/ / Language: Polski / Genre:sf / Series: Mars (pl)

Zielony Mars

Kim Robinson

Kontynuacja 3-tomowego cyklu o kolonizacji Czerwonej Planety. W pierwszej części, zatytułowanej Czerwony Mars, autor przedstawił technologiczne aspekty ogromnego przedsięwzięcia i jego implikacje społeczne. Bohaterowie drugiej części cyklu przystępują do terraformowania planety. Minęło całe pokolenie, od kiedy pierwsi osadnicy pojawili się na Marsie. Teraz próbują przeobrazić w zielony raj czerwoną, kamienną pustynię. Od tej chwili, niczym za sprawą jakiegoś sekretnego impulsu, wszechogarniająca zielona siła mknęła jak błyskawica i wkrótce cały Mars pulsował już od viriditas. Trzecia część trylogii to Błękitny Mars.

Kim Stanley Robinson

Zielony Mars

Dla Lisy i Davida

Część 1

Areoformowanie

Sedno sprawy nie polega na tym, aby stworzyć drugą Ziemię. Wcale nie chodzi o kolejną Alaskę czy Tybet, Vermont lub Wenecję, nie chodzi nawet o drugą Antarktydę. Trzeba powalać do życia coś zupełnie nowego i obcego wobec ziemskich wzorców, coś całkowicie marsjańskiego.

W pewnym sensie zresztą nasze intencje nie mają właściwie znaczenia. Gdybyśmy bowiem nawet spróbowali stworzyć replikę Syberii czy Sahary, i tak nam się nie uda. Nie pozwoli na to ewolucja, a proces przekształcania tej planety jest z gruntu ewolucyjny, jest aktem, który odbywa się niezależnie od naszych chęci, jak wówczas kiedy na Ziemi życie nagle, w sposób niemalże cudowny powstało z nieożywionej materii albo kiedy wydostało się z morza na ląd.

Tak czy owak, w chwili obecnej znowu walczymy o kształt nowego świata, tym razem świata naprawdę obcego. Pomimo wielkich, długich lodowców, które są skutkami gigantycznych powodzi roku 2061, świat ten nadal jest bardzo jałowy, mimo pierwszych prób tworzenia atmosfery — powietrze nadal bardzo rzadkie, a mimo wszystkich naszych dotychczasowych manipulacji ciepłem — przeciętna temperatura Marsa wciąż sytuuje się znacznie poniżej punktu zamarzania. Generalnie więc owe uwarunkowania wszystkie razem sprawiają, iż przeżyć tu mogą jedynie organizmy tolerujące warunki ekstremalne.

Życie jednakże jest wytrzymałe i potrafi się przystosowywać niemal do wszelkich warunków, to zielona siła, zwana viriditas, która wciska się w każdy dostępny zakamarek wszechświata… W dziesięcioleciu po katastrofach 2061 roku ludzie usiłowali przetrwać w popękanych kopułach i podartych namiotach; łatali, naprawiali i jakoś żyli. My w naszych sekretnych kryjówkach nadal staraliśmy się budować nowe społeczeństwo. Na zewnątrz natomiast, na mroźnej powierzchni — na stokach lodowców i w niżej położonych cieplejszych basenach — powoli, ale nieubłaganie rozrastały się nowe rośliny.

Oczywiście, wszystkie genetyczne wzorce naszej nowej bioty pochodzą z Ziemi; umysły ludzkie, które je zaprojektowały, są także ziemskie. Teren jest jednak marsjański, a ten bywa potężnym biotechnologiem. Potrafi zadecydować, który osobnik ma się rozwinąć, a który nie, wyzwala różnicowanie się organizmów, a zatem — w rezultacie — powoduje ewolucję nowych gatunków. Przemijają po sobie kolejne pokolenia i wszyscy przedstawiciele biosfery wspólnie się rozwijają, przystosowując się do swego terenu razem, w skomplikowany sposób, i korzystają z własnej twórczej umiejętności do samoprojektowania własnych cech. Proces ten, niezależnie od tego jak bardzo my, ludzie, chcemy w niego ingerować, jest ze swej natury absolutnie niemożliwy do kontroli. Geny mutują się, istoty się rozwijają: pojawia się nowa biosfera, a wraz z nią nowa noosfera. I w końcu również umysły twórców, podobnie jak wszystko wokół, nieodwracalnie się zmieniają.

I to właśnie jest proces areoformowania.

Pewnego dnia spadło niebo. Tafle lodu zaczęły pękać i wpadać do jeziora. Na plaży co rusz to rozlegały się trzaski. Dzieci rozproszyły się jak przerażone brodźce, a Nirgal pomknął po wydmach do osady i z krzykiem wpadł do oranżerii.

— Niebo spada! Niebo spada!

Peter wybiegł z cieplarni i popędził po wydmach tak szybko, że chłopiec nie mógł za nim nadążyć.

Piasek plaży pokrywały wielkie białe tafle, a w wodzie jeziora syczało kilka odłupanych kawałków suchego lodu. Wszystkie dzieci natychmiast stłoczyły się wokół Petera, który stał z zadartą głową i wpatrywał się w wiszącą wysoko nad nimi kopułę.

— Wracajcie do wioski — odezwał się wreszcie poważnym, nie znoszącym sprzeciwu tonem i zaraz potem wybuchnął śmiechem. — Niebo spada! — wrzasnął wesoło i potargał Nirgalowi włosy. Chłopiec zarumienił się, a Harmakhis i Jackie roześmiali się, szybko wyrzucając z ust zmrożone białe pióropusze oddechów.

Peter należał do ekipy, która natychmiast weszła na bok kopuły, aby ją naprawić. On, Kasei i Michel wspięli się nad osadę, przez jakiś czas więc byli dobrze widoczni dla mieszkańców, potem zawiśli nad plażą, następnie nad jeziorem, aż wreszcie — gdy tak wisieli w zrobionych z lin uprzężach, podwiązanych do haków wbitych w lód — wydawali się z dołu mniejsi niż dzieci. Opryskiwali pęknięcie w kopule wodą, aż zamarzła w nową, przezroczystą warstwę i pokryła biały, suchy lód. Kiedy zeszli, zaczęli rozmowę na temat ocieplania się powietrza na zewnątrz. W pewnej chwili ze swego małego bambusowego lokum nad jeziorem wyszła Hiroko i Nirgal spytał ją:

— Czy będziemy musieli stąd odejść?

— Kiedyś nadejdzie taki dzień, gdy będziemy musieli odejść — odparła. — Na Marsie nic nie trwa wiecznie.

Nirgalowi jednak podobało się pod kopułą. Następnego ranka zbudził się w swoim kolistym bambusowym pokoiku, położonym wysoko w części mieszkalnej, zwanej Półksiężycowym Dziecińcem, i wraz z Jackie, Rachel, Frantzem oraz innymi rannymi ptaszkami, natychmiast zbiegł na zamarznięte wydmy. Na przeciwległym brzegu dostrzegł Hiroko — szła po plaży, jak tancerka, unosząc się nad własnym odbiciem w wodzie. Chłopiec chciał do niej podejść, ale nie było już na to czasu — musiał wraz z innymi iść do szkoły.

Wrócili więc do osady i stłoczyli się w szkolnej szatni; powiesili kurtki i chwilę stali z rozczapierzonymi, posiniałymi z zimna dłońmi, grzejąc je nad piecykiem. Czekali na nauczyciela, który tego dnia miał z nimi odbyć lekcje. Mógł przyjść Dr Robot, który nudził ich nieprzytomnie, wyznaczając czas nie kończącymi się, rytmicznymi mrugnięciami oczu, niczym sekundy odmierzane na zegarze. Mogła się też pojawić Dobra Czarownica, stara i brzydka, a wówczas wróciliby na dwór i przez cały dzień budowaliby coś pod jej czujnym okiem, radośnie postukując narzędziami. Gdyby przybyła Zła Czarownica, wtedy spędziliby cały ranek przed mikrokomputerami, usiłując myśleć po rosyjsku i narażając się na kuksańca w ramię, jeśli zachciałoby się komuś zachichotać lub zasnąć. Zła Czarownica miała srebrzyste włosy, ogniste spojrzenie i haczykowaty nos. Przypominała jednego z rybołowów, które mieszkały w sosnach przy jeziorze i Nirgal bardzo jej się bał.

Toteż, podobnie jak inne dzieci, musiał opanować przerażenie, bowiem kiedy otworzyły się drzwi szkoły, weszła właśnie Zła Czarownica. Tego dnia wyglądała wszakże na zmęczoną i pozwoliła im zgodnie z planem wyjść ze szkoły, nie przedłużając lekcji, mimo że jej uczniowie kiepsko się sprawowali na arytmetyce. Z budynku szkoły Nirgal wyszedł za Jackie i Harmakhisem. Obeszli róg i dotarli do alei między Półksiężycowym Dziecińcem a tyłami kuchni. Tam, przy ścianie, Harmakhis zaczął siusiać. Jackie natychmiast zdjęła spodnie, chcąc pokazać, że również tak potrafi, a wówczas zza narożnika wyszła akurat Zła Czarownica. Wyciągnęła dzieci z alejki, ciągnąc je za ramiona (Nirgal i Jackie tkwili razem w jednym z jej szponów) i wyprowadziła na rynek, gdzie sprawiła lanie Jackie, jednocześnie wołając gniewnie do chłopców:

— Trzymajcie się obaj z dala od niej! To przecież wasza siostra!

Jackie krzyczała i wykręcała się, próbując naciągnąć spodnie, a wtedy dostrzegła, że Nirgal na nią patrzy. Próbowała uderzyć i jego i Maję za jednym wściekłym zamachem, ale upadła na gołe pośladki i zaskowyczała z bólu.

To nieprawda, Jackie nie była ich siostrą. Cała ta gromadka składała się z tuzina sansei, czyli dzieci trzeciego pokolenia. Mieszkali w osadzie o nazwie Zygota i znali się tak dobrze, jak bracia i siostry. Wielu spośród nich faktycznie było rodzeństwem, jednak nie wszyscy. Temat ten konfundował niektórych dorosłych, toteż rzadko go poruszano. Jackie i Harmakhis byli najstarsi, Nirgal sześć miesięcy od nich młodszy, reszta jeszcze sześć miesięcy za nim: Rachel, Emily, Reull, Steve, Simud, Nanedi, Tiu, Frantz i Huo Hsing. Hiroko powszechnie uważano za matkę wszystkich mieszkańców Zygoty, ale w rzeczywistości nią nie była — była jedynie matką Nirgala, Harmakhisa i sześciorga innych sansei, a także kilku z dorosłych nisei, czyli drugiego pokolenia. Dzieci bogini-matki.

Jackie była córką Esther, która po kłótni z Kaseiem, ojcem dziewczynki, wyprowadziła się z osady. Trzeba przyznać, że spośród dzieci Zygoty niewiele wiedziało, kim są ich ojcowie. Pewnego razu, jakiś czas temu, Nirgal skradał się po wydmie za jakimś krabem, kiedy akurat Esther i Kasei ukazali się nad jego głową. Esther płakała, a Kasei krzyczał: „Jeśli chcesz mnie opuścić, proszę bardzo, zrób to!” I także się rozpłakał.

Kasei nosił kieł z różowego kamienia. On również był dzieckiem Hiroko, a więc Jackie — jej wnuczką. Tak to wyglądało.

Jackie miała długie czarne włosy i biegała najszybciej ze wszystkich w Zygocie, wszystkich, oprócz Petera. Nirgal potrafił biec najdłużej i czasami obiegał trzy albo cztery razy pod rząd jezioro, ot tak, dla przyjemności, ale na krótszych dystansach Jackie go wyprzedzała. Przez cały czas się śmiała. Jeśli Nirgal kłócił się z nią o coś, mówiła: „W porządku, wujku Nirgalu” i długo się z tego zaśmiewała. Była jego bratanicą, chociaż o całą marsjańską porę roku starszą. Ale siostrą jego nie była.

Drzwi szkoły otworzyły się z trzaskiem i w progu stanął Kojot — nauczyciel tego dnia. Często podróżował po całej planecie i bardzo niewiele czasu spędzał w Zygocie. Kiedy więc przychodził uczyć dzieci, było to coś w rodzaju wielkiego święta. Oprowadzał ich wówczas po osadzie, wynajdując najprzeróżniejsze zajęcia, a równocześnie przez cały czas kazał jednemu z uczniów czytać na głos fragmenty niemożliwych do zrozumienia książek, napisanych przez dawno nieżyjących filozofów. Bakunin, Nietzsche, Mao, Buchin — myśli ludzi, które dzieciom udawało się pojąć z tego naukowego bełkotu, były jak perły nieoczekiwanie znalezione na długiej plaży pełnej potrzaskanych kamieni. Czytali też wybierane przez Kojota opowieści z „Odysei” czy Biblii. Może łatwiejsze do zrozumienia, ale z kolei niepokojące i straszne: ich bohaterowie ciągle ze sobą walczyli, a i nierzadko się zabijali. Hiroko mówiła, że to jest złe, ale Kojot śmiał się z niej i często bez powodu — podczas czytania przerażających opowieści — zaczynał wydawać z siebie osobliwe dźwięki, przypominające wycie, a potem zadawał im trudne pytania na temat tego, co przeczytali i spierał się z dziećmi, jak gdyby sądził, że jego młodzi uczniowie w ogóle wiedzą, o czym mówią. To również mogło niepokoić.

„Co byś zrobił? Dlaczego tak właśnie byś postąpił?” — pytał Kojot. Jednocześnie przez cały czas ich uczył, jak działa paliwowy przetwarzacz odpadów rickovera albo kazał sprawdzać hydrauliczny tłok nurnikowy w maszynie do wytwarzania fal na jeziorze, aż dłonie dzieci z sinobłękitnych stawały się białe, a zęby szczękały im tak bardzo, że nie mogły mówić wyraźnie. „Wy, dzieciaki, na pewno łatwo się przeziębiacie — mówił Kojot. — Wszystkie, z wyjątkiem Nirgala”.

Nirgal potrafił sobie rzeczywiście świetnie radzić z zimnem. Dobrze znał kolejne jego fazy i nie miał nic przeciwko temu, by je czasem czuć. Ludzie, którzy nie lubili chłodu, nie rozumieli, że można się do niego przyzwyczaić i że z jego wszystkimi złymi skutkami można się skutecznie uporać, wypierając je z własnego wnętrza. Nirgal umiał także, całkiem nieźle, obchodzić się z ciepłem. Twierdził, że jeśli wypchnie się ciepło wystarczająco mocno, wtedy zimno staje się tylko swego rodzaju niezbyt przyjemnym płaszczem, który człowiek ma na swoim ciele. W ten sposób zimno stanowi tylko bodziec, zachęcający do biegania.

— Hej, Nirgalu, powiedz, jaka jest w tej chwili temperatura powietrza?

— Dwieście siedemdziesiąt jeden.

Śmiech Kojota brzmiał przeraźliwie, przypominał zwierzęce rechotanie i mieścił w sobie jakby wszystkie możliwe najdziwaczniejsze odgłosy naraz. Zresztą za każdym razem był nieco inny niż poprzednio.

— Hej, dzieci, zatrzymajcie generator fal i popatrzcie na jezioro. Wygląda jak równina.

Woda w jeziorze nigdy nie zamarzała, natomiast spód kopuły zawsze był pokryty wodnym lodem. To wyjaśniało niemal wszystkie zjawiska pogodowe ich mezokosmicznego światka, jak nazywał go Sax; powodowało mgły i zamglenia, nagłe wiatry, marznącą mżawkę, a od czasu do czasu opady śniegu. Tego dnia maszyneria meteo ledwo się poruszała, gdyż duża półkula przestrzeni pod kopułą pozostawała prawie bezwietrzna. A kiedy wyłączyli również generator fal, jezioro wkrótce zmieniło się w krągłą, płaską tafle. Powierzchnia przybrała taki sam biały kolor jak kopuła, chociaż dno jeziora, pokryte zielonymi glonami, ciągle pozostawało widoczne poprzez białą poświatę. Jezioro było więc równocześnie czystobiałe i ciemnozielone. Na jego drugim brzegu, w tej dwubarwnej wodzie odbijały się — tak jak w lustrze — obrócone wydmy i karłowate sosny. Nirgal wpatrzył się z zachwytem w ten widok i wszystko, z wyjątkiem tej pulsującej zielono-białej wizji, przestało mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. Wówczas dostrzegł to po raz pierwszy: były tu dwa światy, a nie jeden — dwa światy w tej samej przestrzeni, oba widzialne, odrębne, o swoistych, indywidualnych cechach, ale tu spojone razem, a więc widoczne jako dwa tylko pod pewnym kątem. Wypchnij płaszcz tej wizji, powiedział sobie chłopiec, wypchnij go tak, jak wypychasz płaszcz zimna: po prostu wypchnij! A wtedy zobaczysz taaakie kolory!…

— Mars dla Nirgala! Mars oddaje się Nirgalowi! — krzyknął.

Śmiali się z niego. Powiedzieli mu, że stale się tak zamyśla. Dostrzegł w twarzach przyjaciół sympatię, ciepło. Kojot odłamał kilka płaskich kawałków z lodowego pasma i rzucił je w jezioro. Wszystkie dzieci poszły za przykładem nauczyciela, aż wyzwolili tak silne biało-zielone fale, że obrócony świat zadrżał i zatańczył.

— Spójrzcie na to! — zawołał Kojot. Między kolejnymi rzutami przemawiał do nich typowym dla siebie emfatycznym angielskim. Jego słowa niemal płynęły, brzmiały jak nieskończona, piękna pieśń: — Wy, dzieci, żyjecie w sposób najlepszy z możliwych. Większość ludzi to tylko trybiki w wielkiej machinie świata, a wy naprawdę uczestniczycie w narodzinach nowej rzeczywistości! To nie do wiary! Spotkało was prawdziwe szczęście, wierzcie mi! Nie rozumiecie tego, ponieważ nie macie porównania. A równie dobrze moglibyście się przecież urodzić w jakimś pałacu, w więzieniu albo w slumsach Port of Spain, ale mieszkacie tu, w Zygocie, sekretnym sercu Marsa! Cóż, wiem, że w tej chwili żyjecie niczym krety zagrzebane w ziemi, a nad wami krążą sępy, gotowe was zjeść, ale nadejdzie dzień, kiedy przejdziecie się swobodnie po tej planecie wolni od wszelkich więzów. Zapamiętajcie to, co wam mówię, ponieważ to prawdziwe proroctwo, moje dzieci! A tymczasem podziwiajcie to piękne miejsce, ten cudowny, mały lodowy raj.

Kojot podrzucił lodowy okruch pod kopułę, a wszystkie dzieci zaczęły za nim śpiewnie powtarzać:

— Lodowy Raj! Lodowy Raj! Lodowy Raj!

Aż wreszcie nie mogły się powstrzymać i jedno po drugim wybuchnęły śmiechem.

Tej nocy Kojot, przekonany, że nikt go nie słyszy, powiedział do Hiroko:

— Roko, musisz zabrać dzieci na zewnątrz i pokazać im świat. Nawet, jeśli mają go zobaczyć tylko pod kapturem mgły… Te dzieci są jak krety, zagrzebane w ziemi, na litość boską!

To powiedziawszy, ponownie odjechał, nie wiadomo dokąd, gdzieś daleko, może udał się w jedną ze swoich tajemniczych podróży do innego świata, tego, który znajdował się nad nimi.

Przez kolejnych kilka dni Hiroko przychodziła do osady uczyć dzieci. Dla Nirgala oznaczało to najszczęśliwszy okres w życiu, bowiem Japonka zawsze zabierała ich na plażę, a wyprawa z nią w to miejsce była jak dotyk boga. Ten świat należał do niej — zielony świat wewnątrz białego świata, o którym wiedziała wszystko; a kiedy w nim przebywała, subtelne, perłowe kolory piasku i kopuły pulsowały barwami obu światów naraz, jak gdyby próbowały się wyrwać z krępujących je więzów.

Siedzieli całą grupą na wydmach i obserwowali, jak przybrzeżne ptaki muskają wodę i popatrują w dół, kołując nad lodowym pasmem. Dzieci patrzyły na mewy krążące im nad głowami, Hiroko zadawała pytania, a jej czarne oczy wesoło przy tym migotały.

Mieszkała na wydmach w pobliżu jeziora, z małą grupą bliskich przyjaciół: Iwao, Ryą, Genem i Jewgienią; wszyscy w jednym małym bambusowym baraku. Spędzała też wiele czasu, odwiedzając inne tajemne kryjówki położone wokół bieguna południowego. Zawsze więc ciekawiły ją wiadomości z osady. Miała smukłą kobiecą sylwetkę i była wysoka jak na przedstawicielkę przybyłych z Ziemi issei. W kombinezonie wyglądała bardzo zgrabnie i poruszała się z gracją, właściwą ruchom przybrzeżnych ptaków. Była, rzecz jasna, stara, niewyobrażalnie wręcz starożytna, tak samo zresztą jak wszyscy issei, ale jej sposób bycia sprawiał, że wydawała się młodsza nawet od Petera czy Kaseia — właściwie niewiele starsza niż dzieci. Zachowywała się tak, jak gdyby cały świat stał przed nią otworem, nieznany i zachęcający, a ona pragnęła podziwiać wszystkie jego barwy.

— Spójrzcie na ślad wzoru, jaki pozostawiła ta muszelka: cętkowana spirala, zakręcająca do środka w nieskończoność. Taki też jest kształt całego wszechświata. Panuje w nim stałe napięcie, ciągle popychające ku temu wzorcowi. Materia potrafi rozwijać się, dążąc do coraz bardziej skomplikowanych form. Jest to coś w rodzaju wzorcowej grawitacji, święta zielona moc, którą nazywamy viriditas i która stanowi siłę napędową kosmosu. Rozumiecie? To jest życie. Jak te piaskowe pchły, skałoczepy i kryle — chociaż kryle właściwie są martwe, lecz pomagają pchłom. Tak jak my wszyscy — mówiła, wymachując ręką z gracją tancerki. — A ponieważ żyjemy, musimy mówić o wszechświecie, aby on także żył. Jesteśmy jego świadomością w takim samym stopniu, jak swoją własną. Wywodzimy się z wszechświata i dostrzegamy siateczkę jego form. To nas porusza, ponieważ jest piękne. Właśnie nasze uczucie jest najważniejszą sprawą w całym wszechświecie — jego kulminacją — jak kolor rozkwitającego kwiatu w wilgotny poranek. Uczucie to jest święte, a nasze zadanie w świecie polega na tym, by ze wszystkich sił je podsycać. Jedynym i najlepszym sposobem pielęgnowania go jest rozprzestrzenianie wszędzie życia. Aby pomóc mu zaistnieć tam, gdzie nigdy dotąd go nie było. Tak jak tutaj, na Marsie.

Hiroko uosabiała akt najdoskonalszej miłości i gdy mówiła im o tym wszystkim, nawet jeśli nie całkowicie rozumieli jej słowa, czuli tę miłość. Kolejne pchniecie, kolejne ciepło w zimnym płaszczu. Dotykała ich, kiedy mówiła, a oni słuchając, przekopywali piasek w poszukiwaniu muszelek.

— Błotne mięczaki! Antarktyczne skałoczepy. Szklana gąbka. Uważajcie, możecie przeciąć sobie ręce.

Samo patrzenie na Hiroko uszczęśliwiało Nirgala.

A pewnego ranka, kiedy wstali, zakończywszy kopanie i zabierali się za grabienie plaży, Hiroko również spojrzała na Nirgala, a on rozpoznał w wyrazie jej twarzy dokładnie tę samą minę, jaką on przybierał, gdy na nią patrzył. Poczuł to w sobie, w swoich mięśniach. A więc i ona dzięki niemu czuła się szczęśliwa!

Chwycili się za ręce i ruszyli na spacer po plaży.

— Ten ekoświat jest bardzo prosty — powiedziała, gdy uklękli, aby obejrzeć muszlę kolejnego mięczaka. — Jest mało gatunków, toteż łańcuchy pokarmowe są krótkie. Ale jakże bogate! I takie piękne. — Zbadała dłonią temperaturę jeziora. — Widzisz mgłę? — spytała. — Woda musi być dzisiaj ciepła.

Podczas gdy Hiroko przebywała z Nirgalem, inne dzieci kręciły się po wydmach albo zbiegały po lodowym paśmie. Nirgal schylił się i dotknął fali, która dotarła niemal do jego stóp, a potem odpłynęła, pozostawiając po sobie białą koronkę piany.

— Ma dwieście siedemdziesiąt pięć, może trochę więcej.

— Jesteś taki tego pewny…

— Zawsze potrafię ocenić temperaturę.

— No to sprawdź — zaproponowała. — Mam gorączkę?

Podniósł dłoń i dotknął jej szyi.

— Nie, jesteś chłodna.

— Zgadza się. Zawsze mam około pół stopnia za mało, poniżej normy. Wład i Ursula nie potrafią tego wytłumaczyć.

— Na pewno dlatego, że jesteś szczęśliwa.

Hiroko roześmiała się. Wyglądała w tej chwili dokładnie tak samo jak Jackie, zarumieniona z radości.

— Kocham cię, Nirgalu.

Poczuł w swoim wnętrzu ciepło, jak gdyby miał tam piecyk. Temperatura jego ciała wzrosła przynajmniej o pół stopnia.

— I ja cię kocham.

Po chwili poszli w dół plażą, trzymając się za ręce. W milczeniu podążali za spacerującymi brodźcami.

Po pewnym czasie wrócił Kojot i Hiroko oznajmiła mu:

— Okay. Zabierzmy je na zewnątrz.

Następnego ranka, kiedy dzieci spotkały się w szkole, Hiroko, Kojot i Peter wyprowadzili je przez śluzy powietrzne i powiedli w dół długim, białym tunelem, który łączył kopułę ze światem zewnętrznym. Przy drugim końcu tunelu znajdował się hangar, a nad nim skalny pasaż. W przeszłości dzieci biegały tym chodnikiem z Peterem i przez małe, zaciemnione okna patrzyły na zmieszany z lodem piasek i różowe niebo. Próbowały wówczas dojrzeć wielką ścianę suchego lodu, w której wydrążono ich osadę — południową czapę polarną, dno tego świata. Mieszkali tu w obawie przed ludźmi, którzy pragnęli ich uwięzić.

Dlatego zawsze docierali tylko do tego chodnika. Ale dziś weszli do komór powietrznych hangaru, nałożyli na małe ciałka obcisłe elastyczne kombinezony, podwinęli rękawy i nogawki, wsunęli ciężkie buty i obcisłe rękawice, a na końcu hełmy z wypukłymi szybkami na przodzie. Z każdą chwilą ich podniecenie rosło, aż zaczęło przeradzać się w strach, zwłaszcza gdy Simud się rozpłakała i powiedziała, że nie chce wychodzić. Hiroko przez jakiś czas uspokajała dziewczynkę, głaszcząc ją delikatnie.

— Nie bój się. Przecież będę tam z tobą.

W śluzie powietrznej dzieci nic nie mówiły i kuliły się do siebie. Rozległo się nagłe syczenie, a następnie otworzył się zewnętrzny luk. Dzieci, trzymając się kurczowo dorosłych, ostrożnie wyszły na zewnątrz. Idąc, co chwilę zderzały się ze sobą.

Wokół nich było zbyt jasno, by mogli patrzeć. Znajdowali się w lekko wirującej białej mgle. Powierzchnię pokrywały zawiłe lodowe wzory — kwiaty mrozu — i wszystko połyskiwało, tonąc w powodzi świateł. Nirgal jedną ręką trzymał Hiroko, drugą ściskał dłoń Kojota, aż nagle oboje pchnęli go do przodu i wypuścili z uścisku. Zatoczył się niepewnie od gwałtownego białego blasku.

— To jest kaptur mgły — wyjaśnił głos Hiroko przez interkom w uszach chłopca. — Trwa przez całą zimę. Ale teraz mamy Ls dwieście pięć, jest wiosna, i zielona siła, rozpalona przez słoneczne światło, mocniej naciera na świat. Spójrzcie na to!

Nirgal jednak nie widział niczego, poza białą, zwartą ognistą kulą. Nagle tę kulę przeszyło światło słoneczne i przekształciło ją w rozprysk koloru, zmieniając zmrożony piasek w wygładzony magnez, a kwiaty mrozu w rozżarzone klejnoty. Wiatr spychał na bok i rozdzierał mgłę; zaczęły się w niej pojawiać szczeliny i odległa kraina poczęła się rozstępować przed oczyma dzieci. Widok ten sprawił, że chłopiec aż zachwiał się z wrażenia. Jakie to duże! Takie duże — wszystko było takie duże. Ukląkł, przykładając jedno kolano do piasku, na drugiej nodze położył ręce, aby utrzymać równowagę. Kamienie i kwiaty mrozu wokół jego butów połyskiwały, jak próbki pod mikroskopem. Skały, tu i ówdzie, porastały kuliste kępki czarnych i zielonych porostów.

Dalej, na horyzoncie, znajdowało się niskie wzgórze o płaskim szczycie. Krater. W jego żwirze umiejscowiono szlak roverowy; był prawie całkowicie wypełniony szronem, jak gdyby trwał tu od miliona lat. Forma pulsująca w chaosie światła i skał, zielone porosty, wpychające się w biel tego świata…

Wszyscy mówili naraz. Dzieci zaczęły bezładnie obiegać okolicę, krzycząc z zachwytu, kiedy mgła się rozsunęła i dostrzegły ciemnoróżowe niebo. Kojot zaśmiał się głośno.

— Są jak urodzone zimą cielęta, które ktoś wypuścił z obory na wiosenną trawę. Zobacz, jak się potykają… Och, wy, biedne, kochane maluchy. Cha, cha! Roko, nie ma mowy, aby kazać im żyć tak, jak przedtem.

Rechotał, kiedy podnosił kolejne dzieci z piasku i stawiał na nogi.

Nirgal stał w miejscu, ostrożnie podskakując. Poczuł, że mógłby z łatwością oderwać się od powierzchni i odlecieć, toteż był zadowolony, że jego buty są takie ciężkie. Nagle zobaczył długą, wysoką do ramion hałdę, która schodziła w dal z lodowego urwiska. Po jej grzbiecie stąpała Jackie. Chłopiec, chwiejąc się i zataczając, próbował biec po gruzowisku leżących na powierzchni kamieni, aby przyłączyć się do przyjaciółki. Gdy dotarł na szczyt, wpadł w swój własny rytm biegu i wydawało mu się, że leci. Miał wrażenie, że mógłby tak biec bez końca.

Wreszcie stanął u boku dziewczynki. Popatrzyli za siebie, na lodową ścianę i krzyknęli ze strachu i radości. Cały świat ciągle podnosił się w mgłę. Snop porannego światła przesączył się nad dziećmi, jak topniejąca woda. Nie można było na nią patrzeć. Mocno załzawionymi oczami Nirgal dostrzegł, jak jego cień na tle mgły ociera się o sterczące pod nim skały i jest otoczony jaskrawą, kolistą wstążką tęczowego światła. Wrzasnął, a Kojot ruszył w górę do niego. Nirgal usłyszał jego krzyk:

— Co się stało? Czy coś jest nie w porządku?

Zatrzymał się, kiedy zobaczył cień.

— Hej, to aureola! To się nazywa aureola! To jest jak Widmo Brockenu. Zobacz sam! Pomachaj ramionami w górę i w dół! Spójrz na kolory! Boże Wszechmogący, ależ ty jesteś szczęśliwcem, dzieciaku.

Pod wpływem jakiegoś impulsu Nirgal stanął blisko Jackie i ich aureole stały się pojedynczym nimbem w połyskujących tęczowych barwach, które otaczały jeden podwójny, błękitny cień. Jackie roześmiała się wesoło i odeszła, by spróbować zrobić to samo z Peterem.

Mniej więcej w rok później Nirgal i inne dzieci wpadły na pomysł, jak sobie radzić ze szkolną nudą w te dni, kiedy prowadził zajęcia Sax. Za każdym razem rozpoczynał lekcję stojąc przodem do tablicy, a jego głos brzmiał jak wyjątkowo bezosobowe AI. Dzieci za jego plecami przewracały oczami i stroiły miny, kiedy perorował swoim monotonnym głosem na temat ciśnienia cząstkowego lub promieni podczerwieni. Nagle któreś z nich w stosownym momencie zaczynało grę, w której Sax zawsze przegrywał. Mówił na przykład coś takiego:

— W termogenezie niedrgającej ciało wytwarza ciepło za pomocą płytkich cykli…

Wówczas jedno z dzieci podnosiło rękę i pytało:

— Ale dlaczego, Sax?

Pozostali byli wpatrzeni w ekrany swoich komputerów, nawet na siebie nie zezując, a Sax marszczył brwi, jak gdyby miał pierwszy raz do czynienia z takim pytaniem i odpowiadał:

— No cóż, ciało niedrgające, by wytworzyć ciepło nie potrzebuje tak dużej energii, jak drgające. Proteiny w mięśniach kurczą się, ale zamiast podskakiwać, prześlizgują się jedynie nad sobą i w ten sposób tworzy się ciepło.

Jackie, tonem tak szczerym, że prawie cała klasa nie mogła się powstrzymać od śmiechu, pytała:

— Ale jak?

Sax przez chwilę mrugał oczyma, tak szybko, że dzieci nie nadążały za nim wzrokiem, po czym oświadczał:

— No cóż, aminokwasy zawarte w proteinach przerywają wiązania atomowe i te pęknięcia wyzwalają coś, co się nazywa energią dysocjacji wiązania.

— Ale dlaczego?

Mrugając jeszcze intensywniej, Sax wyjaśniał:

— No cóż, to po prostu kwestia fizyki. — Energicznie rysował na tablicy wykres. — Wiązania atomowe powstają wówczas, kiedy dwa orbitale atomowe łączą się ze sobą i tworzą jeden orbital wiążący. Są w nim elektrony z obu atomów. Przerwanie wiązania wyzwala od trzydziestu do stu kilokalorii energii akumulowanej.

W tym momencie kilkoro dzieci pytało chórem:

— Ale dlaczego?

To prowadziło nauczyciela do fizyki subatomowej, gdzie łańcuchy pytań („dlaczego?”) i odpowiedzi („ponieważ”) można było kontynuować przez pół godziny, podczas której Sax nie wymówił nawet jednego zdania, które jego uczniowie potrafiliby zrozumieć. Wreszcie dzieci zaczynały wyczuwać, że gra powoli dobiega końca.

— Ale dlaczego?

— No cóż — Sax, patrząc z ukosa, próbował wrócić do początku — atomy pragną zachować swoją stałą liczbę elektronów, a więc — kiedy zajdzie potrzeba — będą dzielić elektrony.

— ALE DLACZEGO?!

Ich nauczyciel już wpadł w pułapkę.

— W taki sposób po prostu wiążą się atomy. To jest jeden ze sposobów…

— Ale dlaczego?!!

Wzruszenie ramionami.

— Tak działa siła atomu. Taka jest natura rzeczy…

A wszyscy jego słuchacze odkrzykiwali chóralnie:

— … w Wielkim Wybuchu.

Wyli z radości, a Sax marszczył czoło, ponieważ uświadamiał sobie, że jego uczniowie po raz nie wiadomo już który zrobili mu ten sam dowcip. Wzdychał i wracał do tego miejsca swego wykładu, w którym dzieci rozpoczęły grę. Ale za każdym razem, kiedy zaczynały ją znowu, zdawał się o niej nie pamiętać, o ile pierwsze „dlaczego” było wystarczająco wiarygodne. A nawet kiedy stwierdzał, co się dzieje, zupełnie nie potrafił powstrzymać zabawy. Jedynym sposobem obrony, jaki znał, było pytanie z lekkim zmarszczeniem brwi: „Dlaczego co?” To zatrzymywało grę, ale tylko na jakiś czas, bowiem dość szybko Nirgal i Jackie nauczyli się odgadywać, co w poprzednim zdaniu Saxa najbardziej zasługiwało na pytanie „dlaczego” i póki im się to udawało, Sax potrafił jedynie odpowiadać na kolejne pytania. Łańcuch kolejnych „dlatego” docierał więc za każdym razem aż do Wielkiego Wybuchu albo, czasami, do pomruku naukowca: „Tego nie wiemy”.

— Nie wiemy!? — odkrzykiwała klasa w pełnym szyderstwa przerażeniu. — A dlaczego tego nie wiemy?

— Bo nie zostało wyjaśnione — odpowiadał Sax, marszcząc brwi. — Jeszcze nie.

Tak upływały dobre poranki z Saxem; zresztą zarówno Sax, jak i dzieci najwyraźniej zgadzali się co do tego, że taka lekcja jest lepsza niż te, które zdarzały się w złe poranki, kiedy ich nauczyciel nie pozwalał się wciągnąć w zabawę i protestował, mówiąc: „To jest bardzo ważna kwestia”, po czym nieprzerwanie kontynuował wykład monotonnym głosem. A kiedy na chwilę odwracał się od tablicy, widział przed sobą rząd głów leżących na biurkach. Niektóre dzieci po prostu spały.

Pewnego ranka, myśląc o marszczącym brwi Saxie, Nirgal poczekał w szkole po lekcjach tak długo, aż zostali sami i spytał go z całą powagą:

— Czemu nie lubisz, gdy nie potrafisz odpowiedzieć na pytanie „dlaczego”?

Sax znowu zmarszczył brwi. Długo milczał, następnie powoli odpowiedział:

— Próbuję zrozumieć. Zwracam uwagę na różne rzeczy, wiesz, bardzo dokładnie je analizuję. Tak uważnie, jak umiem. Koncentruję się na specyfice danej chwili. Pragnę pojąć, dlaczego coś dzieje się w taki sposób, w jaki się dzieje. Jestem ciekawy. Sądzę po prostu, że wszystko dzieje się z jakiegoś określonego powodu. Wszystko. I uważam, że powinniśmy zawsze potrafić odgadnąć te powody. Kiedy nie możemy tego zrobić… No cóż. Nie lubię tego. To mnie irytuje. Czasami to nazywam… — Spojrzał nieśmiało na Nirgala i ten zrozumiał, że Sax nigdy nikomu jeszcze się nie zwierzał ze swoich myśli: — Nazywam to Wielką Niewyjaśnioną.

To jest zupełnie biały świat, uświadomił sobie nagle Nirgal. Biały świat wewnątrz zielonego, świat absolutnie przeciwstawny wobec świata Hiroko, wobec jej zielonego świata, znajdującego się wewnątrz bieli. Sax i Hiroko zupełnie inaczej odczuwają, pomyślał. Gdy, patrząc z zielonej strony, Hiroko stawała w obliczu czegoś tajemniczego, kochała tę tajemnicę i tajemnica tają uszczęśliwiała — to była jej viriditas, jej święta siła. Natomiast kiedy Sax, patrząc z punktu widzenia bieli, miał do czynienia z tajemnicą, nazywał ją Wielką Niewyjaśnioną i uważał za niebezpieczną oraz przerażającą. Saxa interesowała prawda, Hiroko natomiast rzeczywistość. A może chodzi o coś zupełnie innego — słowa są takie areoformowanie zwodnicze… Lepiej chyba powiedzieć po prostu, że ona kocha zielony świat, a on — biały.

— Ależ tak! — odparł mu Michel, kiedy Nirgal wspomniał o swej obserwacji. — Bardzo dobrze, Nirgalu. Twoje spostrzeżenie jest bardzo wnikliwe. W terminach archetypicznych możemy zielone nazwać „mistycznym”, białe natomiast — „naukowym”. Oba światy są niezwykle potężne, sam kiedyś zrozumiesz. Jednak to, czego potrzebujemy, jeśli chcesz usłyszeć moje zdanie, to kombinacja owych dwóch czynników, coś, co nazwałbym „alchemicznym”.

Zieleń i biel.

Popołudnia dzieci miały wolne i mogły robić wszystko, na co miały ochotę. Czasami zostawały z nauczycielem, który uczył je tego dnia, ale częściej biegły na plażę albo bawiły się w osadzie leżącej w skupisku niskich wzgórz, w pół drogi między jeziorem i wejściem do tunelu. Wspinały się na spiralne schody dużych, bambusowych domów na drzewach i bawiły się w chowanego w pomieszczeniach magazynowych, konarach drzew i łączących je wiszących mostach. Sypialnie bambusowe tworzyły półksiężyc, w którym znajdowała się niemal cała pozostała część wioski; każdy z większych konarów miał wysokość pięciu albo siedmiu segmentów. Kolejny segment, umieszczony wyżej, był mniejszy od tego, nad którym się znajdował. W szczytowych segmentach miały swoje pokoiki wszystkie dzieci — ozdobione oknami pomieszczenia w kształcie pionowych walców, szerokie na cztery, pięć kroków, niczym wieże z czytanych na lekcjach opowieści. Pod pomieszczeniami dzieci znajdowały się pokoje dorosłych. Były przeważnie jedno-, czasem dwuosobowe. Natomiast najniższe segmenty pełniły funkcję salonów.

Z okien szczytowych pokoików dzieci mogły spojrzeć na dachy wioski, skupione w kręgu wzgórz, bambusów i oranżerii, jak małże na płyciźnie jeziora.

Jeśli dzieci pozostawały na plaży, szukały muszli, grały w dwa ognie albo ponad wydmami rzucały strzałkami w skupiska piany. Zabawy te zwykle wybierali Jackie i Harmakhis; przewodzili też zespołom, jeśli decydowano się na gry zespołowe. Za najstarszą dwójką ślepo podążał Nirgal i grupki młodszych dzieci. Łączyły je rozmaite przyjaźnie, dzieliły różnego rodzaju hierarchiczne podziały, podkreślane bez końca w codziennej zabawie. Mały Frantz wytłumaczył kiedyś dość brutalnie Nadii: „Harmakhis bije Nirgala, Nirgal mnie, a ja dziewczyny”. Często Nirgala męczyły te gry, w których i tak zawsze zwyciężał Harmakhis, toteż zdarzało się, iż odsuwał się od reszty i — co sprawiało mu większą przyjemność — ruszał, by obiec kilka razy jezioro. Czynił to powoli, pewnie i spokojnie, a po jakimś czasie wpadał w swój miarowy, optymalny rytm biegu. W tym tempie mógł obiegać jezioro aż do wieczora. Sprawiało mu to radość i ożywiało go. Tak po prostu biec, biec i biec…

Pod kopułą zawsze było zimno, oświetlenie jednakże stale się zmieniało. Latem kopuła przez cały czas jarzyła się bielą i błękitem, a snopy rozświetlonego powietrza rozchodziły się promiennie spod umieszczonego wysoko świetlika. Zimą było ciemno, kopuła natomiast lśniła odbitym światłem lamp, niczym we wnętrzu muszli małża. Wiosną i jesienią popołudniowa jasność bywała przytłumiona aż do szarości i osobliwych barw upiornego mroku, pełnego rozmaitych odcieni szarości; bambusowe liście i igły sosen wyglądały niczym tknięte tuszem na tle kredowej bieli kopuły. W te popołudnia oranżerie przypominały ogromne lampiony na wzgórzach; dzieci, jak mewy dreptały do domu na przełaj lub kierowały się do łaźni. Tam, w długim budynku obok kuchni, zdejmowały ubrania i wskakiwały do głównej wanny, pełnej parującej wody. Ślizgały się po kafelkach dna basenu i w miarę jak z coraz większym ożywieniem opryskiwały się wodą wokół moczących się starców o żółwich twarzach i pomarszczonych owłosionych ciałach, zaczynały odczuwać ogarniające je przyjemne ciepło.

Po tej „mokrej” godzinie ubierały się i szły całą grupą do kuchni, gdzie kolejno napełniały talerze, a potem siadały przy długich stołach, rozstawionych między stołami dorosłych.

Osada liczyła stu dwudziestu czterech stałych mieszkańców, ale zwykle pomieszkiwało w niej około dwustu osób.

Kiedy wszyscy się usadowili, podnosili dzbany z wodą i nalewali sobie nawzajem, a następnie z apetytem zajadali gorący posiłek: ziemniaki, tortille, spaghetti, tabouli, chleb, sto rodzajów warzyw, a od czasu do czasu rybę lub drób. Po jedzeniu dorośli wdawali się w rozmowy o roślinach uprawnych, o rickoverze, starym prędkim reaktorze całkowym, który bardzo lubili, albo o Ziemi, dzieci natomiast sprzątały ze stołów, po czym przez godzinę bawiły się przy włączonej muzyce, aż wreszcie wszyscy powoli zaczynali się gotować do snu.

Pewnego dnia, tuż przed kolacją, z okolic czapy polarnej przybyła do osady grupa dwudziestu dwóch osób. Ich mała kopuła straciła ekosystem, co Hiroko nazwała spiralnym kompleksem utraty równowagi. Skończyły się również zapasy, toteż potrzebowali nowego schronienia.

Hiroko umieściła nowo przybyłych w trzech, będących jeszcze w budowie, domach na drzewach. Goście wspięli się na spiralne schody na zewnątrz mocnych, zaokrąglonych konarów i zaczęli protestować przeciwko surowym cylindrycznym segmentom z wyciętymi w nich drzwiami i oknami. Hiroko skłoniła ich więc, aby ukończyli budowę tych pomieszczeń oraz by postawili nową oranżerię na skraju osady. Dla wszystkich było oczywiste, że Zygota nie dysponowała tak dużymi zapasami jedzenia, by starczyło dla wszystkich potrzebujących. Dzieci jadły najskromniej jak tylko mogły, naśladując w tym dorosłych.

— Powinniśmy nazwać to miejsce Gametą — odezwał się do Hiroko Kojot podczas swej następnej bytności. Zaśmiał się przy tym zgrzytliwie.

Japonka w odpowiedzi machnęła tylko dłonią. Może po prostu jakieś zmartwienia oddalały ją od realnego świata. Spędzała teraz całe dnie przy pracy w oranżeriach i rzadko uczyła dzieci. A jeśli już tak się zdarzyło, uczniowie podążali za nią z powrotem ku cieplarniom, gdzie dla niej pracowali: zbierali plony, rozrzucali kompost, pielili.

— Ona zupełnie o nas nie dba — gniewnie oświadczył Harmakhis. Było to pewnego popołudnia, gdy schodzili po plaży, a on skierował swoją skargę do Nirgala. — Zresztą tak naprawdę wcale nie jest naszą matką.

Poprowadził wszystkie dzieci do laboratoriów obok wypukłego tunelu oranżerii. Stale je przy tym popędzał, co — jak zawsze — dawało pozytywne rezultaty.

Gdy znaleźli się wewnątrz, wskazał na szereg magnezowych zbiorników, przypominających lodówki i oświadczył:

— To są nasze prawdziwe matki. Tu właśnie dorastaliśmy. Powiedział mi o tym Kasei… potem spytałem Hiroko, a ona potwierdziła. Jesteśmy ektogenami. Nie urodziliśmy się, ale zostaliśmy de-kan-to-wa-ni! — Spojrzał z triumfem na grupę dzieci — przerażonych, a jednocześnie zafascynowanych. Następnie pięścią uderzył Nirgala prosto w pierś, aż chłopiec zatoczył się i cofnął o kilka kroków, po czym wyszedł ze strasznymi słowami na ustach: — Nie mamy rodziców.

Przybysze stanowili obecnie nie lada obciążenie dla kolonii, ale ich wizyty nadal wzbudzały zainteresowanie stałych mieszkańców. Już pierwszego dnia wielu spośród nich do późna towarzyszyło odwiedzającym. Z ciekawością i podnieceniem chłonęli wszelkie informacje na temat innych ukrytych osad. W strefie południowo-polarnej istniała cała ich sieć. Na mapie w komputerze Nirgala zostały zaznaczone czerwonymi kropkami wszystkie trzydzieści cztery. Nadia i Hiroko podejrzewały jednak, że jest ich znacznie więcej: w innych sieciach na północy albo w całkowitej izolacji. Skoro jednak wszyscy utrzymywali ciszę radiową, nie mogli się upewnić co do tej kwestii. Tak czy owak, nowiny były w cenie — stanowiły zwykle najwartościowszą rzecz, jaką mogli zaoferować przejeżdżający goście, nawet jeśli przybywali obładowani prezentami (a zwykle tak było). Rozdawali wszystko, co zdołali sami wytworzyć, lub otrzymać w poprzednim miejscu, wszystko, co ich gospodarze mogliby uznać za użyteczne.

Podczas tych wizyt Nirgal uważnie słuchał długich ożywionych nocnych rozmów; zwykle siedział na podłodze lub chodził po pomieszczeniu, napełniając herbatą filiżanki dorosłych. Coraz częściej potwierdzał swoje odczucia, że zupełnie nie rozumie zasad tego świata. Nie pojmował zwłaszcza postępowania ludzi. Oczywiście, rozumiał ogólnie sytuację — wiedział, że na Marsie istnieją dwie, rywalizujące ze sobą strony, które walczą o przejęcie kontroli nad planetą, że Zygota jest przywódcą „ich” strony, co wydawało mu się pozytywne, i że areofania w końcu zatriumfuje. Przerażający natomiast wydawał mu się sam fakt udziału w tej walce, poczucie, że się jest jedną z decydujących cząsteczek historii. Często nie mógł z tego powodu zasnąć — kiedy wreszcie trafiał późno w nocy do łóżka, jego umysł wirował aż do świtu, atakując go rozmaitymi wizjami. On sam był w nich bohaterem, który przyczyniał się do zakończenia wielkiego dramatu, zadziwiając Jackie i wszystkich mieszkańców Zygoty.

Czasami, pragnąc się dowiedzieć czegoś więcej, podsłuchiwał nawet rozmowy dorosłych. Leżał wówczas na tapczanie w rogu i patrzył w ekran komputera, udając, że rozmyśla lub czyta. Dość często siedzący w pobliżu dorośli nie zdawali sobie sprawy z tego, że chłopiec słucha. Zdarzało się nawet, że rozmawiali przy nim o dzieciach Zygoty, choć przeważnie było to wówczas, gdy Nirgal czaił się w holu.

— Zauważyłeś, że większość z nich jest leworęczna?

— Hiroko musiała się zabawiać ich genami, jak pragnę zdrowia.

— Ona twierdzi, że nie.

— Wszystkie są już prawie tak wysokie jak ja.

— To tylko kwestia grawitacji. Hm, spójrz na Petera i resztę nisei. Urodzili się w sposób naturalny, a również większość z nich jest słusznego wzrostu. Ale leworęczność… To musi mieć związek z genetyką.

— Pewnego dnia Hiroko powiedziała mi, że istnieje prosta wstawka transgeniczna, która powoduje wzrost rozmiaru ciała modzelowatego w mózgu. Może przy nim majstrowała i leworęczność jest rezultatem tego działania.

— Sądziłem, że przyczyną leworęczności jest uszkodzenie mózgu.

— Tego nikt nie wie. Myślę, że fakt, iż dzieci mają sprawniejszą lewą rękę, także zaskoczył Hiroko.

— Nie mogę uwierzyć, że mogła się zabawiać chromosomami po to tylko, aby rozwinąć mózg.

— Pamiętaj, że najwcześniejszy etap rozwoju tych dzieci przebiegał ektogenicznie… Miała łatwiejszy dostęp…

— Słyszałem, że ich kości są słabe.

— Zgadza się. Na Ziemi miałyby problemy. Nie poradziłyby sobie.

— To znowu kwestia ciążenia. I problem nas wszystkich, szczerze mówiąc.

— Nie musisz mnie przekonywać. Złamałem przedramię, lekko machając rakietą tenisową.

— Leworęczni giganci, ludzie-ptaki, oto co nam tutaj wyrasta. Jeśli chcecie znać moją opinię, uważam że jest to dziwaczne. Wystarczy popatrzeć, jak biegają po wydmach, sprawiają wrażenie, że lada chwila uniosą się w powietrze i zaczną latać.

Tej nocy Nirgal, jak zwykle, miał kłopoty z zaśnięciem. „Ektogeni”, „transgeniczny”… Słowa te sprawiły, że poczuł się bardzo dziwnie. Światy biały i zielony, spiralnie skręcone w jedno… Chłopiec niespokojnie przewracał się w pościeli i godzinami rozmyślał, skąd u niego ten niepokój. Zastanawiał się też, co właściwie powinien odczuwać.

W końcu, kiedy wyczerpany zasnął, przyśnił mu się sen. Przed tą nocą wszystkie jego sny dotyczyły Zygoty, teraz jednak śnił, że leci w powietrzu, ponad powierzchnią Marsa. Leżący pod nim ląd był pocięty olbrzymimi, czerwonymi kanionami, a wulkany wyrastały wysoko, niemal do poziomu jego lotu. W powietrzu goniło go jakieś stworzenie, coś dużo większego i szybszego niż on sam, coś, co miało skrzydła, które głośno trzepotały, zwłaszcza gdy tajemnicza istota opadła ze słońca i ogromnymi szponami usiłowała chwycić Nirgala. Lecąc, chłopiec wyciągnął ku stworzeniu ręce i z jego paznokci wystrzeliły wiązki błyskawic. Stwór zachwiał się, po czym zaczął się gotować do kolejnego ataku. I wtedy Nirgal się obudził. Czuł, jak pulsują mu palce, a serce wali niczym generator fal. Ka-tam, Ka-tam, Ka-tam.

Następnego popołudnia generator fal „zakołysał zbyt dobrze”, jak to wyłuszczyła Jackie. Dzieci bawiły się na plaży i wydawało im się, że dobrze oceniają wielkość fal, potem jednak przez lodowy filigran przepłynęła naprawdę spora fala, która uderzyła Nirgala, ścinając go z nóg i pchnęła w tył lodowego pasma, jednocześnie gwałtownie ciągnąc stopy chłopca ku przodowi. Nirgal bronił się, rozpaczliwie chwytając powietrze, ale mimo wszystko upadł w szokująco lodowatą wodę. Nie udało mu się w porę uciec, toteż przykryła go woda, po czym zalała kolejna pędząca fala.

Jackie chwyciła go za ramię i za włosy, próbując wyciągać z powrotem na lodowe pasmo. Harmakhis pomógł im obojgu wstać, krzycząc w kółko:

— Nic wam nie jest? Nic wam się nie stało?

W Zygocie panowała taka zasada, że jeśli ktoś zmókł, musiał jak najszybciej wracać do osady, dlatego też Nirgal i Jackie starali się natychmiast wstać, a gdy im się udało, popędzili przez wydmy, prosto na ścieżkę prowadzącą do wioski; reszta dzieci wlokła się daleko za nimi. Lodowaty wiatr bezlitośnie smagał mokre ciałka dwojga pechowców. Biegli prosto do łaźni, zmarznięci na kość wpadli do pomieszczenia i drżącymi rękoma zaczęli z siebie zrywać zesztywniałe ubrania. Pomagali im w tym Nadia, Sax, Michel i Rya, którzy przyszli się akurat wykąpać.

Kiedy dorośli wpychali go wraz z Jackie na płyciznę dużej wspólnej wanny, Nirgal przypomniał sobie swój sen i powiedział:

— Czekajcie, chwileczkę… czekajcie.

Wszyscy osłupieli. Chłopiec zamknął oczy i wstrzymał oddech. Kurczowo ściskał zimne ramię Jackie. Oczyma wyobraźni zobaczył się ponownie we śnie i poczuł, jak płynie po niebie. Gorące wiązki z paznokci. Biały świat w zielonym.

Poszukał w środku siebie miejsca, które zawsze było w nim i zawsze pozostawało ciepłe. Znalazł je i z każdym kolejnym oddechem wypychał ciepło coraz bardziej na zewnątrz, ku skórze. Nie było to łatwe, ale poczuł, że próba zaczyna się udawać: ciepło jak ogień wchodziło mu w żebra, a następnie rozchodziło się po ramionach i nogach, ku dłoniom i stopom. Lewą ręką nadal trzymał Jackie. Popatrzył na jej gołe, białe ciało, pokryte gęsią skórką i skoncentrował się mocno, by wysłać nieco ciepła w jej kierunku. Po chwili zadrżał lekko, choć już nie z zimna.

— Jesteś ciepły — krzyknęła nagle Jackie.

— Poczuj to ciepło — odparł i dziewczynka na kilka sekund znalazła się w jego uścisku. Potem spłoszyła się, spojrzała na niego uważnie, uwolniła się i weszła do wanny. Nirgal stał na krawędzi basenu, aż drżenie ustało.

— Uff — sapnęła Nadia. — To jest coś w rodzaju rozgrzania metabolicznego. Słyszałam o tym, ale nigdy dotąd nie widziałam nikogo, kto potrafiłby je zastosować.

— Czy wiesz, jak to zrobiłeś? — spytał go Sax. Podobnie jak pozostali — Nadia, Michel i Rya — bacznie się wpatrywał w Nirgala. Wszyscy byli tak zaciekawieni, że chłopiec, speszony, nic nie mógł z siebie wydusić.

Potrząsnął więc tylko przecząco głową. Potem usiadł na betonowym progu wanny. Czuł się bardzo wyczerpany. Wsunął stopy do wody, która wydała mu się gorąca niczym płynny ogień. Ryba w wodzie, uwalnianie się, start w powietrze, ogień wewnątrz ciała, białe w zielonym, alchemia, szybowanie wraz z orłami… błyskawice strzelające z paznokci!

Od tej pory ludzie zaczęli bacznie go obserwować. Ilekroć się roześmiał albo powiedział coś niezwykłego, nawet mieszkańcy Zygoty posyłali mu sondujące spojrzenia, zwłaszcza gdy wydawało się im, że Nirgal tego nie dostrzega. Zresztą rzeczywiście łatwiej było mu udawać, że niczego nie zauważa.

Niestety, przyjezdni byli bardziej bezpośredni.

— Och, to ty jesteś Nirgal — powiedziała znacząco pewna niska kobieta o rudych włosach. — Słyszałam, że jesteś bardzo bystry. — Niezupełnie zrozumiawszy, co miała na myśli, chłopiec zarumienił się i potrząsnął głową, podczas gdy kobieta spokojnie mu się przypatrywała. Wreszcie dokonała chyba jakiejś oceny, ponieważ uśmiechnęła się i również potrząsnęła głową. — Miło cię poznać.

Pewnego dnia, kiedy mieli mniej więcej po pięć marsjańskich lat, Jackie przyniosła ze sobą do szkoły stary przenośny komputer. Tego dnia uczyła ich Maja. Lekceważąc piorunujące spojrzenia nauczycielki, Jackie pokazała wszystkim urządzenie.

— To AI mojego dziadka. Jest w nim zarejestrowane wiele słów, które wypowiedział. Dał mi to Kasei.

Kasei opuścił Zygotę, aby się przeprowadzić do innej kryjówki, choć niestety nie do tej, w której mieszkała Esther.

Jackie włączyła mikrokomputer i powiedziała:

— Pauline, odtwórz nam coś, co mówił mój dziadek.

— A więc wreszcie tu przylecieliśmy — odezwał się męski głos.

— Nie, nie to. Coś innego. Odtwórz coś, co powiedział na temat ukrytej kolonii.

Ponownie usłyszeli ten sam męski głos:

— Ukryta kolonia musi się ciągle kontaktować z koloniami powierzchniowymi. Istnieje zbyt wiele rzeczy, których nie można wytworzyć w schronie. Przede wszystkim, jak sądzę… atomowych prętów paliwowych. Łatwo je wykryć, toteż dowody ich istnienia wskazałyby natychmiast miejsce ukrycia kolonii.

Dalej nie mogli słuchać. Maja kazała Jackie odstawić komputer i zaczęła kolejną lekcję historii. Opowiadała po rosyjsku o dziewiętnastym wieku. Zdania, które wypowiadała, były tak krótkie i chropowate, że aż wywoływały drżenie głosu. Potem uczyła ich algebry. Ten przedmiot szczególnie sobie ceniła, ciągle przypominając dzieciom, aby poświęcały mu wiele czasu i uwagi.

— Nie otrzymujecie tu najlepszej edukacji — mówiła ze smutkiem i dezaprobatą. — Jeśli jednak dobrze opanujecie podstawy matematyki, w przyszłości będziecie mogli nadrobić wasze braki.

Skarciła spojrzeniem siedzące przed nią dzieci i zażądała odpowiedzi na następne pytanie.

Nirgal, patrząc na nią przypomniał sobie, że kiedyś nazywał ją Złą Czarownicą. Byłoby dziwnie być nią, pomyślał, niekiedy taką zawziętą, a innym razem wesołą. Gdy patrzył na poszczególne osoby z Zygoty, potrafił się wczuć w ich rolę i wiedział, jak to jest być którąś z nich. Widział to w ich twarzach, tak samo jak umiał dostrzec drugi kolor wewnątrz pierwszego. Był to rodzaj daru, podobny jego wyczuleniu na temperaturę. Zupełnie jednak nie rozumiał Mai.

Zimą wyjeżdżali na powierzchnię i udawali się do pobliskiego krateru, gdzie Nadia budowała nowy schron. Zza niego wyłaniały się mroczne, pobłyskujące lodem wydmy. Kiedy jednak kaptur mgły się podnosił, mieszkańcy Zygoty musieli pozostawać pod kopułą albo — w najlepszym razie — udawało się im wyjść jedynie na oszklony pasaż, ponieważ nie mogli sobie pozwolić na to, by dostrzeżono ich z powietrza. Właściwie nikt nie był pewien, czy nadal powierzchnię planety monitoruje policja z przestrzeni kosmicznej, ale nie należało ryzykować. Tak przynajmniej uważali starzy issei. Peter często wypuszczał się na dalekie wyprawy, podczas których szukał potwierdzenia na to, że mieszkańcy kryjówek mogą się wreszcie ujawnić. Żaden z tych wypadów nie przynosił jednak oczekiwanych rezultatów.

— Istnieją partyzanckie kolonie, które wcale się nie ukrywają. Jest teraz tyle hałasu. Wszyscy jawnie się ogrzewają i porozumiewają przez radio — wyjaśniał. — Tamci nigdy nie będą w stanie sprawdzić wszystkich otrzymywanych sygnałów.

Dla Saxa sprawa nie była taka prosta, wprost przeciwnie.

Odpowiedział krótko:

— Algorytmiczne programy poszukiwawcze są bardzo dokładne i skuteczne.

Również Maja nalegała, by stale pozostawać w ukryciu, a system energetyczny kolonii nieustannie udoskonalać i zwiększać jego moc. System wysyłał całą nadwyżkę ciepła głęboko w serce czapy polarnej. Hiroko zgadzała się z Mają w tej kwestii i mimo nagabywań Petera, wszystko pozostawało bez zmian.

— My, to co innego — mówiła do niego Maja i wyglądała przy tym na przestraszoną.

Kiedyś na lekcji Sax powiedział dzieciom, że około dwustu kilometrów na północny zachód od ich kryjówki znajduje się mohol. Chmura, którą czasami widzimy z tamtej strony, mówił, to jego pióropusz. Bywa duży i zbity w niektóre dni, w inne — rozprasza się na wschód w rzadkich strzępach. Następnym razem, gdy do osady przyjechał Kojot, spytali go przy kolacji, czy odwiedził tamto miejsce, a on potwierdził i powiedział, że wielki szyb moholu dociera prawie do samego środka Marsa, toteż jego dno jest niczym innym, jak tylko bulgoczącą, ciekłą, ognistą lawą.

— To nieprawda — wtrąciła pogardliwie Maja. — Mohole schodzą w dół jedynie dziesięć czy piętnaście kilometrów. Ich dna to twarda skała.

— Ale bardzo gorąca — mruknęła Hiroko. — A teraz, jak słyszałam, drążą je i na dwadzieścia kilometrów.

— Wykonują za nas całą robotę — poskarżyła się Japonce Maja. — Nie sądzisz, że pasożytujemy na koloniach powierzchniowych? Twoje viriditas nie dotarłoby daleko bez ich techniki.

— To udowadnia jedynie wartość symbiozy — odparta spokojnie Hiroko. Patrzyła na Maję tak długo, aż Rosjanka nie wytrzymała, wstała i odeszła. Japonka była jedyną osobą w Zygocie, która potrafiła doprowadzić do tego, że Maja w pewnym momencie traciła pewność siebie.

Hiroko, pomyślał Nirgal, przyglądając się matce po tej wymianie zdań, jest bardzo dziwna. Zwracała się do niego i do wszystkich innych, jak do równych sobie i najwyraźniej dla niej wszyscy byli naprawdę równi. Ale też nikt nie cieszył się u niej specjalnymi względami. Chłopiec doskonale pamiętał, że kiedyś było inaczej. Oni dwoje byli jak połówki jednej całości. Teraz jednak Hiroko traktowała go tak samo obojętnie, jak pozostałych. Nie zmieniłaby swego zachowania, pomyślał, niezależnie od tego, co przydarzyłoby się jej synowi. Nadia, a nawet Maja, bardziej się o niego troszczyły i niepokoiły. A przecież to Hiroko była matką ich wszystkich!

Nirgal, jak większość stałych mieszkańców Zygoty, nadal chodził do jej małego bambusowego lokum, kiedy potrzebował czegoś, czego nie mógł otrzymać od innych… na przykład pocieszenia albo porady…

Jednak coraz częściej, gdy się tam znalazł, trafiał na okres, kiedy Hiroko i jej mała sekretna grupka akurat „trwali w milczeniu” i jeśli chciał z nimi pozostać przez jakiś czas, musiał także zachować milczenie. Niekiedy taka sytuacja trwała przez kilka dni z rzędu, aż chłopiec rezygnował i nie ponawiał odwiedzin. Innym razem zdarzało się, że przychodził podczas areofanii i wówczas włączał się w ekstatyczne wyśpiewywanie nazw Marsa. Czuł wtedy integralną więź z zespołem i to, że jest w samym sercu świata, obok Hiroko. Jej ramię trzymało go w mocnym uścisku.

Była to nadal swego rodzaju miłość, bo Nirgal, mimo wszystko, kochał matkę. Chociaż czuł, że nie jest już tak jak kiedyś, gdy spacerowali razem po plaży.

Pewnego ranka wszedł do szkoły i przyłapał Jackie i Harmakhisa w szatni. Aż podskoczyli, kiedy wszedł i do czasu, aż zdjął kurtkę i ruszył do klasy, wiedział już, że się całowali.

Po lekcjach wyszedł samotnie i obiegł jezioro w błękitno-białej poświacie letniego popołudnia, obserwując, jak generator fal pulsująco podnosi się i opada, tak szaleńczo jak uczucia nękające chłopca. Atakował go dziwny ból, przypominając poruszające się nad wodą fale. Nic nie mógł na to poradzić, mimo że nawet jemu własna reakcja wydała się śmieszna. Ostatnio dzieci często całowały się w łaźni, opryskując się przy tym wodą, a także szarpiąc, popychając i łaskocząc. Dziewczęta całowały jedna drugą, ale była to tylko tak zwana „nauka całowania”, która się nie liczyła; czasami trenowały również na chłopcach. Nirgala wiele już razy pocałowała Rachel, a także Emily, Tiu i Nanedi, a pewnego razu ostatnie dwie przytrzymały go i całowały po uszach, próbując zawstydzić erekcją w publicznej kąpieli. Kiedyś Jackie odciągnęła go od nich, a potem, gdy się siłowali, kopnęła w pośladki i ugryzła w ramię. A były to tylko najbardziej pamiętne ze stu śliskich, mokrych, ciepłych, nagich kontaktów, dzięki którym właśnie kąpiel stawała się takim ważnym punktem danego dnia.

Jednak poza łaźnią przedstawiciele obu płci zmieniali się w dwie, niemal wrogie siły i byli wobec siebie bardzo powściągliwi. Chłopcy i dziewczęta zbierali się w osobne grupki, które częściej bawiły się oddzielnie niż wspólnie. Pocałunki w szatni oznaczały więc dla Nirgala coś zupełnie nowego i poważnego. Zresztą także spojrzenia, jakie chłopiec dostrzegł na twarzach Jackie i Harmakhisa były tak nieodgadnione, że przyszło mu do głowy, iż tych dwoje wie coś, o czym on nie miał jeszcze pojęcia. Miał świadomość tej prawdy. Te dwie rzeczy właśnie najbardziej go zabolały: wykluczenie z „gry” i ta ich tajemnicza wiedza. Poza tym uświadomił sobie jeszcze jedną kwestię: był pewien, że już doszło między nimi do zbliżenia. W każdym razie ich spojrzenia mówiły, że są kochankami. A więc piękna, wiecznie roześmiana Jackie nie była już jego. Choć właściwie… przecież nigdy do niego nie należała.

W następne noce spał kiepsko. Pokój Jackie znajdował się w konarze obok jego lokum, natomiast pomieszczenie Harmakhisa było w przeciwległym końcu, jako drugie z kolei. Od chwili tajemnych pocałunków każdy nocny trzask lub skrzypnięcie wiszącego mostu słyszalne było dla Nirgala jak czyjeś kroki; czasami też łukowe okno pokoju dziewczynki połyskiwało migającym, pomarańczowym światłem lampy. Dlatego zamiast pozostawać w pokoju i torturować się niepewnością, chłopiec zaczął każdego wieczoru przesiadywać do późna w salonie. Czytał lub podsłuchiwał rozmowy dorosłych.

Również tam był, kiedy zaczęli rozmawiać o chorobie Simona. Był on ojcem Petera, małomównym mężczyzną, który zwykle przebywał daleko, na wyprawach z matką Petera, Ann. Teraz się okazało, że cierpiał na coś, co nazywano odporną białaczką. W pewnym momencie Wład i Ursula zorientowali się, że Nirgal przysłuchiwał się ich rozmowie, wobec czego próbowali go uspokoić i pocieszyć, ale chłopiec i tak wiedział, że nie mówią mu całej prawdy. Przypatrywali się mu i mówili z osobliwym zastanowieniem. Później, gdy wspiął się wreszcie do umieszczonego wysoko na drzewie pokoiku, dotarł do łóżka i włączył komputer, sprawdził od razu słowo „białaczka” i zapoznał się ze streszczeniem hasła. „Zasadniczo, choroba nieuleczalna, choć obecnie zwykle podlegająca leczeniu”, przeczytał. „Zasadniczo, choroba nieuleczalna”. Wstrząsające stwierdzenie, pomyślał. Tej nocy rzucał się niespokojnie na łóżku; aż do szarego, odśpiewanego przez ptaki świtu trapiły go sny. Dotąd w jego życiu umierały rośliny, umierały także zwierzęta, ale nigdy ludzie. A przecież również jesteśmy zwierzętami, powiedział sobie.

Następnej nocy znowu został do późna z dorosłymi. Czuł się wyczerpany i jakiś nieswój. Obok niego na podłodze siedzieli Wład i Ursula. Powiedzieli mu, że Simonowi mógłby pomóc przeszczep szpiku kostnego, a oni dwaj: Simon i Nirgal mieli tę samą, bardzo rzadką grupę krwi. Nie posiadali jej ani Ann, ani Peter, ani nikt spośród braci i sióstr czy też współmieszkańców Nirgala. Nikt inny. Chłopiec musiał ją otrzymać poprzez swego ojca, ale nawet jego ojciec jej nie miał, kimkolwiek był. Tak po prostu. Tylko on i Simon ze wszystkich lokatorów wszystkich znanych ukrytych kolonii. Nie było w tym nic dziwnego. Łącznie w kryjówkach mieszkało tylko mniej więcej pięć tysięcy osób, a grupę krwi Simona i Nirgala notowano u jednego człowieka na milion. Dlatego Wład i Ursula spytali chłopca, czy nie podarowałby Simonowi trochę swojego szpiku kostnego.

W salonie siedziała również Hiroko. Obserwowała go. Rzadko spędzała wieczory w wiosce. Nie musiał na nią patrzeć, aby wiedzieć, co sądzi na ten temat. Zostali stworzeni, by dawać, zawsze powtarzała dzieciom. A to byłby najwspanialszy i najpotężniejszy z darów. Akt czystej viriditas. — Dam, oczywiście, że dam — odparł, zadowolony, że ma okazję pomóc i pokazać się matce z najlepszej strony.

Szpital znajdował się tuż obok łaźni i szkoły. Był mniejszy niż szkoła i liczył tylko pięć łóżek. Na jednym z nich położono Simona, na drugim spoczął Nirgal.

Leżący obok starzec uśmiechnął się do chłopca. Nie wyglądał na chorego, a tylko na starego. W gruncie rzeczy wyglądał dokładnie tak, jak cała reszta „starożytnych”. Simon w ogóle bardzo rzadko się odzywał, a i teraz szepnął jedynie:

— Dzięki, Nirgal.

Chłopiec skinął głową, ale Simon ku jego zaskoczeniu mówił dalej:

— Doceniam to, co robisz dla mnie. Ekstrakcja jest bolesna. Przez tydzień, a może i dwa będziesz czuł promieniujący ból w układzie kostnym. Nie jest to coś, co każdy człowiek zrobiłby dla kogoś innego.

— Ależ nie, jeśli ktoś naprawdę tego potrzebuje — odparł Nirgal.

— Cóż, to jest dar, który, oczywiście, spróbuję spłacić…

Wład i Ursula znieczulili Nirgala zastrzykiem w ramię.

— Obu operacji nie musimy robić teraz, ale wskazane jest, byście pozostawali ze sobą w stałym kontakcie. Jeśli zostaniecie przyjaciółmi, to wspomoże leczenie.

Toteż zostali przyjaciółmi. Po szkole Nirgal szedł do szpitala, a Simon wychodził powoli drzwiami i razem schodzili ścieżką po wydmach na spacer po plaży. Tam obserwowali marszczące się na białej powierzchni fale, które podnosiły się i załamywały na lodowym paśmie. Simon był o wiele mniej rozmowny niż ktokolwiek, z kim Nirgal kiedykolwiek spędzał czas. Było to jak milczenie z grupą Hiroko, tyle że to się nigdy nie kończyło. Na początku ten stan rzeczy niepokoił chłopca, ale po jakimś czasie stwierdził, że dzięki temu ma czas naprawdę przypatrzeć się swemu otoczeniu: mewom krążącym pod kopułą, półkolistym krabom zagrzebanym w piasku, piaszczystym okręgom otaczającym każdą kępkę wydmowej trawy. Peter przyjechał teraz na dłużej do Zygoty i wiele razy towarzyszył im w spacerach, a od czasu do czasu nawet Ann przerywała swe ciągłe podróże, odwiedzała Zygotę i przyłączała się do rodziny. Peter i Nirgal biegali po okolicy, bawiąc się w berka albo w chowanego, podczas gdy Ann i Simon w milczeniu spacerowali po plaży.

Jednakże pomimo leczenia Simon ciągle był słaby, a z dnia na dzień stawał się jeszcze słabszy. Działania przyjaciół okazały się nieskuteczne, co dawało im poczucie moralnej klęski; Nirgal nigdy nie chorował i uważał samo pojęcie choroby za coś okropnego. Może się zdarzyć tylko starym, myślał teraz. Chociaż nawet ich powinna uratować kuracja gerontologiczna, którą przeszli wszyscy wiele lat temu, mówił sobie. Nikt tu przecież nigdy nie umierał. Umierały tylko rośliny i zwierzęta. Z drugiej jednak strony ludzie także są zwierzętami, myślał. No… ale my odkryliśmy przecież kurację… Nocami, usiłując rozwikłać te sprzeczności, Nirgal studiował w swoim komputerze opis białaczki, mimo że hasło było zawiłe i długie niczym powieść. Rak krwi. Białe krwinki rozmnażają się w szpiku kostnym i atakują cały organizm. Simonowi podawano leki, naświetlano go rozmaitymi promieniami, serwowano mu pseudowirusy, które miały zabić białe krwinki oraz próbowano zastąpić jego chory szpik nowym, pochodzącym od Nirgala. Trzykrotnie poddano go także kuracji powstrzymującej starzenie. O niej również chłopiec przeczytał. Należało obejrzeć genom, znaleźć chore chromosomy i je naprawić, tak aby nigdy już się nie powtórzył błąd podziału komórkowego. Samonaprawczym komórkom trudno jednak było przeniknąć przez kość i w przypadku Simona najwyraźniej za każdym razem pozostawały nietknięte małe szczelinki zaatakowanego przez nowotwór szpiku. „Dzieci mają większą szansę wyzdrowienia niż dorośli”, przeczytał Nirgal w komputerze. Był jednak pewny, że Simon poddawany gerontologicznym kuracjom i transfuzjom szpiku kostnego, wyzdrowieje. To jest tylko kwestia czasu, myślał, i wielkości „daru”. Kuracje leczą przecież w końcu wszystko.

— Potrzebujemy bioreaktora — powiedziała do Włada Ursula. Pracowali nad przemianą jednego z ektogenicznych zbiorników w inny — pragnęli nafaszerować Simona gąbczastym białkiem zwierzęcym, a szczepiąc go komórkami ze szpiku Nirgala, mieli nadzieję, że organizm starca wytworzy wiele limfocytów, histiocytów i granulocytów. Nie posiadali jednak pracującego właściwie układu krążenia, a może forma nie była odpowiednia. Nie byli tego pewni. Dość, że Nirgal pozostał ich żywym bioreaktorem.

Sax uczył teraz dzieci chemii gleby i nawet czasem zabierał je ze szkoły do laboratorium chemicznego, gdzie badali glebę, wprowadzali do piasku biomasę, a potem na taczkach wieźli mieszaninę do oranżerii albo na plażę. Była to zabawna praca, ale wszelkie wrażenia przepływały obok Nirgala, nie wywołując żadnych emocji. Na zewnątrz widywał Simona, który uparcie spacerował i Nirgal natychmiast zapominał, co ma robić na lekcji.

Mimo kuracji kroki Simona były powolne i sztywne. Jego dziwnie kabłąkowate nogi robiły wypady do przodu, ledwie się zginając. Pewnego razu Nirgal dogonił mężczyznę i stanął obok niego, na ostatniej wydmie przed plażą. W dół i w górę mokrego pasma biegały brodźce, ścigane przez białe arrasy spienionej wody. Simon wskazał na stado czarnych owiec, skubiących trawę między wydmami. Jego ramię podniosło się jak bambusowa poprzeczka. Zmrożony oddech owcy dotarł do trawy.

Starzec powiedział coś, czego Nirgal nie dosłyszał; jego wargi były teraz dziwnie zesztywniałe, co utrudniało mu właściwe wymawianie wielu słów. Może właśnie z tego powodu był teraz jeszcze większym milczkiem niż zwykle. Spróbował znowu, a potem jeszcze raz, ale niezależnie od tego, jak bardzo się starał, Nirgal nie mógł go zrozumieć. W końcu Simon zrezygnował, wzruszył ramionami i przez długą chwilę stali patrząc na siebie, niemi i bezradni.

Kiedy Nirgal przebywał z innymi dziećmi, one niby się z nim bawiły jak dawniej, ale jednocześnie trzymały go na dystans. Nic nie mówił, ale bardzo dotkliwie odczuwał tę izolację. Z kolei Sax nieustannie, chociaż łagodnie, strofował go za roztargnienie na lekcjach.

— Skoncentruj się na chwili obecnej — mówił, zmuszając Nirgala, by recytował pierścienie cyklu azotowego albo by zagłębiał ręce głęboko w wilgotną, czarną glebę, której właściwości akurat omawiali. Pouczał go, by ugniatał ziemię lekko, rozdrabniając długie sznureczki meszków okrzemkowych oraz wyodrębniając z rdzawych grudek piasku grzyby, porosty, glony i wszelkie niewidoczne dla oka mikrobakterie, wyhodowane w Zygocie. — Rozdziel glebę tak regularnie, jak tylko potrafisz. Zwróć uwagę, o co tu chodzi. Skup się na tym, co robisz, na niczym więcej. Umiejętność koncentracji na bieżącej chwili jest niezwykle ważna. Spójrz na kształty na ekranie mikroskopu. To jasne wygląda jak ziarno ryżowe w chemolitotrofie. Nazywa się Thiobacillus dentrificants. A tam jest grupka siarczków. No, jaki będzie rezultat, jeśli pierwszy zje drugiego?

— Bakterie utlenią siarkę.

— I?

— I zdenitryfikują ją.

— Co to znaczy?

— Azotany w azot. Z ziemi w powietrze.

— Bardzo dobrze. To bardzo użyteczna bakteria.

A więc Saxowi udało się zmusić Nirgala do większej koncentracji, jednak cena była wysoka. W środku dnia, kiedy lekcje się kończyły, chłopiec czuł się prawdziwie wyczerpany. Po południu trudno mu się było zająć czymkolwiek. Potem poproszono go, żeby oddał jeszcze trochę swego szpiku Simonowi, który czekał już w szpitalu — niemy i zażenowany. Oczy starca patrzyły na Nirgala przepraszająco, a chłopiec uzbroił się w uśmiech i zacisnął palce na sztywnym jak bambus przedramieniu starszego mężczyzny.

— Wszystko w porządku — odparł z pozorną beztroską i położył się na łóżku. Wydawało mu się, że skoro Simon nie zdrowieje, starzec musiał zrobić coś źle, może był zbyt słaby lub leniwy, albo z jakiegoś powodu po prostu chciał być chory. Chłopiec nie widział innego wytłumaczenia.

Po chwili Nirgalowi wbito igłę w ramię, które całe zdrętwiało. Na grzbiecie jego dłoni pojawiła się igła z płynem typu „IV” i w chwilę później dłoń również zdrętwiała. Nirgal leżał na plecach, niczym część szpitalnego wyposażenia, i starał się zachować w tej pozycji całkowity bezruch. Czuł, jak wielka igła naciera na kość jego ramienia, ale bez bólu, dając tylko wrażenie lekkiego ucisku. Potem nacisk złagodniał i Nirgal wiedział, że igła wniknęła do miękkiego wnętrza jego kości.

Operacja, niestety, nie pomogła. Simon był bardzo słaby i stale już pozostawał w szpitalu. Chłopiec odwiedzał go tam od czasu do czasu i grali wówczas w komputerową grę meteorologiczną. Przyciskali guzik, dzięki któremu toczyła się trójwymiarowa kostka, a czasem wykrzykiwali głośno, gdy wyrzucenie jedynki lub dwunastki nagle przenosiło ich na kolejny marsjański kwadrant, do zupełnie nowego klimatu. Śmiech Simona, nigdy nie głośniejszy od chichotu, teraz zmienił się w bezgłośny, lekki uśmieszek.

Nirgala bolało ramię i sypiał kiepsko, rzucając się nocami w pościeli; często budził się rozgorączkowany, spocony, z poczuciem narastającego lęku. Pewnej nocy, z głębi niespokojnego snu wyrwała go Hiroko i poprowadziła krętymi schodami w dół, a potem do szpitala. Nirgal chwiał się na słabych nogach, opierając o matkę, niezdolny całkowicie się rozbudzić. Hiroko była tak samo niewzruszona jak zawsze, ale otaczała go ramieniem i trzymała z zaskakującą siłą. Kiedy dotarli do celu, Nirgal dostrzegł Ann siedzącą w zewnętrznej sali szpitala. Coś dziwnego w pochyleniu jej ramion spowodowało, że Nirgal zastanowił się, dlaczego Hiroko przebywa nocą w wiosce. Tknięty przerażeniem starał się całkowicie obudzić.

Sypialnia szpitala była mocno oświetlona. Przedmioty miały w tym świetle ostre krawędzie i pulsowały, jak gdyby usiłował się z nich wyrwać blask. Simon leżał z głową na białej poduszce. Jego skóra była bardzo blada i woskowa. Wyglądał na tysiąc lat.

Nagle odwrócił głowę i dostrzegł Nirgala. Jego ciemne oczy uporczywie się w niego wpatrywały, jakby szukając potwierdzenia, że istnieje jakiś sposób, znany chłopcu, dzięki któremu starzec będzie mógł wejść w jego ciało. Nirgal zadrżał na całym ciele, lecz przez chwilę wytrzymywał mroczne, intensywne spojrzenie Simona. Pomyślał: „Okay, wejdź we mnie. Zrób to, jeśli chcesz. Proszę bardzo, zrób to”.

Ale na szczęście nie istniał sposób takiego przejścia. Obaj o tym wiedzieli, a uświadomiwszy sobie tę prawdę, obaj odczuli ulgę. Nieznaczny uśmieszek przeciął twarz Simona. Mężczyzna wyciągnął z wysiłkiem rękę i chwycił dłoń Nirgala. Teraz wpatrywał się w chłopca z zupełnie innym wyrazem twarzy. Może próbował znaleźć słowa, które pomogłyby Nirgalowi w dalszym życiu, może chciał mu przekazać to, czego sam się w życiu nauczył.

Jednakże to również było niemożliwe. Obaj zdali sobie z tego sprawę. Simon musiał pozwolić Nirgalowi przeżyć życie tak, jak było mu pisane. W żaden sposób nie mógłby mu pomóc.

— Bądź dobrym człowiekiem — wyszeptał tylko i Hiroko wyprowadziła syna z sali.

Kiedy Nirgal znalazł się z powrotem w swoim pokoju, położył się i natychmiast zapadł w głęboki sen. Tej nocy, nieco później, Simon umarł.

To był pierwszy pogrzeb w Zygocie, a dla wszystkich dzieci w ogóle pierwsze takie wydarzenie w życiu. Okazało się jednak, że dorośli świetnie wiedzieli, co robić. Wszyscy zebrali się w jednej z oranżerii, między warsztatami i usiedli w kręgu wokół długiego pudła, w którym znajdowało się ciało Simona. Wśród grupy krążyła butla z winem ryżowym i każda osoba napełniała filiżankę sąsiada. Wszyscy wypili palący płyn, po czym starzy obeszli pudło trzymając się za ręce, a następnie usiedli wokół Ann i Petera. Maja i Nadia przysiadły obok Ann, otaczając ją ramionami. Ann była oszołomiona, Peter zrozpaczony. Jürgen i Maja zaczęli opowiadać historie o legendarnej małomówności Simona.

— Pewnego razu — mówiła Maja — gdy jechaliśmy roverem, wybuchł zbiornik z tlenem i wyrwał dziurę w dachu kabiny. Wszyscy zaczęliśmy biegać w kółko z krzykiem, a Simon po prostu wyszedł na zewnątrz, podniósł odpowiedni kamień, wsadził go w dziurę i w ten sposób ją zatkał. Potem wszyscy gadaliśmy, jak szaleni jedno przez drugie i pracowaliśmy, chcąc sporządzić prawdziwą zatyczkę, aż nagle uświadomiliśmy sobie, że Simon ani razu się nie odezwał. Przerwaliśmy więc pracę i spojrzeliśmy na niego, a on zauważył jedynie: „Było blisko”.

Wszyscy się roześmiali, po czym odezwał się Wład:

— Kiedyś przyznawaliśmy sobie, dla zabawy, nagrody w Underhill. Simona uhonorowano za najlepszy film wideo. Przyszedł odebrać nagrodę i powiedział: „Dziękuję”, po czym zaczął wycofywać się na swoje miejsce, aż nagle się zatrzymał i wrócił z powrotem na podium, jak gdyby przyszło mu do głowy coś jeszcze, co koniecznie trzeba w tym momencie powiedzieć. Oczywiście, przyciągnęło to naszą uwagę, a on odchrząknął i mruknął: „Naprawdę bardzo dziękuję”.

Ann prawie się roześmiała, wstała, inni uczynili to samo i wyszli z oranżerii. Powietrze na zewnątrz było lodowate. Starzy nieśli skrzynię w dół plaży, a pozostali mieszkańcy osady podążali za nimi. Śnieżyło i była mgła. Starzy wyjęli ciało z trumny i zakopali je głęboko w piasku, tuż obok znacznika wysokości poziomu wody. Oderwali deskę z wierzchołka długiej skrzyni, wypalili na niej imię Simona lutownicą Nadii, a potem wbili deskę w pierwszą wydmę. Teraz Simon stał się częścią cyklu węglowego, pokarmem dla bakterii i krabów, a przez to dla brodźców i mew; w ten sposób miał się więc powoli zmieszać z biomasą wybudowanej pod kopułą wioski. Dlatego właśnie zakopano go w taki sposób. W sposób, który niósł jakieś pocieszenie. Być czymś, co wrośnie w świat innych, rozproszyć się w tym świecie. A jednak do końca pozostać sobą, jaźnią, która odejdzie na zawsze…

Zakopawszy Simona w piasku, uczestnicy pogrzebu krążyli przez jakiś czas pod mroczną kopułą. Próbowali zachowywać się tak, jak gdyby nic się nie stało, jak gdyby rzeczywistość wcale nie rozpadła się i nie pochłonęła jednego z grupy. Nirgal nie mógł w to uwierzyć. Wracali do osady, chuchając w ręce i rozmawiając stłumionymi głosami. Nirgal wlókł się obok Włada i Ursuli, pragnąc jakiegokolwiek ukojenia. Ursula również była smutna i Wład usiłował ją pocieszyć.

— Żył ponad sto lat, nie powinniśmy traktować jego śmierci jako przedwczesnej. Pomyśl, ilu ludzi umarło w wieku lat pięćdziesięciu, dwudziestu albo nawet w pierwszym roku swego życia.

— A jednak była przedwczesna — odparła uparcie Ursula. — Dzięki leczeniu, kto wie, może dożyłby tysiąca lat.

— Nie jestem tego taki pewien. Najwyraźniej kuracje nie są w stanie przeniknąć do każdej części naszych ciał. A z powodu całej tej dawki promieniowania, którą przyjęliśmy kiedyś, możemy mieć więcej problemów, niż sądziliśmy na początku.

— Może i tak. Ale gdybyśmy znajdowali się w tej chwili w Acheronie, w pełnej obsadzie, z bioreaktorem i całym naszym sprzętem, uratowalibyśmy go. Mogę się o to założyć. Nie wiadomo, ile lat moglibyśmy mu ofiarować. Dlatego uważam, że jego śmierć jest przedwczesna.

Odeszła, aby pobyć przez jakiś czas sama.

Tej nocy Nirgal w ogóle nie mógł zasnąć. Czuł się tak, jakby jego ciało zostało poddane kolejnym zabiegom; w myślach odtwarzał, ze szczegółami, cały przebieg transfuzji i wyobrażał sobie, że nastąpiła swego rodzaju wymiana płynów organicznych między nim i Simonem i że zaraził się chorobą starca. Mogło to także nastąpić nawet przez kontakt z nim. Albo choćby to ostatnie spojrzenie Simona! Na pewno złapałem chorobę, powtarzał sobie, chorobę, której rozwoju nikt nie potrafi powstrzymać. Umrę. Zesztywnieję, oniemieję, zastygnę i odejdę z tego świata. Taka była przecież śmierć. Serce Nirgala szaleńczo łomotało, pot zalewał mu oczy. Krzyczał przerażony wizją śmierci. To potworne. Śmierć była straszna, niezależnie od tego, kiedy przychodziła. I straszne było także to, że cykl życia musiał przebiegać w taki sposób, w jaki przebiegał — że życie wciąż krążyło i krążyło, nieustannie się odradzając, podczas gdy oni żyli tylko raz, a potem odchodzili na zawsze. Po co więc w ogóle żyć? Chłopcu wydawało się to upiornie absurdalne. Przez całą nie kończącą się noc wstrząsały nim dreszcze, osaczał porażający lęk przed śmiercią.

Od dnia pogrzebu Nirgal miał jeszcze większe problemy z koncentracją niż przedtem. Wszystko wokół odbierał jako dalekie i obce; czuł się tak, jakby niepostrzeżenie wślizgnął się w biały świat i zupełnie nie mógł dostrzec zielonego.

Hiroko zauważyła jego dziwne zachowanie i zaproponowała mu, żeby pojechał z Kojotem na jedną z wypraw poza Zygotę. Chłopca początkowo zaszokował ten pomysł, ponieważ nigdy nie oddalał się daleko od osady, ale Hiroko bardzo nalegała. Masz siedem lat, mówiła, czas stać się mężczyzną. Czas, abyś zobaczył kawałek powierzchniowego świata.

Kilka tygodni później zjawił się w Zygocie Kojot, a kiedy wyjeżdżał ponownie, towarzyszył mu Nirgal. Siedział w fotelu współ-pilota kamiennego pojazdu i przez nisko umieszczone okienko wybałuszał oczy na purpurowy łuk wieczornego nieba. Przez jakiś czas Kojot jeździł w kółko wokół bieguna, aby chłopiec mógł obserwować wielką, połyskującą różową ścianę czapy polarnej, której owal widniał na horyzoncie niczym ogromny, wschodzący księżyc.

— Trudno uwierzyć, że coś tak dużego może się kiedykolwiek stopić — zauważył Nirgal.

— Cóż, z pewnością trochę to potrwa.

Jechali na północ w spokojnym tempie. Kamienny rover był niemal nie do wykrycia, dzięki pokrywie z wydrążonej skalnej skorupy, której temperatura regulowała się automatycznie, toteż zawsze była równa temperaturze otoczenia. Pojazd miał również, na przedniej osi, urządzenie do zacierania śladów, które odczytywało rodzaj terenu, po czym przekazywało informacje tylnej osi, gdzie zgarniarko-wygładzarki likwidowały ślady kół, przywracając piasek i skałę do takiego kształtu, jaki miały przed ich przejazdem. Podróżnicy nie musieli się więc ani spieszyć, ani niczego obawiać.

Przez długi czas jechali w ciszy. Nirgal zauważył, że milczenie Kojota jest zupełnie inne niż małomówność Simona. Kojot nucił cicho, mamrotał coś do siebie lub śpiewnym szeptem zwracał się do swojego AI w języku, który brzmiał jak angielski, ale nie był całkowicie zrozumiały. Nirgal próbował się skupiać na ograniczonym widoku z okna; był skrępowany i onieśmielony. Region dokoła południowej czapy polarnej pocięty był serią szerokich, płaskich skalnych tarasów i podróżnicy zjeżdżali z jednej terasy na następną szlakami, które wcześniej zaprogramowano pojazdowi, ciągle w dół, terasa po terasie, aż Nirgalowi przyszło do głowy, że czapa polarna musi się znajdować na olbrzymim piedestale. Patrzył w ciemność, oszołomiony rozmiarem wszystkiego, co widział, ale równocześnie szczęśliwy, że nie czuje się tak bardzo przytłoczony wielkością otaczającego go krajobrazu, jak na swoim pierwszym spacerze. Wydarzenie to miało wprawdzie miejsce dawno temu, ale chłopiec nadal doskonale pamiętał szok i zaskoczenie, które wówczas przeżył.

Teraz, na szczęście, czuł się zupełnie inaczej.

— Nie jest tak duża, jak sądziłem — odezwał się. — Zapewne musi to sprawiać krzywizna planety. Mars jest przecież bardzo mały. — Tak twierdził jego komputer. — Horyzont nie znajduje się wcale dalej niż wynosi odległość z jednego końca Zygoty do drugiego!

— No, no, no — odparł Kojot, patrząc na niego bacznie. — Lepiej nie pozwól, aby Wielki Człowiek usłyszał, jak mówisz takie rzeczy. — Po chwili spytał: — A kto jest twoim ojcem, chłopcze?

— Nie wiem. Moją matką jest Hiroko.

Kojot prychnął.

— Hiroko podchodzi do tych spraw za bardzo matriarchalnie, jeśli chcesz znać moje zdanie.

— Powiedziałeś jej to?

— Wyobraź sobie, że Hiroko słucha mnie tylko wtedy, gdy mówię jej coś, co sama chce usłyszeć. — Zachichotał. — Podobnie jak my wszyscy, prawda?

Nirgal pokiwał głową; mimowolny uśmiech przełamał jego postanowienie, by pozostać równie niewzruszonym, jak matka.

— Chcesz się dowiedzieć, kim jest twój ojciec?

— Jasne, że tak. — Ale, w gruncie rzeczy, wcale nie był pewien, czy pragnie poznać tę tajemnicę. Pojęcie ojca znaczyło dla niego niewiele. Obawiał się także, że mógłby się nim okazać Simon. Peter był dla niego, w pewnym sensie, starszym bratem.

— W Vishniacu mają odpowiedni sprzęt do sprawdzania. Możemy spróbować, jeśli chcesz. — Kojot potrząsnął głową. — Hiroko to bardzo dziwna osóbka. Kiedy ją poznałem, nigdy nie zgadłbym, że do czegoś takiego dojdzie. Rzecz jasna, byliśmy wtedy bardzo młodzi… prawie tak młodzi jak ty teraz, chociaż zapewne trudno ci w to uwierzyć.

To była prawda.

— Kiedy ją poznałem, była właśnie świeżo upieczoną, młodziutką studentką ekoinżynierii, bystrą jak strumyczek i seksowną jak kotka. Żadna tam bogini-matka całego świata. Chociaż po jakimś czasie rzeczywiście zaczęła czytać książki, które z pewnością niewiele miały wspólnego z jej kierunkiem studiów. Czytała coraz więcej tekstów i coraz różniejszych. A do czasu, gdy przylecieliśmy na Marsa, była już naprawdę stuknięta. Tak, tak… właściwie to się zaczęło już na Ziemi… Dla mnie był to szczęśliwy zbieg okoliczności, dzięki czemu się tutaj znalazłem. Ale, co do Hiroko… Mój Boże, była przekonana, że już na początku ludzkiej historii popełniono kardynalny błąd. U zarania cywilizacji, jak mi to wyłuszczała z wielką powagą, istniały dwa państwa: Kreta i Sumeria. Kreta była krajem pokojowym i spokojnym. Ludność zajmowała się handlem, rządziły tam kobiety, a życie całego narodu wypełniały sztuka i piękno. Co za utopia! Miejscowi mężczyźni byli akrobatami: całymi dniami ujeżdżali byki, a nocami — swoje kobiety. Czynili swe kobiety ciężarnymi, darzyli szacunkiem i wszyscy byli szczęśliwi. Brzmi to dobrze, choć może nie dla byków… Sumerią natomiast władali mężczyźni. Odkryli wojnę i walczyli ze wszystkim, co się pojawiło w zasięgu ich wzroku. Jako pierwsi stworzyli wielkie niewolnicze imperium, których od tamtej pory w historii świata było tak wiele. Nikt nie wie, jak mawiała Hiroko, co by się zdarzyło, gdyby te dwie cywilizacje miały szansę podyskutować na temat zasad rządzących światem, ponieważ na Krecie wybuchł wulkan, spora część mieszkańców zginęła, a światek ten przeszedł w ręce Sumerii, która do dzisiejszego dnia nie wypuściła go ze swego uścisku. Twoja matka wiecznie mi powtarzała: „Gdyby tylko ten wulkan znajdował się w Sumerii, wszystko byłoby inaczej”. Może to i prawda, trudno bowiem sobie wyobrazić, by historia ludzkości mogła się potoczyć jeszcze gorzej niż miało to miejsce.

Nirgala bardzo zaskoczyła ta opowieść.

— Ale teraz — zaryzykował wypowiedzenie własnego zdania — zaczynamy na nowo.

— To prawda, chłopcze! Jesteśmy pierwszymi przedstawicielami nieznanej cywilizacji. I żyjemy w naszym własnym technominojskim matriarchacie. Ha! Podoba mi się brzmienie tego określenia, muszę przyznać. Przede wszystkim wydaje mi się, że siła, którą mają w sobie nasze kobiety, nigdy nie była tak bardzo interesująca… A siła to połowa jarzma. Pamiętasz te książki, które kazałem wam czytać na lekcjach? Pan i niewolnik niosą razem swe brzemię. Jedyna prawdziwa wolność to anarchia. Hm, no cóż, jakkolwiek postąpią kobiety, wydaje się to obracać przeciwko nim samym. Jeśli są tylko „samicami” mężczyzn, pracują, dopóki nie padną. A kiedy są naszymi królowymi i boginiami, wtedy pracują jeszcze ciężej, ponieważ muszą wykonać swą fizyczną powinność wobec mężczyzn i jeszcze, na dodatek, pracę umysłową! Ha! Nie ma na to ratunku. Więc, mój chłopcze, bądź losowi wdzięczny, że urodziłeś się mężczyzną, gdyż dzięki temu jesteś wolny jak ptak.

