/ Language: Polski / Genre:prose_contemporary,

Nie Dla Mnie Miłość

Margit Sandemo

Gerd Hansen, młoda nauczycielka plastyki uwielbiana przez uczniów, jest osobą dość skrytą. Któregoś dnia wścibska dziennikarka Goggo odnajduje w jej mieszkaniu projekty gobelinów utalentowanej artystki, która kilka lat wcześniej zaginęła w nie wyjaśnionych okolicznościach na drugim końcu Norwegii. Opublikowanie tej sensacyjnej wiadomości w lokalnej prasie wywołuje lawinę zdarzeń.

Margit Sandemo

Nie Dla Mnie Miłość

Z norweskiego przełożyła: Lucyna Chomicz-Dąbrowska

ROZDZIAŁ I

Pewnej wiosennej nocy właściciela zagrody położonej wysoko w górach zbudziło ujadanie psów. Siadł na łóżku, nasłuchując uważnie. Gdy psy na moment zamilkły, od strony ścieżki ciągnącej się wśród skał dobiegł go odgłos lekkich kroków, które jednak zaraz ucichły.

Obrócił się i spojrzał na zegarek. Dochodziła czwarta. Któż to wędruje w środku nocy po tych bezdrożach? pomyślał. Kiedy jednak psy przestały szczekać, przewrócił się na drugi bok i zasnął.

W parę dni później o zaginięciu Ellen Ingesvik wiedziała już cała osada. Tajemnicze zniknięcie dziewczyny poruszyło mieszkańców do żywego.

Gdy właściciel zagrody zwierzył się znajomym, co słyszał feralnej nocy, wezwano go do komisariatu na przesłuchanie. Okolice gospodarstwa zostały dokładnie przeczesane przez policję, gdyż obawiano się najgorszego. Istniały podstawy, by podejrzewać, że zaginiona targnęła się na własne życie.

Kobiety z osady podzieliły się na dwa obozy. Jedne współczuły biednej dziewczynie, inne zaś, zacietrzewione, wykrzykiwały, że po niej można się wszystkiego spodziewać, bo to, co zrobiła, było skandaliczne i niedopuszczalne.

A Ellen?

Tamtej nocy odchodziła pogrążona w smutku, zgnębiona bolesnymi przeżyciami. Pragnęła tylko jednego: rozpłynąć się we mgle. Słysząc ujadanie psów, przyspieszyła kroku. Zatrzymała się tylko na chwilę na samym szczycie i oparta o pień brzozy, ogarnęła spojrzeniem rodzinną okolicę.

Żegnajcie! pomyślała. Zostawiam tu wszystko, co kochałam. Widziałam, jak nasza osada się rozwija, a ludzie bogacą. Kiedy byłam dzieckiem, stał tu tylko kościół i sklep kolonialny. Teraz jest i kino, i ratusz. A jednak osada, mimo że tak się rozrosła, wciąż nie zatraciła swego pierwotnego uroku i autentyzmu. Dlaczego nikt nie rozumiał, że usiłowałam uratować właśnie to, co dla niej najcenniejsze?

Muszę opuścić to miejsce, póki nie wszystko jeszcze stracone! Tak będzie najlepiej. Dla mnie i tak nie ma tu przyszłości, nie czeka mnie tu ani miłość, ani szczęście!

Westchnęła ciężko, z trudem tłumiąc szloch.

Tam w dole, w jej rodzinnej osadzie, zagościło niepojęte dla niej zło i nienawiść. Zdawała sobie sprawę, że kilkoro ludzi czuje do niej głęboką niechęć. To cena, którą musiała zapłacić.

Ale ten jeden, który nienawidził jej bez powodu?

Zielonooki Potwór, jak nazywała go w myślach, zniszczył w niej całkiem poczucie wartości. Pogardę współmieszkańców łatwiej jej było zrozumieć, oni po prostu nie pojmowali tego, co się stało.

Pod wpływem wspomnień do oczu napłynęły jej łzy. Cóż, najpiękniejsze chwile i tak minęły bezpowrotnie w dniu, gdy Olaf, którego obdarzyła swym naiwnym dziewczęcym uczuciem i któremu pozostała wierna, wyjechał stąd na zawsze.

Niektórzy ludzie rodzą się przywódcami. Tak właśnie było z Olafem Brinkiem. Przypomniało jej się, że jako nastolatek z promienną radością nosił na rękach swego małego siostrzeńca, nie wstydząc się kolegów. I nikt się z niego nie wyśmiewał! Zawsze występował w obronie słabszych, ujmował się za tymi, z których się naigrywano. Swym zachowaniem wzbudzał powszechny szacunek nawet wśród szyderców.

Wszyscy się do niego garnęli, bo mimo niekwestionowanych zalet nie udawał chodzącej cnoty. Ellen go uwielbiała. Zadurzyła się w nim, choć uczył się trzy klasy wyżej. Miała piętnaście lat, gdy Olaf opuścił rodzinną osadę. Właściwie nigdy nie zwrócił na nią uwagi, ale jej to nie przeszkadzało. Wystarczało, że po prostu był w pobliżu.

Zmęczona i zrezygnowana przesunęła dłonią po pniu brzozy, a potem ruszyła dalej na spotkanie nieznanego. Szybko pochłonął ją mrok.

Miała dopiero dwadzieścia trzy lata, ale przestała się łudzić, że kiedykolwiek jeszcze zazna radości. Nie miała dla kogo żyć. Ślady dziewczyny urywały się na brzegu górskiego stawu na płaskowyżu.

Trzy lata później na drugim końcu Norwegii czworo młodych ludzi siedziało w ogrodzie. Puch z dmuchawców szybował w powietrzu i opadał na ziemię. Szpaki, dolatując nad szopę i zniżając lot, gwizdały ostrzegawczo, jakby dawały znak pisklętom w gnieździe, że zaraz zostaną nakarmione.

Czwórkę znajomych siedzących przy stole łączyły dość osobliwe więzy. Troje z nich mieszkało w starej szkole, zaadaptowanej na budynek mieszkalny. Parter zajmowała Ellinor, fryzjerka, beznadziejnie zakochana w sąsiedzie z pierwszego piętra, przystojnym nauczycielu Arve Ståhlu. Ten z kolei podkochiwał się w Gerd Hansen, nauczycielce plastyki i prac ręcznych, mieszkającej na poddaszu.

Niestety nauczyciel, ku swemu utrapieniu, bez powodzenia próbował wyplątać się ze związku z Ågot Lien, dziennikarką z jedynego dziennika ukazującego się w Vanningshavn, która uczepiła się go niczym rzep. Tylko ona nie mieszkała w budynku przy ogrodzie.

– Chcesz jeszcze kawy, Ågot? – zapytała Gerd.

– Nie, dziękuję. Proszę, mów do mnie Goggo – zagruchała przymilnie, ale w jej oczach pojawił się zimny błysk. – Wszyscy przyjaciele tak mnie nazywają.

– Wszyscy z wyjątkiem mnie – wtrąciła Ellinor. – Ja wolę zwracać się do ciebie per Gorgono.

– Zauważyłam, choć nie widzę w tym nic zabawnego – odparła Ågot słodko, jednocześnie patrząc wzrokiem bazyliszka.

Gorgona? zdziwiła się Gerd w duchu. W mitologii greckiej tak nazywano Meduzę, potwora o złotych skrzydłach, miedzianych szponach, zębach jak kły dzika, wężach zamiast włosów i wzroku przemieniającym ludzi w kamień.

Z wyglądu Goggo Lien nie przypominała bynajmniej potwora. Była bardzo kobieca, nowoczesna i pociągająca. Miała jasne, krótko obcięte włosy i fryzurę jakby zwichrzoną przez wiatr. Ubierała się zgodnie z ostatnim krzykiem mody. A ponieważ w tym sezonie lansowano kolor liliowy, więc w jej garderobie przeważała barwa wrzosów.

Gerd niejednokrotnie się zastanawiała, co taka kobieta robi w nadmorskiej mieścinie. Ellinor wyjaśniła jej jednak z przekąsem, że Goggo miała niegdyś etat w jednym ze stołecznych dzienników, ale została zwolniona za „pogoń za tanią sensacją i stosowanie chwytów poniżej pasa w pracy dziennikarskiej”. Załapała się więc tutaj. „Lepiej być kimś w małej gazecie, niż nikim w wielkiej”, brzmiał złośliwy komentarz Ellinor.

Goggo, ignorując dwie kobiety siedzące przy stole, zwróciła się do Arva:

– Wiesz, szef wydziału kultury poprosił mnie o odśpiewanie kilku piosenek na sobotniej uroczystości. Odpowiedziałam mu, że wszystko zależy od tego, ile zapłaci. Nie zamierzam pracować za darmo, co to, to nie!

– Gorgona nic nie robi gratis – mruknęła Ellinor.

Arve milczał i nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w dal. Najwyraźniej nie miał nic do powiedzenia swojej eks-przyjaciółce. Na moment uchwycił spojrzenie Gerd.

Goggo wstała, z trudem skrywając wściekłość.

– No cóż, chyba już muszę wracać do redakcji. Arve, odprowadzisz mnie?

– Ciszej – przerwała jej Gerd nerwowo. – Spłoszysz szpaki.

– Ach, więc to są szpaki? Wyobraźcie sobie, że kompletnie się nie znam na ptakach. Nie potrafię odróżnić nawet jednego gatunku – roześmiała się dziennikarka perliście, czyniąc cnotę ze swej niewiedzy.

Arve Ståhl wycofał się do domu. Bardzo nie chciał, by Gerd odniosła wrażenie, że nadal łączy go coś z Goggo.

Ale Gerd zdawała się zupełnie nie zwracać na nich uwagi. Patrzyła w dal rozmarzonym wzrokiem, w którym niekiedy, nie wiedzieć czemu, pojawiał się nagły lęk.

Arve lubił obserwować Gerd, bo przypominała mu damy z płócien starych mistrzów. Miała ciemne włosy i piękne rysy twarzy. Jej skóra była delikatna i przezroczysta, jakby z porcelany, policzki często pokrywał rumieniec. Dłonie, szczupłe i pełne wyrazu, poruszały się lekko niby skrzydła motyla. Subtelna, miła, wrażliwa młoda kobieta, o którą warto by zabiegać… gdyby nie Goggo, która ciążyła mu niczym kula u nogi!

Goggo zorientowawszy się, że traci swą pozycję, zagadnęła pośpiesznie:

– Gerd, zamierzam napisać coś o wystawie prac twoich uczniów. Owszem, pamiętam, że już opublikowałam jeden artykuł, ale wiesz, rodzice uwielbiają takie tematy. Każdy chce zobaczyć w gazecie nazwisko swego dziecka. Potrzebowałabym paru informacji o tobie. Chciałabym ukazać kulisy wystawy, dowiedzieć się, jak udało ci się nakłonić leniwych i opornych uczniów, by stworzyli coś tak fenomenalnego, i tak dalej.

Gerd nie znała jeszcze wszystkich chwytów stosowanych przez dziennikarkę. Nie pojmowała, że ta, dotknięta do żywego, pragnie się zemścić. A pióro Goggo potrafiło być bezlitosne!

– Jak mi się udało osiągnąć taki rezultat? Domyślam się, o co ci chodzi – odpowiedziała spokojnie Gerd. – Pamiętam, co napisałaś poprzednio. Pozwól, że zacytuję: „Silny wpływ nauczyciela, jego gustu, wizji, a przy tym nazbyt gorliwa pomoc przy realizacji prac”. Cóż, to nieprawda!

Gerd odpędziła muchę z talerza z ciastem i ciągnęła dalej:

– Wszystkie dzieci posiadają wrodzone poczucie piękna i stylu, które szkoła, dom, społeczeństwo w nich zabijają. Gdybyś zadała sobie trud i uważniej obejrzała wystawę, zauważyłabyś, że każda praca jest inna, nie łączy ich żadne najmniejsze podobieństwo, które mogłoby wskazywać na udział nauczyciela. Starałam się podejść do każdego ucznia indywidualnie, odkryć w nim to, co stanowi o jego wyjątkowości, co jest jego najmocniejszą stroną. Cudownie nam się współpracowało.

– No proszę, jednym słowem mam szansę na wywiad?

– Właśnie ci go udzieliłam. To wszystko, co miałam do powiedzenia.

Jaka ta Gerd jest subtelna, pomyślał z podziwem Arve, który tymczasem wrócił do ogrodu. Powinna jednak mieć się na baczności, bo z Goggo nie ma żartów. Sam wiedział o tym najlepiej.

Goggo popatrzyła na nią kwaśno i skonstatowała:

– Gerd Hansen, chodząca skromność. Ale jak mówi mądre przysłowie: „Cicha woda brzegi rwie”.

– Zdaje się, że uwielbiasz mącić, wtedy udaje ci się zawsze wyłowić coś dla siebie, prawda? – wtrąciła Ellinor, która przez dłuższą chwilę nie zabierała głosu.

Ågot Lien spojrzała na nią wzrokiem Meduzy.

Biedna Ellinor, nie grzeszy dobrym gustem, a poza tym przydałoby jej się zgubić tu i ówdzie parę kilogramów, pomyślał Arve. Z jakiego powodu tak strasznie nienawidzi Goggo?

Nie przyszło mu nawet do głowy, że przyczyną może być zazdrość. Zapewne wiedząc o tym, uległby panice, mimo że instynktownie unikał bliższych kontaktów z sąsiadką z parteru.

Gerd i Ellinor wzięły tacę z filiżankami i weszły do budynku, pozostawiając Arva sam na sam z dziennikarką.

– Niech się trochę pomęczy – uśmiechnęła się złośliwie Ellinor.

– Słusznie – przytaknęła jej Gerd. – Powiedz, dlaczego tej Goggo nikt nie lubi? Co prawda zaczynam to trochę rozumieć po zjadliwym artykule, jaki napisała na temat wystawy, ale… Dlaczego na przykład ty jej tak nie cierpisz?

– Z tego samego powodu. Tkwi w niej jad najgorszego gatunku. Moja biedna mama otrzymała w spadku tajemniczy przepis na powstrzymanie łysienia i porost włosów. W letnie noce zbierała skąpane w rosie zioła. Ta jej zielarska działalność nie była wcale niebezpieczna, sprzedawała mikstury tylko w gronie swych znajomych. Kobiety zwykle strasznie rozpaczają, kiedy zaczynają wypadać im włosy. Nawet nie wiem, czy ten środek pomagał. Goggo zdobyła go w jakiś sposób i napisała w gazecie obrzydliwy artykuł szkalujący moją matkę. Mama została oskarżona o znachorstwo. Tak bardzo wzięła sobie to do serca, że odwróciła się kompletnie od ludzi i przestała wychodzić z domu. Dobrze ci radzę, Gerd, trzymaj się z daleka od Goggo, bo ona teraz namierzyła ciebie.

– Mnie? A to z jakiego powodu?

Ellinor uśmiechnęła się ponuro.

– Jeśli sama nic nie zauważyłaś, to nie zamierzam cię uświadamiać.

I uśmiechając się słodko do Arva, który pojawił się w drzwiach, zapytała:

– Jak ci poszło? Udało ci się uwolnić z porażającego uścisku Gorgony?

– Daj spokój! – syknął w odpowiedzi, bo trafiła w czułą strunę. – Czasem odnoszę wrażenie, że najchętniej widziałabyś ją martwą.

– Bynajmniej – odparła oschle Ellinor. – Zapomniałeś, że choć Perseusz odciął głowę Meduzie, spojrzenie jej martwych oczu nadal obracało śmiertelników w kamień?

Goggo nie poddawała się tak łatwo. Następnego wieczoru przyszła nieproszona do mieszkanka Gerd na poddasze. Rozejrzała się taksująco po dość sporym pomieszczeniu i stwierdziła:

– Nieźle! Sama chętnie bym tu zamieszkała. Ale gdzie twoja pracownia?

Gerd rzeczywiście dokonała cudu, przemieniając poddasze w bardzo przytulny kąt. Kolorystyka pomieszczenia była niezwykle wyszukana. Dominowały zgaszone, starannie dobrane barwy. Na podłodze leżał gruby dywan. Z jednej strony, gdzie sufit obniżał się ukośnie, zamontowane zostały półki i szafki, zaś z drugiej znajdowało się troje drzwi prowadzących do niewielkich pokoików i kuchni.

– Jaka pracownia? – zdziwiła się Gerd. – Jestem nauczycielką i na tym koniec.

– Nie próbuj mnie oszukać! Nauczycielka plastyki i prac ręcznych, która sama nie tworzy? Nie, to niemożliwe, wręcz nienormalne.

Gerd zarumieniła się. W jej ciemnych oczach pojawił się znów dziwny lęk.

Goggo podeszła do okna.

– Ho, ho! Stąd rozciąga się przepiękny widok na torfowiska. Chyba nikt w mieście nie ma takiej panoramy. Nie myślałaś o przeprowadzce? Chętnie bym się tu przeniosła!

Powiedziała to pozornie lekko, ale Gerd wyczuła, że Goggo wcale nie żartuje. Poczuła nagłą niechęć wobec tej eleganckiej istoty, która zachowywała się tak, jakby świat został stworzony wyłącznie dla niej.

– Napijesz się herbaty? – zapytała niezbyt serdecznie.

– Dziękuję, chętnie.

A niech to! Gerd miała nadzieję, że Goggo odmówi. Weszła do swej maleńkiej kuchenki i rozejrzała się bezradnie. Czym by tu poczęstować nieproszonego gościa? Ale nim zdążyła się zastanowić, usłyszała triumfalny okrzyk Goggo:

– Proszę bardzo, nie myliłam się!

Gerd cofnęła się do pokoju, a gdy zorientowała się, co uczyniła Ågot, wszystko się w niej zagotowało z gniewu.

Energiczna dziennikarka bezczelnie zajrzała do niewielkiej pracowni ukrytej za zamkniętymi drzwiami i grzebała właśnie w stosie płócien i kartonów ze wzorami gobelinów.

– Jednak jesteś artystką! – zawołała z satysfakcją. – Popatrzmy… No proszę, wcale nieźle!

– Goggo! To moje prywatne rzeczy, nie życzę sobie…

– Ależ to jest naprawdę śliczne – powiedziała Goggo nie zrażona i zatrzymała wzrok na niewielkim kartonie w delikatnych odcieniach błękitu i szarości.

– Rzeczywiście – uśmiechnęła się Gerd, postanawiając załatwić sprawę ugodowo. W końcu co się stało, to się nie odstanie. Może po prostu Goggo spragniona jest odrobiny przyjaźni? – To moja pierwsza próba tkacka. Miałam wtedy piętnaście lat i kochałam się w najwspanialszym chłopaku pod słońcem. Kiedy dowiedziałam się, że ma wyjechać z naszej osady, wydawało mi się, że świat się zawali. Namalowałam wtedy ten obraz, a potem według wzoru utkałam gobelin, który ofiarowałam chłopcu na pożegnanie. Jak widzisz, za pomocą barw starałam się wyrazić swe uczucia. Nie miłość, bo dla niej zarezerwowane są barwy ostre, zdecydowane. Te smutne, zgaszone kolory obrazują przyjaźń, która jest łagodnym i bezinteresownym uczuciem, nie sądzisz? Miałam nadzieję, że w ten sposób wyrażę najpełniej, jak bardzo będę za nim tęsknić.

W głosie Gerd pobrzmiewały ciepłe nuty. Dziewczyna liczyła na to, że Goggo zrozumie, ale dziennikarka popatrzyła na nią swymi zimnymi oczami i zapytała:

– To znaczy, że nie wyznałaś mu, co do niego czujesz?

– Nie inaczej jak tylko poprzez podarunek. Ale kiedy wróciłam do domu, płakałam tak bardzo, że serce mi omal nie pękło.

Gerd roześmiała się, pragnąc zbagatelizować swe szczere słowa.

Ale Goggo nie zwracała na nią uwagi.

– Och, spójrz na to! – zawołała i wyjęła ze spodu kilka pożółkłych kartonów. – Czy ja już tego kiedyś nie widziałam? Gerd, chyba nie zrzynasz od innych, przyznaj się?

Gerd siląc się, by zachować spokój, wyjęła z rąk dziennikarki kartony i odłożyła je na miejsce. Potem wyprowadziła Goggo z pracowni, wyjaśniając:

– Te projekty dostałam. O ile mi wiadomo, nie powstały według nich gobeliny.

– Doprawdy szkoda. Są piękne, chyba najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek oglądałam. Zastanawiam się, gdzie ja je widziałam. Czy mogłabym je sfotografować?

– Nie, absolutnie nie! Przecież nie są moje!

Goggo posłała jej przeciągłe spojrzenie.

– Coś mi się zdaje, że z ciebie niezłe ziółko, choć twój niewinny uśmiech może niejednego zmylić.

Gerd, zdenerwowana, wymamrotała pod nosem:

– Mówisz jak Johannes Hallar.

– Johannes? – zaśmiała się Goggo. – Czy tak miał na imię ten chłopak, w którym się kochałaś? No, nie! Nigdy bym się nie mogła zakochać w chłopaku o takim imieniu. Wyobraź sobie, w samym środku czułej sceny szepczesz naraz: „Johannes!” Chyba bym pękła ze śmiechu!

Gerd nie wierzyła własnym uszom. Jakie to dziecinne! Kpić z imienia, żeby ośmieszyć czyjąś miłość!

– Daruj sobie! – powiedziała. – Chłopak nazywał się Olaf Brink. Johannes Hallar pojawił się w moim życiu dużo później i trudno mi sobie nawet wyobrazić czułą scenę z nim. Jedyne, co mi się w nim podobało, to właśnie imię. Zbyt piękne jak dla takiego potwora.

Goggo uśmiechnęła się chytrze i wówczas dopiero Gerd zorientowała się, że była nazbyt szczera. Jak zwykle w zdenerwowaniu powiedziała więcej niż należało, wyjawiła sekrety, które powinna zachować dla siebie.

Kiedy Goggo w końcu poszła, Gerd uświadomiła sobie, że śmiertelnie boi się tej kobiety.

Okazało się, że przeczucie jej nie myliło. W dwa dni później, podczas lektury porannej prasy, przeżyła prawdziwy szok.

„Zaginione projekty gobelinów odnalezione w Vanningshavn?” uderzył ją krzykliwy tytuł.

„Nasza współpracownica, Goggo, dokonała być może sensacyjnego odkrycia. Zastanawiamy się: Co robią projekty dekoracji wnętrz ratusza w Siljar w naszym mieście? Goggo nie ma żadnych wątpliwości, że widziała wczoraj w pewnym prywatnym mieszkaniu kartony, które zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Jak się tutaj znalazły, właścicielka nie potrafiła, a może nie chciała, wyjaśnić. Przypomnijmy pokrótce sprawę:

Przed trzema laty po głośnym procesie zaginęła świetnie się zapowiadająca artystka rękodzieła. Szczegóły procesu nie są w tym miejscu istotne, wspomnieć jedynie wypada, że zeznania dziewczyny w sądzie były – łagodnie mówiąc – osobliwe. Razem z nią zniknęły nagrodzone projekty gobelinów, które miały ozdobić aulę ratusza w Siljar. Młoda artystka, która pobierała pierwsze nauki u swej równie sławnej matki, została uznana za wybitny talent w swej dziedzinie. Nikt nie potrafił równie pięknie wydobywać delikatnych niuansów kolorystycznych, tak ciekawej faktury. Nie wykluczano, że dziewczyna targnęła się na swe życie na skutek gwałtownego konfliktu moralnego, jaki wywołały w niej zeznania świadków podczas rozprawy. Dlatego odkrycie Goggo wydaje się sensacyjne. Co robią zaginione projekty gobelinów w Vanningshavn? Na nowo nasuwa się pytanie postawione w trakcie wspomnianego procesu: Co artystka zobaczyła w piwnicy?”

Artykuł był obrzydliwie napastliwy. Gerd wiedziała, że to do niej zostały skierowane wszystkie pytania. Zdawała sobie sprawę, że jeśli się nie wytłumaczy, Goggo wykona następny ruch.

Ågot Lien wyszła z redakcji późnym wieczorem. Zasiedziała się, ale chciała skończyć swój najnowszy artykuł. Była z siebie bardzo zadowolona. Pozornie tekst wydawał się niewinny, ale żona burmistrza, która obraziła Goggo przerywając rozmowę w pół zdania, z całą pewnością zauważy ukryte w nim szpilki.

Goggo karała każdego, kto jej się naraził. Mściła się bezwzględnie, wykorzystując swą władzę. Niech wiedzą na przyszłość, że tak się nie traktuje Ågot Lien! brzmiało motto dziennikarki.

Jej życie było pasmem intryg i zła. Wydawało jej się, że niezadowolenie, jakie odczuwa, jest spowodowane nieodpowiednim zachowaniem innych, których musiała ukarać. Nie przyszło jej do głowy, że to zaklęty krąg, bo zemsta wywoływała kolejne negatywne reakcje, za które znów trzeba było karać, i tak dalej, i tak dalej. Podejrzliwość i wrogość są na dłuższą metę nie do zniesienia, a triumf wywołany zniszczeniem wroga przypomina Pyrrusowe zwycięstwo. Gdyby ktoś jednak powiedział Ågot, że jest nieszczęśliwą istotą, nigdy by mu tego nie wybaczyła. We własnych oczach uchodziła bowiem za silną i niezwyciężoną. Wręcz nieśmiertelną!

Goggo szła właśnie przez ciemny zaułek pomiędzy redakcją a ulicą Główną, gdy nieoczekiwanie ktoś zagrodził jej drogę. Krzyknęła przestraszona.

– Pani Goggo? – zapytał cicho wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o jasnych włosach, ubrany z wyszukaną elegancją. Miał na sobie garnitur z kamizelką, zaś elegancki parasol stanowił przysłowiową kropkę nad i. Prawdziwy dżentelmen! Interesująca powierzchowność, przystojny… Tak, tacy mężczyźni imponowali Goggo.

– Nie przypominam sobie, byśmy zostali sobie przedstawieni – odparła chłodno, ale w jej głosie pobrzmiewała nuta flirtu. – Nazywam się Ågot Lien, Goggo to mój pseudonim dziennikarski, a równocześnie zdrobnienie używane wyłącznie przez moich przyjaciół.

– Czy to pani napisała artykuł o kartonach z projektami gobelinów?

– Jeżeli nawet, to co? – zmarszczyła brwi.

– Gdzie je pani znalazła?

– No nie, dziennikarz nie ma obowiązku podawać źródeł swych informacji. Poza tym, z kim mam przyjemność?

– Przepraszam, wyraziłem się chyba trochę niejasno. Źle mnie pani zrozumiała. Zależy mi na współpracy, która… może okazać się bardzo opłacalna. Pani pozwoli, że się przedstawię…

Napotkany mężczyzna zasięgnął wcześniej języka na temat dziennikarki i znał jej czułą strunę. Na dźwięk słów „opłacalna współpraca” oczy Goggo rozbłysły.

Tego wieczoru Gerd przeraziła się po raz pierwszy. Kiedy wyjrzała na dwór, zauważyła pod czereśnią mężczyznę wpatrującego się w jej okno.

Odległość była zbyt duża, a letni wieczór zbyt ciemny, by mogła się przyjrzeć intruzowi. Zaniepokoiła się nie na żarty, bo w tym miejscu zwykle było pusto. Lęk wypierał powoli z jej serca odwagę. Zaczęło się! pomyślała.

Starannie zamknęła drzwi i położyła się. Nie mogła jednak zasnąć. Leżała z otwartymi oczami zapatrzona w obrazy ze swej przeszłości, przed którą nie było ucieczki.

Następnego dnia przeżyła kolejny wstrząs. Poszła ze swą klasą do muzeum i tam właśnie poczuła ten sam dobrze znany jej strach. Krążyła z dzieciakami po salach wystawowych, a za sobą przez cały czas słyszała czyjeś kroki. Bała się jednak odwrócić i sprawdzić, kto za nią idzie.

A może to chora wyobraźnia, mania prześladowcza wywołana długimi latami ukrywania się?

Wieczorem poszła do Ellinor, żeby omówić wspólne plany urlopowe. Postanowiły razem pojechać na Islandię i Gerd ogromnie się na to cieszyła.

Wracała na górę w doskonałym humorze, myśląc jedynie o tym, co z sobą zabrać w podróż.

Nagle naszło ją nieprzyjemne uczucie, że jest obserwowana. Czy to jakiś cień, czy naprawdę dostrzegła jakiś ruch?

Zamarła na kilka sekund, po czym nie namyślając się wiele, zbiegła po schodach w dół i poprosiła Ellinor, by pozwoliła jej u siebie przenocować.

Arve wspaniałomyślnie zadeklarował się, że będzie popołudniami sprawdzał dokładnie cały dom, więc następnego wieczoru Gerd stała w oknie o wiele spokojniejsza. Co prawda była sama w budynku, bo Ellinor wyszła do znajomych, a Arve pobiegł na zebranie, ale nie bała się. Wiedziała, że wcześniej Arve sprawdził wszystkie kąty, każdy zakamarek, a wychodząc zamknął za sobą drzwi na klucz.

Gerd zdziwiła się. Co to tak świeci tam daleko? Dziwne, przecież to odludzie. Ciągnące się kilometrami torfowiska, poprzecinane gdzieniegdzie zagajnikami. Nic poza tym… Wśród drzew migotało jednak jakieś światełko, słabe, przyjazne, jakby światło w oknie. Czy możliwe, by tam na bagnach stał jakiś dom?

Uświadomiła sobie, że w całym miasteczku nikt prócz niej nie widzi tego światełka w mroku, gdyż z innych domów nie rozciągała się tak rozległa panorama. Poczuła nić wspólnoty i cieplej jej się zrobiło na sercu.

Nagle zadzwonił telefon.

– Gerd Hansen? – usłyszała w słuchawce przyjazny głos. – Słyszysz mnie? To, co ci powiem, jest naprawdę ważne. Opuść natychmiast dom! Biegnij czym prędzej gdzieś między ludzi: do kawiarni, cukierni, gdziekolwiek. Przez kilka godzin nie wracaj do swojego mieszkania!

– Ale… dlaczego?

– Ktoś chce ciebie skrzywdzić, Gerd. Myślę, że dobrze wiesz, o co chodzi.

– Tak – wyjąkała. – Ale przecież dom został dokładnie sprawdzony, przeszukany i zamknięty.

– To nie człowiek ci zagraża. Wyjdź z domu, a nic ci się nie stanie! Zaufaj mi, pragnę twego dobra. Biegnij już!

