wiary.

— Ty naprawdę wierzysz w cuda, które jakoby czynił Chrystus?

— Cuda nie są ważne. Ani Kościół czyjego dogmaty. Liczy się tylko sam Jezus.

— Ale on jest jedynie tworem literackim — powtórzył z uporem John. — Czymś w rodzaju Sherlocka Holmesa albo Lone’a Rangera. Poza tym nie odpowiedziałaś na moje pytanie o cuda.

Phyllis wzruszyła ramionami.

— Uważam samo istnienie wszechświata za cud. Cudem jest kosmos i wszystko, co się w nim znajduje. Możesz temu zaprzeczyć?

— Jasne — odparł John. — Wszechświat po prostu jest, a ja definiuję cud jako proces, który wyraźnie i bezspornie łamie znane prawa fizyki.

— Jak podróżowanie na inne planety?

— Nie. Jak wskrzeszanie umarłych.

— Lekarze robią to codziennie.

— Lekarzom nigdy się to jeszcze nie udało.

Phyllis spojrzała nań z zakłopotaniem.

— Nie wiem, co mam ci powiedzieć, John. Jestem nieco zaskoczona. Przecież wciąż nie wiemy tak wielu rzeczy. Arogancją jest udawać, że to nieprawda. Stworzenie to tajemnica. Nazwać początek po prostu Wielkim Wybuchem i myśleć, że znalazło się prawdziwe wyjaśnienie, to kiepska logika. I fałszywa. Poza twoim racjonalnym światopoglądem naukowca znajduje się jeszcze ogromny obszar świadomości, obszar o wiele ważniejszy niż nauka. Jego częścią jest wiara w Boga. I sądzę, że albo się ją ma, albo nie. — Wstała. — Mam nadzieję, że kiedyś to zrozumiesz. — Wyszła z sali.

Po chwili milczenia John westchnął.

— Przepraszam, moi drodzy. Wciąż jeszcze czasem mnie to dopada.

— Gdy naukowcy mówią, że są chrześcijanami — oznajmił Sax — uważam to za oświadczenie natury estetycznej.

— Kościół pod wezwaniem “Ach, jakby to było miło uwierzyć” — rzucił Frank, nie odrywając wzroku od swojej filiżanki.

Po chwili znowu odezwał się Sax:

— Niektórzy czują, że tracimy duchowy wymiar życia, który charakteryzował dawniejsze pokolenia, i próbują go odzyskać przy użyciu tych samych co kiedyś środków. — Zmrużył oczy w charakterystyczny dla siebie sowi sposób, jakby problem zniknął przez samo zdefiniowanie go.

— Może, ale taki sposób rozumowania składa się z samych nonsensów! — wykrzyknął John.

— Po prostu nie masz w sobie wiary — prowokacyjnie oświadczył Frank.

John zignorował go.

— I pomyśleć, że ludzie, którzy w laboratorium wykazują się niezwykle ścisłym umysłem i podchodzą do świata w sposób wyłącznie racjonalny. … powinieneś zobaczyć, z jaką precyzją i szybkością Phyllis wyciąga wnioski z komputerowych danych i wykresów sporządzonych przez jej kolegów!… nagle zaczynają używać najgłupszej demagogii… jedne fakty przekręcają, innych nie chcą przyjąć do wiadomości, słowem, stosują dziwnie pokrętną logikę i sprawiają wrażenie, jakby byli kimś zupełnie innym.

— Po prostu brak ci wiary — powtórzył Frank.

— I mam nadzieję, że nigdy nie będzie mi ona dana, bo ci, którzy ją mają, zachowują się tak, jakby dostali młotkiem po w głowie!

John wstał i odniósł tacę do kuchni. Reszta spoglądała po sobie w milczeniu. Maja pomyślała, że musiał to być naprawdę kiepski kurs religii. Najwyraźniej też nikt z pozostałych nie wiedział nic o tym ciekawym epizodzie w biografii ich niefrasobliwego bohatera. Któż może wiedzieć, czego jeszcze się dowiedzą o Johnie albo o kimś innym z ich grona?

Wieść o sporze między Johnem i Phyllis rozeszła się wkrótce wśród całej załogi. Maja nie była pewna, kto rozpowiedział tę historię — ani John, ani Phyllis nie sprawiali wrażenia, by chcieli do niej wracać. Pewnego razu jednak zobaczyła Franka rozmawiającego z Hiroko; Japonka śmiała się z czegoś, co jej opowiadał. Gdy ich mijała, usłyszała słowa Hiroko: “Musisz przyznać, że co do tego akurat Phyllis ma rację: rzeczywiście nie rozumiemy, skąd wszystko się wzięło”.

A więc to Frank. To on siał niezgodę między Phyllis a Johnem. Nie było to bez znaczenia, jako że katolicy nadal stanowili liczącą się grupę w Ameryce i jedną z najliczniejszych na świecie. Gdyby ludzie na Ziemi dowiedzieli się, że John Boone jest walczącym ateistą, mogłoby to oznaczać dla niego kłopoty, a to z pewnością byłby punkt dla Franka.

Na Ziemi wprost uwielbiano ich wszystkich, ale oglądając uważnie programy informacyjne i filmy, nie można było nie zauważyć, że niektórych jednak ceni się bardziej niż innych, co sprawiało, że wydawali się ważniejsi, a dzięki temu stawali się tacy naprawdę, wyłącznie dlatego, że tak ich postrzegano w mediach. Do tej grupki należeli Wład i Ursula (Maja podejrzewała, że łączy ich coś więcej niż tylko przyjaźń), Frank, Sax… W ogóle wszyscy, którzy byli powszechnie znani jeszcze przed selekcją. Jednak nikogo nie kochano tak bardzo jak Johna. Tak więc najmniejszy nawet spadek popularności któregoś z nich w opinii Ziemian mógł umniejszyć jego faktyczną pozycję na Aresie. I właśnie o to najwyraźniej chodziło Frankowi.

Życie na statku przypominało egzystencję w wielkim hotelu, tyle że pozbawionym wyjść, a nawet balkonów. Nic więc dziwnego, że z każdym kolejnym dniem koloniści czuli się tą sytuacją bardziej przytłoczeni, ogarniało ich coraz większe znużenie. Byli już w drodze od czterech miesięcy, a wciąż jeszcze nie osiągnęli półmetka podróży. Ani starannie zaprojektowany, urozmaicony wystrój statku, ani zmieniające się warunki klimatyczne czy też napięty program codziennych zajęć nie były w stanie przełamać pragnienia zakończenia tego lotu.

Pewnego ranka, kiedy druga ekipa pilotów zmagała się z lotem problemowym Arkadego, nagle na wielu ekranach zapaliły się czerwone światełka.

— Aparatura monitorująca Słońce zarejestrowała spory rozbłysk słoneczny — oznajmiła Rya.

Arkady zerwał się z fotela.

— To nie ja! — krzyknął i pochylił się, aby odczytać dane na najbliższym ekranie. Po chwili podniósł wzrok i widząc sceptyczne spojrzenia towarzyszy, uśmiechnął się cierpko. — Przykro mi, przyjaciele. To prawdziwa burza słoneczna.

Dramatyczna wiadomość z Houston potwierdziła jego słowa. Wprawdzie mógł sfałszować również i ten przekaz, ale kiedy skierował się pospiesznie do najbliższej szprychy, nic nie mogli poradzić. Fałszerstwo czy nie, musieli z nim współdziałać.

Wiele razy przedtem symulowali duży rozbłysk słoneczny i wszyscy doskonale znali swoje zadania w takiej sytuacji; wielu musiało je wykonać w bardzo krótkim czasie, więc biegali po terasach, przeklinając pecha i próbując nie wchodzić sobie nawzajem w drogę. Pracy było sporo, ponieważ każde z niezbędnych zabezpieczeń było czynnością bardzo skomplikowaną i nie mogli do tego wykorzystać robotów. Gdy przesuwali do specjalnego schronu korytka z roślinami, Janet zawołała:

— Czy to jeden z testów Arkadego?

— On twierdzi, że nie!

— A niech to cholera!

Opuścili Ziemię podczas niskiego stopnia nasilenia w jedenastoletnim cyklu aktywności słonecznej głównie po to, aby zmniejszyć niebezpieczeństwo pojawienia się rozbłysku. A mimo to właśnie teraz nastąpił. Mieli około pół godziny, zanim dotrze pierwsza fala promieniowania i nie więcej niż godzinę do nadejścia głównego uderzenia naładowanych cząstek.

Krytyczne sytuacje w przestrzeni kosmicznej są oczywiste, ale ich oczywistość nie ma nic wspólnego z tym, jak są w rzeczywistości niebezpieczne. Bez pomocy komputerów załoga sama nigdy nie zauważyłaby zbliżającego się wiatru subatomowych cząstek, a była to jedna z najgorszych rzeczy, jakie mogły im się przydarzyć. I wszyscy o tym wiedzieli. Biegali więc po torusach, w pośpiechu dokonując koniecznych zabezpieczeń: rośliny trzeba było przykryć albo przenieść w osłonięte miejsca, kurczaki, świnie, karłowate krowy oraz resztę zwierząt i ptaków należało zebrać w stada i zaprowadzić do przeznaczonych dla nich małych schronów, nasiona i zamrożone embriony zapakować w ochronne pojemniki i wziąć ze sobą, delikatne części elektryczne spakować i również zabrać. Kiedy już uporali się z najpilniejszymi zadaniami, popędzili ile sił szprychami do piasty i pofrunęli do schronu przeciwburzowego, który znajdował się na jej dolnym końcu.

Hiroko i jej ekipa biosferyczna jako ostatni dotarli do schronu, pojawiając się we włazie równe dwadzieścia siedem minut po pierwszym alarmie. Zarumienieni i zadyszani rzucili się w nieważką przestrzeń.

— Już się zaczęło?

— Jeszcze nie.

Zerwali ze stojaka osobiste liczniki promieniowania i przypięli je sobie do ubrań. Reszta załogi już od jakiegoś czasu unosiła się bezładnie po półcylindrycznej komorze, ciężko oddychając i masując siniaki i zwichnięte kostki. Dla pewności jednak Maja nakazała odliczanie i rozluźniła się dopiero wtedy, gdy się przekonała, że cała setka rzeczywiście dotarła w komplecie.

W pomieszczeniu panował prawdziwy tłok. Od wielu tygodni nie zbierali się całą setką w jednym miejscu i nawet ta największa sala na statku wydawała się za mała dla nich wszystkich. Znajdowała się w środkowej części piasty; wokół niej usytuowane były cztery zbiorniki z wodą. Właściwy schron zajmował tylko połowę przedzielonego wzdłuż cylindra — druga była wypełniona metalami ciężkimi; płaska boczna ściana stanowiła dla nich “podłogę”. Ten drugi półcylinder był ruchomy i obracał się tak, aby neutralizować wirowanie statku i zawsze odgradzać znajdującą się w schronie załogę od Słońca.

Tak więc znajdowali się w pomieszczeniu nierotacyjnym, podczas gdy wypukły dach zbiornika wirował nad nimi ze zwykłą prędkością czterech obrotów na minutę. To był naprawdę osobliwy widok, który w połączeniu z nieważkością sprawił, że niektórzy zaczęli zdradzać pierwsze oznaki choroby morskiej. Nieszczęśliwcy ci zebrali się na samym końcu schronu, gdzie znajdowały się umywalnie, więc pozostali oddalili się dyskretnie w stronę “podłogi”. Niemal fizycznie odczuwali przenikające przez ich stopy promieniowanie, przeważnie gamma, które rozpraszało się w zetknięciu z metalami ciężkimi. Maja z trudem powstrzymywała się przed ciągłym zaciskaniem kolan. Część załogi pływała apatycznie w powietrzu, część zaś nałożyła specjalne magnetyczne obuwie i przechadzała się po podłodze. Niektórzy rozmawiali, instynktownie odnajdując swoich najbliższych sąsiadów, współpracowników, przyjaciół. Rozmowy były stonowane i prowadzone szeptem, jakby podświadomie obawiali się, że podobnie jak krzyk wywołujący górską lawinę, każdy głośniejszy dźwięk może spotęgować siłę bombardujących statek cząstek.

Nagle John Boone zakłócił ten pozorny spokój i zdecydowanym ruchem popłynął do terminali komputerowych na przedzie pomieszczenia, gdzie Arkady i Aleks monitorowali statek. Wstukał komendę i na największym ekranie ukazały się odczyty promieniowania zewnętrznego.

— Zobaczymy, ile trafia w statek! — wrzasnął pogodnie.

Zewsząd rozległy się jęki.

— Musimy wiedzieć? — krzyknęła Ursula.

— Powinniśmy — odparł John. — Poza tym chcę sprawdzić, jak sprawuje się schron. Tamten na Rdzawym Orle przepuszczał jak dentystyczny śliniak.

Maja uśmiechnęła się. John przypominał im w ten sposób, co było dla niego dość niezwykłe, że wcześniej wystawił się na promieniowanie znacznie większe niż ktokolwiek z nich — w sumie około sto sześćdziesiąt remów ponad dopuszczalną dawkę, jak teraz wyjaśnił, odpowiadając na czyjeś pytanie. Na Ziemi przyjmowało się rocznie pięć “biologicznych równoważników rentgena” (czyli remów), a krążąc po orbicie okołoziemskiej, wciąż jeszcze pod osłoną magnetosfery ojczystej planety, można było otrzymać nie więcej niż trzydzieści pięć na rok. John więc rzeczywiście wchłonął sporą dawkę i to jak gdyby dawało mu teraz prawo, aby pomimo sprzeciwów wyświetlić na ekranie dane na temat natężenia zewnętrznego promieniowania skoro miał na to ochotę.

Wszyscy zainteresowani — około sześćdziesięciu osób — stłoczyli się za jego plecami, aby obserwować ekran. Reszta odsunęła się w przeciwległy kraniec zbiornika, w pobliże osób cierpiących na chorobę lokomocyjną. Była to grupa, która stanowczo nie chciała wiedzieć, jaką dawkę promieniowania przyjmują ich organizmy. Już sama myśl o tym wywoływała u nich dreszcz lęku.

I wtedy właśnie słoneczny rozbłysk uderzył z pełną siłą. Licznik zewnętrznego promieniowania podniósł się znacznie powyżej zwykłego poziomu i nadal gwałtownie szedł w górę. Wśród obserwujących natychmiast rozległy się stłumione syki, niektórzy krzyknęli wstrząśnięci.

— Ale, ale, popatrzcie tylko, jak dużo schron zatrzymuje — zauważył John, sprawdzając licznik przypięty do koszuli. — Stanął przy trzech remach!

Prawdę mówiąc, nie było to bardziej niebezpieczne niż kilka prześwietleń zębów rocznie, ale radiacja na zewnątrz schronu przeciwburzowego wynosiła już siedemdziesiąt remów, co jednorazowo stanowiło dawkę prawie śmiertelną. Wyglądało więc na to, że im samym nic nie grozi, ale ta ilość przelatująca przez pozostałą część statku! Miliardy cząstek wtargnęły na statek i zderzały się z napotykanymi atomami wody i metali; setki milionów latało wśród tych atomów, a potem bezkolizyjnie przelatywało przez ich ciała niczym duchy. Jednakże przynajmniej tysiące z nich bombardowały atomy ludzkich organizmów. Większość z tych zderzeń była nieszkodliwa, ale wśród tych tysięcy było zapewne jedno lub dwa (albo i trzy?) takie, którego pasmo chromosomowe przyjęło uderzenie i zostało skręcone w niewłaściwy sposób. Tak to się zaczyna. Taki właśnie jest początek nowotworu, dokładnie tym wzorem rozpoczyna się w księdze losu człowieka. A całe lata później, o ile DNA ofiary w jakiś cudowny sposób samo się nie wyleczy, podwyższy się ryzyko nowotworu i coś obcego zakiełkuje wewnątrz naszego organizmu. I to będzie rak. Najprawdopodobniej białaczka. I najprawdopodobniej śmierć.

Mimo lęku trudno więc było nie obserwować pojawiających się na ekranie porównań wskaźników radiacji na zewnątrz i wewnątrz schronu. l,4658 rema, 1,7861, 1,9004.

— Przypomina hodometr mierzący przebyte kilometry — szepnął Boone, wpatrując się w swój licznik. Chwycił poręcz obiema rękoma i zaczął się przeciągać rytmicznie w tył i w przód, jakby wykonywał jakieś ćwiczenie izometryczne. Frank obrzucił go badawczym spojrzeniem i spytał:

— Do diabła, John, co robisz?

— Usiłuję się wymknąć — odparł John. Uśmiechnął się szeroko, dostrzegając kosę spojrzenie Franka. — No, wiesz, ruchomy cel!

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Chociaż na ekranach i wykresach wciąż widzieli realny i nie napawający specjalnym optymizmem wymiar niebezpieczeństwa, nie czuli się już tak bezradni. To było nielogiczne, ale nazwanie rzeczy po imieniu oswaja z zagrożeniem i w pewnym sensie czyni każdą istotę ludzką naukowcem. A przecież koloniści byli naukowcami z zawodu, a przy tym znajdowało się wśród nich wielu astronautów, przygotowanych na możliwość pojawienia się takiej burzy. Górę wzięły nawyki zawodowe i wstrząs spowodowany niespodziewanym słonecznym kataklizmem nieco osłabł. Powoli zaczęli się godzić z zaistniałą sytuacją.

Arkady podszedł do terminalu i nastawił trzecią część “Symfonii Pastoralnej” Beethovena, fragment, w którym burza przerywa tańce we wsi. Zwiększył głośność i wszyscy zamilkli, unosząc się w długim półcylindrze schronu i wsłuchując w moc gwałtownej beethovenowskiej nawałnicy, która nagle zdała im się doskonałym odbiciem bezgłośnych uderzeń kosmicznego wiatru miotającego statkiem. Właśnie tak powinno to brzmieć! Sekcja smyczkowa i dęta przekrzykiwały się w dzikich porywach, niemożliwe do opanowania, a jednak tak piękne, że Maję aż przebiegł dreszcz po kręgosłupie. Nigdy przedtem nie słuchała starego klasyka tak uważnie, spojrzała więc z zachwytem (i odrobiną lęku) na Arkadego, który rozpromieniony obserwował efekt wybranej przez siebie w natchnieniu płyty; puszył się niczym młody ptaszek prezentujący na wietrze reszcie stada swoje nowe, kolorowe piórka. Kiedy nawałnica symfonii osiągała maksimum, wręcz trudno było uwierzyć, że licznik promieniowania nie podnosi się, aby nadążyć za muzyką, kiedy zaś muzyczna burza cichła, wydawało się, że również i ich burza lada chwila powinna się skończyć. W oddali rozległy się stłumione pomruki, powietrzem wstrząsnęły ostatnie porywy wichury. I wreszcie na koniec wszystko ucichło i samotna waltornia łagodnie zaśpiewała, że burza wreszcie się skończyła.

Ludzie nagle jakby zapomnieli o niebezpieczeństwie i swobodnie zaczęli rozmawiać o innych sprawach, wracając do rozmaitych problemów tak brutalnie przerwanego dnia albo też wykorzystując sposobność, aby pogawędzić o zupełnie innych rzeczach. Po mniej więcej półgodzinie jedna z tych rozmów stała się głośniejsza od pozostałych. Maja nie przysłuchiwała się jej od początku, ale nagle do jej uszu dotarły słowa Arkadego wypowiedziane bardzo głośno po angielsku:

— Myślę, że nie powinniśmy przejmować się planami, które narzucają nam mądrale z Ziemi!

Inne rozmowy zamilkły i wszystkie głowy skierowały się w jego stronę. Arkady podskoczył i teraz unosił się pod wirującym sklepieniem kapsuły, skąd mógł obserwować całą grupę i przemawiać do niej niczym jakiś szalony duch.

— Sądzę, że powinniśmy sporządzić nowe plany — oznajmił. — I to zaraz. Musimy wszystko zaprojektować od początku, aby wyrazić własne pragnienia. To dotyczy wszystkiego, nawet konstrukcji pierwszych schronów, jakie wybudowaliśmy.

— Co ci się w nich nie podoba? — spytała Maja, zirytowana jego przemową. — Te plany są całkiem dobre. — To zaczynało być naprawdę denerwujące. Arkady często zachowywał się tak despotycznie i za każdym razem wszyscy z wyrzutem spoglądali na nią, jak gdyby była za niego w jakiś sposób odpowiedzialna i jakby jej obowiązkiem było sprawić, aby już nigdy więcej ich nie dręczył swoimi pomysłami.

— Budowle to podstawa każdej społeczności — oświadczył Arkady.

— Pokoje, chodzi tylko o pokoje — zwrócił mu uwagę Sax Russell.

— Tak, ale pokoje wyznaczają społeczną organizację wewnątrz budynków. — Arkady rozglądał się dokoła, spojrzeniem zachęcając ludzi do dyskusji. — Układ budynku wskazuje, jaki kształt, zdaniem projektującego, powinno przybrać życie w środku. Zauważyliśmy to już na początku lotu, kiedy Rosjanom i Amerykanom wyznaczono osobne torusy D i B. Mieliśmy pozostać dwiema odrębnymi, obcymi społecznościami. Tak samo będzie na Marsie. Budynki wyrażają wartości, są czymś w rodzaju gramatyki. A pokoje są zdaniami. Nie życzę sobie, by ktoś w Waszyngtonie czy Moskwie mówił mi, w jaki sposób powinienem żyć. Mam tego dosyć.

— Co ci się nie podoba w projekcie pierwszych schronów? — spytał John z zainteresowaniem.

— Są prostokątne — odrzekł Arkady. Stwierdzenie to wywołało żywiołowy śmiech, ale Rosjanin mówił dalej: — Mają prostokątny, stereotypowy kształt! Poza tym miejsca pracy oddzielono od kwater mieszkalnych, jak gdyby praca nie była najistotniejszym elementem naszego życia. Nie mówiąc już o tym, że część mieszkalna składa się niemal wyłącznie z prywatnych pokojów, odzwierciedlających hierarchię ważności, ponieważ naszym szefom przyznano większą przestrzeń.

— A czy nie zrobiono tego po prostu po to, aby ułatwić im pracę? — spytał Sax.

— Nie, tak naprawdę to wcale nie jest konieczne. To służy tylko podkreśleniu ich prestiżu. Typowy przykład “amerykańskiego stylu myślenia”, jeśli mogę tak to ująć.

W tłumie rozległ się jakiś jęk sprzeciwu.

— Czy koniecznie musimy się wdawać w politykę, Arkady? — zapytała Phyllis.

Na sam dźwięk tego złowróżbnego słowa zwarty tłumek słuchaczy rozsypał się. Mary Dunkel i parę osób ostentacyjnie odwróciło się plecami i skierowało w przeciwległy koniec pomieszczenia.

— Wszystko jest polityką! — krzyknął za nimi Arkady. — A nic nie jest bardziej z nią związane niż nasza podróż. Zaczynamy tworzyć nowe społeczeństwo; jakże mogłoby ono egzystować bez polityki?

— Jesteśmy placówką naukową — obruszył się Sax. — Nie potrzebujemy polityki.

— Kiedy leciałem ostatnim razem, w ogóle nie było takiego problemu — wtrącił w zadumie John.

— Ależ był — powiedział z uporem Arkady — tylko wtedy wszystko było prostsze. Wasza załoga składała się wyłącznie z Amerykanów, wykonujących polecenia zwierzchników podczas ściśle określonej czasowo misji. A my stanowimy międzynarodową ekipę, która zakłada stałą kolonię. To coś zupełnie innego.

Kilka osób znów zbliżyło się do Arkadego i Johna, aby lepiej słyszeć, o czym mówią.

— Mnie nie interesuje polityka — odezwała się Rya Jimenez, a Mary Dunkel poparła ją z drugiego końca pomieszczenia:

— To jedna z rzeczy, przed którymi stamtąd uciekłam!

Rosjanie zaczęli naraz mówić jedni przez drugich, wykrzykując takie kwestie, jak: “Już samo to jest stwierdzeniem politycznym!”

Aleks usiłował przekrzyczeć tłum:

— Wy, Amerykanie, chcielibyście położyć kres polityce i historii, aby znaleźć się w świecie, w którym dominujecie!

Kilku Amerykanów próbowało zaprotestować, ale Aleks nie dał sobie przerwać.

— To prawda! W ciągu ostatnich trzydziestu lat zmienił się cały świat, wszystkie kraje przeanalizowały własne problemy i wdrożyły programy gruntownych przemian w celu ich rozwiązania, wszystkie z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. Stajecie się najbardziej konserwatywnym państwem na świecie.

— Przemiany, o których mówisz — wtrącił Sax — były w większości wymuszone, ponieważ kraje te cechowała skostniałość i były niemal na progu bankructwa. Stany natomiast rozwijały się przez cały czas, więc nie musiały przechodzić tak drastycznej przebudowy. Słuchajcie, amerykańska droga jest lepsza, ponieważ jest łagodniejsza. Jest bardziej przemyślana.

Wypowiedź ta pohamowała na chwilę rozpęd Aleksa i podczas gdy się nad nią zastanawiał, do rozmowy włączył się John Boone, który już od jakiegoś czasu z wielkim zainteresowaniem obserwował Arkadego:

— Wracając do tematu schronów, co chcesz w nich zmienić?

— Nie jestem do końca pewien — odrzekł Arkady. — Musimy najpierw obejrzeć miejsca, na których będziemy je budować, przejść się po terenie i omówić wszystkie szczegóły. Taka jest moja propozycja. Jednak generalnie sądzę, że miejsca pracy i przestrzeń mieszkalna powinny być maksymalnie przemieszane. Nasza praca będzie czymś więcej niż “zarabianiem pieniędzy” — w pewnym sensie będzie sztuką i bez reszty wypełni całe nasze życie. Wszyscy będziemy pracować z równym zaangażowaniem dla siebie nawzajem i nie będziemy sobie za to płacić, więc nie powinno być wśród nas żadnych hierarchicznych podziałów. Zresztą zupełnie nie podoba mi się system dowodzenia, który mamy teraz. — Uprzejmie skinął głową w kierunku Mai. — Na każdym z nas spoczywa przecież taka sama odpowiedzialność, więc nasze budynki powinny to uwidaczniać. Najlepszy byłby układ koncentryczny… Trudny do wykonania, ale funkcjonalny, jeśli chodzi o obieg ciepła. Geodezyjna kopuła powinna być niezłym kompromisem — jest łatwa w konstrukcji i podkreśla naszą równość. Co do wnętrza, postuluję maksymalną otwartość. Wszyscy będą mieli osobne pokoje, to jasne, ale nie powinny one być duże. Myślę, że mogłyby na przykład być usytuowane koliście i skierowane frontem ku większym wspólnym salom… — Podniósł mysz leżącą przy jednym z terminali i zaczął kreślić po ekranie. — Mniej więcej tak. To jest gramatyka architektury, którą można by nazwać: “Wszyscy równi”. Tak?

— Na miejscu jest już sporo prefabrykatów — stwierdził John. — Nie jestem pewien, czy dadzą się przystosować.

— Jeśli rzeczywiście będzie nam na tym zależeć, uda nam się.

— Ale czy to naprawdę konieczne? To znaczy… przecież to oczywiste, że wszyscy jesteśmy sobie równi.

— Oczywiste? — spytał ostro Arkady, rozglądając się wokół siebie. — Czy jeśli Frank i Maja mówią nam, że mamy coś zrobić, wolno nam ich zignorować? Albo jeśli Houston czy Bajkonur wydają nam polecenia, możemy je zlekceważyć?

— Tak sądzę — odrzekł spokojnie John.

Frank zmierzył go badawczym spojrzeniem. To ostatnie stwierdzenie Boone’a podzieliło przysłuchujący się tłumek i rozmowa przerodziła się w wiele mniejszych kłótni, jednak Arkady natychmiast je uciął.

— Przysłały nas tutaj nasze rządy, a wszystkie one, powtarzam wszystkie bez wyjątku, mają wady, z których większość jest naprawdę zgubna. Oto dlaczego historia jest taką krwawą papką. Ale teraz mamy szansę uniezależnić się od nich i osobiście nie mam zamiaru powtarzać wszystkich ziemskich błędów tylko z powodu konwencjonalnego myślenia. Pomyślcie, jesteśmy pierwszymi marsjańskimi kolonistami! No i jesteśmy przecież naukowcami! Nasza praca to wymyślanie nowych rzeczy, tworzenie nowych jakości!

Znów rozgorzały kłótnie, teraz jeszcze głośniejsze niż poprzednio. Maja odwróciła się i przeklęła pod nosem Arkadego, przerażona rozmiarem zamieszania, które wywołał. Nagle spostrzegła, że John Boone promiennie się uśmiecha. Odbił się od podłogi i poszybował w kierunku Arkadego, wyhamował wpadając na niego, a potem potrząsnął jego ręką, co rozkołysało ich obu w niezdarnym tańcu. Ten jawny gest poparcia skłonił wiele osób do powtórnego przemyślenia całej sprawy, co Maja odgadła z ich zdumionych twarzy; sławie Johna towarzyszyła reputacja człowieka rozsądnego i umiarkowanego, więc uznano, że skoro on aprobuje idee Arkadego, to naprawdę muszą być coś warte.

— Cholera, Ark — mruknął John. — Najpierw te zwariowane loty problemowe, a teraz coś takiego… Jesteś szalony facet, nie ma co! A tak przy okazji, jak ci się, u diabła, udało przekonać komisję, aby pozwoliła ci wejść na pokład tego statku?

Z ust mi wyjąłeś to pytanie, pomyślała Maja.

— Skłamałem — wyjaśnił Arkady.

Wszyscy parsknęli śmiechem, nawet zaskoczony Frank.

— Ma się rozumieć, że skłamałem! — krzyknął Arkady; jego rudą brodę rozciął szeroki, nienaturalny uśmiech. — Jak inaczej mógłbym się tu dostać? Chciałem lecieć na Marsa, aby robić to, na co mam ochotę, komisja selekcyjna natomiast pragnęła, aby ludzie lecieli tam i ściśle wypełniali ich instrukcje. Doskonale wiecie, o co mi chodzi! — Oskarżycielskim ruchem wymierzył w nich palec i krzyknął: — Wszyscy ich okłamaliście! Wiem, że tak było.

Frank wybuchnął tak głośnym śmiechem jak nigdy. Sax przybrał swoją zwykłą minę a la Buster Keaton i oznajmił:

— ZMOWPROM. Zmodyfikowany Wieloaspektowy Profil Osobowościowy “Minnesota”.

Gdzieniegdzie rozległy się pogardliwe gwizdy; wszyscy koloniści mieli za sobą to nieciekawe doświadczenie. Był to najbardziej rozpowszechniony na świecie test psychologiczny, wielce szanowany przez specjalistów. Badana osoba musi zgodzić się lub nie z pięćset pięćdziesięcioma zdaniami orzekającymi; na podstawie tych odpowiedzi tworzy się jej profil osobowościowy. Tyle że punktem odniesienia są odpowiedzi uzyskane od reprezentatywnej grupy dwóch tysięcy sześciuset przeciętnych, białych, żonatych, średniozamożnych farmerów z Minnesoty w latach trzydziestych XX wieku. Pomimo późniejszych modyfikacji testu, wciąż głęboko zakorzenione było powszechne nieprzychylne nastawienie do niego, spowodowane charakterem tej pierwszej grupy testowanych.

— Minnesota! — krzyknął Arkady, dziko tocząc wokoło oczyma. — Farmerzy! Farmerzy z Minnesoty! Teraz mogę wam to już powiedzieć: skłamałem przy każdej odpowiedzi! Każda z nich była dokładnie odwrotna od tego, co naprawdę myślałem, i to właśnie dzięki temu zabłysłem jako osobnik normalny!

Słuchacze zareagowali spontanicznym śmiechem.

— Do cholery — oznajmił John — to nic w porównaniu ze mną. Ja rzeczywiście jestem z Minnesoty i też musiałem kłamać.

Wesołe okrzyki zamieniły się w gwar. Maja zauważyła, że twarz Franka nagle zrobiła się szkarłatna; nie mógł wydusić z siebie słowa, kurczowo trzymał się za brzuch i kiwał głową na wszystkie strony, bez skutku próbując pohamować spazmatyczny atak śmiechu. Nigdy przedtem Maja nie widziała, żeby się tak zachowywał.

Nagle Sax oświadczył z całą powagą:

— To test sprawił, że kłamaliście.

— A co, ty może nie? — zapytał napastliwie Arkady. — Chcesz powiedzieć, że ty nie kłamałeś?

— No cóż, nie — odparł Sax, mrużąc oczy, jakby wcześniej ta myśl nawet nie przyszła mu do głowy. — Nie skłamałem ani razu.

Słowa Saxa wywołały znów wybuch śmiechu. Sax rozejrzał się wokół siebie zdziwiony reakcją zebranych, przez co wyglądał jeszcze zabawniej.

Ktoś krzyknął:

— Co na to powiesz, Michel? Potrafisz to jakoś wytłumaczyć?

Michel Duval rozłożył ręce.

— Może nie doceniacie wyrafinowania ZMOWPROM-u. Może ten test miał tylko sprawdzić, do jakiego stopnia jesteście uczciwi.

Stwierdzenie to wywołało istny grad pytań. Zaczęło się metodyczne śledztwo. W jaki sposób ich kontrolował? Jak testujący rozpoznawali ich naturalne reakcje? Czy weryfikowali pierwszą ocenę, aranżując kolejne, mniej oficjalne “testy” indywidualne? W jaki sposób eliminowali alternatywne interpretacje wyników? A przede wszystkim, jak mogli się uważać za prawdziwych naukowców w jakimkolwiek sensie tego słowa?

Wielu kolonistów uważało psychologów za pseudonaukowców, a większość miała do nich ansę po ciężkich próbach, które musieli przejść, aby dostać się na pokład Aresa. Dopiero teraz ujawniały się skutki długich lat współzawodnictwa. I nagle odkrycie, że przeżyli to wszystko w podobny sposób, złamało w nich jakąś wewnętrzną blokadę i wyzwoliło chęć szczerej rozmowy. Napięcie, które pojawiło się podczas wykładu Arkadego na temat polityki, bezpowrotnie zniknęło.

Maja pomyślała, że może Arkady świadomie pomieszał oba tematy. Jeśli tak, zrobił to bardzo sprytnie. Arkady był nieprzeciętnie inteligentnym człowiekiem, możliwe więc, że rzeczywiście zrobił to celowo. Przeanalizowała jeszcze raz całe wydarzenie. Właściwie to John Boone zmienił temat. To on efektownie pofrunął pod sufit i udzielił Arkademu poparcia, a ten tylko skrzętnie wykorzystał szansę. Obaj więc byli sprytni. Możliwe zresztą, że działali w zmowie. Możliwe, że była to próba stworzenia czegoś w rodzaju alternatywnego przywództwa… Amerykanin i Rosjanin. Bez względu na to, jaka była prawda, musiała jakoś zareagować, nie mogła tego tak zostawić.

Po krótkiej chwili odezwała się do Michela:

— Czy sądzisz, że to zły znak, iż wszyscy uważamy się za wyrachowanych kłamców?

Michel wzruszył ramionami.

— W każdym razie należy o tym rozmawiać. Właśnie uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy do siebie podobni bardziej, niż nam się dotąd zdawało. Nikogo nie będzie już gnębiło poczucie winy, że dostał się na statek nieuczciwie.

— A ty? — spytał Arkady. — Czy tylko na pokaz udawałeś najbardziej rozsądnego i zrównoważonego psychologa, w rzeczywistości skrywając osobliwy umysł, który po pewnym czasie poznamy i pokochamy?

Na twarzy Michela pojawił się nikły uśmieszek.

— To ty jesteś ekspertem w dziedzinie osobliwych umysłów, Arkady.

Rozmowę przerwały okrzyki kilku osób, które obserwowały ekrany Poziom promieniowania zaczął się zmniejszać. Po pewnym czasie był już tylko nieznacznie wyższy od normalnego.

Ktoś znów włączył “Symfonię Pastoralną” od momentu solowej partii waltorni. Ostatnia część symfonii, “Radosne i miłe odczucia po burzy”, popłynęła łagodnie z głośników i kiedy opuszczali schron i unosili się po statku jak puch dmuchawca na wietrze, piękna stara ludowa melodia rozbrzmiewała po Aresie w całym bogactwie brucknerowskiej orkiestracji. Słuchając jej zaczęli sprawdzać szkody w zabezpieczonych wcześniej sektorach Aresa. Grubsze ściany farmy i leśnej biomy zapewniły roślinom bezpieczne schronienie i chociaż zanotowano wśród nich pewne straty, a cały plon mógł się okazać niejadalny, to jednak stosy nasion nie uległy napromieniowaniu. Zwierzęta również zapewne nie nadawały się do jedzenia, ale z pewnością dadzą życie następnym zdrowym pokoleniom. Jedynymi ofiarami były nieliczne swobodnie latające ptaki śpiewające z jadalni D, które znaleźli martwe na podłodze.

Jeśli chodzi o załogę, pancerz izolacyjny schronu dopuścił do nich jedynie około sześciu remów. Okazało się, że dość niebezpiecznie było tylko przez trzy godziny, a mogło być znacznie gorzej, ponieważ zewnętrzna powłoka statku otrzymała ponad sto czterdzieści remów, dawkę absolutnie śmiertelną dla każdego człowieka.

Mijało sześć miesięcy w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości choćby jednego spaceru na zewnątrz. Na pokładzie panowało teraz późne lato, dni były długie. Na ścianach i sufitach dominowała zieleń, a podróżnicy chodzili boso. W łomocie urządzeń i szumie wentylatorów ciche rozmowy zdawały się prawie niesłyszalne.

Statek sprawiał wrażenie opustoszałego; część sektorów w ciągu dnia przeważnie była wyludniona, jakby cała załoga pogrążyła się bez reszty w oczekiwaniu. Jedynie w korytarzach torusów B i D przesiadywały czasami małe grupki pogrążonych w dyskusjach podróżników. Kilka razy, kiedy Maja przechodziła obok nich, rozmowy gwałtownie milkły, co ją oczywiście bardzo zaniepokoiło. Ostatnio miała kłopoty z zaśnięciem, rano nie mogła się obudzić, a praca wprawiała ją w stan rozdrażnienia. Wszyscy inżynierowie odczuwali znużenie coraz bardziej wymyślnymi symulacjami, które tak naprawdę były tylko formą oczekiwania na końcową fazę lotu, kiedy miały się pojawić prawdziwe wyzwania, ale u Mai objawy te były szczególnie intensywne. Często traciła poczucie czasu i popełniała więcej błędów. Wreszcie poszła porozmawiać o tym z Władem, a on polecił jej częstszy kontakt z wodą, więcej ruchu i pływania.

Z kolei Hiroko poradziła jej, aby więcej czasu przebywała na farmie. Maja z chęcią zastosowała się do jej sugestii, spędzając całe godziny na pieleniu, zbieraniu plonów, przycinaniu, nawożeniu, podlewaniu. Poza tym prowadziła błahe rozmowy, przesiadywała na ławce, patrzyła na liście, spacerowała między grządkami. Pomieszczenia farmy znajdowały się w największych komorach statku; ich wypukłe sklepienia pokryte były rozgwiazdami złocistych linii, które imitowały promienie słońca. Wielopoziomowe pokłady pełne były roślin uprawnych, gdyż od czasu burzy posadzono już sporo nowych.

Na Aresie było za mało miejsca na uprawy, aby można było karmić załogę wyłącznie jedzeniem z farmy, ale Hiroko — od początku niezadowolona z tego faktu — coraz skuteczniej zwiększała ich powierzchnię, przysposabiając do tego kolejne pustoszejące magazyny. Teraz rosły tam w rzędach korytek karłowate odmiany pszenicy, ryżu, soi i jęczmienia, a ponad nimi zwisały hydroponiczne kultury warzyw i stały na półkach ogromne przezroczyste słoje z zielonymi i żółtymi glonami, pełniącymi istotną funkcję wspomagającą proces regulacji składu powietrza.

Niekiedy Maja po prostu siadała i przez cały dzień obserwowała pracę sekcji farmerskiej. Hiroko i jej asystent Iwao nieustannie pracowali nad nie kończącym się zadaniem maksymalizacji stopnia domknięcia biologicznego systemu wspomagania życia. Do ekipy stałych współpracowników zajmujących się tą kwestią należeli również Raul, Rya, Gene, Jewgienia, Andrea, Roger, Ellen, Bob i Tasza. Efekty kolejnych prób mierzono w wartościach “K”, które wyrażały stopień osiągniętego domknięcia. Tak więc dla każdej substancji wprowadzanej ponownie do obiegu przedstawiało się to następującym wzorem:

K = I — e/E

gdzie “E” oznaczało tempo zużycia w systemie, “e” — prędkość /niekompletnego/ domknięcia, a “I” — stałą, dla której Hiroko ustanowiła właściwą wartość podczas swoich wcześniejszych badań nad tym zagadnieniem.

Najbardziej pożądany rezultat, czyli K = I — l, był niemożliwy do osiągnięcia, ale asymptotyczne zbliżanie się do niego stanowiło ulubioną rozrywkę biologów z farmy, jednocześnie ważną dla ich ostatecznej egzystencji na Marsie. Nic więc dziwnego, że rozmowy na ten temat ciągnęły się całymi dniami, oscylując wokół problemów tak skomplikowanych, że w gruncie rzeczy nikt ich naprawdę nie rozumiał. Jednak najistotniejsze było to, że członkowie sekcji farmerskiej już teraz wykonywali swoją rzeczywistą pracę i Maja bardzo im tego zazdrościła. Sama była przecież tak potwornie zmęczona symulacjami!

Hiroko stanowiła dla Mai prawdziwą zagadkę. Była daleka, pełna rezerwy, zawsze poważna i całkowicie zaabsorbowana swoją pracą, a jej ekipa bez przerwy kręciła się wokół niej, jakby ich szefowa była władczynią jakiegoś królestwa, które nie miało nic wspólnego z resztą statku. Mai się to niezbyt podobało, ale nic nie mogła na to poradzić. Zresztą w zachowaniu Hiroko było coś, co łagodziło wrażenie, jakie wywoływała separacja biologów. Nie pozostawało więc nic innego, jak pogodzić się z faktem, że farma jest odrębnym miejscem, a jej obsługa odrębną społecznością. Mai przyszło też do głowy, że w razie potrzeby mogłaby spróbować ich wykorzystać jako przeciwwagę dla rosnącego wpływu Arkadego i Johna. Na razie nie wiedziała jeszcze, jak to zrobić, ale przestała się martwić tym odrębnym królestwem.

Właściwie nawet bardzo się zbliżyła do jego mieszkańców. Czasami pod koniec dnia pracy szła z całą grupką do piasty, gdzie zabawiali się w wymyśloną przez siebie grę, którą nazywali “skokiem w tunel”. Najpierw z torusa skakali rurą w dół do punktu, gdzie tworzące piastę cylindry osiągały maksymalną szerokość, tworząc jeden gładki tunel. Znajdowały się tam poręcze, mające ułatwić szybki ruch w przód i w tył wzdłuż piasty, gra polegała jednak na tym, że skoczkowie musieli stanąć na włazie schronu przeciwburzowego i starać się skoczyć w górę piasty aż do wejścia do baniaczka, całe pięćset metrów dalej, bez odpychania się od ścian lub poręczy. Siły Coriolisa praktycznie uniemożliwiały tak długi przelot, więc jeśli komuś udało się przebyć choćby połowę drogi, zwykle zwyciężał w tej grze. Pewnego dnia jednak Hiroko postanowiła skontrolować stan eksperymentalnej uprawy w baniaczku. Pożegnała się z nimi, a potem przykucnęła na pokrywie wejścia do schronu, skoczyła i powoli przeleciała całą długość tunelu, obracając się podczas lotu wokół własnej osi. Zatrzymała się dopiero przy włazie do baniaczka.

Gracze wpatrywali się w tunel oszołomieni.

— Hej! — zawołała Rya do Hiroko. — Jak to zrobiłaś?

— Co zrobiłam?

Wyjaśnili jej zasady gry. Uśmiechnęła się i Maja nagle nabrała pewności, że Hiroko już wcześniej doskonale znała reguły.

— No więc, jak to zrobiłaś? — powtórzyła Rya.

— Po prostu skoczyłam! — odparła Hiroko i zniknęła w baniaczku.

Tego wieczoru przy kolacji wszyscy dyskutowali o wyczynie Hiroko. Frank powiedział do Japonki:

— Może po prostu miałaś szczęście.

Hiroko uśmiechnęła się.

— Może każde z nas powinno skoczyć ze dwadzieścia razy. Zobaczymy, kto wygra.

— Niezły pomysł.

— O co się założymy?

— Oczywiście o pieniądze.

Hiroko potrząsnęła głową.

— Naprawdę sądzisz, że pieniądze jeszcze coś znaczą?

Kilka dni później Maja unosiła się pod wypukłą kopułą baniaczka z Frankiem i Johnem, wpatrując się w Marsa, który był teraz rozmiaru dziesięciocentówki i przypominał Księżyc między ostatnią kwadrą a pełnią.

— Ostatnio wybucha strasznie dużo kłótni — zauważył mimochodem John. — Podobno Aleks i Mary rozpoczęli otwartą wojnę. Michel mówi, że można się było tego spodziewać, ale…

— Może zabraliśmy ze sobą zbyt wielu przywódców — wtrąciła Maja.

— Tak, pewnie ty powinnaś być jedynym — mruknął ironicznie Frank.

— Zbyt wielu przywódców? — spytał John.

Frank potrząsnął głową.

— To nie o to chodzi.

— Nie? Na pokładzie rzeczywiście mamy wiele prawdziwych gwiazd.

— Instynkt współzawodnictwa i pragnienie przewodzenia innym to nie to samo. Czasami nawet wydaje mi się, że są ze sobą wręcz sprzeczne.

— Tobie pozostawiam ocenę, kapitanie — uśmiechnął się John, widząc nachmurzoną minę Franka. Maja pomyślała, że Boone jest jedyną naprawdę zrównoważoną i spokojną osobą w całej ekipie.

— Psychologowie dostrzegli ten problem już w trakcie przygotowań — ciągnął dalej Frank. — Było to dość oczywiste nawet dla nich. Zastosowali rozwiązanie harvardzkie.

— Rozwiązanie harvardzkie — powtórzył John, delektując się tym stwierdzeniem.

— Już dawno temu kierownictwo Harvardu zauważyło, że jeśli przyjmują kandydatów stosując wyłącznie kryterium najwyższych ocen, a potem przed studentami pierwszego roku stawiają cały szereg rozmaitych wymagań, niepokojąco duża liczba uczniów popada w depresję po otrzymaniu słabych not i psuje dobre imię uczelni, strzelając sobie w łeb.

— To absolutnie niemożliwe — obruszył się John.

Maja zmierzyła ich krytycznym spojrzeniem.

— Wy dwaj musieliście chyba chodzić do szkół zawodowych, co?

— Odkryli, że sposób na umknięcie takich problemów polega na tym, aby przyjąć na studia pewien procent uczniów, którzy wprawdzie w przeszłości otrzymywali często średnie stopnie, ale wyróżniali się w jakiś inny sposób, ponieważ…

— Trzeba mieć tupet, aby złożyć podanie na Harvard ze średnimi ocenami…

— … jeśli ktoś w przeszłości otrzymywał przeciętne oceny, jest po prostu szczęśliwy, że w ogóle studiuje na Harvardzie.

— Skąd o tym wiesz? — spytała Maja z ciekawością.

Frank uśmiechnął się.

— Byłem jednym z nich.

— Przecież na naszym statku nie ma miernot — zdziwił się John.

Frank spojrzał z powątpiewaniem.

— Ale są naprawdę świetni naukowcy, których nie interesuje, no wiesz… administracja. Uważają, że jest nudna. Są zadowoleni, że wyręczają ich tacy ludzie jak ja.

— Mężczyźni typu beta — mruknął John. Była to aluzja do Franka i jego zainteresowania socjobiologią. — Genialne tępaki.

Ci dwaj kpili z siebie w tak napastliwy sposób, że…

— Mylisz się — powiedziała Maja do Franka.

— Może i tak, ale tacy są jak sztab wyborczy. Mają przynajmniej siłę, aby za kimś podążyć. — Powiedział to takim tonem, jakby przygnębiała go myśl o tym.

John, którego niebawem czekała wachta na mostku, pożegnał się i odszedł.

Frank przepłynął łagodnie na stronę Mai. Poruszyła się niespokojnie; od dłuższego czasu nie wracali już w rozmowach do swego krótkiego romansu, nawet pośrednio. Maja wyobrażała sobie, że gdyby do tego kiedyś doszło, powiedziałaby mu, że nie było to nic nadzwyczajnego, że od czasu do czasu pozwala sobie na seks z mężczyznami, którzy jej się podobają. I że robi to pod wpływem chwili.

Frank jednak wskazał tylko na czerwoną kropkę na niebie.

— Zastanawiam się, po co właściwie tam lecimy?

Maja wzruszyła ramionami. Prawdopodobnie chciał powiedzieć , ja” zamiast “my”.

— Każdy ma swoje powody — odparła.

Zerknął na nią uważnie.

— Tak, to prawda.

Zignorowała jego dziwny ton.

— Może to nasze geny — rzuciła niedbale. — Może one przeczuwają, kiedy na Ziemi dzieje się źle. I teraz zauważyły wzrastającą szybkość mutacji albo coś w tym rodzaju.

— I skierowały nas ku nowemu początkowi.

— Tak.

— Teoria genu samolubnego. Inteligencja jest tylko narzędziem, które wspomaga udaną reprodukcję.

— Możliwe.

— Chociaż, w zasadzie, ta podróż naraża udaną reprodukcję na szwank — mruknął Frank. — Tutaj raczej nie jest bezpiecznie.

— Ale na Ziemi również nie. Zanieczyszczenie, promieniowanie, inni ludzie…

Frank potrząsnął głową.

— Nie. Nie uważam, aby egoizm tkwił w genach. Zdaje mi się, że znajduje się gdzie indziej. — Wyciągnął rękę i palcem wskazującym szturchnął ją między piersi tak silnie, że sam Frank aż wzniósł się nad podłogę. Przez długą chwilę wpatrywał się w nią, po czym uderzył się w to samo miejsce i powiedział: — Dobranoc, Maju.

Tydzień czy dwa później Maja była akurat na farmie i ścinając kapustę, chodziła przejściem między długimi rzędami korytek. W pomieszczeniu nie było nikogo więcej. Kapuściane główki wyglądały jak rzędy ludzkich głów, medytujących w jaskrawym popołudniowym świetle.

Nagle dostrzegła jakiś ruch i szybko spojrzała w bok. Po przeciwnej stronie sali, poprzez słój z glonami zobaczyła jakąś twarz. Szkło zniekształciło rysy, ale bez wątpienia była to twarz mężczyzny o ciemnobrązowej cerze. Mężczyzna spoglądał gdzieś w bok i nie widział jej. Najwyraźniej przemawiał do kogoś ukrytego przed jej wzrokiem. Potem się poruszył i na moment za powiększającym szkłem butli jego twarz stała się wyraźniejsza. I wtedy Maja zrozumiała, dlaczego obserwuje go z taką uwagą, dlaczego żołądek podchodzi jej do gardła: nigdy przedtem go nie widziała!

Mężczyzna obrócił się i popatrzył w jej kierunku. Ich oczy spotkały się przez dwie wypukłości szkła. To był ktoś zupełnie obcy, mężczyzna o szczupłej twarzy i wielkich oczach!

Po chwili rozmył się w brązową plamę. Przez sekundę Maja wahała się, czy go gonić, ale jakoś przełamała strach i zmusiła się do biegu; szybko przemierzyła całą długość pomieszczenia i ruszyła w górę, pokonując dwa łuki złączy, do następnego cylindra. Był pusty. Przebiegła jeszcze trzy zbiorniki, zanim się zatrzymała. Stanęła, popatrując na pnącza pomidorów. Ciężko dyszała i pociła się, mimo że jednocześnie poczuła zimno. Obcy!? Przecież to niemożliwe. Ale naprawdę go widziała! Skoncentrowała się na tym wspomnieniu, próbowała zobaczyć tę twarz jeszcze raz. Może to był… nie. Na pewno to nie był nikt z ich setki, każdego z nich natychmiast by rozpoznała. Miała świetną pamięć do twarzy, potrafiła po długim czasie odtworzyć twarz przypadkowo widzianego człowieka ze zdumiewającą dokładnością. I teraz była święcie przekonana, że tego mężczyzny nie widziała nigdy przedtem.

Pasażer na gapę? Ale to również niemożliwe! Gdzie by się ukrywał przez cały czas? Jak ocalał podczas burzy słonecznej?

Czyżby zaczynała mieć halucynacje? Więc jest już z nią aż tak źle?

Powlokła się do swojego pokoju. Czuła napływające falami mdłości. Korytarze Torusa D, mimo jaskrawego oświetlenia, wydały jej się przeraźliwie mroczne. Ścierpł jej kark. Wreszcie wbiegła do pokoju. Tu będzie bezpieczna! Ale jej pokój składał się tylko z łóżka, narożnego stoliczka, krzesła, szafy i kilku półek z książkami. Przesiedziała tam godzinę, potem drugą. Był przejmująco pusty; miotała się od ściany do ściany, nie znajdując w nim nic, co by ją uspokoiło: żadnej pracy, żadnych rozrywek, żadnych odpowiedzi. Żadnej ucieczki przed szaleństwem.

Maja nie miała odwagi wspomnieć komukolwiek o tym, co zobaczyła i fakt ten wydał jej się bardziej przerażający niż całe zdarzenie. Skoro sama nie była do końca przekonana o jego realności, gdyby komuś o nim opowiedziała, ten mógłby po prostu pomyśleć, że zwariowała. Jaki inny wniosek można było wysnuć? Czym by się żywił tamten człowiek, gdzie by się ukrywał? Nie. Zbyt wiele osób musiałoby o nim wiedzieć, to było absolutnie niemożliwe. Ale ta twarz, ta twarz!

Pewnej nocy zobaczyła ją we śnie i obudziła się cała zlana potem. Doskonale wiedziała, że halucynacje są jednym z pierwszych symptomów kosmicznego załamania nerwowego. Podczas długich pobytów na orbicie okołoziemskiej zdarzało się to dość często, zanotowano kilkadziesiąt takich przypadków. Zwykle zaczynało się od tego, że ludzie słyszeli głosy we wszechobecnym szumie wentylacji i maszyn albo, równie często, widywali któregoś ze współtowarzyszy lotu w jakimś miejscu, w którym wcale go nie było, czy jeszcze gorzej — własnego sobowtóra, jak gdyby pusta przestrzeń zaczynała się wypełniać lustrami. Przypuszczano, że halucynacje te może powodować niedobór bodźców sensorycznych, więc choć załoga Aresa była starannie wyselekcjonowana również pod kątem aktywności psychicznej (niektórzy mogliby powiedzieć, że była nawet przesadnie aktywna), ze względu na długość lotu i pozbawienie znajomego widoku Ziemi, uznano ją za wyjątkowo podatną na to zagrożenie. Właśnie z tego powodu wystrój pomieszczeń był tak urozmaicony i zmieniał się wraz z upływem dnia i pory roku. A jednak pomimo tych wszystkich środków zaradczych Maja zobaczyła coś, czego z całą pewnością na statku być nie mogło.

Kiedy jakiś czas później przechadzała się po statku, odniosła wrażenie, że załoga podzieliła się na małe, zamknięte grupki, które rzadko się ze sobą nawzajem kontaktują. Ekipa Hiroko niemal przez całą dobę przebywała na farmach, nawet posiłki jedząc wspólnie na podłodze i śpiąc (również razem, jak głosiła plotka) wśród roślinnych grządek. Zespół medyczny miał swoje kwatery, biura i laboratoria w Torusie B i tam spędzał cały czas, zajęty eksperymentami, obserwacjami i konsultacjami z Ziemią. Astronawigatorzy przygotowywali się do wejścia na orbitę Marsa, trawiąc dni na nie kończących się symulacjach. A reszta była… hmm… rozproszona i trudna do znalezienia. Korytarze w torusach opustoszały, zdaniem Mai bardziej niż kiedykolwiek. Jadalnia w Torusie D nigdy nie bywała teraz pełna, a przy obiedzie siadywali znowu w oddzielnych grupkach, wśród których niezwykle często wybuchały kłótnie, uciszane zastanawiające szybko. Prywatne sprzeczki? Ale o co?

Sama Maja przy stoliku odzywała się rzadko, a częściej się przysłuchiwała. Zadziwiające, jak wiele można powiedzieć o danej społeczności tylko na podstawie tematów rozmów. W tym towarzystwie dyskusje prawie zawsze obracały się wokół nauki: biologia, technika, geologia, medycyna i tak dalej. O sprawach zawodowych potrafili gadać bez końca.

Jednakże kiedy rozmawiały ze sobą mniej niż cztery osoby, temat przeważnie szybko się zmieniał. Do problemów zawodowych dołączały, a po chwili całkowicie je zastępowały, plotki; nieodmiennie dotyczyły tych dwóch wielkich bodźców społecznego rozwoju, jakimi są seks i polityka. Głosy zniżały się do szeptów, głowy pochylały ku sobie, wieści przechodziły z ust do ust. Plotki na temat kontaktów seksualnych między podróżnikami stawały się coraz pospolitsze, a jednocześnie coraz cichsze, coraz bardziej złośliwe i coraz bardziej zawiłe. W kilku wypadkach, jak choćby nieszczęsnego trójkąta: Janet Blyleven, Mary Dunkel i Aleksa Żalina, sprawę nagłaśniano i przez jakiś czas stawała się głównym tematem na statku; inne pary ukrywały się, więc mówiono o nich szeptem, któremu towarzyszyły niedwuznaczne, wścibskie spojrzenia. Gdy Janet Blyleven weszła kiedyś do jadalni z Rogerem Calkinsem, Frank powiedział do Johna półgłosem: “Janet się zdaje, że jesteśmy panmiksją”. Maja zlekceważyła to stwierdzenie, jak zawsze, kiedy Frank mówił tym swoim drwiącym tonem, ale później jej się przypomniało, sprawdziła słowo w leksykonie socjobiologicznym i dowiedziała się, że panmiksją oznacza grupę, w której każdy mężczyzna łączy się z każdą kobietą.

Następnego dnia przyjrzała się z ciekawością Janet; wcześniej nawet nie przyszło jej coś takiego do głowy. Janet była bardzo towarzyska, zawsze pochylała się ku rozmówcy i słuchała go z prawdziwą uwagą. I miała taki bystry uśmieszek. Ale… no cóż, statek tak zaprojektowano, aby zapewniał załodze sporo prywatności; Maja była przekonana, że wokół niej dzieje się dużo więcej interesujących rzeczy niż się na pozór wydaje.

Więc może to jednak się zdarzyło, może jedną z tych wielu sekretnych spraw jest jej rzekoma halucynacja, może w tajemnicy egzystuje wśród nich jeszcze jedna istota, samotnie albo wspierana przez grono oddanych przyjaciół lub jakieś tajne sprzysiężenie?

— Zauważyłaś ostatnio coś ciekawego? — spytała Maja Nadię pewnego dnia pod koniec ich zwyczajowej pogawędki przy śniadaniu.

Nadia wzruszyła ramionami.

— Wszyscy się straszliwie nudzą. Chyba już najwyższy czas, aby ta podróż wreszcie dobiegła końca.

Być może chodziło właśnie o to.

Po chwili Nadia z kolei zapytała:

— Słyszeliście już o Hiroko i Arkadym?

Na temat Hiroko nieustannie pojawiały coraz to nowe plotki. Maja uważała to za niesmaczne i niepokojące. Ta jedyna wśród nich Azjatka powinna przyciągać ich uwagę w zupełnie inny sposób — głębią wschodniego sposobu postrzegania świata, tajemniczym urokiem Orientu… Cóż, gdzieś w otchłaniach ich superracjonalnych umysłów nadal tkwiło mnóstwo mocno zakorzenionych, zastarzałych przesądów. Chociaż, z drugiej strony, tutaj nie można niczego z góry wykluczyć, wszystko może się zdarzyć.

Jak twarz widziana przez szkło butli.

Maja słuchała więc ze ściśniętym żołądkiem słów Saszy Jefremowej, która nachyliła się ku nim od sąsiedniego stolika i odpowiadając na pytanie Nadii, zastanawiała się głośno, czy Hiroko ma zamiar założyć męski harem. To był czysty nonsens, chociaż po namyśle istotnie jakiś rodzaj przymierza między Hiroko i Arkadym wydał się Mai dość logiczny i niepokojący, chociaż nie była pewna dlaczego. Arkady był otwartym orędownikiem uniezależnienia się kolonistów od Centrum Kontroli Wyprawy, Hiroko w ogóle nie podejmowała tego tematu, ale czyż nie działała w tym duchu? Czy nie odseparowała już całej sekcji farmerskiej od reszty załogi, przekształcając ją w coś w rodzaju zamkniętego torusa wtajemniczonych, do którego inni nie byli w stanie przeniknąć?

Jednak kiedy po chwili Sasza oświadczyła konspiracyjnym szeptem, że Hiroko planuje zapłodnić swoje jajeczka spermą wszystkich mężczyzn na Aresie i kriogenicznie przechowywać embriony, aby później wyhodować je na Marsie, Maja ostentacyjnie zabrała swoją tacę i skierowała się do zmywarek. Czuła coś w rodzaju zawrotu głowy. Stawali się sobie coraz bardziej obcy.

Czerwony półksiężyc urósł do wielkości ćwierćdolarówki, a w miarę zbliżania się do niego rosło również napięcie, jak gdyby za godzinę miała nadejść burza z piorunami i powietrze wypełniał pył, Kreozyt i wyładowania atmosferyczne. Czuli się tak, jak gdyby tam na górze, na tej kropce w kolorze krwi naprawdę oczekiwał ich bóg wojny. Zielone obicia ścian na Aresie były teraz pocętkowane żółcią i brązami, a popołudniami sodowe lampy pogrążały cały statek w złocisto-rdzawej poświacie.

Większość kolonistów spędzała całe godziny w baniaczku, obserwując planetę, której oprócz Johna nikt z nich nigdy dotąd nie widział jeszcze z tak bliska. W ciągłym użyciu był sprzęt treningowy, a symulacje ćwiczono z nowym entuzjazmem. Janet kręciła się po torusach, przesyłając na Ziemię nagrania wideo, rejestrujące wszelkie zmiany w ich małym światku. Pewnego dnia jednak nagle rzuciła okulary na stół i zrezygnowała z posady reportera.

— Słuchajcie, jestem już piekielnie zmęczona statusem autsajdera — oświadczyła. — Za każdym razem, kiedy wchodzę do pokoju, wszyscy milkną albo zaczynają recytować stereotypowe formułki. Czuję się jak szpieg na usługach jakiegoś obcego wywiadu!

— Bo nim jesteś — odparł Arkady i mocno ją uściskał.

Początkowo nikt nie wyraził ochoty, by przejąć jej pracę. Houston wysyłało najpierw pełne niepokoju pytania, potem reprymendy, wreszcie zawoalowane pogróżki. Teraz, kiedy znajdowali się tak blisko Marsa, wyprawa zajmowała naprawdę sporo czasu antenowego w ziemskiej telewizji. To była chwila tuż przed “wybuchem supernowej”, jak to określiło Centrum Kontroli Wyprawy, przypominając kolonistom, że wzmożone zainteresowanie ich losem może przynieść programowi kosmicznemu ogromne korzyści i że muszą filmować i przekazywać na Ziemię to, co robią, aby nie zmalało poparcie opinii publicznej dla kolejnych lotów na Marsa, od których będzie przecież zależne przetrwanie pierwszych kolonistów. Ciągła transmisja była wręcz ich obowiązkiem!

I wtedy Frank stanął przed obiektywem i zaproponował, aby Centrum Kontroli Wyprawy samo sporządzało raporty wideo za pomocą automatycznych kamer rozmieszczonych w wielu punktach statku. Hastings, szef Centrum Kontroli Wyprawy w Houston, wyglądał na rozwścieczonego tym pomysłem. Na dodatek wtrącił się Arkady i z promiennym uśmiechem zadał pytanie, które w zawoalowany sposób podawało w wątpliwość całościową kontrolę Ziemi nad ich poczynaniami:

— Czy oni mogą nam coś zrobić?

Maja ze złością potrząsnęła głową. Ujawnili właśnie Ziemi fakt, który oficjalne raporty starannie ukrywały: że załoga rozpadła się na rywalizujące ze sobą kliki. Dokładnie w tej chwili uświadomiła sobie, że zupełnie straciła władzę nad rosyjską połową kontroli ekspedycji. Miała już poprosić Nadię, aby w ramach przyjacielskiej przysługi przejęła reporterskie obowiązki, kiedy Phyllis i paru jej przyjaciół z Torusa B zgłosili się na ochotnika. Maja natychmiast się zgodziła. Na widok zaskoczonej miny Arkadego wybuchnęła śmiechem, ale kiedy ten nadal udawał, że nic go to nie obchodzi, zirytowana krzyknęła do niego po rosyjsku:

— Właśnie przegapiłeś swoją szansę! Miałeś okazję kształtować naszą rzeczywistość!

— Nie naszą, Maju, ich rzeczywistość. A mnie zupełnie nie obchodzi, co oni myślą.

Maja i Frank zaczęli się naradzać w sprawie rozdziału obowiązków wśród załogi po wylądowaniu. Na ogół były one określone z góry specjalnościami wielu podróżników, ale ponieważ niektórzy z nich mieli wiele różnych umiejętności, należało podjąć pewne dodatkowe decyzje. Trzeba przyznać, że prowokacje Arkadego odniosły przynajmniej jeden skutek: plany, które poczyniło przed wyprawą Centrum Kontroli Wyprawy, były teraz powszechnie uważane za co najwyżej tymczasowe. Z drugiej jednak strony najwyraźniej nikt również nie zamierzał dłużej uznawać władzy Mai czy Franka, więc kiedy rozeszła się wieść, nad czym obecnie pracują, cała grupa w napięciu jęła oczekiwać rychłej konfrontacji.

Plan, który na Ziemi poczyniło Centrum Kontroli Wyprawy, sugerował założenie kolonii-bazy na równinach na północ od rozpadliny Ophir Chasma, olbrzymiego północnego odgałęzienia Valles Marineris. Do tej bazy został przydzielony cały zespół farmerski oraz większość inżynierów i lekarzy — razem około sześćdziesięciu osób. Reszta miała się podzielić na mniejsze grupy wykonujące zadania pomocnicze i tylko od czasu do czasu wracające do macierzystego obozu. Najważniejszym spośród tych zadań było dostarczenie na Fobosa części zdemontowanego Aresa i rozpoczęcie prac nad przekształceniem tego księżyca w stację kosmiczną. Druga, nieco mniej liczna ekipa miała opuścić bazę i podążyć ku północnej czapie polarnej, aby zbudować tam system eksploatacyjno-transportowy, który przeniesie lodowe bloki do bazy. Zadaniem trzeciej grupy było wykonanie na całej planecie serii pomiarów i badań geologicznych i był to z pewnością najprzyjemniejszy przydział. Ekipy pomocnicze mogły przebywać poza bazą nawet przez rok, więc przydzielenie do takiej grupy było ważną decyzją i musiało zostać przemyślane pod każdym względem. Wszyscy podróżnicy dobrze przecież wiedzieli, jak długi jest rok.

Arkady i grupka jego przyjaciół — Aleks, Roger, Samantha, Edvard, Janet, Tatiana i Elena — poprosili o misję na Fobosa. Kiedy Phyllis i Mary o tym usłyszały, natychmiast poszły zaprotestować do Mai i Franka.

— Oni wyraźnie próbują przejąć Fobosa! Kto wie, co zamierzają z nim zrobić!

Maja pokiwała głową i zauważyła, że Frankowi ten pomysł również się nie podoba. Problem jednak leżał w tym, że nikt inny nie chciał lecieć na marsjański księżyc. Nawet Phyllis i Mary nie chciały zastąpić tamtej ekipy, więc trudno było odrzucić propozycję Arkadego.

Jeszcze głośniejsze spory wybuchły, kiedy Ann Clayborne udostępniła wszystkim listę wybranego przez siebie zespołu do pomiarów geologicznych. Mnóstwo osób chciało się do nich przyłączyć i wiele z nich oznajmiło, że bez względu na to, czy Ann się zgodzi, i tak wyruszą z nią na wyprawę badawczą.

Kłótnie stawały się coraz częstsze i gwałtowniejsze. Prawie wszyscy na pokładzie zgłosili się do którejś z misji i czekali na ostateczną decyzję. Maja czuła, że traci jakąkolwiek kontrolę nad ekipą rosyjską; rosła też jej wściekłość na Arkadego. Na ogólnym spotkaniu zaproponowała z sarkazmem, by zgodzili się, aby przydziały zrobił komputer. Pomysł został natychmiast odrzucony. Musiała się przyznać do porażki.

— Więc co zrobimy?

Nikt nie wiedział.

Cały czas na osobności konferowała o tym z Frankiem.

— Spróbujmy stworzyć im iluzję, że sami podejmują decyzję — powiedział Frank z ironicznym uśmieszkiem. Zauważyła, że wcale nie zirytowała go jej porażka na spotkaniu całej ekipy. Widmo ich romansu znowu wracało, dręcząc ją z nową siłą. Przeklinała własną głupotę; małe politbiura były takie niebezpieczne…

Frank spisał życzenia wszystkich członków załogi, a potem przedstawił rezultaty na mostku, odczytując każdej osobie podane przez nią trzy pierwsze preferencje. Potwierdził się fakt, że pomiary geologiczne są bardzo popularne, a misja na Fobosie znajduje najmniej chętnych. Wszyscy z grubsza już to wiedzieli, ale te zbiorcze spisy udowodniły, że wcale nie są tak skłóceni, jak im się zdawało.

— Pojawiły się skargi, że Arkady przejmuje Fobosa — oznajmił Frank na następnym ogólnym zebraniu — ale nikt poza nim i jego towarzyszami nie chce się podjąć tej pracy. Wszyscy inni chcą lądować na Marsie.

— Właściwie — zażartował Arkady — powinniśmy dostać rekompensatę za pracę w trudnych warunkach.

— Arkady, mówienie o rekompensacie zupełnie do ciebie nie pasuje — przerwał mu łagodnie Frank.

Arkady uśmiechnął się i usiadł.

Phyllis jednak wcale to nie rozbawiło.

— Fobos będzie łącznikiem między Ziemią a Marsem, będzie spełniać taką samą funkcję jak okołoziemskie stacje kosmiczne, bez których nie można wyruszyć na inne planety. Morscy stratedzy nazywają takie bazy “przełykiem”.

— Obiecuję trzymać ręce z dala od twojej szyi — odparł rozbawiony Arkady.

Frank warknął z rozdrażnieniem:

— Wszyscy będziemy częścią tego samego organizmu! Praca każdego z nas będzie wpływać na życie całej grupy! I patrząc na wasze zachowanie dochodzę do wniosku, że rozdzielenie się na jakiś czas może się okazać niezwykle pożyteczne. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, że Arkady zejdzie mi z oczu na parę miesięcy.

Arkady skłonił się.

— Witaj, Fobosie!

Pomimo oficjalnej zgody Franka Phyllis, Mary i grupka ich zwolenników nadal byli niezadowoleni. Spędzali wiele czasu, naradzając się z Houston i ilekroć Maja wchodziła do Torusa B, ostentacyjnie przerywano rozmowy, a wszystkie oczy podążały za nią podejrzliwie — jak gdyby fakt, iż jest Rosjanką, automatycznie umieszczał ją w obozie Arkadego! Przeklinała ich za głupotę, ale Arkadego przeklinała jeszcze bardziej. Przecież właśnie on rozpętał to wszystko.

Tak czy inaczej, stało się, problem już zaistniał i trudno było dokładnie przewidzieć, jak teraz zachowa się setka ludzi rozproszona na statku, który nagle wydał im się wręcz ogromny. Coraz częściej dochodziło do konfliktów pomiędzy małymi grupkami, związanymi wspólnym celem; zaczęła nimi rządzić mikropolityka… Tak, tak, naprawdę się podzielili. Tylko stu ludzi, a jednak okazali się zbyt wielką społecznością, aby zachować jednomyślność! Ani ona, ani Frank nie mogli w żaden sposób temu zaradzić.

Pewnej nocy znowu przyśniła jej się twarz z farmy. Obudziła się rozdygotana i już nie mogła zasnąć. Nagle wydało jej się, że straciła kontrolę niemal nad wszystkim. Lecieli przez kosmiczną próżnię statkiem, który był w istocie zlepkiem ogromnych puszek, a jej zadaniem było kierowanie tym domem wariatów! Absurd!

Wyszła z pokoju i ruszyła tunelem D, który prowadził do piasty. Skierowała się do baniaczka, zapominając o grze pod nazwą “skok w tunel”.

Była czwarta nad ranem. Wnętrze baniaczka wyglądało, jak planetarium po wyjściu publiczności: ciche, puste, z tysiącami gwiazd na czarnej półkuli kopuły. Mars wisiał tuż nad jej głową; był w fazie tuż przed pełnią, prawie idealnie kulisty i wyglądał niczym kamienna pomarańcza ciśnięta między gwiazdy. Cztery wielkie wulkany przyciągały spojrzenie, jak ślady po ospie. Można było również rozpoznać długie szczeliny Valles Marineris. Maja unosiła się pod kopułą z rozpostartymi rękami i nogami i wirowała łagodnie wokół własnej osi, próbując dostrzec je dokładniej, próbując wyczuć coś szczególnego w natłoku własnych emocji. Kiedy zmrużyła oczy, spłynęły z nich małe kuliste łzy i poleciały między gwiazdy.

Nagle drzwi komory powietrznej gwałtownie się otworzyły. Wleciał John Boone, zobaczył ją i błyskawicznie chwycił klamkę, aby się zatrzymać.

— Och, przepraszam. Można się do ciebie przyłączyć?

— Tak. — Maja pociągnęła nosem i potarła oczy. — Co cię zbudziło o takiej godzinie?

— Często wstaję wcześnie. A ciebie?

— Senne koszmary.

— O czym?

— Nie pamiętam — szepnęła, mimo woli przywołując w pamięci tamtą obcą twarz.

Boone odepchnął się od drzwi i wpłynął do pomieszczenia.

— Nigdy nie pamiętam swoich snów.

— Nigdy?

— No, powiedzmy, rzadko. Jeśli coś mnie obudzi w środku jakiegoś snu i mam czas się nad nim zastanowić, czasem co nieco mi się kołacze po głowie, w każdym razie przez małą chwilkę.

— To normalne. Gdybyś rzeczywiście nigdy nie pamiętał swoich snów, to byłby raczej zły znak.

— Naprawdę? A czego niby miałby to być symptom?

— Skrajnego tłumienia uczuć, o ile sobie przypominam. — Podryfowała do bocznej ściany, a potem machając rękami rozpędziła się, chwilę leciała, po czym zatrzymała się przy kopule obok niego. — Chociaż bardzo możliwe, że to tylko jakiś wymysł Freuda.

— Innymi słowy, coś jak teoria flogistonu.

— Właśnie — zaśmiała się Maja.

Wpatrywali się w Marsa, pokazując sobie nawzajem różne osobliwości planety. Gawędzili. Maja przypatrywała się Johnowi, kiedy mówił. Był taki sympatyczny i przyjazny, i do tego jeszcze przystojny, chociaż nie w jej typie. Prawdę mówiąc, na początku wyprawy uznała jego ciągłą wesołość za coś w rodzaju kretynizmu. Dopiero w trakcie lotu zrozumiała, że to pierwsze wrażenie było całkowicie mylne: John z pewnością nie był głupi.

— Co sądzisz o nieustannych kłótniach na temat planu naszych działań, kiedy już się tam znajdziemy? — spytała, wskazując czerwoną skałę, w stronę której zmierzali.

— Nie wiem.

— Sądzę, że Phyllis ma wiele racji. Wzruszył ramionami.

— Nie warto się nad tym zastanawiać.

— To znaczy?

— Jedynym istotnym elementem każdej kłótni okazują się w efekcie tylko te kwestie, o które ludzie się spierają. Iks twierdzi “a”, Igrek utrzymuje, że “b”. Argumentują dla poparcia swoich stanowisk, wysuwając setki najrozmaitszych tez, ale słuchacze zapamiętują z tej dyskusji tylko sedno sporu, a więc, że Iks uważał “a”, a Igrek twierdził “b”. I na tej podstawie ludzie formułują opinie na temat poglądów Iksa i Igreka.

— Ale my jesteśmy naukowcami! Nauczono nas przywiązywać wagę do dowodów.

John pokiwał głową.

— W porządku, masz rację, ale jeśli mam być szczery, zgadzam się z tobą tylko dlatego, że cię lubię.

Roześmiała się, odepchnęła go silnie i każde poleciało na przeciwną ścianę kopuły.

Maja, zaskoczona własnym zachowaniem, zatrzymała się przy podłodze. Odwróciła się i zobaczyła, że po przeciwnej stronie kopuły John również się zatrzymał. Przez chwilę spoglądał na nią z uśmiechem, po czym chwycił za poręcz i wybił się w powietrze, celując wprost w Maję.