To jest dziwaczny sposób pojmowania spraw, pomyślał Nirgal. Ale rzeczywiście, był to jeden ze sposobów, aby sobie poradzić z trudną kwestią pięknej Jackie, z jej ogromną siłą, dzięki której tak bardzo zawładnęła jego umysłem. Toteż Nirgal zapadł się nisko w siedzenie i patrząc przez okno na białe gwiazdy, znaczące czarne tło, myślał: „Wolny jak ptak! Wolny jak ptak!”

Nadeszło Ls cztery, 22 drugiego marca, Mroku trzydziestego drugiego i południowe dni robiły się coraz krótsze. Co noc kojot ostro prowadził pojazd przez zawiłe i niewidoczne ścieżki, przez teren, który stawał się coraz bardziej nierówny i dziki, w miarę, jak oddalali się od czapy polarnej. W ciągu dnia zatrzymywali się na odpoczynek, a nocą jechali. Nirgal usilnie bronił się przed zaśnięciem, ale i tak przeważnie przesypiał większą część każdej jazdy, a także każdego dziennego postoju, aż zupełnie mu się pomieszały czas i przestrzeń.

Jednakże kiedy nie spał, prawie bez przerwy wyglądał przez okno, widząc coraz to inną powierzchnię Marsa. Ciągle nie mógł się napatrzeć i wszystko go dziwiło. Warstwowy teren obfitował w nieskończone bogactwo form; tarasowe stosy piasku tak mocno żłobił wiatr, aż przyciął każdą wydmę, jak skrzydło ptaka. A kiedy teren warstwowy się skończył i wyjechali na obnażone podłoże skalne, łupkowe wydmy zmieniły się w pojedyncze wysepki piasku, rozproszone na wyboistej równinie odkrywek i skalnych skupisk. Wszędzie, gdzie tylko spoglądał Nirgal, rozpościerała się czerwona skała; czerwone kamienie rozmaitej wielkości, od drobnego żwiru aż po ogromne eratyczne głazy, przypominające budynki, zalegały aż po horyzont. Piaszczyste wysepki wypełniały każdą pochyłość i każdą kotlinkę czerwonej skały; skupiały się również wokół podnóży dużych grup głazów narzutowych, na zawietrznych stronach niskich skarp i we wnętrzach kraterów.

A kratery znajdowały się tu wszędzie. Przed oczyma chłopca wyrastały najpierw dwa guzki — w miarę jazdy coraz bardziej się powiększające — umiejscowione na horyzoncie, które następnie dość szybko okazywały się dwoma najwyższymi punktami niskiego pagórka. Kojot i Nirgal minęli dziesiątki takich wzgórz, o płaskich szczytach; niektóre opadały stromo i ostro, inne były niskie i prawie zakopane w ziemi, stożki jeszcze innych — popękane z powodu późniejszych uderzeń mniejszych meteorytów. Można było niemal wejrzeć w wypełniający je nawiany piasek.

Pewnej nocy, tuż przed świtem, Kojot zatrzymał pojazd.

— Coś nie tak?

— Nie. Dotarliśmy do Widoczku Raya i chcę, abyś coś zobaczył. Słońce wzejdzie mniej więcej za godzinę.

Spędzili ją na fotelach pilotów.

— Ile masz lat, chłopcze?

— Siedem.

— Ile to ziemskich? Trzynaście? Czternaście?

— Tak mi się zdaje.

— Uff! Jesteś już teraz wyższy ode mnie.

— Hm. — Nirgal ugryzł się w język i nie powiedział, że wcale nie jest to wysoki wzrost. — A ile ty masz lat?

— Sto dziewięć. Cha cha cha! Najlepiej zamknij oczy, inaczej wyskoczą ci z głowy. Nie patrz tak na mnie. Byłem stary już tego dnia, kiedy się urodziłem, a w dniu, w którym umrę, i tak nadal będę młody.

Drzemali, kiedy barwa nieba na wschodnim horyzoncie zaczęła się zmieniać w nasycony purpurą błękit. Kojot nucił cicho jakąś melodyjkę. Brzmiało to tak, jak gdyby połknął tabletkę megaendorfiny, co zresztą często czynił podczas wieczorów w Zygocie. Patrząc na wschód, Nirgal stopniowo zdawał sobie sprawę z faktu, że próg nieboskłonu znajduje się bardzo daleko od niego i bardzo wysoko nad nim. Nigdy nie widział przed sobą tak odległego lądu i teraz miał wrażenie, że powierzchnia wokół niego lekko się wygina — widział ciemny, zakrzywiony mur, który leżał ponad czarną kamienną równiną, w znacznej odległości od ich rovera.

— Hej, Kojot! — wykrzyknął. — Co to jest?!

— Ha! — odparł Kojot. W tonie jego głosu czuć było satysfakcję.

Niebo rozjaśniło się; słońce nagle rozłupało górną krawędź dalekiej ściany, niwecząc na moment wizję Nirgala. Kiedy jednak podniosło się wyżej, cienie na ogromnym, półkolistym urwisku ustąpiły trójkątom światła, które ujawniło ostre, poszarpane zatoki, wcinające się w większą krzywiznę ściany tak dużej, że Nirgalowi aż dech zaparło z wrażenia. Zafascynowany widokiem przycisnął nos do okna i patrzył przez długą chwilę. Wielkość urwiska niemal go przeraziła. Jakież to ogromne, pomyślał.

— Kojot, co to jest?!

Pytany dał popis jednego ze swoich zatrważających wybuchów śmiechu. Na moment jego osobliwy chichot całkowicie wypełnił pojazd.

— No… sam widzisz, że ten świat nie jest wcale taki mały, co, chłopcze? A to? To jest dno Basenu Prometeusza, jednego z największych basenów pouderzeniowych na Marsie, prawie tak dużego jak Argyre. Meteoryt spadł tutaj bardzo blisko bieguna południowego, toteż mniej więcej połowa jego obrzeża została już od tamtej pory zagrzebana pod czapą polarną i terenem warstwowym. Druga połowa to ta łukowa skarpa, którą widzisz. — Zatoczył szeroko ręką. — Coś w rodzaju superdużej kaldery, ale ponieważ pozostała tylko jej połowa, można więc bez trudu w nią wjechać. A niewielkie wzniesienie, na którym się znajdujemy, to najlepsze znane mi miejsce, z jakiego można ją zobaczyć. — Wywołał na ekran mapę regionu i zaczął pokazywać Nirgalowi wszystko po kolei. — Jesteśmy na przedpolu tego małego krateru, o tutaj… to krater Vt… i patrzymy na północny zachód. Urwisko nazywa się Promethei Rupes, o tu. Ma około kilometra wysokości. Rzecz jasna, skalna ściana Echus ma trzy kilometry wysokości, a urwisko Olympus Mons — sześć. Słyszałeś może o tym, drogi młodzieńcze, który nazywasz Marsa małą planetą? Dzisiejszego ranka to maleństwo chyba ci trochę urosło, nie uważasz?

Słońce podniosło się jeszcze wyżej, oświetlając wielką krzywiznę skalnej ściany. Była głęboko pocięta wąwozami i mniejszymi kraterami.

— Ukryta kolonia o nazwie Prometeusz leży na boku tego dużego wcięcia, o tutaj — dodał Kojot i wskazał na lewy bok krzywizny. — Krater Wj.

Podczas całodniowego czekania Nirgal wpatrywał się w gigantyczne urwisko niemal bez przerwy i zauważył, że za każdym razem, gdy skracały się i zmieniały cienie, wyglądało coraz to inaczej. Pojawiały się nowe cechy, znikały stare. Aby dostrzec wszystkie szczegóły, pomyślał chłopiec, trzeba by patrzeć latami. Stwierdził także, że nadal trudno mu przezwyciężyć pierwsze wrażenie: skalna ściana wydawała mu się nienaturalnie, a nawet wręcz niewyobrażalnie gigantyczna. Kojot miał rację — to ten wąski horyzont omamił Nirgala, po prostu chłopiec nie wyobrażał sobie do tej pory, że ten świat może być aż tak duży.

Tej nocy wjechali do Krateru Wj, jednego z największych wcięć w gigantycznej ścianie. Następnie dotarli do wykrzywionego urwiska Promethei Rupes. Górowało nad nimi niczym pionowy stok całego wszechświata; w porównaniu z tą skalną masą czapa polarna była niczym. Fakt ten oznaczał, że ściana skalna Olympus Mons, o której wspomniał Kojot, musi być tak duża jak… Nirgal nie potrafił sobie wyobrazić jej rozmiaru.

Na dnie urwiska, w miejscu, gdzie spadł ogromny blok litej skały i prawie pionowo wbił się w piaskową równinę, znajdował się, schowany w niszy, luk śluzy powietrznej. Wewnątrz znajdowała się kryjówka, zwana Prometeuszem, rząd szerokich pomieszczeń, uszeregowanych jak pokoje bambusowego domu, z wypukłymi, zaciemnionymi oknami, które dawały widok na Krater Wj i leżący za nim większy basen. Mieszkańcy ukrytej osady mówili po francusku i tego samego języka używał w rozmowach z nimi Kojot. Nie byli tak „starożytni” jak Kojot czy inni issei, byli jednak dość starzy i zaledwie wzrostu Ziemian, co oznaczało, że większość z nich musiała podnosić głowy, by spojrzeć na wysokiego Nirgala. Powitali go bardzo uprzejmie, w płynnym angielskim z francuskim akcentem:

— Więc to ty jesteś ten Nirrgal! Enchante! Słyszeliśmy o tobie i jesteśmy naprawdę bardzo szczęśliwi, że możemy cię poznać!

Grupka mieszkańców Prometeusza oprowadziła chłopca po osadzie, podczas gdy Kojot zajmował się swoimi sprawami. Tutejsza kryjówka nie przypominała Zygoty, prawdę mówiąc, nie było tu niczego, z wyjątkiem pomieszczeń mieszkalnych. Rząd bardzo dużych pokoi uszeregowano przy ścianie, a na ich tyłach znajdowały się mniejsze sale. Trzy z nich, te z oknami, pełniły funkcję oranżerii, a we wszystkich, w całej osadzie, utrzymywano wysoką temperaturę. Były wypełnione roślinami, draperiami ściennymi, rzeźbami i fontannami. Nirgalowi wydały się przesadnie ścieśnione, o wiele za gorące, a jednocześnie niezwykle fascynujące.

W Prometeuszu zatrzymali się jednak tylko na jeden dzień, a potem ruszyli pojazdem Kojota do dużej windy, którą posuwali się mniej więcej przez godzinę. Kiedy Kojot wyjechał przez przeciwległe drzwi, znaleźli się na szczycie nieregularnego płaskowyżu, który leżał za Promethei Rupes. Po raz kolejny Nirgala zaszokowało to, co zobaczył. Gdy bowiem znajdowali się na dole, przy Widoczku Raya, wielkie urwisko znaczyło granicę ich pola widzenia i chłopiec był w stanie objąć wzrokiem i umysłem tylko to, co rozpościerało się przed nim. Natomiast teraz, na szczycie tej skalnej ściany, spojrzawszy za siebie w dół, dostrzegł odległości tak ogromne, że nie potrafił ogarnąć tego, co naprawdę widzi. I, w zasadzie, rzeczywiście nie widział nic, poza rozmazanymi, przyprawiającymi o zawrót głowy kleksami barwnych plam: bieli, purpury, ciemnego i jasnego brązu i, trudnej do określenia, jasności. Widok ten przyprawił go prawie o mdłości.

— Nadciąga burza — odezwał się Kojot i nagle Nirgal uświadomił sobie, że odległe plamy w górze, to sznur wysokich, ciężkich chmur, żeglujących po fioletowym niebie.

Słońce znajdowało się już na zachodzie. Nad głowami podróżników bielały chmury; tworząc nie kończącą się, strzępiastą, ciemnoszarą od spodu, bryłę. Ich dolne części wisiały tak nisko, że były bliższe głowom stojących ludzi niż dno basenu; sunęły w poziomych warstwach bardzo regularnie, jak gdyby przetaczały się po jakiejś przezroczystej podłodze. Świat pod obłokami nie był aż tak równy, a ponadto był pocętkowany brązami i czekoladowymi plamami… No tak, to cienie chmur, pomyślał chłopiec, i dlatego też się poruszają. A ten biały półksiężyc w środku całości to czapa polarna! Można było stąd zobaczyć niemal całą drogę do domu! Rozpoznanie lodowej masy dało chłopcu ostateczną perspektywę, dzięki której umiał już odgadnąć znaczenie tego, co widział — kolorowe kleksy ukształtowały się przed jego oczyma w wyboisty, nierówny, pokryty pierścieniami krajobraz, nakrapiany plamami poruszających się cieni chmur.

Ten przyprawiający o zawrót głowy akt poznania pochłonął Nirgala jedynie na kilka sekund. Gdy odwrócił wzrok, zauważył, iż Kojot obserwuje go ze szczerym uśmiechem zadowolenia na twarzy.

— Hm, jak daleko naprawdę potrafimy widzieć, Kojot? Na ile kilometrów?

Kojot zachichotał.

— Spytaj Wielkiego Człowieka, chłopcze. Albo sam oblicz! Trzysta kilometrów? Coś w tym rodzaju. Jeden skok czy sus dla kogoś dużego. Tysiąc imperiów dla maluczkich.

— Chciałbym to przebiec.

— Jestem pewien, że tak. Och, spójrz, spójrz tam! Z chmur nad lodową czapą coś leci! Piorun, widzisz? Te małe iskierki świecą.

Rzeczywiście tak było: jaskrawe promyczki światła, jeden lub dwa, pojawiały się i znikały bezgłośnie, co kilka sekund, łącząc czarne chmury z białym terenem. Wreszcie widzę błyskawicę, pomyślał Nirgal. Na własne oczy! Biały świat z iskrzeniem wchodzący w zielony, i wstrząsający nim.

— Nie ma to, jak wielka burza — mówił Kojot. — Nic jej nie dorównuje. Och, być na zewnątrz, poddać się wiatrowi! To wspaniałe! I… to my wywołaliśmy tę burzę, chłopcze. Chociaż, jak sądzę, moglibyśmy spowodować jeszcze większą.

Jednak tej większej Nirgal nie był już w stanie sobie wyobrazić; to, co leżało pod nim było kosmicznie olbrzymie — elektryzujące, mieniące się kolorami, pełne hulających wiatrów po przestroniach. W gruncie rzeczy, gdy Kojot zawrócił pojazd i odjechali, chłopiec odczuł ulgę. Zamglony krajobraz zniknął, a krawędź urwiska stała się nowym horyzontem obok nich.

— Czym właściwie jest piorun?

— Cóż, błyskawica… niech to cholera! Muszę ci się przyznać, że jest to jeden z tych fenomenów świata, których wyjaśnienia nigdy nie mogę sobie przypomnieć. Mnóstwo razy mi powtarzano tę historię, ale zawsze ją zapominam. Wyładowania elektryczne, oczywiście, coś z elektronami lub jonami, dodatnimi i ujemnymi… ładunki gromadzą się w kowadłach burzy… wyładowują się do podłoża czy coś takiego… A może równocześnie i w górę, i w dół… O ile sobie dobrze przypominam. Kto to wie. Hej Ka! Popatrz no! Niezła błyskawica, co?

Biały świat i zielony, ścierające się ze sobą, warkoczące, trzaskające, nacierające na siebie… Oczywiście.

Na północ od Promethei Rupes, na płaskowyżu, znajdowało się sporo sekretnych kolonii. Niektóre ukryto w ścianach skarp i stożkach kraterów, podobnie jak zaprojektowany przez Nadię tunel poza Zygotą, inne po prostu tkwiły w kraterach, pod przezroczystymi kopułami namiotów i łatwo mógł je dostrzec każdy powietrzny patrol policji. Kiedy Kojot wjechał na obrzeże jednego z tych ostatnich i Nirgal spojrzał w dół, na leżącą pod gwiazdami osadę, był bardzo zaskoczony tym, co zobaczył, prawie tak, jak podczas wcześniejszych obserwacji marsjańskiego krajobrazu. Budynki, takie jak szkoła, łaźnia, kuchnia, a także drzewa czy oranżerie były podobne, ale dlaczego mieszkańcy osady postawili je na otwartej przestrzeni, tego nie rozumiał.

Osady były gęsto zaludnione, pełne obcych ludzi. Nirgal słyszał o tym, że w południowych kryjówkach żyje wielu — pięć tysięcy, jak twierdzili niektórzy — buntowników pokonanych w 2061 roku, ale co innego słyszeć, a co innego spotkać wielu z nich i przekonać się osobiście, że zasłyszane opowieści okazały się prawdziwe.

Przebywanie w odkrytej kolonii wprawiało chłopca w stan nerwowego podniecenia.

— Jak mogą tak postępować? — spytał Kojota. — I dlaczego nikt ich nie aresztuje i nie zabierze stąd?

— Tu mnie masz, chłopcze. Z pewnością można by ich aresztować, gdyby ktoś zechciał. Ale, jak na razie, nikogo nie aresztowano, a więc tutejsi mieszkańcy uważają, że szkoda fatygi, że nie warto się ukrywać… Sam wiesz, jakim straszliwym wysiłkiem jest życie w ukryciu — przez cały czas konieczne jest maskowanie ciepła i wzmacnianie elektroniki. Bez przerwy trzeba się mieć na baczności. To meczące i nieprzyjemne. I niektórzy nie chcą tak żyć. Tak jak ci tutaj. Nazywają siebie „półświatem”. W razie niebezpieczeństwa — dostrzeżenia ich lub najazdu — większość z nich zamierza uciec tunelami, takimi jak nasze, a niektórzy ukrywają w domach broń. Uważają też, że skoro stale mieszkają na powierzchni, ich wrogom nawet nie przyjdzie do głowy sprawdzać jawne kolonie. A na przykład ludzie z Christianopolis zawiadomili Organizację Narodów Zjednoczonych wprost, że przyjeżdżają tutaj, aby wyjść z sieci. Ale… zgadzam się z Hiroko co do jednej kwestii. Niektórzy z nas, rzeczywiście, muszą być nieco ostrożniejsi od innych. ONZ pragnie dostać w swoje łapy pierwszą setkę. Takie jest moje zdanie. Jej przedstawicieli i członków ich rodzin, a więc, niestety, także was, dzieci. Jakkolwiek jest, obecnie ruch oporu obejmuje i podziemie, i ten tak zwany półświat. A musisz wiedzieć, że otwarte miasta stanowią dużą pomoc dla ukrytych kolonii, więc ja się cieszę, że niektórzy zdecydowali się żyć w taki sposób. W wielu kwestiach jesteśmy od nich zależni.

Kojota bardzo entuzjastycznie powitano w tym mieście, podobnie jak wszędzie, niezależnie od tego, czy kolonia była ukryta, czy jawna. Zaparkował pojazd w narożniku dużego garażu, na kraterowym stożku i zaczął prowadzić nie kończącą się, bardzo ożywioną, wymianę wszelakich towarów: od zapasów nasion, poprzez oprogramowanie komputerowe, żarówki i części zapasowe, aż po małe maszyny. Te ostatnie wydał po długich naradach z mieszkańcami, zawzięcie się targując, czego Nirgal zupełnie nie rozumiał. Potem, po krótkim zwiedzeniu osady na dnie krateru pod wspaniałą, purpurową kopułą — zdumiewająco podobnej do Zygoty — znowu odjechali.

Podczas jazdy między kolejnymi kryjówkami Kojot niezbyt przekonywająco wyjaśniał przyczyny targowania się.

— Ratuję tych ludzi przed ich własnym, absurdalnym, wyobrażeniem gospodarki, oto co robię! Ekonomia daru to niezła teoria, jeśli chodzi o założenia, niestety, nie przystaje do naszych realiów. Na liście towarów istnieją „pozycje krytyczne”, które muszą posiadać wszyscy, więc ludzie muszą je sobie dawać. To sprzeczność, nie sądzisz? Więc próbuję wypracować system racjonalny. W obecnej chwili pracują zresztą nad tym Wład i Marina. Ja tylko usiłuję wprowadzać ich teorie w życie, co oznacza, że na mnie skupia się cały żal i rozgoryczenie.

— A ten system…

— No cóż, mamy w nim do czynienia ze swego rodzaju dwutorowością. Wciąż możemy rozdawać wszystko, co tylko chcemy, ale artykuły pierwszej potrzeby uważa się za wartości, które trzeba odpowiednio rozdzielać. I, dobry Boże, nie uwierzyłbyś, w jakich sporach czasami biorę udział. Ludzie potrafią być takimi głupcami… Usiłuję sprawić, aby to wszystko przyczyniało się do ekologicznej stabilizacji, tak jak każdy z systemów Hiroko, żeby w każdej kryjówce wszyscy żyli tak, jak trzeba i zajmowali się wyspecjalizowaną produkcją. A co dostaję w zamian? Złorzeczenia i obelgi, oto co dostaję! Straszliwie mi złorzeczą! Gdy próbuję odzwyczaić ich od prezentów, nazywają mnie królem złodziei, a kiedy proszę, by przerwali nieustanne gromadzenie zapasów, krzyczą, że jestem faszystą. Co za głupcy! Ciekaw jestem, jak zamierzają żyć, skoro żadna kolonia nie może być samowystarczalna, a połowa z tych ludzi to paranoicy? — Kojot westchnął teatralnie. — Cóż, tak czy owak, robimy postępy. Christianopolis produkuje żarówki, Mauss Hyde hoduje nowe gatunki roślin, jak sam widziałeś, w Bogdanów Vishniac wykonuje się skomplikowane urządzenia, takie jak pręty do reaktorów, „niewykrywalne” pojazdy czy większość spośród naszych dużych robotów, twoja Zygota zajmuje się opracowaniami naukowymi, i tak dalej. A ja rozwożę to wszystko po całej planecie.

— Jesteś jedynym, który się tym zajmuje?

— Poniekąd tak. W pewnym sensie są samowystarczalni, pominąwszy sprawę „pozycji krytycznych”. Wszyscy otrzymują programy komputerowe i nasiona, to są artykuły podstawowe… Poza tym, co jest ważne, tylko nieliczni znają miejsca, w których znajdują się wszystkie ukryte kolonie.

Tej nocy, podczas jazdy, Nirgal zastanawiał się nad słowami Kojota. Starszy mężczyzna mówił właśnie o wzorcach nadtlenku wodoru i azotu oraz o nowym systemie Włada i Mariny, ale choć Nirgal ze wszystkich sił starał się zrozumieć słowa Kojota, momentami przekraczało to jego możliwości: albo dlatego, że pojęcia były za trudne, albo z tego powodu, że Kojot, chcąc coś wyjaśnić, często odbiegał od tematu, czynił rozmaite dygresje albo rozwodził się nad trudnościami, które przyszło mu pokonywać. Chłopiec postanowił, że po powrocie do domu wypyta o wszystko Saxa lub Nadię i przestał słuchać swego towarzysza, uciekając w świat swoich myśli.

Kraina, przez którą właśnie przejeżdżali, była gęsto usiana pierścieniami kraterów; nowsze częściowo pokrywały, a nawet całkowicie grzebały starsze.

— Coś takiego nazywamy kraterowaniem nasyconym. To bardzo stary teren.

Nirgal zauważył, że wiele kraterów w ogóle nie miało stożków, tkwiły po prostu w powierzchni i wyglądały, jak płytkie, koliste wgłębienia o płaskich dnach.

— Co się przydarzyło tym stożkom?

— Zwietrzały.

— Z jakiego powodu?

— Ann twierdzi, że sprawiło to działanie lodu i wiatru. Mówiła mi też, że, w pewnym momencie, na południowych wyżynach zniknął aż kilometr powierzchniowego płaszcza.

— Mogło zniszczeć wszystko!

— Ale potem wróciło tego jeszcze więcej. To bardzo stary grunt.

Między kraterami ziemię pokrywały pojedyncze kamienie, toteż droga była wyboista. Wszędzie znajdowały się tu pochyłości i wzniesienia, kotliny i kopce, bruzdy i rowy tektoniczne, wypiętrzenia, wzgórza i doliny. Teren był płaski jedynie na stożkach kraterów i sporadycznie spotykanych, niskich, podłużnych szczytach. Kojot, kiedy tylko mógł, wykorzystywał owe płaszczyzny, jako drogi. Jednakże szlak, którym podążali po bryłowatej powierzchni, miał tyle zakrętów, że Nirgal nie mógł uwierzyć, iż możliwe jest zapamiętanie takiej trasy. Powiedział o tym Kojotowi, który roześmiał się, ubawiony:

— Co masz na myśli, mówiąc „zapamiętanie”? Przecież już się zgubiliśmy!

Na szczęście, nie była to cała prawda. Niebawem na horyzoncie pojawił się pióropusz moholu i Kojot raźno ruszył w jego kierunku.

— Wiedziałem od samego początku — wymamrotał. — To mohol Vishniaca. Pionowy szyb, szeroki na kilometr, wydrążony prosto w dół, w skalne podłoże. W pasie na siedemdziesiątym piątym stopniu szerokości areograficznej wykopano cztery takie mohole, ale dwa z nich zostały opuszczone, usunięto z nich nawet roboty… Vishniac to właśnie jeden z tych dwóch. Obecnie przejęła go grupka bogdanowistów, którzy zamieszkali na jego dnie. — Kojot znowu się roześmiał. — To wspaniały pomysł, ponieważ można się wbić w boczną ścianę wzdłuż drogi, prowadzącej na dno, a tam na dole można do woli wytwarzać ciepło i nikt tego nie zauważy, a jeśli nawet zauważy, uznaje tylko za uboczny produkt odgazowania moholu. Mieszkańcy mogą się tam zajmować wszystkim, czym chcą… na przykład przetwarzaniem uranu do prętów paliwowych reaktorów. Teraz jest to przemysłowe miasteczko. A także jedno z moich ulubionych miejsc, ponieważ odbywają się tu naprawdę wspaniałe przyjęcia.

Kojot wjechał do jednego z licznych małych rowów, które przecinały powierzchnię, po czym zahamował i dotknął ekranu. Duża skała rowu odsunęła się na bok, odsłaniając czarny tunel. Kiedy tylko wjechali, natychmiast zamknęły się za nimi kamienne wrota. Nirgal, oszołomiony wrażeniami, sądził, że podczas tej wyprawy nic go już nie może zaskoczyć — Teraz jednak, z szeroko otwartymi ze zdumienia oczyma, obserwował, jak rover Kojota zjeżdża, tunelem, którego surowe, skalne ściany niemal dotykały obudowy kamiennego pojazdu. Zjazd wydawał się trwać bez końca.

— Wykopali tu wiele tuneli dojazdowych, aby nie było widać najmniejszego poruszenia przy samym moholu. Mamy do przejechania około dwudziestu kilometrów.

W końcu Kojot wyłączył reflektory. Ich pojazd wytoczył się w ciemną jak bakłażan ciemność nocy. Znajdowali się na stromej drodze, najwyraźniej spiralnie schodzącej w dół ściany moholu. Światła z tablicy przyrządów pomiarowych pojazdu połyskiwały niczym maleńkie latarenki i Nirgal, wypatrując poprzez odbity w oknie obraz swej twarzy, widział drogę i ocenił, że jest teraz cztery, a może pięć razy szersza, niż rover. Niemożliwością było określenie rozmiarów samego moholu, ale widząc krzywiznę drogi, chłopiec zorientował się, że musi być ogromny.

— Jesteś pewien, że nie skręcamy ze zbyt dużą prędkością? — spytał niespokojnie swego towarzysza.

— Ufam automatycznemu pilotowi — odrzekł, lekko poirytowany pytaniem, Kojot. — A w ogóle… dyskusja na ten temat przynosi pecha.

Pojazd toczył się drogą w dół ponad godzinę, zanim na tablicy przyrządów pomiarowych rozległo się ciche piknięcie i rover skręcił w lewo, w kierunku krętej, skalnej ściany. Przy zewnętrznym luku śluzy powietrznej pojazdu znajdował się teraz tunel garażowy.

Wewnątrz garażu grupka mniej więcej dwudziestu osób najpierw powitała podróżników, a następnie poprowadziła ich obok rzędu wysokich pomieszczeń do komory, przypominającej jaskinię. Pokoje, które bogdanowiści wydrążyli w boku moholu, były duże, o wiele większe niż te w Prometeuszu. Tylne pomieszczenia miały zwykle dziesięć metrów wysokości i niektóre były nawet na dwieście metrów głębokie. Główna jaskinia wielkością mogła się równać całej Zygocie; jej duże okna wychodziły na wydrążony dół. Patrząc na boki przez okna, Nirgal pomyślał sobie, że szyby widziane z zewnątrz wyglądały zapewne jak kamienna płaszczyzna; filtracja warstw musiała być naprawdę pomysłowa, ponieważ kiedy nadchodził poranek, do środka wsączało się bardzo jasne światło słoneczne. Widok z okien ograniczał się do dalszej ściany moholu i wypukłego nieboskłonu nad głowami ludzi — pokojom udało się nadać cudowne wrażenie przestronności i jasności. Nirgal miał uczucie, że znajduje się pod niebem na wolnym powietrzu. Zygota z pewnością nie dorównywała temu miejscu.

Tego pierwszego dnia Nirgalem zajmował się ciemnoskóry mężczyzna imieniem Hilali, który prowadził go przez kolejne pomieszczenia i przerywając ludziom pracę, przedstawiał chłopca kolejnym osobom. Wszyscy odnosili się do niego bardzo serdecznie.

— Musisz być jednym z dzieci Hiroko, co? Ach, to ty jesteś Nirgal!? Bardzo mi miło! Hej, John, Kojot jest tutaj, dziś wieczorem urządzimy przyjęcie!

Pokazywali mu, co robią, a potem prowadzili go na tyły, do mniejszych pokoi, usytuowanych za tymi wychodzącymi na mohol, gdzie — oświetlone jaskrawym światłem — znajdowały się farmy, a także fabryczki, które wydawały się bez końca rozciągać w dal. Powietrze tu było tak ciepłe jak w łaźni, toteż Nirgal ciągle się pocił.

— Gdzie składujecie całą tę wydobytą skałę? — spytał w pewnej chwili Hilaliego, ponieważ przypomniał sobie, jak Hiroko opowiadała mu o wycinaniu kopuły pod czapą polarną, wspominając, że wykopany suchy lód zwykle szybko się odpowietrza.

— Układamy ją w rzędach na drodze, obok dna moholu — odparł Hilali, zadowolony z pytania. Sprawiał zresztą wrażenie, że nie drażnią go nagabywania chłopca; podobnie, jak pozostałych. Mieszkańcy Vishniaca w ogóle wydawali się szczęśliwi; hałaśliwy tłumek, który zawsze organizował przyjęcie, aby świętować przyjazd Kojota. Nirgal wywnioskował, że był to tylko, jeden z wielu, pretekst do zabawy.

Hilali odebrał na nadgarstku informację od Kojota, po czym zaprowadził Nirgala do laboratorium, gdzie pobrano mu z palca kawałek skóry. Potem powoli wrócili do dużej jaskini i dołączyli do tłumu zebranego przy kuchennych oknach.

Podano jedzenie — obfity, pikantny posiłek, przyrządzony z fasolki i ziemniaków — a następnie rozpoczęło się w pomieszczeniu Jaskiniowym” właściwe przyjęcie. Duży, niezbyt zgrany zespół perkusyjny, o stale wymieniającym się składzie, grał w rytmie staccato, a ludzie godzinami tańczyli, przystając zaledwie od czasu do czasu, aby się napić okropnego w smaku napitku zwanego kavajava lub przyłączyć się do różnych gier, jakie organizowano z boku sali.

Spróbowawszy kavajavy i połknąwszy tabletkę megaendorfiny, którą otrzymał od Kojota, Nirgal zaczął dreptać w miejscu w rytm basowej perkusji, a potem usiadł na szczycie małego, trawiastego kopca w środku pomieszczenia. Był pijany, nie mógł utrzymać się na nogach. Kojot natomiast pił ostro, ale czuł się znakomicie, bowiem tańczył bez opamiętania, podskakując wysoko, z nieustającym śmiechem.

— Nigdy nie zaznasz radości z powodu swego własnego ciążenia, chłopcze! — krzyknął do Nirgala. — Nigdy ci się to nie uda!

Podchodzili do niego różni ludzie, przedstawiali się, a czasem prosili g» by zaprezentował swój słynny rozgrzewający dotyk; kilka dziewcząt, rówieśniczek Nirgala, kładło jego ręce na swoje policzki, które najpierw oziębiały, a kiedy poczuły ciepło, śmiały się im okrągłe ze zdziwienia oczy i zachęcały go, aby ogrzał im również inne części ciała. Chłopiec jednak wolał z nimi tańczyć. Czuł się swobodnie, chociaż mąciło się mu w głowie, zwłaszcza że kręcił się jak fryga, chcąc wyładować zgromadzoną w sobie energię. Kiedy zasapany wrócił na pagórek, podszedł nieco chwiejnym krokiem Kojot i ciężko usiadł obok niego.

— Jakże wspaniale się tańczy w tej grawitacji. Nie mogę przestać!

Przez długą chwilę przyglądał się Nirgalowi, siwe dredloki niesfornie okalały mu głowę. Chłopcu twarz starszego mężczyzny wydała się, po raz kolejny, dziwacznie rozłupana, jak gdyby została złamana tuż przy szczęce, przez co jedna strona wyglądała na szerszą niż druga. W każdym razie coś w tej twarzy wzbudziło jego niepokój, graniczący z lękiem, aż poczuł ściskanie w gardle.

Kojot chwycił go pod pachy i potrząsnął nim mocno.

— Zdaje się, że to ja jestem twoim ojcem, chłopcze! — krzyknął.

— Żartujesz! — Od góry do dołu przebiegł Nirgala gwałtowny, elektryczny dreszcz, a na twarzy zadrgały mu wszystkie mięśnie. Ojciec i syn przez długi czas wpatrywali się w siebie. Chłopca chyba najbardziej zdumiał fakt, że biały świat może wstrząsnąć zielonym tak bardzo, wedrzeć się w niego ostro i gwałtownie, niczym błyskawica przenikająca ciało. Poklepali się po ramionach.

— Nie żartuję! — odparł Kojot.

Znowu popatrzyli na siebie.

— Trudno się dziwić, że jesteś taki bystry — mruknął Kojot i roześmiał się wesoło. — Cha, cha, cha! Hej Ka! Mam nadzieję, że ta wiadomość cię nie zaszokowała.

— Jasne, że nie — odrzekł Nirgal. Wyszczerzył zęby, niby w uśmiechu, ale mimo wszystko czuł się nieswojo. Nie znał zbyt dobrze Kojota, a pojęcie ojca było dlań jeszcze bardziej mgliste niż pojęcie matki, więc naprawdę wcale nie był pewien, co czuje. Dziedzictwo genetyczne, jasne, ale co to naprawdę oznacza? Każdy człowiek otrzymuje skądś swoje geny, chociaż — jak się mówiło — geny ich, dzieci ektogenicznych, tak czy owak, były sztucznie przekształcane.

Kojot jednakże, chociaż przeklinał Hiroko na sto różnych sposobów, wydawał się zadowolony.

— Ta megiera, ten babski tyran! I ten jej cały matriarchat, niech go trafi szlag… To wariatka! Ale zadziwiają mnie jej poczynania i, choć niechętnie, muszę przyznać, że to ma sens. Tak to jest… Hiroko i ja byliśmy kiedyś parą… dawno temu, u zarania czasu… kiedy byliśmy młodzi… w Anglii. Z tego powodu jestem na Marsie. Pasażer na gapę, pół życia przeżyłem w jej szafie, pół całego mojego pieprzonego, długiego życia. — Zaśmiał się i znowu poklepał Nirgala po ramieniu. — No cóż, chłopcze, kiedyś zrozumiesz, będziesz wiedział, co o tym myśleć.

Wrócił z powrotem do roztańczonego kręgu, zostawiwszy Nirgala samemu sobie. Obserwując wirującego w tańcu Kojota, chłopiec był w stanie jedynie niedowierzająco potrząsać głową; zupełnie nie wiedział, co o tym sądzić, był tak oszołomiony, że w ogóle nie mógł zebrać myśli. Lepiej potańczę albo poszukam łaźni, zdecydował.

W Vishniacu nie było jednak publicznych łaźni. Nirgalowi pozostało więc tylko bieganie w kółko po parkiecie (był to jego własny, „biegający” rodzaj tańca); następnie wrócił na swoje stare miejsce, a wówczas wokół niego i Kojota zgromadziła się grupka miejscowych.

— Czy czujesz się, jak gdybyś był ojcem dalajlamy? Nie podoba ci się?

— Nie kpij sobie, człowieku! Hm, jak wam mówiłem, Ann twierdzi, że wstrzymano drążenie moholi siedemdziesiątego piątego stopnia, ponieważ litosfera, tu na południu, jest cieńsza. — Kojot pokiwał głową złowieszczo. — Chcę pojechać do jednego z zamkniętych moholi, uruchomić ponownie jego roboty i zobaczyć, czy został wykopany na tyle głęboko, aby ożywić wulkan.

Wszyscy się roześmiali, tylko jedna kobieta potrząsnęła głową.

— Zrób to, a zaraz pojawi się policja, żeby sprawdzić, co się dzieje. Jeśli już musisz, pojedź na północ i zajmij się jednym z moholi, leżących na sześćdziesiątym stopniu. One również wciąż są zamknięte.

— Tak, tylko że tam litosfera jest grubsza. Tak twierdzi Ann…

— Na pewno, ale też mohole są głębsze.

— Hmm… — zastanowił się Kojot.

Potem zaczęli omawiać poważniejsze kwestie. Przede wszystkim pojawił się nieunikniony temat braku pewnych towarów i rozwoju północnych terenów Marsa. Jednak pod koniec tygodnia, kiedy dwaj podróżnicy opuścili Vishniac i przejechawszy inny, jeszcze dłuższy tunel, skierowali się na północ, Kojot zarzucił wszystkie poprzednie plany.

— To jest historia mojego życia, chłopcze.

Piątej nocy jazdy po wyboistych wyżynach południa Kojot wyhamował rovera i objechał krawędź dużego starego krateru, zerodowanego niemal do poziomu otaczającej go równiny. Z przełęczy w starym stożku można było zobaczyć, że piaszczyste dno krateru szpeci gigantyczna, kolista czarna dziura. Tak najwidoczniej wygląda z powierzchni mohol, pomyślał Nirgal. Kilkaset metrów ponad wgłębieniem unosił się w powietrzu, niczym wyczarowany przez iluzjonistę, pióropusz zmrożonej mgły. Krawędź moholu została skantowana, zmieniając się w obręcz betonowego komina, ściętą pod kątem mniej więcej czterdziestu pięciu stopni; trudno było powiedzieć, jak duża jest ta wieńcząca obręcz, ponieważ ogrom moholu sprawiał, iż wyglądała na nie większą niż listewka. Przy jej zewnętrznym brzegu znajdowała się wysoka druciana siatka.

— Hmm… — bąknął Kojot, wypatrując przez okno. Wycofał pojazd w górę na przełęcz i tam zatrzymał, a potem ubrał się w walker. — Wkrótce wrócę — powiedział tylko i wskoczył w komorę powietrzną.

To była dla Nirgala długa, przepełniona niepokojem noc. Prawie nie spał i przeżywał coraz większe katusze, zamartwiając się, aż do następnego ranka, zanim dostrzegł, jak Kojot pojawia się przed zewnętrznym lukiem śluzy kamiennego pojazdu. Było tuż przez siódmą i lada chwila powinno wzejść słońce. Chłopiec już miał się poskarżyć, że tak długo pozostawał sam, ale kiedy Kojot znalazł się w środku i zdjął hełm, zorientował się, że ojciec jest w fatalnym nastroju. Potem cały dzień spędził przed AI, zaabsorbowany jakąś konferencją. Co rusz przeklinał, nie zwracając uwagi na syna — zmęczonego i głodnego. Nirgal zajął się więc sobą: najpierw podgrzał posiłki dla nich obu, a potem położył się spać. Drzemał niespokojnie i obudził się dopiero wtedy, gdy rover ruszył naprzód.

— Zamierzam spróbować przedostać się przez bramę — wyjaśnił mu Kojot. — Zostawili w tej dziurze niezły system zabezpieczeń. Jeszcze jedna noc i się przekonamy.

Objechał krater, zaparkował na dalekim stożku, po czym o zmierzchu po raz kolejny ubrał się w skafander i już go nie było.

Wyszedł na całą noc i Nirgal znowu miał trudności z zaśnięciem. Zastanawiał się, co zrobi, jeśli Kojot nie wróci.

Nie wrócił do świtu ani następnego dnia. Był to chyba najdłuższy dzień w życiu Nirgala. Pod wieczór chłopiec zupełnie nie wiedział, co robić. Spróbować ratować Kojota? Spróbować wrócić roverem do Zygoty albo do Vishniaca? Zjechać do moholu i zająć się tym tajemniczym systemem bezpieczeństwa, którym pasjonował się ojciec? Jednak każdy z tych pomysłów wydawał mu się niemożliwy do zrealizowania.

Na szczęście, godzinę po zachodzie słońca, Kojot zapukał w pojazd swoim charakterystycznym „stuk, stuk, stuk”, po czym wszedł do środka. Jego twarz pałała hamowaną z trudem wściekłością. Wypił prawie dwa litry wody, wydął usta z oburzeniem.

— Wynośmy się z tego pieprzonego miejsca — zaklął.

Po paru godzinach jazdy w całkowitym milczeniu Nirgalowi przyszło do głowy, aby zacząć rozmowę na jakiś temat, ale nie związany z aktualnymi wydarzeniami. Chciał po prostu przerwać tę męczącą ciszę, poza tym czuł potrzebę mówienia.

— Kojocie, jak długo, twoim zdaniem, będziemy musieli jeszcze pozostawać w ukryciu?

— Nie nazywaj mnie Kojotem, nie jestem nim! Kojot jest na zewnątrz, na wzgórzach. Oddycha już powietrzem i robi to, na co ma ochotę, drań jeden. Mam na imię Desmond i tak mnie nazywaj, rozumiesz?

— Okay — szepnął przestraszony Nirgal.

— A co do twojego pytania, moim zdaniem, zawsze.

Pojechali z powrotem na południe do moholu Rayleigha, ponieważ Kojot (zupełnie nie wyglądał na Desmonda) tak postanowił. Ten mohol naprawdę był opuszczony, stanowił nieoświetlone wgłębienie na wyżynach, zwieńczone pióropuszem cieplnym, który stał nad nim jak upiorny pomnik. Kojotowi udało się wjechać prosto na pusty, zasypany piaskiem parking i garaż na stożku. Tam zaparkował rovera między grupką automatycznych pojazdów osłoniętych brezentami, które pokrywał nawiany piasek.

— Ten jest lepszy — mruknął Kojot. — No, musimy zajrzeć do wnętrza. Dalej, zakładaj walker.

Dziwnie było stać na wietrze, na obrzeżu takiej olbrzymiej szczeliny wydrążonej w ziemi. Dwaj podróżnicy spojrzeli ponad wysoką do piersi ścianą i zobaczyli ściętą betonową obręcz, obrzeżającą otwór, która opadała pod kątem przez mniej więcej dwieście metrów. Aby popatrzeć w dół właściwego szybu, Kojot i Nirgal musieli zejść około kilometra krętą drogą, wyciętą w betonowej obręczy. Tam mogli się wreszcie zatrzymać i spojrzeć ponad krawędzią drogi w czerń. Kojot stanął na samym brzegu, a Nirgal, nieco wystraszony, ostrożnie przykucnął i wpatrzył się w głębię. Nie zobaczył nawet zarysu dna, równie dobrze mógłby zaglądać do wnętrza planety.

— Dwadzieścia kilometrów — wyjaśnił Kojot przez interkom. Wyciągnął dłoń ponad krawędź i Nirgal zrobił to samo. Poczuł idący z dołu ciąg powietrza. — No dobra, sprawdźmy, czy uda nam się uruchomić roboty. — Tą samą drogą wrócili na górę.

W poprzednich dniach Kojot spędzał wiele godzin, studiując stare programy w swoim AI i teraz, przepompowawszy nadtlenek wodoru z przyczepy rovera w dwie ogromne, automatyczne maszyny na parkingu, podłączył się do ich tablic kontrolnych i zaczął intensywnie nad nimi pracować. Gdy skończył, był zadowolony, ponieważ działały jak trzeba na dnie moholu. Podróżnicy przez chwilę obserwowali, jak oba roboty toczą się w dół krętą drogą, na kołach cztery razy wyższych niż cały pojazd Kojota.

— W porządku — ocenił Kojot. Jego twarz znowu się rozpogodziła. — Wykorzystają moc swoich ogniw słonecznych i z pomocą nadtlenku wytworzą materiały wybuchowe oraz paliwo dla siebie, a potem będą się powoli i równomiernie posuwać, aż dotkną czegoś gorącego. Cóż… Być może, właśnie wyzwoliliśmy wybuch wulkanu!

— Czy to dobrze?

Kojot roześmiał się dziko.

— Nie wiem! Ale ponieważ nikt nigdy przedtem jeszcze tego nie próbował, czas już wreszcie się przekonać.

Wrócili do poprzedniego harmonogramu, jeżdżąc między ukrytymi i jawnymi koloniami, gdzie Kojot kręcił się wśród ludzi i pytał:

— Uruchomiliśmy w zeszłym tygodniu mohol Rayleigha. Czy widzieliście już wulkan?

Nikt niczego nie widział. Wyglądało na to, że w Rayleighu nic się nie działo, mohol wyglądał tak samo jak przedtem, a jego cieplny pióropusz nadal trwał nie zmieniony.

— No cóż, może się nie udało — stwierdził Kojot — a może potrzeba na to trochę czasu. Z drugiej strony, jeśli ten mohol pokrył się teraz stopioną lawą, to skąd moglibyśmy o tym wiedzieć?

— Ależ na pewno wiedzielibyśmy — odpowiadali ludzie. A niektórzy dodawali: — Dlaczego zrobiłeś coś tak głupiego? Równie dobrze mogłeś od razu zatelefonować do biura Zarządu Tymczasowego ONZ i poprosić ich, aby przyjechali nas załatwić.

Kojot przestał więc poruszać ten temat. Ruszyli dalej, odwiedzając kolejne ukryte osady: Mauss Hyde, Gramsci, Overhangs, Christianopolis… Na każdym postoju Nirgala witano bardzo serdecznie, przeważnie dlatego, że ludzie słyszeli o nim już wcześniej. Chłopca bardzo zaskakiwała różnorodność i liczba kryjówek, które razem tworzyły dziwny, na wpół sekretny, a na wpół jawny świat. A jeśli ten świat stanowi tylko cząstkę całej marsjańskiej cywilizacji, jakie są miasta powierzchniowe na północy, zastanawiał się Nirgal. Nie potrafił tego pojąć, chociaż wydawało mu się, że z każdym kolejnym cudem, jaki towarzyszył ich podróży, rozumiał coraz więcej. W końcu człowiek nie może nieustannie reagować na wszystko zaskoczeniem, wmawiał sobie.

— No cóż — mruknął Kojot podczas jazdy (zdążył już nauczyć Nirgala prowadzić). — Może potrafimy wyzwolić wulkan, a może nie potrafimy. Ale to nowy pomysł, w każdym razie. To, chłopcze, jedna z najbardziej charakterystycznych cech całego projektu marsjańskiego. Tu wszystko jest nowe!

Skierowali się znowu na południe, aż na horyzoncie pojawiła się zacieniona ściana czapy polarnej. Wkrótce mieli ponownie znaleźć się w domu.

Nirgal rozmyślał o wszystkich kryjówkach, które widział.

— Czy naprawdę sądzisz, że zawsze już będziemy się musieli ukrywać, Desmondzie?

— Desmond? Powiedziałeś do mnie „Desmond?” A kim jest Desmond? — wybuchnął Kojot. — Och, chłopcze, nie wiem. Nikt nie może tego wiedzieć na pewno. Ludzie, którzy się tutaj ukrywają, trafili do tego świata w dziwnym czasie, kiedy ich życie było zagrożone i nie jestem wcale pewien, w jaki sposób żyje się obecnie w naziemnych miastach, które tamci budują na północy. Może szefowie na Ziemi zmienili się, a może ludzie na północy chcą żyć wygodniej. A może chodzi tylko o to, że nie zainstalowano jeszcze drugiej windy.

— Więc może nie być następnej rewolucji?

— Naprawdę nie wiem.

— Ale nie wybuchnie, zanim nie zacznie kursować kosmiczna winda?

— Nie wiem, naprawdę nie wiem! Ale winda się zbliża, a oni budują także duże nowe zwierciadła… Można je czasami zobaczyć w nocy, jak lśnią, albo bezpośrednio wokół Słońca… Coś się więc może zdarzyć, jak mi się zdaje. Tyle że… rewolucja to coś wyjątkowego, zdarza się rzadko. A wielu z bojowników to w gruncie rzeczy reakcjoniści. Chłopi mają swoją tradycję, rozumiesz, wartości i zwyczaje, które pozwalają im przetrwać. Żyją jednak tak blisko krawędzi, że nagła zmiana może ich wypchnąć poza nią i obecnie nie chodzi o politykę, ale o to, by przetrwać. Sam to widziałem, kiedy byłem w twoim wieku. Ludzie, których tu przysłano, nie są biedni, ale mieli swoją własną tradycję i tak samo jak biedni w całej naszej historii, okazali się bezsilni. I kiedy w latach pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku zaczęły napływać tu tłumy, ich tradycja została zniszczona. Zaczęli więc walczyć o to, co posiadali. Prawda jest taka, że przegrali. Nie można bowiem zwalczyć takich sił, jakie zostały im przeciwstawione, zwłaszcza tutaj, ponieważ potencjał tamtych jest zbyt wielki, a nasze schrony zbyt kruche. Musielibyśmy sami się nieźle uzbroić, innego wyjścia nie ma. Więc chyba rozumiesz… Ukrywamy się, a tamci zalewają Marsa kolejnymi falami kolonistów i to jest innego rodzaju tłum, są to ludzie, którzy na Ziemi przyzwyczaili się do naprawdę surowych warunków, więc to, co widzą tutaj, raczej ich nie szokuje. Otrzymują kurację i ona wystarcza im do szczęścia. Znacząco spadł odsetek osób, które próbują uciec do ukrytych kolonii, co za naszych czasów, przed sześćdziesiątym pierwszym, stanowiło poważny problem. Jest ich trochę, ale nie tak wielu. Póki ludzie mają swoje własne rozrywki, wiesz… swoją własną małą tradycję, nie ruszą palcem.

— Ale… — zaczął Nirgal i zawahał się.

Kojot dostrzegł jego minę i roześmiał się.

— Hej, kto wie? Niedługo na Pavonis Mons zacznie działać następna kosmiczna winda, a potem jest bardzo prawdopodobne, że tamci zaczną się znowu coraz bardziej panoszyć na całej planecie, zachłanni dranie. A wy, młodzi ludzie, może nie będziecie chcieli, aby Ziemia kontrolowała sytuację tutaj. Kiedy nadejdzie czas, zastanowimy się. Tymczasem bawmy się, zgoda? Jak to mówią, podtrzymujmy ogień.

Tej nocy Kojot zatrzymał pojazd i polecił Nirgalowi, by nałożył skafander. Wyszli na zewnątrz, stanęli na piasku, po czym Kojot kazał chłopcu wykonać obrót, tak że jego twarz była skierowana na północ.

— Spójrz na niebo.

Nirgal stał i patrzył. Nad północnym horyzontem zobaczył narodziny nowej gwiazdy, która w ciągu kilku sekund urosła w długą kometę o białym ogonie, lecącą z zachodu na wschód. Kiedy znajdowała się mniej więcej w pół drogi, jej jaskrawa kula rozerwała się i na wszystkie strony rozproszyły się płomienne iskry. Białe na czarnym tle.

— Jedna z lodowych asteroid! — krzyknął Nirgal.

Kojot parsknął.

— Nic cię nie jest w stanie zaskoczyć, co, chłopcze?! Hm, powiem ci więc coś, czego z pewnością nie wiesz. To była lodowa asteroida 2089 C. Widziałeś, jak się w końcu rozerwała? Była pierwsza. Zrobili to celowo. Jeśli wysadzają je w powietrze po wejściu w atmosferę, mogą wykorzystać większe asteroidy, nie narażając powierzchni na niebezpieczeństwo. I wiesz, co jeszcze ci powiem? To był mój pomysł! Sam im to zasugerowałem. Podsunąłem im tę myśl anonimowo, wprowadzając ją do AI w Punkcie Grega, kiedy pojechałem tam uszkodzić ich system łączności. Rzucili się na ten pomysł, jak sępy. Zamierzają teraz tak postępować przez cały czas. Tylko tak dalej, to jeszcze jeden czy dwa sezony i szybko zagęszczą atmosferę. Widzisz, jak migoczą gwiazdy? Na Ziemi przez całe noce tak drżą. Ach, chłopcze… Któregoś dnia to wszystko zdarzy się też tutaj. Otoczy nas powietrze, którym będzie można oddychać. Jak ptaki na niebie. Może to nam pomoże zmienić któregoś dnia porządek tego świata. Nigdy nie wiadomo…

Nirgal zamknął oczy. Czerwone powidoki lodowego meteorytu nacierały na jego powieki. Meteory, jak białe fajerwerki, dziury drążone bezpośrednio w płaszczu planety, aktywne wulkany… Odwrócił się i zobaczył, jak Kojot skacze po równinie, niepozorna figurka w osobliwie ogromnym hełmie na głowie. Wyglądał jak mutant albo szaman, który nałożywszy sobie na czoło łeb świętego zwierzęcia, wykonuje szaleńczy taniec na piasku. To był Kojot, nie było co do tego wątpliwości. Kojot, jego ojciec!

Potem objechali planetę, dość wysoko, na południowej półkuli. Polarna czapa rosła i rosła na horyzoncie, póki dwaj podróżnicy nie znaleźli się pod lodowym nawisem, który już nie wydawał się Nirgalowi tak wysoki, jak na początku podróży. Objechali lód, znaleźli wjazd do hangaru, wjechali, wysiedli z małego kamiennego pojazdu, który Nirgal tak dobrze poznał w ubiegłych dwóch tygodniach. Potem ruszyli przez śluzy powietrzne i długim tunelem dotarli do kopuły, aż nagle znaleźli się wśród wielu znajomych twarzy. Ludzie ściskali ich, przytulali i zarzucali pytaniami. Nirgal był bardzo speszony tą wylewnością, ale na szczęście nie musiał się odzywać, ponieważ Kojot opowiadał o wszystkim za niego, toteż chłopiec tylko czasem zaśmiał się i gestem pokazał, że nie ponosi odpowiedzialności za żadne czyny swego ojca. Stojąc obok Kojota, rozglądał się wokół i zauważył, jak mały jest naprawdę ten jego świat; kopuła nie miała nawet pięciu kilometrów szerokości, a w najwyższym punkcie — nad jeziorem — mierzyła zaledwie dwieście pięćdziesiąt metrów wysokości. Taki mały świat.

Po powitaniu Nirgal wyszedł obejrzeć wczesnoporanną łunę. Czuł się szczęśliwy, wdychając mroźne powietrze i spoglądając z uwagą na budynki i bambusowe baraki osady, położonej w gnieździe wzgórz i drzew. To wszystko było takie dziwaczne i wyglądało na takie małe.

Potem wyszedł na wydmy i z mewami krążącymi nad głową ruszył do miejsca, gdzie mieszkała Hiroko. Zatrzymywał się często i przypatrywał różnym osobliwościom swego rodzinnego świata. Wdychał mroźne powietrze plaży, pachnące jodem i solą; intensywna swojskość zapachu wyzwoliła w chłopcu milion wspomnień naraz i teraz już wiedział, z całą pewnością wiedział, że jest w domu.

Jednakże dom się zmienił. A może zmienił się Nirgal… Pomiędzy próbą uratowania Simona i wycieczką z Kojotem bardzo się oddalił od młodych mieszkańców Zygoty; później przeżył niepowtarzalne przygody, których kiedyś tak pragnął, ale w ich rezultacie już całkowicie odrzucili go dawni przyjaciele. Jackie i Harmakhis stali się sobie znacznie bardziej bliscy niż kiedykolwiek przedtem i wciąż postępowali w taki sposób, jak gdyby między nimi i wszystkimi młodszymi sansei znajdowała się trudna do przekroczenia bariera. Już po krótkim czasie przebywania w ich towarzystwie Nirgal stwierdził, że w gruncie rzeczy wcale nie chce być inny niż oni. Pragnął jedynie wtopić się z powrotem w ten mały tłumek, zakosztować jego bliskości, pozostać jednym z grupki swego rodzeństwa.

Ale kiedy pojawiał się wśród nich, milkli, a Harmakhis odciągał młodsze dzieci od Nirgala, czemu towarzyszyły tak żenujące słowne utarczki, jakie tylko można sobie wyobrazić. Chłopiec zostawał więc sam, co zmuszało go do powrotu w krąg dorosłych, którzy, jak się okazało, zaczęli go coraz chętniej zatrzymywać popołudniami przy sobie. Być może, ich intencje były dobre — zapewne chcieli go uchronić przed niechęcią towarzyszy z grupy — jednakże „naznaczali” go w ten sposób jeszcze bardziej. Nie było na to rady. Pewnego dnia, gdy nieszczęśliwy szedł po plaży w szaro-cynowym mroku późnego popołudnia, wydało mu się nagle, że jego dzieciństwo już się skończyło, już odeszło na zawsze. Tak czuł; był teraz kimś innym — ni to dorosłym, ni to dzieckiem, samotną istotą, wyobcowaną ze środowiska. Uświadomił sobie przy tym, że melancholia towarzysząca temu stwierdzeniu sprawiła mu osobliwą przyjemność.

Pewnego dnia po obiedzie Jackie nie wyszła wraz z innymi dziećmi. Została z Nirgalem i Hiroko, która uczyła ich tego dnia, i zażądała, aby włączyć ją do popołudniowej lekcji chłopca.

— Dlaczego masz go uczyć, a mnie nie? — spytała dziewczyna.

— Bez powodu — odparła beznamiętnie Hiroko. — Zostań, jeśli chcesz. Weź swój komputer i włącz temat „Problemy termoinżynierii”, strona tysiąc pięćdziesiąt. Będziemy dla przykładu kształtować kopułę Zygoty. Powiedzcie mi, jaki jest najcieplejszy punkt pod kopułą?

Nirgal i Jackie zaczęli roztrząsać problem, rywalizując ramię w ramię. Chłopiec był tak bardzo szczęśliwy, że dziewczynka przebywa wraz z nim w klasie, że ledwie mógł się skupić na nauce, a Jackie już podnosiła palec, zanim Nirgal choćby zdołał się zastanowić nad daną kwestią. I śmiała się z niego, trochę pogardliwie, ale w gruncie rzeczy przyjaźnie. Mimo ogromnych zmian, jakie dokonały się w nich obojgu, Jackie nadal potrafiła zarażać swoją radością, śmiechem, który jeszcze boleśniej uświadamiał Nirgalowi własne „wygnanie”…

— Zastanówcie się nad taką sprawą do następnej lekcji — oświadczyła na koniec Hiroko. — Wszystkie imiona Marsa, wyśpiewywane w areofanii, to nazwy nadane planecie przez Ziemian. Niemal co druga oznacza „ognistą gwiazdę” w językach, z których pochodzą, i jest to za każdym razem nazwa nadana przez ludzi, którzy nie postawili nogi na Marsie. Pytanie brzmi, jaka jest własna nazwa samego Marsa?

Kilka tygodni później do osady znowu przyjechał Kojot. Nirgal był z tego powodu jednocześnie szczęśliwy i zdenerwowany. Rankami Kojot przychodził uczyć dzieci, ale na szczęście traktował Nirgala tak samo jak całą resztę.

— Ziemia jest w bardzo złym stanie — mówił, gdy zajmowali się pompami próżniowymi przy zbiornikach z płynnym sodem w rickoverze — a będzie jeszcze gorzej. Z tej przyczyny ich kontrola nad Marsem jest dla nas jeszcze bardziej niebezpieczna. Będziemy musieli się ukrywać tak długo, aż uda nam się całkowicie od nich uwolnić, a i potem trzeba się będzie trzymać bezpiecznie na uboczu, podczas gdy tamci będą popadać w coraz większe szaleństwo i chaos. Zapamiętajcie moje słowa, bowiem ta przepowiednia jest absolutnie prawdziwa.

— John Boone mówił coś zupełnie innego — odezwała się Jackie. Wieczorami spędzała całe godziny przesłuchując AI swego dziadka. Teraz z kieszeni na udzie wyjęła maleńkie pudełko i po bardzo krótkim poszukiwaniu odpowiedniego ustępu, z komputerka zabrzmiał miły głos: „Mars nigdy nie stanie się naprawdę bezpieczny, póki Ziemia również nie będzie bezpieczna”.

Kojot roześmiał się ochryple.

— Tak, rzeczywiście John Boone mówił właśnie takie rzeczy. Jednakże zauważ, że on nie żyje, a ja wciąż jestem cały i zdrowy.

— Każdy potrafi się ukrywać — oznajmiła ostrym tonem Jackie. — A John Boone wszedł między ludzi i poprowadził ich. I dlatego jestem booneistką.

— Nazywasz się Boone i na dodatek jeszcze jesteś booneistką! No, no! — krzyknął szyderczo Kojot. — Tylko że uproszczenia Boone’a nigdy nikomu nic dobrego nie przyniosły. Widzisz, dziewczyno, jeśli chcesz nazywać siebie booneistką, musisz lepiej poznać i zrozumieć poglądy swojego dziadka. Traktując je wybiórczo i powierzchownie, zafałszowujesz obraz jego życia. Na zewnątrz widuję tych tak zwanych booneistów i ich zachowanie zawsze mnie śmieszy, chyba że doprowadza mnie do pasji. Wyobraź sobie, że gdyby John Boone spotkał się z tobą i porozmawiał choć przez godzinę, to z pewnością stałby się w efekcie jackieistą. A gdyby posiedział i pomówił z Harmakhisem, zostałby harmakhistą, a może nawet maoistą… Taki już był twój dziadek. I musisz wiedzieć, że była to dobra praktyka, ponieważ zrzucała odpowiedzialność za myślenie z powrotem na nas. Zmuszał nas w ten sposób, byśmy go wsparli, ponieważ bez naszej pomocy nie potrafiłby działać. Taki był jego punkt widzenia: nie tylko twierdził, że każdy może coś zrobić, ale że każdy powinien robić to, co do niego należy.

— Włącznie ze wszystkimi ludźmi na Ziemi — dorzuciła Jackie.

— Zaraz, zaraz, znowu za bardzo się rozpędzasz! — krzyknął Kojot. — Och, moja panno, dlaczego nie zostawisz tych wszystkich swoich chłopców i nie wyjdziesz za mnie, potrafię całować jak ta pompa próżniowa… No, chodź — zafalował w jej kierunku pompą, ale Jackie kopnęła ją, odepchnęła Kojota i pobiegła w dal, ot tak, dla samej przyjemności biegania. Biegała teraz najszybciej ze wszystkich w Zygocie, bez wyjątku; nawet Nirgal, choć bardzo wytrzymały, nie potrafił pędzić w takim tempie jak ona. Dzieci śmiały się więc z Kojota, który ruszył za dziewczyną; był dość szybki, jak na tak starego człowieka, co jakiś czas się odwracał, robił uniki i gonił kolejno każde z nich, aż w końcu zaryczał dziko i upadł na pośladki, po czym zaczął zawodzić: — Och, moja noga, ojej, jeszcze mi za to zapłacicie. Chłopaki, jesteście po prostu zazdrośni o mnie, ponieważ chcę wam ukraść waszą dziewczynę. Och! Stop! Och! Wystarczy!

Jego ironiczna wypowiedź sprawiła, że Nirgal poczuł się nieswojo. Hiroko najwyraźniej także nie podobało się to, co mówił, gdyż kazała Kojotowi przestać, on jednak w odpowiedzi tylko parsknął śmiechem.

— Powołałaś do życia ten kazirodczy tłumek — powiedział. — A teraz chcesz te wszystkie dzieci wykastrować? — Roześmiał się na widok ponurej miny Hiroko. — Wkrótce będziesz je musiała wypuścić spod swoich skrzydeł i skierować w różne strony, to właśnie będziesz musiała zrobić… Może więc mógłbym otrzymać kilkoro z nich.

Hiroko z pozorną obojętnością pominęła milczeniem jego słowa, a wkrótce potem Kojot ponownie wyjechał na kolejną wyprawę. Jednak gdy następnym razem ich nauczała, zabrała wszystkie dzieci do łaźni. Weszli za nią do wanny i usiedli na śliskich kafelkach płycizny. Moczyli się w gorącej, parującej wodzie, a Hiroko w tym czasie mówiła. Nirgal siedział obok nagiej Jackie, czując bliskość jej ciała, które znał tak dobrze, włącznie z tymi wszystkimi frapującymi zmianami z ostatniego roku i teraz stwierdził, że nie jest w stanie podnieść na nią oczu.

Jego stara, naga matka mówiła:

— Wiecie, jak funkcjonuje genetyka, sama was tego nauczyłam. I wiecie, że wielu spośród was jest dla siebie półbraćmi i półsiostrami, wujami, bratanicami, kuzynami i tak dalej. Ja jestem matką lub babką większości z was… Nie powinniście się więc ze sobą wiązać węzłem małżeńskim ani mieć ze sobą dzieci. To właśnie chciałam wam powiedzieć, jest to bowiem najbardziej podstawowe prawo genetyki.

Podniosła dłoń, jak gdyby chciała jeszcze dodać: „Oto jest nasze wspólne ciało”.

— Prawda jest taka, że wszystkie żyjące istoty przepełnia viriditas — kontynuowała po chwili — ta zielona siła, tworząca zewnętrzny świat. Jest więc normalne, że wielu z was się zakocha, zwłaszcza teraz kiedy wasze ciała zaczęły się rozwijać. Nie ma w tym nic zdrożnego, niezależnie od tego, co mówi Kojot… On zresztą jedynie żartuje. Ale co do jednej rzeczy ma rację: wkrótce spotkacie wiele nowych osób w waszym wieku i to oni w końcu zostaną waszymi małżonkami, partnerami. To z nimi będziecie płodzić wasze dzieci. Staną się oni dla was bliscy, bliżsi nawet niż przedstawiciele własnego rodu, których znacie zbyt dobrze, aby kiedykolwiek ich pokochać tak, jak pokochacie obcych. Tutaj wszyscy jesteśmy fragmentami jednej jaźni, a prawdziwą miłość zawsze odczuwa się do innych.

Nirgal z pozoru nie przestawał obojętnie wpatrywać się w matkę, ale bardzo dobrze wiedział, kiedy siedząca obok niego Jackie złączyła nogi, gdyż poczuł w tym momencie przez sekundę zmianę w temperaturze wody wirującej między nim i nią. Pomyślał, że jego matka myli się co do pewnych kwestii, o których teraz opowiadała. Chociaż bowiem znał ciało Jackie bardzo dobrze, dziewczynka ciągle w wielu sprawach pozostawała dlań odległa niczym daleka, ognista gwiazda, jaskrawo i władczo połyskująca na ciemnym niebie. Jackie była królową ich małej grupki i potrafiła go uciszyć lub speszyć jednym zaledwie spojrzeniem, gdy tylko miała na to ochotę. Zdarzało się to zresztą dość często, mimo że Nirgala, przez całe życie studiującego jej rozmaite nastroje, nic nie powinno zaskakiwać. Wydawała mu się inna niż pozostałe dzieci i ciągle pragnął poznać ją lepiej. No i kochał ją, wiedział, że tak. Tyle że Jackie nie odwzajemniała jego uczucia, a w każdym razie nie kochała go w taki sposób, w jaki on kochał ją. Nie kocha też w ten sposób Harmakhisa, pomyślał, przynajmniej już nie; musiał przyznać, że to go trochę pocieszyło. Ale istniał ktoś, kogo obserwowała z taką uwagą, z jaką Nirgal wpatrywał się w nią: Peter. Peter, który przebywał daleko od osady przez większość czasu. W samej Zygocie natomiast nie kochała nikogo, nie tak jak Nirgal kochał ją. Może poczuła już to, o czym mówiła Hiroko, może dla niej Harmakhis, Nirgal i reszta grupy byli już po prostu istotami zbyt dobrze znanymi. Najwyraźniej uważała ich wszystkich za braci i siostry, bez względu na to, czy naprawdę łączyły ich geny.

Potem pewnego dnia naprawdę spadło niebo. Cała najwyższa warstwa wodnego lodu na kopule odłupała się od suchego lodu, przedarła zabezpieczającą siatkę i zapadła się na jezioro, plażę i otaczające je wydmy. Szczęśliwym trafem zdarzyło się to wczesnym rankiem, kiedy nikogo tam jeszcze nie było, ale pierwsze huki i odgłosy pękania dało się słyszeć w całej osadzie bardzo głośno, toteż wszyscy pospieszyli do okien, skąd obejrzeli większą część widowiska: gigantyczne białe kawały lodu spadały jak bomby albo wirowały ku powierzchni niczym wypuszczone z ręki talerze, a następnie cała powierzchnia jeziora wybuchła i woda rozlała się na wydmy. Ludzie pędem wybiegali ze swych pokojów, a Hiroko wraz z Mają w hałasie i panice zgromadziły dzieci i zabrały je do szkoły, która miała oddzielny system powietrzny. Po kilku minutach, gdy się okazało, że sama kopuła z pewnością wytrzyma, Peter, Michel i Nadia — posuwając się w dziwacznych podskokach, aby się nie potknąć o nierówne, potrzaskane białe płyty — pobiegli po gruzowisku wokół jeziora do rickovera, chcąc się upewnić, że reaktor nadal równomiernie działa. Gdyby stało się inaczej, ich misja z pewnością zmieniłaby się dla nich w wyprawę po śmierć, a wszyscy inni znaleźliby się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Z okna szkoły Nirgal widział przeciwległy brzeg jeziora, zasypany lodowymi górami. Powietrze aż wirowało od wrzasków mew. Trzy małe ludzkie figurki przez moment jeszcze chwiejnie biegły przed siebie po wąskiej, wysoko położonej ścieżce tuż pod krawędzią kopuły, aż w końcu zniknęły we wnętrzu rickovera. Jackie ze strachu gryzła kłykcie dłoni. Wkrótce troje śmiałków oddzwoniło do szkoły z raportem, że wszystko jest w porządku. Lód nad reaktorem wspierała rama ze szczególnie gęstą siatką i struktura ta przetrzymała oberwanie lodowych płatów z części kopuły nad jeziorem.

Mieszkańcy Zygoty poczuli się bezpieczni. Jednak w ciągu paru następnych dni, które wszyscy spędzili nie ruszając się na krok z osady i trwając w nieprzyjemnym stanie napięcia, badanie przyczyny upadku ujawniło, że cała masa suchego lodu nad osadą od jakiegoś już czasu nie trzymała się zbyt mocno i co rusz odłupywała się warstewka wodnego lodu, a jej fragmenty spadały przez oczka siatki. Najwyraźniej, odkąd atmosfera nieco zgęstniała i planeta ogrzała się, sublimacja na powierzchni czapy znacznie się przyspieszyła.

Podczas następnego tygodnia góry lodowe na jeziorze powoli się stopiły, ale tafle rozproszone na wydmach nadal tam leżały, topniejąc w bardzo powolnym tempie. W związku z tym dzieciom nie pozwalano już wychodzić na plażę, gdyż nie było wiadomo, jak mocna i stabilna jest pozostała część lodowej warstwy.

Dziesiątej nocy po tamtym zdarzeniu odbyli całą dwusetką wioskowe zebranie w jadalni. Nirgal rozejrzał się wokół siebie, patrząc na swoje małe plemię; najmłodsi sansei wyglądali na przerażonych, nisei — na gotowych do walki, issei — na oszołomionych. Starzy żyli w Zygocie od czternastu marsjańskich lat i bez wątpienia trudno im było przypomnieć sobie inne życie. Dzieci natomiast nawet nie mogłyby tego zrobić, bowiem innego życia po prostu nigdy nie zaznały.

Nie było więc potrzeby, by wypowiadać na głos zapewnienia, że mieszkańcy Zygoty nie zamierzają się ugiąć przed światem powierzchniowym. Prawda była jednak taka, że powoli uświadamiali sobie fakt, iż kopuła na dłuższą metę jest niemożliwa do utrzymania, a oni stanowili zbyt wielką grupę, aby mogli się przeprowadzić do którejś z sąsiednich ukrytych kolonii. Rozdzielenie się mogłoby ten problem rozwiązać, ale pomysł ten jakoś nikomu nie przypadł do gustu.

Omówienie wszystkich tych kwestii zajęło im godzinę.

— Moglibyśmy spróbować pojechać do Vishniaca — zauważył Michel. — Osada jest duża, a jej mieszkańcy niejednokrotnie zapraszali nas do siebie.

Tak, ale to był dom bogdanowistów, a nie ich własny. Takie stwierdzenie w każdym razie można było wyczytać z twarzy starych ludzi. Nagle Nirgalowi wydało się, że to właśnie oni są najbardziej ze wszystkich przerażeni, zaproponował więc:

— Moglibyście cofnąć się dalej pod lód.

Wszyscy spojrzeli na niego pytająco.

— Chodzi ci pewnie o to, aby stopić nową kopułę — podpowiedziała Hiroko.

Nirgal wzruszył ramionami. Mimo że była to jego własna propozycja, czuł, że pomysł ten wcale mu się nie podoba.

Nadia jednak podjęła temat.

— Tam dalej w tyle czapa jest grubsza niż tutaj. Minie wiele czasu, zanim wyparuje tak bardzo, aby pojawił się problem, jaki mamy tutaj. A potem może wszystko się zmieni.

Zapadło milczenie, a po chwili Hiroko oceniła:

— To dobry pomysł. W trakcie topienia nowej kopuły wytrzymamy tu jakoś, a gdy pomieszczenia będą się nadawały do zamieszkania, przeprowadzimy się. To powinno zająć nie więcej niż kilka miesięcy.

— Shikata ga nai — oświadczyła z ironią Maja. „Nie ma innego wyjścia”. Oczywiście, istniały inne wyjścia. Ale Mai, tak samo jak Nadii, najwidoczniej podobała się perspektywa nowego, dużego projektu budowlanego. A pozostali mieszkańcy Zygoty poczuli prawdopodobnie ulgę, że istnieje taka opcja, dzięki której mogą nadal trzymać się razem, a jednocześnie pozostawać w ukryciu. Wszystkich issei bowiem, jak sobie nagle uświadomił Nirgal, perspektywa ujawnienia się straszliwie przerażała. Przez pozostałą część zebrania w milczącym skupieniu zastanawiał się nad całą tą sprawą i rozmyślał o otwartych miastach, które odwiedzał z Kojotem.

Aby stopić kolejny tunel do hangaru, a potem długi tunel pod czapę, używano parowych węży zasilanych przez rickovera. W końcu lód nad nimi osiągnął trzysta metrów szerokości, a wówczas rozpoczęto sublimację nowej zaokrąglonej jaskini pod kopułą i kopanie płytkiego koryta na nowe jezioro. Większość lotnego dwutlenku węgla wyłapywano, oziębiano do temperatury zewnętrznej i uwalniano; resztę rozbijano na tlen i węgiel, a następnie magazynowano do późniejszego wykorzystania.

Podczas gdy trwało pogłębianie, mieszkańcy osady wykopali leżące płytko rozłogowe korzenie dużych śnieżnych bambusów, dźwignęli je z ziemi, odarli na całej długości z liści i na największej ciężarówce przetransportowali tunelem w dół, do nowej groty. Zdemontowali także budynki starej osady i przemieścili je w podobny sposób. Automatyczny spychacz i ciężarówki jeździły w tę i z powrotem, dniem i nocą, zgarniając zbity piasek starych wydm i przewożąc go z na tyły do nowej groty; było w nim zbyt dużo biomasy (włączając w nią ciało Simona), aby go zostawić. W istocie osadnicy zabierali ze sobą wszystko, co znajdowało się pod szkieletem kopuły Zygoty. Kiedy skończyli, stara grota była już tylko pustą bańką na dnie czapy polarnej, ze sklepieniem z piaszczystego lodu i podłogą w postaci zmrożonego piasku. Powietrze, które koloniści pozostawili za sobą, nie miało już w sobie nic więcej, niż otaczająca kopułę marsjańska atmosfera: ciśnienie wielkości stu siedemdziesięciu milibarów, przeważający udział dwutlenku węgla w postaci gazowej, temperatura dwieście czterdzieści stopni Kelvina. Jednym słowem, rzadka trucizna.

Pewnego dnia Nirgal przyjechał z Peterem, aby po raz ostatni rzucić okiem na stare miejsce. Szokujący był widok jedynego domu, jaki kiedykolwiek posiadał, zredukowanego teraz do takiej skorupy — wszędzie w górze z trzaskiem pękał lód, cały piasek pod stopami ich dwóch był rozryty, w setkach miejsc wioski niczym straszliwe rany zionęły wielkie dziury po wyrwanych korzeniach, koryto jeziora było oskrobane do czysta, pozbawione nawet glonów… Osada wyglądała jak małe, zrujnowane legowisko jakiegoś zrozpaczonego zwierza. „Jesteśmy niczym krety w dziurze, niczym krety ukrywające się przed szakalami” — powiedział kiedyś Kojot.

— Wynośmy się stąd — oznajmił ze smutkiem Peter, po czym ruszyli długim, nagim, kiepsko oświetlonym tunelem w dół, do nowej kopuły. Szli wzdłuż betonowej drogi, którą zbudowała Nadia, wszędzie mijając ślady kół — tropy niedawnej przeprowadzki.

Nową kopułę zaprojektowali w nowy sposób: wioska znajdowała się teraz z dala od śluzy powietrznej tunelu, blisko tunelu awaryjnego, który ciągnął się daleko pod lodem, wychodząc na górną część Chasma Australe. Oranżerie umiejscowili bliżej świateł obwodowych, a ponieważ grzebienie wydm były tu wyższe niż w starym miejscu, sprzęt do badań meteorologicznych ulokowali tuż obok rickovera. Wprowadzili tu wiele tego rodzaju małych usprawnień, dzięki czemu nowa kopuła z pewnością nie była dokładną repliką ich starego domu.

Każdy ich dzień wypełniała tak intensywna praca na budowie, że nikt nie miał wolnej chwili na myślenie o czymkolwiek innym. Od czasu pęknięcia starej kopuły skasowano poranne lekcje w szkole i dzieci pełniły jedynie funkcję jednego z wymieniających się zespołów roboczych, przydzielanego do pomocy najbardziej tego potrzebującym starszym osobom. Czasami ktoś z dorosłych, nadzorujących działania dzieci, próbował zamienić ich pracę w lekcję — dobre w tym były zwłaszcza Hiroko i Nadia — ale pozostawało do zagospodarowania tak niewiele czasu, że starczało jedynie na dodatkowe wyjaśnienia własnego postępowania, które w zasadzie było zbyt proste, by wymagało omówienia, dość trudno więc je było uznać za naukę: ściskanie ściennych fragmentów kluczami Allena, przenoszenie sadzonek i słojów z glonami do oranżerii i temu podobne. Była to po prostu praca, a dzieci stanowiły tylko część siły roboczej, część zbyt małą na takie zadania, nawet z pomocą wszechstronnych robotów, które wyglądały jak pozbawione karoserii rovery. Nirgal musiał jednak przyznać, że biegając bez końca i wykonując wyznaczoną mu pracę, przez większą część czasu czuł się szczęśliwy.

Jednak pewnego razu, kiedy wyszedł z budynku szkolnego, spojrzał na jadalnię, która zajmowała miejsce dużych konarów Półksiężycowego Dziecińca, i widok ten wywołał refleksje: stary, znajomy świat zniknął na zawsze. Nieuchronnie przeminął. Poczuł nagły ból na samą tę myśl, w oczach pojawiły mu się łzy i przez resztę dnia był miotany dziwnymi uczuciami, czuł się tak, jak gdyby przez cały czas stał o metr czy dwa za samym sobą i obserwował wszystko, co się działo: wyprany z emocji, podobnie obojętny, jak po śmierci Simona, czuł się wygnany do białego świata znajdującego się o jeden krok od zieleni. Nie wiedział, w jaki sposób mógłby się wyrwać z tego stanu melancholii. Czy mógł mieć pewność, że kiedykolwiek się z niego otrząśnie? Wszystkie dni mojego dzieciństwa odeszły wraz z samą Zygotą i nigdy nie wrócą, myślał, a ten dzień także zniknie i przeminie, ta kopuła także powoli wyparuje i również zacznie pękać. Nic nie trwa wiecznie. Więc co robić? Godzinami trapiło go to pytanie, pozbawiając codzienne życie smaku i koloru, aż Hiroko zauważyła, jak dziwnie niemrawy i smutny jest jej syn i zapytała go, co się dzieje, a on wówczas po prostu i otwarcie zadał jej wszystkie gnębiące go pytania. To była największa zaleta Hiroko: można było ją zapytać o wszystko, zadać jej każde pytanie, łącznie z tymi najbardziej podstawowymi.

— Po co my to wszystko robimy, Hiroko? Przecież bez względu na nasze wysiłki, w końcu i tak wszędzie zapanuje biel, prawda?

Popatrzyła na niego, po ptasiemu przekrzywiając głowę. Pomyślał, że może to wygięcie głowy uosabia jej uczucie dla niego, ale nie był pewien; im był starszy, tym częściej miał wrażenie, że — podobnie jak wszyscy inni — rozumie ją coraz mniej.

— To rzeczywiście smutne, że rozpadła się stara kopuła — odpowiedziała synowi Hiroko. — Musimy się jednak skupić na przyszłości. To także jest viriditas. Musimy się skoncentrować nie na tym, co już zbudowaliśmy, ale na tym, co dopiero stworzymy. Tamta kopuła była jak kwiat, który więdnie, usycha i opada, ale zawiera przecież nasienie nowej rośliny, która również wyrośnie i wyda nowe kwiaty i nowe nasiona. Przeszłość odchodzi. Nie zastanawiaj się nad tym, takie myśli powodują jedynie melancholię. Wyobraź sobie, że kiedyś byłam młodą japońską dziewczyną! Mieszkałam na wyspie Hokkaido i tak… byłam tak młoda jak ty! Wręcz nie potrafię ci wyjaśnić, jak bardzo obecnie oddaliłam się od siebie z tamtych lat. Jednakże teraz jesteśmy tutaj, ty i ja, wśród tych roślin i tych ludzi, i jeśli będziesz zwracał na nich uwagę i zastanawiał się, jak możesz im pomóc, roślinom we wzroście, a ludziom w pomyślnym rozwoju… wtedy poczujesz, że życie ma sens. Musisz czuć karni wewnątrz każdej rzeczy. To wszystko, czego ci potrzeba. Zawsze najważniejsza jest tylko dana chwila, w której żyjemy.

— A przeszłość?

Hiroko roześmiała się na to słowo.

— Hm, najwyraźniej dorastasz. Widzisz… od czasu do czasu trzeba wspominać przeszłość. Minione dni były przecież dobre, prawda? Miałeś szczęśliwe dzieciństwo, to błogosławieństwo. Ale kiedyś uznasz aktualny okres za równie dobry. Weź ten moment — teraz i tutaj — i spytaj siebie: Czego mi brakuje? Hmm?… Wiesz, Kojot mi mówił, że chciałby zabrać ciebie i Petera na kolejną wyprawę. Może powinieneś pojechać i ponownie znaleźć się pod gołym niebem, co o tym sądzisz?

Nirgal zaczął się więc przygotowywać do następnej wycieczki z Kojotem, a jednocześnie wraz z innymi kontynuował prace przy budowie nowej Zygoty, nieformalnie przechrzczonej na Gametę. W nocy w nowej jadalni przez długi czas dorośli omawiali sytuację grupy. Sax, Wład i Ursula bardzo chcieli wrócić na powierzchnię. W ukrytych koloniach nie mogli w sposób ich satysfakcjonujący wykonywać swojej dotychczasowej pracy. Pragnęli całkowicie oddać się medycynie, terraformowaniu, tworzeniu.

— Nigdy nie będziemy się w stanie zamaskować — tłumaczyła im Hiroko. — Nikt nie może zmienić swego genomu.

— Nie nasze genomy powinniśmy zmieniać, ale dane w policyjnych aktach — odparł Sax. — I to właśnie robi Spencer. Przelał swoje cechy fizyczne na nową — wedle ich danych — osobowość.

— A my zrobiliśmy mu operację plastyczną twarzy — dodał Wład.

— Tak, ale taki zabieg musi być minimalny ze względu na nasz wiek, prawda? Żadne z nas nie wygląda już tak samo jak kiedyś. Tak czy owak, gdybyście zrobili mi coś takiego jak Spencerowi, mógłbym przyjąć nową tożsamość.

— No dobrze, ale czy Spencer rzeczywiście dotarł do wszystkich plików? — spytała Maja.

Sax wzruszył ramionami.

— Został w Kairze po sześćdziesiątym pierwszym i udało mu się dostać do wielu spośród tych, którymi obecnie posługują się siły bezpieczeństwa. To wystarczy. Chciałbym spróbować zrobić coś podobnego. Zresztą… poczekajmy na opinię Kojota. Jego dane w ogóle nie znajdują się w żadnych plikach, musi więc wiedzieć, jak to się robi.

— Ależ Kojot ukrywał się od samego początku — zauważyła Hiroko. — To co innego.

— Tak, ale może ma jakieś pomysły.

— Moglibyśmy się po prostu przenieść do półświata — zaproponowała Nadia — i żyć, mając w nosie wszelkie akta. Sądzę, że chciałabym tego spróbować.

Maja pokiwała głową.

Noc po nocy w kółko wałkowali te kwestie.

— Cóż, niewielka zmiana w wyglądzie mogłaby pomóc. Tylko… wiecie, że wróciła Phyllis. Musimy o tym pamiętać.

— Ciągle nie mogę uwierzyć w to, że przeżyli. Phyllis ma chyba do swej dyspozycji z dziewięć żywotów.

— W każdym razie przez nią znajdujemy się obecnie w dużo większym niebezpieczeństwie, niż dotąd. Musimy być bardzo ostrożni.

Budowa Gamety powoli dobiegała końca, ale Nirgal jakoś nie czuł się w niej dobrze, niezależnie od tego, jak bardzo próbował się skupiać na codziennej pracy. Najwidoczniej nie tu było jego miejsce.

Któryś z podróżników przywiózł wiadomość, że wkrótce do osady przyjedzie Kojot. Kiedy Nirgal myślał o nim, czuł, jak przyspiesza jego tętno: tak, wrócić znowu pod gwiazdy, znowu jechać nocami kamiennym pojazdem ojca, przemieszczając się od osady do osady…

Jackie patrzyła na niego z uwagą, kiedy jej o tym opowiadał. Pewnego popołudnia, po skończonej pracy, poprowadziła go na nowe wysokie wydmy, a gdy się zatrzymali, niespodziewanie go pocałowała. Chwilę trwało, zanim chłopiec odzyskał rezon, a wtedy oddał jej pocałunek. Przez jakiś czas całowali się namiętnie, przytulali do siebie, ciepłą parą oddechów chuchając sobie w twarze. Potem klęknęli w rowie między dwiema wysokimi wydmami, pod bladą, rzadką mgłą, a następnie ułożyli się razem w kokonie zrobionym z własnych kurtek. Przez jakiś czas całowali się i dotykali, po czym zaczęli sobie nawzajem zdejmować spodnie; wydychając parę, tworzyli małą otoczkę własnego ciepła. Mróz na piasku pod ich kurtkami trzeszczał, a cały akt odbył się bez jednego słowa, scalając ich ciała w jeden wielki obwód elektryczny, na przekór Hiroko i na przekór całemu światu. Więc to się właśnie wtedy czuje, pomyślał Nirgal. Pod pasemkami czarnych włosów Jackie niczym klejnoty połyskiwały ziarenka piasku, jak gdyby na ułamek sekundy zakwitały w nich lodowe wzory, kwiaty mrozu. Cały świat połyskiwał dziwnym blaskiem.

Gdy było już po wszystkim, podpełzli w górę, aby spojrzeć ponad wydmą, czy nikogo nie ma w pobliżu, a później wrócili do swego małego gniazdka i — ponieważ było im zimno — nałożyli ubrania. Potem przytulili się mocno do siebie i znowu się całowali: zmysłowo i bez pośpiechu. W pewnej chwili Jackie przyłożyła palce do jego piersi i powiedziała:

— Teraz należymy do siebie.

Nirgal był tak oszołomiony szczęściem, że tylko skinął głową i zatracił się w namiętnym pocałunku; jego twarz zatonęła w długich, czarnych włosach Jackie.

— Teraz należysz do mnie — dodała.

Miał szczerą nadzieję, że to prawda. Odkąd tylko pamiętał, pragnął tego z całego serca.

Jednakże jeszcze tego samego wieczoru w łaźni Jackie przeszła przez cały basen, chwyciła Harmakhisa i uściskała go. Ich ciała były bardzo blisko siebie. Potem odsunęła się i popatrzyła obojętnie na Nirgala. Jej ciemne oczy wyglądały jak przepastne dziury, wydrążone w twarzy. Nirgal zastygł na mieliźnie, sparaliżowany tym widokiem i poczuł, że jego ciało sztywnieje, jak gdyby przygotowując się na przyjęcie ciosu. Jądra ciągle miał obolałe po stosunku, a Jackie stała tuląc się do Harmakhisa, czego nie robiła od miesięcy, i wpatrywała się w Nirgala wzrokiem bazyliszka.

I wtedy na moment owładnęło nim bardzo dziwne uczucie — zrozumiał, że jest to chwila, którą będzie pamiętał do końca życia, moment decydujący: właśnie ten w nasyconej parą, przyjemnej kąpieli tuż pod okiem posągowej Mai o spojrzeniu rybołowa, której Jackie nienawidziła szczerą, namiętną nienawiścią. Maja patrzyła teraz bacznie na nich troje, jakby coś podejrzewając. Więc taka jest Jackie, pomyślał chłopiec. Ona i Nirgal mogliby do siebie należeć i on zapewne rzeczywiście do niej należał, chociaż samo pojęcie przynależności wcale mu nie odpowiadało. Kiedy uświadomił sobie prawdziwe oblicze Jackie, szok pozbawił go nagle oddechu; czuł się tak, jakby w jednej chwili coś się w nim załamało i przestał pojmować wiele rzeczy, które dotąd wydawały mu się całkiem jasne. Jeszcze raz popatrzył na swą dziewczynę. Był oszołomiony, zraniony i czuł coraz większy gniew — ona coraz mocniej ściskała Harmakhisa — i wreszcie zrozumiał. Najwyraźniej „anektowała” sobie ich obu. Tak, to miało sens, więcej: to było pewne. A Reull, Steve i Frantz byli jej równie oddani — może seks był dla niej po prostu dodatkiem, kolejnym środkiem, za pomocą którego rządziła swym małym „gangiem”. A może nie… Może kolekcjonowała ich wszystkich. I najwyraźniej, skoro Nirgal był im w pewien sposób obcy, lepiej czuła się z Harmakhisem. Został więc wygnany nie tylko z własnego domu, ale także z serca ukochanej dziewczyny, o ile Jackie w ogóle miała serce!

Nie wiedział, na ile trafne są jego przeczucia i nie miał pojęcia, jak to sprawdzić. Nie był zresztą pewien, czy w ogóle chce poznać prawdę. Bez słowa wyszedł więc z wanny i wrócił do męskiej szatni. Idąc, czuł, jak wzrok Jackie wwierca mu się w plecy. Podobnie zresztą jak spojrzenie Mai.

W męskiej szatni w jednym z luster pochwycił spojrzenie dziwnej, obcej twarzy. Zatrzymał się na krótko i rozpoznał tę twarz, wykrzywioną bólem.

Długo wpatrywał się we własne odbicie. I nagle przyszło mu do głowy, że on sam nie stanowi centrum wszechświata ani jego jedynej świadomości, że jest taką samą osobą, jak reszta, że inni postrzegają go z zewnątrz w taki sam sposób, w jaki on widzi ich. Spojrzał więc na siebie z zewnątrz i zobaczył, że ten dziwny „Nirgal w lustrze” to przyciągający oko, czarnowłosy, brązowooki chłopiec, silny i wzbudzający szacunek, prawie bliźniak Jackie z tymi gęstymi, czarnymi brwiami i z tym… władczym i gniewnym — jak jej — spojrzeniem. Mimowolnie i jakby wbrew samemu sobie poczuł moc, płonącą w opuszkach palców, przypomniał sobie wzrok, z jakim patrzą na niego ludzie i zrozumiał, że dla Jackie on, Nirgal, może stanowić tego samego rodzaju niebezpieczną siłę, którą ona uosabiała dla niego. To wyjaśniałoby jej kontakt z Harmakhisem — mogła to być próba utrzymania Nirgala na dystans, próba zachowania równowagi, próba okazania własnej siły. Jackie chciała mu zapewne pokazać, że pasują do siebie, że są godnymi siebie przeciwnikami. I nagle napięcie opuściło ciało Nirgala i chłopiec zadrżał, a potem szeroko się uśmiechnął. Tak, tak… Oni dwoje naprawdę do siebie należeli. Tyle że on był nadal sobą.

Tak więc, kiedy przyjechał Kojot i spytał Nirgala, czy chce mu towarzyszyć w następnej wyprawie, chłopiec zgodził się natychmiast, szczerze ucieszony tą propozycją. Jackie, usłyszawszy tę nowinę, wpadła w gniew. Jej reakcja sprawiła chłopcu ból, choć — z drugiej strony — cieszyła go własna inność i możliwość ucieczki przed tą dziewczyną czy też przynajmniej odsunięcia jej na pewną, bezpieczną odległość. Czuł się bardzo zmęczony i potrzebował odpoczynku.

Kilka dni później, pewnego wieczoru, Nirgal, Kojot, Peter i Michel, pozostawiając za sobą ogromne cielsko polarnej czapy, wjechali w krainę o nierównym terenie, czarno połyskującą pod osłoną gwiazd.

Chłopiec spoglądał za siebie na lśniące, białe urwisko, pełen sprzecznych uczuć. Głównie jednak czuł ulgę. Wydawało mu się, że jego współmieszkańcy, żyjąc w kopule pod południowym biegunem „zagrzebywali się” coraz głębiej pod lód, podczas gdy czerwony świat wirował w kosmosie, w szaleńczym tańcu wśród gwiazd. I nagle Nirgal uświadomił sobie, że nigdy już nie zechce mieszkać pod kopułą, że nigdy już do niej nie wróci, chyba tylko na krótkie wizyty. Nie była to dlań kwestia wyboru, ale po prostu całkiem jasne przekonanie, iż tak się nieuchronnie musi stać, zgodnie z przeznaczeniem. Przeczucie to było tak konkretne, jak drobiny czerwonej skały trzymane w ręku. Wiedział, że od tej chwili będzie bezdomny, tak długo, aż któregoś dnia cała planeta stanie się jego domem, aż każdy krater i kanion będą mu znane, aż będzie doskonale znał każdą roślinę, każdą skałę i każdą osobę — wszystko, zarówno w świecie zielonym, jak i w tym białym. Ale to, pomyślał (przypominając sobie burzę widzianą z krawędzi Promethei Rupes), jest zadanie niewykonalne, ponieważ zajęłoby mu wiele ludzkich żywotów. Tak czy owak, musiał się zacząć uczyć.

Część 2

Ambasador

Asteroidy o orbitach eliptycznych, które przecinają się wewnątrz orbity Marsa to asteroidy typu Amor. (Te, których orbity przecinają się wewnątrz orbity ziemskiej, nazywane są Trojańczykami.) W2088 roku asteroida typu Amor, znana jako 2034 B przecięła trajektorię Marsa mniej więcej osiemnaście milionów kilometrów za planetą, a wkrótce zadokował na asteroidzie zespół automatycznych lądowników, wysianych z ziemskiego Księżyca. 2034 B była nierówną kulą o średnicy około pięciu kilometrów i masie mniej więcej piętnastu miliardów ton. Gdy lądowniki osiadły na jej powierzchni, asteroida przyjęła miano Nowego Clarke’a.

Wraz z formalną zmianą nazwy błyskawicznie zaczęła się też zmieniać sama asteroida. Niektóre lądowniki natychmiast wryły się w zapyloną powierzchnię i zaczęły w niej wiercić i drążyć, a następnie tłoczyć, sortować i zwozić zebrane materiały w wyznaczone miejsca. Ruszyła elektrownia jądrowa i na odpowiedniej pozycji ustawiły się pręty paliwowe reaktorów; w innych miejscach zostały uruchomione piece i przygotowani do załadunku automatyczni palacze. W niektórych lądownikach otworzyły się towarowe przegrody kadłubowe, a na powierzchnię stoczyły się skomplikowane roboty, które następnie zakotwiczyły się w nieregularnych uskokach skały. Maszyny do drążenia tuneli przystąpiły do wierceń. Podczas ich pracy pył wzlatywał wysoko w przestrzeń wokół asteroidy, potem z powrotem opadał, wreszcie znikał na zawsze. Z ładowników rozwijały się cienko — i grubościenne rurki, które połączyły ze sobą maszyny siecią przewodów. Skała asteroidy była węgłowym chondrytem, o sporej zawartości wodnego lodu, który krążył w trzewiach Amora i wypełniał wszelkie zagłębienia. Wkrótce powstały ze sczepionych ze sobą automatycznych lądowników kombinat wytwórczy rozpoczął produkcję rozmaitych materiałów, opartych na bazie węglowej, a także pewnych materiałów złożonych. Wyodrębniono także ciężką wodę, która stanowiła jedną sześciotysięczną część wodnego lodu i wytrącono z niej deuter. Z kolei w wytwórniach elementy wykonane z miejscowych materiałów węglowych połączono z przywiezionymi przez lądowniki. Niebawem pojawiły się armie nowych robotów, które w większości zbudowane zostały na bazie surowców samego Clarke’a. I tak rosły szeregi maszyn, a komputery na ładownikach koordynowały budowę gigantycznego kompleksu przemysłowego.

Kiedy wreszcie ukończono prace wstępne i kompleks był gotowy, produkcja rozwijała się przez wiele lat bez żadnych przeszkód. Główna fabryka na Nowym Clarke’u stworzyła kabel z węglowych włókien nanoprzewodowych. Nanoprzewody zostały wykonane z atomów węglowych, związanych w łańcuchach, a wiązania te trzymały się tak mocno, jak wyprodukowane przez ludzi. Włókna miały jedynie kilkadziesiąt metrów długości, ale były zwinięte w kłębek, o nawijających się na poprzednią warstwę końcach, póki kabel nie osiągnął dziewięciu metrów średnicy. Fabryki były w stanie wytwarzać włókna i zwijać je w kłębek w tempie, które pozwalało im tłoczyć kabel z szybkością około czterystu metrów na godzinę, czyli dziesięciu kilometrów dziennie. Praca odbywała się bez przerwy, godzina po godzinie, dzień po dniu, rok po roku.

