/ / Language: Polski / Genre:prose_contemporary

Portier Nosi Garnitur Od Gabbany

Lauren Weisberger

Bette Robinson pracuje w dziele bankowości inwestycyjnych z pełnym poświęceniem, bo tego oczekuje się od pracowników wielkich korporacji, ale nienawidzi swojego zajęcia, które nie zostawia jej ani chwili na życie towarzyskie. Lubi czytać romanse i z przyjemnością uczestniczy w zebraniach klubu książki, gdzie dziewczyny marzą o wielkiej miłości. W końcu znużona 'wyścigiem szczurów' rezygnuje z posady i zaczyna rozkoszować się pełną wolności. Kurczące się zasoby finansowe zmuszają ja do znalezienia następnej pracy – udaje jej się zatrudnić w modnej agencji public relations. Uczestnictwo w życiu towarzyskim należy tu do obowiązków służbowych.

Lauren Weisberger

Portier Nosi Garnitur Od Gabbany

Tytuł oryginalny: Everyone worth knowing

Tłumacz: Szajowska Hanna

Moim dziadkom:

to powinno im pomóc zapamiętać,

którym z wnucząt jestem.

1

Jakie to uczucie należeć do grona wybrańców?

Baby, You're a Rich Mart (1967)

Paula McCartneya i Johna Lennona

Chociaż zauważyłam ruch tylko kątem oka, od razu wiedziałam, że brązowe stworzenie, które pomknęło przez moją wypaczoną drewnianą podłogę, to musiał być karaluch – największy, najtłustszy insekt, jakiego kiedykolwiek widziałam. Superrobal o włos ominął moją bosą stopę, po czym zniknął pod biblioteczką.

Drżąc, zmobilizowałam się do wykonania czakry oddechowej, której nauczyłam się podczas wymuszonego przez rodziców pobytu w aśramie. Tętno zwolniło mi nieco po kilku wymagających skupienia oddechach z „od” przy wdechu i „pręż” przy wydechu, a po paru minutach opanowałam się na tyle, żeby podjąć konieczne środki ostrożności. Po pierwsze, wyciągnęłam Millington (która też chowała się, przerażona) z kryjówki pod kanapą. Natychmiast potem wyjęłam zapinane na zamek błyskawiczny kozaki, by osłonić nogi, otworzyłam drzwi na korytarz, chcąc zachęcić robala do opuszczenia mieszkania, i zaczęłam rozpylać ekstramocną, kupioną na czarnym rynku truciznę po wszystkich kątach mojego miniaturowego lokum. Dusiłam przycisk, jakby to była broń zaczepna, i prowadziłam oprysk jeszcze prawie dziesięć minut później, kiedy zadzwonił telefon.

Na wyświetlaczu błysnął numer Penelope. Miałam zamiar ją zignorować, ale zdałam sobie sprawę, że jest jedną z dwóch osób mogących mi udzielić schronienia. W razie gdyby karaluch zdołał przeżyć fumigację i znów zawędrował do salonu, musiałabym przenocować u niej albo u wujka Willa. Nie mając pewności, gdzie jest Will dziś wieczorem, uznałam, że mądrze będzie zachować kanały komunikacyjne nienaruszone. Odebrałam.

– Pen, zostałam zaatakowana przez największego karalucha na Manhattanie. Co mam robić? – zapytałam w tej samej sekundzie, w której podniosłam słuchawkę.

– Bette, mam NOWINY! – wypaliła, wyraźnie niewzruszona moją paniką.

– Wieści wymagające większej uwagi niż moja plaga?

– Avery właśnie się oświadczył! – wrzasnęła Penelope. – Zaręczyliśmy się!

– Jasna cholera. – Te dwa proste słowa, „zaręczyliśmy się”, mogły jedną osobę tak bardzo uszczęśliwić, a drugą tak bardzo pogrążyć w żałości. Po chwili uruchomił się mój wewnętrzny autopilot, przypominając, że zwerbalizowanie tego, co naprawdę myślę, byłoby, delikatnie mówiąc, niestosowne. Pen, to miernota. Zepsuty ćpun, dzieciak w ciele faceta. Wie, że nie jest z twojej ligi, i wkłada ci pierścionek na palec, zanim zdasz sobie sprawę z tego, co się dzieje. Gorzej, wychodząc za niego, będziesz tylko czekała, żeby za dziesięć lat od dzisiaj zastąpił cię młodszą, bardziej seksowną wersją ciebie, zostawiając cię, żebyś się jakoś pozbierała. Nie rób tego! Nie rób tego! Nie rób!

– Omójboże! – wrzasnęłam w odpowiedzi. – Gratulacje! Tak strasznie się cieszę!

– Och, Bette, wiedziałam, że się ucieszysz. Ledwie mogę mówić, wszystko dzieje się tak szybko!

Tak szybko? To jedyny facet, z którym się umawiałaś, odkąd skończyłaś dziewiętnaście lat. Nie można powiedzieć, że to coś nieoczekiwanego – minęło osiem lat. Mam tylko nadzieję, że Avery nie złapie opryszczki na wieczorze kawalerskim w Vegas.

– Opowiedz mi wszystko. Kiedy? Jak? Pierścionek? – trajkotałam, odgrywając rolę najlepszej przyjaciółki całkiem przekonująco, jak sądzę, biorąc pod uwagę okoliczności.

– No wiesz, nie mogę długo rozmawiać, jesteśmy teraz w Plaża. Pamiętasz, jak nalegał, żeby odebrać mnie dzisiaj z pracy? – Nie czekając na moją odpowiedź, ciągnęła bez tchu: – Na dole czekał samochód, ale on powiedział mi, że to tylko dlatego, że nie mógł złapać taksówki i mamy być na kolacji w domu jego rodziców za dziesięć minut. Oczywiście byłam trochę zirytowana, że nie zapytał, czy chcę iść na tę kolację – powiedział, że zrobił rezerwację w Per Se, a wiesz, jak ciężko się tam dostać – i piliśmy drinki w bibliotece przed kolacją, kiedy weszli wszyscy nasi rodzice. Zanim się zorientowałam, co się dzieje, już przykląkł na jedno kolano!

– Na oczach wszystkich rodziców? Oświadczył się publicznie? – Wiedziałam, że w moim głosie brzmi przerażenie, ale nie zdołałam się opanować.

– Bette, to żadna publiczność. Tylko nasi rodzice, i powiedział najsłodsze rzeczy na świecie. Wiesz, nigdy byśmy się nie spotkali, gdyby nie oni, więc rozumiem, o co mu chodziło. A teraz posłuchaj – dał mi dwa pierścionki!

– Dwa pierścionki?

– Dwa pierścionki. Sześciokaratowy nieskazitelny brylant w platynie, który należał do jego praprababki i jest przekazywany w rodzinie przez pokolenia jako prawdziwy pierścionek, i bardzo ładny trzykaratowy diament, asher, z bagietkami, znacznie bardziej znośny.

– Znośny?

– Raczej nie da się szwendać po ulicach Nowego Jorku z sześciokaratowym kamieniem, rozumiesz. Uznałam, że to bardzo sprytne zagranie.

– Dwa pierścionki?

– Bette, skup się! Stamtąd poszliśmy do Gramercy Tavem, gdzie mój ojciec zdołał nawet wyłączyć komórkę na czas trwania kolacji i wznieść stosunkowo miły toast, potem pojechaliśmy na przejażdżkę dorożką po Central Parku, a teraz jesteśmy w apartamencie w Płaza. Po prostu musiałam zadzwonić i ci powiedzieć!

Gdzie, och gdzie, podziała się moja przyjaciółka? Penelope, która nawet nie oglądała pierścionków zaręczynowych, bo uważała, że wszystkie wyglądają tak samo, która trzy miesiące temu, kiedy nasza wspólna koleżanka z college'u zaręczyła się w dorożce, powiedziała mi, że to najbardziej pretensjonalna rzecz na świecie, właśnie przedzierzgnęła się w narzeczoną niebezpiecznie podobną do żony ze Stepfordu. Czy czułam po prostu rozgoryczenie? Oczywiście, że tak. Sama najbliżej zaręczyn byłam podczas lektury zapowiedzi ślubnych w „New York Timesie”, znanych też jako „Strona sportowa dla samotnych dziewczyn”, co niedziela podczas brunchu. Ale to nie miało nic wspólnego z tematem.

– Tak się cieszę, że zadzwoniłaś! I nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć o wszystkich szczegółach, ale teraz masz zaręczyny do skonsumowania. Kończ tę rozmowę i idź uczynić swojego narzeczonego szczęśliwym człowiekiem. Czy to nie brzmi dziwacznie? „Narzeczony”…

– Och, Avery rozmawia przez telefon z kimś z pracy. Powtarzam mu, żeby kończył… – stwierdziła głośno z myślą o nim – ale gada i gada. Jak ci mija wieczór?

– Ach, kolejny oszałamiający piątek. Niech pomyślę. Poszłyśmy z Millington na spacer nad rzekę i po drodze jakiś bezdomny dał jej ciasteczko, więc była uszczęśliwiona, a potem wróciłam do domu i zabiłam, a przynajmniej taką mam nadzieję, największego, jak sądzę, insekta zamieszkującego zachodnią półkulę. Zamówiłam wietnamskie jedzenie, ale je wyrzuciłam, kiedy sobie przypomniałam, że czytałam o jakiejś wietnamskiej knajpie w pobliżu zamkniętej za ugotowanie psa, więc zaraz zjem na elegancką kolację odgrzewany ryż z fasolką i paczkę stęchłych twizzlersów. O Chryste, gadam jak z telewizyjnej reklamy obiadów, prawda?

Tylko się roześmiała, wyraźnie nie znajdując w tej konkretnej chwili słów pocieszenia. Kliknęła druga linia, wskazując, że dzwoni ktoś jeszcze.

– Och, to Michael. Muszę mu powiedzieć. Nie masz nic przeciwko temu, żebym zrobiła połączenie konferencyjne? – zapytała.

– Jasne. Z przyjemnością usłyszę, jak mu to mówisz. – Michael bez wątpienia będzie współuczestniczył w żałobie z powodu całej sytuacji, kiedy tylko Penelope odłoży słuchawkę, bo nienawidzi Avery'ego jeszcze bardziej niż ja.

Rozległo się kliknięcie, po którym nastąpiła chwila ciszy i kolejne pstryknięcie.

– Wszyscy obecni? – pisnęła Penelope, choć nie należała do dziewczyn, które piszczą. – Michael? Bette? Jesteście oboje?

Michael był moim i Penelope kolegą z UBS *, ale odkąd został wiceprezesem (najmłodszym w historii), widywałyśmy go znacznie rzadziej. Chociaż był poważnie zaangażowany w związek, dopiero zaręczyny Penelope naprawdę pokazały, co się dzieje: dorastaliśmy.

– Cześć dziewczyny – rzucił Michael zmęczonym głosem.

– Michael, zgadnij, co się stało? Zaręczyłam się!

Niemal niezauważalne zawahanie. Wiedziałam, że podobnie jak ja nie jest zaskoczony, ale usilnie starał się sformułować jakąś wiarygodnie entuzjastyczną odpowiedź.

– Pen, fantastyczna wiadomość! – Dosłownie wrzasnął do słuchawki. Poziom decybeli w poważnym stopniu zrekompensował brak szczerej radości w jego głosie i zanotowałam sobie w pamięci, żeby wykorzystać to następnym razem.

– Wiem! – zanuciła Penelope. – Wiedziałam, że ty i Bette będziecie się cieszyć razem ze mną. Wszystko stało się zaledwie kilka godzin temu i jestem tak podekscytowana, że zaraz wybuchnę.

– Oczywiście będziemy musieli to uczcić – głośno stwierdził Michael. – Black Door, tylko my troje, liczne porcje czegoś mocnego i taniego.

– Stanowczo – poparłam go zachwycona, że mogę coś dodać. – Zdecydowanie organizujemy uroczystość.

– Dobrze, kochani! – krzyknęła w przestrzeń Penelope, nie obdarzając naszych pijackich planów zbyt wielkim zainteresowaniem. – Słuchajcie, Avery skończył rozmawiać i ciągnie za kabel. Avery, przestań! Muszę lecieć, ale później do was zadzwonię. Bette, do zobaczenia jutro w pracy. Kocham was!

Kliknęło, a potem odezwał się Michael:

– Jesteś tam jeszcze?

– Jasne. Chcesz do mnie zadzwonić, czyja mam zadzwonić do ciebie? – Już wcześniej się zorientowaliśmy, że nie można być pewnym odłączenia trzeciej linii. Z tego też powodu zawsze podejmowaliśmy konieczne środki ostrożności, kończąc stare połączenie, a dopiero potem zaczynając obrabiać tyłek osobie, która pierwsza odłożyła słuchawkę.

Gdzieś w tle usłyszałam zniekształcony głos z interkomu.

– Cholera, właśnie mnie wzywają. Nie mogę teraz rozmawiać. Możemy pogadać jutro? – spytał Michael.

– Jasne. Pozdrów ode mnie Megu, dobrze? Michael, nie idź i nie zaręczaj się tak od razu. Nie sądzę, żebym zdołała znieść to także u ciebie.

Roześmiał się i wyłączył coś, co brzmiało jak biper szalejący obok telefonu.

– Nie musisz się tym martwić, obiecuję. Jutro pogadamy. Bette, głowa do góry. Może i jest to najgorszy facet, jakiego każde z nas w życiu spotkało, ale ona wydaje się szczęśliwa, a czego więcej można sobie życzyć, prawda?

Rozłączyliśmy się i przez kilka minut wpatrywałam się w telefon, po czym wywiesiłam się przez okno w daremnym wysiłku dostrzeżenia kilku cali kojącego krajobrazu nad rzeką. Mieszkanie nie było nadzwyczajne, ale na szczęście miałam je całe dla siebie. Nie dzieliłam go z nikim od prawie dwóch lat, odkąd Cameron się wyprowadził, i chociaż było tak długie i wąskie, że mogłam wyciągnąć nogi i prawie dotknąć przeciwległej ściany, chociaż znajdowało się na Murray Hill i podłogi lekko się paczyły, a karaluchy mnożyły, jedyne, co się liczyło, to to, że królowałam we własnym prywatnym pałacu. Sam budynek, betonowy potwór, stał na rogu Trzydziestej Czwartej i Pierwszej Alei. Był to wieloczęściowy gigant, mieszczący tak znakomitych lokatorów, jak jeden nastoletni członek boys-bandu, jeden zawodowy gracz w squasha, jedna gwiazda filmów porno klasy B i stajnia jej gości, jeden przeciętny obywatel, jedna była gwiazda filmów dziecięcych, która nie pracowała od dwóch dziesiątków lat, i całe setki świeżo upieczonych absolwentów college'u, którzy nie mogli znieść myśli o opuszczeniu na dobre akademika. Dom miał rozległy widok na East River, oczywiście jeśli czyjaś definicja „rozległych widoków” obejmuje dźwig budowlany, kilka śmietników, ścianę okien budynku naprzeciwko i kawałek rzeki szerokości mniej więcej trzech cali, widoczny wyłącznie po wykonaniu niewiarygodnie skomplikowanych figur akrobatycznych. Cały ten luksus miałam do wyłącznej dyspozycji za ekwiwalent miesięcznego czynszu za wolno stojący dom poza miastem, z czterema sypialniami, dwoma łazienkami i toaletą.

Zwinięta na kanapie, rozważałam swoją reakcję na nowiny. Uznałam, że to, co powiedziałam, zabrzmiało dostatecznie szczerze i chociaż niekoniecznie entuzjastycznie, Penelope wiedziała, że przesadny entuzjazm nie leży w mojej naturze. Udało mi się zapytać o pierścionki – w liczbie mnogiej – i stwierdzić, że bardzo się cieszę. Oczywiście nie powiedziałam niczego z głębi serca czy też niezwykle znaczącego, ale prawdopodobnie była zbyt podniecona, żeby to zauważyć. W sumie występ na solidną czwórkę z plusem.

Mój oddech unormował się na tyle, że zdołałam zapalić kolejnego papierosa, dzięki czemu poczułam się nieco lepiej. Pomógł też fakt, że karaluch nie pojawił się ponownie. Usiłowałam upewnić samą siebie, że mój stan głębokiego przygnębienia bierze się ze szczerej troski – ponieważ Penelope wychodzi za naprawdę okropnego faceta, a nie z głęboko zakorzenionej zawiści, że ma narzeczonego, a ja nie doszłam z nikim nawet do drugiej randki. Nie mogłam. Minęły dwa lata, odkąd Cameron się wyprowadził, i chociaż przeszłam nieodzowne etapy dochodzenia do siebie (obsesja pracy, obsesja zakupów, obsesja jedzenia) i zaliczyłam zwyczajową rundę randek w ciemno, randek „tylko na drinka” i rzadziej występujących „randek z kolacją”, tylko dwaj faceci osiągnęli etap trzeciej randki. I żaden czwartej. Powtarzałam sobie nieustannie, że wszystko jest ze mną w porządku – i zmuszałam Penelope do potwierdzania tego – ale zaczynałam poważnie wątpić w moc owego stwierdzenia.

Odpaliłam drugiego papierosa od pierwszego i zignorowałam pełne psiej dezaprobaty spojrzenie Millington. Wstręt do samej siebie zaczynał mnie otulać jak znajomy ciepły koc. Jak podła musi być osoba, która nie potrafi poczuć szczerej, prawdziwej radości w jednym z najszczęśliwszych dni w życiu najbliższej przyjaciółki? Jak wielkim trzeba być intrygantem i jak bardzo niepewnym siebie, żeby modlić się, aby cała sprawa okazała się wielkim nieporozumieniem? Czy z prędkością przewyższającą szybkość światła mknęłam w stronę oficjalnego zajęcia pozycji zwanej „kanalia”?

Chwyciłam telefon i w poszukiwaniu potwierdzenia zadzwoniłam do wujka Willa. Will, nie licząc tego, że był jednym z najinteligentniejszych i najbardziej złośliwych ludzi na naszej planecie, stale mnie dopingował. Odebrał, leciutko się zacinając z powodu mieszanki ginu z tonikiem, więc przystąpiłam do przekazania mu krótkiej, mniej bolesnej wersji ostatecznej zdrady Penelope.

– Wychodzi na to, że czujesz się winna, ponieważ Penelope jest bardzo podekscytowana, a ty nie cieszysz się jej szczęściem, tak jak powinnaś.

– Owszem, zgadza się.

– Cóż, kochanie, mogło być znacznie gorzej. Przynajmniej nie jest to żadna wariacja na temat „nieszczęście Penelope dostarcza ci szczęścia i uczucia spełnienia”, prawda?

– Hę?

– Schadenfreude. W żaden emocjonalny czy inny sposób nie czerpiesz korzyści z jej nieszczęścia, prawda?

– Ona nie jest nieszczęśliwa. Jest w euforii. To ja jestem nieszczęśliwa.

– No więc sama widzisz! Nie jesteś taka okropna. A ty, moja droga, nie wychodzisz za jakiegoś rozpuszczonego dzieciaka, którego Bóg obdarzył chyba wyłącznie talentem do wydawania pieniędzy rodziców i wdychania znacznych ilości marihuany. A może się mylę?

– Nie, oczywiście, że nie. Po prostu mam wrażenie, że wszystko się zmienia. Penelope należy do mojego życia, a teraz wychodzi za mąż. Wiedziałam, że w końcu do tego dojdzie, ale nie myślałam, że to „w końcu” nastąpi tak szybko.

– Małżeństwo jest dla kobiet z klasy średniej. Wiesz o tym, Bette.

Przywołało to serię obrazów niedzielnych brunchów jedzonych przez lata: Will, Simon, hotel Essex, ja i niedzielny dział „Styl”. Podczas posiłku przeprowadzaliśmy drobiazgową analizę ślubów, nigdy nie pomijając okazji do wybuchnięcia złośliwym chichotem, kiedy twórczo czytaliśmy między wierszami.

Will kontynuował:

– Czemu, u licha, jesteś taka chętna, by wejść w trwający przez całe życie związek, którego jedynym celem jest zduszenie w tobie wszelkich śladów indywidualności? Spójrz tylko na mnie. Sześćdziesiąt sześć lat na karku, nigdy nie byłem żonaty i jestem idealnie szczęśliwy.

– Jesteś gejem, Will. I nie tylko to. Na palcu serdecznym lewej ręki nosisz złotą obrączką.

– Do czego zmierzasz? Myślisz, że faktycznie poślubiłbym Simona, gdybym mógł? Te homoseksualne cywilne śluby rodem z San Francisco to niezupełnie mój styl. Za nic.

– Żyjesz z nim, odkąd się urodziłam. Zdajesz sobie sprawę, że w gruncie rzeczy jesteś żonaty?

– Zdecydowanie nie, kochanie. Każdy z nas może odejść w dowolnym momencie, bez żadnych nieprzyjemnych prawnych czy emocjonalnych konsekwencji. I dlatego się nam udaje. Ale dość o tym. Nie mówię niczego, czego byś wcześniej nie wiedziała. Opowiedz mi o pierścionku. – Ciamkając resztę twizzlersów, przekazałam mu szczegółowe informacje, którymi był zainteresowany, i nawet nie zauważyłam, jak zapadłam w sen na sofie. Spałam prawie do trzeciej nad ranem, kiedy to Millington szczekaniem wyraziła pragnienie przespania się w prawdziwym łóżku. Powlokłyśmy się obie do pokoju i przykryłam głowę poduszką, w kółko powtarzając, że to żadna tragedia. Żadna tragedia. Żadna tragedia.

2

Taki już mój pech, że przyjęcie zaręczynowe Penelope wypadło w czwartkowy wieczór – wieczór tradycyjnej kolacji z wujkiem Willem i Simonem. Żadnego ze spotkań nie można było odwołać. Stałam przed swoim brzydkim, powojennym, wznoszącym się wysoko apartamentowcem na Murray Hill, rozpaczliwie usiłując dostać się do wielkiego mieszkania wujka w Central Park West. Nie były to godziny szczytu. Gwiazdka, czas popołudniowej zmiany, nie lało jak z cebra, a taksówki ani śladu. Bez skutku gwizdałam, klęłam i podskakiwałam jak wariatka przez dwadzieścia minut, kiedy wreszcie do krawężnika podjechała samotna taksówka. Gdy poprosiłam o kurs do centrum, odpowiedź taksiarza brzmiała: „Za duży ruch!”. Po czym zapiszczał oponami i zniknął. Gdy zabrała mnie druga taksówka, jaka się pojawiła, czułam taką ulgę i wdzięczność, że dałam kierowcy pięćdziesiąt procent napiwku.

– Hej, Bettina, wyglądasz na niezadowoloną. Wszystko w porządku? – Nalegałam, żeby nazywano mnie Bette i większość tak robiła. Tylko moi rodzice i George, portier wujka Willa (tak leciwy i uroczy, że wszystko mu uchodziło) wciąż uparcie używali mojego pełnego imienia.

– Tradycyjne kłopoty z taksówką. – Westchnęłam, całując go w policzek. – Jak ci minął dzień?

– Och, świetnie jak zwykle – odparł bez śladu sarkazmu. – Przez kilka minut widziałem dziś rano słońce i od tamtej pory jestem szczęśliwy. – Zachciało mi się wymiotować, ale uświadomiłam sobie, że George w żadnym momencie nie musi znosić „cytatów dnia” odrażającego szefa.

– Bette! – usłyszałam Simona, wołającego mnie z dyskretnie ukrytego pomieszczenia ze skrzynkami pocztowymi. – Czy to ciebie słyszę?

Wyłonił się w tenisowych bielach, z torbą na rakiety zwisającą z szerokiego ramienia, i uniósł mnie do góry w niedźwiedzim uścisku, jakim nigdy nie obdarzył mnie żaden heteroseksualny mężczyzna.

Opuszczenie cotygodniowej kolacji byłoby świętokradztwem. Spotkanie nie dość, że gwarantowało dobrą zabawę, to jeszcze zapewniało największą porcję męskiej uwagi, na jaką mogłam liczyć (jeśli nie liczyć brunchu w tym samym towarzystwie). Will był znany z ciepła, humoru, skandalicznych poglądów politycznych i ugruntowanej nienawiści do ziemniaków. Smażone, frytki grube, frytki cienkie, dwukrotnie pieczone, au gratin, po lyońsku – wszystkie były zakazane. Will stosował dietę Atkinsa, zanim jeszcze Atkins stał się modny, i jeśli on nie mógł jeść ziemniaków, nie mógł także nikt inny.

Podczas niemal trzydziestu wspólnych lat Will i Simon wypracowali wiele rytuałów. Spędzali wakacje wyłącznie w trzech miejscach: w St. Barth pod koniec stycznia (chociaż ostatnio Will narzekał, że to „zbyt francuskie”), w Palm Springs w połowie marca i od czasu do czasu weekend w Key West. Pili dżin i tonik tylko ze szklanek Baccarata, w każdy poniedziałkowy wieczór od siódmej do jedenastej bywali w Elaine's i wydawali coroczne przyjęcia gwiazdkowe, na których jeden z nich nosił zielony kaszmirowy golf, a drugi czerwony. Will miał prawie sześć stóp trzy cale, krótko przystrzyżone siwe włosy i preferował swetry z zamszowymi łatami na łokciach; Simon zaledwie pięć stóp dziewięć cali, a szczupłą, muskularną sylwetkę całkowicie spowijał lnami, i to bez względu na porę roku. „Geje – twierdził – mają carte blanche na szydzenie z konwencji dotyczących pór roku. Zapracowaliśmy na ten przywilej”. Nawet teraz, chwilę po zejściu z kortu, zdążył włożyć coś w rodzaju białej lnianej bluzy z kapturem.

– Jak się miewasz, moja piękna? Chodź, chodź, Will na pewno się zastanawia, gdzie się oboje podziewamy, a wiem, że ta nowa dziewczyna przygotowała nam coś fantastycznego do jedzenia. – Jak zawsze dżentelmen w każdym calu, zdjął pękającą w szwach torbę z mojego ramienia, przytrzymał drzwi windy i nacisnął przycisk.

– Jak tam tenis? – zapytałam, zastanawiając się, dlaczego ten sześćdziesięciosześcioletni mężczyzna ma lepsze ciało niż każdy znany mi facet.

– Och, wiesz, jak to jest, banda staruszków biega po korcie, walcząc o piłki, których nawet nie powinni próbować odbijać, i udają, że mają uderzenie jak Roddick. Nieco żałosne, ale nieodmiennie zabawne.

Drzwi do mieszkania były uchylone i dało się słyszeć Willa, który jak zwykle rozmawiał z telewizorem w swoim gabinecie. W dawnych czasach wyprzedzał konkurencję, publikując teksty o załamaniu kuracji Lizy Minelli, romansach Roberta Kennedy'ego i przemianie Patty Hearst z panny z wyższych sfer w fanatyczkę. Ostatecznie to „amoralność” demokratów pchnęła go ku polityce i porzucił wszystko to, czemu towarzyszy splendor. Nazywał to „klinczem Clintona”. Teraz, kilka krótkich dekad później, Will był nałogowym oglądaczem wiadomości, którego polityczne sympatie biegły nieco na prawo od Huna Attyli. Niemal na pewno był jedynym mieszkającym na Upper West Side na Manhattanie gejowskim prawicowym publicystą specjalizującym się w sprawach rozrywki i towarzyskich, który odmówił komentowania zarówno kwestii związanych z rozrywką, jak spraw towarzyskich. W jego gabinecie stały dwa telewizory, większy ustawiony na Fox News. „Nareszcie – mawiał z lubością – stacja, która mówi do ludzi takich jak ja”.

A Simon zawsze odpowiadał: Jasna sprawa. Do tej licznej społeczności prawicowych gejów publicystów, pisujących o rozrywce i plotkach, mieszkających na Upper West Side na Manhattanie?”.

Mniejszy telewizor był przełączany na CNN, CNN Headline News, C-Span i MSNBC, autorów tego, co Will określał mianem „spisku liberałów”. Ręcznie napisana kartka, ustawiona na drugim odbiorniku, stwierdzała: POZNAJ SWOJEGO WROGA. W CNN Bill Hemmer przeprowadzał właśnie wywiad z Frankiem Richem na temat komentarzy mediów do ostatnich wyborów.

– Bill Hemmer to tchórzliwy mięczak i słabeusz! – ryknął Will, odstawiając kryształową szklankę, i rzucił w telewizor jednym ze swoich mokasynów.

– Cześć, Will – powiedziałam, stawiając torbę przy jego biurku.

– Ze wszystkich ludzi mających kwalifikacje do rozmów o polityce w tym kraju, którzy są w stanie przedstawić przemyślaną, inteligentną opinię o tym, w jaki sposób relacje mediów wpłynęły lub nie wpłynęły na te wybory, ci idioci muszą przeprowadzać wywiad z kimś z „New York Timesa”? Krew się leje jak z krwistego steku, a ja muszę tu siedzieć i wysłuchiwać, co oni sądzą na ten temat?

– Cóż, niezupełnie, wujku. Mógłbyś, wiesz, wyłączyć telewizor. – Stłumiłam uśmiech, a on nie odrywał oczu od ekranu. W duchu rozważałam, jak długo potrwa, zanim porówna „New York Timesa” do „Izwiestii” albo przywoła porażkę Jaysona Blaira * jako kolejny dowód, że ta gazeta to w najlepszym razie śmieć, a w najgorszym spisek przeciw uczciwym, ciężko pracującym Amerykanom.

– Tak? I stracić otwarcie stronniczy komentarz pana Billa Hemmera do otwarcie stronniczego komentarza pana Franka Richa na temat tego czegoś, o czym rozmawiają? Serio, Bette, nie zapominajmy, że to ta sama gazeta, której reporterzy po prostu tworzą wydarzenia, kiedy zbliża się termin oddania tekstu. – Upił łyk i walnął w pilota, żeby jednocześnie zgasić oba telewizory. Dziś wieczorem tylko piętnaście sekund – rekord.

– Dość tych brudów – stwierdził, ściskając mnie i obdarzając pospiesznym pocałunkiem w policzek. – Wyglądasz wspaniale, kochanie, jak zwykle, ale czy świat by się zawalił, gdybyś raz na jakiś czas włożyła sukienkę?

Niezbyt zgrabnie przerzucił się na swój drugi ulubiony temat – moje życie. Wujek Will był o dziewięć lat starszy od mojej mamy i chociaż oboje przysięgali, że pochodzą od tej samej pary rodziców, nie mogłam w to uwierzyć. Moja mama była przerażona, że zaczęłam pracę dla korporacji, która wymagała ode mnie noszenia czegoś innego niż kaftany i espadryle, a wujek uważał, że groteskowe jest noszenie zuniformizowane-go kostiumu zamiast jakieś zabójczej sukni od Valentina i bajkowych sandałków od Louboutina.

– Will, tak się ubierają ludzie w bankowości inwestycyjnej, wiesz?

– Wiem. Po prostu nie myślałem, że skończysz w banku. Znowu!

– Ludzie twojego pokroju chyba kochają kapitalizm, prawda? – zagadnęłam uszczypliwie. – To znaczy republikanie, niekoniecznie geje.

Uniósł krzaczaste siwe brwi i badawczo spojrzał na mnie z drugiego końca kanapy.

– Urocze. Wyjątkowo urocze. Nie mam nic przeciw bankowości, kochanie, sądzę, że o tym wiesz. To znakomita, szacowna kariera. Wolę już widzieć cię w czymś takim, niż zajmującą jedną z tych idiotycznych hippisowskich posad pod tytułem „uratujmy świat”, którą zalecaliby twoi rodzice. Sądzę jednak, że jesteś za młoda, żeby ograniczać się do czegoś tak nudnego. Powinnaś wychodzić, poznawać ludzi, bywać na przyjęciach, korzystać z tego, że jesteś młoda i wolna w Nowym Jorku, a nie tkwić za biurkiem w dziale zarządzania majątkiem osobistym klientów indywidualnych jakiegoś banku. Co właściwie chcesz robić?

Tyle razy zadawał mi to pytanie i nigdy nie zdołałam wpaść na jakąś wspaniałą-czy choćby znośną-odpowiedź. Pytanie z całą pewnością należało do celnych. W szkole średniej sądziłam, że wstąpię do Korpusu Pokoju. Rodzice nauczyli mnie, że to naturalny krok po uzyskaniu dyplomu. Ale potem poszłam do Emory * i poznałam Penelope. Jej podobało się, że nie potrafiłam wymienić wszystkich prywatnych szkół na Manhattanie i nie miałam pojęcia o Martha's Vineyard, a ja oczywiście byłam zachwycona, że ona to umie i wie. Do przerwy bożonarodzeniowej byłyśmy nierozłączne, a przed końcem pierwszego roku porzuciłam mojej ulubione T-shirty z Grateful Dead. Zresztą Jerry od dawna już nie żył **. I świetnie się bawiłam, chodząc na mecze baseballowe i piwne imprezy oraz wstępując do koedukacyjnej ligi futbolowej z całą grupą ludzi, którzy nie robili sobie regularnie dredów, nie odzyskiwali wody po kąpieli, nie używali olejku patchouli. Nie wyróżniałam się jako ta ekscentryczna dziewczyna, która zawsze pachnie nieco nieświeżo i o wiele za dużo wie o sekwojach. Nosiłam takie same dżinsy i T-shirty jak wszyscy (i to bez sprawdzania, czy ich producenci przestrzegają praw pracowników), jadłam takie same burgery i piłam takie samo piwo – i czułam się z tym fantastycznie. Przez cztery lata miałam grupę podobnie myślących przyjaciół (i okazjonalnie chłopaka), z których nikt nie zmierzał w kierunku Korpusu Pokoju. Kiedy więc wszystkie te wielkie firmy zjawiły się w kampusie, machając nam przed oczami olbrzymimi pensjami, kiedy obiecywali bonusy i oferowali przewiezienie nas samolotami do Nowego Jorku na rozmowy wstępne, zrobiłam to. Prawie wszyscy spośród moich szkolnych znajomych wzięli podobne posady, bo kiedy przyjdzie co do czego, jak inaczej dwudziestodwulatek ma zapłacić czynsz za mieszkanie na Manhattanie? W całej tej historii jedno było niesamowite, to, jak szybko minęło pięć lat. Całych pięć lat po prostu zniknęło w czarnej dziurze programów szkoleniowych, kwartalnych raportów i premii na koniec roku, prawie nie zostawiając mi czasu na rozważenie, że nie znosiłam tego, co robiłam przez cały dzień. Fakt, że byłam w tym naprawdę dobra, nie pomagał – w jakiś sposób wydawał się oznaczać, że postępuję słusznie. Will jednak wiedział, że to niewłaściwe, w oczywisty sposób potrafił to wyczuć, ale do tej pory fałszywe uczucie samozadowolenia nie pozwoliło mi przerzucić się na coś innego.

– Co chcę robić? Jak, u licha, mogę odpowiedzieć na coś takiego? – zapytałam.

– A jak nie? Jeżeli szybko się stamtąd nie wyniesiesz, pewnego dnia obudzisz się jako czterdziestoletnia wiceprezes i skoczysz z mostu. W bankowości nie ma niczego złego, kochanie, po prostu to nie jest kariera dla ciebie. Powinnaś być wśród ludzi. Powinnaś trochę się pośmiać. Pisać. I nosić znacznie lepsze ciuchy.

Nie powiedziałam mu, że zastanawiam się nad szukaniem pracy w sektorze non-profit. Zacząłby perorować, jak to nie powiodła się jego kampania, żeby odtworzyć mój mózg po praniu, które zafundowali mi moi rodzice, i przez resztę wieczoru siedziałby przy stole załamany. Kiedyś spróbowałam, ale ledwie wspomniałam, że rozważam odbycie rozmowy w sprawie pracy w organizacji Świadome Rodzicielstwo, poinformował mnie, że chociaż to niezwykle szlachetna idea, prostą drogą doprowadziłaby mnie z powrotem do, że użyję jego słów Świata Wielkich Niedomytych. Tak więc podjęliśmy omawianie tych tematów co zwykle. Na pierwszy ogień poszło moje nieistniejące życie uczuciowe („Kochanie, jesteś po prostu za młoda i za ładna, żeby praca była twoją jedyną miłością”), potem było trochę pokrzykiwania o najnowszym felietonie Willa („Czy to moja wina, że Manhattan stał się do tego stopnia niewykształcony, że ludzie nie chcą już słyszeć prawdy o wybranych przez siebie urzędnikach?”). Cofnęliśmy się do czasów mojej szkolnej aktywności politycznej („Era agresji na szczęście już minęła”), a potem raz jeszcze wróciliśmy do najbardziej przez wszystkich ulubionego tematu wszech czasów, żałosnego stanu mojej garderoby („Źle dopasowane męskie spodnie nie są odpowiednim strojem na randki”).

W chwili gdy Will zaczynał skromny monolog o daleko idących korzyściach posiadania kostiumu Chanel, pokojowa zapukała do drzwi gabinetu, żeby poinformować nas, że kolacja stoi na stole. Zabraliśmy drinki i przeszliśmy do jadalni.

– Pracowity dzień? – zapytał Simon Willa, całując go na powitanie w policzek. Wziął prysznic i przebrał się w Hefnerowską lnianą piżamę, w ręku trzymał kieliszek szampana.

– Oczywiście, że nie – odparł Will, odstawiając swój dżin z tonikiem i nalewając szampana do dwóch wysokich kieliszków. Wręczył mi jeden. – Mam czas na oddanie tekstu do północy, czemu miałbym cokolwiek robić przed dziesiątą wieczorem? Co świętujemy?

Z entuzjazmem zajęłam się sałatką z gorgonzolą, wdzięczna, że jem coś, co nie pochodzi z ulicznego wózka, i upiłam łyk szampana. Gdybym zdołała jakoś wkręcać się tu na kolację co wieczór, nie wychodząc na największego nieudacznika świata, nie wahałabym się ani sekundy. Ale nawet ja miałam dość godności, by wiedzieć, że być osiągalną dla tych samych ludzi – nawet jeśli to twój wujek i jego partner – częściej niż raz w tygodniu na kolacji i raz na brunchu byłoby naprawdę żałosne.

– A to czemu? Musimy coś świętować, żeby wypić trochę szampana? – zapytał Simon, nakładając sobie kilka plastrów pieczeni, którą ich szef kuchni przygotował na główne danie. – Pomyślałem tylko, że byłaby to miła odmiana. Bette, jakie masz plany na resztę wieczoru?

– Przyjęcie zaręczynowe Penelope. Prawdę mówiąc, będę musiała się tam wybrać już niedługo. Obie matki zaplanowały całość, zanim Avery czy Penelope zdołali zaprotestować. Przynajmniej jest w jakimś klubie w Chelsea, a nie gdzieś na Upper East Side. Mam wrażenie, że to ich jedyne ustępstwo na rzecz własnych dzieci, żeby naprawdę dobrze się bawiły.

– Jak się nazywa ten klub? – zapytał Will, chociaż istniała niewielka szansa, by cokolwiek wiedział o tym miejscu, jeśli nie było ciemne, wykładane drewnem i wypełnione dymem z cygar.

– Penelope wspominała, ale nie pamiętam. Zaczyna się na B, chyba. Proszę – powiedziałam, wyciągając z torby oddarty skrawek papieru. – Na Dwudziestej Siódmej między Dziesiątą a Jedenastą. Nazywa się…

– Bungalow Osiem – odparli unisono.

– Skąd to wiecie?

– Kochanie, wymieniają go na Page Six tak często, jakby właścicielem tego cholernego miejsca był Richard Johnson *.

– Czytałem gdzieś, że wystrój jest wzorowany na bungalowach należących do hotelu Beverly Hills, a obsługa równie dobra jak tam. To tylko nocny klub, ale ten artykuł opisywał załogę, która spełni każdą zachciankę, od zamówienia specjalnego rodzaju rzadko spotykanego sushi po załatwienie helikopterów. Niektóre miejsca są modne przez kilka miesięcy, a potem znikają, ale wszyscy są zgodni, że Bungalow Osiem trzyma się mocno.

– Chyba przesiadywanie w wolne wieczory w Black Door niezbyt służy mojemu życiu towarzyskiemu – westchnęłam i odsunęłam talerz. – Nie będziecie mieli nic przeciwko temu, że wymknę się dzisiaj wcześniej? Penelope chce mnie tam widzieć, zanim zjawią się hordy przyjaciół Avery'ego i jej rodzina.

– Biegnij, Bette, biegnij. Popraw tylko szminkę i leć! I nie zaszkodziłoby, gdybyś znalazła sobie eleganckiego młodego dżentelmena do towarzystwa – oświadczył Simon, jakby istniały całe tłumy wspaniałych, godnych pożądania facetów, którzy tylko czekają, żebym wkroczyła w ich życie.

– Albo jeszcze lepiej ognistego młodego faceta, z którym pofiglujesz przez jeden wieczór. – Will mrugnął, tylko do pewnego stopnia żartując.

– Wy jesteście najlepsi – oświadczyłam, całując obu w policzki, po czym biorąc torbę i płaszcz. – Nie masz wyrzutów sumienia, namawiając jedyną siostrzenicę do czynów nierządnych, prawda?

– Absolutnie żadnych – zapewnił Will, gdy Simon z grobową miną kręcił głową. – Idź, bądź grzeczną laleczką i zabaw się, na litość boską, dobrze?

Kiedy taksówka zajechała przed klub, zobaczyłam tłum – kolejka szerokości trzech osób sięgająca do następnej przecznicy – i gdyby to nie było przyjęcie Penelope, kazałabym kierowcy jechać dalej. Zamiast tego przykleiłam do twarzy uśmiech i stanowczym krokiem skierowałam się na początek czterdziestoosobowej kolejki, gdzie stał wielki facet w słuchawkach jak z Secret Service, trzymający podkładkę do pisania.

– Cześć, nazywam się Bette. Ja na przyjęcie Penelope – powiedziałam, obrzucając kolejkę badawczym spojrzeniem i nie rozpoznając ani jednej twarzy.

Popatrzył na mnie bez wyrazu.

– Świetnie, miło mi cię poznać, Penelope. Gdybyś tylko mogła stanąć w kolejce ze wszystkimi, wpuścimy cię do środka najszybciej jak się da.

– Nie, chodzi o przyjęcie Penelope, a ja jestem jej przyjaciółką. Prosiła, żebym przyszła wcześniej, więc lepiej by było, gdybym mogła wejść od razu.

– Uhm, świetnie. Słuchaj, odsuń się i… – Przykrył słuchawkę dłonią i wydawało się, że uważnie słucha, kilkakrotnie kiwając głową i przyglądając się kolejce, która teraz ginęła za rogiem.

– Słuchajcie wszyscy – oznajmił, a jego głos natychmiast uciszył skąpo ubranych przyszłych imprezowiczów. – Zgodnie ze standardami wydziału straży pożarnej jesteśmy zapełnieni. Będziemy wpuszczali ludzi tylko wtedy, kiedy ktoś inny wyjdzie, więc albo się wyluzujcie, albo przyjdźcie później.

Pomruki niezadowolenia. Cóż, pomyślałam, to się po prostu nie uda. Facet najwyraźniej nie rozumie sytuacji.

– Przepraszam pana… – Spojrzał na mnie ponownie, teraz już wyraźnie zirytowany. – Oczywiście ma pan tu masę oczekujących, ale to przyjęcie zaręczynowe mojej przyjaciółki i ona naprawdę mnie potrzebuje. Gdyby pan znał jej matkę, zrozumiałby pan, że moje wejście jest bezwarunkowo konieczne.

– Mmm. Interesujące. Słuchaj, nie obchodzi mnie, czy twoja przyjaciółka Penelope wychodzi za księcia Williama. Nie ma mowy, żebym teraz kogoś wpuścił. Naruszylibyśmy przepisy przeciwpożarowe, a tego z pewnością byś nie chciała. – Potem jednak odezwał się łagodniejszym tonem. – Po prostu poczekaj w kolejce i wpuścimy cię najszybciej jak się da, dobrze? – Sądzę, że zamierzał mnie uspokoić, ale tylko bardziej się rozzłościłam. Wydawał mi się jakby znajomy, ale nie byłam pewna dlaczego. Spłowiały zielony T-shirt miał odpowiednio ciasny, żeby pokazać, że jeśli chce utrzymać kogoś na dystans, jest w stanie to zrobić, ale lekko workowate sprane dżinsy, zwisające nisko na biodrach, sugerowały, że nie bierze samego siebie zbyt serio. Dokładnie w chwili, kiedy w duchu niechętnie przyznałam, że ma najlepsze włosy, jakie widziałam u faceta – długość prawie do brody, ciemne, gęste i irytująco lśniące – narzucił na ramiona szarą sztruksową kurtkę i okazało się, że jakimś sposobem wygląda jeszcze bardziej milutko.

Zdecydowanie model. Powstrzymałam się od wygłoszenia jakiegoś supersnobistycznego komentarza na temat tego, co to jest poczucie władzy dla kogoś, kto najprawdopodobniej nie skończył nawet siódmej klasy, i przesunęłam się na koniec kolejki. Ponieważ uporczywe wysiłki dodzwonienia się na komórkę Penelope albo Avery'ego kończyły się przełączeniem do poczty głosowej, a tępak przy drzwiach wpuszczał średnio dwie osoby co dziesięć minut, stałam tam przez prawie godzinę. Snułam właśnie fantazje, w jaki sposób mogłabym upokorzyć albo uszkodzić bramkarza, kiedy na zewnątrz wymknęli się Michael i jego dziewczyna i zapalili papierosy kilka kroków od drzwi.

– Michael! – wrzasnęłam, świadoma, jak żałośnie to zabrzmiało, ale nic mnie to nie obeszło. – Michael, Megu, tutaj!

Spojrzeli ponad tłumem i mnie zauważyli, co pewnie nie było trudne, biorąc pod uwagę, że wrzeszczałam i machałam bez śladu godności. Odmachali i rzuciłam się w ich stronę prawie biegiem.

– Stoję przed wejściem do tej cholernej dziury całe wieki, a ten gigant, tępak po lobotomii nie chce mnie wpuścić. Penelope mnie zabije! – poinformowałam.

– Hej, Bette, też się cieszę, że cię widzę. – Michael nachylił się, żeby pocałować mnie w policzek.

– Przepraszam – mruknęłam, ściskając najpierw jego, a potem jego dziewczynę Megu, uroczą Japonkę, studentkę medycyny, z którą mieszkał. – Co u was? Jakim cudem udało się wam zjawić razem?

– Zdarza się to mniej więcej raz na pół roku. – Megu uśmiechnęła się, biorąc rękę Michaela i oplatając nią swoje plecy. – Rozkłady zajęć tak się nam ułożyły, że mamy dwanaście godzin, kiedy ja nie muszę być dostępna na wezwanie, a on nie jest w pracy.

– I przyszliście tutaj? Zwariowaliście? Megu, jesteś naprawdę niesamowita. Michael, zdajesz sobie sprawę, co to za skarb?

– Jasne – odparł, spoglądając na nią z uwielbieniem. – Wie, że Penelope mnie też by zabiła, gdybyśmy się nie zjawili, ale chyba już znikamy. Muszę być w pracy za, niech spojrzę, cztery godziny, a Megu miała nadzieję przespać się przez sześć godzin z rzędu pierwszy raz od kilku tygodni. Wygląda, że akurat wpuszczają do środka.

Odwróciłam się, żeby zobaczyć potężną wymianę wspaniałych łudzi: jedna fala wypłynęła na zewnątrz, najwyraźniej w drodze na „prawdziwą” imprezę w Tribeca, a druga została wchłonięta przez wnętrze, kiedy bramkarz zdjął aksamitną linę.

– Teraz możesz odwiedzić księżniczkę Penelope – powiedział, zamaszystym ruchem zapraszając mnie do środka, a drugą ręką poprawiając słuchawkę, przez którą otrzymywał jakieś informacje, z pewnością o kluczowym znaczeniu.

– Widzisz? Wchodzisz – rzucił Michael, pociągając Megu na ulicę. – Zadzwoń do mnie w tygodniu, to pójdziemy na drinka. Zabierz Penelope. Nawet nie miałem okazji z nią dzisiaj porozmawiać, a nie widzieliśmy się od wieków. Przekaż, że chciałem się pożegnać. – I już ich nie było, z pewnością nie mogli uwierzyć własnemu szczęściu, że zdołali uciec.

Odwróciłam się i zobaczyłam, że na chodniku ociąga się zaledwie parę osób rozmawiających przez komórki, i jest im najwyraźniej wszystko jedno czy wejdą. Nie wiadomo jakim sposobem tłum wyparował i wreszcie zostałam wpuszczona do środka.

– Rany, dzięki. Byłeś niesamowicie pomocny – powiedziałam do bramkarza, przepychając się obok masywnego ciała i przechodząc za aksamitną linę, którą dla mnie uniósł. Szarpnięciem otworzyłam ogromne szklane drzwi i weszłam do ciemnego foyer, gdzie Avery pogrążony był w namiętnej dyskusji z bardzo ładną dziewczyną z bardzo dużym biustem.

– Cześć, Bette, gdzie byłaś całą noc? – zapytał, podchodząc i wyciągając rękę, żeby wziąć mój płaszcz. W tej samej sekundzie wpadła Penelope. Wyglądała na spłoszoną, ale zaraz się uspokoiła. Miała na sobie krótką czarną koktajlową sukienkę i futrzany żakiecik, do tego srebrne sandałki na niesamowicie wysokich obcasach. Od razu wiedziałam, że to matka ją tak ubrała.

– Bette! – syknęła, łapiąc mnie za ramię i odciągając od Avery'ego, który natychmiast zagłębił się w rozmowie z tą dziewczyną. – Dlaczego to tyle trwało? Cierpię tu samotnie całą noc – jęczała.

Uniosłam brwi i rozejrzałam się.

– Samotnie? Widzę tu ze dwie setki ludzi. Znamy się tyle lat, a nie wiedziałam, że masz dwustu przyjaciół. Niezła impreza!

– Taak, rzeczywiście robi wrażenie, prawda? Dokładnie pięć osób przyszło, żeby zobaczyć się ze mną: moja matka, brat, jedna z dziewczyn z działu nieruchomości, sekretarka mojego ojca i teraz ty. Megu i Michael się zmyli, prawda? – Skinęłam głową. – Reszta jest od Avery'ego oczywiście. I przyjaciele mojej matki. Gdzieś ty była? – Upiła wielki łyk i podała mi kieliszek lekko drżącymi rękami, jakby to była lufka z krakiem, a nie szampan.

– Kochanie, jestem tu od ponad godziny, jak obiecałam. Miałam drobne kłopoty przy drzwiach!

– Niemożliwe! – Wyglądała na przerażoną.

– Owszem. Wyjątkowo uroczy ten bramkarz, ale nieużyty.

– Och, Bette, tak mi przykro! Czemu do mnie nie zadzwoniłaś?

– Dzwoniłam jakieś kilkadziesiąt razy, ale pewnie nie słyszałaś telefonu. Słuchaj, nie przejmuj się. Dziś jest twoja noc, więc spróbuj, no wiesz, dobrze się bawić.

– Znajdźmy dla ciebie drinka – odparła, chwytając cosmopolitana z tacy przechodzącego właśnie kelnera. – Widziałaś kiedyś coś podobnego?

– Szaleństwo. Od jak dawna twoja matka to planowała?

– Całe tygodnie temu przeczytała w Page Six, że widziano tutaj Gisele i Leo, jak się „migdalili”, więc pewnie zadzwoniła i od razu zarezerwowała salę. Ciągle mi powtarza, że to w takich miejscach powinnam bywać z powodu „ekskluzywnej klienteli”. Nie powiedziałam jej, że ten jedyny raz, kiedy Avery mnie tu zaciągnął, klientela właściwie uprawiała seks na parkiecie.

– To prawdopodobnie tylko by ją zachęciło.

– Prawda. – Wysoka jak modelka kobieta wcisnęła się między nas i zaczęła udawać, że całuje Penelope w sposób tak nieszczery, że dosłownie odskoczyłam w tył, łyknęłam drinka i ukradkiem się oddaliłam. Dałam się wciągnąć w bezsensowną rozmowę z kilkoma osobami z banku, które właśnie weszły i sprawiały wrażenie cierpiących na syndrom odstawienia po rozstaniu ze swoimi komputerami, najkrócej jak się dało pogawędziłam z matką Penelope. Natychmiast nawiązała do kostiumu i butów od Prady, które miała na sobie, a potem pociągnęła Penelope za rękę do innej grupy gości. Obrzuciłam przyodziany w ciuchy od Gucciego tłum i starałam się nie kurczyć ze wstydu w swoim kostiumie, który skompletowałam z ciuchów od J. Crew i Banana Republic, kupionych w necie o trzeciej nad ranem kilka miesięcy temu. Ostatnio Will szczególnie gwałtownie upierał się, że potrzebne mi są „wyjściowe stroje”, ale nie miał bynajmniej na myśli ciuchów z katalogu wysyłkowego. Miałam wrażenie, że każdy z tych ludzi mógłby – i zrobiłby to – czuć się zupełnie swobodnie, kręcąc się tu nago. Nawet lepsza niż ciuchy (idealne) była ich pewność siebie, która brała się z zupełnie czego innego. Dwie godziny i trzy cosmo później, zdecydowanie wstawiona, rozważałam powrót do domu. Zamiast tego złapałam kolejnego drinka i wyskoczyłam na zewnątrz.

Kolejka do wejścia zniknęła, pozostał po niej tylko bramkarz, który tak długo trzymał mnie w klubowym czyśćcu. Przygotowywałam sarkastyczne odzywki, na wypadek gdyby w jakikolwiek sposób się do mnie zwrócił, ale on tylko uśmiechnął się szeroko i ponownie skierował uwagę na książkę w miękkiej okładce, którą czytał. W jego masywnych rękach wyglądała jak zabawka. Pech, że był taki słodki, ale dumie zawsze tacy są.

– Więc co ci się we mnie nie spodobało? – Nie zdołałam się opanować. Przez pięć lat pobytu w mieście starałam się unikać miejsc z selekcjonerami i aksamitnymi linami, kiedy tylko się dało. Odziedziczyłam przynajmniej odrobinę pyszałkowatego egalitaryzmu moich rodziców albo poważną dozę braku pewności siebie, zależy, jak na to spojrzeć.

– Przepraszam?

– No wiesz, kiedy przedtem mnie nie wpuściłeś, mimo że to przyjęcie zaręczynowe mojej najlepszej przyjaciółki.

Pokręcił głową i na wpół uśmiechnął się do siebie.

– Słuchaj, to nic osobistego. Wręczają mi listę i każą się jej trzymać i panować nad tłumem. Jeżeli nie ma cię na liście albo zjawiasz się jednocześnie z setką innych osób, muszę przez jakiś czas przytrzymać cię na zewnątrz. Naprawdę tylko tyle.

– Jasne. – O mało nie przegapiłam wielkiego wieczoru mojej najlepszej przyjaciółki z powodu jego polityki dostępu. Zachwiałam się nieco i syknęłam: – Nic osobistego. Jasne.

– Myślisz, że potrzebne mi dzisiaj twoje grymasy? Cała masa ludzi znacznie bardziej fachowo zatruwa mi życie. Może po prostu zakończymy rozmowę i wsadzę cię do taksówki?

Pewnie z powodu czwartego cosmo – odwaga w płynie – nie miałam nastroju, żeby znosić jego protekcjonalne zachowanie, więc zrobiłam w tył zwrot na swoich koturnach i szarpnięciem otworzyłam drzwi. – Nie potrzebuję twojej łaski. Dzięki za życzliwość! – warknęłam i najbardziej trzeźwo jak mogłam, wmaszerowałam z powrotem do klubu.

Uściskałam Penelope, ucałowałam powietrze w pobliżu policzków Avery'ego, po czym ruszyłam prosto do drzwi, zanim ktokolwiek zdołał zainicjować kolejną boleśnie błahą rozmowę. Zauważyłam dziewczynę skuloną w kącie i szlochającą cicho, ale z przyjemną świadomością, że jest obserwowana przez innych, wyminęłam uderzająco modną zagraniczną parę, obściskującą się szaleńczo i gwałtownie ocierającą się biodrami. A potem z wielkim naciskiem postarałam się zignorować bramkarza mięśniaka, który, tak się przypadkiem złożyło, czytał zszargany egzemplarz Kochanka Lady Chatterley w miękkiej okładce (maniak seksualny!) i wystawiłam rękę, żeby zatrzymać taksówkę. Niestety, ulica okazała się zupełnie pusta i właśnie zaczął siąpić drobny deszcz, co praktycznie gwarantowało, że w najbliższej przyszłości nie powinnam spodziewać się taksówki.

– Hej, potrzebna ci pomoc? – zapytał, kiedy odsunął aksamitną linę, żeby wpuścić trzy piszczące, chwiejące się na nogach dziewczyny. – Ciężko tu o taksówki, kiedy pada.

– Nie, dzięki, wszystko w porządku.

– Jak uważasz.

Minuty zaczęły wydawać się godzinami, a ciepła letnia bryza gwałtownie zmieniła się w zimny uporczywy deszcz. Co właściwie chciałam udowodnić? Bramkarz przytulił się do drzwi, żeby choć trochę schronić się pod gzymsem, i wciąż spokojnie czytał, jak gdyby nieświadomy huraganu, który teraz nas smagał. Wpatrywałam się w niego, aż wreszcie podniósł wzrok, wyszczerzył zęby i powiedział:

– Taak, najwyraźniej świetnie sobie radzisz sama. Aż mi w pięty poszło, że nie bierzesz jednego z tych wielkich parasoli i nie idziesz kilka przecznic dalej, do Ósmej, gdzie bez kłopotu złapałabyś taksówkę. Świetne posunięcie.

– Macie parasole? – zapytałam, zanim zdążyłam się powstrzymać. Moja bluzka kompletnie przesiąkła wodą i czułam, że włosy przykleiły mi się do szyi jak mokry, zimny, skołtuniony koc.

– Jasne. Trzymamy je dokładnie na takie sytuacje. Ale ty na pewno nie byłabyś zainteresowana wzięciem jednego z nich, prawda?

– Słusznie, niczego mi nie trzeba. – I pomyśleć, że prawie zaczęłam się na niego napalać. W tym momencie przejechała korporacyjna taksówka i wpadłam na genialny pomysł, żeby zadzwonić po służbowy samochód UBS, który zabrałby mnie do domu.

– Cześć, tu Bette Robinson, numer rachunku sześć-trzy-trzy-osiem. Chcę, żeby samochód zabrał mnie…

– Wszystko zajęte! – warknęła dyspozytorka rozzłoszczonym głosem.

– Nie, chyba pani nie rozumie. Mam u państwa konto i…

Kliknięcie.

Stałam, przemakałam i gotowałam się ze złości.

– Nie ma samochodów, co? Pech – powiedział bramkarz, cmokając ze współczuciem, ale nie podnosząc oczu znad książki. Zdołałam przerzucić Kochanka Lady Chatterłey, kiedy miałam dwanaście lat i zebrałam tyle wiedzy o seksie, ile tylko się dało z gazet, książek oraz podręcznika dla dziewcząt Co się dzieje z moim ciałem?, ale kompletnie niczego nie pamiętałam. Może miało to coś wspólnego z kiepską pamięcią albo może chodziło o to, że przez ostatnie dwa lata seks jakoś nie zajmował mojej świadomości. Albo akcje moich ukochanych romansów całkowicie zajęły moje myśli. W każdym razie nie mogłam wymyślić żadnego szyderczego komentarza na temat książki, że nie wspomnę o czymś inteligentnym.

– Żadnych samochodów – westchnęłam tylko. – Dziś mi się nie wiedzie.

Przeszedł kilka kroków w deszczu i wręczył mi długą firmową parasolkę, już rozłożoną, z logo klubu widocznym po obu stronach.

– Weź to. Idź do Ósmej i jeżeli nadal nie będziesz mogła złapać taksówki, pogadaj z portierem w Serenie, Dwudziesta Trzecia między Siódmą a Ósmą. Powiedz mu, że ja cię przysyłam i on coś załatwi.

Rozważałam, czy nie minąć go i nie pójść do metra, ale myśl o jeździe metrem o pierwszej w nocy nie była zbyt kusząca.

– Dzięki – wymamrotałam, omijając jego z pewnością przepełnione mściwą satysfakcją spojrzenie. Wzięłam parasol i ruszyłam na wschód, czując, że mi się przygląda.

Pięć minut później ładowałam się na tylne siedzenie wielkiej żółtej taksówki, mokra, ale wreszcie w cieple.

Podałam kierowcy adres i wyczerpana osunęłam się na oparcie. O tej porze taksówki nadawały się do dwóch i wyłącznie dwóch rzeczy: obściskiwania się z kimś w drodze do domu z udanego wyjścia albo odbywania trzyminutowych lub krótszych pogaduszek z różnymi znajomymi osobami. Ponieważ żadna z tych dwóch opcji nie wchodziła w grą, oparłam mokrą głową o kawałek brudnego winylu, gdzie przed moją spoczywało tak wiele tłustych, niemytych, pijanych, zamieszkanych przez wszy i generalnie zaniedbanych głów, i zamknęłam oczy. Czekałam na pełne kichnięć histeryczne powitanie, które wkrótce urządzi mi Millington. Komu potrzebny facet – albo nawet świeżo zaręczona najlepsza przyjaciółka – kiedy ma psa?

3

Tydzień po zaręczynach Penelope okazał się niemal nie do zniesienia. Sama byłam sobie winna: jest wiele metod, żeby wkurzyć rodziców i zbuntować się przeciwko całemu odebranemu wychowaniu, nie stając się przy okazji niewolnikiem, ale ja najwyraźniej byłam za głupia, żeby te metody znaleźć. Więc teraz w konsekwencji siedziałam w UBS Warburg w swoim boksie wielkości kabiny prysznicowej – jak co dzień od czterdziestu sześciu miesięcy – i kurczowo ściskałam słuchawkę, aktualnie zabarwioną warstwą podkładu Maybelline Fresh Look (w kolorze tawny blush) i z plamami od błyszczyka L'Oreal Wet Shine (w kolorze rhinestone pink). Wyczyściłam ją najdokładniej jak się dało przy jednoczesnym przyciskaniu do ucha i wytarłam brudne palce o spód biurowego krzesła. Byłam w trakcie wysłuchiwania wymyślań „minimuma”, osoby, która inwestuje w moim oddziale tylko wymaganą kwotę minimalną w wysokości miliona dolarów i jest w związku z tym uciążliwie wymagająca i drobiazgowa w sposób, w jaki nigdy nie bywają klienci dysponujący czterdziestoma milionami.

– Pani Kaufman, naprawdę rozumiem pani zatroskanie z powodu lekkiego spadku rynku, ale chciałabym zapewnić, że panujemy nad sytuacją. Zdaję sobie sprawę, że pani bratanek dekorator wnętrz uważa, iż pani portfel jest przesadnie obciążony obligacjami spółek, ale zapewniam, że nasi maklerzy są znakomici i zawsze rozważnie podejmują decyzje w pani najlepszym interesie. Nie wiem, czy trzydziestodwuprocentowy zysk jest realny przy obecnej sytuacji ekonomicznej, ale poproszę Aarona, żeby do pani zadzwonił, kiedy tylko wróci do gabinetu. Tak. Oczywiście. Tak. Tak. Tak, stanowczo przypilnuję, żeby zadzwonił do pani, kiedy tylko wróci ze spotkania. Tak. Z całą pewnością. Oczywiście. Tak, naturalnie. Tak. Miło było z panią rozmawiać. Jak zawsze. A więc dobrze. Na razie. – Zaczekałam, aż usłyszę kliknięcie z jej strony, i rzuciłam słuchawką.

Prawie cztery lata i jeszcze nie udało mi się wydusić słowa „nie”. Najwyraźniej trzeba mieć przynajmniej siedemdziesiąt dwa miesiące doświadczenia, żeby się do tego kwalifikować. Wysłałam Aaronowi pospieszny e-mail, błagając, żeby od-dzwonił do pani Kaufman, bo wtedy wreszcie przestanie mnie nagabywać, i zaskoczona zauważyłam, że już wrócił i siedzi przy biurku, pracowicie bombardując nas e-mailami z codziennym inspirującym gównem.

Dzień dobry ludziska. Nie zapominajmy o prezentowaniu klientom wysokiego poziomu naszej energii! Relacje z tymi poczciwymi ludźmi stanowią istotną część naszych interesów – oni cenią naszą cierpliwość i troskę równie wysoko, jak zorientowane na zyski zarządzanie portfelami. Z przyjemnością zawiadamiam wszystkich o nowym cotygodniowym spotkaniu grupowym, które, mam nadzieję, pozwoli nam wypracować sposoby jeszcze lepszej obsługi klientów. Będzie się odbywać co piątek o 7 rano i stworzy nam okazję do nieschematycznego myślenia. Śniadanie ja stawiam, ludziska, więc tylko przyjdźcie i przynieście swoje myślące czapeczki. I pamiętajcie: „Wielkie odkrycia i ulepszenia niezmiennie wymagają współpracy wielu umysłów” – Aleksander Graham Bell.

Wpatrywałam się w ten e-mail tak długo, że zaczęłam się ślinić. Czy uporczywe używanie słowa „ludziska” oraz zwrotu „nieschematyczne myślenie” było bardziej czy mniej irytujące, niż wstawienie frazy „myślące czapeczki”? Czy układał i wysyłał te e-maile tylko po to, by wzmóc przenikające mnie cierpienie i beznadzieję moich dni? Rozważałam to przez kilka chwil, rozpaczliwie starając się nie myśleć o zapowiedzi spotkań o siódmej rano. Udało mi się odsunąć to na czas dostatecznie długi, by przyjąć kolejny gorączkowy telefon, tym razem od bratanka pani Kaufman, trwający rekordowych pięćdziesiąt siedem minut, z których dziewięćdziesiąt procent mój rozmówca poświęcił na oskarżanie mnie o sprawy, na które zupełnie nie miałam wpływu, podczas gdy ja nie mówiłam nic lub od czasu do czasu, tylko po to, by trochę podgrzać atmosferę, zgadzałam się z nim, że rzeczywiście jestem tak głupia i bezużyteczna, jak twierdzi.

Odłożyłam słuchawkę i wróciłam do letargicznego wpatrywania się w e-mail. Nie byłam do końca pewna, jak cytat z pana Bella odnosi się do mojego życia ani dlaczego powinno mnie to obchodzić, ale wiedziałam, że jeśli chcę wymknąć się na lunch, teraz mam jedyną szansę. Przez pierwszych kilka lat w UBS Warburg cierpliwie znosiłam politykę „nie ma wychodzenia na lunch” i grzecznie zamawiałam jedzenie do biura, ale ostatnio Penelope i ja zaczęłyśmy bezwstydnie wymykać się na dziesięć, dwanaście minut, żeby przynieść sobie posiłek, i wtłaczałyśmy w to tyle narzekania i plotek, ile się tylko dało. Na ekranie wyskoczyła wiadomość z Instant Messengera.

P. Lo: Gotowa? Zjedzmy falafel. Spotkamy się na 52. przy wózku za pięć min?

Wpisałam „ok”, nacisnęłam „wyślij” i udrapowałam żakiet od kostiumu na oparciu krzesła, żeby pozorował moją obecność. Jeden z menedżerów zerknął na mnie, kiedy brałam do ręki torebkę, więc napełniłam kubek parującą kawą, by mieć dodatkowy dowód, że nie opuściłam budynku, i postawiłam go na środku biurka. Na użytek sąsiadów z pobliskich boksów, zbyt zajętych wcieraniem wydzielin skóry twarzy we własne słuchawki, żeby cokolwiek mogli zauważyć, wymamrotałam coś na temat łazienki i pewnym krokiem wyszłam na korytarz. Penelope pracowała w dziale nieruchomości dwa piętra nade mną i była już w windzie, ale jak dwaj dobrze wyszkoleni agenci CIA nawet na siebie nie spojrzałyśmy. Puściła mnie przodem i przez minutę krążyła po lobby, po czym wymknęła się na zewnątrz i spokojnie przeszła obok fontanny. Ruszyłam za nią najszybciej jak się dało w moich brzydkich, niewygodnych butach na obcasie. Miałam wrażenie, że zderzyłam się ze ścianą wilgoci. Nie rozmawiałyśmy, dopóki nie przyłączyłyśmy się do kolejki biurowych trutni ze śródmieścia, stojących cicho i niespokojnie, rozdartych między chęcią rozkoszowania się tymi kilkoma cennymi minutami wolności w ciągu dnia a odruchowym uczuciem irytacji i frustracji, że muszą na cokolwiek czekać.

– Co bierzesz? – zapytała Penelope, badawczo przyglądając się trzem różnym wózkom ze skwierczącym i aromatycznym etnicznym jedzeniem, które mężczyźni w rozmaitych strojach i o zróżnicowanym owłosieniu twarzy gotowali na parze, kroili, obsmażali, nadziewali na szpikulce, smażyli i podawali głodnym białym kołnierzykom.

– To wszystko opiekane mięso i napełnione czymś ciasto – stwierdziłam bezbarwnym głosem, przyglądając się dymiącemu pożywieniu. – Jakie to ma znaczenie?

– Ktoś jest dzisiaj w świetnym nastroju.

– Och, przepraszam, zapomniałam, powinnam być zachwycona, że pięć lat niewolniczej pracy tak świetnie mi wyszło. No bo spójrz tylko na nas, czy to nie olśniewające? – Zatoczyłam ramieniem koło. – Wystarczająco smutny jest fakt, że nie mamy przerwy na lunch w jakimś momencie szesnastogodzinnego dnia pracy, ale to, że nie wolno nam nawet samodzielnie wybrać jedzenia, jest kurewsko żałosne.

– To nic nowego, Bette. Nie rozumiem, czemu tak się tym teraz stresujesz.

– Mam po prostu wyjątkowo parszywy dzień. Jeśli w ogóle da się je wszystkie odróżnić.

– Dlaczego? Coś się stało?

Chciałam powiedzieć „Dwa pierścionki?”, ale powstrzymałam się, kiedy kobieta z nadwagą, ubrana w kostium jeszcze gorszy niż mój i parę białych skórzanych reeboków noszonych do rajstop, rozlała gorący sos na swoją haftowaną bluzkę z falbankami. Zobaczyłam samą siebie za dziesięć lat i o mało nie straciłam równowagi z powodu ataku mdłości.

– Oczywiście, że nic się nie stało, w tym cały problem! – prawie wrzasnęłam. Dwóch blondynów, którzy wyglądali, jakby świeżo zjedli w klubie absolwentów Princetown, odwróciło się i spojrzało na mnie z ciekawością. Przez chwilę myślałam o tym, żeby się uspokoić, bo obaj, cóż, wyglądali milutko, ale szybko sobie przypomniałam, że ci obscenicznie seksowni gracze w lacrosse nie tylko są o wiele za młodzi, ale też mają najprawdopodobniej wspaniałe dziewczyny młodsze ode mnie o osiem lat.

– Mówię poważnie, Bette, nie wiem, czego ty chcesz. Przecież to praca, prawda? To tylko praca. Nieważne co robisz, nigdy nie będzie to równie przyjemne jak przesiadywanie przez cały dzień w wiejskim klubie, wiesz? Jasne, spędzanie każdej minuty dnia w pracy jest do niczego. I ja też nie do końca kocham finanse… jakoś nigdy nie marzyłam o pracy w banku… ale przecież nie jest aż taka zła.

Rodzice Penelope usiłowali namówić ją na posadę w „Vogue'u” albo w Sotheby's, żeby tam zyskała finalne szlify przed zdobyciem tytułu mężatki, ale kiedy upierała się, żeby dołączyć do nas wszystkich, zaczynających życie w korporacyjnej Ameryce, nie protestowali – z całą pewnością znalezienie męża podczas pracy w finansach było możliwe, o ile oczywiście trzymałaby się wytyczonego celu, nie przejawiała ambicji i rzuciła pracę natychmiast po ślubie. Prawda jednak była taka, że chociaż Penelope jęczała i narzekała na swoje zajęcie, moim zdaniem naprawdę je lubiła.

Podała pięciodolarowy banknot, żeby zapłacić za oba nasze kebaby i jej ręka przyciągnęła moje spojrzenie jak magnes. Nawet ja musiałam przyznać, że pierścionek jest wspaniały. Powiedziałam to, po raz dziesiąty, i Penelope pojaśniała w uśmiechu. Trudno mi było denerwować się z powodu destrukcyjnego wymiaru tych zaręczyn, kiedy Pen w tak oczywisty sposób była uszczęśliwiona. Avery zdołał nawet poprawić się od chwili oświadczyn i udawało mu się odgrywać rolę prawdziwego troskliwego narzeczonego, co oczywiście jeszcze bardziej ją uszczęśliwiało. Przez trzy ostatnie wieczory przychodził po nią do pracy, żeby mogli razem wrócić do domu, i nawet podał Pen śniadanie do łóżka. Co ważniejsze, powstrzymywał się od biegania po klubach, swojego ulubionego sposobu spędzania wolnego czasu, już od pełnych trzech tygodni z wyjątkiem tego wieczoru na ich cześć w zeszłym tygodniu. Penelope nie przeszkadzało to, że Avery chciał jak najczęściej przesiadywać przy – lub tańczyć na – knajpianych stolikach, ale nie chciała brać w tym udziału. W te wieczory, kiedy wychodził z przyjaciółmi ze swojej firmy konsultingowej, Penelope i ja siedziałyśmy w Black Door, strasznie podłym barze, z Michaelem (kiedy był osiągalny), pijąc piwo i zastanawiając się, dlaczego ktokolwiek miałby chcieć siedzieć gdzie indziej. Ale najwyraźniej ktoś oświecił Avery'ego, że podczas gdy zostawianie w domu dziewczyny przez sześć wieczorów w tygodniu jest do przyjęcia, spławianie narzeczonej to coś innego, więc podjął świadomy wysiłek, żeby z tym skończyć. Wiedziałam, że niedługo wytrwa w tym postanowieniu.

Wróciłyśmy do budynku tą samą drogą i zakradłam się do biura, obdarzona tylko jednym złym spojrzeniem przez przestrzegającego zasad pucybuta UBS (któremu, tak się składa, także nie wolno było opuszczać budynku w czasie lunchu, na wypadek gdyby para butów z dziurkowanym noskiem gwałtownie potrzebowała pucowania między pierwszą a drugą po południu). Penelope weszła za mną do boksu i usadowiła się na krześle teoretycznie przeznaczonym dla gości i klientów, chociaż do tej pory nie miałam ani jednych, ani drugich.

– No więc ustaliliśmy datę – oznajmiła bez tchu, atakując wonny talerz, który balansował na jej kolanach.

– Ach tak? Kiedy?

– Dokładnie za rok od przyszłego tygodnia. Dziesiątego sierpnia na Martha's Vineyard, co wydaje się właściwe, skoro tam wszystko się zaczęło. Jesteśmy zaręczeni od kilku tygodni, a nasze matki już szaleją. Zupełnie poważnie nie wiem, jak z nimi wytrzymam.

Rodziny Avery'ego i Penelope spędzały razem wakacje, odkąd ci dwoje byli w powijakach, kręcąc się po wyspie w czasie lata. Istniały cale tony zdjęć ich wszystkich obnoszących tanie torby z monogramami od L.L. Beana i kapcie ze Stubbs and Wootten przy okazji corocznych narciarskich wakacji w Adirondacks. Ona chodziła do Nightingale, a on był w Collegiate i oboje spędzili znaczną część dzieciństwa ciągani na rozmaite spotkania dobroczynne, przyjęcia i weekendowe mecze polo. Avery się w tym odnalazł, radośnie wchodził w skład każdego młodzieżowego komitetu każdej fundacji, która go o to poprosiła, sześć razy w tygodniu wyruszał na miasto, korzystając z nieograniczonych możliwości finansowych swoich rodziców, i był jednym z tych urodzonych i wychowanych w Nowym Jorku dzieciaków, które znały wszędzie wszystkich. Ku wielkiemu zakłopotaniu swoich rodziców, Penelope nie przejawiała zainteresowania ich stylem życia. Wciąż na nowo odrzucała całe ich kółko, woląc spędzać czas z grupą niedostosowanych artystów korzystających ze stypendiów, z dzieciakami tego rodzaju, że przyprawiały matkę Penelope o zimne poty. Avery i Penelope nie byli sobie bliscy – i z pewnością nie było w ich relacji niczego nawet z grubsza romantycznego – dopóki Avery nie skończył szkoły rok przed nią i nie poszedł do Emory. Według Penelope, która zawsze żywiła do niego gwałtowne, skryte uczucie, Avery należał do najpopularniejszych dzieciaków w szkole, czarujący, muskularny, grał w piłkę nożną, miał stosowne oceny i był wystarczająco seksowny, żeby uszła mu płazem prawdziwa, rzetelna arogancja. Z tego, co sama mogłam powiedzieć, Penelope zawsze wtapiała się w tło jak wszystkie śliczne dziewczyny o egzotycznej urodzie w wieku, kiedy liczą się tylko blond włosy i wielkie cycki. Spędzała masę czasu na zdobywaniu dobrych stopni i rozpaczliwie starała się pozostać niezauważona. I udało jej się, a przynajmniej udawało do czasu, gdy Avery przyjechał na letnie wakacje po pierwszym roku i zerknął do baseniku przy dzielonym przez ich rodziny domu na wyspie, żeby zobaczyć wszystko, co było w Penelope długie, zgrabne i wspaniałe – może jej delikatne ciało albo proste czarne włosy, a może rzęsy, które ocieniały ogromne brązowe oczy.

Penelope więc zrobiła to, o czym każda porządna dziewczyna wie, że jest złe – dla reputacji, dla szacunku do samej siebie oraz w myśl zasad strategii nakłonienia faceta, żeby zadzwonił następnego dnia – i z miejsca się z nim przespała, w parę minut po tym, jak pochylił się, żeby ją pierwszy raz pocałować. („Po prostu nie mogłam się opanować – mówiła, po raz setny opowiadając całą historię – nie mogłam uwierzyć, że Avery Wainwright jest mną zainteresowany!”). Ale w przeciwieństwie do innych dziewczyn, o których wiedziałam, że uprawiały seks z facetem poznanym parę godzin wcześniej i nigdy więcej o nim nie słyszały, Penelope wiązała się z Averym coraz mocniej i ich zaręczyny były zaledwie powszechnie aprobowaną i pochwalaną formalnością.

– Są gorsze niż zwykle?

Westchnęła i przewróciła oczami.

– „Gorsze niż zwykle”. Ciekawy zwrot. Byłabym zdania, że to niemożliwe, ale tak, moja matka zdołała stać się jeszcze bardziej nieznośna. Ostatnia zacięta kłótnia była o to, czy można z całym spokojem nazwać suknią ślubną coś, co nie zostało zaprojektowane przez Verę Wang, Carolinę Herrerę albo Monique Lhuillier. Stwierdziłam, że tak. Ona oczywiście się nie zgodziła. Z całą stanowczością.

– Kto wygrał?

– Odpuściłam w tej kwestii, bo tak naprawdę jest mi wszystko jedno, kto zrobi suknią, o ile mi się spodoba. Będę, jak sądzą, zmuszona bardzo starannie wybierać kwestie do przewalczenia i jedna, w której nie pójdą na kompromis, to zawiadomienie o ślubie.

– Zdefiniuj „zawiadomienie o ślubie”.

– Nie zmuszaj mnie. – Wyszczerzyła zęby i pociągnęła łyk doktora peppera.

– Wyduś to.

– Bette, proszę, to i tak wystarczająco paskudne. Nie zmuszaj mnie, żebym to powiedziała.

– No, dalej. Pen. Wyrzuć to z siebie. No już, po pierwszym razie będzie ci łatwiej. Po prostu to powiedz. – Szturchnęłam jej krzesło stopą i nachyliłam się, żeby nacieszyć się informacją.

Zakryła swoje idealne blade czoło długimi szczupłymi palcami i pokręciła głową.

– „New York Times”.

– Wiedziałam! Will i ja potraktujemy cię delikatnie, obiecuję. Ona nie żartuje, prawda?

– Oczywiście, że nie! -jęknęła Penelope. – I oczywiście matka Avery'ego aż się do tego pali.

– Och, Pen, idealnie! Tworzycie taką dobraną parę i teraz wszyscy się o tym przekonają! – Zachichotałam.

– Powinnaś je słyszeć, Bette, to odrażające. Obie już snują plany na temat wszystkich tych modnych prywatnych szkół, które mogą razem wciągnąć na listę. Wiesz, że podsłuchałam moją matkę, kiedy rozmawiała przedwczoraj z redaktorką „Ślubów”? Mówiła, że chciałaby też dołączyć wszystkie szkoły, do których chodziło rodzeństwo. Ta kobieta odparła, że może na ten temat dyskutować najwcześniej sześć tygodni przed ślubem, ale to nikogo nie zniechęciło: mama Avery'ego już umówiła sesję fotograficzną i ma cały szereg pomysłów, jak moglibyśmy pozować, żeby mieć brwi na tym samym poziomie, jak sugeruje jedna z publikowanych porad. A ślub ma się odbyć za rok!

– Tak, takie sprawy wymagają masy planowania z wyprzedzeniem i porównywania ofert.

– To właśnie powiedziały! – wykrzyknęła.

– Co powiesz na ucieczkę z kochankiem? – Ale zanim zdołała odpowiedzieć, Aaron urządził wielkie przedstawienie z pukaniem w ścianę mojego boksu i wymachiwaniem ramionami w udawanym żalu, że przerywa nam „pogaduszki”, bo takim irytującym określeniem obdarzał nasze lunche.

– Nie chcę przerywać waszych pogaduszek, ludziska – stwierdził, a my obie, Penelope i ja, bezgłośnie wygłaszałyśmy tę kwestię razem z nim. – Bette, mogę zamienić z tobą słówko?

– Bez obaw, właśnie wychodziłam – oznajmiła Penelope na wydechu, najwyraźniej uszczęśliwiona, że uda jej się uciec bez rozmowy z Aaronem. – Bette, pogadamy później. – I zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, już jej nie było.

– Co powiesz, Bette?

– Tak, Aaron? – Sposobem mówienia tak bardzo przypominał Lumbergha z Office Space, że uznałabym to za zabawne, gdybym nie ja była adresatką jego „sugestii”.

– No cóż, tak się tylko zastanawiałem, czy miałaś okazję przeczytać dzisiejszy cytat dnia? – Zakaszlał głośno, mokrym kaszlem, i uniósł pytająco brwi.

– Oczywiście, Aaronie, mam go tu pod ręką. „Indywidualny wkład w zbiorowy wysiłek – dzięki temu właśnie działa zespół, firma, społeczeństwo, cywilizacja”. Tak, muszę przyznać, że to naprawdę do mnie przemówiło.

– Tak? – Wyglądał na zadowolonego.

– Oczywiście. Było bardzo na miejscu. Wiele się z tych cytatów uczę. A dlaczego pytasz? Coś się stało? – zapytałam swoim najbardziej przymilnie zatroskanym tonem.

– Właściwie nic się nie stało, tylko przed chwilą nie mogłem cię znaleźć przez prawie dziesięć minut i choć może się wydawać, że to niewiele, jestem pewien, że pani Kaufman, która czekała na najnowsze wieści, czas ten wydawał się wiecznością.

– Wiecznością?

– Jestem zdania, że odchodząc od biurka na tak długo, nie możesz zapewnić naszym klientom, na przykład pani Kaufman, odpowiedniej uwagi na poziomie, którym szczycimy się tu w UBS. To tylko drobna uwaga do przemyślenia, w porządku?

– Naprawdę mi przykro. Poszłam tylko przynieść sobie lunch.

– Wiem o tym, Bette. Ale chyba nie muszę ci przypominać, że wychodzenie przez pracowników po lunch stoi w sprzeczności z polityką firmy. Mam szufladę pełną menu z jedzeniem, które może być dostarczone, gdybyś tylko zechciała je przejrzeć.

Zachowałam milczenie.

– Och, i jestem pewny, że kierownik Penelope potrzebuje jej tak samo, jak ja potrzebuję ciebie, więc postarajmy się ograniczyć te pogaduszki do minimum, dobrze? – Rzucił mi najbardziej protekcjonalny uśmiech, jaki można sobie wyobrazić, odsłaniając zęby, na których odcisnęło swoje plamiaste piętno trzydzieści siedem lat pracy, i pomyślałam, że jeśli natychmiast nie przestanie, zwymiotuję. Odkąd w wieku dwunastu lat obejrzałam po raz pierwszy Girls Just Want to Have Fun, nigdy nie zdołałam zapomnieć o przemyśleniach Lynne Stone. Lynne odprowadza do domu Janey, która opuściła próbę chóru, żeby ćwiczyć z Jeffem (i oczywiście została przyłapana przez tę paskudną sukę Natalie, właścicielkę szafy pełnej ciuchów), kiedy stwierdza: „Ile razy jestem w pokoju z jakimś facetem, wszystko jedno jakim – chłopakiem, z którym się umówiłam, moim dentystą, wszystko jedno – zastanawiam się: Gdybyśmy byli parą ostatnich ludzi na ziemi, czy zwymiotowałabym, gdyby mnie pocałował?”. Cóż, dzięki Lynne też nie mogę przestać się nad tym zastanawiać. Tak się pechowo składa, że odpowiedź to prawie zawsze stanowcze „tak”.