Natychmiast zrozumiała jego zamiar i całkowicie zapominając o swoim postanowieniu, aby unikać tego rodzaju sytuacji, również się odepchnęła i pofrunęła mu naprzeciw. Lecieli prosto na siebie, więc chcąc uniknąć bolesnego zderzenia, musieli się objąć i wykonać w powietrzu niemal baletowy piruet. Trzymając się za ręce, wirowali powoli ruchem spiralnym w górę kopuły — taniec, którego finał był jasny i nieunikniony. Ufff! Puls Mai przyspieszył, oddech stał się ciężki i nierówny. Wciąż kręcąc się w kółko, nagle naprężyli mięśnie ramion i, tak szybko jak jeden statek kosmiczny łączy się w przestrzeni z innym, zwarli się w namiętnym pocałunku.

Po chwili John z uśmiechem delikatnie odepchnął się od Mai, wysyłając ją w ten sposób pod sufit, a siebie w dół, gdzie uchwycił się włazu i energicznym ruchem zamknął baniaczek od wewnątrz.

Maja rozpięła włosy i wstrząsnęła energicznie głową; kaskada pukli rozsypała się na ramionach, częściowo zakrywając jej twarz. Potrząsała nimi dziko i śmiała się. Ani przez chwilę nie traktowała tego jako początku jakiejś wielkiej i romantycznej miłości, po prostu czuła się wręcz fantastycznie i miała wrażenie, że to wszystko jest czymś najzupełniej naturalnym… Przeniknął ją dziki przypływ pożądania, więc odepchnęła się od kopuły i popłynęła ku Johnowi. Wirując, rozpinała zamek kombinezonu, a serce szaleńczo tłukło jej się w piersi. Twarz rozpalił jej płomienny rumieniec, a kiedy się rozebrała, cała skóra zaczęła ją nieznośnie swędzić, jakby gwałtownie tajała. Wpadła na Johna, po czym odbiła się od niego, ciągnąc za sobą rękaw jego kombinezonu. Nadzy obijali się po komorze, przez długi czas źle obliczając kąty i siłę rozpędu, aż wreszcie łagodnie odepchnęli się stopami, popłynęli ku sobie i spletli w uścisku. Wirując w namiętnym pocałunku, dryfowali wśród pływających razem z nimi ubrań.

W następnych dniach spotykali się dosyć często. Nie próbowali utrzymać swego związku w tajemnicy, więc bardzo szybko stali się tematem rozmów, parą publiczną. Wiele osób na pokładzie ich romans zdawał się szokować, a pewnego ranka wchodząc do jadalni Maja pochwyciła szybkie spojrzenie siedzącego przy narożnym stoliku Franka, spojrzenie, które ją zmroziło. Skojarzyło jej się z jakimś incydentem w przeszłości, ale dokładnie nie potrafiła sobie już przypomnieć, o co wtedy chodziło.

Jednak większości kolonistów najwyraźniej ich romans się podobał. Pomimo wszystkich zastrzeżeń, był to przecież królewski związek równych sobie istot, coś w rodzaju symbolicznego przypieczętowania przymierza dwóch kolonijnych potęg; wyrażał harmonię. Poza tym chyba stali się czymś w rodzaju katalizatora. Co rusz tworzyły się nowe pary, ale może tylko ujawniały się stare, decydując się dopiero teraz wyjść z ukrycia. Wład i Ursula, Dmitri i Elena, Raul i Marina — Maja codziennie dowiadywała się o nowych związkach. Nielicznym samotnym osobom pozostało tylko żartować na temat miłosnego amoku, który ogarnął całą załogę. A jednak kiedy teraz Maja wsłuchiwała się w głosy podróżników, odnosiła wrażenie, że zauważa w nich dużo mniej napięcia i więcej radości.

Pewnej bezsennej nocy leżała w łóżku i analizowała w myślach ostatnie wydarzenia (nie mogła się zdecydować, czy pójść do pokoju Johna), zastanawiając się, co tak naprawdę sprawiło, że zostali parą: na pewno nie miłość, bo wcale go nie kochała, czuła doń jedynie sympatię i niesamowite pożądanie, któremu wprawdzie nie mogła się oprzeć, ale w gruncie rzeczy wiedziała, że jest ono “bezosobowe” i skonkretyzowało się na Johnie bardziej dlatego, że związek z nim był po prostu dla niej niezmiernie użyteczny. Tak, to chyba było właściwe wytłumaczenie.

Związek z Johnem był wprawdzie użyteczny głównie dla niej, ale Maja na chwilę odsunęła od siebie tę myśl i skoncentrowała się na korzyściach płynących z niego dla całej ekspedycji. Tak, to było klasyczne posunięcie polityczne, zgodne z zasadą funkcjonującą na feudalnych dworach, ale z drugiej strony kojarzyło jej się też ze starożytnymi komediami o wiośnie i duchowym odrodzeniu. Odnosiła bowiem wrażenie, że zaangażowała się w związek z Johnem również pod wpływem jakiejś presji znacznie potężniejszej niż jej własne pragnienia, jakby uległa tajemniczej sile. A może tę siłę stanowił Mars? Jakiekolwiek było jej prawdziwe źródło, uczucie to pod każdym względem okazało się niezwykle przyjemne. Pozostawała jednak jeszcze jedna sprawa: powinna mieć również wpływ na Arkadego, Franka czy Hiroko… Cóż, z powodzeniem udawało jej się unikać myślenia o tym. To był jeden z talentów Mai.

Na ścianach rozkwitły żółte, czerwone i pomarańczowe kwiaty. Mars był teraz wielkości Księżyca na ziemskim niebie. Nadchodził wielki finał, który miał uwieńczyć wszystkie ich dotychczasowe wysiłki: jeszcze tylko tydzień i będą na miejscu.

W powietrzu nadal wisiało napięcie spowodowane nie rozwiązanym problemem przydziału zadań po wylądowaniu, a współpraca z Frankiem była obecnie dla Mai trudniejsza niż kiedykolwiek dotąd. Nie miała na to żadnych dowodów, ale była niemal pewna, że Frankowi bardzo się nie podoba ich nieumiejętność kontrolowania sytuacji; podejrzewała również, że chociaż kłopoty spowodował przede wszystkim Arkady, Frank oskarża o taki stan rzeczy wyłącznie ją. Kilka razy opuściła spotkanie z nim i poszła do Johna, licząc na jakąś pomoc z jego strony. Jednak John nie włączał się do dyskusji i popierał wszystko, co zaproponował Frank. Jego rady udzielane Mai prywatnie były trafne i błyskotliwe, ale problem polegał na tym, że John lubił Arkadego, a nie znosił Phyllis, wobec czego zwykle jej zalecał, aby popierała Arkadego, najwyraźniej zupełnie nieświadom sposobu, w jaki tamten podważał jej autorytet u pozostałych Rosjan. Nigdy mu o tym nie wspomniała, bo chociaż byli kochankami, nadal istniały tematy, o których nie chciała rozmawiać ani z nim, ani z nikim innym.

Jednakże pewnej nocy w jego pokoju, leżąc bezsennie w ciemnościach i gryząc się nagromadzonymi kłopotami, nie wytrzymała i spytała:

— Czy sądzisz, że na statku można by ukryć pasażera na gapę?

— Hmm, naprawdę nie wiem — odparł John zaskoczony. — Dlaczego pytasz?

Z wysiłkiem przełknęła ślinę i opowiedziała mu o twarzy za butlą z glonami.

Usiadł na łóżku, zapalił lampkę i wpatrzył się w nią badawczo.

— Jesteś pewna, że to nie był…

— To nie był nikt z nas.

Potarł w zamyśleniu brodę.

— Cóż… przypuszczam, że gdyby pomagał mu ktoś z załogi…

— Hiroko — podsunęła Maja. — To znaczy, nie mam żadnych podstaw, by ją podejrzewać, ale chodzi o farmę i możliwości, jakie daje. Farma rozwiązałaby mu problem jedzenia i zapewniła wiele kryjówek. No i mógłby tam przeczekać burzę radiacyjną w schronach dla zwierząt…

— Ależ one przyjęły wiele remów!

— Mógł skorzystać z ich zbiornika na wodę. Nietrudno zorganizować maleńki, jednoosobowy schronik. John wciąż nie był przekonany.

— Dziewięć miesięcy w ukryciu!

— To jest wielki statek. Można tego dokonać, prawda?

— No… sądzę, że chyba można. Tak, można. Tylko po co?

Maja wzruszyła ramionami.

— Nie mam pojęcia. Może to ktoś, kto chciał lecieć, a nie przebrnął przez selekcję. Ktoś, kto miał na statku przyjaciela albo przyjaciół…

— Zaraz, zaraz! Przecież wielu z nas miało przyjaciół, którzy chcieli polecieć. To nie znaczy, że od razu…

— Wiem, wiem.

Rozmawiali o tym przez godzinę, rozważając potencjalne przyczyny, metody, za pomocą których można by przemycić kogoś na pokład, miejsca kryjówek na statku i tak dalej, i tak dalej, l nagle Maja uświadomiła sobie, że czuje się znacznie lepiej, że jest naprawdę w cudownym nastroju. John jej uwierzył! Nie pomyślał, że zwariowała! Poczuła ogromną ulgę i ze szczęścia zarzuciła mu ramiona na szyję.

— Jak to wspaniale móc z tobą o tym porozmawiać! Uśmiechnął się promiennie.

— Jesteśmy przyjaciółmi, Maju. Trzeba mi było o tym powiedzieć wcześniej.

— Tak, masz rację.

Baniaczek był wymarzonym miejscem do obserwacji końcowego etapu lotu, ale zaczęło się już hamowanie aerodynamiczne i kopuła znalazła się za obecnie rozwiniętą osłoną antytermiczną.

Wybór hamowania aerodynamicznego uwolnił ich od konieczności zabrania ze sobą ogromnej ilości paliwa, która była niezbędna do hamowania za pomocą silników, tyle że operacja ta wymagała niezwykłej precyzji i w dodatku była bardzo niebezpieczna. W trakcie wchodzenia na orbitę Marsa nie mogli dryfować więcej niż milisekundę łuku, więc na wiele dni przedtem zespół nawigacyjny zaczął łagodnie korygować ich kurs przez odpalanie prawie co godzinę małych rakiet bocznych, rozpoczynając tym samym ostatnią fazę podróży. Potem, kiedy znaleźli się bliżej, wyłączyli system wirowania statku. Powrót do nieważkości był nawet w torusach szokiem. Nagle bowiem dotarło do Mai, że nie jest to po prostu kolejna symulacja. Przelatywała przez falujące powietrze korytarzy, widząc wszystko z jakiejś dziwnej, nowej perspektywy i nagle zrozumiała, że to wszystko dzieje się naprawdę.

Spała nieregularnie, wykorzystując na sen każdą wolną chwilę, czasem była to godzina, innym razem trzy. Zawsze kiedy wpływała do śpiwora, przeżywała chwilę dezorientacji i zdawało jej się, że znowu znalazła się na Nowym Mirze. Natychmiast przypominała sobie jednak, gdzie jest, i wtedy adrenalina zupełnie wybijała ją ze snu. Wstawała więc i snuła się po korytarzach torusa, odpychając się od boazerii w barwach kasztana, złota i brązu. Na mostku sprawdzała aktualny kurs z Mary, Raulem, Mariną czy kimś innym, kto akurat był na dyżurze. Wszystko szło zgodnie z planem. Zbliżali się do Marsa tak szybko, że wydawało im się, iż niemal zauważają, jak Czerwona Planeta rośnie na ekranach.

Musieli ją ominąć o trzydzieści kilometrów, czyli około jedną dziesięciomilionową część odległości, którą przebyli. “Żaden problem”, powiedziała kiedyś Mary, rzucając szybkie spojrzenie na Arkadego. Do tej pory trwali jeszcze w locie mantry i na szczęście żaden z szalonych problemów ich trenera nie wystąpił.

Członkowie załogi nie związani z nawigacją zajmowali się zewnętrznym zabezpieczaniem statku, przygotowując go na zderzenie z atmosferą, które na pewno przyniesie im przeciążenie rzędu co najmniej 2,5 g. Niektórzy z podróżników wyszli na zewnątrz w skafandrach typu EVA, aby rozwinąć dodatkowe osłony termiczne i dokonać drobnych napraw. Było tak wiele do zrobienia, a dni wydawały się męcząco długie.

Epokowe wydarzenie miało nastąpić w środku nocy, więc tego wieczoru pozostawili zapalone wszystkie światła i nikt nie kładł się spać. Wszyscy trwali w pogotowiu — niektórzy na dyżurze, większość bezczynnie wyczekując. Maja siedziała w fotelu na mostku, obserwowała ekrany i monitory. Przyszło jej do głowy, że to wszystko wygląda prawie tak samo jak symulacja na Bajkonurze. Czyżby naprawdę wchodzili na orbitę wokół Marsa?!

To nie była symulacja. Ares uderzył w najwyższą warstwę rzadkiej atmosfery Marsa z prędkością czterdziestu tysięcy kilometrów na godzinę i natychmiast ogarnęły go gwałtowne wibracje. Fotelem, na którym siedziała Maja, zaczęły wstrząsać coraz silniejsze i szybsze drgania, a na całym statku rozlegał się słaby, cichy pomruk, jakby przelatywali przez piec hutniczy i tak właśnie to wyglądało: ekrany podglądu rozbłysły intensywną, różowo-pomarańczową łuną. Sprężone powietrze odbijało się od osłony termicznej i błyskało przed kamerami zewnętrznymi, więc cały mostek zalany był czerwonawą poświatą Marsa. Po chwili niespodziewanie powróciła grawitacja i potężnym ciężarem przygwoździła ich do foteli; coś wgniotło żebra Mai tak mocno, że miała trudności z oddychaniem i zamglił jej się wzrok. To bolało!

Brnęli przez rzadkie powietrze z optymalną prędkością, na wysokości tak wyliczonej, aby wprowadzić statek w coś, co specjaliści od aerodynamiki nazywają przepływem poślizgowym: jest to lot pośredni między przepływem swobodnie molekularnym a przepływem ciągłym. Przepływ swobodnie molekularny był wprawdzie znacznie bardziej korzystny i bezpieczny, ponieważ wtedy nie istnieje w zasadzie tarcie o boczne ściany statku i siła nośna, cząsteczki powietrza uderzają tylko w czołową osłonę termiczną, po czym są odpychane na boki, a powstałą próżnię wypełnia ponownie przede wszystkim dyfuzja molekularna, ale oni lecieli zdecydowanie za szybko, by udało im się wprowadzić statek w taki typ lotu. Najlepsze, co mogli w tej chwili zrobić, to za wszelką cenę starać się uniknąć niekontrolowanego wpadnięcia w przepływ ciągły, w którym cząsteczki powietrza chaotycznie przemieszczają się ponad czołowymi osłonami statku i nieustannie zderzając się ze sobą, wytwarzają wokół niego falę straszliwego gorąca.

Tak więc, w oparciu o skomplikowane wyliczenia i doświadczenia wcześniejszych ekspedycji wybrali pośrednie rozwiązanie, wytyczając najwyższą z możliwych trajektorię przelotu nad planetą, która miała ich wyhamować na tyle, by wpadli w przepływ poślizgowy, niezbyt przyjemny ze względu na drgania, ale za to dość bezpieczny. Co wcale nie znaczyło, że unikają w ten sposób wszelkich zagrożeń. Gdyby bowiem natrafili w marsjańskiej atmosferze na jakiś nieprzewidziany wir powietrza o niespotykanym zwykle na tych wysokościach podwyższonym poziomie ciśnienia, temperatury, wibracji albo siły grawitacji, mogłoby to spowodować uszkodzenie niektórych delikatnych mechanizmów statku, a wtedy wpadliby w jeden z koszmarów Arkadego, na przykład w ten, w którym siedzą wduszeni w fotele, “ważąc” czterysta funtów każdy, a było to coś, czego Arkady nigdy nie umiał naprawdę dobrze symulować. W rzeczywistości natomiast, pomyślała Maja ponuro, w chwili największego niebezpieczeństwa będą najbardziej bezradni i mogą nie podołać takiemu wyzwaniu.

Jednak jakimś dziwnym i szczęśliwym zrządzeniem losu pogoda w marsjańskiej stratosferze okazała się sprzyjająca i przetrwali w locie mantry, co w praktyce okazało się ośmioma minutami ciągłego łomotu, męczących drgawek całego ciała i niemal zupełnego pozbawienia oddechu. Maja nie pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej tak krótki okres wydawał jej się tak długi. Czujniki pokazywały, że temperatura głównej osłony termicznej wzrosła do 600 kelwinów…

A potem nagle wibracja i huk raptownie ustały. Wyskoczyli z atmosfery, zahamowawszy po przelocie nad czwartą częścią powierzchni planety. Zwolnili już do około dwudziestu tysięcy kilometrów na godzinę. Temperatura osłony termicznej wzrosła do 710 kelwinów, bardzo blisko granicy wytrzymałości. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Było cicho. Unosili się znowu w nieważkości, przytrzymywani jedynie przez pasy foteli. Mieli wrażenie, że statek pogrążył się w całkowitym bezruchu i pływają w absolutnej ciszy.

Niepewnie odpięli pasy i latali jak duchy w chłodnym powietrzu pomieszczeń; w uszach mieli lekki szum, który podkreślał zalegającą wokół ciszę. Mówili do siebie zbyt głośno i mocno ściskali sobie dłonie. Maja wciąż jeszcze była oszołomiona i nie mogła zrozumieć, co do niej mówią; słyszała głosy, ale w żaden sposób nie mogła się skupić na słowach.

Dwanaście nieważkich godzin później nowy kurs poprowadził ich do peryhelium orbity, trzydzieści pięć tysięcy kilometrów od Marsa. Tam odpalili główne silniki i na krótkim ciągu zwiększyli prędkość do około stu kilometrów na godzinę. Wtedy Mars zaczął ich znowu przyciągać, kształtując elipsę, która przeniosła ich z powrotem na odległość pięciuset kilometrów od powierzchni. Wreszcie znaleźli się na okołomarsjańskiej orbicie.

Każde eliptyczne okrążenie planety trwało cały dzień. Przez z górą dwa następne miesiące komputery kontrolowały spalanie silników, stopniowo korygując orbitę statku i przybliżając ją do orbity krążącego nad nimi Fobosa. Ładowniki z częściami zostały opuszczone na powierzchnię na długo przed osiągnięciem perygeum.

Gdy to nastąpiło, zwinęli antytermiczne osłony i poszli do baniaczka, aby popatrzeć.

Podczas perygeum Mars wypełnił większą część nieba, mieli wrażenie, jakby zbliżali się do jego powierzchni z jakąś potworną prędkością. Dopiero teraz było widać, jak głębokie jest Valles Marineris i jak wysokie cztery potężne wulkany: ich płaskie szczyty wyłaniały się zza horyzontu o wiele wcześniej niż reszta terenu. Cała powierzchnia planety była gęsto usiana kraterami. Ich koliste, wypełnione piaskiem otwory były jaskrawopomarańczowe i, prawdopodobnie z powodu pokrywającego je pyłu, nieco jaśniejsze niż cały grunt. Krótkie, poszarpane, kręte górskie pasma były ciemniejsze niż kotliny, miały kolor rdzawy, poprzecinany czarnymi cieniami. Ale zarówno jasne, jak i ciemne barwy były tylko odcieniami wszechobecnego koloru rdzawo-pomarańczowoczerwonego; taki kolor miały wszystkie szczyty, kratery, kaniony, wydmy, a nawet pełna wzbijających się na kilka kilometrów tumanów pyłu atmosfera, której najniższy pas widoczny był wysoko nad jaskrawą krzywizną planety. Czerwony Mars! To był naprawdę hipnotyzujący widok. Wszystkich wręcz sparaliżowała niezwykłość tego przeżycia.

Niemal cały czas mieli teraz wypełniony wykonywaniem najrozmaitszych zadań i wreszcie była to prawdziwa praca. Najpierw musieli częściowo zdemontować statek. Główny kadłub został w końcu zaparkowany na orbicie niedaleko Fobosa; miał im zapewnić możliwość powrotu w razie jakiejś nieprzewidzianej potrzeby. Z kolei dwadzieścia zbiorników zewnętrznych piasty wystarczyło jedynie odłączyć od Aresa i przekształcić w ładowniki, które miały ich zabrać na planetę w pięcioosobowych grupkach. Planowali wyekspediować pierwszy taki pojazd natychmiast, gdy tylko zostanie odczepiony i przygotowany do lotu, więc pracowali na zmianę po dwadzieścia cztery godziny, spędzając wiele czasu w zewnętrznych skafandrach typu EVA.

Co kilka godzin gromadzili się w jadalniach zgłodniali i zmęczeni, głośno dyskutując. Wydawało się, że zupełnie zapomnieli, jak bardzo jeszcze niedawno byli znudzeni lotem. Którejś nocy Maja, unosząc się w łazience i przygotowując do snu, niespodziewanie usłyszała coś, czego nie słyszała od miesięcy, i przeszedł ją dreszcz wzruszenia — gdzieś w pobliżu Nadia, Sasza i Jeli Zudow radośnie paplali po rosyjsku. Nagle przyszło jej do głowy, że teraz wszyscy są szczęśliwi: znajdowali się przecież już tak blisko celu, wreszcie kończyło się to potwornie długie oczekiwanie, które trwało przez połowę ich życia, a może nawet od czasów dzieciństwa. Pod nimi płonął Mars, jakby naszkicowany dziecięcą kredką; to rósł, to malał i obserwując to pulsowanie, nagle zrozumieli, jak wielkie kryje możliwości: był nie zapisaną kartą. Nie zapisaną czerwoną kartą. Wszystko było możliwe, wszystko mogło się zdarzyć — ta świadomość sprawiała, że czuli się teraz idealnie wolni. Wolni od przeszłości i od przyszłości, przepływali w gorącym powietrzu z pomieszczenia do pomieszczenia bezgłośnie jak duchy, które lada chwila się zmaterializują… Maja zobaczyła w lustrze zniekształcony tkwiącą w ustach szczoteczką do zębów uśmiech na swojej twarzy i musiała się chwycić poręczy, aby utrzymać równowagę. Pomyślała, że może nigdy już nie będą tak szczęśliwi. Piękno często zawiera się tylko w oczekiwaniu na spełnienie, które niekiedy przynosi rozczarowanie, a świat wykreowany przez wyobraźnię bywa przeważnie bogatszy niż świat realny. Kto wie jednak, jak będzie tym razem? Może zupełnie inaczej.

Puściła poręcz, wypluła pastę do zębów do torby na ciekłe odpadki i popłynęła na korytarz. Cokolwiek się zdarzy, osiągnęli już cel swoich marzeń. No, przynajmniej otrzymali szansę osiągnięcia tego celu.

Demontaż Aresa budził w załodze dziwne uczucia. Jak zauważył John, przypominało to rozbiórkę jakiegoś miasta i rozrzucanie domów w różne strony. A to było jedyne miasto, jakie mieli. Pod gigantycznym okiem Marsa waśnie wśród załogi znowu stawały się coraz gwałtowniejsze, co było niebezpieczne, ponieważ do lądowania zostało tak niewiele czasu. Ludzie najwyraźniej przestali się kryć ze swoimi poglądami i często dochodziło do publicznych kłótni. Podzielili się na mnóstwo małych, zupełnie od siebie odseparowanych grupek…

Co się stało z tym krótkim momentem szczęścia? Maja winiła za to wszystko przede wszystkim Arkadego. To on otworzył puszkę Pandory; gdyby nie on i jego gadanie, czy zespół farmerski związałby się tak silnie z Hiroko? Czy medycy zamknęliby się wyłącznie we własnym gronie? Maja uważała, że nie.

Razem z Frankiem starali się ze wszystkich sił załagodzić konflikty i doprowadzić przynajmniej do chwilowego porozumienia, aby dać wszystkim poczucie, że nadal są jednym zespołem. To pociągało za sobą konieczność długich narad z Phyllis i Arkadym, Ann i Saxem, Houston i Bajkonurem. W trakcie tych ciągnących się w nieskończoność dyskusji stosunki łączące dwoje przywódców stały się jeszcze bardziej złożone niż podczas ich wcześniejszych spotkań w parku, chociaż powód zadrażnień był wciąż ten sam. Frank zrobił się złośliwy i często bez powodu wybuchał gniewem. Maja domyśliła się, że nadal dręczy go sprawa ich krótkiego romansu, i to bardziej niż dotąd podejrzewała. Cóż, teraz nie można już było niczego cofnąć.

W końcu misja na Fobosa została rzeczywiście przydzielona Arkademu i jego przyjaciołom, głównie dlatego, że nikt inny nie chciał się jej podjąć, a Phyllis, Mary i resztę “houstońskiej paczki” zapewniono, że budowa obozu-bazy odbędzie się według planów sporządzonych w Houston. Skomentowali to zimno, że nie omieszkają wszystkiego szczegółowo dopilnować.

— Dobra, dobra — powiedział zrzędliwie Frank pod koniec jednego z tych spotkań. — Przecież wszystkim nam zależy na tym, by wreszcie znaleźć się na Marsie, więc czy rzeczywiście już teraz musimy tak zacięcie walczyć o to, co konkretnie będziemy tam robić?

— Takie jest życie — zauważył wesoło Arkady. — Na Marsie czy gdziekolwiek indziej, rządzi się takimi samymi prawami.

Frank zacisnął zęby.

— Lecę tam po to, aby uciec przed tego rodzaju problemami!

Arkady potrząsnął głową.

— Ależ skąd! Przecież to właśnie jest twoje życie, Frank. Czym byś się zajmował, gdyby to wszystko nagle zniknęło?

Pewnej nocy krótko przed lądowaniem na powierzchni zebrali się całą setką na uroczystej kolacji. Większość potraw została przyrządzona z produktów wyhodowanych na farmie: makaron, sałata i chleb. Dodatkowo wyciągnęli z magazynu czerwone wino, przeznaczone na specjalną okazję.

Przy deserze, na który podano truskawki, Arkady wzniósł toast.

— Za nowy świat, który właśnie tworzymy!

Większość parsknęła śmiechem, ale część wydała z siebie tylko pełne niechęci jęki; wszyscy już doskonale wiedzieli, co to dla niego znaczy. Phyllis odłożyła truskawkę i powiedziała:

— Słuchaj, Arkady, ta kolonia jest stacją naukową. Twoje idee są ni w pięć, ni w dziewięć. Może będą dobre za pięćdziesiąt albo sto lat, ale na razie ma to wyglądać jak stacja badawcza na Antarktydzie.

— Racja — odparł pojednawczo Arkady. — Chociaż, w gruncie rzeczy, stacje antarktyczne wcale nie są wolne od polityki, a powiedziałbym, że wręcz przeciwnie. Przeważająca większość tych stacji została stworzona po to, by państwa, które je finansują, miały dodatkowy argument przy renegocjacji traktatu arktycznego. I teraz stacje te rządzą się według praw ustanowionych przez tamto porozumienie, co czyni ten eksperyment czysto politycznym! A więc sami widzicie, że nie można po prostu schować głowy w piasek i krzyknąć: “Jestem naukowcem, jestem naukowcem!” — Dotknął ręką czoła uniwersalnym gestem parodiującym wyniosłą primadonnę. — Nie. Kiedy to mówicie, mówicie tylko: “Nie chcę myśleć o tak trudnych sprawach!” A przecież tak naprawdę to chyba nie przystoi prawdziwemu naukowcowi, prawda?

— Antarktydą rządzi traktat, ponieważ nikt tam nie mieszka, są tylko stacje naukowe — stwierdziła z irytacją Maja. Ich ostatnia kolacja, ostatni moment prawdziwej wolności zakłócony przez taki incydent!

— To prawda — odrzekł Arkady. — Ale pomyślcie o rezultatach. Na Antarktydzie nikt nie może posiadać na własność ziemi. Żadne państwo ani organizacja nie może eksploatować naturalnych zasobów tego kontynentu bez zgody wszystkich innych państw. Nikt nie może sobie rościć prawa do tych bogactw ani też sprzedawać je innym ludziom, tym samym czerpać z nich materialnych korzyści. Zasoby przynoszą więc zysk, ponieważ płaci się za ich eksploatację. Czy nie widzicie, jak radykalnie się to różni od sposobu, w jaki funkcjonuje reszta świata? Jest to ostatni obszar na Ziemi, który trzeba zorganizować, dla którego należy stworzyć kodeks praw. Antarktyda reprezentuje to, co wszystkie współpracujące ze sobą rządy instynktownie uważają za właściwe, ale realizacja tych zasad była możliwa tylko w krainie wolnej od konfliktów etnicznych, roszczeń terytorialnych, krainie, pozbawionej historycznej tradycji. To jest, powiedzmy sobie jasno, najlepsza szansa, jaką otrzymała Ziemia, aby stworzyć uczciwe prawa własności! Rozumiecie? W taki właśnie sposób powinien funkcjonować cały świat, gdybyśmy tylko mogli uwolnić go od jarzma historii!

Sax Russell lekko zmrużył oczy i powiedział:

— No dobrze, Arkady, ale skoro Mars ma być rządzony właśnie przez traktat oparty na tamtym starym porozumieniu antarktycznym, to przeciwko czemu właściwie protestujesz? Traktat o Wykorzystywaniu Przestrzeni Kosmicznej głosi, że żadne państwo nie może rościć sobie wyłącznego prawa do ziemi na Marsie i że nie zezwala się tam na jakiekolwiek działania militarne, a każdą bazę w każdej chwili ma prawo wizytować misja wysłana przez każde inne państwo. Również marsjańskie bogactwa naturalne nie mogą stać się własnością pojedynczego narodu. ONZ ma wkrótce ustanowić zarząd międzynarodowy, sprawujący kontrolę nad wszystkimi kopalniami i wydobyciem surowców. Jeśli wydarzenia będą przebiegać zgodnie z tymi wytycznymi, a nic nie wskazuje, aby miało być inaczej, Mars rzeczywiście stanie się wspólną własnością wszystkich państw zrzeszonych w ONZ. — Sax podniósł znacząco palec. — Czy więc nie jest tak, że wszystko, za czym agitujesz, już dawno osiągnięto?

— Tak, ale to tylko początek — odparł Arkady. — Istnieją pewne aspekty tego traktatu, o których nie wspomniałeś. Na przykład o fakcie, że bazy marsjańskie będą należeć do tych państw, które je zbudowały. W świetle tego aneksu stworzymy więc tam bazy amerykańskie i rosyjskie. A to popchnie nas dokładnie z powrotem w koszmar ziemskich praw i ziemskiej historii. Amerykańskie i rosyjskie koncerny otrzymają prawo eksploatacji Marsa tak długo, jak długo zyski będą dzielone między wszystkie narody, które podpisały porozumienie. W konsekwencji jest to więc tylko kwestia wielkości procentu, jaki te dwa państwa będą płacić Organizacji Narodów Zjednoczonych, czyli czegoś w rodzaju łapówki. Uważani, że ani przez chwilę nie powinniśmy uznawać tych postanowień!

Zapadło głuche milczenie. Nagle odezwała się Ann Clayborn:

— Ten traktat mówi także, że należy uczynić wszystko, aby nie dopuścić do zniszczenia naturalnego środowiska planety. Tak właśnie ujmuje to Artykuł Siódmy. Jak mi się zdaje, paragraf ten wyraźnie zakazuje terraformowania, o którym tak wiele osób mówiło.

— Sądzę, że również to postanowienie powinniśmy zignorować — wtrącił szybko Arkady. — Dla naszego własnego dobra.

Ta część jego poglądów, w przeciwieństwie do reszty, zyskała już znaczną akceptację i sporo osób natychmiast go poparło.

— Ale, jeśli mamy zamiar zlekceważyć choćby jeden artykuł traktatu — wytknął im Arkady — to musimy być konsekwentni i odrzucić go w całości. Mam rację?

Znów zapadła nieprzyjemna cisza.

— Wszystko się zmieni, to nieuchronne — oświadczył Sax Russell, wzruszając ramionami. — Pobyt na Marsie z pewnością zmieni nas w sposób ewolucyjny.

Arkady tak gwałtownie potrząsnął głową, że aż zawirował na chwilę w powietrzu nad stołem.

— Nie, nie, i jeszcze raz nie! Historia nie jest ewolucją! To jest fałszywa analogia! Ewolucja to sprawa środowiska i przypadku, i trwa miliony lat, a historia to kwestia środowiska i wyboru, i rozgrywa się przez okres żywota, a czasami nawet w ciągu kilku lat, miesięcy albo dni! Historia jest lamarkiańska! Jeśli zdecydujemy się powołać na Marsie jakieś konkretne instytucje, one tam zaistnieją! A jeśli stworzymy inne, będą tam istnieć inne! — Gestem objął wszystkich siedzących przy stołach i unoszących się wśród pnącz. — Słuchajcie, powinniśmy sami dokonać tego wyboru. Nie mogą za nas decydować ludzie na Ziemi. Do diabła, oni są już nieważni, przecież od tego zależy nasze dalsze życie!

— Pragniesz czegoś w rodzaju społecznej utopii, a doskonale wiesz, że jej spełnienie jest niemożliwe — rzuciła ostro Phyllis. — A wydawałoby się, że historia Rosji powinna cię czegoś w tej kwestii nauczyć…

— Ależ nauczyła — odparł spokojnie Arkady. — I teraz właśnie mam zamiar zrobić z tego użytek.

— Nawołując do fałszywie pojmowanej rewolucji? Prowokując sytuację kryzysową? Doprowadzając wszystkich do wściekłości? Siejąc niezgodę między nami?

Wiele osób zgodziło się z nią, ale Arkady gwałtownie zamachał rękami.

— Wcale nie zamierzam brać na siebie odpowiedzialności za wszystkie wasze obecne problemy. Mówię tylko to, co myślę, a mam do tego prawo. Jeśli przeze mnie niektórzy z was czują się zaniepokojeni, to ich sprawa. Nie podobają się wam implikacje tego, co mówię, ale nie potraficie znaleźć żadnych racjonalnych argumentów, aby podważyć moje propozycje.

— Po prostu niektórzy z nas nie mogą zrozumieć tego, co mówisz — wyjaśniła Mary.

— Cały czas uświadamiam wam tylko — oznajmił Arkady, wpatrując się w nią z niedowierzaniem — że lecimy na Marsa na zawsze. Na dobre! Musimy tam zbudować nie tylko osiedla, w których będziemy mieszkać i wyprodukować sobie żywność, ale także stworzyć wodę, a nawet powietrze, którym będziemy oddychać, i wszystko to na planecie, gdzie nic z tego nie ma. Jesteśmy w stanie tego dokonać, ponieważ rozporządzamy techniką, dzięki której możemy manipulować materią aż do poziomu molekularnego. To są nadzwyczajne możliwości, pomyślcie o tym! Niektórzy z was są gotowi zaakceptować rewolucyjne przekształcenie całej fizycznej rzeczywistości Marsa, nie próbując nijak zmienić własnego “ja” ani sposobu życia, do jakiego przywykli na Ziemi. Niby chcą być naukowcami dwudziestego pierwszego wieku, a jednocześnie pragną żyć w dziewiętnastowiecznych systemach społecznych, opartych na siedemnastowiecznych ideologiach. To jest absurd, czyste szaleństwo, to… — Chwycił się za głowę, pociągnął za włosy i wrzasnął: — To jest po prostu nienaukowe! Cały czas próbuję więc wam tylko powiedzieć, że wśród tych wszystkich rzeczy, które przekształcimy na Marsie, musimy być także, a może przede wszystkim, my sami i nasze społeczne nawyki. Musimy terraformować nie tylko Marsa, ale i samych siebie.

Nikt nie odważył się polemizować z tym stwierdzeniem. Tak rozpędzonego Arkadego nie sposób było powstrzymać, a poza tym wielu członków załogi słowa rudowłosego Rosjanina naprawdę rozdrażniły i potrzebo wali czasu, aby je przemyśleć. Inni gderali niezadowoleni, ale nie chcieli psuć nastroju tej szczególnej kolacji. Mieli przecież świętować. Ograniczyli się więc do pełnych niechęci spojrzeń i wznoszenia toastów.

— Za Marsa! Za Marsa!

Jednak kiedy po deserze kręcili się po pomieszczeniu, Phyllis oznajmiła pogardliwie:

— Najpierw musimy przeżyć. Jeśli nadal będziemy się tak kłócić, czy mamy na to jakąkolwiek szansę?

Michel Duval próbował rozproszyć jej wątpliwości.

— Wiele z tych nieporozumień spowodował długi lot. Gdy znajdziemy się na Marsie, znów się do siebie zbliżymy. Poza tym mamy do dyspozycji nie tylko to, co przywieźliśmy na Aresie: na powierzchni planety i na księżycach czekają już bezzałogowe ładowniki, wypełnione sprzętem i żywnością. Poradzimy sobie. Jedynym ograniczeniem będzie nasza własna wytrzymałość. Lot był tylko wstępem, przygotowaniem do tego, co nas naprawdę czeka, swego rodzaju testem. Jeśli go nie zdamy, nie mamy czego szukać na Marsie.

— Z ust mi to wyjąłeś! — przerwała Phyllis podniesionym głosem. — Rzeczywiście nie mamy tam czego szukać.

Sax wstał i znudzony udał się do kuchni. Korytarz wypełnił się cichym gwarem rozmów prowadzonych w małych grupkach; niektóre były niezwykle zjadliwe w tonie. Wiele osób czuło prawdziwą wściekłość na Arkadego, a innych z kolei rozgniewała agresja, z jaką spotkały się jego słowa.

Maja podążyła za Saxem do kuchni. Czyszcząc swoją tacę, westchnął:

— Wszyscy są ostatnio tacy rozdrażnieni. Czasami zdaje mi się, jakbym bez końca grał wciąż tę samą rolę w sztuce pod tytułem “Bez wyjścia”.

— Chodzi ci o tę, w której grupa osób nie potrafi się wydostać z małego pokoiku?

Skinął głową.

— W której piekłem są inni ludzie. Chociaż wciąż mam nadzieję, że to jest jednak inna sztuka.

Kilka dni później ładowniki były gotowe. Podróżnicy mieli się opuszczać przez pięć dni. W na wpół zdemontowanym Aresie pozostawała jedynie ekipa Fobosa, przygotowując się do rychłego wprowadzenia statku na orbitę małego księżyca. Arkady, Aleks, Dmitri, Roger, Samantha, Edvard, Janet, Raul, Marina, Tatiana i Elena pożegnali się z resztą załogi, skoncentrowani już na czekających ich zadaniach; obiecali odwiedzić Marsa, gdy tylko ukończą budowę stacji na Fobosie.

W noc przed wysłaniem na powierzchnię ładownika Maja nie mogła zasnąć. W końcu dała za wygraną i ruszyła na obchód po pokojach i korytarzach, podążając w stronę piasty. Zmęczenie bezsenną nocą i adrenalina sprawiły, że przedmioty rysowały się ostro. Miała wrażenie, jakby to nie był już Ares, ale jakiś całkowicie obcy statek; wiele znajomych zakamarków statku zniknęło, inne zaś zostały zmienione, zawalone stertami pudeł albo przekształcone w ślepe korytarze. Po raz ostatni rozejrzała się po statku, wyprana z emocji. Następnie przeleciała przez śluzy powietrzne do przydzielonego jej ładownika. Uznała, że równie dobrze może przecież tu poczekać. Wsunęła się w skafander kosmiczny i wtedy, jak często przed naprawdę ważnymi wydarzeniami, przyszło jej do głowy, że to tylko kolejna symulacja. Zastanawiała się, czy kiedykolwiek zacznie myśleć inaczej i jak długo będzie musiała mieszkać na Marsie, aby się pozbyć tego uczucia. Cóż, na pewno warto było spróbować. Wreszcie poczuć się realnie! Usadowiła się w fotelu.

Kilka bezsennych godzin później dołączyli do niej Sax, Wład, Nadia i Ann. Zapięli pasy, a potem wspólnie skontrolowali odczyty. Komputer pokładowy zatrzasnął właz i zaczęło się przedstartowe odliczanie. Po kilku sekundach odpalili rakiety i ładownik oddalił się od Aresa. Potem odpalili kolejne i zaczęli opadać ku planecie. Wkrótce uderzyli w atmosferę i jedyny, trapezoidalny iluminator zalał się krwawą barwą Marsa. Maja, wibrując wraz ze statkiem, wpatrywała się jak zahipnotyzowana w okienko. Była zdenerwowana i nieszczęśliwa; jej myśli zaprzątała bardziej przeszłość niż przyszłość. Stanęła jej nagle przed oczyma reszta załogi, która pozostała na Aresie, i przyszło jej do głowy, że zaprzepaścili swoją szansę, że piątka w ładowniku zostawiła za sobą tylko skłóconą grupę. Że stracili już wszelkie szansę na zachowanie przynajmniej poczucia solidarności. Nie udało im się. Chwilowy wybuch szczęścia, jaki Maja poczuła tamtego dnia czyszcząc zęby, był rzeczywiście tylko chwilowy. Maja także przegrała. Ich drogi się rozeszły, poróżniły ich egoistyczne pragnienia. Mimo dwóch lat wymuszonego wspólnego życia, u kresu podróży okazali się niczym więcej, jak tylko zbiorowiskiem obcych sobie ludzi. Teraz jednak niczego już nie można było zmienić.

CZĘŚĆ 3 — Próba

Powstał wraz z resztą naszego Układu Słonecznego, niemal pięć miliardów lat temu. Piętnaście milionów ludzkich pokoleń. Mikroskopijne drobiny kosmicznego pyłu zderzały się ze sobą w przestrzeni i odbijały, by po chwili znów się do siebie zbliżyć. A wszystko to dzięki pewnej niezwykle tajemniczej sile — grawitacji. Ta sama potęga, niczym sekretny sprawca powolnej ewolucji, zgniatała stos skał, ilekroć stawał się odpowiednio duży, aż skupiona w centrum materia ulegała stopieniu. Dlatego też Mars, choć niewielki, jest stosunkowo ciężki: ma jądro niklowo-żelazowe. I jest dostatecznie mały, aby jego wnętrze ochłodziło się szybciej niż ziemskie: jądro planety już dawno przestało się poruszać wirowym ruchem o zmiennej prędkości, toteż obecnie Czerwona Planeta praktycznie nie ma pola magnetycznego. Wnętrze Marsa jest niemal równie martwe jak jego powierzchnia.

Ale jedna z ostatnich potężnych erupcji płynnego jądra wypiętrzyła nienaturalnie płaszcz planety, powodując niezwykłe, ogromne skomasowanie materii w jednym miejscu. A potem napór na ścianę skorupy utworzył na powierzchni wysoką na jedenaście kilometrów (czyli trzy razy wyższą od płaskowyżu Tybetu) wypukłość wielkości ziemskiego kontynentu. To gigantyczne wybrzuszenie ukształtowało również wiele innych marsjańskich tworów geologicznych: system poprzecznych szczelin, pokrywających całą półkulę, wraz z największymi znanymi w naszym układzie rozpadlinami oraz Valles Marineris — ogromną dolinę stanowiącą sznureczek kanionów, które mogłyby pokryć Stany Zjednoczone od zachodniego wybrzeża po wschodnie. Wypiętrzenie się tego potężnego płaskowyżu o nazwie Tharsis spowodowało również powstanie wielu wulkanów, wraz z trzema, które przysiadły na jego powierzchni: Ascraeus Mons, Pavonis Mons i Arsia Mons, a także z czwartym, znajdującym się na jego pomocnym krańcu — Olympus Mons, najwyższą górą Układu Słonecznego, trzy razy wyższą niż Everest i sto razy masywniejszą od Mauna Loa, największego wulkanu ziemskiego.

Wypiętrzenie się płaskowyżu Tharsis okazało się więc najważniejszym czynnikiem kształtującym powierzchnię Marsa. Drugim, niemal równie ważnym, były uderzenia meteorytów. W epoce Noachian, trzy do czterech miliardów lat temu, powierzchnia Marsa była nieustannie bombardowana milionami skalnych pocisków, z których tysiące stanowiły duże planetazymale o rozmiarach wielkości Wegi czy Fobosa. Jedno z takich uderzeń utworzyło Basen Hellas, nieckę o średnicy dwóch tysięcy kilometrów, największy znany krater meteorytowy w naszym Układzie Słonecznym. Być może również Daedalia Planum jest pozostałością po jakimś basenie uderzeniowym; jej szerokość wynosi cztery i pół tysiąca kilometrów. Te dwa nieckowate zagłębienia terenu są niezwykle duże, ale niektórzy areologowie twierdzą, że cała północna półkula Marsa to ogromny basen uderzeniowy.

Spadki potężnych meteorytów wywoływały tak wielkie kataklizmy, że wprost trudno je sobie wyobrazić; wyrzucane w ich trakcie szczątki skał docierały aż do Ziemi i Księżyca albo stawały się planetoidami, krążącymi wokół Słońca jako Trojańczycy. Część areologów obstaje przy tezie, że płaskowyż Tharsis powstał w wyniku spadku tego samego meteorytu, który utworzył nieckę Hellas, inni z kolei twierdzą, że Fobos i Dejmos to skały wyrzucone podczas zderzenia. Poza tym na planetę spadały codziennie również mniejsze okruchy skalne, toteż najstarsze powierzchnie marsjańskie zostały dosłownie zbombardowane milionami meteorytów, co ukształtowało obecny krajobraz planety, na którym nowsze kratery — twory geologiczne o kolistym kształcie — przesłaniają starsze pierścienie, już zerodowane. Na Czerwonej Planecie nie ma chyba ani jednego skrawka lądu, który nie zostałby kiedyś w ten sposób zbombardowany.

Każde z tych uderzeń uwalniało ogromne ilości ciepła, które topiło skałę. Wkrótce prócz uderzeń meteorytów również erupcje wulkaniczne zaczęły odrywać z macierzystego podłoża fragmenty skalne, które strzelały w górę w postaci gorących gazów, cieczy i nowych minerałów. Czynnik ten oraz odgazowanie jądra planety doprowadziły do wytworzenia się marsjańskiej atmosfery i dużych zbiorników wodnych. Na Marsie były chmury i burze, opady deszczu i śniegu, lodowce i strumienie, rzeki i jeziora. Omywały całą powierzchnię i pozostawiały wszędzie niewątpliwe znaki swej bytności — kanały rzeczne, łożyska strumieni, linie brzegowe, hydrologiczne hieroglify najrozmaitszego rodzaju.

A potem wszystko się “ulotniło”. Planeta była zbyt mała i położona za daleko od Słońca, toteż klimat niebawem się ochłodził, a pierwotna atmosfera zamarzła i opadła na powierzchnię. Doszło do sublimacji dwutlenku węgla, w wyniku czego powstała nowa, znacznie rzadsza atmosfera, podczas gdy tlen pozostał na powierzchni i związał się z czerwoną skałą. Woda stopniowo zamarzała i wiek za wiekiem wsiąkała coraz bardziej w głąb, przez kilometry potrzaskanych meteorytami skał. W końcu i ta warstwa regolitu została skuta lodem, ale najgłębsze warstwy planetarnego płaszcza pozostały wystarczająco gorące, aby stopić lód. Tak właśnie powstały podziemne marsjańskie morza.

Woda zawsze płynie z góry na dół, toteż formacje wodonośne przeniosły się niżej, powoli sącząc się i sącząc, aż skumulowały się za jakimś masywem litej skały, warstwą zastygłej głęboko magmy albo tamą utworzoną przez zmrożoną glebę. Czasami silne ciśnienie artezyjskie tworzyło takie naturalne zapory. A potem nagle uderzał jakiś meteoryt albo powstawał wulkan, zapora pękała i całe podziemne morze wypływało na powierzchnię w postaci ogromnych powodzi, które niosły dziesięć tysięcy razy więcej wody niż całe dorzecze Missisipi. Po jakimś czasie jednak woda na powierzchni znów zamarzała i parowała pod wpływem nieustannych suchych wiatrów, a potem każdej zimy opadała na bieguny kapturem lodowej mgły. Dzięki temu czapy polarne grubiały coraz bardziej, spychając lód pod ziemię, aż widoczny na powierzchni lód stał się tylko wierzchołkami dwóch potężnych lodowców pokrywających bieguny tego świata wiecznej zmarzliny, czubkami dwóch podziemnych soczewek, dziesięć, a potem sto razy większych od widocznych na powierzchni polarnych czap. Podczas gdy wody spływały z powrotem ku równikowi, wskutek odgazowania jądra planety uwalniały się wciąż nowe wodne masy, tworząc kolejne zbiorniki i ponownie napełniając niektóre stare.

Właśnie w ten sposób ów niezwykle powolny proces zapoczątkował cykl obiegu wody. Jednak planeta wciąż systematycznie się ochładzała, więc wszystko odbywało się coraz wolniej w długim ritardando, jak coraz bardziej zwalniający, nie nakręcany już zegar. Wreszcie Mars zastygł w istniejącym do dziś kształcie. Co nie znaczy, oczywiście, że nie zachodziły już na nim żadne zmiany: powierzchnię bez końca rzeźbiły wiatry, niosąc pył, który stawał się coraz drobniejszy, mimośród marsjańskiej orbity sprawił zaś, że na półkulach południowej i północnej w cyklu co pięćdziesiąt jeden tysięcy lat występowały na przemian zimne i ciepłe zimy, toteż czapa z suchego lodu i wodna czapa polarna wędrowały między biegunami. Każdy ruch tego klimatycznego wahadła pozostawiał po sobie kolejną warstwę piasku; pokłady nowych wydm pod odpowiednim kątem przecinały starsze warstwy, aż piasek wokół obu biegunów utworzył różnobarwną, mozaikową geometryczną otoczkę, przypominającą pustynne malowidła Indian Nawaho.

Barwne piaski o niezwykłych wzorach, wyrzeźbione koronkowo ściany kanionów, wulkany strzelające pionowo w niebo, chaotyczny teren pokryty skalnym rumoszem, niezliczona ilość kraterów, kulistych symboli początków planety… Taki jest krajobraz Marsa. Piękny, ale i niezmiernie surowy: prosty, nagi, milczący, obojętny, skalisty i odwieczny… Majestatyczny. Tak przemawia nieorganiczna ewolucja natury.

Niestety, jedynie nieorganiczna; żadnych śladów zwierząt, roślin, nawet bakterii. Życie mogło się tu narodzić, ale się nie narodziło. Nigdy nie doszło do samoczynnej syntezy organicznej w powierzchniowych skałach osadowych i siarkowych gorących źródłach; nie spadły także na Marsa żadne kosmiczne zarodki, planeta nie doświadczyła dotyku Boga. Jakkolwiek powstaje życie (a nadal nie znamy do końca tego mechanizmu), na Marsie się ono nie przydarzyło. Czerwona Planeta odbywała swoją wędrówkę wokół Słońca, pozostając wciąż jedynie martwym światem skał i kraterów.

Aż pewnego dnia…

Energicznie zeskoczyła na ziemię, dotykając gruntu równocześnie obiema nogami. Okazało się, że nie jest to nic trudnego ani niebezpiecznego, w końcu przyzwyczajała się do marsjańskiej grawitacji przez dziewięć miesięcy lotu na Aresie, a przy obciążeniu skafandra poruszanie się po tutejszej powierzchni nie powinno się zbytnio różnić od chodzenia po Ziemi, o ile w ogóle to jeszcze pamiętała. Niebo miało barwę różu przyciemnionego rudawymi brązami i był to odcień znacznie bogatszy, a równocześnie delikatniejszy niż na fotografiach.

— Popatrzcie na niebo — zachwycała się Ann. — Tylko popatrzcie!

Maja trajkotała o czymś po rosyjsku, a Sax i Wład kręcili się wokół własnej osi jak nakręcane zabawki. Nadieżda Francine Czernieszewska zrobiła jeszcze kilka kroków; każde stąpnięcie odzywało się nieprzyjemnym skrzypieniem. Powierzchnię pokrywała stwardniała, gruba na parę centymetrów warstwa szklistego piasku; geolodzy nazywali ją skorupą albo saletrą. Ślady butów natychmiast otaczała siateczka promienistych pęknięć.

Nadia stała o kilka kroków od ładownika. Grunt był tutaj ciemnordzawo-pomarańczowy; jak okiem sięgnąć pokrywały go skały tego samego koloru, chociaż niektóre z nich prześwitywały również najrozmaitszymi odcieniami czerwieni, czerni albo żółci. Na wschodzie stały pionowo w szeregu rakietowe ładowniki różnych kształtów i wielkości, ich ostre czubki wystawały ponad horyzont. Wszystkie były pokryte tym samym czerwono-pomarańczowym nalotem co grunt: wyglądało to niesamowicie, niczym starożytny, od dawna niszczejący kosmodrom jakiejś obcej rasy. Za milion lat tak właśnie mogłyby wyglądać na przykład niektóre części Bajkonuru.

Podeszła do jednego z najbliższych ładowników, transportowego kontenera rozmiarów małego domu, umieszczonego na czteronożnej podstawie rakietowej. Pojazd sprawiał wrażenie, jakby tkwił tu od dziesięcioleci. Słońce stało wysoko, zbyt jaskrawe, aby na nie patrzeć nawet przez zaciemnioną szybkę hełmu. Z powodu polaryzacji i różnych filtrów, z których składała się przednia płytka, trudno było cokolwiek dokładnie ocenić, ale Nadii wydało się, że światło jest niemal takie samo jak na Ziemi (o ile dobrze tamto pamiętała). Jasny, zimowy dzień.

Znów rozejrzała się dokoła, próbując objąć wzrokiem całą okolicę. Znajdowali się na nieco wyboistej równinie, pokrytej małymi skałkami o ostrych krawędziach; wszystko było na wpół zakopane w pyle. Na zachodzie rysowało się małe wzgórze o płaskim wierzchołku. Możliwe, że był to stożek krateru, ale nie była pewna. Ann przebyła już pół drogi w tym kierunku, choć wciąż jeszcze była dość dobrze widoczna; horyzont znajdował się tu bliżej niż na Ziemi i Nadia zatrzymała się, aby mu się dokładnie przyjrzeć. Pewnie szybko się przyzwyczai do tego fenomenu i przestanie zwracać na niego uwagę, teraz jednak z całą wyrazistością odczuwała obcość tego dziwnie bliskiego horyzontu, tak niepodobnego do ziemskiego. Byli przecież na mniejszej planecie.

Spróbowała przypomnieć sobie ziemską grawitację, zastanawiając się, czy poruszanie się tutaj rzeczywiście będzie takie trudne. Chodzenie między drzewami, po tundrze, po zamarzniętej rzece… A tutaj: krok za krokiem, na razie żadnych większych problemów. Powierzchnia była płaska, ale trzeba było omijać wszechobecne skały; nie słyszała nigdy o żadnym miejscu na Ziemi, gdzie byłoby ich tak wiele i tak równomiernie rozmieszczonych. Może by tak skoczyć!? Podskoczyła i roześmiała się; nawet w takim skafandrze była lekka. Dysponowała dokładnie taką samą siłą jak zawsze, ale ważyła tylko trzydzieści kilo! A skafander ważył czterdzieści… nie było w tym równowagi, to prawda, i nagle poczuła się tak, jakby jej ciało było wewnątrz puste. W pewnym sensie tak było — jej środek ciążenia zniknął, a ciężar przemieścił się na zewnątrz: na skórę i warstwy mięśni. Stało się tak, rzecz jasna, dzięki skafandrowi. W ciśnieniowych kesonach będą się zapewne czuli podobnie jak na Aresie, ale na zewnątrz, w skafandrze, czuła się jak wydrążona w środku. Jednak dzięki temu wynalazkowi mogła bez porównania łatwiej się poruszać, przeskakiwać wielkie głazy, opadać i swobodnie się obracać, mogła niemal tańczyć! Po prostu wyskok w powietrze, obrót, lądowanie na szczycie płaskiej skały… Uwaga!!!

Upadła, lądując na kolanie i obu rękach. Twarda skorupa przebiła wierzchnią warstwę rękawic i Nadia poczuła coś w rodzaju lepkiego nadmorskiego piasku, tylko to było twardsze i bardziej kruche. Jak zaschnięte błoto. I zimne! Rękawice podróżników nie były ogrzewane w taki sposób, jak podeszwy butów, nie miały też wystarczającej izolacji, więc kiedy teraz zetknęły się z gruntem, Nadia poczuła przeraźliwy chłód, jak gdyby gołymi palcami dotknęła lodu. Brrr! Około 215 kelwinów, przypomniała sobie, czyli — 90°C; zimniej niż na Antarktydzie, chłodniej niż w najmroźniejsze dni na Syberii. Opuszki palców miała już skostniałe. Uświadomiła sobie, że będą potrzebowali znacznie lepszych rękawic, aby móc tu pracować, rękawic zaopatrzonych w takie same elementy grzewcze, jak podeszwy butów. Wprawdzie rękawice staną się wtedy grubsze i mniej giętkie, ale zimno przestanie być problemem. Na razie jedyne, co mogła zrobić, to rozmasować palce.

Nadia śmiała się. Wstała i podeszła do następnego transportowca, mrucząc pod nosem “Royal Garden Blues”. Wspięła się na jedną z nóg ładownika i starła brudnoczerwony osad z wygrawerowanego opisu ładunku na boku dużej metalowej kasety: “Jeden marsjański buldożer marki John Deere/Volvo z napędem hydrazynowym, zabezpieczony termicznie, półautomatyczny, całkowicie programowalny. Części zapasowe i dodatkowe wyposażenie w kapsule”.

Uśmiechnęła się mimo woli, podniecona. Koparki, dźwigi, buldożery, ciągniki, spychacze, wywrotki, filtrujące i zbierające materiały budowlane zyskane z atmosfery, powietrzne chwytniki odsączające i sublimatory, odzyskujące z atmosfery związki chemiczne, małe przetwórnie zdolne przekształcać te związki w inne, fabryczki do produkcji z nich skomplikowanych tworzyw syntetycznych, ogromne składy żywności, wszystko, czego będą tu potrzebować, było pod ręką w dziesiątkach kontenerów rozrzuconych na równinie. Nadia zaczęła przeskakiwać od jednego ładownika do drugiego, przeglądając opisy inwentarzowe. Niektóre z pojazdów podczas upadku zostały uszkodzone, pajęcze nogi kilku połamały się, korpusy innych popękały, a z jednego nawet pozostała jedynie sterta potrzaskanych kaset zasypanych pyłem, ale to było tylko kolejne wyzwanie. Gra w “zreperuj i ocal” należała do jej ulubionych! Wybuchnęła głośnym śmiechem, wciąż nieco oszołomiona, i wtedy zauważyła światełko komunikacyjne migoczące na konsoletce minikomputera, który miała na nadgarstku. Włączyła kanał ogólny i w pierwszej chwili zaskoczył ją nagły gwar rozmów — Maja, Wład i Sax przekrzykiwali się jedno przez drugie: “Gdzie jest Ann, hej, kobiety, natychmiast wracajcie, Nadiu, przyjdź tu zaraz i pomóż nam podłączyć ten przeklęty keson, nie możemy nawet otworzyć luku!”

Nadia roześmiała się.

Kesony, podobnie jak wszystkie wyekspediowane sprzęty, podczas opadania na powierzchnię planety rozproszyły się na znacznym terenie, ale pierwszej grupie udało się wylądować właśnie przy tym, który miał im służyć za mieszkanie. Opuścili go z orbity kilka dni wcześniej i przeszedł już dokładną kontrolę. Niestety zewnętrzny luk komory powietrznej nie wchodził w zakres badania i teraz najwyraźniej się zaciął. Nadia z uśmiechem obejrzała go ze wszystkich stron; widok był naprawdę niezwykły — keson wyglądał z zewnątrz jak zrujnowana hala remontowa, do której wchodzi się przez śluzę stacji kosmicznej. Otwarcie włazu zabrało jej zaledwie minutę. Po prostu wystukała dodatkowy kod awaryjny i jednocześnie naparła na drzwi ramieniem. Zamek zaciął się najprawdopodobniej z zimna, możliwe, że skurczył się pod wpływem różnicy temperatur. Z pewnością będą tu mieli wiele podobnych problemów.

Po chwili wraz z Władem znalazła się w śluzie, z której weszli do wnętrza kesonu. Nadal wyglądał jak garaż remontowy, tyle że jego wyposażenie stanowiły najnowocześniejsze urządzenia kuchenne. Paliły się wszystkie światła. Powietrze było ciepłe, a cyrkulacja bez zarzutu. Panel kontrolny z wyglądu przypominał pulpit typowy dla elektrowni jądrowych.

Podczas gdy pozostali wchodzili do środka, Nadia przemierzała kolejne małe pomieszczenia i nagle ogarnęło ją bardzo osobliwe uczucie: wszystko wydawało jej się tu nie na miejscu. Część włączonych świateł migotała, a na końcu korytarza kołysały się otwarte drzwi któregoś pokoju…

Oczywiście, “sprawcą” tego kołysania był przepływ powietrza, a reszta bałaganu powstała przy wstrząsie podczas lądowania. Nadia otrząsnęła się z dziwnego uczucia i wróciła do wejścia, aby się przywitać z kolejnymi członkami załogi.

Do czasu aż wszyscy wylądowali, pochodzili po kamiennej równinie (zatrzymując się, potykając, biegnąc, wpatrując się w horyzont, powoli wirując, znowu podejmując wędrówkę), weszli do każdego z trzech kesonów mieszkalnych, gdzie zdjęli skafandry zewnętrzne i odłożyli je na bok, zanim skontrolowali inne kesony i coś zjedli, dzieląc się pierwszymi wrażeniami, zapadła już noc. Nadal pracowali przy kesonach i rozmawiali, zbyt podekscytowani, aby zasnąć. Potem jednak większość przespała się po kilka godzin, a kiedy obudzili się o świcie, znowu nałożyli skafandry i wyszli na zewnątrz. Rozglądali się, sprawdzali opisy ładunków i na próbę uruchomili niektóre maszyny. W końcu poczuli głód, więc wrócili do środka, aby coś przekąsić naprędce i dalej pracować… ale znów zrobiła się noc!

I tak było przez wiele dni: szalony wir pracy niemal pozbawił ich poczucia upływu czasu. Nadię budził rytmiczny pisk, który dobywał się z konsoletki na ręku, zjadała szybkie śniadanie, przez małe okienko oglądając wschód słońca. Najpierw świt zabarwiał niebo na kolor soczystych jagód, a potem nagle, poprzedzony gamą różowości wstawał mętny, różowo-pomarańczowy dzień. Dokoła na podłodze spali jej towarzysze na materacach, które na dzień zwijali i układali pod ścianami. Ściany utrzymane były w tonacji beżu, a świt zabarwiał je na pomarańczowo. Kuchnia i salon miały maleńką powierzchnię, a cztery toalety nie były wiele większe od szaf.

Kiedy słońce rozjaśniło pokój, wstała Ann i wyszła do ubikacji. John kręcił się już bezgłośnie po kuchni. Panował tu znacznie większy tłok niż na Aresie i codzienne życie stało się z tego powodu tak bardzo publiczne, że niektórzy mieli kłopoty z przystosowaniem się do tego braku intymności. Maja co noc skarżyła się, że nie może spać wśród tylu osób, zasypiała dopiero nad ranem i teraz drzemała z rozchylonymi jak dziecko ustami. Zwykle wstawała jako ostatnia, przesypiając hałas i odgłosy porannej krzątaniny współmieszkańców.

Słońce podniosło się już nad horyzont. Nadia przygotowała sobie płatki na mleku, mieszając mleko w proszku z wodą zebraną z atmosfery (smakowało prawie normalnie). Nadszedł czas, aby ubrać się w walker i pójść do pracy.

Walkery zostały zaprojektowane specjalnie do przebywania na powierzchni Marsa i różniły się od zwykłych kosmicznych skafandrów tym, że nie były napełnione sprężonym powietrzem — wykonano je z elastycznej siatki, która zwiększała ciśnienie niemal do takiej wartości, jaką miała atmosfera ziemska. Taka konstrukcja zapobiegała dotkliwym potłuczeniom, na które byliby narażeni przy częstych niekontrolowanych zderzeniach w rzadkiej atmosferze Marsa, a jednocześnie można się było w niej poruszać o wiele swobodniej niż w skafandrze ciśnieniowym. Walkery miały jeszcze jedną bardzo znaczącą przewagę nad typowymi skafandrami: tylko ciężki hełm był hermetycznie zamknięty, więc rozdarcie na kolanie czy łokciu, chociaż groziło poważnym urazem i odmrożeniem, nie pociągało za sobą natychmiastowej śmierci z powodu uduszenia.

Zalety zaletami, ale wbijanie się w walker było prawdziwą męką. Nadia z trudem naciągnęła spodnie na dres, włożyła kurtkę i zasunęła zamek w pasie, łącząc ze sobą dwie części kombinezonu. Potem nałożyła wielkie ocieplane buty i przymocowała ich górne pierścienie do pierścieni spodni na wysokości kostek, wcisnęła rękawice i przypięła pierścienie w nadgarstkach, a następnie włożyła standardowy ciężki hełm i zamknęła pierścień na szyi. W końcu zarzuciła na plecy lekką przenośną butlę i przyłączyła do hełmu gumową rurę powietrzną. Kilka razy ciężko odetchnęła, wdychając zimną mieszankę tlenowo-azotową. Zerknęła na wyświetlacz na mankiecie walkera — odczyt komputerowy wskazywał, że wszystkie łącza kombinezonu są hermetyczne, więc podążyła za Johnem i Samanthą do śluzy. Zamknęli za sobą wewnętrzny luk, powietrze zostało wessane do zbiorników i po chwili John otworzył luk zewnętrzny. Cała trójka była gotowa do wyjścia.

Każdego ranka, kiedy wychodzili na tę skalistą równinę, przenikał ich nieokreślony dreszcz: światło wczesnego słońca rzucało długie cienie ku zachodowi, ukazując wyraźnie mnóstwo niewielkich pagórków i małych niecek. Zwykle wiał południowy wiatr i luźny, drobny piasek podnosił się w górę, wirując tuż nad powierzchnią, przez co zdawało się, że skały są w ruchu. Nawet najsilniejsze z tych wiatrów było trudno wyczuć, wyciągając rękę, ale przecież nie doświadczyli jeszcze ani razu jednej ze słynnych marsjańskich burz; huragan pędzący z prędkością pięciuset kilometrów na godzinę na pewno poczują. Dwudziestokilometrowy wiaterek nie robił na nich prawie żadnego wrażenia.

Nadia i Samanthą dotarły do jednego z rozpakowanych roverów i wsiadły. Nadia skierowała pojazd przez równinę do ciągnika, który znaleźli poprzedniego dnia jakiś kilometr na zachód od bazy. Poranny chłód przenikał przez jej walker równie swobodnie, jak diament tnący niezbyt twardy materiał. Był to rezultat specjalnego splotu z włókien żarowych w materiale kombinezonu. Dziwne uczucie, ale podczas pobytu na Syberii często było znacznie chłodniej i też nie narzekała.

Dojechały do dużego ładownika i wysiadły. Nadia wzięła wiertarkę z nakładką śrubokrętową Phillipsa i zaczęła rozmontowywać skrzynię umieszczoną na szczycie pojazdu. W ładowniku znajdował się ciągnik marki Mercedes-Benz. Wsunęła wiertło w główkę śrubki, nacisnęła dźwignię i obserwowała, jak śruba się wykręca. Schowała ją i uśmiechając się z zadowoleniem ruszyła do następnej. W młodości mnóstwo razy wychodziła na takie zimno ze skostniałymi, zdrętwiałymi, zbielałymi od mrozu rękoma i staczała tytaniczne boje, aby odkręcić pokryte lodem albo zdeformowane śruby… Na szczęście tutaj nie było takich problemów. Drrrr! i kolejna śruba wykręcona. Poza tym, w walkerze naprawdę było cieplej niż na Syberii i swobodniej niż w kosmosie, ten ubiór nie krępował ruchów bardziej niż kostium płetwonurka. Zamyśliła się, popatrując na czerwone skały, z niesamowitą regularnością rozrzucone na całej przestrzeni. W hełmie jakieś głosy trajkotały na ogólnodostępnym paśmie:

— Hej, widzę ogniwa baterii słonecznych!

— I myślisz, że to takie wielkie odkrycie? Ja właśnie znalazłem cholerny reaktor jądrowy!

Tak, to naprawdę był wspaniały poranek na Marsie.

Zdemontowane i zestawione razem ścianki skrzyni miały utworzyć rampę, po której ciągnik mógłby zjechać z ładownika. Kobiety nie były wystarczająco silne, aby temu podołać, ale pomogła im grawitacja. Nadia włączyła ogrzewanie ciągnika natychmiast, gdy tylko udało jej się do niego dosięgnąć, i teraz wsiadła do kabiny i wystukała polecenie dla automatycznego pilota, uważając, że najlepiej będzie pozwolić maszynie samej zjechać po pochylni. Razem z Samanthą obserwowały operację z boku, na wypadek, gdyby rampa okazała się w zimnej temperaturze bardziej krucha niż przewidywano albo gdyby przydarzyła się jakaś inna niespodziewana awaria. Nadia ciągle jeszcze nie przestawiła się na myślenie w kategoriach marsjańskiego ciążenia, nie była w stanie do końca uwierzyć, że wykonane na Ziemi projekty uwzględniały tutejsze warunki. Pochylnia wyglądała po prostu na zbyt słabą!

Jednak ciągnik bez problemów wytoczył się z ładownika i zatrzymał na ziemi, prezentując się w całej okazałości: osiem metrów długości, kolor głębokiego błękitu. Zbrojone kolczatką koła były wyższe niż przeciętny człowiek, kobiety musiały więc wspiąć się do kabiny po krótkiej drabince. Chwytnik był już przymocowany do wieloczynnościowej przedniej końcówki, co ułatwiło załadowanie na ciągnik dźwigu, ładowarki piasku, pudeł z częściami zapasowymi i na koniec ścianek kasety. Kiedy kobiety skończyły, ciągnik wyglądał na tak przeładowany i przeciążony, że wydawało się, iż lada chwila runie na bok albo złamie się podwozie, ale dzięki niesamowitemu marsjańskiemu ciążeniu urządzenie z łatwością utrzymywało równowagę. Sam ciągnik był prawdziwym kolosem: sześćset koni mechanicznych, szeroki rozstaw kół, równie masywnych jak gąsienice czołgu. Silnik hydrazynowy miał zryw znacznie lepszy nawet niż diesel i zachowywał go na każdym biegu, nie tylko na pierwszym. Ruszyły i pojechały powoli na parking przyczep — tak, tak, to właśnie ona, Nadieżda Czernieszewska, kieruje maszyną marki Mercedes-Benz po powierzchni Marsa! Podążyła za Samanthą do sortowni, czując się jak królowa.

Tak skończył się ten poranek. Wróciła do kesonu, zdjęła hełm i butlę tlenową, po czym przegryzła coś pospiesznie, nie zdejmując walkera i butów. Praca fizyczna niezwykle zaostrzyła wszystkim apetyt.

Po obiedzie wsiadły do mercedesa i za jego pomocą zaholowały kondensator atmosferyczny marki Boeing na wschód od kesonów, gdzie koloniści zamierzali postawić wszystkie przetwórnie. Kondensatory atmosferyczne były wielkimi metalowymi cylindrami nieco przypominającymi kadłuby samolotów 737, tyle że podwozia miały ośmiokołowe; z boków dołączono ustawione pionowo silniki rakietowe, a po dwa silniki odrzutowe zamontowano nad przodem i tyłem kadłuba. Pięć z tych kondensatorów zrzucono w ten rejon Czerwonej Planety już jakieś dwa lata temu. Od tego czasu odrzutowe silniki wsysały rozrzedzone powietrze Marsa i tłoczyły je przez sekwencję filtrów, które rozdzielały poszczególne gazy, a potem sprężały je i magazynowały w olbrzymich zbiornikach. Teraz więc koloniści mieli już do dyspozycji w każdym boeingu pięć tysięcy litrów wodnego lodu, trzy tysiące litrów płynnego tlenu, trzy tysiące litrów płynnego azotu, pięćset litrów argonu i czterysta dwutlenku węgla.

Przetoczenie tych olbrzymów przez nierówną powierzchnię planety do dużych kontenerów w pobliżu kesonów nie było wcale łatwym przedsięwzięciem, ale musiały to zrobić, ponieważ po przelaniu ich zawartości do stacjonarnych zbiorników można je będzie znów uruchomić. Właśnie tego popołudnia inna grupa opróżniła jedno takie urządzenie i powtórnie je włączyła. Wszędzie słychać było cichy szum jego odrzutowych silników, nawet w hełmach i w kesonach.

Nadia i Samanthą miały znacznie więcej problemów ze swoim kondensatorem. Przez całe popołudnie zdołały go przeciągnąć zaledwie o sto metrów, a i tak musiały użyć dodatkowo spychacza, który wyrównywał przez cały czas wyboistą drogę przed nimi. Tuż przed zachodem słońca wróciły przez śluzę do kesonu. Ręce miały zdrętwiałe z zimna i obolałe z wysiłku. Zdjęły oblepione pyłem ubrania i poszły prosto do kuchni, znowu potwornie głodne; Wład obliczył, że każde z nich spala tu około sześciu tysięcy kalorii dziennie. Połykały żarłocznie ugotowany przed chwilą makaron, niemal parząc sobie o tace przemarznięte palce. Po posiłku ruszyły do damskiej przebieralni i próbowały się doszorować pod strumieniem gorącej wody z prysznica. Wreszcie włożyły czyste kombinezony.

— Trudno będzie utrzymać ubrania w czystości, jeżeli pył przedostaje się nawet przez zapięcia przy nadgarstkach, a zamki błyskawiczne w talii są jak sito.

— Hmmm, niewiele da się z tym zrobić, drobiny tego pyłu są wielkości mikronowych! Ale to jeszcze nic, mogę cię zapewnić, że będziemy mieć z jego powodu znacznie większe kłopoty niż tylko brudne ubrania. Będzie przenikał naprawdę wszędzie, w nasze płuca, krew, umysły…

— Takie jest życie na Marsie. — Stwierdzenie to stało się już porzekadłem, używanym zawsze, gdy spotykali się z jakimkolwiek poważniejszym problemem, zwłaszcza jeśli był chwilowo nierozwiązywalny.

W niektóre dni po kolacji było jeszcze przez parę godzin jasno i wtedy Nadia, czasem nie mogąc zasnąć, wychodziła na zewnątrz. Najczęściej w trakcie tych wędrówek buszowała wśród skrzyń zaholowanych do bazy w ciągu dnia, czując się jak dziecko w sklepie z cukierkami, i zdążyła już sobie skompletować osobisty zestaw narzędzi. Lata pracy w syberyjskim przemyśle ciężkim nauczyły ją szacunku dla solidnych narzędzi — wciąż dobrze pamiętała nieustanne kłopoty spowodowane brakiem podstawowego wyposażenia. W północnej Jakucji wszystko było budowane na wiecznej zmarzlinie, więc latem pomosty bywały zalewane przez powodzie, a zima zamieniała je w oblodzone bryły. Narzędzia budowlane pochodziły z całego świata: ciężki sprzęt ze Szwajcarii i Szwecji, wiertła z Ameryki, reaktory z Ukrainy i do tego całe mnóstwo zużytego sowieckiego szmelcu — niektóre części były dobre, inne stanowiły niewyobrażalne buble, a wszystko razem nijak do siebie nie pasowało (wiele instrukcji na przykład podawało parametry w calach). W efekcie więc stale musieli coś klecić na poczekaniu, budując szyby naftowe z lodu i sznurka i montując reaktory jądrowe w taki sposób, że w porównaniu z nimi Czarnobyl to szwajcarski zegarek. I do tego każdy dzień tej morderczej pracy kończyli z zestawem narzędzi, który doprowadzał do płaczu.

Teraz Nadia krążyła radośnie w matoworubinowym świetle zachodzącego słońca; ulubiona stara wiązanka przebojów jazzowych, włączona przed wyjściem na stereofonicznym sprzęcie w kesonie, brzmiała jej w słuchawkach hełmu, a Nadia grzebała w pudłach z wyposażeniem i wyszukiwała kolejne narzędzia. Następnie przenosiła je do małego pomieszczenia, które sama sobie przydzieliła w jednym z budynków przeznaczonych na magazyny, pogwizdując wraz z Kreolskim Jazzbandem Kinga Olivera i dodając do kolekcji nowe narzędzia, jedno po drugim: komplet kluczy Allena, różnego rodzaju szczypce, wiertarkę elektryczną, komplet klamer, kilka rodzajów piłek do metali, zestaw kluczy udarowych, parę odpornych na zimno zwojów mocnej linki, specjalnie dobrane pilniki, tarki i strugi, komplet kluczy sierpowych, szczypce do obciskania, pięć młotków, kilka hemostatów, trzy podnośniki hydrauliczne, miech, parę zestawów śrubokrętów, wierteł i ostrzy, przenośny zbiornik na sprężone gazy, pudełko plastikowych materiałów wybuchowych i ładunków kumulacyjnych, taśmę mierniczą, ogromny wojskowy nóż szwajcarski, kawałki cynowego drutu, kleszcze, pincety, trzy imadła, urządzenie do usuwania izolacji z przewodów, specjalne rodzaje noży, kilof, kilka drewnianych młotków, komplet nakrętek, opaskę zaciskową, zestaw frezów, komplet małych śrubokrętów jubilerskich, lupę, różne rodzaje taśm, pion, rozwiertak hydrauliczny, zestaw do szycia, nożyczki, sita, krosno, wszelkich rozmiarów dźwigienki, szczypce wydłużone, szczypczyki do mocowania obrabianych przedmiotów, komplet narzędzi do gwintowania i tłoczenia śrub, trzy łopaty, kompresor, generator, zestaw do spawania i cięcia, taczka…

I tak dalej. A był tu tylko asortyment narzędzi mechanicznych i przyrządów ciesielskich. W innych częściach magazynu gromadzili wyposażenie badawcze i laboratoryjne, sprzęt geologiczny oraz komputery, radia, teleskopy i kamery wideo. Zespół biosferyczny miał własne składziki z ekwipunkiem potrzebnym do prac na farmie, z automatami do przetwarzania odpadów i wymiany gazowej, słowem z całym zapleczem technicznym, bez którego nie byłby w stanie pracować, natomiast zespół medyczny miał jeszcze więcej magazynów z zapasami dla kliniki, laboratoriami badawczymi i skomplikowanymi urządzeniami dla potrzeb inżynierii genetycznej .