Podczas gdy cienki pas skręconych włókien węglowych, wirując rozwijał się w przestrzeń, roboty w innej części asteroidy konstruowały automatyczne urządzenie naprowadzające, silnik, który wykorzystywał deuter wytworzony z miejscowej ciężkiej wody, aby wyrzucać roztartą na proch skałę, wydrążoną z asteroidy z prędkością dwustu kilometrów na sekundę. Wokół powierzchni asteroidy rozmieszczono również sporo mniejszych tego typu urządzeń, a także standardowych silników rakietowych, które ze zbiornikami pełnymi paliwa czekały na chwilę odpalenia, od niej bowiem miały zacząć pełnić funkcję dyszy korygujących. Inne wytwórnie skonstruowały długie pojazdy kołowe, zdolne jeździć w tył i w przód po rosnącym kablu, toteż kiedy kabel zaczął się odwijać ku planecie, podążały wraz z nim przymocowane doń małe rakietowe dysze i masa innej przeróżnej maszynerii.

Pewnego dnia automatyczne urządzenie naprowadzające odpaliło i asteroida poczęła wchodzić na nową orbitę.

Upłynęło kilka kolejnych lat. Nowa orbita asteroidy przecięła się z orbitą Marsa, tak że asteroida znalazła się w odległości dziesięciu tysięcy kilometrów od niego. System jej silników odpalił w taki sposób, że przyciąganie Marsa wychwyciło lecącą asteroidę i zatrzymało ją na orbicie planety, początkowo bardzo eliptycznej. Dysze nadal odpalały, regulując orbitę. Dalej trwało wytłaczanie kabla. I tak mijał rok za rokiem.

Mniej więcej po dziesięciu latach od czasu, jak pierwsze lądowniki osiadły na powierzchni asteroidy, kabel liczył już w przybliżeniu trzydzieści tysięcy kilometrów długości. Masa asteroidy wynosiła wówczas jakieś osiem miliardów ton, masa kabla natomiast około siedmiu miliardów. Asteroida znajdowała się na orbicie eliptycznej z peryapsydą około pięćdziesięciu tysięcy kilometrów. Teraz jednak wszystkie silniki rakietowe i automatyczne urządzenia naprowadzające, zarówno na Nowym Clarke’u, jak i samym kablu, zaczęto odpalać, niektóre nieprzerwanie, jednak większość zrywami. W towarowej przegrodzie kadłubowej któregoś z lądowników znajdował się jeden z najdoskonalszych komputerów, jakie kiedykolwiek skonstruowano; koordynował stamtąd dane, docierające z czujników i decydował, jakie silniki i kiedy należy odpalić. Kabel, skierowany w tym czasie w stronę Marsa, zaczął się posuwać ruchem wirowym ku powierzchni planety, jak gdyby obracał się na którejś z czułych części chronometru. Orbita asteroidy stawała się coraz ciaśniejsza i bardziej regularna.

Na Nowym Clarke’u osiadły teraz następne automatyczne transportowce i znajdujące się w nich roboty rozpoczęły budowę portu kosmicznego. Końcówka kabla zaczęła coraz bardziej opadać ku Marsowi, a wtedy obliczenia prowadzone przez komputer osiągnęły niemal metafizyczną zawiłość, dzięki czemu grawitacyjny taniec asteroidy i kabla z planetą stał się o wiele precyzyjniejszy, poruszały się one jakby w takt muzyki w ciągłym ritardando. Toteż im dokładniej wielki kabel wpasowywał się we właściwą sobie pozycję, tym jego ruch stawał się powolniejszy. Gdyby ktoś był w stanie obserwować to zjawisko od początku do końca, mógłby sądzić, że jest to jakaś widowiskowa fizyczna demonstracja paradoksu Zenona, w którym biegacz zbliża się do końcowej linii, stosując metodę stałego podziału pozostałego dystansu na połowę… Ale nikomu nigdy nie udało się objąć umysłem pełni spektaklu, ponieważ nikt z potencjalnych świadków nie miał odpowiednio doskonałych zmysłów. Proporcjonalnie, kabel był o wiele cieńszy niż ludzki włos, choć gdyby nawet zredukować go do średnicy włosa, i tak nadal miałby setki kilometrów długości, a więc dla człowieka widoczne były tylko króciutkie fragmenty j ego całej rozpiętości. Być może, jeśli w ogóle tak można powiedzieć, najpełniej czuł ten fenomen tylko komputer sterujący kablem…

W każdym razie dla obserwatorów na dole, na powierzchni Marsa, w mieście Sheffield, na wulkanie Pavonis Mons (czyli Pawiej Górze), kabel pojawił się po raz pierwszy jako bardzo mała rakieta, obniżająca się wraz z przyczepioną doń cieniutką linką przytrzymującą; całość wyglądała stąd jak jaskrawa przynęta na cienkiej wędce, z pomocą której łowili ryby jacyś bogowie z następnego wszechświata położonego nad naszym. Z tej perspektywy, jakby z dna oceanicznego, sam kabel podążał w dół — w ślad za swoją linką holowniczą — do ogromnego, betonowego zbiornika na wschód od Sheffield, w tak niewiarygodnie powolnym tempie, że w końcu większość osób po prostu przestała zwracać uwagę na tę pionową czarną kreskę, wiszącą w górnej warstwie atmosfery.

Nadszedł jednak dzień, w którym końcówka kabla, odpalając dysze, aby utrzymać pozycję w porywistym wietrze, wpadła w otwór w dachu betonowego bunkra i wpasowała się w jego kołnierz. Teraz kabel pod punktem areosynchronicznym przyciągała marsjańska grawitacja, natomiast część nad tymże punktem próbowała podążać za Nowym Clarke’iem w locie odśrodkowym z planety; węglowe włókna kabla utrzymywały konieczne napięcie i cala aparatura obracała się z tą samą prędkością co planeta, trwając nad Pavonis Mons i wahliwie wibrując, aby ominąć Deimosa. Nad wszystkim nadal sprawował nadzór komputer z Nowego Clarke’a i długa bateria silników zamontowanych na węglowym włóknie.

W ten sposób winda wróciła. Wagoniki podnoszono z boku kabla w Pavonis, a inne równocześnie spuszczano z Nowego Clarke’a, aby przez przeciwwagę maksymalnie zmniejszyć energię, potrzebną dla obu operacji. Statki kosmiczne przybywały do portu kosmicznego na Nowym Clarke’u, a kiedy go opuszczały, byt to odlot jak z procy. Dzięki temu została znacznie złagodzona niewygoda, spowodowana grawitacyjną studnią Marsa, a co za tym idzie, kontakty mieszkańców planety z Ziemianami i resztą Układu Słonecznego stały się mniej kosztowne. Zerwana na długo pępowina została ponownie związana.

Od dość dawna jego życie było spokojne i doskonale ustabilizowane, kiedy nagle go odkomenderowano i wysłano na Marsa.

Wezwanie przyszło faksem, a wiadomość pojawiła się na aparacie w mieszkaniu, wynajętym przez Arta Randolpha zaledwie miesiąc wcześniej, tuż po rozstaniu z żoną, która zdecydowała się na separację potwierdzoną orzeczeniem sądu. Treść faksu była krótka: „Drogi Arthurze Randolph! William Fort zaprasza Pana do wzięcia udziału w swoim prywatnym seminarium. Samolot odlatuje z lotniska w San Francisco o godzinie dziewiątej rano, 22 lutego 2101 roku”.

Randolph spojrzał na kartkę z zaskoczeniem. William Fort był założycielem Praxis, ponadnarodowego konsorcjum, które przejęło firmę Arta kilka lat temu. Fort był już bardzo stary i obecnie jego pozycja w konsorcjum była podobno czymś w rodzaju statusu honorowego półemeryta. Ciągle jednak prowadził prywatne seminaria, o których powszechnie rozmawiano, choć nikt nie miał o nich żadnych pewnych informacji. Mówiło się, że staruszek zaprasza ludzi ze wszystkich przedsiębiorstw wspomagających konsorcjum, że „wybrańcy” zbierają się w San Francisco i odlatują prywatnymi odrzutowcami w jakieś tajemnicze miejsce. Nikt nie wiedział, co działo się dalej, bowiem ludzi, którzy uczestniczyli w seminariach, zwykle natychmiast po powrocie gdzieś przenoszono, a jeśli nawet zostawali na swych dawnych stanowiskach, zapytani, milczeli w osobliwy sposób, który ucinał wszelkie kolejne pytania ciekawskich. Wszystko to otaczała aura intrygującej tajemnicy.

To niespodziewane zaproszenie zaskoczyło Arta i poczuł lekki niepokój, chociaż właściwie był zadowolony. Zanim przedsiębiorstwo, którego był współzałożycielem, zostało przejęte przez Praxis, Art piastował w nim stanowisko dyrektora technicznego. Dumpmines było małą firmą, która zajmowała się wyszukiwaniem i przetwarzaniem surowców ze starych wysypisk oraz odzyskiem najwartościowszych materiałów, które w poprzednich, bardziej rozrzutnych epokach po prostu wyrzucano. Kiedy tę małą firmę nabyło Praxis, wszyscy byli zaskoczeni. Zaskoczenie to było jednak bardzo miłe, jako że dzięki tej transakcji każdy pracownik Dumpmines, dotąd zatrudniony w małym, niepozornym przedsiębiorstwie, stawał się pracownikiem-akcjonariuszem jednej z najbogatszych organizacji na świecie: był opłacany jej akcjami, posiadał głos w kwestii jej polityki, a przede wszystkim mógł korzystać ze wszystkich jej dobrodziejstw. Była to zmiana porównywalna z nadaniem szlachectwa.

Art oczywiście również był zadowolony, podobnie jego żona, choć ona poczuła jednocześnie smutek. Niedawno zatrudnił ją bowiem zarząd Mitsubishi, a duże konsorcja ponadnarodowe, jak twierdziła, są niczym odrębne światy. Skoro oni dwoje zaczęli pracować dla różnych koncernów, nieuchronnie musieli się od siebie odsunąć, o wiele bardziej niż kiedykolwiek dotąd, tłumaczyła mężowi. Nie potrzebowali już siebie nawzajem, aby otrzymać kurację przedłużającą życie, bowiem „ponadnarodowcy” dostarczali je o wiele rzetelniej niż rząd. Jesteśmy więc, powiedziała Artowi żona, jak ludzie na różnych statkach, które wyruszają z Zatoki San Francisco, by popłynąć w odmiennych kierunkach. W gruncie rzeczy, jak statki mijające się w nocy.

Randolph pomyślał, że ich statki mogłyby mieć ze sobą częstszy kontakt, gdyby jego żona nie zainteresowała się jednym z pasażerów, który płynął wraz z nią: wiceprezesem Mitsubishi, odpowiedzialnym za sprawy rozwoju wschodniego Pacyfiku. Jednakże Art szybko przestał się zastanawiać nad swoimi sprawami prywatnymi, ponieważ natychmiast wciągnął go program arbitrażowy Praxis; zaczął teraz często podróżować, prowadząc wykłady lub mediując w sporach między różnymi małymi firmami, wspierającymi konsorcjum, które zajmowały się odzyskiem zasobów. Kiedy jednak przebywał w San Francisco, widział, że Sharon bardzo rzadko bywa w domu. Nasze statki odpływają na odległość uniemożliwiającą porozumienie, wyjaśniła mu, a on nie miał ochoty się z nią spierać w tej kwestii, toteż niebawem się wyprowadził, zresztą na wyraźną sugestię żony. Cóż, ktoś mógłby też powiedzieć, że został po prostu wyrzucony.

Taak, Art potarł śniady, nie ogolony podbródek i po raz czwarty przeczytał faks. Art Randolph był wysokim, potężnie zbudowanym mężczyzną; poruszał się nieco ospale, by nie powiedzieć wręcz, że ociężale. Sharon nazywała go niezgrabiaszem, chociaż on osobiście wolał określenie, którego używała jego sekretarka w Dumpmines: „niedźwiedziowaty”. Miał rzeczywiście wygląd potężnego, nieco niezdarnego i powolnego niedźwiedzia, ale niekiedy bywał również zaskakująco zwinny i manifestował prawdziwie zwierzęcą siłę. Kiedy był studentem, grał w drużynie Uniwersytetu Waszyngtońskiego na pozycji fullbacka i wprawdzie był fullbackiem może nie najszybszym, ale za to umiejącym pewnie rozgrywać piłkę i na boisku naprawdę trudno było go pokonać. Nazywali go wtedy człowiekiem-niedźwiedziem. Walcz z nim, mawiali starzy wyjadacze boiskowi, ale na własne ryzyko.

Art skończył studia inżynieryjne, a potem pracował na polach naftowych Iranu i Gruzji, gdzie wymyślił wiele innowacji, związanych z produkcją ropy naftowej, z teoretycznie mało opłacalnego iło-łupku. W trakcie tej pracy zrobił dyplom na Uniwersytecie Teherańskim, a następnie przeprowadził się do Kalifornii i wraz z przyjacielem założył firmę, która produkowała sprzęt do nurkowania głębinowego, używany początkowo w przybrzeżnych wierceniach ropy, a później — gdy dostępniejsze pokłady zostały wyczerpane — na wodach głębszych. Tu również Randolph opracował wiele rozwiązań racjonalizatorskich w sprzęcie do nurkowania i technice podwodnych wierceń, ale, praktycznie, parę lat musiał spędzić w komorach kompresyjnych i na szelfie kontynentalnym, co go bardzo męczyło. W pewnym momencie uznał więc, że już wystarczy tych cierpień, odsprzedał swe udziały wspólnikowi i zajął się czymś innym. Wkrótce założył przedsiębiorstwo zajmujące się budową mieszkalnych kesonów dla terenów o zimnym klimacie, pracował dla firmy produkującej płytki ogniw słonecznych i budował przesuwnie rakietowe. Każdą z tych prac uważał za wspaniałą, ale wraz z upływem czasu uświadomił sobie, że w rzeczywistości bardziej go interesują nie problemy techniczne, ale ludzkie. Zaczął coraz bardziej angażować się w działalność związaną z planowaniem, aż wreszcie zajął się arbitrażem; lubił zajmować się rozmaitymi spornymi kwestiami i doprowadzać do pozytywnych rozwiązań ku zadowoleniu wszystkich zainteresowanych stron. To także była inżynieria, tyle że innego rodzaju, bardziej absorbująca i satysfakcjonująca niż technika, choć zarazem o wiele trudniejsza. Wiele przedsiębiorstw, dla których pracował przez ostatnie lata, należało do różnych konsorcjów ponadnarodowych i w ten sposób Art wplątał się nie tylko w arbitraż dwustronny między którąś ze swoich firm i spółkami obcymi, wspierającymi dane konsorcjum, ale także w bardziej skomplikowane spory, wymagające arbitrażu trójstronnego. Randolph nazywał swe działania inżynierią społeczną i uważał tę dziedzinę za absolutnie fascynującą.

Kiedy założył Dumpmines, przyjął stanowisko dyrektora technicznego i skupił się na projekcie o nazwie „SuperRathjes” — rzecz dotyczyła gigantycznych pojazdów automatycznych, które zajmowały się wydobyciem i sortowaniem materiałów z wysypisk. Równocześnie jednak, bardziej niż kiedykolwiek dotąd, wciągnął się wówczas w najrozmaitsze spory pracownicze i finansowe. A nasiliły się one znacznie po nabyciu firmy przez Praxis. Toteż obecnie, kiedy praca szła mu dobrze, zawsze wracał do domu z przekonaniem, że powinien być z zawodu sędzią albo dyplomatą. Tak, tak, w głębi duszy czuł się prawdziwym dyplomatą.

Z jednym małym wyjątkiem — za żenujący uważał fakt, że nie potrafił pomyślnie wynegocjować warunków rozwiązania swojego małżeństwa. Przyszło mu do głowy, że wiadomość o rozpadzie jego związku musiała już dotrzeć do Forta lub któregoś z jego współpracowników, być może tego, który zaprosił Arta na seminarium. Ba, istniała nawet możliwość, że założyli w jego starym mieszkaniu podsłuch i słyszeli wszystkie te kompromitujące rozmowy, jakie toczyli z Sharon podczas ostatnich wspólnych miesięcy. Na samą myśl o tym, aż poczuł skurcz w środku. Poszedł do łazienki, włączył przenośny grzejnik wody i popatrzył w lustro. Twarz mężczyzny o zmęczonym, niepewnym spojrzeniu, wyrażająca zdumienie, a może nawet strach. Nie, pomyślał Art, nerwowo pocierając szorstką brodę, z pewnością nie wyglądam jak ktoś, kto mógłby otrzymywać faksy od Williama Forta.

Akurat wtedy zadzwoniła jego żona, a właściwie eks-żona, i podobnie jak on, nie mogła uwierzyć w usłyszaną informację.

— To na pewno pomyłka — oświadczyła, kiedy Art o wszystkim jej opowiedział.

Zadzwoniła zresztą w sprawie jednego z obiektywów kamery, którego nie mogła znaleźć w domu; podejrzewała, że Art zabrał go w trakcie wyprowadzki.

— Poszukam — odparł krótko Randolph i ruszył do szafy, aby zajrzeć do dwóch nadal nie rozpakowanych walizek.

Wiedział, że nie ma tam obiektywu, ale tak czy owak głośno przetrząsnął cały bagaż. Miał świadomość, że gdyby próbował oszukiwać, Sharon zorientowałaby się od razu. Podczas jego poszukiwań kobieta nadal mówiła, a jej głos rozchodził się w pustym mieszkaniu z dziwnym, metalicznym pogłosem:

— To zupełna tajemnica, jaki jest naprawdę ten Fort. Może cię wysłać do jakiegoś Shangri-La. Będzie trzymał buty w kartonach po papierowych chusteczkach i mówił po japońsku, a tobie każe sortować jego śmieci i uczyć się lewitacji. I nigdy więcej cię nie zobaczę. Znalazłeś?

— Nie. Nie ma go tutaj. — Kiedy się rozstawali, podzielili ich wspólne mienie: Sharon zatrzymała mieszkanie, zestaw komputerowy wraz z notebookiem, sprzęt fotograficzny, rośliny, łóżko i w ogóle wszystkie meble. Art wziął ze sobą tylko patelnię teflonową. Nie, nie, z pewnością nie była to najlepsza z jego mediacji. Dzięki temu jednak niewiele było w tej chwili miejsc, w których mógłby znaleźć zagubiony obiektyw.

Sharon wydała z siebie tylko jedno, przeciągłe westchnienie, wyrażające ogólne oskarżenie.

— Nauczą cię japońskiego i nigdy już się nie zobaczymy. Czego mógłby od ciebie chcieć William Fort?

— Może porady w sprawach małżeńskich? — spytał z ironią Art.

Wiele z zasłyszanych wcześniej plotek o seminariach Forta okazało się prawdą, co Art skonstatował z wielkim zdziwieniem. Na międzynarodowym lotnisku w San Francisco wsiadł na pokład dużego, zaopatrzonego w potężne silniki, prywatnego odrzutowca wraz z sześciorgiem innych mężczyzn i kobiet, a po starcie okna samolotu, najwyraźniej podwójnie polaryzowane, stały się całkowicie czarne. Drzwi do kabiny pilota szczelnie zamknięto. Dwóch mężczyzn spośród towarzyszy Arta zaczęło się bawić w zgadywankę orientacyjną, próbując zgadnąć, dokąd leci samolot, i po tym, jak odrzutowiec wykonał szereg łagodnych przechyłów w lewo i w prawo, zgodzili się co do tego, że pilot obrał kurs w jakimś kierunku między południowym zachodem a północą. Całą siódemkę pochłonęła ożywiona rozmowa; wszyscy byli dyrektorami technicznymi lub specjalistami od arbitrażu w ogromnej sieci przedsiębiorstw Praxis. Przylecieli do San Francisco z całego świata. Niektórych ogarnęło nerwowe podniecenie wywołane samym faktem zaproszenia ich na spotkanie z żyjącym na odludziu założycielem konsorcjum ponadnarodowego, inni wydawali się nieco zalęknieni.

Lot trwał sześć godzin i „zgadywacze” prawie cały ten czas spędzili na ustalaniu docelowego miejsca podróży, zakreślając maksymalnie zewnętrzne jego granice. Wytyczony przez nich obwód obejmował swoim obszarem Juneau, Hawaje, Mexico City i Detroit, chociaż mógł być większy, jak zauważył Art, jeśli lecieli jednym z nowych odrzutowców typu „powietrze-przestrzeń kosmiczna”: równie dobrze mogli się znajdować gdziekolwiek na całej półkuli, a może nawet i w jakimś punkcie na drugiej. Kiedy wreszcie wylądowali, całą grupę przeprowadzono miniaturowym tunelem lotniczym, po czym wsiedli do sporej ciężarówki o równie zaciemnionych, jak w samolocie oknach i ciemnej, nieprzenikalnej przegrodzie między pasażerami a siedzeniem kierowcy. Drzwi zamknięto z zewnątrz.

Jechali przez pół godziny. Potem ciężarówka zatrzymała się i drzwi otworzył kierowca — starszy mężczyzna ubrany w szorty i koszulkę z krótkim rękawem, reklamującą wyspę Bali.

Zamrugali oczyma w słońcu. Nie, z pewnością to nie była Bali. Znajdowali się na małym, asfaltowym parkingu, otoczonym przez drzewka eukaliptusowe, na dnie wąskiej przybrzeżnej doliny. Na zachodzie, w odległości mniej więcej mili, błyszczał ocean albo bardzo duże jezioro; widoczny był tylko mały trójkącik wody. Od doliny odchodziła zatoczka, wpadając do laguny za plażą. Boczne ściany doliny zarastała od strony południowej zasuszona trawa, od północnej zaś — kaktusy; grzbiety gór nad głowami przybyszów stanowiła sucha brązowa skała.

— Baja w Meksyku? — odezwał się jeden ze „zgadywaczy”. — Ekwador? Australia?

— San Luis Obispo? — dorzucił Art.

Kierowca poprowadził ich pieszo w dół. Wąską drogą dotarli do małego osiedla, na które składało się siedem dwupiętrowych drewnianych budynków, wybudowanych wśród pinii na wybrzeżu morskim przy dnie doliny. Dwa budynki przy zatoczce okazały się domami mieszkalnymi. Gdy złożyli bagaże w przydzielonych pokojach jednego z nich, kierowca zaprowadził ich do jadalni, która znajdowała się w drugim. Tam pół tuzina osób z obsługi kuchennej, wszyscy w raczej podeszłym wieku, nakarmili przybyłych prostym posiłkiem złożonym z sałatki i gulaszu. Następnie zabrano ich z powrotem do rezydencji i pozostawiono samym sobie.

Zebrali się wokół kominka w centralnej sali. Na zewnątrz było ciepło, toteż w palenisku nie palił się ogień.

— Fort ma sto dwanaście lat — zaczął jeden ze „zgadywaczy”, imieniem Sam. — Ale kuracje nie działają na jego mózg.

— Nie działają na żaden — odparł Max, drugi „zgadywacz”.

Rozmawiali przez chwilę na temat Forta. Każdy z nich słyszał różne rzeczy o tym człowieku, ponieważ William Fort był jednym z najsłynniejszych ludzi sukcesu w historii medycyny, Pasteurem ich epoki, człowiekiem, który pokonał raka, jak spekulowały ilustrowane magazyny, człowiekiem, który pokonał przeziębienie. Założył Praxis w wieku dwudziestu czterech lat, aby wprowadzić na rynek wiele nowych leków zwalczających wirusy i dzięki ich przełomowemu znaczeniu został multimiliarderem, zanim skończył dwadzieścia siedem lat. Potem poświęcił swój czas na rozbudowę Praxis w jedno z największych konsorcjów ponadnarodowych. Osiemdziesiąt nieprzerwanych lat metastazy, jak to wyłożył Sam. Podczas tego okresu sam Fort zmieniał się w swego rodzaju hiper-Howarda Hughesa (tak się w każdym razie mówiło), stając się człowiekiem coraz bogatszym i coraz potężniejszym, aż nagle niczym czarna dziura zniknął całkowicie w natłoku doniesień ze swojego gigantycznego imperium.

— Mam tylko nadzieję, że nie zrobił się zbyt dziwaczny — oznajmił Max.

Inni uczestnicy seminarium — Sally, Amy, Elizabeth i George — wyrażali w tej kwestii większy optymizm. Wszystkich jednak zaskoczyło specyficzne powitanie czy też raczej jego zupełny brak, toteż kiedy do późnego wieczora nikt nie przyszedł się z nimi spotkać, rozeszli się do swoich pokojów, wymieniając na pożegnanie pełne niepokoju spojrzenia.

Art spał jak zawsze dobrze, a o świcie obudziło go basowe pohukiwanie sowy. Pod jego oknem falowały wody zatoczki. Był szary świt, unosząca się kurtyna lekkiej mgły odsłaniała nadmorskie sosny. Z jakiegoś miejsca w osiedlu dotarł do jego uszu stukoczący dźwięk.

Randolph ubrał się i wyszedł. Wokół czuło się specyficzną wilgoć porannej rosy. Na dole wąskie płaskie tarasy pod budynkami wypełniały grządki sałaty i rzędy jabłonek, tak przyciętych i przywiązanych do drewnianych podpórek, że wyglądały na niewielkie krzewy o zabawnym kształcie.

Świat stał się jeszcze bardziej barwny, gdy Art dotarł do dolnej części małej farmy, leżącej nad samą laguną. Pod dużym starym dębem rozciągał się niczym dywan spory trawnik. Art podszedł do drzewa, zafascynowany jego wyglądem. Dotknął nierównej, chropowatej, popękanej kory i wówczas usłyszał jakieś głosy — dochodziły ze ścieżki przy lagunie. Następnie dostrzegł grupkę ludzi, ubranych w czarne piankowe stroje nurków. Nieśli deski do surfingu lub długie pofałdowane lotnie. Kiedy go mijali, rozpoznał twarze osób z obsługi kuchennej, widziane ubiegłego wieczoru, a także kierowcę. Ten ostatni zamachał Artowi ręką, po czym podążył dalej ścieżką w górę. Randolph natomiast zszedł do laguny. Niski odgłos fal szumiał w słonym powietrzu, ptaki pływały w trzcinach.

Po chwili Art wrócił w górę szlakiem. Gdy dotarł do jadalni osiedla, dostrzegł, że ekipa starszych ludzi zdążyła już się znaleźć z powrotem w kuchni i teraz z werwą trzaskała patelniami. Kiedy Art i reszta gości zjedli śniadanie, kierowca poprowadził ich schodami w górę do wielkiej sali konferencyjnej. Usiedli na ustawionych w kwadracie tapczanikach. Przez duże okna widokowe na wszystkich czterech ścianach wsączało się do pomieszczenia sporo szarego, porannego światła. Kierowca usiadł na krześle ustawionym wśród tapczanów.

— Nazywam się William Fort — odezwał się. — Cieszę się, że mogę tu gościć wszystkich państwa.

Wyglądał osobliwie: jego twarz była poorana zmarszczkami, jak gdyby przez sto lat rzeźbiły ją ciężkie przeżycia, ale teraz wyrażała pogodny spokój. Wygląda jak szympans, pomyślał Art, szympans, który spędził życie w doświadczalnym laboratorium, a teraz studiuje zeń. Albo po prostu jak bardzo stary surfer czy lotniarz, ogorzały od słońca i wiatru, łysy, o okrągłej twarzy i zadartym nosie. Fort uważnie lustrował swych gości, przypatrując się każdemu z osobna. Sam i Max, którzy lekceważyli go wcześniej w roli kierowcy i kucharza, sprawiali wrażenie bardzo zdenerwowanych, ale Fort zdawał się nie zwracać na to uwagi.

— Istnieje pewien współczynnik — zaczął starzec — który wyraża, jak bardzo pełny jest świat ludzi i efektów ich działalności. To procentowy odpowiednik produktu netto, opartego na bazie fotosyntezy roślin lądowych.

Sam i Max skinęli głowami, jak gdyby takie stwierdzenie było naturalnym sposobem rozpoczynania spotkania.

— Można notować? — spytał Art.

— Proszę — odparł Fort. Skinął ku małemu stolikowi do kawy ustawionemu w środku kwadratu tapczanów. Stoliczek był pokryty papierami i zastawiony komputerami. — Chcę później państwu zaproponować pewne gry, tam są komputery i inne przybory do pracy… co tylko zechcecie.

Większość przybyłych przywiozła ze sobą własne mikrokomputery i teraz, na krótką chwilę, zapadło milczenie, przerywane jedynie odgłosami przygotowywania sprzętu do pracy. Podczas gdy wszyscy byli tym zajęci, Fort wstał i zaczął się przechadzać po obwodzie za tapczanikami. Mówiąc, co kilka zdań robił obrót.

— Zużywamy obecnie około osiemdziesięciu procent pierwotnego produktu netto, którego bazę stanowi fotosynteza roślin lądowych — oświadczył. — Stuprocentowe zużycie jest mało prawdopodobne, ale ponieważ na początku nasze możliwości szacowaliśmy na mniej więcej trzydzieści procent, i tak więc… ostro się rozpędziliśmy, jak to mówią. Obecnie upłynniamy nasz naturalny kapitał, jak gdyby był to dochód trwale pozostający do naszej dyspozycji, wobec czego niedługo wyczerpiemy pewne zapasy surowcowe, takie jak: ropa, drewno, gleba, metale, świeża woda, ryby i zwierzęta. Dalsza ekspansja ekonomiczna będzie tym samym bardzo trudna.

„Trudna!” — zanotował Art. „Dalsza?!”

— Jednakże musimy ją kontynuować — mówił Fort, świdrując spojrzeniem Randolpha, który dyskretnie przysłonił ramieniem swój komputer — bowiem nieprzerwana ekspansja stanowi fundamentalną zasadę ekonomii, a więc jest także jednym z podstawowych nakazów samego wszechświata. Ponieważ wszystko jest ekonomią… Fizyka to ekonomia kosmiczna, biologia — ekonomia komórkowa, nauki humanistyczne są ekonomią społeczną, psychologia — ekonomią psychiki i tak dalej.

Słuchacze pokiwali smutno głowami.

— Tak więc wszystko się rozprzestrzenia. Ale nie może się to odbywać w sprzeczności z prawem zachowania materii-energii. Niezależnie od tego, jak skuteczna jest wasza wydajność, nigdy nie otrzymacie mocy wyjściowej większej niż moc wejściowa.

Art zapisał w swoich notatkach: „Moc wyjściowa większa niż moc wejściowa — wszystko jest ekonomią — naturalny kapitał. Ostro się rozpędziliśmy!”.

— W związku z tym grupa ludzi tu, w Praxis, pracuje nad czymś, co nazywamy ekonomią pełnego świata.

— Czy nie chodzi czasem o ekonomię przepełnionego świata? — spytał Art.

Fort pominął jego słowa milczeniem, jak gdyby w ogóle ich nie usłyszał.

— Hm, jak powiedział Dały, kapitał wytworzony przez człowieka i kapitał naturalny w żadnym razie nie są wymienialne i równoważne. To jest oczywiste, ale ponieważ wielu, a może nawet większość ekonomistów jest odmiennego zdania i uparcie przy nim obstaje, musimy je stale weryfikować. Zapamiętajcie to sobie na takim przykładzie: nie można wybudować większej liczby tartaków przy zmniejszających się obszarach leśnych. Jeśli budujecie dom, możecie manipulować liczbą pił maszynowych i cieśli, co oznacza, że są oni „zastępowalni”, ale nie zdołacie zbudować całości, posiadając jedynie połowę budulca, niezależnie od tego, jak wiele będziecie mieli do swej dyspozycji narzędzi czy ludzi. Spróbujcie, a otrzymacie dom z powietrza. Taki, w jakim właśnie obecnie mieszkacie.

Art potrząsnął głową, po czym spojrzał na stronę w komputerze i dopisał: „Zasoby naturalne i kapitał niemożliwe do zastąpienia — piły elektryczne/cieśle — dom z powietrza”.

— Przepraszam — odezwał się Sam. — Czy pan użył określenia „naturalny kapitał”?

Fort drgnął, po czym odwrócił się gwałtownie, by spojrzeć na Sama.

— Taaa…?

— Myślałem, że kapitał jest z definicji pochodną działalności człowieka. „Wytworzony środek produkcji”, takiej definicji nas uczono.

— Zgoda. Jednak w świecie kapitalistycznym słowo „kapitał” przybiera coraz to więcej możliwych znaczeń. Mówi się, na przykład, o kapitale ludzkim, czyli wartościach, które klasa pracująca gromadzi w sobie poprzez edukację i doświadczenie w pracy. Ludzki kapitał różni się od klasycznego tym, że nie można go otrzymać w spadku i można go jedynie wynająć, ale nie kupić czy sprzedać.

— Chyba że weźmiemy pod uwagę niewolnictwo — rzucił Randolph.

Fort zmarszczył czoło.

— Pojęcie „naturalnego kapitału” w istocie bardziej przypomina tradycyjne określenie niż definicję kapitału ludzkiego. Kapitał naturalny można posiadać i zapisać go w testamencie, a także podzielić na odnawialny i nieodnawialny, rynkowy i nierynkowy.

— Ale jeśli wszystko określimy tego czy innego typu kapitałem — oświadczyła Amy — nietrudno będzie wówczas zrozumieć, dlaczego niektórzy ludzie uważają, iż jeden typ można zastąpić drugim. Jeśli udoskonalamy kapitał wytworzony przez człowieka, aby zużyć mniej kapitału naturalnego, czy to nie jest swego rodzaju „zastępowaniem”?

Fort potrząsnął głową.

— To jest tylko podnoszenie wydajności. Kapitał jest wartością wejściową, a wydajność to stosunek mocy wyjściowej do wejściowej. Niezależnie od tego, jak wydajny jest kapitał, nie można wytworzyć czegoś z niczego.

— Nowe źródła energetyczne… — zasugerował Max.

— Tak, tak, ale nie stworzysz gleby z elektryczności. Energia termojądrowa i maszyneria samoregenerująca dały nam ogromną ilość mocy, ale musimy mieć do swej dyspozycji jakieś naturalne zasoby, aby zastosować wobec nich tę moc. I w ten sposób docieramy do granicy, za którą żadne zastępowanie nie jest już możliwe.

Fort wpatrywał się w całą grupę wciąż z tym samym, godnym podziwu opanowaniem, które Art zauważył na początku. Randolph zerknął na ekran swego komputera: „Naturalny kapitał” — zapisał — „kapitał ludzki — tradycyjny kapitał — energia kontra materia — elektryczna gleba — niemożliwe żadne zastępstwa…”. Skrzywił się i zaczął nową stronę.

Fort mówił dalej:

— Na nieszczęście, większość ekonomistów wciąż porusza się wewnątrz modelu ekonomii pustego świata.

— Model pełnego świata wydaje się oczywisty — odezwała się Sally. — To jedyna zdroworozsądkowa teoria. Dlaczego wobec tego niektórzy ekonomiści ją ignorują?

Fort wzruszył ramionami i po raz kolejny w milczeniu okrążył pokój. Arta zaczęła boleć szyja od ciągłego obracania.

— Pojmujemy świat poprzez wzorce. Przejście z ekonomii pustego świata do ekonomii świata pełnego to główny wzorzec przemiany. Max Planck powiedział kiedyś, że nowy wzorzec pokonuje stary nie wtedy, gdy przekona się jego przeciwników, ale wówczas, kiedy jego przeciwnicy w końcu wymrą.

— Tyle tylko, że teraz się nie umiera — zauważył Art.

Fort skinął głową.

— Tak. Rzeczywiście, kuracje utrzymują ludzi przy życiu w nieskończoność. A wielu z nich posiada dożywotnią kadencję lub stanowisko.

Sally wyglądała na zdegustowaną.

— W takim razie będą chyba musieli się nauczyć zmieniać swoje podejście do pewnych spraw, prawda?

Fort popatrzył na nią bacznie.

— Wypróbujemy to od razu. Przynajmniej w teorii. Chcę, żebyście wymyślili strategie ekonomii pełnego świata. To jest gra, w którą sam często grywam. Jeśli podłączycie wasze komputery do stolika, będę mógł przekazać wam wstępne dane.

Wszyscy pochylili się nad pulpitami i zaczęli wsuwać wtyczki w umieszczone wokół stołu gniazdka.

Pierwsza gra, którą zaproponował Fort, zakładała oszacowanie maksymalnych możliwości ludzkiej populacji.

— Czy to nie zależy od założonego stylu życia? — spytał Sam.

— Stworzymy cały szereg tego typu założeń.

Wcale nie żartował. Na początek wyszli od scenariusza, w którym z każdego akra gleby uprawnej na Ziemi uzyskiwano maksymalną wydajność, a następnie analizowali scenariusz, który zawierał, między innymi, powrót do polowania i zbieractwa. Od powszechnie rzucającej się w oczy hiperkonsumpcji przeszli do powszechnych diet żywieniowych. W komputerach grupy pojawiły się wszystkie wstępne założenia, a później cała siódemka zaczęła stukać na klawiaturach. Jedni wyglądali na znudzonych lub zdenerwowanych zabawą, inni nie kryli zniecierpliwienia, niektórych bardzo ona wciągnęła. Używali formuł dostarczanych przez „stół” lub, przeciwnie, wzbogacali teorię o własne odkrycia.

Gra zajęła im czas do obiadu, a następnie całe popołudnie. Art lubił wszelkie gry, podobnie jak Amy, toteż zawsze kończyli szybciej niż pozostali. W końcu okazało się, że rezultaty grupy dla maksymalnych możliwości populacji sięgają od stu milionów (model „nieśmiertelnego tygrysa”, jak go nazwał Fort) do trzydziestu miliardów (model „mrówczej farmy”).

— To jest ogromna rozpiętość — zauważył Sam.

Fort tylko pokiwał głową cierpliwy i wyrozumiały.

— Tak, ale jeśli wybierzesz jedynie modele z najbardziej realistycznymi warunkami — stwierdził Art — znajdziesz się między trzema i ośmioma miliardami.

— A aktualna populacja wynosi około dwunastu miliardów — zauważył Fort. — Więc, powiedzmy, że i w tym względzie za bardzo się rozpędziliśmy. Jak sobie z tym poradzicie? W końcu mamy przecież przedsiębiorstwa, którymi trzeba kierować. Biznes nie skończy się tylko dlatego, że Ziemia jest przeludniona. Ekonomia pełnego świata to nie koniec ekonomii, to tylko koniec tradycyjnego biznesu. Chcę, aby Praxis znalazła się na czele krzywej. Więc… hmm… Jest odpływ i zamierzam odpocząć. Możecie pójść w moje ślady. A jutro będziemy grać w grę o nazwie „Przepełnienie”.

Z tymi słowami opuścił pokój, a grupie znowu nie pozostało nic innego, jak wyłącznie własne towarzystwo. Wrócili do pokojów, a potem — kiedy nadszedł czas kolacji — ruszyli do jadalni. Forta nie było, ale ekipa jego starszych towarzyszy z ubiegłego wieczoru trwała na swoich miejscach. Wspomagał ich tym razem również tłumek młodych mężczyzn i kobiet. Wszyscy byli szczupli, mieli inteligentne twarze i wyglądali jak przysłowiowe okazy zdrowia. Mogli reprezentować „Klub młodego biegacza” albo zespół pływacki; większość stanowiły kobiety. Sam i Max na przemian to unosili, to opuszczali brwi, wyrażając w tym prostym alfabecie Morse’a kolejne sylaby: „Och! Ach! No, no, no!”. Młodzi ignorowali te spojrzenia, podając siódemce przybyłych kolację, a potem wrócili do kuchni. Art jadł szybko, zastanawiając się podczas posiłku, czy podejrzenia Sama i Maxa są słuszne. Po jedzeniu zaniósł talerz do kuchni i zaczął go wkładać do zmywarki, a wówczas spytał jedną z młodych kobiet:

— Co was tu sprowadza?

— Coś w rodzaju programu dla stypendystów — odparła. Na imię miała Joyce. — Wszyscy jesteśmy „uczniami”, którzy „wstąpili” do Praxis w ubiegłym roku. Wybrano nas i przyjechaliśmy tu się uczyć.

— Czy przypadkiem nie zajmowaliście się dzisiaj ekonomią pełnego świata?

— Nie, raczej siatkówką.

Art wyszedł na zewnątrz. Żałował, że uczestniczy w swoim programie, a nie w ich. Zastanowił się, czy nie ma tu gdzieś jakiegoś basenu z podgrzewaną wodą i widokiem na ocean. Uważał to za wielce prawdopodobne — ocean był tutaj chłodny, a jeśli wszystko sprowadzano do ekonomii, takie udogodnienie można by uznać za swego rodzaju inwestycję, powiedzmy: inwestycję dla utrzymywania ludzkiej infrastruktury w dobrej kondycji.

Wrócił do rezydencji, gdzie jego towarzysze omawiali właśnie miniony dzień.

— Nienawidzę takiego gówna — oznajmił Sam.

— Tkwimy w nim po uszy — dodał ponuro Max. — Przyłączasz się do grona wyznawców albo żegnaj się z pracą.

Nie wszyscy byli aż takimi pesymistami.

— Może Fort czuje się po prostu samotny — zasugerowała Amy.

Sam i Max znacząco spojrzeli w kierunku kuchni.

— Może zawsze chciał być nauczycielem — zasugerowała Sally.

— A może chce utrzymać wzrost Praxis na poziomie dziesięciu procent rocznie — dorzucił George — niezależnie od tego, czy świat jest pełny czy nie.

Sam i Max pokiwali głowami, ale Elizabeth wyglądała na zirytowaną.

— A może po prostu chce ocalić świat! — powiedziała podniesionym głosem.

— Na pewno — przytaknął ironicznie Sam, a Max i George zachichotali.

— Hm, a może… może założył w tym pokoju podsłuch, co? — mruknął Art. Jego stwierdzenie ucięło rozmowę.

Mijały kolejne dni, bliźniaczo podobne do pierwszego. Siedmioro przybyszów codziennie siadywało w salce konferencyjnej, a Fort krążył po pomieszczeniu i przemawiał przez całe ranki, czasami w sposób logiczny i zrozumiały, a czasami wręcz przeciwnie. Pewnego ranka przez trzy godziny perorował na temat feudalizmu: że był to najbardziej klarowny politycznie wyraz dynamiki dominacji rzędu naczelnych, że tak naprawdę nigdy nie zniknął, że ponadnarodowy kapitalizm to oczywisty feudalizm, że światowa arystokracja ekonomiczna musi się dowiedzieć, w jaki sposób dopasować stały wzrost produkcji do stanu niezawodnej stabilności modelu feudalnego. Innego ranka znów mówił o kalorycznej teorii wartości zwanej ekoekonomią, podobno wypracowanej przez wczesnych osadników marsjańskich. Sam i Max reagowali na te wiadomości przewracając oczyma, a Fort monotonnie kontynuował wykład o równaniach Taniejewa i Tokariewej, gryzmoląc coś nieczytelnie na tablicy w rogu.

Jednak po kilku dniach od ich przylotu wszystko się zmieniło, ponieważ z południa nadeszła duża fala. Fort zawiesił spotkania z gośćmi i spędzał całe dni surfując na desce albo ślizgając się ponad falami w kombinezonie lotniarza — lekkim stroju z szerokimi skrzydłami, o giętkiej strukturze i z systemem sztucznej stateczności i sterowania; system ten reagował na ruchy mięśni lecącego i wprawnemu śmiałkowi umożliwiał wykonanie półsztywnych powietrznych układów zapewniających kontrolowane ewolucje. W górze przyłączała się do Forta większość młodych stypendystów. Opadali nad wodę niczym flotylla Ikarów, a następnie — gdy już, już mieli uderzyć w jej taflę — wzlatywali szybko w górę na prądach powietrznych, wytworzonych przez łamiące się fale i surfowali w powietrzu, jak pelikany, prawdziwi „wynalazcy” tego sportu.

Art również przychodził na plażę i pływał na desce, ciesząc się wodą, która była dość zimna, ale nie na tyle, by niezbędny był strój nurka. Zbliżał się do fal, na których surfowała Joyce i gawędził z nią między kolejnymi ślizgami. Dowiedział się od niej między innymi, że starzy pracownicy kuchni to dobrzy przyjaciele Forta, a zarazem jego współpracownicy z pierwszych lat świetności Praxis. Młodzi stypendyści mówili o nich „Osiemnastka Nieśmiertelnych”. Niektórzy spośród tych osiemnaściorga mieszkali w tutejszym obozie, inni natomiast przylatywali na systematycznie organizowane narady, podczas których omawiano rozmaite problemy i radzili aktualnym szefom Praxis w kwestii polityki konsorcjum; prowadzili też seminaria i lekcje, a poza tym uprawiali popularne sporty wodne. Ci, którzy tego nie lubili, pracowali w ogrodach.

Randolph przyjrzał się bacznie tym ogrodnikom podczas swoich powrotów z plaży do osiedla. Pracowali niespiesznie, jakby w zwolnionym tempie i przez cały czas rozmawiali. Można było odnieść wrażenie, że głównym zadaniem, jakie postawili przed sobą, było zrywanie owoców z mocno przyciętych karłowatych jabłonek.

Po kilku dniach duża południowa fala opadła i Fort ponownie zebrał grupę Arta. Kolejny temat zajęć brzmiał: „Możliwości pełnoświatowego biznesu” i Art zaczynał rozumieć, dlaczego jego samego i sześcioro jego towarzyszy wybrano do uczestnictwa w tym seminarium — Amy i George zajmowali się antykoncepcją, Sam i Max — projektowaniem przemysłowym, Sally i Elizabeth — technologią rolnictwa, a on sam wykorzystaniem odpadów. W gruncie rzeczy więc cała siódemka pracowała już wcześniej w swego rodzaju „biznesach pełnoświatowych” i w popołudniowych grach naprawdę dobrze im szło projektowanie w nowych tego typu dziedzinach.

Któregoś dnia Fort zaproponował następną grę: mieli rozwiązać problemy pełnego świata poprzez powrót do świata pustego. Punktem wyjścia miało być założenie, że wywołują zarazę, uśmiercając w ten sposób wszystkich ludzi na świecie, poza tymi którzy poddali się kuracji gerontologicznej. „Jakie widzicie «za» i «przeciw» takiego działania?” — skonkretyzował na koniec zadanie Fort.

Skonsternowani wpatrzyli się w ekrany swoich komputerów. Elizabeth otwarcie oświadczyła, że nie będzie uczestniczyć w grze opartej na takim potwornym założeniu.

— Rzeczywiście, pomysł jest potworny — zgodził się z nią Fort. — Ale taka sytuacja nie jest niemożliwa. Zrozumcie, słyszałem różne głosy na ten temat… Rozmowy w różnych kręgach. Na przykład… przywódcy dużych ponadnarodowych konsorcjów organizują rozmaite dyskusje. Czasem zdarzają się kłótnie. Można tam usłyszeć wiele — przedstawianych poważnie — pomysłów, dotyczących eliminacji czynnika ludzkiego, włącznie z takimi jak ten. Wszyscy je odrzucają, po czym ktoś zmienia temat. Wszakże nikt nie twierdzi, że nie są technicznie możliwe. A niektórzy nawet wydają się sądzić, iż rozwiązaliby w ten sposób pewne problemy, z którymi inaczej nie można sobie poradzić.

Przygnębieni członkowie grupy przez długą chwilę rozważali w myślach sens tej koncepcji. Wreszcie Art zasugerował, że w takim przypadku zabrakłoby pracowników rolnictwa.

Fort wyjrzał na ocean.

— To jest podstawowy problem tego typu działania — odparł zamyślony. — Jeśli zaczniesz robić coś takiego, trudno znaleźć punkt, w którym wszyscy zgodnie uznają, że już można przerwać, że wystarczy… Kontynuujmy, bardzo proszę.

Kontynuowali więc, choć nie czuli się na tym polu zbyt pewnie. Grali w grę pod nazwą „Redukcja populacji” i biorąc pod uwagę alternatywę, którą dopiero co rozważali, trzeba przyznać, że pracowali nad tą kwestią z niemałą intensywnością. Każde z nich przyjęło rolę Władcy Świata, jak to określił Fort, i nakreślało swoje plany dość szczegółowo.

Kiedy nadeszła kolej Arta, powiedział:

— Dałbym każdemu spośród żyjących prawo do spłodzenia i wychowania trzech czwartych dziecka.

Wszyscy się roześmiali, także Fort. Art jednak nie żartował. Wyjaśnił, że każda para rodziców miałaby w ten sposób prawo do utrzymania jednego dziecka i połowy drugiego; posiadając jedno mogliby sprzedać swe prawo do połowy drugiego lub zorganizować sobie kupno brakującej połówki od jakiejś innej pary i mieć dwójkę dzieci. Ceny połówek zmieniałyby się w klasycznym wzorcu „popyt-podaż”. Społeczne konsekwencje takiego posunięcia byłyby pozytywne: ludzie, którzy chcieliby mieć dodatkowe dzieci, musieliby za nie zapłacić, toteż ci, którzy nie posiadaliby odpowiedniego dochodu na utrzymanie jednego, otrzymywaliby wsparcie finansowe na wychowanie tego jedynego, na które się zdecydowali. Gdyby dzięki tej polityce populacje zmniejszyły się wystarczająco skutecznie, Władca Świata mógłby rozważyć zmianę tego prawa na posiadanie jednego dziecka na osobę, co byłoby bliskie stanowi równowagi demograficznej; biorąc jednakże pod uwagę istniejące kuracje przedłużające życie, limit „trzy czwarte” musiałby trwać przez bardzo długi czas.

Kiedy Art skończył szczegółowe omówienie swojej koncepcji, podniósł wzrok znad notatek, zapisanych na ekranie komputera. Wszyscy patrzyli na niego z ciekawością.

— Trzy czwarte dziecka — powtórzył z uśmiechem Fort i członkowie grupy również się roześmiali. — Podoba mi się ta koncepcja. — Śmiech ucichł. — Dzięki niej ludzkie życie miałoby pewną wartość pieniężną… na otwartym rynku. Do tej pory wszelkie próby w tej materii należy uznać za, w najlepszym razie, dość kiepskie. Dochód życiowy, koszty utrzymania i tym podobne… — Starzec westchnął i potrząsnął głową. — Prawda jest taka, że ekonomiści nas oszukują. Bowiem wartości, w gruncie rzeczy, nie można obliczyć za pomocą rachunku ekonomicznego. Ale ten pomysł naprawdę mi się podoba. Zatem sprawdźmy, czy uda się nam oszacować, jakiego rzędu powinna być cena połówki dziecka. Jestem pewien, że natychmiast pojawiliby się spekulanci i pośrednicy, cały aparat rynku.

Tak więc przez resztę popołudnia grali w grę nazwaną przez Forta „Trzy czwarte”, drążąc problemy rynku towarowego i tworząc przepełnione intrygami fabuły, mogące konkurować nawet z najdłuższą mydlaną operą. Kiedy skończyli, starzec zaprosił wszystkich na plażę na barbecue.

Wrócili na krótko do pokoi, aby nałożyć płaszcze przeciwwietrzne, po czym w oślepiającym świetle zachodzącego słońca zeszli ścieżką do doliny. Na plaży pod wydmą dostrzegli już duże ognisko, rozpalone przez kilku młodych stypendystów. Kiedy siedzieli na kocach dokoła ognia, w skafandrach z przypiętymi lotniami, nadleciało mniej więcej dwanaścioro spośród „Osiemnastki Nieśmiertelnych”. Wylądowali, przebiegli piasek, złożyli powoli skrzydła i rozpięli zamki kombinezonów. Odrzucając z oczu mokre włosy, rozmawiali między sobą na temat siły wiatru. Jedni drugim pomagali uwolnić się z długich skrzydeł, po czym zostali w samych kostiumach kąpielowych. Ich ciała pokrywała gęsia skórka i drżeli z zimna — stuletni lotniarze, wyciągający ku ognisku twarde, żylaste ramiona. Kobiety swą muskulaturą nie ustępowały mężczyznom, a twarze ich wszystkich były tak pomarszczone, jakby przez milion lat mrużyli oczy w słońcu i śmiali się przy ogniskach. Art obserwował, jak Fort żartuje ze starymi przyjaciółmi, podczas gdy oni swobodnie i radośnie wycierali się ręcznikami. Oto sekretne życie bogatych i sławnych, pomyślał.

Jedli hot-dogi i pili piwo. Lotniarze odeszli na chwilę za wydmę i wrócili przebrani w spodnie i sportowe pulowerki; byli szczęśliwi, że mogą nieco dłużej pozostać przy ogniu, czesząc sobie nawzajem mokre włosy. Wokół zrobiło się ciemno, wieczorny wietrzyk od morza wydawał się słony i zimny. Pomarańczowe języki płomieni, wyskakujące z ogniska, tańczyły na wietrze, a światło i cień otaczały migotliwymi smugami twarz Forta, przypominającą swym wyrazem małpi grymas. Jak powiedział wcześniej Sam, starzec wyglądał, jak gdyby nie przekroczył jeszcze osiemdziesiątki.

Teraz usiadł wśród swoich siedmiorga gości, którzy trzymali się razem, zapatrzył się w węgle, po czym znowu zaczął mówić. Ludzie po drugiej stronie ognia kontynuowali swoją rozmowę, ale goście Forta pochylili się bliżej ku niemu, by wyraźniej słyszeć jego słowa płynące przez szum wiatru i fal, a także trzaski płonących drew. Bez swoich komputerów na kolanach wyglądali na nieco zagubionych.

— Nie możecie zmusić ludzi, aby coś zrobili — mówił Fort. — Rzecz polega na tym, by zmienić samych siebie. A wówczas ludzie powinni zrozumieć i wybrać właściwie. W ich świecie to się nazywa prawem założyciela. Populacja wyspy zaczyna się od małej liczby osadników, czyli małego ułamka genów macierzystej populacji. Obecnie, jak sądzę, rzeczywiście potrzebujemy nowych gatunków… oczywiście, w sensie ekonomicznym. Praxis jest taką właśnie wyspą. Sposób, w jaki ją budujemy, to rodzaj biotechnologii: przekształcania genów, od których wychodzimy. Nie mamy żadnego obowiązku trwać przy zasadach tamtych. Możemy stworzyć nowe gatunki. I to bynajmniej nie feudalne. Mamy własność zbiorową i osoby podejmujące decyzje, politykę twórczego działania. Zdążamy do pewnego rodzaju wspólnoty, podobnej do systemu obywatelskiego, który stworzyliśmy w Bolonii. To rodzaj demokratycznej wyspy komunistycznej, znacznie skuteczniejszej w działaniu niż otaczający ją kapitalizm. Tworzącej lepszy sposób życia. Czy sądzicie, że tego rodzaju demokracja jest możliwa? Spróbujemy zagrać w to któregoś popołudnia.

— Cokolwiek pan rozkaże — oświadczył Sam, za co otrzymał ostrą wzrokową reprymendę od Forta.

Następnego ranka było słonecznie i ciepło, więc Fort zdecydował, iż nie można marnować pięknego dnia, siedząc w pomieszczeniu. Wrócili na plażę i usadowili się pod dużym baldachimem, w pobliżu wczorajszego ogniska, wśród chłodziarek i hamaków rozwieszonych między żerdziami baldachimu. Ocean miał głęboką barwę jaskrawego błękitu, fale były małe, ale szybkie, toteż gęsto było na nich od surferów, ubranych w piankowe stroje nurków. Fort siedział na jednym z hamaków i prowadził wykład na temat egoizmu i altruizmu, przedstawiając przykłady z ekonomii, socjobiologii i bioetyki. W swoim wywodzie doszedł do wniosku, że w gruncie rzeczy nie istnieje coś takiego jak altruizm. Że to tylko egoizm na dłuższą metę, egoizm, który zna prawdziwe koszty egzystencji i stara się je spłacać, aby nie dopuścić do nagromadzenia się długoterminowych długów. Jest to więc w gruncie rzeczy naprawdę rozsądna procedura ekonomiczna, mówił, zwłaszcza jeśli sieją właściwie skieruje i zastosuje.

Następnie usiłował udowodnić swoją teorię za pomocą zaplanowanych na ten dzień gier „egoistyczno-altruistycznych”, takich jak „Dylemat więźnia” czy „Tragedia ludu”.

Nazajutrz znowu spotkali się w obozie surferów, a po zawiłej rozmowie na temat dobrowolnej prostoty, zagrali w grę nazywaną przez Forta „Marek Aureliusz”. Art świetnie się bawił tą grą, tak zresztą jak wszystkimi poprzednimi i — jak we wszystkich innych — był w niej dobry. Jednak każdego kolejnego dnia jego notatki komputerowe stawały się coraz krótsze; tego dnia ograniczały się zaledwie do kilku stwierdzeń: „Konsumpcja — apetyt — sztuczne potrzeby — prawdziwe potrzeby — prawdziwe koszty — łóżka ze słomy! Wpływ środowiska = populacja x apetyt x skuteczność — w tropikach lodówka to nie luksus — wspólne lodówki społeczne — zimne domy — sir Thomas More”.

Wieczorem uczestnicy konferencji sami spożywali posiłek i wiedli jałową dyskusję.

— Przypuszczam, że to miejsce jest przykładem czegoś w rodzaju dobrowolnej prostoty — zauważył Art.

— Czy bierzesz pod uwagę także młodych stypendystów? — spytał Max.

— Nie zauważyłem, żeby Nieśmiertelni specjalnie często z nimi przebywali.

— Po prostu lubią patrzeć — odparł Sam. — Kiedy jest się tak starym…

— Zastanawiam się, jak długo Fort zamierza nas u siebie zatrzymać — wtrącił Max. — Jesteśmy tu tydzień i to się już robi nudne.

— Mnie się właściwie podoba — wtrąciła Elizabeth. — Czysty relaks.

Art całkowicie się z nią zgodził.

Wstawał tu wcześnie — jeden ze stypendystów anonsował każdy świt, uderzając w drewniany kloc dużym drewnianym młotkiem, najpierw powoli, potem coraz szybciej. Dźwięki te codziennie wyrywały Arta ze snu: „stuk”… „stuk”… „stuk”… „stuk”, „stuk”, „stuk”, „stuuuuk”, „stuuuuk”. Wstawał więc i wychodził w szary, mokry poranek, pełen śpiewu ptaków. Zawsze towarzyszył mu szum fal i Art słysząc ich odgłos miał wrażenie, jak gdyby przymocowano mu do uszu duże, choć niewidoczne muszle. Kiedy przechodził dróżką przez farmę, zawsze widywał tam kilku spośród „Osiemnastki Nieśmiertelnych”, którzy bez końca gawędzili, a równocześnie kopali gracami, przycinali nożycami krzewy lub po prostu siedzieli pod dużym dębem i wpatrywali się w ocean. Często przebywał wśród nich Fort. Art mógł tak wędrować przez pozostałą do śniadania godzinę, świadom, że resztę dnia spędzi w ciepłym pomieszczeniu lub na ciepłej plaży, pogrążony w rozmowie i zabawie w kolejne gry. Czy to rzeczywiście było takie proste? Nie miał pewności. Ale cała ta sytuacja była niewątpliwie relaksująca; nigdy nie spędzał czasu w taki sposób.

Oczywiście, pobyt nad oceanem nie ograniczał się jedynie do rozmowy i zabawy. To był, jak ciągle przypominali reszcie grupy Sam i Max, rodzaj testu. Całą siódemkę non stop obserwowano i oceniano. Przyglądał im się stary człowiek, zapewne również „Osiemnastka Nieśmiertelnych”, a może także stypendyści — „terminatorzy”, których Art w miarę upływu czasu zaczął uważać za naprawdę poważną siłę. Młode, ambitne bystrzaki. Pozornie wykonywali w osiedlu wiele codziennych, zwykłych prac, a jednocześnie z pewnością byli dość mocno związani z Praxis, może nawet z jej przywódcami — konsultując się z „Osiemnastką” lub nie. Słuchając chaotycznych wywodów Forta, Art rozumiał, że — gdy dojdzie do kwestii praktycznych — ktoś może zechcieć pominąć starca. A rozmowy podczas sprzątania i zmywania czasami prowadzone były tonem dorastającego rodzeństwa, sprzeczającego się w kwestiii sposobu radzenia sobie, z uznanymi za niezdolnych już do niczego, rodzicami…

Tak czy owak, był to z pewnością test. Pewnej nocy Art udał się do kuchni, aby wypić przed snem szklankę mleka i po drodze minął mały pokoik przy jadalni, gdzie sporo osób, starych i młodych, oglądało kasetę wideo z porannej sesji jego grupy z Fortem. Szybko wycofał się do swojego pokoju, pełen niespokojnych myśli.

Następnego ranka Fort chodził po salce konferencyjnej w swój zwykły sposób.

— Nowe możliwości wzrostu nie trwają dłużej niż sam wzrost.

Sam i Max znacząco wymienili spojrzenia.

— Oto, do czego sprowadza się całe to myślenie o pełnym świecie. Musimy zatem rozpoznać nowe, nie rozwinięte jeszcze rynki wzrostowe i dotrzeć do nich. Teraz przypomnijmy sobie, że naturalny kapitał można podzielić na taki, który nadaje się do sprzedaży i na ten niemożliwy do zbycia. Naturalny kapitał, nie nadający się do sprzedaży, to podłoże, z którego wyrasta cały możliwy do zbycia kapitał. Biorąc pod uwagę jego wyjątkowość i korzyści, które dostarcza, ma sens ustalenie — według standardowych zasad popytu-podaży — jego ceny, jako nieskończonej. Mnie osobiście interesuje wszystko, co posiada teoretycznie nieskończoną cenę, jest to bowiem oczywista inwestycja. Inwestycja infrastrukturowa, choć na najbardziej podstawowym poziomie biofizycznym. Nazwijmy ją podinfrastrukturą lub bioinfrastukturą. I to właśnie, moim zdaniem, powinna zacząć robić Praxis… Nabywać i przekształcać wszelką bioinfrastrukturę, która wyczerpuje się poprzez likwidację. To jest inwestycja długoterminowa, ale wyniki będą naprawdę fantastyczne.

— Czy większość bioinfrastruktury nie należy do ogółu? — spytał Art.

— Tak. Co oznacza bliską współpracę z odpowiednimi rządami. Roczny produkt brutto Praxis jest większy niż RPB większości państw. To, co musimy zrobić, to znaleźć państwa z małym dochodem narodowym brutto i kiepskim WPP.

— WPP? — powtórzył Art, nie rozumiejąc o co właściwie chodzi.

— Wskaźnik przyszłości państwa. Jest to klasyfikacja alternatywna do miary dochodu narodowego brutto, która bierze pod uwagę: dług danego państwa, jego polityczną stabilność, stan środowiska naturalnego i tym podobne kwestie. Użytecznie i wielokrotnie kontroluje dochód narodowy brutto i pomaga wybrać te państwa, które mogłyby skorzystać z naszej pomocy. Gdy już ustalimy, jakie to są państwa, jedziemy tam i oferujemy im solidne inwestycje kapitałowe plus polityczne doradztwo, ochronę i wszystko, czego potrzebują. W rewanżu przejmujemy kontrolę nad ich bioinfrastrukturą. Mamy także dostęp do ich siły roboczej. Jest to uczciwe partnerstwo. Sądzę, że realizacja tego pomysłu to sprawa najbliższej przyszłości.

— Jak możemy pomóc? — spytał Sam, obejmując gestem całą siedmioosobową grupę.

Fort popatrzył po kolei na nich wszystkich.

— Zamierzam każdemu z was przydzielić inne zadanie. Po pierwsze, chciałbym, byście utrzymali całą sprawę w tajemnicy… W każdym razie wyjedziecie stąd oddzielnie i każdy z was uda się w inne miejsce. Wszyscy będziecie wykonywać pracę dyplomatyczną, jako łącznicy Praxis, a także jakąś określoną robotę związaną z inwestowaniem w bioinfrastrukturę. Szczegóły przekażę każdemu indywidualnie. Teraz zjedzmy wczesny obiad, a potem spotkam się z każdym z was kolejno.

„Praca dyplomatyczna!” — z radością zapisał Art w swoim komputerze.

Popołudnie spędził na samotnej wędrówce po ogrodach. Wpatrywał się w szpalery krzewów jabłkowych i przyszło mu do głowy, że chyba nie znalazł się na początku listy osobistych spotkań z Fortem. Wzruszył ramionami na tę myśl. Dzień był pochmurny, a kwiaty w ogrodzie wilgotne i lekko drżące, muskane oddechem wiatru. Trudno byłoby mu teraz wrócić do małego mieszkanka pod autostradą w San Jose. Zastanowił się, co robi obecnie Sharon i czy w ogóle o nim czasem myśli. Na pewno, pomyślał, żegluje ze swoim wiceprezesem.

Był prawie zachód słońca i już miał wrócić do swego pokoju, by przygotować się do kolacji, kiedy na głównej ścieżce pojawił się nagle Fort.

— Ach, tu jesteś — zagaił. — Zejdźmy do dębu.

Usiedli przy pniu wielkiego drzewa. Słońce z trudem przeciskało się między nisko wiszącymi chmurami i całe niebo przybierało różową barwę.

— Mieszka pan w pięknym miejscu — odezwał się Art.

Fort sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie słuchał. Wpatrywał się w ciemniejące chmury, które falowały nad jego głową.

Po kilku minutach tej kontemplacji oświadczył:

— Chcę, żebyś nabył Marsa.

— Nabył Marsa? — powtórzył za nim Art.

— Tak. Oczywiście, w tym znaczeniu, o którym mówiłem dziś rano. Te narodowo-ponadnarodowe układy partnerskie to, bez dwóch zdań, sprawa najbliższej przyszłości. Stare stosunki oparte na zasadzie państw „flagowych” bezsprzecznie są bardzo skuteczne, ale chwilowo musimy o nich zapomnieć, tak abyśmy uzyskali większą kontrolę nad naszymi inwestycjami. Postąpiliśmy już tak ze Sri Lanką i odnieśliśmy tam wielkie sukcesy w interesach, tak duże, że wszystkie inne wielkie konsorcja ponadnarodowe naśladują nas, wspomagając rozmaite państwa w ich kłopotach.

— Przecież Mars nie jest państwem.

— Nie, ale także ma kłopoty. Kiedy roztrzaskała się pierwsza winda kosmiczna, ekonomia planety rozpadła się wraz z nią. Teraz umieszczono na orbicie nową windę, wobec tego wszystko przed nami. Chcę, aby Praxis znalazła się na czele. Naturalnie, wciąż są tam również inni wielcy inwestorzy, walcząc o pozycję, ale wszystko rozstrzyga się właśnie teraz, kiedy w górze pojawia się nowa winda.

— A kto zarządza windą?

— Konsorcjum kierowane przez Subarashii.

— Czy to nie stanowi problemu?

— Cóż, to daje tamtym sporą przewagę. Tyle że oni nie rozumieją Marsa. Sądzą, że stanowi tylko nowe źródło zasobów naturalnych. Nie dostrzegają szansy.

— Szansy dla…

— Dla rozwoju! Mars nie jest tylko pustym światem, Randolphie, w terminach ekonomicznych jest to świat prawie nie istniejący. Widzisz… jego bioinfrastrukturę trzeba dopiero stworzyć. To znaczy, że można po prostu eksploatować złoża, prąc stale do przodu… Tak właśnie postępuje Subarashii i inne konsorcja. Traktują tę planetę jedynie jako coś w rodzaju dużej asteroidy. I to jest głupota, ponieważ wartość Marsa jako bazy operacyjnej, jako — że tak powiem — prawdziwej planety daleko przewyższa wartość jego złóż. Wszystkie tamtejsze bogactwa naturalne razem szacuje się na mniej więcej dwadzieścia bilionów dolarów, ale wartość Marsa sterraformowanego wynosi więcej — około dwustu bilionów. To stanowi około jednej trzeciej aktualnej światowej wartości brutto, a, jeśli chcesz znać moje zdanie, nawet to nie oddaje istoty prawdy o tym, jak bardzo jest cenny, jeśli weźmiemy pod uwagę rzadkość i jednostkowość tego światka. Nie, Mars to inwestycja bioinfrastrukturowa, dokładnie taka, o której wam mówiłem. Ta planeta do właśnie tego rodzaju „kraj”, jakiego szuka Praxis.

— Ale nabycie… — zaczął Art. — To znaczy… nie wiem, co pan pod tym rozumie.

— Nie mówiłem o czymś, ale o kimś.

— O kimś?

— Tak, o podziemiu.

— Podziemie!

Fort milczał, dając swemu rozmówcy czas, by nieco ochłonął i spokojnie przemyślał jego propozycję. Telewizja, ilustrowane czasopisma i komputerowe sieci pełne były opowieści o ludziach, którzy przeżyli wydarzenia roku 2061 i teraz mieszkali w podziemnych schronach na dzikiej południowej półkuli. Podobno prowadzili ich John Boone i Hiroko Ai. Kopali wszędzie tunele, kontaktowali się z istotami obcymi, a także z dawno zmarłymi znanymi osobistościami i aktualnymi przywódcami światowymi… Art popatrzył na Forta, niekwestionowanego aktualnego światowego lidera, wstrząśnięty nagłą myślą, że w tych jawnych fantazjach może się znajdować ziarnko prawdy.

— Czy ono, to znaczy podziemie, naprawdę istnieje?

Fort pokiwał głową.

— Tak, tak. Nie jestem z nimi w ścisłym kontakcie, sam rozumiesz… toteż nie wiem, jak bardzo jest rozległe. Ale wiem na pewno, że nadal jeszcze żyją niektórzy spośród pierwszej setki kolonistów. Pamiętasz teorie Taniejewa-Tokariewej, o których mówiłem wam tuż po waszym przybyciu tutaj? No cóż, tych dwoje, Ursula Kohl oraz cały zespół biomedyczny mieszkali kiedyś w Acheronie zwanym Żebrem, na północ od Olympus Mons. Podczas wojny ich klinika została zniszczona, ale na miejscu nie znaleziono żadnych ciał. Wobec tego jakieś sześć lat temu poleciłem, by Praxis zajęła się tym miejscem i odbudowała ośrodek. Kiedy został ukończony, nadaliśmy mu nazwę Instytutu Acheron, zostawiliśmy pusty i odjechaliśmy. Wszystko jest gotowe i czeka, by ktoś je przejął, ale nic się tam nie dzieje, z wyjątkiem organizowania małej corocznej konferencji, poświęconej ich eko-ekonomii. Po ostatnio zorganizowanej konferencji jeden z porządkowych znalazł na faksie kilka przesłanych przez kogoś stron. Był to krótki komentarz, bez podpisu i bez miejsca nadania. Ale tekst ten, jestem co do tego absolutnie przekonany, napisał Taniejew, Tokariewa albo ktoś z najbliższego kręgu osób z nimi związanych. I, jak sądzę, chcieli w ten sposób dać znać o swojej obecności. Takie symboliczne powitanie.

Bardzo symboliczne, pomyślał Art. Fort jednak, jak gdyby czytając w jego myślach, dodał:

— Otrzymałem również nieco wyraźniejsze sygnały. Nie wiem, kim oni są. Są niezwykle ostrożni. Jednak jestem przeświadczony o ich rzeczywistym istnieniu.

Art przełknął ślinę. To byłaby wielka sprawa, gdyby wszystko okazało się prawdą.

— A więc chce pan, żebym ja…

— Chcę, żebyś poleciał na Marsa. Prowadzimy tam pewne oficjalne interesy, które będą stanowiły twoją przykrywkę, mianowicie zbieramy do przetworzenia niektóre leżące na powierzchni odcinki kabla zerwanej windy. Podczas gdy będziesz się tym zajmował, postaram się zaaranżować spotkanie z osobą, która skontaktowała się ze mną. Sam nie będziesz musiał niczego inicjować. Oni zrobią pierwszy ruch i oni cię odszukają. Teraz posłuchaj uważnie. Nie chcę, abyś od początku dawał im do zrozumienia, co naprawdę próbujesz zrobić. Pragnę, żebyś nad nimi popracował. Wejdź w ich szeregi, ustal, kim są, jak rozległa jest ich działalność i czego w rzeczywistości oczekują. No, a zwłaszcza dowiedz się, w jaki sposób moglibyśmy sobie z nimi poradzić.

— Więc mam być kimś w rodzaju…

— Kimś w rodzaju ambasadora.

— Chyba raczej kimś w rodzaju szpiega.

Fort wzruszył ramionami.

— To zależy, z kim będziesz miał do czynienia. Ten projekt musi pozostać tajemnicą. Kontaktuję się często z wieloma spośród przywódców innych ponadnarodowych konsorcjów i wiem, że sieją wśród ludzi panikę. Uważają, że na wszelkie zagrożenia wobec aktualnego porządku należy reagować brutalnie. Niektórzy z nich sądzą nawet, że sama Praxis stanowi zagrożenie… Do tej pory nasza obecność na Marsie jest całkowicie utajnionym odcinkiem działalności Praxis, więc i eksploracja marsjańskiego podziemia, którą ci powierzam, musi również pozostać sekretem. Jeśli się zgodzisz, przyłączysz się do tajnej części Praxis. Myślisz, że jesteś w stanie sprostać takiemu zadaniu?

— Nie wiem.

Fort roześmiał się.

— Oto dlaczego wybieram właśnie ciebie na tę misję, Randolphie. Twoje zachowanie zawsze wydaje mi się absolutnie szczere.

Bo jestem szczery — już miał powiedzieć Art, ale ugryzł się w język. Zamiast tego zapytał:

— Dlaczego ja?

Fort spojrzał na niego z uwagą.

— Kiedy nabywamy nowe przedsiębiorstwo, dokładnie sprawdzamy jego personel. Czytałem twoje akta i przyszło mi do głowy, że chyba masz zadatki na dyplomatę.

— Albo na szpiega.

— To są często dwa różne aspekty tej samej pracy.

Art zmarszczył brwi.

— Czy założył pan podsłuch w moim mieszkaniu? W moim starym mieszkaniu?

— Nie. — Fort znowu się roześmiał. — Nie robimy takich rzeczy. Wystarczają nam akta.

Art przypomniał sobie, że starzy i młodzi ostatniej nocy oglądali jedną z sesji jego grupy.

— Akta i nasze spotkania — dodał Fort, znowu jakby odczytując jego myśli. — W ten sposób was poznaję.

Art rozważył słowa starca. Zapewne żaden z „Osiemnastki” nie chciał przyjąć tej pracy. Ani też pewnie żaden z młodych stypendystów. Trudno się, rzecz jasna, dziwić. Długi lot na Marsa, całkowicie nieznany świat, o którym nikt nie wie niczego pewnego i perspektywa, dość prawdopodobna, że może zostanie się tam na zawsze. Większość ludzi pewnie nie uznałaby takiej propozycji za atrakcyjną. Ale jakiś wolny strzelec, może ktoś szukający nowej, interesującej pracy, do tego z potencjalnym nie wykorzystanym talentem dyplomatycznym…

Więc mieli rację: cały pobyt tutaj naprawdę okazał się czymś w rodzaju wstępnych eliminacji. A Art kandydował na stanowisko, o którego istnieniu wcześniej nawet nie miał pojęcia… Stanowisko Nabywcy Marsa. Głównego Nabywcy Planety Mars. Marsjańskiego kreta. Szpiega w domu Aresa. Ambasadora w marsjańskim podziemiu. Ambasadora na Marsie. O mój Boże, pomyślał.

— No więc, jaka jest twoja odpowiedź?

— Wchodzę w to — oznajmił krótko Randolph.

William Fort nie kłamał. Z chwilą, gdy Art zgodził się przyjąć marsjańską misję, jego życie gwałtownie przyspieszyło, niczym film odtwarzany w szybkim tempie. Jeszcze tej samej nocy znalazł się ponownie w szczelnie zamkniętej ciężarówce, a potem w zaciemnionym odrzutowcu. Tym razem podróżował sam, a kiedy słaniając się na nogach szedł lotniczym korytarzem w terminalu San Francisco, zaczęto już świtać.

Nieco później poszedł do biura Dumpmines i odwiedził wszystkich swoich przyjaciół i znajomych. Tak, tak, powtarzał aż do znudzenia, przyjąłem prace na Marsie. Zbieranie szczątków starego kabla windy w celu późniejszego ich przetworzenia. Tylko na jakiś czas. Płaca dobra. Na pewno wrócę.

Po południu wrócił do mieszkania i spakował się. Zajęło mu to mniej więcej dziesięć minut. Potem przez chwilę stał na wciąż drżących nogach i rozglądał się po pustym mieszkaniu. Na piecu stała patelnia, jedyny ślad, symboliczna pamiątka po jego dotychczasowym życiu. Wziął ją i ruszył ku ustawionym w korytarzu walizkom, przekonany, że uda mu sieją gdzieś wcisnąć i zabrać ze sobą. Popatrzył przez chwilę na zamknięte walizy, po czym wrócił do pokoju i usiadł na swoim jedynym krześle, trzymając w ręku patelnię.

Po zastanowieniu zadzwonił do Sharon, mając lekką nadzieję, że połączy się z automatyczną sekretarką, ale była żona przebywała akurat w domu.

— Lecę na Marsa — rzucił.

Początkowo nie dała wiary, a kiedy wreszcie uwierzyła, wiadomość rozwścieczyła ją. To czysta, jawna dezercja, powiedziała, po prostu uciekasz ode mnie. Ależ ty już wyrzuciłaś mnie ze swego życia, próbował jej wyjaśnić Art, ale Sharon się po prostu rozłączyła. Zostawił na stole patelnię, wyszedł i zataszczył walizki na chodnik. Po drugiej stronie ulicy znajdował się szpital miejski, który wykonywał kuracje przedłużające życie. Jak zwykle kłębił się tłum ludzi, których kolej miała zapewne nadejść niebawem. Nocowali pod gołym niebem — w namiotach na parkingu — bojąc się, żeby nie przeoczono ich nazwisk. Kuracje prawnie zagwarantowano wszystkim obywatelom Stanów Zjednoczonych, ale listy oczekujących na pobyt w szpitalu miejskim były tak długie, że nie można było mieć pewności, czy dana osoba dożyje chwili, w której nadejdzie jej kolejka. Art z irytacją pokręcił na ten widok głową, wsiadł do taksówki i odjechał.

Swój ostatni tydzień na Ziemi spędził w motelu na Przylądku Canaveral. Jego pożegnanie z Ziemią stało się przez to dość ponure, bowiem Canaveral pełnił rolę terytorium zamkniętego, zajmowanego głównie przez żandarmerię i personel obsługi. Ludzie ci nie odnosili się zbyt dobrze wobec „świętej pamięci nieodżałowanych”, jak nazywali czekających w kolejce na statek. Codzienne szaleństwo potwornie głośnych odlotów sprawiało, że jedni byli zalęknieni, inni urażeni, a wszyscy razem zupełnie głuchli. Każdemu po południu dzwoniło w uszach, a rozmawiając ze sobą wszyscy wiecznie pytali: „Co?” „Co?” „Co?” Aby sobie jakoś pomóc, większość stałego personelu nosiła zatyczki w uszach; w trakcie rozmowy pracownicy kuchni nagle stawiali naczynia na restauracyjnym stoliku, spoglądali na zegar, wyjmowali z kieszeni zatyczki, umieszczali je w uszach, a w chwilę potem rozlegał się głośny huk i startowała kolejna nośna rakieta „Nowa Energia” wraz z przyczepionymi do niej dwoma wahadłowcami, powodując taki hałas, że cały świat trząsł się w posadach. Natomiast „świętej pamięci nieodżałowani” wypadali wówczas na ulice i z rękoma przyciśniętymi do uszu patrzyli w górę na kolejny „wstępny pokaz” swego losu, wytrzeszczając bezmyślnie oczy, poruszeni widokiem wyrastającego nad Atlantykiem iście biblijnego słupa dymu i koniuszka rakiety. Miejscowi stali w miejscu i żuli gumę, spokojnie czekając, aż goście przestaną się podniecać. Zaledwie raz wykazali jakiekolwiek zainteresowanie — było to pewnego ranka, kiedy fale były wysokie i nadeszła nowina, że grupa nieproszonych gości dopłynęła do ogrodzenia otaczającego miasto i wycięła sobie drogę do wnętrza, gdzie jej członków zaczęły gonić siły bezpieczeństwa, ścigając ich aż do strefy odlotów. Mówiono, że start rakiety spalił niektórych z nich, co wystarczyło, aby stali mieszkańcy wyszli przed budynki i obserwowali odlatującą maszynę, jak gdyby słup dymu i ognia wyglądał tego dnia jakoś inaczej.

Wreszcie pewnego niedzielnego ranka przyszła kolej na Arta. Obudził się i ubrał w dostarczony mu, niezbyt dobrze dopasowany, kombinezon. Miał wrażenie, że śni. Jak w amoku wsiadł do ciężarówki wraz z drugim mężczyzną, który wyglądał na tak samo oszołomionego, a potem zawieziono ich do kompleksu startowego, gdzie potwierdzono ich tożsamość za pomocą analizy siatkówki, odcisku palca, głosu i po wyglądzie zewnętrznym. Następnie, zanim Art zdołał się zastanowić, co to wszystko znaczy, zaprowadzono go do windy. Krótkim tunelem dotarł do maleńkiego pokoiku, w którym znajdowało się osiem siedzeń podobnych do foteli dentystycznych; wszystkie zajęte były przez ludzi o szeroko rozwartych ze zdziwienia oczach. Na jednym z foteli usadzono także Arta, a później przywiązano go pasami; ktoś zamknął drzwi i niebawem pod stopami i pośladkami Art poczuł wibrujący ryk. Coś go zgniotło, wcisnęło w fotel i przestał czuć swoją wagę. Był już na orbicie.

Po chwili pilot odpiął pasy. Pasażerowie poszli w jego ślady, a następnie rzucili się do dwóch okienek, aby wyjrzeć na zewnątrz. Art ujrzał mroczną otchłań kosmosu, a na jej tle błękitną kulę, dokładnie taką samą, jaką widział wcześniej na zdjęciach, tyle że ta oddalała się lotem błyskawicy i coraz bardziej znikała z pola widzenia. Randolph wpatrzył się w plamę na niebieskiej kuli — zapewne Zachodnią Afrykę — i poczuł się dziwnie, jakby wielka fala mdłości przetoczyła się przez każdą komórkę jego ciała.

Właśnie powoli wracała Artowi chęć do życia i apetyt po bardzo długim okresie choroby kosmicznej, która w rzeczywistym świecie trwała całe trzy dni, kiedy nagle obok jego statku z impetem przeleciał jeden z kursowych wahadłowców, obróciwszy się uprzednio wokół Wenus i wyhamowawszy aerodynamicznie w orbitę Ziemia-Księżyc tylko na tyle, aby dostosować swą prędkość do małych promów. Art pamiętał, że w którymś momencie swej choroby kosmicznej wraz z innymi pasażerami przemieścił się do jednego z tych małych promów i kiedy nadszedł odpowiedni czas, ich statek wystartował w przestrzeń i ruszył w pogoń, aż dotarł do kursowego wahadłowca.

Jego przyspieszenie było jeszcze ostrzejsze niż start z Przylądka Canaveral, a kiedy się skończyło, Art zataczał się, miał zawroty głowy i znowu czuł mdłości. Pomyślał, że dłuższy pobyt w stanie nieważkości z pewnością go zabije i jęknął na samą myśl o tym. Na szczęście jednak w kursowym wahadłowcu znajdował się pierścień, który obracał się z odpowiednią prędkością, aby w niektórych pomieszczeniach stworzyć coś, co nazywano tu grawitacją marsjańską. Artowi przydzielono łóżko w centrum medycznym, zajmującym jedno z tych pomieszczeń i tam pozostawał przez pewien czas. W tym specyficznie lekkim, przypominającym marsjańskie, ciążeniu miał kłopoty z chodzeniem: stale niezdarnie podskakiwał, zataczał się na boki, wciąż czuł się obolały i kręciło mu się w głowie. Jednakże nawiedzały go jedynie nudności i był wdzięczny losowi, że nie kończą się wymiotami, nawet jeśli uczucie samo w sobie nie było zbyt przyjemne.

Kursowy wahadłowiec wydał się Artowi pojazdem o bardzo osobliwym wyglądzie. Z powodu częstego hamowania aerodynamicznego w atmosferach Ziemi, Wenus i Marsa, kształtem przypominał nieco rybę-młot. Pierścień z pomieszczeniami wirującymi umieszczony został blisko ogona statku, tuż przed sektorem napędowym i dokami promowymi. Pierścień stale się obracał i jeśli szło się z głową skierowaną ku środkowej linii statku, stopy wycelowane były w dół, w znajdujące się pod podłogą gwiazdy.

Po mniej więcej tygodniu lotu Art zaryzykował jeszcze jeden kontakt z nieważkością, ponieważ pierścień rotacyjny, w którym stale przebywał, pozbawiony był okien. Poszedł więc do jednej z komór transferowych, aby przedostać się z pierścienia wirującego do nierotacyjnych części statku; komory te znajdowały się na wąskim pierścieniu, który poruszał się wraz z pierścieniem grawitacyjnym, ale mogły zwalniać, aby się dopasować do reszty statku. Wyglądały niemal jak towarowe wagoniki windy i po obu stronach miały drzwi; kiedy weszło się do takiej komory i wcisnęło właściwy guzik, „wagonik” w ciągu kilku obrotów coraz bardziej zmniejszał prędkość, aż wreszcie się zatrzymywał. Wówczas otwierały się drugie drzwi i droga do pozostałej części statku była otwarta.

Art postanowił spróbować. Kiedy „wagonik” zwalniał, zaczął tracić wagę i miał wrażenie, że gardło poczęło mu się podnosić coraz wyżej. Do czasu aż rozsunęły się przeciwległe drzwi, był już straszliwie spocony i jakaś siła cisnęła go w sufit, gdzie zranił sobie nadgarstek, gdy usiłował ręką ochronić głowę przed uderzeniem. Czuł się fatalnie, ból walczył z mdłościami; niestety mdłości zwyciężały. Uderzył się jeszcze kilka razy, zanim zdołał się dostać do tablicy kontrolnej i wcisnąć odpowiedni guzik, a potem zmusić się do jeszcze jednego ruchu i wrócić do pierścienia grawitacyjnego. Kiedy drzwi się za nim zamknęły, z powrotem osiadł łagodnie na podłodze, a po minucie wróciło „marsjańskie” ciążenie i otworzyły się ponownie drzwi, którymi przyszedł. Podskoczył ku nim z wdzięcznością, czując już tylko ból stłuczonego nadgarstka. Przyszło mu do głowy, że mdłości są o wiele bardziej nieprzyjemne niż ból, przynajmniej niż ból do pewnego poziomu. Od tego czasu do końca podróży pozostało mu oglądanie zewnętrznej przestrzeni jedynie na ekranach monitorów.

Nie był w tym zresztą osamotniony. Większość pasażerów i cała załoga spędzali większość czasu w pierścieniu grawitacyjnym, dość z tego powodu zatłoczonym, niczym przepełniony hotel, którego prawie wszyscy stali goście zdecydowali się przebywać dnie i noce w restauracji i barze. Przed odlotem z Ziemi Art widział filmy i czytał opowieści o wahadłowcach kursowych i sądził wówczas, że taki wahadłowiec przypomina coś w rodzaju latającego Monte Carlo, którego pasażerowie zachowują się jak znudzeni bogacze; tego typu prom był nawet miejscem akcji jednego z popularnych seriali telewizyjnych. Okazało się jednak, że statek Randolpha — o nazwie „Ganesh” — wcale nie był podobny do tego z filmu. Ponieważ od dłuższego już czasu latał po Układzie Słonecznym i zawsze na jego pokładzie znajdowała się maksymalna ilość pasażerów, jego pomieszczenia coraz bardziej niszczały, a gdyby ograniczyć się do pierścienia rotacyjnego, wydawał się również bardzo mały — o wiele mniejszy niż którykolwiek ze statków pokazywanych w opowieściach o Aresie. Prawda była taka, że pierwsza setka kolonistów mieszkała w przestrzeni pięć razy większej niż powierzchnia tegoż pierścienia, a w dodatku „Ganesh” niósł na swoim pokładzie pięciuset pasażerów, a nie stu.

Za to czas jego lotu wynosił zaledwie trzy miesiące. Dlatego też Art postanowił uzbroić się w cierpliwość: prowadził spokojny tryb życia i głównie oglądał telewizję, koncentrując się na filmach dokumentalnych, dotyczących Marsa. Posiłki spożywał w jadalni, podobnej do tych z wielkich liniowców oceanicznych z lat dwudziestych XX wieku, i trochę grał w kasynie, które stylizowane było na te z Las Vegas z lat siedemdziesiątych tego samego wieku. Przeważnie jednak spał i oglądał telewizję, aż w końcu te dwie czynności stopiły mu się w jedną, tak że często bardzo realistycznie śnił o Marsie, natomiast oglądane filmy zdawały mu się niemal nierealne w swej logice. Obejrzał słynne wideokasety z debatą Russell-Clayborne i w nocy przyśniło mu się, że sam bez powodzenia spiera się z Ann Clayborne, która, tak samo zresztą jak na kasetach, wyglądała jak żona farmera z „Amerykańskiego Gotyku”, tylko jeszcze bardziej wychudzona i surowa. Kolejny filmik, nakręcony przez bezzałogowy, zdalnie sterowany samolot, także poruszył go do głębi: samolot ześlizgnął się ze zbocza jednego z dużych urwisk Marineris i spadał przez prawie minutę, zanim się znowu poderwał, a potem opadł nisko na dno kanionu pokryte mieszaniną skał i lodu. W następnych tygodniach Art wielokrotnie śnił, jak sam wykonuje taką ewolucję i budził się tuż przed samym zderzeniem. Wiedział, co oznaczają tego rodzaju sny: najwyraźniej podświadomie wyczuwał, że decyzja lotu na Marsa była błędem. Otrząsał się z tych myśli, zjadał śniadanie, po czym przez wiele godzin trenował chodzenie w odmiennej grawitacji. Poza tym pozostawało mu tylko czekać. Pomyłka czy nie, już ją popełnił.

Przed odlotem Fort przekazał mu system szyfrowania informacji i poinstruował, aby regularnie wysyłał raporty, jednak w czasie lotu Art doszedł do wniosku, że niewiele ma do przekazania. Obowiązkowo przesyłał więc tylko miesięczny raport, każdy tej samej treści: „Lecimy. Na razie chyba wszystko w porządku”. Przez całą podróż nie otrzymał żadnej odpowiedzi.

Nieco później obserwowany codziennie Mars zaczął osobliwie puchnąć, niczym rzucona na telewizyjne ekrany pomarańcza i wkrótce potem Arta zaczęło dręczyć kolejne nieprzyjemne doświadczenie — bardzo gwałtowne hamowanie aerodynamiczne wgniotło pasażerów w tapczaniki grawitacyjne, a następnie w fotele promowe. Art jednakże bez problemów — niczym weteran — przeżył to spłaszczające zwalnianie statku. Po tygodniu ciągłej rotacji na orbicie wahadłowiec zadekował na Nowym Clarke’u. Na Clarke’u ciążenie było bardzo niewielkie — ledwie utrzymywało ludzkie stopy na podłodze — a Mars wydawał się znajdować tuż nad głową. Wówczas Art ponownie zaczął cierpieć na chorobę kosmiczną. A musiał czekać całe dwa dni na swoje miejsce w wagoniku kosmicznej windy.

Wagoniki okazały się wąskimi, wysokimi pomieszczeniami, które, po brzegi wypełnione pasażerami, przez pięć dni zjeżdżały w szybkim tempie. Początkowo panowała w nich grawitacja niemal zerowa, która dopiero w dwóch ostatnich dniach zaczęła się zwiększać, aż wagonik windy zwolnił i opuścił się łagodnie do urządzenia odbiorczego zwanego „gniazdem”, nieco na zachód od Sheffield, na wierzchołku Pavonis Mons. Wtedy ciążenie stało się mniej więcej takie, jak w grawitacyjnym pierścieniu „Ganesha”. Art jednak po tygodniu zmagań z objawami choroby kosmicznej był całkowicie wyczerpany, toteż kiedy otworzyły się drzwiczki wagonika windy i pasażerów skierowano na zewnątrz, do budynku bardzo przypominającego lotniczy terminal, złapał się na tym, że ledwie może chodzić. Ze zdziwieniem skonstatował, jak bardzo mdłości potrafią człowiekowi odebrać chęć do życia. Uświadomił sobie też, że tego dnia minęły właśnie cztery miesiące od dnia, kiedy otrzymał faks od Williama Forta.

Podróż z „gniazda” do właściwego Sheffield odbywała się kolejką podziemną, ale Art czuł się zbyt kiepsko, aby podziwiać widoki, nawet gdyby było co podziwiać. Wysiadł, osłabiony, zaniepokojony i spięty, jednak żywo ruszył za kimś z Praxis w dół wysokim korytarzem, a w przydzielonym mu małym pokoiku rzucił się z wdzięcznością na łóżko. Kiedy leżał, marsjańska grawitacja wydała mu się niebiańsko solidna, więc po chwili zasnął.

Gdy się obudził, nie mógł sobie przypomnieć, gdzie się znajduje. Rozejrzał się po pomieszczeniu i zupełnie zdezorientowany usiłował dociec, dokąd poszła Sharon i dlaczego ich łóżko tak bardzo się zmniejszyło. Potem przypomniał sobie wszystkie przeszłe wydarzenia i już wiedział. Był na Marsie.

Jęknął na tę myśl i usiadł. Było mu gorąco. Czuł się osobliwie, jakby oderwany od własnego ciała i wydawało mu się, że wszystko wokół niego lekko pulsuje, chociaż światła w pokoju zdawały się świecić normalnie. Ścianę naprzeciw drzwi pokrywały draperie. Wstał, podszedł do nich i rozsunął je jednym pociągnięciem.

— O rany! — zawołał, po czym odskoczył. Ocknął się po raz drugi, a przynajmniej takie odniósł wrażenie.

To, co zobaczył, skojarzyło mu się z widokiem z okna samolotu. Przed jego oczyma rozciągała się bowiem nieskończona, otwarta przestrzeń, widoczne było niebo i słońce o wyglądzie kropelki lawy. Pod tym niebem rozciągała się w oddali płaska kamienna równina — płaska, a jednocześnie zaokrąglona, jak gdyby leżała na dnie ogromnego kolistego urwiska. Była tak bardzo, tak nadzwyczajnie krągła, że wydawała się nienaturalna. Trudno było oszacować, jak odległe jest przeciwległe zbocze tej skalnej ściany. Samo urwisko widać było świetnie, natomiast znajdujące się na przeciwległym stożku obserwatorium przypominało budowlę, która mogłaby się zmieścić na główce od szpilki.

Art wywnioskował, że musi to być kaldera Pavonis Mons. Wylądowali przecież w Sheffield, co do tego nie mogło być najmniejszych wątpliwości. Zatem do tego obserwatorium po przeciwnej stronie kręgu było jakieś sześćdziesiąt kilometrów, jak przypomniał sobie z oglądanych dokumentalnych filmów wideo; odległość do dna wynosiła natomiast pięć kilometrów. Wszystko, co leżało pomiędzy, wyglądało na całkowicie martwe, kamienne, nietknięte ludzką stopą i odwieczne — wulkaniczna skała tak obnażona, jak gdyby ostygła zaledwie tydzień wcześniej, bez najdrobniejszego śladu ludzkiej bytności, bez żadnego śladu terraformowania. Świat ten musiał dokładnie tak wyglądać dla Johna Boone’a pół wieku wcześniej, pomyślał. Był tak samo… obcy. I tak samo rozległy. Podczas powrotu z Teheranu, wiele lat temu, Art obserwował kaldery Etny i Wezuwiusza, dwa kratery dość spore jak na ziemskie standardy, ale — uświadomił sobie — można by tysiąc ich wrzucić bez śladu w ten ogromny krater, w to coś, w tę marsjańską dziurę…

Zasunął draperie i powoli się ubrał, a jego usta nieświadomie ułożyły się w lejek o kształcie tej absolutnie nieziemskiej kaldery.

Przyjazna przewodniczka z Praxis, imieniem Adrienne. była wystarczająco wysoka, aby wyglądać na rodowitą Marsjankę, a jednocześnie miała silny akcent australijski. Przyszła po Arta i zabrała go wraz z pół tuzinem innych nowo przybyłych na wycieczkę po mieście. Okazało się, że ich pokoje znajdują się na najniższym poziomie miasta, chociaż poziom ten nie miał już długo pozostawać najniższym: obecnie w Sheffield prowadzono wykopy we wszystkich możliwych miejscach, aby zbudować jak najwięcej pomieszczeń z widokiem na kalderę, która tak bardzo zaniepokoiła Arta.

Wjechali windą prawie pięćdziesiąt pięter, a następnie wysiedli i znaleźli się w holu lśniącego nowego biurowca. Wyszli dużymi obrotowymi drzwiami na zewnątrz, wyłaniając się na szerokim trawiastym bulwarze, po czym ruszyli nim przed siebie, wśród niskich, szerokich budynków z dużymi oknami. Budowle pokryte były wypolerowanym kamieniem, a oddzielały je od siebie wąskie, porosłe trawą, boczne uliczki i duża ilość placów budów; sporo budynków znajdowało się ciągle w rozmaitym stadium budowy. Za jakiś czas miało to być naprawdę piękne miasto, z budynkami w większości trzy — i czteropiętrowymi, które stawały się coraz wyższe, im bardziej na południe szli zwiedzający, oddalając się od stożka kaldery. Zielone aleje były zatłoczone ludźmi, a co jakiś czas po wąskich szynach, również umieszczonych w niewysokiej trawie, przejeżdżał szybko mały tramwaj. W mieście wszechobecna była atmosfera krzątaniny i podniecenia, wyzwolona bez wątpienia pojawieniem się nowej windy. Miasto z przyszłością.

W pierwszej kolejności Adrienne powiodła swoją grupę aleją do stożka kaldery. Wprowadziła siedmiu nowo przybyłych na wzgórek, do parku rzadko porośniętego roślinnością, aż do murku niemal niewidocznego namiotu, pod którym leżało miasto. Przezroczystą materię utrzymywały w miejscu równie przezroczyste podpory geodezyjne, zakotwiczone w wysokiej ścianie obwodowej.

— Tu na górze Pavonis namiot musi być mocniejszy niż w innych miejscach Marsa — wyjaśniła Adrienne — ponieważ atmosfera na zewnątrz jest nadal bardzo rzadka. Tu zresztą zawsze będzie rzadsza niż na nizinach, rzadsza o mniej więcej dziesięć procent.