– Dobrze. Ale kim jesteś?

Na moment zaległa cisza.

– Powiedzmy, że dobrze cię rozumiem.

A potem rozmówca odłożył słuchawkę.

ROZDZIAŁ II

Cichy gwar cukierni niczym ochronny mur otoczył dziewczynę. Gerd rozpaczliwie usiłowała pozbierać rozbiegane myśli. Co teraz zrobi? Czy z tego miasteczka także ma uciec, zmienić tożsamość, by znów w jakimś odległym miejscu kolejny raz zaczynać wszystko od nowa?

Poza tym pozostawał do rozwiązania najbardziej palący problem: gdzie spędzić dzisiejszą noc? Kanapa w mieszkaniu Ellinor była rozwiązaniem doraźnym.

Przyjaciółka i tak się często dziwiła.

„Dlaczego tak bardzo obawiasz się poznać bliżej jakiegoś mężczyznę?” zapytała kiedyś. „Odnoszę wrażenie, że nie masz odwagi się zakochać. Wydajesz się taka samotna”. „Miłość to luksus, na który nie mogę sobie pozwolić”, odpowiedziała jej wówczas ze śmiechem. „Nie, nie, to nie dla mnie”.

W tym zimnym, bezdusznym świecie znalazł się jednak ktoś, kto pragnął jej dobra, kto ją rozumiał… Dziewczynie zrobiło się cieplej na sercu, gdy przypomniała sobie głos w słuchawce. Kim był człowiek, który do niej zadzwonił?

Siedziała przez pół godziny, targana niepokojem, gdy nagle okolicą wstrząsnął huk. Wszyscy zamarli na moment, ale już po chwili w cukierni znów słychać było śmiechy i zwykły gwar. Gerd wybiegła na dwór. Tylko ona wiedziała, co się stało.

Ze starego budynku szkoły buchały kłęby dymu. Gerd poczekała, aż wóz straży pożarnej wjedzie na podwórko, a potem podeszła bliżej. Spotkała wybiegającego z korytarza strażaka.

– Ktoś podłożył petardę na schodach w piwnicy – zawołał, krztusząc się i kaszląc. – Głupi kawał!

To ostrzeżenie, pomyślała Gerd. Chcą mnie nastraszyć.

Komendant straży podszedł do niej i zapytał:

– Czy ktoś był w domu?

– Nie, dwoje pozostałych lokatorów ma wrócić późnym wieczorem.

– Szkody nie są duże, zaledwie kilka połamanych desek, ale radziłbym pani przenocować w hotelu, bo w całym domu jest pełno dymu. Będziemy tu czuwać do jutra.

Pokiwała głową na znak zgody i weszła pośpiesznie na górę, by ze swego mieszkania zabrać najpotrzebniejsze rzeczy. Zapakowała szybko przybory toaletowe i piżamę i otworzyła okno, by wpuścić trochę świeżego powietrza, bo dym drapał ją w gardle. Letni wieczór pachniał deszczem, a torfowisko odcinało się szaro na tle nieba.

Mała chata stojąca samotnie w oddali pobudziła wyobraźnię dziewczyny. Pomyślała sobie, że mieszka tam para staruszków, szczęśliwych, że mają siebie. A ona? Czy miała kogoś bliskiego? Jedyną przyjaciółką była Ellinor, która jednak nie wiedziała o Gerd prawie nic. We wspomnieniach zaś pojawiał się bohater z dziecięcych lat, którego nigdy już nie zobaczy.

A poza tym tylko lęk, na nowo rozbudzony przez Gorgone.

Światełko w oddali wydało się Gerd takie przyjazne. Nagle przyszedł jej do głowy szalony pomysł. Podeszła do kontaktu, zapaliła i zgasiła trzy razy lampę u sufitu. Potem wróciła do okna.

Z daleka dostrzegła trzy krótkie błyski. To niesamowite! Ktoś odpowiedział na jej sygnał!

Może jakiś mały chłopiec, który leży już w łóżku i boi się ciemności? Ciekawe, czy mignie raz jeszcze? Nie, powinna już przecież pójść do hotelu. A może… może raczej udać się na policję i opowiedzieć o wszystkim, co przydarzyło jej się w ostatnich dniach?

O, nie! Zbyt dobrze pamiętała swój ostatni kontakt z policją, a konkretnie z młodym inspektorem Johannesem Hallarem. Jeszcze nikt nigdy tak jej nie upokorzył! Jego nieprzyjemne słowa na trwałe wryły jej się w pamięć: „I co zamierzałaś osiągnąć?” pytał ją lodowatym tonem. „Chodziło ci o darmową reklamę?”

Jak odeprzeć taki zarzut, jak się bronić?

Nagle rozległ się dzwonek telefonu. W słuchawce, mimo późnej pory, Gerd usłyszała głos Goggo, na dźwięk którego zesztywniała z niechęci.

– Wróciłaś wreszcie do domu – stwierdziła z przekąsem dziennikarka. Między wierszami zawisło pytanie: „Gdzie byłaś tak długo? U Arva na dole?”

Gerd najchętniej od razu odłożyłaby słuchawkę. Zraziła się do Goggo po publikacji artykułu, który rozdrapał nigdy nie zaleczone rany.

„Co artystka zobaczyła w piwnicy?”

Piwnica. Kilka krótkich sekund, podczas których jej życie rozpadło się na drobne kawałeczki.

Dobitny głos Goggo przerwał jej rozmyślania.

– W hotelu zatrzymał się twój stary znajomy, który koniecznie chce się z tobą spotkać. Nazywa się Olaf Brink.

– Słucham?

– Zaskoczyłam cię, co? – roześmiała się perliście Goggo. – Ależ on przystojny! Co prawda twierdzi, że nie pamięta żadnej Gerd Hansen.

No tak, nic dziwnego. Kolana się pod nią ugięły. Olaf, tutaj! Poczuła, jak rozpala się w niej iskierka nadziei.

Goggo nie przestawała trajkotać:

– Ale za to zapamiętał doskonale smarkulę, która podarowała mu utkany przez siebie gobelin. Dał go od razu dziewczynie, w której się wówczas kochał.

Gerd mimowolnie skuliła się w sobie, Goggo zaś ciągnęła dalej:

– Ale wiesz, on twierdzi, że ta mała, która obdarowała go makatką, nazywała się zupełnie inaczej. Powiedzieć mu, że przyjdziesz? On czeka w pokoju sto dwadzieścia dwa.

Bardzo ją zabolały te słowa. Przez ostatnie lata wspomnienie Olafa stanowiło jedyne światełko w mroku. Świadomość, że żyje sobie gdzieś, nawet jeśli daleko, dodawała jej pewności, że istnieją jeszcze na świecie pozytywne, dobre siły.

A teraz i to światełko zgasło.

Czego właściwie się spodziewała? Chyba zbyt wiele oczekiwała od Olafa.

– Przyjdę – rzekła zmęczonym głosem. – Albo przyjadę na rowerze, będzie szybciej.

Kwadrans później w pokoju hotelowym stanęła twarzą w twarz z mężczyzną. Goggo wbiła w nią swe przenikliwe, zimne spojrzenie.

Gerd całkiem inaczej wyobrażała sobie Olafa. Oczywiście jego jasna czupryna, błękitne oczy w ciemnej oprawie, prosty nos, szeroki uśmiech wydały się jej znajome, ale pierwsze wrażenie nie było takie, jakiego oczekiwała.

– Poznaję cię – zawołał mężczyzna i uśmiechnął się przyjaźnie. – Chociaż jedenaście lat to szmat czasu. Bardzo się zmieniłaś. Zmieniłaś też imię.

Goggo roześmiała się złośliwie:

– Wiesz, Olaf, Gerd była w tobie zakochana do szaleństwa. W tej makatce wyraziła całą swoją tęsknotę, a kiedy wyjechałeś, płakała i rozpaczała przez wiele tygodni. To musiał być dopiero widok!

Gerd, kompletnie zdruzgotana takim brakiem taktu, milczała przez dłuższą chwilę. Obecność Olafa onieśmielała ją, zmusiła się jednak, by zapytać:

– Powiedz, co u ciebie? Zawsze wydawało mi się, że wyrośniesz na wielkiego człowieka.

Popatrzył na nią nieco zakłopotany.

– Hm, co by ci tu powiedzieć? Jestem dyrektorem firmy eksportowo-importowej.

Biznesmen? Nie tego się spodziewała. Olaf, jakiego znała, był idealistą, a biznesmeni rzadko kierują się w życiu ideałami.

Gerd poczuła się zawiedziona. Jedenaście lat to rzeczywiście długi czas.

– Jak się spotkaliście? – zwróciła się do Goggo i Olafa.

– W redakcji, przyjechał, by o coś zapytać. Zwróciłam uwagę na jego nazwisko i upewniłam się, czy jest to twój Olaf.

Dziennikarka posłała mężczyźnie wieloznaczne spojrzenie i Gerd poczuła się jeszcze bardziej zakłopotana.

Kiedy Goggo wyszła, by zamówić coś do picia, spytała cicho Olafa:

– Wiesz, kim jestem, prawda?

– Oczywiście, zrozumiałem to natychmiast. Słyszałem, że wybierasz się na Islandię?

Zamarła:

– A skąd wiesz?

~ Goggo mi powiedziała. Podobno słyszała od jakiegoś Ståhla.

A to plotkarz! Czy wszystko, o czym rozmawia się w domu, musi dojść do uszu Goggo?

– Pozwól, że pojadę z tobą – poprosił Olaf, kładąc jej ręce na ramionach.

Zamierzała właśnie zapytać, dlaczego, gdy nagle zesztywniała. Od pierwszej chwili, kiedy się znalazła w tym pokoju, wyczuwała jakiś niedobry nastrój, i teraz wreszcie pojęła przyczynę.

– Och, całkiem wyszło mi z głowy, że wieczorem miał przyjść do mnie uczeń – skłamała na poczekaniu. – Ten biedak pewnie już tam czeka. Proszę, przeproś ode mnie Goggo! Zobaczymy się jutro, cześć!

Nim mężczyzna zdążył zareagować, wybiegła na korytarz. Na śmierć zapomniała, że ma nocować w hotelu, i popedałowała prosto w stronę domu.

Była deszczowa letnia noc. Na pustych jezdniach błyszczał mokry asfalt. Dziewczyna wjechała w ulicę Fabryczną, która nie bez powodu nosiła taką nazwę. Bramy wzdłuż długiego muru po obu stronach ulicy pozamykane były na cztery spusty. Dookoła żywej duszy. Gerd skręciła w wąski zaułek. Kiedy dostrzegła stalowy drut rozciągnięty w poprzek jezdni, było już za późno. Mimo że zahamowała gwałtownie, nie zdołała uniknąć upadku. Wyrzuciło ją z roweru i upadła, zdzierając sobie do krwi dłonie.

Kątem oka dostrzegła, jak z bramy wybiega jakaś groźna zwalista postać. Gerd nie miała złudzeń; ten ktoś na pewno nie chciał jej pomóc. W ciągu minionych trzech lat dziewczyna żyła w ciągłym napięciu, przywykła do tego, by mieć się wciąż na baczności. Poderwała się więc błyskawicznie i biegiem ruszyła jedyną drogą, jaka pozostała wolna, w dół nad rzekę.

Bez namysłu zanurzyła się w zielonej mulistej wodzie i przepłynęła na drugą stronę. Potem wspięła się po urwistym brzegu i zniknęła w zaroślach, za którymi rozciągały się torfowiska.

Jej prześladowca, zapewne nie chcąc zmoczyć ubrania, pobiegł w stronę mostu. Gerd nie zdążyła się zorientować, kim był. Wszystko trwało zaledwie ułamek sekundy. Nie mogła pojąć, dlaczego została napadnięta, kto mógł wiedzieć, że będzie tamtędy jechała? Przecież opuściła hotel dość nieoczekiwanie. A jednak nie miała najmniejszej wątpliwości, że to właśnie na nią zastawiono pułapkę.

Była przemoczona do suchej nitki, ubranie kleiło się jej do ciała, mimo to pobiegła dalej przez błoto. Musiała wykorzystać swoją przewagę.

Zdyszana stanęła na skraju rozległej, odsłoniętej przestrzeni torfowisk. Gdzieniegdzie wśród porastających pagórki liliowych wrzosów szumiały wysokie sosny. Dalej na horyzoncie ciemniał gęsty las. To chyba stamtąd migotało ku niej przyjazne światełko!

Biegła już dość długo przez torfowisko, gdy z tyłu doszedł do jej uszu trzask łamanych gałęzi. To pewnie znowu jej prześladowca! Jakie wszystko wydaje się obce i przerażające w tę letnią noc!

Oddech dziewczyny stał się krótki i świszczący. Ścigający ją mężczyzna także się zdyszał. Zawsze to jakaś pociecha. Jeszcze tylko kilka metrów i znajdzie się pod osłoną lasu. O światełku dawno już nie pamiętała.

Wreszcie otoczyły ją sosny, wysokie i majestatyczne. Przedarła się przez gęste zarośla, teren wznosił się, gdy nagle…

Ziemia osunęła się jej spod stóp i dziewczyna runęła w dół. Wprawdzie nie było specjalnie wysoko, ale ponieważ wszystko stało się niespodziewanie, upadek okazał się bardzo groźny. Dziewczyna potoczyła się po kamieniach, raniąc dotkliwie ramiona, a kiedy ujrzała przed sobą wielki głaz, sądziła już, że to koniec. Przez cały czas zaciskała zęby, żeby nie wydobyć z siebie głosu, teraz jednak krzyknęła przeciągle. Ogromny kamień był tuż-tuż! Dziewczyna wystawiła ręce, a w następnej sekundzie wszystko znikło.

Uporczywy ból rozsadzał jej czaszkę, nic nie widziała ani nie słyszała. Z wolna jednak dudnienie w skroniach zaczęło ustępować, a wówczas dotarły do niej jakieś głosy i odgłos kroków.

Ktoś podniósł ją z ziemi i półprzytomną przeniósł do chaty. Położył na łóżku. Długo trwała w jakimś dziwnym stanie zawieszenia, jakby błądziła w gęstej mgle.

Wreszcie ocknęła się i powróciła do bolesnej rzeczywistości.

Ogień palił jej czoło i dłonie. Ktoś ostrożnie otarł mokrą ścierką krew z jej twarzy, a potem uniósł się z krawędzi łóżka.

Gerd otworzyła oczy. Sądząc po umeblowaniu wnętrza, znajdowała się w jakiejś chacie. Przy kuchennej ławie stał odwrócony do niej plecami mężczyzna i płukał ręcznik.

– Widziałam przez moje okno dochodzące stąd światło – powiedziała.

– Staraj się nie mówić za dużo, Ellen – poprosił mężczyzna, nie patrząc na nią. – Obawiam się, że mogłaś doznać wstrząsu mózgu.

Zadrżała. On znał jej prawdziwe imię! Próbowała się zerwać.

– Wpadłam w pułapkę! – jęknęła żałośnie. – Światło wcale nie było mi przyjazne! Ono także jest moim wrogiem!

– Spokojnie! Nie denerwuj się. – Mężczyzna odwrócił się i podszedł do niej.

Gerd wstrzymała oddech, wpatrując się weń rozszerzonymi ze zdziwienia oczami.

– To ty jesteś Olaf! – wykrzyknęła z radością w głosie.

Uśmiechnął się i przysiadł na brzegu łóżka.

– Oczywiście – potwierdził i ujął ją za rękę. – Ellen Ingesvik… Wyrosłaś na piękność!

– Piękność? – powtórzyła z niedowierzaniem.

– Co za uroda! Nigdy o tobie nie zapomniałem, wiesz? Byłaś niezwykłą dziewczynką.

Gerd nie mogła oderwać od niego oczu.

– Jak mogłam się tak pomylić? Jak mogłam uwierzyć, co prawda tylko przez kilka minut, że tamten oszust to ty? – roześmiała się.

Bo przecież tak właśnie wyglądał w jej wyobraźni dorosły Olaf. Wyprostowana sylwetka i jakiś niezwykły blask w oczach spoglądających spod jasnej grzywki, kształtne, zmysłowe usta. Z twarzy o szlachetnych rysach emanowała siła, a zarazem wrażliwość. To był jej Olaf!

Obraz przyjaciela zamazał się, gdy tak wpatrywała się w jego twarz, roniąc łzy wzruszenia.

Olaf wyciągnął ku niej ramiona.

– Chyba nic się nie stanie, jeśli na chwilę usiądziesz! – powiedział miękko. – Tylko ostrożnie. I nie płacz, bo to może ci zaszkodzić!

Przyciągnął ją ku sobie. Gerd oparła mu policzek na ramieniu i przymknęła oczy. Bezwiednie zarejestrowała, że ma na sobie suchą koszulę, a jej przemoknięte ubrania suszą się nad piecem.

– Na szczęście w porę odkryłam, że to oszust, i uciekłam – szepnęła niewyraźnie. – Kiedy położył dłonie na moich ramionach, dostrzegłam pod mankietem koszuli tatuaż. Byłam pewna, że nigdy w życiu nie dałbyś się wytatuować.

– Oczywiście, broń Boże – wstrząsnął się z niesmakiem. – Teraz jesteś bezpieczna, Ellen. Ten facet, który cię gonił, na mój widok uciekł w stronę miasta. Zresztą to nie jest ten, który cię prześladował, to jego kumpel.

Nagle rozległ się dziwny dźwięk: stłumiony i chrapliwy sygnał telefonu.

– Założyliśmy podsłuch w pokoju hotelowym – wyjaśnił Olaf, wstając.

Gerd dziwiła się coraz bardziej.

– My? To znaczy kto?

– No i co? Jak poszło? – usłyszeli głos w aparacie.

– W porządku – odpowiedział ktoś zdyszany. – Napędziłem jej takiego strachu, że zwaliła się w dół z urwiska. Niestety, musiałem się szybko stamtąd zwijać, bo nadbiegł jakiś szalony sportowiec w dresach. Mam nadzieję, że się solidnie potłukła.

– Ten facet w dresach zdążył ci się przyjrzeć?

– Coś ty, zwariowałeś? A co u ciebie, pozbyłeś się tej drugiej?

– Panny Goggo? O tak, dostała, czego chciała.

Rozmowa zakończyła się po chwili całkiem zwyczajnie.

– Podsłuchujesz ludzi? – zapytała Gerd zaszokowana. – I śledzisz?

– Taki dostaliśmy rozkaz od naszych zwierzchników. W niektórych przypadkach zezwala się na tego typu działania. Niestety, mieszkamy dość daleko od miasteczka. Nie udało nam się wynająć nic innego prócz tego domku myśliwskiego. Właśnie dzięki podsłuchowi dowiedzieliśmy się o grożącym ci niebezpieczeństwie. Facet z hotelu zawiadomił swego kompana, że wracasz rowerem do domu. Kazał zastawić na ciebie pułapkę w zaułku na ulicy Fabrycznej. Mój szef pobiegł natychmiast, by mu przeszkodzić. To on… właśnie wraca.

Rozległ się trzask, a po chwili otworzyły się drzwi wewnętrzne i do pomieszczenia wszedł jakiś mężczyzna ubrany w czarną przeciwdeszczową pelerynę. Rozebrał się bez słowa.

Wpatrując się w przybysza, Gerd po raz kolejny zastygła w niemym przerażeniu. Czarne sztywne włosy, silne dłonie i młoda, lecz surowa twarz. Zielone oczy spoglądały lodowato, pozbawione uczuć, aż dziewczynie dreszcz przebiegł po plecach.

Inspektor Hallar we własnej osobie, jej śmiertelny wróg!

– Ach, więc jest tutaj – stwierdził chłodno.

– Czy mogłabym się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi? – wyjąkała. Obecność Hallara działała na nią tak jak kiedyś paraliżująco.

– Oczywiście – odpowiedział przyjaźnie Olaf. – Ale najpierw chciałbym usłyszeć historię Ellen Ingesvik. Wprawdzie wiem sporo na ten temat, ale nigdy nie słyszałem twojej wersji przebiegu wydarzeń, Ellen. Proszę, opowiedz teraz, jeśli oczywiście czujesz się na siłach.

Skinęła głową.

– Wychodzę – burknął inspektor.

– Jak to, nie chcesz usłyszeć, co Ellen ma do opowiedzenia, Johannes?

– Dziękuję bardzo, słyszałem już te brednie, zapewne teraz jeszcze bardziej chwytają za serce – mruknął cierpko i ruszył do drzwi.

W tej samej chwili Gerd miała okazję się przekonać, że Olaf Brink wciąż utrzymuje swój niezwykły autorytet.

– Nie, Johannes, powinieneś zostać – powiedział krótko i to wystarczyło.

Hallar cofnął się, nie kryjąc irytacji, i przysiadł na sofie w kącie.

Ellen westchnęła, ciężko przygnębiona pogardą policjanta.

– Od czego mam zacząć? Od momentu kiedy wyjechałeś z naszej wsi? Miałam wówczas piętnaście lat.

Olaf pokiwał głową.

– Słyszałem twoją rozmowę telefoniczną z tą dziennikarką, bo dzwoniła z hotelu. Okropna baba! Uwierz mi, Ellen, twoja makatka wisi ciągle u mnie w domu nad łóżkiem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że warta jest majątek, ale ja za nic w świecie bym jej nie sprzedał.

Uśmiechnęła się uszczęśliwiona i oblała rumieńcem, a potem wyjąkała:

– Nie przywiązuj zbytniej wagi do tego, co powiedziała Goggo, że byłam w tobie zakochana i że tygodniami wylewałam łzy po twym wyjeździe…

Olaf uśmiechnął się ze zrozumieniem.

– Tego nie słyszałem, Ellen. Ja słyszę tylko rozmowy prowadzone z aparatu telefonicznego w hotelu. A poza tym nie biorę wszystkiego tak poważnie. Przecież miałaś wtedy zaledwie piętnaście lat.

Szkoda, pomyślała dziewczyna, ale nie wyraziła na głos swoich myśli.

– W Siljar bez ciebie zrobiło się pusto – zaczęła cicho. – Tak pusto, że popełniłam głupstwo.

– A bo to jedno – wtrącił kwaśno policjant ze swego kącika.

– Jakie? – zapytał Olaf, jakby nie zauważając słów przełożonego.

– Do naszej osady przyjechał młody człowiek, który wydał mi się bardzo do ciebie podobny. Ta sama mimika, identyczne włosy w kolorze dojrzałego zboża i to samo otwarte spojrzenie. Wmówiłam sobie, że jestem w nim zakochana. Tymczasem stanowił namiastkę, substytut twojej osoby. Tyle że ja wówczas tego nie rozumiałam.

– Kiedy to było?

– Cztery lata temu. Byłam już więc dorosła i powinnam wiedzieć, co robię. Tym bardziej że miał za sobą nie najlepszą przeszłość.

– Jak to?

– Było mi go żal, zresztą cala osada nie mówiła o nim inaczej, jak „biedny chłopak”, wszyscy mu współczuli. Pochodził z marginesu, właściwie nie miał domu. Odsyłano go najpierw z jednego domu dziecka do drugiego, potem wszedł w kolizję z prawem i trafił do poprawczaka. Później wiele razy próbował stanąć na nogi, ale bez większego powodzenia. Ciągle napotykał przeszkody, ciągle ktoś mu rzucał kłody pod nogi. W każdym razie taką wyciskającą łzy z oczu historię opowiadał wszystkim, którzy chcieli go słuchać. Ja zresztą także słuchałam wstrząśnięta do głębi. Miał w sobie tyle wzruszającego uroku.

Olaf pokiwał głową.

– Człowiek powinien zachować czujność, gdy ktoś narzeka, że wszyscy rzucają mu kłody pod nogi – mruknął. – Bo to oznacza, że coś z nim jest nie tak.

– Teraz już to wiem, ale musiałam doświadczyć tego na własnej skórze. No tak, było mi żal Arilda, który uważał, że należy mu się coś od społeczeństwa. „Gdybym miał takie szanse jak wy, zobaczylibyście”, powtarzał z pretensją ludziom, którzy odnieśli sukces.

– A ty już wtedy byłaś sławna. Nieźle zarabiałaś, prawda? Zresztą twoja mama była bardzo zamożna.

– W każdym razie wróżono mi karierę. Moja przyszłość zapowiadała się obiecująco. Niczego nie podejrzewałam, kiedy mi się oświadczał. Byłam taka szczęśliwa.

– Łowca fortuny i posagu, znam ten typ.

Ellen czuła się upokorzona, opowiadając o swych osobistych sprawach. Najgorsza była świadomość, że w kącie siedzi Johannes Hallar, ponury i nieporuszony niczym posąg.

Wzięła się jednak w garść i ciągnęła dalej:

– Ślub był olśniewający! Duma osady wychodziła za mąż za wychowanka domu dziecka. Kościół wypełniły tłumnie podstarzałe dewotki z chusteczkami. Łzy płynęły strumieniami. Wzrok wszystkich skierowany był na niego, tak się wspaniale prezentował, był taki ujmujący! Potrafił przekonać do siebie każdą niewiastę, wzbudzając w niej instynkt macierzyński. Żeby wzmocnić efekt, utykał lekko na jedną nogę. To był blef, jak odkryłam później, ale wywoływał oczekiwane wrażenie. Och, nikt nie wyglądał równie czarująco. Taki bezradny, smutny i cierpiący!

Johannes Hallar poruszył się.

– Czy długo byliście małżeństwem, kiedy zdecydowałaś się na ten szokujący krok? – zapytał Olaf.

– Dwa miesiące. Dwa pełne upokorzenia i gorzkich łez miesiące. A przecież wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rozpowiada wszem i wobec łzawe historie o tym, jaka jestem dla niego niedobra, oziębła i skąpa. Twierdził, że chowam przed nim pieniądze, i Bóg raczy wiedzieć, co jeszcze wymyślał. Z każdym dniem nabierałam przekonania, że decyzja o małżeństwie była okrutną pomyłką. Mój mąż przejawiał niechęć do jakiejkolwiek pracy i… Ech, dajmy temu spokój, to już bez znaczenia. Ale dopiero kiedy dokonałam w piwnicy tego wstrząsającego odkrycia, zdecydowałam się na działanie.

– Oskarżyłaś swego męża o zaopatrywanie miejscowej młodzieży w narkotyki. Całą osadę ogarnął wtedy prawdziwy amok. Ludzie skierowali swą niechęć i agresję przeciwko tobie, bo on tak skutecznie karmił ich kłamstwami, że uważali go za chodzącą niewinność.

– Tak, skąd o tym wiesz?

– Przeprowadziłem po wszystkim dochodzenie na własną rękę. Poza tym byłem w Siljar w ostatnim dniu rozprawy. Nazajutrz zamierzałem się z tobą skontaktować, ale zniknęłaś. Mnie, jako człowiekowi z zewnątrz, łatwiej było ustalić prawdę. Mieszkańcy osady bez zastrzeżeń uwierzyli w wersję zdarzeń Arilda.

Gerd uścisnęła Olafowi dłoń i rzekła:

– Dzięki, Olafie! Dobrze mi to zrobiło. Wszyscy, a przede wszystkim… – urwała, kierując spojrzenie na Hallara, i dodała co innego, niż zamierzała: -…a przede wszystkim policja uważała, że kieruje mną pragnienie odwetu, gdyż Arild miał romans z jakąś dziewczyną z sąsiedztwa. Tymczasem ja w ogóle nie miałam pojęcia, że mnie zdradzał. Dowiedziałam się o tym dopiero podczas rozprawy.

– Nawet prasa zarzucała ci brak serca. No, oczywiście nie wprost. Pisano, że robisz z igły widły, że powinnaś skierować myśli swego męża na jakieś pozytywne tory, a nie rzucać takie kalumnie. Pamiętam dokładnie te artykuły, bo czytając je, strasznie się denerwowałem.

– Ale nie kwestionowano całkiem powiązań Arilda z handlarzami narkotyków. Tymczasem ludzie twierdzili, że wyssałam tę historię z palca po to, żeby się zemścić. Nie było bowiem żadnych dowodów – rzekła Ellen z goryczą.

– W czasie procesu utrzymywałaś, że chodzi ci wyłącznie o uratowanie młodzieży. Jednak nikt z przesłuchiwanych uczniów nie potwierdził, że Arild dostarczał im narkotyki. Ani jedna osoba nie wystąpiła w twojej obronie.

– Zgadza się. Koronnym argumentem przeciwko mnie było twierdzenie, że chcę oczernić młodych ludzi z dobrych domów. Tymczasem ja pragnęłam ich uratować. I wydaje mi się, że to się udało.

– Mimo że kosztowało cię to utratę honoru, pozycji, wszystkiego. Wierzę ci, Ellen. Słuchaj, zanim zacznę cię wypytywać o sam proces, chciałbym wiedzieć, jak się do ciebie zwracać: Ellen czy Gerd?

Zamyśliła się.

– Nigdy nie przyzwyczaiłam się do mojego nowego imienia. I chociaż nie mogę od razu z niego zrezygnować, sądzę, że powinieneś mnie nazywać Ellen. Należysz do innej części mojego życia.

– Czy nigdy nie staniesz się na powrót Ellen Ingesvik?

– Mam wielką nadzieję, że kiedyś to nastąpi, ale nie wiem kiedy. To zależy, jak długo jeszcze będę musiała się ukrywać. Ale chyba zbliża się koniec.

Zabrzmiało to nieco ponuro. Czy miała na myśli koniec ucieczki, czy koniec swojego życia, zastanawiał się Olaf.

Poprosiła nieśmiało o tabletki od bólu głowy. Olaf nie miał, więc inspektor Hallar podniósł się z sofy i podszedł do Gerd. Dziewczyna spojrzała mu w twarz, kiedy stanął nad nią taki surowy i odpychający. Po raz pierwszy naszła ją myśl, że jako mężczyzna może wydawać się pociągający. W niej jednak wzbudzał jedynie negatywne uczucia.

– Są mocne – powiedział krótko i podał jej tabletkę.

Ciepło jego dłoni wprawiło ją w osłupienie. Zawsze myślała, że jest z lodu do szpiku kości.

– Dziękuję – mruknęła, choć tak naprawdę nie miała za co mu dziękować.

ROZDZIAŁ III

Ellen spojrzała na szczerą, lecz stanowczą twarz Olafa.

– A więc byłeś na sali sądowej w dniu ogłoszenia wyroku i słyszałeś pogróżki, jakie Arild rzucił mi w twarz?