— Wiesz, co to jest? — zapytała Nadia pewnego wieczoru Saxa Russella, rozglądając się po swoim składziku. — To jest calutkie miasto, zdemontowane i leżące w kawałkach.

— I to, trzeba dodać, nieźle zaopatrzone miasto.

— Tak, miasteczko uniwersyteckie. Z najnowocześniej wyposażonymi katedrami w wielu dziedzinach.

— A jednak leży w kawałkach.

— Tak, ale mnie się podoba właśnie w takim stanie.

Zachód słońca zmuszał ich do powrotu i teraz Nadia prawie po omacku dotarła do śluzy, weszła do środka, a potem zjadła kolejny niewielki zimny posiłek, siedząc na posłaniu i słuchając toczących się wokół rozmów, które w większości dotyczyły skończonej właśnie pracy i planu robót na następny ranek. Pierwotnie mieli tym kierować Frank i Maja, ale w rzeczywistości odbywało się spontanicznie na zasadzie wzajemnego powierzania sobie różnych zadań. Szczególną sprawnością w tym kolektywnym rozdziale obowiązków wykazywała się Hiroko, co było zaskoczeniem po tym, jak zamknięta w sobie i niekomunikatywna była w trakcie lotu na Marsa. Jednak teraz, kiedy potrzebowała pomocy spoza swojego zespołu, spędzała większość każdego wieczoru chodząc od jednej osoby do drugiej, prosząc tak szczerze i z takim przekonaniem, że zwykle udawało jej się zgromadzić sporą ekipę, która każdego ranka pracowała na farmie. Nadia zupełnie nie mogła tego zrozumieć: mieli przecież tak ogromne zapasy suszonego jedzenia i najrozmaitszych konserw, że wystarczyłoby im ich co najmniej na pięć lat, a ponadto “dieta” ta całkiem jej odpowiadała, gdyż przez większą część swojego życia jadała znacznie gorzej. Zresztą Nadia w ogóle niewielką uwagę przywiązywała do jedzenia, mogłaby równie dobrze jeść siano albo uzupełniać paliwo jakimś energetycznym płynem niczym jeden z ciągników. Równocześnie jednak doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że farma jest rzeczywiście bardzo potrzebna, choćby do uprawy bambusu — sama zamierzała go użyć jako materiału budowlanego do stałego osiedla, którego budowę miała nadzieję wkrótce rozpocząć. Wszystko, co robili, było z sobą nierozerwalnie powiązane, wszystkie ich zadania wiązały się ze sobą, a efekty pracy jednego zespołu okazywały się niezbędne innym. Toteż kiedy Hiroko wyłuszczyła jej sprawę, przysiadłszy na chwilę obok niej, Nadia bez wahania odparła:

— Tak, tak, będę tam o ósmej. Ale wiesz, że nie można zbudować stałej farmy, póki się nie zbuduje osiedla mieszkalnego, więc ty również pomożesz mi jutro, zgoda?

— Nie, nie — odparła Hiroko ze śmiechem. — Pojutrze, dobrze?

Rywalem Hiroko okazał się Sax Russell ze swoją ekipą — potrzebowali Nadii do pomocy przy uruchamianiu przetwórni. Również Wład, Ursula i grupa biomedyczna palili się do tego, aby zainstalować i uruchomić laboratoria. Wyglądało na to, że tym trzem ekipom wcale się nie spieszy do zamieszkania w przyzwoitych domach, że bez końca chcą żyć w przyczepach parku maszynowego, aby tylko prowadzić badania naukowe. Na szczęście były też wśród kolonistów osoby, które nie miały aż takiej obsesji na punkcie pracy; należeli do nich między innymi Maja, John oraz reszta kosmonautów. Jak najszybciej pragnęli się wprowadzić do większych i lepiej zabezpieczonych pomieszczeń, toteż projekt Nadii zawsze mógł liczyć na pomoc z ich strony.

Po posiłku odniosła swoją tacę do kuchni, wyczyściła ją małą ściereczką, a potem podeszła i usiadła obok Ann Claybom, Simona Fraziera i pozostałych geologów. Ann była tak wykończona, że wyglądało na to, iż zaraz zaśnie na siedząco; od jakiegoś czasu poranki spędzała na długich wycieczkach roverem lub pieszo, a potem całe popołudnie pracowała ciężko w bazie, próbując nadrobić czas spędzony na wyprawie krajoznawczej. Nadii wydawała się dziwnie spięta i znacznie mniej uszczęśliwiona pobytem na Marsie, niż można by się spodziewać. Nie przejawiała ochoty ani do pracy przy budowie wytwórni, ani do pomocy Hiroko, za to dość często pracowała dla Nadii. Być może brało się to stąd, że jej zdaniem Nadia, budując jedynie domy, zniszczy ekosystem planety w znacznie mniejszym stopniu niż inne, ambitniejsze ekipy. Możliwe, że rzeczywiście to był prawdziwy powód, chociaż nikt nie wiedział tego na pewno, bo Ann nie zwierzała się nikomu. Stała się nieprzystępna i trudna w codziennych kontaktach, najwyraźniej kaprysiła i to nie w ekstrawagancki, pogodny rosyjski sposób charakterystyczny dla Mai, ale bardziej subtelnie i, jak uważała Nadia, jakoś posępniej. Bluesowo. W nastroju Bessie Smith.

Wszędzie wokół nich ludzie rozmawiali, przekrzykując się nawzajem. Jedni sprzątali po obiedzie, inni przeglądali wykazy czekających na rozładowanie ładowników lub zgromadzeni wokół terminali komputerowych wywoływali potrzebne następnego dnia dane, jeszcze inni czyścili ubrania, a wszystkiemu towarzyszyła rozmowa, aż wreszcie większość rozeszła się i usadowiła w swoich łóżkach, wciąż cicho rozmawiając przed snem.

— To wszystko jest jak pierwsza sekunda wszechświata — zauważył Sax Russell, ze znużeniem rozcierając twarz. — Wszystko stłoczone na małej powierzchni i nie zróżnicowane. Po prostu wiązka gorących cząsteczek goniących tam i z powrotem.

A to był tylko jeden z wielu jednakowych dni. Żadnych szczególnych zmian pogodowych, z wyjątkiem kilku chmur od czasu do czasu albo wyjątkowo wietrznego popołudnia. Na ogół dni mijały monotonnie, jeden podobny do drugiego. Wszystko zabierało im więcej czasu niż planowali. Samo ubieranie się w walkery i wychodzenie z kesonów było ciężką pracą, no i każdego ranka musieli od nowa rozgrzewać sprzęt. Utrudnieniem było również to, że sprzęt pochodził z kilku różnych krajów, choć teoretycznie odpowiadał standardowemu systemowi miar i wag. No i ten wszechobecny pył.

— Nie nazywajcie go pyłem! — jęczała Ann. — To tak jakby powiedzieć, że to jest luźny żwir! Nazywajcie go miałem, to jest miał!

Poza tym praca fizyczna wykonywana w przenikliwym zimnie była naprawdę wyczerpująca, posuwali się więc wolniej niż się spodziewali, zwłaszcza że wiele osób odnosiło przy robocie lekkie obrażenia. Okazało się także, że muszą wykonać zadziwiająco dużo dodatkowych prac, których zupełnie nie przewidzieli. Toteż na przykład niemal miesiąc (planowali dziesięć dni) zabrało im samo otwarcie wszystkich skrzyń i kontenerów, sprawdzenie ich zawartości oraz przeniesienie ładunku i złożenie go w wyznaczonych miejscach. Dopiero wtedy mogli zacząć prawdziwą pracę.

Jednak gdy wreszcie zaczęli budować na serio, Nadia pokazała swoją prawdziwą wartość. Na Aresie właściwie nie miała nic do roboty, lot był dla niej czymś w rodzaju zimowego snu, a przecież była wręcz genialnym budowniczym. Talent ten rozwinęła i udoskonaliła w twardej syberyjskiej szkole.

Bardzo szybko więc to właśnie ona stała się najważniejszą osobą w kolonii, kimś, do kogo zwracali się wszyscy w razie jakichś kłopotów technicznych, stała się uniwersalnym “rozpuszczalnikiem”, jak ją nazywał John. Prawie przy wszystkich pracach korzystali z jej pomocy, a ona biegała od jednej grupy do drugiej, co dzień odpowiadając na setki pytań i udzielając tysiąca rad, aż świat zamienił się dla niej w nie kończący się wir pracy. Tyle było do zrobienia!

Co wieczór podczas wyznaczania zadań na następny dzień Hiroko dzięki swoim magicznym sztuczkom zbierała liczną ekipę, więc farma szybko się rozrastała: powstały trzy rzędy oranżerii, które wyglądały, jak szklarnie ziemskie wprost z reklamy, tyle że te marsjańskie były nieco mniejsze i miały grubsze ścianki, aby nie popękały jak karnawałowe baloniki. Ciśnienie powietrza w środku wynosiło zaledwie trzysta milibarów, co farmie z trudem wystarczało, a jednak w porównaniu z ciśnieniem na zewnątrz było olbrzymie; w razie przypadkowego rozhermetyzowania zamknięć albo jakiejś innej drobnej awarii wybuch był nieunikniony. Na szczęście Nadia miała ogromną wiedzę na temat wszelkiego rodzaju zabezpieczeń w zimnym klimacie, więc Hiroko wzywała ją w panice niemal co dnia.

Potem jej stałej pomocy zaczęli się domagać materiałowcy, którzy uruchamiali przetwórnie, później znowu ekipa instalująca reaktor jądrowy poprosiła, aby Nadia nadzorowała każdy ich ruch. W tym ostatnim przedsięwzięciu nieustannie przeszkadzał im Arkady, zasypując ekipę przekazami radiowymi z Fobosa: upierał się, że wcale nie muszą mieć takiej niebezpiecznej techniki, że niezbędną energię mogą uzyskać, wykorzystując siłę wiatru. On i Phyllis bez przerwy toczyli na ten temat zawzięte kłótnie. Jedną z nich ucięła kiedyś Hiroko, mówiąc po japońsku: Shikata ga nai: “nie ma innego wyjścia”. Musieli przecież korzystać z dostępnych materiałów. Arkady twierdził, że wystarczająco dużo mocy mogłyby wytworzyć wiatraki, ale przecież nie mieli wiatraków, byli natomiast wyposażeni w reaktor jądrowy Rickovera, skonstruowane przez armię Stanów Zjednoczonych prawdziwe techniczne cacko. W dodatku nikt się nie kwapił do zbadania możliwości budowy elektrowni wiatrowych, a musieli się bardzo spieszyć. Shikata ga nai. Zdanie to stawało się powoli jedną z najczęściej powtarzanych sentencji.

Tak czy owak, załoga budująca Czarnobyl (nazwę tę oczywiście nadał elektrowni Arkady) co rano błagała Nadię, aby pojechała z nimi i nadzorowała prace. Zamierzali ustawić reaktor daleko na wschód od obozu, więc jeśli Nadia decydowała się im pomóc, musiała wyjeżdżać z nimi na cały dzień. Jednocześnie jednak zespół medyczny poprosił, aby pomogła zbudować klinikę i laboratoria z rozładowanych już towarowych kontenerów, które przemieniono w schrony, a taka praca oznaczała, że zamiast cały czas pozostawać na zewnątrz w Czarnobylu, mogłaby wracać w południe na posiłek, a potem pomagać medykom. Ale jakkolwiek spędzała dzień, i tak co noc padała z wyczerpania.

Niektóre wieczory przed snem musiała jeszcze poświęcić na długie telefoniczne rozmowy z przebywającym na Fobosie Arkadym. Jego ekipa miała kłopoty z mikrograwitacją tego księżyca i Arkady również potrzebo wał j ej rady.

— Gdybyśmy tylko potrafili nieco zwiększyć ciążenie, po to, by życie tutaj było choć trochę mniej męczące, by móc się przespać w normalnej pozycji! — narzekał.

— Zbudujcie okołopowierzchniową pętlę kolejową — zasugerowała Nadia, walcząc z sennością. — Przeróbcie jeden ze zbiorników Aresa na pociąg i niech jeździ w kółko po szynach. Zróbcie sobie na jego pokładzie bazę i uruchomcie pociąg z dostatecznie dużą prędkością, a uzyskacie słabą grawitację przy suficie.

Cisza przerywana zakłóceniami, potem dziki chichot Arkadego.

— Nadieżdo Francine, kocham cię, naprawdę cię kocham!

— Kochasz grawitację, nie mnie.

Ze względu na te dodatkowe obowiązki Nadii, budowa stałego osiedla posuwała się bardzo powoli. Tylko mniej więcej raz na tydzień Nadia znajdowała czas, by zasiąść w odkrytej kabinie mercedesa i pojechać z turkotem po rozrytej ziemi do wykopu, od którego zaczęła budowę. W tej chwili miał on dziesięć metrów szerokości, pięćdziesiąt długości i cztery głębokości. Na razie jedynie głębokość była dla Nadii wystarczająca. Dno rowu było takie samo jak otaczająca go powierzchnia planety: glina, drobiny miału, różnej wielkości skały. Regolit. Podczas gdy Nadia pracowała na buldożerze, geolodzy wykorzystywali wykop, pobierając próbki i badając skład gleby. Przyłączała się czasem do nich nawet Ann, zdecydowana przeciwniczka niszczenia powierzchni planety, nigdy bowiem jeszcze się nie zdarzyło, by jakiś geolog, bez względu na poglądy, był w stanie powstrzymać się od grzebania w ziemi. W czasie pracy Nadia z uwagą przysłuchiwała się w słuchawkach ich rozmowom. Uważali, że regolit jest prawdopodobnie taki sam na całej swej głębokości, wszędzie aż do skały macierzystej, co nie było zbyt korzystne: regolit miał niewiele wspólnego z tym, co Nadii kojarzyło się z dobrym gruntem pod budowę. Jednak miał jedną zaletę: zawierał niewiele wody, niecałe dziesięć procent, Nadia miała więc przynajmniej gwarancję, że nie będzie się nagle załamywał, co stanowiło jeden z codziennych koszmarów syberyjskich placów budowy.

Gdy już wytnie rów w regolicie, Nadia zamierzała położyć tam fundament z portlandzkiego cementu, najlepszego betonu, jaki mogli wytworzyć z dostępnych im materiałów. Wiedziała, że będzie pękał, póki nie zaleją nim rowu do pełnych dwóch metrów wysokości, ale cóż, shikata ga nai. Taka grubość zapewni im jako taką szczelność, ale i tak Nadia będzie musiała izolować błoto i podgrzewać je dla odpowiedniego utwardzenia. Jego temperatura nie może spaść poniżej 13 stopni Celsjusza, a to z kolei oznaczało wmontowanie systemu grzewczego… Powoli, wszystko odbywało się bardzo powoli.

Nadia powiększała wykop. Podjechała buldożerem do przodu, zatrzymała maszynę i zaryła lemiesz w ziemię. Potem zaczęła przeć, wykorzystując ciężar maszyny. Czerpak wbił się w regolit i żłobił glebę przed sobą.

— Co za olbrzym — powiedziała Nadia pieszczotliwie.

— Nadia zakochała się w spychaczu — zaśmiała się Maja na ogólnym paśmie radiowym.

Przynajmniej wiem, kogo kocham, pomyślała Nadia, krzywiąc się. W ostatnim tygodniu spędziła z Mają wiele wieczorów w narzędziowni, wysłuchując jej trajkotania o kłopotach z Johnem i o tym, że w większości spraw naprawdę lepiej jej się współpracuje z Frankiem, że nie może się zdecydować, co do nich obu czuje, że jest pewna, iż Frank jej teraz nienawidzi, i tak dalej, i tak dalej. Czyszcząc narzędzia Nadia powtarzała co jakiś czas: “Da, da, da”, próbując ukryć brak zainteresowania. Prawda była taka, że miała już po prostu dość wiecznych babskich problemów Mai i wolałaby podyskutować o materiałach budowlanych albo o czymkolwiek innym.

Pracę przerwał jej nagle telefon od załogi Czarnobyla.

— Nadiu, jak można zrobić tak gruby cement, aby go kłaść w tym zimnie?

— Ogrzejcie go.

— Ogrzaliśmy!

— Więc ogrzejcie go jeszcze bardziej.

Och!

Nadia oceniała, że muszą tam już prawie kończyć; poszczególne podzespoły Rickovera były już zmontowane, należało je teraz tylko połączyć ze sobą, dopasować do zabezpieczającej stalowej pokrywy, rury chłodzące wypełnić wodą (co obniży jej zapas w bazie prawie do zera), podłączyć przewody, ułożyć wokół reaktora worki z piaskiem i pociągnąć za drążki kontrolne. Wtedy będą mieli do dyspozycji trzysta kilowatów, co położy kres conocnym kłótniom o to, kto dostanie lwią część mocy generatora następnego dnia.

Telefon od Saxa. Zablokował się jeden z procesorów Sabatiera i nie można było zdjąć z niego osłony, by sprawdzić uszkodzenie. Nadia zostawiła więc pracę na buldożerze Johnowi i Mai i postanowiła pojechać łazikiem do kompleksu fabrycznego, aby sprawdzić, co jest przyczyną blokady.

— Jadę odwiedzić naszych alchemików — oznajmiła na odchodnym.

— Zauważyłaś, że nasze maszyny są odbiciem gałęzi przemysłu, który je zbudował? — spytał Sax Nadię, kiedy przyjechała i zaczęła sprawdzać sabatiera. — Jeśli urządzenie zostało zbudowane przez firmę samochodową, ma słabą moc, ale jest solidne i wytrzymałe. Jeśli natomiast stworzył je przemysł kosmiczny, jego silnik posiada horrendalnie dużą moc, ale maszyna psuje się dwa razy dziennie.

— A wspólne produkty są zaprojektowane — dodała Nadia — wręcz paskudnie.

— Właśnie.

— Podzespoły chemiczne też stale nawalają — dodał Spencer Jackson.

— To prawda. Zwłaszcza w tym pyle.

Kondensatory atmosferyczne Boeinga stanowiły zaledwie niewielką część zespołu fabrycznego; wychwytywane przez nie gazy przemieszczano do dużych zbiorników, sprężano, rozprężano, przekształcano i ponownie wiązano, stosując metody typowe dla inżynierii chemicznej, takie jak: odwilżanie, skraplanie, rektyfikację, elektrolizę, elektrosyntezę, proces Sabatiera, proces Raschiga, proces Oswalda… Krok po kroku tworzyli coraz więcej złożonych związków chemicznych, które płynęły z jednej przetwórni do drugiej przez mrowie budowli o wyglądzie ruchomych tłoczni, stanowiących pajęczynę kodowanych kolorami cystern, rur, przewodów i kabli.

W tej chwili ulubionym produktem Spencera był magnez, którego było na Marsie mnóstwo. Spencer twierdził, że z każdego sześcianu regolitu otrzymuje się dwadzieścia pięć kilogramów tego pierwiastka, a był on tak lekki w tutejszej grawitacji, że trzymając w ręku sporą sztabę miało się wrażenie, iż to tylko kawałek plastiku.

— Jest zbyt łamliwy, jeśli pozostawi się go w stanie czystym — tłumaczył Spencer — ale jeśli dodamy do niego troszeczkę innego pierwiastka, otrzymujemy stop naprawdę niesamowicie lekki, a zarazem wytrzymały.

— Marsjańską stal — zauważyła Nadia.

— Coś znacznie lepszego niż stal.

Tak, to była prawdziwa alchemia, tyle że wykorzystująca najnowocześniejsze zdobycze techniki.

Nadia znalazła usterkę w sabatierze i od razu zabrała się do pracy, aby naprawić pękniętą pompę próżniową. Zdumiewające, jak bardzo kompleks fabryczny zmieniał się w układ pomp; czasami mieli wrażenie, że nie robią nic poza wiecznym ich montowaniem, a one ciągle zatykały się i psuły.

Dwie godziny później sabatier był naprawiony. W drodze powrotnej na parking przyczep Nadia zajrzała do pierwszej oranżerii. Rośliny już kwitły, nowe uprawy aż kipiały na grządkach czarnej gleby. Zieleń jarzyła się intensywnie na tle czerwonego świata; jej widok sprawiał prawdziwą radość. Bambus rósł kilka centymetrów dziennie i miał już prawie pięć metrów wysokości. Hiroko twierdziła, że aby naprawdę rozwinąć farmę, będą potrzebować znacznie więcej dobrej gleby. Nadia pomyślała o “alchemikach” — mogą przecież użyć azotu z boeingów do syntezy nawozów amonowych. Hiroko błagała o nie, ponieważ regolit był dla rolnika koszmarem, glebą potwornie zasoloną, ze względu na zawartość nadtlenków szybko jałowiejącą i całkowicie pozbawioną biomasy. Będą musieli stworzyć sobie nową glebę dokładnie w ten sam sposób jak udoskonalone sztabki magnezu.

Nadia weszła do swojego kesonu na parkingu przyczep, prawie w biegu pochłonęła obiad, a potem znowu wyszła i udała się na teren budowy stałego osiedla. Pod jej nieobecność dno rowu zostało prawie dokładnie wygładzone. Stanęła na brzegu wykopu, spoglądając z zadumą w dół. Zamierzali budować według projektu, który bardzo jej się podobał, sama dopracowała go na Antarktydzie i na Aresie: połączony szeregowo rząd cylindrycznych komór o wypukłych sklepieniach, podzielonych ściankami działowymi. Dzięki ulokowaniu ich w rowie, siedziby mieszkalne będą na wpół zakopane w ziemi; po ukończeniu zostaną dodatkowo osłonięte dziesięciometrową warstwą worów z regolitem, co powinno zatrzymać promieniowanie, a także — ponieważ planowali zwiększyć ciśnienie do czterystu pięćdziesięciu milibarów — zapobiec eksplozji budynków. Materiały, jakie mogli wytworzyć z dostępnych na miejscu składników, były zupełnie wystarczające dla zewnętrznych partii tych budynków: cement portlandzki i zwykłe cegły, z plastikową otuliną w niektórych miejscach, aby zapewnić hermetyczność łączy.

Niestety wytwórcy cegieł również mieli pewne problemy i zadzwonili do Nadii. Ostatnio ciągle miała z nimi kłopoty, więc teraz aż stęknęła z rozdrażnienia.

— Przelecieliśmy taki kawał na Marsa, a wy nie umiecie zrobić zwykłych cegieł?!

— Wcale nie powiedziałem, że nie umiemy zrobić cegieł — odparł Gene. — Po prostu dotychczasowe mi się nie podobają. — Cegielnia mieszała glinę i siarkę uzyskane z regolitu, następnie tą miksturą wypełniano formy i wypalano je, aż siarka zaczynała polimeryzować, a potem, gdy cegły się oziębiały, prasowano je w innej części maszyny. Powstałe w ten sposób czarno-czerwone cegły były dość wytrzymałe na rozciąganie i w zasadzie odpowiednie technicznie do zastosowania w podziemnych komorach o wypukłych sklepieniach. Gene jednak nie był zadowolony. — Po prostu nie chcemy ryzykować, że jakiś źle wykonany sufit spadnie komuś na głowę — wyjaśnił. — Co się stanie, jeśli położymy na którymś o jeden worek z piaskiem za dużo albo zdarzy się maleńkie “trzęsienie marsjańskiej powierzchni”? Wolę nie ryzykować.

Po chwili zastanowienia Nadia odparła:

— Dodajcie nylon.

— Co?

— Poszukajcie spadochronów towarowych ładowników, sproszkujcie je i dodajcie do gliny. To zwiększy wytrzymałość.

— Chyba tak — odparł Gene, a po krótkiej chwili krzyknął: — Rewelacyjny pomysł! Sądzisz, że znajdziemy te spadochrony?

— Powinny leżeć gdzieś na wschód od nas.

Tak więc w końcu znaleźli zajęcie dla geologów, którzy dotąd tylko pomagali przy budowach. Ann, Simon, Phyllis, Sasza i Igor pojechali dalekobieżnymi roverami na wschód od bazy, po sam horyzont i tam, daleko za Czarnobylem, prowadzili poszukiwania. W ciągu tygodnia znaleźli około czterdziestu spadochronów, każdy po kilkaset kilogramów potrzebnego nylonu.

Pewnego dnia wrócili podekscytowani, ponieważ dotarli do Ganges Catena — odległego o sto kilometrów łańcucha zapadlin na południowym wschodzie.

— Są niesamowite — relacjonował z przejęciem Igor — ponieważ nie można ich dostrzec aż do ostatniej chwili i wyglądają jak olbrzymie leje na około dziesięć kilometrów szerokie i ze dwa głębokie. Jest ich osiem albo dziewięć w rzędzie, a każdy następny mniejszy i płytszy od poprzedniego. Fantastyczne! Prawdopodobnie to termokrasy, ale tak duże, że aż trudno uwierzyć.

— To niezwykłe wrażenie zobaczyć nagle tę rozległą przestrzeń, gdy na co dzień ma się do czynienia z tak bliskim horyzontem — wtrąciła Sasza.

— To naprawdę są termokrasy — dodała Ann z przekonaniem. Ale przecież wcześniej wiercili i nie znaleźli wody, co stawało się coraz bardziej niepokojące. Liczyli na to, że będą ją uzyskiwać z gleby, ale jakkolwiek głęboko drążyli, wody nie było. Musieli więc ciągle polegać na dostawach z kondensatorów atmosferycznych.

Nadia wzruszyła ramionami. Kondensatory były dość wydajne, na tyle przynajmniej, aby na bieżąco zaspokajać ich potrzeby. Nie chciała o tym myśleć, wolała zajmować się swoimi podziemnymi komorami.

Jakiś czas później pojawiły się nowe, ulepszone cegły i Nadia zaczęła przy pomocy robotów stawiać ściany i sufity. Cegielnia zapełniała małe automatyczne wagoniki, które jak dziecinne trzykołowe rowerki toczyły się niezdarnie po równinie ku dźwigom na terenie budowy; dźwigi wybierały cegły jedna za drugą i układały je na zimnym podkładzie zaprawy, po czym dalszą część pracy wykonywały roboty. System ten działał tak dobrze, że już wkrótce mury osiedla zaczęły rosnąć w błyskawicznym tempie. Nadia powinna być zadowolona, ale nie do końca ufała precyzji robotów. Te wprawdzie wydawały się naprawdę dobre, ale po doświadczeniach z automatami na Nowym Mirze była ostrożna. Roboty doskonale zastępowały ludzi, jeśli wszystko szło idealnie, ale gdy pojawiały się najmniejsze problemy, trudno je było przeprogramować i albo nadal działały, zamarzając co chwila, albo dokonywały wprost nieprawdopodobnych aktów głupoty, powtarzając jakąś gafę tysiące razy i powiększając małe potknięcie do katastrofalnego błędu, co przypominało trochę uczuciowe życie Mai. Roboty z pozoru wykonują dokładnie to, co mają zaprogramowane, ale trzeba pamiętać, że nawet najwspanialsze z nich są tylko bezrozumnymi kretynami.

Pewnego wieczoru Maja wpadła do narzędziowni i poprosiła Nadię, aby przełączyła się na prywatne pasmo.

— Michel jest całkowicie nieprzydatny — skarżyła się. — Naprawdę przeżywam ciężki okres, a on, zamiast mi pomóc, tylko gapi się na mnie cielęcym wzrokiem, jakby za chwilę miał zamiar mnie całować. Jesteś jedyną osobą, której ufam, Nadiu. Wczoraj powiedziałam Frankowi, że moim zdaniem John próbuje podważyć jego autorytet wobec Houston, ale że na razie nie powinien nikomu o tym mówić, i już następnego dnia John spytał mnie, skąd mi przyszło do głowy, że Frank stanowi dla niego jakiś problem. Nie ma tu nikogo, kto po prostu cię wysłucha i zatrzyma rozmowę dla siebie!

Nadia pokiwała głową, zezując nerwowo na boki. W końcu powiedziała:

— Przepraszam cię, Maju, ale teraz muszę iść porozmawiać z Hiroko o defekcie osłony, którego nie mogę zlokalizować.

Lekko dotknęła szybką swego hełmu szybki Mai (był to ich marsjański odpowiednik pocałunku w policzek), przełączyła się na pasmo ogólne i wyszła. Miała dość! Nieskończenie bardziej interesujące były rozmowy z Hiroko — prawdziwe rozmowy o prawdziwych problemach w prawdziwym świecie. Hiroko prosiła ją o pomoc prawie codziennie i Nadia to lubiła, ponieważ Hiroko była niemal geniuszem w swojej dziedzinie, a od dnia lądowania wyraźnie okazywała podziw dla umiejętności Nadii. Łączył je więc teraz wzajemny zawodowy szacunek, wielki twórca przyjaźni, a poza tym rozmawianie wyłącznie o pracy sprawiało Nadii rzeczywistą przyjemność. Hermetyczne izolacje, mechanizmy zamykające, techniki cieplne, polaryzacja szkła, kontakty farmerów z resztą grupy (wszystko, co mówiła Hiroko, zawsze było niesamowicie budujące). Poruszane w trakcie tych rozmów tematy stanowiły dla Nadii wielką ulgę po wszystkich tych naładowanych emocjami, szeptanych konferencjach z Mają, nieskończonych sesjach roztrząsających problemy typu: kogo Maja lubi, a kogo nie, co Maja czuje w tej albo innej sprawie i kto zranił jej uczucia tego dnia… Phi, też coś! Hiroko natomiast czasem zaskakiwała Nadię stwierdzeniami, których ta do końca nie mogła pojąć, jak na przykład: “Mars powie nam sam, czego chce, a wtedy po prostu będziemy musieli to zrobić”.

Co można było na to odpowiedzieć?

Hiroko tylko uśmiechała się szeroko i chichotała tajemniczo widząc, że Nadia wzrusza ramionami.

Każdej nocy zewsząd dobiegał gwar dyskusji. Były gwałtowne i zaangażowane, rozmówcy przemawiali z niezwykłą pewnością siebie. W pewnej chwili Dmitri i Samantha oświadczyli, że już wkrótce zaczną wprowadzać do regolitu przystosowane dzięki inżynierii genetycznej mikroorganizmy, które powinny przeżyć w marsjańskich warunkach. Na szczęście na takie działanie należało najpierw otrzymać zgodę Organizacji Narodów Zjednoczonych, ale Nadię zaniepokoił sam pomysł. Przy nim chemiczne techniki stosowane w przetwórniach były niewinnymi zabawami, bliższymi wypalaniu cegieł niż niebezpiecznym aktom twórczym proponowanym przez Samanthę. Chociaż alchemicy również tworzyli. Prawie codziennie wracali do przyczep z próbkami nowych materiałów: kwasu siarkowego, cementu magnezjowego na zaprawę do budowy podziemnych komór, wybuchowych związków azotanu amonowego, cyjanoamidu wapniowego do produkcji paliwa dla roverów, kauczuku polisiarkowego, nadkwasów na bazie krzemowej, odczynników emulgujących, całą masą probówek z elementami śladowymi ekstrahowanymi z soli i zupełnie najnowszym wynalazkiem — przezroczystym szkłem. To ostatnie osiągnięcie było naprawdę wielkie, ponieważ wcześniejsze próby wytwarzania tego produktu dawały jedynie czarne szkło. Jednakże oczyszczenie krzemianowych materiałów z zawartego w nich żelaza dokonało cudu, toteż któregoś wieczoru grupka kolonistów zasiadła w przyczepie i podziwiała, podając sobie z rąk do rąk, małe faliste tafle szkła, pełne bąbelków i chropowate jak te z siedemnastego wieku.

Nareszcie pewnego dnia wkopali w ziemię pierwszą komorę mieszkalną i uruchomili generator ciśnieniowy. Nadia bez hełmu przechadzała się w środku, łapczywie wdychając powietrze. Ciśnienie zwiększyli do czterystu pięćdziesięciu milibarów, było więc takie samo jak w ich hełmach i na parkingu przyczep, powietrze miało również identyczny skład: mieszkanka tlenowo-azotowo-argonowa. Temperatura wynosiła około 15 stopni Celsjusza. Nadia czuła się tu świetnie.

Budowla miała dwa piętra, rozdzielone płytą z bambusowych pni umocowaną w szczelinie ceglanej ściany dwa i pół metra nad podłogą. Sufit parteru tworzył więc zespół połączonych ze sobą bali w kolorze świeżej zieleni, a oświetlenie zapewniały wiszące neonowe rury. Przy jednej ścianie znajdowały się wykonane z miejscowego magnezu i bambusa schody, prowadzące przez otwór w suficie na drugie piętro. Nadia weszła po nich ostrożnie, aby obejrzeć górę. Zrobiona z rozszczepionych pni bambusa zielona podłoga była niemal płaska. Sklepienie komory zbudowano z cegieł; było zaokrąglone i niskie. Na górnej kondygnacji umieścili sypialnie i łazienkę, na dole znajdował się salon i kuchnia. Maja i Simon zawiesili już na ścianach zasłony z nylonu pochodzącego z ocalałych spadochronów. Niestety, nie było okien i źródło światła stanowiły wyłącznie neonowe żarówki. Nadia była z tego bardzo niezadowolona i w następnym osiedlu zaplanowała już okna niemal w każdym pomieszczeniu. Ale nie można mieć wszystkiego od razu, pierwszeństwa wymagały sprawy najważniejsze. W chwili obecnej te pozbawione okien komory były najlepszym domem, jaki potrafili zbudować. W porównaniu z parkingiem przyczep i tak stanowiły przecież ogromny postęp.

Zeszła po schodach i przebiegła palcami po cegłach i zaprawie. Były szorstkie i nierówne, ale ciepłe w dotyku. Zarówno za ścianami, jak i pod podłogą znajdowały się grzejniki. Nadia zdjęła buty i skarpety i rozkoszowała się ciepłem chropowatych cegieł pod stopami. To było cudowne pomieszczenie, a do tego jeszcze myśl, że bezpiecznie przemierzyli całą tę drogę na Marsa i udało im się zbudować na nim domy z cegły i bambusa, napełniła ją prawdziwą dumą. Przypomniała sobie podziemne ruiny, które widziała całe lata temu na Krecie, w miejscu zwanym Aptera: podziemne rzymskie krypty o wypukłych sufitach i ścianach z cegły. Zakopane na wzgórzu, były prawie tej samej wielkości co te komory. Ich właściwy cel był nieznany: niektórzy historycy twierdzili, że mieścił się tu magazyn na oliwę z oliwek, chociaż dla takiego celu pomieszczenie wydawało się zbyt wielkie. Tak czy owak, piwnice te pozostały nietknięte przez dwa tysiące lat, i to na wyspie, gdzie często zdarzają się trzęsienia ziemi. Wkładając buty, Nadia uśmiechnęła się z rozmarzeniem. Jeśli te komory przetrwają tak długo, być może za dwa tysiące lat ich potomkowie wchodząc do nich (bez wątpienia do tego czasu będzie tu już tylko muzeum), powiedzą: “Oto pierwsza ludzka kwatera mieszkalna na Marsie!” A zbudowała ją właśnie ona, Nadia! Nagle poczuła presję tej dalekiej przyszłości i zadrżała. Uświadomiła sobie, że w gruncie rzeczy są jak ludzie kromaniońscy mieszkający w jaskiniach, że ich życie z pewnością będą zgłębiali archeolodzy następnych pokoleń — ludzie tak dociekliwi jak ona sama, którzy będą nad nim długo i wnikliwie rozmyślać, ale nigdy całkowicie go nie zrozumieją.

Pogrążeni w wirze zajęć, niemal nie zauważali upływu czasu. Okres ten zlał się w pamięci Nadii w jeden wielki, pracowicie spędzony dzień. Wciąż była niezwykle zajęta. Prace wykończeniowe we wnętrzach podziemnych komór były bardzo skomplikowane i roboty nie mogły sobie poradzić z hydrauliką, ogrzewaniem, systemem wymiany gazowej, śluzami powietrznymi i kuchniami. Zespół Nadii miał do dyspozycji wszystkie dostępne maszyny i narzędzia i mógł pracować w samych spodniach i swetrach, ale i tak każda czynność zabierała niezwykle dużo czasu. Praca, praca, wyłącznie praca, dzień za dniem wypełnione tylko pracą!

Pewnego wieczoru, tuż przed zachodem słońca, Nadia znużona wracała po rozkopanej ziemi na parking przyczep. Czuła głód i wyczerpanie, a jednocześnie niezwykłe odprężenie i spokój. Była nieco rozkojarzona po ciężkim dniu pracy i przez nieuwagę wydarła sobie długą na centymetr dziurę na zewnętrznej stronie rękawiczki. Zimno wcale nie było specjalnie przejmujące, około minus 50 stopni Celsjusza — zupełna drobnostka w porównaniu z niektórymi zimowymi dniami na Syberii — ale niskie ciśnienie powietrza natychmiast spowodowało pod rozdarciem krwawy siniec. Potem ręka zaczęła zamarzać i siniak niewątpliwie zmalał, ale Nadia wiedziała, że będzie się przez to odmrożenie znacznie wolniej goił. Tak, tak, pomyślała, trzeba tu bez przerwy uważać. A jednak, mimo rany, poczuła w mięśniach zmęczonych dniem intensywnej pracy na budowie dziwną lekkość; gdy tak szła po kamienistej równinie rozjaśnionej padającym ukośnie rdzawym słonecznym światłem, nagle przeniknęło ją uczucie absolutnego szczęścia. Właśnie w tej chwili zadzwonił z Fobosa Arkady i powitała go wesoło.

— Czuję się jak Louis Armstrong grający solo w 1947 roku.

— Dlaczego akurat w 1947? — spytał.

— Cóż, to był rok, w którym jego muzyka emanowała jakimś nieziemskim czarem. Oczywiście, gra Armstronga zawsze była niemal doskonała i przepiękna, ale ta z 1947 roku jest najwspanialsza, ponieważ przenika ją jakaś niezwykła, łagodna, jakby eteryczna radość życia, której nie można było usłyszeć ani przedtem, ani później.

— To był dla niego dobry rok, jak rozumiem?

— O, tak! Zdumiewający! Rozumiesz, po dwudziestu latach grania z okropnymi dużymi orkiestrami Luis dołączył wreszcie do małej grupki Hot Five, czego pragnął od czasów młodości, i wtedy wszystkie te stare piosenki, nawet niektóre znajome twarze… I wszystko lepsze niż na początku, wiesz, nowe techniki nagrywania, pieniądze, publiczność, zespół, potęga jego własnej muzyki… To musiało mu się zdawać fontanną młodości, mówię ci.

— Musisz mi przesłać kilka nagrań — wtrącił Arkady i spróbował zanucić: — “Nie mogę ci dać nic prócz miłości, kochanie!” — Fobos wisiał tuż nad horyzontem, jak gdyby również ten mały księżyc chciał się przywitać z Nadia. — A więc to jest twój rok 1947 — ocenił Arkady, a potem się rozłączył.

Nadia odkładała narzędzia, radosnym głosem śpiewając popularny standard jazzowy. Zrozumiała, że to, co Arkady powiedział przed chwilą, było prawdą: przydarzyło jej się właśnie coś takiego jak Armstrongowi w 1947 roku. Mimo bowiem nędznych warunków młodość na Syberii stanowiła najszczęśliwszy okres jej życia. A potem musiała znosić dwadzieścia długich lat pracy w wieloosobowych zespołach w agencji kosmicznej, robotę papierkową, symulacje, życie domowe — wszystko po to, aby wreszcie znaleźć się tutaj. I nagle teraz nareszcie znów jest na otwartej przestrzeni i własnymi rękami buduje ten nowy świat, operując ciężkim sprzętem i rozwiązując setki najrozmaitszych problemów dziennie. I jest niemal dokładnie tak samo jak na Syberii, tylko o niebo lepiej. Po prostu powrót Satchmo!

Toteż gdy wieczorem przyszła do niej Hiroko i powiedziała: “Nadiu, klucz sierpowy w tej pozycji całkowicie zamarza.”, Nadia zaśpiewała w jej stronę: “Tylko o tobie myślę, kochanie!”, wzięła klucz, trzasnęła nim o stół jak młotkiem, po czym zakręciła tarczowym gwintem, aby pokazać Hiroko, że części przyrządu są zupełnie luźne, i roześmiała się, widząc zdziwioną minę Japonki.

— Sztuczka techniczna — wyjaśniła i nucąc jazzowy standard weszła do śluzy. Jaka zabawna jest ta Hiroko, pomyślała, filigranowa kobietka, która ma cały ekosystem planety w głowie, ale nie potrafi wbić zwykłego gwoździa.

Tej samej nocy omówiła jeszcze z Saxem harmonogram pracy na następny dzień i tak długo dyskutowała ze Spencerem o szkle, że niemal w środku tej pogawędki padła na swoje łóżko i przytuliła się do poduszki, czując jak usypiają ten absolutnie fantastyczny, przepiękny końcowy refren z “Ain’t Misbehavin”.

Wszystko się jednak zmienia z upływem czasu. Nic nie może trwać wiecznie: ani kamień, ani szczęście.

— Zdajesz sobie sprawę, że jest już LS sto siedemdziesiąt? — spytała którejś nocy Phyllis. — Czy nie wylądowaliśmy przy LS siedem?

A więc spędzili na Marsie pół tutejszego roku. Phyllis użyła kalendarza stworzonego przez planetologów, z którego koloniści korzystali chętniej niż z systemu ziemskiego. Rok marsjański składał się z 668,6 dnia marsjańskiego i aby powiedzieć, w którym momencie tego długiego roku się znajdują, sięgali po kalendarz Ls. Według niego linię prostą między Słońcem i Marsem przy północnym wiosennym punkcie równonocy oznaczano jako O stopni, a resztę roku podzielono na trzysta sześćdziesiąt stopni i od Ls = 0° do Ls = 90° mieli północną wiosnę, od 90° do 180° — północne lato, od 180° do 270° — jesień i od 270° do 360° (czyli znowu O stopni) — zimę. Oczywiście, gdy na północy panowało niepodzielnie lato, południe akurat miało zimę.

Tę prostą sytuację komplikował mimośród orbity marsjańskiej, który jest bardzo duży według ziemskich standardów, ponieważ w peryhelium Mars znajduje się około czterdziestu trzech milionów kilometrów bliżej Słońca niż w aphelium i otrzymuje wtedy około czterdzieści pięć procent więcej światła słonecznego. Ta rozbieżność sprawia, iż południowe i północne pory roku nie są sobie całkowicie równe. Peryhelium pojawia się co roku przy Ls = 250, gdy na południu panuje późna wiosna, toteż południowe wiosny i lata są gorętsze niż ich północne odpowiedniki; najwyższa temperatura może być na południu nawet o trzydzieści stopni wyższa niż na północy. Jednak z drugiej strony południowe jesienie i zimy pojawiając się w pobliżu aphelium są chłodniejsze, i to znacznie, ponieważ południowa czapa polarna składa się niemal wyłącznie z dwutlenku węgla, podczas gdy północna głównie z wodnego lodu.

Południe było więc półkulą klimatów skrajnych, północ zaś — łagodnych. Mimośród orbity był przyczyną jeszcze jednej wartej wymienienia osobliwości — planety poruszają się tym szybciej, im bliżej Słońca krążą, więc pory roku w pobliżu peryhelium są zwykle krótsze niż te blisko aphelium: na Marsie północna jesień trwa sto czterdzieści trzy dni, podczas gdy północna wiosna sto dziewięćdziesiąt cztery. Wiosna jest o pięćdziesiąt jeden dni dłuższa niż jesień! Niektórzy twierdzili, że już sam ten fakt wystarcza, aby się osiedlić na północy.

Znajdowali się więc na północy i nadeszło już lato. Dni stawały się coraz dłuższe, więc z każdym następnym pracowali dłużej. Teren dokoła bazy, poprzecinany gmatwaniną wyjeżdżonych szlaków, stanowił teraz jeden wielki plac budowy. Położyli już betonową drogę do Czarnobyla, a sama baza tak się rozrosła, że od parkingu przyczep rozciągały się aż po horyzont we wszystkich kierunkach: “dzielnica” alchemików i droga czernobylska na wschodzie, osiedle mieszkalne na północy, magazyny i farma na zachodzie oraz centrum biomedyczne na południu.

W końcu wszyscy się przeprowadzili do wykończonych budowli stałego osiedla. Nocne narady były teraz krótsze i bardziej sformalizowane niż na parkingu przyczep i zdarzały się całe dnie, kiedy Nadia nie otrzymywała żadnych telefonicznych próśb o pomoc. Wiele osób widywała zaledwie raz na jakiś czas: załoga biomedyczna zamknęła się w swoich laboratoriach, a zespół poszukiwawczy Phyllis znikał na całe dnie, podobnie jak Ann. Pewnej nocy właśnie Ann usiadła na łóżku Nadii i zaprosiła ją na wyprawę ekspedycyjną do rozpadliny Hebes Chasma, jakieś sto trzydzieści kilometrów na południowy zachód. Było oczywiste, że Ann chce pokazać Nadii coś frapującego poza terenem bazy, ale ta odmówiła.

— Mam zbyt wiele pracy, przecież wiesz. — Widząc rozczarowanie Ann, dodała: — Może następnym razem.

Później jednak bez reszty pochłonęła ją praca nad wykończeniem wnętrz gotowych budowli i ścian zewnętrznych nowego skrzydła. Arkady zasugerował, że powinna kolejne z czterech rzędów komór rozmieścić w kwadracie i Nadia zamierzała pójść za jego radą; jak zauważył, można by potem pokryć dachem wewnętrzny plac i jakoś go wykorzystać.

— Użyjemy do tej konstrukcji belek z magnezu — powiedziała Nadia. — Gdybyśmy jeszcze tylko umieli zrobić mocniejsze szyby…

Kiedy Ann i jej zespół wrócili z Hebes, budowlańcy skończyli właśnie dwie strony skweru i przekazali do użytku dwanaście gotowych komór. Wszyscy spędzili ten wieczór razem, oglądając wideokasety z wyprawy. Ekspedycyjne łaziki przetaczały się po skalnej równinie; potem przed pojazdami pojawiła się wyrwa rozszerzająca się na cały ekran, jak gdyby zbliżali się do krańca świata. Dziwnie małe, przeważnie zaledwie metrowe, gęsto rozsiane wzniesienia w końcu zatrzymały rovery i obraz zaczął podskakiwać, gdy jeden z badaczy wysiadł i ruszył przed siebie z włączoną kamerą na hełmie.

I wtedy nagle ujrzeli niesamowite ujęcie zrobione z jednego ze stożków: panoramiczną perspektywę kanionu, który był o tyle rozleglejszy od zapadlisk Ganges Catena, że aż trudno było sobie wyobrazić jego ogrom. Ściany przeciwległego stoku rozpadliny były ledwie widoczne na odległym horyzoncie, ale z pozostałych trzech stron dość dobrze było widać wszystkie ściany, ponieważ Hebes była przepaścią niemal idealnie zamknięta, eliptyczną niecką długości około dwustu kilometrów i szerokości stu. Grupa Ann dotarła na północny stok późnym popołudniem, więc krzywizny wschodniej ściany były doskonale widoczne w świetle zachodzącego słońca, podczas gdy zachodni stok majaczył jedynie jako daleka, rozmazana, ciemna plama. Dno rozpadliny było dość płaskie, z nieznacznym spadkiem ku środkowi.

— Gdybyście potrafili opuścić kopułę nad tą przepaścią — powiedziała Ann, cedząc słowa — uzyskalibyśmy bezpieczną, wielką, zamkniętą przestrzeń.

— To są mrzonki, Ann — uciął niecierpliwie Sax. — Ta rozpadlina ma około tysiąca kilometrów kwadratowych.

— Możliwe, ale moglibyśmy pod tą kopułą zbudować całe miasto. A wtedy można by zostawić resztę tej planety w spokoju.

— Ciężar sklepienia załamałby ściany kanionu.

— I dlatego właśnie powiedziałam, że trzeba je opuścić, a nie nadbudować.

Sax tylko potrząsnął głową.

— Moim zdaniem to równie fantastyczny pomysł, jak ta winda kosmiczna, o której tyle ostatnio mówicie.

— Chcę zamieszkać w domu ustawionym dokładnie tam, gdzie nakręciłaś ten film — przerwała im Nadia. — Cóż za widok!

— Tylko poczekaj, aż wejdziesz na jeden z wulkanów Tharsis — rzuciła poirytowana Ann. — Wtedy dopiero będziesz miała widok.

Ostatnio co chwila wybuchały sprzeczki. Nadii przypomniał się nieprzyjemny okres ostatnich miesięcy na Aresie. Kolejnym pretekstem do kłótni stały się przysłane przez Arkadego i jego załogę kasety wideo z Fobosa, a przede wszystkim towarzyszący im komentarz.

— Uderzenie meteorytu Stickney niemal rozłupało tę skałę na kawałki. To jest chondryt i zawiera prawie dwadzieścia procent wody, a więc dużo jej odgazowało się w kraterze uderzeniowym, wypełniło układ szczelin i zamarzło w siatkę lodowych żył.

Problem był niewątpliwie fascynujący, ale zamiast wywołać rzeczową dyskusję, stał się powodem kolejnej kłótni między Ann i Phyllis, czołowymi geologami pierwszej setki kolonistów, które od początku spierały się o prawdziwy mechanizm powstania lodu. Phyllis nawet zasugerowała, żeby transportować wodę z Fobosa, co jednak nie było zbyt mądre, chociaż jej zapasy się kurczyły, a zapotrzebowanie wciąż rosło. Szczególnie dużo wody pobierał Czarnobyl, poza tym farmerzy chcieli zacząć w swojej biosferze uprawę roślinności bagiennej, Nadia natomiast zamierzała w jednej z podziemnych komór urządzić kompleks pływacki, łącznie z brodzikiem, trzema jacuzzi i sauną. Co wieczór ludzie pytali ją, jak się posuwa budowa, ponieważ wszystkich zmęczyło już obmywanie się gąbką i oglądanie swoich wiecznie pokrytych pyłem rąk, nóg, twarzy… No i takie mycie nigdy naprawdę nie rozgrzewało ich wiecznie zmarzniętych ciał. Marzyli o prawdziwej kąpieli — pragnęły tego ich stare mózgi supernaukowców, którzy uwielbiali pływanie i którzy pod warstwą zimnej inteligencji skrywali pierwotne i dzikie namiętności. Wszyscy zgodnie domagali się wody.

Potrzebowali jej coraz więcej, a sejsmiczne skanery wciąż nie znajdowały najmniejszego dowodu na istnienie jakichkolwiek podziemnych lodowych formacji wodonośnych i Ann osądziła, że w tym regionie po prostu żadnych nie ma. Nadal musieli zatem polegać na pracy atmosferycznych kondensatorów i przetwarzaniu regolitu w destylarniach glebowowodnych. Jednakże destylarni tych Nadia nie pozwalała przesadnie obciążać pracą, ponieważ zostały wyprodukowane przez francusko-węgiersko-chińskie konsorcjum i była absolutnie przekonana, że przestaną działać, gdy tylko zostanie zwiększony cykl przerobu.

Cóż, takie było życie na Marsie; w końcu był to przecież pustynny świat. Shikata ga nai.

— Zawsze jest jakaś alternatywa — odpowiadała na to uparcie Phyllis. Dlatego właśnie zaproponowała wypełnienie ładowników fobosańskim lodem i sprowadzenie ich na Marsa. Ann skomentowała ten pomysł jako absurdalne marnowanie energii i znowu wrócili do punktu wyjścia.

Zła atmosfera wśród kolonistów strasznie Nadię irytowała, zwłaszcza że sama była w znakomitym nastroju. Nie dostrzegała powodów do kłótni i drażniło ją, że inni nie czują się tak samo dobrze jak ona. Nie mogła zrozumieć, skąd się bierze w ich małej grupie udzielająca się wszystkim nerwowość. Przebywali przecież na Marsie, gdzie pory roku trwały dwa razy dłużej niż ziemskie, a każdy dzień był dłuższy o prawie czterdzieści minut. Dlaczego ludzie nie potrafią się odprężyć? Mają na to chyba dość dużo czasu? Chociaż sama prawie zawsze była zajęta, wydawało się jej, że jeśli ktoś chce, z pewnością może znaleźć czas na relaks, zwłaszcza w ciągu tych dodatkowych nocnych trzydziestu dziewięciu minut. Codzienny biorytm każdego człowieka regulował się przez miliony lat ewolucji życia na Ziemi i nagle rozciągnięcie doby o dodatkowe minuty, dzień po dniu, noc po nocy, bez wątpienia musiało przynieść efekty.

Nadia była tego pewna, ponieważ pomimo szaleńczego tempa codziennej pracy i wieczornego wyczerpania przed snem, rano zawsze budziła się wypoczęta. Ta nienaturalna przerwa w działaniu cyfrowych zegarów, które punkt o północy nagle się zatrzymywały, wskazując 12:00:00, po czym nie rejestrowany czas mijał, mijał, mijał (czasami wydawało się, że trwa naprawdę długo), a potem następował niespodziewany trzask i od 12:00:01 zegar zaczynał swoje zwykłe nieubłagane migotanie — tak, tak, marsjańska szczelina czasowa była czymś naprawdę szczególnym. Nadia często ją przesypiała, podobnie jak większość grupy, natomiast Hiroko skomponowała ku jej czci wzniosłą pieśń i śpiewała ją zawsze po północy, jeśli tylko udało jej się dotrwać i wcześniej nie zasnęła. Każdą sobotnią noc Hiroko z całą ekipą farmerską i wielu innymi osobami spędzała na zabawie i o północy wspólnie intonowali ową pieśń w trakcie “przerwy” w czasie. Tekst tego pseudopsalmu napisany został w języku japońskim i Nadia nigdy się nie dowiedziała, o co dokładnie w nim chodzi, ale mimo to czasami w gronie przyjaciół sama go nuciła, z dumą przypatrując się ścianom zbudowanej przez siebie podziemnej komory.

Pewnej sobotniej nocy podczas takiego spotkania, kiedy Nadia niemal już zasypiała, podeszła do niej jej piękna przyjaciółka Maja i usiadła tuż obok, a ponieważ zawsze ostatnia kończyła wszystkie zajęcia, nadal miała na sobie roboczy kombinezon. W jej oczach Nadia dostrzegła szaleństwo.

— Nadiu, musisz mi wyświadczyć pewną przysługę, proszę.

Co…

— Chciałabym, abyś przekazała Frankowi wiadomość ode mnie.

— Dlaczego sama tego nie zrobisz?

— Nie chcę, żeby John zauważył, że z nim rozmawiam! Muszę mu powiedzieć coś bardzo ważnego i błagam cię… Nadieżdo Francine… Jesteś moją ostatnią deską ratunku.

Zdegustowana Nadia tylko chrząknęła w odpowiedzi.

— Proszę cię, Nadiu! Błagam!!!

Nadia z zaskoczeniem uświadomiła sobie, o ile chętniej wolałaby porozmawiać z Ann, Samanthą czy Arkadym. Gdyby tylko Arkady przyleciał wreszcie z Fobosa!

No, ale Maja była jej przyjaciółką. I ta desperacja w jej spojrzeniu: Nadia nie mogła tego znieść.

— Co to za wiadomość?

— Powiedz mu, że spotkam się z nim dziś wieczorem w magazynach — rzuciła Maja. — O północy. Chcę porozmawiać.

Nadia westchnęła z rezygnacją, ale w końcu poszła do Franka i przekazała mu informację. Skinął tylko milcząco głową, nie patrząc jej w oczy, zakłopotany, ponury i nieszczęśliwy.

Kilka dni później Nadia i Maja czyściły ceglaną podłogę ostatniej komory przed wypełnieniem jej sprężonym powietrzem i ciekawość Nadii okazała się silniejsza; przerwała swoje zwyczajowe milczenie na ten temat i spytała Maję, co się właściwie z nią dzieje.

— No, wiesz, chodzi o Johna i Franka — odparła płaczliwie Maja. — Wiecznie ze sobą konkurują. Są jak bracia, których trawi wzajemna zazdrość. John dotarł na Marsa jako pierwszy, a potem pozwolono mu lecieć po raz drugi i Frank uważa, że to nie jest w porządku. Frank włożył wiele pracy, by wywalczyć w Waszyngtonie zgodę na założenie marsjańskiej kolonii i wydaje mu się, że John zawsze czerpał korzyści z jego wysiłków. A teraz, no cóż… John i ja… jest nam razem dobrze, lubię go. Jest mi z nim tak jakoś… łatwo, nieskomplikowanie. Spokojnie, ale też i trochę. … No, nie wiem. Nie żeby zaraz nudno, ale też… nie ekscytująco. On lubi spacerować, kręcić się po farmie. Nie lubi za dużo mówić! A Frank, no wiesz, zawsze mamy o czym pogawędzić. Może faktycznie bez przerwy się spieramy, ale przynajmniej rozmawiamy! No i… wiesz, mieliśmy krótki romans na Aresie, na samym początku lotu. i nam nie wyszło, ale jemu ciągle się zdaje, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz.

Ciekawe, z jakiego powodu nadal żywi te nadzieje? Nadia skrzywiła się na samą myśl.

— Frank wciąż próbuje mnie namówić, abym zostawiła Johna i wróciła do niego, a John podejrzewa, co się dzieje, no i w rezultacie są bardzo o siebie zazdrośni… Ja tylko próbuję ich powstrzymać, aby sobie nie skakali do gardeł, to wszystko.

Nadia postanowiła, że nie będzie więcej pytać, ale tak czy owak została już wciągnięta w ten trójkąt wbrew sobie samej. Maja nieustannie przychodziła jej się zwierzać i prosiła o przekazywanie kolejnych wiadomości Frankowi.

— Nie jestem posłańcem! — protestowała często Nadia, a jednak spełniała kolejne prośby Mai i raz czy dwa wdała się nawet w długą rozmowę z Frankiem, oczywiście na temat przyjaciółki: kim jest, jaka jest, dlaczego postępuje w taki, a nie inny sposób, i tak dalej.

— Słuchaj — tłumaczyła Amerykaninowi Nadia. — Nie mogę mówić za Maję. Nie wiem, dlaczego robi, to co robi, musisz zapytać ją sam. Ale mogę ci powiedzieć, że wychowała się w rodzinie mocno zakorzenionej w kulturze sowieckiej, wiesz, uniwersytet i piętno systemu począwszy od babki. Babka Mai, a także jej matka uważały mężczyzn za wrogów, wiesz matrioszka. Matka Mai zwykła mówić: “Kobiety są jak korzenie, mężczyźni to tylko liście”. W Rosji całe życie opierało się na nieufności, manipulacji i strachu. I stamtąd właśnie wywodzi się Maja. Ale równocześnie mamy też tradycję amikoszonerii, bardzo bliskiej przyjaźni, w której dowiadujesz się wszystkich, nawet najdrobniejszych szczegółów z życia swego przyjaciela, w jakimś sensie ingerujesz w świat intymny drugiej osoby i oczywiście to jest nieznośne, to musi się skończyć, i zazwyczaj się kończy źle…

Frank od czasu do czasu kiwał głową ze zrozumieniem, najwyraźniej kojarząc różne fakty. Nadia westchnęła i mówiła dalej:

— Takie przyjaźnie często prowadzą do miłości, ale potem ten problem wcale nie znika, wręcz przeciwnie, nabrzmiewa jeszcze bardziej, zwłaszcza że u podstawy takiego związku tkwi strach.

Po tych słowach Frank, wysoki, dobrze zbudowany i dość przystojny brunet, twardziel, który posiadał władzę, człowiek o niespożytej energii i wewnętrznej sile, słowem typowy amerykański polityk, którego owinęła sobie wokół palca neurotyczna rosyjska piękność, pokornie kiwnął głową i podziękował Nadii; jednocześnie w jego oczach pojawiła się rezygnacja. A w każdym razie powinna się pojawić.

Nadia z całych sił starała się zignorować cały ten konfliktogenny węzeł miłosny. Niebawem okazało się jednak, że nie tylko Maja i Frank stanowią problem. Wład od początku nie aprobował faktu, że cała grupa dnie przeważnie spędza na powierzchni i w pewnym momencie oświadczył kategorycznie:

— Powinniśmy przez większość czasu pozostawać pod wzgórzem. Zakopiemy również wszystkie laboratoria. Prace na powierzchni zostaną ograniczone do jednej godziny wczesnym rankiem i godziny późnym popołudniem, kiedy słońce znajduje się nisko.

— Niech mnie kule biją, jeśli zgodzę się prawie przez cały dzień siedzieć w środku — oburzyła się Ann i wielu jej przytaknęło.

— Mamy do odwalenia na zewnątrz kawał roboty — poparł ją Frank.

— Tak, ale większą jej część można wykonać metodą zdalną, nie ruszając się stąd ani na krok — odparł Wład. — I tak właśnie będziemy pracować. Nie rozumiecie, że tu znajdujemy się jakby dziesięć kilometrów od epicentrum wybuchu jądrowego…

— No to co? — rzuciła Ann. — Żołnierze tak postępują…

— … co sześć miesięcy — skończył za nią Wład i popatrzył na nią znacząco. — Odpowiada ci to?

Nawet Ann wyglądała na pokonaną. Żadnej warstwy ozonowej, pole magnetyczne tak nikłe, że nie warto w ogóle o nim wspominać; promieniowanie kosmiczne było niemal tak duże, jak w przestrzeni międzyplanetarnej: do dziesięciu remów rocznie.

Po tej dyskusji Frank i Maja nakazali całej grupie ograniczyć czas spędzany na zewnątrz. “Pod wzgórzem” było do zrobienia wiele pilnych prac: przede wszystkim musieli wykończyć ostatni szereg podziemnych komór, poza tym istniała też możliwość wykopania pod nimi piwnic, które stanowiłyby dodatkowe zabezpieczenie przed radiacją. Spora liczba ciągników była przystosowana do zdalnego sterowania; ich komputery pokładowe zajmowały się szczegółami, podczas gdy ludzie wystukiwali tylko na klawiaturze komendy, siedząc metr pod powierzchnią i obserwując ekrany podglądu. Praca w tym trybie była wprawdzie znacznie bezpieczniejsza, ale nikomu nie podobało się to nowe życie. Nawet Sax Russell, który zwykle był zadowolony z pracy w bazie, sprawiał wrażenie mocno rozczarowanego.

Ostatnio w czasie wieczornych rozmów jak bumerang powracał temat terraformowania i natychmiastowych efektów, jakie by im przyniósł, a jego zwolennicy zaczęli wysuwać nowe argumenty.

— Decyzja nie należy do nas — uciął kiedyś ostro te spekulacje Frank. — Podejmą ją Narody Zjednoczone. Poza tym jest to działanie długofalowe, rzeczywiste efekty przynosi dopiero po co najmniej kilku stuleciach. Nie traćcie więc czasu na próżne gadanie!

I wtedy wtrąciła się Ann:

— To wszystko prawda, ale ja nie mam ochoty marnować czasu na siedzenie w tych lepiankach. Powinniśmy przeżywać nasze życie w taki sposób, w jaki pragniemy. Jesteśmy zbyt starzy na to, aby się martwić o promieniowanie.

Spór odżył z nową gwałtownością i Nadia znowu poczuła się tak, jakby nagle przeniosła się w czasie z poczciwej, solidnej, skalnej powierzchni planety z powrotem w kłótliwą, pełną napięć, nieważką rzeczywistość Aresa. Wzajemne uszczypliwości, narzekania i nieustanne spory przerywało wtedy jedynie zmęczenie, znudzenie lub senność. Gdy tylko wybuchała jakaś kłótnia, Nadia starała się zawsze natychmiast opuścić pomieszczenie, w nadziei, że odszuka Hiroko i porozmawia o czymś konkretnym, jednak nie udawało się jej w ogóle uniknąć tego rodzaju sytuacji i przestać o nich myśleć.

Którejś nocy po sprzeczce na temat terraformowania Maja przyszła do niej z płaczem. Istniało w stałym osiedlu miejsce wydzielone na prywatne rozmowy i Nadia zabrała tam teraz Maję — do północno-wschodniego, nie wykończonego jeszcze narożnika podziemnych komór. Usiadły obok siebie i Nadia zdenerwowana słuchała wynurzeń Mai, od czasu do czasu obejmując ją serdecznie ramieniem.

— Posłuchaj — przerwała w pewnej chwili. — Dlaczego po prostu się nie zdecydujesz? Dlaczego nie przestaniesz ich przeciwko sobie podjudzać?

— Ależ ja się zdecydowałam. Kochani Johna, od samego początku tylko on był dla mnie ważny, tyle że zobaczył mnie niedawno z Frankiem i teraz John sądzi, że go zdradzam. To naprawdę małostkowe z jego strony! Oni są jak bracia, rywalizują ze sobą we wszystkim, ale tym razem naprawdę to tylko głupie nieporozumienie!

Nadia nie miała najmniejszej ochoty poznać szczegółów, nie chciała więcej o tym słyszeć, z jakiegoś powodu jednak siedziała nadal i mimo wszystko ich wysłuchała.

A potem nagle stanął przed nimi John. Nadia wstała chcąc odejść, ale mężczyzna zachowywał się tak, jakby w ogóle jej nie zauważył.

— Słuchaj — oświadczył Mai. — Przykro mi to mówić, ale nie mogę nic na to poradzić. Z nami koniec.

— Nie będzie żadnego końca — odrzekła Maja, nagle zupełnie opanowana. — Kocham cię.

John uśmiechnął się posępnie.

— Wierzę ci. Ja też cię kocham, ale jestem w stanie zaakceptować tylko proste sytuacje.

— Ta jest prosta!

— Nie. To znaczy, skoro jesteś zakochana jednocześnie w więcej niż jednej osobie… Cóż, zdarza się, tak to już w życiu jest. Jednak lojalnym jest się tylko wobec jednej osoby. I ja chcę być lojalny. Wobec kogoś, kto jest lojalny w stosunku do mnie. To jest proste, ale…

Potrząsnął z rezygnacją głową, najwyraźniej nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Po chwili ruszył z powrotem do wschodniego rzędu komór i zniknął w luku.

— Amerykanie — rzuciła zjadliwie Maja. — Pieprzeni gówniarze! — Wstała i poszła za Johnem.

Wkrótce wróciła. John przyłączył się do jakiejś grupki w jednej z sal i nie opuszczał jej ani na moment, nie mogła więc z nim porozmawiać.

— Jestem zmęczona — próbowała się wykręcić Nadia, ale Maja jej nie słuchała i stawała się coraz bardziej rozdrażniona. Przez ponad godzinę rozmawiały o Johnie i Franku, w kółko wałkując jeden i ten sam temat. Wreszcie Nadia zgodziła się pójść do Johna i poprosić go, aby przyszedł do Mai na rozmowę. Ruszyła ponuro przez komory, obojętnie popatrując na cegły i kolorowe nylonowe kotary. Pośredniczka, której nikt nie zauważa? Czy nie mogliby sobie zatrudnić robotów do załatwiania tych spraw? Znalazła Johna, który natychmiast przeprosił, że wcześniej ją zignorował.

— Byłem zdenerwowany, przepraszam. Pomyślałem, że pewnie i tak dowiesz się w końcu o wszystkim.

Nadia wzruszyła ramionami.

— Nic się nie stało. Słuchaj, musisz z nią koniecznie pogadać. Tak to już jest z Mają… Trzeba z nią nieustannie rozmawiać… Jeśli się decydujesz być w jakimś związku, musisz umieć w nim być, ale także się z niego wydobyć. Jeśli teraz nie pójdziesz i nie wyjaśnisz wszystkiego raz na zawsze, to później nie będzie ci to dawało spokoju, wierz mi.

To go przekonało. Z grobową miną odwrócił się i poszedł szukać Mai. Nadia nareszcie mogła pójść spać.

Nazajutrz bardzo późno skończyła pracę przy budowie rowu. To było trzecie zadanie wyznaczone na ten dzień i drugie, przy którym miała kłopoty. Wcześniej Sarnantha próbowała nałożyć ładunek na łyżkę koparki, wykonując jednocześnie obrót maszyną i urządzenie przewróciło się do przodu, co spowodowało pęknięcie wysięgników i oderwanie się łyżki. Na ziemię wylał się płyn hydrauliczny i zamarzł, zanim zdołali poruszyć maszynę. Teraz musieli odłączyć nasadę łyżki, a następnie umieścić wysięgniki pod ładownią traktora i przenieść na nie cały ciężar pojazdu, aby przywrócić mu równowagę. Każdy etap tej operacji był niezwykle trudny i wymagał niebywałej precyzji.

Potem, gdy tylko skończyła, Nadia została poproszona o pomoc przy maszynie wiertniczej marki Sandvik Tubex. której używali do drążenia otworów w olbrzymich głazach narzutowych, które napotykali podczas układania wodociągu od kwater alchemików do stałego osiedla. Zagłębiony w ziemię pneumatyczny młot najwyraźniej przymarzł, ponieważ tkwił wbity aż po uchwyt i nie sposób go było ruszyć. Nadia przez chwilę przyglądała mu się uważnie.

— Masz jakiś pomysł, jak go wyjąć, zęby się nie złamał? — spytał Spencer.

— Trzeba rozbić głaz — odparła ze znużeniem Nadia. Podeszła i wsiadła do ciągnika z przymocowaną koparką. Podjechała, opuściła czerpak na powierzchnię ogromnego kamienia, po czym wysiadła i zaczęła przytwierdzać do koparki mały wahadłowy młot hydrauliczny typu Allied. Właśnie umieściła go we właściwym położeniu na szczycie głazu, gdy wbity w zagłębienie młot nagle szarpnął do tyłu wiertłem, pociągnął za sobą kamień i zahaczył o wierzch lewej dłoni Nadii.

Instynktownie usiłowała się cofnąć i wtedy straszliwy ból przeszył jej ramię, błyskawicznie promieniując na klatkę piersiową. Poczuła się tak, jakby połowa jej ciała płonęła żywym ogniem i z trudem cokolwiek widziała. Po chwili dotarły do niej przerażone krzyki:

— Co się dzieje?! Co się stało?!

Chyba krzyczała.

— Pomóżcie mi! — wrzasnęła rozpaczliwie.

Przez chwilę siedziała nieruchomo. Rozharatana ręka nadal tkwiła zaklinowana między skałą i młotem. Potem Nadia zaparła się nogami o przednie koło ciągnika, odepchnęła się z całych sił i poczuła, jak młot miażdży kości dłoni o skałę, ale udało się. Upadła na plecy, ręka została uwolniona. Ból zupełnie ją zamroczył, poczuła mdłości i pomyślała, że chyba za chwilę zemdleje. Uklękła, podpierając się zdrową ręką; zauważyła, że roztrzaskana dłoń silnie krwawi, rękawiczka jest rozdarta, a małego palca najwyraźniej w ogóle nie ma. Jęknęła i skuliła się, przyciskając do piersi zranioną dłoń, a potem lekceważąc rwący ból dotknęła nią ziemi. Pomimo sporego krwawienia ręka powinna zamarznąć w ciągu… Ile czasu to może potrwać?

— Zamarzaj, do cholery, zamarzaj wreszcie! — krzyknęła Nadia. Energicznym ruchem głowy strząsnęła z oczu łzy i zmusiła się, by spojrzeć na dłoń. Wszędzie wokół była parująca krew. Z całych sił, aż do granic wytrzymałości, wduszała rękę w ziemię. Rwący ból zaczął słabnąć. Wkrótce dłoń zdrętwieje, musi jednak uważać, aby nie odmrozić całej ręki! Z przerażeniem próbowała wyczuć odpowiedni moment na wyszarpnięcie dłoni z ziemi, kiedy nagle otoczyli ją ludzie. Podnieśli ją delikatnie i wtedy zemdlała.

Tak właśnie została okaleczona. Dziewięciopalczasta Nadia, jak nazwał ją przez telefon Arkady. Wysłał jej też dwuwiersz Jewtuszenki, napisany dla upamiętnienia śmierci Louisa Armstronga:

Rób nadal to, co robiłeś dotąd

Wciąż tak wspaniale graj.

— Jak to znalazłeś? — spytała Nadia. — Jakoś nie mogę sobie ciebie wyobrazić, jak czytasz Jewtuszenkę.

— Oczywiście, że go czytam, jest lepszy niż McGonagall! No dobra, szczerze mówiąc, znalazłem ten fragment w książce o Armstrongu. Zainteresowało mnie to, co kiedyś powiedziałaś, i od jakiegoś czasu słucham jego standardów podczas pracy, a ostatnio wieczorami czytam też jego biografię.

— Szkoda, że cię tu nie ma — szepnęła Nadia.

Operację wykonał Wład. Twierdził, że wszystko będzie dobrze.

— Jest nieźle. Palec serdeczny jest trochę słabszy i będzie ci służył teraz jednocześnie za mały palec. No, ale czwarte palce i tak nigdy się na wiele nie przydają. Natomiast dwa główne będą tak samo silne jak przedtem.

Odwiedzali ją wszyscy, a jednak z Arkadym rozmawiała częściej niż z innymi, przeważnie bardzo późnym wieczorem, kiedy była sama, w ciągu tych czterech i pół godziny między wzejściem Fobosa na zachodzie i zajściem na wschodzie. Początkowo Arkady dzwonił do niej prawie co noc, potem trochę rzadziej.

Dość szybko wstała z łóżka i zaczęła kręcić się po osiedlu, ale ręka w gipsie nadal była niepokojąco słaba. Nadia zajmowała się drobnymi usterkami lub udzielała porad, starając się nieustannie czymś zajmować myśli. Michel Duval ani razu do niej nie przyszedł, co uznała za dość dziwne. Czy nie po to właśnie są psycholodzy? W żaden sposób nie mogła zwalczyć ogarniających ją coraz częściej napadów depresji. Sprawne ręce były dla niej czymś niemal najważniejszym w życiu, była przecież budowniczym! Gips bardzo jej przeszkadzał, więc Nadia odcięła część wokół nadgarstka nożycami z zestawu narzędziowego. Mimo to jednak wciąż nie mogła wykonywać żadnych prac na zewnątrz, co bardzo ją przygnębiało.

Nadeszła sobotnia noc. Nadia siedziała właśnie w świeżo napełnionej wannie jacuzzi, piastując szklankę z lekkim winem, i popatrywała na przyjaciół, pluskających się w kostiumach kąpielowych. Nie była jedyną poszkodowaną, przez wiele miesięcy ciężkiej fizycznej pracy niemal każdy nabawił się jakichś urazów. Prawie wszyscy mieli ślady odmrożeń, płaty czarnego naskórka, który w końcu się łuszczył, odsłaniając nową, różową skórę, jaskrawo i brzydko połyskującą w cieple pływalni. Wielu miało w gipsie ręce, nadgarstki, ramiona, nawet nogi, a wszystko to z powodu częstych złamań i zwichnięć. Prawdę mówiąc, mieli sporo szczęścia, że nikt jeszcze nie zginął.

Tyle ciał wokół i żadne nie było dla niej. Pomyślała, że znają się tak dobrze, jakby stanowili rodzinę; służyli sobie nawzajem pomocą lekarską, spali w tych samych pokojach, przebierali się w tych samych komorach powietrznych, razem się kąpali. Grupa humanoidalnych zwierząt, kręcących się po obojętnym, martwym świecie, którym zawładnęli. Ciągle musieli dodawać sobie otuchy i niewiele było spraw, które mogłyby ich podniecić czy też zaskoczyć. Ciała w średnim wieku. Sama Nadia była okrąglutką jak dynia, pulchną, ale zarazem mocno umięśnioną małą kobietką, krępą i w dodatku nieco przygarbioną. I bardzo, bardzo samotną. Jej najbliższy przyjaciel był tylko głosem w eterze, twarzą na ekranie. Kiedy przyleci tu z Fobosa… hmm, trudno powiedzieć, co się wtedy zdarzy. Arkady miał przecież wiele przyjaciółek na Aresie, a Janet Blyleven poleciała nawet dla niego na Fobosa…

W czasie kąpieli znów wybuchły kłótnie. Ann, wysoka i koścista, w typowy dla siebie zgryźliwy sposób czyniła wyrzuty Saxowi Russellowi, niskiemu łagodnemu mężczyźnie. Jak zwykle sprawiał wrażenie, jakby jej w ogóle nie słuchał. Jeśli nadal będzie tak manifestacyjnie okazywał swoje lekceważenie, w końcu się doigra i Ann go uderzy. Dziwne, jak nagle i gwałtownie ich grupa się zmieniała, jak często zmieniały się nastroje ludzi. Nadia nie mogła za nimi nadążyć. Ale prawdziwa natura zespołu żyła jakimś własnym życiem, dziwnym i jakby całkowicie oderwanym od charakterów tworzących go jednostek. Michelowi jako ich duchowemu lekarzowi musiało być piekielnie trudno. Zawsze można z nim było porozmawiać; najbardziej dyskretny psychiatra, jakiego Nadia kiedykolwiek spotkała. Bez wątpienia świetny fachowiec, ale otaczał go tłum mądrali w ogóle nie wierzących w psychologię. Jak miał ich przekonać? Jak miał im pomóc? Współczuła mu, ale jednocześnie wciąż nie potrafiła mu zapomnieć, że nie odwiedził jej po wypadku.

