/ Language: Polski / Genre:thriller

Elita Zabójców

Lee Child

Jeden z członków specjalnej grupy dochodzeniowej armii amerykańskiej zostaje odnaleziony na pustyni w Kalifornii – martwy. Ktoś wyrzucił go z helikoptera. Gdzie są pozostali członkowie? Zniknęli w zagadkowych okolicznościach. Jack Reacher otrzymuje zaszyfrowaną wiadomość, którą potrafi odczytać tylko garstka osób, i rusza na pomoc. Łącząc siły z dawnymi kolegami z żandarmerii, będzie musiał przeniknąć do spisku związanego z międzynarodowym terroryzmem, aby ocalić żywych, pogrzebać umarłych i rozwikłać tajemnicę, którą z każdym dniem spowija coraz gęstszy zmrok. Ludzie, którzy wzięli go na cel, nie zdają sobie jeszcze sprawy, że Reacherowi nie należy wchodzić w drogę. Ani teraz, ani kiedykolwiek…

Lee Child

Elita Zabójców

Bad Luck And Trouble

Z angielskiego przełożył ZBIGNIEW KOŚCIUK

1

Facet nazywał się Calvin Franz, miał połamane obie nogi i trzeba go było wnieść na pokład helikoptera Bell 222, przywiązanego do noszy. Nic trudnego. Bell to przestronna dwusilnikowa maszyna, przeznaczona do przewozu biznesmenów i gliniarzy, mogąca pomieścić siedmiu pasażerów. Tylne drzwi są tak duże jak przesuwane drzwi vana i można je szeroko otworzyć. Usunęli środkowy rząd foteli, aby na podłodze było dość miejsca dla Franza.

Silnik helikoptera pracował na wolnych obrotach. Nosze umieściło w środku dwóch mężczyzn. Schylili się nisko, przechodząc pod płatami wirnika. Jeden szedł tyłem, drugi – przodem. Kiedy dotarli do drzwi, facet, który się cofał, oparł nosze na progu i odszedł na bok. Drugi ruszył do przodu, mocno pchając koniec noszy, tak że zniknęły we wnętrzu kadłuba. Franz był przytomny i cierpiał. Krzyczał i szarpał się na boki – odrobinę, bo pasy umieszczone na wysokości klatki piersiowej i ud były ciasno ściągnięte. Dwaj mężczyźni wspięli się za nim, zajęli miejsce w fotelach za usuniętym rzędem i zatrzasnęli drzwi.

Czekali.

Czekał także pilot.

Po chwili w drzwiach małego budynku ukazał się trzeci facet i zaczął iść po płycie lądowiska. Schylił się, przechodząc pod płatami wirnika i przyciskając do piersi krawat łopoczący na wietrze. Wyglądał jak oskarżony, który przysięga, że jest niewinny. Obszedł długi nos bella i zajął miejsce z przodu, obok pilota.

– Ruszaj – powiedział, pochylając głowę i zapinając pasy. Pilot zwiększył obroty i niskie dźwięki towarzyszące ruchowi płatów ustąpiły miejsca wysokim tonom, które po chwili zagłuszył ryk wyrzucanych spalin. Maszyna poszła pionowo w górę, przechyliła w lewo i po wykonaniu niewielkiego obrotu wciągnęła koła, a następnie uniosła na wysokość trzystu metrów. Pochyliła nos i mszyła na północ, lecąc z dużą prędkością na wysokim pułapie. Pod helikopterem przesuwały się drogi i parki, małe fabryki i schludne podmiejskie dzielnice odizolowane od świata. Ceglane ściany i metalowe sidingi błyszczały czerwonawo w promieniach zachodzącego słońca.

Niewielkie szmaragdowe trawniki i turkusowe baseny lśniły w ostatnich promieniach dnia.

– Wiesz, dokąd lecimy? – zapytał mężczyzna siedzący obok pilota.

Ten skinął w milczeniu głową.

Bell leciał w zapadających ciemności na północny wschód, osiągając stopniowo coraz wyższy pułap. Przeciął linię biegnącej w dole autostrady, ze strumieniem czerwonych świateł pełznących na wschód. Na północ od drogi nieliczne zabudowania zaczęły ustępować miejsca niskim niezamieszkanym wzgórzom, jałowym i porośniętym krzakami. Zbocza zwrócone w stronę zachodzącego słońca lśniły pomarańczowo, w cieniu i dolinach przybierając matową, ciemnobrązową barwę. Po jakimś czasie pagórki przekształciły się w niskie, łagodne góry. Bell sunął przed siebie, to wznosząc się, to opadając, zgodnie z ukształtowaniem terenu. Mężczyzna z przodu odwrócił się i spojrzał na Franza.

Uśmiechnął się przelotnie i oznajmił:

– Jeszcze tylko dwadzieścia minut.

Franz nie odpowiedział. Zbyt mocno cierpiał.

***

Helikopter leciał z prędkością dwustu sześćdziesięciu kilometrów na godzinę, toteż w ciągu kolejnych dwudziestu minut pokonał dystans niemal dziewięćdziesięciu kilometrów ponad górami i pustymi połaciami pustyni. Pilot włączył przednie reflektory i zwolnił. Mężczyzna siedzący z przodu przywarł czołem do szyby, wypatrując w ciemności.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał.

– Tam gdzie byliśmy poprzednio – odpowiedział pilot.

– Dokładnie?

– Mniej więcej.

– Co jest poniżej?

– Pustynia.

– Wysokość?

– Dziewięćset metrów.

– Warunki?

– Bezwietrznie. Występują jedynie słabe prądy termiczne. Żadnego wiatru.

– Jest bezpiecznie?

– Pod względem aeronautycznym, tak.

– Zróbmy to teraz.

Pilot zwolnił jeszcze bardziej, wykonał zwrot i zawisł na wysokości dziewięciuset metrów nad pustynią. Facet z przodu odwrócił się ponownie, dając znak dwóm z tyłu. Ci rozpięli pasy. Jeden pochylił się do przodu, nie chcąc dotknąć nóg Franza, a następnie zwolnił blokadę drzwi, trzymając się jedną ręką pasa. Pilot odwrócił się nieznacznie w fotelu, obserwując, co się dzieje, i przechylając helikopter tak, aby drzwi otworzyły się na oścież pod własnym ciężarem. Następnie wyrównał maszynę, wprawiając ją w wolny mch obrotowy zgodny z ruchem wskazówek zegara, dzięki czemu ciśnienie powietrza utrzymywało drzwi szeroko otwarte. Dmgi z mężczyzn uklęknął na wysokości głowy Franza, unosząc koniec noszy, tak aby nachyliły się pod kątem czterdziestu pięciu stopni do podłogi. Pierwszy wetknął stopę pod koniec noszy, aby nie przesunęły się po podłodze. Jego kumpel uniósł ręce jak ciężarowiec, podnosząc nosze do pozycji pionowej. Ciało Franza zawisło na linkach. Franz był rosłym, ciężkim mężczyzną. Pełnym determinacji. Chociaż jego nogi stały się bezużyteczne, górna część tułowia była potężna i silnie napięta. Kręcił głową to w jedną, to w drugą stronę.Pierwszy facet sięgnął nóż grawitacyjny i wysunął ostrze. Przeciął pasek oplatający uda Franza. Po krótkiej chwili rozciął drugi, biegnący wokół klatki piersiowej. Jednocześnie jego kumpel podniósł nosze do pionu i Franz wykonał odruchowy krok do przodu. Na złamaną prawą nogę. Wydał krótki okrzyk, a następnie zrobił kolejny krok, stając na drugiej złamanej kończynie. Zamachał rękami i runął do przodu przez otwarte drzwi w ciemną noc, zakłóconą pracą silników bella.

Dziewięćset metrów poniżej rozciągała się pustynia.

Na chwilę zapadło milczenie. Można było odnieść wrażenie, że przycichły nawet hałaśliwe dźwięki. Po kilku sekundach pilot zmienił obroty i zakołysał maszyną, tak że drzwi zgrabnie się zamknęły. Zwiększył obroty silnika, powodując, że płaty zaczęły szybciej się obracać, a nos maszyny zanurkował.

Dwaj mężczyźni opadli na fotele.

– Możemy wracać do domu – oznajmił facet siedzący z przodu.

2

Siedemnaście dni później Jack Reacher był w Portland, w Oregonie, niemal bez centa przy duszy. W Portland, ponieważ musiał gdzieś być, a autobus, do którego wsiadł dwa dni temu, właśnie tu się zatrzymał. Niemal bez centa przy duszy, bo spotkał się z asystentką prokuratora okręgowego o imieniu Samantha w barze, w którym bywali gliniarze, i dwa razy postawił jej obiad, zanim dwa razy spędził noc w jej mieszkaniu. Teraz Samantha poszła do pracy, a on opuszczał jej mieszkanie o dziewiątej rano, zmierzając w kierunku dworca autobusowego w centrum miasta. Miał wilgotne włosy po niedawnym prysznicu, czuł się zaspokojony i zrelaksowany, nie wiedział, dokąd się uda, i miał w kieszeni bardzo cienki zwitek banknotów.

Atak terrorystów z jedenastego września 2001 roku zmienił życie Reachera na dwa bardzo przyziemne sposoby. Po pierwsze, oprócz składanej szczoteczki do zębów nosił teraz przy sobie paszport. W nowych czasach wiele spraw, np. podróżowanie, wymagało posiadania dokumentu tożsamości ze zdjęciem. Reacher był włóczęgą, nie pustelnikiem – człowiekiem niespokojnym, chociaż bez zaburzeń, więc z wdziękiem przystosował się do zmienionych warunków.

Po drugie, zmienił sposób kontaktowania się z bankami. Po opuszczeniu armii przez wiele lat dzwonił do swojego banku w Wirginii i prosił, aby za pośrednictwem Western Union przelać mu elektronicznie pieniądze do miejsca, w którym się akurat znajdował. Obecne ograniczenia mające na celu utrudnienie finansowania działalności terrorystycznej poważnie zawęziły pole działania bankowości telefonicznej. Reacher musiał się posługiwać kartą bankomatową. Nosił ją w swoim paszporcie i miał PIN o numerze 8197. Chociaż uważał się za człowieka o nielicznych talentach, posiadł kilka umiejętności związanych ze swoimi cechami fizycznymi – nieprzeciętnym wzrostem i siłą. Wśród nich była umiejętność podania dokładnego czasu bez spoglądania na zegarek oraz specyficzne zdolności arytmetyczne. Stąd PIN 8197. Reacher lubił liczbę 97, ponieważ była największą dwucyfrową liczbą pierwszą, a liczba 81 była jedyną z mnóstwa liczb, której pierwiastek kwadratowy był jednocześnie sumą tworzących ją cyfr. Pierwiastek kwadratowy z 81 to 9, czyli dokładnie tyle co suma 8 i 1. Żadna z pozostałych liczb w kosmosie nie odznaczała się równie cudowną symetrią. Była doskonała.

Zdolności arytmetyczne Reachera w połączeniu z wrodzonym cynicznym stosunkiem do instytucji finansowych kazały mu zawsze sprawdzać saldo, gdy podejmował gotówkę. Nigdy nie zapominał o odjęciu prowizji za wypłacenie pieniędzy w bankomacie i co kwartał powiększał saldo o śmiesznie niskie odsetki naliczone przez bank. Mimo podejrzeń nigdy też nie został okantowany. Za każdym razem saldo było dokładnie takie, jak przewidywał. Bank nigdy go nie zaskoczył ani nie wprawił w konsternację.

Aż do tego ranka w Portland, kiedy poczuł się zaskoczony, choć nie skonsternowany. Okazało się, że jego saldo jest o ponad tysiąc dolarów większe.

Dokładnie o tysiąc trzydzieści dolarów, wedle pobieżnej kalkulacji Reachera. Oczywisty błąd. Popełniony przez bank. Pieniądze zaksięgowano na niewłaściwym rachunku. Pomyłka zostanie naprawiona. Oczywiście nie zatrzymałby tych pieniędzy. Był optymistą, a nie głupcem. Wcisnął inny przycisk, aby otrzymać skrócony wykaz operacji bankowych na jego rachunku. Maszyna wypluła mały skrawek papieru, na którym szarym atramentem wydrukowano pięć ostatnich transakcji. Trzy pobrania gotówki z bankomatu, które doskonale pamiętał. Jedno obciążenie odsetkami bankowymi oraz przelew w kwocie jednego tysiąca trzydziestu dolarów dokonany trzy dni temu. Wszystko jasne. Pasek papieru był zbyt wąski, aby zmieściły się na nim kolumny debet i kredyt, więc kwota depozytu została umieszczona w nawiasie, co oznaczało zasilenie rachunku. (1030).

Jeden tysiąc trzydzieści dolarów.

1030.

Sama liczba nie była szczególnie interesująca, mimo to Reacher przypatrywał się jej przez minutę. Oczywiście nie była to liczba pierwsza. Żadna liczba parzysta większa niż dwa nie mogła być liczbą pierwszą. Jej pierwiastek kwadratowy? Odrobinę większy niż 32. Pierwiastek sześcienny? Nieco mniejszy niż 10,1. Dzielniki? Niewiele. Z pewnością 5 i 206, oczywiście 10 i 103 oraz jeszcze bardziej podstawowe, 2 i 515.

No tak, 1030.

Jeden tysiąc trzydzieści dolarów. Błąd.

Być może.

Z drugiej strony kto wie?

Reacher podjął pięćdziesiąt dolarów i wsunął je do kieszeni, aby mieć na drobne wydatki, a następnie ruszył na poszukiwanie telefonu.

***

Znalazł aparat na dworcu autobusowym. Numer banku znał na pamięć. Dziewięćdziesiąt cztery dla wschodniej, dwadzieścia cztery dla zachodniej części stanu. W Wirginii była teraz pora lunchu, lecz ktoś powinien przecież tam siedzieć.

Rzeczywiście. Chociaż to nie z tą urzędniczką Reacher rozmawiał wcześniej, sprawiała wrażenie kompetentnej. Może na stanowisku obsługi pracował jeden z menedżerów, aby zastąpić podwładnego podczas przerwy na posiłek. Kobieta przedstawiła się, lecz Reacher nie zapamiętał jej nazwiska. Następnie wygłosiła długi wyuczony na pamięć monolog, aby poczuł się jak szanowany klient. Wysłuchał tej tyrady i poinformował o przelewie. Była zdumiona, że klient dzwoni, aby powiadomić o błędzie, który bank popełnił na jego korzyść.

– Może nie jest to błąd – powiedział Reacher.

– Spodziewał się pan przelewu? – zapytała.

– Nie.

– Czy osoby trzecie często wpłacają pieniądze na pański rachunek?

– Nie.

– A zatem pewnie to błąd, nie sądzi pan?

– Chciałbym wiedzieć, kto dokonał przelewu.

– Czy mogę zapytać dlaczego?

– Zabrałoby to zbyt wiele czasu.

– Muszę to wiedzieć – odparła. – Chodzi o tajemnicę bankową. Gdyby bank bez uzasadnionego powodu powiadomił osobę trzecią o transakcjach klienta, naruszyłby wiele zasad i przepisów oraz norm etycznych.

– Ten przelew może być przesłaniem – powiedział Reacher.

– Przesłaniem?

– Z przeszłości.

– Nie pojmuję.

– Z czasów, gdy pracowałem w żandarmerii wojskowej – poinformował Reacher. – Komunikaty żandarmerii nadawane przez radio są szyfrowane. Jeśli funkcjonariusz pilnie potrzebuje pomocy kolegi, komunikuje się z nim za pomocą kodu dziesięć – trzydzieści. Rozumie pani, co mówię.

– Nie, niezupełnie.

– Myślę, że jeśli nie znam osoby, która wykonała przelew, mamy do czynienia z błędem na tysiąc trzydzieści dolarów. Ale jeśli wiem, kto to taki, możemy mieć do czynienia z wołaniem o pomoc.

– W dalszym ciągu nie rozumiem.

– Proszę spojrzeć jak zapisano przelew. To może oznaczać kod radiowy dziesięć-trzydzieści, a nie tysiąc trzydzieści dolarów. Niech pani spojrzy na wydruk.

– Czy tamta osoba nie mogła po prostu do pana zadzwonić?

– Nie mam telefonu.

– Wysłać e-mail? Telegram? Zwykły list?

– Nie mam stałego adresu korespondencyjnego.

– W jaki sposób zwykle się z panem kontaktujemy?

– Nie robicie tego.

– Przelew na pański rachunek bankowy byłby bardzo dziwnym sposobem komunikowania się.

– Jedynym.

– Na dodatek bardzo trudnym. Tamta osoba musiałaby ustalić numer pana rachunku.

– Właśnie o to chodzi – odpowiedział Reacher. – Taki człowiek musiałby być inteligentną i pomysłową osobą. A jeśli inteligentna i pomysłowa osoba prosi o pomoc, musi znajdować się w poważnych opałach.

– Ten sposób komunikacji byłby też bardzo kosztowny. Trzeba by zapłacić ponad tysiąc trzydzieści dolarów.

– Dokładnie. Ten człowiek musiałby być inteligentny, pomysłowy i zrozpaczony.

Na linii zapanowała chwila milczenia.

– Mógłby pan sporządzić listę potencjalnych kandydatów, abym mogła ją zweryfikować?

– Pracowałem dla wielu inteligentnych ludzi, na ogół bardzo dawno temu. Potrzebowałbym tygodni, aby sporządzić taką listę, a wówczas mogłoby być za późno. Na dodatek nie mam telefonu.

Kolejna chwila milczenia, tym razem przerwana przez dźwięk wciskanych klawiszy.

– Szuka go pani, prawda? – zapytał.

– Nie powinnam tego robić – odparła.

– Nie miałbym pretensji, gdyby pani odmówiła. Ponownie zapadło milczenie. Klikanie klawiszy ustało. Wiedział, że ma to nazwisko przed nosem, na ekranie monitora.

– Proszę mi powiedzieć – poprosił.

– Nie mogę tego zrobić ot tak, po prostu. Będzie mi pan musiał pomóc.

– Jak?

– Proszę o kilka wskazówek, abym nie musiała podawać go w ciemno.- Jakich wskazówek?

– Chodzi o mężczyznę czy kobietę? – zapytała. Reacher uśmiechnął się szeroko. Odpowiedź była zawarta w pytaniu. Chodziło o kobietę. Inteligentną, pomysłową kobietę obdarzoną wyobraźnią i zdolnością lateralnego myślenia. Kobietę wiedzącą o jego słabości do dodawania i odejmowania.

– Niech zgadnę – zaczął. – Przelewu dokonano z Chicago.

– Tak, z rachunku osobistego w banku w Chicago.

– Neagley – odgadł.

– Właśnie takie nazwisko mam przed oczyma – odpowiedziała urzędniczka. – Frances L. Neagley.

– W takim razie proszę zapomnieć o tej rozmowie – rzekł Reacher. – Pomyłka banku nie wchodzi w grę.

3

Reacher służył trzynaście lat w armii, w żandarmerii. Znał Frances Neagley od dziesięciu lat i współpracował z nią przez siedem. Był oficerem. Najpierw podporucznikiem, później porucznikiem, kapitanem, majorem. Następnie został zdegradowany do stopnia kapitana i ponownie awansowany na majora. Neagley uporczywie odmawiała awansu, jakby nie mogła się rozstać ze stopniem sierżanta. Nie chciała pójść do szkoły oficerskiej, a Reacher nigdy nie dowiedział się dlaczego. Nie wiedział o niej wielu rzeczy, oprócz tych, które poznał podczas dziesięciu lat znajomości.

Wiedział jednak w sumie całkiem sporo. Frances była inteligentna, zaradna i dokładna. Na dodatek niezwykle twarda. Pozbawiona zahamowań. Nie w dziedzinie związków międzyludzkich. Unikała nawiązywania bliższych kontaktów. Była niesłychanie skryta i stroniła od wszelkich form bliskości fizycznej lub emocjonalnej. W sferze zawodowej. Jeśli uznała, że coś jest słuszne lub konieczne, nikt nie mógł jej powstrzymać. Nic nie mogło jej przeszkodzić – polityka, względy praktyczne ani nawet to, co cywile nazywają prawem. Kiedyś Reacher wciągnął ją do specjalnej grupy śledczej. W dwóch najważniejszych latach istnienia grupy oddała jej nieocenione usługi. Większość ludzi przypisywało spektakularne sukcesy zespołu przywództwu Reachera, – lecz to Frances była ich prawdziwym autorem. Wywierała na nim silne wrażenie. Czasami wręcz go przerażała.

Jeśli zwracała się do niego z prośbą o pilną pomoc, nie czyniła tego dlatego, że zgubiła kluczyki do samochodu.

Neagley pracowała dla prywatnej agencji ochrony w Chicago. Wiedział o tym. A przynajmniej pracowała tam cztery lata temu, gdy kontaktowali się ostatni raz. Opuściła armię rok po nim i podjęła pracę wspólnie ze znajomym. Jak sądził, nie w charakterze pracownika, lecz wspólnika.

Sięgnął głęboko do kieszeni i wyciągnął kilka ćwierćdolarówek. Wcisnął klawisz rozmowy zamiejscowej i poprosił o połączenie. Podał nazwę firmy, tak jak ją zapamiętał. Głos operatorki umilkł i po chwili rozległ się nagrany komunikat podający numer telefonu. Reacher rozłączył się i wykręcił go. Słuchawkę podniosła recepcjonistka. Poprosił o połączenie z Frances Neagley. Kobieta grzecznie poprosiła, aby poczekał. Odniósł wrażenie, że firma Neagley była większa, niż sądził. Wyobrażał sobie jedno pomieszczenie, ciemne okno, dwa sfatygowane biurka i szafki wypełnione dokumentami. Spokojny głos sekretarki i dźwięk wciskanych klawiszy telefonu oraz cicha muzyka dolatująca z oddali sugerowały znacznie większe miejsce. Może zajmowali dwie kondygnacje jakiegoś biurowca, mieli eleganckie białe korytarze, obrazy na ścianach i wewnętrzną sieć telefoniczną.

Po chwili usłyszał męski głos:

– Tu biuro Frances Neagley.

– Czy jest u siebie? – zapytał Reacher.

– Mogę zapytać kto mówi?

– Jack Reacher.

– To dobrze. Dziękuję, że się pan z nami skontaktował.

– Z kim rozmawiam?

– Jestem asystentem pani Neagley.

– Ma asystenta?

– Tak.

– Czy jest u siebie?

– Jest w drodze do Los Angeles. Na pokładzie samolotu, jak sądzę.

– Zostawiła dla mnie wiadomość?

– Chciałaby się z panem jak najszybciej spotkać.

– W Chicago?

– Będzie w Chicago przez kilka dni. Myślę, że powinien pan tam pojechać.

– O co chodzi?

– Nie mam pojęcia.

– Czy ta sprawa ma związek z pracą zawodową?

– Nie sądzę. Założyłaby teczkę. Omówiła sprawę z nami. Nie prosiłaby o pomoc obcych.

– Nie jestem obcy. Znam ją dłużej niż pan.

– Przepraszam. Nie wiedziałem.

– Gdzie zamierza się zatrzymać w Los Angeles?

– Tego również nie wiem.

– W jaki sposób mam ją odnaleźć?

– Powiedziała, że będzie pan wiedział.

– Co to ma być? Jakaś próba? – zapytał Reacher.

– Powiedziała, że nie potrzebuje pańskiej pomocy, jeśli nie potrafi jej pan odnaleźć.

– Nic jej nie jest?

– Coś ją trapi. Nie powiedziała mi co.

Reacher odwrócił się od ściany, nie odrywając słuchawki od ucha. Metalowy przewód owinął się wokół klatki piersiowej. Spojrzał na autobusy i tablicę odjazdów.

– Z kim jeszcze się kontaktowała?

– Mam całą listę nazwisk – odparł tamten. – Pan odpowiedział pierwszy.

– Czy zadzwoni, gdy wyląduje?

– Pewnie tak.

– Proszę jej powiedzieć, że jestem w drodze.

4

Reacher wsiadł do autobusu kursującego na lotnisko w Portland i kupił bilet w jedną stronę na lot United Airlines do Los Angeles. Jako dokumentu tożsamości użył paszportu, regulując należność kartą bankomatową. Bilet w jedną stronę był koszmarnie drogi. Lot Alaska Airlines byłby tańszy, lecz Reacher nie znosił tych linii. Umieszczali karteczki z biblijnymi cytatami na tacy z posiłkiem, co zupełnie odbierało mu apetyt.

Przejście przez odprawę bagażową nie stanowiło problemu. Praktycznie nie miał bagażu podręcznego ani paska, kluczyków, telefonu komórkowego i zegarka. Musiał jedynie położyć drobne na plastikowej tacce, a następnie zdjąć buty i przejść przez bramkę emitującą promienie rentgenowskie. Zajęło to w sumie trzydzieści sekund. Teraz mógł ruszyć do wyjścia, umieściwszy monety w kieszeni, włożywszy buty na nogi i myśląc o Frances Neagley.

Nie była to sprawa zawodowa, a zatem chodziło o coś osobistego. Wiedział jednak, że Frances nie miała życia osobistego. Oczywiście trapiły ją codzienne bolączki i kłopoty tak jak wszystkich. Nie wyobrażał sobie, aby zwracała się do niego o pomoc w takiej sprawie. Hałaśliwa okolica? Każdy rozsądny facet sprzedałby zbyt głośne stereo po jednej krótkiej rozmowie z Frances Neagley. Albo oddał organizacji dobroczynnej. Handlarze narkotyków na rogu ulicy? Następnego ranka można by o nich przeczytać w rubryce kryminalnej miejscowej gazety. W alei znaleziono ciała z licznymi ranami kłutymi. Żadnych podejrzanych. Jakiś prześladowca? Obmacywacz w metrze? Wzruszył ramionami. Neagley nie lubiła, gdy ktoś jej dotykał. Nie miał pojęcia dlaczego. Wszystko i wyjątkiem przypadkowego przelotnego kontaktu mogło kosztować faceta złamaną rękę. Albo obie.

Na czym w takim razie polegał jej problem?

Przypuszczalnie miał jakiś związek z przeszłością, a to oznaczało armię.

Lista nazwisk? Może kurczęta wróciły do domu, aby usiąść na grzędzie? Armia kojarzyła się Reacherowi z bardzo odległą przeszłością. Inną epoką, innym światem. I innymi zasadami. Może ktoś zaczął stosować współczesne standardy do dawnych sytuacji i miał o coś pretensję. Może rozpoczęto długo opóźniane dochodzenie wewnętrzne. Specjalna grupa Reachera podpadła wielu ludziom. Ktoś, może nawet sama Neagley, wymyślił hasło: Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą. Powtarzano je bez końca jako obietnicę i ostrzeżenie. Śmiertelnie poważnie, z kamiennym wyrazem twarzy.

Najwyraźniej ktoś zadarł ze specjalną grupą śledczą. Być może zaczęły krążyć sądowe wezwania i akty oskarżenia. Dlaczego Neagley miałaby go narażać? Był tak niewidoczny, jak niewidocznym mógł być człowiek w Ameryce. Czy nie mogła po prostu zignorować faktu jego istnienia?

Wsiadał na pokład samolotu, kręcąc z niedowierzaniem głową.

***

Podczas lotu zastanawiał się nad tym, w jakiej części Los Angeles spróbuje ją odnaleźć. Kiedyś poszukiwanie ludzi stanowiło ważny element jego pracy i był w tym całkiem dobry. W tej robocie powodzenie zależało od empatii. Myśl i czuj tak jak oni. Dostrzegaj to samo co oni. Wyobraź sobie, że jesteś w ich skórze. Stań się nimi.

Oczywiście zadanie to jest łatwiejsze, gdy ma się do czynienia z żołnierzem, który samowolnie się oddalił. Brak określonego celu nadawał decyzjom takiego żołnierza szczególną przejrzystość. Uciekał się od czegoś, zamiast ku czemuś zmierzać.

Często podświadomie posługiwał się jakąś geograficzną symboliką. Jeśli przybył do miasta ze wschodu, uciekał na zachód. Chciał się oddzielić chaosem od goniących. Po godzinie rozmyślań nad mapą, rozkładem jazdy autobusów i książką telefoniczną Reacher potrafił bezbłędnie odgadnąć, gdzie można go znaleźć. Wiedział nawet, w którym motelu facet się zatrzymał.

Z Neagley sprawa była nieco trudniejsza, ponieważ jego dawna podwładna wyraźnie ku czemuś zmierzała. Chodziło o jakąś sprawę osobistą, a Reacher nie wiedział jaką, nie znał również miejsca, z którym się ta sprawa wiązała. Postanowił zacząć od rzeczy podstawowych. Co wiedział o Frances? Jakie elementy miały decydujące znaczenie? Cóż, Frances zadowalała się byle czym. Nie dlatego, że była biedna lub skąpa – po prostu nie widziała sensu wydawania pieniędzy na rzeczy, których nie potrzebowała. Dodam, że miała raczej skromne potrzeby. Nie potrzebowała, aby ktoś zmieniał jej pościel lub kładł gałązkę mięty na poduszce. Nie potrzebowała obsługi hotelowej lub prognozy pogody na następny dzień. Obywała się bez puszystego szlafroka i pantofli zapakowanych w torbę celofanową. Potrzebowała jedynie łóżka i drzwi z zamkiem, a także tłumu gości, cienia i taniego anonimowego lokalu, w którym panuje duży ruch, a barmani i recepcjoniści mają krótką pamięć.

Uznał, że może sobie darować obiekty położone w centrum miasta. Odpadało także Beverly Hills.

Co pozostawało? W jakim miejscu ogromnego Los Angeles czułaby się wygodnie?

Mógł wybierać spośród niemal trzydziestu dwóch tysięcy kilometrów ulic tego miasta.

Zadał sobie pytanie: Gdzie sam bym się zatrzymał?

W Hollywood, brzmiała odpowiedź. Odrobinę na południowy wschód od najlepszego rejonu miasta.

Właśnie tam by pojechał.

Był pewien, że odnajdzie Frances w Hollywood.

***

Samolot wylądował na lotnisku w Los Angeles z małym opóźnieniem, dobrze po lunchu. Podczas lotu nie podawano jedzenia, więc Reacher był głodny. Samantha, asystentka prokuratora z Portland, podała mu na śniadanie kawę i mufinka z otrębów. Pomyślał, że było to całe wieki temu.

Nie zatrzymał się, aby coś zjeść. Ruszył wprost na postój taksówek i wsiadł do żółtego vana toyoty, którego kierowca, Koreańczyk, koniecznie chciał porozmawiać o boksie. Reacher nie miał zielonego pojęcia o tej dyscyplinie, gdyż niewiele go obchodziła. Sztuczność tego sportu powodowała, że się wyłączał. W jego świecie nie było miejsca na miękkie rękawice i zakaz zadawania ciosów poniżej pasa. Na dodatek nie lubił pogaduszek. Siedział cicho w fotelu, słuchając, jak tamten trajkocze. Obserwował gorące, brązowe światło popołudnia wpadające przez okno. Patrzył na palmy, billboardy z filmowymi plakatami, jasnoszare niekończące się linie gumowych kostek oddzielających pasy ruchu. Na samochody, całe rzeki aut, istną powódź pojazdów. Dostrzegł nowego rolls royce’a i starego citroena DS. Obydwa samochody były czarne. Spojrzał na krwistoczerwonego MGA i pastelowo błękitnego thurn-birda rocznik 1957. Jeden i drugi z otwartym dachem. Zauważył żółtą corvette z 1960 roku jadącą za zielonym modelem z roku 2007. Pomyślał, że gdyby wystarczająco długo przypatrywać się ruchowi pojazdów w Los Angeles, można by zobaczyć wszystkie samochody, jakie kiedykolwiek wyprodukowano.

Kierowca skręcił w biegnącą na północ Sto Pierwszą, którą opuścił ostatnim zjazdem przed Sunset. Reacher wysiadł w zatoczce i zapłacił za kurs. Ruszył w górę na południe, aby po chwili skręcić w lewo i skierować się na wschód. Wiedział, że w tym rejonie Sunset, na długości około trzech kilometrów po obu stronach bulwaru, znajdowało się bardzo dużo tanich hotelików i moteli. Gorące powietrze południowej Kalifornii zalatywało kurzem i samochodowymi spalinami. Przystanął na chwilę. Musiał pokonać odcinek około trzech kilometrów, w jedną i drugą stronę, aby zajrzeć do recepcji kilkunastu moteli. Pomyślał, że zajmie mu to jakąś godzinę, może trochę więcej. Był głodny. Przed sobą, po prawej stronie, ujrzał znak restauracji Denny’ego należącej do sieci tanich lokali. Postanowił, że najpierw zje, a później przystąpi do pracy.

Minął rząd zaparkowanych samochodów i puste działki ogrodzone płytami, którymi w czasie huraganu osłaniano witryny i okna domów. Wdepnął w jakieś śmieci i kulę szarłatu wielkości piłki do softballu. Ponownie przekroczył Sto Pierwszą, idąc długim mostem. Wszedł na parking przed restauracją Denny’ego i przeszedł pas zieleni i drogę dla klientów odbierających jedzenie bez wysiadania z samochodu. Minął długi szereg okien.

W środku dostrzegł Frances Neagley siedzącą samotnie w jednym z boksów.

5

Reacher stał chwilę na parkingu, przypatrując się Neagley przez okno. Prawie nie zmieniła się od czasu, gdy ją widział cztery lata temu. Była teraz bliżej czterdziestki niż trzydziestki, lecz nie rzucało się to w oczy. Jej włosy pozostały długie, ciemne i lśniące. Czarne oczy były pełne życia, ciało – szczupłe i sprężyste. Musiała nadal spędzać dużo czasu na siłowni. Reacher nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Miała na sobie obcisły biały T-shirt z krótkimi rękawami. Pomyślał, że trzeba by mikroskopu elektronowego, aby wypatrzyć choćby odrobinę tłuszczu na jej ramionach. Lub gdziekolwiek.

Lekka opalenizna pasowała do koloru jej skóry. Zauważył, że ma polakierowane paznokcie. T-shirt sprawiał wrażenie markowego. Ogólnie wyglądała na bardziej zamożną, niż ją zapamiętał, zadowoloną, zadomowioną we własnym świecie. Kobieta sukcesu przywykła do życia w cywilu. Przez chwilę poczuł się skrępowany swoim tanim ubraniem, zdartymi butami i zaniedbaną fryzurą. Jakby jej się udało, a jemu nie. Radość z ujrzenia przyjaciółki wyparła tę myśl i Reacher mszył przez parking w stronę drzwi. Wszedł do środka, omijając znak z napisem „Proszę poczekać na wskazanie stolika” i podchodząc wprost do boksu Frances. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się.- Cześć – powiedziała.

– Witaj.

– Masz ochotę na lunch?

– Taki miałem plan.

– Zamówmy coś do jedzenia, skoro w końcu tu dotarłeś – zaproponowała.

– Mówisz tak, jakbyś na mnie czekała.

– To prawda. Zjawiłeś się niemal punktualnie.

– Czyżby?

Neagley uśmiechnęła się ponownie.

– Zadzwoniłeś do mojego asystenta z Portland w Oregonie. Zapisał numer, z którego dzwoniono, i ustalił, że korzystałeś z automatu na dworcu autobusowym. Pomyśleliśmy, że pojechałeś wprost na lotnisko. Uznałam, że wybrałeś linie United. Pewnie nienawidzisz Alaskan. Po przylocie na miejsce wziąłeś taksówkę. Łatwo było określić twój przewidywany czas przybycia.

– Wiedziałaś, że przyjdę właśnie tutaj? Do tej restauracji?

– Sam mnie tego nauczyłeś.

– Niczego cię nie nauczyłem.

– Ależ tak – odpowiedziała. – Pamiętasz? Myśl tak jak oni, stań się nimi. A zatem stałam się tobą. Pomyślałeś, że wybrałam Hollywood, i postanowiłeś rozpocząć poszukiwania od Sunset. Ponieważ podczas rejsu z Portland linie United nie podają posiłków, uznałem, że będziesz głodny i zdecydujesz, że najpierw trzeba coś zjeść. W tym rejonie jest kilka restauracji, które mógłbyś wybrać, ta ma jednak największy szyld, a ty nie jesteś wybredny. Uznałam, że właśnie tutaj się z tobą spotkam.

– Że spotkasz się ze mną tutaj? Sądziłem, że to ja cię szukam.

– To prawda. Ja szukałam ciebie, szukającego mnie.

– Zatrzymałaś się tutaj? W Hollywood? Potrząsnęła głową.

– W Beverly Hills. W hotelu Wilshire.

– Przyjechałaś tutaj tylko po to, aby mnie zgarnąć?

– Dziesięć minut temu.

– Hotel Wilshire w Beverly Hills? Zmieniłaś się.

– Niezupełnie. To świat się zmienił. Tanie motele nie są już dla mnie. Potrzebuję poczty elektronicznej, dostępu do Internetu i szybkiej obsługi FedEx. Centrum biznesowego i specjalnego całodobowego serwisu.

– Przy tobie czuję się staromodny.

– Rozwijasz się. Korzystasz z karty bankomatowej.

– To było mądre posunięcie. Wiadomość w formie przelewu.

– Miałam dobrego nauczyciela.

– Mówiłem już, że niczego cię nie nauczyłem.

– Akurat!

– Z drugiej strony było to ekstrawaganckie posunięcie – zauważył Reacher. – Równie dobrze mogłaś przesłać dziesięć dolarów i trzydzieści centów. Może tak byłoby nawet lepiej… z kropką oddzielającą dziesięć i trzydzieści.

– Pomyślałam, że możesz potrzebować pieniędzy na samolot.

Reacher nie odpowiedział.

– Oczywiście, odnalazłam twój rachunek – ciągnęła. – Wejście do systemu i przyjrzenie się jego zawartości nie nastręczyło szczególnych trudności. Nie jesteś bogaty.

– Nie chcę być.

– Wiem. Nie chciałam jednak, abyś wydawał forsę, chcąc odpowiedzieć na moje wołanie dziesięć-trzydzieści. To nie byłoby fair.

Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że o tym zapomniał. To prawda, że nie był bogaty. W rzeczywistości znalazł się niemal na krawędzi ubóstwa. Oszczędności stopniały do takiego poziomu, że zaczął się zastanawiać, jak je zwiększyć. Może w przyszłości powinien podjąć jakąś dorywczą pracę lub inaczej podreperować budżet. Przy stoliku zjawiła się kelnerka z kartą dań. Neagley złożyła zamówienie bez zaglądania do środka. Cheeseburger i napój gazowany. Reacher był równie szybki. Poprosił o zapiekankę z tuńczykiem i gorącą kawę. Dziewczyna zabrała karty i odeszła.- Powiesz mi wreszcie, dlaczego przesłałaś wiadomość dziesięć-trzydzieści? – zapytał Reacher.

Neagley pochyliła się i wyciągnęła czarny segregator ze stojącej na podłodze torby na zakupy. Podała mu go, nie mówiąc ani słowa. W środku znajdowała się kopia raportu z sekcji zwłok.

– Calvin Franz nie żyje – powiedziała. – Myślę, że ktoś go wyrzucił z samolotu.

6

W przeszłości, to znaczy w wojsku, Calvin Franz służył w żandarmerii. W tym samym czasie co Reacher. Podczas trzynastu lat służby ich losy układały się niemal identycznie. Spotykali się to tu, to tam i, jak to zaprzyjaźnieni oficerowie, przez dzień lub dwa poklepywali się po plecach w różnych częściach świata. Odbywali telefoniczne konsultacje, wpadali na siebie, gdy prowadzone niezależnie dochodzenia splatały się lub kolidowały ze sobą. Przeżyli wspólnie trudny okres w Panamie. Ten czas okazał się bardzo wartościowy dla ich znajomości. Krótki, lecz intensywny. Dostrzegli wówczas cechy, które spowodowały, że zaczęli się traktować jak bracia, a nie jedynie koledzy oficerowie. Kiedy Reacher został zrehabilitowany po chwilowym okresie niełaski i degradacji, aby otrzymać rozkaz stworzenia specjalnej grupy śledczej, Calvin Franz znalazł się na jednym z pierwszych miejsc listy upragnionych kandydatów. Spędzili ze sobą dwa kolejne lata, tworząc wewnętrzny trzon grupy. Szybko się zaprzyjaźnili. Później, jak to bywa w armii, nadeszły nowe rozkazy, grupa specjalna została rozwiązana i Reacher nigdy więcej nie widział Franza.

Aż do tej chwili, gdy ujrzał zdjęcie z sekcji zwłok umieszczone w segregatorze położonym na lepkim laminowanym stole w taniej restauracji.

Franz był niższy do Reachera, lecz wyższy od większości ludzi. Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i potężnie umięśniony tors, długi tułów i krótkie nogi. W pewnym sensie jego wygląd można by uznać za prymitywny. Przypominał jaskiniowca. Ogólnie był całkiem przystojny. Opanowany, stanowczy, sprawny. Świetny kompan. Swoim zachowaniem wspierał i zachęcał innych.

Na zdjęciach z sekcji wyglądał paskudnie. Nagie ciało położono na stole z nierdzewnej stali, a lampa błyskowa nadała skórze bladozieloną barwę.

Makabra.

Ale przecież wszyscy zmarli wyglądają fatalnie.

– Skąd to masz? – zapytał Reacher.

– Zwykle udaje mi się dostać to, czego chcę. Reacher nie skomentował tej wypowiedzi, lecz odwrócił kolejną stronę zawierającą informacje o charakterze formalnym. Napisano, że denat ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i waży osiemdziesiąt siedem kilogramów. Przyczyną śmierci było ustanie pracy licznych narządów wewnętrznych spowodowane upadkiem ze znacznej wysokości. Obie nogi denata były złamane. Podobnie żebra. W krwiobiegu znajdowało się bardzo dużo uwolnionej histaminy. Organizm zmarłego był poważnie odwodniony. W brzuchu stwierdzono jedynie śluz. Znaleziono również ślady wskazujące na niedawną szybką utratę masy ciała. Nie stwierdzono, aby w ostatnim czasie coś jadł. Ilości śladowe pobrane z ubrania denata nie zawierały nic szczególnego z wyjątkiem sproszkowanego tlenku żelaza niewyjaśnionego pochodzenia w dolnej części nogawek, na goleniach, poniżej kolana i nad kostką.

– Gdzie go znaleźli?

– Na pustyni – odparła Neagley. – Około osiemdziesięciu kilometrów na północny wschód stąd. Na twardym piasku wśród małych skał, w odległości stu metrów od pobocza drogi. Żadnych śladów stóp w jedną lub drugą stronę.

Kelnerka przyniosła jedzenie. Reacher przerwał, gdy zdejmowała talerze z tacy, a następnie zaczął jeść kanapkę, trzymając ją w lewej ręce, aby prawa była czysta i można nią było przewracać kolejne strony raportu.

– Dwóch zastępców szeryfa zauważyło myszołowy zataczające kręgi w powietrzu. Poszli sprawdzić. Wspięli się na skały – Zeznali, że wyglądało to tak, jakby facet spadł z nieba. Lekarz sądowy był podobnego zdania.

Reacher pokiwał głową. Zapoznawał się z opinią lekarza: zoon nastąpił w wyniku upadku na twardy piasek z wysokości około dziewięciuset metrów. Siła uderzenia mogła spowodować wspomniane obrażenia wewnętrzne, jeśli Franz wylądował na plecach. To z kolei było możliwe, jeśli podczas spadania żył i poruszał ramionami. Martwy człowiek przypuszczalnie upadłby na głowę.

– Zidentyfikowali go na podstawie odcisków palców – rzekła Neagley.

– Jak się o tym dowiedziałaś? – zapytał Reacher.

– Zadzwoniła do mnie jego żona. Trzy dni temu. Odniosłam wrażenie, że zapisał nasze nazwiska w notatniku. Na specjalnej stronie. Namiary kumpli z wojska. Tylko mnie udało się jej odnaleźć.

– Nie wiedziałem, że był żonaty.

– Niedawno się ożenił. Mieli czteroletnie dziecko.

– Pracował? Neagley skinęła głową.

– Jako prywatny detektyw. Prowadził jednoosobową firmę. Początkowo udzielał porad strategicznych dużym firmom. Później zajmował się sprawdzaniem danych osobowych. Analizą baz danych. Wiesz, jaki był skrupulatny.

– Gdzie?

– Tutaj. W Los Angeles.

– Wszyscy zostaliście prywatnymi detektywami?

– Myślę, że większość.

– Oprócz mnie.

– Nie mieliśmy innych kwalifikacji, które można by sprzedać.

– Czego chciała od ciebie żona Franza?

– Niczego. Powiedziała tylko, co się stało.

– Nie chce znaleźć odpowiedzi?

– Gliny prowadzą śledztwo. Ludzie z biura szeryfa. Ciało znaleziono na terenie hrabstwa Los Angeles. Poza obszarem jurysdykcji komendy policji LA. Dochodzeniem zajmuje się kilku zastępców szeryfa. Rozpracowują hipotezę z samolotem. Sądzą, że maszyna leciała na zachód z rejonu Vegas. Już wcześniej mieli do czynienia z tego rodzaju przypadkami.

– To nie był samolot – stwierdził Reacher. Neagley nie odpowiedziała.

– Samolot ma określoną prędkość minimalną? Sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę? Sto trzydzieści? Musiałby wypaść przez drzwi poziomo do strumienia zaśmigłowego. Skrzydło lub ogon rozbiłyby ciało na miazgę. Mimo to nie stwierdzono żadnych obrażeń przedśmiertnych.

– Miał połamane obie nogi.

– Ile czasu ciało spada z wysokości dziewięciuset metrów?

– Dwadzieścia sekund?

– W jego krwi stwierdzono dużą ilość uwolnionej histaminy. To reakcja organizmu na silny ból. Dwadzieścia sekund od chwili odniesienia obrażeń do śmierci nie wystarczyłoby nawet do zapoczątkowania tego procesu.

– A więc?

– Wcześniej połamali mu nogi. Co najmniej dwa lub trzy dni przed śmiercią. Może więcej. Wiesz, co to takiego tlenek żelaza?

– Rdza – odparła Neagley. – Wynik procesu korozji żelaza.

Reacher skinął głową.

– Ktoś połamał mu nogi żelaznym prętem. Przypuszczalnie jedną po drugiej. Wcześniej pewnie przywiązali go do jakiegoś słupa. Mierzyli w golenie. Te kości trudno złamać, więc na spodniach pozostały cząsteczki rdzy. Musiało go boleć jak diabli.

Neagley milczała.

– Głodzili go – kontynuował. – Nie dawali pić. Miał dziewięć kilogramów niedowagi. Trzymali go w zamknięciu przez dwa lub trzy dni. Może dłużej. Torturowali.

Neagley w dalszym ciągu milczała.

– Wyrzucili go z helikoptera. Najpewniej w nocy. Maszyna zawisła w powietrzu na wysokości dziewięciuset metrów.

Otworzyli drzwi i wypchnęli go. – Reacher zamknął oczy i wyobraził sobie przyjaciela lecącego dwadzieścia sekund w ciemności, wykonującego przerzuty, machającego rękoma, niewiedzącego, gdzie jest ziemia. Niemającego pojęcia, gdzie upadnie. – Przypuszczalnie nie lecieli od strony Vegas – ciągnął. – Podróż tam i z powrotem przekracza zasięg większości helikopterów. Przybyli od strony północno-wschodniej części Los Angeles. Zastępcy szeryfa obszczekują niewłaściwe drzewo.

Neagley siedziała, nie mówiąc ani słowa.

– Żer dla kojotów – rzekł Reacher. – Doskonały sposób na pozbycie się ciała. Nie pozostaje żaden ślad. Pęd powietrza zwiewa włosy i obcą tkankę. Żadnych dowodów kryminalistycznych. Właśnie dlatego wyrzucili go żywego. Mogli go zastrzelić, lecz nie chcieli ryzykować pozostawienia śladów balistycznych.

Reacher zamilkł na dłuższą chwilę, a następnie zamknął segregator i przesunął go w stronę Neagley.

– Przecież domyślałaś się tego wszystkiego – powiedział. – Prawda? Umiesz czytać. Ponownie mnie sprawdzasz. Chcesz się przekonać, czy mój mózg nadal działa.

Neagley nie zareagowała na jego słowa.

– Grasz na mnie jak na skrzypcach.

Milczenie.

– Dlaczego mnie tu sprowadziłaś? – zapytał.

– Jak powiedziałeś, zastępcy szeryfa obszczekują niewłaściwe drzewo.

– Co z tego?

– Musisz coś z tym zrobić.

– Zrobię. Uwierz w to. Ci, którzy to zrobili, już są martwi. Nie można wyrzucać moich przyjaciół z helikoptera i dalej żyć, aby o tym opowiadać.

– Nie o to mi chodzi. Chcę, żebyś zrobił coś innego.

– Na przykład?

– Zebrał ponownie naszą dawną grupę.

7

Ich dawna grupa. Typowy wymysł amerykańskiej armii Chociaż było to dla wszystkich oczywiste, faceci z Pentagonu potrzebowali trzech lat, aby zacząć myśleć o jej utworzeniu. Po upływie kolejnego roku wypełnionego posiedzeniami rozmaitych komisji generałowie w końcu zaakceptowali pomysł. Sprawa trafiła na czyjeś biurko, a następnie wszczęto obłąkańczy rwetes, by nadać jej bieg. Wydano rozkazy. Oczywiście żaden z dowódców nie chciał nawet tknąć jej kijem, więc ze sto dziesiątego oddziału żandarmerii utworzono nową grupę. Chociaż wszyscy pragnęli sukcesu, nikt nie miał zamiaru podpisywać się pod porażką, dlatego zaczęto poszukiwać kompetentnego pariasa, który stanąłby na jej czele.

Reacher wydawał się najlepszym kandydatem.

Sądzili, że wystarczającą nagrodą będzie przywrócenie mul stopnia majora, lecz źródłem prawdziwej satysfakcji okazała się szansa zrobienia czegoś jak należy. Tak jak chciał. Dalii mu wolną rękę w doborze ludzi. Był z tego bardzo zadowolony. Uznał, że specjalna grupa śledcza potrzebuje najlepszych ludzi, jakich ma do zaoferowania armia. Pomyślał, że zna ich i wie, gdzie przebywają. Chciał, aby zespół był stosunkowo mały, zdolny do szybkiego i elastycznego reagowania, pozbawiony biurokratycznego wsparcia, co miało zapobiegać przeciekom. Wykombinował, że sami zajmą się papierkową robotą, jeśli uznają to za stosowne. W końcu wybrał ośmiu: Tony’ego Swana, Jorge Sancheza, Calvina Franza, Frances Neagley, Stanleya Lowreya, Manuela Orozco, Davida O’Donnella i Karlę Dixon. Dixon i Neagley były jedynymi kobietami, a Neagley jedynym podoficerem. Wszyscy pozostali mieli stopień oficerski O’Donnell i Lowrey byli kapitanami, a reszta majorami, co utrudniało stworzenie spójnego systemu dowodzenia, lecz Reacher miał to gdzieś. Wiedział, że dziewięć blisko współpracujących osób stworzy raczej strukturę poziomą niż pionową i właśnie tak się stało. Zorganizowali się jak mała drużyna baseballu zmierzająca po mistrzowski tytuł. Byli utalentowanymi czeladnikami. W ich gronie nie było żadnych gwiazd, żadnych wyrazistych osobowości. Wspierali się wzajemnie i ponad wszystko byli niestrudzeni i nieubłaganie skuteczni.

– To było dawno temu – rzekł Reacher.

– Mamy zadanie do wykonania – powiedziała Neagley. – Wszyscy. Wspólnie. Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą, pamiętasz?

– To był zwykły slogan.

– Skądże, najprawdziwsza prawda. Ufaliśmy w to.

– Aby utrzymać morale. Zwyczajna przechwałka przypominająca pogwizdywanie w ciemności.

– Było w tym coś więcej. Osłanialiśmy się wzajemnie.

– Wtedy tak.

– Teraz i zawsze. To jest jak kanna. Ktoś zabił Franza i nie możemy puścić tego płazem. Jak byś się czuł, gdyby to ciebie załatwili, a resztą nie kiwnęłaby palcem?

– Gdyby to o mnie chodziło, nie czułbym niczego. Byłbym martwy.

– Wiesz, o co mi chodzi.

Reacher zamknął oczy i ponownie ujrzał Calvina Franza wymachującego ramionami w ciemności. Może krzyczał, a może nie. Jego stary druh.

– Sam sobie poradzę albo załatwimy to we dwójkę. Nie możemy powrócić do tego, co było. To się nigdy nie sprawdza.

– Będziemy musieli.

– Dlaczego? – zapytał, otwierając oczy ze zdumienia.

– Ponieważ pozostali mają prawo wziąć w tym udział.

Zasłużyli sobie na to dwoma trudnymi latami. Nie możemy ich przekreślić. Nie przypadłoby im to do gustu. Postąpilibyśmy niewłaściwie.

– Co zamierzasz?

– Potrzebujemy ich, Reacher. Franz był dobry. Bardzo dobry. Tak dobry jak ty czy ja. Mimo to ktoś połamał mu nogi i wyrzucił go z helikoptera. Myślę, że potrzebujemy całej pomocy, jaką możemy uzyskać. Trzeba odszukać pozostałych.

Spojrzał na nią, przypominając sobie słowa jej asystenta: Mam listę nazwisk. Jest pan pierwszym, który odpowiedział.

– Inni będą znacznie łatwiejsi do odszukania ode mnie. Neagley skinęła głową.

– Mimo to nie udało mi się ich zebrać – odparła.

8

Lista. Dziewięć nazwisk. Dziewięciu ludzi. Reacher wiedział, gdzie jest troje z nich, konkretnie lub ogólnie. On i Neagley, konkretnie, w restauracji Denny’ego w hollywoodzkim West Sunset. Franz, ogólnie, w jakiejś bliżej nieokreślonej kostnicy.

– Co wiesz o pozostałej szóstce? – zapytał.

– Piątce – odparła Neagley. – Stan Lowrey nie żyje.

– Kiedy zmarł?

– Kilka lat temu. Zginął w wypadku samochodowym w Montanie. Drugi kierowca był pijany.

– Nie wiedziałem.

– Czasami bywa kiepsko.

– Jak cholera – przytaknął Reacher. – Lubiłem Stana.

– Ja też.

– Gdzie jest reszta?

– Tony Swan jest zastępcą dyrektora ochrony w fabryce broni gdzieś w południowej Kalifornii.

– Której?

– Nie jestem pewna. Dopiero zaczynają. To nowe przedsięwzięcie. Pracuje tam zaledwie od roku.

Reacher skinął głową. Lubił Tony’ego Swana. Swan był niskim, korpulentnym mężczyzną. Niemal kwadratowym. Życzliwym, wesołym i inteligentnym.- Orozco i Sanchez sąw Vegas. Wspólnie prowadzą firmę ochroniarską. Mają kontrakty z kasynami i hotelami.

Reacher ponownie przytaknął. Słyszał, że Jorge Sanchez opuścił armię w tym samym czasie co on, lekko sfrustrowany i rozgoryczony. Wiedział, że Manuel Orozco nie miał takiego zamiaru, w sumie jednak nie był zaskoczony, iż zmienił zdanie. Obaj byli indywidualistami. Szybkimi, szorstkimi, szczupłymi facetami, którzy nie tolerowali bzdur.

– David O’Donnell mieszka w dystrykcie Kolumbii. Jest prywatnym detektywem. Ma pełne ręce roboty – kontynuowała Neagley.

– Nie dziwię się – odparł Reacher. O’Donnell był bardzo skrupulatny. Bez najmniejszego problemu odwalał papierkową robotę za nich wszystkich. Wyglądał jak typowy absolwent uczelni z Ivy League. W jednej kieszeni trzymał nóż sprężynowy, a w drugiej kastet. Facet zawsze powinien mieć coś i takiego przy sobie.

– Karla Dixon jest w Nowym Jorku – dodała Neagley. – Pracuje jako specjalista od przekrętów księgowych. Najwidoczniej zna się na finansach.

– Zawsze miała nosa do liczb – skwitował Reacher. – Zapamiętałem to. – Reacher i Dixon spędzili razem trochę czasu, próbując dowieść różnych znanych twierdzeń matematycznych lub je obalić. Beznadziejne zadanie, zważywszy na fakt, że oboje byli amatorami. Dixon miała czarne włosy, była bardzo ładna i stosunkowo niska. Szczęśliwa kobieta mająca jak najgorsze zdanie o innych. Niestety, w dziewięciu przypadkach na dziesięć okazywało się, że ma rację.

– Skąd tyle o nich wiesz? – zapytał Reacher.

– Śledziłam ich losy – odparła Neagley. – Interesowało mnie to.

– Dlaczego nie udało ci się z nimi skontaktować?

– Nie mam pojęcia. Dzwonię, lecz nikt nie odpowiada.

– Czy ten atak był wymierzony w nas wszystkich?

– Niemożliwe – odpowiedziała Neagley. – Jestem rów – i nie łatwym celem jak Dixon lub O’Donnell, a nikt mnie nie ścigał.

– Przynajmniej do tej pory.

– Być może.

– Zadzwoniłaś do pozostałych tego samego dnia, w którym przelałaś pieniądze na moje konto?

Neagley skinęła głową.

– Od tego czasu minęły zaledwie trzy dni – zauważył Reacher. – Może wszyscy byli zajęci.

– Co masz zamiar zrobić? Czekać, aż się odezwą?

– Wolałbym o nich zapomnieć. Wspólnymi siłami rozwiążemy sprawę śmierci Franza. Wystarczy nas dwoje.

– Byłoby lepiej, gdyby udało się zebrać starą grupę. Stanowiliśmy zgrany zespół. Byłeś najlepszym dowódcą, jakiego miała armia.

Reacher nie odpowiedział ani słowa.

– O co ci chodzi? – zapytała Neagley. – O czym myślisz?

– Pomyślałem, że gdybym chciał napisać historię od nowa, zacząłbym o wiele wcześniej.

Neagley złożyła dłonie, opierając je na czarnym segregatorze. Smukłe palce, brązowa skóra, lakierowane paznokcie, wyraźnie zarysowane ścięgna.

– Mam jedno pytanie – powiedziała. – Przypuśćmy, że skontaktowałabym się z innymi. Przypuśćmy, że dałabym sobie spokój z twoim bankiem. Przypuśćmy, że po latach dowiedziałbyś się, że Franz został zamordowany, a nasza szóstka załatwiła sprawę bez ciebie. Jak byś się czuł?

Reacher wzruszył ramionami. Przez chwilę milczał.

– Podle. Może czułbym się oszukany, pominięty. Neagley nie zareagowała na to wyznanie.

– Okej, spróbujemy ich odnaleźć – postanowił. – Nie będziemy jednak czekać w nieskończoność.

Neagley zostawiła na parkingu wypożyczony samochód. Zapłaciła rachunek i wyprowadziła Reachera na zewnątrz. Wybrała mustanga, czerwony kabriolet. Kiedy wsiedli do środka, Neagley wcisnęła dźwignię i opuściła dach. Wyjęła ze schowka okulary przeciwsłoneczne i założyła. Wycofała z parkingu i na najbliższych światłach skręciła na południe, opuszczając Sunset. Ruszyli w kierunku Beverly Hills. Reacher siedział w milczeniu obok niej, mrużąc oczy w promieniach popołudniowego słońca.