– W porządku? Co ty na to? – Nerwowo przestępował z nogi na nogę, a ja zastanawiałam się, jak ten niespokojny, towarzysko nieprzystosowany człowiek zdołał się wspiąć o co najmniej trzy poziomy wyżej niż ja w korporacyjnej hierarchii. Widywałam klientów, którzy dosłownie odskakiwali, kiedy podchodził uścisnąć im dłoń, a jednak wjechał na sam szczyt tak gładko, jakby droga była wysmarowana dokładnie tym samym olejem, którego używał, żeby wygładzić tych kilka pozostałych kosmyków włosów.

Jedyne, czego chciałam, to żeby zniknął, ale popełniłam kluczowy błąd w założeniach. Zamiast po prostu się z nim zgodzić i wrócić do lunchu, zapytałam:

– Czy jesteś rozczarowany moim zachowaniem, Aaronie? Naprawdę bardzo się staram, ale ty zawsze wydajesz się niezadowolony.

– Nie powiedziałbym, że jestem „rozczarowany” twoim zachowaniem, Bette. Uważam, że, eee, zupełnie dobrze sobie radzisz. Ale wszyscy dążymy do samodoskonalenia, prawda? Jak powiedział kiedyś Winston Churchill…

– Zupełnie dobrze? To jak opisać kogoś jako „interesującą osobę” albo stwierdzić, że randka była „miła”. Pracuję po osiemdziesiąt godzin w tygodniu, Aaronie. Całe swoje życie oddałam UBS. – Próba podkreślenia mojego oddania za pomocą liczby godzin była bezużyteczna, ponieważ Aaron wyprzedzał mnie o co najmniej piętnaście tygodniowo, ale tak wyglądała prawda: kiedy nie robiłam zakupów w sieci, nie rozmawiałam z Willem przez telefon albo nie wykradałam się z Penelope na lunch, cholernie ciężko pracowałam.

– Bette, nie bądź taka przewrażliwiona. Jeżeli okażesz nieco większą chęć uczenia się i może poświęcisz swoim klientom trochę więcej uwagi, sadzę, że masz potencjał, by awansować. Po prostu ogranicz te pogaduszki do minimum i naprawdę oddaj się pracy całym sercem, a wyniki będą doskonałe.

Obserwowałam, jak na jego wąskich wargach zbiera się ślina, gdy wygłaszał swoją ulubioną frazę, i coś we mnie pękło. Nie było żadnego anioła, który usiadłby na moim ramieniu, i diabła na drugim, żadnej sporządzonej w duchu listy wszystkich za i przeciw ani błyskawicznego rozważenia potencjalnych konsekwencji czy skutków, żadnych planów awaryjnych. Żadnych wyraźnie sformułowanych myśli – tylko wszechogarniające wrażenie spokoju i determinacji, połączone z głębokim zrozumieniem, że po prostu nie zniosę tej sytuacji ani jednej sekundy dłużej.

– W porządku, Aaronie. Żadnych więcej pogaduszek. Nigdy. Zwalniam się.

Przez minutę przyglądał mi się skonsternowany, zanim zdał sobie sprawę, że mówię zupełnie poważnie.

– Co takiego?

– Proszę, uznaj to za moje dwutygodniowe wypowiedzenie – powiedziałam z przekonaniem, które zaczynało się chwiać, ale leciutko.

Wyglądało na to, że przez kolejną minutę się zastanawiał, otarł spotniałe czoło i parokrotnie poruszył brwiami.

– To nie będzie konieczne – powiedział cicho. Teraz przyszła moja kolej na zmieszanie.

– Doceniam to, Aaronie, ale naprawdę muszę odejść.

– Miałem na myśli dwutygodniowy okres wypowiedzenia. Nie będzie konieczny. Nie powinniśmy mieć specjalnych kłopotów ze znalezieniem kogoś, Bette. Są całe tłumy wykwalifikowanych ludzi, którzy chcą tu pracować, nawet jeśli trudno ci to sobie wyobrazić. Proszę, omów szczegóły swojego odejścia z działem personalnym i spakuj swoje rzeczy do końca dnia. I powodzenia w tym, co będziesz robiła potem. – Uśmiechnął się z przymusem i wyszedł, sprawiając wrażenie pewnego siebie pierwszy raz od pięciu lat, podczas których dla niego pracowałam.

Myśli kłębiły mi się w głowie, napływały za szybko i ze zbyt wielu stron, żeby je przetrawić. Aaron ma jaja, kto by pomyślał! Właśnie rzuciłam pracę. Rzuciłam. Bez przemyślenia czy planowania. Muszę powiedzieć Penelope. Penelope się zaręczyła. Jak zabiorę wszystkie swoje rzeczy do domu? Czy mogę jeszcze zamówić samochód na koszt firmy? Czy dostanę zasiłek? Czy będę nadal przyjeżdżała do centrum specjalnie na kebab? Czy powinnam spalić wszystkie swoje garsonki w rytualnym ognisku na środku salonu? Millington będzie uszczęśliwiona, wychodząc na wybieg dla psów w środku dnia! Środek dnia. Mogłabym cały czas oglądać teleturniej Dobra cena, gdybym chciała. Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam?

Wpatrywałam się w monitor, dopóki nie dotarła do mnie powaga tego, co właśnie się stało, po czym udałam się do łazienki, żeby tam przeżyć załamanie w relatywnej intymności kabiny. Istniały zachowania luzackie i takie, które były po prostu cholernie głupie, a moje szybko zaczynało kwalifikować się jako to drugie. Odetchnęłam parę razy i spróbowałam wypowiedzieć – spokojnie i bez nacisku – nową mantrę, ale gdy zastanawiałam się, co, do cholery, zrobiłam, moje „wszystko jedno” zabrzmiało jak zduszony płacz.

4

– Chryste, Bette, przecież nikomu nie zrobiłaś krzywdy. Rzuciłaś pracę. Gratulacje! Witamy w cudownym świecie nieodpowiedzialności dorosłych. Sprawy nie zawsze układają się zgodnie z planem, wiesz? – Simon starał się jak mógł, chcąc mnie uspokoić, ponieważ nie wyczuł, że już jestem całkowicie zrelaksowana. Czekaliśmy, aż Will wróci do domu.

Ostatnim razem czułam się tak bardzo zen, pomyślałam, chyba podczas pobytu w aśramie.

– Po prostu brak pomysłów na to, co robić dalej, jest trochę niepokojący. – Był to ten sam odruchowy spokojny paraliż jak po orgazmie.

Chociaż wiedziałam, że powinnam się przejmować, ostatni miesiąc był właściwie, cóż, wspaniały. Miałam zamiar powiedzieć wszystkim, że rzuciłam pracę, ale kiedy nadszedł moment, gdy rzeczywiście powinnam wykonać kilka telefonów, pochłonęła mnie wszechogarniająca kombinacja nudy, lenistwa oraz inercji. Nie chodziło o to, że nie mogłam powiedzieć ludziom o rezygnacji z pracy – tu wystarczyło wykręcić numery i obwieścić nowinę – ale wysiłek związany z wyjaśnieniem przyczyn odejścia (żadne) i omawianie mojego planu gry (nieistniejącego) wydawał się całkowicie przekraczać moje siły, ilekroć podniosłam słuchawkę. Więc zamiast tego, z pewnością znajdując się w stanie jakiegoś psychicznego stresu/uniku/wyparcia, spałam codziennie do pierwszej, większość popołudnia spędzałam, oglądając telewizję i wyprowadzając Millington, w oczywistym wysiłku zapełnienia pustki mojego życia kupowałam rzeczy, których nie potrzebowałam, i podjęłam świadomą decyzję, że na poważnie wracam do palenia, by mieć co robić, kiedy skończy się nocny program Conana O'Briena. Brzmi to całkowicie depresyjnie, ale był to najlepszy miesiąc, jaki zdołałam sobie przypomnieć, i mógłby trwać w nieskończoność, gdyby Will nie zadzwonił do mnie do pracy i nie porozmawiał z moją następczynią.

Co ciekawe, bez wysiłku straciłam dziesięć funtów. W ogóle nie ćwiczyłam, nie licząc wypraw w celu upolowania i przyniesienia jedzenia, ale czułam się lepiej niż kiedykolwiek, a z pewnością lepiej, niż kiedy pracowałam po szesnaście godzin dziennie. Przez cały czas college'u byłam szczupła, ale dość skutecznie przybrałam na wadze, kiedy tylko zaczęłam pracę. Nie miałam czasu na ćwiczenia i wybrałam szczególnie ohydną codzienną dietę, składającą się z kebabów, pączków, kupowanych w automatach batoników i kawy tak gęstej od cukru, że moje zęby zdawały się być permanentnie pokryte lukrem. Rodzice i przyjaciele uprzejmie zignorowali ten przybór wagi, ale wiedziałam, że wyglądam okropnie. Tradycyjnie podejmowałam noworoczne postanowienie o częstszych odwiedzinach sali gimnastycznej; zwykle udawało mi się wytrwać cztery solidne dni, zanim nie wyłączałam budzika i nie wybierałam dodatkowej godziny snu. Tylko Will stale mi przypominał, że wyglądam fatalnie. „Ależ kochanie, pamiętasz, jak skauci zatrzymywali cię na ulicy i prosili, żebyś im pozowała? Już się to nie zdarza, prawda?” albo „Bette, kochanie, kilka lat temu tak korzystnie hołdowałaś stylowi bez makijażu, świeżemu i dziewczęcemu, nie mogłabyś trochę się postarać, żeby do tego wrócić?”. Słyszałam, co mówił, i wiedziałam, że miał rację – w sytuacji, gdy guzik jedynych dżinsów, jakie posiadałam, tak głęboko ginął w moim mięsistym brzuchu, że czasami trudno go było zlokalizować, nie dało się zaprzeczyć istnieniu tych dodatkowych kilogramów. Było widać, że bezrobocie działa na mnie wyszczuplająco. Miałam lepszą cerę, bardziej błyszczące oczy i pierwszy raz od pięciu lat nadmiar tłuszczu zniknął z moich bioder i ud, ale pozostał w okolicy biustu – ewidentnie znak od Boga, że nie powinnam pracować. Ale oczywiście niezręcznie było cieszyć się z tego, że brak mi ambicji i jestem leniwa, więc starałam się zademonstrować stosowną kombinację zakłopotania, żalu oraz niepokoju. Simon to kupował.

– Sądzę, że koktajl będzie teraz bardzo na miejscu. Co mogę ci przygotować do picia, Bette?

Nie miał pojęcia, że zaczęłam pić samotnie. Nie w ten rozpaczliwy samotniczy sposób pod hasłem „muszę się napić, żeby poradzić sobie z tym, co się stało, i jeśli przypadkiem nie mam towarzystwa, to trudno”, ale w wyzwolonym stylu „jestem dorosła i jeżeli mam ochotę na kieliszek wina albo łyk szampana czy też cztery lufki wódki, to cóż, czemu nie, do licha?”. Udałam, że zastanawiam się nad jego propozycją, po czym powiedziałam:

– Może martini?

W tym momencie zjawił się wujek Will i jak zwykle doładował atmosferę solidną dawką energii.

– Absolutnie fantastyczne! – oświadczył, ściągając tę frazę z oglądanego ukradkiem na BBC serialu, czemu niestrudzenie zaprzeczał. – Simon, zrób naszej byłej pani bankier ekstra- wytrawne martini z grey goose * i trzema oliwkami. Kochanie! Jestem z ciebie taki dumny!

– Naprawdę?

Nie sprawiał wrażenia specjalnie zachwyconego, kiedy wcześniej tego dnia zostawił mi wiadomość, nakazując zjawić się wieczorem na drinka. („Bette, kochanie, twoja gierka się skończyła. Właśnie rozmawiałem z tą przerażoną myszką, która twierdzi teraz, że zajmuje twój boks, co sprawia, że zastanawiam się, co właściwie robisz w tej chwili. Pasemka, mam nadzieję? A może wzięłaś sobie kochanka? Oczekuję cię dziś punktualnie o szóstej, żebyś wyjawiła nam wszystkie krwiste szczegóły. Potem dotrzymasz nam towarzystwa na skromnym przyjątku w Elaine's”).

– Kochanie, oczywiście że tak! Wreszcie porzuciłaś ten okropny bank. Jesteś taką upajającą istotą, tak fascynującą i wspaniałą, i uważam, że ta ponura praca wszystko to w tobie tłamsiła. – Umieścił swoje duże, starannie wymanikiurowane dłonie na mojej talii i prawie krzyknął: – Co ja widzę? Talia? Na Boga, Simonie, ta dziewczyna odzyskała figurę. Chryste, wyglądasz, jakbyś spędziła kilka ostatnich tygodni na odsysaniu tłuszczu w samych właściwych miejscach. Witamy z powrotem, kochanie! – Uniósł szklaneczkę z drinkiem, który przyrządził Simon (Willowi nie wolno było mieszać drinków, ponieważ miał ciężką rękę przy nalewaniu) i jednocześnie zdjął grafitowy wełniany kapelusz, który nosił już w czasach przed moim urodzeniem.

Simon uśmiechnął się i także uniósł szklankę, stukając się z nami delikatnie, by nie rozlać ani odrobiny cennego płynu. Ja oczywiście nie byłam taka ostrożna i lekko zmoczyłam dżinsy alkoholową miksturą. Gdybym była sama, zlizałabym ją wprost ze spodni. Hmm.

– A więc – ciągnął Will – to oficjalna wiadomość. Co będzie dalej? Pisanie dla jakiegoś magazynu? Może przystanek moda? Słyszałem, że „Vogue” akurat zatrudnia.

– Och, daj spokój-westchnęłam, niezadowolona, że zmuszają mnie do zastanawiania się nad tym wszystkim. – „Vogue”? Myślisz, że jestem odpowiednio ubrana czy wykwalifikowana, żeby pracować dla tej redaktor naczelnej? Jak ona się nazywa?

Tu wtrącił się Simon:

– Anna Wintour. I nie, w obu przypadkach.

– Nie? To co powiesz na „Bazaar”? – zapytał Will.

– Will… – Spojrzałam na swoje znoszone brzydkie buty na płaskim obcasie, a potem znów na niego. Może i wyrosłam z birkenstocków i mysich ogonków, ale wciąż tkwiłam obiema nogami w świecie Ann Taylor – przynajmniej pod wzglądem garderoby.

– Och, przestań jęczeć, kochanie. Coś znajdziesz. Pamiętaj, masz stałe zaproszenie, żeby dołączyć do mnie, wiesz przecież. To znaczy, jeśli naprawdę cię przyciśnie. – Will wspominał o tym najdelikatniej, jak się dało, odkąd byłam w liceum. Spontaniczne uwagi, jak zabawnie byłoby razem pracować albo coś na temat mojego wrodzonego talentu do przeprowadzania badań źródłowych i pisarstwa. Rodzice zachowywali każdy napisany przeze mnie esej i wysyłali kopie Willowi, który na drugim roku college'u, kiedy wybrałam specjalizację z angielskiego, przysłał mi olbrzymią kompozycję kwiatową. Dołączona do niej karteczka głosiła: „Dla przyszłej publicystki w rodzinie”. Często wspominał, że z wielką chęcią zdradziłby mi sekrety warsztatowe, bo uważał, że mogłoby mnie to wciągnąć. Nie wątpiłam, że miał raję. Tylko że ostatnio jego artykuły bardziej przypominały konserwatywne tyrady niż komentarze na temat towarzystwa i świata rozrywki, od których od lat uzależnieni byli jego czytelnicy. Will należał do mistrzów bardzo szczególnego rodzaju literackiego, nigdy nie zajmował się omawianiem zwykłych plotek, ale też nie brał samego siebie zbyt poważnie. Przynajmniej do niedawna, kiedy to napisał liczący tysiąc słów tekst o tym, dlaczego Organizacja Narodów Zjednoczonych to diabeł wcielony (streszczenie: „Dlaczego w wieku supertechnologii wszyscy ci dyplomaci muszą być fizycznie obecni w Nowym Jorku, zajmując najlepsze miejsca do parkowania i najlepsze stoliki w restauracjach, powiększając obcojęzyczne towarzystwo w mieście? Czemu nie mogą po prostu przesłać swoich głosów e-mailem z własnych krajów? Czemu musimy walczyć z korkami i koszmarem procedur bezpieczeństwa, kiedy i tak nikt ich nie słucha? A jeśli stanowczo odmówią pracy w sieci ze swoich krajów pochodzenia, czemu nie przeniesiemy całej zabawy do Scranton i wtedy się przekonamy, czy nadal tak się palą, żeby przyjeżdżać tu ulepszać świat?”). Coś we mnie marzyło o tym, żeby poznać kręgi, w których się obracał, ale wydawało się to zbyt proste. Hej, co za szczęśliwy zbieg okoliczności! Twój wujek jest sławnym, świetnie się sprzedającym publicystą, a ty zupełnie przypadkiem dla niego pracujesz. Will miał niedużą ekipę ludzi zajmujących się badaniami i asystentów, którzy, jak wiedziałam, byliby cholernie oburzeni, gdybym tak po prostu się pojawiła i zaczęła pisać. Martwiłam się też, żeby nie zniszczyć naszej dobrej relacji: skoro Will jest jedyną mieszkającą w pobliżu osobą z mojej rodziny, najlepszym przyjacielem i już niedługo całym życiem towarzyskim, teraz, kiedy Penelope wychodzi za mąż, praca razem przez cały dzień nie wydawała mi się najlepszym pomysłem.

– Zdaniem mojego byłego szefa nie potrafię sprostać ideałom przedstawionym w zwykłym cytacie dnia. Nie jestem pewna, czy chciałbyś, żeby ktoś taki dla ciebie pracował.

– Daruj sobie! Byłabyś lepsza niż te dzieciaki w moim biurze, które udają, że sprawdzają fakty, a tak naprawdę uaktualniają swoje profile na stronach towarzyskich, dodając kuszące zdjęcia i groteskowo nieoryginalne słowa zachęty. – Prychnął. – Pochwalam całkowity i kompletny brak etyki pracy, wiesz? Jak inaczej mógłbym codziennie pisać takie bzdury? – Dokończył martini, smakując z przyjemnością ostatni łyk, i podniósł się ze skórzanej sofy. – To tylko temat do przemyśleń, nic więcej. A teraz chodźmy. Mamy przyjęcie, na które trzeba zajrzeć.

Westchnęłam.

– No dobrze, ale nie mogę zostać do końca. Mam dzisiaj klub książki.

– Naprawdę, kochanie? To jakby z lekka pachnie spotkaniem towarzyskim. Co czytacie?

Szybko przemyślałam sprawę i rzuciłam pierwszy możliwy do przyjęcia tytuł, jaki przyszedł mi do głowy.

– Moby Dicka.

Simon odwrócił się i popatrzył na mnie.

– Czytacie Moby Dicka? Naprawdę?

– Oczywiście, że nie – roześmiał się Will. – Bette czyta Namiętność i ból w Pensylwanii czy coś w tym stylu. Nie możesz się pozbyć tego nawyku, prawda, kochanie?

– Nie rozumiesz tego, Will. – Spojrzałam Simonowi w oczy. – Bez wzglądu na to, ile razy mu to wyjaśniałam, odmawia zrozumienia.

– Zrozumienia czego, dokładnie? Tego, że moja urocza i niezwykle inteligentna siostrzenica z dyplomem z angielskiego nie tylko czyta, ale ma obsesję na punkcie romansów? Masz rację, kochanie, nie potrafię tego zrozumieć.

Wpatrywałam się we własne stopy, udając głębokie zawstydzenie.

– Bardzo niegrzeczny chłopiec to zupełna nowość… i bardzo oczekiwana. Co dowodzi, że nie jestem osamotniona – to jedna z najczęściej zamawianych w przedsprzedaży książek na Amazonie i miała trzy tygodnie opóźnienia w dostawie po wydaniu!

Will spojrzał na Simona, z niedowierzaniem kręcąc głową.

– Kochanie, ja po prostu nie rozumiem dlaczego. Dlaczego?

Dlaczego? Dlaczego? Jak miałabym odpowiedzieć na to pytanie? Sama je sobie zadawałam milion razy. Zaczęło się zupełnie niewinnie, odkryciem porzuconego egzemplarza Gorącej wojowniczki * w kieszeni siedzenia podczas lotu z Poughkeepsie do Waszyngtonu. Miałam trzynaście lat i byłam wystarczająco duża, by wyczuć, że powinnam ukryć książkę przed rodzicami, co też zrobiłam. Cholerny romans był taki dobry, że chcąc dokończyć lekturę, udałam ból gardła, kiedy dotarliśmy do hotelu, i wykręciłam się od marszu NARAL **, w którym oboje brali udział. Nauczyłam się od pierwszego rzutu oka rozpoznawać romanse, w parę sekund wyszukiwać je na bibliotecznych półkach, zdejmować z obrotowych stojaków w drogeriach i szybko płacić za nie ze swoich skromnych dochodów w dziale aptecznym, kiedy mama płaciła za zakupy od frontu. Czytałam dwa albo trzy tygodniowo, mając mgliste wrażenie, że to kontrabanda, a zatem trzymając je w ukryciu pod szafą. Czytałam wyłącznie po zgaszeniu światła i zawsze pamiętałam, żeby przed zaśnięciem upchnąć je do schowka.

Kiedy odkryłam romanse, byłam zakłopotana jawną sugestią seksualną na okładce i, oczywiście, plastycznymi opisami w środku. Jak każda nastolatka nie chciałam, by rodzice mieli świadomość, że cokolwiek wiem na ten temat, i czytałam ukradkiem, tylko wtedy kiedy na pewno nie mogli mnie zobaczyć. Ale mając mniej więcej siedemnaście lat, może w przedostatniej albo ostatniej klasie liceum, przestałam się ukrywać. Towarzyszyłam ojcu podczas wizyty w lokalnej księgami, gdzie chciał odebrać książki ze specjalnego zamówienia, które złożył, i kiedy przyszedł moment regulowania należności, pchnęłam po ladzie egzemplarz Jej królewskiego ochroniarza *** i mruknęłam zdawkowo:

– Nie wzięłam portmonetki. Możesz mi to kupić? Oddam ci, kiedy wrócimy do domu.

Wziął książką do ręki i trzymał w dwóch palcach, jakby to było rozjechane przez samochód zwierzątko. Wyraz jego twarzy mówił, że uważa książkę za podobnie pociągającą. Chwilę później roześmiał się.

– Bettina, odłóż tę żałosną rzecz tam, skąd ją wzięłaś, i wybierz coś wartościowego. Obiecałem twojej mamie, że będziemy w domu za dwadzieścia minut, nie mamy czasu na żarty.

Uparłam się i kupił tę książkę choćby po to, żeby jak najszybciej wyjść ze sklepu. Kiedy wspomniał o moim zakupie przy kolacji tego wieczoru, był zakłopotany.

– Chyba tak naprawdę tego nie czytasz, prawda? – zapytał, a twarz miał skrzywioną, jakby usiłował zrozumieć.

– Czytam – odparłam po prostu. Mój głos nie zdradzał zawstydzenia, które czułam.

Mama upuściła widelec, aż szczęknął o talerz.

– Nie. – Zabrzmiało to tak, jakby miała nadzieją, że okaże się to nieprawdą, o ile wypowie się z odpowiednim naciskiem. – Niemożliwe.

– Ależ możliwe – powiedziałem bez przekonania, starając się poprawić atmosferą. – Podobnie jak pięćdziesiąt milionów innych ludzi, mamo. Są odprężające i ciekawe. To znaczy jest w nich cierpienie, ekstaza i szczęśliwe zakończenie. Czego więcej można chcieć? – Znałam wszystkie fakty i liczby i nie dało się zaprzeczyć, że prezentowały się imponująco. Dwa tysiące wydawanych co roku romansów tworzy przemysł wart półtora miliarda dolarów. Dwie piąte Amerykanek kupuje co najmniej jeden romans rocznie. Badaczka Szekspira (i profesor uniwersytetu Columbia) przyznała ostatnio, że napisała kilkanaście romansów. Czemu miałabym się wstydzić?

Czego nie powiedziałam wtedy rodzicom – ani nie wyjaśniłam teraz Willowi i Simonowi – to tego, jak uwielbiam romanse. Oczywiście częściowo dlatego, że były formą ucieczki, ale moje życie nie przedstawiało się aż tak rozpaczliwie, żebym musiała ukrywać się w świecie fantazji. Czytanie o dwojgu wspaniałych ludzi, którzy przezwyciężają wszystkie przeszkody, aby być razem, którzy kochają się tak bardzo, że zawsze znajdują sposób, żeby się im udało, działało na mnie inspirująco. Bonusem były sceny miłosne, ale co ważniejsze, te książki zawsze dobrze się kończyły, oferując taką dawkę optymizmu, że nie mogłam się powstrzymać, by zaraz nie zacząć czytać kolejnej. Były przewidywalne, relaksujące, zabawne, można było na nich polegać i, przede wszystkim, opisywały romanse, a nie mogłam zaprzeczyć – nieważne, jaką porcją feminizmu, poprawności politycznej czy kobiecego wyzwolenia mnie potraktowano – że właśnie romansu pragnęłam bardziej niż czegokolwiek innego na świecie. Czułam przymus porównywania każdej randki z Randką Idealną. Nic nie mogłam na to poradzić. Pragnęłam bajki. Co, czego nie trzeba wyjaśniać, nijak się miało do Camerona i większości nowojorskich związków między mężczyznami a kobietami. Ale nie przestałam mieć nadziei. Jeszcze nie.

Czy miałam zamiar wyjaśnić to Simonowi? Stanowczo nie. Dlatego właśnie się śmiałam i stwierdzałam lekceważąco, że „nie umiem sobie poradzić z rzeczywistością”, ilekroć ktoś pytał mnie, czemu czytam te książki.

– Och, mniejsza z tym. – Zaśmiałam się, nie patrząc w oczy ani Willowi, ani Simonowi. – To tylko takie głupstewko, które mnie wciągnęło, kiedy byłam dzieckiem, i jeszcze nie całkiem to rzuciłam.

Will uznał to nie do końca prawdziwe stwierdzenie za szczególnie zabawne.

– Głupstewko? Bette, kochanie, należysz do klubu książki, którego jedyną misją jest badanie tego wybranego gatunku i wyrażanie dlań głębokiego uznania I- ryknął.

To była prawda. Do czasu klubu nikt w moim życiu tego nie rozumiał. Ani moi rodzice, ani wujek, ani przyjaciele w liceum czy college'u. Penelope tylko kręciła głową, kiedy widziała romans w moim domu (co, nawiasem mówiąc, nie było trudne, biorąc pod uwagę, że miałam ich ponad cztery setki, upchniętych w pudłach, szafach, pojemnikach pod łóżkiem i czasami – kiedy okładka nie była zbyt żenująca – na półkach). Znałam dane mówiące, że czytają je całe rzesze kobiet, ale dopiero dwa lata temu w księgami Bames & Nobles w centrum spotkałam Courtney. Właśnie wyszłam z pracy i sięgałam po romans z obrotowego stojaka, kiedy usłyszałam za sobą dziewczęcy głos:

– Nie jesteś sama, wiesz?

Odwróciłam się i zobaczyłam śliczną dziewczynę o twarzy w kształcie serca i naturalnie różowych ustach, mniej więcej w moim wieku. Jej blond loki były podobne do loków Nelly z Domku na prerii i robiła wrażenie tak delikatnej, jakby w każdej chwili mogła się złamać.

– Przepraszam? Mówiłaś coś do mnie? – zapytałam, szybko przykrywając swój egzemplarz Marzenia każdej kobiety * ogromnych rozmiarów słownikiem angielsko-greckim, który stał w pobliżu.

Skinęła głową i przysunęła się bliżej, żeby wyszeptać:

– Mówię tylko, że nie musisz dłużej czuć się zawstydzona. Są inne.

– Kto powiedział, że jestem zawstydzona? – oburzyłam się. Zerknęła na moją obecnie zasłoniętą książkę i uniosła brew.

– Słuchaj, nazywam się Courtney i też mam bzika na ich punkcie. Skończyłam college, mam prawdziwą pracę i nie boję się przyznać, że kocham te cholerne książki. Jest nas cała grupa, wiesz? Spotykamy się dwa razy w miesiącu, żeby o nich porozmawiać, wypić kilka drinków, upewnić się nawzajem, że to, co robimy, jest w porządku. To trochę klub książki, a trochę grupa wsparcia. – Zaczęła grzebać w swojej torbie na ramię i znalazła zmiętolony paragon. Zębami zdjęła zakrętkę z pióra Montblanc i nabazgrała adres w Soho oraz e-mail.

– Następne spotkanie mamy w ten poniedziałek wieczorem. Przyjdź. Dołączyłam mój adres mailowy, gdybyś miała jakieś pytania, ale nie ma o co pytać. Czytamy to… – Dyskretnie mignęła egzemplarzem Kto chce poślubić wymarzonego? ** - i byłybyśmy zachwycone, gdybyś do nas dołączyła.

Być może była to oznaka prawdziwego uzależnienia, ale rzeczywiście zjawiłam się tydzień później w mieszkaniu zupełnie obcej osoby. Szybko się przekonałam, że Courtney miała rację. Każda dziewczyna była inteligentna, seksowna i na swój sposób interesująca, każda kochała romanse. Nie licząc sióstr bliźniaczek, żadna z kobiet nie była przyjaciółką czy koleżanką żadnej z grupy, wszystkie trafiły do klubu w mniej więcej ten sam sposób. Z zaskoczeniem i pewnym zadowoleniem przekonałam się, że tylko ja jedna „ujawniłam” swój nałóg. Żadna z dziewczyn nie wyznała mężowi, przyjaciółce czy rodzicom prawdziwego celu klubu książki. Podczas tych dwóch lat, kiedy należałam do klubu, tylko jedna przyznała się do swoich czytelniczych preferencji chłopakowi. Kpiny, które musiała znieść, zmieniły jej życie; zerwała z nim, kiedy zdała sobie sprawę, że żaden mężczyzna, który by ją prawdziwie kochał (w domyśle: jak bohater romansu) nie drwiłby tak bezlitośnie z czegoś, co sprawia jej przyjemność. Przeżywałyśmy razem nowe prace, śluby i nawet jeden proces, ale kiedy wpadałyśmy na siebie na ulicy czy przyjęciu, ograniczałyśmy się do krótkiego „cześć” i porozumiewawczego spojrzenia. Ostatnio przegapiłam spotkanie i cieszyłam się na dzisiejszą sesję cały tydzień – nie zamierzałam pozwolić Willowi na zepsucie mi tej przyjemności.

Simon, Will i ja natychmiast załadowaliśmy się do samochodu, ale kiedy podjechaliśmy pod restaurację na Osiemdziesiątej Ósmej i Drugiej dało się zauważyć, że nie jesteśmy pierwsi.

– Weźcie się w garść! – zdołał szepnąć Simon, zanim ciężkim krokiem nadeszła Elaine.

– Spóźniliście się! – warknęła, wskazując salę z tyłu, gdzie zebrało się kilka osób. – Idźcie zająć się swoimi ludźmi, przyniosę wam drinki.

Weszłam za nimi do sali w tej skromnej, acz legendarnej restauracji, i rozejrzałam się. Każdy wolny kawałek przestrzeni zajmowały książki, z którymi rywalizowały tylko oprawione i opatrzone autografami zdjęcia każdego chyba autora, który publikował w dwudziestym wieku. Drewniana boazeria na ścianach i familiarna atmosfera pasowałyby do zwykłej knajpy za rogiem, gdyby nie to, że zdołałam rozpoznać ludzi zebranych już wokół stołu nakrytego na dwadzieścia osób: Alan Dershowitz, Tina Brown, Tucker Carlson, Dominick Dunne i Barbara Walters. Kelnerka wręczyła mi dirty martini i od razu zaczęłam je sączyć, wychylając ostatnią kroplę dokładnie w chwili, gdy wszystkie miejsca przy stole zostały zajęte przez eklektyczną grupę, na którą składali się głównie ludzie z mediów i politycy.

Will wznosił właśnie toast za Charliego Rose'a, którego nową książką mieliśmy uczcić na tym spotkaniu, kiedy jedyna oprócz mnie kobieta przed czterdziestką nachyliła się i zapytała:

– Jakim sposobem się w to wpakowałaś?

– Jestem siostrzenicą Willa, nie miałam wyjścia.

Zaśmiała się miękko i położyła mi rękę na kolanie, czym okropnie mnie zdenerwowała, dopóki nie uświadomiłam sobie, że próbuje dyskretnie wymienić uścisk dłoni. – Jestem Kelly. Zmontowałam to skromne przyjęcie dla twojego wujka, więc w pewnym sensie też jestem zobligowana, żeby tu być.

– Miło mi cię poznać – odszepnęłam. – Jestem Bette. Po prostu siedziałam wcześniej u nich w domu i jakimś cudem znalazłam się tutaj. W każdym razie wydaje się, że to bardzo miła kolacja.

– Poważnie? To także nie mój styl, ale uważam, że służy celom twojego wujka. Dobre towarzystwo, wszyscy, którzy potwierdzili przybycie, rzeczywiście się zjawili – co się nigdy nie zdarza – a Elaine jak zwykle się sprawdziła. Ogólnie rzecz biorąc, jestem zadowolona z osiągniętego efektu. Jeżeli uda nam się nie dopuścić do tego, żeby za bardzo się upili, uznam, że wieczór był perfekcyjny.

Towarzystwo szybko wykończyło pierwszą rundę koktajli i teraz atakowało sałatki, które się przed nimi pojawiły.

– Kiedy mówisz, że to „zmontowałaś”, co dokładnie masz na myśli? – zapytałam, bardziej żeby coś powiedzieć niż z ciekawości, ale Kelly chyba tego nie zauważyła.

– Jestem właścicielką firmy PR – odparła, sącząc białe wino. – Reprezentujemy klientów wszelkiego typu, restauracje, hotele, butiki, firmy fonograficzne, wytwórnie filmowe, indywidualne sławy, i robimy co się da, żeby podwyższyć ich atrakcyjność za pomocą wzmianek w mediach, prezentacji produktów, tego typu rzeczy.

– A dzisiaj? Kogo tu reprezentujesz? Willa? Nie wiedziałam, że ma kogoś od PR.

– Nie, dzisiaj zostałam zatrudniona przez wydawcę Charliego, żeby zmontować kolacją dla elit medialnych, tych dziennikarzy, którzy są rozpoznawalni dzięki sile własnego talentu. Wydawca zatrudnia oczywiście własnych ludzi od PR, ale nie zawsze mają odpowiednie kontakty, żeby zorganizować coś tak specjalnego. Wtedy wkraczam ja.

– Rozumiem. Ale skąd znasz tych wszystkich ludzi?

Roześmiała się.

– Mam biuro pełne ludzi, których zajęciem jest znać wszystkich, których warto znać. Trzydzieści pięć tysięcy nazwisk! Możemy skontaktować się z każdym z nich w dowolnej chwili. Tym się zajmujemy. A skoro już o tym mowa, to gdzie pracujesz?

Na szczęście zanim zdołałam sklecić jakieś stosownie nieszkodliwe kłamstwo, w drzwiach stanęła Elaine i dyskretnie przywołała Kelly, która szybko wstała z krzesła i poszła prosto do głównej sali. Odwróciłam się do Simona, który siedział po mojej lewej, zauważając przedtem, że jakiś przykucnięty w kącie fotograf dyskretnie robi zdjęcia bez flesza.

Przypomniałam sobie pierwsze medialne przyjęcie, na które zaciągnął mnie Will, kiedy miałam czternaście lat i przyjechałam z wizytą z Poughkeepsie. Tamtego wieczoru też byliśmy w Elaine's, także na przyjęciu związanym z książką, i zapytałam Simona:

– Czy to nie dziwne, że ktoś robi nam zdjęcia, kiedy jemy kolację?

Zachichotał.

– Oczywiście, że nie, kochanie. Dokładnie po to tu wszyscy jesteśmy. Jeżeli nie ma zdjęcia na stronach towarzyskich, czy przyjęcie tak naprawdę się odbyło? Nie byłby w stanie zapłacić za taką uwagę prasy, jaką ma dziś zapewniona jego książka. Ten fotograf jest z czasopisma „New York”, jeśli dobrze pamiętam, i kiedy tylko wyjdzie, od razu zakradnie się kolejny. A przynajmniej wszyscy mają taką nadzieję.

Will od dziecka uczył mnie, jak rozmawiać z ludźmi. Najważniejsze to pamiętać, że nikogo nie obchodzi, co robisz albo myślisz, więc siadaj i natychmiast zacznij zadawać pytania osobie po swojej prawej stronie. Pytaj o cokolwiek, udawaj zainteresowanie dowolną sprawą i każdą niezręczną chwilę ciszy zapełnij kolejnymi pytaniami. Po latach instruktażu i ćwiczeń potrafiłam sprostać konwersacji niemal z każdym, ale tego wieczoru bawiło mnie to w równie niewielkim stopniu, jak w czasach, kiedy byłam nastolatką, więc się pożegnałam i wymknęłam po sałatce.

Spotkanie klubu książki odbywało się w mieszkaniu Alex w East Village, więc wskoczyłam w metro 6 i przewijałam listę nagrań w swoim iPodzie, dopóki nie znalazłam In My Dream w wykonaniu REO Speedwagon. Kiedy wysiadłam z pociągu na Astor Place, całym ciałem wpadła na mnie drobniutka kobieta, wyglądająca na szkolną bibliotekarkę. Przeprosiłam za swój udział w wypadku (fakt, że się tam znalazłam) szczerym „przepraszam”, na co okręciła się jak fryga i z twarzą wykrzywioną wściekle jak u demona wrzasnęła:

– PRZEPRASZAM? MOŻE BY SIĘ TO NIE STAŁO, GDYBYŚ SZŁA WŁAŚCIWĄ STRONĄ CHODNIKA! – Po czym odeszła, przeklinając pod nosem. Przydałoby jej się parę godzin z Bardzo niegrzecznym chłopcem, pomyślałam.

Zadzwoniłam do drzwi budynku na Avenue C i zaczęłam okropną wspinaczkę. Alex twierdzi, że jej kawalerka znajduje się na szóstym piętrze, ale biorąc pod uwagę chińską pralnię, która zajmowała parter, i fakt, że numery nie zaczynały się przez całą jedną kondygnację, praktycznie oznaczało to siedem pięter nad ziemią. Alex była typową artystką z East Village, od stóp do głów na czarno, z włosami wciąż w innym kolorze i dyskretnym kolczykiem, który regularnie wędrował między wargą, nosem a brwią. Artystką z East Yillage namiętnie oddaną romantycznym powieściom dla kobiet. Oczywiście gdyby ktoś z jej znajomych się dowiedział, miała też najwięcej do stracenia – popularność w środowisku – więc wszystkie zgodziłyśmy się powiedzieć jej sąsiadom, gdyby pytali, że spotykamy się tam na zebrania Anonimowych Seksoholików. „Wolisz im powiedzieć, że jesteś uzależniona od seksu, niż że czytasz?”, zapytałam, kiedy nas instruowała. „Eee, tak!”, odparła bez chwili wahania. „Uzależnienie jest w porządku. Wszyscy kreatywni ludzie są od czegoś uzależnieni”. Więc zrobiłyśmy, jak nas prosiła.

Wyglądała bardziej punkowo niż zwykle w skórzanych spodniach w stylu motocyklowego gangu i klasycznym spranym T-shircie CBGB *. Wręczyła mi rum i colę, po czym usiadłam na jej łóżku i obserwowałam, jak nakłada kolejnych sześć czy coś koło tego warstw tuszu w oczekiwaniu na resztę. Pierwsze zjawiły się Janie i Jill, dwujajowe bliźniaczki tuż po trzydziestce. Janie wciąż się uczyła, mozoląc się nad uzyskaniem jakiegoś zaawansowanego tytułu z architektury, a Jill pracowała w agencji reklamowej. Zakochały się w harlequinach jako małe dziewczynki, kiedy ukradkiem, w nocy pod kołdrą, czytały książki swojej mamy. Zaraz po nich przyszła Courtney, która wprowadziła mnie do grupy, redaktorka w „Teen People”. Musiała nieść krzyż upodobania nie tylko do czytania wszystkich romansów, jakie kiedykolwiek napisano, ale także do ich pisania. I wreszcie Vika, pół Szwedka, pół Francuzka z importu, z rozkosznym akcentem i bezpieczną pracą przedszkolanki w prywatnej szkole na Upper East Side. Zdecydowanie tworzyłyśmy barwną grupę.

– Czy ktoś ma jakieś wieści, zanim zaczniemy? – zapytała Jill, podczas gdy reszta z nas siorbała drinki tak szybko, jak tylko pozwalał na to cukierkowo słodki napój. Zawsze przejmowała prowadzenie i starała się utrzymać nas w ryzach, gest całkowicie bezużyteczny, gdy weźmie się pod uwagę, że nasze spotkania bardziej przypominały sesje terapeutyczne niż badania literackie.

– Rzuciłam pracę – obwieściłam radośnie, unosząc plastikowy czerwony kubek.

– Zdrowie! – wykrzyknęły dziewczyny, stukając się szklankami.

– Rzuciłaś ten koszmar w samą porę – stwierdziła Janie.

Vika się z tym zgodziła.

– Tak, tak, nie będziesz tęskniła za twoim szefem, tego jestem pewna. – Akcent miała uroczy, choć dziwny.

– Nie będę tęskniła za Aaronem, tego jestem pewna.

Courtney nalała sobie drugiego w ciągu dziesięciu minut drinka i zapytała:

– No tak, ale co teraz zrobimy z cytatem dnia? Czy ktoś może ci je przesyłać?

Od drugiego spotkania, w którym wzięłam udział, zaczęłam dzielić się z grupą radością i mądrością inspirujących cytatów Aarona. Po wstępnych uwagach odczytywałam im najlepsze z minionych tygodni i wszystkie pękałyśmy ze śmiechu. Ostatnio dziewczyny zaczęły przychodzić wyposażone we własne minicytaty, paskudne, sarkastyczne albo złośliwe epigramiki, które mogłam zabrać do biura i podzielić się nimi z Aaronem, gdyby przyszła mi na to ochota.

– To mi przypomina – powiedziałam bardzo z siebie zadowolona, wyciągając z torby wydruk – co dostałam zaledwie trzy dni przed tym, jak zwiałam, i jest to jeden z moich najulubieńszych tekstów. Głosi: „Praca zespołowa: mówiąc wprost to mniej ja i więcej my”. I to, moje drogie, urocza myśl.

– Rany – westchnęła Jill. – Dzięki, że się podzieliłaś. Stanowczo zamierzam wymyślić, jak mieć mniej ja i więcej my w moim życiu.

– Ja też – dodała Alex. – I ładnie to pasuje do tego cytaciku, na który się ostatnio natknęłam. Z naszego przyjaciela Gore'a Vidala. „Ile razy przyjaciel odnosi sukces, umiera drobna cząstka mnie”.

Śmiałyśmy się, dopóki Janie nie przerwała nam dość szokującym oświadczeniem:

– Skoro mowa o szefach… miałam, eee, wypadek z moim.

– Wypadek? – zdziwiła się Jill. – Nic mi nie mówiłaś!

– Bo to się stało wczoraj w nocy. Spałaś, kiedy wróciłam do domu. Dopiero teraz się widzimy.

– Chciałabym usłyszeć dokładne omówienie tego „wypadku” – powiedziała Vika, unosząc brwi.

– My, ee, jakby się związaliśmy – odparła z nieśmiałym uśmiechem.

– Co? – wrzasnęła Jill, wpatrując się w siostrę z mieszaniną przerażenia i zadowolenia. – Co się stało?

– No, zapytał, czy chciałabym wpaść na kolację, kiedy pozyskaliśmy nowego potencjalnego klienta. Poszliśmy na sushi, a potem drinki…

– A potem? – przynagliłam.

– A potem było więcej drinków, a potem, kiedy się zorientowałam, leżałam naga na jego kanapie.

– O mój Boże. – Jill zaczęła kołysać się w przód i w tył.

Janie spojrzała na nią.

– Czemu jesteś taka zdenerwowana? To nic wielkiego.

– Cóż, nie sądzę, żeby ci to szczególnie pomogło w karierze – odparła.

– W takim razie najwyraźniej nie wiesz, jaka utalentowana potrafię być w pewnych dziedzinach. – Janie uśmiechnęła się groźnie.

– Spałaś z nim? – zapytała Alex. – Proszę, powiedz „tak”. To by naprawdę rozjaśniło mi wieczór. Bette, bankier inwestycyjny, rzuca pracę, nie mając niczego w zanadrzu, a ty pieprzyłaś swojego szefa? Nareszcie zaczęłabym czuć, że mam na was jakiś wpływ.

– Cóż, nie wiem, czy można powiedzieć, że tak naprawdę uprawialiśmy seks – mruknęła Janie.

– A co to ma znaczyć, do cholery? – oburzyła się Alex. – Seks albo był, albo go nie było.

– No cóż, gdyby nie był moim szefem, pewnie nawet bym tego nie liczyła. Parę razy włożyć i wyjąć – nic wielkiego.

– To więcej, niż mi się trafiło od dwóch lat – stwierdziłam.

– Interesujące. Zastanawiam się teraz, ilu innych facetów podpada pod kategorią „nic wielkiego, nie warto tego liczyć”. Janie? Zechcesz nas oświecić? – zapytała Courtney. Alex wróciła ze swojej mieszczącej lodówką i płytką elektryczną kuchni z tacą szklanek pełnych po brzegi.

– Nie widzą sensu, żeby rozmawiać o Bardzo niegrzecznym chłopcu, skoro mamy tu własną bardzo niegrzeczną dziewczynką – oznajmiła i puściła tacą w obieg.

Zaczynałyśmy się rozkrącać.

5

Kolejne trzy tygodnie minęły mi dość podobnie jak pierwszy miesiąc bezrobocia, zaledwie nieco mniej przyjemnie z powodu codziennych telefonów od Willa i rodziców, którzy, jak twierdzili, „tylko sprawdzali, jak sobie radzę”. Wyglądało to mniej więcej tak:

Mama: Cześć, kochanie. Jakieś nowe tropy?

Ja: Cześć, mamo. Biegam po mieście. Masa rzeczy brzmi obiecująco, ale jeszcze nie trafiłam na nic idealnego. A co u ciebie i taty?

Mama: W porządku, kochanie, tylko się o ciebie martwimy. Pamiętasz panią Adelman, prawda? Jej córka jest szefową działu zbierania funduszy w Earth Watch i namawia cię, żebyś do niej zadzwoniła, bo, powiedziała, zawsze przyda im się wsparcie oddanych, wykwalifikowanych ludzi.

Ja: Mmm, wspaniale. Zainteresuję się tym. [Przełączam kanał na CBS, bo zaczyna się Oprah.] Kończę, bo mam do napisania trochę listów motywacyjnych.

Mama: Listy motywacyjne? Och, oczywiście. Nie chcę cię zatrzymywać. Powodzenia, kochanie. Wiem, że niedługo coś znajdziesz.

Oprócz tych bolesnych siedmiu minut, kiedy to codziennie twierdziłam, że wszystko u mnie w porządku, poszukiwania pracy idą świetnie i na pewno niedługo coś znajdą, wszystko naprawdę układało się cudownie. Bob Barker *, Millington, mieszkanie pełne tanich książek w miękkich okładkach i cztery paczki cynamonowych cukierków Red Hots dziennie, żeby dotrzymać mi towarzystwa, kiedy ospale surfowałam po sieci w poszukiwaniu pracy, od czasu do czasu coś drukując i jeszcze bardziej sporadycznie składając gdzieś aplikację. Z całą pewnością nie czułam się przygnębiona, ale trochę trudno to było ocenić, szczególnie że rzadko wychodziłam z domu i myślałam głównie o tym, jak zachować obecny styl życia, nie znajdując kolejnej pracy. Cały czas słyszy się takich, którzy stwierdzają: „Nie miałem pracy tylko przez tydzień i zacząłem wariować! Bo wiesz, należę do tego typu ludzi, którzy muszą być produktywni, muszą mieć obowiązki”. Nie ja. Zagrażała mi oczywiście utrata płynności finansowej, ale uznałam, że w końcu coś się trafi albo zdam się na łaskę Willa i Simona. Niemądrze byłoby marnować czas na zamartwianie się, kiedy mogłam pobierać autentycznie cenne lekcje życia u Doktora Phila **.

Chociaż wiedziałam, że poczta przychodzi codziennie o drugiej, zwykle nie ruszałam się, żeby ją odebrać aż do późnego wieczora, kiedy chwytałam w objęcia rachunki oraz katalogi i wskakiwałam do windy. Trzynaste piętro. Pechowa trzynastka. Kiedy się zawahałam przed obejrzeniem mieszkania, agent uśmiechnął się szyderczo, mówiąc coś w rodzaju „Co, pani też wierzy w astrologię? Chyba pani żartuje, żeby przejmować się czymś tak absurdalnym… nie w sytuacji, kiedy w cenie jest centralna klimatyzacja!”. A ponieważ wyglądało na to, że obelżywe traktowanie przez ludzi, którym płaciłeś za wykonywanie dla ciebie usługi było czysto nowojorskim fenomenem, z miejsca wydusiłam przeprosiny i złożyłam podpis na kropkowanej linii.

Otworzyłam drzwi, obejrzałam uważnie podłogę w poszukiwaniu ewentualnych karaluchów i przygotowałam się na zwykłą histerię Millington. Zawsze wydawała się być przekonana, że tego właśnie dnia porzucę ją na zawsze, i każdy mój powrót do domu witała tak szalonym dyszeniem, prychaniem, wąchaniem, skokami i poddańczym siusianiem, że zastanawiałam się, czy któregoś razu nie umrze z podniecenia.

Pamiętając tych kilka książek o tresurze, które hodowca dorzucił „na wszelki wypadek”, urządziłam wielkie przedstawienie, ignorując ją, niedbale odstawiając torbę oraz rzucając płaszcz i spokojnie idąc w stronę kanapy, gdzie natychmiast wskoczyła mi na kolana i wyciągnęła się w górę, żeby dokonać rytualnego oblizywania mojej twarzy. Mokry języczek przesunął się z mojego czoła aż pod brodę, włączając w to nieudaną próbę dostania się do wnętrza moich ust, kiedy skończyły się pocałunki i zaczęło kichanie. Pierwsze kichnięcie opryskało mi szyję, ale zdołała się przewrócić, zanim nastał prawdziwy atak, i zrobiła mi olbrzymią mokrą plamę na przodzie spódnicy.

– Grzeczna dziewczynka – zamruczałam uspokajająco, czując się nieco winna, że trzymam jej trzęsące się ciałko w powietrzu na odległość wyciągniętych ramion, ale zaczynała się powtórka Nowożeńców *, a kichanie mogło potrwać z dziesięć minut. Ostatnio doszłam do tego, że mogłam patrzeć na Millington i nie myśleć o moim byłym chłopaku Cameronie, co oznaczało zdecydowany i oczekiwany postęp.

Penelope przedstawiła nas sobie na jakimś barbecue, które urządził Avery, kiedy oboje byliśmy dwa lata po ukończeniu szkoły. Nie jestem pewna, czy chodziło o lśniące brązowe włosy, czy o to, jak jego tyłek wyglądał w spodniach khaki od braci Brooks, ale byłam oczarowana do tego stopnia, że nie zauważyłam ciągot Camerona do rzucania nazwiskami znanych osób ani ohydnego zwyczaju dłubania w zębach po każdym posiłku. Przez jakiś czas byłam w nim szaleńczo zakochana. Z czułością opowiadał o obligacjach i sprzedaży, grze w lacrosse w prywatnej szkole średniej i weekendowych wypadach do Hamptons albo Palm Beach. Stanowił dla mnie eksperyment socjologiczny – nie tak rzadko spotykany, ale wciąż obcy okaz – i po prostu nie mogłam się nim nacieszyć. Oczywiście od początku byliśmy skazani na niepowodzenie -jego rodzina miała stałe miejsce w kronikach towarzyskich, moi rodzice, z powodu udziału w rozmaitych protestach, figurowali pewnie na listach niebezpiecznych agitatorów sporządzanych przez FBI. Ale w zestawieniu z pracą w bankowości jego agresywny styl chłopca z prywatnej szkoły dobitnie pokazywał rodzicom, że nie zamierzam poświęcić życia działalności dla Greenpeace. Zamieszkaliśmy razem rok po tym, jak się poznaliśmy, kiedy obojgu nam w tym samym momencie skończyły się umowy najmu. Mieszkaliśmy ze sobą od sześciu miesięcy, gdy zdaliśmy sobie sprawę, że nie mamy ze sobą nic wspólnego oprócz mieszkania, pracy w finansach i przyjaciół takich jak Avery i Penelope. Więc zrobiliśmy to, co zrobiłaby każda skazana na niepowodzenie para, i natychmiast wyruszyliśmy zakupić coś, co mogłoby nas zbliżyć albo przynajmniej dostarczyć tematu do rozmów innego niż rozważanie, czyja kolej poprosić właściciela o nową deskę sedesową. Zdecydowaliśmy się na czterofiintowego yorka, w cenie osiemset dolarów za funt, jak niejeden raz wyliczał Cameron. Zagroziłam, że go zabiję, jeżeli jeszcze raz oznajmi, że w Peter Luger zdarzało mu się zamawiać dania większe niż ten pies i wielokrotnie przypominałam, że wszystko to było jego pomysłem. Tak, jasne, istniała ta drobna niedogodność, moje uczulenie na wszystko, co miało sierść, żywe czy wypchane, zwierzęta i ubrania, ale on to wszystko przemyślał.

– Cameron, widywałeś mnie już w obecności psów. Nie rozumiem, dlaczego chcesz mnie – czy siebie – ponownie na to narażać. – Myślałam o pierwszym razie, kiedy poznałam jego rodzinę podczas zimowego weekendu w Adirondacks. Stanowili pocztówkowy przykład białych protestantów anglosaskiego pochodzenia – prawdziwy ogień na kominku, żadnych pilotów do sprzętu, żadnych kupionych w sklepie kłód drewna, piżamy od J. Crew w szkocką kratkę, porozstawiane wszędzie ozdobne drewniane kaczki, dość alkoholu, żeby usprawiedliwić wydanie licencji na wyszynk i dwa włóczące się wszędzie wielkie szczeniaki golden retrievery. Kichałam, płakałam i kaszlałam tak bardzo, że jego permanentnie wstawiona matka („Och, kochanie, jeszcze jeden kieliszek sherry powinien to załatwić!”) zaczęła robić pasywno-agresywne żarty, że ich pozarażam, a otwarcie pijany ojciec odstawił swój gin z tomkiem na czas dość długi, by zaproponować odwiezienie mnie na ostry dyżur.

– Bette, o nic się nie martw. Zbadałem sprawę i znalazłem dla nas idealnego psa. – Cameron wydawał się strasznie z siebie zadowolony i w duchu przeliczyłam, ile dni zostało nam do wygaśnięcia umowy. Sto siedemdziesiąt. Od czasu do czasu próbowałam sobie przypomnieć, co takiego nas z początku w sobie pociągało, co istniało przed zimnym napięciem rywalizacji, która stała się znakiem firmowym naszego związku, ale nic szczególnego nie przyszło mi do głowy. Cameron zawsze był nieco pospolity, coś, co wszystkie te prywatne szkoły zdołały zamaskować, ale nie poprawić. Był bezsprzecznie milutki, w stylu gładko wygolonego chłopca z katalogu Abercrombiego *, i wiedział, jak zwiększyć dawkę uroku osobistego, kiedy czegoś potrzebował, ale przede wszystkim pamiętam, jakie to było łatwe: mieliśmy tych samych przyjaciół, to samo upodobanie do narzekania i odpalania jednego papierosa od drugiego oraz prawie identyczne spodnie w kolorze łososiowym. Czy mój związek z Cameronem mógłby stać się modelowym przykładem dobrego romansu? Cóż, nie sądzę, ale jego skromna, rozwodniona wersja koleżeństwa wydawała się w tych dziwnych wczesnopodyplomowych latach idealnie stosowna.

– Nie wątpię, że to wyjątkowy pies, Cameronie – powiedziałam powoli, jakbym zwracała się do trzecioklasisty. – Problem. Polega. Na tym. Że. Jestem. Uczulona. Na. Wszystkie. Psy. Rozumiesz to zdanie, prawda? – Uśmiechnęłam się słodko.

Wyszczerzył zęby, niezniechęcony najbardziej protekcjonalnym tonem podłej suki, na jaki potrafiłam się zdobyć. Myślał o tym poważnie.

– Trochę podzwoniłem, przeprowadziłem badania i znalazłem dla nas – orkiestra, tusz!- hypoalergicznego psa. Możesz powiedzieć „hypoalergiczny”? No proszę, B., powtórz za mną, „hypo…”

– Znalazłeś dla nas hypoalergicznego psa? Co to ma znaczyć, takie je hodują? Ostatnie, czego mi potrzeba, to jakiś genetyczny mutant, który najprawdopodobniej pośle mnie prosto do szpitala. Chyba żartujesz.

– B., nie rozumiesz? To ideał. Hodowca twierdzi, że ponieważ yorki mają prawdziwe włosy, nie sierść, nie można się na nie uczulić. Nawet ty. Umówiłem nas w sobotę na spotkanie, żebyśmy mogli sobie jednego wybrać. Są w Darien, zaraz obok mojego biura, i obiecali zarezerwować dla nas przynajmniej jednego chłopca i jedną dziewczynkę, żebyśmy mieli wybór.

– Muszę pracować – stwierdziłam apatycznie, już w tamtej chwili boleśnie świadoma, że dodawanie obciążeń będzie miało na ten konkretny związek wpływ destrukcyjny. Być może powinniśmy byli to wtedy zakończyć, ale w grudniu tak trudno jest znaleźć mieszkanie, a nasze było naprawdę przyzwoitej wielkości – i, cóż, psy są urocze i stanowią rozrywkę… więc się zgodziłam. – W porządku, niech będzie sobota. Pójdę do biura w niedzielę, żebyśmy mogli wybrać naszego hypoalergicznego psa.

Zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku i opowiedział o swoich planach, żeby wynająć samochód i może odwiedzić kilka pobliskich sklepów z antykami (i to mówił chłopak, który kłócił się niestrudzenie, żeby zatrzymać swój fotel wypełniony fasolą, kiedy kompletowaliśmy umeblowanie) i zaczęłam się zastanawiać, czy może, ale tylko może, ten genetyczny psi mutancik jest odpowiedzią na wszystkie nasze problemy.

Myliłam się.

Tak bardzo, bardzo się myliłam.

Cóż, nie wyrażam się jasno. Pies z całą pewnością niczego między nami nie naprawił (cóż za zaskoczenie), ale Cameron miał w tym przypadku rację: Millington okazała się rzeczywiście hypoalergiczna. Mogłam ją trzymać, przytulać się do niej, pocierać jej futrzastymi wąsikami o twarz i nic mnie nie swędziało. Problem polegał na tym, że sam pies był uczulony na wszystko. Wszystko. Jakimś sposobem jej cieniutkie szczenięce kichnięcia wydawały się takie milutkie, kiedy siedziała upchnięta między resztą szczeniaków w kuchni hodowcy. Takie urocze… jedyna suczka troszkę się przeziębiła, a my mieliśmy ją pielęgnować i doprowadzić do idealnego szczenięcego zdrowia. Tylko że przeziębienie nie chciało ustąpić, mała Millington nie przestawała kichać. Po trzech tygodniach ciągłej opieki i pielęgnacji – Cameron miał w to odpowiedni wkład, to mu muszę przyznać – nasza kuleczka radości nie miała się lepiej i to mimo tysiąca dwustu dolarów wydanych na konsultacje u weterynarza, antybiotyki, specjalny pokarm i dwie wizyty na ostrym dyżurze w środku nocy, kiedy rzężenie i odgłosy duszenia stały się szczególnie przerażające. Opuszczaliśmy dni w pracy, wrzeszczeliśmy na siebie i kończyły się nam pieniądze – moja bankowa i jego maklerska pensja ledwie wystarczały na pokrycie psich wydatków. Ostatecznie diagnoza brzmiała: „W wysokim stopniu reaktywna na większość alergenów gospodarstwa domowego, w tym kurz, piasek, pyłki, płyny czyszczące, detergenty, wybielacze, perfumy, sierść innych zwierząt i inne”.

Nie umknęła mi ironia sytuacji: ja, najbardziej alergiczna osoba na świecie, jakimś sposobem stałam się teraz właścicielką psa, który był uczulony na absolutnie wszystko. Prawdopodobnie byłoby to zabawne, gdybyśmy Cameron, Millington i ja spali więcej niż cztery godziny z rzędu przez trzy tygodnie, ale nie spaliśmy i nie było zabawnie. Co większość ludzi zrobiłaby w takiej sytuacji? Pamiętam, że zadałam sobie to pytanie, kiedy leżałam obudzona o pierwszej w nocy czwartego bezsennego tygodnia. Zdrowa psychicznie para, pozostająca w działającym związku, po prostu odesłałaby psa do hodowcy i zrobiła sobie wakacje w jakimś ciepłym miejscu, po czym śmiała się z czegoś, co z pewnością awansowałoby na ulubione wspomnienie i stało się zabawną opowiastką na przyjęciach. Więc co zrobiłam? Zatrudniłam przemysłową firmę sprzątającą, żeby usunęła każdy kawałek włosa, każdą cząstkę brudu, każdą smugę z każdej powierzchni, żeby pies mógł oddychać, i poprosiłam Camerona, żeby raz na zawsze się wyprowadził, co też zrobił. Penelope powiedziała mi sześć miesięcy później – nieco bardziej podniecona, niż wymagało tego całe wydarzenie – że zaręczył się ze swoją nową dziewczyną ubrany w kilt, podczas wyprawy na golfa do Szkocji, i przeprowadzali się na Florydę, gdzie jej rodzina posiadała niedużą wyspę. To kończyło wszystko: stało się dokładnie tak, jak miało się stać. Dwa lata później pies nauczył się tolerować zapach płynu do prania Wisk, Cameron zgodnie z rodzinną tradycją uczcił fakt zostania ojcem mocnym ginem z tonikiem, a ja miałam kogoś, kto tak się podniecał, że wracam co wieczór do domu, że z tej okazji siusiał. Wszyscy wygraliśmy.

Millington przestała wreszcie kichać i zapadła w narkoleptyczną drzemkę, jej ciałko leżało przyciśnięte do mojej nogi, unosząc się i opadając w rytmicznym oddechu, zgranym z telewizorem, który był zawsze włączony, żebym miała jakiś dźwięk w tle. Po Nowożeńcach trafiłam na maraton Queer Eye *. Carson, za pomocą szczypców, przeglądał garderobę jakiegoś heteroseksualnego faceta, opisując znalezione przedmioty jako „strasznie w stylu GAP, rocznik '87”, i zdałam sobie sprawę, że sprawdzając moją szafę, prawdopodobnie byliby równie przerażeni – po kobiecie spodziewano się chyba czegoś nieco lepszego niż garnitury „z haka” od Ann Tylor, jednej pary znoszonych dżinsów i bawełnianych topów, które pełniły rolę moich „strojów wyjściowych”.

Telefon zadzwonił trochę po jedenastej wieczorem. Trzymałam go w ręku i wpatrywałam się w wyświetlacz, cierpliwie czekając, żeby identyfikacja numeru rozpoznała rozmówcę. Wujek Will: odebrać czy nie odebrać? Zawsze dzwonił o dziwnych porach w wieczory, kiedy musiał oddać tekst, ale po całym dniu nicnierobienia byłam zbyt wyczerpana, żeby się z nim użerać. Wpatrywałam się w wyświetlacz jeszcze przez chwilę, nie mogąc podjąć decyzji, i włączyła się sekretarka.

– Och, Bette, odbierz ten cholerny telefon – powiedział Will. – Uważam, że cała ta usługa ujawniania rozmówcy jest wysoce obraźliwa. Miej przynajmniej tyle taktu, żeby pozbyć się mnie w środku rozmowy – każdy może spojrzeć na ten malutki komputerowy ekranik i zdecydować, że nie odbiera; imponującym osiągnięciem jest wyplątać się z trwającej już rozmowy z daną osobą. – Westchnął. Ja się roześmiałam.

– Przepraszam, przepraszam, byłam pod prysznicem – skłamałam.

– Ależ oczywiście, kochanie. Pod prysznicem o jedenastej wieczorem, przygotowując się do wieczornego wyjścia, hę? – zakpił.

– Tak trudno byłoby w to uwierzyć? Przedwczoraj wychodziłam, pamiętasz? Przyjęcie Penelope? Bungalow Osiem? Jedyna osoba na półkuli północnej, która nie wiedziała, gdzie to jest. Z czymś ci się to kojarzy? – Ugryzłam kolejny kawałek slim jima, którego to zwyczaju nabrałam, kiedy odkryłam, jak bardzo przeraził moich rodziców.

– Bette to było tak dawno temu, że ledwie pamiętam – zauważył spokojnie. – Słuchaj kochanie, nie zadzwoniłem, żeby znowu gderać, chociaż nie umiem znaleźć powodu, dla którego atrakcyjna dziewczyna w twoim wieku miałaby siedzieć sama w domu o jedenastej w czwartkowy wieczór, żując imitację kawałków mięsa i rozmawiając z pięciofuntowym psem, ale to nieistotne. Właśnie wpadłem na szczególnie błyskotliwy pomysł. Masz minutkę?

Oboje prychnęliśmy. Zdecydowanie miałam.

– Wszystko się panu pomyliło, panie Wybitny Publicysto. Rozmawiam z czterofuntowym psem.

– Bette, posłuchaj. Nie wiem, dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem, zachowałem się idiotycznie, nie dostrzegając tej możliwości, ale powiedz mi, kochanie, co myślisz o Kelly?

– Kelly? Jakiej Kelly?

– Dziewczyna, obok której siedziałaś na przyjęciu Charliego w Elaine's. Więc co uważasz?

– Nie wiem, robiła naprawdę miłe wrażenie. A co?

– Co? Kochanie, ostatnio cierpisz na prawdziwą martwicę mózgu. Co myślisz o pracy dla Kelly?

– Hę? Kto pracuje dla Kelly? Zgubiłam się.

– W porządku, Bette, powiedzmy to powoli. Biorąc pod uwagę, że jesteś obecnie bez pracy i wydaje się, że trochę za dobrze się z tym czujesz, pomyślałem, że może chciałabyś pracować dla Kelly.

– Planować przyjęcia?

– Kochanie, Kelly robi o wiele więcej niż planowanie przyjęć. Gawędzi z właścicielami klubów i sprzedaje publicystom plotki o klientach innych firm, żeby pisali dobre rzeczy o jej własnych klientach, wysyła znanym osobom prezenty, żeby przekonać je do uczestnictwa w jej imprezach, żeby zjawiła się na nich także prasa – a przy tym wszystkim ślicznie wygląda, bo wychodzi co wieczór. Tak, im więcej o tym myślę, tym bardziej chciałbym cię widzieć w planowaniu imprez. Jak to brzmi?

– Nie wiem. Myślałam, że może dobrze byłoby robić coś, ee, no wiesz, coś jakby…

– Znaczącego? – podpowiedział, wymawiając to słowo w taki sposób, w jaki ktoś inny mógłby powiedzieć „morderczego”.

– Cóż, tak. To znaczy nie tak, nie jak rodzice – mamrotałam. – Ale mam jutro spotkanie w głównej siedzibie Świadomego Rodzicielstwa. To tylko zmiana tempa, wiesz?

Przez chwilą milczał i wiedziałam, że starannie waży słowa.

– Kochanie, oczywiście brzmi to uroczo. Zawsze miło jest ulepszać świat. Jednakże zaniedbałbym swoje obowiązki, gdybym nie przypomniał ci, że taka zmiana kierunku twojej kariery naraża cię na ryzyko ponownego wejścia na Szlak Patchouli. Pamiętasz, jak to wyglądało, prawda kochanie?

Westchnęłam.

– Wiem, wiem. Po prostu zapowiadało się to dość interesująco.

– Cóż, nie mogę stwierdzić z całą pewnością, że planowanie imprez byłoby równie interesujące jak walka o prawa do reprodukcji, ale na pewno o wiele zabawniejsze. A to żadna zbrodnia, kochanie. Firma Kelly jest nowa, ale z pewnością jedna z najlepszych – ekskluzywna, z listą klientów, która robi wrażenie. Wspaniałe miejsce, żeby poznać wszelkiego rodzaju płytkich i zapatrzonych w siebie ludzi i wydostać się z tej dziury, w której się ostatnio ukryłaś. Czy jesteś zainteresowana?

– Sama nie wiem. Mogę to przemyśleć?

– Oczywiście, że możesz, kochanie. Dam ci następnych trzydzieści minut na rozważenie wszystkich za i przeciw przyjęcia pracy, która pozwoli ci imprezować za pieniądze. Spodziewam się, że podejmiesz właściwą decyzję. – Zanim zdążyłam powiedzieć choć słowo więcej, stuknęła odkładana słuchawka.

Tej nocy poszłam spać późno i cały następny dzień spędziłam na odwlekaniu podjęcia decyzji. Pobawiłam się ze szczeniakami w sklepie ze zwierzętami na rogu, zrobiłam przerwę na złapanie oddechu w Dylan's Candy Bar * i poukładałam w porządku alfabetycznym książki w miękkich okładkach, które leżały na widoku. Trzeba przyznać, że byłam ciekawa, czego wymaga ta praca. Część z tego wydawała się naprawdę pociągająca, szansa na nawiązywanie nowych znajomości bez konieczności siedzenia cały dzień za biurkiem. Lata pracy w bankowości nauczyły mnie troski o detale, a dekady wymuszonego przez Willa udziału w życiu towarzyskim dawały pewność, że potrafię rozmawiać z każdym na dowolny temat – i sprawiać wrażenie zaciekawionej, nawet jeśli w głębi ducha płakałam z nudów. Zawsze czułam się niezręcznie, trochę nie na miejscu, ale potrafiłam sprawiać wrażenie osoby, której nie zamykają się usta, co w znacznym stopniu przyczyniło się do wywołania w ludziach wrażenia, że posiadam talenta towarzyskie. No i oczywiście sama myśl o drukowaniu kolejnych życiorysów i staraniu się o rozmowy wstępne była znacząco bardziej bolesna niż organizowanie przyjęć. Wszystko to w połączeniu z faktem, że stan mojego konta opadł znacznie poniżej wymaganej kwoty minimalnej, sprawiło że praca w PR wydawała się wymarzona.

Zadzwoniłam do Willa.

– W porządku. Napiszę do Kelly i poproszę o informacje, jakie ma wymagania. Możesz mi podać jej adres mailowy?

Will prychnął.

– Jej co? – Odmówił zakupienia nawet automatycznej sekretarki, więc komputer zdecydowanie nie wchodził w grę. Wszystkie felietony pisał na rozklekotanej maszynie do pisania, a któraś z jego asystentek wprowadzała tekst do Worda. Kiedy przychodził moment redakcji. Will stawał za jej plecami, przyciskał palec do ekranu i polecał usunąć, dodać albo uzupełnić tekst.

– Specjalny komputerowy adres, dzięki któremu mogę napisać do niej elektroniczny list – powiedziałam powoli.

– Jesteś rozkoszna, naprawdę, Bette. Czemu miałabyś tego potrzebować? Poproszę, żeby do ciebie zadzwoniła z informacją, kiedy zaczynasz.

– Nie uważasz, że trochę uprzedzamy fakty? Może byłoby lepiej, gdybym najpierw wysłała jej swój życiorys, a potem, jeśli się spodobam, moglibyśmy wykonać kolejny krok. Zwykle tak to działa, wiesz?

– Tak, słyszałem – powiedział głosem zdradzającym coraz większe znudzenie. – W najlepszym razie strata czasu. Idealnie nadajesz się do tej pracy, ponieważ doprowadziłaś do perfekcji wszystkie te bankowe umiejętności – skupienie na szczegółach, pedanterię, dotrzymywanie terminów. A ja wiem, że Kelly to wspaniała dziewczyna, ponieważ była kiedyś moją asystentką. Po prostu do niej zadzwonię i wyjaśnię, jakie ma szczęście, że będziesz dla niej pracowała. Nie masz się czym martwić, kochanie.

– Nie wiedziałam, że była twoją asystentką! – w myślach starałam się obliczyć wiek Kelly.

– W rzeczy samej. Świeżo po college'u. Zatrudniłem ją w ramach przysługi dla jej ojca. Najlepsza asystentka, jaką miałem – inteligentna i miała motywację, zorganizowała mi pracę, a ja w zamian wyszkoliłem ją od zera. Potem poszła pracować w „People”, następnie przerzuciła się na PR. Z radością powita cię na pokładzie, możesz mi wierzyć.

– Dobrze. Skoro twierdzisz…

– Ja to wiem, kochanie. Uważaj sprawę za załatwioną. Poproszę, żeby do ciebie zadzwoniła, by omówić szczegóły, ale nie spodziewam się żadnych problemów. Jeśli tylko przejrzysz swoją garderobę i usuniesz z niej wszystkie garsonki – i to, co mogłoby przypominać garsonkę – wszystko uda się znakomicie.

6

Kelly osobiście czekała na mnie w holu i objęła jak dawno utraconą przyjaciółkę, kiedy zgodnie z instrukcją zjawiłam się pierwszego dnia pracy dokładnie o dziewiątej.

– Bette, kochanie, jesteśmy szczęśliwi, że jesteś z nami! – Sapnęła, szybkim spojrzeniem obrzucając moje ubranie. Przelotne spojrzenie szeroko otwartych oczu – niezupełnie panika, ale coś bliskiego zdenerwowaniu przemknęło po jej twarzy, zanim uzbroiła się w szeroki uśmiech, wzięła mnie za rękę i poprowadziła do windy.

Miałam dobre wyczucie, żeby uniknąć pełnej garsonki, ale dopiero kiedy rzuciłam okiem na ubrania całej reszty, zdałam sobie sprawę, że poczyniłam kalkulacje nie do końca trafne. Najwyraźniej moje wyobrażenie zwykłego stroju do pracy (grafitowe spodnie z mankietami, błękitna koszula i nierzucające się w oczy buty na niskim obcasie) różniło się nieco od koncepcji reszty personelu Kelly & Company. Biuro zajmowało rozległą przestrzeń w śródmieściu, było to pomieszczenie z oknami od podłogi do sufitu, które zapewniały widoki aż na Wall Street i na zachód do New Jersey, zdecydowanie nadając miejscu charakter loftu. Wokół dużego okrągłego stołu siedziało kilka osób, wszyscy, bez żadnych wyjątków, mieli irytująco atrakcyjną powierzchowność i wszyscy ubrani byli na czarno. Dziewczyna wyglądająca na najbardziej niedożywioną zawołała do Kelly:

– Page Six w sprawie komentarza co do trendu w przyjęciach przedślubnych, druga linia!

Kelly pokazała, żebym usiadła, po czym założyła za ucho i poprawiła coś, co wyglądało jak miniaturowa słuchawka. Sekundą później witała kogoś po drugiej stronie chichotem i gratulacjami, spacerując wzdłuż okien wychodzących na południe. Usiadłam obok superchudej dziewczyny i odwróciłam się, żeby się przedstawić, ale zobaczyłam przed oczami jej rękę z wyciągniętym w górę palcem, wyraźny znak, że powinnam zaczekać. W tym momencie zauważyłam, że każda z osób siedzących przy stole entuzjastycznie rozmawia, wszyscy jednocześnie, chociaż nie wyglądało na to, żeby rozmawiali ze sobą. Kolejną chwilę zajęło mi dostrzeżenie, że wszyscy mają wetknięte w uszy maleńkie bezprzewodowe słuchawki. Nie miałam pojęcia, że za kilka krótkich tygodni będę się czuła zupełnie naga – bezbronna! – bez telefonu na stałe umieszczonego przy twarzy. W tamtym momencie po prostu dziwnie to wyglądało. Dziewczyna poważnie skinęła głową i zerknęła w moją stronę, mrucząc coś niezrozumiale. Grzecznie odwróciłam wzrok i czekałam, aż ktoś się rozłączy i przywita.

– Halo? Halo? Mówiłaś, że jak ci na imię? – usłyszałam jej pytanie, kiedy przyglądałam się reszcie grupy. Zaskakująca równowaga między liczbą facetów i kobiet, podstawowa cecha wspólna: nieco odbierająca pewność siebie fizyczna atrakcyjność. Przestałam się przyglądać, a zaczynałam gapić, kiedy poczułam klepnięcie w plecy.

– Hej – powiedziała chuda. – Jak masz na imię?

– Ja? – zapytałam głupio, przekonana, że wciąż rozmawia przez telefon.

Zaśmiała się. Niezbyt przyjemnie.

– A jak myślisz, czyjego jeszcze imienia mogę tu nie znać? Jestem Elisa. – Wyciągnięta do mnie ręka była lodowato zimna i bardzo, bardzo chuda. Zaczęłam się przyglądać, jak pierścionek z brylantem obraca się wokół jej wychudzonego środkowego palca, i dopiero wtedy przypomniałam sobie, że muszę odpowiedzieć.

– Och, cześć. Jestem Bette. Bette Robinson. To mój pierwszy dzień.

– Tak, słyszałam. Cóż, witamy na pokładzie. Mało prawdopodobne, żeby Kelly szybko skończyła tę rozmowę, więc może cię przedstawię? – Zwinęła faliste, rudawoblond włosy w splątany węzeł i od spodu zabezpieczyła go klamrą. Kilka kosmyków się wysunęło i założyła je za ucho. Dotknęła głowy, żeby się upewnić, czy włosy wysuwają się z zapięcia w ten fantastyczny przypadkowy sposób, który to efekt zawsze usiłowałam osiągnąć, ale nigdy mi się nie udawało, a potem umieściła na głowie parę przesadnie wielkich czarnych plastikowych okularów słonecznych, żeby wszystko trzymały. Po krzyżujących się literach C z kryształków zorientowałam się, że to Chanel. Była w naturalny sposób szykowna, miałam wrażenie, że mogłabym przyglądać się jej bez końca.

Elisa podeszła do dalszego końca stołu i trzykrotnie, w krótkich odstępach czasu, pstryknęła włącznikiem światła. Natychmiast usłyszałam chór głosów oznajmiających do słuchawek, że bardzo ważna osoba dzwoni do nich na drugą linię i czy mogą oddzwonić za chwilę? Niemal jednocześnie sześć wymanikiurowanych rąk sięgnęło do sześciu par uszu i wyjęło sześć słuchawek, a Elisa w parę sekund zdołała skupić na sobie uwagę całej sali, nie mówiąc ani słowa.

– Hej, wszyscy, to Bette Robinson. Na początku będzie pracowała z Leo i ze mną, więc starajcie się jej za bardzo nie dręczyć, okej?

Kiwanie głowami.

– Cześć – powiedziałam głosem, który zabrzmiał piskliwie.

– To Skye – zaczęła Elisa, wskazując na sprawiającą wrażenie nerwowej dziewczynę w dżinsach koloru ciemnego indygo, obcisłym czarnym T-shircie z długimi rękawami, skórzanym pasku szerokości ponad dwa cale z masywną klamrą wysadzaną kamieniami i w najcudowniejszych kowbojskich butach z ukośnym obcasem, jakie w życiu widziałam. Była wystarczająco ładna, żeby nosić swoją superchłopiącą krótką fryzurkę, która korzystnie podkreślała jej wciętą kobiecą sylwetkę. Znów chciałam tylko siedzieć i się na nią gapić, ale zdołałam wydusić „cześć”, a Skye odpowiedziała na moje powitanie enigmatycznym uśmiechem. – Skye pracuje teraz na rzecz toreb Kooba – oznajmiła Elisa, po czym skierowała palec wskazujący na następną osobę. – To Leo, druga osoba ze stażem oprócz mnie. A teraz i ciebie – dodała tonem, którego nie udało mi się zinterpretować.

– Cześć kochanie, miło cię poznać – odezwał się Leo, wstając, żeby pocałować mnie w policzek. – Zawsze z przyjemnością witam kolejną ładną buzię w biurze. – Odwrócił się do Elisy. – Przepraszam, kotku, ale muszę lecieć i spotkać się z tym facetem od dżinsów Diesla na późnym śniadaniu. Powiesz to Kelly? – Skinęła głową, a on przełożył pasek torby konduktorki przez pierś i pospiesznie ruszył do drzwi.

– Davide, przywitaj się z Bette – poleciła Elisa jedynemu pozostałemu przy stole facetowi. Ciemne oczy Davide'a zerknęły niepokojąco spod ciężkich rzęs i gęstych ciemnych loków. Przesunął palcami po włosach i popatrzył na mnie. Po kilku chwilach niezręcznej ciszy powiedział „Allo” i w jego głosie zabrzmiał niejasny akcent.

– Część, Davide – odezwałam się. – Skąd masz ten wspaniały akcent?

– Oryginalnie z Włoch, oczywiście – szybko odparła w jego imieniu Elisa. – Nie poznajesz?

W tym momencie uznałam, że między Elisą a Davide'em coś jest – wibracje między nimi wręcz krzyczały „para” i pogratulowałam sobie, że jestem dość uważna, by zdać sobie z tego sprawę. Ale zanim zdążyłam przestać zachwycać się własnym sprytem, Elisa opadła mu na kolana, owinęła ramiona wokół jego szyi jak mała dziewczynka, która obejmuje tatusia, po czym pocałowała go w usta w zupełnie niedziecięcy sposób.

– Eliso, poważnie, oszczędź nam tych biurowych manifestacji uczucia, dobrze? -jęknęła Skye, wywracając oczami. – Wystarczająco okropny jest fakt, że wszyscy musimy wyobrażać sobie, jak w czasie wolnym uprawiacie seks… nie urzeczywistniaj tego na naszych oczach, okej?

Elisa tylko westchnęła i wstała, ale najpierw Davide zdążył chwycić i ścisnąć jej lewą pierś. Spróbowałam wyobrazić sobie dwójkę pracowników UBS podczas podobnej interakcji w sali konferencyjnej i o mało nie roześmiałam się na głos.

– No więc – ciągnęła Elisa, jakby ta minisesja biurowej macanki nie miała miejsca – Skye, Leo i Davide zajmują wyższe stanowiska. Ta trójka tam… – wskazała trzy śliczne młode dziewczyny, dwie blondynki i brunetkę, które siedziały zgarbione nad laptopami – to dziewczyny od wykazów. Są odpowiedzialne za dostarczanie nam wszystkich informacji, których każdy z nas może chcieć czy potrzebować, żeby obsłużyć imprezą. Znasz takie powiedzenie, że na świecie jest tylko kilka osób, które warto znać? Cóż, one je znają.

– Mmm, rozumiem – wymamrotałam, chociaż nie miałam pojęcia, o czym ona mówi.

Trzy godziny później czułam się, jakbym pracowała trzy miesiące. Byłam świadkiem zebrania personelu, podczas którego wszyscy snuli się po sali wyluzowani, pijąc dietetyczną colę oraz wodę Fiji i rozmawiając o przyjęciu urządzanym na cześć nowej książki Candance Bushnell. Skye sprawdzała informacje na liście, podczas gdy różni ludzie uaktualniali jej wiedzę na temat miejsca, statusu zaproszeń, menu, sponsorów, przydziału fotografów i dostępu prasy. Kiedy skończyła, Kelly uciszyła wszystkich i kazała najstarszej stażem dziewczynie od wykazów odczytać najnowszą listę potwierdzonych informacji o przyjęciu zaproszeń, jakby to było Słowo Boże. Każde nazwisko wywoływało kiwnięcie, westchnienie, uśmiech, mruknięcie, potrząśnięcie głową albo przewracanie oczami, chociaż ja rozpoznałam tylko parę osób. Nicole Richie. Karenna Gore Schiff. Christina Ricci. Gisele Bundchen. Kate i Andy Spade. Bret Easton Ellis. Rande Gerber. Cała ekipa i obsada Seksu w wielkim mieście. Kiwnięcie, westchnienie, uśmiech, mruknięcie, potrząśnięcie, oczy. Trwało to przez niemal trzy godziny i kiedy skończyli rozważać zalety i zagrożenia związane z każdą konkretną osobą – co przyjęcie, a co za tym idzie relacje prasowe o nim mogą zyskać dzięki każdej z nich, albo, gorzej, co mogą stracić – byłam bardziej wyczerpana, niż gdybym właśnie odłożyła słuchawkę po rozmowie z panią Kaufman. O drugiej, kiedy Elisa zapytała, czy mam ochotę wyskoczyć z nią na kawę, szybko powiedziałam „tak”.