Pewnego wieczoru wyszła z jadalni i ruszyła tunelem, łączącym komory mieszkalne z kompleksem farmerskim. Nagle na końcu podziemnej drogi zobaczyła Maję i Franka. Kłócili się zawzięcie, gwałtownie gestykulując. Nadia słyszała tylko gniewny ton, bo słowa zacierało echo korytarza. Zobaczyła ich twarze — wykrzywione wściekłością oblicze Franka i oszołomienie w zapłakanych oczach Mai. Nagle Maja odwróciła się, krzyknęła: “Nigdy tak nie było!”, a potem rzuciła się na oślep w kierunku Nadii. Twarz Franka zastygła w grymasie bólu. Maja dostrzegła stojącą z boku Nadię, ale przebiegła obok niej bez słowa.

Wstrząśnięta Nadia zawróciła do pomieszczeń mieszkalnych. Weszła na górę po schodach z marsjańskiego magnezu i dotarła do salonu w komorze drugiej, gdzie włączyła telewizor, aby obejrzeć fragmenty programu nadającego przez całą dobę wiadomości z Ziemi. Zdarzało jej się to bardzo rzadko, zresztą i tym razem po chwili ściszyła odbiornik i zapatrzyła się we wzór cegieł na wypukłym suficie. Nagle weszła Maja i od razu zaczęła się tłumaczyć: że nic nie było między nią i Frankiem, że to tylko jego urojenia, że on wciąż ją męczy wyrzutami, mimo że nigdy nie łączyło ich nic poważnego. Mówiła, że pragnie tylko Johna i że nie z jej winy John i Frank są teraz w takich złych stosunkach, i że wszystko przez to irracjonalne pożądanie Franka, i chociaż to nie jej wina, to jednak z jakiejś przyczyny czuje się winna, ponieważ ci dwaj byli kiedyś bliskimi przyjaciółmi, niemal jak bracia.

Nadia cierpliwie słuchała tego wszystkiego z udawanym zainteresowaniem, od czasu do czasu wtrącając “Da, da” albo “Rozumiem, tak, rozumiem”, aż wreszcie Maja położyła się na podłodze i rozpłakała. Nadia siedziała na brzegu krzesła, wpatrując się w nią i zastanawiając, ile z tego, co jej Maja powiedziała, jest prawdą. I o co tak naprawdę była ta kłótnia. Chyba jest kiepską przyjaciółką, skoro nie potrafi całkowicie uwierzyć słowom Mai. Miała wrażenie, że Maja próbuje się asekurować, że działa na dwie strony, że planuje jakąś kolejną manipulację. Doszła do wniosku, że kłótnia Franka i Mai w gruncie rzeczy właśnie tak wyglądała: dwie szalone twarze, które widziała w tunelu, świadczyły niezbicie o tym, że była to kłótnia kochanków. Nadia była prawie pewna, że wyjaśnienia Mai to oczywiste kłamstwa, więc na koniec powiedziała jej tylko parę zdawkowych słów pokrzepienia i poszła spać. “Już i tak zabrałaś mi zbyt wiele czasu i energii. Przez te twoje gierki byłam rozkojarzona, co kosztowało mnie palec, ty suko!” — pomyślała Nadia przed zaśnięciem.

Zaczął się nowy rok; czas mijał szybko, zbliżała się ku końcowi długa północna wiosna i wciąż mieli kłopoty z wodą, więc Ann postanowiła zorganizować ekspedycję na biegun, aby zbudować tam automatyczną destylarnię, wyznaczając jednocześnie szlak, po którym mogłyby jeździć bezzałogowe rovery.

— Przyłącz się do nas — zaproponowała Nadii. — Prócz obszaru między nami a Czarnobylem niczego jeszcze nie widziałaś, a wierz mi, jest co oglądać. Przegapiłaś Hebes i Ganges, a tutaj nie masz przecież teraz zbyt wiele do roboty. Zresztą, Nadiu, nie mogę uwierzyć, że jesteś takim cholernym wołem roboczym. Po co właściwie przyleciałaś na Marsa?

— Po co?

— Tak, po co? Widzisz, uprawiamy tutaj dwa rodzaje działalności: badania planety albo wspomaganie tych badań. Pogrążyłaś się całkowicie w tym drugim rodzaju prac i nie zwracasz najmniejszej uwagi na najważniejszą przyczynę, dla której w ogóle tu przylecieliśmy!

— Cóż, ja po prostu to właśnie lubię robić — niepewnie odparła Nadia.

— W porządku, ale spróbuj spojrzeć na to obiektywnie! Przecież, do cholery, równie dobrze mogłaś zostać na Ziemi i pracować jako hydraulik! Nie musiałaś przebyć całej tej drogi, aby obsługiwać jakiś pieprzony buldożer!!! Jak długo zamierzasz harować tutaj, instalując kible i programując traktory?!!

— Dobrze już, dobrze — przerwała jej Nadia, rozmyślając o Mai i o narastających konfliktach. Kwadrat podziemnych komór i tak był prawie skończony. — Zafunduję sobie wakacje.

Wyjechali trzema dużymi dalekobieżnymi roverami; z wyjątkiem Nadii wszyscy uczestnicy wyprawy byli geologami: Ann, Simon Frazier, George Berkovic, Phyllis Boyle i Edvard Perrin. George i Edvard byli przyjaciółmi Phyllis jeszcze z czasów NASA i tak jak ona zwolennikami “geologii stosowanej”, to jest poszukiwania rzadkich metali. Simon natomiast był cichym sojusznikiem Ann, zajmował się wyłącznie podstawowymi badaniami teoretycznymi i uważał, że nie powinni zmieniać marsjańskiego środowiska naturalnego. Nadia wiedziała o tym wszystkim, mimo że nie rozmawiała dotąd dłużej z nikim prócz Ann. Z codziennych rozmów pomiędzy kolonistami można się było dowiedzieć wszystkiego, a zwłaszcza tego, kto z kim poprzestaje w jawnych i skrytych sojuszach.

Każdy pojazd ekspedycji składał się z dwóch czterokołowych modułów w pięknym odcieniu morskiej zieleni, połączonych elastycznym szkieletem. Przypominały trochę gigantyczne mrówki. Zbudował je RollsRoyce wraz z międzynarodowym konsorcjum lotniczo-kosmonautycznym. Przednie moduły składały się z pomieszczeń mieszkalnych i miały przyciemnione okna na wszystkich czterech ścianach, tylne natomiast zawierały zbiorniki z paliwem i miały na dachach po kilka czarnych, wirujących ogniw baterii słonecznych. Każde z ośmiu zbrojonych siatką drucianą bardzo szerokich kół miało dwa i pół metra wysokości.

Skierowali się na północ przez Lunae Planum, znacząc trasę małymi zielonymi transponderami: zrzucali jedno takie urządzenie radiolokacyjne co kilka kilometrów. Za pomocą pługa śnieżnego i małego dźwigu zamocowanych na przodzie pierwszego rovera usuwali z drogi kamienie, które mogły uniemożliwić przejazd automatycznemu bezzałogowemu łazikowi. W rezultacie więc budowali drogę. Na Lunae na szczęście rzadko musieli używać tych dodatkowych maszyn, dzięki czemu posuwali się na północny-wschód z prawie maksymalną prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę, przez kilka dni niemal prosto. Obrali kierunek północno-wschodni, aby ominąć systemy kanionów Tempe i Mareotis, i gdy przebyli równinę Lunae, szlak ten poprowadził ich do bardzo długiego wzniesienia o nazwie Chryse Planitia. Oba te regiony bardzo przypominały krainę, na której znajdowała się główna baza — nierówne, wyboiste i zasypane małymi skałkami wzniesienia, ale ponieważ zjeżdżali ze wzgórza, widok był o wiele rozległejszy niż dotychczas. Dla Nadii było to nowe i niezwykłe doświadczenie, tak jechać i jechać, i oglądać coraz to inny nieznany krajobraz ciągle pojawiający się na horyzoncie: pagórki, pochyłości, ogromne samotne głazy narzutowe, a od czasu do czasu niskie koliste płaskowzgórza, które okazywały się zewnętrznymi stokami kraterów.

Zjechali na niziny półkuli północnej, skręcili i ruszyli prosto na północ przez rozległą Acidalia Planitia. Znowu całymi dniami jechali prosto przed siebie. Ślady kół ciągnęły się za nimi niby pasy wyciętej przez kosiarkę trawy, a połyskujące jaskrawo transpondery wyglądały dziwacznie i jakby niestosownie wśród marsjańskich skał. Phyllis, Edvard i George co chwila proponowali, by zrobić wypad w bok i zbadać niektóre interesujące formy terenu widziane wcześniej na zdjęciach satelitarnych — na przykład odkrywkowe pokłady minerałów w pobliżu Krateru Pieriepiekina — ale Ann natychmiast przypominała im z irytacją o celu misji i propozycja upadała.

Nadia bardzo martwiła się o Ann, która była niemal tak samo daleka i spięta jak w bazie. Ilekroć pojazdy się zatrzymywały, Ann wychodziła na zewnątrz, kręciła się samotnie po okolicy i musieli ją wołać, gdy zasiadali w Jedynce (nadali roverom nazwy numeryczne) do obiadu. Co jakiś czas Nadia próbowała ją jakoś rozkręcić, poruszając ulubione przez Ann tematy:

— Dlaczego te skały są tak porozrzucane?

— Meteoryty.

— A gdzie są kratery?

— Większość jest na południu.

— Skąd się w takim razie wzięły tutaj te skały?

— Siła uderzenia. Dlatego są takie małe. Tylko najmniejsze skałki mogły przelecieć tak wielką odległość.

— Ale mówiłaś mi kiedyś, że te północne równiny są stosunkowo nowe, a intensywne bombardowanie meteorytów miało miejsce dość dawno.

— To prawda. Głazy, które tutaj widzisz, spadły podczas ostatniego bombardowania. Całkowite spiętrzenie luźnych skał pochodzących z uderzeń meteorytów jest o wiele większe niż to, co tu widać. Składa się z nich cały regolit. A regolit jest głęboki na kilometr.

— Aż trudno uwierzyć — zauważyła Nadia. — To znaczy… musiało spaść wiele meteorytów. Ann skinęła głową.

— Miliardy lat. To jest właśnie główna różnica między Marsem i Ziemią, wiek lądów datuje się od milionów do miliardów lat. Różnica tak duża, że trudno ją pojąć. Jednak gdy się spojrzy na ten świat, można ją sobie wyobrazić.

W połowie wzniesienia Acidalia zaczęły się pojawiać długie, proste kaniony o urwistych stokach i płaskich dnach. Wyglądały, co kilkakrotnie podkreślił George, jak suche koryta legendarnych kanałów. Ich geologiczna nazwa brzmiała fossae i pojawiały się w grupkach po kilka. Okazało się, że nawet najmniejsze z tych kanionów są dla łazików zupełnie niemożliwe do przebycia; próbowali w nie wjeżdżać, ale za każdym razem musieli zawracać i jechać wzdłuż krawędzi tak długo, aż dno kanionu się podniosło albo jego ściany zbliżyły się do siebie i można było kontynuować jazdę na północ znowu po płaskiej równinie.

Horyzont przed nimi niekiedy był odległy o dwadzieścia kilometrów, czasem znów tylko o trzy. Z każdym dniem podróży kratery stawały się coraz rzadsze, a te, które mijali, otoczone były niskimi kopcami. Były to małe kratery rozbryzgowe — meteoryty spadły na wieczną zmarzlinę, zamieniając ją w gorące błoto. Geologowie towarzyszący Nadii spędzali teraz całe dnie wędrując z entuzjazmem po wzgórzach powstałych wokół jednego z takich kraterów. Phyllis twierdziła, że zaokrąglone zbocza wskazują wyraźnie na istnienie w tym miejscu wód w erze archaicznej, tak samo jak włókno w skamieniałym drewnie pokazuje gatunek pierwotnego drzewa. Z tonu, jakim Phyllis to powiedziała, Nadia zorientowała się, że jest to kolejna kwestia, w której panuje niezgoda między nią i Ann; Phyllis wierzyła w tak zwany długi model przeszłości wodnej planety, Ann w model krótki. Albo coś w tym rodzaju. Nadia pomyślała, że na naukę składa się naprawdę wiele skomplikowanych spraw, łącznie z doskonaleniem strategii, za pomocą której jeden naukowiec zwalcza teorie innych.

Podążali wciąż dalej na północ. Mniej więcej na 54 stopniu szerokości areograficznej wjechali w niesamowicie wyglądającą krainę termokrasów. Był to teren pagórkowaty, pokryty wielką ilością owalnych zagłębień o spadzistych stokach, zwanych alasami. Marsjańskie alasy były sto razy większe niż ich ziemskie odpowiedniki, przeważnie miały dwa albo trzy kilometry szerokości i około sześćdziesięciu metrów głębokości. Cała piątka naukowców zgodziła się, iż te twory są niezbitym dowodem istnienia tu wiecznej zmarzliny; zapadanie się gruntu musiało zostać spowodowane okresowym marznięciem i tajaniem gleby. Tak duże niecki, zdaniem Phyllis, wskazywały jednoznacznie, że zawartość wody w glebie musiała być kiedyś bardzo wysoka. Ann natychmiast zareplikowała, że tak, jak wszystko na Marsie, po prostu bardzo długo się tworzyły. Niewielka warstwa zmrożonej gleby, nieznacznie załamująca się przez miliony lat.

Rozdrażniona Phyllis zaproponowała, by dla zweryfikowania jej koncepcji spróbowali uzyskać wodę z gleby i Ann niechętnie się zgodziła. Znaleźli łagodne zbocze między zapadliskami i zatrzymali się, aby zainstalować tam wodny kolektor — urządzenie do zbierania cieczy z wiecznej zmarzliny. Nadia kierowała całą operacją, zadowolona, bo dotychczasowe lenistwo zaczęło jej już doskwierać. To była praca akurat na cały dzień: używając małej koparki przymocowanej do pierwszego łazika Nadia wykopała długi na dziesięć metrów rów, umieściła w nim kolektor, czyli perforowaną, nierdzewną stalową rurę wypełnioną żwirem, potem wzdłuż rury i filtrów ułożyła elektryczne urządzenia grzewcze, a następnie wypełniła rów wykopaną wcześniej gliną i kamieniami.

Nad niższym końcem powstałego w ten sposób tunelu znajdowała się gromadząca wodę studzienka, pompa oraz izolowany wąż doprowadzający uzyskaną wodę do małego zbiornika. Elementy grzewcze miał zasilać akumulator ładowany za pomocą baterii słonecznych. Gdy zbiornik się zapełni (jeśli w ogóle jest tu dostatecznie dużo wody, aby go napełnić), pompa samoczynnie się zablokuje, otworzy się natomiast zawór elektromagnetyczny, dzięki czemu woda znajdująca się w kanale transportowym przesączy się z powrotem do kolektora, a wtedy automatycznie wyłączy się również system grzewczy.

— No, prawie zrobione — oznajmiła Nadia, mocując wąż na ostatniej magnezowej podpórce. Miała przeraźliwie zmarznięte ręce, a okaleczona dłoń rwała coraz mocniej. — Może ktoś zrobiłby kolację — dodała. — Zaraz kończę.

Wąż trzeba było jeszcze otulić grubą warstwą białej poliuretanowej piany, potem wpasować w większą rurę ochronną. Zdumiewające, jak izolacja komplikuje proste prace hydrauliczne — pomyślała Nadia.

Sześciokątna nakrętka, podkładka, przetyczka, kilka zdecydowanych pociągnięć kluczem. Nadia ruszyła wzdłuż węża, sprawdzając kolejne łącza. Wszystko trzymało się mocno. Odniosła narzędzia do Jedynki, a potem stanęła i zlustrowała rezultat całodziennej pracy: zbiornik, krótki wąż na podpórkach, wykop w ziemi, długa, niska hałda rozkopanej gleby biegnąca w górę zbocza. Całość wyglądała dość bezładnie, ale nieźle się komponowała z pagórkowatym krajobrazem.

— W powrotnej drodze napijemy się świeżej wody — oświadczyła z dumą.

Przez ponad dwa tysiące kilometrów jechali na północ i w końcu dotarli do Vastitas Borealis, powulkanicznej równiny między 60 i 70 stopniem szerokości północnej. Ann i pozostali geologowie spędzali teraz parę godzin każdego ranka na zewnątrz. Penetrowali płaską, ciemną, skalistą powierzchnię w poszukiwaniu próbek, a potem przez resztę dnia jadąc dalej na północ dyskutowali o tym, co znaleźli. Ann wydawała się całkowicie pochłonięta pracą i znacznie szczęśliwsza.

Pewnego wieczoru Simon zauważył, że Fobos przepływa tuż nad niskimi wzgórzami na południu, a gdy jechali następnego dnia, nie było go już widać: znalazł się po drugiej stronie planety. Był to wspaniały dowód na to, jak nisko przebiega orbita małego księżyca — dotarli przecież dopiero do 69 stopnia! Fobos krążył zaledwie w odległości około pięciu tysięcy kilometrów od równika planety. Nadia z radosnym uśmiechem pomachała mu na pożegnanie, wiedząc, że wkrótce kiedy tylko zechce będzie mogła rozmawiać z Arkadym za pośrednictwem ostatnio dostarczonych radiowych satelitów areosynchronicznych.

Trzy dni później skończyła się goła skała i wjechali na łachę niemal czarnego piasku. Poczuli się tak, jakby dotarli do brzegu morza, ale był to tylko początek wielkich północnych wydm, pokrywających planetę w szerokim na osiemset kilometrów pasie między Vastitas i czapami polarnymi. Piasek był koloru węgla drzewnego z delikatnymi przebarwieniami purpury i różu; widok ten stanowił prawdziwą ulgę dla ich oczu po męczącej czerwieni skalnego rumoszu na południu. Wydmy ciągnęły się na północ i południe, w równoległych grzebieniach, które od czasu do czasu łamały się lub łączyły. Jechało się po nich dość łatwo — piasek był mocno ubity, musieli tylko wjechać na dużą wydmę i posuwać dalej jej garbatym zachodnim stokiem.

Jednakże po kilku dniach jazdy wydmy stały się większe i pojawiły się typowe dla Marsa twory, które Ann nazywała barchanami. Wyglądały jak ogromne zamarznięte fale. Wznosiły się na wysokość stu metrów, ich grzbiety miały kilometr szerokości, a ciągnęły się całymi kilometrami. Tak jak inne ukształtowania powierzchni Marsa, i one były sto razy większe niż ich ziemskie odpowiedniki na Saharze i Gobi. Ekspedycja wciąż utrzymywała właściwy kurs, czasem przecinając grzbiety tych wielkich fal, czasem przejeżdżając z jednego grzbietu na drugi, a łaziki wyglądały jak maleńkie łódeczki, rozpaczliwie walczące z czarnym morzem, które zamarzło w gigantycznym sztormie.

Któregoś dnia podróży po tym skamieniałym morzu Dwójka nagle się zatrzymała. Czerwona lampka na wyświetlaczu pokładowego komputera rovera sygnalizowała awarię elastycznej ramy łączącej oba moduły. I rzeczywiście — tylny moduł przechylał się nieco w lewo, a lewe koła prawie całkiem zakopały się w piasku. Nadia włożyła skafander i poszła obejrzeć uszkodzenie. Zdjęła pokrytą pyłem pokrywę spoiny łączącej ramę z podwoziem modułu i stwierdziła, że pękły wszystkie śruby spinające.

— To trochę potrwa — stwierdziła. — Możecie w tym czasie pokręcić się po okolicy.

Wkrótce na zewnątrz pojawiły się ubrane w skafandry sylwetki Phyllis i George’a, a za nimi Simona, Ann i Edvarda. Phyllis i George wzięli transponder z Trójki i ustawili go trzy metry na prawo od “drogi”. Nadia zaczęła naprawiać pękniętą ramę, starając się jak najkrócej dotykać palcami urządzeń; popołudnie było bardzo chłodne, pewnie około siedemdziesięciu stopni poniżej zera, i czuła igiełki mrozu przenikające ciało aż do kości.

Końcówki pękniętych śrub nie dawały się wyjąć, więc wyciągnęła wiertarkę i zaczęła drążyć nowe otwory, nucąc przy tym “The Sheik of Araby”. Edvard i Simon rozmawiali o piasku. Miło jest widzieć, pomyślała Nadia, że ziemia nie jest czerwona. I słyszeć Ann zaabsorbowaną pracą. I mieć samej jakąś pracę do wykonania.

Dotarli już prawie do kręgu podbiegunowego i obecnie było Ls = 84, zatem do północnego letniego przesilenia pozostały tylko dwa tygodnie. Dni stawały się coraz dłuższe. Nadia i George pracowali przez cały wieczór, podczas gdy Phyllis przyrządzała kolację; po posiłku Nadia wyszła, by dokończyć pracę. Czerwone słońce, małe i okrągłe, chociaż zbliżało się ku zachodowi, otaczała brązowa mgiełka; ze względu na zbyt rzadką atmosferę wyglądało stale tak samo: nie powiększało się ani nie spłaszczało. Nadia skończyła pracę, odłożyła narzędzia i otworzyła zewnętrzny luk śluzy Jedynki, kiedy nagle usłyszała w hełmie głos Ann:

— Och, Nadiu, już wchodzisz?

Podniosła oczy. Ann stała na grzbiecie wydmy po zachodniej stronie i machała do niej z góry; jej czarna sylwetka rysowała się ostro na tle krwawego nieba.

— Taki miałam zamiar — odparła Nadia.

— Chodź tu do mnie na chwilę. Chcę, żebyś popatrzyła na ten zachód słońca, zapowiada się cudownie. No chodź, to potrwa tylko minutkę. Spodoba ci się. Na zachodzie są piękne chmury.

Nadia westchnęła i zamknęła luk.

Wschodnia strona wydmy była dość stroma. Nadia ostrożnie stąpała po śladach butów pozostawionych przez Ann. Piasek był ubity i zwarty, ale w pobliżu grzebienia stał się bardziej sypki, a wydma coraz bardziej spadzista, więc Nadia pochyliła się na wszelki wypadek i wbiła weń palcami. Ostatni etap wspinaczki pokonała na czworakach. Wreszcie dotarła na szeroki, zaokrąglony szczyt i dopiero wtedy wyprostowała się i rozejrzała.

Tylko grzbiety najwyższych wydm nadal jeszcze oświetlało słońce; reszta świata stała się już tylko czarną plamą, poprzecinaną krótkimi pasami stalowych szarości. Horyzont znajdował się w odległości jakichś pięciu kilometrów.

Ann siedziała w kucki z garścią piasku w dłoni.

— Z czego to się składa? — spytała Nadia.

— Z ciemnych kryształków rozmaitych cząsteczek złożonych minerałów.

Nadia prychnęła.

— Sama bym na to wpadła.

— Nie, gdybyś nie weszła tutaj… Hmm, to są najwyraźniej drobiny miału połączone z różnymi solami. I okruchy skalne.

— Dlaczego jest taki czarny?

— Ma pochodzenie wulkaniczne. Widzisz, na Ziemi piasek składa się w większości z kwarcu, ponieważ jest tam sporo granitu. Mars natomiast nie ma go zbyt wiele. Te ziarenka to prawdopodobnie krzemiany wulkaniczne. Obsydian, krzemień, trochę granatu… Jest piękny, prawda?

Wyciągnęła dłoń pełną piasku, aby Nadia mogła lepiej się przyjrzeć. Oczywiście wszystko ze śmiertelną powagą. Nadia spojrzała na pył przez szklaną szybkę hełmu.

— Tak, bardzo — odrzekła zdawkowo.

Stały przez chwilę w milczeniu, obserwując zachód słońca. Ich cienie przesuwały się na prawo, ku wschodniemu horyzontowi. Niebo przybrało barwę ciemnoczerwoną, było mroczne i mętne, lekko jaśniejsze jedynie na zachodzie nad słoneczną kulą. Chmury, o których wspomniała Ann, tworzyły bardzo wysoko na niebie jaskrawożółte smugi. Coś w piasku połyskiwało w świetle, a wydmy stały się wyraźnie purpurowe. Słońce wyglądało jak mały złoty guzik, nad którym świeciły dwie wielkie gwiazdy wieczorne: Wenus i Ziemia.

— Ostatnio coraz bardziej się do siebie zbliżają — zauważyła miękko Ann. — Koniunkcja powinna być naprawdę olśniewająca.

Słońce dosięgnęło horyzontu, a szczyty wydm bladły, stawały się coraz bardziej widmowe. Po chwili mały słoneczny krążek zatopił się w czarnej linii na zachodzie. Niebo stało się teraz kopułą o barwie kasztanowej, a wysoko położone chmury przypominały różowe kępki leśnych mchów. Wszędzie rozbłyskiwały gwiazdy, a kasztanowy kolor nieba przeszedł teraz w żywy, ciemny, opalizujący fiolet, pogłębiony ciemną barwą wydm. Widok był niesamowity: jakby nad czarną równinę zaczęły nagle spływać smugi płynnego mroku. Nadia poczuła dziwny dreszcz, który wstrząsnął wszystkimi nerwami jej ciała, sunął po kręgosłupie, przebiegał po całej skórze. Policzki jej się zarumieniły. Zadrżała. To piękno naprawdę było wstrząsające! Zdumiała ją własna reakcja na urodę tego świata, a igiełki podniecenia, które przebiegały po jej ciele, tak bardzo kojarzyły się z seksem… Widok był piękny, niesamowity i… przeraźliwie obcy. Nadia uświadomiła sobie, że nigdy przedtem nie postrzegała w tak bezpośredni sposób natury tej planety, ani też nigdy naprawdę się nad nią nie zastanawiała. Dotąd żyła tu tak, jakby to była “nowa” Syberia, postrzegając wszystko przez pryzmat swojej przeszłości.

Teraz jednak po raz pierwszy stała na powierzchni skamieniałego czarnego oceanu pod wysokim fioletowym niebem i wszystko wydało jej się nowe i niepokojące. Nie znajdowała w pamięci nic, co choćby trochę przypominało ten świat; nagle cała pamiętana przeszłość zniknęła bezpowrotnie i Nadia bezmyślnie zawirowała radośnie, jak mała dziewczynka. Ogarnęło ją wspaniałe uczucie czegoś w rodzaju duchowej nieważkości, jakby każdy kilogram jej ciała przesączył się gdzieś do wnętrza jej psychiki, i wiedziała, że nie jest już pusta, wręcz przeciwnie — czuła, że wypełniają coś niezwykłego, była teraz pełna siły i zdecydowania, skupiona i zrównoważona. Jak mały, obracający się niby bąk myślący kamyk.

Ześlizgnęły się na butach po zboczu. Na dole Nadia z przejęciem uściskała Ann.

— Och, wprost nie wiem, jak ci za to dziękować. — Nawet przez dwie przyciemnione szybki hełmów dostrzegła szeroki uśmiech Ann. Jakże rzadki widok.

Od tej chwili wszystko się dla Nadii zmieniło. Och, wiedziała, że zmiany zaszły tylko w niej samej, że po prostu teraz patrzy na otoczenie z większą uwagą. I stało się tak z pewnością dzięki temu pejzażowi, to on narzucił jej tę nową dbałość o każdy drobiazg.

Następnego dnia opuścili czarne wydmy i pojechali dalej ku czemuś, co towarzyszący Nadii geolodzy nazywali terenem warstwowym albo łupkowym. Był to płaski piaszczysty rejon, który zimą przykrywała częściowo składająca się z dwutlenku węgla czapa polarna. Teraz, w środku lata, doskonale było widać lekko pofalowaną powierzchnię. Ekspedycja jechała po rozległych żyłach żółtego piasku, nad którymi ciągnęły się długie faliste płaskowyże. Ich zbocza miały układ schodkowy i tarasowy, warstwy układały się równo, ale miały nieregularne zarysy, przez co pagórki przypominały drewno, które zostało pocięte i pieczołowicie wypolerowane, aby ukazać piękno jego słojów. Żadne z nich nigdy nie widziało tak nieziemsko wyglądającego terenu, więc spędzali poranki pobierając próbki gleby i skalne okruchy. Kręcili się po okolicy, skacząc z miejsca w miejsce jak jakiś marsjański balet i przez cały czas przekrzykując się nawzajem, a Nadia była tak samo podekscytowana jak pozostali. Ann wyjaśniała jej, że każdej zimy mróz tworzy cieniutką warstewkę na powierzchni. Potem wiatr tnie łożyska tych “potoków” i kształtuje stoki, a każdy kolejny, wyższy pokład wcina się głębiej, aż ściany łożysk ułożą się w setki wąskich tarasów.

— Ta kraina wygląda jak mapa poziomicowa — zauważył Simon.

Przez kilka następnych dni co wieczór wysiadali z pojazdów. W purpurowym półmroku, który trwał niemal do północy, prowadzili wiercenia i docierali aż do podłoża, które było piaszczyste, zlodowaciałe i również składało się z następujących po sobie warstw. Pewnego wieczoru Nadia wspięła się wraz z Ann na łańcuch równoległych tarasów, jednym uchem słuchając geologicznych opowieści o precesji aphelium i peryhelium. Nagle obejrzała się za siebie, spojrzała na łożysko i zobaczyła, że jarzy się ono w wieczornym świetle jak cytryny i morele. Nad całym terenem zawisły bladozielone, soczewkowate chmury, które przypominały idealne krzywiki. Widok był naprawdę cudowny.

— Popatrz! — krzyknęła.

Ann na widok tego wspaniałego fenomenu marsjańskiej natury zamilkła z podziwu. Przez chwilę obserwowały nisko płynące chmury.

Z łazików zawiadomiono ich o kolacji, co wreszcie skłoniło obie kobiety do powrotu. Nadia schodząc po osobliwie ukształtowanych piaszczystych tarasach, uświadomiła sobie, że naprawdę zaszła w niej jakaś wewnętrzna przemiana… A może po prostu planeta stawała się coraz bardziej niesamowita i piękniejsza, im dalej podążali na północ. Najpewniej jednak prawdą było i jedno, i drugie.

Jechali przez płaskie tarasy żółtego piasku, tak drobnego i ubitego, że mogli pędzić z maksymalną prędkością, zwalniając tylko po to, by przy przejeździe z jednej łachy na następną zmienić bieg. Jedynie z rzadka sprawiały im nieco kłopotów koliste zbocza. Raz czy dwa musieli się nawet wycofywać i szukać innej drogi, ale na ogół szlak na północ był łatwy i przyjemny.

Czwartego dnia podróży po warstwowym terenie ściany płaskowyżu leżące po obu stronach płytkiego koryta, którym podążali, zaczęły się wyginać ku sobie i przez szczelinę łaziki wjechały na wyżej położoną płaszczyznę. Na horyzoncie ukazało się oczom podróżników białe wzgórze, wielka zaokrąglona góra, podobna do Ayers Rock. A białe wzgórze oznaczało przecież lód! Tak, to była ogromna góra lodu, wysoka na sto metrów i na kilometr szeroka, a kiedy ją objeżdżali, zauważyli, że ciągnie się aż po północny horyzont. Wzgórze stanowiło najwyraźniej czubek lodowca, prawdopodobnie jęzor czapy polarnej. W pozostałych pojazdach rozległy się krzyki i w zgiełku i zamieszaniu Nadia dosłyszała jedynie głos Phyllis, która wołała:

— Woda! Woda!

To naprawdę była woda. Chociaż od początku wiedzieli, że musi tu być, teraz niezmiernie zadziwieni wjeżdżali na to ogromne białe wzgórze, najwyższe, jakie widzieli na przestrzeni pięciu tysięcy przebytych dotąd kilometrów. Przez cały dzień przyzwyczajali się do nowej krainy: zatrzymali rovery, pokazywali sobie nawzajem wzniesienie, dyskutowali, aż wreszcie wysiedli, aby się lepiej przyjrzeć i pobrać próbki gleby i drobnych skał, dotknąć tej powierzchni i wspiąć się na szczyt białej góry. Podobnie jak otaczający je piasek, lodowe wzgórze składało się z poziomo ułożonych warstw oddzielonych mniej więcej centymetrowymi pasmami pyłu. Między warstwami lód był jakby gruzełkowaty i ziarnisty, a w tutejszym ciśnieniu atmosferycznym sublimował niemal przy każdej temperaturze, pozostawiając porowate, zmurszałe ścianki głębokości kilku centymetrów. Reszta lodu była solidna i twarda.

— Mamy mnóstwo wody! — przekrzykiwali się nawzajem. Woda na powierzchni Marsa…

Następnego dnia lodowcowe wzgórze znalazło się z prawej strony, tworząc ścianę, która towarzyszyła im aż do wieczora. Tak naprawdę dopiero wtedy uświadomili sobie, że tu rzeczywiście jest mnóstwo wody, zwłaszcza kiedy po kilku godzinach ściana stała się jeszcze wyższa: urosła do około trzystu metrów. Okazało się bowiem, że jest to coś w rodzaju lodowego górskiego pasma, odgradzającego ich od doliny o płaskim dnie leżącej po wschodniej stronie. Nagle na północno-zachodnim horyzoncie wyłoniło się kolejne białe wzgórze, grań sterczącego ponad horyzontem kolejnego pasma, którego podstawa była jeszcze niewidoczna. Najwyraźniej musiało to być następne wzniesienie lodowcowe, leżące jakieś trzydzieści kilometrów na zachód.

Domyślili się, że dotarli do Chasma Borealis, wymodelowanej przez wiatr doliny, która wcinała się na północy w lodową czapę na jakieś pięćset kilometrów, czyli ponad połowę odległości dzielącej grupkę podróżników od bieguna. Dno tej rozpadliny stanowił płasko ubity piasek, twardy jak beton, ale w górnej warstwie kruchy z powodu zmrożonego dwutlenku węgla. Lodowe ściany przepaści były wysokie i nie pionowe, ale nachylone na zewnątrz pod kątem mniejszym niż czterdzieści pięć stopni; podobnie jak stoki w łupkowym terenie, wznosiły się amfiteatralnie, tworząc układ tarasów poszarpanych erozją, która była dziełem wiatru i sublimacji, dwóch sił przez dziesiątki tysięcy lat “krojących” rozpadlinę.

Zamiast jechać w górę doliny, podróżnicy ruszyli ku jej zachodniej ścianie, do transpondera, który znajdował się w zrzucie ze sprzętem do eksploatacji lodu. Rozpadlinę wypełniały teraz piaszczyste wydmy, niskie i regularne, więc przemierzając ten pofałdowany grunt, łaziki na przemian to podjeżdżały w górę, to zjeżdżały w dół. W pewnej chwili, kiedy pojazdy wspięły się na kolejną wydmę, podróżnicy dostrzegli zrzut. Leżał nie dalej niż dwa kilometry od podnóża lodowej ściany na północnym zachodzie: ogromne żółtozielone pojemniki ustawione na pajęczych nogach ładowników. Był to doprawdy osobliwy widok w tym świecie bieli, brązów i różów.

— Co za szkarada! — krzyknęła Ann, ale Phyllis i George zaczęli radośnie wiwatować.

Podczas długiego popołudnia zacieniony zachodni lodowy stok przybierał rozmaite pastelowe kolory: najczystszy wodny lód był przezroczysty i niebieskawy, natomiast większa część wzgórza miała barwę przezroczystej kości słoniowej, przyciemnionej pyłem w kolorach różu i żółci, a nieregularne pasy dwutlenku węgla były idealnie białe. Niezwykle ostry kontrast między suchym lodem a lodem wodnym sprawiał, że nie sposób było określić rzeczywisty kształt stoku. Ponadto z powodu skrótu perspektywicznego trudno było również ocenić wysokość wzgórza; wydawało się piąć w górę bez końca — miało prawdopodobnie od trzystu do pięciuset metrów ponad poziom dna Borealis.

— Jak dużo wody! — zawołała Nadia.

— Jeszcze więcej jest pod powierzchnią — dodała Phyllis. — Nasze wiercenia wskazują, że zakopana pod terenem warstwowym czapa rozciąga się na wiele stopni szerokości areograficznej dalej ku południu niż to widzimy.

— A więc jest tu więcej wody niż kiedykolwiek będziemy potrzebować!

Ann z goryczą zacisnęła usta w poczuciu porażki.

Ładowniki ze sprzętem wydobywczym wyznaczyły miejsce na lokalizację bazy eksploatacji lodu, usadowili się więc obok zachodniej ściany Chasma Borealis, na 41 stopniu długości i 83 stopniu szerokości północnej. Dejmos właśnie zniknął za horyzontem w ślad za Fobosem. Zobaczą go znowu dopiero kiedy wrócą na południe. Po letnich nocach następował teraz jednogodzinny purpurowy świt; przez resztę dnia słońce wędrowało nad horyzontem, nigdy nie wznosząc się wyżej niż dwadzieścia stopni ponad jego linię. Cała szóstka spędzała długie godziny na zewnątrz, najpierw przenosząc pod ścianę segmenty przetwórni lodu, a potem ją instalując. Najważniejszą część urządzenia stanowił automatyczny świder tunelowy wielkości mniej więcej jednego z ich roverów. Świder wbijał się w lód i odcinał walce o średnicy półtora metra. Kiedy włączyli maszynę, świder wydał z siebie głośny, niski warkot, który stawał się jeszcze głośniejszy, gdy przysuwali głowy w hełmach do lodu albo choćby dotykali go rękami. Po odcięciu walce białego lodu z hukiem wpadały do zbiornika, a następnie mały automatyczny podnośnik widłowy przenosił je do destylarni, która topiła lód, oczyszczała go ze znacznych ilości pyłu, a następnie ponownie zamrażała uzyskaną wodę w metrowe sześcianiki, które poręczniej pakowało się do ładowni łazików. Doszli do wniosku, że automatyczne rovery towarowe powinny bez problemów dojechać na miejsce, załadować lód i wrócić do bazy, dzięki czemu obóz będzie otrzymywał regularne dostawy wody, znacznie większe niż wynoszą ich aktualne potrzeby. Edvard przypuszczał, że w widocznej czapie polarnej znajduje się około czterech do pięciu milionów kilometrów sześciennych lodu, chociaż trudno było obliczyć dokładnie.

Grupa spędziła wiele dni testując przetwórnię i instalując ogniwa baterii słonecznych, które miały ją zasilać. W długie wieczory po kolacji Ann wspinała się na lodową ścianę, rzekomo pod pretekstem pobierania próbek skalnych, chociaż Nadia bardzo dobrze wiedziała, że po prostu chce pobyć przez jakiś czas z dala od Phyllis, Edvarda i George’a. Poza tym Ann korciło, by wspiąć się na szczyt, dotrzeć na czapę polarną, a tam rozejrzeć się i powiercić trochę w najświeższych warstwach lodu. Nie tylko Ann miała na to ochotę, toteż pewnego dnia, kiedy przetwórnia przeszła już wszystkie rutynowe testy, wraz z Nadią i Simonem wstali o świcie, tuż po drugiej nad ranem, wyszli na niezwykle zimne poranne powietrze i rozpoczęli wspinaczkę. Ich cienie posuwały się przed nimi jak wielkie pająki. Lodowy stok wznosił się pod kątem około trzydziestu stopni, co jakiś czas stawał się bardziej stromy, a następnie się spłaszczał, ilekroć trójka badaczy docierała na nierówny, surowy taras w warstwowej ścianie wzgórza.

O siódmej rano weszli na zbocze i rozproszyli się po powierzchni polarnej czapy. Na północ od nich znajdowała się lodowa równina, rozciągająca się aż po widnokrąg do wysoko położonego horyzontu, jakieś trzydzieści kilometrów dalej. Za sobą, na południu, dostrzegli olbrzymie geometryczne zakosy łupkowego terenu. Był to najrozleglejszy widok, jaki widziała Nadia na Marsie.

Lód płaskowyżu był łupkowy, podobnie jak warstwowe piaski, które nie tak dawno opuścili. Brudno-różowe szerokie pasma przecinała biel. Druga ściana Chasma Borealis, dalej na wschód, z ich punktu widzenia wydawała się niemal pionowa, długa, wysoka, masywna.

— Ależ tu jest wody! — po raz kolejny powiedziała Nadia. — Nigdy jej nie zużyjemy.

— To zależy — stwierdziła Ann z roztargnieniem, wkręcając mały świder w lód. Zaciemniona szybka jej hełmu obróciła się ku Nadii. — Jeśli zaczniemy terraformowanie, cała czapa zniknie jak rosa w gorący ranek. Odleci w powietrze i utworzy piękne chmury.

— Czy będzie aż tak źle? — spytała Nadia.

Ann tylko zmierzyła ją wzrokiem. Za przyciemnioną szybką jej oczy wyglądały jak dwa kulkowe łożyska.

Tego samego wieczoru przy kolacji Ann powiedziała:

— Sądzę, że powinniśmy wyprawić się na biegun.

Phyllis potrząsnęła głową.

— Nie mamy wystarczająco dużo jedzenia ani powietrza.

— Zadzwońmy do bazy po zrzut. Tym razem Edvard potrząsnął głową.

— Czapa polarna jest pocięta dolinami prawie tak głębokimi jak Borealis!

— To nieprawda — zareplikowała Ann. — Można do niej stosunkowo łatwo dojechać. Z góry faliste doliny wyglądają paskudnie, ale jedynie z powodu różnicy w albedo między wodą i dwutlenkiem węgla. W rzeczywistości zbocza nigdy nie pochylają się bardziej niż sześć stopni. To jest po prostu tylko trochę bardziej warstwowy teren, nic więcej.

— No dobrze, ale jak się dostaniemy na czapę? — spytał George.

— Dojedziemy do jednego z lodowych jęzorów. Posłuży nam jako rampa wiodąca w górę do głównego masywu, a kiedy już na nim będziemy, pojedziemy prosto na biegun!

— Nie ma sensu tam jechać — oświadczyła zdecydowanie Phyllis. — Na biegunie krajobraz jest dokładnie taki sam jak tutaj, tylko więcej lodu. Taka wyprawa oznacza dla nas jedynie większe ryzyko napromieniowania.

— A poza tym — dodał George — moglibyśmy przecież wykorzystać pozostałe zapasy jedzenia i powietrza, aby zbadać choćby niektóre miejsca, jakie minęliśmy po drodze tutaj.

A więc taki był ich punkt widzenia. Ann spojrzała na nich z wściekłością.

— To ja jestem szefem ekipy geologicznej — rzuciła ostro. Niestety była też bardzo kiepskim politykiem, zwłaszcza w porównaniu z Phyllis, która posiadała wielu wpływowych przyjaciół w Houston i Waszyngtonie.

— Nie ma żadnego geologicznego powodu, aby jechać na biegun — odcięła się natychmiast z uśmiechem Phyllis. — Powtarzam ci, że znajdziemy tam taki sam lód jak tu. Przyznaj się, że po prostu chcesz tam jechać i tyle.

— No i co z tego? — spytała napastliwie Ann. — Chcę i już! Nadal istnieją kwestie naukowe, które chciałabym rozwiązać. Uzyskać odpowiedzi na pewne pytania. Na przykład, jaki jest skład tamtejszego lodu, ile zawiera pyłu… Dokądkolwiek jedziemy, zbieramy cenne dane.

— Tak, ale zadaniem tej wyprawy jest zdobycie wody, a nie jakieś wygłupy.

— To nie są żadne wygłupy! — warknęła Ann. — Nie szukamy wody tylko po to, by zaspokoić nasze potrzeby. Potrzebujemy jej, by móc prowadzić dalsze badania, a nie odwrotnie! Nie możemy ot, tak po prostu spocząć na laurach! Nie możemy się wycofać! Aż trudno uwierzyć, jak wiele osób w tej kolonii tak postępuje!

— Zobaczmy, co powiedzą w bazie — wtrąciła się Nadia. — Może zechcą, żebyśmy wrócili i pomogli im tam przy jakichś przedsięwzięciach, a może nie będą mogli przysłać nam zrzutu, nigdy nic nie wiadomo.

Ann jęknęła.

— Czas już skończyć z tym ciągłym pytaniem o pozwolenie Narodów Zjednoczonych, to tylko wszystko komplikuje.

Miała rację. Frankowi i Mai oczywiście nie spodobał się pomysł, z kolei John był niby zainteresowany, ale jak zwykle odpowiedział wymijająco. Arkady poparł pomysł i zadeklarował się, że zrzuci z Fobosa zapasy, jeśli to będzie konieczne, ale w ogóle nie wziął pod uwagę strony praktycznej takiej operacji. Maja natomiast zadzwoniła w tej sprawie do Centrum Kontroli Wyprawy w Houston i na Bajkonur, co tylko podsyciło coraz gwałtowniejszą dyskusję. Hastings kategorycznie sprzeciwiło się planowi, ale Bajkonurowi i wielu towarzystwom naukowym przypadł on do gustu.

W końcu Ann udało się dostać do telefonu; jej ton był bardzo szorstki i arogancki, chociaż wyglądała na nieco przestraszoną.

— Jestem szefem ekipy geologicznej i twierdzę, że należy pojechać na biegun. Nie będziemy mieć lepszej sposobności, aby uzyskać dane na temat składu czapy polarnej w jej stanie pierwotnym. To jest kruchy system i każda, nawet najmniejsza zmiana w atmosferze może go poważnie naruszyć. A wy przecież planujecie już niebawem pewne posunięcia, czyż nie? Sax, ciągle pracujesz nad tymi wiatrakami grzewczymi?

Sax nie brał udziału w dyskusji i trzeba go było dopiero przywołać do telefonu.

— Jasne — odparł, kiedy powtórzono mu pytanie. On i Hiroko wystąpili z pomysłem zbudowania małych wiatraczków, które chcieli porozrzucać ze sterowców na całej planecie. Stałe wiatry zachodnie obracałyby wiatraki i pod wpływem wirowania w cewkach grzejnych u podstawy wiatraków miało powstawać ciepło, wypuszczane następnie prosto w atmosferę. Sax zaprojektował już automatyczną wytwórnię wiatraków; chciał ich wyprodukować tysiące. Wład zauważył przy tej okazji, że ceną za uzyskane ciepło będzie osłabienie siły wiatrów — nie można otrzymać czegoś za nic. Sax natychmiast odpowiedział, że uda im się przynajmniej w jakiś sposób wykorzystać potężne burze pyłowe, które wiatr czasami tu wywołuje. — Małe ciepełko za trochę wiaterku to chyba niezła wymiana, co?

— A więc milion wiatraków — wtrąciła Ann. — A to dopiero początek. Wspominałeś też coś o zrzuceniu czarnego pyłu na czapy polarne, prawda, Sax?

— To znacznie zagęściłoby atmosferę, na pewno szybciej niż jakiekolwiek inne możliwe w tej chwili działanie.

— Może, ale jeśli zrealizujecie ten pomysł — podsumowała Ann — czapy zostaną skazane na zagładę. Szybko wyparują, a wtedy spytamy: “Ciekawe jak wyglądały?” I nigdy się nie dowiemy.

— Czy masz dość zapasów i czasu? — spytał rzeczowo John.

— Zrzucimy ci zapasy — ponowił swoją ofertę Arkady.

— Mamy przed sobą jeszcze cztery miesiące lata — odparła krótko Ann.

— Ty po prostu chcesz pojechać na biegun! — rzucił Frank, powtarzając słowa Phyllis.

— I co z tego? — zdenerwowała się Ann. — Być może ty przyleciałeś tutaj, aby prowadzić jakieś polityczne gierki, ja jednak zamierzam przede wszystkim zobaczyć kawałek tego świata.

Nadia skrzywiła się z niezadowoleniem. Rozmowa się skończyła i Frank był wściekły, co nigdy nie wróżyło nic dobrego. Och, Ann, Ann…

Następnego dnia do dyskusji włączyli się ziemscy oficjele, co przesądziło sprawę: na Ziemi uznano, że rzeczywiście koloniści powinni pobrać próbki z polarnej czapy w stanie pierwotnym. Po zielonym świetle z bazy (obrażony Frank w ogóle nie podszedł do telefonu) Simon z Nadią natychmiast zaczęli wznosić radosne okrzyki:

— Na biegun północny! Jedziemy na biegun! Phyllis tylko potrząsnęła głową.

— Naprawdę was nie rozumiem. George, Edvard i ja zostajemy tutaj jako rezerwa. Przetestujemy w tym czasie pracę przetwórni lodu.

Ann, Nadia i Simon wsiedli w Trójkę, zjechali z powrotem na dno Chasma Borealis i tam skręcili na zachód, gdzie jeden z lodowców spływających z czapy utworzył idealną pochyłą rampę. Dzięki wzmocnieniu metalową siatką wielkie koła łazika miały przyczepność równą gąsienicom śnieżnego pługu, podróżnicy więc bez problemów powinni przejechać po rozmaitych powierzchniach czapy: po obszarach ziarnistego pyłu, po niskich wzgórkach twardego lodu, po polach oślepiającej bieli zmrożonego dwutlenku węgla i po cienkiej warstewce sublimującego wodnego lodu. Płytkie doliny falowały jedna za drugą ku biegunowi; niektóre były bardzo szerokie. Aby przebyć taką dolinę, badacze musieli zjechać po wyboistym stoku, który wyginał się na prawo i lewo aż po horyzont i cały pokryty był idealnie białym suchym lodem. Trwało to przez około dwadzieścia kilometrów, aż wreszcie cały świat wokół nich stał się jaskrawo biały.

Nagle wyrosła przed nimi góra lepiej im znanego, brudnoczerwonego lodu wodnego, połać bieli poprzecinanej ciemniejszymi pasmami. Kiedy pokonali dno rowu, świat podzielił się na dwie części, białą z tyłu i brudnoróżową przed nimi. Podczas jazdy ku zwróconym na południe stokom dostrzegli, że wodny lód jest tu bardziej zerodowany niż gdzie indziej, ale jak twierdziła Ann, każdej zimy metr suchego lodu osiada na wiecznej zmarzlinie czapy i rozciera pozostały po ubiegłorocznym lecie zmurszały filigran, wypełniając wszystkie zagłębienia. Dzięki temu wielkie koła łazika mogły teraz bez komplikacji posuwać się naprzód.

Za falistymi dolinami podróżnicy znaleźli się na równej białej płaszczyźnie, która rozciągała się we wszystkich kierunkach aż po horyzont. Biel widziana przez spolaryzowane, przyciemnione szyby okien rovera była niezmącona i czysta. W pewnej chwili minęli niskie koliste wzgórze — krater pozostały po jakimś stosunkowo niedawnym uderzeniu meteorytu, wypełniony od tego czasu kolejnymi warstwami lodu. Zatrzymali się, aby pobrać próbki skał. Nadia musiała ograniczać Ann i Simona do czterech wierceń dziennie, aby uniknąć przeciążenia ładowni pojazdu, dwoje geologów wrzucało tu bowiem nie tylko drobne okruchy. Często mijali pojedyncze czarne skały (odłamki meteorytów), wyglądające na tle lodu jak rzeźby Magritte’a i para badaczy zbierała najmniejsze, z większych pobierając próbki. Raz przejechali nawet obok odłamka wielkości rovera. Okruchy pochodziły przeważnie z meteorów niklowo-żelaznych lub kamiennych chondrytów. Ann dotknęła jednego i powiedziała do Nadii:

— Czy wiesz, że na Ziemi znaleziono meteoryty pochodzące z Marsa? Być może zdarzało się również na odwrót, chociaż na pewno o wiele rzadziej. To musiałoby być naprawdę potężne uderzenie. Żeby skała wydostała się z ziemskiego pola grawitacyjnego, musi osiągnąć prędkość początkową rzędu co najmniej piętnastu kilometrów na sekundę. Słyszałam kiedyś, że około dwa procent materii wyrzuconej z ziemskiego pola być może wylądowało na Marsie, ale mogło się to stać tylko podczas największych zderzeń meteorytowych, jak na przykład spadek na granicy kredy i trzeciorzędu. Dziwnie byłoby znaleźć tu kawałek Jukatanu, co?

— To było sześćdziesiąt milionów lat temu — zauważyła Nadia. — I tak byłby zakopany pod lodem.

— To prawda. — Później, wracając do pojazdu, Ann mruknęła: — Cóż, jeśli Sax i inni stopią te czapy, na pewno jakieś znajdziemy. Będziemy mieć całe muzeum meteorytów, wokół którego rozsiądziemy się na piasku.

Minęli kolejne faliste doliny, to wspinając się do góry, to zjeżdżając w dół, niczym łódź kołysząca się na falach. Tym razem były to największe z dotąd napotkanych fal: grzbiet jednej od szczytu drugiej dzieliło około czterdziestu kilometrów. Podróżnicy często popatrywali na zegarki, aby trzymać się ustalonego rozkładu dnia, i od dziesiątej wieczór do piątej rano parkowali na pagórkach albo tkwili ukryci w stożkach kraterów, chcieli bowiem mieć podczas tych postojów piękne widoki. Zaciemniali też okna przy użyciu podwójnej polaryzacji, aby łatwiej zasnąć w nocy.

Któregoś ranka, kiedy przemierzali okolicę, Ann włączyła radio i zaczęła je nastawiać zgodnie z parametrami satelitów areosynchronicznych.

— Nie jest łatwo znaleźć biegun — oznajmiła. — Pomyślcie tylko, że pierwsi ziemscy odkrywcy zawsze docierali na północ latem, mimo że nie widzieli gwiazd i nie mieli satelitów.

— Więc jak go znajdowali? — spytała nagle zaciekawiona Nadia. Ann zastanawiała się przez chwilę.

— Nie wiem — uśmiechnęła się. — Podejrzewam, że było to bardzo trudne. Prawdopodobnie za pomocą obliczeń.

Nadię zaintrygował ten problem i natychmiast zaczęła coś obliczać na komputerze. Geometria nigdy nie była jej mocnym punktem, ale pomyślała, że zapewne przy biegunie północnym w jakimś dniu w środku lata słońce zakreśla idealny okrąg wokół horyzontu, nigdy nie zbaczając poniżej ani powyżej. Jeśli więc ktoś znalazł się w pobliżu bieguna mniej więcej w środku lata, mógł użyć sekstansu, aby zmierzyć wysokość słońca nad horyzontem… Czyjej rozumowanie było właściwe?

— To jest gdzieś tutaj — oświadczyła nagle Ann.

— Tutaj?

Zatrzymali rovera i rozejrzeli się wokół. Biała równina sięgała aż po bliski horyzont; nie wyróżniała się niczym specjalnym z wyjątkiem paru szerokich czerwonych pasm. Jednak linie na komputerowym ekranie nie formowały koncentrycznych kół podobnych do tarczy strzelniczej, więc Nadia sądziła, że do celu mają jeszcze kawał drogi.

— Gdzie właściwie? — spytała.

— Hmm, gdzieś na północ stąd. — Ann znowu się uśmiechnęła. — W odległości mniej więcej kilometra. Może w tamtą stronę. Wskazała na prawo. — Musimy tam pojechać i jeszcze raz się zsynchronizować z satelitą. Trochę triangulacji i powinniśmy trafić w sam środeczek. W każdym razie z dokładnością do stu metrów.

— Jeśli poświęcimy na to więcej czasu, możemy go znaleźć z dokładnością do jednego metra! — rzucił z entuzjazmem Simon. — Ustalmy dokładnie!

Jechali minutę, potem sprawdzili swoją pozycję przez radio, skręcili w prawo, znowu chwilę jechali i jeszcze raz połączyli się z satelitą. W końcu Ann oznajmiła, że są u celu albo przynajmniej blisko. Simon zaprogramował komputer, po czym wszyscy ubrali się w skafandry i wysiedli z pojazdu, aby sprawdzić, czy rzeczywiście dotarli do bieguna. Ann i Simon wiercili otwory w gruncie, a Nadia krążyła po spiralnym torze, coraz bardziej oddalając się od pojazdu. Przed nią znajdowała się czerwonawo-biała równina, horyzont był w odległości jakichś czterech kilometrów. Zdecydowanie zbyt blisko. Znowu przeniknęło ją uczucie obcości, podobne do tego sprzed paru dni, kiedy obserwowała zachód słońca na czarnych wydmach; ta planeta była niesamowicie obca: wąski horyzont, niewyraźna grawitacja, taki mały klaustrofobiczny światek… A teraz znajdowała się dokładnie na jego północnym biegunie. Było Ls równe 92. Mieli już niemal sam środek lata. Gdyby stanęła obrócona twarzą ku słońcu i nie poruszała się, słońce drgnęłoby nagle, a potem obracałoby się wokół niej przez całą resztę dnia albo i przez resztę tygodnia! Niezwykłe wrażenie. Zawirowała radośnie jak dziecięcy bączek. Co by poczuła, zastygając nieruchomo na tak długo?

Polaryzowana szybka jej hełmu przyciemniała padające na lód oślepiające światło, które tworzyło łukowate, krystaliczne, tęczowe kropki. Nie było szczególnie zimno. Gdy podniosła dłoń, wyczuła lekki wietrzyk. Regularny czerwony pasek koncentrycznych warstewek rysował się na horyzoncie niczym linia wyznaczająca na mapie długość geograficzną. Nadię rozbawiło to porównanie. Słońce otaczał bledziutki pierścień lodowej mgiełki, której najniższy łuk dotykał horyzontu. Lód sublimował z czapy polarnej i lśnił w powietrzu nad Nadią w postaci pierścienia złożonego z miriadów kryształków. Uśmiechnęła się radośnie i odcisnęła ślady swoich butów na północnym biegunie Marsa.

Tego wieczoru włączyli polaryzatory, więc widok białej pustyni za oknami modułu był bardzo zaciemniony. Nadia siedziała wyprostowana z opróżnioną tacą na kolanach, małymi łykami popijając z filiżanki kawę. Cyfrowy zegar przeskoczył z 11:59:59 na 12:00:00 i zatrzymał się. Jego bezruch jeszcze bardziej podkreślił ciszę panującą w pojeździe. Simon spał, a Ann zajmowała siedzenie kierowcy i obserwowała okolicę. Obok niej stała taca z na wpół zjedzoną kolacją. Nie było słychać żadnego dźwięku poza szumem wentylatora.

— Cieszę się, że nas tu przywiozłaś — odezwała się Nadia. — Jest wspaniale.

— Przynajmniej ktoś jeszcze jest zadowolony — mruknęła Ann. Kiedy była zła albo rozgoryczona, jej głos stawał się monotonny i jakiś dziwnie daleki, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała. — Niedługo już nie będzie tego świata.

— Jesteś pewna, Ann? Czapa ma tu pięć kilometrów głębokości, czy nie tak mówiłaś? Naprawdę sądzisz, że zniknie tylko dlatego, iż przykryje ją czarny pył?

Ann wzruszyła ramionami.

— Zależy, jak bardzo ją ogrzejemy, jak dużo jest w ogóle wody na planecie i ile wody z regolitu wypłynie na powierzchnię po ociepleniu atmosfery. Nie poznamy odpowiedzi na żadne z tych pytań, póki się to nie stanie. Jednakże podejrzewam, że ponieważ czapa jest pierwotną, najbardziej widoczną masą wodną, będzie najbardziej wrażliwa na wszelkie zmiany. Może wyparować niemal całkowicie, zanim ta część wiecznej zmarzliny stopnieje przynajmniej w połowie.

— Całkowicie?

— No, trochę lodu stworzy każda następna zima, to jasne, ale jeśli spojrzysz na zmarzlinę z perspektywy globalnej, ilość wody na niej okaże się wcale nie tak duża. To jest suchy świat, Nadiu, atmosfera jest tu bardzo jałowa. Przy Marsie Antarktyda wygląda jak dżungla o urodzajnej ziemi, a pamiętasz, jak to miejsce nas wykańczało. Kiedy temperatura odpowiednio się podniesie, lód wysublimuje w błyskawicznym tempie. Cała czapa przemieści się do atmosfery i ruszy na południe, gdzie będzie zamarzać w nocy. I, w efekcie, znów się rozdzieli mniej więcej równo nad całą planetę, po czym zamarznie w centymetrowej warstwie. — Skrzywiła się. — Nie, nie, mniej, przecież większość pozostanie w powietrzu.

— Ale potem, jeśli będzie cieplej, mróz zelżeje i spadnie deszcz. Powstaną tu rzeki i jeziora, prawda?

— O ile ciśnienie atmosferyczne okaże się wystarczająco wysokie. Powstanie wody na powierzchni zależy od ciśnienia powietrza tak samo jak od temperatury. Jeśli jedno i drugie wzrośnie, za dziesięć czy dwadzieścia lat będzie tutaj piasek.

— I wtedy znajdziemy niezłą kolekcję meteorytów — wtrąciła Nadia, chcąc pocieszyć towarzyszkę.

Nie pomogło. Ann zacisnęła usta, wyjrzała przez okno i potrząsnęła głową. Jej twarz często przybierała taki ponury wyraz. Nadia była pewna, że Mars nie jest jedyną przyczyną, że musi istnieć jeszcze inne wyjaśnienie tego głębokiego wewnętrznego smutku, który trawił Ann. Kraina Bessie Smith. Trudno było to pojąć. Kiedy Maja czuła się nieszczęśliwa, przypominała Ellę Fitzgerald śpiewającą bluesa — człowiek wiedział, że to tylko pozór, kolejna maska bogatej osobowości. Kiedy Ann była nieszczęśliwa, każdy, kto na nią spojrzał, cierpiał razem z nią.

Teraz wzięła półmisek z lasagną i odwróciła się, aby wstawić go do kuchenki mikrofalowej. Za nią połyskiwała pod czarnym niebem biała pustynia, świat na zewnątrz wyglądał jak negatyw fotograficzny. Zegar nagle wskazał 12:00:01.

Cztery dni później opuścili lodowe pustkowie i ruszyli w drogę powrotną do Phyllis, George’a i Edvarda. Przebyli wzniesienie i zatrzymali się. Na horyzoncie dostrzegli jakąś budowlę. Na płaskim skalistym dnie rozpadliny stała klasyczna grecka świątynia — sześć doryckich kolumn z białego marmuru wspierających owalny dach.

— Co to jest, do diabła?

Kiedy podjechali bliżej, zobaczyli, że kolumny zostały wykonane z wyciętych przez przetwórnię lodowych walców, ustawionych jeden na drugim. Owal służący za dach był ociosany dość nierówno.

— To pomysł George’a — wyjaśniła przez radio Phyllis.

— Zauważyłem, że te lodowe kloce mają podobną średnicę jak marmurowe greckie kolumny — dodał George, bardzo zadowolony z siebie. — Reszta była prosta. Przetwórnia sprawuje się idealnie, mieliśmy więc trochę czasu do zabicia.

— Prezentuje się wspaniale — zauważył Simon. Budowla wyglądała niczym fantastyczna senna wizja albo twór jakiejś obcej cywilizacji; w półmroku połyskiwała czerwonawo jak żywy organizm, jakby pod warstwą lodu płynęła krew. — Świątynia Aresa.

— Neptuna — poprawił go George. — Sądzę, że nie powinniśmy wzywać Aresa zbyt często.

— Zwłaszcza biorąc pod uwagę ciasnotę w bazie — dorzuciła Ann.

Podążali z powrotem na południe, a trasa wyznaczona przez ślady kół i transpondery rysowała się przed nimi daleko i wyraźnie jak asfaltowa szosa. Nawet bez komentarza Ann zauważyli, że ich podróż nabrała zupełnie innego charakteru. Nie badali już krainy nietkniętej ludzką stopą, krajobraz był teraz inny, rozdzielony na dwie części śladami kół i lekko zapylonymi zielonymi kadłubami urządzeń radiolokacyjnych. Wszystko to razem oznaczało “drogę”. Nie przemierzali już dzikiego kraju, wyznaczyli tu prawdziwy szlak. Mogli teraz pozostawiać kierowanie Trójki automatycznemu pilotowi i często tak właśnie robili.

Jechali więc z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę i w zasadzie nie mieli nic do roboty poza oglądaniem rozpołowionego pejzażu albo rozmowami, które nie zdarzały im się zbyt często, z wyjątkiem jednego poranka, kiedy wdali się w gorącą dyskusję na temat Franka Chalmersa. Ann twierdziła, że jest wyrachowany i przebiegły, Phyllis z kolei upierała się, że nie odbiega specjalnie od normy i postępuje jak wszyscy, którzy posiadają władzę. Nadia, przypomniawszy sobie swoje rozmowy z nim na temat Mai, pomyślała, że cała sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Zaniepokoiły ją jednak poglądy Ann, tak otwarcie wypowiadane wobec Phyllis. Kiedy więc Phyllis wdała się w długą tyradę, rozwodząc się nad tym, jak to Frank “trzymał ich wszystkich w kupie” w ostatnich miesiącach lotu, jak nie dopuszczał do konfliktów i kolejnych podziałów, Nadia zerknęła na Ann, próbując dać jej wzrokiem do zrozumienia, że nie powinna mówić takich rzeczy w obecności Phyllis, która może to później wykorzystać przeciwko niej. Ann jednak albo jej nie zrozumiała, albo nie chciała zrozumieć.

Potem łazik zaczął nagle gwałtownie hamować i po chwili stanął. Nikt nie obserwował drogi i teraz wszyscy rzucili się nerwowo do frontowego okna.

Przed nimi leżała jakaś płaska biała płyta, tarasując drogę na przestrzeni prawie stu metrów.

— Co to jest? — krzyknął George.

— Nasza pompa zmarzlinowa — odparła Nadia wskazując palcem. — Musiała pęknąć!

— Albo zadziałała aż za dobrze! — wtrącił Simon. — To przecież wodny lód!

Przełączyli rover na sterowanie ręczne i podjechali bliżej. Zamarznięty wylew pokrywał drogę jak tafla białej lawy. Pospiesznie ubrali się w walkery i wysiedli.

— Mamy własne lodowisko — stwierdziła Nadia i podeszła do pompy. Zdjęła pokrywę ochronną i zajrzała do wnętrza. — No tak… uszkodzenie izolacji… Woda zamarzła właśnie tutaj i zacisnęła kurek na pozycji otwartej. Swoją drogą, jest tu niezły poziom ciśnienia. Woda płynęła tak długo, aż zamarzała w wystarczająco grubą warstwę, blokując pompę. Teraz wystarczy stuknąć młotkiem, a otrzymamy maleńki gejzerek.

Poszła do skrytki z narzędziami w podwoziu modułu i wyjęła kilof.

— Uwaga! — krzyknęła. Uderzyła w lód w miejsce, gdzie pompa łączyła się z wężem i w powietrze trysnął wysoki na metr strumień mętnej wody. — No, no! — Płyn bryznął na białą taflę lodu i pomimo intensywnego parowania jego część w ciągu kilku sekund zamarzła na powierzchni w kształcie białego kilkupłatkowego liścia. — Popatrzcie na to! — Otwór również zamarzł, więc strumień wody błyskawicznie opadł i buchnęła para.

— Spójrzcie, jak szybko zamarzła!

— Wygląda teraz jak krater rozbryzgowy — zauważyła Nadia z uśmiechem.

Widok był naprawdę piękny: najpierw tryskająca woda, a potem gwałtowna para podczas zamarzania.

Nadia odłupywała lód dokoła zamkniętego zaworu, podczas gdy Ann i Phyllis spierały się na temat przemieszczania się wiecznej zmarzliny, ilości wody znajdującej się na tej szerokości areograficznej i tak dalej. Można by pomyśleć, że te ciągłe kłótnie powinny się im już dawno znudzić, a jednak wciąż zaczynały od nowa. Najwyraźniej tak bardzo się nie znosiły, że nie potrafiły się powstrzymać. To była z pewnością ich ostatnia wspólna podróż. Nadia zresztą również nie miała już ochoty więcej podróżować z Phyllis, George’em i Edvardem, którzy wiecznie tryskali zadowoleniem z siebie, na każdym kroku manifestowali coś w rodzaju poczucia przynależności do kasty “wybrańców” i uważali, że wszystko wiedzą najlepiej. Ann z kolei skutecznie zrażała do siebie niemal wszystkich; jeśli się nie zmieni, zostanie zupełnie sama i nikt nie będzie chciał jej towarzyszyć w następnych wyprawach. Na przykład te uwagi na temat Franka — niewiarygodny szczyt głupoty: opowiadać Phyllis, jaki to straszny z niego człowiek.

Jeżeli Ann zrazi do siebie wszystkich poza Simonem, to nie będzie miała z kim rozmawiać w podróży, ponieważ Simon Frazier był najcichszym z całej setki osobnikiem. W czasie całej podróży wypowiedział może ze dwadzieścia zdań. To było niesamowite; jazda z nim przypominała podróż z głuchoniemym. Chociaż, kto wie, może rozmawiał z Ann, kiedy zostawali sami?

Nadia zamknęła zawór, a następnie całą pompę.

— Tam daleko na północy trzeba będzie zastosować grubszą izolację — powiedziała w przestrzeń, odnosząc narzędzia z powrotem do pojazdu.

Była już zmęczona nieustannymi złośliwymi uwagami i kłótniami; pragnęła wreszcie wrócić do bazy, do swojej zwykłej pracy. Chciała też porozmawiać z Arkadym. On jeden zawsze potrafił ją rozśmieszyć, a i ona, w jakiś naturalny sposób, wcale się specjalnie nie starając (właściwie nigdy się nie zastanawiała, jak to się dzieje) często prowokowała go do śmiechu.

Dołożyli kilka kloców wyciętych z lodowej tafli do pozostałych próbek i ustawili cztery kolejne transpondery, aby naprowadzić piloty automatów w pobliże wylewu.

— Może wyparować, prawda? — spytała Nadia.

Ann, całkowicie pogrążona w myślach, nie dosłyszała pytania.

— Tak, tak, tu jest naprawdę dużo wody — mruczała do siebie; w jej głosie wyczuwało się zmartwienie.

— Masz cholerną rację! — krzyknęła Phyllis. — Więc może teraz pojedziemy obejrzeć pokłady, które dostrzegliśmy na północnym krańcu Mareotis?

Im bliżej byli bazy, tym bardziej Ann stawała się milkliwa i wyobcowana; jej twarz niemal przez cały czas była napięta jak maska.

— O co chodzi? — spytała Nadia pewnego wieczoru, kiedy tuż przed zachodem słońca wyszły na zewnątrz, aby wymienić wadliwy transponder.

— Nie chcę wracać — odparła Ann. Klęczała przy samotnej skale, odłupując próbki. — Nie chcę, żeby ta wyprawa się skończyła. Chciałabym podróżować przez cały czas, w dół do kanionów, po wulkanicznych stożkach, po terenie chaotycznym i górach wokół Hellas. Pragnę, żeby ta podróż nie miała końca. — Westchnęła smutno. — Ale… jestem częścią zespołu. I muszę wleźć do nory razem ze wszystkimi.

— Czy rzeczywiście jest tak źle? — zapytała Nadia, myśląc o swoich pięknych podziemnych komorach z wypukłymi sufitami, o jacuzzi i o szklance wódki z lodem.

— Wiesz, że tak! Dwadzieścia cztery i pół godziny dziennie pod ziemią w tych klitkach, z Mają i Frankiem wiecznie gadającymi o polityce, z Arkadym i Phyllis walczącymi o każdy drobiazg… Dopiero teraz sobie to uświadomiłam, wierz mi… I do tego ciągle narzekający na wszystko George… i John z głową w chmurach, i Hiroko, która ma obsesję na punkcie swojego małego cesarstwa, podobnie jak Wład i Sax… Rety, co za ekipa!

— Nie są gorsi od innych. Ani gorsi, ani lepsi. Nie masz wyjścia, musisz z nimi współpracować. Nie możesz żyć tutaj w zupełnej samotności.

— Wiem, ale kiedy jestem w bazie, nie czuję się jak na Marsie. Równie dobrze mogłabym się znaleźć z powrotem na statku!

— Nie, nie, wcale tak nie myślisz — przerwała jej Nadia. — Zapominasz o czymś. — Kopnęła skałę, którą badała Ann i zaskoczona Ann podniosła oczy. — Możesz kopać skały, widzisz? Jesteśmy tutaj, Ann. Tutaj! Jesteśmy na Marsie, stoimy na nim. Każdego ranka możesz wyjść i biegać po powierzchni. I zorganizujesz jeszcze wiele ekspedycji badawczych, więcej niż ktokolwiek inny. Masz do tego prawo choćby dzięki stanowisku, które zajmujesz.

Ann w zamyśleniu spojrzała w bok.

— Czasami to dla mnie za mało.

Nadia popatrzyła na nią uważnie.

— Cóż, Ann, dobrze wiesz, że pod ziemią trzyma nas przede wszystkim promieniowanie. To, co mówisz, sugeruje w gruncie rzeczy, że chcesz, aby radiacja zniknęła. A to oznacza zgęszczenie atmosfery, to oznacza terraformowanie!

— Wiem. — Ann mówiła w takim napięciu, że w jej głosie nie pozostało ani śladu zwykłej rzeczowości. — Sądzisz, że o tym nie wiem?! — Wstała i pomachała młotkiem. — Tylko że to nie jest w porządku! To znaczy… widzisz, patrzę na tę krainę i naprawdę ją kocham. Chcę przebywać na zewnątrz, bez przerwy podróżować po powierzchni tej planety, badać ją, żyć na niej i uczyć się jej. Jednak kiedy to robię, zmieniam ją — niszczę ją, niszczę to, co kocham. Kiedy patrzę na tę drogę, którą stworzyliśmy, odczuwam prawdziwy ból! A nasza baza jest jak kopalnia odkrywkowa na środku pustyni nigdy, od samego początku świata nie tkniętej ludzką stopą. Jest taka brzydka, taka… Nie chcę robić takiej krzywdy całemu Marsowi, Nadiu, nie chcę. Wolałabym raczej umrzeć. Niech ta planeta pozostanie niezmieniona, zostawmy ją dziką i pozwólmy promieniowaniu robić, co chce. To i tak tylko kwestia statystyki, to znaczy… Jeśli radiacja zwiększy u mnie ryzyko zachorowania na raka od jednego do dziesięciu, to mam i tak dziewięć szans na dziesięć, że nie zachoruję!

— Tak, dla ciebie może dziewięć — wtrąciła Nadia. — Dla każdej jednostki. Ale dla całej grupy, dla nas wszystkich oznacza to nieodwracalne zmiany genetyczne, sama wiesz. Gdybyśmy przez cały czas przebywali na powierzchni, ten świat szybko by nas zniszczył. Nie możesz myśleć tylko o sobie.

— Tak, tak, jestem częścią zespołu — powtórzyła głucho Ann.

— Tak, jesteś.

— Wiem, wiem. — Westchnęła. — Wszyscy wciąż to powtarzamy. Będziemy kontynuować naszą pracę i uczynimy to miejsce bezpiecznym. Drogi, miasta, nowe niebo, nowa gleba. Aż Mars stanie się czymś w rodzaju Syberii albo Terytorium Północno- Zachodniego. Tylko że wtedy prawdziwy Mars zniknie, a my zostaniemy tu i będziemy się zastanawiać, dlaczego czujemy taką pustkę. Dlaczego, kiedy patrzymy na tę planetę, nie widzimy już niczego poza naszymi własnymi twarzami.

Sześćdziesiątego drugiego dnia wyprawy zobaczyli na południowym horyzoncie pióropusze dymu, pasma brązu, szarości, bieli i czerni pulsujące i mieszające się ze sobą oraz falującą chmurę w kształcie grzyba o nieco spłaszczonym kapeluszu. Obłok przesuwał się na wschód.

— Nareszcie w domu! — zawołała radośnie Phyllis.

Na wpół zasypane pyłem koleiny poprowadziły grupę w stronę dymu. Jechali przez strefę lądowania transportowców, przez ziemię poprzecinaną gmatwaniną śladów stóp, przez zadeptaną krainę ku jasnoczerwonym piaskom. Mijali rowy i kopce, doły i hałdy, aż w końcu zobaczyli wielkie, poszarpane wzgórze, na którym zbudowali swoje stałe osiedle. Wyglądało jak kwadrat ceglanej reduty, na której szczycie połyskiwało coś nowego — srebrzący się w słońcu układ magnezowych belek. Widok ten wzbudził niezwykłe zainteresowanie Nadii, ale by dotrzeć do osady, musieli jeszcze pokonać kilka tysięcy metrów krainy, której nie sposób było nie zauważyć: był to świat wszelkiego typu metalowego złomu, kraina lejów i wyrw. Mijali też parking ciągników i dźwigów, składowisko części zapasowych, wysypisko śmieci i najprzeróżniejszych odpadów przemysłowych, sektor wiatraków i płytek słonecznych baterii. Były tam wieże wodne, betonowe drogi prowadzące na wschód, zachód i południe, kondensatory atmosferyczne, niskie budynki kwater alchemików, których kominy wyrzucały widoczne z dużej odległości pióropusze dymu. Gdzieniegdzie zalegały stosy potłuczonego szkła, hałdy szarego żwiru, obok cementowni wznosiły się ogromne kopce surowego regolitu, a małe sterty tej marsjańskiej ziemi były niemal wszędzie. Całość przypominała bałaganiarskie, funkcjonalne i potwornie brzydkie Wanino, Usman czy jakieś inne miasto sowieckiego przemysłu ciężkiego na Uralu albo jakuckie kopalnie.

Jechali dobre pięć kilometrów przez ten spustoszony kraj, a kiedy dotarli do celu, Nadia nie miała odwagi podnieść oczu na Ann, która siedziała obok niej w milczeniu, płonąc z oburzenia i obrzydzenia. Nadia była zbyt zszokowana i zaskoczona zmianą, która zaszła w niej samej, by się w ogóle odezwać; wszystko, co tu widziała, przed wyprawą wydawało jej się idealnie normalne, w gruncie rzeczy nawet jej się podobało. Teraz czuła tylko niesmak i obawiała się, że Ann może jakoś gwałtownie zareagować, zwłaszcza gdyby Phyllis wyrwała się z jakąś głupią uwagą. Phyllis na szczęście również milczała i mała grupka wjechała na parking ciągników przy północnym garażu. Wyprawa dobiegła końca.