***

Z brązowego forda crown victoria zaparkowanego trzydzieści metrów na zachód od restauracji Thomas Brant obserwował, jak wychodzą. Wyciągnął komórkę i zadzwonił do swojego szefa, Curtisa Mauneya. Ten nie odpowiedział, więc Brant zostawił nagraną wiadomość.

– Właśnie dotarła do pierwszego z nich – powiedział.

***

Pięć samochodów za crown victoria Branta stał ciemnoniebieski sedan chrysler, w środku siedział facet w ciemnoniebieskim garniturze. On również obserwował, jak czerwony mustang znika we mgle. I on również sięgnął po komórkę.

– Właśnie podjęła pierwszego. Nie mam pojęcia który to. Olbrzymi facet, wygląda jak menel.

Po tych słowach wysłuchał odpowiedzi szefa, wyobrażając sobie, że jedną ręką wygładza krawat, w drugiej trzymając telefon

9

Jak sugerowała jego nazwa, hotel Wilshire znajdował się przy bulwarze Wilshire, w samym sercu Beverly Hills, naprzeciwko wylotu Rodeo Drive. W skład kompleksu wchodziły dwa duże gmachy o fasadzie z wapnia stojące jeden za drugim. Pierwszy był stary i bogato zdobiony, drugi – nowy i prosty. Budynki oddzielała droga wewnętrzna biegnąca równolegle do bulwaru. Neagley zaparkowała w niej mustanga obok czarnego lincolna.

– Nie byłoby mnie stać na taki lokal – zauważył Reacher.

– Już zarezerwowałam ci pokój.

– Zarezerwowałaś czy zapłaciłaś?

– Obciążą mój rachunek.

– Nie będę mógł ci oddać.

– Zapomnij o tym.

– Muszą brać kilkaset dolców za noc.

– Pokryję koszty. Może weźmiemy jakieś łupy.

– Pod warunkiem że źli faceci są bogaci.

– Zapewniam cię, że są – odparła. – Muszą być. W przeciwnym razie nie byłoby ich stać na helikopter.

Zostawiła samochód na chodzie, otworzyła ciężkie czerwone drzwiczki i wysiadła na zewnątrz. Reacher uczynił podobnie. Po chwili podbiegł ktoś z obsługi, podając Neagley kwit parkingowy. Odebrała go, obeszła wóz z przodu i mszyła w kierunku głównego holu hotelu. Reacher poszedł za nią. Obserwował, jak się porusza. Płynęła, jakby nic nie ważyła. Przemknęła przez zatłoczony, kręty korytarz i wyłoniła się przed okazałą recepcją. Reacher dostrzegł biurko, przy którym obsługiwano gości, biurko z dzwonkiem oraz biurko konsjerża. Trzy oddzielne biurka. Oprócz nich w pomieszczeniu znajdowały się obite jasnym aksamitem fotele, w których siedzieli elegancko ubrani ludzie.

– Wyglądam jak jakiś menel – zauważył Reacher.

– Albo miliarder. Dzisiaj nie sposób tego stwierdzić na podstawie ubrania.

Zaprowadziła go do kontuaru i zameldowała. Pokój Reachera został zarezerwowany na nazwisko Thomasa Shannona potężnego kontrabasisty grającego w zespole Stevie Raya Vaughana, który był ulubieńcem Reachera. Uśmiechnął się. Jeśli było to możliwe, wolał nie pozostawiać śladów w dokumentach. Zawsze tak postępował. Zwyczajny odruch. Odwrócił się do Neagley i skinął głową, wyrażając podziękowanie.

– Jakim nazwiskiem się posługujesz? – zapytał.

– Prawdziwym – odpowiedziała. – Nie bawię się już w takie gierki. To zbyt skomplikowane.

Recepcjonistka wręczyła Reacherowi elektroniczną kartę do drzwi, a ten wsunął ją do kieszeni koszulki. Odwrócił się od kontuaru i spojrzał na salę. Marmury, rzucające przyćmione światło kandelabry, gruby dywan, kwiaty w ogromnych szklanych wazonach. Woń perfum unosząca się w powietrzu.

– Pora wziąć się do roboty – oznajmił.

***

Przystąpili do pracy w dwupokojowym apartamencie Neagley. Część pełniąca funkcję salonu była wysokim, dostojnym, kwadratowym pomieszczeniem utrzymanym w niebieskiej i złotej tonacji. Równie dobrze mogłaby być jedną z sal pałacu Buckingham. Przy oknie stało biurko z dwoma laptopami. Obok leżało puste gniazdo na telefon komórkowy i duży otwarty kołonotatnik z rodzaju tych, które we wrześniu kupują uczniowie ogólniaka. Na samym końcu znajdowało się kilka zadrukowanych kartek. Formularze. Pięć sztuk. Pięć nazwisk, pięć adresów, pięć numerów telefonów. Dane członków ich zespołu, oprócz dwóch, którzy odeszli, i dwóch, którzy byli na miejscu.

– Opowiedz mi o Stanie Lowreyu – poprosił Reacher.

– Niewiele jest tu do opowiadania. Odszedł z wojska, przeprowadził się do Montany i wpadł na ciężarówkę.

– Pieskie życie zakończone śmiercią.

– Mnie to mówisz?

– Co robił w Montanie?

– Zajmował się hodowlą owiec i produkcją masła.

– Sam?

– Miał dziewczynę.

– Nadal tam mieszka?

– Pewnie tak. Mieli dużo ziemi.

– Dlaczego akurat owce? Czemu zajął się produkcją masła?

– W Montanie nikt nie potrzebuje usług prywatnego detektywa, a właśnie tam mieszkała jego dziewczyna.

Reacher skinął głową. Na pierwszy rzut oka Stan Lowrey nie nadawał się na bohatera wiejskiego romansu. Był potężnie zbudowanym czarnoskórym facetem pochodzącym z obskurnego przemysłowego miasteczka w zachodniej Pensylwanii, giętkim jak pejcz i twardym jak podkład kolejowy. Jego środowiskiem naturalnym wydawały się mroczne zaułki i sale bilardowe. Miał jednak w genach coś, co silnie łączyło go z ziemią. Reacher nie był zaskoczony, że facet został hodowcą. Mógł sobie wyobrazić Staną w starej znoszonej kurtce, stojącego po kolana w trawie pod ogromnym sklepieniem nieba. Zmarzniętego, lecz szczęśliwego.

– Dlaczego nie udało ci się skontaktować z pozostałymi? – zapytał.

– Nie mam pojęcia – odparła Neagley.

– Czym ostatnio zajmował się Franz?

– Nikt tego nie wie.

– Jego nowa żona nic ci nie powiedziała?

– Nie jest nowa. Byli ze sobą od pięciu lat.

– Dla mnie jest nowa.

– Nie mogłam jej przesłuchać w sensie dosłownym. Zadzwoniła, aby powiedzieć, że jej mąż nie żyje. Może nie miała o niczym pojęcia.

– Będziemy musieli ją o to zapytać. Od tego trzeba zacząć.

– Po tym jak ponowimy próbę skontaktowania się z pozostałymi. – Neagley skinęła głową.

***

Reacher sięgnął po pięć wydruków, podał trzy Neagley i zostawił dwa sobie. Ona zadzwoniła z komórki, on z hotelowego telefonu stojącego na kredensie. Reacher miał numer Dixon i O’Donnella – Karli i Dave’a mieszkających na Wschodnim Wybrzeżu, w Nowym Jorku i dystrykcie Kolumbii. Żadne nie podniosło słuchawki. Usłyszał ich dawno niesłyszane głosy nagrane na automatycznej sekretarce. Pozostawił obojgu identyczną wiadomość: Mówi Jack Reacher. Frances Neagley przesyła komunikat dziesięć-trzydzieści z hotelu Beverly Wilshire w Los Angeles w Kalifornii. Rusz tyłek i oddzwoń. Odłożył słuchawkę i spojrzał na Neagley, która nagrywała podobne przesłanie dla Tony’ego Swana.

– Nie masz numerów ich prywatnych telefonów? – zapytał.

– Mają zastrzeżone. Można się było tego spodziewać. Też mam zastrzeżony. Zdobycie tych numerów zleciłem asystentowi. W dzisiejszych czasach nie jest to takie proste. Komputery firm telefonicznych mają coraz lepsze zabezpieczenia.

– Muszą mieć komórki – zauważył Reacher. – Dzisiaj mają je wszyscy, prawda?

– Nie znam ich numerów.

– Niezależnie od tego, gdzie się znajdują, mogą zadzwonić do biura, aby odsłuchać nagrane wiadomości, prawda?

– Z łatwością.

– Dlaczego zatem tego nie uczynili? W ciągu trzech dni?

– Nie mam pojęcia – odparła Neagley.

– Swan musi mieć sekretarkę. Jest zastępcą dyrektora w jakiejś firmie. Musi mieć wielu pracowników.

– Powtarzają, że chwilowo nie ma go w biurze.

– Daj mi spróbować. – Zapisał numer Swana i podniósł słuchawkę. Wykręcił. Usłyszał dźwięk połączenia i sygnał telefonu z drugiej strony. Jeden dzwonek po drugim.

– Nikt nie odbiera – powiedział.

.- Minutę temu ktoś odebrał – wyjaśniła Neagley. – To bezpośrednie połączenie.

Żadnej reakcji. Reacher trzymał słuchawkę przy uchu, słuchając monotonnego elektronicznego terkotu. Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia razy. Trzydzieści. Rozłączył się. Sprawdził numer i spróbował ponownie z podobnym skutkiem.

– To dziwne – doszedł do wniosku. – Gdzie on, u licha, może być?

Ponownie spojrzał na wydruk. Nazwisko i numer telefonu. Pole adresu było puste.

– Gdzie jest to miejsce? – zapytał.

– Nie wiem.

– Czy ta firma ma jakąś nazwę?

– New Age Defense Systems. Tak się przedstawiają.

– Co to za nazwa dla producenta broni? Że niby zabijają wrogów uprzejmością? Że grają na fletni Pana, dopóki nie oszczędzisz im kłopotu i sam nie podetniesz sobie żył? Wykręcił numer informacji telefonicznej i usłyszał, że na terenie Stanów Zjednoczonych nie działa żadna firma o nazwie New Age Defense Systems. Odłożył słuchawkę.

– Czy dane o firmach mogą być także zastrzeżone? – zapytał.

– Myślę, że tak – odparła Neagley. – W tej branży z pewnością. Poza tym to nowe przedsięwzięcie.

– Musimy ich odnaleźć. Przecież muszą mieć gdzieś fabrykę, a przynajmniej biuro, aby Wuj Sam mógł wysyłać im czeki.

– Okej. Dodam to do naszej listy. Po wizycie u pani Franz.

– Przed. Biura mają godziny pracy, a wdowy są dostępne przez całą dobę.

Neagley zadzwoniła do swojego człowieka w Chicago i poleciła, aby odnalazł adres firmy New Age Defense Systems. Z podsłuchanej rozmowy Reacher wywnioskował, że za najlepszy sposób uznali włamanie się do komputera FedEx, UPS lub DHL. Wszyscy otrzymują przesyłki, a kurier musi mieć dokładny adres. Nie może korzystać ze skrytki pocztowej. Musi przekazać paczkę konkretnemu człowiekowi i odebrać podpis.

– Niech wyszuka numery komórek pozostałych! – za wołał.

Neagley zasłoniła mikrofon i oznajmiła:

– Mój człowiek próbuje je ustalić od trzech dni. To ni takie łatwe, jak ci się wydaje. – Po chwili rozłączyła się i podeszła do okna. Popatrzyła na ludzi parkujących samochody.

– Musimy czekać – powiedziała.

Po niecałych dwudziestu minutach jeden z laptopów Neagley wydał sygnał zawiadamiający o nadejściu e-maila z Chicago.

10

Wiadomość od asystenta Neagley z Chicago zawierała adres New Age Defense Systems zdobyty dzięki uprzejmości UPS. Właściwie dwa adresy. Jeden w Kolorado drugi we wschodniej części Los Angeles.

– Rozsądne posunięcie – skomentowała Neagley. – Dwie fabryki. Tak jest bezpieczniej w razie ataku.

– Chrzanienie – żachnął się Reacher. – Idzie o dwóch senatorów i dwa kawałki wieprzowiny. Republikanie tu, demokraci tam. W ten sposób cały czas są przy korycie.

– Swan nie uczestniczyłby w czymś takim. Reacher skinął głową.

– Być może.

Neagley otworzyła mapę i sprawdzili adres we wschodniej części LA. Wspomniane miejsce znajdowało się za Echo Park i stadionem Dogger, na ziemi niczyjej pomiędzy południową Pasadeną i właściwą, wschodnią częścią Los Angeles.

– To daleko stąd. Dotarcie na miejsce może nam zająć całą wieczność – rzuciła Neagley. – Przed chwilą zaczęła się godzina szczytu.

– Tak wcześnie?

– W Los Angeles korki pojawiły się trzydzieści lat temu. Ustaną, kiedy wyczerpią się zapasy ropy lub tlenu. W każdym razie nie dotrzemy tam przed zamknięciem. Lepiej zostawmysobie New Age Défense Systems na jutro, a dziś odwiedźmy panią Franz.

– Czyli tak jak zaproponowałaś. Grasz na mnie jak na skrzypcach.

– Po prostu mieszka bliżej. Poza tym to ważne.

– Gdzie?

– W Santa Monica.

– Franz mieszkał w Santa Monica?

– Nie miał domu nad oceanem, lecz założę się, że to piękne miejsce.

***

Miejsce faktycznie okazało się piękne. Znacznie ładniejsze, niż sądził. Franz mieszkał w niewielkim parterowym domu przy małej uliczce pomiędzy Dziesiątką a lotniskiem w Santa Monica, w odległości około trzech kilometrów od morza. Chociaż na pierwszy rzut oka położenie działki nie wydawało się idealne, dom był wspaniały. Neagley przejechała obok niego dwukrotnie, szukając miejsca do zaparkowania. Bryła domu odznaczała się doskonałą symetrią. Dwa frontowe okna z drzwiami wejściowymi pośrodku. Dach ocieniający ganek, na którym stoją dwa bujane fotele. Kilka kamieni, kilka belek nośnych w stylu Tudorów, wyraźnie widoczne wpływy prądu Arts and Crafts i Franka Lloyda Wrighta. Hiszpańskie dachówki. Istne pomieszanie stylów w bardzo małym budynku. Ale efekt był naprawdę piorunujący. Dom miał niezwykły urok i świeżość. Był pięknie pomalowany. Po prostu lśnił. W promieniach słońca błyszczały czyste okna. Równie zadbana okazała się przestrzeń przed domem. Zielony, starannie przystrzyżony trawnik, jaskrawe kwiaty, żadnych chwastów. Krótki asfaltowy podjazd, gładki jak tafla szkła, był starannie zamieciony. Calvin Franz był schludnym i drobiazgowym mężczyzną. Reacher odniósł wrażenie, że mała posiadłość, którą miał przed oczyma, idealnie odzwierciedla osobowość jego przyjaciela.

W końcu, dwie przecznice dalej, jakaś ładna babka odjechała toyotą camry i Neagley zaparkowała mustanga na wolnym miejscu. Zamknęła wóz i oboje ruszyli w stronę domku Franza.

Mimo późnego popołudnia nadal było gorąco. Reacher wyczuwał w powietrzu zapach oceanu.

– Ile wdów odwiedziliśmy? – zapytał. Zbyt wiele – odpowiedziała Neagley.

– Gdzie mieszkasz?

– Lake Forest w Illinois.

– Słyszałem o tym miejscu. Podobno jest bardzo ładne.

– To prawda.

– Moje gratulacje.

– Ciężko na to zapracowałam.

Skręcili w uliczkę, przy której stał dom Franza, by po chwili znaleźć się na podjeździe. Zwolnili, podchodząc do drzwi. Reacher nie był pewny, z jakim przyjęciem się spotkają. Zwykle miał do czynienia z wdowami, które niedawno straciły męża, lecz nigdy nie odwiedzał ich po siedemnastu dniach od jego śmierci. Bardzo często kobiety w ogóle nie wiedziały, że są wdowami, dopóki się nie zjawił, aby im o tym powiedzieć. Nie miał pojęcia jaką różnicę może sprawić siedemnaście dni. Nie wiedział też, w jakiej fazie procesu opłakiwania znajduje się żona Franza.

– Jak ona ma na imię? – zapytał.

– Angela – odpowiedziała Neagley.

– Okej.

– Chłopak nazywa się Charlie.

– Rozumiem.

Weszli do przedsionka. Neagley odnalazła przycisk dzwonka i nacisnęła go koniuszkiem palca. Delikatnie, krótko, w sposób wyrażający szacunek, jakby elektryczne urządzenie potrafiło wyczuć różnicę. Reacher usłyszał przytłumiony dźwięk gongu dolatujący z wnętrza domu. Cisza. Czekał. Drzwi otworzyły się po półtorej minuty. Jakby same z siebie. Reacher spojrzał w dół i spostrzegł małego chłopca, wyciągającego rękę do klamki. Ta znajdowała się wysoko, a chłopiec był niski, musiał więc stanąć na palcach i maksymalnie się wyciągnąć, aby jej dosięgnąć.

– Ty musisz być Charlie – powiedział Reacher.

– Tak.- Byłem przyjacielem twojego taty.

– Mój tata nie żyje.

– Wiem. Jestem bardzo smutny z tego powodu.

– Ja też.

– Czy możesz sam otwierać drzwi?

– Tak – odparł chłopiec. – Mogę. Wyglądał dokładnie jak Calvin Franz. Podobieństwo było niezaprzeczalne. Ta sama twarz, ta sama budowa ciała. Krótkie nogi, długi tułów i długie ręce. Chociaż rysujące się pod T-shirtem barki chłopca składały się wyłącznie ze skóry i kości, już teraz można było odgadnąć, że kiedyś pojawią się na nich mięśnie. Chłopiec miał oczy Franza, ciemne, chłodne, spokojne i zachęcające, jakby mówił: Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze.

– Charlie, czy twoja mama jest w domu? – zapytała Neagley.

Chłopiec skinął twierdząco głową.

– Jest z tyłu. – Puścił klamkę i cofnął się, aby wpuścić ich do środka. Pierwsza weszła Neagley. Dom był zbyt mały, aby mama Charliego mogła znajdować się w tylnej części. Przypominał duży pokój podzielony na cztery mniejsze pomieszczenia. Dwie małe sypialnie z prawej oddzielone łazienką, pomyślał. Mały salon z lewej od frontu i mała kuchnia tuż za nim. To wszystko. Mały, lecz piękny. Wszystko było białe i jasnożółte. W wazonach stały kwiaty. Okna przysłonięto białymi drewnianymi okiennicami. Podłogę wykonano z ciemnego wypolerowanego drewna. Reacher odwrócił się i zamknął drzwi wejściowe. Hałas dobiegający z ulicy ustał i w całym domu zapadła cisza. Pomyślał, że kiedyś taka cisza musiała budzić przyjemne uczucia. Teraz było inaczej.

Z kuchni, zza ścianki działowej tak krótkiej, że nie mogła dostarczyć nawet chwilowego schronienia, wyłoniła się kobieta. Reacher pomyślał, że musiała się za nią ukryć, gdy usłyszała; dzwonek do drzwi. Wyglądała na znacznie młodszą od niego. Trochę młodszą od Neagley.

Młodszą od Franza.

Wysoka, szczupła kobieta o jasnych włosach i błękitnych oczach skandynawki. Ubrana w sweter z dekoltem w szpic odsłaniającym wystające obojczyki i górne żebra. Czysta i zadbana. Miała starannie uczesane włosy i pachniała perfumami. Doskonale opanowana, lecz wyraźnie spięta. Reacher dostrzegł w jej oczach dziki niepokój, jakby miała pod skórą maskę wyrażającą przerażenie.

Po chwili niezręcznego milczenia Neagley wykonała krok do przodu i zapytała:

– Angela? Jestem Frances Neagley. Rozmawiałyśmy przez telefon.

Angela Franz uśmiechnęła się sztucznie, podając jej dłoń. Kiedy wymieniły uścisk, przyszła pora na Reachera.

– Jack Reacher. Bardzo mi przykro z powodu straty, która panią spotkała. – Ujął jej dłoń, która wydała mu się chłodna i krucha.

– Wypowiadał pan te słowa wielokrotnie, prawda? – zapytała.

– Niestety – przytaknął.

– Jest pan na liście Calvina – powiedziała. – Służył pan w żandarmerii jak on.

Reacher przytaknął głową.

– Nie byłem taki jak on. Wiele mi do niego brakowało.

– Jest pan bardzo uprzejmy.

– Stwierdzam fakt. Bardzo go podziwiałem.

– Opowiadał mi o panu… o was wszystkich. Wiele razy. Czasami czułam się tak, jakbym była jego drugą żoną. Jakby wcześniej był już żonaty. Z wami wszystkimi.

– Właśnie tak było – przytaknął Reacher. – Służba przypomina rodzinę. Oczywiście jeśli człowiek ma szczęście, a my je mieliśmy.

– Calvin powtarzał to samo.

– Widzę, że później miał jeszcze więcej szczęścia. Na twarzy Angeli ponownie zagościł sztuczny uśmiech.

– Może, lecz widać jego szczęście się skończyło, prawda? Charlie obserwował ich badawczo oczami do złudzenia przypominającymi oczy Franza.

– Bardzo dziękuję, że przyszliście – rzekła.- Możemy coś dla pani zrobić? – zapytał Reacher.

– Potraficie wskrzeszać umarłych? Nic nie odpowiedział.

– Po tym, co o panu mówił, nie byłabym zaskoczona.

– Możemy się dowiedzieć, kto to zrobił – rzekła Neagley. – W tym jesteśmy dobrzy. Tylko w taki sposób możemy się zbliżyć do jego wskrzeszenia. Oczywiście w pewnym sensie.

– Lecz nie przywróci mu to życia.

– Nie. Bardzo mi przykro.

– Dlaczego przyszliście?

– Aby złożyć pani kondolencje.

– Przecież mnie nie znacie. Pojawiłam się dopiero później. Nie należałam do waszej paczki. – Angela cofnęła się w stronę kuchni. Po chwili zmieniła zamiar, przecisnęła się pomiędzy Reacherem i Neagley i usiadła w salonie, kładąc dłonie na oparciach fotela. Reacher zauważył, że jej palce się poruszają. Prawie niepostrzeżenie, jakby pisała na maszynie lub grała na niewidzialnym pianinie spoczywającym na kolanach.

– Nie byłam częścią waszej grupy – powiedziała. Czasami tego żałowałam. Tyle dla niego znaczyliście. Często powtarzał: Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą. Cały czas używał tych słów jak sloganu. Oglądał mecz, a gdy rozgrywający został wyrzucony z boiska lub stało się coś równie ważnego, mówił: Widzisz maleńka, nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą. Powtarzał to Charliemu. Kiedy kazał mu coś; zrobić, a ten marudził, Calvin ostrzegał: Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą.

Charlie spojrzał na nich i uśmiechnął się.

– Nie zadzieraj… – powtórzył lekko piskliwym głosem, w którym można było wyczuć intonację ojca, aby przerwać raptownie, jakby miał problem z wypowiedzeniem dłuższych słów.

– Jesteście tu z powodu tego powiedzenia, prawda? zapytała Angela.

– Nie do końca – odparł Reacher. – Raczej z powód tego, co się za nim kryje. Troszczyliśmy się o siebie wzajemnie. To wszystko. Przyszedłem do pani, bo Calvin zrobiłby to samo, gdyby znalazł się na moim miejscu…- Naprawdę?

– Tak sądzę.

– Kiedy na świat przyszedł Charlie, Calvin dał sobie z tym wszystkim spokój. Nie wywierałam na niego presji. Chciał być ojcem. Chciał zrezygnować ze wszystkiego, co niebezpieczne.

– Nie mógł…

– Chyba tak.

– Nad czym ostatnio pracował?

– Przepraszam, powinnam zaproponować, żebyście usiedli – przerwała.

W pokoju nie było kanapy. Nie zmieściłaby się. Kanapa normalnej wielkości zatarasowałaby wejście do sypialni. Jej funkcję pełniły dwa fotele i mały drewniany fotelik bujany dla Charliego. Fotele umieszczono po obu stronach niewielkiego kominka z suszonymi kwiatami w prostym porcelanowym wazonie. Fotelik Charliego stał po lewej stronie komina. Jego imię wyryto na tylnym oparciu rozgrzanym pogrzebaczem lub lutownicą. Siedem liter. Ładne pismo. Staranna, lecz nieprofesjonalna robota. Przypuszczalnie dzieło Franza. Dar ojca dla syna. Reacher przyglądał się mu przez chwilę. Usiadł w fotelu naprzeciw Angeli, a Neagley przysiadła na oparciu tuż przy nim, tak że jej udo znajdowało się w niewielkiej odległości od niego, lecz go nie dotykało.

Charlie wdrapał się po nogach Reachera na swój drewniany fotel.

– Nad czym pracował Calvin? – ponowił pytanie Reacher.

– Charlie, idź się pobawić – poleciła synowi Angela Franz.

– Mamo, chcę zostać.

– Angelo, czym ostatnio zajmował się Calvin?

– Od czasu narodzin Charliego zajmował się wyłącznie sprawdzaniem danych osobowych – odparła. – To był dobry interes. Szczególnie w Los Angeles. Każdy boi się, że zatrudni złodzieja lub ćpuna. Że chodzi z nim na randki lub może go poślubić. Pierwszą rzeczą, którą ludzie robią po poznaniu kogoś za pośrednictwem Internetu lub w barze, jest wpisanie jego nazwiska do wyszukiwarki Google, a drugą – zatrudnienie prywatnego detektywa.

– Gdzie pracował?

– Miał biuro w Culver City. Wynajmował jeden pokój. W budynku przy zbiegu Venice i La Cienega. Lubił to miejsce. Chyba będę musiała zabrać stamtąd jego rzeczy.

– Czy zgodziłabyś się, żebyśmy wcześniej je przeszukali?

– Zastępcy szeryfa już to zrobili.

– Powinniśmy zrobić to jeszcze raz.

– Dlaczego?

– Ponieważ musiał zajmować się czymś poważniejszym od sprawdzania danych osobowych.

– Ćpuny zabijają ludzi, prawda? Czasami robią to takżeI złodzieje.

Reacher spojrzał na Charliego, zdając sobie sprawę, że także Angela go obserwuje

– Nie w taki sposób.

– W porządku. Jeśli chcecie, możecie ponownie przeszuka biuro.

– Masz klucz? – zapytała Neagley.

Angela wolno wstała i poszła do kuchni. Po chwili wróciła z dwoma nieoznaczonymi kluczami, dużym i małym, na stalowym kółku średnicy trzech centymetrów. Przez kilka sekund pieściła je w dłoni, a następnie z pewnym ociąganiem podała Neagley.

– Chciałabym otrzymać je z powrotem. To jego osobisty komplet.

– Czy trzymał tutaj swoje rzeczy? – zapytał Reacher. – Notatki, teczki, inne przedmioty tego rodzaju?

– Tutaj? – zdziwiła się. – Czy to możliwe? Kiedy się tu wprowadziliśmy, zrezygnował z noszenia podkoszulków, aby zaoszczędzić miejsca w szufladach.

– Kiedy się tu przeprowadziliście? Angela w dalszym ciągu stała. Chociaż była delikatną kobietą, wydawała się wypełniać sobą całą przestrzeń.

– Zaraz po narodzeniu Charliego. Chcieliśmy mieć prawdziwy dom. Byliśmy tutaj bardzo szczęśliwi. To mały dom, lecz nie potrzebowaliśmy niczego więcej.

– Co wydarzyło się ostatniego dnia, w którym go widziałaś?

– Wyszedł rano, tak jak zawsze, i nigdy więcej nie wrócił…- Kiedy to było?

– Pięć dni przed wizytą zastępców szeryfa, którzy powiadomili mnie o znalezieniu ciała.

– Czy opowiadał ci o swojej pracy?

– Charlie, może byś się czegoś napił? – zapytała.

– Nie chce mi się pić, mamusiu – odparł chłopiec.

– Czy Calvin kiedykolwiek rozmawiał z tobą o swojej pracy?

– Rzadko – odparła. – Czasami studio filmowe chciało, aby prześwietlił jakiegoś aktora, by poznać jego sekrety. Przekazywał mi ploteczki ze świata show-biznesu. To wszystko. Nic więcej.

– Wiemy, że był szczerym facetem. Mówił to, co myślał.

– Rzeczywiście taki był. Sądzisz, że się komuś naraził?

– Nie, zastanawiałem się, czy wobec ciebie postępował podobnie i czy ci się to podobało.

– Kochałam go. Wszystkie jego cechy. Szanowałam go za uczciwość i otwartość.

– Nie obrazisz się, że będę z tobą szczery?

– Nie.

– Myślę, że coś przed nami ukrywasz.

11

Angela Franz ponownie usiadła i zapytała:

– Czego twoim zdaniem wam nie powiedziałam?

– Czegoś przydatnego – odparł Reacher.

– Przydatnego? Co mogłoby być dla mnie przydatne w obecnej sytuacji?

– Nie jedynie dla ciebie. Także dla nas. Calvin należał do ciebie, ponieważ go poślubiłaś. W porządku. Należał jednak też do nas, ponieważ z nim pracowaliśmy. Mamy prawo wiedzieć, co się z nim stało, nawet jeśli tego nie chcesz.

– Dlaczego sądzisz, że coś ukrywam?

– Ponieważ za każdym razem, gdy pytałem o jego pracę, nie słyszałem odpowiedzi. Kiedy zapytałem, czym zajmował się Calvin, zrobiłaś zamieszanie, aby nas posadzić. Gdy spytałem ponownie, poprosiłaś Charliego, żeby poszedł się pobawić. Nie chodziło ci o to, by nie usłyszał odpowiedzi, lecz musiałaś zyskać trochę czasu, aby zdecydować, że nie musisz odpowiadać.

Angela spojrzała mu prosto w oczy.

– Złamiesz mi teraz rękę? Calvin wspominał, że złamałeś komuś rękę podczas przesłuchania. A może był to Dave O’Donnell?

– Przypuszczalnie ja – odpowiedział Reacher. – O’Donnell specjalizował się w łamaniu nóg.

– Przysięgam, że niczego nie ukrywam – oznajmiła. – Nie wiem, nad czym pracował Calvin. Nie wspominał mi o tym.

Reacher spojrzał głęboko w zdumione niebieskie oczy Angeli i uwierzył jej. Troszeczkę. Ukrywała coś, lecz ta sprawa nie musiała mieć związku z Calvinem Franzem.

– Okej, przepraszam – powiedział.

Wkrótce później, po wygłoszeniu kolejnych krótkich kondolencji i uściśnięciu chłodnej, kruchej dłoni, on i Neagley udali się do biura Franza w Culver City.

***

Thomas Brant obserwował, jak wychodzili. Znajdował się w odległości dwudziestu metrów od swojej crown victorii zaparkowanej czterdzieści metrów na zachód od domu Franza. Wychodził właśnie z małego baru na rogu, trzymając kubek kawy w dłoni. Zwolnił kroku, obserwując, jak Reacher i Neagley znikają w bocznej uliczce sto metrów przed nim. Pociągnął łyk kawy i jedną ręką wystukał numer swojego szefa, Curtisa Mauneya, aby pozostawić nagraną wiadomość.

***

W tej samej chwili mężczyzna w ciemnoniebieskim garniturze wracał do swojego ciemnoniebieskiego chryslera. Sedan stał zaparkowany w wewnętrznej uliczce hotelu Beverly Wilshire. Facet zubożał o pięćdziesiąt dolców, które recepcjonista przyjął jako łapówkę, ale jednocześnie wzbogacił się o nowe informacje. Zastanawiał się nad ich możliwymi konsekwencjami. Zadzwonił z komórki do swojego przełożonego i powiedział:

– Recepcjonista twierdzi, że olbrzym to Thomas Shannon. Na naszej liście nie ma takiego.

– Myślę, że możemy przyjąć, iż nasza lista jest pełna.

– Jestem podobnego zdania.

– A zatem można bezpiecznie założyć, że Thomas Shannon to fałszywe nazwisko. Ci faceci nie potrafią się wyzbyć starych nawyków. Nie pozostaje nam nic innego, jak się go trzymać.

***

Reacher poczekał, aż znikną za rogiem, skręcając z ulicy, przy której stał dom Franza, i zapytał:

– Zauważyłaś jasnobrązowego crown victorie?

– Parkowała po przeciwnej stronie, czterdzieści metrów od domu – odpowiedziała Neagley. – Wersja podstawowa z dwa tysiące drugiego roku.

– Mam wrażenie, że ten sam wóz stał przed restauracją Denny’ego.

– Jesteś pewien?

– Nie.

– Stary crown vic to popularny samochód. Jeżdżą nim taksówkarze, ludzie biorący pasażerów na lewo i ci, którzy korzystają z usług tanich wypożyczalni.

– Fakt.

– Tak czy siak, wóz był pusty – rzekła Neagley. – Nie musimy się przejmować pustymi samochodami.

– Przed restauracją nie był pusty. Siedział w nim facet.;

– Jeśli był to ten sam wóz. Reacher przystanął.

– Chcesz wrócić? – zapytała Neagley. Reacher pomyślał chwilę, a następnie potrząsnął głową i ruszył przed siebie.

– Nie – odparł. – Pewnie mi się tylko zdawało.

***

Dziesiątka w kierunku na wschód była kompletnie zakorkowana. Żadne z nich nie znało wystarczająco dobrze rejonu Los Angeles, aby zaryzykować skręt w boczną drogę, więc pokonali dziesięć kilometrów dzielących ich od Culver City wolniej, niż zrobiliby to pieszo. Dotarli do styku Venice Boulevard i Cienega Boulevard, a następnie, postępując zgodnie ze wskazówkami Angeli Franz, bez trudu dotarli do biura jej zmarłego męża. Biuro Calvina mieściło się w nijakim pasażu składającym się z ciągu niskich jasnobrązowych witryn sklepowych zakończonym małym budynkiem pocztowym, który trudno by uznać za sztandarowy gmach poczty Stanów Zjednoczonych. Jedna sala. Reacher nie pamiętał, jak nazywali takie placówki. Agencje? Punkty pocztowe? Miejsca doręczania przesyłek? Obok znajdowała się tania apteka, salon kosmetyczny i pralnia chemiczna. Następne było biuro Franza. Biuro Calvina miało szklane drzwi pomalowane od wewnątrz jasno-beżową farbą sięgającą do wysokości głowy, tak że pozostawał jedynie wąski przesmyk na promienie światła. U góry biegła złota linia z czarną obwódką. Na drzwiach tymi samymi złoto-czarnymi literami napisano: „Calvin Franz, dyskretne dochodzenia” oraz numer telefonu. Zwyczajne litery umieszczone na wysokości piersi, proste, zawierające konkretne przesłanie.

– To smutne, nie sądzisz? – zapytał Reacher. – Przeszedł z wielkiej wojskowej machiny do czegoś takiego.

– Był ojcem – odpowiedziała Neagley. – Zarabiał łatwe pieniądze. Jego wybór. Nie pragnął niczego innego.

– Domyślam się, że twoje biuro w Chicago wygląda nieco inaczej.

– Tak, to prawda – przyznała Neagley.

Wyjęła kółko z kluczami, z którymi Angela tak niechętnie się rozstała. Wybrała większy klucz, przekręciła w zamku i otworzyła drzwi, jednak nie weszła do środka.

Nie zrobiła tego, bo całe wnętrze zostało przewrócone do góry nogami.

Biuro Franza okazało się zwykłym kwadratowym pomieszczeniem zbyt małym na sklep i za dużym na biuro. Jeśli kiedyś były w nim komputery, telefony i inny sprzęt, zabrano je dawno temu. Biurko i segregatory zostały przeszukane, a następnie rozbite młotkami. Zniszczono wszystkie złącza i elementy składowe w poszukiwaniu ukrytej skrytki. Ktoś wypatroszył poduszkę fotela. Oderwano panele ścienne i zdarto izolację cieplną. Rozwalono sufit, wyrwano podłogę. Sprzęty łazienkowe zostały rozbite w kawałki. Wszędzie walał się gruz i kawałki papieru, w niektórych miejscach szczątki sięgały do kolan.

Ktoś przetrząsnął to miejsce od góry do dołu. Można by odnieść wrażenie, że uderzyła w nie bomba.

– Zastępcy szeryfa hrabstwa Los Angeles nie zrobiliby czegoś takiego – zauważył Reacher.- Masz rację. – Neagley skinęła głową. – Daleko im do tego. To źli faceci próbowali się czegoś dowiedzieć. Chcieli ustalić, co miał na nich Franz. Zrobili to przed przybyciem ludzi szeryfa. Przypuszczalnie kilka dni wcześniej.

– Zastępcy szeryfa widzieli to wszystko i nie poinformowali Angeli? Ona o tym nie wiedziała. Powiedziała, że przyjdzie po rzeczy Calvina.

– Nie powiadomili jej. Po co mieliby ją dodatkowo denerwować?

Reacher zrobił krok w rył, przeszedł na lewą stronę i ponownie spojrzał na staranne złote litery widniejące na drzwiach: „Calvin Franz, dyskretne dochodzenia”, próbując w miejsce nazwiska przyjaciela wstawić David O’Donnell, Sanchez i Orozco, a następnie Karla Dixon.

– Chciałbym, aby odpowiedzieli na nasz telefon – westchnął.

– Tu nie chodzi o nas jako grupę – odparła Neagley. – To niemożliwe. Minęło ponad siedemnaście dni, a nie zauważyłam, żeby ktoś się kręcił wokół mnie.

– Ani ja – dodał Reacher. – Ale przecież Franz też? niczego nie zauważył.

– Do czego zmierzasz?

– Gdyby znajdował się w tarapatach, do kogo by zadzwonił? Do pozostałych. Nie do ciebie, ponieważ należysz do znacznie wyższej ligi i jesteś przypuszczalnie zbyt zajęta. I nie do mnie, ponieważ nikt oprócz ciebie nie potrafiłby mnie odnaleźć. Przypuśćmy, że Franz wpakował się w niezłe gówno i zadzwonił do pozostałych, ponieważ łatwiej było mu ich złapać. Przypuśćmy, że wszyscy przybyli mu na pomoc i znaleźli się w podobnych tarapatach.

– Także Swan?

– Swan był najbliżej. Zjawiłby się tu pierwszy.

– To możliwe.

– Bardzo prawdopodobne – powiedział Reacher. – Gdyby Franz naprawdę potrzebował pomocy, komu innemu mógłby zaufać?

– Powinien zadzwonić do mnie – rzekła Neagley. – Przyjechałabym natychmiast.

Może byłaś następna na liście. Może początkowo uznał, że sześciu wystarczy.

– Jaka sprawa mogłaby doprowadzić do zniknięcia sześciu ludzi? Sześciu naszych ludzi?

– Wolę nie myśleć – odparł Reacher, a następnie zamilkł. Kiedyś wystawiłby swoich przeciwko każdemu. Robił to wielokrotnie. Zawsze dawali sobie radę, nawet w obliczu najgorszych przeciwników, jakich można było znaleźć w świecie cywilów. W świecie cywilów, bo przeszkolenie wojskowe zwiększało możliwości przestępców.

– Tkwienie tu nie ma sensu – oznajmiła Neagley. – Marnujemy czas. Do niczego w ten sposób nie dojdziemy. Trzeba przyjąć, że zdobyli to, czego szukali.

– Myślę, że trzeba przyjąć coś wręcz odwrotnego.

– Dlaczego?

– Zastanów się. Przetrząsnęli biuro Franza od góry do dołu. Całkowicie. Zwykle kiedy znajdujesz to, czego pragniesz, zaprzestajesz poszukiwań. Ci faceci nie zaprzestali. Jeśli znaleźli to, po co przyszli, chyba znajdowało się w ostatnim miejscu, do jakiego zajrzeli. Czy to prawdopodobne? Nie sądzę. Myślę, że nie przestali szukać, ponieważ tego nie znaleźli.

– Gdzie to może być?

– Nie wiem. Jak myślisz, o co chodzi?

– Notatki, dyskietka komputerowa, płyta CD. Coś w tym rodzaju.

– Coś małego – uściślił Reacher.

– Nie zabrał tego do domu. Myślę, że wyraźnie oddzielał życie prywatne od zawodowego.

Myśl jak oni. Stań się jednym z nich.

Reacher odwrócił się i oparł plecami o drzwi biura Franza, jakby przed chwilą wyszedł na ulicę. Spojrzał na pustą dłoń. W życiu musiał odwalić mnóstwo papierkowej roboty, lecz nigdy nie korzystał z dyskietek komputerowych ani nie wypalił płyty CD, chociaż wiedział o ich istnieniu. Płyta CD była krążkiem wykonanym z poliwęglanu, często umieszczonym w cienkiej, plastikowej kopercie. Dyskietka była mniejsza. Kwadratowa, o boku długości jakichś siedmiu centymetrów. Kartkę papieru można było złożyć potrójnie w taki sposób, aby miała rozmiar dwadzieścia na dziesięć centymetrów.

Mały przedmiot.

Bardzo ważny.

Gdzie Calvin Franz ukryłby mały, bardzo ważny pakunek?:

– Może schował to w swoim samochodzie – podsunęła Neagley. – Jeździł nim cały czas. Jeśli była to płyta CD, mógł ją umieścić w zmieniaczu płyt, ukryć przez pozostawienie na widoku. W czwartej przegrodzie, po płycie z utworami Johna Coltrane’a.

– Milesa Daviesa – poprawił ją Reacher. – Calvin wolał! Milesa Daviesa. Słuchał muzyki Johna Coltrane’a jedynie na płytach Milesa Daviesa.

– Mógł zadbać, aby wyglądała jak inne. Napisać markerem „Miles Davies”.

– Znaleźliby ją – odparł Reacher. – Tacy skrupulatni faceci sprawdziliby wszystko. Myślę, że Franz lepiej by siej zabezpieczył. Jeśli ukryjesz coś na widoku, masz to przed; sobą cały czas. Nie możesz się rozluźnić, a sądzę, że Franzowi na tym zależało. Chciał wrócić do Angeli i Charliego i o tym nie myśleć.

– A zatem gdzie? W skrytce bankowej?

– Nie zauważyłem w pobliżu żadnego banku – rzekł Reacher. – Nie sądzę, żeby Franz odbywał podróże do banku. Nie w takim tłoku. Nie, jeśli sprawa była pilna. Na dodatek’ godziny otwarcia banku mogły nie pokrywać się z jego go-; dżinami pracy.

– Na kółku są dwa klucze – powiedziała Neagley. – Być może mniejszy otwierał szufladę biurka.

Reacher odwrócił się i spojrzał na pobojowisko. Gdzieś tam musiał znajdować się zamek szuflady. Mały, stalowy prostokąt oderwany od drewna i ciśnięty na stertę gruzu. Odwrócił się; i ruszył w stronę krawężnika. Ponownie spojrzał na pustą dłoń.

Po pierwsze: Co bym ukrył?

– Chodzi o plik komputerowy – oznajmił. – Musi o niego chodzić. Wiedzieli, czego szukać. Franz nie powiedziałby im o papierach. Przypuszczalnie zabrali jego komputery i znaleźli ślady wskazujące na to, że kopiował pliki. Takie rzeczy się zdarzają, prawda? W komputerze pozostaje ślad po wszystkich operacjach, lecz Franz nie powiedziałby im, gdzie przechowuje kopie. Może właśnie dlatego połamali mu nogi? Franz zachował milczenie, więc przyszli tutaj.

– Gdzie mógł go ukryć? Reacher spojrzał ponownie na dłoń.

W jakim miejscu ubyłbym coś małego i bardzo ważnego?

– Na pewno nie pod starym kamieniem – powiedział. – Poszukałbym czegoś lepiej zorganizowanego. Miejsca chronionego. Gdzie ktoś byłby za to odpowiedzialny.

– Skrytka bankowa – powtórzyła Neagley. – Mały klucz nie ma żadnych oznaczeń. Dokładnie tak jak w banku.

– Nie znoszę banków. Nie lubię stałych godzin pracy i drogi, którą trzeba pokonać, aby do nich dotrzeć. Jeśli już, to sporadycznie, a nie dzień w dzień, tak jak w tym wypadku. Chodzi o czynność wykonywaną regularnie, nie sądzisz? Czy nie tak postępują ludzie korzystający z komputera? Co wieczór sporządzają kopię zapasową. Czasem można podjąć wyjątkowe środki ostrożności, jednak co wieczór trzeba bezpiecznego, a jednocześnie dostępnego rozwiązania. Dostępnego przez cały czas.

– Ja wysyłam e-mail do samej siebie – powiedziała Neagley.

Reacher przerwał, aby po chwili się uśmiechnąć.

– Właśnie.

– Myślisz, że Franz to robił?

– Wykluczone – odparł Reacher. – E-mail wróciłby wprost do jego komputera, który mają tamci. Staraliby się złamać hasło zabezpieczające, zamiast wywracać jego biuro do góry nogami.

– W takim razie co zrobił?

Reacher odwrócił się i spojrzał na rząd sklepów. Pralnia chemiczna, salon kosmetyczny, apteka. Poczta.- Nie chodzi o pocztę elektroniczną, lecz tradycyjną – powiedział. – Właśnie to robił. Robił kopie zapasowe i co wieczór wkładał do skrzynki na listy. Przesyłki adresował do samego siebie. Na swoją skrytkę pocztową. Właśnie tam je odbierał. Na poczcie. W jego przegrodzie nie było drzwiczek. Kiedy wrzucił kopertę, przesyłka była bezpieczna. Znajdowała się w systemie. Kiku ochroniarzy pilnowało jej dzień i noc.

– Zwolnij – poprosiła Neagley. Reacher skinął głową.

– W obiegu musiały krążyć trzy lub cztery dyskietki. Co dwa lub trzy dni odnajdywał je w swojej korespondencji. Kiedy? wracał do domu wieczorem, wiedział, że najbardziej aktualne dane są bezpieczne. Obrabowanie zawartości skrytki pocztowej nie jest łatwe, niełatwo też skłonić urzędnika, aby wydał ci coś, co nie jest twoją własnością. Poczta Stanów Zjednoczonych jest tak bezpieczna jak bank szwajcarski…

– Mały klucz – przerwała mu Neagley. – To nie klucz do szuflady biurka, lecz do skrytki pocztowej.

Reacher ponownie skinął głową.

– Do jego skrytki – podsumował.

12

Funkcjonowanie amerykańskiej poczty przypomina kij o dwóch końcach. Późnym popołudniem pralnia chemiczna była nadal otwarta, podobnie jak salon kosmetyczny i apteka. W przeciwieństwie do nich pocztę zamknięto już o czwartej.

– Załatwimy to jutro – powiedziała Neagley. – Będziemy w samochodzie przez cały dzień. Powinniśmy też pojechać do Swana. Chyba że się rozdzielimy.

– Musimy działać razem – odparł Reacher. – Może w międzyczasie któryś z naszych się odezwie i wykona część roboty.

– Chciałabym, chociaż nie dlatego, że jestem leniwa. – Machinalnie sięgnęła po komórkę i spojrzała na mały ekran.

Żadnej wiadomości.

***

Żadna wiadomość nie czekała również w hotelowej recepcji ani w hotelowej poczcie głosowej. Nie pojawił się też żaden nowy e-mail na komputerach Neagley.

Nic.

– To niemożliwe, aby nas zignorowali – powiedziała.

– Zgadzam się – przytaknął Reacher. – Nie zrobiliby tego.

– Zaczynam mieć złe przeczucie.- Mam złe przeczucie, od kiedy pobrałem pieniądze w bankomacie w Portland. Wydałem wszystkie pieniądze, aby zaprosić kogoś na obiad. Dwukrotnie. Teraz żałuję, że nie zoj staliśmy w domu i nie zamówiliśmy pizzy. Zapłaciłaby. O niczym bym nie wiedział.

– Ona?

– Dziewczyna, którą poznałem.

– Ładna?

– Bardzo.

– Ładniejsza od Karli Dixon?

– Równie ładna jak ona.

– Ładniejsza ode mnie?

– Czy to możliwe?

– Spałeś z nią?

– Z kim?

– Z tą dziewczyną w Portland.

– Dlaczego chcesz wiedzieć?

Neagley nie odpowiedziała. Podzieliła strony z informa cjami niczym karciarz, dając Reacherowi dwie i zatrzymując trzy dla siebie. Dostał kartę Tony’ego Swana i Karli Dixon. Podszedł do telefonu stojącego na kredensie i wykręcił numer Swana. Trzydzieści, czterdzieści sygnałów. Bez odpowiedzi. Rozłączył się i zadzwonił do Dixon. Numer kierunkowy 212. Miasto Nowy Jork. Sześć sygnałów i komunikat nagrany na automatycznej sekretarce. Wysłuchał znajomego głosu Dixon, poczekał na sygnał i pozostawił tę samą wiadomość co wcześniej: Mówi Jack Reacher. Frances Neagley przesyła komunikat dziesięć-trzydzieści z hotelu Beverly Wilshire w Los Angeles w Kalifornii. Rusz tyłe’ i oddzwoń. Przerwał, aby po chwili dodać: Proszę, Karla. Naprawdę potrzebujemy twojej pomocy. Rozłączył się. Także Neagley odłożyła słuchawkę, kręcąc z niedowierzaniem głową.

– Kiepska sprawa – powiedziała.

– Może wszyscy wyjechali na wakacje.

– W tym samym czasie?

– Albo trafili do pudła. Wiesz, jakie nieokrzesane z nas typ

– Sprawdziłam to w pierwszej kolejności. Nie siedzą w więzieniu.

Reacher milczał.

– Lubiłeś Karlę, prawda? – zapytała Neagley. – Kiedy nagrywałeś wiadomość, twój głos stał się nagle taki czuły.

– Lubię was wszystkich.

– Ją najbardziej. Spałeś z Karlą?

– Nie.

– Dlaczego nie?

– Zwerbowałem ją. Byłem jej dowódcą. To nie byłoby właściwe.

– Czy to jedyny powód?

– Przypuszczalnie.

– Rozumiem.

– Co wiesz na temat ich firm? Czy potrafisz podać przekonujący powód, dla którego nie byłoby z nimi kontaktu przez tyle dni?

– O’Donnell mógł wyjechać w podróż zagraniczną – rzekła Neagley. – Zajmuje się różnymi sprawami. Sprawy małżeńskie mogły zmusić go do wyjazdu na wyspy. W dowolne miejsce na świecie, jeśli śledził małżonka uchylającego się od płacenia alimentów. Ludzie starający się o adopcję czasami wysyłają detektywów do Europy Wschodniej lub Chin, aby upewnić się, czy sytuacja jest okej. Można podać wiele różnych powodów…

– Ale?

– Trudno byłoby mi w nie uwierzyć.

– A Karla?

– Mogła wyjechać na Kajmany, by szukać czyichś pieniędzy. Ale mogłaby wykonać tę robotę przez Internet, nie ruszając się z biura. Dzisiaj pieniądze nie mogą gdzieś być.

– Gdzie zatem są?

– Są czysto hipotetyczne, przypominają prąd elektryczny zasilający komputer.

– A Sanchez i Orozco?

– Żyją w zamkniętym świecie. Nie widzę powodu, dla którego mieliby opuszczać Vegas. Przynajmniej z powodu natury zawodowej.

– Co wiemy o firmie Swana?

– Faktycznie istnieje. Zawiera transakcje. Ma dokumenty i adres. Poza tym niewiele.

– Pewnie mają problemy z ochroną, w przeciwnym razie nie zatrudniliby Swana.

– Wszystkie firmy zbrojeniowe mają problemy z ochroną albo sądzą, że powinny je mieć, skoro zajmują się takimi ważnymi rzeczami.

Reacher nie skomentował tej uwagi. Siedział i patrzył przez okno. Zaczęło się ściemniać. Długi dzień dobiegał końca.

– W dniu swojego zniknięcia Franz nie pojechał do biura – rzekł.

– Tak sądzisz?

– Wiem. Angela miała jego komplet kluczy. Zostawił je w domu. Tego dnia zamierzał pojechać gdzieś indziej.

Neagley nic nie odpowiedziała.

– Właściciel pasażu widział tamtych – ciągnął Reacher. – Zamek w drzwiach biura Franza nie został uszkodzony. Ni zabrali jego klucza, bo mieli inny. Ukradli go lub kupili od właściciela. Dlatego musiał ich widzieć i dlatego oprócz innych spraw trzeba z nim jutro pogadać.

– Franz powinien do mnie zadzwonić. Rzuciłabym wszystko.

– Żałuję, że tego nie zrobił – odparł Reacher. – Gdybyś przyjechała, nie doszłoby do tego.

***

Zjedli kolację w restauracji na parterze, gdzie butelka norweskiej wody mineralnej kosztowała osiem dolarów. Pożegnali się i ruszyli do oddzielnych pokojów. Reacher miał obity perkalem pokój dwa piętra poniżej apartamentu Neagley. Rozebrał się i wziął prysznic, a następnie złożył ubranie i wsunął pod materac, aby się wyprasowało. Wyciągnął się na łóżku, splótł ręce pod głową i zaczął wpatrywać się w sufit. Przez minutę rozmyślał o Calvinie Franzu. Przed jego oczami przesunął się ciąg całkiem przypadkowych obrazów przypominający biografię polityka przedstawioną w formie trzydziesto-sekundowej reklamówki telewizyjnej. Jego pamięć sprawiła, że niektóre obrazy przybrały barwę sepii, inne całkiem wyblakły, jednak na wszystkich Franz poruszał się, mówił, śmiał, był pełen życia i energii. Po chwili do korowodu obrazów przyłączyła się Karla Dixon, drobna, ciemnowłosa, sardoniczna, śmiejąca się razem z Franzem. Obok nich pojawił się Dave O’Donnell, wysoki, jasnowłosy, przystojny, niczym makler giełdowy z nożem sprężynowym. I Jorge Sanchez, wytrzymały, o przymrużonych powiekach, z lekkim uśmiechem odsłaniającym złoty ząb, co u niego było najwyższym wyrazem zadowolenia. I Tony Swan o kwadratowej sylwetce. I Manuel Orozco, otwierający i zamykający zapalniczkę Zippo. Dostrzegł nawet Staną Lowreya, potrząsającego głową i bębniącego palcami o blat stołu w rytmie, który tylko on potrafił usłyszeć.

Po chwili odpędził wszystkie obrazy, zamknął oczy i zasnął. Była dwudziesta druga trzydzieści. Długi dzień dobiegł końca.

***

Dwudziesta druga trzydzieści w Los Angeles odpowiadała pierwszej trzydzieści następnego dnia w Nowym Jorku. Ostatni spóźniony samolot British Airways z Londynu wylądował właśnie na lotnisku JFK. Spóźnienie oznaczało, że ostatni pracownik imigracyjny obsługujący terminal tych linii poszedł do domu, więc samolot został odholowany do terminalu czwartego, a pasażerowie wypełnili jego olbrzymią halę przylotów. Trzecim w kolejce był pasażer pierwszej klasy, który większą część podróży przespał w fotelu o numerze 2K. Mężczyzna był średniego wzrostu, średniej wagi, ubrany w drogi garnitur. Bila z niego uprzejmość przesycona pewnością siebie, typowa dla ludzi, którzy mieli szczęście przez całe życie być bogaci. Miał około czterdziestki. Jego gęste czarne włosy były lśniące i pięknie przystrzyżone, a skóra o lekko brązowym zabarwieniu w połączeniu z regularnymi rysami twarzy mogła wskazywać, że jest obywatelem Indii lub Pakistanu, Irańczykiem, Syryjczykiem, Libańczykiem, Algierczykiem, a nawet Izraelczykiem lub Włochem. Po okazaniu brytyjskiego paszportu bez najmniejszych problemów przeszedł kontrolę imigracyjną. Kłopotu nie nastręczyły również odciski starannie wypielęgnowanych palców sprawdzone w czytniku elektronicznym. Siedemnaście minut po rozpięciu pasów facet stanął pod rozjarzonym światłami nocnym nowojorskim niebem i ruszył energicznym krokiem w stronę oczekujących taksówek.

13

O szóstej rano Reacher udał się do apartamentu Neagley. Okazało się, że Frances właśnie bierze prysznic. Reacher pomyślał, że pewnie wcześniej ćwiczyła godzinę w swoim pokoju albo w hotelowej siłowni. Może wyszła, aby pobiegać w okolicy hotelu. Wyglądała elegancko, na pełną energii i życia, co wskazywało, że w jej żyłach krąży dużo natlenionej krwi.

Zamówili śniadanie do pokoju, czas oczekiwania poświęcając na bezowocne próby nawiązania kontaktu telefonicznego z przyjaciółmi. Żadnej odpowiedzi ze wschodniego Los Angeles, Nevady, Nowego Jorku czy dystryktu Kolumbii. Tym razem nie nagrali żadnej wiadomości ani nie wykręcili ponownie numeru. Siedzieli w milczeniu, oczekując na przybycie kelnera. Następnie zjedli śniadanie złożone z jajek, naleśników i bekonu, popijając to wszystko kawą. Po śniadaniu Neagley zadzwoniła do obsługi parkingu i poprosiła o podstawienie swojego wozu.

– Najpierw do Franza? – zapytała. Reacher skinął głową.

– Franz odgrywa w tej sprawie kluczową rolę. Zjechali windą, wsiedli do mustanga i mszyli na południe bulwarem La Cienega w kierunku poczty w Culver City.

***

Zaparkowali przy zdemolowanym biurze Franza, a następnie przeszli obok pralni chemicznej, salonu kosmetycznego i apteki. Na poczcie nie było nikogo. Znak umieszczony na drzwiach informował, że urząd jest otwarty od pół godziny. Najwyraźniej pierwsi interesanci załatwili już swoje sprawy.

– Nie możemy tego zrobić, gdy w środku nie ma nikogo – rzekł Reacher.

– W takim razie poszukajmy właściciela pawilonów – zaproponowała Neagley.

Zapytali o niego w aptece. Starszy mężczyzna w krótkim białym fartuchu stał pod starą kamerą przemysłową obok lady, na której kładziono leki. Powiedział, że właścicielem jest facet prowadzący pralnię chemiczną. Wyrażał się o nim z pełną rezerwy wrogością, w typowy sposób, w jaki najemcy mówią o ludziach, którym muszą wysyłać co miesiąc czek. Przedstawił im skróconą wersję opowieści o sukcesie. Jego sąsiad przyjechał tu z Korei i wykorzystał dochody z prowadzenia pralni do wykupienia pozostałych pomieszczeń. Prawdziwy amerykański sen. Reacher i Neagley podziękowali mu, przeszli obok salonu kosmetycznego, zapukali do pralni chemicznej i natychmiast odnaleźli faceta, o którego chodziło. Mężczyzna krążył po zatłoczonym pomieszczeniu, w którym unosiła się woń chemikaliów. W głębi wirowało osiem dużych pralek bębnowych. Stoły do prasowania syczały parą. Kosze z ubraniami krążyły nad głową, przesuwane na przenośniku taśmowym. Facet był spocony. Ciężka robota. Wyglądało, że zasługiwał na dwa rzędy pawilonów, nawet trzy. Może już był ich właścicielem. Mógł nawet mieć ich więcej.