Następnie przewodniczka zabrała ich do kopuły widokowej w ścianie namiotu, skąd — spoglądając w dół między własnymi stopami — mogli poprzez przezroczysty pokład kopuły dostrzec dno kaldery, które znajdowało się około pięciu kilometrów pod nimi. Ten widok sprawił, że ludzie zaczęli krzyczeć z zachwytu i strachu zarazem, a zaniepokojony Art aż podskoczył na przezroczystej podłodze. Wydało mu się, że dzięki skojarzeniu potrafi ocenić szerokość kaldery; północny stożek znajdował się od niego mniej więcej tak samo daleko jak Mount Tamalpais i wzgórza Napa, widoczne podczas podchodzenia do lądowania na lotnisku w San Jose. Nie była to nadzwyczajna odległość. Szokowała natomiast głębia pod nimi. Ach, ta głębia, pomyślał Randolph. Ponad pięć kilometrów, czyli jakieś dwadzieścia tysięcy stóp!

— To całkiem spora dziura! — oznajmiła im Adrienne.

Dzięki zamontowanym teleskopom i szkicowym mapom zawieszonym na specjalnych tablicach ilustracyjnych grupa miała możliwość obejrzenia poprzedniej wersji Sheffield, leżącego obecnie na dnie kaldery. Art musiał przyznać, że mylił się, sądząc, iż kaldera jest miejscem nietkniętym stopą ludzką; okazało się bowiem, że pozornie pozbawiony znaczenia osypiskowy stos na dnie urwiska skalnego, na którym znajdowały się lśniące kropeczki, był w gruncie rzeczy ruinami pierwotnego miasta.

Adrienne bardzo plastycznie opisała im zniszczenie miasta w 2061 roku. Opowiedziała, jak spadający kabel windy roztrzaskał wówczas przedmieścia na wschód od „gniazda” już w pierwszych sekundach katastrofy, a później owinął się wokół planety i z gigantyczną siłą uderzył po raz drugi — tym razem w południowy bok miasta. Uderzenie to spowodowało, że nie wykryta wcześniej szczelina w bazaltowym stożku znacznie się rozszerzyła. A ponieważ około jedna trzecia miasta znajdowała się po niewłaściwej stronie tej szczeliny, cała ta część spadła pięć kilometrów w dół aż do samego dna kaldery, natomiast pozostałe dwie trzecie miasta zostało przez zderzenie spłaszczone. Szczęśliwym trafem większość mieszkańców ewakuowano w czasie czterech godzin między oderwaniem się Clarke’a i drugim uderzeniem kabla, tak że straty w ludziach były minimalne. Sheffield jednakże zostało zupełnie zniszczone.

Adrienne powiedziała też, że po tym wydarzeniu miejsce przez wiele lat było opuszczone, podobnie jak wiele innych miast zrujnowanych podczas zamieszek 2061 roku. Tyle że większość tamtych nadal leżała w gruzach, natomiast lokalizacja Sheffield pozostała idealnym miejscem do umocowania kosmicznej windy. Dlatego też, kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych XXI wieku Subarashii zaczęła organizować w przestrzeni budowę nowego kabla, w ślad za nią nastąpiło przekształcanie powierzchni Marsa w okolicach miasta. Szczegółowe badania przeprowadzone przez areologów nie wykryły żadnych innych wad w południowym stożku, co umożliwiło ponowną budowę osady na samej krawędzi stożka, dokładnie w tym samym miejscu, co przedtem. Maszyny oczyściły najpierw powierzchnię z rumowiska starego miasta, spychając większość gruzów nad stożek i zostawiając tylko najbardziej na wschód wysuniętą część miasta, wokół starego „gniazda”, jako rodzaj pomnika, który miał przypominać o klęsce, a także stanowić centrum niewielkiego rozwoju turystyki, która dotąd — w jałowych latach przed budową drugiej windy — najwyraźniej pomnażała dochody miasta.

W ramach następnego punktu wycieczki Adrienne zaproponowała, aby zobaczyli właśnie ten zachowany kawałek historii. Wsiedli do tramwaju i pojechali do bramy we wschodniej ścianie namiotu, a potem piechotą przeszli przezroczystym tunelem do mniejszego namiotu, który pokrywał pogruchotane ruiny: betonową masę starego urządzenia przytrzymującego kabel i niższy koniec samego zerwanego kabla. Szli ogrodzoną ścieżką, oczyszczoną z gruzów i patrzyli z zaciekawieniem na fundamenty i pokrzywione przewody. Rumowisko wyglądało jak po bombardowaniu.

Zatrzymali się pod końcówką kabla i Art przyjrzał mu się z zawodowym zainteresowaniem. Duży cylinder czarnych włókien węglowych wydawał się niemal zupełnie nie uszkodzony przez upadek, zresztą nie da się ukryć, że była to ta część, która uderzyła w powierzchnię planety z najmniejszą siłą. Koniuszek wchodził kiedyś w duży betonowy bunkier „gniazda”, jak wyjaśniła Adrienne, a dalej, kiedy kabel upadł na wschodni stok Pavonis, ciągnął się przez parę kilometrów. Nie było to specjalnie silne uderzenie dla materiału, który zaprojektowano tak, aby wytrzymał przyciąganie przez asteroidę, kołyszącą się za punktem areosynchronicznym.

Kabel leżał więc, jak gdyby czekając, aż zjawi się ktoś, kto go wyprostuje i umieści z powrotem na swoim miejscu: cylindryczny, wysoki na dwa piętra, o czarnym cielsku pokreślonym stalowymi szynami, pierścieniami i podobnymi konstrukcjami. Namiot pokrywał zaledwie około stu metrów jego długości; dalej kabel biegł po odkrytym terenie, na wschód, wzdłuż szerokiego kolistego płaskowyżu stożka, aż w końcu znikał ponad zewnętrzną krawędzią tegoż stożka, który tworzył przed obserwatorami horyzont: nie mogli dostrzec niczego, co znajdowało się za nim. Jednak widzieli stąd lepiej niż z jakiegokolwiek innego miejsca, że Pavonis Mons jest górą ogromną — sam jej stożek zajmował naprawdę imponujący obszar: pączek płaskiego lądu, szeroki może na trzydzieści kilometrów, który rozpoczynał się stromą wewnętrzną krawędzią kaldery, a kończył stopniowym spadem wulkanicznych stoków. I ponieważ żadne inne twory marsjańskiej przyrody nie były widoczne z ich punktu obserwacyjnego, patrzący mieli wrażenie, że stoją na wysokim, kolistym świecie o kształcie pierścienia, pod ciemno-lawendowym niebem.

Dokładnie na południe od nich znajdowało się nowe „gniazdo”, które wyglądało jak tytanowo-betonowy bunkier. Wyrastał z niego kabel nowej windy, trwając samotnie niczym poruszona grą Hindusa kobra, cienka, czarna, prosta, pionowa lina, spadająca z nieba — dostrzegalna co najwyżej na wysokość kilku sporych wieżowców — i, w porównaniu z gruzowiskiem, w którym stali i fantastycznym ogromem gołego, kamiennego szczytu wulkanu, wyglądał na tak kruchy, jak gdyby był raczej pojedynczym włóknem nanoprzewodowym, a nie wiązką miliarda ich i najmocniejszą konstrukcją, jaką kiedykolwiek wykonano.

— Niesamowite — oświadczył Art.

W głowie czuł pustkę i musiał przyznać, że ten widok naprawdę go poruszył.

Gdy zakończyli obchód ruin, Adrienne zabrała ich do kafeterii na placu w samym środku nowego miasta, gdzie zjedli obiad. Tu zwiedzający poczuli się jak w sercu eleganckiej dzielnicy w jakimś dużym mieście na Ziemi — mogłoby to być z powodzeniem Houston, Tbilisi, Ottawa czy jakaś inna miejscowość, w której wszędzie wokół z rozmachem i hałasem rozpoczynano kolejne budowy, zapowiadające początek dobrej koniunktury. Kiedy w końcu członkowie grupy wracali do swoich pokojów, równie znajomy wydał im się system kolejek podziemnych; wysiedli z wagonika i korytarze pokładów Praxis skojarzyły im się z wnętrzem każdego wytwornego hotelu na Ziemi. Wszystko tu wydawało się im znane — tak bardzo swojskie, że Art przeżył ponowny wstrząs, kiedy wszedł do swojego pokoju, wyjrzał przez okno i znowu zobaczył porażający swym ogromem kształt kaldery — symboliczny przykład marsjańskiego krajobrazu, tchnący bezmiarem kamiennej otchłani. Być może dlatego miał wrażenie, że otaczające górę powietrze wciąga go i przyzywa, żądając, by przeszedł przez szybę i ruszył w jej kierunku. I, co sobie natychmiast uświadomił, gdyby szyba okienna pękła, ciśnienie wybuchu z pewnością wessałoby go w tę przestrzeń; ewentualność taka była bardzo mało prawdopodobna, ale jej obraz stale podsuwała wyobraźnia Arta, wyzwalając obezwładniający atak strachu. Natychmiast zasunął draperie.

Od tej pory ich nie odsuwał i rzadko podchodził do okna. Każdego ranka starał się jak najszybciej opuścić pokój. Uczestniczył w spotkaniach informacyjnych, prowadzonych przez Adrienne, na które przychodziło także około dwudziestu osób spośród nowo przybyłych. Następnie, w towarzystwie niektórych z nich, zjadał obiad, po czym spędzał popołudnia na spacerach po mieście, podczas których sumiennie doskonalił umiejętność poruszania się w marsjańskiej grawitacji. Pewnej nocy przyszło mu do głowy, by wysłać zaszyfrowany raport do Forta: „Na Marsie. Powoli zaznajamiam się ze wszystkim. Sheffield to ładne miasto. Z mojego pokoju rozciąga się niesamowity widok”. Odpowiedzi z Ziemi nie otrzymał.

W ramach programu wprowadzającego Adrienne zabierała swoich gości do wielu budynków Praxis, zarówno w Sheffield, jak i na wschodnim stożku, gdzie spotykali się z przedstawicielami konsorcjów ponadnarodowych, prowadzących na Marsie różnego rodzaju działania. Artowi natychmiast rzuciło się w oczy, że obecność Praxis była na tej planecie o wiele bardziej widoczna niż w Ameryce. Podczas popołudniowych spacerów próbował ocenić proporcjonalnie siły poszczególnych konsorcjów, choćby na podstawie tabliczek z ich nazwami, przymocowanych do fasad budynków. Zauważył obecność wszystkich większych ponadnarodowych konsorcjów — były tu: Armscor, Subarashii, Oroco, Mitsubishi, The 7 Swedes, Shellalco, Gentine i inne — i każde z nich zajmowało cały kompleks budynków albo nawet dzielnicę miasta. Najpewniej wszystkie one znajdowały się tu z powodu nowej windy, która przywracała Sheffield pozycję najpotężniejszego miasta na Marsie. To one inwestowały swe pieniądze w tym mieście, budując małe podziemne dzielnice albo nawet całe namiotowe przedmieścia. Na wszystkich budowach rzucało się w oczy niezmierne bogactwo konsorcjów, mało tego, jak pomyślał Art, świadczył o nim także sposób, w jaki poruszali się na tutejszych ulicach ludzie: wielu podskakiwało równie niezdarnie jak on sam, byli to więc nowo przybyli biznesmeni, inżynierowie związani z górnictwem i tym podobni, koncentrujący się ze zmarszczonym czołem na trudnym akcie chodzenia po marsjańskiej powierzchni. Nie było wielką sztuką wytropić wysokich młodych tubylców, można ich było poznać od razu po kociej koordynacji ruchów. Jednak w Sheffield stanowili oni wyraźną mniejszość i Art zastanawiał się, czy tak jest wszędzie na Marsie.

Co do architektury, przestrzeń pod namiotem była niemal na wagę złota, toteż ukończone już budynki były naprawdę spore, często sześcienne, i zajmowały przydzielone sobie działki do samej ulicy oraz maksymalnie w górę aż do materii namiotu. Po ukończeniu całej konstrukcji w mieście miała powstać sieć dziesięciu trójkątnych placyków, szerokich bulwarów i półkolistego parku wzdłuż stożka, dzięki czemu Sheffield nie będzie tylko nieprzerwaną masą przysadzistych wieżowców, pokrytych polerowanym kamieniem w różnych odcieniach czerwieni. Miasto to budowano dla ludzi interesów. I, jak ocenił Art, koncern Praxis najwyraźniej zamierzał czynnie uczestniczyć w owych interesach. Generalnym wykonawcą windy było wprawdzie Subarashii, ale Praxis dostarczała oprogramowania — podobnie jak w przypadku pierwszej windy — oraz różnego rodzaju pojazdów, a także częściowo zajmowała się systemem zabezpieczeń. Przydziałem tych zadań, jak się wkrótce dowiedział Art, zajmowała się grupa osób zrzeszonych w Zarządzie Tymczasowym Organizacji Narodów Zjednoczonych, który nominalnie stanowił część ONZ, ale najwyraźniej w całości był kontrolowany przez konsorcja ponadnarodowe. A Praxis była nastawiona do tego organu równie ofensywnie jak pozostałe. Sam William Fort może i interesował się przede wszystkim bioinfrastrukturą, ale zwykła działalność z pewnością nie pozostawała poza polem zainteresowań Praxis: jej sekcje budowały systemy dostarczania wody, tory magnetyczne dla marsjańskich pociągów, kanionowe miasta, generatory napędzane siłą wiatru i fabryczki wytwarzające tutejsze ciepło. Te dwa ostatnie rodzaje działań powszechnie uważano za marginalne, jako że pojawiły się, świetnie wypełniając swoje zadanie, nowe słoneczne kolektory orbitalne i elektrownia termojądrowa w Xanthe, nie wspominając o starszej generacji wydajnych, prędkich reaktorów całkowych. Jednak lokalne źródła energii były specjalnością działu Praxis o nazwie „Energia z ziemi i powietrza”, toteż jego przedstawiciele taką właśnie działalność tutaj prowadzili, pracując ciężko, w tym tak bardzo odległym od ich macierzystej planety świecie.

Natomiast lokalny dział Praxis, zajmujący się gromadzeniem odpadów w celu ich regeneracji, marsjański odpowiednik Dumpmines, nazywał się Ouroborous i tak jak „Energia z ziemi i powietrza”, nie był zbyt duży. Prawdę mówiąc, o czym natychmiast poinformowali Arta ludzie z Ouroborous podczas spotkania pewnego ranka, na Marsie przemysł przetwarzania odpadów był raczej słabo rozwinięty — prawie wszystkie odpady wprowadzano ponownie do obiegu lub wykorzystywano do wzbogacania gleby uprawnej, więc śmietniska większości kolonii były w gruncie rzeczy tymczasowymi składami rozmaitych materiałów, czekających na właściwe powtórne użycie. Dlatego też działalność Ouroborous polegała głównie na wyszukiwaniu i zbieraniu śmieci lub ścieków, które były w jakiś sposób niezdatne do natychmiastowego zużycia — były po prostu nieodpowiednie, toksyczne albo zbyt długo leżały — a następnie na znalezieniu sposobów ich zużytkowania.

Zespół Ouroborous w Sheffield zajmował jedno piętro zbudowanego w śródmieściu wieżowca Praxis. Firma zaczynała od przeprowadzania prac wykopaliskowych w starym mieście, zanim ruiny zostały tak bezceremonialnie zepchnięte ze stoku. Projektem zbierania fragmentów leżącego kabla windy kierował mężczyzna imieniem Zafir, toteż pewnego dnia wraz z Adrienne towarzyszył Artowi do stacji kolejowej, na której wsiedli do lokalnego pociągu i wyruszyli na krótką przejażdżkę dokoła wschodniego stożka, aż do linii namiotów podmiejskich. W jednym z namiotów mieścił się magazyn Ouroborous, a dokładnie przed nim, wśród wielu innych pojazdów, znajdowała się prawdziwie gigantyczna ruchoma przetwórnia, zwana Bestią. Była tak wielka, że Super-Rathjes wyglądałyby przy niej jak małe samochodziki, a poza tym była raczej budynkiem niż pojazdem i to prawie całkowicie zautomatyzowanym. Druga Bestia pracowała przy przetwarzaniu kabla w zachodnim Tharsis i Artowi zaproponowano, by pojechał i obejrzał ją na własne oczy. Najpierw jednak Zafir i dwaj technicy oprowadzili go po wnętrzu szkoleniowego pojazdu, aż po szeroki przedział na szczytowym piętrze, gdzie znajdowały się kwatery mieszkalne dla osób, które przyjeżdżały z wizytą.

Zafir z ożywieniem opowiadał o znaleziskach już dokonanych przez Bestię na zachodnim Tharsis.

— Rzecz jasna, podstawowym źródłem naszych dochodów jest regeneracja węglowych włókien i spirali z diamentowego żelu — zaczął. — Dobrze też sobie radzimy z pewnymi zgruzowanymi materiałami egzotycznymi, przekształconymi w rezultacie końcowej fazy upadku. Ale myślę, że szczególnie zainteresują pana krystalokonkrecje. — Zafir świetnie się znał na tych małych węglowych kulach geodezyjnych, których pełna nazwa brzmiała „rozdrobnione krystalokonkrecje poodciągnieniowe”, i mówił o nich z wielkim entuzjazmem: — Temperatura i ciśnienie w strefie spadku na obszarze zachodniego Tharsis okazały się podobne do stosowanych w trakcie syntezy w reaktorze łukowym na etapie odciągania i dzięki temu znalazł się tam stukilometrowy odcinek, gdzie węgiel na dolnej stronie kabla składa się prawie całkowicie z krystalokonkrecji. W większości są to sześćdziesiątki, ale także kilka trzydziestek i spora ilość prawdziwych superkrystali. — Niektóre z tych superkrystali zmieszały się z atomami innych związków, schwytanych we wnętrzu „węglowych klatek”. Takie „pełne odciągacze” były użyteczne w produkcji mieszanek, jednak wytwarzanie laboratoryjne okazało się bardzo kosztowne ze względu na ogromną ilość potrzebnej do tej czynności energii. Znalezisko to było więc bardzo cenne. — Na razie Bestia sortuje różne rodzaje superkrystali. Później ma tam wkroczyć pański chromatograf jonowy — dodał na koniec.

— Tak, rozumiem — pokiwał głową Art. Używał chromatografu jonowego podczas analiz w Gruzji i jego doświadczenie w tego rodzaju działalności było oficjalnym powodem, dla którego przysłano go z Ziemi do tego odległego świata.

Przez następne kilka dni Zafir wraz z kilkoma technikami uczyli Arta, jak się obchodzić z Bestią. Po tych sesjach jadali kolację w restauracyjce, mieszczącej się w namiocie na przedmieściu na wschodnim stożku. Po zachodzie słońca rozciągał się stamtąd wspaniały widok na mniej więcej trzydzieści kilometrów dokoła krzywizny stożka. Miasto Sheffield jarzyło się w mroku niczym lampa umieszczona na tle czarnej przepaści.

W trakcie posiłków ich rozmowa rzadko dotyczyła szczegółów zadania Arta i, rozważywszy ten fakt, Art doszedł do wniosku, że jest to prawdopodobnie rozmyślna uprzejmość ze strony jego kolegów. Bestia była urządzeniem całkowicie zautomatyzowanym i chociaż ostatnio pojawiły się pewne trudne do rozwiązania problemy, związane z sortowaniem niedawno odkrytych „pełnych odciągaczy”, na Marsie z pewnością można było znaleźć wielu specjalistów od chromatografii jonowej, którzy podołaliby tej pracy. Wobec czego, nie istniał właściwie żaden logiczny powód, dla którego Praxis miałaby przysyłać z Ziemi Randolpha, aby podjął się tego właśnie zadania. Dla wszystkich było zapewne jasne, że muszą istnieć inne, nie ujawnione przez Arta przyczyny jego pojawienia się na Marsie. Toteż cała grupa unikała tego tematu, oszczędzając Artowi kłopotliwych kłamstw, niezdarnego wzruszania ramionami czy też otwartego oświadczenia, że jest to tajemnica, której nie może zdradzić swoim nowym znajomym.

Art nie czułby się dobrze, gdyby musiał zastosować któryś z tych wybiegów i dlatego bardzo doceniał takt swoich towarzyszy. Ale jednocześnie z tego właśnie powodu w ich rozmowach zauważalny był pewien dystans. Ponieważ jednak dość rzadko — poza spotkaniami informacyjnymi — widywał inne osoby nowo przybyłe do pracy w Praxis, a nikogo innego nie znał ani w tym mieście, ani nigdzie na planecie, czuł się nieco osamotniony i z każdym kolejnym dniem pogłębiało się w nim poczucie niepewności, a nawet zaczęło go ogarniać przygnębienie. Nigdy więcej nie odsuwał już draperii, pragnąc uniknąć widoku z okna, a posiłki jadał w restauracji z dala od stożka. Czuł się trochę tak, jak podczas tygodni spędzonych na pokładzie „Ganesha”, a nie wspominał tego okresu najmilej. Czasami musiał wręcz siłą wyrzucać z głowy kiełkującą coraz śmielej myśl, że przylot tutaj był jednak życiową wielką pomyłką.

Tak czy owak, po ostatnim wykładzie informacyjnym, podczas oficjalnego obiadu w budynku Praxis, Art wypił więcej niż miał to w swoim zwyczaju. Zaciągnął się również kilkakrotnie tlenkiem azotawym z podłużnego zbiorniczka. Wdychanie narkotyków odprężających było, jak mu powiedziano, lokalnym zwyczajem, dość rozpowszechnionym wśród marsjańskich robotników budowlanych, toteż małe zbiorniczki z rozmaitymi gazami możliwe do kupienia po wrzuceniu żetonu znajdowały się obok apteczek w niektórych męskich toaletach. Uważano, że gaz rozweselający przyjemnie wzmacnia działanie szampana; była to niezwykle lubiana tu kombinacja, jak orzeszki ziemne do piwa albo lody do szarlotki.

Po obiedzie Art szedł ulicami Sheffield, podskakując dziwacznie, ponieważ „azotawy szampan” zadziałał na niego w sposób anty grawitacyjny. Działanie używek, w połączeniu z marsjańskim ciążeniem, sprawiło, że Art czuł się ogólnie zbyt lekki. W rzeczywistości ważył w tej grawitacji około czterdziestu kilogramów, ale gdy tak szedł, miał wrażenie, że jego waga nie wynosi więcej niż pięć. Było to bardzo dziwne, a nawet nieco nieprzyjemne uczucie. Jak chodzenie po posmarowanym masłem szkle.

Nagle nieomal wpadł na młodego mężczyznę. Nieco wyższy od niego, ciemnowłosy młodzieniec, był smukły i poruszał się z wielką gracją, zwłaszcza gdy błyskawicznie odsunął się od Arta, aby uniknąć zderzenia, a następnie przytrzymał Ziemianina, kładąc mu dłoń na ramieniu. Wszystko to zrobił jednym płynnym ruchem, po czym spojrzał mu w oczy i zapytał:

— Arthur Randolph?

— Tak — odparł zaskoczony Art. — To ja. A kim pan jest?

— Jestem tą osobą, która skontaktowała się z Williamem Fortem — powiedział młody mężczyzna.

Art nagle się zatrzymał. Lekko się zakołysał, aby utrzymać równowagę. Młodzieniec podtrzymywał go w pozycji pionowej łagodnym naciskiem; jego ręka na ramieniu Arta była gorąca. Spojrzał Randolphowi prosto w oczy i posłał mu przyjazny uśmiech. Ma najwyżej dwadzieścia pięć lat, ocenił Art, może nawet jeszcze mniej — przystojny młody człowiek o smagłej cerze, gęstych czarnych brwiach i lekko skośnych, azjatyckich oczach, szeroko rozstawionych nad wydatnymi kośćmi policzkowymi. Spojrzenie inteligentne, pełne szczerego zaciekawienia i swego rodzaju magnetyzmu, któremu trudno się było oprzeć.

Art natychmiast poczuł do niego sympatię, choć z pewnością nie potrafiłby wymienić nawet jednego powodu, dla którego tak się stało. Po prostu od razu go polubił.

— Proszę mi mówić Art — odezwał się.

— Ja mam na imię Nirgal — odparł młodzieniec. — Zejdźmy do Parku Widokowego.

Art poszedł więc za swoim towarzyszem trawiastą aleją aż do znajdującego się na stożku parku. Stamtąd powędrowali ścieżką, która prowadziła obok zwieńczenia muru. Nirgal przez cały czas pomagał się Altowi poruszać, otwarcie przytrzymując go za ramię i sterując jego chwiejnym krokiem. Uścisk młodego człowieka był elektryzujący, przenikliwy i tak bardzo ciepły, jakby Nirgal miał gorączkę, chociaż w jego ciemnych oczach nie było widać najmniejszego jej śladu.

— Po co tu przyleciałeś? — spytał nagle, a barwa jego głosu i wyraz twarzy świadczyły, iż nie było to kurtuazyjne pytanie.

Art przez chwilę zastanawiał się nad właściwą odpowiedzią.

— Aby pomóc — odparł.

— Więc przyłączysz się do nas?

Znowu odniósł wrażenie, że młodzieniec ma na myśli coś zupełnie innego, coś znacznie bardziej istotnego.

Dlatego też odrzekł młodemu:

— Tak. Kiedy tylko zechcecie.

Nirgal uśmiechnął się. Na jego ustach pojawił się szybki, zadowolony uśmieszek, nad którym nie do końca zapanował, zanim powiedział:

— To dobrze. To bardzo dobrze. Ale widzisz, zainicjowałem ten kontakt na własną rękę. Rozumiesz? Są tu ludzie, którzy czegoś takiego nie aprobują. Muszę więc wprowadzić cię między nas, jak gdyby to był zwykły przypadek. Zgadzasz się?

— Oczywiście. — Art potrząsnął głową, nieco zmieszany. — Taki był również i mój plan.

Nirgal zatrzymał się przy kopule obserwacyjnej, chwycił dłoń Arta i przez moment trzymał ją w swojej. Jego spojrzenie, wyrażające otwartość i niezachwianą pewność siebie, sugerowało innego rodzaju kontakt.

— To dobrze. Dziękuję. W takim razie, działaj tak, jak dotąd. Zajmij się tym projektem zbierania odpadów i wyjedź kiedyś na zewnątrz. Wówczas się spotkamy ponownie.

Po tych słowach odszedł w kierunku stacji kolejowej, poruszając się z wdziękiem długimi krokami, podobnie jak chodzili młodzi tubylcy. Art patrzył za nim długą chwilę, rozpamiętując spotkanie i zastanawiał się nad przyczyną, która sprawiła, że było ono tak bardzo znaczące. To zapewne przez wyraz jego twarzy, zdecydował — nie była to agresja, jaką czasem wyrażają spojrzenia i sposób bycia młodych ludzi, ale coś innego: jakaś osobliwa radość i siła. Art przypomniał sobie nagły uśmieszek, nad którym nie potrafił zapanować Nirgal, gdy ten powiedział (dokładnie mówiąc, obiecał) mu, że chce się przyłączyć do podziemia. Na tę myśl Art teraz również się uśmiechnął.

Kiedy wrócił do pokoju, ruszył prosto do okna i odsunął draperie. Potem podszedł do stolika przy łóżku, usiadł, włączył komputer i poszukał słowa „Nirgal”. Na liście nie znajdowała się żadna osoba o tym imieniu. Była tu tylko kraina o nazwie Nirgal Vallis, leżąca między Basenem Argyre i Valles Marineris. „Jeden z najlepszych przykładów wyżłobionego przez wodę kanału na Marsie”, przeczytał w długim i zagmatwanym opisie. Słowo było babilońską nazwą Marsa.

Wrócił do okna i przycisnął twarz do szyby. Spojrzał prosto w dół szczeliny, w samo kamienne serce olbrzyma. Ujrzał poziome tarasy wygiętych ścian i szeroką, kolistą równinę, która znajdowała się niewyobrażalnie daleko pod nim, widział ostrą krawędź w miejscu, gdzie równina stykała się z owalną ścianą. Dostrzegł tam nieskończoną ilość odcieni wielu kolorów: kasztanowego, rdzawego, czarnego, brązowego, pomarańczowego, żółtego, czerwonego… przede wszystkim czerwonego… wszędzie była czerwień, wszystkie odcienie czerwieni… Wpatrywał się intensywnie w otaczającą go krainę i po raz pierwszy nie czuł strachu. Potrafił znieść ten widok. Potrafił znieść tutejszą grawitację. Spotkał Marsjanina, członka podziemia, młodzieńca o dziwnej charyzmie… I spotka więcej takich ludzi, wielu spośród nich… Naprawdę jestem na Marsie, pomyślał.

Kilka dni później znalazł się na zachodnim stoku Pavonis Mons. Sam kierując małym roverem, zjeżdżał wąską drogą, która biegła równolegle do pasma nierównego wulkanicznego rumoszu po czymś, co wyglądało jak szlak kolei zębatej, opadający prosto w dół. Przed podróżą wysłał ostatnią zaszyfrowaną informację do Forta, przekazując mu, że wyjeżdża i otrzymał pierwszą, od kiedy opuścił Ziemię, odpowiedź: „Miłej podróży”.

Pierwszej godzinie jego jazdy towarzyszyły, zgodnie z opowieściami innych osób, wszelkie możliwe z najbardziej spektakularnych marsjańskich widoków. Przejechał zachodni stożek kaldery i zaczął zjeżdżać po zewnętrznym zboczu ogromnego wulkanu. Tak minęło około sześćdziesięciu kilometrów drogi na zachód od Sheffield. Gdy dojechał do południowo-zachodniej krawędzi ogromnego płaskowyżu stożkowego i zaczął się posuwać w dół wzgórza, bardzo daleko pod nim i bardzo daleko od niego pojawił się marsjański horyzont: lekko zakrzywiona mglistobiała pręga, podobna obrazowi Ziemi widzianemu z okna kosmolotu. Skojarzenie to było zupełnie logiczne, ponieważ szczyt Pavonis wystawał na około osiemdziesiąt pięć tysięcy stóp ponad Amazonis Planitia. Widok stąd był rozległy i stanowił najbardziej dosadne z możliwych przypomnienie zdumiewającej wysokości wulkanów Tharsis. W tym momencie Art dostrzegł również ogromny Arsia Mons, położony najbardziej na południe jeden z trzech wulkanów Tharsis, który — po lewej stronie Arta — górował nad horyzontem niczym ościenny świat. A to, co wyglądało jak czarna chmura ponad dalekim horyzontem na północnym zachodzie, mogło być (to bardzo możliwy!) samym Olympus Mons!

Toteż, mimo że cały pierwszy dzień Art zjeżdżał w dół, jego nastrój pozostawał niezmiennie wspaniały.

— No, no — powiedział do siebie. — Z pewnością nie jesteśmy już w Kansas. Jesteśmy… hmm… tak daleko… że możemy spotkać czarnoksiężnika! Tak, tak! Cudownego czarnoksiężnika z krainy Mars!

Droga biegła równolegle do linii leżącego kabla. Kabel musiał uderzyć w zachodni stok Tharsis z ogromną mocą, oczywiście nie tak olbrzymią, jak podczas ostatniego ciosu, ale wystarczającą, aby stworzyć interesujące superkrystale, w celu zbadania których wysłano Arta. Jednak w tej okolicy Bestia, ku której jechał, zajęła się już skutecznie zbieraniem leżących odcinków, toteż niewiele pozostało po pierwotnym kablu; jedyną jego pozostałością był układ staroświecko wyglądających szyn kolejowych, z trzecim torem dla kolei zębatej, który opadał do środka. Bestia wykonała te szyny z węgla kabla, a potem użyła innych części kabla i magnezu z gleby, aby stworzyć mały samonapędowy tor dla górniczych wagoników, które przenosiły ładunek ze złomem w górę, po stoku Pavonis do przetwórni Ouroborous w Sheffield. Dobry kawałek roboty, pomyślał Art, obserwując, jak mały pojazd automatyczny mija go, kierując się w przeciwnym kierunku, w górę torami ku miastu. Niewielki wagonik kolejowy był czarny, niski i szeroki, napędzany przez mały ruchomy silnik znajdujący się między szynami kolei zębatej. Wypełniony był ładunkiem, na który w większości składały się węglowe włókna nanoprzewodowe. Szczyt wagonika nakrywał duży prostokątny blok diamentu. Art słyszał już o nim w Sheffield, więc jego widok go nie zaskoczył. Diament uzyskano z dwóch spiral wzmacniających kabel i, prawdę powiedziawszy, jego bloki były o wiele mniej wartościowe niż włókno węglowe zmagazynowane pod nimi — stanowiły po prostu coś w rodzaju luksusowej pokrywy. Ale rzeczywiście wyglądały pięknie.

Drugiego dnia jazdy Randolph wydostał się na ogromny stożek Pavonis i na właściwe wybrzuszenie Tharsis. Tutaj powierzchnia była o wiele bardziej nierówna niż na zboczu wulkanu, pokryta luźnymi kamieniami i niewielkimi kraterami meteorytowymi. Wszystko zasłane było zaspami: mieszaniną, która wyglądała, jak gdyby w równych częściach składała się ze śniegu i piasku. Było to firnowe zbocze zachodniego Tharsis, teren, na który nadchodzące z zachodu burze często zrzucały masy nigdy nie topniejącego śniegu, odkładającego się rok po roku w coraz grubszą i twardszą śnieżną pokrywę. Do tej pory składała się tylko z ziarnistego śniegu, zwanego firnem, ale jeszcze kilka lat takiego prasowania i najniższe warstwy z pewnością zmienią się w lód i osuwające się lodowce.

Spadziste zbocza stale przerywały duże skały wystające z firnu i małe pierścienie kraterów o szerokości przeważnie mniejszej niż kilometr, które — gdyby nie wypełniający je zmieszany z piaskiem śnieg — wyglądałyby tak świeżo, jak gdyby zaledwie poprzedniego dnia powstały poprzez uderzenie meteorytu.

Art dostrzegł Bestię bardzo szybko, mimo że znajdował się jeszcze wiele kilometrów od niej. Akurat pracowała, zbierając fragmenty leżącego kabla. Jej wierzchołek pojawił się nagle nad zachodnim horyzontem, ale musiała minąć jeszcze godzina jazdy, by Randolph zobaczył ją w całej okazałości. Na ogromnym pustym zboczu wydawała się dziwnie mniejsza niż jej siostra bliźniacza ze wschodniej części Sheffield, przynajmniej tak długo, aż Art dojechał pod jej stok. Dopiero wtedy bowiem zrozumiał, że Bestia jest tak duża jak miejski blok. U jej boku znajdował się nawet kwadratowy otwór, który najbardziej ze wszystkiego na świecie przypominał wjazd na parking z garażami. Art wjechał roverem prosto w ten otwór — Bestia poruszała się zaledwie trzy kilometry na dzień, nietrudno było więc trafić w wejście — a gdy znalazł się wewnątrz, ruszył w górę krętą, pochyłą drogą. Przejechawszy krótki tunel, dotarł do śluzy powietrznej. Tam przemówił przez radio do AI Bestii, po czym drzwi za jego roverem zasunęły się. W minutę później bez trudu wydostał się z pojazdu, podszedł do drzwi windy, wsiadł w nią i pojechał w górę na piętro, gdzie znajdowało się obserwatorium.

Szybko doszedł do wniosku, że życie wewnątrz Bestii jest nudne i pozbawione atrakcji, toteż zgłosiwszy swoje przybycie w biurze Sheffield i rzuciwszy okiem na jonowy chromatograf w laboratorium na dole, Art wrócił na dwór, do rovera i pojechał rozejrzeć się po okolicy. Dokładnie tak postępują wszystkie osoby, które pracują z Bestią, zapewnił go wcześniej Zafir: rovery były tu niczym ryby pilotujące wielkiego wieloryba i chociaż z wysoko położonego obserwatorium roztaczał się wspaniały i rozległy widok, większość ludzi wolała spędzać więcej czasu na zewnątrz, jeżdżąc pojazdami po okolicy.

Art poszedł za ich przykładem. Spoglądając na leżący przed Bestią kabel, uświadomił sobie od razu, o ile trudniej było dostać się tutaj teraz, niż przed jego upadkiem. Prawie jedna trzecia średnicy kabla pozostawała zagrzebana w ziemi, cylindryczny kształt został znacznie spłaszczony i znaczyły go długie pęknięcia, które biegły wzdłuż boków, ujawniając szczegóły jego budowy: sieć splotów węglowego włókna nanoprzewodowego, nadal jednej z najmocniejszych znanych w materiałoznawstwie substancji (chociaż podobno materiał kabla nowej windy miał być jeszcze bardziej wytrzymały).

Bestia siedziała okrakiem na gruzach kabla, prawie czterokrotnie je przewyższając; spalony na węgiel czarny półcylinder znikał w otworze przy przednim końcu Bestii, z którego wydobywał się niski, jednostajny, niemal poddźwiękowy wibrujący odgłos. W pewnej chwili, codziennie około godziny drugiej po południu, pokrywa z tyłu Bestii nad stałymi torami wyrzucanych wydzielin rozsuwała się, wytaczał się z niej jeden z pokrytych diamentem pociągów kolejowych, a następnie połyskując w słonecznym świetle sunął ku Pavonis. Dotarłszy do wysokiego wschodniego horyzontu, jakieś dziesięć minut po wynurzeniu się ze swego „stwórcy”, wagoniki znikały w widocznym zagłębieniu między przyglądającym im się Artem i Pavonis.

Obejrzawszy codzienny odjazd wagoników Art wsiadał do rovera — swojej „pilotującej ryby” — po czym wyruszał w drogę, by badać kratery i duże samotne głazy narzutowe, choć, szczerze mówiąc, przede wszystkim poszukiwał Nirgala czy może raczej niecierpliwie na niego oczekiwał. Po kilku dniach takiego życia wprowadził do swej podróży pewien nowy rytuał: ubierał się w skafander, wysiadał z pojazdu i wyruszał na kilkugodzinny codzienny pieszy spacer po okolicy. Wędrował obok kabla i „pilotującej ryby” albo nieco się oddalał od pojazdu wabiony ekscytującymi widokami.

Podczas tych wypraw zauważył, ze teren, po którym chodzi, wygląda dość dziwacznie i to nie tylko z tego powodu, że był równomiernie zarzucony milionami czarnych skał, ale także dlatego, iż jego ciężki firnowy kobierzec został przez piaszczyste wiatry wyrzeźbiony w fantastyczne kształty: grzbiety, wypukłości i kotliny, a za każdą sterczącą większą skałą leżały zgruzowane „ogony” w kształcie łzy i tym podobne… sastrugi, jak nazywano te przedziwne uformowania. Artowi bardzo zabawne wydawało się chodzenie między tymi wymyślnymi, aerodynamicznymi ekstruzjami czerwonawego śniegu.

Wyjazdy i spacery stały się codziennym nawykiem Randolpha, a Bestia w tym czasie parła powoli na zachód. Podczas kolejnych wypraw Art zauważył, że wystawione na wiatr gołe szczyty skał często pokrywały maleńkie płatki: grupki prędko rosnących porostów (z gatunku, który rósł szybko czy też, przynajmniej, szybko jak na porosty). Pewnego dnia Art podniósł z ziemi kilka skalnych, upstrzonych roślinnymi kępkami odłamków skalnych i zabrał je ze sobą do Bestii, gdzie zbadał je, a następnie z ciekawością zaczął czytać na ich temat. Dowiedział się, że akurat te porosty były genetycznie ukształtowanymi kryptoendolitami, co oznaczało, iż zazwyczaj żyją one w skale, a na tej wysokości znajdowały się niemal na granicy własnych możliwości — artykuł objaśniał, że ponad dziewięćdziesiąt osiem procent swej energii rośliny te muszą zużywać po prostu na to, by utrzymać się przy życiu, a tylko niecałe dwa procent przeznaczają na reprodukcję; mimo to i tak stanowiły wielki postęp wobec ziemskich gatunków, od których się wywodziły.

Mijały kolejne dni, potem tygodnie. I cóż Art mógł zrobić? Nic, nadal więc zbierał porosty. Jeden z kryptoendolitów, które znalazł, okazał się — jak Randolph przeczytał w komputerze — pierwszym gatunkiem, który wykształcono, by przeżył na marsjańskiej powierzchni. Dokonali tego przedstawiciele legendarnej pierwszej setki kolonistów. Art bardzo się zainteresował, toteż odłamał kilka skalnych drobin, by je gruntowniej zbadać i stwierdził, że na zewnątrz tych skał rosną kolejne centymetrowe pasma porostów: najpierw żółta warstewka bezpośrednio na powierzchni, potem — pod nią — błękitny paseczek, a następnie zielony. Po tym odkryciu Art często się zatrzymywał podczas spacerów. Klękał, przystawiał szybkę hełmu do kolorowych kamieni wystających z firnu i podziwiał delikatne kępki o pięknych, intensywnych barwach: żółci, oliwki, khaki, leśnej zieleni, czerni, szarości.

Pewnego popołudnia odjechał „pilotującą rybą” daleko na północ od Bestii, po czym wysiadł, aby pochodzić po okolicy i zebrać próbki. Kiedy wrócił, stwierdził, że luk śluzy powietrznej z boku jego „ryby” nie chce się otworzyć.

— Co, u diabła?! — zaklął głośno.

Minęło już tak wiele czasu, że zupełnie zapomniał, iż coś szczególnego ma się wydarzyć w jego życiu. Dlatego był przekonany, że to po prostu zwykła awaria elektroniki. Zakładając, że to awaria, a nie… coś innego, wydawał ustne komendy przez interkom i wypróbował każdy znany sobie kod na klawiaturce przy luku komory powietrznej, ale bez rezultatu. Ponieważ nie mógł wejść do środka, niemożliwe było także uruchomienie systemów alarmowych. Interkom w jego hełmie miał bardzo ograniczony zasięg — dokładnie zaledwie do horyzontu, który tu, na dole, z boku Pavonis kurczył się do iście marsjańskiej bliskości, czyli sięgał tylko kilka kilometrów we wszystkie strony. Bestia natomiast znajdowała się obecnie daleko za horyzontem, a chociaż prawdopodobnie Art mógłby dojść do miejsca, w którym zarówno Bestia, jak i „pilotujące ryby” znajdowałyby się na horyzoncie, ocenił ten pomysł jako niezbyt bezpieczny: był przecież zupełnie sam, w skafandrze z ograniczonym zapasem powietrza…

W tej chwili krajobraz upstrzony sastrugami wydał mu się światem bardzo obcym i złowieszczym; był mroczny nawet w jaskrawym blasku słońca…

— No, no — powiedział do siebie Art, rozmyślając intensywnie nad własną sytuacją.

W końcu przypomniało mu się, że przyjechał tu przecież po to, aby nawiązać kontakt z marsjańskim podziemiem. Nirgal powiedział mu, że ma to wyglądać na przypadek. Oczywiście, nie musi to być akurat ten przypadek, ale — powiedział sobie — jakkolwiek jest, panika z pewnością mi nie pomoże. Dlatego najlepiej założyć, iż jest to rzeczywiście wypadek i odejść stąd. Miał do wyboru: próbować wrócić pieszo do Bestii albo usiłować się dostać do rovera — „pilotującej ryby”.

Ciągle jeszcze zastanawiał się, co zrobić i nerwowo stukał w klawisze na klawiaturze przy luku śluzy z szybkością godną uczestnika konkursu na najszybsze maszynopisanie, kiedy ktoś mocno klepnął go w ramię.

— Aaa! — krzyknął Art i odskoczył.

Było ich dwoje, ubranych w walkery i porysowane stare hełmy. Widział ich twarze przez szybki hełmów: kobieta z obliczem jastrzębia, która — miał wrażenie — chętnie by go ugryzła oraz niewysoki ciemnoskóry mężczyzna o szczupłej twarzy i siwych dredlokach cisnących się ze wszystkich stron ku szybce hełmu, jak obraz olinowania w ramkach, który można czasami spotkać w restauracjach dla wszelkiego autoramentu wilków morskich.

Właśnie ten mężczyzna klepnął Arta w ramię. Teraz podniósł trzy palce i wskazał na konsoletkę na nadgarstku. Chodziło mu bez wątpienia o to, by Art użył kanału interkomu. Włączył go więc.

— Witam! — krzyknął, czując większą ulgę niż było trzeba, zważywszy, że cały wypadek prawdopodobnie zorganizował Nirgal, tak że nawet przez chwilę nie znajdował się w prawdziwym niebezpieczeństwie. — Wiecie… hmm… zdaje się, że nie mogę się dostać do mojego pojazdu. Czy moglibyście mnie podwieźć?

Przez moment patrzyli na niego bez słowa.

Po chwili mężczyzna roześmiał się. Jego śmiech był przeraźliwy.

— Witamy na Marsie — odezwał się.

Część 3

Długi wybieg

Ann Clayborne zjeżdżała ze Szczytu Genewskiego, zatrzymując się co kilka zakosów na przecięciach dróg; wówczas wysiadała i zbierała skalne próbki. Po roku 2061 przestano używać Autostrady Transmarineryjskiej, która teraz niknęła pod warstwą brudnego lodu zmieszanego z otoczakami, pokrywającego dno Coprates Chasma. Droga była reliktem archeologicznym i nie wiodła już donikąd.

Jednak Ann badała Szczyt Genewski. Stanowił on ostatni odcinek o wiele dłuższej dajki magmowej, której większa część znikała zagrzebana w płaskowyżu na północy. Dajka ta była jedną z wielu: w pobliżu znajdowały się także grzbiety Melas Dorsa, dalej na wschodzie — Felis Dorsa, a na zachodzie — Solis Dorsa; wszystkie one byty prostopadłe do kanionów marineryjskich i pochodzenie każdego z nich stanowiło taką samą tajemnicę. Po prostu, kiedy z powodu załamań i spowodowanej wiatrem erozji opadła południowa ściana Melas Chasma, obnażyła się twarda skała jednej z dajek. Tak powstał Szczyt Genewski, który Szwajcarzy, budujący drogę w dół ściany kanionu, uznali za idealną pochyłą drogę, a teraz — dzięki niemu Ann miała przed sobą doskonale widoczne podłoże dajki. Istniała możliwość, że zarówno ta, jak i wszystkie podobne jej dajki uformowały się poprzez koncentryczne rozszczepienie wychodzące z wzniesienia Tharsis; z drugiej strony mogły być także o wiele starsze, stanowiąc jedną z pozostałości tego okresu w początkach epoki Noachian, kiedy tworzyły się na Marsie baseny i pasma, i kiedy planeta ciągle jeszcze korzystała z własnego wewnętrznego ciepła. Określenie wieku bazaltu przy podnóżu dajki pomogłoby wybrać właściwą odpowiedź.

Ann jechała więc powoli małym kamiennym roverem po pokrytej szronem drodze. Ruch pojazdu był prawdopodobnie świetnie widoczny z powietrza, ale Ann nie dbała o swoje bezpieczeństwo. W ubiegłym roku zjeździła niemal całą południową półkulę, nie przedsięwziąwszy żadnych środków ostrożności, chyba że zbliżała się do jednego z ukrytych schronów Kojota, gdzie uzupełniała zapasy, l jak dotąd — nigdy jej się nie przydarzyło nic nieprzyjemnego.

Dotarła właśnie do podnóża szczytu, niezwykle krótkiego odcinka lądu wystającego ponad lodowo-kamienną rzeką, która zalewała obecnie dno kanionu. Ann wysiadła z pojazdu i geologicznym młoteczkiem zaczęła ostukiwać podłoże ostatniej krzyżówki dróg. Stała tyłem do ogromnego lodowca i nie myślała o nim, całkowicie skupiona na bazalcie. Dajka wyrastała przed nią w słońcu, stanowiąc idealną pochylnię prowadzącą na szczyt skalnej ściany. Miała mniej więcej trzy kilometry wysokości i rozciągała się pięćdziesiąt kilometrów na południe. Po obu stronach Szczytu Genewskiego ogromne południowe urwisko rozpadliny Melas Chasma wyginało się w tył w olbrzymie skalne zatoki, potem znowu na zewnątrz w mniejsze wzniesienia: w mały punkt na dalekim horyzoncie, po lewej stronie Ann i solidny przylądek, jakieś sześćdziesiąt kilometrów, po jej prawej stronie. Ten przylądek Ann nazywała Cape Solis.

Już wiele lat temu Ann przepowiedziała, że w ślad za hydratacją atmosfery nastąpi tu gwałtowna erozja. Aktualny kształt urwiska po obu stronach szczytu dowodził, że miała rację. Zatoka między Szczytem Genewskim i Cape Solis zawsze była głęboka, ale teraz po wielu świeżych osuwiskach skalnych należało sądzić, że pogłębia się coraz szybciej. Jednak nawet najnowsze stromizny, podobnie jak cała reszta żłobkowania i uwarstwienia urwiska, pokrywał szron. Wielka ściana po opadach śniegu przybrała barwę ziemskich wzgórz — Zionu lub Bryce; były to głębokie czerwienie, przetykane bielą.

Na dnie kanionu, około kilometra czy dwóch na zachód od Szczytu Genewskiego, znajdowało się — równoległe do samego wierzchołka — bardzo niskie, ciemne pasmo skalne. Zaciekawiona Ann ruszyła w jego kierunku. Przy bliższym oglądzie grzbietu, sięgającego jej ledwie do piersi, Ann stwierdziła, że rzeczywiście jest zbudowany z takiego samego bazaltu co Szczyt Genewski. Wyjęła młoteczek i odłupała od skały próbkę.

Nagle coś się poruszyło i usłyszała stłumiony odgłos szumu, toteż szybko się podniosła i patrząc w stronę, skąd dochodził, zauważyła, że Cape Solis stracił właśnie przedni występ. Znad jego dna, lekko falując, oddalała się teraz czerwona chmura.

Ziemia się obsuwa, uświadomiła sobie od razu Ann. Natychmiast włączyła stoper na nadgarstku, potem szybko zerwała kapturek z umieszczonej nad szybką hełmu lornetki i tak długo regulowała ostrość, aż daleki cypel stał się dla niej wyraźnie widoczny. Nowa kamienna powierzchnia, która się ujawniła po odłamaniu lica, miała czarniawą barwę i wyglądała naprawie pionową. Być może jest to świeża szczelina w dajce, pomyślała Ann, o ile tamten twór to również dajka. Naprawdę wydawał się bazaltowy. Ann odniosła wrażenie, że pęknięcie nastąpiło na całej wysokości skalnej ściany, na całych jej czterech kilometrach.

Frontowa płaszczyzna urwiska zniknęła powoli w rosnącej chmurze pyłu, która rozprzestrzeniała się w górę i na boki, jak po wybuchu gigantycznej bomby. Rozległ się odległy, ledwie słyszalny huk, a za nim nastąpił stłumiony odgłos ryku, niczym daleki grzmot. Ann spojrzała na nadgarstek: ryk trwał niecałe cztery minuty. Prędkość dźwięku na Marsie wynosiła dwieście pięćdziesiąt dwa metry na sekundę, więc kamienna ściana musiała się znajdować rzeczywiście w odległości sześćdziesięciu kilometrów od Ann. Widziałam niemal pierwszy moment obsuwu, uświadomiła sobie.

Głęboko w zatoce odpadł właśnie także mniejszy fragment urwiska, co, bez wątpienia, spowodowały fale wstrząsowe. Jednak ten upadek wyglądał jak najzwyklejszy skalny obryw w porównaniu z zawalonym przylądkiem, którego objętość musiała wynosić miliony metrów sześciennych skały. To fantastyczne, uzmysłowiła sobie Ann, zobaczyć na własne oczy jedno z tak dużych osuwisk — większość areologów i geologów musiała prowokować eksplozje lub zdawać się jedynie na symulacje komputerowe. Kilka tygodni spędzonych w Valles Marineris rozwiązałoby ich problemy w tym względzie.

Więc tak to właśnie wygląda: tocząca się po ziemi nawala przy krawędzi lodowca, w postaci spłaszczonej, niskiej, ciemnej masy zwieńczonej przesuwającą się chmurą pyłu, jak film o zbliżającej się burzy oglądany w przyspieszonym tempie. Pasowały nawet efekty dźwiękowe. Odległość do przylądka była naprawdę dość spora. Ann niemal wzdrygnęła się, gdy sobie uświadomiła, iż stała się świadkiem długiego procesu obsuwu ziemi. Osuwiska były dziwnymi fenomenami i stanowiły jedną z dotąd nie rozwiązanych zagadek geologii. Większość z nich poruszała się po drodze poziomej na odległość około dwukrotnie większą od drogi ich spadu, ale kilka szczególnie wielkich najwyraźniej oparło się prawom tarcia i pędziło horyzontalnie przez odcinek dziesięć razy dłuższy niż ich odległość spadania, a czasami nawet dwadzieścia albo i trzydzieści razy dłuższy. Nazywano je osuwiskami o długim wybiegu i nikt nie wiedział, dlaczego czasem się zdarzały. Przylądek Cape Solis, któremu przyglądała się obecnie Ann, spadł z wysokości czterech tysięcy metrów, a więc powinien rozciągnąć się na dystans nie dłuższy niż osiem kilometrów, ale drobiny skalne przebyły już dno Melas Chasma i pędziły dalej w dół kanionu prosto w kierunku Ann. Jeśli przesuną się na odległość choćby piętnaście razy dłuższą niż ich pionowy spad, pomyślała, przetoczą się bezpośrednio nade mną i trzasną w Szczyt Genewski.

Ustawiła lornetkę na przednią krawędź osuwiska, ledwie widoczną jako ciemna skłębiona masa pod pędzącą chmurą pyłową. Jej dłoń drżała przy hełmie, ale poza nerwowym napięciem nie odczuwała niczego innego. Ani strachu, ani żalu — nic z tych rzeczy; właściwie doznała ulgi. Więc w końcu nadchodzi kres. I to nie z jej winy. Nikt nie mógłby jej winić za taką śmierć. Przecież zawsze powtarzała, że terraformowanie ją zabije. Roześmiała się krótko na tę myśl, a potem zmrużyła oczy, usiłując osiągnąć jak najlepszą ostrość, by możliwie najdokładniej obejrzeć czołową krawędź obsuwu. Najwcześniejsza standardowa hipoteza, wyjaśniająca fenomen długich wybiegów głosiła, że skala posuwa się na poduszce powietrznej wytworzonej pod spadem, jednak kolejne ślady starych, długich wybiegów, jakie odkryto na Marsie i na ziemskim Księżycu, wzbudziły wątpliwości wobec tej teorii i Ann zgadzała się z jej przeciwnikami, którzy argumentowali, iż powietrze schwytane w pułapkę pod skałą szybko rozprzestrzeniłoby się w górę. Jakkolwiek było, musiała istnieć jakaś forma materii poślizgowej, toteż niektóre hipotezy uwzględniały warstewkę stopionej skały, której płynność mogły spowodować takie czynniki, jak: tarcie zsuwu, fale dźwiękowe wyzwolone hałasem obsuwu lub po prostu niezwykle energiczne drgania cząsteczek, uderzających o dno osuwiska. Żadna z tych tez nie była jednak całkowicie satysfakcjonująca i nikt nie potrafił w tej kwestii niczego powiedzieć na pewno. W tej chwili Ann była bardzo blisko wyjaśnienia tajemnicy tego fenomenalnego zjawiska.

Tylko że nic — w tej zbliżającej się do niej, pod chmurą pyłu, masie — nie wskazywało na przewagę którejś z teorii nad innymi. Obsuw nie jarzył się wprawdzie jak stopiona lawa i chociaż był głośny, nie istniał sposób, by ocenić, czy natężenie hałasu jest wystarczające, aby pędzące cząsteczki mógł popędzać własny huk osuwiska. W każdym razie niezależnie od tego, jaki był rzeczywisty mechanizm powstania obsuwu, skalne masy pędziły teraz w kierunku stojącej nieruchomo kobiety. Wyglądało na to, że Ann otrzymuje niepowtarzalną szansę zbadania tego fenomenu „na żywo”. Być może miał to być jej ostatni wkład w geologię, choć bezpowrotnie stracony dla świata już w chwili odkrycia.

Spojrzała na nadgarstek i nie mogła uwierzyć, że minęło już ze dwadzieścia minut. Długie wybiegi znane były ze swej szybkości; szacowano na przykład, że obsuw Blackhawk w Mojave przemieszczał się z prędkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę, mimo że zsunął się zaledwie o parę stopni, a Melas był przecież nieco bardziej stromy. I rzeczywiście, przednia krawędź osuwiska zbliżała się błyskawicznie. Również hałas stawał się coraz głośniejszy, jak gdyby bezpośrednio nad głową Ann przetaczał się grzmot. Pędzącym kamiennym drobinom towarzyszyła chmura pyłowa, przesłaniająca popołudniowe słońce.

Ann odwróciła się i spojrzała na wielki lodowiec marineryjski. O mało jej nie zabił, i to nie raz, kiedy po wybuchu formacji wodonośnej masy wodne spływały w dół wielkich kanionów. A Frank Chalmers zginął w ten właśnie sposób i spoczął pogrzebany gdzieś w lodzie, daleko na dole. Jego śmierć spowodował zresztą błąd Ann i nigdy jej nie opuściły z tego powodu wyrzuty sumienia. To był wprawdzie tylko moment nieuwagi, niemniej jednak z pewnością jej pomyłka; nikogo innego. A niektórych błędów nigdy nie można naprawić.

Potem umarł także Simon. Pochłonięty przez lawinę swoich własnych białych krwinek. Cóż, oceniła, teraz nadeszła moja kolej. Ulga, którą poczuła na tę myśl, była tak głęboka, że aż bolesna.

Obróciła się twarzą ku lawinie. Widoczne na dnie kamienie wyraźnie podskakiwały i koziołkowały energicznie, ale z pewnością nie przetaczały się nad sobą jak załamująca się fala. Najwyraźniej posuwały się naprawdę po warstewce jakiegoś „smaru”. Na szczytach wielu osuwisk, które poruszały się przez kilka kilometrów, geologowie znajdowali prawie nietknięte łąki, było to więc potwierdzenie dobrze znanego zjawiska, choć naprawdę wyglądającego osobliwie, a nawet nierealnie: niski wał przesuwał się po powierzchni, sterowany jakby magiczną mocą, wcale się nie przewracając. Ann zaciskała pięści, czując pod stopami wibrowanie ziemi. Pomyślała o Simonie, walczącym ze śmiercią w ostatnich godzinach swego życia i syknęła; chyba niezbyt właściwie było stać tak iż radością oczekiwać na pożądany koniec. W każdym razie wiedziała, że Simon by tego nie zaaprobował. W hołdzie jego pamięci zeszła z niskiej magmowej dajki i uklękła za nią na jedno kolano. Gruboziarniste grudki bazaltu w brązowawym świetle wydawały się matowe. Ann ponownie poczuła wibracje i podniosła oczy na niebo. Zrobiła, co mogła, by się uratować, nikt nie mógł jej winić za własną śmierć. Tak czy inaczej, głupio myśleć w ten sposób, powiedziała sobie. Przecież i tak nikt nigdy się nie dowie, co zrobiła, nawet Simon. Ponieważ Simona już nie było. A ten Simon, który „tkwił” w niej i tak nigdy nie przestał jej niepokoić, niezależnie od tego, jak postępowała i co robiła. Nadszedł po prostu czas na odpoczynek, więc powinna być wdzięczna losowi. Chmura pyłu toczyła się ponad niską dajką, powiał wiatr…

„Trraach!” Ann padła płasko pod wpływem nadciągającej fali hałasu. Później coś ją podniosło, pociągnęło ponad dnem kanionu i rzuciło o skałę. Kamienne drobiny smagały jej ciało. Znajdowała się w ciemnej chmurze, skulona, opierając się na dłoniach i kolanach, z każdej strony otaczał ją pył, wszystko wokół wypełniał ryk zgrzytających skał; ziemia pod stopami kołysała się gwałtownie jak dzika bestia, szykująca się do ataku.

Nagle uderzenie ustało. Ann nadal klęczała na czworakach, przez rękawiczki i nakolanniki czując chłodną skalę. Porywy wiatru powoli klarowały powietrze. Cale ciało kobiety pokrywał pył i małe odłamki skalne.

Wstała z drżeniem. Była obolała i zziębnięta. Lewy nadgarstek spuchł, prawdopodobnie zwichnięty. Ann ruszyła ku niskiej dajce i spojrzała ponad nią. Osuwisko zatrzymało się zaledwie około trzydziestu metrów od dajki. Cały teren wokół zarzucony był kamiennym rumoszem, ale krawędź właściwego skalnego obsuwu stanęła w miejscu: czarna ściana startego na proch bazaltu, odchylona w tył pod kątem około czterdziestu pięciu stopni, wysoka na dwadzieścia czy dwadzieścia pięć metrów. Gdyby Ann nie zeszła z niskiej dajki, uderzenie powietrza rzuciłoby ją w dół i zabiło.

— Niech cię cholera — powiedziała głośno, mając na myśli Simona.

Północna granica osuwiska wychodziła na lodowiec Melas; obsuw stopił lód i zamienił Melas Chasma w parujące koryto głazów narzutowych i błota. Chmura pyłowa całkowicie go zasłaniała. Kobieta przeszła dajkę i weszła na podnóże osuwiska. Skały na j ego dnie ciągle jeszcze były gorące. Wydawały się popękane nie bardziej niż położona wyżej na obsuwie skała. Ann popatrzyła na tę nową czarną ścianę; w uszach jej dzwoniło. To nie w porządku, pomyślała. To nie fair.

Wróciła na Szczyt Genewski. Czuła mdłości i miała zawroty głowy. Kamienny pojazd nadal stał na „ślepej” drodze, zapylony, ale nie uszkodzony. Przez bardzo długi czas Ann nie mogła się zmusić, by go dotknąć. Popatrzyła za siebie, ponad długą dymiącą masą skalnego zsuwu — czarny lodowiec leżący obok białego. W końcu otworzyła luk śluzy powietrznej i weszła do środka. Teraz nie miała już wyboru.

Każdego dnia Ann przejeżdżała kilka kilometrów, potem wysiadała i chodziła po powierzchni planety, uparcie jak automat wykonując swoją pracę.

Po obu stronach wypukłości Tharsis znajdowały się wgłębienia terenu: na zachodzie leżała Amazonis Planitia, nisko położona równina, sięgająca głęboko na południowe wyżyny, na wschodnim stoku natomiast znajdował się Rów Chryse, zapadlisko, które biegło z Basenu Argyre przez Margaritifier Sinus i Chryse Planitia, najgłębszy punkt w rowie. Średnia głębokość samego rowu wynosiła dwa kilometry poniżej poziomu otoczenia; mieścił się w nim cały marsjański teren chaotyczny oraz większość starych tuneli, wyżłobionych przez starożytne wybuchy wodonośnych formacji.

Ann tak długo jechała na wschód wzdłuż południowego stożka Marineris, aż znalazła się między Nirgal Vallis i Aureum Chaos. Tam zatrzymała się w celu uzupełnienia zapasów w kryjówce zwanej Dolmenowym Pagórkiem. Było to miejsce, do którego Michel i Kasei, w roku 2061, zabrali całą uratowaną przez siebie grupę, pod koniec ucieczki w dół Marineris. Widok tej maleńkiej kryjówki bynajmniej nie wzruszył teraz Ann, szczerze powiedziawszy ledwie ją pamiętała, Wszystkie jej wspomnienia ulotniły się, co uznała za bardzo korzystne. Pracowała nad tym intensywnie, celowo koncentrując się na danym obrazie z taką wewnętrzną siłą, że znikał on na zawsze wyparty ze świadomości.

Rzecz jasna, rów był starszy od terenu chaotycznego i kanałów „wybuchowych”, które bez wątpienia powstały właśnie za jego przyczyną. Wypukłość Tharsis stanowiła potężne źródło odgazowania aktywnego jądra planety, przez wszystkie promieniste i koncentryczne pęknięcia wokół niej przesączały się lotne gazy z gorącego środka Marsa. Woda w regolicie spływała w dół, do wgłębień po obu stronach wypukłości. Być może wgłębienia te stanowiły bezpośredni rezultat wypukłości, może materia litosfery przechyliła się na skraje, skąd wcześniej została wypchnięta w górę. Albo może płaszcz powierzchni zatonął pod wgłębieniami, kiedy się przesuwał pod wypukłością. Taką tezę popierały standardowe modele konwekcyjne — przecież wydostający się pióropusz musiał w końcu wrócić gdzieś na dół, przesuwając się przy bokach wypukłości i ściągając litosferę w dół.

A później woda w regolicie spływała jak zwykle, ściekając w rowy, aż do wybuchów warstw wodonośnych i załamania się powierzchni nad nimi; tak mogły powstać kanały wybuchowe i teren chaotyczny. To był dobry model roboczy, wiarygodny i zachowujący pozory prawdopodobieństwa, a przede wszystkim dający podstawę do wyjaśnienia wielu charakterystycznych cech tutejszej powierzchni.

Tak więc Ann każdego dnia najpierw jechała, a potem krążyła po terenie, szukając potwierdzenia teorii konwekcji płaszcza dla rowu Chryse; wędrowała po powierzchni planety, sprawdzając stare sejsmografy i odłupując kawałki skał. Trudno było iść wnętrzem rowu na północ, ponieważ wybuchy formacji wodonośnych w roku 2061 niemal całkowicie zablokowały drogę — została jedynie wąska szczelina między wschodnim końcem wielkiego lodowca Marineris i zachodnim stokiem małego lodowca, który wypełniał całą długość Ares Vallis. Szczelina ta była pierwszym miejscem na wschód od Noctis Labyrinthus, w którym można było przekroczyć równik nie przechodząc po lodzie, a Noctis znajdowało się całe sześć tysięcy kilometrów od tego miejsca. Toteż kolejowy tor magnetyczny oraz drogę zbudowano kiedyś właśnie tu, w tej szczelinie, a na stożku Krateru Galileusza umieszczono pod namiotem dość spore miasto. Na południe od Galileusza najwęższa część szczeliny liczyła zaledwie czterdzieści kilometrów szerokości, stanowiąc równinę umiejscowioną między wschodnim ramieniem Hydaspis Chaos i zachodnią częścią Aram Chaos, którą można było przejechać, chociaż trudno przemierzało się tę strefę, nie widząc na horyzoncie toru magnetycznego i drogi. Ann dotarła do samej krawędzi Aram Chaos i stamtąd spojrzała w dół na pogruchotany teren.

Na północ od Galileusza było już łatwiej. A potem znalazła się poza szczeliną i wjechała na Chryse Planitia. To było serce rowu z grawitacyjnym potencjałem — minus 0,65, najlżejsze miejsce na planecie, o ciążeniu niższym nawet niż to, które panowało w Hellas i Isidis.

Wjechawszy kiedyś na szczyt samotnego wzgórza, popatrzyła z góry i zobaczyła, że wokół centrum Chryse rozciąga się prawdziwe lodowe morze. Długi lodowiec, który zsunął się kiedyś z Simud Vallis i zatrzymał w najniższym punkcie Chryse, rozprzestrzeniał się coraz bardziej, aż zmienił się w lodowe morze, pokrywające ląd aż po horyzont w trzech kierunkach: na północ, północny wschód i północny zachód. Ann objeżdżała powoli najpierw jego zachodni brzeg, potem jego brzeg północny. Morze musiało mieć około dwustu kilometrów szerokości.

Pod wieczór któregoś dnia zatrzymała pojazd na resztkach stożka kraterowego i zapatrzyła się w bezkresny obszar popękanego lodu. Tak wiele wybuchów miało tu miejsce w roku 2061, pomyślała. Nie ulegało wątpliwości, że dla powstańców pracowało wówczas sporo dobrych areologów, którzy znajdowali wodonośne formacje i wywoływali ich wybuchy lub stopienie reaktora dokładnie w tych miejscach, gdzie ciśnienie hydrostatyczne było największe. Ann uświadomiła sobie, że z pewnością korzystali przy tym z danych uzyskanych przez nią samą.

Ale to była już przeszłość; od tamtych dni minęło mnóstwo czasu. Wszystko to nie miało obecnie żadnego znaczenia. Liczyło się tu i teraz, a tu i teraz widoczne było tylko to lodowe morze. Odczyty wszystkich starych sejsmografów, które oglądała Ann, jednoznacznie potwierdzały, że krainę tę nawiedzają ostatnio trzęsienia ziemi z epicentrum na północy, mimo że aktywność sejsmiczna nie powinna tam być zbyt duża. Być może topnienie północnej czapy polarnej powodowało podnoszenie się litosfery, czego konsekwencją były właśnie serie wstrząsów marsjańskiej powierzchni. Problem w tym, że wstrząsy zarejestrowane przez sejsmografy były pojedyncze i trwały krótko, przypominając raczej wybuchy niż trzęsienia ziemi. Ann studiowała ekran AI pojazdu przez wiele wieczornych godzin, ale zagadki nie rozwiązała.

Każdego dnia jechała jakiś czas, po czym obchodziła okolicę postoju. Opuściła lodowe morze i kontynuowała podróż na północ ku Acidalii.

Wielkie równiny północnej półkuli generalnie były uważane za regularne i poziome; rzeczywiście mogły za takie uchodzić, gdyby je porównać z terenami chaotycznymi czy też z południowymi wyżynami. A jednak nie były tak poziome — nawet w przybliżeniu — jak boisko czy blat stołu. Teren falował; wszędzie znajdowały się wzniesienia i kotliny, podłużne grzbiety pękającej skały macierzystej, wgłębienia drobnych przekopów, wielkie pola pogruchotanych głazów narzutowych, samotne pagórki i małe zapadliska… Krajobraz był doprawdy nierzeczywisty. Na Ziemi zresztą taka powierzchnia byłaby wypełniona kotlinami, wiatr, woda i życie roślinne porozdzierałyby gołe szczyty wzgórz, a potem cały teren zostałby zatopiony, opanowany, spłaszczony lodowymi taflami albo wypiętrzyłby się poprzez ruchy tektoniczne. Wszystko byłoby rozdzierane, a następnie dziesiątki razy ponownie odbudowywane, aż minęłyby eony. Pogoda i biota stale spłaszczałyby taką krainę. Tutaj jednakże te starożytne fałdowane równiny z zagłębieniami powstałymi przez uderzenie meteorytu nie zmieniły się przez miliard lat. A i tak należały do najmłodszych powierzchni na Marsie.

Jazda przez taki falisty teren wymagała szczególnej uwagi. Niezmiernie łatwo było się zgubić, kiedy wychodziło się na zewnątrz, szczególnie jeśli pojazd wyglądał dokładnie tak samo jak setki rozproszonych wokół głazów eratycznych i pozwoliło się sobie na chwilę roztargnienia. Dlatego też Ann wielokrotnie musiała szukać swego rovera za pomocą sygnałów radiowych, ponieważ nie mogła go wypatrzeć, a czasami długo stała tuż obok, zanim go rozpoznała — zwykle dopiero wówczas udawało jej się ocknąć i wrócić do rzeczywistości; ręce drżały jej wtedy nerwowo w reakcji na nagły wstrząs wyrywający ją z jakiejś zapomnianej już zadumy.

Najlepsze szlaki dla jej pojazdu znajdowały się wzdłuż niskich grzbietów i dajek obnażonego skalnego podłoża. Gdyby te wysoko położone bazaltowe drogi łączyły się ze sobą, przejazd byłby prosty. Niestety, zazwyczaj znaczyły je poprzeczne szczeliny, najpierw tworząc pęknięcie w postaci niezbyt szerokiej kreski, która po jakimś czasie, w miarę jazdy, stawała się coraz głębsza i szersza niczym krojone jedna za drugą kromki chleba, aż w końcu powstała w ten sposób szeroka rozpadlina rozstępowała się, wypełniała rumoszem i drobinami miału, po czym dajka stawała się z powrotem polem narzutowych głazów.

Ann kontynuowała jazdę na północ, do Vastitas Borealis. Acidalia, Borealis, zastanowiła się, te stare nazwy są takie dziwne. Robiła, co mogła, by niewiele myśleć, ale podczas długich godzin w pojeździe zupełne oderwanie się od rzeczywistości było czasami niemożliwe. Wówczas wolała czytać (wydawało jej się to mniej niebezpieczne) niż próbować zapanować nad myślami, które nachodziły ją w stanie bezczynności. Czytała więc często, jak popadło, teksty zawarte w biblioteczce swojego AL Niekiedy gdy skończyła, wpatrywała się w mapy Marsa i pewnego wieczoru przy zachodzie słońca, po kilkugodzinnym już czytaniu, zajęła się kwestią nazw marsjańskich.

Okazało się, że większość jest autorstwa Giovanniego Schiaparelliego. Na swoich mapach teleskopowych nadał on nazwy ponad stu albedowym krainom areograficznym; większość z nich była zresztą tak samo iluzoryczna, jak wymyślone przez niego canali. Jednak kiedy astronomowie z lat pięćdziesiątych dwudziestego wieku zaczęli porządkować mapę albedowych osobliwości marsjańskiego terenu, wszyscy zgodzili się co do tego, że — w przypadku cech terenu, które udało się sfotografować — należy utrzymać większość nazw Schiaparelliego. Był to hołd złożony przede wszystkim jego niezwykłemu talentowi i sile wyobraźni, bo logika i konsekwencja pozostawiały wiele do życzenia. Schiaparelli był klasycznym akademikiem, uczonym i studentem biblijnej astronomii, toteż wśród jego nazw znalazły się słowa łacińskie, greckie, biblijne, a także odwołania homeryckie; wszystko zmieszane razem. Ale na ogół pomysły miał nie najgorsze. Dowodem jego talentu był choćby fakt, iż jego mapy znacząco się wyróżniały wśród innych, konkurencyjnych marsjańskich map z dziewiętnastego stulecia. Mapa pewnego Anglika nazwiskiem Proctor, na przykład, opierała się na szkicach niejakiego Wielebnego Williama Dawesa, wobec czego na mapie Proctora, która nie zawierała żadnych rozpoznawalnych relacji nawet do standardowych cech albedo, znajdował się Kontynent Dawesa, Ocean Dawesa, Cieśnina Dawesa, Morze Dawesa oraz Widlasta Zatoka Dawesa. A także Wietrzne Morze, Ocean De-La-Rue i Morze Beera. Nie da się ukryć, że ta ostatnia nazwa miała być hołdem wobec Niemca nazwiskiem Beer, który wyrysował marsjariską mapę jeszcze gorszą niż Proctor. W porównaniu z nimi Schiaparelli był więc prawdziwym geniuszem.

Ale, niestety, nie był konsekwentny. I było coś z gruntu fałszywego w tym jego konglomeracie, przemieszaniu różnorakich odniesień i aluzji, a nawet — jak uważała Ann — coś niebezpiecznego. Wszystkie cechy terenu Merkurego nazwano, przykładowo, na cześć wielkich artystów, a wszystkie nazwy wenusjańskie na cześć słynnych kobiet; jeśli ktoś kiedyś jechałby albo leciał nad tymi krainami, czułby, że znajduje się w spójnym, konsekwentnym świecie. Natomiast na Marsie jego mieszkańcy chodzili po straszliwym miszmaszu snów z przeszłości, który powodował kto wie, jakie katastrofalne nieporozumienia w konfrontacji z prawdziwymi cechami terenowymi: Jezioro Słońca, Złota Dolina, Morze Czerwone, Pawia Góra, Jezioro Feniksa, Cymeria, Arkadia, Zatoka Perłowa, Węzeł Gordyjski, Styks, Hades, Utopia…

Na ciemnych wydmach Vastitas Borealis zaczęły się Ann kończyć zapasy. Sejsmografy codziennie rejestrowały wstrząsy powierzchniowe na wschodzie i dlatego kierowała się właśnie ku nim. Podczas spacerów po okolicy studiowała piaszczyste wydmy w kolorze granatu i ich uwarstwienie, które niosło informację o dawnym klimacie, tak jak słoje na ściętych pniach drzew mówią o ich przeszłości. Tyle że śnieżyce i silne wichury stale odrywały grzebienie od wydm. Stałe wiatry zachodnie potrafiły być niezwykle porywiste, w każdym razie wystarczająco potężne, aby podnieść warstwy gruboziarnistego piasku i cisnąć nimi o pojazd. Piasek zawsze gromadził się w warstwach, tworząc formacje wydm — prosta zasada fizyki — jednakże wydmy przyspieszały tempo powolnego marszu drobin dokoła świata, wskutek czego znaki, które wiatry wyżłobiły we wcześniejszych epokach, zostawały zniszczone.

Ann wyrzuciła te myśli z głowy i studiowała samo zjawisko tak, jak gdyby nie ingerowały w nie żadne nowe sztuczne siły. Skupiła się na swej pracy i podobnie jak wcześniej, zaciskając w ręku geologiczny młoteczek, odłupywała fragmenty skały. Przeszłość rozbijana kawałek po kawałku. Pragnęła zostawić ją za sobą. Nie chciała o niej myśleć. A jednak wiele razy zrywała się ze snu przerażona obrazem podchodzącego do niej długiego wybiegu osuwiska. I wówczas budziła się na dobre, spocona i drżąca, twarzą w twarz z rozżarzonym świtem, ze słońcem płonącym jak kopiec rozpalonej siarki.

Kojot dał jej mapę z zaznaczonymi przez siebie własnymi kryjówkami na północy i teraz Ann dojechała do jednej z nich: zagrzebanej w grupce głazów narzutowych, z których każdy był wielkości budynku. Uzupełniła tu zapasy i odjechała, zostawiwszy krótką notkę z podziękowaniem. Gdy ostatnio rozmawiała z Kojotem, powiedział jej, że zamierza niebawem zjechać na te tereny, ale nigdzie nie było śladu jego obecności i Ann uznała, że nie ma sensu na niego czekać. Ruszyła więc w dalszą drogę.

Nadal niezmordowanie wykonywała swoje zadanie, chociaż jej kondycja była zdecydowanie zła. W żaden sposób nie mogła sobie poradzić z własną psychiką; co rusz powracało przerażające wspomnienie osuwiska. Nie dręczyła się faktem, iż znalazła się o krok od śmierci, to bowiem zdarzało jej się nie raz i właściwie nie było czymś wyjątkowym. Jednak doskonale zdawała sobie sprawę, że przeżyła tylko dzięki przypadkowi. Właśnie ta myśl najbardziej ją przerażała. Przetrwanie nie miało tu nic wspólnego z jakimikolwiek wartościami czy umiejętnością przystosowania się samej Ann; było po prostu najczystszym przypadkiem. Przerwaniem stanu równowagi pozbawionym równowagi. Skutki nie podążały za przyczynami, jak gdyby czyjś obiad składał się jedynie z deseru. Na przykład: spędziła najwięcej czasu na zewnątrz i przyjęła o wiele za dużą dawkę promieniowania, a jednak to Simon umarł z tego powodu, nie ona. A także: śniła na jawie siedząc za kierownicą, ale skutkiem tego zginął Frank, nie ona. To była po prostu kwestia ślepego trafu, przypadkowego przeżycia lub śmierci.

Trudno jej było uwierzyć, że naturalna selekcja miała w ogóle jakieś znaczenie w takim wszechświecie. Pod stopami Ann, w rowach wśród wydm, rosły teraz na ziarenkach piasku bakterie z gatunku archae, ale atmosfera zyskiwała szybko tlen i niemal wszystkie bakterie archae umierały — wyjątkiem były te, które przez przypadek znalazły się pod ziemią, odizolowane od tlenu, który same wcześniej wykorzystywały, a który teraz był dla nich zabójczy. Naturalna selekcja czy przypadek? Trwasz, oddychając gazami, podczas gdy śmierć nieubłaganie podąża w twoim kierunku i jeśli przykrywają cię akurat głazy, umierasz, a jeśli pokrywa cię pył — unikasz śmierci i trwasz dalej. I nic, co zrobiłeś, nie ma znaczenia w tym totalnym „albo-albo”. Nic, co zrobiłeś, nie ma znaczenia!

Pewnego popołudnia, czytając wybrane przypadkowo urywki w AI, aby się zrelaksować po powrocie do pojazdu przed kolacją, Ann dowiedziała się, że przed bardzo wielu laty carska policja wyprowadziła rosyjskiego pisarza, Dostojewskiego na stracenie, a potem — gdy od wielu już godzin czekał na swoją kolejkę — po prostu zabrała go z powrotem do celi, darowując życie. Gdy skończyła czytać opis tej historii, usiadła na siedzeniu kierowcy rovera, położyła stopy na tablicy rozdzielczej i zagapiła się niewidząco w ekran. Przez okno sączył się na nią blask kolejnego oślepiającego zachodu słońca, słońca, które było niesamowicie wielkie i bardzo jaskrawe w coraz bardziej gęstniejącej atmosferze. Autor, którego tekst właśnie przeczytała, oznajmiał z łatwą i beztroską wszechwiedzą biografa, że ten jeden moment zmienił Dostojewskiego na całe życie. Zmienił go w epileptyka i człowieka skłonnego do niepohamowanej gwałtowności, o równie silnych skłonnościach do rozpaczy. Pisarz — zdaniem biografa — nie był w stanie sobie przyswoić tego przeżycia. Aż do śmierci pozostał więc wiecznie gniewny. A jednocześnie bojaźliwy. I opętany.

Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się z politowaniem, rozgniewana na głupotę autora książki, który po prostu niczego nie zrozumiał. Oczywiście, że nie można „sobie przyswoić takiego przeżycia”. To bez sensu. Takiego przeżycia nikt nie jest w stanie „sobie przyswoić”.

Następnego dnia na horyzoncie pojawiła się jakaś wieża. Ann zatrzymała pojazd i przez lunetę rovera popatrzyła na budowlę, którą otaczała przy gruntowa mgła. Wstrząsy powierzchniowe rejestrowane przez sejsmograf były teraz bardzo silne i wydawały się pochodzić z jakiegoś miejsca oddalonego nieco na północ. Jeden z nich nawet odczuła. Biorąc pod uwagę dobre amortyzatory pojazdu, oznaczało to, że wstrząsy muszą być naprawdę silne. Istniało prawdopodobieństwo, że miały one związek z wieżą.

Ann wysiadła z pojazdu. Zbliżał się zachód słońca i niebo było wielkim łukiem wściekłych kolorów; słońce wisiało nisko na zamglonym zachodzie. Światło miała z tyłu, co bardzo poważnie utrudniało jej obserwację. Przeszła między wydmami, potem ostrożnie dotarła do grzebienia jednej z nich. Ostatnie metry drogi przemierzyła czołgając się i ponad grzebieniem bacznie przypatrzyła się wieży, która stała obecnie w odległości zaledwie kilometra od niej, na wschód. Kiedy Ann uświadomiła sobie, jak blisko podstawy budowli się znalazła, przyłożyła podbródek do samej ziemi. Twarz kobiety otoczyły ejektamenta wielkości hełmu.

Był to jakiś rodzaj ruchomej maszyny wiertniczej. Bardzo dużej. U boków solidnej podstawy tego molocha dostrzegła gigantyczne gąsienice, podobne do tych, jakie mają ciągniki służące do transportu największych rakiet w porcie kosmicznym. Z tego olbrzyma wyrastała wieża wiertnicza, wysoka na ponad sześćdziesiąt metrów. Podstawa i niższa część wieży z pewnością mieściły w sobie kwatery techników, wyposażenie i zapasy.

Na północ od tej olbrzymiej konstrukcji, w małej od niej odległości, w dole pod łagodnym stokiem, znajdowało się lodowe morze. Od północnej strony tuż przy samej wieży grzebienie wielkich barchanowych wydm wystawały jeszcze z lodu — najpierw jako nierówna plaża, potem jako setki wysp w kształcie półksiężyców. Jednakże dwa kilometry dalej grzebienie wydm znikały i rozciągał się tylko lód.

Lód był kryształowo czysty — przeświecał purpurą pod niebem, na którym zachodziło słońce. Był to najbardziej przezroczysty lód, jaki Ann kiedykolwiek widziała na marsjańskiej powierzchni. Był także gładki, nie popękany jak wszystkie tutejsze lodowce. Lekko parował i zmrożona para pędziła na wietrze ku wschodowi. I na tym lodzie — wyglądając jak mrówki — jeździli na łyżwach ludzie w walkerach i hełmach.

W chwili, gdy zobaczyła lód, wszystko stało się dla niej oczywiste. Dawno temu sama potwierdziła hipotezę dużego uderzenia meteorytowego, które odpowiadało za dychotomię między półkulami. Niska i łagodna północna półkula była po prostu superdużym basenem pouderzeniowym, rezultatem tak ogromnego, że ledwie wyobrażalnego uderzenia w epoce Noachian: na marsjańską powierzchnię musiała spaść planetazymala niemal równie duża jak basen. Skalne fragmenty obiektu uderzającego, które nie wyparowały, stały się częścią Marsa i w literaturze przedmiotu istniały argumenty na to, że nieregularne ruchy w płaszczu powierzchni, które wytworzyły wypukłość Tharsis, wynikały z wcześniejszych zaburzeń, związanych z uderzeniem tego ogromnego meteorytu. Ann teza ta nie wydawała się do końca prawdopodobna, jednakże uważała za fakt oczywisty, iż w przeszłości musiało mieć miejsce jakieś wielkie uderzenie, które starło z powierzchni całą północną półkulę i obniżyło ją przeciętnie aż o cztery kilometry względem południowej. To musiało być zadziwiające w swej potędze uderzenie, myślała sobie, ale takie rzeczy zdarzały się przecież w epoce Noachian. Uderzenie o podobnej sile zresztą, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, spowodowało oderwanie się fragmentu Ziemi, a co za tym idzie powstanie ziemskiego Księżyca. Z drugiej jednak strony istniało również kilka koncepcji „antyuderzeniowych”, argumentujących, że gdyby Mars został uderzony tak potężnie, powinien mieć tak samo duży księżyc jak Ziemia.

Wszakże teraz, kiedy Ann leżała na brzuchu, płasko przyciskając ciało do powierzchni i patrzyła na gigantyczne urządzenie wiertnicze, uświadomiła sobie, że północna półkula była nawet jeszcze niższa niż się początkowo wydawała, ponieważ dno jej podłoża skalnego było zadziwiająco głębokie, o całe pięć kilometrów niższe od otaczających je wydm. Meteoryt musiał uderzyć naprawdę z wielką siłą, powodując bardzo głęboką depresję tego terenu, wgłębienie, które później w większości ponownie się wypełniło mieszaniną ejektamentów z tego samego uderzenia, nawianym przez wiatr piaskiem i miałem, produktami jakichś późniejszych kolizji, materiałami erozyjnymi, które ześlizgiwały się ze zbocza Wielkiej Skarpy, oraz wodą. Tak, woda jak zwykle znalazła sobie najniższy możliwy punkt. Przez tysiące lat co roku zamarzała w kaptur, od czasu do czasu zdarzały się wybuchy prastarych warstw wodonośnych, miało miejsce odgazowanie pęcherzykowatej skały macierzystej i klinowanie się warstw czapy polarnej — aż wszystko to w końcu przesunęło się do tej głębokiej strefy i połączyło ze sobą, formując naprawdę ogromny podziemny zbiornik, gigantyczną żyłę lodowo-wodną, która rozciągała się pasem wokół planety i zalegała prawie pod całą powierzchnią na północ od sześćdziesiątego stopnia szerokości północnej, z wyjątkiem (o ironio!) jednej wysepki macierzystej skały, na której znajdowała się sama czapa polarna.

To właśnie Ann odkryła to podziemne morze wiele lat wcześniej i według jej szacunków mieściło się w nim między sześćdziesiąt a siedemdziesiąt procent całej wody na Marsie. Ściśle mówiąc, był to Oceanus Borealis — o którym wspominali niektórzy terraformerzy — tyle że zakopany, głęboko zagrzebany pod powierzchnią, niemal w całości zamarznięty i zmieszany z regolitem oraz ze zbitym miałem; ocean wiecznej zmarzliny, płynny jedynie głęboko w dole, przy najgłębszym skalnym podłożu. Cała ta masa wody w dole została unieruchomiona i uwięziona na stałe, w każdym razie tak sądziła Ann, ponieważ niezależnie od tego, jak dużą ilością ciepła traktowali terraformerzy powierzchnię planety, zmarzlinowy ocean nie topniał szybciej niż metr na tysiąc lat, a nawet kiedy się topił, nadal pozostawał pod ziemią. Miało to po prostu związek z tutejszą grawitacją.

Teraz Ann w zamyśleniu patrzyła na znajdujące się przed nią urządzenie wiertnicze. Z pewnością musiało służyć do wydobywania wody. Prawdopodobnie bezpośrednio eksploatowano tu płynną formację wodonośną, a także topiono wieczną zmarzlinę za pomocą eksplozji, być może eksplozji jądrowych, a potem ściągano uzyskaną ciecz i pompowano ją na powierzchnię. Ciężar warstw zalegającego regolitu powinien pomóc w wypychaniu płynu rurami w górę, a masa wody na powierzchni mogłaby pomóc wypchnąć go jeszcze wyżej. Gdyby postawić tu wiele takich urządzeń wiertniczych jak to, można by wypchnąć na powierzchnię olbrzymią ilość wody, aż w końcu powstałoby płytkie morze, które zamarzłoby i znowu zmieniło się na jakiś czas w morze lodowe, jednakże pod wpływem ocieplania atmosfery, działającego światła słonecznego, ingerencji bakterii i coraz silniejszych wiatrów stopiłoby się w końcu po raz kolejny. A wówczas powstałby prawdziwy Oceanus Borealis. Stare Vastitas Borealis, ogromne północne pustkowie wraz ze swymi otaczającymi całą planetę ciemnogranatowymi wydmami, stałoby się tylko dnem morza. Zostałoby zatopione.

Ann w mroku wracała do pojazdu, poruszając się dziwnie niezdarnie. Przez jakiś czas nie mogła sobie poradzić z otwarciem śluzy powietrznej, potem miała kłopoty ze zdjęciem hełmu. Gdy dostała się do wnętrza rovera, usiadła przed kuchenką mikrofalową i ponad godzinę trwała w bezruchu. Przed oczyma migały jej obrazy. Mrówki płonące pod szkłem powiększającym, mrowisko zatopione za błotną zaporą… Myślała wcześniej, że nic już nie jest w stanie poruszyć jej umysłu w tej „przedpośmiertnej” egzystencji, którą wiodła, ale teraz naprawdę drżały jej ręce i nie mogła się zmusić, by tknąć ryż i łososia, stygnące w kuchence. Czerwony Mars zniknął. Ann miała wrażenie, że jej żołądek zmienił się w mały kamień. W chaotycznym strumieniu powszechnie panującego przypadku niby nic nie miało znaczenia… a jednak, a jednak…

Odjechała z tamtego miejsca. Nie miała pojęcia, co innego mogłaby zrobić.

Skierowała się z powrotem na południe. Jechała niskimi zboczami w górę, obok Chryse i jego małego lodowego morza. Które może się w końcu stać tylko zatoczką większego oceanu… Skupiła się na pracy, a w każdym razie bardzo chciała się skupić. Starała się nie dostrzegać niczego z wyjątkiem skały, starała się być jak kamień.

Pewnego dnia dotarła do równiny pokrytej małymi, czarnymi głazami narzutowymi. Powierzchnia była tu równiejsza niż gdzie indziej. Horyzont jak zwykle znajdował się o pięć kilometrów od Ann, przypominając jej ten z Underhill i całej reszty nizin. Niewielki światek, całkowicie wypełniony małymi, czarnymi głazami eratycznymi, niczym skamieniałymi piłkami do różnych gier sportowych, tyle że wszystkie piłki były czarne i gładko oszlifowane na tej czy innej ściance. Były graniakami i stanowiły dowody miejscowej erozji powietrznej.

Wysiadła z pojazdu, aby pochodzić po okolicy i rozejrzeć się. Przyciągały ją kolejne skały, wobec czego oddaliła się bardzo na zachód.

Na horyzoncie przetaczał się front niskich chmur i kobieta czuła nacierający na nią podmuchami wiatr. W przedwcześnie zapadłej ciemności tego nagle burzowego popołudnia pole głazów narzutowych wydawało się wręcz niewiarygodnie piękne; Ann stała otoczona przyćmionym powietrzem, pędzącym między dwiema płaszczyznami falistej czerni.

Głazy były skałami bazaltowymi, które wcześniej zostały owiane przez pyliste wiatry, atakujące stale tę samą, obnażoną płaszczyznę, aż została dokładnie wyszorowana i płasko wygładzona. Ann oceniała, że pierwsze „szorowanie” musiało zająć mniej więcej milion lat. Następnie przemieściły się leżące pod kamieniem iły lub regionem, na którym znajdowały się głazy, wstrząsnęło rzadkie trzęsienie marsjańskiej powierzchni, w wyniku czego głaz zmienił pozycję, ujawniając wiatrowi nową płaszczyznę. I znowu rozpoczął się ten sam proces. Nową ściankę powoli, lecz nieustannie szlifowały unoszące się w powietrzu ścierne materiały wielkości mikronowej, aż stała się absolutnie płaska, a potem skała jeszcze raz się obróciła albo uderzył w nią inny kamień, lub też coś zupełnie odmiennego przyczyniło się do zmiany jej pozycji. I wówczas ponownie rozpoczął się ten sam proces wygładzania nowej ścianki.

Tak działo się z każdym głazem leżącym na tym polu, każdy zmieniał pozycję mniej więcej co milion lat, a potem przez jakiś czas tkwił wystawiony na działanie wiatru, dzień po dniu, rok po roku. I tak powstały znajdujące się tu jednokrawędziaki z pojedynczymi ściankami i trójkrawędziaki z trzema ściankami… a także czterokrawędziaki, pięciokrawędziaki… aż po prawie idealne sześciany, ośmiościany, dwunastościany. Graniaki. Ann podnosiła kamienie jeden po drugim, by ocenić ich ciężar i myślała o tym, jak wiele lat uosabiają ich wygładzone boki, zastanawiając się jednocześnie, czy w jej umyśle też można by odkryć ślady podobnego szorowania, duże fragmenty wygładzone na płasko przez czas.

Zaczął padać śnieg. Najpierw pojawiły się wirujące płatki, potem duże, miękkie kleksy opadające na wietrze. Na zewnątrz było stosunkowo ciepło i śnieg początkowo był mokry, potem mocno zmieszany z deszczem, aż wreszcie zmienił się w brzydką mieszaninę gradu i wilgotnego śniegu, mieszaninę, którą miotał ostry wiatr. W miarę jak rozwijała się burza, śnieg stawał się coraz brudniejszy; najwyraźniej w atmosferze wiatr pchał go — to w górę, to w dół — przez długi czas, aż opad nasycił się makrocząsteczkami miału, pyłu i dymu i skrystalizował więcej wilgoci, a potem ponownie podniósł się w górę na kolejnym prądzie, wstępującym w kowadłach burzy, aż to, co spadło, stało się prawie czarne. Czarny śnieg. A później zmienił się on w coś przypominającego zamarznięte błoto, które opadło, wypełniając wgłębienia i szczeliny między wygładzonymi przez wietrzną erozję graniakami, pokrywając ich szczyty, następnie zsuwając się z ich boków, gdy dotkliwy wiatr powodował milion maleńkich lawin. Ann chwiejnie chodziła w tę i z powrotem, aż skręciła sobie kostkę i wtedy wreszcie się zatrzymała; ciężko wdychała i wydychała powietrze, w każdej zimnej — mimo rękawiczek — dłoni zaciskała kurczowo kamyk. I wówczas zrozumiała, że długi wybieg ciągle się porusza. Błotnisty śnieg bez końca spadał z czarnego powietrza, zasypując całą równinę.

Nic jednak, jak wiadomo nie trwa wiecznie, ani kamień, ani nawet rozpacz.

Wróciła do pojazdu, choć nie wiedziała, jak, a przede wszystkim po co. Jechała trochę każdego dnia i niemal nieświadomie dotarła ponownie do kryjówki Kojota. Została tam mniej więcej tydzień, chodząc po wydmach i zmuszając się, by od czasu do czasu przeżuć nieco jedzenia.

Aż potem pewnego dnia usłyszała:

— Ann, di do di?

Z tego zdania zrozumiała tylko własne imię. Wstrząśnięta odgłosem, przyłożyła obie dłonie do mikrofonu radia i próbowała mówić, ale wydawała z siebie jedynie zduszone, niezrozumiałe dźwięki.

— Ann, di do di?

To było pytanie.

— Ann — wykrztusiła w końcu.

Dziesięć minut później Kojot znalazł się w jej roverze i rozłożył ręce, aby ją uściskać.

— Jak długo tu jesteś?

— Nie… niedługo.

Usiedli. Ann próbowała opanować rozdygotane nerwy. Mówienie jest jak myślenie, powiedziała sobie, to po prostu głośne myślenie. Na pewno ciągle jeszcze myślę słowami, dodawała sobie otuchy.

Kojot coś mówił, może trochę wolniej niż zwykle. Patrzył też na nią z uwagą.

Spytała go o urządzenie wiertnicze drążące lodowe morze.

— Ach… Zastanawiałem się, czy nie przejeżdżałaś przypadkiem obok któregoś z nich.

— Ile ich tam jest?

— Pięćdziesiąt.

Kojot dostrzegł jej minę i pokiwał głową. Jadł żarłocznie i Ann przyszło do głowy, że musiał przybyć do kryjówki bez żadnych zapasów.

— Wpakowali sporo pieniędzy w te duże inwestycje. Wiesz… nowa winda, te wiertnicze urządzenia do pozyskiwania wody, azot z Tytana, a także duże zwierciadło między Marsem i Słońcem, aby lepiej oświetlić naszą powierzchnię. Nie słyszałaś o tym?

Próbowała się skupić. Pięćdziesiąt. Och, dobry Boże…

Myśl ta wyzwoliła w niej gniew. Wcześniej była wściekła na tę planetę, ponieważ nie dawała jej odetchnąć. Przerażała ją, ale nie inspirowała do działania. Teraz jednak poczuła się inaczej. To był inny rodzaj gniewu. Gdy tak siedziała, obserwując jedzącego Kojota i myśląc o zalaniu Vastitas Borealis, czuła, jak rozpierający gniew kurczy się w niej niczym przedgwiazdowa chmura pyłowa, która właśnie najpierw się kurczy, a potem pęka, wybucha, rozżarza się… W niej była taka sama gorąca wściekłość — paląca, aż do bólu. I w dodatku znów poczuła to dobrze sobie znane uczucie — gniew na terraformowanie. To dawne, lecz nie do końca wypalone uczucie, które zapłonęło w Ann w pierwszych latach pobytu na Marsie, teraz pojawiło się znowu, wybuchając płomieniem. Nie chciała, żeby wróciło, naprawdę nie chciała. Ale, niech to cholera, przecież ta planeta topi się pod moimi stopami, pomyślała. Rozpada się. Redukuje się do papki wykorzystywanej w przemyśle górniczym przez jakiś ziemski kartel.

Coś trzeba z tym zrobić.

I naprawdę to ona, Ann, musiała coś zrobić, choćby tylko po to, aby wypełnić czas pozostały do pewnego przypadkowego zdarzenia, które może wreszcie litościwie przyjdzie. Coś, by zająć godziny „przedpośmierme”. Zemsta zombie? Cóż, dlaczego nie? Jak tamten pisarz… Skłon na do niepohamowanej gwałtowności, o równie silnych skłonnościach do rozpaczy…

— Kto je buduje? — spytała.

— W większości Zjednoczeni. W Mareotis i Bradbury Point znajdują się wytwarzające je fabryczki. — Przez kolejną chwilę Kojot łapczywie pochłaniał jedzenie, potem spojrzał na Ann i oświadczył: — Nie podoba ci się to.

— Nie.

— Chciałabyś to przerwać?

Nie odpowiedziała.

Kojot wydawał się rozumieć.