Po drodze zapaliłyśmy i dopadło mnie nagłe, przemożne pragnienie, żeby dzielić talerz falafela na ławce przez budynkiem UBS z Penelope. Elisa prowadziła coś w rodzaju nieustającego komentarza na temat polityki firmy, tego, kto naprawdę pociąga za sznurki (ona), a kto naprawdę by tego chciał (wszyscy inni). Przywołałam swoją cenną umiejętność prowadzenia rozmowy z każdym i zadawałam jej pytania, wyciszając odpowiedzi. Dopiero kiedy usiadłyśmy przy stoliku w rogu z naszymi kawami – Elisa wzięła bezkofeinową i czarną – usłyszałam, co powiedziała.

– O. Mój. Boże. Możesz, kurwa, na to spojrzeć? – syknęła.

Podążyłam za jej spojrzeniem i zobaczyłam wysoką chudą kobietę ubraną w nierozpoznawalne dżinsy i klasyczny czarny blezer. Miała nieco spłowiałe brązowe włosy i zupełnie przeciętne ciało. Wszystko w niej wydawało się mówić „przeciętna pod każdym względem”. Podniecenie Elisy zdawało się wskazywać, że kobieta jest kimś sławnym, ale dla mnie nie wyglądała znajomo.

– Co? Kto to jest? – zapytałam, nachylając się konspiracyjnie. Tak naprawdę mnie to nie obchodziło, ale uznałam, że powinno.

– Nie „kto”, „co”! – Elisa praktycznie krzyknęła, tyle że szeptem. Nie oderwała jeszcze oczu od kobiety.

– Co? – zapytałam, wciąż nie rozumiejąc.

– Jak to co? Żartujesz? Nie widzisz? Potrzebne ci okulary? – Myślałam, że się ze mnie wyśmiewa, ale sięgnęła do wielkiej torby i wyciągnęła takie w cienkich oprawkach. – Masz, załóż i sama zobacz.

Przyglądałam się, nie wiedząc, o co chodzi, dopóki Elisa nie nachyliła się bardziej i nie powiedziała:

– Spójrz. Na. Jej. Torbę. Tylko zobacz i powiedz, czy to nie jest najwspanialsza rzecz, jaką w życiu widziałaś.

Przesunęłam wzrok na dużą skórzaną torbę, którą kobieta trzymała w zgięciu łokcia, zamawiając kawę. Kiedy przyszedł moment płacenia, położyła ją na ladzie, przeszukała i wyciągnęła portfel, po czym umieściła z powrotem na ramieniu. Elisa głośno jęknęła. Dla mnie wyglądało to jak zwykła torba, tylko większa.

– Omójboże, nie zniosę tego, jest taka niesamowita. Krokodylowa birkin. Najrzadsza z nich wszystkich.

– Co takiego? – zapytałam. Przelotnie rozważyłam udawanie, że wiem, o czym mówi, ale o tej porze wydało mi się to zadaniem wymagającym zbyt wielkiego wysiłku.

Zerknęła, badając moją twarz, jakby dopiero w tej chwili przypomniała sobie, że tu jestem.

– Ty naprawdę nie wiesz, prawda?

Pokręciłam głową.

Wzięła głęboki wdech, pociągnęła kawy dla wzmocnienia i położyła mi rękę na przedramieniu, jakby chciała zaznaczyć: „Teraz słuchaj uważnie, bo przekazuję ci jedyną informację, jaka kiedykolwiek będzie ci potrzebna”.

– Słyszałaś o Hermesie, prawda?

Skinęłam głową i zobaczyłam, że jej twarz zalewa fala ulgi.

– Jasne. Mój wujek cały czas nosi ich krawaty.

– Tak, cóż, znacznie ważniejsze niż krawaty są torby.

Pierwszym ogromnym przebojem była torba „Kelly”, nazwana tak na cześć Grace Kelly, kiedy zaczęła ją nosić. Ale naprawdę wielka – tysiąc razy bardziej prestiżowa – jest Birkin.

Spojrzała na mnie wyczekująco, więc mruknęłam:

– Mmm, wygląda uroczo. Bardzo ładna torba.

Elisa westchnęła.

– Z całą pewnością. Ta pewnie za jakieś dwadzieścia kawałków. Stanowczo jest tego warta.

Tak szybko wciągnęłam powietrze, że źle przełknęłam i się zakrztusiłam.

– Ile? Żartujesz. Niemożliwe! To torebka!

– To nie jest torebka, Bette, ale styl życia. Zapłaciłabym tyle w mgnieniu oka, gdybym tylko mogła taką dostać.

– Nie umiem sobie wyobrazić, że ludzie ustawiają się w kolejce, żeby wydać tyle na torbę- stwierdziłam. Co, dodam na swoją obronę, w tamtej chwili brzmiało w moich uszach całkowicie logicznie. Nie mogłam mieć pojęcia, jak głupio to zabrzmiało, ale na szczęście Elisa była przygotowana, żeby mnie o tym poinformować.

– Chryste, Bette, ty naprawdę nie masz pojęcia, co? Nie sądziłam, że został na tej planecie choć jeden człowiek, który przynajmniej nie znajduje się na liście oczekujących na „Birkin”. Zapisz się natychmiast i może – tylko może – dostaniesz torbę na czas, żeby któregoś dnia podarować ją swojej córce.

– Mojej córce? Dwadzieścia tysięcy dolarów za torbę? Żartujesz.

W tym momencie Elisa załamała się, sfrustrowana, i oparła głowę o stolik.

– Nie, nie, nie – jęknęła, jakby w ataku wielkiego bólu. – Po prostu nie rozumiesz. To nie jest zwyczajna torba. To styl życia. To oświadczenie. Podsumowuje, kim jesteś jako osoba. To sens życia.

Roześmiałam się z jej melodramatyczności. Podskoczyła na krześle i usiadła prosto.

– Miałam przyjaciółkę, która wpadła w straszną depresję, kiedy zmarła jej ukochana babcia i zerwał z nią chłopak, z którym była od trzech lat. Nie mogła jeść, nie mogła spać, nie mogła zwlec się z łóżka. Zwolnili ją, bo przestała się pokazywać w pracy. Wielkie wory pod oczami. Odmawiała widywania się ze wszystkimi. Nie odbierała telefonu. Kiedy wreszcie zjawiłam się u niej w mieszkaniu parę miesięcy później, wyznała mi, że rozważa samobójstwo.

– Okropne – mruknęłam, usiłując nadążyć za niespodziewaną zmianą tematu.

– Tak, to było okropne. Ale wiesz, co ją z tego wyrwało? Po drodze do jej mieszkania wstąpiłam do Hermesa, żeby dowiedzieć się o nowiny… Tak na wszelki wypadek. I wiesz co? Kiedy przyszłam, mogłam jej powiedzieć, że od „Birkin” dzieli ją zaledwie osiemnaście miesięcy. Możesz w to uwierzyć? Osiemnaście miesięcy!

– I co ona na to?

– A jak myślisz? Była zachwycona! Ostatnim razem, kiedy pytała, powiedzieli jej, że to trwa pięć lat, ale wyszkolili całą nową załogę rzemieślników i jej zamówienie miało być zrealizowane za półtora roku. Dokładnie w tej chwili poszła pod prysznic i zgodziła się wyjść ze mną na lunch. To było sześć miesięcy temu. Od tamtej pory odzyskała pracę i ma nowego chłopaka. Nie rozumiesz? Ta „Birkin” dała jej powód do życia! Po prostu nie możesz się zabić, kiedy jesteś tak blisko… nie ma takiej możliwości.

Teraz nadeszła moja kolej, żeby uważnie jej się przyjrzeć i sprawdzić, czy nie żartuje. Nie żartowała. W rzeczywistości Elisa wydawała się wręcz rozpromieniona opowiedzeniem tej historii, jakby zainspirowała ją do życia. Podziękowałam jej za wyedukowanie mnie w kwestii „Birkin” i zastanowiłam, w co dokładnie się wpakowałam. Bardzo się to różniło od bankowości inwestycyjnej i najwyraźniej musiałam się sporo nauczyć.

7

Była siódma trzydzieści czwartego dnia mojej pracy jako organizatorki imprez w Kelly & Company. Kiedy wracałam do domu, na stojaku na prasę w pobliżu mojego domu znajdował się tylko jeden egzemplarz „New York Daily News” z felietonem Willa. Czytałam „Wolą ludu” prawie co tydzień, odkąd nauczyłam się czytać, ale z jakiegoś powodu nigdy nie udało mi się zaprenumerować żadnej z gazet, która go drukowała. Oczywiście nigdy nie podniosłam w dyskusji tematu stopniowej zmiany tej rubryki w prywatną trybunę, z której Will wygłaszał swoje ekscentryczne perory na temat każdej społecznej „tragedii”, jaka spadła na jego ukochane miasto, ale trzymanie buzi na kłódką zaczynało być coraz trudniejsze.

– Bette! Świetny ten dzisiejszy felieton, jeśli pytasz mnie o zdanie! – ryknął pijackim głosem mój portier Seamus, otwierając drzwi budynku i powiewając egzemplarzem gazety. – Ten twój wujek za każdym razem trafia w sedno!

– Dobry? Jeszcze nie czytałam – powiedziałam roztargniona, idąc i mówiąc szybko, tak jak to robią ludzie, którzy rozpaczliwie starają się uniknąć rozmowy.

– Dobry? Fantastyczny! Nareszcie ktoś to rozumie! Każdy, kto żartuje z Hillary Clinton, jest moim przyjacielem! Myślałem, że byłem jedyną osobą w całym mieście, która głosowała na George'a W., ale twój wujek upewnia mnie, że nie.

– Mmm. Pewnie tak. – Zmierzałam w stronę windy, ale on nie przerywał.

– Są jakieś szanse, że wpadnie cię odwiedzić? Marzę o tym, żeby osobiście mu powiedzieć, jak bardzo…

– Z pewnością dam ci znać! – zawołałam, gdy drzwi windy wreszcie go wygłuszyły. Pokręciłam głową, wspominając jedyną wizytę wujka u mnie w domu i to, jak Seamus wychodził z siebie, kiedy rozpoznał nazwisko Willa. Przerażające było, że uosabia grupę jego docelowych czytelników.

Millington o mało się nie połamała, wijąc się w paroksyzmach radości, kiedy otworzyłam drzwi, podniecona nawet bardziej niż zwykle teraz, gdy znów pracowałam cały dzień. Biedna Millington. Nie będzie dziś spaceru, pomyślałam, rutynowo drapiąc ją po głowie i siadając, żeby przeczytać najnowszą tyradę Willa. Millington podreptała skorzystać ze swojej Wee-Wee Pad *, zdając sobie sprawę, że dziś też nie opuści mieszkania, a potem wskoczyła mi na pierś, żeby ze mną poczytać.

Właśnie w chwili, gdy rozsiadałam się ze swoim zbiorem menu na wynos, komórka zawibrowała na stoliku jak nakręcana zabawka. Telefon należał do firmy i, podobnie jak w przypadku! moich nowych kolegów, nie przestawał dzwonić. Ostatnie trzy wieczory spędziłam poza domem, uczestnicząc w imprezach urządzanych przez firmę, towarzysząc Kelly, gdy zajmowała i się wszystkim po kolei, od konsultacji z klientami po zwalnianie zbyt powolnych barmanów, sprawowanie roli gospodyni i organizowanie przepustek dla prasy. Godziny pracy były jeszcze bardziej wyczerpujące niż w banku – cały dzień pracy w firmie, a po nim noc poza domem – ale biuro tętniło obecnością młodych ładnych ludzi i skoro już musiałam poświęcać piętnaście godzin dziennie jednemu tematowi, uznałam, że być| może wolę didżejów albo koktajle na szampanie niż zróżnicowane portfele inwestycyjne. Przynajmniej mogłam się pochwalić imponującym tempem zdobywania wiedzy.

„Wiadomość odebrana” pojawiło się na kolorowym wyświetlaczu. SMS? Myślałam, że tak naprawdę takie wiadomości wysyłają do siebie tylko dzieciaki z liceum i ludzie głosujący w Idolu. Nigdy wcześniej nie dostałam SMS-a ani nie wysłałam. Po chwili wahania spojrzałam na wyświetlacz i nacisnęłam „odczytaj”.

kol dzis @9? cip srdm zach broad do zoba

Co to jest? Jakieś zaszyfrowane zaproszenie na kolację, to na pewno, ale dokąd i z kim? Jedyną wskazówką co do jego pochodzenia był zaczynający się od 917 numer, którego nie rozpoznałam. Zadzwoniłam pod tenże i od razu odebrała jakaś zadyszana dziewczyna.

– Hej, Bette! Co słychać? Będziesz dzisiaj? – powiedział głos, niwecząc moje nadzieje, że ktoś po prostu wybrał zły numer.

– Ee, cześć. Ee, kto mówi?

– Bette! Tu Elisa. Od tygodnia pracujemy razem całą dobę! Wychodzimy dzisiaj wszyscy, żeby uczcić załatwienie sprawy z tym przyjęciem dla Candance. Będzie zwykła ekipa. Do zobaczenia o dziewiątej.

Zamierzałam spotkać się z Penelope w Black Door, bo prawie się nie widywałyśmy podczas mojej hibernacji związanej z bezrobociem, ale nie wiedziałam, jak mogę odrzucić pierwsze towarzyskie zaproszenie od nowych kolegów.

– Ee, tak, jasne, brzmi świetnie. Możesz mi powtórzyć, dokąd idziemy?

– Cipriani Downtown? – zapytała. W jej glosie brzmiało niedowierzanie, że nie zdołałam wydedukować tego z wcześniejszej skrótowej informacji. – Byłaś tam, prawda?

– Oczywiście. Cudowne miejsce. Czy mogę przyprowadzić przyjaciółkę? Miałam już plany i…

– Bosko! Do zobaczenia za parę godzin! – zapiszczała i się rozłączyła.

Z trzaskiem zamknęłam telefon i zrobiłam to, co odruchowo robi każdy nowojorczyk po usłyszeniu nazwy restauracji: sprawdziłam Zagat *. Dwadzieścia jeden punktów za jedzenie, dwadzieścia za wystrój i nadal znośna osiemnastka za obsługę. I nie była to składająca się z jednego słowa nazwa jak Rocco, Butter czy Lotus, które może i brzmiały niewinnie, ale niemal zawsze gwarantowały wyjątkowo kiepskie wspomnienia. Na razie wszystko wyglądało obiecująco.

„Widzieć czy być widzianym” nie należy do pytań zadawanych w tej włoskiej restauracji, gdzie przyglądanie się Eurodziecinom, które udają, że wymieniają pocałunki i jedzą sałatki, jest bardziej na miejscu, niż kosztowanie zaskakująco dobrego jedzenia. Miejscowi mogą się tu czuć jak „obcy we własnym kraju”, ale wysokie ceny mówią same za siebie.

Ach, więc będzie to kolejny wieczór z Eurodziecinami. Cokolwiek to znaczy. A ze spraw bardziej istotnych, co powinnam włożyć? Elisa i ekipa obracali się w pracy w kręgu czarnych spodni, czarnych spódnic i czarnych sukienek, więc prawdopodobnie bezpiecznie będzie trzymać się tej formuły. Zadzwoniłam do banku, do Penelope.

– Hej, to ja. Jak leci?

– Uch. Masz niewiarygodne szczęście, że porzuciłaś tę nieszczęsną wyzyskiwalnię. Czy Kelly nie szuka pracowników?

– Taa, chciałabym. Ale słuchaj, co myślisz o tym, żeby wszystkich dzisiaj poznać?

– Wszystkich?

– No, nie wszystkich, tylko moich bezpośrednich współpracowników. Wiem, że miałyśmy inne plany, ale ponieważ zawsze chodzimy do Black Door, pomyślałam, że byłoby zabawnie pójść z nimi na kolację. Masz ochotę?

– Jasne – powiedziała Pen głosem, który sugerował, że jest zbyt zmęczona, żeby się ruszyć. – Avery wychodzi dzisiaj z przyjaciółmi z liceum, a ja mam na to zerową ochotę. Kolacja brzmi zabawnie. Gdzie?

– Cipriani w śródmieściu. Byłaś?

– Nie, ale moja matka obsesyjnie o tym opowiada. Nie może się doczekać, kiedy wypróbuję to miejsce.

– Czy powinnam denerwować się faktem, że twoja matka i mój wujek najwyraźniej znają każde modne miejsce w mieście, a my nie mamy o niczym pojęcia?

– Witaj w moim życiu – westchnęła. – Avery jest taki sam… zna wszystkich i wszystko. Ja się nie mogę zmusić. Sam wysiłek związany ze zwykłym życiem jest zbyt wyczerpujący. Ale dzisiaj będzie zabawnie. Naprawdę chciałabym poznać ludzi, którzy zarabiają na życie urządzaniem przyjęć. I podobno jedzenie mają tam wspaniałe.

– Cóż, nie jestem pewna, czy dla tej ekipy ma to znaczenie. W tym tygodniu spędziłam z Elisą czterdzieści godzin i nie widziałam, żeby cokolwiek jadła. Wygląda na to, że żyje papierosami i colą light.

– Dieta modnej dziewczyny, co? Brawo. Taki poziom poświęcenia zasługuje na oklaski. – Penelope westchnęła. – Zaraz jadę do domu. Bierzemy jedną taksówkę do miasta?

– Świetnie. Zabiorę cię z rogu Czternastej i Piątej chwilę przed dziewiątą. Zadzwonię, kiedy złapię taksówkę – powiedziałam.

– Brzmi dobrze. Będę czekała na dole. Pa.

Pospiesznie udałam się do szafy. Po dywagacjach i przymiarkach zdecydowałam się na obcisłe czarne spodnie i zwykły czarny top. Wygrzebałam jakieś buty na odpowiednio wysokim obcasie, kupione podczas wyprawy na zakupy do Soho, i poświęciłam trochę czasu na artystyczne rozburzenie moich bardzo gęstych czarnych włosów. Odziedziczyłam je po mamie. Wzbudzały powszechny entuzjazm do chwili, kiedy człowiek zda sobie sprawę, że z trudem daje się je ściągnąć w koński ogon i dodają pół godziny do czasu potrzebnego na przygotowanie się do wyjścia. Spróbowałam nawet zrobić sobie szczątkowy makijaż, co zdarza mi się tak rzadko, że szczoteczkę do tuszu miałam całą w grudkach, a kilka szminek zaschło w pojemnikach. Wszystko jedno, pomyślałam, śpiewając razem z Mikiem & the Mechanics The Living Years i pracując nad twarzą… To nawet dość zabawne. Musiałam przyznać, że efekt końcowy był wart dodatkowego wysiłku: nic nie zwisało mi znad paska do spodni, piersi zachowały krągłość jak u tęgiej dziewczyny, mimo że reszta skurczyła się, a tusz, którym niedbale posmarowałam rzęsy, przypadkiem idealnie się rozmazał, dając moim matowym szarym oczom seksowną przydymioną oprawę.

Penelope czekała na dworze dokładnie za dziesięć dziewiąta i zostałyśmy dowiezione pod wskazany adres na czas. Na Zachodnim Broadwayu znajdowały się setki restauracji i wydawało się, że wszyscy zgromadzili się przy stolikach na zewnątrz, pod ogrzewającymi lampami, sprawiając wrażenie wymytych do połysku i onieśmielająco szczęśliwych. Miałyśmy trochę kłopotu ze znalezieniem właściwego miejsca, ponieważ kierownictwo restauracji nie zadało sobie trudu, żeby postawić znak. Być może to kwestia praktycznego podejścia: ponieważ popularność większości modnych miejsc w Nowym Jorku trwa krócej niż sześć miesięcy, ma się jedną mniej rzecz do usuwania przy likwidacji interesu. Na szczęście pamiętałam numer z poszukiwań w Internecie i wypatrzyłyśmy wejście zza rogu. Grupa skąpo, acz kosztownie ubranych kobiet zgromadziła się przy barze, gdzie starsi mężczyźni napełniali im kieliszki, ale nie zauważyłam Elisy ani nikogo z biura.

– Bette! Tutaj! – zawołała Elisa z kieliszkiem szampana w jednej ręce i papierosem w drugiej. Rozsiadła się wśród stolików na dworze, przechylona kusząco przez jedno z ogrodowych krzeseł, jej patykowate kończyny wyglądały, jakby lada chwila miały się połamać. – Wszyscy są w środku. Tak się cieszą, że przyszłaś!

– Jezu Chryste, ależ chuda – mruknęła pod nosem Penelope, gdy szłyśmy w stroną stolików.

– Cześć – rzuciłam i pochyliłam się, żeby pocałować Elisę na powitanie. Odwróciłam się, żeby przedstawić ją Penelope, ale zauważyłam, że wciąż czeka z nastawionym policzkiem i zamkniętymi oczami. Oczekiwała tradycyjnego, europejskiego, podwójnego pocałunku, a ja przerwałam w połowie. Czytałam ostatnio niezły artykuł w „Cosmo”, określający podwójny pocałunek jako głupie, sztuczne zachowanie, i postanowiłam zawalczyć: żadnych więcej podwójnych pocałunków w moim wykonaniu. Jak mawia Oprah: „Każda kobieta ma szansą zostać bohaterką każdego dnia”. Teraz przyszła moja kolej na bohaterstwo. Zostawiłam ją w oczekiwaniu, ale powiedziałam: – Dzięki za zaproszenie. Uwielbiam to miejsce!

Szybko się pozbierała.

– Omójboże, ja też. Mają najlepsze sałatki na świecie. Cześć, jestem Elisa. – Podała rękę Penelope.

– Strasznie przepraszam, niezręcznie się zachowałam. – Zaczerwieniłam się, zdając sobie sprawą, że dla Penelope musiało to zabrzmieć śmiesznie. – Penelope, to Elisa. Przez cały tydzień pokazywała mi, jak przeżyć. Eliso, to Penelope, moja najlepsza przyjaciółka.

– Ooo, boski pierścionek – stwierdziła Elisa, chwytając lewą dłoń Pen zamiast prawej i delikatnie obmacując masywny kamień. – Blask tych karatów jest oślepiający! – Pen prezentowała swój trzykaratowy „znośny” kamień i zaciekawiło mnie, co Elisa pomyślałaby o jej drugim pierścionku.

– Dzięki – odparła Penelope, wyraźnie zadowolona. – Właśnie się zaręczyłam… – Ale zanim zdążyła skończyć, Davide chwycił Elisą od tyłu i owinął ramiona wokół jej cieniutkiej talii, uważając, żeby nie ścisnąć jej za mocno i nie złamać. Nachylił się i szepnął Elisie coś do ucha, a ona ze śmiechem odchyliła głową do tyłu.

– Davide, kochanie, zachowuj się! Znasz Bette. A to przyjaciółka Bette, Penelope.

Wszyscy udaliśmy, że wymieniamy podwójne pocałunki, ale Davide ani na sekundę nie oderwał wzroku od Elisy.

– Nasz stolik. Jest gotowy – oznajmił chrapliwie z tym włoskim akcentem, klepiąc Elisą po chudym tyłeczku i znów pochylając idealną twarz w stronę jej szyi. – Wejdźcie, kiedy będziesz finito. - Cały czas miałam wrażenie, że z jego akcentem coś jest nie w porządku. Wydawało się, że wędruje między francuskim a włoskim i wraca do francuskiego.

– Skończyłam – zanuciła radośnie Elisa, rzucając papierosa pod stół. – Chodźmy.

Mieliśmy stolik na siedem osób schowany w dalekim kącie. Elisa natychmiast mnie poinformowała, że ludzie marginalnie ocierający się o klasę mają obsesję na punkcie stolików od frontu restauracji, ale ci z prawdziwą klasą proszą o stoliki z tyłu. Skye, Davide i Leo stanowili resztę grupy, która pracowała nad imprezą z okazji książki Candance Bushnell poprzedniego wieczoru, i z ulgą zauważyłam, że tylko Elisa i Davide są parą. Wszyscy popijali drinki i o coś się kłócili, sprawiając wrażenie wyluzowanych w sposób, w jaki potrafią być tylko ludzie naprawdę pewni siebie. I oczywiście nikt nie był ubrany na czarno. Skye i Elisa miały na sobie niemal identyczne krótkie sukienki, jedna jasnokoralową, do tego cudowne srebrne buty na obcasie, a druga w kolorze idealnej akwamaryny z dobranymi sandałami, których wiązanie sięgało do połowy łydki. A mieliśmy połowę października i chłodny wieczór. Nawet faceci wyglądali, jakby przed kolacją wpadli do Armaniego. Davide jako jedyny nosił do pracy garnitur i wciąż miał na sobie ten grafitowoszary. Chociaż był znacznie bardziej obcisły niż coś, co włożyłaby większość Amerykanów, na jego wysokiej muskularnej sylwetce wyglądał znakomicie. Leo stanowił idealną kombinację tego, co modne i na luzie, w opiętych dżinsach Seven, ciasnej koszulce Vintage z napisem „Wietnam: wygrywaliśmy, kiedy wyjeżdżałem” i nowych pomarańczowych pumach dla facetów. Podeszłam, żeby zająć ostatnie wolne miejsce obok Leo, ale on podniósł się bez wysiłku, nie przerywając rozmowy, ucałował mnie w oba policzki i wysunął krzesło najpierw dla mnie, potem dla Penelope, która wyraźnie bardzo starała się zachowywać, jakby wszystko to było dla nas stałym elementem wieczoru. Kiedy usiadłyśmy, Leo wręczył nam menu i skinął na kelnera, żeby przyjął zamówienie na drinki, chociaż nadal ani na chwilę nie przerwał rozmowy.

Wysiliłam mózg, starając się wymyślić coś choćby w przybliżeniu modnego, ale po latach picia wyłącznie ginu z tonikiem z moim wujkiem okazało się to niemożliwe. Ostatnio modny był absolut, prawda?

– Ee, proszę absolut z sokiem grejpfrutowym – wymamrotałam, kiedy kelner spojrzał najpierw na mnie.

– Naprawdę? – zapytała Elisa, przyglądając mi się szeroko otwartymi oczami. – Tu chyba nawet nie podają absolutu. Może weźmiemy na początek kilka butelek wina?

– Och, jasne. Byłoby świetnie. – Cios numer jeden.

– Nie przejmuj się, ja chciałam zamówić piwo – nachylając się, szepnęła Penelope. Wybuchnęłam śmiechem, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką w życiu słyszałam.

Davide rozmawiał z kelnerem, posługując się swoim włoskim z czwartej klasy, uzupełniając wypowiedź ruchami dłoni i w pewnym momencie całując czubki własnych palców, jakby sama myśl o tym, co zamówił, była tak smakowita, że nie sposób się jej oprzeć. Elisa i Skye wpatrywały się w niego z uwielbieniem. Na potrzeby reszty nas, monojęzycznych idiotów, przeszedł na swój sztucznie akcentowany angielski.

– Zamówiłem na początek trzy butelki tego chianti, jeśli to wam odpowiada. A tymczasem wolicie gazowaną czy niegazowaną?

Elisa odwróciła się do mnie i wyszeptała:

– Davide pochodzi z Sycylii.

– Och, naprawdę? To ciekawe – stwierdziłam. – Czy jego rodzice nadal tam mieszkają?

– Nie, nie, mieszka tu od czwartego roku życia, ale wciąż ma wiele uczucia dla kraju swojego urodzenia.

Zliczono głosy dotyczące preferencji co do butelkowanej wody – rozsądnie powstrzymałam się od stwierdzenia, że wystarczy mi stara poczciwa kranówa – i Davide zamówił po trzy butelki obu rodzajów. Wedle moich obliczeń wydaliśmy już prawie trzysta dolarów, a nie zamówiliśmy nawet przystawek.

– Świetny wybór wina, Davide – pochwaliła Skye, stukając wymanikiurowanymi paznokciami w klawiaturę telefonu. – Osobiście za nie ręczę. Od lat spędzamy lato w Toskanii i innego nie tykam. – Skupiła całą uwagę na telefonie, który dzwonił, i wepchnęła go do torby, rzucając pełne niesmaku spojrzenie na numer widoczny na wyświetlaczu.

Zajęłam się badaniem menu, rozmyślając, czy wszyscy pracownicy Kelly & Company są w posiadaniu wielkich funduszy powierniczych. Nie mogłam dorzucić niczego na temat subtelności chianti. Koncepcja spędzania lata moich rodziców obejmowała jazdę samochodem z Poughkeepsie nad jezioro Cayuga w Ithaca, gdzie na ganku urządzali wegańskie barbecue z miejscowymi i popijali herbatkę z lukrecji. Nie ma to jak puścić tygodniową wypłatę na posiłek, na który od początku nie miało się ochoty.

– No więc, jak wielka była wczorajsza porażka? – zapytał Davide. – Bo, rozumiecie, jakie są szanse, że nie pokaże się ani jedna osoba ze sław kategorii A?

– Było parę osób z obsady Seksu w wielkim mieście - z namysłem przypomniał Leo.

– Ee, przepraszam, ale nie uważam, żeby Chris Noth i John Corbett liczyli się jako klasa Al – stwierdziła Skye. – Widziałeś Sarah Jessicę Parker? Nie! A poza tym SWWM – naprawdę użyła skrótu – jest taki przebrzmiały. Całość to był jeden wielki koszmar.

Warner Brooks złożyli zamówienie na urządzenie przyjęcia z okazji wydania czwartej powieści Candance Bushnell i najwyraźniej wynikło fatalne nieporozumienie. Ponieważ nie zajmowałam się tym od początku, wzięłam tego wieczoru udział w innej imprezie, kolacji powitalnej dla dyrektora jednego z nowych klientów Kelly & Company.

Leo westchnął.

– Wiem, oczywiście masz rację. Zrobiło się po prostu tak… tłoczno!

– Tak, no właśnie, prawda? Bo kim były te wszystkie dziewczyny na zewnętrznym patio? Dosłownie atakowały szampana. Można by pomyśleć, że nigdy wcześniej nie widziały bąbelków. A ci dwaj faceci z akcentem ze Staten Island, którzy wszczęli bójkę? Paskudne – dodała Skye.

– Tak, Penelope, niczego nie straciłaś – zapewniła Elisa, chociaż Penelope wyraźnie nie miała pojęcia, o czym wszyscy dyskutują. – Ale taka już uroda książkowych imprez. Wydawcy są zwykle tak bardzo poza obiegiem, że nie mają pojęcia, czy impreza przyciągnęła właściwych ludzi, czy nie.

Davide subtelnie sączył wino i potakiwał.

– Przynajmniej nie będziemy musieli znosić kolejnej przemowy Kelly „Dlaczego Lista załatwia imprezę”. Naprawdę nie sądzę, żebym zdołał wysłuchać tego do końca.

Słyszałam o „Liście” od poniedziałku, ale Kelly nie miała jeszcze czasu zapoznać mnie z „najbardziej wszechstronną bazą danych, obejmującą wszystkich, których warto znać”. Zarezerwowała następny dzień, piątek, żeby zademonstrować mi splendor Listy. Wciąż czekałam na ujawnienie drugiej strony medalu, nie potrafiąc zaakceptować faktu, że Kelly naprawdę jest taką nieziemsko radosną osobą, jaką się wydaje, ale na razie zachowała ten niezmordowany optymizm niezmącony. I chociaż, sądzę. Will nie dał jej zbyt wielkiego wyboru, jeśli chodzi o zatrudnienie mnie, wydawała się być z tego powodu szczerze zadowolona. Obserwowałam ją uważnie przez cztery pełne dni, rozpaczliwie starając się wytropić jakąś paskudną skazę albo coś zniechęcającego, i wciąż jeszcze nie zdołałam odkryć ani jednej negatywnej cechy jej osobowości. Czy to możliwe, że jest stuprocentowo wspaniała, urocza i odniosła sukces? Najpoważniejszą wadą, którą zauważyłam, była jej skłonność do pogodnych e-maili z masą emotikonów. Ale ani razu nie użyła określenia „pogaduszki” i nie dotknęła niczego na moim biurku spoconymi rękami, więc z największą przyjemnością puściłam to w niepamięć.

Mój telefon zadzwonił w chwili, kiedy wszyscy zaczęli się kłócić, czy Kelly już robiła sobie oczy w dojrzałym wieku lat trzydziestu czterech, i chociaż pospiesznie go wyciszyłam, zorientowałam się, że cała grupa nie tylko nie ma nic przeciw temu, żebym odebrała, ale wręcz tego oczekuje.

– Bette, hej, jak się masz? Michael.

Głos miał jakby niepewny.

– Michael, kotku, co u ciebie? – Kotku? Pozwoliłam, żeby mi się to wyrwało zupełnie nieświadomie. Zebrani przy stole spojrzeli na mnie z zaciekawieniem, największym w przypadku Penelope. Widziałam, jak bezgłośnie powtarza „Kotku?” i patrzy na mnie pytająco.

– Kotku? – roześmiał się Michael po drugiej stronie. – Co jest, upiłaś się? Zwolnili mnie wcześniej! Powiedz mi, gdzie jesteś, to podjadę się z tobą spotkać.

Roześmiałam się przymilnie, kompletnie nie potrafiąc wyobrazić sobie Michaela, który przypominał Jona Cryera, jak po swojemu uroczo dowcipkuje, podczas gdy Davide rozwija temat willi, którą właśnie wynajęli na Sardynii na sierpień przyszłego roku. – Jestem na kolacji ze znajomymi, ale za godzinę czy coś koło tego kończymy. Mogę do ciebie oddzwonić, kiedy wrócę do domu?

– Jasne – mruknął zmieszany. – Zadzwoń do domu, bo w komórce siadła mi bateria.

– Później pogadamy. – Z trzaskiem zamknęłam telefon.

– Czy to nasz Michael? – zapytała Penelope, wyraźnie zdezorientowana.

– Kto to był? – zagadnęła Elisa, niecierpliwie pochylając się nad stołem. – Jakaś miłosna historia? Seksowny menedżer z banku? Niewyjaśnione uczucie, które teraz może się doczekać ujawnienia, bo już razem nie pracujecie? Mów!

I chociaż myśl o przespaniu się z Michaelem była równie zachęcająca jak myśl o przespaniu się z moim własnym wujkiem i Michael był szaleńczo zakochany w swojej słodkiej, rozkosznej dziewczynie, a Penelope świetnie wiedziała, że między mną a nim zupełnie niczego nie ma, nie zaprzeczyłam.

– Eee, coś w tym rodzaju – stwierdziłam, celowo patrząc w stół, gdy tymczasem pierwszy raz tego wieczoru skupiła się na mnie uwaga wszystkich. – My, eee, musimy sobie wyjaśnić pewne rzeczy.

– Ooch! – krzyknęła Elisa. – Wiedziałam! Przypilnuj, żeby Kelly dodała go do Listy, żeby mógł przyprowadzać swoich wspaniałych przyjaciół bankierów na imprezy! Świetnie. Wypijmy za to! Za Bette i jej nowego chłopaka!

– Cóż, on właściwie nie jest…

– Za Bette! – zawtórowali wszyscy, stukając się kieliszkami z winem. Penelope podniosła kieliszek, ale wpatrywała się przed siebie. Wszyscy wypili. Przełknęłam i trąciłam Pen łokciem. Na szczęście w okolicy deseru wszystko nieco straciło ostrość.

– Rozmawiałem z Amy i powiedziała, że możemy wpaść dziś do Bungalowu – oznajmił Leo, odgarniając z oczu nieskazitelnie rozjaśnione włosy. Elisa twierdziła, że z wyjątkiem Leo wszyscy faceci siedzący przy stole są heteroseksualni, ale nie mogłam w to uwierzyć. Do tej pory omówili najlepsze miejsca w mieście, żeby pójść na masaż twarzy, naprawdę stylowe męskie klapki od Johna Varvatosa i uzgodnili, jakie to irytujące, kiedy ich ulubiony instruktor pilatesu zaczyna zajęcia dziesięć minut spóźniony.

– Bungalow? Chodzi o Bungalow Osiem? – zapytałam, za bardzo rozluźniona z powodu lejącego się strumieniami wina.

Rozmowa ucichła w pół słowa i sześć idealnie zadbanych i/lub umalowanych twarzy zwróciło się w moją stronę. W końcu to Skye zebrała dość siły, żeby udźwignąć ciężar mojego pytania.

– Tak – powiedziała cicho, unikając kontaktu wzrokowego, najwyraźniej wstydząc się za mnie. – Amy Sacco jest właścicielką Bungalowu oraz Lot Sześćdziesiąt Jeden i bardzo bliską przyjaciółką Kelly. Jesteście na liście na dzisiejszy wieczór, a to najlepsza impreza tygodnia.

Wszyscy skinęli głowami.

– Wchodzę w to – stwierdził Davide, bawiąc się włosami Elisy. – O ile mamy gwarancję, że dostaniemy stolik. Inaczej nie dam rady, nie dziś.

– Oczywiście – zgodziła się Elisa.

Kiedy przyniesiono rachunek, było już dobrze po północy i chociaż Penelope przyjacielsko gawędziła z Leo, widziałam, że nie może się doczekać, żeby pójść do domu. Ale wyjście do Bungalowu zapowiadało się zabawnie, więc rzuciłam jej kilka znaczących spojrzeń i wyszłam do łazienki, gdzie zaczekałam, aż do mnie dołączy.

– Co za miły wieczór – powiedziała neutralnie.

– Tak, są super, prawda? Tacy inni.

– Zdecydowanie. Hej, mam nadzieję, że nie będzie ci przykro, jeśli wyniknę się wcześnie. – Wydawała się bardzo odległa.

– Wszystko w porządku? Co się stało?

– Nie, nic, zupełnie. Po prostu jest dosyć późno i nie jestem pewna, czy mam ochotę na, eee, Bungalow. Ustaliliśmy z Averym że spotkamy się w domu o północy, więc lepiej już pójdę. Mniejsza z tym, kolacja była świetna. Chyba po prostu dopadło mnie zmęczenie, ale ty idź i baw się dobrze, okej?

– Na pewno? Możemy spokojnie wrócić jedną taksówką i pójdę spać – zaproponowałam. – Też nie jestem pewna, czy mam na to ochotę.

Pen oszczędziła mi kłopotu.

– Nie bądź śmieszna. Idź i baw się za nas obie.

Wróciłyśmy do grupy i ponownie zajęłyśmy miejsca przy stole, gdzie krążyła ostatnia, jak miałam nadzieję, butelka wina. Kiedy kelner szerokim gestem zaprezentował rachunek, nie adresując tego ruchu do nikogo w szczególności, gwałtownie wciągnęłam powietrze. Szybkie obliczenie w pamięci powiedziało mi, że będę winna około dwustu pięćdziesięciu dolarów. Ale najwyraźniej dzielenie rachunku nie wchodziło w grę, ponieważ Davide sięgnął po skórzany portfelik i nonszalancko obwieścił:

– Ja płacę.

Nikt nawet nie mrugnął, ani nie usiłował się z nim sprzeczać.

Davide wysunął czarną jak smoła kartę z portfelika i podał kelnerowi. Oto mityczna Czarna Karta American Express, dostępna za zaproszeniem tylko dla tych, którzy mają obciążenia na poziomie minimum stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów rocznie. Sama zupełnie niedawno dowiedziałam się o jej istnieniu. Została wspomniana przy okazji rozmowy na inny temat, w kontekście w rodzaju „Komu potrzebna czarna karta, kiedy ma do dyspozycji niewyczerpane konta tatusia?” w odniesieniu do jakiejś anonimowej córki sławnego człowieka. Nikt oprócz mnie nie wydawał się zainteresowany całą sytuacją.

– Gotowi? – zapytała Elisa, wygładzając sukienkę na rozkosznych wąskich biodrach. – Będziemy potrzebowali dwóch taksówek. Leo i Skye, może pojedziecie pierwszą? Davide, Bette, Penelope i ja spotkamy się z wami na miejscu. Jeżeli dotrzecie pierwsi, wolałabym stolik najbliżej baru po lewej, dobrze?

– Och, wiesz, chyba pojadę do domu – powiedziała Penelope. – Kolacja była wspaniała, ale muszę jutro być wcześnie w pracy. Miło było was poznać.

– Penelope! Absolutnie nie możesz iść do domu. Noc dopiero się zaczyna! No chodź, to będzie świetna impreza – pisnęła Elisa.

Pen się uśmiechnęła.

– Bardzo bym chciała, naprawdę, ale dziś po prostu nie mogę. – Złapała płaszcz, krótko uścisnęła mnie na pożegnanie i pomachała reszcie. – Davide, dziękuję za kolację. Miło mi było was wszystkich poznać. – I zanim zdążyłam powiedzieć, że później do niej zadzwonię, zniknęła.

Załadowaliśmy się wszyscy do zamówionych wcześniej taksówek i w drodze zdołałam kiwać głową i mruczeć „hmm” we właściwych momentach. Dopiero kiedy staliśmy przed aksamitną liną przy wejściu do Bungalowu, zdałam sobie sprawę, że jestem już lekko pijana i, prawie nie mając doświadczenia z nawet w przybliżeniu modnymi nocnymi klubami, poważnie się narażam, że zrobię albo powiem coś naprawdę upokarzającego.

– Eliso, chyba lepiej się wymknę-powiedziałam słabo. – Nie czuję się najlepiej i muszę jutro wcześnie wstać na…

Elisa wydała z siebie wysoki pisk, jej zapadnięta twarz ożyła.

– Bette! Chyba żartujesz! Jesteś, praktycznie rzecz biorąc, dziewicą, jeśli chodzi o Bungalow, i skoro tu dotarliśmy, to wchodzisz. Pamiętaj o tym, że imprezowanie należy do naszych obowiązków!

Byłam na wpół świadoma, że trzydzieści czy coś koło tego osób w kolejce – głównie faceci – gapi się na nas, ale Elisa wydawała się nie zwracać na to uwagi. Davide odbywał jakieś przedziwne powitanie z przybijaniem piątki i stukaniem się kostkami z jednym z bramkarzy, a ja zorientowałam się, że jestem w stanie działać tylko po linii najmniejszego oporu.

– Jasne – wymamrotałam bezsilnie. – Brzmi świetnie.

– Sammy, jesteśmy dzisiaj na liście Amy – pewnym głosem oznajmiła Elisa bramkarzowi od Davide'a. Miał jakieś sześć stóp trzy cale wzrostu, dwieście dwadzieścia funtów wagi i okazał się tym samym idiotą, który stał przy drzwiach na przyjęciu Penelope. Nie wydawał się specjalnie rozbawiony zamieszaniem przy drzwiach, ale kiedy tylko Elisa wypuściła go z objęć, powiedział:

– Oczywiście, Eliso. Ile osób? Wchodźcie. Powiem menedżerowi, żeby dał wam dobry stolik.

– Świetnie, kotku, wielkie dzięki. – Pocałowała go w policzek i chwyciła mnie za łokieć, mocno się nachylając i szepcząc mi do ucha: – Ci faceci mają się za bogów, ale nigdy bym z nimi nie gadała, gdyby nie pracowali tu przy drzwiach.

Kiwnęłam głową, mając nadzieję, że bramkarz nas nie słyszał, nawet jeśli na to zasługiwał. A potem podniosłam wzrok i zobaczyłam, że się we mnie wpatruje.

– Hej. – Sammy mnie poznał i skinął głową.

– Hej – odpowiedziałam i zdołałam się powstrzymać od wytknięcia mu, że tym razem nie ma oporów, żeby mnie wpuścić. – Dzięki za parasol.

Nie usłyszał, odwrócił się już, żeby zdjąć z zaczepu czerwoną aksamitną linę i oznajmić oczekującej hordzie, że ich szczęśliwy moment jeszcze nie nadszedł. Powiedział coś do swojej krótkofalówki i szarpnięciem otworzył drzwi. Przemknęliśmy obok szatni i natychmiast ogarnęła nas chmura dymu.

– Skąd go znasz? – zapytała Elisa, gdy Davide witał wszystkich w promieniu dziesięciu metrów.

– Kogo?

– Tępaka przy drzwiach.

– Kogo?

– Tego idiotę, który pracuje przy drzwiach – powtórzyła, wydmuchując porcję dymu, która mogłaby wypełnić cale płuca.

– Wydawało mi się, że go lubisz – powiedziałam, wspominając, jak ciepło go objęła.

– A co miałam zrobić? Wszystko to element układu. Straszny obciach. Znasz go?

– Był wrogo do mnie nastawiony na przyjęciu zaręczynowym Penelope parę tygodni temu. Kazał mi czekać na dworze całe wieki.

– Wszystko jedno. Chodźmy się zabawić.

Jak na najmodniejszy klub w kraju, nie wygląda zbyt imponująco. Prostokątna sala z barem w odległym końcu i mniej więcej ośmioma stolikami otoczonymi ławkami wzdłuż każdego boku. Ludzie tańczyli na środku sali, a inni gromadzili się przy barze. Tylko wysoki szklany sufit i rząd palm zrobiły na mnie wrażenie pewnej egzotyki.

– Hej, tutaj! – zawołał Leo, usadowiony na kanapie w odległym kącie po lewej, dokładnie tak jak życzyła sobie Elisa. Niewidoczny didżej puszczał 50 Cents i zauważyłam, że Skye rozsiadła się już na kolanach jakiegoś faceta i rytmicznie porusza miednicą w takt muzyki. Na naszym stole urządzono coś w rodzaju minibaru z rozstawionymi byle jak butelkami veuve cliquot, ketel one i tanqueray. Do mieszania drinków dostarczono karafki soku pomarańczowego, grejpfrutowego i żurawinowego, do tego parę butelek toniku i gazowanej wody. Penelope wspomniała o zaporowej cenie za przyjęcie, więc wiedziałam, że płacimy wiele setek dolarów za każdą butelkę.

– Co mogę ci podać do picia? – odezwał się zza moich pleców Leo.

Nie chcąc ryzykować kolejnego niemodnego drinka, poprosiłam po prostu o kieliszek szampana.

– Już podaję. Chodź, zatańczymy. Skye, idziesz?

Leo wstał, ale Skye podczas ostatnich sześciu minut przeszła do pełnowymiarowego obściskiwania się z facetem, na którego kolanach okrakiem siedziała. Nie czekaliśmy na odpowiedź.

Tłum był niemal jednolicie urodziwy. Wszyscy mieścili się w przedziale wiekowym od po dwudziestce do po trzydziestce i wszyscy najwyraźniej byli tu już wcześniej. Kobiety, wysokie i szczupłe, z klasą i pełną swobodą wystawiały na widok publiczny niezmierzone połacie ud i głębiny dekoltów. Mężczyźni poruszali się obok nich bez kropli potu, przesuwali rękami po ich biodrach, plecach i ramionach, nie pozwalając, żeby dziewczynom ubywało drinków. W niczym nie przypominało to pewnej nocy, którą jako zbuntowana nastolatka niefortunnie spędziłam w kącie, przerażona wijącymi się masami w klubie Limelight.

W chwili gdy skończyłam chłonąć całą tę scenę, Leo wybrał już jakąś brunetkę. Tańczył z nią i parą o urodzie modeli. Cała czwórka poruszała się w idealnej zgodzie z rytmem, ciało przy ciele. Od czasu do czasu zmieniali pozycję, tak że dziewczyny znajdowały się twarzami do siebie i ocierały się biodrami.

Poszłam do łazienki i w drodze powrotnej poczułam, że wokół mojej piersi oplatają się ramiona, których przynależności nie zdążyłam jeszcze zidentyfikować. Dziewczyna miała długie do pasa kręcone włosy o lekko mysim, brązowym kolorze i pachniała dymem oraz płynem do płukania ust – w równych proporcjach.

– Bette, Bette, nie mogę uwierzyć, że minęło tyle czasu! – wrzasnęła mi w ramię, nie zwalniając uścisku. Podbródek wcisnęła pomiędzy moje piersi w sposób zdecydowanie krępujący, biorąc pod uwagę fakt, że jej tożsamość wciąż pozostawała pod znakiem zapytania. Ściskała mnie przez kilka kolejnych sekund i kiedy się odsunęła, nie mogłam być bardziej zdziwiona.

Abby Abrams.

– Abby? To ty? Rany, naprawdę minęło sporo czasu – powiedziałam ostrożnie, usiłując nie pokazać po sobie, jak bardzo jestem niezadowolona, że ją widzę. Z czasów college'u miałam o niej same okropne wspomnienia i jakimś sposobem zdołałam zapomnieć o jej istnieniu, kiedy wszyscy przenieśliśmy się do miasta. Aż do tej pory NY okazał się na tyle przestronny, że przez pół dekady ani razu na siebie nie wpadłyśmy, ale moje szczęście najwyraźniej się skończyło. Pięć lat od opuszczenia college'u sprawiło, że wyglądała na twardszą i starszą, niż wskazywałby wiek. Najwyraźniej zrobiła sobie operację nosa i dodała bardzo solidną porcję kolagenu w okolicy ust, ale najbardziej rzucały się w oczy piersi. Biust superdużego rozmiaru zdominował całą jej niewysoką sylwetkę.

– Właściwie to używam teraz wersji Abigail – poprawiła mnie natychmiast. – Co za szaleństwo, prawda? Oczywiście słyszałam, że pracujesz w Kelly, więc wiedziałam, że prędzej czy później tu na ciebie wpadnę.

– Hę? Co masz na myśli? Jak długo mieszkasz w mieście?

Spojrzała na mnie z lekka przerażona i pociągnęła na kanapę. Próbowałam się oswobodzić, ale nie zwalniała zabójczego uścisku i nachyliła się o wiele za blisko.

– Mówisz serio? Nie słyszałaś? Obracam się w wirze świata mediów!

Musiałam użyć lewej dłoni, by zasłonić usta. Udałam, że kaszlę, żeby nie zauważyła, jak daremnie usiłuję powstrzymać się od śmiechu. Jeszcze w czasach Emory Abby uwielbiała oznajmiać, jak to znajduje się „w wirze” tego czy tamtego – żeńskiej organizacji studenckiej albo męskiej drużyny koszykówki czy uniwersyteckiej gazety. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co to oznacza – w sumie używała zwrotu niepoprawnie – ale z jakiegoś powodu trzymała się tej frazy i nie chciała z niej zrezygnować. Na pierwszym roku mieszkałyśmy na tym samym piętrze. Dość szybko zauważyłam, że ma dziwny talent do wyczuwania ludzkich słabości. Zawsze dręczyła mnie przesłuchaniami na temat chłopaków, którzy mi się podobali, i w ciągu dwunastu godzin od mojego wyznania „przypadkowo” zaczynała się uganiać za każdym, czyje nazwisko wymieniłam. Podsłuchałam kiedyś, jak męczy w łazience jakąś Azjatkę, chcąc wydobyć z niej wskazówki, jak uzyskać „seksowne, skośne spojrzenie” przy użyciu kredki do oczu. Kiedyś „pożyczyła” sobie pracę z historii jednej z koleżanek z zajęć i złożyła jako własną, przyznając się do „pomyłki” dopiero wtedy, gdy profesor zagroził, że obleje je obie. Penelope i ja poznałyśmy Abby mniej więcej w tym samym czasie, na seminarium pisarskim na pierwszym roku, i z miejsca zgodziłyśmy się, że trzeba jej unikać. Od początku była koszmarna: dziewczyna, która poczyni subtelny, ale złośliwy komentarz na temat twojej fryzury, chłopaka czy stroju, a kiedy nieuchronnie się obrazisz, będzie udawała, że jest przerażona tym, co zrobiła, i żałuje. Spławiałyśmy ją często i regularnie, ale wydawała się tego nie dostrzegać. Celowo podtrzymywała kontakt, żeby nas pognębić. Nietrudno zgadnąć, że nigdy nie miała żadnej prawdziwej przyjaciółki, ale za to utrzymywała stałe tempo w pracowitym zaliczaniu wszystkich męskich organizacji i drużyn sportowych w Emory.

– „Wir świata mediów”, tak? Nie, nie wiedziałam. A gdzie teraz pracujesz? – zapytałam najbardziej znudzonym tonem, na jaki potrafiłam się zdobyć. Przysięgłam sobie, że nie pozwolę, żeby zalazła mi za skórę.

– Niech pomyślę. Zaczynałam w „Elle”, a potem przeskoczyłam do „Slate”, bo to bardziej modne, wiesz? Miałam krótki przystanek w „Vanity Fair”, ale polityka biurowa była taka ekstremalna. Teraz działam jako wolny strzelec, wszędzie zobaczysz moje nazwisko!

Myślałam o tym przez chwilę i nie zdołałam przypomnieć sobie jej nazwiska… nigdzie.

– A ty, panienko? Jak tam nowa praca? – zaskrzeczała.

– Eee, tak, minął jakiś tydzień, chyba, i na razie jest całkiem fajnie. Nie jestem pewna, czy to wir świata public relations, ale mnie się podoba.

Nie wyczuła sarkazmu albo go zignorowała.

– Tylko tak dalej, dziewczyno! To strasznie gorąca firma, reprezentują teraz wszystkich najlepszych klientów. Omójboże, po prostu genialną masz tę bluzkę. Najlepszy możliwy wybór, kiedy chce się ukryć nieduży brzuszek, wiesz? Cały czas taką noszę!

Odruchowo wciągnęłam brzuch.

Zanim zdążyłam powiedzieć coś paskudnego, w rodzaju, że przy jej sylwetce pięć funtów wyglądałoby jak dwadzieścia, odezwała się:

– Hej, a rozmawiałaś ostatnio z Cameronem? Tak miał na imię twój chłopak, prawda? Słyszałam, że zostawił cię dla modelki, ale oczywiście nie uwierzyłam w ani jedno słowo.

To by było na tyle, jeśli chodzi o niezniżanie się do jej poziomu.

– Cameron? Nie wydaje mi się, żebyś go znała. W każdym razie facet oddycha i mieszka w Nowym Jorku, więc…

– Och, Bette, naprawdę cudownie cię widzieć – ciągnęła, ignorując mój komentarz. – Muszę cię zabrać na lunch, okej? Mamy tyle do nadrobienia. Od wieków miałam do ciebie zadzwonić, ale po college'u po prostu zniknęłaś! Z kim się teraz spotykasz? Nadal z tą cichą myszowatą dziewczyną? Była taka słodka. Jak miała na imię?

– Och, masz na myśli Penelope? Wygląda fantastycznie, jest zaręczona i owszem, nadal się widujemy. Na pewno jej przekażę, że przesyłasz pozdrowienia.

– Tak, tak, stanowczo to zrób. To co, zadzwonię do ciebie do pracy w przyszłym tygodniu i pójdziemy na lunch w jakieś boskie miejsce, dobrze? Gratulacje, że wreszcie porzuciłaś ten okropny bank i włączyłaś się w prawdziwe życie… Nie mogę się doczekać, kiedy cię wszystkim przedstawię. Są całe tłumy ludzi, których musisz poznać!

Przygotowywałam jakąś z pewnością szczególnie ciętą odpowiedź, kiedy zmaterializowała się obok nas Elisa. Nigdy nie przypuszczałam, że mogę być tak uszczęśliwiona jej widokiem.

– Eliso, to Abby – powiedziałam, sennie do niej kiwając.

– Właściwie to Abigail – włączyła się Abby.

– Jasne, aha. Abby – spojrzałam na nią znacząco – to Elisa, razem pracujemy.

– Hej, my się znamy, prawda? – wymamrotała Elisa z zębami zaciśniętymi wokół papierosa, bo grzebała w torbie w poszukiwaniu zapalniczki.

– Jasne – powiedziała Abby. Chwyciła pudełko zapałek z najbliższego stolika i z galanterią zapaliła Elisie papierosa. – Masz dla mnie papieroska?

Dokonały wymiany i zaczęły gawędzić o jakiejś nowej plotkarskiej publikacji pod nazwą „Nowojorska Bomba”. Słyszałam, jak dyskutowano o niej w biurze, i zrozumiałam, że jest wydawana od lat, ale nikt nie zwracał na nią uwagi do chwili dodania nowej pikantnej kolumny, pisanej przez kogoś, kto używa pseudonimu „Wtajemniczona Ellie”. Wychodziła dwa razy w tygodniu w necie i wersji drukowanej, a felieton Ellie – w przeciwieństwie do znanych z Page Six tekstów Cindy Adams albo Liz Smith – nie miał dołączonego zdjęcia autorki. Abby upierała się teraz, że to najlepsza rzecz, jaka pojawiła się w kręgu mediów od lat, ale Elisa twierdziła, że według jej informacji zaczytują się nią tylko wybrane grupy ze świata mody i rozrywki – przewidywała jednak, że niedługo dołączą do nich inni. Temat ich rozmowy wydawał mi się interesujący przez całą długą minutę i jeszcze pół, po czym dotarła do mnie błogosławiona prawda, że mogę po prostu przeprosić i odejść.

Zdałam sobie sprawę, że stoję samotnie wśród roju wspaniałych ludzi, którzy, tak się przypadkiem złożyło, mają zdumiewające wyczucie rytmu, i nie mogłam się ruszyć. Taniec nie należał do moich mocnych stron. Jakimś sposobem udało mi się, szurając, przetrwać kilka boleśnie powolnych piosenek na szkolnych potańcówkach (oczywiście zawsze rozpaczliwie starałam się uniknąć ośmiominutowego wykonania Stairway to Heaven) i podskakiwać do wtóru szafie grającej na imprezach w college'u, ale to, co się działo tutaj, było naprawdę onieśmielające. Zanim w ogóle zdołałam się ruszyć, ogarnęły mnie te same lęki szóstoklasistki. Stało się to w ułamku sekundy, ale uczucie, że wszyscy się gapią na mój dziecięcy tłuszczyk i aparat na zębach wróciło jak burza. Musiałam wyjść albo przynajmniej wrócić do stolika i uniknąć tego tanecznego piekła, ale kiedy tylko zebrałam myśli i skupiłam je na ucieczce, poczułam rękę poniżej kręgosłupa.

– Cześć – powiedział wysoki facet z brytyjskim akcentem i opalenizną tak idealną, że mogła pochodzić tylko ze wspaniałego solarium. – Zatańczysz?

Świadomie powstrzymałam się od wykonania zwrotu, żeby sprawdzić, czy nie mówi do kogoś innego, i zanim zdążyłam się zestresować swoim pachnącym papierosami oddechem czy faktem, że mam bluzkę przesiąkniętą potem, a on to poczuje, przyciągnął mnie do siebie i zaczął się poruszać. Tańczyć? Tańczyliśmy! Nie byłam tak blisko nikogo od czasu, kiedy podczas porannej jazdy do pracy przytulił się do mnie zboczeniec w metrze. Od-pręż-się, baw się, od-pręż-się, baw się, nuciłam w duchu, mając nadzieję zachować spokój i równowagę. Ale nie musiałam specjalnie się przekonywać; mój umysł się odmeldował, gdy ciało garnęło się bliżej tego boga o złocistej skórze, podającego mi kolejny kieliszek szampana. Wysączyłam go, a potem opróżniłam następny i zanim się zorientowałam, siedziałam u niego na kolanach, obśmiewając z resztą ekipy ten czy inny skandal, gdy tymczasem wspaniały nieznajomy bawił się moimi włosami i zapalał mi papierosy.

Zupełnie zapomniałam, że jestem niestosownie ubrana na czarno, że właśnie zostałam obrażona przez krzykaczkę wzrostu kufla piwa, która dręczyła mnie w szkole, i że nawet w przybliżeniu nie mam wyczucia rytmu. Chyba ostatnia rzecz, którą pamiętam, jakby trochę obok siebie, to chwila, kiedy podszedł jeden z przyjaciół boga i zapytał, kim jest to nowe czarujące stworzenie na jego kolanach. Nawet się nie zorientowałam, że mówią o mnie, dopóki nie objął mnie od tyłu i nie powiedział:

– Moje odkrycie. Genialna, prawda?

I ja, czarujące stworzenie, genialne odkrycie, zachichotałam rozkosznie, ujęłam jego twarz obiema rękoma i pocałowałam go prosto w usta. Co, na szczęście, jest absolutnie ostatnią rzeczą, jaką pamiętam.

8

Gwałtownie obudziłam się na dźwięk rozzłoszczonego męskiego głosu. Zastanowiłam się przelotnie, czy jest możliwe, że naprawdę ktoś stoi przy łóżku i wali mnie łopatą po głowie. Pulsowanie było tak regularne, że niemal kojące, dopóki nie zdałam sobie sprawy, że w rzeczywistości nie znajduję się we własnym łóżku. W zasięgu wzroku nie dostrzegłam również mojego niestosownie czarnego stroju z poprzedniego wieczoru, zamiast niego miałam na sobie obcisłe szare bokserki od Calvina Kleina i gigantyczny biały T-shirt z napisem „Sportowy klub LA”. Bez paniki, poinstruowałam samą siebie, starając się zrozumieć, co mówi ten odległy męski głos. Myśl. Gdzie byłaś i co wczoraj robiłaś? Biorąc pod uwagę fakt, że nie miałam w zwyczaju tracić przytomności i budzić się w dziwnych miejscach, pogratulowałam sobie dobrego początku. Niech pomyślę: zadzwoniła Elisa, kolacja w Ciprianim, taksówka do Bungalowu, wszyscy przy stole, taniec z… jakimś opalonym Anglikiem. Cholera. Ostatnie, co pamiętam, to że tańczę z jakimś nieznanym z imienia mężczyzną, a teraz jestem w łóżku – wielkim, wygodnym, z niesamowicie miękkimi prześcieradłami – którego nie rozpoznaję.

– Ile razy mam ci powtarzać? Po prostu nie możesz prać prześcieradeł Pratesi w gorącej wodzie! – Męski głos teraz krzyczał. Wyskoczyłam z łóżka i sprawdziłam trasy ucieczki, ale szybkie spojrzenie przez okno powiedziało mi, że jesteśmy przynajmniej dwadzieścia pięter nad ziemią.

– Tak, proszę pana, przepraszam, proszę pana – odparł płaczliwy damski głos z hiszpańskim akcentem.

– Chętnie w to wierzę, Mario, naprawdę. Jestem rozsądnym facetem, ale to nie może dłużej trwać. Obawiam się, że muszę cię odprawić.

– Ale proszę pana, jeśli tylko bym mogła…

– Przykro mi, Mario, ale moja decyzja jest ostateczna. Zapłacę ci pensję do końca tygodnia, ale to będzie na tyle. – Usłyszałam jakiś szelest i stłumiony płacz, a potem nic tylko ciszę, aż kilka minut później drzwi zamknęły się z hukiem.

Żołądek wysłał mi sygnał, że nie zamierza zbyt długo tolerować kaca, i zaczęłam się gorączkowo rozglądać, żeby zlokalizować łazienkę. Grzebałam też w pobliżu w poszukiwaniu ubrania, rozważając, czy lepiej, żeby zobaczył mnie na pół ubraną czy podczas wymiotów, ponieważ wyraźnie czułam, że nie ma czasu, by zaradzić coś na obie te sprawy. W tym momencie wszedł.

– Cześć – rzucił, ledwie zerkając w moim kierunku. – Dobrze się czujesz? Wczoraj wieczorem byłaś nieźle napruta.

Jego pojawienie się zupełnie mnie zdekoncentrowało, zapomniałam, że miałam się pochorować. Wydawał się nawet bardziej opalony, niż zapamiętałam, co podkreślał obcisły biały T-shirt, luźne białe spodnie i najbardziej proste, najbielsze zęby, jakie widziałam w angielskich ustach. Wyglądał jak Enrique z Dziewiczej narzeczonej bogacza *, aż się prosił o umieszczenie na okładce.

– Ee, tak, chyba tak. Coś takiego, eee, nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło. Obawiam się, że nawet nie pamiętam twojego imienia.

Wydawał się zauważać, że jestem rzeczywistą osobą, a nie elementem ozdabiającym łóżko, i usiadł obok mnie na poduszce.

– Jestem Philip. Philip Weston. I nie przejmuj się, przywiozłem cię tu tylko dlatego, że nie mogłem znaleźć dwóch taksówek, a nie chciałem jechać aż na East Side. Do niczego nie doszło. Nie jestem gwałcicielem. Prawdę mówiąc, jestem prawnikiem – stwierdził nie bez dumy, z tym ciężkim angielskim akcentem z wyższych sfer.

– Och, cóż, bardzo dziękuję. Naprawdę nie przypuszczałam, że aż tyle wypiłam, ale nie pamiętam niczego, co się działo po tańcu z tobą.

– Tak, to się zdarza. Kurewsko stresujący poranek, nie uważasz? Nienawidzę, kiedy spokój po ćwiczeniach jogi pryska z takich gównianych powodów.

– Jasne. – On nie obudził się przed chwilą w łóżku jakiegoś nieznajomego faceta, ale uznałam, że moja pozycja jest zbyt słaba, żeby się z nim sprzeczać.

– Moja gosposia uprałaby prześcieradła Pratesi we wrzątku. Co z nich za pożytek, jeżeli trzeba kontrolować każdy ich ruch? Wyobrażasz sobie, co by to była za klęska, gdybym nie zauważył?

Gej. Zdecydowanie gej. Nie był Enrikiem, ale jego przyjacielem Emilio. Co za ulga.

– A co dokładnie by się stało? – Sama prałam prześcieradła w gorącej wodzie i suszyłam w wysokiej temperaturze, bo wydawało mi się, że to najlepszy sposób, żeby je szybko zmiękczyć. Ale też kupowałam je w Target i bezsprzecznie nie poświęcałam tyle czasu na rozmyślania o nich.

– Co by się stało? Żartujesz? – Przeszedł przez pokój i rozpylił sobie na szyi wodę kolońską Helmuta Langa. – Spaliłaby splot, ot co! Te prześcieradła kosztują dwa tysiące osiemset funtów za rozmiar na podwójne łóżko, a ona by je zniszczyła! – Odstawił butelkę i zaczął wklepywać w swoją złocistą skórę coś, co miałam nadzieję, było balsamem po goleniu, ale bardziej prawdopodobny był krem nawilżający. Wykonałam szybkie obliczenie: cztery tysiące dolarów.

– Och. Chyba nie zrozumiałam. Ja, ee, nie wiedziałam, że prześcieradła mogą być takie kosztowne. Ale na pewno, gdybym tyle zapłaciła, też byłabym zdenerwowana.

– Tak, cóż, przykro mi, że musiałaś to wszystko znosić. – Zdjął T-shirt przez głowę, odsłaniając całkowicie nieowłosioną, idealnie wyrzeźbioną klatkę piersiową. Prawie szkoda, że był gejem, biorąc pod uwagę, jak świetnie wyglądał. Szybko zamknął drzwi łazienki i odkręcił prysznic, a kilka minut później wyłonił się, mając na sobie tylko ręcznik. Wyciągnął koszulę i garnitur z wyłożonej dębem garderoby, wręczył mi moje ubranie złożone w schludny stosik i dyskretnie wyszedł z pokoju, kiedy się ubierałam.

– Poradzisz sobie z powrotem do domu? – zawołał Philip z odległości, jak się zdawało, miliona mil. – Muszę iść do pracy. Wczesne spotkanie.

Praca. Jezu Chryste, kompletnie i całkowicie zapomniałam, że właśni jestem zatrudniona, ale szybkie spojrzenie na zegar przy łóżku upewniło mnie, że jest zaledwie parę minut po siódmej. Zdążył już pójść na jogę i wrócić, a nie mogliśmy dotrzeć do domu przed trzecią rano. Spadły na mnie krótkie, acz bolesne wspomnienia tego jedynego razu, kiedy poszłam na jogę. Męczyłam się na pierwszej lekcji od trzydziestu minut, kiedy nauczycielka obwieściła, że trzydzieści sekund w obecnej pozie – pozie półksiężyca, cokolwiek to było – przynosi korzyści, które stanowią ekwiwalent ośmiu godzin snu. Przypadkowo prychnęłam, a ona zapytała mnie, czy mam jakiś problem. Na szczęście zdołałam się powstrzymać od zapytania o to, co naprawdę przyszło mi na myśl, a mianowicie: dlaczego nikt nigdy nie oświecił nas w kwestii cudu pozy półksiężyca? Dlaczego przez wszystkie te stulecia ludzie marnowali jedną trzecią życia na sen, skoro mogli po prostu zgiąć się w pasie na pół minuty? Zamiast tego wymamrotałam, że to „naprawdę świetny koncept” i wymknęłam się, kiedy nie patrzyła.

Korytarz w mieszkaniu Philipa był dłuższy niż cały mój apartament i musiałam kierować się dźwiękiem jego głosu, żeby znaleźć właściwy pokój. Na ścianach wisiały barwne abstrakcje, a podłogę z ciemnego drewna – prawdziwego drewna, nie paneli – rozjaśniały surowe metalowe meble. Całość wyglądała jak salon wystawowy, jakby wszystko zostało zdjęte z wystawy i złożone w mieszkaniu tego faceta. Naliczyłam w sumie dwie łazienki, dwie sypialnie, salon, gabinet (z sięgającymi od podłogi do sufitu wbudowanymi szafami bibliotecznymi, dwoma komputerami Macintosh G4 i półkami na wino), zanim znalazłam go, opartego o granitowy blat i wkładającego czerwone pomarańcze do stanowiącej cud techniki wyciskarki. Sama nie posiadałam nawet otwieracza do konserw.

– Ćwiczysz jogę? Nie znam żadnych facetów, który uprawiają jogę. – To znaczy żadnych heteroseksualnych, pomyślałam.

– Oczywiście. To znakomity trening siłowy i uwielbiam sposób, w jaki oczyszcza umysł. Pewnie to bardzo amerykańskie, ale i tak warte zachodu. Powinnaś kiedyś spróbować ze mną. – I zanim zorientowałam się, co się dzieje, posadził mnie na blacie, rozsunął mi kolana, żeby podejść bliżej, i zaczął mnie całować w szyję.

Odruchowo zeskoczyłam z blatu, co tylko spowodowało, że znalazłam się głębiej w jego objęciach.

– Myślałam, no wiesz, eee, czy ty…

Para czystych zielonych oczu wpatrywała się we mnie wyczekująco.

– Chodzi o to, że, eee, biorąc pod uwagę wczorajszy wieczór i wszystko, no wiesz, prześcieradła Pratesi i zajęcia z jogi…

Nadal czekał. Żadnej pomocy z jego strony.

– Nie jesteś gejem? – Wstrzymałam oddech, mając nadzieję, że się z tym nie ukrywa albo, co gorsza, nie przeżywa fazy nienawiści do samego siebie.

– Gejem?

– Tak, no wiesz, lubisz facetów.

– Mówisz poważnie?

– Sama nie wiem, wydawało mi się tylko…

– Gejem? Myślisz, że jestem homoseksualistą? Miałam wrażenie, jakbym wędrowała wśród dekoracji do jakiegoś telewizyjnego reality show, gdzie wszyscy wiedzą, o co chodzi, tylko ja nie. Wskazówki, masa wskazówek, ale żadnych prawdziwych informacji. Usiłowałam złożyć je wszystkie w całość najszybciej jak to możliwe, ale nic mi z tego nie wychodziło.

– Cóż, oczywiście w ogóle cię nie znam. Chodzi o to, że… no wiesz… tak ładnie się ubierasz i wygląda na to, że bardzo troszczysz się o swoje mieszkanie i, ee, masz wodę Helmuta Langa. Mój przyjaciel Michael nawet by nie wiedział, kto to taki Helmut Lang…

Ponownie błysnął tymi lśniącymi zębami i potargał mi włosy jak dziecku.

– Może po prostu spędzasz czas z niewłaściwymi facetami? Zapewniam cię, że jestem bardzo, bardzo heteroseksualny. Po prostu nauczyłem się doceniać rzeczy lepszej jakości. No chodź, zdążę cię podwieźć do domu, jeżeli się pospieszymy. – Zarzucił na ramiona kaszmirowy płaszcz (Burberry) i wziął kluczyki.

Najwyraźniej muszę się wiele nauczyć.

Ale na razie musiałam też dostać się do pracy. Nie rozmawialiśmy podczas jazdy windą do holu, ale drogi Philip zdołał przycisnąć mnie do ściany i skubać moje wargi, co w jakiś sposób wydawało się jednocześnie całkowicie odrażające i tak zdumiewające, że stanęło mi serce.

– Mmm, jesteś smakowita. Chodź tu, pozwól, że skosztuję cię jeszcze ostatni raz. – Ale zanim zdołał ponownie wykorzystać moją twarz jako osobisty lizak, drzwi się rozsunęły i dwaj portierzy w uniformach odwrócili się, żeby być świadkami naszego przybycia.

– Odwalcie się – rzucił Philip, idąc przede mną i uciszającym gestem unosząc dłoń w stronę szczerzących zęby mężczyzn. – Dzisiaj nie chcę tego słuchać.

Stłumili śmiech, wyraźnie przyzwyczajeni do sytuacji, gdy Philipa odprowadzają nieznajome kobiety, i w milczeniu otworzyli drzwi. Dopiero kiedy wyszłam na zewnątrz, zorientowałam się, gdzie jesteśmy: Christopher i Greenwich, daleko na zachód, mniej więcej przecznicę od rzeki. Sławny budynek Archiwum.

– Gdzie mieszkasz? – zapytał, wyjmując srebrny kask spod siedzenia vespy, która stała pod opatrzonym monogramem pokrowcem w odległości trzech stóp od wejścia do budynku.

– Murray Hill? Może być?

Roześmiał się niezbyt miło.

– Nie wiem, ty mi powiedz. Ja z pewnością nie ekscytowałbym się mieszkaniem w Murray Hill, ale hej, każdego kręci co innego.

– Chciałam zapytać – stwierdziłam oschle, nie usiłując już nawet wpasować się w jego psychotyczne zmiany nastroju – czy możesz mnie tam podrzucić? Z całą pewnością mogę wziąć taksówkę.

– Cokolwiek zechcesz, kochanie. Dla mnie to nie problem. Biuro mam w centralnej części miasta, na wschód. Wobec tego mam cię po drodze. – Zajął się szukaniem kluczyków w kieszeni spodni i umieszczaniem torby od Hermesa z tyłu motoru. Skutera. – Jedźmy już, dobrze? Potrzebują mnie tam. – Przerzucił nogę nad siedzeniem i raczył spojrzeć w moją stronę. – Więc?

Na chwilę dosłownie odebrało mi głos, aż wreszcie Philip strzelił palcami.

– No dalej, kochanie, czas podjąć decyzję. Jedziesz czy nie? To nie takie trudne. Wczoraj wieczorem z pewnością nie byłaś taka niezdecydowana…

Zawsze hołubiłam klasyczne dziewczęce marzenie, żeby mieć prawdziwy powód, by strzelić jakiegoś durnia w pysk, i oto okazja właśnie pojawiła się przede mną w całej okazałości. Tylko byłam tak oszołomiona tym strzelaniem palcami i sugestią, że jednak coś się wczorajszej nocy wydarzyło, że po prostu się odwróciłam i zaczęłam iść w dół ulicy.

Zawołał za mną jakby zaniepokojony:

– Nie musisz być taka przewrażliwiona, kochanie. Tylko żartowałem. Wczoraj w nocy absolutnie nic nie zaszło. Ani ty ze mną, ani ja z tobą… – Usłyszałam, jak chichocze z własnego dowcipu, ale szłam dalej.

– Świetnie, niech tak zostanie. Nie mam teraz czasu na sceny, ale cię wytropię. Poważnie. Nieczęsto kobieta potrafi się oprzeć mojemu urokowi, więc zalicz mnie do grona szczerze zaintrygowanych. Zostaw swój numer u mojego portiera i do ciebie zadzwonię!

Silnik vespy zaskoczył i usłyszałam, jak motor przyspiesza. Chociaż zostałam właśnie obrażona i porzucona, wciąż miałam uczucie, że jakimś sposobem wygrałam… Jeżeli nie kłamał, oczywiście, i w tym zamroczeniu naprawdę się z nim nie przespałam.

Poczucie zwycięstwa przetrwało całych czterdzieści minut, podczas których wskoczyłam do taksówki, pognałam do domu, umyłam się myjką w umywalce i zaaplikowałam wielkie ilości dezodorantu pod pachy, dziecięcego pudru na głowę i perfumowanego kremu nawilżającego wszędzie indziej. Biegałam po mieszkaniu, szukając czystych ubrań i zastanawiając się, jakim cudem miałabym być dobrą matką, skoro nie potrafię nawet pamiętać, żeby nie porzucać własnego psa. Millington wycofała się do kąta pod stolik, karząc mnie w ten sposób za opuszczenie jej poprzedniego wieczoru. Nasiusiała też na moją poduszkę dla podkreślenia swojej o mnie opinii, ale nie miałam czasu na sprzątanie. Udało mi się wpasować między kolejne fale dojeżdżających do pracy i dotarłam do biura dokładnie minutę po dziewiątej. Marzyłam właśnie, żeby pożreć jedyne znane mi lekarstwo na kaca, dużą kawę i bułkę z masłem oraz bekonem, jajkiem i serem, kiedy przywołała mnie Elisa. Zajęła miejsce przy najbardziej słonecznym oknie i sprawiała wrażenie, jakby nie mogła się doczekać, żeby ze mną porozmawiać.

Biuro miało kształt ogromnego prostokąta, którego wszystkie boki obstawiono lśniącymi skórzanymi sofami i wszędzie po-urządzano kąciki do siedzenia. Teoretycznie rzecz biorąc, nie istniały indywidualne biurka, tylko dwa wielkie stoły w kształcie półksiężyców, które tworzyły okrąg, nie licząc niewielkich przerw, gdzie połówki się nie stykały, tworząc dojście do wspólnych faksów i drukarek pośrodku. Każdy z nas miał własnego laptopa, którego można było albo zamykać na noc w szafie, albo zabierać do domu, i codziennie zajmowaliśmy miejsca do pracy według zasady „kto pierwszy, ten lepszy”. Wszyscy usiłowaliśmy siąść na dwóch czy trzech miejscach, których Kelly nie mogła widzieć ze swojego biura, i dziś Elisa zdołała zagarnąć kilka metrów pierwszorzędnej przestrzeni. Rzuciłam laptopa na stół i bardzo ostrożnie wyjęłam kubek kawy z papierowej torby, uważając, żeby nie uronić ani jednej złocistej kropli. Elisa praktycznie dyszała w oczekiwaniu.

– Och, Bette, siadaj wreszcie, do cholery. Wszystko mi opowiedz, ledwo mogę wytrzymać.

– Co mam ci powiedzieć? Świetnie się wczoraj bawiłam. Dzięki za zaproszenie.

– Zamknij się! – pisnęła, co najwyraźniej stanowiło jedyną uznawaną przez nią metodę komunikacji. – Jaki był… – Pauza. Głęboki wdech. – Philippe?

– Philippe? Masz na myśli Philipa? Mnie nie wydawał się francuski.

– Och, Boże, zdecydowanie umyka ci to, co ważne. Jest absolutnie cudowny, nie uważasz?

– Właściwie to uznałam go za durnia – powiedziałam, co po części było prawdą. Jednocześnie to samo sprawiało, że wydawał się wyjątkowo intrygujący, oczywiście, ale miałam wrażenie, że nie ma potrzeby się do tego przyznawać. Elisa gwałtownie wciągnęła powietrze i wbiła we mnie wzrok.

– Co takiego powiedziałaś? – wyszeptała.

– Powiedziałam, że uznałam…

– Słyszałam. – Teraz był to prawie pomruk. – Po prostu nie potrafią sobie wyobrazić, czemu miałabyś coś takiego twierdzić. Wyglądało na to, że dobrze się bawisz, kiedy obściskiwałaś się z nim na parkiecie. Jest całkiem niezły, co? Wiadomo, że wprawa czyni mistrza, prawda?

Mogła oczywiście mówić o tańcu, ale wyraz jej twarzy, rozmarzony i lekko nieobecny, sugerował coś innego.

– Eliso, co masz na myśli?

– Och, Bette, daj spokój! Mówimy tu o Philipie Westonie.

– I to mi powinno coś mówić?

– Omójboże, Bette, jak ty się kompromitujesz. Mówisz serio? Nie masz pojęcia, kto to jest? Absolwent Eton i Oksfordu, z dyplomem z prawa z Yale? Najmłodszy prawnik, jaki kiedykolwiek został partnerem w Simpson Thacher? Dziadek książę, ojciec właściciel większości ziemi między Londynem a Manchesterem, z dodatkowymi kawałkami w Edynburgu? Fundusz powierniczy wystarczająco duży, żeby porównać go z wysokością długu narodowego? Były chłopak Gwyneth, obecnie pupilek różnych modelek reklamujących Victoria's Secret, ogłoszony „Adonisem nocnego życia” przez sam magazyn „New York”? Czy to ci cokolwiek mówi? – W tym momencie prawie się śliniła.

– Właściwie to nie – wyjąkałam, starając się ogarnąć wszystko, co powiedziała, gdy tymczasem krew dudniła mi w uszach. Książę? Gwyneth?

– Co za ironia losu – wymamrotała Elisa. – Każda dziewczyna na świecie stawia sobie za życiowy cel uprawianie seksu z Philipem Westonem, a ty idziesz i to robisz, nawet nie wiedząc, kim on jest? To nie do zniesienia.

– Seks z nim? Co? – Jeżeli mianem „uprawiania seksu” określasz przysłuchiwanie się, jak zwalnia służącą za poważne zaniedbanie w kwestii prześcieradeł za cztery tysiące dolarów, to tak, mieliśmy niesamowitą noc.

– Bette! Skończ z tą stylizacją,jestem taka niewinna”. Wszyscy cię wczoraj widzieliśmy!

W tym dokładnie momencie nie potrafiłam pojąć niczego poza faktem, że ten sam mężczyzna, który uprawiał seks z Gwyneth Paltrow, nie tylko widział mnie nago, ale obejrzał też bieliznę przeznaczoną na czas miesiączki, nieogolone nogi i strasznie zarośniętą linię bikini.

– Do niczego nie doszło – mruknęłam, zastanawiając się, jak szybko mogłabym spakować torby, zmienić nazwisko i przeprowadzić się do Bhutanu.

– Jasne. – Uśmiechnęła się lubieżnie.

– Nie, naprawdę, słowo. Obudziłam się u niego w mieszkaniu i faktycznie, miałam na sobie jego ubranie, ale zupełnie nic się nie wydarzyło.

Elisa wyglądała na zmieszaną i rozczarowaną.

– Jak to w ogóle możliwe? Jest o wiele zbyt rozkoszny, żeby mu się oprzeć.

– A ty z nim spałaś, Eliso? – zapytałam prowokująco, nagle doznając olśnienia.

Wyglądała, jakbym ją uderzyła.

– Nie!

– Przepraszam, nie miałam zamiaru sugerować… tylko żartowałam, nie myślałam, że miałaś…

– Sypiesz mi sól na rany. Od wieków mam na niego ochotę, ale on ledwie spogląda w moją stronę. Oczywiście ciągle go spotykam i bez dwóch zdań wie, kim jestem, więc może to tylko kwestia czasu… – Jej głos znów nabrał marzycielskiego tonu.

Zakaszlałam i Elisa się ocknęła. Właśnie miałam poczuć się miłe połechtana faktem, że Philip zabrał mnie wczoraj wieczorem do siebie, kiedy mógł mieć zamiast tego Elisę, ale nie zdążyłam się ucieszyć.

– Bo wiesz, facet prześpi się z każdą sensownie wyglądającą dziewczyną, jaka wpadnie mu w ręce, więc po prostu nie rozumiem, co jest nie tak ze mną – stwierdziła bez wyrazu.

– Każdą dziewczyną? – zdziwiłam się, wciąż zdeterminowana, by trzymać się złudzenia, że mogę być dla niego tą jedną jedyną.

– No tak, właściwie z każdą seksowną dziewczyną, i dlatego nie rozumiem, czemu na mnie nie reaguje. Może po prostu nie lubi chudych kobiet.

Auć. Niezamierzone, ale bolesne. Czekałam, podczas gdy Elisa wróciła do analizy sytuacji.