Reacher od razu przeszedł do rzeczy.

– Kiedy ostatni raz widziałeś Calvina Franza? – zapytał.

– Prawie go nie widywałem – odparł tamten. – Nie mogłem. Zamalował okna, gdy tylko się wprowadził. – Powiedział to tak, jakby to go irytowało. Jakby wiedział, że będzie musiał zdrapywać farbę, zanim ponownie wynajmie pomieszczenie.

– Musiałeś widzieć, jak wchodzi i wychodzi. Założę się, że nikt nie pracuje tu tak długo jak ty.

– Czasami się widywaliśmy – przytaknął.

– Kiedy ostatnio zatrzymałeś się, aby z nim pogadać?

– Trzy, cztery tygodnie temu.

– Na krótko przedtem, nim przyszli tamci faceci i poprosili o klucz?

– Jacy faceci?

– Ci, którym dałeś jego klucz.

– To byli gliniarze.

– Gliniarzami byli ci, którzy przyszli po nich.

– Pierwsi też.

– Pokazali ci odznakę?

– Oczywiście.

– Oczywiście, że tego nie zrobili – odparł Reacher. – Jestem pewien, że zamiast niej pokazali ci studolarowy banknot. Może dwa lub trzy.

– Co z tego? To mój klucz i mój budynek.

– Jak wyglądali?

– Dlaczego miałbym wam powiedzieć?

– Ponieważ byliśmy przyjaciółmi pana Franza.

– Byliście.

– Franz nie żyje. Ktoś wyrzucił go z pokładu helikoptera. Właściciel pralni wzruszył ramionami.

– Nie pamiętam, jak wyglądali.

– Zniszczyli twój pawilon – rzekł Reacher. – Nie wiem, ile ci zapłacili za klucz, lecz nie pokryje to wyrządzonych szkód.

– Zajmę się naprawą. To mój pawilon.

– Wyobraź sobie, że twoja firma zamieni się w dymiące zgliszcza. Że wrócę tutaj w nocy i spalę wszystko.

– Pójdziesz do więzienia.

– Nie sądzę. Człowiek, który ma tak kiepską pamięć jak ty, nie powiedziałby nic policji.

Facet skinął głową.

– Byli biali. Dwóch. Ubrani w granatowe garnitury. Wysiedli z nowego samochodu. Wyglądali całkiem przeciętnie.

– To wszystko?

– Zwyczajni biali mężczyźni. Nie byli glinami. Zbyt czyści i bogaci.- Nie zauważyłeś nic szczególnego.

– Powiedziałbym wam. Zniszczyli mój pawilon.

– W porządku.

– Przykro mi z powodu waszego przyjaciela. Wydawał równym gościem.

– Był nim – odpowiedział Reacher.

14

Wrócili na pocztę. Poczta okazała się małym brudnym pomieszczeniem urządzonym w sposób typowy dla instytucji państwowej. W środku panował umiarkowany ruch. Zwyczajna poranna krzątanina. Do jednego z okienek ustawiła się krótka kolejka interesantów. Neagley wręczyła Reacherowi kluczyki Franza i stanęła na końcu ogonka. Reacher podszedł do wąskiego kontuaru w tylnej części sali i sięgnął po pierwszy lepszy druczek. Było to potwierdzenie odbioru przesyłki. Pochylił się nad kontuarem, wziął długopis na łańcuszku i udał, że je wypełnia. Oparł się na łokciu i zasłonił ciałem, pozorując pisanie. Spojrzał na Neagley. Za trzy minuty znajdzie się na czele kolejki. Wykorzystał ten czas, aby rzucić okiem na rząd skrytek.

Skrytki wypełniały jedną ze ścian pomieszczenia. Miały trzy rozmiary: mały, średni i duży. Sześć rzędów małych, cztery rzędy średnich i trzy rzędy dużych, tuż obok drzwi. W sumie sto osiemdziesiąt małych, dziewięćdziesiąt średnich i pięćdziesiąt cztery duże. Razem sto trzydzieści skrytek.

Która należała do Franza?

Na pewno jedna z dużych. Franz prowadził firmę, na której adres na pewno przychodziło dużo korespondencji. Niektóre przesyłki musiały zawierać grube pliki dokumentów dużego formatu. Raporty kredytowe, informacje finansowe, stenogramy rozpraw sądowych, fotografie formatu dwadzieścia na dwadzieścia pięć centymetrów. Duże, sztywne koperty. Czasopisma fachowe. Musiał mieć dużą skrytkę. Tylko którą?

Nie można było tego stwierdzić. Gdyby Franz miał wybór zdecydowałby się na górny rząd, trzeci od podłogi, po prawej stronie. Kto chciałby chodzić daleko od drzwi, a następnie kucać na linoleum, aby otworzyć drzwiczki? Tyle że na pewno nie miał wyboru. Jeśli chcesz skrytkę pocztową, bierzesz tę, która jest dostępna. Tę, która została zwolniona przez poprzedniego klienta. Ktoś umiera lub przeprowadza się w inne miejsce, jego skrytka się zwalnia, a ty przejmujesz ją w spadku. Kwestia szczęścia. Czysta loteria. Prawdopodobieństwo trafienia wynosiło jeden do pięćdziesięciu czterech.

Reacher sięgnął do kieszeni i namacał palcami klucz Franza. Uznał, że na sprawdzenie każdego zamka będzie potrzebował od dwóch do trzech sekund. W najlepszym razie niemal trzy minuty uwijania się wzdłuż długiego szeregu skrytek. Bardzo ryzykowne. W najgorszym razie mógłby włożyć klucz do; skrytki klienta, który stanął tuż za nim. Pytania, skargi, gniewne okrzyki, wezwanie ochrony, może nawet sprawa federalna. Reacher wiedział, że bez trudu opuści pocztowy hol, nie chciał jednak odejść z pustymi rękami.

Usłyszał, jak Neagley mówi dzień dobry.

Spojrzał w lewo i stwierdził, że dotarła do okienka. Pochyliła się do przodu, ściągając na siebie uwagę pracownika poczty. Reacher spostrzegł, że mężczyzna utkwił w niej wzrok. Odłożył długopis i sięgnął do kieszeni po klucz. Podszedł bez przeszkód do ściany ze skrytkami i spróbował otworzyć pierwszą z lewej.

Niepowodzenie.

Poruszył klucz w jedną i drugą stronę. Zamek ani drgnął. Wyciągnął i spróbował jeden zamek niżej. Kolejne niepowodzenie. Następny rząd. Bez skutku.

Neagley zadawała długie i skomplikowane pytanie na temat opłat za przesyłki lotnicze. Oparła się łokciami o kontuar, dbając o to, by urzędnik poczuł się najważniejszym człowiekiem na świecie. Reacher przesunął się w prawo i spróbował ponownie – skrytkę w kolejnej kolumnie, trzecią od podłogi.

Niepowodzenie.

Cztery sprawdzone, pozostało jeszcze pięćdziesiąt. Od początku poszukiwań minęło dwanaście sekund, prawdopodobieństwo odnalezienia skrytki wzrosło z 1,85 do 2 procent. Włożył klucz do kolejnego zamka. Pudło. Przykucnął i spróbował otworzyć skrytkę umieszczoną najbliżej podłogi.

Niepowodzenie.

Przesunął się w prawo, nie wstając z przysiadu. Najniższa skrytka nie była tą, której szukał, podobnie jak dwie znajdujące się ponad nią. Minęło dwadzieścia pięć sekund, a on sprawdził dziewięć skrytek. Neagley w dalszym ciągu rozmawiała z pracownikiem. Po lewej stronie Reachera jakaś kobieta otworzyła swoją skrytkę w górnym rzędzie, wyciągając gruby plik korespondencji. Stała obok, sortując przesyłki. Przesuń się, poprosił milcząco. Stań obok śmietniczki. Odsunęła się. Zrobił krok w prawo, badając czwartą kolumnę. Neagley nadal gadała, a pracownik nadal słuchał. Klucz nie pasował do górnej skrytki, nie otworzył również środkowej ani dolnej.

Sprawdził dwanaście. Prawdopodobieństwo wzrosło i wynosiło teraz jeden do czterdziestu dwóch. Lepiej, lecz nadal kiepsko. Klucz nie pasował do żadnej ze skrzynek w piątej kolumnie. Ani w szóstej. Sprawdził osiemnaście. Jedną trzecią. Z każdą próbą szansa znalezienia skrytki rosła. Myśl pozytywnie. Wiedział, że klienci stojący za Neagley wkrótce zaczną się niecierpliwić. Będą przestępowali z nogi na nogę i rozglądali się dokoła, znudzeni i wścibscy.

Zaczął sprawdzać skrytki w piątej kolumnie, poczynając od góry. Poruszył kluczem. Zamek nie ustąpił. Nie pasował także do dwóch skrytek poniżej. Kolejny krok w prawo. Neagley przestała mówić. Urzędnik zaczął jej coś tłumaczyć. Udawała, że nie rozumie. Reacher przesunął się w prawo. Ósma kolumna. Klucz nie pasował do górnej skrytki. W holu zapanowała cisza. Reacher poczuł czyjeś spojrzenie na plecach. Opuścił dłoń, próbując otworzyć środkową skrytkę ósmej kolumny.

Poruszył kluczem. Charakterystyczny metaliczny dźwięk wydał się bardzo głośny.

Bez skutku. W pomieszczeniu panowała cisza.

Sięgnął do najniższej skrytki w ósmej kolumnie.

Przekręcił klucz.

Zasuwa się poruszyła.

Skrytka była otwarta.

Zrobił krok w tył, otworzył na oścież małe drzwiczki i przykucnął. Skrytka Franza była pełna korespondencji. Koperty wyściełane folią bąbelkową, duże brązowe i białe koperty, listy, katalogi, zafoliowane czasopisma, kartki z pozdrowieniami.

W holu ponownie rozległy się dźwięki.

Reacher usłyszał, jak Neagley mówi: „Bardzo dziękuję za pomoc”. Usłyszał stukot kroków na posadzce. Klienci stojący za Neagley przesunęli się do przodu. Wyczuł, że odzyskali nadzieję na załatwienie sprawy, zanim się zestarzeją i umrą. Wsunął rękę do środka i wyjął zawartość skrytki. Ułożył wszystko w schludny plik, ujął w obie dłonie i wstał. Wcisnął plik pod pachę, zamknął skrytkę, wsunął klucz do kieszeni i odszedł jakby nigdy nic.

***

Neagley czekała na niego w mustangu zaparkowanym obok trzeciego pawilonu, licząc od poczty. Reacher pochylił się, upchnął przesyłki w skrytce deski rozdzielczej, a następnie wsiadł do środka. Posortował plik, wyciągając z niego cztery małe, wyściełane folią bąbelkową koperty zaadresowane na biuro Franza jego własnym charakterem pisma.

– Zbyt małe jak na płyty CD – zauważył.

Uporządkował je chronologicznie według daty na stemplu.

Najnowsza została ostemplowana rano w dzień zniknięcia Franza.

– Wysłał ją poprzedniego wieczoru – wyjaśnił. Otworzył kopertę i wyjął z niej mały srebrny przedmiot.

Metalowy, płaski, długości pięciu i szerokości dwóch centymetrów, cienki, z plastikową nasadką. Widniał na nim napis „128 MB”.

– Co to takiego? – zapytał.

– Pendrive – wyjaśniła Neagley. – Nowa wersja dyskietki. Pozbawiona ruchomych części, o stukrotnie większej pojemności.

– Co z tym zrobimy?

– Podłączymy do jedynego z moich komputerów i zobaczymy, co zawiera.

– Tylko tyle?

– Chyba że zawartość jest chroniona hasłem. Pewnie tak będzie.

– Czy są programy, które pozwolą nam je złamać?

– Kiedyś były. Teraz nie. Rzeczy z każdym dniem stają się coraz doskonalsze lub coraz gorsze, w zależności od punktu widzenia.

– Co wówczas zrobimy?

– Podczas jazdy sporządzimy listę potencjalnych haseł. Po staremu. Sądzę, że po trzech próbach wszystkie pliki zostaną usunięte.

Włączyła silnik i odjechała od krawężnika. Wykonała zgrabny zwrot na pasie przeciwpożarowym i skierowała się na północ w stronę bulwaru La Cienega.

***

Mężczyzna w ciemnoniebieskim garniturze obserwował ich cały czas. Siedział nisko, ukryty za kierownicą ciemnoniebieskiego sedana chryslera, stojącego w odległości czterdziestu metrów od poczty, na miejscu parkingowym należącym do apteki. Otworzył klapkę komórki i wybrał numer swojego szefa.

– Tym razem w ogóle nie zajrzeli do biura Franza – oznajmił. – Rozmawiali z właścicielem pawilonów. Byli długo na poczcie. Sądzę, że Franz musiał wysyłać korespondencję na własny adres. Dlatego nic nie znaleźliśmy. Pewnie już to mają.

15

Neagley wsunęła pendrive’a do gniazda swojego laptopa Reacher wpatrywał się w monitor. Przez chwilę nic się ni działo, a następnie na ekranie ukazała się ikona przypominająca stylizowany przedmiot, który znaleźli w skrytce Franza. Pod ikoną widniał napis: „Brak nazwy”. Neagley przesunęła palcem po panelu dotykowym zastępującym mysz, a następnie dwukrotnie trąciła go palcem.

Na monitorze ukazała się ikona z żądaniem hasła.

– Cholera – powiedziała.

– To było to przewidzenia – stwierdził Reacher. Kiedyś Reacher wielokrotnie łamał hasła komputerowe. Jak zawsze metoda polegała na tym, aby wczuć się w drugiego i myśleć jak on. Stać się nim. Goście cierpiący na poważną paranoję wymyślają długie, skomplikowane hasła pełne dużych i małych liter oraz liczb, pozbawione znaczenia dla wszystkich, włączając ich samych. Takie zabezpieczenie było nie do złamania. Franz nigdy nie był jednak paranoikiem. Reacher uważał go za wyluzowanego gościa, poważnego, a jednocześnie lekko rozbawionego środkami bezpieczeństwa. Oprócz tego był człowiekiem słów, a nie liczb. Człowiekiem o wielu zainteresowaniach i pasjach. Doświadczającym różnorodnych uczuć, oddanym wielu sprawom. Osobą o niewyszukanym guście i pamięci jak słoń.

– Angela, Charlie, Miles Davies, Dodgersi, Koufax, Panarna, Pfeiffer, Ronin, Brooklyn, Heidi lub Jennifer – powiedział.

Neagley zapisała wszystkie słowa na oddzielnej stronie kołonotatnika.

– Dlaczego właśnie te? – zapytała.

– W przypadku Angeli i Charliego odpowiedź jest oczywista. To jego rodzina.

– Zbyt oczywiste.

– Może tak, a może nie. Miles Davies był jego ulubionym kompozytorem i wykonawcą. Dodgersi ulubioną drużyną baseballu. Sandy Koufax to zawodnik, którego najwyżej cenił.

– To jakieś możliwości. A Panama?

– Wysłano go tam pod koniec tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego dziewiątego roku. Myślę, że wyjazd do Panamy przyniósł mu najwięcej zawodowej satysfakcji. Z pewnością zapamiętał to miejsce.

– Czy Pfeiffer to Michelle Pfeiffer?

– Jego ulubiona aktorka.

– Angela trochę ją przypomina, nie sądzisz?

– Właśnie.

– Ronin?

– To jego ulubiony film – wyjaśnił Reacher.

– Dziesięć lat temu, kiedy go znałeś – zauważyła Neagley. – Od tego czasu nakręcono wiele dobrych filmów.

– Hasła pochodzą z głębokich pokładów naszej świadomości.

– To słowo jest za krótkie na hasło. Większość nowoczesnych programów wymaga hasła składającego się przynajmniej z sześciu znaków.

– Okej, skreśl Ronina.

– Brooklyn?

– Tam się urodził.

– Nie wiedziałam.

– Wiedziało o tym bardzo niewielu. Kiedy był mały, jego rodzice przeprowadzili się na zachód. Właśnie dlatego byłoby to dobre hasło.

– Heidi?- Pierwsza dziewczyna, z którą chodził na poważnie. Musiała być naprawdę niezła. Miał bzika na jej punkcie.

– O tym też nie miałam pojęcia. Widzę, że nie dopuszczano mnie do męskich sekretów.

– Podobnie jak Karli Dixon – dodał Reacher. – Nie chcieliśmy wyglądać w waszych oczach na zbyt sentymentalnych.

– Skreślam Heidi. Tylko pięć liter, poza tym był zakochany w Angeli. Nie czułby się dobrze, używając jako hasła imienia dawnej dziewczyny niezależnie od tego, jak była namiętna. Z tego samego powodu skreślam Michelle Pfeiffer. Kim była Jennifer? Jego kolejną sympatią? Ona też była namiętna?

– Jennifer była jego suką – odparł Reacher. – Dawno temu, kiedy był dzieckiem. Małym, ciemnym kundelkiem. Żyła osiemnaście lat. Kiedy zdechła, Calvin był zdruzgotany.

– Można wziąć to pod uwagę. Mamy już sześć możliwości i jedynie trzy podejścia.

– Dwanaście – poprawił ją Reacher. – Mamy cztery koperty i cztery pamięci pendrive’a. Jeśli zaczniemy od najstarszej, będziemy mogli zniszczyć pierwsze trzy. Informacje, które zawierają, i tak są nieaktualne.

***

Neagley ułożyła pendrive’y na hotelowym biurku według stempla na kopercie, w której się znajdowały.

– Jesteś pewny, że nie używał codziennie innego hasła?

– Franz? – żachnął się Reacher. – Chyba żartujesz! Gość taki jak Franz znajduje słowo, które coś dla niego znaczy, i posługuje się nim do końca życia.

Neagley umieściła w gnieździe USB najstarszego pendrive’a i poczekała, aż na ekranie ukaże się ikona. Kliknęła ją, a następnie przesunęła kursor do pola, w którym trzeba było wpisać hasło.

– Okej – powiedziała. – W jakiej kolejności?

– Najpierw imiona osób, następnie nazwy miejsc. Myślę, że w tym wypadku właśnie tak powinniśmy postąpić.

– Czy Dodgersów zaliczyć do osób?

– Oczywiście, w baseball grają ludzie.

– Zgoda, ale zaczniemy od muzyki. – Wpisała „Miles-Davies” i kliknęła klawisz „enter”. Po krótkiej chwili na ekranie pojawiło się okno z czerwonym, ostrzegawczym napisem: „Błędne hasło”.

– Jedno mniej – skwitowała. – Teraz sport. Wpisała „Dodgersi”.

„Błędne hasło”.

– Skreślamy drugie. – Wpisała „Koufax”. Twardy dysk laptopa zaterkotał i ekran zgasł.

– Co się stało?

– Program usuwa dane – wyjaśniła Neagley. – Kasuje pliki. To nie był Koufax. Trzecie pudło.

Wyjęła pendrive’a z portu i rzuciła długim srebrnym łukiem do kosza na śmieci. W gnieździe USB znalazła się druga pamięć. W polu „hasło” wpisała „Jennifer”.

„Błędne hasło”.

– Czwarty kiks – skomentowała. – Nie chodzi o jego sukę.

Spróbowała „Panama”. „Błędne hasło”.

– Piąta próba. – Wpisała „Brooklyn”.

Ekran ponownie wygasł, a twardy dysk zaterkotał.

– Szósty kiks – oznajmiła. – Nie chodzi o miejsce, w którym się urodził. Sześć kiksów, Reacher.

Do kosza powędrowała druga pamięć. W gnieździe znalazła się trzecia.

– Masz jakieś pomysły?

– Twoja kolej. Mam wrażenie, że przestałem mieć z nim kontakt.

– Może jego stary numer służbowy?

– Wątpię. Franz był człowiekiem słów, a nie liczb. Nawiasem mówiąc, mój numer służbowy jest taki sam jak numer polisy ubezpieczeniowej. Jego pewnie tak samo. To zbyt oczywiste.

– Jakiego hasła byś użył?- Ja? Ja jestem człowiekiem liczb. Liczby znajdują się w górnym rzędzie klawiatury, umieszczone w kolejności, łatwo dostępne. Nie trzeba umieć pisać na maszynie.

– Jaką liczbą byś się posłużył?

– Sześć znaków? Pewnie datą urodzin: miesiąc, dzień, rok oraz pierwszą najbliższą liczbą pierwszą. – Zastanowił się, by po chwili dodać: – Wiesz, miałbym z tym problem. Byłyby dwie takie liczby, jedna większa, a druga mniejsza o siedem. Chyba wyciągnąłbym pierwiastek kwadratowy i zaokrąglił do trzech miejsc po przecinku. Pominąłbym przecinek i otrzymał sześć różnych cyfr.

– To dziwaczne – zauważyła Neagley. – Chyba możemy być pewni, że Franz nie zrobił czegoś takiego. Nie sądzę, aby postąpił tak ktokolwiek na świecie.

– Właśnie dlatego byłoby to dobre hasło.

– Jaki był jego pierwszy wóz?

– Pewnie jakiś wrak.

– Faceci lubią samochody, prawda? Jakie było auto jego marzeń?

– Ja nie lubię samochodów.

– Postaraj się myśleć jak on, Reacher. Czy Franz lubił samochody?

– Zawsze chciał mieć czerwonego jaguara XKE.

– Sądzisz, że warto spróbować?

Człowiek o wielu zainteresowaniach i pasjach. Doświadczający różnorodnych uczuć, oddany wielu sprawom.

– Być może – odparł. – Z pewnością chodzi o coś, co miało dla niego wyjątkowe znaczenie. Coś w rodzaju talizmanu budzącego w nim ciepłe skojarzenia. Bohater z wczesnej młodości, obiekt długotrwałego pożądania lub uczuć. Jaguar XKE może pasować.

– Mam spróbować? Zostało nam jeszcze sześć możliwości.

– Gdybym miał sześćset, na pewno bym spróbował.

– Poczekaj – przerwała mu Neagley. – Pamiętasz co powiedziała Angela? Franz stale powtarzał „Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą”.

– Byłoby to cholernie długie hasło.

– Rozdzielmy to zdanie na człony. „Specjalna grupa śledcza” i „nie zadzieraj”.

Facet miał pamięć jak słoń. Reacher skinął głową.

– To był dobry okres w naszym życiu, nieprawdaż? Wspominanie tamtych dni mogło budzić w nim przyjemne skojarzenia. Szczególnie gdy siedział w swoim biurze w Culver City zajęty dyrdymałami. Ludzie lubią ulegać nostalgii, nie sądzisz? Jak w piosence Tacy byliśmy.

– Nakręcono film pod tym samym tytułem.

– A widzisz. To powszechne uczucie.

– Od czego powinnam zacząć?

Reacher usłyszał w myślach cienki głosik Charliego: „Nie zadzieraj”.

– Nie zadzieraj – powiedział. – Dwanaście liter. Neagley napisała: „niezadzieraj”, a następnie wcisnęła klawisz „enter”.

„Błędne hasło”.

– Cholera.

Wpisała „specjalnagrupaśledcza”, wstrzymując palec nad klawiszem.

– Bardzo długie – zauważył Reacher.

– Tak czy nie?

– Tak. „Błędne hasło”.

– Cholera – rzuciła Neagley, by natychmiast ucichnąć. Reacher nie przestawał myśleć o Charliem. I jego maleńkim krzesełku z imieniem wypalonym na oparciu. Niemal czuł zapach palącego się drewna. Widział Franza wykonującego napis pewną ręką. Może krzesełko miało być pierwszym z wielu przedmiotów wyrażających miłość, dumę i poświęcenie.

– Lubię Charliego – powiedział.

– Ja również – odparła Neagley. – Uroczy dzieciak.

– Chodziło mi o hasło.

– To zbyt oczywiste.

– Franz nie traktował takich zabezpieczeń serio. Stwarzał pozory. Wolałby używać starego hasła, niż wprowadzać do systemu nowe.- Nadal to zbyt oczywiste. Myślę, że miał poważny stosunek do życia, a przynajmniej do tej sprawy. Znalazł się w dużych tarapatach, dlatego wysyłał listy na własny adres.

– Mógł zastosować podwójny blef. Takie hasło może się wydać oczywiste, lecz jest ostatnią rzeczą, jaka przyjdzie ci do głowy. Właśnie dlatego jest bardzo skuteczne.

– To możliwe, lecz mało prawdopodobne.

– Nawiasem mówiąc, co może być w środku?

– Coś, co jest nam bardzo potrzebne.

– Spróbuj „Charlie”. Zrób to dla mnie. Neagley wzruszyła ramionami i napisała „Charlie”. Nacisnęła klawisz „enter”.

„Błędne hasło”.

Twardy dysk zawirował i zawartość pendrive’a została wykasowana.

– Dziewięć prób – oznajmiła Neagley. Wrzuciła trzecią pamięć do kosza i umieściła w gnieździe czwartą. Ostatnią.

– Zostały nam jeszcze trzy.

– Angela – powiedziała. – Nie, to zbyt oczywiste.

– Spróbuj.

– Jesteś pewien?

– Mam duszę hazardzisty.

– To trzy ostatnie możliwości.

– Zaryzykuj. Wpisała „Angela”. Wcisnęła „enter”. „Błędne hasło”.

– Dziesiąta próba – przypomniała. – Zostały nam jeszcze dwie.

– A może Angela Franz?

– To jest gorsze od poprzedniego.

– Może jej nazwisko panieńskie?

– Nie znam go.

– Zadzwoń i zapytaj.

– Mówisz poważnie?

– Przynajmniej będziesz je znała.

Neagley wyciągnęła notatnik, odnalazła numer Angeli i zadzwoniła. Przedstawiła się i przez chwilę rozmawiały o innych sprawach. Później Reacher usłyszał, jak zadaje Angeli to pytanie. Odpowiedzi nie usłyszał, dostrzegł jednak, że źrenice oczu Neagley rozszerzyły się na ułamek sekundy, co u niej odpowiadało zwaleniu się na ziemię wskutek doznanego szoku. Odłożyła słuchawkę.

– Pfeiffer – powiedziała.

– Interesujące.

– Nawet bardzo.

– Są ze sobą spokrewnione?

– Nie wspomniała o tym.

– Spróbuj „Pfeiffer”, to jak kupon pozwalający nabyć dwa przedmioty za cenę jednego. Franz mógł poczuć się podwójnie dobrze, nie mając żadnych wyrzutów sumienia.

Neagley napisała „Pfeiffer”. Wcisnęła „enter”. „Błędne hasło”.

16

W pokoju Neagley zapanowała gorąca, duszna atmosfera. Jakby ktoś wypompował zeń powietrze. Jakby nieoczekiwanie się skurczył.

– Jedenasta próba – rzekła Neagley. – Pozostała jeszcze jedna możliwość. Teraz albo nigdy. Nasza ostatnia szansa.

– Co się stanie, jeśli się nie uda? – zapytał Reacher.

– Nie dowiemy się, co jest w środku.

– Musimy robić to teraz? Może powinniśmy po prostu zatrzymać tę pamięć?

– To nam niczego nie da.

– W takim razie zróbmy sobie przerwę. Wrócimy do tego później. Pojedźmy do wschodniego Los Angeles i poszukajmy Swana. Jeśli go odnajdziemy, być może podsunie nam jakiś pomysł. Jeśli nie, wrócimy ze świeżym umysłem.

***

Neagley zadzwoniła do obsługi hotelowego parkingu i po dziesięciu minutach mknęli czerwonym mustangiem na wschód od Wilshire. Minęli Wilshire Center, przejechali Westlake i ruszyli boczną odnogą autostrady wprost do Macarthur Park. Skręcili na północny wschód i wjechali na autostradę wiodącą do Pasadeny. Minęli betonową bryłę stadionu Dodgersów, otoczoną całymi akrami pustego parkingu. Zapuścili się głęboko w szczurze gniazdo ulic, którego granicę wyznaczały Boyle Heights, Monterey Park, Alhambra i South Pasadena. W tym rejonie było wiele parków naukowych, centrów biznesu i pasażów handlowych, starej i nowej zabudowy. Przy krawężnikach trudno było wypatrzyć wolne miejsce. Wszędzie panował duży ruch, a rzeka pojazdów poruszała się w leniwym tempie. Nad nimi wisiało brązowe niebo. Neagley trzymała w schowku na rękawiczki mapę wydawnictwa Rand McNally. Mapa przypominała obraz ziemi z wysokości osiemdziesięciu kilometrów. Reacher zmrużył oczy, śledząc blade, szare linie dróg. Kojarzył nazwy ulic na tablicach z nazwami na mapie i lokalizował kolejne skrzyżowania w trzydzieści sekund po tym, jak przez nie przejechali. Trzymał kciuk w miejscu, gdzie miała siedzibę firma New Age Defense Systems, kierując ku niemu Neagley szeroką, krętą drogą.

Kiedy dotarli na miejsce, ujrzeli niski znak wykonany z rzeźbionego granitu i okazałą, sześcienną bryłę budynku za wysokim ogrodzeniem chroniącym przed huraganem i zakończonym drutem kolczastym. W pierwszej chwili ogrodzenie robiło imponujące wrażenie, wystarczyło jednak spojrzeć ponownie, aby odkryć, że wystarczyłyby nożyce do cięcia drutu, aby pokonać je bez problemu w dziesięć sekund. Gmach biura otaczał duży parking, przy którym zasadzono okazałe drzewa. Ich odbicie w lustrzanych panelach w połączeniu z odbiciem nieba powodowało, że biurowiec miał niemal surrealistyczny wygląd.

Brama główna nie sprawiała wrażenia masywnej i była szeroko otwarta. Obok nie dostrzegli budki dla wartownika. Nikt nie pilnował wjazdu. Za bramą rozciągał się parking w połowie wypełniony samochodami. Neagley zatrzymała się na chwilę, aby przepuścić samochód z serwisu kserokopiarek, a następnie zaparkowała mustanga w miejscu przeznaczonym dla gości, tuż obok holu. Wyszli z samochodu i na chwilę zamarli w bezruchu. Był ranek, owiewało ich gorące, ciężkie powietrze. Wokół panowała cisza. Wyglądało na to, że w środku mnóstwo ludzi uporczywie próbuje się na czymś skoncentrować lub nic nie robi.

W wejściu do recepcji znajdowały się podwójne szklane drzwi, które otworzyły się automatycznie, gdy do nich podeszli. Wkroczyli do dużego kwadratowego holu o posadzce pokrytej łupkiem i ścianach wyłożonych aluminiowymi panelami. Zauważyli skórzane fotele i długi kontuar recepcji w głębi sali. Za kontuarem stała blondynka w wieku około trzydziestu lat. Była ubrana w firmową koszulkę polo z napisem „New Age Defense Systems” wyhaftowanym nad małą lewą piersią. Najwyraźniej usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, lecz poczekała z podniesieniem głowy, aż Reacher i Neagley znajdą się w pół drogi od niej.

– Czym mogę państwu służyć? – zapytała.

– Przyszliśmy do Tony’ego Swana – odparł Reacher. Kobieta uśmiechnęła się sztucznie i odpowiedziała:

– Mogę zapytać o państwa nazwiska?

– Jack Reacher i Frances Neagley. Jesteśmy jego bliskimi przyjaciółmi z armii.

– W takim razie proszę spocząć. – Recepcjonistka podniosła słuchawkę telefonu stojącego na kontuarze, a Reacher i Neagley ruszyli w kierunku skórzanych foteli. Neagley usiadła, a Reacher stanął obok. Przypatrywał się matowemu odbiciu recepcjonistki w aluminiowym panelu, słuchając, jak mówi:

– Jest tu dwoje przyjaciół Tony’ego Swana. Przyszli, aby się z nim zobaczyć. – Po tych słowach odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się w stronę Reachera, chociaż ten nie patrzył wprost na nią.

Przez cztery minuty siedzieli w milczeniu. Później Reacher usłyszał odgłos kroków. Ktoś szedł w ich stronę po wyłożonej łupkiem posadzce. Nadchodził z boku i zmierzał w stronę recepcji. Miarowy, niespieszny krok człowieka średniego wzrostu o średniej masie ciała. Podniósł głowę i na końcu korytarza ujrzał kolejną kobietę. Czterdziestoletnią, szczupłą, o starannie uczesanych brązowych włosach. Miała na sobie czarne spodnium i białą bluzkę. Sprawiała wrażenie szybkiej i skutecznej. Jej twarz miała otwarty, serdeczny wyraz. Uśmiechnęła się do recepcjonistki, a następnie podeszła wprost do Reachera i Neagley. Wyciągnęła rękę i oznajmiła:

– Jestem Margaret Berenson.

– Przyszliśmy do Tony’ego Swana – wyjaśnił Reacher.

– Wiem – odparła. – Powinniśmy znaleźć jakieś spokojne miejsce, aby pogadać.

Jeden z aluminiowych paneli okazał się drzwiami prowadzącymi do małej prostokątnej sali konferencyjnej tuż za holem. Miejsce przeznaczone na spotkania z gośćmi, którzy nie zasłużyli na prawo wpuszczenia do sanktuarium. Było to chłodne pomieszczenie ze stołem, czterema krzesłami oraz oknami sięgającymi od podłogi do sufitu, z których rozciągał się widok na parking. Przedni zderzak mustanga Neagley znajdował się w odległości około dwóch metrów od nich.

– Nazywam się Margaret Berenson – powtórzyła. – Jestem szefem działu kadr w New Age Defense Systems. Pozwolą państwo, że od razu przejdę do rzeczy. Pan Swan już u nas nie pracuje.

– Od jakiego czasu? – zapytał Reacher.

– Od trzech tygodni – wyjaśniła Berenson.

– Co się stało?

– Czułabym się znacznie swobodniej, gdybym miała pewność, że jesteście jego przyjaciółmi. Każdy może zajrzeć do recepcji i podać się za jego starego znajomego z wojska.

– Nie wiem, jak moglibyśmy tego dowieść.

– Jak wyglądał?

– Wysokość metr siedemdziesiąt pięć, szerokość – metr siedemdziesiąt.

Berenson uśmiechnęła się.

– Gdybym powiedziała wam, że używał kamienia jako przycisku do papieru, potrafilibyście odgadnąć, skąd pochodzi?

– To kawałek muru berlińskiego – odparł Reacher. – Swan był w Niemczech, kiedy go zburzono. Zjawił się w Berlinie zaraz potem i zabrał go na pamiątkę. W rzeczywistości to kawałek betonu, a nie kamień. Jest na nim fragment graffiti.

Berenson skinęła głową.

– Słyszałam tę historię i widziałam przedmiot, o którym mowa – odparła.

– Co się stało? – zapytał ponownie Reacher. – Swan zrezygnował?

Berenson potrząsnęła głową.

– Niezupełnie – wyjaśniła. – Musieliśmy go zwolnić Nie tylko jego. To nowa firma. Wszystkie przedsięwzięcia biznesowe zawierają w sobie element spekulacji i ryzyka. Nie zrealizowaliśmy naszych planów. Przynajmniej do tej pory. Musieliśmy zrewidować politykę zatrudnienia. Zredukować personel. Przyjęliśmy zasadę, że zatrudnieni na końcu odchodzą pierwsi. W praktyce oznaczało to, że musieliśmy zwolnić wszystkich menedżerów średniego szczebla. Ja również straciłam zastępcę. Pan Swan był zastępcą dyrektora ochrony, więc musiał rozstać się z firmą. Uczyniliśmy to z wielkim żalem, bo był dla nas bardzo cenny. Jeśli sytuacja ulegnie poprawie, będziemy go błagać, aby zechciał wrócić. Ale jestem pewna, że do tego czasu znajdzie sobie nową posadę.

Reacher wyglądał przez okno na parking w połowie wypełniony samochodami. Wsłuchiwał się w ciszę panującą w budynku, który podobnie jak parking wydawał się w połowie pusty. – W porządku – powiedział.

– Wcale nie – odparła Neagley. – Od trzech dni wydzwaniam do jego biura i za każdym razem informują mnie, że właśnie wyszedł na chwilę. To się nie trzyma kupy.

Berenson ponownie skinęła głową.

– To zawodowa uprzejmość, którą mu wyświadczyłam. Na tym szczeblu zarządzania byłoby katastrofą, gdyby znajomi dowiedzieli się o jego zwolnieniu z drugiej ręki. Byłoby znacznie lepiej, gdyby pan Swan powiadomił ich o tym fakcie osobiście. Wówczas mógłby to wyjaśnić zgodnie z własną wolą. Właśnie dlatego nalegałam, aby w okresie przejściowym pozostali pracownicy posługiwali się niewinnymi kłamstwami. Nie przepraszam z tego powodu, lecz mam nadzieję, że zrozumiecie moje intencje. Przynajmniej tyle mogę zrobić dla ludzi, których straciliśmy. Gdyby pan Swan zwrócił się do nowego pracodawcy tak, jakby z własnej woli poszukiwał pracy, byłby w znacznie lepszym położeniu niż wówczas, gdyby wszyscy wiedzieli, że został zwolniony.

Neagley zastanowiła się przez chwilę nad jej słowami, a następnie przytaknęła.

– W porządku – westchnęła. – Rozumiem pani intencje.

– Poprosiłam o to szczególnie w przypadku pana Swana – dodała Berenson. – Wszyscy bardzo go lubiliśmy.

– A co z tymi, których nie darzyliście sympatią?

– Było ich niewielu. Nigdy nie zatrudnilibyśmy człowieka, do którego nie mamy zaufania.

– Wczoraj zadzwoniłem do Swana i nikt nie podniósł słuchawki – oznajmił Reacher.

Berenson jeszcze raz skinęła głową, w dalszym ciągu cierpliwa i profesjonalna.

– Musieliśmy zwolnić także część personelu administracyjnego. Sekretarki, które pozostały, muszą teraz obsługiwać pięć lub sześć aparatów. Czasami nie udaje się im odpowiedzieć na jakiś telefon.

– Co się stało z waszym biznesplanem? – zapytał Reacher.

– Nie mogę tego wyjaśnić w szczegółach. Jestem jednak pewna, że zrozumiecie. Służyliście w armii?

– Oboje.

– W takim razie wiecie, ile nowych systemów uzbrojenia od razu zyskuje akceptację dowództwa.

– Niewiele.

– Żadne. Procedura przetargowa dotycząca naszego sprzętu przeciągnęła się nieco dłużej, niż sądziliśmy.

– Co to za broń?

– Nie mogę powiedzieć.

– Gdzie jest produkowana?

– Tutaj.

Reacher potrząsnął głową.

– Nieprawda. Macie ogrodzenie, które zdołałby pokonać trzylatek, nie zauważyłem też budki wartowników ani ochroniarzy w holu. Tony Swan nie pozwoliłby na to, gdyby coś tu produkowano.

– Nie mogę rozmawiać na temat procedur bezpieczeństwa, które stosujemy.

– Kto był bezpośrednim przełożonym Swana?

– Pyta pan o naszego dyrektora ochrony? To emerytowany porucznik policji z Los Angeles.- Zatrzymaliście go i zwolniliście Swana? Nie stosowaliście żadnych wyjątków od przyjętej zasady?

– Wszyscy nasi pracownicy są wspaniali. Ci, którzy pozostali, ci, którzy odeszli. Zdecydowaliśmy się na redukcję personelu z ogromnym bólem. Była to absolutna konieczność.

***

Dwie minuty później Reacher i Neagley znaleźli się ponownie w mustangu, na parkingu New Age Defense Systems. Silnik pracował na wolnych obrotach, a ich oboje przytłaczała świadomość katastrofy.

– Fatalny zbieg okoliczności – podsumował sytuację Reacher. – Właśnie wtedy, gdy Swan stracił robotę, Franz zadzwonił do niego ze swoimi problemami. Co zrobił Swan? Przyjechał wprost do niego. Biuro Franza jest oddalone o dwadzieścia minut drogi stąd.

– I tak by przyjechał. To, że stracił pracę, nie miało żadnego znaczenia.

– Wszyscy postąpiliby podobnie. Sądzę, że właśnie tak się stało.

– I wszyscy nie żyją?

– Mam nadzieję, że nie, lecz jestem gotów na najgorsze.

– Jest tak, jak chciałeś, Reacher. Zostaliśmy dwoje.

– Chciałem tego z zupełnie innego powodu.

– Nie mogę w to uwierzyć. Załatwili wszystkich?

– Ktoś będzie musiał za to zapłacić.

– Tak uważasz? Nie mamy żadnego śladu. Pozostała nam tylko jedna szansa z hasłem. Jesteśmy zbyt zdenerwowani, aby ją wykorzystać.

– Nie czas na nerwy.

– Powiedz mi, co napisać. Reacher nie odezwał się.

***

Wrócili tą samą drogą. Neagley prowadziła w milczeniu, a Reacher wyobrażał sobie Tony’ego Swana jadącego tymi ulicami trzy tygodnie wcześniej. Być może ze swoimi rzeczami z biurka w New Age Defense Systems w bagażniku – długopisami, ołówkami i kawałkiem sowieckiego betonu. Szprychami niewidzialnego koła do Franza zmierzali pozostali starzy kumple. Sanchez i Orozco jechali Piętnastką z Vegas. O’Donnell i Dixon lecieli samolotem ze Wschodniego Wybrzeża, taszcząc bagaż, łapiąc taksówkę i dołączając do pozostałych.

Wyobraził sobie, jak się witają i pozdrawiają wzajemnie, i wpadają na jakiś ceglany mur.

Po chwili obraz wyblakł i Reacher znalazł się ponownie z Neagley w jadącym samochodzie. Zostaliśmy we dwoje. Trzeba zaakceptować fakty, zamiast z nimi walczyć.

***

Neagley oddała samochód obsłudze parkingu hotelowego i razem z Reacherem przedostali się do holu tylnym wejściem prowadzącym przez kręty korytarz. W milczeniu wsiedli do windy i pojechali na górę. Neagley wyciągnęła klucz i otworzyła drzwi.

Chwilę później stanęła jak wryta.

W fotelu obok okna siedział mężczyzna w garniturze, czytając raport z autopsji Franza.

Wysoki, jasnowłosy, arystokratyczny i zrelaksowany. David O’Donnell.

17

O’Donnell podniósł głowę i spojrzał na nich ponurym wzrokiem.

– Musiałem poznać przyczynę tych nieuprzejmych i obelżywych wiadomości, które nagraliście na mojej automatycznej sekretarce. – Po tych słowach uniósł raport z sekcji zwłok w geście, który miał wszystko tłumaczyć. – Teraz rozumiem.

– Jak się tu dostałeś? – zapytała Neagley.

– Daruj mi to – O’Donnell westchnął.

– Gdzie się, do diabła, podziewałeś? – zapytał Reacher.

– Byłem w New Jersey – wyjaśnił. – Moja siostra zachorowała.

– W jakim była stanie?

– Poważnym.

– Umarła?

– Nie, wyzdrowiała.

– W takim razie powinieneś tu przyjechać dwa dni temu.

– Dzięki za waszą troskę.

– Martwiliśmy się o ciebie – powiedziała Neagley. – Sądziliśmy, że dopadli także ciebie.

O’Donnell skinął głową.

– Słusznie, że się o mnie martwiliście. Sam jestem zmartwiony. Czekałem cztery godziny na samolot. Wykorzystałem ten czas, aby wykonać kilka telefonów. Oczywiście, Franz nie odpowiedział. Teraz wiem dlaczego. Żadnej odpowiedzi od Swana, Dixon, Orozco i Sancheza. Pomyślałem, że jeden wezwał na pomoc pozostałych i wszyscy wpakowali się w jakieś tarapaty. Z wyjątkiem ciebie i Reachera. Ty jesteś zbyt zajęta w Chicago, a Reachera nikt nie zdołałby odnaleźć. Ani mnie, bo przez jakiś czas bawiłem w New Jersey.

– Nie byłam zbyt zajęta – zaprzeczyła Neagley. – Jak mogliście tak sądzić? Rzuciłabym wszystko i przyjechała.

O’Donnell ponownie skinął głową.

– Początkowo była to jedyna rzecz, która dostarczała mi nadziei. Sądziłem, że nie zadzwoniliby do ciebie.

– Dlaczego tego nie zrobili? Nie lubią mnie?

– Zadzwoniliby, nawet gdyby cię nienawidzili. Bez ciebie walczyliby jedną ręką. Kto by tego chciał? W końcu od rzeczywistości ważniejsze jest to, jak ją postrzegamy. W porównaniu z całą resztą zajmujesz bardzo wysoką pozycję. Może dlatego początkowo mieli opory, a później nie mogli już tego uczynić.

– Co sugerujesz?

– Sądzę, że jeden z nich, teraz wiem, że był to Franz, znalazł się w poważnych opałach i zadzwonił do pozostałych, których uważał za dostępnych. To eliminowało ciebie z racji zajmowanej pozycji, Reachera niejako z definicji i mnie z powodu pecha, bo nie znajdowałem się tam, gdzie zwykle.

– Jesteśmy podobnego zdania. Z tą różnicą, że twoja osoba jest dla nas nieoczekiwaną premią. Choroba siostry okazała się dla nas łutem szczęścia. Być może także dla ciebie.

– Na pewno nie dla niej.

– Przestań marudzić – przerwał mu Reacher. – Twoja siostra żyje czy nie?

– Miło was znowu widzieć – dodał O’Donnell. – Po tylu latach.

– Jak się tu dostałeś? – zapytała Neagley. O’Donnell zmienił pozycję, wyciągając nóż sprężynowy z jednej, a kastet z drugiej kieszeni marynarki.

– Uwierz mi, że gość, który potrafi przenieść takie rzeczy przez system ochrony na lotnisku, umie odnaleźć właściwy numer pokoju.- Jak wniosłeś nóż i kastet na pokład samolotu?

– To moja słodka tajemnica – odparł O’Donnell.

– Pewnie wykonano je z materiału ceramicznego – wyjaśnił Reacher. – Dzisiaj już się takich nie robi, ponieważ można je przenieść przez bramkę z wykrywaczem metalu.

– Miło znów cię widzieć, David – powiedział Reacher.

– Mnie również, chociaż wolałbym, aby do spotkania doszło w bardziej sprzyjających okolicznościach.

– Okoliczności właśnie poprawiły się o połowę. Sądziliśmy, że zostało nas tylko dwoje. Teraz jesteśmy w trójkę.

– Co mamy?

– Niewiele. Przeczytałeś raport z sekcji zwłok. Oprócz tego mamy ogólny opis dwóch białych mężczyzn, którzy wywrócili do góry nogami biuro Franza. Nie znaleźli niczego, ponieważ regularnie wysyłał pliki z danymi na swój adres. Odnaleźliśmy jego skrytkę pocztową i zdobyliśmy cztery pendrive’y. Próbowaliśmy odgadnąć hasło. Zostało nam tylko jedno podejście.

– Powinieneś zacząć myśleć o ochronie komputera – dodała Neagley.

O’Donnell wykonał głęboki wdech, wstrzymując powietrze dłużej, niż można by uznać za możliwe, a następnie cicho wypuścił powietrze. Stary nawyk.

– Powiedzcie mi jakich słów próbowaliście – poprosił.

Neagley otworzyła notatnik na odpowiedniej stronie i wręczyła go koledze. O’Donnell przyłożył palec do warg i zaczął czytać. Reacher obserwował go uważnie. Chociaż nie widział go od jedenastu lat, O’Donnell prawie się nie zmienił. Nadal miał włosy barwy zboża, bez śladu siwizny. Jego garnitur był elegancko skrojony. Podobnie jak Neagley wyglądał na zamożnego człowieka sukcesu. Tak jakby mu się udało.

– „Koufax” nie zadziałał? – zapytał. Neagley pokręciła przecząco głową.

– Była to nasza trzecia próba.

– Patrząc na tę listę, dochodzę do wniosku, że powinniście spróbować tego hasła na początku. Franz był miłośnikiem ikon kultury, gwiazd, ludzi, których podziwiał, oraz koncertów, które wielbił. Z haseł, które wypisaliście, pasuje mi tylko „Koufax”. pozostałe mają czysto sentymentalne znaczenie. Może jeszcze Miles Davies”. Franz kochał muzykę, w sumie uważał ją jednak za pozbawioną większego znaczenia.

– Muzyka jest pozbawiona głębszego znaczenia, a baseball nie?

– Baseball to metafora – wyjaśnił O’Donnell. – Franz chciał być jak Sandy Koufax. Prawy człowiek, stojący samotnie na wzniesieniu podczas rozgrywek o puchar World Series. Facet walczący o wysoką stawkę. Może nie wyraziłby tego w taki sposób, lecz zapewniam was, że to hasło stanowi odzwierciedlenie ideałów, które wyznawał. Wyrażone w szorstki, męski sposób, na przykład w postaci samego nazwiska.

– Za czym byś się opowiedział?

– Trudna sprawa, pozostała nam tylko jedna próba. Wyszedłbym na głupca, gdybym się pomylił. Nawiasem mówiąc, jakie informacje może zawierać ten pendrive?

– Coś, co uznał za warte ukrycia.

– Coś, za co dał sobie połamać nogi – dodał Reacher. – Doprowadził ich do pasji. Jego biuro wygląda tak, jakby przeszło przez nie tornado.

– Jaki jest nasz cel?

– Znaleźć i zniszczyć. Wystarczająco dobry, co? O’Donnell potrząsnął głową.

– Nie – zaprzeczył. – Chcę wyrżnąć ich rodziny i naszczać na grób przodków.

– Nie zmieniłeś się.

– Stałem się jeszcze gorszy. A ty?

– Jestem gotów zmienić się w takiego, jaki byłem kiedyś. O’Donnell uśmiechnął się przelotnie.

– Neagley, powiedz mi, czego nie należy robić.

– Nie należy zadzierać ze specjalną grupą śledczą – odparła.

– Poprawna odpowiedź – rzekł O’Donnell. – Nie należy tego robić. Czy można ta zamówić kawę do pokoju?

***

Popijali gęstą, mocną kawę z podniszczonych, galwanizowanych dzbanków, które mają jedynie w starych hotelach. Zachowywali się cicho, chociaż każdy z nich wiedział, że myśli pozostałych podążają tym samym torem, bojąc się ostatniej próby, starając się znaleźć inną drogę, rezygnując i zaczynając wszystko od początku. W końcu O’Donnell odstawił filiżankę i powiedział:

– Czas najwyższy spróbować. Wóz albo przewóz. Nazwijcie to, jak chcecie. Chcę usłyszeć wasze pomysły.

– Nie mam żadnego – oznajmiła Neagley.

– Wiem, że coś masz, Dave – powiedział Reacher. – Widzę to.

– Jak dalece mi ufacie?

– Tak daleko, jak potrafię tobą rzucić. Cholernie daleko, zważywszy na to, jaki z ciebie szczupak. Dowiesz się, kiedy spieprzysz sprawę.

O’Donnell wstał z fotela i zbliżył się do stojącego na biurku laptopa. Umieścił kursor w polu przeznaczonym na hasło i wpisał siedem znaków.

Wziął oddech i wstrzymał powietrze w płucach.

Zatrzymał się, aby po chwili wcisnąć klawisz „enter”.

Pojawił się nowy ekran.

Katalog plików. Spis treści. Duży, wyraźny, jasny i oczywisty. O’Donnell wypuścił powietrze. Wpisał słowo „Reacher”.

18

Reacher odwrócił się od komputera, jakby ktoś wymierzył mu policzek.

– Człowieku, to nie w porządku!

– Lubił cię – odparł O’Donnell. – Podziwiał.

– To jak głos zza grobu. Jak wołanie.

– Mimo to je usłyszałeś.

– Takie hasło podwaja stawkę. Nie mogę go zawieść.

– Przecież i tak nie miałeś takiego zamiaru.

– Teraz odczuwam jeszcze większą presję. Lubię to. W takich warunkach działamy najskuteczniej.

Neagley siedziała przy biurku, z palcami na klawiaturze, nie odrywając wzroku od ekranu.

– Osiem plików – powiedziała. – Siedem zawiera jakieś liczby. Ósmy – listę nazwisk.

– Pokaż ten z nazwiskami – polecił O’Donnell.

Neagley kliknęła w ikonę, a po chwili na monitorze wyświetliła się strona sporządzona w edytorze tekstu. U góry widniało nazwisko Azhari Mahmoud zaznaczone tłustym drukiem i kursywą. Po nim następowały nazwiska o zachodnim brzmieniu: Adrian Mount, Alan Mason, Andrew MacBride i Anthony Matthews.

– Wszyscy mają identyczne inicjały – zauważył O’Donnell. – Pierwsze nazwisko jest arabskie. Facet może być obywatelem dowolnego kraju, od Maroka po Pakistan.- To Syryjczyk – rzekła Neagley. – Tak mi się przynajmniej zdaje.

– Cztery ostatnie nazwiska mogą należeć do Brytyjczyków – dodał Reacher. – Nie sądzicie? Mają bardziej brytyjskie niż amerykańskie brzmienie, prawda? Angielskie czy szkockie?

– Jakie to ma znaczenie? – zapytał O’Donnell.

– W pierwszej chwili powiedziałbym, że Franz sprawdzał Syryjczyka, który posługiwał się czterema fałszywymi nazwiskami. Zwróćcie uwagę, że wszystkie mają identyczne inicjały. Toporne, ale dające do myślenia. Może gość ma koszule z monogramem. Może sfałszowane nazwiska są brytyjskie, ponieważ dokumenty zostały podrobione na wyspach. Traktujemy angielskie dokumenty z takim samym zaufaniem jak własne.

– Niewykluczone – odpowiedział O’Donnell.

– Otwórz pliki z liczbami – poprosił Reacher. Neagley zamknęła dokument tekstowy i otworzyła pierwszy z siedmiu arkuszy kalkulacyjnych. Plik zawierał jedynie pionową kolumnę z ułamkami. Na górze widniało 10/12, u dołu – 11/12. Pomiędzy nimi znajdowało się około dwunastu podobnych liczb, między innymi powtarzające się 10/12, 12/13 i 9/10.

– Daj kolejny – powiedział Reacher.

Kolejny arkusz był prawie identyczny z poprzednim. Długa pionowa kolumna rozpoczynająca się od trzynastu czternastych i kończąca na dwunastu trzynastych i dziewięciu dziesiątych.

– Następny.

Trzeci składał się z podobnych danych.

– To daty? – zapytał O’Donnell.

– Nie – odparł Reacher. – Trzynaście czternastych nie jest datą, niezależnie od tego, czy zapiszesz ją w formie miesiąc-dzień czy dzień-miesiąc.

– Czym zatem są? Zwyczajnymi ułamkami?

– Nie sądzę. Gdyby chodziło o ułamki proste, dziesięć dwunastych zapisano by jako pięć szóstych.

– W takim razie przypomina to tablicę wyników.

– W grze z piekła rodem. Trzynaście czternastych i dwanaście trzynastych oznaczałoby dużo dodatkowych rund i trzycyfrowy wynik końcowy.

– Co w takim razie oznaczają?

– Pokaż kolejny plik.

Czwarty arkusz zawierał kolejną długą listę umieszczonych pionowo ułamków.

– Mianowniki są takie same jak w trzech poprzednich plikach, choć liczniki wydają się mniejsze. Spójrzcie: dziewięć dwunastych i osiem trzynastych. Jest nawet pięć czternastych.

– Jeśli są to wyniki, komuś wyraźnie spadła forma – zauważył O’Donnell.

– Proszę o następny – powiedział Reacher.

W kolejnym pliku utrzymał się wspomniany trend. Pojawiły się ułamki w rodzaju 3/12 i 4/13. Najwyższą liczbą było 6/11.

Na szóstej liście najlepszym wynikiem było 5/13, najgorszym zaś – 3/13. W siódmym, ostatnim pliku występowały podobne ułamki z przedziału od 4/11 do 3/12.

Neagley spojrzała na Reachera i powiedziała:

– Rozwiążesz tę zagadkę. Kochasz liczby. W końcu Franz zaadresował tę przesyłkę do ciebie.

– Wybrał moje nazwisko jako hasło – przytaknął Reacher. – To wszystko. Nie zaadresował jej do nikogo. To nie jest przesłanie. Gdyby chciał to komuś przekazać, wyrażałby się jaśniej. Sądzę, że pliki zawierają jego prywatne notatki.

– Bardzo tajemnicze.

– Możesz to dla mnie wydrukować? Nie potrafię myśleć, jeśli nie mam danych na papierze.

– Wydrukuję je w centrum biznesowym na dole. Właśnie dlatego zatrzymuję się w takich hotelach jak ten.

– Dlaczego mieliby plądrować biuro Franza, aby poznać te liczby?

– Może zrobili to z innego powodu – odparł Reacher. – Może szukali listy z nazwiskami.

Neagley zamknęła arkusze i ponownie otworzyła plik tekstowy. Azhari Mahmoud, Adrian Mount, Alan Mason, Andrew MacBride i Anthony Matthews. – Co to za jeden? – zapytał Reacher.

***

W oddalonym o trzy strefy czasowe Nowym Jorku było trzy godziny później. Ciemnowłosy, czterdziestoletni mężczyzna, który mógł być obywatelem Indii, Pakistanu, Syrii, Libanu, Algierii, Izraela i Włoch przykucnął na podłodze w łazience pokoju w drogim hotelu przy Madison Avenue. Drzwi były zamknięte. Chociaż w pomieszczeniu nie zainstalowano wykrywacza dymu, znajdował się w nim wyciąg. Brytyjski paszport z nazwiskiem Adrian Mount płonął w muszli toalety. Wewnętrzne strony jak zwykle szybko zamieniły się w popiół. Sztywne, czerwone okładki opierały się dłużej. Strona trzydziesta pierwsza z laminowaną kartą tożsamości poddawała się działaniu ognia najwolniej ze wszystkich. Plastik wygiął się i zwinął, aby po chwili się stopić. Mężczyzna użył suszarki do włosów wiszącej na ścianie, by podsycić płomień, a następnie końcem szczoteczki do zębów rozprowadził w wodzie popiół i skrawki niespopielonego papieru. Zapalił kolejną zapałkę i sprawdził, czy nie pozostało nic, co dałoby się zidentyfikować.

Pięć minut później Adrian Mount został spuszczony do ścieku, a Alan Mason zjechał windą i wyszedł na ulicę.

19

Neagley odwiedziła centrum biznesowe znajdujące się w piwnicy hotelu Beverly Wilshire, aby wydrukować osiem tajnych plików Franza, a następnie przyłączyła się do O’Donnella i Reachera, by zjeść lunch w restauracji obok holu. Usiadła pomiędzy nimi z takim wyrazem twarzy, jakby wspominała wspólne posiłki, które jadali w przeszłości.

Reacher robił to samo. Pamiętał, że nosili wówczas wygniecione mundury polowe i po zakończeniu służby jadali proste potrawy w kantynach oficerskich lub odżywiali się kanapkami i pizzą przy sfatygowanych metalowych biurkach. Wrażenie déjà vu psuło nowe otoczenie. W wysokiej, eleganckiej sali oświetlonej przyćmionym światłem siedziało mnóstwo ludzi, którzy mogli być agentami filmowymi lub reżyserami. Może nawet aktorami. Neagley i O’Donnell idealnie pasowali do tego otoczenia. Neagley miała na sobie obszerne czarne spodnie o wysokiej talii oraz bawełniany T-shirt, który leżał na niej jak ulał. Jej twarz była opalona i pozbawiona zmarszczek, a makijaż tak subtelny, że prawie niewidoczny. O’Donnell był ubrany w szary, lekko lśniący garnitur i białą nieskazitelnie świeżą koszulę, chociaż musiał ją włożyć przed rozpoczęciem liczącej niemal pięć tysięcy kilometrów podróży. Koszulę uzupełniał idealnie zawiązany krawat w prążki.