— Nie twierdzę, że należy powstrzymać wszystkie działania dotyczące terraformowania. Ale są rzeczy, na które nie możemy pozwolić. Wysadźmy w powietrze te fabryki.

— Odbudują je — odparła.

— Nie wiadomo. To ich nieco przystopuje. Można by zyskać dość czasu, aby podjąć działania na większą skalę.

— Myślisz o „czerwonych”.

— Tak. Ludzie nazywają ich „czerwonymi”…

Ann potrząsnęła głową.

— Oni mnie nie potrzebują.

— Nie. Ale może ty potrzebujesz ich, co? Jesteś dla nich uosobieniem bohaterstwa, wiesz o tym. Oznaczasz dla nich coś więcej niż tylko kolejnego nowego członka ich ugrupowania.

Myśli Ann chaotycznie nakładały się na siebie. „Czerwoni”… nigdy w nich tak do końca nie wierzyła, nigdy nie wierzyła, że tego typu ruch oporu może przynieść jakieś pozytywne rezultaty. Ale teraz… cóż, nawet jeśli nie przyniesie pożądanych rezultatów, może lepiej spróbować, niż nie zrobić nic. Przeszkodźmy tamtym choć trochę! Zaprószmy im oczy choćby pyłem!

A jeśli się nam nie uda…

— Daj mi trochę czasu na zastanowienie.

Zaczęli rozmawiać o innych sprawach. Nagle Ann poczuła ogromne znużenie, co było dziwne, ponieważ przez kilka ostatnich dni nie robiła nic. Ale była zmęczona. Rozmowa ją wyczerpywała, ponieważ nie była do niej przyzwyczajona. Poza tym Kojot był w rozmowie bardzo wymagającym partnerem.

— Powinnaś się położyć spać — oznajmił, przerywając monolog. — Wyglądasz na zmęczoną. Twoje dłonie… — Pomógł jej się podnieść. Ann położyła się na łóżku tak jak stała, w ubraniu. Kojot przykrył ją kocem. — Jesteś bardzo zmęczona. Zastanawiam się, czy nie pora, byś się poddała kolejnej kuracji przedłużającej życie, moja droga, wiekowa dziewczyno.

— Nie zamierzam już nigdy się jej poddać.

— Nie! No cóż, zaskakujesz mnie. Ale teraz śpij! Śpij!

Pojechała za pojazdem Kojota z powrotem na południe. Wieczorami jadali razem i Kojot opowiadał Ann o „czerwonych”. Dowiedziała się, że jest to raczej luźne zgromadzenie niż zorganizowany ruch z jasno określonymi regułami działania. Tak, jak i zresztą całe podziemie. Znała wielu spośród założycieli tego ugrupowania. Byli wśród nich Iwana, Gene i Raul z zespołu farmerskiego, którzy przestali się zgadzać z areofanią Hiroko i wiecznym naciskiem Japonki na viriditas, a także Kasei, Harmakhis i kilka innych ektogenicznych dzieci Zygoty; poza tym wielu następców Arkadego, którzy przybyli wraz z nim z Fobosa, a potem pokłócili się o znaczenie terraformowania dla rewolucji. Sporo bogdanowistów, łącznie ze Stevem i Marian, przystąpiło do „czerwonych” w latach, które upłynęły od 2061 roku, podobnie jak wyznawcy biologa Schnellinga, niektórzy radykalni japońscy nisei i sansei z Sabishii, Arabowie, pragnący, aby Mars pozostał na zawsze arabski, byli więźniowie — uciekinierzy z Korolowa i tak dalej. Grupka radykałów zupełnie nie w moim typie, pomyślała Ann, równocześnie powtarzając sobie po raz kolejny, że jej obiekcje wobec terraformowania są w pełni zasadne, bo poparte nauką. A przynajmniej dotyczą kwestii słusznych etycznie lub estetycznie. Potem jednak znowu ogarnęła ją wściekłość i Ann aż potrząsnęła głową, oburzona na samą siebie. Kim była, aby oceniać moralność „czerwonych”? Oni przynajmniej wyrażali swój gniew i wyładowywali nagromadzoną agresję. Prawdopodobnie też dzięki temu czuli się lepiej, nawet jeśli nie było sukcesów. A może naprawdę coś osiągnęli, w każdym razie w minionych latach, zanim terraformowanie weszło w tę nową fazę, związaną z gigantyzmem konsorcjów ponadnarodowych.

Kojot utrzymywał, że „czerwoni” znacząco spowolnili terraformowanie. Niektórzy z nich rejestrowali na kamerach własne dokonania, próbując następnie obliczyć różnicę, którą spowodowali. Wśród niektórych „czerwonych” coraz silniejsza była nawet tendencja, aby uznawać istniejącą rzeczywistość za fakt niezmienialny i pozwolić istnieć terraformowaniu, ale wypracować swego rodzaju własną „polisę ubezpieczeniową” poprzez zalecanie działań terraformingowych o najmniejszej szkodliwości.

— Istnieje, na przykład, kilka bardzo szczegółowych projektów dla atmosfery. Miałaby być bogata w dwutlenek węgla i ciepła, choć uboga w wodę. Krzewiłoby się w niej życie roślinne, a ludzie chodziliby wprawdzie w. ochronnych maskach na twarzach, ale nie zmienialiby tego świata w drugą Ziemię. Niezwykle interesująca koncepcja. Jest także sporo propozycji, które nazywamy ecopoesis albo teorią areobiosfer. Sugerują one dwojakość tutejszego świata. W niższych partiach planety powietrze miałoby być arktyczne, ale przystosowane do życia dla ludzi, podczas gdy wyższe krainy powinny pozostać ponad masą tej atmosfery, a zatem w stanie naturalnym albo zbliżonym do niego. Kaldery czterech dużych wulkanów pozostałyby szczególnie czyste w takim dualistycznym świecie, tak w każdym razie twierdzą zwolennicy tej koncepcji.

Ann wątpiła, czy większość z tych propozycji jest w ogóle możliwa do wykonania albo czy ich skutki byłyby zgodne z oczekiwaniami. Jednakże, mimo wszystko, wyjaśnienia Kojota w jakiś sposób ją intrygowały. Jej rozmówca był bowiem najwyraźniej potężnym sprzymierzeńcem wszystkich wysiłków „czerwonych” i od samego początku stanowił sporą pomoc dla nich: udzielał im schronienia w podziemnych kryjówkach, kontaktował jedne ugrupowania z innymi, pomagał im budować własne schrony, które znajdowały się głównie w płaskowzgórzach i na nierównym terenie Wielkiej Skarpy, gdzie ich nowi mieszkańcy pozostawali blisko akcji terraformingowych, a więc tym łatwiej mogli w nie ingerować. Tak, tak — Kojot był „czerwony” albo w każdym razie był szczerym sympatykiem tego ruchu.

— Wierz mi, nie jestem nikim ważnym. Tylko starym anarchistą. Przypuszczam, że w chwili obecnej mogłabyś mnie nazwać booneistą, ponieważ — tak jak Boone — wierzę, że należy współdziałać ze wszystkimi, którzy mogą pomóc w wyzwoleniu Marsa. Czasami wydaje mi się, iż mają rację osoby twierdzące, że stworzenie powierzchni, na której zdolni są żyć ludzie, wspomoże rewolucję. Innymi razy jestem przekonany, że to nieprawda. Tak czy owak, „czerwoni” stanowią wielką część partyzantki. No i zgadzam się z ich punktem widzenia, że nie przybyliśmy tu, aby… no wiesz, stworzyć drugą Kanadę, na litość boską! Więc im pomagam. Potrafię się ukrywać i lubię to robić.

Ann pokiwała głową.

— No więc… — spytał po chwili jej towarzysz. — Chcesz się do nich przyłączyć? Albo przynajmniej spotkać się z nimi?

— Pomyślę o tym.

Po tej rozmowie Ann nie potrafiła skupiać się tylko na badaniu skał. Teraz nie mogła już nie zauważać, jak wiele oznak życia występuje na marsjańskim lądzie. Na południowych stopniach od dziesiątego do dwudziestego któregoś lód z wyzwolonych wybuchem lodowców topił się podczas letnich popołudni, po czym zimna woda spływała wzgórzami, tnąc grunt, tworząc nowe prymitywne działy wodne i zmieniając zbocza osypiskowe w coś, co ekologowie nazywali turniowymi polami — skalne zagony, na których wyrastały pierwsze kępki roślinności po ustąpieniu lodu. Kępki te składały się z glonów, porostów i mchów. Ann stwierdziła, że piaszczysty regolit, „zainfekowany” wodą z mikrobakteriami, która przezeń przeciekała, w zaskakującym tempie zmieniał się w turniowe pole, niszcząc szybko kruche formy lądowe. Na Marsie spora część regolitu była superjałowa, tak jałowa, że kiedy wchodził w kontakt z wodą, zachodziły w nim potężne reakcje chemiczne — uwalniało się mnóstwo nadtlenku wodoru i następowało wiele krystalizacji solnych — w rezultacie których ziemia wietrzała, kruszała i wyciekała w piaszczyste błota, a następnie przesuwała się coraz głębiej w dół, tworząc luźne terasy — zwane zwietrzelinowymi stożkami soliflukcyjnymi — i nowe oszronione pola prototurniowe. W ten sposób znikały kolejne osobliwości marsjańskiego terenu. Ziemia się topiła. Toteż, po którejś z całodniowych przejażdżek po tak zmienionym terenie, Ann oświadczyła Kojotowi:

— Może z nimi porozmawiam.

Najpierw jednak wrócili do Zygoty czy też raczej Gamety, gdzie Kojot miał coś do załatwienia. Ann zatrzymała się w pokoju akurat nieobecnego Petera, bowiem pokój, który dzieliła dawniej z Simonem wykorzystywano już do innych celów. Zresztą i tak nie chciałaby w nim zamieszkać. Lokum Petera znajdowało się pod pokojem Harmakhisa i było kulistym bambusowym segmentem, w którym stało biurko, krzesło oraz leżał rozłożony na podłodze materac w kształcie półksiężyca; na jednej ze ścian znajdowało się wychodzące na jezioro okno. W Gamecie wszystko wydawało się takie samo jak w Zygocie, a zarazem zupełnie inne i pomimo lat, które Ann spędziła na regularnych odwiedzinach Zygoty, nie czuła żadnego związku z tym miejscem. Właściwie miała trudności z przypomnieniem sobie, jaka naprawdę była Zygota. Chociaż, tak naprawdę, nie chciała tego pamiętać, nadal pilnie trenując już przez siebie wypróbowaną sztukę zapominania. Mimo tych starań co pewien czas wracał do niej jakiś nie chciany obraz z przeszłości. Wówczas aż podskakiwała nerwowo i natychmiast zaczynała się zajmować czymś, co wymagało maksimum koncentracji: na przykład badała skalne próbki, studiowała odczyty sejsmograficzne, gotowała skomplikowane w przyrządzaniu potrawy lub wychodziła na dwór, aby pobawić się z dziećmi, póki dręcząca wizja nie została wyparta ze świadomości. Ann przypuszczała, że poprzez odpowiedni trening można się w końcu nauczyć sterowania własnymi myślami i odsuwać od siebie przeszłość niemal całkowicie.

Pewnego wieczoru przez uchylone drzwi do pokoju wsunął głowę Kojot.

— Czy wiedziałaś, że Peter również należy do „czerwonych”?

— Co takiego?

— To prawda. Ale działa na własną rękę, przeważnie zresztą w przestrzeni kosmicznej. Sądzę, że zamiłowanie do lotów zrodziło się w nim po jego powrocie z windy w sześćdziesiątym pierwszym.

— Na Boga! — krzyknęła zdegustowana. Powrót Petera był kolejnym niewytłumaczalnym przypadkiem; wedle wszelkich zasad fizyki, kiedy winda spadła, jej syn powinien był zginąć. Jaka była szansa, że w danej chwili przeleci w pobliżu statek kosmiczny i na dodatek dostrzeże samotnego człowieka unoszącego się na orbicie areosynchronicznej? Nie, to naprawdę było osobliwe. Najwyraźniej przypadek rządził wszystkim.

Nadal czuła gniew.

Poszła spać zupełnie wytrącona z równowagi tymi myślami, a w pewnej chwili podczas niespokojnej drzemki przyśniło jej się, że wraz z Simonem przechodzą przez najbardziej widowiskową część Candor Chasma, na pierwszej wycieczce, którą razem przedsięwzięli po przylocie, kiedy cała marsjańska powierzchnia była jeszcze nietknięta ludzką stopą i niezmieniona od miliarda lat. Byli pierwszymi ludźmi idącymi w tym ogromnym wąwozie między terenem warstwowym i olbrzymimi ścianami. Simon uwielbiał te wędrówki tak samo namiętnie jak ona i był podczas nich taki milczący, tak zaabsorbowany rzeczywistością, która składała się ze skał i nieba… Nie było lepszego towarzysza do wspaniałych kontemplacji okolicy. Potem we śnie jedna z gigantycznych ścian kanionu zaczęła się obsuwać i Simon powiedział: „Długi wybieg”. A wtedy Ann natychmiast się obudziła, spocona.

Ubrała się i wyszła z pokoju, aby się przejść po tym małym mezokosmosie pod kopułą, który wypełniało białe jezioro i krummhoh na niskich wydmach. Pomyślała, że Hiroko jest naprawdę dziwaczna i genialna zarazem, skoro wybrała takie miejsce, a następnie udało jej się przekonać wielu innych, aby się do niej przyłączyli i w nim zamieszkali. Ale czy było to aż takie dziwne? Przecież potrafiła począć całą gromadkę dzieci bez przyzwolenia ich ojców, nie panując nad manipulacjami genetycznymi… To była swoista forma szaleństwa, doprawdy, boskiego czy też nie, ale szaleństwa.

Akurat wzdłuż pasma lodowego małego jeziorka Gamety szła grupa dzieci Hiroko. Właściwie nie powinno się ich już nazywać dziećmi, najmłodsi mieli bowiem piętnaście czy szesnaście ziemskich lat, a najstarsi… hm, najstarsi zdążyli już opuścić rodzinną osadę i rozproszyć się po świecie. Kasei miał prawdopodobnie do tej pory pięćdziesiątkę na karku, a jego córka Jackie — prawie dwudziestopięcioletnia — skończyła właśnie nowy uniwersytet w Sabishii i aktywnie zajmowała się polityką w półświecie. Ektogeniczne dzieci przyjechały obecnie z wizytą do Gamety, podobnie jak Ann. I teraz szli wzdłuż plaży. Grupę prowadziła Jackie, wysoka, pełna gracji młoda brunetka, dość ładna i o zdecydowanie władczym charakterze; bez wątpienia przywódczyni swojej generacji. Na jej miejscu mógłby być wesoły Nirgal albo wiecznie zamyślony Harmakhis, a jednak to Jackie prowadziła tę grupkę. Harmakhis podążał za nią z wręcz psią lojalnością i nawet Nirgal wpatrywał się w tę dziewczynę jak w obraz. Ann przypomniała sobie, że Simon kochał Nirgala jak syna; kochał go zresztą także jej Peter. Potrafiła zrozumieć dlaczego: Nirgal był jedynym osobnikiem spośród wszystkich ektogenów Hiroko, który nie zajmował się wyłącznie własną osobą. Reszta koncentrowała się wyłącznie na sobie, niczym królowie i królowe swego małego światka, Nirgal natomiast opuścił Zygotę wkrótce po śmierci Simona i od tego czasu rzadko się pokazywał. Podobnie jak Jackie ukończył studia w Sabishii i teraz spędzał tam większość czasu lub podróżował po okolicy z Kojotem czy Peterem, a nawet odwiedzał miasta na północy. Czyżby również należał do „czerwonych”? Ann nie miała pojęcia. Wiedziała jednak, że ten młody człowiek interesował się wszystkim, był o wszystkim świetnie poinformowany i bywał wszędzie na Marsie. Stanowił, można powiedzieć, męski wariant Hiroko, tyle że nie był tak dziwny jak matka; o wiele bardziej otwarty na sprawy innych, po prostu bardziej ludzki. Ann uświadomiła sobie, że nigdy w swoim życiu nie zdołała odbyć normalnej rozmowy z Hiroko. Wydawało się, że Japonka prezentowała całkowicie odmienny od pozostałych typ mentalności, jak gdyby przypisywała zupełnie inne znaczenia wszystkim słowom i, mimo swego ogromnego talentu do projektowania ekosystemowego, w gruncie rzeczy wcale nie zachowywała się jak naukowiec, a raczej jak ktoś w rodzaju proroka. Nirgal natomiast potrafił niejako intuicyjnie trafiać do serca osoby, z którą rozmawiał, odbierał ją emocjonalnie, umiał od razu wyczuć, jaka tematyka jest dla jego rozmówcy najważniejsza, po czym skupiał się na niej i zadawał jedno pytanie po drugim, zaciekawiony, rozumiejący, współczujący. Kiedy Ann obserwowała, jak teraz podążał za Jackie w dół lodowego pasma, odbiegając to w lewo, to w prawo, przypomniała sobie, jak powoli i ostrożnie kroczył podczas spacerów u boku Simona. Wyglądał na tak straszliwie przerażonego tamtej ostatniej nocy, kiedy Hiroko w swój szczególny sposób wprowadziła go, aby się pożegnał. Zmuszenie dziecka do czegoś takiego było okrutne, ale Ann nie sprzeciwiła się wówczas; była zrozpaczona i gotowa spróbować wszystkiego, co mogłoby pomóc towarzyszowi jej życia. Kolejny błąd, którego nie będzie mogła nigdy już naprawić.

Popatrzyła na jasnożółty piasek pod stopami. Dopóki ektogeniczne dzieci nie zniknęły jej z oczu, czuła niepokój. To naprawdę wstyd, że Jackie podporządkowała sobie również Nirgala, bowiem Jackie w gruncie rzeczy niczym się nie przejmowała. Była na swój sposób kobietą szczególną i godną uwagi, ale za bardzo przypominała Maję: była tak samo kapryśna, stale pragnęła kierować wszystkimi otaczającymi ją ludźmi i nie zwracała uwagi na żadnego mężczyznę, może z wyjątkiem Petera, który na szczęście (chociaż w swoim czasie wcale nie wydawało się to szczęśliwym rozwiązaniem) miał kiedyś romans z matką Jackie, wobec czego sama Jackie ani trochę go nie interesowała. Była to bardzo nieprzyjemna sprawa, która poróżniła na długi czas Petera i Kaseia, a sama Esther wyjechała z osady i nigdy już do niej nie powróciła. Nie był to zresztą najlepszy okres dla Petera… No i wszystko to z pewnością nie pozostało bez wpływu na Jackie… o tak, na pewno te właśnie zdarzenia zaważyły na rozwoju młodej dziewczyny (chociaż: uwaga, powiedziała sobie Ann — przecież zamiast własnych wspomnień z bardzo odległej przeszłości mam mieć tylko czarną próżnię). I tak dalej, można się w ten sposób zająć każdym z nic nie znaczących ludzkich żywotów, powtarzających zachowania innych w równie pozbawionych znaczenia cyklach…

Ann usiłowała się skoncentrować na składzie ziarenek piasku. Jasna żółć z pewnością nie była typowym kolorem dla piasku na Marsie. Musiał się tu znajdować jakiś bardzo rzadki materiał granitowy. Zastanowiła się, czy Hiroko specjalnie zabiegała o niego, czy miała szczęście i po prostu go tu zastała.

Ektogeniczne dzieci Hiroko odeszły gdzieś na przeciwległy brzeg jeziora, Ann była więc na plaży sama. Gdzieś pod nią znajdowało się ciało Simona. Trudno było zapomnieć o tych wszystkich związkach.

Wolnym krokiem zbliżał się do niej jakiś mężczyzna. Był niski i w pierwszej chwili Ann pomyślała, że to Sax, potem że Kojot, wreszcie, że żaden z nich. Mężczyzna zawahał się, gdy ją zobaczył i po tym jego ruchu poznała, że to naprawdę jest Sax. Ale Sax o bardzo zmienionym wyglądzie. Wład i Ursula najwyraźniej poddali jego twarz niewielkiemu zabiegowi, lecz na tyle skutecznie, że osobnik, na którego teraz patrzyła Ann, nie wyglądał jak dawny Russell.

Sax zamierzał pojechać do Burroughs i zacząć pracować w tamtejszej spółce biotechnologicznej, używając szwajcarskiego paszportu i jednej z komputerowych tożsamości stworzonych przez Kojota. Pragnął się ponownie zająć terraformowaniem. Ann wpatrzyła się w wodę. Mężczyzna podszedł i spróbował do niej zagadać; był osobliwie nie „saxowski”, miał teraz przyjemniejszą aparycję, wyglądał jak przystojny stary głupiec, a jednak to nadal był tamten stary Sax i gniew na niego tak bardzo zawładnął umysłem Ann, że ledwie mogła sobie przypomnieć, o czym kiedyś — od czasu do czasu — z nim rozmawiała.

— Naprawdę wyglądasz inaczej.

To było jedyne zdanie, które przyszło jej na myśl. Idiotyczne stwierdzenie. Zwłaszcza że gdy patrzyła na niego, pomyślała: „On się nigdy nie zmieni”. Było jednak coś przerażającego w zszokowanym wyrazie jego nowej twarzy, jakaś zawziętość, która mówiła, że jeśli Ann nie przestanie… więc zaczęła się z nim spierać i kłóciła się tak długo, aż Sax się skrzywił i odszedł.

Samotnie siedziała jeszcze przez długi czas. Było jej coraz zimniej i czuła, że coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością. W końcu położyła głowę na kolanach i zapadła w niespokojną drzemkę.

Miała sen. Wokół niej stała cała pierwsza setka, wszyscy co do jednego: i ci żywi, i ci martwi. Sax znajdował się w środku. Miał swoją dawną twarz, ale to niebezpieczne nowe spojrzenie, pełne smutku. On właśnie odezwał się pierwszy:

— Czysty zysk to zawiłość.

Wład i Ursula odpowiedzieli mu:

— Czysty zysk to zdrowie.

Następna dorzuciła Hiroko:

— Czysty zysk to piękno.

Odrzekła jej Nadia:

— Czysty zysk to dobroć.

Maja dodała:

— Czysty zysk to intensywność uczuć.

— Czysty zysk to wolność — odezwał się Arkady.

— Czysty zysk to zrozumienie — odparł mu Michel.

Z tyłu rozległ się głos Franka:

— Czysty zysk to władza.

A John szturchnął go łokciem i krzyknął:

— Czysty zysk to szczęście!

I wtedy wszyscy skupili wzrok na Ann. Wstała więc, trzęsąc się z wściekłości i strachu. Rozumiała, że tylko ona jedna spośród nich nie wierzy w ogóle w możliwość czegoś takiego jak czysty zysk czegokolwiek, wiedziała, że jest swego rodzaju szaloną reakcjonistką. Jedyne, co była w stanie zrobić, to wskazać trzęsącym się palcem na nich i powtórzyć kilkakrotnie:

— Mars! Mars! Mars!

Tego wieczoru po kolacji weszła do dużej sali konferencyjnej, gdzie zastała Kojota samego. Spytała go:

— Kiedy znów wyjeżdżasz?

— Za kilka dni.

— Nadal chcesz mnie wprowadzić do tych ludzi, o których mi opowiadałeś?

— Taak, jasne, że tak. — Popatrzył na nią, lekko przekrzywiając głowę. — Tam jest twoje miejsce.

Ann skinęła tylko głową. Rozejrzała się po salonie i pomyślała: „Do widzenia, do widzenia. Uwalniam was od siebie”.

Tydzień później leciała z Kojotem ultralekkim samolotem. Poruszali się nocami na północ, ku regionowi równikowemu, potem dalej do Wielkiej Skarpy, do Deuteronilus Mensae na północ od Xanthe’u — dzikiej, pomarszczonej krainy. Mensae wyglądały jak archipelag wielu wysepek, rozsianych na piaszczystym morzu. Kiedyś staną się prawdziwym archipelagiem — pomyślała Ann, kiedy Kojot opuszczał się między dwie z wielu wysp — jeśli tamci nadal będą pompować wodę na północ.

Kojot wylądował na krótkim odcinku zmieszanego z pyłem piasku, po czym zakołował do hangaru wyciętego w stoku jednego z płaskowzgórzy. Gdy wysiedli z samolotu, powitali ich Steve, Iwana i kilka innych osób, a następnie razem z tamtymi wjechali windą na piętro tuż pod szczytem płaskowzgórza. Północny kraniec tego osobliwego tworu docierał do ostrego, skalistego cypla; wysoko w nim wydrążono wielką trójkątną salę konferencyjną. Po wejściu do niej Ann zatrzymała się zaskoczona, bowiem pomieszczenie było wręcz zatłoczone ludźmi. Znajdowało się tu co najmniej kilkaset osób. Wszyscy siedzieli za długimi stołami, właśnie rozpoczynając posiłek. Najpierw napełniali sobie nawzajem naczynia wodą. W pewnym momencie niektórzy zobaczyli nagle Ann i przerwali wykonywaną akurat czynność, co dostrzegli ludzie przy następnym stoliku, rozejrzeli się wokół siebie, również dostrzegli Ann i także zastygli w połowie ruchu… Nastąpiła reakcja łańcuchowa, coraz więcej osób postępowało tak samo, aż wreszcie wszyscy znieruchomieli i trwali w milczeniu. Następnie jedna z osób wstała, potem kolejna; w końcu nierównymi falami podniosła się cała sala. Przez chwilę ludzie stali nieporuszeni. I nagle zaczęli klaskać, ich ręce załopotały dziko, twarze rozpromieniły się radością. A potem wszyscy już tylko wiwatowali.

Część 4

Naukowiec bohaterem

Przytrzymaj ją między kciukiem i środkowym palcem. Poczuj jej zaokrąglony brzeg, obejrzyj łagodne krzywizny szkła. Lupa. Ma prostotę, elegancję i wagę narzędzia z epoki paleolitu. W słoneczny dzień potrzymaj ją przez chwilę nad stosem suchych gałązek. Poruszaj nią to w górę, to w dół, aż zobaczysz, jak w wiązce chrustu zaczyna się rozjaśniać punkcik. Pamiętasz to światło? Wygląda, jak gdyby gałązki były w sobie małe słońce.

Asteroida typu Amor, którą przekształcono w kabel windy kosmicznej, składała się głównie z zawierających węgiel chondrytów i wody. Natomiast dwie inne asteroidy tego samego typu, przechwycone przez grupy automatycznych ładowników w roku 2091, były w większości krzemianowo-wodne.

Surowiec Nowego Clarke’a przetworzono w jedno długie węglowe włókno. Natomiast substancję dwóch asteroid krzemianowych ekipy automatów przekształciły w elementy słonecznego żaglowca. Krzemianowy opar stężono między długimi na dziesięć kilometrów rolkami, po czym wyjmowano go w postaci plastrów, pokrytych cienkimi warstewkami aluminium. Następnie te ogromne tafle zwierciadlane wysyłano na orbitę załogowymi statkami kosmicznymi i układano w koliste szeregi. Tam utrzymywały się na swojej pozycji i w swoim kształcie za pomocą ruchu wirowego i światła słonecznego.

Z jednej asteroidy, pchniętej na biegunową orbitę marsjańską i nazwanej Brzozą, wyprodukowano tafle lustrzane, które zostały ułożone w pierścień o średnicy stu tysięcy kilometrów. Ten pierścień zwierciadeł wirował wokół Marsa w orbicie biegunowej, zwrócony lustrem ku Słońcu i obrócony pod takim kątem, że światło odbite od niego schodziło się w jednym miejscu wewnątrz marsjańskiej orbity, blisko punktu Lagrange 1.

Druga asteroida krzemowa, zwana Solettaville, również została skierowana blisko tego punktu Lagrange’a. Tam słoneczne żaglowce obracały na zewnątrz lustrzane tafle, tworząc skomplikowaną pajęczynę łupkowych pierścieni. Wszystkie były połączone i ustawione pod odpowiednimi kątami, także wyglądały jak lupa wykonana z krągłych żaluzji weneckich o nastawnych blaszkach, wirująca wokół centralnie umieszczonej piasty w postaci srebrnego stożka, którego otwarty koniec skierowano ku planecie Mars. Ten ogromny, a jednocześnie niezwykle delikatny obiekt o średnicy dziesięciu tysięcy kilometrów, błyszczący i obracający się majestatycznie, gdy postępował naprzód po swej drodze między Marsem i Słońcem, nazwano solettą.

Światło słoneczne padające na solettę przechodziło prosto przez jej „żaluzje” i uderzało najpierw w słoneczny bok jednej z nich, potem w marsjański bok następnej, po czym kierowało się bezpośrednio ku planecie. Natomiast jeśli światło padało na pierścieniowy krąg w jego orbicie biegunowej, odbijało się w tył i w przód do wewnętrznego stożka soletty, potem ponownie się odbijało i także docierało do Marsa. A zatem uderzało w obie strony soletty i ten dwojaki, równoważący się nacisk trzymał solettę w jednym miejscu, w odległości mniej więcej stu tysięcy kilometrów od Marsa — bliższy bok przy perihelium, dalszy przy aphelium. Kąty ustawienia blaszek stale regulowało AI soletty, utrzymując w ten sposób jej orbitę i ogniskową.

Podczas dekady, w której z asteroid konstruowano te dwa wielkie sztuczne słońca, niczym krzemowe pajęczyny rozwijane przez skalne pająki, obserwatorzy na Marsie spojrzawszy w górę nie dostrzegali prawie nic. Sporadycznie ktoś dojrzał na niebie białą łukową linię albo dziwne, przypadkowe błyski za dnia czy w nocy, jak gdyby blask jakiegoś dużo większego wszechświata przesączał się przez luźne szwy w materii naszego kosmosu.

Potem, kiedy ukończono budowę dwóch zwierciadeł, odbite światło pierścieniowego lustra zostało wycelowane w stożek soletty. Krągłe blaszki soletty wyregulowano, a ją samą wprowadzono na lekko zmienną orbitę.

Pewnego dnia ludzie z Marsa mieszkający na zboczu Tharsis patrzyli zaciekawieni w niebo, które nagle bardzo pociemniało. Wówczas uświadomili sobie, że mają do czynienia z takim zaćmieniem słońca, jakiego Mars nigdy dotąd nie oglądał: słońce przebijało się z trudem, jak gdyby tam w górze blokował jego promienie jakiś księżyc wielkości ziemskiego Księżyca. Przez pewien czas zaćmienie przebiegało podobnie jak to bywa na Ziemi — ciemny półksiężyc wciskał się głębiej w płomienną kulę, podczas gdy soletta lokowała się na swoim miejscu między Marsem i Słońcem; jej zwierciadła jeszcze nie ustawiły się w odpowiedniej pozycji, aby mogło przez nie przechodzić światło, toteż niebo stało się ciemno fioletów e, mrok objął większą część dysku, pozostawiając jedynie połyskujący półksiężyc, aż i on zniknął, a wtedy słońce stało się tylko ciemnym okręgiem na nieboskłonie, obramowanym poblaskiem korony. W końcu przestał być widoczny nawet ten krąg i nastąpiło całkowite zaćmienie…

Po jakimś czasie na ciemnym dysku Słońca pojawiła się bardzo nikła, lekko falująca próbka światła, jakiej nie widziano nigdy podczas żadnego z naturalnych zaćmień. Wszyscy obserwatorzy, stojący na dziennej stronie Marsa, w jednej chwili stracili oddech i zmrużyli oczy, nadal patrząc w górę. A później, nagle, jak gdyby ktoś jednym szarpnięciem otworzył weneckie żaluzje, słońce rozbłysło ponownie. Od razu i to całe!

Naprawdę oślepiającym światłem!

O wiele bardziej oślepiającym niż kiedykolwiek na Marsie, ponieważ sionce było obecnie znacznie jaskrawsze niż przed rozpoczęciem się tego dziwnego zaćmienia: ludzie znaleźli się pod bardzo „wzmocnionym” słońcem, którego dysk był mniej więcej tego samego rozmiaru, jak widoczny z Ziemi, a światło — jakieś dwadzieścia procent silniejsze niż przedtem… Wprost nadzwyczajnie jasne! Promienie słoneczne przygrzewały coraz silniej, a czerwona barwa przestrzeni równin planety uwypukliła się, pięknie oświetlona. Wszyscy świadkowie zdarzenia odnieśli wrażenie, że ktoś nagle włączył reflektory, a oni sami znaleźli się na wielkiej scenie.

Kilka miesięcy później w najwyższych partiach marsjańskiej atmosfery zaczęło wirować trzecie zwierciadło, o wiele mniejsze niż soletta. Była to kolejna „lupa” wykonana z krągłych blaszek; wyglądała jak srebrzyste UFO. Lustro chwyciło trochę światła, które zsączało się z soletty, skupiło je jeszcze bardziej i przeniosło w punkty na powierzchni planety, które miały niecały kilometr szerokości.

Zwierciadło leciało ponad czerwonym światem niczym szybowiec, przesyłając w kolejne miejsca tę skoncentrowaną wiązkę światła, aż na ziemi zaczęły rozkwitać małe słońca, poczęła się topić skala, zmieniając swą konsystencję ze stałej w płynną. Aż wreszcie zapłonęła.

Dla Saxa Russella podziemie nie było wystarczająco duże, pragnął bowiem w pełni powrócić do swojej pracy. Mógł się oczywiście przeprowadzić do półświata i, na przykład, przyjąć stanowisko wykładowcy na nowym uniwersytecie w Sabishii, którego działania wykraczały poza sieć. Szkoła ta ochroniła już wielu spośród jego starych kolegów, jednocześnie edukując liczne dzieci podziemia. Po namyśle Sax zdecydował jednak, że nie ma ochoty ani uczyć, ani pozostać na uboczu aktualnych wydarzeń — chciał się ponownie zająć terraformowaniem, powrócić, jeśli to możliwe, w samo serce projektu lub przynajmniej maksymalnie się do niego zbliżyć. A to oznaczało życie w świecie powierzchniowym.

Niedawno Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych utworzył podkomisję, która miała koordynować całą pracę nad terraformowaniem, a do starych działań syntetyzujących wyznaczono zespół ludzi kontrolowany przez Subarashii. Była to praca, którą kiedyś wykonywał właśnie Russell. Rozwiązanie wydawało się pechowe, ponieważ Sax nie mówił po japońsku. Jednakże przewodnictwo biologicznej części projektu powierzono Szwajcarom, którzy powołali do tego celu zespół spółek biotechnologicznych o nazwie Biotique. Ich główne biura znajdowały się w Genewie i Burroughs i były ściśle powiązane z konsorcjum ponadnarodowym Praxis.

Pierwsze zadanie Saxa polegało na tym, by przeniknąć do Biotique pod fałszywym nazwiskiem i otrzymać przydział do Burroughs. Przygotowaniem operacji zajął się Desmond, tworząc dla Saxa komputerową osobowość, podobnie jak wiele lat temu zrobił to dla Spencera, kiedy ten przeprowadzał się do Echus Overlook. Komputerowa osobowość wraz z pewnymi dość znacznymi zmianami rysów twarzy — efektem operacji plastycznej — umożliwiły Spencerowi wieloletnią pomyślną egzystencję w świecie powierzchniowym oraz pracę najpierw w laboratoriach materiałowych w Echus Overlook, a następnie w Kasei Vallis, ścisłym centrum sił bezpieczeństwa konsorcjów ponadnarodowych. Sax zawierzył więc skuteczności Desmonda. Jego nowa tożsamość zachowała fizyczne cechy osobowościowe Saxa Russella — jego genom, wzór siatkówki, głos i odciski palców — tyle że wszystko zostało lekko przekształcone, tak aby nadal „prawie” do niego pasowało, ale by jednocześnie mógł uniknąć przypadkowej identyfikacji z własnymi danymi w jakichś starych sieciach. Tym danym przypisano nowe nazwisko wraz z całą ziemską przeszłością osobnika o odpowiednich możliwościach płatniczych oraz aktach imigracyjnych i cały ten pakiet, wraz z zabezpieczeniami komputerowymi, które miały zapobiec ewentualnej weryfikacji danych fizycznych nowej osoby, wysłano do szwajcarskiego biura paszportowego, które zatwierdzało paszporty tego rodzaju przybyszów, bez zbędnych pytań i komentarzy. W zbałkanizowanym świecie sieci konsorcjów ponadnarodowych Szwajcarzy wydawali się wykonywać naprawdę dobrą robotę.

— Hm, no wiesz, te drobiazgi nie stanowią problemu — tłumaczył mu Desmond. — Ale wasze fizys, przedstawicieli pierwszej setki, są tak znane jak twarze gwiazd filmowych. Potrzebujesz więc również nowych rysów.

Sax zgodził się natychmiast. Wiedział, że jest to posunięcie niezbędne, a poza tym nie miało dla niego wielkiego znaczenia. Zwłaszcza że teraz oblicze starego człowieka widziane w lustrze i tak nieco się różniło od jego własnych wyobrażeń. Sam więc skłonił Włada, aby zmienił mu nieco twarz, podkreślając w rozmowie znaczenie swojej potencjalnej obecności w Burroughs. Wład stał się ostatnio jednym z czołowych teoretyków ruchu oporu wobec działalności Zarządu Tymczasowego, toteż dość szybko zgodził się z Saxem.

— Mimo że większość z nas powinna żyć tylko w półświecie — zauważył — kilka zakamuflowanych osób wysłanych do Burroughs może rzeczywiście przynieść nam pewne korzyści. Równie dobrze mogę więc doskonalić na tobie swoje umiejętności z zakresu chirurgii plastycznej. I tak nie masz nic do stracenia.

— Nic do stracenia! — powtórzył Sax. — Ale obowiązują chyba jakieś ustalenia. Oczekuję, że po zabiegu będę przystojniejszy.

I, o dziwo, tak się rzeczywiście stało, chociaż początkowo trudno było cokolwiek powiedzieć, póki z jego twarzy nie zniknęły wielkie sińce. Wład nałożył Saxowi koronki na zęby, powiększył jego nieco zbyt cienką dolną wargę, dodał pączkowatemu nosowi wydatny garb i trochę go zagiął; zwężono mu też policzki i dodano więcej masy na podbródku. Przycięto nawet niektóre mięśnie w powiekach, dzięki czemu nie mrugał już tak często. A kiedy sińce zniknęły, Sax wyglądał jak prawdziwy gwiazdor filmowy; tak przynajmniej ocenił go Desmond. Jak eksdżokej, oświadczyła Nadia. Albo jak były instruktor tańca, zauważyła Maja, która od wielu lat wiernie uczestniczyła w spotkaniach klubu Anonimowych Alkoholików. Sax, który nigdy nie lubił skutków działania alkoholu, zlekceważył jej słowa machnięciem dłoni.

Desmond zrobił zdjęcia i wczytał je do nowej komputerowej tożsamości Saxa, potem wprowadził wszystkie dane do akt Biotique, wraz z poleceniem przeniesienia z San Francisco do Burroughs. W tydzień później otrzymali nowy szwajcarski paszport i Desmond chichotał, kiedy go oglądał.

— Spójrz na to — oświadczył, wskazując na nowe nazwisko Saxa. — Stephen Lindholm, obywatel szwajcarski! Ci ludzie nas kryją, to oczywiste. Założę się, że mogli cię zdemaskować. Sądzę, że mimo wszystko sprawdzili twój genom ze starymi danymi i nawet po moich zmianach nie mają co do ciebie wątpliwości, zapewne dowiedzieli się, kim naprawdę jesteś.

— Jesteś pewien?

— Nie, nie jestem. W końcu, nie odmówili… Chociaż wydaje mi się bardzo możliwe, że znają prawdę.

— Czy to dobrze?

— Teoretycznie nie. Ale w praktyce, jeśli jesteś osobnikiem ściganym, przyjemnie jest widzieć, że ktoś zachowuje się wobec ciebie jak przyjaciel. A Szwajcarzy to dobrzy przyjaciele. Już piąty raz wydali paszport dla jednej ze stworzonych przeze mnie osobowości. Sam nawet taki posiadam, chociaż akurat w moim wypadku… wątpię, czy byliby się w stanie dowiedzieć, jak się naprawdę nazywam, ponieważ nigdy mnie tu nie zarejestrowano tak jak was, moi drodzy przedstawiciele pierwszej setki. Ciekawe, nieprawdaż?

— Rzeczywiście.

— Bo to bardzo interesujący ludzie. Mają własne plany i choć do końca nie wiem, jacy są, kontakt z nimi zawsze sprawia mi prawdziwą przyjemność. Sądzę, że zupełnie świadomie podjęli decyzję, by nam pomagać. Może zresztą po prostu chcą wiedzieć, gdzie jesteśmy. Tego chyba nigdy się nie dowiemy, ponieważ Szwajcarzy najbardziej ze wszystkiego uwielbiają tajemnice. Ale przecież… kiedy ktoś robi ci wielką przysługę, nie do końca interesują cię powody, dla których tak właśnie postępuje, nie sądzisz?

Sax skrzywił się na te słowa, ale był zadowolony, gdy pomyślał, że będzie bezpieczny pod szwajcarską opieką. Tacy ludzie bardzo mu odpowiadali: racjonalni, ostrożni, postępujący w sposób metodyczny.

Wkrótce przed planowanym odlotem z Peterem na północ do Burroughs Sax odbył spacer dokoła jeziora Gamety. W ostatnich latach pobytu w osadzie rzadko mu się to zdarzało. Zbiornik wodny był dowodem rzetelnie wykonanej roboty. Zresztą musiał przyznać, że Hiroko każdy system potrafiła zaprojektować rzeczywiście wspaniale. Kiedy wraz ze swoim zespołem zniknęła przed laty z Underhill, Sax był bardzo zaskoczony; nie rozumiał przyczyn takiego postępku, a ponadto obawiał się, że Japonka i związane z nią osoby zaczną w jakiś sposób walczyć z terraformowaniem. Zdołał skłonić Hiroko do wyjaśnienia wątpliwości poprzez sieć i to nieco go uspokoiło, bowiem Japonka była najwyraźniej życzliwie nastawiona do podstawowego celu projektu, a zresztą jej własne pojęcie viriditas wydawało się tylko inną wersją tej samej idei. Ale jednocześnie wyglądało na to, że Hiroko ponad wszystko ukochała tajemnice, co Sax uważał za bardzo nieracjonalne z jej strony: podczas lat życia w ukryciu nie zamierzała nikogo informować o swoich działaniach i posunięciach. Jednakże, mimo że nawet w rozmowach w cztery oczy niełatwo ją było zrozumieć, podczas wielu miesięcy wspólnej egzystencji w Underhill Sax upewnił się, że Hiroko z pewnością tak jak on pragnie stworzenia na Marsie biosfery, która pomagałaby ludziom żyć na planecie. A to była jedyna kwestia, która interesowała Saxa. Uważał też, że do tego szczególnego projektu nie mógł sobie wymarzyć lepszego sojusznika, no chyba żeby uzyskał poparcie przewodniczącego nowej komisji Zarządu Tymczasowego. Zresztą przewodniczący prawdopodobnie i tak był również jego sprzymierzeńcem. W gruncie rzeczy ich poglądy nie różniły się specjalnie w nazbyt wielu kwestiach.

Jednak teraz na plaży siedziała jedna z jego przeciwniczek, chuda jak czapla Ann Clayborne. Sax zawahał się, ale wiedział, że już go dostrzegła, podszedł więc bliżej. Podniosła na niego wzrok, po czym znowu zapatrzyła się w dal na białe jezioro.

— Rzeczywiście wyglądasz inaczej — odezwała się.

— Tak. — Ciągle jeszcze bolały go na twarzy chore miejsca, chociaż pozornie sińce już zniknęły. Miał wrażenie, jak gdyby nosił maskę i zapewne z tego właśnie powodu nagle poczuł się nieswojo. — Ale to nadal jestem ja — dodał.

— Oczywiście. — Nie patrzyła na niego. — Więc odjeżdżasz do świata powierzchniowego?

— Tak.

— Aby wrócić do swojej pracy?

— Tak.

Podniosła na niego oczy.

— Jaki twoim zdaniem jest cel nauki?

Wzruszył ramionami. Znowu zanosiło się na kłótnię, która wybuchała między nimi wszędzie i zawsze, obojętnie o czym wcześniej rozmawiali. Terraformować czy nie terraformować, oto jest pytanie… Sax swoje zdanie na ten temat wypowiedział już dawno temu, podobnie jak Ann, lecz żałował, że oboje nie potrafią po prostu zgodzić się lub nie zgodzić i raz na zawsze załatwić tę kwestię. Ale nie: stale prowadzili tę samą dyskusję. Ann była niezmordowana.

— Wyjaśnianie przyczyn istnienia wszystkiego — odparł.

— Terraformowanie niczego nie wyjaśnia.

— Terraformowanie to nie nauka. Nigdy nie twierdziłem, że nią jest. Jest czymś, co ludzie robią dzięki nauce. Nauką stosowaną czy też raczej techniką… Nazwij to zresztą, jak chcesz. Trzeba po prostu zdecydować, jak wykorzystać przyswojoną wiedzę. Jakąkolwiek nazwę temu nadasz…

— Więc to kwestia wartości.

— Tak przypuszczam. — Sax zastanowił się nad tą trudną kwestią, próbując uporządkować skłębione myśli. — Taak, przypuszczam, że nasze… że nieporozumienie między nami należy do typu nazywanego problemem związanym z pojęciem faktu oraz z pojęciem wartości. Bowiem moim zdaniem nauka dotyczy faktów oraz teorii, które zmieniają fakty w przykłady. A wartości są innym rodzajem systemu, są ludzkim wytworem.

— Nauka jest także ludzkim wytworem.

— Tak. Tylko że związek między tymi dwoma systemami nie jest wyraźny. Zaczynając od tych samych faktów, możemy dotrzeć do różnych wartości.

— Ale przecież samą naukę przepełniają rozmaite wartości — naciskała Ann. — Mówimy o teoriach, które posiadają potęgę i elegancję, o czystych rezultatach albo pięknych eksperymentach. A pragnienie wiedzy samo w sobie też jest swego rodzaju wartością, bo przecież wiedza jest lepsza niż niewiedza albo tajemnica. Mam rację?

— Taak, przypuszczam, że tak — odparł Sax, zastanawiając się nad tymi słowami.

— Twoja nauka to system wartości fizycznych — kontynuowała Ann. — Jej celem jest ustalenie praw i reguł, uzyskanie precyzji i pewności. Chcesz, aby wszystkie niewiadome zostały wyjaśnione. Pragniesz odpowiedzi na pytanie, dlaczego miały miejsce kolejne wydarzenia w przeszłości, cofając się aż do samego Wielkiego Wybuchu. Jesteś redukcjonistą. Dla ciebie wartości to oszczędność, elegancja i ekonomia, a im bardziej ci się uda coś uprościć, tym bardziej jesteś z siebie dumny, zgadza się?

— Ależ takie są metody nauki — sprzeciwił się Sax. — Nie chodzi tylko o mnie… tak działa sama natura. Fizyka. Ty również tak postępujesz.

— W fizyce zawierają się także ludzkie wartości…

— Nie jestem tego taki pewny. — Machnął ręką, aby choć na chwilę przerwać wywód Ann. — Nie twierdzę, że w nauce nie ma żadnych wartości. Jednakże materia i energia są takie, jakie są. Jeśli chcesz mówić o wartościach, mów o nich bez ogródek. Zgadzam się, że wynikają one w jakiś sposób z faktów, na pewno tak. Ale to jest już inna kwestia, coś w rodzaju socjobiologii czy bioetyki. Może byłoby lepiej porozmawiać tylko o czystych wartościach, porozmawiać wprost… O tym, co stanowi największe dobro dla największej liczby ludzi, no, coś w tym rodzaju…

— Istnieją ekologowie, którzy powiedzieliby, że jest to naukowy opis zdrowego ekosystemu. Kolejny sposób nazwania ekosystemu klimaksowego.

— To jest osąd wartościujący, jak sądzę. Jakiś rodzaj bioetyki. Interesujący, ale… — Sax zmrużył oczy, z zaciekawieniem patrząc na swą rozmówczynię, i zdecydowanie zmienił taktykę. — Dlaczego nie spróbować tutaj stworzyć ekosystemu klimaksowego, Ann? Nie można mówić o ekosystemie bez istot żyjących. Tego, co znajdowało się na Marsie przed nami, nie uda ci się nazwać ekoświatem. To nie była ekologia, a tylko geologia. Można oczywiście powiedzieć, że zaistniał tu jakiś zaczątek ekoświata, kiedyś, dawno temu, ale coś poszło źle. Próba została stłamszona w zarodku… a teraz my zaczynamy od nowa.

Ann obruszyła się na to stwierdzenie, więc Sax zamilkł. Wiedział, że jest zwolenniczką przyznania istotnej wartości nieorganicznej rzeczywistości Marsa. Wierzyła w wersję czegoś, co niektórzy nazywali etyką ziemi, choć w tym wypadku ziemia pozbawiona była bioty. Etyka skały, można by raczej powiedzieć. Ekologia bez życia. Istotna wartość, rzeczywiście!

Westchnął.

— Ech, to tylko takie gadanie o wartościach. Przedkładanie systemów żyjących nad nieżyjące. Przypuszczam, że nie uda się nam uciec od wartości, tak jak mówisz… To dziwne… przeważnie czuję, że chcę po prostu zrozumieć każdą rzecz. Dowiedzieć się, dlaczego istnieje w taki sposób, w jaki istnieje. Ale jeśli mnie zapytasz, dlaczego usiłuję tego dociec albo jakiego zdarzenia pragnę, w jakim celu kieruję swoją pracę, ku czemu dążę… — Wzruszył ramionami, starając się zrozumieć własne myśli. — Trudno to wyrazić. Kojarzy mi się… powiedziałbym, że czysty zysk to informacja. Czysty zysk to porządek.

Dla Saxa był to dobry funkcjonalny opis samego życia, jego skonsolidowanego działania, skierowanego przeciwko entropii. Wyciągnął pojednawczo dłoń ku Ann, mając nadzieję skłonić ją, by to zrozumiała, by zaakceptowała przynajmniej podstawowe pojęcia ich dyskusji, definicję ostatecznego celu nauki. W końcu oboje byli naukowcami, w końcu to było ich wspólne przedsięwzięcie…

Jednak Ann powiedziała tylko:

— I dlatego niszczysz powierzchnię całej planety, nie bacząc nawet na bezsporny przecież fakt, że ma już prawie cztery miliardy lat. To nie jest nauka. Raczej tworzenie jakiegoś cholernego parku.

— Nie, to przykład użycia nauki w służbie jednej szczególnej wartości. Tej, w którą wierzę.

— Identycznie postępują konsorcja ponadnarodowe.

— Sądzę, że tak.

— Twoje działania, rzecz jasna, im pomagają.

— Pomagają wszystkiemu, co żywe.

— Chyba że to je zabije. Teren się zmienia, nic nie jest stabilne. Codziennie obsuwają się kolejne masy ziemi.

— To prawda.

— I zabijają. Rośliny, ludzi. To się już zdarza.

Sax zamachał dłonią, a Ann dumnie odrzuciła głowę i przeszyła go pełnym nienawiści wzrokiem.

— Co to ma być: nieuniknione morderstwo? Niezbędne koszta? Jakiego rodzaju wartością to nazwiesz?

— Nie, nie, Ann. To są wypadki. Ludzie muszą pozostać na skale macierzystej, poza strefami obsuwów, no, sama rozumiesz. Na jakiś czas.

— Ależ… ogromne regiony zmienią się w błoto albo zostaną całkowicie zalane. Mówimy o połowie tej planety.

— Woda spłynie. Stworzy działy wodne.

— Chciałeś powiedzieć: stworzy zalane tereny… Stworzy całkowicie inną planetę. Och, ładna mi wartość, nie ma co! Na szczęście istnieją ludzie, którzy podtrzymują marsjańskie wartości, tak jak… Będziemy z tobą walczyć na każdym kroku.

Sax westchnął.

— Żałuję, że jesteś przeciwko mnie. W tej chwili biosfera pomogłaby bardziej nam niż ponadnarodowym konsorcjom. Ponadnarodowcy potrafią dokonywać operacji z miast namiotowych i eksploatować powierzchnię za pomocą maszyn automatycznych, podczas gdy my musimy się kryć, wobec czego koncentrujemy najwięcej wysiłków na ukrywaniu się i samym akcie przeżycia. Gdybyśmy mogli żyć wszędzie na powierzchni, wszelki ruch oporu miałby o wiele łatwiejsze zadanie.

— Wszelki ruch oporu z wyjątkiem „czerwonych”.

— Tak, ale co, twoim zdaniem, obecnie stanowi dla nich najważniejszą kwestię?

— Mars. Po prostu Mars. Miejsce, którego nigdy nie poznałeś.

Sax podniósł oczy na białą kopułę nad osadą; poczuł rozpacz, dotkliwą jak nagły atak artretyzmu. Nie było sensu kłócić się z Ann.

Ale coś go zmuszało do ciągłych prób.

— Słuchaj, Ann, jestem orędownikiem tego, co ludzie nazywają minimalnym modelem umożliwienia życia. Zakłada on stworzenie pasa możliwej do oddychania atmosfery tylko do wysokości dwóch, trzech kilometrów. Ponad nim zamierzamy pozostawić powietrze zbyt rzadkie dla ludzi, więc nie byłoby tam za wiele życia jakiegokolwiek rodzaju — tylko organizmy zdolne przeżyć na ogromnych wysokościach, a ponad nimi już nic, czy też nic widocznego. Pionowa rzeźba terenu na Marsie jest tak skrajna, że mogą tu istnieć ogromne regiony, które pozostaną ponad masą atmosfery. Uważam ten plan za dobry. Wyraża zrozumiały zestaw wartości…

Ann nie odpowiedziała. To było denerwujące, naprawdę. Kiedyś, próbując ją zrozumieć, aby w ogóle móc z nią rozmawiać, Sax zaczął czytać teksty poświęcone filozofii nauki. Przyswoił sobie sporo materiałów, koncentrując się szczególnie na etyce ziemi i fragmentach dotyczących stosunku faktu do wartości. Niestety, informacje te były mało przydatne, bowiem w rozmowach z Ann chyba nigdy nie udało mu się ich wykorzystać w jakiś użyteczny sposób. Teraz, patrząc na nią z góry i czując ból w stawach, przypomniał sobie słowa, które Kühn napisał o Priestleyu — że naukowiec, który stale się sprzeciwia i nie chce przyjąć do wiadomości, że w jego dziedzinie nauki pojawiły się nowe wzorce i dane, może być idealnie logiczny i racjonalny, jednakże ipso facto przestaje być naukowcem. Najwyraźniej właśnie coś takiego przydarzyło się Ann. Kim w takim razie była teraz? Kontrrewolucjonistką? A może prorokiem?

W każdym razie w jego wyobrażeniu miała w sobie coś z proroka — chuda, opryskliwa, pozbawiona daru wybaczania. Nigdy się nie zmieniła i nigdy nie wybaczyła Saxowi. A tak wiele chciałby jej powiedzieć: o Marsie, o Gamecie, o Peterze… O śmierci Simona, która wydawała się dręczyć bardziej Ursulę niż ją… Tak czy owak, wszystko to było niemożliwe. I dlatego wiele razy postanawiał, że przestanie z nią rozmawiać: po każdej wymianie zdań czuł się zmęczony i sfrustrowany — nigdy nie dochodzili do żadnych wniosków i stale zmagał się z jawnie okazywaną niechęcią, i to ze strony osoby, którą znał od ponad sześćdziesięciu lat — już tego nie wytrzymywał. Pozornie w każdym sporze z nią zwyciężał, ale nigdy niczego nie osiągał. Niektórzy ludzie po prostu tacy są, wiedział o tym, ale ta wiedza niczego mu nie ułatwiała — kontakt z Ann i tak był denerwujący. Choć, w gruncie rzeczy, musiał przyznać, że jest coś osobliwego w fakcie, iż czyjaś zwykła reakcja emocjonalna potrafi spowodować tak przykry dyskomfort psychofizyczny.

Następnego dnia Ann wyjechała z Desmondem, a wkrótce Sax odleciał na północ z Peterem jednym z małych „niewykrywalnych” samolotów, którymi syn Ann zwykł latać po całym Marsie.

Trasa do Burroughs poprowadziła ich nad Hellespontus Monies i Sax z dużym zainteresowaniem spoglądał w dół na okazały basen Hellas. Widać było krawędź lodowego pola, które pokrywało Low Point, białą masę na ciemnej nocnej powierzchni, przy czym sama osada pozostawała na horyzoncie. Szkoda, ponieważ bardzo go ciekawiło, co się zdarzyło nad moholem Low Point. Przed powodzią otwór miał trzynaście kilometrów głębokości i dzięki temu woda na dnie, być może, pozostała płynna oraz — co prawdopodobne — wystarczająco ciepła, aby się rozlać na sporą odległość; istniała możliwość, że lodowe pole było w tym regionie pokrytym lodem morzem. Jednak aby móc powiedzieć coś więcej, trzeba by się jego powierzchni przyjrzeć z bliska.

Peter wszakże nie zamierzał zmieniać trasy tylko po to, by Sax mógł lepiej obejrzeć interesujący go teren.

— Skoro jesteś teraz Stephenem Lindholmem, możesz sam tam pojechać — powiedział z uśmiechem — w ramach swojej działalności dla Biotique.

Polecieli więc dalej. Następnej nocy wylądowali wśród popękanych wzgórz na południe od Isidis, nadal na wysokim stoku Wielkiej Skarpy. Sax wysiadł, ruszył do tunelu, wszedł do środka i podążył przejściem, aż dotarł na tyły ustępu, który znajdował się w służbowej części podziemia Stacji Libijskiej. Był to mały kompleks kolejowy na skrzyżowaniu toru magnetycznego Burroughs-Hellas i nowo wyznaczonego toru Burroughs-Elysium. Kiedy nadjechał następny pociąg do Burroughs, Sax wyszedł drzwiami służbowymi, wmieszał się w tłum i wraz z nim wsiadł do pociągu. Pojechał do głównej stacji Burroughs, gdzie oczekiwał na niego wysłannik z Biotique. I wówczas stał się już Stephenem Lindholmem, osobnikiem, który dopiero co przybył do Burroughs i w ogóle na Marsa.

Mężczyzna z Biotique, przedstawiciel działu kadr, pogratulował mu zręczności w chodzeniu po tutejszej powierzchni, po czym zaprowadził do przydzielonego małego służbowego mieszkania, które znajdowało się wysoko w Płaskowzgórzu Hunta, blisko centrum starego miasta. Laboratoria i biura Biotique mieściły się w tym właśnie płaskowzgórzu, tuż pod jego płaskowyżem; za przezroczystymi ścianami biurowca roztaczał się widok na leżący nad kanałem park. Była to bogata dzielnica, ale tylko taka lokalizacja mogła odpowiadać szacownemu przedsiębiorstwu, zajmującemu się biotechnologicznym aspektem projektu terraformingowego.

Z okien biura Biotique Sax widział większą część starego miasta, które wyglądało niemal tak samo jak je zapamiętał, z tą jedną różnicą, że ściany płaskowzgórzy były jeszcze rozleglejsze, obudowane przezroczystymi oknami, wyłożone barwnymi poziomymi pasami w kolorach miedzi, złota lub metalicznej zieleni czy błękitu, jak gdyby płaskowzgórza zostały pokryte warstwami jakichś naprawdę cudownych minerałów. Także namioty, górujące nad płaskowzgórzami, obecnie zniknęły, a budynki stały swobodnie pod jedną o wiele większą przezroczystą kopułą, która teraz pokrywała wszystkie dziewięć płaskowzgórzy, włącznie z całym terenem, znajdującym się pomiędzy nimi i dokoła nich. Najwyraźniej technika namiotowa bardzo się rozwinęła — ludzie potrafili zadaszać już naprawdę ogromne tereny. Sax słyszał nawet, że jedno z konsorcjów ponadnarodowych zamierzało pokryć całą Hebes Chasma i przypomniał sobie, że był to projekt, który zaproponowała kiedyś Ann, jako alternatywę dla terraformowania. Wówczas Sax wyśmiał jej pomysł, a teraz specjaliści budowlani znakomicie umieli robić takie rzeczy. Dlatego pomyślał, że nigdy nie należy lekceważyć potencjału materiałoznawstwa.

Stary park nad kanałem w Burroughs i szerokie trawiaste bulwary, które odchodziły od niego, znikając potem między płaskowzgórzami, wyglądały z wysoka jak zielone taśmy ułożone na dachach z pomarańczowej dachówki. Dwa stare rzędy solnych kolumn ciągle stały po obu stronach błękitnego kanału. Oczywiście teraz przybyło budynków, jednak układ miasta pozostał taki sam. Natomiast na peryferiach widać było wyraźnie, jak wiele tu się zmieniło i jak przesuwały się granice muru miejskiego; znajdował się on w sporej odległości za dziewięcioma płaskowzgórzami, wobec czego osłonięte namiotem całkiem sporą połać ziemi do niego przylegającej, którą następnie stopniowo zabudowywano.

Kadrowiec z Biotique w dość szybkim tempie obszedł z Saxem budynek firmy, przedstawiając mu więcej osób niż ten był w stanie spamiętać. Potem poproszono go, by się zameldował w laboratorium następnego ranka i resztę dnia pozostawiono mu do własnej dyspozycji na zagospodarowanie się i aklimatyzację.

Jako Stephen Lindholm Sax zamierzał stale dawać dowody niewyczerpanej energii, sprawności intelektualnej, towarzyskości, ciekawości świata i zawsze doskonałego nastroju, dlatego spędził to popołudnie w sposób bardzo „wiarygodny”: zwiedzał Burroughs, wędrując od jednej dzielnicy do drugiej. Szedł w tę i z powrotem szerokimi pasami ulicznej trawy i po swojemu zastanawiał się nad niezgłębionym fenomenem rozwoju miast. Jest to proces kulturalny, myślał, dla którego nie sposób znaleźć jakiejkolwiek analogii fizycznej czy biologicznej. Nie potrafił też dostrzec żadnego oczywistego powodu, dla którego akurat ten nisko położony kraniec Isidis Planitia miał się stać siedzibą największego miasta na Marsie. Żaden z pierwotnych powodów dla założenia miasta nie znajdował tutaj zastosowania, a jednak miejsce to było obecnie niezwykle popularne. Z tego, co Sax dowiedział się do tej pory, Burroughs było początkowo zwykłą stacją drogową przy torze magnetycznym na trasie z Elysium do Tharsis. Być może najważniejszym powodem, że tak wspaniale rozkwitło, mimo braku strategicznej pozycji, był fakt, iż jako jedyne spośród większych miast marsjańskich nie zostało zniszczone ani nawet uszkodzone w 2061 roku i dzięki temu miało może po prostu łatwiejszy start do odpowiedniego rozwoju w latach powojennych. Można by powiedzieć, wykorzystując analogię do modelu przerwanej równowagi ewolucyjnej, że ten szczególny „gatunek” (czyli miasto) dzięki przypadkowi przetrwał katastrofę, która zniszczyła większość innych gatunków, a przed swym jedynym niedobitkiem otworzyła ekosferę, w której mógł się rozwijać.

Bez wątpienia niejakie znaczenie dla popularności Burroughs miał również łukowaty kształt regionu wraz z archipelagiem małych płaskowzgórzy — dzięki temu całość stanowiła doprawdy imponujący widok. Kiedy Sax spacerował po szerokich, trawiastych alejach, odniósł wrażenie, że ktoś równomiernie rozstawił całą dziewiątkę płaskowzgórzy, przy czym jednocześnie każde z nich nieco inaczej wyglądało: mimo podobnych, nieregularnych ścian skalnych, płaskowzgórza wyróżniały się charakterystycznymi guzami, skarpami, łagodnością ścian, nawisami lub rozpadlinami, a teraz także poziomymi pasami kolorowych lustrzanych okien oraz budynkami i parkami, które znajdowały się na płaskich płaskowyżach wieńczących wszystkie płaskowzgórza. Z dowolnego punktu na każdej ulicy można było zawsze dostrzec kilka z nich, rozproszonych niczym okazałe katedry w dzielnicach, co z pewnością stanowiło sporą przyjemność dla oka. A jeśli się w dodatku wsiadło do windy i pojechało w górę na jeden z płaskich wierzchołków któregoś z płaskowzgórzy, z każdego miejsca położonego co najmniej sto metrów powyżej poziomu dna miasta rozciągał się cudowny widok na dachy domów w wielu różnorakich dzielnicach. Można było z innej perspektywy obejrzeć wszystkie płaskowzgórza, a dalej podziwiać wiele kilometrów rozciągającego się za nimi lądu, który otaczał miasto. Była to odległość większa niż zwykłe widoki na Marsie, ponieważ Burroughs znajdowało się na dnie zagłębienia w kształcie czary: na północ od niego leżała płaska równina Isidis, na zachodzie ciemne wzniesienie Syrtis, a patrząc na południe widziało się odległe wzniesienie samej Wielkiej Skarpy, tkwiącej na horyzoncie niczym Himalaje.

Oczywiście, pytanie o to, jak wielkie znaczenie dla ukształtowania miasta mają ładne widoki, pozostawało otwarte, istnieli jednakże historycy, którzy zapewniali, iż sporo miast starożytnej Grecji umiejscawiano głównie ze względu na ich przyjemne dla oka położenie, jeśli nie było szczególnych niedogodności, więc czynnik ten był przynajmniej możliwy. W każdym razie Burroughs stało się teraz małą, ruchliwą metropolią, którą zamieszkiwało jakieś sto pięćdziesiąt tysięcy osób. Największe miasto na Marsie! I w dodatku ciągle rosło. Pod koniec swego popołudniowego obchodu Sax wjechał jedną z zewnętrznych wind na zbocze Płaskowzgórza Branch, centralnie położonego wzniesienia, leżącego na północ od Parku nad Kanałem, i z jego płaskowyżu dostrzegł, że północne rubieże miasta są wręcz usiane placami budów aż do ściany namiotu. Widoczne były także wokół niektórych odleglejszych płaskowzgórzy, sięgając nawet poza namiot, na zewnątrz miasta. Najwyraźniej masa krytyczna została poddana swego rodzaju psychologii grupowej — miastem zawładnął jakiś instynkt stadny, który uczynił to miejsce stolicą, magnesem społecznym, centrum wydarzeń. Dynamika grupy okazywała się, w najlepszym razie, skomplikowana, a może nawet (Sax skrzywił się na tę myśl) niemożliwa do wyjaśnienia.

Miał pecha lub, jak zwykle, zawinił nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ ekipa Biotique w Burroughs była naprawdę bardzo dynamiczna i po kilku kolejnych dniach Sax stwierdził, że ustalenie swego miejsca w grupie naukowców pracujących nad projektem nie będzie sprawą łatwą. Dawno już zatracił umiejętność szybkiego adaptowania się w nowym środowisku, o ile w ogóle kiedykolwiek ją posiadał. Wzór rządzący liczbą możliwych zależności w grupie wyrażał się zapisem „n(n-l)/2”, gdzie „n” było liczbą jednostek w grupie; wobec tego dla tysiąca osób w tutejszej Biotique istniało 499.500 możliwych relacji. Liczba ta wydała się Saxowi nie do objęcia umysłem — nawet zmniejszona do 4.950 i odnosząca się do grupy stuosobowej, hipotetycznego „modelu projektowego” rozmiaru ludzkiej grupy, wydawała mu się równie trudna do wyobrażenia. Rzecz jasna, tak było w Underhill, kiedy mieli szansę analizować tego typu zjawiska.

W każdym razie Sax doszedł do wniosku, że najważniejszym zadaniem jest znalezienie mniejszej grupki osób w Biotique, z którymi mógłby się zaprzyjaźnić, i natychmiast rozpoczął działania w tym kierunku. Zgodnie z logiką należało najpierw skoncentrować się na własnym laboratorium. Przyłączył się do pracujących tam osób jako biofizyk, co było ryzykowne, ale od razu dawało mu odpowiednie pole do działania i miał nadzieję na utrzymanie tej pozycji. Gdyby nie wyszło, mógłby się zająć zamiast biofizyki, fizyką — taką miał przecież prawdziwą specjalizację.

Jego szefem była Japonka imieniem Claire, z wyglądu kobieta w średnim wieku i niezwykle sympatyczna, która świetnie prowadziła laboratorium. Gdy Sax zjawił się pierwszego dnia w pracy, skierowała go do pomocy zespołowi, zajmującemu się projektowaniem roślin drugiego i trzeciego pokolenia dla lodowcowych regionów północnej półkuli. Te świeżo nawodnione środowiska dawały planowaniu biologicznemu nowe ogromne możliwości, ponieważ projektujący naukowcy nie musieli już bazować tylko na gatunkach pustynnych suchorostów. Sax wiedział, że nadejdzie taka chwila już wówczas, gdy w 2061 roku dostrzegł pędzącą z rykiem powódź przez lus Chasma do Melas. A teraz, czterdzieści lat później, mógł się istotnie zajmować tym problemem.

Toteż bardzo chętnie przyłączył się do pracy. Najpierw musiał przejrzeć dane, aby się dowiedzieć, jakie gatunki zrzucono już na regiony lodowcowe. Łapczywie, jak zwykle, czytał i oglądał wideokasety, dowiadując się, że w atmosferze, która nadal była rzadka i zimna, cały nowy lód uwalniający się na powierzchni sublimował tak długo, aż obnażona powierzchnia zaczynała przypominać starą, poszarpaną koronkę o gęstym splocie. Oznaczało to, iż wszędzie znajdują się miliardy dużych i małych zagłębień, a w nich, bezpośrednio na lodzie, mogło się rozwijać życie. I tak, jednymi z pierwszych form, które zostały gęsto rozmieszczone, były glony śnieżne i lodowe. W glonach tych pomnożono cechy saturacyjne, ponieważ nawet kiedy lód zaczął się oczyszczać, nadal pokryty był solą z powodu wszechobecnych, nawiewanych stale przez wiatr drobinek miału. Te genetycznie przekształcone, tolerujące sól glony bardzo dobrze sobie radziły, rozwijając się na dziobatych powierzchniach lodowców, a czasami i bezpośrednio w lodzie. Były ciemniejsze niż lód: różowe, czerwone, czarne albo zielone, a lód pod nimi miał tendencję do topienia się, zwłaszcza podczas letnich dni, kiedy temperatura była często znacznie powyżej poziomu zamarzania. W ten sposób z lodowców zaczęły spływać małe, jednodniowe strumyki, posuwając się wzdłuż lodowych krawędzi. Te wilgotne tereny morenopodobne przypominały niektóre ziemskie regiony polarne i górskie. Już wiele M-lat temu zespoły z Biotique rozprzestrzeniały bakterie i większe rośliny z tego typu ziemskich terenów, przekształciwszy je uprzednio genetycznie, aby mogły przeżyć w tym ogromnym zasoleniu; większość tych organizmów rozwijało się pomyślnie, podobnie jak glony.

Teraz zespoły projektantów próbowały bazować na wcześniejszych sukcesach i wprowadzać kolejne grupy większych roślin, a także pewne gatunki owadów, przystosowane do egzystencji w powietrzu o wysokim stężeniu dwutlenku węgla. Biotique miało pokaźny zapas matryc roślinnych, z których czerpano sekwencje chromosomowe, a poza tym posiadało dokumentację siedemnastu M-lat doświadczeń, toteż Sax wiedział, że szybko musi nadrobić braki. W pierwszych tygodniach spędzonych w laboratorium firmy i w jej szkółce roślinnej na płaskowyżu Hunta skupił się całkowicie na nowych gatunkach roślin, nie myśląc o niczym innym. Z każdym dniem był coraz bardziej zadowolony ze swej pracy, zwłaszcza że uzyskiwał coraz szerszy obraz dotychczasowych działań.

W tym czasie, ilekroć nie czytał przy swoim biurku, nie był zajęty obserwacją próbek pod mikroskopem, wpatrywaniem się w rozmaite marsjańskie słoje w laboratoriach albo nie przebywał na górze w arboretum, musiał się zmagać z codzienną pracą udawania Stephena Lindholma, co zajmowało mu sporo czasu, choć nie było tak trudne, jak się obawiał. W laboratorium, na przykład, nie musiał robić wiele więcej niż gdyby był „tylko” Saxem Russellem. Ale pod koniec dnia pracy często podejmował świadomy wysiłek i przyłączał się do grupy, która ruszała do jednej z położonych na wysokim płaskowyżu kawiarenek, aby wypić drinka i porozmawiać — najpierw o pracy, a potem o innych sprawach.

Nawet wtedy stwierdzał, że zaskakująco łatwo jest „być” Stephenem Lindholmem, który, tak jak to sobie zaplanował wcześniej, zadawał wiele pytań i bardzo często się śmiał; musiał przyznać, że jego nowy kształt ust w jakiś sposób ułatwiał śmiech. Pytania, które zadawali inni — zwykle Claire, angielska imigrantka Jessica oraz mężczyzna z Kenii imieniem Berkina — bardzo rzadko miały jakikolwiek związek z ziemską przeszłością Lindholma. Kiedy tak się zdarzało, Sax stwierdzał, że najłatwiej było mu udzielać odpowiedzi, które zawierały w sobie minimum informacji — Desmond „przydzielił” Lindholmowi przeszłość w rodzinnym mieście Saxa: Boulder w stanie Kolorado, co było prawdziwie rozsądnym i mądrym posunięciem — a następnie kierował swą uwagę na rozmówcę, posługując się techniką pytań, którą często obserwował u Michela. Zauważył, że ludzie najwyraźniej byli szczęśliwi, gdy mogli mówić o sobie. Sax nigdy nie był milczkiem, jak na przykład Simon, toteż zawsze jakoś udawało mu się wpaść w odpowiedni rytm rozmowy, a jeśli czasem nie mówił zbyt wiele, powód tego był jasny: rozmowa interesowała go dopiero od pewnego poziomu. Krótkie pogawędki zwykle uważał po prostu za marnowanie energii, jednakże tu zabijały one czas, który bez nich mógłby być irytująco pusty; wydawały się również łagodzić poczucie osamotnienia. Poza tym musiał przyznać, że jego nowi koledzy i tak zwykle wszczynali nawet dość interesującą dyskusję na tematy zawodowe. Wówczas Sax odgrywał przydzieloną mu rolę i opowiadał o swoich spacerach po Burroughs, po czym wiele pytał na temat tego, co widział, a także o przeszłość swych towarzyszy, o Biotique, o marsjańską sytuację i tak dalej. Dla Lindholma miało to tak samo duże znaczenie jak dla Saxa.

W tych rozmowach jego koledzy, zwłaszcza Claire i Berkina, podzielali opinię Saxa, że Burroughs w jakimś sensie stawało się faktyczną stolicą Marsa, ponieważ było miejscem, gdzie ulokowały swe siedziby wszystkie największe konsorcja ponadnarodowe. A konsorcja były w chwili obecnej rzeczywistymi władcami Marsa. To właśnie one umożliwiły Grupie Jedenastu i innym bogatym, wysoko uprzemysłowionym państwom zwycięstwo albo przynajmniej przetrwanie w wojnie 2061 roku, i teraz wszystkie utworzyły jedną potężną strukturę władzy, tak że choć na Ziemi odpowiedź na pytanie: kto obecnie kontroluje tamtejszą sytuację — państwa czy superkorporacje, nie była może oczywista, tu, na Marsie, była jasna. UNOMA rozpadła się w 2061 roku niczym jedno z pokrytych kopułą marsjańskich miast, a agencja, która zajęła jej miejsce, organizacja o nazwie Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych, była centrum administracyjnym, którego personel stanowili członkowie kierownictwa konsorcjów ponadnarodowych i którego rozporządzenia wprowadzały w życie ich siły bezpieczeństwa.

— Narody Zjednoczone nie mają na nie naprawdę żadnego wpływu — wyjaśnił Berkina. — ONZ jest na Ziemi dokładnie tak samo martwa jak UNOMA tutaj. Nazwa tego organu stanowi właściwie tylko przykrywkę.

— W każdym razie wszyscy i tak nazywają go w skrócie Zarządem Ponadnarodowym — dodała Claire.

— Tamci widzą od razu, kto jest kto — tłumaczył Berkina. I rzeczywiście, umundurowane siły bezpieczeństwa różnych konsorcjów ponadnarodowych często widywano w Burroughs. Ich przedstawiciele nosili kombinezony robotników budowlanych, w rdzawym kolorze, a na rękach mieli opaski w różnych kolorach. Nie wyglądali szczególnie złowieszczo, niemniej jednak nietrudno było ich zauważyć.

— Ale po co? — spytał Sax. — Kogo się boją?

— Dręczy ich myśl o bogdanowistach schodzących ze wzgórz — oświadczyła Claire i roześmiała się. — To zupełny absurd.

Sax uniósł brwi i pominął milczeniem jej stwierdzenie. Był ciekaw, ale uznał temat za zbyt niebezpieczny. Skoro problem sam się już pojawił w ich rozmowie, lepiej tylko słuchać, powiedział sobie. Jednak później, gdy spacerował po mieście, baczniej obserwował tłumy, rozróżniając przechadzających się przedstawicieli sił bezpieczeństwa po identyfikatorach w postaci opasek. Zjednoczeni, Amexx, Oroco… Uznał za ciekawy fakt, że nie stworzyli jednej policji. Być może ponadnarodowcy ciągle rywalizowali ze sobą, mimo że na pozór zachowywali się jak partnerzy i z tego powodu powstały również w naturalny sposób rywalizujące ze sobą policyjne formacje. To z pewnością wyjaśniałoby także mnogość systemów identyfikacyjnych, dzięki czemu tworzyły się szczeliny, które umożliwiały działalność Desmondowi: mógł przez nie wprowadzać fałszywe tożsamości do jednego z systemów i sprawić, by informacje o nich przedostały się do innych. Był też, rzecz jasna, potrzebny ktoś, kto — jak Szwajcarzy — chętnie dawał przykrywkę ludziom wchodzącym do systemu znikąd, jak to potwierdziło osobiste doświadczenie Saxa. Bez wątpienia, pomyślał, inne państwa i konsorcja ponadnarodowe robią dokładnie to samo.

Można więc było powiedzieć, że w obecnej sytuacji politycznej rozwój techniki informacyjnej wywołał nie integrację, ale bałkanizację. Sax przypomniał sobie, że Arkady przepowiadał kiedyś podobny rozwój wypadków, ale on uważał wtedy ową możliwość za irracjonalną. Teraz musiał przyznać, że dokładnie tak się stało. Sieci komputerowe nie panowały już nad całością, ponieważ wszyscy ze sobą rywalizowali, a na ulicach znajdowali się funkcjonariusze policji, szukając takich ludzi jak Sax.

Ale on był teraz Stephenem Lindholmem. Miał mieszkanie Lindholma na Płasko wzgórzu Hunta, jego rozkład zajęć, charakteryzowały go przyzwyczajenia tamtego i jego przeszłość. A różnice były spore. Małe mieszkanie Lindholma było zupełnie niepodobne do tego, w którym zwykle zamieszkiwał sam Sax: ubrania znajdowały się w szafie, w lodówce ani na łóżku nie było próbek eksperymentów, a na ścianach wisiały reprodukcje Eschera i Hundredwassera, a także kilka nie podpisanych szkiców Spencera — niedyskrecja, którą Sax uważał za absolutnie niemożliwą do odkrycia. Był bezpieczny jako zupełnie nowa osoba. I, w gruncie rzeczy, nawet gdyby go złapano, wątpił, czy skutki tego byłyby naprawdę straszliwe. Może nawet przywrócono by mu coś w rodzaju dawnego stanowiska. Zawsze pozostawał apolityczny, zainteresowany jedynie terraformowaniem, a podczas szaleństw roku 2061 zniknął, ponieważ uważał, iż gdyby tak nie postąpił, skutki mogłyby być fatalne. Sądził, że aktualnie wiele konsorcjów ponadnarodowych ma podobne poglądy na tę sprawę i z pewnością próbowałyby go zatrudnić.

Jednakże wszystkie te rozmyślania były hipotetyczne. W rzeczywistości z łatwością wpasował się w życie Stephena Lindholma.

Kiedy już oswoił się ze swoją nową tożsamością, odkrył, że bardzo mu się podoba wykonywana praca. Dawniej, jako szef całego projektu terraformingowego, musiał trawić czas na rozwiązywanie masy problemów administracyjnych albo rozdrabniał się na cały zakres tematów, próbując zajmować się każdym w stopniu wystarczającym, aby podejmować trafne decyzje taktyczne. Rzecz jasna, takie podejście doprowadziło do tego, że we wszystkim orientował się powierzchownie: po pewnym okresie, w wyniku braku czasu, w żadnej dziedzinie nie posiadał już prawdziwej, głębokiej wiedzy. Teraz natomiast całą swą uwagę mógł skupić na tworzeniu nowych roślin, które miały zostać wprowadzone do prostego ekosystemu, rozmnażanego obecnie w regionach lodowcowych. Przez kilka tygodni Sax pracował nad nowymi porostami przystosowywanymi do rozwoju na granicach nowych bioregionów, opartymi na chasmoendolitach z Dolin Wrighta na Antarktydzie. Porosty bazowe żyły w rozpadlinach skał antarktycznych i on chciał je tutaj umieścić w podobnym środowisku, jednakże próbował zastąpić glonową część porostu innymi, szybciej rozwijającymi się gatunkami glonów po to, by powstała w ten sposób nowa roślina symbiotyczna rosła w szybszym tempie niż wzorcowy organizm, który rozrastał się bardzo powoli. Jednocześnie Sax próbował wprowadzić do grzybowej części porostu pewne geny saturacyjne z takich roślin tolerujących sól, jak tamaryszki czy inne słonorosty, bowiem były one zdolne przeżyć na obszarach o poziomie zasolenia trzy razy większym niż woda morska. Sądził, że cechy, które mają związek z przenikalnością ścianek komórkowych, powinny być w jakiś sposób możliwe do przekazania innym organizmom. Gdyby udało mu się wszystko, co zamierzył, otrzymałby nowe, bardzo odporne i szybko rosnące solne porosty. Do pracy dopingowały go także postępy, jakich dokonano w tej sferze od czasu ich pierwszych, jeszcze zupełnie surowych (w Underhill) prób stworzenia organizmu, który przeżyłby na marsjańskiej powierzchni. Oczywiście, wtedy powierzchnia znacznie mniej sprzyjała życiu roślinnemu, ale także, co Sax musiał przyznać, ludzka wiedza w dziedzinie genetyki i zakres możliwych metod niezwykle się rozwinęły od tamtego czasu.

Problemem bardzo trudnym do rozwiązania było przystosowanie roślin do niedostatku azotu na Marsie. Większość znaczących skupisk azotynów wydobyto tuż po ich odkryciu i uwolniono w postaci azotu w powietrze. Był to proces, który rozpoczął sam Sax w latach czterdziestych dwudziestego pierwszego wieku i całkowicie go pochwalał w okresie, kiedy atmosfera rozpaczliwie potrzebowała tego pierwiastka. Teraz jednak potrzebowała go gleba, a ponieważ tak duże ilości wysłano już w powietrze, organizmy roślinne rosły kiepsko. Był to problem, z którym nie musiała się zmagać nigdy żadna roślina na Ziemi, przynajmniej nie na taką skalę, trudno więc było natychmiast znaleźć organizmy wzorcowe, posiadające cechę łatwego przystosowania się do szczupłych zasobów azotu, aby ją wyselekcjonować i wszczepić jej genom florze marsjańskiej.

Problem azotu stale powracał w rozmowach podczas odbywanych po pracy spotkań w Cafe Lowen, na krawędzi płaskowyżu płaskowzgórza.

— Azot jest tak cenny, ze wśród członków podziemia funkcjonuje jako waluta wymienna podczas handlu — oznajmił Berkina, a Sax skinął niepewnie głową, słysząc te fałszywą informację.

Ich grupka oddawała swego rodzaju hołd ważności azotu, wdychając tlenek azotawy z małych zbiorniczków, które przekazywano sobie od osoby do osoby wokół stołu. Niektórzy uważali — niewiele było prawdy w tym twierdzeniu, ale bardzo poprawiało wszystkim humory — że wdychając ten gaz, wspomagają działania terraformingowe. Kiedy zbiornik dotarł do Saxa po raz pierwszy, przyglądał mu się przez chwilę z powątpiewaniem. Zauważył, jak łatwo można było zdobyć zbiorniki w rozmaitych miejscach publicznych — we wszystkich męskich toaletach znajdowały się aktualnie niemal całe apteki, oferujące w jednostkowych zbiorniczkach na ścianach odpowiednie dawki tlenku azotawego, megaendorfiny, pandorfiny i innych gazów o działaniu narkotycznym. Najwyraźniej obecnie na Marsie wdychanie było najmodniejszą metodą przyjmowania narkotyków. Saxa nigdy wcześniej nie interesowały żadne tego typu używki, teraz jednak przyjął zbiorniczek od Jessiki, która opierała się o jego ramię. Zatem w tej sferze zachowanie Stephena i Saxa różniło się w sposób bardzo widoczny. Wypuścił powietrze, a potem nałożył na usta i nos małą maskę, wyczuwając pod plastikiem rysy szczupłej twarzy Stephena.

Wciągnął dawkę chłodnego gazu, zatrzymał ją na krótko w płucach i wypuścił, a wówczas poczuł, jak jego ciało traci całą wagę — takie było subiektywne odczucie Saxa. Naprawdę zabawna wydała mu się myśl, jak bardzo jego nastrój jest czuły na chemiczną manipulację, mimo że kontakt z tego typu środkami mógł spowodować zachwianie nie tylko równowagi, ale nawet normalnego stanu psychiki. Nie była to przyjemna perspektywa. W tym momencie jednak liczyła się sama chwila, a nie problem. W gruncie rzeczy gaz wywołał uśmiech na twarzy Saxa. Spojrzał ponad balustradą na dachy Burroughs i po raz pierwszy zauważył, że nowe dzielnice na zachodzie i północy zmieniają się w układ błękitnych dachówek i białych ścian, dzięki czemu domy przybrały wygląd greckich budowli, podczas gdy stare części miasta wydały mu się bardziej hiszpańskie. Jessica nadal wyraźnie starała się stale dotykać jego ramion. Możliwe, że gaz osłabił jej poczucie równowagi.

— Sądzę, że nadszedł czas, aby się wydostać poza strefę gór! — oznajmiła Claire. — Mam dość porostów i mdło mi się robi na myśl o mchach i trawach. Nasze turniowe pola na równiku zmieniają się w łąki, mamy już nawet krummholz, wszędzie tam dociera sporo słonecznego światła przez okrągły rok, a ciśnienie atmosferyczne u podnóża skarpy jest tak samo wysokie jak w Himalajach.

— Jak na szczytach Himalajów — poprawił ją Sax, ale natychmiast zamilkł, bowiem przyszło mu do głowy, że wysuwanie tego typu zastrzeżeń bardziej pasuje do Russella. Wcielił się więc ponownie w rolę Lindholma i dodał: — Ale wysoko w Himalajach też rosną lasy.

— Dokładnie. Słuchaj, Stephenie, udało ci się dokonać cudów na tych porostach, odkąd przyłączyłeś się do nas, dlaczego więc wraz z Berkiną, Jessiką i C. J. nie mielibyście zacząć pracować nad roślinami dla terenów położonych niżej. Może uda wam się stworzyć jakieś małe lasy.

W ramach toastu jedno po drugim uczcili ten pomysł kolejną dawką tlenku azotawego, a myśl o słonych, zamrożonych brzegach na terenach zalanych po wybuchach formacji wodonośnych, które zmieniają się w łąki i lasy, nagle wydała im się niezwykle zabawna.

— Potrzebujemy kretów — oświadczył Sax, próbując przybrać poważny wyraz twarzy. — Krety i nornice to organizmy decydujące, gdy chodzi o zmianę turniowych pól w łąki. Zastanawiam się właśnie, czy potrafię stworzyć gatunek arktycznych kretów tolerujących dwutlenek węgla.

Jego towarzysze uznali to stwierdzenie za zabawne, ale Sax był przez chwilę tak zatracony w myślach, że nawet tego nie zauważył.

— Hmm… Claire, jak sądzisz, moglibyśmy pojechać rzucić okiem na jeden z tych lodowców? Wykonać kilka analiz w terenie?

Claire przestała się śmiać i skinęła głową.

— Jasne. Właściwie… coś mi się przypomniało. Na Lodowcu Arena mamy stałą stację eksperymentalną z dobrym laboratorium. Skontaktowała się też z nami grupa biotechnologiczna z Armscoru, jednego z dużych i wpływowych konsorcjów związanych z Zarządem Tymczasowym. Chcą z nami pojechać, aby obejrzeć stację i lodowiec. Zdaje się, że zamierzają zbudować podobną stację w Marineris. Możemy wyjechać razem z tą grupą, pokazać im co nieco, a jednocześnie wykonać trochę roboty w terenie i w ten sposób upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.

Plany tej wycieczki natychmiast skłoniły grupkę przyjaciół do przejścia z Lowen najpierw do laboratorium, a potem do głównego biura. Zgodę otrzymali szybko, jak zwykle w Biotique. Przez następne dwa tygodnie Sax pracował ciężko nad przygotowaniami do prac terenowych, a przy końcu tego intensywnie spędzonego okresu pewnego ranka spakował torbę, wsiadł w kolej podziemną i pojechał do Zachodniej Bramy. Tam, w garażu Szwajcarów dostrzegł parę osób z biura, a w ich otoczeniu kilku obcych. Ciągle jeszcze przedstawiali się sobie. Sax zbliżył się do zebranych. Zobaczyła go Claire i wciągnęła w tłum; wyglądała na bardzo podnieconą.

— Chodź, Stephen, chcę cię przedstawić naszym gościom, którzy jadą z nami na wycieczkę. — W tym momencie obróciła się do nich jakaś kobieta ubrana w wielobarwny strój, a wówczas Claire powiedziała: — Stephen, chciałabym, żebyś poznał Phyllis Boyle. Phyllis, to jest Stephen Lindholm.

— Witam. Jak się pan miewa? — spytała Phyllis, wyciągając rękę.

Sax bez entuzjazmu uścisnął jej dłoń.

— Świetnie, dziękuję — odparł.

Wład przyciął mu struny głosowe, aby zmienić ton jego głosu, gdyby go kiedykolwiek poddawano testom głosowym, ale wszyscy w Gamecie zgodnie przyznawali, że brzmiał niemal dokładnie tak samo. Toteż teraz Phyllis z zainteresowaniem i osobliwą czujnością zadarła głowę i spojrzała na swego rozmówcę.

— Cieszę się na tę wycieczkę — dodał Sax i spojrzał na Claire. — Mam nadzieję, że was nie opóźniam.

— Ależ nie, ciągle jeszcze czekamy na kierowców.

— Ach, tak — wycofał się Sax. — Miło mi panią poznać — powiedział uprzejmie do Phyllis. Skinęła głową i po raz ostatni obrzuciwszy ciekawym spojrzeniem Saxa, odwróciła się znowu do osób, z którymi rozmawiała wcześniej. On próbował skoncentrować się na tym, co Claire mówiła o kierowcach. Najwyraźniej umiejętność prowadzenia rovera na otwartym terenie należała obecnie do zawodów rzadkich i poszukiwanych.

To była naprawdę chłodna reakcja, zganił siebie Sax. A chłód był oczywiście charakterystyczną cechą Russella. Prawdopodobnie na widok Phyllis powinienem wybuchnąć entuzjazmem, pomyślał, powiedzieć, że znam ją ze starych taśm wideo i że podziwiam ją od lat i tak dalej. Chociaż… nie miał najmniejszego pojęcia, jak można podziwiać Phyllis. No cóż, wyszła z tej wojny dość skompromitowana; znalazła się wprawdzie po stronie zwycięzców, ale… Dokonała takiego wyboru jako jedyna przedstawicielka pierwszej setki. Zdrajczyni, czy nie tak się to nazywa? Tak, coś w tym rodzaju. Chociaż właściwie nie była jedyną z pierwszej setki, która tak postąpiła: Wasilij przez cały czas nie ruszył się z Burroughs, a George i Edvard przebywali na Clarke’u wraz z Phyllis, kiedy asteroida oderwała się od kabla i wypadła z płaszczyzny ekliptyki. Prawdę powiedziawszy, zastanowił się, trzeba mieć dużo szczęścia, aby z czegoś takiego wyjść cało. Saxowi nawet nie przyszłoby kiedyś do głowy, że istnieje możliwość przeżycia takiej katastrofy — ale przecież Phyllis stała teraz przed nim w całej okazałości, szczebiocząc z armią swoich wielbicieli. Szczęśliwym trafem już kilka lat temu usłyszał, że przeżyła, w przeciwnym razie obecne spotkanie z nią byłoby dla niego prawdziwym szokiem.

Ciągle wyglądała na jakieś sześćdziesiąt lat, chociaż urodziła się w tym samym roku co on, a więc miała ich teraz sto piętnaście. Srebrnowłosa, błękitnooka, w biżuterii ze złota i krwawnika, w bluzce uszytej z materiału, który promieniował wszystkimi kolorami tęczy — właśnie w tej chwili jej plecy drgały żywym błękitem, a kiedy obracała się, by przez ramię rzucić okiem na Saxa, stawały się szmaragdowozielone. On udawał, że nie zauważa jej spojrzeń.

Wtedy zjawili się kierowcy, po czym wszyscy wsiedli do roverow i odjechali. Phyllis na szczęście znalazła się w którymś z pozostałych pojazdów. Ich rovery były dużymi pojazdami o napędzie hydrazynowym, które bez trudu pędziły betonową drogą na północ, wobec czego nie mógł zrozumieć potrzeby zatrudniania wyspecjalizowanych kierowców, chyba że chodziło o szybkość tych nowych maszyn. Poruszały się bowiem z prędkością około stu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę i Saxowi, który jeździł z prędkością najwyżej cztery razy mniejszą, jazda wydawała się szybka i gładka. Jednak inni pasażerowie skarżyli się, że pojazd stale podskakuje i porusza się zbyt wolno — podobno pociągi ekspresowe mknęły teraz po magnetycznych torach w tempie sześciuset kilometrów na godzinę.

Lodowiec Arena znajdował się mniej więcej osiemset kilometrów na północny zachód od Burroughs, spływając z wyżyn Syrtis Major w kierunku północnym ku Utopia Planitia. Biegł w jednej z Arena Fossae przez odległość jakichś trzystu pięćdziesięciu kilometrów. Claire, Berkina i inni w pojeździe opowiadali Saxowi historię lodowca, a on robił, co mógł, aby wydawać się szczerze zaciekawionym. Prawdziwie interesujący był fakt, iż jego towarzysze byli najwyraźniej świadomi, że to Nadia wyznaczyła trasę ciekowi wodnemu, który wypłynął z wysadzonej w powietrze formacji Arena. Podobno pewne osoby, które znajdowały się z Nadią wtedy, gdy kierowała wypływ do Południowej Fossy, opowiedziały o tym zdarzeniu po wojnie. W każdym razie historię tę przekazywano sobie z ust do ust, aż stała się znana wszystkim.

Sax musiał przyznać, że jego aktualni koledzy sądzą, iż wiedzą o Nadii bardzo wiele.

— Była przeciwna wojnie — powiedziała z przekonaniem Claire — i robiła wszystko, co mogła, aby ją powstrzymać, a potem, gdy doszło do zamieszek, podróżowała po Marsie, wszędzie naprawiając szkody. Ludzie, którzy widzieli ją na Elysium, mówili, że nigdy nie sypiała, że stale brała środki pobudzające, aby ciągle pracować. Mówią, że uratowała dziesięć tysięcy ludzkich istnień w jeden tydzień, kiedy przebywała w okolicach Południowej Fossy.

— Co się z nią stało? — spytał Sax.

— Nikt tego nie wie. Zniknęła właśnie tam.

— Skierowała się do Low Point — dopowiedział Berkina. Jeśli dostała się tam w tym samym czasie cc powódź, prawdopodobnie utonęła.

— No tak. — Sax z powagą skinął głową. — To były paskudne czasy.

— I to bardzo — dorzuciła gwałtownie Claire. — Istny kataklizm. Ówczesne wydarzenia zahamowały terraformowanie na całe dziesięciolecia, jestem tego pewna.

— A jednak wybuchy formacji wodonośnych były w pewnym sensie użyteczne — mruknął Sax.

— Tak, jednak można je było rzeczywiście zrobić, tyle że pod lepszą kontrolą.

— To prawda. — Sax wzruszył ramionami i pozwolił, by rozmowa toczyła się dalej bez jego udziału. Po spotkaniu z Phyllis nie miał ochoty jeszcze dodatkowo wdawać się w dyskusje na temat roku 2061.

Ciągle nie mógł do końca uwierzyć, że go nie rozpoznała. W przedziale pasażerskim, którym jechali, znajdowały się nad każdym oknem lśniące magnezowe tabliczki i w jednej z nich wśród twarzy jego nowych towarzyszy odbijała się mała głowa Stephena Lindholma. Łysy starzec z lekko haczykowatym nosem, który sprawiał, że znajdujące się ponad nim oczy mężczyzny wydawały się raczej zdecydowanie jastrzębie niż po prostu ptasie. Wydatne usta, mocna szczęka, podbródek — nie, z pewnością nie przypominał siebie sprzed zabiegu. Nie było powodu, by Phyllis miała go rozpoznać.

Ale przecież wygląd to nie wszystko.

Próbował nie myśleć o tym, kiedy pojazd posuwał się z szumem ku północy. Starał się skoncentrować na krajobrazie. Na kopule przedziału pasażerskiego znajdował się świetlik, a we wszystkich czterech ścianach — okna, toteż Sax miał dobry widok. Jechali w górę zbocza zachodniego Isidis, odcinka Wielkiej Skarpy, który wyglądał jak wielki wystrugany taras. Szczerbate, ciemne wzgórza Syrtis Major wznosiły się na północno-zachodnim horyzoncie, ostre jak krawędź piły. Powietrze wydawało się bardziej klarowne niż w dawnych czasach, mimo że obecnie było piętnaście razy gęstsze. Znajdowało się w nim jednakże o wiele mniej pyłu, ponieważ podczas śnieżnych burz drobiny miału opadały na powierzchnię, gdzie pozostawały, tworząc coraz grubszą skorupę. Rzecz jasna, skorupa ta często się rozpadała pod wpływem silnych wiatrów i uwięziony dotąd pył z powrotem ulatywał w powietrze, ale później powracały oczyszczające niebo burze i zmuszały drobiny miału, by ponownie opadły na ziemię.

Z tego też powodu niebo zaczęło zmieniać kolor. Nad głowami jadących miało barwę głębokiego fioletu, a ponad zachodnimi wzgórzami było białawe, przechodząc stopniowo w lawendę, a potem w jakiś pośredni kolor między lawendowym i fioletowym, którego Sax nie umiał nazwać. Oko potrafiło zauważyć różnice w częstotliwości światła rzędu zaledwie kilku długości fal, więc niektóre nazwy dla kolorów między czerwienią i błękitem były całkowicie nieodpowiednie, by opisać te zjawiska. Ale nazwane czy nie, były kolorami nieboskłonu bardzo niepodobnymi do brązów i różów z wczesnych lat pobytu Saxa na Marsie. Naturalnie, burze pyłowe co jakiś czas przywracały niebu pierwotny odcień ochry, ale kiedy atmosfera oczyszczała się, kolor nieba stawał się funkcją gęstości i składu chemicznego. Zaciekawiony, pragnąc się dowiedzieć, czego mogli oczekiwać w przyszłości, wyjął z kieszeni minikomputer, aby dokonać pewnych obliczeń.