– Policzmy. Skye się z nim spotykała, ale wieki temu, o wiele wcześniej, niż stał się tym, kim jest teraz. Tak samo jedna z dziewczyn od wykazów – ta ładna – i ta dziewczyna, która była na okładce „Marie Claire” w zeszłym miesiącu, i spora grupa najbardziej seksownych dziewczyn z Conde Nast *. – Nie przestawała sypać nazwiskami pięknych i znanych w towarzystwie dziewczyn, z których część potrafiłam rozpoznać po latach niedbałej lektury plotkarskich kolumn i stron poświęconych wydarzeniom towarzyskim, ale ledwie ją słyszałam. Na szczęście zdążyła wyliczyć tylko z tuzin, zanim Kelly wychyliła się ze swojego biura i zawołała, żebym weszła do jej piekła w zwierzęce ciapki – całe pomieszczenie zostało wykończone halucynogenną mieszanką materiałów w zebrę, lamparta i tygrysa oraz obficie zaopatrzone w przesadnie duże futrzane poduszki i gigantyczny dywan z futra w cętki.

– Cześć, Bette. Jak tam idzie? – zapytała zadowolona, zamykając drzwi i pokazując, żebym zajęła miejsce na krześle pokrytym czymś, co w dotyku przypominało prawdziwą skórę i włosy.

– Ee, świetnie jak na razie. Pierwszy tydzień był wspaniały.

– Tak się cieszę! Też tak uważam! – Jeszcze szerszy uśmiech.

– No tak. Ale poważnie, jestem szczęśliwa, że tu pracuję i obiecuję opanować to wszystko najszybciej jak to możliwe, żebym mogła naprawdę coś z siebie dać, zamiast tylko się przyglądać – powiedziałam z rozsądną, jak uznałam, dozą trzeźwości i spójności.

– Uhm, wspaniale. Więc opowiedz mi o wczorajszym wieczorze! – Klasnęła i pochyliła się w przód.

– Och, jasne, wczorajszy wieczór. No tak, poszłam na kolację z Elisą, Skye, Leo i kilkoma innymi osobami i było bardzo miło. Masz tu naprawdę wspaniałych ludzi. Oczywiście nie pozwolę, żeby zawsze trzymali mnie na nogach do takiej pory… – roześmiałam się, usiłując mówić normalnie, bo nie byłam przyzwyczajona do omawiania wieczorów na mieście z szefem. Aaron z pewnością nie należał do osób, którym można by się zwierzyć z balowania do rana, ale Kelly wydawała się szczerze zaciekawiona.

– Chcesz powiedzieć, że nie pozwolisz, żeby trzymali cię na nogach do rana… – wyszczerzyła zęby w uśmiechu i pozwoliła, żeby słowa rozpłynęły się w ciszy.

Ahem. Podejrzewałam, że zbliżamy się do granicy między osobistym a zawodowym, i nie zamierzałam jej przekraczać.

– Kolacja była wspaniała! Po prostu uwielbiam wszystkich, którzy tu pracują. – Trochę bezsensowny komentarz, ale tylko to przyszło mi do głowy.

Pochyliła się do przodu, odsuwając ściętą ukośnie grzywkę jeszcze bardziej na lewo, i oparła łokcie na biurku z surowego drewna.

– Bette, kochanie, nie możesz oczekiwać, że spędzisz noc z Philipem Westonem i cały świat nie będzie o tym wiedział. Proszę, spójrz. – Popchnęła w moją stronę komputerowy wydruk. Kiedy go podnosiłam ze stołu, drżały mi ręce.

Natychmiast rozpoznałam, że to codzienne wydanie kolumny, o której zeszłego wieczoru mówiły Abby i Elisa, „Nowojorskiej Bomby”. Została przedrukowana ze strony internetowej. Tytuł głosił: TAJEMNICZA DZIEWCZYNA MELDUJE SIĘ W HOTELU WESTONA. Potem szczegółowo opowiedziano, jak to Philip został poprzedniego wieczoru „zaczepiony” w Bungalowie 8 przez „śliczną młodą sztukę”, którą pewne źródła „wskazują jako świeży nabytek Kelly & Company. Pozostańcie z nami w kontakcie, żeby sprawdzić, czy gdzieś jeszcze wypłynie…”. Podpis pod tekstem brzmiał „Wtajemniczona Ellie”. Co za głupi pseudonim, pomyślałam.

Mimo stanowiącej swego rodzaju komplement „ślicznej młodej sztuki”, określenia bez wątpienia dodanego, żeby wydłużyć tekst, żołądek mi się skurczył i spojrzałam na Kelly z przerażeniem.

– Gorączkowo prowadzę poszukiwania na całym Manhattanie, próbując ustalić, kim jest Wtajemniczona Ellie. To kurewsko genialne. Zdajesz sobie sprawę, jak szybko to zamieszczają? Pewnie to zaleta publikacji w sieci, chociaż nie mogę się oprzeć wrażeniu, że te… te „blogi” to pamiętniczki ludzi, których nikt nie chce wydawać.

– Kelly, to tylko tak wygląda. Mogę ci to wyjaśnić. Chodzi o to, że po kolacji…

– Bette, dokładnie wiem, co się stało. Jestem zachwycona!

– Tak? – Byłam pewna, że to tylko zastosowany przez nią wymyślny sposób, żeby mnie zwolnić.

– Oczywiście! Słuchaj, to idealny scenariusz. Philip Weston, Bungalow Osiem, wzmianka o firmie. Jedyne, o co proszę, to żebyś następnym razem upewniła się, że prawdziwa Page Six też się przygląda. Wzmianka jest przyzwoita, ale ta publikacja jest wciąż dosyć świeża i na razie nie ma jeszcze zbyt wielkiej liczby czytelników.

Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale nie wydostały się z nich żadne słowa. Nie wydaje mi się, żeby Kelly to zauważyła.

– Jest niesamowity, prawda? Tak między nami, zawsze miałam do niego słabość.

– Ty? Do Philipa?

– O mój Boże, dziewczyno, kto nie miał? Jest fantastyczny. Nie tylko cały czas wymieniają go tłustym drukiem, ale tak się składa, że do tego niesamowicie wygląda bez koszuli.

Jej twarz przybrała ten sam rozmarzony wyraz, który wcześniej widziałam u Elisy.

– Spotykałaś się z nim? – zapytałam, modląc się gorąco, żeby odpowiedź brzmiała „nie”.

– Dobry Boże, chciałabym! Jestem słodka, ale nie dość słodka jak dla Philipa. Najbliżej pójścia z nim do łóżka byłam, kiedy przyglądałam się, jak zdejmuje koszulą na aukcji charytatywnej, gdzie organizatorzy sprzedawali randką z nim. Trzysta kobiet i ja dostałyśmy szału, kiedy ściągnął ją przez głową. Bardzo w stylu Gotowych na wszystko. Jeśli możesz to sobie wyobrazić, jednocześnie cudowne i żałosne.

Opuściłam gardą i zapomniałam – na ułamek sekundy – że rozmawiam ze swoją szefową.

– Widziałam tą klatką, kiedy wyszedł dziś rano spod prysznica i była dokładnie taka piękna, jak mówisz – powiedziałam, zanim dotarło do mnie, co to sugeruje.

Kelly aż podskoczyła i spojrzała na mnie z dziwną mieszaniną zawiści i przynaglenia.

– Zakładam, że kiedy znów do ciebie zadzwoni, umówisz się z nim, prawda?

Tak naprawdę nie zabrzmiało to jak pytanie.

– Och, nie jestem pewna, czy zadzwoni – wymamrotałam, zdając sobie sprawą, że nikt nie uwierzy, że ze sobą nie spaliśmy.

Spojrzała na mnie przenikliwie, a potem na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.

– Bette, kochanie, może jako jedyna nie zdajesz sobie z tego sprawy, ale na swój własny, szczególny sposób jesteś piękna. A jest rzeczą ogólnie wiadomą, że nikt nie kocha pięknych dziewcząt bardziej niż Philip Weston. Oczywiście, że zadzwoni. A ty powiesz „tak”, prawda? I naturalnie zaproś go, proszą, na wszystkie nasze imprezy i baw się do dowolnie późnej pory, kiedy z nim będziesz.

Czułam narastające dziwne rozradowanie -jak zakochanie z licealnych czasów.

– Eee, jasne. Dobrze, będę o tym pamiętała. – Nagle miałam ochotą ją uściskać.

– Wspaniale. Jestem taka podniecona tym, co się dla ciebie szykuje! I stanowczo aktualizuj informacje. Możemy zaczynać?

– Tak, zaczynajmy. Odetchnęłam, z ulgą przyjmując koniec tej dziwnej rozmowy. – Zamierzasz zapoznać mnie z Listą, prawda?

– Tak. Lista. Jedyne i kluczowe narządzie, które może zapewnić firmie sukces. Jesteśmy nikim bez ludzi, których możemy obiecać naszym klientom, więc całe lata poświęciłam na założenie jednej z największych baz danych na rynku. Przysuń tu krzesło, żebyś mogła to zobaczyć.

Przeciągnęłam futrzane siedzenie na jej stronę biurka i usadowiłam się, kiedy dwukrotnie kliknęła w ikonę na pulpicie.

– Oto ona – westchnęła. – Moje dziecko. Najbardziej wszechstronna lista ludzi kształtujących gusta teraz i na wieki.

Ekran przypominał stronę wyszukiwarki, na jaką można się natknąć na stronach z ogłoszeniami osobistymi albo mieszkaniami do wynajęcia. Po prostu wybiera się preferencje wyszukiwania, zaznaczając przyporządkowane im okienka, i wciska „Znajdź”. W tej można było przeszukiwać cztery główne lokalizacje – Nowy Jork, Los Angeles, Miami i Hamptons – ale istniały też mniejsze, nie tak kompletne listy dla kilkunastu innych miast w Stanach Zjednoczonych i ponad dwudziestu za granicą. Kryteria wyszukiwania wydawały się nieskończone. W rzędzie pionowym, który zaczynał się w lewym górnym rogu, wymienione zostały w przypadkowej kolejności: Sztuka, Literatura, Produkcja filmowa, Gazety, Moda, Firmy fonograficzne. Towarzystwo, Młode towarzystwo. Elity mediów, Finanse, Czasopisma, Architektura, Handel, Różne.

– Wprowadzasz po prostu, jakiego typu ludzi szukasz, i program dostarcza ci wszystkich informacji. Proszę, spójrz. – Szybko zaznaczyła „Literatura” oraz „Młode towarzystwo” i pokazały się tysiące wyników. – Wiemy wszystko o każdym. Pełne nazwisko, adres domowy, adres, pod którym pracuje, wszystkie telefony, faksy, pagery, e-maile, domy na wsi, domy na plaży, adresy międzynarodowe, urodziny, informacje o współmałżonkach i szczegóły na temat zarówno dzieci, jak ich nianiek. Mamy też podzbiór – jeśli trzeba zawęzić poszukiwania – który nam powie, czy dana osoba jest homo- czy heteroseksualna, wolna, monogamiczna czy zdradza, poza tym czy imprezuje, podróżuje albo często bywa wymieniana w plotkarskich rubrykach. W oczywisty sposób wybór potrzebnych ludzi jest bardzo ułatwiony, kiedy wie się wszystko o ich życiu, prawda?

Skinęłam tylko głową, ponieważ nie istniała chyba żadna bardziej stosowna odpowiedź.

– Weźmy na przykład twojego wujka. – Wpisała jego nazwisko w polu wyszukiwania i natychmiast wyskoczyło całe związane z nim info: adres i telefon w Central Park West, dane na temat biura, stanowisko w gazecie i tytuł jego rubryki, liczba lat spędzonych na pisaniu, czytelnicy w całym kraju, data urodzin i krótkie zdanie, że często podróżuje do Key West i Europy. Pod odsyłaczem był opisany jako „gej”, „literatura”, „gazety” i „elita mediów”. Zauważyłam, że nie ma kategorii „reakcyjny chrześcijański koalicjonista”, ale nic nie powiedziałam.

– O mój Boże, niczego podobnego nie widziałam – westchnęłam, nie mogąc oderwać oczu od ekranu.

– Niesamowite, prawda? A to nie wszystko. Jak zauważysz, nie ma w tej bazie zwykłych dziennikarzy ani sław. Mamy dla nich osobne bazy, ponieważ te dwie grupy mają dla nas kluczowe znaczenie.

– Osobne?

– No jasne. Spójrz. – Zamknęła pierwszy program i kliknęła na ikonę z podpisem „Prasa”. – Istnieją elity medialne, ludzie tacy jak twój wujek, Frank Rich, Dan Rather, Barbara Walters, Rupert Murdoch, Mort Zuckerman, Tom Brokaw, Arthur Sulzberger, Thomas Friedman i tak dalej, i tak dalej, których chcesz oczywiście widzieć na imprezie, ponieważ przyciągają uwagę mediów, ale nie można się spodziewać, że zrobią jakąkolwiek relację z wydarzenia. Zajmują taką pozycję jak sławy i dlatego musimy mieć zupełnie oddzielną bazę danych ludzi naprawdę pracujących dla mediów – wszystkich z gazet, magazynów, telewizji i radia, którzy mogą nam rzeczywiście zapewnić taką obecność w mediach, jaką obiecaliśmy naszym klientom. Oczywiście jedno zawsze nakłada się na drugie. Możesz mieć osobę popularną w towarzystwie, która pracuje dla czasopisma albo kogoś z wytwórni filmowej, kto pisuje recenzje do lokalnej gazety, więc po prostu nie ograniczamy się do umieszczania ludzi na jednej liście.

Zabrałam jej mysz i przewinęłam kolejne pola, zauważając, że medialna baza danych została podzielona tematycznie, tak by można było wybrać konkretnych ludzi zajmujących się muzyką, projektowaniem, podróżami, stylem życia, modą, rozrywką, plotkami, sławnymi osobami, sportem albo zobowiązaniami towarzyskimi.

– Absolutnie niesamowite. Ile masz tu w sumie osób?

– We wszystkich trzech bazach danych prawdopodobnie około trzydziestu pięciu tysięcy. Nie widziałaś jeszcze tej ze sławami, najważniejszej. – Kolejnych kilka kliknięć i na ekranie znalazła się lista najbogatszych, najsławniejszych i najpiękniejszych ludzi świata.

– To lista przemysłowa. Przy każdym sławnym człowieku wymieniliśmy także aktualnego rzecznika prasowego, agenta, menedżera, asystentów oraz informacje rodzinne, a do tego urodziny, aktualne i przyszłe projekty oraz preferencje – wszystko, od linii lotniczych po kwiaty, rodzaj wody, kawy, alkohole, hotele, projektantów i muzykę. Uaktualniamy ją właściwie z godziny na godzinę.

Otworzyła rekord Charlize Theron i zobaczyłam, że Charlize ma domy w Afryce Południowej, Malibu i Hollywood Hills, umawia się ze Stuartem Townsendem, lata tylko pierwszą klasą American Airlines albo prywatnym odrzutowcem, obecnie kręci film w Rzymie, jest w obsadzie następnego filmu za pięć miesięcy i posiada czteroosobowy personel, z agentem, który aktualnie pełni rolę rzecznika prasowego.

– Jakim sposobem są uaktualniane? To znaczy, skąd możesz wiedzieć to wszystko?

Kelly odchyliła głowę do tyłu, wyraźnie zadowolona z mojego zdumienia.

– Elisa przedstawiła ci dziewczyny od wykazów, tak?

Skinęłam głową.

– Nie jest to najbardziej prestiżowa praca na świecie, ale mają właściwe koneksje i dajemy im masę bonusów za czytanie wszystkich możliwych publikacji – drukowanych i online – i wykorzystanie ich do zapełnienia luk. Są trzy i wszystkie nieźle ustawione towarzysko z powodu rodzinnych powiązań, stale imprezują i wszędzie spotykają ludzi. Właśnie dziś rano „New York” wydał dodatek „Dziecięca władza”, jest tam pięćdziesiątka dzieciaków z Nowego Jorku w wieku poniżej trzydziestki, które osiągnęły najwięcej w swoich dziedzinach. Jeżeli jeszcze by ich tu nie było, każdy zostałby teraz wprowadzony do naszej bazy danych.

– Zdumiewające. Naprawdę, Kelly, zdumiewające.

– Z pewnością. Może przygotujesz próbną listę? Powiedzmy, że planujemy imprezę dla Asprey, żeby uczcić otwarcie ich pierwszego sklepu w Stanach Zjednoczonych. Odbędzie się w salonie sprzedaży w Madisonie i główną troską firmy jest fakt, że Amerykanie po prostu nie są tak obeznani z marką jak Anglicy, więc potrzeba im większego rozgłosu. Wybierz pięćset osób: czterystu zwykłych gości i sto sław oraz odpowiednich ludzi z prasy. Oczywiście prawdziwe przyjęcie ograniczyłoby się do stu, maksymalnie stu pięćdziesięciu osób, ale to będzie tylko ćwiczenie.

Nagle dotarło do mnie, że wciąż jeszcze nie uporałam się z kacem, który ruszył z kopyta z taką mocą, że wymagał natychmiastowej uwagi.

– Jasne, może dam ci ją w poniedziałek? – zapytałam jak najbardziej pogodnie i wstałam ostrożnie, żeby uniknąć dodatkowych mdłości.

– Idealnie – skinęła głową Kelly. – Pomyśl też o możliwych upominkach dla gości. Och, i Bette?

– Hmm?

– Zamierzasz widzieć się z Philipem w czasie weekendu?

– Philipem? Jakim Philipem? – Myślałam, że wciąż jeszcze rozmawiamy o Liście, ale najwyraźniej Kelly płynnie przerzuciła się na moje życie osobiste.

– Bette! – zachichotała. – Ten wspaniały superogier, którego łóżko okupowałaś zeszłej nocy? Będziesz się z nim widziała, prawda?

– A, tak, Philip. To niezupełnie tak wyglądało, Kelly. To było bardziej jak…

– Och, Bette, natychmiast przestań. Nie musisz się przede mną tłumaczyć. Wiesz, to przecież twoje życie – podkreśliła, najwyraźniej nie wyczuwając w tym stwierdzeniu śladu ironii. – Mam tylko nadzieję, że weźmiesz pod uwagę pokazanie się z nim w weekend, to wszystko. Może zjedzcie kolację w Matsuri albo wpadnijcie do Bungalowu przy Marquee?

– Ee, cóż, nie jestem pewna, czy do mnie zadzwoni, ale jeżeli zadzwoni, wtedy, no, chyba…

– Och, zadzwoni, Bette, zadzwoni. Cieszę się, słysząc, że podoba ci się ten pomysł. Bo, szczerze mówiąc, byłabyś szalona, gdyby było inaczej! Dzisiaj wcześnie wychodzę, więc życzę ci wspaniałego weekendu, okej?

– Jasne. Na pewno. Tobie też, Kelly – powiedziałam, cal za calem zbliżając się do drzwi, wciąż nie do końca przekonana, że właśnie obiecałam swojej szefowej sypiać z facetem, z którym jeszcze nie spałam. – Do zobaczenia w poniedziałek.

Podniosła słuchawkę, uśmiechnęła się i pokazała mi uniesione w górę kciuki. Ruszyłam prosto do swojego miejsca pracy w pobliżu Elisy, ale kilka razy zostałam zatrzymana przez ludzi, którzy szczerzyli do mnie zęby w znaczących uśmiechach albo wołali „Dobra robota” czy „Świetna robota z Philipem”. Elisa wyszła na lunch (czytaj: litr wody Fiji, paczka małych marchewek i sześć marlboro lightsów), jak stwierdzała notatka, którą zostawiła na moim komputerze, więc chwyciłam za telefon i zadzwoniłam do Penelope.

– Hej, jak się masz? – zapytała.

– W porządku, a ty? – odparłam z napięciem w głosie, tak cicho i nerwowo, że miało się wrażenie, jakby w każdej sekundzie coś mogło wybuchnąć.

– Świetnie, dzięki za zaproszenie na wczorajszą kolację. Było, eee, naprawdę interesująco.

– Czułaś się okropnie, tak?

– Nie! Nie, Bette, nie powiedziałam niczego takiego. Wcale nie czułam się okropnie. Po prostu było to, eee, coś innego, niż zwykle robimy. Mam nadzieję, że się nie pogniewałaś, że wcześniej się wymknęłam, ale byłam wykończona. Jak minęła reszta wieczoru?

– Pytasz, żeby grzecznie się zachować, czy nie widziałaś jeszcze dzisiejszych nowin? – W duchu zacisnęłam kciuki, żeby o niczym nie słyszała.

– Cóż, jestem tylko miła. Avery przesłał mi to jako pierwszą rzecz z rana. Wykorzystałam każdą uncję siły woli, żeby do ciebie nie zadzwonić. Chcę mieć pełną relację scena po scenie. Zacznij od „kiedy go spotkałam w Bungalowie, miał na sobie czarną koszulę w prążki i czarne spodnie z wewnętrznym szwem długości trzydziestu czterech cali i kupił mi waniliową wódkę Stoliczną ze spritem. Mów dalej, zachowując, proszę, ten poziom dokładności.

– Pen, naprawdę nie mogę się tutaj w to zagłębiać – stwierdziłam oschle, podnosząc wzrok, by zauważyć, że połowa moich współpracowników pozoruje usilne wpatrywanie się w ekrany komputerów, gdy tymczasem uważnie mnie słucha.

– Bette! Chyba żartujesz! Uprawiasz seks z jednym z najbardziej seksownych facetów Wolnego Świata! Avery zawsze opowiada, jak uwielbia go każda kobieta na Manhattanie. Naprawdę nie możesz mi o tym opowiedzieć?

– Nie spałam z nim! – prawie krzyknęłam do słuchawki. Skye i Leo – plus kilka asystentek – gwałtownie unieśli głowy i jednocześnie wyszczerzyli do mnie zęby.

– Wszystko jedno – usłyszałam czyjś szept.

Leo tylko przewrócił oczami, jakby chciał powiedzieć „Och, dobry Boże, nie jesteśmy wszyscy aż tacy głupi”.

I przez moment czułam, że mi to pochlebia. I co z tego, że poznać kogoś i przespać się z nim pierwszej nocy było trochę dziwkarskim zachowaniem? Chyba lepiej, że wszyscy dopuszczają możliwość, że Philip Weston raczył uprawiać ze mną seks, niż gdyby zakładali, że zabrał mnie do siebie na noc z litości oraz poczucia obowiązku i w rzeczywistości spędził w łóżku, które zajmowałam, najmniej czasu jak się dało.

– O rany – jęknęła Penelope – co za drażliwość. Okej, więc nie uprawiałaś z nim seksu. Wierzę ci. Jedyne pytanie, jakie teraz mam, brzmi: a czemu nie, do cholery? Z pewnością nie muszę ci przypominać o twoim celibacie. Dla kogo się oszczędzasz? Podobno jest niesamowity!

Roześmiałam się wreszcie i zdałam sobie sprawę, że to pierwszy raz tego ranka. No właśnie, cóż to za wielka sprawa? Skoro nie miałam zostać zwolniona za swoją dość publiczną niedyskrecję – a z całą pewnością taka opcja nie wchodziła w rachubę – czemu nie mogłabym po prostu się tym cieszyć?

– Bardzo niewiele pamiętam z tego, co się wydarzyło wczoraj w nocy – wyszeptałam, zakrywając mikrofon ręką – ale opowiem ci wszystko, co jestem w stanie wygrzebać z pamięci, kiedy dotrę wieczorem do domu.

– Nie mogę. Avery i ja jemy kolację u jego rodziców i nie udało mi się go od tego odwieść. Co powiesz na jutrzejszy wieczór? Możemy się spotkać na drinka w Black Door?

– Strasznie bym chciała, ale mam spotkanie klubu książki z kolacją i drinkami. Chyba we włoskiej dzielnicy.

Westchnęła.

– Cóż, chyba powinnyśmy teraz zrobić plany na weekend po następnym, bo przez dwa tygodnie jestem służbowo w St. Louis. Będziesz w mieście?

Dziwnie się czułam, planując spotkania z innymi ludźmi niż klub książki. Will albo Penelope, ale moja praca zaczęła już zahaczać o weekendy. Sprawdziłam gwałtownie zapełniający się kalendarz.

– Tak, zdecydowanie, obiecałam tylko Kelly, że pójdę z naszą grupą wyśledzić jakieś nowe miejsce na imprezą „Playboya”. Mamy jeszcze cztery miesiące, ale wszyscy już panikują. Chcesz się z nami zabrać?

Penelope się zawahała. Wiedziałam, że pomysł się jej nie podoba, ale właściwie nie mogła odmówić, skoro już przyznała, że jest wolna.

– Eee, jasne. Brzmi świetnie. Ustalimy szczegóły w tygodniu. Oczywiście jeżeli nagle „przypomnisz sobie” cokolwiek z wczorajszej nocy, chętnie to wchłonę.

– Suka – odcięłam się. Tylko się zaśmiała.

– Baw się dobrze z przyszłymi teściami, słyszysz? I słuchaj uważnie, kiedy będą ci mówili, ile dokładnie chcą mieć wnuków, z uwzględnieniem płci i koloru oczu. W końcu masz teraz pewne obowiązki…

Dobrze było znów usłyszeć jej śmiech.

– Bettino Robinson, nie jestem pewna, czy w obecnej pozycji możesz udzielać rad w takich sprawach, biorąc pod uwagę twoje dość tandetne wyczyny podczas ostatnich dwudziestu czterech godzin… Później pogadamy.

– Pa.

Odłożyłam słuchawkę i uznałam, że taka noc i ranek dają mi pełne prawo do drugiej bułki z masłem, bekonem i jajkiem. Wciąż miałam do przygotowania tę pięciusetosobową listę i upominki na imprezę, ale uznałam, że to może poczekać. Mój kac nie mógł.

9

Trzy tygodnie później – trzy tygodnie sporządzania list, kompletowania garderoby, chodzenia na imprezy i ogólnego zanurzania się w kulturze Kelly & Co – stałam i czekałam na Penelope. Kolejka wyglądała absolutnie nieznośnie. Całe hordy dziewcząt wygładzały wyprostowane „na Japonkę” i nasączone odżywką włosy wymanikiurowanymi dłońmi, podczas gdy chłopcy – po rewitalizacji podczas kolacji ze stekiem – trzymali je za ramiona, żeby nie chwiały się na obcasach. Wieczór, jak to na początku listopada, był chłodny, ale najwyraźniej nikt nie zauważył, że czerwiec już się skończył. Skóra – lśniąca po peelingu, polerowaniu, woskowaniu, nawilżaniu i opalaniu – była widoczna wszędzie, od ogromnych połaci przybrązowionych dekoltów do ledwie błyskających pasków brzucha i tych części ud, które rzadko widuje się poza plażą i gabinetem ginekologa. Kilka osób kołysało się w rytm powolnej muzyki, która przedostawała się przez imponujące stalowe drzwi, a większość wydawała się dosłownie rozćwierkana na samą myśl o tym, co ma do zaoferowania noc: uczucia, z jakim pierwsze martini trafia do krwiobiegu, wrażenia, że pulsowanie muzyki przenika ci biodra, papierosowego dymu, palącego, lecz pysznego, szansy na przyciśnięcie tej perfekcyjnej skóry do innej skóry. Nie istnieje nic bardziej uderzającego do głowy niż sobotnia noc w Nowym Jorku, kiedy stoisz przed najnowszym, najbardziej szykownym miejscem w mieście, w otoczeniu wszelkiego rodzaju olśniewających ślicznych ciał, wibracji mówiącej, że każda fantazja tylko czeka, żeby się ziścić… Jeśli tylko zdołasz wejść do środka.

Ku mojemu zaskoczeniu Will nie był specjalnie zachwycony prasą, jakiej doczekała się moja jednonocna przygoda parę tygodni wcześniej. Zadzwoniłam do niego po pracy, by się przywitać, sądząc, że nie czytuje „Nowojorskiej Bomby” i są spore szanse, że niczego nie wie, ale bardzo, bardzo się myliłam. Wyglądało na to, że wszyscy zaczęli czytywać „Nowojorską Bombę” – i co gorsza, że czytywali ją wyłącznie dla rubryki Wtajemniczonej Ellie.

– O, Bette, twój wujek strasznie się niecierpliwił, czekając, aż zadzwonisz. Sekunda, już go daję – powiedział Simon dość formalnym tonem, nie siląc się nawet na pytanie, jak się miewam i kiedy wpadnę na kolację, co zawsze robił.

– Bette? To naprawdę ty? Sława osobiście raczyła zadzwonić do starego wujka, hę?

– Sława? O czym, u licha, mówisz?

– Och, sam nie wiem, może o tym skromnym kawałku poświęconym mojej „tajemniczej siostrzenicy”. Najwyraźniej twój nowy chłopak jest dość modny, więc jego, eee, kobiety są często rejestrowane dla potomności na świetnych dziennikarsko stronach „Bomby”. Nie widziałaś?

– Mój chłopak? Masz na myśli sławnego Philipa Westona, jak zgaduję?

– W rzeczy samej, kochanie, w rzeczy samej. Niezupełnie to miałem na myśli, kiedy zachęcałem cię, żebyś wyszła i kogoś poznała, ale co ja mogę wiedzieć? Jestem tylko starym człowiekiem, który żyje życiem swojej pięknej młodej siostrzenicy. Jeśli znajdujesz całą tę brytyjskość i styl zepsutego białego dzieciaka, który popala trawę, pociągającym, cóż, jestem jak najdalszy od tego, by mówić co innego…

– Will! Myślałam, że spośród wszystkich ludzi ty akurat rozumiesz, że nie należy wierzyć we wszystko, o czym czyta się w gazetach. Niezupełnie tak to było.

– Cóż, kochanie, ponieważ jesteś nieco spóźniona na starcie, pozwól, że wyjaśnię: ostatnio wszyscy czytują Wtajemniczoną Ellie. Dziewucha z całą pewnością jest intrygantką, ale wydaje się, że zawsze ma aktualne informacje. Chcesz mi powiedzieć, że nie poszłaś z nim do domu? Albo że chodziło o inną nowo przyjętą przez Kelly osobę? Bo jeśli tak jest w istocie, zalecałbym ci natychmiastowe sprostowanie. Nie jestem pewny, czy tego rodzaju reputację chciałabyś sobie stworzyć.

– To skomplikowane. – Nie zdobyłam się na nic więcej.

– Rozumiem – odparł cicho. – Cóż, z pewnością to nie moja sprawa. Dopóki dobrze się bawisz, liczy się tylko to jedno. Do zobaczenia na lunchu w niedzielę. Mamy pełnię sezonu na śluby, więc sądzę, że w jutrzejszych zapowiedziach możemy się spodziewać niekwestionowanych zwycięzców. Wyostrz języczek, kochanie.

Zgodziłam się, ale czułam się niepewnie. Coś się zmieniło – albo przynajmniej uległo przesunięciu – i nie do końca potrafiłam uchwycić co.

– Hej, Bette, tutaj! – Penelope zawołała trochę za głośno, regulując należność u taksówkarza i machając do mnie z tylnego siedzenia.

– Hej, w samą porę. Elisa i ekipa już są w środku, ale nie chciałam, żebyś musiała sama wchodzić.

– Rany, wyglądasz świetnie – powiedziała, kładąc mi rękę na biodrze i badawczym wzrokiem oceniając mój strój. – Gdzie znalazłaś takie ciuchy?

Roześmiałam się, zadowolona, że zauważyła. Pracowałam dla Kelly & Company dopiero od miesiąca, ale tyle czasu wystarczyło, by zmęczyła mnie świadomość, że zawsze wyglądam, jakbym szła na pogrzeb. Wcisnęłam swoje brązowawe kostiumy na dno szafy, wyrwałam parę stron z „Lucky” i „Glamour” i poszłam prosto do Bameysa. Stojąc przy kasie, dodałam w pamięci wszystkie te lata, których będzie trzeba, żeby za wszystko zapłacić, a potem odważnie wręczyłam swoją kartę kredytową. Kiedy kasjer mi ją oddał, mogłabym przysiąc, że była ciepła. W jedno popołudnie zdołałam pożegnać się zarówno ze stylem kujona, jak i brakiem obciążeń kredytowych.

Chociaż nie nabyłam kolekcji z wybiegu, byłam całkiem zadowolona ze swojego nowego wyglądu: dżinsy Hudson – kosztowały więcej niż moje całomiesięczne rachunki – w połączeniu z jedwabnym bieliźnianym topem w kolorze zielonym, tweedowa dopasowana marynarka, która nie pasowała do niczego, ale została przez sprzedawcę, Jean-Luca, określona jako „zachwycająca”, i koperta od Louisa Vuittona, którą Will kupił mi na dwudzieste pierwsze urodziny, ponieważ najwyraźniej,jest zbrodnią wchodzić w kobiecość bez choćby jednego designerskiego drobiazgu na osłodę. Witaj w życiu, które, mam nadzieję, będzie jednym pasmem płytkiego konsumpcjonizmu i czci dla markowych towarów”.

Pracowałam w UBS przez pięć lat, jak niewolnik harując po osiemdziesiąt godzin tygodniowo. Ponieważ nie miałam czasu, żeby wydawać pieniądze, zdołałam całkiem niechcący stworzyć niedużą rezerwę finansową. Po ośmiu tygodniach bezrobocia i jednym popołudniu u Bameysa rezerwa uległa znaczącemu zmniejszeniu, ale mój tyłek nigdy nie wyglądał lepiej w dżinsie. Stojąc przed Sanktuarium w otoczeniu chudych i pięknych ludzi, czułam się na swoim miejscu. Było warto.

– Cześć – rzuciłam, obejmując cienką talię Penelope. – Podoba ci się? To mój nowy styl „nigdy nie byłam nawet w przybliżeniu modna, ale teraz naprawdę poważnie się staram”. Co myślisz?

– Że wyglądasz seksownie – stwierdziła, jak zawsze dobra przyjaciółka. – Czy ktoś zamierza widzieć dziś wieczorem pewne angielskie bóstwo?

– Nie sądzę. Nie przypuszczam, żeby Philip Weston dzwonił do dziewczyn, które nie wpadają mu do łóżka z rozłożonymi nogami. Właściwie to nie sadzę, żeby dzwonił też do dziewczyn, które to robią. Mniejsza z tym. Jest piękny, ale niewiarygodnie arogancki i próżny.

– A tego nikt nie lubi – powiedziała Penelope z udawaną powagą.

– Oczywiście, że nie. – Chodź, wszyscy są już w środku, a ja zamarzam.

– Widziałaś tę kolejkę? Co się tu dzisiaj dzieje? Można by pomyśleć, że Britney za darmo tańczy ludziom na kolanach czy co.

– Nie za bardzo wiem, nie licząc tego, że otworzyli się wczoraj wieczorem i ma to być najbardziej ekskluzywne miejsce, coś jakby sala dla VIP-ów na sterydach. Kelly chciała, żebyśmy je sprawdzili na wypadek, gdyby faktycznie zasługiwało na te wszystkie przesadne zachwyty. Jeżeli stanie się modne, będziemy je mieli zarezerwowane na imprezę dla „Playboya”.

Kelly & Company już rok temu dostała zlecenie od „Playboya”, żeby zorganizować nowojorski epizod niekończących się obchodów pięćdziesiątej rocznicy ich istnienia, rozpoczętych w Chicago w styczniu i mających zakończyć się ostatecznie wielkim przyjęciem w rezydencji w Los Angeles, z przystankami w Vegas, Miami i Nowym Jorku. Zapowiadało się potężne przedsięwzięcie – zdecydowanie nasz największy do tej pory projekt – i właściwie zdominowało wszystkie dni robocze. Dzień wcześniej Kelly zebrała nas przed zmianą liczby na tablicy na sto sześćdziesiąt cztery, a potem poprosiła o aktualne informacje. Dziewczyny od wykazów prowadziły już symultanicznie badania sław z list A i B, przygotowując się do stworzenia finalnej zwycięskiej Listy. W tym samym czasie reszta z nas przez pół dnia odbierała telefony od każdego, kogo można sobie wyobrazić z dowolnej branży w mieście, i wszyscy usiłowali wykłócić się o zaproszenia ustne albo pisemne dla siebie, swoich klientów albo i dla siebie, i dla klientów. Zestawmy poziom oczekiwań z paranoidalnym uporem Hefa, żeby wszystkie szczegóły (w tym także, lecz nie wyłącznie, miejsce, data, pora i uczestnicy) było utrzymane w ścisłej tajemnicy, i mamy przepis na totalny chaos.

– Zajrzałam dzisiaj do Citysearch. Zacytowali menedżera, który stwierdził, że spodziewają się klienteli „z zasobnym portfelem i kreatywnej”, co chyba bardziej pasowałoby do rozmowy o menu niż o ludziach, ale co ja tam wiem?

Ostatnio zaczęłam pojmować, że zasadą organizującą życie na Manhattanie jest koncepcja wyłączności. W jakimś stopniu niewątpliwie chodziło po prostu o koncentrację ludzi na tak małej wyspie. Nowojorczycy odruchowo rywalizują o wszystko, od taksówek w godzinach szczytu po miejsca siedzące w metrze, poprzez torby „Birkin” od Hermesa i bilety na sezon Knicksów. Niedostępne rady mieszkańców wymagają lat, żeby się przez nie przebić. Lodowate hostessy w najbardziej pożądanych restauracjach w mieście wyniośle żądają rezerwacji na sześć miesięcy naprzód. „Jeżeli wpuszczają cię bez kłopotów – mawiają ludzie – prawdopodobnie nie warto tam iść”. Od czasów Studia 54 i pewnie na długo przedtem (jeżeli w ogóle istniały wtedy nocne kluby) klubowicze uczynili z wchodzenia do modnych nocnych lokali prawdziwą dyscyplinę sportową. A w najbardziej szykownych miejscach, takich jak to dzisiejsze, istniały poziomy dostępu. Przejście przez frontowe drzwi to dopiero początek – każda studentka drugiego roku w obcisłym topie może sobie z tym poradzić. „Główny bar”?, usłyszałam, jak mówił ktoś mający na myśli Sanktuarium. „To już wolę być w TGI Friday w Hoboken”.

Elisa zostawiła mi ścisłe instrukcje, że mamy udać się bezpośrednio do części dla VIP-ów, najwyraźniej jedynego miejsca, gdzie można trafić na jakąś „prawdziwą akcję”. Jagger i Bowie imprezowali w legendarnych prywatnych salach Studia 54. Dziś w salach dla VlP-ów, poza zasięgiem wścibskich spojrzeń i przepychanek całej reszty, żeby wejść, rezydowali Leo, Colin i Lindsay.

Już jakiś czas temu przyzwyczaiłam się, że nie jestem VIP-em – nie przyszło mi do głowy, że istnieje jakakolwiek możliwość, żebym VIP-em została. Trzeba było otwarcia sali dla VIP-ów poza kręgiem nocnych klubów, żeby naprawdę podgrzać moje słuszne oburzenie. Potrafiłam to zinterpretować tylko jako pierwszy znak zbliżającej się apokalipsy – mój dentysta, doktor Quinn, otworzył w swoim gabinecie poczekalnię dla VIP-ów. „Żeby znani, ważni klienci pana doktora mieli miejsce, gdzie poczują się swobodnie”, wyjaśniła mi pielęgniarka. „Pani może usiąść w naszej zwykłej poczekalni”. Siedziałam w bardzo nieciekawej i bardzo publicznej poczekalni doktora Powella, kartkując egzemplarz „Redbook” sprzed dwóch lat i marząc, żeby siedzący obok dżentelmen z nadwagą przestał ciamkać. Tęsknie spoglądałam na drzwi oznaczone „VIP” i fantazjowałam o pluszach dentystycznej krainy czarów, która z pewnością poza nimi leży. Z rezygnacją przyjęłam fakt, że zawsze będę jedną z tych osób, które zaglądają z zewnątrz. Aż tu zaledwie kilka miesięcy później stałam przed Sanktuarium w nowych fantastycznych ciuchach, a w środku czekała na mnie grupka fantastycznych przyjaciół. Wyglądało to na obrót koła fortuny.

Kątem oka zobaczyłam dziewczynę wyglądającą dokładnie jak Abby, która ucałowała bramkarza i weszła do holu, ale z miejsca, gdzie stałam, nie zdołałam jej rozpoznać z całą pewnością.

– Hej, nigdy nie zgadniesz, kogo ostatnio widziałam. Nie mogę uwierzyć, że zapomniałam ci powiedzieć! Tego wieczoru, kiedy wyszłaś po kolacji, w Bungalowie była Abby.

Penelope gwałtownie odwróciła głowę w moją stronę. Nienawidziła Abby jeszcze bardziej niż ja, jeśli to w ogóle możliwe. Nie przyjmowała do wiadomości jej istnienia, odkąd na drugim roku Abby dopadła ją w pustej sali zajęć i powiedziała, żeby nie odbierała osobiście faktu, że jej ojciec sypia z własną sekretarką, bo z pewnością nie stanowi to odbicia miłości ojca do niej. Penelope była tak zszokowana, że zapytała tylko „Skąd wiesz?”, a Abby w odpowiedzi uśmiechnęła się złośliwie. „Żartujesz? A kto nie wie?”.

– Widziałaś tę karlicę i mi nie powiedziałaś? Co miała do powiedzenia na swój temat?

– To co zwykle. Z przyjemnością dowiesz się, że obraca się teraz w wirze świata mediów. Funkcjonuje obecnie jako Abigail, nie Abby, więc oczywiście powiedziałam „Abby” ile tylko razy zdołałam. Zrobiła sobie cycki i przerobiła pół twarzy, ale wciąż jest dokładnie taka sama.

– Po własnej matce przeszłaby do celu w szpilkach, gdyby to pomogło jej się wybić – wymamrotała Penelope.

– Z pewnością – potwierdziłam pogodnie. – I być może będziesz miała przyjemność spotkania jej dziś wieczorem. Chyba właśnie weszła.

– Wspaniale. Po prostu wspaniale. Ale mam szczęście.

Objęłam Penelope ramieniem i śmiało przeszłam na początek kolejki z nadzieją, że emanuję pewnością siebie na wystarczającym poziomie. Potwornie anorektyczny czarny facet, obnoszący gigantyczne afro, perukę i siatkowy T-shirt z długimi rękawami na seksownych różowych rajstopach z lycry, przyjrzał nam się badawczo przez ozdobione błyszczącymi kryształkami rzęsy.

– Jesteście na liście?- zapytał głosem zaskakująco chrapliwym jak na kogoś, kto tak fachowo ubrał się w damskie ciuszki.

– Tak, jasne – odparłam spokojnie. Cisza. – Eee, tak, jesteśmy na liście. Jesteśmy z Kelly & Company.

Żadnej odpowiedzi. Trzymał podkładkę, ale niczego na niej nie sprawdził i uznałam, że mnie nie usłyszał.

– Rozmawiałam wcześniej z menedżerem i zorganizowałam wizytę. Właściwie jesteśmy tu, żeby sprawdzić lokalizację dla potencjał…

– Nazwisko! – warknął, zupełnie niezainteresowany moim wyjaśnieniem. Kiedy je literowałam, czterej faceci w ciuchach z lat siedemdziesiątych i dziewczyna w czymś, co bardzo przypominało sukienkę z lat dwudziestych, przeszli dokładnie przede mną.

– Romero, kochanie, przesuń tę idiotyczną linkę, żebyśmy nie musieli stać na zimnie – poleciła dziewczyna, delikatnie kładąc dłoń na policzku bramkarza.

– Oczywiście, Sofio, wchodźcie – zagruchał ulegle i zdałam sobie sprawę, że osoba w sukience z lat dwudziestych to Sofia Coppola. Świta ruszyła za swoją przywódczynią, kiwając na powitanie bramkarzowi, który promieniał dumą i szczęściem. Odzyskanie zimnej krwi zabrało mu pełne trzy minuty i kolejne dwie przypomnienie sobie, że wciąż tam stoimy.

– Robinson – powiedziałam zdecydowanie bardziej zirytowanym głosem. – R-O-B-I…

– Umiem to przeliterować – uciął, najwyraźniej już w stanie pełnego wzbudzenia. – Tak, macie szczęście, jesteście na liście. Bez tego absolutnie nikt tu dziś nie wchodzi.

– Mmm. – Mniej więcej tyle mogłam z siebie wydobyć w odpowiedzi na tę fascynującą informację.

Położył rękę na aksamitnej linie, ale jej nie uniósł. Nachylił się i zwrócił wprost do Penelope, i to niezbyt cicho.

– Tak tylko dla waszej informacji, dziewczyny, jesteście naprawdę trochę zbyt niedbale ubrane jak na to, co lubimy tu widzieć.

Penelope zachichotała, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że nasz nowy przyjaciel transwestyta nie żartuje.

– Hej, po prostu mówię to wam otwarcie – ciągnął, a jego głos z każdą sekundą brzmiał głośniej. Tłum, jeszcze przed chwilą wiercący się i podniecony, ogarnęło coś w rodzaju ciszy, czułam pięćdziesiąt par oczu wpatrujących się w nas z tyłu. – Wolimy widzieć trochę więcej stylu, nieco więcej wysiłku.

Mój umysł zaczął gorączkowo szukać jakiejś ciętej riposty, ale oczywiście nie zdołałam niczego powiedzieć. Zanim zorientowałam się, co się dzieje, podeszła dziewczyna tak młoda, tak wysoka i z piersiami tak ogromnymi, że mogły funkcjonować tylko w LA, i na ochotnika wygłosiła krótki, lecz bardzo pouczający wykład o bieżącej sytuacji w modzie.

– Ostatnio szczególnie lubimy widzieć lata czterdzieste. – Uśmiechnęła się ciepło.

– Hę? – powiedziała Penelope, werbalizując dokładnie to, co myślałam.

– Cóż, to tylko jedna z opcji, oczywiście, ale dość skuteczna. Czerń i biel z jaskrawoczerwoną szminką, wiecie? Może jakieś buty od Prady, vintage, albo nawet coś bardziej stylowego. Chodzi o to, żeby się wyróżniać. – Usłyszałam, jak w tle parę osób śmieje się z uznaniem.

W tym właśnie momencie zauważyłam, że dziewczyna wygląda jak ktoś z programu Chcę mieć znaną twarz, gdzie coś się strasznie nie udało.

Co powiedziałam? Co zrobiłam? Absolutnie nic. Zamiast zachować choć odrobinę, jeden nieduży strzępek szacunku dla samych siebie, wystawiłyśmy lewe ręce po obowiązkową pieczątkę i ze spuszczonymi głowami powlokłyśmy się za aksamitną linę, która wreszcie została podniesiona. Ostateczne upokorzenie nastąpiło, gdy zamykały się za nami drzwi, kiedy kosmetycznie ulepszona żyrafa oznajmiła cyrkowemu dziwadłu:

– Nie byłoby tak źle, gdyby po prostu zwracały uwagę na metki.

– Czy to się wydarzyło? – zapytała Penelope. Wyglądała na równie ogłupiałą jak ja.

– Chyba tak. Jak bardzo żałosne byłyśmy? Prawie boję się zapytać.

– Prawdę mówiąc, nie ma słów dla tego poziomu żałośliwości. Czułam się jak przy oglądaniu Jednego z dziesięciu - znałam wszystkie odpowiedzi, ale o dziesięć sekund za późno.

Właśnie miałam zaproponować, żebyśmy jak najszybciej podleczyły się jak największą ilością czystej wódki, jaką uda nam się znaleźć, gdy to my zostałyśmy znalezione przez Elisę.

– To miejsce jest niesamowite – wydyszała mi do ucha, kiwając na powitanie do Penelope. – Tylko popatrz. Daleko po prawej, tylny narożnik, Kristin Davis. Też po prawej, tuż przed nią, Suzanne Somers. Nikt ważny, przyznaję, ale jednak znana twarz. Daleko po lewej, prawie w kącie, bardziej na godzinie dwunastej, Sting i Trudie Styler. Obściskują się. Na okrągłej skórzanej sofie pośrodku Heidi Klum i Seal, a Davide słyszał, jak mówili, że Zac Posen jest w drodze.

– Rany-jęknęła Penelope, zdobywając się na imponujący wysiłek, żeby w jej głosie zabrzmiał podziw. – Jest tu dzisiaj masa ludzi. Bette, co powiesz na drinka?

– Nie skończyłam – syknęła Elisa, mocniej pociągając mnie za ramię i nie przerywając obserwacji pomieszczenia. – Flirtujący z kelnerką przy bocznych drzwiach, Ethan Hawke. Z pewnością w znaczącym stopniu zakłopotany obecnością Andre Balazsa, nowego faceta Urny, który siedzi ze swoimi wspólnikami przy pierwszym stoliku po prawej. I popatrz! Ta mała brzydka lesbijka, która pisze blog i zasypuje wszystkich opisami, jak to co wieczór wciąga tony, podgląda tam z tyłu. Jutro będzie to wszystko miała władowane do błoga w takiej formie, żeby wyszło, że całą noc ze wszystkimi balowała, a nie szpiegowała. Och, i popatrz! Tuż za nią asystentka od Rusha i Molloy *. Stale je wymieniają, żeby nikt nie wiedział, kim są, ale mamy tam informatora, który od razu faksuje nam zdjęcia i notki biograficzne tych nowych… Hmm, nie wygląda, żeby był tu dziś Philip. Szkoda. Założę się, że chciałaś go zobaczyć, co?

– Philipa? Be, nie, właściwie to niespecjalnie – wymamrotałam nawet dość szczerze.

– Och, doprawdy? Czy to znaczy, że nie zadzwonił? Jakie to przykre. Wiem, jak to jest, Bette. Nie odbieraj tego osobiście, najwyraźniej ma po prostu bardzo dziwne gusta.

Trzy tygodnie spędziłam na unikaniu pytań Elisy, pozując na osobę, której zupełnie nie obchodzi Philip Weston. Już miałam powtórzyć, że jest mi obojętne to, czy zadzwonił, bo nawet nie zostawiłam mu swojego numeru, i to mimo że prosił, ale zdałam sobie sprawę, że nie warto. Sprawa najwyraźniej należała do drażliwych i najlepiej było zostawić ją w spokoju. A poza tym, miał numer czy nie, niezupełnie byłam zachwycona faktem, że się nie odezwał.

Penelope i ja podążyłyśmy za Elisą do niedużego kręgu białych zamszowych sof- fenomenalnie głupi pomysł w miejscu, gdzie ludzie nie robią nic innego, tylko jedzą, piją i udzielają się towarzysko – gdzie przywitałyśmy się z Leo, Skye, Davide i kimś, kogo Elisa przedstawiła jako „mózg, który stoi za całą tą produkcją”.

– Cześć, jestem Bette, a to moja przyjaciółka Penelope – powiedziałam, wyciągając rękę do niskiego faceta o semickich rysach, z włosami opadającymi na szyję, do którego zwróciła się Elisa.

– Yo. Danny.

– Bez Danny'ego nie byłoby nas dziś tutaj – westchnęła Elisa i wszyscy przy stole znacząco kiwnęli głowami. – To on wystąpił z całą koncepcją Sanktuarium i złożył projekt w całość… Prawda, Danny?

– Mowa.

Zastanawiałam się, dlaczego ten niski Żyd pochodzący albo z Great Neck albo Dix Hills usiłuje mówić, jakby dorastał na placu zabaw i boisku do kosza w Cabrini Green.

– Och, więc to ty wynająłeś tego czarującego bramkarza, tak? – zapytałam i Elisa rzuciła mi ostrzegawcze spojrzenie.

Danny najwyraźniej nie wyczuł niczego niewłaściwego.

– Pedał dziwak, ale wszystko jedno. Robi swoje gówno. Trzyma na dystans złamasów. To jedno, co się dla mnie liczy.

Mmm. Penelope poważnie potwierdziła jego słowa skinieniem głowy i jednocześnie trąciła mnie łokciem, a ja przygryzłam wnętrze policzka, żeby powstrzymać się od śmiechu. W porównaniu z tym, co było dwie minuty wcześniej, Danny stał się wręcz gadatliwy.

– No więc, Danny, co ci podsunęło pomysł na Sanktuarium? – zapytała Penelope, wpatrując się w niego szeroko otwartymi, pełnymi fascynacji oczami.

Pociągnął łyk wody Stella Artois i zerknął na Pen, jakby próbował ocenić, jakiego właśnie użyła języka, z oczami zmrużonymi ze zmieszania, z ręką na zmarszczonym czole, lekko kręcąc głową.

– Stara. Wszędzie indziej jest tak kurewsko stresujące. Kolejka w Bungalowie to koszmar i nie mogą znieść tych pieprzonych typków z mediów w Soho House. Wykombinowałem, że wszyscy potrzebujemy miejsca, które by było jak, no wiesz, jakie to było słowo? Żeby ochłonąć.

– Sanktuarium? – podrzuciłam pomocnie.

– Dokładnie. – Kiwnął głową z wyraźną ulgą. Ilość substancji nałożonej na jego włosy była co najmniej zdumiewająca.

Niestety, zanim ta fascynująca konwersacja zdążyła dojść do logicznego końca – najprawdopodobniej takiego, że Danny wreszcie przypomniałby sobie nazwę własnego klubu – zauważyłam w najwyższym stopniu znajomą opaleniznę.

– O mój Boże, to on – scenicznym szeptem poinformowałam naszą ekipę, natychmiast pochylając głowę, żeby się ukryć i jednocześnie zasięgnąć porady.

Głowy się odwróciły.

– Philip. Philip Weston tu jest. Właśnie wszedł z tą, tą, tą modelką – wydusiłam, zupełnie nie mając świadomości, jak szaleńczo zazdrośnie to zabrzmiało. I wyglądało.

– Bette, czyżbym słyszała w twoim głosie zazdrość? – zapytała Elisa, nachylając się, by szeptać mi do ucha. – A już myślałam, że jesteś odporna na uroki Westona. Miło widzieć, że jednak jesteś pełnokrwistą Amerykanką. Oczywiście to, że jesteś zainteresowana, nie oznacza, że on też jest.

– Kolo! Philip! Tutaj! – wołał Danny i zanim zdążyłam zorientować się, co się dzieje, Philip całował mnie w usta na powitanie.

– Cześć, kochanie, miałem nadzieję, że tu będziesz. Możesz uciekać, ale się nie ukryjesz…

– Przepraszam? – Tylko na to potrafiłam się zdobyć, ponieważ w tym momencie byłam całkiem pewna, że zamierzał zarówno pocałunek, jak i komentarz zaadresować do kogoś innego. Na przykład do tej oszałamiającej dziewczyny, która cierpliwie czekała jakieś trzy kroki za nim, nie wyglądając na ani odrobinę zaniepokojoną.

– Nie zostawiłaś swojego numeru u portiera. Jak się coś takiego nazywa? Odgrywaniem niedostępnej. Cóż, nieodmiennie cenię dobrą zabawę, więc postanowiłem się dostosować i sam cię znaleźć.

Zobaczyłam, jak Elisa pada na sofę za nim z nieatrakcyjnie otwartymi ustami i twarzą wykrzywioną szokiem.

– Dostosować? – bąknęłam.

– Właściwie to dziewczęta przede mną nie uciekają, kochanie, jeśli rozumiesz, co chcę powiedzieć. Hej, kolego, mogę dostać tanq i tonik? – powiedział, zwracając się do Danny'ego, jakby był naszym kelnerem.

– Już się robi, koło, w jednej chwili – odparł Danny, poruszając się w tempie, którego można by się spodziewać w przypadku obietnicy zaopatrzenia w narkotyki lub dziewczęta.

Odwrócił się, kiedy Philip zawołał:

– I hej, coś dla Sonji. – Zwrócił się nie do mnie, lecz do dziewczyny z nieskończonymi nogami: – Sonju, laleczko, co ci mogę zaproponować? Piwo imbirowe? Sok warzywny? Mów, skarbie.

Wpatrywała się w niego nierozumiejącym wzrokiem i prawie – prawie – rozbawiła mnie myśl, że Philip na poszukiwanie jednej dziewczyny zabrał dla towarzystwa drugą. Bo przecież mnie szukał, prawda?

Elisa wróciła na kolana Davide'a. Najwyraźniej doszła już do siebie po nieoczekiwanym pojawieniu się Philipa. Zobaczyłam, że bardzo dyskretnie wyjmuje pakiecik białego proszku ze swojej morskiego koloru torebki od Balenciagi i wsuwa w dłoń Skye, która natychmiast pognała w kierunku damskiej toalety. Zawsze pomysłowa, Elisa wetknęła następnie rękę do bocznej kieszeni torby i rozdała pozostałym przy stole ludziom kilka tabletek. Ręce jednocześnie powędrowały do ust i tajemnicze pigułki zostały szybko popite szampanem i wódką oraz czymś, co Skye – nasz prywatny krytyk drinków – opisała jako,Jedyny porządny cosmopolitan w całym tym pieprzonym mieście”.

– Och, Phiiili, chyba miło by było dostać trochę soku pomidorowego, oui? - odezwała się Sonja, uwodzicielsko przygryzając dolną wargę.

– Hej, ludzie, chodźcie się zabawić. Mamy tyle, że spokojnie wystarczy dla wszystkich! – zawołała Elisa, przekrzykując kompakt Hotel Costes, który mógłby ujść za spokojną muzykę klubową, gdyby nie pompowano go na poziomie decybeli zdolnym strącić odrzutowiec.

Danny zniknął, żeby przynieść drinki dla Philipa i Sonji, podczas gdy Penelope dzielnie usiłowała sprawiać wrażenie zajętej popijaniem szampana, którego ktoś jej wręczył. Ja po prostu stałam, boleśnie świadoma, że wyglądam niezgrabnie i głupio, ale utraciłam zdolność poruszania się.

– No więc, Philipie, przedstaw mnie swojej, ee, przyjaciółce – zdołałam wydusić, zastanawiając się, co nakazują zasady etykiety w sytuacji, gdy facet, z którym dzieliłaś niedawno łóżko, podejmuje wysiłek, żeby cię wytropić. W towarzystwie swojej dziewczyny.

– Jasna sprawa, kochanie. Sonju, to jest to przebojowe stworzenie, o którym ci opowiadałem – ta, która kilka tygodni temu mnie odrzuciła, jeśli potrafisz w to uwierzyć. Oczywiście była całkowicie nietrzeźwa, to jedyne sensowne wyjaśnienie. – Sonja skinęła głową, niekoniecznie cokolwiek rozumiejąc. Szybko przeszedł na francuski i jedyne słowo, które zdołałam wychwycić, to było „imię”, więc wywnioskowałam, że informował ją, że nie wie, jak brzmi moje.

– Bette – powiedziałam, wyciągając rękę do Sonji i ignorując Philipa.

– Sonjaaa – zachichotała, odsłaniając lśniące zęby bez śladu nikotynowych plam.

– Rodzice Sonji powierzyli mi ją na tydzień. Odbywa spotkania ze wszystkim agencjami – wyjaśnił ze swoim irytująco rozkosznym brytyjskim akcentem. – Nasi rodzice mają po sąsiedzku wille w St. Tropez, więc zawsze była dla mnie jak młodsza siostra. Ma dopiero piętnaście lat, uwierzysz? – Uczciwie trzeba przyznać, że nie zachowywał się ani pożądliwie, ani lubieżnie, ale miałam uczucie, że powinien.

Znów znalazłam się w dość niekomfortowej sytuacji, kiedy nie potrafiłam ani się odezwać, ani zareagować w żaden logiczny sposób i byłam zachwycona, kiedy Penelope oznajmiła, że jest gotowa do wyjścia.

– Wiem, że dopiero przyszłyśmy – powiedziała mi cicho do ucha – ale to nie moje klimaty. Dasz sobie radę sama? Jest tu cała twoja firma. Powinno być w porządku, prawda?

– Pen, nie szalej! Idę z tobą! – oświadczyłam, przede wszystkim ochoczo korzystając z pretekstu do wyjścia, czując tylko ślad pragnienia, żeby zostać i porozmawiać z Philipem.

Wrócił Danny, prowadząc do nas kelnerką z koktajlami. Philip i Sonja otrzymali zamówione drinki, mnie troskliwie zaopatrzono w buteleczkę Pipera i słomką w czerwone paski. Penelope niczego nie dostała.

– Masz, napij się, zanim pójdziemy – powiedziałam i wyciągnęłam butelką w jej stronę.

– Bette, niczego mi nie potrzeba, okej? Naprawdę uważam, że powinnaś zostać i…

– AVERY! – wrzasnęła nagle Elisa, podrywając swoje wychudzone ciało z sofy i rzucając się w ramiona wysokiego blondyna w agresywnie różowej koszuli charakterystycznej dla stylu „grzecznego chłopca”. Obie, Penelope i ja, odwróciłyśmy się jednocześnie, żeby zobaczyć jej narzeczonego obejmującego moją współpracownicę, jakby znali się od lat. – Chodź tu. Ludzie, poznajcie mojego ulubionego imprezowego chłopaka, Avery'ego Wainwrighta. Avery, to…

Najwyraźniej wyraz obu naszych twarzy wystarczył, żeby zatrzymać ją w pół zdania, które to wydarzenie wcześniej uważałam za niemożliwe.

– Hej, kochanie, nie wiedziałem, że się tu dzisiaj wybierasz – powiedział Avery, wydobywając się z firmowego uścisku Elisy i dość niezręcznie biorąc Penelope w objęcia.

– Nie wiedziałam też, że ty tu będziesz – odparła cicho, nie do końca patrząc mu w oczy. – Mówiłeś, ż idziesz dzisiaj na kolację z chłopakami.

Marzyłam, żeby udało mi się zgarnąć Penelope i upchnąć ją w Black Door, gdzie mogłybyśmy spłukać to paskudne uczucie – teoretycznie nie zrobił nic złego, ale wiedziałam, że żołądek jej się skręca. Jedyne, co można było zrobić, to spróbować odwrócić uwagę reszty od tego dwuosobowego przedstawienia.

– Poszedłem na kolację z chłopakami. Byliśmy w Sparks i większość chciała wracać do domu, ale ja postanowiłem sprawdzić to miejsce z Rickiem i Thomasem. Zobacz, są tam – powiedział szybko, wyrzucał z siebie słowa spanikowanym tonem kogoś, kto właśnie został przyłapany.

Rick i Thomas znajdowali się rzeczywiście tam, gdzie wskazał. Podczas trzydziestu sekund, które minęły od ich wejścia, grupa bardzo młodych dziewcząt przyjęła zaproszenie, żeby przysiąść się do ich stołu dla VIP-ów, i właśnie zaczynały kołysać się i tańczyć na siedzeniach. Penelope wyglądała, jakby miała zwymiotować. Widziałam, jak falami dociera do niej świadomość, że gdyby jej tu nie było, Avery najprawdopodobniej ocierałby się teraz o którąś z tych dziewczyn.

– Mhm – mruknęła, przyglądając się jak Rick i Thomas biorą dziewczynę między siebie i razem wirują. – Widzę.

– Pen, chodź tu, kotku, to nie tak. Znają te dziewczyny z pracy i są po prostu przyjaźnie nastawieni.

– Z pracy? – W jej głosie dźwięczała stal, spojrzenie miała lodowate. Wszyscy czekali na potworną awanturę, więc zaczęłam gawędzić z Elisą, Philipem i Sonją jednocześnie, szturchając Penelope, żeby odsunęła się o parę kroków i uniknęła sceny.

– Więc, Sonju, w jakiego rodzaju agencjach masz spotkania? – zapytałam, zastanawiając się, czy Philip miał może na myśli „szkoły”. Była naprawdę bardzo młoda.

– Och, no wiesz, w tych normalnych. Elite, Ford, Wilhelmina. Phii-li mówi, że będzie ze mnie piękna modelka.

– Jasna sprawa, laleczko. Nawet kiedy była jeszcze bachorem, który kręcił się po domu w pieluchach, uważałem, że jest znakomita. Podpadająca pod paragraf, ale znakomita. – Teraz oficjalnie świntuszył.

– Para-graf? Co to para-graf? – zapytała nas oboje, rozkosznie mrużąc oczy.

– Nic, laleczko. Może usiądziesz tu, powyglądasz zachwycająco i pozwolisz mi przez minutkę porozmawiać z Betty?

– Wiesz, „Betty” brzmi uroczo, ale wolę „Bette” – powiedziałam najuprzejmiej jak potrafiłam.

– Jesteś napalona, prawda? – Położył dłonie na moich biodrach i przyciągnął mnie do siebie, ale nie wykonał ruchu, żeby mnie pocałować. Trudno mi było skoncentrować się na jego nieskazitelnie rzeźbionym podbródku, kiedy w tle słyszałam błagania Avery'ego.

– Kochanie, nie wiem, dlaczego nazwała mnie „imprezowym chłopakiem”. Wiesz, że lubię wychodzić. Cholera, chciałbym, żebyś częściej wychodziła ze mną. Elisa to po prostu głupiutka panna zaprawioną koką, która, tak się składa, wie, gdzie są dobre imprezy, to wszystko.

Gnojek. Że też miał czelność stać tam i wyzywać Elisę od „zaprawionych koką” przez te zaciśnięte zęby i dolną szczękę drgającą tak, że wyglądał jak podłączony do prądu. Penelope wiedziała masę rzeczy, o których reszta z nas nie miała pojęcia – jak pakować prezenty, kiedy napisać liścik z podziękowaniem, jak najlepiej nakryć do stołu – ale była boleśnie nieświadoma kwestii dotyczących Avery'ego, narkotyków czy Avery'ego i narkotyków. Skye wreszcie wróciła z łazienki z podobnie rozedrganą szczęką. Didżej z muzyki chilloutowej przerzucił się na Outkast, co najwyraźniej skłoniło Elisę, żeby chwycić Davide'a oraz Skye i zacząć tańce na siedzeniach. Z rzadka tylko odrywała spojrzenie od Philipa, ale on wydawał się tego nie dostrzegać. Szpilki Elisy zaczęły robić ładne równe dziurki w białym zamszu i z każdym odgłosem darcia czułam się coraz lepiej.

Ale nie na długo. Głosu zza moich pleców nie dało się pomylić i natychmiast poczułam, jak ściska mi się żołądek.

– Bette! Zabawne, że cię tu widzę! – Abby pociągnęła mnie za ramię, sprawiając, że mój szampan chlapnął na zamsz.

– Hej, Abby – mruknęłam najbardziej bez wyrazu jak się dało, rozglądając się w poszukiwaniu drogi ucieczki przed nawiązaniem z nią kontaktu wzrokowego.

– Cóż, wyglądacie oboje z Philipem na całkiem rozgrzanych, hę? – Mrugnęła, a ja stłamsiłam chęć zdrapania tego uśmiechu z jej twarzy.

– Mmm. Co cię tu sprowadza?

Roześmiała się i poprawiła pięciocalowy obcas, który w niewielkim stopniu zmieniał jej wzrost. – Czy trzeba mieć powód do odrobiny zabawy? O mój Boże, czy to Avery Wainwright? Nie mieliśmy ostatnio okazji się widzieć. Ten chłopak wyrósł na bardzo przystojnego mężczyznę, nie uważasz?

– Jest zaręczony – ucięłam. – Z Penelope. Pamiętasz Penlope, prawda?

Udała, że nie ma pojęcia.

– Hmm. Wiesz, jak to mówią…

– Nie. Jak?

– Nic nie jest przesądzone, dopóki nie złożyli ślubów. – Zatarła ręce, jakby spodziewała się czegoś szczególnie pysznego albo ekscytującego. Moją reakcję skwitowała: – Och, Bette, spokojnie. Tylko żartowałam! – Po jej twarzy przemknął wyraz udawanego przerażenia. – Naprawdę powinnaś popracować nad swoim poczuciem humoru. A skoro już o tym mowa…

– Abby, wspaniale, że na ciebie wpadłam, ale muszę wracać do przyjaciół. To coś w rodzaju służbowego wieczoru, wiesz? – Dałam nurka za jej plecy i zaczęłam się oddalać.

– Jasne, kochanie, ale zorganizujmy niedługo ten lunch, okej? Marzą, żeby usłyszeć wszystko o Philipie, twojej nowej pracy i całej reszcie. Wszyscy gadają o tej wzmiance w „Nowojorskiej Bombie”! – zawołała za mną.

Chciałam się upewnić, że Penelope się trzyma, ale Avery zaciągnął ją do kąta i żadne z nich nie wyglądało na zachwycone, więc wróciłam do naszego stołu, gdzie Davide wręczył mi drinka.

Penelope natychmiast do mnie podeszła.

– Bette, chyba będziemy się zbierać – powiedziała zmęczonym głosem, jakby wolała się zabić, niż zostać.

– Wszystko w porządku? Czemu Avery nie miałby tu zostać i pobalować, a my wyszłybyśmy coś zjeść? Nie miałabym nic przeciw temu, żeby się stąd wymknąć, zanim zrobią coś godnego pożałowania w rodzaju powrotu do domu z Philipem i uprawiania z nim szalonego, namiętnego seksu, mimo że uważam go za najbardziej odpychającego mężczyznę, jakiego w życiu spotkałam.

Westchnęła.

– Nie, dzięki. Myślę, że naprawdę musimy wracać do domu. Ale dzięki. Zadzwonię jutro.

Chciałabym wiedzieć, czy tamtej nocy w ogóle poszli spać. Avery był tak naćpany kokainą, że do łóżka mogłaby go zapędzić tylko końska dawka jakiegoś środka uspokajającego. Albo może odbił mu się czkawką cały kwas, którego się nałykał w college'u i próbował zjeść domową papugę albo wyfrunąć przez okno. Biedna słodka Penelope.

– Bette, kochanie, jesteś gotowa do wyjścia? – zapytał Philip, ogarniając mnie ramionami, jakby był moim odwiecznym chłopakiem, a nie facetem, z którym nie chciałam chcieć iść do łóżka. – Chodźmy do mnie. Może dzisiaj nie będziesz za bardzo pijana na…

– Ee, no tak, może ty, ja i Sonja… – odezwałam się trochę bardziej arogancko, niż zamierzałam – urządzimy sobie łóżkową imprezę? Byłoby zabawnie!

– Za grosz nie masz szacunku, wiesz? – stwierdził, wsuwając rękę pod mój bieliźniany top. – Co to za zachowanie? Poważnie, kochanie, musisz trochę ochłonąć. Chodź, odstawią Sonję do apartamentu, a potem będziemy mogli spędzić razem parę spokojnych chwil, dobrze?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, Philip już szeptał do Sonji po francusku. Nie zrobiła nic poza entuzjastycznym kiwaniem głową, uniesieniem brwi i chichotem, kiedy skończył.

– Oui, oui, oczywiście, że to w porządku spędzić trochę czasu sami razem – powiedziała, udzielając nam błogosławieństwa do odbycia nieco pijanego, trochę przypadkowego seksu.

– Wiesz co, Philipie? – zaczęłam, nie wiedząc jeszcze, jak zamierzam wyjaśnić, że nie palę się do takiego wieczoru, szczególnie kiedy sama nie jestem pewna, czego chcę. – To nie w porządku umieszczać ją w hotelu, kiedy przyjechała do ciebie tylko na tydzień. Bo wiesz, ma w końcu tylko piętnaście lat. Nie uważasz, że powinieneś mieć na nią oko? Nie może przejść trzech kroków, żeby nie zaczęli jej podrywać faceci, rozumiesz.

Spojrzał na mnie z namysłem, jakby naprawdę kupował całą tę troskę o Sonję. Kiwnął głową.

– Całkiem słusznie, kochanie. Zabiorę ją do domu i otulę kołdrą, a potem my pojedziemy do jakiegoś hotelu. Niezła propozycja. Wychodzimy, dzieciaki – rzucił w kierunku reszty. Ledwie zerknęli w naszą stronę i przyzwalająco skinęli głowami. Elisa przestała się w nas głupio wpatrywać na czas na tyle długi, żeby niezbyt subtelnie pokazać mi uniesione kciuki.

Uznałam, że łatwiej będzie wysadzić ich oboje pod Archiwum, a potem przekierować taksówkę na Murray Hill, niż się o to kłócić, więc pokiwałam do Elisy i poszłam za Sonją i Philipem do frontowych drzwi, czując się jak pyzate, o nieskoordynowanych ruchach dziecko pary olimpijskich sportowców.

– Hej, koleś, zamów nam taksówkę, dobrze? – zawołał Philip do bramkarza, strzelając palcami mniej więcej w jego stronę. Było to bezsprzecznie odrażające, ale biorąc pod uwagę, jak ten dupek się wobec nas zachował, uznałam, że to zupełnie do przyjęcia. To znaczy do chwili, kiedy uważniejsze spojrzenie ujawniło, że nie jest to ten zagłodzony Romero w peruce, ale uroczy (choć niegrzeczny) bramkarz z Bungalowu, Sammy. Odwrócił się, żeby spojrzeć na Philipa z jadowitym wyrazem twarzy i zauważył mnie, gdy próbowałam ukryć się z boku. Spojrzał mi w oczy z przelotnym błyskiem rozpoznania, po czym skupił uwagę na ulicy i w milczeniu zatrzymał taksówkę, jedną z dziesiątek, które przemykały obok.

Sonja wskoczyła do niej pierwsza, a Philip zanurkował obok niej, zostawiając mnie stojącą kilka cali od Sammy'ego, który przytrzymywał otwarte drzwi samochodu. Nie wiem, czemu z nimi wsiadłam, ale to zrobiłam. Jakby moje ciało postępowało zgodnie z jakimś niewidzialnym scenariuszem.

– Dzięki – zdołałam powiedzieć cicho, dokładnie w momencie, gdy Philip stwierdził: – Stary, mam dwie wspaniale dziewczyny, które jadą ze mną do domu, rozumiesz, co mam na myśli? Mógłbyś się ruszyć? – Sonja zachichotała i oparła delikatnie głowę na ramieniu Philipa. Sammy spojrzał na mnie ostatni raz, bez wyrazu, i zatrzasnął drzwi. Gdy taksówka odjeżdżała, przyglądałam się niespokojnej kolejce przed klubem, paparazzim z gotowymi do strzału aparatami czekającym na wyjście sław, ciśnieniu, żeby znaleźć się w środku, przypominającemu formę uzależnienia. I chociaż nie umiałabym stwierdzić dlaczego, byłam całkiem pewna, że chce mi się płakać.

10

– Jak możesz tyle jeść i być taka szczupła? – zapytałam Penelope po raz tysięczny, odkąd się poznałyśmy. Właśnie rozsiadłyśmy się w loży w EJ po godzinnym oczekiwaniu. Byłam tak wygłodniała, że najchętniej zamówiłabym wszystko, co mieli w menu, ale za bardzo cieszyłam się ze swojej wciąż szczupłej sylwetki, żeby jej zagrozić. Zdołałam zrezygnować z wycieczek do Dylan's i nawet z większości porannych bekonów, jajek i serów – moją jedyną słabostką pozostał okazjonalny slim jim – i właściwie zaczęłam uważać kontrolowanie tego, co jem, za normalne. Wydało się to jeszcze bardziej dziwaczne, kiedy Penelope zamówiła – tak jak zawsze to robiłyśmy – omlet z trzech jajek z serem i bekonem, pieczone ziemniaki, a wszystko w towarzystwie stosiku naleśników z kawałkami czekolady ociekających masłem z rozpływającej się bryłki wielkości dziecięcej piąstki. Uniosła brwi, kiedy zamówiłam omlet z białek ze szpinakiem i pomidorami oraz dwa pełnoziarniste suche tosty, ale uprzejmie powstrzymała się od komentarza z jednym wyjątkiem w postaci mruknięcia: „Poważny wpływ Elisy?”. Zignorowałam jej rozpaczliwy śmiech i zmieniłam temat.

– Czy wszystko w porządku z tobą i Averym? – zapytałam najbardziej współczująco jak potrafiłam, chcąc ją zachęcić do mówienia i uważając, żeby nie zabrzmiało to krytycznie. Beznadziejnie przyglądałam się, kiedy opuszczali Sanktuarium. Wiedziałam, jaka była zdenerwowana, ale czułam się bezradna – nie mogłam nic zrobić, tylko patrzeć. Kiedy zadzwoniła tego ranka, wymówiłam się od stałego niedzielnego brunchu z Willem i Simonem i wskoczyłam w taksówkę do centrum.

Unikała mojego wzroku i zamiast tego skoncentrowała się na krojeniu naleśników na małe równe kawałki. Nóż, widelec, usta, powtórka. Trzy razy obejrzałam ten cykl, zanim się odezwała.

– Wszystko świetnie – powiedziała bez wyrazu. – Kiedy mi to wyjaśnił, zorientowałam się, że wczorajszy wieczór był po prostu wielkim nieporozumieniem.

– Na pewno. Musiałaś być zaskoczona, widząc go tam, kiedy się tego nie spodziewałaś – podsunęłam, mając nadzieję uzyskać jakieś potwierdzenie z jej strony.

Roześmiała się bez śladu radości.

– Cóż, znasz Avery'ego. Może zjawić się w dowolnym miejscu o dowolnej porze nocy. Pewnie dobrze, że jedno z nas jest towarzyskie, inaczej doprowadzilibyśmy się do szału, cały czas siedząc w domu.

Nie wiedziałam, jak na to zareagować, więc po prostu skinęłam głową.

– A co z tobą? Wyglądało, że dobrze się bawisz, kiedy wychodziłam. Miałaś udany wieczór?

Wpatrywałam się w nią, myśląc, jak niezręcznie się czułam z Elisą i Philipem, jak nieproszony gość w świecie „tylko dla członków klubu” – uczucie, które dobrze poznałam, odkąd przyłączyłam się do Kelly & Company. Myślałam o tym, jak wsiadłam do taksówki i zaczęłam się kłócić, że chcę wysiąść sama i jak – ku mojemu sporemu zaskoczeniu – Philip się ze mną nie spierał, ani odrobinę. Myślałam o tym, jak puste wydawało się mieszkanie, kiedy wróciłam do domu, i nawet obecność Millington zwiniętej obok w łóżku nie poprawiła mi samopoczucia. Patrzyłam na Penelope i zastanawiałam się, kiedy tak bardzo się od siebie oddaliłyśmy.

– Chyba było w porządku. Miałam nadzieję, że spędzimy razem więcej czasu… – urwałam, kiedy zdałam sobie sprawę, że zabrzmiało to oskarżycielsko.

Podniosła wzrok i obrzuciła mnie ostrym spojrzeniem.

– Przepraszam, nie spodziewałam się tej sytuacji z Averym. No i byłabym zachwycona, gdybyśmy wyszły dokądś, jak dawniej, ale to ty zarządziłaś, że spotykamy się z twoimi przyjaciółmi z pracy, żeby sprawdzić ten lokal. Wygląda na to, że ostatnio są wszechobecni.

– Pen, przepraszam, nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Mówiłam tylko, że wolałabym spędzać czas z tobą, a nie z nimi. Kiedy wyszłaś, zrobiło się jeszcze gorzej. Philip pilnował jakiejś dziewuszki i wracaliśmy jedną taksówką, bo nie chciałam urządzać wielkiej sceny w klubie, ale potem, eee, ludzie widzieli, jak wsiadałam z nimi na tylne siedzenie i czułam się gównianie. Och, była też Abby. Wszystko się potwornie skomplikowało i żałuję, że nie wyszłam razem z tobą.

– Więc pojechałaś z nim do domu? Gdzie spała ta dziewczyna?

– Nie, tylko wsiadłam do taksówki, bo wydawało się to prostsze niż wysłuchiwanie, jak urządza scenę. Zmusiłam ich, żeby najpierw mnie wysadzili, ale ci ludzie, którzy nas obserwowali, nawet o tym nie pomyślą.

– Dlaczego nie pojechałaś z nim do domu? I kim są „ludzie”? – Widziałam, że stara się nadążyć za rozwojem akcji, ale nawet nie znała wszystkich bohaterów dramatu.

– Cóż, nie wiem, czy jestem gotowa wplątać się w świat Philipa – skłamałam. – Ma kontakty niemal ze wszystkimi, jest zaangażowany niemal we wszystko w pracy, co jeszcze bardziej udziwnia sytuację.

– Nie domyśliłabym się. Nie przedstawiłaś mnie – zauważyła lekko.

Poczułam, że to reprymenda, i wiedziałam, że Pen miała rację, ale nie chciałam wdawać się w wielką dyskusję.

– Nie? Wczorajszy wieczór był trochę gorączkowy. Możesz mi wierzyć, że niespecjalnie wiele tracisz. Jest wspaniały, tyle widziałaś, ale poza tym to po prostu zwykły rozpuszczony dzieciak, który lubi imprezować, tyle że z fantastycznym akcentem. Cholernie szkoda, że jest taki słodki. – Głośno westchnęłam.

– Cóż, ta krótka przemowa brzmi ładnie i składnie, moja droga, ale powinnaś była widzieć swoją minę, kiedy wszedł z tą modelką. Myślałam, że umrzesz. Lubisz go, prawda? Przyznaj się.

Nie wiedziałam, jak wyjaśnić, że oczywiście coś mnie w nim pociąga, ale jednocześnie też odpycha. Nie chciałam głośno przyznać, do jakiego stopnia mi pochlebia, że ktoś w rodzaju Philipa mógłby pragnąć kogoś takiego jak ja, nawet jeśli nie robi wrażenia przesadnie wspaniałego faceta. Nie chciałam wdawać się w wyjaśnienia na temat sytuacji w pracy, podejrzeń, że Elisa może być zazdrosna o zainteresowanie Philipa, ani w rozważania, że Kelly wydawała się cała chętna odegrać rolę alfonsa, ponieważ oznaczało to korzyści dla firmy. Wzruszyłam tylko ramionami i posoliłam omlet, a potem podniosłam do ust kubek z kawą, tak żebym nie musiała niczego mówić.

Penelope zrozumiała, że nie zamierzam odpowiadać na jej pytanie. O ile mogłam sobie przypomnieć, był to pierwszy i jedyny raz od niemal dziewięciu lat, czyli odkąd się przyjaźniłyśmy, kiedy siedziałyśmy razem przy stole i świadomie ukrywałyśmy coś przed sobą. Ona odmówiła przyznania się do prawdziwych uczuć na temat relacji z Averym, ja powstrzymałam się od komentarza na temat Philipa. Siedziałyśmy w niewymuszonym, choć egzotycznym dla nas milczeniu, aż wreszcie Pen powiedziała:

– Nie znam całej sytuacji i oczywiście wiem, że świetnie potrafisz ze wszystkim sobie poradzić, ale proszę, zrób to dla mnie, po prostu bądź ostrożna. Philip jest z pewnością cudownie miłym facetem, ale widziałam wystarczająco wielu przyjaciół Avery'ego i teraz twoich przyjaciół z pracy, żeby się zorientować, że ta sceneria mnie po prostu przeraża. Nie chodzi o nic konkretnie, ale się o ciebie martwią, wiesz?

Położyła dłoń na mojej i wiedziałam, że w którymś momencie wrócimy do swoich starych wcieleń. A na razie musiałyśmy się pogodzić z koniecznością martwienia się o siebie nawzajem z daleka.

11

– Okej, dzieciaki, cisza – oznajmiła Kelly, chwiejnie wchodząc do sali konferencyjnej w nieodłącznych butach na obcasach. – Czy wszyscy zdążyli przeczytać dzisiejsze „Pranie Brudów”?

– Jasne – odezwał się Leo z odległego końca szklanego stołu, który wyglądał, jakby jego miejsce było w hotelu lana Schraegera, a nie w biurze. – Wygląda na to, że nasza nowa ulubiona pracownica znów doczekała się wzmianki.

Poczułam, że odezwało się znajome uczucie kręcenia w żołądku. Byłam tego ranka dziesięć minut spóźniona i nie czytałam jeszcze biuletynu; najwyraźniej fatalny błąd z mojej strony. Jedna z asystentek specjalnie przychodziła tu o szóstej rano, żeby przygotowywać codzienne „Pranie Brudów” dla nas wszystkich – coś w rodzaju przeglądu wszelkich felietonów, gazet i historii, które mogły w jakikolwiek sposób wiązać się z naszymi klientami albo branżą – i umieścić biuletyn na naszych biurkach przed dziewiątą rano, ale zasadniczo wszyscy przeglądali portale zaraz po wstaniu, pospiesznie przebiegając wzrokiem „Drudge”, Page Six, Liz Smith, Rush & Malloy, „USA Today”, „Variety”, „Nowojorską Bombę”, wybór blogów i tekstów oraz kilka większych branżowych tytułów. Lepiej od rana wiedzieć, że stało się coś złego i twój telefon będzie dzwonił jak szalony, więc „Pranie Brudów” było bardziej formalnością niż biuletynem z nowościami. Jedyne naprawdę mające znaczenie informacje, które dostawaliśmy co rano, były zebrane w „Domenie Gwiazd”, informatorze zawierającym dane na temat tego, kto jest w mieście, dlaczego i gdzie się zatrzymał (i pod jakim nazwiskiem) oraz jak najszybciej się z nim skontaktować, żeby przekupić lub ubłagać o udział w imprezie. Cztery kolejne tygodnie logowania się, żeby przeanalizować każdą możliwą stronę w sieci w pięć sekund po obudzeniu – wspomagane profesjonalnym raportem kilka godzin później – i jedyny dzień, kiedy nie jestem w pełni poinformowana o wszystkich najnowszych plotkach, okazuje się akurat tym, który ma znaczenie.