Reacher wciągnął na grzbiet koszulę, która była o jeden rozmiar za mała, miała rozdarty rękaw i plamę z przodu. Całości dopełniały długie włosy, tanie dżinsy i podniszczone buty, na dodatek nie było go stać na żarcie, które zamówił. Nie mógłby nawet zapłacić za norweską wodę mineralną, którą popijał.

„To smutne, nie sądzisz? – powiedział na widok biura Franza. – Przeszedł z wielkiej machiny wojskowej do czegoś takiego”.

Ciekawe, co myślała o nim Neagley i O’Donnell.

– Pokaż mi stronę z liczbami – poprosił.

Neagley podała mu siedem kartek papieru. W prawym górnym rogu zaznaczyła ołówkiem kolejność. Przejrzał je szybko, próbując wyrobić sobie zdanie na ich temat. Sto osiemdziesiąt trzy ułamki zwykłe. Nieuproszczone. Zwykłe, ponieważ licznik był zawsze mniejszy od mianownika. Franz nie zadał sobie trudu ich zredukowania, ponieważ 10/12 i 8/10 nie przedstawiono jako 5/6 i 4/5, co byłoby zgodne z przyjętą konwencją.

Uznał, że w ogóle nie są to ułamki. Raczej wyniki, rezultaty, oceny wykonania. Znaki komunikowały: dziesięć z dwunastu lub osiem z dziesięciu. Odpowiadały czemuś, co się wydarzyło.

Albo nie.

Na każdej ze stron oprócz czwartej znajdowało się dwadzieścia sześć wyników. Czwarta zawierała dwadzieścia siedem.

Wyniki, rezultaty lub proporcje zapisane w pierwszych trzech arkuszach wyglądały na całkiem przyzwoite. Wyrażone w postaci średniej wahały się pomiędzy bardzo dobrym wynikiem 0,870 a idealnym 0,907. W czwartym arkuszu zaznaczył się dramatyczny spadek – średni wynik zmalał do 0,574. Kolejne pliki, od piątego do siódmego, ilustrowały dalszy spadek wartości z 0,368 do 0,308 i 0,307.

– Zrozumiałeś, o co w tym wszystkim chodzi? – zapytała Neagley.

– Jeszcze nie – odparł Reacher. – Szkoda, że Franz nie może nam tego wyjaśnić.

– Gdyby mógł, nie byłoby nas tutaj.

– Niekoniecznie. Moglibyśmy spotykać się ze sobą co jakiś czas.

– Coś w stylu zjazdów absolwentów?

– Mogłoby być całkiem zabawnie. O’Donnell chwycił szklankę i wzniósł toast:

– Za nieobecnych przyjaciół.

Neagley i Reacher poszli za jego przykładem, pijąc wodę, co zamarzła dziesięć tysięcy lat temu, tworząc górną warstwę skandynawskiego lodowca, który topił się przez wieki, zasilając górskie potoki i strumienie. Pili, wspominając czwórkę przyjaciół, piątkę, jeśli uwzględnić Stana Lowreya, których mogli nigdy więc nie zobaczyć.

***

Mylili się. Jeden z dawnych druhów wysiadał właśnie z samolotu na lotnisku w Las Vegas.

20

Kiedy kelner przyniósł jedzenie, łososia dla Neagley, kurczaka dla Reachera i tuńczyka dla O’Donnella, ten ostatni powiedział:

– Zakładam, że byliście w domu Franza.

– Wczoraj – przytaknęła Neagley. – W Santa Monica.

– Znaleźliście tam coś?

– Wdowę i dziecko pozbawione ojca.

– Coś jeszcze?

– Nic ważnego.

– Powinniśmy zajrzeć do wszystkich domów. Najpierw do domu Swana. Mieszka najbliżej stąd.

– Nie mamy adresu.

– Nie zapytaliście tej kobiety z New Age Defense Systems?

– Po co? I tak by nam nie powiedziała. Zachowywała się bardzo poprawnie.

– Mogłeś złamać jej nogę.

– To były czasy, co?

– Czy Swan był żonaty? – zapytał Reacher.

– Nie sądzę – odpowiedziała Neagley.

– Kiepska sprawa – zauważył O’Donnell.

– Jesteś żonaty? – zaciekawiła się Neagley.

– Nie.

– W takim razie o co ci chodzi?

– Nie jestem żonaty z innego powodu. Skrzywdziłbym zbyt wiele niewinnych osób.

– Możemy ponownie spróbować z UPS – powiedział Reacher. – Swan przypuszczalnie otrzymywał przesyłki na adres domowy. Jeśli nie był żonaty, pewnie umeblował mieszkanie, korzystając z katalogu. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak kupuje w sklepie krzesła i stoły, noże i widelce.

– Okej – zgodziła się Neagley. Zadzwoniła z komórki do Chicago. Swoim wyglądem jak nigdy przypominała dyrektora wytwórni filmowej. O’Donnell pochylił się do przodu i powiedział do Reachera:

– Opowiedz mi wszystko po kolei.

– Ta smoczyca z New Age Defense Systems powiedziała nam, że Swan został zwolniony ponad trzy tygodnie temu. Dwadzieścia cztery lub dwadzieścia pięć dni, licząc od dziś. Dwadzieścia trzy dni temu Franz wyszedł z domu i więcej nie wrócił. Dwa tygodnie później jego żona zadzwoniła do Neagley, aby poinformować ją o śmierci męża.

– Z jakiego powodu to uczyniła?

– Chciała ją powiadomić. Po prostu. Prowadzenie śledztwa powierzono zastępcom szeryfa z rejonu, w którym znaleziono zwłoki.

– Jaka jest?

– Typowy cywil. Babka wygląda jak Michelle Pfeiffer. Ma nam trochę za złe, że byliśmy bliskimi przyjaciółmi jej męża. Ich syn, Charlie, to wykapany Franz.

– Biedny dzieciak.

Neagley przykryła dłonią mikrofon telefonu i oznajmiła:

– Mam numery komórek Sancheza, Orozco i Swana. – Jedną ręką wyciągnęła z torebki kartkę i długopis. Zapisała trzy numery składające się z dziesięciu cyfr.

– Użyj ich do ustalenia adresu – podpowiedział Reacher. Neagley pokręciła głową.

– To na nic. Sanchez i Orozco mają wspólny numer, a numer Swana pochodzi z okresu, gdy pracował dla New Age Defense Systems. Po zakończeniu rozmowy ze swoim człowiekiem w Chicago wystukała po kolei numery zapisane na kartce.

– Od razu przekierowują mnie na pocztę głosową – oznajmiła. – Ich aparaty są wyłączone. Wszystkie.

– To nieuniknione – wyjaśnił Reacher. – Baterie wysiadły trzy tygodnie temu.

– Nie mogę słuchać ich głosu – powiedziała Neagley. – Nagrywasz powitanie dla poczty głosowej, nie mając zielonego pojęcia, co może cię spotkać.

– Potraktuj to jak okruch nieśmiertelności – pocieszył ją O’Donnell.

Kiedy pomocnik kelnera zabrał ich talerze, pojawił się kelner z menu deserów. Reacher rzucił okiem na listę rarytasów, których cena przekraczała koszt noclegu w motelu w większej części Stanów.

– Ja dziękuję – powiedział. Pomyślał, że Neagley będzie nalegać, aby coś zamówił, gdy nagle zadzwonił jej telefon. Odebrała, wysłuchała swojego rozmówcy i zapisała coś na pasku papieru.

– Mam adres Swana – szepnęła. – Mieszka w Santa Ana, niedaleko zoo.

– Pojedźmy tam – zaproponował O’Donnell. Postanowili skorzystać z jego wozu – czterodrzwiowego sedana wypożyczonego u Hertza i wyposażonego w GPS – i niebawem ruszyli wolno na południowy wschód, by dotrzeć do Piątki.

***

Thomas Brant uważnie ich obserwował. Jego crown victoria stała zaparkowana przecznicę dalej. Facet siedział na ławce przy końcu Rodeo Drive, otoczony tłumem turystów. Sięgnął po komórkę i zadzwonił do swojego szefa, Curtisa Mauneya.

– Teraz jest ich troje. To działa niczym zaklęcie, jak zwoływanie członków klanu.

***

Czterdzieści metrów na zachód odjazd tych trojga obserwował mężczyzna w niebieskim garniturze. Siedział pochylony w fotelu swojego ciemnoniebieskiego chryslera zaparkowanego przed salonem fryzjerskim przy Wilshire. Wybrał numer przełożonego i oznajmił:

– Mamy już trójkę, szefie. Nowy to pewnie O’Donnell. Ten o wyglądzie menela to Reacher. Chyba złapali przynętę.

***

Pięć tysięcy kilometrów dalej, w Nowym Jorku, ciemnowłosy czterdziestolatek siedział we wspólnym biurze kilku linii lotniczych nieopodal skrzyżowania Park Avenue i Czterdziestej Drugiej Ulicy. Przed chwilą kupił bilet w obie strony z lotniska La Guardia do Denver w Kolorado. Uregulował należność platynową kartą visa wystawioną na Alana Masona.

21

Droga do Santa Ana wiodła na południowy wschód, obok Anaheim, przez hrabstwo Orange. Miasto leżało w odległości czterdziestu kilometrów na zachód od gór Santa Ana, w których biorą początek niesławne wiatry – pojawiające się znienacka, suche, gorące i doprowadzające do szaleństwa całe Los Angeles. Reacher był kilkakrotnie świadkiem skutków ich działania. Raz przybył do miasta po wizycie w bazie piechoty morskiej w Camp Pendleton. Drugim razem wyskoczył do niego na weekendową przepustkę z Fort Irwin. Pamiętał banalne karczemne sprzeczki z finałem w postaci wielokrotnego zabójstwa pierwszego stopnia. Słyszał historię o przypaleniu grzanki, co doprowadziło do pobicia żony, zakończonego karą więzienia i rozwodem. Widział faceta, który został dotkliwie poturbowany za to, że szedł zbyt wolno po chodniku.

Na szczęście tego dnia nie było wiatru. Powietrze było gorące i nieruchome, brązowe i ciężkie. Uprzejmy acz uporczywy żeński głos nagrany na GPS wypożyczonego auta O’Donnella kazał im zjechać z Piątki na południe od zoo, na wysokości Austin. Następnie powiódł ich plątaniną ulic w okolicę Muzeum Sztuki hrabstwa Orange. Tuż przed muzeum polecił skręcić w lewo, a następnie w prawo i ponownie w lewo, by oznajmić, że zbliżają się do celu podróży.

Najwyraźniej tak właśnie było.

O’Donnell zaparkował wóz obok przydrożnej skrzynki na listy o wyglądzie łabędzia. Samo pudło na listy było metalową skrzynką odpowiadającą standardom poczty Stanów Zjednoczonych, umieszczoną na słupie i pomalowaną białą farbą. Na szczycie skrzynki widniał pionowy kształt wycięty z drewnianej płyty. Wspomniany kształt miał długą, pełną wdzięku szyję, zaokrąglony grzbiet i uniesiony kuper. On również został pomalowany na biało z wyjątkiem ciemnopomarańczowego dzioba i czarnych oczu. Jeśli dodać do tego skrzynkę pocztową pełniącą funkcję tułowia zwierzęcia, było to całkiem sugestywne przedstawienie.

– Nie uwierzę, że Swan** Swan (ang.) – łabędź. sam to zrobił – stwierdził O’Donnell.

– Dostał go w prezencie od bratanka lub bratanicy – odparła Neagley. – Chcieli nadać temu domowi odrobinę ciepła.

– Pewnie zakładał to ustrojstwo, gdy go odwiedzali.

– To miłe z jego strony.

Za skrzynką na listy znajdował się wąski betonowy podjazd prowadzący do podwójnej bramy i ogrodzenia wysokości półtora metra, wykonanego z drutu pokrytego zieloną izolacją z plastiku. Cztery słupki wieńczył mały ananas odlany z jakiegoś stopu. Obie bramy były zamknięte, na obu widniał znak „Uwaga! Zły pies”. Podjazd prowadził do garażu mieszczącego jeden samochód. Ścieżka wiodła do drzwi wejściowych małego, parterowego, otynkowanego domu w kolorze brązowym przypominającym opaleniznę. Nad oknami znajdowały się małe markizy z blachy falistej, kojarzyły się z brwiami. Podobny, węższy daszek umieszczono wyżej, nad drzwiami. Wszystko sprawiało poważne, surowe, stonowane, pozbawione frywolności wrażenie. Typowo męska siedziba.

Wokół panowały bezruch i cisza.

– Dom wygląda na pusty – zauważyła Neagley. – Jakby nikogo nie było.

Reacher skinął głową. Na podwórku przed domem rosła jedynie trawa. Brakowało roślin – kwiatów lub krzewów.

Trawnik sprawiał wrażenie wyschniętego i nieco zarośniętego, jakby skrupulatny właściciel przestał go podlewać jakieś trzy tygodnie temu.

Nie dostrzegli żadnego systemu alarmowego.

– Rozejrzyjmy się – zaproponował Reacher. Wysiedli z samochodu i podeszli do pojedynczej bramy.

Reacher nacisnął dzwonek. Poczekał. Nie usłyszał odpowiedzi. Wokół budynku biegła wydeptana ścieżka. Ruszyli nią w kierunku przeciwnym do mchu wskazówek zegara. W bocznej części garażu znajdowały się drzwi dla służby. Były zamknięte. Z tyłu domu odnaleźli dmgie drzwi prowadzące do kuchni. Także zamknięte. Przez okno można było dojrzeć małą kuchnię, staromodną, nieodnawianą od czterdziesta lat, chociaż czystą i praktyczną. Nie dostrzegli śladów bałaganu. Brudnych naczyń. Urządzenia kuchenne były pokryte zieloną emalią w groszki. Stół i dwa krzesła. Puste miski dla psa ustawione równo na podłodze pokrytej zielonym linoleum.

Za drzwiami do kuchni znajdowała się opuszczana roleta i schodek prowadzący na małe, wybetonowane patio. Roleta była częściowo zasunięta. Za nią można było dostrzec lekko zaciągnięte kotary. Pewnie była to sypialnia, być może pełniąca również funkcję azylu.

W całej okolicy panowała cisza. Z domu nie dolatywał żaden hałas ani dźwięk pomszanych przedmiotów, z wyjątkiem słabego, podprogowego buczenia, które sprawiło, że włosy na ramionach Reachera stanęły dęba, a w głębi jego podświadomości rozległ się słaby sygnał alarmowy.

– Drzwi do kuchni? – zapytał O’Donnell.

Reacher skinął głową. O’Donnell wsunął rękę do kieszeni i wyjął kastet. Ściśle mówiąc, kastet wykonany z materiału ceramicznego, choć taki przedmiot ma niewiele wspólnego z kubkami i spodeczkami. Wykonuje sieje z mieszanki sproszkowanych minerałów, kształtuje pod ogromnym ciśnieniem i spaja klejem epoksydowym. Takie kastety są przypuszczalnie twardsze od stali, a z pewnością od mosiądzu, z którego pierwotnie wykonywano tę broń. Proces odlewania pozwala nadać powierzchni uderzeniowej wymyślny kształt. Cios zadany takim przedmiotem przez olbrzyma wielkości Davida O’Donnella przypominałby uderzenie piłką do kręgli nabijaną zębami rekina.

O’Donnell zacisnął palce na kastecie i zwinął dłoń w pięść. Podszedł do kuchennych drzwi i delikatnie uderzył szybę z backhandu, jakby chciał zwrócić uwagę lokatora bez wprawiania go w przerażenie. Szyba pękła i do środka wpadł trójkątny kawałek rozbitego szkła. O’Donnell miał tak dobrą koordynację mchów, że zatrzymał dłoń zanim ta dotarła do postrzępionych fragmentów szyby. Uderzył jeszcze dwa razy, oczyszczając otwór na tyle, aby móc włożyć rękę do środka. Następnie zdjął kastet, podwinął rękaw i wsunął ramię, aby przekręcić gałkę.

Lekko uchylił drzwi.

Żaden alarm się nie włączył.

Reacher wszedł pierwszy. Zrobił dwa kroki i zamarł. Buczenie stało się jeszcze głośniejsze. Wyczuł w powietrzu charakterystyczną woń. Słyszał podobny dźwięk i wdychał podobny zapach znacznie częściej, niż chciałby pamiętać.

Buczenie wydawał rój oszalałych much.

Woń była odorem rozkładającego się ciała wydzielającego gnilne płyny i gazy.

Neagley i O’Donnell stanęli za nim. Zamarli bez mchu.

– Domyślaliśmy się tego – powiedział O’Donnell tak, jakby zwracał się do samego siebie. – Nie jesteśmy zaszokowani.

– Takie odkrycie zwykle wywołuje szok – odparła Neagley. – Mam nadzieję, że tak pozostanie.

Zasłoniła usta i nos. Reacher przekroczył próg kuchni. Na podłodze w korytarzu nie było niczego, jednak cuchnący odór i buczenie znacznie się wzmogły. W powietrzu unosił się rój much – ogromnych, niebieskich i lśniących. Owady bzyczały i uderzały gwałtownie o ściany, wydając cichy dźwięk. Znajdowały się po jednej i drugiej stronie na wpół uchylonych drzwi.

– Łazienka – powiedział Reacher.

Dom Swana miał układ podobny do układu domu Franza, był jednak bardziej przestronny, ponieważ działki budowlane w Santa Ana są większe niż w Santa Monica. Niższa cena nieruchomości oznacza więcej miejsca. Przez środek domu biegł korytarz, a każdy pokój był prawdziwym pomieszczeniem zamiast jedynie częścią jednej, otwartej przestrzeni. Kuchnię położoną z tyłu domu oddzielało od frontowego salonu pomieszczenie przeznaczone na garderobę. Z drugiej strony korytarza znajdowały się dwie sypialnie oddzielone łazienką.

Nie sposób było zgadnąć, skąd dochodzi fetor, który wypełniał cały dom.

Gorące powietrze silnie cuchnęło. W środku panowała absolutna cisza, jeśli nie liczyć bzyczenia obłąkańczo latających much. Much uderzających o porcelanę, tapety, drewniane drzwi.

– Zostańcie tutaj – polecił Reacher.

Ruszył w głąb korytarza. Dwa kroki. Trzy. Zatrzymał się obok łazienki i trącił drzwi butem. Uderzyła go chmara rozwścieczonych much. Odwrócił się, machając ręką. Po chwili skierował się ponownie do łazienki. Wysunął nogę i otworzył drzwi na oścież. Wachlując rękoma, spojrzał przez gromadę bzyczących owadów.

Ciało leżało na podłodze.

Ciało zdechłego psa.

Kiedyś był pięknym owczarkiem niemieckim ważącym ze czterdzieści lub więcej kilogramów. Zwierzę leżało na boku. Sierść sprawiała wrażenie skołtunionej. Owczarek miał otwarty pysk. Muchy ucztowały na jego języku, nosie i oczach.

Reacher wszedł głębiej, czując, jak muchy kłębią się wokół jego nóg. W wannie nie było niczego. Pusta była także toaleta. Z pyska owczarka wypłynęła ciecz. Reacher dostrzegł ręczniki starannie powieszone na wieszakach i zaschłe brązowe plamy na podłodze. Żadnych śladów krwi, jedynie odchody, które wylały się na zewnątrz, gdy zwierzęciu puściły zwieracze.

Wyszedł z łazienki.

– To jego pies – oznajmił. – Sprawdźcie pozostałe pomieszczenia i garaż.

Nie znaleźli niczego. Żadnych śladów walki lub bałaganu, żadnych oznak obecności samego Swana. Przegrupowali się w korytarzu, a muchy powróciły do swojego zajęcia w łazience.

– Co tu się stało? – zapytała Neagley.

– Swan wyszedł i nie wrócił – rzekł O’Donnell. – Pies zdechł z głodu.

– Raczej z pragnienia – wtrącił Reacher. Nikt nie odpowiedział.

– Miska na wodę w kuchni jest pusta – ciągnął Reacher. – Pies wypił ją, a następnie wychłeptał wodę z miski klozetowej. Przypuszczalnie męczył się przez tydzień.

– To straszne – jęknęła Neagley.

– Makabryczne. Lubię psy. Gdybym mieszkał gdzieś na stałe, sprawiłbym sobie trzy lub cztery. Będziemy musieli wynająć helikopter i wyrzucać tych gości jednego po drugim.

– Kiedy?

– Wkrótce.

– Będziemy potrzebowali jakiegoś tropu.

– To zacznijmy szukać.

***

Wzięli z kuchni kawałki papierowego ręcznika i zasłonili nosy, by pokonać smród, a następnie rozpoczęli długie i skrupulatne poszukiwania. O’Donnell wziął kuchnię, Neagley salon, a Reacher sypialnię Swana.

W żadnym z pomieszczeń nie odkryli nic istotnego. Ze stanu, w jakim znaleźli psa wynikało, że Swan wyszedł, ale miał zamiar niebawem wrócić. Zmywarka do naczyń była w połowie pełna i nie została uruchomiona. W lodówce znajdowało się jedzenie, a kuchenne wiadro wypełniały śmieci. Na łóżku pod poduszką leżała złożona pidżama. Na stoliku nocnym Swan zostawił w połowie przeczytaną książkę. Zakładką była jego wizytówka: „Antony Swan, emerytowany oficer, zastępca dyrektora ochrony New Age Defense Systems, Los Angeles, Kalifornia”. U dołu widniał adres e-mail oraz numer bezpośredni, na który Reacher i Neagley próbowali się dodzwonić tyle razy.- Co wytwarza firma New Age Defense Systems? – zapytał O’Donnell.

– Pieniądze – odparł Reacher. – Niestety, jak sądzę, mniej niż kiedyś.

– Mają jakiś produkt czy zajmują się działalnością badawczą?

– Babka, z którą rozmawialiśmy, twierdziła, że coś gdzieś produkują.

– Co dokładnie?

– Nie mamy pojęcia.

Wspólnie przeszukali drugą sypialnię położoną w tylnej części domu, z przesuwanymi drzwiami i stopniem prowadzącym na puste patio. W pokoju stało łóżko, lecz nie było wątpliwości, że Swan używał pomieszczenia jako swego azylu. Dostrzegli biurko, telefon i szafę na dokumenty, a także półki zapełnione mnóstwem pamiątek, które gromadzą sentymentalni ludzie.

Zaczęli od biurka. Trzy pary oczu i trzy różne zadania. I tym razem nic nie znaleźli. Przeszli do szafki z dokumentami. W środku znajdowało się mnóstwo papierów, które przechowuje każdy właściciel domu. Dowody wpłat podatku od nieruchomości, polisa ubezpieczeniowa, unieważnione czeki, zapłacone rachunki, paragony. W części przeznaczonej na prywatne papiery umieszczono dokumenty ubezpieczenia społecznego, stanowe i federalne deklaracje podatkowe, umowę o pracę zawartą z New Age Defense Systems oraz odcinki pensji. Wyglądało, że Swan wiódł dostatnie życie. W miesiąc wyciągał tyle, ile Reacher w ciągu minionego półtora roku.

Były też druki weterynaryjne. Okazało się, że owczarek Swana był suką, wabił się Maisi i w najbliższym czasie miał zostać zaszczepiony. Znaleźli też pisma wysłane przez organizację Stowarzyszenie na rzecz Etycznego Traktowania Zwierząt. Swan był jednym z jej głównych darczyńców. Przekazywał znaczne sumy. Reacher pomyślał, że sprawa musiała być tego warta. Swan nie był frajerem.

Sprawdzili półki i znaleźli pudło po butach wypełnione fotografiami. Różne migawki z życia osobistego i zawodowego Swana. Na niektórych była Maisi. Na innych, Reacher, Neagley i O’Donnell lub Franz, Karla Dixon, Sanchez z Orozco i Stan Lowrey. Wszystkie wykonano dawno temu. Byli na nich znacznie młodsi, wyraźnie inni, pełni młodości, zapału i pasji. Rozmaite fotki z biur i pokojów odpraw na całym świecie, na których widnieli po dwoje lub troje. Jedno ze zdjęć przedstawiało całą piątkę w mundurach galowych, zrobiono je przypuszczalnie tuż po przyznaniu im jakiegoś wyróżnienia. Reacher nie pamiętał, kto zrobił zdjęcie. Pewnie jakiś wojskowy fotograf. Nie pamiętał również, za co otrzymali wówczas nagrodę.

– Musimy się zbierać – przynagliła Neagley. – Mogli nas zobaczyć sąsiedzi.

– Mieliśmy usprawiedliwiony powód, aby sprawdzić, co się dzieje – odparł O’Donnell. – Nasz przyjaciel mieszka sam, nie odpowiada na pukanie do drzwi, z wnętrza domu dolatuje przykry zapach.

Reacher podszedł do burka i podniósł słuchawkę telefonu. Wcisnął klawisz powtórnego wybierania. Usłyszeli szybką serię elektronicznych dźwięków towarzyszącą wprowadzaniu ostatnio wykręconego numeru. Po chwili rozległ się sygnał. Telefon odebrała Angela Franz. Reacher usłyszał dolatujący z oddali głos Charliego. Odłożył słuchawkę.

– Ostatni telefon wykonał do Franza – oznajmił. – Do jego domu w Santa Monica.

– Zameldował się na służbie – skwitował O’Donnell. – Przecież domyślaliśmy się tego. To na nic.

– Nic nie znaleźliśmy – powiedziała Neagley.

– Pouczające jest to, czego tu nie ma – zauważył Reacher. – Nie ma jego kawałka muru berlińskiego. Nie ma pudła z rzeczami z New Age Defense Systems.

– Co z tego wynika?

– Może nam to pomóc w określeniu chronologii wydarzeń. Zostajesz wywalony z roboty, ładujesz swoje rzeczy do pudła, które wrzucasz do bagażnika samochodu. Jak długo je wozisz, zanim wniesiesz do domu i zrobisz porządek?

– Dzień lub dwa – odparł O’Donnell. – Swan musiał być cholernie wkurzony zwolnieniem, chociaż to bardzo zrównoważony człowiek. Przełknął porażkę i szybko wziął się w garść.

– Dwa dni?

– W najgorszym razie.

– Zatem wszystko wydarzyło się nie więcej niż dwa dni po wywaleniu go na bruk przez New Age.

– W jaki sposób nam to pomoże? – zapytała Neagley.

– Nie mam pojęcia – odpowiedział Reacher. – Z drugiej strony im więcej wiemy, tym więcej będziemy mieli szczęścia.

***

Wyszli przez kuchnię i zamknęli drzwi, lecz nie przekręcili zamka. Uznali to za bezcelowe. Przecież wybili szybę. Ruszyli wyłożoną płytami ścieżką wokół garażu i dostali się na podjazd. Następnie skierowali się w stronę chodnika. Okolica, w której znajdował się dom Swana, była spokojna. Typowa miejska sypialnia. Nic się nie poruszyło. Reacher spojrzał w prawo i w lewo, rozglądając się za wścibskimi sąsiadami. Żadnych świadków, żadnych ciekawskich oczu za kołyszącą się zasłoną.

Zauważył jedynie brązową crown victorię zaparkowaną w odległości czterdziesta metrów od nich.

Przodem w stronę domu Swana.

I jakiegoś faceta siedzącego za kierownicą.

22

– Udawajcie, że zatrzymaliście się mimochodem i rozejrzyjcie dookoła, jakbyście chcieli ostatni raz spojrzeć na dom. Rozmawiajcie ze sobą – polecił Reacher.

O’Donnell odwrócił się.

– Ta okolica przypomina kwatery żonatych oficerów w Fort Hood – doszedł do wniosku.

– Jeśli pominąć skrzynki na listy. Neagley odwróciła się.

– Podobają mi się – powiedziała. – Wiecie, te skrzynki.

– W odległości czterdziesta metrów na zachód stoi zaparkowana crown victoria. Śledzi nas. Siedzi Neagley na ogonie. Była w pobliżu, gdy spotkałem się z nią w Sunset. Towarzyszyła nam, gdy złożyliśmy wizytę w domu Franza. Teraz jest tutaj.

– Domyślasz się, kto to może być? – zapytał O’Donnell.

– Nie – odrzekł Reacher. – Uważam jednak, że czas najwyższy to ustalić.

– Tak jak kiedyś? Reacher skinął głową.

– Właśnie. Ja prowadzę.

Ostatni raz spojrzeli na dom Swana, odwrócili się i ruszyli w stronę krawężnika. Wsiedli do wozu wypożyczonego przez O’Donnella. Reacher zajął miejsce za kółkiem, Neagley obok niego, O’Donnell z tyłu. Żadne nie zapięło pasów.

– Nie uszkodź samochodu – poprosił O’Donnell. – Nie mam dodatkowego ubezpieczenia.

– Powinieneś je wykupić – odparł Reacher. – Zawsze warto się zabezpieczyć.

Uruchomił silnik i wolno ruszył spod krawężnika. Spojrzał przed siebie i sprawdził tył w lusterku wstecznym.

Chwilę później raptownie skręcił kierownicę, szybko zawrócił wóz w poprzek drogi, aby ponownie wcisnąć gaz i z dużą prędkością pokonać trzydzieści metrów. Gdy nacisnął hamulec, O’Donnell wyskoczył na drogę w odległości metra od maski crown vica. Reacher ponownie wcisnął gaz i zatrzymał wóz dokładnie na wysokości drzwi kierowcy. O’Donnell był już przy drzwiach pasażera. Reacher wyskoczył, a O’Donnell wybił szybę pięścią, wpychając nieznajomego wprost w ramiona Reachera. Ten zadał mu jeden cios w brzuch i jeden w twarz. Szybkie, mocne uderzenia. Facet osunął się na kolana. Reacher wykorzystał to, aby zadać mu ostatni, trzeci cios, tym razem łokciem w boczną część głowy. Gość powoli osunął się na ziemię jak zwalone drzewo. Leżał nieruchomo, rozciągnięty na plecach. Bezwładny i pozbawiony świadomości, z krwią sączącą się obficie ze złamanego nosa.

– Słuchajcie, to nadal działa – zauważył O’Donnell.

– Pod warunkiem że ja wykonam najtrudniejszą część – powiedział Reacher.

Neagley ujęła leżącego za klapy sportowej kurtki i przewróciła na bok, aby krew z nosa spływała na drogę zamiast do gardła. Uduszenie gościa mijało się z celem. Pochyliła się, aby poszukać wewnętrznej kieszeni i znieruchomiała.

Facet miał kaburę na ramieniu. Starą i sfatygowaną, wykonaną ze znoszonej czarnej skóry. W kaburze tkwił glock 17. Mężczyzna miał pasek z miejscem na dodatkowy magazynek i uchwytem, w którym tkwiły stalowe kajdanki.

Standardowe policyjne wyposażenie.

Reacher zajrzał do wnętrza crown vica. Przedni fotel pasażera był zasłany kawałkami szyby. Pod deską rozdzielczą spostrzegł zamontowane radio.

Nie było to radio, jakiego używają kierowcy taksówek

– Jasna cholera, załatwiliśmy gliniarza – powiedział.

– To ty wykonałeś najtrudniejszą robotę – przypomniał O’Donnell.

Reacher przykucnął, kładąc palce na szyi leżącego. Wyczuł puls. Silny i regularny. Facet oddychał. Jego nos kiepsko się prezentował, co później stanowiłoby pewien problem natury estetycznej, jednak nieznajomy od początku nie był szczególnie przystojny.

– Dlaczego nas śledził? – zapytała Neagley.

– Później się tego dowiemy – rzekł Reacher. – Kiedy znajdziemy się daleko stąd.

– Dlaczego uderzyłeś go tak silnie?

– Byłem wkurzony z powodu psa.

– Ten facet o niczym nie wiedział.

– Teraz mi to mówisz.

Neagley przejrzała jego kieszenie i wyciągnęła skórzany jakby portfel. W środku tkwiła chromowana odznaka oraz laminowana karta wetknięta w okienko z przezroczystego plastiku o mlecznym zabarwieniu.

– Thomas Brant – powiedziała. – Zastępca szeryfa hrabstwa Los Angeles.

– Jesteśmy w hrabstwie Orange – zwrócił uwagę O’Donnell. – Facet znalazł się poza obszarem swojej jurysdykcji. Podobnie jak w Sunset i Santa Monica.

– Sądzisz, że nam to pomoże?

– Niewiele.

– Posadźmy go wygodnie i spadajmy.

O’Donnell chwycił leżącego za nogi, a Reacher ujął go pod ramiona i chwilę później Brant leżał na tylnym siedzeniu swojego samochodu. Rozciągnęli go i ułożyli w pozycji zalecanej przez lekarzy, na boku, z jedną nogą uniesioną, tak aby mógł oddychać, aby się nie zadławił. Crown vic to przestronny wóz. Silnik był wyłączony, a przez zbite okno dostawało się do środka dość powietrza.

– Nic mu nie będzie – ocenił O’Donnell.

– Mam nadzieję – pocieszył się Reacher.

Zamknęli drzwi i wrócili do samochodu wypożyczonego przez O’Donnella, który w dalszym ciągu stał na środku ulicy z pootwieranymi drzwiami i pracującym silnikiem. Reacher usiadł z tyłu. Tym razem w rolę kierowcy wcielił się O’Donnell. Neagley usiadła obok niego. Uprzejmy głos GPS skierował ich na autostradę.

– Powinniśmy zwrócić ten wóz – powiedziała Neagley. – Natychmiast. A później mojego mustanga. Musieli zapisać numery rejestracyjne.

– W jaki sposób będziemy się poruszać? – zapytał Reacher.

– Pora, żebyś ty coś wypożyczył.

– Nie mam prawa jazdy.

– W takim razie będziemy musieli korzystać z taksówek. Trzeba ich zgubić.

– To oznacza zmianę hotelu.

– Pewnie tak.

***

Aparat GPS nie pozwalał na zmianę punktu docelowego w trakcie jazdy. Kwestia odpowiedzialności. O’Donnell zjechał na pobocze, zatrzymał wóz i zmienił cel podróży z Beverly Wilshire na parking Hertza na lotnisku w Los Angeles. Przez chwilę urządzenie „wytyczało trasę”, a następnie ponownie odezwał się cierpliwy głos, nakazując O’Donnellowi, aby zawrócił i pojechał na zachód zamiast na wschód, w stronę drogi Czterysta Pięć zamiast Piątki. Na bocznych drogach panował umiarkowany ruch, lecz wszystkie autostrady były zakorkowane.

– Neagley, opowiedz mi o swoim wczorajszym dniu – poprosił Reacher.

– Co chciałbyś wiedzieć?

– Co robiłaś?

– Przyleciałam na lotnisko w Los Angeles, wynajęłam samochód i pojechałam do hotelu w Wilshire. Zameldowałam się i pracowałam przez godzinę. Następnie pojechałam do restauracji Denny’ego w Sunset. Tam czekałam na ciebie.

– Musieli cię śledzić przez całą drogę z lotniska.

– To jasne. Pytanie dlaczego.

– Nie, to drugie pytanie. Pierwsze pytanie brzmi jak. Kto wiedział, kiedy i gdzie wylądujesz?

– Gliniarz, którego załatwiłeś. Przekazał moje nazwisko agentowi Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego, który dał mu cynk, gdy tylko kupiłam bilet.

– Okej. Dlaczego?

– Prowadził dochodzenie w sprawie śmierci Franza. To jeden z zastępców szeryfa hrabstwa Los Angeles. Wiedzą, że byłam współpracowniczką Franza.

– Wszyscy byliśmy.

– Ja przyleciałam pierwsza.

– Sądzisz, że nas podejrzewają?

– Być może. Z braku innych podejrzanych.

– Są tacy głupi?

– Są normalni. My również przyjrzelibyśmy się współpracownikom zamordowanego.

– Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą – odparł Reacher.

– Racja – przytaknęła Neagley. – Właśnie zadarliśmy z pracownikami biura szeryfa hrabstwa Los Angeles. Staniemy się sławni. Mam nadzieję, że ci faceci nie mają podobnego powiedzenia.

– Założę się, że mają.

***

Na lotnisku w Los Angeles panował gigantyczny chaos. Podobnie jak każde lotnisko, które Reacher oglądał w swoim życiu, także to znajdowało się w stanie ciągłej rozbudowy. O’Donnell przedarł się przez strefę robót i obwodnice, aby w końcu dotrzeć do punktu odstawiania wypożyczonych pojazdów. W długich szeregach stały samochody różnych wypożyczalni – czerwone, zielone, niebieskie i na koniec żółte, należące do Hertza. Kiedy O’Donnell stanął w sporej kolejce aut ustawionych zderzak w zderzak, facet w firmowym ubraniu podszedł i ręcznym czytnikiem zeskanował kod umieszczony na tylnej szybie. Urwali się tamtym.

– Co teraz? – zapytał O’Donnell.

– Podjedziemy autobusem do terminalu i złapiemy taksówkę. Później wypiszemy się z hotelu i pojedziemy mustangiem. W tym czasie Reacher znajdzie nowy hotel i zacznie się bawić tymi liczbami. W porządku?

Reacher nie odpowiedział. Wpatrywał się w drugi koniec parkingu, w pomieszczenie biura, w którym za szklanymi drzwiami stała kolejka oczekujących.

Uśmiechał się.

– Co jest? – zapytała Neagley. – Powiedz, co zobaczyłeś.

– Jest w środku – wyjaśnił Reacher. – Czwarta w kolejce. Widzisz ją?

– Kogo?

– Niską czarnowłosą kobietę? Jestem pewien, że to Karla Dixon.

23

Reacher, Neagley i O’Donnell przemierzali parking, z każdym krokiem upewniając się, że kobieta, którą widzą, to Dixon. Kiedy znaleźli się w odległości trzech metrów od biura, byli absolutnie pewni. To była ona. Nie można jej było pomylić z nikim innym. Niska, szczęśliwa kobieta mająca jak najgorsze zdanie o innych. Była w środku i przesunęła się na trzecie miejsce w kolejce. Z mowy ciała można było wywnioskować, że jest jednocześnie zniecierpliwiona i gotowa czekać. Jak zawsze sprawiała wrażenie zrelaksowanej, a jednocześnie wiecznie niespokojnej, kipiącej energią, jakby nie wystarczyła jej doba licząca dwadzieścia cztery godziny. Wydawała się szczuplejsza niż kiedyś. Miała na sobie czarne dżinsy i czarną kurtkę skórzaną. Gęste czarne włosy krótko przycięła. Obok niej stała walizka na kółkach marki Turni. Na ramieniu zawiesiła czarną skórzaną aktówkę.

Najwyraźniej poczuła na sobie ich wzrok, bo odwróciła się i spojrzała, nie zdradzając żadnych uczuć, jakby widziała ich nie kilka lat, lecz kilka minut temu. Uśmiechnęła się z odrobiną smutku, jakby przeczuwała, co się stało. Po chwili wskazała głową na pracowników za ladą, jakby chciała powiedzieć: Zaraz do was dołączę, sami wiecie, jacy są cywile.

Neagley i O’Donnell skinęli głowami i pokazali na palcach, aby wzięła czteroosobowy samochód. Dixon zrozumiała i odwróciła się.- To iście biblijne zjawisko, ludzie zmartwychwstają.

– Nie ma w tym nic biblijnego – odparł Reacher. – Nasze przypuszczenia okazały się błędne. To wszystko.

Do biura wrócił czwarty pracownik i zajął stanowisko za kontuarem. Chociaż jeszcze przed chwilą Dixon była trzecia w kolejce, została obsłużona w ciągu trzydziestu sekund. Reacher zauważył różowe mignięcie prawa jazdy z Nowego Jorku i platynowe – karty kredytowej przechodzącej z rąk do rąk. Pracownik przygotował, a Dixon podpisała kilka dokumentów, by po chwili odebrać wypchaną żółtą kopertę wraz z kluczykami. Przytrzymała aktówkę, podniosła walizkę i ruszyła do wyjścia. Po chwili była na chodniku. Stanęła przed Reacherem, Neagley i O’Donnellem, patrząc na nich po kolei spokojnie i poważnie.

– Przepraszam, że spóźniłam się na przyjęcie. Widzę, że impreza ma nieco inny charakter.

– Co wiesz? – zapytał Reacher.

– Dostałam jedynie twoje wiadomości. Nie chciałam czekać w Nowym Jorku na bezpośrednie połączenie. Chciałam wyruszyć od razu. Pierwszy lot był z przesiadką w Las Vegas. Musiałam czekać dwie godziny na następny samolot. Wykonałam kilka telefonów i po węszyłam. Sprawdziłam to i owo. Okazało się, że Sanchez i Orozco zaginęli. Można by odnieść wrażenie, że jakieś trzy tygodnie temu zniknęli z powierzchni ziemi.

24

Firma Hertz wypożyczyła Dixon forda 500, przyzwoity, czteromiejscowy samochód. Zapakowała rzeczy do bagażnika i usiadła za kierownicą. Neagley zajęła miejsce obok niej, a Reacher i O’Donnell wcisnęli się na tylne siedzenie. Dixon uruchomiła silnik i opuściła teren lotniska, kierując się na północ od Sepulveda. Mówiła nieprzerwanie przez pierwszych pięć minut. Ostatnio pracowała pod przykrywką jako nowy pracownik domu maklerskiego przy Wall Street. Jej klient, poważny inwestor instytucjonalny, podejrzewał, że firma maklerska robi przekręty. Podobnie jak wszyscy agenci działający pod przykrywą musiała konsekwentnie się jej trzymać, co oznaczało zerwanie wszelkich związków z dawnym życiem. Nie mogła dzwonić do swojego biura z komórki, którą otrzymała od domu maklerskiego, ani z telefonu stacjonarnego w mieszkaniu, które wynajęła jej firma. Nie mogła odbierać poczty elektronicznej z firmowego blackberry. W końcu dyskretnie sprawdziła swoją automatyczną sekretarkę z aparatu na dworcu i odkryła kilka coraz bardziej dramatycznych wiadomości dziesięć-trzydzieści. Niewiele myśląc, rzuciła robotę, pojechała wprost na lotnisko JFK i wsiadła na pokład samolotu linii America West. Z lotniska w Vegas zadzwoniła do Sancheza i Orozco. Żadnej odpowiedzi. Co gorsza, pamięć ich automatycznej sekretarki była pełna, co uznała za zły znak. Pojechała taksówką do ich biura, aby na podstawie poczty pozostawionej przy drzwiach stwierdzić, że opuścili je jakieś trzy tygodnie temu. Sąsiedzi od dłuższego czasu nie widzieli żadnego z nich.

– Wszystko jasne – rzekł Reacher. – Zostało nas czworo.

Przez pięć kolejnych minut mówiła Neagley. Złożyła koleżance przejrzysty raport. Bez zbędnych słów, nie pomijając szczegółów. Przedstawiła wszystkie twarde dowody i spekulacje, poczynając od telefonu Angeli Franz. Streściła raport z sekcji zwłok Franza, opisała mały domek Franza w Santa Monica. Przewrócone do góry nogami biuro w Culver City. Wspomniała o plikach zapisanych na pendrive’ach. Budynek firmy New Age Defense Systems. Przybycie O’Donnella. Martwego psa. Niefortunną napaść na zastępcę szeryfa hrabstwa Los Angeles przed domem Swana w Santa Ana i decyzję zwrócenia samochodów do Hertza, aby zmylić pościg.

– Udało się nam rozwiązać przynajmniej ten problem – zauważyła Dixon. – Nikt nas nie śledzi, więc możemy założyć, że ten samochód jest czysty.

– Jakieś wnioski? – zapytał Reacher.

Dixon zastanawiała się przez czas potrzebny do pokonania trzystu metrów zatłoczonego bulwaru. Skręciła w Czterysta Piątą, a następnie wjechała na autostradę prowadzącą do San Diego, ruszyła nią jednak na północ do Sherman Oakes i Van Nuys.

– Jeden – odpowiedziała. – Nie sądzę, aby Franz zadzwonił tylko do niektórych, ponieważ pozostałych uznał za niedostępnych. Nie sądzę również, że zlekceważył problem, nie zawiadamiając pozostałych. Był na to zbyt inteligentny. I zbyt ostrożny. Wiecie, miał żonę i dziecko. Uważam, że powinniśmy zmienić hipotezę. Zastanowić się, kim był, a kim nie był. Sądzę, że skontaktował się tylko z niektórymi, bo miał bardzo mało czasu. Musiał działać naprawdę szybko. Oczywiście, wezwał Swana, ponieważ ten znajdował się w tym samym mieście. Później zadzwonił do Sancheza i Orozco, którzy mieszkają w Las Vegas, zaledwie godzinę drogi stąd. Pozostali nie mogli mu pomóc, ponieważ dzielił ich od niego co najmniej dzień drogi. Działał szybko, w panice, pod presją czasu. Najwyraźniej różnicę robiło już pół dnia.

– Masz na myśli coś konkretnego? – zapytał Reacher.

– Nie. Szkoda, że zniszczyliście zawartość tamtych pendrive’ów. Wiedzielibyśmy, jakie informacje były nowe lub inne od pozostałych.

– Musi chodzić o nazwiska – powiedział O’Donnel1. – To jedyne twarde fakty, którymi dysponujemy.

– Liczby też bywają twardymi faktami – zauważyła Dixon.

– Oślepniesz, próbując dopatrzyć się w nich jakiegoś sensu.

– Może tak, a może nie. Czasami do mnie przemawiają.

– Te nie przemówią.

W samochodzie zapanowała cisza. Na drodze nie było większych korków. Dixon przemknęła przez skrzyżowanie Czterystapiątki z Dziesiątką.

– Dokąd jedziemy? – zapytała.

– Proponuję Chateau Marmont. To spokojny hotel na uboczu.

– Na dodatek bardzo drogi – zauważył Reacher. Coś w jego głosie sprawiło, że Dixon spojrzała do tyłu.

– Reacher cienko przędzie.

– Nie jestem zaskoczona – odparła Dixon. – Nie pracuje od dziewięciu lat.

– Nie przepracowywał się także wtedy, gdy służył w wojsku – dodał O’Donnell. – Po co miałby zmieniać stare nawyki?

– Nie chce, aby inni za niego płacili – kontynuowała Neagley.

– Biedaczek – rzuciła Dixon.

– Staram się jedynie być uprzejmy.

Dixon trzymała się Czterystapiątki aż do bulwaru Santa Monica, a następnie skręciła na północny wschód, zamierzając przejechać Beverly Hills i zachodnie Hollywood, by wjechać do Sunset w okolicy Laurel Canyon.

– Nasze hasło to: Nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą. Nasza czwórka powinna to udowodnić. Ze względu na tych, którzy odeszli. Trzeba zdefiniować strukturę dowodzenia, opracować plan i przyjąć budżet.

– Budżet pozostawcie mnie – odpowiedziała Neagley.

– Możesz?- Tego roku Departament Bezpieczeństwa Krajowego wpompował siedem miliardów dolarów w sektor prywatny. Część tych środków trafiła do Chicago. Mam połowę tego, co znalazło się na naszym koncie.

– Jesteś bogata?

– Bogatsza niż wówczas, gdy byłam sierżantem.

– Zwrócimy ci forsę – zapewnił O’Donnell. – Ludzie zabijają z miłości lub dla pieniędzy. Ci goście z pewnością nie zrobili tego z miłości. Na pewno kryje się za tym kasa.

– Zgadzacie się, aby Neagley pilnowała budżetu? – zapytała Dixon.

– Co to jest? Demokracja? – żachnął się Reacher. Uniosły się cztery dłonie. Dwóch majorów i jeden kapitan zagłosowali za tym, aby sierżant Neagley przejęła kontrolę nad kasą.

– W porządku, a teraz plan – ciągnęła Dixon.

– Najpierw struktura dowodzenia – zaoponował O’Donnell. – Nie stawia się konia przed wozem.

– W porządku – zgodziła się Dixon. – Głosuję na Reachera.

– Ja też – odparł O’Donnell.

– I ja – powiedziała Neagley. – Zawsze dowodził.

– Nie mogę objąć dowództwa – sprzeciwił się Reacher. – Uderzyłem gliniarza. Jeśli sprawa się wyda, trafię do pudła i będziecie musieli sobie radzić beze mnie. Nie mogę przyjąć tego stanowiska.

– Zajmiemy się tym w swoim czasie – odparła Dixon.

– Ten czas szybko nadejdzie – zauważył Reacher. – Jak amen w pacierzu. Jutro, najpóźniej pojutrze.

– Może puszczą to płazem.

– Zapomnij o tym. Czy my zachowalibyśmy się w taki sposób?

– Może facet będzie się wstydził o tym zameldować?

– Nie musi tego robić. Ludzie zauważą. Ma podbite oko i rozkwaszony nos.

– Przecież gość nie wie nawet, kim jesteś.

– Wystarczy, że wie o Neagley. Śledził nas. Wie, kim jesteśmy.

– Nie możesz dać się za to aresztować – zaprotestował O’Donnell. – Wsadzą cię do pudła. Jeśli do tego dojdzie, będziesz musiał zmykać z miasta.

– Wykluczone. Jeśli mnie nie dostaną, dobiorą się do moich współpracowników. Nie chcemy tego. Musimy mieć tu przyczółek.

– Znajdziemy ci prawnika. Kogoś taniego.

– Nie, znajdziemy kogoś dobrego – zapewniła Dixon.

– Niezależnie od tego, co zrobicie, moje możliwości działania będą ograniczone.

Nikt nie powiedział ani słowa.

– Dowodzić powinna Neagley.

– Nie zgadzam się – powiedziała Neagley.

– Nie możesz. To rozkaz.

– Skoro nie jesteś dowódcą, nie możesz mi rozkazywać.

– W takim razie dowódcą będzie Dixon.

– Odmawiam – rzekła Dixon.

– Okej, niech dowodzi O’Donnell.

– Rezygnuję.

– Reacher będzie dowodził do czasu aresztowania, później zastąpi go Neagley. Zgadzacie się?

W górę powędrowały trzy dłonie.

– Pożałujecie – odparł Reacher. – Zadbam o to.

– Jaki mamy plan, szefie? – zapytała Dixon, powodując, że Reacher przeniósł się dziewięć lat wstecz do czasu, kiedy ostatni raz zadano mu podobne pytanie.

– To co zwykle – wycedził. – Dochodzenie, przygotowanie i realizacja. Odnajdziemy drani, załatwimy ich i naszczamy na groby ich przodków.

25

Chateau Marmont był starym hotelem w Sunset, u wyłom Laurel Canyon – ulubionym miejscem artystycznej bohemy. Zatrzymywały się w nim najróżniejszej maści gwiazdy filmu i rocka: Errol Flynn, Clark Gable, Marilyn Monroe, Greta Garbo, James Dean, John Lennon, Mick Jagger, Bob Dylan, Jim Morrison. Wpadali tu członkowie Led Zeppelin i Jefferson Airplane. W Chateau Marmont zmarł John Belushi, po wzięciu takiej dawki heroiny i kokainy, która powaliłaby wszystkich gości hotelowych. Chyba właśnie dlatego nie powieszono jego fotografii.

Recepcjonista poprosił o dowody tożsamości i platynową kartę Neagley, dlatego wszyscy zameldowali się pod prawdziwym nazwiskiem. Nie mieli wyboru. Później facet oznajmił, że mają tylko trzy wolne pokoje. Neagley musiała mieszkać sama, więc Reacher i O’Donnell zadowolili się wspólnym pokojem, aby każda z dam miała własne lokum. O’Donnell miał odwieźć Neagley do Beverly Wilshire samochodem Dixon, aby zabrała rzeczy i wypisała się. Później miał pojechać za nią na lotnisko Los Angeles, żeby zwrócić mustanga i odwieźć ją z powrotem. Przeznaczyli na to wszystko trzy godziny. Reacher i Dixon mieli zostać w hotelu i popracować nad liczbami.

***

Rozłożyli się w pokoju Dixon. Facet w recepcji twierdził, że kiedyś zatrzymał się w nim Leonardo diCaprio, po którym nie pozostał jednak żaden ślad. Reacher rozłożył na łóżku siedem arkuszy i zaczął obserwować Dixon, która pochyliła się i przystąpiła do ich analizy. Przeglądała je tak, jak niektórzy ludzie czytają nuty lub wiersze.

– Zauważyłam dwie ważne rzeczy – rzekła błyskawicznie. – Nie ma żadnego stuprocentowego wyniku. Ani jednego dziesięć dziesiątych lub dziewięć dziesiątych.

– I?

– Pierwsze trzy arkusze zawierają dwadzieścia sześć liczb, czwarty dwadzieścia siedem, a trzy ostatnie ponownie po dwadzieścia sześć.

– Co z tego wynika?

– Nie mam pojęcia. Żaden z arkuszy nie jest pełny, więc dwadzieścia sześć i dwadzieścia siedem liczb musi coś oznaczać. To celowy zabieg, nie żaden przypadek. Nie jest to jedynie ciąg liczb z podziałem na strony. Gdyby tak było, Franz zapisałby je na sześciu, a nie siedmiu arkuszach. Wyraźnie chodzi o siedem odrębnych kategorii.

– Odrębnych, lecz w jakimś sensie podobnych – powiedział Reacher. – Ten ciąg liczb coś opisuje.

– Zauważyłeś, że wyniki są coraz gorsze? – zapytała Dixon.

– Wyraźnie gorsze.

– Zjawisko ma charakter gwałtowny. Początkowo wyniki były dobre, a później uległy nagłemu pogorszeniu.

– Co oznaczają te liczby?

– Nie wiem.

– Jakie zdarzenia można mierzyć w powtarzalny sposób?

– Sądzę, że niemal wszystko. Stan zdrowia psychicznego, udzielając odpowiedzi na proste pytania. Sprawność fizyczną, koordynację ruchową. Można zapisać w ten sposób liczbę błędów, ale wówczas mielibyśmy do czynienia z poprawą, a nie pogorszeniem wyników.

– O jakie kategorie może chodzić? Czego powinniśmy szukać? Siedmiu zdarzeń jakiego rodzaju?

Dixon skinęła głową.

– To klucz do rozwiązania zagadki. Musimy od tego zacząć.

– Nie sądzę, aby były to wyniki testów medycznych. Jakichkolwiek testów. W jakim celu Franz umieściłby dwadzieścia siedem pytań w arkuszach, które zawierają po dwadzieścia sześć liczb? Takie postępowanie pozbawiłoby badanie waloru spójności.

Dixon wzruszyła ramionami i wyprostowała się. Zdjęła żakiet i rzuciła go na łóżko. Podeszła do okna, rozsunęła zasłony i wyjrzała na zewnątrz. Po chwili uniosła głowę i spojrzała na wzgórza.

– Lubię Los Angeles – powiedziała.

– Ja też – zawtórował Reacher.

– Jeszcze bardziej lubię Nowy Jork.

– Ja chyba też.

– Kontrast pomiędzy tymi miejscami jest taki przyjemny.

– Tak sądzę.

– Chociaż okoliczności są paskudne, cieszę się, że cię widzę, Reacher. Naprawdę.

Reacher skinął głową.

– Ja również. Sądziłem, że cię straciliśmy. To nie było przyjemne.

– Mogę cię objąć?

– Chcesz tego?

– Chciałam objąć was wszystkim, tam u Hertza. Nie zrobiłam tego, bo Neagley nie byłaby zadowolona.

– Neagley podała dłoń Angeli Franz i tej babce z New Age Defense Systems.

– Zrobiła postępy.

– Niewielkie.

– Pewnie ktoś ją wykorzystał dawno temu. Zawsze to przeczuwałam.

– Nigdy o tym nie wspomniała – powiedział Reacher.

– To smutne.

– Jak cholera.

Kiedy Karla Dixon odwróciła się w jego stronę, Reacher wziął ją w ramiona i przytulił. Miała cudny zapach. Jej włosy pachniały szamponem. Uniósł Karlę i zatoczył wolne koło. Wydała mu się lekka, szczupła i krucha. Wąska w talii. Miała na sobie czarną jedwabną bluzkę, pod którą kryła się ciepła skóra. Postawił ją na podłodze. Wyprostowała się i pocałowała go w policzek.

– Tęskniłam za tobą – powiedziała. – Tęskniłam za wami wszystkimi.

– Ja również. Nawet nie wiedziałem jak bardzo.

– Podoba ci się życie w cywilu? – zapytała.

– Tak, myślę, że jest okej.

– Mnie się nie podoba. Może odnalazłeś się w tym świecie lepiej ode mnie.

– Sam nie wiem. W ogóle nie wiem, czy się odnalazłem. Kiedy patrzę na was, wydaje mi się, że tylko biję pianę. Jakbym tonął. Wy w przeciwieństwie do mnie pływacie.

– Naprawdę jesteś spłukany?

– Do suchej nitki.

– Ja również – powiedziała. – Zarabiam trzysta tysięcy rocznie i jestem spłukana. Samo życie. Wiesz, jak jest.

– Często ogarniają mnie podobne uczucia. Dopóki na koncie nie pojawią się pieniądze. Neagley przelała mi tysiąc trzydzieści dolarów.

– Nasz kod dziesięć-trzydzieści? Bystra sztuka.

– Chciała, żebym miał kasę na bilet lotniczy. Gdyby nie to, pewnie przyjechałbym autostopem.

– Musiałbyś pokonać drogę na piechotę. Nie zabrałby cię żaden człowiek będący przy zdrowych zmysłach.

Reacher spojrzał na swoje odbicie w starym, pokrytym plamami lustrze. Olbrzym o dłoniach wielkości mrożonego indyka, zarośnięty, nieogolony, z rozdartymi rękawami koszuli. Przypominał potwora doktora Frankensteina.

Nagle go olśniło.

Z wielkiej wojskowej machiny do czegoś takiego.

– Mogę cię o coś zapytać? – powiedziała Dixon.

– Śmiało.

– Zawsze chciałam, aby łączyło nas coś więcej niż praca.

– Kogo?- Ciebie i mnie.

– To było stwierdzenie, a nie pytanie.

– Czy miałeś podobne uczucia?

– Szczerze?

– Proszę.

– Tak.

– Dlaczego nie poznaliśmy się bliżej?

– To nie byłoby właściwe.

– Przecież lekceważyliśmy wszystkie przepisy.

– Rozbilibyśmy zespół. Inni byliby zazdrośni.

– Neagley też?

– Na swój sposób.

– Mogliśmy zachować wszystko w sekrecie.

– Niemożliwe – odparł Reacher.

– Teraz też możemy mieć własną tajemnicę. Mamy trzy godziny.

Reacher nie odpowiedział ani słowa.

– Przepraszam – powiedziała Dixon. – Wszystkie te złe rzeczy powodują, że życie wydaje mi się takie krótkie.

– W dodatku nasz zespół został rozwiązany – zauważył Reacher.

– Właśnie.

– Masz chłopaka na wschodzie?

– Nie.

Reacher zrobił krok w stronę łóżka. Karla Dixon podeszła i stanęła obok niego, przywierając biodrami do jego uda. Siedem kartek nadal leżało w schludnym rzędzie.

– Chcesz się przyjrzeć liczbom? – zapytał Reacher.

– Nie teraz – odpowiedziała.