Wysiedli z roverów i jedno po drugim przeszli przez właz. Natychmiast otoczyły ich tłumnie znajome twarze: Maja, Frank, Michel, Sax, John, Ursula, Spencer, Hiroko i cała reszta. Witali ich serdecznie niczym bracia i siostry, ale było ich tak wielu, że Nadia poczuła się nagle przytłoczona, skuliła się w sobie jak anemon pod wpływem dotyku i nie mogła wydobyć głosu. Czuła, że coś jej się wymyka, chciała to jeszcze rozpaczliwie pochwycić, rozejrzała się za Ann i Simonem, ale porwała ich już kolejna grupka; teraz stali wśród nich i wydawali się podobnie jak Nadia oszołomieni. Ann zastygła nieruchomo z nieodgadnionym wyrazem na twarzy, przybierając typową dla siebie maskę pozornego spokoju.

Phyllis natomiast trajkotała radośnie, opowiadając przyjaciołom historię wycieczki.

— To jest piękne, naprawdę spektakularne, słońce świeciło przez cały czas i tam naprawdę jest lód, wiemy jak uzyskać duże ilości wody, Mars wygląda jak Arktyka, kiedy się jest na tej czapie polarnej…

— Znaleźliście może fosfor? — spytała Hiroko.

Cudownie było zobaczyć twarz Japonki niepokojącej się o fosfor dla jej roślinek. Ann odparła, że odkryła osady siarczanów w lekkiej glebie wokół kraterów Acidalii, poszły więc zobaczyć próbki. Nadia podążyła za innymi podziemnym betonowym przejściem do stałego osiedla, marząc o prawdziwym prysznicu i świeżych warzywach, jednym uchem słuchając Mai, przekazującej jej najnowsze wieści. Była w domu.

Wróciła do swojej pracy. Tak jak przed wyjazdem miała jej masę, czekała na nią istna lawina zajęć, nie kończąca się lista rzeczy do zrobienia i nigdy dosyć czasu, ponieważ jeśli nawet niektóre zadania pochłaniały go — dzięki robotom — dużo mniej niż oczekiwała, inne znowu zabierały go o wiele więcej. I żadna z tych nowych prac, choćby były nie wiadomo jak bardzo interesujące w sensie technicznym, nie dawała już Nadii tej samej radości, co budowanie pomieszczeń o wypukłych sklepieniach.

Jeśli chcieli wykorzystać do czegoś główny plac pod kopułą, musieli położyć na nim fundament, złożony z regularnych warstw, żwir, beton, żwir, włókno szklane, regolit i w końcu oczyszczona ziemia. Samą kopułę trzeba by wykonać z podwójnych szyb grubego, hartowanego szkła, aby utrzymać odpowiednie ciśnienie i zatrzymać promienie ultrafioletowe oraz wystarczająco duży procent promieniowania kosmicznego. Po skończeniu kopuły planowali urządzić pod nią ogrodowe atrium o powierzchni dziesięciu tysięcy metrów kwadratowych. Pomysł uznano za dość ciekawy i wszystkim się spodobał.

Jednak kiedy Nadia zajęła się kolejnymi aspektami budowy, złapała się na tym, że błądzi gdzieś daleko myślami, a żołądek ma skurczony. Maja i Frank już nie rozmawiali na tematy zawodowe, co oznaczało, że ich prywatne kontakty są naprawdę złe. Frank chyba nie chciał również rozmawiać z Johnem, a to było wprost żenujące. Przerwany romans między Saszą i Jelim wywołał wybuch czegoś w rodzaju wojny domowej wśród ich przyjaciół, z kolei Iwao, Paul, Ellen, Rya, Gene, Jewgienia i reszta ekipy Hiroko, może w odpowiedzi na te wszystkie kłótnie i niesnaski, wraz ze swoją szefową spędzali każdy dzień w budowanym atrium albo w oranżeriach, żyjąc tam razem i separując się od świata jeszcze bardziej niż dotąd. Włada, Ursulę i resztę zespołu medycznego całkowicie pochłonęły badania eksperymentalne, w związku z czym niemal zupełnie zarzucili stałą kontrolę kliniczną kolonistów, co doprowadzało Franka do wściekłości, genetycy natomiast spędzali cały swój czas na parkingu przyczep przekształconym w laboratoria.

W dodatku Michel zachowywał się tak, jakby nic złego się nie działo, jakby to nie on był jedynym psychologiem kolonii. Spędzał masę czasu przed telewizorem i oglądał francuski program, a kiedy Nadia spytała go o konflikt między Frankiem i Johnem, w odpowiedzi tylko obrzucił ją obojętnym, pustym spojrzeniem.

Byli na Marsie już od czterystu dwudziestu dni i pierwsze chwile uniesienia bezpowrotnie minęły. Przestali się zbierać każdego wieczoru, aby zrobić plan pracy na następny dzień czy omówić aktualne przedsięwzięcia i wątpliwości.

— Jesteśmy zbyt zapracowani — odpowiadali ludzie, gdy Nadia się dopytywała.

— Cóż, wiesz, to jest zbyt zawikłane, aby dało się opowiedzieć. Zresztą, śmiertelnie byś się znudziła. Mnie samego to usypia.

I tak dalej.

Nadia często, czasem w najmniej odpowiednich chwilach mimo woli przywoływała w wyobraźni obraz czarnych wydm, białego lodu, sylwetek rysujących się na tle rozświetlonego zachodzącym słońcem nieba. Przenikał ją wtedy zawsze dziwny dreszcz i z westchnieniem otrząsała się z tych wspomnień. Ann zorganizowała już kolejną wyprawę i odjechała, tym razem na południe, by zwiedzić najdalej na północ wysunięte tereny wielkiej Valles Marineris, gdzie podobno można było zobaczyć zupełnie nieprawdopodobne cuda. Nadia była niezbędna w bazie, więc i tak nie mogła pojechać z Ann do kanionów. Do tego jeszcze Maja nieustannie zrzędziła, że Ann tak często wyjeżdża.

— To jasne, że między nią a Simonem coś się zaczęło i właśnie sobie spędzają w najlepsze miesiąc miodowy, podczas gdy my tutaj harujemy.

W taki sposób Maja patrzyła na wszystko, z tym kojarzyło jej się szczęście, zwłaszcza że głos Ann w słuchawce rzeczywiście przepełniony był radością. Ann była z dala od grupy i Nadia wiedziała, że to jej zupełnie wystarcza do szczęścia. A jeśli ona i Simon naprawdę nawiązali romans, byłby to zupełnie naturalny drugi powód do radości. Nadia miała nadzieję, że rzeczywiście zostali parą, wiedziała bowiem, że Simon kocha Ann, a wyczuwała w niej ogromną, bezgraniczną samotność, przeraźliwą potrzebę bliskości drugiego człowieka. Ach, gdyby tylko mogła znowu do nich dołączyć!

Niestety, musiała tkwić w bazie. Rzuciła się więc w wir pracy; kierowała ekipami pracowników, obchodziła tereny budów i zrzędziła na niestaranną robotę. Podczas podróży odzyskała nieco władzy w okaleczonej ręce, toteż znowu mogła prowadzić ciągniki i buldożery. Spędzała długie dni, operując maszynami, ale nic nie było już takie samo jak przed wyprawą.

Było Ls = 208, gdy po raz pierwszy przyleciał na Marsa Arkady. Nadia postanowiła go powitać, poszła więc do nowego portu kosmicznego, stanęła na pokrytej pyłem szerokiej betonowej platformie i z niecierpliwością czekała na przylot. Cement w kolorze sjeny palonej był już poznaczony żółto-czarnymi plamami wcześniejszych lądowań.

W pewnej chwili na różowym niebie pojawiła się gondola Arkadego; najpierw w postaci białej kropeczki, potem żółtego płomyczka, wyglądającego jak odwrócona dysza benzynowego silnika, aż w końcu jako szybko rosnąca kula z palnikami i splotem lin pod słupem ognia. Wreszcie z nieziemską wprost delikatnością balon wylądował dokładnie w wyznaczonym miejscu. Nadia wiedziała, że Arkady przez dłuższy czas pracował nad programem podchodzenia do lądowania; najwyraźniej z dobrymi rezultatami.

Rosjanin wyszedł z włazu ładownika jakieś dwadzieścia minut później i stanął wyprostowany na najwyższym stopniu trapu, rozglądając się wokoło. Później zszedł po schodkach z dużą pewnością siebie, a kiedy znalazł się na ziemi, na próbę podskoczył na czubkach palców, zrobił kilka kroków, potem okręcił się wokół własnej osi z szeroko rozwartymi ramionami. Nadii przypomniało się nagle, jak czuje się człowiek, gdy po raz pierwszy stanie na powierzchni Marsa i na nowo poczuła tamto wyraźne wrażenie pustki. A wtedy Arkady się przewrócił.

Zaczęła biec ku niemu, a on ją zobaczył, wstał, od razu ruszył w jej kierunku i znowu się potknął o nierówny cement portlandzki. Pomogła mu się podnieść, po czym padli sobie w objęcia, słaniając się na nogach: on w dużym, napełnionym sprężonym powietrzem skafandrze, ona w lekkim walkerze. Jego zarośnięta twarz wyglądała szokująco prawdziwie za szybą hełmu; wideotelefoniczne rozmowy sprawiły, że Nadia zapomniała o trzecim wymiarze i o wszystkim, co czyni bliską istotę tak żywą, tak bardzo realną. Arkady puknął lekko szybką swojego hełmu ojej szybkę i uśmiechnął się z szaleńczą radością. Poczuła, że na jej twarzy zakwita podobny uśmiech.

Wskazał na konsoletę na nadgarstku i włączył się na ich prywatny kanał — 4224, a ona zrobiła to samo.

— Witamy na Marsie! — zawołała radośnie.

Za Arkadym wysiadali kolejno Aleks, Janet i Roger, a potem wszyscy wsiedli do otwartego wagonika jednego z Modeli Ts i Nadia zawiozła ich do bazy, najpierw szeroką brukowaną drogą, a potem na skróty przez dzielnicę alchemików. Opowiadała im o każdym mijanym budynku, świadoma, że wszyscy ich rozpoznają. Nagle przypomniała sobie, jak sama się czuła po wyprawie na biegun. Wreszcie zatrzymali się przy śluzie prowadzącej do garażu, wysiedli, a potem Nadia wprowadziła ich do środka. Tu czekały na nich prawdziwe tłumy.

Później tego samego dnia Nadia oprowadziła Arkadego po kwadracie podziemnych komór, po kolejnych umeblowanych pokojach, a następnie pokazała mu atrium. Za szklanymi kasetonami kopuły niebo miało kolor rubinu, a magnezowe filary połyskiwały jak zaśniedziałe srebro.

— No i? — spytała w końcu, nie mogąc już dłużej się powstrzymywać. — Co o tym sądzisz?

Arkady tylko się roześmiał i znów ją uściskał. Wciąż ubrany był w skafander kosmiczny; jego głowa bez hełmu była jakoś nienaturalnie mała. Wyglądał jak nadmuchany grubas i Nadia chciała, żeby już zdjął skafander.

— Cóż, niektóre z tych budowli są niezłe, inne kiepskie. Tylko dlaczego są takie brzydkie? I takie smutne?

Nadia z irytacją wzruszyła ramionami.

— Mieliśmy wiele pracy.

— My też ciężko pracowaliśmy na Fobosie, a powinnaś zobaczyć, co tam stworzyliśmy! Otoczyliśmy wszystkie chodniki murem z niklowych płytek. Zdarliśmy z nich platynę, a roboty w nocy pokryły je wzorami, reprodukcjami Eschera, rzędem luster, aby stworzyć wrażenie przestrzeni, i ziemskimi krajobrazami. Naprawdę musisz to zobaczyć! Do niektórych komór można wstawić świecę i otrzymuje się obraz gwiazd na niebie albo pokoju zalanego ogniem kominka… Każde nasze pomieszczenie jest dziełem sztuki, poczekaj, aż zobaczysz!

— Czekam na to — Nadia potrząsnęła głową, uśmiechając się niepewnie.

Wieczorem urządzili wielką wspólną kolację w dużym pomieszczeniu złożonym z czterech połączonych komór. Jedli kurczaki, sojowe burgery, ogromne sałatki i wszyscy mówili naraz. Panowała atmosfera jak w najlepszych miesiącach na Aresie albo nawet na Antarktydzie. W pewnym momencie Arkady wstał, aby opowiedzieć o pracy na Fobosie:

— Cieszę się, że w końcu jestem w Underhill — zaczął. Jego grupa na Fobosie już prawie ukończyła pokryte kopułą miasteczko Stickney, a pod jego powierzchnią drążyli długie chodniki w popękanej skale, podążając za lodowymi żyłami pod całą powierzchnią księżyca. — Gdyby jeszcze nie brakowało tam grawitacji, byłoby to naprawdę wspaniałe miejsce — podsumował. — Ale tej jednej sprawy nie możemy rozwiązać. Spędziliśmy większość wolnego czasu nad budową pociągu grawitacyjnego, który podpowiedziała nam Nadia, ale jest to trudne przedsięwzięcie, zwłaszcza kiedy jednocześnie trzeba wykonywać całą pracę w Stickney i pod nim. Na razie spędzamy więc zbyt wiele czasu w nieważkości albo na ćwiczeniach i trochę tracimy siły. Nawet słaba marsjańskia grawitacja sprawia teraz, że czuję się zmęczony, oszołomiony i mam zawroty głowy.

— To nic nowego u ciebie, Arkady! — roześmiał się ktoś.

— Tak czy owak, musimy pracować na zmianę albo z pomocą robotów. Rozważamy myśl, aby na stałe przylecieć do was na dół. Wszyscy! Wykonaliśmy naszą część roboty, stacja kosmiczna działa i jest do dyspozycji tych, którzy polecą tam po nas. Teraz chcemy otrzymać nagrodę tu na Marsie! — Podniósł szklankę w toaście.

Frank i Maja zmarszczyli brwi. Nikt nie chciał lecieć na Fobosa, a jednocześnie Houston i Bajkonur domagały się, aby przez cały czas przebywali tam ludzie. Na twarzy Mai pojawił się znany z Aresa wyraz mówiący, że wszystko, co złe, jest winą Arkadego; ten spojrzał na nią i wybuchnął śmiechem.

Następnego dnia Nadia z kilkoma osobami zabrała Arkadego na bardziej szczegółową wycieczkę po miasteczku pod wzgórzem, które z angielska nazwali Underhill, oraz po okolicy. Rosjanin przez cały czas z zamyśleniem kiwał głową i ciągle powtarzał: “No tak, ale… Tak, tak, ale…”, a potem wyrzucał z siebie jedną krytyczną uwagę za drugą, aż w końcu nawet Nadia zaczęła się na niego wściekać. Z drugiej strony rzeczywiście trudno było zaprzeczyć, że okolica Underhill była zdewastowana i wyglądała jak zmiażdżona gigantycznym młotem aż po horyzont, tak że wydawało się, jak gdyby zniszczyli całą planetę.

— Zabarwienie cegieł to żadna filozofia — stwierdził w pewnej chwili Arkady. — Wystarczy dodać tlenku manganu z wytopu magnezowego i będziecie mieli krystalicznie białe. Dodajcie węgiel pozostały po procesie Boscha, a otrzymacie czarne. Wszelkie odcienie czerwieni, łącznie z pewnymi naprawdę oszałamiającymi odmianami purpury, można uzyskać przez domieszki odpowiednich ilości różnych tlenków żelaza. Siarka dla żółtych… — Zastanowił się przez moment. — Musi też istnieć coś na zielone i niebieskie, nie wiem co, ale Spencer pewnie wam powie, może jakiś polimer oparty na siarce, hmm… Jaskrawa zieleń wyglądałaby cudownie w takim czerwonym miejscu. Miałaby metaliczny czarniawy odcień na tle nieba, ale nadal byłaby to przyciągająca wzrok zieleń. A potem z tych kolorowych cegieł zbudujcie mozaikowe ściany. Można zrobić takie piękne rzeczy… Niech każdy zaprojektuje jedną ścianę albo cały budynek, wedle uznania… Te wszystkie wytwórnie w dzielnicy alchemików wyglądają jak szopy albo zapchane puszki z sardynkami. Cegła dokoła nich stanowiłaby doskonałą izolację, jak więc widzicie, istnieje również poważny powód naukowy, aby to uczynić. Chociaż, prawdę mówiąc, najważniejszy jest ich przyjemny wygląd. To ma wyglądać jak dom. Zbyt długo mieszkałem w państwie, dla którego liczyła się tylko użyteczność. Powinniśmy pokazać, że tutaj cenimy nie tylko względy praktyczne, prawda?

— Cokolwiek zrobimy z budynkami — przerwała mu ostro Maja — ziemia dokoła nadal pozostanie tak strasznie rozryta.

— Ależ niekoniecznie! Słuchajcie, kiedy skończycie budowę, możecie przywrócić powierzchnię do poprzedniego stanu, a potem chaotycznie porozrzucać po niej skałki i kamienie, upodabniając ją do innych tutejszych równin. Odpowiednią ilość miału naniosą dość szybko burze pyłowe i jeśli potem zadbacie, by ludzie chodzili tylko po wyznaczonych ścieżkach, a pojazdy jeździły po drogach albo torach, już wkrótce gleba z powrotem przybierze pierwotny wygląd. Wyobraźcie sobie: naturalna powierzchnia z rozrzuconymi tu i ówdzie budynkami z kolorowej mozaiki, przezroczystymi szklarniami wypełnionymi zielenią, poprzecinana żółtymi ceglanymi drogami i tak dalej. Tak właśnie musimy postępować! To jest kwestia ducha! I nie ma sensu twierdzić, że można to zrobić wcześniej, bo to nieprawda. Musieliśmy najpierw zbudować bazę materialną, a to zawsze pociąga za sobą bałagan… W każdym razie teraz już ją mamy i jesteśmy gotowi, by projektować architektoniczne dzieła sztuki i zająć się potrzebami ducha.

Arkady zamachał rękami, a potem nagle zastygł i w milczeniu popatrywał na otaczające go pełne wątpliwości twarze.

— Cóż, zawsze to jakiś pomysł, prawda?

Na pewno, pomyślała Nadia, rozglądając się z zainteresowaniem i próbując sobie wyobrazić wizję zwariowanego Rosjanina. Może takie artystyczne działanie przywróciłoby jej radość z pracy? Może wtedy Ann czułaby się tutaj znacznie lepiej?

— Kolejne pomysły Arkadego — mruknęła kwaśno Maja podczas wieczornej rozmowy w basenie. — Tylko tego nam tu jeszcze brakowało.

— Te są naprawdę bardzo interesujące — odparła Nadia, po czym wyszła z wody, wzięła prysznic i włożyła kombinezon.

Nieco później tej samej nocy spotkała się znów z Arkadym i zabrała go, aby mu pokazać północno-zachodni kraniec Underhill. Był jeszcze nie wykończony i stały tam nagie ściany, mogła więc mu objaśnić szczegóły konstrukcyjne.

— Jest bardzo elegancki — zauważył, pocierając ręką cegły. — Wierz mi, Nadiu, całe Underhill jest wspaniałe. Wszędzie tu widać twoją rękę.

Mile połechtana, podeszła do ekranu i wyświetliła plany, które opracowała dla projektowanego większego osiedla. Miało się składać z trzech rzędów sklepionych komór zakopanych pod powierzchnią jednej ściany bardzo głębokiego rowu; na przeciwległej ścianie wykopu zamierzała umieścić lustra, które kierowałyby słoneczne światło w dół do pomieszczeń… Arkady kiwał głową, uśmiechał się i co chwila wskazywał na ekran, zadając pytania i czyniąc różne sugestie i propozycje:

— Pasaż między pokojami a ścianą rowu na otwartej przestrzeni. Każde piętro leży trochę niżej i bardziej do tyłu, toteż wszystkie balkony wychodzą na ten pasaż…

— Tak, to chyba możliwe… — Rozmawiając, nieustannie modyfikowali na ekranie komputera pierwotny szkic architektoniczny.

Następnie weszli do atrium. Stanęli pod wysokim drzewkiem zwieńczonym koroną ciemnych bambusowych liści. Rośliny ciągle jeszcze rosły w donicach, glebę bowiem dopiero przygotowywano. Panowała cisza, było ciemno.

— Moglibyście chyba obniżyć powierzchnię o jedno piętro — zauważył łagodnie Arkady. — I wyciąć okna i drzwi w tych podziemnych komorach. To by je rozjaśniło.

Nadia skinęła głową.

— Myśleliśmy o tym i dokładnie tak zamierzamy zrobić, ale prace posuwają się powoli, ponieważ wiele czasu zabiera wynoszenie wykopanej ziemi przez śluzy. — Wpatrywała się w niego w milczeniu . — No dobrze, Arkady, a co z nami? Jak dotąd rozmawiamy tylko o infrastrukturze. Zawsze mi się wydawało, że upiększanie budynków nie należy do najważniejszych zadań na twojej liście priorytetów.

Arkady uśmiechnął się.

— Cóż, może wszystkie postulaty z wyższych pozycji listy zostały już zrealizowane.

— Co? Czy to naprawdę mówi Arkady Nikołajewicz?

— No, wiesz… Nie mam zwyczaju narzekać tylko dla samego narzekania, panno Dziewięciopalczasta. To, co się tutaj dzieje, powoli staje się bliskie temu, czego domagałem się przez całą podróż. Głupotą byłoby się teraz skarżyć.

— Muszę przyznać, że mnie zaskakujesz.

— Czyżby? No to przypomnij sobie, jak dzielnie pracowaliście wszyscy razem w ciągu ostatniego roku.

— Pół roku.

Roześmiał się.

— Pół roku.! przez ten cały czas naprawdę nie było wśród was żadnych przywódców. Te nocne zebrania, na których każdy mówił, co myśli, i grupa wspólnie decydowała, jakie prace są najważniejsze. Tak właśnie być powinno. Poza tym nikt nie traci czasu na kupowanie czy sprzedawanie, ponieważ nie ma rynku. Wszystko należy w równej mierze do wszystkich. W dodatku nikt nie odczuwa nawet chęci wyprodukowania czegokolwiek ponad doraźne potrzeby, ponieważ poza nami nie ma nikogo, komu można by to sprzedać. To jest po prostu wspaniała komuna, ideał demokracji. Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich.

Nadia westchnęła.

— Wszystko się zmienia, Arkady. Nie jest już tak, jak mówisz. Wszystko się zmienia. Taka komuna nie może trwać.

— Nie mów tak! — krzyknął. — Będzie trwała, jeśli tylko będziemy tego chcieli.

Spojrzała na niego sceptycznie.

— Wiesz, że to nie jest takie proste.

— No cóż, pewnie rzeczywiście nie jest. Ale nie jest też niemożliwe! Potrafimy temu podołać!

— Może. — Westchnęła, myśląc o Mai i Franku, o Phyllis, Saxie i Ann. — Ostatnio wszyscy strasznie się kłócą.

— Co niczemu nie przeszkadza, dopóki respektujemy pewne podstawowe zasady.

Nie przekonana potrząsnęła głową i potarła bliznę palcami zdrowej ręki. Brakujący palec swędział i nagle Nadia poczuła przygnębienie. W górze na tle zimnobarwnych gwiazd rysowały się cienie długich bambusowych liści; wyglądały jak laseczki gigantycznych bakterii. Dwoje Rosjan szło ścieżką wśród donic z roślinami. Arkady ujął okaleczoną dłoń Nadii i tak długo oglądał bliznę, aż zrobiło jej się nieswojo i próbowała cofnąć rękę. Wtedy podniósł ją do ust i złożył pocałunek na kłykciu u podstawy jej palca serdecznego.

— Masz silne ręce, panno Dziewięciopalczasta.

— Miałam — odparła, zaciskając dłoń w pięść.

— Któregoś dnia Wład wyhoduje dla ciebie nowy palec — oznajmił Arkady, otworzył jej pięść i wziął Nadię za rękę. Ruszyli dalej, trzymając się za ręce. — To mi przypomina ogród botaniczny w Sewastopolu — dodał.

— Aha — mruknęła Nadia dość nieuważnie, delektując się jego bliskością; ciepło jego dłoni sprawiało jej prawdziwą przyjemność. On również miał silne ręce.

Nadia miała pięćdziesiąt jeden lat. Przygarbiona, mała rosyjska kobieta o siwych włosach, robotnik budowlany bez jednego palca. Tak wspaniale było czuć ciepło ciała bliskiej osoby. Wydawało jej się, że trwa to nieskończenie długo, a jej ręka wchłaniała to uczucie jak gąbka, aż blizna zaczęła świerzbić, nabrzmiała i gorąca. Arkady musi się dziwnie czuć, trzymając coś takiego w dłoni, pomyślała, ale szybko odepchnęła od siebie tę myśl. Ogarnęła ją wielka czułość.

— Cieszę się, że tu jesteś — szepnęła.

Pobyt Arkadego w Underhill przypominał chwilę przed burzą. Ludzie zaczęli gruntowniej zastanawiać się nad tym, co robią, poddawali analizie dotychczasowe przyzwyczajenia i pod tą nową presją niektórzy zachowywali się defensywnie, inni zaś agresywnie. Wszystkie stałe kłótnie wybuchły z nową siłą; gwałtownie rozgorzała także debata na temat terraformowania.

Teraz dyskusje wokół tego problemu nie zdarzały się już tylko co jakiś czas — były raczej stale powracającym tematem, żelaznym punktem codziennej wymiany poglądów. Towarzyszyły pracy, posiłkom, zasypianiu. Niemal wszystko mogło sprowokować rozmowę na ten temat: widok białego, zmrożonego pióropusza nad Czarnobylem, przyjazd ze stacji polarnej obciążonego kostkami lodu automatycznego rovera, chmury na porannym niebie. Widząc takie czy inne zjawisko, mawiali: “To doda nieco ciepła do atmosfery”, albo: “Czy sześciofluoroetan nie nadawałby się do oranżerii?”.

Niemal po każdym takim zdaniu rozpoczynał się spór o techniczne aspekty terraformowania. Czasami, gdy temat pojawiał się wieczorami w Underhill, rozmowa o kwestiach technicznych zmieniała się w dysputę filozoficzną, co niejednokrotnie prowadziło do długich i zażartych kłótni.

Oczywiście, debata nie ograniczała się do Marsa. Dyskutowano na ten temat zarówno w ośrodkach politycznych — na Bajkonurze, w Houston, Moskwie, Waszyngtonie i nowojorskim biurze do spraw Marsa przy Organizacji Narodów Zjednoczonych, jak i w agencjach rządowych, redakcjach gazet codziennych, salach konferencyjnych przedsiębiorstw, kampusach uniwersyteckich, barach i domach na całym świecie.

Na Ziemi ludzie zaczęli używać w dyskusjach nazwisk kolonistów jako swego rodzaju symboli dla określenia różnych stanowisk i koloniści oglądając wiadomości z rodzimej planety, często słyszeli, jak ludzie mówią, że na przykład popierają opcję Clayborne’a albo są przychylnie nastawieni wobec programu Russella. Tego typu stwierdzenia przypominały grupie o ich ogromnej sławie na Ziemi i o tym, że jako postacie stałego serialu telewizyjnego wciąż mają wpływ na widzów. A przecież koloniści tak bardzo chcieli zapomnieć o nieprzerwanych transmisjach wideo, zwłaszcza że po nawale specjalnych poświęconych im programów telewizyjnych i wywiadów, towarzyszącym lądowaniu na Czerwonej Planecie, pragnęli się po prostu skupić na pracy, na codzienności życia na Marsie. Kamery jednak wciąż były włączone, nagrywały taśmę za taśmą i przesyłały je na Ziemię, gdzie czekały nieprzeliczone rzesze wielbicieli przedstawienia.

W każdym razie na temat terraformowania niemal każdy mieszkaniec Ziemi miał swoje zdanie. Badania opinii publicznej wskazywały, że najwięcej osób popiera “program Russella”, czyli plany Saxa, który chciał przekształcać planetę na wszelkie możliwe sposoby i tak szybko, jak tylko się da. Stanowiący mniejszość przedstawiciele rozmaitych ugrupowań popierających koncepcję Ann, że nie należy niczego zmieniać w atmosferze i powierzchni planety, byli natomiast bardziej stanowczy i porywczy. Posługiwali się zresztą mocnym argumentem, twierdząc, że nie wolno dopuścić do terraformowania Marsa, ponieważ z pewnością odbije się to na polityce antarktycznej, a może nawet na całej polityce ziemskiej związanej ze środowiskiem naturalnym. Przeprowadzone na Ziemi badania opinii publicznej na temat pozostałych koncepcji wykazały też, że wielu zwolenników ma Hiroko i jej projekty dotyczące farmy; powstała również spora grupa bogdanowistów, od nazwiska Arkadego, który przesyłał na ojczystą planetę wiele kaset z widoczkami z Fobosa. Trzeba przyznać, że , jego” księżyc wyglądał rzeczywiście wspaniale, był prawdziwą kopalnią pomysłów architektonicznych i technicznych. Na Ziemi nowe hotele i centra handlowe już zaczęły naśladować niektóre z fobosjańskich koncepcji, a więc również w dziedzinie architektury powstał prąd zwany bogdanowizmem. Był podobny do innych ruchów o tej samej nazwie, tyle że mniej się koncentrował na proponowanych przez ognistowłosego Rosjanina społecznych i ekonomicznych reformach porządku świata.

Natomiast na Marsie terraformowanie było głównym tematem niemal wszystkich dyskusji i sprzeczek odgrywanych przez kolonistów przed kamerami — na tej największej scenie publicznej. Niektórzy jednak buntowali się, unikali kamer i odmawiali udzielania wywiadów.

— Właśnie od tego chciałem uciec, kiedy zdecydowałem się tu przylecieć — powtarzał Iwao, asystent Hiroko, i sporo osób się z nim zgadzało.

Większości osadników stała obecność ziemskich mediów była jednak zupełnie obojętna, a kilku chyba nawet lubiło tę popularność. Na przykład cotygodniowy program Phyllis nadawany był na cały świat jednocześnie przez chrześcijańskie stacje kablowe i kanały ekonomiczne. Cokolwiek jednak myśleli na ten temat poszczególni koloniści, dla wszystkich zaczynało być oczywiste, że coraz więcej ludzi na Ziemi i na Marsie uważa terraformowanie za konieczne i pożądane. Nie zadawano już pytania: “czy”, ale “kiedy” i “w jakim stopniu”.

Wśród samych osadników panowało prawie powszechne przekonanie, że należy rozpocząć omawianie planowanych zmian. Bardzo niewiele osób opowiadało się po stronie Ann: oczywiście Simon, może Ursula i Sasza, może Hiroko, na swój sposób John i ostatnio również Nadia. Przeciwników terraformowania nazywano na Ziemi “czerwonymi”, ale dla tamtych z konieczności był on problemem czysto teoretycznym, pewną postawą estetyczną. Najsilniejszym argumentem tej grupy, podkreślanym także przez Ann w komunikatach na Ziemię, była hipotetyczna możliwość istnienia życia na Marsie.

— Jeśli tu istnieje jakieś życie — mówiła Ann — radykalna zmiana klimatu może je bezpowrotnie zniszczyć. Nie powinniśmy ryzykować, póki nie rozstrzygniemy tej kwestii. To byłoby nienaukowe, a co gorsza niemoralne!

W tej jednej kwestii zgodziło się z nią nadspodziewanie wiele osób, wśród nich wielu członków ziemskich towarzystw naukowych mających bezpośredni wpływ na opinie UNOMY — komitetu do spraw Marsa przy ONZ — której bezpośrednio podlegała kolonia. Za każdym razem, gdy Sax słyszał tezę o życiu na planecie, gwałtownie mrugał oczyma.

— Nie ma najmniejszej przesłanki na potwierdzenie hipotezy, że na powierzchni istnieje czy też istniało kiedykolwiek jakiekolwiek życie — mawiał spokojnie. — Jeśli naprawdę tu jest, musi się znajdować gdzieś pod powierzchnią, na przykład pod stożkami wulkanów. Ale nawet gdyby tam było, moglibyśmy go szukać przez tysiące lat i nigdy nie znaleźć. Nigdy też nie będziemy pewni na sto procent, że szukaliśmy już wszędzie… Czekanie, aż dowiemy się na pewno, że tu nie ma życia, co większość uważało za pewnik, w praktyce oznacza całą wieczność. I to z powodu jakiejś mglistej i naprawdę mało prawdopodobnej możliwości istnienia życia, któremu terraformowanie i tak z pewnością tak od razu nie zagraża.

— Ależ oczywiście, że zagraża — odparowała Ann. — Może rzeczywiście nie od razu, ale w końcu wieczna zmarzlina stopnieje, w nieodwracalny sposób zmieniając hydrosferę, a ocieplenie klimatu, woda i ziemskie formy życia — bakterie, wirusy, glony, skażą wszystko. Może nie natychmiast, ale z pewnością w końcu tak właśnie się stanie. Nie możemy tego zaryzykować.

Sax wzruszył ramionami.

— Ależ mówimy tylko o potencjalnie istniejącym życiu, a jego prawdopodobieństwo jest naprawdę bardzo małe… Przez pierwsze stulecia terraformowanie z pewnością nie będzie stanowiło żadnego niebezpieczeństwa. A w tym czasie przypuszczalnie zdołamy je zlokalizować i ochronić.

— Chyba że nie uda nam się go odszukać.

— A więc ma nas powstrzymać jakieś mało prawdopodobne życie, którego możemy w ogóle nigdy nie znaleźć? Tym razem Ann wzruszyła ramionami.

— Niestety, musimy tak postąpić, chyba że masz zamiar zdeklarować się jako zwolennik niszczenia życia na innych planetach tylko dlatego, że na razie nie potrafimy go zlokalizować. I nie zapominaj o jeszcze jednej kwestii: gdybyśmy odkryli tutaj jakiekolwiek formy życia, byłoby to największe odkrycie w historii ziemskiej cywilizacji. Fakt ten miałby niewyobrażalne wręcz znaczenie dla rozstrzygnięcia problemu częstotliwości występowania życia w kosmosie. Przecież poszukiwanie życia jest jednym z głównych powodów, dla których wyruszyliśmy w tę podróż!

— Cóż — odparł Sax — tymczasem nasze życie, które z pewnością istnieje, jest narażone codziennie na niezwykle wysoką radiację. Jeśli nie zrobimy czegoś, aby ją zmniejszyć, prawdopodobnie nie przeżyjemy tu zbyt długo. Potrzebujemy gęstszej atmosfery, aby zatrzymała przynajmniej część promieniowania.

Nie była to wprawdzie odpowiedź na zastrzeżenia Ann, ale Sax wiedział, że jest to najpoważniejszy argument przemawiający za terraformowaniem. Miliony ludzi na Ziemi chciało przylecieć na Marsa, do tego nowego Dzikiego Zachodu, gdzie życie znowu było przygodą; zarówno prawdziwe, jak i fałszywe listy kandydatów czekających na emigrację krążyły wśród ludzi i wydłużały się z dnia na dzień. Nikt jednak nie chciał mieszkać w świecie, w którym nie było ucieczki przed mutagennym promieniowaniem i prawdziwa chęć uczynienia planety bezpieczną dla istot ludzkich była u większości osób silniejsza niż pragnienie ochrony i zachowania w stanie niezmienionym martwego świata czy też obrony hipotetycznego życia. Zwłaszcza że całe setki naukowych autorytetów zapewniały, iż w ogóle nie może ono istnieć na Marsie.

Wyglądało więc na to, że mimo zalecanej przez wielu roztropności terraformowanie prędzej czy później się rozpocznie. W celu podjęcia ostatecznej decyzji zebrał się również wyznaczony do tych spraw podkomitet UNOMY, a na Ziemi zaczął się upowszechniać pogląd, że przekształcanie Czerwonej Planety jest po prostu kolejnym krokiem w nieuniknionym postępie, częścią naturalnego porządku rzeczy. Oczywistym przeznaczeniem.

Na Marsie jednakże temat ten był ważniejszy i pilniejszy, stanowił nie tyle dylemat filozoficzny, co kwestię przeżycia. Tutaj rzeczywistym problemem było trujące lodowate powietrze i przyjmowane codziennie przez ludzi potężne dawki promieniowania. Sporo nastawionych przychylnie do terraformowania kolonistów zgromadziło się wokół Saxa i była to grupa najbardziej radykalna — nie tylko chciała przekształcać planetę, ale w dodatku pragnęła zacząć te działania tak szybko, jak to tylko możliwe. Nikt nie był pewien, co to oznacza w praktyce, szacowano, że czas potrzebny na stworzenie “środowiska odpowiedniego dla istot ludzkich” może się kształtować od stu lat do dziesięciu tysięcy (opinie najbardziej krańcowe to trzydzieści lat według Phyllis i sto tysięcy lat zdaniem Iwao).

— Bóg dał nam tę planetę, abyśmy stworzyli tu nowy Eden — powtarzała często Phyllis, na co Simon odpowiadał:

— Jeśli wieczna zmarzlina się stopi, będziemy mieszkać w zrujnowanym świecie i wielu z nas zginie.

Wysuwano argumenty niemal z wszystkich dziedzin nauki: rozprawiano o stopniu zasolenia, procencie nadtlenków i poziomie promieniowania, o wyglądzie powierzchni, o możliwych śmiertelnych mutacjach genetycznie stwarzanych mikroorganizmów, i tak dalej niemal bez końca.

— Możemy próbować modelować Marsa — twierdził Sax — ale tak naprawdę nigdy nam się nie uda wymodelować go właściwie. Planeta jest zbyt duża i istnieje tu zbyt wiele czynników, przy czym o wielu z nich nie mamy najmniejszego pojęcia. Ale to, czego się nauczymy podczas naszych prób, przyda się potem przy kontrolowaniu klimatu Ziemi, pomoże uniknąć globalnego ocieplenia albo przyszłej ery lodowcowej. To jest eksperyment zakrojony na wielką skalę. Będzie trwał nieprzerwanie, a wyniku nikt nie potrafi przewidzieć aż do końca. Ale taka jest nauka.

Ludzie kiwali na to głowami.

Arkady jak zawsze rozważał problem z politycznego punktu widzenia.

— Nigdy nie staniemy się samowystarczalni, jeśli nie rozpoczniemy przekształcania planety — zauważył kiedyś. — Potrzebujemy terraformowania, aby uczynić ten świat absolutnie naszym, aby mieć materialną podstawę do niezależności politycznej.

Na tego rodzaju stwierdzenia słuchacze przeważnie odpowiadali grymasami zniechęcenia, ale z wypowiedzi Saxa i Arkadego można było wywnioskować, że ci dwaj są swego rodzaju cichymi sojusznikami, a razem stanowili naprawdę potężną siłę. Na nowo więc wybuchały spory, i tak bez końca.

Underhill było już prawie ukończone; stało się żywą i na ogół samowystarczalną osadą. Koloniści mogli teraz zrobić następny krok, musieli tylko zdecydować, jaki ma on być. Większość chciała terraformować planetę. Padało sporo propozycji co do tego, w jaki sposób rozpocząć proces, każda opinia miała swoich zwolenników, zwykle wśród ewentualnych wykonawców. Terraformowanie było koncepcją tak bardzo pociągającą również i dlatego, że każda dyscyplina nauki mogła się w jakiś sposób przyczynić do całego przedsięwzięcia. Zapewne między innymi i z tego powodu miało tak szerokie poparcie. Alchemicy dyskutowali o fizycznych i mechanicznych sposobach ogrzania atmosfery, klimatolodzy rozważali możliwości wpływania na pogodę, ekipa biosferyczna tworzyła teorie testowania układów ekologicznych, a biotechnolodzy już pracowali nad stworzeniem nowych mikroorganizmów: zmieniali, mutowali i rekombinowali geny z glonów, metanogenów, cyjanobakterii i porostów, próbując wyhodować organizmy zdolne przeżyć na obecnej powierzchni Marsa albo pod nią. Kiedy pewnego dnia zaprosili Arkadego, aby mu pokazać, co robią, Nadia postanowiła pójść razem z nim.

W tak zwanych “marsjańskich słojach”, czyli zbiornikach, w których sztucznie wytworzono tutejsze środowisko naturalne, znajdowało się kilka prototypowych GEM-ów. Ten angielski skrót oznaczał organizmy przystosowywane za pomocą inżynierii genetycznej do życia, w tym przypadku do życia na Marsie. Największym “słojem” był jeden ze starych kesonów stojących na parkingu przyczep. Otworzyli go, narzucili na dno regolitu i znów zaplombowali. Pracowali wewnątrz niego metodą teleoperacji i z następnej przyczepy oglądali na ekranach rezultaty swoich działań. Przyrządy pomiarowe nieprzerwanie rejestrowały dane, a ekrany wideo pokazywały, co się dzieje w środku. Arkady z uwagą obejrzał po kolei każdy ekran, nie było zbyt wiele do oglądania: znajdowały się tu jedynie pierwsze kwatery kolonistów pokryte plastikowymi sześcianikami wypełnionymi czerwoną ziemią oraz ramiona robotów, których podstawy zgromadzono przy ścianach. W kilku miejscach na glebie widoczne było błękitnawe narośle.

— To jest nasze największe dotychczasowe osiągnięcie — oznajmił Wład. — Ale wciąż nie jest do końca areofiliczne. — Geny organizmów selekcjonowali według licznych skrajnych właściwości, między innymi wytrzymałości na zimno, braku zapotrzebowania na wodę, odporności na promieniowanie ultrafioletowe, tolerancji na sole, niewielkiego zapotrzebowania na tlen, przystosowania do środowiska skalnego albo glebowego. Żaden pojedynczy ziemski organizm nie posiadał tych wszystkich cech razem, a te, które miały ich większość, zwykle bardzo powoli się rozwijały. Genetycy rozpoczęli jednak działania, które Wład nazywał programem “mieszania i doboru”, i ostatnio udało im się wyhodować pewną odmianę cyjanofitu, nazywanego nowym rodzajem sinicy. — Nie rośnie zbyt prędko, ale też szybko nie umiera, więc to już coś. — Nazwali go areophyte primares, ale pospolicie określany był jako glon z Underhill. Teraz chcieli poznać opinie specjalistów na jego temat i w związku z tym przygotowali próbkę, którą zamierzali przesłać UNOMA.

Nadia zauważyła, że Arkady opuszczał park maszynowy niezwykle podniecony wizytą, a wieczorem oznajmił przy kolacji:

— Powinniśmy sami podjąć decyzję i jeśli większość opowie się za terraformowaniem, zacząć działać.

Maja i Frank natychmiast się obrazili i, rzecz jasna, większość pozostałych również poczuła się nieswojo. Maja koniecznie chciała zmienić temat i sytuacja zrobiła się niezręczna. Następnego ranka wraz z Frankiem przyszła do Nadii, aby porozmawiać o Arkadym. Jak się okazało, oboje z Frankiem poprzedniego dnia późnym wieczorem próbowali już z nim poważnie pomówić.

— Roześmiał nam się w twarz! — krzyknęła Maja. — Wszystkie próby przekonania go spełzły na niczym!

— To, co Arkady proponuje, może się okazać bardzo niebezpieczne — oświadczył Frank. — Jeśli otwarcie zlekceważymy instrukcję ONZ, niewykluczone, że mogą nawet przysłać tu kogoś, aby zabrał naszą grupę i odesłał ją do domu, a potem zastąpią nas ludźmi, którzy będą przestrzegali prawa… Rozumiesz, chodzi mi o to, że skażenie biologiczne tego środowiska jest w tej chwili po prostu nielegalne i nie mamy prawa tego ignorować. Tak stanowi międzynarodowy traktat, który wyraża opinię całej ludzkości na temat tej planety.

— Możesz z nim o tym pogadać? — spytała Maja.

— Mogę — odparła Nadia. — Ale wątpię, czy to coś da.

— Proszę cię, Nadiu, przynajmniej spróbuj. Mamy dosyć problemów i bez tego.

— Spróbuję, pewnie.

Jeszcze tego popołudnia Nadia odbyła rozmowę z Arkadym. Znajdowali się akurat na Drodze Czarnobylskiej i wracali do Underhill. Nadia poruszyła subtelnie ten temat i zasugerowała, że dobrze byłoby cierpliwie poczekać.

— To tylko kwestia czasu, a Narody Zjednoczone i tak przychylą się do twojego poglądu — dodała.

Zatrzymał się i podniósł jej kaleką rękę.

— Jak dużo czasu mamy twoim zdaniem? — spytał. Wskazał na zachodzące słońce. — Jak długo proponujesz czekać? Na nasze wnuki? Nasze praprawnuki? Nasze prapraprawnuki, ślepe jak jaskiniowe ryby?

— Daj spokój — odparła Nadia, uwalniając rękę — ty rybo jaskiniowa.

Arkady roześmiał się.

— Ale moje pytanie było poważne. Nie mamy przed sobą wieczności i byłoby miło samemu zobaczyć pierwsze zmiany.

— Nawet jeśli tak, dlaczego nie poczekać jeszcze rok?

— Ziemski czy marsjański?

— Marsjański. Zróbmy pomiary, obserwujmy wszystkie pory roku jedną po drugiej… Daj Organizacji czas do namysłu.

— Nie potrzebujemy pomiarów, robiono je tu od lat.

— Rozmawiałeś o tym z Ann?

— Nie. No… w pewnym sensie. Ona się nie zgadza.

— Wiele osób jest przeciwnych. Może w końcu się zgodzą, ale będziesz musiał jakoś ich przekonać. Nie możesz po prostu machnąć ręką na głosy sprzeciwu, bo wtedy okażesz się tak samo podły jak ludzie na Ziemi, których zawsze krytykujesz.

Arkady westchnął ciężko.

— Taa…

— No co, nie mam racji?

— Wy cholerni liberałowie.

— Nie wiesz nawet, co to słowo oznacza.

— Oznacza, że masz zbyt miękkie serce, aby kiedykolwiek naprawdę coś zrobić!

Przed nimi znajdował się niski kopiec Underhill. Wyglądał jak świeżo powstały kwadratowy krater, z którego dopiero co na wszystkie strony wypłynęła lawa. Nadia wskazała na widoczną hałdę.

— To moje dzieło. Ty cholerny radykale… — dźgnęła go mocno łokciem w żebra — …nienawidzisz liberalizmu, ponieważ on działa.

Arkady prychnął.

— Ależ tak, działa — zaperzyła się Nadia. — Przynosi efekty, po jakimś czasie, dzięki ciężkiej pracy, bez fajerwerków, bez teatralnych zachowań, ale i bez krzywdy ludzkiej. Bez waszych rewolucji seksualnych oraz całego tego bólu i nienawiści, jakie ze sobą niosą. Dla mnie liczy się tylko to!

— Och, Nadiu. — Arkady otoczył ją ramieniem i znowu ruszyli w kierunku bazy. — Ziemia jest światem idealnie liberalnym. Ale połowa tego świata głoduje i zawsze będzie głodować. Bardzo liberalnie, nie sądzisz?

A jednak Nadii najwyraźniej udało się przekonać Arkadego. Już nie domagał się podjęcia jednostronnej decyzji, aby wypuścić nowe GEM-y na powierzchnię Marsa, i poprzestał na propagowaniu swojego programu upiększania świata, spędzając wiele czasu u alchemików, gdzie wraz z nimi próbował wytwarzać kolorowe cegły i szkło. Nadia spotykała się z nim niemal codziennie przed śniadaniem na porannym pływaniu; wspólnie z Johnem i Mają zajmowali tor w płytkim basenie, który wypełniał w całości jedną z podziemnych komór, i odbywali dziarski i wesoły trening, przepływając tysiąc albo dwa tysiące metrów. John prowadził w sprincie, Maja była dobra na dłuższe dystanse, a Nadia podążała za nimi, ponieważ okaleczona ręka znacznie ograniczała jej swobodę ruchów. Pływali, popatrując przez okulary na betonowe dno w kolorze nieba, niczym stadko delfinów pozostawiając za sobą spienioną, pluskającą wodę.

— Motylek jest wręcz stworzony dla tej grawitacji — zauważył John z uśmiechem, mając na myśli styl, w którym mogli niemal ślizgać się po powierzchni wody.

Śniadania po tych ćwiczeniach były przyjemne, ale zawsze wydawały się za krótkie, a potem na resztę dnia rzucali się w zwykły kołowrót pracy i Nadia rzadko widywała Arkadego aż do wieczora przy kolacji lub jeszcze później.

Pewnego dnia Sax, Spencer i Rya skończyli budowę automatycznej wytwórni wiatraków grzejnych Saxa i chcąc przetestować ich działanie zwrócili się do UNOMY z prośbą o wydanie zgody na rozmieszczenie tysiąca takich urządzeń w pobliżu równika. Ta liczba wiatraków powinna dodać jakieś dwa razy więcej ciepła do atmosfery, niż dawał Czarnobyl. Pojawiło się pytanie, czy będą w stanie odróżnić to dodatkowe ciepło od istniejących wahań sezonowych, ale jak oznajmił Sax, nie dowiedzą się tego, póki nie spróbują.

Oczywiście, natychmiast rozgorzała na nowo kłótnia na temat terraformowania. Ann zareagowała nadspodziewanie gwałtownie, nagrała na taśmę długą wypowiedź i wysłała ją do członków komitetu wykonawczego UNOMY oraz do narodowych biur do spraw Marsa wszystkich państw, które były aktualnie w komitecie, i w końcu do Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Jej wystąpienie wywołało gorącą dyskusję, od wszelkich możliwych kręgów politycznych aż po prasę brukową i telewizję; media potraktowały je jako najnowszy odcinek “czerwonej” opery mydlanej. Ann nagrała i wysłała swoją wiadomość w tajemnicy przed wszystkimi, więc koloniści dowiedzieli się o niej dopiero wtedy, gdy jej fragmenty zostały pokazane w ziemskiej telewizji. W następnych dniach zajęto się oświadczeniem Ann niemalże na całej Ziemi: zwołano nadzwyczajne posiedzenia rządów, konferencja w Waszyngtonie przyciągnęła dwadzieścia tysięcy osób, napisano i wydano całe mnóstwo fachowych broszur i artykułów, a we wszystkich telewizyjnych programach naukowych pojawiły się komentarze. Nieco szokująca była siła tych reakcji i niektórym kolonistom nie spodobało się, że Ann działa za ich plecami. Phyllis poczuła się nawet osobiście urażona.

— Poza wszystkim, to nie ma sensu — oświadczył Sax, jak zwykle po swojemu mrugając gwałtownie oczyma. — Czarnobyl już wypuszcza w atmosferę prawie tak samo dużo ciepła jak wiatraki, a ona jakoś dotąd na to nie narzekała.

— Ależ narzekała — odparła Nadia. — Po prostu nikt jej nie słuchał.

W komitecie UNOMA nadal kontynuowano dyskusję, a jednocześnie na Marsie tego dnia po kolacji grupa praktycznie nastawionych naukowców postanowiła szczerze porozmawiać z Ann. Wielu innych kolonistów przyszło tam również; chcieli być świadkami tej konfrontacji. Główna jadalnia Underhill zajmowała cztery komory, których ścianki działowe zostały usunięte i zastąpione filarami nośnymi, było to więc spore pomieszczenie wypełnione dziesiątkami krzeseł i roślinami w donicach. W powietrzu fruwali potomkowie ptaków z Aresa, a ostatnio sala również się rozjaśniła, ponieważ na całej północnej ścianie wykuto okna, które dawały widok na parterowe atrium zapchane najrozmaitszą roślinnością. Pomieszczenie było dość obszerne i przynajmniej połowa kolonistów akurat jadła kolację, kiedy rozpoczęło się spotkanie.

— Dlaczego nie przedyskutowałaś tego z nami? — spytał Spencer. Ann popatrzyła na niego tak, że odwrócił wzrok.

— A niby dlaczego miałabym to z wami konsultować? — spytała, zwracając się do Saxa. — Przecież jest oczywiste, co sądzicie na ten temat, omawialiśmy to przedtem mnóstwo razy bez rezultatu, a nic, co powiedziałam w swoim wystąpieniu, dla was nie ma żadnego znaczenia. Siedzicie tutaj w norach, przeprowadzając swoje eksperymenciki i bawiąc się jak dzieci, które podnieciły się lekcją chemii i zaczęły w piwnicy prowadzić własne badania. A przecież prawdziwy świat znajduje się na zewnątrz, za waszymi drzwiami. Świat, w którym formy powierzchniowe są sto razy większe niż ich odpowiedniki na Ziemi i tysiąc razy starsze, świat, w którym wszędzie widzimy ślady powstawania Układu Słonecznego i zapisaną w materii, niemal nie zmienioną przez ostatni miliard lat historię rozwoju tej planety. A wy po prostu zamierzacie to wszystko zniszczyć. I w dodatku nawet nie stać was, by się uczciwie przyznać, co chcecie zrobić. Bo przecież moglibyśmy żyć tutaj i badać planetę, nie zmieniając jej — moglibyśmy to robić z niewielką szkodą dla nas samych. Trzeba tylko pogodzić się z maleńkimi niedogodnościami. Cała ta dyskusja o radiacji jest gówno warta i dobrze o tym wiecie. Jej poziom na zewnątrz wcale nie jest aż tak wysoki, aby motywować tym całkowitą zmianę środowiska. Po prostu chcecie to zrobić, ponieważ zdaje wam się, że umiecie. Pragniecie spróbować i zobaczyć, co z tego wyjdzie — jakby to była jakaś cholerna piaskownica na placu zabaw, postawiona specjalnie dla was, żebyście mogli sobie w niej pogrzebać. Wielki słój marsjański! Gdzie tylko możecie, szukacie usprawiedliwień, ale to jest spaczone podejście, a przede wszystkim to nie jest prawdziwa nauka!

Podczas tej tyrady twarz Ann robiła się coraz bardziej purpurowa. Nadia nigdy nie widziała Ann tak wściekłej. Zwykła maska rzeczowości, którą nakładała, by ukryć swoją gorycz i gniew, teraz spadła. Ann aż drżała ze złości, z trudem formułując zdania. W całym pomieszczeniu zapadła śmiertelna cisza.

— To nie jest nauka, mówię wam! — krzyczała Ann. — To tylko zabawa. I dla tej zabawy zamierzacie zatrzeć znaki historii, zniszczyć czapy polarne, kanały, dna kanionów — cały ten piękny i czysty świat. Zupełnie bez powodu!!!

Znów zapadła przeraźliwa cisza; nikt się nawet nie poruszył — przypominali galerię kamiennych posągów. Szumiały jedynie wentylatory.

Po chwili ostrożnie zaczęli popatrywać na siebie. Simon ruszył ku Ann i wyciągnął ku niej rękę. Powstrzymała go tak zimnym i bezwzględnym spojrzeniem, że zapewne poczuł się, jak gdyby siedział na powierzchni Marsa w samej bieliźnie. Poczerwieniał i skulony wrócił na swoje miejsce.

Wtedy podniósł się Sax Russell. Wyglądał tak samo jak zwykle, może tylko był trochę bardziej zarumieniony, ale to był ten Sax co zawsze: łagodny, spokojny, mały człowieczek mrużący po sowiemu oczy. Odezwał się, a jego głos był cichy, beznamiętny i suchy, jakby Sax odczytywał na wykładzie jakiś fragment z podręcznika termodynamiki albo wyliczał pierwiastki z tablicy Mendelejewa.

— Piękno Marsa istnieje w ludzkich umysłach — rozpoczął zwykłym beznamiętnym tonem, nawykłym do wymieniania faktów i wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem. — Bez obecności istot ludzkich ta planeta stanowi zaledwie zbiór atomów, nie różniący się od jakiejkolwiek innej przypadkowej drobiny materii we wszechświecie. To myją rozumiemy i my nadajemy jej znaczenie. Przez stulecia, gdy podnosiliśmy oczy na nocne niebo i patrzyliśmy, jak Mars wędruje wśród gwiazd. W te wszystkie noce, gdy obserwowaliśmy go przez teleskopy, gdy spoglądaliśmy na jego maleńką tarczę, gdy próbowaliśmy dostrzec kanały porównując albedo. Pomyślcie o wszystkich tych głupich powieściach science fiction z potworami, dziewicami i umierającymi cywilizacjami. I o wszystkich tych naukowcach, którzy studiowali i studiują dane. Albo o nas tutaj. To właśnie czyni ten świat pięknym. A nie bazalt i tlenki.

Przerwał na chwilę, aby przyjrzeć się reakcji słuchaczy. Nadia przełknęła ślinę. To było niesamowite przeżycie: słyszeć takie słowa wypowiadane przez Saxa Russella tym samym suchym tonem, którego używał do analizowania wykresów. Zbyt niesamowite!

— Skoro już się tu znaleźliśmy — kontynuował — nie wystarczy… tylko grzebać się pod dziesięciometrową warstwą gleby i badać skały. To też jest nauka, i owszem, i to nauka bardzo potrzebna. Jednak prawdziwa nauka jest czymś znacznie głębszym. Jest częścią wielkiego ludzkiego przedsięwzięcia, na które składa się droga do gwiazd, przystosowywanie istot ludzkich do życia na innych planetach, ale i dostosowanie się tych planet do nas. Nauka to tworzenie. Brak śladów życia tutaj i brak jakichkolwiek odkryć po pięćdziesięciu latach od rozpoczęcia programu SETI wskazują na fakt, że życie w kosmosie jest czymś niezmiernie rzadkim, a inteligentne życie jeszcze rzadszym. A poza tym całe znaczenie wszechświata, cały sens jego piękna zawiera się w świadomości inteligentnego życia. To my jesteśmy świadomością wszechświata i nasze zadanie polega na tym, by to życie rozsiać wszędzie, gdzie tylko możemy, aby wszystko zobaczyć i żyć we wszelkich możliwych miejscach kosmosu. Zbyt niebezpieczne jest ograniczanie świadomości wszechświata tylko do jednej jedynej planety, z którą w każdej niemal chwili może się stać coś złego i która wtedy zabierze je ze sobą w niebyt. Teraz jesteśmy na dwóch światach, nawet na trzech, jeśli liczyć Księżyc. I możemy przekształcić ten świat, aby uczynić go bezpieczniejszym dla życia. Zmienianie tej planety nie zniszczy jej. Odczytywanie jej przeszłości być może stanie się trudniejsze, ale jej piękno nie zniknie. Jeśli powstaną jeziora, lasy albo lodowce, czy w jakiś sposób pomniejszą piękno Marsa? Nie sądzę. Wydaje mi się, że tylko uwydatnią go. Wzbogacą go o życie, najpiękniejszy fenomen ze wszystkich. Żadna forma życia nie rozbije Tharsis ani nie wypełni Marineris. Mars zawsze pozostanie Marsem, planetą inną niż Ziemia, chłodniejszą i dzikszą. Ale może pozostać Marsem i jednocześnie stać się czymś nam bliskim. I taki będzie. Tak już jest z ludzkim umysłem: jeśli można coś zrobić, trzeba to zrobić. Potrafimy przekształcić Marsa i zbudować go tak, jak się buduje katedrę, by stał się pomnikiem ku chwale ludzkości i kosmosu. Możemy to zrobić, a więc to zrobimy. Toteż… — Podniósł znacząco dłoń, jak gdyby usatysfakcjonowany faktem, że analiza została poparta danymi na wykresie, jak gdyby wcześniej zbadał układ okresowy pierwiastków, a teraz nagle odkrył, że miał rację. — Możemy równie dobrze zacząć od zaraz.

Popatrzył na Ann i wszystkie oczy podążyły za jego wzrokiem. Jej usta były mocno zaciśnięte, ramiona opadły. Wiedziała, że została pokonana.

Wzruszyła ramionami, jakby strząsała z siebie pelerynę z kapturem, wielki pancerz, który przytłaczał ją całą. Monotonnym, martwym głosem, którego zwykle używała, kiedy była zdenerwowana, Ann powiedziała:

— Sądzę, że zbyt wysoko cenisz świadomość, a skałę za nisko. Nie jesteśmy władcami wszechświata. Stanowimy tylko jego niewielką cząstkę. Możliwe, że jesteśmy jego jedyną świadomością, ale być świadomością wszechświata nie oznacza zmieniania wszystkiego na swoje podobieństwo, na własny lustrzany obraz. Oznacza raczej dostosowywanie się do świata takiego, jakim jest, i otaczanie go szacunkiem. — Napotkała łagodne spojrzenie Saxa i wykrzyknęła w ostatnim wybuchu goryczy: — Tak naprawdę nigdy nie widziałeś Marsa!

I wyszła z pokoju.

Janet od początku miała włączone wideookulary i nakręciła całą tę wymianę zdań. Phyllis przesłała kopię na Ziemię. W tydzień później podkomitet UNOMY do spraw przemian środowiska naturalnego wyraził zgodę na rozrzucenie wiatraków grzewczych.

Plan polegał na tym, aby opuszczać je ze sterowców. Arkady natychmiast się zgłosił do pilotowania, traktując to jako coś w rodzaju nagrody za swoją pracę na Fobosie. Maja i Frank bynajmniej nie poczuli się nieszczęśliwi na myśl, że dzięki temu Arkady może zniknąć z Underhill na następny miesiąc albo dwa, więc natychmiast przydzielili mu maszynę. Miał podryfować na wschód, wykorzystując wiatry dominujące, co jakiś czas obniżać lot i umieszczać wiatraki w korytach kanałów i na zewnętrznych ścianach kraterów, ponieważ w tych miejscach często wiały silne wichury. Nadia po raz pierwszy usłyszała o tej wyprawie, dopiero kiedy Arkady przybiegł ją zawiadomić.

— Brzmi nieźle — odrzekła.

— Chcesz mi towarzyszyć? — spytał.

— Dlaczego nie — szepnęła. Utracony palec zapiekł.

Sterowiec, którym polecieli, był największym, jaki kiedykolwiek zbudowano; specjalnie zaprojektowany na potrzeby ich planety model skonstruowały niemieckie zakłady Friedrichshafen Nach Einmal w 2029 roku i dopiero co przysłano go na Marsa. Nazywał się “Grot Strzały”, miał skrzydła o rozpiętości stu dwudziestu metrów, sto metrów długości oraz czterdzieści metrów wysokości. Wewnętrzny szkielet kadłuba wykonany został z jakiegoś ultralekkiego materiału, a przy końcu każdego skrzydła i pod gondolą znajdowały się turbośmigła napędzane małymi plastikowymi silnikami, którym energii dostarczały baterie słoneczne umieszczone nad górną powierzchnią powłoki.

Gondola w kształcie ołówka rozciągała się niemal na całą długość maszyny, ale w środku było o wiele mniej miejsca niż Nadia się spodziewała, ponieważ sporą część pomieszczenia wypełniał w tej chwili ładunek wiatraków. W chwili startu Arkady i Nadia mieli do dyspozycji jedynie kabinę pilota, dwa wąskie łóżka, maleńką kuchenkę, jeszcze mniejszą toaletę i wąziutki korytarzyk łączący wszystkie pomieszczenia. Było dość ciasno, ale na szczęście obie burty gondoli zaopatrzono w okna, które mimo częściowego zatarasowania przez wiatraki i tak dawały im sporo światła i nie najgorszą widoczność.

Start odbywał się bardzo powoli. Za pomocą dźwigienki w kabinie pilota Arkady popuścił liny zwisające z trzech masztów cumowniczych. Turbośmigła zaskoczyły ciężko, ale trudno się było dziwić, skoro mieli do czynienia z powietrzem o gęstości zaledwie dwunastu milibarów. Kokpit poruszał się wolno to w górę, to w dół, wyginając się wraz z wewnętrznym kadłubem, a każdy podskok w górę trochę bardziej oddalał sterowiec od ziemi. Dla kogoś, kto był przyzwyczajony do pojazdów rakietowych, start tej maszyny był przekomiczny.

— Ustawmy kurs na trzy koma sześćdziesiąt i przed odlotem rzućmy okiem na Underhill — zaproponował Arkady, kiedy znaleźli się mniej więcej pięćdziesiąt metrów nad powierzchnią. Przechylił statek i powoli zatoczyli szeroki łuk, patrząc w okno od strony Nadii. Widok, jaki ukazał się ich oczom — ścieżki, wykopy, hałdy regolitu, plamy głębokiej, ciemnej czerwieni kontrastujące z rdzawopomarańczową płaszczyzną równiny — przypominał krainę, którą nawiedził jakiś apokaliptyczny smok i wielkimi szponiastymi pazurami darł glebę raz za razem, aż poranił ją do krwi. Underhill tkwiło pośrodku tych skaleczeń i samo w sobie stanowiło piękny widok: lśniący na tle ciemnoczerwonego kwadratu klejnot ze szkła i srebra, z ledwie widoczną pod kopułą zielenią. Z osady wychodziły drogi na wschód do Czarnobyla i na północ do kosmicznych lądowisk. Nieopodal połyskiwała kopuła oranżerii i rozciągał się parking przyczep…

— Dzielnica alchemików nadal wygląda jak grupa baraków na Uralu — zauważył Arkady. — Trzeba będzie coś z tym zrobić. — Wyprowadził sterowiec na prostą i skierował go na wschód, z wiatrem. — Czy powinienem pokierować nas nad Czarnobyl i złapać prąd wstępujący?

— Może sprawdźmy, co ta zabawka potrafi zrobić sama — zaproponowała Nadia. Czuła się lekka, jak gdyby wodór z balonów wypełnił również ją samą. Widok był zdumiewający. Jakieś sto kilometrów przed nimi majaczył zamglony horyzont, a wszędzie wokół rozciągały się ciągle jeszcze dobrze widoczne zarysy lądu: subtelne wypukłości i wgłębienia równiny Lunae oraz wyższe wzgórza i kaniony pociętego kanałami terenu na wschodzie. — Och, będzie cudownie!

— Tak.

Wydawało się aż dziwne, że wcześniej nie przedsięwzięli takiej eskapady, ale latanie nad powierzchnią Marsa z powodu rzadkiej atmosfery nie było sprawą łatwą. Teraz jednak mieli najnowocześniejsze wyposażenie — ogromny sterowiec o niezwykle lekkiej konstrukcji i powłoce wypełnionej wodorem, gazem, który w marsjańskiej atmosferze nie tylko nie był palny, ale w dodatku również dużo lżejszy od powietrza niż na Ziemi. Wodór i najnowsze superlekkie materiały pozwoliły im zabrać na pokład tak dużo wiatraków, ale to właśnie przez ten ładunek posuwali się nieznośnie niemrawo.

Powoli dryfowali dalej. Cały dzień unosili się nad pofalowaną Lunae Planum, pchani wiatrem na południowy wschód. Przez godzinę czy dwie widzieli na południowym horyzoncie Juventa Chasma, rozpadlinę, która wyglądała jak gigantyczny szyb kopalni. Nieco dalej na wschodzie powierzchnia stawała się żółtawa, mniej było na niej skalnego rumoszu, a leżąca poniżej skała macierzysta wydawała się bardziej nieregularna. Teren ten był jeszcze bogatszy w kratery, duże i małe, o poszarpanych stożkach albo prawie zagrzebane w glebie. To była Ziemia Xanthe, wysoko położony region, topograficznie podobny do wyżyn południowych. Widzieli ją teraz na północy między niskimi równinami Chryse i Isidis. Sterowiec miał przez kilka dni unosić się właśnie nad nią, o ile sprawdzą się prognozy na temat wiejących tam dominujących, stałych wiatrów zachodnich.

Arkady i Nadia posuwali się teraz z niewielką prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę. Przeważnie lecieli na wysokości około stu metrów, przy której horyzont oddalał się o jakieś pięćdziesiąt kilometrów. Dzięki powolnemu dryfowi mieli czas obejrzeć dokładnie wszelkie formy terenu; szczególnie zafascynowała ich Xanthe Terra, która zdawała się czymś więcej niż tylko nie kończącym się łańcuszkiem kraterów.

Tego samego popołudnia Nadia pochyliła nos sterowca w dół i obróciła go pod wiatr, a potem opuszczała maszynę, aż znalazła się dziesięć metrów nad ziemią. Wtedy wyrzuciła kotwicę. Statek uniósł się i szarpnął na linie; kotwica wytrzymała i teraz sterowiec ciskał się na wszystkie strony jak ogromny latawiec. Nadia i Arkady przeszli przez całą długość gondoli, a gdy dotarli do pomieszczenia, które Arkady nazwał komorą bombową, Nadia nałożyła jeden z wiatraczków na zaczep wyciągarki.

Wiatrak był niewielkim pudełkiem wykonanym z marsjańskiego magnezu. Na wystającym ze szczytu pręciku znajdowały się cztery pionowe łopatki, ustawione wobec siebie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Całość ważyła około pięciu kilogramów. Zamknęli górny luk przegrody kadłubowej, wypompowali powietrze i otworzyli właz podłogowy. Arkady sterował wyciągiem, spoglądając jednocześnie przez niskie okienko na efekty swej pracy. Zaczepiony wiatrak spadł natychmiast jak ciężarek pionu i uderzył w stwardniały piasek na południowym stoku małego bezimiennego krateru. Rosjanin odczepił hak, wciągnął go z powrotem do przegrody kadłubowej, po czym zamknął dolny luk.

Wrócili do kokpitu i spojrzeli w dół, aby zobaczyć, czy wiatrak pracuje. Stał dokładnie pod nimi — małe pudełko na zewnętrznym zboczu krateru; był lekko przechylony, a cztery szerokie pionowe łopatki kręciły się radośnie. Wyglądał jak anemometr z meteorologicznego zestawu dla dzieci. Na jednej ściance znajdował się element grzejny, widoczna nawet z góry metalowa cewka, która promieniowała ciepłem niby wierzchołek pieca. Przy dobrym wietrze grzejnik mógł osiągnąć temperaturę nawet 200 stopni Celsjusza, co nie było wcale drobnostką, jeśli wziąć pod uwagę otoczenie. Ale…

— Trzeba ich będzie bardzo dużo, aby dało się odczuć różnicę — zauważyła Nadia.

— Jasne, ale każdy kolejny trochę pomaga, nie uważasz? No a poza tym to jest nasze własne, niezależne ciepło i… w dodatku mamy je za darmo. To wiatr zasila grzałki, a fabryki wytwarzające wiatraki ładuje słońce. Według mnie to jest wspaniały pomysł.

Zatrzymali się jeszcze raz tego popołudnia i umieścili na powierzchni planety następne urządzenie, a potem rzucili kotwicę na noc na zawietrznej stronie młodego krateru o poszarpanym stożku. W kuchence mikrofalowej przyrządzili posiłek, a później odpoczywali, leżąc na wąskich łóżkach. To było zupełnie niesamowite uczucie — tak się kołysać na wietrze, jak łódka na cumie: maszyna szarpała się i unosiła, znowu się szarpała i znów się unosiła. Jednak gdy się człowiek przyzwyczaił, kołysanie odprężało i usypiało, wkrótce więc Nadia zasnęła.

Następnego ranka obudzili się przed świtem. Kotwica sterowca zerwała się i maszyna leciała prosto w górę, ku słońcu. Ze stumetrowej wysokości mogli obserwować, jak zacieniony krajobraz pod nimi brązowieje, kiedy przesuwa się terminator planety, a za nim podąża jasne światło dnia, oświetlając wspaniałą mieszaninę jaskrawych skał rzucających długie cienie. Poranny wietrzyk wiał wprost w lewą burtę, więc lecieli pchani na północny wschód ku Chryse, brzęcząc śmigłami na pełnej mocy. Potem nagle ląd pod nimi zapadł się i znaleźli się nad pierwszym z odpływowych kanałów — falistą, nie nazwaną jeszcze doliną na zachód od Shalbatana Vallis. Nadia pomyślała, że to małe łożysko w kształcie litery “S” bez wątpienia musiało zostać wyrzeźbione przez wodę. Jeszcze tego samego dnia minęli kanał i wlecieli nad głębszy i szerszy kanion Shalbatana, gdzie wodne ślady stały się jeszcze bardziej oczywiste: wysepki w kształcie łez, kręte kanały, równiny napływowe, wydmy faliste. Świadectwa wodnej przeszłości planety znajdowały się niemal wszędzie, nasuwając myśl o gigantycznej powodzi, prawdziwym potopie, który stworzył kanion tak wielki, że Grot Strzały wyglądał nad nim zaledwie jak motyl.

Odpływowe kaniony i pogórze między nimi skojarzyły się Nadii z krajobrazem Ameryki z filmów kowbojskich. Przypomniała sobie koryta pozostałe po dawnych rzekach, płaskowzgórza i samotne skały w Monument Valley. Ta okolica Marsa była podobna, tyle że tutaj wszystko było o wiele większe — cztery dni zajął im przelot najpierw nad bezimiennymi kanałami, potem nad Shalbataną, Simudem, Tiu i wreszcie nad Aresem. I wszystkie te doliny musiały powstać za sprawą gigantycznych powodzi, które nagle zalały powierzchnię i potem płynęły miesiącami, z prędkością dziesięć tysięcy razy większą niż pływ Missisipi. Nadia i Arkady rozmawiali o tym, patrząc w dół na mijane kaniony i doszli do wniosku, że bardzo trudno im w ogóle wyobrazić sobie tak olbrzymie powodzie. Teraz jednak w wielkich pustych kanionach nie szalało już nic z wyjątkiem wiatru. Wiatry te były zresztą dość spore, toteż Arkady i Nadia kilka razy dziennie obniżali lot i zrzucali kolejne wiatraki.

Później, na wschód od Ares Vallis, wlecieli ponownie nad gęsto pokryty kraterami teren Xanthe’u. Ziemia znowu wszędzie usiana była kraterami: dużymi, starymi, małymi, nowymi o stożkach zeszpeconych nowszymi, mniejszymi, takimi, których dna podziurawiło trzy albo i pięć małych kraterów, a także tak świeżymi, jakby niemal wczoraj miało miejsce uderzenie meteorytu i tak starymi, że o świcie czy zmierzchu były ledwie widoczne. Sterowiec przeleciał nad Schiaparellim, olbrzymim starym kraterem, szerokim na sto kilometrów. Kiedy wzbili się nad nim w górę, jego koliste ściany znalazły się na linii horyzontu, tworząc idealny pierścień wzgórz biegnący wzdłuż krawędzi świata.

Od tego miejsca zaczęły wiać południowe wiatry i trwało to przez wiele dni. Arkady i Nadia rozpoznali Cassiniego, kolejny wielki stary krater, i unosili się nad setkami mniejszych. Codziennie zrzucali wiele wiatraków, ale równocześnie z każdym przebytym kilometrem uzmysławiali sobie coraz bardziej rozmiary planety i cały projekt zaczął im się wydawać po prostu dowcipem; czuli się tak, jakby przelatywali nad Antarktydą i próbowali stopić lód za pomocą setek polowych kuchenek.

— Musielibyśmy zrzucić miliony, aby przyniosło to jakiś efekt — oznajmiła Nadia, kiedy wznosili się po następnym zrzucie.

— To prawda — przyznał Arkady. — I Sax ma właśnie taki zamiar. Skonstruował już zautomatyzowaną linię montażową, która może produkować setki wiatraków dziennie. Problem stanowi tylko ich rozmieszczenie. A poza tym to tylko jeden z elementów zakrojonej na szeroką skalę operacji, która mu się roi. — Wskazał dłonią za siebie, ku ostatniemu łukowi Cassiniego, obejmując gestem całą północno-zachodnią krainę. — Sax pragnie również wykopać kilka takich wgłębień jak to, wyrwać lodowe bryły z pierścieni Saturna albo z jakiegoś pasa planetoidów, przyciągnąć je na Marsa i roztrzaskać o powierzchnię, pragnie stworzyć gorące kratery, stopić wieczną zmarzlinę… Marzą mu się oazy.

— Chyba suche oazy, co? Stracilibyśmy większość lodu na samym początku, a i reszta niedługo by zniknęła.

— Jasne, ale moglibyśmy wykorzystać parę wodną z powietrza.

— Ależ ona nie wyparowałaby tak po prostu, raczej rozpadłaby się na składowe atomy.

— W większości tak, ale wodór i tlen też moglibyśmy lepiej wykorzystywać.

— Chcesz sprowadzać wodór i tlen z Saturna? Daj spokój, tu jest wystarczająco dużo jednego i drugiego! Wystarczy tylko potłuc trochę miejscowego lodu.

— Cóż… to tylko jeden z jego pomysłów.

— Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę, co powie na to Ann. — Nadia westchnęła na samą myśl o tym. — Przypuszczam, że aby to zrobić, trzeba by wstrzelić z dużą prędkością lodową planetoidę w atmosferę. Wyhamować ją, a wtedy by się spaliła, nie rozbijając się na cząsteczki. W atmosferze powstałaby para wodna, a powierzchnia uniknęłaby potężnego uderzenia o sile równej wybuchowi stu bomb wodorowych.

Arkady pokiwał głową.

— Dobry pomysł! Powinnaś powiedzieć o tym Saxowi.

— Sam mu powiedz.

Na wschód od Krateru Cassiniego rozciągał się teren najbardziej nierówny na całej planecie. Był to jeden z najstarszych obszarów Marsa: poszatkowany niewyobrażalną liczbą kraterów historyczny dokument najwcześniejszego okresu gwałtownego bombardowania planety meteorytami. Ta piekielna epoka Noachian pozostawiła niemal wszędzie w krajobrazie globu swoje ślady. Powierzchnia wyglądała, jakby przetoczyła się przez nią totalna wojna prowadzona przez mitologicznych Tytanów. Ten koszmarny widok już po chwili wywoływał coś na kształt odrętwienia, kosmologicznego szoku nerwowego.