– Ee, nie miałam okazji go zobaczyć. A poza tym nie potrafię sobie wyobrazić, co by tam mogło być, biorąc pod uwagę, że w czasie weekendu sprawdzałam Sanktuarium – z wami wszystkimi – a zaraz potem poszłam do domu. Sama – dodałam szybko, jakbym była winna to wyjaśnienie moim współpracownikom.

– Cóż, zobaczmy, co tu mamy – mruknęła Kelly, biorąc do ręki wydruk z felietonu dostępnego w sieci. – „Nowo zatrudniona w Kelly & Company z determinacją stara się dotrzymać kroku swoim ciężko balującym kolegom z pracy. Pewne źródła podają, że nowa, nieznana z nazwiska dziewczyna zajmująca się planowaniem imprez – prawdopodobnie podczas sprawdzania w sobotę Sanktuarium jako potencjalnej lokalizacji dla supertajnej imprezy „Playboya” – połączyła interesy i przyjemność, wychodząc z Philipem Westonem i niezidentyfikowaną modelką. Ostateczny cel ich podróży? Mamy pewne koncepcje…”. Kelly pozwoliła, żeby ostatnie słowa zawisły w powietrzu i z szerokim uśmiechem zwróciła się w moją stronę.

Czułam, jak robię się karmazynowa.

– Co to dokładnie sugeruje? Bo jak na razie nie słyszałam choćby jednego w przybliżeniu prawdziwego stwierdzenia. I kto to, do cholery, napisał?

– Oczywiście Wtajemniczona Ellie. I jest zdjęcie, jak wsiadasz do taksówki z Philipem i tą absolutnie cudowną dziewczyną, więc sądzę, że nietrudno wpaść, co właściwie sugeruje… – Z uśmiechem ciągnęła Kelly. Wyglądała, jakby nigdy nie czuła się szczęśliwsza.

Czy omawianie tego na cotygodniowym spotkaniu personelu, podobno zwołanym dziś w celu przedyskutowania spraw zawodowych, nie jest dziwaczne?

– Kelly, naprawdę mi przykro, jeśli ma to jakiś wpływ na ciebie albo firmę. Naprawdę nie rozumiem, czemu kogokolwiek miałoby to obchodzić, ale to naprawdę nie wygląda tak, jak…

– Nowa bohaterka dnia, współpracownica Kelly & Company. Zdajesz sobie sprawę, jaki to ma zasięg? Mam nadzieję, że następnym razem użyją twojego nazwiska. Prawdopodobnie nie zdołali go po prostu potwierdzić na czas, skoro nie ma cię jeszcze w spisie branżowym.

Zauważyłam, że Elisa ma problem z utrzymaniem uśmiechu.

– I nie tylko to, twierdzą też, że reszta z nas „ciężko baluje” – dodał z dumą Leo.

– I wspomnieli o imprezie „Playboya”! – dorzuciła Skye.

– Zupełnie nie rozumiem, kto mógł im podać tę informację – wymamrotałam. – Nawet nie jest prawdziwa.

– Bette, kotku, nic mnie nie obchodzi, czy jest prawdziwa, obchodzi mnie tylko, że została podana w prasie. W tym krótkim czasie, odkąd jesteś z nami, zrobiłaś dla zespołu wspaniałe rzeczy. A do tego Danny będzie zachwycony wzmianką o klubie. Tylko tak dalej. – I na tym kończąc, przystąpiliśmy do jednej ze stanowiących specjalność Kelly burzy mózgów.

– W porządku, niech wszyscy się włączą. W przyszłym miesiącu mamy premierę Shreka 3. Zaproszenia muszą wyjść w ciągu dwóch tygodni. Skye jest za to odpowiedzialna. Czym nas zanęcisz?

– Nadal nie rozumiem, dlaczego zgodziliśmy się zająć premierą filmu dla dzieci -jęknęła Skye, co, jak zauważyłam, często robiła na zebraniach. – Czemu studio nie może zadbać o premierą własnego filmu?

– To było pytanie retoryczne, prawda? Załatwiamy premiery, ponieważ są łatwe i dobrze płatne. Wiesz, że Dream Works mają własny wewnętrzny dział PR, ale wiesz też, że są zawaleni wszystkimi pokazami z wręczaniem nagród i reklamą większych filmów, a poza tym dosłownie cała licząca się prasa działa w Nowym Jorku. Mamy kontakty z ludźmi, z którymi oni nie mają.

– Wiem, wiem – westchnęła w bardzo niezespołowy sposób. Zobaczyłam, że Elisa rzuciła jej spojrzenie i Skye trochę się wyprostowała na krześle. – Po prostu filmy dla dzieci są takie nudne.

– Skye, jeśli nie jesteś zainteresowana nadzorowaniem tej imprezy, z pewnością Elisa, Leo albo Bette czy nawet Brandon nie będą mieli nic przeciwko temu, żeby zająć twoje miejsce. Nie sądzę, żebym musiała przypominać, ile gwiazd ma w dzisiejszych czasach dzieci… Liv, Courtney, Gwyneth, Sarah Jessica, żeby wymienię tylko kilka. Mam nadzieje, że nie twierdzisz, że ich dzieci są nudne.

– Nie, oczywiście że nie. Możesz na mnie liczyć, wchodzę w to. Robiliśmy już kilkanaście takich imprez. Okej. Czy ktoś ma raport z premiery Harry 'ego Pottera, którą przygotowaliśmy w zeszłym roku latem?

– Ta jest, służę – powiedział Leo, wyciągając spięty spinaczami pakiet z folderu. – Niedziela po południu w sierpniu, w posiadłości Christie Brinkley w Bridgehampton. Przyjęcie zaczęło się o jedenastej przed południem z projekcją między dwunastą a pierwszą trzydzieści, żeby wszyscy mieli dość czasu na powrót do miasta. Rozrywki dla dzieci obejmowały brodziki wypełnione lodem i sokiem w woreczkach, jazdę konną, zoo małych zwierzątek do głaskania, maszynę do waty cukrowej, maszynę do rożków lodowych, kilku wędrujących klaunów. Dorosłych zabawiały niezwykle usłużne i atrakcyjne kelnerki z baru ukrytego wewnątrz, podające drinki akceptowane o tej porze w towarzystwie – głównie mimozy, krwawe mary, wódkę z sokiem pomarańczowym, szampana, margarity, sangrię i od czasu do czasu na zamówienie daiquiri albo pina coladę. Udział wzięły dzieci Matta Lauera, Susan Sarandon, Katie Couric, Aerin Lauder, Russella Simmonsa i Courtney Cox, a oprócz tego setki innych, nieco mniej rozpoznawalnych, ale równie fotogenicznych. Zdjęcia ukazały się w „People”, „US Weekly”, „Star”, niedzielnym dodatku z modą do „New York Timesa”, „Gotham”, „W” i na szeregu stron towarzyskich online, między innymi New York Social Diary i portalu Patricka McMullena. Warner Brothers byli zachwyceni.

– Dobrze, dzieciaki, mamy więc szablon i oczywiście wiemy, co działa. Naturalnie nie będziemy w Hamptons, ale powinniśmy trzymać się tego samego formatu. Lubię Clearview * w Chelsea, bo mają spokojne podejście do hałaśliwych imprez w swoim holu – stwierdziła Kelly, pracowicie odznaczając kolejne punkty na liście. – Co jeszcze?

– Jeżeli chodzi o jedzenie, zwykłe dziecięce smakołyki – powiedziała Elisa. – Parówki w cieście, hamburgery, zawody w poszukiwaniu słodyczy.

– Zrób swoje własne lody – wtrącił bez zastanowienia Leo.

– Balony, magicy, zaprojektuj własny kubek, maszyny do baniek – dodała Skye bez najmniejszego śladu entuzjazmu.

– Facet w kostiumie Shreka.

– Malowanie twarzy na zielono.

– Rodzice nienawidzą malowania twarzy. Można zrobić masę innych rzeczy. Może te minitrampoliny?

– Żartujesz? Pozew gotowy. Równie dobrze moglibyśmy ułożyć z żaróweczek napis „Pozwij mnie”. A skoro już o tym mowa, może „Shrek” wypisane na gigantycznej ścianie z zielonych żarówek?

Wszyscy kiwnęli głowami. Zaczęłam mieć niemiłą świadomość, że niczego nie zaproponowałam, ale nigdy nie byłam na premierze żadnego filmu i jedyne, z czym mi się kojarzyły, to z gwiazdami idącymi czerwonym chodnikiem.

– A gdybyśmy dali zielony chodnik zamiast czerwonego? – zaproponowałam, nie dając sobie chwili na zastanowienie, jak głupio to zabrzmi. Przygotowałam się na cios, ale twarze przy stole wyglądały na zadowolone.

– Świetny pomysł, Bette! Będziemy mieli zielony chodnik i ogromne zielone rondo, gdzie wszyscy mogą pozować do zdjęć. Zielony chodnik zdecydowanie będzie oznaczał więcej zdjęć. Wygląda na to, że wszystko się gładko układa, więc przejdźmy do tego, co się naprawdę liczy. W którym miejscu jesteśmy z imprezą „Playboya”?

Na twarz Elisy powróciły kolory i wydawała się spokojniejsza. Stanęła idealnie wyprostowana w sukience od Dianę Furstenberg i szczotką do włosów wskazała tablicę.

– Jak wszyscy widzicie, mamy przed sobą zaledwie kilka miesięcy. Po licznych poszukiwaniach i debatach wybraliśmy na miejsce akcji Sanktuarium. Leo, możesz nam powiedzieć, jak wyglądamy z zaopatrzeniem?

Leo spojrzał na Elisę, jakby chciał zapytać: „A odkąd to odpowiadam przed tobą?”, ale odchrząknął i powiedział zebranym, że przeprowadza rozmowy z firmami producenckimi (które zajmą się wszystkim od oświetlenia po meble) i powinien mieć listę kandydatów pod koniec tygodnia.

– Jestem pewien, że skończy się na Bureau Betak – powiedział. – Jak zwykle.

Spotkanie trwało przez kolejne półtorej godziny (omówiliśmy torby z upominkami, potencjalnych sponsorów i zaproszenia), zanim zostaliśmy zwolnieni na lunch z zaleceniem, żeby pójść dokądś, gdzie „będziemy widoczni”. Udało mi się wymówić z pójścia do Pastis ze wszystkimi i powędrowałam kilka przecznic na zachód, do nędznej pizzerii, gdzie na pewno nie mogłam natknąć się na nikogo z biura. Kiedy tylko wcisnęłam się do maleńkiej loży przy toalecie, zadzwoniłam do Willa do pracy i ku swojemu zaskoczeniu, zastałam go przy biurku.

– Czemu tam siedzisz? – zapytałam. – Przecież to nie dzień oddania tekstu. – Will chodził do biura w siedzibie gazety najwyżej raz albo dwa razy w tygodniu, a nawet rzadziej, jeśli to było możliwe.

– Halo, kochanie. Męczę się troszkę z felietonem na ten tydzień. – Zamilkł na ułamek sekundy, po czym dodał: – Właściwie wygląda na to, że w ostatnich czasach co tydzień trochę się meczę z felietonami.

W jego głosie pobrzmiewała frustracja i jednocześnie rezygnacja, uczucia, których nie przywykłam spotykać u Willa.

– Dobrze się czujesz. Will? Co się dzieje? – zapytałam, zmuszając się, żeby chociaż na kilka sekund zapomnieć o własnych problemach.

Westchnął ciężko.

– Nic ciekawego, kochanie, to na pewno. Poczytność „Woli ludu” kiepsko w tym roku wygląda. Kilka kolejnych gazet zrezygnowało z publikacji. Mój nowy trzydziestosześcioletni redaktor nie ma poczucia humoru, wciąż mi powtarza, że „współcześni czytelnicy” są bardziej „uwrażliwieni na sprawy społeczne” i w związku z tym powinienem bardziej się starać, żeby zachować większą „poprawność polityczną”. Oczywiście powiedziałem mu, żeby się odpieprzył, ale nie na długo go uciszyłem. A poza tym, dlaczego ktoś miałby chcieć czytać moje felietony, kiedy może czytać o ładnej młodej organizatorce imprez, uganiającej się za bogatymi, sławnymi pięknisiami?

– Widziałeś!

– Oczywiście. Czy mam założyć, że w tej krzykliwej relacji było ziarno prawdy? – zapytał.

– Oczywiście, że nie! – jęknęłam tak głośno, że kasjer się odwrócił i spojrzał na mnie ze złością. – Widziałam Philipa w ten weekend w Sanktuarium, kiedy byłam tam z pracy. Wzięliśmy jedną taksówkę do domu, bo tak było prościej. Ta druga dziewczyna to przyjaciółka jego rodziny. Nieletnia przyjaciółka rodziny. Cała historia nie mogła być mniej skandaliczna.

– Cóż, w takim razie wygląda na to, że postać o imieniu Wtajemniczona Ellie dobrze wykonuje swoją pracę. Niech cię pocieszy fakt, że nie użyli twojego nazwiska, kochanie. Ale nie sądź ani przez chwilę, że niedługo nie wypłynie.

– Czy wiesz, kto to jest. Will? To znaczy, musiałeś gdzieś się z nią zetknąć, nie uważasz?

Usłyszałam szczery śmiech Willa i wyobraziłam sobie najgorsze.

– Cóż, z całą pewnością wymieniano masę nazwisk, ale nie ma żadnych solidnych poszlak. Niektórzy się upierają, że to osoba z towarzystwa, która obmawia wszystkich swoich przyjaciół. Inni zdają się uważać, że to ktoś stosunkowo mało znany, lecz mający kilku dobrze ustawionych informatorów. Z tego, co wiemy, może to być ta była redaktorka zajmująca się modą, och, jakże się nazywa? Ta, która pisuje paskudne recenzje książkowe? Tego typu śmieci byłyby w jej stylu.

– To wstrętne. Marzę o tym, żeby ten ktoś, ktokolwiek to jest, zaczął skupiać uwagę na kimś innym, wiesz? Kimś trochę bardziej interesującym, kto mógłby rzeczywiście wieść skandaliczne życie. Ja się do tego zdecydowanie nie kwalifikuję. – Wgryzłam się w kawałek pizzy i pomyślałam, że to najbardziej idealny kęs na świecie.

– Rozumiem, kochanie, naprawdę rozumiem. Ale nie zapominaj, że Philip się kwalifikuje! Niechętnie kończę, ale w tym tygodniu mój felieton jakoś nie chce się sam napisać. Porozmawiamy niedługo? Zobaczymy cię w czwartek na kolacji?

– Oczywiście – odparłam mechanicznie, zanim zdałam sobie sprawę, że mam tego wieczoru być obecna na premierze nowego zapachu Gucciego. Wiedziałam, że będę musiała zadzwonić i odwołać kolację, ale po prostu nie mogłam się zmusić, żeby zrobić to teraz. – Za nic bym jej nie opuściła. Porozmawiamy później.

Skończyłam rozkoszny kawałek i zamówiłam drugi, który także pochłonęłam w rekordowym czasie. Letargicznie wpatrywałam się w obszarpany egzemplarz „Post”, który ktoś zostawił na stole, kiedy zadzwonił mój telefon. Na wyświetlaczu błysnęło „DOM”.

– Halo? – odebrałam, zastanawiając się, czy to mama, czy ojciec. A może oboje, ponieważ często dzwonili razem i rozmawiałam najpierw z jednym, potem z drugim, aż wreszcie cała nasza trójka mówiła jednocześnie, korzystając z różnych aparatów.

– Bette, to ty? – Mama właściwie krzyczała. – Słyszysz mnie? – Jej głos jak zwykle był głośniejszy niż trzeba. Żywiła przekonanie, że telefony komórkowe wymagają ponadprzeciętnej siły głosu od obu stron zaangażowanych w rozmowę i w związku z tym krzyczała za każdym razem, kiedy dzwoniła do mnie na komórką.

– Słyszę cię, mamo. Idealnie. Co u ciebie?

– Nie mogę właściwie rozmawiać, bo biegnę na spotkanie, ale jedna z dziewcząt w klinice mówiła dzisiaj, że widziała twoje zdjęcie na jakiejś stronie internetowej. Zdjęcie twoje i jakiegoś sławnego chłopca z jeszcze jedną dziewczyną? Czy coś w tym rodzaju.

Niemożliwe! Moja matka, która dopiero niedawno założyła sobie własny adres e-mailowy, otrzymywała teraz informacje o zawartości internetowych wydań gazetowych felietonów? Bez wahania zaprzeczyłam.

– To nic takiego, mamo, tylko małe zdjęcie ze służbowego wypadu.

– Bette, to cudownie! Gratulacje! Nie mogę się doczekać, żeby je zobaczyć. Poprosiłam tatę, żeby wszedł do netu i to wydrukował, ale chyba nie umiał otworzyć strony czy coś takiego. Zachowasz dla nas kopię?

– Oczywiście – zapewniłam potulnie. – Zrobione. Ale serio, to nic ważnego, tylko służbowe sprawy. Muszę wracać do biura. Mogą później do ciebie zadzwonić?

– Jasne, kochanie. Jeszcze raz gratulacje. Dopiero zaczęłaś pracę, a już trafiasz na pierwsze strony gazet!

Gdyby tylko wiedziała, pomyślałam, wyłączając telefon. Na szczęście szanse, że tata wykryje, jak trzeba się zarejestrować, żeby dostać darmowe konto, które „Nowojorska Bomba” oferuje czytelnikom, były zerowe. Dopóki nikt naprawdę tego nie wydrukuje i im nie pokaże, jestem bezpieczna. Przynajmniej na razie.

12

– Chciałabym zacząć dzisiejsze spotkanie toastem za Bette – powiedziała Courtney, unosząc nad głową swoje mojito.

Czytałam właśnie SMS-a od Kelly z uprzejmą prośbą (czytaj: poleceniem), żebym się „pojawiła” na premierze Hitcha, organizowanej przez Skye i Leo. Film miał się skończyć dokładnie o jedenastej, co oznaczało, że mogłabym wpaść na popremierową imprezę w Bungalowie, wrócić do domu o wpół do pierwszej i położyć się spać przed pierwszą-co oznaczałoby znalezienie się w łóżku co najmniej o godzinę wcześniej niż od tygodni. Właśnie zakończyłam te kalkulacje, kiedy padło moje imię i gwałtownie wróciłam do rzeczywistości.

– Za mnie? A co takiego zrobiłam, że zasłużyłam na toast? – zapytałam roztargniona.

Grupa zagapiła się na mnie, jakby nie mogła pojąć mojej głupoty. Pierwsza odezwała się Janie.

– Przepraszam, myślisz, że żyjemy w próżni? Że nasze życie przestaje istnieć poza klubem?

Tylko na nią patrzyłam, ale z dość silnym przeświadczeniem, że wiem, dokąd to zmierza, ale wciąż jeszcze usiłując zapobiec takiemu rozwojowi sytuacji.

Jill rozgniotła w misce limonki z cukrem, po czym łyżką naładowała więcej mętnej mieszaniny do mojego drinka.

– Bette, wszystkie czytamy „Nowojorską Bombę”, wiesz… Cholera, wszyscy to czytają. A wygląda na to, że codziennie jesteś tematem dnia. Kiedy, u licha, zamierzałaś wspomnieć, że przypadkiem twoim chłopakiem jest Philip Weston? – Wymówiła jego nazwisko z powolną pieczołowitością i wszystkie się roześmiałyśmy.

– Ooo, dziewczyny, zaczekajcie minutkę. On nie jest moim chłopakiem.

– Cóż, Wtajemniczona Ellie najwyraźniej uważa inaczej – zaświergotała Alex. Jej włosy miały dziś wieczorem ohydny kolor zielonkawych wymiocin i zdumiała mnie myśl, że nawet artyści z East Village czytają tę potworną kolumnę.

– Tak, to prawda – z namysłem dodała Vika. – Wydaje się, że dość często się z nim pokazujesz. A dlaczego nie? Jest szaleńczo, niezaprzeczalnie, cudownie rozkoszny.

Zastanowiłam się nad tym przez chwilę. W rzeczy samej był rozkoszny i każda kobieta w wieku między piętnaście a pięćdziesiąt wydawała się rozpaczliwie go pragnąć, więc co by się stało, gdybym pozwoliła wszystkim myśleć, że się umawiamy? Jeżeli im nie powiem, nikt się tak naprawdę nie dowie, że nie byłam w mieszkaniu Philipa, odkąd za pierwszym razem przypadkowo się tam obudziłam. Właściwie prawdopodobnie nawet by nie uwierzyły, gdybym im wyjaśniła, że widywaliśmy się (i jednocześnie byliśmy razem widywani) tylko dlatego, że oczekiwano ode mnie przynajmniej pokazania się na każdej imprezie Kelly & Company – wszystko jedno, czy nad nią pracowałam, czy nie. Od tygodni „przypadkowo” wpadałam na Philipa niemal co wieczór. Ostatecznie urządzanie najlepszych imprez należało do moich powinności, a Philip sam sobie narzucił obowiązek bywania na nich wszystkich, co do jednej.

Po co miałam im wyjaśniać, że chociaż na tych imprezach tylko przelotnie wymienialiśmy parę słów, zawsze obejmował mnie (albo kładł mi rękę na tyłku, drinka na biuście czy przyklejał usta do mojej szyi) dokładnie w chwili, gdy pojawiał się jakiś przypadkowy fotograf? Każdemu, kto śledził tę plotkarską kolumnę, wydawało się, że jesteśmy nierozłączni. To, co doczekało się etykiety „masa namiętnego migdalenia”, było nacechowane seksem w takim samym stopniu jak moje wieczorne pieszczotki z Millington. Dlaczego, zastanowiłam się, ktokolwiek miałby chcieć o tym usłyszeć?

Znałam odpowiedź. Ponieważ on był bohaterem dnia, a ja się z nim obściskiwałam.

– Jest słodki, prawda? – zapytałam. I taka była prawda. Philip Weston zaliczał się być może do grona najbardziej aroganckich facetów, jakich w życiu poznałam, ale byłoby śmieszne zaprzeczać, że czuję do niego absurdalny pociąg.

– Uhm, tak. I nie pomijajmy faktu, że jest najbardziej idealnym facetem z harlequina, jakiego można sobie wyobrazić w rzeczywistym świecie – westchnęła Courtney. – Chyba będę na nim wzorowała bohatera mojej kolejnej powieści.

– Na Philipie? – Trudno mi było wyobrazić sobie jakiegokolwiek bohatera romansu, który jęczy i klnie z powodu liczby nitek w osnowie prześcieradła, ale biorąc pod uwagę rozpoczęcie nowego milenium, nasz ulubiony gatunek literacki mógł tylko skorzystać na pewnym uaktualnieniu.

– Bette! Jest wysoki, przystojny, elegancki i wpływowy. Jest nawet cudzoziemcem, na litość boską – wytknęła, wymachując egzemplarzem Słodkiej barbarzyńskiej miłości * i wskazując na potężnie zbudowanego mężczyznę w przepasce biodrowej na okładce. – Wygląda nawet lepiej od Dominicka, co jest znamienne, ponieważ Dominick został narysowany, żeby wyglądać najbardziej rozkosznie jak to możliwe.

Dziewczyna miała rację. Philip pasował do ideału romantycznego bohatera bardziej niż każdy inny facet, którego wcześniej poznałam – nie licząc tego małego irytującego problemu z osobowością.

Przez resztę klubowego wieczoru nie mogłam się skupić, zastanawiałam się, czy później, na popremierowym przyjęciu, spotkam Philipa i co się może wydarzyć.

Wymknęłam się ze spotkania wcześnie i poszłam się przebrać przed pójściem do nowego klubu o nazwie Kołdra. Gdzie, oczywiście, pierwszą osobą, którą zobaczyłam po wejściu, był pan Weston we własnej osobie.

– Bette, kochanie, chodź się przywitać z kilkoma kumplami, którzy przyjechali z wizytą z Anglii – powiedział, składając przelotny, lecz trzeba przyznać, rozkoszny pocałunek dokładnie na moich ustach.

Nie mogłam się opanować, spojrzałam przez ramię. Obiecałam sobie, że będę bardziej uważała na fotografów, ale nie zobaczyłam niczego niezwykłego, tylko ten co zwykle piękny wijący się tłum.

– Cześć – rzuciłam, konstatując, że a) kiedy tak stoi przede mną, wygląda na jeszcze bardziej podobnego do fikcyjnego Dominicka i b) Courtney miała rację: Philip jest przystojniejszy. – Mogę się tam z tobą spotkać za minutkę? Muszę znaleźć Kelly i upewnić się, że wszystko w porządku.

– Jasne, kochanie. Przyniesiesz mi koktajl, kiedy wrócisz? Byłoby genialnie! – I czmychnął bawić się z przyjaciółmi, szczęśliwy jak mały chłopiec na placu zabaw.

Udało mi się skontaktować z Kelly, zapytać Leo i Skye, czy czegoś nie potrzebują, pokiwać do Elisy, która obściskiwała się z Davide'em, przedstawić się dwóm potencjalnym klientom (podziwianemu projektantowi Alvinowi Valleyowi i komuś, o kim wcześniej nie słyszałam, ale został opisany przez Kelly jako „najbardziej poszukiwany stylista w Hollywood”) i przynieść Philipowi wódkę z tonikiem, a wszystko to w czasie krótszym niż godzina. To tyle, jeśli chodzi o potencjalny rozwój sytuacji z Philipem. Był zajęty zabawianiem swoich „kumpli”. Tępy ból głowy, który udawało mi się ignorować od rana, nagle się wyostrzył i wiedziałam, że nie mogę znów być na nogach przez pól nocy. Wymknęłam się krótko potem. Byłam w domu piętnaście po dwunastej, solidnych piętnaście minut przed planowanym czasem, i spałam jak zabita przed wpół do pierwszej, uznając, że głupie wieczorne rytuały w rodzaju mycia zębów i twarzy są zwykłą stratą czasu, więc spokojnie można je pominąć. Kiedy sześć i pół godziny później zadzwonił budzik, nie wyglądałam za dobrze.

Wydrukowałam „Pranie Brudów” i czytałam biuletyn w metrze, wchłaniając dużą kawę oraz bajgla z masłem, cynamonem i rodzynkami. Jak było do przewidzenia, „Nowojorska Bomba” stanowiła pierwszy wycinek z codziennego pakietu i znów prezentowała wielkie zdjęcie – prawdę mówiąc zbliżenie – Philipa całującego mnie poprzedniego wieczoru. Widoczny był tylko tył jego głowy, ale aparat jakimś sposobem dał zbliżenie na moją twarz i uchwycił mnie z nieobecnym marzycielskim spojrzeniem na wpół przymkniętych oczu, które wpatrywały się w Philipa z uwielbieniem. Albo pijackim rozmarzeniem, w zależności od tego, jak kto zinterpretował na wpół przymknięte powieki. Prawdopodobnie powinnam była się tego spodziewać, ale ponieważ nie zauważyłam aparatu, zdjęcie na całą stronę sprawiło, że dosłownie się skurczyłam. Wiadomość dnia była szczególnie warta zapamiętania: zgodnie z przewidywaniami awansowałam i zamiast być określana jako „koleżanka Philipa” i „nowa dziewczyna”, „imprezowiczka” oraz „spec od PR w czasie szkolenia” doczekałam się powrotu do własnej tożsamości. Dokładnie pod zdjęciem – na wypadek gdyby w stanie Nowy Jork został jeszcze ktoś, kto nie jest na bieżąco zorientowany w mojej sytuacji – znajdowało się nazwisko wypisane wielkimi pogrubionymi literami i tytuł, który głosił: NAJWYRAŹNIEJ MOCNO SIĘ TRZYMA… BETTINA ROBINSON WIE, JAK SIĘ BAWIĆ. Czułam dziwną mieszankę zakłopotania, że wszyscy widzieli mnie w takim stanie, oburzenia, że wszystko zostało tak przeinaczone, i słabą, ale stale obecną żałość na myśl, że nie mam już niczego, co choć w przybliżeniu przypominałoby prywatność.

Spacer z metra do biura wydał mi się o sześć mil dłuższy niż trzy przecznice, które w rzeczywistości miałam do pokonania, a nastrój znacznie mi się pogorszył, kiedy podsłuchałam dwie dziewczyny rozmawiające o „nowej dziewczynie Philipa, tej, no jak ona się nazywa?”.

Zanim odłożyłam laptopa na okrągły stół, otoczył mnie cały personel.

– Przypuszczam, że wszyscy już to widzieliście? – zapytałam, klapnąwszy na skórzane krzesło.

– Naprawdę nie ma tu niczego, czego byśmy już nie wiedzieli – wytknęła Kelly, najwyraźniej rozczarowana. – Piszą tylko, że pewien pan Philip Weston tak często jest widywany w towarzystwie pewnej pani Bettiny Robinson, że jedynym sensownym wyjaśnieniem będzie uznanie ich za parę.

– Parę? – zapytałam z niedowierzaniem. Pod wpływem przerażenia na widok zdjęcia zwyczajnie zapomniałam przeczytać towarzyszący mu tekst.

– Och, tak, piszą tu, że z anonimowego źródła wiadomo, że spędzacie razem prawie każdą noc po imprezach we wszystkich tych seksownych miejscach w rodzaju Bungalowu i Marquee.

– Nie chodzimy ze sobą – upierałam się.

– Mam przed sobą zdjęcia, Bette. I jak najbardziej wygląda na to, że chodzicie, dzięki Bogu. – Kelly odwróciła dwudziestocalowy płaski monitor swojego maca w stronę grupy, żeby wszyscy mogli nacieszyć oko zdjęciami.

Moje życie osobiste i zawodowe nie tylko się splątało, ale jedno stało się całkowicie zależne od drugiego. Każdy idiota by się zorientował, że kontakty z Philipem uczyniły mnie akceptowanym członkiem zespołu i firmy tak gładko, że przyprawiało to o ból głowy.

– Po prostu rzecz w tym, że „chodzić” to raczej mocne słowo – powiedziałam niezręcznie. Czemu nikt nie rozumie?

– Cóż, cokolwiek robisz, Bette, nie przestawaj. Wiesz, że zostaliśmy zatrudnieni, żeby reprezentować T-Mobile tylko dlatego, że chodzisz z panem Westonem?

Tylko?

– Niespodzianka, Bette! Zadzwonili do nas z ich wewnętrznego działu PR właśnie dziś rano. Chcą, żebyśmy przedstawili nowego blackberry młodszej części Nowego Jorku i wybrali nas, ponieważ najwyraźniej mamy dojście do tego świata. BlackBerry jest już oczywiście powszechnie znaną marką, tłum z Wall Street i każdy, kto jest kimś – i większość ludzi, którzy nikim nie są – w Hollywood już używa ich produktów, ale tutaj nie weszli na rynek tak mocno, jak T-Mobile by sobie życzył. Oczywiście damy z siebie wszystko, żeby to zmienić. I mam przyjemność zakomunikować, że wyznaczam cię jako odpowiedzialną za całą logistykę przedsięwzięcia, a uzgadniać będziesz wszystko wyłącznie ze mną.

– Odpowiedzialną? – wyjąkałam.

– Ich przedstawicielka powiedziała nam, jak marzy o tym, żebyś ty zaplanowała, a Philip był gospodarzem całej imprezy, więc uważam, że wszystko wyjdzie perfekcyjnie! – zanuciła, zupełnie nieświadoma, że Philip najprawdopodobniej wciąż jeszcze nie zna mojego nazwiska, nie wspominając już o wyrażeniu zgody na pełnienie honorów domu na jakimś przyjęciu tylko dlatego, że go o to poproszę.

– Skye pomoże ci we wszystkim. – Szybki rzut oka na Skye powiedział mi, że jest co najmniej niezbyt zachwycona tym oświadczeniem. – I wszyscy będziemy tu, żeby cię wspierać. Impreza jest zaplanowana na dwudziestego drugiego listopada, wtorek przed Świętem Dziękczynienia, więc lepiej od razu zacznij…

Wykonałam kilka obliczeń w pamięci i zdałam sobie sprawę, że były to niespełna trzy tygodnie od dziś. Powiedziałam to głośno.

– Och, Bette, przestań robić nerwową atmosferę – prychnęła Elisa, z irytacją przewracając oczami. – To nic takiego. Znajdź miejsce, zdobądź sponsorów, zrób zaproszenia, popracuj z Listą, a całą zabawę z prasą zostaw na ten ostatni tydzień. Każda impreza, na której Philip będzie gospodarzem, automatycznie zostanie wspomniana w mediach, więc nie będziesz miała z tym za wiele roboty.

Kiedy spotkanie wreszcie się skończyło, wymknęłam się z laptopem do Starbucks w panicznym wysiłku zorientowania się, co muszę zorganizować na imprezę BlackBerry. Prawie miałam nadzieję, że Philip zechce przeprowadzić transakcję wymienną; on będzie gospodarzem imprezy, jeżeli ja się z nim prześpię… Ale natychmiast poczułam się żałośnie. Wszyscy zakładali, że już skonsumowaliśmy nasz związek, ale rzeczywistość była inna i wyglądało na to, że oboje raczej unikamy tego rodzaju sytuacji. Co nie było trudne, biorąc pod uwagę, że Philip wyraźnie chciał tylko robić miny na użytek fotografów. Był świetny w sugestywnych wzmiankach, ale nigdy tak naprawdę nie zrealizował żadnej z nich i sprawiał wrażenie, że czuje ulgę, kiedy co wieczór go porzucam i zostawiam samego. Nie miałam za wiele czasu, żeby się nad tym zastanawiać, ale doszłam do wniosku, że ma jakąś supertajną dziewczynę (albo pięć), którą trzyma gdzieś w ukryciu, i jest zadowolony, że publika uważa nas za parę. Było to nieco obraźliwe – czy chciałam tak wiele, nie chcąc uprawiać z nim seksu, ale pragnąc rozpaczliwie, żeby on chciał uprawiać seks ze mną? – ale wyglądało, jakbyśmy zawarli niepisaną umowę, żeby zachować obecny stan rzeczy.

Zostawiłam wiadomość w biurze Amy Sacco z pytaniem, czy moglibyśmy zarezerwować Bungalow na imprezę dla BlackBerry tuż przed tym, gdy na drugą linię zadzwoniła Penelope.

– Hej, co się dzieje? Czemu zawdzięczam telefon w środku dnia? Jak tam Aaron, widziałaś go ostatnio?

– Czy masz pojęcie, jak bardzo podniosła się jakość mojego życia zawodowego, odkąd odeszłaś? – zapytała Penelope. – Bez obrazy, ale niemal warto się z tobą nie widywać, żeby również nie słyszeć, jak znów wyrzuca z siebie słowo „pogaduszki”. Jak tam kochaś?

– Och, masz na myśli mojego chłopaka? Rozkoszny!

– Opowiedz mi – poprosiła Penelope, starając się wykrzesać z siebie nieco entuzjazmu. Wiem, że nie mogła znieść myśli o Philipie, ale była na tyle uprzejma, żeby nie mówić tego wprost… Na razie.

– Niech pomyślę. Sprawy mają się cudownie. Chodzimy na te wspaniałe imprezy, gdzie spędza ze mną co najmniej kilka minut, zanim zacznie flirtować z każdą obecną dziewczyną. Często wolno mi podać mu ulubiony koktajl, wódkę z tomkiem – to oficjalne stwierdzenie. Pozwalam, żeby mnie całował na konto fotografów, a potem każde z nas idzie w swoją stronę. A, przy okazji, żadnego seksu. Nawet nie spędziliśmy razem nocy, odkąd straciłam przytomność w chwili, kiedy go poznałam!

– Może tak go przytłacza ilość seksu, który uprawia z każdą modelką, aktorką i osobą z towarzystwa w Londynie, Los Angeles i Nowym Jorku, że jest po prostu fizycznie wyczerpany? Wiesz, to możliwe.

– Czy mówiłam ci kiedyś, jaką jesteś dobrą przyjaciółką, Pen? Poważnie, zawsze wiesz, co należy powiedzieć.

Roześmiała się.

– Cóż, nie muszę chyba mówić, że moim zdaniem jesteś dla siebie niesprawiedliwa. Ale dość o tym, porozmawiajmy przez chwilę o mnie. Mam ci coś do powiedzenia.

– Jesteś w ciąży i czujesz się winna, bo chcesz przerwać, ponieważ jesteś zaręczona i wystarczająco dorosła, żeby wziąć odpowiedzialność za własne czyny? – zapytałam ochoczo, nachylając się bliżej do telefonu, jakby mogła mnie zobaczyć.

Westchnęła i wiedziałam, że przewraca oczami.

– Jesteś w ciąży i to nie jest dziecko Avery'ego? Kiedy to wywołało wyłącznie kolejne pełne irytacji westchnienie, postanowiłam spróbować jeszcze raz.

– Jesteś w ciąży i…

– Bette… – Jej głos stwardniał i zorientowałam się, że nie bawi się nawet w przybliżeniu tak dobrze jak ja.

– Przepraszam. Co jest?

– Odchodzę.

– Co robisz?

– Odchodzę. Mam to załatwione. Skończyłam z tym.

– Omójboże, nie.

– Tak.

– To postanowione?

– Tak.

– Mówisz poważnie? Tak po prostu? Koniec? Jak się z tym czujesz?

Robiłam, co mogłam, żeby ukryć zadowolenie na myśl, że nie będzie musiała przejść przez ten ślub, ale było to trudne, szczególnie, że najpewniej przyłapała Avery'ego z jakąś dziewczyną, który to scenariusz już wcześniej uznałam za jedyne, co mogłoby ją przekonać, że musi w pewne rzeczy uwierzyć. Biorąc to pod uwagę, głos miała spokojny. Może tak było najlepiej i ona o tym wiedziała.

– Szczerze? Nie spodziewałam się tego, ale jestem najszczęśliwsza. Od dawna chciałam to zrobić i, cóż, po prostu jestem strasznie podniecona myślą, co będzie dalej.

Powoli upiłam łyk kawy i rozważyłam tę nową informację.

– Nie byłabyś taka podniecona, gdybyś nie spotkała kogoś innego. Kto to jest? Nie miałam pojęcia, że macie z Averym kłopoty. Jak mogłaś mi nie powiedzieć? – wydusiłam. – A co z pierścionkiem? Wiesz, etykieta nakazuje, że skoro to ty zrywasz zaręczyny, musisz go oddać. Omójboże, chyba cię nie zdradzał, prawda? – Udałam przerażenie na samą myśl, jakby nie sposób było sobie tego nawet wyobrazić. – Czy ten drań…

– Bette, przestań! Nie odchodzę od Avery'ego, odchodzę z pracy – syknęła, starając się nie dać podsłuchać kolegom z boksu.

Poważny zwrot o sto osiemdziesiąt stopni.

– Odchodzisz z UBS? Naprawdę? Co się stało?

– Cóż, trochę nie miałam wyboru. Avery'ego przyjęto na UCLA * na prawo, więc się tam przeprowadzamy. Zaczyna dopiero w styczniu, ale uznaliśmy, że pojedziemy już teraz, żeby się zadomowić i zorientować.

– UCLA?

– Uhm.

– Więc nie rzucasz Avery'ego, rzucasz mnie? – na pół jęknęłam, na pół wyszeptałam. Smakowita historyjka o tym, jak moja najlepsza przyjaciółka z college'u zdradza narzeczonego, stała się historyjką o tym, że moja najlepsza przyjaciółka z college'u przeprowadza się na drugie wybrzeże.

– Nie porzucam cię – westchnęła. – Rzucam tę pracę, to miasto i jadę do Kalifornii. Prawdopodobnie tylko na trzy lata, a potem wrócę. I będziemy się oczywiście odwiedzały. Będziesz zachwycona, przyjeżdżając tam w lutym, kiedy nie wychodziłaś z mieszkania od dwunastu dni, bo temperatura nie podnosi się powyżej zera.

– Nie ma szkół prawniczych na Wschodnim Wybrzeżu? Avery naprawdę musi być taki samolubny i ciągnąć cię ten kawał, aż tam, żeby studiować prawo?

– Och, Bette, zamknij się i ciesz się moim szczęściem. UCLA to świetna uczelnia, a poza tym przyda mi się odmiana. Mieszkam w tym mieście od pięciu lat, od dyplomu, a przedtem mieszkałam przez osiemnaście. Wrócę, co do tego nie ma wątpliwości. Ale teraz myślę, że może miło byłoby zająć się czymś innym.

W tym momencie dotarło do mnie, że od przyjaciółki oczekuje się wsparcia, nawet gdyby jego przekazanie miało wypaść kulawo.

– Kochanie, przepraszam, to po prostu wielkie zaskoczenie. A nawet nie wspominałaś, że on składa papiery na zachodzie. Jeżeli to właśnie chcesz zrobić, to cieszę się, że to cię cieszy. I obiecuję, że bardzo się postaram przestać myśleć wyłącznie o tym, jak mnie to dotyka, dobrze?

– No tak, złożył papiery na UCLA w ostatniej chwili i nigdy nie przyszło mi do głowy, że zechce tam jechać. Ale poważnie, o ciebie jestem spokojna. Masz teraz całą nową ekipę i odnoszę wrażenie, że świetnie sobie beze mnie poradzisz… – Pozwoliła, żeby te słowa zawisły w powietrzu, starając się mówić bez nacisku, ale obie wiedziałyśmy, że w tym momencie jest bliższa niż kiedykolwiek powiedzenia czegoś ważniejszego.

– Musimy urządzić dla was wielkie przyjęcie pożegnalne – stwierdziłam z wymuszoną wesołością, nie do końca zdając sobie sprawą, że miałam okazję zaprotestować.

– Jak możesz sobie wyobrazić, nasze matki już się tym zajęły. Wyjeżdżamy niedługo, więc zaplanowały wspólny obiad w Four Seasons w sobotę. Przyjdziesz, prawda? Będzie okropnie, ale i tak masz obowiązek się zjawić. – Odchrząknęła. – I, oczywiście, Philip też jest zaproszony.

– Pen! Oczywiście, że będę. I z pewnością oszczędzę wam wszystkim towarzystwa Philipa. Co prawda rozkosznie jest być zabawianym opowiastkami o liczbie nitek w osnowie, okraszonymi wtrącaniem sławnych nazwisk, ale w końcu to jednak twoja kolacja.

Na wyświetlaczu błysnęło połączenie oczekujące, z numerem zaczynającym się od 917, którego nie rozpoznałam. Postanowiłam odebrać, na wypadek gdyby chodziło o coś w związku z imprezą BlackBerry.

– Przepraszam Pen, muszę odebrać tę rozmowę. Mogę oddzwonić później?

– Jasne, nie ma sprawy.

– Okej, to pogadamy za moment. I gratulacje! Jeżeli jesteś szczęśliwa, to ja też. W ograniczonym zakresie, oczywiście. Ale cieszę się z twojego powodu.

Pożegnałyśmy się i włączyłam tę drugą rozmowę na chwilę przed przekierowaniem jej do poczty głosowej.

– Czy mogę mówić z Bette? – zapytał zachrypnięty męski głos.

– Przy telefonie.

– Bette, tu Sammy z biura Amy Sacco. Dzwoniłaś, żeby ustalić datę, kiedy chcesz zarezerwować klub?

Sammy? Czy nie tak miał na imię bramkarz z Bungalowu? Czy możliwe, że Aray zatrudnia więcej niż jednego Sammy'ego? Nie wiedziałam, że bramkarze wykonują prace biurowe.

– Tak, cześć, jak się masz? – powiedziałam najbardziej profesjonalnie jak to możliwe, chociaż na pewno nie znał mojego imienia ani nie pamiętał mnie jako tej irytującej dziewczyny bez parasola.

– Świetnie. Odebraliśmy twoją wiadomość i Amy prosiła, żebym oddzwonił, przez całe popołudnie jest zajęta… – Resztę zagłuszyło wycie syren.

– Przepraszam, nie usłyszałam. To była najgłośniejsza syrena, jaką w życiu słyszałam. Pewnie z osiem wozów strażackich czy coś takiego! – krzyknęłam, starając się przebić przez wycie.

– Też je słyszę, tylko nie przez telefon. Gdzie teraz jesteś?

– W Starbucks w pobliżu Ósmej i Broadwayu. Czemu pytasz?

– Dziwne. Jestem dosłownie po drugiej stronie ulicy. Właśnie wychodziłem z zajęć, kiedy odebrałem wiadomość od Amy, że mam do ciebie oddzwonić. Zaczekaj, już idę. – Rozłączył się, a ja przez sekundę wpatrywałam się w telefon, po czym jak szalona wyrwałam z torby błyszczyk i szczotkę do włosów i pognałam do łazienki, która oczywiście była zajęta. Zobaczyłam, że podchodzi do frontowych drzwi i galopem wróciłam do swojego stolika w bocznej loży, padając na siedzenie – bez tchu – zanim mnie zauważył.

Teraz nie było już możliwości, żeby dyskretnie poprawić urodę, ponieważ całą energię poświęcić musiałam na wypracowanie pozy osoby jednocześnie zajętej i obojętnej, co okazało się niemożliwe. Wiedziałam, że udławiłabym się, próbując coś wypić, albo upuściłabym telefon, gdybym udawała, że rozmawiam, więc po prostu siedziałam, wpatrując się w notes z tak skupionym zainteresowaniem, że przez chwilę się zastanawiałam, czy aby się nie zapali z powodu intensywności mojego spojrzenia. Pospiesznie sporządzony przegląd własnego stanu fizycznego ujawnił cały szereg standardowych objawów – drżące ręce, walące serce, suchość w ustach – co mogło oznaczać tylko jedno: ciało mówi mi, że lubię Sammy'ego, a nawet, bardzo możliwe, uwielbiam. Co, jeśli ktoś by się potrudził, żeby przeprowadzić odpowiednie porównanie, dokładnie odpowiadało stanowi Lucindy tuż przed jej pierwszym spotkaniem w cztery oczy z Marcellem w Czułym dotyku magnata. Pierwszy raz w życiu drżałam w nerwowym oczekiwaniu, dokładnie tak, jak drżały kobiety w moich romansach. Poczułam, że stanął nade mną, zanim go zobaczyłam, amorficzną postać w czerni. I jak przyjemnie pachniał! Świeżo upieczonym chlebem albo słodkimi ciasteczkami czy czymś równie zdrowym. Stał tam pewnie ze trzydzieści sekund, wpatrując się we mnie wpatrującą się w notes, zanim w końcu zebrałam się na odwagę, żeby podnieść wzrok dokładnie w chwili, kiedy chrząknął.

– Hej – powiedziałam.

– Hej – odpowiedział. Nieświadomie pocierał na czarnych spodniach coś, co wyglądało jak plama z mąki, ale przestał, kiedy zauważył, że mu się przypatruję.

– Eee, masz ochotę usiąść? – wyjąkałam, zastanawiając się, dlaczego utraciłam zdolność wygłoszenia choć jednej inteligentnej czy spójnej wypowiedzi.

– Jasne. Ja, ee, po prostu uznałem, że łatwiej będzie to załatwić osobiście, skoro, mmm, byłem po drugiej stronie ulicy…

– Pewnie, stanowczo, całkowicie się zgadzam. Mówiłeś, że właśnie wracasz z lekcji? Robisz kurs barmana? Zawsze chciałam coś takiego zaliczyć! – Gadałam teraz bez ładu i składu, ale nic nie mogłam na to poradzić. – Bo wiesz, mam wrażenie, że to strasznie przydatna sprawa, wszystko jedno, czy się rzeczywiście pracuje w barze. Sama nie wiem. Miło by było umieć zmieszać porządnego drinka czy coś, no wiesz…

Uśmiechnął się po raz pierwszy, oślepiającym uśmiechem od ucha do ucha, i pomyślałam, że jeśli przestanie, być może po prostu ujdzie ze mnie życie.

– Nie, to nie kurs na barmana, uczą się pieczenia – wyjaśnił.

Fakt, że bramkarz interesuje się pieczeniem, nie miał za wiele sensu, ale uznałam, że to miłe z jego strony, że ma pozazawodowe zainteresowania. W sumie, nie licząc nocnego pompowania ego, którego dostarcza odprawianie ludzi wyłącznie na podstawie wyglądu, musi to być dosyć nudne zajęcie.

– Och, naprawdę? Ciekawe. Dużo gotujesz w wolnym czasie? – pytałam tylko, żeby okazać uprzejmość, co, niestety, głośno i wyraźnie dało się słyszeć w moim głosie. – To znaczy, czy to twoja szczególna pasja?

– Pasja? – Znów uśmiechnął się szeroko. – Nie jestem pewien, czy nazwałbym to „pasją”, ale tak, lubię gotować. I właściwie muszę, w pracy.

Omójboże. Nie mogłam uwierzyć, że wytknął mi użycie tego absurdalnego słowa „pasja”.

– Musisz? – Zabrzmiało to strasznie snobistycznie. – Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć. Dla kogo gotujesz?

– Właściwie to się uczę, żeby zostać szefem kuchni – wyznał, unikając mojego spojrzenia.

– Szefem? Naprawdę? Gdzie?

– Cóż, tak naprawdę to na razie jeszcze nigdzie. Na razie skończyłem Amerykański Instytut Kulinarny i teraz wieczorami robię różne kursy. Na przykład pieczenia ciast. – Roześmiał się.

– Dlaczego się tym zainteresowałeś?

– Nie jestem specjalnie zainteresowany, ale dobrze to wszystko wiedzieć. Nie licząc omletów na kolację, kiedy jako nastolatek miałem dyżur w kuchni, właściwie nie gotowałem. W liceum mieszkałem przez lato w Ithaca, z kumplem, i pracowałem jako kelner w hotelu Statler w kampusie Comell. Któregoś dnia dyrektor zobaczył, jak nalewam jakiemuś gościowi kawy, trzymając dzbanek prawie cztery stopy nad filiżanką, i mało nie padł, był zachwycony. Przekonał mnie, że powinienem startować do szkoły hotelarskiej. Załatwił mi kilka stypendiów i cały czas pracowałem – jako konduktor, kelner, kierownik nocnej zmiany, barman, dowolnie – i kiedy zrobiłem dyplom, skusił mnie szkoleniem czeladniczym w restauracji we Francji, która trafiła do przewodnika Michelina. To była wyłącznie jego zasługa.

Miałam świadomość, że niezbyt atrakcyjnie opada mi szczęka, a to z powodu wstrząsu, jaki wywołały we mnie jego osiągnięcia, ale elegancko wyratował mnie z opresji, mówiąc dalej:

– Zastanawiasz się pewnie, dlaczego pracuję jako bramkarz w Bungalowie, hę? – Kolejny uśmiech.

– Nie, zupełnie nie. Jeżeli ci to odpowiada. Eee, no wiesz, przecież to tylko inny aspekt branży usługowej, prawda?

– Płacę w ten sposób rachunki, to wszystko. Pracowałem już chyba w każdej restauracji w mieście, jaką tylko sobie wyobrazisz. – Roześmiał się. – Ale to się przyda, kiedy otworzę własną knajpę. Mam nadzieję, że wcześniej niż później.

Musiałam chyba nadal wyglądać na zmieszaną, bo zaczął się śmiać.

– Cóż, oczywiście pierwszym i najważniejszym powodem są pieniądze. Można naprawdę nieźle zarobić, łącząc kilka posad ochroniarza i barmana, i mam kilka takich rzeczy nagranych. Dzięki temu nie wychodzę wieczorami i nie wydaję, więc tego się trzymam. Wszyscy mówią, że nie ma to, jak otworzyć tu restaurację. Słyszałem, że dobrze jest znać całe zaplecze towarzyskie, od tego, kto z kim sypia, do tego, kto się naprawdę liczy, a kto tylko udaje, że jest w grze. Niezbyt mnie to ciekawi, ale ponieważ nie bywam w tych kręgach, nie ma lepszego sposobu, żeby się uczyć, jak obserwować okazy w ich naturalnym środowisku.

Zatkał sobie usta dłonią i zerknął na mnie.

– Słuchaj, pewnie nie powinienem był tego wszystkiego mówić. Nie miałem zamiaru obrazić ciebie ani twoich przyjaciół, chodzi tylko o to, że…

Miłość. Pochłaniająca i wszechogarniająca miłość. Ze wszystkich sił starałam się nie ująć jego twarzy w dłonie i nie pocałować go w same usta… Wydawał się taki przerażony. Jednak najpilniej domagał się uwagi fakt, że uważał tych ludzi za moich prawdziwych przyjaciół, uważał, że naprawdę z wyboru zadaję się z kimś, kto płaci za prześcieradła więcej niż moi rodzice za swój samochód.

– Nie, poważnie, ani słowa więcej – powiedziałam, odruchowo wyciągając rękę, żeby uspokajająco dotknąć jego dłoni, ale w ostatniej chwili zabrakło mi odwagi i moje palce niepewnie zawisły w powietrzu nad stolikiem. Lucinda z Magnata potrafiłaby doprowadzić ten ruch do końca, ale ja najwyraźniej nie. – Uważam, że to, co robisz, jest naprawdę świetne. Mogę sobie wyobrazić, jakie sceny muszą ci się trafiać co wieczór. Śmieszne, prawda?

To mu wystarczyło.

– Chryste, to niesamowite. Wszyscy ci ludzie… mają tyle pieniędzy i tyle czasu, a wygląda na to, że nie zajmują się niczym innym, jak tylko błaganiem mnie, żebym co wieczór wpuszczał ich do tych klubów.

– W sumie musi to być trochę zabawne, co? To znaczy, że ludzie wychodzą ze skóry, tak się starają być dla ciebie mili.

– Och, daj spokój, Bette, oboje wiemy, że nie tak to wygląda. Wchodzą mi w tyłek, ponieważ mnie potrzebują, nie dlatego, że cokolwiek o mnie wiedzą albo lubią mnie jako osobę. Mój okres przydatności jest bardzo krótki – konkretnie tych kilka minut między czasem ich przyjścia i momentem, kiedy wchodzą do środka. Nawet by na mnie nie splunęli, gdyby zobaczyli mnie gdziekolwiek poza posterunkiem przy drzwiach. – Na jego twarz powrócił wyraz napięcia i zauważyłam, jak marszczy czoło, kiedy ściąga brwi, przez co wyglądał jeszcze bardziej uroczo. Westchnął i poczułam dziwaczne pragnienie, żeby go uściskać. – Ale mam długi język. Zapomnij o wszystkim, co powiedziałem. Naprawdę nie biorę tej pracy aż tak poważnie, więc nie powinienem gadać, jakby chodziło o coś więcej, niż rzeczywiście chodzi. To zwyczajny środek do celu i potrafię znieść wszystko, jeśli to mnie przybliży do otworzenia pewnego dnia własnej restauracji.

Rozpaczliwie pragnęłam, żeby mówił dalej, opowiadał cokolwiek o czymkolwiek, bo wtedy mogłabym przyglądać się jego idealnej twarzy i studiować sposób, w jaki poruszają się jego usta, w jaki gestykuluje, ale skończył. Otworzyłam buzię, chcąc mu powiedzieć, że dokładnie rozumiem, co ma na myśli, i że nigdy nie spojrzałam na to z tej perspektywy, ale delikatnie mnie ubiegł.

– Chyba po prostu łatwo się z tobą rozmawia – stwierdził i uśmiechnął się tak słodko, że musiałam sobie przypomnieć o konieczności zaczerpnięcia oddechu. – Będę wdzięczny, jeżeli nie wspomnisz o tym nikomu u siebie w biurze. Po prostu łatwiej mi robić to, co robię, kiedy wszyscy nie… no, eee, no wiesz.

Wiedziałam. Oczywiście. Kiedy ludzie nie wiedzą, skąd jesteś i dokąd zmierzasz, kiedy nie starają się co chwila przyporządkować cię do swoich prywatnych zbiorów „warto znać” i „można bezpiecznie zignorować”. Kiedy nie knują i nie usiłują manipulować, żeby uzyskać najkorzystniejszą dla siebie sytuację i nie odzierają cię z pewności siebie, powoli, lecz pewną ręką, bo dzięki temu sami lepiej się czują. Wujek Will żartował, kiedy powtarzał „Jeżeli nie możesz czegoś mieć, zdyskredytuj to”, ale większość ludzi brała to stwierdzenie na poważnie. Taak, rozumiałam, aż za dobrze.

– Oczywiście. Absolutnie. Całkowicie cię rozumiem. Ja, ee, uważam, że to, co robisz, jest naprawdę fajne – zdołałam wydusić po kilku nieudanych próbach.

Kolejny oślepiający uśmiech. Ach! Usiłowałam coś wymyślić, cokolwiek, co wywołałoby następny uśmiech, ale jedno z nas w końcu przypomniało sobie, że spotkaliśmy się służbowo.

Nie zdradzał nawet śladu słabości, kiedy powiedział:

– Zamawiam kawę, a potem możemy dogadać szczegóły. Mogę ci coś przynieść?

Pokręciłam głową i wskazałam na swój kubek.

– Nie chcesz dużej bez cukru, waniliowej, supergorącej latte z chudym mlekiem bez pianki?

Zaśmiałam się i znów pokręciłam głową.

– Co? Myślisz, że żartuję? Naprawdę zamawiam ten pieprzony napój za każdym razem, kiedy tu przychodzę.

– Niemożliwe.

– Owszem, przysięgam. Przez dwadzieścia parę lat życia całkowicie wystarczała mi filiżanka zwykłej kawy. Czasami piłem jasno paloną i słodką, a czasami późno wieczorem prosiłem o bezkofeinową, ale zdecydowanie była to tylko kawa. A potem przyjaciel wspomniał, jakie dobre jest latte. Niedługo potem kumpel ze szkoły oznajmił, że dodanie syropu jeszcze podnosi smak. Reszta przyszła sama i rzecz zupełnie wymknęła się spod kontroli. Chciałbym, żeby choć raz odmówili przygotowania mi tego cholerstwa, powiedzieli po prostu: „Weź się w garść, Sammy. Bądź mężczyzną i wypij cholerną filiżankę normalnej kawy”. Ale nigdy tego nie robią, więc nigdy zwykłej nie piję. – I z tymi słowami odszedł.

Przyglądałam się, jak barman obdarzył go jednoznacznym uśmiechem.Jeżeli mnie chcesz, to jestem do wzięcia”. Nie sądzę, żebym choć mrugnęła przez cały czas, kiedy go nie było i gdy znów zajął miejsce obok mnie, głośno wypuściłam powietrze.

– No dobrze. Dość na mój temat. Zajmiemy się imprezą? – Przejechał dłonią po włosach i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że już wcześniej milion razy widziałam, jak to robił.

– Jasne. Od czego zaczniemy? – Upiłam łyk kawy i starałam się wyglądać na luzie i profesjonalnie.

– Mówiłaś, że na ile osób jest ta impreza?

– Jeszcze nie wiem dokładnie, bo nie ułożyłam do końca ostatecznej listy… – Żadnej listy, jeśli chodzi o ścisłość, ale nie musiał tego wiedzieć. – Zdaje mi się, że będzie to coś w okolicy paru setek.

– Kelly & Company sprowadzi do wszystkiego własnych ludzi czy skorzysta z naszej obsługi?

Znów było to coś, czego jeszcze nie rozważyłam, ale spróbowałam przypomnieć sobie wcześniejsze spotkania i naprędce sklecić jakąś w miarę sensowną odpowiedź.

– Zdecydowanie będę załatwiała jakichś sponsorów, więc chyba damy alkohol, ale skorzystamy z waszych barmanów. Zakładam, że skorzystamy też z waszych, eee, waszej…

– Ochrony? – podrzucił usłużnie, jakimś sposobem wyczuwając moją niechęć do użycia słowa „bramkarze”.

– Tak, no właśnie, chociaż co do tego muszę się jeszcze upewnić.

– Jak dla mnie w porządku. W tej chwili na wieczór wolne jest tylko Lot Sześćdziesiąt Jeden, ale Amy może zechcieć rozważyć zmianę planów. Kto będzie gospodarzem?

– Och, ee, facet nazwiskiem Philip Weston. On, eee, on jest…

– Wiem, kim jest. To twój chłopak, prawda? Ostatnio często was razem widywałem, jak imprezowaliście. Jasne, Amy na pewno będzie zachwycona, kiedy to usłyszy, więc nie martwiłbym się o rezerwację Bungalowu na ten wieczór.

– Nie, nie, to zdecydowanie nie mój chłopak – powiedziałam najszybciej, jak się dało. – To nic z tych rzeczy. Prawdę mówiąc, to po prostu dziwaczny facet, którego trochę znam, który…

– To z całą pewnością nie moja sprawa. Mnie zawsze wydawał się trochę dupkiem, ale co ja tam wiem? – Czy w jego głosie wyczułam gorycz? Albo chciałam wyczuć?

– Tak, wydaje mi się, że to nie twoja sprawa – stwierdziłam tak sztywno, że autentycznie odskoczył.

Przelotnie na siebie spojrzeliśmy, po czym to on odwrócił wzrok.

Wypił jeszcze łyk kawy i zaczął zbierać swoje rzeczy.

– No tak, miło było. Sprawdzę wszystko z Amy i odezwę się do ciebie w sprawie miejsca. Zakładam, że się uda. Jak powiedziałem, kto by nie skakał z radości, że trafia się okazja, żeby sam jaśnie pan Brytyjczyk wydał przyjęcie, prawda? Powinien już zacząć się opalać, jeżeli ma zdążyć z właściwym odcieniem na czas.

– Dzięki za troskę, na pewno przekażę mu tę radę. A ty baw się dobrze przy pieczeniu swoich ciasteczek. Ustalę szczegóły imprezy sama albo bezpośrednio z Amy, bo chociaż ataki słowne z twojej strony to czysta przyjemność, nie mam na to teraz czasu. – Wstałam najbardziej stanowczo, jak mogłam, i zaczęłam chwiejnie przemieszczać się w stronę drzwi, zastanawiając się, jakim sposobem można było rozegrać coś aż tak okropnie w tak krótkim czasie.

– Bette! – zawołał, kiedy już miałam pociągnąć drzwi do siebie. Tak mu strasznie przykro. Miał po prostu wyjątkowo nużący dzień i żyje ostatnio w wielkim stresie, nie dosypia i wcale nie chciał się na mnie odgrywać. Albo to, albo jest tak szaleńczo, niesamowicie zazdrosny o moje spotkania z Philipem, że po prostu nie mógł się powstrzymać, żeby nie powiedzieć czegoś paskudnego. Albo i jedno, i drugie, pomyślałam. W każdym razie oczywiście, mu wybaczę, skoro błaga, żebym zrozumiała i wylewnie przeprasza.

Odwróciłam się, mając cały czas nadzieję, że podbiegnie do mnie z prośbą o wybaczenie, ale on tylko trzymał coś w ręku i tym czymś machał. Moja komórka. Która oczywiście zaczęła dzwonić, zanim jeszcze dotarłam do stolika.

Zerknął na nią i zobaczyłam, jak twarz mu się ściąga, a potem zmusił się do uśmiechu.

– Co za zbieg okoliczności, o wilku mowa. Mam odebrać wiadomość? Nie martw się, obiecuję powiedzieć, że wracasz odrzutowcem z Cannes, a nie że siedzimy w Starbucks w centrum.

– Daj mi to – rzuciłam ostro, mając ochotę wymierzyć sobie kopniaka za zaprogramowanie numeru Philipa w telefonie, i wyrywając aparat z palców Sammy'ego. Przelotnie zauważyłam, jak miło było dotknąć jego skóry. Wyłączyłam dzwonek i wrzuciłam telefon do torby.

– Ależ odbierz, mną się nie przejmuj.

– Nie robię niczego ze względu na ciebie. Sądzę, że jestem w stanie podjąć decyzję, kiedy i gdzie odbieram telefony – oznajmiłam. Wypadłam jak burza i obejrzałam się tylko raz, żeby zobaczyć, jak mi się przygląda i kręci głową. Niezupełnie tak wyglądałaby ta scena w Czułym dotyku magnata, pomyślałam z wielkim żalem. Pewną pociechę znalazłam w rozsądnej myśli, że wszystkie nowe związki-nawet te fikcyjne – muszą z początku przezwyciężać przeszkody. Nie zamierzałam porzucać nadziei na ten związek. Jeszcze nie teraz.

13

Reszta dnia po scysji w Starbucks minęła mi w oszołomieniu, kiedy to na zmianę obsesyjnie rozważałam dziwaczną kłótnię z Sammym i nowiny Penelope, że się przeprowadza. Obie te rzeczy w połączeniu z faktem, że jestem całkowicie odpowiedzialna za zaplanowanie imprezy, która ma się odbyć za dwa i pół tygodnia sprawiły, że miałam ochotę zwinąć się w kłębek obok Millington i oglądać w kółko powtórki Kiedy Harry poznał Sally na TNT. Do czasu, kiedy dotarłam do domu, moja wytrzymałość na pogaduszki o niczym gwałtownie zbliżała się do zera, a wciąż jeszcze musiałam pokonać cały hol, żeby dotrzeć do windy, gdzie z pewnością zacznie mnie napastować mój wścibski portier. Udało mi się wcisnąć guzik i w duchu cieszyłam się swoim zwycięstwem, kiedy się zmaterializował, jak zwykle nie wiadomo skąd.

– Dobry dzień? – zapytał z szerokim uśmiechem.

– Eee, tak, chyba w porządku. A u ciebie?

– „W porządku” bardzo się różni od „dobry”, Bette! – prawie zanucił. Czy ja wysyłam jakieś fale, które zachęcają „Mów do mnie”?

– Przypuszczam, że się różni, ale uważam, że „dobry” to byłoby za mocne określenie. Zdecydowanie był „w porządku” – wyjaśniłam, zastanawiając się, czy nie warto pokonywać trzynastu pięter pieszo, zamiast czekać na windą i znosić tę rozmowę.

– Cóż, powiedzmy tylko, że mam przeczucie, że będzie lepiej – odparł. I wyraźnie puścił oko.

– Eee, naprawdę? – powiedziałam, rozpaczliwie wpatrując się w drzwi windy i marząc, żeby się otworzyły. – Byłoby miło.

– Tak jest, pamiętaj, że byłem pierwszy. Oficjalnie przepowiadam, że twój dzień znacząco się poprawi w czasie kilku najbliższych minut. – Mówił z taką pewnością – i tym szczególnie irytującym tonem „wiem coś, czego ty nie wiesz” – że na niego spojrzałam.

– Czy powinnam o czymś wiedzieć? Czy ktoś przyszedł? – zapytałam, jednocześnie przerażona i ciekawa, kto mógłby obserwować mieszkanie, czekając na mój powrót do domu.

– No dobrze, dość już powiedziałem, tego jestem pewien! – zanucił. – Oczywiście to nie moja sprawa. Muszę wracać do drzwi. – Dotknął brzegu kapelusza, odwrócił się na pięcie, a ja rozmyślałam, czy istnieje jakiś sposób, by ładnie go poprosić, żeby nigdy więcej się do mnie nie odzywał.

Kiedy tylko wysiadłam z windy i skręciłam za róg do swojego szczęśliwego numeru 1313, zorientowałam się, co miał na myśli. Obok drzwi stały najwspanialsze kwiaty, jakie w życiu widziałam, że nie wspomnę o otrzymaniu. Moja pierwsza myśl była taka, że zostawiono je przed moimi drzwiami przez pomyłkę i tak naprawdę przeznaczone są dla kogoś innego, ale kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam swoje nazwisko wypisane czarnym markerem na kopercie umieszczonej za celofanowym opakowaniem. Kiedy już przyjęłam do wiadomości, że nie chodzi o pomyłkę dostawcy, natychmiast pojawiła się druga myśl: są od Sammy'ego, który przemyślał wszystko, co wcześniej zaszło, i chciał przeprosić za swoje zachowanie. Tak! Wiedziałam, że nie był taki zły, a kwiaty to taki uroczy dżentelmeński sposób nawiązania kontaktu, żeby przeprosić. Mnie też jest przykro, zwróciłam się w duchu do kwiatów, które teraz zaczęły go uosabiać. Sama nie wiem, dlaczego zachowałam się jak wredna suka, szczególnie że od tamtej pory nie przestałam o tobie myśleć ani na sekundą. Tak, z rozkoszą zjem z tobą kolację i puśćmy tamtą głupią rozmowę w niepamięć. I, jeśli musisz wiedzieć, zaczynam już wyobrażać sobie ciebie jako ojca moich przyszłych dzieci, więc lepiej by było, żebyśmy się poznali. Nasze dzieci będą zachwycone, słysząc, że ta dozgonna miłość zaczęła się od kłótni i kwiatów na przeprosiny! To takie romantyczne, że ledwo mogę wytrzymać. Tak, kochanie, tak, wybaczam ci i sama stokrotnie przepraszam, i wiem, że to nas wzmocni.

Z trudem podniosłam kwiaty i otworzyłam drzwi, tak rozanielona niespodzianką, że ledwie zauważyłam Millington wijącą mi się między nogami. Kwiaty zawsze odgrywały ważną rolę w romansach, dzięki czemu otrzymanie bukietu takiej klasy było jeszcze bardziej rozkoszne. Składał się z trzech tuzinów róż w odcieniach jasnej purpury, gorącego różu i bieli. Zebrano je wszystkie razem w ciasną wiązankę i umieszczono w niskiej okrągłej misie, która została wypełniona czymś w rodzaju lśniących szklanych kulek. Kompozycja była zupełnie pozbawiona wszelkiego przybrania – żadnych wstążek, kokardek, zieleni czy paskudnej gipsówki; rzucała się w oczy jej prostota, elegancja i bardzo, bardzo wysoka cena. Kartka też nie należała do zwyczajnych – ciężki kremowy welin – i wyrwałam ją z obramowanej purpurowo koperty z szalonym pośpiechem. W ułamku sekundy moje oczy odnalazły podpis i kiedy to się stało, o mało nie zemdlałam.

Laleczko, abso-kurwa-lutnie zajmę się imprezą Blackberry! Zrobimy z tego najelegantsze przyjęcie roku. Jesteś boska. Duża buźka! Philip.

Co?! Przeczytałam kilkanaście razy, chcąc się upewnić, czy mój mózg poprawnie przetwarza słowa, a potem przeczytałam ponownie, bo wciąż nie mogłam uwierzyć. Skąd wiedział, gdzie mieszkam? Jakim cudem wiedział cokolwiek o imprezie, skoro nawet jeszcze o niej nie wspomniałam? Ale, co ważniejsze, gdzie jest Sammy ze swoją deklaracją wiecznej miłości? Cisnęłam kartką przez pokój, zostawiłam kwiaty na kuchennym blacie i dość dramatycznie rzuciłam się na sofę. Minęło kilka sekund i jednocześnie rozdzwoniły się moja komórka i telefon stacjonarny, a pobieżny rzut oka na każdy z nich przyniósł wysoce rozczarowujący rezultat: Elisa dzwoniła na komórką i wujek Will na domowy. Ani śladu Sammy'ego.

Pospiesznie włączyłam komórkę i kazałam Elise zaczekać, zanim zdążyła się odezwać, po czym pstryknięciem uruchomiłam przenośną słuchawkę i powiedziałam „cześć” Willowi.

– Kochanie, czy wszystko w porządku? Jesteś spóźniona i martwimy się z Simonem, że w samotności topisz smutki z powodu publicznego upokorzenia. Obaj uważamy, że na tym ostatnim zdjęciu w „Nowojorskiej Bombie” wyglądałaś wspaniale! Urżnijmy się wszyscy razem! Czy już jedziesz?

Cholera! Zupełnie zapomniałam o kolacji. Chociaż czwartkowe wieczory były stałym punktem programu od dnia, kiedy ukończyłam college, przez ostatnie tygodnie opuszczałam je z powodu służbowych wyjść, a dzisiejsze oczywiście wyleciało mi z głowy.

– Will! Przepraszam za spóźnienie, ale jeszcze dwie minuty temu byłam w biurze i właśnie wpadłam do domu nakarmić Millington. Dosłownie w tej chwili wychodzę.

– Jasne, kochanie, oczywiście. Kupuję tę uroczą opowiastkę, jeśli nie masz mi do zaoferowania niczego lepszego, ale dzisiaj ci nie odpuszczę. Niedługo się widzimy, tak?

– Oczywiście. Za parę minut…

Odłożyłam słuchawkę, nawet nie mówiąc do widzenia, i zajęłam się komórką.

– Hej, przepraszam. Właśnie dzwonił mój wujek i…

– Bette! Nigdy nie zgadniesz! Mam najlepsze wieści na świecie! Siedzisz? Omójboże, jestem taka podniecona.

Nie znalazłam w sobie dość siły, żeby znieść kolejną nowinę o zaręczynach, więc po prostu opadłam na poduszki i cierpliwie czekałam, wiedząc, że Elisa niedługo będzie w stanie wytrzymać.

– Cóż, nigdy nie zgadniesz, z kim właśnie rozmawiałam… – Jej milczenie wskazywało, że powinnam zareagować, więc zebrałam nieco sił na pytanie.

– Z nikim innym, jak z naszym ulubionym wspaniałym i już-nie-do-wzięcia kawalerem panem Philipem Westonem. Dzwonił, żeby zaprosić całą ekipę na imprezę, i tak się złożyło, że odebrałam i… och, Bette, nie wściekaj się, po prostu nie mogłam wytrzymać… zapytałam go, czy zgodzi się podjąć roli gospodarza na twojej imprezie BlackBerry i powiedział, że z przyjemnością. – W tym momencie dosłownie piszczała.

– Naprawdę? – zapytałam, udając zaskoczenie. – To wspaniale. Oczywiście, że nie jestem zła, oszczędziłaś mi konieczności proszenia go. Czy wyglądało na to, że jest za-chwycony, czy tylko się zgadza? – Nie obchodziło mnie to, ale nie udało mi się wymyślić niczego innego, co mogłabym powiedzieć.

– Cóż, technicznie rzecz biorąc, to z nim nie rozmawiałam, ale na pewno jest absolutnie zachwycony.

– Co masz na myśli, mówiąc „technicznie”? Powiedziałaś, że zadzwonił i…

– Och, tak powiedziałam? Ups! – Zachichotała. – Chciałam powiedzieć, że dzwoniła jego asystentka i przepuściłam całą sprawę przez nią i oznajmiła, że oczywiście Philip zrobi to z rozkoszą. To zupełnie to samo, Bette, więc nie martwiłabym się ani przez sekundę. Czy to nie wspaniale?

– Cóż, pewnie masz racje, bo właśnie dostałam od niego kwiaty z kartką, na której napisał, że to zrobi, więc chyba wszystko wyszło jak należy.

– Oooooooch, mój Boże! Philip Weston przysyła ci kwiaty? Bette, musi być zakochany. Ten chłopak jest po prostu niesamowity. – Długie westchnienie.

– Tak, no tak, Eliso, muszę zmykać. Poważnie, dzięki, że to z nim załatwiłaś, naprawdę to doceniam.

– Dokąd się wybierasz? Macie dzisiaj jakąś gorącą randkę?

– Eee, nie. Idę do wujka na kolację, a potem prosto do łóżka. Odkąd zaczęłam tę pracę, nie byłam w domu przed drugą nad ranem i jestem gotowa, żeby…

– Wiem! Czy to nie cudowne? To znaczy, jaka inna praca mogłaby wymagać wychodzenia wieczorami i imprezowania po nocach? Mamy wielkie szczęście. – Kolejne westchnie-nie, po którym każda z nas miała chwilę, by zastanowić się nad tą prawdą.

– Tak, rzeczywiście. Jeszcze raz dziękuję, Eliso. Baw się dobrze.

– Jak zwykle – zanuciła. – Bette, nawet jeśli dostałaś tę pracę ze względu na swojego wujka, to uważam, że jak na razie świetnie sobie radzisz.

Auć. Cała Elisa: złośliwe stwierdzenie, które miało zabrzmieć całkowicie szczerze i pozytywnie. Nie miałam energii, żeby się w to wikłać, więc powiedziałam:

– Naprawdę? Dzięki, Eliso. To wiele dla mnie znaczy.

– No tak, wiesz, umawiasz się z Philipem Westonem i, no, planujesz sama całą imprezę. Kiedy ja zaczynałam, trwało prawie rok, zanim do tego doszłam.

– Umawiania czy planowania?

– Jednego i drugiego.

Roześmiałyśmy się i pożegnały. Odłożyłam słuchawkę, zanim Elisa zdążyła nakazać mi udział w kolejnej imprezie. Przez ten bardzo krótki moment rzeczywiście czułam, jakbym miała w niej przyjaciółkę.

Szybko pogłaskałam Millington i jeszcze szybciej przebrałam się w dżinsy oraz marynarkę, rzuciłam pełne goryczy spojrzenie na kwiaty i pognałam na dół, złapać taksówkę. Simon i Will akurat się kłócili, więc zaczekałam cichutko w supernowoczesnym foyer, przysiadając na czymś w rodzaju granitowej ławy pod jaskrawym Warholem, którego omawialiśmy na historii sztuki – pamiętałam omawianie, ale absolutnie nie mogłam przypomnieć sobie żadnych szczegółów.

– Po prostu nie rozumiem, jak mogłeś go zaprosić do nas do domu – mówił Simon w gabinecie.

– A ja nie jestem pewien, czego nie rozumiesz. To mój przyjaciel, jest w mieście i nieuprzejmie byłoby się z nim nie spotkać – odparł Will ze zdumieniem w głosie.

– Will, on nienawidzi gejów. Żyje z tego, że nienawidzi gejów. Płacą mu za to, że nienawidzi gejów. Jesteśmy gejami. Co tak trudno tu zrozumieć?

– Och, to szczegóły, kochany, szczegóły. Wszyscy mówimy publicznie rzeczy, w które nie do końca wierzymy, żeby wzbudzić nieco kontrowersji, to służy karierze. I wcale nie znaczy, że naprawdę w nie wierzymy. Do licha, nie dalej jak w zeszłotygodniowym felietonie przeżyłem moment słabości albo może coś w rodzaju halucynacji i napisałem tę schlebiającą pospolitym gustom linijkę, jak to rap jest odrębną formą sztuki czy coś równie bezsensownego. Poważnie, Simonie, nikt tak naprawdę nie uważa, że w to wierzę. Z Rushem sytuacja wygląda tak samo. Ta nienawiść do Żydów, gejów i czarnych jest tylko na pokaz i z całą pewnością nie stanowi odbicia jego osobistych opinii.

– Jesteś taki naiwny, Will, taki naiwny. Nie mogę już ciągnąć tej rozmowy. – Usłyszałam trzaśnięcie drzwiami, długie westchnienie, odgłos kostek lodu wrzucanych do szklanki. Nadeszła pora.

– Bette! Kochanie! Nie słyszałem, jak weszłaś. Miałaś dość szczęścia, by być świadkiem naszej scysji?

Ucałowałam go w gładko wygolony policzek i zajęłam swoje zwykłe miejsce na limetkowym szezlongu.

– Oczywiście. Naprawdę zapraszasz tu Rusha Limbaugh *? – zapytałam z lekkim niedowierzaniem, ale bez specjalnego zaskoczenia.

– Owszem. Byłem u niego w domu kilkanaście razy, to przeuroczy człowiek. Oczywiście nigdy nie wiedziałem z całą pewnością, jak bardzo był zaprawiony podczas tych wieczorów, ale w jakiś sposób to czyni go jeszcze sympatyczniejszym. – Wziął głęboki wdech. – Dość o tym. Powiedz, co nowego w twoim wspaniałym życiu?

Zawsze mnie zdumiewało, że potrafi być taki zrelaksowany i tak spokojnie wszystko przyjmować. Pamiętam, kiedy jako dziecku mama wyjaśniła mi, że wujek Will jest gejem, a Simon to jego chłopak i jeśli dwie osoby są ze sobą szczęśliwe, kwestie w rodzaju płci, rasy czy religii nic nie znaczą (oczywiście nie miało to zastosowania do problemu mojego wyjścia za mąż za nie-Żyda, ale to się rozumiało samo przez się. Moi rodzice należeli do ludzi jak najbardziej liberalnych i otwartych, z którymi dało się dyskutować o wszystkim – oprócz ich własnego dziecka). Kilka tygodni później Will i Simon odwiedzali Poughkeepsie i kiedy siedzieliśmy przy kolacji, usiłując przełknąć porcje kiełków i czegoś w rodzaju wegetariańskiego dahlu, czego ilość najwyraźniej się nie zmniejszała mimo naszych wysiłków, zapytałam słodkim głosikiem dziesięciolatki:

– Wujku Willu, jak to jest być gejem?

Uniósł brwi, spoglądając na moich rodziców, zerknął na Simona, a potem spojrzał mi prosto w oczy.

– Cóż, kochanie, całkiem miło, jeśli mam mówić za siebie. Oczywiście byłem też z dziewczynami, ale człowiek szybko zdaje sobie sprawę, że po prostu nie są, ach, cóż, nie działają, jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

Nie rozumiałam, ale z całą pewnością bawiły mnie zbolałe miny, które robili moi rodzice.

– Czy ty i Simon śpicie w jednym łóżku jak mamusia i tatuś? – ciągnęłam najsłodszym i najbardziej niewinnym głosem, na jaki umiałam się zdobyć.

– Tak, kochanie. Jesteśmy dokładnie tacy jak twoi rodzice. Tylko inni. – Pociągnął łyk szkockiej, którą rodzice trzymali pod ręką na wypadek jego odwiedzin, i uśmiechnął się do Simona. – Jak zwykła para małżeńska, kłócimy się i godzimy i nie boję się mu mówić, że nawet on nie może nosić białego lnu przed Memoriał Day. Niczym się nie różnimy.

– No tak, była to pouczająca konwersacja, prawda? – Ojciec odchrząknął. – Ważne, żebyś pamiętała, Bette, że zawsze należy traktować wszystkich tak samo, bez względu na to, jak odmienni są od ciebie.

Nuuuuda. Nie byłam zainteresowana kolejnym wykładem o wszechogarniającej sile miłości, więc poprzestałam na jednym ostatnim pytaniu:

– Kiedy się dowiedziałeś, że jesteś gejem, wujku?

Upił kolejny łyk szkockiej i powiedział:

– Och, chyba kiedy służyłem w wojsku. Któregoś dnia obudziłem się i zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu sypiam ze swoim oficerem dowodzącym – odparł spokojnie. Pokiwał głową, teraz bardziej przekonany. – Tak, kiedy się nad tym zastanowić, było to dość wymowne.

Nieistotne, że niejasne były dla mnie terminy „sypiam z” oraz „oficer dowodzący”; gwałtowne zaczerpnięcie powietrza przez ojca i spojrzenie, jakie mama rzuciła Willowi przez stół, całkowicie mi wystarczyły. Kiedy lata później zapytałam go, czy rzeczywiście wtedy zdał sobie sprawę, że woli mężczyzn, roześmiał się i powiedział:

– Cóż, nie jestem pewien, czy to był pierwszy raz, kochanie, ale z pewnością tylko ta anegdota nadawała się do opowiedzenia przy stole.

Teraz siedział spokojnie, sącząc martini i czekając, żebym opowiedziała mu o moim nowym, ulepszonym życiu. Ale zanim zdążyłam coś wymyślić, zapytał:

– Przypuszczam, że dostałaś zaproszenie od swoich rodziców na Święto Plonów?

– Dostałam, tak. – Westchnęłam. Rodzice co roku urządzali za domem przyjęcie dla przyjaciół, żeby uczcić Święto Dziękczynienia. Zawsze w czwartek i nigdy nie podawali indyka. Mama zadzwoniła do mnie kilka dni temu i, po uprzejmym wysłuchaniu szczegółów na temat mojej nowej pracy – którą oboje rodzice uważali za tylko nieco bardziej znośną niż napychanie kabzy wielkiemu korporacyjnemu bankowi – kolejny raz przypomniała mi o zbliżającym się przyjęciu i że spodziewają się mojego przyjazdu. Will i Simon zawsze przyjmowali zaproszenie, ale odwoływali wizytę w ostatniej chwili.

– Pewnie pojedziemy wszyscy samochodem w środę, kiedy skończysz pracę – oznajmił teraz Will, a ja ledwo się powstrzymałam, żeby nie przewracać oczami. – No i jak tam ci idzie, skoro już o tym mowa? Sądząc z tego, co czytam, wydaje się, że, och, wciągnęłaś się w tę pracę. – Nie uśmiechnął się, ale oczy mu błysnęły i dałam mu kuksańca w ramię.