– Tak, słyszałem, stałem blisko. Pamiętam, jak przechodząc obok ciebie wycedził przez zęby: „Pożałujesz, Ellen! Będziesz żałować do kresu życia, które zakończysz wcześniej, niż przypuszczasz. Znajdę cię nawet na końcu świata!” Nie zabrzmiało to bynajmniej jak żart.

Wzdrygnęła się.

– Byłam śmiertelnie przerażona. Drżałam na myśl o dniu, kiedy Arild zostanie zwolniony z więzienia. I dlatego postanowiłam uciec. Zmieniłam nazwisko, przestałam tkać. Strasznie tęskniłam do tego zajęcia, ale wolałam nie ryzykować. Zbyt łatwo rozpoznać mnie po technice. Nie miałam poza tym odwagi zaprzyjaźnić się bliżej z jakimkolwiek mężczyzną. Przecież nadal jestem żoną Arilda. Jak mogę wystąpić o rozwód, nie podając swego adresu? Ech, to wszystko jest beznadziejne…

– Arild nie żyje już od dwóch lat, Ellen – powiedział Olaf, a jego twarz złagodniała.

– Co?!

– Ktoś przemycił mu do celi narkotyki zmieszane z trucizną.

Długą chwilę Ellen nie mogła pojąć, co to właściwie znaczy.

– Arild nie żyje? Nie wiedziałam, nie utrzymywałam kontaktu z nikim z naszej osady. Ale w takim razie…

– Nie działał sam – wtrącił cicho Olaf. – Miał dwóch wspólników.

– Tak, wiem – potwierdziła Ellen żałośnie.

Pamiętała doskonale pierwszy dzień rozprawy. Rano ścięła się z komisarzem Hallarem.

„Dlaczego nie chcesz dać chłopakowi jeszcze jednej szansy?” pytał z gniewem w głosie. „Nie ma ani jednego dowodu na to, że rozprowadzał narkotyki. A przysięga, że jest niewinny. Dlaczego się uparłaś, by go posłać za kratki?”

Ellen milczała, z trudem powstrzymując się od płaczu. Hallar odszedł w końcu, rzucając na pożegnanie garść szyderczych słów. Potem w sądzie Arild wpadł w histerię, kiedy zadano mu kilka podchwytliwych pytań, na które nie potrafił odpowiedzieć. Zaczął wykrzykiwać, że jest niewinny, a Ellen zapewne pomyliła go z jego kuzynem Bjarnem Lange. W końcu Arild się załamał i zaczął sypać. Ujawnił, że miał dwóch wspólników: kuzyna Bjarna, którego natychmiast aresztowano, i wielkiego rekina branży narkotykowej Otto Svartena, którego, jak wspomniał Olaf, do tej pory nie zdemaskowano. Następnego dnia Ellen nie zjawiła się w sądzie, ale przeczytała w gazetach, że Bjarne pogrążył Arilda, zrzucając na niego całą winę. Aresztowano ich obu. Mimo że nie znaleziono dowodów na to, że Arild dopuścił się przestępstwa w ich osadzie, zgromadzono dostatecznie długą listę wykroczeń, by skazać zarówno jego, jak i Bjarnego, na kilka lat. Inspektor Hallar wówczas się na nią wściekł. „Czy potrzebne było grzebanie w przeszłości, kiedy chłopak zaczął nowe życie?” pytał, a Ellen nie mogła nic powiedzieć na swą obronę.

Kiedy tak biła się z myślami, Olaf wyraził na głos, to co czuła:

– Wiesz dobrze, że to nie przez ciebie Arild otrzymał wyrok. Ty jedynie zwróciłaś uwagę policji na niebezpieczny proceder mający miejsce w Siljar, ale obaj oskarżeni zostali skazani za przestępstwa, które im udowodniono.

– Co z tego? I tak chcą się na mnie zemścić za to, że im pokrzyżowałam plany i zniszczyłam rynek zbytu. Przypuszczam, że to właśnie kuzyn Arilda i ten tajemniczy Svarten usiłują mnie teraz dopaść, prawda?

– Tak, ale mężczyzna, który mieszka w hotelu na przedmieściu, to nie jest Svarten, tylko jakiś typek spod ciemnej gwiazdy, bez większego znaczenia w branży narkotykowej. Notowany w naszych kartotekach. Svarten dobrze się ukrywa, wiemy jednak, że to on stoi za tym wszystkim. Słyszeliśmy, jak ci dwaj podczas rozmowy telefonicznej wymienili jego nazwisko.

– Nie pojmuję, że wolno wam podsłuchiwać!

– Otrzymaliśmy specjalną zgodę właśnie ze względu na Svartena. To obecnie najbardziej niebezpieczny przestępca w Norwegii. Jeśli dotrzemy do niego, wstrząśniemy solidnie narkotykowym interesem.

– Nie rozumiem, jak mogłam pomyśleć, że ten Bjarne to ty.

Olaf uśmiechnął się ciepło.

– Sama powiedziałaś przed chwilą, że wyszłaś za Arilda dlatego, że był do mnie podobny, a Bjarne jest przecież jego kuzynem.

– Tak, nawet oczy macie jednakowo błękitne.

Hallar westchnął ciężko i wstał.

– Idę przynieść drewna.

Kiedy zamknął za sobą drzwi, Ellen zapytała:

– A jak to się stało, że współpracujesz z inspektorem Hallarem?

– No cóż, od czego mam zacząć? – uśmiechnął się Olaf.

– Powiedz, dlaczego on mnie tak strasznie nienawidzi? Sprawia mi to wielką przykrość.

– Nie wiesz? Przed trzema laty Hallar był młodym policjantem i zaczynał swą karierę zawodową. Podjął się kurateli nad Arildem Lange. Właściwie w policji tylko on wierzył chłopakowi i chciał mu pomóc stanąć na własnych nogach. Dzięki jego wstawiennictwu Arild został przeniesiony do Siljar. Nie brakowało ponurych prognoz, może właśnie dlatego dla Johannesa sprawą honoru stało się wyprowadzenie Arilda na prostą drogę. Ale ty popsułaś wszystko: najpierw wychodząc za podopiecznego za mąż, a później „przy pierwszym lepszym kłopocie” odwracając się do niego plecami. Johannes nie dawał wiary tej historii z narkotykami. Sądził, że Bjarne działał sam, gdyż Arild przyrzekał mu, że już nigdy nie złamie prawa. Podważyłaś jego autorytet i zakwestionowałaś kompetencje. Zawsze wydawało mu się bowiem, że się świetnie zna na ludziach. A ponieważ nie byłaś w stanie przedłożyć żadnego dowodu…

Ellen westchnęła ciężko, a Olaf ciągnął dalej:

– Arild był oczywiście jedynie narzędziem w rękach Svartena, no i swego kuzyna. Nie ulega wątpliwości, że to ci dwaj przyczynili się do śmierci twego byłego męża. Była to zemsta za to, że ich wydał. W takich przypadkach w świecie przestępczym obowiązują bezlitosne reguły.

– Ale dlaczego przyjechali tutaj?

– Zwabił ich głośny artykuł pióra dziennikarki Goggo o odnalezieniu projektów twoich gobelinów. Ja także domyśliłem się od razu, że chodzi o ciebie i że tu właśnie osiadłaś. Pomyślałem, że zainteresowani trafią tu tym samym tropem. Tym bardziej że przedruk artykułu ukazał się w stołecznej prasie. Okazuje się, że się nie myliłem: trwa zaciekłe polowanie na ciebie.

– Tak, piękne dzięki, zdążyłam zauważyć. Sądzisz, że to odwet z ich strony?

– Nie wiem – rzekł w zamyśleniu Olaf. – Ale na to wygląda.

Ogień na kominku ledwie się już tlił. Czyżby inspektor poszedł po drewno, kierowany troską o jej mokre ubrania? Wątpliwe. Gerd popatrzyła znów w szczerą twarz Olafa i zapytała:

– Masz jakieś powiązania z wydziałem narkotykowym policji? Opowiedz trochę o swoim życiu, teraz twoja kolej!

Skrzywił się.

– Zawsze wierzyłaś, że wyrosnę na wielkiego człowieka, prawda, Ellen? Ale mnie nigdy nie przyświecał taki cel. Chciałem jedynie pracować z młodzieżą.

– Chyba doskonale się do tego nadawałeś.

– Nigdy się o tym tak do końca nie przekonałem, bowiem zostałem zniszczony przez dziennikarkę Goggo lubującą się w skandalach.

Ellen, zdumiona, aż uniosła się na łokciach.

– Ty, przez Goggo? A w jaki skandal mógłbyś być zamieszany?

– Jeśli nie można wykryć skandalu, to się go wymyśla. Wybrano mnie na koordynatora do spraw młodzieży w miasteczku położonym w pobliżu Oslo, gdzie wówczas mieszkałem. Wydawało mi się, że naprawdę trafiłem w dziesiątkę, świetnie rozumiałem się z młodymi, miałem na nich dobry wpływ… Wówczas pojawiła się dziennikarka z Oslo, zainteresowana tym, co udało się nam wspólnie stworzyć. Od pierwszej chwili zwróciła na mnie uwagę.

– Nie dziwię się.

– Nie mogłem jej ścierpieć, cenię bowiem ludzi naturalnych i szczerych. Unikałem więc jej, jak tylko się dało. Tymczasem ona zrobiła się na tyle nachalna, że w końcu musiałem powiedzieć grzecznie acz stanowczo, by znalazła sobie inny obiekt zainteresowań.

– Ho, ho! Niedobrze.

– Jej zemsta była okrutna. Wyobraź sobie ten artykuł, szkoda, że go nie czytałaś. Wprawdzie chwaliła wszystkie przedsięwzięcia, ale sugerowała przy tym między wierszami, że posługuję się dość wątpliwymi metodami. Innymi słowy, że wykorzystuję seksualnie nieletnich.

– O mój Boże – wymamrotała Gerd wstrząśnięta. – Chłopców czy dziewczęta?

– Jednych i drugich, jak zdążyłem się zorientować.

– Biedaku! Domyślam się jednak, że pewnie za tego typu artykuły wyrzucono ją z redakcji. Trudno się zresztą dziwić. Coś tak obrzydliwego!

– Tak, ale mnie zdążyła zniszczyć. Musiałem porzucić pracę z młodzieżą. Niby nikt na mnie nie naciskał, ale wiedziałem, że dłużej tam nie mogę zostać. Znalazłem pracę w policji w wydziale narkotyków, w sekcji terenowej. Tu poznałem inspektora Hallara. Nie twierdzę, że zawsze się ze sobą zgadzamy. Kiedy jednak przeczytałem napastliwy artykuł Goggo i pomyślałem, że lada dzień Svarten zacznie ci deptać po piętach, wtedy zwróciłem się właśnie do Johannesa. To wybitny fachowiec, a poza tym zna sprawę od początku. I nie ukrywam, że bardzo mi zależy na tym, by cię wybielić w jego oczach.

– Dzięki.

– Od razu zrozumiał, ze sprawa jest poważna, że Svarten będzie chciał wyrównać rachunki, niezależnie od stopnia twojej winy. Hallar uważa wprawdzie nadal, że wywołałaś swym oskarżeniem burzę w szklance wody i zniszczyłaś człowieka, w którym pokładał nadzieje.

– W takim razie musi być całkiem zaślepiony. Wiesz, jednego nie pojmuję: dlaczego Bjarne Lange podał się właśnie za ciebie? Przecież nie wiedział, że się znaliśmy.

Olaf uśmiechnął się.

– Akurat tę zagadkę mogę ci pomóc rozwiązać. Wczesnym wieczorem przechwyciliśmy jego rozmowę z Goggo. Koniecznie chciał cię zwabić do swego pokoju w hotelu. Do końca nie wiadomo, jakie miał plany, ale pomysł, by udawał mnie, podsunęła mu właśnie Goggo. Wiedziała, że jesteśmy do siebie podobni. Nie miała wątpliwości, że bez wahania zjawisz się w umówionym miejscu, gdy usłyszysz nazwisko Olaf Brink. Nie widzieliśmy się w końcu jedenaście lat!

Ellen spuściła wzrok, ale Olaf nie zwrócił na to uwagi i ciągnął dalej:

– Teraz jednak, Ellen, chcę usłyszeć od ciebie najważniejsze: co zobaczyłaś wtedy w piwnicy?

– Nie mogę powiedzieć – wyszeptała, nie patrząc mu w oczy.

– Nawet po tylu latach?

Nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy w drzwiach stanął Johannes Hallar. Równocześnie rozległ się stłumiony sygnał telefonu.

– Ciii… – powiedział Olaf. – Będzie rozmowa.

Inspektor zamienił się w słuch.

– Co ty sobie myślisz, do cholery, żeby wydzwaniać w środku nocy? – warknął Bjarne.

– Sam mi kazałeś złożyć raport – rzucił ze złością jego kompan. – Stoi człowiek pół nocy pod drzewem w taką ulewę i jeszcze go ochrzaniają.

– Gadaj, co tam masz!

– Nie ma jej w domu. Nie wróciła.

– W takim razie gdzie jest?

– A skąd mam wiedzieć? Myślę jednak, że ją porządnie nastraszyliśmy.

– Na pewno – zaśmiał się Bjarne. – Pogadamy o tym ze Svartenem. Może zezwoli nam na frontalny atak.

– Mam nadzieję! Nie mogę się doczekać. Oko za oko, ząb za ząb.

– A może upieczemy dwie pieczenie przy jednym ogniu? – zakończył zagadkowo Bjarne.

Cisza.

– Uważam, że Ellen powinna zostać tu na noc – zwrócił się Olaf do Johannesa. – Niewykluczone, że doznała wstrząsu mózgu, lepiej więc, żeby nie wstawała. Może spać tutaj, miejsca jest dosyć.

Hallar kiwnął głową, skwaszony, a Ellen westchnęła przygnębiona jego wrogością.

– Teraz, gdy już wiem, że byłeś odpowiedzialny za Arilda, rozumiem, dlaczego miałeś pretensje, że nie zwróciłam się najpierw do ciebie, zanim zameldowałam o wszystkim na policji – odezwała się cicho. – Ale ja nie wiedziałam, że Arild ma kuratora. Nie powiedział mi tego.

Inspektor odwrócił się nieprzyjazny, jakby jej nie dowierzał. Ellen zamilkła, brakowało jej słów wobec tak jawnej wrogości. Wreszcie rzekła stłumionym głosem:

– Kim właściwie jest ten Svarten?

– Nikt tego nie wie – odpowiedział Olaf, patrząc na nią swymi błękitnymi, przepełnionymi ciepłem oczyma, które kochała od zawsze. – Nie znamy jego prawdziwego nazwiska, nie mamy ani jednej fotografii. Wiemy jedynie, że wszyscy mówią o nim z wielkim respektem.

– Czy mogę na chwilę wstać? Chciałabym się trochę umyć i przebrać.

Olaf wahał się przez chwilę.

– No, a jak głowa?

– Wydaje mi się, że najmocniej ucierpiały moje dłonie. Dobrze, że je opatrzyłeś.

– W takim razie wstań, ale obiecaj mi, że będziesz uważać. Gdybyś poczuła zawroty głowy, natychmiast się połóż.

Ellen już dawno zauważyła, że ma na sobie wielką męską koszulę, w której brakuje u dołu kilku guzików. Z największą więc ostrożnością, by nie zostać posądzona o prowokację, wysunęła się spod koca i spuściła nogi na podłogę. Inspektor Hallar zauważył ten manewr i odwrócił obojętnie wzrok.

Najwyraźniej ma w pogardzie moje wdzięki, pomyślała dziewczyna i oblała się rumieńcem.

Wstała powoli, a po chwili wyprostowała się.

– W porządku – powiedziała. – Nie mam zawrotów głowy. Czy wiecie, co się stało z moim domem w Siljar? Opuszczałam go w takim pośpiechu.

Hallar, który na powrót usadowił się w kącie, rzucił niechętnie:

– Początkowo stał pusty, ale kiedy zaczął niszczeć, gmina postanowiła go wynająć. Przecież to taki duży budynek! Można tam było urządzić kilka mieszkań.

– A co z pracownią tkacką?

– Prowadzi się tam przeróżne kursy, przeważnie malarskie i rękodzieła artystycznego. Władze gminy uznały, że w związku z tym, iż nie masz żadnej rodziny, mogą zadysponować twoimi nieruchomościami.

– Rzeczywiście nie mam – szepnęła Ellen z opuszczoną głową.

– Twoja mama zmarła tuż przed waszym ślubem, prawda? – spytał cicho Olaf.

– Tak

– Co się z tobą działo po tym, jak po kryjomu opuściłaś Siljar?

– Natychmiast zmieniłam imię i nazwisko, a potem zaczęłam pracę w szkole jako nauczycielka plastyki i prac ręcznych.

– Świetnie sobie radziłaś – uśmiechnął się Olaf. – Robiłem rozeznanie tu i tam. Wszyscy cię chwalą za zaangażowanie, a dzieci wprost cię uwielbiają.

– Dziękuję – zawołała uszczęśliwiona i zaskoczona. – Bardzo lubię dzieci. Pozwalają mi zapomnieć o moich problemach. Dzięki nim przestałam się roztkliwiać nad sobą.

Twarz Hallara była wielce wymowna. Ellen starała się na niego nie patrzeć.

– Olaf, czy mogę spytać o coś jeszcze? Słyszeliśmy, że ten kompan Bjarna stoi pod drzewem wieczorami, ale to chyba ty zadzwoniłeś do mnie i uprzedziłeś o podłożonej bombie?

– Tak – uśmiechnął się. – Podsłuchałem rozmowę i dowiedziałem się o ich planach. Nie miałem pojęcia, że to petarda.

Zadrżała na wspomnienie wybuchu, ale również z zimna. Stała boso na podłodze, odziana jedynie w obszerną, lecz cienką koszulę.

– Podjęłam decyzję – rzekła radośnie. – Postanowiłam na zawsze pogrzebać Gerd Hansen. Dalsze ukrywanie się nie ma sensu. Od dziś nazywam się znów Ellen Ingesvik. Jakie to cudowne uczucie!

Następny dzień był ostatnim poprzedzającym wyjazd na Islandię. Tego dnia odbywało się również uroczyste zakończenie roku szkolnego. Ellen porwał wir przygotowań.

Przypomniał się jej deszczowy poranek, gdy żegnała się z Olafem, dziękując mu za pomoc. Hallar podwiózł ją potem do szkoły, bo było mu po drodze. Ellen trwała w radosnym upojeniu, wywołanym spotkaniem z Olafem Brinkiem. Wiedziała, że uczucie, jakie wobec niego żywiła, pozostało niezmienne. Nadal kojarzył jej się z cudownymi archaniołami: Michałem, Gabrielem, Rafałem i Urielem, a jego szlachetność wywoływała jej podziw.

W samochodzie nie rozmawiała prawie z inspektorem Hallarem. Wzajemna niechęć odgradzała ich niczym wysoki mur. Na szczęście droga nie była daleka.

Obiecał, że odszuka rower i jej podrzuci. Potem zwyczajnie wysadził ją pod szkołą i pośpiesznie ruszył dalej.

Uroczystość zakończenia roku szkolnego przebiegła bez zakłóceń, choć Ellen myślami krążyła całkiem gdzie indziej. Wzruszona, z wdzięcznością przyjęła bukiet kwiatów – mało praktyczny upominek, zważywszy, że nazajutrz miała wyjechać. Postanowiła jednak, że zaniesie go do mieszkania Arva.

Zamknęła wieko sporej walizki. Potem od nowa sprawdzała, czy zabrała bilety i wszystko, co niezbędne. Gdzieś w głębi serca budziła się w niej nieśmiało świadomość, że jest wolna i nareszcie będzie mogła być z każdym mężczyzną, jakiego zechce. Ona, która sądziła, że nie dla niej miłość! Nie rozpaczała z powodu śmierci Arilda, w jaki sposób mogłaby wzbudzić w sobie szczery żal? Myślała jedynie o tym, że znów w jej życiu pojawił się Olaf Brink. To idiotyczne, że właśnie teraz wyjeżdżam na Islandię, zżymała się w duchu. Ale przecież wrócę za tydzień, a wtedy na pewno go odwiedzę… Jesteśmy przecież przyjaciółmi z dzieciństwa.

Nagle wyprostowała się czujnie. Z drugiego końca strychu doszło ją skrzypienie podłogi. Mimo że takie dźwięki często rozlegały się w starym budynku, nie robiąc na niej żadnego wrażenia, teraz jednak się przeraziła. Na samą myśl, że ma samotnie spędzić jeszcze jedną noc na poddaszu, śledzona przez bezlitosnych opryszków, poczuła, że dygocze.

Było jeszcze dość wcześnie, raczej popołudnie niż wieczór. Nie zastanawiając się długo, zbiegła po schodach do Ellinor.

Przyjaciółka także kończyła się już pakować.

– Ellinor! – zawołała zdyszana. – Wiesz, zaczęłam się bać tego domu. Nie sądzisz… Czy nie mogłybyśmy pojechać do Oslo jeszcze dzisiaj?

Przyjaciółka, która wiedziała jedynie, że jacyś mężczyźni prześladują Gerd, to znaczy Ellen, bo z jakiegoś powodu tak kazała się nazywać teraz, odrzekła spokojnie:

– Jasne, że możemy. Jestem gotowa. Zadzwonisz do hotelu i zarezerwujesz pokój?

Tak więc klamka zapadła. Uszczęśliwiona Ellen z ulgą pobiegła na górę, ale gdy zbliżała się do drzwi na poddasze, zwolniła kroku. Strach przed przestronnym, pełnym tajemniczych zakamarków poddaszem nasilał się z każdym razem, gdy na nowo przekraczała jego próg. Wprawdzie Olaf obiecał, że policja będzie prowadzić obserwację budynku, ale to dopiero wieczorem. Bolesny strach chwycił ją za gardło.

W zapadającym zmroku Ågot Lien pięła się stromą uliczką pod górę. Była z siebie bardzo zadowolona. Czyż nie wmówiła Gerd, że w hotelu mieszka jej przyjaciel Olaf Brink? Czyż nie sprzątnęła go jej prosto sprzed nosa? A teraz… teraz nastąpi główny atak. Nareszcie raz na zawsze pozbędzie się tej świętoszkowatej Gerd Hansen. Ci dwaj pozostawili Goggo wolną rękę.

„Idź do niej do domu i powiedz, co chcesz. Potem my się pojawimy na horyzoncie. Mamy jej dosyć tak samo jak ty. Dostanie za swoje, aż pójdzie jej w pięty! Dzięki za wczorajszą pomoc. Pomogłaś nam ściągnąć dziewczynę do hotelu. Nie, no coś ty, nie zamierzamy działać niezgodnie z prawem. Trochę ją tylko postraszymy. Na policję na pewno nie pójdzie się poskarżyć, bo o ile nam wiadomo, nie jest tam szczególnie mile widziana”.

Goggo poklepała swą torebkę, wypchaną plikiem szeleszczących banknotów, jakie dostała za przysługę. Mężczyźni działali podobno na zlecenie prawnika, który ścigał Gerd za jakieś przestępstwo. Tak więc pieniądze stanowiły część honorarium za pomoc w odnalezieniu dziewczyny i jej zmiękczeniu.

Goggo dobrze wiedziała, co powie Gerd. Miała w zanadrzu kilka szpil. Dostanie się tej świętoszce za to, że próbowała odbić jej Arva. Udawała niewiniątko ale nie ulega wątpliwości, jakie miała zamiary. Sprowokowała go, inaczej przecież nie zawiesiłby nawet spojrzenia na takiej Pannie Nikt.

Dziennikarka minęła drzwi Ellinor na parterze i jej twarz wykrzywiła się w pogardliwym grymasie. Śmieszna, gruba, naiwna Ellinor! Wierzyła, że ma u Arva jakieś szanse…

Na moment przystanęła na pierwszym piętrze. Wiedziała jednak, że Arva nie ma w domu, bo urządzał dla swych uczniów zabawę w szkole.

Ostatnie stopnie i oto już strych. Goggo radowała się w duchu, lubiła ranić innych słowami, była wówczas w swoim żywiole.

Nagle stanęła.

Na jej twarzy odmalowało się zrazu niedowierzanie, które gwałtownie ustąpiło przerażeniu.

Olaf był niespokojny.

– Nie podoba mi się to. Jest sama na tym ponurym poddaszu. Mam nadzieję, że miała na tyle rozumu, żeby zejść do przyjaciółki!

– Albo do swego przyjaciela Arva Ståhla – odpowiedział Johannes oschle. – Zresztą za kilka godzin tam podjedziemy.

– Ståhl nic dla niej nie znaczy – odrzekł Olaf. – Najlepiej będzie, jeśli do niej zadzwonię i porozmawiam z nią.

Ale pod numerem Ellen nikt nie odpowiadał. Olaf westchnął zniecierpliwiony i cisnął słuchawkę.

– Właściwie nie zdążyłem jej wypytać dokładnie, co odkryła wtedy w piwnicy. Gdybym tylko to wiedział!

– Nic – burknął Hallar. – Wszystko to wymysły, by odwrócić uwagę.

– Nie wierzę. Jej sąsiadka w Siljar opowiadała przecież, że Ellen tamtego dnia była do głębi wstrząśnięta. Siedziała tylko, nieobecna duchem, i trzymała się za głowę. Na pytanie, co się stało, odpowiedziała tylko: „Widziałam w piwnicy…” i wybuchnęła bezradnym szlochem. Później nawet słowem do tego nie nawiązała.

– Kiepski teatr – parsknął Johannes.

– Nie sądzę – oświadczył Olaf, wstając z miejsca. – Nie będę tu siedział bezczynnie, jadę tam od razu.

– Przecież nie ma jej w domu! Nikt nie odbiera telefonu.

– Może jest u swoich sąsiadów, na pewno ją gdzieś zastaniemy. Jedziesz ze mną?

– Wszystko mi jedno. Zresztą mam do powiedzenia parę słów tej paniusi. Nie spotkałem dotąd tak wyrachowanej istoty.

Olaf westchnął tylko ciężko.

Arve Ståhl wrócił do domu wcześniej, niż planował.

Może by tak wpaść na górę i pożegnać się z Gerd przed jej wyjazdem? pomyślał i minął wejście do swego mieszkania. Na pewno jest teraz sama i żałuje, że ostatnio okazywała wobec mnie tyle rezerwy.

Pełen nadziei wchodził po schodach prowadzących na strych, krok po kroku, niczym amant filmowy, wdzierał się na zakazane rewiry.

Nagle zatrzymał się zaszokowany. Poczuł się tak, jakby krew odpłynęła mu z głowy. Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.

Czuł się jakoś dziwnie, jak sparaliżowany. Zapewne taki stan poprzedza moment utraty przytomności. Po chwili naszła go fala mdłości i nogi się pod nim ugięły. Ostatkiem sił zawrócił i zbiegł po schodach. Zadufany w sobie poskramiacz damskich serc krzyczał i zawodził jak małe dziecko.

ROZDZIAŁ IV

Wybiegłszy na podwórze, Arve Ståhl omal nie zderzył się z dwoma mężczyznami. Już ich kiedyś gdzieś widział. W oczach mu pociemniało i zakręciło się w głowie.

– Stój! – powiedział Olaf spokojnie. – Wyglądasz, człowieku, jakbyś zobaczył upiora.

Arve usiłował skupić myśli.

– Policja, muszę sprowadzić policję!

– Jesteśmy właśnie z policji – odezwał się Johannes Hallar. – Co się stało?

Arve wykrzywił twarz z obrzydzeniem.

– Morderstwo – wyjąkał. – Głowa… Patrzyła prosto na mnie.

– Co ty gadasz? – spytał Olaf z niedowierzaniem. – Żarty sobie stroisz?

Nauczyciel potrząsał tylko głową.

– Pokaż nam, co się właściwie stało! – nakazał inspektor.

– Nie, za nic w świecie nie wejdę na górę!

– Na górę? – wyraźnie zdenerwował się Olaf. – Chodź, Johannes, idziemy sprawdzić!

W kilka sekund pokonali schody prowadzące na strych.

– O Boże! – wymamrotał Johannes. – Ten facet nie kłamał! Jeszcze nigdy nie widziałem czegoś takiego!

Ale Olaf poczuł, że kamień spada mu z serca.

– Już myślałem, że chodzi o Ellen. Zobacz, on się mylił, nie jest aż tak źle. Ale mimo wszystko…

Na strychu, w miejscu gdzie cienka smuga ze świetlika podświetlała pyłki kurzu wirujące w powietrzu, stała stara szafa, a na niej leżała głowa Ågot Lien z wybałuszonymi oczyma, skierowanymi prosto na nich.

– Głowa Meduzy – wymamrotał Hallar. – Najgroźniejszej z trzech Gorgon.

– Uspokój się! Nie została ścięta! Ciało zostało umieszczone w specjalnej szafie, używanej dawniej w łaźniach parowych. Na górze znajduje się otwór na głowę. Hallar, Goggo nie żyje!

– Tak, i to chyba już od dłuższego czasu. Wejdę do Ellen i zadzwonię.

Ale drzwi do mieszkania Ellen były zamknięte na klucz i inspektor na próżno się dobijał.

– Gdy ten facet z dołu trochę oprzytomnieje, skorzystamy z telefonu w jego mieszkaniu – zadecydował Olaf.

– Została uduszona. Sądząc po twarzy, nie męczyła się długo – stwierdził inspektor. – Potem jej ciało umieszczono w tej szafie, żeby wywołać skojarzenie ze ściętą głową Meduzy. Nie ma co, wyrafinowany pomysł! Twoja przyjaciółka może się spodziewać kłopotów – dodał ponurym głosem.

– Chyba masz źle w głowie! – obruszył się Olaf. – Przecież Ellen nie mogłaby tego zrobić!

– Tak sądzisz? Przecież nienawidziła tej dziennikarki, prawda? Na pewno obawiała się, że ją całkiem zdemaskuje.

– Jesteś najbardziej ograniczonym człowiekiem, jakiego spotkałem w swym życiu! – warknął Olaf. – Jak już sobie coś raz wbijesz w tę swoją łepetynę, to nie jesteś w stanie tego zmienić. Czy nie pojmujesz, że tym dwóm facetom z hotelu chodziło właśnie o to, by skierować podejrzenie na Ellen? „Dwie pieczenie przy jednym ogniu”, pamiętasz ich słowa? Goggo najprawdopodobniej zaczęła stanowić problem także dla nich, za dużo wiedziała. A niebezpieczna była zawsze.