– Ja też nie mam ochoty. – Zebrał arkusze i wsunął je pod telefon.

– Jesteś pewna, że tego chcesz?

– Jestem tego pewna od piętnasta lat.

– Ja też, lecz musimy zachować wszystko w sekrecie.

– Zgoda.

Wziął ją w ramiona i pocałował w usta. Guziki bluzeczki były małe i niewygodne w rozpinaniu.

26

Później leżeli jakiś czas obok siebie, aż wreszcie Dixon powiedziała:

– Pora zabrać się do roboty. – Reacher przekręcił się na bok i sięgnął po kartki leżące na nocnym stoliku, lecz Dixon powstrzymała go. – Nie tak, zastanówmy się bez patrzenia. W ten sposób więcej zobaczymy.

– Tak sądzisz?

– W sumie mamy sto osiemdziesiąt trzy liczby. Sto osiemdziesiąt trzy, co to za liczba?

– Nie jest to liczba pierwsza – stwierdził Reacher. – Dzieli się przez trzy i sześćdziesiąt jeden.

– Nie obchodzi mnie, czy jest to liczba pierwsza, czy nie.

– Jeśli pomnożysz ją przez dwa, otrzymasz trzysta sześćdziesiąt sześć, czyli liczbę dni w roku przestępnym.

– Zatem jest to połowa dni roku przestępnego, czy tak?

– Nie, mamy przecież siedem list – odpowiedział Reacher. – Połowa dowolnego roku to sześć miesięcy i sześć list.

Dixon zamilkła.

Reacher zamyślił się. Pół roku.

Pół.

Można to zrobić na wiele sposobów.

Dwadzieścia sześć, dwadzieścia siedem.

– Ile dni jest w połowie roku? – zapytał.

– Zwykłym? To zależy w której. Sto osiemdziesiąt dwa lub sto osiemdziesiąt trzy.

– W jaki sposób uzyskać połowę?

– Dzieląc przez dwa.

– A gdybyś pomnożyła liczbę dni w pełnym roku przez siedem dwunastych?

– To więcej niż połowa?

– A następnie przez sześć siódmych?

– Wtedy otrzymałbyś dokładnie połowę. Siedem dwunastych razy sześć siódmych to czterdzieści dwa osiemdziesiątych czwartych.

– Dokładnie.

– Nie łapię.

– Ile jest tygodni roboczych w roku?

– Pięćdziesiąt dwa?

– A dni roboczych?

– Dwieście sześćdziesiąt w pięciodniowym i trzysta dwanaście w sześciodniowym tygodniu pracy.

– Ile takich dni byłoby w ciągu siedmiu miesięcy w sześciodniowym tygodniu pracy?

Dixon pomyślała przez chwilę.

– To zależy od tego, jakich siedem miesięcy wybierzesz i w jakie dni wypada niedziela. Którego dnia przypada pierwszy stycznia, czy chodzi o siedem kolejnych miesięcy, czy wybierasz, jak chcesz.

– Zastanów się nad liczbami, Karla. Możliwe są tylko dwie odpowiedzi.

Dixon pomyślała chwilę.

– Sto osiemdziesiąt dwa lub sto osiemdziesiąt trzy.

– Właśnie – powiedział Reacher. – Siedem arkuszy Franza odpowiada siedmiu miesiącom złożonym z sześciodniowych tygodni pracy. Tylko jeden długi miesiąc miał cztery niedziele, stąd odstępstwo w postaci dwudziesta siedmiu dni.

Dixon wyślizgnęła się spod prześcieradła i podeszła naga do walizki, aby po chwili wrócić ze skórzanym kalendarzem Filofax. Otworzyła go i rozłożyła na łóżku, a następnie sięgnęła po arkusze upchnięte na stoliku nocnym, by umieścić je w jednej linii poniżej kalendarza. Porównała arkusz z kalendarzem.

– To ten rok – stwierdziła. – Siedem ostatnich miesięcy. Aż do końca ubiegłego miesiąca. Jeśli pominiesz niedziele, otrzymasz dwudziestosześciodniowy miesiąc, następnie miesiąc liczący dwadzieścia siedem dni i trzy miesiące po dwadzieścia sześć.

– Doskonale – pochwalił ją Reacher. – W ciągu ostatnich siedmiu miesięcy jakaś zmienna zaczęła przyjmować coraz gorsze wartości. To jakieś wyniki. Mamy już połowę.

– Łatwiejszą połowę – przytaknęła Dixon. – Powiedz mi, co oznaczają te liczby.

– Chodzi o zdarzenie, które mogło zachodzić dziewięć, dziesięć, dwanaście lub trzynaście razy dziennie od poniedziałku do soboty i nie zawsze okazywało się zgodne z oczekiwaniami.

– Jakiego rodzaju zdarzenie?

– Nie wiem. Co zdarza się dziesięć lub dwanaście razy dziennie?

– Na pewno nie wyprodukowanie nowego egzemplarza forda T. Musi chodzić o jakieś zjawisko w małej skali. Wizytę u specjalisty, na przykład u dentysty, prawnika czy fryzjera.

– W pobliżu biura Franza jest salon kosmetyczny.

– Salon kosmetyczny ma więcej klientów. Poza tym co łączy manicure ze zniknięciem czterech naszych i Syryjczykiem posługującym się czterema fałszywymi nazwiskami?

– Nie mam pojęcia – odparł Reacher.

– Ja również.

– Powinniśmy wziąć prysznic i ubrać się.

– Potem.

– Po czym?

Dixon nie odpowiedziała. Wróciła do łóżka, przycisnęła go do poduszki i pocałowała.

***

W odległości przeszło trzech tysięcy kilometrów od nich, na wysokości jedenastu kilometrów, ciemnowłosy mężczyzna występujący jako Alan Mason siedział w przedniej kabinie boeinga 757 linii United Airlines lecącego z nowojorskiego lotniska La Guardia do Denver w stanie Kolorado. W fotelu o numerze 3A. Na bocznym oparciu stała szklanka gazowanej wody mineralnej, a na kolanach spoczywała rozłożona gazeta. Nie czytał jej, lecz wyglądał przez okno, obserwując białe chmury w dole.

***

Jedenaście kilometrów na południe od nich facet w ciemnoniebieskim garniturze jechał ciemnoniebieskim chryslerem za O’Donnellem i Neagley, którzy odwozili mustanga na parking Hertza. Śledził ich od momentu, gdy opuścili hotel Beverly Wilshire. Uznał, że chcą wsiąść na pokład samolotu, więc wybrał pas umożliwiający podążenie za nimi do jednego z terminali lotniska. Kiedy O’Donnell skręcił na północ, w stronę Sepulveda, musiał przepychać się między innymi pojazdami. W rezultacie znalazł się dziesięć samochodów z tyłu. Pomyślał, że dobrze się stało i że nie będzie się nikomu rzucał w oczy.

27

– Znaleźliśmy się w kropce – rzekł O’Donnell.

– Trzeba spojrzeć faktom w oczy. Trop się urwał, nie mamy żadnych użytecznych informacji – dodała Neagley.

Zebrali się w sypialni Karli Dixon. Niegdysiejszym apartamencie Leonarda diCaprio. Łóżko zostało posłane, a Reacher i Dixon wzięli prysznic, ubrali się i wysuszyli włosy. Stali w odpowiedniej odległości od siebie. Na stoliku nocnym leżało siedem arkuszy i kalendarz. Nikt nie zaprzeczał, że chodziło o siedem ostatnich miesięcy. Z drugiej strony nikt nie uznał tej informacji za przydatną.

– Co robimy, szefie? – zapytała Dixon.

– Ogłaszam przerwę – zarządził Reacher. – Coś przeoczyliśmy. Nie myślimy jak należy. Powinniśmy zrobić sobie przerwę i wrócić do tego za jakiś czas.

– Nigdy nie robiliśmy przerw.

– Mieliśmy pięć dodatkowych par oczu.

***

Facet w ciemnoniebieskim garniturze powiedział do mikrofonu:

– Przeprowadzili się do Chateau Marmont. Jest ich teraz czworo. Przyjechała Karla Dixon. Wszyscy obecni. – Wysłuchał odpowiedzi szefa, wyobrażając sobie, jak ten wygładza krawat na koszuli.

***

Reacher wybrał się na samotny spacer w kierunku zachodniej części Sunset. Samotność była jego naturalnym stanem. Wyciągnął pieniądze z kieszeni i przeliczył. Pozostało niewiele. Wszedł do sklepu z pamiątkami i znalazł wieszak z przecenionymi koszulami. Kolekcja z minionego roku lub minionej dekady. Na jednym końcu wisiały niebieskie koszulki z białym wzorem, lśniące, z ręcznie wykonanego materiału. Szeroki kołnierzyk, krótki rękaw, obszyte krawędzie. Wybrał jedną z nich. Przypominała koszulę, w jakiej jego ojciec chadzał na kręgle w latach pięćdziesiątych. Tylko rozmiar był większy. Reacher był znacznie potężniejszy od swojego ojca. Znalazł lustro i przyłożył wieszak z koszulką pod brodę. Wyglądało na to, że będzie dobra. Uznał, że jest wystarczająco szeroka w ramionach. Krótki rękaw rozwiązywał problem polegający na znalezieniu koszuli o wystarczająco długich rękawach, aby pomieścić jego ręce, które przypominały kończyny goryla z tą różnicą, że były dłuższe i grubsze.

Po doliczeniu podatku cena koszulki sięgnęła niemal dwudziestu jeden dolarów. Reacher zapłacił facetowi przy kasie, a następnie odgryzł metkę i ściągnął starą koszulę, by zastąpić ją nową. Nie wsunął jej w spodnie, a jedynie wyrównał u dołu i poprawił rękawy. Po odpięciu górnego guzika leżała jak ulał. Rękawy mocno opinały bicepsy, jednak nie w stopniu, który tamowałby krążenie krwi.

– Macie tu śmietniczkę? – zapytał.

Facet wstał od kasy i po chwili wrócił z okrągłą metalową puszką z plastikowym workiem na śmieci.

– Czy w okolicy jest fryzjer?

– Dwie przecznice na północ – odparł sprzedawca. – Na wzgórzu. Czyścibut i fryzjer są obok spożywczego na rogu.

Reacher nie odpowiedział ani słowa.

– U wylotu Laurel Canyon – dodał sprzedawca tytułem wyjaśnienia.

***

W sklepie spożywczym sprzedawano piwo ze skrzynki z lodem i kawę z zamykanych na korek termosów. Reacher zamówił średnią czarną i usiadł w fotelu. Był to stary fotel fryzjerski pokryty czerwonym, upstrzonym cętkami winylem. W umywalce leżała brzytwa, a obok stało krzesło czyścibuta. Na krześle siedział szczupły facet w białym podkoszulku. Jego ramiona pokrywały liczne ślady po igle. Podniósł głowę i skoncentrował się, jakby próbował ocenić stojące przed nim wyzwanie.

– Niech zgadnę – powiedział – golenie i strzyżenie?

– Ile będzie razem? – zapytał Reacher.

– Osiem dolców – odparł tamten. Reacher zajrzał ponownie do kieszeni.

– Dziesięć, z kawą i czyszczeniem butów.

– Chyba dwanaście.

– Mam dziesiątaka. Facet wzruszył ramionami.

– W porządku.

Laurel Canyon, pomyślał Reacher. Trzydzieści minut później wydał ostatniego dolara, lecz jego buty lśniły czystością, a twarz była gładka jak nigdy dotąd. Kazał się ostrzyc prawie na zero. Poprosił o tradycyjne wojskowe strzyżenie, lecz facet zrobił mu fryzurę przypominającą tę, która obowiązuje w piechocie morskiej. Od razu było widać, że nie służył w wojsku. Reacher spojrzał ponownie na jego ramię.

– Gdzie tu można kupić prochy?

– Przecież pan nie bierze – zdziwił się tamten.

– To dla przyjaciela.

– Nie ma pan forsy.

– Załatwię.

Gość w białym podkoszulku ponownie wzruszył ramionami i powiedział:

– Za muzeum figur woskowych zwykle stoi dealer.

***

Reacher wrócił do hotelu uliczkami w dole, przy kanionie, dochodząc do hotelu od tyłu. Po drodze minął ciemnoniebieskiego chryslera 300C zaparkowanego przy krawężniku. Za kółkiem siedział gość w ciemnoniebieskim garniturze. Kolor garnituru z grubsza odpowiadał barwie lakieru. Silnik był wyłączony, a facet najwyraźniej na kogoś czekał. Reacher uznał, że to wypożyczony wóz. Limuzyna. Pomyślał, że jakiś właściciel firmy samochodowej dostał lepszą ofertę od Chryslera i zmienił cały park maszyn, pozbywając się lincolnów. Następnie ubrał szoferów w garnitury pasujące do koloru lakieru, starając się zyskać konkurencyjną przewagę. Reacher wiedział, że rejon Los Angeles to trudny rynek, szczególnie w branży wynajmu limuzyn. Gdzieś o tym czytał.

***

Dixon i Neagley uprzejmie zareagowały na jego nową koszulę w przeciwieństwie do O’Donnella, który zachichotał, za to wszyscy tarzali się ze śmiechu, patrząc na jego nową fryzurę. Reacher miał to gdzieś. Spojrzał ukradkiem na swoje odbicie w starym pokrytym kropkami lustrze Dixon i przyznał, że uczesanie było nieco ekstremalne. Jego głowa świeciła jak łysa opona. Nie zanosiło się na to, aby w najbliższym czasie mieli inną rozrywkę. Przez dwa lata zajmowali się rozwiązywaniem zagadek kryminalnych – ponurych morderstw i afer korupcyjnych, okrutnych i przerażających zbrodni – żartem odreagowując stres, jak to czynią gliniarze na całym świecie. Czarny humor. Znany azyl. Pewnego razu znaleźli na wpół rozłożone zwłoki faceta z ogrodową łopatą zakopaną obok tego, co pozostało z jego głowy. Natychmiast okrzyknęli zamordowanego Dougiem i śmiali się do upadłego. Później, podczas rozprawy sądowej, Stan Lowrey pomylił się i użył ksywy zamiast prawdziwego nazwiska denata. Obrońca z Wojskowego Biura Śledczego nie zrozumiał aluzji, za to Lowrey zwijał się ze śmiechu na miejscu dla świadka. „To jak dug*!* Gra słów Doug i dug, „zakopany”. Z łopatą w głowie! Rozumie pan?”.

Dziś nikt nie miał ochoty na żarty. Kiedy chodzi o własną skórę, człowiek inaczej reaguje.

Ponownie rozłożyli arkusze na łóżku. Sto osiemdziesiąt trzy dni, siedem ostatnich miesięcy. W sumie dwa tysiące sto dziewięćdziesiąt siedem zdarzeń. Obok leżała nowa kartka zapisana odręcznym pismem Dixon. Karla ekstrapolowała liczby na trzysta czternaście dni roboczych w roku, uzyskując trzy tysiące siedemset sześćdziesiąt sześć zdarzeń. Reacher uznał, że można by urządzić coś w rodzaju burzy mózgów na temat tego, co mogło się zdarzyć trzy tysiące siedemset sześćdziesiąt sześć razy w ciągu ponad trzystu czternastu dni w roku. Dolna część kartki pozostała pusta. Nikomu nie przyszedł do głowy żaden pomysł. Na poduszce leżała strona z pięcioma nazwiskami. Rzucona niedbale, jakby przed chwilą ktoś ją studiował i pozostawił w geście wyrażającym frustrację.

– Musi się w tym kryć coś więcej – odezwał się O’Donnell.

– Na przykład co? – zapytał Reacher.

– Chciałem powiedzieć, że nadal nie widzę powodu zabicia czterech ludzi.

Reacher skinął głową.

– Zgoda – powiedział. – To nie wystarczy. Tamci zabrali praktycznie wszystko. Jego komputery, kalendarz, listę klientów, notatnik z telefonami. To, co mamy, to jedynie czubek góry lodowej. Rozrzucone fragmenty przypominające archeologiczne szczątki. Myślę, że powinniśmy się do tego przyzwyczaić, nie będziemy dysponowali niczym więcej.

– Co w takim razie powinniśmy zrobić?

– Uwolnić się od dawnych przyzwyczajeń.

– Przyzwyczajeń?

– Od pytania mnie, co robić. Jutro może mnie tu nie być. Wyobrażam sobie, że zastępcy szeryfa gromadzą siły. Będziecie musieli zacząć myśleć za siebie.

– A co niby robiliśmy do tej pory?

Reacher zignorował to pytanie. Odwrócił się do Karli Dixon i powiedział:

– Czy gdy wypożyczałaś samochód, zapłaciłaś dodatkowe ubezpieczenie?

Skinęła głową.

– Okej – odparł Reacher. – Zarządzam kolejną przerwę. Później pójdziemy gdzieś na obiad. Ja stawiam. Będzie to coś w rodzaju ostatniej wieczerzy. Za godzinę spotykamy się w holu.

***

Reacher odebrał forda Dixon z rąk obsługi hotelowej i pojechał na wschód Hollywood Boulevard. Minął Entertainment Museum i Mann’s Chinese Theater, a następnie skręcił w lewo, w stronę Highland. Był dwie przecznice na zachód od Hollywood i Vine, w rejonie, gdzie zwykle kręcili się dealerzy narkotyków. Jak to zwykle bywa, okazało się, że migrowali w inne miejsce. Stróżom prawa nigdy nie udało się odnieść trwałego sukcesu. Tamci przegrupowywali się, wybierając inny rejon, raz tu, raz tam.

Podjechał do krawężnika. Za muzeum figur woskowych biegła szeroka aleja. Właściwie w połowie pusty plac, z którego samochody uczyniły miejsce do zawracania, a narkotykowi dealerzy – punkt handlowy dla zmotoryzowanych. Wszystko było zorganizowane na wzór metody pomiarów triangulacyjnych. Kierowca wjeżdżał na plac i zwalniał. Do samochodu podchodził dzieciak w wieku nie więcej niż jedenastu lat. Facet w samochodzie przekazywał mu zamówienie i wręczał gotówkę. Dzieciak niósł forsę gościowi, który pobierał opłatę, a następnie biegł po towar do faceta, który miał ukryte narkotyki. W tym czasie kierowca zataczał wolno łuk, aby spotkać dzieciaka z drugiej strony placu. Po przekazaniu towaru opuszczał aleję jakby nigdy nic, a dzieciak wracał do punktu wyjścia i czekał na następnego klienta.

Sprytny system. Zupełne oddzielenie towaru od pieniędzy, możliwość szybkiego rozproszenia się w trzech różnych kierunkach. W razie czego policja miała jedynie dzieciaka, który był za młody, aby postawić go w stan oskarżenia. Regularne dostarczanie nowych działek powodowało, że facet z narkotykami miał przy sobie jedynie minimalną ilość towaru. Równie częste wymienianie torby z forsą ograniczało potencjalne straty i ryzyko gościa, który zajmował się jej przechowywaniem.

Sprytny system.

Reacher zetknął się z nim już wcześniej.

Facet zbierający forsę wyglądał jak menel. Siedział na bloku betonu pośrodku placu z czarnym workiem marynarskim pod nogami. Miał czarne okulary i był uzbrojony w taką broń krótką, jakiej używano danego tygodnia.

Reacher postanowił zaczekać.

Czarny mercedes SL zwolnił i wjechał na plac. Wspaniały SUV, przyciemniane szyby, kalifornijskie tablice dla próżnych i bogatych z akronimem, którego Reacher nie rozumiał. Samochód zatrzymał się na początku placu i po chwili podbiegł do niego dzieciak. Jego głowa ledwo sięgała okna kierowcy, jednak ręka była wystarczająco długa. Wsunęła się do środka i po chwili wynurzyła ze zwitkiem banknotów. Mercedes ruszył przed siebie, a dzieciak podbiegł do faceta zbierającego forsę. Kiedy zwitek banknotów znalazł się w torbie, chłopak pognał do gościa z towarem. Wóz zaczął wolno zawracać, zataczając półkole.

Reacher włączył bieg i ruszył fordem Dixon. Obejrzał się na północ i południe, a następnie wcisnął gaz, silnie skręcił kierownicę i wjechał na plac. Zignorował obowiązujący ruch okrężny i ruszył wprost na środek.

Wprost na faceta trzymającego forsę. Przyspieszył, wyrzucając żwir spod przednich kół.

Gość trzymający worek z forsą zamarł.

Niecałe trzy metry przed nim Reacher zrobił trzy rzeczy: skręcił kierownicę, wdepnął hamulec i otworzył drzwi. Wóz zjechał na prawo, przednie koła zaryły w żwirze, a drzwi otworzyły się szerokim łukiem, silnie uderzając tamtego w górną część ciała. Facet poleciał w tył, ford stanął w miejscu, a Reacher pochylił się po winylowy worek marynarski i chwycił go lewą ręką. Kiedy worek znalazł się na siedzeniu pasażera, Reacher wcisnął gaz, zatrzasnął drzwi i ostro zawrócił przed jadącym wolno mercedesem. Po chwili wyjechał z placu, ostro wykręcił i ruszył w kierunku Highland. W lusterku wstecznym dojrzał unoszący się w powietrzu tuman kurzu, zamieszanie, gościa pilnującego worka leżącego na plecach i dwóch facetów biegnących w jego stronę. Przejechał dziesięć metrów i skręcił za gmach muzeum figur woskowych, przejechał skrzyżowanie i wrócił na Hollywood Boulevard.

Wszystko zajęło jakieś dwanaście sekund.Żadnej reakcji. Żadnych strzałów. Żadnego pościgu.

Reacher nie spodziewał się niczego innego. Kiedy tamci zobaczyli zwyczajnego waniliowego forda, koszmarną koszulę i krótko obcięte włosy, uznali, że jakiś gość z policji w Los Angeles postanowił podreperować budżet. Normalne koszty prowadzenia działalności. Z kolei kierowca mercedesa nie mógł ryzykować wspomnienia o tym komukolwiek.

Tak, nie zadzieraj ze specjalną grupą śledczą.

Reacher zwolnił, odetchnął głęboko i skręcił w prawo, objeżdżają miejsce zdarzenia w kierunku przeciwnym do mchu wskazówek zegara. Ruszył Canyon Road i Woodrow Wilson Drive, aby po chwili znaleźć się ponownie na Laurel Canyon Boulevard. Nikt za nim nie jechał. Zatrzymał się na pustym zakręcie, opróżnił worek i rzucił go za siebie. Przeliczył forsę. Prawie dziewięćset dolarów głównie w dwudziestkach i dziesiątkach. Na obiad wystarczy. Nawet z norweską wodą mineralną. I na napiwek.

Wysiadł i obejrzał samochód. Drzwi kierowcy były lekko wgniecione na środku. W miejscu zetknięcia z twarzą faceta pilnującego worka z forsą. Nie było śladów krwi. Wsiadł i odjechał. Dziesięć minut później siedział w wypłowiałym aksamitnym fotelu w holu hotelu Chateau Marymont, czekając na pozostałych.

***

Dwa tysiące kilometrów na północny wschód od Chateau Marmont ciemnowłosy czterdziestolatek posługujący się nazwiskiem Alan Mason jechał podziemną kolejką z hali przylotów lotniska w Denver do głównego terminalu. Był sam w przedziale. Siedział w fotelu, wyraźnie zmęczony, jednocześnie śmiejąc się ze zwariowanego jugbandu nadawanego przed komunikatami dyrekcji dworca. Pomyślał, że ten rodzaj muzyki doradzili im psycholodzy, aby obniżyć stres związany z podróżą. Podziałało. Czuł się dobrze. Był znacznie bardziej zrelaksowany niż powinien.

28

Okazało się, że obiad kosztował Reachera znacznie mniej niż dziewięćset dolców. Jego goście wybrali hałaśliwy bar z hamburgerami w Sunset, na wschód od hotelu Mondrian, czy to z upodobania, czy z powodu obecnych okoliczności, czy też jego sytuacji materialnej. W karcie nie było norweskiej wody mineralnej. Mieli jedynie kranówę i krajowe piwo oraz grube soczyste hamburgery i pikle podawane przy głośnym rhytm and bluesie. Reacher czuł się tu jak w domu, jakby ponownie przeniósł się w lata pięćdziesiąte. Pozostali byli tam trochę nie na miejscu. Usiedli przy okrągłym stole zastawionym dla czterech osób. Rozmowa zamarła i miejsce radości przebywania w gronie starych przyjaciół zajęło wspomnienie nieobecnych. Reacher przysłuchiwał się temu, co mówili pozostali. Okrągły stół powodował, że nikt nie mógł dominować. Ośrodek uwagi przesuwał się z jednej osoby na drugą. Po półgodzinie wspomnień i nadrabiania zaległości rozmowa wróciła do Franza.

– Zacznijmy od początku – powiedział O’Donnell. – Jeśli wierzyć jego żonie, cztery lata temu Franz zrezygnował z innych rodzajów działalności oprócz rutynowej analizy baz danych. Dlaczego nagle miałby zająć się czymś tak poważnym?

– Ponieważ ktoś go o to poprosił – odparła Dixon.- Właśnie – przytaknął O’Donnell. – Wszystko zaczęło się od jego klienta. Kto mógł nim być?

– Dosłownie każdy.

– Nie – zaprzeczył O’Donnell. – Musiał to być ktoś szczególny. Franz zadał sobie dodatkowy trud. Zrezygnował z zasady, której przestrzegał od czterech lat. W pewnym sensie zdradził żonę i syna.

– Może zaproponowano mu większą forsę – powiedziała Neagley.

– Albo był komuś winien przysługę – dodała Dixon.

– Przypuszczalnie początkowo sprawa wydawała się banalna – ciągnęła Neagley. – Może nie miał pojęcia, do czego to prowadzi. Pewnie jego klient również nie zdawał sobie z tego sprawy.

Reacher przysłuchiwał się rozmowie. Musiał to być ktoś szczególny. Albo był komuś winien przysługę. Głos zabrał O’Donnell, a później Dixon i Neagley. W powietrzu utworzył się trójkąt. Przypomniał sobie coś, co Dixon powiedziała kilka godzin temu w samochodzie, gdy opuszczali lotnisko Los Angeles. Zamknął oczy, lecz nie mógł się od tego uwolnić. Kiedy zabrał głos, trójkąt przekształcił się w kwadrat, obejmując także jego osobę.

– Powinniśmy zapytać Angelę – powiedział. – Jeśli Franz miał jakiegoś stałego poważnego klienta, mógł wspomnieć o tym w domu.

– Chciałbym poznać Charliego – rzekł O’Donnell.

– Pojedziemy do nich jutro – zarządził Reacher. – Chyba że upomną się o mnie zastępcy szeryfa. W takiej sytuacji wyruszycie beze mnie.

– Myśl pozytywnie – upomniała go Dixon. – Może facet ma wstrząs mózgu. Może nie pamięta, kim jest, a tym bardziej kim był człowiek, który go zaatakował.

***

Wrócili do hotelu i rozdzielili się w holu. Nikt nie miał ochoty na szklaneczkę czegoś mocniejszego przed snem. Bez słów uzgodnili, że pójdą spać i wstaną wcześnie, aby zacząć skoro świt. Reacher i O’Donnell poszli razem. Nie rozmawiali wiele. Reacher zasnął pięć sekund po złożeniu głowy na poduszce.

***

Obudził się o siódmej rano. Przez okno wpadały wczesne promienie słońca. W drzwiach stanął David O’Donnell. Wyraźnie się spieszył. Był ubrany, trzymał gazetę pod pachą i kartonowe kubki z kawą w obu rękach.

– Poszedłem na krótki spacer – powiedział.

– I?

– Masz kłopoty – oświadczył. – Tak mi się przynajmniej zdaje.

– Kto?

– Zastępca szeryfa. Siedzi w samochodzie zaparkowanym sto metrów od hotelu.

– Ten sam?

– Ten sam, w tym samym wozie. Ma metalową szynę na twarzy. Okno zasłonił torbą na śmieci.

– Widział cię?

– Nie.

– Co robi?

– Po prostu siedzi. Jakby czekał.

29

Zamówili śniadanie do pokoju Dixon. Zasada pierwsza, której nauczyli się dawno temu, brzmi: Jedz, gdy możesz, bo nigdy nie wiadomo, kiedy zdarzy się następna okazja. Szczególnie jeśli musisz zniknąć, rozpłynąć się w systemie. Reacher przełknął sporą porcję jajek, boczku i grzanek, popijając wszystko dużą ilością kawy. Był spokojny, lecz sfrustrowany.

– Powinienem zostać w Portland – powiedział. – Niewiele brakowało, aby tak się stało.

– W jaki sposób tak szybko nas odnaleźli? – zapytała Dixon.

– Komputery – odparła Neagley. – Departament Bezpieczeństwa Krajowego i ustawa patriotyczna*.* Wprowadzona po zamachach z jedenastego września. Teraz mogą przeglądać hotelowe rejestry, kiedy zechcą. Żyjemy w państwie policyjnym.

– Jesteśmy gliniarzami – wtrącił O’Donnell.

– Byliśmy.

– Żałuję, że nadal nimi nie jesteśmy. Człowiek nawet się teraz nie napoci.

– Musicie jechać – rzekł Reacher. – Nie chcę, abyście zostali w to zamieszani. Nie mamy dużo czasu. Wyjdźcie tak, aby zastępca szeryfa was nie widział. Złóżcie wizytę Angeli Franz. Znajdźcie klienta Franza. Wrócę do was, gdy tylko będę mógł.

Wypił ostatni łyk kawy i poszedł do swojego pokoju. Włożył do kieszeni składaną szczoteczkę do zębów, paszport, kartę bankomatową oraz osiemset dolców ukrył w torbie na garnitury O’Donnella. Podczas aresztowania giną różne rzeczy. Zjechał windą do holu. Usiadł w fotelu i czekał. Nie było potrzeby inscenizowania wielkiego dramatu, biegania po hotelowych korytarzach i tak dalej. Życie wypełnione pechem i kłopotami nauczyło go drugiej zasady: Zachowaj odrobinę godności.

Czekał.

Pół godziny. Godzinę. W holu były trzy poranne gazety. Przeczytał wszystkie. Słowo w słowo. Sport, reportaże, wstępniaki, rubrykę krajową i międzynarodową. Wiadomości gospodarcze. Opowieść o finansowym wpływie działalności Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego na sektor prywatny. Autor cytował kwotę siedmiu miliardów dolarów, o której wspomniała Neagley. Kupa forsy. Więcej zgarniały jedynie firmy zbrojeniowe. Pentagon dysponował większą kasą od kogokolwiek innego i w dalszym ciągu szastał nią jak obłąkany.

Półtorej godziny.

Nadal nic.

Reacher odłożył gazety, podszedł do drzwi i rozejrzał się. Jasne słońce, błękitne niebo, żadnego smogu. Lekki wiaterek kołysał egzotycznymi drzewami. Obok przesuwały się nawoskowane samochody, dostojne i błyszczące. Piękny dzień. Dwudziesty czwarty dzień, którego nie oglądał Calvin Franz. Prawie cztery tygodnie. Przypuszczalnie podobny los spotkał Tony’ego Swana oraz Jorge Sancheza i Manuela Orozco.

Ci, którzy to zrobili, już są martwi. Nie można wyrzucać moich przyjaciół z helikoptera i dalej żyć, aby o tym opowiadać.

Wyszedł na zewnątrz. Stanął całkowicie odsłonięty, jakby spodziewał się strzału snajpera. Mieli dość czasu, aby rozmieścić wokół hotelu cały oddział SWAT. Na ulicy panowała cisza. Nie dostrzegł żadnych zaparkowanych wozów, niewinnie wyglądających samochodów dostawczych z kwiaciarni czy ludzi oczekujących w kolejce przy budce telefonicznej. Żadnej inwigilacji. Skręcił w lewo, w Sunset i ponownie w lewo, w Laurei Canyon Boulevard. Szedł wolno, blisko żywopłotów i trawników. Odwrócił się ponownie, spoglądając na krętą drogę biegnącą za hotelem.

Brązowy crown vic pozostał daleko w tyle.

Stał zaparkowany przy przeciwległym krawężniku, samotny, odizolowany od innych pojazdów, w odległości stu metrów od hotelu. Cichy, nieruchomy, z wyłączonym silnikiem. Tak jak powiedział O’Donnell, przednia szyba po stronie pasażera została zasłonięta naprężoną torbą na śmieci. Kierowca siedział za kółkiem. Jakby nigdy nic. Nie poruszał się, co pewien czas odwracał tylko głowę to w jedną, to w drugą stronę. Spoglądał w lusterko wsteczne, patrzył przed siebie, rzucał okiem w lusterko boczne. Reacher zauważył błysk metalowej szyny umieszczonej na nosie.

Samochód sprawiał wrażenie zimnego, jakby nie pracował od wielu godzin.

Facet był sam. Obserwował i czekał.

Na co?

Reacher wykonał zwrot i wrócił do hotelu tą samą drogą. Poszedł do holu i usiadł w fotelu. Siedział tak, rozmyślając o nowej hipotezie, która zaczęła kiełkować w jego głowie.

„Zadzwoniła do mnie jego żona”, powiedziała Neagley.

„Czego chciała od ciebie żona Franza?”.

„Niczego – odparła Neagley. – Po prostu powiedziała, co się stało”.

Po prostu powiedziała, co się stało.

Charlie sięgający na palcach klamki. Reacher zapytał: „Czy możesz sam otwierać drzwi?”. Mały chłopiec odpowiedział: „Tak, mogę”.

Później: „Charlie, idź się pobawić”.

„Myślę, że coś przed nami ukrywasz”.

„Zwykłe koszty prowadzenia działalności”.

Reacher siedział w aksamitnym fotelu stojącym w holu Chateau Marmont, wiedząc, że ten, kto pierwszy wejdzie do środka – członkowie jego dawnego zespołu czy uzbrojeni po zęby zastępcy szeryfa – dowiedzie prawdziwości lub fałszywości jego przypuszczenia.

30

Pierwsi w drzwiach pojawili się członkowie jego dawnego zespołu lub ci, którzy z niego pozostali. Reszta. O’Donnell, Neagley i Dixon. Szybcy i niespokojni. Na jego widok zamarli z zaskoczenia. Pomachał im na powitanie.

– Nadal tu jesteś? – zapytał O’Donnell.

– Skądże, to złudzenie.

– Niezwykła sprawa.

– Co powiedziała Angela?

– Nic. Nie zna jego klientów.

– W jakim jest stanie?

– W takim jak kobieta, która niedawno straciła męża.

– Co sądzisz o Charliem?

– Miły dzieciak. Podobny do ojca. W pewnym sensie Franz ciągle żyje.

– Dlaczego jeszcze tu jesteś? – zapytała Dixon.

– To bardzo dobre pytanie – odparł Reacher.

– Znasz odpowiedź?

– Czy zastępca szeryfa nadal tu jest? Dixon skinęła głową.

– Widzieliśmy go z końca ulicy.

– Chodźmy na górę.

***

Poszli do pokoju Reachera i O’Donnella. Był to podwójny pokój, a więc nieco większy od pokoju Dixon. Reacher od razu wyciągnął pieniądze, paszport i kartę bankomatową z torby O’Donnella.

– Wygląda, że z nami zostaniesz – zauważył O’Donnell.

– Faktycznie. – Reacher skinął głową.

– Dlaczego?

– Ponieważ Charlie sam otworzył drzwi.

– Co z tego wynika?

– Odnoszę wrażenie, że Angela jest bardzo dobrą mamą. W najgorszym razie, normalną. Charlie był czysty, nakarmiony, ładnie ubrany, spokojny, zadbany i dopilnowany. Na tej podstawie wnioskuję, że Angela jest dobrą matką. Mimo to pozwoliła, aby dziecko otworzyło drzwi dwójce nieznajomych.

– Niedawno dowiedziała się o śmierci męża – rzekła Dixon. – Może była w szoku.

– Wręcz przeciwnie. Jej mąż zginął ponad trzy tygodnie temu. Sądzę, że doszła już trochę do siebie po jego śmierci. Teraz przylgnęła do Charliego silniej niż kiedyś, został jej tylko on. Mimo to pozwoliła dziecku otworzyć drzwi, a później poprosiła, aby wyszedł się pobawić. Nie kazała mu pójść do swojego pokoju. Kazała mu wyjść na zewnątrz. W Santa Monica? W domu położonym przy ruchliwej ulicy? Dlaczego tak się zachowała?

– Nie mam pojęcia.

– Ponieważ wiedziała, że chłopak był bezpieczny.

– Skąd?

– Wiedziała, że zastępca szeryfa obserwuje dom.

– Tak sądzisz?

– Dlaczego zadzwoniła do Neagley dopiero po dwóch tygodniach?

– Była w szoku – powtórzyła Dixon.

– Niewykluczone – przytaknął Reacher. – Albo uczyniła to z innego powodu. Może w ogóle nie zamierzała do nas dzwonić. Uważała, że należymy do zamierzchłej przeszłości. Wolała obecne życie Franza. Dlatego że sama je tworzyła. My byliśmy symbolem starych złych czasów – twardych, niebezpiecznych, prostackich. Myślę, że odnosiła się do jego przeszłości z dezaprobatą. Może nawet z pewną dozą zazdrości.

– Zgadzam się – powiedziała Neagley. – Odniosłam podobne wrażenie.

– W takim razie dlaczego zadzwoniła?

– Nie wiem.

– Postaw się na miejscu zastępców szeryfa. Mały posterunek, ograniczone zasoby. Znaleźli zwłoki na pustyni, zidentyfikowali je i wprawili machinę w ruch. Postępowali zgodnie z przepisami. Najpierw sporządzili psychologiczny profil ofiary. W międzyczasie dowiedzieli się, że facet należał do specjalnej wojskowej grupy śledczej. Odkryli, że wszyscy starzy kumple z wyjątkiem jednego nadal pracują.

– Uznali nas za podejrzanych?

– Nie, myślę, że już na samym początku usunęli nas z kręgu podejrzeń. Później dochodzenie stanęło w miejscu. Brak śladów. Żadnego przełomu. Utkwili w martwym punkcie.

– I?

– Po dwóch tygodniach pełnych frustracji wpadli na pomysł. Angela powiedziała im o naszym zespole, o wzajemnej lojalności i naszej starej dewizie. Dostrzegli w tym szansę. Mieli w odwodzie niezależną grupę dochodzeniową. Inteligentnych i doświadczonych ludzi, którzy chcieli odkryć prawdę. Namówili Angelę, aby do ciebie zadzwoniła. Powiedziała, co się stało, i nic więcej. Wiedzieli, że to tak, jakby uruchomić króliczka z baterią Energizer. Wiedzieli, że przyjedziemy w mgnieniu oka. Wiedzieli, że będziemy poszukiwali odpowiedzi. Wiedzieli, że wystarczy, jeśli będą nas obserwować i podążać naszym tropem.

– To śmieszne – żachnął się O’Donnell.

– Sądzę, że tak właśnie było – kontynuował Reacher. – Angela powiedziała, że udało się jej zadzwonić do Neagley, więc umieścili ją na liście obserwowanych. Przejęli ją, gdy tylko pojawiła się w mieście, i śledzili, kryjąc się w zaroślach i patrząc, jak przybywają następni. Od tamtej pory obserwowali wszystkie nasze poczynania. Właśnie tego nie powiedziała nam Angela. Zastępcy poprosili ją, aby nas wystawiła, a ona wyraziła zgodę. Właśnie dlatego nadal jestem z wami. Nie ma innego wyjaśnienia. Zaliczyli złamany nos do kosztów działalności.

– Czubki.

– Jest sposób, aby to ustalić. Obejdź hotel i pogadaj z zastępcą.

– Naprawdę tak sądzisz?

– Powinna pójść Dixon. Nie była z nami w Santa Ana. Jeśli się mylę, facet chyba jej nie zastrzeli.

31

Dixon wróciła trzydzieści minut później.

– Nie zastrzelił mnie – oznajmiła.

– To dobrze – powiedział Reacher.

– Przyznał się do czegoś?

– Nie potwierdził ani nie zaprzeczył.

– Jest zły z powodu swojej twarzy?

– Siny z wściekłości.

– Opowiedz mi wszystko.

– Zadzwonił do swojego szefa. Chcą się z nami spotkać. Tutaj. Za godzinę.

– Kim jest jego szef?

– Facet nazywa się Curtis Mauney. Pracuje w biurze szeryfa hrabstwa Los Angeles.

– W porządku – rzekł Reacher. – Tyle możemy zrobić. Zorientujemy się, co wie. Potraktujemy go jak dupowatego komendanta żandarmerii polowej. Będziemy brać i nie damy nic w zamian.

***

Godzinę dzielącą ich od spotkania przeczekali w holu na dole. Bez stresu, bez napięcia. Służba wojskowa uczy człowieka sztuki czekania. O’Donnell wyciągnął się na kanapie i zaczął czyścić paznokcie nożem sprężynowym. Dixon jeszcze raz przejrzała siedem arkuszy, a następnie odłożyła je i zamknęła oczy. Neagley siedziała samotnie w fotelu przy ścianie. Reacher przycupnął pod starą oprawioną w ramki fotografią Raquel Welch. Zdjęcie wykonano przed hotelem, późnym popołudniem, kiedy światło miało złocistą barwę jak jej skóra. Fotograficy nazywają tę porę magiczną godziną. Krótką, pełną blasku, uroczą. Podobnie jak sława, pomyślał Reacher.

***

Czekał także ciemnowłosy czterdziestolatek posługujący się nazwiskiem Mason. Niebawem miał odbyć potajemnie spotkanie w swoim pokoju w hotelu Brown Palace w centrum Denver. Był dziwnie podenerwowany i nieswój. Z trzech powodów. Po pierwsze, pokój okazał się ciemny i zaniedbany. Oczekiwał czegoś innego. Po drugie, przy ścianie stała walizka. Ciemnoszara plastikowa walizka Samsonite, starannie dobrana podobnie jak wszystkie przedmioty, które były jego własnością – wystarczająco droga, aby harmonizować z atmosferą zamożności, którą roztaczał wokół siebie, lecz nie dość ostentacyjna, aby przyciągnąć niechcianą uwagę. W środku były obligacje na okaziciela i cięte diamenty, a także hasła dostępu do konta w banku szwajcarskim, na którym ulokowano znaczną kwotę. Ściśle mówiąc, sześćdziesiąt pięć milionów dolarów amerykańskich. Miał też świadomość, że ludzie, z którymi zamierzał się spotkać, nie należeli do tych, którym rozsądny człowiek powierzyłby łatwe do przeniesienia i niepozostawiające śladu aktywa.

Po trzecie, kiepsko spał ostatniej nocy. Po zmroku powietrze wypełniała nieprzyjemna woń. Po chwili namysłu uznał, że był to zapach karmy dla psów. Najwyraźniej w pobliżu była fabryka, która ją wytwarzała, a wiatr kierował woń w niewłaściwym kierunku. Oczywiście, był to zapach mięsa. Wiedział, że zapach to fizyczne doznanie wywołane działaniem cząsteczek na wyściółkę nosa. Z technicznego punktu widzenia, cząstki mięsa dostawały się do jego nozdrzy. Mięsa, którego Azhari Mahmoud nie tknąłby za żadne skarby, w żadnych okolicznościach.

Wszedł do łazienki i obmył twarz po raz piąty tego dnia.Spojrzał na odbicie swojej twarzy w lustrze. Zacisnął szczęki. Nie był Azharim Mahmoudem. Nie dziś. Nazywał się Alan Mason i był obywatelem Zachodu, który miał tu coś do zrobienia.

***

W drzwiach holu Chateau Marmont stanął zastępca szeryfa Thomas Brant we własnej osobie. Miał dużego siniaka na czole i wygiętą metalową szynę przyklejoną plastrem do kości policzkowych tak ściśle, że skóra wokół oczu była napięta. Gdy szedł, krzywił się z bólu. Wyglądał na człowieka, który w jednej trzeciej odczuwa niepohamowaną wściekłość, że został załatwiony, w jednej trzeciej jest zażenowany, że do tego doszło, a w jednej trzeciej jest wkurzony, że dla dobra sprawy będzie musiał zapomnieć o swoich uczuciach. Za nim podążał starszy facet, który musiał być jego szefem, Curtisem Mauneyem. Mauney dobiegał pięćdziesiątki. Był niski, krępy i miał znużone spojrzenie gościa, który zbyt długo wykonuje tę samą robotę. Włosy pofarbowane nijaką czarną farbą nie pasowały do koloru brwi. Mauney niósł podniszczoną skórzaną teczkę.

– Który dupek uderzył mojego człowieka? – zapytał.

– Ubolewamy nad tym, co się stało.

– Nie czuję się źle z tego powodu. Mój człowiek nie miał szans. Trzech na jednego. Nawet jeśli jedną z trojga była dziewczyna.

Neagley spojrzała na niego takim wzrokiem, że facet oślepłby, gdyby spojrzenia przypominały sztylety. Mauney potrząsnął głową i powiedział:

– Nie ganię mojego chłopaka za nieznajomość sztuki samoobrony. Nie powinniście tu przyjeżdżać i bić gliniarzy.

– Znajdował się poza obszarem swojej jurysdykcji, nie powiedział, że jest gliną, i zachowywał się w podejrzany sposób. Sam się o to prosił – odparł Reacher.

– Po co tu przyjechaliście?

– Na pogrzeb przyjaciela.

– Jeszcze nie wydaliśmy ciała.

– Poczekamy.

– Czy to ty uderzyłeś mojego człowieka? Reacher skinął głową.

– Przepraszam. Powinniście nas poprosić.

– O co?

– O pomoc.

Mauney spojrzał na niego obojętnym wzrokiem.

– Pomyśleliście, że ściągnęliśmy was, abyście nam mogli?

– A było inaczej? Szeryf pokręcił głową.

– Nie. Mieliście posłużyć za przynętę.

32

Thomas Brant nie usiadł, powstrzymując się od wykonania gestu, który oznaczałby stanie się częścią grupy, w przeciwieństwie do szeryfa, który przysunął sobie fotel. Usiadł, umieścił teczkę między butami i oparł ręce na kolanach.

– Wyjaśnijmy sobie kilka rzeczy – zaczął. – Jesteśmy szeryfami hrabstwa Los Angeles. Nie jesteśmy wsiowymi kmiotami, idiotami czy ubogimi krewnymi. Jesteśmy szybcy i zwinni, inteligentni i kreatywni. W ciągu dwunastu godzin od znalezienia ciała wiedzieliśmy o każdym szczególe z życia Calvina Franza. Na przykład o tym, że był jednym z ośmiu żyjących członków elitarnej jednostki wojskowej. W ciągu dwudziestu czterech godzin ustaliliśmy, że zaginęli także trzej inni. Jeden mieszkający w Los Angeles, dwaj w Vegas. Rodzi to pytanie, co z was za elitarna grupa, prawda? W mgnieniu oka połowa waszych zaginęła.

– Przed wydaniem oceny wolałbym ustalić, kim jest nieprzyjaciel – powiedział Reacher.

– Kimkolwiek jest, z pewnością nie mamy do czynienia z Armią Czerwoną.

– Nigdy nie walczyliśmy z Armią Czerwoną. Służyliśmy w amerykańskich siłach zbrojnych.

– Rozejrzę się – powiedział Mauney. – Sprawdzę, czy osiemdziesiąta pierwsza powietrznodesantowa odniosła jakieś poważniejsze zwycięstwa.

– Sugeruje pan, że ktoś poluje na naszą ósemkę?

– Niczego nie sugeruję. Z pewnością nie można tego wykluczyć. Sprowadzenie waszej czwórki oznaczało stworzenie sytuacji, w której nie ma przegranych. Gdybyście się nie pojawili, uznałbym, że was dopadli, a wówczas mielibyśmy kolejne elementy układanki. Gdybyście przyjechali, posłużylibyście za przynętę. Być może udałoby się was wykorzystać do wypłoszenia tamtych z kryjówki.

– A jeśli na nas nie polują?

– Wówczas kręcilibyście się w okolicy, czekając na pogrzeb. Nie mój problem.

– Pojechaliście do Vegas.

– Nie.

– W takim razie jak dowiedzieliście się o zaginięciu dwóch naszych?

– Zadzwoniłem – wyjaśnił Mauney. – Pozostaję w bliskim kontakcie z szeryfem z Nevady, a ten często współpracuje z gliniarzami z Vegas. Wasi ludzie, Sanchez i Orozco, zaginęli trzy tygodnie temu. Mieszkania obydwu zostały przewrócone do góry nogami. W ten sposób się dowiedziałem. Telefon. Bardzo przydatny wynalazek.

– Zostały splądrowane jak biuro Franza?

– Podobnie.

– Czy coś przeoczyli?

– Dlaczego mieliby coś przeoczyć?

– Ludziom czasami się to zdarza.

– Czyżby coś przeoczyli w biurze Franza? „Potraktujemy go jak dupowatego komendanta żandarmerii polowej. Będziemy brać i nie damy nic w zamian”, rzekł wcześniej Reacher. Mauney okazał się lepszy od dupowatego komendanta żandarmerii polowej. Sprawa była jasna. Wyglądał na dobrego gliniarza. Nie był idiotą. Może nawet dałoby się z nim współpracować. Reacher skinął głową i powiedział:

– Ze Względów bezpieczeństwa Franz wysyłał pliki komputerowe na własny adres. Nie znaleźli ich, podobnie jak wy. Mamy je.

– Z jego skrytki pocztowej?

Reacher skinął głową.

– To przestępstwo federalne – przypomniał Mauney. – Powinieneś mieć nakaz rewizji.

– Nie dostałbym go – wyjaśnił Reacher. – Jestem na emeryturze.

– W takim razie nie powinieneś tego ruszać.

– Aresztuj mnie.

– Nie mogę – powiedział Mauney. – Nie jestem federalnym.

– Co przeoczyli w Vegas?

– To jakaś wymiana? Reacher skinął głową.

– Ty pierwszy.

– W porządku – zgodził się Mauney. – W Vegas przeoczyli serwetkę, na której coś napisano. Papierową serwetkę, jaką dają w chińskich restauracjach. Leżała poplamiona i zwinięta w kulkę w kuble na śmieci w kuchni Sancheza. Przypuszczam, że Sanchez jadł, gdy zadzwonił telefon. Zapisał coś, aby przenieść to do notatnika lub teczki, których nie mamy. Później wyrzucił serwetkę do kosza, ponieważ już jej nie potrzebował.

– Skąd wiemy, że to, co na niej napisał, ma jakiś związek ze sprawą?

– Nie wiemy – odparł Mauney. – Ale czas zdarzenia skłania do namysłu. Zamówienie chińszczyzny było ostatnią rzeczą, jaką Sanchez zrobił w Las Vegas.

– Co na niej zapisał?

Mauney schylił się, położył sfatygowaną teczkę na kolanach i otworzył zamki. Uniósł wieko i wyciągnął przezroczystą plastikową koszulkę zawierającą barwną kserokopię. Strona miała ciemną krawędź w polu, którego nie wypełniła serwetka. Na poznaczonej kropkami papierowej fakturze widniały plamy i ślady zagnieceń. I krótka notatka nakreślona znanym pismem Jorge Sancheza: 650 per $100k. Wyraźne pismo wyrażające pewność siebie, pochylone do przodu. Niebieski długopis kulkowy, którego atrament odcinał się wyraźnie na tle niebielonego beżowego papieru.

650 per $100k.

– Co to może znaczyć? – zapytał Mauney.

– Wiem ryle co ty – odparł Reacher. Przyglądał się cyfrom, wiedząc, że wtóruje mu Dixon. K było przypuszczalnie skrótem oznaczającym tysiąc. Wojskowi z pokolenia Sancheza często się nim posługiwali, wyrobiwszy sobie ten nawyk na lekcjach matematyki, podczas studiów inżynierskich lub po długich latach służby za granicą, gdzie odległości mierzono w kilometrach zamiast milach. Kilometr stanowiący około 60 procent mili nazywano kolokwialnie „klickiem”. Per było łacińskim słowem oznaczającym „na”, np. „litry na kilometry” czy „kilometry na godzinę”.

– Sądzę, że jest to propozycja, zaoferowana cena – powiedział Mauney. – Że możesz mieć sześćset pięćdziesiąt sztuk czegoś za sto tysięcy.

– Albo informacja rynkowa – wtrącił O’Donnell. – Że sześćset pięćdziesiąt sztuk czegoś poszło po sto tysięcy za sztukę. W sumie dałoby to sześćdziesiąt pięć milionów dolarów. Spora transakcja. Wystarczająca, aby zabić.

– Zdarzało się, że zabijano dla sześćdziesięciu pięciu centów – powiedział Mauney. – Nie zawsze potrzeba do tego milionów dolarów.

Karla Dixon siedziała w milczeniu. Nieporuszona, cicha, zatopiona w myślach. Reacher domyślał się, że dostrzegła w „650” coś, czego on nie spostrzegł. Nie miał pojęcia co. Trudno było uznać taką liczbę za interesującą.

650 per $100k.

– Inne pomysły? – zapytał Mauney. Nikt nie powiedział ani słowa.

– Co znaleźliście w skrytce pocztowej Franza?

– Pendrive – odpowiedział Reacher. – Do komputera.

– Co na nim jest?

– Nie wiemy. Nie potrafiliśmy złamać hasła.

– Możemy spróbować – zaproponował Mauney. – Mamy tu laboratorium komputerowe.

– Sam nie wiem. Została tylko jedna próba.

– Nie ma wyboru. To dowód w sprawie, dlatego należy do nas.- Podzielicie się informacjami? Mauney skinął głową.

– Przecież współpracujemy.

– W porządku. – Reacher skinął Neagley, która włożyła rękę do torby na zakupy i wyjęła srebrny plastikowy przedmiot. Podała mu go w zamkniętej dłoni. Odebrał pendrive i przekazał go Mauneyowi.

– Życzę powodzenia – powiedział.

– Jakieś wskazówki? – zapytał Mauney.

– Pewnie to jakaś liczba – rzekł Reacher. – Franz lubił cyfry.

– Okej.

– Nawiasem mówiąc, Franz nie został wyrzucony z samolotu.

– Wiem – odparł Mauney. – Użyliśmy tego chwytu, aby was zainteresować. Wyrzucili go z pokładu helikoptera. Wiecie, ile prywatnych helikopterów ma zasięg lotu pozwalający dotrzeć do miejsca, w którym go znaleźliśmy?

– Nie.

– Ponad dziewięć tysięcy.

– Sprawdziliście gabinet Swana?

– Został zwolniony. Nie miał gabinetu.

– Zajrzeliście do jego domu?

– Przez okna – wyjaśnił Mauney. – Dom nie został przeszukany.

– Zajrzeliście do łazienki?

– Szyby w łazience są z matowego szkła.

– Mam jeszcze jedno pytanie – powiedział Reacher. – Sprawdziliście Swana i wysłaliście ludzi szeryfa z Nevady, aby sprawdzili Sancheza i Orozco. Dlaczego nie zadzwoniliście do dystryktu Kolumbii, Nowego Jorku i Illinois, aby dowiedzieć się o pozostałych?

– Ponieważ mieliśmy czym się zajmować.

– Czym?

– Miałem ich czterech na taśmie. Franza, Swana, Sancheza i Orozco. Całą czwórkę. Nagranie z systemu monitoringu wideo wykonane w noc poprzedzającą zaginięcie Franza.

33

Curtis Mauney nie czekał, aż go o to poproszą, lecz ponownie otworzył teczkę i wyjął kolejną plastikową koszulkę, w której znajdowało się zdjęcie zatrzymanej klatki z czarno-białego nagrania systemu monitoringu wideo. Zdjęcie przedstawiało czterech mężczyzn stojących obok siebie przed czymś, co przypominało kontuar sklepowy. Reacher nie dostrzegł żadnych szczegółów, ponieważ zdjęcie było odwrócone i znajdowało się daleko od niego.

– Zidentyfikowałem ich na podstawie starych fotografii, które Franz trzymał w sypialni w pudełku po butach schowanym w szafie wnękowej – wyjaśnił Mauney. Po tych słowach puścił zdjęcie dalej, podając je Neagley. Ta przyjrzała się mu przez chwilę. Na jej twarzy nie pojawił się żaden znak, z wyjątkiem światła odbitego od błyszczącej fotografii. Po kilku sekundach przekazała je Dixon, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Ta wpatrywała się w nie przez dziesięć długich sekund, raz zamrugała i oddała je O’Donnellowi. O’Donnell wziął fotografię, bacznie się jej przyjrzał, potrząsnął głową i oddał Reacherowi.

Z lewej strony kadru widniał spoglądający w prawo Manuel Orozco, którego kamera uchwyciła w tym jego stanie ciągłej nerwowości. Obok z rękami w kieszeniach i cierpliwym wyrazem twarzy stał Calvin Franz. Następny był Tony Swan zwrócony przodem do kamery, spoglądający przed siebie. Po prawej – Jorge Sanchez w koszuli zapiętej pod szyją. Bez krawata, z palcem wetkniętym za kołnierzyk. Reacher doskonale znał tę pozę. Widział ją tysiące razy. Oznaczała, że Sanchez ogolił się jakieś dziesięć godzin wcześniej i zaczął mu dokuczać zarost odrastający na szyi. Chociaż w dolnym prawym rogu zdjęcia nie było godziny, Reacher wiedział, że wykonano je wczesnym wieczorem.

Wszyscy sprawiali wrażenie nieco postarzałych. Orozco miał siwe włosy na skroniach i podkrążone, zmęczone oczy. Franz może nawet zrzucił kilka kilogramów. Z jego ramion zniknęło trochę mięśni. Swan był szerszy niż kiedyś, miał wydatny tors i był grubszy w pasie. Krótkie włosy zaczesał do tyłu. Grymas niezadowolenia tak często pojawiający się na twarzy Sancheza zamienił się w trwały układ zmarszczek biegnących od nosa do brody i okalających usta.

Wydawali się starsi, może nawet odrobinę mądrzejsi. Spoglądając na ich zdjęcie, można było dostrzec ogromną ilość talentu, doświadczenia i możliwości. Poczucie koleżeństwa i niedawno odnowionego wzajemnego zaufania. Czterech twardzieli. Zdaniem Reachera czterech spośród najlepszych na świecie.

Kto lub co zdołało ich pokonać?

Za ich plecami dostrzegł znajome wąskie przejście między regałami sklepowymi.

– Gdzie je wykonano? – zapytał Reacher.

– W aptece w Culver City – wyjaśnił Mauney. – Obok biura Franza. Aptekarz ich zapamiętał. Swan kupił aspirynę.

– To do niego niepodobne.

– Dla psa. Zwierzak cierpiał na zapalenie stawu biodrowego. Dawał mu codziennie ćwiartkę aspiryny. Farmaceuta poinformował Swana, że ten lek często podaje się psom. Szczególnie dużym.

– Ile aspiryny kupił?

– Duże opakowanie. Dziewięćdziesiąt sześć tabletek. Generyczną postać leku.

– Gdyby podawał mu ćwiartkę dziennie, starczyłoby na rok i dziewiętnaście dni – zauważyła Dixon.

Reacher spojrzał ponownie na zdjęcie. Czterech facetów. Wszyscy rozluźnieni, żadnego śladu pośpiechu, jakby dysponowali mnóstwem czasu. Aspiryna miała wystarczyć psu na ponad rok.

Niczego się nie spodziewali.

Kto lub co ich pokonało?