Patrząc na małe pudełko, nagle uświadomił sobie, że jest to własność Saxa Russella… Gdyby zostało sprawdzone, ujawniłoby jego prawdziwą tożsamość. Poczuł się tak, jak gdyby nosił w torbie swój prawdziwy paszport.

Odrzucił tę myśl, skoro w obecnej chwili i tak nic nie mógł na to poradzić i skoncentrował się na barwie nieba. W czystym powietrzu kolor nieba powodowało selektywne światło, rozproszone w cząsteczkach powietrza. Z tego powodu gęstość atmosfery stanowiła kwestię niezwykle ważną. Ciśnienie powietrza, kiedy na Marsa przybyli przedstawiciele pierwszej setki, wynosiło mniej więcej dziesięć milibarów, a teraz sięgało przeciętnie około stu sześćdziesięciu. Ponieważ jednak ciśnienie powietrza tworzono poprzez zwiększenie jego ciężaru, uzyskanie stu sześćdziesięciu milibarów na Marsie wymagało mniej więcej trzy razy tyle powietrza nad jakimś wybranym miejscem niż potrzeba byłoby dla stworzenia takiego samego ciśnienia na Ziemi. Wobec czego, sto sześćdziesiąt milibarów tutaj powinno rozpraszać światło mniej więcej tak samo mocno jak czterysta osiemdziesiąt milibarów na Ziemi i w efekcie niebo nad głową Saxa powinno mieć w chwili obecnej podobny, ciemnoniebieski kolor, jak widziany na zdjęciach wykonanych w górach Ziemi na wysokości około czterech tysięcy metrów.

W rzeczywistości jednak kolor, który wypełniał teraz okna boczne i świetlik rovera, był bardziej czerwonawy niż niebieski i nawet w zupełnie bezchmurne poranki, po bardzo intensywnych burzach Sax nie zauważył, żeby barwa marsjańskiego nieboskłonu choć w niewielkim stopniu przypominała błękit ziemskiego nieba. Rozmyślał coraz częściej nad przyczyną tego stanu rzeczy.

Wskutek słabej grawitacji marsjańskiej także słup powietrza wznosił się znacznie wyżej niż ziemski. Możliwe, że najmniejsze drobinki miału trwały skutecznie w zawieszeniu i rozpraszały się dopiero ponad poziomem większości chmur, dokąd uciekały, gdy znajdujące się niżej powietrze oczyszczały z pyłu burze. Sax przypomniał sobie warstwy mgły sfotografowane na wysokości pięćdziesięciu kilometrów, czyli dużo powyżej poziomu chmur. Kolejna przyczyna barwy marsjańskiego nieba mogła leżeć w składzie atmosfery, bowiem cząsteczki dwutlenku węgla należą do bardziej skutecznych rozpraszaczy światła niż tlen czy azot, a w powietrzu Marsa, mimo najintensywniejszych wysiłków Saxa, ciągle znajdowało się więcej dwutlenku węgla niż nad Ziemią. Skutki tej różnicy można było nawet obliczyć. Sax wystukał najpierw równanie dla prawa molekularnego rozpraszania Rayleigha, które mówiło, że natężenie światła rozproszonego na jednostkę objętości powietrza jest odwrotnie proporcjonalne do długości fali promieniowania świetlnego do czwartej potęgi. Potem gryzmolił po ekranie komputera, zmieniając niektóre dane, sprawdzając różne informacje w zawartych w komputerze podręcznikach, wpisując wielkości z głowy lub posługując się domysłami.

Ostatecznie doszedł do wniosku, że gdyby zagęścić atmosferę do jednego bara, niebo stałoby się prawdopodobnie mlecznobiałe. Umocnił się także w przekonaniu, że, teoretycznie, obecne niebo marsjańskie powinno być o wiele bardziej błękitne niż było w istocie, że jego rozproszone błękitne światło powinno być około szesnaście razy intensywniejsze niż czerwień. Pomyślał, że najwyraźniej to drobiny znajdującego się bardzo wysoko w atmosferze miału czerwienią niebo. Jeśli rzeczywiście tak było, barwa i mętność marsjańskiego nieba jeszcze przez wiele lat będą się często zmieniać, zależnie od pogody i innych czynników, które mają wpływ na przezroczystość powietrza…

Tymczasem Sax pracował dalej, próbując włączyć do obliczeń natężenie promieniowania światła nieba, równanie rozchodzenia się promieniowania Chandrasekhara, skale chromatyczności, skład chemiczny aerozoli, a także wielomiany Legendre’a, aby obliczyć kątowe natężenia rozproszenia, funkcje Riccatiego-Bessela, aby wyznaczyć przekrój poprzeczny rozproszenia i tym podobne… Rozważania te zajęły mu większą część jazdy do Lodowca Arena. Koncentrował się z uporem na ekranie komputera, lekceważąc otaczający go świat i sytuację, w której się znalazł.

Wczesnym popołudniem tego dnia dojechali do małego miasta o nazwie Bradbury, które pod namiotem klasy Nikozji wyglądało jak osada przeniesiona prosto z Illinois: obsadzone drzewami bitumiczne ulice, osłonięte werandy z widokiem na dwupiętrowe ceglane domy z gontowymi dachami, główna ulica ze sklepami i licznikami parkingowymi, w centrum park z białym tarasem spacerowym pod gigantycznymi klonami…

Skierowali się na zachód i małą, wąską drogą przejechali przez szczyt Syrtis Major. Drogę wykonano z czarnego piasku; oczyszczono go z kamieni, a potem spryskano utrwalaczem. Cały ten region wydawał się bardzo mroczny, a Syrtis Major była pierwszą marsjańską cechą powierzchniową, którą dostrzegł z Ziemi przez teleskop Christiaan Huygens dwudziestego ósmego listopada 1659 roku i ta właśnie ciemna skała umożliwiła mu dostrzeżenie większej całości. Powierzchnia Wielkiej Syrty była niemal czarna, czasami ocierając się o odcień bakłażanowej purpury. Czarne były również wzgórza, rowy tektoniczne i skarpy, które przecinała kręta droga, czarne były postrzępione płaskowzgórza, podobnie jak thulleye, czyli małe skalne żebra, jeden grzbiet za drugim, pasmo za pasmem. Z drugiej strony, rdzawe często ejektamenta w postaci gigantycznych głazów eratycznych przypominały podróżnikom dobitnie stały kolor tej planety, od którego uciekli w czerń jedynie na moment.

Później przejechali nad czarnym żebrem skały macierzystej i pojawił się przed nimi lodowiec, przecinający świat od lewej strony do prawej jak błyskawica zatrzymana na tle krajobrazu. Żebro skalne po drugiej stronie lodowca było równoległe do tego, którym jechali obecnie, a oba żebra razem wyglądały jak stare moreny boczne, chociaż w rzeczywistości były jedynie leżącymi równolegle do siebie dwoma grzbietami, wyżłobionymi przez powódź po wybuchu formacji wodonośnej.

Lodowiec miał około dwóch kilometrów szerokości. Jego grubość wydawała się nie większa niż pięć czy sześć metrów, ale ponieważ spływał w dół kanionu, mógł być w rzeczywistości o wiele głębszy.

Pewne partie jego powierzchni przypominały zwykły regolit — tak samo kamienne i zapylone — pokryty swego rodzaju żwirowym płaszczem, pod którym nie było widać najmniejszego śladu lodu. Inne miejsca wyglądały jak przeniesione bez najmniejszej zmiany fragmenty terenu chaotycznego, z wyjątkiem tych, które ewidentnie składały się z lodu; z płaszczyzny sterczały grupy białych seraków, wyglądających jak głazy narzutowe. Niektóre z seraków były popękanymi taflami, zgrupowanymi w kształty podobne grzbietom stegozaurów, przezroczyście żółte z zachodzącym za nimi słońcem.

Wszystko wydawało się zastygłe. W którąkolwiek by stronę spojrzeć, aż po horyzont nie dostrzegło się śladu najmniejszego ruchu. Fakt ten był całkowicie zrozumiały: Lodowiec Arena tkwił przecież na swoim miejscu już od czterdziestu lat. Sax usiłował sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni coś takiego oglądał, mimo woli spojrzał więc na południe, jak gdyby w każdej chwili mogła stamtąd spłynąć nowa powódź.

Biotique ulokowało swoją stację kilka kilometrów wyżej, na stożku i przedpolu małego krateru, tak że roztaczał się z niej wspaniały widok na lodowiec. W ostatnim momencie zachodu słońca, kiedy kilka osób uruchomiło stację, Sax ruszył z Claire i gośćmi z Armscoru (łącznie z Phyllis) w górę, do dużej sali obserwacyjnej umieszczonej na najwyższym piętrze stacji, aby stamtąd spojrzeć na wywołującą niesamowite wrażenie popękaną masę lodu.

Nawet podczas stosunkowo klarownego popołudnia — takiego jak to — poziome promienie słońca nadawały powietrzu barwę połyskującej, ciemnej czerwieni, a powierzchnia lodowca iskrzyła się w tysiącach miejsc, bowiem kawałki świeżo popękanego lodu odbijały światło niczym setki zwierciadeł. Większość tych szkarłatnych błysków znajdowała się w nierównej linii między obserwatorami i słońcem, ale istniało kilka w różnych miejscach na lodzie, gdzie odbijające powierzchnie układały się pod dziwacznymi kątami. W pewnym momencie Phyllis zauważyła, że teraz, kiedy umieszczono już na odpowiedniej pozycji solettę, słońce wydawało się o wiele większe.

— Czy to nie cudowne? Można niemal widzieć zwierciadła, prawda?

— Wygląda jak krew.

— A ja uważam, że wygląda zdecydowanie jurajsko.

Zdaniem Saxa soletta przypominała gwiazdę typu „G” leżącą około jednej jednostki astronomicznej od nich. Było to, rzecz jasna, porównanie znaczące, ponieważ w rzeczywistości znajdowali się o półtora jednostki astronomicznej od niej. A co się tyczy innych porównań, na przykład: z rubinami czy oczyma dinozaura, uważał je hmm…

Nagle słońce prześlizgnęło się za horyzont i wszystkie kropeczki czerwonego światła zniknęły w jednej chwili. Na niebie rozwinął się wielki wachlarz wieczornych promieni: różowawe wiązki cięły ciemnopurpurowe niebo. Phyllis krzyknęła coś na temat kolorów, które były rzeczywiście bardzo wyraźne i czyste, a następnie powiedziała:

— Zastanawiam się, skąd się biorą te wspaniałe promienie.

Sax już otworzył usta, aby jej opowiedzieć o cieniach wzgórz lub chmur na horyzoncie, ale na szczęście przyszło mu do głowy, że, po pierwsze jest to pytanie (najprawdopodobniej) retoryczne, a po drugie, udzielenie technicznej odpowiedzi byłoby za bardzo russellowskie. Milczał więc zastanawiając się, co powiedziałby w takiej chwili Stephen Lindholm. Tego rodzaju samokontrola była dla niego czymś zupełnie nowym i dość nieprzyjemnym, ale wiedział, że musi się odzywać przynajmniej raz na jakiś czas, ponieważ małomówność należała również do cech Saxa Russella i zupełnie nie pasowała do Lindholma, którego grał do tej pory. Toteż spróbował wybrnąć z tej sytuacji, jak potrafił najlepiej.

— Pomyślcie tylko, jeszcze krok i te fotony uderzyłyby w planetę — oświadczył — a teraz, zamiast tego, ruszą w drogę, by przebyć cały kosmos…

Zgromadzeni zamrugali oczyma, słysząc tę niezwykłą uwagę. Niemniej jednak tego typu stwierdzenia umacniały jego pozycję w zespole, zgodnie z wyznaczonym celem.

Po chwili całą grupą zeszli do jadalni na makaron z sosem pomidorowym i chleb prosto z pieca. Sax usiadł przy głównym stole, gdzie jadł i mówił tak dużo jak inni, usiłując nadążyć za pozostałymi i ze wszystkich sił starając się dostosować do niepojętych zasad towarzyskiej konwersacji przy posiłku. Nigdy dobrze ich nie rozumiał, a już na pewno nigdy się nad nimi nie zastanawiał. Wiedział, że zawsze uchodził za ekscentryka; dotarła już do niego anegdotka o stu przekształconych w sposób genetyczny laboratoryjnych szczurach, które ponoć opanowały jego mózg. Poczuł się zresztą wówczas bardzo dziwnie, gdy, stojąc w ciemnościach za drzwiami laboratorium, usłyszał tę opowieść, którą — z dużą wesołością — najwyraźniej od dawien dawna jedno pokolenie młodych naukowców przekazywało drugiemu; doświadczył wtedy rzadkiego dyskomfortu, musiał bowiem spojrzeć na siebie, jak gdyby był kimś innym, kimś naprawdę szczególnym.

Ale teraz był Lindholmem: miłym, sympatycznym facetem. Wiedział, jak dawać sobie ze wszystkim radę. Był kimś, kto potrafił wypić całą butelkę zinfandela z Utopii, kimś, kto umiał być wesołym kompanem podczas kolacji. Intuicyjnie wyczuwał ukryte elementy składające się na poczucie koleżeństwa i wydawało mu się, że nawet nie myśląc o całej sprawie, z łatwością jest w stanie odpowiednio się zachowywać.

Przesuwał więc palcem wskazującym w górę i w dół po swym nowym garbatym nosie i pił wino, które rzeczywiście tłumiło jego przywspółczulny system układu nerwowego, aż zaczynał się zachowywać w sposób coraz bardziej swobodny. Wyobrażał sobie, że z dużym powodzeniem udaje mu się gawędzić z innymi, choć kilka razy czuł się bardzo speszony, gdy siedząca po przeciwległej stronie stołu Phyllis prowokująco zaczynała rozmowę — tak mu się przynajmniej wydawało. Denerwowało go jej badawcze spojrzenie, a także fakt, że on to spojrzenie odwzajemniał! Istniały pewne sposoby zachowania, które można by zastosować w takim momencie, ale Sax nigdy ich nie pojmował nawet w najmniejszym stopniu. Teraz przypomniał sobie chwilę, w której Jessica oparła się o niego w Cafe Lowen, po czym wypił jeszcze pół szklaneczki, uśmiechnął się, pokiwał głową i niepewnie zastanowił się nad pociągiem seksualnym i jego uwarunkowaniami.

Ktoś zadał Phyllis nieuchronne pytanie na temat jej ucieczki z Clarke’a i kiedy zaczęła mówić, co rusz spoglądała na Saxa, jak gdyby zapewniając go, że opowiada tę historię głównie dla niego. On uprzejmie słuchał, walcząc z przemożną chęcią odwrócenia wzroku i starając się opanować konsternację.

— Nie otrzymaliśmy żadnego ostrzeżenia — odpowiadała Phyllis pytającemu. — W jednej minucie orbitowaliśmy wokół Marsa na szczycie windy i zmęczeni wydarzeniami rozgrywającymi się na powierzchni próbowaliśmy wymyślić jakiś sposób, by powstrzymać zamieszki, a już w następnym momencie coś szarpnęło nami, jak podczas trzęsienia ziemi i już lecieliśmy w kierunku granic Układu Słonecznego. — Uśmiechnęła się, potem przerwała, by się roześmiać pełnym głosem, a wtedy Sax uświadomił sobie, że prawdopodobnie opowiadała już przedtem tę historię wielokrotnie i w identycznym stylu.

— Musiałaś być przerażona! — odezwał się ktoś.

— Cóż — odparła Phyllis — to dziwne, ale podczas prawdziwego zagrożenia nie ma naprawdę czasu na strach. Jak tylko zrozumieliśmy, co się stało, wiedzieliśmy, że każda sekunda pozostawania na Clarke’u pomniejsza nasze szansę na przeżycie o setki kilometrów. Zebraliśmy się więc w centrum dowodzenia, policzyliśmy ludzi, omówiliśmy wszystkie możliwości i zaczęliśmy robić spis zapasów i wszystkich rzeczy, które mieliśmy do dyspozycji. Działaliśmy gorączkowo, ale z pewnością nie popadliśmy w panikę, jeśli rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć. Tak czy owak, okazało się, że posiadamy w hangarach mniej więcej przeciętną liczbę frachtowców typu Ziemia-Mars, a obliczenia na AI wskazały, że potrzebujemy siły ciągu prawie ich wszystkich, aby spaść z powrotem w płaszczyznę ekliptyki na czas, by zdążyć przeciąć system Jowisza. Poruszaliśmy się na zewnątrz, w górę i ogólnie w kierunku Jowisza. Na szczęście! W każdym razie tak było, kiedy wyruszaliśmy w tę szaleńczą podróż… Musieliśmy przemieścić wszystkie statki towarowe przed hangary i lecieć obok Clarke’a, a potem połączyć je razem, zaopatrzyć we wszystko, co mogły przyjąć z powietrza Clarke’a, a także w paliwo i tak dalej. Nasze posunięcia sprawiły, że znaleźliśmy się w tej prowizorycznej łodzi ratunkowej zaledwie trzydzieści godzin po oderwaniu, co — gdy teraz się nad tym zastanawiam — wydaje mi się prawie nie do uwierzenia. Te trzydzieści godzin…

Potrząsnęła głową i Sax pomyślał, iż w tę opowieść zaczynają się wkradać prawdziwe wspomnienia owych wydarzeń, co najwyraźniej ją poruszyło. Trzydzieści godzin, pomyślał, to rzeczywiście nadzwyczajnie szybka ewakuacja i bez wątpienia czas ten musiał minąć całej grupie w błyskawicznej akcji jak ze snu; stan umysłów wszystkich osób zapewne tak bardzo różnił się od normalności, że mogło im się zdawać, iż przeżywane wydarzenia odbywają się gdzieś daleko poza nimi, poza zasięgiem ich postrzegania i rozumienia.

— Potem staraliśmy się wszyscy upchać do kwater załogi… a było nas dwieście osiemdziesięcioro sześcioro… Następnie niektórzy z nas musieli nałożyć skafandry typu EVA i wyjść w przestrzeń, aby poodcinać zbędne części frachtowców. A potem pozostawała już tylko nadzieja, że statki mają wystarczająco dużo paliwa, aby ponieść nas na kursie do Jowisza. Minęło ponad dwa miesiące, zanim mogliśmy być zupełnie pewni, że uda się nam przechwycić system Jowisza, a praktycznie zrobiliśmy to dopiero w dziesiątym tygodniu. Samego Jowisza użyliśmy jako grawitacyjnej dźwigni i obróciliśmy się gwałtownie ku Ziemi, która w tym czasie leżała bliżej nas niż Mars. Rozhuśtaliśmy się tak mocno wokół Jowisza, że musieliśmy wykorzystać ziemską atmosferę i grawitację ziemskiego Księżyca, aby zwolnić, ponieważ prawie nie mieliśmy już paliwa, kiedy poruszaliśmy się najszybciej ze wszystkich ludzi w historii, dwukrotnie szybciej niż ktokolwiek przed nami… Zdaje się, że lecieliśmy osiemdziesiąt tysięcy kilometrów na godzinę, kiedy uderzaliśmy po raz pierwszy w stratosferę. Była to naprawdę użyteczna prędkość, ponieważ funkcjonowaliśmy już zupełnie bez jedzenia i powietrza. Pod koniec byliśmy potwornie głodni… Ale udało się. Zrobiliśmy to. A poza tym zobaczyliśmy Jowisza z tej mniej więcej odległości — dodała i pokazała na palcach tę odległość, trzymając kciuk i palec wskazujący zaledwie o parę centymetrów od siebie.

Ludzie roześmiali się, a błysk triumfu w oku Phyllis nie miał wiele wspólnego z Jowiszem, ale jednocześnie widać było, że kąciki jej ust ściąga jakiś grymas; najwyraźniej przy końcu tej podróży musiało się zdarzyć coś, co zakłóciło radość zwycięstwa.

— A ty byłaś przywódczynią grupy, zgadza się? — spytał ktoś.

Phyllis podniosła rękę, jak gdyby pragnęła dać zebranym do zrozumienia, że nie może temu zaprzeczyć, nawet jeśliby chciała.

— To był oczywiście zbiorowy wysiłek — odpowiedziała. — Ale czasami ktoś musi przecież zdecydować, zwłaszcza kiedy nadchodzi impas albo po prostu trzeba się spieszyć. No i… w końcu byłam szefem Clarke’a przed katastrofą.

Znowu mignął uśmiech na jej twarzy. Phyllis była naprawdę przekonana, że słuchaczom podobała się jej relacja. Sax uśmiechnął się uprzejmie wraz z pozostałymi i pokiwał głową, kiedy Phyllis spojrzała w jego kierunku. Jest atrakcyjną kobietą, pomyślał, ale nie za bardzo bystrą. A może chodziło po prostu o to, że nigdy za nią nie przepadał. Przecież z pewnością musiała się kiedyś odznaczać niezwykłą inteligencją, wszak była całkiem dobrym biologiem, gdy zajmowała się swą podstawową dziedziną i na pewno osiągała niezły wynik z testów na inteligencję. Istniały jednak rozmaite rodzaje inteligencji i nie wszystkie były przedmiotem analiz. Sax zauważył ten fakt już w czasach studenckich: byli ludzie, którzy osiągali sporo punktów w tego typu testach i bardzo dobrze wykonywali swoją pracę, a jednocześnie mieli ogromne trudności w kontaktach interpersonalnych. Mogli na przykład wejść do pokoju pełnego ludzi i już po godzinie niemal wszyscy kpili sobie z nich, odnosili się pogardliwie lub wręcz uważali za głupców. Co zresztą wcale nie było zabawne. W rzeczywistości najbardziej trzpiotowate spośród, powiedzmy, cheerleaders w szkole średniej, które starały się zachowywać przyjacielsko wobec wszystkich, dzięki czemu cieszyły się powszechną sympatią, wydawały się Saxowi równie bystre — przynajmniej w takim stopniu jak niezdarny, choć świetny w swej dziedzinie matematyk — w każdym razie więcej wiedziały na temat subtelności i zmienności wzajemnych ludzkich stosunków niż niejeden fizyk. Było to coś podobnego do nowo powstałej dziedziny matematyki zwanej kaskadowym chaosem rekombinacyjnym, tylko nie tak proste. Istniały więc przynajmniej te dwa rodzaje inteligencji, a było ich prawdopodobnie o wiele więcej: przestrzenna, estetyczna, moralna czy etyczna, międzyludzka, analityczna, syntetyczna i tak dalej. A ludzie, którzy wykazywali inteligencję na wielu różnych polach spośród wymienionych, zdarzali się naprawdę niezwykle rzadko i trzymali się z dala od innych, przekonani o swej wyjątkowości.

Jednakże Phyllis rozkoszująca się obecnie uwagą słuchaczy, z których większość była od niej o wiele młodsza i przynajmniej pozornie zafascynowana jej sławą, ta Phyllis nie należała do osób nadzwyczaj bystrych. Przeciwnie, wydawała się raczej tępawa, nie mająca pojęcia o tym, co naprawdę myślą o niej ludzie. Sax, który w duchu podzielał tę opinię, obserwował teraz kobietę, przywołując na twarz najpiękniejszy uśmiech Lindholma. Demonstracyjne zachowanie Phyllis upewniło go jednak, że jest to osoba próżna i arogancka. A arogancja zawsze oznaczała dla niego głupotę. Chyba że bywała maską, skrywającą czyjąś niepewność, co nie mogło mieć miejsca w tym wypadku. Dlaczego miałaby czuć się niepewnie tak popularna i atrakcyjna osoba? Bo Phyllis z pewnością była atrakcyjna.

Po kolacji wrócili na górę do sali obserwacyjnej na najwyższe piętro i tam pod błyszczącą setkami gwiazd kopułą grupka z Biotique włączyła muzykę. Z głośników popłynęła melodia utworu z gatunku zwanego nuevo calypso, obecnie najmodniejszego rytmu w Burroughs i wielu członków ich zespołu natychmiast przyniosło instrumenty oddając się grze, podczas gdy inni przeszli na środek sali i zaczęli tańczyć. Muzyka miała tempo około stu uderzeń na minutę, co Sax szybko obliczył; rytm ten idealnie pasował do koordynacji ruchów ludzkiego ciała, tylko lekko pobudzając serce. Przypuszczał, że właśnie w tym leży sekret komponowania muzyki tanecznej.

I nagle Phyllis znalazła się u jego boku, chwyciła za rękę, wciągając w krąg tańczących. Sax ledwie zdołał się powstrzymać przed wyrwaniem ręki z jej uścisku, podobnie jak trudno mu było okazać entuzjazm. Jak sięgnął pamięcią, nigdy w życiu nie tańczył. Tyle że jego wspomnienia dotyczyły życia Saxa Russella. Stephen Lindholm na pewno tańczył i to często. Toteż Sax zaczął podskakiwać łagodnie to w górę, to w dół, do taktu, w rytm wystukiwany przez basowy zespół perkusyjny, wywijając przy tym niepewnie ramionami na boki, a równocześnie uśmiechając się do Phyllis, rozpaczliwie symulował odczuwaną przyjemność.

Późnym wieczorem, gdy młodsi pracownicy Biotique ciągle jeszcze tańczyli, Sax zjechał na dół windą, by przywieźć z kuchni kilka torebek mrożonego mleka. Kiedy ponownie wszedł do windy, znajdowała się tam Phyllis, która wracała na górę z piętra mieszkalnego.

— Hej, pozwól że ci pomogę — odezwała się i wyjęła z jego rąk cztery plastikowe torebki. Po chwili pochyliła się (była od niego kilka centymetrów wyższa) i pocałowała Saxa w same usta. On również ją pocałował, ale był to dla niego taki wstrząs, że nie potrafił się wczuć w swoją rolę. Phyllis odsunęła się, a wtedy wspomnienie jej języka w jego ustach zadziałało jak kolejny pocałunek. Sax spróbował opanować zaskoczenie, ale kiedy kobieta roześmiała się, wiedział, że mu się nie udało. — Jak rozumiem, nie jesteś wcale takim donżuanem, na jakiego wyglądasz — oznajmiła, co tylko jeszcze bardziej spłoszyło Saxa.

Szczerze mówiąc, nikt nigdy nie potraktował go w taki sposób. Usiłował wyciszyć emocje, kiedy winda zwolniła i drzwi otworzyły się z sykiem.

W trakcie deseru i przez resztę przyjęcia Phyllis nie zbliżyła się do niego ponownie, ale kiedy rozpoczęła się szczelina czasowa, Sax wszedł do windy, zamierzając wrócić do swego pokoju i kiedy drzwi już się zasuwały, prześlizgnęła się przez nie do środka Phyllis. Gdy tylko winda ruszyła w dół, znowu go pocałowała. Otoczył ją ramieniem i także pocałował, próbując wyobrazić sobie, co zrobiłby Lindholm znalazłszy się w takim położeniu i czy istnieje jakiś sposób wybrnięcia z kłopotliwej sytuacji, bez zbytniego ambarasu. Kiedy winda zwolniła, Phyllis odchyliła się z rozmarzonym spojrzeniem i powiedziała:

— Odprowadź mnie do pokoju. — Zataczając się trochę, Sax szedł, trzymając jej ramie niczym jakiś delikatny sprzęt laboratoryjny. Tak dotarli do jej pokoju, maleńkiego lokum, który nie różnił się od całej reszty tutejszych pokoików. Stojąc w progu znowu się pocałowali, mimo że Sax instynktownie poczuł, iż jest to jego ostatnia szansa ucieczki, której mógłby dokonać z wdziękiem lub bez. A jednak oddał jej pocałunek dość namiętnie, jak zauważył, a wtedy Phyllis odsunęła się od niego i wymruczała: — Skoro już jesteś, może wejdziesz.

Podążył za nią bez protestu.

Musiał przyznać, że jego penis rzeczywiście lekko się uniósł na swej ślepej drodze ku gwiazdom, a wszystkie chromosomy Saxa zaczęły głośno szaleć, okazując niemądrą nadzieję na nieśmiertelność. Minęło już bardzo wiele czasu od chwili, gdy uprawiał miłość z kimś innym niż Hiroko, a spotkania z Japonką, chociaż przyjacielskie i przyjemne, nie były specjalnie namiętne, raczej przypominały dalszy ciąg wspólnej kąpieli dwojga ludzi. Phyllis natomiast, gdy padli na jej łóżko całując się, szarpała jego i swoje rzeczy w gorączkowym podnieceniu i podniecenie to jej partner uznał za swego aktualnego przewodnika. Członek Saxa błyskawicznie wyskoczył z jego spodenek, kiedy Phyllis zsuwała mu je z nóg, jak gdyby ilustrując teorię genu samolubnego, a Sax był w stanie tylko się śmiać i szarpać za długi zamek u dołu jej kombinezonu. Lindholm, wolny od wszelkich zmartwień, powinien wręcz płonąć z pożądania. Wydawało się to jasne jak słońce. I tak też musiał się zachowywać Russell. A poza tym, chociaż nieszczególnie lubił Phyllis, wiele ich łączyło: stara więź pierwszej setki, wspomnienie wspólnie przeżytych lat w Underhill. Pomyślał, że jest coś podniecającego w zamiarze kochania się z kobietą, którą znał tak długo. Wszyscy inni przedstawiciele pierwszej setki kolonistów wydawali się wyraźnie poligamiczni, wszyscy z wyjątkiem Phyllis i jego samego. Teraz więc tych twoje po prostu nadrabiało braki. A w dodatku… Phyllis była naprawdę bardzo pociągająca. Zresztą, poza wszystkim, całkiem przyjemne okazało się dla Saxa także poczucie, że jest przez kogoś tak bardzo pożądany.

Wszystkie te myśli same przychodziły mu do głowy w tym momencie, ale któż by je dokładnie spamiętał w gorączce seksualnego przeżycia. Jednak nagle, tuż po spełnieniu aktu, zaczął się znowu martwić. Czy powinien wrócić do swego pokoju? A może raczej zostać? Phyllis zasnęła z ręką na jego boku, jak gdyby pragnęła sobie zagwarantować, że jej kochanek nie wyjdzie. We śnie każdy człowiek wygląda jak dziecko. Błądził wzrokiem po całym jej ciele, osobliwie wstrząśnięty rozmaitymi dowodami różnic dwóch płci. Oddychać tak spokojnie. Być tak bardzo upragnionym… Jej palce ciągle były zaciśnięte na jego żebrach. Więc został, ale nie spał wiele.

Rzucił się w wir pracy nad lodowcem i otaczającym go regionem. Phyllis również wychodziła czasem w teren, ale zawsze zachowywała się wobec Saxa bardzo dyskretnie. Wątpił, by Claire (albo Jessica!) czy też ktokolwiek inny wiedział, co się między nimi zdarzyło albo raczej zdarzało regularnie co kilka dni. To była kolejna komplikacja: jak zareagowałby Lindholm na manifestowane przez Phyllis pragnienie dyskrecji? Ale… w końcu, nie było to ważne. Lindholm był mniej lub bardziej zmuszony, z powodu swej rycerskości, ustępliwości czy jakiejś innej charakterystycznej dla niego cechy, postępować tak jak postąpiłby Sax. Przedstawiciele pierwszej setki stale ukrywali w tajemnicy swoje romanse, czy to w Underhill, na Aresie czy też na Antarktydzie. A starych przyzwyczajeń trudno się pozbyć.

Wszyscy byli zresztą tak bardzo pochłonięci kontaktem z lodowcem, że Sax i Phyllis nie musieli się zbytnio trudzić, by utrzymać swoje stosunki w sekrecie. Lodowiec i żebrowana kraina otaczające stację okazały się środowiskiem doprawdy fascynującym, w którym wiele spraw wymagało zbadania, a jeszcze więcej zrozumienia.

Okazało się, że powierzchnia lodowca jest niesamowicie nierówna, ponieważ — jak sugerowała literatura przedmiotu — podczas wypływu lód mieszał się z regolitem oraz nasyconymi dwutlenkiem węgla bańkami powietrznymi. Skały i głazy narzutowe schwytane na powierzchni przyspieszały topnienie leżącego pod nimi lodu, który następnie ponownie zamarzał wokół nich. Cykl ten odbywał się co dnia tak samo, aż lodowiec uwięził w swej masie około dwie trzecie różnego rodzaju kamieni. Wszystkie lodowe seraki, wystające ponad wyboistą powierzchnią lodowca niczym ogromne dolmeny, przy dokładniejszym badaniu okazywały się pełne głębokich dołów. Lód był kruchy z powodu niezwykłego zimna i dzięki obniżonej grawitacji powoli zsuwał się ze wzgórza; wprawdzie bardzo wolno, niemniej jednak stale posuwał się w dół, niby rzeka na zwolnionym filmie, a ponieważ jej źródło wyschło, cała masa mogła w końcu dotrzeć aż do Vastitas Borealis. Ślady tego ruchu można było znaleźć w nowo popękanym lodzie widzianym każdego dnia: pojawiały się lodowcowe szczeliny, upadłe seraki, roztrzaskane góry lodowe. Te świeżo powstałe formacje szybko pokrywały krystaliczne kwiaty mrozu, które tworzyły się błyskawicznie z powodu dużego nasycenia solą.

Zafascynowany tym środowiskiem Sax nabrał zwyczaju samotnego codziennego wychodzenia na dwór o świcie. Podążał chodnikami z kamienia brukowego, które ułożyli pracownicy stacji. W pierwszej godzinie dnia cały lód połyskiwał drgającymi odcieniami w kolorach różowym i rumianym, odbijając barwy nieba. Kiedy światło słoneczne uderzało prosto w potrzaskane płaszczyzny lodowca, z rozpadlin i skutych lodem kałuż zaczynała się unosić para, po czym na wszystkich powierzchniach rozkwitały kwiaty mrozu, świecąc olśniewającym blaskiem klejnotów. W bezwietrzne poranki mała warstewka inwersyjna więziła mgłę mniej więcej dwadzieścia metrów nad głową obserwatora, tworząc rzadką chmurę koloru pomarańczy. Najwyraźniej wody lodowca przenikały naprawdę prędko do atmosfery planety.

Kiedy Russell wędrował w zimnym powietrzu, dostrzegał wiele rozmaitych gatunków śnieżnych glonów i porostów. Zbocza dwóch bocznych grzbietów obrócone ku lodowcowi były szczególnie gęsto porośnięte roślinnością, wręcz nakrapiane maleńkimi zagonami kępek w barwach zieleni, złota, oliwki, czerni, rdzy i wielu innych kolorów — może nawet w trzydziestu czy czterdziestu odcieniach. Szedł po tych pseudomorenach bardzo ostrożnie, ponieważ nie chciał niszczyć roślinnego życia, traktując je z taką delikatnością jak laboratoryjny eksperyment. Chociaż, prawdę mówiąc, większość porostów sprawiała wrażenie, jak gdyby nic nie mogło przeszkodzić im w rozwoju. Wydawały się bardzo wytrzymałe; potrzebowały jedynie gołej skały i wody, plus trochę światła — choć chyba nie otrzymywały go wiele — by rosnąć pod lodem, w lodzie, a nawet wewnątrz porowatych kloców przezroczystej skały. W czymś tak gościnnym, jak pęknięcie w morenie, bujnie się rozrastały. Każdą rozpadlinę, w którą spojrzał Sax, wypełniały dziwaczne wypukłości porostów islandzkich, żółto-brązowych, które pod powiększającym szkłem ujawniały maleńkie widlaste szkieleciki, obramowane różnorakimi wyrostkami. Na płaskich skałach znajdował nowo skrzyżowane odmiany roślinek: pączkowe, słupkowe, tarczowe, typu candellaria, porosty o wyglądzie zielonego jabłuszka oraz szlachetne porosty czerwono-pomarańczowe, których istnienie wskazywało na koncentrację azotanu sodowego w regolicie. Stłoczone pod kwiatami mrozu rozwijały się także pastelowo szaro-zielone porosty śnieżne, o szkielecikach — widocznych przy powiększeniu — podobnych do porostów islandzkich. W masie przypominały cieniutką koronkę. Porosty ślimacze barwy ciemnoszarej miały — widoczne pod powiększeniem — niezwykle delikatne, spłowiałe jelenie różki. A dodatkowo jeszcze, jeśli odłamywały się kawałki roślin, komórki glonów otoczone strzępkami grzybów nie przestawały rosnąć i rozwijały się w kolejne porosty, czepiając się każdej powierzchni, na której osiadały. Rozmnażanie przez podział było naprawdę użyteczne w takim środowisku.

W każdym razie rozwój porostów przebiegał pomyślnie, a oprócz gatunków, które Sax potrafił zidentyfikować po porównaniu ich ze zdjęciami widocznymi na maleńkim ekranie naręcznego notesika komputerowego, wszędzie rosło wiele takich, które wydawały się nie pochodzić od żadnych spośród wymienionych w komputerze gatunków. Tak bardzo zaciekawiły go owe nieokreślone roślinki, że zerwał kilka próbek, aby je zbadać, a także pokazać Claire i Jessice.

Ale porosty stanowiły dopiero początek. Na Ziemi regiony popękanej skały na nowo obnażone dzięki cofającemu się lodowcowi albo z powodu wypiętrzenia się młodych gór, nazywano polami głazów narzutowych albo piargiem. Na Marsie obszarem odpowiednim był regolit — czyli praktycznie większa część powierzchni planety. Świat piargu.

Na Ziemi regiony te zasiedlały najpierw mikrobakterie i porosty, które wraz z wietrzeniem chemicznym zaczynały rozbijać skały w rzadką, „niedojrzałą” glebę, powoli wypełniającą rozpadliny międzyskalne. Po pewnym czasie w tej wzorcowej glebie pojawiało się wystarczająco dużo materiału organicznego, aby umożliwić rozwój innych rodzajów flory. Teren w tej fazie nazywano turniowymi polami, używając starego określenia na kamień. Miano to było bardzo odpowiednie dla tych kamiennych obszarów, którymi rzeczywiście były; ich powierzchnię gęsto pokrywały skały, a gleba między i pod nimi miała niecałe trzy centymetry grubości, wspierając społeczność maleńkich, przytulonych do gruntu roślin.

I teraz turniowe pola znajdowały się również na Marsie! Claire i Jessica zaproponowały Saxowi, by przeszedł lodowiec i powędrował wzdłuż moreny bocznej, a więc pewnego ranka (wymknąwszy się od Phyllis) tak zrobił i po półgodzinnym spacerze stanął na wysokim po kolana głazie narzutowym. Poniżej, pochylając się w stronę kamiennego rowu obok lodowca, leżał wilgotny zagon płaskiego terenu, migoczący w świetle późnego poranka. Oczywiście, przez większą część dnia przepływała po nim topniejąca woda — już teraz, w niczym nie zmąconej porannej ciszy Sax słyszał odgłosy kapania małych strumieni pod krawędzią lodowca; brzmiały jak chór mikroskopijnych drewnianych dzwoneczków. A na tym miniaturowym dziale wodnym, wśród strumyczków płynącej wody, wszędzie wyrastały barwne, ze wszystkich stron wyskakujące przed oczy obserwatora… kwiaty. Był to więc zagon turniowych pól wraz z niezwykle charakterystycznym dla siebie efektem kwiatowym, zwanym z francuska millefleur: szare pustkowie obsypane kropkami czerwieni, błękitu, żółci, różu, bieli…

Kwiaty rosły na małych mszastych ściółkach, przy kwiatkach albo pofałdowane między włochatymi liśćmi. Wszystkie rośliny przyciskały się do ciemnego gruntu, w którym nie tkwiło w nim nic poza trawiastymi źdźbłami wyrastającymi zaledwie kilka centymetrów ponad powierzchnię gleby; który był znacznie cieplejszy niż znajdujące się nad nim powietrze. Sax szedł na palcach, ostrożnie przesuwając się od jednej skały do drugiej, nie chciał bowiem podeptać nawet jednej rośliny. Potem klęknął na żwirze, aby zbadać niektóre z roślinek, ustawiając lornetkę na szybce hełmu na maksymalne powiększenie. W porannym świetle żywo połyskiwały klasyczne organizmy turniowych pól: mszana firletka z kręgami mikroskopijnych różowych kwiatków na ciemnozielonych wyściółkach, kępka floksów, pięciocentymetrowe źdźbła wiechliny, błyskającej w świetle jak szkło i wykorzystującej korzenie pało we floksów, by zakotwiczyć własne delikatne korzonki… Rósł także karmazynowy pierwiosnek górski z żółtym oczkiem i liśćmi o barwie głębokiej zieleni, tworzącymi wąskie rynienki, po których woda mogła spływać do rozety. Wiele liści tych roślin pokrytych było włoskami. Sax dostrzegł także intensywnie błękitną niezapominajkę o płatkach tak upstrzonych antocyjanami, że robiły wrażenie niemal purpurowych — w kolorze, który marsjańskie niebo powinno osiągnąć, jak obliczył Sax podczas jazdy do Areny, przy około dwustu trzydziestu milibarach. Teraz wydało mu się zaskakujące, że dla tej barwy — tak charakterystycznej — nie istniała odpowiednia nazwa. Może cyjanowy błękit?

Minął poranek, a Sax przechodził bardzo powoli od jednej rośliny do następnej, posługując się przewodnikiem polowym w naręcznym komputerku, aby ustalić tożsamość piaskowca macierzankowatego, gryki, karłowatych traw i koniczyn oraz swojej imienniczki saksifragi, zwanej też skalnicą lub łamaczem skał. Nigdy przedtem nie widział w stanie dzikim żadnego przedstawiciela tego „swojego” gatunku i teraz spędził sporo czasu, wpatrując się w pierwszy znaleziony przez siebie tutaj okaz; skalnica arktyczna, Saxifraga hirculus o mikroskopijnych łodyżkach z podłużnymi liśćmi i małymi bladobłękitnymi kwiatami.

Podobnie jak w przypadku porostów, rosło tu wiele roślin, których Sax nie potrafił rozpoznać. Jedne miały cechy różnorodnych gatunków, a nawet różnych rodzajów, inne — przeciwnie — były zupełnie nieokreślone i stanowiły jakiś dziwaczny melanż cech, pochodzących z obcych sobie biosfer; niektóre z nich przypominały z wyglądu rośliny podwodne lub nowe gatunki kaktusów. Przypuszczalnie wykształcono je sztucznie, chociaż zastanawiało, iż nie zostały wymienione w komputerowym przewodniku. Mogły być mutantami. A dalej, w szerokiej rozpadlinie, gdzie gleba zawierała głębszą warstwę próchnicy i gdzie płynął maleńki strumyczek, dostrzegł kępkę kobresji. Kobresję i inne turzyce sadzono w miejscach wilgotnych i ich niesamowicie chłonna darń zmieniała dość szybko skład chemiczny gleby, na której rosły, dlatego były bardzo pożyteczne w powolnym przekształcaniu turniowych pól w łąki alpejskie. Patrząc na nie Sax niemal wyobraził sobie także otoczone populacjami turzyc maleńkie strumyczki, przesączające się w dół przez skały. Klęcząc na rzadkiej ściółce, wyłączył szkła powiększające na szybce hełmu, rozejrzał się i mimo że znajdował się bardzo nisko, zauważył nagle wokół siebie całą serię małych turniowych pól, rozproszonych na zboczu moreny niczym fragmenty perskiego dywanu, który postrzępił spływający lód.

Po powrocie na stację Sax spędził wiele czasu samotnie w laboratoriach. Obserwował okazy roślin pod mikroskopem i wykonując rozmaite testy dyskutował o ich wynikach z Berkiną, Claire i Jessica.

— Są przeważnie poliploidami? — spytał.

— Tak — odparł Berkiną.

Poliploidalność była cechą bardzo częstą dużych wysokości na Ziemi, więc fakt zaistnienia jej na Marsie nie zaskoczył Saxa. Fenomen sam w sobie był niezwykle interesujący, polegał bowiem na powiększeniu pierwotnej liczby chromosomów rośliny: dwu-, trzy-, a nawet czterokrotnie. Któreś pokolenie roślin diploidalnych z dziesięcioma chromosomami mogło więc mieć już dwadzieścia, trzydzieści lub nawet czterdzieści chromosomów. Hybrydyzerzy wykorzystywali zjawisko to od lat, tworząc fantazyjne rośliny ogrodowe, ponieważ poliploidy oprócz tego, że były bardziej okazałe — miały większe liście, większe kwiaty, owoce, komórki — często mogły rosnąć także w innych warunkach niż organizmy pierwotne. Tego rodzaju umiejętność przystosowania się pozwalała im na zajmowanie nowych terenów, na przykład w lodowcu lub pod jego powierzchnią. Na Ziemi w Arktyce istniały wyspy, na których osiemdziesiąt procent całej roślinności stanowiły poliploidy. Sax przypuszczał, że była to strategia unikania niszczących efektów nadmiernego tempa mutacji, co wyjaśniałoby przyczynę, dla której zjawisko to pojawiało się w strefach mocno naświetlanych promieniami ultrafioletowymi. Intensywne promieniowanie UV mogło bowiem naruszyć liczbę genów, organizm kopiował więc je w kilka kompletów chromosomów, dzięki czemu mógł prawdopodobnie zapobiec uszkodzeniom genotypu i bez przeszkód się rozmnażać.

— Doszliśmy do wniosku, że nawet jeśli nie próbujemy wpływać na cechy danych poliploidów, same się przekształcają w ciągu kilku pokoleń.

— Udało wam się ustalić, jaki mechanizm to powoduje?

— Nie.

Kolejna tajemnica. Sax spojrzał przez mikroskop, zirytowany tą dość zadziwiającą luką w osobliwie rozdartej materii nauki o nazwie biologia. Ale nic nie mógł na to poradzić. Sam badał tego typu zjawisko we własnych laboratoriach w Echus Overlook w latach pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku i okazało się wówczas, że poliploidalność rzeczywiście wzmagała się przy większej ilości promieniowania ultrafioletowego niż ta, do której organizm był przyzwyczajony, ale w jaki sposób komórki wyczuwały różnicę, by następnie faktycznie się podwoić, potroić lub zwiększyć czterokrotnie liczbę swych chromosomów, tego nie zdołał się dowiedzieć.

— Muszę przyznać, że zaskoczyło mnie, iż wszystko tak bujnie tu rośnie.

Claire uśmiechnęła się zadowolona.

— Bałam się, że po Ziemi mógłbyś tę planetę uznać za strasznie jałową.

— No cóż, nie. — Odchrząknął. — Sądzę, że nie miałem żadnych specjalnych oczekiwań. Albo może spodziewałem się tylko glonów i porostów. A te turniowe pola wydają się świetnie rozwijać. Myślałem, że proces ten potrwa dłużej.

— Potrwałby dłużej na Ziemi. Ale musisz pamiętać, że nie rzucamy nasion po prostu w glebę, biernie czekając na to, co z nich wyrośnie. Każdy pojedynczy gatunek pomnażano i zasilano, by wzmóc jego wytrzymałość i tempo wzrostu.

— Zawsze na wiosnę prowadzimy też powtórny siew — dodał Berkina — i nawozimy bakteriami, które utrwalają azot.

— Sądziłem, że to bakterie denitryfikujące są ostatnim krzykiem mody.

— Te, o których mówisz, działają głównie w gęstych pokładach azotanu sodowego i powodują parowanie azotu w atmosferę. Ale w naszych ogrodach potrzebujemy więcej azotu w glebie, wprowadzamy więc w nią utrwalacze azotowe.

— Wszystko i tak wydaje mi się zbyt szybkie. A wiele z tych roślin musiało się rozwinąć jeszcze przed umieszczeniem soletty.

— Chodzi o to — odezwała się Jessica zza swojego biurka po drugiej stronie pokoju — że nie mają tu żadnych wrogów. Warunki są surowe, ale te rośliny są bardzo odporne, a kiedy je już posadzimy, nic nie może im zagrozić albo spowolnić tempa ich rozwoju.

— Taka cicha, pusta nisza — podsumowała Claire.

— A warunki na tym lodowcu są lepsze niż w większości miejsc na Marsie — dodał Berkina. — Na południu bywają zimy aphelium i spore wysokości. Tamtejsze stacje donoszą nam często, że naprawdę sporo ich roślin zamarzło. Tutaj jednakże zimy perihelium są dużo łagodniejsze, a poza tym znajdujemy się zaledwie na wysokości jednego kilometra nad poziomem. To doprawdy sprzyjający teren. Pod wieloma względami łagodniejszy niż Antarktyda.

— Zwłaszcza jeśli chodzi o poziom dwutlenku węgla — powiedziała Claire. — Zastanawiam się, czy to nie on jest odpowiedzialny za część tego tempa, o którym mówimy. Te rośliny rosną jak doładowane.

— Hmm… — mruknął Sax, kiwając głową.

Wynikało z tego, że turniowe pola uprawia się jak ogrody, a zatem należało mówić raczej o wzroście wspomaganym niż naturalnym. Rzecz jasna, Russell wiedział o tym już wcześniej — tak się przecież działo wszędzie na Marsie — turniowe pola jednak, tak kamienne i rozległe, miały wygląd wystarczająco pierwotny i dziki, by teraz informacje przyjaciół na ich temat wprawiły go na chwilę w zakłopotanie. A nawet pamiętając, że traktowane są jak ogrody, ciągle czuł zaskoczenie na samą myśl o ich dynamicznym rozwoju.

— No i teraz… jeszcze ta soletta zalewająca powierzchnię wzmocnionym światłem słonecznym! — krzyknęła Jessica. Potrząsnęła głową, jak gdyby okazywała dezaprobatę. — Naturalne nasłonecznienie wynosiło dotąd przeciętnie około czterdziestu pięciu procent ziemskiego, a dzięki soletcie ma wzrosnąć do pięćdziesięciu czterech.

— Opowiedzcie mi więcej o tej soletcie — poprosił ostrożnie Sax.

Opowiedzieli mu więc co nieco. Grupa konsorcjów ponadnarodowych pod przewodnictwem Subarashii zbudowała kolisty listewkowy szereg zwierciadeł, pełniących funkcję słonecznych żaglowców, umiejscowiony między Słońcem i Marsem, a następnie ustawili je w taki sposób, aby skupiały w sobie wiązki światła słonecznego, dotąd nie docierające do planety. Pomocnicze zwierciadło pierścieniowe, które obracało się w orbicie biegunowej, odbijało światło z powrotem w solettę, aby zrównoważyć napór światła słonecznego i także to światło docierało na powierzchnię Marsa. Oba te systemy zwierciadlane były naprawdę ogromne w porównaniu z wczesnymi żaglowcami frachtowymi, które swego czasu za radą Saxa umieszczono na orbicie, by odbijały światło na marsjańską powierzchnię, a przecież światło, dodawane przez tamte statki do systemu, wydawało się wówczas naprawdę znaczące.

— Zbudowanie ich musiało kosztować fortunę — mruknął Sax.

— Och tak, z pewnością. Nie uwierzyłbyś, jak wielkie inwestycje prowadzą tu duże konsorcja ponadnarodowe.

— A to wcale nie koniec — dodał Berkina. — Planują wysłać jakąś soczewkę napowietrzną zaledwie kilkaset kilometrów nad powierzchnię i soczewka ta ma skupić pewną część światła odbitego od soletty, by ogrzać powierzchnię aż do tak fantastycznych temperatur, jak na przykład pięć tysięcy stopni…

— Pięć tysięcy!

— Tak, sądzę, że tak właśnie słyszałem. Zamierzają stopić piasek i leżący pod nim regolit, co powinno uwolnić gazy w atmosferę.

— A co z powierzchnią?

— Planują dokonać tego na wybranych bezludnych terenach.

— W rzędach — oznajmiła Claire. — Aż w końcu otrzymają rowy?

— Kanały — poprawił ją Sax.

— Tak, zgadza się. — Wszyscy się roześmiali.

— Kanały o szklanych ścianach — zauważył Sax, zmartwiony myślą o uwalniających się substancjach lotnych. Wśród nich z pewnością znaczny procent stanowiłby dwutlenek węgla, może nawet byłoby go najwięcej.

Jednakże nie chciał okazać swym towarzyszom, jak bardzo interesują go poważne kwestie terraformingowe, pozwolił więc, by rozmowa toczyła się swoim torem i dość szybko zmieniono temat. Ponownie mówili teraz o własnej pracy.

— Cóż — oświadczył Sax — zdaje się, że niektóre z turniowych pól nieprawdopodobnie szybko zmienią się w alpejskie łąki.

— Och, już się zmieniły — odrzekła mu Claire.

— Naprawdę?!

— Tak, no cóż, są jeszcze małe. Ale wystarczy zejść około trzech kilometrów zachodnią krawędzią… Byłeś już tam? Nie? Idź, a sam zobaczysz. Prawdziwe alpejskie łąki, a także karłowaty las, nazywany krummholzem. Stworzenie takich terenów nie było wcale trudne. Posadziliśmy drzewa niemal w ogóle ich nie zmieniając, ponieważ okazało się, że wiele świerków i niektórych gatunków sosny wykazuje o wiele niższą tolerancję temperaturową niż potrzebowały w swoich środowiskach na Ziemi.

— To dziwne.

— Pozostałość po epoce lodowcowej, jak sądzę, która teraz się przydała.

— Interesujące — pokiwał głową Sax.

Po tej rozmowie resztę dnia spędził, wpatrując się w mikroskopy; w rzeczywistości niczego nie widział, tak bardzo był zatracony w myślach. Życie ma w sobie tak wiele animuszu, jak zwykła mawiać Hiroko. To bardzo osobliwa sprawa, pomyślał, ten wigor żywych organizmów, ich tendencja do rozmnażania się, którą Hiroko nazywała ich zieloną siłą, ich viriditas. Dążenie ku wzorcowi: to właśnie tak przemożnie ciekawiło Saxa.

O świcie Sax obudził się w łóżku Phyllis, która leżała obok niego zaplątana w pościel. Poprzedniego dnia po kolacji cała grupa przeszła dla odprężenia do sali obserwacyjnej, co powoli stawało się ich stałym zwyczajem. Tam Sax kontynuował rozmowę z Claire, Jessica i Berkina, a Jessica okazywała mu, jak zwykle, wiele sympatii. Phyllis dostrzegła to i podążyła za nim do łazienek przy windzie, gdzie objęła go swoim szokująco kusicielskim uściskiem, po czym znowu zjechali na piętro mieszkalne i trafili do jej pokoju. I chociaż Sax miał wyrzuty sumienia, że zniknął z przyjęcia nie pożegnawszy się z innymi, kochali się namiętnie.

Teraz, patrząc na nią, z niesmakiem przypomniał sobie ich pospieszną ucieczkę. Nie potrzeba było więcej niż ledwie nieco dziecinnej socjobiologii, aby wyjaśnić takie postępowanie Phyllis: rywalizacja o partnera, bardzo pierwotne zachowanie. Wprawdzie Sax nigdy dotąd nie był obiektem takiego współzawodnictwa, ale wydawało mu się, że nie ma nic chwalebnego w tego rodzaju nagle manifestowanych uczuciach. Był przekonany, że obecne swoje powodzenie u kobiet zawdzięcza jedynie operacji plastycznej, wykonanej przez Włada, dzięki której — przez przypadek — jego twarz zmieniła się w taki sposób, że stała się pociągająca dla płci przeciwnej. Chociaż zupełną tajemnicą pozostawała dla niego odpowiedź na pytanie, dlaczego jeden układ rysów twarzy ma być bardziej atrakcyjny niż inny. Słyszał już wcześniej rozmaite socjobiologiczne wyjaśnienia seksualnej atrakcyjności i niektórym z nich przyznawał poniekąd słuszność. Na przykład: mężczyzna powinien wybrać sobie na żonę kobietę o szerokich biodrach, aby bezpiecznie rodziła mu dzieci, o dużych piersiach, by mogła je wykarmić i tak dalej. Kobieta natomiast powinna szukać mężczyzny silnego, aby zarobił na utrzymanie jej dzieci i aby one same, spłodzone przez niego, były silne i zdrowe, i tak dalej. W tych zależnościach, zdaniem Saxa, zawierał się pewien sens, ale żadna z nich nie miała wiele wspólnego z rysami twarzy. Dla ludzkiego oblicza koncepcje socjobiologiczne nie były zbyt przekonujące: szeroki rozstaw oczu, by dobrze widzieć, dobre zęby, by bez problemów jeść, wydatny nos, by unikać zaziębień… Nie, to wszystko nie bardzo łączyło się z uczuciami. Najwyraźniej chodziło o jakieś przypadkowe ukształtowanie rysów twarzy, które z niewiadomych powodów przyciągało wzrok przeciwnej płci. Była to kwestia osądu estetycznego, w którym maleńkie niefunkcjonalne cechy mogły wiele zmienić w odczuciu innych, co wskazywało, że kwestie praktyczne nie były czynnikiem znaczącym. Saxowi przypomniał się w tym momencie przypadek dwóch bliźniaczek, z którymi chodził do szkoły średniej — były naprawdę identyczne, a jednak z jakiegoś niezrozumiałego powodu jedną z nich traktowano jak osobę przeciętną, podczas gdy drugą uważano za prawdziwą piękność. Tak, tak, to była kwestia milimetrowych różnic w ciele, układzie kostnym i chrząstkach: niektóre przypadkowo pasowały do wzorca kobiecego piękna, a inne nie.

Tak czy owak, Wład dokonał pewnych zmian w twarzy Saxa i teraz kobiety współzawodniczyły ze sobą o jego uwagę, chociaż był tą samą osobą co kiedyś. Osobnikiem, któremu Phyllis nigdy nie okazała najmniejszego choćby zainteresowania, kiedy wyglądał tak, jak stworzyła go natura. Trudno było nie stać się cynikiem, gdy się zastanawiało nad tym fenomenem. Być bardzo pożądanym, tak, to miłe, ale być pożądanym z powodów błahych…

Wstał z łóżka i ubrał się w jeden z najnowszych lekkich skafandrów, o wiele wygodniejszy niż stare elastyczne walkery; poza tym zabezpieczający na wypadek temperatury poniżej punktu zamarzania. Wyposażenie skafandra stanowiły także hełm i oczywiście zbiornik z powietrzem, ale nie było już potrzeby dostarczać odpowiedniego ciśnienia, by uchronić ludzi przed posiniaczeniami skóry. Bowiem nawet sto sześćdziesiąt milibarów wystarczało, by temu zapobiec, toteż skafander zmienił nieco w obecnych czasach swe zastosowanie: stał się teraz po prostu ciepłym ubraniem, z butami i hełmem. A nałożenie całego stroju zabierało obecnie jedynie kilka minut, dzięki czemu Sax bardzo szybko znalazł się ponownie na lodowcu.

Posuwał się głównym szlakiem wyłożonym kamieniem brukowym, chrzęszcząc na zmrożonym szronie. Przeszedł rzekę lodu, a potem zaczął schodzić w dół zachodnim brzegiem, mijając małe turniowe pola pokryte millefleur i osypane szronem, który zaczynał się powoli topić w słońcu. Doszedł do miejsca, gdzie lodowiec w postaci krótkiego, dziwacznego lodowego nawisu opadał do małej skarpy; tam lodospad ten skręcał w lewo pod kątem kilku stopni, podążając za granicznymi żebrami. Nagle powietrze wypełniło się głośnym trzaskiem, a następnie rozległ się huk o niskiej częstotliwości, który spowodował wibrowanie w żołądku Saxa. Lód się poruszał. Sax zatrzymał się, nasłuchując. Do jego uszu dotarł daleki odgłos ryku pędzącej pod lodem wody.

Powędrował dalej. Z każdym krokiem czuł się coraz lżejszy i szczęśliwszy. Poranne światło było bardzo klarowne i para na lodzie wyglądała jak biały dym.

A potem, pod osłoną w postaci kilku ogromnych głazów narzutowych, wszedł na półkole turniowego pola, nakrapianego kwiatami niczym plamkami farby. Przy jego dnie leżała mała alpejska łączka, zwrócona ku południu i szokująco zielona; kępki traw i turzycy pocięte były pokrytymi lodem strumykami. Wokół krawędzi półkola kuliła się, ukryta w rozpadlinach i pod skałami, grupka karłowatych drzewek.

Tak rzeczywiście wyglądał krummholz, co w ewolucji terenów alpejskich oznaczało następną fazę po alpejskich łąkach. Karłowate drzewa stanowiły właściwie odmiany typowych gatunków, przeważnie białego świerka, Picea glauca, w tych surowych warunkach same się miniaturyzowały, mieszcząc się całkowicie w obszarach chronionych, na których wyrosły. Albo gdzie je zasadzono, co bardziej prawdopodobne… Sax dojrzał też kilka sztuk pewnej odpornej odmiany sosny, Pinus contorta, rosnące wśród liczniejszych białych świerków. Na Ziemi były to drzewa tolerujące najbardziej dotkliwe zimno i najwyraźniej — tak jak tamaryszkom — zespół Biotique dodał im także tolerancję na sól. W tej operacji zastosowano różnorodną technikę, a jednak skrajne warunki i tak zahamowały ich wzrost, aż drzewa, które mogłyby urosnąć na wysokość trzydziestu metrów, skuliły się w małych, wysokich, po kolana osłoniętych zagłębieniach, wykręcone tak, aby nie mógł im zaszkodzić ani ostry wiatr, ani warstwowe opady zimowego śniegu, które potrafiły ciąć niczym nożyce do przycinania żywopłotu. Stąd zresztą nazwa krummholz, stanowiąca niemieckie określenie na „las zgarbionych drzew” albo może „karłowaty las”. Była to strefa, w której drzewa jako pierwsze zdołały skorzystać z przedsięwzięcia przekształcania podłoża w glebę, stworzoną przez rośliny turniowych pól i alpejskich łąk. Drzewny świat. Sax wędrował powoli po półkolu i przestępując z kamienia na kamień badał mchy, turzyce, trawy, a także każde kolejne drzewo. Sękate małe rośliny były tak poskręcane, jak ogrody bonsai, stale modelowane poprzez przycinanie ich wierzchołków wzrostu.

— Och, jakie to ładne — mówił na głos za każdym razem, kiedy zafascynowany oglądał dokładnie którąś gałąź, pień albo wzór warstwowej kory, połuszczonej i odpadającej całymi płatami niczym miękka masa liści. — Och, jakie ładne. Uch, to naprawdę wspaniałe miejsce dla kretów. Dla kretów, nornic, świstaków, norek i lisów.

Wiedział jednak bardzo dobrze, że dwutlenek węgla zawarty w atmosferze ciągle stanowi prawie trzydzieści procent powietrza, może nawet z pięćdziesiąt milibarów całości. Każdy ssak umarłby niezwykle szybko w takim powietrzu. Dlatego właśnie Sax zawsze przeciwstawiał się dwufazowemu modelowi terraformingowemu, który proponował, by najpierw solidnie zwiększyć ilość dwutlenku węgla, a dopiero później zacząć ją zmniejszać. Jak gdyby ocieplenie planety stanowiło ich jedyny cel tutaj! Według niego celem było umożliwienie życia na powierzchni zwierzętom. A egzystencja zwierząt na powierzchni nie tylko była dobra sama w sobie, ale korzystna też dla roślin, z których wiele potrzebowało obecności przedstawicieli fauny. Większość porostów turniowych pól najwyraźniej krzewiła się bez jakiejkolwiek pomocy, latały wśród nich jedynie owady o nieco zmienionych genach, które wysyłała w powietrze Biotique. Brzęczały teraz, z owadzim uporem starając się przeżyć, na wpół żywe od dwutlenku węgla i z wielkim trudem wykonujące swą pracę zapylania roślin. Ale istniało przecież wiele innych symbiotycznych funkcji ekologicznych, które wymagały istnienia zwierząt — jak spulchnianie gleby wykonywane przez krety i nornice albo roznoszenie nasion, czym zajmowały się ptaki — bez nich świat flory nigdy nie mógłby się dobrze rozwijać, a niektóre gatunki w ogóle nie miałyby szansy na przeżycie. Nie, nie, to pewne, pomyślał Sax, trzeba zredukować poziom dwutlenku węgla w powietrzu i to prawdopodobnie aż do dziesięciu milibarów: tyle go było w atmosferze, kiedy przybyli na Marsa przedstawiciele pierwszej setki, a wówczas nie mieli do swej dyspozycji innego powietrza. Dlatego właśnie plan, o którym poprzedniego dnia wspominali towarzysze Saxa (aby stopić regolit przy użyciu soczewki napowietrznej), tak bardzo go zaniepokoił. W ten sposób bowiem problem narastał, a nie malał.

Tymczasem to niespodziewane piękno! Mijały godziny, a Russell bez końca w zachwycie badał okazy jeden po drugim, podziwiając w szczególności spiralny pień, gałęzie, łuszczącą się korę oraz rozpryski igieł jednego z małych przedstawicieli Pinus contorta, który wyglądem przypominał strzelistą rzeźbę. Sax klęczał akurat z twarzą zatopioną wśród turzyc i plecami uniesionymi w górę, kiedy Phyllis, Claire i reszta grupy zeszli gromadnie na łąkę. Wszyscy śmiali się z niego, nieuważnie tratując żywą trawę.

Phyllis została tego popołudnia z Saxem, jak raz czy dwa razy przedtem, po czym wracali razem. Sax początkowo próbował grać rolę tubylca-przewodnika, wskazując rośliny, które nauczył się rozpoznawać w ubiegłym tygodniu. Phyllis jednak nie zadawała żadnych pytań w związku z oglądanymi okazami, a nawet nie wydawała się słuchać, co mówił. Najwyraźniej potrzebowała swego kochanka tylko do tego, by stanowił dla niej publiczność, by był świadkiem jej własnego życia. Sax zrezygnował więc z rozmowy na temat roślin i zaczął sam zadawać pytania; wysłuchiwał odpowiedzi, a potem znowu pytał. Jest to w końcu dobra okazja, pomyślał sobie, aby dowiedzieć się więcej na temat aktualnej struktury władzy na Marsie. Nawet jeśli Phyllis przeceni własną rolę wśród rządzących, warto jej posłuchać choćby dla samych informacji.

— Byłam zaskoczona, jak szybko Subarashii zbudowało nową windę i umieściło ją w odpowiednim miejscu — oznajmiła.

— Subarashii?

— Było głównym kontrahentem.

— Kto im przyznał kontrakt, UNOMA?

— Och, nie. UNOMĘ zastąpił tu Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych.

— Kiedy więc pełniłaś funkcję prezesa tego zarządu, byłaś faktycznie prezydentem Marsa.

— No cóż, stanowisko to przechodzi po prostu rotacyjnie: z jednego członka na następnego i prezes nie ma właściwie większej władzy niż pozostali członkowie. Jest tylko przedstawicielem wysyłanym do rozmów z mediami i przewodniczy spotkaniom. Czarna, niewdzięczna robota.

— A jednak…

— Och, wiem, wiem. — Roześmiała się. — Jest to stanowisko, którego pragnęło wielu spośród moich starych kolegów, ale żaden z nich nigdy go nie dostał. Chalmers, Bogdanów, Boone, Tojtowna… Zastanawiam się, co pomyśleliby, gdyby przyjrzeli się temu bliżej. Ale, niestety, w swoim czasie postawili na złego konia.

Zażenowany Sax odwrócił wzrok.

— Więc dlaczego Subarashii otrzymało przydział na nową windę? — drążył dalej.

— Po prostu w ten sposób głosowała komisja wykonawcza ZT ONZ. Złożyła też ofertę Praxis, a tego konsorcjum nikt nie lubi…

— Teraz, kiedy winda wróciła… sądzisz, że coś się znowu zmieni w naszej sytuacji?

— Och, oczywiście. Oczywiście! Wiele kwestii musiało trwać w zawieszeniu od czasów zamieszek. Emigracja, budowanie, terraformowanie, wymiana handlowa — każde działanie uległo spowolnieniu. Zdołaliśmy zaledwie odbudować niektóre ze zniszczonych miast. To coś w rodzaju prawa wojennego, które było naturalnie konieczne, biorąc pod uwagę, co się wtedy zdarzyło…

— Oczywiście.

— Ale teraz! Tony wydobytych w ostatnich czterdziestu latach złóż czeka, by wejść na ziemski rynek. To niewiarygodnie ożywi całą ekonomię obu światów. Będziemy otrzymywać więcej produktów z Ziemi, a tu zwiększymy inwestycje. Nastąpi wzrost emigracji. W końcu jesteśmy gotowi, aby osiągnąć postęp na wielu płaszczyznach.

— Jak w przypadku soletty?

— Właśnie! To idealny przykład tego, o czym mówię. A mówię o zwiększeniu wszelkich inwestycji na Marsie.

— Kanały o szklanych ścianach — mruknął Sax. Uświadomił sobie, że przy nich mohole wyglądałyby banalnie.

Phyllis mówiła teraz coś o tym, jakie wspaniałe możliwości stoją przed Ziemią, więc Sax potrząsnął głową z niedowierzaniem i wtrącił ostrożnie:

— Sądziłem, że Ziemia ma pewne poważne trudności.

— Och, Ziemia zawsze ma jakieś poważne trudności. Trzeba po prostu do tego przywyknąć. Nie, nie, muszę ci powiedzieć, że patrzę na to z dużym optymizmem. To znaczy… recesja na Ziemi mocno uderza we wszystkich mieszkańców, szczególnie w małe „tygrysy” i w te całkiem maleńkie, a także, oczywiście, w słabiej rozwinięte kraje. Ale przypływ złóż przemysłowych z Marsa ożywi całą ziemską gospodarkę, łącznie z przemysłem ochrony środowiska. Najwyraźniej, niestety, potrzebne są ofiary, aby rozwiązać ich problemy.

Sax skupił się na kawałku moreny, na którą się wspinali. Tutaj soliflukcja, czyli codzienne topnienie gruntowego lodu na pochyłej powierzchni, spowodowała, że rozluźniony regolit ześlizgiwał się w serii zagłębień terenowych i małych stożków, i chociaż to wszystko wyglądało na szare i pozbawione życia, słaby wzorek przypominający maleńki układ skośnych dachów ujawniał, że teren był w istocie porośnięty błękitno-szarymi porostami płatkowymi. W zagłębieniach rosły kępki tych roślin, przypominających szary popiół i Sax zatrzymał się, aby oderwać małą próbkę.

— Spójrz — odezwał się szorstko do Phyllis — śnieżny wątrobnik.

— Wygląda jak kurz.

— Rośnie na nim pasożytniczy grzyb. Sama roślinka jest faktycznie zielona, widzisz te małe listki? To świeżo wyrosła część, której grzyb nie zdążył jeszcze pokryć. — W powiększeniu nowe liście wyglądały jak zielone szkło.

Phyllis jednak nawet nie spojrzała.

— Kto go zaprojektował? — spytała, dając tonem do zrozumienia, że projektant miał kiepski gust.

— Nie wiem. Może nikt. Sporo nowych gatunków nie zostało zaprojektowanych.

— Czy ewolucja może postępować tak szybko?

— No cóż… Czy wiesz, co to jest ewolucja poliploidów?

— Nie.

Phyllis szła dalej, niezbyt zainteresowana małym szarym okazem. Śnieżne ziele wątrobiane. Prawdopodobnie zmienione w bardzo nieznacznym stopniu albo nawet w ogóle nie projektowane. Jednostka doświadczalna, posadzona wśród innych roślin, aby sprawdzić, jak sobie poradzi. Tak czy inaczej, jemu wydawało się to bardzo interesujące.

Najwyraźniej gdzieś na drodze swego życia Phyllis straciła zainteresowanie takimi problemami. Była kiedyś pierwszorzędnym biologiem i Sax uznał za trudny do wyobrażenia fakt, że można przestać się zajmować dziedziną, która leżała w samym środku nauki, stracić zainteresowanie dla tej potrzeby wymyślania nowych rzeczy. Ale cóż, wszyscy oni starzeli się. Podczas ich aktualnego nienaturalnie przedłużanego żywota prawdopodobnie każde z nich się zmieniało, może nawet w sposób gruntowny. Saxowi nie podobała się ta myśl, ale taka była prawda. Jak cała reszta nowych stulatków miał coraz więcej problemów z przypomnieniem sobie mnóstwa faktów ze swej przeszłości, zwłaszcza z wieku średniego, czyli tego, co się zdarzyło między jego dwudziestym piątym a dziewięćdziesiątym rokiem życia. Oznaczało to, że lata przed rokiem 2061 i większość okresu spędzonego na Ziemi coraz bardziej zanikały w jego pamięci. A bez dobrze funkcjonującej pamięci musieli się przecież zmieniać. Nie było na to rady.

Kiedy więc wraz z Phyllis wrócił na stację, od razu poszedł zdenerwowany do laboratorium. Może, pomyślał, i my staliśmy się poliploidami, nie w aspekcie jednostkowym, ale w sensie kulturalnym — grupa ludzi różnych narodowości, przybyłych tutaj, którzy skutecznie zwiększają nawet czterokrotnie niektóre sektory swej pamięci: te, które mają pomóc w przystosowywaniu się, w przeżyciu na obcym terenie pomimo mnóstwa stresujących zmian.

Chociaż nie. To była raczej analogia niż homologia. To, co w naukach humanistycznych nazywano porównaniem homeryckim, jeśli dobrze rozumiał ten termin, metaforą czy też innego rodzaju literacką analogią. A analogie w większości pozbawione były dla Saxa znaczenia — bardziej dotyczyły fenotypu niż genotypu (używając kolejnej analogii). Literaturę, a w gruncie rzeczy wszystkie nauki humanistyczne, nie wspominając nauk społecznych, należało uznawać za fenotypiczną, o ile Sax potrafił to ocenić. Bowiem dodawały one tylko kolejne do ogromnego już kompendium pozbawionych znaczenia analogii, które nie pomagały wyjaśniać kwestii trudnych, ale jeszcze bardziej komplikowały ich postrzeganie. Można by to określić rodzajem permanentnego opilstwa pojęciowego. Sax zdecydowanie preferował ścisłość i potęgę wyjaśniania. Właściwie dlaczego miałoby być inaczej, pytał siebie. Jeśli temperatura na zewnątrz wynosi dwieście kelvinow, dlaczego nie powiedzieć tego wprost, zamiast posługiwać się jakimiś metaforami określającymi zimno, jawnie okazując swą ignorancję i odrzucając wszelkie bliższe kontakty z rzeczywistością postrzeganą zmysłami? To przecież absurdalne.

No cóż, w porządku, nie używajmy metafor. Nie istnieje więc coś takiego jak kulturalna poliploidalność. Tu była tylko określona sytuacja historyczna, która stanowiła prostą konsekwencję tego wszystkiego, co stało się przedtem — podjętych kiedyś decyzji i ich skutków rozprzestrzeniających się po całej planecie w straszliwym zamęcie, ewolucji (czy też rozwoju, jak powiedzieliby inni), która odbywała się bez planu. Bez jakiegokolwiek planu. Pod tym względem między historią i ewolucją istnieje podobieństwo, myślał dalej Sax, w obu dziedzinach bowiem mamy do czynienia z kwestią przypadku i splotu okoliczności, a nie tylko z wzorcami rozwojowymi. Jednakże różnice, szczególnie w skali czasu, są tak ogromne, że podobieństwo staje się niczym więcej niż tylko następną analogią.

Nie, lepiej skoncentrować się na homologiach, na podobieństwach strukturalnych, odnoszących się do rzeczywistych relacji fizycznych, które naprawdę coś wyjaśniają; co, rzecz jasna, doprowadza człowieka z powrotem do nauki. Po spotkaniu z Phyllis Sax tylko tego pragnął.

Z animuszem zajął się więc ponownie studiowaniem roślin. Wiele spośród organizmów, które znajdował na turniowych polach, miało włochate liście i bardzo grube powierzchnie liściowe, ochraniające roślinę przed ostrym blaskiem promieniowania ultrafioletowego marsjańskiego światła słonecznego. Te świadectwa przystosowania stanowiły dobry przykład homologii; gatunki o takim samym pochodzeniu miały wszystkie rodzinne cechy. Mogły jednak być też przykładami konwergencji, w której gatunki z oddzielnych typów dochodziły do tych samych form z powodu funkcjonalnej konieczności, a obecnie mogły także stanowić po prostu rezultat biotechnologii — hodowcy przydawali te same cechy różnym roślinom, ażeby uzyskać podobne efekty. Chcąc się dowiedzieć, które z tych cech są rzeczywiście wszczepione, Sax ustalał nazwę wybranej rośliny, a potem sprawdzał w komputerze, czy była poddawana projektowaniu przez któryś z zespołów terraformingowych. W Elysium istniało na przykład laboratorium Biotique, prowadzone przez Harry’ego Whitebooka, które zaprojektowało wiele z najbardziej udanych roślin powierzchniowych, szczególnie turzyce i trawy, kiedy więc Sax szukał danej rośliny w katalogu okazów Whitebooka, często ją tam znajdował, wobec czego doszedł do wniosku, że podobieństwa organizmów należących do różnych gatunków są na Marsie zwykle kwestią sztucznej konwergencji. Taką cechę jak włochatość liści Whitebook dodał prawie każdej liściastej roślinie, którą wyhodował.

Sax uznał ten fakt za interesujący przypadek historii imitującej ewolucję. Sprawa była zupełnie oczywista, ponieważ skoro chcieli na Marsie stworzyć biosferę w krótkim czasie, mniej więcej dziesięć milionów razy szybciej niż to miało miejsce na Ziemi, musieli przez cały czas ingerować w sam akt ewolucji. W rezultacie marsjańska biosfera nie była przypadkiem filogenii streszczającej ontogenię, tak czy owak pojęcia już zdyskredytowanego, ale historii streszczającej ewolucję. Albo raczej imitującej ją do poziomu, jaki był możliwy w marsjańskim środowisku. A może nawet kierującej tą ewolucją. Historia kierująca ewolucją! To była przerażająca myśl.

Whitebook poczynał sobie z dużym rozmachem: wyhodował na przykład rafy porostów saturacyjnych, które potrafiły zbudować z soli zawartych w glebie coś w rodzaju koralowej struktury skłótwy, w wyniku czego nowe rośliny były oliwkowymi lub ciemnozielonymi masami półkrystalicznych bloków. Przebywanie wśród nich wywoływało wrażenie, że się chodzi po ogrodowym labiryncie Liliputów, który został zmiażdżony, opuszczony i na wpół pokryty piaskiem. Poszczególne bloki roślinne były popękane lub rozszczepione w kreskowane wzorki i wydawały się nieco przyciężkawe, tak ciężkie, że wyglądały na chore, owładnięte jakąś dolegliwością, która sparaliżowała je, choć ciągle jeszcze żyły i stale walczyły o egzystencję wewnątrz pokruszonych otoczek malachitu czy jadeitu. Wyglądały osobliwie, ale wykonywały swe zadanie; Sax znalazł całkiem sporo tych porostowych raf rosnących na grzebieniu zachodniego żebra moreny i dalej, w bardziej jałowym regolicie.

Spędził kilka poranków, prowadząc badania na tamtych terenach, a pewnego ranka, przekroczywszy pasmo, spojrzał za siebie na lodowiec i dostrzegł piaszczysty wir powietrza, który poruszał się ponad lodem; iskrzące się małe tornado koloru rdzy, pędzące w dół. W następnej sekundzie uderzył go bardzo silny wiatr — siła jego porywów musiała sięgać przynajmniej stu kilometrów na godzinę, a po jakimś czasie nawet i stu pięćdziesięciu. Sax w końcu przycupnął za rafą porostów i podniósł dłoń, chcąc spróbować oszacować rzeczywistą prędkość wiatru. Trudno było ocenić dokładnie, ponieważ gęstniejąca atmosfera wzmagała siłę wiatrów i sprawiała, iż zdawały się szybsze niż były w rzeczywistości. Wszystkie szacunki, bazujące na instynkcie Russella wyrobionym w czasach Underhill, teraz okazywały się nieścisłe. Uderzające w tej chwili podmuchy wiatru mogły równie dobrze mieć prędkość tylko osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, ale były pełne piasku, stukającego w szybkę jego hełmu i zmniejszały widoczność do mniej więcej stu metrów. Po około godzinie oczekiwania, że burza piaskowa osłabnie, by mógł kontynuować badania, Sax dał za wygraną i wrócił na stację; przecinając lodowiec szedł bardzo ostrożnie od jednego brukowego kamienia do następnego, starając się nie zgubić szlaku, który zbudowali pracownicy Biotique, co było ważne, jeśli chciało się ominąć strefy niebezpiecznych szczelin lodowcowych.

Sax przeszedł przez lodowiec do stacji dość szybko, zastanawiając się nad małym tornado, które poprzedziło nadejście wichury. Pogoda była dziwna. Gdy znalazł się wewnątrz stacji, wywołał kanał meteorologiczny i przejrzał wszystkie informacje na temat pogody tego dnia, a potem obejrzał zdjęcie satelitarne regionu lodowca. Okazało się, że cyklon spadł na nich najwyraźniej z Tharsis. A ponieważ powietrze gęstniało, wiatry z Tharsis były naprawdę potężne. Sax podejrzewał zresztą, że wypukłość Tharsis na zawsze już pozostanie newralgicznym punktem marsjańskiej klimatologii. Przez większość czasu nawałnica wysokościowa północnej półkuli przetaczała się przez jej północny kraniec, tak jak na Ziemi północny prąd strumieniowy otaczający Góry Skaliste. Od czasu do czasu jednak masy powietrzne przesuwały się nad krzywizną Tharsis między wulkanami, a kiedy się podnosiły, skraplały się na zachodnią część terenowej wypukłości. Następnie te odwodnione masy powietrzne pędziły z rykiem w dół wschodniego zbocza: mistral, sirocco czy też fen Wielkiego Człowieka — wiatry tak szybkie i potężne, że im bardziej atmosfera gęstniała, tym większym stawały się zagrożeniem; niektóre miasta namiotowe leżące na otwartej przestrzeni były narażone na niebezpieczeństwo tak wielkie, że być może ich mieszkańcy będą musieli wycofać się do kraterów lub kanionów albo przynajmniej bardzo znacznie wzmocnić konstrukcję kopuł.

Kiedy Sax to rozważył, cała kwestia pogodowa wydała mu się niezwykle ekscytująca, tak bardzo, że miał ochotę porzucić swe studia botaniczne i zająć się wyłącznie meteorologią. Kiedyś, gdyby zainteresował go ten problem, zająłby się klimatologią na miesiąc czy rok, aż zaspokoiłby swoją ciekawość, a przy okazji zdołałby się zapewne przyczynić do rozwiązania wielu powstałych w tej dziedzinie problemów.

Tyle że, jak zauważał obecnie, było to raczej niezdyscyplinowane podejście, prowadzące do swego rodzaju rozproszenia czy nawet pewnego dyletantyzmu. Teraz więc, jako Stephen Lindholm, pracujący dla Claire i dla Biotique, musiał pozostawić odłogiem klimatologię, obrzuciwszy po raz ostatni tęsknym spojrzeniem zdjęcia satelitarne i ich sugestywne przykłady: wirujące nowe układy chmur. Pozostało mu jedynie opowiadać swoim towarzyszom o trąbie powietrznej, lekkim, towarzyskim tonem rozprawiać na temat pogody w laboratorium albo przy kolacji i zająć się z powrotem otaczającym stację małym ekosystemem, jego roślinnością i problemem pobudzania jej rozwoju. I kiedy zaczął czuć, że poznaje coraz lepiej problemy Areny, ograniczenia narzucone przez nową tożsamość nie wydały mu się już wcale takie dotkliwe. Oznaczały one po prostu, że Sax musi się skupić na jednej dziedzinie tak intensywnie, jak nie zdarzyło mu się od czasu doktoratu. A nagrodą za tę koncentrację był coraz szybszy postęp badań. Najwyraźniej Stephen Lindholm mógł uczynić Saxa lepszym naukowcem.

Następnego dnia, na przykład, gdy wiatr był ledwie orzeźwiający, Sax ponownie wyszedł, aby badać koralowe zagony porostów, którymi zajmował się wcześniej, zanim zerwała się burza piaskowa. Wszystkie szczeliny konstrukcji wypełniły się obecnie piaskiem, który przez większość czasu przylegał do nich bardzo ściśle. Sax oczyścił jedną z rys i zajrzał do wnętrza, ustawiając lornetkę na szybce hełmu na dwudziestokrotne powiększenie. Ścianki szczeliny pokrywały bardzo cienkie rzęski, które przypominały maleńkie wersje włosków na obnażonych liściach srebrnika alpejskiego. Najwidoczniej nie trzeba było chronić tych już dobrze ukrytych powierzchni. Rzęski prawdopodobnie miały za zadanie uwolnić nadmiar tlenu z tkanek półkrystalicznej zewnętrznej masy. Były naturalne czy zaplanowane? Sax przeczytał dane z komputera na nadgarstku. Jeszcze jeden nowy okaz, którego — z powodu rzęsek — nie dało się zidentyfikować. Sax wyjął mały aparat fotograficzny z kieszeni na udzie i zrobił zdjęcie, potem włożył próbkę rzęski do torebeczki, następnie schował wszystko z powrotem do tej samej kieszeni i poszedł dalej.

Ruszył w dół, by spojrzeć na lodowiec, schodząc na niego przy jednym z wielu spojeń, gdzie pewien lodowy bok obniżał się i stykał łagodnie z wznoszącym się stokiem żebra moreny. Na lodowcu w środku dnia było jaskrawo, jak gdyby wszędzie wokół leżały drobiny popękanego lustra i odbijały słoneczne światło. Kloce lodu chrzęściły pod stopami. Małe wododziały wypełniały głęboko wyżłobione strumienie, które nagle znikały gdzieś nisko w lodowych zagłębieniach. Zagłębienia te, podobnie jak lodowcowe szczeliny, zabarwione były różnymi odcieniami błękitu. Morenowe żebra połyskiwały jak złoto i wydawały się podskakiwać w rosnącym cieple. Coś w polu widzenia skojarzyło się Saxowi z projektem soletty i aż gwizdnął przez zęby.

Podniósł się i rozprostował grzbiet. Czuł się żwawy i bardzo podekscytowany, absolutnie w swoim żywiole. Naukowiec przy pracy. Uczył się lubić te zawsze świeże pierwotne badania historii naturalnej, ścisłą obserwację rzeczy w naturze: opis, kategoryzację, taksonomię — tę podstawową próbę wyjaśnienia czy też raczej pierwszy krok tej próby, prosty do opisu. Jakże szczęśliwi w swoich pracach zawsze mu się wydawali badacze historii naturalnej: Linneusz ze swą barbarzyńską łaciną, Lyell ze swymi skałami, Wallace i Darwin, którzy uczynili wielki postęp od kategorii do teorii, od obserwacji do wzorca. Sax czuł to właśnie teraz i właśnie tutaj, przebywając na Lodowcu Arena w roku 2101, otoczony wszystkimi tymi nowymi gatunkami, rozkwitającym procesem specjacji, który był częściowo ziemski, częściowo marsjański, procesem, który potrzebował w końcu swoich własnych teorii: swego rodzaju ewohistorii, historyko-ewolucji, ecopoesis czy po prostu areologii. Albo może viriditas Hiroko. Wymagał teorii projektu terraformingowego — teorii dotyczących nie tylko zamierzeń, ale także rzeczywistego działania. Wymagał historii naturalnej, ściśle rzecz biorąc. Bardzo niewiele z tego, co się wydarzyło, można by zbadać metodami eksperymentalnej nauki laboratoryjnej, więc historia naturalna musiała wrócić do swego właściwego miejsca wśród nauk, jako im równa. Tutaj na Marsie przeznaczeniem wszystkich hierarchii był upadek i nie należało tego rozpatrywać w kategoriach nic nie znaczącej analogii, bowiem po prostu wystarczyła dokładna obserwacja tego, co każdy mógł dostrzec.

Teoretycznie dosłownie każdy… Ale czy sam Sax zrozumiałby to, zanim przyjechał tu na lodowiec? Czy Ann zrozumiałaby? Spoglądając w dół, na dziką, popękaną powierzchnię lodowca, złapał się na tym, że jego myśli kierują się właśnie ku Ann Clayborne. Każda mała lodowa góra i lodowcowa szczelina rzucała się w oczy tak wyraziście, jak gdyby ciągle patrzył na nie przez dwudziestokrotne powiększenie lornetki w szybce hełmu, ale z bezkresną głębią pola — każdy odcień koloru kości słoniowej i różu w dziobatych powierzchniach, każdy lustrzany błysk topniny, nierówne pagórki na dalekim horyzoncie — wszystko było w tej chwili widoczne z chirurgiczną precyzją i skupieniem. I nagle przyszło mu do głowy, że owa wizja nie jest kwestią przypadku (nie jest efektem, na przykład, zintensyfikowania percepcji pod wpływem łzy nad jego rogówką), ale rezultatem nowego, stale powiększającego się pojęciowego rozumienia tego krajobrazu. Można by to określić jako coś w rodzaju widzenia poznawczego i Sax nie mógł nic poradzić, że przypominała mu się Ann, mówiąca do niego gniewnie: „Mars jest miejscem, którego nigdy naprawdę nie widziałeś”.

Kiedyś zdanie to odczytał jak metaforę. Teraz wszakże przyszedł mu na myśl Kühn, językoznawca, który twierdził, że naukowcy używający innych paradygmatów istnieją w formalnie różnych światach i że poznanie jest absolutnie integralnym składnikiem rzeczywistości. A zatem zwolennicy Arystotelesa po prostu nie dostrzegali wahadła Galileusza, które było dla nich tylko jakimś ciałem opadającym z pewną trudnością. Wobec czego, uogólniając, naukowcy dyskutujący nad potencjalną stroną merytoryczną któregoś z przeciwnych sobie paradygmatów po prostu mówią dokładnie jeden przez drugiego, używając tych samych słów, ale omawiając zupełnie różne rzeczywistości.

Sax również tego typu stwierdzenia uważał wcześniej za metaforę. Jednak myśląc o tym teraz, wchłaniając jednocześnie wręcz halucynacyjną klarowność lodu, musiał przyznać, że słowa te rzeczywiście opisują w sposób doskonały wszystkie jego rozmowy z Ann, dysputy frustrujące dla nich obojga. I kiedy Ann krzyknęła, że Sax nigdy nie widział naprawdę Marsa, gdy wypowiedziała to zdanie, które było, rzecz jasna, fałszywe na pewnych poziomach, możliwe, że chciała powiedzieć tylko tyle, że Sax nigdy nie widział jej Marsa, Marsa stworzonego przez jej własny paradygmat, przez jej wzorzec. A to była, bez wątpienia, prawda.

W każdym razie Sax widział teraz takiego Marsa, jakiego nie oglądał nigdy przedtem. Transformacja ta przyszła dzięki jego skupieniu się w ciągu kilku tygodni na tych fragmentach marsjańskiego krajobrazu, którymi Ann gardziła, na nowych formach życia. Dlatego też wątpił, czy Mars, teraz przez niego dostrzeżony, wraz z jego śnieżnymi glonami, lodowymi porostami i zachwycającymi małymi zagonami roślinnego perskiego dywanu obrzeżającego lodowiec, był Marsem Ann. Albo choćby Marsem któregoś z jego kolegów zajmujących się terraformowaniem. To była funkcja tego, w co wierzył Sax, funkcja tego, czego pragnął… To był po prostu jego Mars, rozpościerający się bezpośrednio i akurat teraz przed jego oczyma, cały czas przekształcający się w coś nowego. Niczym ukłucie w sercu poczuł w tej chwili pragnienie, aby Ann była z nim w tym właśnie wyjątkowym dla niego momencie, aby mógł pociągnąć ją za ramię i poprowadzić w dół zachodniej moreny, krzycząc: „Widzisz? Widzisz? Widzisz?”

Zamiast tego miał Phyllis, chyba najmniej filozoficznie nastawioną do świata osobę, jaką kiedykolwiek znał. Unikał jej, kiedy mógł robić to w sposób nie budzący podejrzeń i spędzał swoje dni na lodzie, w wietrze, pod ogromnym północnym niebem albo na morenach, czołgając się po okolicy, by studiować rośliny. Wróciwszy na stację, rozmawiał przy kolacji z Claire, Berkiną i resztą osób o tym, co tu znajdowali i jakie było znaczenie tych odkryć. Po kolacji przechodzili do sali obserwacyjnej i jeszcze trochę gawędzili, tańcząc w niektóre wieczory, zwłaszcza w piątkowe i sobotnie. Muzyka, którą grali, była zawsze z gatunku neuvo callypso — gitary i zespoły perkusyjne wygrywały szybkie symultaniczne melodie, tworząc skomplikowane rytmy, przy analizie których Sax miał ogromne trudności. Często grali w tempie 5/4 zmieniając je — lub nawet łącząc — w takt 4/4, wzorzec na pozór tak zaplanowany, że Saxa wybijało to z rytmu. Na szczęście aktualna moda taneczna polegała na figurach absolutnie spontanicznych, które i tak miały niewiele związku z taktem, więc kiedy Saxowi nie udawało się utrzymać rytmu, prawdopodobnie był jedynym, który to zauważał. W gruncie rzeczy taniec wydał mu się nawet niezłą rozrywką, spędzał więc czas starając się trzymać tempo, skacząc po parkiecie w rytm małej gigi w takcie na 5/4. Pewnego razu, gdy wrócił do stolika, Jessica powiedziała do niego z zachwytem:

— Jesteś naprawdę dobrym tancerzem, Stephenie.

Wybuchnął wówczas gromkim śmiechem zadowolenia, mimo iż wiedział, że takie stwierdzenie ujawnia jedynie niekompetencję Jessiki co do tańca lub stanowi próbę przypodobania mu się. Chociaż, być może codzienne spacery po polnych kamieniach rzeczywiście poprawiły jego równowagę i koordynację ruchów. W każdym bowiem działaniu fizycznym, myślał, można przy odrobinie talentu czy choćby sprytu osiągnąć jakie takie wyniki, jeśli się odpowiednio długo studiuje coś lub trenuje.

On i Phyllis rozmawiali lub tańczyli ze sobą tylko tak często, jak z innymi osobami; jedynie w ukryciu swoich pokojów obejmowali się, całowali i kochali. Powielali w ten sposób stary wzorzec sekretnego romansu i pewnego ranka, gdy około czwartej nad ranem Sax wracał od niej do swego pokoju, wstrząsnęło nim nagłe ukłucie strachu — w jednej chwili wydało mu się, że jego tak bezdyskusyjnie natychmiastowy udział w tym związku musiał być spowodowany faktem, że Phyllis jest przedstawicielką pierwszej setki. Czy gdyby było inaczej, zaangażowałby się w taki dziwaczny układ z całą gotowością i ochotą, uznając to za całkiem naturalne?

Później jednak, rozważywszy kwestię raz jeszcze, pomyślał, że Phyllis bardzo dba o niuanse tego rodzaju. Wcześniej Sax już prawie zrezygnował z prób zrozumienia jej sposobu myślenia i motywacji, ponieważ dane, jakie miał do dyspozycji w tej materii były ze sobą sprzeczne i — mimo faktu, że dość regularnie spędzali razem noce — raczej rzadkie. Zwykle Phyllis wydawała się interesować głównie manipulacjami konsorcjów ponadnarodowych i ich wzajemnymi stosunkami, które miały miejsce zarówno w marsjańskim Sheffield, jak i na Ziemi: zmianami wśród personelu kierowniczego wielkich koncernów i w przedsiębiorstwach współpracujących, cenami akcji — ewidentnie efemerycznych i pozbawionych znaczenia — choć dla niej najwyraźniej niezwykle absorbujących… Jako Stephen, Sax stale się tym wszystkim, pozornie, żywo interesował i aby okazać zaciekawienie, często zadawał jej pytania dotyczące jakichś szczegółów, ilekroć poruszała taki temat, jednakże, gdy zapytywał ją, co znaczą te codzienne zmiany w szerszym sensie strategicznym, Phyllis albo nie potrafiła, albo nie chciała udzielić mu sensownych odpowiedzi. Najwyraźniej bardziej ją interesowały osobiste majątki znanych jej osób niż system, w którym robili karierę. Z trzech faktów — że były członek zarządu Zjednoczonych, związany obecnie z Subarashii, został mianowany dyrektorem operacyjnym kosmicznej windy, że jakiś inny kierownik Praxis zupełnie zniknął z pola widzenia i że Armscor zamierza wkrótce zdetonować dziesiątki bomb wodorowych w megaregolicie pod północną czapą polarną, aby pobudzić rozwój i ogrzewanie się północnego morza — ten ostatni bynajmniej nie był dla Phyllis bardziej interesujący niż dwa poprzednie.

A może rzeczywiście miało sens zwracanie uwagi na poszczególne kariery ludzi prowadzących największe konsorcja ponadnarodowe i na mikropolitykę manewrów zdobywania władzy, jaką uprawiali między sobą. Byli oni przecież, w końcu, aktualnymi władcami tego świata. Sax, leżąc obok Phyllis, słuchał jej więc i robił komentarze w stylu Stephena, próbując przyswoić sobie wszystkie nazwy, zastanawiając się, czy założyciel Praxis to naprawdę stary surfer, rozważając, czy Amexx przejmie Shellalco i dlaczego ekipy kierownicze konsorcjów ponadnarodowych tak zawzięcie ze sobą współzawodniczą, biorąc pod uwagę, że przecież już rządzą światem i mają wszystko, czego tylko można pragnąć posiadać w życiu osobistym. Być może socjobiologia rzeczywiście dysponuje odpowiedzią na to pytanie, myślał Sax, i wszystko to jest po prostu związane z typowym dla rzędu naczelnych stałym pragnieniem całkowitej dominacji, kwestią ciągłego wzrostu czyjegoś sukcesu reprodukcyjnego w królestwie korporacyjnym, co nie mogło być zwykłą analogią, jeśli ktoś uważa swoją firmę za własną rodzinę. I dalej, w świecie, w którym można żyć bez końca, może to być po prostu swoista samoochrona. „Ewolucja drogą doboru naturalnego” — stwierdzenie to zawsze wydawało się Saxowi bezużyteczną tautologią. Jednakże gdyby władzę przejęli darwiniści społeczni, wówczas pojęcie to z pewnością zyskałoby na znaczeniu, niczym religijny dogmat panującego porządku…

A wtedy Phyllis przeturlała się na niego i pocałowała go, i Sax wkroczył do królestwa seksu, w którym zdawały się obowiązywać inne zasady. Na przykład: chociaż lubił Phyllis tym mniej, im lepiej ją poznawał, jego seksualny pociąg wobec niej wcale nie był od tego zależny, ale ulegał wahaniom zgodnie ze swymi własnymi tajemnymi zasadami, bez wątpienia kierowanymi przez jej feromony i jego hormony. Toteż czasami musiał się zmuszać, by przyjmować jej pieszczoty, podczas gdy innym razem czuł płonące w sobie prawdziwe pożądanie, które wydawało się bardzo silne, ponieważ zupełnie pozbawione miłości. W gruncie rzeczy, z dnia na dzień było coraz bardziej odarte z jakiegokolwiek uczucia. Żądza, potężnie powiększona dzięki niechęci… Ta ostatnia reakcja była jednak rzadka, a im dłużej trwał pobyt na Arenie i zniknęła tajemnicza aura wokół ich romansu, Sax coraz częściej łapał się na tym, że dystansuje się podczas ich stosunków i ma skłonności do fantazjowania, zapadając się głęboko w umysł Stephena Lindholma, najwyraźniej rozmyślającego o pieszczeniu kobiet, których Sax nigdy nie znał lub ledwie o nich słyszał, jak Ingrid Bergman czy Marylin Monroe.