Johannes nie miał już takiej pewnej miny, Olaf zaś ciągnął dalej:

– Pamiętasz, co powiedzieli? „Oko za oko, ząb za ząb”. Do tej pory ich zamiarem było wystraszenie Ellen, przecież gdyby chcieli, mogliby zabić ją już dawno. Teraz jednak postanowili odpłacić jej pięknym za nadobne: wtrącić ją do więzienia. Chcieli, by na własnej skórze się przekonała, co znaczy przesiedzieć w zamknięciu przez wiele lat. A na taką karę zapewne zostałaby skazana, gdyby udowodniono jej popełnienie morderstwa. Myślisz dokładnie tak, jak życzyli sobie ci dranie!

Hallar zacisnął usta.

– Najpierw znajdź dziewczynę! Wysłuchamy, co ma do powiedzenia. Przyznasz chyba, że numer ze zniknięciem, jaki wykonała przed trzema laty, stawia ją w dość wątpliwym świetle.

– Ellen na pewno wszystko nam wyjaśni. Jeśli zaś chodzi o nienawiść, to w samym Vanningshavn zebrałoby się wiele osób, które miały powody bać się i nienawidzić Goggo. Na przykład Arve Ståhl, Ellinor, a także inni ludzie, często na wysokich stanowiskach. Zresztą ja także nie pałałem do niej szczególną miłością.

Usłyszeli, że ktoś wszedł na korytarz. Arve Ståhl odważył się wreszcie przekroczyć próg domu. Olaf i Johannes zeszli piętro niżej i poprosili nauczyciela, by pozwolił im skorzystać z telefonu.

– Oczywiście, proszę wejść – powiedział roztrzęsiony, zielony na twarzy.

– Czy wiesz, gdzie przebywa El…, to znaczy Gerd Hansen? – zapytał Olaf.

Arve podniósł z podłogi kartkę papieru, którą najprawdopodobniej ktoś wsunął przez szparę u dołu drzwi.

– Nie! Wiem tylko, że zamierzała jutro jechać na Islandię. Ellinor także nie ma w domu. Nie wiem, gdzie są. Pomyśleć, że Gerd zabiła Goggo z zazdrości o mnie!

– Bzdura! Pokaż tę kartkę, może to wiadomość od którejś z nich.

Arve rozwinął papier.

– Tak, to od Gerd.

– Czytaj na głos! To może być ważne.

– „Drogi Arve, bądź tak miły i zabierz kwiaty z mojego mieszkania. Nie mogę ich, niestety, wziąć ze sobą. Zostawiam Ci klucz, ale bardzo Cię proszę, dokładnie potem zamknij! Nie chciałabym, żeby mi zginęło coś ważnego. Pamiętaj, że Ci ufam. Wyjeżdżamy z Ellinor już dzisiaj. Bałam się zostać w domu na noc. Do zobaczenia! Gerd”.

– Nie napisała, kiedy jadą? – zapytał Olaf.

– To ucieczka – stwierdził Johannes. – Ucieczka z miejsca przestępstwa.

Olaf posłał mu groźne spojrzenie, a potem zapytał Arva:

– Gdzie mają się zatrzymać? Masz jakiś adres w Oslo?

– Nie, nie wiem więcej niż wy. Może Ellinor była zazdrosna…?

– Nie wyobrażaj sobie za wiele – mruknął Olaf.

Zadzwonili do komisariatu i zameldowali o morderstwie. Później Olaf wykręcił numer hotelu i zapytał o Bjarnego Lange.

Okazało się, że razem z przyjacielem opuścił hotel przed półgodziną. Uregulował rachunek i wyjechał samochodem.

Olaf zadzwonił natychmiast na policję, by zablokowano wszystkie drogi wyjazdowe z miasta w stronę Oslo.

Policja zjawiła się w rekordowo krótkim czasie. Lensman ubrał w słowa to, co wszyscy obecni myśleli o śmierci Goggo.

– Tak, tak… Kto jaką bronią wojuje, od takiej ginie. Zapewne niejedna osoba w naszym mieście odetchnie z ulgą na wiadomość o tym morderstwie.

Przyjechał kolejny policjant i zameldował, że Bjarne Lange wraz z przyjacielem zostali zatrzymani w okolicy Lietrbomen. Mężczyźni najwyraźniej byli całkowicie pewni, że nikt nie skojarzy ich z zabójstwem Ågot Lien.

– Całe szczęście – odetchnął Olaf. – Już się bałem, że jutro wyruszą na Islandię. Dziewczyny zapewne polecą samolotem czarterowym?

Johannes Hallar odezwał się z wyraźną niechęcią:

– Dzwoniłem już na lotnisko w Fornebu i otrzymałem listę pasażerów na jutrzejszy lot rejsowy, tych facetów tam nie było.

Olaf popatrzył zdumiony na swego przełożonego, nie kryjąc uznania, więc Johannes pośpiesznie dorzucił:

– Nie chodziło mi bynajmniej o pilnowanie Ellen Ingesvik, raczej o to, by ci dwaj nie uciekli!

– Domyślam się. Słuchaj, Johannes, to morderstwo jest sprawą tutejszej policji, mnie bardziej interesują zagadki Ellen. Zwróciłeś uwagę, co napisała na kartce do Arva? Że trzyma na poddaszu jakieś ważne rzeczy? Może pożyczymy klucz od Ståhla i rozejrzymy się trochę w jej mieszkaniu?

– Sądzisz, że wolno nam to zrobić?

– To konieczność. Po prostu zaopiekujemy się tym równie troskliwie jak ona.

Wzięli od Arva klucz do mieszkania Ellen i weszli do środka, starannie zamykając za sobą drzwi.

Johannes zatrzymał się przy wejściu. W jego zielonych oczach pojawił się błysk uznania.

– No, no – rzekł.

Olaf domyślił się, o co mu chodzi. Pokój był przepiękny, kontrastował z ponurym otoczeniem.

Bez skrupułów zaczęli przeglądać rzeczy dziewczyny. Zabrali się do tego fachowo. Wkrótce na samym dnie szafy znaleźli zamkniętą kasetkę. Wyłamali zamek i pełni napięcia wyjęli z niej zawartość: notes i list. Nic poza tym. Olaf pośpiesznie przerzucił kartki notesu, wiedząc z doświadczenia, że można tam znaleźć wiele informacji.

I rzeczywiście!

– To kulfony Arilda – wymamrotał Johannes. – Miał okropne pismo.

– Skłonny byłbym sądzić, że to pisało jakieś dziecko w wieku ośmiu lat – zdziwił się Olaf. – To jest pewnie ten notes, który Ellen znalazła w piwnicy. Zobacz, na okładce widać resztki tynku, jakby notes był trzymany pod cegłami albo coś w tym rodzaju.

Zaczęli odczytywać koślawe litery.

Już po chwili z przerażeniem zdali sobie sprawę, że jest to lista młodzieży z Siljar, systematycznie faszerowanej narkotykami. Przy każdym nazwisku Arild robił krótkie uwagi, na jakim etapie uzależnienia znajduje się dana osoba, jakie przyjmuje narkotyki i cyniczne komentarze w stylu: „dopadliśmy ją”, „silny opór”. Z notatek wynikało, że młodzi ludzie otrzymywali pierwsze dawki za darmo, nie do końca świadomi, co biorą.

– Zdobywali klientów, z premedytacją wywołując w nich głód narkotykowy – mruknął Johannes. – Co to za szyfr? – zapytał po chwili, wskazując na dziwne znaki przy nazwiskach dziewczyn.

– Mam nadzieję, że Ellen się tego nie domyśliła – rzucił oschle Olaf. – Widziałem już kiedyś takie i wiem, co oznaczają. Nie rozumiem tylko, dlaczego nic nie wspomniała o tej liście w sądzie. Dlaczego nikt z młodzieży w czasie procesu nie zeznał o tym ani słowa?

Johannes wyjął z koperty list zaadresowany do Ellen Ingesvik ze stemplem poczty w Siljar.

– Tak, tu mamy wyjaśnienie – stwierdził. – List został napisany tuż przed procesem przez matkę jednej z osób znajdujących się na liście Arilda. Błaga, by nie wymieniać nazwiska jej córki, która zamierza zdawać egzaminy do szkoły pomaturalnej i na pewno nie zostanie przyjęta, jeśli cała sprawa wyjdzie na jaw. Przyrzekła matce, że nigdy więcej nie ruszy narkotyków. Czy Ellen naprawdę chce złamać jej życie?

– Ellen? – wybuchł Olaf. – Przecież to Arild… Uff, jacy ludzie są ograniczeni! Teraz rozumiem motywy postępowania Ellen. Jedyną szansą na uratowanie młodzieży było złożenie doniesienia o przestępstwie Arilda. Nikt nie przyszedł jej z pomocą!

– Znam większość tych nazwisk – zabrzmiał matowo głos Johannesa. – Z kilkoma wyjątkami to porządne dzieciaki. Dziewczyna, przy nazwisku której Arild zapisał: „Mamy ją”, przeniosła się do Kopenhagi i, jak słyszałem, stoczyła na dno. Może udałoby się ją uratować, gdyby Ellen wcześniej ujawniła tę listę?

– Ellen postąpiła tak, jak dyktowało jej sumienie. Biedna dziewczyna! Wzięła na siebie taką odpowiedzialność!

Johannes się nie odzywał. Przymknął powieki, a jego twarz niczym wykuta w kamieniu nie zdradzała w najmniejszym stopniu, jakie myśli chodzą mu po głowie.

– Zabezpieczymy zarówno notes, jak i list – zadecydował Olaf. – Może to nie całkiem w porządku wobec Ellen, ale… tu doszło do morderstwa, więc… Ech, jestem głodny. Może byśmy zostawili resztę tutejszej policji, a sami pojechali do naszego domku myśliwskiego i coś przekąsili?

Johannes chętnie przystał na propozycję, a gdy schodzili w dół, stwierdził:

– Szkoda, że nie ma tu żadnych informacji o Svartenie. Kto to jest, no i w ogóle.

– Nie przejrzeliśmy jeszcze wszystkiego. Odszyfrowywanie tych bazgrołów Arilda zajmie nam trochę czasu, może później znajdziemy coś ważnego. W każdym razie dobrze, że Ellen jest bezpieczna.

– Pokaż mi ten notes, znam pismo Arilda – powiedział Johannes i zaczął wertować kartki.

Niewiele kartek zostało zapisanych. Trudno jednak było cokolwiek odczytać, bo na wertepach i leśnych duktach samochodem strasznie zarzucało. Johannes rad nierad musiał dać za wygraną.

W domku wstawili do piecyka zamrożoną pizzę i włączyli do odsłuchu taśmę, na której nagrały się podczas ich nieobecności rozmowy prowadzone z aparatu w pokoju hotelowym Bjarnego.

Rozległy się zwykłe trzaski, a potem usłyszeli jakiś dźwięk.

– Telefon zamiejscowy – stwierdził Johannes. – Nie możemy ustalić numeru.

– No, jak poszło? – zapytał nieznany głos.

Bjarne Lange odpowiedział podniecony:

– Zrobione!

– O czym ty mówisz? Dopadliście ją?

– Lepiej! Pozbyliśmy się tej wścibskiej dziennikarki, bo więcej z nią było kłopotów niż korzyści, i upozorowaliśmy tak, że Ellen Ingesvik, jak amen w pacierzu, zostanie aresztowana za zabójstwo. Upiekliśmy dwie pieczenie przy jednym ogniu! Co ty na to?

Nieznajomy aż zazgrzytał zębami ze złości.

– Przeklęci idioci! – krzyknął, a potem nastąpiła seria wyzwisk pod adresem Bjarnego i jego kumpla. – Kto was prosił, żebyście działali na własną rękę? Wy tępaki! Nie jesteście w stanie nic wymyślić! Nie pojmujecie, że szukałem Ellen Ingesvik od chwili, kiedy zniknęła? Wasze porachunki nic mnie nie obchodzą. Ja muszę ją dostać w swoje ręce! Była żoną Arilda, tego głupka, któremu wydawało się, że jest geniuszem, tymczasem nie miał kompletnie pamięci nawet do numerów telefonów. Sam mi się kiedyś przyznał, że zapisał sobie mój numer. Ellen może mieć dowód na to, kim jestem. Póki żyje, grozi mi niebezpieczeństwo, że zostanę zdemaskowany!

– Ale przecież wspomniałeś o zemście – bronił się Bjarne.

– Chodziło mi o to, by was zachęcić do działania, tyle powinniście pojąć, debile! Pakujcie manatki i zwiewajcie stamtąd czym prędzej! Osobiście zajmę się tą przeklętą tkaczką!

– Goggo powiedziała, że Ellen wyjeżdża jutro na Islandię.

– Co? I dopiero teraz mi o tym mówicie?

– Nie dzwoniłeś, a nam zakazałeś telefonować do siebie. Dlatego musieliśmy działać na własną rękę. I to szybko, by zdążyć przed wyjazdem dziewczyny.

Nieznajomy znów zaklął szpetnie.

– Na pewno poleci czarterem. W takim razie zarezerwuję lot w samolocie rejsowym. A wy macie się ukryć, i to natychmiast! – dodał i cisnął słuchawką, aż huknęło.

– A więc to był Svarten – odezwał się Olaf zamyślony. – Poznajesz ten głos?

– Nie.

– Staranna wymowa… hm, moim zdaniem, pomimo używanych wulgaryzmów, ten głos należał do człowieka wykształconego.

– Masz rację. Sądzę, że to mężczyzna na wysokim stanowisku, bywały w wielkim świecie. Przekleństw używał raczej po to, by dopasować się do poziomu ludzi pokroju Bjarnego Lange.

– Bjarne Lange potrafi doskonale udawać światowca, jeśli mu na tym zależy. Ale w gruncie rzeczy jest dosyć ograniczony, żeby nie rzec prymitywny. – Olaf westchnął i dodał zdecydowanym tonem: – Masz listę pasażerów na jutrzejszy lot na Islandię?

– Tak, gdzieś schowałem kartkę z nazwiskami.

Zaczął przeszukiwać kieszenie i wreszcie znalazł kawałek papieru, na którym zanotował w pośpiechu nazwiska, przy czym większości z nich trzeba się było domyślać.

– Rozszyfruj je – rzucił Olaf z przekąsem. – A ja tymczasem przejrzę notes Arilda, może znajdę jakiś tajemniczy numer telefonu.

Po długiej chwili milczącej koncentracji Johannes stwierdził:

– Nikt stąd mi nie pasuje. W większości są tu pary i całe rodziny oraz kobiety, które zapewne dobrały się po dwie. Zostaje trzech samotnych mężczyzn, jeden z nich to sławny profesor, stanowczo za stary, pozostali dwaj są obcokrajowcami.

– Może Svarten nie zdążył jeszcze zrobić rezerwacji, kiedy dzwoniłeś na lotnisko?

– Możliwe. Albo poleciał już dziś. Wszystko zależy od tego, o której godzinie odbyła się ta rozmowa telefoniczna.

– Zdaje się, że jakiś czas temu – rzekł Olaf. – Chyba domyślasz się, co powinniśmy zrobić?

– Owszem – westchnął Johannes. – Byłeś już kiedyś na Islandii?

– Nie… Zapewne ten wyjazd, notabene dość kosztowny, dostarczy nam niezwykłych wrażeń!

– W takim razie lecimy jutro samolotem rejsowym. Miejmy nadzieję, że Svarten będzie na pokładzie. Musimy go aresztować, nim zdąży wcielić w życie plan zemsty. Zapowiada się dosyć pracowity wieczór. Najpierw ruszamy do Oslo, tam załatwiamy wszelkie formalności związane z wyjazdem, no a jutro wylot. Co tak śmierdzi?

– O rany, nasza pizza!

W drodze do stolicy uderzyła Johannesa nagła myśl.

– Słuchaj, jedno z nazwisk na liście Arilda… należy do dziewczyny, która przed rokiem wyprowadziła się do Oslo. Mam adres tej rodziny, moglibyśmy ich wieczorem odwiedzić.

– Świetnie! Chętnie zamienię parę słów z tą małolatą.

Kiedy więc załatwili wszystkie sprawy ze swymi przełożonymi, zarezerwowali bilety i spakowali walizki, wybrali się do rodziny, która przeniosła się z Siljar do stolicy. Wcześniej zatelefonowali, prosząc dziewczynę, aby oczekiwała ich w domu.

Teraz miała osiemnaście lat, beztrosko pewna siebie, ubrana dość niedbale, jak to często u młodzieży w tym wieku.

– Ależ to pan inspektor Hallar – powitała ich wesoło. – To znaczy, że więcej nas wyjechało z Siljar?

– Tak, przeniosłem się do Oslo przed kilkoma miesiącami – odrzekł surowo Johannes.

– Wcale się nie dziwię, Siljar to taka dziura! Mamy i taty nie ma w domu, ale proszę, wejdźcie do środka! – Spojrzawszy na Olafa, zapytała: – Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali?

Olaf wyjaśnił, kim jest.

– Ach, tak, teraz już pamiętam. Szłam do pierwszej klasy, gdy pan wyjechał z naszej wsi. Ale o co chodzi, czego chcielibyście się dowiedzieć?

Johannes wyjaśnił.

– Ech, chodzi o tę starą historię? – roześmiała się dziewczyna.

– Więc to prawda, że Arild dostarczał wam narkotyków?

– Cii… – odrzekła rozbawiona, ale naraz spoważniała: – Czy mogę mieć w związku z tym jakieś nieprzyjemności?

Zapewnili ją, że z całą pewnością nic jej nie grozi.

– To dobrze, bo nie mam ochoty się w coś pakować. Minęło już tyle czasu od tamtej sprawy, że chyba mogę opowiedzieć, jak to było naprawdę. Oczywiście, że Arild dawał nam prochy! To znaczy, dawał na początku, później musieliśmy płacić, i to coraz więcej. Ale ja z tym skończyłam, na zawsze.

Olaf poczuł, jak ze złości krew uderza mu do głowy.

– Dlaczego nic nie wspomniałaś o tym w czasie procesu? Dlaczego nikt z was nic nie powiedział?

– Zwariował pan? Było jasne jak słońce, że nie możemy pisnąć ani słowa na ten temat. Wyobrażacie sobie, jaki mielibyśmy raban w domu? Jak by to przyjęło nasze prowincjonalne środowisko? Nasi rodzice nie mogli się o niczym dowiedzieć, chyba rozumiecie. Tylko jedna dziewczyna powiedziała o tym swojej matce.

– Ta, która wybierała się do szkoły pomaturalnej? – Johannes podał zapamiętane nazwisko.

– Właśnie. Jej matka napisała list do Ellen i poprosiła ją, żeby zachowała dyskrecję. Lepiej się stało, że Ellen wzięła to na siebie, niż gdyby wciągnęła w to bagno całą osadę.

Olaf z trudem powstrzymywał się, by nie wybuchnąć.

– A więc wiedzieliście, że Ellen ma listę z waszymi nazwiskami?

– Oczywiście. Była u każdego z nas…

– Szantażowała was? – wtrącił Johannes.

Dziewczyna, odwróciwszy się do niego, rzekła:

– Skąd, Ellen? Prosiła nas ze łzami w oczach, żebyśmy przestali brać narkotyki. Straszna naiwniaczka.

– I co? Przestaliście? – spytał Olaf.

– Właściwie tak, przestraszyliśmy się tego procesu i w ogóle. Tylko kilkoro z nas zdążyło się uzależnić. Zresztą nie mieliśmy skąd brać, bo wszyscy handlarze trafili za kratki. Ale oczywiście gdybyśmy naprawdę chcieli zażywać narkotyki, nic by nas nie powstrzymało!

– A więc Ellen uratowała wam życie?

Dziewczyna wzruszyła ramionami.

– Życie? To brzmi tak melodramatycznie. Przecież od kilku prochów czy paru działek człowiek nie umiera! Wcale nie jest trudno z tym skończyć, jeśli się chce.

Mężczyźni przybrali surowe miny.

– Zdarzało nam się widzieć coś całkiem innego – rzekł Olaf. – Powiedz mi jednak, z zapisków Arilda wynika, że wykorzystywał dziewczyny…

– No cóż, Arild był bardzo przystojnym facetem – uśmiechnęła się. – Był dorosły, jasne, że żadna z nas nie chciała zmarnować takiej szansy. Ale żeby zaraz wykorzystywał…

Johannes przymknął oczy.

– Przecież byłyście wtedy niepełnoletnie!

– Nie przesadzajmy! Proszę jednak, nie powtarzajcie nikomu tego, co wam mówiłam. Nie chciałabym, żeby mnie wzięli za szpicla.

– Ellen nikomu nic nie powiedziała! – zapewnił Olaf.

– Ale doniosła na swojego męża! Dostała za swoje. Dobrze jej tak!

Wyglądało na to, że za moment Olaf uderzy dziewczynę, Johannes poderwał się więc i odciągnąwszy go, rzucił na pożegnanie:

– Dziękujemy, chyba już się dowiedzieliśmy wszystkiego. Aha, jeszcze jedno: Czy Arild nigdy nie wspominał, skąd bierze narkotyki?

– Nie – zdziwiła się dziewczyna. – Nigdy się nad tym nie zastanawialiśmy.

Kiedy wyszli na ulicę, złapali głęboki oddech, jakby brakowało im świeżego powietrza. Bez słowa wymienili spojrzenia. Olaf najwyraźniej doznał szoku, natomiast twarz Johannesa stężała jeszcze bardziej.

– Jedźmy czym prędzej na Islandię! – powiedział tylko.

ROZDZIAŁ V

Ellen podniosła wyżej oparcie fotela i popatrzyła przez okienko w dół na ziejące ogniem wieże platform wiertniczych na Morzu Północnym. Mimo późnej godziny słońce znajdowało się jeszcze dosyć wysoko nad horyzontem. Kiedy samolot wystartował z Oslo, słońce właśnie zachodziło. Teraz lecieli z nim jakby na wyścigi.

– Strasznie się cieszę – powiedziała do Ellinor.

– Ja też – uśmiechnęła się przyjaciółka. – Twoje oczy przepełnione są radością. Jeszcze nigdy nie widziałam ciebie takiej radosnej i odprężonej. Czy to zew przygody wywołuje w tobie takie podniecenie, czy ucieczka z miejsca, gdzie nie czułaś się bezpieczna? A może spotkanie z przyjacielem z lat dziecinnych tak cię odmieniło?

– Myślę, że wszystko po trochu.

Jest śliczna, pomyślała Ellinor, patrząc na przyjaciółkę. Właściwie nie dostrzegłam tego dotąd, bo zawsze była taka zamknięta w sobie, jakby przytłoczona jakimś ciężarem.

– Jesteś w nim… zakochana?

Ellen przez chwilę milczała.

– Zakochana? To chyba niewłaściwe słowo. Prawdą jest jednak, że nikt w moim życiu nie znaczył tyle co Olaf Brink, i choć od naszego rozstania minęło jedenaście lat, w dalszym ciągu fascynuje mnie swą otwartością i serdecznością, a przede wszystkim niezwykłą prawością. Ale czy to znaczy, że jestem w nim zakochana? Nie wiem… Chyba nie, raczej nadal czuję coś na kształt dziecięcego podziwu dla silnej osobowości.

Ellinor pokiwała głową na znak, że rozumie. Ellen nie powiedziała nic więcej, nie wyznała, że łudzi się nieśmiałą nadzieją, iż z czasem przyjaźń z Olafem przerodzi się w coś poważniejszego.

Obok przyjaciółek na sąsiednim fotelu siedział korpulentny mężczyzna w wieku około czterdziestu pięciu lat, który zerkał nieśmiało, wyraźnie zainteresowany Ellinor. Ona, niezbyt tym zachwycona, dyskretnie zamieniła się miejscem z Ellen, żeby odgrodzić się od przypadkowego wielbiciela.

Mężczyzna miał jasną oprawę oczu, a łysinę na czubku głowy otaczał wianuszek rzadkich włosów koloru blond. Nieznajomy przedstawił się uprzejmie. Okazało się, że nazywa się Magnus Pedersen i z zawodu jest geologiem. Wyjawił, że leci na Islandię już po raz ósmy, jak zwykle w celach naukowych.

– A panie, jak się domyślam, wybierają się na wycieczkę? – zagadnął. – Tak, to fascynujący kraj, za każdym razem odkrywam go na nowo.

– Zapewne – przytaknęła Ellinor. – Mamy nadzieję wiele zwiedzić. Moja przyjaciółka poza tym zamierza poznać bliżej rękodzieło artystyczne Islandii: zapoznać się z różnymi technikami tkania gobelinów, farbowania wełny naturalnymi barwnikami i tak dalej.

– Ach, tak? – rzekł na to geolog i oderwawszy na chwilę wzrok od Ellinor, skierował swą uwagę na Ellen. – To bardzo ciekawe. Właściwie mógłbym pani trochę pomóc, wskazać odpowiednie miejsca. Wiem na przykład, że w pobliżu Mývatn jest pozyskiwany…

Na twarzy Ellen pojawił się wymuszony uśmiech.

– Dziękuję za propozycję, ale mamy już i tak bardzo napięty program.

– A więc panie są na zorganizowanej wycieczce, rozumiem. Ja tymczasem w Rejkiawiku przesiadam się do samolotu lecącego bezpośrednio do Mývatn. Proszę mi wybaczyć, nie chciałbym się narzucać.

Ellen uznała, że zachowała się niezbyt uprzejmie, przerywając mu w pół słowa, więc dodała pośpiesznie:

– Ależ my również mamy w planie pobyt w Mývatn! Spędzimy tam trzy dni.

– Wspaniale! Tam jest naprawdę pięknie. Może mógłbym… Nie, lepiej nie uprzedzajmy faktów. Mam nadzieję, że się po prostu spotkamy.

– Ja również – odpowiedziała Ellen uprzejmie i poczuła, jak Ellinor kopnęła ją w kostkę.

– Jeśli ktoś chce dotrzymać kroku Ellen, musi być rannym ptaszkiem – rzekła Ellinor w nadziei, że zniechęci natręta. – Nie spotkałam dotąd nikogo, kto zrywałby się o tak wczesnej porze. Na przykład godzina czwarta to dla niej wcale nie jest wcześnie.

Pan Pedersen wyraźnie się stropił. Przez resztę podróży sprawiał wrażenie, że usilnie rozmyśla, jakby tu spotkać Ellinor samą o jakiejś ludzkiej porze.

Dzień później w samolocie lecącym w tym samym kierunku siedział Olaf i Johannes.

– Jesteśmy spóźnieni o cały dzień – mruknął Johannes. – Tylko dlatego, że nasi szefowie nie mogli pojąć, w jakim celu jedziemy na Islandię.

– Tak, to denerwujące – przyznał Olaf.

– Ale przynajmniej ustaliliśmy, że Svartena nie było na liście pasażerów ani wczoraj, ani przedwczoraj. Sprawdziliśmy dokładnie. Należy przypuszczać, że leci teraz z nami. Zastanawiam się, czy to nie facet, na którego zwróciłem uwagę w kolejce do odprawy.

Johannes spojrzał pytająco.

– Wydaje mi się, że to ten, który siedzi pięć rzędów za nami na fotelu z lewej strony tuż przy przejściu. Idź do toalety, to go sobie obejrzysz!

– Ale ja nie muszę… No dobrze już, pójdę. Na pewno jest kolejka, jak zwykle – dodał ponuro.

Nie wracał dość długo.

– Była kolejka – stwierdził kwaśno po powrocie. – Następnym razem wymyśl inny pretekst, kiedy będziesz mi chciał coś pokazać.

– A jaki pretekst może być lepszy?

– Dobrze już, dobrze! Widziałem go. Trudno ocenić człowieka na pierwszy rzut oka, ale wydaje mi się, że tym razem masz rację.

– Podróżuje sam, czarne włosy, ciemny zarost, przesadnie elegancko ubrany i rażąco pewny siebie.

– Tak – potwierdził Johannes. – Mina światowca, przekonanie, że ma nad wszystkimi władzę. Przestępcy jego formatu mają w sobie coś takiego. Proponuję, żebyśmy mieli tego faceta na oku.

– Przyjrzymy się jednak także innym pasażerom. Być może na miejscu będziemy musieli się rozdzielić. Jeden będzie trzymał się w pobliżu Ellen, a drugi śledził tego faceta.

– Wiesz, gdzie jest teraz… Ellen?

Wydawało się, że Johannes z niechęcią wymawia imię dziewczyny.

– Sprawdziłem w biurze podróży u organizatora wycieczki. Na dzisiaj lub jutro został zaplanowany wyjazd do Thingvellir i w rejony występowania gejzerów, mam zanotowane nazwy miejscowości. Potem lecą samolotem do Akureyri i Mývatn, gdzie spędzą trzy dni. Przyłączymy się do grupy.

– A jeśli ten facet zatrzyma się w Rejkiawiku na dłużej? Co wtedy zrobimy?

– Tak jak powiedziałem: rozdzielimy się. Kogo chcesz mieć na oku?

– Faceta – zdecydowanym głosem odpowiedział Johannes.

Ale los zadecydował inaczej.

Już pierwszego wieczoru w Rejkiawiku niedaleko portu lotniczego w dużym hotelu, w którym mieściło się także centrum turystyczne, wpadli prosto na Ellen i Ellinor.

– Olaf! – zawołała Ellen i rozpromieniła się. – Co wy tutaj robicie? Śledzicie nas?

Jej oczy lśniły jak gwiazdy, wyrażając zaskoczenie, szczęście i radość. Obu mężczyzn wręcz poraziła niezwykła odmiana, jaka zaszła w wyglądzie dziewczyny, i zrozumieli, pod jak silną presją psychiczną żyła w Norwegii. Dopiero tutaj, gdy poczuła się wolna i nareszcie mogła być sobą, w pełni rozkwitła jej uroda.

Nie czekając na odpowiedź, Ellen zwróciła się zdyszana do Olafa, ignorując zupełnie obecność Johannesa:

– Poczekaj tu na mnie chwilę, muszę porozmawiać z pilotem wycieczki. Tylko proszę, nie ucieknij mi!

Usłyszawszy zapewnienie Olafa, że nie ruszy się z miejsca, przepchnęła się w stronę lady.

– Czy coś się stało? – zaniepokoiła się Ellinor.

– Tak – odparł Olaf. – Ellen grozi niebezpieczeństwo.

– O, nie! Proszę nie mówić jej o niczym. Jest tu wreszcie taka szczęśliwa!