– Mogę zatrzymać to zdjęcie? – zapytał.

– W jakim celu? – zdziwił się Mauney. – Zobaczyłeś coś szczególnego.

– Czterech starych przyjaciół. Mauney skinął głową.

– Zatrzymaj je. To kopia.

– Co dalej?

– Zostańcie tutaj – polecił Mauney. Zamknął wieko teczki i przekręcił zamki, których kliknięcie wydało głośny dźwięk w panującej ciszy. – Trzymajcie się na widoku i dzwońcie, jeśli zauważycie, że ktoś tu węszy. Żadnych działań na własną rękę, zrozumiano?

– Przyjechaliśmy na pogrzeb – powiedział Reacher.

– Czyj?

Na to pytanie Reacher nie odpowiedział. Wstał, odwrócił się i ponownie spojrzał na fotografię Raquel Welch. W szkle, za którym umieszczono zdjęcie, ujrzał podnoszącego się Mauneya i pozostałych. Kiedy ludzie wstają, pochylają się do przodu, a zatem przez chwilę są bliżej niż wówczas, gdy siedzieli. Dlatego kolejną czynnością o charakterze społecznym jest wycofanie się, odwrócenie, rozproszenie, poszerzenie kręgu, uszanowanie cudzej przestrzeni. Oczywiście Neagley okazała się najszybsza. Mauney odwrócił się do drzwi, w stronę wąskiego przejścia między fotelami. O’Donnell ruszył w drugą stronę, do wnętrza hotelu. Dixon zrobiła krok, odsuwając się od stolika, drobna, zwinna i bystra.

Tylko Thomas Brant ruszył w inną stronę niż pozostali.

Do środka zamiast na zewnątrz.

Reacher nie odrywał wzroku od tafli szkła, za którą widniała fotografia Raquel. Obserwował brązowe odbicie Brania. Od początku wiedział, co się stanie. Brant zamierzał poklepać golewą ręką po prawym ramieniu. Reacher miał się pytająco odwrócić i zainkasować potężny prawy prosty w twarz.

Brant zrobił kolejny krok. Reacher skupił wzrok na złotym pierścieniu w dolinie między piersiami Raquel. Lewa dłoń Brania powędrowała do przodu, a prawa, cofnęła się. Wyprostował palec wskazujący lewej dłoni, podczas gdy prawa zacisnęła się w pięść wielkości piłki do softballu. Dobra, chociaż nie imponująca technika. Reacher wyczuł, że tamten nie umieścił stóp w idealnej pozycji. Brant był gościem wszczynającym burdy, a nie wojownikiem. Sam spowolnił się o połowę.

Poczuł klepnięcie w ramię.

Ponieważ Reacher wiedział, co się stanie, odwrócił się szybciej niż zwykle i zablokował cios lewą dłonią tuż przed nosem. Tak jakby złapał niską piłkę gołą dłonią w polu wewnętrznym. Silny cios, zadany przez gościa o sporej masie. Dźwięk uderzenia był głośny jak cholera. Reacher poczuł piekący ból sięgający ścięgien.

Później potrzebne było jedynie nadludzkie opanowanie.

Zwierzęcy instynkt i pamięć mięśniowa nakazywały mu walnąć czołem w uszkodzony nos Branta. Bez większego namysłu. Pod wpływem adrenaliny. Ruch tułowia z biodra, wystarczające odchylenie, aby zadać cios. Reacher opanował go w wieku pięciu lat. Ta reakcja miała się stać niemal obowiązkowa w jego późniejszym życiu.

Tym razem ją powstrzymał.

Stał nieruchomo, trzymając zaciśniętą pięść Branta. Spojrzał mu w oczy, zrobił wydech i potrząsnął głową.

– Raz przeprosiłem – powiedział. – Teraz robię to po raz drugi. Jeśli tego ci mało, poczekaj, aż zamkniemy sprawę. Będę w okolicy. Sprowadzisz dwóch kumpli i napadniecie mnie we trzech, gdy nie będę się niczego spodziewał. Chyba to fair, nie?

– Może to zrobię – odparł Brant.

– Powinieneś. Tylko starannie dobierz kumpli. Nie proś facetów, których nie stać na spędzenie sześciu miesięcy w szpitalu.

– Twardziel.

– To nie ja noszę szynę na twarzy. Przerwał im Curtis Mauney:

– Nie chcę żadnych bójek. Ani teraz, ani później. – Po tych słowach odciągnął Branta za kołnierz. Reacher poczekał, aż obaj znikną w drzwiach, a następnie skrzywił się i dziko potrząsnął lewą ręką.

– Cholera, ale piecze.

– Zrób sobie okład z lodu – poradziła Neagley.

– Potrzymaj w niej puszkę zimnego piwa – zaproponował O’Donnell.

– Zapomnij o wszystkim i pozwól, żebym powiedziała ci, co myślę o liczbie sześćset pięćdziesiąt – powiedziała Dixon.

34

Poszli do pokoju Dixon, która starannie ułożyła arkusze na łóżku.

– Okej – oznajmiła. – Mamy tu siedem kolejnych miesięcy kalendarzowych. To analiza jakichś wyników. Dla uproszczenia nazwijmy je trafieniami i pudłami. Pierwsze trzy miesiące są całkiem niezłe. Dużo trafień, niewiele pudeł. Przeciętna trafień rzędu dziewięćdziesięciu procent. Wiem, że chcecie, abym była dokładna, więc powiem, że chodzi dokładnie o osiemdziesiąt dziewięć i pięćdziesiąt trzy setne procent.

– Mów dalej – powiedział O’Donnell.

– W czwartym miesiącu mamy do czynienia ze spadkiem, który od tego czasu stale się pogłębia.

– Przecież wszyscy o tym wiemy – żachnęła się Neagley.

– Na potrzeby argumentacji przyjmijmy pierwsze trzy miesiące za punkt odniesienia. Wiemy, że mogą osiągnąć wynik rzędu dziewięćdziesięciu procent. Są do tego zdolni. Przypuśćmy, że mogliby i osiągaliby takie wyniki w nieskończoność.

– To im się nie udało – zaprotestował O’Donnell.

– Właśnie. Mogli, lecz im się nie udało. Do czego to doprowadziło?

– Pudłowali częściej niż przedtem – odpowiedziała Neagley.

– Ile razy więcej?

– Nie mam pojęcia.

– A ja tak – odparła Dixon. – Gdyby udało im się utrzymać dotychczasowy poziom, uniknęliby dokładnie sześciuset pięćdziesięciu pudeł.

– Naprawdę?

– Naprawdę – przytaknęła Dixon. – Liczby nie kłamią, a procenty są rodzajem liczb. Pod koniec trzeciego miesiąca wydarzyło się coś, co miało ich kosztować sześćset pięćdziesiąt nieudanych prób.

Reacher skinął głową. W sumie sto osiemdziesiąt trzy dni i dwa tysiące sto dziewięćdziesiąt siedem zdarzeń. Tysiąc trzysta czternaście trafień i osiemset osiemdziesiąt trzy kiksy. Rozkład wyników był wyraźnie nierównomierny. Pierwsze trzy miesiące: osiemset dziewięćdziesiąt siedem zdarzeń, osiemset dwa trafienia i dziewięćdziesiąt pięć pudeł. Kolejne cztery miesiące: tysiąc trzysta zdarzeń, marnych pięćset dwanaście trafień i katastrofalna liczba siedmiuset dziewięćdziesięciu ośmiu pudeł, z których można by uniknąć sześciuset pięćdziesięciu, gdyby coś nie uległo zmianie.

– Szkoda, że nie wiemy, czego szukać – powiedział.

– To sabotaż – stwierdził O’Donnell. – Zapłacili komuś, aby coś spieprzył.

– Po tysiąc dolców za każde zdarzenie? – zapytała Neagley. – Sześćset pięćdziesiąt razy? Niezła robota, pod warunkiem że potrafisz ją zdobyć.

– Sabotaż odpada – zaprzeczył Reacher. – Za sto tysięcy można by z łatwością przekupić całą fabrykę lub biuro. Może nawet całe miasteczko. Nie musiałbyś płacić za każdym razem.

– W takim razie o co chodzi?

– Nie mam pojęcia.

– A jednak wszystko do siebie pasuje – zauważyła Dixon. – Nie sądzicie? Istnieje wyraźny matematyczny związek pomiędzy tym, o czym wiedzieli Franz i Sanchez.

***

Minutę później Reacher podszedł do okna w pokoju Dixon i wyjrzał na zewnątrz.

– Czy możemy przyjąć, że Orozco wiedział to co Sanchez?

– Jasne – odpowiedział O’Donnell. – I vice versa, przecież byli kumplami. Wspólnie pracowali. Rozmawiali ze sobą cały czas.

– Zatem brakuje nam tego, co wiedział Swan. Tamci zostawili jakieś ślady. On nie pozostawił niczego.

– Jego dom jest czysty. Nic tam nie ma.

– Podobnie jak w jego biurze.

– Nie miał biura. Został zwolniony.

– Całkiem niedawno. Jego gabinet pozostał wolny. New Age Defense Systems zwalnia pracowników i nie zatrudnia nikogo na ich miejsce. Mają dużo wolnej przestrzeni. Gabinet Swana został pewnie tymczasowo zamknięty. Komputer nadal stoi na biurku. Może w szufladach biurka zostały jakieś notatki lub coś w tym rodzaju.

– Chcesz się ponownie spotkać z tą heterą?

– Myślę, że powinniśmy.

– Powinniśmy zadzwonić, zanim tam pojedziemy.

– Lepiej będzie, jeśli pojawimy się bez uprzedzenia.

– Chciałbym zobaczyć gabinet Swana – rzekł O’Donnell.

– Ja również – powiedziała Dixon.

***

Prowadziła Dixon. Ona wypożyczyła wóz, ona prowadzi. Skręciła w kierunku wschodniej części Sunset, zmierzając do autostrady Sto Jeden. Neagley wyjaśniła jej, co powinna zrobić, gdy się na niej znajdzie. Trudna trasa. Samochody poruszające się w żółwim tempie. Ale droga prowadząca przez Hollywood była niezwykle malownicza. Widać było, że jazda sprawia przyjemność Dixon. Lubiła Los Angeles.

***

Facet w ciemnoniebieskim chryslerze śledził ich przez całą drogę. Przed wjazdem na autostradę, kiedy minęli studia nagraniowe KTLA, wybrał numer.

– Cała czwórka jedzie na wschód – powiedział szefowi. – Wszyscy są w jednym samochodzie.

– Jestem nadal w Kolorado – odpowiedział tamten. – Obserwuj ich dalej, dobrze?

35

Dixon wjechała przez otwartą bramę New Age Defense Systems i zaparkowała na tym samym miejscu dla gości co Neagley, dokładnie na wprost lśniącej sześciennej bryły biurowca. Piękne drzewa stały nieruchomo w ciężkim powietrzu. Za kontuarem dostrzegli tę samą recepcjonistkę. Ubraną w tę samą koszulkę polo. Zareagowała równie ociężale jak poprzednio. Usłyszała dźwięk otwieranych drzwi, lecz podniosła głowę dopiero wówczas, gdy Reacher położył dłoń na kontuarze.

– Czym mogę służyć? – zapytała.

– Chcielibyśmy zobaczyć się ponownie z panią Berenson – wyjaśnił. – Z działu kadr.

– Sprawdzę, czy ma teraz czas – odparła recepcjonistka. – Proszę usiąść.

O’Donnell i Neagley usiedli, lecz Reacher i Dixon stali. Dixon była zbyt niespokojna, aby tego dnia spędzić więcej czasu na siedząco. Reacher stał, ponieważ gdyby usiadł obok Neagley, wywołałby u niej uczucie przytłoczenia, a gdyby wybrał inne miejsce, zastanawiałaby się dlaczego.

Po czterech minutach oczekiwania usłyszeli znajomy odgłos uderzeń obcasów o posadzkę. Berenson wyłoniła się z korytarza za rogiem i bez wahania ruszyła w ich stronę. Mijając recepcjonistkę, skinęła głową w geście podziękowania. Gościom posłała dwa uśmiechy – jeden Reacherowi i Neagley, ponieważ już się znali, drugi O’Donnellowi i Dixon, ponieważ nie wiedziała, kim są. Dostrzegli blizny pod makijażem Berenson, wyczuli chłodny dystans. Otworzyła aluminiowe drzwi i stanęła nieruchomo, dopóki wszyscy nie weszli do środka.

Ponieważ w sali konferencyjnej były cztery krzesła, Berenson zajęła miejsce przy oknie. Uprzejmy gest podkreślający psychologiczną dominację. Goście musieli podnieść głowę, aby na nią spojrzeć i mrużyć oczy z powodu promieni słońca, które świetlały ją od tyłu.

– W jaki sposób mogę wam dzisiaj pomóc? – zapytała. W jej tonie dało się wyczuć nutkę protekcjonalności. Lekkie poirytowanie. Nieznaczne zaakcentowanie dzisiaj.

– Tony Swan zaginął – odparł Reacher.

– Zaginął?

– Tak jak „zaginął w akcji”. Nie możemy go odnaleźć.

– Nie pojmuję.

– Nie jest to zbyt trudne do zrozumienia.

– Swan może być dosłownie wszędzie. Mógł znaleźć pracę w innym stanie, wyjechać na dawno odkładane wakacje do miejsca, które zawsze pragnął odwiedzić. Ludzie czasami tak postępują w sytuacji, w jakiej znajdował się pan Swan. To jak obserwowanie promieni słońca prześwitających zza chmur.

– Jego pies zdechł z pragnienia, uwięziony w domu. Trudno dopatrzyć się w tym promieni słońca zza chmur – odparł O’Donnell. – Ja widzę same chmury. Swan nigdzie nie wyjechał, aby zrealizować swoje plany.

– Jego pies? To straszne!

– Właśnie – przytaknęła Dixon.

– Suka nazywała się Maisi – dodała Neagley.

– Nie wiem, jak mogłabym wam pomóc – powiedziała Berenson. – Pan Swan odszedł ponad trzy tygodnie temu. Czy nie powinna się tym zająć policja?

– Badają sprawę – wyjaśnił Reacher. – Podobnie jak my.

– Nie mam pojęcia, w czym mogłabym okazać się przydatna.

– Chcielibyśmy zobaczyć jego biurko i komputer. Dziennik. Mógł zostawić w nim jakieś notatki. Informacje, zapiski na temat spotkań.

– Jakie zapiski?

– Na temat tego, co mogło spowodować jego zaginięcie.

– Nie zniknął z powodu New Age Defense Systems.

– Być może. Wiadomo jednak, że ludzie załatwiają w biurze prywatne sprawy. Robią notatki na temat swojego osobistego życia.

– Nie tutaj.

– Dlaczego nie? Cały czas zajmujecie się sprawami zawodowymi?

– Nie znajdziecie żadnych notatek. Żadnego papieru. Żadnych długopisów ani ołówków. To podstawowa zasada bezpieczeństwa. Nasze środowisko jest całkowicie pozbawione papieru. Tak jest bezpieczniej. Przyjęliśmy taką filozofię. Człowiek, który pomyśli o jej złamaniu, jest natychmiast zwalniany. Wszystkie dane są zapisywane w pamięci komputerów. Mamy wewnętrzną sieć z zaporami bezpieczeństwa i automatycznym wyrywkowym systemem monitorowania danych.

– W takim razie czy moglibyśmy zobaczyć jego komputer? – zapytała Neagley.

– Pewnie moglibyście – odpowiedziała Berenson. – Nie sądzę jednak, aby wam to coś dało. W ciągu trzydziestu minut od odejścia pracownika wyjmujemy i niszczymy twardy dysk jego komputera. Rozbijamy go w drobny mak. Fizycznie. Młotkami. To kolejna zasada bezpieczeństwa, którą stosujemy.

– Młotkami? – zdziwił się Reacher.

– To jedyna skuteczna metoda. W przeciwnym razie można odzyskać dane.

– Zatem nie pozostał po nim żaden ślad?

– Obawiam się, że tak.

– Macie bardzo surowe zasady.

– Wiem. Pan Swan sam je wprowadził. W pierwszym tygodniu pracy. Był to pierwszy poważniejszy wkład, który wniósł do działalności naszej firmy.

– Czy z kimś rozmawiał? – zapytała Dixon. – Miał przyjaciół? Czy miał tu kogoś, z kim mógł się podzielić swoimi troskami?

– Sprawami osobistymi? – zapytała Berenson. – Wątpię. Nie byłoby to właściwe. W firmie odgrywał rolę gliny. Aby być skutecznym, musiał udawać niedostępnego.

– A jego szef? – wtrącił O’Donnell. – Mogli przecież ze sobą rozmawiać. Z zawodowego punktu widzenia płynęli w tej samej łódce.

– Zapytam go – powiedziała Berenson.

– Jak się nazywa?

– Nie mogę udzielać takich informacji.

– Jest pani bardzo dyskretna.

– Pan Swan na to nalegał.

– Możemy się z nim spotkać?

– Obecnie nie ma go w mieście.

– Kto prowadzi kram?

– W pewnym sensie pan Swan. Procedury, które wdrożył, nadal działają.

– Rozmawiał z panią?

– O sprawach osobistych? Nie, nigdy.

– Czy tydzień przed zwolnieniem sprawiał wrażenie zdenerwowanego lub zmartwionego.

– Nie zauważyłam.

– Czy wykonywał wiele telefonów?

– Tak, podobnie jak my wszyscy.

– Co pani zdaniem mogło się mu przytrafić?

– Moim zdaniem? – zdziwiła się Berenson. – Naprawdę nie mam pojęcia. Odprowadziłam go do samochodu i powiedziałam, że gdy sytuacja ulegnie poprawie, będę go błagała, żeby wrócił. Odparł, że będzie czekał. Więcej go nie widziałam.

***

Wrócili do samochodu Dixon i odjechali. Reacher obserwował w lustrzanych panelach, jak odbicie forda staje się coraz mniejsze.

– Zmarnowany czas – powiedziała Neagley. – Mówiłam, że powinniśmy zadzwonić.

– Chcieliśmy zobaczyć, gdzie pracował – odparła Dixon.

– „Pracował” to niewłaściwe słowo – zauważył O’Donnell. – Wykorzystali go, to wszystko. Przez rok korzystali z jego wiedzy, a następnie wykopali na bruk. Wdrożyli jego pomysły, nie dając mu pracy.

– Na to wygląda – przytaknęła Dixon.

– Niczego tu nie produkują. Budynek jest pozbawiony ochrony.

– To jasne. Muszą mieć gdzieś fabrykę. W jakimś odludnym miejscu.; -

– W takim razie dlaczego UPS nie dysponuje tym adresem?

– Może jest zastrzeżony. Może nie adresują tam przesyłek.

– Chciałbym wiedzieć, co produkują.

– Dlaczego? – zapytała Dixon.

– Zwykła ciekawość. Im więcej wiesz, tym więcej masz szczęścia.

– W takim razie dowiedz się – powiedział Reacher.

– Nie mam kogo zapytać.

– A ja mam – wtrąciła się Neagley. – Znam gościa pracującego w dziale zamówień Pentagonu.

– Zadzwoń do niego – polecił Reacher.

***

Ciemnowłosy czterdziestolatek podający się za Alana Masona właśnie kończył spotkanie w swoim pokoju w Denver. Jego gość zjawił się punktualnie w towarzystwie jednego ochroniarza. Mason uznał oba fakty za pozytywny sygnał. Cenił punktualność w biznesie, a przewagę rzędu dwóch na jednego uważał za luksus. Często prowadził interesy, mając po drugiej stronie sześciu lub dziesięciu.

Dobry początek, po którym odnotował znaczący postęp. Obyło się bez kiepskich argumentów tłumaczących opóźnienie dostawy, zaniżonych liczb lub innych trudności. Żadnej przynęty ani zmiany stanowiska. Żadnej próby renegocjowania umowy ani zawyżonych cen. Wszystko zgodnie z umową. Sześćset pięćdziesiąt sztuk po tysiąc dolarów każda.

Mason otworzył walizkę, a jego klient rozpoczął żmudny proces przeliczania jej zawartości. Środki na koncie w banku szwajcarskim i obligacje na okaziciela nie budziły żadnych wątpliwości. Wystarczyło rzucić na nie okiem. Ocena diamentów była bardziej subiektywna. Oczywiście, podał wagę w karatach, lecz dużo zależało od czystości i szlifu kamieni. W rzeczywistości ludzie Masona celowo zaniżyli ich wartość, aby tamci byli zadowoleni. Gest Masona szybko został dostrzeżony. Klient wyraził zadowolenie i zgodził się, że walizka zawiera sześćdziesiąt pięć milionów dolarów.

W tym momencie stała się jego własnością.

W zamian Mason otrzymał klucz i kartkę.

Klucz był mały i stary, odrapany i zużyty, zwyczajny i pozbawiony oznaczeń. Przypominał klucz, który ślusarz wykona na poczekaniu w każdym sklepie żelaznym. Mason usłyszał, że jest to klucz do kłódki kontenera oczekującego w jednym z doków Los Angeles.

Kartka była kwitem załadunkowym, na którym zawartość kontenera opisano jako sześćset pięćdziesiąt odtwarzaczy DVD.

Kiedy gość Masona i jego ochroniarz wyszli, ten poszedł do łazienki i spalił swój paszport w muszli klozetowej. Pół godziny później opuścił hotel jako Andrew McBride i skierował się w stronę lotniska. Ze zdumieniem stwierdził, że z niecierpliwością czeka na muzykę jugbandową.

***

Frances Neagley zadzwoniła do Chicago z samochodu Dixon. Poprosiła asystenta, aby wysłał e-mail do jej znajomego w Pentagonie z wyjaśnieniem, że nie ma jej w biurze. Że jest w Kalifornii i nie ma dostępu do bezpiecznej linii. I że ma pytanie na temat tego, co wytwarza New Age Defense Systems. Wiedziała, że jej znajomy woli odpowiedzieć na e-mail niż rozmawiać przez komórkę na otwartym paśmie.

– Masz w biurze bezpieczne telefony? – zdziwił się O’Donnell.

– Jasne.

– To niesamowite. Kim jest ten facet?

– Gościem, który jest mi winien przysługę – odpowiedziała Neagley.

– Wystarczająco dużą, aby dostarczyć to, o co prosimy?

– Zawsze.

Dixon zjechała ze Sto Pierwszej w Sunset i skręciła na zachód do hotelu. Ulice były zakorkowane. Zostało im niecałe pięć kilometrów. Biegacz pokonałby ten dystans szybciej od nich. Kiedy przybyli na miejsce, zauważyli crown vica czekającego przed wejściem. Nieoznaczony policyjny radiowóz. Nie należał do Thomasa Branta. Był nowszy, nie miał uszkodzeń i posiadał nieco inny odcień.

Crown vic należał do Curtisa Mauneya.

Mauney wysiadł, gdy tylko Dixon zaparkowała. Podszedł do nich niski, krępy, stary i zmęczony. Stanął przed Reacherem i zawahał się, aby po chwili zapytać:

– Czy jeden z waszych przyjaciół miał tatuaż na plecach? Zadał to pytanie delikatnym tonem.

Cicho.

Ze współczuciem.

– Chryste – jęknął Reacher.

36

Manuel Orozco przez cztery lata uczęszczał do college’u za pieniądze armii, mając nadzieję, że zostanie oficerem piechoty. Jego mała siostra bardzo się bała, że brat polegnie w walce, a rozległe obrażenia twarzy spowodują, iż nie zostanie zidentyfikowany. W rezultacie ona nigdy się nie dowie, co go spotkało. Orozco powiedział jej o nieśmiertelnikach. Odparła, że wojskowy identyfikator może zostać zerwany lub zgubiony. Wspomniał o odciskach palców. Ona na to, że może stracić kończyny. Powiedział o identyfikacji za pomocą dokumentacji stomatologicznej. Ona odparła, że pocisk może mu rozerwać szczękę. Później zdał sobie sprawę, że jej lęk miał głębsze podłoże, wówczas jednak uznał, iż rozwieje go duży tatuaż umieszczony w górnej części pleców. Napis Orozco, M., wytatuowany dużymi czarnymi literami z równie dużym numerem służbowym poniżej. Kiedy wrócił do domu i triumfalnie ściągnął koszulkę, z zaskoczeniem stwierdził, że dzieciak płacze jeszcze głośniej.

W końcu udało mu się uniknąć służby w piechocie i trafić do 110. oddziału żandarmerii. Reacher od razu ochrzcił go „workiem marynarskim”, ponieważ szerokie oliwkowe plecy Orozco wyglądały jak wojskowy worek z nazwiskiem i numerem. Piętnaście lat później Reacher stał na skąpanym w słońcu parkingu Chateau Marmont, mówiąc:

– Znaleźliście kolejne ciało.

– Obawiam się, że tak – odparł Mauney.

– Gdzie?

– W tym samym rejonie. W rowie.

– Zrzucili go z helikoptera?

– Na to wygląda.

– To Orozco – rzekł Reacher.

– Takie nazwisko ma wypisane na plecach – przytaknął Mauney.

– W takim razie dlaczego pytasz?

– Musimy mieć pewność.

– Wszystkie zwłoki powinny być równie łatwe do zidentyfikowania.

– Kto jest najbliższym krewnym zmarłego?

– Ma gdzieś siostrę. Znacznie młodszą.

– W takim razie powinieneś dokonać formalnej identyfikacji. Gdybyś był tak uprzejmy. Młodsza siostra nie powinna tego oglądać.

– Jak długo leżał w tym rowie?

– Długo.

***

Wsiedli do samochodu i Dixon ruszyła za Mauneyem do kostnicy hrabstwa położonej na północ od Glendale. Nikt się nie odezwał słowem. Reacher siedział z tyłu, obok O’Donnella i robił to samo co on. Mimowolnie wspominał Orozco. Facet był prawdziwym kpiarzem. Po części zachowywał się tak rozmyślnie, po części, nieświadomie. Chociaż miał meksykańskie korzenie, przyszedł na świat w Teksasie i wychował w Nowym Meksyku, przez wiele lat udawał białego Australijczyka. Do każdego mówił „stary”. Doskonale nadałby się na dowódcę, chociaż nigdy nie wydawał rozkazów. Czekał, aż młodszy oficer lub żołnierz zrozumie, o co mu chodzi, a następnie mówił: „Jeśli nie masz nic przeciwko, stary, bardzo proszę”. Powiedzonko to stało się równie znane jak „nie zadzieraj”.

„Kawy?”.

„Jeśli nie masz nic przeciwko, stary, bardzo proszę”. ”Papierosa?”.

„Jeśli nie masz nic przeciwko, stary, bardzo proszę”. „Chcesz, abym zastrzelił jego matkę?”. „Jeśli nie masz nic przeciwko, stary, bardzo proszę”. – Przecież już wiedzieliśmy – zaczął O’Donnell. – To nie jest niespodzianka.

Nikt nie odpowiedział.

***

Kostnica hrabstwa okazała się nowym ośrodkiem medycznym ze szpitalem po jednej stronie szerokiej nowej ulicy. Po drugiej znajdował się punkt, w którym przyjmowano ciała z miast niemających własnej kostnicy. Biały betonowy sześcian na kolumnach sięgających pierwszego piętra. Samochód przewożący zwłoki mógł wjechać do środka budynku aż do ukrytych drzwi windy. Schludnie, czysto i dyskretnie. Po kalifornijsku. Mauney zaparkował na miejscu dla gości w pobliżu drzew. Dixon stanęła obok niego. Wysiedli i zatrzymali się na chwilę, rozprostowując kości, rozglądając się i marnując czas.

Nikt nie pragnął tej podróży.

Mauney ruszył przodem. W pobliżu oznaczonego pasami przejścia znajdowała się winda dla personelu. Mauney wcisnął guzik i po chwili rozsunęły się drzwi. Poczuli chłodne, przesycone chemikaliami powietrze. Mauney wszedł pierwszy, po nim Reacher, O’Donnell, Dixon i Neagley.

Mauney nacisnął przycisk oznaczony czwórką.

Drzwi trzeciego piętra były zimne jak drzwi chłodni mięsnej. Weszli do prostego pomieszczenia z szerokim wewnętrznym oknem zasłoniętym żaluzjami. Tu dokonywano identyfikacji. Mauney przeszedł przez pokój, kierując się do sali ze zwłokami. W trzech ścianach znajdowały się drzwi szuflad chłodni. Kilkanaście. Powietrze było lodowate, przesycone zapachami, pełne refleksów odbijanych od stalowych powierzchni. Mauney wyciągnął jedną z szuflad. Wysunęła się bez oporu, jakby była umieszczona na kulkowej prowadnicy. Na całą długość, dopóki nie zatrzymała się na gumowych ogranicznikach.

Wewnątrz znajdowało się ciało mężczyzny hiszpańskiego pochodzenia. Nadgarstki i kostki denata związano twardym rzemieniem, który głęboko wpił się w ciało. Ręce skrępowano za plecami. Głowa i barki zostały poważnie uszkodzone. Zwłoki były prawie nie do rozpoznania.

– Uderzył głową o ziemię – rzekł cicho Reacher – jeśli został w taki sposób związany i wyrzucony z helikoptera.

– W pobliżu zwłok nie było żadnych śladów – wyjaśnił Mauney.

Inne szczegóły medyczne były trudne do rozpoznania. Ciało znajdowało się w zaawansowanym stadium rozkładu, lecz z powodu pustynnego upału i suchego powietrza wyglądało jak zmumifikowane. Wydawało się skurczone, pomniejszone, zapadnięte, twarde jak podeszwa. Puste. Dostrzegli niewielkie uszkodzenia spowodowane przez zwierzęta. Upadek do rowu zapobiegł większym.

– Rozpoznajesz go? – zapytał Mauney.

– Niezupełnie – odparł Reacher.

– Zobacz tatuaż. Reacher nawet nie drgnął.

– Chcesz, abym wezwał sanitariusza?

Reacher potrząsnął głową i wsunął dłoń pod lodowaty bark denata. Uniósł ciało, które przewróciło się dziwacznie, jakby stanowiło jedną sztywną bryłę – kłodę lub pniak. Kiedy zwłoki znalazły się na brzuchu, związane ręce powędrowały w górę, jakby do ostatka toczyły rozpaczliwą walkę o uwolnienie.

Z pewnością tak było, pomyślał Reacher.

Tatuaż był lekko pofałdowany, zwinięty, zmięty i pomarszczony z powodu luźnej tkanki martwiczej i nienaturalnego wewnętrznego nacisku górnej części ramion.

Napis wyblakł pod wpływem czasu.

Mimo to nie było żadnych wątpliwości.

Orozco, M.

Pod spodem numer służbowy składający się z dziewięciu cyfr.

– To on – rzekł Reacher. – To Manuel Orozco.- Jest mi ogromnie przykro – powiedział Mauney. Przez chwilę panowała cisza. Słychać było jedynie chłodne powietrze wypychane przez aluminiowe przewody wentylacyjne.

– Czy nadal przeczesujecie okolicę? – zapytał Reacher.

– W poszukiwaniu pozostałych? Nie robimy tego w sposób aktywny, jakby zaginęło dziecko.

– Czy macie tu również Franza? W jednej z tych cholernych szuflad?

– Chcesz go zobaczyć? – zapytał Mauney.

– Nie – odpowiedział Reacher. Spojrzał na Orozco i zapytał: – Kiedy przeprowadzicie autopsję?

– Wkrótce.

– Czy sznur coś nam powie?

– Przypuszczalnie jest zbyt pospolity.

– Wiadomo, kiedy Orozco zginął?

Mauney uśmiechnął się słabo jak gliniarz do gliniarza.

– Kiedy uderzył o ziemię.

– To znaczy kiedy?

– Trzy, cztery tygodnie temu. Sądzimy, że zginął przed Franzem, lecz nigdy się tego nie dowiemy.

– Dowiemy się – zaprzeczył Reacher.

– Jak?

– Zapytam tego, kto to zrobił. Zapewniam cię, że mi powie. Będzie błagał o taką możliwość.

– Żadnych niezależnych działań, pamiętasz?

– Możesz sobie pomarzyć.

***

Mauney został, aby odwalić papierkową robotę, podczas gdy Reacher, Neagley, Dixon i O’Donnell zjechali na dół, aby wyjść na ciepło i słońce. Stali na parkingu, nie odzywając się ani słowem, nie robiąc niczego, gotując się z tłumionej wściekłości. To normalne, że żołnierze myślą o śmierci. Żyją w jej cieniu i ją akceptują. Niektórzy nawet jej pragną. W głębi duszy chcą jednak, aby była sprawiedliwa. Ja i on. Niech zwycięży lepszy. Pragną też, aby była godna. Niezależnie od tego, jakim wynikiem zakończy się starcie, chcą, aby walka miała znaczenie.

Żołnierz, który poległ z rękami skrępowanymi na plecach, kojarzy się z najohydniejszym aktem przemocy. Z bezradnością, poddaniem i torturami. Z bezsilnością.

Ten widok pozbawił ich wszelkich złudzeń.

– Chodźmy – powiedziała Dixon. – Tracimy czas.

37

W hotelu Reacher spędził trochę czasu nad fotografią, którą dostał od Mauneya. Zdjęciem z apteki. Zamrożonym kadrem z systemu monitoringu. Jak zwykle niespokojny Manuel Orozco stał z lewej, patrząc w prawo. Obok niego Calvin Franz z rękami w kieszeniach i cierpliwym wyrazem twarzy. Następnie spoglądający przed siebie Tony Swan. I Jorge Sanchez z prawej, z palcem wetkniętym za kołnierzyk.

Czterech przyjaciół.

Dwóch z nich nie żyło.

Przypuszczalnie zabito wszystkich czterech.

– Co za pieprzona sytuacja – rzekł O’Donnell. Reacher skinął głową.

– Poradzimy sobie.

– Naprawdę? – zapytała Neagley. – Czy uda się nam tym razem?

– Tak jak kiedyś.

– Nigdy nie spotkało nas coś takiego.

– Zmarł mój brat.

– Wiem, lecz to, co się tu wydarzyło, jest gorsze. Reacher ponownie przytaknął.

– To fakt.

– Miałem nadzieję, że jakimś cudem trzem pozostałym nic się nie stało.

– Wszyscy mieliśmy.

– Byliśmy w błędzie. Oni nie żyją.

***

Poszli do pokoju Dixon tylko po to, by przekonać się, że praca to pojęcie względne. Znaleźli się w ślepym zaułku. Nie mieli żadnego punktu zaczepienia. Ich samopoczucia nie poprawiła Neagley, która po wizycie w swoim apartamencie znalazła wiadomość od znajomego z Pentagonu: „Przykro mi, nie mogę udzielić żadnych informacji. Działalność New Age Defense Systems jest objęta tajemnicą”. Krótka wiadomość, pozbawiona treści i lekceważąca.

– Wygląda na to, że facet nie ma wobec ciebie większych zobowiązań – zauważył O’Donnell.

– Jesteś w błędzie – odparła Neagley. – Gość ma wobec mnie większy dług, niż sądzisz. Ta odmowa mówi więcej o New Age Defense Systems niż o mnie lub o nim.

Zaczęła przeglądać zawartość skrzynki odbiorczej, by po chwili się zatrzymać. Natrafiła na inną wiadomość od tego samego faceta. Podpisaną innym imieniem, nadaną z innego adresu e-mailowego.

– To darmowe konto e-mailowe jednorazowego użytku – wyjaśniła.

Kliknęła ikonę listu i przeczytała: „Frances, miło, że się odezwałaś. Powinniśmy się spotkać. Wolisz obiad czy kino? Powinienem zwrócić twoje płyty z muzyką Hendriksa. Dzięki za pożyczenie. Wszystkie są wspaniałe. Szósty kawałek w drugim albumie jest bardzo dynamiczny. Daj mi znać, kiedy przyjedziesz do Waszyngtonu. Zadzwoń, gdy tylko będziesz mogła”.

– Ma twoje płyty? – zapytał Reacher.

– Nie – odpowiedziała Neagley. – Nie mam żadnych płyt Jimiego Hendriksa. Nie lubię jego muzyki.

– Poszliście kiedyś do kina lub na obiad? – zaciekawił się O’Donnell.

– Nigdy – zaprzeczyła Neagley.

– Musiał cię pomylić z inną kobietą.- To mało prawdopodobne – ocenił Reacher.

– Przesłał zaszyfrowaną wiadomość – oznajmiła Neagley. – Odpowiedź na moje pytanie. Inne wytłumaczenie odpada. Niebudzący podejrzeń e-mail z oficjalnego adresu i zaszyfrowany ciąg dalszy z jednorazowego konta. Ostro się asekuruje.

– Co to za szyfr? – zapytała Dixon.

– Musi mieć coś wspólnego z szóstym kawałkiem z drugiego albumu Hendriksa.

– Jaki tytuł nosi drugi album Hendriksa? – zapytał Reacher.

– Electric Lady land - poinformował go O’Donnell.

– Ten album był późniejszy – zaprzeczyła Dixon. – Pierwszy nosił tytuł Are You Experienced.

– Ten z nagimi kobietami na okładce?

– To Electric Lady land.

– Wspaniała okładka.

– Jesteś odrażający.

– Drugi album to Axis Bold As Love - przerwał im Reacher.

– Jaki tytuł nosił szósty utwór? – zapytała Dixon.

– Nie mam pojęcia.

– Kiedy zaczyna się twarda gra, twardziele idą na zakupy – odparł O’Donnell.

***

Ruszyli na wschód Sunset i dotarli do sklepu Tower Records. Weszli do klimatyzowanego pomieszczenia pełnego młodych ludzi i głośnej muzyki i na półce z napisem „Rock/Pop” odnaleźli literę „H”. Całe mnóstwo albumów Jimiego Hendriksa. Reacher rozpoznał cztery stare płyty oraz kilka albumów wydanych pośmiertnie. Były też trzy egzemplarze Axis Bold As Love. Reacher wyciągnął jeden i przewrócił na drugą stronę. Pudełko było zafoliowane, a sklepowy kod kreskowy zasłaniał drugą połowę listy utworów.

Podobnie było na drugim egzemplarzu.

I trzecim.

– Zerwij folię – powiedział O’Donnell.

– Mam ukraść płytę?

– Nie, zerwij plastikowe opakowanie.

– Nie mogę, płyta nie jest naszą własnością.

– Bijesz gliniarzy, a nie chcesz uszkodzić folii?

– To zupełnie inna sprawa.

– Co zamierzasz zrobić?

– Kupię ją. Przesłuchamy płytę w samochodzie. Samochody mają odtwarzacze CD, prawda?

– Od stu lat – potwierdziła Dixon.

Reacher wziął płytę i stanął w kolejce za dziewczyną mającą na twarzy więcej metalu niż gość, który oberwał granatem. Podszedł do kasy i odliczył trzynaście dolców ze zwitka ośmiuset dolarów, po raz pierwszy w życiu stając się właścicielem płyty kompaktowej.

– Rozpakuj ją – poradził O’Donnell.

Płyta była ściśle zafoliowana. Reacher oderwał róg paznokciem, a następnie rozerwał zębami plastikowe opakowanie. Gdy się go pozbył, odwrócił okładkę i przesunął palcem po liście utworów.

– „Little Wing” – powiedział.

O’Donnell wzruszył ramionami. Neagley spojrzała pustym wzrokiem.

– To żadna pomoc – stwierdziła Dixon.

– Znam tę piosenkę – oznajmił Reacher.

– Błagam, tylko nie śpiewaj – poprosiła Neagley.

– Co to oznacza? – zapytał O’Donnell.

– To oznacza, że New Age Defense Systems produkuje broń o nazwie Little Wing.

– Jasne, w dalszym ciągu nie wiemy jednak, co to takiego.

– Pewnie to coś związanego z aeronautyką. Zdalnie sterowany samolot czy coś w tym rodzaju.

– Czy ktoś słyszał o takiej broni? – zapytała Dixon. – Nikt?

O’Donnell pokręcił głową.

– Ja, nie – dodała Neagley.

– Zatem mamy do czynienia z jakąś supertajną bronią – rzekła Dixon. – W dystrykcie Kolumbii nikt nie chce o niej rozmawiać, podobnie na Wall Street i w kręgu znajomych Neagley.

Reacher próbował otworzyć pudełko, które okazało się zamknięte naklejką z tytułem biegnącą przez całe górne łączenie. Rozerwał ją paznokciem na małe lepkie kawałki.

– I jak tu się dziwić, że wytwórnie płytowe przeżywają trudności? – powiedział. – Nie ułatwiają czerpania przyjemności z zakupu towaru.

– Co zrobimy? – zapytała Dixon.

– A co było w e-mailu?

– Przecież wiesz.

– O co ci chodzi?

– Co było napisane?

– Mieliśmy znaleźć szósty utwór w drugim albumie Hendriksa.

– I?

– I nic.

– Skądże! Napisał, aby niezwłocznie zadzwonić.

– To śmieszne – powiedziała Neagley. – Skoro nie napisał wiadomości, dlaczego miałby mi powiedzieć przez telefon.

– Nie napisał „zadzwoń do mnie”. W zaszyfrowanej wiadomości liczy się każde słowo.

– Musi chodzić o kogoś innego. Facet wie, że znasz kogoś, kto może ci pomóc.

– Kto ma mi pomóc, skoro on nie może?

– Ktoś, kogo znasz, a on o tym wie. Może chodzi o kogoś z Waszyngtonu, skoro użył nazwy tego miasta, a każde słowo ma znaczenie.

Neagley otworzyła usta, aby zaprzeczyć, lecz słowa uwięzły jej w gardle. Zatrzymała się.

– Jest pewna kobieta – powiedziała. – Diana Bond. Znamy ją oboje. Pracuje w biurze gościa z Kapitolu. Członka senackiej komisji obrony.

– Właśnie o to chodzi. Kim jest ten facet?

Neagley wymieniła znane nazwisko, które najwyraźniej nie cieszyło się powszechną sympatią.

– Masz przyjaciółkę, która pracuje dla tego dupka?

– Diana Bond nie jest moją przyjaciółką.

– Mam nadzieję.

– Ludzie potrzebują pracy, Reacher. Ty jesteś wyjątkiem.

– Dajmy temu spokój. Jej szef podpisuje czeki, więc muszą mu składać sprawozdania. Facet wie, czym jest Little Wing, a zatem ona także wie.

– Nie, jeśli sprawa jest objęta tajemnicą.

– Uwierz mi. Ten gość nie potrafiłby samodzielnie napisać własnego nazwiska. Jeśli on wie, wie również Diana Bond.

– Nie powie mi.

– Powie. Zagrasz ostro. Zadzwonisz i powiesz, że dowiedziałaś się o Little Wing i zamierzasz poinformować prasę, iż źródłem przecieku było biuro jej szefa. Powiesz, że ceną za twoje milczenie jest przekazanie wszystkich informacji, które ma na temat tej broni.

– To chwyt poniżej pasa.

– Raczej polityka. Skoro pracuje dla tego faceta, z pewnością to zrozumie.

– Czy to konieczne? Czy to naprawdę ma jakieś znaczenie?

– Im więcej wiesz, tym więcej masz szczęścia.

– Nie chcę jej w to mieszać.

– Chce tego twój kumpel z Pentagonu – rzekł O’Donnell.

– To tylko domysły Reachera.

– Nie, to coś więcej. Pomyśl o e-mailu, który ci przesłał. Napisał, że szósty utwór jest bardzo dynamiczny. Dziwaczne określenie. Mógł napisać „cudowny” lub „wspaniały”, lecz użył określenia „bardzo dynamiczny”. „B” i „D” jak inicjały Diany Bond.

38

Neagley uparła się, że zadzwoni do Diany Bond pod warunkiem, że nikt nie będzie słuchał. Kiedy wrócili do hotelu, udała się w odległy koniec holu, wykręciła kilka numerów, a następnie przeprowadziła poważną rozmowę. Wróciła po dwudziestu minutach, które wydały się wiecznością. Z lekkim wyrazem zdegustowania na twarzy. Komunikując nieznaczny dyskomfort mową ciała. Nie mogła jednak ukryć podniecenia.

– Potrzebowałam trochę czasu, aby do niej dotrzeć – powiedziała. – Okazuje się, że jest niedaleko stąd. Od kilku dni przebywa w bazie sił powietrznych w Edwards. Mają tam jakąś ważną prezentację.

– Właśnie dlatego twój znajomy napisał, abyś zadzwoniła do niej jak najszybciej. Wiedział, że jest w Kalifornii. Liczy się każde słowo.

– Co powiedziała? – zapytał Reacher.

– Przyjedzie tu – oznajmiła Neagley. – Chce się z nami spotkać osobiście.

– Naprawdę? – zdziwił się Reacher. – Kiedy?

– Tak szybko, jak zdoła.

– Imponujące.

– Żebyś wiedział. To Little Wing musi być bardzo ważne.

– Masz wyrzuty sumienia z powodu tego telefonu?

Neagley skinęła głową.

– Mam wyrzuty sumienia z powodu wszystkiego.

***

Poszli do pokoju Neagley i spojrzeli na mapę, aby określić najwcześniejszy możliwy czas przybycia Diany Bond. Baza w Edwards znajdowała się po drugiej stronie pasma San Gabriel, na pustyni Mojave, w odległości ponad stu kilometrów na północny wschód, obok Palmdale i Lancaster, w połowie drogi do Fort Irwin. Oznaczało to dwie godziny oczekiwania, jeśli Berenson wyruszyła natychmiast. Dłużej, jeśli tego nie uczyniła.

– Idę na spacer – oznajmił Reacher.

– Pójdę z tobą – zaproponował O’Donnell.

Ruszyli ponownie w kierunku wschodniej części Sunset, gdzie West Hollywood łączył się z właściwym Hollywood. Było wczesne popołudnie i Reacher czuł, jak słońce przypieka mu niemal łysą głowę. Można było odnieść wrażenie, że promienie zyskiwały na sile, odbijając się od wiszących w powietrzu cząsteczek zanieczyszczeń.

– Powinienem kupić czapkę – powiedział.

– Raczej lepszą koszulę – doradził O’Donnell. – Teraz możesz sobie na nią pozwolić.

– Może to zrobię.

Ujrzeli sklep, który minęli w drodze do Tower Records. Należący do jednej z popularnych sieci. Sklep miał elegancką, gustownie urządzoną wystawę, lecz nie należał do drogich. Sprzedawano w nim bawełniane ubrania, dżinsy, spodnie khaki, koszule i T-shirty. I czapeczki. Ubrania były nowe, lecz wyglądały jak używane, wielokrotnie uprane. Reacher wybrał jedną z czapeczek, niebieską, bez napisu. Nigdy nie kupił niczego z napisem. Zbyt dużo czasu przeżył w mundurze. Przez trzynaście długich lat nosił naszywki z nazwiskiem, plakietki i rozmaite „literki”.

Poluzował pasek z tyłu i przymierzył.

– Co sądzisz? – zapytał przyjaciela.

– Lepiej poszukaj lustra – doradził O’Donnel1.- To, co zobaczę w lustrze, nie ma żadnego znaczenia. To ty śmiejesz się z mojego wyglądu.

– Ładna czapeczka.

Reacher pozostawił ją na głowie i przeszedł na drugą stronę sklepu do niskiego stołu, na którym piętrzył się stos T-shirtów. Na środku stołu umieszczono tors manekina, na który naciągnięto dwie z nich, jedną na drugą, jasno – i ciemnozieloną. Dolna koszulka wystawała u dołu pod rękawami i kołnierzykiem górnej. Łącznie dwie warstwy sprawiały wrażenie grubych i mocnych.

– Co o tym sądzisz? – zapytał Reacher.

– Nieźle się prezentują – ocenił O’Donnell.

– Powinny mieć różny rozmiar?

– Nie.

Reacher wybrał jasno – i ciemnoniebieską w rozmiarze XXL. Zdjął czapeczkę i zaniósł trzy artykuły do kasy. Podziękował za torbę, odgryzł metki i ściągnął starą koszulkę kręglarską. Stał i czekał rozebrany do pasa i owiewany lodowatym powietrzem z klimatyzatora.

– Macie tu kubeł na śmieci? – zapytał. Dziewczyna za ladą pochyliła się i podniosła plastikowy kubeł z workiem. Reacher umieścił w nim starą koszulkę i włożył nowe, jedną na drugą. Ułożył je, podwinął rękawy, aby czuć się wygodnie, i naciągnął czapeczkę na głowę. Wyszli na ulicę i skręcili na wschód.

– Przed czym uciekasz? – zapytał O’Donnell.

– Przed niczym.

– Mogłeś zatrzymać starą koszulkę.

– To śliska sprawa – wyjaśnił Reacher. – Jeśli będę nosił zapasową koszulkę, szybko dołączy do nich druga para spodni. Wkrótce okaże się, że będę potrzebował walizki. Później przyjdzie kolej na dom, samochód i plan oszczędnościowy, i będę musiał wypełniać mnóstwo formularzy.

– Ludzie to robią.

– To nie dla mnie.

– A zatem przed czym uciekasz?

– Może nie chcę być taki jak inni.

– Ja taki jestem. Mam dom, samochód i plan oszczędnościowy. Wypełniam formularze.

– Twój wybór.

– Myślisz, że jestem pospolity? Reacher skinął głową.

– Przynajmniej pod tym względem.

– Nie każdy może być taki jak ty.

– Każdy kij ma dwa końce. Niektórzy nie potrafią być tacy jak ty.

– A chciałbyś?

– Tu nie chodzi o chęci. Po prostu nie potrafię.

– Dlaczego?

– Okej, uciekam.

– Przed czym? Przed staniem się takim jak ja?

– Przed staniem się kim innym, niż byłem.

– Wszyscy się zmieniamy.

– Nie wszyscy musimy to lubić.

– Mnie się to nie podoba, ale jakoś sobie radzę – odparł O’Donnell.

Reacher skinął głową.

– Świetnie ci idzie, Dave. Mówię serio. Martwię się o siebie. Kiedy patrzę na ciebie, Neagley i Karlę, czuję się jak nieudacznik.

– Naprawdę?

– Tylko spójrz na mnie.

– Jedyną rzeczą, którą mamy w odróżnieniu od ciebie, są walizki.

– A co ja mam w odróżnieniu od was?

O’Donnell nie odpowiedział. Na skrzyżowaniu z Vine skręcili na północ. Był środek popołudnia w drugim co do wielkości mieście Ameryki, gdy ujrzeli dwóch facetów z pistoletami wyskakujących z jadącego samochodu.

39

Samochód był nowym czarnym sedanem marki Lexus. Zatrzymał się gwałtownie, wyrzucając na chodnik dwóch gości w odległości jakichś trzydziestu metrów przed Reacherem. Faceta z workiem i drugiego trzymającego prochy. To oni urzędowali na pustym placu za muzeum figur woskowych. Uzbrojeni w pistolety AMT hardballer – wykonaną ze stali nierdzewnej replikę colta government 1911 kalibru.45. Dłonie trzymające broń lekko drżały, poruszając się w górę i obracając pistolet o dziewięćdziesiąt stopni do pozycji poziomej, tak jak trzymają go źli faceci na filmach.

O’Donnell wsunął ręce do kieszeni.

– Czegoś od nas chcą? – zapytał.

– Ode mnie – wyjaśnił Reacher, oglądając się za siebie. Nie obawiał się trafienia niewłaściwie trzymanej czterdziestkipiątki z odległości trzydziestu metrów. Chociaż był dużym facetem, dane statystyczne przemawiały na jego korzyść. Broń ręczna jest przeznaczona do użytku w zamkniętych pomieszczeniach. W sytuacji dużego napięcia, w rękach specjalisty jej zasięg skutecznego rażenia wynosi około czterech metrów. Nawet gdyby go nie trafili, pocisk mógłby wyrządzić krzywdę przypadkowemu przechodniowi. Uszkodzić jakiś przedmiot. Dosięgnąć człowieka idącego po przeciwnej stronie ulicy lub nisko lecący samolot. Zniszczenia i straty wśród ludności cywilnej. Na ulicy było mnóstwo potencjalnych ofiar. Mężczyzn, kobiet, dzieci oraz innych postaci, których Reacher nie potrafił zaliczyć do żadnej ze wspomnianych kategorii.

Spojrzał do przodu. Tamci nie zmienili pozycji. Wykonali najwyżej kilka kroków. O’Donnell nie odrywał od nich wzroku.

– Powinniśmy rozegrać to z dala od ulicy, Dave – powiedział Reacher.

– Zrozumiałem – przytaknął O’Donnell.

– W lewo – rzucił Reacher. Przesunął się ku krawędzi chodnika i spojrzał w lewą stronę. Najbliższe drzwi prowadziły do salonu tarota, w którym przepowiadano przyszłość. Umysł Reachera pracował na wysokich obrotach, z chłodną skutecznością. Reacher poruszał się w naturalny sposób, lecz świat wokół niego wyraźnie zwolnił tempo. Chodnik zamienił się w czterowymiarowy wykres. Wykres o osiach oznaczonych jako przód, tył, bok i czas.

– Drzwi po lewej, metr za tobą, Dave – powiedział. O’Donnell przypominał niewidomego. Nie spuszczał tamtych z oczu. Usłyszał głos Reachera i szybko odwrócił głowę w lewą stronę. Ten otworzył drzwi, wpuścił go do środka i zamknął za sobą. Napastnicy ruszyli za nimi. Oddaleni o dwadzieścia metrów. Reacher wepchnął się do środka za O’Donnellem. Salon tarota był prawie pusty. W środku znajdowała się jedynie dziewiętnastoletnia dziewczyna siedząca samotnie przy stole. Jadalnym stole długości około dwóch metrów, przykrytym czerwoną tkaniną sięgającą podłogi. Blat pokrywały karty. Kobieta miała długie czarne włosy i fioletową suknię z etaminy, która przypuszczalnie zabarwiała jej skórę.

– Jest tu tylne pomieszczenie? – zapytał Reacher.

– Toaleta – odpowiedziała.

– Idź tam i połóż się na podłodze. Natychmiast.

– Co się dzieje?

– Ty mi powiedz.

Nie poruszyła się, dopóki O’Donnell nie wyciągnął rąk z kieszeni. Kastet na prawej pięści wyglądem przypominał uśmiech rekina. W lewej trzymał nóż sprężynowy. Zamknięty. Po chwili otworzył go w taki sposób, że rozległ się dźwięk przypominający odgłos pękającej kości. Dziewczyna zerwała się z miejsca i uciekła. Angelina, która pracowała przy Vine, znała reguły gry.

– Kim oni są? – zapytał O’Donnell.

– Tymi, którzy przed chwilą kupili mi koszulki.

– Będą problemy?

– Być może.

– Mamy jakiś plan?

– Lubisz hardballera?

– Lepszy taki niż żaden.

– W porządku. – Reacher uniósł krawędź obrusu, przykucnął i wpełzł pod stół na kolanach. O’Donnell wsunął się z lewej strony, poprawiając tkaninę. Dotknął jej końcem noża i delikatnie rozciął, tworząc mały otwór, który poszerzył, nadając palcami kształt oka. Następnie zrobił to samo po stronie Reachera. Ten oparł płasko dłonie na wewnętrznej stronie blatu. O’Donnell przełożył nóż do prawej ręki, opierając lewą podobnie jak Reacher.

Czekali.

Tamci dopadli drzwi w ciągu ośmiu sekund. Przystanęli i spojrzeli do środka przez szybę, a następnie szarpnęli za klamkę i weszli do środka. Zatrzymali się ponownie, w odległości dwóch metrów od stołu, z bronią wyciągniętą przed siebie i kolbą przekręconą na płask.

Ostrożnie wykonali kolejny krok.

Ponownie stanęli.

Chociaż O’Donnell miał kastet na prawej dłoni i trzymał w niej nóż, tylko ona była wolna. Odliczył na palcach. Kciuk, palec wskazujący i środkowy. Raz, dwa, trzy.

Na trzy unieśli stół, wyrzucając go do przodu. Ten wykonał ćwierć obrotu, przelatując trzy metry w powietrzu. Blat obrócił się pionowo, zgarniając pistolety, a następnie z impetem uderzając napastników w pierś i twarz. Ciężki mebel. Drewniany. Może dębowy. Powalił tamtych w jednej chwili. Runęli na plecy w obłoku kart tarota i spoczęli nieruchomo pod blatem, przykryci splątaną czerwoną tkaniną. Reacher podniósł się i stanął na przewróconym stole, jakby surfował na desce, a następnie kilkakrotnie podskoczył. O’Donnell poczekał, aż Reacher skończy, a później przesunął stół kilkanaście centymetrów w tył, odsłaniając tułów i dłonie trzymające broń. Zabrał hardballery, przecinając obu mięśnie i ścięgna oddzielające kciuk od palca wskazującego. Bolesny zabieg zniechęcający do trzymania broni do czasu zagojenia się rany, co mogło zająć sporo czasu w zależności od stosunku klienta do prawidłowych zasad żywienia i antyseptyki. Na twarzy Reachera pojawił się przelotny uśmiech. Metoda, którą się posłużyli, należała do standardowego repertuaru jego zespołu. Nagle uśmiech zniknął, bo przypomniał sobie, że opracował ją Jorge Sanchez, który teraz leżał gdzieś martwy na pustyni.

– Niewielki problem – rzekł O’Donnell.

– Nadal jesteśmy nieźli – odparł Reacher. O’Donnell wsunął swój ceramiczny rynsztunek do kieszeni i wetknął hardballera za pasek, ukrywając go pod kurtką. Podał drugi Reacherowi, który umieścił go w kieszeni spodni, dodatkowo zasłaniając go koszulką. Wyszli na zewnątrz i ponownie ruszyli na północ Vine, by po chwili skręcić na zachód w Hollywood Boulevard.

***

Karla Dixon oczekiwała na nich w holu Chateau Marmont.

– Dzwonił Curtis Mauney – oznajmiła. – Spodobało mu się to, co zrobiliście z przesyłką Franza. Poprosił policję z Vegas, aby przeszukali biuro Sancheza i Orozco. Chyba coś znaleźli.

40

Pół godziny później Mauney zjawił się osobiście. Wszedł do holu zmęczony, taszcząc sfatygowaną skórzaną teczkę. Usiadł i zapytał:

– Kim jest Adrian Mount?

Reacher podniósł głowę. Azhari Mahmoud, Adrian Mount, Alan Mason, Andrew MacBride i Anthony Matthews. Syryjczyk i cztery fałszywe nazwiska, którymi się posługiwał. Mauney nie miał pojęcia, że o tym wiedzą.

– Nie wiem – odparł.

– Jesteś pewien?

– Całkowicie.

Mauney położył teczkę na kolanach, otworzył wieko i wyciągnął kartkę papieru. Podał im. Była zamazana i niewyraźna. Przypominała przefaksowaną kopię jakiegoś dokumentu lub kserokopię faksu. W główce widniał napis „Departament Bezpieczeństwa Krajowego”, nie przypominał jednak oficjalnego nagłówka. Raczej wydruk pliku komputerowego przechwyconego przez hakera. Zapisanego w systemie DOS i zawierającego informację, że facet o nazwisku Adrian Mount zarezerwował w British Airways miejsce na lot z Londynu do Nowego Jorku. Rezerwacja została zrealizowana dwa tygodnie temu, a facet znalazł się w Stanach przed trzema dniami. Przyleciał pierwszą klasą, kupując bilet w jedną stronę. Z Heathrow na JFK. Miejsce 2K. Ostatni nocny lot, drogi bilet zapłacony ważną kartą kredytową. Rezerwację zrobiono za pośrednictwem strony internetowej British Airways, chociaż nie sposób określić, w jakim miejscu na świecie kliknięto przycisk myszki.