Dryfowali dalej: wschód, północny wschód, południowy wschód, południe, północny wschód, zachód, wschód, wschód. W końcu dolecieli do końca Xanthe’a i zaczęli mijać długi stok Syrtis Major Planitia. Była to równina powulkaniczna, o wiele rzadziej pokryta kraterami niż Xanthe. Kraina coraz bardziej opadała ukośnie w dół, aż w końcu sterowiec znalazł się nad basenem o łagodnym dnie. Nazywał się Isidis Planitia i stanowił jeden z najniżej położonych punktów marsjańskiej powierzchni. Taka była niemal cała północna półkula, która po górzystym terenie południa wydawała się wyjątkowo płaska i niska. Region był naprawdę olbrzymi, toteż Arkady i Nadia po raz kolejny uświadomili sobie rozległość marsjańskich lądów.

Pewnego ranka, kiedy lecieli na sporej wysokości, na wschodnim horyzoncie wyrosły przed nimi trzy szczyty górskie. Kierowali się do Elysium, jedynego poza Tharsis “wypukłego kontynentu” Czerwonej Planety. Elysium było o wiele mniejszym wybrzuszeniem niż Tharsis, ale i tak stanowiło duży, wysoko położony ląd, długi na tysiąc kilometrów i wznoszący się dziesięć kilometrów ponad otaczający go teren. Tak jak Tharsis, Elysium było otoczone płatami popękanej ziemi i siecią szczelin powstałych w trakcie wypiętrzania. Sterowiec przeleciał nad najbardziej wysuniętym na zachód szeregiem rozpadlin, krainą o nazwie Hephaestus Fossae, która miała absolutnie nieziemski wygląd: pięć długich głębokich równoległych kanionów, jak ślady pazurów w skalnym podłożu. Za nimi majaczyło Elysium — ląd o kształcie siodła — a na każdym końcu jego długiego grzbietu znajdowały się góry: Elysium Mons z jednej strony i Hecates Tholus z drugiej, wyrastające na pięć tysięcy metrów ponad wypukły teren. Widok był doprawdy niezwykły. Zresztą w ogóle wszystko, co wiązało się z Elysium, było o wiele większe niż to, co Nadia i Arkady widzieli do tej pory, więc kiedy sterowiec dryfował w kierunku tego lądu, oboje na kilka minut wręcz oniemieli z zachwytu. Siedzieli w fotelach, obserwując tę niesamowitą areologiczną formację. Kiedy wreszcie się odezwali, ich słowa oczywiście dotyczyły tej krainy:

— Wygląda jak Karakorum — zauważył Arkady. — Bezludne Himalaje. Tyle że te są jakieś… prostsze, bardziej naturalne. A wulkany wyglądają jak Fuji. Może ludzie będą do nich kiedyś pielgrzymować.

— Są tak duże — dodała Nadia — że nie mogę sobie wyobrazić, jak wyglądają wulkany Tharsis, które są podobno dwa razy większe od tych.

— Co najmniej. O, popatrz, ten naprawdę wygląda jak Fuji, nie sądzisz?

— Nie, jest o wiele mniej stromy. A tak przy okazji, czy w ogóle widziałeś kiedyś Fuji?

— Nie.

Znowu zapadło milczenie.

— Cóż, lepiej spróbujmy ominąć cały ten cholerny ląd — zaproponował po chwili Arkady. — Nie jestem pewien, czy uda nam się przelecieć nad tymi górami.

Uruchomili więc śmigła i ruszyli na południe, starając się ze wszystkich sił zwalczyć potężny wiatr, aby ominąć wielki kontynent. Kierując się na południowy wschód, “Grot Strzały” znalazł się nad wyboistym, nierównym regionem górskim zwanym Cerberus. Przez cały następny dzień podróżnikom udało się panować nad lotem maszyny — Elysium powoli przepływało z lewej strony. Mijały godziny, a masyw wciąż przesuwał się w bocznych oknach sterowca, co nie wiadomo już który raz uświadomiło Arkademu i Nadii, jak duży jest ten świat. “Mars ma tak samo dużą powierzchnię lądów jak Ziemia” — mawiali wszyscy członkowie pierwszej setki, ale dotąd był to tylko zwykły frazes. Dopiero kiedy statek mijał Elysium, para Rosjan naprawdę zrozumiała i wszystkimi zmysłami odczuła znaczenie tego zdania.

Dni mijały jeden za drugim, wciąż takie same: w górze, w lodowato zimnym porannym powietrzu, ponad przepływającą pod sterowcem czerwoną krainą. Noce podróżnicy spędzali w dole, od zachodu słońca kołysząc się na zakotwiczonym statku, szarpanym silnym wiatrem. Pewnego wieczoru, kiedy zapas wiatraków znacznie się zmniejszył, Arkady i Nadia poprzestawiali pozostałe i ustawili swoje łóżka jedno obok drugiego pod oknami prawej burty. Zrobili to bez słów, jak gdyby była to rzecz zupełnie naturalna, coś w rodzaju rutynowego sprzątania pokoju, jakby uzgodnili już to na długo przedtem. Podczas pracy, kiedy kręcili się po zatłoczonej gondoli, nagle wpadli na siebie, co zdarzało im się co jakiś czas od początku tej długiej podróży, tylko że tym razem zderzyli się umyślnie. Było jasne, że oboje zdecydowali się na to już dawno, że wszystko, co od dłuższego czasu działo się między nimi, było swego rodzaju grą wstępną.

W końcu Arkady wybuchnął dzikim śmiechem i niedźwiedzim uściskiem objął Nadię, ona zaś pchnęła go na nowo powstałe podwójne łóżko; całowali się jak nastolatki i kochali przez całą noc. Od tego czasu spali razem, często się kochając w różowawej poświacie świtu albo w gwiaździste czarne noce, gdy statek lekko huśtał się na cumach. Zawsze kiedy leżeli obok siebie, pogrążeni w rozmowach albo gdy się obejmowali i całowali, towarzyszyło im uczucie unoszenia się, wrażenie lotu. Wydawało się o wiele bardziej romantyczne niż to było możliwe w jakimkolwiek statku powietrznym, pociągu czy statku.

— Najpierw zostaliśmy przyjaciółmi — oświadczył pewnego dnia Arkady — więc to, co nas łączy, jest wyjątkowo wspaniałe, nie sądzisz? — Lekko dźgnął ją palcem. — Kocham cię. — Powiedział to tak, jakby smakował poszczególne słowa. Nadia uświadomiła sobie, że nie wymawiał ich dotąd zbyt często, i że muszą dla niego znaczyć bardzo wiele; były czymś w rodzaju zobowiązania. Kolejną ideą, a te przecież zawsze były dla niego najważniejsze!

— Ja też cię kocham — odparła.

Co rano Arkady krążył teraz nagi tam i z powrotem po wąskiej gondoli, a jego rude włosy jak wszystko inne brązowiały w padającym poziomo porannym świetle Marsa. Nadia obserwowała go z łóżka i czuła się tak spokojna i pełna radości, że musiała co chwilę przypominać sobie, iż to wieczne wrażenie lekkości jest przede wszystkim spowodowane marsjańską grawitacją, a nie przepełniającym ją szczęściem, jak jej się zdawało.

Pewnej nocy już zasypiali, gdy Nadia spytała nagle z ciekawością:

— Dlaczego ja?

— Co? — Arkady już prawie spał.

— Pytałam, dlaczego ja? To znaczy, Arkady Nikołajewiczu, mogłeś się zakochać w każdej innej kobiecie i ona też by cię pokochała. Mogłeś mieć Maję, gdybyś chciał.

Rosjanin prychnął.

— Mogłem mieć Maję! No, sama pomyśl! Cóż za strata, mogłem przeżywać rozkosz z Mają Jekateriną! Razem z Frankiem i Johnem! — Parsknął i oboje roześmiali się głośno. — Jak mogłem przegapić taką frajdę! Ależ jestem głupi! — Chichotał tak długo, że w końcu go lekko uderzyła.

— Już dobrze, niech ci będzie. No to mogłeś mieć jakąś inną… Na przykład… jakąś piękność, Janet, Ursulę, Samanthę…

— Daj spokój — przerwał jej zdecydowanie. Uniósł się i podparł na łokciu, aby spojrzeć jej w oczy. — Ty chyba naprawdę nie wiesz, że jesteś piękna, co?

— Tak, tak, jasne — mruknęła zrzędliwie Nadia.

Arkady zignorował jej ton i mówił dalej:

— Piękno to siła i elegancja, to prawdziwe działanie. To praca, inteligencja i rozsądek. I bardzo często — uśmiechnął się i musnął dłonią jej brzuch — wyraża się w różnego rodzaju krągłościach.

— Oj, tak, krągłości to ja mam — zauważyła Nadia, odsuwając jego rękę.

Arkady pochylił się i próbował ugryźć ją w pierś, ale mu się wymknęła.

— Piękność to ty, Nadieżda Francine. Według moich kryteriów jesteś królową Marsa.

— Tylko marsjańską księżniczką — poprawiła go nieobecnym głosem, zastanawiając się nad jego słowami.

— Tak, to prawda. Nadieżda Francine Czernieszewska, dziewięciopalczasta księżniczka marsjańską.

— Nie jesteś typowym mężczyzną.

— Nie! — Zagwizdał. — Nigdy nie miałem zamiaru być kimś przeciętnym! Z jednym wyjątkiem: przed pewnymi komitetami selekcyjnymi, ma się rozumieć… Typowy mężczyzna! Ha, ha!… stereotypowi mężczyźni dostają Maję. To jest ich nagroda. — I roześmiał się dziko.

Pewnego ranka minęli ostatnie nieregularne wzgórza Cerberusa i wylecieli nad płaską, pokrytą pyłem równinę Amazonis Planitia. Arkady skierował sterowiec w dół, chcieli bowiem umieścić wiatrak w przełęczy między dwoma ostatnimi pagórkami starego Cerberusa. Wiatrak jednakże został źle zaczepiony i otworzył się z trzaskiem, gdy urządzenie znajdowało się dopiero w połowie drogi między statkiem a ziemią, a potem spadł płasko na podstawę. Ze statku nie wyglądało to źle, ale kiedy Nadia ubrała się w walker i opuściła na linie, aby sprawdzić urządzenie, zauważyła, że od podstawy odłamała się płytka grzejnika.

A za płytką coś było! Coś tkwiło w pudełku. Coś ciemnozielonego z domieszką jasnego błękitu! Nadia wsunęła śrubokręt i ostrożnie dotknęła zielonej masy.

— O cholera! — zawołała.

— Co jest? — spytał z góry Arkady.

Nie odpowiedziała, zeskrobała nieco substancji i włożyła do torby na śrubki i nakrętki.

Znów przywiązała się liną.

— Wciągnij mnie z powrotem na górę — poleciła sucho.

— Co się stało? — spytał Arkady.

— Po prostu mnie wciągnij.

Gdy znalazła się na pokładzie, Arkady zamknął za nią luk komory bombowej i przez chwilę obserwował badawczo, jak się wyplątuje z pasów.

— Co się dzieje? Zdjęła hełm.

— Dobrze wiesz, co się dzieje, ty draniu! — Zamachnęła się na niego, a on odskoczył, uderzając w ścianę z wiatraków.

— Auu! — krzyknął. Jego plecy dotykały wiatraków. — Hej! O co chodzi, Nadiu?

Wyjęła torbę z kieszeni walkera i pomachała nią przed zdezorientowanym Arkadym.

— O to! Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś mnie okłamać?! Ty cholerny draniu, masz pojęcie, w jakie bagno nas to wpakuje? Przyleci tu inspekcja i odeśle nas z powrotem na Ziemię!

Arkady potarł szczękę, wytrzeszczając ze zdziwieniem oczy.

— Nie okłamałem cię, Nadiu — odparł poważnie. — Nie okłamuję swoich przyjaciół. Pokaż mi to.

Przez moment mierzyli się wzrokiem, jego ramię zawisło wyciągnięte w kierunku torby, a białka oczu jaśniały wokół tęczówek. Po chwili Arkady wzruszył ramionami, a Nadia zmarszczyła brwi.

— Naprawdę nic nie wiesz? — zapytała ostro.

— Niby o czym?

Zawahała się. Chyba rzeczywiście nie kłamie. To nie w jego stylu, to niemożliwe!

— Przynajmniej niektóre z naszych wiatraków to małe hodowle glonów.

— Co takiego?!

— Te pieprzone wiatraki, które wszędzie rozrzucamy — wyjaśniła — są zapchane nowymi typami glonów… porostami Włada czy czymś takim. Sam zobacz. — Położyła torebkę na maleńkim kuchennym stoliku, otworzyła ją i śrubokrętem wyjęła trochę substancji. Małe gruzełki niebieskawych porostów. Wyglądały jak marsjańskie formy życia opisane w starej tandetnej powieści.

Zapatrzyli się na rozłożone roślinki.

— Niech to jasna cholera! — zaklął Arkady. Pochylał się coraz bardziej, aż jego oczy znalazły się w końcu o centymetr od leżącej na stole substancji.

— Przysięgniesz, że nic o tym nie wiedziałeś? — zapytała Nadia.

— Przysięgam. Nie zrobiłbym ci tego, Nadiu. Wiesz o tym.

Westchnęła ciężko.

— Hmm… ale nasi przyjaciele najwyraźniej nam to zrobili.

Arkady wyprostował się i pokiwał głową.

— To prawda. — Zamyślił się, po czym podszedł do wiatraków i podniósł jeden. — Gdzie to było?

— Za osłoną grzejnika.

Zabrali się do pracy z narzędziami Nadii i otworzyli następne urządzenie. Za płytką znajdowała się kolejna kolonia glonów z Underhill. Nadia podważyła brzegi płyty i odkryli parę małych zawiasów w miejscu, gdzie wierzchołek blaszki dotykał wewnętrznej ścianki zbiorniczka.

— Patrz, to jest tak zrobione, żeby w odpowiednim momencie się otworzyło.

— Ale kto miałby to otworzyć? — spytał Arkady.

— Radio?

— Niech to diabli — Arkady wstał i zaczął spacerować po wąskim korytarzyku. — To znaczy…

— Ile wypraw sterowcem zrobiono do tej pory? Dziesięć? Dwadzieścia? I wszyscy zrzucamy to paskudztwo?

Arkady zaczął się śmiać. Przechylił głowę do tyłu, białe zęby błysnęły wśród rudego zarostu. Śmiał się, trzymając za boki.

— Ha, ha, ha!

Nadia absolutnie nie uważała tego za zabawne, ale mimo woli też się roześmiała na jego widok.

— To wcale nie jest śmieszne! — zaprotestowała. — Wpadliśmy w wielkie kłopoty!

— Może — przyznał.

— Stanowczo tak! I to wszystko przez ciebie! Po prostu niektórzy głupi biolodzy mieszkający w przyczepach wzięli poważnie twoje anarchistyczne gadanie!

— Hmm — mruknął. — Nieźle… punkt dla nich… Dranie. To znaczy… — Podszedł do kuchennego stołu, aby jeszcze raz przypatrzeć się kępce niebieskawej materii. — Jak sądzisz, o kim konkretnie mówimy? Ilu spośród naszych przyjaciół jest w to zamieszanych? I dlaczego, do cholery, nikt mi nic nie powiedział?

Nadii przyszło do głowy, że to naprawdę jest dziwne. A Arkady im więcej myślał nad całą tą sprawą, tym mniej był rozbawiony, ponieważ umieszczenie glonów w wiatrakach oznaczało, że wśród kolonistów zawiązał się jakiś spisek, grupa, która działa poza nadzorem UNOMY. I ta grupa nie powiadomiła Arkadego o swojej działalności, mimo że właśnie on wydawał się zawsze pierwszym i najbardziej radykalnym zwolennikiem tego typu akcji wywrotowych! Tylko co to oznacza? Czyżby wśród kolonistów znajdowały się osoby, które są po jego stronie, ale mu nie ufają? Czy są to dysydenci, przeciwnicy programu współdziałania?

Nadia i Arkady nie mieli jednak w tej chwili żadnych możliwości, by dowiedzieć się prawdy. W końcu podciągnęli więc kotwicę i pożeglowali dalej nad Amazonis. Minęli średniej wielkości krater o nazwie Pettit i Arkady zauważył, że byłoby to dobre miejsce dla wiatraka, ale Nadia tylko na niego warknęła. Polecieli więc dalej, głośno rozważając sytuację. Nie ulegało wątpliwości, że w tę brzydką sprawę musiało być zamieszanych sporo osób pracujących w laboratoriach biotechnologicznych; prawdopodobnie większość z nich, a może nawet wszyscy. I rzecz jasna Sax, projektant wiatraków. Zwolenniczką tych małych urządzeń grzewczych była również Hiroko. Ani Nadia, ani Arkady nie wiedzieli, z jakiego powoduje popiera, nie mogli więc osądzić, czy zaaprobowałaby zainfekowanie planety obcą biotą; nie znali poglądów Hiroko, nie dzieliła się nimi. Mimo wszystko jednak uznali, że jej udział w tym przedsięwzięciu jest możliwy.

Rozmawiając o tym wszystkim, rozłożyli roztrzaskany wiatrak na części składowe. Płytka grzejna służyła jednocześnie jako drzwiczki do komory, w której umieszczono glony. Otwierając zdalnie to wejście, można było wypuszczać glony w strefę nieco cieplejszą, bo ogrzewaną ciepłą cewką. A zatem każdy wiatrak był maleńką oazą. Jej twórcy musieli wychodzić z założenia, że jeśli glony zdołają przeżyć z pomocą urządzenia, a potem dalej się rozwijać poza niewielkim rejonem ogrzewanym przez gorącą płytkę, będzie wspaniale, ale jeśli się nie uda, to trudno, nic się nie stanie, fiasko bez konsekwencji. Gorąca płytka posłuży jako piękne pożegnanie pomysłu i nic więcej. W każdym razie tak zapewne myśleli projektanci wiatraka.

— Zrobili z nas Johnny’ego Appleseeda — oznajmił Arkady.

— Jakiego Johnny’ego?

— Jest taka amerykańska przypowieść ludowa — opowiedział jej całą historię.

— Taak, masz rację. I teraz przyjdzie Paul Bunyan i da nam popalić.

— Ależ nie. Wielki Człowiek jest o wiele potężniejszy od Bunyana, wierz mi.

— Kim jest Wielki Człowiek?

— No wiesz, te wszystkie określenia dla osobliwości marsjańskiego terenu: Ślady Stóp Wielkiego Człowieka, Wanna Wielkiego Człowieka, Pole Golfowe Wielkiego Człowieka… licho wie, co jeszcze.

— Aha.

— Tak czy owak, nie powinniśmy mieć kłopotów. Nic o tej sprawie nie wiedzieliśmy.

— Może, tylko kto w to uwierzy?

— Słusznie. Ci dranie… naprawdę mnie w to wrobili.

Ten fakt najwyraźniej zaniepokoił Arkadego najbardziej. Nie interesowało go, że właśnie zakazili Mars obcą biotą, ale że jego, Arkadego Nikołajewicza, wykluczono z kręgu wtajemniczonych. Nadia uświadomiła sobie, jak chorobliwymi egoistami okazują się w pewnych sytuacjach niektórzy ludzie. A Arkady miał przecież swoją własną grupkę przyjaciół, a może nawet coś więcej: otaczały go osoby, które we wszystkim się z nim zgadzały, posiadał swego rodzaju orszak wyznawców. Wśród tych osób była cała załoga Fobosa i wielu programistów z Underhill. Byłoby źle, gdyby niektórzy z jego stronników zostali zamieszani w tę sprawę i ukrywali ten fakt przed nim, ale najwidoczniej jeszcze gorsze było dla niego istnienie innej grupy z własnymi tajnymi planami, ponieważ taka grupa stanowiła przeszkodę, a może i konkurencję.

W każdym razie prawdopodobnie tak właśnie uważał Arkady. Nie powiedział tego otwarcie, ale można się było tego domyślać z jego mamrotania i ostrych przekleństw, zupełnie szczerych, mimo że mieszały się z wybuchami wesołości. Wydawało się, że Arkady nie może się zdecydować, czy się cieszyć, czy wściekać, i Nadia w końcu pomyślała, że odczuwa jedno i drugie. Taki już był z niego niezwykły człowiek: reagował na wszystko spontanicznie, nie przejmując się konsekwencjami. Tylko że tym razem Nadia nie była pewna, czy podobają jej się jego reakcje, czy Arkady ma prawo zarówno do gniewu, jak i do rozbawienia. Powiedziała mu to z jawnym rozdrażnieniem.

— Och, dajże spokój! — oburzył się. — Dlaczego mieliby mieć przede mną sekrety, skoro to właśnie ja optowałem za takim rozwiązaniem?

— Ponieważ wiedzieli, że mogę z tobą polecieć. Gdyby ci powiedzieli, mogłabym temu przeszkodzić!

Arkady roześmiał się cynicznie.

— Więc mimo wszystko zachowali się rozsądnie!

— Niech cię szlag.

Ale kto? Biotechnolodzy, Sax, alchemicy, którzy faktycznie skonstruowali te urządzenia. Może ludzie związani z łącznością radiową… Cóż, sporo osób musiało o tym wiedzieć.

— A Hiroko? — spytał Arkady.

Nadal nie byli pewni co do niej. Nie znali jej poglądów w wystarczającym stopniu, aby zgadnąć, co myśli. Nadia była absolutnie przekonana, że Hiroko maczała palce w przedsięwzięciu, ale nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak sądzi.

— Cóż — zaczęła w zamyśleniu. — Hiroko otacza dość spora grupa osób: cały zespół farmerski i wielu innych, którzy ją szanują, respektują jej poglądy i… poszliby za nią w ogień. Nawet Ann… na swój sposób. Chociaż, Boże, przecież Ann znienawidzi całą naszą setkę, kiedy się dowie o wiatrakach! Fiu! Tak czy owak, po prostu wydaje mi się, że Hiroko zawsze znała wszystkie nasze sekrety. Zwłaszcza jeśli wiązały się z ekosystemem. W końcu ekipa biotechnologiczna współpracuje z nią przez większość czasu, a dla niektórych spośród nich Hiroko jest kimś w rodzaju guru. Wielu otaczają prawdziwą czcią. Myślę, że musieli się jej poradzić, gdy umieszczali glony w wiatrakach!

— Hmm…

— Prawdopodobnie otrzymali jej zgodę. Może powinnam powiedzieć raczej: “przyzwolenie”.

Arkady przytaknął.

— Chyba masz rację.

Rozmawiali jeszcze długo, zastanawiając się nad każdym szczegółem. Kraina, którą mijali, płaska i nieruchoma, teraz wydawała się Nadii zupełnie inna. Została obsiana, zapłodniona; niedługo miała się zmienić, już, natychmiast i nieuchronnie. Omawiali także inne aspekty terraformowania według planów Saxa: gigantyczne zwierciadła orbitujące wokół Marsa i odbijające światło słoneczne na terminatory świtu i zmroku, zarzucenie węglem czap polarnych, areotermiczne ciepło, lodowe planetoidy. To się miało naprawdę zdarzyć. Nie było już nad czym debatować. Było oczywiste, że zmienią oblicze Marsa.

Drugiego wieczoru po odkryciu kolonii glonów, kiedy Nadia i Arkady przyrządzali sobie kolację, a sterowiec wisiał zaczepiony na kotwicy w jakimś kraterze od strony zawietrznej, otrzymali przez satelitę komunikacyjnego telefon z Underhill.

— Hej, jak się macie! — krzyknął John Boone na powitanie. — Mamy kłopot!

— Rzeczywiście, macie go — mruknęła Nadia.

— Dlaczego, coś się tam u was stało?

— Nie, nie.

— To dobrze, ponieważ naprawdę to wy, kochani, macie kłopot, a byłoby straszne, gdybyście mieli więcej niż jeden… A teraz słuchajcie uważnie. W rejonie Claritas Fossae rozpoczęła się burza pyłowa i stale narasta, posuwając się w błyskawicznym tempie na północ. Sądzimy, że dotrze do was mniej więcej za dobę.

— Czy nie jest zbyt wcześnie na takie burze? — spytał Arkady.

— Cóż, przekroczyliśmy już Ls 240, więc chyba na nie pora. Południowa wiosna. Tak czy owak, rozszalała się i zbliża się w waszą stronę.

Przesłał im satelitarne zdjęcie burzy i dwoje Rosjan obserwowało z uwagą ekran komputera. Region na południe od Tharsis był teraz przesłonięty bezkształtną żółtą chmurą.

— Lepiej od razu wystartować — oświadczyła Nadia po przestudiowaniu zdjęcia.

— W nocy?

— Możemy uruchomić śmigła, a baterie doładujemy jutro rano. Potem trudno będzie o wystarczającą ilość światła słonecznego, chyba że uda nam się lecieć ponad pyłem.

Po długiej dyskusji z Johnem, a potem z Ann, sterowiec wyruszył. Wiatr pchał go na północny wschód i tym kursem mogli przelecieć dokładnie na południe od Olympus Mons. Mieli nadzieję, że później uda im się dotrzeć w pobliże północnej ściany Tharsis, która powinna ich ochronić przed burzą przynajmniej na jakiś czas.

Nocny lot wydawał się głośniejszy. Podmuchy wiatru nad wypełnioną wodorem powłoką brzmiały jak tętniący jęk, a warkot silników przywodził na myśl żałosne postękiwanie. Siedzieli w kokpicie oświetlonym jedynie przyćmionym zielonym blaskiem przyrządów i rozmawiali cicho; maszyna przemieszczała się nad ciemnym lądem. Od Underhill dzieliło ich około trzech tysięcy kilometrów, mniej więcej trzysta godzin lotu. Gdyby lecieli bez przerwy, podróż zajęłaby im około dwunastu dni. Jednak burza, jeśli będzie narastała w typowy dla Marsa sposób, dosięgnie ich na długo przedtem. A później… trudno powiedzieć, co się zdarzy. Bez światła słonecznego śmigła szybko wyczerpią baterie, a wtedy …

— Czy nie moglibyśmy po prostu unosić się na wietrze? — spytała Nadia. — Używać śmigieł tylko do sporadycznej korekty kierunku?

— Może, ale dobrze wiesz, że w tego typu statkach śmigła są częścią siły nośnej.

— Taak. — Zaparzyła kawę i przyniosła dwa pełne kubki do kabiny pilota. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, popijając gorący płyn i spoglądając na zmianę to na czarny krajobraz pod nimi, to na zielony kwadrat małego ekranu radiolokatora. — Chyba powinniśmy wyrzucić wszystko, czego nie potrzebujemy. Zwłaszcza te cholerne wiatraki.

— To jest nasz balast, zachowajmy go na czas, kiedy będziemy musieli się wznieść.

Godziny nocy wlokły się powoli. Na zmianę pełnili dyżur przy sterze i Nadii udało się niespokojnie przespać mniej więcej godzinę. Kiedy wróciła do kabiny pilota, zobaczyła czarną masę Tharsis przetaczającą się na horyzoncie przed nimi: dwa najbardziej na północ wysunięte z trzech królewskich wulkanów, Ascraeus Mons i Pavonis Mons wyglądały jak garby na tle zimnobarwnych gwiazd, na krawędzi świata. Na lewo od nich wciąż górował wysoko nad horyzontem Olympus Mons i razem z pozostałymi dwoma głównymi wulkanami uzmysławiał im rzeczywistą wielkość tego prawdziwie gigantycznego kanionu. Radar pokazywał na ekranie maleńki obrazek na tle zielonej siatki.

Na godzinę przed świtem wydało im się, że wyrasta obok nich jakiś inny potężny wulkan. Cały południowy horyzont wzniósł się nagle, a nisko wiszące nad nim gwiazdy powoli znikały. Zobaczyli tonącego w czerni Oriona. Nadchodziła burza.

Dotarła do nich tuż przed brzaskiem. Zdusiła czerwień na wschodnim niebie, przetoczyła się nad sterowcem i obróciła świat w rdzawy półmrok. Wiatr wiał coraz mocniej, najpierw przewalał się za oknami gondoli ze stłumionym rykiem, a potem z głośnym skowytem. Pył przelatywał obok nich z przerażającą, nadrealną szybkością. Potem wiatr stał się jeszcze gwałtowniejszy i gondola szarpała się to w górę, to w dół, kiedy kadłub sterowca miotał się raz w tył, raz w przód.

Na szczęście zamierzali się udać właśnie na północ. W pewnej chwili Arkady powiedział:

— Miejmy nadzieję, że wiatr ominie północną skarpę Tharsis.

Nadia w milczeniu pokiwała głową. Nie mieli okazji doładować baterii po nocnym locie, a bez światła słonecznego silniki niedługo staną.

— Hiroko mówiła mi, że podczas burzy światło słoneczne przy powierzchni stanowi około piętnastu procent normalnego — oznajmiła. — Wyżej powinno być nieco silniejsze. Uda nam się więc trochę naładować baterie, ale będzie to trwać bardzo długo. Może przez cały dzień zdołamy uzyskać wystarczająco dużo światła, aby choć na trochę uruchomić śmigła dziś wieczorem. — Usiadła przy komputerze, chcąc wykonać obliczenia. Coś w wyrazie twarzy Arkadego — nie strach, nawet nie niepokój, ale jakby nieznaczny uśmieszek zaciekawienia — uświadomił jej, w jak wielkim znajdują się niebezpieczeństwie. Jeśli nie zdołają uruchomić śmigieł, nie będą w stanie zapanować nad kierunkiem lotu, może nawet nie uda im się pozostać w górze. Co prawda zawsze mogli się opuścić i próbować zarzucić kotwicę, ale jedzenia starczyłoby im zaledwie na kilka tygodni, a tego typu burze często utrzymują się na Marsie przez dwa, a czasem nawet trzy miesiące.

— To jest Ascraeus Mons — zauważył Arkady, wskazując na ekran radiolokatora. — Niezły widok. — Roześmiał się. — Tym razem jednak chyba nas ominie. To fatalnie, tak bardzo chciałem go zobaczyć! Pamiętasz Elysium?

— Tak, tak — odparła Nadia, zajęta komputerową symulacją doładowania baterii. Mars znajdował się obecnie niemal w punkcie peryhelium, blisko Słońca — fakt ten stanowił zresztą jedną z podstawowych przyczyn powstania burzy pyłowej — ale przyrządy wskazywały, że do poziomu, na którym znajduje się sterowiec, dociera zaledwie około dwudziestu procent pełnego światła. Nadii wprawdzie zdawało się, że tego światła jest co najmniej ze trzydzieści albo i czterdzieści procent, ale tak czy owak, istniała możliwość uruchamiania na krótko śmigieł co jakiś czas. Pomogłoby to podróżnikom kolosalnie, ponieważ bez śmigieł sterowiec poruszał się mniej więcej z prędkością dwunastu kilometrów na godzinę. Dryfując na wietrze prawdopodobnie tracili również wysokość, chociaż, jak sobie natychmiast uświadomiła Nadia, może po prostu przelatywali nad coraz wyższymi tworami rzeźby marsjańskiego terenu i raczej to ziemia się podnosiła, a nie oni opadali. W każdym razie z włączonymi śmigłami na pewno mogliby utrzymywać stały pułap lotu i kontrolować kurs, przynajmniej do stopnia czy dwóch.

— Jak gęsty jest twoim zdaniem ten pył? — spytała.

— Jak gęsty?

— No, wiesz, gramy na metry sześcienne. Spróbuj się połączyć z Ann albo Hiroko przez radio i zapytaj, dobrze?

Nadia zaczęła przetrząsać statek w poszukiwaniu czegoś, co dałoby się wykorzystać do zasilania śmigieł. Może hydrazynę przeznaczoną dla próżniowych pomp komory bombowej? Silniki pomp można by prawdopodobnie podłączyć do śmigieł… Kopnięciem usunęła z drogi jeden z cholernych wiatraków i jego widok natychmiast przypomniał jej gorące płytki. Były ogrzewane energią elektryczną, wytwarzaną dzięki wirowaniu wiatraków. Może więc udałoby się użyć tej energii do naładowania baterii śmigła… Wiatraki można by przymocować na zewnątrz gondoli: wiatr obracałby je jak bąki, a otrzymana w ten sposób elektryczność zasiliłaby silniki śmigieł. Grzebiąc w szafce ze sprzętem w poszukiwaniu przewodów, transformatorów i narzędzi, opowiedziała Arkademu o swoim pomyśle, a on zareagował wybuchem szaleńczego śmiechu.

— Dobry pomysł, Nadiu! Naprawdę świetny!

— Jeśli się uda. — Przetrząsała pospiesznie skrzynkę z narzędziami. Zabrała w tę podróż o wiele gorsze wyposażenie niż zazwyczaj. Światło w gondoli było niesamowitą, przytłumioną żółtą łuną, która drgała z każdym porywem wiatru. Widok za oknami zmieniał się od dziur o doskonałej jasności, poprzez obraz gęstych żółtych burzowych chmur lecących za sterowcem, po zupełną ciemność. Wszystkie okna pokrył pył, wirujący z prędkością ponad trzystu kilometrów na godzinę. Nawet przy ciśnieniu dwunastu milibarów porywy wiatru miotały statkiem na wszystkie strony. Arkady siedział w kokpicie i przeklinał bezradność autopilota.

— Przeprogramuj go — zawołała do niego Nadia, a potem przypomniała sobie sadystyczne symulacje Arkadego na Aresie i roześmiała się głośno. — Lot problemowy! Problemowy!

Znowu się roześmiała na wywrzaskiwane przez niego kolejne przekleństwa i wróciła do pracy. Wiatr popychał ich teraz przynajmniej trochę szybciej. Arkady krzykiem przekazał Nadii informację od Ann. Pył był niezwykle drobny, przeciętny rozmiar cząsteczki wynosił około dwa i pół mikrona, średnia gęstość słupa jakieś l O”3 g/cm2; był dość równo rozmieszczony od góry do dołu słupa. Nie było źle. Gdyby osiadł na ziemi, powstałaby naprawdę cienka warstwa, taka, jaką widzieli na najstarszym transportowym zrzucie w Underhill.

Nadia owinęła przewodami kilka wiatraków i przeszła korytarzykiem do kabiny pilota.

— Ann mówi, że wiatr jest najsłabszy tuż nad powierzchnią — oświadczył Arkady.

— To dobrze. Muszę zamocować te wiatraki.

Tego samego popołudnia na ślepo obniżyli więc lot i pozwolili kotwicy hamować, aż się zaczepiła. Wiatr tutaj był słabszy, ale mimo to dla Nadii opuszczenie się na linie okazało się prawdziwą udręką. Spuszczała się coraz niżej otoczona gwałtownie pędzącymi chmurami żółtego pyłu, kołysana w ty H w przód… aż wreszcie poczuła pod nogami grunt! Uderzyła butami o ziemię, potem zatrzymała się i zaczęła się wyplątywać z pasów. Kiedy się uwolniła, musiała się schylić pod naporem wiatru; chociaż pył był tu rzadszy, i tak chłostał ją niemiłosiernie i Nadia znowu doznała dawnego wrażenia pustki. Krajobraz wokół niej poruszał się falami to w tył, to w przód, a szybkość pędzącego pyłu dezorientowała — na Ziemi tak szybki wiatr niczym tornado porwałby po prostu istotę ludzką w górę i rzucił nią jak źdźbłem trawy.

Tutaj jednak można się było utrzymać na powierzchni, jeśli się tylko wiedziało, jak to robić. Arkady powoli opuszczał sterowiec na linie kotwicznej i teraz maszyna górowała nad Nadią jak zielony dach, pod którym było niesamowicie ciemno. Nadia odłączyła część przewodów od turbośmigieł na końcach skrzydeł, przywiązała je do sterowca i podłączyła do styków w środku, pracując w pośpiechu, aby jak najmniej narażać je na kontakt z pyłem i szybko wydostać się spod “Grotu Strzały”, który bez przerwy podskakiwał na wietrze. Z trudem drążyła otwory w spodzie szkieletu gondoli i przymocowywała śrubkami jeden po drugim dziesięć wiatraków. Kiedy mocowała przewody wiatraków do plastykowego kadłuba, cały sterowiec zaczął opadać tak szybko, że musiała runąć na twarz i rozciągnąć się płasko na zimnej ziemi. Spadła akurat na świder, który niemal wbił jej się w żołądek.

— Cholera! — wrzasnęła.

— Co się stało?! — odkrzyknął zaniepokojony Arkady przez interkom.

— Nic — odparła, podnosząc się i wiążąc przewody szybciej niż kiedykolwiek dotąd w życiu. — Ta pieprzona maszyna… to jest jak praca na trampolinie… — Potem, gdy skończyła, wiatr wzmógł się jeszcze bardziej i musiała się niemal wczołgiwać do przegrody kadłubowej. Chrapliwie sapała.

— Ten cholerny potwór niemal mnie zmiażdżył! — krzyknęła do Arkadego bardzo głośno, mimo że zdjęła już hełm. Arkady starał się odczepić kotwicę, a Nadia słaniając się chodziła po gondoli. Zbierała zbędne przedmioty i zanosiła je do komory bombowej: lampę, materac, większość przyborów do gotowania i jedzenia, kilka książek, wszystkie próbki skał.

Wyrzucała je po kolei przez luk komory na powierzchnię planety i myślała, że gdyby jakiś podróżnik kiedyś dotarł do powstałego w ten sposób stosu, z pewnością zastanawiałby się, co się tu, u diabła, zdarzyło.

Żeby odczepić kotwicę, musieli uruchomić oba śmigła na pełne obroty, a kiedy wreszcie udało się im to zrobić, oderwali się i lecieli jak liść gnany listopadowym wiatrem. Nie wyłączali nadal śmigieł, ponieważ chcieli możliwie najszybciej uzyskać odpowiednią wysokość. Pomiędzy Olympus Mons i Tharsis znajdowało się kilka małych wulkanów i Arkady chciał przelecieć kilkaset metrów nad nimi. Ekran radiolokatora pokazywał równomiernie opadający za nimi Ascraeus Mons. Wiedzieli, że gdy znajdą się od niego daleko na północ, będą mogli skierować się na wschód i spróbować obrać kurs wokół północnej ściany Tharsis, a potem ku Underhill.

Jednak po kilku długich godzinach zauważyli, że silny wiatr pcha sterowiec nieuchronnie na północne zbocze Tharsis, tak że nawet kiedy całą mocą kierowali się ku południowemu wschodowi, w najlepszym razie poruszali się tylko na północny wschód. Podczas ich wysiłków, aby lecieć pod wiatr, biedny “Grot Strzały” szamotał się jak lotnia, rzucając gondolą w górę i w dół, jakby gondola była naprawdę przymocowana do spodu trampoliny. I mimo usilnych starań, wciąż nie poruszali się w pożądanym kierunku.

Znowu zapadła ciemność. Wiatr nadal unosił statek na północny wschód. Wiedzieli, że podążając tym kursem, miną Underhill o kilkaset kilometrów, a dalej nie będzie już nic: żadnych kolonii, nigdzie schronienia. Wichura rzuci ich nad Acidalię, na Vastitas Borealis, na puste kamienne morze czarnych wydm. Nie mieli wystarczającej ilości jedzenia ani wody, aby okrążyć całą planetę jeszcze raz i znowu spróbować skierować statek do Underhill.

Z nieznośnym uczuciem, że ma wszechobecny pył w ustach i oczach Nadia weszła do kuchni i przyrządziła dla siebie i Arkadego posiłek. Była potwornie wyczerpana i, co sobie uprzytomniła, kiedy zapach jedzenia rozszedł się po kuchni, straszliwie głodna. Miała także ogromne pragnienie, a regenerator wody działał przecież na hydrazynie.

Myśląc o wodzie, przypomniała sobie pewien fakt z wyprawy na biegun północny: pęknięty zmarzlinowy chodnik i biały wyciek wodnego lodu. Czy mogło to mieć dla nich teraz jakiekolwiek znaczenie?

Wróciła z trudem do kabiny pilota, wspierając się przy każdym kroku o ścianę. Razem z Arkadym zjedli zabrudzony pyłem posiłek, każde zatopione we własnych myślach. Arkady uważnie obserwował ekran radaru; nic nie mówił, ale był bardzo skoncentrowany.

Ach, coś sobie uświadomiła.

— Słuchaj — odezwała się. — Gdybyśmy zdołali odebrać sygnały z transponderów na naszej drodze do Chasma Borealis, moglibyśmy się opuścić i wylądować przy niej. Underhill wysłałoby wówczas po nas automatyczny rover. Tym łazikom nie przeszkadza żadna burza, jadą po prostu wyznaczoną trasą. Moglibyśmy zamocować “Grot Strzały” i wrócić do domu.

Arkady popatrzył na nią, przeżuwając w zamyśleniu jedzenie.

— Niezły pomysł — rzekł po chwili.

Gdyby tylko rzeczywiście udało im się zlokalizować sygnały z drogi transponderowej. Arkady włączył radio i zadzwonił do Underhill. Połączenie co chwila się przerywało, zakłócane wyładowaniami atmosferycznymi równie gwałtownymi jak siła burzy pyłowej, ale na szczęście jakoś zdołali się porozumieć. Całą noc spędzili na naradach z ludźmi w bazie, na dyskusjach o częstotliwości, szerokości pasma i gęstości pyłu, co mogło zakłócić i tak dość słabe sygnały urządzeń odzewowych, i o tym podobnych kwestiach. Ponieważ transpondery były zaprojektowane wyłącznie po to, by dawać sygnały łazikom, które znajdowały się w pobliżu i w dodatku na powierzchni, usłyszenie ich z góry mogło stanowić pewien problem. Underhill potrafiło wprawdzie określić z maksymalną dokładnością ich pozycję, na tyle dobrze, aby powiedzieć im, kiedy mają obniżyć lot, a ich własna mapa radiolokacyjna również mogła im dać ogólny namiar drogi, wiedzieli jednak, że żadna z tych metod nie jest stuprocentowo pewna i będzie niemal niemożliwością znalezienie drogi w burzy, jeśli nie wylądują dokładnie na niej. Gdyby opadli o dziesięć kilometrów w którąkolwiek stronę, nikt by ich nie odnalazł. Sytuacja byłaby o wiele bezpieczniejsza, gdyby usłyszeli sygnały transponderowe i podążyli ku nim w dół.

W każdym razie Underhill wysłało automatycznego rovera drogą na północ. Miał pojechać w strefę, gdzie sterowiec powinien dolecieć w przeciągu około pięciu dni; przy ich obecnej prędkości — teraz prawie trzydziestu kilometrów na godzinę — powinni dotrzeć do tej drogi w ciągu czterech dni.

Kiedy zostały uzgodnione już wszystkie kwestie, ustalili kolejność wacht na resztę nocy. Nadia spała niespokojnie w wolnych chwilach, ale większość czasu spędzała po prostu leżąc na łóżku; niemal każdym nerwem czuła wstrząsający sterowcem wiatr. Okna były tak ciemne, jak gdyby zaciągnięto na nich zasłony; ryk wichury brzmiał niczym huczenie pieca gazowego, a od czasu do czasu przypominał wycie upiorów. W pewnej chwili Nadii przyśniło się, że znajduje się w środku wielkiego paleniska pełnego ognistych demonów; obudziła się spocona i poszła zluzować Arkadego. Cała gondola pachniała potem, pyłem i spaloną hydrazyną. Pomimo wszystkich izolacji uszczelniających, na wszelkich możliwych powierzchniach wewnątrz gondoli znajdowała się widoczna biaława warstewka pyłu. Przejechała palcem po jasnobłękitnej plastikowej ściance i zapatrzyła się w pozostawiony ślad. Niewiarygodne.

Upłynęło kilka posępnych dni lotu przez bezgwiezdną czerń nocy. Radar pokazywał jakiś obiekt znajdujący się pod nimi, który zdaniem Arkadego i Nadii był najprawdopodobniej Kraterem Fiesienkowa; wiatr pchał ich ciągle na północny wschód i nie mieli już absolutnie żadnej szansy wyrwać się burzy i pożeglować na południe, do Underhill. Ich jedyną nadzieją była transponderowa droga polarna.

Podczas dyżuru Arkadego Nadia zajęła się poszukiwaniem kolejnych rzeczy do wyrzucenia z pokładu. Odcinała też te części szkieletu gondoli, które uważała za zbędne, chociaż konstruktorzy we Friedrichshafen zapewne zadrżeliby z oburzenia, gdyby to zobaczyli. Niemcy zawsze we wszystkim przesadzali, a poza tym nikt na Ziemi tak naprawdę nie miał pojęcia o marsjańskim ciążeniu. Toteż Nadia piłowała i stukała młotkiem, aż w gondoli nie pozostało już prawie nic. Likwidacja każdej kolejnej przegrody kadłubowej wznosiła tumany denerwującego pyłu, ale Nadia osądziła, że gra jest warta świeczki. Koniecznie musieli powstrzymać opadanie, a ponieważ przystosowane przez nią wiatraki nie dawały bateriom zadowalającej mocy, Nadia już dawno wyrzuciła resztę miniaturowych urządzeń. Zresztą, nawet gdyby miała je teraz do dyspozycji, nie byłaby w stanie ponownie wyprawić się pod sterowiec, aby je zamontować; wspomnienie poprzedniej próby ciągle przyprawiało ją o dreszcz. Cięła więc wszystko ze zdwojoną energią. Była gotowa wyrzucić nawet kawałki kadłuba, gdyby potrafiła się dostać do balonów.

Arkady kręcił się po gondoli, zachęcając ją do działania; nagi i oblepiony pyłem wyglądał jak prawdziwy czerwony Marsjanin. Cały czas śpiewał piosenki, obserwował ekran radaru, pochłaniał szybkie posiłki i w miarę możności planował kurs. Nie sposób było nie zarazić się rozpierającą go energią, zdumiewał optymizmem przy najgwałtowniej szych smagnięciach wiatru, kiedy Nadia niemal czuła pył latający szaleńczo w jej krwi.

Tak minęły trzy długie, wypełnione zajęciami dni. Sterowiec wciąż tkwił we wściekłym uścisku ciemnopomarańczowego wiatru. Czwartego dnia wczesnym popołudniem jak co dzień włączyli odbiornik radiowy na pełną głośność i na częstotliwości transponderów słuchali trzasków zakłóceń atmosferycznych. Nadia padała ze zmęczenia i koncentrowanie się na monotonnym hałasie tak ją uśpiło, że była prawie nieprzytomna, kiedy Arkady nagle coś powiedział. Szarpnęła się w fotelu.

— Słyszysz to? — spytał. Wsłuchała się i potrząsnęła głową. — Coś w rodzaju “ping”, “ping”.

Usłyszała jakiś cichy dźwięk, jakby “bip”.

— Czy to jest to?

— Tak sądzę. Zamierzam sprowadzić nas na dół, tak szybko jak to możliwe i będę musiał opróżnić niektóre balony.

Wystukał na klawiaturze polecenie, sterowiec pochylił się do przodu. Wysokościomierz gwałtownie zamigotał. Radiolokator pokazywał zupełnie płaską powierzchnię pod statkiem. Dźwięk z pozoru wydawał się coraz głośniejszy, ale nie mieli na pokładzie lokalizatora, który jako jedyny mógł ich upewnić, że rzeczywiście zbliżają się do celu. Ping… ping… ping… Nadia była tak wyczerpana, że nie potrafiła stwierdzić, czy dźwięk staje się głośniejszy czy cichszy. Zdawało jej się, że każdy odgłos ma inne natężenie i pomyślała, iż zależy to zapewne od uwagi, z jaką w danym momencie się przysłuchiwała.

— Cichnie — oznajmił nagle Arkady. — Nie sądzisz?

— Naprawdę nie wiem.

— Myślę, że słabnie. — Włączył śmigła i tłumiony warkotem silników sygnał stał się wyraźnie cichszy. Arkady obrócił sterowiec pod wiatr i maszyna zaczęła dziko podskakiwać. Rosjanin walczył, starając się ustabilizować ruch w dół, ale między każdym poleceniem i ruchem sterowca istniała niewielka zwłoka, wobec czego udało mu się osiągnąć niewiele więcej ponad kontrolowane hamowanie. Jednak dźwięk cichł jakby wolniej.

Kiedy wysokościomierz wskazał, że znajdują się wystarczająco nisko, spuścili kotwicę, która po chwili niespokojnego dryfowania zahaczyła się i zatrzymała statek. Wtedy wyrzucili wszystkie pozostałe kotwice i zaczepili “Grot Strzały” na linach. Nadia ubrała się w skafander, opasała sznurem, zeszła na powierzchnię i zaczęła krążyć w czekoladowym półmroku, ze wszystkich sił opierając się nieregularnym porywom wiatru. Poczuła się fizycznie wyczerpana bardziej niż kiedykolwiek w całym swoim dotychczasowym życiu; chodzenie pod wiatr było naprawdę trudne, wobec czego musiała halsować. Wydawało jej się, że ziemia podskakuje pod stopami; ledwie mogła utrzymać równowagę. W interkomie hełmu słyszała pulsujący sygnał transpondera. Dźwięk był jeszcze dość odległy.

— Powinniśmy byli przez cały czas słuchać przez interkomy — mruknęła do Arkadego. — Słychać dokładniej.

Nagle przewrócił ją podmuch wiatru. Wstała i wlokła się powoli, pozwalając, by nylonowa lina ciągnęła się za nią. Starała się podążać za siłą głosu transpondera. Miała wrażenie, że podłoże płynie pod jej stopami, chociaż nie mogła wiele dostrzec, ponieważ widoczność ograniczała się teraz do około metra albo i mniej, zwłaszcza w naj gwałtowniej szych porywach pyłowej burzy. Po chwili wiatr nieco się uspokoił i Nadia zobaczyła przelatujące obok brązowe strumienie pyłu, warstwa po warstwie. Poruszały się z przerażającą szybkością. Wiatr znów uderzył mocniej, utrzymywanie równowagi sprawiało prawdziwy ból i wymagało stałego wysiłku wszystkich mięśni.

Cały czas zanurzona w tej gęstej, oślepiającej chmurze, w pewnej chwili wpadła na jeden z transponderów, który nagle pojawił się przed nią niby gruba sztacheta w zdewastowanym płocie.

— Och! — krzyknęła.

— Co się stało?

— Nic! Przestraszyłam się, gdy wpadłam na transponder.

— Więc go znalazłaś!?

— Tak. — Poczuła przemożne znużenie ogarniające jej ręce i nogi. Usiadła i przez minutę nieruchomo siedziała na ziemi, po czym znowu wstała. Było za zimno, aby tkwić w bezruchu. Brakujący palec zakłuł ostrym bólem.

Podniosła nylonową linę i wróciła na oślep do sterowca, czując się jak postać ze starożytnego mitu: tylko ta nić mogła ją wydostać z labiryntu.

Kiedy wracali roverem na południe, oślepieni szalejącym pyłem, wśród trzasków nadeszła przez radio wiadomość, że UNOMA właśnie zaaprobowała ustawę uchwalającą założenie trzech następnych kolonii. Każda miała się składać z pięciuset osób, przedstawicieli państw nie reprezentowanych wśród pierwszej setki.

A potem poinformowano ich również, że Zgromadzenie Ogólne ONZ zatwierdziło zalecaną wcześniej przez podkomitet UNOMY do spraw terraformowania całą serię działań, między innymi rozmieszczenie na powierzchni planety genetycznie przekształconych mikroorganizmów tworzonych z macierzystego produktu wyjściowego, takich jak glony, bakterie czy porosty.

Arkady śmiał się przez dobre pół minuty.

— Cholerni dranie, ależ oni mają szczęście! Najwyraźniej im się udało.

CZĘŚĆ 4 — Tęsknota za domem

Pewnego zimowego poranka nad Valles Marineris wstało słońce, oświetlając północne ściany wszystkich kanionów tej wielkiej krainy. W jego jaskrawym blasku tu i ówdzie na jakiejś półce skalnej albo obrzeżu kanionu czerniały maleńkie gruzłowate plamki porostów.

Cóż, życie potrafi się dostosować nawet do najtrudniejszych warunków. I potrzeba mu naprawdę bardzo niewiele: odrobinę paliwa, trochę energii, a przy tym okazuje się niezwykle pomysłowe, gdy z różnorakich środowisk ziemi musi wydobyć to, czego potrzebuje do rozwoju. Pewne organizmy żyją na przykład wyłącznie poniżej temperatury zamarzania wody, inne natomiast powyżej temperatury jej wrzenia, jedne zamieszkują strefy wysokiego napromieniowania, drugie tkwią w regionach skrajnie zasolonych, jeszcze inne znalazły dla siebie miejsce w obrębie litej skały, w smolistej sadzy, w środowisku skrajnie odwodnionym lub całkowicie pozbawionym tlenu. Organizmy zasiedlają wszystkie rodzaje środowisk, do każdego świata przystosowują się w tak osobliwy i zdumiewający sposób, że nie jesteśmy sobie w stanie nawet tego wyobrazić. I dlatego właśnie od macierzystej skały aż po wysokie partie atmosfery życie przenika całą ziemię gęstą tkanką wielkiej biosfery.

Wszystkie te zdolności adaptacyjne, wraz z wieloma innymi informacjami genetycznymi, są zakodowane w genach i przekazywane kolejnym pokoleniom. Organizmy tracą swoje charakterystyczne cechy, jeśli geny ulegną mutacji albo gdy zostaną sztucznie zmienione. Biotechnologia wykorzystuje oba te zjawiska, nie tylko rekombinując geny, ale także stosując o wiele starszą metodę selekcji hodowlanej. Mikroorganizmy izoluje się i namnaża, a potem spośród nich wybiera te, które rozwijają się najszybciej (albo takie, które wykazują najwięcej pożądanych cech) i namnaża ponownie. W celu przyspieszenia tempa mutacji dodaje się mutageny i dzięki szybkiemu namnażaniu się (powiedzmy, dziesięć pokoleń bakterii dziennie), można powtarzać ten proces tak długo, aż otrzyma się odpowiedni rezultat. Selekcja hodowlana jest jedną z najpotężniejszych znanych nam strategii biotechnologicznych.

Uwagę przyciągają jednak również nowsze techniki. Kiedy pierwsza setka kolonistów przybyła na Marsa, genetycznie przekształcone mikroorganizmy, czyli GEM-y, tworzono już od około pięćdziesięciu lat, a pół wieku w nowoczesnej nauce to naprawdę szmat czasu. W ostatnim czasie pojawiła się niezwykle efektywna i dokładna metoda łączenia plazmidów, zestawy enzymów restrykcyjnych — do cięcia i ligaz — do łączenia umożliwiające precyzyjne zestawianie długich łańcuchów DNA; ogromnie wzrosła wiedza o genomach i nadal rozwija się w niezwykłym tempie. Dzięki tym wszystkim odkryciom nowoczesna biotechnologia potrafi udoskonalać wszelkie cechy, wpływając na takie procesy komórkowe jak wzrost, replikacja DNA, autodestrukcja (w celu zahamowania rozwoju organizmów o niepożądanych cechach) i wiele innych. Możliwe stało się również odnalezienie i wycięcie z łańcucha DNA sekwencji, będących nośnikami pożądanych cech, a potem syntetyzowanie odcinków przenoszących te informacje, i wprowadzanie ich w pierścienie plazmidów. Następnie takie nowe plazmidy przenosi się do roztworu gliceryny i wraz z wybranymi komórkami umieszcza między dwiema elektrodami. W wyniku krótkich, potężnych wyładowań elektrycznych, o napięciu około dwóch tysięcy wolt, plazmidy te “wskakują” do komórek i voila. Tak właśnie sztucznie powołany do życia niczym potwór Frankensteina, powstaje nowy organizm. Który oczywiście ma zupełnie nowe właściwości.

I stąd to wszystko: błyskawicznie rozmnażające się porosty, odporne na promieniowanie glony, wytrzymałe na przeraźliwe zimno grzyby, słonolubne arche bakterie, które żywią się solą i wydzielają tlen, mchy żyjące w skrajnie arktycznych warunkach. Dzięki genetyce powstało całe królestwo nowych gatunków — organizmów częściowo przystosowanych do życia na powierzchni Marsa. Wiele próbowało przeżyć na otwartej przestrzeni, spora część z nich wymarła: dobór naturalny. Tylko nieliczne przetrwały — te najlepiej przystosowane. Niektóre rozwinęły się gwałtownie, kosztem innych organizmów, a wtedy związki, które same wydalały uaktywniły samobójcze geny powodujące ich samounicestwienie. Organizmy te obumierały dopóty, dopóki nie opadł poziom toksycznych substancji, a potem znowu zaczęły się namnażać.

Życie przystosowuje się do różnych warunków, a jednocześnie warunki te są zmieniane przez żywe organizmy. To jedna z podstawowych cech życia: organizm i środowisko wpływają na siebie wzajemnie, ponieważ są przejawami tego samego ekoświata, częściami jednej całości.

A oto czego dokonali marsjańscy biotechnolodzy: wzrosła zawartość tlenu i azotu w powietrzu, czapy polarne pokrył ciemny pył, na poszarpanych, nierównych powierzchniach porowatych skał pojawił się czarny nalot, a na ziemi — bladozielone plamy; zwiększyła się gęstość unoszących się w powietrzu kryształków lodu, a drobnoustroje zaczęły się przeciskać przez masyw regolitu jak tryliony mikroskopijnych kretów i jęły zmieniać azotyny w azot, a tlenki w tlen.

Początkowo efekty tego działania były prawie niewidoczne i cały proces odbywał się bardzo powoli. Każde nagłe ochłodzenie albo burza słoneczna powodowały olbrzymie straty: całe gatunki wymierały w ciągu jednej nocy, ale pozostałości martwych organizmów żywiły inne istoty, warunki dla następnych były więc już dogodniejsze i proces nabierał rozpędu. W odpowiednich warunkach bakterie potrafią namnażać się niezwykle szybko, podwajając swoją masę wiele razy dziennie. Tempo ich wzrostu jest oszałamiające i chociaż ciężkie warunki — jak na przykład te na Marsie — utrzymywały je na poziomie dalekim od maksymalnego, nowe organizmy, tlenowce, rosły bardzo szybko. Namnażały się, mutowały i umierały. Nowe życie wzrastało na kompoście przodków. Kolejne pokolenia pojawiały się i ginęły, a gleba i powietrze, które pozostawiały po sobie, były zupełnie inne niż te sprzed milionów pokoleń ich krótko żyjących przodków.

Tak więc, kiedy pewnego ranka wstało słońce i strzelając długimi promieniami zaczęło swą codzienną wędrówkę w górę przez strzępiastą pokrywę chmur nad Valles Marineris, na jej północnych ścianach pokazały się maleńkie plamki w kolorze czarnym, żółtym, oliwkowym, szarym i zielonym. Punkciki porostów gęsto upstrzyły pionowe stoki skalnej krainy, wprawdzie jak zawsze kamiennej, popękanej i czerwonej, ale już nie monotonnej: była pocętkowana różnokolorową organiczną “rdzą”.

Michel Duval śnił o domu. Właśnie wypłynął na desce surfingowej z plaży w Villefranche-sur-Mer i teraz ciepła, sierpniowa woda unosiła go w górę i w dół. Było wietrznie, zbliżał się zachód słońca i tafla wody wyglądała jak mokra, przezroczysta płyta spiżowa, od której odbijało się światło. Fale były wyjątkowo duże jak na Morze Śródziemne; krótkie, bystre fale przybrzeżne, które w jednej chwili podnosiły się, by po sekundzie pod gwałtownym uderzeniem wiatru opaść i rozbić się z łoskotem, tylko przez moment unosząc na sobie surfera. Śmiałek błyskawicznie zniknął w spienionej kipieli wodnych pęcherzyków i piasku, po czym zachłystując się wyskoczył nad powierzchnię, oślepiony nagłym blaskiem złotego światła. Michel czuł w ustach smak soli i rozkoszował się niemal zmysłowym dotykiem słonecznych promieni. Tuż ponad spienioną wodą szybowały jak na powietrznych poduszkach wielkie czarne pelikany. Najpierw wzbijały się gwałtownie w niezgrabnym locie, a następnie traciły szybkość i spadały nurkując dokoła Duvala. Pikując, składały częściowo skrzydła i sterowały nimi do ostatniej chwili, aż do niezdarnego zetknięcia się z falą. Za moment znowu ukazywały się w górze, łykając złowioną rybę. Zaledwie kilka metrów od Michela plusnął właśnie jeden ptak, rysując się na tle słońca niczym stukas albo pterodaktyl. Michel czuł równocześnie chłód i ciepło, zanurzony w morzu soli balansował na fali i mrużył oczy, oślepiony odbitym od niej światłem. Załamujące się fale wyglądały jak rozbite na miazgę diamenty.

I wtedy zadzwonił telefon!

Zadzwonił telefon. To były Ursula i Phyllis, które zawiadamiały go, że Maja ma właśnie kolejny ze swoich ataków i jest przeraźliwie smutna. Michel wstał, ubrał się i poszedł do łazienki. Skaczące fale powoli zanikały w oddali, jak ślad za motorową łodzią. Maja znowu przeżywa depresję. Ostatnim razem, gdy ją widział, była w doskonałym humorze, prawie w euforii, a kiedy to było? Niespełna tydzień temu. Ale taka już była Maja. Zupełnie zwariowana, szalona w dziwny, rosyjski sposób, co oznaczało, że trzeba było postępować z nią bardzo, bardzo ostrożnie. Ach ta matuszka Rosja! Zarówno Cerkiew, jak i komuniści próbowali wykorzenić w Rosji matriarchat, który od dawien dawna istniał w tym kraju, i jedyne, co im się udało uzyskać, to wzmożoną falę gorzkiego, zawziętego kobiecego szyderstwa, pogardy całego narodu pięknych Rosjanek, rusałek, Bab Jag i niemal niezniszczalnych, całodobowych superwomen. Kobiety te żyły w niemal dzieworódczej kulturze matek, córek, babuszek i wnuczek. Jednocześnie jednak bez końca usiłowały zbudować normalne kontakty z mężczyznami, rozpaczliwie poszukując utraconego ojca lub idealnego męża. A może po prostu człowieka, który zdjąłby z ich barków część strasznego brzemienia. I gdy wreszcie znajdowały wielką miłość, najczęściej szybko ją niszczyły. Kompletne wariatki!

Hmm, uogólnienia są niebezpieczne. A jednak Maja rzeczywiście była niemal klasycznym przypadkiem… Kapryśna, o zmiennym usposobieniu, gniewna, a równocześnie śliczna, olśniewająca i czarująca, z maestrią manipulująca mężczyznami, we wszystkim co robiła — impulsywna i zmysłowa… Teraz wypełniała j ego gabinet jak j eden wielki symbol przygnębienia. Oczy miała zaczerwienione i przekrwione, a twarz zmęczoną. Ursula i Phyllis kiwnęły głowami i szeptem podziękowały Michelowi za to, że zechciał tak wcześnie wstać, po czym wyszły. Michel podszedł do okna i odsłonił je; odcięte do tej pory żaluzjami światło z centralnej kopuły wlało się do pokoju. Po raz tysięczny uświadomił sobie, jak piękną kobietą jest Maja. Podobały mu się jej niesforne, połyskliwe włosy i mroczne, charyzmatyczne spojrzenie. Zawsze patrzyła rozmówcy prosto w oczy. Zmieniała się zupełnie, gdy była niespokojna i wytrącona z równowagi. Wprost przerażał go ten widok, zwłaszcza że niezwykle ostro kontrastował z typowym dla niej codziennym ożywieniem, jakoś nie pasował do jej zwykłego sposobu bycia, przyjacielskiego gestu, jakim kładła rękę na ramieniu rozmówcy…

Teraz to zrozpaczone stworzenie miało pretensje do całego świata… Maja pochyliła się nad biurkiem Michela i zaczęła opowiadać urywanym, chrapliwym głosem ostatnią scenę powstającego z dnia na dzień niezwykłego dramatu o niej i Johnie, a potem z kolei zaczęła się rozwodzić na temat Franka. Najwyraźniej wściekła się na Johna za to, że odmówił jej pomocy przy pewnym projekcie: chciała skłonić niektórych przedstawicieli wielonarodowościowej grupy podległej ekipie rosyjskiej, aby dopilnowali rozwijającej się kolonizacji Basenu Hellas. Miejsce to położone w najgłębszym punkcie na Marsie, jako pierwsze miało skorzystać ze zmian atmosferycznych, które od niedawna zaczęli obserwować. Ciśnienie powietrza w Low Point, cztery kilometry poniżej punktu odniesienia, zawsze było dziesięć razy większe niż zanotowane na szczycie wielkich wulkanów i trzy razy większe niż na powierzchni lądów. Low Point miało się stać pierwszym miejscem przystosowanym do życia dla ludzi, ponieważ wydawało się idealne dla wszelkich niezbędnych przekształceń.

John jednak prawdopodobnie wolał pracować korzystając z pomocy UNOMY i rządów ziemskich państw. Była to tylko jedna z wielu podstawowych różnic politycznych, które zaczynały zatruwać kochankom życie. W każdym razie spory polityczne czyniły ich drażliwymi i pociągały za sobą częste sprzeczki na temat nawet drobnych spraw, które nie miały dla nich właściwie żadnego znaczenia i o które nie spierali się nigdy przedtem.

Michel wpatrywał się w Maję i już miał powiedzieć: “John celowo cię prowokuje, chce, żebyś się na niego gniewała”, ale nie był pewien, jak John zareagowałby na taką opinię, gdyby do niego dotarła. Maja otarła łzy i pochyliła głowę, dotykając czołem blatu biurka i ukazując oczom Michela kark i szerokie smukłe ramiona. Wobec większości mieszkańców Underhill nigdy nie zachowałaby się tak swobodnie; oznaczało to jakąś zażyłość między nimi, jakby tylko jemu ukazywała swoją prawdziwą naturę. Czuł się tak, jak gdyby się przed nim obnażała. Sporo osób nie rozumiało, że prawdziwa poufałość nie jest równoznaczna z seksem, który może łączyć zupełnie obcych sobie ludzi i który uprawiając wcale nie trzeba być sobą; prawdziwa zażyłość to wielogodzinne rozmowy o tym, co jest najważniejsze w czyimś życiu. A jednak Michelowi przemknęła przez głowę myśl, że Maja równie pięknie wyglądałaby naga, proporcje jej ciała były przecież absolutnie idealne. Przypomniał sobie jak pływała w basenie: leżąc na plecach w błękitnym kostiumie kąpielowym wyciętym wysoko ponad biodrami.

Znowu ujrzał w wyobraźni śródziemnomorski widoczek: unosi się w wodzie w Villefranche, wszystko wokół zalane jest bursztynowym słonecznym światłem, a on wpatruje się w plażę, gdzie spacerują mężczyźni i kobiety, niemal nadzy… poza jaskrawymi trójkącikami kostiumów kąpielowych, które niewiele zakrywają… Opalone na brązowo kobiety o nagich piersiach, przechadzające się parami jak słoneczne tancerki… Delfiny wyskakujące z wody między Michelem i plażą, ich gładkie, ciemne ciała pełne jakby kobiecych krągłości…

Teraz Maja mówiła o Franku. O Franku, który jakimś szóstym zmysłem wyczuwał zawsze rozdźwięki między Johnem i nią (Duval pomyślał, że do tego wcale nie trzeba mieć aż tylu zmysłów), i który w takiej chwili natychmiast przybiegał do Mai. Spacerował z nią wtedy i opowiadał o swojej wizji Marsa. Była to wizja postępowa, podniecająca, ambitna… Słowem, miała wszystko to, czego brakowało wizji Johna.

— Frank działa ostatnio o wiele energiczniej niż John, nie wiem, dlaczego…

— Ponieważ zgadza się z tobą — odparł Michel.

Maja wzruszyła ramionami.

— Możliwe, ale przecież mamy okazję zbudować tu całą cywilizację. Naprawdę! A John jest taki… — Westchnęła. — A jednak go kocham, wierz mi. Tylko że…

Przez chwilę opowiadała o swojej przeszłości, mówiła o tym, że ich romans uchronił podróżników przed anarchią w trakcie lotu (a przynajmniej przed nudą), o tym, jak bardzo odpowiadał jej niefrasobliwy, spokojny charakter Johna, o tym, że zawsze mogła na niego liczyć, że była zauroczona jego sławą, że czuła, jak ten związek uwiecznia ją na zawsze w historii świata. Teraz jednak wiedziała, że, tak czy owak, nawet bez Johna, sama staje się już częścią historii; wszyscy stali się sławni, cała pierwsza setka. Mówiła coraz głośniej, słowa padały coraz szybciej, coraz gwałtowniej .

— Nie potrzebuję już Johna, by być sławną, pragnę go wyłącznie dlatego, że go kocham, ale teraz w niczym się nie zgadzamy, tak bardzo się różnimy… A Frank, który cały czas ostrożnie trzyma się z boku, cokolwiek się dzieje… Świetnie się rozumiemy, zgadzamy niemal we wszystkim i tak strasznie lubię z nim rozmawiać, że znowu przekazuję mu niewłaściwe sygnały i zareagował jeszcze raz… Wczoraj w basenie… trzymał mnie, no wiesz, położył mi ręce na ramionach… — Maja skrzyżowała ramiona i napięła mięśnie. — I poprosił mnie, abym opuściła dla niego Johna, czego ja nigdy nie zrobię, i drżał, a ja, mimo że mu odmówiłam, też się cała trzęsłam.

Mocno zdenerwowana tą rozmową później pokłóciła się z Johnem. Zachowywała się tak okropnie, że John naprawdę się wściekł, wyszedł, pojechał roverem do “pasażu Nadii” i spędził tam noc wraz z ekipą budowlaną. Niebawem Frank znów do niej przyszedł i kiedy (naprawdę z trudem) ponownie odmówiła jego prośbie, oświadczył, że wyjeżdża i zamieszka z kolonią europejską po drugiej stronie planety, on, który był siłą napędową pierwszej setki…

— I naprawdę to zrobi; Frank nie należy do tych, co tylko się odgrażają. Uczy się teraz niemieckiego, a nigdy dotąd nie miał najmniejszego problemu z opanowaniem jakiegokolwiek języka.

Michel próbował się skoncentrować na tym, co mówiła Maja. Nie było to łatwe, ponieważ dobrze wiedział, że wkrótce uczucia łączące tę trójkę znów całkowicie się zmienią. I dlatego właśnie tak trudno mu było zaangażować się w ich problemy. A co z jego własnymi? Były o wiele poważniejsze, ale zwierzeń Michela nikt nigdy nie słuchał. Teraz chodził tam i z powrotem pod oknem, uspokajając pacjentkę prostymi pytaniami i rzucając luźne uwagi. Zieleń w atrium wyglądała niezwykle naturalnie, mogłaby z powodzeniem zdobić jakiś dziedziniec w Arles albo Villefranche. Nagle przypomniał mu się porośnięty cyprysami wąski placyk w Avignonie obok pałacu papieskiego; placyk i stoliki, przy których można było się napić kawy i które latem tuż po zachodzie słońca przybierały niemal marsjański kolor. Ten smak oliwek i czerwonego wina…

— Chodźmy na spacer — zaproponował. Był to jeden ze stałych elementów godziny terapeutycznej. Przeszli przez atrium i znaleźli się w kuchni, gdzie Michel zjadł śniadanie. Zrobił to prawie machinalnie, nie zastanawiając się nad tym, co je. Powinniśmy nazwać jedzenie zapominaniem, pomyślał, kiedy szli korytarzem prowadzącym do śluz. Tam założyli skafandry — Maja skryła się na ten czas w przebieralni — potem sprawdzili je, weszli do komory powietrznej, rozhermetyzowali ją, otworzyli duży zewnętrzny luk i ruszyli na zewnątrz.

Panowało przenikliwe zimno. Przez chwilę wędrowali po drogach wokół Underhill, obchodząc hałdę i wielkie solne piramidy.

— Sądzisz, że kiedykolwiek znajdą zastosowanie dla tej kupy soli? — spytał.

— Sax wciąż nad tym pracuje.

Co jakiś czas wracała do tematu Johna i Franka. Michel zadawał jej wnikliwe pytania jak typowy psycholog, a Maja odpowiadała jak typowa pacjentka. Własne głosy rozbrzmiewały im głucho w uszach. Taka interkomowa intymność.

Doszli do farmy porostów i Michel zatrzymał się, aby obejrzeć uprawy hydroponiczne. Chciał nasycić oczy ich intensywnymi, soczystymi kolorami. Czarne glony śnieżne, a za nimi grube maty symbiotycznych porostów otoo; znajdujące się w nich glony stanowiły pewien szczep sinic, który Wład najwyraźniej dopiero co wyhodował. Czerwone porosty nie wyglądały najlepiej, były jakieś nadmiernie rozrośnięte. A dalej? Porosty żółte i oliwkowe, porosty barwy khaki, śnieżnobiałe i w kolorze zielonej lipy — żywa zieleń! Biły w oczy, przyciągały wzrok, jak bujny kwiat na pustyni. Kiedyś Michel usłyszał, jak Hiroko, pochylając się nad nimi, powiedziała: “To jest viriditas”, co było łacińskim określeniem na “potęgi młodej zieleni”. Słowo to stworzyła średniowieczna mistyczka chrześcijańska imieniem Hildegarda. Viriditas przystosowywała się teraz do tutejszych warunków i zarastała powoli niziny północnej półkuli, ale najlepiej czuła się oczywiście w południowym lecie. Pewnego dnia, latem, zanotowano 285 kelwinów. Rekord został pobity o całe dwanaście stopni!

— Świat się zmienia — zauważyła Maja, kiedy mijali kolejne pomieszczenia farmy.

— Tak — odparł Michel i nie mógł się powstrzymać, by nie dodać: — Jeszcze tylko trzysta lat i osiągniemy temperaturę, w której da się żyć.

Maja roześmiała się. Czuła się już znacznie lepiej. Szybko wracała do równowagi, a przynajmniej zadziwiająco łatwo przechodziła od depresji do stanu euforii. Była osobowością niezwykle zmienną. Ostatnio Michel zainteresował się teorią “stałościzmienności” i teraz prowadził obserwacje wśród pierwszej setki. Od razu spostrzegł, że Maja jest najbardziej skrajnym przykładem niestabilności emocjonalnej.

— Wyjedźmy na zewnątrz zobaczyć pasaż Nadii — zaproponowała. Michel zgodził się natychmiast; był ciekaw, co się zdarzy, jeśli natkną się na Johna. Poszli na parking i wybrali pojazd — małego jeepa. Prowadził Michel i słuchając paplaniny Mai, zastanawiał się, czy rozmowa jest inna, kiedy głosy są, tak jak teraz, jakby oddzielone od ciał i docierają przez hełmy prosto do uszu słuchaczy. Brzmiało to tak, jakby rozmawiali przez telefon, albo — tylko czy to lepiej, czy gorzej? — jak gdyby się telepatycznie wymieniało z kimś myśli.

Betonowa droga była równa i Michel mógł jechać z maksymalną prędkością — sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wyczuwał pęd rzadkiego powietrza na szybce swojego hełmu, niemal fizycznie czuł ten nieszczęsny dwutlenek węgla, który Sax tak bardzo chciał wyeliminować z atmosfery. Michel uświadomił sobie, że do tego celu Sax potrzebowałby potężnych bioregulatorów, o wiele większych niż te porosty — lasów, rozległych, ogromnych, wielowarstwowych, słonolubnych lasów tropikalnych, posiadających olbrzymie pokłady węgla zawarte w drewnie, liściach, ściółce, torfie; potrzebował bagien torfowych głębokich na sto metrów i tropikalnych lasów deszczowych stumetrowej wysokości. Opowiadał im o tym kiedyś, a Ann w milczeniu słuchała tej wizji z nienawistnym wyrazem twarzy.

Po piętnastu minutach jazdy dotarli do pasażu Nadii. Ciągle jeszcze trwała tu budowa, pasaż był nie ukończony i wyglądał bardzo surowo i niechlujnie, jak wielokrotnie powiększone Underhill z pierwszego roku pobytu kolonistów na Marsie. Długa hałda ciemnoczerwonego gruzu wykopanego z rowu, który biegł ze wschodu na zachód, wyglądała jak kurhan Wielkiego Człowieka.

Michel i Maja zatrzymali się przy końcu wielkiego wykopu. Miał trzydzieści metrów głębokości, trzydzieści szerokości i kilometr długości. Na jego południowej stronie ustawiono już ścianę ze szkła, a północna pokryta była mozaiką zwierciadeł filtracyjnych i segmentów “organicznych”, czyli ogromnych marsjańskich butli z mikroorganizmami i terrariów. Wszystko razem tworzyło barwną i urozmaiconą całość, jakby gobelin łączący przeszłość i przyszłość. Większość terrariów wypełniona była świerkami i inną roślinnością, przypominając las typowy dla sześćdziesiątego stopnia szerokości geograficznej. Innymi słowy, przypominał stary dom Nadii Czernieszewskiej na Syberii. Czyżby był to znak, że i Nadia cierpiała na tę samą co Michel chorobę tęsknoty? Może mógłby ją nakłonić, by zbudowała dla niego Morze Śródziemne…

Nadia operowała na górze buldożerem. Oto kobieta, która ma swoją własną viriditas. Teraz zatrzymała maszynę i podeszła, aby się przywitać. Wszystko odbywa się zgodnie z planem, powiedziała spokojnie. Dodała jeszcze, że zdumiewają, jakich cudów można dokonać za pomocą coraz to nowszych automatycznych urządzeń nieustannie przysyłanych z Ziemi. I że hala jest już gotowa i obsadzona rozmaitymi drzewami, łącznie ze szczepem wyhodowanych tu karłowatych, już trzydziestometrowych sekwoi, prawie tak wysokich, jak cały pasaż. Za halą zainstalowała trzy rzędy komór podobnych do podziemnych sklepień z Underhill; ukończono już ich budowę i założono izolację. Kilka dni temu tę nową osadę szczelnie zamknięto, ogrzano i napełniono sprężonym powietrzem, można było więc pracować tam bez skafandrów. Trzy łukowate piętra zmniejszały się symetrycznie ku górze i całość przypomniała Michelowi Pont du Gard; rzeczywiście cała tutejsza architektura była wzorowana na rzymskiej, toteż nie powinien być aż tak zaskoczony. Łuki były szersze, ale cieńsze, lepiej przystosowane do marsjańskiej grawitacji.