– Uhm, tak, na pewno masz na myśli tę nową wzmiankę w „Nowojorskiej Bombie”. Dlaczego nie dadzą mi spokoju?

– Nikomu nie dają spokoju, kochanie. Kiedy czyjąś misją dziennikarską – w sieci czy poza siecią – jest wyłącznie opisywanie, co się jada w kafeterii w Conde Nast, cóż, nic cię nie powinno dziwić. Czytałaś najnowszą?

– To jest już najnowsza? – poczułam, jak narasta znajome przerażenie.

– Och tak, kochanie, obawiam się, że jest. Asystentka przefaksowała mi to godzinę temu.

– Czy jest okropna? – zapytałam, tak naprawdę nie chcąc uzyskać odpowiedzi.

– Mniej niż pochlebna. Dla nas obojga.

– O Chryste. Potrafię zrozumieć, że piszą o Philipie, ale z jakiegoś powodu uparli się na mnie i nic nie mogę na to poradzić. A teraz wplątują w to ciebie?

– Potrafię sobie poradzić z krytyką, kochanie. Nie jestem zachwycony, ale dam sobie radę. A co do siebie, to masz rację. Niewiele możesz, ale z całą pewnością doradzałbym, żebyś się pilnowała i nie zrobiła publicznie niczego wyjątkowo głupiego, a przynajmniej nie w towarzystwie pewnego dżentelmena. Ale nie mówię ci niczego, czego byś nie wiedziała.

Skinęłam głową.

– Nie uważam, żeby moje życie było dość interesujące, aby je opisywać, wiesz? Bo, rozumiesz, jestem nikim. Chodzę do pracy, wychodzę wieczorami, bo muszę, i nagle moje działania stają się przedmiotem kpin, rozrywką dla szerokiej publiczności.

– Nie twoje… jego – uściślił Will, bezmyślnie przesuwając platynową obrączkę, którą Simon nazywał ślubnym pierścionkiem, a Will określał mianem „ubezpieczenia Simona”.

– Masz rację. Nie umiem się z tego wyplątać. On jest wszechobecny. To dziwna sytuacja.

– Jak to? – Oboje się uśmiechnęliśmy, kiedy z pełnym irytacji szelestem lnu w kolorze kości słoniowej przeszedł Simon. Will bezgłośnie rzucił: „złośnik”.

– Cóż… właściwie nie lubię Philipa jako człowieka, ale…

– Kochanie! Nie pozwól, żeby to cię powstrzymało przed umawianiem się z kimś! Gdyby sympatia do danej osoby była konieczna do uprawiania z nią seksu, cóż, wtedy wszyscy mielibyśmy kłopoty – stwierdził, krzywiąc się złośliwie.

– Widzisz, to kolejny problem. Tak naprawdę z nim nie sypiam. Albo raczej to on nie sypia ze mną.

– Muszę przyznać, że to mnie zbiło z tropu.

– Cóż, z początku było tak, ponieważ ja nie chciałam. A przynajmniej tak mi się zdawało. Uważałam po prostu, że to dureń, ale chociaż teraz jestem tego wręcz pewna, coś w nim mnie pociąga. Nie żeby to kompensowało inne braki, ale z pewnością jest inny od reszty ludzi, których znam. To on nie jest zainteresowany.

Will już chciał coś powiedzieć, ale powstrzymał się w chwili, gdy otworzył usta. Wyglądało na to, że nad czymś się zastanawia, po czym oznajmił:

– Rozumiem. No cóż, muszę stwierdzić, że właściwie nie jestem zaskoczony.

– Will! Jestem aż tak nieatrakcyjna?

– Kochanie, nie mam czasu ani chęci pocieszać cię teraz komplementami. Wiesz, że zupełnie nie to miałem na myśli. Po prostu nie uznaję tego za zaskakujące, ponieważ to mężczyźni, którzy najwięcej mówią o seksie, którzy czynią z niego kluczowy element swoich osobowości, którzy się poprzez seks określają, zwykle, hmm, nie sprawdzają się w działaniu. Większość ludzi, jeśli są zadowoleni z tej sfery swojego życia, z przyjemnością zachowuje to dla siebie. Wszystko to ma ci powiedzieć, że moim zdaniem jesteś teraz w najlepszej możliwej sytuacji.

– Och, doprawdy? A to dlaczego?

– Ponieważ z tego, co wspominałaś wcześniej, wnioskuję, że dla twojej szefowej i kolegów jest dość ważne, by Anglik był widoczny, zgadza się?

– Zdecydowanie. Twoja siostrzenica jest gloryfikowaną prostytutką, a wszystko to twoja wina.

Zignorował ten komentarz.

– Wygląda więc na to, że sprawa jest czysta, czyż nie? Możesz nadal spędzać z nim czas, jeśli ty – czy twoje towarzystwo – uważacie to za korzystne, ale nie musisz tak naprawdę brać udziału w niczym, ach, niesmacznym. Zyskujesz przy minimalnym nakładzie pracy, kochanie.

Było to ciekawe spojrzenie na sprawę. Chciałam opowiedzieć mu o Sammym, może nawet zapytać o radę, ale zdałam sobie sprawę, że to śmieszne. Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób poruszyć ten temat, zadzwoniła moja komórka.

– Philip – oznajmiłam, jak zwykle zastanawiając się, czy odebrać. – Ma kapitalne wyczucie. Dzwoni w najbardziej nieodpowiednich momentach.

– Odbierz, kochanie. Zamierzam odszukać Simona i ukoić jego stargane nerwy. Ten człowiek jest w beznadziejnym stanie i obawiam się, że w niemałym stopniu ponoszę za to odpowiedzialność. – Z tymi słowami wyszedł spokojnym krokiem.

– Halo? – powiedziałam, udając, jak wszyscy, że nie mam pojęcia, kto dzwoni.

– Philip Weston na linii – oparł głuchy głos. Chwilę później odezwał się Philip: – Bette! Gdzie jesteś? Kierowca twierdził, że nie ma cię w domu, a nie umiem wymyślić, gdzie jeszcze mogłabyś być.

Ta wypowiedź nasuwała kilka kwestii do przemyślenia, z których wcale nie najmniej istotną było bezczelne oskarżenie, że poza Philipem w moim życiu nie ma innych spraw.

– Przepraszam, kto mówi? – zapytałam oficjalnie.

– Och, przestań pieprzyć, Bette. Tu Philip. Posłałem samochód do twojego mieszkania, ale cię tam nie ma. W Bungalowie aż się dzisiaj gotuje i chcę cię tu widzieć. Zbieraj się.

– Doceniam twoje uczucie, ale mam dziś inne plany, Philipie. Nie dam rady – dodałam dla podkreślenia.

W tle słyszałam Eminema, a potem stłumiony głos innego mężczyzny.

– Hej, jakiś facet chce, żebym przekazał ci od niego pozdrowienia. Pieprzony bramkarz. Jezu, Bette, najwyraźniej bywasz tu częściej, niż z początku myślałem. Koleś, jak ci na imię?

Gdybym miała w tym momencie wybór, wybrałabym śmierć zamiast prowadzenia rozmowy z Sammym za pośrednictwem Philipa. Ale zanim zdążyłam zmienić temat albo poprosić, żeby odszedł kawałek, ponieważ słabo go słyszę, Philip stwierdził:

– Słuchasz mojej rozmowy? Spierdalaj, koleś.

Aż się skurczyłam.

– Philipie, tak ci dziękuję za te cudowne kwiaty – wypaliłam, rozpaczliwie chcąc odwrócić jego uwagę od Sammy'ego. – Najpiękniejsze, jakie w życiu widziałam, i taka jestem szczęśliwa, że zgadzasz się na tę imprezę BlackBerry.

– Co? – Znów stłumiona rozmowa. – Bramkarz ma na imię Sammy i twierdzi, że pracuje z tobą nad jakąś imprezą czy coś takiego. O czym on mówi, Bette?

– Tak, no właśnie o tym mówię. Impreza dla BlackBerry.- Teraz już wrzeszczałam do słuchawki, usiłując przebić się przez hałas w tle. – Ta, którą zgodziłeś się poprowadzić… kwiaty… liścik… coś sobie przypominasz? – Zupełnie jakbym usiłowała wytłumaczyć coś głuchemu, otępiałemu staruszkowi.

– Kwiaty? – W jego głosie zabrzmiało szczere zmieszanie.

– Te, które mi dzisiaj przysłałeś? Pamiętasz?

– Och, już rozumiem, kochanie. Przypuszczam, że Marta je posłała. Jest bardzo uważna, jeśli chodzi o detale, posyłanie kwiatów i takie tam gówna we właściwych momentach. Jest najlepsza.

Teraz przyszła moja kolej na zdziwienie.

– Marta?

– Moja asystentka. Zarządza moim życiem, dba, żebym dobrze wypadł. I to działa, prawda? – Niemal słyszałam przez telefon, jak pokazuje w uśmiechu zęby.

Asystentka z pewnością musiała większą część dnia pracy poświęcać na działania organizacyjne i troskę o wszystkie kobiety Philipa, imprezy i wymagania co do liczby nitek w osnowie.

– A czy powiedziała ci, że zgodziła się w twoim imieniu, że będziesz gospodarzem tej imprezy? – Starałam się mówić najspokojniej i z największą godnością.

– Ależ skąd, kochanie, ale wszystko w porządku. Jeżeli ona jest nastawiona do pomysłu entuzjastycznie, to ja także. Po prostu powie mi, gdzie i kiedy mam być. Co?

– Co co?

– Zaczekaj chwilę, ten bramkarz chce z tobą rozmawiać. Twierdzi, że chodzi o sprawy zawodowe.

No nie, to było nie do przyjęcia. Prawie – prawie – zapomniałam, że Sammy stoi obok, słuchając całej tej wymiany zdań. Słyszał fragment o kwiatach i z pewnością także to, jak protekcjonalnie zachowywał się Philip, oznajmiając mi, że „ten bramkarz chce ze mną rozmawiać”.

– Zaczekaj! Philip, nie możesz…

– Halo, Bette? – Sammy. Nie byłam w stanie się odezwać – Jesteś tam?

– Jestem – odparłam słabo. Drżenie tak żywo odmalowane we wszystkich moich książkach powróciło, i to z wielkim impetem.

– Hej, słuchaj, chciałem tylko…

Przerwałam mu bez namysłu i wypaliłam:

– Przepraszam, że on gada teraz jak dupek, ale on po prostu jest dupkiem.

Zapadła cisza, a potem rozległ się głęboki śmiech pełen uznania.

– Cóż, ty to powiedziałaś, nie ja. Chociaż nie mogę się z tobą nie zgodzić. – Znów usłyszałam jakąś stłumioną wymianę zdań, a potem Sammy zawołał: – Przechowam ją tu dla ciebie, stary.

– Co się dzieje? – zapytałam.

– Twój chłop… twój znajomy zobaczył inną, eee, znajomą osobę i wszedł do środka się przywitać. Zostawił mi swój telefon. Mam nadzieję, że niezbyt go zasmuci, jeśli przypadkiem rozjedzie go taksówka. Słuchaj, naprawdę to chciałem przeprosić za dzisiejsze popołudnie. Nie wiem, co we mnie wstąpiło, ale nie miałem prawa mówić ci takich rzeczy. Nawet się nie znamy i wykazałem się zupełnym brakiem szacunku.

Oto są! Moje wielkie przeprosiny! I gdyby nawet zjawił się w drzwiach mojego mieszkania i zaśpiewał serenadę w rozkosznych bokserkach od Calvina Kleina, które po prostu wiedziałam, że nosi, nie mógłby wypaść bardziej szczerze. Chciałam wpełznąć w słuchawkę i zwinąć się na jego kolanach, ale zdołałam zachować ślad godności.

– Nie ma za co. Przepraszam, że tak na ciebie napadłam. Nie wiem, co sobie myślałam. Wina była moja w takim samym stopniu, więc proszę, nie przejmuj się tym.

– Świetnie. Więc nie wpłynie to na naszą relację zawodową, prawda? Amy powiedziała mi dziś, że będę twoim podstawowym kontaktem przy tej imprezie i nie chciałbym, żeby to wpłynęło na sposób, w jaki wykonujemy swoją pracę.

– Och, słusznie. – Praca. Oczywiście. – Tak, tak, nie ma sprawy.

Starałam się ukryć rozczarowanie i najwyraźniej nie wyszło mi to najlepiej, bo od razu wyjąkał:

– Ee, no tak, cóż, naszą pracę i oczywiście naszą, eee, naszą przyjaźń. – Niemal czułam, jak się czerwieni, i jedyne, czego pragnęłam, to pogładzić go po twarzy, a potem owinąć się wokół niego.

– Jasne. Naszą przyjaźń. – Sytuacja pogarszała się z każdą mijającą sekundą, więc uznałam, że choćby nie wiadomo jak przyjemnie słuchało się jego głosu, z kontynuacji tej rozmowy nic dobrego nie wyjdzie.

– Och, Bette, prawie zapomniałem! Rozmawiałem z Amy i zgadza się, żebyście wynajęli na tę noc Bungalow. Zapisała wszystko i tak dalej. Chce tylko dołączyć do listy gości kilka osób, ale poza tym macie nad listą pełną kontrolę. Prawie nigdy się na to nie zgadza. Idealnie, prawda?

– Rany! – sapnęłam z wymuszonym entuzjazmem. – Rzeczywiście wspaniała wiadomość. Wielkie dzięki!

W tle zaczęły chichotać jakieś dziewczyny, jedna z nich kilkakrotnie powtórzyła jego imię, wyraźnie starając się zwrócić na siebie uwagę.

– Cóż, obowiązek wzywa. Lepiej wrócę do pracy. Miło się rozmawiało, Bette. I dzięki, że byłaś taka wyrozumiała z tym, co dzisiaj. Mogę do ciebie jutro zadzwonić? Żeby, eee, omówić pozostałe szczegóły?

– Jasne, jasne, świetnie – odparłam pospiesznie, chcąc jak najszybciej się rozłączyć, ponieważ Will właśnie wrócił i złowieszczo położył sobie na kolanach kartkę. – Później pogadamy. Pa.

– Czy to był twój chłopak? – zapytał, biorąc do ręki drinka i sadowiąc się na krześle.

– Nie – westchnęłam, sięgając po martini. – Zdecydowanie nie.

– Cóż, nie chcę psuć naszej małej imprezy, ale w którymś momencie będziesz musiała to przeczytać… – Odchrząknął i wziął kartkę. – Autorstwa Wtajemniczonej Ellie. Poświęca akapit swojej podróży do Los Angeles w zeszłym tygodniu i wszystkim gwiazdom filmowym, z którymi się bawiła. Dalej następuje krótka wstawka dotycząca jej wielkiej popularności wśród projektantów, jak to wszyscy aż piszczą, żeby ubierać ją na przyjęcia. My jesteśmy następni. Krótkie, lecz nie urocze. „Ponieważ każda przyjaciółka Philipa Westona jest naszą przyjaciółką, uznaliśmy, że niewiele wiemy o jego nowej dziewczynie, Bette Robinson. Wiadomo, że skończyła uniwersytet Emory, pracowała poprzednio dla UBS Warburg i jest nową maskotką agencji PR Kelly & Company, ale czy wiedzieliście, że także siostrzenicą publicysty Willa Daviesa? Niegdyś popularny arbiter we wszystkim, co dotyczy Manhattanu, jest obecnie, przyznajmy, nieco passe. Ciekawe, co też sądzi o zdecydowanie publicznych wyskokach swojej siostrzenicy? Zgadujemy, że nie jest zachwycony…”. To wszystko, co napisała – stwierdził miękko, spokojnie rzucając kartkę na podłogę.

Poczułam mdłości, jakbym właśnie obudziła się ze snu „jestem goła w szkolnej stołówce”.

– Och, mój Boże, Will, tak mi przykro. Za nic nie chciałam cię w to wciągać. A to, co napisała o twojej kolumnie, jest żałośnie nieprawdziwe – skłamałam.

– Och, Bette, kochanie, zamknij się. Oboje wiemy, że ma rację. Nie możemy kontrolować tego, co ludzie piszą, więc jeszcze przez chwilę się tym nie przejmujmy. Chodź, zjedzmy kolację. – Wygłosił wszystkie właściwe słowa, ale napięcie widoczne w jego twarzy mówiło coś innego i poczułam dziwny smutek i tęsknotę za tym, jak wszystko się układało, zanim zaczęłam swoje nowe ulepszone życie.

14

– Możesz jeszcze raz powtórzyć, dlaczego twoja matka urządza ci przyjęcie pożegnalne, skoro jest wściekła, że się przeprowadzasz? – zapytałam Penelope. Po całym dniu załatwiania spraw i wydzwaniania do sponsorów imprezy Black-Berry – która miała się odbyć za cztery dni – uznałam, że wszystko dobrze się zapowiada i schroniłam się u Penelope w nadziei na rozmowę o czymś, czymkolwiek, co nie jest związane z reklamą. Rozłożyłam się na podłodze w sypialni, którą dzielili teraz z Averym, chociaż nie wyglądało, by Avery poszedł na jakiś kompromis, jeśli chodzi o połączenie ich rzeczy: królewskich rozmiarów łóżko wodne spoczywało na imponującym czarnym podeście, czarna skórzana sofa w stylu „rozpuszczony chłopak” pochłaniała tę odrobinę miejsca, którą zostawiało, a jedynym elementem dającym zakwalifikować się jako „dekoracyjny” była za duża i nieco odbarwiona lampa „lawa”. Główną atrakcją mieszkania był jednak pięćdziesięciopięciocalowy plazmowy telewizor, który wisiał na ścianie salonu. Według Penelope Avery nie umiał umyć talerza ani wyprać pary skarpetek, ale co weekend ostrożnie czyścił płaski ekran specjalnym, niepowodującym zadrapań środkiem. Ostatnim razem, kiedy u nich byłam, słyszałam, jak Avery instruuje Penelope, żeby „powiedziała sprzątaczce, że ma się trzymać z daleka od mojego kineskopu ze swoim płynem do czyszczenia. To gówno spieprzy ekran. Przysięgam na Boga, że jeżeli zobaczę ją w pobliżu mojego telewizora z butelką lizolu, będzie musiała szukać nowej pracy”. Penelope uśmiechnęła się wyrozumiale, jakby chciała powiedzieć „chłopcy to chłopcy”. Aktualnie pakowała ubrania Avery'ego do walizek od Louisa Vuittona, które jego rodzice kupili im z okazji zaręczynowej wycieczki do Paryża. Jednocześnie zrzędziła z powodu dzisiejszej kolacji pożegnalnej. Nie dociekałam, dlaczego Avery nie mógł sam pakować własnych ciuchów.

– Mnie pytasz? Powiedziała coś idiotycznego o „postępowaniu zgodnie z zasadami” czy coś w tym stylu. A tak serio, to mam wrażenie, że nie miała żadnych planów na dzisiejszy wieczór i nie mogła znieść myśli, że zostanie w domu.

– Cóż za pozytywne podejście do tematu. – Pusta torebka w dłoni przypomniała mi, że właśnie wtrząchnęłam tonę cukierków cynamonowych dokładnie w dwanaście minut. Usta na zmianę drętwiały mi i piekły, ale nie sprawiło to, że zwolniłam tempo.

– Będzie do dupy i dobrze o tym wiesz. W tej chwili mam tylko nadzieję, że w ogóle da się to znieść. A co to jest, do cholery? – wymamrotała, podnosząc jaskrawoniebieski T-shirt z żółtym napisem, który głosił GIBAM SIĘ Z KATOLICZKAMI. – Fuj! Myślisz, że to kiedyś nosił?

– Prawdopodobnie. Wyrzuć to.

– Zdecydowanie – powiedziała i cisnęła koszulkę do śmieci. – Na pewno nie jesteś wściekła, że zmuszam cię, żebyś dzisiaj przyszła?

– Pen! Jestem wściekła, że się przeprowadzasz, a nie z powodu zaproszenia na kolację. Wiesz, nie mogę powiedzieć, żeby sprawiał mi przykrość fakt, iż twoi rodzice stawiają kolację w Sali Grillowej. O której powinnam tam być?

– Wszystko jedno. Zaczyna się o wpół do dziewiątej czy coś takiego. Przyjdź może kilka minut wcześniej, żebyśmy mogły sobie strzelić kielicha w łazience. – Uśmiechnęła się groźnie. – Całkiem poważnie rozważam przyniesienie flaszki. Czy to źle? Fu! Bywają gorsze rzeczy, na przykład to… – Tym razem podniosła w górę parę spłowiałych, znoszonych bokserek z niezbyt subtelną fluorescencyjną różową strzałką, wskazującą dokładnie na krocze.

– Flaszkę możesz uważać za załatwioną. Co ja bez ciebie zrobię? – jęknęłam żałośnie. Jeszcze nie pogodziłam się z myślą, że Penelope, moja najlepsza – i jedyna – przyjaciółka od dziesięciu lat, przeprowadza się na drugi koniec kraju.

– Poradzisz sobie – stwierdziła głosem, w którym brzmiała większa pewność, niż mogło mi się podobać. – Masz Michaela i Megu, i całą nową ekipę w pracy, i masz teraz chłopaka.

Było dość dziwne, że wspomniała Michaela, bo prawie wcale już go nie widywałyśmy.

– Daj spokój. Michael ma Megu. „Ekipa” w pracy to dokładnie to – grupa ludzi z tajemniczym dostępem do góry forsy i silnym upodobaniem do wydawania jej na tony pigułek. A co do wzmianki o „chłopaku”, cóż, pominę ją dyskretnym milczeniem.

– Gdzie moja ulubiona dziewczyna? – wykrzyknął Avery zaraz po tym, gdy trzasnęły frontowe drzwi. – Cały dzień czekam, żeby wrócić do domu i zaciągnąć twoją słodką dupkę do łóżka!

– Avery, zamknij się! – zawołała Pen, zdradzając tylko nieznaczne zakłopotanie. – Jest Bette!

Ale było za późno, już zjawił się w drzwiach bez koszuli, z rozpiętym górnym guzikiem i rozsuniętym zamkiem dżinsów, odsłaniającym bawełniane limonkowozielone bokserki.

– O, hej, Bette. Kiwnął głową w moją stronę, zupełnie niewzruszony faktem, że jestem świadkiem jego uwodzicielskich działań.

– Cześć, Avery – mruknęłam, wpatrując się w swoje tenisówki i zastanawiając po raz tysięczny, co, poza mięśniami klatki piersiowej, trzeba przyznać fantastycznymi, widzi w nim Penelope. – Właśnie wychodzę. Muszę wpaść do domu i wyszykować się przed dzisiejszym wielkim wieczorem. A skoro już o tym mowa, co się nosi w Four Seasons?

– Cokolwiek, co włożyłabyś na kolację z rodzicami – odrzekła Penelope, kiedy Avery, jak osoba cierpiąca na zespół nadpobudliwości z zaburzeniami uwagi, zaczął grać w kosza swoimi pozwijanymi w kule skarpetkami.

– Może chcesz to przemyśleć? Chyba że mam się zjawić w spódnicospodniach i koszulce z napisem DAJMY SZANSĘ POKOJOWI. Do zobaczenia wieczorem.

– Jasne – rzucił Avery, wysuwając dwa palce w przedziwnej kombinacji znaku pokoju i gangsterskiego pozdrowienia. – Na razie, B.

Uściskałam Penelope i wyszłam, próbując nie wyobrażać sobie tego, co niewątpliwie odbyło się natychmiast po moim zniknięciu. Zakładając, że się pospieszę, miałabym czas wyciągnąć Millington na szybki spacer i może nawet wziąć kąpiel. Pojechałam do domu taksówką i przez kilka minut goniłam Millington po całym mieszkaniu, ponieważ dokładała starań, żeby się przede mną ukryć. Instynktownie wiedziała, kiedy zamierzam wyprowadzić ją na dwór, i w przeciwieństwie do wszystkich psów, jakie w życiu spotkałam, nienawidziła tego. Wszędzie kurz, pyłki i chwasty – była potem nie do życia przez całe godziny, ale uważałam, że powinna wychodzić przynajmniej raz w miesiącu. Mniej więcej. Poza tym chodziłyśmy tylko dookoła domu. Nie mogłam wyjść z podziwu nad jej metabolizmem. Właśnie dotarłyśmy do Madison Square Park i udało nam się ominąć świra, który tam rezydował i zwykle gonił za Millington z wózkiem z supermarketu, kiedy usłyszałam swoje imię.

– Bette! Hej, Bette, tutaj!

Odwróciłam się i zobaczyłam Sammy'ego, który siedział na ławce i pił kawę. Jego oddech tworzył chmurę w zimnym powietrzu. Obok siedziała absolutnie oszałamiająca kobieta. Cholera jasna. Nie było dokąd uciec. Oczywiście mnie zobaczył i obserwował, kiedy spojrzałam prosto na niego, więc nie istniał żaden możliwy do przyjęcia sposób, by udać, że nic nie zaszło. Do tego Millington wybrała ten właśnie moment, żeby pierwszy raz w całym swoim krótkim życiu okazać instynkt społeczny i wystartowała w ich stronę, wyciągając automatycznie zwijaną smycz na maksymalną długość i z biegu wskakując mu na kolana.

– Hej, piesku, jak się masz? Bette, co to za śliczności?

– Uroczy – stwierdziła brunetka, mierząc Millington chłodnym spojrzeniem. – Oczywiście wolę cavaliery kings charles, ale sądzę, że yorki też mogą być atrakcyjne.

Miau.

– Cześć, jestem Bette – zdołałam powiedzieć, wyciągając rękę do dziewczyny. Spróbowałam zdobyć się na nieco cieplejszy uśmiech dla Sammy'ego, ale jestem pewna, że wyglądał jak grymas.

– Och, formalistka – odezwała się ze śmiechem. Podała mi rękę, każąc na to czekać o jakieś trzy sekundy dłużej, niż wypadało. – Isabelle.

Z bliska Isabelle nie była mniej atrakcyjna, ale starsza, niż z początku sądziłam. Wysoka i szczupła w sposób, w jaki mogą być szczupłe tylko naprawdę głodne kobiety, ale pozbawiona tej świeżości, która wiąże się z młodością, tego naiwnego zadowolenia, które mówi „randki na Manhattanie na razie mi nie dopiekły – wciąż jeszcze mam nadzieję, że kiedyś spotkam miłego faceta”. Isabelle zdecydowanie porzuciła to marzenie dawno temu, chociaż miałam wrażenie, że spodnie od Josepha w rozmiarze dwa w połączeniu ze wspaniałą czekoladowo-brązową torbą od Chloe i obscenicznie wyzywającymi piersiami stanowiły pewną pociechę.

– Co cię tu sprowadza? – zapytał Sammy, odchrząkując z takim zakłopotaniem, że oczywiście nie mogli być przyjaciółmi, rodzeństwem czy współpracownikami. Zresztą najlepszy dowód, że nie przedstawił żadnego wyjaśnienia.

– Wyprowadzam psa. Oddycham świeżym powietrzem. Zwyczajnie – odparłam, zdając sobie sprawę, że zabrzmiało to co najmniej defensywnie. Z jakiegoś powodu moje umiejętności prowadzenia uprzejmej rozmowy po prostu zniknęły.

– Tak, to samo tutaj – powiedział zakłopotany i lekko zawstydzony.

Kiedy stało się jasne, że żadne z nas nie potrafi wymyślić niczego, co można by powiedzieć, zgarnęłam Millington z kolan Sammy'ego, gdzie z wyraźnym zadowoleniem akceptowała pieszczoty – och, jak świetnie ją rozumiałam! – wymamrotałam słowa pożegnania i popędziłam w kierunku domu w tempie, które ocierało się o upokarzający pośpiech. Usłyszałam śmiech Isabelle i pytanie do Sammy'ego, kim jest jego przyjaciółeczka. Potrzebowałam całej siły woli, żeby się nie odwrócić i nie zasugerować, że następne zastrzyki z botoksu lekarz powinien zaaplikować jej w sposób, który pozwoli uniknąć wyrazu twarzy sarenki oślepionej przez samochód. Ale prawdopodobnie nie udałoby mi się wymyślić niczego tak ciętego. Pewnie wypaliłabym tylko „Słyszałam!”. Więc się nie odezwałam.

Zatem to wiadomość oficjalna, pomyślałam, stojąc pod prysznicem tak gorącym, że parzył: Sammy ma dziewczynę. A może bardziej stosownie byłoby użycie określenia „przyjaciółkę”, skoro kobieta, o której mowa, nie mogła mieć mniej niż czterdziestkę. Oczywiście, że tego dnia w Starbucks, kiedy wyśmiewał się z Philipa, nie był zazdrosny. Czując się z każdą sekundą coraz bardziej żałosna, szybko ubrałam się w jeden ze starych, „bankowych”, granatowych garniturów, które zostały relegowane na dno szafy, na suszenie włosów i nakładanie minimalnej ilości korektora nie poświęcając ani sekundy dłużej niż to konieczne.

Zanim dotarłam do Four Seasons, prawie przekonałam samą siebie, że mnie to nie obchodzi. W sumie jeśli Sammy naprawdę chciał umawiać się z kimś w lepszych ciuchach, z większymi pieniędzmi i biustem trzy razy takim jak mój, cóż, z pewnością miał do tego prawo. Zresztą, komu potrzebny ktoś tak płytki? Właśnie się rozgrzewałam, żeby zacząć wymieniać jego liczne, naprawdę liczne wady (żadna sama się nie nasuwała, ale z pewnością jakieś musiał mieć), kiedy zadzwonił mój telefon. Elisa, prawdopodobnie jak zwykle dzwoniła, żeby zadawać obsesyjnie szczegółowe pytania o to kiedy, gdzie, dlaczego i z kim ostatnio widziałam Philipa, więc nie odebrałam i podeszłam do kierownika sali. Telefon zadzwonił ponownie zaledwie kilka sekund później i chociaż przełączyłam go na wibracje, zdołała przesłać wiadomość: „911. ODDZWOŃ NATYCHMIAST”.

– Bette? Hej, znalazłaś ich już? – zapytał Michael, podchodząc do mnie. Wydawał się wymizerowany i jakiś zabiedzony. Penelope mówiła, że pracuje nad kolejną wielką umową z M &A *. Harował po nocach od czterech dni, a końca nie było widać.

– Nie, czy jesteśmy pierwsi? – Pocałowałam go w policzek i pomyślałam, od jak dawna go nie widziałam. Minęły całe tygodnie, nawet nie mogłam sobie przypomnieć ile. – Gdzie Megu?

– W szpitalu. Pen chyba powiedziała, że mogą zamówić stolik z tyłu, w prywatnej sali, więc chodźmy.

– Świetnie. – Przyjęłam ofiarowane ramię i doświadczyłam dziwnego wrażenia, jakbym wróciła do domu. – Wiesz, całe wieki nigdzie się nie wybieraliśmy. Co robisz potem? Może namówimy Pen i wstąpimy do Black Door na drinka albo sześć?

Uśmiechnął się, chociaż wyglądało, jakby wyczerpał w ten sposób całą posiadaną energię, i skinął głową.

– Stanowczo. Jesteśmy już wszyscy pod jednym dachem, jak często się to zdarza, do cholery? Zróbmy to.

Stół wydawał się być nakryty na osiemnaście albo dwadzieścia osób, ale kiedy tylko zaczęłam witać się z ojcem Penelope, telefon ponownie zasygnalizował, że ktoś dzwoni.

– Bardzo przepraszam, proszę mi wybaczyć – powiedziałam i pospiesznie ruszyłam w stronę drzwi, żeby go wyłączyć. Znów Elisa. Chryste, co mogło być aż takie ważne, że musiała zacząć te zmasowane prześladowania? Zaczekałam, aż telefon przestanie brzęczeć, a potem podniosłam klapkę, chcąc go wyłączyć, ale musiała znów wybrać mój numer, bo usłyszałam jej głos dobiegający z zagłębienia dłoni.

– Bette? To ty? Bette, to życiowa sprawa.

– Hej, słuchaj, to naprawdę nie jest odpowiedni moment. Jestem na…

– Musisz natychmiast tu przyjechać, Kelly szaleje, bo…

– Eliso, nie pozwoliłaś mi dokończyć. Jest wpół do dziewiątej, sobotni wieczór i właśnie mam zacząć kolację w Four Seasons z przyjaciółką i całą jej rodziną. I jest to dla mnie naprawdę ważne, więc z pewnością poradzisz sobie z tym, na punkcie czego szaleje Kelly. – Pogratulowałam sobie stanowczości i umiejętnego wyznaczenia granic, czego mama próbowała mnie nauczyć, odkąd skończyłam sześć lat.

W tym momencie już ciężko dyszała i usłyszałam w tle słaby brzęk kieliszków.

– Przykro mi, kotku, ale Kelly nie przyjmuje dziś odmowy. Jest teraz w Vento na kolacji z ludźmi z BlackBerry i mamy się z nimi spotkać w Soho House najpóźniej o dziewiątej trzydzieści.

– Niemożliwe. Wiesz, że przyszłabym, gdybym mogła. Jestem zobligowana tu zostać przez przynajmniej kilka najbliższych godzin – odparłam, słysząc we własnym głosie niepewność. – Rozumiesz, dziewiąta trzydzieści to absurdalnie wczesna pora i nie pojmuję dlaczego, jeśli oczekuje, że będziemy się z nimi spotykali, musi to być w sobotę wieczorem ani czemu nie mogła wcześniej o tym wspomnieć choć słowem.

– Słuchaj, dociera do mnie, co mówisz, ale nie ma wyjścia. Jesteś odpowiedzialna za tę imprezę, Bette! Przyjechali do miasta wcześniej i Kelly uznała, że kolacja zapoznawcza ich ugłaska, ale najwyraźniej chcą poznać ciebie… i Philipa. Dzisiaj. Ponieważ impreza jest tak niedługo i najwyraźniej im odbija.

– Philipa? Chyba żartujesz!

– Spotykasz się z nim, Bette. A on zgodził się poprowadzić dla nas tę imprezę – stwierdziła głosem przemądrzałej starszej siostry. Kątem oka zobaczyłam podchodzącą Penelope i wiedziałam, że zachowuję się strasznie nieuprzejmie.

– Eliso, naprawdę…

– Bette, kochanie, nie chcę się powoływać na pozycję w firmie, ale ryzykujesz posadą. Pomogę, na ile się da, ale musisz tu być. Przyślę samochód do Four Seasons, za pół godziny. Wsiądź do niego.

Rozmowa była zakończona, a Penelope zarzuciła mi ramiona na szyję.

– Genialny plan! – powiedziała, biorąc mnie za rękę i prowadząc do stołu. Usłyszałam pana Wainwrighta, jak głośno opowiada dość przygaszonej, godnie wyglądającej kobiecie o procesie, który nadzoruje, i zaczęłam się zastanawiać, czy Penelope nie zechce uratować babci ze szponów przyszłego teścia.

– Plan?

– Tak, Michael mi powiedział o spotkaniu w Black Door. Świetna okazja! Wieki całe tego nie robiliśmy i – rozejrzała się-będę musiała solidnie się po tym napić. Nie masz pojęcia, co zrobiła dziś matka Avery'ego. Odwołała mnie i mamę na bok, po czym z dumą sprezentowała mi egzemplarz Pewna impreza! Największy poradnik kreatywnej rozrywki i całą serię książek kucharskich Barefoot Contessa. Ale czekaj, będzie jeszcze lepsze: nie tylko popodkreślała wszystkie swoje sugestie co do możliwych wieczornych przyjęć, ale porobiła też notatki przy wszystkich ulubionych potrawach Avery'ego, żebym mogła należycie dopilnować kucharki. I szczególnie dobitnie zaznaczyła, że generalnie nie lubi żadnego jedzenia, które powinno się jeść pałeczkami. Jej własne słowa.

– Pałeczkami?

– Chińskimi pałeczkami. Stwierdziła, że „wprawiają go w zmieszanie”.

– Fantastyczne. Zdaje się, że to rozkoszna osoba.

– Tak jest. A moja matka po prostu tam stała, potakując. Udało jej się pocieszyć mamę Avery'ego, przypominając, jak łatwo będzie nam znaleźć pomoc domową w Kalifornii z tymi hordami meksykańskich imigrantów. To „ziemia obiecana taniej siły roboczej”, chyba dokładnie takich słów użyła.

– Po prostu pamiętajmy, że nasi rodzice nigdy więcej nie mogą znaleźć się w jednym pomieszczeniu, dobrze? – powiedziałam. – Raz już mieli tę wyjątkową przyjemność. Pamiętasz, cóż to była za klęska ostatnim razem?

– Żartujesz? Jak mogłabym zapomnieć?

Byłyśmy dość przewidujące, żeby nie dopuścić do znalezienia się naszych rodziców w tym samym miejscu przez cztery lata college'u, ale podczas wręczania dyplomów okazało się to niemożliwe. Rodzice byli ciekawi siebie nawzajem i po licznych zaczepkach ze strony obu matek, Penelope i ja niechętnie zgodziłyśmy się umówić wszystkich na kolację w sobotni wieczór. Stres zaczął się już przy wyborze restauracji: moi rodzice domagali się wypróbowania baru z organiczną surową żywnością, który wydał szereg sławnych książek kucharskich, podczas gdy rodzice Penelope nalegali na wybór miejsca, w którym zwykle jadali podczas swoich wizyt – Domu Steków Ruth Cliris. Osiągnęłyśmy kompromis za pomocą jakiejś wyrafinowanej panazjatyckiej sieciowej restauracji, która rozczarowała wszystkich zainteresowanych i od tamtego momentu wszystko szło coraz gorzej. W restauracji nie podawano herbaty, którą piła moja matka, ani ulubionego caberneta ojca Penelope. Jeśli chodzi o tematy rozmowy, polityka, kariera i przyszłe plany abiturientek odpadały, ponieważ nie podzielali ani jednego przekonania czy koncepcji. Skończyło się na tym, że mój ojciec przez większość posiłku rozmawiał z Averym (a później sobie z niego żartował), ja z moją mamą, Penelope ze swoją, a jej ojciec i brat od czasu do czasu wymieniali zdanie czy dwa pomiędzy wielkimi haustami czerwonego wina z trzech butelek, które razem osuszyli. Skończyło się równie niezręcznie, jak się zaczęło, wszyscy podejrzliwie mierzyli się wzrokiem i zastanawiali, co też ich córki w sobie widzą. Penelope i ja odstawiłyśmy ich do właściwych hoteli i natychmiast ruszyłyśmy na obchód barów, gdzie po pijaku ich przedrzeźniałyśmy, cały czas przysięgając sobie, że nigdy nie powtórzymy tego wieczoru.

– Chodź tu, porozmawiaj, proszę, z moim ojcem, dobrze? Minęło kilkadziesiąt lat, odkąd brał udział w życiu towarzyskim poza biurem i wygląda na to, że nie wie, co robić. – Wydawało mi się, że ma w miarę dobry humor i zastanawiałam się, jak mam jej powiedzieć, że mogę zostać tylko na drinka, ponieważ muszę iść na przyjęcie z tym rozkosznie niegrzecznym chłopcem, z którym rzekomo się spotykam.

– Pen, bardzo mi przykro, że to robię, i mam świadomość, że to najbardziej gówniane, najbardziej samolubne zagranie na świecie, ale właśnie dzwoniono z pracy i absolutnie nie mam wyboru, muszę wyjść, ponieważ jestem odpowiedzialna za ten konkretny projekt, a ludzie z nim związani są spoza miasta i moja szefowa właśnie się nimi zajmuje. Nalega, że muszę się z nimi spotkać i chociaż powiedziałam, że mam coś naprawdę bardzo ważnego, zagroziła, że mnie zwolni – oczywiście przekazała to przez osobę trzecią – jeżeli nie przyjadę do centrum w czasie poniżej godziny. Kłóciłam się i kłóciłam, ale była nieugięta, więc mam zamiar tam pojechać i wrócić najszybciej jak to możliwe i oczywiście nadal chcę się spotkać w Black Door, jeżeli zgodzicie się na mnie poczekać. – Koniec. Głęboki wdech. Zignorować martwe spojrzenie Penelope. – Strasznie mi przykro! -jęknęłam tak głośno, że kilku kelnerów spojrzało w naszą stronę. Jakimś cudem udało mi się zignorować ssanie w żołądku, zdziwione spojrzenie Michaela, który stał kilka kroków dalej i pełen wyrzutu wzrok Penelope, że robię zamieszanie.

– Kiedy musisz wyjść? – zapytała spokojnie, z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Za pół godziny. Przysyłają samochód.

Bezmyślnie przekręciła diamentowy kolczyk-sztyft w prawym uchu i spojrzała na mnie.

– Zrób to, co musisz, Bette. Rozumiem.

– Naprawdę? – zapytałam, nie do końca jej wierząc, ale nie słysząc w jej głosie złości.

– Oczywiście. Wiem, że chcesz tu być i jasne, jestem rozczarowana, ale wiem, że nie wychodziłabyś, gdyby to nie było naprawdę ważne.

– Przepraszam, Pen. Obiecuję, że ci to wynagrodzę.

– Nie przejmuj się. Chodź, usiądź obok tego uroczego samotnego przyjaciela Avery'ego i przynajmniej baw się dobrze, póki tu jesteś. – Mówiła to, co należało powiedzieć, ale ściągnięcie ust sprawiło, że wszystko zabrzmiało wymuszenie.

Zdecydowanie nie uroczy samotny przyjaciel Avery'ego natychmiast zaczął wspominać szalone wyskoki z czasów studenckiego życia w Michigan, a ja tymczasem pospiesznie wychyliłam drinki numer dwa i trzy. Jedna z koleżanek Penelope z banku, dziewczyna, której nie znałam, kiedy tam pracowałam, ale która teraz wydawała się nie opuszczać Pen ani na krok, wygłosiła zaimprowizowany toast, uroczy, zabawny i stosowny. Usiłowałam zdusić uczucie goryczy, gdy Penelope ją objęła, i powtarzałam sobie nieustannie, że to odzywa się moja paranoja i nikt się na mnie nie gapi, uważając, że jestem okropną przyjaciółką. Pół godziny minęło w mgnieniu oka. Uznałam, że lepiej będzie się wymknąć, zamiast urządzać przedstawienie i wszystkim się tłumaczyć, więc usiłowałam porozumieć się wzrokiem z Penelope, a potem po prostu wstałam i wyszłam, bo uznałam, że celowo unika mojego spojrzenia.

Na chodniku zaproponowałam jakiemuś dobrze ubranemu mężczyźnie dolara za papierosa, ale odmówił i podrzucił mi jednego za darmo, dodając litościwe kiwanie głową. W zasięgu wzroku nie było żadnego samochodu i pomyślałam, że może wejdę z powrotem na parę minut, ale w tym momencie do krawężnika podjechała znajomo wyglądająca limonkowozielona vespa.

– Hej, kochanie, załatwmy to – powiedział Philip, podnosząc osłonę kasku i wyjmując mi z palców papierosa, żeby się zaciągnąć. Gwałtownie pocałował mnie w usta, które przypadkowo były otwarte z powodu szoku, i zsiadł, żeby wyjąć spod siedzenia drugi kask.

– Co ty tu robisz? – zapytałam, dla wzmocnienia zaciągając się papierosem.

– A jak ci się wydaje? Wyszło na to, że jesteśmy zobowiązani wziąć w tym udział. Więc się pospieszmy, okej? Kochanie, o co chodzi z tym garniturem? – Zmierzył mnie wzrokiem z góry na dół i uśmiechnął się złośliwie.

Jego komórka zagrała melodyjkę Like a Virgin - teraz przyszła moja kolej na złośliwy uśmiech – i usłyszałam, jak mówi komuś, że będziemy za dziesięć minut.

– Czekam na samochód, który ma przysłać Elisa – wyjaśniłam.

– Nie lękaj się, kochanie. Elisa przysłała mnie. Złożymy wizytę mojemu drogiemu przyjacielowi Calebowi, a Elisa przyprowadzi tych służbowych gości do nas.

Nie miało to żadnego sensu, ale wyglądało na to, że Philip działa zgodnie z poleceniami otrzymanymi wprost od Elisy.

– Dlaczego jedziemy do mieszkania twojego przyjaciela? – chciałam wiedzieć.

– Ma u siebie zebranko towarzyskie z okazji urodzin. Właściwie to imprezę kostiumową. Chodźmy. – Dopiero w tym momencie zauważyłam, że ma na sobie kompletny strój z lat siedemdziesiątych w stylu disco, od brązowych poliestrowych dzwonów poczynając, na obcisłej białej koszuli z kołnierzykiem i czymś w rodzaju bandany obwiązanej wokół głowy kończąc.

– Philipie, powiedziałeś właśnie, że musimy się spotkać z Kelly i ludźmi od BlackBerry. Nie możemy iść teraz na bal przebierańców. Nic nie rozumiem!

– Wskakuj, kochanie, i przestań się stresować. Panuję nad sytuacją. – Podgazował vespę – jeśli coś takiego w ogóle jest, możliwe – i poklepał siedzenie za sobą. Wskoczyłam najzgrabniej jak pozwolił mi garnitur i objęłam Philipa w pasie. Twarde jak skała mięśnie brzucha zasprężynowały.

Wciąż nie wiem, dlaczego się odwróciłam. Nie pamiętam, żebym myślała wtedy, że coś jest nie w porządku – jeśli pominąć porwanie przez wściekłego metroseksualnego ulubieńca tłumów na vespie – a jednak obejrzałam się przez ramię, zanim odjechaliśmy, i zobaczyłam stojącą na chodniku Penelope. Miała wyciągniętą rękę z luźno zwisającą z niej moją apaszką, otwarte usta i wpatrywała się w moje plecy. Przelotnie spotkałyśmy się wzrokiem, zanim Philip dodał gazu i skuter wyrwał do przodu, oddalając się od Penelope i nie zostawiając ani chwili na wyjaśnienie czegokolwiek.

15

– Nie stresuj się, kochanie. Mówiłem ci, że panują nad sytuacją. – Philip zaparkował vespę na chodniku przed wejściem do pięknego apartamentowca w West Village i podał portierowi banknot, co ten przyjął dyskretnym skinieniem głowy. Nagle zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz od tamtego poranka, kiedy obudziłam się w jego mieszkaniu, znaleźliśmy się z Philipem sam na sam.

– Nie stresuj? Mam się nie stresować?! – wrzasnęłam. – Przepraszam pana, czy mógłby mi pan zawołać taksówkę? – rzuciłam w kierunku portiera, który natychmiast spojrzał na Philipa, wzrokiem pytając o pozwolenie.

– Bette, wyluzuj się, do cholery. Nie potrzebujesz taksówki. Jesteśmy na miejscu. Impreza jest właśnie tutaj. A teraz wejdź i daj sobie podać jakieś piciu.

Piciu? Czy ja dobrze słyszę? Facet przeleciał wszystkie atrakcyjne kobiety na Manhattanie w wieku od szesnastu do czterdziestu pięciu lat i mówi „piciu”? Nie mogłam zbyt długo zastanawiać się nad tym szokującym wydarzeniem, ponieważ zostało mi niespełna dziesięć minut na dotarcie do Soho House.

– Zadzwoniła Elisa i powiedziałem jej, że nie mogę przyjść, bo czekają na mnie na imprezie u Caleba. Spytała, czy może przyprowadzić tam ludzi z BlackBerry, bo bardzo się im spodoba, że mogą wpaść na „prawdziwą imprezę w śródmieściu” i tym podobne bzdety. No i lada chwila się tu zjawią. Tu właśnie powinniśmy być, rozumiesz?

Popatrzyłam na niego z powątpiewaniem, zastanawiając się, jak do tego wszystkiego doszło. Czy Elisa celowo posłała mnie w złym kierunku? Przez moment rozważałam taką możliwość, ale zdałam sobie sprawę, że nie mogłaby sabotować imprezy bez wiedzy Kelly, a poza tym, dlaczego miałaby to robić? Fakt, w pewnym momencie mogła chcieć Philipa dla siebie i może wydawała się ostatnio nieco mniej przyjacielska, ale doszłam do wniosku, że działo się tak, ponieważ byłyśmy naprawdę zawalone robotą, planowaniem poszczególnych imprez, a do tego przygotowaniami do imprezy „Playboya”. Chciałam tylko zadzwonić do Penelope i wyjaśnić, że nie skłamałam, żeby zwiać z jej kolacji i spędzić noc z tą żałosną karykaturą „mojego chłopaka”, Philip minął już portiera i niecierpliwie czekał, aż do niego dołączę, i kiedy tylko weszliśmy do windy, jak zwykle mnie zaatakował.

– Bette, nie mogę się doczekać, żeby zabrać cię do domu i pieprzyć całą noc – zamruczał w moje włosy, przesuwając dłońmi po moim ciele i wsuwając mi ręce pod bluzkę. – Nawet w tym dziwacznym przebraniu jesteś kusząca.

Odepchnęłam jego zachłanne ręce i westchnęłam.

– Dajmy sobie z tym spokój, dobrze?

– Czemu się tak irytujesz, kochanie? Och, rozumiem, chciałabyś, żebym się nieco bardziej starał. Z przyjemnością się dostosuję… – I naparł na mnie dolną połową ciała z zerową zręcznością i tym charakterystycznym gwałtownym ruchem języka. Czy Gwyneth naprawdę musiała znosić takie traktowanie? Czy to możliwe, że z tymi wszystkimi dziewczynami spał tylko raz czy dwa i żadna nie zadała sobie trudu, by mu uświadomić, że tak naprawdę zupełnie nie wie, co robi? Było to obrzydliwe i nagle doznałam objawienia: Philip dobierał się do mnie tak namiętnie tylko wtedy, gdy wiedział, że nie będziemy mogli posunąć się dalej. Tym razem było tak samo, ryzyko, że zedrą z niego ubranie i będę błagała o seks, nie istniało, skoro drzwi windy mogły się otworzyć w każdej chwili. Co też się stało. Drzwi otworzyły się prosto na apartament Caleba. Szybkie i nieznaczne wytarcie twarzy i szyi wierzchem dłoni pozwoliło mi usunąć większość śliny i już byłam gotowa do działania.

– Philip, kochanie, chodź tu do nas! – zawołał z sofy wysoki szczupły mężczyzna z długimi włosami, który pochylał się nad lustrem ze zwiniętym banknotem w dłoni. Na jego kolanach leżało coś, co wyglądało na nagą dziewczynę. Wpatrywała się w niego spojrzeniem wyrażającym już nie podziw, a uwielbienie. Wciągnął szybko, bez wysiłku, wręczył dziewczynie banknot, po czym nasunął maskę na twarz.

– Cally, Cal-man, to jest Bette. Bette, Caleb, organizator tej najświetniejszej z imprez, który od dziś nie jest już dżentelmenem w wieku lat dwudziestu.

– Cześć Caleb, miło cię poznać – powiedziałam masce. – Dziękuję, że mnie zaprosiłeś.

Wszyscy troje spojrzeli na siebie, potem na mnie i zaczęli się śmiać.

– Bette, może przyłączysz się do nas na małą degustację, a potem pójdziemy na górę? Wszyscy są na dachu.

– Nie, dziękuję. Nie mogłam oderwać oczu od dziewczyny. Dokończyła dwie nieduże kreski, które zostawił dla niej Caleb, i przekręciła się na plecy. Teoretycznie nie była całkiem naga, biorąc pod uwagę skrawek jedwabiu w kolorze fuksji wiszący nisko na biodrach, który zakrywał tylko przód miednicy, odsłaniając cały tył. To, co początkowo wzięłam za stringi, okazało się jedynie białym śladem na opaleniźnie, a piersi już dawno uwolniły się z jedwabnych więzów, czegoś, co przypominało stanik, ale nie miało żadnych haczyków, ramiączek ani kształtu. Zwinęła się w kłębek z rozanielonym uśmiechem i łyknęła szampana, po czym oznajmiła, że jeszcze trochę poimprezuje na dole, zanim dołączy do innych.

– Jak sobie życzysz, kotku – powiedział Caleb, dając znak, żebyśmy poszli za nim. Wsiedliśmy do windy, gdzie użył specjalnego klucza, pozwalającego na wciśnięcie guzika z oznaczeniem „Taras”. O mało nie zemdlałam, kiedy drzwi znów się otworzyły. Nie wiem, czego oczekiwałam, ale na pewno nie tego. Może myślałam, że będzie to coś w stylu imprezy Michaela z okazji Halloween sprzed paru tygodni, gdzie kilku kumpli z UBS i z college'u zebrało się w jego mieszkaniu na czwartym piętrze bez windy. Na stole w kuchni stały butelki taniej wódki i napojów oraz kilka misek kukurydzy w cukrze, precli i salsy. Jakiś facet w damskich ciuchach oznajmił poprzebieranym imprezowiczom, że pizza jest w drodze, a oni siedzieli, rozmawiając o studiach, o tym, kto się zaręczył, a kto awansował i jak bardzo prezydent Bush daje ciała w Iraku.

Ta scena była zupełnie, ale to zupełnie inna. Wystrój stanowił dokładną replikę Sky Baru z Los Angeles, cały lśniący, modny i opływowy, z nisko wiszącymi leżankami, lampami grzewczymi i geometrycznymi kandelabrami, rozświetlającymi wszystko delikatnym blaskiem. Bar z oszronionego szkła wystawał zza jakichś imponujących zarośli, a w innym rogu zainstalowano stanowisko didżeja, właściwie poza zasięgiem wzroku, żeby nie zasłaniać wspaniałego widoku na rozciągające się pod nami miasto. W tej chwili jednak rzeka Hudson najwyraźniej nikogo nie interesowała i natychmiast zrozumiałam dlaczego: wystawione na widok ciała były znacznie bardziej frapujące niż jakaś tam rzeka i znacznie bardziej przykuwające uwagę.

Bywają imprezy, bywają bale przebierańców i wreszcie jest to, co rozgrywało się na dachu u Caleba, co z definicji, teoretycznie, kwalifikowało się jako impreza kostiumowa, ale w rzeczywistości wyglądało raczej jak wielka powtórka musicalu Hair - plus torebki od Gucciego, minus paskudne koki z lat sześćdziesiątych. Poczułam nagłe pragnienie, żeby zrzucić buty, garsonkę i włóczyć się w samych majtkach i staniku, choćby po to, by jak najmniej wyróżniać się z tłumu. Nawet wtedy miałabym na sobie więcej ubrania niż każda z obecnych tu kobiet, ale przynajmniej tak bardzo nie rzucałabym się w oczy.

Caleb zniknął na chwilę i wrócił z kieliszkiem szampana dla mnie i szklanką czegoś w kolorze bursztynu dla Philipa. Opróżniłam kieliszek jednym długim haustem i zaczęłam gapić się na dziewczynę, którą Caleb przyprowadził, żeby nas sobie przedstawić. Prezentacja została poprzedzona długim i widowiskowym pocałunkiem, podczas którego oboje, Caleb i dziewczyna, otworzyli usta tak szeroko i z takim entuzjazmem poruszali językami, że czułam się jak niemal pełnoprawna uczestniczka wydarzenia.

– Mmm – mruknął, swawolnie gryząc ją w szyję, kiedy już wydobył język z wnętrza jej ust. – Chłopaki, to… najpiękniejsza dziewczyna na tej imprezie. Odjazdowa. Poważnie, widzieliście kiedyś w życiu coś równie niesamowitego?

– Piękna – zgodziłam, się, jakby w ogóle jej tam nie było. – Masz całkowitą rację. – Dziewczyna najwyraźniej nie przejęła się tym, że Caleb zapomniał, a może nawet nigdy nie poznał jej imienia. Nie było to aż takie dziwne, stwierdziłam, najwyraźniej masa ludzi spędza razem czas, nie znając swoich imion. Muzyka jest zawsze za głośna, z reguły wszyscy są pijani. Zasadniczym powodem niewiedzy był jednak fakt, że nikogo to nie obchodziło. „Zapamiętam, jak jej na imię, kiedy przeczytam o niej na Page Six”, wypowiedziała się kiedyś w tej kwestii Elisa. Tej dziewczynie to nie przeszkadzało, pewnie dlatego, że najwyraźniej nie rozumiała ani słowa z tego, co mówimy. Chichotała tylko i od czasu do czasu poprawiała kostium, koncentrując się na dotykaniu Caleba tak często i tak sugestywnie, jak tylko się dało. Podszedł do nas kolejny mężczyzna przebrany za kobietę (ten miał na sobie kostium imitujący ciało z nagimi piersiami, oczy pociągnięte błyszczącą kredką i biało-czerwoną arafatkę) i poinformował, że samochody podjadą za kilka minut i zabiorą nas do Bungalowu na „prawdziwą” imprezę Caleba.

– Mam nadzieję, że będzie lepsza od mojej beznadziejnej zeszłorocznej imprezy urodzinowej – westchnął Philip.

– Dlaczego beznadziejnej? – zapytałam, nie dlatego, żeby mnie to obchodziło, ale ponieważ starałam się pozorować udział w rozmowie, dzięki czemu nie rzucało się w oczy, jak się na wszystkich gapię.

– Debile przy drzwiach zaczęli wpuszczać wszystkich i po godzinie imprezę zdominowały wieśniaki spoza miasta. Fatalna wtopa.

– Fatalna – zgodził się Arafat-transwestyta. – Totalnie nieudany moment. Dziś będzie lepiej. Ten duży, jak mu tam, Sammy, stoi na bramce. Nie jest to może geniusz, ale też nie taki znowu kompletnie pojebany idiota.

Sammy! Chciałam wyśpiewać jego imię i uściskać tego, kto je wymówił, zatańczyć w kółeczko na samą myśl o spotkaniu z nim. Ale najpierw musiałam przebrnąć przez to tutaj.

– Więc za kogo się przebrałaś? – zapytał mnie gość w turbanie.

– Za spiętą su… bizneswoman. – Philip był uprzejmy odpowiedzieć za mnie. Kiedy się rozejrzałam, zaczęłam się zastanawiać, co takiego jest w imprezach kostiumowych, że mężczyźni zawsze przebierają się za kobiety, a kobiety ubierają się jak dziwki. Niezależnie od tego, jak elegancka jest impreza i jak drogi alkohol się podaje, dzieje się tak zawsze, za każdym razem. Rozejrzałam się w poszukiwaniu skąpo odzianych kociaków, pielęgniarek, księżniczek, piosenkarek, francuskich pokojówek, cheerleaderek, uczennic ze szkoły katolickiej, diabłów, aniołów i tancerek, ale te dziewczyny nie zawracały sobie głowy tak ograniczającą identyfikacją. W zasadzie strój żadnej z nich nie był kostiumem, a zaledwie połączeniem błyszczących tkanin i lśniących dodatków, zaprojektowanych, by zaprezentować najlepsze egzemplarze kobiecego ciała, jakie kiedykolwiek stworzył Bóg.

Brunetka spoczywająca na jednej z leżanek miała na sobie powłóczyste różowe cygańskie spodnie, zmarszczone w pasek na biodrach i zebrane w kostkach, a ich przezroczysty materiał pozwalał obejrzeć naszywane diamencikami stringi, wciśnięte między idealnie jędrne pośladki. Jako górę włożyła naszywany diamencikami stanik, który zbierał piersi w ten idealny sposób, mówiący „patrz na mnie”, ale nie, jestem nową Pamelą Anderson”. Obok brunetki leżała jej przyjaciółka, która wyglądała na szesnaście lat, i bawiła się jej włosami. Miała na sobie srebrne kabaretki, tak rozciągnięte wzdłuż jej nieskończenie długich nóg, że miejscami wyglądały na podarte, na to czerwone skórzane chłopięce szorty, tak nisko wycięte na biodrach i tak wysoko na udach, że z pewnością musiała zamawiać specjalne woskowanie. Jedynym dodatkiem do tego „kostiumu” były długie srebrne frędzle zwisające z sutków jej piersi wielkości jabłek i ogromna tiara z różnokolorowych piór i kawałków futra, które kaskadą spływały jej na plecy. Nigdy, przez całe dwadzieścia siedem lat życia nie zdarzyło mi się poczuć seksualnego pociągu do kobiety, ale w tym momencie przespałabym się z każdą z nich, od razu.

– Wyglądają jak modelki prezentujące bieliznę, na litość boską – mruknęłam pod nosem, nie zwracając się do nikogo konkretnie.

– To są modelki – odpowiedział Philip, wpatrując się w nie z wyrazem twarzy, który można opisać tylko słowem „żądza”. – Nie poznajesz Raquel i Marii Therezy? To w tym roku najpopularniejsze dziewczyny Victorii, najmłodsze w historii pokolenie z Brazylii.

Byłam zdruzgotana, widząc, że wcale nie potrzebują takiego retuszu zdjęć, jak zawsze to sobie wmawiałam. Przemieszczaliśmy się pod przykrytym szkłem dachem (tylko sufit był otwarty na niebo), Philip przybił piątkę Jimmy'emu Fallonowi i zaraz potem Derekowi Jeterowi oraz wymienił całusy w policzki (zawsze o milimetr omijając usta) z długim korowodem redaktorek z magazynów o modzie, aktorek z sitkomów i hollywoodzkich gwiazdek. Właśnie sprawdzałam komórkę, żeby zobaczyć, czy nie dzwoniły Elisa lub Kelly, kiedy zauważyłam Philipa masującego plecy dziewczynie z frędzlami na sutkach, i teraz rozpoznałam, że to ona prezentowała zamówione przeze mnie bawełniane majtki od bikini w katalogu VS. To właśnie ją oskarżałam w duchu o wprowadzenie mnie w błąd, kiedy założyłam to bikini i spojrzałam w lustro. Muzyka Hotel Costes dudniła z jakiegoś płaskiego, jakby plazmowego monitora, który wisiał na jednej z zewnętrznych ścian, a ludzie na przemian tańczyli, palili, wciągali kreski, wsuwali sushi albo pożerali się wzrokiem. Co chwila spoglądałam na drzwi w oczekiwaniu na Elisę, martwiłam się, czy znajdą nas na tarasie, aż w końcu wysłałam jej SMS-a z instrukcją obsługi windy. W którymś momencie wzięłam drinka od pięknego kelnera bez koszuli, w opasce na biodrach i na obcasach, ale trwałam przykuta do drzwi, żeby widzieć wszystkich wchodzących i wychodzących. Zabawę na chwilę przerwano, kiedy Caleb ogłaszał, że na dole czekają samochody, żeby zawieźć wszystkich do klubu, ale zaraz potem imprezowano dalej, także w windzie i przy wsiadaniu do dwudziestu paru limuzyn Town Car, które z tego, co widziałam, zajęły cały kwartał od przecznicy do przecznicy.

– Philipie, nie możemy wyjść z tej imprezy!- syknęłam, kiedy próbował wepchnąć mnie do windy. – Czekamy na ludzi z BlackBerry.

– Przestań się przejmować, kochanie. Elisa zadzwoniła, żeby mi powiedzieć, że dzwoniła twoja szefowa i oznajmiła, że spotkanie zostaje odwołane.

– Co? Nie mówisz tego poważnie. – Nie byłam w stanie nawet rozważyć ewentualności, że zostałam siłą zabrana z kolacji Penelope, żeby zająć się gośćmi, którymi wcale nie trzeba się było zajmować.

Wzruszył ramionami.

– O ile nie mówiła od rzeczy, to jestem pewien, że dokładnie tak powiedziała. Chodź kochanie, możesz zadzwonić z samochodu.

Wcisnęłam się między Caleba i Philipa i starałam się nie dotknąć żadnej z wystających części ciała dziewcząt, które leżały nam na kolanach.

Wykręciłam numer Elisy i prawie krzyknęłam z frustracji, kiedy włączyła się poczta głosowa. Kelly odebrała po trzecim dzwonku i, sądząc po głosie, była zaskoczona, że do niej dzwonię.

– Bette? Bardzo słabo cię słyszę. W każdym razie spotkanie odwołane. Zjedliśmy uroczą kolację w Soho House i wypiliśmy parę drinków przy basenie, ale chyba nie są jeszcze przyzwyczajeni do nowojorskiego imprezowania. Już wrócili do hotelu, więc jesteś wolna. Ale bardzo się nastawili na ten tydzień! – Przekrzykiwała jakąś muzykę i nie zdawała sobie sprawy, że chociaż sama siebie nie słyszy, ja słyszę ją doskonale.

– Och, dobrze. To w porządku. Skoro jesteś pewna…

– Jesteś z Philipem?

Na dźwięk swojego imienia padającego ze słuchawki Philip ścisnął mnie za kolano i zaczął przesuwać rękę do góry.

– Jestem. Tak, jest tutaj, chcesz z nim rozmawiać?

– Nie, nie, chcę żebyś ty z nim porozmawiała. Mam nadzieję, że jesteście w Bungalowie. To będzie wielki wieczór, wszyscy przyjdą na urodziny Caleba.

– Hę?

– Tłumy fotografów, masa okazji…

Mimo dyskomfortu spowodowanego wyraziście stręczycielskimi zagraniami Kelly w tamtym momencie lubiłam swoją pracę. Oraz Kelly. Wiedziałam, że nigdy już nie chcą wrócić do funduszy wzajemnych. Chciałam, żeby impreza BlackBerry była największym wydarzeniem roku. Chciałam, żeby Kelly była zadowolona. Pewnie nie zaszkodzi zrobić sobie parą zdjęć z Philipem, a potem wymknąć się na spotkanie z Penelope i Michaelem w Black Door. Poza tym, i tak już tam jechaliśmy, prawda? Chociaż byłam oburzona, że w taki sposób wywleczono mnie z przyjęcia Penelope, tego wieczoru chyba miało to dla mnie jakiś sens?

– Jasne, słyszę cię – powiedziałam z udawaną wesołością, jednocześnie usuwając rękę Philipa z miejsca, w którym obecnie spoczywała – wewnętrznej strony mojego uda – i klepiąc go, jak mogłaby to zrobić babcia. – Dziękują za rozmowę, Kell. Do zobaczenia w poniedziałek.

Samochody stanęły rzędem wzdłuż Dwudziestej Siódmej Ulicy i zobaczyłam kolejkę ponad stu osób, które wpatrywały się z otwartymi ustami, jak wysiadamy z konwoju limuzyn w ekstrawaganckich kostiumach. Sammy stał nieco z boku, wysłuchując wrzasków uczestnika imprezy w blond peruce i na wysokich obcasach. Próbowałam zwrócić na siebie jego uwagę, kiedy przepychaliśmy się na czoło kolejki, ale podszedł do nas inny bramkarz.

– Ile osób? – zapytał Philipa uprzejmie, nie robiąc wrażenia, że kogokolwiek poznaje.

– No, nie wiem, stary, czterdzieści? Sześćdziesiąt? Kto to, kurna, wie?

– Przykro mi, ale dziś nic z tego – stwierdził bramkarz, odwracając się do nas plecami. – Prywatna impreza.

– Dobry człowieku, najwyraźniej nie rozumiesz… – Philip klepnął go w plecy i bramkarz wyglądał, jakby zaraz miał go rzucić na ziemię, ale zobaczył kartę kredytową, którą wymachiwał Philip, jedyną i niepowtarzalną czarną kartę. Rozpoczęły się negocjacje.

– Mam w tej chwili tylko trzy stoliki. Wpuszczę sześć osób na stolik plus dziesięć dodatkowo, ale to wszystko, co mogę zrobić. Zwariowany wieczór – westchnął. – W każdym innym momencie nie ma sprawy, ale dziś to naprawdę nie zależy ode mnie.

Facet najwyraźniej był nowy i nie miał pojęcia, z kim rozmawia, ale Philip szykował się już, żeby go poinformować. Głos miał cichy, opanowany, przysunął się do twarzy bramkarza na mniej niż cztery cale i powiedział:

– Słuchaj, koleś, guzik mnie obchodzi twój problem, i tak rozmawiać nie będziemy. Caleb to jeden z moich najbliższych kumpli i to jego impreza. Trzy stoliki to gówno. Chcę osiem stolików, po dwie butelki na głowę na początek i wszyscy wchodzą. Teraz.

Zauważyłam, że Sammy kończy rozmowę i starałam się jak najciszej usunąć z przodu kolejki i wmieszać w tłum. Rozpaczliwie nie chciałam, żeby zobaczył mnie z Philipem. Wszędzie wokół mnie faceci dzwonili jak szaleni, kontaktując się z każdym, kto mógłby sprawić, że bramkarz opuści aksamitny sznur. Dziewczyny podchodziły do bramkarzy z niewinnymi oczętami, głaszcząc ich ramiona i cichutko objaśniając powody, dla których należy je wpuścić. Sammy podszedł do Philipa i nasze oczy na chwilę się spotkały, kiedy z powrotem przepychałam się do przodu, żeby usłyszeć, co się dzieje. Miałam gorącą nadzieję, że każe im spieprzać, zabierać swoje pieniądze i całą tę imprezę gdzie indziej, ale on tylko jeszcze raz spojrzał na mnie przelotnie i zwrócił się do drugiego bramkarza.

– Anthony, wpuść ich.

Anthony, który był już pokojowo nastawiony i niekonfliktowy, przeraził się takim obrotem rzeczy i zaczął się spierać:

– Stary, oni tu mają osiemdziesiąt pieprzonych osób. Nieważne, ile mają pieniędzy, to ja dostanę w dupę, jeżeli…

– Powiedziałem, wpuść ich. Opróżnij tyle stolików, ile będzie trzeba, i daj im, co zechcą. Zrób to teraz. – Spojrzał na mnie ostatni raz i wszedł do środka, zostawiając Anthony'ego, żeby się nami zajął.

– Widzisz, kolego? – Philip nie mógł się powstrzymać, żeby nie napawać się triumfem, przekonany, że to jego sława; otworzyła nam drzwi. – Zrób, jak powiedział ten dobry człowiek. Weź tę kartę i załatw nam te cholerne stoliki. Myślę, że z tym sobie poradzisz, mam rację?

Anthony wziął czarną kartę, ręce trzęsły mu się z wściekłości. Przytrzymał drzwi czterdziestu osobom, które już przyjechały. Kolejka ucichła, kiedy wchodziliśmy, każdy z ciekawością] wypatrywał wśród nas sławnych osobistości.

– Jest Johnny Depp! – usłyszałam sceniczny szept jednej z dziewczyn.

– Omójboże! Czy to Philip Weston? – spytała inna.

– Chodził z Gwyneth, prawda? – upewnił się jeden z facetów.

Widać było, jak Philip pęcznieje z dumy. Poprowadził mnie do stołu, który kierownik sali właśnie dla nas opróżnił. Grupa usunięta od stolika stała kilka kroków dalej, z drinkami w rękach i twarzami zaczerwienionymi ze wstydu, a my zajęliśmy miejsca na siedzeniach.

Philip pociągnął mnie do siebie na kolana i zaczął pocierać moją nogę, ugniatając ją w sposób, który był jednocześnie bolesny i nieprzyjemnie łaskotał. Przyrządził dla mnie wódkę z tonikiem, korzystając z butelki Ketel za czterysta dolarów, która natychmiast wjechała na stół, i witał wszystkie przechodzące obok osoby po imieniu, od czasu do czasu przyciskając twarz do mojej szyi.

Za którymś kolejnym razem oparł podbródek o moje ramię i zaczął wpatrywać się w modelkę siedzącą obok z uwodzicielsko skrzyżowanymi nogami, podbródkiem na dłoniach i łokciami na kolanach. O tej porze frędzle już nieco zsunęły się z sutków.

– Tylko spójrz na nią – wyszeptał zachrypniętym głosem, z oczami utkwionymi w dziewczynie, która wyglądała na najmłodszą ze wszystkich. – Patrz, jak naśladuje starsze modelki, podpatruje, jak ruszają biodrami, oczami, patrzy na ich usta i robi dokładnie to samo, bo wie, że to seksowne. Dopiero dorasta do tego ciała, które już ma, nie do końca zdaje sobie sprawę, z tego, co posiada, i uczy się jak pisklę świeżo wyklute ze skorupki. Czy to nie kapitalny widok?

Ooo tak, zdecydowanie kapitalny. Absolutnie wciągający, w rzeczy samej, pomyślałam, ale tylko strząsnęłam go z siebie i oznajmiłam, że zaraz wracam. Prawie upadł na nią, kiedy się z niego wyplątałam, i słyszałam, jak prawi jej komplementy, kiedy szłam w stronę frontowej części klubu.

Elisa leżała na atrakcyjnym mężczyźnie na siedzisku bliżej drzwi, głowę i ramiona opierała na jego piersi, a bose stopy – jeszcze z czerwonymi śladami od sandałów – na kolanach Davide'a. Nie wyglądała na specjalnie przejętą ani nawet świadomą sytuacji z BlackBerry. Nie byłam pewna, czy jest przytomna, ani nawet żywa, dopóki nie podeszłam na tyle blisko, żeby zobaczyć, jak jej wklęsły brzuch podnosi się i opada najlżejszym z możliwych ruchem.

– Bette, kochana, tu jesteś! – wykrzesała z siebie dość energii, żeby było ją słychać mimo muzyki, chociaż z pewnością nie spożyła tego dnia wystarczającej liczby kalorii, żeby utrzymać pozycję stojącą. Postanowiłam wyjaśnić porażkę z Black-Berry przy innej okazji.

– Hej – mruknęłam, demonstrując brak entuzjazmu.

– Podejdź tu, chcę, żebyś poznała najbardziej utalentowanego terapeutę pielęgnacji skóry na Manhattanie. Marco, to jest Bette. Bette, Marco.

– Jestem estetykiem – poprawił natychmiast.

Szłam podziękować Sammy'emu, ale było oczywiste, że muszę spędzić przynajmniej kilka minut przy ich stoliku. Usiadłam i natychmiast nalałam sobie wódkę z tonikiem. – Cześć Marco, miło cię poznać. Skąd znasz Elisę?

– Skąd znam Elisę? Cóż, lubię myśleć, że jestem odpowiedzialny za tę nieskazitelną, jaśniejącą skórę! – Ujął jej głowę wypielęgnowanymi palcami i popchnął w moim kierunku, jakby chodziło o przedmiot. – Popatrz tylko. Czy widzisz tę gładkość? Widzisz całkowity i absolutny brak plam i przebarwień? To osiągnięcie! – Mówił z lekkim hiszpańskim akcentem i z wielką emfazą.

– Uhm, wygląda świetnie. Może mógłbyś i mnie kiedyś pomóc – powiedziałam, bardziej z braku pomysłu, jak wnieść coś do rozmowy, niż kierując się pragnieniem skorzystania z jego usług.

– Uhm – odpowiedział, przedrzeźniając mnie, i przyjrzał się mojej twarzy. – Nie jestem taki pewien.

Potraktowałam to jako pretekst do odejścia, ale Elisa podniosła się do pozycji siedzącej i powiedziała:

– Kochani, zabawcie tu przez parę minut sami, a ja i Davide pójdziemy się przywitać z kilkoma znajomymi.

Podniosłam głowę i zobaczyłam, że Davide pochylił się do przodu tak, by stół zasłaniał jego dłonie. Zręcznie otworzył leżącą na podłodze torebkę Elisy, pikowaną Chanel, zdjął klucz z breloczka, z malutkiej paczuszki wsypał do najdłuższego rowka w kluczu biały proszek i szybko podniósł do nosa. Dłonią zasłaniał cały klucz i dla kogoś, kto nie przyglądał się uważnie, wyglądało to, jakby od niechcenia potarł nos, może z powodu alergii. W sekundę lub dwie napełnił klucz na nowo i podał Elisie, która też zrobiła to tak szybko, że nie byłam nawet pewna, co przemknęło pod jej nosem i kiedy. Po kilku kolejnych sekundach breloczek z kluczami był już na swoim miejscu w torebce, a oni wstali z miejsc, gotowi na obchód sali.

– Mogli nas przynajmniej poczęstować, nie uważasz? – powiedział Marco.

– Taaa, chyba tak – powiedziałam, nie do końca pewna, czy mam ogłosić, że nigdy tego nie próbowałam i chociaż byłam ogromnie ciekawa, strach okazał się silniejszy niż ciekawość.

Marco westchnął znacząco i pociągnął długi łyk ze szklanki.

– Ciężki dzień? – spytałam, znowu nie wiedząc ani jak prowadzić rozmowę, ani jak uciec.

– A żebyś wiedziała, że ciężki jak cholera. Elisa znowu spieprzyła mi cały harmonogram. Dobrze wie, jak bardzo nie lubię, kiedy mi mdleje na fotelu. – Kolejne westchnienie.

– Hm? Zemdlała? Coś jej jest?

Przewrócił oczami, po czym westchnął przeciągle i z wyczerpaniem.

– Popatrz na nią, czy wygląda na zdrową? Oczywiście, jak najbardziej popieram koncepcję, żeby się głodzić, co tu dużo gadać, sam parę razy w życiu musiałem to zrobić, ale trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny! Człowiek wie, kiedy jest na granicy omdlenia! Najpierw pojawiają się drobne błyski.światła przed oczami, a potem zwykle trochę kręci się w głowie. Ciało w ten sposób daje znak, że czas ugryźć kawałek batona energetycznego, który powinno się mieć przy sobie na tego typu okazje. Trzeba uważać na sygnały ostrzegawcze, rozumiesz, i nie spadać z mojego fotela, bo w przeciwnym razie pieprzy mi się cały harmonogram wizyt.

Nie byłam do końca pewna, jak na to wszystko zareagować, więc tylko siedziałam i słuchałam.

– Te dziewczyny myślą, że mogą przyjść po tygodniu wciągania narkotyków przez nos i niejedzenia i tak po prostu odlecieć na moim fotelu, a ja się nimi zajmę. Wiesz, kiedyś nie było z tym problemu, ale teraz mam lepsze rzeczy do roboty. Moim zdaniem to tak samo jak z narkomanami zażywającymi heroinę: nie obchodzi mnie, co zażywasz, tylko nie przedawkuj u mnie w domu, bo wtedy to ja mam problem. Rozumiesz?

Kiwnęłam głową. Szczęśliwy ten świat, że nosi faceta tak wrażliwego jak Marco, pomyślałam.

– Co prawda czasem ludzie mają gorzej niż ja – ciągnął szczerze. – Mój przyjaciel jest wizażystą. Nosi ze sobą walizkę kosmetyków i drugą z batonami i sokami w kartonikach, bo dziewczyny zawsze mu mdleją. Kiedy u mnie mdleją na fotelu, przynajmniej nie muszę zaczynać od nowa. On z reguły robi dziewczyny przed dużymi imprezami, kiedy są najbardziej zagłodzone, bo po supergłodówce, żeby się zmieścić w kiecki. Nie jest lekko, mówię ci. Potem to my musimy wszystko pozbierać.

– Tak, rozumiem. Słuchaj, bardzo miło było cię poznać, ale muszę iść przywitać się ze znajomym. Będziesz tu jeszcze parę minut? – spytałam, zdając sobie sprawę, że jeżeli nie ucieknę zaraz, to pewnie nie uda mi się nigdy.

– Jasne, nie ma sprawy, miło było. Do zobaczenia. – Skinął głową w moim kierunku, po czym pochylił się, żeby przygotować sobie następnego drinka.

Chciałam znaleźć Sammy'ego i podziękować mu za to, co zrobił, może wytłumaczyć, że nie przyszłam tu jako randka ani dziewczyna Philipa, ani nawet z własnej woli, ale zanim prze- brnęłam przez tłum przy drzwiach, który najwyraźniej powiększył się nadzwyczajnie w ciągu minionej godziny, Sammy'ego nie było nigdzie widać.

– Hej, widziałeś Sammy'ego? – spytałam Anthony'ego, starając się mówić nonszalancko.

Wyglądało, że już się uspokoił po ostatniej dyskusji; pokręcił głową, patrząc na swoją kartkę na podkładce.

– Nie, wyszedł wcześniej spotkać się z dziewczyną. Zostawił mnie samego z jedną z największych imprez roku. Z reguły tak nie robi, więc to musiało być coś ważnego. A co, jakiś problem? Spróbuję ci pomóc, tylko muszę najpierw pozbyć się tych ludzi.

– Nie, nie ma problemu. Chciałam się tylko przywitać.

– Tak, cóż, jutro znowu tu będzie.

Wyżebrałam papierosa od faceta w szmaragdowozielonej sukni jak z balu maturalnego i zmusiłam się, żeby wejść do środka. W zasadzie nie musiałam, bo impreza przyszła do mnie.

– Bette! Miałam nadzieję, że cię tu spotkam! – zaskrzeczała Abby, a kolosalne piersi o mało nie zasłoniły jej całej twarzy. – Powinnaś być w środku i pilnować swojego chłopaka, nie uważasz?

– Hej, Abby. Chętnie bym pogadała, ale właśnie wychodzę.

– Teraz używam formy Abigail. Wejdź do środka i wypal ze mną papieroska, co? W imię starych czasów.

Chciałam jej powiedzieć, że nie było żadnych starych czasów, ale zaczęłam się już poddawać stworzonemu przez mój umysł obrazowi Sammy'ego, który wtula się w swoją dziewczynę.

– Jasne – potwierdziłam apatycznie. – Nie ma sprawy.

– Więc powiedz, jak się wam układa z Philipem? To niesamowite, że wy dwoje jesteście ze sobą! – powiedziała, pochylając się do mnie konspiracyjnie.

– Niesamowite? Nie powiedziałabym. – Szukałam jakiegoś dobrego sposobu na zakończenie tej rozmowy.

– Bette! Oczywiście, że tak! Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko, że zadam ci osobiste pytanie, ale po prostu umieram z ciekawości: jaki on jest w łóżku? Bo, jak sama wiesz, krążą pogłoski, że…

– Abby, nie chcę być niegrzeczna, rozumiesz, ale naprawdę muszę już iść. Nie mogę teraz o tym rozmawiać.

Wydawała się zupełnie niezrażona.

– Jasne, nie ma problemu. Wiem, jak bardzo musisz być zmęczona nową pracą. W każdym razie na pewno niedługo się spotkamy, prawda? Och! I to cudowne, co zrobiłaś z tym kostiumem. Tylko ty potrafiłabyś sprawić, że coś tak przeciętnego może wyglądać aż tak dobrze!

Wycofałam się, jakby była psem chorym na wściekliznę, i zaczęłam brnąć z powrotem do stolika Elisy, żeby się pozbierać. Zamiast tego dotarłam do baru i wypiłam martini, zmieszane tak, jak lubił Will. Nie było to wcale takie złe, siedzieć i upijać się w samotności, ale kiedy cała horda wspaniałych i niemal nagich dziewczyn wtargnęła w moją osobistą przestrzeń, pokusa, aby wyjść, okazała się zbyt wielka. Niezależnie od zdjęć, których pragnęła Kelly, nie miałam już siły znosić fascynujących rozważań Philipa na temat cyklu rozwojowego południowoamerykańskich modelek czy sugestii Marco dotyczących najlepszych technik głodzenia się, więc wysłałam Philipowi i Elisie tego samego jednolinijkowego SMS-a, informując ich o nagłej chorobie, i opadłam na tylne siedzenie taksówki. Spojrzałam na zegarek – pierwsza trzydzieści nad ranem. Czy zastanę ich jeszcze w Black Door? Odpowiedź uzyskałam, kiedy Michael mruknął niewyraźnie „halo” po piątym dzwonku.

– Przepraszam – wybąkałam.

– Właśnie dotarłem do domu – odpowiedział. – Ominął cię udany wieczór. Ale Black Door z Pen i Averym to zupełnie coś innego niż Black Door z Pen i Bette!

Zaczęłam dzwonić do Penelope w chwili, kiedy zaczął stukać licznik, i ponawiałam próby, aż w końcu zasnęłam nieco po trzeciej nad ranem. Za każdym razem włączała się poczta głosowa.

16

Wznowiłam poszukiwania siedem godzin później, chcąc jej wytłumaczyć, że nie było tak, jak wyglądało, ale nikt nie odbierał. Avery podniósł w końcu słuchawką parą minut po południu, głos miał słaby i lekko skacowany.

– Hej, Bette, co słychać?

– Cześć, Avery. Jest Penelope? – Nie miałam najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, ani słowa ponad to, co niezbędne.

Dał się słyszeć szmer i coś, co podejrzanie przypominało szeptanie, po czym Avery powiedział:

– Wiesz, właśnie jest u rodziców na późnym śniadaniu. Chcesz zostawić wiadomość?

– Avery, proszę, poproś ją do telefonu. Wiem, że tam jest i wiem, że jest na mnie zła i chciałabym wszystko wyjaśnić. Naprawdę nie było tak, jak wyglądało – błagałam.

Jego głos przycichł i nabrał konspiracyjnego tonu. Starał się mówić tak, żeby Penelope nie słyszała.

– Bette? Nie martw się. Też bym wolał być wczoraj na imprezie u Caleba. Uwierz mi, gdyby istniał jakiś sposób na wydostanie się z tej żałosnej kolacji, byłbym tam razem z tobą. Pen po prostu reaguje przesadnie.