– Czy te informacje znajdowały się w jego poczcie? – zapytał Reacher.

– Zostały zapisane w pamięci faksu. Wiadomość nadeszła dwa tygodnie temu. W urządzeniu skończył się papier. Wiemy, że dwa tygodnie temu Sancheza i Orozca nie było w Vegas. A zatem była to odpowiedź na pytanie zadane przynajmniej tydzień wcześniej.

– Jakieś nazwiska?

– Udało się nam odnaleźć pismo zawierające prośbę Sancheza i Orozca. Podobnie jak Franz przesyłali notatki na własny adres. Dokładnie cztery nazwiska. – Mauney wyciągnął z teczki drugą kartkę papieru pokrytą odręcznym zamaszystym pismem Manuela Orozco. „Adrian Mount, Alan Mason, Andrew MacBride, Anthony Matthews. Sprawdzić daty przybycia w DHS”*. * Department of Homeland Security – Departament Bezpieczeństwa Krajowego. Pospieszna, niestarannie sporządzona notatka, chociaż charakter pisma Orozca w ogóle trudno było uznać za schludny.

Cztery nazwiska. Nie pięć. Na liście nie było Azhariego Mahmouda. Reacher odgadł, że Orozco wiedział, iż Mahmoud, kimkolwiek był, posługiwał się sfałszowanym paszportem. Fałszywe nazwiska nie mają sensu, jeśli człowiek ich nie używa.

– DHS – powiedział Mauney. – Chodzi o Departament Bezpieczeństwa Krajowego. Czy wiesz jak trudno cywilowi uzyskać pomoc DHS? Twój kumpel Orozco musiał mieć tam kogoś, kto był mu winien dużą przysługę, lub wydać cholernie dużo na łapówki. Muszę ustalić dlaczego.

– Może chodzi o jakieś interesy w kasynie.

– Możliwe. Tyle że ochroniarze z Vegas nie przejmują się, jeśli w Nowym Jorku wyląduje jakiś zły facet. Pasażerowie przylatujący do Nowego Jorku zwykle wyruszają do kasyna w Atlantic City. To problem kogoś innego.

– Może ze sobą współpracują. Może stworzyli własną sieć. Faceci najpierw jadą do New Jersey, a później do Vegas.

– Możliwe – powtórzył Mauney.

– Czy Adrian Mount faktycznie przyleciał do Nowego Jorku?

Mauney skinął głową.

– W komputerze INS** Imigration and Naturalization Service. zapisano, że przekroczył granicę w czwartym terminalu. Była noc, dlatego terminal siódmy był już zamknięty. Samolot wylądował z opóźnieniem.

– A później?

– Zameldował się w hotelu Madison Avenue.

– I?

– Zniknął. Wszelki ślad po nim zaginął.

– Ale?

– Sięgnęliśmy po kolejne nazwisko. Alan Mason przyleciał do Denver w Kolorado i wynajął pokój w hotelu w centrum miasta.

– I?

– Nie wiemy, co było dalej. W dalszym ciągu sprawdzamy.

– Sądzicie, że chodzi o tego samego faceta?

– To oczywiste. Zdradzają to identyczne inicjały.

– Wynikałoby stąd, że ja i przewodniczący Sądu Najwyższego to jedna i ta sama osoba.

– Fakt, zachowujesz się, jakbyś nim był.

– Kim on jest?

– Nie mam pojęcia. Inspektor INS go nie zapamiętał. Ci goście z terminalu czwartego oglądają dziesięć tysięcy twarzy dziennie. Nie zapamiętała go również obsługa hotelowa. Nie rozmawialiśmy jeszcze z ludźmi z Denver. Pewnie oni również go nie pamiętają.

– Nie zrobili mu zdjęcia ci z imigracyjnego?

– Próbujemy je zdobyć.

Reacher wrócił do pierwszego faksu. Informacji z Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego zawierającej szczegóły na temat pasażera.

– To Brytyjczyk – powiedział.

– Niekoniecznie – zauważył Mauney. – Ma przynajmniej jeden brytyjski paszport. To wszystko.

– Co zamierzacie zrobić?

– Zaczniemy śledzić pozostałych z listy. Andrew MacBride lub Anthony Matthews wcześniej czy później gdzieś się pojawią. Wówczas przynajmniej dowiemy się, gdzie go szukać.

– Czego od nas oczekujecie?

– Czy kiedykolwiek słyszeliście te nazwiska?

– Nie.

– Nie macie przyjaciół o inicjałach „A” i „M”?

– Nie przypominam sobie.

– A wrogów?

– Nie sądzę.

– Czy Orozco znał kogoś o tych inicjałach?

– Nie mam pojęcia. Nie rozmawiałem z nim od dziesięciu lat.

– Myliłem się – powiedział Mauney. – W sprawie sznura, którym skrępowano mu ręce i nogi. Poprosiłem jednego z moich ludzi, aby go obejrzał. Ten sznur trudno uznać za zwyczajny. Został wykonany z sizalu, przypuszczalnie w Indiach.

– Gdzie można go dostać?

– Nie można go kupić na terenie Stanów. Musiał przybyć do Ameryki wraz z towarem, który sprowadzono.

– Z czym?

– Ze zwiniętymi dywanami, belami bawełnianego materiału, przedmiotami tego rodzaju.

– Dzięki za informacje.

– Nie ma sprawy. Wyrazy współczucia.

***

Kiedy Mauney wyszedł, wrócili do pokoju Dixon. Bez wyraźnego powodu. Nadal tkwili w martwym punkcie. O’Donnell oczyścił z krwi sprężynowca i obejrzał zdobyczne hardballery w typowy dla siebie drobiazgowy sposób. Pistolety zostały wyprodukowane przez zakłady AMT w pobliskim Irwindale, w Kalifornii. Magazynki były załadowane pociskami kalibru.45. Hardballery były sprawne i znajdowały się w idealnym stanie. Czyste, naoliwione, nieuszkodzone, co wskazywało, że zostały niedawno skradzione. Dealerzy narkotyków zwykle nie przywiązują większej wagi do wyboru broni. Chodziło im wyłącznie o to, aby pistolety stanowiły wierną kopię modelu, który był w sprzedaży od 1911 roku. Magazynek mieścił zaledwie siedem pocisków, co było wystarczające w świecie pełnym sześciostrzałowej broni, lecz nie mogło sprostać nowoczesnym pistoletom na piętnaście i więcej pocisków.

– Gówno – oceniła Neagley.

– Lepsze to od kamieni – odparł O’Donnell.

– Ten pistolet jest za duży na moją dłoń – powiedziała Dixon. – Osobiście wolę glocka dziewiętnaście.

– Ja lubię wszystko, co działa – dodał Reacher.

– Glock ma magazynek na siedemnaście naboi.

– Na jedną głowę wystarczy jeden pocisk. Nigdy nie goniło mnie siedemnasta ludzi.

– Nie można tego jednak wykluczyć.

***

Ciemnowłosy czterdziestolatek posługujący się nazwiskiem MacBride siedział w kolejce podziemnej na lotnisku w Denver. Miał jeszcze trochę czasu, więc jeździł tam i z powrotem pomiędzy głównym terminalem a halą C, przy której znajdowała się stacja końcowa. Słuchał muzyki jugbandowej. Czuł się lekki, uwolniony od ciężaru, swobodny. Miał niewielki bagaż. Żadnej ciężkiej walizki. Tylko jedna zmiana ubrania i teczka. W teczce miał list przewozowy ukryty w książce o twardej oprawie. Klucz do kłódki spoczywał bezpiecznie w ukrytej kieszeni.

***

Mężczyzna w ciemnoniebieskim garniturze siedzący w ciemnoniebieskim chryslerze wybrał numer komórki szefa. – Wrócili do hotelu – oznajmił. – Cała czwórka.

– Wpadli na nasz trop? – zapytał szef.

– Nie umiem powiedzieć.

– Jakie masz przeczucie?

– Sądzę, że tak.

– W porządku. Pora ich sprzątnąć. Zostaw ich i wracaj. W ciągu kilku godzin przystąpimy do akcji.

41

O’Donnell wstał, podszedł do okna w pokoju Dixon i zapytał:

– Co mamy?

Kiedyś było to rutynowe pytanie. Ważny element standardowej procedury działania grupy specjalnej. Silnie zakorzeniony nawyk. Reacher przywiązywał ogromną wagę do ciągłej oceny sytuacji. Podkreślał znaczenie przesiewania zgromadzonych danych, formułowania nowych hipotez, badania, ponownej oceny, analizowania informacji pod innym kątem w świetle późniejszych faktów. Tym razem nikt nie zareagował z wyjątkiem Dixon:

– Czterech martwych przyjaciół. W pokoju zapanowała cisza.

– Chodźmy na obiad – powiedziała Neagley. – Nie ma powodu, żebyśmy zagłodzili się na śmierć.

Obiad. Reacher przypomniał sobie knajpę, w której zjedli burgera dwadzieścia cztery godziny temu. Sunset Boulevard, zgiełk, grube hamburgery, zimne piwo. Okrągły stół dla czterech osób. Rozmowa. Uwaga przesuwała się po kolei na każdego z nich. Zawsze jeden mówił, a trzech słuchało. Ruchoma piramida, w której to jeden, to drugi znajdował się na szczycie.

Jeden mówi, trzej słuchają.

– To błąd – powiedział.

– Jedzenie to błąd? – zdziwiła się Neagley.

– Skąd, idźcie na obiad, jeśli macie ochotę. Popełniliśmy błąd. Poważny błąd koncepcyjny.

– W jakim punkcie?

– To mój błąd. Wyciągnąłem fałszywe wnioski.

– Jak?

– Dlaczego nie możemy znaleźć klienta Franza?

– Nie wiem.

– Ponieważ Franz go nie miał. Pomyliliśmy się. Jego ciało znaleziono na początku, więc uznaliśmy, że chodziło o niego. Jakby od niego wszystko się zaczęło. Jakby to on mówił, a trzej pozostali słuchali. A jeśli to nie on wszystko zaczął?

– W takim razie kto?

– Cały czas powtarzaliśmy, że nie narażałby się na niebezpieczeństwo, gdyby nie chodziło o kogoś wyjątkowego. Wobec kogo czuł się w pewnym sensie zobowiązany.

– W ten sposób wracamy do hipotezy, że to od niego wszystko się zaczęło i od klienta, którego nie potrafimy odnaleźć.

– Nie, źle wyobrażamy sobie hierarchię. Nie musiało być tak, że najpierw był klient, następnie Franz i pozostali przybywający mu z pomocą. Szczerze mówiąc, sądzę, że Franz znajdował się niżej w porządku dziobania. Nie siedział na czubku drzewa. Rozumiecie, o co mi chodzi? A jeśli to on pomagał jednemu z pozostałych? Jeśli nie mówił, lecz słuchał? Może była to sprawa Orozca, którą ten prowadził w imieniu jednego ze swoich klientów? Lub Sancheza? Gdyby potrzebowali pomocy, do kogo by zadzwonili?

– Do Franza i Swana.

– Właśnie. Od początku byliśmy w błędzie. Trzeba przyjąć inną hipotezę. Że Franz otrzymał dramatyczny telefon od Orozca lub Sancheza. Od kogoś, kto miał dla niego szczególne znaczenie. Komu był coś winien. Nie klienta, lecz człowieka, któremu nie mógł odmówić. Musiał wkroczyć do akcji i pomóc niezależnie od tego, co pomyślałaby Angela i Charlie.

W pokoju zapadło milczenie.- Orozco skontaktował się z Departamentem Bezpieczeństwa Krajowego. To trudna sprawa. Jedyne kreatywne posunięcie, które dostrzegliśmy do tej pory. Można odnieść wrażenie, że Orozco zrobił więcej od Franza.

– Ludzie Mauneya sądzą, że Orozco zginął przed Franzem – zauważył O’Donnell. – To może mieć znaczenie.

– Tak – przytaknęła Dixon. – Gdyby to Franz prowadził sprawę, dlaczego zlecałby tak poważne zadanie Orozcowi? Według mnie sam zrobiłby to lepiej. To wskazuje, że kolejność zdarzeń była inna, nie sądzicie?

– Masz rację – odparł Reacher. – Nie popełnijmy kolejny raz tego samego błędu. A może wszystko zaczęło się od Swana?

– Swan nie pracował.

– W takim razie od Sancheza, a nie od Orozca.

– Raczej od ich obu.

– Sugerowałoby to, że chodzi o Vegas, a nie Los Angeles. Czy nasze liczby mogą mieć coś wspólnego z kasynem?

– Niewykluczone – przytaknęła Dixon. – Być może chodzi o liczbę wygranych po rozpracowaniu systemu.

– Jaką grę rozgrywa się dziewięć, dziesięć lub dwanaście razy dziennie?

– Praktycznie każdą. Nie istnieje coś takiego jak minimalna lub maksymalna liczba rozgrywek.

– Karty?

– Niemal na pewno, jeśli w grę wchodzi system. O’Donnell skinął głową.

– Sześćset pięćdziesiąt nieprzewidzianych wygranych po sto tysięcy. To wzbudziłoby zainteresowanie każdego.

– Nie pozwoliliby facetowi wygrać sześćset pięćdziesiąt razy przez cztery kolejne miesiące.

– Może było ich kilku. Może mamy do czynienia z kartelem.

– Musimy pojechać do Vegas.

W tym momencie zadzwonił telefon w pokoju Dixon. Podniosła słuchawkę. Jej pokój, jej telefon. Słuchała przez chwilę, a następnie podała ją Reacherowi, mówiąc:

– To Curtis Mauney, do ciebie.

Reacher odebrał słuchawkę i przedstawił się.

– Andrew MacBride wsiadł do samolotu w Denver. Leci do Las Vegas. Informuję was o tym wyłącznie przez uprzejmość. Zostańcie tam, gdzie jesteście. Żadnych samodzielnych działań, zrozumiano?

42

Postanowili, że zamiast lecieć, pojadą do Vegas samochodem. Łatwiej wszystko zaplanować i zorganizować, a do celu dotrą w tym samym czasie. Poza tym na pokład nie mogliby zabrać pistoletów, a wiedzieli, że broń wcześniej czy później będzie im potrzebna. Reacher zszedł na dół, czekając, aż pozostali się spakują. Neagley pojawiła się pierwsza. Wymeldowała się i podpisała rachunek, nawet na niego nie patrząc. Postawiła swoją torbę przy drzwiach i przysiadła się do Reachera. Drugi zjawił się O’Donnell, a na końcu Dixon z kluczykami samochodu od Hertza.

Umieścili rzeczy w bagażniku i zajęli miejsca. Dixon i Neagley z przodu, Reacher i O’Donnell z tyłu. Ruszyli na wschód od Sunset, przebijając się przez zakorkowane ulice w stronę Piętnastki. Zamierzali pojechać nią na północ przez góry, a następnie ruszyć na północny wschód do Vegas.

Piętnastka biegła w pobliżu miejsca, nad którym trzy tygodnie wcześniej przynajmniej dwukrotnie zawisł helikopter. Na wysokości dziewięciuset metrów, w samym środku nocy, z otwartymi drzwiami. Reacher postanowił sobie, że nie będzie patrzył, lecz to zrobił. Kiedy zjechali ze wzgórz, przyłapał się na tym, że spogląda na zachód w kierunku płaskich brązowych połaci pustyni. Podobnie uczyniła Neagley. I Dixon. Na chwilę oderwała wzrok od drogi, aby spojrzeć w lewo. Zmrużyła oczy w promieniach zachodzącego słońca i opadły jej kąciki ust.

***

Zatrzymali się na obiad w Barstow, w Kalifornii, w nędznej przydrożnej jadłodajni, która nie miała żadnych zalet poza tą, że stała przy autostradzie. Przed nimi rozciągało się pustkowie. Knajpa była brudna, obsługa ospała, a jedzenie kiepskie. Chociaż Reacher nie był smakoszem, nawet on poczuł się oszukany. Kiedyś Reacher, Dixon lub Neagley, a z pewnością O’Donnell poskarżyliby się lub cisnęli krzesłem w okno, jednak tego wieczoru nikt się nie odezwał. Zjedli trzy dania, popili słabą kawą i ruszyli dalej.

***

Mężczyzna w ciemnoniebieskim garniturze zadzwonił z parkingu przy Chateau Marmont.

– Wyjechali. Cała czwórka.

– Dokąd? – zapytał jego szef.

– Recepcjonistka sądzi, że do Vegas. Podsłuchała rozmowę.

– Świetnie. Tam to załatwimy. Wszystko w jednym miejscu. Nie leć. Wróć samochodem.

***

Kiedy czarnowłosy czterdziestolatek podający się za Andre w MacBride’a opuścił rękaw łączący samolot z terminalem lotniska w Los Angeles, pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę, był rząd automatów do gry. Czarnych, srebrnych i złotych masywnych skrzyń z migoczącymi neonowymi światłami. Ze dwadzieścia sztuk ustawionych plecami do siebie w rzędzie liczącym po dziesięć maszyn. Każdy z automatów miał przed sobą wykonany z winylu taboret. Każdy był wyposażony w wąską szarą półkę u dołu z popielniczką po lewej i uchwytem na kubek po prawej stronie. Dwanaście z dwudziestu taboretów było zajętych. Mężczyźni i kobiety wpatrywali się w ekran osobliwym wzrokiem wyrażającym zmęczenie i koncentrację.

Andrew MacBride postanowił spróbować szczęścia. Pomyślał, że rezultat będzie zwiastunem przyszłego sukcesu. Jeśli wygra, wszystko będzie dobrze.

A jeśli przegra?

Uśmiechnął się. Wiedział, że jeśli przegra, zdoła to sobie jakoś wytłumaczyć. Nie był przesądny.

Usiadł na taborecie, opierając łokieć na teczce. W kieszeni trzymał portmonetkę. Wyciągnął ją i wysypał na dłoń wszystkie ćwierćdolarówki, które udało mu się uzbierać. Nie było tego wiele. Ułożył krótki szereg monet na półce pomiędzy popielniczką i uchwytem na kubek.

Jedna po drugiej wsunął je do automatu, słuchając przyjemnego metalicznego dźwięku. Czerwone diody elektroluminescencyjne wyświetliły informację, że ma cztery próby. Powinien nacisnąć duży panel dotykowy, aby rozpocząć grę. Zużyty i poplamiony dotknięciami milionów palców.

Zaczął go naciskać raz za razem.

Cztery pierwsze próby zakończyły się fiaskiem.

Za piątym razem wygrał.

Rozległ się stłumiony dźwięk dzwonka i cicha syrena. Automat zakołysał się lekko, jakby solidna maszyna ukryta w środku odliczała setkę ćwierćdolarówek. Monety zabrzęczały i wysypały się do wklęsłego metalowego naczynia w pobliżu jednego z jego kolan.

***

Z Barstow w Kalifornii do Las Vegas w Nevadzie było jakichś trzysta kilometrów. W nocy, gdy jedzie się Piętnastką i wystrzega lotnych patroli oraz policji innych stanów, pokonanie drogi zajmowało nieco ponad trzy godziny. Dixon oznajmiła, że z chęcią poprowadzi. Mieszkała w Nowym Jorku, więc jazda samochodem była dla niej czymś nowym. O’Donnell drzemał na tylnym fotelu, a Reacher wyglądał przez okno.

– Cholera, zapomnieliśmy o Dianie Bond – jęknęła Neagley. – Jedzie z bazy Edwards. Po dotarciu na miejsce stwierdzi, że wyjechaliśmy.

– Nie przejmuj się – odparła Dixon.

– Powinnam do niej zadzwonić – powiedziała Neagley, jednak na pustyni Mojave jej komórka nie miała zasięgu.

***

Do Las Vegas dotarli o północy, kiedy zdaniem Reachera miasto prezentowało się najlepiej. Bywał tu wcześniej. W ciągu dnia Vegas miało absurdalny wygląd. Wydawało się niezrozumiałe, trywialne, jarmarczne, obnażone. W nocy, w świetle rozjarzonych neonów przypominało wspaniałą fantazję. Wjechali do miasta od gorszej strony i Reacher ujrzał betonowy bar pozbawiony okien, z którego ścian odchodził tynk. Nad przybytkiem widniał napis pozbawiony znaków przestankowych: „Zimne piwo ostre dziewczyny”. Po przeciwnej stronie ciągnął się szereg zapuszczonych moteli i jeden sfatygowany hotelowy wieżowiec. On sam zacząłby poszukiwanie noclegu od tej okolicy, lecz Dixon jechała dalej bez słowa, zmierzając do pałaców lśniących w odległości kilometra przed nimi. Stanęła na parkingu przed jakimś hotelem o włoskiej nazwie, a po chwili otoczyła ich zgraja parkingowych i boyów, którzy zabrali bagaż i odstawili samochód na parking. Hol był wyłożony kafelkami, pełny oczek wodnych, fontann i szmeru automatów do gry. Reacher spojrzał ponad jej ramieniem.

– Drogi hotel – ocenił z refleksyjną zadumą.

– Może uda się nam pójść na skróty – odpowiedziała Neagley. – Może znali Orozca i Sancheza. Może nawet podpisali z nimi umowę na ochronę.

Reacher skinął głową. Przeszli z wielkiej wojskowej machiny do czegoś takiego. Tym razem określenie „coś takiego” oznaczało ogromny skok w górę przynajmniej w kategorii potencjalnego wynagrodzenia. Cały hotel dosłownie ociekał forsą. Oczka wodne i fontanny miały symboliczną wymowę. Mnóstwo wody pośrodku pustyni świadczyło o bogactwie zapierającym dech w piersi. Ktoś zainwestował w to wszystko ogromne pieniądze. Ogromny musiał być też strumień forsy, który tędy przepływał. Gdyby Sanchez i Orozco ochraniali tak duże przedsięwzięcie, można by twierdzić, że odnieśli duży sukces. Zdał sobie sprawę, że jest niezwykle dumny ze starych kumpli. Był jednak zaskoczony. Kiedy odchodził z wojska, zdawał sobie sprawę, że rozpoczyna kolejny, ostatni rozdział swojego życia, lecz nie wybiegał w przyszłość dalej niż na jeden dzień. Nie snuł żadnych planów ani nie pielęgnował wizji.

Okazało się, że inni ją mieli.

Jak?

Dlaczego?

Neagley wręczyła im cztery karty z kodem otwierającym pokoje. Umówili się, że wezmą prysznic i za dziesięć minut spotkają się na dole, aby mimo późnej pory od razu przystąpić do pracy. Vegas żyło dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czas nie odgrywał tu większej roli. Wszyscy znali powiedzenia o braku okien i zegarów w kasynach i, o ile Reacher orientował się w tych sprawach, były one prawdziwe. Nic nie mogło tamować strumienia napływającej gotówki. Z pewnością nie było też nic lepszego od zmęczonego faceta, który przegrywa przez całą noc.

Pokój Reachera znajdował się na szesnastym piętrze. Był to czarny betonowy sześcian umeblowany na wzór weneckiego salonu sprzed kilku wieków. W sumie efekt nie był szczególnie przekonujący. Na dodatek Reacher nigdy nie był w Wenecji. Otworzył składaną szczoteczkę do zębów i umieścił ją w szklance stojącej w łazience. Na tym zakończył rozpakowywanie. Opłukał twarz wodą i przesunął ręką po krótko ostrzyżonej czuprynie, a następnie zszedł na dół w celu przeprowadzenia wstępnego rozpoznania.

Nawet w tak eleganckim hotelu większość powierzchni na parterze zajmowały automaty do gry. Cierpliwe, niestrudzone, kontrolowane przez mikroprocesor, wyrzucały zaledwie niewielki ułamek forsy, którą do nich wrzucano przez dwadzieścia cztery godziny dziennie, siedem dni w tygodniu. Reacher słyszał dzwonki i pobrzękiwanie. Wielu wygrywało, lecz jeszcze więcej odchodziło z kwitkiem. Niewielka ochrona. Ale nie było możliwości, aby coś tu ukraść lub oszukać, zważywszy na mechaniczną naturę automatów i ścisły nadzór Komisji Gier stanu Nevada. Wśród setek gości Reacher wypatrzył jedynie dwóch pracowników ochrony. Mężczyznę i kobietę ubranych jak pozostali i znudzonych podobnie jak oni, różniących się od gości jedynie brakiem maniakalnego błysku nadziei w oczach.

Pomyślał, że Sanchez i Orozco nie traciliby czasu na pilnowanie automatów do gry.

Ruszył przed siebie do ogromnej sali z tyłu, w której grano w ruletkę, pokera i blackjacka. Podniósł głowę i zobaczył kamery. Spojrzał w lewo, w prawo i przed siebie. Zobaczył gości grających o wysoką stawkę oraz ochroniarzy i dziwki zastygłych w napięciu.

Przystanął obok stołu do ruletki. Z tego, co się orientował, ruletka w zasadzie nie różniła się od automatów do gry. Goście dostarczali pieniędzy, koło kierowało strumień forsy do innych graczy, a jeśli kula znalazła się w polu 0 lub 00, wszystko zgarniało kasyno. Ściśle określony procent dla kasyna równie niepowstrzymany i wiarygodny jak mikroprocesor w automacie do gry.

Pomyślał, że Sanchez i Orozco nie poświęcaliby wiele czasu na ruletkę.

Przeszedł do karcianych stolików, gdzie naprawdę coś się działo. Gry karciane należały do jedynych, w których jakąś rolę odgrywała ludzka inteligencja. A tam gdzie pojawia się ludzka inteligencja, podąża za nią zbrodnia. Gracz cechujący się opanowaniem, doskonałą pamięcią i podstawową wiedzą z dziedziny statystyki mógł pokonać system, co wszakże nie było żadnym przestępstwem. Wygranie z losem nie pozwoliłoby jednak facetowi zarobić sześćdziesięciu pięciu milionów dolców w cztery miesiące. Szanse były zbyt małe, chyba że pula byłaby wielkości produktu krajowego brutto małego państwa. Pasmo zwycięstw ciągnące się nieprzerwanie przez cztery miesiące wymagałoby udziału w tym gigantycznym przekręcie krupierów. Zaangażowania wielu rozdających i równie wielu graczy. Może nawet setek jednych i drugich.

Może wszyscy pracownicy kasyna grali przeciwko inwestorom.

Albo całe miasto.

Stawka wystarczająca, aby zabić.

W pomieszczeniu dało się zauważyć dużo zabezpieczeń. Kamery obserwowały graczy i rozdających. Niektóre z nich były duże i widoczne, inne – małe i dyskretne. Oprócz nich były pewnie całkiem niewidoczne. Salę patrolowali mężczyźni i kobiety w strojach wieczorowych ze słuchawką w uchu i mikrofonem na przegubie dłoni. Niczym agenci Secret Service. Byli też inni, działający w zwyczajnych ciuchach. Reacher naliczył pięciu w ciągu minuty. Pomyślał, że wielu przeoczył.

Wrócił do holu tą samą drogą i znalazł Karlę Dixon czekającą przy fontannie. Wzięła prysznic i zmieniła dżinsy oraz kurtkę skórzaną na czarne spodnium. Włosy Karli były mokre i opadały na plecy. Spodnium zapięte, bez bluzki pod spodem. Prezentowała się wspaniale.

– Vegas zostało założone przez mormonów – odezwała się. – Wiedziałeś?

– Nie – odparł Reacher.

– Dziś miasto rozwija się tak szybko, że dwa razy do roku trzeba drukować książkę telefoniczną.

– O tym też nie wiedziałem.

– Co miesiąc powstaje siedemset nowych domów.

– Skończy im się woda.

– To pewne, tymczasem kują żelazo póki gorące. Same przychody z hazardu sięgają siedmiu miliardów dolarów rocznie.

– Czuję się tak, jakbym czytał przewodnik. Dixon skinęła głową.

– Mam jeden w swoim pokoju. Co roku miasto odwiedza trzydzieści milionów gości. Oznacza to, że każdy z nich w trakcie wizyty traci ponad dwieście dolców.

– Dwieście trzydzieści trzy dolary i trzydzieści trzy centy – dodał automatycznie Reacher. – Można to uznać za definicję irracjonalnego postępowania.

– Za definicję istoty ludzkiej – powiedziała Dixon. – Każdy sądzi, że będzie tym jednym, któremu się uda.

Po chwili zjawił się O’Donnell. Ten sam garnitur, inny krawat, być może świeża koszula. Jego buty lśniły w świetle reflektorów. Może znalazł w łazience ściereczkę do polerowania obuwia.

– Trzydzieści milionów gości rocznie – zaczął.

– Wiem, Dixon mi powiedziała – wyjaśnił Reacher. – Czytała tę samą książkę.

– Dziesięć procent wszystkich mieszkańców naszego kraju. Spójrzcie na to miejsce.

– Podoba ci się?

– Sprawia, że widzę Sancheza i Orozca w całkiem nowym świetle.

Reacher skinął głową.

– Mówiłem ci, wszyscy ruszyliście przed siebie i awansowaliście.

Z windy wysiadła Neagley, ubrana podobnie jak Dixon w elegancki czarny kostium. Włosy miała mokre i starannie zaczesane.

– Właśnie wymieniamy się faktami z przewodnika – powiedział Reacher.

– Nie przeczytałam swojego – odparła Neagley. – Zamiast tego zadzwoniłam do Diany Bond. Przyjechała do miasta, poczekała godzinę i wróciła.

– Jest na nas wkurzona?

– Martwi się. Nie chciałaby, aby nazwa Little Wing przedostała się do mediów. Powiedziałam, że złożę jej wizytę…

– Dlaczego?

– Zaintrygowała mnie. Po prostu lubię wiedzieć.

– Tak jak ja – odpowiedział Reacher. – W tej chwili chciałbym wiedzieć, czy ktoś w tym mieście zrobił przekręt na sześćdziesiąt pięć milionów dolców. I jak tego dokonał.

– Naprawdę wielki przekręt – dodała Dixon. – Trzy procent całkowitego przychodu w skali roku.

– Dwa przecinek siedemdziesiąt osiem – sprostował odruchowo Reacher.

– Weźmy się wreszcie roboty – zaproponował O’Donnell.

43

Zaczęli od biurka konsjerża i pytania o dyżurnego szefa ochrony. Konsjerż zapytał, czy są jakieś problemy, na co Reacher odparł:

– Chyba mamy wspólnych przyjaciół.

Szef ochrony zjawił się po dłuższej chwili – widać spotkania towarzyskie zajmowały dalekie miejsce na liście jego priorytetów. Facet okazał się mężczyzną średniego wzrostu we włoskich butach i garniturze wartym kilka tysięcy dolarów. Miał około pięćdziesiątki, lecz nadal był szczupły i wysportowany. Sprawiał wrażenie panującego nad sytuacją i zrelaksowanego, chociaż zmarszczki wokół oczu wskazywały, że w poprzedniej robocie odbębnił przynajmniej dwadzieścia lat. Dwadzieścia lat ciężkiej harówy. Dobrze maskował swoje zniecierpliwienie, przedstawił się i uścisnął wszystkim rękę. Powiedział, że nazywa się Wright i zasugerował, aby porozmawiali w jakimś spokojnym miejscu. W czysto odruchowy sposób, pomyślał Reacher. Wewnętrzny instynkt i wyszkolenie nakazywały mu przenieść potencjalne zagrożenie w ustronne miejsce. Nic nie mogło tamować przepływu gotówki.

Znaleźli cichy kąt. Oczywiście bez krzeseł. Żadne kasyno w Vegas nie oferowało gościom wygodnego miejsca do siedzenia z dala od głównego miejsca akcji. Z tego samego powodu światła w pokojach były przyćmione. Gość czytający w swoim apartamencie stałby się zupełnie bezużyteczny. Kiedy stanęli w zgrabnym kręgu, O’Donnell wyciągnął swoją licencję prywatnego detektywa wydaną przez dystrykt Kolumbii oraz coś w rodzaju listu akredytacyjnego wydanego przez policję metra. Dixon pokazała własną licencję i dokument wydany przez policję nowojorską. Neagley miała dokument wystawiony przez FBI. Reacher nie okazał niczego, a jedynie wygładził koszulkę, ukrywając pod niąpistolet tkwiący w kieszeni.

– Kiedyś pracowałem w FBI – powiedział Wright, zwracając się do Neagley.

– Znał pan Manuela Orozco i Jorge Sancheza?

– Znałem czy znam? – zapytał Wright.

– Czy znał ich pan? – powtórzył Reacher. – Orozco na pewno nie żyje, sądzimy, że Sanchez również.

– To wasi przyjaciele?

– Z armii.

– Bardzo mi przykro.

– Nam również.

– Kiedy zginęli?

– Trzy, cztery tygodnie temu.

– Jak?

– Nie wiemy. Dlatego tu jesteśmy.

– Znałem ich – powiedział Wright. – Całkiem dobrze. Znali ich wszyscy z branży.

– Korzystał pan z ich usług? Zawodowo?

– Nie. Nie zlecamy usług zewnętrznym jednostkom. Jesteśmy zbyt dużą firmą. Podobnie jest z innymi większymi kasynami.

– Wszystko załatwiacie sami? Wright skinął głową.

– To miejsce, do którego przyjeżdżają agenci FBI i oficerowie policji, aby umrzeć. Zatrudniamy najlepszych. Zarobki są tak wysokie, że gliniarze ustawiają się w kolejce. Nie ma dnia, abym nie przeprowadził rozmowy przynajmniej z dwoma, którzy przyjechali tu na ostatnie wakacje przed emeryturą.

– Jak w takim razie poznał pan Orozca i Sancheza?

– Zajmowali się prowadzeniem czegoś, co przypomina obóz szkoleniowy. Jeśli ktoś wpada na nowy pomysł, nie wypróbowujemy go tutaj. Byłoby to czyste szaleństwo. Udoskonalamy go gdzie indziej. Utrzymujemy dobre stosunki z takimi ludźmi jak Orozco i Sanchez, ponieważ potrzebujemy ich fachowej wiedzy. Spotykamy się co jakiś czas, rozmawiamy, urządzamy konferencje, obiady, koktajl party.

– Czy byli bardzo zajęci? Czy pan jest bardzo zajęty?

– Jak jednoręczny tapeciarz.

– Słyszał pan o Azharim Mahmoudzie?

– Nie. Kto to taki?

– Nie wiemy. Sądzimy, że posługuje się fałszywym nazwiskiem.

– Tutaj?

– Jest w Vegas. Mógłby pan sprawdzić rejestry hotelowe?

– Mogę sprawdzić nasz i zadzwonić do znajomych.

– Proszę sprawdzić również Andrew MacBride’a i Anthony’ego Matthewsa.

– Subtelne.

– Skąd wiecie, że jakiś karciarz oszukuje?

– Wygrywa – wyjaśnił Wright.

– Ludzie muszą czasem wygrać.

– Wygrywają tyle, na ile im pozwolimy. Jeśli wygrają więcej, znaczy, że oszukują. Wszystko sprowadza się do statystyki. Liczby nie kłamią. Nie chodzi o to jak, lecz czy.

– U Sancheza znaleźliśmy kartkę z liczbami – powiedział O’Donnell. – Sześćdziesiąt pięć milionów dolarów. Sto tysięcy razy sześćdziesiąt pięć zdarzeń w ciągu czterech kolejnych miesięcy.

– I?

– Czy te liczby z czymś się panu kojarzą?

– Na przykład z czym?

– Z jakimś przekrętem.

– Ile by to dało w ciągu roku? Prawie dwieście milionów?

– Sto dziewięćdziesiąt pięć – sprostował Reacher.

– To możliwe – rzekł Wright. – Staramy się, aby straty nie przekroczyły ośmiu procent. Taki cel wyznacza sobie nasza branża. Oznacza to, że tracimy ponad dwieście milionów dolców rocznie. Z drugiej strony jeden przekręt na dwieście milionów wydaje się nieprawdopodobny. Chyba że w grę wchodziłoby coś nowego, znacznie lepszego od starych numerów. W takiej sytuacji cel ograniczenia strat do ośmiu procent byłby nierealny. Zaczynacie mnie niepokoić.

– Sanchez i Orozco byli zaniepokojeni – odparł Reacher. – Sądzimy, że to ich zabiło.

– Byłaby to wielka sprawa – powiedział Wright. – Sześćdziesiąt pięć milionów w cztery miesiące? Musieliby wciągnąć w to krupierów, kierowników sal i ochroniarzy. Uszkodzić kamery i wymazać taśmy. Kupić milczenie kasjerów. Byłby to przekręt na skalę całej branży.

– To możliwe.

– W takim razie dlaczego nie rozmawiają ze mną gliniarze?

– Trochę ich wyprzedzamy.

– Policję z Vegas? Gości z Komisji Kontroli Gier? Reacher potrząsnął głową.

– Nasi przyjaciele zginęli na terenie hrabstwa Los Angeles. Sprawę prowadzi kilku tamtejszych szeryfów.

– Wyprzedzacie ich? Co to znaczy?

Reacher nie odpowiedział. Wright zamilkł na chwilę, a następnie przyjrzał się uważnie każdemu z nich. Najpierw Neagley, następnie Dixon, O’Donnellowi i Reacherowi.

– Zaraz – rzekł. – Nic nie mówcie. Znaliście się z wojska? Należeliście do grupy specjalnej. Jesteście ich dawnymi kumplami. Ciągle was wspominali.

– W takim razie rozumie pan, dlaczego tu jesteśmy. Pracował pan z ludźmi.

– Powiadomicie mnie, jeśli się czegoś dowiecie?

– Trzeba na to zasłużyć – odparł Reacher.

– Jest pewna dziewczyna – powiedział Wright. – Pracuje w paskudnym miejscu z paleniskiem w centrum sali. W barze, tam gdzie kiedyś znajdowała się Riwiera. Była blisko z Sanchezem.

– Jego dziewczyna?

– Niezupełnie. Może kiedyś łączyły ich zażyłe stosunki. Będzie wiedziała więcej ode mnie.

44

Wright wrócił do pracy, a Reacher zapytał konsjerża, gdzie znajdowała się Riwiera. Bar był położony w gorszej części miasta. Poszli pieszo. Była pustynna noc, gorąca i sucha. Na horyzoncie, ponad słupem smogu i łuną świateł miasta, jaśniały gwiazdy. Chodniki były zasłane wyrzuconymi barwnymi pocztówkami reklamującymi usługi prostytutek. Można było odnieść wrażenie, że wolny rynek obniżył cenę do pięćdziesięciu dolarów pomniejszonych o jednego centa. Reacher nie miał wątpliwości, że wspomniana kwota szybko wzrośnie, gdy tylko nieszczęsny klient sprowadzi dziewczynę do swojego pokoju. Kobiety na zdjęciach wyglądały atrakcyjnie, chociaż Reacher wiedział, że nie są prawdziwe. Były to zdjęcia modelek z Rio lub Miami ubranych w niewinne kostiumy kąpielowe. Sanchez i Orozco musieli mieć ręce pełne roboty. Wright powiedział, że byli zajęci jak Jednoręki tapeciarz” i Reacher był skłonny mu uwierzyć.

Dotarli do betonowego baru z odchodzącym tynkiem i napisem „Zimne piwo ostre dziewczyny” i skręcili w kłębowisko uliczek, przy których stały parterowe otynkowane budynki. W niektórych mieściły się motele, w innych sklepy spożywcze, restauracje i bary. Przed wszystkimi stały znaki na wysokim słupie składające się z białej tablicy z szybą oraz poziomymi uchwytami na wsuwane czarne litery. Wszystkie litery miały ten sam smukły kształt, więc trzeba było dobrze się skoncentrować, aby zobaczyć co jest w środku. Sklepy spożywcze reklamowały sześciopaki napojów gazowanych za jednego dolara dziewięćdziesiąt dziewięć centów, motele szczyciły się klimatyzacją, basenem i telewizją kablową, a restauracje proponowały szwedzki bufet śniadaniowy czynny dwadzieścia cztery godziny na dobę, z którego po uiszczeniu opłaty można było korzystać bez żadnych ograniczeń. Bary informowały o godzinach, w których podawano napoje za niższą cenę i stałe niższe ceny za większego drinka. Wszystkie wyglądały podobnie. Minęli pięć lub sześć, zanim dostrzegli znak „Fire Pit”.

Znak stał na zewnątrz otynkowanego betonowego budynku pozbawionego okien i przypominającego pudełko do butów. Miejsce nie przypominało baru. Mogło się w nim znajdować dosłownie wszystko. Klinika chorób przenoszonych drogą płciową lub kościół na obrzeżach miasta. W środku było całkiem inaczej. Człowiek nie miał wątpliwości, że znalazł się w barze w Vegas. W lokalu pomalowanym na purpurowo, przy stołach przykrytych ciemnoczerwonymi obrusami piło, krzyczało, śmiało się i głośno rozmawiało pięćset osób. We wnętrzu nie było żadnych prostych lub kwadratowych kształtów. Bar, przy którym krążył tłum gości, miał długi i wygięty kształt przypominający literę „S”. Koniec litery „S” wił się wokół wpuszczonego w podłogę zagłębienia. Środek otchłani tworzyło sztuczne palenisko. Rolę płomieni odgrywały postrzępione wstęgi pomarańczowego jedwabiu unoszone w górę przez strumień powietrza dobywającego się z ukrytego wentylatora. Tkanina falowała, poruszała się i tańczyła w promieniach jaskrawo-czerwonego światła. Sala była podzielona na obite aksamitnym pluszem kabiny. Wszystkie były zajęte. Ludzie tłoczyli się wokół otchłani ognia. Z ukrytych głośników dolatywała głośna muzyka. Kelnerki w skąpych strojach zgrabnie przedzierały się przez tłum, wysoko unosząc tacę.

– Urocze miejsce – zauważył O’Donnell.

– W policyjnym guście – przytaknęła Dixon.

– Znajdźmy dziewczynę i zabierzmy ją na zewnątrz – zaproponowała Neagley. Źle się czuła w ścisku. Odnalezienie dziewczyny okazało się trudniejsze, niż sądzili. Reacher zapytał barmankę o znajomą Jorge Sancheza. Kobieta najwyraźniej wiedziała, o kogo chodzi, lecz powiedziała, że jej koleżanka skończyła pracę o północy. Nazywała się Milena. Na wszelki wypadek Reacher zadał to samo pytanie dwóm kelnerkom i otrzymał dwie identyczne odpowiedzi. Ich koleżanka, Milena, była blisko związana z ochroniarzem, który nazywał się Sanchez. Tej nocy poszła do domu, aby się przespać i wrócić następnego dnia na kolejną dwunastogodzinną ciężką zmianę. Nikt nie potrafił podać jej adresu.

Reacher zostawił swoje nazwisko wszystkim trzem kobietom. Kiedy wrócił do pozostałych, przedarli się przez tłum i wyszli na zewnątrz. Vegas o pierwszej nad ranem było nadal oświetlone i buczało, jednak po opuszczeniu hałaśliwego baru wydawało się tak ciche i spokojne jak chłodna szara powierzchnia księżyca.

– Jaki mamy plan? – zapytała Dixon.

– Wrócimy tu o jedenastej trzydzieści – powiedział Reacher. – Złapiemy ją w drodze do roboty.

– Co robimy do tego czasu?

– Nic. Odpoczniemy.

Wrócili na Strip i ramię przy ramieniu wolnym krokiem ruszyli w stronę hotelu. Czterdzieści metrów za nimi raptownie przyhamował ciemnoniebieski chrysler i zaparkował przy krawężniku.

45

Facet w ciemnoniebieskim garniturze zadzwonił natychmiast.

– Znalazłem ich. To niewiarygodne. Pojawili się tuż przede mną.

– Cała czwórka? – zapytał szef.

– Mam ich przed sobą.

– Możesz ich zlikwidować?

– Tak sądzę.

– W takim razie zrób to. Nie czekaj na posiłki. Załatw sprawę i wracaj.

Mężczyzna w garniturze zakończył rozmowę i ruszył od krawężnika. Przejechał przez cztery pasy ruchu i zaparkował w bocznej uliczce przy sklepie spożywczym oferującym najtańsze papierosy w mieście. Wysiadł, zamknął wóz i ruszył w dół Stripu z prawą dłonią ukrytą w kieszeni kurtki.

***

W Las Vegas na metr kwadratowy powierzchni przypada więcej pokojów hotelowych niż w jakimkolwiek miejscu na świecie, lecz Azhari Mahmoud nie zameldował się w żadnym z nich. Znajdował się w wynajętym domu na przedmieściach oddalonym pięć kilometrów od Stripu. Dom został wydzierżawiony na dwa lata z myślą o operacji, którą zaplanował, lecz której nie zdążył zrealizować. Dziś był równie bezpieczny jak wtedy. Mahmoud stał w kuchni, przeglądając leżącą na blacie książkę telefoniczną.

***

Przez Strip nieustannie przelewała się fala przebudowy niczym woda w wannie. Niegdyś Riwiera wyznaczała koniec prestiżowej części miasta. Jej budowa wywołała boom inwestycyjny, który sprawił, że wzdłuż ulicy jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kolejne domy. Kiedy zabudowania sięgnęły drugiego końca, standardy poszły w górę i Riwiera nagle wydała się stara i nieelegancka w porównaniu z nowszymi gmachami. W rezultacie w odwrotnym kierunku ruszyła nowa fala inwestycji. Ciągle trwały jakieś prace budowlane na odcinku jednej przecznicy, oddzielając nowe, dopiero co wzniesione gmachy od nieco starszych, które za chwilę miały zostać zburzone. W miarę postępu prac drogi i chodniki stawały się coraz prostsze. Nowe pasy mchu przebiegały bez przeszkód, a stare wiły się pomiędzy rumowiskami. W tej części miasto wydawało się ciche i opuszczone, przypominało niezamieszkaną ziemię niczyją.

Właśnie w takim rejonie wyłonił się facet w ciemnoniebieskim garniturze, podążając za swoim celem. Tamci szli ramię przy ramieniu, wolnym krokiem, jakby kierowali się w konkretne miejsce, lecz dysponowali nieograniczonym czasem na pokonanie drogi. Neagley była z lewej, Dixon z prawej, a Reacher i O’Donnell w środku. Szli blisko siebie, lecz nie dotykali się. Jakby maszerowali w zwartym szyku, całą szerokością chodnika. Łącznie tworzyli cel szerokości jakichś trzech metrów. To Neagley wybrała stary chodnik. Zrobiła to całkiem przypadkowo, a pozostali podążyli jej śladem.

Mężczyzna w garniturze wyciągnął pistolet z prawej kieszeni kurtki. Daewoo DP 51 wyprodukowany w Korei Południowej, czarny, mały, kupiony nielegalnie, niezarejestrowany, nie do wyśledzenia. Magazynek mieścił trzynaście nabojów parabellum kalibru 9 milimetrów. Właściciel pistolem nosił go w jedyny bezpieczny sposób, którego nauczył się na długoletnim szkoleniu: pusta komora nabojowa, zabezpieczony spust.

Trzymał broń w prawej dłoni, naciskając cyngiel zabezpieczonego pistoletu i ćwicząc kolejność. Postanowił, że najpierw zlikwiduje największy cel. Z doświadczenia wiedział, że takie postępowanie daje najlepsze rezultaty. Pierwszą kulę pośle w plecy Reachera, następny będzie O’Donnell. Później wykona ostry zwrot w lewo i trafi Neagley, by wykonać kolejny zwrot w prawo, w stronę Dixon. Cztery strzały w ciągu trzech sekund, oddane z odległości sześciu metrów. Na tyle blisko, by odchylenie w lewo i prawo było skrajne. Maksymalny kąt rzędu dwudziestu stopni. Czysta geometria. Prosta sprawa. Żadnych problemów.

Rozejrzał się wokół.

Nikogo.

Spojrzał za siebie. Czysto.

Odbezpieczył broń, chwytając lufę daewoo lewą dłonią i przeładowując prawą. Poczuł pierwszy nabój wpychany do komory.

***

Noc nie była cicha. Zewsząd dochodził zgiełk miasta. Ruch samochodów na Stripie, buczenie skraplaczy na odległych dachach, szum wyciągów, przytłumiony gwar setek tysięcy ludzi grających w karty. Mimo to Reacher usłyszał dźwięk broni przeładowanej sześć metrów za jego plecami. Bardzo wyraźnie. Był to dźwięk, który nauczył się bezbłędnie rozpoznawać. Przypominał trwającą ułamek sekundy symfonię, którą zarejestrował w najdrobniejszym szczególe. Odgłos towarzyszący tarciu jednej metalowej części o drugą, metaliczny rezonans częściowo stłumiony przez mięsistą dłoń, opuszkę kciuka i boczną powierzchnię palca wskazującego. Wdzięczne ciągnięcie się sprężyny magazynka, kliknięcie wsuwanego do komory naboju w mosiężnej łusce oraz powrót zamka. Wszystkie te dźwięki dotarły do jego uszu w jednej trzydziestej części sekundy i zostały przetworzone w tym samym czasie.

Jego życie i dzieje były pozbawione wielu rzeczy. Nigdy nie zaznał stabilności, normalności, wygody i konwenansów. Nigdy nie liczył na nic z wyjątkiem zaskoczenia, nieprzewidywalności i niebezpieczeństwa. Precyzyjnie odebrał sygnał i równie precyzyjnie określił jego źródło. Dźwięk przeładowywanej broni nie wywołał w nim paraliżującego szoku, lęku, ukłucia niewiary. Można by odnieść wrażenie, że uważał za coś całkiem naturalnego i zrozumiałego, iż w środku nocy słyszy, jak nieznajomy szykuje się do strzelenia mu w plecy. Nie było nawet cienia wahania, domysłów, wątpliwości lub zahamowań. Jedynie czysto mechaniczny problem przypominający niewidzialny czterowymiarowy diagram przedstawiający czas, przestrzeń, cele, szybko mknące kule i wolno poruszające się ciała.

Po upływie kolejnej jednej trzydziestej części sekundy pojawiła się reakcja.

Wiedział, że pierwsza kula będzie przeznaczona dla niego. Zdawał sobie sprawę, że każdy rozsądny napastnik będzie chciał najpierw zlikwidować największy cel. Tak podpowiadał zdrowy rozsądek. Zatem pierwsza kula będzie przeznaczona dla niego.

Albo dla O’Donnella.

Lepiej być przesadnie ostrożnym, niż żałować.

Silnie pchnął O’Donnella prawym ramieniem, przewracając go na Dixon, a następnie wykonał rzut na Neagley. Odlecieli w przeciwną stronę. Kiedy padał na kolana, usłyszał huk wystrzału i ujrzał kulę przelatującą przez pustą przestrzeń w kształcie litery „V”, tam gdzie ułamek sekundy wcześniej znajdowały się jego plecy. Jeszcze nie runął na chodnik, a już trzymał w ręku hardballera. Obliczył kąty i trajektorie, zanim wyciągnął go zza paska spodni. Pistolet miał dwa zabezpieczenia. Tradycyjną dźwignię z tyłu i zabezpieczenie na rękojeści, zwalniane po właściwym uchwyceniu kolby.

Zanim odbezpieczył broń, postanowił, że nie będzie strzelał. Przynajmniej nie od razu.

Runął na Neagley, na skraju wewnętrznej części chodnika. Napastnik znajdował się na środku. Kula wystrzelona pod dowolnym kątem poszybowałaby w kierunku drogi. Gdyby chybił, mogłaby trafić w przejeżdżający samochód. Nawet gdyby trafił tamtego, pocisk i tak mógłby razić przejeżdżające pojazdy. Kula kalibru.45 przeszłaby bez trudu przez ciało i kości. Z dziecinną łatwością. Potężna siła. Duża penetracja.

W ułamku sekundy podjął decyzję, że poczeka na O’Donnella, który znajdował się pod lepszym kątem. Znacznie korzystniejszym. Upadł na Dixon, blisko krawężnika. Obok rynsztoka. Linia strzału była skierowana do środka. W stronę budynków. Chybiony strzał lub kula, która przeszła na wylot, nie wyrządziłyby nikomu szkody. Pocisk utkwiłby w stercie piasku.

Lepiej, aby to O’Donnell strzelił.

Przekręcił się, uderzając o ziemię. Funkcjonował w trybie, w którym jego umysł pracował gorączkowo, a świat wokół zwalniał. Czuł, że jego ciało oblepia lepka melasa. Krzyczał na nie „szybciej”, „szybciej”, „szybciej”, lecz ono reagowało ospale. Tuż obok upadała Neagley z taką precyzją, jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Kątem oka spostrzegł jak jej ramię uderza o ziemię, a siła rozpędu porusza głową niczym szmacianą lalką. Odwrócił się z największym trudem, jakby ktoś przyczepił mu do głowy ogromny ciężar. Zobaczył, jak pada Dixon, pchnięta przez O’Donnella.

Ujrzał jak lewe ramię O’Donnella unosi się z bolesną powolnością. Dostrzegł jego dłoń. Kciuk odbezpieczający hardballera.

Tamten oddał kolejny strzał. Wcześniej zaplanowany, w próżnię, tam gdzie przed chwilą znajdowały się plecy O’Donnella. Najwyraźniej wykonywał sekwencję strzałów. Tę, którą wcześniej przećwiczył. Strzał-ruch ręki-strzał. Reacher, a po nim O’Donnell. Mądry plan, lecz gość nie potrafił zareagować na nieoczekiwany obrót wydarzeń. Tak jakby jego umysł zablokował korek parowy. Facet był niezły, lecz nie wystarczająco dobry.

Reacher ujrzał dłoń O’Donnella zaciskającą się na kolbie i palec pociągający za spust. Uniósł lufę pistolem. Wystrzelił.

Strzał oddany z pozycji leżącej na chodniku. Zanim zdążył właściwie ułożyć ciało.

Za nisko, pomyślał Reacher. W najlepszym razie trafił go w nogę.Podniósł głowę. Miał słuszność. Tamten dostał w nogę. Tyle że postrzał w nogę pociskiem kalibru.45 o dużej prędkości nie jest błahostką. Przypomina przewiercenie kończyny szybko obracającym się długim wiertłem. Spustoszenie było olbrzymie. Facet dostał kulkę w dolną część uda. Kość udowa eksplodowała od wewnątrz, jakby umieszczono w niej bombę. Niesamowity ból. Paraliżujący szok. Masywny upływ krwi z rozerwanych tętnic.

Chociaż nadal stał, dłoń z pistoletem opadła. O’Donnell zerwał się na równe nogi, wykonując rzut do przodu, a jednocześnie wkładając rękę do kieszeni. Dopadł tamtego i uderzył go w twarz kastetem. W sam środek, całym impetem ciała ważącego sto kilogramów. Tak jakby walnął w arbuza ciężkim młotem.

Mężczyzna upadł na plecy. O’Donnell kopnął jego pistolet i przykucnął, przyciskając mu broń do gardła.

Gra skończona.

46

Reacher pomógł Dixon wstać. Neagley podniosła się o własnych siłach. O’Donnell obszedł leżącego, próbując nie wdepnąć w kałużą krwi, która powstała w okolicach jego nogi. Nie było wątpliwości, że doszło do uszkodzenia tętnicy udowej. Zdrowe ludzkie serce jest bardzo sprawną pompą, lecz w tym wypadku zajmowało się wyrzucaniem na chodnik całej krwi rannego.

– Odsuń się, Dave – poprosił Reacher. – Niech się wykrwawi. Nie ma powodu, aby zaprzątać sobie nim głowę.

– Co za jeden? – zapytała Dixon.

– Być może nigdy się tego nie dowiemy – odpowiedziała Neagley. – Jego twarz jest zupełnie zmasakrowana.

Miała słuszność. Ceramiczny kastet O’Donnella dobrze wykonał swoje zadanie. Gość wyglądał tak, jakby został zaatakowany młotkiem i nożem. Reacher chwycił faceta za kołnierz i pociągnął do tyłu. Jezioro krwi zmieniło kształt, upodabniając się do czerwonej łzy. Wykorzystując opór suchego chodnika przykucnął i sprawdził kieszenie.

Były puste.

Brak portfela i dokumentów. Nic.

Jedynie kluczyki do samochodu i pilot na zwyczajnym stalowym kółku.

Facet był blady i zaczynał sinieć. Reacher przyłożył palec do tętnicy szyjnej i wyczuł nieregularny, urywany puls. Z rany na udzie wypływała spieniona krew. W jego układzie krwionośnym było dużo powietrza. Krew na zewnątrz, powietrze do środka. Prosta sprawa. Natura nie znosi próżni.

– Facet jest na wylocie – powiedział.

– Dobry strzał, Dave – pochwaliła Dixon.

– Strzelałem lewą ręką – odparł O’Donnell. – Mam nadzieję, że zauważyłaś.

– Przecież jesteś praworęczny.

– Upadłem na prawe ramię.

– Niesamowite – przyznał Reacher.

– Co usłyszałeś?

– Odgłos przeładowywanej broni. Nabyłem tej umiejętności w wyniku ewolucji. Ten dźwięk przypomina trzask gałązki pękającej pod ciężarem drapieżnika.

– Twoja przewaga wynika z faktu, że bliżej ci do człowieka jaskiniowego niż nam.

– Żebyś wiedział.

– Kto postępuje w taki sposób? Rusza do ataku, nie przeładowawszy uprzednio broni?

Reacher cofnął się i spojrzał na leżącego.

– Chyba go rozpoznaję – powiedział.

– W jaki sposób? – zdziwiła się Dixon. – Nie poznałaby go własna matka.

– Garnitur – zauważył Reacher. – Chyba gdzieś go widziałem.

– Tutaj?

– Nie wiem. Gdzieś. Nie pamiętam dokładnie gdzie.

– Zastanów się.

– Nigdy nie widziałem tego garnituru – powiedział O’Donnell.

– Ani ja – dodała Neagley.

– I ja – przyłączyła się Dixon. – Ale to dobry znak, nie sądzicie? Nikt nie próbował nas zabić w Los Angeles. Musimy się zbliżać do rozwiązania zagadki.

***

Reacher rzucił Neagley pistolet i kluczyki postrzelonego, a następnie odsunął sztachetę w parkanie, który odgradzał miejsce budowy od ulicy. Szybko przeniósł ciało do środka, starając się, aby plama krwi była jak najmniejsza. Facet w dalszym ciągu krwawił. Reacher przeciągnął go przez plac, za wysoki kopiec żwiru, aż znalazł szeroki oszalowany drewnem wykop głębokości około trzech metrów i dnie wysypanym żwirem. Wykop pod betonowy fundament. Wtoczył ciało do środka. Spadło trzy metry w dół, ciężko uderzając o żwir i przewracając się na bok.

– Poszukajcie szpadla – powiedział. – Trzeba przysypać go żwirem.

– Czy on nie żyje? – zapytała Dixon.

– A jakie to ma znaczenie?

– Powinniśmy go przewrócić na plecy. W ten sposób będziemy potrzebowali mniej żwiru.

– Zgłaszasz się na ochotnika? – zapytał Reacher.

– Mam na sobie dobry garnitur. Do tej pory odwalałem całą brudną robotę.