– Zauważyliśmy. Pozwolisz, że się przedstawimy: nazywam się Olaf Brink, a to Johannes Hallar. Domyślam się, że masz na imię Ellinor.

Dziewczyna przesunęła wzrok z przystojnego nordyka o przyjaznym spojrzeniu na przewyższającego go wzrostem ponurego Johannesa o ciemnych włosach. Coś dziwnego jest w tym mężczyźnie, pomyślała. Mógłby być taki pociągający, kobiety by za nim szalały. Dlaczego jednak tak zaciska szczęki, jakby się bał okazać najmniejszy ludzki odruch? Boję się go. To na pewno jest ten Zielonooki Potwór, o którym wspominała Ellen. Trafne określenie.

– Co wiesz o całej sprawie? – spytał Olaf.

– Prawie nic – odparła. – Tylko tyle, że w Vanningshavn prześladowało Ellen dwóch mężczyzn. Nie wiem jednak, dlaczego.

Olaf spojrzał w kierunku Ellen, ale kolejka, w której stała, była dość długa. Dziewczyna pomachała mu tylko z daleka, żeby nie odchodził.

Pokiwał jej uspokajająco, a potem znów zwrócił się do Ellinor:

– Sprawa jest poważna. Ågot Lien została zamordowana w waszym domu na strychu.

Ellinor zadrżała i zbladła jak płótno.

– Chodzi o to – ciągnął Olaf – że Ellen nieopatrznie naraziła się pewnemu rekinowi z branży narkotykowej. Poszukiwał jej od trzech lat, bo się boi, że dziewczyna może go zdemaskować. To jego wspólnicy prześladowali ją w Vanningshavn, oni też zamordowali Goggo. Na taśmie magnetofonowej mamy nagranie ich rozmowy, w której otwarcie się do tego przyznają. Tych dwóch już aresztowaliśmy, ale ich szef zwany Svartenem przyjechał za Ellen aż tutaj. I tym razem nie żartuje. Nigdy do tej pory nie działał osobiście. Zwykle wyręcza się innymi.

– Widzieliście go? – Ellinor z wrażenia z trudem przełknęła ślinę.

– Tak nam się wydaje, ale nie jesteśmy pewni. Facet zatrzymał się w tym hotelu.

– My też – stwierdziła zdruzgotana.

– Nam nie udało się zrobić tu rezerwacji, wszystkie pokoje są zajęte, załatwiliśmy sobie hotel w centrum. Mężczyzna, którego podejrzewamy, przedstawił się jako Waldemar Gran. Udało nam się wydobyć tę informację od recepcjonisty. Podaje się za dyrektora, ale nie znamy ani nazwy firmy, ani branży.

Ellinor patrzyła w przestrzeń zamyślona.

– A więc stało się tak, jak myślałam.

– Co takiego? Wiedziałaś, co się stanie?

– Nie, nie, myślę jedynie o… Niedawno opowiedziałam komuś o śmierci Meduzy: o tym, że chociaż Perseusz odciął jej głowę, spojrzenie martwych oczu potwora nadal obracało śmiertelników w kamień.

– Tak, jej zabójczy wzrok sięgnął aż tutaj, na Islandię. Ta Ågot Lien była naprawdę niebezpieczna.

Trzeźwy głos Johannesa przywrócił ich do rzeczywistości:

– Musimy mieć dokładny program wszystkich waszych wycieczek i imprez. Godziny posiłków i tak dalej. Po prostu powinniśmy wiedzieć o każdym waszym kroku. Żadnych zmian planów w ostatniej chwili, żadnych improwizacji. Jeśli Ellen coś wymyśli, należy zdecydowanie ją powstrzymać. Gdyby nie było innego wyjścia, możesz jej wyjawić przyczynę.

– Nie, nie przejdzie mi to przez gardło, wolę już, żeby się na mnie wściekała. Ale jeśli zaplanujemy wcześniej coś poza programem, wystarczy, że was o tym poinformujemy?

– Naturalnie. Ale musimy o tym wiedzieć obaj, bo jeden z nas będzie śledził Grana, a drugi pilnował was. Co zamierzacie najpierw?

– Jutro jedziemy autokarem oglądać gorące źródła, a potem do Thingvellir.

Twarz Johannesa stała się jeszcze bardziej surowa:

– On też tam jedzie, co prawda innym autokarem.

– To dobrze, w takim razie jedziemy wszyscy w tym samym kierunku, może się spotkamy?

– O ile uda nam się kupić bilety. Może byś to załatwił od razu, Johannes?

Kiedy Olaf i Ellinor zostali sami, dziewczyna popatrzyła na niego swymi łagodnymi piwnymi oczyma i rzekła cicho:

– Ja także bardzo bym chciała chronić Gerd… to znaczy Ellen. Możesz mi pokazać tego faceta?

Olaf zamyślił się przez chwilę.

– Nie mamy pewności, że to naprawdę on…

– No tak, w takim razie należy zachować czujność wobec wszystkich – uśmiechnęła się ze zrozumieniem i dodała: – Szczególnie wobec tych, którzy zaczną się przystawiać do Ge… Ellen. Uff, nie mogę się przyzwyczaić do tego jej nowego imienia.

– Do starego.

– No tak, możesz mi powiedzieć, dlaczego właściwie zmieniła tożsamość?

– Dobrze, tym bardziej że Ellen z niechęcią wraca do przeszłości, w której doznała tylu upokorzeń. Chodź, usiądziemy sobie.

Objął ją delikatnie ramieniem i poprowadził na skórzaną kanapę. W wielkim skrócie przedstawił Ellinor historię nieudanego małżeństwa Ellen i aferę, jaka potem wybuchła. Zdążył skończyć, kiedy zjawiła się bohaterka jego opowieści

Poszli razem na obiad do przestronnej restauracji i usiedli przy czteroosobowym stoliku.

– Jak to miło mieć u boku kawalerów – wyrwało się Ellinor szczerze. – Prawdę mówiąc, niezbyt wesoło jest podróżować kobietom samotnie. Zwłaszcza że nie należymy do tego typu kobiet, które z zachwytem przyjmują zaloty obcych mężczyzn.

Ellen siedziała uszczęśliwiona, powtarzając sobie w myślach, że przyjazd Olafa na Islandię musi coś oznaczać. Nie rozumiała tylko, dlaczego zabrał z sobą tego lodowatego mruka, Hallara, a jeszcze bardziej, jak to się stało, że ten się zgodził przyjechać.

Ale akurat teraz życie wydawało się jej po prostu cudowne. Patrzyła z zachwytem na Olafa, konwersującego wesoło z Ellinor. Johannes obserwował ich spod oka ponury i uważny.

Częściej jednak zerkał gdzieś w bok. Może jakaś kobieta przykuła jego wzrok? pomyślała Ellen i odwróciła dyskretnie głowę. Nie, to tylko jakiś ciemnowłosy mężczyzna siedzący samotnie. Z jakiegoś nieokreślonego powodu poczuła się uspokojona.

Ellen stała przy gejzerze Strokkur i zamyślona wpatrywała się w parę wydobywającą się z ziemi.

Czuła się taka zagubiona, dławił ją strach i niepokój, niedawna radość gdzieś uleciała.

Wszyscy zachowywali się jakoś dziwnie. Kiedy zwiedzali imponujący wodospad Gullfoss, Johannes ciągle znikał bez słowa wyjaśnienia. Po prostu przyłączał się do innych turystów. Potem, jakby zamieniali się rolami, znikał Olaf, a nielubiany przez nią policjant trzymał się w pobliżu. Bynajmniej nie z sympatii do niej, raczej po to, by ją dręczyć. Ellinor też zachowywała się jakoś nerwowo. Kiedy Ellen zagadywała ją, odpowiadała półsłówkami, niechętnie, jakby miała wyrzuty sumienia lub ukrywała coś przed przyjaciółką.

To wszystko stawało się wprost nie do zniesienia.

Gejzer, wokół którego zgromadził się tłum ludzi, bulgotał słabo. Turyści z nastawionymi aparatami fotograficznymi czekali niecierpliwie na kolejny wybuch.

Do tej pory Ellen udawało się unikać rozmowy z Johannesem. Teraz jednak już od dłuższej chwili stali obok siebie i milczenie zaczynało im ciążyć.

– Gdzie Ellinor i Olaf? – zapytała niechętnie.

– Poszli w stronę hotelu. Przypuszczam, że niebawem będzie lunch – odpowiedział Johannes, także niezbyt zachwycony perspektywą rozmowy.

Dziewczyna sfotografowała cienką strużkę wody, która trysnęła z ziemi, i kierując się w stronę ścieżki prowadzącej w dół, stwierdziła:

– W takim razie my także powinniśmy już pójść! Olaf powiedział mi wczoraj, że zbiera minerały, i liczył, że uda mu się powiększyć kolekcję o ciekawe okazy. Muszę mu pokazać ten!

Ellen otworzyła dłoń, w której ściskała niewielką bryłkę siarki.

– Lepiej zostaw Olafa w spokoju!

Popatrzyła na swego towarzysza ze zdumieniem, urażona jego słowami. Osobliwe zielone oczy wpatrywały się w nią z taką samą chłodną pogardą jak niegdyś.

– Ale on przecież szukał właśnie takiego kamienia, a poza tym jeśli mam być szczera, trochę mi go brakuje.

Johannes chwycił ją za nadgarstek.

– On nie jest dla ciebie! – rzekł ostro. – Zostaw go w spokoju, dla własnego dobra!

Ellen pociemniało w oczach.

– O co ci chodzi? Usiłujesz oczernić Olafa w moich oczach? No wiesz…

– Absolutnie nie – odparł krótko. – Nie możesz go po prostu zostawić w spokoju?

Ellen, dotknięta do żywego, przyspieszyła kroku. Ledwie zdążyła przebyć kilka metrów, gdy za swymi plecami usłyszała wybuch gejzeru. Typowe! Człowiek wyczekuje niecierpliwie, by zobaczyć to niezwykłe zjawisko, a wystarczy, że na moment odwróci wzrok i złośliwy gejzer ożywa.

Kiedy Ellen zbliżyła się do hotelu, gniew ustąpił radości, że zaraz znów ujrzy Olafa i pokaże mu kamień. W jej oczach na nowo zapłonął ciepły blask. Pośpiesznie weszła do holu.

Wśród kłębiącego się tłumu turystów zdołała wyłowić wzrokiem Olafa i Ellinor. Na ich widok cofnęła się gwałtownie.

Tych dwoje nie zauważyło jej; pochłonięci rozmową, nie widzieli nikogo prócz siebie. Blask ich oczu, dłonie złączone w delikatnym uścisku, powiedziały Ellen więcej, niż zdołałyby wyrazić słowa.

Ocknęła się i zawróciła na pięcie. W drzwiach zderzyła się z Johannesem, którego ledwie zauważyła. Wybiegła i tuż przy wejściu opadła na ławkę, usiłując uspokoić drżenie całego ciała i pozbyć się przykrego dławienia w gardle.

Po chwili usłyszała za sobą głos inspektora:

– No proszę, Ellen Ingesvik odrzucona -zaśmiał się szyderczo. – Jak się czujesz w tej roli? Piękna, sławna, rozpieszczona, przyzwyczajona brać to, na co ma ochotę. A teraz, patrzcie państwo! Przegrała z kimś, kto nie szokuje urodą, przynajmniej tą zewnętrzną. Czyż nie napełnia cię to złością?

Dziewczyna nie odpowiedziała. Nie była po prostu w stanie. Johannes okrążył ławkę i usiadł obok Ellen.

– Przecież prosiłem cię, byś zostawiła Olafa w spokoju. Ale ty nie słuchałaś. Parłaś do przodu, przekonana, że nikt ci nie dorówna. Pewna swego wdzięku, jak zawsze.

Nagle spostrzegł, że Ellen z ogromnym trudem powstrzymuje się od płaczu. Przełykała głośno ślinę, ale oczy i tak napełniły się łzami.

– Takie to dla ciebie upokarzające? – spytał zgryźliwie.

Ellen nabrała głęboko powietrza w płuca, usiłując zapanować nad swym głosem, ale nie do końca jej się to udało.

– Ellinor i Olaf są moimi przyjaciółmi – wymamrotała. – Trudno mi sobie wyobrazić lepiej dobraną parę.

– Uff, oszczędź sobie tej obłudnej szlachetności.

Pochyliła głowę, by nie wybuchnąć płaczem.

– Naprawdę tak myślę – szepnęła, odwracając twarz. – Nie jestem zazdrosna, bo nie zdążyłam się zakochać w Olafie. Jedynie podziwiam go bezgranicznie.

– W takim razie o co chodzi? – spytał surowo.

Wreszcie zdołała oderwać wzrok od księżycowego krajobrazu Islandii i popatrzyła na Johannesa. Z zapłakaną twarzą wydała mu się taka bezbronna.

Johannes Hallar zrozumiał, że Ellen należy do tego typu ludzi, którzy nie potrafią się złościć. Wprawdzie teraz mówiła gwałtownie, ale w jej słowach więcej było smutku niż gniewu.

– A co to, czy człowiek nie może sobie raz na jakiś czas popłakać nad sobą? – zapytała żałośnie, choć nie bez cienia ironii. – Przecież o wszystko się mnie czepiasz, cokolwiek bym zrobiła. Wyłapujesz każdy mój błąd, a gdy postąpię właściwie, nazywasz to obłudą, grą pozorów i Bóg jeszcze raczy wiedzieć czym. A co ty w ogóle wiesz o samotności? Tylko nie mów, że żebrzę o litość, bo nie spodziewam się, że mi ją okażesz. Ale czy umiesz sobie wyobrazić, co to znaczy spotkać swego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa i natychmiast go znów utracić? Smutno mi, bo potrzebuję jego przyjaźni, ale on teraz nie potrzebuje mojej. Nadal jest mym przyjacielem, wiem o tym, ale nie śmiałabym absorbować go teraz własną osobą i zajmować mu czas. A Ellinor także nie ma teraz ochoty wysłuchiwać mego biadolenia. Czuję się więc samotna i bezradna. Zupełnie nie wiem, co robić! A przyczyną wszystkich moich kłopotów jesteś ty!

– Ja? Daruj sobie!

– Mam już tego dosyć, Johannes – powiedziała, kuląc się w sobie. – Co ja ci takiego zrobiłam? Czuję się kompletnie bezbronna wobec twojej wrogości. Nie jestem w stanie przestać o tym myśleć. Gdybym była tu tylko z Olafem i Ellinor, potraktowałabym całą sytuację z dystansem, ucieszyłabym się z ich szczęścia. Potrafię żyć w samotności. Ale w nienawiści, nie! To przekracza moje siły.

Johannes nic nie odpowiedział. Siedział nieporuszony, choć na jego twarzy malowały się sprzeczne uczucia. Wyraźnie tracił pewność siebie. W końcu rzekł:

– Czas na lunch.

– Idź w takim razie! Ja posiedzę sobie tu jeszcze przez chwilę, żeby się uspokoić.

– O nie, pójdziesz razem ze mną. Odpowiadam za cie… – urwał i poprawił się: – Jeszcze nam tylko tego brakuje, żebyś uciekła. Lubisz karać innych i wprawiać ich w niepokój. Nie, nie, tym razem nie zabawisz się naszym kosztem.

– Ale ja wyglądam okropnie!

– Nikt nie zauważy – oznajmił z bezwzględną brutalnością. – Chodź już!

Wstała posłusznie, a przy wejściu zapytała: – Johannes, właściwie po co przyjechaliście na Islandię?

Po chwili milczenia odpowiedział:

– Nadal nie rozumiesz?

– Nie.

– Olaf chciał się spotkać z Ellinor, to oczywiste. Ciągle nie możesz tego pojąć?

– Dlaczego? Doskonale rozumiem. Po co jednak przyjechałeś razem z nim?

– W charakterze przyzwoitki. Miałem się zająć tobą, żeby oni mogli być sami.

Ellen była zbyt załamana i przygnębiona, by odkryć nieścisłość w jego słowach. Ellinor i Olaf nie znali się wcześniej, spotkali się dopiero na Islandii.

Do damskiej toalety była jak zwykle kolejka, więc Ellen musiała siąść do stołu z oczami spuchniętymi od płaczu. Pochyliła twarz nad talerzem, by nikt nie zauważył.

Miała zatkany nos i wyśmienity islandzki łosoś smakował jej jak wióry. Całe szczęście, że towarzystwo zajęte było rozmową na temat wcześniejszych erupcji wulkanu Hekla. Tylko Johannes rzucał dziewczynie od czasu do czasu badawcze, acz nie wolne od agresji spojrzenie. Nie podziałało to na nią bynajmniej uspokajająco. Do reszty straciła pewność siebie.

Wśród gwaru panującego w restauracji wyłowiła krótką wymianę zdań pomiędzy policjantami:

– Jak ty go pilnujesz? – pytał Johannes.

– Wszystko mam pod kontrolą – zapewnił Olaf.

– Nie widzę go teraz!

– Wiem, dokąd poszedł.

– To dobrze. Pamiętaj, najpierw obowiązki, a potem przyjemności!

Ellen nie pojmowała, o czym rozmawiają.

Po południu wrócili do Rejkiawiku. Kiedy Ellinor późnym wieczorem pojawiła się w pokoju hotelowym, Ellen udawała, że już śpi. Nie wiedziała, jakie tajemnice łączą Olafa i Johannesa, zorientowała się jednak, że Ellinor została do nich dopuszczona.

Ellen znalazła się, na uboczu.

ROZDZIAŁ VI

Następnego dnia mieli polecieć samolotem na północ do Akureyri i Mývatn, jednak nieoczekiwane zdarzenia pokrzyżowały im plany.

Ellen, obserwując swoich znajomych, którzy szeptali z boku i spoglądali na siebie niepewnie, najwyraźniej czymś poruszeni, tym dotkliwiej odczuwała swoją samotność.

W końcu podeszła do niej Ellinor i wyraźnie zakłopotana, jakby nie mówiła prawdy, oznajmiła:

– Ellen, kiepsko się czuję. Nie mogę lecieć.

– Szkoda! – Ellen westchnęła ciężko, kompletnie rozbita tą grą niedomówień. – W takim razie ja także zostaję.

– Ależ nie musisz! – wtrącił Olaf, który usłyszał jej słowa. – Poświęcę się i zostanę z Ellinor, a wy z Johannesem możecie lecieć.

Wszystko w Ellen protestowało przeciwko takiej perspektywie.

– Ale ja nie chcę! Nie zależy mi na tej wycieczce.

– Szkoda stracić taką okazję, no i zmarnować bilety – oświadczyła Ellinor stanowczo. – Johannes weźmie mój. Tak będzie najlepiej.

Ellen wpatrywała się nieruchomym wzrokiem w swych przyjaciół.

– O co tu tak naprawdę chodzi? – zapytała po chwili. – Jeśli Olaf chce zostać z tobą, Ellinor, to chyba możecie mi to powiedzieć wprost, zamiast owijać w bawełnę? Bardzo się cieszę, że się polubiliście, proszę więc, skończcie z wykrętami i przestańcie mnie izolować. Chyba sobie na to nie zasłużyłam?

Olaf zrobił nieszczęśliwą minę.

– Ellen, najmilsza, nie wyciągaj fałszywych wniosków. Ellinor naprawdę źle się czuje!

– No cóż, jak chcecie, życzę ci powrotu do zdrowia, Ellinor – rzekła Ellen i niechętnie ruszyła w stronę kolejki do odprawy. Johannes podążył za nią.

Ellen nie miała pojęcia, że całe zamieszanie spowodował ciemnowłosy biznesmen, który odwołał lot do Mývatn i z tego powodu Olaf musiał pozostać na miejscu, by go śledzić. Ellinor zaś postanowiła zostać, na wypadek gdyby potrzebna mu była jakaś pomoc. Nie mieli wątpliwości, że Svarten nie żartuje.

Zupełnie niepotrzebnie jednak za wszelką cenę usiłowali zachować to w tajemnicy przed Ellen. Co prawda kierowały nimi szlachetne pobudki: tak bardzo nie chcieli zepsuć dziewczynie wymarzonej wycieczki – jednak nie zauważyli, że Ellen już dawno opuściła wszelka radość, ustępując miejsca bezradności.

Samolotem, w którym trzęsło niemiłosiernie, dotarli do Akureyri, skąd autokarem ruszyli do odległego Mývatn. Przez cały czas Ellen siedziała obok Johannesa Hallara. Z głośników sączył się monotonnie głos pilota wycieczki. Ellen z zainteresowaniem słuchała informacji na temat mijanych okolic. Kiedy przejeżdżali obok Gudafoss, Wodospadu Bogów, do którego pierwszy chrześcijański biskup wyrzucił posążki pogańskich bożków, dziewczyna spontanicznie zwróciła się do Johannesa:

– Tyle pamiątek przeszłości utraciliśmy bezpowrotnie!

Drgnął zaskoczony, bo przez całą drogę, poza niezbędnymi uwagami, prawie się do siebie nie odzywali. Przez zaciśnięte usta burknął niechętnie: „Tak”, ale sądząc po minie, nie miał ochoty na konwersację na tak błahe tematy.

Przejechali przez most łączący brzegi wartkiej rzeki obfitującej w łososie. Przewodnik zażartował, że na połowy w niej stać wyłącznie królów i dyrektorów potężnych koncernów. Ellen uśmiechnęła się rozbawiona, ale napotkawszy kamienne spojrzenie Johannesa, spoważniała natychmiast w poczuciu winy.

Wreszcie dotarli do Mývatn, stanowiącego ogromną atrakcję turystyczną. Autokar zatrzymał się przed hotelem.

I tu powstał nieprzewidziany problem. Nie pomyśleli wcześniej o zakwaterowaniu. Ellen miała dzielić pokój z Ellinor, ale skoro bilet przyjaciółki przejął Johannes, wyglądało na to, że przyjdzie jej zamieszkać razem z nim. Dziewczyna zdecydowanie zaprotestowała.

– Nie bądź idiotką! – warknął Hallar. – Sądzisz, że chciałbym cię tknąć?

– Bynajmniej, nic takiego sobie nie wyobrażam. Ale nie ukrywam, że mam tego dość. Jestem kłębkiem nerwów, niewiele trzeba, bym eksplodowała. Chyba mam prawo odpocząć trochę od twej pogardy, którą demonstrujesz na każdym kroku.

Popatrzył na nią przeciągle swymi zielonymi jak u kota oczyma i zapytał krótko:

– Czy nie odpłacasz mi tym samym?

– Tak, a czego oczekujesz? Że będę cię kochać? Nienawiść rodzi nienawiść!

– Właśnie – skwitował, a jego głos zabrzmiał jakoś dziwnie. Ellen spojrzała na niego zaskoczona, lecz on odwrócił się gwałtownie.

Na szczęście pilot pomógł im rozwiązać problem, dokonując karkołomnej roszady wśród uczestników wycieczki, co bynajmniej nie spotkało się ze zrozumieniem z ich strony.

Na popołudnie zaplanowano zwiedzanie.

Najbardziej zafascynowały Ellen siarkowe źródła Námaskardh położone wśród wzgórz pokrytych złotym nalotem. Pilot surowo uprzedził turystów, by stąpali wyłącznie po brązowej powierzchni, bo kto postawi nogę na podłożu zabarwionym na złoto, biało, pomarańczowo, czerwono czy seledynowo, może się zapaść pod cienką warstwę gruntu, gdzie temperatura wody dochodzi nawet do stu stopni. Ellen podniosła do oczu aparat, żeby sfotografować błotnistą kipiel, przy której na niewielkim wzniesieniu tłoczyła się gromada turystów. Nagle poczuła, że ziemia umyka jej spod stóp. Cofnęła się gwałtownie i wpadła w ramiona Johannesa, stojącego tuż za nią. Podtrzymał ją, ale niechęć, jaka odmalowała się na jego twarzy, sprawiła dziewczynie kolejną przykrość.

Podczas spaceru wokół jeziora przewodnik przypomniał teorię wędrówki kontynentów: Przed setkami milionów lat istniał jeden olbrzymi ląd, który stopniowo na skutek przemieszczania się płyt tektonicznych podzielił się na kontynenty. Potem powoli Ameryka, Afryka i Europa zaczęły się oddalać od siebie, zresztą proces ten trwa do dzisiaj. Z południowego zachodu na północ przebiega przez Islandię Pasmo Śródatlantyckie, strefa wzmożonej aktywności wulkanicznej, której skutkiem jest na przykład wynurzanie się wyspy około jednego centymetra rocznie, powstanie nowej wyspy Surtsey, silna erupcja wulkanu na wyspie Heimaey, istnienie rozległych obszarów gorących źródeł i gejzerów, częste wybuchy wulkanu Hekla, które właściwie doprowadziły do powstania całej Islandii. Właśnie w okolicach Mývatn najlepiej uwidaczniają się skutki położenia wyspy w strefie wzmożonej aktywności wulkanicznej i wpływ erupcji wulkanów na zmiany rzeźby terenu.

Autokar zatrzymał się na niewielkim moście. W promieniu kilku kilometrów nad szczelinami w skałach unosiła się biała para. Ellen westchnęła głośno i drżąc ze wzruszenia, bezwiednie uścisnęła dłoń Johannesa.

– Cóż wart jest człowiek wobec natury – szepnęła ze wzrokiem utkwionym w szybę autokaru, nie zdając sobie sprawy, kogo właściwie trzyma za rękę. Kiedy się ocknęła, szepnęła speszona: „Przepraszam”. Johannes nic nie odpowiedział i co dziwniejsze, nie cofnął ręki, jak się spodziewała. Niby drobiazg, ale poczuła do niego coś na kształt wdzięczności.

Po powrocie do hotelu na szczęście oboje byli tacy zmęczeni, że udali się prosto do swych pokoi, uwalniając się tym samym od męczącego towarzystwa. Ellen obejrzała się w korytarzu na oddalającego się policjanta, a na jej drobnej twarzy odmalował się smutek i samotność.

Ellen jak zwykle obudziła się stanowczo za wcześnie. Ubrała się cicho i wymknęła bezszelestnie z pokoju, żeby nie obudzić współlokatorki.

Stanęła na schodach przed hotelem i spojrzała na zegarek. Była piąta. Dziewczyna zadrżała z zimna, ale pomyślała sobie, że na szczęście włożyła najcieplejszą kurtkę.

W chłodnym powietrzu poranka opary, wydobywające się z wnętrza ziemi, unosiły się wysoko, otulając szczyty wokół jeziora Mývatn. Od strony elektrowni dochodził cichy syk pary wtłaczanej do rur, ale nad nim dominował głośny szum nie dającego się ujarzmić podziemnego żywiołu.

Ellen uwielbiała poranki, bo o tej porze świeży, jasny świat należał tylko do niej.

Ani żywej duszy… Ale nie, jest ktoś!

Do licha! pomyślała dziewczyna. Że też człowiek nigdy nie może być sam!

Na schody wyszedł jakiś korpulentny mężczyzna i mrużąc oczy, zwrócił twarz ku słońcu.

– O, czy to nie moja sąsiadka z samolotu? – zawołał radośnie. – A więc już przyjechałyście? A gdzie pani przyjaciółka? Pewnie jeszcze śpi?

Był to adorator Ellinor z samolotu, geolog Magnus Pedersen.

– Nie – odpowiedziała Ellen. – Ellinor została w Rejkiawiku, źle się czuła.

Naukowiec nie ukrywał rozczarowania.

– Jaka szkoda! Tak bardzo chciałem się z nią spotkać. Ale czy to nie pani interesowała się sposobami farbowania wełny i tkactwem na Islandii?

– Tak, rzeczywiście.

Zadumany podrapał się w głowę pokrytą skąpo włosami.

– Wiele na ten temat myślałem i przeprowadziłem nawet dokładne studia, bo wydało mi się to dość zabawne. Wszedłem w posiadanie niezwykle ciekawej informacji.

– Tak?

Ruszyli w stronę drogi. Od jeziora dochodziły ożywione głosy ptactwa, które licznie zagnieździło się na brzegu. Nad wodą i pobliskimi łąkami unosiły się chmary komarów, od których jezioro wzięło swą nazwę. Pedersen zaczął wykład:

– Przed stu laty stosowano specjalną technikę farbowania, by uzyskać specyficzny seledynowy kolor, charakterystyczny dla północnych rejonów Islandii. Służyły do tego barwniki mineralne.

– Do wełny? Tu na Islandii? Niesamowite!

– Tak, mnie także wydało się to fascynujące, dlatego przeprowadziłem dokładniejsze badania. Okazuje się, że w okolicach Mývatn w wyższych partiach gór występuje rzadki minerał. Tamtejsi mieszkańcy nie znają jego nazwy, wiedzą jedynie, że ich przodkowie używali go do farbowania wełny, uzyskując niepowtarzalną barwę. Niestety, ci, którzy trudnili się tym zajęciem, podobno dostali na rękach jakiejś egzemy i gdy skojarzono te dwie sprawy, zaprzestano pozyskiwania minerału. Dlatego tak niewiele o tym dziś wiemy.

– To brzmi niezwykle interesująco. Czy nie ustalił pan, jak nazywał się ten minerał?

– Nie. Staruszka, która mi to wszystko opowiedziała, słyszała tę historię jeszcze od swej babki. Ale wskazała mi miejsce, z którego wydobywano minerał.

– Wziął pan jakieś próbki?

– Niestety, nie zdążyłem, zresztą nie dotarliśmy do tego miejsca, choć z daleka już widać było mieniące się seledynowo skały.

– Czy to gdzieś w pobliżu Námaskardh?

– Nie, nie, jeszcze wyżej w górach. Wie pani co, może byśmy tam podjechali razem? Mam wypożyczony samochód. Jest jeszcze tak wcześnie!

– Zdobyć taką próbkę i zabrać do Norwegii? – myślała na głos Ellen z lekkim wahaniem. – Wie pan, od dawna już zamierzam napisać książkę o tkactwie, różnych technikach, przygotowywaniu wełny i tak dalej. Gdyby tak wykonać analizę chemiczną tego minerału… Bo wie pan, to absolutna bomba! To mogłoby być fantastyczne! Ale chyba nie możemy jechać tak od razu? O dziewiątej mam zbiórkę, a przedtem jeszcze jest śniadanie.

Geolog spojrzał na zegarek. Wierzch jego dłoni pokrywały jasne włoski.

Jak świńska szczecina, pomyślała Ellen i dreszcz obrzydzenia przebiegł jej po plecach. Natychmiast jednak poczuła wyrzuty sumienia, bo czy to jego wina, że takim go stworzył Pan Bóg?