Pewnego dnia o świcie po tego rodzaju niespokojnej nocy Sax wstał, aby się wyprawić na lodowiec, a wówczas Phyllis najpierw się lekko poruszyła, potem całkowicie przebudziła i zdecydowała się mu towarzyszyć.

Ubrali się w skafandry i wyszli na powietrze, w czysty purpurowy świt, po czym w milczeniu zeszli po pobliskiej morenie na stok lodowca i wspięli się na niego po szlaku stopni wyciętych w lodzie. Sax wybrał najbardziej południową trasę z kamienia brukowego prowadzącą przez lodowiec, zamierzał się bowiem wspiąć na zachodnią morenę boczną i zajść tak daleko w górę, jak mu się uda w jeden ranek.

Szli między wysokimi po kolana lodowymi rowkami, które całe były podziurawione jak szwajcarski ser i różowo upstrzone śnieżnymi glonami. Phyllis była oczarowana — jak zawsze — tym fantastycznym galimatiasem i rzucała komentarze na temat co bardziej niezwykłych lodowych seraków, porównując te, które mijali tego ranka, do żyrafy, wieży Eiffla, powierzchni Europy, i tak dalej. Sax zatrzymywał się często, by badać kloce jadeitowego lodu, w których żyły bakterie lodowe. W jednym czy dwóch miejscach jadeitowy lód, który tkwił obnażony w słonecznych kręgach, zaróżowią! się dzięki śnieżnym glonom; efekt był osobliwy, a całość przypominała ogromne pole lodów pistacjowych.

Z powodu badań Saxa postępowali powoli i ciągle jeszcze znajdowali się na lodowcu, kiedy zerwało się kolejno kilka małych zwartych trąb powietrznych, jedna po drugiej, jak w magicznej sztuczce: brązowe kurzawy pyłu, połyskujące cząsteczkami lodu i podnoszące się w nierównym rzędzie, który zdawał się pchać lodowiec ku Phyllis i Saxowi. Potem wiry powietrzne zwaliły się wahliwie, aż wreszcie poryw wiatru z łoskotem i trzaskiem uderzył ich mocno, posuwając się z gwizdem w dół zbocza falą tak potężną, że wędrowcy musieli przykucnąć, aby utrzymać równowagę.

— Co za wichura! — wykrzyknęła Saxowi w ucho Phyllis.

— Wiatr katabatyczny — wyjaśnił, obserwując, jak grupa lodowych seraków znika w pyle. — Nadchodzi z Tharsis. — Widoczność spadała. — Musimy spróbować dostać się z powrotem na stację.

Zawrócili więc na szlak z brukowego kamienia i zaczęli iść od jednej szmaragdowej kropki markera do następnej. Widoczność pogarszała się coraz bardziej, aż od jednego markera nie można już było dojrzeć następnego. Phyllis odezwała się w pewnej chwili:

— Chodź, schrońmy się gdzieś w tych lodowych górach.

Ruszyła ku słabo widocznemu kształtowi wzgórza lodu, a Sax pospieszył za nią, mówiąc:

— Bądź ostrożna, wiele seraków ma u swego podnóża szczeliny lodowcowe.

Ledwie to wypowiedział, wyciągnął rękę do przodu, aby schwycić jej dłoń, kiedy nagle Phyllis spadła, jak gdyby zsuwając się przez drzwi zapadowe w scenie. Chwycił wyciągnięty nadgarstek, poczuł mocne szarpnięcie w dół i uderzył boleśnie kolanami w lód. Phyllis ciągle spadała; ześlizgiwała się po pochylni przy końcu płytkiej szczeliny lodowcowej. Sax, wiedział, że powinien ją puścić, ale instynkt mu na to nie pozwalał i pod wpływem jej ciężaru został przeciągnięty przez krawędź głową w dół. Oboje zsunęli się w ubity śnieg na dnie szczeliny lodowcowej, potem śnieg przesunął się pod nimi, tak że znowu spadli i uderzyli w zmarznięty piasek po krótkim, lecz potwornym swobodnym locie.

Sax, wylądowawszy częściowo na Phyllis, usiadł prosto. Nie był ranny. W interkomie usłyszał zatrważające dźwięki cmokania wydobywające się z ust Phyllis, ale wkrótce okazało się, że nic się jej nie stało: straciła tylko oddech. Kiedy się opanowała, zbadała uważnie ręce i nogi, stwierdzając, że jest cała. Sax podziwiał jej wytrzymałość i zimną krew.

W materiale na prawym kolanie Saxa widniało rozprucie, poza tym nic mu się nie stało. Wyjął z kieszeni na udzie odpowiednią tasiemkę i zawiązał rozdarcie; nadal mógł ruszać kolanem bez bólu, więc natychmiast zapomniał o rozpruciu i wstał.

Wgłębienie w śniegu, przez które spadli, znajdowało się teraz mniej więcej dwa metry nad jego wyciągniętą ręką. Wraz z Phyllis tkwili w czymś o kształcie wydłużonej bańki. Była to niższa połowa szczeliny lodowcowej, której całkowita powierzchnia przypominała swego rodzaju klepsydrę. Dolną ścianę ich małej bańki stanowił czysty lód, górną — pokryta lodem skała. Nierówny okrąg widocznego nieba nad ich głowami miał mętny, brzoskwiniowy kolor, a niebieskawa lodowa ściana szczeliny lodowcowej połyskiwała odblaskami zapylonego światła słonecznego — w efekcie krajobraz wyglądał opalizujące i całkiem malowniczo. Cóż z tego, skoro najwyraźniej tu ugrzęźli.

— Gdy się okaże, że nie odpowiadamy na wezwania, na pewno ktoś przyjdzie sprawdzić, co się stało. — Sax starał się pocieszyć Phyllis, kiedy stanęła obok niego.

— Tak — odparła. — Ale czy nas znajdą?

Wzruszył ramionami.

— Nasze sygnalizatory emitują współrzędne kierunkowe.

— Ale ten wiatr! Widoczność może przecież spaść prawie do zera!

— Musimy mieć nadzieję, że jakoś sobie z tym poradzą.

Szczelina lodowcowa rozciągała się ku wschodowi niczym wąski, niski korytarz. Sax zanurzył się pod niską powałę, zaświecił lampkę na hełmie i popatrzył w dół, w przestrzeń między lodem i skałą; pęknięcie rozszerzało się tak daleko, jak tylko mógł dojrzeć, w kierunku wschodniej części lodowca. Możliwe, że sięgało aż do jednej z wielu małych jaskiń, położonych na bocznej krawędzi lodowca, toteż podzieliwszy się tą myślą z Phyllis, wyruszył zbadać lodowcową szczelinę. Swą towarzyszkę pozostawił w miejscu tuż pod wgłębieniem, gdzie powinna ją odnaleźć ekipa ratunkowa, jeśli tylko jej członkowie znajdą samo wgłębienie i spojrzą na jego dno.

Po bokach stożka oślepiającej wiązki światła z lampki na hełmie Saxa lód miał barwę intensywnie kobaltowego błękitu. Był to efekt spowodowany tym samym rozproszeniem Rayleigha, które zabarwiało na kolor błękitny niebo. Nawet kiedy wyłączył lampkę, otoczyła go pewna ilość światła, co sugerowało, że lód nad jego głową nie jest zbyt gruby. Prawdopodobnie ma w przybliżeniu tę samą grubość, co wysokość naszego upadku, pomyślał Sax.

Głos Phyllis w jego uchu spytał, czy nic mu nie jest.

— Wszystko w porządku — odrzekł. — Sądzę, że tę szczelinę mógł stworzyć pędzący przez poprzeczną skarpę lodowiec. Równie dobrze mógłby nam wskazać drogę na zewnątrz.

Tak jednak nie było. Sto metrów dalej przed Saxem lód po jego lewej stronie tworzył zamkniętą ścianę, stykającą się z lodową częścią ponad kamienną płaszczyzną po prawej stronie. Była to więc ślepa uliczka.

Z powrotem do Phyllis szedł o wiele wolniej, zatrzymując się co jakiś czas, aby badać rozpadliny w lodzie i skalne fragmenty pod stopami, które mogły zostać oderwane od skarpy. W jednej z rys kobaltowy kolor lodu stawał się błękitno-zielony i gdy Sax dotknął go palcem w rękawiczce, została na nim długa, ciemnozielona masa, zamarznięta na powierzchni, ale miękka poniżej. Rosła tu długa, widlasta grupka sinic.

— Coś takiego! — sapnął głośno i oderwał jeszcze kilka zamarzniętych roślinnych żyłek, a potem resztę wsunął z powrotem w ich macierzystą rozpadlinę. Wcześniej czytał wprawdzie, że glony sięgają korzeniami w dół aż do skały i lodu planety, a bakterie wędrują nawet jeszcze głębiej, ale pomimo to znalezienie żywych okazów flory zagrzebanych na dole, tak daleko od słońca, wydawało się Saxowi cudem. Potem ponownie wyłączył lampkę na hełmie, a wówczas znowu rozjarzył się wokół niego połyskliwy kobaltowy błękit lodowcowego światła, przyćmiony, a jednocześnie jakże soczysty. Było tu tak ciemno, tak zimno… Jak mogły w takich warunkach egzystować jakiekolwiek żywe organizmy?

— Stephen?

— Idę. Popatrz — odezwał się do Phyllis, kiedy na powrót stanął obok niej — to są sinice, rosną tu wszędzie.

Wyciągnął ku niej dłoń pełną roślin, aby mogła je obejrzeć, ale Phyllis ledwie musnęła je wzrokiem. Sax usiadł, wyjął z kieszeni na udzie torebeczkę na próbki, wsunął małą kępkę glonów do wewnątrz, a następnie popatrzył na nią przez lornetkę na hełmie powiększając obraz dwudziestokrotnie. Powiększenie nie było wystarczające, aby mógł widzieć wszystko, co chciał zobaczyć, niemniej jednak dostrzegł długie sploty widlastej zieleni, które wyglądały coraz bardziej szlamowato, im mocniej tajały. W swoim komputerze Sax miał katalogi ze zdjęciami podobnie powiększonych organizmów, ale nie mógł znaleźć gatunku, który przypominałby ten jeden we wszystkich szczegółach.

— Chyba nie jest opisane — zauważył. — Ale to i tak coś. I to coś sprawia, że naprawdę trzeba się zastanowić, czy tempo mutacji roślin na planecie nie jest wyższe od standardowego. Może powinniśmy rozpocząć doświadczenia, które by to ustaliły.

Phyllis nic nie odpowiedziała.

Sax zatrzymał więc dla siebie swoje myśli, kiedy dalej przeglądał katalogi. Ciągle jeszcze się tym zajmował, gdy wraz ze swą towarzyszką usłyszeli ciche piski i syki w radiu. Wówczas Phyllis zaczęła krzyczeć na ogólnym kanale, a wkrótce potem do uszu zaginionych dotarły interkomowe głosy, a jakiś czas później zagłębienie nad ich głowami, przez które spadli, wypełnił okrągły hełm.

— Jesteśmy tutaj! — wrzasnęła Phyllis.

— Poczekajcie sekundę — stwierdził Berkina. — Rzucimy wam linową drabinkę.

Po niezdarnej, wahliwej wspinaczce oboje znaleźli się ponownie na powierzchni lodowca, mrużąc oczy w przepełnionym pyłem zmiennym świetle dziennym i kuląc się przed porywami wiatru, które nadal były bardzo silne. Phyllis śmiała się, opowiadając na swój zwykły sposób, co im się przydarzyło:

— Trzymaliśmy się za ręce, żeby się nie zgubić, aż tu nagle buch! I znaleźliśmy się na dole!

Ratownicy opisali im brutalną siłę najpotężniejszych podmuchów wiatru. Najwyraźniej wszystko wracało do normalności; jednak kiedy dotarli do wnętrza stacji i zdjęli hełmy, Phyllis posłała Saxowi krótkie, badawcze spojrzenie, bardzo zaciekawione, w gruncie rzeczy mówiące, że jej partner odkrył przed nią, tam na lodowcu, jakąś swą cechę, która wzmogła jej czujność… Jakby przypomniał jej o czymś w tej szczelinie lodowcowej, zachowując się tam na dole w sposób, który go zdradził… I w stu procentach, bez nadziei na zaprzeczenie, ujawnił się jako stary towarzysz Saxifrage Russell.

Przez całą północną jesień pracowali wokół lodowca i widzieli, jak dni stają się coraz krótsze, a wiatry coraz chłodniejsze. Każdej nocy na lodowcu wyrastały duże, zawiłe kwiaty mrozu, które topniały tylko przy krawędziach na krótko w połowie popołudnia, a potem ponownie twardniały, służąc za bazę jeszcze bardziej skomplikowanym płatkom, które pojawiały się następnego ranka; małe, ostre krystaliczne płatki wybuchały we wszystkich kierunkach z większych żebrowych i rosochatych fragmentów leżących pod nimi. Nie sposób było z każdym krokiem nie miażdżyć tych wspaniałych fraktalnych światów, kiedy któryś z badaczy szedł z chrzęstem po lodzie, szukając roślin teraz pokrytych szronem, aby zobaczyć, jak sobie radzą w obliczu nadchodzącej zimy. Patrząc na grudkowate białe pustkowie i czując, jak wiatr przenika j eden z najmocniej izolowanych walkerów, Sax miał wrażenie, że wielu roślinnym organizmom nieuchronnie grozi zagłada przez zamarznięcie.

Jednakże wygląd roślin był zwodniczy. Oczywiście, istniało niebezpieczeństwo, że sporo z nich zginie tej zimy, ale niektóre okazy twardniały — jak mawiali tutejsi ogrodnicy — aklimatyzując się w ten sposób do nadchodzących mrozów. Proces ten był trzyfazowy, czego Sax dowiedział się, gdy kopiąc w cienkim, ale mocno ubitym śniegu szukał okazów. Po pierwsze, fitochromowe czujniki, które znajdowały się w liściach wyczuwały, że dni stają się krótsze — a teraz szybko stawały się krótsze z mrocznymi frontami pogodowymi, przechodzącymi mniej więcej co tydzień, wyrzucającymi brudnobiały śnieg z czarnych kłębiastych chmur deszczowych wiszących nisko nad ziemią. W drugiej fazie roślina przestawała rosnąć, węglowodany przesuwały się do korzeni, a ilość odseparowanego kwasu rosła w niektórych liściach, aż powodowała ich opadanie. Sax znajdował wiele z tych liści; były pożółkłe lub brązowe i ciągle zwisały z łodyżek, trzymając się blisko powierzchni i dostarczając jeszcze żywej roślinie matecznej nieco dodatkowej izolacji. Podczas tej fazy woda z komórek przemieszczała się do międzykomórkowych lodowych kryształków i błony komórkowe twardniały, a w rym czasie molekuły cukrowe zastępowały w niektórych proteinach cząsteczki wody. Następnie, w trzeciej i najzimniejszej fazie, gładki lód kształtował się wokół komórek, nie przerywając ich, w procesie nazywanym zeszkleniem.

Od tego momentu rośliny mogły tolerować spadek do dwustu dwudziestu stopni Kelvina, ciepłoty, która była w przybliżeniu przeciętną temperaturą Marsa przed przylotem pierwszej setki kolonistów, ale teraz oznaczała wyjątkowe zimno. A śnieg, który padał w nawet częstszych obecnie burzach służył roślinom jako izolator, utrzymując ziemię, którą pokrywał, w stanie cieplejszym niż nagie powierzchnie narażone na bezpośredni kontakt z wiatrem. Kiedy Sax kopał po okolicy w śniegu zdrętwiałymi palcami, środowisko podśnieżne okazywało się niezwykle fascynujące, zwłaszcza przystosowanie do jakby wydzielonego ze spektrum błękitnego światła, które przenikało przez mniej więcej trzy metry śniegu — kolejny pokaz zjawiska rozpraszania Rayleigha. Sax miał ochotę obserwować ten zimowy świat osobiście przez całe sześć miesięcy trwania tej pory roku; stwierdził, że lubi przebywać na dworze pod niskimi, ciemnymi falami chmur, na białej powierzchni ośnieżonego lodowca, chodząc, pochylając się przed porywami wiatru i z trudem forsując śnieżne zaspy. Jednak Claire chciała, aby wrócił do Burroughs i popracował w laboratorium nad tamaryszkiem tundrowym, który wyhodowali w marsjańskich słojach. Zresztą Phyllis i reszta załogi z Armscoru i Zarządu Tymczasowego także wracała. Pewnego dnia pozostawili więc stację pod opieką małej grupki badaczy-ogrodników, uformowali karawanę pojazdów i ruszyli razem z powrotem na południe.

Sax aż jęknął, kiedy usłyszał, że Phyllis i jej grupa będą wracać wraz z jego ekipą. Miał nadzieję, że samo fizyczne rozdzielenie się spowodowałoby zakończenie kontaktów z Phyllis i pozwoliło mu zniknąć spod jej bacznego oka. Ale skoro wracali razem, uświadomił sobie, że będzie musiał coś przedsięwziąć, znaleźć jakiś sposób, by z nią zerwać, i — tak jak bardzo pragnął — zakończyć ten romans. Wiedział, że pomysł wplątywania się w takie stosunki z Phyllis był od samego początku zły. Dlaczego się poddał temu niewytłumaczalnemu impulsowi, wyrzucał sobie. Teraz impuls przestał działać i Sax musiał przebywać w towarzystwie osoby, która była w najlepszym razie irytująca, a w najgorszym — niebezpieczna. Oczywiście, żadnej pociechy nie sprawiała mu myśl, że przez cały czas działał w złej wierze. Żaden szczegół nie wydawał się niczym więcej niż tylko drobnostką w porównaniu ze stanem rzeczy. Cóż, razem wziąwszy, całość sytuacji wydawała mu się wprost okropna.

Wobec czego, gdy pierwszego wieczoru po powrocie do Burroughs, zabrzęczał sygnał na nadgarstku Saxa i na maleńkim ekranie pojawiła się Phyllis z zaproszeniem na kolację, zgodził się szybko, zakończył rozmowę, a potem mamrotał do siebie, czując się nieswojo. To się staje zbyt uciążliwe, pomyślał.

Poszli do restauracji na patio, którą Phyllis znała z pobytu na Pagórku Ellisa, na zachód od Płaskowzgórza Hunta. Na prośbę Phyllis usadowili się przy narożnym stoliku, z widokiem na główną dzielnicę między Ellisem i Górą Stołową, gdzie drzewa Parku Księżnej otaczały nowo zbudowane domy. Leżąca po drugiej stronie parku Góra Stołowa była tak mocno oszklona ścianami, że wyglądała jak gigantyczny hotel, a bardziej odległe płaskowzgórza były niewiele mniej okazałe.

Kelnerzy i kelnerki przynieśli najpierw karafkę wina, potem kolację, przerywając szczebiotanie Phyllis, która opowiadała głównie o nowej budowie na Tharsis. Najwyraźniej bardzo interesowały ją również pogawędki z kelnerami i kelnerkami: podpisywała dla nich swoim nazwiskiem serwetki i pytała, skąd pochodzą, jak długo są na Marsie i tak dalej. Sax jadł spokojnie. Obserwował Phyllis lub patrzył na Burroughs i czekał, aż posiłek się skończy. Kolacja wydawała się ciągnąć godzinami.

Wreszcie skończyli jeść i pojechali windą na pokład doliny. Jazda windą przywiodła Saxowi na pamięć wspomnienie ich pierwszej wspólnej nocy, co sprawiło, że poczuł jakiś nieokreślony niepokój. Być może Phyllis odczuwała podobnie, ponieważ odeszła w drugi koniec wagonika i długi zjazd minął im w milczeniu.

Potem, na trawiastej alei, musnęła wargami policzek Saxa, mocno i szybko go uściskała i powiedziała:

— To był czarujący wieczór, Stephenie. Cudownie wspominam również okres na Arenie, a poza tym nigdy nie zapomnę naszej małej przygody pod lodowcem. Teraz jednak muszę wracać do Sheffield, gdzie czeka na mnie do załatwienia mnóstwo spraw, które nagromadziły się podczas mojej nieobecności. Sam rozumiesz… Mam nadzieję, że mnie odwiedzisz, jeśli będziesz kiedyś w pobliżu.

Sax starał się zapanować nad twarzą i próbował odgadnąć, jak czułby się w takiej chwili Stephen i co by powiedział. Phyllis była kobietą próżną i istniała możliwość, że zapomni o całym romansie szybciej, jeśli raczej będzie unikać myśli o ranie, którą komuś zadała porzuciwszy go, niż rozpamiętując, dlaczego porzucony kochanek wydawał się odczuwać taką ulgę. Sax usiłował więc spotęgować lekką urazę, którą czuł i zachować się jak osoba, którą obrażono takim potraktowaniem. Zacisnął kąciki ust, po czym opuścił głowę i spojrzał w bok.

— Ach! — burknął.

Phyllis roześmiała się jak mała dziewczynka i z afektem go uściskała.

— Daj spokój — upomniała go. — Nieźle się bawiliśmy, prawda? I spotkamy się znowu, kiedy przyjadę do Burroughs albo jeśli ty kiedyś mnie odwiedzisz w Sheffield. Tymczasem, co innego możemy zrobić? Nie bądź smutny.

Sax wzruszył ramionami. To miało naprawdę sens, który trudno byłoby pojąć jedynie najbardziej usychającej z miłości osobie, a on sam nigdy przecież nie udawał aż tak wielkiego uczucia. W końcu, każde z nich przeżyło już na świecie ponad sto lat.

— Wiem — powiedział więc jedynie i posłał jej nerwowy, smutny uśmieszek. — Po prostu przykro mi, że czas mija.

— Tak, tak. — Znowu go pocałowała. — Mnie też. Ale z pewnością spotkamy się znowu, a wtedy zobaczymy.

Skinął głową, ponownie spuszczając oczy. Poznał trudności, z którymi zmagają się aktorzy. Co zrobić? Jak się zachować?

W tym momencie jednak, wylewnie się pożegnawszy, Phyllis odeszła. Sax życzył jej powodzenia, rzucił ostatnie spojrzenie przez ramię i szybko pomachał ręką.

Przeszedł Bulwar Wielkiej Skarpy i ruszył ku Płaskowzgórzu Hunta. Tak więc, stało się. I prawdę mówiąc o wiele łatwiej niż się spodziewał. W gruncie rzeczy zerwanie odbyło się w sposób niewiarygodnie dogodny. Choć musiał przyznać, że gdzieś głęboko w sobie naprawdę czuje leciutką irytację. Patrzył na swoje odbicie w szybach sklepowych, gdy mijał niższe piętra Hunta. Rozpustny, wiekowy staruch. Czy przystojny przy tym? No cóż, chyba tak, cokolwiek to słowo znaczyło. Przystojny dla niektórych kobiet, czasami przystojny… Poderwany przez pewną damę i wykorzystany jako partner do łóżka na kilka tygodni, potem porzucony, gdy nadszedł czas przeprowadzki. Przypuszczalnie coś takiego przydarzyło się już wielu ludziom, bez wątpienia częściej kobietom niż mężczyznom, biorąc pod uwagę nierówności kulturowe i reprodukcyjne. Choć teraz, gdy nie mogło już być mowy o reprodukcji, a kulturę rozbito w drobny mak… Phyllis była właściwie okropna, pomyślał. A poza tym nie miał w zasadzie prawa się skarżyć; zgodził się na wszystko bezwarunkowo i okłamał ją na samym początku, nie tylko co do tego, kim był, ale i na temat tego, co do niej czuł. A teraz uwolnił się od tego romansu i od wszystkiego, co on ze sobą niósł. I od wszelkich związanych z nim zagrożeń.

Czując się radośnie, jak gdyby wdychał tlenek azotawy, poszedł schodami w górę ogromnego atrium Hunta na swoje piętro, a potem korytarzem do przydzielonego mu maleńkiego mieszkanka.

Jakiś czas później tej samej zimy miała miejsce coroczna konferencja na temat projektu terraformingowego. Była to już dziesiąta tego typu narada, nazwana przez organizatorów: „M-rok 38. Nowe rezultaty i nowe kierunki”, i uczestniczyli w niej naukowcy z całego Marsa, razem prawie trzy tysiące osób. Spotkania odbywały się w dużym ośrodku konferencyjnym w Górze Stołowej, a przebywający gościnnie naukowcy zamieszkali we wszystkich hotelach miasta.

Wszyscy z Biotique w Burroughs brali udział w spotkaniach, pędząc następnie z powrotem na Płaskowzgórze Hunta, jeśli prowadzili eksperymenty, których nie chcieli przerwać. Sax był niezwykle zainteresowany wszelkimi aspektami konferencji, co było zupełnie naturalne i czego nie musiał w żaden sposób ukrywać, toteż pierwszego ranka zszedł wcześnie do Parku nad Kanałem, chwycił kubek z kawą i pasztecik, a następnie poszedł na górę do centrum konferencyjnego, gdzie udało mu się stanąć na początku kolejki przy stole rejestracyjnym. Wziął pakiet z programem informacyjnym, przypiął plakietkę z nazwiskiem do marynarki i ruszył przez korytarze z salkami konferencyjnymi, popijając kawę, czytając program na sesję poranną tego dnia i patrząc na tablice z plakatami, umieszczone w wyznaczonych częściach korytarzy.

Właśnie tutaj i po raz pierwszy od tak długiego czasu, że nie potrafił sobie przypomnieć, poczuł się naprawdę w swoim żywiole. Wszystkie konferencje naukowe były właściwie takie same, we wszystkich epokach i miejscach, nawet w sposobie, w jaki ubierali się ich uczestnicy: mężczyźni w tradycyjnych, lekko zniszczonych profesorskich marynarkach, jednolitych, w kolorach ciemnobrązowych, jasnobrązowych lub ciemnordzawych, a kobiety — stanowiące zwykle może trzydzieści procent wszystkich uczestników — w wybitnie bezbarwnych i surowych kostiumach; wiele osób nadal nosiło okulary, mimo że w obecnych czasach rzadko zdarzały się problemy ze wzrokiem, których nie można było zlikwidować poprzez zabieg chirurgiczny. Większość naukowców niosła z sobą pakiety z programami i wszyscy mieli w lewych klapach marynarek lub żakietów plakietki z nazwiskami. Wewnątrz zaciemnionych salek konferencyjnych, które mijał Sax, rozpoczynały się prelekcje i tam również wszystko wyglądało tak samo jak zawsze: mówcy stawali przed ekranami wideo, ukazującymi wykresy, tabele, układy molekularne i tym podobne, przemawiali nienaturalnym tonem zsynchronizowanym z tempem, w jakim przesuwały się obrazy na wideo, używając wskaźników, by zasygnalizować istotne fragmenty przesadnie dokładnych wykresów… Audytorium, złożone z trzydziestu czy czterdziestu kolegów prelegenta najbardziej zainteresowanych omawianą właśnie pracą, siedziało na krzesłach w rzędach obok swych przyjaciół. Wszyscy słuchali z uwagą i przygotowywali pytania, które zamierzali zadać na końcu wystąpienia.

Dla miłośników takiego świata owa sceneria była bardzo przyjemna. Sax wsuwał głowę do kolejnych pomieszczeń, ale żadna z prelekcji nie zaintrygowała go na tyle, by wciągnąć go do środka i wkrótce przyłapał się na tym, że znowu chodzi po korytarzu pełnym tablic z afiszami, które wielokrotnie już oglądał.

„Rozpuszczanie wielopierścieniowych węglowodorów aromatycznych w monomerycznych i micelarnych roztworach środków powierzchniowo czynnych”. „Spowodowane pompowaniem zapadanie się terenu południowych Vastitas Borealis”. „Opór nabłonkowy wobec trzyfazowej kuracji gerontologicznej”. „Zasięg pęknięć poprzecznych formacji wodonośnych w stożkach basenów pouderzeniowych”. „Niskowoltowa elektroporacja plazmidów o długich wektorach”. „Wiatry katabatyczne w Echus Chasma”. „Genom podstawowy nowego gatunku kaktusa”. „Odnowa nawierzchni wyżyn marsjańskich w Amenthes i regionie Tyrrhena”. „Zaleganie warstw azotanu sodowego w Nilosyrtis”. „Metoda oceny zawodowego napromieniowania chlorofenolanami poprzez analizę skażonego ubrania roboczego”.

Jak zawsze, plakaty stanowiły wyborną mieszaninę. Z wielu powodów były raczej afiszami niż tekstami odczytów — często okazywały się pracami magisterskimi studentów z uniwersytetu w Sabishii albo dotyczyły tematów peryferyjnych dla konferencji — jednak można było tam znaleźć wszystko, zaś ich odczytywanie zawsze mogło przynieść bardzo interesujące rezultaty. A na tej konferencji nikt nawet nie próbował pogrupować plakatów w korytarzach tematycznie, toteż „Rozsianie Rhizocarpon geographicum we wschodnich Charitum Monies”, opisujące bogactwo rosnących na dużych wysokościach krzyżowych porostów, które mogły dożyć czterech tysięcy lat, wisiało naprzeciwko „Pochodzenia drobnego śniegu w cząsteczkach soli znalezionych w chmurach pierzastych, średnich warstwowych oraz średnich kłębiastych w cyklonicznych wirach na północnej części Tharsis”, stanowiącego dość ważne studium meteorologiczne.

Saxa interesowało wszystko, ale najdłużej wystawał przed plakatami opisującymi te aspekty terraformowania, które sam zapoczątkował albo którymi kiedyś się zajmował. Jeden z nich, zatytułowany: „Szacunki ciepła kumulacyjnego wytworzonego przez wiatraki z Underhill” sprawił, że stanął jak wryty. Przeczytał afisz dwukrotnie, a czytając czuł, jak nieco psuje mu się humor.

Średnia temperatura marsjańskiej powierzchni przed przylotem członków pierwszej setki wynosiła około dwustu dwudziestu stopni Kelvina i jednym z uzgodnionych powszechnie celów terraformowania miało być podniesienie tej przeciętnej ponad temperaturę zamarzania wody, czyli miała przekroczyć dwieście siedemdziesiąt trzy kelviny. Podniesienie średniej temperatury powierzchniowej całej planety o więcej niż pięćdziesiąt trzy stopnie wydawało się zamysłem zbyt śmiałym i wymagało — jak wyobrażał sobie Sax — zastosowania przez jakiś czas nie mniej niż 3,5 x 10* dżuli na każdy centymetr kwadratowy marsjańskiej powierzchni. We własnych projektach zawsze pragnął osiągnąć średnią ciepłotę powietrza około dwustu siedemdziesięciu czterech stopni Kelvina, oceniając, że przy takiej przeciętnej temperaturze, planeta byłaby wystarczająco ciepła przez większą część roku, aby stworzyć aktywną hydrosferę, a zatem i biosferę. Wiele osób zalecało jeszcze intensywniejsze ogrzanie, ale Sax nie widział ku temu potrzeby.

W każdym razie wszystkie metody dodawania ciepła do systemu oceniano pod kątem tego, o ile podniesiono globalną średnią temperaturę. Plakat zajmujący się efektami, jakie przyniosły małe wiatraki grzewcze Saxa, obliczył, że przez siedem dziesięcioleci dodały nie więcej niż 0,05 stopnia Kelvina. Saxowi nie udało się znaleźć żadnego błędu w rozmaitych założeniach i obliczeniach w modelu naszkicowanym na afiszu. Oczywiście, podniesienie ogólnej temperatury nie było jedynym powodem, dla którego Sax rozprowadził wiatraki na planecie — pragnął także dostarczyć ciepła i ochrony wcześnie ukształtowanym genetycznie roślinnym organizmom kryptoendolitycznym, które zamierzał przetestować na marsjańskiej powierzchni. Wszystkie te organizmy umierały jednak w gruncie rzeczy natychmiast po ich posadzeniu albo krótko później. Na tle całego projektu terraformingowego nie można więc było zaliczyć pomysłu z wiatrakami do jego najlepszych.

Sax szedł dalej i czytał kolejne tytuły. „Zastosowanie danych chemicznych na poziomie proceduralnym w modelowaniu hydrochemicznym: dział wodny Dao Vallis w Hellas”. „Wzrastająca tolerancja na dwutlenek węgla u pszczół”. „Epilimniotyczne strącanie oczyszczające opadu radioaktywnego nuklidów promieniotwórczych Compton w lodowcowych jeziorach Marineris”. „Oczyszczanie toru magnetycznego kolei reluktancyjnej z drobin miału”. „Globalne ocieplenie jako rezultat uwalniania się węglowodorów”.

Ten ostatni tytuł znowu go zatrzymał. Na plakacie omawiano pracę chemika zajmującego się atmosferą nazwiskiem S. Simmon oraz kilku jego studentów, i czytając opis ich działań Sax poczuł się wyraźnie lepiej. Kiedy bowiem został kierownikiem projektu terraformingowego w roku 2042, od razu zaczął budowę wytwórni do produkcji i uwalniania w atmosferę specjalnej mieszanki gazu oranżeriowego, złożonej w większości z czterofluorku węgla, sześciofluoroetanu i sześciofluorku siarki, z dodatkiem niewielkich ilości metanu i tlenku azotawego. Plakat nazywał tę mieszankę „koktajlem Russella”, dokładnie tak samo jak nazywał ją kiedyś zespół Saxa w Echus Overlook. Węglowodory w koktajlu były potężnymi gazami oranżeriowymi i najlepszą rzeczą z nimi związaną było to, że absorbowały wychodzące promieniowanie planetarne na falach od ośmio — do dwunastomikronowej długości — czyli na tak zwanym „oknie”, gdzie ani wodna para, ani dwutlenek węgla nie miały zdolności lepszej chłonności. To „okno”, kiedy było otwarte, wyzwalało fantastyczne wręcz ilości ciepła, które uciekało z powrotem w przestrzeń i Sax dość szybko postanowił spróbować się do tego zbliżyć poprzez uwolnienie wystarczającej ilości „koktajlu”, aby wyprodukować dziesięć albo dwadzieścia części na milion cząstek atmosfery, stosując się do klasycznych działań związanych z wczesnym modelowaniem, jakie podejmował kiedyś McKay i jemu podobni. Toteż od 2042 roku największy nacisk kładziono na budowę automatycznych fabryczek, rozproszonych po całej planecie, które wytwarzały gazy z lokalnych złóż węgla, siarki i fluorytu, a potem uwalniały je w atmosferę. Każdego roku zwiększała się ilość wypompowywanego „koktajlu”, nawet gdy osiągnięto poziom dwudziestu cząstek na milion, ponieważ chciano utrzymać tę proporcję w stale gęstniejącej atmosferze, a także z tego powodu, że trzeba było kompensować ustawiczne niszczenie przez promieniowanie ultrafioletowe węglowodorów na dużych wysokościach.

I, jak wyjaśniały to tabelki w opisie działań Simmona, wytwórnie kontynuowały akcję przez rok 2061 i przez następną dekadę, utrzymując poziom ha około dwudziestu sześciu cząstkach na milion. Wnioski na plakacie były jednoznaczne: gazy ogrzały powierzchnię o około dwanaście stopni Kelvina.

Sax szedł dalej; na jego twarzy pojawił się nieznaczny uśmieszek. Dwanaście stopni! No, to już było coś! Ponad dwadzieścia procent całego ciepła, jakiego potrzebowali i wszystko to dzięki wczesnemu i stałemu stosowaniu dobrze pomyślanej mieszanki gazowej. Doprawdy pierwszorzędny pomysł! W prostej fizyce jest naprawdę coś pokrzepiającego, pomyślał.

Była dziesiąta rano i zaczynała się kluczowa dla tego dnia konferencji prelekcja H. X. Borazjaniego, jednego z najlepszych chemików atmosferycznych na Marsie. Z opisu na plakacie wynikało, że odczyt ma poruszyć kwestię globalnego ocieplenia i Borazjani najwyraźniej zamierzał w nim przedstawić swoje obliczenia związane z wszelkimi próbami ogrzania planety aż do roku 2100, czyli na rok przed umieszczeniem na orbicie i uruchomieniem soletty. Po oszacowaniu poszczególnych działań chemik pragnął podjąć próbę oceny, czy na Marsie miały miejsce jakiekolwiek efekty synergistyczne. Jego wykład był zatem jedną z przełomowych prelekcji narady, ponieważ Borazjani miał w nim wspomnieć i oszacować pracę bardzo wielu innych naukowców.

Odczyt odbywał się w jednej z największych sal konferencyjnych i pomieszczenie to było z tej okazji całkowicie zapchane ludźmi — stłoczyło się w nim przynajmniej dwa tysiące osób. Sax wślizgnął się prawie w chwili rozpoczęcia prelekcji, wobec czego stał za ostatnim rzędem krzeseł.

Borazjani był małym, śniadoskórym i białowłosym mężczyzną, przemawiającym ze wskaźnikiem w ręku przed wielkim ekranem, który teraz pokazywał obrazy wideo różnych wypróbowanych już metod grzewczych: czarny pył i porosty na biegunach, orbitujące zwierciadła, które przysłano z ziemskiego Księżyca, mohole, wytwórnie gazów oranżeriowych, lodowe asteroidy spalane w atmosferze, bakterie denitryfikujące, a potem cała reszta bioty.

Sax sam zainicjował wszystkie te procesy w latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku, dlatego też obserwował teraz ekran jeszcze uważniej niż reszta widowni. Jedyną strategią, jawnie ogrzewającą powietrze, której unikał we wczesnych latach terraformowania, było uwolnienie potężnych ilości dwutlenku węgla w atmosferę. Ci, którzy popierali tę metodę, pragnęli wywołać zjawisko niekontrolowanego efektu oranżeriowego i stworzyć atmosferę dwutlenkowowęglową o ciśnieniu dwóch barów, twierdząc, że takie działanie kolosalnie ogrzałoby planetę, powstrzymało promieniowanie ultrafioletowe i wyzwoliło bujny rozrost roślin. Z pewnością była to prawda, jednakże dla ludzi i zwierząt powietrze takie stałoby się trujące i chociaż zwolennicy tego planu wspominali o drugiej fazie, w której wytrącono by dwutlenek węgla z atmosfery i zastąpiono go jakimś gazem, w którym można oddychać, o swoich metodach mówili w sposób niejasny i nieokreślony, podobnie jak o ewentualnym terminie zakończenia całej operacji, który mieścił się w skali od stu lat do dwudziestu tysięcy. A niebo przez długi czas pozostałoby barwy mlecznobiałej.

Sax nie uważał takiego rozwiązania problemu za zbyt rozsądny. Bardziej preferował swój własny model jednofazowy, osiągający ostateczny cel w sposób bezpośredni.

Model ten oznaczał, że zawsze brakowało im trochę ciepła, ale Sax uznał, że warto ponieść taką cenę w perspektywie plusów, jakie daje cały projekt. Zrobił też, co mógł, aby znaleźć zamiennik ciepła, które dodawało dwutlenek węgla, jak na przykład mohole. Niestety, Borazjani oszacował ciepło uwolnione przez mohole dość nisko; razem wziąwszy, dodały jego zdaniem może z pięć stopni Kelvina do średniej temperatury planety. Cóż, nie ma o czym mówić, pomyślał Sax, wystukując notatki na klawiaturze komputera: prawda jest taka, że jedynym dobrym źródłem ciepła jest słońce. Dlatego właśnie sam od początku tak bardzo optował za wprowadzeniem zwierciadeł orbitujących, które co roku się powiększały, kiedy żaglowce słoneczne docierały z ziemskiego Księżyca, gdzie w bardzo efektywnym procesie produkcyjnym wytwarzano je z księżycowego aluminium. Te floty, powiedział Borazjani, stały się na tyle duże, by dodać do średniej temperatury atmosferycznej również jakieś pięć stopni Kelvina.

Zmniejszenie albedo, działanie, które nigdy nie było specjalnie energicznie wypełniane, dodało kolejne dwa stopnie, a mniej więcej dwieście reaktorów atomowych rozproszonych po całej planecie jeszcze jeden stopień i pół.

Teraz Borazjani przeszedł do omówienia mieszanki gazów oranżeriowych, jednak zamiast powiedzieć o dwunastu stopniach z plakatu Simmona, oszacował całość na czternaście kelvinow i, aby wesprzeć swoje twierdzenie, przytoczył napisaną przed dwudziestu laty rozprawę J. Watkinsa. Sax dostrzegł Berkinę, który siedział w tylnym rzędzie tuż przed nim i teraz przesunął się do przodu, pochylił niemal dotykając ustami ucha kolegi i wyszeptał pytanie:

— Dlaczego nie korzysta z pracy Simmona?

Berkina uśmiechnął się i odszepnął:

— Kilka lat temu Simmon opublikował rozprawę, w której zaczerpnął od Borazjaniego bardzo skomplikowany wykres oddziaływania ultrafioletowego węglowodoru. Lekko go tylko zmodyfikował i za pierwszym razem przypisał go Borazjaniemu, jednak w późniejszych publikacjach cytował już tylko własną wcześniejszą dysertację. Fakt ten rozgniewał Borazjaniego i teraz twierdzi, że rozprawy Simmona na ten temat są pochodną prac Watkinsa, więc kiedykolwiek wspomina o ogrzewaniu planety, odnosi się do tekstu Watkinsa, udając, że badania Simmona nie istnieją.

— Ach tak — powiedział Sax. Wyprostował się i uśmiechnął wbrew sobie na myśl o subtelnej, wyrafinowanej zemście aktualnego prelegenta. A przecież Simmon siedział po drugiej stronie sali, intensywnie marszcząc brwi.

Wówczas Borazjani przeszedł do omawiania efektów grzewczych pary wodnej i dwutlenku węgla, który uwalniano w atmosferę, co ocenił razem jako dodanie kolejnych dziesięciu stopni Kelvina.

— Co nieco z tego można by nazwać efektem synergistycznym — mówił — ponieważ desorpcja dwutlenku węgla jest głównie rezultatem innego ocieplania. Ale moim zdaniem działanie synergistyczne nie jest specjalnie ważnym czynnikiem. Suma ogrzewania wytworzonego przez wszystkie poszczególne, omówione już przeze mnie, metody odpowiada mniej więcej temperaturze obwieszczanej przez komunikaty meteorologiczne z całej planety.

Ekran wideo pokazał teraz końcową tabelkę i Sax zrobił uproszczoną jej kopię w swoim komputerze:

Dane Borazjaniego, 14 drugi luty, 2102 rok:

węglowodory: 14

H2OiCO2: 10

mohole: 5

zwierciadła przed solettą: 5

redukcja albedo: 2

reaktory atomowe: 1,5

Borazjani nawet nie włączył w swoje rozważania wiatraków grzewczych, więc Sax sam je dopisał na notebooku. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, wyszło mu 37,55 stopni Kelvina, co było krokiem bardzo chwalebnym, jak pomyślał, w dążeniu ku ostatecznemu celowi, czyli pięćdziesięciu trzem stopniom na plus. Zajęło im to tylko sześćdziesiąt lat i obecnie w większość letnich dni panowała temperatura powyżej zera Celsjusza, co pozwalało rozwijać się arktycznemu i alpejskiemu życiu roślinnemu, jak sam widział na terenie Lodowca Arena. A wszystko to stało się jeszcze przed wprowadzeniem na orbitę soletty, która zwiększyła nasłonecznienie o dwadzieścia procent.

Zaczęły padać pytania i ktoś poruszył właśnie temat soletty, pytając Borazjaniego, czy myśli on, że jest konieczna, jeśli się weźmie pod uwagę, co udało się już osiągnąć innymi metodami.

Borazjani wzruszył ramionami dokładnie w taki sposób, jak zrobiłby to Sax, gdyby jego o to zapytano.

— Co to właściwie znaczy konieczna? — odpowiedział chemik pytaniem na pytanie. — Wszystko zależy od tego, jak bardzo chcemy podnieść temperaturę. Według modelu standardowego, zainicjowanego przez Russella w Echus Overlook, ważne jest utrzymanie limitu dwutlenku węgla na jak najniższym poziomie. Jeśli będziemy tak postępować, wówczas konieczne stanie się stosowanie także innych metod, aby skompensować stratę ciepła, które wniósłby dwutlenek węgla. Solettę można by uznać za taki kompensator przy ostatecznej redukcji dwutlenku węgla do poziomu, w którym człowiek zdolny byłby oddychać.

Słysząc te słowa, Sax wbrew sobie pokiwał głową.

Wówczas podniosła się następna osoba i zapytała:

— Czy nie sądzi pan, iż standardowy model jest nieodpowiedni, biorąc pod uwagę ilość posiadanego azotu?

— Nie, skoro cały ten azot zostanie wysłany w atmosferę.

W rzeczywistości było to nieprawdopodobne wręcz osiągnięcie, co pytający szybko zresztą wskazał. Spory procent całości powinien pozostać w glebie, istotnie był tam wręcz niezbędny dla rozwoju roślin. Tak więc brakowało im azotu, o czyni zresztą Sax zawsze bardzo dobrze wiedział. I jeśli mieli utrzymać ilość dwutlenku węgla na najniższym możliwym poziomie, procent tlenu w powietrzu pozostawał na niebezpiecznie — ze względu na swą łatwopalność — wysokim poziomie.

Wtedy wstała kolejna osoba i oświadczyła, że można by wyrównać brak azotu, uwalniając inne gazy szlachetne, przede wszystkim argon. Sax zacisnął usta: wprowadzał argon do atmosfery od roku 2042, kiedy wiedział, że prędzej czy później zetknie się z tym problemem, a w regolicie znajdowały się znaczące ilości tego pierwiastka. Jednakże nie było łatwo je uwolnić, jak zauważyli w tamtych czasach współpracujący z nim inżynierowie i co teraz wskazywały różne osoby. Nie, nie, równowaga gazowa w atmosferze stanowiła naprawdę poważny problem.

Wstała jakaś kobieta i zauważyła, że grupa konsorcjów ponadnarodowych koordynowanych przez Armscor buduje system wahadłowców kursowych, które mają zbierać azot z prawie czysto azotowej atmosfery Tytana, skraplać go, przywozić na Marsa i umieszczać w górnej partii atmosfery. Sax zamrugał oczyma na to stwierdzenie, po czym dokonał pewnych szybkich obliczeń na komputerze. Gdy zobaczył wynik, natychmiast gwałtownie uniósł brwi. Trzeba by mnóstwa kursów, by osiągnąć zamierzony rezultat albo statki musiałyby być niesamowicie wielkie. Niesłychane, pomyślał, że ktoś chce w coś takiego inwestować.

Teraz ponownie dyskutowano na temat soletty. Miała ona rzeczywiście zdolność kompensowania tych pięciu czy ośmiu stopni Kelvina, które zostałyby stracone, gdyby wytrącono z powietrza aktualną ilość dwutlenku węgla, a prawdopodobnie mogłaby dodać do atmosfery nawet jeszcze więcej ciepła. Teoretycznie, jak Sax obliczył na komputerze, podniosłaby temperaturę nawet o dwadzieścia dwa kelviny. Ktoś zauważył też, że samo wytrącanie wcale nie jest proste. Stojący obok Saxa mężczyzna z laboratorium Subarashii wstał wówczas i oświadczył, że pogadanka na temat soletty i soczewki napowietrznej, połączona z prezentacją, będzie miała miejsce później na konferencji, gdzie zostaną wyjaśnione niektóre z tych punktów. Zanim mężczyzna usiadł, dodał coś jeszcze o poważnych usterkach modelu jednofazowego, z powodu których należałoby uznać za obowiązujący model dwufazowy.

Większość potoczyła na to stwierdzenie oczyma, a Borazjani oznajmił, że za chwilę odbędzie się w tej sali kolejny wykład. Nikt nie wypowiedział się na temat jego błyskotliwej prelekcji, która uporządkowała wszystkie dane o poszczególnych metodach grzewczych w tak wiarygodny sposób. Jednocześnie świadczyło to jednak również o powszechnym szacunku dla niego, ponieważ nikt także niczego nie zakwestionował — prymat Borazjaniego na tym polu uznawano bezspornie. Ludzie zaczęli powoli wstawać. Niektórzy podchodzili, by osobiście porozmawiać z prelegentem, reszta natomiast ruszyła z sali do korytarza, który natychmiast zaszumiał tysiącem rozmów.

Sax poszedł z Berkiną na obiad do kafeterii tuż za podnóżem Płaskowzgórza Branch. Dokoła nich jadło i rozmawiało o wydarzeniach tego ranka wielu naukowców z całego Marsa.

— Sądzimy, że chodzi o kilka cząstek na miliard.

— Nie, siarczki zachowują się dość ostrożnie.

Z tego, co Russell słyszał, ludzie przy sąsiednim stoliku zakładali, że nastąpi zmiana w model dwufazowy. Któraś z kobiet wspomniała coś o podnoszeniu średniej temperatury do dwustu dziewięćdziesięciu pięciu stopni Kelvina, czyli o siedem stopni więcej niż przeciętna ciepłota Ziemi.

Aż mrugał oczyma na wszystkie te manifestacje pośpiechu, wynikające z pragnienia ciepła. Nie widział powodu, by czuć się niezadowolonym z postępu, którego dokonano do tej pory. Ostatecznym celem projektu było w końcu nie czyste ciepło, ale powierzchnia, na której mogliby żyć ludzie, a rezultaty uzyskane do tej pory rzeczywiście nie wydawały się dawać powodu do skarg. Ciśnienie w obecnej atmosferze wynosiło przeciętnie sto sześćdziesiąt milibarów w punkcie odniesienia, a składała się ona niemal w równych częściach z dwutlenku węgla, tlenu i azotu, ze śladowymi ilościami argonu i innych gazów. Nie taką wprawdzie mieszankę Sax chciałby widzieć na końcu całego procesu zmian, ale był to optymalny wynik, jaki mogli osiągnąć, biorąc pod uwagę zapas substancji lotnych, z którymi musieli zaczynać. Mieszanka uosabiała konkretny krok na drodze do ostatecznego rezultatu, który pragnął osiągnąć Sax. Jego przepis na taką mieszaninę, zgodnie z wczesnym sformułowaniem Fogga, był następujący:

300 milibarów azotu

160 milibarów tlenu

30 milibarów argonu, helu i innych gazów

l0 milibarów dwutlenku węgla

co daje:

Całkowite ciśnienie u podstawy: 500 milibarów

Wszystkie te ilości opierały się na potrzebach fizycznych i różnego rodzaju ograniczeniach. Całkowite ciśnienie musiało być wysokie na tyle, aby skierować tlen do krwi, a pięćset milibarów wynosiło ciśnienie ziemskie na wysokości około czterech tysięcy metrów, blisko górnej granicy takiej atmosfery, w jakiej ludzie mogli żyć bez przerwy. Biorąc pod uwagę, że ciśnienie tego powietrza znajdowało się blisko górnej granicy, byłoby najlepiej, gdyby w tej rzadkiej atmosferze występował procent tlenu wyższy niż ziemski, jednak nie wiele większy, ponieważ wówczas trudno byłoby zagasić ewentualne pożary. Równocześnie należało utrzymać dwutlenek węgla poniżej poziomu dziesięciu milibarów, w przeciwnym razie był trujący. Co do azotu, im więcej go, tym lepiej, w gruncie rzeczy idealne byłoby siedemset osiemdziesiąt milibarów, tyle że całkowity zapas azotu na Marsie szacowano obecnie na mniej niż czterysta milibarów, więc racjonalnie można było wymagać wprowadzenia do atmosfery co najwyżej trzystu milibarów, może trochę więcej. Brak azotu stanowił w istocie jeden z największych problemów, z jakimi musiało się mierzyć terraformowanie, potrzebowano bowiem tego pierwiastka więcej niż było dostępne, zarówno w powietrzu, jak i w glebie.

Sax jadł w milczeniu, nie podnosząc oczu znad talerza i myślał intensywnie o wszystkich tych czynnikach. Poranne dyskusje dały mu powód do zastanowienia się, czy podjął właściwe decyzje w 2042 roku: czy zapas substancji lotnych mógł usprawiedliwiać jego próbę osiągnięcia w jednej fazie powierzchni, na której zdolni są żyć ludzie. Niewiele z tych decyzji można było teraz zmienić. Jednak, rozważywszy wszystkie za i przeciw, Sax nadal uznawał swoje decyzje za trafne. Shikata ga nai, naprawdę nie było innego wyjścia, jeśli chcieli osiągnąć możliwość swobodnego chodzenia po powierzchni Marsa jeszcze za swego życia. Nawet jeśli było ono tak znacznie wydłużone.

Istniały jednak osoby, którym bardziej zależało na atmosferze o wysokiej temperaturze niż takiej, w której można oddychać. Ludzie ci byli najpewniej przekonani, że potrafią podnieść poziom dwutlenku węgla, ogrzać atmosferę w sposób bardzo szybki, a następnie bez problemów zredukować ilość tego trującego dla człowieka gazu. Sax wątpił w to; każde dwufazowe działanie było jego zdaniem zbyt skomplikowane, tak skomplikowane, że nie mógł się przestać zastanawiać, czy cały proces nie zająłby im rzeczywiście dwudziestu tysięcy lat, jak prorokowali najwięksi pesymiści wśród wczesnych zwolenników dwufazowego modelu. Aż zamrugał, rozmyślając nad tą kwestią. Naprawdę nie widział konieczności takiego wyboru. Czy ludzie rzeczywiście chcą zaryzykować taki długoterminowy program, zastanawiał się. Czy aż tak zafrapowały ich nowe gigantyczne technologie, które zaczęli mieć do swojej dyspozycji, że uwierzyli, iż wszystko jest możliwe?

— Jakie było pastrami? — spytał Berkina.

— Co było jakie?

— Pastrami. Kanapka z wędzoną wołowiną, którą właśnie zjadłeś, drogi Stephenie.

— Ach tak! Świetna, naprawdę świetna. Musiała być świetna.

Sesje tego popołudnia były w większości poświęcone ubocznym problemom, wiążącym się z sukcesami kampanii globalnego ocieplania. Kiedy bowiem temperatury powierzchniowe rosły i podziemna biota powoli przenikała coraz głębiej w regolit, wieczna zmarzlina w dole zaczynała się topić, dokładnie tak, jak się spodziewano. Tyle że powodowało to katastrofę w pewnych regionach o wyjątkowo dużej zmarzlinie. Jednym z nich była, niestety, sama Isidis Planitia. Sytuację jej opisywała, gromadząc bardzo wielu słuchaczy, prelekcja areolog z laboratorium Praxis w Burroughs. Isidis była jednym z dużych basenów pouderzeniowych, mniej więcej rozmiaru Argyre. Jej północne zbocze było całkowicie zerodowane, a południowy stożek stanowił obecnie część Wielkiej Skarpy. Podziemny lód spływał ze Skarpy i zalegał w basenie przez miliardy lat, a teraz lód przy samej powierzchni topniał latem, po czym znowu zamarzał w zimie. Ten ciągły cykl „odwilż-zamarzanie” sprawiał, że zmarzlina to się podnosiła, to opadała na niesłychaną skalę; zjawisko było dość bliskie zwykłych podobnych fenomenów na Ziemi (choć tam odbywały się na wielokrotnie mniejszą skalę): zjawiska krasów i ping. Na Marsie powstawały duże, sto razy większe od swoich ziemskich odpowiedników zagłębienia i wielkie hałdy. Na całej Isidis te gigantyczne nowe wgłębienia i pagórki pokrywały nierównościami krajobraz i po odczycie wzbogaconym o sekwencję wstrząsających przeźroczy, prelegentka poprowadziła wielką grupę zainteresowanych naukowców na południowy kraniec Burroughs, obok Płaskowzgórza Moeris Lacus do ściany namiotu, gdzie cała okolica wyglądała, jak gdyby zniszczyło ją trzęsienie ziemi: ziemia podniosła się, ujawniając rosnącą masę lodu przypominającą łyse, koliste wzgórze.

— O, tu macie państwo niemal wzorcowe pingo — oświadczyła areolog tonem posiadaczki ziemskiej. — Lodowe masy są stosunkowo czyste w porównaniu z typową matrycą zmarzlinową i działają w tej formie w taki sam sposób, w jaki zachowują się skały: kiedy zmarzlina ponownie zamarza w nocy albo w zimie, rozszerza się i wszystko, co jest mocno zbite w tym obszarze, zostaje pchnięte w górę ku powierzchni. W ziemskiej tundrze znajduje się wiele podobnych ping, ale żadne nie jest tak duże jak to. — Kobieta poprowadziła grupę w górę po potrzaskanym betonie czegoś, co kiedyś było płaską, równą ulicą i tam, z glinianego stożka krateru naukowcy zaczęli wypatrywać na kopiec brudnobiałego lodu. — Przebijamy go jak czyrak, topimy i odprowadzamy w kanały.

— Dla niektórych regionów coś takiego mogłoby stanowić oazę — zauważył cicho Sax. — Topiłoby się latem i nawadniało teren dokoła siebie. W takim miejscu jak to powinniśmy posiać ziarna, rozrzucić zarodniki i posadzić kłącza.

— To prawda — zgodziła się z nim Jessica. — Chociaż, patrząc realistycznie, trzeba stwierdzić, że kraina wiecznej zmarzliny i tak zapewne skończy się pod morzem Vastitas.

— Hmm…

Prawda była taka, że Sax w tej chwili zupełnie zapomniał o wierceniach i eksploatacji Vastitas. Kiedy więc wrócili do centrum konferencyjnego, specjalnie poszukał odczytu opisującego aspekty tych prac. Znalazł jedną taką prelekcję o godzinie szesnastej: „Ostatnie postępy w procesach pompowania na zmarzlinie w północnym kręgu polarnym”.

Obserwował pokaz wideo beznamiętnie. Krąg lodu, który się rozszerzał pod ziemią z północnej czapy, wyglądał jak zatopiona część góry lodowej, zawierającej mniej więcej dziesięć razy więcej wody niż widoczna czapa. Zmarzlina Vastitas zawierała jej jeszcze więcej. Jednak wydostawanie tej wody na powierzchnię było jak… jak pozyskiwanie azotu z atmosfery Tytana, projekt tak trudny, że Sax nigdy nawet go nie rozważał we wczesnych latach; wtedy było to po prostu niemożliwe. Wszystkie te duże projekty — soletta, azot z Tytana, wiercenia północnego oceanu, częste spalanie w atmosferze lodowych asteroid — były przeprowadzane na tak ogromną skalę, że Sax złapał się na tym, iż ma problemy, by je sobie w ogóle wyobrazić. Musiał przyznać, że konsorcja ponadnarodowe mają bardzo odważne pomysły. Rzecz jasna, mieli do dyspozycji nowe możliwości w planowaniu i materiałoznawstwie, a poza tym pojawiły się nowe, całkowicie samoodtwarzające się wytwórnie; wszystko to umożliwiło techniczną wykonalność tych projektów, ale też początkowe inwestycje finansowe wciąż były ogromne.

Jeśli chodzi o możliwości techniczne, dość szybko je sobie wyobraził. Uznał po prostu, że stanowią one rozwinięcie tego, co on sam robił kiedyś wraz z grupą swoich współpracowników: rzeczywiście rozwiązanie niektórych podstawowych problemów dotyczących materiałów, projektowania i kontroli homeostatycznej mogło sprawić, że czyjeś siły bardzo znacznie rosły. Należało zatem rozumieć, że zasięg tego, co chcieli osiągnąć ponadnarodowcy, nie przewyższał już ich możliwości, a biorąc pod uwagę kierunki, w jakich czasami pragnęli się oni posunąć, było przerażające.

W każdym razie między równoleżnikiem północnym sześćdziesiątym a siedemdziesiątym umieszczono obecnie około pięćdziesięciu platform wiertniczych i drążono tam teraz studnie, w które wprowadzano urządzenia topiące zmarzlinę: metody sięgały od grzewczych chodników odbiorczych po wybuchy atomowe. Wówczas wypompowywano nową topninę i rozlewano ją na wydmach Vastitas Borealis, gdzie ponownie zamarzała. W końcu ta lodowa tafla powinna stopnieć, częściowo pod swym własnym ciężarem, a wtedy powstałby ocean w kształcie pierścienia otaczającego północne równoleżniki sześćdziesiąty i siedemdziesiąty, ocean, który byłby bez wątpienia bardzo dobrym zapadliskiem termicznym, tak zresztą jak wszystkie oceany. Chociaż, podczas gdy zapadlisko pozostałoby lodowym morzem, wzrost albedo spowodowałby prawdopodobnie stratę ciepła netto wobec globalnego systemu. Był to więc kolejny przykład na to, jak różne ich operacje szkodziły sobie nawzajem. Tak było z lokalizacją samego Burroughs, zależnego od tego nowego pomysłu: miasto znajdowało się bowiem niestety pod poziomem planowanego morza, było jego punktem wyjściowym. Mówiło się więc o utworzeniu dajki albo mniejszego morza, ale nikt na pewno nie wiedział, jak rozwiązać ten problem. Tak czy owak, Sax uważał, że wszystko to jest bardzo interesujące.

Brał udział w konferencji codziennie, całymi dniami, niemalże mieszkając w wyciszonych salkach i korytarzach centrum konferencyjnego. Rozmawiał z kolegami naukowcami, z autorami plakatów i ze swoimi sąsiadami na widowni. Kilka razy musiał udawać, że nie zna swych starych współpracowników, co czyniło go wystarczająco nerwowym, by unikał ich, kiedy tylko mógł. Ale ludzie ci najwyraźniej wcale nie uważali, by im przypominał kogoś, kogo kiedyś znali i przeważnie nie sprawiało mu problemu rozmawianie z nimi tylko o nauce. Robił to zresztą z ogromną przyjemnością. Uczestnicy konferencji wygłaszali odczyty, zadawali pytania, dyskutowali na temat szczegółów, omawiali implikacje poszczególnych stwierdzeń, a wszystko to pod równomierną fluorescencyjną poświatą salek konferencyjnych, w cichym szumie wentylatorów i wideoodtwarzaczy — jak gdyby znajdowali się w świecie poza czasem i przestrzenią, na wyimaginowanym obszarze czystej nauki, która z pewnością stanowiła jedną z największych zdobyczy ludzkiego ducha. Byli czymś w rodzaju utopijnej społeczności, żyjącej wygodnie, pogodnie i pod ochroną. Dla Saxa ta naukowa konferencja naprawdę była utopią.

A jednak te sesje charakteryzowały się jakimś nowym tonem, czymś w rodzaju dziwnej nerwowości, z którą nigdy przedtem się nie spotkał i która go raziła. Pytania po prezentacjach były bardziej agresywne, odpowiedzi udzielane szybko i defensywnie. Czystą sztukę naukowego dyskursu, którą tak lubił (choć musiał przyznać, że nie była ona wcale całkowicie czysta) osłabiały obecnie prymitywne kłótnie i brutalna walka o władzę, motywowane przez coś więcej niż tylko zwykły egoizm. Nie wystarczały takie postępki, jak mniej czy bardziej nieświadome wykorzystanie pracy Borazjaniego przez Simmona i wyborna riposta tego pierwszego; częściej Sax miał tu do czynienia z bardziej bezpośrednimi wzajemnymi atakami. Na przykład zdarzyło się tak, że przy końcu prelekcji na temat głębokich moholów i możliwości dotarcia do płaszcza planety podniósł się z miejsca jakiś niski łysy Ziemianin i ni stąd, ni zowąd oznajmił:

— Nie sądzę, żeby podstawowy model litosfery był tutaj obowiązujący.

Następnie wyszedł z sali.

Sax patrzył na całą tę scenę, nie wierząc własnym oczom.

— O co mu właściwie chodziło? — zapytał szeptem Claire.

Kobieta potrząsnęła głową.

— Pracuje dla Subarashii nad soczewką napowietrzną i przedstawicielom jego konsorcjum nie podoba się potencjalna konkurencja wobec ich programu topienia regolitu.

— Mój Boże.

Sesja pytań i odpowiedzi toczyła się chaotycznie, co rusz przeplatana pokazem grubiaństwa; Sax jednakże wyślizgnął się z sali i spojrzał z zaciekawieniem za oddalającym się naukowcem z Subarashii. Cóż ten osobnik sobie myśli, zastanowił się.

Ale nietakt mężczyzny nie stanowił odosobnionego przykładu dziwacznego zachowania tutejszych naukowców. Wśród uczestników konferencji wyczuwało się napięcie. Rzecz jasna, chodziło o wysokie stawki; jak pokazało to na małą skalę pingo pod Moeris Lacus, istniały pewne uboczne skutki badanych i zalecanych podczas konferencji procedur, skutki, które kosztowały sporo pieniędzy, czasu, a nawet istnień ludzkich. W grę wchodziły także pobudki finansowe…

I teraz, kiedy konferencja zbliżała się ku końcowi, w programie coraz mniej było odczytów poświęconych bardzo szczegółowym zagadnieniom, a coraz więcej ogólnych prezentacji i warsztatów, włącznie z pewnymi prelekcjami w głównej sali na temat nowych hiperplanów, które nazywano tu „projektami monstrualnymi”. Miały one tak wielki wpływ, że oddziaływały na prawie wszystkie inne plany. Kiedy uczestnicy konferencji dyskutowali o nich, spierali się w rezultacie na temat polityki, poruszając częściej problem tego, co należy teraz zrobić, niż mówiąc o tym, czego już dokonano. To zawsze zmieniało wszelkie debaty w kłótnie, choć żadne dotychczasowe nie były tak ostre jak teraz, gdy wszyscy próbowali wykorzystywać pozyskane na wcześniejszych prezentacjach informacje w obronie swych własnych pobudek, jakiekolwiek by one były. Tutejsi naukowcy wkroczyli w tę nieszczęsną strefę, gdzie nauka zaczyna dryfować w kierunku polityki, gdzie prace naukowe stają się „projektami dotowanymi”. Doprawdy konsternujący był widok, jak polityka, ta zepsuta, ponura strefa ludzkiego myślenia, zakłóca kiedyś tak neutralny teren każdej konferencji.

Jedną z przyczyn tego, co Sax uświadomił sobie podczas któregoś z samotnych obiadów, stanowiła bez wątpienia sama wielkonaukowa natura „projektów monstrualnych”. Wszystkie one były bowiem tak kosztowne i trudne, że wykonanie każdego z nich przyznawano innemu konsorcjum ponadnarodowemu. Taka strategia wydawała się jedyną możliwą wobec ogromu planów, jedynym oczywistym i z pewnością skutecznym posunięciem, ale niestety oznaczała ona ciągłe walki — stałe ścieranie się rozmaitych punktów widzenia w kwestii ataku na program terraformowania. Osoby broniące którejkolwiek z koncepcji twierdziły, iż właśnie ta metoda jest metodą absolutnie najlepszą, a w rzeczywistości naginały dane, aby bronić własnych poglądów czy też raczej poglądów przedsiębiorstwa, dla którego pracowały.

Konsorcjum Praxis, na przykład, wraz ze Szwajcarami było liderem szeroko pojętego projektu biotechnologicznego, wobec czego sprzyjający mu teoretycy bronili tego, co nazywali modelem ecopoesis. Model ten utrzymywał, że w aktualnym momencie rozwoju planety nie potrzeba żadnego dalszego dopływu ciepła ani uwalniania substancji lotnych i że sam proces biologiczny, wspomagany przez minimum ekologicznej inżynierii, wystarczy, aby terraformować planetę do poziomów planowanych we wczesnym modelu Russella. Sax sądził, że nie mylili się zapewne w swej ocenie, jeśli się weźmie pod uwagę pojawienie się soletty, chociaż uważał ich skale czasowe za zbyt optymistyczne. Wiedział jednakże, że ponieważ pracuje dla Biotique, jego sąd również może nie być całkowicie bezstronny.

Naukowcy z Armscoru twierdzili jednak zdecydowanie, iż niski zapas azotu paraliżuje nadzieje zwolenników ecopoesis. Upierali się, że interwencjonizm przemysłowy jest konieczny. Ale… to oczywiście właśnie Armscor budował wahadłowce do transportowania azotu z Tytana. Przedstawiciele Zjednoczonych natomiast, sprawujący pieczę nad wierceniami w Vastitas, podkreślali decydujący wpływ aktywnej hydrosfery. A ludzie z Subarashii, pod opieką których znajdowały się nowe zwierciadła orbitalne, starali się przekonać wszystkich, że wielką siłę soletty i soczewki napowietrznej można wykorzystać do wpompowania ciepła i gazów do systemu, dzięki czemu cały proces zostałby znacząco przyspieszony. Zawsze zupełnie oczywisty był fakt, dlaczego dana osoba jest zwolennikiem tego, a nie tamtego programu: wystarczyło spojrzeć na jej plakietkę z nazwiskiem i firmą, dla której pracuje, by przewidzieć, co będzie popierała, a co atakowała. Widząc, że nauka tak rażąco się uwikłała w wielki biznes, Sax poczuł dotkliwy smutek i wydawało mu się, że fakt ten trapi również wszystkich innych — nawet tych, którzy sami tak właśnie postępowali — co jeszcze bardziej zwiększało ogólne rozdrażnienie i uparte obstawanie uczestników dyskusji przy własnych poglądach. Wszyscy wiedzą, co się dzieje i nikomu się to nie podoba, myślał Sax, a w dodatku nikt się do tego nie przyznaje.

Najbardziej widoczne okazało się to podczas panelowej dyskusji na temat dwutlenku węgla, która odbyła się ostatniego ranka konferencji. Zmieniła się ona szybko w obronę soletty i soczewki napowietrznej, które na sali bardzo gwałtownie popierało dwóch naukowców z Subarashii. Sax siedział z tyłu pomieszczenia, słuchał ich entuzjastycznych opisów dużych zwierciadeł i czuł się coraz bardziej spięty i nieszczęśliwy, im dłużej tamci mówili. Sama soletta podobała mu się, będąc zresztą niczym więcej niż tylko logiczną kontynuacją efektu luster, które sam umieścił na orbicie w pierwszych latach terraformowania. Jednak poruszająca się na niskich wysokościach soczewka napowietrzna była bezspornie mechanizmem znacznie potężniejszym i gdyby wykorzystano jej pełne możliwości, spowodowałaby odparowanie do atmosfery setek milibarów gazów z powierzchni; spory ich procent stanowiłby na pewno dwutlenek węgla, który — według jednofazowego modelu Russella — nie był pożądany w powietrzu, a mógłby zostać w jakimś odpowiednim momencie operacji związany w regolicie. Istniało więc wiele trudnych pytań, które należało zadać na temat efektów działania soczewki napowietrznej, a ludziom z Subarashii powinno się surowo zakazać rozpoczęcia stapiania regolitu, zanim nie skonsultują się w tej kwestii z kimś spoza komisji koncesyjnej Zarządu Tymczasowego Organizacji Narodów Zjednoczonych. Sax jednak nie chciał ściągać na siebie zainteresowania, wtrącając się w tę sprawę, wobec czego pozostawało mu tylko milczeć, siedzieć na krześle obok Claire i Berkiny z wyłączonym komputerem, kręcić się niecierpliwie na siedzeniu i mieć nadzieję, że ktoś inny zada za niego wszystkie trudne pytania.

A ponieważ pytania te były tak samo oczywiste, jak trudne, rzeczywiście padały z sali; jakiś naukowiec z Mitsubishi, konsorcjum, które od samego początku było największym przeciwnikiem Subarashii, wstał w pewnej chwili i bardzo uprzejmie zapytał o niekontrolowane zjawisko oranżeriowe, które mogłoby powstać w wyniku zbyt dużej ilości uwalnianego dwutlenku węgla. Sax pokiwał z uznaniem głową na to stwierdzenie, naukowcy z Subarashii odpowiedzieli jednak po prostu, że mają nadzieję, iż nie dojdzie do sytuacji zbytniego ocieplenia; rozbrajająco dodali też, że przecież — tak czy owak — powstałe w ten sposób ciśnienie atmosferyczne w wysokości siedmiuset czy też ośmiuset milibarów byłoby bardziej wskazane niż ciśnienie pięciusetmilibarowe.

— Ależ nie, jeśli będzie to atmosfera dwutlenkowowęglowa! — mruknął Sax do Claire, która pokiwała głową.

Wówczas wstał H. X. Borazjani i powiedział dokładnie to samo, co myślał Sax, a w jego ślady podążyli inni. Sporo osób na sali ciągle traktowało oryginalny model Russella jako wzorzec działania i kładli szczególny nacisk na trudności z ewentualnym późniejszym wytrąceniem zbyt dużej nadwyżki dwutlenku węgla z powietrza. Tyle że w pomieszczeniu znajdowała się również spora liczba naukowców z Armscoru i Zjednoczonych, którzy — podobnie jak ci z Subarashii — albo twierdzili, że wytrącanie dwutlenku węgla wcale nie jest trudne, albo wręcz, że ciężka od dwutlenku węgla atmosfera nie jest pozbawiona zalet. Ekosystem większości roślin wraz z owadami tolerującymi dwutlenek węgla i może dodatkowo jakimiś genetycznie ukształtowanymi zwierzętami bujnie rozwijałby się w tym ciepłym, gęstym powietrzu, mówili, a ludzie mogliby chodzić po dworze w podkoszulkach i niczym cięższym niż tylko maski tlenowe na twarzach.

Takie wypowiedzi sprawiły, że Sax niemal zazgrzytał zębami z wściekłości, na szczęście jednak nie był jedyną osobą tak zdenerwowaną, dzięki czemu udało mu się pozostać na siedzeniu, podczas gdy inni wstawali z krzeseł, by zakwestionować tę fundamentalną zmianę celu terraformowania. Kłótnia szybko się zaogniła, aż stała się naprawdę zawzięta.

— To nie jest jakaś dzika planeta, którą chcemy podbić!

— Sugerujecie w ten sposób, że ludzi również można genetycznie przystosować, by tolerowali wyższy poziom dwutlenku węgla, a to jest przecież absurdalne!

Bardzo szybko stało się oczywiste, że niczego w ten sposób nie osiągną. Bowiem nikt naprawdę nikogo nie słuchał i wszyscy głosili „niepodważalne” opinie, ściśle związane z interesami swoich pracodawców. To jest naprawdę niestosowne, pomyślał Sax. Powszechna niechęć wobec tonu debaty spowodowała, że większość osób, z wyjątkiem bezpośrednich uczestników, zaczęła się wycofywać z bezsensownej dyskusji — ludzie wokół Saxa składali programy, odłączali komputery i szepcząc do swoich towarzyszy, zbierali się do wyjścia. Postępowali tak wszyscy poza grupką, która ciągle stała i toczyła spór… To było skandaliczne, nikt nie mógł mieć co do tego najmniejszych wątpliwości, ale Saxowi wystarczyła chwila zastanowienia, by stwierdzić, że tamci kłócą się obecnie na temat decyzji taktycznych, które i tak nie zależały od nikogo z nich — zwykłych przecież naukowców. Cała sprawa nikomu się nie podobała, toteż w samym środku debaty ludzie faktycznie zaczęli wstawać i opuszczać salę. Prowadząca dyskusję panelową — jakaś bardzo uprzejma Japonka, która wyglądała na strasznie nieszczęśliwą z powodu rozwoju wypadków — usiłowała przekrzyczeć podniesione głosy dyskutantów, sugerując, by zamknięto sesję. Ludzie gromadnie wychodzili na korytarz, łącząc się w małe grupki; niektórzy ciągle przemawiali w podnieceniu do swych sojuszników. Teraz, gdy skarżyli się przyjaciołom, przedstawiali stanowczym tonem rozmaite zastrzeżenia i wątpliwości.

Sax podążył za Claire, Jessiką i innymi osobami z Biotique przez kanał do Płaskowzgórza Hunta. Wsiedli do windy, wjechali na płaskowyż płaskowzgórza i zjedli obiad w lokalu Antonia.

— Mają nas zamiar zalać dwutlenkiem węgla — mruknął Sax, gdyż nie mógł już dłużej utrzymać języka za zębami. — Nie sądzę, żeby rozumieli, jak wielkie nieszczęście wyrządzą w ten sposób modelowi standardowemu.

— Oni preferują zupełnie inny model — odparła Jessica. — Dwufazowy model ciężkoprzemysłowy.

— Który zatrzyma ludzi i zwierzęta w namiotach na czas mniej więcej nieokreślony — dodał Sax.

— Być może zarządy konsorcjów ponadnarodowych nie przejmują się tą kwestią — zauważyła Jessica.

— A może nawet im się podoba ten pomysł — stwierdził Berkina.

Sax skrzywił się.

Do rozmowy włączyła się Claire:

— Ściśle rzecz biorąc, chodzi o to, że mają tę solettę i soczewkę, i po prostu chcą je wykorzystać. Bawią się jak dzieci swoimi zabawkami. Mnie się to kojarzy z dziesięcioletnim malcem, który stara się sprawdzić, czy za pomocą szkła powiększającego można wywołać pożar. Tylko że aktualne zabawki są tak bardzo potężne… A tamci nie potrafią się powstrzymać, bowiem bardzo pragną ich użyć. Potem nazwą wypalone strefy kanałami, sami wiecie…

— To jest potworna głupota — odezwał się ostrym głosem Sax, a kiedy pozostali popatrzyli na niego z pewnym zaskoczeniem, próbował złagodzić ton: — No cóż, sami rozumiecie, nie jest to zbyt mądre posunięcie. Coś w rodzaju pokrętnego romantyzmu. Powstałe rowy nie będą kanałami w sensie użytecznych torów, łączących jedną masę wodną z drugą i nawet jeśli ktoś spróbuje ich użyć w tym celu, ich brzegi pozostaną żużlowe.

— Będą mieli wtedy szkło, którego tak pragną — powiedziała Claire. — W każdym razie to tylko pomysł, te kanały.

— Ależ to, co tu się dzieje, to bynajmniej nie jest dziecięca zabawa! — wybuchnął Sax. Niesamowicie trudno było mu w obecnej sytuacji zachować poczucie humoru Stephena; z pewnego powodu czuł prawdziwą irytację i zdenerwowanie. Tak znakomicie przecież zaczęli — sześćdziesiąt lat nieprzerwanych sukcesów — a teraz przybyli tu inni ludzie ze swymi ideami i zabawkami, pragnąc to wszystko zniszczyć, kłócąc się i spiskując przeciwko sobie nawzajem, dążąc do wprowadzenia kolejnych, jeszcze potężniejszych i jeszcze kosztowniejszych metod, nad którymi będzie jeszcze trudniej zapanować. Jednym słowem, zamierzali zrujnować jego plan!

Ostatnie sesje popołudniowe okazały się powierzchowne i w żaden sposób nie zdołały przywrócić Saxowi wiary w to, że konferencja była przykładem bezinteresownej nauki. Tego wieczoru, wróciwszy do swego pokoju, obejrzał w telewizji program informacyjny poświęcony marsjańskiemu środowisku z większą uwagą niż kiedykolwiek przedtem, szukając odpowiedzi na pytania, których do końca nie potrafił sformułować. Dowiedział się o wielu nowych faktach. Obsuwały się skalne urwiska. Z powodu cyklu „odwilż-zamarzanie” ze zmarzliny były wypychane skały wszelkich rozmiarów, które następnie układały się w charakterystyczne wielokątne wzory. W parowach i na różnych powierzchniach pochyłych tworzyły się kamienne lodowce, skały odbijały się swobodnie od lodu, potem ześlizgiwały się w dół wąwozu w masach, które poruszały się jak regularne lodowce. Pinga pokrywały pęcherzami północne niziny, z wyjątkiem, rzecz jasna, miejsc, gdzie zamarznięte morza wysączały się z platform wiertniczych, zalewając okolicę…

Były to zmiany na potężną skalę, zjawiska widoczne coraz powszechniej na planecie i zwiększające swe tempo wraz z każdym rokiem, ponieważ letnie dni stawały się teraz coraz cieplejsze, a podziemna submarsjańska biota rosła coraz głębiej; jednocześnie każdej zimy wszystko ciągle zamarzało w lity lód, a w letnie noce w jego cieniutką warstewkę. Taki intensywny cykl „odwilż-zamarzanie” rozdzierał ziemię, a marsjańska powierzchnia okazała się szczególnie na to podatna, ponieważ trwała w lodowatym, jałowym zastoju od milionów lat. Utrata masy wyzwalała każdego dnia wiele ziemnych obsuwów, toteż rozmaite nieszczęśliwe wypadki bądź czyjeś nie wyjaśnione zniknięcia przestały być sprawą niezwykłą. Podróże na przełaj stały się niebezpieczne. Kaniony i świeże kratery nie uchodziły już za miejsca na tyle bezpieczne, aby stawiać tam miasta lub choćby spędzać noce.

Obejrzawszy program, Sax wstał, podszedł do okna w swoim pokoju i spojrzał w dół na światła wielkiego miasta. Na Marsie działo się obecnie to, co wywróżyła mu przed wielu laty Ann. Bez wątpienia w tej chwili musiała reagować na raporty z tych wszystkich zmian prawdziwym oburzeniem — ona i cała reszta „czerwonych”. Dla nich każdy obryw skalny był znakiem, że eksperymenty szły raczej w złym kierunku niż we właściwym. W przeszłości Russell szybko otrząsnąłby się z takich myśli; przecież utrata masy obnażała słońcu zamarzniętą glebę, którą ogrzewały promienie słoneczne, ujawniając w ten sposób ukryte źródła azotu i innych pierwiastków. Tak powiedziałby sobie jeszcze jakiś czas temu, ale teraz, mając świeżo w pamięci wszystkie wydarzenia z konferencji, nie był już wcale pewien, czy występujące powszechnie zjawiska należy uważać za pozytywne.

W telewizyjnych programach nikt nie wydawał się przejmować tymi zmianami. Ale tam nie było „czerwonych”. Obsunięcia się ziemi uważano za nic innego jak tylko szansę, i to nie jedynie dla terraformowania — które najwyraźniej traktowano obecnie jako wyłączną sprawę konsorcjów ponadnarodowych — ale także dla przemysłu wydobywczego. Sax z mieszanymi uczuciami obserwował w wiadomościach relację na temat świeżo odkrytej żyły rudy złota. Dziwny był fakt, jak wielu ludzi zdawały się pociągać poszukiwania. Niektórzy na Marsie zachowywali się tak, jak gdyby dopiero zaczęło się dwudzieste stulecie; wraz z powrotem kosmicznej windy najwidoczniej wróciła na planetę stara mentalność z czasów gorączki złota. Jak gdyby było to naprawdę jedyne przeznaczenie każdej frontiery, choć tu eksploatację prowadzono za pomocą wielkich maszyn napierających ze wszystkich stron, a także z pomocą kosmicznych inżynierów, specjalistów od wydobywania i budowania. Natomiast terraformowanie, które stanowiło kiedyś pracę Saxa i zarazem było jedyną i najważniejszą sprawą w jego życiu od co najmniej sześćdziesięciu lat, teraz wydawało się zmieniać w coś zupełnie innego…

Saxa zaczęła prześladować bezsenność. Nigdy mu nie dokuczała i teraz przekonał się, że dolegliwość ta jest naprawdę bardzo nieprzyjemna. Budził się, przekręcał na bok, powoli przytomniał, aż jego umysł zaczynał działać. Kiedy uświadamiał sobie, że nie zaśnie powtórnie, wstawał, włączał ekran AI i oglądał najróżniejsze programy wideo, nawet wiadomości, którymi nigdy przedtem się nie interesował. Na Ziemi dostrzegał symptomy pewnego rodzaju socjologicznej dysfunkcji. Wydawało się, na przykład, że nikt w żaden sposób nie próbuje dostroić problemów społecznych do nagłego wzrostu populacyjnego, spowodowanego przez zastosowanie kuracji gerontologicznych. A przecież, zdaniem Saxa, była to kwestia zasadnicza: w swoim czasie należało wprowadzić kontrolę urodzin, zezwolenia na posiadanie określonej liczby dzieci, sterylizację i tym podobne ograniczenia, jednak większość państw zupełnie zlekceważyła problem. I teraz, po latach, co oczywiste, okazywało się, że stale rozrasta się „podklasa” pozbawiona dostępu do kuracji, zwłaszcza w gęsto zaludnionych biednych państwach. Dokładne liczby były obecnie trudne do ustalenia, szczególnie że ONZ bezspornie dogorywała, a studium opracowane przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości głosiło, że w państwach rozwiniętych jest poddawanych kuracji siedemdziesiąt procent ludności, podczas gdy w krajach biednych — zaledwie jedna piąta osób. Jeśli ten trend utrzyma się przez dłuższy czas, myślał Sax, doprowadzi do swego rodzaju klasowej fizykalizacji — spóźnionego pojawienia się czy też ponownego ujawnienia się ponurej wizji marksowskiej, tylko w o wiele skrajniejszej formie niż to przewidywał Marks, ponieważ teraz różnice klasowe manifestowały się poprzez prawdziwe różnice fizjologiczne spowodowane przez rozdział dwumodalny, coś niemal pokrewnego specjacji…

Ta dywergencja między bogatymi i biednymi była szalenie niebezpieczna, ale najwyraźniej na Ziemi traktowano ją jako coś nieuchronnego w procesie rozwoju, jako część naturalnego porządku rzeczy. Dlaczego nie dostrzegali zagrożenia?

Sax nie rozumiał już Ziemi, jeśli w ogóle kiedykolwiek ją pojmował. Siedział teraz, drżąc cały z powodu kolejnej bezsennej nocy, zbyt zmęczony, żeby cokolwiek czytać lub w ogóle pracować; sił starczało mu tylko na to, by wywoływać na ekran ziemskie programy informacyjne jeden po drugim, usiłując lepiej zrozumieć, co się dzieje na jego macierzystej planecie. A uważał, że musi ją zrozumieć, jeśli chce pojąć problemy Marsa, ponieważ postępowanie marsjańskich konsorcjów ponadnarodowych zależne było właśnie od aktualnej sytuacji na Ziemi. Po prostu musiał zrozumieć! Jednak telewizyjne wiadomości wydawały mu się doprawdy niepojęte. Bezsprzecznie na Ziemi — co tam było widoczne w sposób jeszcze bardziej dramatyczny niż na Marsie — nie istniał żaden plan.

Sax potrzebował nauki płynącej z historii, ale niestety nie było to możliwe. „Historia jest lamarkiańska”, zwykł mawiać Arkady, i myśl ta wydawała się złowieszczo sugestywna, biorąc pod uwagę tę pseudospecjację spowodowaną przez nierówny rozdział gerontologicznych kuracji. Znikąd nie było prawdziwej pomocy. Psychologia, socjologia, antropologia, wszystkie te nauki tylko podejrzewały. W żaden sposób nie można było zastosować metod naukowych wobec istot ludzkich, nijak nie dawało się uzyskać naprawdę pomocnych informacji. Zaistniał problem związany z pojęciami faktu i wartości, tyle że wyrażony w inny sposób; ludzką rzeczywistość należało interpretować jedynie opierając się na wartościach, a wartości okazywały się zwykle bardzo odporne na analizę naukową. Wyodrębnienie czynników do badania, niekoniecznie prawdziwe hipotezy, możliwe do powtórzenia eksperymenty — żadna z metod stosowanych w fizyce laboratoryjnej po prostu nie nadawała się tu do wykorzystania. Wartości rządzą historią — twierdzenie to stało się niepodważalne, niepowtarzalne i uwarunkowane. Można było ten układ opisać jako lamarkiański czy też chaotyczny, ale to także jedynie domysły, ponieważ nie udawało się odpowiedzieć na podstawowe pytania, a mianowicie: jakie czynniki wybierano, jakie cechy można było nabyć poprzez uczenie się i przekazywanie informacji albo działając w jakiś niepowtarzalny, lecz zgodny ze wzorcem sposób?

Nikt nie potrafił tego wyjaśnić.

Sax zaczął znowu myśleć o dziedzinie nauki zwanej historią naturalną, która tak bardzo go urzekła na Lodowcu Arena. Dziedzina ta używała metod naukowych do badania naturalnej historii świata, która w wielu płaszczyznach stanowiła tak samo skomplikowany metodologicznie problem jak historia ludzka, będąc równie niepowtarzalna i odporna na eksperymentowanie. I jeśli pominęło się ludzką świadomość, historia naturalna często okazywała się dyscypliną dość pomysłową, nawet jeśli opierała się w większości na obserwacji i hipotezach, które dawały się zweryfikować jedynie poprzez dalszą obserwację. To była prawdziwa nauka, która naprawdę odkrywała wśród przypadkowości i chaosu świata pewne niekwestionowalne, ogólne zasady ewolucji: rozwój, adaptację, zmienność cech gatunkowych, a także wiele bardziej szczegółowych zasad, potwierdzonych przez rozmaite poddyscypliny.

A teraz Sax poszukiwał podobnych zasad kształtujących ludzką historię. Trochę poczytał na temat historiografii, ale nie wniosło to nic nowego; znajdował tani albo smutną imitację metody naukowej, albo czystą i prostą sztukę. Mniej więcej co każde dziesięć lat nowe historyczne interpretacje rewidowały wszystko, co dotąd ustalono, ale rewizjonizm ten niestety ciągle z upodobaniem tworzył kolejne teorie, które nie miały wiele wspólnego z obecnym porządkiem świata. Socjobiologia i bioetyka były w tej kwestii nieco bardziej obiecujące, ale konkretny problem wyjaśniały najlepiej, kiedy mogły działać w ewolucyjnych skalach czasowych, a Sax chciał się dowiedzieć czegoś na temat minionych stu lat i może jeszcze następnych stu. Lub choćby o ubiegłych pięćdziesięciu, i o pięćdziesięciu, które świat miał przed sobą.

Noc po nocy Sax budził się, nie udawało mu się zasnąć ponownie, więc wstawał, siadał przed ekranem i zaintrygowany zagłębiał się w te kwestie, zbyt zmęczony, by logicznie myśleć. A kiedy to nocne czuwanie stało się już niemal nawykiem, złapał się na tym, że wraca coraz częściej do filmów poświęconych wydarzeniom roku 2061. Istniało wiele wideokompilacji na temat tamtych dni i w niektórych z nich nie bano się nazywać ówczesnych zdarzeń trzecią wojną światową. Taki był tytuł najdłuższego wideoserialu z tamtego roku, o długości jakichś sześćdziesięciu godzin, składającego się z kiepsko zmontowanych filmików, w chronologicznym porządku ukazujących rozwój wypadków.

Wystarczyło pooglądać ten serial przez chwilę, aby stwierdzić, że tytuł ten nie jest całkowitą sensacyjną bzdurą. W tym fatalnym roku wszędzie na Ziemi szalały wojny i ci spośród analityków, którzy nie chcieli ich połączyć w jedno i nazwać trzecią wojną światową, uważali najwidoczniej, że po prostu nie trwały wystarczająco długo, aby były godne tego miana albo że nie był to spór dwóch wielkich światowych bloków państw sprzymierzonych, ale sprawa o wiele bardziej kłopotliwa i skomplikowana: różne źródła twierdziły, że północ walczyła wówczas z południem, młodzi ze starymi, ONZ z poszczególnymi narodami, narody z konsorcjami ponadnarodowymi, konsorcja ponadnarodowe z państwami przez nie kontrolowanymi, armie narodowe z policją albo policja z obywatelami… Konflikt ten miał więc w sobie cechy wszystkich rodzajów konfliktów naraz. Tak czy owak, w ciągu sześciu czy ośmiu miesięcy Ziemia pogrążona była wówczas w całkowitym chaosie.

Podczas tego przyspieszonego kursu z zakresu politologu Sax natknął się na wykres Hermanna Kahna, zwany „drabiną eskalacji konfliktu”, w którym badacz ten próbował skategoryzować kolejne zdarzenia według ich natury i zaciętości. W drabinie Kahna znajdowały się czterdzieści cztery stopnie: począwszy od pierwszego, zwanego „pozornym kryzysem”, posuwano się stopniowo w górę poprzez takie kategorie, jak: „gesty polityczne i dyplomatyczne”, „uroczyste i formalne deklaracje”, „znacząca mobilizacja”, a potem coraz wyżej poprzez szczeble o nazwach: „pokaz siły”, „niepokojące akty przemocy”, „dramatyczne konfrontacje militarne”, „wielka wojna konwencjonalna”, i dalej ku niezbadanym strefom: „wojny prawie atomowej”, „modelowych ataków skierowanych przeciw własności”, „aktów obywatelskiej dewastacji”, aż do samego numeru czterdziestego czwartego, zwanego „spazmem” albo „szaleńczą wojną”. Całość stanowiła naprawdę interesującą próbę taksonomii i konsekwentnej logiki. Przyglądając się wykresowi dokładnie, Sax zauważył, że autor wykorzystał kategorie z wielu przeszłych wojen. A gdy patrzył na kolejne definicje z tabeli, pomyślał, że wydarzenia roku 2061 nieuchronnie musiały się zakończyć punktem czterdziestym czwartym.

W chaosie tamtego roku Mars nie był niczym więcej niż tylko jedną dodatkową spektakularną wojną w tle pięćdziesięciu innych. Bardzo niewiele miejsca wśród powszechnych problemów dotyczących roku 2061 poświęcono Czerwonej Planecie, zatrzymując się przy niej jedynie na chwilę i prezentując wybrane króciutkie filmiki, które Sax widział już wcześniej wiele razy: zamarznięci strażnicy w Korolowie, popękane kopuły, zerwanie windy, a potem upadek Fobosa. Próby analizy marsjańskiej sytuacji były w najlepszym razie płytkie; planeta stanowiła dla oceniających tylko egzotyczny występ artystyczny towarzyszący głównemu przedstawieniu, niezły wstępniak, który niczym się nie wyróżniał od ogólnego bagna. Tak, tak, prawda ta dotarła do Saxa wraz z pewnym bezsennym świtem: jeśli chciał zrozumieć rok 2061 na Marsie, musiał zesztukować go sam, stworzyć osobiście z rozmaitych zdarzeń zarejestrowanych na kasetach wideo, z wszystkich tych nagrań, na których rozwścieczone tłumy podpalają miasta, a zdesperowani i sfrustrowani przywódcy sporadycznie udzielają konferencji prasowych.

Jednakże nawet ułożenie tych segmentów według chronologii nie było zadaniem łatwym. I, rzecz jasna, stanowiło ono dla Saxa (w stylu jego działania z czasów Echus Overlook) jedyną interesującą go kwestię na kilka tygodni, bowiem uporządkowanie zdarzeń w odpowiedniej kolejności było pierwszym krokiem do zesztukowania tego, co nastąpiło, krokiem, który musiał poprzedzić odpowiedź, dlaczego stało się tak, a nie inaczej.

Po kilku tygodniach Sax zaczął co nieco rozumieć. Metoda, którą się posłużył, coś w rodzaju analizy obiegowych wersji, okazała się słuszna i doszedł do wniosku, że ogniskiem zapalnym i jednocześnie bezpośrednią przyczyną wojny było pojawienie się w latach czterdziestych dwudziestego pierwszego wieku wielu ogromnych konsorcjów ponadnarodowych. W tamtej dekadzie bowiem, kiedy Sax bez reszty poświęcał swoją uwagę terraformowaniu Marsa, na Ziemi zaistniał zupełnie nowy porządek, od czasu, gdy tysiące wielonarodowościowych korporacji zaczęły się łączyć w dziesiątki o wiele większych konsorcjów ponadnarodowych. Przypominało to kształtowanie planety, jak pomyślał pewnej nocy, gdy planetazymale zmieniają się w planety.

Porządek ten nie był jednak zupełnie nowy. Wielonarodowościowcy wywodzili się przeważnie z bogatych narodów przemysłowych, więc w pewnym sensie konsorcja ponadnarodowe wyrażały tylko pragnienie tych nacji — ich chęć rozszerzenia władzy na resztę świata, w sposób, który uświadomił Saxowi, jak mało wie o systemach imperialnym i kolonialnym, które poprzedziły ten układ. Przypomniało mu się, że Frank kiedyś zwykł powtarzać coś w tym rodzaju: „Kolonializm nigdy się nie skończył, po prostu tylko zmieniał nazwy i zawsze zatrudniał lokalnych gliniarzy. Wszyscy jesteśmy obywatelami kolonii konsorcjów ponadnarodowych”.

To był przejaw cynizmu Franka, stwierdził (żałując, że nie ma przy sobie tego twardego mężczyzny o bystrym umyśle, który nauczyłby go takiej postawy), ponieważ rozmaite kolonie nie były sobie równe. To prawda, że konsorcja ponadnarodowe, z racji swej potęgi, potrafiły się odgryźć narodowym rządom nieporównanie skuteczniej niż „bezzębni” służący. No i żadne konsorcjum nie okazywało szczególnej lojalności wobec któregoś z rządów czy też wobec ONZ. Ale to były dzieci Zachodu — dzieci, które nie dbały już o swoich rodziców, choć ciągle jeszcze ich wspierały. Czas pokazywał bowiem, iż nacje przemysłowe rozwijają się pomyślnie pod rządami konsorcjów ponadnarodowych, podczas gdy kraje rozwijające się nie miały innego wyjścia, jak tylko walczyć ze sobą o status flagowego państwa któregoś z nich. W ten sposób, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy konsorcja znalazły się pod ostrzałem zdesperowanych biednych krajów, w obronie ponadnarodowców stanęła Grupa Siedmiu wraz ze swą potęgą militarną.

Ale jaka była bezpośrednia przyczyna? Noc po nocy Sax oglądał kolejne filmy wideo z lat czterdziestych i pięćdziesiątych dwudziestego pierwszego stulecia, szukając choćby śladu odpowiedzi. W końcu uznał, że głównym punktem zapalnym stała się kuracja przedłużająca życie. Lata „pięćdziesiąte, gdy szeroko stosowano kurację w państwach bogatych, niczym kolorowa plama w próbce mikroskopowej, ukazały, jak ogromne ekonomiczne nierówności panują w świecie. A im bardziej kuracja się rozprzestrzeniała, tym bardziej napięta stawała się sytuacja, podążając wytrwale w górę po szczeblach drabiny kryzysów Kahna.

Natomiast bezpośrednim powodem wybuchu zamieszek w roku 2061, powodem — co dziwne — wystarczającym, okazał się konflikt narosły wokół marsjańskiej windy kosmicznej. Początkowo kierowało nią Praxis, ale gdy tylko rozpoczęło jej obsługę — dokładnie w lutym 2061 roku — windę przejęło w sposób wyraźnie wrogi Subarashii. To ostatnie konsorcjum było w tym czasie konglomeratem wielu, przeważnie japońskich, korporacji, które nie weszły wcześniej w skład Mitsubishi, i w tamtym roku stale rosło w siłę, stając się coraz bardziej agresywne i ambitne. Po przejęciu windy (które zostało zaaprobowane przez UNOMĘ) Subarashii od razu zwiększyło przydziały emigracyjne, a to spowodowało, iż sytuacja na Marsie stała się niemal krytyczna. W tym samym czasie na Ziemi konkurenci Subarashii zaczęli protestować przeciwko temu, co faktycznie można było nazwać ekonomicznym podbojem Marsa i chociaż Praxis ograniczało swe sprzeciwy do legalnych działań przeciwko nieszczęsnej Organizacji Narodów Zjednoczonych, jedno z państw „flagowych” Subarashii — Malezja, zostało zaatakowane przez Singapur, który stanowił bazę koncernu Shellalco. Do kwietnia 2061 roku większa część południowej Azji znalazła się w stanie wojny. Większość wojen wybuchła, ponieważ nagle odżyły długotrwałe konflikty o starej historii, jak wojna Kambodży z Wietnamem lub Pakistanu z Indiami, ale niektóre były zaplanowanymi atakami na państwa należące do Subarashii, jak napaść na Birmę czy Bangladesz. Wydarzenia w tym regionie w iście morderczym tempie wywindowały sytuację o kilka szczebli na „drabinie eskalacji konfliktu”, zwłaszcza gdy starzy wrogowie przyłączyli się do konfliktów nowych konsorcjów ponadnarodowych, toteż do czerwca wojny zalały całą Ziemię, a potem wybuchły również na Marsie. Do października zginęło pięćdziesiąt milionów ludzi, a kolejne pięćdziesiąt milionów miało umrzeć w następstwie frontowych wydarzeń, jako że wiele podstawowych służb zaprzestało działania lub zostało zniszczonych, wobec czego nikt nie potrafił zapobiec, a później leczyć nowej epidemii malarii, która zaczęła szaleć na Ziemi.