Nadia wróciła do pracy. Tak, była niemal ideałem spokoju i opanowania. Była osobowością “stabilną”, zupełnym przeciwieństwem nieprzewidywalnej Mai. Powściągliwa, skromna indywidualistka, skryta i skupiona. Choć tak skrajnie odmienna od swojej przyjaciółki, dla Mai z pewnością kontakt z nią był bardzo korzystny. Nadia stanowiła coś w rodzaju przeciwwagi, była jak ciężarek specjalnie umieszczony na przeciwległej szalce, dzięki któremu Maja nie odrywała się od rzeczywistości. Michel zauważył, że pod wpływem opanowanego tonu tamtej jego kapryśna towarzyszka uspokaja się również, a kiedy Nadia wróciła do pracy, Mai jakby udzieliło się nieco z jej łagodności.

— Będę tęsknić za Underhill, kiedy się stąd wyprowadzimy — oświadczyła. — A ty?

— Nie sądzę — odparł Michel. — Tu będzie o wiele pogodniej. — Wszystkie trzy piętra nowego osiedla wychodziły na wysoką halę i miały tarasowate, szerokie balkony po słonecznej stronie pokoi, a więc mimo że cała budowla skierowana była ku północy i zakopana głębiej niż Underhill, dzięki znajdującym się po drugiej stronie wykopu zwierciadłom filtracyjnym, które od świtu do zmroku łowiły promienie słoneczne, do pomieszczeń osiedla przesączało się światło. — Cieszę się, że się przenosimy. Potrzebujemy odmiany, zupełnie nowej przestrzeni.

— Ale ta nowa przestrzeń nie będzie w całości należeć do nas. Przylecą tu nowi ludzie.

— Tak. I to da nam przestrzeń innego rodzaju.

Spojrzała na niego znacząco.

— Zwłaszcza po wyjeździe Johna i Franka.

— Tak. Chociaż nie musi to oznaczać nic złego. W większej społeczności — tłumaczył jej — zacznie znikać klaustrofobiczna, jakby “wiejska” atmosfera Underhill, w takiej perspektywie łatwiej dostrzec nowe aspekty pewnych spraw. — Michel zawahał się na chwilę, niepewny, jak precyzyjnie wyrazić myśli. Subtelne rozróżnienia są niebezpieczne, kiedy dwoje rozmówców używa języka wtórnego i do tego jeszcze dzieli ich język rodzimy; istnieje tak wiele możliwości nieporozumień, gdy Francuz rozmawia po angielsku z Rosjanką. — Musisz zaakceptować fakt, że być może po prostu nie chcesz wybrać między Johnem i Frankiem. Że w gruncie rzeczy pragniesz ich obu. W kontekście naszej pierwszej setki może to wyglądać nieco skandalicznie, ale w większym świecie, za jakiś czas…

— Hiroko ma dziesięciu mężczyzn! — wykrzyknęła rozgniewana Maja.

— No właśnie, więc i ty możesz. Dlaczego nie! W większej społeczności nikt nie będzie o tym wiedział, ani się tym przejmował.

Michel dalej uspokajał Maję, mówiąc, że ma przecież taką władzę, iż (używając określeń Franka) jest kobietą alfa całej grupy. Energicznie zaprotestowała i wymuszała od niego kolejne komplementy, aż w końcu się nasyciła i mógł jej wreszcie zaproponować, aby pojechali z powrotem do domu.

— Nie sądzisz, że szokujące będzie mieć wokół siebie nowych ludzi? Innych ludzi? — Prowadziła pojazd i kiedy się obróciła, aby zadać mu to pytanie, niemal zjechała z drogi.

— Przypuszczalnie tak. — Kilka grupek wylądowało już w Borealis i Acidalii i wideokasety z ich przybycia były dla przedstawicieli pierwszej setki wstrząsem. Można to było dostrzec na ich twarzach. Jak gdyby zobaczyli przybyłych z kosmosu obcych. Jednak, jak dotąd, jedynie Ann i Simon spotkali się z niektórymi osobiście, natknąwszy się na ekspedycję roverów na północ od Noctis Labyrinthus. — Ann mówi, że poczuła się tak, jakby ktoś zszedł do niej z ekranu telewizyjnego.

— Ja czuję się tak przez cały czas — szepnęła ze smutkiem Maja. Michel z niepokojem podniósł brwi. Taka wypowiedź zupełnie nie pasowała do programu terapeutycznego pod tytułem “Maja”.

— Co masz na myśli?

— Och, no wiesz. Połowa naszego życia tutaj wydaje się tylko skomplikowaną symulacją, nie sądzisz?

— Nie. — Rozważył jej słowa. — Nie, z pewnością nie. — Dla niego wręcz przeciwnie: wszystko było aż nazbyt rzeczywiste, wszystko kojarzyło się z tym cholernym zimnem wsączającym się głęboko w ciało przez siedzenie łazika, wszystko było nieuchronnie realne i straszliwie zimne. Może ona, jako Rosjanka, tego nie zauważała. Ale przecież tu zawsze, zawsze było tak zimno! Nawet w południe w środku lata, nawet kiedy słońce świecące nad głową na piaskowym nieboskłonie wyglądało jak płomień w otwartych drzwiach piecyka, temperatura wynosiła w najlepszym razie 260 kelwinów, co oznaczało 15 stopni Celsjusza poniżej zera! Był to chłód wystarczający, aby przeniknąć przez izolację walkera i sprawić, by każdemu ruchowi towarzyszyło króciutkie niczym ukłucie szpilką i równie ostre uczucie bólu.

W czasie jazdy do Underhill Michel cierpiał z powodu zimna przenikającego przez materiał aż do skóry i czuł zbyt zimne, utlenione powietrze z ustnika głęboko w płucach. W pewnej chwili podniósł oczy na piaszczysty horyzont i piaskowe niebo i powiedział do siebie: “Jestem grzechotnikiem, ślizgającym się po czerwonej pustym zimnych skał i suchego pyłu. Któregoś dnia zrzucę skórę jak feniks w ogniu, aby stać się jakąś nową istotą stworzoną przez słońce. I pójdę nagi po plaży i będę się pluskać w ciepłej słonej wodzie…”

Gdy znaleźli się z powrotem w Underhill, Michel z trudem przegnał z głowy nostalgiczne myśli, przeistoczył się z powrotem w kompetentnego psychologa i spytał Maję, czy już się czuje lepiej, a ona dotknęła szybką swego hełmu jego szybki, rzucając mu krótkie, przelotne spojrzenie, które miało wagę pocałunku.

— Wiesz przecież, że tak — zaszeptał mu w uchu jej głos. Pokiwał głową.

— W takim razie udam się teraz na samotny spacer — odparł spokojnie, ale aż go korciło, by dodać: “A co ze mną? Kto sprawi, żebym i ja się poczuł lepiej?” Zmusił zdrętwiałe nogi do ruchu i odszedł. Lodowata równina otaczająca bazę przedstawiała wręcz apokaliptyczny widok: spustoszony, zrujnowany świat z koszmarnego snu. A jednak nie chciał wracać do tej zatłoczonej królikami, do świata ze sztucznym światłem, ogrzewanym powietrzem, starannie dobranymi barwami wyposażenia, barwami, które po części wybrał sam, wykorzystując najnowszą teorię o wpływie koloru na nastrój człowieka. Tylko że ta teoria — co uświadomił sobie już jakiś czas temu — opierała się na pewnym podstawowym założeniu, które w gruncie rzeczy nie miało tu zastosowania. W rezultacie wszystkie kolory były nieodpowiednie, a co gorsza — zupełnie niestosowne. Jak tapeta w piekle.

Zdanie, sformułowane w myślach, teraz cisnęło mu się na usta. Tapeta w piekle. Tapeta w piekle. Skoro i tak mieli tu zwariować… Przypomniał sobie własne słowa sprzed lat. Najwyraźniej błędem było wysłanie na Marsa tylko jednego psychiatry. Na Ziemi przecież także każdy psycholog uczęszczał na swego rodzaju terapie, należało to do jego obowiązków, możliwość tę otrzymywał wraz z praktyką i przyznanym rejonem. Michel również miał swego terapeutę, ale znajdował się on w Nicei, skąd głos docierał dopiero po piętnastu minutach! Rozmawiał z nim niekiedy, jednak tamten nie bardzo potrafił mu pomóc. Nie rozumiał go, kompletnie go nie rozumiał! A zresztą, trudno się dziwić, wszak mieszkał tam, gdzie było ciepło i niebo lazurowe, gdzie mógł w każdej chwili wyjść na zewnątrz bez skafandra. I był (jak sądził Michel) w dość dobrym stanie psychicznym. Podczas gdy on sam był lekarzem w przytułku, więzieniu, piekle… i to na dodatek lekarzem, który sam jest chory.

Po prostu nie udało mu się przystosować. Ludzie różnią się pod tym względem: to kwestia wrodzonych predyspozycji. Maja, zmierzająca właśnie do luku śluzy, miała zupełnie inny temperament. Dzięki swej naturze czuła się tu (zapewne jak wszędzie) nieźle zadomowiona. Michel podejrzewał, że tak naprawdę ona po prostu w ogóle nie bardzo zauważa swoje otoczenie. A jednak byli w jakiś sposób do siebie podobni. To musiało mieć związek ze wskaźnikiem zmiennościstałości. Łączyła ich szczególna emocjonalność — podobnie odczuwali, oboje byli niestałego usposobienia. Mimo to ich charaktery przecież diametralnie się różniły; aby to dostrzec, należało uzupełnić wskaźnik zmiennościstałości o zestaw cech charakterystycznych dla pojęć ekstrawersji i introwersji. Sprzężenie tych dwóch teorii stanowiło wielkie odkrycie Michela z ostatniego roku, które teraz kształtowało całe jego myślenie o nim samym i jego terapeutycznych obowiązkach.

Zmierzając ku Dzielnicy Alchemików Michel dopasował poranne wydarzenia do siatki tego nowego systemu charakterologicznego. Teoria ekstrawersji/introwersji stanowiła jedną z najdogłębniej przestudiowanych koncepcji w całej historii psychologii. Na jej poparcie istniało całe mnóstwo dowodów zaobserwowanych w wielu różnych społecznościach i odmiennych kulturach. Nie była to oczywiście zwykła dualność, nie można było przypiąć komuś etykietki i raz na zawsze zaszufladkować pod jednym z tych dwóch określeń. W rzeczywistości decydował o tym zespół cech dominujących, jednostka trafiała na jedną lub drugą szalę wagi, zależnie od tego, czy miała takie przymioty jak towarzyskość, impulsywność, zmienność usposobienia, rozmowność, otwartość wobec innych, aktywność, żywotność, pobudliwość, optymizm i szereg innych. Badania pod tym kątem wykonywano już tak wiele razy, że istniała statystyczna pewność (w stopniu niemal zupełnie wykluczającym przypadek), iż pewne cechy występują łącznie. Ta koncepcja musiała być prawdziwa, po prostu nie było innej możliwości!

W gruncie rzeczy badania fizjologiczne udowodniły już, że ekstrawersja łączy się ze słabym — w stanie spoczynku — stanem pobudzenia kory mózgowej, introwersja z jej mocnym pobudzeniem. Początkowo cała ta koncepcja wydała się Michelowi nieco zacofana, ale potem przypomniał sobie, że kora mózgowa rzeczywiście nadzoruje niższe funkcje mózgowe, więc słabe jej pobudzenie powoduje, że ekstrawertyk wykazuje mniej zahamowań w zachowaniu, podczas gdy mocne pobudzenie kory mózgowej ma działanie hamujące i prowadzi do introwersji. W ten sposób można na przykład wyjaśnić, dlaczego picie alkoholu, środka, który obniża pobudzenie kory mózgowej, u niektórych osób wyzwala podniecenie i wywołuje stany niekontrolowanej agresji.

Cały zbiór cech typowych dla ekstrawertyków i introwertyków wraz ze wszystkim, co mówią one o czyimś charakterze, można sprowadzić do grupy komórek w podwzgórzu mózgowym, nazywanych siatkowatym układem aktywującym. Od tego obszaru w stopniu decydującym zależy poziom pobudzenia kory mózgowej. A zatem zachowaniem człowieka kieruje biologia. “Nie powinno istnieć coś takiego jak przeznaczenie”, powiedział Ralph Waldo Emerson w rok po śmierci swego sześcioletniego synka. Ale biologia to właśnie przeznaczenie.

Jednak system Michela był dużo bogatszy; przeznaczenie, mimo wszystko, nie może być przecież prostym alboalbo. Ostatnio Michel zaczął brać pod uwagę również wskaźnik równowagi autonomicznej Wegnera, który stosował siedem różnych zmiennych, aby określić, czy daną jednostką rządzi współczulny czy przywspółczulny system autonomicznego układu nerwowego. System współczulny reaguje na zewnętrzne podniety i pobudza organizm do działania, a więc jednostka, którą włada ten układ, jest pobudliwa; system przywspółczulny natomiast przyzwyczaja pobudzony organizm do bodźców i przywraca mu równowagę homeostatyczną, toteż jednostka rządzona przez ten układ jest usposobienia łagodnego. Duffy zaproponował, by nazwać te dwie klasy osobników zmiennymi i stałymi i ta nowa klasyfikacja, choć jeszcze nie tak sławna jak ekstra wertycznointrowertyczna, została dokładnie tak samo solidnie oparta na dowodach empirycznych i okazała się nadzwyczaj przydatna w dalszych badaniach nad ludzkim temperamentem.

Tyle że żaden z tych dwóch systemów klasyfikujących nie daje badaczowi pełnego, całościowego obrazu charakteru obserwowanej osoby. Wszystkie cztery terminy są tak ogólne i są zbiorami tak wielu cech, że w praktycznej diagnostyce dają bardzo niewiele, zwłaszcza gdy w badanej przez Michela populacji okazują się krzywymi Gaussa.

Gdyby wszakże połączyć ze sobą te dwa systemy, badania mogłyby stać się naprawdę niezwykle interesujące.

Pomysł okazał się dość trudny w realizacji i Michel spędził sporo czasu przy ekranie komputera, szkicując jeden rodzaj kombinatorycznych zestawień za drugim, umieszczając oba systemy charakterologiczne na osiach “x” i “y”, tworząc kolejne osie współrzędnych, kolejne wykresy, z których, jak mu się zdawało, wciąż nic nie wynikało. Któregoś dnia jednak przyszło mu do głowy coś zupełnie nowego i ustawił te cztery pojęcia na pozycjach wyjściowych w semantycznym prostokącie Greimasa, schemacie strukturalistycznym o rodowodzie alchemicznym. Greimas twierdził, że aby pokazać rzeczywistą złożoność jakiejś grupy powiązanych z sobą pojęć, nie wystarczy prosta dialektyka, niezbędne jest do tego dostrzeżenie prawdziwej różnicy między przeciwieństwem czegoś, a jego odwrotnością; jak widać od razu, w tym ujęciu pojęcie “nieX” nie jest tym samym co “anryX”. Toteż pierwszy wykres ukazywał zwykle relację przy użyciu czterech terminów: S, — S, S i — S w zwykłym prostokącie:

Gdzie: — Sjest po prostu nieS, S to silniejsze antyS, natomiast — S stanowi negację negacji i albo neutralizuje wstępne przeciwieństwo, albo łączy w sobie dwie negacje. W praktyce wybór między tymi dwiema możliwościami pozostawał często tajemnicą albo koan, chociaż czasem się również wyjaśniał, kiedy samo pojęcie uzupełniało moduł strukturalny dość dokładnie, jak w jednym z przykładów Greimasa:

Następnym krokiem w komplikacji tego modelu, krokiem, w którym nowe połączenia często ujawniają wzajemne strukturalne zależności dotąd wcale nie tak oczywiste, było zbudowanie kolejnego prostokąta, ustawionego pod odpowiednim kątem i opasującego nawiasem pierwszy:

Teraz więc Michel miał przed sobą schemat, na którym przy czterech pierwotnych rogach znajdowały się: ekstrawersja, introwersja, zmienność i stałość, i rozważał wszelkie możliwe kombinacje tych pojęć. I nagle wszystkie fakty zogniskowały mu się w jednym punkcie, jak gdyby kalejdoskop przez przypadek ułożył się w rozetę. Michel zrozumiał, że cały ten schemat teoretyczny idealnie pasuje do rzeczywistości: istnieli bowiem ekstrawertycy pobudliwi i zrównoważeni, introwertycy kierujący się emocjami i tacy, którzy się nimi nie kierowali. Mógłby natychmiast wymienić wśród kolonistów osoby stanowiące przykłady dla wszystkich czterech typów.

Kiedy zastanawiał się nad nazwaniem odkrytych kombinacji, uświadomił sobie w pewnym momencie, że przecież nazwy dla nich już istnieją. Aż parsknął śmiechem. Nie do wiary! To była czysta ironia, wprost niesamowite! I pomyśleć, że aby do tego dojść, wykorzystał rezultaty stu lat badań psychologicznych i niektóre z najnowszych laboratoryjnych metod psychofizjologicznych, nie wspominając o skomplikowanej strukturalistycznej aparaturze, a wszystko po to, żeby na nowo odkryć starą, istniejącą niemal od zarania psychologii, od zarania myśli ludzkiej, klasyfikację predyspozycji emocjonalnych. Niestety, taka była prawda — do tego właśnie doszedł.

I tak, zaczynając od góry wykresu, efekt przedstawiał się następująco: połączenie cech stałości i ekstrawersji dawało (co oczywiste!) osobnika, którego Hipokrates, Galen, Arystoteles, Trimestigus, Wundt i Jung nazywali sangwinikiem. Na zachodniej części szkicu: osobę stanowiącą kombinację ekstrawersji i cech zmiennych należało nazwać cholerykiem, znajdujący się po wschodniej stały introwertyk był flegmatykiem, a zajmujący dół tego rombu introwertyk o cechach zmiennych stanowił oczywiście samą esencję melancholika! Tak, tak, wszystko doskonale do siebie pasowało!

Fizjologiczne wyjaśnienie Galena dla czterech różnych temperamentów było oczywiście niewłaściwe. Współcześni badacze zastąpili “żółć”, “gniew”, “krew” i “flegmę” czynnikami przyczynowymi, którymi zawiaduje siatkowaty układ aktywujący znajdujący się w podwzgórzu mózgowym, ale w gruncie rzeczy prawda o naturze człowieka okazała się niezmienna. Głębia psychologicznej introspekcji i precyzja analitycznego myślenia pierwszych greckich lekarzy były (albo raczej są aż do naszych czasów) tak potężne i przekonujące, o wiele potężniejsze i bardziej przekonujące niż teorie następnych pokoleń, często oślepionych i przytłoczonych balastem zbytecznie zgromadzonej wiedzy. I dlatego tamte starożytne kategorie, stale podważane, przetrwały, wciąż na nowo potwierdzane, epoka po epoce.

Nagle Michel zauważył, że zupełnie bezwiednie dotarł właśnie do Dzielnicy Alchemików. Skupił się na otoczeniu. To tutaj jego towarzysze używali “tajemnej” wiedzy, aby wytwarzać diamenty z węgla. Przychodziło im to tak łatwo i byli w swojej robocie tak perfekcyjni, że wszystkie szyby w ich oknach pokryte już były cieniutką, mikrocząsteczkową warstwą diamentu dla ochrony przed niszczącym pyłem. Ogromne białe solne piramidy (jeden z najdonioślejszych kształtów starożytnej wiedzy) pokryte zostały warstewkami czystego diamentu. A proces jednocząsteczkowego pokrywania diamentem był tylko jedną z tysięcy alchemicznych operacji dokonywanych w tych niskich budynkach.

W ostatnich latach budowle kolonistów nabrały lekko muzułmańskiego charakteru; na ścianach z białych cegieł widniały równania matematyczne i fizyczne w postaci czarnej, falistej kaligraficznej mozaiki. Michel natknął się na Saxa, stojącego obok wzoru prędkości granicznej wymalowanego na ścianie cegielni, włączył się więc na kanał ogólny i zapytał:

— Czy umiesz zamienić ołów w złoto?

Sax z zadumą pokiwał głową w hełmie.

— Dlaczego nie — odparł. — Potencjalnie istnieje taka możliwość. Chociaż to może być dość trudne… Daj mi trochę czasu na zastanowienie…

Saxifrage Russell. Idealny flegmatyk.

Dopiero dzięki rozłożeniu na semantycznym prostokącie czterech rodzajów temperamentów Michel wyraźnie dostrzegł szereg podstawowych wzajemnych relacji strukturalnych pomiędzy przedstawicielami pierwszej setki, co w konsekwencji pomogło mu zobaczyć w nowym świetle łączące niektórych z nich przemożne zauroczenia i gwałtowne antypatie. Maja miała cechy osobowości zmiennej i ekstrawertycznej, stanowiła typowy przykład choleryka i taki sam był Frank; oboje byli przywódcami, oboje wydawali się dość atrakcyjni dla innych i najwyraźniej łączyła ich obopólna fascynacja. A jednak, ponieważ byli cholerykami, w ich kontaktach było również coś ledwie zauważalnego, co można by nazwać niechętną rezerwą, jakby natychmiast dostrzegali u drugiej osoby te własne cechy, których najbardziej u siebie nie lubili.

I stąd miłość Mai do Johna, który z pewnością był sangwinikiem. W swej ekstrawersji Boone przypominał Maję, ale jednocześnie był człowiekiem o wiele bardziej stałym emocjonalnie, a także łagodnym. John otaczał Maję swym wielkim spokojem, spełniał funkcję kotwicy wbitej w rzeczywistość, która jednakże od czasu do czasu raniła. A co z kolei pociągało Johna w Mai? Prawdopodobnie urzekała go nieprzewidywalnością zachowania, stanowiła dla niego coś w rodzaju ostrej przyprawy do jego spokojnego, słodkiego szczęścia. Jasne, czemu nie? Nie można się kochać z własną sławą. Chociaż niektórzy próbują…

Tak, zaskakujące, jak wielu było sangwiników wśród pierwszej setki kolonistów. Prawdopodobnie spece od psychologii dobierający kandydatów do kolonii preferowali ten właśnie typ. Arkady, Ursula, Phyllis, Spencer, Jeli… Tak… A ponieważ najbardziej preferowaną podczas selekcji cechą była stałość, rzecz jasna musiała się do ekipy dostać również spora liczba flegmatyków: Nadia, Sax, Simon Frazier, może Hiroko — chociaż co do niej nie można być pewnym, gdyż Japonka potrafi skrzętnie ukrywać swoje prawdziwe uczucia i myśli — a także Wład, George, Aleks.

Flegmatycy i melancholicy z natury rzeczy nie potrafili ze sobą współpracować; jedni i drudzy byli wszak introwertykami i szybko się separowali do innych, a ponadto stałych flegmatyków odpychała od zmiennych melancholików również nieprzewidywalność ich zachowań, więc instynktownie przedstawiciele tych dwóch grup odsuwali się od siebie, jak na przykład Sax i Ann. Na szczęście melancholików w grupie nie było zbyt wielu. Na pewno melancholiczką była Ann, urodziła się już z taką strukturą emocjonalną, chociaż wpływ na ukształtowanie jej osobowości miał także zapewne fakt, że się nad nią znęcano w dzieciństwie. A teraz zakochała się w Marsie z tego samego powodu, z którego Michel go nienawidził: ponieważ był martwy. A Ann kochała śmierć.

Również kilku spośród alchemików było melancholikami. I, niestety, także sam Michel. Razem chyba pięć osób. Znaleźli się tu wbrew kryteriom komitetu selekcyjnego, ponieważ ani introwersja, ani zmienność nie były przezeń pożądane. Aby się prześlizgnąć, musieli zręcznie ukrywać swą prawdziwą naturę, nieustannie kontrolować swe odruchy i nakładać kolejne maski, tając niemal wszystkie rzeczywiste cechy charakteru, milcząc na temat “dzikości” swego zachowania i skłonności do niekonsekwencji. Być może komitet starał się wybrać po prostu osoby reprezentujące tylko jeden typ osobowości? Jeśli to prawda, reszta grupy dostała się tu dzięki oszustwu. Zresztą, w jakimś sensie oszukiwali wszyscy, ponieważ komitet selekcyjny stawiał przed kandydatami wymogi niemożliwe do spełnienia, trzeba o tym pamiętać: pragnął osób stałych i psychicznie zrównoważonych, a jednocześnie wybrańcy powinni ich zdaniem mieć do lotu na Marsa stosunek tak namiętny i obsesyjny, że skłonni byli poświęcić całe lata swego życia, aby osiągnąć ten cel. Czy te dwie cechy nie były sprzeczne? Decydenci chcieli ekstrawertyków, a równocześnie świetnych naukowców, więc ludzi, którzy w sposób nieunikniony muszą wiele czasu spędzać samotnie, latami pogrążeni w studiach czy badaniach. Czy jedno z drugim da się pogodzić? Nie! Nigdy. I tak dalej. Michel mógłby wymienić setki takich sprzecznych ze sobą dwojakich wymagań. Komitet tworzył te wymagania niemal taśmowo, nic dziwnego więc, że koloniści z pierwszej setki zaczęli ukrywać swe prawdziwe twarze, że zaczęli kłamać i że znienawidzili swoich “prześladowców”! Tak, tak…

I nagle Duval zadrżał, gdyż w jego pamięci pojawiło się wspomnienie pewnego dnia na Aresie, podczas wielkiej burzy słonecznej, kiedy jego towarzysze z ulgą przyznali się do swoich kłamstw i opowiadali, że starannie ukrywali swe prawdziwe charaktery, a później wszyscy jak jeden mąż wpatrzyli się właśnie w niego, jak gdyby cała ta brudna sprawa była jego winą, jakby to on uosabiał psychologię świata, jakby to on sam wymyślił tamte nieszczęsne kryteria, prowadził testy i przeprowadzał ostateczną selekcję. Michel przypomniał sobie, jak się wtedy skurczył w sobie i jaki się poczuł samotny! Ich spojrzenia wstrząsnęły nim tak bardzo, tak go przeraziły, że nie był w stanie zareagować wystarczająco szybko i publicznie się przyznać, że on również musiał kłamać. Oczywiście, że kłamał i to nawet bardziej niż oni!

No tak, ale właściwie dlaczego kłamał? Dlaczego?!

W tej chwili nie pamiętał już tego zbyt dokładnie. Melancholia wiąże się z częściowym zanikiem pamięci, dotkliwym wrażeniem nierzeczywistości przeszłości, niepewności co do jej istnienia… Tak, był melancholikiem: zamkniętym w sobie, niekomunikatywnym, nie potrafiącym zapanować nad uczuciami, skłonnym do depresji. Nie powinien był decydować się na tę podróż i teraz naprawdę nie mógł sobie przypomnieć, dlaczego tak żarliwie walczył, aby znaleźć się wśród wybranych. Wspomnienie gdzieś się zagubiło, być może zamglone przez pamięć tych krótkich chwil jego życia, kiedy nie marzył o wyprawie na Czerwoną Planetę. Przedtem tak pomniejszane i bagatelizowane, a teraz tak cenne, tak wzruszające i bolesne wspomnienia: fragmentaryczne widoczki, wieczory na placykach, letnie dni spędzane na plażach, noce przesypiane w łóżkach różnych kobiet. Drzewka oliwne Avignonu. Płomienna zieleń cyprysów…

Odkrył właśnie, że nawet nie zauważył, jak opuścił Dzielnicę Alchemików i znalazł się u podnóża Wielkiej Solnej Piramidy. Zaczął więc wchodzić powoli po czterystu stopniach, uważnie stawiając stopy na błękitnych podkładkach przeciwpoślizgowych. Z każdym krokiem przed Michelem otwierał się rozległejszy widok na Równinę Underhill, ale, niezależnie od swojej wielkości, stanowiła ona i tak ciągle tylko ten sam jałowy stos martwych kamieni. Z kwadratowego białego pawilonu na szczycie piramidy można było zobaczyć jedynie Czarnobyl i port kosmiczny. Poza tym nic.

Dlaczego przyleciał w to miejsce? Dlaczego tak bardzo się starał tu dotrzeć, poświęcając tyle przyjemności życia, rodzinę, dom, rozrywki, zabawę… Potrząsnął głową. O ile pamiętał, była to wtedy jedyna rzecz, którą chciał robić, po prostu cel życia. Irracjonalny przymus, definicja istnienia… Czy mógł wówczas podejrzewać, jak bardzo różnią się od siebie oba światy?

Księżycowe noce w pachnącym gaju oliwnym, koronkowe cienie gałęzi na ziemi, podniecający świeży powiew ciepłego mistralu, poruszającego w szybkich, łagodnych podmuchach szeleszczącymi liśćmi… Leżał na wznak z szeroko rozpostartymi ramionami, a nad jego głową liście migotały srebrem i szarością pod czarną czaszą pełną gwiazd… Jedna z tych gwiazd świeciła mocniej, emanując delikatną czerwoną poświatą; dostrzegł ją i obserwował wśród falujących oliwnych liści. Miał osiem lat! Mój Boże, zastanowił się wtedy, czym one są? Tajemnica gwiazd! Dlaczego powstały, jaki jest sens ich istnienia?! A jak wyjaśnić malowidła w jaskini Lascaux albo wytłumaczyć, dlaczego ludzie przez tysiąclecia budowali kamienne katedry czubkami strzelające w niebo… Dlaczego koralowce budowały rafy…

Michel miał dość zwyczajną młodość, często się przeprowadzał, tracił przyjaciół, ledwie ich zdobył… Studiował psychologię na Uniwersytecie Paryskim, napisał pracę magisterską o depresji na stacji kosmicznej, a potem zaczął pracować: najpierw w Ariane, potem w Gławkosmosie. Po drodze ożenił się i rozwiódł, gdy Frangoise powiedziała: “Niby jesteś ze mną, ale tak właściwie wcale cię tu nie ma”. Teraz przypomniały mu się wszystkie noce z nią w Avignonie, wszystkie dni w VillefranchesurMer. Mieszkali w najpiękniejszym miejscu na Ziemi, a on wiecznie żył w jakiejś mgle, wiecznie pożądał Marsa! To był absurd! Gorzej, to była głupota. Brak wyobraźni, brak pamięci, brak inteligencji: nie potrafił docenić tego, co ma, i nie potrafił sobie wyobrazić tego, co dostanie w zamian. I teraz za to płacił, uwięziony na lodowej krze w arktycznej nocy z dziewięćdziesięcioma dziewięcioma przedstawicielami innych nacji, z których żaden nie mówił po francusku w stopniu nawet średnim. Tylko troje było w stanie ledwie się porozumieć, a Frank Chalmers mówił w tym języku tak, że lepiej by było, gdyby się w ogóle nie odzywał… Jego francuski brzmiał, jakby zamiast języka miał w ustach siekierę…

Niemożność mówienia w języku, w którym myślał, sprawiła, że Duval nieustannie oglądał francuskie programy telewizyjne nadawane z Ziemi, co tylko potęgowało ból. Ciągle nagrywał na wideo własne monologi i wysyłał je do matki i siostry, prosząc, by mu odpowiadały w ten sam sposób; oglądał potem nadesłane taśmy wiele razy, interesując się bardziej otoczeniem własnych krewnych niż nimi samymi. Od czasu do czasu rozmawiał również na żywo z dziennikarzami, ale tu kolejka była długa. Te wywiady uświadamiały mu przy okazji, jak sławny jest we Francji — jego nazwisko było powszechnie znane. Na wszelkie pytania odpowiadał więc ostrożnie, stereotypowo, udając kogoś, kim od dawna już nie był: odgrywając dawnego Michela Duvala, odtwarzając stworzony przez siebie program pod nazwą “Michel”.

Czasami, kiedy ogarniało go pragnienie posłuchania rodzimego języka, odwoływał nawet konsultacje z kolonistami i zasiadał przed telewizorem. Niech sobie wsadzą gdzieś ten swój angielski! Otrzymywał za to jednak ostre reprymendy od Franka i musiał potem odbywać długie sesje z Mają. Czy był przepracowany? Ależ nie, musiał się tylko starać, aby dziewięćdziesięciu dziewięciu ludzi nie straciło zdrowych zmysłów, sam jednocześnie w wyobraźni wędrując po Prowansji swoich wspomnień: po spadzistych stokach porośniętych winnicami, zabudowanych zagrodami chłopskimi, zniszczonymi starymi wieżami i klasztorami, po żywym świecie o krajobrazie nieskończenie piękniejszym i ludzkim niż ta kamienna pustynia nie dla ludzi, niż pustka tej martwej rzeczywistości…

Nagle uświadomił sobie, że znajduje się w sali telewizyjnej. Najwyraźniej pogrążony w myślach nawet nie zauważył, kiedy wrócił do środka. W ogóle nie pamiętał drogi; myślał, że nadal stoi na szczycie Wielkiej Piramidy. Zamrugał oczyma i okazało się, że znajduje się w świetlicy telewizyjnej (to był jego azyl) i ogląda film przedstawiający jedną z pokrytych porostami stromych ścian Vallis Marineris.

Zadrżał. To mu się zdarzyło nie pierwszy raz. Po raz kolejny stracił kontakt z rzeczywistością na dłuższy czas, podobnie jak kilkanaście razy przedtem. Nie było to zwykłe zatopienie się w myślach, lecz raczej zakopanie się w nich, zarycie powodujące całkowitą obojętność wobec otaczającego świata. Rozejrzał się po pomieszczeniu, konwulsyjnie dygocząc. Było teraz Ls 5, a więc początek północnej wiosny i północne ściany wielkich kanionów wygrzewały się w słońcu. “Skoro i tak wszyscy mają zwariować”…

I nagle było już Ls 157. Sto pięćdziesiąt dwa stopnie zniknęły gdzieś we mgle tele-egzystencji. Wygrzewał się właśnie w słońcu na dziedzińcu nadmorskiej willi Franqoise w Villefranche-sur-Mer, patrzył na leżące poniżej szczyty dachów, na terakotowe kolumny i mały turkusowy basenik połyskujący ponad taflą Morza Śródziemnego o barwie kobaltu. Cyprysy wyglądały jak zielony płomień nad basenem. Kołysały się w powiewach morskiej bryzy owiewającej twarz Michela. W oddali lśnił zielony cypel półwyspu…

Wszystko się zgadzało… z wyjątkiem tego, że w rzeczywistości Duval znajdował się w Underhill, ich pierwszym mieście zwykle nazywanym rowem albo pasażem Nadii, i siedział na górnym balkonie, z którego rozpościerał się widok na karłowate sekwoje i dalej na szklaną ścianę i nachylone pod odpowiednim kątem zwierciadła, które kierowały światło w dół do hali; krajobraz przypominał trochę francuski płaskowyż Cóte D’Or. Niedawno Tatianę Durową zabił automatycznie kierowany dźwig i Nadia była od tego czasu smutna. Tyle że żal spływa po nas jak woda po kaczce, uświadomił sobie Michel, pocieszając Rosjankę. Szybko zapomnisz, Nadiu, pomyślał. Jednak tymczasem nie potrafił jej pomóc. Do diabła, czyżby oni sądzili, że jest czarodziejem? A może księdzem? Gdyby był magiem, już dawno sam by się wyleczył, wyleczyłby całą tę planetę albo, jeszcze lepiej, w jednej chwili znalazłby się z powrotem na Ziemi. Wywołałby prawdziwą sensację, gdyby pojawił się nagle na plaży w Antibes i powiedział: “Bonjour, jestem Michel, czy wróciłem do domu?”

W pewnej chwili zrobiło się Ls=190, a on był jaszczurką. Leżał na szczycie Pont du Gard, na wąskich, idealnie prostokątnych skalnych blokach pokrywających rzymski akwedukt biegnący wysoko ponad przełęczą. Michelowi zaczęła odpadać skóra z ogona, a gorące słońce opalało nowy delikatny naskórek we wzorki stanowiące gmatwaninę linii. Wszystko się zgadzało… z wyjątkiem tego, że Duval wciąż był człowiekiem i tak naprawdę tkwił w atrium. Frank wyjechał, by zamieszkać z grupą Japończyków, którzy zasiedlali Argyre, a Maja i John pokłócili się o pokoje i o to, gdzie należy umieścić lokalną siedzibę UNOMY. Poza tym Maja, piękniejsza niż kiedykolwiek przedtem, znowu wiodła Michela przez atrium, po raz kolejny błagając o pomoc. Marina Tokariewa już prawie cały marsjański rok temu wyprowadziła się z jego pokoju — powiedziała mu, że właściwie wcale go tu nie ma — i teraz patrząc na Maję Michel przyłapał się na tym, że wyobrażają sobie jako swoją kochankę. To oczywiście było szaleństwo, ponieważ ona była “rusałką”, sypiała z szefami Gławkosmosu i kosmonautami, aby ułatwić sobie karierę w systemie, aby piąć się w górę, aby awansować… I to właśnie uczyniło ją nieufną i rozgoryczoną, a jej zachowanie niemożliwym do przewidzenia… I nadal seks był dla niej tylko instrumentem, kwestią polityki, sposobem na załatwienie czegoś dla siebie bez względu na cierpienia innych… Wariactwem było pragnienie, by mieć coś wspólnego z taką kobietą, z Mają żyjącą w taki sposób, dać się pociągnąć w dół, dać się omotać, wpaść w jej sidła… “Dlaczego nie wysłać najpierw szaleńców?”

Było L =241. Michel przeszedł po wapiennej półce skalnej o kształcie plastra miodu z Les Baux i wpatrzył się w zrujnowane cele średniowiecznej pustelni. Zbliżał się zachód słońca i światło było jakieś nieziemskie, osobliwe, po marsjańsku pomarańczowe, wapień jarzył się, a cała osada i mglista równina, rozciągająca się aż do białobrązowej linii Morza Śródziemnego, wyglądały tak nieprawdopodobnie jak sen… Tylko że to rzeczywiście był sen i Duval się z niego zbudził, znowu na Marsie, znowu w Underhill. Phyllis i Edvard właśnie wrócili z jakiejś ekspedycji i teraz Phyllis śmiała się i pokazywała kamienną grudkę w kolorze masła.

— Leżą porozrzucane po całym kanionie — mówiła ze śmiechem. — Złote samorodki wielkości pięści!

Potem Michel szedł tunelami do garażu. Jedyny psychiatra tej kolonii: człowiek, który nieustannie doświadcza wizji, cierpi na zaburzenia świadomości, którego dręczą luki w pamięci… Lekarzu, lecz się sam Jak mówi przysłowie! Michel jednak nie potrafił. Wprost wariował z tęsknoty za domem. Tęsknota za domem, cóż za głupie określenie, musi przecież istnieć lepsze słowo na jego stan, jakiś termin naukowy, jakaś etykietka — można ją człowiekowi przypiąć i wtedy dolegliwość natychmiast staje się dla innych czymś realnym. On sam już wiedział, że to jest realne, że to jest prawdziwa choroba. Tęsknił za Prowansją tak bardzo, że czasami aż nie mógł oddychać. Prowansja była jak ręka Nadii, jak oderwana część ciała, kiedy utracone nerwy ciągle bolą i boleśnie pulsują.

… “I będziemy mieli problem z głowy?”

Czas mijał. Michel pracował. Chociaż właściwie to nie był on, tylko pusta, wydrążona w środku osobowość psychologa, w której pozostało mikroskopijne minimum karłowatego móżdżku, aby pokierować ruchami ciała.

W nocy drugiego dnia Ls=266 Michel położył się do łóżka. Chociaż nic specjalnego nie robił tego dnia, był wyczerpany psychicznie, zupełnie skonany i wymęczony. A jednak leżał w ciemnościach i nie mógł zasnąć. Jego umysł działał ospale. Michel czuł się bardzo, bardzo chory. Szkoda, że nie może przestać udawać, przyznać się publicznie, że przegrał, ogłosić się wariatem i umieścić samego siebie w zakładzie zamkniętym… Albo wrócić do domu. Nie pamiętał prawie nic z ostatnich kilku tygodni, a może ten okres był dłuższy? Nie miał pewności. Bezwiednie zaczął szlochać.

Nagle drzwi skrzypnęły, po czym otworzyły się szerzej i wąski trójkąt światła z korytarza wpadł do wnętrza, oświetlając część pokoju. Za drzwiami jednak nie było nikogo.

— Kto tam? — spytał Duval, starając się, by jego głos zabrzmiał pewnie i stanowczo. — Kto tam jest?

Odpowiedź rozległa się jakby wewnątrz jego ucha, tak jak w interkomie hełmu:

— Chodź ze mną.

Głos należał do mężczyzny.

Michel natychmiast szarpnął się do tyłu i uderzył w ścianę. Podniósł oczy na czarny cień postaci.

— Potrzebujemy twojej pomocy — szepnął tajemniczy osobnik. Chwycił Duvala za ramię, a ten przywarł mocno plecami do ściany. — A ty potrzebujesz naszej. — Głos był przyjazny, ale Michel nie mógł go jakoś rozpoznać. Nie znał go!

Strach pchnął go w nowy świat doznań. Nagle lepiej widział, jak gdyby dotyk tego niespodziewanego gościa poprawił mu wzrok niby szczerbinka celownika albo obiektyw kamery. Michel zobaczył szczupłego mężczyznę o ciemnej karnacji. To naprawdę był ktoś obcy! Zaskoczenie okazało się silniejsze niż strach, więc wstał i z lunatyczną dokładnością zaczął się poruszać w mrocznym świetle. Nałożył obuwie, a następnie za ponaglającym go nieznajomym wyszedł na korytarz, czując po raz pierwszy od lat lekkość marsjańskiego ciążenia. Hol wydawał się płonąć szarawym blaskiem, chociaż Michel zauważył, że włączone są tylko nocne pasy świetlne na podłodze. Najwyraźniej wystarczały, by dobrze widzieć, jeśli się było tak bardzo przerażonym jak on.

Towarzysz Duvala miał krótkie, czarne dredy, które sprawiały, że jego głowa wyglądała jak kaktus. Był niski, szczupły, o pociągłej twarzy. Bez wątpienia ktoś obcy. Zapewne jakiś intruz z którejś z nowych kolonii na południowej półkuli, pomyślał Michel, ale mężczyzna w milczeniu prowadził go przez Underhill świetnie orientując się w terenie. Właściwie całe Underhill pogrążone było w absolutnej ciszy, przypominało niemy, czarnobiały film. Michel spojrzał na swój naręczny wyświetlacz komputerowy; ekran zegara był pusty. Szczelina czasowa. Chciał już spytać: “Kim jesteś?”, ale cisza tak go onieśmieliła, że nie mógł się zmusić, by ją przerwać. Wreszcie z trudem wykrztusił pytanie, a wtedy mężczyzna obrócił się i popatrzył na niego przez ramię; białka jego oczu nienaturalnie połyskiwały w ciemnościach, a wokół tęczówek i nozdrzy o szerokich czarnych dziurkach wytworzyła się jakby lekka luminescencja.

— Przybyłem tu z wami jako pasażer na gapę — wyrecytował dziwnym głosem i szeroko się uśmiechnął. Jego kły różniły się od reszty zębów, były innego koloru i Michel uświadomił sobie w pewnej chwili, że są sztuczne. Zęby z marsjańskiego kamienia!

Mężczyzna wziął Michela pod ramię. Kierowali się do komory powietrznej farmy.

— Nie możemy tam wejść bez hełmów — wyszeptał Michel, opierając się.

— Dzisiejszej nocy możemy. — Mężczyzna otworzył luk śluzy, ale spodziewane przez Michela gwałtowne uderzenie zasysanego powietrza nie nastąpiło, mimo że komora była otwarta na przestrzał. Weszli na farmę i szli wśród ciemnych grządek bujnej roślinności. Powietrze było rozkosznie przyjemne. Hiroko będzie wściekła, gdy się dowie, pomyślał Michel.

Nagle jego przewodnik zniknął. Po chwili Michel spostrzegł jakiś ruch i usłyszał cichy, brzęczący śmiech. Brzmiał jak śmiech dziecka. Niespodziewanie przyszło mu do głowy, że właśnie nieobecność dzieci powoduje to dotkliwe uczucie jałowości całej kolonii. Stawiali tu budynki i uprawiali rośliny, a jednak bez dzieci wrażenie sterylności ciągle przenikało każdy element ich życia.

Śmiertelnie przerażony Michel podążał dalej do centrum farmy. Było ciepło i wilgotno, powietrze pachniało mokrą ziemią, nawozem i liśćmi. Na tysiącach liści iskrzyło się światło, jak gdyby przez przezroczysty dach spadły gwiazdy i otoczyły Michela ze wszystkich stron. Szumiały łany zboża, a czyste powietrze uderzało mu do głowy niczym brandy. Za wąskimi rzędami ryżu zatupotały małe stopki. Nawet w ciemnościach ryż lśnił głęboką, intensywną, czarniawą zielenią. Wśród grządek na wysokości kolan Duvala zaczęły się pojawiać małe uśmiechnięte twarzyczki, znikając natychmiast, gdy tylko się obracał, aby na nie spojrzeć. Krwawy rumieniec zalał mu twarz i ręce, a jego żyły zamieniły się w rzeki płynnego ognia. Cofnął się trzy kroki, potem się zatrzymał i obrócił. Dróżką ku niemu szły dwie nagie dziewczynki; miały ciemne włosy, śniadą skórę, były w wieku około trzech lat. Ich orientalne oczy jaśniały w mroku, miny dziewczynek były uroczyste. Z namaszczeniem wzięły go za ręce i zawróciły; Michel pozwolił im poprowadzić się dróżką, patrząc z góry najpierw na jedną główkę, potem na drugą. Najwyraźniej, pomyślał, ktoś już dawno postanowił rozpocząć walkę z bezpłodnością przedstawicieli pierwszej setki.

Po drodze z zarośli co rusz wyskakiwały kolejne nagie berbecie, gromadząc się wokół ich trójki: zarówno chłopcy, jak i dziewczynki, niektórzy o trochę ciemniejszej, inni o nieco jaśniejszej cerze niż pierwsze dwie młode osóbki. Większość miała skórę tej samej barwy i wszystkie były w tym samym wieku. Dziewięcioro czy dziesięcioro odprowadziło Michela do samego centrum farmy, obiegając go szybkim truchtem. W środku tego labiryntu była mała polanka, na której Michel zobaczył mniej więcej dwanaście dorosłych osób; wszyscy byli nadzy, siedzieli w nierównym kręgu. Dzieci podbiegły do starszych, uściskały ich i usiadły im na kolanach. Michel wytężył wzrok i w gwiezdnej poświacie odbijającej się na lśniących liściach rozpoznał członków zespołu farmerskiego: Iwao, Raula, Ellen, Ryę, Gene’a i Jewgienię. Cała ekipa z wyjątkiem samej Hiroko.

Po chwili wahania Michel zdjął pantofle i ubranie. Położył rzeczy na butach i usiadł na pustym miejscu w kręgu. Nie miał pojęcia, w jakim rytuale bierze udział, ale nie miało to znaczenia. Kilka osób kiwnęło mu głowami na powitanie, a Ellen i Jewgienia usadowiły się po obu jego bokach dotykając go ramionami. Nagle dzieci wstały i oddaliły się jednym z przejść między grządkami, piszcząc i chichocząc. Po chwili wróciły przytulone do kroczącej wolno Hiroko, która weszła w środek kręgu. Jej nagie ciało rysowało się niewyraźnie w mroku. Dzieci ciągnęły ją, a ona obchodziła krąg powoli, wysypując z otwartych dłoni trochę ziemi do nadstawionych rąk siedzących. Kiedy zbliżyła się do niego, Michel podniósł dłonie wraz z Ellen i Jewgienią i zapatrzył się w połyskującą skórę Japonki. Przypomniał sobie, jak pewnej nocy na plaży Villefranche mijał grupę czarnoskórych kobiet pluskających się w srebrzystych falach… Biała, spieniona woda na czarnej, błyszczącej skórze…

Błoto w jego ręce było ciepłe i pachniało rdzą.

— Oto jest nasze ciało — odezwała się Hiroko. Przeszła na przeciwległą stronę kręgu, wręczyła każdemu dziecku garść ziemi i odesłała malców, aby wmieszali się między dorosłych. Sama usiadła naprzeciwko Michela i zaintonowała jakąś pieśń po japońsku. Jewgienią pochyliła się do ucha Michela i szeptała mu tłumaczenie czy raczej wyjaśnienie śpiewanych słów.

Celebrują areofanię, obrządek stworzony z inspiracji i pod kierownictwem Hiroko. Było to coś w rodzaju religii przyrody. Czcili świadomość Marsa jako fizycznej przestrzeni, której nieodłącznie towarzyszyła kami — energia czy też moc ducha spoczywającego w samej krainie. Kami manifestowała się w sposób najbardziej oczywisty w pewnych nadzwyczajnych tworach marsjańskiego pejzażu: w kamiennych słupach, leżących samotnie bryłach zastygłej lawy, w stromych urwiskach, osobliwie wygładzonych wnętrzach kraterów czy szerokich kolistych wierzchołkach wielkich wulkanów. Te objawy marsjańskiej kami miały swoje ziemskie odpowiedniki: samych kolonistów, siłę, którą Hiroko nazywała viriditas, tę posiadaną przez nich wszystkich “zieloną” moc o niezwykłej zdolności tworzenia “owoców”. Dzięki niej wyznawcy areofanii wiedzieli, że ich dziki świat jest święty. Kami i viriditas stanowiły kombinację dwóch świętych sił, które czyniły życie jednostki na Marsie ważnym i znaczącym.

Kiedy Michel usłyszał, jak Jewgienią szepcze słowo “kombinacja”, wszystkie terminy natychmiast zaczęły mu się układać w semantyczny prostokąt: kami i yiriditas, Mars i Ziemia, zawiść i miłość, nieobecność i tęsknota. A potem kalejdoskop przestał klekotać i wszystkie prostokąciki poukładały się odpowiednio w umyśle Michela, wszystkie przeciwne sobie pojęcia skurczyły się w jedną piękną rozetę, w serce areofanii: kami zlała się z viriditas, tworząc jednię, w której absolutna czerwień przenikała się z żywą zielenią. Z wrażenia aż otworzył usta; skóra mu płonęła, nie był w stanie wyjaśnić tego, co się z nim dzieje, i wcale nie chciał. Krew płynąca w żyłach paliła jak ogień.

Hiroko przestała zawodzić, podniosła rękę do ust i zaczęła jeść ziemię, którą miała w dłoni. Wszyscy inni poszli za jej przykładem. Michel popatrzył przez chwilę na swoją uniesioną rękę i odruchowo pomyślał, że ma całkiem sporo ziemi do zjedzenia. Wysunął jednak język i zlizał połowę grudki. Kiedy ziemia dotknęła górnego podniebienia, poczuł na sekundę elektryzujący, przejmujący dreszcz. Ziarnista masa ślizgała mu się w ustach, aż zmieniła się w błoto. Smakowało solą i rdzą z nieprzyjemnym dodatkiem posmaku zgniłych jaj i substancji chemicznych. Przełknął je, nieco się dławiąc, a potem zjadł drugą garść.

Z kręgu uczestników obrządku wyszedł cichy szum, samogłoskowe zawodzenie; dźwięki przechodziły jeden w drugi: aaii, ooo, aaa, iii, eee, uuu. Michelowi wydawało się, że śpiewający każdą samogłoskę ciągną niemal przez minutę. Dźwięki rozkładały się na dwie, czasami trzy frazy, a główne tony tworzyły niezwykłe harmonie. Na tle tego akompaniamentu Hiroko zaczęła intonować swoją pieśń. Wszyscy wstali i Michel podniósł się wraz z nimi. Razem przesunęli się do środka kręgu, Jewgienia i Ellen wzięły Michela pod ramiona i pociągnęły za sobą. Następnie cała grupa skupiła się dokoła Hiroko w masie stłoczonych ciał. Michel czuł, jak ze wszystkich stron napiera na niego ciepła skóra. Oto jest nasze ciało. Wiele osób całowało się z zamkniętymi oczyma. Poruszali się powoli. Grupa wiła się w ekstatycznym tańcu, cały czas jedno tuż przy drugim. Czyjeś sztywne włosy łonowe połaskotały pośladki Michela, a przy biodrze poczuł coś, co musiało być czyimś penisem w stanie erekcji. Ziemia leżała mu ciężko na żołądku i poczuł dziwne oszołomienie. Krew płonęła mu w żyłach żywym ogniem, a własna skóra wydawała się jedynie nadmuchanym balonem, który skrywa ten żar. Niezwykłe mnóstwo gwiazd stłoczyło mu się nad głową; lśniły wieloma kolorami: były zielone, czerwone, niebieskie lub żółte. Wyglądały jak opalizujące iskry.

Był feniksem. Hiroko przycisnęła się do niego, a on zaczął się podnosić wśród szkarłatnych płomieni, gotowy na odrodzenie. Japonka trzymała jego nowe ciało w mocnych objęciach i silnie je ściskała. Była wysoka i wydawała się bardzo muskularna, jakby składała się wyłącznie z samych mięśni. Zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem. Poczuł jej piersi przy swoich żebrach, jej twardą kość łonową na udzie. Pocałowała go, jej język dotknął jego zębów; pocałunek smakował ziemią, a potem Michel nagle poczuł ciężar jej całego ciała gwałtownie na niego napierającego. Pomyślał, że do końca życia zapamięta to przejmujące wrażenie, że na każde mimowolne wspomnienie tej chwili jego członek zareaguje erekcją, jednak w tej chwili był zbyt przytłoczony i zawstydzony zdarzeniami, by przełamać własną bierność.

Hiroko odciągnęła jego głowę do tyłu i znów spojrzała mu prosto w oczy. Oddychał chrapliwie, słyszał każdy swój wydech i wdech. Nagle Japonka odezwała się do niego po angielsku. Oficjalnym, a jednocześnie miłym głosem powiedziała:

— To jest twoja inicjacja w areofanii, w świętowaniu marsjańskiego ciała. Witamy cię wśród nas. Czcimy i szanujemy ten świat. I chcemy zrobić tu dla siebie miejsce, miejsce piękne w nowym, marsjańskim znaczeniu, nigdy nie znanym na Ziemi. Zbudowaliśmy w tajemnicy ukryte pomieszczenia na południu i teraz tam jedziemy. Znamy cię i kochamy. Wiemy, że zawsze możemy skorzystać z twojej pomocy. I ty możesz korzystać z naszej. Chcemy zbudować właśnie to, za czym tak tęsknisz, czego brak tak ci doskwiera. Tyle że w nowych formach. Nie chcemy nigdy zawracać. Musimy iść naprzód. Znaleźć swoją własną drogę. Zaczynamy dziś wieczorem. Chcemy, żebyś pojechał z nami.

A Michel powiedział:

— Pojadę.

CZĘŚĆ 5 — Wkraczamy do historii

W laboratorium rozlegał się cichy szum. Biurka, stoły i ławki pozastawiane były przeróżnymi przedmiotami, na białych ścianach wisiało mnóstwo wykresów, schematów i rycin, a wszystko lekko wibrowało w jaskrawym, sztucznym oświetleniu. Pomieszczenie wyglądało jak każde inne laboratorium: było dość czyste, ale jednocześnie dziwnie nieporządne. Ponieważ na dworze zapadła już noc, pojedyncze okno znajdujące się w rogu było w tej chwili czarne i odbijało się w nim wnętrze.

Budynek świecił pustkami. Jedynie nad jednym z biurek pochylało się właśnie dwóch mężczyzn w laboratoryjnych fartuchach, aby popatrzeć na ekran komputera. Niższy z nich wystukał palcem jakieś polecenie na klawiaturze i obraz na ekranie zmienił się. Na czarnym tle pojawiły się zielone serpentyny, które wiły się we wszystkie strony, stwarzając ostrą iluzję trójwymiarowości, jak gdyby ekran był kostką. Był to obraz spod mikroskopu elektronowego, a pole obserwacji w rzeczywistości miało zaledwie kilka mikronów średnicy.

— Widzisz, to jest coś w rodzaju plazmidowej reperacji genów — oświadczył niższy naukowiec. — Zlokalizowaliśmy już pęknięcia wyjściowych nici DNA. Teraz syntetyzujemy właściwe sekwencje. Kiedy wprowadzi się do komórki wiele takich odcinków, rozpoznają one punkty pęknięć i wiążą się z właściwymi nićmi DNA.

— Jak je wprowadzacie? Stosujecie transformację? A może elektroporację?

— Transformację. Wyznaczonym do reperacji komórkom wstrzykuje się także dodatkowe substancje i podane odcinki DNA trafiają do odpowiedniego miejsca.

— In vivo?

— Tak.

Drugi naukowiec zagwizdał cicho.

— A więc możecie naprawić co tylko chcecie? Na przykład jakiś błąd podziału komórkowego…

— Zgadza się.

Dwaj mężczyźni zapatrzyli się w serpentyny na ekranie, falujące niczym młode pnącza winorośli na wietrze.

— Masz jakieś dowody?

— Czy Wład pokazywał ci myszy w następnym pokoju?

— Taak.

— Te myszy mają już piętnaście lat.

Mężczyzna znów gwizdnął.

Weszli do sąsiedniego pomieszczenia, mrucząc coś do siebie. Ich rozmowę zagłuszał szum maszyn. Wysoki naukowiec zajrzał ciekawie do klatki, gdzie pod drewnianymi wiórami oddychały futrzane kulki. Wychodząc badacze wyłączyli światła w obu pomieszczeniach. W pierwszym laboratorium jarzył się tylko migoczący ekran mikroskopu elektronowego, rzucając zielony poblask na całą salę. Mężczyźni podeszli do okna. Nadal rozmawiali ściszonymi głosami. Wyjrzeli na zewnątrz. Niebo powoli zabarwiało się purpurą wschodzącego słońca, gwiazdy znikały jedna po drugiej. Na horyzoncie widniało olbrzymie, czarne masywne cielsko, gigantyczny wulkan w kształcie kopca o płaskim wierzchołku. Był to Olympus Mons, największa góra w Układzie Słonecznym.

Wysoki naukowiec potrząsnął głową.

— To wszystko zmienia, wiesz o tym, prawda?

— Tak, wiem.

Z dna szybu niebo wyglądało jak jaskrawo-różowy pieniążek. Szyb był okrągły, miał kilometr średnicy i siedem kilometrów głębokości, jednak z dołu wydawał się o wiele węższy i głębszy. Perspektywa często płata figle ludzkiemu oku.

Tak jak ten ptak, lecący właśnie w dół — okrągła różowa kropka na niebie. Wyglądał na tak dużego… Tylko że to wcale nie był ptak.

— Hej — powiedział John. Dyrektor szybu, Etsu Okakura, Japończyk o owalnej twarzy, zmierzył go czujnym wzrokiem i przez dwie szybki ich hełmów John dostrzegł jego nerwowy uśmiech. Jeden ząb Japończyka wyraźnie różnił się kolorem od pozostałych.

Okakura zadarł głowę w górę.

— Coś spada! — zawołał szybko, a potem dodał: — Uciekajmy!

Odwrócili się i ruszyli biegiem. John szybko sobie uzmysłowił, że z połyskującego czarnego bazaltu powierzchni usunięto wprawdzie większość luźnych skał, ale nie uczyniono najmniejszego wysiłku, aby wyrównać dno szybu. Im szybciej biegł, tym większą przeszkodę stanowiły miniaturowe kratery i maleńkie urwiska. Ta pospieszna rejterada uświadomiła mu z całą wyrazistością, że nie jest już młodzieniaszkiem, że dawno zatracił dawną zwinność; z każdym krokiem czuł się coraz bardziej zmęczony, z trudem pokonywał nierówności podłoża. Biegł po nieznanym terenie najszybciej jak potrafił, co jakiś czas podskakując i potykając się, ale nie przystając ani na moment. Taki szaleńczy bieg nie mógł trwać zbyt długo i w końcu Boone zahaczył o coś butem, stracił równowagę i runął, uderzając się o chropowaty kamień; wyrzucił przed siebie ramiona, aby ocalić przed rozbiciem szybkę hełmu. Wcale nie pocieszył go fakt, że Okakura także upadł. Na szczęście ta sama grawitacja, która spowodowała ich upadek, dała im także więcej czasu na ucieczkę — spadający obiekt jeszcze nie dotarł do powierzchni. Podnieśli się więc szybko z ziemi i ruszyli dalej. Okakura jednak znów upadł.

I wtedy John spojrzał za siebie i zobaczył jaskrawą, metaliczną plamę, która uderzyła w skałę. W tym samym momencie rozległ się potężny huk, jakby zerwał się huragan. Na wszystkie strony rozprysnęły się srebrne odłamki; niektóre poleciały w ich kierunku. John zatrzymał się i wpatrzył w powietrze oczekując następnych odprysków. Nie było słychać najmniejszego dźwięku.

Potem przez powietrze przeleciał duży cylinder hydrauliczny i trzasnął najpierw jednym, potem drugim końcem w ziemię z lewej strony, aż obaj podskoczyli. Nawet nie zauważyli, że się zbliża.

Następnie wszystko znieruchomiało. Mężczyźni prawie przez minutę tkwili nieruchomo, później Boone się poruszył. Czuł pot na całym ciele. Mieli na sobie skafandry ciśnieniowe; ogrzane do czterdziestu dziewięciu stopni Celsjusza dno szybu było w tej chwili najprawdopodobniej najgorętszym miejscem na Marsie, a przecież izolacja skafandra przystosowana była do ochrony przed zimnem. John zrobił ruch, aby pomóc Okakurze podnieść się, ale w porę się powstrzymał; przypuszczalnie Japończyk woli wstać sam, niż mieć wobec Boone’a gin, za pomoc. Jeśli John rzeczywiście rozumiał właściwie to japońskie pojęcie.

— Rozejrzyjmy się — zaproponował więc tylko.

Okakura podniósł się i ruszyli z powrotem po twardym czarnym bazalcie. Szyb był tak głęboki, że jego budowniczowie już dawno temu przedarli się do litego podłoża skalnego; na dobrą sprawę pokonali około dwudziestu procent drogi przez litosferę. Na dnie było strasznie duszno; wyglądało na to, że zupełnie zawodzi w tych warunkach uszczelnienie skafandrów. System klimatyzacyjny walkera Boone’a dostarczał rurą powietrze, toteż tak bardzo pożądany chłód docierał jedynie do twarzy i płuc. Różowe, obramowane ciemnymi ścianami szybu niebo nad ich głowami połyskiwało niezwykle jaskrawo. Słońce oświetlało tylko krótką, stożkowatą część ściany szybu. W środku lata słońce mogłoby się przedrzeć aż do dna, ale oni znajdowali się na południe od Zwrotnika Koziorożca. Byli tu zawsze w cieniu, zawsze na dole.

Zbliżyli się do wraku. Był to automatyczny samochód-wywrotka. Miał za zadanie transportować skały drogą, która wiła się spiralnie w ścianie szybu. Kawałki spadającej wywrotki zmieszały się z dużymi głazami narzutowymi; niektóre odłamki zostały odrzucone nawet sto metrów od miejsca upadku. A sto metrów dalej gruz był znacznie rzadszy; cylinder, który przeleciał obok nich, musiał zostać wystrzelony pod sporym ciśnieniem.

Stos magnezu, aluminium i stali, wszystko strasznie powykrzywiane. Magnez i aluminium częściowo się stopiły.

— Sądzi pan, że spadł z samej góry? — spytał Boone.

Okakura nie odpowiedział. John spojrzał na niego i zauważył, że Japończyk świadomie unika jego wzroku. Prawdopodobnie był bardzo przerażony.

— Musiało minąć dobre trzydzieści sekund od chwili, gdy ją zobaczyłem, do momentu, w którym spadła — zauważył Boone.

Przy przyspieszeniu około trzech metrów na sekundę do kwadratu czas ten był wystarczający, aby lecący przedmiot mógł osiągnąć prędkość graniczną. Samochód spadał więc z prędkością mniej więcej dwustu kilometrów na godzinę. Na szczęście! Na Ziemi lot tak dużego przedmiotu trwałby mniej niż połowę tego czasu i wywrotka mogłaby spaść prosto na nich. Do diabła, na pewno by ich trafiła, gdyby John szczęśliwie w odpowiednim momencie nie spojrzał w górę. Dokonał szybkich obliczeń. Wywrotka znajdowała się prawdopodobnie mniej więcej w połowie szybu, gdy ją dostrzegł. Musiała więc już spadać od jakiegoś czasu.

Boone kręcił się w szczelinie między ścianą szybu i stosem złomu. Samochód wylądował na prawym boku, natomiast lewy był zdeformowany niemal nie do poznania. Okakura wspiął się na wrak, a gdy znalazł się kilka stóp nad ziemią, bez słowa wskazał na czarną plamę za lewym przednim kołem. John wdrapał się w ślad za Japończykiem, pomagając sobie przy tym stalowym pazurem rękawicy przymocowanym do wskazującego palca prawej dłoni. Czarny osad z wyglądu przypominał sadzę. Boone wiedział, co to oznacza. Wybuch azotanu amonowego. Korpus wywrotki wygiął się w tym miejscu, jak gdyby został uderzony potężnym młotkiem.

— To musiał być spory ładunek — zauważył Amerykanin.

— Tak — odparł Okakura i odchrząknął. Najwyraźniej jest potwornie przestraszony, ocenił John. Nic dziwnego, skoro “pierwszy człowiek na Marsie” o mało nie zginął, gdy znajdował się pod jego opieką. No i, rzecz jasna, on sam również cudem uniknął śmierci. Trudno powiedzieć, który z tych faktów przeraził Japończyka bardziej. — Wystarczający, aby zepchnąć wywrotkę z drogi.

— No cóż, mówiłem panu, że na planecie zanotowano już kilka przypadków sabotażu.

Okakura zmarszczył brwi.

— Ale kto? I dlaczego?

— Nie wiem. Czy ktoś w pana zespole miał może ostatnio jakieś problemy, hmm… No, z własną psychiką?

— Nie. — Twarz Japończyka była idealnie obojętna. John jednakże bardzo dobrze wiedział, że na Marsie w każdej grupie większej niż pięć osób zwykle znajduje się co najmniej jedna, która przeżywa tego typu trudności, a miasteczko przemysłowe Okakury liczyło pięciuset mieszkańców.

— To jest już szósty przypadek, jaki widziałem — dodał John. — Chociaż nigdy jeszcze nie otarłem się tak blisko o śmierć. — Roześmiał się.

W pamięci pojawił mu się obraz różowego nieba i wypełniającej go kropki przypominającej ptaka. — Nietrudno przymocować bombę do wywrotki, a potem ją zepchnąć. Czas wybuchu można ustalić dokładnie za pomocą zegara albo wysokościomierza…

— Chodzi panu o “czerwonych” — Okakura odetchnął z ulgą. — Słyszeliśmy o nich. Ale przecież… — Wzruszył ramionami. — To szaleństwo.

— Tak, to prawda. — John ostrożnie zeskoczył z wraku samochodu. Ruszyli po dnie szybu do czekającego na nich pojazdu. Okakura przełączył się na inny kanał i zaczął rozmawiać z ludźmi na górze.

John zatrzymał się na środku, aby się po raz ostatni rozejrzeć. Naprawdę trudno było ocenić wysokość szybu. Mroczne światło i pionowe ściany przywiodły mu na myśl katedrę, ale każda katedra, jaką kiedykolwiek zbudowano, wyglądałaby jak domek dla lalek, gdyby postawić ją na dnie tego ogromnego wykopu. Niemal nadrealny rozmiar tej dziury sprawił, że John aż zamrugał i doszedł do wniosku, że zbyt długo stał z odchyloną głową.

Wsiedli do łazika i ruszyli w górę drogą wykutą w bocznej ścianie. Gdy dojechali do pierwszej windy, wysiedli z auta i przeszli do klatki wyciągu. Przejechali kawałek w górę, potem wysiedli i przeszli do następnej windy. Jeszcze siedem razy przesiadali się w ten sposób z jednego dźwigu do drugiego. Narastająca powoli jasność wydawała się znacznie jaskrawsza od zwykłego światła dziennego. Po drugiej stronie szybu John cały czas widział ścianę przeciętą podwójną spiralą dwóch dróg: jak wodne znaki w ogromnej wywierconej przez człowieka dziurze. Dno szybu niknęło w ciemnościach, nie dostrzegał już nawet wywrotki.

Gdy jechali dwiema ostatnimi windami, otaczał ich już regolit — najpierw megaregolit, wyglądający jak popękane skalne podłoże, a potem regolit właściwy, którego skała, żwir i lód ukryte były za betonowym zabezpieczeniem: wygładzoną, wygiętą ścianą, przypominającą zaporę i ukośnie odchyloną tak daleko w tył, że ostatnia winda była w istocie koleją zębatą. Zapuścili się w górę tym ogromnym kominem — “odpływem z wanny Wielkiego Człowieka”, jak go kilka godzin temu w drodze na dół nazwał Okakura — i w końcu wydostali się na powierzchnię, na zewnątrz, na słońce.

Boone wysiadł i spojrzał w dół. Regolitowe zabezpieczenie wyglądało jak wewnętrzna ściana bardzo łagodnego krateru, po której spiralnie w dół schodziła dwupasmowa droga. Tylko że ten krater nie miał dna. Nazywali go moholem. John widział zaledwie jego niewielki fragment, ponieważ ściana szybu znajdowała się w cieniu i tylko jedna spirala opadającej drogi była w ogóle oświetlona, przypominając coś w rodzaju zawieszonych w powietrzu schodów, prowadzących przez pustkę ku jądru planety.

Trzy olbrzymie samochodywy wrotki, pełne czarnych głazów, parły powoli w górę ugniatając ostatni odcinek drogi. Jak wyjaśnił Johnowi Okakura, ostatnio jazda z dna szybu zabierała im aż pięć godzin. Powodem był bardzo kiepski nadzór, zresztą zmora niemal całego projektu, zarówno produkcji sprzętu, jak i jego obsługi. Mieszkańcy osady musieli kontrolować równocześnie programowanie i wykonanie każdej operacji, a ponadto do ich obowiązków należała konserwacja oraz wykrywanie i usuwanie usterek. A teraz jeszcze zabezpieczenia.

Miasto, nazwane Senzeni Na, rozciągało się na dnie najgłębszego kanionu regionu Thaumasia Fossae. Najbliżej wylotu znajdował się park przemysłowy, gdzie wytwarzano większość sprzętu do prac eksploatacyjnych i przetwarzano fragmenty skalnej ściany tuż przy wylocie, ponieważ zawierała śladowe ilości pewnych cennych metali.

Boone i Okakura weszli do stacji na obrzeżu kanionu, zmienili skafandry ciśnieniowe na kombinezony powleczone warstwą miedzi i ruszyli ku jednemu z przezroczystych tuneli spacerowych, które łączyły wszystkie budynki w mieście. W tunelach było chłodno, ale słonecznie i chodziło się w ubraniach pokrytych na zewnątrz cienką warstwą folii w kolorze miedzi, stanowiących najnowsze japońskie odkrycie w badaniach nad odpornością materiałów na promieniowanie. Miedziane istoty, kręcące się po przezroczystych rurach, skojarzyły się Boone’owi z farmą gigantycznych mrówek. W górze chmura ciepłych wyziewów kolonii zamarzała, potem strzelała jak para z otwartego zaworu; następnie chwytały ją bardzo silne wiatry i rozwiewały w długą, rozpłaszczoną i rozciągniętą smugę.

Właściwe kwatery mieszkalne miasta zbudowano na południowo-wschodniej ścianie kanionu. Duży prostokątny odcinek urwiska zastąpiono szkłem, za nim znajdowała się wysoka otwarta hala, a na jej końcu pięć pięter tarasowo usytuowanych mieszkań.

Mężczyźni przeszli przez halę i Okakura powiódł Johna w górę do biur zarządu miasta, które znajdowały się na piątym piętrze. Po drodze dołączali do nich ludzie. Wszyscy wyglądali na bardzo poruszonych. Rozmawiali między sobą i wypytywali Okakurę. Całą grupą przeszli przez biura i wyszli na zewnętrzny balkon. John obserwował uważnie, jak Japończyk w ojczystym języku opisuje zebranym zdarzenie. Kilku spośród słuchaczy najwyraźniej się zdenerwowało, a większość unikała spojrzenia Johna. Czy sama bliskość nieszczęścia wystarczała, aby zaciągnąć wobec kogoś giril Okakura koniecznie chciał sprawdzić, czyjego współziomkowie nie czują się czasem skompromitowani albo coś w tym rodzaju. Hańba jest dla Japończyka czymś strasznym i dyrektor szybu wyglądał na coraz bardziej zrozpaczonego i nieszczęśliwego, jak gdyby uznał, że wypadek wydarzył się z jego winy.

— Macie chyba świadomość, że wybuch mógł spowodować zarówno obcy, jak i ktoś stąd — odezwał się odważnie John, a potem zaczął im przedstawiać swoje pomysły dla zapewnienia lepszego bezpieczeństwa w przyszłości: — Obrzeże kanionu stanowi idealną barierę. Zainstalujcie tu system alarmowy i kilku ludzi ze stacji będzie mogło pilnować zarówno całego osiedla, jak i wind. Możliwe, że okaże się to stratą czasu, ale trzeba być przygotowanym na kolejne ataki.

Okakura spytał nieśmiało, czy Boone domyśla się, kto mógłby być odpowiedzialny za sabotaże. John wzruszył ramionami.

— Przykro mi, ale nie mam pojęcia. Przypuszczam, że ludzie przeciwni kopaniu moholi.

— Ależ mohole są już wykopane — zauważył jeden z Japończyków.

— Wiem. Może chodzi o symboliczny protest. — Uśmiechnął się. — Tyle że gdyby wywrotka spadła komuś na głowę, nie byłby to zbyt ładny symbol.

Zebrani poważnie pokiwali głowami. John żałował, że nie ma takich jak na przykład Frank zdolności do nauki języków obcych — bardzo by mu to pomogło w porozumieniu się z tymi ludźmi. Trudno mu było ich zrozumieć, trudno odgadnąć, co naprawdę myślą.

Zapytali go z troską, czy nie chciałby się położyć.

— Nic mi się nie stało — odparł. — Samochód przecież chybił. Później będziemy musieli go sobie dobrze obejrzeć, ale dzisiejszy dzień chciałbym spędzić zgodnie z planem.

Okakura wraz z grupką mężczyzn i kobiet oprowadził Johna po mieście i Boone z przyjemnością wizytował laboratoria i salki konferencyjne, świetlice i jadalnie. Kiwał co jakiś czas głową, ściskał kolejne dłonie i witał się ze wszystkimi, których spotykał, aż doszedł do wniosku, że poznał już chyba ponad połowę mieszkańców Senzeni Na. Większość nie słyszała jeszcze o wypadku w szybie, ale wszyscy cieszyli się, że go widzą; byli szczęśliwi, mogąc uścisnąć mu dłoń, zamienić z nim kilka słów, pokazać mu coś albo po prostu na niego popatrzeć. To się zdarzało wszędzie, gdzie się zjawiał, i przypominało o nieprzyjemnych latach męczącej sławy między jego pierwszą wyprawą i drugą.

W końcu jednak była to część jego pracy. Najpierw godzinę naprawdę pracował, potem przez cztery godziny pełnił funkcję “pierwszego człowieka na Marsie”. Codzienna rutyna. A kiedy popołudnie zmieniło się w wieczór i całe miasto zgromadziło się na bankiecie wydanym z okazji jego wizyty, usadowił się wygodnie i cierpliwie odgrywał swoją rolę. Oznaczało to, że musiał się na siłę wprawić w dobry nastrój, co tego dnia nie było łatwe. Poprosił więc o przerwę, poszedł do łazienki w przydzielonym sobie pokoju i połknął kapsułkę ze środkiem wyprodukowanym w Acheronie przez grupę medyczną Włada. Był to lek — nazywany przez medyków megaendorfiną — stanowiący mieszankę wielu syntetycznych endorfin i środków nasennych, stworzonych na bazie struktur substancji, które medycy odkryli badając ludzki mózg. Działał jak najlepszy narkotyk i niezwykle poprawiał samopoczucie.

John wrócił na bankiet o wiele bardziej zrelaksowany. Rozpierała go energia. A przecież dopiero co uniknął śmierci, umykając w panice jak dzikus! Dodatkowa dawka endorfin mogła zdziałać cuda. Lekko przechodził od stolika do stolika, zadając ludziom pytania. Zgromadzonym sprawiało to przyjemność i dawało im poczucie, że biorą udział w niezwykłym wydarzeniu. Johnowi podobało się to zajęcie, była to ta część jego pracy, która czyniła życie znakomitej osobistości znośniejszym, a gdy zadawał pytania, ludzie jeden przez drugiego rwali się do odpowiedzi. To było doprawdy osobliwe wrażenie, wyglądało, jakby usiłowali zniwelować ten odczuwany intuicyjnie brak równowagi, wszak oni wiedzieli o nim tak wiele, podczas gdy on nie wiedział o nich prawie nic. Toteż odpowiednio zachęceni często po pierwszej ostrożnej odpowiedzi wybuchali zupełnie niespodziewanie potokiem osobistych, czasem nawet zadziwiająco niedyskretnych informacji: opowiadali o codziennych drobiazgach, o najbliższych planach, zwierzali się.