– Wrócimy, zanim inni się obudzą! – zawołał pełen entuzjazmu.

– Może powinniśmy zostawić wiadomość w recepcji?

– Budzić nocną zmianę? Ee, po co? Moim zdaniem to niepotrzebne.

Ellen ciągle się wahała.

– To może być bardzo interesujące…

Pedersen ożywił się.

– Proszę tu na mnie poczekać! Wezmę tylko z pokoju kamerę. To trzeba będzie koniecznie sfilmować!

Ellen przytaknęła. Uznała, że nie ma obowiązku zawiadamiać o wycieczce Johannesa.

Zdążę wrócić, zanim zauważy moją nieobecność, pomyślała.

Jechali czerwonobrunatną drogą wijącą się w górę. Minęli Námaskardh, dalej wzgórza usypane z popiołów, potężne szczeliny, a potem skręcili obok imponującej elektrowni parowej Krafla i skierowali się ku rejonom wulkanicznym. Małe i duże kratery, spłaszczone wierzchołki gór powstałe w epoce lodowej, gdy wrząca lawa rozlewała się pod grubą warstwą lodu. Zauważyli stożek wulkanu Víti, który miał najdłuższą w historii erupcję; teraz już wygasły, a kiedyś tak niebezpieczny. „Víti” znaczy piekło, Ellen dowiedziała się o tym poprzedniego dnia. W osiemnastym wieku przez pięć lat wypluwał lawę i całkowicie odmienił krajobraz wokół Mývatn.

Minęli tereny, które Ellen zwiedzała z Johannesem i innymi uczestnikami wycieczki. Jechali dalej i dalej, aż w końcu dziewczyna całkiem straciła orientację.

Pedersen skręcił w boczną drogę, ledwie widoczną wśród skał. W oddali dostrzegła opary wydobywające się w wielu miejscach. Wiedziała, że pod bardzo cienką warstwą podłoża znajdują się tam pokłady siarki albo gorące źródła.

Dojechali do miejsca, w którym droga się urywała. Dalej już ciągnęły się pokryte porostami bezdroża.

– Stąd kawałek przejdziemy na piechotę – oznajmił Pedersen.

Ellen wysiadła z samochodu i rozprostowała ścierpnięte nogi. Mocniej otuliła się kurtką.

– W tamtą stronę? – zapytała, wskazując odległe opary.

– Tak. Ale tego miejsca, które jest celem naszej wyprawy, stąd nie widać. Musimy obejść wzniesienie.

„Wzniesienie” okazało się, co jej specjalnie nie zdziwiło, wulkanem, na szczęście niezbyt wysokim. Wokół krateru zastygła spiętrzona lawa.

Odcinek, jaki mieli pokonać, nie wydawał się długi, ale Ellen z niepokojem zapytała o godzinę. Okazało się, że mają sporo czasu. Pedersen zapewnił ją, że wrócą do hotelu przed ósmą.

To dobrze, pomyślała w duchu. Johannes nie zauważy mojej nieobecności.

Straszne, jak bardzo bała się jego reakcji!

Deptała Pedersenowi po piętach ze wzrokiem skierowanym w dół. Dookoła leżały ciężkie bloki pokryte porostami zieleniącymi się w czasie deszczu, a podczas suszy zmieniającymi barwę na szarą. Chmury wisiały nisko, ranek był wilgotny i ponury. Ellen ogarnęło przygnębienie.

Kiedy okrążyli wulkan, dziewczyna cofnęła się z obrzydzeniem.

– Tak, rzeczywiście, niezbyt tu pięknie, ale za to bezpiecznie – odparł geolog.

Ellen, patrząc na wielobarwne podłoże, nabrała nagle wątpliwości. Uznała, że jej jowialny towarzysz kieruje się zbytnim optymizmem. Jej zdaniem w tym miejscu powinna stać tablica dla turystów, informująca o wysokim stopniu zagrożenia.

Pomiędzy wzniesieniami utworzonymi przez spiętrzoną lawę ciągnęła się wąska ścieżka. Bliżej, z wielkiej dziury przypominającej ogromny kocioł, wydobywała się para, która osiadała wokół. Ziemia w tym miejscu miała chorą żółtoszarą barwę, upstrzoną rdzawymi plamami. Nieco mniejsze grafitowozielone dziury bulgotały głośno, a na powierzchni ukazywały się ohydne bąble. Para wypychana z wnętrza ziemi pod ogromnym ciśnieniem syknęła głucho, strzelając słupem w górę,

– Te złoża są bardziej nasycone siarką niż Námaskardh i inne, które oglądaliśmy z wycieczką – odezwała się Ellen przerażona. – Nie rozumiem w takim razie, dlaczego to miejsce nie figuruje na liście atrakcji turystycznych.

– Może dlatego, że leży na uboczu i trudniej tu dotrzeć – odrzekł zdyszany marszem Pedersen, a oczy mu się zaświeciły.

A mnie się wydaje, że tu jest po prostu zbyt niebezpiecznie, pomyślała Ellen, ale nie wyraziła głośno swoich wątpliwości, nie chcąc okazać lęku. Ostatecznie skoro chłopka przed stu laty mogła tu przychodzić po barwniki, to i ona, na Boga, nie może okazać się gorsza.

Pedersen, wskazując ręką, powiedział:

– Między solfatarami widać niebieskozieloną plamę. Tam jest poszukiwany przez nas minerał. Widzi pani?

– Chyba nie odważę się tam pójść.

– Wiem, którędy trzeba iść. Wczoraj dokładnie mi objaśniono drogę.

– Ale tu prawie nie ma gdzie stąpnąć, wszędzie jest grząsko!

– Proszę za mną! Znam pewną trasę.

Ellen przeszły ciarki po plecach i zamilkła. Ogarnęły ją wątpliwości, czy zdobycie próbki warte jest takiego mozołu. Szła jednak za Pedersenem, który, stąpając na palcach, kierował się ku miejscom, gdzie grunt nosił niezdrową barwę. Zapach siarki drażnił nozdrza.

Krajobraz jak w czasie zarazy, pomyślała i nagle zapragnęła irracjonalnie, by był z nią Johannes Hallar. Wcale nie Olaf, przy którym czuła się tak bezpiecznie, lecz… ów straszny, znienawidzony policjant. Jak gdyby tylko on potrafił odegnać złe moce, które zdawały się grasować w tym miejscu. On, ze swą niezawodną samodyscypliną i surowością.

Że też człowiekowi chodzą po głowie takie głupie myśli!

– Siarka podobno znakomicie wpływa na cerę – zaśmiała się nerwowo, ostrożnie stąpając za Pedersenem.

Raz po raz przewodnik zatrzymywał się, rozglądając się, gdzie można by postawić nogę. Zrobiło się im gorąco, gdyż para wydobywająca się ze szczelin ogrzewała powietrze. Przez podeszwy czuła teraz, jak miękkie i gorące jest podłoże, po którym stąpa. Przeraziło ją to bardziej, niż chciała przyznać sama przed sobą.

– Zdaje się, że woda jest tu dość gorąca – powiedziała, zerkając w dół na niewielkie kałuże bulgoczące pomiędzy wielobarwnymi złożami minerałów.

– Osiąga temperaturę wrzenia – odrzekł oschle geolog. – W trzy minuty człowiek jest ugotowany.

– Uff!

Byli mniej więcej w połowie drogi. Ellen zerknęła ostrożnie za siebie, nie mogąc uwierzyć, że odważyła się tu dojść. Wszystko leżało spowite w gęstych oparach. Jak znajdą drogę powrotną? Czy ów życzliwy Pedersen pomyślał o tym drobnym detalu, że trasa zawsze wydaje się całkiem inna, gdy się ją ogląda z przeciwnej strony?

Johannes Hallar wstał wcześnie. Już o godzinie szóstej przemknął cicho przez hol w stronę wyjścia. Ellen Ingesvik nie zdoła zniknąć niepostrzeżenie!

Wokół hotelu panowała cisza, tylko znad jeziora dochodziły krzyki ptaków, podrywających się do lotu między wzgórzami z lawy powstałymi podczas wielkiej erupcji, która odmieniła całkowicie krajobraz wokół jeziora.

Na dworzu panował chłód, było szaro i ponuro. Johannes na szczęście przewidział to i ubrał się ciepło, a na wierzch założył gruby sztormiak.

Rozejrzał się wokół z zachwytem. Ten kraj oznaczał się szczególnym pięknem pomimo swej nieurodzajności, był dramatyczny, dziki i samotny.

Zdaje się, że czekanie się nieco przedłuży, pomyślał policjant. Ellen najwyraźniej nie jest aż takim rannym ptaszkiem, jak twierdziła.

Wydeptaną ścieżką ruszył powoli w stronę jeziora. Drzwi wyjściowe skrzypiały głośno przy otwieraniu i zamykały się z trzaskiem. Usłyszy więc, kiedy Ellen wyjdzie z hotelu. Był pewien, że mu się nie wymknie.

Olaf i Ellinor tymczasem także się niecierpliwili, dzwoniąc z hotelowej budki telefonicznej w Rejkiawiku.

– Gdzie on się podział, do diabła? – odezwał się Olaf, bębniąc palcami w aparat telefoniczny. – Tak? Halo! Inspektora Hallara nie ma w pokoju? I nie widziała go pani? A czy mógłbym w związku z tym porozmawiać z Ellen Ingesvik?

– Ależ, Olafie – szepnęła Ellinor, gdy znów kazano mu czekać. – Nie powinniśmy jej chyba mówić?

– Nic na to nie poradzę – odpowiedział zgnębiony i przytulił Ellinor. – Może Ellen grozi teraz większe niebezpieczeństwo, niż przypuszczamy? Nie wiemy prawie nic, ale… To zbyt poważna sprawa, by za wszelką cenę osłaniać ją przed jej własnym strachem. Muszę jej powiedzieć…

Ellinor zwiesiła głowę i wyszeptała zasmucona:

– Że ciemnowłosy mężczyzna, którego podejrzewaliśmy, okazał się niewinny? Tak chyba będzie najlepiej.

– Śledziliśmy niewłaściwą osobę! Policja z Oslo właśnie przysłała potwierdzenie – mruknął Olaf zawstydzony. – Waldemar Gran nie może być Svartenem, jest to fizycznie niemożliwe, gdyż ostatnie piętnaście lat spędził w Japonii. Tymczasem… O Boże, Ellinor, popełniliśmy z Johannesem niewybaczalny błąd. Nie sprawdziliśmy dokładnie listy pasażerów samolotu czarterowego. Ktoś zrezygnował z wcześniejszej rezerwacji i ostatniego dnia wykupił bilet jakiś mężczyzna. To musiał być Svarten.

– Czy policja wie, jak się nazywał?

– W Oslo starają się to właśnie ustalić. Nie możemy jednak siedzieć tu bezczynnie. Najbliższym samolotem lecimy na północ. Jak wylądujemy w Akureyri, zadzwonimy do Oslo, może już coś będzie wiadomo… Tak, halo!

Nasłuchiwali w napięciu.

– Ellen Ingesvik także nie ma w swoim pokoju? Czy pani miała dyżur w recepcji przez całą noc? Ach, nie! Czy mogłaby pani przekazać wiadomość, gdyby któreś z nich wróciło? To ogromnie ważne. Dziękuję, podaję informację…

Ellinor stała sztywna z niepokoju i wsłuchiwała się w słowa Olafa o tym, że Svarten prawdopodobnie znajduje się w okolicy Mývatn.

ROZDZIAŁ VII

Znaleźli się wysoko w górach w samym sercu rejonu obfitującego w gorące źródła siarkowe. Ellen ostrożnie wyszukiwała stopą twardy grunt. W tym piekielnym krajobrazie każdy krok wywoływał w niej bolesny strach.

Co ja tu robię? złościła się w duchu na samą siebie. Dlaczego, u licha, zgodziłam się przyjechać z tym obleśnym, nieodpowiedzialnym geologiem? Przecież to fantasta i jak każdy naukowiec nie ma pojęcia o rzeczywistości.

– Tutaj przeskoczymy – powiedział Pedersen, wskazując szeroki, wartki strumień.

Najwyraźniej nie zamierzał rezygnować. Ellen nigdy by nie przypuszczała, że w tym korpulentnym podstarzałym mężczyźnie tkwi tyle odwagi. Zawstydziła się swego tchórzostwa.

Piekły ją oczy, spociła się w ciepłej kurtce, która pokryła się skroploną parą. Dziewczyna obawiała się, że niebawem całe jej ubranie przemoknie na wylot.

Pedersen był już po drugiej stronie gorącego strumienia. Ellen policzyła w myśli do trzech i przeskoczyła na niewielki kawałek twardego gruntu. Dzięki Bogu!

– Gdzie pan widział te seledynowe plamy? – zawołała, usiłując przekrzyczeć szum tryskającej po lewej stronie fontanny.

– Tam, na wprost!

– Ależ pan chyba oszalał, tam się przecież nie dostaniemy!

– Jeszcze tylko kawałek i znajdziemy się na twardym podłożu.

Ellen jakoś nie bardzo w to wierzyła. W oczach migotały jej jedynie jasnożółte i rdzawe plamy.

Tak pewnie wyglądał świat w chwili stworzenia, pomyślała. Jeden wielki chaos!

– Proszę, niech pani skacze za mną! To już niedaleko.

Jeśli on zdołał przerzucić na drugą stronę swe tłuste ciało na krótkich nóżkach, to chyba mnie tym bardziej nie powinno to sprawić kłopotu, przekonywała samą siebie w myślach dziewczyna i starając się nie patrzeć w dół, zebrała się do skoku.

Udało się! Przetarła oczy szczypiące od dymu i oparów i zorientowała się, że stoją na wysepce, jeszcze bardziej odizolowanej niż poprzednia. Chociaż nie… w stronę zasnutego mgłą terenu prowadził wąski przesmyk przedzielony w wielu miejscach grząskim gruntem.

– Widzi pani tę seledynową poświatę po drugiej stronie? – zawołał Pedersen tuż przy twarzy dziewczyny. Ostry zapach wody po goleniu kontrastował z wonią siarki.

Ellen wytężyła wzrok. Oczy szczypały ją od nasyconego siarką powietrza.

– Nie.

– Musimy przedostać się tędy – wskazał przesmyk. – Wówczas zobaczy pani lepiej. Chodźmy!

– Nie, dajmy spokój. Nie chcę iść dalej! – zaprotestowała z całych sił, by ją usłyszał wśród głośnego syku pary buchającej z wąskiej szczeliny po ich prawej stronie.

– Idziemy – przekonywał Pedersen. – Jeśli pani uważa, że nieprzyjemnie jest mieć za plecami ten kocioł parowy, może pani pójść przodem.

– A potem z powrotem tą samą drogą? O nie, dziękuję! Wolę zrezygnować z tej wątpliwej przyjemności.

– Po tym jak dotarła pani tak daleko? Szkoda!

Ellen, która zawsze była miękka i łatwo ulegała wszelkiej perswazji, westchnęła tylko zrezygnowana. Ostrożnie weszła na wąski przesmyk utworzony z zastygłej lawy. Mniej więcej w jego połowie, kiedy zamierzała już uklęknąć i przesuwać się dalej na czworakach, poczuła nagle zaciskające się wokół szyi ramię.

Krzyknęła i zachwiała się, usiłując się odwrócić.

Jedyne, co zdążyła dostrzec, to spojrzenie Pedersena, z którego znikła naiwna nieporadność, ustępując miejsca fanatycznemu obłędowi. W jego oczach pojawiły się triumfalne błyski.

Błyskawicznie opróżnił małe pudełko, które trzymał w dłoni, i sypnął prosto w twarz dziewczyny garść proszku.

Poczuła piekący ból w oczach i zasłoniła je rękami. Krzyczała zdesperowana, z trudem łapiąc równowagę. Bała się przesunąć nawet o milimetr. Nic przecież nie widziała! Na dodatek zaczęła się dusić, bo proszek wywołał silny atak kaszlu.

W ogłuszającym huku wody usłyszała głos Pedersena:

– Wreszcie cię znalazłem, Ellen Ingesvik. Przez trzy długie lata cię szukałem!

– Svarten? – zadrżała.

– Właśnie! Zapamiętaj sobie jednak: Svarten nigdy nie zabija. W każdym razie nie własnymi rękami. Zadbałem tylko, abyś nie miała szans wyjść z tego cało. To nie jest morderstwo, jedynie zgoda na to, by zadecydowała natura.

Głos oddalił się nieco, bowiem jego właściciel wracał na bezpieczną wyspę. Dziewczyna została sama na wąskim przesmyku utworzonym przez lawę. Żeby się stąd wydostać, musiałaby widzieć!

Do siódmej Johannes zdążył wiele razy wejść i wyjść z hotelu. Kiedy przysiadł na chwilę na mokrej od rosy ławce w ogrodzie, zauważył przez przeszklone drzwi, że w recepcji rozpoczęła pracę nowa zmiana. Pracownik, który pełnił dyżur w nocy, pożegnał się i za ladą usiadła młoda recepcjonistka. Kilku turystów, wypoczętych i pełnych energii, wyruszało na wyprawę. Policjantowi zdawało się, że to Holendrzy.

Znowu zszedł nad brzeg jeziora. No cóż, musi spacerować na niewielkiej przestrzeni, bo przecież nie wolno mu spuścić z oczu głównego wejścia do hotelu. Starał się jednak jak najmniej przebywać w holu. Rozległ się warkot silnika i drogą od strony gór nadjechał samochód. Johannes nie zainteresował się nim bliżej, bo przecież miał inne zadanie. Trzasnęły drzwiczki, a potem z piskiem otworzyły się przeszklone drzwi i kierowca zniknął w budynku. Policjant odwrócił głowę, by sprawdzić, czy czasem równocześnie na zewnątrz nie wyszła Ellen. Ale nie, nie zobaczył dziewczyny.

Zaczynał się niecierpliwić. I to się nazywa wczesnym wstawaniem? Jeszcze trochę, a pojawi się ostatnia!

Kwadrans przed ósmą zeszła na dół współlokatorka Ellen. Johannes wstał z kanapy w holu i podszedł do niej.

– Czy moja… – zaczął, ale zaraz poprawił się: – Czy Ellen Ingesvik jeszcze nie wstała? – zapytał pośpiesznie, zapominając o „dzień dobry”.

Kobieta zdziwiona uniosła brwi.

– Panna Ingesvik? Wstała dziś przed wschodem słońca! Kiedy przebudziłam się około wpół do szóstej, już jej nie było w pokoju – odpowiedziała i skierowała się w stronę restauracji.

Johannes poczuł wzbierającą złość, po części na Ellen, a po części na siebie, że jej nie upilnował. Zaklął szpetnie pod nosem.

Gdzie ona poszła? Nie ma jej już od trzech godzin. Czyżby wyruszyła na spacer wokół jeziora? Nie zdziwiłoby go to ani trochę, ta dziewczyna zawsze była oryginalna.

Pośpiesznie podszedł do recepcji, żeby spytać o możliwość wypożyczenia samochodu. Był wzburzony, chociaż nie przypuszczał, by mogło jej tu grozić jakieś niebezpieczeństwo. Wściekał się raczej na siebie, że popełnił taki błąd, że jednak zdołała mu się wymknąć spod kontroli.

Co prawda nie miała pojęcia, że moim zadaniem jest zapewnienie jej ochrony, próbował oddać dziewczynie sprawiedliwość. Przecież nie nakazałem jej każdorazowo meldować, dokąd idzie.

Ale mimo wszystko wydało mu się to irytujące.

Recepcjonistka popatrzyła na niego badawczo, a potem spojrzała na półkę znajdującą się za jej plecami. Wzięła do ręki kartkę i zapytała:

– Czy pan mieszka może w pokoju numer siedemnaście?

– Tak.

– Jest tu jakaś wiadomość dla pana, zostawiona przez nocną zmianę.

Johannes wziął do ręki kartkę i w miarę jak czytał, twarz coraz bardziej mu tężała:

„Telefonował Olaf Brink z Rejkiawiku. Waldemar Gran jest niewinny. Svarten prawdopodobnie przebywa w okolicy Mývatn. Miej się na baczności, nie spuszczaj z oczu Ellen! Przyjeżdżamy możliwie najszybciej”.

– Czy ktoś opuszczał dziś hotel? Chodzi o mężczyznę – spytał recepcjonistkę.

– Nie umiem panu odpowiedzieć, dopiero przyszłam na dyżur.

– Czy mogę porozmawiać z osobą, która dyżurowała w nocy?

– Kolega pojechał już do domu, do Einarstadir.

– Ma telefon?

– Niestety, nie.

Na twarzy Johannesa pojawił się grymas zniecierpliwienia i bezsilności.

– Ale… – zawahała się dziewczyna i dodała: – Któryś z gości wybrał się dość wcześnie na przejażdżkę samochodem. Słyszałam, jak wrócił do hotelu i poszedł na pierwsze piętro. Nie widziałam go jednak, gdyż właśnie byłam na zapleczu. Pomyślałam tylko, że trafił się jakiś ranny ptaszek.

Samochód! Johannes wstrzymał oddech, przypomniawszy sobie ten moment, kiedy usłyszał warkot silnika. Kiedy wracał znad jeziora, zerknął na parking przed hotelem, gdzie stały głównie białe jeepy. Turyści, zwiedzając dzikie wnętrze Islandii, najchętniej korzystali z samochodów terenowych, bo tylko takie nie zawodziły na drogach, zniszczonych przez lawiny czy rzeki ciągle zmieniające swe koryta. Johannes nie wiedział jednak, który samochód wjechał na parking ostatni.

Miał ochotę zwymyślać recepcjonistkę za to, że nie uważała lepiej, ale zdawał sobie sprawę, że byłoby to ze wszech miar niesprawiedliwe. Sam przecież dopuścił się karygodnego zaniedbania. Zaczął od nowa przeklinać siebie w duchu.

Samochód jednak stanowił jakiś trop!

Co prawda policjant wiedział jedynie, że nadjechał od strony gór Námafjell.

W pół godziny później Johannes Hallar wyruszył w góry starą ciężarówką. Wszystkie samochody były zarezerwowane, zabrał się więc z młodym Islandczykiem, który pracował w pobliżu hotelu.

Wcześniej powiadomił miejscową policję i poprosił o przyjazd do hotelu funkcjonariuszy, którzy dopilnowaliby, aby do chwili odnalezienia Ellen żaden z gości płci męskiej nie opuścił budynku. Poza tym policja miała przeczesać teren wokół jeziora na wypadek, gdyby dziewczyna całkiem po prostu wybrała się na poranny spacer.

Ale w to Johannes nie wierzył.

Siedział teraz w rozklekotanej ciężarówce, zaciskając pięści tak mocno, że aż pobielały mu kostki. W piersiach czuł bolesny ucisk.

Co będzie, jeśli jej nie znajdzie? Jak zdoła wrócić do Norwegii i powiadomić o tym jej najbliższych? Czy zniesie ciężar odpowiedzialności za to, co się stało?

Jej najbliżsi…?

Ellen Ingesvik nie ma nikogo bliskiego, pomyślał. Nikt nie będzie po niej rozpaczał

No, może jej uczniowie, ale to nie to samo co rodzina i przyjaciele. Arvego Ståhla nie brał pod uwagę. Wiedział, że to zadufany w sobie egoista, który dla dziewczyny bardziej był ciężarem niż wsparciem.

Jedynymi jej przyjaciółmi są Olaf i Ellinor, teraz zajęci sobą, no i on, Johannes. Ale czy można go właściwie nazwać przyjacielem?

Mimo woli powrócił myślami do ostatnich dni spędzonych razem z Ellen tu, w tym obcym kraju. Pojawił mu się przed oczami obraz tej drobnej istoty, skulonej na ławce i daremnie powstrzymującej łzy. Drwił sobie z niej wówczas, nie próbując nawet zrozumieć, jak bardzo jest samotna i z jakimi problemami się boryka.

Islandczyk, który miał na imię Árni i nieźle mówił po norwesku, wyrwał Johannesa z dręczących rozważań.

– Jeśli panu się wydaje, że ten facet wiózł dziewczynę tędy, to powinniśmy zajechać na chwilę do elektrowni Krafla. Może nocny stróż widział samochód.

– Dobry pomysł – pochwalił go Johannes, który poza tym niewiele się odzywał. Myśli kłębiły mu się niespokojnie, a ból głowy, który tak często mu dokuczał w ostatnich trzech latach, znowu dał znać o sobie.

Zjechali z głównej drogi do czerwonej doliny, w której znajdowały się zakłady Krafla, i skierowali się ku budynkom po drugiej stronie.

Tracimy czas, pomyślał Johannes zrezygnowany, zdając sobie jednak sprawę, że rozsądek nakazuje zasięgnąć tutaj języka. Bo czy na tym pustkowiu trafi się jeszcze ktoś, kogo będzie można zapytać o samochód przemierzający te bezdroża wczesnym rankiem?

Ale stróż pokręcił przecząco głową i oznajmił, że niczego nie widział. Zawiedzeni zawrócili do ciężarówki, ale z daleka usłyszeli, jak mężczyzna ich woła.

– Kilku naszych chłopaków pracowało dziś w nocy w górach – powiedział, gdy podeszli bliżej. – Akurat wracają, widzicie? Może ich byście zapytali?

Johannes, mimo że zaczynał powoli tracić wiarę w odnalezienie Ellen, postanowił jednak zaczekać, a nawet wyszedł robotnikom na spotkanie.

Kiedy zapytał ich o jadącego jeepa, mężczyźni popatrzyli po sobie zamyśleni. Jeden odpowiedział niepewnie:

– Nie widzieliśmy jadącego samochodu, ale za to widzieliśmy zaparkowany.

– Gdzie? – zawołał Johannes, a jego oczy zalśniły nowym blaskiem.

Drugi robotnik wskazał ręką kierunek.

– To dosyć daleko stąd, na bocznej ścieżce, którą na ogół nikt nie jeździ. To był właśnie biały jeep.

Johannes odetchnął głęboko i zapytał, czy auto nadal tam stoi.

– Nie, zobaczyliśmy tego jeepa, kiedy przechodziliśmy przez przełęcz, akurat wtedy otworzyła się przed nami rozległa panorama pomiędzy dwoma szczytami. A kiedy później naszym oczom znów ukazał się podobny widok, samochodu już nie było.

Trzeci robotnik dorzucił coś po islandzku, a jego kolega przetłumaczył:

– Mówi, że widział mężczyznę biegnącego do samochodu od strony Diabelskich Kotłów.

– Kiedy to było? – chciał wiedzieć Johannes.

– Między szóstą a siódmą rano, trudno mi teraz dokładnie określić.

To by się zgadzało z porą powrotu samochodu, którego warkot słyszał, czekając na Ellen.

– Gdzie leżą Diabelskie Kotły?

– Ja wiem – odezwał się Árni. – To dość ponure miejsce wysoko w górach.

– W takim razie jedziemy prosto tam! Nie ma chwili do stracenia!

To prawda, dodał w myśli, z trudem łapiąc oddech. Jesteśmy już spóźnieni przynajmniej o kilka godzin.

Podziękowali mężczyznom za pomoc i poprosili, by przekazali do hotelu wiadomość, dokąd jadą, a potem ruszyli z taką prędkością, na jaką tylko pozwalały kamieniste wąskie drogi. Dotarli do miejsca, w którym należało skręcić w ścieżkę prowadzącą ku szczytom.

– Tędy jechał niedawno samochód – oznajmił Árni.

– Jeep?

– Mogę założyć się o własną głowę.

Johannes znów poczuł ból w okolicach mostku i dudnienie w skroniach.

W Akureyri Olaf odłożył słuchawkę i odwrócił się do Ellinor.

– W biurze podróży w Oslo poinformowano nas, że mężczyzna, który kupił zwrócony w ostatniej chwili bilet, nazywał się Magnus Pedersen i jest geologiem.

– O nie! – zadrżała Ellinor. – Ten facet przecież siedział koło nas w samolocie. Zamierzał lecieć prosto do Mývatn. Potem już go nie widziałyśmy. Ellen na pewno nie przyjdzie do głowy go podejrzewać. O Boże, co zrobimy?

Na twarzy Olafa odmalowało się przerażenie.

– Miał jechać prosto do Mývatn? Pewnie po to, żeby zastawić jakąś straszną pułapkę! Rozumiesz? O Svartenie krąży mit, że sam nigdy nie zabija. Nigdy nie splamił sobie rąk cudzą krwią. Zawsze wysługuje się innymi fachowcami od mokrej roboty albo ucieka się do podstępu. Nie chce być sądzony za morderstwo.

Olafa przytłoczyło poczucie bezsilności. Stał tutaj i nic nie mógł zrobić.

Magnus Pedersen – jak się sam nazwał, bo przecież jego prawdziwe nazwisko brzmiało całkiem inaczej – wrócił w bezpieczny rejon i z oddali obserwował Ellen Ingesvik, która znalazła się w sytuacji beznadziejnej. Obłoki pary zasłaniały ją i odsłaniały, w zależności od podmuchów wiatru. Stała tam na wąskim przesmyku, pochylona, dłońmi zasłaniając załzawione, piekące oczy.

I to zero wierzyło, że wymknie się jemu, Svartenowi! Cóż za nieroztropność!

Zacisnął usta.

Skończyły się lata nieustannego lęku. Ta dziewczyna miała jego nazwisko i numer telefonu, choć najprawdopodobniej nie zdawała sobie z tego sprawy. Ale Arild Lange, ta niegodna zaufania kreatura, sam wyznał, że wszystko dokładnie spisał i notes schował gdzieś u siebie w domu. Nie zdradził jednak, w jakim dokładnie miejscu.

Ludzie Svartena skrupulatnie przeszukali dom w Siljar, ale notatnika nie znaleźli. A to oznaczało, że ma go Ellen Ingesvik.

Dlatego musiała umrzeć.

Szukał jej przez trzy lata. Miał nadzieję, że popełniła samobójstwo, czekał na potwierdzenie takiej wersji zdarzeń, w końcu uwierzył bez dowodów, że dziewczyna targnęła się na własne życie. I właśnie wtedy jeden z jego ludzi pokazał mu w gazecie artykuł o zaginionych projektach Ellen Ingesvik, które zostały odnalezione w Vanningshavn. Uderzył bez zwłoki. I teraz wreszcie ją dopadł.

Znów będzie mógł swobodnie oddychać.