Oczywiście Avery wiedział o imprezie. Poczułam się chora.

– Wcale tak nie było, Avery. Wolałabym być… – zdałam sobie sprawę, że usprawiedliwiam swoje poczynania przed niewłaściwą osobą. – Czy możesz mi ją dać?

Dały się słyszeć dalsze szmery i przytłumione wołanie, po czym Penelope powiedziała „słucham”, jakby nie wiedziała, że to ja dzwonię.

– Hej, Pen, to ja. Jak się masz?

– O, Bette. Cześć. W porządku, a ty?

Rozmowa bardzo wyraźnie przypominała tych kilkanaście pogawędek, które odbyłam z moją nad wyraz uprzejmą, ale nieco otępiałą cioteczną babką. Bez wątpienia Penelope była na mnie dokładnie tak wściekła, jak się obawiałam.

– Pen, wiem, że nie chcesz teraz ze mną rozmawiać. Przepraszam, jeśli Avery podstępem skłonił cię do odebrania telefonu, ale naprawdę chciałam przeprosić. Wczoraj wieczorem nie było tak, jak to wyglądało.

Cisza.

– Miałam telefon z pracy, że ludzie od BlackBerry nieoczekiwanie przyjechali do miasta i muszę się z nimi spotkać. Jestem odpowiedzialna za ich imprezę w tym tygodniu i w żaden sposób nie mogłam odmówić spotkania i przywitania się z nimi.

– Tak, to właśnie powiedziałaś. – Głos miała zimny jak lód.

– I to właśnie się stało. Planowałam, że wpadnę tam na godzinę, załatwię co trzeba i może jeszcze zdążę wrócić przed deserem. Kiedy czekałam na samochód, który miała wysłać Elisa, nagle pojawił się Philip. Najwyraźniej Elisa wysłała go zamiast samochodu, bo ludzie z BlackBerry jego też chcieli poznać. Nie wiedziałam, że tak będzie. Naprawdę.

Nastąpiła pauza i potem powiedziała bardzo cicho:

– Avery twierdzi, że wszyscy widzieli cię na imprezie urodzinowej jakiegoś faceta w centrum. Dla mnie to nie brzmi jak praca.

Na słowa „wszyscy cię widzieli” ścierpła mi skóra, ale natychmiast zaczęłam tłumaczyć, co się naprawdę stało.

– Wiem, Pen, wiem. Philip powiedział, że Elisa powiedziała, że najpierw mamy tam jechać i czekać na dalsze instrukcje. Mieli przyjechać do nas albo my do nich.

– Więc na czym stanęło? Spotkanie było udane? – Wydawało się, że trochę jakby odtajała, ale dalsza część opowieści raczej nie mogła w tym pomóc.

– Nie, nawet ich nie spotkałam. Podobno zmęczyli się i pojechali do hotelu po drinku z Kelly. W tym momencie była już pierwsza w nocy! Nie mogłam już do was wrócić. Tak mi przykro, Pen. Wyszłam z twojej kolacji, bo myślałam, że nie mam wyboru, a w końcu okazało się, że nie było żadnego powodu. – Fatalnie to brzmiało, ale przynajmniej było prawdą.

– Dlaczego nie przyszłaś do Black Door? – zapytała. Ale potem jej glos zmiękł. – Wiedziałam, że nie wyszłabyś tak po prostu, na jakąś imprezę. Avery cały czas się upierał, że wymyśliłaś całą tę historię z pracą, bo to miała być najbardziej niesamowita impreza urodzinowa na świecie, ale ja naprawdę uważałam, że nie zrobiłabyś czegoś takiego. Było mi tylko trudniej przekonać samą siebie, kiedy zobaczyłam, jak odjeżdżasz z Philipem.

Miałam ochotę udusić Avery'ego kablem telefonicznym, ale nareszcie zaczęłam robić postępy w rozmowie z Penelope i na tym musiałam się skupić.

– Wiesz, że nigdy bym się tak nie zachowała, Pen. Wczoraj wieczorem nie chciałabym być nigdzie indziej. Jeżeli cię to pocieszy, ta impreza to był horror. Absolutnie, bezwzględnie, bezsprzecznie nic zabawnego.

– Na pewno chętnie przeczytam o tym w necie w tygodniu – powiedziała i zaśmiała się, ale wyczułam, że nadal jest zdenerwowana. – A propos, widziałaś poranne wydanie?

Serce zabiło mi nieco mocniej.

– Poranne? O czym ty mówisz?

– Cóż, nie jest aż tak złe, jak to czasem bywało. Nie martw się – powiedziała szybko. Wiedziałam, że chciała mnie pocieszyć, ale jej stwierdzenie wywarło odwrotny skutek. – Avery pokazał mi parę minut temu. Jest tam tylko zgryźliwa uwaga o tym, jak przyszłaś w garsonce na bal kostiumowy.

To niewiarygodne! Ogólnie rzecz biorąc, dzisiejsze rewelacje byty całkowicie nieszkodliwe, ale z jakiegoś powodu bardziej irytujące niż wszystkie kłamstwa i fałszywe wnioski na temat moich nocnych przygód. Skoro nie mogłam dobierać stroju bez publicznego komentarza, to nie miałam już ani odrobiny prywatności.

– Świetnie. Po prostu świetnie. – Tyle tylko udało mi się powiedzieć. – Cóż, dysponując dowodem, że faktycznie miałam na sobie garsonkę na imprezie kostiumowej, sama widzisz, że nie zamierzałam wychodzić z twojej kolacji.

– Wiem, Bette. To już ustaliłyśmy, dobrze?

Miałyśmy się właśnie rozłączyć, kiedy przypomniałam sobie, że nie zaprosiłam Penelope na imprezę BlackBerry.

– Hej, Pen, może byś wpadła we wtorek? Weź Avery'ego, jeżeli chcesz, albo po prostu przyjdź sama. Będzie dobra zabawa.

– Naprawdę? – spytała, zadowolona, sądząc po głosie. – Pewnie, z przyjemnością. Będziemy w końcu mogły usiąść i pogadać. Dawno tego nie robiłyśmy, prawda?

– Bardzo bym chciała. Nie ma to jak się wymknąć, schować w jakimś cichym kącie i naśmiewać ze wszystkich, ale muszę ci od razu powiedzieć, że nie będę miała nawet sekundy wolnej. Jestem organizatorką całej tej imprezy i na pewno będę biegała w kółko, załatwiając tysiące rzeczy. Chciałabym, żebyś wpadła, ale nie będzie to najlepszy wieczór, żeby pogadać.

– Rozumiem. Oczywiście. Zdaję sobie sprawę.

– A może zaraz po Święcie Dziękczynienia? – zaproponowałam. – Mogłybyśmy zjeść kolację, tylko we dwie, zanim wyjedziesz.

– Ee, pewnie. Jeszcze się zdzwonimy. – Znów ją straciłam. Słychać było, że chce jak najszybciej odłożyć słuchawkę.

– Jasne. Cóż, jeszcze raz przepraszam za wczoraj. Już się cieszę na przyszły tydzień.

– Uhm. Miłego dnia, Bette. Pa.

– Pa, Pen. Do usłyszenia.

17

Kiedy ma się dwadzieścia siedem lat i w środku nocy dzwoni telefon, człowiek na ogół myśli, że to jakiś facet z pijackim zaproszeniem, żeby dokądś pojechać i się spotkać, i nie przewiduje związanej z pracą katastrofy, która z pewnością na zawsze zmieni jego życie. W noc przed imprezą BlackBerry było jednak inaczej. Kiedy o trzeciej trzydzieści nad ranem ryknęła moja komórka, z całkowitą pewnością wiedziałam, że nie mogę jej zignorować.

– Czy to Betty? – zapytała starsza kobieta, gdy tylko odebrałam.

– Halo? Kto mówi? Tu Bette – powiedziałam, wciąż jeszcze oszołomiona, chociaż zdołałam już usiąść prosto i miałam w ręku pióro.

– Betty, tu pani Carter – wyjaśnił kobiecy głos.

– Przepraszam. Czy mogłaby pani powtórzyć swoje nazwisko?

– Pani Carter. – Cisza. – Mama Jaya-Z.

Aha!

– Witam, pani Carter. – Pomyślałam o chwili, gdy rozdzielałam zaproszenia na imprezę i że pani Carter była jedyną osobą z odnośnikiem „matka gwiazdy”.

– Nie możemy się doczekać, żeby jutro przywitać u nas pani syna i jego ban… eee, jego przyjaciół. Wszyscy już się na to cieszą! – zapewniłam, w duchu gratulując sobie umiejętności aktorskich: słyszałam szczerość we własnym głosie.

– No tak, moja droga, właśnie dlatego dzwonią. Czy nie za późno? Pomyślałam, że taka poważna organizatorka jak ty na pewno nie śpi o północy. Nie myliłam się, prawda, kochanie?

– Eee, nie, zupełnie nie. Oczywiście jestem w Nowym Jorku, więc mamy tu trzecią rano, ale absolutnie proszę się nie przejmować. Może pani dzwonić do mnie o dowolnej porze. Czy coś się stało? – Proszę nie, proszę nie, powtarzałam bezgłośnie, zastanawiając się, co jeszcze mogłabym dodać do czeku na sto tysięcy dolarów, apartamentów na najwyższym piętrze hotelu Gansevoort i biletów na samolot w klasie biznesowej, na które wykosztowaliśmy się dla niego, jego mamy, dziewczyny-gwiazdy i dziewięciu najbliższych przyjaciół. Kiedy zapytałam, czemu w ogóle potrzebują pokoi w hotelu – wiedziałam przecież, że Jay-Z ma w Nowym Jorku przypominające pałac mieszkanie -jego mama się roześmiała i powiedziała „Po prostu je zarezerwuj”. Nie miałam więcej pytań.

– Widzisz, kochanie, mój synek właśnie dzwonił i powiedział, że nie widzi potrzeby wyruszania jutro tak wczesnym lotem. Miałam nadzieję, że mogłabyś zarezerwować nam wszystkim coś późniejszego.

– Coś późniejszego?

– Tak, no wiesz, lot, który startuje później niż ten, który…

– Rozumiem, co pani mówi – stwierdziłam trochę za ostro. – Problem w tym, że impreza zaczyna się o siódmej i w tej chwili macie przylot zaplanowany na drugą… Jeżeli go opóźnimy, istnieje ryzyko, że nie dotrzecie na czas.

– Cóż, jestem pewna, że jakoś to rozwiążesz, kochanie. Muszę koniecznie trochę wypocząć przed jutrzejszą wielką wyprawą- wysiłek związany z różnicą czasu między LA a Nowym Jorkiem zawsze zwala mnie z nóg-ale po prostu przefaksuj mi potwierdzenie, kiedy wszystko będzie ustalone. A teraz pa, pa. – Rozłączyła się, zanim zdążyłam powiedzieć choć słowo.

Pa, pa? Pa, kurwa, pa? Rzuciłam komórką o ścianę i nie poczułam nawet śladu satysfakcji, kiedy wydała z siebie słaby jęk, a potem zgubiła pokrywkę baterii i wyświetlacz pociemniał. Millington schowała głowę pod poduszkę w nadziei, że uniknie mojego gniewu. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest aby za późno, żeby rozwinąć w sobie poważne i wszechogarniające uzależnienie od środków uspokajających. Albo przeciwbólowych. Albo jednych i drugich. Na szczęście biura linii lotniczych działają przez całą noc i zanim zdążyłam uszkodzić coś jeszcze, już wykręcałam z domowego telefonu numer American Airlines.

Operatorka, która odebrała, miała głos równie zmęczony i wściekły, jak sama się czułam, więc zebrałam siły, szykując się na coś, co z pewnością miało być nieprzyjemnym wydarzeniem.

– Cześć, mam irytujące pytanie. Zrobiłam rezerwację dla grupy dwunastu osób na przelot z LAK na JKF o ósmej rano i miałam nadzieję, że mogłabym może przesunąć ich wszystkich na nieco później?

– Nazwisko! – warknęła, nie tylko w ogóle niezainteresowana, czego się spodziewałam, ale zwyczajnie agresywna. Zastanawiałam się, czy „przypadkowo” mnie rozłączy, jak ostatnio z wyraźną przyjemnością robili to inni, których prosiłam o coś rzeczywiście wymagającego zaangażowania z ich strony.

– Eee, rezerwacja jest właściwie na nazwisko Gloria Carter. Wszyscy lecą klasą biznes.

Nastąpił moment nabrzmiałej ciszy, po czym zapytała:

– Gloria Carter? Ta Gloria Carter? Mama Jaya-Z?

Jakim cudem ludzie wiedzą takie rzeczy, pozostawało dla mnie tajemnicą, ale wyczułam chwilową przewagę i z niej skorzystałam.

– Ta właśnie. Przylatuje do Nowego Jorku na występ razem z kilkoma przyjaciółmi i matką. Oczywiście jeżeli jesteś w Nowym Jorku i możesz to załatwić, będziesz mile widziana, możesz wpaść i posłuchać, jak śpiewa kilka piosenek.

Głośno wypuściła powietrze i powiedziała:

– Żartujesz! Poważnie? Właściwie to pracuję teraz w naszym centrum na Florydzie, ale mój brat mieszka w Queens i wiem na pewno, że byłby zachwycony, gdyby mógł pójść.

– Cóż, zobaczmy, co da się zrobić z tą zmianą lotu. Nie chcę, żeby dotarli tu za późno, może godzinę albo dwie później, to maksymalnie. Czy ten samolot ląduje zwykle o czasie?

– Kochana, LAX do JFK nigdy nie ląduje o czasie. – Skurczyłam się ze strachu. – Ale zwykle nie jest bardzo spóźniony. Zobaczmy… mam lot, który startuje z Los Angeles o dziesiątej rano i ląduje w Newark o czwartej. Pasuje?

– Tak, tak, będzie świetny. I masz dwanaście wolnych miejsc? – zapytałam z nadzieją, zastanawiając się, czy ta kobieta nie jest aby zesłanym na ziemię aniołem.

Roześmiała się. A raczej – zachichotała. Stanowczo zły znak.

– Jasne, mam dwanaście wolnych miejsc, ale nie wszystkie w biznesowej. Najlepsze, co mogę załatwić, to cztery w biznesowej, sześć w pierwszej klasie i dwa w turystycznej. Oczywiście będziesz musiała dopłacić różnicę między pierwszą klasą, co daje w sumie, och, zaraz… siedemnaście tysięcy dolarów. Pasuje?

Teraz przyszła moja kolej na chichot. Nie żeby cokolwiek było rzeczywiście zabawne, ale jedyną alternatywę stanowił szloch.

– A mam jakiś wybór? – zapytałam łagodnie.

– Z całą pewnością nie – odparła głosem, który podejrzanie sugerował, że świetnie się bawi. – I powinnaś chyba niedługo podjąć decyzję, bo właśnie zniknęło następne miejsce w klasie biznes.

– Biorę! – praktycznie krzyknęłam. – Rób tę zamianę.

Podałam jej numer mojej służbowej karty płatniczej, uznając, że to łatwiejsze, niż powiedzieć mamie Jaya-Z, że nie było późniejszych lotów, ryzykując odwołanie przez nich przyjazdu. A potem padłam z powrotem na łóżko.

Kiedy kilka godzin później zadzwonił budzik, czułam się, jakbym spędziła noc skulona na twardej betonowej podłodze. Na szczęście spakowałam strój na wieczorne przyjęcie do oddzielnej torby już wczoraj, więc jedyne, co musiałam zrobić, to starać się zachować pozycję pionową i pełną przytomność pod prysznicem.

Uznając, że jeśli kiedyś jest pora, żeby zaszaleć i pojechać taksówką, to teraz, upolowałam wolną w połowie swojej ulicy i zanurkowałam do środka. Korzystając, że nie jestem uwięziona pod ziemią w metrze, do którego nie dociera sygnał, pozwoliłam sobie również na sprawdzenie porannej wersji kilku stron internetowych na moim nowiutkim BlackBerry, prezencie od firmy, żebym mogła „zapoznać się z produktem”. Przejrzałam klipy z premiery Shreka 3, wprowadzenia na rynek wódki Vox i naturalnie kolumnę „Nowojorska Bomba”, przedstawiającą Philipa, mnie i moją garsonkę.

Taksówka oczywiście utknęła w korku zaledwie trzy przecznice od mojego domu i oczywiście postanowiłam – wbrew radzie taksiarza – za wszelką cenę pozostać we wnętrzu zachowującego stałą temperaturę pojazdu, bez względu na kwotę na taksometrze i liczbę minut potrzebnych, żeby przejechać trzy kilometry w miejskim ruchu. Musiałam sprawdzić listę zadań przed imprezą BlackBerry. Z paczką cukierków cynamonowych Red Hots i papierosem w dłoni (taksówkarz dał mi błogosławieństwo), sprawdziłam komórkę, chcąc się upewnić, że mama Jaya-Z nie dzwoniła w czasie tych czterech godzin, które upłynęły od naszej rozmowy. Ku mojej wielkiej uldze nie dzwoniła, ale nie dzwoniła też Penelope, co było frustrujące. Próby wyjaśnienia, że nie było tak, jak to wyglądało, że Philip po prostu się zjawił i nie wymyślałam bajek, żeby uciec z jej imprezy, dla mnie samej brzmiały niewiarygodnie i żałośnie, a wyobrażam siebie, że w uszach Penelope wypadały jeszcze mniej wiarygodnie. A co najgorsze, zamienili z Averym bilety i lecieli dziś wieczorem. Nie mogłam zrozumieć, skąd ten pośpiech – Avery nie miał przecież zajęć jeszcze przez ponad miesiąc – ale mogło to mieć coś wspólnego z faktem, że Avery aż się palił, by włączyć się w zupełnie nowy ciąg imprez na Zachodnim Wybrzeżu. No i Penelope zrobiłaby wszystko, żeby uniknąć spędzania Święta Dziękczynienia z rodzicami, i swoimi, i Avery'ego. Matka Penelope posłała swoją własną służbę, żeby zabrała ich pakunki i walizki, podczas gdy Avery i Pen mieli wylecieć z lotniska JFK tylko z bagażem podręcznym. Michael zamierzał ich odprowadzić, ale ja oczywiście nie mogłam nawet o tym myśleć.

Jedyną wiadomość zostawiła Kelly. Był to SMS przypominający o przygotowaniu listy spraw do załatwienia i podrzuceniu na jej biurko z samego rana, żebyśmy mogły razem przejrzeć kwestie do rozważenia w ostatniej chwili. Rozwinęłam pogniecione już strony i zębami zdjęłam zakrętkę z pióra. Wczytywanie się w listę przez kilka minut, które miałam jeszcze spędzić w taksówce, wydawało się dobrym pomysłem; poza tym będę miała masę czasu, zanim Kelly się zjawi, a teraz najważniejsze to upewnić się, że Jay-Z i jego świta nie tylko wiedzą o zmianie lotu, ale dostaną się na pokład bez najmniej-szych problemów.

Szybki rzut oka na „Pranie Brudów” choć raz przyniósł dobre wieści. Page Six dotrzymała umowy i napisała o mojej imprezie, że zapowiada się na ekskluzywną, ekscytującą i w ogóle bardzo zachęcająco:

Doszło do nas, że Jay-Z pojawi się niezapowiedziany na dzisiejszej imprezie w Bungalowie 8, żeby uczcić wejście na rynek nowej wersji palmtopów BlackBerry. Chociaż Bette Robinson z Kelly & Company odmówiła nam potwierdzenia, obserwatorzy twierdzą, że przyjaźń jej chłopaka Philipa Westona z raperem gwarantuje, że to on jest tym tajemniczym gościem. A przy okazji: plotka głosi, że pan Weston i jego przyjaciele byli widziani podczas sobotniej imprezy z okazji Halloween, gdy obściskiwali się z brazylijskimi modelkami, z których najmłodsza miała zaledwie czternaście lat.

Nie byłabym szczęśliwsza, nawet gdyby podali stronę w sieci, na której można zamawiać nowe BlackBerry: umieścili wszystko, co ważne, od nazwy firmy po wzmiankę o BlackBerry i napomknienie o tym, kto wystąpi na imprezie, dokładnie tak, jak poleciłam, i wiedziałam, że Kelly będzie zachwycona, kiedy to zobaczy. W duchu poklepałam się po plecach, i wróciłam myślą do jednego z miniwykładów wygłoszonych przez Elisę.

– Pamiętaj, jest wielka różnica między sensacją a wzmianką – powiedziała, siedząc przy stole obłożonym wydrukami z plotkarskich stron.

– Co? Co masz na myśli?

– Spójrz tutaj. – Wskazała na kilka zdań początkującej stylistki, która jako pierwsza zauważyła, że Julia Roberts popuszcza szwy w kostiumach ponieważ, jak założyła ta dziewczyna, Julia jest we wczesnej ciąży. Page 5ix jako pierwsza rozmawiała ze stylistką, która jako pierwsza zauważyła poszerzanie. – Co to jest, sensacja czy wzmianka?

– Mnie pytasz?

– Bette, musisz to rozróżniać. Jak inaczej, do cholery, masz zamiar zapewnić naszym klientom prasę, za którą płacą?

– No nie wiem… sensacja – stwierdziłam, wybierając jedno z określeń na chybił trafił.

– Dobrze. Dlaczego?

– Eliso, zdaję sobie sprawę, że jest tu coś ważnego, ale nie wiem co. Jeżeli jednak mi to powiesz, zamiast urządzać zgadywankę, prawdopodobnie zaoszczędzimy sporo czasu. – Wyszczerzyłam zęby w uśmiechu.

Dramatycznie przewróciła oczami i wyjaśniła:

– Jeżeli uważnie się przyjrzysz, istnieje różnica między „sensacją” a „wzmianką”. Coś pieprznego, odkrywczego i lekko skandalicznego to „sensacja”. Sławna osoba widziana na imprezie, w miejscu publicznym czy wspomnienie o innym miejscu, które odwiedziła, to „wzmianka”. Nie możesz prosić publicysty o same wzmianki, nie dając mu żadnej sensacji. Informacja to waluta, im więcej jej masz, tym więcej dostaniesz wzmianek.

– Więc twierdzisz, że jakiś rzecznik prasowy chciał mieć nazwisko swojego klienta wspomniane na tej stronie i w zamian podsunął plotkę o Julii Roberts? – Brzmiało wstrętnie, ale z pewnością miało sens.

– Dokładnie. Podetkał im pod nos tę stylistkę, a potem wysunął żądania co do informacji na temat swojego klienta.

Cóż, nie wydawało się to specjalnie trudne. Page Six mogła być zainteresowana wiedzą, że kilku najbardziej pożądanych kawalerów w mieście dotrzymywało towarzystwa Brazylijkom, które były nie tylko nieletnie, ale w takim wieku, że nawet do kina na pewne filmy mogły chodzić tylko pod opieką rodziców. I rzeczywiście, byli zainteresowani. A kiedy zaraz potem wysłałam im nasze zwykłe „Podpowiedzi” przygotowywane dla całej prasy – faks zawierający wszystkie informacje o imprezie, gdyby ktoś chciał o niej napisać – człowiek z redakcji entuzjastycznie zareagował na moją sugestię, żeby wspomnieli o przyjęciu BlackBerry. Hmm, nie było to trudne, prawda? Moralnie godne pogardy i całkowicie nierzetelne? Zdecydowanie tak. Ale nie trudne.

Kiedy o dziewiątej Kelly objawiła się w biurze, zakończyłam sporządzanie spisu spraw i trzykrotnie sprawdziłam, że faks o zmianie lotu doszedł do posiadłości Jaya-Z, posiadłości jego mamy oraz do rzecznika prasowego, agenta, menedżera i kilku pracujących dla niego osób. Wmaszerowałam do jej gabinetu dziesięć minut po dziewiątej, niosąc całą teczkę planów, informacji kontaktowych i numerów potwierdzeń, po czym zasiadłam na niedużej sofie we wzór w paski zebry dokładnie pod oknem.

– Wszystko gotowe na dziś wieczór, Bette? – spytała Kelly, szybko przewijając zawartość skrzynki odbiorczej i jednocześnie wlewając w siebie litr dietetycznej coli. – Powiedz, że jesteśmy gotowi.

– Jesteśmy gotowi – zanuciłam, podsuwając jej pod nos „Post”. – A nawet lepiej, biorąc pod uwagę to.

Pożądliwie przebiegła wzrokiem tekst, jej uśmiech poszerzał się z każdym przeczytanym słowem. – Omójboże – mruknęła, połykając wielki łyk coli. – Omójboże, omójboże, omójboże. To ty?

Zebrałam wszystkie siły, żeby nie odtańczyć tańca radości na dywanie w zebrę.

– To ja – odparłam cicho, pewnie, chociaż serce podskakiwało mi z radości.

– Jak? Nigdy nie opisują wydarzeń z wyprzedzeniem.

– Powiedzmy, że bardzo uważnie wysłuchałam cennej lekcji, której udzieliła mi Elisa na temat sensacji i wzmianki. Mam wrażenie, że ludzie z BlackBerry będą bardzo zadowoleni, nie uważasz?

– Fanta-kurwa-styczne, Bette. To niesamowite! – Zaczęła czytać tekst po raz trzeci i podniosła słuchawkę. – Przefaksuj to natychmiast do pana Kronera z BlackBerry. Powiedz mu, że niedługo zadzwonię. – Rozłączyła się i spojrzała na mnie. – Okej, początek mamy perfekcyjny. Podaj mi aktualne informacje, jak ze wszystkim wyglądamy?

– Jasne. „Podpowiedzi” wyszły dziesięć dni temu do tych co zawsze dzienników i tygodników. – Wręczyłam jej kopię i mówiłam dalej, podczas gdy ją przeglądała. – Mamy potwierdzony udział redaktorów lub ludzi pisujących do „New York”, „Gotham”, „Observera”, „E!”, „Entertainment Weekly” i dodatku Styl z „NY Timesa”. W geście dobrej woli zgodziłam się na kilka osób z miesięczników, ale oczywiście oni o nas nie napiszą.

– A co z „Daily News”? – zapytała. Była to jedna z gazet, które ostatnio zrezygnowały z felietonu Willa i czułam się jak zdrajczyni z powodu samego tylko kontaktu z nimi.

– Jak na razie nikt nie potwierdził udziału, ale byłabym zaszokowana, gdyby nie przyszli, więc wszyscy bramkarze zostali poinstruowani, żeby wpuszczać każdego, kto będzie, w posiadaniu służbowej wizytówki z dowolnej, byle autentycznej instytucji medialnej.

Skinęła głową.

– A skoro o tym mowa, kontrolujemy drzwi, zgadza się? Nie będę musiała oglądać żadnych ludzi od Grey Goose, którzy próbują wprowadzić przypadkowe osoby, prawda?

To była nieco śliska sprawa. Grey Goose zaproponowało sponsorowanie imprezy i dostarczenie wódki wartej tysiące dolarów w zamian za logo na zaproszeniu, kiedy usłyszeli o prasie, którą obiecaliśmy ściągnąć na przyjęcie. Firma twierdziła oczywiście, że rozumieją; nie wolno im wprowadzać gości mezaaprobowanych wcześniej przez nas i nieumieszczonych z wyprzedzeniem na liście, ale sponsorzy notorycznie ściągali tłumy swoich przyjaciół i znajomych, ponieważ uważali, że to także ich impreza. Omówiłam rzecz z Sammym – niepotrzebnie, ponieważ obsługiwał setki podobnych wydarzeń i wiedział, w czym rzecz – i zapewnił mnie, że nie będzie problemu.

– Wszyscy będą się starali, żeby do tego nie dopuścić. Sammy to najlepszy i najbardziej doświadczony bramkarz w Bungalowie i on będzie dzisiaj pilnował wejścia. Rozmawiałam z nim. – I jednocześnie marzyłam o tym, żeby odessać kolagen z ust jego dziewczyny, ale to już inna historia.

W przeciwieństwie do Elisy Kelly natychmiast połączyła nazwisko z osobą.

– Znakomicie. Zawsze uważałam, że jest odpowiednio bystry, przynajmniej jak na bramkarza. Kto z VIP-ów potwierdził udział?

– Cóż, oczywiście Jay-Z i ekipa. Zażądał, żeby zaprosić całe masy ludzi z jego firmy fonograficznej, ale większość nie odpowiedziała na zaproszenia, więc wątpię, czy zjawią się od nich tłumy. Poza tym mamy na pewno Chloe Sevigny, Betsey Johnson, Drew Barrymore, Carsona Daly'ego, Andy'ego Roddicka, Mary-Kate i Ashley oraz Jona Stewarta. Do tego trochę ludzi z elity towarzyskiej. Mogą przyjść też inni. Kiedy tej klasy artysta daje prywatny występ w niedużym klubie… byłabym bardzo zdziwiona, gdyby nie miały miejsca niezapowiedziane wizyty Gwen albo Nelly czy innych, którzy mogą być w mieście i okolicy. Bramkarze są poinformowani.

– A kto przeprowadził ostateczną weryfikacją listy?

– Przejrzałam ją z Philipem i Elisą, a pan Kroner z Black-Berry ostatecznie wszystko zaakceptował. Sprawiał wrażenie bardzo, bardzo zadowolonego ze spodziewanych gości.

Skończyła butelkę coli i sięgnęła do lodówki pod biurkiem, żeby wyjąć następną.

– Co jeszcze? Zdaj mi krótką relację na temat wystroju, toreb z upominkami, wywiadów, kontroli dowodzenia.

Wiedziałam, że zbliżamy się do końca, i byłam zachwycona, nie tylko dlatego, że rozpaczliwie potrzebowałam kawy i może drugiego zestawu jajko plus ser, ale dlatego, że zrobiłam wszystko jak trzeba i Kelly była pod wrażeniem. Pracowałam nad imprezą całymi dniami, codziennie, odkąd na mnie spadła, i chociaż byłam świadoma absurdalności tego, czym się zajmuję, podobało mi się to. Prawie zapomniałam, jak to jest ciężko pracować i dobrze się spisać i było mi cholernie przyjemnie.

– Didżejować będzie Samantha Ronson i wie, że ma być optymistycznie. Wystrojem zajmuje się Bungalow, dostali instrukcje, że ma być ograniczony do minimum, szykowny i bardzo, bardzo prosty. Wpadnę tam po południu, żeby to sprawdzić, ale spodziewam się tylko porozstawianych umiejętnie świec i oczywiście podświetlonych od spodu palm. Zresztą moim zdaniem jedyne, na co ludzie będą patrzeć, to modele, których ściągnęliśmy.

Słysząc „modele”, Kelly jeszcze bardziej pojaśniała.

– Ilu i którzy? – zapytała ze swadą sierżanta.

– Zaprosiłam oczywiście wszystkich top modeli jako gości, jak zwykle, ale nawiązaliśmy też kontakt z nową firmą… zaraz, jak się nazywa? „Piękni barmani”. Zatrudniają aktorów i modeli do obsługi baru i podawania drinków. Widziałam ich na imprezie Calvina Kleina dwa tygodnie temu i zarezerwowałam całe tłumy, z zaznaczeniem, że wszyscy mają mieć długie włosy i być od góry do dołu ubrani na biało. Są wspaniali, naprawdę wysyłają właściwe wibracje. – Zastanowiłam się przez chwilę, czy rzeczywiście wygłosiłam tę bzdurę?

– Co do reszty, to szykowanie toreb z upominkami właśnie trwa. Mamy w nich miniaturowe butelki Skyy, szminkę i cień MAC, aktualne wydanie „US Weekly”, bon zniżkowy na trzydzieści procent do Bamey's Coop i okulary przeciwsłoneczne Kate Spade.

– Nie wiedziałam nawet, że Kate Spade robi okulary – mruknęła Kelly. Druga litrowa dietetyczna cola była już prawie opróżniona.

– Ja też nie. Pewnie dlatego chce, żeby je dołączyć. – Kiedy nie przestawała przełykać, stwierdziłam, że najlepiej będzie zmierzać do końca. – Więc to tyle. Kontaktowałam się z panem Kronerem, dokładnie wie, co ma podkreślać, a co pomijać podczas rozmów z prasą, i będę cały wieczór na miejscu, żeby dopilnować wszystkiego, co może wyniknąć. W każdym razie spodziewam się, że pójdzie gładko. Och, i rozmawiałam z Philipem. Rozumie, jak sądzę, że jako gospodarz imprezy nie powinien pić wódki butelkami, flirtować z nieletnimi i publicznie, z nadmiernym entuzjazmem zażywać narkotyków. Nie mogę zagwarantować, że zastosuje się do tych zasad, ale zapewniam cię, że przynajmniej został poinformowany o ich istnieniu.

– W końcu mamy się tam wszyscy zabawić, prawda? Więc jestem pewna, że jeśli Philip zechce trochę zabalować, nie będziemy przesadnie protestowali. Po prostu trzymaj go z daleka od prasy. Zrozumiano?

– Oczywiście. Uroczyście pokiwałam głową, zastanawiając się, jakim cudem mam trzymać fotografów i publicystów z dala od dokładnie tej osoby, którą przyszli zobaczyć. Zdecydowałam, że później coś z tym zrobię. – Kelly, strasznie cię przepraszam za ten kawałek w „Nowojorskiej Bombie”. Czuję się, jakbym miała na plecach tarczę strzelniczą, i to tylko dlatego, iż rzekomo spotykam się z Philipem Westonem. Gdybym miała paranoję, uznałabym, że ta cała Ellie się na mnie uwzięła.

Obrzuciła mnie dziwnym spojrzeniem, z wyrazem twarzy przypominającym litość, i pomyślałam, że może te wzmianki przeszkadzają jej bardziej, niż przyznaje. Kelly zbywała wszystkie moje przeprosiny czy napomknienia o internetowej publikacji, zarzekając się, że każde skojarzenie z Philipem Westonem jest dobre i dzięki temu zyskuje obraz firmy – nawet jeśli ja dorobiłam się wrzodów, czekając na każde kolejne wydanie – ale może zmęczyły ją ataki. Cóż, byłoby nas dwie.

– Bette, muszę ci coś powiedzieć – zaczęła wolno. Z lodówki pod biurkiem wyciągnęła nową, plastikową, litrową butelkę coli.

Z tonu jej głosu wywnioskowałam, że to nic dobrego. Stało się, pomyślałam. Teraz zostanę zwolniona za coś, co w ogóle ode mnie nie zależy. Wygląda na taką zmartwioną, że musi to zrobić – w końcu jest bardzo lojalna wobec Willa, ale najwyraźniej nie dałam jej wyboru. W branży, gdzie wszystko kręci się wokół tego, jak co zostanie przedstawione w prasie, fatalnie zawiodłam. W sumie to jej obowiązek, jest zobowiązana, żeby mnie zwolnić – stworzyła tę firmę, a ja się zjawiam i ją degraduję. Jak powiem to Willowi? A rodzicom? Zaczęłam już kalkulować, ile czasu potrwa przerobienie mojego CV i rozpoczęcie starań o nową pracę, kiedy Kelly pociągnęła łyk coli i odchrząknęła.

– Bette, obiecaj mi, że to, co ci powiem, nie wyjdzie poza ten pokój.

Odetchnęłam z ulgą. Nie wyglądało to na początek przemowy na temat zwolnienia mnie z pracy.

– Oczywiście – zapewniłam, wyrzucając z siebie słowa z pospieszną gorliwością. – Jeżeli mi mówisz, że nie mam o tym wspominać, to oczywiście nie wspomnę.

– Przedwczoraj jadłam lunch z kobietą od Polo Ralpha Laurena. Mam wielką nadzieję podpisać z nimi umowę. Byliby naszym największym i najbardziej spektakularnym klientem, przynajmniej na razie.

Skinęłam głową, a Kelly mówiła dalej:

– I dlatego musisz zachować dyskrecję. Jeżeli ta informacja wyjdzie, jeżeli komukolwiek powiesz, będzie wiedziała, że to ja, i nigdy nie dostaniemy tego kontraktu.

– Rozumiem.

– Rzecz dotyczy „Nowojorskiej Bomby”…

– Masz na myśli Wtajemniczoną Ellie?

Kelly na mnie spojrzała.

– Tak. Jak wiesz, to pseudonim. Dokłada wszelkich starań, żeby zachować swoją tożsamość w tajemnicy, żeby móc się swobodnie poruszać wśród ludzi i rozmawiać z niczego nieświadomymi. Nie jestem pewna, czy coś ci to powie, ale tę kolumnę pisze jakaś dziewczyna nazwiskiem Abrams. Abigail Abrams.

Nie wiem skąd, ale ułamek sekundy przed tym, zanim wymówiła to nazwisko, wiedziałam, że to będzie nazwisko Abby. Absolutnie nie zakładałam, że autorem tekstów może być ktoś, kogo wcześniej znałam – czy choćby spotkałam – ale jakimś sposobem, w przebłysku, byłam pewna, że wymieni nazwisko Abby. Świadomość ta nie pomogła mi jednak w żaden sposób się przygotować i nie byłam w stanie nic zrobić. Gapiłam się tylko na Kelly, ręce miałam wetknięte pod uda i czułam taki sam duszący ucisk jak w piątej klasie na lekcji gimnastyki, kiedy czerwona gumowa piłka walnęła mnie w żołądek i pozbawiła tchu. Jak mogłam być taka tępa? Ale skąd miałam wiedzieć? Usiłowałam zaczerpnąć tchu i zrozumieć, co Kelly do mnie mówi. Wszystkie te okropne rzeczy, które zostały napisane – wszystkie przekłamania, ubarwienia, wnioski i zwykłe kłamstwa – wyszły z ust Abby, samozwańczego wiru świata mediów. Dlaczego, u licha, tak mnie nienawidzi? Nie mogłam odpędzić tej irracjonalnej myśli. Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego? Oczywiście nigdy się nie lubiłyśmy, jasne, ale dlaczego zapragnęła zrujnować mi życie? Co takiego zrobiłam?

Kelly najwyraźniej zinterpretowała mój wstrząs jako brak skojarzeń, bo powiedziała:

– Tak, ja też nie rozpoznałam nazwiska. To nikt, co jest sprytnym zagraniem z ich strony. Nie można podejrzewać kogoś, o kim się wcześniej nie słyszało. Ta kobieta od Ralpha Laurena to jej szwagierka i kazała mi przysiąc, że dochowam tajemnicy. Mam wrażenie, że po prostu chciała to komuś powiedzieć. A może sprawdza moją dyskrecję? To bez znaczenia. Nie piśnij ani słowa, ale jeśli natkniesz się na tę dziewczynę, masz szansę przypilnować, żeby dotarł do niej właściwy obraz czy informacje.

Z początku sądziłam, że Kelly zdradza mi tożsamość publicystki, żebym mogła jej starannie unikać, ale wyraźnie nie takie miała intencje.

– Teraz możesz jej podsuwać rozmaite rzeczy. Zachowaj spokój i rozegraj to na zimno, podaj w formie sensacji i będziemy mieli jeszcze lepszą okazję zapewnienia naszym klientom takiej prasy, jakiej potrzebują.

– Brzmi świetnie – wychrypiałam. Nie mogłam się doczekać, kiedy wyjdę z biura i jeszcze raz przeczytam każde słowo napisane przez Abby. Jak uzyskała dostęp do informacji? Z goryczą przypomniałam sobie, jak musiała wyczuć, że natknęła się na złotą żyłę tego pierwszego wieczoru w Bungalowie, kiedy poznałam Philipa. Oczywiście teraz wszystko zaczynało się układać w spójną całość: ostatnio wszędzie bywała, zawsze wyskakiwała jak diabeł z pudełka, mając pod ręką paskudny komentarz albo złośliwe spojrzenie.

– Okej, dość o tym. Nie przejmuj się za bardzo. Skup się po prostu na tym, żeby wszystko dzisiaj zagrało. Będzie wspaniale, nie uważasz?

Mruknęłam kilka razy „wspaniale” i wyszłam z jej biura, powłócząc nogami. Zaczęłam już fantazjować na temat konfrontacji z Abby. Istniały miliony możliwości, każda równie smakowita. Dopiero kiedy dotarłam do okrągłego stołu i wbiłam wzrok w laptopa, zdałam sobie sprawę, że za cholerę niczego nie mogę zrobić. Nie mogłam nikomu powiedzieć, że wiem, a już z pewnością nie Abby.

Spróbowałam się skupić. Wycięłam tekst z Page Six i przy-kleiłam na środku naszego wspólnego okrągłego stołu, a potem zalogowałam się do sieci, żeby sprawdzić, czy samolot, który miał zabrać Jaya-Z z Los Angeles, wystartował o czasie z Nowego Jorku, co znacząco podniosłoby szanse na jego dotarcie, a potem opuszczenie LA zgodnie z rozkładem. Na razie było w porządku. Wyznaczyłam dwóch pracowników, żeby pojechali samochodami na lotnisko i czekali na jego przybycie. Nie było to konieczne, ponieważ hotel Gansevoort posyłał po gości dwie limuzyny, ale chciałam, żeby ktoś na własne oczy potwierdził przylot rapera i przypilnował go przy wsiadaniu do samochodu na wypadek, gdyby coś zatrzymało go po drodze. Szybki telefon do Sammy'ego – milcz, moje serce – potwierdził, że przygotowania szły gładko. Z odznaczonymi wszystkimi pozycjami na liście spraw do załatwienia starałam się wyrzucić z głowy myśli o złośliwości Abby. Było późne popołudnie i nie zostało mi zupełnie nic do zrobienia.

18

Nie dość, że samolot Jaya-Z przyleciał punktualnie, ba, nawet parę minut przed czasem, to jeszcze on sam okazał się być uprzejmy i uważny. Przyszli prawie wszyscy, którzy potwierdzili udział w imprezie i, cud nad cudami, ci, którzy zjawili się pod drzwiami w ostatniej chwili, bez uprzedzenia, to byli wyłącznie ludzie, których i tak chcielibyśmy widzieć. Pan Kroner spędził cały wieczór przy stole ze swoimi współpracownikami, a my dbaliśmy, żeby niewielki znaczek REZERWACJA był dobrze widoczny i żeby do stolika nieprzerwanym strumieniem podchodziły przywitać się ładne dziewczęta.

Najbardziej zaskoczona – przyjemnie zaskoczona – byłam Philipem. Bałam się, że po pijanemu zrobi coś, co skompromituje mnie albo firmę, ale zachował szeroko rozumianą wstrzemięźliwość i nawet nie wsadził nosa w żaden dekolt, w każdym razie nie w obecności fotografów, a w końcu tylko to się liczy. Na tysiąc sposobów starałam się go uczulić, że jako gospodarz musi być uprzejmy dla wszystkich, ale moje obawy okazały się całkowicie nieuzasadnione. Od chwili kiedy minął frontowe drzwi, sprawował się znakomicie. Krążył między grupami zebranych, ściskał dłonie i z powagą kiwał głową przy typach korporacyjnych, zamawiał kolejki dla bankierów, i miniaturowego szampana dla modelek oraz poklepywał po plecach znane osobistości z iście clintonowskim urokiem. Przechadzał się, uśmiechał i bez wysiłku prowadził konwersację, a ja patrzyłam jak mężczyźni i kobiety w jednakowym stopniu ulegają jego czarowi. Od razu stało się jasne, dlaczego zajmowała się nim plotkarska prasa, a kobiety omdlewały, kiedy zwrócił na nie uwagę. Gawędzenie, żartowanie i słuchanie przychodziło mu z taką łatwością, że kiedy był w pobliżu, ludzie mieli wrażenie, że wszystko i wszyscy oprócz Philipa Westona zostało wyciszone. Goście rozpływali się w jego obecności i sama zauważyłam, że doładowuję się jego energią. Nie mogłam zaprzeczyć, że w jakiś dziwaczny sposób mnie pociąga.

Groźba katastrofy pojawiła się, kiedy odwołano lot z Londynu, którym miała przylecieć Samantha Ronson, i zostaliśmy bez didżeja. Dokładnie w tej samej chwili odebrałam telefon od rzecznika prasowego Jake'a Gyllenhaala z pytaniem, czy da się go umieścić na liście VIP-ów. Właśnie przeczytałam artykuł o didżejach amatorach i poprosiłam Jake'a oraz kilka innych znanych osobistości, które potwierdziły przybycie, o przyniesienie swoich iPodów i prowadzenie imprezy, po godzinie każdy, po dwudziestominutowym występie Jaya-Z. Wypadło to znakomicie – każda ze sław przyniosła iPoda pełnego ulubionych kawałków, a wszyscy „zwykli” goście byli zachwyceni, że mogą się dowiedzieć, jaki jest ulubiony utwór taneczny Jerry'ego Seinfelda. Wszystko poszło gładko. Nie było żadnej szarpaniny przy torbach z upominkami, żadnych przepychanek przy drzwiach, w zasadzie żadnych niepożądanych wydarzeń, które mogłyby utrudnić przekazanie następującego komunikatu: wszyscy młodzi, modni i atrakcyjni mieszkańcy wielkiego miasta bawią się na imprezie BlackBerry, co musi oznaczać, że sam BlackBerry jest młody, modny, atrakcyjny i światowy. Dlatego ty – kimkolwiek jesteś i gdziekolwiek czytasz o tej wspaniałej imprezie – musisz go posiadać, żebyś także mógł być młody, modny, atrakcyjny i światowy.

W sumie był to pełny sukces. Kelly szczęśliwa, klient zachwycony (mimo że nieco zgorszony i niebywale skacowany – najwyraźniej pan Kroner nie był przyzwyczajony do tak entuzjastycznego picia, jak to, które miało miejsce przez cały wieczór), a fotografowie pstrykali, pstrykali, pstrykali prawie każdą sławę, którą nasz krążący po sali zespół stażystów i koordynatorów dosłownie wpychał im pod nos. Do tego dochodził wpływ, jaki ten wieczór wywarł na moje życie uczuciowe.

Kiedy impreza miała się już ku końcowi, wymknęłam się na zewnątrz pod zwykłym pretekstem, czyli po papierosa. Znalazłam Sammy'ego czytającego kolejną sfatygowaną książkę w wydaniu kieszonkowym, tym razem Koniec Empire Falls Richarda Russo.

– Jak się bawisz? – spytał, zapalając mi papierosa. Złożyłam ręce wokół jego zapalniczki, żeby osłonić płomień od wiatru, i poczułam nagły łopot w piersiach, kiedy nasze dłonie się zetknęły. Czy była to żądza, miłość, czy tylko wczesny objaw raka płuc? W tamtej chwili nie wydawało się to ważne.

– To szokujące, ale tak – zaśmiałam się, nagle czując, że wszystko jest dobrze i jak trzeba. – Gdybyś powiedział mi parę miesięcy temu, że zaplanuję imprezę w Bungalowie, na której ma wystąpić Jay-Z, pomyślałabym, że jesteś na prochach. Nienawidziłam bankowości. Chyba zapomniałam, jakie to uczucie, kiedy chcesz coś zrobić porządnie.

– Najwyraźniej robisz to bardzo porządnie. Wszyscy o tobie mówią.

– Mówią o mnie? Nie jestem pewna, czy mi się to podoba.

Odwrócił się, żeby sprawdzić na liście nazwiska kilku dziewczyn, po czym je wpuścił.

– Nie, nie, same dobre rzeczy. Po prostu, że dobrze to rozpracowałaś i umiesz wszystko złożyć do kupy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio była tu impreza, która poszłaby tak sprawnie.

– Naprawdę? – Część mnie wiedziała, że cała ta rozmowa jest kompletnie niedorzeczna, rozmawialiśmy przecież o organizacji imprez, ale i tak miło było to usłyszeć.

– Oczywiście. Pytanie tylko, czy to lubisz?

– Cóż, lubisz to bardzo mocne słowo, w każdym kontekście, nie uważasz? – Zaśmiał się i musiałam siłą wepchnąć ręce do kieszeni żakietu, żeby nie dotknąć jego twarzy. – Nie przypomina w niczym Korpusu Pokoju, to na pewno, ale na razie wystarczy.

Jego twarz niemal natychmiast się zachmurzyła.

– Taaa – to było wszystko, co zdołał powiedzieć.

– Co robisz w Święto Dziękczynienia? – wypaliłam, nie zdając sobie sprawy, że może to zabrzmieć, jakbym proponowała mu randkę, podczas gdy naprawdę chciałam tylko zmienić temat. – Idziesz dokądś ze swoją dziewczyną? – dodałam od niechcenia, chcąc pokazać, że orientuję się w sytuacji.

Znów spojrzał na mnie z zakłopotaniem i drgnął niespokojnie, wysyłając oczywisty sygnał: najwyraźniej przekroczyłam granicę.

– Ja, eee, nie miałam na myśli nic…

– Nie, nie, w porządku – uciął, opierając się plecami o drzwi, jakby zakręciło mu się w głowie. – Po prostu jest to, wiesz, trochę skomplikowane. Długa historia. W każdym razie na ten weekend jadę do domu. Mój stary niezbyt dobrze się czuje, a nie byłem tam już ze dwa miesiące.

– Do domu, czyli dokąd?

Popatrzył na mnie z zaciekawieniem, jakby starał się czytać w mojej twarzy, po czym powiedział cicho:

– Poughkeepsie.

Gdyby oznajmił, że urodził się i wychował w Laosie, nie byłabym bardziej zaszokowana. Chciał mi dokuczyć? Żartował? Dowiedział się w jakiś sposób, że stamtąd pochodzę, jadę do domu na weekend i uznał, że to zabawne? Szybkie spojrzenie na jego twarz – uśmiechał się słodko i obserwował, jak się zastanawiam – wskazywało, że nie.

– Poughkeepsie w stanie Nowy Jork? – Tylko na tyle było mnie stać.

– Jedyne w swoim rodzaju.

– To wariactwo. Ja stamtąd pochodzę…

– Tak, wiem. Po prostu nie wiedziałem, czy ty wiesz. Pamiętam cię – powiedział miękko, patrząc na drugą stronę Dwudziestej Siódmej Ulicy, ale, o ile mogłam się zorientować, nie przyglądając się niczemu konkretnemu.

No i oczywiście wszystko sobie przypomniałam. Nie żebym miała dużo wskazówek, ale zawsze odnosiłam niejasne wrażenie, że wygląda jakoś znajomo. Kiedyś staliśmy tu i żartował, że jedna z dziewczyn, która właśnie weszła do środka, powinna wziąć lekcje hippisowskiego stylu, bo jej powłóczysty kaftan jest zupełnie nie taki jak trzeba, i że powinna pojechać w głąb stanu uczyć się od zawodowców. Tego dnia w Starbucks, kiedy przejechał dłonią po włosach, przysięgłabym, że już to gdzieś widziałam, ale nie skojarzyłam gdzie. Pierwszej nocy, na zaręczynowej imprezie Penelope, kiedy nie chciał mnie wpuścić i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że mi się przypatruje, jakby czekając, aż coś powiem. Teraz wszystko stało się oczywiste. Samuel Stevens, chłopak z liceum, zbyt przystojny, żeby mu to mogło wyjść na dobre. Chłopak, o którym wszyscy myśleli, że jest gejem, bo był duży, piękny i nie uprawiał żadnego sportu. Zamiast tego trzymał się na uboczu i pracował w kilku znanych miejscowych restauracjach. Chłopak, który robił wrażenie zarozumiałego i aroganckiego, bo jako nastolatki nie potrafiliśmy zrozumieć, że to ktoś nieśmiały, samotnik, ktoś, kto nie czuje się dobrze w żadnej grupie rówieśników. Chłopak, który siedział na przeciwległym końcu stołu na zajęciach praktycznych, zawsze bardzo skupiony na drewnianych tacach lub automatach do gumy do żucia, które uczyliśmy się robić, i nigdy nie flirtował, nie gadał, nie spał i nie szeptał z nikim przy stole. Chłopak, w którym powinny kochać się wszystkie dziewczyny, a którego wszystkie nienawidziły, bo był poza ich zasięgiem, zawsze patrząc w przyszłość, poza śmieszny świat liceum i hierarchii społecznych, najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że istnieją inni ludzie. Wykonałam szybkie obliczenia i zdałam sobie sprawę, że nie widziałam go od niemal dwunastu lat. Byłam w pierwszej, a on w ostatniej klasie, kiedy chodziliśmy na te same zajęcia praktyczne – obróbkę drewna, o ile pamiętam – zanim zdał maturę i znikł bez śladu.

– Zajęcia praktyczne z panem Mertzem, rok dziewięćdziesiąty pierwszy, zgadza się?

Skinął głową.

– Boże drogi, dlaczego wcześniej nic nie mówiłeś? – spytałam, wyciągając następnego papierosa. Poczęstowałam go, wziął papierosa, zapalił najpierw mnie, potem sobie.

– Nie wiem, może i trzeba było. Zorientowałem się, że ty nie wiesz i jakoś dziwnie wyszło, że nie powiedziałem czegoś od razu, a potem upłynęło już za dużo czasu. Ale pamiętam, jak wszyscy coś szlifowali papierem ściernym albo dłutowali, a ty zawsze pisałaś – wyglądało, że listy – linijka po linijce, strona po stronie. Zawsze się zastanawiałem, jak ktoś może mieć tak dużo do powiedzenia. Kim był szczęśliwy wybranek?

Już prawie zapomniałam o tym pisaniu listów. Nie napisałam takiego listu od lat. Teraz było łatwiej, kiedy nie słyszałam głosu rodziców pytających, co dziś zrobiłam dla świata. Nauczyli mnie, jak się pisze listy, kiedy byłam dość duża, żeby formułować całe zdania, i wtedy zakochałam się w idei poprawiania świata za pomocą pióra, papieru i znaczka. Pisałam do kongresmanów, senatorów, prezesów, lobbystów, organizacji zajmujących się ochroną środowiska oraz, od czasu do czasu, do prezydenta. Każdego wieczoru przy kolacji omawialiśmy jakąś wielką niesprawiedliwość i następnego dnia pisałam list, informując kogoś o moim oburzeniu karą śmierci albo wycinaniem lasów, uzależnieniem od importu ropy naftowej, antykoncepcją dla nastolatków czy restrykcyjnymi ustawami imigracyjnymi. Kapało z nich zarozumialstwo i faktycznie były to ohydne, zadufane w sobie epistoły, ale rodzice nie szczędzili mi pochwał, więc nie mogłam przestać. Stały się rzadsze pod koniec liceum, ale dopiero kiedy jakiś facet, z którym się prowadzałam na pierwszym roku studiów, wziął jeden z nich z mojego biurka i powiedział coś o tym, jakie to słodkie, że próbują uratować świat, dopiero wtedy przestałam je pisać. Nie chodziło o to, co powiedział, po prostu przyszedł ten moment. Styl życia rodziców stawał się dla mnie coraz mniej atrakcyjny. Cholernie szybko porzuciłam osobowość alternatywnej dziwaczki, która pragnie ratować świat, na rzecz o wiele bardziej normalnego studenckiego życia towarzyskiego. Czasem zastanawiałam się, czy to odrzucenie to nie było nieco zbyt gruntowne. Zapewne istniał jakiś złoty środek, ale bankowość czy – powiedzmy to sobie szczerze – organizacja imprez nie kierowały mnie bynajmniej z powrotem na drogą działań bezinteresownych.

Zdałam sobie sprawę, że Sammy przygląda mi się z uwagą, kiedy wspominałam tamte czasy, i stwierdziłam:

– Wybranek? Ach, nie były pisane do chłopaka ani nic w tym rodzaju. Mężczyznom niespecjalnie podobał się typ „dredy i espadryle”, który wówczas reprezentowałam. To były po prostu, wiesz, listy do… no wiesz, nic specjalnego.

– Cóż, ja zawsze uważałem, że jesteś wyjątkowo urocza.

Poczułam, że się rumienię.

Z jakiegoś powodu ucieszyło mnie to bardziej, niż gdyby obwieścił mi dozgonną miłość, ale nie miałam czasu, żeby się tym napawać, ponieważ moja komórka jękiem zasygnalizowała nadejście rozpaczliwego SMS-a.

„Laleczko, gdzie ty? Potrzebny cristal natychmiast”.

Nie byłam w stanie pojąć, dlaczego Philip nie mógł po prostu zwrócić się do jednego z kilkudziesięciu modeli/kelnerów krążących w pobliżu, ale wiedziałam, że powinnam wracać do środka i zorientować się, co i jak.

– Słuchaj, muszę wracać, żeby sprawdzić, czy wszyscy są wystarczająco pijani, żeby się dobrze bawić, ale nie na tyle zalani, żeby zrobić coś głupiego, i tak się zastanawiam, chcesz, żeby cię jutro podwieźć do domu?

– Do domu? Do Poughkeepsie? Jedziesz tam?

– Jak mogłabym opuścić Święto Plonów.

– Święto Plonów? – Kolejny raz przerwał, żeby podnieść aksamitny sznur, tym razem wpuszczając parę, która ledwo szła, ale zachowała wystarczającą sprawność, żeby się obmacywać.

– Nie pytaj. To coś, co rodzice organizują w każde Święto Dziękczynienia, moja obecność jest obowiązkowa. Jestem pewna, że wujek się wykręci, zawsze wymyśla jakieś nagłe zobowiązania, które wypadają w ostatniej chwili, ale pożyczy mi samochód. Z przyjemnością cię podwiozę – zapewniłam, modląc się gorączkowo, żeby nie tylko się zgodził, ale by jego starzejąca się „druga połowa” nie została uwzględniona w tym równaniu.

– Hm, dobrze. To znaczy, jeżeli ci to nie przeszkadza, byłoby świetnie. Zamierzałem jechać autobusem w czwartek rano.

– Chciałam wyruszyć jutro po pracy, więc gdybyś mógł jechać w środę zamiast w czwartek, z przyjemnością pojadę w towarzystwie. Zawsze mam ochotę zjechać z drogi w pole gdzieś na wysokości Peekskill. – W duchu biłam sobie brawo, udało mi się w końcu normalnie porozmawiać z tym chłopakiem.

– Tak, byłoby bardzo miło – powiedział, wyglądając na zadowolonego. Oczywiście, też byłabym zadowolona, unikając czterogodzinnej męki w autobusie Greyhounda na trasie, która normalnie zajmuje dwie godziny.

– Świetnie. Może spotkamy się u mojego wujka, powiedzmy, około szóstej? Mieszka na Central Park West, północno-zachodni róg Osiemdziesiątej Ósmej Ulicy. Może być?

Zdążył tylko powiedzieć, że z przyjemnością, bo w tym momencie Philip zmaterializował się na zewnątrz i dosłownie wciągnął mnie do środka. Niespecjalnie mi to przeszkadzało, biorąc pod uwagę, co czekało na mnie nazajutrz. Krążyłam uszczęśliwiona po sali, odbierałam komplementy od wszystkich pracowników i przysłuchiwałam się rozmowom gości, jakie „świetne widowisko” zorganizowaliśmy tego wieczoru. Kiedy koło drugiej tempo imprezy zaczęło zwalniać, udałam kolejny ból głowy, a Philip dosyć chętnie został sam z Leo i butelką cristala. W domu zwinęłam się w kłębek ze slim jimem i nowiutkim harlequinem. To był najbardziej perfekcyjny wieczór, jaki mogłam sobie przypomnieć.

19

Czekając na Sammy'ego w holu budynku Willa, z trudem opanowywałam podniecenie. Cały ten dzień ciągnął się w nieskończoność. I to mimo iż Kelly postawiła śniadanie dla całego biura, by uczcić sukces poprzedniego wieczoru, oraz zaprosiła mnie do swojego tropikalnego matecznika i oznajmiła, jak bardzo jest pod wrażeniem i w związku z tym oficjalnie mianuje mnie „drugą po Bogu” przy imprezie „Playboya”, a podlegać będę bezpośrednio jej. Kiedy zostało to ogłoszone, twarz Elisy stężała – pracowała w firmie o półtora roku dłużej i najwyraźniej oczekiwała, że będzie nadzorowała najważniejszą imprezę sezonu. Jednak po kilku stwierdzeniach, że z przyjemnością da „komuś innemu” szansę organizowania czegoś, co niechybnie skończy się totalnym chaosem, przybrała szczęśliwy wyraz twarzy i zaproponowała drinki, aby to uczcić. Nawet gazety i portale internetowe, które nie były obecne na imprezie, rozpisywały się na temat „tłumów sław i ludzi z towarzystwa”, którzy przyszli fetować „najmodniejszy wielkomiejski gadżet”. Ledwie zauważyłam, kiedy bezpośrednio z biura pana Kronera przyszła paczka zawierająca taką liczbę palmtopów BlackBerry, że można by wyposażyć cały sklep, dołączony liścik napisano zaś w tak entuzjastycznym tonie, że wprawił mnie w zakłopotanie. Prawie nie zauważyłam paru linijek w „Nowojorskiej Bombie” obwieszczających, jak to widziano mnie zapłakaną, kiedy Philip obściskiwał się z urodzoną w Nigerii gwiazdą oper mydlanych, i zupełnie mnie nie obeszło, kiedy Elisa wyznała, że „przypadkiem” została podwieziona przez Philipa vespą, bo „była taka pijana, że ona i Davide się pokłócili, ale że nic – nic, przysięgam na wszystko – nie zaszło”. Nie, żadnego z tych wydarzeń nawet nie zarejestrowałam, ponieważ żadne z nich nie mogło sprawić, by minuty stały się krótsze, ani szybciej umieścić mnie w samochodzie z Sammym. Kiedy wszedł do holu w wytartych dżinsach i obcisłym swetrze, z workiem marynarskim na ramieniu, nie wiedziałam, czy będę w stanie utrzymać wzrok na drodze na tyle długo, żeby dać radę wywieźć nas z miasta.

– Hej – rzucił, kiedy zobaczył mnie na ławce, gdzie udawałam, że przeglądam gazetę. – Nawet nie wiesz, jak bardzo jestem ci wdzięczny.

– Nie żartuj – mruknęłam, stając na palcach, żeby na powitanie pocałować go w policzek. – To ty wyświadczasz mi przysługę. Zaczekaj chwilkę, poproszę wujka, żeby zniósł mi kluczyki.

Will zgodził się pożyczyć mi na weekend swojego lexusa dopiero wtedy, gdy przysięgłam, że będę obstawała przy historyjce, którą wymyślił na usprawiedliwienie swojej nieobecności. Mimo że Sammy miał być tylko podwieziony do domu swoich rodziców, Will nalegał, żeby on również zapoznał się z wymówką.

– Obiecujesz, że nie zapomnisz o wszystkich szczegółach, kochanie? – pytał nerwowo, przekazując mi kluczyki, kiedy staliśmy we troje na podziemnym parkingu.

– Will, przestań naciskać. Obiecuję, że cię nie wydam. Będę znosiła katusze w samotności. To mój prezent dla ciebie.

– Zrób mi tę przyjemność. Powtórzmy wszystko jeszcze raz. Kiedy ona spyta, gdzie jestem, co wtedy mówisz?

– Po prostu wyjaśniam, że ty i Simon nie mogliście znieść myśli o spędzeniu całego weekendu w domu zasilanym energią słoneczną, gdzie nigdy nie ma dość ciepłej wody, pościel z naturalnej bawełny gryzie i nic nie jest naprawdę czyste, ponieważ nie stosuje się chemikaliów, więc zamiast tego postanowiliście podziwiać tegoroczne plony z udostępnionego gratisowo apartamentu w Ocean Key Resort na Key West. Aha, i jeszcze że twoim zdaniem to straszne nudy, kiedy rozmowa przy stole dotyczy wyłącznie polityki ekologicznej. Dobrze zapamiętałam? – Uśmiechnęłam się słodko.

Zerknął bezradnie na Sammy'ego i kaszlnął parę razy.

– Proszę się nie martwić, Bette wszystko zapamiętała – zapewnił go Sammy, sadowiąc się na miejscu pasażera. – Simon został w ostatniej chwili poproszony o zastąpienie jednego z muzyków, a pan uznał, że nie byłoby w porządku zostawić go samego na święta, chociaż bardzo chciał się pan ze wszystkimi spotkać. Zadzwoniłby pan do nich osobiście, ale ma pan bardzo napięte terminy, bo ten sukinsyn, pański wydawca, będzie dzwonił w przyszłym tygodniu. Doszlifuję to z nią w drodze.

Will puścił kluczyki, które spadły prosto na moją otwartą dłoń.

– Sammy, dziękuję. Bette, chciałbym, żebyś uważnie wysłuchała wykładów o niezależności, o tym, jak to kobiety wszystko potrafią. I staraj się nie żałować zbytnio mnie starego, kiedy będę sobie leżał przy basenie z daiquiri i książką.

Chciałam go nienawidzieć, ale wyglądał na tak uszczęśliwionego swoim alibi i chytrymi planami, że nie mogłam zrobić nic innego, jak tylko go uściskać i uruchomić silnik.

– Jesteś mi za to coś winien. Jak zwykle.

Położyłam torbę z Millington na tylnym siedzeniu i wrzuciłam do środka psi smakołyk „Greenie”, żeby nie skomlała i nie piszczała w czasie jazdy.

– Oczywiście, kochanie. Przywiozę ci taki kiczowaty T-shirt z frędzlami albo może świecę z kokosa czy dwie. Umowa stoi? Jedź ostrożnie. Albo nie jedź ostrożnie. Tylko nie dzwoń do mnie, jeżeli coś się stanie, w każdym razie nie przez najbliższe trzy dni. Baw się dobrze! – zawołał, widoczny we wstecznym lusterku, kiedy posyłał całusy.

– Jest świetny – stwierdził Sammy, kiedy przebijaliśmy się z wolna przez korki na West Side Highway. – Jak mały chłopiec, który wymigał się od szkoły, udając, że jest chory.

Wetknęłam Monster Ballads (zamówioną przez telefon w ramach ataku bezsenności o trzeciej nad ranem) do odtwarzacza CD na sześć płyt i omijałam kolejne utwory, aż doszłam do To Be With You Mr. Bigga. – Jest wspaniały, prawda? Naprawdę nie wiem, jak dałabym sobie radę bez niego. Jeżeli jestem teraz normalna, tylko jemu to zawdzięczam.

– A twoi rodzice? W końcu jak dziwni mogą być rodzice?

– Są pozostałością po latach sześćdziesiątych – wyjaśniłam. I traktują to bardzo poważnie. Moja matka płakała, kiedy pierwszy raz ogoliłam nogi w wieku lat trzynastu, bo bała się, że dałam się podporządkować zdominowanym przez mężczyzn oczekiwaniom kulturowym dotyczącym kobiecej urody.

Zaśmiał się i zaczął się wygodnie sadowić, wyciągnął nogi i założył ręce pod głowę.

– Proszą cię, powiedz, że nie odwiodła cię od tego konkretnego zwyczaju.

– Nie, w każdym razie jak dotąd nie… Chociaż następnym razem zrobiłam to dopiero na studiach. Upierali się też na przykład, że jestem osobiście odpowiedzialna za naruszenie równowagi całego ekosystemu, bo raz kupiłam kamizelkę wykończoną futrem. Aha, a potem nie pozwolili mi iść na przyjęcie z noclegiem u koleżanki, bo jej rodzice nie oddawali gazet na makulaturę. Ich zdaniem przebywanie w takim środowisku przez dwadzieścia godzin mogłoby mieć na dziecko niekorzystny wpływ.

– Żartujesz.

– Nie żartuję. To nie znaczy, że nie są naprawdę dobrymi ludźmi, bo są. Po prostu są autentycznie zaangażowani. Czasem chciałabym być taka jak oni.

– Co prawda nie znalem cię dobrze w liceum, ale pamiętam, że byłaś wtedy bardziej w tym stylu niż eee, taka nowojorska jak teraz.

Nie za bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć.

– No nie, nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało – powiedział pospiesznie. – Wiesz, po prostu zawsze robiłaś wrażenie osoby autentycznie zaangażowanej ideowo. Pamiętam, jak napisałaś do szkolnej gazetki artykuł o prawie kobiet do samodzielnych decyzji. Usłyszałem któregoś dnia, jak nauczyciele rozmawiali o nim w czytelni – nie mogli uwierzyć, że jesteś pierwszoklasistką. Kiedy to usłyszałem, przeczytałem artykuł i też nie mogłem uwierzyć.

Poczułam przyjemny dreszcz na myśl, że przeczytał i zapamiętał mój artykuł. Miałam dzięki temu wrażenie, że jest między nami intymna bliskość.

– Tak, cóż, trudno w tym wytrwać. Zwłaszcza jeżeli jest to coś, co ktoś wybrał za ciebie, a nie coś, do czego doszło się samemu.

– To prawda. – Kątem oka widziałam, że skinął głową. – Z tego co słyszę, to ciekawi ludzie.

– Och, nawet nie wiesz jak bardzo. Na szczęście nawet jako hippisi byli wciąż żydowskimi hippisami i niezbyt gorącymi zwolennikami stylu życia opartego na samoumartwieniu. Jak to kiedyś powiedział mój ojciec: „Człowiek żyjący z nędzy nie jest bardziej przekonujący niż ten, który żyje wygodnie – liczą się argumenty, a nie przywileje materialne lub ich brak”.

Przerwał popijanie kawy, odwrócił się i spojrzał na mnie. Czułam jego wzrok na twarzy i wiedziałam, że słucha uważnie.

– Tak, to prawda. Urodziłam się w komunie w Nowym Meksyku, w miejscu, w którego istnienie nie do końca wierzyłam, dopóki w roku dwutysięcznym nie zobaczyłam mapy wyborczej w CNN. Mama uwielbia opowiadać, jak to urodziła mnie w ich „małżeńskim łożu” na oczach wszystkich dzieci żyjących w komunie, które przyprowadzono, aby zobaczyły na własne oczy, jak objawia się cud życia. Bez lekarzy, bez lekarstw, bez sterylnych prześcieradeł – tylko mąż z dyplomem z botaniki, płaczliwa położna, która uczyła technik oddechowych jogi, guru komuny, co chwila coś intonujący, i dwadzieścioro kilkoro dzieci poniżej dwunastego roku życia, które po obejrzeniu tego konkretnego cudu prawdopodobnie zachowały dziewictwo co najmniej do trzydziestki.

Nie wiem, co kazało mi mówić. Lata całe nie opowiadałam nikomu tej historii – ostatnio prawdopodobnie zrobiłam to, kiedy Penelope i ja poznałyśmy się podczas tygodnia integracyjnego w Emory. Paliłyśmy trawkę w krzakach przy kortach tenisowych, ona przyznała, że jej ojciec lepiej znał pracowników w biurze niż własną rodzinę i do piątego roku życia myślała, że jej matką jest czarnoskóra niania. Uznałam, że pocieszę ją, wykazując, jak normalni byli jej rodzice. Śmiałyśmy się tamtej nocy przez całe godziny, rozciągnięte na trawie, upalone i szczęśliwe. Chociaż przedstawiałam rodzicom moich chłopaków, z żadnym z nich nigdy nie rozmawiałam w ten sposób. W Sam-mym było coś takiego, że chciało mu się o wszystkim opowiedzieć.

– To niesamowite. Jak długo tam mieszkaliście? Pamiętasz to?

– Mieszkali tam tylko do czasu, gdy skończyłam dwa lata, mniej więcej, po czym przeprowadzili się do Poughkeepsie, bo dostali pracę w Vassar. Ale to stamtąd wzięło się moje imię. Najpierw chcieli mnie nazwać Soledad, na cześć więzienia w Kalifornii, w którym przetrzymywano demonstrantów z Berkeley, potem ich szaman czy ktoś taki zaproponował imię Bettina, po Bettinie Aptheker, jedynej kobiecie, która była członkiem Komitetu Kierowniczego Ruchu Wolności Słowa z Berkeley. Odmówiłam reagowania na cokolwiek innego niż Bette w wieku dwunastu lat, kiedy The Wind Beneath My Wings było przebojem, a Bette Midler zyskała autentyczną popularność. Kiedy już zdałam sobie sprawę, że przyjęłam imię po rudej wykonawczyni rzewnych przebojów z listy Top Forty, było za późno. Wszyscy się tak do mnie zwracają, oczywiście oprócz rodziców.

– Rany. Brzmi interesująco. Chciałbym ich poznać.

Nie za bardzo wiedziałam, jak na to zareagować – oświadczenie, że to jego przyszli teściowie mogłoby zabrzmieć nieco szokująco – więc spytałam o jego rodziców. Kiedy przywoływałam w myślach Sammy'ego z czasów liceum, nic mi nie przychodziło do głowy i zdałam sobie sprawę, że nie wiem zupełnie nic o jego życiu rodzinnym.

– A u ciebie? Jakieś soczyste szczegóły czy są po prostu normalni?

– Wiesz, powiedzieć, że są normalni, to może pewna przesada. Mama zmarła, kiedy miałem sześć lat. Rak piersi.

Otworzyłam usta, żeby przeprosić, wymamrotać coś bezużytecznego i banalnego, ale mi przerwał.

– Brzmi naprawdę okropnie, ale tak szczerze mówiąc, byłem za mały, żeby to zapamiętać. Dziwnie było dorastać bez mamy, ale na pewno trudniej przyszło to mojej starszej siostrze, poza tym tata był naprawdę świetny.

– Czy teraz wszystko u niego w porządku? Wspominałeś coś, że źle się czuje.

– Nie, jest zdrowy. Myślę, że po prostu samotny. Od lat spotykał się z pewną kobietą i nie do końca wiem, co się właściwie stało, ale ona wyprowadziła się parę miesięcy temu do Karoliny Południowej, a ojciec niezbyt dobrze to zniósł. Pomyślałem, że moja wizyta dobrze mu zrobi.

– A twoja siostra? Co u niej?

– Ma trzydzieści trzy lata. Zamężna, pięcioro dzieci. Pięcioro dzieci – czterech chłopców i dziewczynka – wyobrażasz to sobie? Zaczęła zaraz po liceum. Mieszka w Fishkill, więc mogłaby często widywać ojca, ale jej mąż to trochę kutasina, a ona jest zajęta, bo chodzi do szkoły pielęgniarskiej, więc…

– Utrzymujecie bliski kontakt? – Dziwnie było patrzeć, jak to wszystko nabiera kształtu, cały jego świat, o którego istnieniu nie wiedziałam, którego istnienia nigdy bym się nie domyśliła, patrząc jak co noc w Bungalowie poklepuje po plecach różnych ważniaków i pretendentów do tytułu ważniaka.

Wyglądało na to, że zastanawia się nad czymś przez chwilę, kiedy otwierał puszkę coli, którą wyjął z plecaka. Najpierw zaproponował mi łyk, dopiero potem sam wypił.

– Bliski? Nie wiem, czy tak bym to ujął. Myślę, że ma do mnie żal, bo wyjechałem z domu na studia, kiedy już miała jedno dziecko i spodziewała się drugiego. Często robi uwagi w stylu, jak to stanowię sens życia naszego ojca i przynajmniej jedno z nas ma szansę, żeby ojciec był z niego dumny… Wiesz, tego typu rzeczy. Ale to dobra dziewczyna. Chryste, zacząłem się wywnętrzać, przepraszam.

Zanim zdążyłam coś powiedzieć, zapewnić go, że nie szkodzi, uwielbiam słuchać, jak mówi absolutnie o wszystkim, zaczął się Whitesnake i Sammy znowu się zaśmiał.

– Ty tak na serio z tą muzyką? Jak możesz słuchać takiej chały?

Po tym rozmowa toczyła się lekko – po prostu pogawędka o muzyce, filmach i dziwacznych ludziach, z którymi oboje mieliśmy do czynienia przez całe dnie. Uważał, żeby nie wspomnieć Philipa, a ja odwdzięczyłam się, omijając z daleka jego dziewczynę. Poza tym rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się całe wieki. Kiedy zdałam sobie sprawę, że do miasta mamy już tylko pół godziny, zadzwoniłam do rodziców uprzedzić, że tylko kogoś podwiozę i zaraz będę.

– Bettino, nie bądź śmieszna. Oczywiście, że przyprowadzisz go na kolację! – Moja matka niemal wrzasnęła do słuchawki.

– Mamo, jestem pewna, że chce jechać do domu. Przyjechał spotkać się ze swoją rodziną, nie z moją.

– Ale koniecznie przekaż zaproszenie. Nigdy nie poznajemy żadnego z twoich przyjaciół, a to by naprawdę uszczęśliwiło twojego ojca. I, oczywiście, będzie bardzo mile widziany na jutrzejszym przyjęciu. Wszystko już przygotowane i zapięte na ostatni guzik.

Przyrzekłam przekazać tę informację i się rozłączyłam.

– O co chodziło? – zapytał.

– Och, mama chce, żebyś wstąpił na późną kolację, ale powiedziałam, że prawdopodobnie będziesz chciał jechać do domu, do swojego taty. Poza tym to, co podają jako jedzenie, jest naprawdę odrażające.

– Właściwie, jeżeli nie masz nic przeciw temu, byłoby miło. Staruszek i tak spodziewa się mnie dopiero jutro. Poza tym, może mógłbym pomóc w kuchni, nieco uzdatnić wasze tofu do spożycia. – Powiedział to niezobowiązująco, starał się mówić obojętnie, ale wyczułam (modliłam się, miałam nadzieję, pragnęłam), że było w tym coś więcej.

– Hmm, no dobrze – starałam się wypaść neutralnie. – To znaczy, jeżeli chcesz, byłoby wspaniale.

– Na pewno?

– Zdecydowanie. Przyrzekam, nie będę cię tam trzymała dłużej niż to absolutnie konieczne. I tak będzie to czas wystarczająco długi, żeby spróbowali nawrócić cię na wegetarianizm, ale mam nadzieję, że da się to znieść. A potem podwiozę cię do domu. – Niezręczny moment minął. Byłam zachwycona, I trochę przerażona.

– W porządku, brzmi nieźle. Po tych historiach, które mi opowiedziałaś, czuję, że muszę ich zobaczyć.

Kiedy zatrzymaliśmy się na podjeździe dzielącym na pół prawie sześć akrów ziemi, na której mieszkali od ćwierć wieku, mama siedziała na ganku na huśtawce, zawinięta w liczne warstwy wełny. Toyota prius z napędem hybrydowym, którą trzymali na nagłe wypadki (często zastanawiałam się, co by sobie pomyśleli, gdyby wiedzieli, jak wiele hollywoodzkich sław nimi jeździ) stała na podjeździe przykryta brezentem, ponieważ w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach wypadków korzystali z rowerów. Rzuciła książkę, którą trzymała w dłoniach odzianych w jednopalczaste rękawiczki (Technika batiku) i wybiegła nam naprzeciw, zanim jeszcze zdążyłam zaparkować.

– Bettina! – zawołała, otwierając drzwi po stronie kierowcy i klaszcząc z podnieceniem. Złapała mnie za ramię i wyciągnęła wprost w swoje objęcia, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy ktokolwiek oprócz mojej matki albo psa będzie kiedykolwiek tak szczęśliwy, że mnie widzi. Stałyśmy tak przez moment nieco dłuższy niż to konieczne i przez tą sekundę nie pamiętałam, jaką niechęcią napawała mnie ta wizyta.

– Cześć, mamo. Świetnie wyglądasz. – I rzeczywiście świetnie wyglądała. Miałyśmy takie same długie, niemożliwe do rozczesania, gęste włosy, ale u niej nabrały pięknego odcienia szarości i dosłownie mieniły się, spływając na plecy, niezmiennie w ten sam sposób, odkąd była nastolatką. Wysoka, szczupła i delikatna, należała do tego typu kobiet, u których tylko stanowczy wyraz twarzy pozwala się domyślać, że nie są tak kruche, na jakie wyglądają. Jak zwykle nie miała żadnego makijażu, a na szyi tylko turkusowy wisiorek w kształcie słońca na cieniutkim srebrnym łańcuszku. – To mój przyjaciel Sammy. Sammy, moja mama.

– Dzień dobry, pani Robinson. Ha, dziwnie to brzmi, prawda? Chociaż pani pewnie jest do tego przyzwyczajona.

– Jestem, oczywiście. „Jezus bardziej kocha mnie niż myślisz”. Tak czy owak, mów mi Anne.

– Bardzo miło z twojej strony, że mnie zaprosiłaś, Anne. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

– Nonsens, Sammy. Wy dwoje jesteście dla nas główną atrakcją wieczoru. A teraz chodźcie do środka, zanim zamarzniecie.

Ruszyliśmy za nią przez proste sosnowe drzwi, najpierw wyciągając kichającą Millington z torby, i mijając staroświecką kuchnię, weszliśmy do małej oranżerii, którą zainstalowali parę lat wcześniej, by „kontemplować naturę, kiedy pogoda odmawia współpracy”. Oranżeria była jedynym nowoczesnym elementem całego wiejskiego domu i ją uwielbiałam. Zupełnie nie pasowała do reszty wystroju w stylu wiejskiej chaty, miała w sobie coś minimalistycznego, coś zen, pasowałaby klimatem do spa w najnowszym hotelu Schragera. Cala z tafli szkła zbiegających się pod ostrym kątem, obrośnięta czerwonolistnymi klonami oraz wszystkimi gatunkami roślin, krzewów i kwiatów, jakie tylko można sobie wyobrazić rosnące w takiej atmosferze. Było tam oczko wodne, nieco większe niż przeszkoda z piaskiem na polu golfowym, z kilkoma pływającymi po nim liliami wodnymi, oraz kilka tekowych szezlongów, na których można było odpocząć. Widok rozciągał się na ogromne, otoczone drzewami podwórko. Mój ojciec sprawdzał testy przy niskim drewnianym stole, oświetlonym chińską papierową latarnią, i wyglądał w miarę dobrze w dżinsach, sandałach Naot i włochatych skarpetach („Nie ma sensu kupować tych niemieckich birkenstocków, skoro w Izraelu robią równie dobre”, zwykł mawiać). Włosy mu nieco posiwiały, ale na mój widok podskoczył żwawo jak zwykle i zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku.

– Bettina, Bettina, wracasz do rodzinnego gniazda – zaśpiewał, robiąc ze mną kilka tanecznych figur. Odsunęłam się, nieco zakłopotana, i pocałowałam go szybko w policzek.

– Cześć, tato, chciałabym, żebyś poznał mojego przyjaciela Sammy'ego. Sammy, to mój tata.

Modliłam się, żeby tata zachował się normalnie. Nigdy nie dało się przewidzieć, co powie albo zrobi, zwłaszcza żeby mnie rozśmieszyć. Kiedy rodzice po raz pierwszy od czasu skończenia przez mnie studiów przyjechali z wizytą do miasta, przyprowadziłam na kolację Penelope. Widziała ich już przedtem na ceremonii rozdania dyplomów i kiedyś raz wcześniej – prawdopodobnie w ogóle tego nie pamiętała – ale mój ojciec rzadko o czymkolwiek zapominał. Gdy ich ponownie przedstawiłam, z galanterią pocałował ją w rękę, i powiedział: „Penelope, moja droga, oczywiście, że pamiętam. Poszliśmy razem na kolację i przyprowadziłaś tego miłego chłopca. Jak miał na imię? Adam? Andrew? Zapamiętałem, że był bardzo bystry i wygadany”. Miał kamienną twarz bez śladu wyczuwalnego sarkazmu.

To właśnie był typowy dla ojca subtelny sposób dowcipkowania, wyłącznie na mój użytek. Avery był w czasie tej kolacji tak upalony, że miał kłopoty z odpowiadaniem na proste pytania o kierunek studiów czy rodzinne miasto. Mimo że nie widział Avery'ego ani Penelope całe lata, ojciec nadal dzwonił do mnie, udając fikcyjnego dilera Avery'ego, i pytał sztucznie niskim głosem, czy nie kupiłabym funta „naprawdę dobrego towaru”. Bawiło nas to do łez i tata wyraźnie nie mógł sobie odmówić drobnej aluzji co jakiś czas. Penelope, przyzwyczajona do rodziców niebywających w domu i niemających o niczym pojęcia, na szczęście niczego nie zauważyła i uśmiechnęła się mile. Szczęśliwie ojciec nic nie wiedział o Sammym, więc uznałam, że jesteśmy bezpieczni.

– Miło mi, Sammy. Chodź, usiądź tu i dotrzymaj towarzystwa staremu człowiekowi. Pochodzisz stąd?

Usiedliśmy i ojciec nalał egipskiej herbaty z lukrecji, którą mama parzyła całymi wiadrami, a Sammy starannie ułożył swoje duże ciało na jednej z wielkich, obszytych koralikami poduch, rozłożonych na podłodze wokół stołu. Klapnęłam między nim i mamą, która skrzyżowała nogi po turecku z takim wdziękiem, że zdawała się być dwadzieścia lat młodsza.

– A zatem, jaki jest plan na weekend? – spytałam wesoło.