John spędził więc ten wieczór poznając szczegóły życia w Senzeni Na. (”Pyta pan, co tu robimy?” — dyskretny uśmieszek.) Potem odprowadzili go do dużego gościnnego apartamentu. Ściany pokojów były grube, wyłożone prawdziwym bambusem, a łóżko najprawdopodobniej wyciosane z jednego pnia. Kiedy Boone znalazł się sam, podłączył do telefonu urządzenie kodujące i zadzwonił do Saxa Russella.

Russell przebywał w nowej siedzibie Włada, kompleksie badawczym wbudowanym w niezwykłe podłużne pasmo wzgórz w kształcie żebra, które znajdowało się w Acheron Fossae na północ od Olympus Mons. Sax spędzał tam teraz cały swój czas, jak uczniak studiując inżynierię genetyczną. Przekonał się bowiem już jakiś czas temu, że biotechnologia stanowi klucz do terraformowania, i postanowił się podszkolić, by móc się aktywnie zaangażować w tę część kampanii, mimo że dotąd zajmował się prawie wyłącznie fizyką. Nowoczesna biologia była dziedziną niezwykle ekspansywną i chętnie korzystała z doświadczeń innych nauk, toteż wielu fizyków szczerze jej nienawidziło, mieszkańcy Acheronu twierdzili jednak, że Sax szybko się uczy i John nie miał powodu, by w to nie wierzyć. Sax sam trochę drwił z własnych studiów, ale widać było, że ogromnie się w nie zaangażował. Opowiadał o nich przez cały czas.

— W tym tkwi sedno sprawy — mówił. — Chcemy uzyskać wodę i azot z powierzchni oraz dwutlenek węgla z powietrza, potrzebujemy więc biomasy.

Aby ją odkryć, niemal non stop przesiadywał przy ekranie komputera i w laboratoriach.

Słuchał raportu Boone’a ze swoim zwykłym niewzruszonym wyrazem twarzy. Wygląda jak parodia naukowca, pomyślał John. Nosi nawet fartuch laboratoryjny. Kiedy John patrzył na charakterystyczne mrużenie oczu Russella, przypomniał sobie anegdotkę, którą opowiadał roześmianym słuchaczom na jakimś przyjęciu jeden z asystentów Saxa. Dotyczyła pewnego tajemniczego eksperymentu, który wyszedł nieco na opak. Setce szczurów laboratoryjnych wstrzyknięto mianowicie środek pobudzający inteligencję. Gryzonie rzeczywiście stały się genialne, po czym zbuntowały się, uciekły z klatek, schwytały głównego badacza, związały go i za pomocą wymyślonej na poczekaniu metody wszczepiły w jego ciało swe umysły. Tym naukowcem był właśnie Saxifrage Russell, który stał teraz naprzeciw Johna w białym fartuchu, z wykrzywioną twarzą, mrużąc jak zwykle oczy; chorobliwie ciekawski maniak pracy laboratoryjnej. Jego umysł stanowił sumę mózgów stu hiperinteligentnych szczurów, “które nadały mu piękne kwieciste imię… to był taki ich dowcip, rozumiecie?”

To wiele wyjaśniało. John uśmiechnął się, kiedy skończył relacjonować ostatnie wydarzenia, a Sax zadarł z zainteresowaniem głowę, by na niego spojrzeć.

— Sądzisz, że ta wywrotka miała cię zabić?

— Nie wiem.

— Jacy ci się wydali tamtejsi ludzie?

— Przerażeni.

— Podejrzewasz, że są w to zamieszani?

John wzruszył ramionami.

— Wątpię. Prawdopodobnie po prostu boją się nawet myśleć o tym, co jeszcze może im się przydarzyć. Sax szybko zamachał ręką.

— Tego typu sabotaż w żaden sposób nie może przeszkodzić planom dotyczącym terraformowania — zauważył łagodnie.

— Wiem.

— Kto to robi, John?

— Nie mam zielonego pojęcia.

— To może być Ann, nie sądzisz? Może stała się kolejnym prorokiem, jak Hiroko czy Arkady, może ma zwolenników, program i tak dalej…

— Ty również masz zwolenników i program — przypomniał Saxowi John.

— Ale ja im nie każę niczego niszczyć ani zabijać ludzi.

— Niektórzy uważają, że próbujesz zniszczyć całego Marsa. Że ludzie z pewnością będą umierać w rezultacie terraformowania. W nieuniknionych wypadkach.

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Tylko zwracam ci uwagę. Próbuję ci uzmysłowić powody, dla których ktoś może to robić.

— Sądzisz więc, że to Ann.

— Albo Arkady, Hiroko, a może ktoś, o kim nigdy nie słyszeliśmy.

Z jednej z nowych kolonii. Teraz jest tu wielu ludzi, Sax. I wiele różnych frakcji.

— Wiem. — Sax podszedł do stołu, podniósł poobijany stary kubek z kawą i jednym haustem wypił jego zawartość. Po chwili powiedział: — Chciałbym, żebyś spróbował się dowiedzieć, kto za tym stoi. Rób swoje. Jedź pogadać z Ann. Przekonaj ją jakoś… — W jego głosie zabrzmiała płaczliwa nuta. — Ja nie mogę już nawet z nią porozmawiać.

John popatrzył na niego, zaskoczony niezwykłą dla Saxa manifestacją uczuć. Ten wziął to milczenie za niechęć i dodał:

— Wiem, że to właściwie nie jest twoja sprawa, ale z tobą wszyscy będą rozmawiać. Praktycznie jesteś jedyną osobą, o której można to powiedzieć. Wizytujesz teraz mohole, ale mógłby ci w tym pomóc twój zespół… Zresztą, możesz je odwiedzać nadal w ramach śledztwa. Naprawdę, nikt inny nie jest w stanie tego dokonać. Nie mamy tu przecież prawdziwej policji, do której można by się zwrócić z tym problemem. Chociaż myślę, że jeśli takie rzeczy nadal się będą zdarzały na Marsie, UNOMA z pewnością przyśle nam swoich specjalistów.

— Albo zrobią to szefowie ponad-narodowych konsorcjów… — zastanowił się głośno Boone. Znowu miał przed oczyma wywrotkę spadającą z nieba. I wtedy podjął decyzję. — W porządku, Sax. Porozmawiam z Ann. A potem powinniśmy się zebrać i pomówić o ochronie wszystkich prac związanych z terraformowaniem. Jeśli uda nam się szybko skończyć z sabotażami, może UNOMA nie będzie się wtrącać.

— Dzięki, John.

Boone wyszedł na balkon apartamentu. Halę wypełniały sosny z Hokkaido i zimne powietrze było aż gęste od intensywnego zapachu żywicy. Postaci w miedzianych kombinezonach kręciły się między drzewami. John zastanowił się nad nową sytuacją. Już od dziesięciu lat pracował dla Russella. Zarządzał moholami i reprezentował grupę zajmującą się terraformowaniem na zewnątrz, zajmował się kontaktami z prasą i wszystkim, co wiązało się z propagowaniem ich programu; znajdował w tej pracy przyjemność, ale nie opanował nawet w najmniejszym stopniu żadnej z nauk zaangażowanych w program, nie zależały więc od niego decyzje merytoryczne. Wiedział, że wiele osób postrzega go zaledwie jako marionetkę, myśli o nim jako o sławnym podróżniku rzuconym na pożarcie ziemskim dziennikarzom i naukowcom, uważa, że jest durnym kosmicznym “fizolem”, prostakiem, któremu raz się powiodło i całe życie czerpie korzyści z tego jednego wyczynu. John wcale się tym nie przejmował, wiedział, że zawsze będą istnieli ludzie, którzy sięgają człowiekowi zaledwie do kolan i próbują wszystkich przyciąć do swojego rozmiaru. To było nieuniknione, ale uważał, że w jego wypadku naprawdę się mylą. Miał świadomość swej władzy i znał swoje możliwości; były spore, chociaż być może tylko on sam dostrzegał je w całej pełni, gdyż polegały na umiejętności odbywania nie kończącego się szeregu spotkań twarzą w twarz. I dopiero w czynach ludzi widział wpływ, jaki na nich wywarł. Jego moc tkwiła zarówno w jego wizji, przenikliwości i bystrości umysłu, jak i w umiejętności przekonywania, a także możliwości swobodnego przemieszczania się, wykorzystywania własnej sławy, licznych wpływów… Może i dla niektórych był marionetką, ale mimo wszystko stał na czele, wskazując innym drogę.

Poza tym miał ochotę na to nowe zadanie. Miał już pewne przeczucia i podejrzenia. Zadanie było delikatne, trudne, może nawet ryzykowne… ale przede wszystkim było frapujące. Stanowiło nowe wyzwanie, a John takie właśnie lubił najbardziej. Wrócił do pokoju i położył się do łóżka. (”Tu spał sam John Boone!”) Przyszło mu do głowy, że teraz będzie nie tylko pierwszym człowiekiem, jaki wylądował na Marsie, ale również pierwszym tutejszym detektywem. Uśmiechnął się na tę myśl i po raz ostatni przed zaśnięciem w jego nerwach rozżarzyła się megaendorfina.

Ann Clayborne robiła pomiary geodezyjne w górach otaczających Basen Argyre, John musiał więc wynająć szybowiec, aby polecieć do niej z Senzeni Na.

Następnego dnia rano wstał wcześnie i windą balonową udał się do miejsca cumowania sterowca stacjonarnego unoszącego się stale nad miastem. Z windy spojrzał w dół na zapierające dech w piersiach rozległe kaniony Thaumasii. Potem wsiadł do nieruchomego sterowca, z którego opuścił się do kabiny pilota jednego z szybowców przymocowanych do podwozia ogromnego balonu. Zabezpieczył się, a później odczepił szybowiec i maszyna natychmiast zaczęła opadać jak kamień, dopóki John nie wprowadził jej w prąd termiczny moholu, który podrzucił ją gwałtownie w górę. Udało mu się opanować maszynę i duży, a jednocześnie pajęczo lekki statek wszedł w ostre wirowanie wznoszące. Lot szybowcem kojarzył się Johnowi z jazdą na bańce mydlanej nad ogniskiem i uwielbiał to!

Na wysokości pięciu tysięcy metrów pióropusz chmury spłaszczył się i zaczął się rozciągać na wschód. John pikował, wychodząc z korkociągu, a potem skierował się na południowy wschód. Od momentu, gdy wyczuł maszynę, jej prowadzenie zaczęło mu sprawiać wielką przyjemność, wręcz bawił się lotem. Jednak, jeśli chciał dotrzeć do Argyre, musiał pamiętać, aby ostrożnie wykorzystywać siłę wiatrów.

Celował w rozmazany, żółty blask słońca. Wiatr dmuchał maszynie w skrzydła. John spojrzał w dół. Ląd był w kolorze ciemnej czerwonawej rdzy, która na horyzoncie przechodziła stopniowo w coraz jaśniejszy oranż. Leżący na południu górzysty, dziki teren, usiany tysiącami wypukłości i kraterów, miał surowy, pierwotny, księżycowy wygląd, charakterystyczny dla stref silnie bombardowanych meteorytami. John uwielbiał latać nad takimi krainami i teraz pilotował niemal podświadomie, koncentrując uwagę na powierzchni planety. Czuł się doprawdy niezwykle, gdy tak siedział wyprostowany i leciał, czując wiatr jakby pod łokciami, obserwując ziemię i nie myśląc o niczym konkretnym. Miał sześćdziesiąt cztery lata, był rok 2047 (czyli dla niego “Mrok dziesiąty”) i od prawie trzydziestu lat był najsłynniejszym żyjącym człowiekiem. A ostatnio najszczęśliwszy czuł się właśnie podczas takich samotnych lotów.

Dopiero po godzinie zaczął rozmyślać o swoim nowym zadaniu. Musiał nad sobą bardzo panować, aby nie ulec fantazjom na temat staroświeckiego detektywa ze szkłem powiększającym i cygarem albo nowoczesnego tajniaka z pistoletem automatycznym. Część pracy mógł przecież wykonać już podczas lotu. Zadzwonił do Saxa i spytał go, czy mógłby podłączyć swój AI do plików emigracyjnych UNOMY i danych dotyczących podróży po planecie, nie pozostawiając po tej operacji żadnych śladów i nie zawiadamiając o tym “firmy”. Sax natychmiast wszystko sprawdził, po czym oddzwonił i powiedział Johnowi, że powinno się udać. Boone przesłał mu więc zestaw pytań i kontynuował lot. Godzinę później gwałtownie zamrugało czerwone światło na konsolecie komputera, który nazywał Pauline, informując, że właśnie przesyłane są nowe dane. John poprosił AI o różnego rodzaju analizy, a potem obejrzał na ekranie wyniki.

Dane dotyczące przemieszczania się po planecie trochę go zmieszały, ale miał nadzieję, że kiedy porówna je z miejscami, gdzie zdarzyły się akty sabotażu, dojdzie do jakichś wniosków. Oczywiście wiedział, że istnieje wiele nie notowanych osób, o których ruchach UNOMA nie ma pojęcia, między innymi cała ukryta kolonia Hiroko. A któż mógł wiedzieć, co Hiroko i jej ekipa myślą o projektach terraformowania? Mimo wszystko John sądził, że warto się przyjrzeć tym danym.

Na horyzoncie przed nim wyrosło nagle Nereidium Montes. Mars nigdy nie był planetą specjalnie aktywną tektonicznie, toteż pasma górskie stanowiły tu rzadkość. Te, które istniały — co z tej wysokości wyraźnie rzucało się w oczy — były przeważnie ogromnymi stożkami kraterów, pierścieniami materii wyrzuconej przez tak potężne uderzenia meteorytów, że gruzy spadały na powierzchnię w dwóch lub trzech ułożonych koncentrycznie kręgach szerokich na wiele kilometrów i niezwykle poszarpanych. Hellas i Argyre jako największe baseny pouderzeniowe miały również najpotężniejsze obszary górskie. Spośród pozostałych pasm jedynie Phlegra Montes na stoku Elysium było prawdopodobnie fragmentaryczną pozostałością takiego basenu, zalanego później lawą z wulkanów Elysium, ale mogło też być starożytnym Oceanus Borealis. Co jakiś czas wśród pierwszej setki wybuchały na ten temat dyskusje, ale Ann — dla Johna ostateczny autorytet w tego typu kwestiach — nigdy nie wyraziła jednoznacznej opinii na ten temat.

Nereidum Montes tworzyły północne obrzeże Argyre, teraz jednak Ann i jej zespół badali właśnie stożek południowy, Charitum Montes. Boone skorygował swój kurs na południe i wczesnym popołudniem szybował już nisko nad rozległą, płaską równiną Basenu Argyre. Po pogórzu pokrytym śladami intensywnych uderzeń meteorytowych dno tego basenu wydało mu się niemal idealnie równe. Była to płaska, żółtawa równina okolona dużą krzywizną stożków górskiego pasma. Z miejsca, w którym się znajdował, John obejmował wzrokiem około dziewięćdziesiąt stopni łuku stożka, co zupełnie wystarczało, aby uświadomić sobie siłę uderzenia, które uformowało kiedyś Argyre. Widok był zdumiewający. Przeleciał już nad tysiącami marsjańskich kraterów, znał więc gigantyczne rozmiary niektórych areologicznych tworów, ale Argyre wymykała się wszelkim porównaniom. Na przykład dość spory krater nazwany imieniem Galle’a z pewnością okazałby się nie większy niż krosta, gdyby go umieścić na stożku Argyre! Musiała uderzyć w to miejsce co najmniej planeta, pomyślał John. Albo… przynajmniej cholernie duża planetoida.

W południowo-wschodnim wygięciu stożka, na dnie basenu przy pogórzu Charitum, Boone spostrzegł cieniutką białą kreseczkę pasa lądowiska. Na takim pustkowiu twory ludzkie były łatwe do zauważenia — wyróżniały się regularnością kształtów, wyglądały niczym latarnia morska na tle morza i lądu. Z ogrzewanych słońcem wzgórz podnosiły się silne prądy termiczne i John skręcił maszyną w dół, wykorzystując sprzyjający wiatr. Gwałtownie tracił wysokość, czemu towarzyszył przeciągły szum; skrzydła szybowca wibrowały w szalonym pędzie. Spadam jak skała, jak ta planetoida, pomyślał z uśmiechem Boone i zaczął podchodzić do lądowania. Wykonał imponujący skręt i osiadł na pasie z maksymalną precyzją, na jaką pozwalały warunki, świadom swojej reputacji świetnego lotnika, którą, rzecz jasna, przy każdej sposobności starał się potwierdzać. Uważał to za część swojej pracy.

Jednak kiedy wysiadł z maszyny i dotarł do zaparkowanych przy lądowisku przyczep, okazało się, że w środku są tylko dwie dziewczyny i żadna nie obserwowała jego przylotu. Oglądały właśnie telewizyjne wiadomości z Ziemi. Gdy przechodził przez wewnętrzny luk śluzy, obie podniosły oczy i skoczyły na równe nogi, aby go powitać. Powiedziały mu — obie były Brytyjkami i mówiły z bardzo twardym i niezwykle czarującym północno-europejskim akcentem — że Ann wraz z ekipą wyruszyła w góry do jednego z górskich kanionów, prawdopodobnie nie więcej niż dwie godziny jazdy stąd. John zjadł z nimi obiad, a potem wziął rovera i wyruszył szlakiem wiodącym przez rozpadlinę do Charitum. Po mniej więcej godzinie posuwania się w górę szczeliną, wyglądającą jak płaskodenne łożysko starego potoku, dotarł do ruchomej przyczepy, przed którą zaparkowane były trzy łaziki. Widok ten skojarzył mu się z pustynnym barem w Mojave.

Przyczepa była pusta, a ślady stóp prowadziły z obozowiska w różnych kierunkach, toteż po chwili zastanowienia Boone wspiął się na pagórek leżący na zachód od obozu i usiadł na jego szczycie. Tam położył się i zasnął, aż obudziło go zimno przenikające przez walkera. Wtedy usiadł, położył sobie na języku kapsułkę megaendorfiny i obserwował, jak czarne cienie wzgórz przesuwają się powoli na wschód. Zaczął analizować zdarzenia w Senzeni Na, przebiegając w myślach wszystko, co miało miejsce przed wypadkiem i kilka godzin po nim. Przypominał sobie spojrzenia ludzi i słowa swoich rozmówców. Nagle uświadomił sobie, że obraz spadającej wywrotki jeszcze teraz powoduje u niego przyspieszenie tętna.

Niemal w tym samym momencie w rozpadlinie między leżącymi na zachodzie wzgórzami pojawiły się miedziane figurki. John wstał i zaczął schodzić z pagórka. Spotkał się z nimi na dole przy przyczepie.

— Co tu robisz? — spytała Ann na kanale pierwszej setki.

— Chcę porozmawiać.

Chrząknęła i rozłączyła się.

Nawet bez niego przyczepa byłaby zatłoczona. Usiedli w głównej sali stykając się kolanami, podczas gdy Simon Frazier podgrzewał sos do spaghetti i gotował wodę na makaron w małej kuchennej wnęce. Jedyne okno przyczepy wychodziło na wschód i jedząc, obserwowali cienie gór przesuwające się ponad dnem wielkiego basenu. John przywiózł ze sobą półlitrową butelkę lokalnego koniaku z Utopii. Otworzył ją jeszcze przed kolacją, co wywołało okrzyki aprobaty. Kiedy areolodzy sączyli trunek, zmywał naczynia (”naprawdę chcę” — odpowiedział na protesty) i pytał, jak przebiegają badania. Szukali śladów starożytnych okresów lodowcowych. Znalezienie ich poparłoby ten model wczesnej historii planety, który zakładał istnienie oceanów wypełniających niziny.

Tylko czy Ann, pomyślał John słuchając opowieści naukowców, rzeczywiście chciałaby znaleźć ślady przeszłości oceanicznej? Przecież wtedy przyczyniłaby się do potwierdzenia modelu, który lansuje zespół zwolenników terraformowania: twierdzenie, że starają się przywrócić na Marsie jedynie wcześniejszy stan rzeczy, znalazłoby poparcie dowodowe. Narzucało się więc podejrzenie, że tak naprawdę może wcale nie pragną niczego odnaleźć. Czy w związku z tym Ann nie była uprzedzona do całego przedsięwzięcia? Cóż, pewnie tak, byłoby to zupełnie zrozumiałe. Może nie do końca świadomie, może podświadomie — ale przecież, ostatecznie, świadomość jest w nas tylko czymś w rodzaju cieniutkiej litosfery, pod którą znajduje się duże, gorące jądro. Każdy dobry detektyw powinien zawsze mieć to w pamięci.

Jakkolwiek było, wszyscy przebywający w przyczepie — a byli to przecież wspaniali areolodzy — zgodnie twierdzili, że nie znaleźli żadnych śladów zlodowacenia. Znajdowały się tu głębokie baseny przypominające lodowcowe cyrki, wysokie doliny w klasycznym dla dolin polodowcowych kształcie litery “U” oraz pewne konfiguracje kopuł i ścian, które mogły powstać w rezultacie obróbki glacjalnej. Wszystkie te osobliwości terenu zauważono już kilkadziesiąt lat temu na zdjęciach satelitarnych i ponieważ towarzyszyło im kilka jaskrawych pobłysków, niektórzy badacze sądzili, że mogą to być refleksy szczątkowego lodowca, pozostałego jeszcze w najbardziej osłoniętych od wiatru partiach dolin. Ale tu nie było żadnych moren: ani bocznych, ani dennych, nie było też najmniejszych śladów obróbki ani linii przejściowych, gdzie mogłyby wystawać nawet z najwyższych poziomów starożytnego lodu nanatuki. Nie znaleziono niczego. Według ekipy Ann był to kolejny przypadek tego, co nazywali “areologią niebiańską”, pseudonauki powstałej kiedyś na Ziemi opartej na wczesnych analizach zdjęć satelitarnych powierzchni Marsa i obrazów z teleskopów. Do “areologii niebiańskiej” należała teoria marsjańskich kanałów, a także wiele mniej znanych kiepskich hipotez, które badali teraz areolodzypraktycy i, niestety, większość z teoryjek wobec znajdowanych na powierzchni śladów ewolucji planety załamywała się, czy też, jak mawiała grupa Ann, “wyrzucano je do kanału”.

Teoria lodowcowa jednakże, a także model oceaniczny, którego była częścią, najdłużej przetrwała w świadomości ludzkiej, okazała się bardziej “odporna na fakty” niż inne. Po pierwsze dlatego, że prawie każdy model kształtowania planety sugerował, iż prawdopodobnie kiedyś było na niej wiele wody, która odpowietrzyła się i ulotniła do atmosfery, a później musiała gdzieś opaść. A po drugie, pomyślał John, dlatego że istniało wiele osób, których potwierdzenie hipotezy oceanicznej podniosłoby na duchu, rozwiewając ich wątpliwości co do tego, czy terraformowanie jest posunięciem etycznym. Natomiast przeciwnicy terraformowania… Nie, wcale nie był zaskoczony, że grupa Ann niczego nie odkryła. Pobudzony nieco koniakiem i zirytowany nieprzyjaznym zachowaniem Ann, John krzyknął z kuchni:

— A jeśli istniały tu lodowce zupełnie niedawno, powiedzmy, jakiś miliard lat temu? Zdaje mi się, że sporo czasu potrzeba, aby na powierzchni pozostał jakikolwiek przekonujący ślad, na przykład pobłysk lodowcowy, moreny czy nanatuki. Widoczne gołym okiem wielkie i niezwykłe formy rzeźby terenu nie są dowodem, jak rozumiem. Zgadza się?

Ann, która dotąd milczała, odezwała się nagle:

— Formy rzeźby terenu, charakterystyczne dla rzekomego zlodowacenia, nie są wcale niezwykłe. Wszystkie są zupełnie pospolite w kategoriach marsjańskich, ponieważ wszystkie zostały uformowane przez spadające z nieba skały. Każda formacja ukształtowała się w ten właśnie sposób, dziwaczne kształty ogranicza jedynie kąt stoku. — Ann nie piła koniaku, odmówiła, gdy Boone chciał jej nalać, co go bardzo zaskoczyło, a teraz ze zdegustowaną miną wbiła wzrok w podłogę.

— Ale chyba nie doliny w kształcie “U”? — prowokował dalej John.

— Tak, takie doliny również.

— Problem w tym, że model oceaniczny jest rzeczywiście trudny do obalenia — odezwał się cicho Simon. — Można nigdy nie znaleźć żadnego dowodu na przeszłość lodowcową, jak to się właśnie dzieje w naszym wypadku, ale to nie przekreśla definitywnie tej hipotezy.

Gdy John skończył sprzątać w kuchni, poprosił Ann, aby poszła z nim obejrzeć zachód słońca. Zawahała się, w jej oczach pojawiła się niechęć, obserwacja zachodzącego nad Czerwoną Planetą słońca należała jednak do jej rytuałów, o czym wiedzieli wszyscy z pierwszej setki, więc wprawdzie z grymasem na twarzy i posyłając Johnowi nieprzyjazne spojrzenia, ale w końcu zgodziła się.

Kiedy znaleźli się na zewnątrz, Boone poprowadził Ann w górę na ten sam szczyt, na którym drzemał kilka godzin temu. Ponad otaczającymi dwoje ludzi czarnymi zębatymi grzbietami niebo zakreślało łuk w kolorze śliwkowym. Nad tym łukiem rodziły się nagle powodzie gwiazd. John stał obok Ann, a ona patrzyła gdzieś w bok. Nierówny horyzont nie był aż tak niezwykły, przypominał nieco niektóre ziemskie krajobrazy. Ann była od Johna trochę wyższa; chuda, kanciasta sylwetka. John lubił ją, ale nawet jeśli Ann kiedyś odwzajemniała jego sympatię — odbyli w przeszłości wiele miłych pogawędek — przestała go cenić, kiedy zaczął pracować z Saxem. Bez względu na to, co robisz, mówiło jej twarde spojrzenie, jesteś moim wrogiem, ponieważ wybrałeś terraformowanie.

Cóż, była to prawda. John wskazał na niebo. Ann dotknęła swego naręcznego notesu komputerowego i nagle Boone usłyszał w słuchawce jej głośne westchnienie.

— O co chodzi? — spytała, nie patrząc w jego stronę.

— O przypadki sabotażu — odparł.

— Tak myślałam. Jak przypuszczam, Russell uważa, że to moja sprawka.

— Wprost tego nie…

— Czy myśli, że jestem idiotką? Co on sobie wyobraża? Miałabym liczyć na to, że taki malutki wandalizm powstrzyma was od waszych chłopięcych zabaw?

— Cóż, nie jest wcale malutki. Było już sześć poważnych wypadków i w wyniku każdego mogli zginąć ludzie.

— Zrzucanie zwierciadeł z orbity może zabić ludzi?

— Jeśli akurat są konserwowane, to tak. Ann prychnęła pogardliwie.

— Co jeszcze się zdarzyło?

— Wczoraj z drogi w szybie moholowym strącono wywrotkę, która wylądowała prawie na mojej głowie. — Usłyszał, jak Ann ciężko łapie oddech. — To już trzecia wywrotka. A tamto zwierciadło zostało wprawione w ruch wirowy właśnie w chwili, gdy znajdowała się na nim jedna z konserwatorek i musiała odbyć samotną podróż na stację, co zajęło jej ponad godzinę. Ledwie przeżyła. Potem wyleciał w powietrze skład materiałów wybuchowych przy moholu w Elysium zaledwie w minutę po tym, jak cała załoga stamtąd wyszła. No i wszystkie porosty w Underhill zabił wirus, który zaatakował całe laboratorium.

Ann wzruszyła ramionami.

— Czego się spodziewałeś po GEM-ach? To mógł być przypadek, jestem zaskoczona, że nie umierają częściej.

— To nie był wypadek.

— Cała ta rozmowa do niczego nas nie doprowadzi. Czy Russell uważa mnie za kompletną kretynkę?

— Wiesz, że tak nie jest. Chodzi mu po prostu o uzyskanie funduszy. Zainwestowano już w ten projekt mnóstwo ziemskich pieniędzy, ale potrzeba jeszcze więcej. A wypadki to zła reklama, która może przekreślić dotychczasowy wysiłek.

— Może i tak — powiedziała Ann. — Powinieneś jednak posłuchać siebie, gdy mówisz takie rzeczy. Ty i Arkady jesteście chyba największymi orędownikami nowej marsjańskiej społeczności. Wy dwaj i może jeszcze Hiroko. Jednak jeśli Russell, Frank i Phyllis nadal będą w taki sposób sprowadzać tu ziemski kapitał, całość wymknie się wam spod kontroli. Dla ludzi z Ziemi będzie to zwykły interes, a wszystkie twoje idee pójdą w zapomnienie.

— Dochodzę do przekonania, że w gruncie rzeczy wszyscy pragniemy dla tej planety mniej więcej tego samego — oświadczył John. — Chcemy wykonywać dobrą robotę w dobrym miejscu. Po prostu każde z nas kładzie nacisk na różne kwestie, to wszystko. Gdybyśmy tylko skoordynowali nasze wysiłki i działali jako zespół…

— Nie chcemy tych samych rzeczy dla tej planety! — oburzyła się Ann. — Wy chcecie zmienić Marsa, a ja nie. Proste, prawda? Właśnie to nas dzieli.

— Cóż… — John zająknął się, słysząc gorycz w jej głosie. Szli powoli dokoła wzgórza, poruszając się jakby w skomplikowanym tańcu, który imitował rozmowę. Czasami stawali twarzą w twarz, a czasami obracali się do siebie plecami. Ale głos Ann zawsze był tuż przy jego uchu, a jego głos przy uchu Ann. John lubił rozmowy prowadzone w hełmach i wykorzystywał ich specyfikę, wiedząc, że głos słyszany w słuchawce może być przekonujący, pieszczotliwy i hipnotyczny. — To niestety wcale nie jest takie proste. To znaczy… uważam, że powinnaś pomagać tym spośród nas, których poglądy są najbliższe twoim, a zwalczać tylko te naprawdę skrajnie przeciwstawne.

— Ależ ja tak postępuję.

— l dlatego właśnie przychodzę cię zapytać, co wiesz o wypadkach sabotażu. To ma sens, prawda?

— Nic o nich nie wiem. Ale życzę im powodzenia.

— Osobiście?

— Co masz na myśli?

— Śledziłem twoje posunięcia w ostatnich paru latach: zawsze byłaś blisko każdego wypadku, byłaś w każdym miejscu najpóźniej na miesiąc przed każdym zdarzeniem. Senzeni Na odwiedziłaś kilka tygodni temu po drodze tutaj, zgadza się?

Wsłuchał się w oddech Ann. Była wściekła.

— Używają mnie jako przykrywki — wymamrotała i dodała coś jeszcze, czego nie usłyszał.

— Kto?!

Obróciła się do niego plecami.

— Powinieneś spytać Kojota o to gówno, John.

— Kojota?

Roześmiała się krótko.

— Nie słyszałeś o nim? Ludzie mówią, że chodzi po marsjańskiej powierzchni bez walkera. Skacze to tu, to tam, czasami w jedną noc obiega całą planetę. Znał samego Wielkiego Człowieka, kiedyś w dawnych, dobrych starych czasach. To wielki przyjaciel Hiroko. l wielki wróg terraformowania.

— Spotkałaś go?

Nie odpowiedziała.

— Słuchaj — mruknął po chwili milczenia — będą ginąć ludzie. Niewinni i przypadkowi.

— Niewinni ludzie będą ginąć, kiedy stopi się wieczna zmarzlina i ziemia zacznie się załamywać pod naszymi stopami. Z tym również nie mam nic wspólnego. Po prostu wykonuję swoją pracę. Próbuję skatalogować to, co się tutaj znajdowało, zanim przybyliśmy.

— Może. Tyle że jesteś najsłynniejszą ze wszystkich “czerwonych”. I z tego powodu sabotażyści musieli się z tobą skontaktować. Szkoda, że ich nie zniechęciłaś. Można było uratować kilka ludzkich istnień.

Ann odwróciła się ku Johnowi. Szybka jej hełmu odbijała zachodni horyzont, górna część była purpurowa, dolna intensywnie czarna; granica między dwoma kolorami była poszarpana i nierówna.

— Jeśli zostawicie tę planetę w spokoju, również uratujecie kilka żywotów. Tego właśnie chcą. Gdybym sądziła, że to coś pomoże, John, sama bym cię zabiła.

Po tym oświadczeniu Ann niewiele już mogli sobie powiedzieć, toteż w drodze powrotnej w dół, do przyczepy, Boone próbował poruszyć inny temat.

— Jak sądzisz, co się stało z Hiroko i resztą?

— Zniknęli.

John potoczył oczyma.

— Rozmawiała z tobą o tym?

— Nie. A z tobą?

— Nie. Nie sądzę, aby porozumiała się z kimkolwiek spoza swojej grupy. Czy wiesz, dokąd się udali? Nie.

— Jak ci się zdaje, dlaczego to zrobili?

— Prawdopodobnie chcieli się po prostu od nas uwolnić. Stworzyć coś nowego, od podstaw. To samo, czego chcecie ty i Arkady. Tyle że wy tylko mówicie, że tego chcecie, a oni chcieli naprawdę.

John potrząsnął głową.

— Jeśli nawet im się uda, stworzą to jedynie dla dwudziestu osób. Ja zamierzam stworzyć to dla wszystkich.

— Może mają większe poczucie rzeczywistości od ciebie.

— Może. Zapewne przekonamy się niebawem. Istnieje więcej niż jedna droga, aby tego dokonać, Ann. Musisz to przecież rozumieć…

Nie odpowiedziała.

Kiedy wchodzili do przyczepy, podniosły się na nich wszystkie oczy. Ann natychmiast wycofała się do wnęki kuchennej i zaczęła tam coś z hałasem przestawiać. Nie zamierzała pomóc Johnowi. Boone usiadł na poręczy kanapy i znowu rozpytywał areologów o ich pracę: o poziom wód gruntowych w Argyre i w ogóle o południową półkulę. Duże baseny były niewysokie, ale zostały odwodnione podczas formujących je uderzeń meteorytowych i wydawało się, że wody planetarne powinny się w większości przesączyć na północ. Nikt nigdy nie potrafił wyjaśnić, dlaczego półkule północna i południowa tak bardzo się od siebie różnią. To była największa tajemnica, prawdziwy problem dla areologii. Być może odpowiedź na to pytanie była właśnie kluczem do wyjaśnienia wszystkich innych zagadek związanych z marsjańskim krajobrazem, tak samo jak teoria tektoniki płyt wyjaśniła kiedyś tak wiele ziemskich problemów geologicznych. Niektórym naukowcom marzyło się, by powtórnie wykorzystać to wyjaśnienie geotektoniczne i założyć, że stara skorupa Marsa sama się przesunęła na półkulę południową; opuściła północ, aby utworzyć nową powłokę, a potem, kiedy planeta się ochładzała, cała zamarzła w obecny kształt, stopując wszelkie procesy tektoniczne.

Ann uważała tę hipotezę za absurdalną; w jej opinii półkula północna była tylko największym ze wszystkich basenem uderzeniowym, ostatnim tworem epoki Noachian. Twierdziła, że prawdopodobnie mniej więcej w tym samym okresie podobnej siły uderzenie oderwało ziemski Księżyc od ich ojczystej planety. Areolodzy omawiali przez chwilę różne aspekty tego problemu, a John słuchał, zadając od czasu do czasu jakieś neutralne pytanie.

Następnie włączyli telewizor na wiadomości z Ziemi i obejrzeli krótki program poświęcony górnictwu i rozpoczętym w Antarktyce odwiertom naftowym.

— Właśnie przeciwko temu walczymy — odezwała się z kuchni Ann. — Przez prawie sto lat powstrzymywali się przed eksploatacją Antarktyki, od czasu Międzynarodowego Roku Geofizycznego i pierwszego traktatu. A kiedy tutaj zaczęło się terraformowanie, wszystko się zawaliło. Na Ziemi kończyła się akurat ropa naftowa, państwa Klubu Południowego były biedne, a tuż obok nich leżał cały kontynent pełen ropy naftowej, gazu i minerałów, traktowany przez bogate kraje z północy jak park narodowy. I nagle biedne Południe zobaczyło, że te same bogate państwa z północy zaczynają rozgrzebywać Marsa, więc powiedziały sobie: “Co, u diabła, wy możecie rozdzierać całą planetę, a my mamy chronić tę leżącą obok nas górę lodową, obfitującą w zasoby, których rozpaczliwie potrzebujemy? Akurat!” Naruszyli więc postanowienia układu antarktycznego i zaczęli prowadzić wiercenia. I nikt nie kiwnął w tej sprawie palcem. Znika właśnie ostatnie naturalne miejsce na Ziemi.

Podeszła do grupy, usiadła przed ekranem i utkwiła wzrok w kubku parującej gorącej czekolady.

— Jest tego więcej, jeśli chcesz — powiedziała do Johna opryskliwie.

Simon rzucił mu współczujące spojrzenie, a inni popatrzyli szeroko otwartymi oczyma, z przerażeniem obserwując walkę między dwojgiem przedstawicieli pierwszej setki. Coś takiego! John niemal się roześmiał na widok ich wytrzeszczonych oczu. Wstał, by nalać sobie kubek czekolady, pochylił się szybko i pocałował Ann w czubek głowy. Ann zesztywniała, a Boone ruszył do kuchni.

— Każde z nas chce czegoś innego dla Marsa — stwierdził swobodnie, zapominając, że niedawno, na wzgórzu, powiedział Ann coś zupełnie przeciwnego. — Ale jesteśmy tutaj, nie ma nas wielu i to jest nasze miejsce. Robimy z nim, co chcemy, jak mówi Arkady. Tobie nie podoba się to, czego pragną Sax czy Phyllis, im nie podoba się to, czego ty chcesz, a Frankowi nie podoba się to, co robią wszyscy poza nim samym… Poza tym co roku przyjeżdża tu coraz więcej ludzi popierających takie czy inne stanowisko, przeważnie nie mając o tym zielonego pojęcia. Słowem, za jakiś czas może się tu zrobić paskudnie. W rzeczywistości wszystko naprawdę zaczęło się paskudzić od tego niszczenia sprzętu. Możesz sobie wyobrazić, żeby to się zdarzyło w Underhill?

— Grupa Hiroko musiała zbierać wyposażenie przez cały czas pobytu w Underhill — odparła Ann. — Musieli tak postępować, inaczej nie mogliby się w taki sposób ulotnić.

— Taak, być może. Ale nie narażali niczyjego życia. — Przed oczyma Johna znów ukazał się przejmujący obraz wywrotki spadającej szybko w dół szybu. Odruchowo pociągnął łyk gorącego kakao i poparzył sobie usta. — Cholera! Tak czy owak, kiedy ogarnia mnie zniechęcenie, przypominam sobie, że takie postępowanie jest całkowicie naturalne. To znaczy. … czymś zupełnie normalnym jest walka między ludźmi. Tylko że teraz walczymy o Marsa. Chodzi mi o to, że obecnie ludzie nie walczą dlatego, że są Amerykanami, Japończykami, Rosjanami czy Arabami albo z powodu wyznania, rasy, płci czy czegoś tam jeszcze… Walczą ze sobą, ponieważ chcą takiej czy innej marsjańskiej rzeczywistości. Tylko to się liczy. A więc jesteśmy już w połowie drogi… — Zerknął z ukosa na Ann, która wpatrywała się w podłogę. — Rozumiesz, o co mi chodzi?

Spojrzała na niego badawczo.

— Znaczenie ma niestety ta druga połowa.

— W porządku, może i tak. Ty zawsze wszystko przesądzasz z góry. To niby ludzka rzecz, tylko że musisz wziąć pod uwagę, jaki wywierasz na nas wpływ, Ann. To właśnie dzięki tobie zmieniło się podejście ludzi do tego, co tutaj robimy. Do diabła, kiedyś często Sax i wiele innych osób mówiło, że pragną zrobić wszystko, co tylko możliwe, aby jak najszybciej i jak najwięcej terraformować: chcieli tak nakierować grupę planetoid, aby uderzyły prosto w planetę, chcieli użyć bomb wodorowych, aby wywołać powstanie wulkanów i tak dalej. Mieli setki zwariowanych pomysłów! Teraz dzięki tobie i twoim zwolennikom wiele z tych planów wzięło w łeb. Zmieniły się poglądy na to, jak terraformować i jak daleko się przy tym posunąć. A ja osobiście uważam, że możemy przecież znaleźć rozwiązanie kompromisowe — z jednej strony dokonać zmian zabezpieczających nas choć częściowo przed promieniowaniem oraz wzbogacić biosferę i powietrze tak, abyśmy mogli tu oddychać albo przynajmniej nie umrzeć natychmiast po wyjściu na powierzchnię, a z drugiej strony jak największą część tego świata pozostawić w stanie niezmienionym. — Ann przewróciła oczyma na to stwierdzenie, ale John kontynuował, nie zważając na nią: — Nikt nie pragnie zmienić tej planety w dżunglę, nawet gdyby istniały ku temu możliwości! Wierz mi. Zawsze będzie tu zimno, a płaskowyż Tharsis wciąż będzie sterczeć nad powierzchnią, tak więc w efekcie ogromna część Marsa pozostanie nietknięta ludzką ręką. I tak się stanie poniekąd dzięki tobie.

— Tak, tak, tylko kto mnie zapewni, że po zrobieniu pierwszego kroku nie zamarzy wam się następny?

— Może niektórzy rzeczywiście zechcą posunąć się dalej, ale obiecuję ci, że osobiście będę próbował ich powstrzymać. Naprawdę! Nie zgadzam się z tobą, ale rozumiem twój punkt widzenia. Kiedy przeleci się nad tym pogórzem, jak ja to zrobiłem dzisiaj, człowiek uświadamia sobie, że nie potrafi przestać kochać tego świata takim, jaki jest. Ludzie próbują zmienić tę planetę, ale ona również przez cały ten czas zmienia ich. Wszystko się zmienia: i wrażliwość, z jaką się patrzy na jakieś miejsce, i poczucie piękna jakiegoś krajobrazu. Czy wiesz, że gdy pierwsi koloniści zobaczyli Wielki Kanion, pomyśleli, że jest brzydki jak cholera, ponieważ nie wyglądał jak Alpy. Wiele czasu musiało minąć, aby dostrzegli jego piękno.

— Tylko najpierw go zmienili — zauważyła ponuro Ann.

— No niby tak. Ale któż z nas może wiedzieć, co nasze dzieci będą uważały za piękne? Ich poglądy z pewnością będą się opierać na znanych im widokach, a ta planeta to jedyne miejsce, które będą znać. Terraformując ten świat, musimy więc mieć świadomość, że on jednocześnie areoformuje nas.

— Areoformowanie? — mruknęła Ann i nikły półuśmieszek mignął na jej twarzy. John dostrzegł to z radością. Od lat nie widział u Ann takiego uśmiechu, a naprawdę ją lubił i uwielbiał patrzeć, jak się uśmiecha.

— Podoba mi się to słowo — dodała, po czym wycelowała w niego palec i oświadczyła stanowczo: — Będę cię trzymać za słowo, Johnie Boone! Będę pamiętać, co powiedziałeś dziś wieczorem!

— Ja również — odparł.

Reszta wieczoru minęła znacznie spokojniej, a następnego ranka Simon odprowadził Johna w okolice pasa startowego, do rovera, którym Boone zamierzał pojechać na północ. I wtedy Simon, który zwykle żegnał go zaledwie uśmiechem i uściskiem ręki, rzadko wypowiadając coś więcej ponad: “Miło cię widzieć”, nagle powiedział poważnie:

— Naprawdę doceniam to, co mówiłeś wczoraj wieczorem. Sądzę, że to bardzo podniosło ją na duchu. Zwłaszcza, co powiedziałeś o naszych dzieciach. Bo widzisz, John… Ann jest w ciąży.

— Co? — Boone potrząsnął głową ze zdziwieniem. — Nie powiedziała mi. Czy ty… jesteś ojcem?

— Taa. — Simon wyszczerzył zęby.

— Ile ona ma lat, sześćdziesiąt?

— Tak. To jest trochę przeciąganie struny, jak to się mówi, ale dokonaliśmy tego wcześniej. Wzięli zamrożone piętnaście lat temu jajeczko, zapłodnili je i wszczepili Ann. Zobaczymy, co z tego wyjdzie… Ludzie mówią, że Hiroko jest ostatnio w ciąży przez cały czas, dzieciaki wyskakują z niej jak z inkubatora; ponoć wykorzystuje stale ten sam odcinek C.

— Ludzie mówią wiele rzeczy o Hiroko, ale większość to plotki.

— Może, ale tę nowinę słyszeliśmy od kogoś, kto rzekomo wie to na pewno.

— Od Kojota? — spytał ostro John.

Simon podniósł brwi.

— Jestem zaskoczony, że Ann powiedziała ci o nim.

John chrząknął, nieco zakłopotany. Bez wątpienia z powodu sławy, jaką się cieszył, wiele plotek po prostu nie docierało do jego uszu.

— Dobrze, że to zrobiła. Cóż, tak czy owak… — Boone wyciągnął rękę i mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, zwierając palce w sztywnym, zimnym uścisku. Zwyczaju tego kosmonauci nabrali bardzo dawno temu. — Gratulacje. Dbaj o nią.

Simon wzruszył ramionami.

— Znasz Ann. Zawsze postępuje, jak chce.

Przez trzy dni Boone jechał z Argyre na północ, rozkoszując się piękną okolicą i samotnością. Kilka godzin każdego popołudnia poświęcał na przetrząsanie danych komputerowych; chciał prześledzić szlaki posuwania się po planecie różnych osób i szukał współzależności z miejscami, gdzie zdarzyły się przypadki sabotażu. Wczesnym rankiem czwartego dnia dotarł do kanionów Marineris, leżących jakieś półtora tysiąca kilometrów na północ od Argyre. Wjechał na drogę transponderową północpołudnie i podążył niewysokim wzniesieniem w górę ku południowemu stożkowi Melas Chasma. Tam wysiadł z pojazdu, aby się nieco rozejrzeć.

Nigdy jeszcze nie był w tej części systemu wielkiego kanionu, głównie dlatego, że przed ukończeniem Autostrady Transmarineryjskiej niezwykle trudno było się tu dostać. Olśniewający widok, jaki ukazał się jego oczom, zaparł mu dech w piersiach; urwisko Melas opadało całe trzy tysiące metrów od stożka do dna kanionu, dzięki czemu widoczność ze stożka na północ była równie doskonała jak z szybowca. Przeciwległa ściana kanionu była stąd ledwie widoczna, jej obrzeże ginęło za horyzontem; a między tymi dwiema ścianami skalnymi leżał spory obszar, Melas Chasma, serce całego kompleksu Marineris. W dalekich ścianach błyskały słabo widoczne wyłomy. Znaczyły one wejścia do innych kanionów: lus Chasma — na zachodzie, Candor — na północy, Coprates na wschodzie.

John chodził po nierównym stożku przez ponad godzinę, co chwila przestawiając dwuobiektywowe soczewki w szybce hełmu na coraz dłuższe okresy, aby spenetrować jak najrozleglejszy obszar najpotężniejszego kanionu na Marsie. Gdy patrzył tak na tę czerwoną krainę, przepełniła go euforia. Kopniakiem odrzucał na bok kamienie i obserwował, jak znikają, mówił do siebie i śpiewał, podskakiwał na palcach, jakby niezdarnie tańczył. Potem zreleksowany wsiadł z powrotem do łazika i przejechał krótką odległość wzdłuż obrzeża do miejsca, gdzie się zaczynała droga na skalnej ścianie.

Od tej chwili Autostrada Transmarineryjska stawała się pojedynczą betonową drogą i opadała zakosami z grzbietu ogromnej skalnej pochyłości, która rozciągała się od południowego stożka aż do dna kanionu. Ta niezwykła osobliwość terenu nosiła nazwę Szczytu Genewskiego i wskazywała ze stożka niemal dokładnie kierunek na północ, ku rozpadlinie Candor Chasma. Tak idealnie nadawała się do wykorzystania przez mieszkańców Marsa, tak bardzo przypominała drogę, że wydawała się wręcz rampą skonstruowaną przez jakichś obcych budowniczych dróg.

Jednakże szczyt był niezwykle stromy i aby utrzymać pochyłość trasy w granicach rozsądku, autostrada musiała co rusz skręcać jak prawdziwa górska serpentyna. Wszystko to było doskonale widoczne z góry: tysiąc górskich zakosów wijących się z góry na dół. Droga wyglądała jak żółta nić przeszywająca wybrzuszenie na plamiastym pomarańczowym dywanie.

Boone zjeżdżał po tym fenomenie ostrożnie, raz za razem skręcając kierownicę rovera to w lewo, to w prawo, potem znowu w lewo i znów w prawo, aż w końcu musiał się zatrzymać, aby dać odpocząć mięśniom ramion. Dopiero wtedy zerknął na południową ścianę, którą pozostawił za sobą; była straszliwie urwista, pocięta wyżłobionymi i mocno zerodowanymi wąwozami przypominającymi fraktale. Po chwili ruszył dalej i przez pół godziny wykonywał ostre zakręty w lewo i w prawo, znowu i znowu, póki droga w końcu nie rozwinęła się w prostą rampę ze spłaszczającego się już powoli szczytu, by wreszcie pobiec poziomo i zlać z dnem kanionu. Na dole stało kilka pojazdów.

Okazało się, że należą do ekipy Szwajcarów, którzy właśnie skończyli budowę drogi, i John postanowił spędzić z nimi noc. Było ich około osiemdziesięciu: głównie młodzi, przeważnie żonaci. Mówili po niemiecku, włosku i francusku oraz, na szczęście dla Boone’a, po angielsku z rozmaitymi zabawnymi akcentami. Przywieźli tu ze sobą dzieci i koty, a także przewoźną oranżerię pełną ziół i warzyw ogrodowych. Wkrótce zamierzali stąd odjechać — podróżowali jak Cyganie w taborze utworzonym przeważnie z pojazdów do prac naziemnych — i ruszyć w górę na zachodni kraniec kanionu, aby stamtąd przedostać się przez Noctis Labyrinthus i dotrzeć na wschodni stok Tharsis. A tam będą inne drogi. Mówili, że może wybiorą tę prowadzącą przez płaskowyż Tharsis między Arsia Mons i Pavonis Mons albo pojadą na północ do Echus Overlook. Nie byli jeszcze pewni i Boone odniósł wrażenie, że w gruncie rzeczy zupełnie nie przywiązują wagi do celu podróży. Po prostu zamierzali spędzić resztę życia podróżując po okolicy i budując drogi, nie miało więc dla nich znaczenia, dokąd pojadą następnie. Tacy drogowi Cyganie.

Dopilnowali, aby wszystkie dzieci uścisnęły Johnowi dłoń, a on po kolacji wygłosił do nich krótką mowę, w której chaotycznie i jak zwykle przeskakując z tematu na temat opisał ich nowe życie na Marsie.

— Kiedy widzę was tutaj, moi drodzy, jestem naprawdę szczęśliwy, ponieważ uosabiacie część nowego modelu życia. Możemy tu stworzyć nowe społeczeństwo i uważam, że skoro zmieniamy ten świat za pomocą współczesnej techniki, powinniśmy również zachowywać się jak ludzie nowocześni w sensie społecznym. Nie jestem całkowicie pewien, jak dokładnie powinno wyglądać to nowe społeczeństwo, sprawa nie jest przecież wcale prosta… Wiem jednak, że musi ono powstać, i sądzę, że zarówno wy, jak i wszystkie inne małe grupki mieszkające na powierzchni Marsa podsuwacie nam rozmaite sprawdzone w praktyce propozycje. I dzięki temu pomagacie nam stworzyć podstawy teoretyczne.

Może tak rzeczywiście było, chociaż przede wszystkim John musiał zrobić to sam. Więc mówił dalej i jak zwykle prześlizgiwał się po kolejnych kwestiach, co chwila robił różne dygresje, rozwijając każdą myśl, która przychodziła mu do głowy. A oni słuchali z oczami jarzącymi się w świetle lampy.

Później usiadł wraz z kilkoma osobami wokół jednej zapalonej lampy i rozmawiali przez całą noc. Pewien młody Szwajcar zadał Johnowi wiele pytań na temat jego pierwszej wyprawy na Marsa i początkowych lat przeżytych przez setkę podróżników w Underhill. Boone wyczuł, że oba te wydarzenia najwyraźniej miały dla tej grupy wymiar mityczny, toteż opowiedział im prawdziwą historię — no, mniej więcej prawdziwą — i sprawił, że słuchacze wiele się śmiali. Potem sam zaczął ich wypytywać o Szwajcarię, o ich stosunek do polityki ojczystego kraju. Chciał się przede wszystkim dowiedzieć, dlaczego go opuścili. Jakaś blondynka zaśmiała się, gdy o to spytał, i odpowiedziała pytaniem:

— Czy wiesz, kto to jest Bóógen? — John potrząsnął głową. — To jeden z bohaterów naszego Bożego Narodzenia. Widzisz, do wszystkich domów przychodzi wtedy Sami Claus. Jego pomocnik to właśnie Bóógen; ma płaszcz z kapturem i dźwiga na plecach wielki wór. Sami Claus pyta rodziców, jak sprawowały się ich dzieci przez cały rok, a rodzice przedstawiają mu rejestr uczynków swoich pociech, no wiesz, opowiadają różne przykłady… Jeśli dzieci były grzeczne, Sami Claus daje im prezenty… Ale jeżeli rodzice stwierdzą, że dzieci zachowywały się źle, Bóógen wrzuca je do swego wora i zabiera. Nikt nigdy ich już nie zobaczy.

— Co takiego?! — krzyknął John.

— Tak mówią ludzie. Taka jest Szwajcaria… I właśnie dlatego ja osobiście wybrałam życie na Marsie.

— Czyżby Bóógen cię tu przyniósł?

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, kobieta również.

— Oczywiście. Zawsze byłam niegrzeczna. — Spoważniała. — A tutaj nie ma żadnego Bóógena.

Później Szwajcarzy spytali Johna o jego opinię na temat debaty między “czerwonymi” i “zielonymi”, a Boone wzruszył ramionami i streścił im, jak potrafił poglądy “czerwonej” Ann i “zielonego” Saxa.

— Nie sądzę, aby którekolwiek z nich miało rację — oznajmił jakiś mężczyzna. Miał na imię Jiirgen i był jednym z przywódców grupy. Z wykształcenia inżynier, bardziej przypominał dziwaczne skrzyżowanie szwajcarskiego burmistrza z cygańskim królem. Miał ciemne włosy, ostre, wyraziste rysy oraz poważny wyraz twarzy. — Obie strony twierdzą, że są zwolennikami natury. Uważają, że trzeba tak mówić. “Czerwoni” uważają, że Mars, taki jaki jest, stanowi naturę. Ale to nie jest żadna natura, ponieważ ten świat jest martwy. To tylko skała… Tak mówią “zieloni” i twierdzą, że to właśnie oni przynoszą prawdziwą naturę tej planecie poprzez terraformowanie. Tylko że to również nie będzie natura, lecz raczej kultura. No wiecie, ogród… Dzieło sztuki. Natury nie można stworzyć w żaden sposób. Na Marsie w ogóle nie jest możliwe coś takiego jak natura.

— Interesujące! — rzekł John. — Muszę opowiedzieć o tym Ann. Ciekaw jestem, co powie. Ale… — Przez chwilę zastanowił się nad słowami Szwajcara. — Jak w takim razie nazywacie to wszystko? I jak nazywacie to, co robicie?

Jurgen wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

— W ogóle tego nie nazywamy. To jest po prostu Mars.

John pomyślał, że taki punkt widzenia jest prawdopodobnie bardzo szwajcarski. Spotykał w swoich podróżach bardzo wielu przedstawicieli tego narodu i wszyscy byli właśnie tacy. Zdawali się mówić: “Rób swoje, pracuj i nie przejmuj się za bardzo teorią. Rób to, co wydaje ci się właściwe”.

Nieco później, gdy wypili jeszcze kilka butelek wina, spytał ich, czy kiedykolwiek słyszeli o Kojocie. Roześmiali się, a jeden spytał:

— Chodzi ci o tego, który przybył tu przed tobą, prawda? Wybuchnęli głośnym śmiechem, widząc jego minę.

— To tylko taka historyjka — wyjaśnił ktoś. — Jak kanały albo Wielki Człowiek… Albo jak Sami Claus.

Następnego dnia jadąc na północ przez Melas Chasma, John ubolewał, zresztą nie po raz pierwszy, że wszyscy mieszkańcy tej planety nie są Szwajcarami albo przynajmniej nie są do nich podobni. No, gdyby byli choć trochę bardziej szwajcarscy, chociaż w pewnych sprawach… Odbiciem ich miłości do ojczystego kraju był ich sposób życia, racjonalnego, sprawiedliwego, dostatniego i mądrego. Wiedli je wszędzie, gdziekolwiek się znaleźli, ponieważ dla nich znaczenie miał właśnie tryb życia, a nie flaga, wyznanie czy zestaw słów zwany językiem. Ani nawet ten mały górzysty zagon ziemi, który mieli na Ziemi. Napotkana ekipa szwajcarskich budowniczych dróg to byli właśnie — według Boone’a — wymarzeni Marsjanie, przedstawiciele nowego społeczeństwa, ludzie, którzy przenieśli tu swoje życie, a bagaże pozostawili na Ziemi.

John westchnął i zabrał się do jedzenia, podczas gdy łazik toczył się drogą transponderową na północ. Oczywiście, tak naprawdę nie było to wcale takie proste. Ekipa budowniczych to Szwajcarzy wędrowni. Byli swego rodzaju Cyganami, typem Szwajcarów, którzy spędzali większość swego życia poza Szwajcarią. Różnili się od reszty swoich ziomków, ponieważ świadomie wybrali taki właśnie tryb życia. Szwajcarzy, którzy pozostali w domach, bardzo się skupiali na swojej szwajcarskości: uzbrojeni po zęby, ciągle chcieli spełniać rolę agentów i pośredników dla wszystkich oferujących gotówkę; nadal nie należeli do Organizacji Narodów Zjednoczonych. Chociaż ten ostatni fakt, biorąc pod uwagę, jak duży wpływ UNOMA wywierała w istocie na tutejszą sytuację, uczynił ich nawet bardziej interesującymi dla Johna; wyglądali dla niego “wzorcowo”. Podobała mu się ich umiejętność przystosowania, dzięki której stawali się częścią świata, a jednocześnie jakby trzymali się od niego z dala; mieli niezwykłą zdolność korzystania z czegoś, a równocześnie trzymania się od tego na dystans. Byli przecież małym krajem, ale mieli władzę. Byli doskonale uzbrojeni, ale nigdy nie wtrącali się do żadnych wojen. Czyż nie tego właśnie pragnął dla Marsa? Miał przekonanie, że wiele się można nauczyć od Szwajcarów przy ustanawianiu potencjalnego statusu Marsa.

John spędzał ostatnio sporo czasu na samotnym rozmyślaniu o tym potencjalnym statusie, była to wręcz jego obsesja. Gryzł się, że nie potrafi wymyślić nic poza jakimiś nieokreślonymi pragnieniami. Gdy więc teraz tak intensywnie myślał o Szwajcarii, spróbował poukładać sobie swoje spostrzeżenia i je zapisać.

— Pauline, wyświetl proszę dane encyklopedyczne na temat rządu szwajcarskiego.

Jego rover mijał kolejne transpondery, a John czytał pojawiające się na ekranie informacje. Był rozczarowany, kiedy stwierdził, że w szwajcarskim systemie rządzenia nie ma nic specjalnie niezwykłego. Władzę wykonawczą sprawowała siedmioosobowa rada, wybierana przez parlament. Nie było tam żadnego charyzmatycznego prezydenta, co Boone’owi za bardzo się nie podobało. Parlament, oprócz wyboru Rady Federalnej, robił chyba niewiele — tkwił gdzieś pomiędzy władzą wykonawczą rady i reprezentowaniem woli obywateli. Niezwykłą rolę pełniły w tym kraju inicjatywy społeczne i referenda i Johnowi państwo to skojarzyło się z dziewiętnastowieczną Kalifornią. Szwajcaria była krajem federacyjnym podzielonym na kantony, bardzo zróżnicowane i wyraźnie niezależne, co również osłabiało rangę parlamentu. Jednak autonomia kantonów zakorzeniona była tu od pokoleń, a to coraz bardziej utrudniało działania rządu federalnego. Co wynikało z tych wszystkich informacji?

— Pauline, wywołaj mój plik z przemyśleniami ustrojowymi.

Dopisał kilka zdań do pliku, który stworzył zupełnie niedawno: “Rada Federalna, bezpośrednie inicjatywy społeczne, niewielka władza parlamentu, niezależność lokalna, szczególnie w sprawach kultury”. W każdym razie był to materiał do przemyślenia, kolejne informacje dorzucone do chaosu jego pomysłów. Ich zapisanie zawsze pomagało.

Jechał dalej, przypominając sobie opanowanie budowniczych dróg. Byli dziwni, a ich przekonania stanowiły mieszaninę technicznej nowoczesności i mistycyzmu.

Powitali go tak ciepło… Boone wcale nie uważał tego za rzecz naturalną, nie zawsze się to zdarzało. Kolonie arabskie i żydowskie na przykład, przyjmowały go bardzo cierpko, może dlatego, że uważany był za przeciwnika religii, a może z tego powodu, iż Frank rozpuszczał nieprzychylne dla niego plotki. Johna bardzo zaskoczyło odkrycie, że członkowie pewnej arabskiej karawany twierdzą, iż to właśnie on zakazał budowy meczetu na Fobosie. Kiedy zaprzeczał, mówiąc, że nawet nie słyszał o takim projekcie, tylko popatrzyli na niego bez słowa. Był absolutnie pewny, że to robota Franka. Janet i niektórzy inni przedstawiciele pierwszej setki przestrzegali go zresztą przed Frankiem, który w ten sposób rzucał mu kłody pod nogi. Tak, niewątpliwie istniały grupy, które witały go chłodno — Arabowie, Izraelczycy, ekipy reaktorów nuklearnych, spora część członków zarządów konsorcjów ponad-narodowych… Grupy o ciasnych poglądach, głoszące własne, “prowincjonalne” programy, ludzie, którym nie podobała się szeroka perspektywa, z jakiej patrzył na wszystko John. Niestety, takich ludzi było wielu.

John otrząsnął się z zadumy, rozejrzał dokoła i ze zdziwieniem zauważył, że znajduje się wewnątrz rozpadliny Melas, która wyglądała dokładnie tak samo jak północne równiny. Ten kanion był naprawdę olbrzymi — miał w tym miejscu dwieście kilometrów szerokości — a krzywizna planety była tak ostra, że północne i południowe ściany kanionu, pionowe, wysokie na trzy kilometry, znalazły się całkowicie poza horyzontem. Widok ten trwał nieprzerwanie do następnego ranka, aż północny horyzont niemal się podwoił, a potem rozdzielił na dno niecki i wielką północną ścianę, przeciętą na pół szeroką szczeliną krótkiego kanionu północ-południe łączącego Melas i Candor. Gdy John wjechał w tę szeroką szczelinę, rozpostarł się przed nim zupełnie niesamowity pejzaż. Gdy ludzie wyobrażali sobie siebie stojących na dnie Valles Marmeris, roztaczali przed rozmówcą właśnie tego rodzaju wizję, opisywali niemal dokładnie to, co Boone miał teraz wokół siebie: po obu stronach otaczały go gigantyczne ściany, ciemnobrązowe skalne płyty rozszczepione fraktalnym bezmiarem wąwozów i górskich grani; u stóp tych ścian leżały ogromne odpryski starożytnego obrywu skalnego albo popękane tarasy skamieniałych plaż.

W tej szczelinie szwajcarska droga stanowiła linię zielonych transponderów, wijącą się obok kanionów i łożysk potoków, a całość wyglądała, jak gdyby amerykańską Monument Valley przeniesiono na dno kanionu dwa razy głębszego i pięciokrotnie szerszego niż Wielki Kanion. Widok ten tak bardzo zaskoczył Johna, że nie był w stanie skoncentrować się na czymkolwiek innym i po raz pierwszy w swojej podróży przejechał cały dzień, ani razu nie łącząc się z Pauline.

Dotarłszy na północ poprzecznej szczeliny, wjechał w ogromne zapadlisko Candor Chasma i poczuł się, jak na gigantycznej kopii amerykańskiej Painted Desert. Wszędzie znajdowały się tu wielkie różnobarwne warstwy, pasma purpurowego i żółtego osadu skalnego, pomarańczowe wydmy, czerwone głazy narzutowe, różowe piaski, rowy w kolorze indygo — krajobraz wyglądał naprawdę fantastycznie i porywająco. Jednocześnie był dezorientujący dla oka, ponieważ wszystkie te wściekłe kolory sprawiały, że jadący doliną człowiek zupełnie nie miał pojęcia, co widzi przed sobą, jak duże jest to, co widzi i jak daleko znajduje się wyjście. Olbrzymie płaskowyże, które wydawały się niemal blokować Johnowi drogę, okazywały się z bliska łukowato wykrzywionymi pokładami, które leżały na odległej ścianie skalnej, natomiast małe głazy eratyczne pozornie tkwiące obok transponderów przemieniały się w potężne kaniony położone o pół dnia drogi dalej. W świetle zachodzącego słońca wszystkie te kolory niemal buchały barwami, oczom Johna ukazywało się całe spektrum marsjańskiego świata, płonące, jak gdyby kolor wybuchał wprost ze skały: pojawiały się wszelkie możliwe odcienie od jasnożółtego po ciemno sinopurpurowy. Ach, ta Candor Chasma! John postanowił, że kiedyś tu wróci i dokładnie zbada tę krainę.

Następnego dnia wjechał na solidny stok północnej drogi Ophir, której budowę szwajcarska załoga ukończyła w ubiegłym roku. Podążał wciąż w górę, a potem nagle, nadal zupełnie nie widząc odległego stożka, znalazł się poza krainą kanionów. Jechał obok sklepionych wgłębień łańcucha Ganges Catena, a następnie nad starą znajomą równiną, podążając szeroką drogą na skraju krótkiego horyzontu obok Czarnobyla i Underhill, a następnego dnia dalej na zachód ku Echus Overlook, nowej terraformowanej kwaterze Saxa. Podróż trwała tydzień i John przejechał przez ten czas dwa i pół tysiąca kilometrów.

Sax Russell wrócił z Acheronu do swej własnej siedziby. Miał teraz władzę, nie mogło być co do tego wątpliwości, zwłaszcza od czasu, gdy dziesięć lat temu UNOMA mianowała go oficjalnym kierownikiem naukowym terraformowania. Rzecz jasna, owa dekada wywarła na niego znaczny wpływ, toteż w pewnym momencie bez wahania zwrócił się do Organizacji Narodów Zjednoczonych i konsorcjów ponad-narodowych z prośbą o pomoc przy budowie nowego miasta, które miało stać się centralą całego programu. Umiejscowił to swoje miasto około pięć kilometrów na zachód od Underhill, na skraju urwiska tworzącego wschodnią ścianę rozpadliny Echus. Echus Chasma był jednym z najwęższych i najgłębszych kanionów na planecie, a jego wschodnia ściana była jeszcze wyższa niż południowy Melas. Część, którą Sax wybrał na budowę miasta, stanowiła pionową bazaltową skalną ścianę o wysokości czterech kilometrów.

Zbliżając się do Echus Overlook John dostrzegł na szczycie urwiska jedynie maleńki ślad nowego miasta: ziemię za stożkiem znaczyły rozrzucone tu i ówdzie betonowe schrony, a na północy, nad reaktorem typu Rickrover, wisiała chmura. Kiedy jednak John wysiadł ze swojego łazika, wszedł do jednego ze stożkowych schronów i wsiadł do jednej z wielkich wewnętrznych wind, zauważył, że otoczenie bardziej zaczyna przypominać miasto. Winda opuszczała się o pięćdziesiąt pięter. Zjechał nią do tego poziomu, wysiadł i znalazł kolejną windę, która zawiozła go jeszcze niżej. Takich wind był tu cały szereg i można było nimi dotrzeć aż na samo dno rozpadliny Echus. Zakładając, że jedno piętro ma dziesięć metrów, w ścianie skalnej mogło się pomieścić czterysta pięter. W rzeczywistości na razie zbudowano niewiele, większość pomieszczeń stworzonych do tej pory skupiało się na najwyższych dwudziestu piętrach. Biura Saxa na przykład znajdowały się tuż przy samej powierzchni.

Salka konferencyjna Russella była dużą otwartą komorą, której zachodnia ściana od podłogi po sufit była jednym wielkim oknem. Kiedy John wszedł tam szukając przyjaciela, był środek poranka i okno było już prawie jasne. Spojrzawszy przez nie, Boone dostrzegł daleko w dole zatopione jeszcze w półcieniu dno rozpadliny. Dalej znajdowała się oświetlona słońcem, o wiele niższa od wschodniej, zachodnia ściana Echusa, a za nią wielkie zbocze płaskowyżu Tharsis, wznoszące się wysoko na południe. W połowie jego wysokości tkwiła skalna wypukłość o nazwie Tharsis Tholus, a po lewej stronie ledwie wystawał nad horyzontem purpurowy stożek o płaskim wierzchołku: Ascraeus Mons, najbardziej na północ wysunięty z trójcy wielkich królewskich wulkanów.

Saxa nie było w salce konferencyjnej i o ile John go znał, pewnie nigdy nie wyglądał przez to okno. Boone znalazł go natomiast w sąsiednim pomieszczeniu — laboratorium — i pomyślał, że zatopiony w pracy Sax przypomina jeszcze bardziej niż zwykle laboratoryjnego szczura. Russell, zgarbiony, z grymasem na twarzy i wzrokiem wbitym w podłogę, przemawiał beznamiętnym głosem, który brzmiał prawie tak samo jak komputer AL Poprowadził Johna przez cały ciąg laboratoriów, niemal w każdym pomieszczeniu pochylając się, aby spojrzeć w któryś z ekranów albo przyjrzeć się wykresom na papierze milimetrowym. Gdy zwracał się do Boone’a, lekko się ku niemu obracał. Pokoje, przez które przechodzili, zatłoczone były komputerami, drukarkami, monitorami, książkami, zwojami i stosami papierów, dyskietkami, chromatografami gazowymi, spektometrami masy, inkubatorami, okapami wyciągowymi, długimi, zastawionymi szczelnie aparaturą stołami laboratoryjnymi, całymi biblioteczkami. Poza tym na każdej wolnej powierzchni stały rośliny w doniczkach, z których większość stanowiła niemożliwe do rozpoznania bryły, kolczaste sukulenty i tym podobne twory, przez co na pierwszy rzut oka wyglądały, jak zaatakowane jadowitą pleśnią, która wtargnęła do pomieszczeń laboratoryjnych i pokryła wszystko.

— Niezły bałagan panuje w tych twoich laboratoriach — zauważył John.

— Cała ta planeta to jedno wielkie laboratorium — odparł Sax.

John roześmiał się, zdjął z biurka jaskrawożółty kaktus i usiadł na wolnym miejscu. Przypomniał sobie, co mówili ludzie: że Sax już prawie wcale nie wychodzi z tych pomieszczeń.

— Czym się dzisiaj zajmujesz?

— Atmosferą.

Oczywiście. To był problem, który wywoływał u Saxa jeszcze intensywniejsze niż zwykle mruganie oczyma. Kłopot polegał na tym, że chociaż wytwarzane przez naukowców ciepło rzeczywiście zgęszczało atmosferę, to jednak niektóre ich działania związane z dwutlenkiem węgla na nowo ją rozrzedzały. I podczas gdy chemiczny skład powietrza powoli stawał się coraz mniej toksyczny, równocześnie zaczynał się również oddalać od wzorca, ku któremu dążyli: docelowo miał przypominać ten z oranżerii. Tak więc powietrze wciąż na nowo się ochładzało i cały proces ulegał spowolnieniu. Wszędzie ujemne sprzężenie zwrotne niwelowało sprzężenie zwrotne dodatnie. Wprowadzanie wszystkich tych czynników w jakikolwiek znaczący program ekstrapolacyjny było czymś nowym. Ku zadowoleniu Saxa nikt przed nim jeszcze tego nie dokonał, toteż — jak zwykle w takich przypadkach — uciekał się do swego zwykłego rozwiązania: próbował wszystko zrobić sam.

John przechodził wąskimi ścieżkami między wszechobecnym sprzętem, odsuwając stojące na drodze krzesła.

— Wciąż mamy tu za dużo dwutlenku węgla — mówił Sax. — W dawnych czasach “modelarze” po prostu to ignorowali. Chyba każę robotom przenieść fragmenty południowej czapy polarnej do przetwórni Sabatiera. To, co uda nam się przetworzyć, nie wyparuje, będziemy więc mogli wyzwolić tlen i, jak sądzę… robić kostki z węgla. Otrzymamy więcej węglowych kloców niż nam potrzeba. Ustawimy czarne piramidy obok białych.

— Śliczny widoczek.

— Uhmm. — Za Saxem warkotały craye i dwa nowe schillery. Całe laboratorium wypełnione było ich monotonnym basowym buczeniem. Russell powiedział Boone’owi, że te potężne komputery przez większość czasu analizują kolejne konfiguracje rozmaitych uwarunkowań, jednak rezultaty wciąż są mało zachęcające. Obaj dobrze wiedzieli, że na Marsie powietrze będzie jeszcze przez długi czas chłodne i toksyczne.

Sax schodził teraz kolejnym korytarzem, a John podążał za nim. Doszli do jakiegoś pomieszczenia, które wyglądało jak następne laboratorium, tylko że tu znajdowało się łóżko i lodówka w kącie. Wszędzie stały zupełnie przypadkowo ustawione regały; niemal na każdej półce tkwiły rośliny w donicach, dziwaczne plejstoceńskie naroślą, które wyglądały tak jadowicie jak powietrze na zewnątrz. John usiadł na jedynym wolnym krześle, a Sax stał, pochylając się nad jakimś krzewem o wyglądzie muszli. John opisywał swoje spotkanie z Ann.

— Sądzisz, że jest w to zamieszana? — spytał Sax.

— Sądzę, że może wiedzieć, kto bierze w tym udział. Wspomniała o kimś, kogo nazywają Kojot.

— Ach tak, Kojot. — Sax na ułamek sekundy spojrzał na Johna, a raczej na jego stopy. — Chodzi jej o pewną legendarną postać. Wiesz, o tego, który podobno przyleciał z nami Aresem. Mówi się, że ukrywała go Hiroko.

Johna bardzo zaskoczył fakt, że Sax słyszał o Kojocie, i dopiero po dobrej chwili uświadomił sobie, co tak niepokojącego tamten powiedział. Ale wreszcie sobie przypomniał. Przecież którejś nocy Maja zwierzyła mu się, że widziała czyjąś twarz, twarz nieznajomego. Lot był dla Mai ciężkim i stresującym przeżyciem, toteż John zlekceważył jej opowieść, kładąc całe wydarzenie na karb zmęczenia. Ale teraz…

Sax kręcił się po pomieszczeniu. Zapalał światła, popatrywał na komputerowe ekrany i mamrotał coś o środkach bezpieczeństwa. Potem otworzył na moment drzwiczki lodówki i John dostrzegł w środku kolejne kolczaste naroślą. Pomyślał, że albo Sax trzyma tam wyniki swoich eksperymentów, albo jego prowiant cierpi na prawdziwie złośliwy rozrost pleśni. Nagle przyszło mu coś do głowy i przerwał milczenie.

— Można zrozumieć, dlaczego większość napaści miała miejsce na moholach. Są projektem najłatwiejszym do zaatakowania.

Sax przechylił głowę na bok.

— Czyżby?

— Pomyśl o tym. Twoje małe wiatraczki są na przykład wszędzie i nic im nie można zrobić.

— Ludzie je niszczą. Mamy raporty.

— Ile unieszkodliwili, tuzin? A ile jeszcze zostało na powierzchni, sto tysięcy? Zresztą, to są rupiecie, Sax. Śmieci. Twój najgorszy pomysł. — I, w gruncie rzeczy, pomyślał John, niemal zgubny dla całego projektu terraformowania, ponieważ w tajemnicy przed wszystkimi Russell ukrył w niektórych pojemniki z glonami. Wszystkie te glony na szczęście obumarły, ale gdyby tak się nie stało i gdyby ktoś umiał udowodnić Saxowi, że jest odpowiedzialny za szerzenie na Marsie ziemskich form życia, mógł stracić pracę. To przedsięwzięcie doskonale charakteryzowało całe działanie Saxa: po prostu nie zwracając na nic uwagi, parł do przodu. Russell zmarszczył nos.

— Za rok osiągną terawat.

— Mniejsza z tym, rozbicie kilku nie może niczego zmienić. A jeśli chodzi o inne operacje fizyczne, sam pomyśl: czarne glony śnieżne znajdują się na północnej czapie polarnej i nie można ich usunąć… A zwierciadła świtu i zmroku tkwią na orbicie i trudno je stamtąd zrzucić.