Arild Lange był wielką pomyłką Svartena. Właśnie dlatego, że wydawał się tak fenomenalnie wiarygodny. Zresztą nie tylko Svarten się dał na to nabrać, wielu innych także, i wszyscy zostali za to ukarani. A najbardziej Ellen Ingesvik.

Ale to akurat radowało twarde serce Svartena.

Spod skruszonej lawy wydobył ukrytą wcześniej siekierę.

– Co się dzieje? – zawołała przerażona Ellen. – Co tak dudni? Nic nie widzę…

Słysząc w jej głosie lęk, uśmiechnął się krzywo.

– Odcinam ci drogę, skarbie!

– Nie możesz być taki podły! To niebezpieczne, nie wiadomo, co jest pod spodem.

– O, wiem doskonale, nigdy nic nie robię przypadkowo. I nie jestem podły. To tylko instynkt samozachowawczy. Wszystko zostało wyliczone i dokładnie zaplanowane. Svarten pracuje metodycznie. Dlatego osiągnął swą pozycję.

Mówił w trzeciej osobie, jak to się zdarza często ludziom, mającym o sobie bardzo wysokie mniemanie.

– Przez te kilka dni spędzone w Mývatn przygotowywałem się do tej chwili! – wołał podekscytowany. – Odwiedziłem różne miejsca, aż wreszcie znalazłem to. Wszystko zostało zaplanowane co do minuty! Pieprz zmieszałem z piaskiem z lawy. Pieprz szczypie w oczy natychmiast, ale jego działanie szybko mija. Inaczej jest z drobnoziarnistym piaskiem. Swędzi, drapie, podrażnia śluzówki. Przyjemne uczucie, co? Cha, cha, cha!

– Na Boga…

– A co ty sobie w ogóle wyobrażałaś? – pytał drwiąco. – Co z ciebie za tkaczka? Uwierzyłaś w te bajdy o seledynowym barwniku mineralnym? Naprawdę łatwo cię wywieść w pole! No, droga powrotna odcięta. A naprzód możesz próbować iść. Proszę bardzo, próbuj! – roześmiał się tak złośliwie, że nie miała złudzeń, iż uda jej się ujść z życiem.

Słyszała odgłos nadchodzącej śmierci: bulgoczącą błotnistą kipiel.

Svarten ukrył siekierę i odszedł. Wśród wyziewów z wnętrza ziemi Ellen pozostała zupełnie sama ze swym bólem i poczuciem beznadziejności.

Mijały godziny. Z wielkim trudem odnalazła na kamiennym przesmyku miejsce szerokie na tyle, by odważyła się położyć na brzuchu. Ale po obu stronach gorąca woda omywała lawę i w tych miejscach grunt był niebezpiecznie grząski. Ellen podkurczyła palce stóp, by się nie poparzyć.

Ciągle nie mogła otworzyć oczu. Kiedy próbowała oczyścić je z piasku, tylko pogorszyła sprawę. Nawet najmniejszy ruch powiek sprawiał jej ból nie do zniesienia.

Wiele razy wołała o pomoc, mimo że miała świadomość, iż to daremny wysiłek. Na tym pustkowiu pokrytym jedynie skałami i wulkanami nie było żywej duszy, a od najbliższych zabudowań dzieliły ją kilometry. Głos dziewczyny ginął wśród głośnego syczenia tłoczonych pod dużym ciśnieniem strumieni pary.

Ubranie Ellen całkiem przemokło od gorącej wilgoci w powietrzu. Przepocone włosy przylgnęły do skroni, a od kwaśnego odoru siarki robiło jej się słabo.

Wtuliwszy głowę w ramiona i jęcząc żałośnie, zastanawiała się, ile dni może przeżyć w takich warunkach.

A właściwie po co miałaby walczyć o przetrwanie? Po co żyć? Przecież nikt się o nią nawet nie martwi, nikt nie kocha.

Miłość… Nie, to uczucie było nie dla niej.

W końcu się poddała. Zrezygnowała z wołania o pomoc. Nie miała więcej siły. Usiłowała sobie przypomnieć, co czytała na temat wpływu siarczanów na organizm, ale jakoś nie mogła.

Zapamiętała jedynie pewne gorące źródło, które widziała na południu Islandii. Usiłowano je okiełznać, skierować strumień pary do rur, kontrolować erupcję. Jednak w końcu zrezygnowano, ponieważ znajdowało się w nim zbyt wiele ciężkich minerałów. Przypomniała sobie zardzewiałe, przeżarte rury i obraz ten nie podniósł jej bynajmniej na duchu. Nasycenie minerałami i temperatura była inna dla każdego źródła na Islandii, istniał więc promyk nadziei.

Nadal nie mogła otworzyć oczu. Za każdym razem gdy podejmowała taką próbę, czuła, jakby ktoś jej nacinał rogówkę. Coraz bardziej była otumaniona oparami, z coraz większym trudem oddychała.

Niebawem Ellen Ingesvik leżała na wąskim przesmyku całkiem nieruchomo. Dłonie, którymi podpierała brodę, zaczęły rozsuwać się na boki. Palce u nóg poddały się, rozluźniły, a stopy powoli osuwały się w dół prosto do gorącego strumienia.

Kiedy ciężarówka zatrzymała się przy Diabelskich Kotłach, dmuchnął łagodny wietrzyk i skierował opary prosto na wysiadających. W pierwszej chwili Johannes kompletnie nic nie widział, ale gdy przejaśniło się nieco, ujrzał coś, co przypominało przedsionek piekła, a może chaos, z którego został stworzony świat. Serce mu zamarło.

– To niemożliwe, żeby ona tu była – odezwał się głucho.

Co on sobie w ogóle wyobrażał? Ze dziewczyna jeszcze żyje? To musiałoby graniczyć z cudem!

Ale Johannes także słyszał plotkę krążącą o Svartenie, że nigdy nie zabija własnymi rękami. Ta nadzieja trzymała go przy życiu podczas koszmarnej wędrówki przez brunatny wulkaniczny krajobraz.

Nagle Árni wykrzyknął:

– Coś tam widać… Chyba ktoś leży tam na kamieniach. Tam daleko, po drugiej stronie pola. Nie, teraz dym zasłonił… Teraz, patrz!

Johannes zobaczył.

– To ona – rzekł bez tchu. Nie był w stanie wymówić nic więcej, bo słowa uwięzły mu w gardle.

Nie żyje, pomyślał. Ellen nie żyje.

ROZDZIAŁ VIII

Widoczność się na moment poprawiła, gdy wiatr zmienił kierunek i rozwiał opary unoszące się nad Diabelskimi Kotłami.

– Jak ona, u licha, tam dotarła? – powiedział Árni z niedowierzaniem. – Przecież tam w ogóle nie ma ścieżki.

– Wygląda na to, że w jednym miejscu lawa została skruszona, uniemożliwiając dziewczynie powrót – zauważył Johannes głuchym głosem. Poczuł się tak, jakby w nim wszystko umarło. – Nie, nie ma sensu tam iść – powstrzymał Islandczyka. – Jedź natychmiast do zakładów Krafla i powiedz, że znaleźliśmy dziewczynę. Niech przekażą wiadomość policji w hotelu. I sprowadź potrzebny sprzęt, żeby wydostać ciało! Wiesz, co jest potrzebne. Ja w tym czasie spróbuję podejść z drugiej strony, zobaczę, czy mi się uda.

Árni wskoczył do szoferki i ruszył tak gwałtownie, że aż drobne kamienie wyprysnęły spod kół.

Johannes podążył ścieżką wiodącą wokół nieprzyjaznej kotliny. Co chwila zerkał na leżącą dziewczynę, pragnąc dostrzec choć iskierkę tlącego się w niej życia. Niestety.

Siły zaczynały go opuszczać, rozpacz rozsadzała boleśnie pierś, ale desperacja pchała go naprzód. Dotarł do miejsca, gdzie ścieżka zwężała się gwałtownie, i niemal zawisł na skalnej ścianie tuż nad gorącymi źródłami. Wreszcie znalazł się w odległości kilku metrów od dziewczyny. Dalej nie dało się już podejść.

– Ellen! – zawołał.

Odpowiedział mu tylko ohydny bulgot błotnistej mazi.

Dziewczyna leżała nieruchomo, a jej ręka w każdej chwili mogła osunąć się prosto do wrzącego błota.

– Ellen!

Nie, ona nie może umrzeć! powtarzał w duchu Johannes. Każdy nerw jego ciała, każdy mięsień był napięty aż do bólu. Z trudem znosił dudnienie w skroniach.

I właśnie wtedy dostrzegł ledwie zauważalny ruch. Dziewczyna przyciągnęła bliżej osuwającą się rękę.

Serce zabiło mu gwałtownie i zawołał z całych sił:

– Ellen!

Uniosła głowę. Johannes przeżył szok, kiedy zobaczył jej spuchnięte, zamknięte oczy.

– Johannes? – zapytała słabym głosem. – Czy to ty?

Dźwięk jej miękkiego głosu na nowo obudził w nim dawną gorycz, ale czym prędzej zdławił w sobie uczucie wrogości.

– Tak, jestem tu – odpowiedział. – Zaraz cię stamtąd wydostaniemy, Ellen. Pomoc jest już w drodze. Spróbuj wytrzymać jeszcze trochę.

Ale do zakładów Krafla było tak daleko!

– Czy możesz… podejść bliżej? Usiądź przy mnie, Johannes. Boję się… jestem taka zmęczona.

– Niestety, nie dam rady przedostać się do ciebie, ale będę tutaj przez cały czas. Nie zostawię cię. Powiedz, co się stało!

Zakaszlała ciężko.

– Byłam niemądra, dałam się oszukać. Powiedział… och, to takie głupie.

– Opowiedz, jeśli masz siłę. To bardzo ważne.

Zdobyła się na wysiłek i bełkocząc, jakby była pijana, opowiedziała o seledynowym barwniku. Wspomniała też o proszku, który całkiem ją oślepił, i o tym, jak bardzo się boi o swe płuca

– Wszystko będzie dobrze – uspokajał ją Johannes, wstydząc się w duchu swej nieszczerości.

– Jak nazywał się ten mężczyzna?

– Magnus Pedersen. Powiedział, że jest geologiem, ale kłamał. W samolocie wyraźnie zalecał się do Ellinor, udawał, że mnie w ogóle nie zauważa. Jednak to na mnie zastawiał sidła.

– Magnus Pedersen… Nazwisko na pewno jest fałszywe, ale to był Svarten, prawda?

– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Zresztą sam mi powiedział.

Zapadła cisza. Johannes położył się na brzuchu i podjął kolejną desperacką próbę zmniejszenia dzielącej ich odległości. Niestety, ostatnie trzy metry ołowianoszarej wrzącej mazi były nie do pokonania.

Ellen znów ukryła twarz w dłoniach.

– Powiedz, Johannes, dlaczego nie możemy być przyjaciółmi?

Jej pytanie, zadane wprost, zbiło go całkiem z tropu.

– Nie pora o tym mówić – uciął krótko. – Teraz najważniejsze jest, by cię stąd wydostać.

– Ależ tak – powtórzyła z uporem. – Dlaczego nie możemy być przyjaciółmi?

– Ty powinnaś wiedzieć o tym najlepiej! – odrzekł po chwili z goryczą.

– Czy naprawdę nie możesz zapomnieć o tym, że zadenuncjowałam twojego podopiecznego?

– Wiesz doskonale, że przyczyna tkwi znacznie głębiej – odezwał się zniecierpliwiony. – Wszystko zaczęło się dużo wcześniej.

Zwiesiła głowę, a wilgotne włosy opadły jej na twarz.

– Tak, od początku mnie nie lubiłeś.

– Ja? – zaśmiał się krótko. – Niech będzie, choć tak naprawdę to ty zaczęłaś.

Znów uniosła głowę. Usiłowała rozchylić powieki, by na niego spojrzeć, ale tylko jęknęła z bólu i zasłoniła oczy dłonią.

– Nie rozumiem, o czym mówisz, Johannes. Czy masz na myśli ten wieczór, kiedy mieliśmy się wybrać razem do kina?

– Właśnie – rzekł lodowatym tonem.

– Poznaliśmy się tego dnia. Przyjechałeś z Arildem do Siljar. Spotkaliśmy się w ratuszu…

– Przyszliśmy tam, żeby załatwić formalności związane z przeprowadzką. Arild miał zacząć nowe życie. Czekaliśmy, by się spotkać z szefem wydziału socjalnego. Ty zaś byłaś umówiona z kimś w sprawie wystroju auli, prawda?

– Tak, dobrze to pamiętam.

– Spotkaliśmy się na korytarzu, a ponieważ czas oczekiwania się wydłużał, rozgadaliśmy się na dobre. To znaczy, głównie rozprawiał Arild… O tak, on był w tym dobry.

Ellen wróciła pamięcią do dnia, kiedy spotkała tych dwóch mężczyzn po raz pierwszy. Niezwykle urodziwego blondyna, nieszczęsnego Arilda Lange, który z wyglądu tak bardzo przypominał Olafa, i kuratora Arilda, policjanta o urzekających zielonych oczach. Oczywiście wtedy nie wiedziała jeszcze, że Arild jest chłopakiem z marginesu, a Johannes policjantem.

– Zaproponowałeś, byśmy się wieczorem wybrali we troje do kina. Wtedy jeszcze potrafiłeś się uśmiechać, pamiętam doskonale, Johannes. Tak bardzo podobał mi się twój uśmiech! Tyle że już nigdy później nie widziałam go na twej twarzy.

– A czy to takie dziwne? Wiesz najlepiej, kto go zgasił.

– Nie, nie wiem – westchnęła żałośnie. – Czy zrobiłam coś złego? Wieczorem na umówionym miejscu zjawił się tylko Arild. Byłam zawiedziona, nic nie pojmowałam.

– Nie pojmowałaś? – głos Johannesa znów ją zmroził. – A powinnaś!

– Tak, to prawda. Arild napomknął mi, że mnie… nie lubisz.

– Co on powiedział? – przerwał jej z niedowierzaniem.

– Że… że mnie nie znosisz. Że uważasz, iż jestem brzydką, odpychającą i… nadętą pseudoartystką. Bardzo mnie to zabolało – zakończyła ze smutkiem.

Johannes z wrażenia stracił mowę.

Ellen źle odebrała jego milczenie i dodała:

– Arild postąpił nie fair, zdradzając twoje słowa, ale wtedy jeszcze…

– Arild! – z bólem w głosie wykrzyknął Johannes. – Jak mogłaś uwierzyć, że powiedziałem coś takiego? Przecież to ty…

– Co ja? – spytała bezbarwnie.

Opary z wnętrza ziemi otuliły ją szczelnie i na moment znów znikła mu z oczu.

– Wyśmiewałaś się ze mnie – rzekł z goryczą w głosie. – Po południu spotkałaś Arilda i szydziłaś sobie ze mnie. Nazwałaś mnie „napuszonym samcem”, którego, gdybyś tylko chciała, owinęłabyś sobie wokół małego palca. Mówiłaś też, że chętnie byś się ze mną zabawiła, żeby sprawdzić, jak daleko się posunę, gdyby nie to, że wzbudzam w tobie obrzydzenie.

– Nie! – przerwała mu przerażona.

– Cóż, niezbyt przyjemnie usłyszeć echo własnych słów, prawda?

– Zwariowałeś? – wybuchła. – Wcale nie spotkałam Arilda po południu. Po wyjściu z ratusza wróciłam do domu uradowana perspektywą miłego wieczoru! Nigdy, przenigdy nie powiedziałabym o tobie takich rzeczy. Nie przyszłoby mi to do głowy. Polubiłam cię, Johannes, dlatego twoje komentarze zraniły mnie bardziej, niż możesz pojąć.

Przez długą chwilę milczał jak grób.

– A więc to tak – wykrztusił w końcu. – Rozumiem cię doskonale, bo sam czułem się podobnie. Kiedy cię poznałem, wiedziałem, że właśnie takiej dziewczyny pragnę, ale to, czego dowiedziałem się od Arilda, tak bardzo mnie dotknęło, że kompletnie straciłem radość życia.

Przez długi czas słychać było jedynie syczenie pary i bulgotanie płynnej mazi.

– Arild… – zaczął wreszcie Johannes głucho. – Oboje mu ufaliśmy i próbowaliśmy pomóc. Zorientował się, że zawiązała się między nami nić sympatii, a ponieważ sam chciał cię zdobyć…

Ellen leżała z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Arild był taki sam jak Goggo. Bezwzględny. I wiedział, gdzie uderzyć, by najbardziej bolało. Czy można bowiem wybaczyć komuś, kto z ciebie szydzi lub tobą pogardza?

– Nie, szczególnie jeśli nie jest się zbyt pewnym siebie. Człowiek traci wówczas kompletnie poczucie własnej wartości.

– Masz rację – przyznała Ellen.

– Ale – podjął niepewnie Johannes – czy nie da się tego jakoś odwrócić?

– Padło zbyt wiele okrutnych słów. Trudno o tym zapomnieć.

– Czy możesz mi wybaczyć? – spytał cicho.

– Wybaczyć? Przecież ja także cię nie oszczędzałam.

– Tak, ale nigdy nie kierowało tobą zło. Byłaś tylko bezradna i zasmucona, gdy tymczasem ja… nienawidziłem cię.

– No cóż, i mnie się zdarzało myśleć o tobie to i owo, więc nie rób ze mnie świętej. W każdym razie – roześmiała się z goryczą – nie byłam ci obojętna.

– Nie – rzekł przez zaciśnięte zęby. – Nigdy nie byłaś mi obojętna. Arild powinien się cieszyć, że już nie żyje, bo gdyby nie to, własnoręcznie bym go udusił.

– Nie, nie zrobiłbyś tego. Nie jesteś z tych.

Znów przerwał jej atak gwałtownego kaszlu. Słysząc go, Johannes przeraził się stanem dziewczyny.

– Wydaje mi się, że żadne z nas nie powinno mieć do drugiego żalu ani nosić w sercu urazy – rzekł pojednawczym tonem. – Oboje popełniliśmy ten sam błąd, dając wiarę wyssanym z palca kłamstwom Arilda.

– Tak, wydawało się, że jest taki szczery i prawdomówny. Wszyscy mu wierzyli, nawet Svarten przyznał, że za bardzo ufał temu draniowi. Rzeczywiście, było z niego kawał drania, nikt nie zaprzeczy. Uff, jak bardzo Goggo jest do niego podobna.

Johannes drgnął. Ellen mówiła o Goggo w czasie teraźniejszym. Uświadomił sobie, że przecież dziewczyna nic nie wie o śmierci dziennikarki. Nie chcieli jej tego powiedzieć, żeby jej nie psuć urlopu. Ojojoj! Doprawdy niezłe zafundowali jej wakacje przez swą nadgorliwość! Po powrocie do domu czeka ją kolejny szok. Goggo zamordowana na strychu, tuż obok jej mieszkania! Kiedy ta biedna dziewczyna zazna trochę spokoju?

Czuł, jak wilgoć z gorących źródeł przenika przez ubranie. Ellen musi być kompletnie mokra. Kiedy zjawi się pomoc? Co będzie, jeśli nie zdążą na czas?

Nie, na pewno im się uda. Musi się udać! Ale czy dziewczyna nie dozna uszczerbku na zdrowiu?

– Ellen – odezwał się cicho. – Gdyby Arild nie opowiedział ci tych kłamstw o mnie, czy wyszłabyś za niego za mąż?

Zamilkła na moment, ale potem odpowiedziała zdecydowanie:

– Nie, gdybyś powiedział, że ci na mnie zależy, nie wyszłabym za niego.

Westchnął.

– Dlaczego w ogóle zdecydowałaś się go poślubić?

Znów zapadła cisza.

– Dlaczego? Akurat wtedy wydawało mi się, że postępuję słusznie. Pojawił się w moim życiu w momencie, kiedy go naprawdę potrzebowałam. Z jednej strony dlatego, że mogłam mu pomóc. Każdy człowiek czasem pragnie mieć świadomość, że jest komuś potrzebny. Po części jednak dlatego, że bardzo mnie dotknęła twoja krytyka. Arild ciągle powtarzał, co o mnie sądzisz, a nie były to komplementy. Co prawda zarzekał się, że nie chce mnie urazić, ale…

– Tak, ja również doświadczyłem jego subtelności Cytował twoje opinie o mnie, ale jednocześnie twierdził, że nie powinienem się tym przejmować, bo on przecież jest moim przyjacielem, zawsze mogę na niego liczyć i temu podobne. Ale mów dalej!

– Moja matka nagle umarła, zostałam sama, nieszczęśliwa, a Arild był zawsze blisko, gdy potrzebowałam pociechy. Poza tym był bardzo przystojny i ufałam mu.

– Tak – stwierdził Johannes. – Ja także dałem się nabrać. Chciałem dla niego coś zrobić… Ellen, nie trzyj oczu, bo będą cię jeszcze bardziej szczypały.

– Ale ja tak bardzo chcę cię zobaczyć. Tak bardzo teraz potrzebuję bliskości drugiego człowieka. Boję się, Johannes.

– Wszystko będzie dobrze, kochana.

– Kochana? – uśmiechnęła się z goryczą. – Jak cudownie to zabrzmiało.

– Wiele muszę nadrobić, tak bardzo wobec ciebie zawiniłem. Ale wracając do wspomnień… Tak, wierzyłem Arildowi! Dlatego moja niechęć do ciebie nasiliła się, kiedy go zdradziłaś, donosząc na niego policji. Wierzyłem, że mógłbym go uratować, gdybyś tylko najpierw zgłosiła się do mnie.

– Jak mogłabym? Po tym wszystkim co o mnie mówiłeś? Poza tym zapominasz o jednym: Arild nigdy nawet nie wspomniał, że jesteś jego kuratorem. Zawsze utrzymywał, że jesteście kumplami. Prawdy dowiedziałam się dopiero podczas rozprawy. Rozumiesz więc teraz, że pod żadnym pozorem nie mogłam się zwrócić do ciebie.

– Tak, teraz to rozumiem, to było zbyt upokarzające.

Położyła się znów z twarzą ukrytą w dłoniach.

– Johannes – powiedziała tak cicho, że ledwie usłyszał jej głos.

– Tak?

– Nie zdołałbyś go uratować.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Jest jeszcze coś, z czego nie miałam się komu zwierzyć – wyjąkała.

– Możesz zwrócić się z tym do mnie, Ellen.

Zwlekała przez chwilę, a potem zduszonym głosem rzekła:

– Chodzi o to, co znalazłam w piwnicy.

– Listę młodzieży zaopatrującej się w narkotyki? Tak, znaleźliśmy u ciebie notes. Źle cię oceniłem, Ellen. Teraz wiem, że składając donos na swojego męża postąpiłaś słusznie. Nie było innej możliwości.

Zdawała się nie zwracać uwagi na jego słowa o notesie, który tak dobrze ukryła na dnie swojej szafy. Ellen nie miała kompletnie pojęcia o tym, co wydarzyło się w Vanningshavn po jej wyjeździe na Islandię. A teraz bardziej zajmowały ją stare sprawy jeszcze z Siljar.

Potrząsnęła głową.

– Nie, lista to jeszcze nic takiego…

Czekał.

– Czy w piwnicy było jeszcze coś? – zapytał w końcu.

– Tak. Ale nie wiem, chyba nie potrafię o tym mówić nawet teraz.

– Proszę cię, Ellen, wiesz, że możesz mi zaufać, mimo że sprawiłem ci tyle bólu.

Kiwnęła głową, zakasłała i zaczęła powoli:

– Znalazłam niepodważalne dowody na…

– Tak?

– Nie, Johannes. To zbyt okropne!

– Ellen, posłuchaj mnie! Ciągle dręczyły mnie wyrzuty sumienia, że nie zdołałem uratować Arilda. Ty twierdzisz, że nie można było go uratować. Wyjaśnij mi, dlaczego.

Jej głos brzmiał niewyraźnie.

– Znalazłam dowody na to, że… że on zabił moją mamę.

Przez chwilę siedział jak porażony.

– Chyba nie wiesz, co mówisz?

Ale ona zaczęła wyrzucać z siebie słowa tak szybko, jakby teraz, gdy najgorsze zostało powiedziane, pękła jakaś niewidzialna tama.

– Mama była wspaniałym człowiekiem. Piękna, mądra, niezwykle utalentowana. Upominała mnie delikatnie, bym się nie wiązała z Arildem. Dostrzegła w nim coś, czego ani ty, ani ja nie odkryliśmy. Powiedziała mi tylko, że nie jest taki dobry, za jakiego pragnie uchodzić. Nie chciałam jej jednak wierzyć. Tak bardzo pragnęłam wcielić się w niosącego pomoc anioła. Chciałam być tą, która pomoże biednemu chłopakowi stanąć na nogi i która go nigdy nie zawiedzie. Nie nazywałam tego miłością, bo szybko spostrzegłam, że kieruję się po prostu współczuciem. Poza zauroczeniem jego urodą, oczywiście.

Zatopiła się na moment we wspomnieniach z tamtych czasów. A potem podjęła przerwany wątek:

– Matka była dobrze sytuowana, wiesz. I nagle umarła. To Arild ją otruł. Przez Svartena miał dostęp do różnych prochów. Ciągle potrzebował pieniędzy, dużo pieniędzy. Więc kiedy mama umarła, mógł się ożenić z bogatą spadkobierczynią. A ja bardzo ciężko przeżywałam śmierć matki. Przecież przez wiele lat wychowywała mnie sama i bardzo byłyśmy do siebie przywiązane. Wpadłam wprost w jego otwarte ramiona. Był taki wyrozumiały, dokładnie kogoś takiego wtedy potrzebowałam…

– Co to za dowody? – spytał Johannes zdruzgotany.

– Kiedyś zeszłam do piwnicy po sok. Oparłam się przypadkowo o mur i nagle wysunęła się jedna cegła. Za nią dostrzegłam skrytkę, w której znalazłam notes z listą klientów i jakieś krople, teraz już nie pamiętam jakie, ale nie była to znana nazwa. Obok leżała karteczka z informacją, w jaki sposób podawać je niepostrzeżenie i jakie są skutki ich działania. Mama miała identyczne objawy przed śmiercią. Butelka, którą znalazłam, była prawie pusta.

Wydawała się całkiem wyczerpana wyznaniem tego, co męczyło ją przez trzy długie lata.

– I o tym wszystkim wiedziałaś tylko ty?

– Nie miałam nikogo, komu bym mogła o tym powiedzieć. Dlatego tak bardzo ucieszyłam się ze spotkania z Olafem. Podświadomie wyczuwałam, że tylko on może uwolnić mnie od tego ciężaru.

– Teraz wszystko rozumiem. Także twoje słowa, że cieszysz się szczęściem Ellinor i Olafa. Jesteś ciągle tą samą szlachetną dziewczyną, jaką wydałaś mi się w dniu, gdy się poznaliśmy. Żałuję, że nie dowierzałem twoim szczerym słowom.

– Słyszałam, że pierwsze wrażenie, jakie odnosimy na widok kogoś nieznajomego, jest zawsze prawdziwe. Ty wydałeś mi się bardzo pozytywny, dlatego poczułam się taka zawiedziona, gdy zwróciłeś się przeciwko mnie.

Wyciągnął do niej rękę, ale zaraz cofnął, przypomniawszy sobie, że Ellen i tak nie może tego dostrzec.

– Ellen, wiem, że słowa nie złagodzą bólu, jaki ci zadałem. Ale czy mógłbym być twoim przyjacielem? Pomagać ci we wszystkich kłopotach?

– Dzięki, teraz naprawdę potrzebuję przyjaciela, więc jeśli jesteś tak miły… – roześmiała się trochę bezradnie. – Nie mam tylko pojęcia, jak zdołam się stąd wydostać.

– Wszystko będzie dobrze – zapewniał gorąco, starając się wykrzesać z siebie optymizm, którego tak naprawdę także jemu brakowało.

Ellen uśmiechnęła się z wysiłkiem:

– W każdym razie bardzo ci dziękuję, że pomogłeś mi na moment zapomnieć o bólu i beznadziejnej sytuacji, w jakiej się znalazłam. Właściwie na długą chwilę całkiem o tym zapomniałam. I… nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: pomogłeś mi oczyścić stare rany.

– Powinniśmy już dawno zorientować się w tym wszystkim.

– Nie mieliśmy szans. Arild, choć w istocie słaby, wobec nas okazał się naprawdę silny.

– Masz rację. Na swój użytek wymyśliłem pewną teorię: Jeśli na wyspie mieszka stu ludzi, z czego dziewięćdziesięciu dziewięciu to ludzie dobrzy i wyrozumiali, a tylko jeden zły i zepsuty, to i tak właśnie on zwycięży.

– A jeśli wszyscy dobrzy zewrą szeregi przeciw niemu?

– To by znaczyło, że nie są dobrzy i wyrozumiali!

– To prawda. Ja też mam swoją teorię: Jeśli stu ludzi mówi ci, że jesteś piękny i dobry, a jeden powie, że to nieprawda, komu uwierzysz?

– Temu jednemu. Tacy już jesteśmy, my, ludzie.

– Niestety!

Johannes coraz bardziej się niepokoił, widząc że dziewczyna traci siły. Mówił nieprzerwanie, z prawdziwą desperacją podtrzymując z nią kontakt. Już kiedy odnalazł Ellen, wyczerpana spała, a może trwała w stanie odurzenia. Miała szczęście, że jak dotąd udało się jej uniknąć obrażeń ciała. Jeśli jednak teraz zaśnie lub straci przytomność, może być gorzej. Co będzie, jeśli się poruszy i zsunie do gorącego źródła? Leży przecież w tak niewygodnej pozycji, a on nie będzie mógł jej pomóc!

Był przerażony, ale ku swemu zdumieniu odkrył nagle, że przestała go boleć głowa. Zniknął tępy nieznośny ból, który tak często dokuczał mu ostatnimi laty – miał niejasne przeczucie, że na zawsze.

ROZDZIAŁ IX

Nie usłyszeli nadjeżdżających samochodów. Stały po prostu, gdy wiatr rozwiał na chwilę opary. Johannes podniósł się powoli i rzekł do Ellen:

– Są nareszcie, zaraz cię stamtąd wyciągniemy.

Mężczyźni, których spotkali w zakładach Krafla, przywieźli ze sobą długie deski i drabiny. Ułożyli je wzdłuż drogi, którą dziewczyna przebyła rankiem ze Svartenem.