Reacher wzruszył ramionami i wskoczył do wykopu. Przewrócił leżącego nogą i ułożył w żwirze. Podciągnął się i odebrał szpadel od O’Donnella. Do przysypania ciała potrzebowali dziesięciu taczek żwiru. Neagley znalazła hydrant, rozwinęła wąż i odkręciła wodę. Umyła chodnik, spłukując krew do ścieku. Później wycofała się za pozostałymi, zmywając z piasku ślady stóp. Reacher włożył oderwaną sztachetę na miejsce. Zatoczył koło i sprawdził okolicę. Nie idealnie, lecz całkiem znośnie. Wiedział, że pozostawili mnóstwo śladów, które bez trudu wypatrzyłby sprawny zespół dochodzeniowy, nie dostrzegł jednak niczego, co zwróciłoby czyjąś uwagę w najbliższym czasie. Zapewnili sobie margines bezpieczeństwa. W najgorszym razie kilka godzin. Może dłużej. Być może beton zostanie wylany następnego dnia i facet dołączy do grona zaginionych. Pomyślał, że nie będzie pierwszym, który zniknął w fundamentach domu w Vegas.

Zrobił głęboki wydech.- W porządku – powiedział. – Do rana mamy wolne.

Otrzepali się, uformowali szyk i wolnym krokiem ruszyli w kierunku Stripu, ramię przy ramieniu, gotowi odpocząć, okazało się jednak, że w hotelowym holu czekał na nich Wright. Szef ochrony kasyna. Jak na gościa z Vegas nie miał szczególnie pokerowej twarzy. Było jasne, że coś go gryzie.

47

Gdy tylko weszli do holu, Wright mszył w ich stronę energicznym krokiem, a następnie zaprowadził w to samo ustronne miejsce co poprzednio.

– Azhari Mahmoud nie zameldował się w żadnym hotelu w Vegas – powiedział. – To pewne. Podobnie jak Andrew MacBride i Anthony Matthews.

Reacher skinął głową.

– Dzięki, że sprawdziłeś – rzekł.

– Wykonałem również kilka pilnych telefonów do kolegów. To lepsze, niż nie spać całą noc ze zmartwienia. Wiecie, czego się dowiedziałem? Gadacie brednie. W ciągu ostatnich czterech miesięcy nie mogło tu dojść do przekrętu na sześćdziesiąt pięć milionów dolarów. Do niczego takiego nie doszło.

– Jesteś pewny? Wright skinął głową.

– Wykonaliśmy wszystkie alarmowe audyty przepływu gotówki. Nie wydarzyło się nic podejrzanego. Zwyczajne transakcje. To wszystko. Nic więcej. Prześlę wam rachunek za prozac. Ostatniej nocy przedawkowałem.

***

Znaleźli bar w pobliżu holu, kupili piwo i usiedli w rzędzie przed czterema wolnymi automatami. Reacher udawał, że raz za razem zgarnia całą pulę, jakby grał w kuszącej klientów reklamie. Koła stanęły na czterech wisienkach, światełka migotały, ścigając się po tablicy. Cztery koła z ośmioma symbolami. Znikoma szansa wygranej, nawet bez ingerencji ukrytego mikroprocesora. Reacher próbował obliczyć, ile ton ćwierćdolarówek trzeba by wrzucić do środka. Nie wiedział, ile dokładnie waży jedna moneta. Pewnie niewielki ułamek kilograma, jednak ciężar monet szybko uległby zwielokrotnieniu. Pomyślał o ogromnym obciążeniu ścięgien, zmęczeniu mięśni, kontuzji wywołanej wielokrotnie ponawianym obciążeniem. Ciekawe, czy właściciele kasyn mają akcje klinik ortopedycznych. Bardzo możliwe.

– Wright wykombinował, że byłby to przekręt na skalę całej branży – powiedziała Dixon. – Powiedział to prosto z mostu. Musieliby przekupić krupierów, kierowników sal i kasjerów, zabezpieczyć kamery i taśmy. Równie dobrze mogliby sfingować sztuczny przepływ gotówki. Zainstalować program, który informowałby, że wszystko jest w porządku, dopóki byłoby im to potrzebne. Na ich miejscu postąpiłabym podobnie.

– Kiedy odkryliby przekręt? – zapytał Reacher.

– Podczas zamykania ksiąg pod koniec roku finansowego. Wówczas pieniądze są albo ich nie ma.

– W jaki sposób Sanchez i Orozco mogliby się o tym dowiedzieć?

– Może dotarli do kogoś na końcu łańcucha pokarmowego i cofnęli się do początku.

– Kto musiałby w tym uczestniczyć?

– Najważniejsi ludzie.

– Tacy jak Wright?

– Niewykluczone – odparła Dixon.

– Rozmawialiśmy z nim, a pół godziny później ktoś próbował strzelić nam w plecy.

– Musimy odnaleźć przyjaciółkę Sancheza – powiedziała Neagley. – Zanim zrobi to ktoś inny.

– Nie możemy – rzekł Reacher. – Żaden bar nie poda adresu dziewczyny bandzie nieznajomych.

– Moglibyśmy powiedzieć, że jest w niebezpieczeństwie.

– Myślisz, że nie słyszeli tego wcześniej?

– Dowiedzmy się adresu w inny sposób – powiedziała Dixon. – Za pośrednictwem UPS.

– Nie znamy nawet jej nazwiska.

– W takim razie co robimy?

– Weźmy na wstrzymanie i poczekajmy do rana.

– Może powinniśmy zmienić hotel? Jeśli Wright jest jednym z nich…

– To bez sensu. Facet ma kumpli w całym mieście. Po prostu zamknijcie drzwi.

***

Reacher posłuchał własnej rady, gdy tylko wrócił do pokoju. Przekręcił zamek i założył łańcuch. Oczywiście nie powstrzymałoby to zdeterminowanego napastnika, lecz dałoby Reacherowi dodatkową sekundę lub dwie, a dokładnie tyle potrzebował.

Włożył pistolet do szuflady nocnego stolika. Wsunął ubranie pod materac, aby się odprasowało, i wziął długi gorący prysznic. Później zaczął rozmyślać o Karli Dixon.

Była sama.

Może tego nie lubiła.

Może czułaby się bezpieczniej, gdyby przebywała w czyimś towarzystwie.

Owinął się ręcznikiem i podreptał do telefonu. Zanim dotarł do aparatu, usłyszał pukanie. Zmienił kierunek. Zignorował judasza. Nie lubił przykładać oka do nieosłoniętej szyby. Wystarczyło, by napastnik stojący na korytarzu poczekał aż otwór ściemnieje i wpakował w niego kulę dużego kalibru. W ten sposób mógłby spowodować wielkie spustoszenie. Pocisk wraz z odłamkami szkła i metalu dostałyby się do oka i mózgu i wyleciał z drugiej strony czaszki. Zdaniem Reachera judasz był bardzo kiepskim wynalazkiem.

Zdjął łańcuch i przekręcił zamek. Otworzył drzwi.

Przed nim stała Karla Dixon.

Ubrana. Pomyślał, że musiała być ubrana, aby przejść korytarzem i wjechać windą. Czarny kostium bez bluzki.

– Mogę wejść? – zapytała.- Właśnie miałem do ciebie zadzwonić – odparł Reacher.

– Słusznie.

– Szedłem do telefonu.

– Dlaczego?

– Poczułem się samotny.

– Ty?

– Ja. Mam nadzieję, że ty również.

– Wpuścisz mnie do środka?

Szeroko otworzył drzwi. Weszła. W ciągu minuty odkrył, że nie tylko bluzki nie miała pod spodem.

***

Neagley zadzwoniła o dziewiątej trzydzieści z aparatu przy łóżku.

– Dixon nie ma w pokoju – oznajmiła.

– Może ćwiczy – odpowiedział Reacher. – Biega lub coś w tym rodzaju.

Dixon uśmiechnęła się i poruszyła u jego boku, ciepła i leniwa.

– Dixon nie ćwiczy – rzekła Neagley.

– W takim razie może bierze prysznic?

– Dzwoniłam dwukrotnie.

– Uspokój się. Zadzwonię do niej. Śniadanie za pół godziny. Do zobaczenia na dole.

Rozłączył się, a następnie podał słuchawkę Dixon, wyjaśniając, aby policzyła do sześćdziesięciu zadzwoniła do pokoju Neagley i powiedziała, że dopiero co wyszła z wanny. Pół godziny później wszyscy jedli śniadanie w hotelowej restauracji przy dźwięku automatów do gry. Po godzinie byli na Stripie, ponownie kierowali się do baru z otchłanią ognia.

48

Rano Vegas wydawało się płaskie i małe, obnażone w ostrych promieniach pustynnego słońca. Światło było bezlitosne. To, co nocą przypominało impresjonistyczne obrazy, w dzień raziło sztucznością i tandetą. Tym razem szli w kwadracie, jedna dwójka za drugą. W ten sposób stanowili mniejszy cel. Czujnie obserwowali okolicę z przodu i z tyłu.

Z przodu i z tyłu nie było nikogo. Na ulicy panował niewielki ruch, a chodnik był pusty. Rano w Vegas panował największy spokój.

Cisza panowała także na placu budowy w połowie Stripu. Miejsce sprawiało wrażenie opustoszałego. Zupełny bezruch.

– Mamy niedzielę? – zapytał Reacher.

– Nie – odpowiedział O’Donnell.

– Może jest święto?

– Nie.

– W takim razie dlaczego nikt nie pracuje.

Nie zauważyli również żadnych gliniarzy ani taśmy odgradzającej miejsce popełnienia przestępstwa. Nie prowadzono dochodzenia. Cisza, spokój. Reacher dostrzegł sztachetę, którą wyjął poprzedniej nocy. Ziemia i piasek spłukany przez Neagley zamieniły się w błoto. Na chodniku widniała ogromna sucha plama. Do kraty kanalizacyjnej wpływała ostatnia cienka i wilgotna strużka. Oczywiście wokół panował bałagan, lecz czy na placu budowy kiedykolwiek był porządek? Nie idealnie, lecz całkiem znośnie. Nie dostrzegli niczego, co mogłoby zwrócić czyjąś uwagę.

– Dziwna sprawa – rzekł Reacher.

– Może skończyła im się forsa – powiedział O’Donnell.

– Szkoda. Facet niebawem zacznie cuchnąć.

Poszli dalej. Tym razem dokładnie wiedzieli dokąd. W świetle dnia odnaleźli drogę na skróty, wiodącą przez kłębowisko splątanych uliczek. Dotarli do baru z otchłanią ognia od drugiej strony. Lokal nie był jeszcze otwarty. Usiedli na niskim murku, mrużąc oczy od słońca. Było bardzo ciepło, niemal upalnie.

– W Vegas jest dwieście jedenaście bezchmurnych dni w ciągu roku – wyjaśniła Dixon.

– Latem temperatura dochodzi do czterdziestu stopni Celsjusza – dodał O’Donnell.

– Zimą spada niemal do zera.

– Opady roczne sięgają stu milimetrów.

– Czasami spada tu kilkadziesiąt milimetrów śniegu.

– Nadal nie zdążyłam otworzyć swojego przewodnika – oznajmiła Neagley.

Kiedy zegar w głowie Reachera wskazał za dwadzieścia dwunasta, zaczęli nadchodzić pierwsi pracownicy. Przybywali od strony ulicy w luźnych gromadkach, pojedynczo lub dwójkami. Mężczyźni i kobiety poruszali się w żółwim tempie, bez większego entuzjazmu. Kiedy przechodzili, Reacher pytał kobiety, czy mają na imię Milena. Wszystkie odpowiadały przecząco.

Później na chodniku ponownie zapanowała cisza.

Dziewięć minut przed dwunastą zjawiła się kolejna grupa. Reacher zrozumiał, że przyjechał następny autobus. Minęły ich trzy dziewczyny. Młode, zmęczone, swobodnie ubrane, z dużymi białymi tenisówkami na nogach.

Żadna nie nazywała się Milena.

Zegar w głowie Reachera zadzwonił. Do dwunastej została minuta. Neagley spojrzała na zegarek.

– Martwisz się? – zapytała.

– Nie – odparł Reacher, ponieważ za jej plecami spostrzegł dziewczynę, to musiała być ta, której szukali. Znajdowała się w odległości pięćdziesięciu metrów od nich. Spieszyła się. Była niska, szczupła i ciemnowłosa, ubrana w wypłowiałe niebieskie dżinsy biodrówki i krótki biały T-shirt. W pępku miała lśniący kolczyk, a na ramię zarzuciła niebieski nylonowy plecak. Długie kruczoczarne włosy opadały do przodu, okalając ładną twarz, która mogła należeć do siedemnastolatki. Sądząc po sposobie, w jaki się poruszała, musiała dobiegać trzydziestki. Wyglądała na zmęczoną i zaaferowaną. Na nieszczęśliwą.

Reacher wstał z murku, gdy znalazła się w odległości trzech metrów od nich, i zapytał:

– Milena?

Ostrożnie zwolniła kroku jak każda kobieta zaczepiona na ulicy przez rosłego nieznajomego. Spojrzała na drzwi baru i przeciwległy chodnik, jakby zastanawiała się nad drogą ucieczki. Potknęła się lekko, nie wiedząc, czy się zatrzymać, czy zacząć uciekać.

– Jesteśmy przyjaciółmi Jorge – wyjaśnił Reacher.

Spojrzała na Reachera, a następnie na pozostałych, by ponownie skupić na nim wzrok. Zaczęła się domyślać, kim są. Najpierw było to zdumienie i nadzieja, później niewiara i akceptacja. Reacher pomyślał, że takich uczuć, na dodatek w identycznej kolejności, musi doświadczać pokerzysta dostający czwartego asa.

Później w jej oczach pojawiło się coś w rodzaju spokojnego zadowolenia, jakby wbrew najgorszym oczekiwaniom mit dostarczający otuchy okazał się prawdą.

– Jesteście jego kumplami z wojska – wyjąkała. – Wspominał, że przyjedziecie.

– Kiedy?

– Mówił o tym cały czas. Powtarzał, że gdyby znalazł się w tarapatach, przyszlibyście mu z pomocą.

– Przyjechaliśmy. Gdzie możemy pogadać?

– Uprzedzę, że się spóźnię. – Uśmiechnęła się nieśmiało, okrążyła ich i weszła do baru. Wyszła dwie minuty później, szybszym krokiem, wyższa, z wyprostowanymi ramionami, jakby ktoś zdjął jej ciężar z pleców. Jakby nie była dłużej sama. Wyglądała na młodą i rozsądną. Miała jasnobrązowe oczy, jasną skórę i szczupłe dłonie człowieka, który ciężko pracował od dziesięciu lat.

– Pozwólcie, że zgadnę – zaczęła. Odwróciła się w stronę Neagley i powiedziała: – Ty musisz być Neagley. – Następnie popatrzyła na Dixon. – W takim razie ty jesteś Karla. – Spojrzała na Reacher i O’Donnella: – Wy to Reacher i O’Donnell, prawda? Jeden wielki, drugi przystojny. – O’Donnell uśmiechnął się do Mileny, która spojrzała na Reachera i powiedziała: – Mówili, że szukaliście mnie ostatniej nocy.

– Chcieliśmy pogadać o Jorge.

Milena wstrzymała oddech, nerwowo przełknęła ślinę i zapytała:

– On nie żyje, prawda?

– Przypuszczalnie tak – odparł Reacher. – Wiemy o śmierci Manuela Orozco.

– Nie – jęknęła.

– Bardzo mi przykro – powiedział Reacher.

– Gdzie możemy pogadać? – zapytała Dixon.

– Chodźmy do Jorge – zaproponowała Milena. – Do jego mieszkania. Powinniście je zobaczyć.

– Słyszeliśmy, że wywrócono je do góry nogami.

– Trochę posprzątałam.

– To daleko stąd?

– Możemy pójść pieszo.

***

Wrócili na Strip całą piątka. Szli obok siebie. Plac budowy w dalszym ciągu był opuszczony. Żadnych gliniarzy. Milena dwukrotnie zapytała, czy Sanchez nie żyje, jakby ponawianie pytania mogło jej przynieść upragnioną odpowiedź. Reacher dwukrotnie odpowiedział: „Przypuszczalnie tak”.

– Nie wiecie tego na pewno?

– Nie znaleziono jego ciała.

– Znaleźli ciało Orozca?

– Tak, widzieliśmy je.

– Co się stało z Calvinem Franzem i Tonym Swanem? Dlaczego nie ma ich z wami?

– Franz nie żyje, Swan pewnie też.

– Na pewno?

– Franz, na pewno.

– A Swan?

– Nie ma pewności.

– Nie macie pewności także co do Jorge?

– Nie ma pewności, lecz jest to bardzo prawdopodobne.

– Rozumiem.

Szła przed siebie, nie chcąc się poddać, nie chcąc się wyzbyć nadziei. Mijali okazałe hotele, kiczowate kopie słynnych budowli z całego świata skupione na obszarze kilkuset metrów kwadratowych. Później ujrzeli domy mieszkalne. Milena poprowadziła ich w lewo, a następnie skręciła w prawo, w równoległą ulicę. Zatrzymała się w cieniu zielonej markizy, dalej znajdował się hol budynku, który przeżywał okres świetności cztery fale rozbudowy wstecz.

– To tutaj – wyjaśniła. – Mam klucz.

Zdjęła plecak i wyciągnęła portmonetkę. Rozpięła ją i wyjęła mosiężny, pokryty patyną klucz.

– Od dawna go znałaś? – zapytał Reacher. Zawahała się przez chwilę, zastanawiając się, czy użyć czasu przeszłego, próbując uniknąć ostatecznego rozstrzygnięcia.

– Poznaliśmy się kilka lat temu – odpowiedziała. Poprowadziła ich do holu. Za biurkiem siedział portier.

Przywitał ją tak, jakby się znali. Pokazała im windę. Wjechali na dziewiąte piętro i mszyli w prawo korytarzem pokrytym wyblakłą farbą. Stanęli przy zielonych drzwiach. Otworzyła kluczem.

Pomieszczenie nie przytłaczało wielkością, chociaż nie było małe. Dwie sypialnie, salon, kuchnia. Proste dekoracje, głównie białe. Trochę jasnych nieco staromodnych kolorów. Duże okna. Kiedyś rozciągał się z nich piękny widok na pustynię, dzisiaj wyrastał przed nimi kolejny budynek wzniesiony przecznicę dalej.

Zwykłe mieszkanie mężczyzny, proste, pozbawione ozdób i dekoracji. W środku panował ogromny bałagan.

Ktoś wywrócił wszystko do góry nogami podobnie jak biuro Calvina Franza. Ściany, podłoga i sufity były wykonane z betonu, więc nie zostały zniszczone przez intruzów. Pozostałe przedmioty spotkał podobny los jak sprzęty Franza. Zdarto tapicerkę i potrzaskano meble. Fotele, kanapy, biurko i stół. Wszędzie walały się książki i papiery. Rozbito telewizor i zestaw stereo. Porozrzucano płyty CD. Podniesiono i rzucono na bok dywany. Kuchnia została niemal całkowicie zniszczona.

Porządki Mileny ograniczały się do zgarnięciu gruzu na sterty i wepchnięcia wyprutego pierza do poduszek. Poukładała niektóre książki i papiery obok roztrzaskanych półek, z których je zrzucono.

Nie mogła zrobić nic więcej. Beznadziejne zadanie.

Reacher znalazł w kuchni kubeł na śmieci, w którym zdaniem Curtisa Mauneya znaleziono zmiętą serwetkę. Kubeł został wyrwany z gniazda pod zlewem i rzucony w drugi koniec pokoju. Niektóre rzeczy wypadły na zewnątrz, inne pozostały.

– Widzę w tym wszystkim więcej gniewu niż skuteczności – powiedział. – Jakby niszczenie było celem samym w sobie. Jakby napastnicy byli równie wściekli jak zmartwieni.

– Zgadzam się – przytaknęła Neagley.

Reacher otworzył drzwi i wszedł do głównej sypialni. Łóżko zostało wywrócone do góry nogami. Materac rozpruto. Wszędzie leżały rozrzucone ubrania. Połamane półki. Jorge Sanchez był schludnym człowiekiem, a jego naturalna skłonność została dodatkowo wzmocniona długimi latami życia podporządkowanego wojskowym standardom i rygorom. W mieszkaniu nie pozostał po nim żaden ślad. Najmniejszego cienia lub echa.

Milena apatycznie przemierzała mieszkanie, układając przedmioty w sterty, czasami zatrzymując się, aby przekartkować książkę lub spojrzeć na zdjęcie. Ustawiła zniszczoną kanapę we właściwej pozycji, chociaż wiedziała, że nikt już na niej nie usiądzie.

– Czy gliniarze tu byli? – zapytał Reacher.

– Tak – odpowiedziała.

– Co mówili?

– Uważają, że ludzie, którzy to zrobili, udawali monterów telefonicznych lub pracowników telewizji kablowej.

– Rozumiem.

– Moim zdaniem po prostu przekupili portiera. To znacznie łatwiejsze.

Reacher skinął głową. Vegas, miasto przekrętów.

– Czy gliniarze domyślają się, dlaczego to zrobiono?

– Nie.

– Kiedy ostatni raz widziałaś Jorge?

– Poszliśmy na obiad – odparła. – Do chińskiej restauracji.

– Kiedy?

– W jego ostatnią noc w Vegas.

– Byłaś tutaj?

– Byliśmy sami.

– Napisał coś na serwetce – powiedział Reacher. Milena skinęła głową.

– Ktoś do niego zadzwonił? Ponownie przytaknęła.

– Kto?

– Calvin Franz – odparła.

49

Milena chwiała się na nogach, więc Reacher oczyścił kuchenny blat z kawałków rozbitej porcelany, aby zrobić jej miejsce. Podciągnęła się i usiadła, opierając się na dłoniach wsuniętych pod kolana.

– Musimy ustalić, czym zajmował się Jorge – zaczął Reacher. – Odkryć przyczynę tego, co się stało.

– Nie mam zielonego pojęcia.

– Przecież spędzaliście razem czas.

– Dużo czasu.

– Znaliście się dobrze.

– Bardzo dobrze.

– Od wielu lat?

– Z pewnymi przerwami.

– Musiał ci wspominać o swojej pracy.

– Mówił o niej cały czas.

– O czym myślał?

– Interesy kiepsko szły – powiedziała Milena. – Nie dawało mu to spokoju.

– Jego firma? Tutaj, w Vegas? Milena skinęła głową.

– Na początku wszystko było wspaniale. Jeszcze kilka lat temu mieli pełne ręce roboty. Mnóstwo kontraktów. Później duże kasyna zaczęły się wycofywać. Zatrudnili własną ochronę.

Jorge mówił, że to nieuchronne. Kiedy firma osiągnie pewną wielkość, takie postępowanie zaczyna mieć sens.

– Szef ochrony naszego hotelu powiedział, że Jorge był zajęty. Jak jednoręki tapeciarz.

Milena uśmiechnęła się.

– Chciał być miły. Jorge udawał, że nie dzieje się nic złego. Podobnie jak Manuel Orozco. Początkowo mówili: Będziemy udawali, aż faktycznie staniemy się zajęci. Później powtarzali: Będziemy udawali, teraz i nigdy więcej. Próbowali trzymać fason. Byli zbyt dumni, aby prosić.

– Co sugerujesz? Wszystko zaczęło się walić?

– Bardzo szybko. Zaczęli brać dorywczo fizyczną robotę. Pracowali jako bramkarze w klubach, wyrzucali oszustów z miasta, tego rodzaju rzeczy. Kiedyś udzielali konsultacji hotelom. Później praktycznie przestali. Tamci zawsze uważali, że wiedzą lepiej, nawet jeśli było inaczej.

– Widziałaś, co Jorge napisał na serwetce?

– Oczywiście, posprzątałam po obiedzie, gdy wyszedł. Zapisał na niej jakieś liczby.

– Wiesz, co oznaczają?

– Nie, wiem jednak, że bardzo go zmartwiły.

– Co później zrobił? Po telefonie od Franza.

– Zadzwonił do Manuela Orozca. Od razu. Orozco też się zmartwił.

– Jak to wszystko się zaczęło? Kto do nich przyszedł?

– Przyszedł?

– Kto był ich klientem? – zapytał Reacher.

Milena spojrzała mu w oczy, następnie odwróciła się i popatrzyła na O’Donnella, Dixon i Neagley.

– Nie słuchacie, co mówię – powiedziała. – Oni nie mieli klientów. Od jakiegoś czasu.

– Coś musiało się wydarzyć – rzekł Reacher.

– Nie rozumiem, co masz na myśli.

– Ktoś do nich przyszedł z jakąś sprawą. Kiedy wykonywali robotę lub siedzieli w biurze.

– Nie wiem, kto do nich przyszedł.

– Jorge o tym nie wspominał?- Nie. Jednego dnia siedzieli bezczynnie, a drugiego uwijali się jak mucha z niebieską dupą. Tak mówili. Jak mucha z niebieską dupą, a nie jednoręki tapeciarz.

– Nie wiesz, co się stało? Milena pokręciła głową.

– Nie powiedzieli mi.

– Kto może wiedzieć?

– Żona Orozca.

50

W zrujnowanym mieszkaniu zapadła grobowa cisza. Reacher spojrzał na Milenę i zapytał:

– Orozco był żonaty? Milena skinęła głową.

– Miał trójkę dzieci.

Reacher odwrócił się do Neagley:

– Dlaczego o tym nie wiedzieliśmy?

– Nie jestem wszechwiedząca – odparła Neagley.

– Powiedzieliśmy Mauneyowi, że jego najbliższym krewnym jest siostra.

– Gdzie mieszkał Orozco? – zapytał Reacher.

– Przy tej samej ulicy – odparła Milena. – W domu takim jak ten.

***

Milena poprowadziła ich kolejne pół kilometra od centrum miasta do apartamentowca po przeciwnej stronie ulicy. Do mieszkania Orozca. Mieszkanie znajdowało się w budynku podobnym do domu Sancheza. Ten sam wiek, ten sam styl, ta sama konstrukcja, ta sama wielkość. Niebieska markiza nad chodnikiem zamiast zielonej jak u Sancheza.

– Jak ma na imię pani Orozco? – zapytał Reacher.

– Tammy – odpowiedziała Milena.

– Będzie w domu?

Milena skinęła głową.

– Pewnie śpi. Pracuje nocami. W kasynie. Wraca do domu, wsadza dzieci do szkolnego autobusu i kładzie się spać.

***

Obudził ją portier. Zadzwonił do mieszkania z lokalnej centrali. Podniosła słuchawkę po długim oczekiwaniu. Portier podał nazwisko Mileny, a następnie Reachera, Neagley, Dixon i O’Donnella. Wyczuł nastrój i uczynił to poważnym tonem. Nie pozostawił żadnej wątpliwości, że przynieśli złe nowiny.

Nastąpił kolejny okres długiego oczekiwania. Reacher pomyślał, że Tammy Orozco próbuje połączyć cztery nowe nazwiska z nostalgicznymi wspomnieniami męża, dodać dwa do dwóch. Wyobraził sobie, że wkłada podomkę. Wielokrotnie składał wizyty wdowom. Wiedział, jak się potoczą dalsze wydarzenia.

– Możecie wejść na górę – odparł portier.

Wjechali na siódme piętro, ledwo mieszcząc się w ciasnej kabinie. Na korytarzu skręcili w lewo i stanęli przed niebieskimi drzwiami. Były otwarte. Milena mimo to zapukała i wprowadziła ich do środka.

Tammy Orozco okazała się małą, zgarbioną kobietą. Leżała na kanapie. Potargane czarne włosy, jasna skóra, wzorzysta podomka. Przypuszczalnie miała czterdzieści lat, lecz teraz wyglądała jak stuletnia staruszka. Podniosła głowę, zupełnie ignorując Reachera, O’Donnella, Dixon i Neagley. W ogóle na nich nie spojrzała. Wyczuli wyraźną wrogość. Nie zazdrość ani bliżej nieokreśloną niechęć jak u Angeli Franz. Miejsce tamtych uczuć zajął gniew. Popatrzyła na Milenę i zapytała:

– Manuel nie żyje, prawda?

Milena usiadła obok niej i powiedziała:

– Oni tak twierdzą. Bardzo mi przykro.

– Jorge też?

– Nie wiemy tego na pewno.

Kobiety objęły się i zaczęły płakać. Reacher postanowił poczekać, aż przestaną. Wiedział, jak to jest. Mieszkanie Orozca było większe do mieszkania Sancheza. Trzy sypialnie, inny rozkład, pokoje na inne strony. Stęchłe powietrze zalatywało smażonym jedzeniem. Mieszkanie było zniszczone i niechlujne. Może dlatego, że zostało przetrząśnięte trzy tygodnie temu, a może zawsze znajdowało się w stanie chaosu, ponieważ mieszkało w nim dwoje dorosłych i trójka dzieci. Reacher nie znał się na dzieciach, lecz po rozrzuconych książkach i zabawkach domyślił się, że pociechy Orozca były małe. Zauważył lalki i misie, gry wideo i wymyślne konstrukcje z plastikowych klocków. Dzieciaki musiały mieć pięć, siedem i dziewięć lat. Coś w tym rodzaju. Wszystkie pojawiły się na świecie stosunkowo niedawno. Po zakończeniu służby. Tego ostatniego Reacher był absolutnie pewien. W końcu Tammy Orozco podniosła głowę i zapytała:

– Jak to się stało?

– Policja przekaże pani szczegóły – odpowiedział Reacher.

– Cierpiał?

– Śmierć była natychmiastowa – wyjaśnił, tak jak go uczono dawno temu. Wszyscy żołnierze zabici podczas akcji ginęli błyskawicznie, chyba że można było dowieść, iż stało się inaczej. Uważano, że taka wiadomość stanowi pociechę dla bliskich. Reacher pomyślał, że jeśli chodzi o Orozca, formalnie rzecz biorąc, było to zgodne z prawdą. Po schwytaniu, torturach, dręczeniu głodem i pragnieniem Manuel odbył przejażdżkę helikopterem zakończoną wirowaniem w powietrzu i krzykiem podczas trwającego dwadzieścia sekund upadku.

– Dlaczego? – zapytała Tammy.

– Próbujemy to ustalić.

– Powinniście. Przynajmniej tyle możecie zrobić.

– Właśnie dlatego tu przyszliśmy.

– Tutaj nie znajdziecie odpowiedzi.

– Musi tu być. Zacznijmy od tego, kto był ich klientem. Tammy spojrzała zdumionym wzrokiem na Milenę, z twarzą wilgotną od łez.

– Klientem? – zapytała. – Jeszcze tego nie wiecie?

– Nie – odparł Reacher. – Nie pytalibyśmy, gdyby było inaczej.- Oni nie mieli klientów – wyjaśniła Milena w imieniu Tammy. – Stracili ich. Przecież wam mówiłam.

– Od czegoś musiało się zacząć – powiedział Reacher. – Ktoś musiał do nich przyjść ze swoją sprawą. Spotkać się w biurze lub kasynie.

– Tak się nie stało – odparła Tammy.

– W takim razie sami musieli trafić na ślad. Powinniśmy tylko ustalić gdzie, kiedy i jak.

Zapadło długie milczenie, a później Tammy powiedziała:

– Naprawdę nie rozumiecie? To nie miało nic wspólnego z nimi. Nic. I nic wspólnego z Vegas.

– Nie?

– Nie.

– Od czego wszystko się zaczęło?

– Zostali wezwani na pomoc – wyjaśniła Tammy. – Tak to się zaczęło. Pewnego dnia, zupełnie nieoczekiwanie. Przez waszego przyjaciela z Kalifornii. Jednego z jego kumpli z armii.

51

Azhari Mahmoud wyrzucił paszport Andrew MacBride’a w Dumpster i przeistoczył się w Anthony’ego Matthewsa w drodze do wypożyczalni U-Haul. Miał kilka kart kredytowych i ważne prawo jazdy wystawione na to nazwisko. Adres na dokumencie oparłby się bardziej wnikliwemu badaniu. W wskazanym miejscu znajdował się prawdziwy dom z mieszkaniami, a nie jedynie skrzynka na listy lub pusty plac. Adres na kartach kredytowych był identyczny. Upływ lat sprawił, że Mahmoud wiele się nauczył.

Postanowił, że wypożyczy ciężarówkę średniej wielkości. Ogólnie rzecz biorąc, zawsze opowiadał się za rozwiązaniami średniego kalibru. Mniej rzucały się w oczy. Pracownicy zapamiętywali ludzi, którzy wypożyczali największe i najmniejsze przedmioty. Wystarczała mu ciężarówka średniej wielkości. Chociaż nie był człowiekiem wykształconym, potrafił wykonać proste działanie arytmetyczne. Wiedział, że objętość otrzymuje się przez pomnożenie wysokości przez szerokość i długość. Obliczył, że ładunek składający się z sześciuset pięćdziesięciu skrzynek można rozłożyć w taki sposób, aby szerokość wynosiła trzy metry, głębokość cztery, a wysokość półtora metra. Początkowo sądził, że dziesięć skrzynek ustawionych w rzędzie nie wejdzie do żadnej ciężarówki, później jednak zrozumiał, że może je ustawić na węższym boku. Powinno się udać.

Wiedział, że wszystko się uda, bo nadal miał przy sobie sto ćwierćdolarówek, które wygrał na lotnisku.

***

Złożyli wyrazy współczucia wdowie, przekazali jej adres Curtisowi Mauneyowi i wyszli. Odprowadzili Milenę do barn z otchłanią ognia. Musiała zarabiać na życie, a tego dnia już straciła trzy godziny. Powiedziała, że wylaliby ją, gdyby spóźniła się na popołudniową promocję. Wraz z upływem czasu na Stripie panował coraz większy ruch, jednak plac budowy w dalszym ciągu pozostał opuszczony. Ani żywej duszy. Plama w kanale ściekowym nareszcie wyschła. Poza tym nic się nie zmieniło. Słońce stało wysoko na niebie. Nie było upalnie, lecz wystarczająco ciepło. Reacher myślał o tym, jak płytko zakopali zwłoki. O rozkładzie ciała, gazach, przykrym odorze, zaintrygowanych zwierzętach.

– Macie tu kojoty? – zapytał.

– W mieście? – zdziwiła się Milena. – Nigdy żadnego nie widziałam.

– Okej.

– Dlaczego pytasz?

– Tak z ciekawości.

Poszli dalej, tym samym skrótem, który wybrali poprzednio. Dotarli do baru lekko po piętnastej.

– Tammy jest wściekła – powiedziała Milena. – Przykro mi z tego powodu.

– Spodziewaliśmy się tego – odparł Reacher.

– Była tam, gdy przyszli przeszukać dom. Spała. Uderzyli ją w głowę. Przez tydzień leżała nieprzytomna. Niczego nie pamięta. Teraz obwinia o wszystko człowieka, który zadzwonił do Orozca.

– To zrozumiałe – rzekł Reacher.

– Ja nie mam do was żalu – powiedziała. – To nie wy zadzwoniliście. Domyślam się, że połowa z was była w to zaangażowana, a połowa nie.

Weszła do baru, nie oglądając się za siebie. Drzwi się zamknęły. Reacher usiadł na murku, na którym czekał tego ranka.

– Przykro mi, ludzie – powiedział. – Straciliśmy mnóstwo czasu. To wyłącznie moja wina.

Nikt nie odpowiedział

– Neagley powinna objąć dowodzenie. Straciłem instynkt.

– Mahmoud przyjechał tutaj, a nie do Los Angeles – zauważyła Dixon.

– Pewnie miał przesiadkę. Teraz jest już w Los Angeles.

– Dlaczego nie wybrał bezpośredniego lotu?

– Dlaczego posługiwał się czterema fałszywymi paszportami? Kimkolwiek jest, to bardzo ostrożny człowiek. Zostawia fałszywe tropy.

– Zaatakowano nas tutaj, a nie w Los Angeles – ciągnęła Dixon. – To nie ma najmniejszego sensu.

– Wszyscy podjęliśmy decyzję, aby tu przyjechać – dodał O’Donnell. – Nikt się nie sprzeciwiał.

Reacher usłyszał dźwięk syreny dolatujący od strony Stripu. Nie był to niski sygnał wozu strażackiego ani oszalały skowyt karetki. To szybko jechał policyjny radiowóz. Reacher podniósł głowę i spojrzał na plac budowy oddalony kilometr od nich. Wstał, zasłonił oczy i wytężył wzrok. Pomyślał, że jeden radiowóz to nic. Gdyby na placu budowy zjawił się brygadzista i odkrył coś niepokojącego, przyjechałby cały konwój.

Czekał.

Nic się nie wydarzyło. Nie było kolejnych syren, kolejnych radiowozów, żadnego konwoju. Rutynowa kontrola drogowa. Zrobił kolejny krok, aby lepiej widzieć. Aby się upewnić. Dostrzegł czerwony i niebieski błysk za rogiem obok sklepu spożywczego. Czerwony plastikowy klosz tylnych świateł. Samochód zaparkowany w słońcu. Ciemnoniebieskie błotniki.

Wóz.

Ciemnoniebieski lakier.

– Wiem, gdzie go widziałem – powiedział.

52

Stanęli wokół chryslera w bezpiecznej odległości. Z szacunkiem, jakby mieli do czynienia z ogrodzonym eksponatem na wystawie sztuki nowoczesnej. Model 300C. Ciemnoniebieski. Na kalifornijskich numerach. Zaparkowany tuż przy krawężniku. Zamknięty. Chłodny i nieruchomy. Lekko przybrudzony podróżą. Neagley wyjęła kluczyki, które Reacher znalazł w kieszeni umierającego. Trzymała je w wyciągniętej ręce, jak tamten pistolet. Wcisnęła pilota.

Ciemnoniebieski chrysler mrugnął światłami i usłyszeli dźwięk otwieranych drzwi.

– Stał obok hotelu Chateau Marmont – powiedział Reacher. – Czekał w nim ten sam facet. Garnitur idealnie pasował do koloru lakieru. Pomyślałem, że to chwyt firmy wynajmującej limuzyny z szoferem.

– Powiedzieli mu, że przyjedziemy – rzekł O’Donnell. – Pewnie początkowo uznali to za zagrożenie, a później – pocieszenie. Kazali mu nas sprzątnąć. Prawdopodobnie zobaczył nas na chodniku, gdy tylko przyjechaliśmy do miasta. Niemal wpadliśmy na niego. Gość miał szczęście.

– Rzeczywiście, prawdziwy szczęściarz – przytaknął Reacher. – Oby wszyscy nasi wrogowie mieli tyle szczęścia co on.

Otworzył drzwi kierowcy. Wóz pachniał nową skórą i plastikiem. Wnętrze nie miało najmniejszej skazy. W przegrodach na drzwiach znaleźli mapy, nowiuteńkie i starannie złożone. To wszystko. Na wierzchu nie leżało nic więcej. Reacher wsunął do środka długie ramię i otworzył schowek na rękawiczki. W środku był portfel i telefon komórkowy. Na tym koniec. Płaski portfel przeznaczony do noszenia w tylnej kieszeni spodni. Sztywny prostokąt wykonany z czarnej skóry z klamrą na banknoty z jednej strony i miejscem na karty kredytowe z drugiej. Zwitek banknotów. Ponad siedemset dolarów. Głównie pięćdziesiątki i dwudziestki. Reacher wyjął wszystkie i wetknął do kieszeni spodni.

– Dzięki temu odsunę poszukiwanie roboty o kolejne dwa tygodnie – wyjaśnił. – Każdą chmurę otacza srebrna poświata.

Wywrócił portfel na drugą stronę. Część z kartami kredytowymi była pełna. Znalazł aktualne prawo jazdy z Kalifornii i pięć kart. Dwie karty visa, amex i mastercard. Długi termin ważności. Prawo jazdy i wszystkie karty wystawiono na nazwisko Saropian. Adres na prawie jazdy miał pięciocyfrowy numer, nazwę ulicy w Los Angeles i kod pocztowy, który nic nie mówił Reacherowi.

Rzucił portfel na fotel pasażera.

Telefon komórkowy był małym, składanym srebrnym urządzeniem z okrągłym monitorem ciekłokrystalicznym z przodu. Doskonały zasięg, lecz słabe baterie. Reacher otworzył wieczko i ekran zaświecił. Gość otrzymał pięć wiadomości głosowych.

Podał telefon Neagley.

– Potrafisz je odsłuchać? – zapytał.

– Musiałabym znać jego hasło.

– Sprawdź do kogo dzwonił.

Neagley przejrzała menu i wybrała odpowiednie opcje.

– Wszystkie rozmowy przychodzące i wychodzące były kierowane pod ten sam numer – oznajmiła. – Kierunkowy trzysta jeden. Los Angeles.

– Telefon stacjonarny czy komórka?

– Nie można wykluczyć żadnej możliwości.

– Pachołek dzwonił do swojego szefa? Neagley skinęła głową.

– I na odwrót. Szef wydawał rozkazy pachołkowi.- Mogłabyś zadzwonić do swojego asystenta w Chicago, aby zdobył nazwisko i adres tego gościa?

– W ostateczności.

– Niech zacznie szukać. I niech sprawdzi rejestrację samochodu.

Neagley zadzwoniła do biura z własnej komórki. Reacher Otworzył schowek środkowego podłokietnika, lecz znalazł w nim wyłącznie długopis i samochodową ładowarkę do telefonu. Sprawdził tył. Nic. Wysiadł i zajrzał do bagażnika. Zapasowa opona, lewarek, klucz francuski. To wszystko.

– Brak bagażu – powiedział. – Facet nie planował dłuższej wyprawy. Uznał, że stanowimy łatwy cel.

– Niewiele się pomylił – zauważyła Dixon.

Neagley zamknęła wieko telefonu zabitego i zwróciła go Reacherowi. Ten rzucił go na fotel pasażera obok portfelu. Po chwili jednak go podniósł.

– Paskudna sytuacja, nie sądzicie? – powiedział. – Nie wiemy, kto go wysłał, nie wiemy skąd i dlaczego?

– Ale? – zapytała Dixon.

– Ale mamy przynajmniej jego numer. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy do niego zadzwonić i przekazać pozdrowienia.

– Chcemy tego?

– Sądzę, że tak.

53

Wsiedli do zaparkowanego chryslera, aby odizolować się od zgiełku. Grube, ciężkie drzwi zamknęły się szczelnie z dźwiękiem, jaki powinny wydawać drzwi luksusowego sedana. Reacher otworzył wieczko telefonu zabitego i przejrzał ostatnio wybierane numery. Zaznaczył ostatni i wcisnął zielony przycisk. Przyłożył słuchawkę do ucha i czekał. Słuchał. Nigdy nie miał własnej komórki, lecz wiedział, jak jej używać. Ludzie czuli, jak komórka wibruje w kieszeni lub słyszeli dzwonek, wyciągali i patrzyli, kto dzwoni, a następnie podejmowali decyzję, czy odebrać. W sumie wszystko trwało nieco dłużej niż w przypadku telefonu stacjonarnego. Przynajmniej pięć lub sześć dzwonków.

Telefon zadzwonił po raz pierwszy.

Po raz drugi.

I trzeci.

Później ktoś go odebrał w prawdziwym pośpiechu.

– Gdzie się, u diabła, podziewałeś?

Niski głos. Starszy mężczyzna. Rosły. Za poirytowaniem i pośpiechem krył się wygładzony akcent mieszkańca Zachodniego Wybrzeża. Profesjonalny, a jednak kryjący nutkę cwaniactwa. Reacher nie odpowiedział. Bacznie wsłuchiwał się w dźwięki dolatujące z otoczenia. Nie usłyszał żadnych. Cisza, jakby tamten dzwonił z zamkniętego pomieszczenia lub cichego biura.- Halo – powtórzył głos. – Halo? Gdzie, u diabła, byłeś? Co się dzieje?

– Kto mówi? – zapytał Reacher, jakby miał absolutne prawo wiedzieć. Jakby przypadkowo wykręcił niewłaściwy numer.

Facet nie chwycił przynęty. Pewnie dostrzegł na ekranie identyfikator dzwoniącego.

– Z kim rozmawiam? – zapytał wolno. Reacher odpowiedział po chwili:

– Twój chłoptaś zawiódł ostatniej nocy. Nie żyje i został pogrzebany. Dosłownie. Idziemy po ciebie.

Zapadła długa cisza.

– Reacher? – zapytał głos.

– Wiesz, jak się nazywam – odpowiedział Reacher. – To nie fair, bo ja nie znam twojego nazwiska.

– Nikt nie obiecywał, że życie będzie fair.

– Fakt. Sprawiedliwe czy nie, ciesz się tym, co ci z niego zostało. Kup sobie butelkę czerwonego wina, wypożycz film DVD. Tylko nie kupuj całej skrzynki. Zostały ci najwyżej dwa dni.

– Nic nie wiecie.

– Wyjrzyj przez okno.

Reacher usłyszał raptowny dźwięk. Szelest marynarki. Delikatny odgłos fotela obrotowego. Biuro. Facet ma na sobie garnitur. Biurko jest zwrócone przodem do drzwi.

Na obszarze o numerze kierunkowym 310 jest zaledwie milion takich.

– Nic nie wiecie – powtórzył głos.

– Wkrótce się zobaczymy – obiecał Reacher. – Polecimy sobie helikopterem. Tak jak to robiłeś wcześniej. Z jedną wielką różnicą. Moi przyjaciele przypuszczalnie się opierali. Ty nie będziesz. Będziesz błagał, abym pozwolił ci skoczyć. Obiecuję.

Zamknął klapkę i rzucił aparat na kolana. W samochodzie zapadło milczenie.

– Pierwsze wrażenia? – zapytała Neagley. Reacher wykonał głęboki wydech.

– Jakiś dyrektor – powiedział. – Ważniak. Szef. Nie jest głupi. Zwyczajny głos. Własny gabinet z oknem i zamkniętymi drzwiami.

– Gdzie?

– Nie umiem powiedzieć. Nie słyszałem żadnych dźwięków z zewnątrz. Żadnych odgłosów ruchu, huku przelatujących samolotów. Nie był zmartwiony tym, że mamy jego numer telefonu. Daję głowę, że aparat został zarejestrowany na inną osobę. Tak jak samochód.

– Co robimy?

– Wracamy do Los Angeles. Nigdy nie powinniśmy byli go opuszczać.

– Wszystko zaczęło się od Swana – rzekł O’Donnell. – Nie sądzicie? Nic nie wskazuje, że chodziło o Franza. Z Sanchezem i Orozkiem jest podobnie. Kto nam pozostał? Swan musiał coś odkryć, gdy zakończył pracę w New Age Defense Systems. A może miał wszystko przygotowane i czekał.

Reacher skinął głową.

– Musimy porozmawiać z jego byłym szefem. Ustalić, czy przed odejściem podzielił się z nim jakimiś osobistymi zmartwieniami. – Odwrócił się do Neagley. – Umów się ponownie z Dianą Bond. Tą z Waszyngtonu. W sprawie Little Wing. Musimy mieć jakąś kartę przetargową. Dawny szef Swana może okazać się bardziej rozmowny, gdy się przekona, że wiemy o czymś ważnym i w zamian obiecamy milczenie. Oprócz tego jestem po prostu ciekaw.

– Ja również – odpowiedziała Neagley.

***

Ukradli chryslera. Nawet z niego nie wysiedli. Reacher wziął kluczyki od Neagley, uruchomił silnik i podjechał do hotelu. Poczekał przed wejściem, aż pozostali się spakują. Wóz nawet mu się spodobał. Cichy i potężny. Widział jego kształt w hotelowym oknie. Pasował do niego niebieski lakier. Był masywny, niepozorny i subtelny jak młotek. Maszyna stworzona w sam raz dla niego. Sprawdził przyrządy i gadżety, a następnie podłączył telefon zabitego do ładowarki i zamknął wieko schowka między fotelami.

Dixon wróciła pierwsza z boyem hotelowym taszczącym jej bagaż i parkingowym biegnącym po samochód. Chwilę później nadeszli Neagley i O’Donnell. Razem. Neagley wkładała do torebki rachunek zapłacony kartą kredytową, jednocześnie zamykając wieczko telefonu.

– Sprawdziliśmy tablicę rejestracyjną – powiedziała. – Ślady prowadzą do podstawionej spółki o nazwie Walter, mającej firmową skrytkę pocztową w centrum Los Angeles.

– Wspaniale – skwitował Reacher. – Walter jak Walter Chrysler. Założę się, że telefon należy do korporacji o nazwie Alexander jak Graham Bell.

– Walter Corporation dzierżawi łącznie siedem samochodów – dodała Neagley.

Reacher skinął głową.

– Musimy to zapamiętać. Mają znaczne posiłki czekające gdzieś w odwodzie.

Dixon powiedziała, że O’Donnell pojedzie z nią pożyczonym wozem. Reacher otworzył bagażnik i Neagley włożyła do środka swoje bagaże, a następnie usiadła obok niego w fotelu pasażera.

– Gdzie zamieszkamy? – zapytała Dixon przez otwartą szybę.

– W innym miejscu – powiedział. – Do tej pory widzieli nas w Wilshire i Chateau Marmont. Czas zmienić sposób postępowania. Musimy znaleźć miejsce, w którym nie będą nas szukać. Proponuję Dunes w Sunset.

– Co to takiego?

– Motel. Niskiej kategorii.

– Bardzo podły?

– Jest w porządku. Mają tam łóżka i zamki w drzwiach.

***

Reacher i Neagley odjechali pierwsi. W mieście były korki, lecz Piętnastka okazała się pusta i Reacher rozpoczął rejs przez pustynię. Samochód był cichy, szybki i elegancki. Przez pierwszych trzydzieści minut Neagley wydzwaniała do bazy sił powietrznych w Edwards, próbując skontaktować się z Dianą Bond, zanim jej komórka straci zasięg. Reacher zapomniał o niej i skupił uwagę na drodze. Był dobrym kierowcą, lecz daleko mu było do doskonałości. Nauczył się prowadzić w armii i nigdy nie był na kursie dla cywilów. Nigdy nie zdał też cywilnego egzaminu ani nie otrzymał cywilnego prawa jazdy. Neagley była znacznie lepszym kierowcą. I znacznie szybszym. Kiedy skończyła rozmawiać, zaczęła się niecierpliwie wiercić, raz po raz spoglądając na szybkościomierz.

– Kierujesz, jakbyś ukradł ten wóz – zauważyła. – Co faktycznie zrobiłeś.

Przyspieszył odrobinę. Zaczął mijać inne pojazdy, między innymi średniej wielkości ciężarówkę wypożyczoną w U-Haul jadącą na zachód prawym pasem.

***

Dwadzieścia kilometrów przed Berstow dogoniła ich Dixon. Zamrugała światłami, zrównała się z nimi, a O’Donnell zaczął udawać, że je. Niczym bezsilni masochiści zatrzymali się w tej samej restauracji co poprzednio. W promieniu wielu kilometrów nie było nic innego, a wszystkim doskwierał głód. Nie jedli lunchu.

Jedzenie był równie paskudne jak wcześniej, a rozmowa wyraźnie się nie kleiła. Mówili głównie o Sanchezie i Orozco. O tym, jak trudno się utrzymać małej firmie. A szczególnie, jak trudno tego dokonać byłym wojskowym. Wkroczyli do świata cywilów z błędnymi założeniami. Oczekiwali przewidywalności, którą znali. Bezpośredniości, otwartości, uczciwości i gotowości do wspólnego ponoszenia ofiar. Reacher doskonale rozumiał, o czym mówili Dixon i O’Donnell. Był ciekaw, jak naprawdę sobie radzą i co ukrywają pod fasadą. Jak to wyglądało na papierze, kiedy trzeba było obliczyć podatek. I jak będzie wyglądało za rok. Dixon była w kłopocie, ponieważ nie wykonała ostatniego zlecenia. O’Donnell na jakiś czas wyjechał z miasta, aby dotrzymać towarzystwa chorej siostrze. Tylko Neagley wydawała się nie mieć żadnych zmartwień. Odniosła niewątpliwy sukces. Sukces większy od grupy jedenastu procent najlepszych ludzi, którzy odeszli z armii.

Kiepska sprawa. ”Zostałeś daleko w tyle”, powiedziała Dixon.

„Zwykle tak właśnie się czuję”, odparł.

„Jedyną rzeczą, którą mamy w odróżnieniu od ciebie, są walizki”, rzekł O’Donnell.

„A co ja mam w odróżnieniu od was?”, spytał.

Zakończył posiłek będąc nieco bliżej odpowiedzi niż wcześniej.

***

Po Berstow minęli Victorville i Lake Arrowhead. Później na horyzoncie pojawiły się góry. Zanim do nich dotarli, tym razem po prawej, pojawiły się nieużytki, nad którymi zawisł helikopter. Reacher ponownie obiecał sobie, że nie spojrzy w tamtą stronę, jednak zrobił to jeszcze raz. Odwrócił wzrok od drogi i przez kilka sekund spoglądał na północ, a następnie na zachód. Pomyślał, że gdzieś tam leżą zwłoki Sancheza i Swana. Nie miał powodu, aby sądzić, że jest inaczej.

Wjechali w obszar dobrego zasięgu i komórka Neagley zadzwoniła. Diana Bond. Dostała wiadomość, że wszyscy muszą natychmiast opuścić Edwards.

– Powiedz, aby przyjechała do restauracji Denny’ego w Sunset. Tam gdzie spotkaliśmy się wcześniej. – Neagley zrobiła niezadowoloną minę. – Po tym, co przed chwilą zjedliśmy, będziemy się tam czuli jak u Maxima w Paryżu.

Neagley umówiła się na spotkanie, a Reacher zredukował bieg i samochód zaczął się wspinać na pierwsze z niskich wzgórz pasma San Antonio. Niecałą godzinę później byli już w motelu Dunes.

***

W Dunes cena noclegu nawet nie zbliżała się do trzycyfrowej liczby, a goście musieli zostawić kaucję za telewizyjnego pilota, przekazywanego przez obsługę z wielkim namaszczeniem razem z kluczem do drzwi. Reacher zapłacił gotówką, używając zwitka skradzionych banknotów, dzięki czemu nie musieli podawać prawdziwych nazwisk i dokumentów tożsamości. Zaparkowali samochody tak, by nie były widoczne od strony ulicy, i przegrupowali się w ciemnym sfatygowanym holu obok pralni. Tak anonimowi jak anonimowa może być czwórka ludzi w hrabstwie Los Angeles. Miejsce w stylu Reachera.

Godzinę później do Neagley zadzwoniła Diana Bond, mówiąc, że wjeżdża na parking przed restauracją Denny’ego.

54

Przeszli niewielki odcinek Sunset, wstąpili do oświetlonego neonami holu restauracji Denny’ego i ujrzeli czekającą na nich wysoką blondynkę. Była sama. Cała w czerni. Czarny żakiet, czarna bluzka, czarna spódniczka, czarne pończochy i czarne buty na wysokim obcasie. Poważny styl Wschodniego Wybrzeża, trochę nie na miejscu na Zachodnim i bardzo nie na miejscu u Denny’ego. Szczupła, atrakcyjna, inteligentna, trzydziestokilkuletnia.

Wyglądała na lekko poirytowaną i zaaferowaną.

Lekko zmartwioną.

Neagley przedstawiła wszystkich.

– To Diana Bond – powiedziała. – Z dystryktu Kolumbii, a ostatnio z bazy sił powietrznych w Edwards.

Diana Bond miała ze sobą jedynie małą torebkę z krokodylowej skóry. Żadnej teczki, chociaż Reacher nie oczekiwał, że przyniesie notatki i plany. Poprowadzili ją przez sfatygowaną salę do okrągłego stolika z tyłu. Pięć osób nie zmieściłoby się w kabinie. Kiedy przyszła kelnerka, zamówili kawę. Po chwili wróciła z pięcioma ciężkimi kubkami i dzbankiem. Nalała wszystkim. Każdy pociągnął w milczeniu jeden łyk. Zaczęła Diana Bond. Bez zbędnych ceregieli.

– Mogłabym kazać was wszystkich aresztować. Reacher skinął głową.

– Jestem zaskoczony, że pani tego nie zrobiła – odpowiedział. – Szczerze mówiąc, oczekiwałem, że przyprowadzi pani ze sobą kilku agentów.

– Wystarczyłby jeden telefon do Agencji Wywiadu Obrony – rzekła Bond.

– Dlaczego pani tego nie uczyniła?

– Staram się być kulturalna.

– I lojalna – dodał Reacher. – Wobec swojego szefa.

– I kraju. Radzę, abyście zrezygnowali z tego wątku śledztwa.

– Wówczas podróżowałaby pani na darmo.

– Z radością uczynię to jeszcze raz.

– Za pieniądze podatników.

– Proszę mi tego oszczędzić.

– Jesteśmy głusi na prośby.

– Odwołuję się do waszego patriotyzmu. Chodzi o bezpieczeństwo narodowe.

– W sumie nasza czwórka odsłużyła w wojsku sześćdziesiąt lat – rzekł Reacher. – A pani ile?

– Nie byłam w wojsku.

– Ile lat odsłużył pani szef?

– Ani jednego.

– W takim razie proszę nie opowiadać nam bajeczek o patriotyzmie i bezpieczeństwie narodowym, okej? Nie ma pani wymaganych kwalifikacji.

– Dlaczego interesuje was Little Wing?

– Nasz przyjaciel pracował dla New Age Defense Systems. Staramy się uzupełnić jego nekrolog.

– Nie żyje?

– Przypuszczalnie.

– Bardzo mi przykro.

– Dziękuję.

– Ponownie nalegam, abyście nie naciskali mnie w tej sprawie.

– Nie ma mowy.

Diana Bond milczała przez dłuższą chwilę, a następnie skinęła głową.

– Zawrzyjmy układ. Opowiem wam o wszystkim w zarysie, jeśli przyrzekniecie na sześćdziesiąt lat służby, że nie będziecie drążyli dalej.

– W porządku.

– I nigdy więcej o was nie usłyszę.

– Okej.

Kolejna długa przerwa. Jakby Bond zmagała się z własnym sumieniem.

– Little Wing to nowy rodzaj torpedy – powiedziała. – Dla floty okrętów podwodnych na Pacyfiku. Całkiem zwyczajna z wyjątkiem udoskonalonego systemu sterowania, za który odpowiada nowa elektronika.

Reacher uśmiechnął się.

– Dobra bajeczka – rzekł. – Nie wierzymy pani.

– Dlaczego?

– Nigdy nie uwierzymy w pierwszą odpowiedź, jakiej pani udzieli. Chce nas pani zbyć. Nie wspomniałem, że przez większość owych sześćdziesięciu lat musieliśmy wysłuchiwać kłamstw, więc potrafimy je rozpoznać. Na dodatek część wspomnianego czasu poświęciliśmy na czytanie bzdurnych raportów produkowanych przez Pentagon, dlatego rozumiemy język, którym operują wojskowi. Ci goście nazwaliby nową torpedę Litte Fish. Oprócz tego New Age Defense Systems to nowa firma. Mogli zbudować swoją siedzibę w dowolnym miejscu. Gdyby pracowali dla marynarki, wybraliby San Diego, Connecticut, Newport News lub Wirginię. Nie uczynili tego. Zbudowali biuro we wschodnim Los Angeles. Najbliżej tego miejsca są bazy sił powietrznych, między innymi w Edwards, z którego pani przyjechała. Ta broń nosi nazwę Little Wing, zatem musi mieć jakiś związek z lotnictwem.

Diana Bond wzruszyła ramionami.

– Musiałam spróbować – oznajmiła.