Te czynniki w zupełności wystarczyły, by Sax uznał wydarzenia roku 2061 za wojnę światową. Była to, jak wywnioskował, śmiertelna, synergistyczna kombinacja walk między konsorcjami ponadnarodowymi i rewolucji wywołanej przez masy pozbawionych praw ludzi, którzy sprzeciwiali się porządkowi narzucanemu przez konsorcja ponadnarodowe. Jednak gwałtowność chaosu przekonała ponadnarodowców, by chwilowo odsunąć na dalszy plan własne interesy albo przynajmniej połączyć się na jakiś czas we wspólnym celu, przez co upadły wszystkie ruchy rewolucyjne, zwłaszcza po tym, jak interweniowały wojska Grupy Siedmiu, aby ocalić konsorcja ponadnarodowe przed przejęciem i rozbiciem ich majątku w państwach, które dotąd praktycznie były ich własnością. Wszystkie największe wojskowo-przemysłowe kraje natychmiast utworzyły wspólną strategię działania, co sprawiło, iż ta trzecia wojna światowa była bardzo krótka w porównaniu z pierwszymi dwoma. Choć krótka, była jednak straszliwa: w roku 2061 zmarło mniej więcej tyle osób co w pierwszych dwóch wojnach razem wziętych.

Mars stanowił w tej trzeciej wojnie światowej kampanię drugorzędną, w której pewne ponadnarodowe konsorcja po prostu przesadnie zareagowały na wprawdzie spektakularną, ale zupełnie zdezorganizowaną rewoltę. Kiedy ją stłumiły, Mars znalazł się w jeszcze ściślejszym uścisku głównych koncernów, które otrzymywały na to błogosławieństwo Grupy Siedmiu i innych klientów ponadnarodowców. A Ziemia dalej się słaniała, pomniejszona o sto milionów swych mieszkańców.

Poza tym nic się nie zmieniło. Żadnego z problemów nie rozwiązano. Wobec czego cala sytuacja mogła się równie dobrze powtórzyć. To jest naprawdę możliwe, uświadomił sobie Sax. Można nawet posunąć się do stwierdzenia, że to jest bardzo prawdopodobne.

Nadal kiepsko sypiał. I chociaż spędzał dni w zwykłej rutynie pracy i własnych przyzwyczajeń, wydawało mu się, iż patrzy na wszystko zupełnie inaczej niż przed konferencją. Stanowiło to kolejny dowód, jak ponuro przypuszczał, że pojęcie wizji jest konstruktem wzorcowym. Teraz jednak nie miał wątpliwości, że konsorcja ponadnarodowe są wszędzie. W kategoriach władzy właściwie prawie nie istniało nic innego. Burroughs było z pewnością miastem konsorcjów, a z tego, co mówiła Phyllis, Sax wywnioskował, że Sheffield także. Nie istniały tam żadne z narodowych zespołów naukowych, które rozmnożyły się w latach przed konferencją traktatową. A ponieważ przedstawiciele pierwszej setki kolonistów nie żyli bądź przebywali w ukryciu, cała tradycja Marsa jako stacji badawczej zupełnie wygasła. A jaki był obecnie kierunek nauki zajmującej się projektem terraformowania, sam ostatnio widział; zrozumiał, czym stawała się ta nauka. Nie, nie, nie było już czystej nauki, teraz prowadzono tylko badania stosowane.

A kiedy dobrze się zastanowił nad całą sprawą, dostrzegł, że w ogóle istnieje już bardzo niewiele innych śladów po starych narodach-państwach. Z doniesień programów informacyjnych można było wnioskować, że większość z nich zbankrutowało, nawet te z Grupy Siedmiu; miały ogromne długi, przeważnie, rzecz jasna, u konsorcjów ponadnarodowych. Po przejrzeniu niektórych raportów Sax uświadomił sobie, że konsorcja ponadnarodowe w pewnym sensie nawet przejmowały mniejsze państwa, jako coś w rodzaju trwałych aktywów, na zasadzie nowego porozumienia przedsiębiorstwo-rząd, które bardzo się oddalało od starych kontraktów „państw flagowych”.

Przykładem tego nowego układu w nieco odmiennej formie był sam Mars, który najwyraźniej został skutecznie przejęty przez duże konsorcja ponadnarodowe. A teraz, kiedy ponownie zainstalowano windę, ogromnie wzrósł tu eksport złóż oraz import ludzi i towarów. Notując te przedsięwzięcia, ziemskie rynki papierów wartościowych reagowały histerycznie, akcje co rusz szły w górę i nic nie wskazywało na to, by miały przestać rosnąć, mimo oczywistego faktu, iż Mars mógł dostarczyć Ziemi tylko niektórych metali i to w dość ograniczonych ilościach. Wobec czego Sax podejrzewał, że zwyżka na rynku akcyjnym przypominała w gruncie rzeczy złudne zjawisko bańki mydlanej: wystarczy jedno nakłucie, bańka pęka i wszystkie akcje mogą równie dobrze natychmiast gwałtownie spaść. A może nie… Makroekonomia stanowiła dziedzinę bardzo nieokreśloną i w pewnym sensie cały rynek papierów wartościowych był po prostu zbyt iluzoryczny, aby dało się odgadnąć prawa, które nim rządziły. Ale któż może wiedzieć, póki to nie nastąpi? Sax, który wędrując ulicami Burroughs oglądał tabele z cenami akcji w oknach biur, z pewnością nie pokusiłby się o jakiekolwiek przewidywania. W końcu, myślał, człowiek nie jest układem wymiernym.

Ta głęboka prawda potwierdziła się, gdy pewnego wieczoru w drzwiach Saxa pojawił się Desmond. Sam słynny Kojot, przybyły z Ziemi jako pasażer na gapę, maleńki brat Wielkiego Człowieka, stał teraz w progu mieszkania Saxa: nieduży i szczupły, ubrany w strój robotnika budowlanego — kombinezon o jaskrawych barwach (ukośne pasy w kolorach akwamaryny i królewskiej purpury ostro kontrastowały z limonowo-zielonymi butami od walkera). Wielu robotników budowlanych w Burroughs (a było ich tu naprawdę sporo) nosiło obecnie przez cały czas tego typu nowe, lekkie i elastyczne buty, jako coś w rodzaju modnego atrybutu i wszystkie one były w równie jaskrawych kolorach, choć bardzo niewiele z nich potrafiłoby zaćmić oszałamiający odcień fluorescencyjnych zieleni obuwia Desmonda.

Kiedy Sax na niego patrzył, Kojot uśmiechnął się swym dziwacznym uśmiechem.

— Piękne kolory, prawda? Bardzo odciągają uwagę, nie sądzisz?

Na szczęście rzeczywiście tak było, a swoje dredloki — doprawdy niezwykły widok na Marsie — Desmond przykrył beretem w barwach głębokiej czerwieni, żółci i zieleni.

— Chodź, wyjdźmy na drinka.

Kojot poprowadził Saxa do taniego baru nad kanałem, wbudowanego w bok masywnego, pustego pinga. Tłumek robotników budowlanych gęsto obsiadł długie stoły; mówili przeważnie z akcentem australijskim. Przy samym kanale jakaś szczególnie hałaśliwa grupa rozgrywała zawody w rzucaniu do wody lodowymi klocami wielkości kuł armatnich, od czasu do czasu trafiając nimi w trawę na przeciwległym brzegu, co wyzwalało radosne okrzyki i często zamówienie barowe w postaci kolejnej porcji tlenku azotawego. Przechodnie na drugim brzegu szerokim łukiem obchodzili tę część kanału.

Desmond zamówił cztery kieliszki tequili i jeden inhalator azotawy.

— Niedługo na naszej powierzchni wyrośnie agawa, prawda?

— Już teraz można by ją wyhodować — odparł Sax.

Siedzieli z tyłu jednego ze stolików. Co jakiś czas łokcie dwóch mężczyzn zderzały się z powodu tłoku i podczas picia Desmond mówił Saxowi do ucha. Punkt po punkcie przedstawiał całą listę upragnionych rzeczy, które chciał, aby Sax ukradł z Biotique. Rozmaite nasiona, zarodniki i kłącza, pewne środki do pobudzenia wzrostu roślin, jakieś trudne do syntetyzowania związki chemiczne…

— Hiroko prosiła, by ci przekazać, że naprawdę potrzebuje tego wszystkiego, ale w szczególności nasion.

— Nie może ich sama wyhodować? Nie lubię kraść.

— Życie to niebezpieczna gra — odrzekł Desmond, wznosząc toast za tę myśl: najpierw duży niuch tlenku azotawego, następnie spory łyk tequili. — Aaach — oświadczył z zadowoleniem.

— Nie chodzi o niebezpieczeństwo — stwierdził Sax. — Po prostu nie lubię robić takich rzeczy. Zrozum, ja z tymi ludźmi pracuję na co dzień.

Desmond wzruszył ramionami i nic nie odpowiedział, a Saxowi przyszło do głowy, że jego rozmówca, który spędził większą część dwudziestego pierwszego wieku żyjąc z kradzieży, mógł uznać takie skrupuły za trochę przesadne.

— Nie ukradniesz tych rzeczy ludziom — odezwał się w końcu Desmond. — Ukradniesz je konsorcjum ponadnarodowemu, które zarządza Biotique.

— Ale w tym wypadku chodzi o firmę szwajcarską i Praxis — zaoponował Sax. — A Praxis nie jest wcale taka zła. W gruncie rzeczy jest to dość luźna organizacja egalitarna, która mocno mi się kojarzy z ideami Hiroko.

— Tak, tylko że zapominasz o jednej sprawie. Praxis jest częścią globalnego systemu, rządzonego przez niezbyt dużą oligarchię. Trzeba pamiętać o kontekście.

— Och, wierz mi, bardzo dobrze o nim pamiętam — mruknął Sax, przypominając sobie swoje bezsenne noce. — Ale musisz także dostrzegać różnice.

— Tak, tak. Jedną z tych różnic jest to, że Hiroko potrzebuje tych materiałów i nie może ich w żaden sposób wytworzyć, ponieważ musi się ukrywać przed policją, która jest na usługach twoich cudownych konsorcjów.

Sax zmrużył oczy, wyrażając niezadowolenie.

— Poza tym kradzież materiałów należy do nielicznych działań partyzanckich, jakie nam obecnie pozostały — kontynuował Desmond. — Hiroko przyznaje rację Mai, że jawny sabotaż to po prostu oświadczenie, że na Marsie istnieje podziemie oraz zaproszenie do akcji odwetowej i zniszczenia półświata. Lepiej po prostu zniknąć na jakiś czas, powiedziała mi moja japońska przyjaciółka… Może wówczas tamci pomyślą, że nigdy nie było nas aż tak wielu.

— Dobry pomysł — zgodził się Sax. — Ale zaskakuje mnie, że robisz to, co ci każe Hiroko.

— Bardzo zabawne — odciął się Desmond, krzywiąc twarz. — Tak czy owak, ja również uważam, że to dobry pomysł.

— Naprawdę?

— Nie. Załóżmy, że mi to wmówiła. Cóż, może rzeczywiście wyjdzie nam to na dobre… Ale wracając do tematu: jest wiele materiałów do zdobycia.

— Czy tego rodzaju kradzież nie jest sygnałem dla policji, że nadal istniejemy?

— Z pewnością nie. Jest to akcja tak powszechna, że nie zauważą nas w tle. Mamy wielu ludzi wewnątrz systemu, którzy wykonują dla nas tę robotę.

— Na przykład ja.

— Tak, tylko że ty nie robisz tego dla pieniędzy, zgadza się?

— Nadal mi się to nie podoba.

Desmond roześmiał się, ukazując kamienne kły oraz osobliwą asymetryczność szczęki i całej dolnej części twarzy.

— To syndrom zakładnika. Pracujesz z nimi, więc poznajesz ich i zaczynasz odczuwać do nich sympatię. Jednak musisz stale pamiętać, co tu robimy. Daj spokój, skończ tego kaktusa, a pokażę ci parę rzeczy, których jeszcze nie widziałeś, tu, w samym Burroughs.

Rozległy się odgłosy zamieszania, gdy kula lodowa, uderzywszy w drugi brzeg, wtoczyła się na trawę i przewróciła jakiegoś starego człowieka. Gracze wiwatowali, podnosząc na rękach wykonawczynię celnego rzutu, natomiast grupa osób otaczających staruszka rzuciła się z impetem w kierunku najbliższego mostu.

— To miejsce staje się zbyt hałaśliwe — ocenił Desmond. — Dokończ i chodźmy stąd.

Sax wypił płyn, podczas gdy Desmond po raz ostatni zaciągnął się gazem z inhalatora. Potem szybko wyszli i oddalili się ścieżką nad kanałem w górę, nie chcieli bowiem zostać wciągnięci w utarczkę. W trakcie półgodzinnej przechadzki minęli rzędy kolumn Bareissa, przeszli przez Park Księżnej, gdzie skręcili w prawo i zaczęli wpinaczkę po stromej, szerokiej, trawiastej pochyłości Bulwaru Tota. Za Górą Stołową skręcili w lewo, zeszli węższym pokosem ulicznej trawy i udali się do najbardziej na zachód wysuniętej części ściany namiotowej, która rozciągała się w duży łuk wokół Płaskowzgórza Czarna Syrta.

— Popatrz, znowu budują stare, trumienne kwatery dla robotników — zauważył Desmond. — Tak wygląda obecnie standardowe mieszkanie Subarashii i zobacz, jak te budowle są wkomponowane w płaskowzgórze. Po założeniu Burroughs w Czarnej Syrcie była fabryczka przetwarzająca pluton, która wówczas znajdowała się w pewnej odległości od miasta. A teraz Subarashii buduje kwatery dla swoich robotników tuż przy niej, nie mówiąc już o tym, że praca tych ludzi polega na doglądaniu procesu przetwarzania i przemieszczaniu odpadów na północ od Nili Fossae, gdzie wykorzystają je prędkie reaktory całkowe. Kiedyś tego typu operacje sprzątania były prawie całkowicie zautomatyzowane, ale okazało się to zbyt kosztowne. Stwierdzono więc, że dużo taniej będzie, jeśli większość prac wykonają ludzie.

— Ale promieniowanie… — zaczął Sax, mrugając oczyma.

— Oczywiście — odparł Desmond ze swoim barbarzyńskim uśmieszkiem. — Ci ludzie przyjmują rocznie czterdzieści remów.

— Żartujesz!

— Nie żartuję. Pracodawcy mówią o tym robotnikom wprost i kiepsko im płacą, ale po trzech latach robotnicy dostają premię, którą jest kuracja.

— Czy gdyby nie wykonywali tej pracy, nie otrzymaliby kuracji?

— Kuracja jest niezwykle droga, Sax. Istnieją długie listy osób oczekujących w kolejce. A w ten sposób można wskoczyć na listę i mieć kurację za darmo.

— Ale czterdzieści remów! I nie można być pewnym, czy kuracja naprawi szkody przez nie poczynione!

— My o tym wiemy — rzekł Desmond z nachmurzoną miną. Nie było potrzeby przypominać o sprawie Simona. — Ale oni nie.

— I Subarashii robi to tylko po to, by obniżyć koszty?

— To ważne w tak wielkiej inwestycji kapitałowej, Sax. Liczy się każdy rodzaj oszczędności. Kanalizacja w Czarnej Syrcie to część tego samego systemu co, na przykład, klinika medyczna, trumny i elektrownie w płaskowzgórzu.

— Żartujesz.

— Nie. Moje żarty nigdy nie są aż takie ponure.

Zbył te słowa milczeniem.

— Zrozum — kontynuował Desmond — nie istnieją już żadne nadzorcze agencje. Nie ma też żadnych kodeksów czy czegoś takiego. To jest właśnie największy sukces konsorcjów ponadnarodowych, osiągnięty w sześćdziesiątym pierwszym — tworzą teraz swoje własne zasady. A ty dobrze wiesz, jakie są te ich zasady.

— Ależ to po prostu głupota.

— Cóż, sam rozumiesz, tym szczególnym wydziałem Subarashii kierują Gruzini, którzy przeżywają intensywnie renesans czasów stalinowskich. To patriotyczny gest, rządzić swoim państwem tak głupio jak to tylko możliwe. Zresztą… to oznacza również interes. A poza tym najwyższe kierownictwo Subarashii stanowią wciąż Japończycy, którzy nadal zapewne wierzą, że Japonia jest wielka dzięki wytrzymałości i nieustępliwości jej obywateli. Twierdzą, że co przegrali w drugiej wojnie światowej, odebrali sobie w 2061 roku. Jest to najbardziej brutalne konsorcjum na Marsie, a wszystkie pozostałe naśladują jego poczynania z dużym sukcesem. Praxis to absolutny wyjątek, jeśli chodzi o metody, musisz o tym pamiętać.

— Więc nagrodzimy ich, okradając.

— Sam zdecydowałeś się pracować dla Biotique. Może powinieneś zmienić pracę.

— Nie.

— Sądzisz, że możesz zdobyć te materiały od którejś z firm Subarashii?

— Nie.

— A z Biotique tak.

— Być może. Chociaż system bezpieczeństwa jest tam dość szczelny.

— Ale mógłbyś to zrobić?

— Prawdopodobnie. — Sax zastanowił się. — Jednakże chcę czegoś w zamian.

— Tak?

— Zabierzesz mnie samolotem, abym mógł się przyjrzeć strefie ogrzewanej przez solettę?

— Oczywiście! Sam chciałbym ją zobaczyć jeszcze raz.

Następnego popołudnia opuścili więc Burroughs i skierowali się na południe w górę Wielkiej Skarpy, a następnie wylądowali przy Stacji Libijskiej, jakieś siedemdziesiąt kilometrów od Burroughs. Tam wślizgnęli się do piwnicy, przeszli ukryte wewnątrz szafy drzwi, zeszli tunelem, aż wydostali się na zewnątrz. Otoczyła ich kamienna kraina. W płytkim rowie tektonicznym znaleźli jeden z pojazdów Desmonda, a kiedy nadeszła noc, ruszyli nim wzdłuż Skarpy na wschód, do małej kryjówki „czerwonych” w stożku Krateru Du Martheraya, obok odcinka płaskiej skały macierzystej, którego ich gospodarze używali jako pasa startowego. Desmond nie przedstawił Saxa napotkanym osobom, które zaprowadziły przybyłych do małego hangaru przy urwisku, gdzie wsiedli do jednego ze starych „niewykrywalnych” samolotów Spencera, zakołowali na skałę macierzystą, a potem przyspieszając falowo zjechali drogą startową. Wreszcie znaleźli się w powietrzu i przez noc lecieli powoli na wschód.

Podczas lotu długo milczeli. Sax dostrzegł światła na ciemnej powierzchni planety tylko trzy razy: pierwszym była stacja w Kraterze Escalante’a, drugim — maleńka ruchoma linia świateł pociągu okrążającego planetę, a ostatnim — jakiś niezidentyfikowany błysk w pustej krainie za Wielką Skarpą.

— Jak sądzisz, kto to jest? — spytał Sax.

— Nie mam pojęcia.

Po kilku kolejnych minutach Sax odezwał się ponownie:

— Natknąłem się na Phyllis.

— Naprawdę?! Rozpoznała cię?

— Nie.

Desmond roześmiał się.

— Oto i cała Phyllis.

— Wielu starych znajomych mnie nie rozpoznaje.

— No taak, ale Phyllis… Ciągle jest prezesem Zarządu Tymczasowego ONZ?

— Nie. Zresztą jej zdaniem nie jest to wcale wpływowe stanowisko.

Desmond po raz kolejny roześmiał się.

— Głupia baba. Chociaż, trzeba przyznać, że dzięki niej grupka ludzi wróciła z Clarke’a do świata cywilizacji. Osobiście myślałem, że są straceni.

— Wiesz coś więcej na ten temat?

— No cóż, rozmawiałem z dwoma mężczyznami, którzy tam byli. Ściśle rzecz biorąc, pewnej nocy w Burroughs w barze „Pingo”. Nie dało się ich uciszyć, gdy zaczęli opowiadać.

— Czy coś się zdarzyło pod koniec ich podróży?

— Pod koniec? Hm, taak… rzeczywiście. Ktoś umarł. Chyba jakiejś kobiecie przygniotło rękę, kiedy się ewakuowali z Clarke’a i Phyllis, która była osobą najbardziej obeznaną z medycyną, opiekowała się tamtą przez całą podróż i myślała, że uda się biedaczkę uratować, ale zdaje się, że coś poszło nie tak. Ci dwaj niezbyt jasno relacjonowali tę historię, tak czy owak, rannej zaczęło się pogarszać… Phyllis zwołała spotkanie modlitewne i gorąco modliła się za kobietę, ale tamta i tak umarła, na dwa dni przed ich wejściem w ziemski system.

— Cóż — szepnął Sax, a po chwili dodał: — Phyllis nie wydaje się już wcale taka… religijna.

Desmond prychnął.

— Nigdy nie była religijna, jeśli chcesz znać moje zdanie. Jej religią była religia biznesu. Jeśli odwiedzisz prawdziwych chrześcijan, takich jak ci ludzie mieszkający na dole w Christianopolis albo w Bingen, z pewnością nie zauważysz, by rozmawiali przy śniadaniu o zyskach lub narzucali ci swoją wolę z tak straszliwie obłudną prawością, którą jakoby się kierują. Prawość, dobry Boże… To najbardziej nieprzyjemna cecha u kogoś. Wiesz, że nie może być prawdziwa, co? I półświat chrześcijan nie jest taki. Mamy tu gnostyków, kwakrów, baptystów, rastafarian Baha’i i tak dalej, a są to najmilsi i najbardziej zgodni ludzie w podziemiu, jeśli mam coś na ten temat powiedzieć, a pamiętaj, że handluję z nimi wszystkimi. Są tacy… pomocni. I nie trajkoczą w kółko o sobie, jako najlepszych przyjaciołach Jezusa. Mają bliskie związki z Hiroko, podobnie jak sufici. Istnieje tam coś w rodzaju mistycznej sieci. — Zachichotał. — Ale Phyllis, o nie… ona, a także wszyscy inni fundamentaliści biznesu to ludzie, którzy używają religii, aby ukryć własne pragnienie władzy i bogactwa. Nienawidzę czegoś takiego. W rzeczywistości nigdy nie słyszałem, by Phyllis mówiła w sposób religijny, od chwili gdy wylądowaliśmy.

— A dużo miałeś okazji, by słyszeć, co mówi Phyllis od dnia lądowania?

Kojot ponownie się zaśmiał.

— Nie wyobrażasz sobie ile! Widziałem i słyszałem o wiele więcej niż ty w tamtych latach, panie wieczny mieszkańcu laboratoriów! Musisz wiedzieć, że naprawdę wszędzie miałem swoje małe kryjówki.

Sax zareagował sceptycznie, a Desmond ryknął śmiechem i poklepał go po ramieniu.

— Kto inny mógłby ci powiedzieć, jak wiele ty i Hiroko znaczyliście dla siebie w latach Underhill, co?

— Hmmm…

— Och, wierz mi, widziałem sporo. Oczywiście, to konkretne spostrzeżenie można by odnieść praktycznie wobec każdego mężczyzny w Underhill i miałoby się rację. Ta spryciula traktowała nas wszystkich jak swój harem.

— Poliandria?

— Dwóch naraz, niech to diabli! Albo dwudziestu naraz.

— Hmmm…

Desmond znowu się z niego śmiał.

Tuż po świcie dostrzegli biały słup dymu, przesłaniający gwiazdy nad całym kwadrantem nieba. Początkowo te gęstą chmurę uznali za widzianą na tle okolicy anomalię. Później jednak, kiedy lecieli dalej, a terminator planety przesuwał się pod nimi, na wschodnim horyzoncie przed sobą dostrzegli szeroki zakos jasnej powierzchni — pas czy też rów barwy pomarańczowej, nierówno posuwający się z północnego wschodu na południowy zachód, zaciemniony od dymu, który wydobywał się z jego fragmentu. Rów pod dymem wydawał się biały i niespokojny, jak gdyby jakaś mała wulkaniczna erupcja nastąpiła tylko w tym jednym miejscu. Nad nim widoczny był promień światła, a właściwie wiązka oświetlonego dymu, tak zwarta i masywna, że przypominała solidny, twardy słup, który rozszerzał się pionowo w górę i stawał mniej odległy, kiedy obłok rozrzedził się i zniknął, a sam dym dotarł na swą maksymalną wysokość około dziesięciu tysięcy metrów.

Na pierwszy rzut oka nie można było dostrzec na niebie żadnego śladu, który mógłby naprowadzić na źródło tej wiązki — w końcu soczewka napowietrzna znajdowała się przecież jakieś czterysta kilometrów nad głowami podróżników. Potem Saxowi wydało się, że widzi coś w rodzaju cienia chmury, który unosił się bardzo wysoko w górze. Może to właśnie soczewka, pomyślał, a może nie. Desmond również nie był tego pewien.

Jednak u stóp świetlnego słupa nie można już było mówić o jakiejkolwiek widoczności — on sam wyglądał osobliwie biblijnie, a stopiona skała pod nim naprawdę się żarzyła: bardzo jaskrawą, olśniewającą bielą. Tak właśnie prezentowało się pięć tysięcy stopni Kelvina wystawione na otwarte powietrze.

— Musimy być ostrożni — stwierdził Desmond. — Lecimy w tę wiązkę jak ćma w płomień świecy.

— Jestem także przekonany, że ten dym jest bardzo niespokojny.

— Tak. Zamierzam trzymać się od strony nawietrznej.

W dole, w miejscu, w którym słup oświetlonego dymu dotykał pomarańczowego kanału, nowy dym wydostawał się na zewnątrz w gwałtownych falach, niesamowicie oświetlony od dołu. Na północ od tego białego miejsca, gdzie skała prawdopodobnie była chłodniejsza, płynny kanał przywiódł Saxowi na myśl film o erupcjach hawajskich wulkanów. Jaskrawe, żółto-pomarańczowe fale przewalały się na północ strumieniem ciekłej skały, sporadycznie napotykając opór i bryzgając na ciemne brzegi stopionego kanału. Kanał miał około dwóch kilometrów szerokości i rozchodził się na horyzoncie w obu kierunkach; widoczne było może z dwieście kilometrów jego długości. W południowej części świetlnego słupa koryto kanału niemal całkowicie pokrywała stygnąca czarna skała, pocięta pajęczyną ciemnopomarańczowych rozpadlin. Geometryczne wyżłobienie kanału i słup światła stanowiły jedyne oczywiste znaki, że rów nie jest naturalnym kanałem magmowym; znaki te były aż nadto wystarczające. Poza tym na powierzchni Marsa od wielu tysięcy lat nie istniała już aktywność wulkaniczna.

Desmond zbliżył się do tego widoku, a potem przechylił ostro samolot i skierował na północ.

— Wiązka z soczewki napowietrznej posuwa się na południe, więc od strony północnej powinno nam się udać podlecieć bliżej.

Przez wiele kilometrów kanał stopionej skały pędził niezmiennie na północny wschód. Potem, kiedy dwaj podróżnicy oddalili się nieco od aktualnie „nagrzewanej” strefy, pomarańczowa barwa lawy ściemniała i magma z boków zaczęła się zlepiać z czarną powierzchnią, pociętą przez jeszcze większą liczbę pomarańczowych rozpadlin. Dalej powierzchnia kanału miała kolor czarny, tak samo jak brzegi po obu jego stronach; symetryczna połać czystej czerni, posuwająca się szybko przez rdzawe wyżyny Hesperii.

Desmond przechylił samolot, ponownie skierował na południe i podleciał bliżej kanału. Sax zauważył, że Kojot jest kiepskim pilotem: latał zrywami, co rusz niemiłosiernie spychając lekką maszynę to w tę, to w przeciwną stronę. Kiedy pomarańczowe rozpadliny znowu się pojawiły, wstępujący prąd cieplny ostro uderzył w samolot i Desmond przesunął maszynę nieco na zachód. Blask stopionej skały oświetlił brzegi kanału, które wyglądały teraz jak rzędy dymiących, bardzo ciemnych wzgórz.

— Zdawało mi się, że miały być szklane — oświadczył Sax.

— Obsydian. Ale, wyobraź sobie, że widziałem też inne kolory. Zawirowania różnych minerałów w szkle.

— Jak daleko sięga ta spalona strefa?

— Wycięli teren od Cerberusa do Hellas, posuwając się na zachód od wulkanów Tyrrhena i Hadriaca.

Sax aż gwizdnął.

— Mówi się, że ma to być kanał między Morzem Hellas i północnym oceanem.

— Tak, tak. Ale o wiele za szybko odparowują węglany.

— To zagęszcza atmosferę, czyż nie?

— Pewnie, ale dwutlenkiem węgla! Rujnują cały plan! Przez całe lata nie będziemy mogli oddychać taką atmosferą! Pozostaniemy zamknięci w miastach.

— Może sądzą, że uda im się wytrącić dwutlenek węgla z powietrza, kiedy temperatura się podniesie. — Desmond spojrzał na niego. — Widziałeś wystarczająco dużo?

— Znacznie więcej niż trzeba.

Desmond zaśmiał się swoim drażniącym śmiechem i ponownie ostro przechylił samolot. Zaczęli się posuwać za terminatorem, lecąc na zachód, nisko nad długimi, porannymi cieniami terenu.

— Pomyśl o tym, Sax. Przez jakiś czas ludzie będą zmuszeni pozostawać w miastach, co jest wygodne, jeśli chce się zachować nad wszystkim kontrolę. Wypalasz tą latającą lupą szramy w glebie, dzięki czemu naprawdę szybko otrzymujesz atmosferę o ciśnieniu jednego bara i ogrzewasz mokrą planetę. Potem znajdujesz jakąś metodę, by wyczyścić powietrze z dwutlenku węgla… Muszą mieć chyba jakiś pomysł, jakąś przemysłową lub biologiczną metodę, a może jedno i drugie… Chyba jakiś mają… bez wątpienia. A potem bardzo szybko uzyskujesz drugą Ziemię, naprawdę bardzo szybko. To wprawdzie jest dość kosztowne…

— Niezwykle kosztowne! Wszystkie duże projekty muszą kosztować konsorcja ponadnarodowe krocie, a w dodatku koncerny podejmują te decyzje, mimo iż jesteśmy na dobrej drodze do dwustu siedemdziesięciu trzech kelvinow. Nie rozumiem tego.

— Może im się wydaje, że dwieście siedemdziesiąt trzy stopnie to wynik zbyt skromny. Przeciętna równa temperaturze zamarzania wody nie jest w końcu żadną rewelacją. Trochę zbyt chłodno… To tylko… coś w rodzaju wizji terraformingowej w stylu Saxa Russella, można by powiedzieć. Praktycznej, ale… — Kojot zachichotał. — A może im się spieszy. Przecież na Ziemi jest coraz gorzej, musimy o tym pamiętać, Sax.

— Wiem — odrzekł ostro Sax. — Badałem to.

— Plus dla ciebie! Nie, naprawdę… Wiesz zatem, że coraz większa desperacja ogarnia ludzi, którzy nie otrzymują kuracji — starzeją się przecież i ich szansę, że kiedykolwiek zostaną poddani leczeniu wyraźnie maleją. A ci, którzy dostają kurację, zwłaszcza ludzie bogatsi, na górze, rozglądają się wokół siebie i próbują sobie znaleźć coś do roboty. Rok 2061 pokazał im, co może nastąpić, jeśli sytuacja się wymknie spod kontroli. Kupują więc biedne państewka niczym zepsute owoce mango pod koniec handlowego dnia. Ale to nic nie pomaga. I tutaj, tuż obok siebie, widzą świeżutką, pustą planetę, jeszcze nie gotową do zamieszkania, ale jakże bliską. Jakże pełną potencjału. To mógłby być dla nich nowy świat. Poza zasięgiem miliardów osób pozbawionych kuracji.

Sax zastanowił się nad słowami Kojota.

— Chcesz powiedzieć, że Mars miałby być czymś w rodzaju miejsca odległego azylu, do którego można uciec, jeśli na Ziemi zaczną się kłopoty?

— Dokładnie. Sądzę, że w konsorcjach ponadnarodowych są grupy ludzi, którzy pragną, by Mars terraformował się jak najszybciej i przy użyciu wszelkich możliwych środków.

— Mój Boże — szepnął tylko Sax. I przez całą drogę powrotną milczał.

Desmond towarzyszył Saxowi z powrotem do Burroughs, a kiedy wyszli z Południowej Stacji na Płaskowzgórze Hunta, przez korony drzew Parku nad Kanałem oraz przez szczelinę między Płaskowzgórzem Branch i Górą Stołową popatrzyli na Czarną Syrtę.

— Czy rzeczywiście robią takie głupstwa wszędzie na Marsie? — spytał poważnie Sax.

Desmond pokiwał smętnie głową.

— Następnym razem przywiozę ci listę takich miejsc.

— Nie zapomnij. — Sax potrząsnął głową, rozważając cały problem. — Tylko że… nie widzę w tym sensu. To się nie da utrzymać na dłuższą metę.

— Oni z pewnością myślą krótkoterminowo.

— Ale zamierzają żyć długo! Przypuszczalnie ciągle będą u władzy, gdy ta taktyka się załamie. Odpowiedzialność spadnie na nich!

— Może nie rozumują w ten sposób. Na górze następuje częsta rotacja stanowisk. Ktoś usiłuje szybko zdobyć sławę poprzez spektakularny rozwój firmy, licząc na to, że następnie zostanie zatrudniony na jeszcze lepszym stanowisku, gdzie spróbuje zrobić to samo. Wszystko polega na tym, by zdążyć usiąść na którymkolwiek ze stołków. Rodzaj gry w siadanego.

— Nie będzie miało znaczenia, na którym stołku usiądą, jeśli cała sala się rozpadnie! Nie zwracają uwagi na prawa fizyki!

— Jasne, że nie! Nie zauważyłeś tego wcześniej, Sax?

— Hmm… Chyba nie.

Oczywiście zauważył już, że ludzkie motywy są irracjonalne i niemożliwe do logicznego wyjaśnienia. Trudno było przeoczyć ten fakt. Teraz jednak uświadomił sobie, że wcześniej zakładał, iż ludzie, którzy pchają się do władzy, robią to w dobrej wierze, pragną bowiem rządzić w sposób racjonalny i brać pod uwagę długoterminową pomyślność ogółu ludzkości i jej biofizyczny system wspomagania życia. Desmond uśmiał się serdecznie, gdy Russell próbował przekazać mu swoje przemyślenia na ten temat, aż Sax nie wytrzymał i krzyknął z irytacją:

— Dlaczego w takim razie przyjmują taką kompromisową prace, jeśli nie pragną doprowadzić do czegoś takiego?

— Żądza władzy — wyjaśnił Desmond. — Władzy i zysku.

— No tak…

Sax zawsze na tyle mało interesował się tego typu sprawami, że trudno mu było zrozumieć, dlaczego ktoś inny miałby się nimi ekscytować. Co mogło stanowić indywidualny zysk dla danej jednostki z wyjątkiem swobody, by mogła robić to, na co ma ochotę? A skoro się już zyska taką wolność, wówczas dodatkowe bogactwo czy władza w gruncie rzeczy zaczynają tylko ograniczać wybór osoby je posiadającej i w rezultacie ograniczają jej wolność. Taki człowiek staje się sługą własnego bogactwa czy też władzy i jest zmuszony poświęcić cały swój czas na ochronę i starania utrzymania ich za wszelką cenę. Toteż, rozumując w ten sposób, Sax uważał, że swoboda naukowca pracującego na własny rachunek w laboratorium jest najwyższą możliwą wolnością. Dodatkowe bogactwo lub władza stają jedynie na przeszkodzie.

Desmond potrząsał głową, słuchając jego wywodów.

— Niektórzy ludzie lubią mówić innym ludziom, co tamci mają robić. Kochają to bardziej niż wolność. No wiesz… kwestia hierarchii. I miejsca w niej danej osoby. Jak najdłużej być wystarczająco wysoko. Zanim ktoś wskoczy na twoje miejsce. Władza niektórym wydaje się bezpieczniejsza niż wolność. A wielu ludzi to tchórze.

Sax potrząsnął głową.

— Myślę, że po prostu nie potrafią zrozumieć, co znaczy spaść ze stołka. Zachowują się tak, jak gdyby stale było im wszystkiego mało. To nie przystaje do rzeczywistości. Przecież… w naturze nie ma żadnego takiego procesu, który polegałby na stałym wzroście!

— Prędkość światła.

— Ba! To nie ma nic do rzeczy. Rzeczywistość fizyczna, rzecz jasna, nie może stanowić podstawy do tych obliczeń.

— Bardzo dobrze wyłożone.

Sax potrząsnął głową, wyraźnie sfrustrowany.

— To znowu religia. Albo ideologia. Jak to Frank zwykł mawiać? Wyimaginowany związek z realną sytuacją?

— Oto właśnie człowiek, który kochał władzę.

— To prawda.

— Ale był to też człowiek szczodrze obdarzony wyobraźnią.

Weszli do mieszkania Saxa, gdzie się przebrali, a następnie ruszyli na szczyt płaskowzgórza, aby zjeść śniadanie w lokalu Antonia. Sax ciągle się zastanawiał nad ich dyskusją.

— Problem w tym, że ludzie z przerostem pragnienia bogactwa i władzy mają stanowiska, dzięki którym w nadmiarze zaspokajają owe potrzeby, a potem stwierdzają, że stali się tak samo ich niewolnikami, jak panami. To rodzi w nich niezadowolenie i rozgoryczenie.

— Jak u Franka, chcesz powiedzieć.

— Tak. Więc ci potężni prawie zawsze wydają się mieć kłopoty z samymi sobą. Poczynając od cynizmu, kończąc na jawnych zapędach niszczycielskich. Nie są szczęśliwi.

— Ale są potężni.

— Tak. I w tym leży nasz problem. Ludzkie sprawy… — Sax przerwał, aby zjeść jedną z bułeczek, które właśnie położono im na stoliku. Był głodny. — …Wiesz, powinno się nimi rządzić zgodnie z zasadami ekosystemów.

Desmond roześmiał się głośno, pospiesznie podnosząc serwetkę, aby wytrzeć podbródek. Jego śmiech był tak potężny, że ludzie przy sąsiednich stolikach zaczęli się przypatrywać z uwagą, co bardzo zaniepokoiło Saxa.

— Cóż za pomysł! — krzyknął Kojot i znowu zaczął się głośno śmiać. — Cha, cha, cha! Och, mój drogi Saxifrage! Marzy ci się władza naukowców, co?

— No cóż, dlaczego nie? — potwierdził z uporem Sax. — Chodzi mi o to, że zasady rządzące zachowaniem gatunków dominujących w ugruntowanym ekosystemie są naprawdę, jak ja to widzę, szczere. Założę się, że rada złożona z ekologów mogłaby stworzyć program, który powołałby do życia stabilne, życzliwe sobie społeczeństwo!

— Gdybyś tylko rządził światem! — krzyknął radośnie Desmond i zaczął się znowu śmiać. Położył twarz na blacie stołu i zawył.

— Nie chodzi o mnie samego.

— No, nieee, żartuję. — Kojot zapanował nad sobą. — Wiesz, że Wład i Marina od lat pracują nad ekoekonomią. Nawet mnie zmusili, żebym stosował jej zasady w handlu między koloniami podziemnymi.

— Nie wiedziałem o tym — odparł zaskoczony Sax.

Desmond potrząsnął głową.

— Musisz zwracać baczniejszą uwagę na to, co się dzieje wokół ciebie, Sax. Na południu od lat żyjemy w ekogospodarce.

— Będę musiał się temu przyjrzeć.

— Tak. — Desmond uśmiechnął się szeroko, znowu bliski wybuchu. — Musisz się jeszcze wiele nauczyć.

Przyniesiono zamówione przez nich dania wraz z karafką soku pomarańczowego i Desmond napełnił szklanki do pełna. Potem trącił swoją szklanką o naczynie Saxa i wzniósł toast:

— Witamy wśród zwolenników rewolucji!

Desmond odjechał na południe, zmusiwszy Russella do obietnicy, że ukradnie dla Hiroko wszystko, co będzie mógł z Biotique.

— Muszę się spotkać z Nirgalem — dodał na koniec Kojot, po czym uściskał Saxa i odjechał.

Prawie od miesiąca Sax rozmyślał o wszystkim, czego dowiedział się od Desmonda i z programów telewizyjnych, oglądając kolejne audycje i filmy jeden za drugim, spokojnie i metodycznie. Jego niepokój wciąż narastał. Nadal niemal każdej nocy budził się i odmierzał czas bezsennymi godzinami.

Pewnego ranka po jednej z kolejnych nocy, spędzonych na niespokojnej, bezskutecznej walce z bezsennością, zadzwonił telefon na nadgarstku Saxa. Była to Phyllis, która przyjechała do miasta na jakieś zebranie i chciała zjeść z nim kolację.

Zgodził się, ku własnemu zaskoczeniu i z pozornym entuzjazmem Stephena. Spotkał się z nią tego wieczoru u Antonia. Na powitanie pocałowali się w policzek, a następnie usiedli przy jednym z narożnych stolików, w miejscu, z którego rozciągał się widok na miasto. Zjedli posiłek, którego Sax niemal nie zauważył, i rozmawiali swobodnie o ostatnich wydarzeniach w Sheffield i w Biotique.

Po deserze w postaci sernika posiedzieli jeszcze chwilę nad brandy. Sax nie spieszył się z odejściem, ponieważ nie był pewny, co Phyllis chciałaby robić po kolacji. Nie spieszyło się jej i nie dała mu dotąd żadnego czytelnego sygnału co do swoich zamiarów. Dlatego był trochę zdezorientowany.

Nagle odchyliła się na krześle i popatrzyła z niekłamaną radością. — To rzeczywiście ty, prawda?

Sax przechylił głowę, udając, że nie rozumie.

Phyllis roześmiała się.

— Naprawdę trudno w to uwierzyć. Nigdy dawniej nie byłeś taki, Saxie Russellu. Przez sto lat nie zgadłabym, że jesteś tak świetnym kochankiem.

Sax zamrugał niespokojnie i rozejrzał się wokół siebie.

— Ten komplement należy się bardziej tobie niż mnie — powiedział z nonszalancją Stephena.

Pobliskie stoliki były puste i kelnerzy pozostawili ich samych. Restaurację zamykano za mniej więcej pół godziny.

Phyllis znowu się roześmiała, ale jej oczy patrzyły na niego zimno i nagle Sax zrozumiał, jak bardzo jest rozgniewana. Z pewnością żenowało ją, że została oszukana przez człowieka, którego znała od jakichś osiemdziesięciu lat. Była też wściekła, że w ogóle ośmielił sieją oszukać. A dlaczego miałaby nie być wściekła? Przecież ktoś w sposób absolutnie perfidny wykorzystał jej zaufanie i to ktoś, z kim spędzała noce. Głupi wybór, którego Sax dokonał na Arenie, powracał teraz do niego rykoszetem tak silnym, że niemal poczuł mdłości. Ale cóż mógł na to poradzić?

Przypomniał sobie moment w windzie, kiedy go pocałowała. Był wówczas podobnie zakłopotany, jak w tej chwili. Najpierw więc był zaskoczony i speszony z tego powodu, że go nie rozpoznała, teraz, że go rozpoznała. Wyczuwał w tym jakąś symetrię. I teraz, tak jak wówczas, nie potrafił odpowiednio zareagować.

— Nie masz nic więcej do powiedzenia? — zapytała Phyllis.

Sax rozłożył ręce.

— Z czego wynika twoje przypuszczenie? — spytał.

Znowu się gniewnie roześmiała, potem spojrzała na niego z zaciśniętymi ustami.

— Taa, teraz łatwo to dostrzec — wyjaśniła. — Dodano ci tylko trochę ciała na nosie i podbródku, jak przypuszczam. Ale oczy i kształt głowy pozostały nie zmienione. To zabawne, co człowiek pamięta, a co zapomina.

— To prawda.

W rzeczywistości nie chodziło o zapomnienie, ale raczej o niemożność przypomnienia sobie. Sax podejrzewał, że te wspomnienia ciągle gdzieś są, że gdzieś czekają zmagazynowane.

— Właściwie nie potrafię sobie przypomnieć twojej prawdziwej twarzy — oznajmiła Phyllis. — Z mojej perspektywy zawsze tkwiłeś w laboratorium z nosem przyciśniętym do ekranu. Mógłbyś równie dobrze być białym fartuchem laboratoryjnym bez ciała, w taki sposób cię widzę w moich wspomnieniach… Gatunek gigantycznego doświadczalnego szczura. — Teraz jej oczy niemal płonęły ogniem. — Ale gdzieś po drodze dość dobrze zdołałeś się nauczyć, jak udawać ludzkie zachowanie, prawda? Wystarczająco dobrze, aby ogłupić starą przyjaciółkę, której spodobał się twój nowy wygląd.

— Nie jesteśmy starymi przyjaciółmi.

— Nie — warknęła. — Chyba nie. Wszak wraz ze swoimi starymi przyjaciółmi próbowałeś mnie zabić. Oni zabili tysiące innych ludzi i zniszczyli większą część tej planety. I, rzecz jasna, ciągle gdzieś tam są, bowiem w przeciwnym razie ciebie nie byłoby tutaj, prawda? Ściśle rzecz biorąc, musicie być w naprawdę wielu miejscach, ponieważ kiedy badałam DNA w próbce twojej spermy, w oficjalnych aktach ZT ONZ występowałeś rzeczywiście jako Stephen Lindholm. To mnie na chwilę zbiło z pantałyku, muszę przyznać. Ale było w tobie coś, co mnie zastanowiło. Wtedy, gdy wpadliśmy w tę szczelinę lodowcową. Tak, to było chyba wtedy… Przypomniało mi się coś, co się zdarzyło podczas naszego pobytu na Antarktydzie. Ty, Tatiana Durowa i ja byliśmy na Nussbaum Riegel, kiedy Tatiana potknęła się, upadła i zwichnęła kostkę. Po jakimś czasie zrobiło się wietrznie i późno, musieli przylecieć helikopterem, żeby nas zabrać z powrotem do bazy i podczas gdy czekaliśmy, ty znalazłeś jakiś skalny porost czy coś takiego…

Sax potrząsnął głową, naprawdę zaskoczony.

— Nie pamiętam tego.

I rzeczywiście nie pamiętał. Rok testów i przygotowań w Suchych Dolinach Antarktydy był bardzo intensywny, ale teraz cały ten okres zmienił się dla Saxa w jedną wyblakłą plamę, a ów incydent zupełnie wyleciał z pamięci; wręcz trudno mu było uwierzyć, że w ogóle coś takiego miało miejsce. Nie mógł sobie nawet przypomnieć, jak wyglądała biedna Tatiana Durowa.

Zaabsorbowany swoimi myślami i skupiony na wspomnieniach przez chwilę nie słuchał tego, co mówiła Phyllis, ale dotarła do niego końcówka jej wywodu:

— …Sprawdziłam ponownie w jednym ze starych plików w pamięci mojego AI i tam cię znalazłam.

— W starych plikach pamięci twojego AI mogą się znajdować przekłamania — odparł z roztargnieniem Sax. — Stwierdzono, że obwody elektryczne rozregulowują się z powodu promieniowania kosmicznego, jeśli nie przegląda się ich co jakiś czas.

Phyllis zignorowała tę słabą próbę obrony.

— Problem w tym, że ludzi, którzy potrafią w ten sposób zmieniać akta Zarządu Tymczasowego nie sposób pozostawić samym sobie. Obawiam się, że po prostu nie mogę pominąć tego faktu milczeniem. Nawet gdybym chciała.

— Co masz na myśli?

— Nie jestem pewna. To zależy od tego, co ty zrobisz. Mógłbyś mi po prostu powiedzieć, gdzie się ukrywacie, kim jesteście i co zamierzacie. Pojawiłeś się przecież w Biotique dopiero przed rokiem. Gdzie byłeś przedtem?

— Na Ziemi.

Phyllis wykrzywiła jedynie nieprzyjemnie twarz.

— Jeśli tak zamierzasz postępować, będę zmuszona poprosić o pomoc kilku moich współpracowników. W Kasei Vallis są ludzie z bezpieczeństwa, którzy potrafią odświeżyć twoją pamięć.

— Daj spokój.

— To nie była tylko metafora. Nie wytłuką z ciebie informacji czy coś takiego. Nazwałabym to raczej swego rodzaju metodą uzysku. Najpierw pozbawią cię przytomności, odpowiednio pobudzą twoje neurony w hipokampusie mózgu, a potem migdałki. Następnie zadadzą pytania. Nie znalazł się jeszcze taki, który by nie odpowiedział.

Sax zastanowił się nad jej słowami. Mechanizmy pamięci nie zostały jeszcze do końca poznane, ale bez wątpienia można było zastosować nacisk na strefę mózgu, odpowiedzialną za pamięć. Zastosowanie szybkiego przekaźnika obrazu rezonansu magnetycznego, ultradźwięków punktowych, kto wie czego jeszcze… To mogłoby być niebezpieczne, jednakże…

— No i? — spytała Phyllis.

Popatrzył na nią. Jej uśmiech był tak gniewny i jednocześnie tak triumfujący. Tak szyderczy. Wyrywkowe myśli przeleciały przez jego umysł, obrazy bez słów: Desmond, Hiroko, dzieci w Zygocie krzyczące: „Dlaczego, Sax, dlaczego?”… Ze wszystkich sił starał się panować, aby mimiką twarzy nie ujawnić odczuwanej wobec Phyllis niechęci, a nagle poczuł, jak falami zaczęła ogarniać jego ciało. Może tego rodzaju niesmak, pomyślał, to właśnie odczucie, które ludzie nazywają nienawiścią.

Po jakimś czasie odchrząknął.

— Chyba lepiej ci po prostu powiem.

Natychmiast pokiwała głową, jak gdyby była to decyzja, którą sama dawno już podjęła za niego. Cała restauracja zupełnie teraz opustoszała, a wszyscy kelnerzy zasiedli przy jednym stoliku, ściskając w dłoniach szklanki z grappą.

— Dobra — podsumowała — chodźmy więc do mojego biura.

Sax skinął głową i sztywno się podniósł. Ścierpła mu prawa noga i teraz kuśtykał idąc za Phyllis. Życzyli wyczekującym kelnerom dobrej nocy i wyszli.

Wsiedli do windy i Phyllis wdusiła przycisk piętra kolejki podziemnej. Drzwi zasunęły się i zaczęli zjeżdżać. Znowu w windzie, pomyślał Sax i głęboko zaczerpnął oddechu, potem przechylił nieco głowę, jak gdyby chciał przyjrzeć się czemuś niezwykłemu na tablicy z przyciskami pięter. Phyllis podążyła za nim wzrokiem, a wtedy grzmotnął ją w bok szczęki ostrym ruchem dłoni. Uderzyła w ściankę windy i osunęła się na podłogę. Była oszołomiona i oddychała ciężkimi sapnięciami. Saxa straszliwie bolały dwa największe kłykcie prawej dłoni. Wcisnął przycisk piętra dwa poziomy nad metrem, gdzie rozciągał się długi pasaż, który przecinał Płaskowzgórze Hunta i zabudowany był zamkniętymi o tej porze sklepami. Chwycił Phyllis pod pachy i podciągnął ją w górę; była wyższa niż on, nieprzytomna i ciężka, toteż kiedy drzwi windy się otworzyły, Sax był przygotowany, by krzyknąć po ewentualną pomoc. Za drzwiami jednakże nie było, na szczęście, nikogo, wobec czego zarzucił sobie jedno ramię Phyllis wokół szyi i pociągnął nieprzytomną kobietę do jednego z małych samochodzików, stojących przy windzie dla wygody tych osób, które chciały się szybko przedostać na drugą stronę płaskowzgórza lub miały ciężki bagaż. Sax zrzucił balast na tylne siedzenie i Phyllis jęknęła. Zabrzmiało to tak, jak gdyby przychodziła do siebie. Usiadł przed nią na siedzeniu kierowcy i wcisnął pedał gazu do oporu; mały pojazd zaczął się z warkotem przesuwać przez korytarz. Sax oddychał ciężko i był cały spocony.

Minął kilka pokoi wypoczynkowych i zatrzymał samochodzik. Phyllis bezwładnie zsunęła się z siedzenia i upadła na podłogę, jęcząc coraz głośniej. Wkrótce odzyska przytomność, uświadomił sobie Sax, jeśli jeszcze jej nie odzyskała. Wysiadł i pobiegł sprawdzić, czy męska toaleta nie jest zamknięta. Na szczęście była otwarta, więc wrócił do pojazdu, postawił nieprzytomną Phyllis, trzymając ją za ramiona, a następnie zarzucił ją sobie na plecy. Ruszył chwiejnie, uginając się pod jej ciężarem, aż dotarł do drzwi męskiej toalety, gdzie pozwolił swej ofierze zsunąć się na ziemię. Phyllis upadła, uderzając głową o betonową podłogę i przestała jęczeć. Sax otworzył drzwi, wszedł do środka, przeciągnął kobietę przez próg, potem zamknął za sobą drzwi na klucz.

Usiadł na podłodze łazienki obok swej ofiary i przez chwilę łapał oddech. Phyllis nadal oddychała, wyczuł puls i mimo że płytki, był równomierny. Najwyraźniej nic jej się nie stało, chociaż podczas upadku zapewne uderzyła się mocniej niż wtedy, gdy ją ogłuszał. Skórę miała bladą i wilgotną, a obwisłe usta otwarte. Poczuł współczucie, póki nie przypomniał sobie jej groźby oddania go w ręce specjalistów ze służby bezpieczeństwa, aby wydarli z niego sekrety; choć metody, którymi się posługiwali w tym celu były bardzo nowoczesne, i tak nie dałoby się nazwać ich inaczej jak tylko torturami. A gdyby im się udało wydobyć od Saxa zeznanie, dowiedzieliby się o ukrytych koloniach na południu i o wszystkim innym. Kiedy poznaliby ogólne informacje, z pewnością żądaliby szczegółów. Na pewno nie istniała możliwość stawienia oporu mieszaninie podawanych przez nich narkotyków i działaniom modyfikującym zachowanie…

Zresztą nawet teraz Phyllis wiedziała zbyt wiele. Fakt, że Sax miał tak mocno osadzoną w aktach fałszywą tożsamość, implikował istnienie całej ukrytej bazy materialnej związanej z jego osobą. A gdy dowiedzą się o tej infrastrukturze, zapewne zechcą się nią zająć. A wówczas… Hiroko, Desmond, Spencer, który tkwił głęboko w systemie w Kasei Vallis, wszystkie dane wydobyte na światło dzienne… Nirgal i Jackie, Peter, Ann… i cała reszta znaleźliby się w niebezpieczeństwie. I wszystko tylko dlatego, że on, Sax Russell, nie był wystarczająco sprytny, by unikać zainteresowania takiej głupiej, strasznej kobiety jak Phyllis Boyle.

Rozejrzał się po męskiej łazience. Składały się nań dwie kabiny toaletowe: jedna z ubikacją, druga ze zlewem, a poza tym lustro oraz ściana z apteczkami, w których znajdowały się pigułki sterylizujące, gazy odprężające… Sax zapatrzył się na nie, łapiąc oddech i myśląc o całej sprawie. Kiedy miał już gotowy plan, wyszeptał kilka instrukcji do AI na nadgarstku. Desmond dał mu kiedyś program deszyfrująco-niszczący, więc teraz Sax podłączył swój naręczny komputer do komputera Phyllis i czekał, aż dane zostaną skopiowane. Na szczęście program potrafił zniszczyć wszystkie jej pliki: osobiste zabezpieczenia były dziecinną zabawką wobec programów Desmonda, opartych na wirusach wojskowych… Tak w każdym razie twierdził sam Kojot.

Jednak należało szybko postanowić, co zrobić z Phyllis. Gazem rekreacyjnym w ściennej apteczce był przeważnie tlenek azotawy w postaci inhalatorów jednostkowych, z których każdy zawierał około dwóch czy trzech metrów sześciennych gazu. Sala miała, jak na oko ocenił Sax, około trzydziestu pięciu czy czterdziestu metrów sześciennych. Kratka wentylacyjna znajdowała się przy suficie i można ją było zablokować kawałkiem papierowego ręcznika, którego cała rolka wisiała obok zlewu…

Sax wcisnął karty płatnicze do szczeliny apteczki i wykupił cały gaz odprężający, jaki zawierała: dwadzieścia małych, kieszonkowych buteleczek, wraz z maskami na nos i twarz. A tlenek azotawy był tylko nieco cięższy od powietrza Burroughs.

Wyjął maleńkie nożyczki z przegródki na narzędzia, mieszczącej się na nadgarstku i odciął z rolki kawałek ręcznika. Następnie wspiął się na klozet i zakrył kratkę wentylacyjną, wpychając w szpary wycięty kawałek. Ciągle pozostawały szczeliny, ale były bardzo małe. Zeskoczył na podłogę i podszedł do drzwi. Między ich dolną krawędzią i podłogą również znajdowała się szczelina, około jednego centymetra. Odciął jeszcze kilka pasków ręcznika. Phyllis prychała. Russell podszedł do drzwi, otworzył je, wykopał za próg buteleczki z gazem i wyszedł. Po raz ostatni spojrzał na przyciśniętą do podłogi Phyllis, a następnie zamknął za sobą drzwi, wpychając pod nie paski ręcznika i zostawiając jedynie małą szczelinę w rogu. Potem, rozejrzawszy się po korytarzu, usiadł, wziął buteleczkę, wsunął giętką maskę w pozostawiony otwór i wstrzelił zawartość buteleczki do męskiej łazienki. Powtórzył tę czynność z dwudziestoma butelkami, upychając puste pojemniczki w kieszeniach, a gdy te całkowicie się wypełniły, pozostałe buteleczki zapakował w małą torbę, zrobioną z ostatniego pasa ręcznika. Wstał, wskoczył do samochodu i usadowił się na siedzeniu kierowcy. Nacisnął na gaz i pojazd szarpnął do przodu, w ruchu przeciwnym do nagłego hamowania, które jakiś czas temu wyrzuciło Phyllis z tylnego siedzenia i spowodowało, że upadła na podłogę. Wspomnienie tej sceny jakoś dziwnie Saxa zabolało.

Pod wrażeniem owych myśli zatrzymał samochodzik, wysiadł i pobiegł z powrotem do męskiej toalety; buteleczki w kieszeniach stukotały i pobrzękiwały. Jednym szarpnięciem otworzył drzwi, wszedł wstrzymując oddech, chwycił Phyllis za kostki i wyciągnął ją na powietrze. Nadal oddychała, a na jej twarzy widniał nieznaczny uśmieszek. Sax powstrzymał nieprzepartą ochotę kopnięcia jej i biegiem wrócił do auta.

Z maksymalną prędkością przejechał na drugi stok Płaskowzgórza Hunta, a następnie wsiadł do windy i zjechał na poziom podziemnej kolejki. Wybrał pierwszy pociąg i pojechał nim przez miasto do Południowej Stacji. Ręce mu drżały, a dwa duże kłykcie prawej dłoni były spuchnięte i powoli zaczynały sinieć. Bardzo bolały.

Na stacji kupił bilet na południe, ale kiedy przy wejściu na peron podał go wraz z identyfikatorem kontrolerowi, oczy mężczyzny zrobiły się niewiarygodnie okrągłe z podniecenia, po czym kontroler i jego współpracownicy wyjęli pistolety, chcąc aresztować Saxa Russella. Nerwowo pokrzykiwali, jakby zwracając się o pomoc do jakichś osób, znajdujących się w innym pomieszczeniu. Najwidoczniej Phyllis odzyskała przytomność szybciej niż Sax to sobie wyliczył.

Część 5

Bezdomni

Biogeneza to przede wszystkim psychogeneza. Prawda owa nigdzie nie ujawniła się tak otwarcie jak na Marsie, gdzie noosfera poprzedziła biosferę — najpierw była myśl, która z otchłani kosmosu podążyła na niemą planetę, zaludniając ją historiami, planami i marzeniami, aż do momentu, kiedy z lądownika wysiadł John i oświadczył: „No cóż, więc wreszcie tu jesteśmy”. Od tej chwili, niczym za sprawą jakiegoś sekretnego impulsu, mknęła jak błyskawica wszechogarniająca zielona silą i wkrótce cały Mars tętnił już życiem viriditas. Jak gdyby sama planeta wyczula, że coś ją omija i w obliczu zmagania się umysłu ze skalą, wobec wałki noosfery przeciw litosferze, nieobecna dotąd biosfera rozprzestrzeniła się nagle z niewiarygodną szybkością, podobną do tej, z jaką w pustej ręce magika pojawia się znikąd papierowy kwiat.

A w każdym razie tak się wydawało Michelowi Duvalowi, który czul emocjonalny związek z każdym przejawem życia na tym rdzawym pustkowiu i który, w swoim czasie, uchwycił się areofanii Hiroko z taką determinacją, jak tonący człowiek usiłuje chwycić koło ratunkowe. Kontakt z areofanią odkrył mu nowy sposób rozumienia rzeczy. Chcąc doskonalić takie postrzeganie otaczającego go świata, Michel przejął zwyczaj Ann: każdego wieczoru wychodził na zewnątrz, godzinę przed zachodem słońca napawał się pięknem krajobrazu, gdzie każda wypukłość rzucała długie, wieczorne cienie, zaś on utwierdzał się wciąż w przekonaniu, że nawet najmniejszy zagon trawy może wręcz zachwycać. W każdym małym splocie turzycy czy kępce porostów widział teraz miniaturową Prowansję.

To było obecnie jego główne zadanie, jak sobie wyobrażał: trudna praca pogodzenia odśrodkowej antynomii ziemskiej Prowansji i Marsa. Michel czuł, że w tym zamyśle on sam jest częścią długiej tradycji, ponieważ podczas swoich najnowszych studiów zauważył, iż historia myśli francuskiej została zdominowana próbami rozwiązania skrajnych antynomii. Dla Kartezjusza taką antynomię stanowił umysł i ciało, dla Sartre’a: freudyzm i marksizm, dla Teilharda de Chardin: chrześcijaństwo i ewolucja. Listę można by znacznie rozszerzyć i Michel uznał, że specyfika francuskiej filozofii, jej heroiczne napięcie i tendencja do stawania się długim ciągiem ogromnych niepowodzeń, pochodziły z tej stale powtarzanej próby sprzęgnięcia w jedno niemożliwych do połączenia przeciwieństw. Może wszyscy Francuzi, łącznie z nim, mierzyli się wciąż z tym samym problemem, walczyli, by złączyć ducha i materię. I może właśnie dlatego myśl francuska posiadała tak często pożądane skomplikowane aparaty retoryczne, takie jak na przykład prostokąt semantyczny, układy, które potrafiłyby związać te odśrodkowe przeciwieństwa ze sobą w sieć, związać wystarczająco silnie, by się w tej sieci utrzymały.

I dokładnie taki był obecnie cel pracy Michela — cierpliwie łączyć zielonego ducha i rdzawą materię, a wszystko po to, by odkryć marsjańską Prowansję. Krzyżowe porosty, na przykład, wyglądały na tle części czerwonej równiny, jak pokryte jabłkowym jadeitem. Teraz, w klarownych światłach wieczorów koloru indygo (dawne różowe niebo sprawiało, że trawa wydawała się brązowa), barwa nieba pozwalała każdemu źdźbłu trawy promieniować tak czystą zielenią, że małe trawiaste fragmenty łąk zdawały się wibrować. Intensywny nacisk koloru na ludzką siatkówkę… Cóż za rozkosz.

Jednocześnie widok tej niezwykle szybko ukorzeniającej się, kwitnącej i gwałtownie rozprzestrzeniającej się pierwotnej biosfery dostarczał przeżyć z pogranicza grozy. Zauważało się tu prawdziwą falę prymitywnego parcia ku życiu, coś w rodzaju zielonego, elektrycznego ogniwa między biegunami skały i umysłu. Zupełnie nieprawdopodobna była siła, która tutaj wtargnęła, dotknęła łańcuchów genetycznych, ustawiła je w ciągi, stworzyła nowe hybrydy, następnie pomogła im się rozrosnąć, a nawet zmieniła ich środowiska, aby wspomóc ich rozrost i krzewienie się. Wszędzie oczywisty był naturalny entuzjazm życia dla życia, które walczyło i często zwyciężało. Teraz jednakże istniały również dłonie, które wskazywały, noosfera oblewająca wszystko od samego początku. A zielona siła wyrywała się w tę czerwoną krainę wraz z każdym dotykiem opuszków ludzkich palców.

Ludzie byli więc naprawdę sprawcami cudów, świadomymi twórcami, którzy przemierzali ten nowy świat niczym świeżo powstali młodzi bogowie, dzierżący w dłoniach ogromne potęgi alchemiczne. Toteż Michel przyglądał się ciekawie każdemu, kogo spotkał na Marsie, bowiem dręczyła go myśl czy nie stoi przypadkiem przed nim — mimo niepozornego wyglądu — jakiś nowy Paracelsus albo Izaak z Holandii, który potrafi zmienić ołów w złoto lub spowodować, aby skały zakwitły.

Amerykanin uratowany przez Kojota i Maję początkowo nie wydał się Michałowi ani bardziej, ani mniej godny uwagi niż jakakolwiek inna osoba poznana na Marsie; może był nazbyt wścibski, ale sprawiał wrażenie człowieka prawdziwie szczerego. Potężny, lekko powłóczący nogami mężczyzna o śniadej twarzy i dziwacznej minie. Jednak Michel już nie dowierzał tego rodzaju pozorom; potrafił przeniknąć do wnętrza osoby i zajrzeć w jej duszę, wobec czego szybko się zorientował, że mają w swoich rękach osobnika dość tajemniczego.

Nazwisko mężczyzny brzmiało Art Randolph, jak sam się przedstawił, i zbierał w celu przetworzenia surowce wtórne z rozrzuconych szczątków zerwanej windy.

— Węgiel? — spytała kpiąco Maja. Ale tamten albo nie dosłyszał jej sarkastycznego tonu, albo go zignorował, bowiem odpowiedział:

— Tak, ale także… — Po czym wyklepał całą listę zgruzowanych minerałów egzotycznych. Maja obrzuciła go w odpowiedzi tylko piorunującym spojrzeniem, jednak i na to mężczyzna zdawał się nie zważać. Teraz z kolei on zaczął zadawać tysiące pytań. „Kim jesteście? Co robicie tu na otwartej przestrzeni? Dokąd mnie zabieracie? Jakiego rodzaju pojazdami się poruszacie? Czy naprawdę nie można was dostrzec z kosmosu? Jak maskujecie efekty ogrzewania? Dlaczego nie chcecie, by was zobaczono z przestrzeni? Czy może jesteście częścią legendarnej zaginionej kolonii? Należycie do marsjańskiego podziemia? Kim w ogóle jesteście?”

Nikt się nie palił, by odpowiadać na te pytania, aż w końcu odezwał się Michel:

— Jesteśmy Marsjanami. Mieszkamy tutaj na zewnątrz bez czyjejkolwiek pomocy.

— Więc podziemie. Niewiarygodne. Sądziłem, że opowieści o was to coś w rodzaju mitu, jeśli chcecie znać prawdę. Naprawdę wspaniale.

Maja tylko przewróciła oczyma na to stwierdzenie, a kiedy gość poprosił, by go wysadzić przy Echus Overlook, roześmiała się złośliwie i stwierdziła:

— Bądź poważny.

— O co ci chodzi?

Michel wyjaśnił mu, że gdyby go uwolnili, ujawniliby swoją obecność, więc, być może, nie będą go mogli wypuścić.

— Och, przecież nikomu nie powiem.

Maja ponownie się roześmiała, a wówczas znowu odezwał się Michel:

— Chodzi o to, że cała sprawa jest dla nas zbyt ważna, byśmy mogli ot tak, po prostu zaufać obcemu. Może ci się, hm, nie udać dotrzymać sekretu. Musiałbyś przecież wyjaśnić, w jaki sposób znalazłeś się tak daleko od swojego pojazdu.

— Moglibyście mnie odwieźć z powrotem do niego.

— Nie lubimy marnować czasu na tego rodzaju wycieczki. Pamiętaj, że nie zbliżylibyśmy się do ciebie, gdybyśmy nie uważali, że masz kłopoty.

— No cóż, jestem wam bardzo wdzięczny, ale teraz raczej nie okazujecie mi zbyt wielkiej pomocy.

— To chyba lepsze niż alternatywa? — rzuciła ostro Maja.

— Tak, to prawda. Wierzcie mi, że doceniam wasze postępowanie. I obiecuję: nie powiem nikomu. Na pewno wiecie, że większość ludzi zdaje sobie doskonale sprawę z tego, iż jesteście tutaj. Telewizja na Ziemi bardzo często pokazuje o was programy.

Nawet Maja ucichła po tych słowach. Dalej jechali w milczeniu. Potem włączyła się na interkom i odbyła krótką, pośpieszną rozmowę w języku rosyjskim z Kojotem, który podróżował w roverze przed nimi, a potem z Kaseiem, Nirgalem i Harmakhisem. Kojot był nieugięty: skoro uratowali temu człowiekowi życie, mieli oczywiste prawo trocheje zmienić na jakiś czas, aby się nie narażać na niebezpieczeństwo. Michel przekazał więźniowi konkluzje tej dyskusji.

Randolph zmarszczył brwi, potem wzruszył ramionami. Michel nigdy dotąd nie widział tak szybkiej akceptacji zmiany trybu życia. Opanowanie mężczyzny zrobiło na nim głębokie wrażenie, więc obserwował go z wielką uwagą, równocześnie popatrując także na ekran, który ujawniał widok z przedniej kamery. Randolph ponownie zarzucił ich mnóstwem pytań, tym razem o zespół przyrządów do sterowania rovera. Tylko jeszcze raz zrobił aluzję na temat swej sytuacji, spojrzawszy na kontrolki radia i interkomu.

— Mam nadzieję, iż pozwolicie mi wysłać jakąś wiadomość do mojej firmy. Chcę ich jedynie powiadomić, że jestem bezpieczny. Pracowałem dla Dumpmines, które stanowi część Praxis. A wy i Praxis macie naprawdę wiele wspólnego. Oni również potrafią się świetnie konspirować. Powinniście nawiązać z nimi kontakt i przysięgam, że wyszłoby to wam na dobre. Musicie używać jakichś kodowanych kanałów, prawda?

Nie otrzymał żadnej odpowiedzi ani od Mai, ani od Michela, a później, kiedy wyszedł do maleńkiej toalety rovera, Maja syknęła:

— Oczywiście, że to szpieg. Rozmyślnie znalazł się na odludziu, żebyśmy go stamtąd zabrali.

Cała Maja. Michel nie próbował się z nią spierać, a jedynie wzruszył ramionami.

— W każdym razie widać, że traktujemy go jak szpiega.

Randolph wkrótce wrócił i zadawał jeszcze więcej pytań: „Gdzie mieszkacie? Jak się czuje człowiek, gdy przez cały czas żyje w ukryciu?”. Michela zaczęły bawić te indagacje, które coraz bardziej przypominały przesłuchanie albo jakiś test. Randolph wydawał się całkowicie otwarty, absolutnie naiwny, prostolinijny i przyjacielski, jego śniada twarz miała minę głupawego prostaczka, a jednak obserwował ich oboje z wielką uwagą; po każdym pytaniu, na które jedyną reakcją ze strony Mai i Michela było milczenie, wyglądał na coraz bardziej zainteresowanego, a jednocześnie coraz bardziej zadowolonego, jak gdyby ich odpowiedzi docierały do niego telepatycznie. Każda istota ludzka uosabia wielką siłę, myślał Duval, każda osoba na Marsie to alchemik. I chociaż Michel zarzucił psychiatrię już dawno temu, ciągle potrafił rozpoznać rękę mistrza przy pracy. Prawie się roześmiał, gdy poczuł w sobie rosnące pragnienie, aby wszystko opowiedzieć temu przyciężkawemu, dziwacznemu mężczyźnie, który nadal poruszał się niezdarnie w marsjańskiej grawitacji.

Wtedy dał się słyszeć odgłos ich radia i z głośników wydobyła się „sprasowana” wiadomość, która trwała nie więcej niż dwie sekundy.

— Widzicie — odezwał się Randolph, próbując pomóc podjąć im decyzję — moglibyście wysłać właśnie w taki sposób wiadomość do Praxis.

Jednak kiedy AI całkowicie odkodowało informację, skończyły się żarty. Wiadomość brzmiała bowiem: „W Burroughs aresztowano Saxa”.

O świcie dogonili pojazd Kojota i cały dzień spędzili na naradzie nad tym, co powinni zrobić. Siedzieli blisko siebie w kręgu w przedziale mieszkalnym. Na wszystkich zasępionych twarzach zmartwienie wyryło głębokie rysy; na wszystkich, z wyjątkiem oblicza ich więźnia, który zasiadł między Nirgalem i Mają. Nirgal uścisnął mu dłoń na powitanie i skinął głową, jak gdyby byli starymi przyjaciółmi, chociaż żaden z nich nie powiedział przy tym ani słowa. Jednak Michel wiedział, że język przyjaźni ma niewiele wspólnego ze słowami.

Informacja na temat wypadku Saxa nadeszła od Spencera, przekazała ją Nadia. Spencer pracował w Kasei Vallis, które było obecnie czymś w rodzaju nowego Korolowa — więziennego miasta sił bezpieczeństwa — osady bardzo wymyślnej, a równocześnie rozmyślnie niepozornej, by nie rzucała się w oczy. Saxa zabrano do jednego z tamtejszych osiedli i gdy Spencer dowiedział się o tym, zadzwonił po pomoc do Nadii.

— Musimy go uwolnić — oświadczyła Maja — i to szybko. Trzymają go dopiero od paru dni.

— Tego Saxa Russella?! — spytał Randolph. — Ach, nie! Nie mogę w to uwierzyć. Kim właściwie jesteście? Hej, czy nie nazywasz się Maja Tojtowna?

Maja przeklęła go wściekle po rosyjsku. Kojot ignorował ich wszystkich; nie powiedział ani słowa od chwili, gdy otrzymali wiadomość o aresztowaniu Saxa i trwał przy ekranie swojego AI, pochłonięty obrazem, który wyglądał jak meteorologiczne zdjęcia satelitarne.

— To dobry moment, aby mnie wypuścić — przerwał ciszę Randolph. — Mógłbym odmówić im wszelkich informacji, póki nie wypuszczą Russella.

— On im niczego nie powie! — krzyknął zapalczywie Kasei.

Randolph zamachał ręką.

— To niemożliwe. Zastraszą go, może lekko poranią, pozbawią świadomości, podłączą do odpowiedniego urządzenia, naszpikują narkotykami i prześwietlą mu umysł we właściwych miejscach… A wówczas otrzymają odpowiedzi na każde pytanie, które przyjdzie im do głowy zadać. Z tego, co wiem, wiele potrafią. Akurat w tej dziedzinie nauka naprawdę się ostatnio rozwinęła. — Wpatrzył się w Kaseia. — Ty również wyglądasz mi znajomo? Nieważne! W każdym razie, jeśli nie osiągną rezultatów w ten sposób, w końcu zabiorą się do niego znacznie ostrzej.

— Skąd to wszystko wiesz? — zapytała napastliwie Maja.

— Wszyscy to wiedzą — odparł Randolph. — Może nie są to informacje w pełni sprawdzone, ale…

— Chcę pojechać go odbić — oznajmił nagle Kojot.

— Przecież wtedy nas odkryją — zauważył Kasei.

— I tak o nas wiedzą. Nie znają jedynie miejsca pobytu.

— Poza tym — wtrącił Michel — to przecież nasz Sax.

— Hiroko nie będzie się sprzeciwiać — dodał Kojot.

— A jeśli będzie, każ jej się odpieprzyć! — krzyknęła Maja. — Powiedz jej, że shikata ga nai!

— Z przyjemnością — odrzekł Kojot.

Zachodnie i północne zbocza wypukłości Tharsis w przeciwieństwie do wschodniego uskoku ku Noctis Labyrinthus były niemal nie zamieszkane; znajdowało się tam tylko kilka stacji areotermicznych i studzienek formacji wodonośnych, jednak większą część regionu pokrywała przez cały rok warstwa śniegu i firnu oraz młode lodowce. Wiatry z południa zderzały się tu z silnymi wiatrami północno-zachodnimi, które nacierały znad Olympus Mons, toteż zamiecie bywały często niezwykle gwałtowne. Strefa protoglacjalna rozszerzała się w górę od sześcio — czy siedmiokilometrowego konturu prawie do podstawy wielkich wulkanów. Kraina równie nie sprzyjała budowie czegokolwiek, jak i ukryciu niewykrywalnych pojazdów.

Dwa rovery z trudem przejechały przez sastrugi, wzdłuż lepkich magmowych hałd, które posłużyły im jako drogi, a później na północ obok masy Tharsis Tholus, wulkanu, który był mniej więcej rozmiaru ziemskiej Mauny Loa, chociaż — z racji tego, że znajdował się pod wzniesieniem Ascreus — wyglądał ledwie jak żużlowy stożek. Następnej nocy podróżnicy oddalili się od śniegów i ruszyli na północny wschód przez Echus Chasma, ukrywając się na cały dzień pod ogromną wschodnią ścianą tej rozpadliny, dokładnie kilka kilometrów na północ od starej siedziby Saxa, która leżała na szczycie urwiska.

Wschodnią ścianę Echus Chasma stanowiła w pełnej okazałości Wielka Skarpa — urwisko o wysokości trzech kilometrów, rozciągające się w prostej linii na północ i na południe przez tysiąc kilometrów. Areologowie ciągle się spierali o jego pochodzenie, ponieważ żadna naturalna siła formacyjna powierzchni nie wydawała się wystarczająca, aby je stworzyć. Stanowiło ono po prostu przerwę w strukturze powierzchni planety i rozdzielało dno Echus Chasma od wysokiego płaskowyżu Lunae Planum. Michel odwiedził w młodości Dolinę Yosemite w Stanach Zjednoczonych i ciągle jeszcze pamiętał górujące nad nią granitowe ściany skalne, ale urwisko, które widniało teraz przed nimi, było tak długie jak cały stan Kalifornia i przez większą część swej długości wysokie na trzy kilometry: monumentalny, pionowy masyw z czerwonej skały, którego niebosiężne płaszczyzny wypatrywały obojętnie na zachód, połyskując w każdym pustym zachodzie słońca, jak boczna ściana sporego kontynentu.

Przy północnym końcu ta nieprawdopodobnie wielka ściana skalna wreszcie się zmniejszyła i stała mniej stroma, a gdy rovery minęły dwudziesty stopień areograficzny północny, okazało się, że ścianę przecina głęboki i szeroki kanał, który biegnie na wschód przez płaskowyż Lunae, a następnie opada ku basenowi Chryse. Ten duży kanion nazywał się właśnie Kasei Vallis i stanowił jeden z najbardziej wyraźnych dowodów, że kiedyś na Marsie wszędzie płynęła woda. Jedno spojrzenie na zdjęcie satelitarne wystarczało, by dla każdego stał się oczywisty fakt, iż kiedyś w dół Echus Chasma musiała pędzić wielka powódź, która dotarła aż do pęknięcia w wielkiej wschodniej ścianie Echusa, a może po prostu do jakiegoś rowu tektonicznego. Wtedy skręciła prosto w dół tej doliny i przebijała się przez nią z fantastyczną siłą, tak długo żłobiąc wejście, aż stało się ono łagodną krzywizną; wówczas woda przelała się ponad zewnętrznym brzegiem zakrętu i przedarła przy pęknięciach w skale, tworząc skomplikowaną siatkę wąskich kanionów. Środkowe pasmo głównej doliny ukształtowało się w długie żebro czy też wysepkę w kształcie łzy, kształcie zarówno bardzo hydrodynamicznym, jak i soczewkowym. Wewnętrzny brzeg tego przedpotopowego strumienia żłobiły obecnie dwa kaniony, których w większości nie tknęła woda; były to zwyczajne rowy nazywane fossae, ukazujące, jak wyglądał prawdopodobnie główny kanał przed powodzią. Formowanie terenu zakończyły dwa ostatnie uderzenia meteorytowe w najwyższą część wewnętrznego brzegu, pozostawiając po sobie stosunkowo młode, strome kratery.

Wjeżdżając powoli z dna na wzniesienie zewnętrznego brzegu podróżnicy pokonali zaokrąglone kolanko doliny, żebrowe pasmo i koliste wały kraterów na wzniesieniu wewnętrznego brzegu. Były to najwydatniejsze cechy tego terenu, który stanowił krajobraz bardzo atrakcyjny dla oka, swym przestronnym majestatem przywodzący na myśl region Burroughs, a wielki łuk głównego kanału, który właśnie zaczynał się wypełniać płynącą wodą, zapewne stanie się niebawem płytką wstążeczką strumienia, płynącego nad kamykami i co tydzień żłobiącego nowe koryta i wysepki…

Na razie jednak znajdowała się w dolinie baza sił bezpieczeństwa konsorcjów ponadnarodowych. Dwa kratery na wewnętrznym brzegu pokryto namiotami, podobnie jak duże odcinki siatkowego terenu na brzegu zewnętrznym i część głównego kanału po obu stronach żebrowej wysepki; tyle że żadnego z tych miejsc nigdy nie pokazano na wideo ani nie wspomniano o nich w wiadomościach. Nie było ich nawet na mapach.

Spencer jednak przebywał tu od samego początku budowy i z jego nieczęstych raportów podróżnicy wiedzieli, dla jakich celów budowano to miasto. Obecnie prawie wszystkie osoby, które uznano za winne jakiegokolwiek przestępstwa na Marsie, wysyłano na pas asteroid, gdzie odpracowywały swe wyroki na statkach eksploatacyjnych, ale niektórzy z członków Zarządu Tymczasowego pragnęli posiadać więzienie również na samej planecie, i było nim właśnie Kasei Vallis.

Przed wjazdem do doliny Michel i Kojot ukryli swe kamienne pojazdy wśród grupki głazów narzutowych, po czym Kojot ponownie przestudiował komunikaty meteorologiczne. Maja wściekała się na tę zwłokę, ale Kojot ignorował jej gniew.

— To nie będzie łatwe zadanie — oznajmił jej surowo — a w pewnych okolicznościach może okazać się wręcz niemożliwe. Musimy czekać na wsparcie i sprzyjającą pogodę. Działamy według planu, który pomogli mi kiedyś stworzyć Spencer i właśnie Sax… Plan jest bardzo pomysłowy, ale muszą zostać spełnione pewne warunki wstępne.

Powiedziawszy to wrócił do pracy, lekceważąc całą grupę. Mówił do siebie lub prowadził wideotelefoniczne konsultacje; jego ciemna, szczupła twarz połyskiwała w świetle ekranów. Prawdziwy alchemik, pomyślał Michel, alchemik mamroczący coś pod nosem, jak gdyby pochylał się nad alembikiem albo tyglem, tworzący wielkie przeobrażenia całej planety… Potężny człowiek. A teraz skupiony na pogodzie. Wyglądało na to, że odkrył dominujące wzorce w prądzie strumieniowym, połączone z jakimiś newralgicznymi punktami w krajobrazie.

— To jest kwestia skali pionowej — wyjaśnił obcesowo Mai, która zadając kolejne pytania, zaczynała przypominać Arta Randolpha. — Ta planeta ma trzydziestokiloinetrową rozpiętość liniową od najwyższego szczytu do najniższej depresji. Rozumiesz? Trzydzieści tysięcy metrów! Więc muszą tu wiać silne wiatry.

— Takie jak mistral — podsunął Michel.

— Tak. Wiatry katabatyczne. A jeden z najsilniejszych z nich opada właśnie tutaj, na Wielką Skarpę.

Dominujące wiatry w tym regionie były jednakże stałymi wiatrami zachodnimi. Kiedy uderzały w urwisko Echus, wówczas wyzwalały się wznoszące prądy wstępujące i lotnicy mieszkający w Echus Overlook wykorzystywali je dla sportu, latając całymi dniami w szybowcach lub na lotniach. Jednak dość często przesuwały się przez ten rejon także układy cykloniczne, przynoszące wiatr ze wschodu, a kiedy zdarzała się taka sytuacja, zimne powietrze pędziło przez pokryty śniegiem płaskowyż Lunae, rozpraszając śnieg; stawało się coraz gęstsze i chłodniejsze, aż cała śnieżna pokrywa pod nim zaczynała przewalać się przez przełęcze w krawędzi wielkiej skalnej ściany, a wówczas wiatry opadały jak lawina.

Od dłuższego czasu Kojot interesował się cyrkulacją wiatrów katabatycznych i własne obliczenia doprowadziły go do przekonania, że jeśli warunki będą odpowiednie — pojawią się ostre kontrasty temperaturowe i zaawansowany ze wschodu na zachód ślad nadchodzącej na płaskowyż burzy — wtedy wystarczy bardzo niewielka interwencja w pewnych miejscach, by prądy zstępujące zmieniły się w pionowe tajfuny, które z hukiem popędzą w dół do Echus Chasma, uderzając z ogromną siłą na północ i na południe. Kiedy Spencer zdobył dla grupy informacje na temat struktury i przeznaczenia nowej osady w Kasei Vallis, Kojot od razu postanowił spróbować znaleźć środki do przeprowadzenia takiej interwencji.

— Ci idioci zbudowali swoje więzienie w tunelu powietrznym — mruknął w pewnej chwili, w odpowiedzi na indagacje Mai. — A więc my stworzymy fen. Czy też raczej coś w rodzaju zapalnika, który wywoła fen. Zakopiemy kilka pojemników z azotanem srebra na szczycie urwiska. Takie wielkie potwory jak miejscowe żyły strumieniowe… Potem uruchomimy lasery, które rozpalą powietrze tuż nad strefą cieku. To stworzy nieprzyjazny gradient ciśnieniowy i spiętrzy normalny wypływ, tak że będzie silniejszy, gdy w końcu się przełamie. Wszędzie w dole skalnego lica urwiska są umieszczone materiały wybuchowe, które wepchną pył w wiatr i sprawią, że powietrze stanie się cięższe. Widzisz, wiatr podgrzewa opadające powietrze i spowalnia je trochę, jeśli nie jest tak pełne śniegu i pyłu. Zszedłem tym urwiskiem pięć razy, aby wszystko zorganizować, powinnaś była to zauważyć… Także po to, by odpowiednio skierować feny. Rzecz jasna, moc całej aparatury jest niemal nieistotna w porównaniu z całkowitą siłą wiatru, ale sama rozumiesz, że głównym kluczem do uzyskania pożądanej pogody jest analiza czułości całego systemu i nasz komputer wyznacza teraz miejsca, w których trzeba stworzyć wstępne warunki, aby osiągnąć zamierzony efekt. A przynajmniej mamy nadzieję, że go osiągniemy.

— Nie wypróbowałeś jeszcze tego? — spytała Maja.

Kojot popatrzył na nią.

— Zrobiliśmy symulację na komputerze. Wszystko przebiega zgodnie z planem. Jeśli zapewnimy wstępne warunki w postaci wiatrów cyklonicznych, przetaczających się nad Lunae z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, wówczas zobaczysz, co się stanie.

— Ludzie w Kasei muszą chyba wiedzieć o tych katabatycznych wiatrach — zauważył Randolph.

— Wiedzą. Tyle że obliczyli, iż wiatry te pojawiają się raz na tysiąclecie, a naszym zdaniem można je wywołać w każdej chwili, muszą tylko zaistnieć optymalne ku temu warunki wstępne.

— Klimatologia partyzancka — stwierdził Art, uciekając wzrokiem. — Jak to nazywacie? Klimatażem? Szturmem klimatycznym? Meteorologią ofensywną?

Kojot udawał, że go ignoruje, chociaż Michel dostrzegł pod przesłaniającymi twarz dredlokami szybki uśmieszek.

Jednakże system Kojota mógł zadziałać tylko przy właściwych warunkach wstępnych, toteż na razie podróżnikom nie pozostawało nic innego, jak tylko siedzieć, czekać i mieć nadzieję, że warunki te zaistnieją.

Podczas tych długich godzin Michelowi wydawało się, że Kojot próbuje za pomocą ekranu narzucić swój projekt niebu.

— No dalej — popędzał pogodę niezmordowany mały człowieczek. Mruczał przez cały czas pod nosem, a nos przytykał aż do szkła monitora. — Pchaj, pchaj. Przejdź to wzgórze, ty paskudny wietrze. No dalej, jedno podgarnięcie i skręt, spiralne zwarcie… No, chodź!

Potem zaczął energicznie krążyć po zaciemnionym pojeździe, podczas gdy reszta usiłowała zasnąć, i mamrotał co chwila:

— Patrzcie, no nie, patrzcie. — Wskazywał przy tym na cechy terenu pojawiające się na zdjęciach satelitarnych, których nikt spośród jego towarzyszy nie potrafił dostrzec. Co jakiś czas siadywał pogrążony w myślach nad skróconymi danymi meteorologicznymi, żuł chleb, klął i pogwidywał, udając świst wiatru. Michel leżał na swoim wąskim łóżku z głową podpartą na ręce i zafascynowany obserwował, jak ten dzikus grasuje po tonącym w półmroku pojeździe — mała, niewyraźna, tajemnicza figurka, przypominająca szamana. A ich więzień o niedźwiedziowatym cielsku, błyskając oczyma, czuwał podobnie jak Duval, najwyraźniej również pragnąc być świadkiem tego nocnego spektaklu; z głośnym zgrzytem pocierał nie ogoloną szczękę i co jakiś czas spoglądał na Michela, podczas gdy szept Kojota trwał: — No chodź, niech cię cholera, no chodź. Szuuu… Uderz niczym październikowy huragan…

W końcu, o zachodzie słońca drugiego dnia czekania, Kojot wstał i przeciągnął się jak kot.

— Nadchodzi wiatr.

Podczas ich długiego wyczekiwania przyjechało z Mareotis kilku „czerwonych”, aby pomóc w odbiciu Saxa i Kojot opracował wraz z nimi plan ataku, na podstawie informacji, które przysłał im Spencer. Zamierzali się rozdzielić i wkroczyć do miasta z kilku stron równocześnie. Michel i Maja mieli pojechać jednym pojazdem na popękany teren zewnętrznego brzegu, gdzie mogli się ukryć — przy podnóżu małego płaskowzgórza, leżącego w zasięgu wzroku namiotów zewnętrznego brzegu. W jednym z nich mieściła się klinika medyczna, do której co jakiś czas przyprowadzano Saxa. Była ona, według Spencera, miejscem naprawdę kiepsko strzeżonym, przynajmniej w porównaniu z osiedlem mieszkalnym na wewnętrznym brzegu, gdzie przetrzymywano Saxa między sesjami w klinice. Rozkład dnia więźnia często ulegał zmianie, toteż Spencer nie mógł być pewny, gdzie Russell będzie się znajdował w danej chwili. Tak więc, kiedy wiatr uderzy, Michel i Maja mieli wejść do namiotu na zewnętrznym brzegu i spotkać się z czekającym tam w gotowości Spencerem, który zaprowadzi ich do kliniki. Natomiast, zgodnie z planem, większy rover, w którym pojadą Kojot, Kasei, Nirgal i Art Randolph, musiał, wraz z kilkoma osobami spośród mareotańskich „czerwonych”, przedostać się na wewnętrzny brzeg. Zadaniem pozostałych pojazdów „czerwonych” było najechanie osady ze wszystkich kierunków, szczególnie ze wschodu i upozorowanie napaści, wyglądającej na otwarty szturm.

— Odbijemy Saxa — oświadczył z przekonaniem Kojot, marszcząc brwi i patrząc na ekrany. — Wiatr niebawem uderzy.

Następnego ranka Maja i Michel zasiedli w pojeździe, by poczekać na nadejście wiatru. Z miejsca, w którym się znajdowali, rozciągał się widok w dół zbocza zewnętrznego brzegu na duże żebrowe pasmo. W ciągu dnia mogli zajrzeć w zielone, baniaste światy leżące pod namiotami zewnętrznego brzegu i na paśmie wzgórz — wyglądały jak małe terraria, wychodzące na rozległą, czerwoną, piaszczystą przestrzeń doliny, połączone przezroczystymi tunelami przelotowymi i kilkoma łukowatymi mostami tunelowymi. Miasteczko wyglądało jak Burroughs sprzed czterdziestu lat, jego fragmenty wyrastały, by zapełnić duże, puste łożysko potoku.

Michel i Maja spali, jedli, potem znowu spali lub obserwowali. Maja chodziła nerwowo po pojeździe. Z każdym dniem robiła się coraz bardziej rozdrażniona i teraz miotała się w pomieszczeniu niczym uwięziona w klatce tygryska, która zwęszyła krwisty posiłek. Iskry strzelały z koniuszków jej palców, kiedy pieściła kark Michela, przez co jej dotyk stawał się bolesny. W żaden sposób nie można jej było uspokoić; kiedy siadała na fotelu pilota, Michel stawał za nią, maso wał jej kark i ramiona, jak wcześniej ona jemu, ale przypominało to ugniatanie drewnianych klocy i miał wrażenie, że od samego kontaktu z jej spiętym ciałem drętwieją mu ramiona.

Ich rozmowy były chaotyczne, stanowiły przeważnie mimowolne przypadkowe przeskoki luźnych skojarzeń. Po południu złapali się na tym, że od godziny już wspominają czasy w Underhill: mówili o Saxie, Hiroko, a nawet o Franku i Johnie.

— Pamiętasz, jak załamała się jedna ze sklepionych komór?

— Nie — odparła Maja z irytacją. — Nie pamiętam. A czy ty pamiętasz tamten dzień, kiedy Ann i Sax tak strasznie się pokłócili na temat terraformowania?

— Nie — rzekł Michel z westchnieniem. — Nie przypominam sobie.

Zadawali sobie rozmaite pytania w nieskończoność, aż zaczynali mieć wrażenie, że każde z nich mieszkało w zupełnie innym Underhill. Kiedy natomiast obojgu udało się przypomnieć jakieś zdarzenie, był to prawdziwy powód do radości. Wspomnienia każdego z przedstawicieli pierwszej setki stawały się coraz bardziej zwietrzałe, jak już wcześniej zauważył Michel, i wydawało mu się, że większość z jego przyjaciół obecnie łatwiej przypomina sobie na przykład dzieciństwo na Ziemi niż pierwsze lata spędzone na Marsie. Och, pamiętali oczywiście najistotniejsze wydarzenia z własnego życia i w ogólnym zarysie swoją przeszłość, ale błahe zdarzenia, które z niewiadomych powodów zapadały w pamięć, u każdego pozostawiały inny ślad. Zdolność zapamiętywania i pamiętania stawały się poważnym problemem klinicznym i teoretycznym dla współczesnej psychologii, coraz ważniejszym wskutek bezprecedensowej długości życia, jaką udało się osiągnąć. Michel od czasu do czasu czytywał nieco fachowej literatury na ten temat i chociaż dawno temu zarzucił już kliniczną praktykę terapeutyczną, ciągle — na zasadzie nieformalnego eksperymentu — zadawał swoim starym towarzyszom rozmaite pytania, tak jak teraz Mai: „Czy pamiętasz to, czy pamiętasz tamto?” „Nie, nie, nie o to chodzi. Powiedz, co ty sam pamiętasz?”

— Pamiętam sposób, w jaki Nadia rozstawiała nas po kątach — odpowiadała Maja, co wywoływało uśmiech na twarzy Duvala. — I wrażenie, jakie sprawiało dotykanie stopami bambusowej podłogi… A czy pamiętasz ten okres, kiedy Nadia krzyczała na alchemików? — Ona zadawała z kolei pytanie.

— No… nie! — odpowiadał Michel.

Rozmowa toczyła się bez końca, aż któryś z kolei raz uświadamiali sobie, że ich prywatne Underhill, osady, w których mieszkali, były odrębnymi wszechświatami, niemal przestrzeniami Riemanna, przecinającymi się tylko w planie nieskończoności, a tymczasem każde z nich dwojga wędrowało po długiej drodze własnego idiokosmosu.

— Niewiele pamiętam z tego wszystkiego — w końcu ponuro oświadczyła Maja. — Ciągle tak samo ciężko znoszę myśl o Johnie. Albo o Franku. Próbuję w ogóle o nich nie myśleć! A potem nagle nastąpi jakieś zwarcie… i stracę wszystkie inne wspomnienia, podczas gdy zapamiętam to. Pewne reminiscencje są tak intensywne, jak pamiętanie tego, co zdarzyło się zaledwie godzinę temu! Albo jak gdyby działo się znowu. — Poczuła jak drży pod dotykiem jego dłoni. — Nienawidzę ich. Wiesz, co mam na myśli?

— Oczywiście. M’morie unvoluntaire. Chociaż pamiętam, że to samo przydarzyło mi się, kiedy mieszkaliśmy w Underhill. Zatem nie chodzi tu o starzenie się.

— Nie. To po prostu życie. Coś, czego nie możemy zapomnieć. Wiesz, czasem nie mogę patrzeć na Kaseia…

— Wiem. Te dzieci są dziwne. Hiroko jest dziwna.

— Tak. Ale w takim razie… czy byłeś wtedy szczęśliwy? No, po tym jak z nią wyjechałeś?

— Tak. — Michel chwilę się zastanowił, usiłując sobie przypomnieć, co wówczas odczuwał. Pamięć była naprawdę słabym ogniwem w łańcuchu… — Oczywiście, że byłem szczęśliwy. Problem sprowadzał się do akceptacji faktów, które wcześniej, w Underhill, próbowałem stłumić. Uświadomienia sobie pewnej prawdy, że wszyscy jesteśmy zwierzętami. Że jesteśmy stworzeniami seksualnymi… — Zaczął masować jej ramiona znacznie mocniej niż dotychczas, aż Maja wykręciła się spod jego dłoni.

— Nie musisz mi tego przypominać — zauważyła z krótkim śmiechem. — Czy właśnie Hiroko ci to uświadomiła?

— Tak. Ale nie tylko ona. Także Jewgienia, Rya… one wszystkie, w gruncie rzeczy. Nie bezpośrednio, no wiesz. Hmm… chociaż czasami bezpośrednio. Jednak przede wszystkich musiałem uznać, że mamy ciała, że jesteśmy ciałami. Pracując razem, widząc siebie i dotykając się. Naprawdę miałem z tym problemy. A one je oswajały, przekazywały tej planecie… Ty chyba nigdy nie miałaś kło