– Przede wszystkim nie będzie żadnych gości do jutra po południu, więc do tego czasu jesteś wolna. Może wpadniecie zobaczyć, co się dzieje na uniwersytecie? Na pewno jest jeden czy dwa dobre programy – powiedziała mama.

– Studencki zespół baletowy daje jutro poranek z okazji Święta Dziękczynienia. Mógłbym załatwić bilety, jeśli was to interesuje – zaproponował tata. Wykładał ekologię na uniwersytecie Vassar od tak dawna i był tak ukochanym profesorem, że mógł załatwić właściwie wszystko. Mama pracowała w uniwersyteckiej klinice medycznej w dziale zdrowia emocjonalnego, dzieląc swój czas pomiędzy gorącą linię (gwałty, samobójstwa, ogólna depresja) i propagowanie na uniwersytecie bardziej holistycznego podejścia do studenckich problemów (akupunktura, zioła, joga). Byli ulubioną parą Vassar, tak samo jak z pewnością byli ulubioną parą Berkeley przez długi czas w latach sześćdziesiątych.

– Może tam zajrzę, ale zapominacie, że Sammy przyjechał spotkać się ze swoją rodziną – powiedziałam, mając nadzieję, że przekazuję im sygnał ostrzegawczy, że powinni dać spokój. Nabrałam łyżeczką trochę nierafinowanego brązowego cukru i podałam cukiernicę Sammy'emu.

– A skoro o tym mowa, jak tym razem Will usprawiedliwił swoją nieobecność? – nonszalancko zapytała mama.

Sammy zaczął mówić, zanim zdążyłam mu przeszkodzić, nie zdając sobie sprawy, że rodzice dawno temu przejrzeli żałosne historyjki i kłamstwa Willa, a opowiadanie sobie jego nowych, pomysłowych bajeczek stało się ulubioną rozrywką rodzinną. On i mama byli sobie bliscy mimo tego drobnego szczegółu, że ona pozostała nieznośną liberalną hippiską, która odmawiała popierania jakiejkolwiek partii, a on nieznośnym konserwatywnym republikaninem, który tak właśnie sam siebie określał. Mimo to rozmawiali co tydzień i nawet okazywali sobie wiele czułości, kiedy byli razem, chociaż na mój użytek drwili z siebie bezlitośnie.

Sammy zabrał głos:

– Czy nie chodziło o coś z pracą Simona? – zwrócił się do mnie. – W ostatniej chwili zadzwonili do Simona z filharmonii, żeby zastąpił chorego muzyka. Nie miał właściwie wyboru. Nie mógł odmówić. – Nie dał mi szansy, żebym coś poplątała. Był lojalny, trzeba mu to oddać.

Mama uśmiechnęła się najpierw do mnie, potem do ojca.

– Czyżby? Zdawało mi się, że mówił coś o nagłym spotkaniu ze swoim prawnikiem w jego biurze w New Jersey.

Sammy zaczerwienił się, przekonany, że jednak coś poplątał. Czas na interwencję.

– Oni wiedzą, że Simon nikogo nie zastępuje, Sammy, i wiedzą, że ty to wiesz. Nie przejmuj się, nikogo nie zdradziłeś.

– Nie przejmuj się, Sammy. Po prostu znam mojego kochanego brata zbyt dobrze, żeby wierzyć w te jego bajki. Dokąd się wybierają? Miami? Bahamy?

– Key West – mruknęłam, dolewając wszystkim herbaty.

– Wygrałaś – przyznał ojciec. – Twoja matka przypuszczała, że odwoła w ostatniej chwili i zwali winę na Simona. Szczerze mówiąc, jestem zachwycony, że wzniósł się ponad tę starą wyświechtaną wymówkę o pilnym terminie. – Roześmieli się oboje.

– Dobrze, lepiej zajmę się kolacją – stwierdziła mama. – Pojechałam dziś na rynek i kupiłam wszystkie zimowe specjały.

– Mogę pomóc? – zapytał Sammy. – Przynajmniej tyle mogę zrobić po tym, jak próbowałem was okłamać. Poza tym już dawno nie byłem w domowej kuchni. Będzie to dla mnie prawdziwa przyjemność.

Rodzice spojrzeli na niego zaciekawieni.

– Sammy jest szefem kuchni – wyjaśniłam. – Studiował w Amerykańskim Instytucie Kulinarnym i zamierza w przyszłości otworzyć własną restaurację.

– Naprawdę? To bardzo interesujące. Czy w tej chwili gotujesz gdzieś w mieście? – zainteresował się ojciec.

Sammy uśmiechnął się nieśmiało, spuścił wzrok i powiedział:

– Właśnie parę miesięcy temu zacząłem przygotowywać niedzielny brunch w Gramercy Tavem. Poważna klientela. To ciekawe doświadczenie.

Poczułam dreszcz. Kim ten facet jest?

– W takim razie chodź ze mną. Potrafisz zrobić coś ciekawego z cukinii? – spytała mama, biorąc go pod ramię, kiedy tylko podniósł się z podłogowych poduszek.

W ciągu kilku minut Sammy znalazł się przy kuchence, a mama siedziała cicho przy stole, patrzyła zadziwiona i nie próbowała nawet ukryć zachwytu.

– Co przygotowujesz? – spytałam, kiedy odcedził makaron, po czym skropił go oliwą z oliwek. Wytarł ręce w fartuch, w który zaopatrzyła go mama (z napisem W AKCEPTACJI JEST SPOKÓJ) i spojrzał, oceniając postępy w przygotowaniach.

– No cóż, pomyślałem, że zacznę od sałatki makaronowej z pieczonymi marchewkami, ogórkami i orzeszkami piniowymi, i może przystawki z cukinii. Twoja mama wspominała, że planowała jako danie główne coś zwykłego, więc pomyślałem, żeby przygotować kanapki z ciecierzycą w sosie curry na focaccii, a do tego nadziewane czerwone papryki z ryżem, cskariolą i fasolką garbanzo. Co wszyscy sądzą o pieczonych jabłkach ze świeżo ubitą śmietaną i tym oto sorbetem na deser? Muszę powiedzieć, pani Robinson, że wybrała pani fantastyczne składniki.

– O rany, mamo, co właściwie chciałaś ugotować? – spytałam, delektując się wyrazami twarzy ich obojga.

– Zapiekankę – mruknęła mama, nie odrywając wzroku od Sammy'ego. – Po prostu chciałam wrzucić to wszystko razem i zapiekać przez parę minut.

– To też brzmi świetnie – natychmiast stwierdził Sam-my. – Z przyjemnością to właśnie przygotuję, jeśli tak państwo wolicie.

– Nie! – wykrzyknęliśmy jednocześnie z tatą. – Proszę cię, Sammy, nie przerywaj. To będzie dla nas prawdziwa gratka – oznajmił tata, klepiąc go po ramieniu i próbując pastę z ciecierzycy.

Kolacja była oczywiście niesamowita, tak dobra, że nie zrobiłam żadnej złośliwej uwagi na temat braku mięsa czy nadmiaru organicznej żywności, ale głównie dlatego, że w ogóle niczego nie zauważyłam. Wszystkie moje obawy co do niezręcznej sytuacji, że Sammy siedzi przy stole z moimi rodzicami, ulotniły się, kiedy skończyliśmy sałatkę makaronową, a Sammy dosłownie promieniał od nieustannych pochwał, którymi go obsypywaliśmy, zrobił się taki rozmowny i szczęśliwy. Nigdy go przedtem takim nie widziałam. Zanim się zorientowałam, co się dzieje, już sprzątałam ze stołu, a rodzice zabrali go z powrotem do oranżerii i pokazywali mu moje okropne zdjęcia jako nagiego niemowlęcia w kąpieli oraz wszystkie rzeczy, które jakoby osiągnęłam w życiu, a które kompletnie nie obchodzą nikogo oprócz ludzi, którzy to życie komuś dali. Była już prawie północ, kiedy rodzice w końcu ogłosili, że idą się położyć.

– Wy dwoje jak najbardziej możecie zostać, ale twój ociec i ja musimy już iść spać – obwieściła mama, gasząc ostatni niedopałek goździkowego papierosa, przyjemności, którą sobie fundowali, kiedy byli w świątecznym nastroju. – Jutro wielki dzień. – Wyciągnęła rękę do ojca, który ujął ją z uśmiechem. – Miło było cię poznać, Sammy. Po prostu uwielbiamy poznawać przyjaciół Bette.

Sammy zerwał się z miejsca.

– Mnie również miło było was poznać. Dziękuję za gościnę. I powodzenia na jutrzejszym przyjęciu. Zapowiada się wspaniale.

– Tak, no cóż, to tradycja i mamy nadzieję, że i ciebie tam spotkamy. Dobranoc – powiedział ojciec wesoło, wchodząc w ślad za mamą do domu, ale najpierw nachylając się i szepcząc Sammy'emu gorące podziękowania za zapewnienie mu jadalnego posiłku.

– Są świetni – stwierdził cicho Sammy, kiedy drzwi się zamknęły. – Po tym, jak ich opisałaś, naprawdę spodziewałem się cyrkowych dziwaków. Tymczasem są najnormalniejsi w świecie.

– Tak, no cóż, wszystko chyba zależy od tego, jak zdefiniujemy normalność. Gotowy?

– Tak, oczywiście. Jeżeli ty jesteś gotowa.

– Pewnie chciałbyś pojechać do domu, ale jeżeli masz ochotę, chętnie się jeszcze pokręcę.

Wyglądało na to, że się zastanawia, po czym zapytał:

– Może byśmy wpadli do Starlight?

Sprawa przesądzona: jest idealny.

– Świetny pomysł. To najlepsza knajpka na świecie. Uwielbiasz ją tak samo jak ja?

– Bardziej. Chodziłem tam w liceum, sam, jeśli możesz sobie w ogóle wyobrazić takie upokorzenie. Siadywałem tam po prostu z książką czy czasopismem nad filiżanką kawy. Byłem zdruzgotany, kiedy odeszła stamtąd pierwsza dama z brodawkami.

Starlight stanowiło epicentrum naszego licealnego życia towarzyskiego, było miejscem, w którym jako nastolatka spędzałam większość czasu, przesiadując z przyjaciółkami, które tak jak ja nie były ani dość ładne, ani modne, żeby zaliczać się do osób popularnych, ale nadal z pewnością górowały nad durniami i ofermami (głównie przerażająco aspołecznymi typami matematycznymi i komputerowymi), które to ofiary niechętnie, ale zajmowały szczeble drabiny społecznej pod nami. Hierarchia społeczna była tam ściśle przestrzegana – modna młodzież okupowała część dla palących, poważnie upośledzeni towarzysko grali w gry wideo w dwóch budkach na tyłach, a moje towarzystwo (zbieranina hippisów, alternatywnych punków i osób z ambicjami towarzyskimi, które nie zakwalifikowały się jeszcze do pierwszej ligi) zajmowała kilka stolików i całą przestrzeń w środku. Chłopcy siadywali w jednym boksie, palili i dyskutowali – z dużą swadą i sugerując wielkie znawstwo – czy zrezygnowaliby z miłości francuskiej lub seksu, gdyby ktoś przyłożył im pistolet do głowy, a my, ich lojalne dziewczyny (które nigdy z żadnym z nich nie posunęły się dalej niż do całowania) piłyśmy kawę i analizowałyśmy bardzo szczegółowo, która z dziewczyn w szkole ma najlepsze ubrania, piersi i chłopaka. Starlight stanowiło wersję Central Parku na miarę Poughkeepsie, było tylko trochę bardziej lepkie, ze światłem jarzeniowym, brązowymi winylowymi lożami i obsługą, której każdy pracownik – niewiarygodne! – miał na twarzy brodawkę albo brakowało mu palca. Uwielbiałam to miejsce tak samo, jak czasem ludzie zachowują sentyment do dziecięcego pokoju albo letniska, i wracałam tam jak gołąb pocztowy za każdym razem, gdy byłam w mieście. Kiedy pomyślałam o Sammym siedzącym tam samotnie, zrobiło mi się smutno i nostalgicznie.

Usadowiliśmy się w najmniej lepiącej się loży, jaką udało nam się znaleźć, i udawaliśmy, że czytamy plastikowe menu, które nie zmieniło się od dziesiątków lat. Chociaż byłam najedzona, zastanawiałam się nad tostem cynamonowym albo frytkami i w końcu uznając, że faszerowanie się węglowodanami jest poza Manhattanem dopuszczalne, wzięłam jedno i drugie. Sammy zamówił filiżankę swojej zwykłej kawy. Jedna z moich ulubionych kelnerek, kobieta z najdłuższym włosem wyrastającym z brodawki blisko wargi, parsknęła, kiedy poprosił o odtłuszczone mleko zamiast śmietanki i prowadzili teraz swoisty pojedynek na gniewne spojrzenia przez salę.

Popijaliśmy kawę, rozmawialiśmy i skubaliśmy jedzenie.

– Nigdy nie wspominałeś, że szykujesz brunch w Gramercy Tavem. Chętnie bym tam wpadła.

– Tak, ty też nigdy nie powiedziałaś, że wygłaszałaś mowę pożegnalną w imieniu swojej klasy. Ani że wygrałaś nagrodą imienia Martina Luthera Kinga za międzykulturową pracę społeczną.

Roześmiałam się.

– O rany, niczego nie opuścili, prawda? Myślałam, że skoro skończyłeś liceum trzy lata przede mną, nie będziesz żadnej z tych rzeczy pamiętał, ale się myliłam.

Kelnerka dolała Sammy'emu kawy, celowo trochę rozlewając.

– Są z ciebie dumni, Bette. Myślę, że to bardzo miłe.

– Byli ze mnie dumni. Teraz jest inaczej. Nie sądzę, żeby moja świeżo nabyta umiejętność przyciągania sław do Bungalowu Osiem i opisy w plotkarskiej prasie to było dokładnie to, czego dla mnie chcieli.

Uśmiechnął się smutno.

– Każdy idzie na kompromis, wiesz? To nie znaczy, że jesteś inną osobą, niż byłaś wtedy.

Powiedział to w taki sposób, że zapragnęłam w to uwierzyć.

– Czy możemy już stąd iść? – zapytałam, prosząc gestem o rachunek, który niezależnie od tego, ile osób siedziało przy stoliku i co zostało zamówione, zawsze wynosił dokładnie trzy dolary od osoby. – Chyba muszę zaoszczędzić trochę energii na jutrzejsze uroczystości, do udziału w których mam nadzieję cię namówić…

Zostawił na stoliku dwudziestodolarowy banknot („żeby zadośćuczynić za te wszystkie wieczory, kiedy zostawiałem naprawdę nędzne napiwki, a siedziałem godzinami”) i położył mi dłoń na plecach, prowadząc mnie do wyjścia. Szliśmy na tyle okrężną drogą, że zdążył jeszcze wygrać dla mnie małą wypchaną świnkę z automatu z chwytakiem w foyer – tego, który stał obok obrotowej witryny z ciastami. Przytuliłam świnkę, a on stwierdził, że nigdy w życiu lepiej nie wydał dwóch dolarów w dwudziestopięciocentówkach. Szesnastokilometrowa przejażdżka do domu Sammy'ego upłynęła nam w ciszy i zdałam sobie sprawę, że przez te wszystkie lata, które spędziłam w Poughkeepsie, nigdy nie byłam w tej części miasta. Oboje byliśmy w nastroju kontemplacyjnym, bez pogaduszek, żartów czy zwierzeń, na których upłynęło nam dziewięć spędzonych razem godzin. Dziewięć godzin, które zdawały się pięcioma minutami. Zatrzymałam się na krótkim nieutwardzonym podjeździe przy niedużym schludnym domu w stylu kolonialnym i ustawiłam biegi w położeniu do parkowania.

– To był uroczy wieczór. Dzień, wieczór, całe spotkanie. Dziękuję za podwiezienie i za kolację, za wszystko. – Nie wyglądało na to, żeby się specjalnie spieszył z wysiadaniem i w końcu zaczęłam obracać w głowie myśl, że może mnie pocałuje. W każdej powieści Harlequina byłaby teraz wzmianka o tym, jak przeskakują między nami iskry.

– Mówisz serio? To ja powinnam dziękować. Tylko ty uratowałeś nas od całej nocy cierpień z powodu zatrucia pokarmowego – wypaliłam. Potem wetknęłam ręce pod kolana, żeby się nie trzęsły.

A on już wysiadał z samochodu. Tak po prostu. Zwyczajnie otworzył drzwi, wziął z tylnego siedzenia swój worek i pomachał, może coś powiedział, że jutro zadzwoni. Rozczarowanie zapiekło mnie jak uderzenie w twarz, wrzuciłam wsteczny najszybciej, jak tylko potrafiłam. Musiałam odjechać, zanim zacznę płakać. Skąd ci przyszło do głowy, że mógłby być tobą choć odrobinę zainteresowany, zapytałam sama siebie, odtwarzając w myślach wydarzenia wieczoru. Potrzebował podwózki, ty zaproponowałaś, że go podwieziesz i przez cały czas zachowywał się wyłącznie po przyjacielsku. Łudzisz się i musisz to w sobie natychmiast przełamać, zanim zrobisz z siebie kompletną idiotkę. Odwróciłam się, żeby wyjechać tyłem ze żwirowego podjazdu, i zobaczyłam postać zbliżającą się do samochodu.

Mówił coś, ale nie słyszałam go przez zamkniętą szybę. Opuściłam ją i wcisnęłam hamulec.

– Zapomniałeś czegoś? – zapytałam, starając się powstrzymać drżenie głosu.

– Tak.

– Zaczekaj chwilkę. Proszę, tylne drzwi są otwarte, więc…

Nie dane mi było dokończyć. Sięgnął do środka przez otwarte okno kierowcy, nad moimi kolanami, i przez moment poczułam strach, dopóki nie chwycił dźwigni zmiany biegów i nie ustawił jej w pozycji do parkowania. Odpiął mój pas, otworzył drzwi i wyciągnął mnie z samochodu.

– Co? Nie wiem…

Uciszył mnie, ujmując moją twarz w dłonie w dokładnie taki sposób, o jakim marzy każda dziewczyna, i w jaki żaden facet tego nigdy nie robi. Dokładnie tak, jak na okładce Pożądania, o ile dobrze pamiętam tytuł, na ilustracji, która moim zdaniem przedstawiała szczytowe osiągnięcie w zakresie romantycznego pocałunku. Jego dłonie było chłodne i silne, byłam przekonana, że czuje, jak moja twarz płonie, ale nie było czasu, żeby się tym przejmować. Pochylił się i pocałował mnie tak miękko, że ledwie mogłam zareagować, nie miałam wyboru, musiałam tam stać i pozwolić, żeby to się stało, zbyt zszokowana, by oddać pocałunek.

– Następnym razem o tym nie zapomnę, obiecuję – powiedział głosem, który, przysięgłabym, brzmiał dokładnie tak ochryple, jak zdarza się to tylko w kinie. Z galanterią otworzył mi drzwi i gestem dał znak, żebym wsiadła. Szczęśliwa, że nie muszę już polegać na własnych nogach, opadłam niezdarnie na siedzenie i uśmiechałam się szeroko, a on zamknął drzwi i odszedł w stronę domu.

20

Właśnie skończyłam przywiązywać ostatni papierowy lampion w warzywny wzór, kiedy mama nie wytrzymała i zapytała o Sammy'ego.

– Bettino, kochanie, Sammy wydaje się uroczym chłopcem. Twój ojciec i ja z przyjemnością go wczoraj poznaliśmy.

– Tak, rzeczywiście wydaje się miły. – Zamierzałam ją zmusić, żeby się nad tym napracowała i cieszyć się każdą sekundą jej wysiłków.

– Czy przyłączy się do nas wieczorem? – Umieściła półmisek z hummusem obok tacy z mieszanymi oliwkami i cofnęła się, żeby nacieszyć oko swoim dziełem, zanim przeniosła uwagę na mnie.

– Nie sądzę. Wiem, że miałby ochotę, ale oboje przyjechaliśmy tylko na weekend i myślę, że chce spędzić trochę czasu ze swoim tatą. Wspomniał, że może wybiorą się na steki czy coś w tym rodzaju.

– Mmm, rzeczywiście? – zapytała mama z napięciem w głosie, wyraźnie starając się nie komentować czegoś, co z pewnością wyobraziła sobie jako szaleńczą orgię mięsożerców. Sammy powiedział tylko, że pewnie wybiorą się na świąteczny obiad, ale doprowadzanie jej do szaleństwa było zbyt łatwe i zbyt zabawne. – Może chciałby potem wpaść i pokosztować naszych najlepszych lokalnych produktów?

– Tak, cóż, zdecydowanie przekażę mu to seksowne zaproszenie. – Poczułam się rozstrojona, kiedy Sammy zadzwonił, żeby powiedzieć, że nie da rady przyjść na przyjęcie, i jeszcze bardziej, kiedy wspomniał, że nie będzie wracał do miasta razem ze mną. Po uprzejmych podziękowaniach za przejażdżkę poprzedniego dnia wyjaśnił, że musi pracować w sobotę wieczorem i z powrotem pojedzie autobusem. Pomyślałam o tym, żeby też wcześniej wyjechać, ale wiedziałam, że rodzice by się zdenerwowali, więc po prostu życzyłam mu dobrej nocy i odłożyłam słuchawkę.

– Hej, Bettino, przyjdź mi z tym pomóc, dobrze? – Tata z czułością układał stos patyków i drewna na opał w skomplikowany przeplatany wzór. Głównym punktem programu każdego Święta Plonów było ceremonialne ognisko, wokół którego wszyscy gromadzili się, żeby tańczyć, pić wino i „sławić plony”, cokolwiek to oznaczało.

Przyłączyłam się do niego. Czułam się wyjątkowo swobodnie w znoszonych sztruksach z czasów liceum, wełnianym swetrze na suwak i zmechaconej kamizelce. Było to dziwnie rozkoszne wrażenie, ulga po cienkich topach i ciasnych, podnoszących tyłek, obciskających uda dżinsach, które zwykle nosiłam z religijnym oddaniem. Moje stopy spowijały puchate skarpetki z angory, na które założyłam mięciutkie indiańskie mokasyny. Na gumowych podeszwach. Wyszywane paciorkami. Z frędzlami. W liceum stanowiły potworną obrazę wobec wymagań mody, ale i tak je nosiłam. Chodzenie w nich teraz, kiedy pyszniły się na każdej stronie „Lucky”, wydawało się skażone, ale były zbyt wygodne, żeby unikać ich dla samej zasady. Głęboko wciągnęłam listopadowe powietrze i poczułam coś dziwnie przypominającego szczęście.

– Hej, tato, co mogę zrobić?

– Bierz się za ten stos obok oranżerii i przytargaj go tutaj, jeśli możesz – mruknął, kładąc sobie na ramieniu szczególnie dużą kłodę.

Rzucił mi parę wielkich rękawic roboczych – takich, co to dawno temu zrobiły się czarne od brudu – i machnął mniej więcej w stronę drewna. Wciągnęłam rękawice i zaczęłam przenosić opał z jednego miejsca na drugie, kłodę za kłodą.

Mama oznajmiła, że idzie wziąć prysznic, ale zostawiła nam w kuchni dzbanek herbaty z lukrecji. Usiedliśmy, nalaliśmy, wypiliśmy.

– Więc powiedz, Bettino, jakiego rodzaju relacja łączy cię z tym miłym młodym człowiekiem z wczorajszego wieczoru? – zapytał tata, starając się mówić niedbałym tonem.

– Miłym młodym człowiekiem?- powtórzyłam, bardziej by zyskać na czasie, niż zażartować. Wiedziałam, że oboje rozpaczliwe chcą usłyszeć, że Sammy i ja się spotykamy – i Bóg jeden wie, że nikt bardziej ode mnie nie pragnął, żeby tak było naprawdę – ale nie mogłam się zmusić do wyjaśnienia całej tej sytuacji.

– Cóż, wiesz oczywiście, że twoja matka i ja w marzeniach widzimy cię u boku kogoś takiego jak kolega Penelope. Jak mu na imię?

– Avery.

– Słusznie. Avery. Bo rozumiesz, rozkosznie byłoby mieć dostęp do niewyczerpanego źródła naprawdę dobrej trawy, ale pomijając wymarzony ideał, ten koleżka Sammy wydaje się w porządku. – Wyszczerzył zęby, ciesząc się z własnego żartu.

– No tak, ale nie mam żadnych ekscytujących wieści do przekazania. Właściwie to tylko go tu podwiozłam, wiesz? – Nie miałam ochoty wdawać się w dyskusję. Byłam już trochę za duża, żeby opowiadać rodzicom o czymś, co w tym momencie można by określić najwyżej mianem zauroczenia.

Tata upił łyk herbaty i zerknął na mnie znad kubka z napisem „Weterani dla pokoju”. Z tego, co wiedziałam, żadne z moich rodziców nie zaliczało się do weteranów w żadnej dziedzinie, ale nie powiedziałam ani słowa.

– W porządku. A więc jak tam w pracy? – zapytał.

Udało mi się nie myśleć o pracy przez całe dwadzieścia cztery godziny, ale nagle poczułam histeryczną potrzebę sprawdzenia wiadomości. Na szczęście w domu rodziców nie było zasięgu i nie zawracałam sobie głowy sprawdzaniem poczty przez ich telefon stacjonarny.

– Właściwie całkiem dobrze – odparłam szybko. – Znacznie lepiej, niż się spodziewałam. Na ogół lubię ludzi, z którymi pracuję. Imprezy są na razie zabawne, chociaż widzę, jak szybko można się tym znudzić. Poznaję tłumy nowych ludzi. W sumie na teraz wydaje się, że to dobry plan.

Skinął głową, jakby to rozważał, ale widziałam, że chce coś powiedzieć.

– Co takiego? – zapytałam.

– Nie, nic. To wszystko jest bardzo interesujące.

– Co w tym interesującego? Imprezy w ramach public relations. Moim zdaniem to nic porywającego.

– Cóż, oczywiście, dokładnie to mam na myśli. Nie zrozum mnie źle, Bettino, ale my – to znaczy twoja matka i ja – jesteśmy po prostu nieco zaskoczeni, że wybrałaś taką drogę.

– Przynajmniej nie jest to UBS. Mama prawie dostała ataku serca, kiedy się dowiedziała, że jednym z naszych klientów było Dow Chemical. Codziennie przez trzy tygodnie pisała do mnie listy, oskarżając mnie o wspieranie wycinania lasów, raka płuc u dzieci, a nawet, chociaż nadal nie rozumiem, w jaki sposób, wojny w Iraku. Nie pamiętasz? Była taka przerażona, że w końcu musiałam uzyskać pozwolenie na rezygnację z pracy dla tego klienta. Jak możecie się denerwować faktem, że mam nową pracę?

– Nie chodzi o to, że się denerwujemy, Bettino, myśleliśmy po prostu, że jesteś gotowa na coś, coś… znaczącego. Może uzyskanie grantu na pisanie? Zawsze wspaniale pisałaś. I czy przez jakiś czas nie mówiłaś o Świadomym Rodzicielstwie? Co się stało z tym planem?

– Wspominałam o różnych rzeczach, tato. Ale to się trafiło i dobrze się bawię. Czy jest w tym coś złego? – Wiedziałam, że brzmi to defensywnie, ale ta rozmowa w najwyższym stopniu mnie brzydziła.

Uśmiechnął się i położył rękę na mojej dłoni.

– Oczywiście, że to nic złego. Wiemy, że w końcu znajdziesz własną drogę.

– Znajdę drogę? A cóż to za protekcjonalny ton? W tym, co robię, nie ma niczego złego…

– Bettino? Robercie? Gdzie jesteście? Właśnie dzwoniły dziewczyny ze spółdzielni spożywczej, że już jadą. Czy ognisko przygotowane? – Głos mamy odbił się echem od drewnianych ścian domu. Spojrzeliśmy na siebie, a potem wstaliśmy.

– Już idziemy, kochanie! – zawołał tata.

Umieściłam oba nasze kubki w zlewie i przepchnęłam się obok ojca, biegnąc na górę, żeby zmienić jedne workowate spodnie na drugie. Zanim przejechałam szczotką po włosach i wtarłam trochę wazeliny w usta (te same usta, które niespełna dwadzieścia cztery godziny temu całował Sammy), na podwórzu słychać już było głosy.

W godzinę dom pękał w szwach i zdałam sobie sprawę, że większości tych ludzi nie znam. Oprócz garstki sąsiadów i pracowników uniwersytetu, których znałam od lat, wszędzie kręciły się duże grupy obcych, którzy popijali gorący cydr i kosztowali baba ganoush.

– Hej, mamo, kim są ci wszyscy ludzie? – zapytałam, zakradając się do niej do kuchni, kiedy szykowała lemoniadę. Słońce właśnie zaszło – a raczej niebo pociemniało, ponieważ tak naprawdę nie mieliśmy tego dnia słońca-i zaczął grać jakiś zespół, coś w rodzaju orkiestry klezmerskiej. Mężczyzna w sandałach podobnych do sandałów mojego ojca wydał zachwycony okrzyk i zaczął podskakiwać w irytującym tańcu, który równe dobrze mógł oznaczać uwięźnięcie przepukliny jak chęć zabawy. Nie był to typowy obiad z okazji Święta dziękczynienia.

– Niech się zastanowię… W tym roku mamy masę nowych gości. Mieliśmy więcej czasu na aktywność towarzyską, ponieważ twój ojciec uczy w tym semestrze tylko jedną grupę. Ci siedzący przy stole to ludzie z naszej spółdzielni spożywczej. Wiesz, że kilka miesięcy temu przenieśliśmy się do nowej? Nasza zrobiła się taka faszystowska! Och, a te dwie urocze pary znamy z sobotniego targu warzywnego na Euclid Street. Niech spojrzę. Tam są ludzie, których poznaliśmy podczas tygodniowego milczącego czuwania na rzecz zniesienia kary śmierci w zeszłym miesiącu i kilka osób z naszego komitetu na rzecz budowy osad zrównoważonych ekologicznie…

Kontynuowała opowiadanie, napełniając pojemniki do lodu i porządnie ustawiając je w zamrażarce. Oparłam się o blat i zaczęłam zastanawiać, kiedy dokładnie zniknęły punkty wspólne między życiem moim a życiem rodziców.

– Chodź, chcę cię przedstawić Eileen. Pracuje ze mną w centrum kryzysowym i w tym roku była zbawieniem. Wie o tobie wszystko i nie mogę się doczekać, żebyście się poznały.

Nie musiałyśmy jej szukać, ponieważ Eileen zjawiła się w kuchni, zanim zdołałyśmy ustawić dzbanki na tacach, żeby je wynieść na zewnątrz.

– O niech mnie, to musi być Bettina! – wysapała, pędząc w moim kierunku i wywijając mięsistymi ramionami. Była w przyjemny sposób grubiutka, dzięki tej krągłości i szerokiemu uśmiechowi sprawiała wrażenie osoby godnej zaufania. Zanim zdążyłam pomyśleć o wykonaniu jakiegokolwiek ruchu, chwyciła mnie w objęcia jak niemowlę.

– Och! Tak się cieszę, że wreszcie się spotykamy. Twoja mama tyle mi o tobie opowiadała, czytałam niektóre z tych fantastycznych listów, które pisałaś w liceum! – W tym momencie rzuciłam mamie zabójcze spojrzenie, ale tylko wzruszyła ramionami.

– Naprawdę? Cóż, to było kawał czasu temu. Oczywiście też słyszałam o pani wiele dobrego – skłamałam. Imię tej kobiety padło po raz pierwszy trzydzieści sekund wcześniej, ale mama wyglądała na zadowoloną.

– Hę! Doprawdy? No, chodź tu. Siadaj obok cioci Eileen i opowiadaj, jak to jest być sławną!

„Ciocia Eileen” to była już lekka przesada, biorąc pod uwagę, że wyglądała na może dziesięć lat ode mnie starszą, ale nie protestowałam i usiadłam przy kuchennym stole.

– Sławna? Chyba myśli pani o kimś innym. W pewnym sensie pracuję ze sławnym ludźmi, zajmuję się public relations, ale siebie absolutnie bym tak nie opisała-powiedziałam wolno, przekonana, że Eileen musiała mnie pomylić z czyjąś inną córką.

– Moja droga, może i mieszkam w Poughkeepsie, ale nikt nie czyta tylu kolorowych pism co ja! A teraz – nie zatrzymuj tego dla siebie ani chwili dłużej. Jak to jest chodzić z tym boskim Philipem Westonem? – W tym miejscu gwałtownie zaczerpnęła tchu i udała, że mdleje. – Mów, nie pomiń najmniejszego szczegółu. To najwspanialszy mężczyzna na ziemi!

Roześmiałam się skrępowana, rozważając w myślach drogi ucieczki, ale tak naprawdę zdenerwowałam się dopiero, widząc wyraz twarzy mojej matki.

– Przepraszam?- zapytała. – Jakim Philipem?

Eileen spojrzała na nią z niedowierzaniem i powiedziała:

– Anne, tylko spróbuj mi powiedzieć, że nie wiesz, że twoja rodzona córka umawia się z najbardziej pożądanym mężczyzną na świecie. Tylko spróbuj! – pisnęła. – Nie zapytałam o to ciebie, bo wiedziałam, że dziś wieczorem poznam Bettinę i chciałam rozkoszować się wszystkimi soczystymi szczegółami wprost z ust samej bohaterki!

Mama nie mogłaby wyglądać na bardziej zaskoczoną, nawet gdybym ją uderzyła, i w czasie tych kilku krótkich sekund zrozumiałam, że rodzice na szczęście nie czytali ostatnich rewelacji w odcinkach autorstwa Abby.

– Ja… eee… nie wiedziałam, że masz chłopaka – wyjąkała, najprawdopodobniej czując się podwójnie zdradzona: córka najwyraźniej nie tylko nie przekazała jej kluczowych informacji, ale ta skaza w relacji matka-córka była teraz wyraźnie widoczna dla jej współpracownicy. Chciałam uściskać mamę i odciągnąć gdzieś na bok, żeby spróbować wszystko wyjaśnić, ale Eileen nadal bombardowała mnie pytaniami.

– Czy podał jakieś wyjaśnienie, czemu on i Gwynnie się rozstali? Zawsze się nad tym zastanawiałam. Och, i czy kiedykolwiek spotkał osobiście królową angielską? Domyślam się, że tak, przecież pochodzi ze szlachty, ale zastanawiam się, jakie to uczucie?

– Ze szlachty? – wyszeptała mama, przytrzymując się blatu dla zachowania równowagi. Wyglądała, jakby chciała mi zadać milion pytań, ale jedyne, na co się zdobyła, brzmiało: – A co z tym chłopcem z wczorajszego wieczoru?

– Był tutaj? – Eileen z miejsca zażądała odpowiedzi. – Philip Weston tu był? W Poughkeepsie? Wczoraj? Omójboże…

– Nie, Philipa Westona tu nie było. Podwiozłam przyjaciela, który wracał do domu i wstąpił poznać mamę i tatę. Nie umawiam się z Philipem. Po prostu parę razy byliśmy gdzieś razem. Jest zaprzyjaźniony ze wszystkimi ludźmi, z którymi pracuję.

– Oooooch – westchnęła Eileen. Najwyraźniej wystarczyło jej to wyjaśnienie. Mama nie wyglądała jednak na równie zadowoloną.

– Parę razy wychodziłaś, ale z kim? Z jakimś Westonem, tym czy innym? Chcesz powiedzieć, że z tych sławnych angielskich Westonów?

Czułam pewną dumę, że Philip jest tak szeroko znany – nawet mama o nim słyszała.

– Tym samym – stwierdziłam, zachwycona, że tak gładko wszystko się wyjaśniło.

– Bettino, czy masz świadomość, że Westonowie to zaprzysięgli antysemici? Pamiętasz tę sytuację z kontami ofiar Holokaustu w szwajcarskich bankach? I jakby tego było mało, są znani z wykorzystywania niewolniczej pracy w Ameryce Południowej w niektórych swoich przedsięwzięciach biznesowych. A ty się umawiasz z jednym z nich?

Eileen najwyraźniej zorientowała się, że rozmowa przybrała niepożądany obrót, i cicho się wymknęła.

– Nie umawiam się z nim – odparłam stanowczo, chociaż to zaprzeczenie zabrzmiało nieco śmiesznie w świetle mojego poprzedniego oświadczenia, że parą razy z nim wychodziłam.

Spojrzała na mnie badawczo, jakby widziała mnie po raz pierwszy od miesięcy, i powoli pokręciła głową.

– Nigdy bym się tego po tobie nie spodziewała, Bettino, naprawdę.

– Czego nie spodziewała?

– Nigdy nie sądziłam, że moja córka mogłaby przebywać w towarzystwie tego typu ludzi. Chcemy, żebyś była tym, kim jesteś, inteligentną, ambitną dziewczyną, która odnosi sukcesy, ale próbowaliśmy także wpoić ci pewną społeczną i obywatelską świadomość. Co się z tym stało, Bettino? Powiedz mi, co się z tym stało?

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, jakiś mężczyzna, którego nigdy wcześniej nie widziałam, wbiegł do kuchni oznajmić, że mama jest potrzebna na zewnątrz do zdjęcia dla miejscowej gazety. Od pięciu lat rodzice wykorzystywali doroczne przyjęcia, by zbierać fundusze na schroniska dla maltretowanych kobiet z okolicy, i rzecz nabrała w Poughkeepsie takiej rangi, że relacje zamieszczały obie gazety, wydawana przez college i lokalna. Przyglądałam się, jak fotograf ustawia rodziców najpierw w oranżerii, a potem przy ognisku, i resztę wieczoru spędziłam, poznając ogromne grono ich przyjaciół i współpracowników. Ani mama, ani ojciec nie wspomnieli więcej o mojej pracy czy Philipie Westonie, ale obie te sprawy wisiały w powietrzu, pozostawiając niemiły posmak. Nagle nie mogłam się doczekać, żeby znów znaleźć się w mieście.

21

Tydzień po Święcie Dziękczynienia był nie do wytrzymania. Wisiała nade mną troska rodziców, Philip dzwonił bez przerwy i chociaż wmawiałam sobie, że nie ma powodu do zmartwienia, Sammy jeszcze się nie odezwał. Parę dni spędziłam w rozmarzeniu, od nowa przeżywając Pocałunek, wspominając, jak Sammy wyciągnął mnie z samochodu, i zastanawiając się, kiedy wreszcie się ze mną skontaktuje, ale zaczynało to tracić urok. Na domiar złego Abby nie przestała o mnie pisać, mimo że opuściłam miasto na pięć pełnych dni. W tamtym okresie nie miałam pewności co do wielu spraw, ale wiedziałam z całą pewnością, że Abby nie brała udziału w Święcie Plonów moich rodziców, więc tym bardziej denerwujący okazał się widok mojego nazwiska w nagłówku „Nowojorskiej Bomby”. KŁOPOTY W RAJU? ROBINSON ZBIERA SIŁY W RODZINNYM MIEŚCIE. Abby dodała jeszcze, jak to moja „nagła nieobecność” dała się zauważyć, ponieważ Philip i ja byliśmy „nierozłączni” i fakt, że „ratowałam się ucieczką” do domu rodziców w głębi stanu najwyraźniej wskazywał na jakieś poważne kłopoty w naszym związku. Znalazła się nawet dodatkowa sugestia, że „weekend z dala od imprezowej sceny” mógł mieć coś wspólnego z potrzebą „detoksu” albo może „lizaniem ran po odtrąceniu”. Zakończyła tekst, zachęcając wszystkich, by śledzili dalsze losy sagi Weston/Robinson.

Wyrwałam pierwszą stroną z zabezpieczonego zszywaczami biuletynu, zwinęłam w kulę i, najmocniej jak mogłam, rzuciłam przez cały pokój. Jakie kłopoty w związku? Detoks? Odrzucenie? Nawet bardziej obraźliwa niż domniemanie, że Philip i ja się umawiamy, była sugestia, że już się nie umawiamy. A detoks? Wystarczająco kiepsko było zostać opisaną jako osoba, która imprezuje jak szalona, ale być kimś, kto nad tym nie panuje, to czysty wstyd. Sytuacja zrobiła się niemal zbyt absurdalna, żeby ją pojąć. Trzy pełne dni zajęło mi przekonanie Kelly (i Elisy, która sprawiała wrażenie szczególnie zatroskanej), że Philip i ja się nie kłócimy, że nie szukałam w Poughkeepsie możliwości skorzystania z klinik odwykowych i nie mam zamiaru ani powodu „rzucać” Philipa w najbliższym czasie.

Większą część grudnia spędziłam, biorąc udział w jak największej liczbie imprez, fotografując się z Philipem, i generalnie aż się prosząc o paskudne komentarze ze strony Abby (która radośnie skorzystała z okazji), więc wszystko wróciło do jakiej takiej pokręconej wersji normalności. Kelly ustaliła dla nas rotacyjny plan urlopowy, ponieważ nie mogliśmy wszyscy wziąć wolnego w tym samym czasie, i zgodziłam się zająć koktajlem dla żydowskich klientów w Boże Narodzenie w zamian za wolne w sylwestra. Cieszyłam się już na Nowy Rok spędzany z Penelope w Los Angeles, bo kiedy tylko dowiedziałam się, jak wygląda mój plan pracy, w końcu przyjęłam jej zaproszenie i kupiłam bilet. Do Gwiazdki zostały dwa tygodnie i nasze poniedziałkowe zebranie zespołu było bardziej szalone niż kiedykolwiek. Fantazjowałam już o tym, jak to w szortach i klapkach, z krwawą mary w ręku, nadrabiamy z Pen zaległości na plaży w środku zimy, kiedy w moje myśli wdarł się głos Kelly:

– Przyjęliśmy nowego klienta, z którego naprawdę się cieszę – oznajmiła z szerokim uśmiechem. – Od dzisiaj oficjalnie reprezentujemy Stowarzyszenie Właścicieli Nocnych Klubów w Stambule.

– To w Stambule jest nocne życie? – zapytał Leo, badawczym wzrokiem mierząc skórkę przy paznokciu, która wydawała się nieskazitelna.

– Nie wiedziałam, że w Syrii wolno prowadzić kluby! – wykrzyknęła Elisa z wyrazem szoku na twarzy. – Przecież muzułmanie nawet nie piją, zgadza się?

– Stambuł jest w Turcji, Eliso – sprostował Leo, wyglądając na bardzo z siebie zadowolonego. – I chociaż to kraj muzułmański, jest naprawdę bardzo zachodni i mają całkowity rozdział kościoła od państwa. Chyba powinienem powiedzieć: meczetu od państwa.

– Dokładnie, Leo, dokładnie tak. Jak wszyscy wiecie, jesteśmy gotowi rozszerzyć działalność na klientów międzynarodowych i uważam, że to będzie idealny początek. Stowarzyszenie tworzy około trzydziestu właścicieli klubów w mieście i najbliższej okolicy i szukają kogoś, kto wypromuje aktywne nocne oblicze miasta. Wybrali nas – stwierdziła z uśmiechem.

– Nie wiedziałam, że ludzie jeżdżą do Turcji imprezować – prychnęła Elisa. – W końcu to raczej nie Ibiza, zgadza się?

– Cóż, dokładnie dlatego potrzebują naszej pomocy – powiedziała Kelly. – Jak rozumiem, Stambuł to niezmiennie kosmopolityczne miasto, naprawdę bardzo szykowne, i nie mają problemu z przyciągnięciem wszelkiego rodzaju wspaniałych Europejczyków, którzy uwielbiają plaże, kluby i tanie zakupy. Ale turystyka ucierpiała od czasów jedenastego września, więc chcą dotrzeć do Amerykanów, szczególnie tych młodych, i pokazać im, że rozrywka w Stambule jest równie dostępna jak w Europie, ale o wiele tańsza i znacznie bardziej egzotyczna. Nasze zadanie to uczynić z nich cel wyjazdów.

– I jak dokładnie mamy zamiar to zrobić? – zapytał Leo, teraz studiując klamrę swojego paska od Gucciego i wyglądając na potwornie znudzonego.

– Cóż, na początek musicie się zaznajomić z tym, co próbujemy promować. I dlatego właśnie wszyscy spędzicie Nowy Rok w Stambule. Skye zostaje ze mną, żeby stąd kontrolować sytuację. Wyjeżdżacie dwudziestego ósmego grudnia.

– Co? – prawie krzyknęłam – Jedziemy do Turcji? W środę?

– Czułam przerażenie – musiałam powiedzieć Penelope, że nie przyjadę do LA – połączone z podnieceniem, bo miałam odwiedzić tak egzotyczne miejsce.

– Kelly, zgadzam się z Bette. Nie jestem pewna, czy to taki dobry pomysł. Ja, wiesz, nie mam w zwyczaju odwiedzać krajów rozdartych wojną – oświadczyła Elisa.

– Nie mówiłam, że nie chcę jechać – wyszeptałam słabo.

– Rozdartych wojną? Czyś ty zgłupiała? – zapytała Skye.

– Mnie tam rozdarcie nie przeszkadza, ale nie wydaje mi się, żeby perspektywa wyjazdu do jakiegoś kraju Trzeciego Świata, gdzie jedzenie jest niebezpieczne, woda skażona i nie można oczekiwać przyzwoitej obsługi hotelowej, była szczególnie pociągająca. Na Nowy Rok? Naprawdę? – odezwał się Leo, patrząc na Kelly.

– Widzicie, to właśnie część problemu. – Kelly zachowywała spokój znacznie lepiej, niż umiałabym, będąc na jej miejscu. – Turcja to zachodnia demokracja. Za chwilę dołączą do Wspólnoty Europejskiej. W mieście jest Four Seasons, Ritz i Kempinski. Jest butik Versace, na litość boską. Mam całkowitą pewność, że wszystkim wam będzie idealnie wygodnie. Jedyne, czego wymagam, kiedy tam będziecie, to żebyście sprawdzili tyle klubów, knajp i restauracji, ile tylko zdołacie. Zabierzcie odpowiednie ciuchy. Pijcie szampana, którego wam dadzą. Róbcie zakupy. Wydawajcie. Imprezujcie ile się da. Świętujcie razem Nowy Rok. I, oczywiście, zabawiajcie waszych gości.

– Gości? To znaczy właścicieli klubów? Nie będę się, kurwa, prostytuowała z jakimiś tureckimi właścicielami klubów, Kelly! Nawet dla ciebie – oznajmiła Elisa, krzyżując ramiona na piersi dla podkreślenia swojego moralnego hartu.

Kelly uśmiechnęła się szeroko.

– Zabawne. – Zrobiła pauzę dla większego efektu. – Ale nie lękaj się, młoda Eliso. Goście, o których wspominam, to starannie wybrana grupa wpływowych osób dokładnie stąd, z Manhattanu.

Elisa uniosła głowę, poruszona.

– Kto? Kto jedzie? Co masz na myśli? Będziemy mieli ze sobą jakiś wspaniałych ludzi?

Davide i Leo też odzyskali ducha. Wszyscy siedzieliśmy, pochylając się lekko w oczekiwaniu, aż Kelly poda nam sensacyjne wieści.

– Cóż, nie mamy jeszcze ostatecznych potwierdzeń od wszystkich, ale w tej chwili zobowiązali się Marlena Bergeron, Emanuel de Silva, Monica Templeton, Olivier Montrachon, Alessandra Uribe Sandoval i Camilla von Alburg. Pomocny jest fakt, że w Nowym Jorku nie planuje się na sylwestra niczego poważnego – wszyscy szukają czegoś, czym można by się zająć. Polecicie prywatnym odrzutowcem i zatrzymacie się w Four Seasons. Klient zajmie się wszystkim bez ograniczeń: samochodami, drinkami, kolacjami, wszystkim, co będziecie mieli im – i fotografom – pokazać.

– Prywatnym odrzutowcem? – mruknęłam.

– Reporterzy? Proszę, powiedz, że nie wysyłasz nas tam z samolotem pełnym paparazzi – jęknęła Elisa.

– Tylko z tymi co zwykle, najwyżej trzema. Sami wolni strzelcy, więc nie będą związani z jednym wydawnictwem. Dorzuć czterech, może pięciu dziennikarzy, też wolnych strzelców, i powinniśmy mieć zapewnione fantastyczne relacje prasowe.

Rozważyłam tę informację. Za niespełna dwa tygodnie będę w drodze do Stambułu, do Turcji, zobowiązana do picia, tańców i wylegiwania się przy basenie jednego z najprzyjemniejszych na świecie hoteli, a jedynym moim prawdziwym obowiązkiem będzie zaopatrywanie starannie wybranej grupy ludzi z towarzystwa w wystarczającą ilość alkoholu i narkotyków, żeby na zdjęciach wyglądali na zadowolonych, ale jednocześnie byli odpowiednio trzeźwi, by powiedzieć reporterom coś chociaż z grubsza zrozumiałego. Zdjęcia z imprez pojawią się we wszystkich kolorowych tygodnikach i gazetach, kiedy tylko wrócimy do domu, a podpisy wyjaśnią, że każdy, kto jest kimś, bawi się teraz w Stambule i nikt się nie zorientuje, że dosłownie zapłaciliśmy, żeby przenieść tam imprezę, i to z obsługą w postaci wybranych fotografów, żeby ją uwiecznić, i dziennikarzy, żeby ją opisać. Genialne i stanowiące idealną realizację motta naszej branży: „Nagraj to i sprzedaj”.

Przelotnie błysnął mi obraz Penelope i prawie się udławiłam: jak mogę znowu jej to zrobić?

– Bette, pozwoliłam sobie poprosić Stowarzyszenie, żeby zarezerwowali dla ciebie i Philipa apartament dla nowożeńców. Przynajmniej tyle mogłam zrobić dla mojej ulubionej pary! – oświadczyła Kelly z wyraźną dumą.

– Philip jedzie? – wydusiłam. Od pocałunku z Sammym moja pseudorelacja z Philipem wydawała się jeszcze dziwniejsza.

– Ależ oczywiście, że jedzie! To jego pomysł! Opowiadałam mu o naszym nowym kliencie na imprezie BlackBerry i zaoferował pomoc. Stwierdził, że będzie szczęśliwy, zabierając grupę przyjaciół, żeby tam się zabawić, jeśli to w czymś pomoże. Nawet zaproponował odrzutowiec swojego ojca, ale Stowarzyszenie zaplanowało już wykorzystanie własnego. Bette, musisz być taka szczęśliwa.

Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, cokolwiek, ale Kelly doszła już do drzwi sali konferencyjnej.

– Okej, dzieciaki, mamy w najbliższych tygodniach masę roboty. Eliso, jesteś odpowiedzialna za kontakt z klientem i gośćmi, żeby potwierdzić i jeszcze raz potwierdzić wszystkie szczegóły dotyczące podróży. Upewnij się, że wszyscy wiedzą, kiedy i dokąd jadą i czego potrzebują. Leo, ty masz się skupić na kontakcie z dziennikarzami i fotografami oraz ich wydawcami, przygotuj krótki komunikat prasowy i „podpowiedzi”, załatw im wszystkie zdjęcia naszych gości, jakie zdołasz wygrzebać. Davide, zacznij kompletować teczki ludzi, których będziecie gościli. Wszyscy są oczywiście w bazie danych, więc wyciągnij ich charakterystyki i zaopatrz zespół w historie ich życia towarzyskiego, upodobania i to, czego nie lubią. Potem skontaktuj się z hotelem, żebyśmy mieli pewność, że wszyscy mają w pokojach właściwe wody, wina i przekąski. Nie sądzę, żebyśmy mieli do czynienia z jakimiś poważnymi konfliktami o podtekście romantycznym, ale się upewnij. Oprócz tego, że Camilla pieprzyła się z Oliverem, a on podobno sypia teraz z Monicą, mamy chyba raczej grupę bez takich niestosownie intymnych powiązań, co powinno ułatwić sprawę.

Wszyscy notowali jak szaleni, a dziewczyny od wykazów, którym pozwolono siedzieć z tyłu sali i obserwować zebranie, wpatrywały się w nas ze zdumieniem.

– Kelly, a co ja mam robić? – zawołałam, kiedy odwróciła się, żeby wyjść.

– Ty? Ależ Bette, jedyne, czym masz się przejmować, to Philip. Ma kluczowe znaczenie dla całości, więc skup się tylko na tym, żeby był zadowolony. Jeśli czegoś zapragnie, załatw to. Daj mu wszystko, czego będzie potrzebował. Jeżeli Philip będzie szczęśliwy, to szczęśliwi będą też jego przyjaciele i cały projekt dorówna trudnością przechadzce po parku. – Mrugnęła, na wypadek gdyby ktoś z nas nie zrozumiał, co dokładnie miała na myśli, a potem pospiesznie wróciła do swojego biurka.

Leo, Skye i Elisa trajkotali wesoło i postanowili zjeść lunch obok, w Patis, żeby dalej planować, ale się wymówiłam. Nie mogłam się pozbyć koszmarnej wizji: Philip wyciągnięty na balkonie ekstrawaganckiego apartamentu dla nowożeńców, ubrany tylko w jedwabne bokserki i wykonujący wszelkiego rodzaju wygibasy wyuczone na zajęciach z jogi, podczas gdy fotograf robi zdjęcia, siedząc na naszym wspólnym łóżku, a Penelope przygląda się temu z daleka.

22

W końcu skontaktowałam się z Penelope we wtorek wieczorem. Wydawała się daleka, w sensie fizycznym w związku z odległością i różnicą czasu, ale też w innym znaczeniu. Przysięgła, że wybaczyła mi wyjście tego wieczoru z jej pożegnalnego przyjęcia, ale nie miałam wrażenia, by sprawa zupełnie przebrzmiała. Wciąż nie powiedziałam jej o pocałunku Sammy'ego, sytuacji z rodzicami podczas Święta Plonów ani o tym, co zdradziła mi Kelly, że za okropnymi artykułami na mój temat stoi Abby. Trzy miesiące temu byłoby to zupełnie niezrozumiałe. A teraz miałam wszystko jeszcze bardziej pogorszyć. Może nawet nieodwracalnie.

Przez ostatnie trzy godziny zbierałam odwagę, żeby zadzwonić do Pen, myśląc jednocześnie o Sammym, zastanawiając się, czy jest w domu i szykuje się do zerwania ze swoją dziewczyną, żebyśmy mogli być razem. Zawsze wydawał się taki uszczęśliwiony, kiedy widział mnie w Bungalowie, że wiedziałam: postąpi właściwie, co oczywiście oznacza natychmiastowe zakończenie związku z tamtą i rozpoczęcie długotrwałego romansu ze mną. To było takie oczywiste. Przynajmniej dla mnie.

Ostatecznie palce wykonały polecenie mózgu, żeby wybrać numer, i zanim zdążyłam odłożyć słuchawkę po raz tysięczny, Penelope odebrała.

– Cześć! Jak się masz? – zapytałam nieco zbyt entuzjastycznie. Wciąż nie znalazłam właściwych słów i chciałam zyskać na czasie.

– Bette! Cześć. Co tam? – Odpowiedziała równie entuzjastycznie.

– Nic specjalnego. Jak zwykle, wiesz. – Postanowiłam zerwać plaster szybko: jedno pociągnięcie zamiast długiej powolnej tortury. – Muszę ci coś powiedzieć. Pen…

Przerwała mi, kiedy formułowałam pierwsze słowa.

– Bette, zanim cokolwiek powiesz, mam ci do powiedzenia coś okropnego. – Zrobiła głęboki wdech, a potem oznajmiła: – Nie mogę spędzić z tobą sylwestra.

Co? Jak to możliwe? Czy już skądś wie o Turcji? Jest taka zirytowana, że postanowiła pierwsza odwołać? Musiała zinterpretować moje zdumione milczenie jako gniew, bo pospiesznie rzuciła:

– Jesteś tam? Bette, tak mi przykro, nawet nie umiem ci wyjaśnić, jak bardzo. Właśnie dzwonili moi rodzice, żeby nam powiedzieć, że wynajęli dom w Las Ventanas na tydzień między świętami a Nowym Rokiem. Powiedziałam im, że mam już plany na sylwestra, ale stwierdzili, że zaprosili już rodziców Avery'ego i jego brata, więc wszyscy musimy jechać i nie mam wyboru. Jak zwykle.

To było zbyt piękne, żeby okazało się prawdziwe.

– Naprawdę? Zamiast tego jedziesz do Meksyku? – Pytałam, bo chciałam się upewnić, że dobrze rozumiem jej opowieść, ale dla Penelope musiało to zabrzmieć, jakbym była bardzo zagniewana.

– Och, Bette, tak mi strasznie, strasznie przykro. Oczywiście zwrócę ci pieniądze za bilet, z którego nie skorzystasz, i kupię następny, kiedy tylko będziesz mogła. Proszę, wybacz mi. Jeżeli to jakaś pociecha, to czeka mnie absolutnie koszmarny sylwester… – Była taka zmartwiona, że miałam ochotę ją uściskać.

– Pen, nie martw się…

– Naprawdę? Nie jesteś wściekła?

– Jeżeli obie mamy być szczere, to dzwoniłam odwołać swój noworoczny przyjazd. Kelly chce nas wszystkich wysłać do Turcji.

– Do Turcji? – zapytała niepewnie. – Dlaczego do Turcji?

– Służbowo, wyobraź sobie. Mamy nowego klienta, jakieś Stowarzyszenie Właścicieli Nocnych Klubów, i chcą, żebyśmy promowali nocne życie w Stambule. Zasadniczo eksportujemy po prostu do nich całą imprezę i pilnujemy, żeby miała tutaj dobrą prasę. Stwierdzili, że Nowy Rok to świetny moment na początek.

Zaczęła się śmiać i powiedziała:

– A ty zmusiłaś mnie, żebym wydusiła z siebie całą tę żałosną historię, kiedy sama dzwoniłaś odwołać spotkanie? Ależ z ciebie suka.

– Przepraszam bardzo, od razu stwierdziłaś, że mam nie przyjeżdżać, więc nie widzę powodu do nazywania mnie suką. – Obie się śmiałyśmy i miałam uczucie, że ktoś zdjął z moich ramion wielki ciężar.

– Ale całkiem poważnie, to brzmi fantastycznie – stwierdziła. – Będziesz miała czas na zwiedzanie? Słyszałam, jak ludzie opisywali Hagia Sofię jako transcendentalne przeżycie. I Błękitny Meczet, i Wielki Bazar. Przejażdżka łodzią wycieczkową po Bosforze! Mój Boże, Bette, to brzmi niesamowicie…

Nie chciałam jej mówić, że jak na razie jedyne zajęcia w czasie dnia, które widziałam w planie, to masaże gorącymi kamieniami, a jedyna planowana przejażdżka łodzią miała służyć wielkiemu pijaństwu, więc mruczałam potakująco i spróbowałam zmienić temat.

– Wiem, powinno być wspaniale. A co u ciebie?

– Och, nic takiego. To i tamto, wiesz.

– Penelope! Jeśli dobrze sobie przypominam, przeprowadziłaś się ostatnio na drugi koniec kraju. Jak tam jest? Co się dzieje? Opowiedz mi wszystko! – Zapaliłam papierosa i posadziłam sobie Millington na kolanach, gotowa do wysłuchania, jak cudownie zalane słońcem jest LA, ale Penelope zdecydowanie nie miała zachwyconego głosu.

– Cóż, na razie w porządku – stwierdziła ostrożnie.

– Brzmi to żałośnie. Co się dzieje?

– Nie wiem – westchnęła. – Kalifornia jest w porządku. Właściwie miła. Naprawdę miła. Kiedy pominiesz cały ten absurd z koktajlami z perzu, to niezłe miejsce do życia. Mamy wspaniały apartament w Santa Monica, kilka przecznic od plaży, i świetnie jest być tak daleko od rodziców. Sama nie wiem, to po prostu…

– Co po prostu?

– Myślałam, że Avery trochę się uspokoi, kiedy tu dotrzemy, ale natychmiast nawiązał kontakty z całą masą ludzi z ubezpieczeń, którzy przeprowadzili się tu po college'u. Prawie go nie widuję. Ponieważ nie zacznie zajęć przed połową stycznia, ma przed sobą kolejny miesiąc samych całonocnych wyjść, co wieczór.

– Och, kochanie, na pewno po prostu musi przywyknąć do nowego miejsca. Będzie musiał zwolnić, kiedy zacznie szkołę.

– Pewnie tak. Masz rację, na pewno. Chodzi tylko o to, że on… nieważne.

– Penelope! Co miałaś zamiar powiedzieć?

– Pomyślisz, że jestem najgorszą osobą na świecie.

– Pozwól, że ci przypomnę, droga przyjaciółko, że rozmawiasz z kimś, kto – początek cytatu – umawia się – koniec cytatu – z facetem wyłącznie z powodów zawodowych. Nie wydaje mi się, żebym z tej pozycji mogła cię teraz osądzać.

Westchnęła.

– Przedwczoraj sprawdziłam konto Avery'ego na Yahoo, kiedy był na imprezie w Viceroyu, i znalazłam trochę e-maili, które były dość niepokojące.

– Macie dostęp do swoich kont pocztowych? – zapytałam przerażona.

– Oczywiście, że nie. Ale nietrudno było wpaść na jego hasło. Wpisałam po prostu nazwą jego fajki wodnej i voila! Pełny dostęp!

– Fajki wodnej? I co znalazłaś? – Z pewnością nie uważałam, że źle postępuje, włamując się na jego konto. Całymi miesiącami usiłowałam podejrzeć, jak Cameron wpisuje swoje hasło, ale zawsze był zbyt szybki.

– Wiem, że pewnie reaguję przesadnie, ale są tam bardzo słodziutkie e-maile do dziewczyny, z którą pracował w Nowym Jorku.

– Zdefiniuj „słodziutkie”.

– W kółko o tym, jaką to ona ma mocną głowę, bardziej niż każda inna dziewczyna, którą spotkał.

– Rany, co za donżuan. Facet mógłby napisać podręcznik uwodzenia.

– Prawda? Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale były naprawdę flirciarskie. Podpisał je „buziaczki”.

– O Boże. Czy jest gejem? Stanowczo nie jest gejem, prawda? Jaki heteroseksualny facet tak pisze?

– Cóż, na pewno nie pisał czegoś takiego do mnie. Po prostu się wystraszyłam. Wczoraj, kiedy wrócił do domu o trzeciej nad ranem, zapytałam go jakby nigdy nic, czy podtrzymuje kontakty z kimś z pracy i powiedział „nie” tuż przedtem, nim stracił przytomność. Czy reaguję przesadnie? Dzisiaj rano był taki uroczy i zaproponował, że zabierze mnie na zakupy, żebyśmy spędzili razem dzień…

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Do ślubu zostało jeszcze osiem miesięcy i wyglądało na to, że Penelope może – tylko może – zda sobie sprawę, zanim będzie za późno, że Avery to dupek pierwszej klasy i nie jest wart całej jej małżeńskiej przyszłości. Z radością podsyciłabym w niej to przekonanie, ale do podstawowego wniosku musiała dojść sama.

– Cóż – zaczęłam powoli, dobierając starannie słowa – to chyba normalne, że każdy związek ma lepsze i gorsze momenty, prawda? To dlatego ludzie najpierw się zaręczają. To tylko tyle. Zaręczyny. Jeżeli odkryjesz na jego temat coś, z czym nie będziesz mogła żyć, no wiesz, nie jesteście po ślubie i…

– Bette, nie o tym mówią – przerwała mi ostro. Ups. – Kocham Avery'ego i oczywiście wychodzą za niego za mąż. Po prostu rozmawiam z moją najlepszą przyjaciółką o czymś, co z pewnością jest śmiesznym, bezpodstawnym, paranoicznym podejrzeniem. To stanowczo mój problem, nie Avery'ego. Muszę tylko bardziej wierzyć w jego uczucia do mnie, to wszystko.

– Jasne, jasne, Pen. Całkowicie rozumiem. Nie chciałam niczego sugerować. I oczywiście zawsze tu jestem, żeby cię wysłuchać. Przepraszam, że to powiedziałam.

– Mniejsza z tym, jestem teraz trochę rozemocjonowana. Trochę tęsknię za domem. Poważnie, dzięki, że mnie wysłuchałaś. Przepraszam za to wszystko. A co u ciebie? Philip? Jest w porządku?

Jakim sposobem sytuacja tak bardzo wymknęła się spod kontroli, że moja najlepsza przyjaciółka nie tylko pyta o Philipa, ale nie ma pojęcia o istnieniu Sammy'ego? Było niewyobrażalne, żebym mogła pocałować kogoś takiego jak Sammy i nie powiedzieć o tym Pen trzydzieści sekund po fakcie, kiedy całymi dniami razem pracowałyśmy, a wieczorami spotykałyśmy się w Black Door, ale minęły wieki, odkąd ostatnio to zrobiłyśmy. A przynajmniej miałam uczucie, że to były wieki.

– To dość skomplikowane. Wszyscy uważają, że się spotykamy, pewnie nawet on, ale tak naprawdę się nie spotykamy – wyjaśniłam, świetnie rozumiejąc, że to stwierdzenie nie ma za grosz sensu, ale zabrakło mi energii na cofanie się do początku i wyjaśnianie.

– Cóż, prawdopodobnie to nie moja rola, ale nie jestem pewna, czy jest dla ciebie odpowiedni, Bette.

Zaczęłam się zastanawiać, jak by zareagowała, gdyby wiedziała, co mama powiedziała mi o Westonach.

Westchnęłam.

– Wiem o tym, Pen. Po prostu teraz czuję się przytłoczona, rozumiesz?

– Niezupełnie. Właściwe to niczego nie wyjaśniłaś.

– Chodzi o to, że ta praca w jakiś sposób przeniknęła do całej reszty mojego życia. Szefowa nie jest specjalnie dobra w dokonywaniu rozróżnień między tym, co dzieje się w biurze, a tym, co dzieje się gdzie indziej, i wiele rzeczy działa na zakładkę. Czy to ma jakiś sens?

– Nie. Co szefowa ma wspólnego z twoim życiem osobistym?

– Nie tylko o to chodzi. Will załatwił mi tę pracę i oczekuje, że się dobrze sprawię. Ktoś wyświadczył mu wielką przysługę. I dobrze sobie radzę, jak sądzę, cokolwiek by to znaczyło. Ale cała sprawa z Philipem jest z tym w pewien sposób powiązana. – Wiedziałam, że mówię zupełnie bez sensu, że równie dobrze mogłabym mówić po chińsku, bo niczego nie wyjaśniam ani Penelope, ani sobie, ale nie byłam w stanie znieść myśli o tłumaczeniu tego teraz.

– No dobrze – westchnęła Pen. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz, ale jestem pod ręką, wiesz? Wystarczy podnieść słuchawkę.

– Wiem, kochanie, i doceniam to.

– Jeszcze raz przepraszam za ten Nowy Rok, ale cieszę się, że będziesz robiła coś tak wspaniałego. Przeczytam o tym we wszystkich gazetach…

– Coś mi się przypomniało! Nie mówiłam ci… jak mogłam zapomnieć? Wiesz, że „Nowojorska Bomba” wypisuje o mnie wszystkie te paskudztwa?

– Tak, ostatnio trudno je przegapić.

– Masz jakieś pojęcie, kto to pisze?

– Zaraz, chyba pamiętam jej imię. Czy nie jakaś Ellie?

– Tak. Wiesz, kto to jest?

– Nie, a powinnam?

– To, moja droga Pen, Abby. Wir. Ta kurwa mnie śledzi i drukuje to wszystko pod pseudonimem.

Gwałtowne zaczerpnięcie powietrza.

– Za tym wszystkim stoi Abby? Jesteś pewna? Co chcesz z tym zrobić? Musisz ją uciszyć.

Prychnęłam.

– Nie mów! Kelly powiedziała mi o tym całe tygodnie temu, ale przysięgłam, że zachowam wszystko w tajemnicy! Rozważam to obsesyjnie, ale zawsze tak się spieszymy, że zapomniałam ci powiedzieć. Czy to nie wariactwo? Nie przypuszczałam, że aż tak mnie nienawidzi.

– To faktycznie dziwne. Wiem, że nie jest twoją wielką fanką-moją zresztą też nie – ale to wydaje mi się szczególnie podłe, nawet jak na nią.

– Chcę konfrontacji i nie mogę tego zrobić. To niesamowicie irytujące. – Zerknęłam na zegarek na dekoderze do kablówki i zeskoczyłam z sofy. – Omójboże, Pen, już ósma. Strasznie mi przykro, ale muszę lecieć. Prowadzę dzisiaj klub książki i muszę wszystko przygotować.

– Nie rozumiem dlaczego, ale jestem zachwycona, że wciąż to czytasz. Jesteś taką romantyczką, Bette.

Pomyślałam o Sammym i o mało czegoś nie powiedziałam, ale w ostatniej sekundzie postanowiłam sprawę przemilczeć.

– No tak, znasz mnie. Bette, nieodmiennie pełna nadziei – stwierdziłam lekko.

Kiedy się rozłączyłyśmy, czułam się nieco lepiej. Powinnam spędzić wieczór, wyszukując w Google'u informacje i czytając o ludziach, których mieliśmy zabrać do Turcji, ale nie mogłam się zmusić, żeby odwołać klub książki, jeśli nie było to absolutnie konieczne. Pełną godzinę zajęło mi przygotowanie mieszkania na przyjście dziewczyn, ale kiedy po raz pierwszy zabrzęczał domofon, wiedziałam, że było warto.

– Postanowiłam uczcić dzisiaj temat latynoski – oznajmiłam, kiedy wszystkie się usadowiły. Czytałyśmy Kupioną przez latynoskiego kochanka * i okładka przedstawiała wysokiego mężczyzną w czarnym krawacie (prawdopodobnie owego latynoskiego kochanka), obejmującego elegancką kobietę w wieczorowej sukni na pokładzie czegoś, co wyglądało na jacht. – Mamy tu dzbanek sangrii i drugi margarity.

Urządziły mi owację i napełniły szklanki.

– Oprócz tego miniaturowe quesadillas, miniburrito i trochę zabójczych czipsów z dipem guacamole. A na deser babeczki „Magnolia”.

– Co babeczki z różowym lukrem mają wspólnego z naszym latynoskim tematem? – zapytała Courtney, biorąc jedną z tacy.

– Przyznaję, że nic, ale nie umiałam wymyślić latynoskiego deseru, który wolałabym od babeczek – stwierdziłam. W tym momencie Millington cienko szczeknęła ze swojej kryjówki pod zlewem. – Maleńka, chodź tu. No, chodź, grzeczna dziewczynka – zawołałam. Posłuchała mnie i podeszła powoli, prezentując zebranym maleńkie sombrero, które miała na głowie stosownie do okazji.

– Niemożliwe – zaśmiała się Jill, biorąc ją na ręce i podziwiając kapelusik.

– Owszem. Dostałam go w sklepie z kostiumami dla dzieci w centrum. Zobacz, ma gumkę, żeby nie spadł. Wspaniały, prawda?

Janie sięgnęła po kolejną quesadillę i z roztargnieniem podrapała Millington.

– Bette, od roli niechętnej członkini, która nie chciała organizować spotkań u siebie, przeszłaś do roli klubowej Marthy Stuart… Cóż, muszę przyznać, że to robi wrażenie.

Zaśmiałam się.

– Chyba praca przesącza się w inne dziedziny mojego życia, co? W tym momencie potrafię zorganizować imprezę z zamkniętymi oczami.

Najpierw zjadłyśmy i wypiłyśmy, pracując nad uzyskaniem stosownego szumu po sangrii, żeby móc dyskutować zupełnie szczerze o tym, jak bardzo jesteśmy zachwycone wyborem dzisiejszej lektury. Kiedy Vika wyciągnęła mocno podniszczony egzemplarz ze swojej superwielkomiejskiej torby konduktorki, byłyśmy nieźle wstawione.

– Okej, przeczytam streszczenie ze strony w necie – oznajmiła, rozwijając wydruk. – Wszystkie gotowe?

Kiwnęłyśmy głowami.

– Dobra, zaczynam. „Hiszpański milioner Cesar Montarez pragnie Rosalind od chwili, gdy ją zobaczył. To elektryzujące pożądanie jest odmienne od wszystkiego, czego doświadczył do tej pory. Ale Cesar nie ma szacunku dla kobiet pragnących pieniędzy – kochanek czy żon w małżeństwach z rozsądku. Rosalind jest zdecydowana, że nigdy nie będzie ani jedną, ani drugą, przynajmniej do czasu, gdy Cesar odkrywa, że dziewczyna ma tajemnicze długi. Teraz może kupić ją na kochankę… a Rosalind nie ma wyboru i musi zapłacić żądaną przez niego cenę…”. O rany. Brzmi seksownie. Przemyślenia?

– To takie romantyczne, kiedy on widzi ją w tej nadmorskiej restauracji. Po prostu wie, że to ta jedyna. Czemu normalni faceci tacy nie są? – jęknęła Courtney.

Sammy na pewno taki jest, pomyślałam, gubiąc wątek.

Każda z nas dorzuciła coś od siebie o ulubionej postaci, zwrocie akcji i scenach miłosnych, co nieuchronnie sprowadziło rozmowę na nasze życie – opowieści o pracy i narzekanie na rodzinę, ale głównie mężczyzn.

Była prawie północ, kiedy zabrzęczał domofon.

– Tak? – zapytałam, naciskając guzik interkomu.

– Mam tu Philipa Westona, który chce się z tobą zobaczyć, Bette. Przysłać go na górę?

– Philip? Jest tutaj? Teraz? -Nie zdawałam sobie sprawy, że powiedziałam to głośno, dopóki Seamus nie odpowiedział radośnie: – Jasne, że jest, Bette.

– Mam towarzystwo – stwierdziłam, ogarnięta paniką. – Możesz poprosić Philipa, żeby zadzwonił, kiedy wróci do domu?

– Bettie, kotku, wpuść mnie. Mój kumpel z dołu… jak ci na imię? Seamus? Poczciwiec! Popijamy piwko i rozmawiamy, jaka z ciebie dobra dziewczyna. A teraz bądź grzeczną dziewczynką i mnie wpuść…

Spojrzałam na swoje podarte dżinsy i znoszony T-shirt i zaczęłam się zastanawiać, czego, u licha, Philip może chcieć o północy? Z normalnym facetem rzecz byłaby oczywista, ale Philip nigdy wcześniej nie dzwonił do mnie po pijaku – że już nie wspomnę o pijackich odwiedzinach – i autentycznie poczułam mdłości.

– A, raz się żyje – westchnęłam. – Wchodź.

– Omójboże, Philip Weston tu jest? Teraz? – zapytała Janie bez tchu. – Ale wszystkie wyglądamy okropnie. Ty wyglądasz okropnie.

Miała oczywiście rację, ale nie było czasu, żeby coś na to poradzić.

– Bette, nie myśl, że tak łatwo się wymigasz. Wychodzimy, ale lepiej, żebyś była przygotowana do złożenia wyjaśnień na następnym spotkaniu – groźnie ostrzegła Vika.

Courtney kiwnęła głową.

– Zaprzeczałaś, że „Nowojorska Bomba” pisze prawdę, a teraz Philip Weston zjawia się w twoim mieszkaniu w środku nocy? Zasługujemy na każdy smakowity detal!

Rozległo się pukanie, a potem głuchy łomot w korytarzu. Otworzyłam drzwi i Philip wtoczył się do środka.

– Bettie, kotku, jestem troszkę wcięty – wybełkotał, ciężko opierając się o ścianę.

– Tak, właśnie widzę. Wchodź – powiedziałam, na wpół go ciągnąc, na wpół podpierając, kiedy wszedł, powłócząc nogami, a dziewczyny stanęły po bokach, żeby zrobić przejście do futonu.

– Philip Weston – westchnęła Janie.

– We własnej osobie – wyszczerzył zęby i rozejrzał się po pokoju, po czym padł na futon. – Laleczko, skąd się wzięły te wszystkie zabójcze dziewczyny?

Courtney wpatrywała się w niego przez pełnych dziesięć sekund, po czym odwróciła się do mnie i stwierdziła dość znacząco:

– Bette, teraz zmykamy. Dziewczyny, chodźmy i zostawmy Bette i Philipa, eee, sam na sam. Jestem pewna, że wszystko nam opowie przy następnym spotkaniu. A skoro o tym mowa, za co się bierzemy?

Alex uniosła egzemplarz Poskromić mrocznego władcę odchylony w taki sposób, że tylko my go widziałyśmy.

– Proponuję to.

– Załatwione – powiedziałam. – Czytamy to na następny raz. Dzięki za wizytę, dziewczyny.

– Och nie, to my dziękujemy – odparła Janie, kiedy ściskałam je na pożegnanie.

– Nie mogę się doczekać, kiedy o tym usłyszę – wyszeptała Jill.

Gdy poszły, skupiłam uwagę na pijanym Angliku na mojej sofie.

– Kawa czy herbata?

– Gin z tonikiem brzmi absolutnie fantastycznie, kotku. Z przyjemnością wypiję szklaneczkę na dobranoc.

Nastawiłam wodę i usiadłam na krześle naprzeciwko niego. Nie mogłam podejść bliżej, ponieważ odór alkoholu był wszechogarniający. Sączył się przez pory jego skóry w ten szczególny sposób, który przytrafia się facetom, kiedy piją całą noc. W promieniu pięciu stóp unosił się charakterystyczny zaduch męskiego akademika z pierwszego roku studiów. A jednak Philip nadal wyglądał uroczo. Opalenizna maskowała zielony odcień, który z pewnością musiała mieć jego skóra, a postrzępione włosy były rozburzone niemal perfekcyjnie.

– No i gdzie dzisiaj byłeś? – zagadnęłam.

– Och, tu i tam, kotku, tu i tam. Cholerna reporterka łaziła za mną przez całą noc ze swoim cholernym fotografem. Kazałem im się odpieprzyć, ale chyba przyjechali za mną tutaj – wybełkotał, wyciągając rękę w stronę Millington, która na niego zerknęła, zawyła i uciekła. – Chodź tu, piesku. Chodź i przywitaj się z Philipem. Co się stało twojemu psu, kotku?

– Och, zawsze jest wyjątkowo ostrożna wobec wysokich pijanych Brytyjczyków w mokasynach od Gucciego noszonych na bose stopy. Poważnie, to nic osobistego.

Z jakiegoś powodu uznał, że to straszliwie zabawne i o mało nie spadł z kanapy w ataku śmiechu.

– Cóż, jeśli nie ona, może ty przyjdziesz i należycie mnie powitasz?

Zagwizdał czajnik i kątem oka zobaczyłam Millington ukrywającą się w ciemnej łazience. Lekko drżała. Podeszłam do kuchenki, żeby nalać nam herbaty.

– Kotku, naprawdę nie powinnaś była robić sobie tyle kłopotu! – zawołał, jakby nieco bardziej trzeźwy.

– To herbata, Philipie. Gotowana woda.

– Nie, kochanie, mam na myśli wybór stroju. Poważnie, pocałowałbym cię bez wzglądu na to, co masz na sobie. – Dostał kolejnego ataku śmiechu i zaczęłam się zastanawiać, jak ktoś może mieć tak pokrętne poczucie humoru.

Umieściłam przed nim kubek, a on w rewanżu uszczypnął mnie w tyłek.

– Philipie – westchnęłam.

Położył mi ręce na biodrach z zaskakującą siłą i pociągnął do siebie na kolana.

– Wszyscy myślą, że jesteś moją dziewczyną, kotku – za-bełkotał.

– Tak, dziwne, prawda? Szczególnie że nigdy przecież nie byliśmy ze sobą, eee, intymnie.

– Nie rozpowiadasz o tym, prawda? – zapytał szybko. Pierwszy raz, odkąd wszedł, wyglądał na zaniepokojonego.

– Rozpowiadam o czym?

– Chodź bliżej, laleczko. Pocałuj mnie.

– Jestem tuż obok, Philipie – stwierdziłam, oddychając przez usta.

Wsunął mi rękę pod koszulkę i zaczął gładzić po plecach. Było tak miło, że na ułamek sekundy udało mi się zapomnieć, że to sfatygowany Philip, a nie, powiedzmy, Sammy. Bez namysłu zarzuciłam mu ramiona na szyję i przycisnęłam wargi do jego warg. Nie od razu się zorientowałam, że otworzył usta, żeby zaprotestować, a nie odpowiedzieć pocałunkiem.

– Ooo, kotku, spróbuj nie wyskakiwać z majtek. – Odsunął się i spojrzał na mnie, jakbym zerwała z siebie całe ubranie i się na niego rzuciła.

– Na czym polega problem, co? – spytałam. Tym razem nie zamierzałam popuścić, musiałam się wreszcie upewnić, że to nie moja wyobraźnia czy jakaś gówniana wymówka. Potrzebowałam potwierdzenia, że z jakiegoś powodu wolałby umrzeć, niż mnie dotknąć.

– Oczywiście, że mi się podobasz, kotku. Gdzie ten gin z tonikiem? Łyknę sobie troszkę, a potem możemy porozmawiać.

Zeszłam z niego i wyciągnęłam z lodówki butelkę artois. Kupiłam ją rok temu, kiedy przeczytałam w „Glamour”, że zawsze należy trzymać w lodówce schłodzone piwo na wypadek, gdyby w mieszkaniu zmaterializował się prawdziwy facet, i w duchu złożyłam podziękowanie dobrym duszom u nich w redakcji. Kiedy wróciłam, Philip sprawiał wrażenie nieprzytomnego.

– Philipie! Hej, spójrz, mam dla ciebie piwo.

– Ahrr – mruknął. Powieki mu drgały, wyraźny znak, że udawał.

– Proszę, wstań. Może i jesteś pijany, ale nie śpisz. Może wsadzę cię w taksówkę do domu?

– Mmm. Tylko troszkę się prześpię, kotku. Ahrr. – Zaskakująco zgrabnie przerzucił stopy w mokasynach na futon i przytulił do piersi ozdobną poduszkę.

Było tuż po drugiej, kiedy narzuciłam na chrapiącego Philipa koc, wydobyłam Millington z kąta między umywalką a wanną i otuliłam nas obie kołdrą, nie zawracając sobie głowy rozbieraniem czy gaszeniem świateł.

23

W końcu nadszedł ten dzień: wieczorem mieliśmy wyjechać do Turcji. Zjawiłam się w biurze tylko po to, żeby zabrać parą potrzebnych rzeczy, i od razu znalazłam faks od Willa. Na stronie tytułowej było napisane po prostu „Fuj”, a dołączony do niej został wycinek z „Nowojorskiej Bomby”. Nagłówek brzmiał: CZY ULUBIONY IMPREZOWY CHŁOPAK MANHATTANU TO GEJ, CZY TYLKO ZAGUBIONA DUSZA? Autor: Wtajemniczona Ellie, oczywiście. Wiedząc, kim jest ta suka, czułam się jeszcze gorzej. Tekst rozwijał temat w całkowicie niedwuznaczny sposób:

Philip Weston, dziedzic fortuny Westonów i członek Paczki Brytyjskich Bachorów w Nowym Jorku, wywołał w zeszłym tygodniu konsternacją podczas wizyty w Roxy, znanym ekstrawaganckim klubie nocnym w Chelsea. Jak podają źródła, Westona, którego prasa łączy z różnymi redaktorkami mody z magazynu „ Vogue „, brazylijskimi modelkami i hollywoodzkimi gwiazdkami, widziano w uścisku z bliżej niezidentyfikowanym mężczyzną w klubowej sali dla VIP-ów. Kiedy Weston zorientował się, że był widziany, w pośpiechu odjechał na swojej vespie do mieszkania aktualnej przyjaciółki, Bettiny Robinson, związanej zawodowo z firmą Kelly & Company (więcej - s. 2). Rzecznik prasowy Westona odmówił komentarza.

Więcej – s. 2. Więcej – s. 2. Więcej – s. 2. Przeczytałam te słowa kilkanaście razy, zanim zdobyłam się, żeby spojrzeć na drugą stronę. Faktycznie, było tam moje zdjęcie zrobione w Bungalowie pierwszej nocy, kiedy poznałam Philipa. Tuliłam się do niego sugestywnie, z głową odrzuconą do tyłu w niewątpliwym upojeniu, a w dodatku miało się wrażenie, że dosłownie wlewam sobie szampana do gardła, wyraźnie nieświadoma obecności aparatu fotograficznego oraz faktu, że obie ręce Phillipa spoczywają na moim tyłku. Gdybym oprócz tego, że urwał mi się film, potrzebowała dowodu na to, jak bardzo byłam wtedy pijana, miałam go właśnie przed sobą. Nagłówek: KIM JEST BETTINA ROBINSON? Autor artykułu: Wtajemniczona Ellie. Dalej kolumna na całą długość strony z wypunktowanymi faktami biograficznymi, w tym także datą i miejscem urodzenia (na szcz