Johannes pozostał na swym miejscu, żeby dotrzymywać Ellen towarzystwa i przypilnować, by nie wstała zbyt gwałtownie.

– Ostrożnie! – zawołał do nadchodzących mężczyzn. – Jest bardzo osłabiona i nic nie widzi. Ten drań ją oślepił.

Podnieśli ją delikatnie i przenieśli po długiej drabinie na najbliższą wysepkę na twarde, bezpieczne podłoże. Tam podtrzymały ją inne pomocne dłonie.

Oni się o mnie martwią, chcą uratować mi życie! przeleciała dziewczynie przez głowę cudowna myśl. A mnie się wydawało, że jestem zawieszona w próżni! Sądziłam, że nikogo nie obchodzi, czy żyję, czy jestem martwa. Przez trzy długie lata nie opuszczało mnie takie wrażenie.

Tymczasem ci ludzie chcą, żebym żyła. To fantastyczne!

Johannes zdecydował się wracać ścieżką wokół czeluści dopiero wówczas, gdy upewnił się, iż Ellen jest bezpieczna. Wydawała się taka wzruszająco drobna przy potężnych Islandczykach. Jej włosy, mokre i czarne, kleiły się do twarzy, oczy nie przestawały łzawić. Ubranie pożółkło od zasiarczonego podłoża. Ale nigdy nie wydawała mu się piękniejsza, bo wreszcie zdołał się uwolnić od klątwy Arilda Lange.

A co z Goggo? Jej przekleństwo nie straciło jeszcze swej mocy. Martwa Gorgona nadal ściga ich śmiercionośnym spojrzeniem. Svarten grasuje bez przeszkód gdzieś w rejonie Mývatn.

Ellen znajdowała się już na stałym gruncie z dala od dymiącej czeluści, kiedy Johannes wreszcie do niej dotarł. Słaniała się na nogach i nie wiedziała ani gdzie jest, ani kim są ludzie, którzy się nią zaopiekowali.

Johannes podszedł bliżej. Ze wzruszenia z trudem wymawiał słowa.

– Widzisz, Ellen. Udało się, mówiłem ci, że będzie dobrze.

Odwróciła się w stronę, skąd dochodził głos Hallara, i niepewnie wyciągnęła ręce. Z pewnym ociąganiem ujął jej dłonie.

– Jestem tutaj, Ellen – powiedział, pragnąc ją uspokoić.

Z żałosnym jękiem przytuliła się do niego. Zrobiła tak, bo nogi się pod nią ugięły i mogła upaść, ale pragnęła także schronić się w jego mocnych ramionach przed bezlitosnym światem.

Johannes objął przemoczoną dziewczynę.

Wielkie nieba, jak bardzo musiała być samotna przez te lata, uświadomił sobie naraz z przerażeniem. Trwała przecież w nieustannym strachu, świadoma, że groźni przestępcy czyhają na jej życie. A ja bynajmniej nie ułatwiałem jej…

Ale teraz wszystko się zmieni

Na myśl o tym poczuł ciepło napływające mu do serca.

Samochodem przewieźli dziewczynę do hotelu. Przez całą drogę szczękała zębami, ściskając Johannesa kurczowo za rękę, tak że policjant zaczął się obawiać o jej stan psychiczny. Drżała na całym ciele, bynajmniej nie z zimna, bo wśród siarkowych źródeł temperatura była wysoka, a w szoferce wcale nie było chłodniej. Kaszlała okropnie, nawdychała się wszak szkodliwych substancji.

– Jak się czujesz? – mruknął cicho Hallar, gdy mijali diabelski wulkan, Víti.

– Dobrze – odpowiedziała, siląc się na uśmiech. – Jestem tylko strasznie głodna.

– To dobry znak – odrzekł Johannes.

Tymczasem „Magnusa Pedersena, geologa” ogarnął niepokój. Chodził w tę i z powrotem po swym pokoju.

Co to wszystko znaczy? zastanawiał się. Policja w hotelu? Zakaz opuszczania budynku przez mężczyzn? Przesłuchania…

Na jego twarzy odmalował się pogardliwy grymas. Podczas przesłuchania poszło mu jak z płatka, mimo że nie bardzo mógł się rozeznać, czego naprawdę chcą się dowiedzieć policjanci, zadając pozornie rutynowe pytania. Potrafił znakomicie udawać niedołęgę, wiele razy mu się to przydało. Teraz także pomogło, gdyż funkcjonariusze szybko uznali go za roztargnionego profesorka i skierowali zainteresowanie ku innym gościom, którzy ich zdaniem bardziej przystawali do wizerunku przestępcy. Gdyby wiedzieli, z kim naprawdę mają do czynienia! Czasami odczuwał nieprzepartą chęć wykrzyczenia całemu światu, kim jest, dla tej krótkiej chwili triumfu. Na szczęście udawało mu się trzymać w cuglach.

Ale cała ta sytuacja mocno go zaniepokoiła. Na podstawie pytań policjantów można by wywnioskować, że wiedzą coś o tej cholernej tkaczce. A przecież nie ulegało wątpliwości, że byli w górach całkiem sami, przyjaciółka dziewczyny została w Rejkiawiku. A jednak ktoś zauważył nieobecność Ellen Ingesvik. Na pewno nie współlokatorka, ona o niczym nie miała pojęcia. Zdaje się, tak gadali inni, że to jakiś mężczyzna. Ale kto to? Przez cały dzień nikt mu się nie rzucił w oczy. Wszyscy mężczyźni w hotelu wydawali się równie zdezorientowani.

Pewnie jakiś przypadkowy facet, którego zdążyła poderwać tu na miejscu.

Przed hotel zajechał autokar wycieczkowy i wysypali się z niego turyści. W restauracji zrobiło się gwarno. Policja nie zwracała uwagi na przybyłych, interesowali ich jedynie goście, którzy spędzili w hotelu noc. Svarten podszedł do okna, skąd rozciągał się widok na niezwykłe jezioro Mývatn. Z wody wystawały groteskowe pagórki z zastygłej lawy, pokryte szlamem. Niektóre z nich miały nawet dość spore rozmiary, bez trudu zasłoniłyby łódź wiosłową. Powiódł spojrzeniem w dół w stronę przystani, gdzie w równym szeregu przycumowano łodzie.

Popłynąć na przeciwległy brzeg jeziora Mývatn! rozmarzył się. Nikt nie zwróciłby uwagi na samotnego wędkarza wolno i leniwie przecinającego taflę jeziora.

A potem pierwszym lepszym zatrzymanym samochodem skierowałby się ku bardziej uczęszczanym traktom i zniknął w tłumie.

Myślami przebywał już na drugim brzegu, w ziemi obiecanej.

Niestety, nie miał szans przedostać się nie zauważony na przystań. Przez okno także nie mógł uciec, bo pokój znajdował się na pierwszym piętrze. Zbyt wysoko, by wyskoczyć, a poza tym teren był otwarty i od razu by go dostrzeżono.

Nie, ten plan trzeba porzucić.

Czas jednak naglił. Prędzej czy później policja skontaktuje się z przyjaciółką tkaczki w Rejkiawiku, a ona rozpozna współpasażera z samolotu. No i co z tego, starał się uspokoić, przecież to nie może mu w niczym zaszkodzić. Przyjaciółka nie wiedziała, kim naprawdę jest miły, choć trochę nieśmiały naukowiec, który umizgiwał się do niej nieporadnie. Nikomu nie przyjdzie do głowy go podejrzewać.

Ale mimo wszystko musi stąd zniknąć, wolał nie ryzykować! Nie bardzo miał ochotę, by grzebano zbyt głęboko w jego życiorysie, a nuż wyszłoby na jaw, że wcale nie nazywa się Pedersen? To mogłoby wzmóc czujność policji.

Ale jak, u licha, policja nabrała podejrzeń, że Ellen Ingesvik została napadnięta przez mężczyznę? Nie miał pojęcia.

Nagle drgnął na widok policjanta wskakującego do samochodu i ruszającego gwałtownie w stronę Námaskardh. Co to ma znaczyć?

Zaniepokoił się nie na żarty. Czyżby już ją znaleźli? Tak szybko? Nie, to niemożliwe! Przecież przez kilka dni, gdy się kręcił w tym niebezpiecznym rejonie, nie napotkał żywej duszy. A dziewczyna na pewno nie uwolniła się z pułapki, którą na nią zastawił.

Właściwie ilu jest policjantów?

Dwóch.

Jeden właśnie odjechał, to znaczy, że został tylko jeden.

Turyści z wycieczki skończyli posiłek, szurając krzesłami wstawali od stołów. Część z nich pobiegła do toalety, niektórzy zdążyli wyjść na dwór, inni siedzieli w autokarze, jeszcze inni na pewno robili zakupy w kiosku z pamiątkami. Panował ogólny chaos, jak to zwykle bywa z wycieczkami.

Gdyby tak udało mu się zejść niepostrzeżenie na dół i zmieszać się z tą gromadą.

Wyjął z torby sprzęt fotograficzny i zapakował zamiast niego najniezbędniejsze rzeczy. Większy bagaż mógłby wzbudzić podejrzenia. Włożył przez głowę gruby sweter i wymknął się na opustoszały korytarz. Z dołu dochodził gwar rozmów.

Svarten jakby nigdy nic niedbałym krokiem zszedł po schodach, ale jego oczy, mimo pozornej obojętności, dokładnie rejestrowały każdy najdrobniejszy szczegół.

Nikt nie patrzył w jego kierunku. Kioskarka zajęta była obsługiwaniem kilku klientek, za którymi ustawiła się długa kolejka. Policjant z rękami założonymi do tyłu obserwował dziedziniec.

Svarten odetchnął z ulgą, kiedy zorientował się, że to nie jest ten sam funkcjonariusz, który go przesłuchiwał. Co za nieprawdopodobny fart!

Teraz! Skręcił do toalety tuż za schodami i wmieszał się do kolejki.

Och, niedobrze! Mówią po niemiecku. Svarten nie był zbyt biegły w tym języku, chociaż od biedy radził sobie na zakupach w Kilonii, dokąd czasami pływał promem. Bez trudu jednak można było zdemaskować jego indolencję.

Dwóch mężczyzn wyszło z toalety. Svarten przyłączył się do nich i z uśmiechem udawał, że przysłuchuje się z uwagą temu, co mówią. Policjant obrzucił ich obojętnym spojrzeniem.

Minęli drzwi i skierowali się w stronę autokaru.

Svarten, zlany zimnym potem, spodziewał się, że lada moment rozlegnie się za nim groźne: „Hallo!”

W drzwiach autobusu stała pilotka, nie mógł więc dłużej udawać, że jest uczestnikiem wycieczki.

– Podwieziecie mnie kawałek? – zapytał uśmiechając się naiwnie. Liczył na to, że jego niemiecki nie okaże się kompletnie beznadziejny.

Pilotka kiwnęła głową, na znak, że się zgadza.

– A dokąd teraz jedziecie?

Wskazała ręką kierunek i wyjaśniła dość zawile, że najpierw udadzą się do Grjótagjá i Storagjá, a potem w głąb płaskowyżu. Zorientował się przy tym, że to nie Niemcy, jak sądził, ale Austriacy.

– Aha, w takim razie zabiorę się z wami tylko kawałek – powiedział i ucieszył się w duchu, że odjedzie kilka kilometrów od hotelu i dotrze prawie do tego miejsca, do którego planował dopłynąć łodzią. Nie jest źle.

Nie interesowała go dłuższa wycieczka z Austriakami. Zdawał sobie sprawę, że jego zniknięcie może być niebawem zauważone, a wtedy znowu znajdzie się w pułapce.

Czy ci cholerni turyści nigdy się nie zbiorą? Czy muszą co chwila coś kupować w kiosku, i to po jednej rzeczy? Svarten siedział jak na szpilkach.

Pilotka dmuchnęła w gwizdek, kierowca autokaru zatrąbił.

Wreszcie gdy już nerwy Svartena napięte były do ostatnich granic, wsiadł ostatni uczestnik. Autobus powoli wytoczył się spod hotelu.

Olaf i Ellinor jechali do Mývatn samochodem wypożyczonym w Akureyri. Przed nimi rozciągał się widok na osobliwe jezioro, ale oni prawie go nie dostrzegali. Całkowicie pochłaniała ich troska o Ellen, nie przestawali myśleć o tym, czy zdążą przed Svartenem. Nie mieli pojęcia o tym, co się wydarzyło, choć martwiło ich to, że ani Ellen, ani Johannesa nie zastali w hotelu.

Z daleka dostrzegli samotnego autostopowicza, stojącego po przeciwnej stronie drogi.

– Chyba trochę za stary na takie młodzieńcze eskapady – uśmiechnął się Olaf, gdy minęli mężczyznę.

Ale Ellinor odwróciła się wyraźnie poruszona.

– Olaf! To on! To ten geolog, Magnus Pedersen.

Olaf zwolnił.

– Jesteś pewna?

– Całkowicie!

– Nie poradzę sobie sam ze Svartenem – stwierdził Olaf i przycisnął mocniej pedał gazu. – Może być uzbrojony. Poza tym nie chcę ciebie narażać. Podjedziemy do hotelu po pomoc. Widział cię?

– Tak… obawiam się, że tak.

– To niedobrze, musimy się spieszyć.

Samochód pomknął jak strzała wzdłuż jeziora.

Johannes wszedł z robotnikami z Krafla do holu. Zaklął pod nosem, kiedy się dowiedział, że Magnus Pedersen zniknął ze swojego pokoju.

– Jak to się stało? – spytał policjanta, który tłumaczył się z nieszczęśliwą miną.

– Nie mam pojęcia. Tędy nie mógł się wydostać! Przez cały czas tu stałem i pilnowałem wyjścia.

Johannes popatrzył na Ellen, zakrywającą dłońmi twarz. Potrzebowała lekarza. Nie wiedział, czym ma się zająć najpierw, kogo poprosić o pomoc.

W tej samej chwili na dziedziniec wjechał samochód Olafa. Po radosnym powitaniu i okrzykach ulgi w kilku słowach sytuacja została wyjaśniona.

– Ellinor, zajmiesz się Ellen? – zapytał Johannes, czując wyraźną ulgę, że oto problem został rozwiązany. – Zawieź ją do lekarza! Musi mieć przemyte oczy i zbadane płuca. Poza tym niech się przebierze w suche rzeczy, a potem zapakuj ją do łóżka. I niech coś zje!

Właściwie ja także jestem głodny, uświadomił sobie. Ale to musi poczekać.

Nagle poczuł, że jest kompletnie wyczerpany i drży na całym ciele.

Reakcja na silne napięcie nerwowe, oczywiście. Musiał się jednak wziąć w garść, bo na takie słabości nie było teraz czasu.

Norwegowie zabrali ze sobą dwóch miejscowych policjantów, znajdowali się wszak na obszarze Islandii. Poza tym pojechali z nimi także robotnicy z zakładów Krafla. W oczach kilku z nich zabłysły mordercze błyski na wieść o tym, że jadą ścigać przestępcę, jednak starszy wiekiem i stopniem policjant w kilku ostrych słowach ostudził nieco ich zapał.

Ruszyli więc dwoma samochodami, by zdążyć dopaść Svartena, nim jakiś uczynny turysta zgodzi się go podwieźć.

To dziewczyna z samolotu, pomyślał Svarten. Przyjaciółka tej przeklętej tkaczki. Widziała mnie!

Ale przecież to nic takiego, pocieszał się w myślach. Uznał jednak, że ostrożność nie zawadzi. Najlepiej zniknąć na jakiś czas, nim się tu nie uspokoi. Ten samochód zwolnił, jakby chciał się zatrzymać, ale zaraz potem przyspieszył. Chyba nie należy lekceważyć tego znaku, rozmyślał Svarten.

Pusto, jak okiem sięgnąć. Nie ma z kim się zabrać.

Najgorsze, że znalazł się na wyspie, nie będzie łatwo stąd umknąć. Ale Svarten już nie raz był w opałach. Żeby tylko nikt nie skojarzył zaginięcia Ellen Ingesvik z jego osobą! Na wszelki wypadek poszuka sobie jakiejś kryjówki.

Od głównej drogi odchodziła boczna w kierunku pasma gór wznoszącego się na wschód od jeziora. Na drogowskazie widniał napis „Dimmuborgir”. Znał tę nazwę. Nie był tu wprawdzie wcześniej, gdyż w przewodniku określano to miejsce jako wielką atrakcję turystyczną, on zaś na swe porachunki z Ellen szukał odludnych rejonów, takich jak Diabelskie Kotły.

Teraz jednak Dimmuborgir wydało mu się idealne. Na tym terenie znajdowały się potężne formacje utworzone z lawy, wysokie jak dom, z mnóstwem jaskiń, korytarzy, zakamarków. Niektóre groty zalane były wodą. Niegdyś w ciepłej wodzie zażywano kąpieli, ale w ostatnich latach woda osiągnęła temperaturę 60-70 stopni i amatorów igraszek siłą rzeczy ubyło. Wiadomości na ten temat wyczytał w przewodniku. Tak, Svarten zawsze trzymał rękę na pulsie, lubił być dobrze poinformowany. To zresztą konieczne, by ustawić się odpowiednio w życiu. A jemu powodziło się świetnie! Przejściowe kłopoty wkrótce miną i wszystko wróci do normy.

W przydrożnym rowie zauważył rower i „pożyczył” sobie bez skrupułów. Po kilku metrach niepewnej jazdy stwierdził, że jednak nie zapomniał umiejętności nabytej w dzieciństwie. Skręcił pośpiesznie w boczną ścieżkę, nacisnął mocno na pedały i wkrótce zakryły go zarośla i krzewy. Teraz już go nikt nie zauważy z głównej drogi, nikt go tu nie znajdzie! Spocony pedałował, ile sił w nogach, by jak najprędzej wyszukać sobie bezpieczną kryjówkę.

– Tutaj go zauważyliśmy – oznajmił Olaf. – Stał w tym miejscu.

– Nie widziałem żadnego samochodu, którym mógłby się zabrać – stwierdził jeden z policjantów islandzkich. – Musi być tu gdzieś w pobliżu.

Polecił swemu koledze podjechać jeszcze kilka kilometrów główną drogą i zawrócić, jeśli się nie natknie na Svartena.

– „Dimmuborgir” – przeczytał Olaf na drogowskazie. – To znaczy „Czarne zamki”, prawda? Ciekawe, czy się nie ukrył właśnie tam? Może wpadł w panikę na widok Ellinor?

Policjant podrapał się po karku.

– Dla kogoś kto chce zniknąć na jakiś czas z oczu, to miejsce nadaje się idealnie – powiedział flegmatycznie.

– Sprawdźmy więc! – zadecydował Johannes.

Droga była wąska i wyboista, ale po chwili dotarli do bramy, na której wielkimi drukowanymi literami widniał napis „Dimmuborgir”, a obok stały tablice ostrzegawcze informujące o niebezpieczeństwie.

– A jakie niebezpieczeństwa czyhają tutaj na turystów? – zapytał Olaf.

– Rozpadliny, podziemne korytarze, stawy, wodospady z gorącą wodą.

Rozejrzeli się niepewnie. Podjechał drugi samochód, a siedzący w nim mężczyźni oznajmili, że przy głównej drodze nikogo nie spotkali.

– Mógł minąć bramę i pójść dalej. O ile w ogóle tu był – stwierdził pesymistycznie Olaf.

Tymczasem zauważyli grupę turystów zbliżających się w ich kierunku.

– Czy widzieliście mężczyznę wędrującego samotnie? – spytał Olaf po norwesku, ale zaraz zreflektował się i przeszedł na angielski.

Okazało się, że tak. Widzieli człowieka, który zboczył ze szlaku, jakby się nie chciał z nimi spotkać.

– Dziękujemy, to nam wystarczy – odezwał się Johannes.

Teren, na którym się znaleźli, przytłoczył ich swym ogromem. Pod ciężkimi deszczowymi chmurami wznosiły się gigantyczne pałace i zamki z lawy, a także pojedyncze głazy przypominające swymi kształtami skamieniałe trolle i potężnych wojowników. Niektóre skały uległy silnej erozji i były niemal ażurowe, inne zaś zdawały się tu trwać niezmienne od początków świata. Wiadomo jednak, że Islandia jest stosunkowo młodą wyspą, a Dimmuborgir nie ma więcej niż 2000 lat. Dwudziestokilkumetrowe kolosy utworzyły się na skutek spiętrzenia lawy w czasie erupcji wulkanu Hverfjall.

Nagle w skalnym prześwicie dostrzegli biegnącą pomiędzy blokami lawy postać.

– To on – szepnął najstarszy policjant. – Rozciągnijmy się, spróbujemy go okrążyć! Tylko ostrożnie, w tych labiryntach łatwo zabłądzić, a teren jest rozległy.

– A facet groźny – dodał Johannes.

Skinęli głowami ze zrozumieniem.

Rozpoczęła się obława.

Ellen leżała na kozetce w gabinecie lekarskim.

– Skończyłem – oznajmił lekarz, odstawiając na bok płyn do przemywania oczu, i osuszył jej twarz. – Proszę spróbować rozchylić powieki! Lepiej?

– Tak – odparła ze zdziwieniem. – Co prawda oczy są nadal podrażnione i spuchnięte, ale chyba nie ma w nich już tego proszku.

Kiedy Ellen wyszła do poczekalni, Ellinor wstała z krzesła i poprowadziła przyjaciółkę do czekającej taksówki.

– Jestem zrozpaczona – powiedziała już w samochodzie. – To wszystko moja wina.

– Twoja? Dlaczego?

– To ja się uparłam, by ci nie mówić, że Svarten jest na Islandii. Chciałam dobrze, a tymczasem wyświadczyłam ci niedźwiedzią przysługę. Nie przypuszczałam, że może być taki groźny!

Ellen przypomniała sobie, jak bardzo czuła się zagubiona, gdy towarzysze podróży zaczęli się zachowywać w sposób dla niej niezrozumiały. Nareszcie pojęła przyczynę.

– Rzeczywiście, to było trochę niemądre – przyznała. – Ale kierowały tobą szlachetne pobudki. Chciałabym wiedzieć tylko jedno…

– Co takiego?

– Dlaczego do Mývatn przyjechał ze mną Johannes, a nie wy? Czemu nie został w Rejkiawiku, żeby śledzić faceta, którego podejrzewaliście?

– To był pomysł Olafa. Bardzo go martwiło, że odnosicie się do siebie z taką wrogością, i miał nadzieję, że wspólna podróż was zbliży.

– Rzeczywiście tak się stało – szepnęła Ellen. – Wrogość, jaka powstała między nami, wynikła z powodu nieporozumienia. Ktoś celowo ją wywołał.

– Kto?

– Mój były mąż. Och, Ellinor, przeżyłam koszmar!

Mimo że Ellinor chętnie wysłuchałaby opowieści o życiu Ellen, rzekła stanowczo:

– Teraz musisz coś zjeść, a potem do łóżka! Mam polecenie nie spuszczać cię z oka. Svarten, jak wiesz, ciągle jest na wolności. Zaraz porozmawiam z pilotem w sprawie zamiany pokojów, żebyśmy mogły być razem…

Ellen uśmiechnęła się.

– Ciekawa jestem, jak na to zareaguje. Chyba pęknie ze złości! Wiesz, może to zabrzmi trochę dziwnie, ale po tylu godzinach spędzonych w prawdziwej saunie mam ochotę na gorącą kąpiel.

– Doskonale to rozumiem – odrzekła Ellinor.

Deszcz bębnił w dach samochodu, wycieraczki zgarniały wodę z szyby. A gdzieś tam niedaleko, pod gołym niebem…

– Mam nadzieję, że nic się im nie stanie. Taka jestem niespokojna – rzekła Ellen, ubierając w słowa myśli przyjaciółki.

ROZDZIAŁ X

Cisza zaległa nad Dimmuborgir. Pociemniało, jakby już zapadł zmrok. Deszcz siąpił ponuro, a mokre skały przybrały niemal czarną barwę. Wczepione w kamienne podłoże namokłe kępy trawy i mchu nie dawały pewnego oparcia stopom.

Johannes poczuł ściskanie w dołku wywołane głodem i silnym napięciem.

Wraz z towarzyszącymi mężczyznami przeszukali już najsłynniejsze formacje w kształcie zamków, które tak zachwycają turystów, obfotografujących się na ich tle bez umiaru. Za „zamkami” ciągnął się rozległy skalisty obszar: nierówny, jakby postrzępiony, pełen tajemnych korytarzy, grot i zakamarków, nie na darmo zwany „Labiryntem”.

Biada temu, kto tu zabłądzi, pomyślał Johannes. Ściganie Svartena w tym rejonie to prawie to samo, co szukanie igły w stogu siana. Właściwie mógł być wszędzie, a żeby przeczesać dokładnie cały teren, potrzeba wielu dni.

Nagle oczom Johannesa ukazała się osobliwa formacja. To chyba ten „Kościół”, o którym piszą w przewodnikach, pomyślał. Ozdobiony jakby gotyckimi łukowatymi sklepieniami, z pięknie wyszlifowaną fasadą. Że też natura potrafi stworzyć takie cuda!

Na szczęście deszcz zniechęcił turystów. Poszukującym nie na rękę byłyby kłębiące się tłumy ludzi z aparatami fotograficznymi i ciekawskie dzieciaki, które nie spoczną, nim nie zajrzą do każdej dziury. Przy bramie zostali robotnicy z Krafla, żeby nie wpuszczać nikogo do środka, a także pilnować, by Svarten im się nie wymknął.

Johannes obawiał się trochę o ich bezpieczeństwo, miał jednak nadzieję, że przestępca nie jest uzbrojony. Chyba by nie ryzykował, żeby podczas kontroli celnej przyłapano go na przemycie broni, przekonywał sam siebie.

Pięciu mężczyzn posuwało się naprzód w pewnej odległości od siebie, starając się przez cały czas trzymać w ukryciu. Ich taktyka polegała na zacieśnieniu kręgu, zarzuceniu niewidzialnej sieci na obszar, w którym według ich rozeznania powinien znajdować się Svarten.

Johannes dygotał z zimna, ręce mu zgrabiały i posiniały. Krople deszczu ściekały mu z włosów na twarz i kark.

Na szczęście Ellen jest bezpieczna, pomyślał i cieplej zrobiło mu się na sercu.

Młody policjant islandzki okazał się dla nich nieocenioną pomocą. Znakomicie orientował się w terenie, bo podczas studiów pracował tu zwykle w wakacje jako przewodnik. Na dobrą sprawę to on kierował akcją.

Johannes przystanął przy otworze prowadzącym prawdopodobnie do podziemnego korytarza. Gdyby Svarten dostał się do takiego przejścia, mógłby się prześliznąć przez oczka zarzuconej na niego sieci. Johannes rozważał, czy wejść do ciemnej czeluści, czy nie, ale powstrzymał go ostrzegawczy gest młodego policjanta, stojącego na końcu głębokiej rozpadliny.

Może tunel wypełniony jest wodą, a może nie ma sensu tam zaglądać? Nieważne, w każdym razie Johannes zrozumiał, że ma się stamtąd wycofać.

Zachowywali się bardzo cicho i poruszali jak cienie. Svarten na pewno się gdzieś przyczaił, oczywiście o ile to jego sylwetka mignęła im wówczas w oddali.

Nagle powietrze przeszył okrzyk jednego ze ścigających. Obok niego jakaś przemoczona postać poderwała się z ziemi niczym spłoszona kuropatwa.

Żaden ze znajdujących się tu mężczyzn nie widział wcześniej Magnusa Pedersena. Błyszcząca od deszczu łysina, jasna oprawa oczu, korpulentna sylwetka, wszystko zgadzało się co do joty z opisem Ellinor. Nie mieli więc najmniejszej wątpliwości, kto przed nimi stoi.

– What is this about? – spytał niewinnie Svarten, patrząc na nich z udawanym zdumieniem.

– Daruj sobie – odpowiedział lodowatym tonem Johannes. – Taki z ciebie Anglik, jak i ze mnie.

– Och, nie miałem pojęcia, kim jesteście, dlatego zagadnąłem po angielsku – błyskawicznie zmienił taktykę Svarten. – Rodacy, jak słyszę! O co chodzi? Pozwólcie, że się przedstawię: Magnus Pedersen, geolog.

– Co pan tu robi? – zapytał Olaf.

– Badam pole lawy w celu ustalenia czasu jego powstania.

– Ależ takie badania były prowadzone już wcześniej! Doszedł pan do jakichś nowych wniosków?

– Hmm, warstwę zewnętrzną szacuję na około pół miliona lat…

– Cha, cha, cha, drogi panie, nawet ja, zwykły laik, wiem, że liczy nie więcej niż dwa tysiące lat.

– Ale nie ta – przerwał mu Svarten. – Te formacje powstały…

– Skończmy tę komedię! Znaleźliśmy Ellen Ingesvik, która opowiedziała nam całkiem inną historię.

Svarten pobladł tak, jakby z jego okrągłej twarzy odpłynęła cała krew. Krople potu zmieszały się z kroplami deszczu. A więc jednak ją znaleźli! Jak to możliwe? W okamgnieniu ocenił sytuację: jeśli go teraz aresztują, nie ma najmniejszej szansy, by uniknąć odpowiedzialności. To przecież Magnus Pedersen zwabił Ellen Ingesvik do Diabelskich Kotłów…

Odwrócił się na pięcie i rzucił do ucieczki. Jeszcze przez chwilę widzieli go pomiędzy skałami, ale zaraz skrył się w jakiejś rozpadlinie i zniknął im z oczu. Młody policjant zawołał do pozostałych, by pobiegli skrótem i przecięli Svartenowi drogę, sam zaś razem z Johannesem skoczył w dół do podziemnego korytarza. Zauważyli uciekiniera w końcu rozwidlającego się tunelu, ale wnet pochłonęły go ciemności. Przez chwilę już myśleli, że stracili ślad, bo kiedy przez otwór wpadł promień światła, nie zobaczyli go w odgałęzieniu, do którego skręcili. Zawrócili więc i pobiegli następnym. Przed sobą usłyszeli głośne sapanie i dostrzegli z daleka Svartena kierującego się w stronę wyjścia. Wdrapywał się nieporadnie, już go prawie dopadli, ale wówczas oni z kolei musieli się wspinać.

Gdy tylko wydostali się na górę, zobaczyli swych kolegów nadbiegających z drugiej strony. Powoli zaczęli otaczać uciekiniera. Komuś osunęła się noga i usłyszeli w gęstym deszczu soczyste przekleństwa wypowiadane ze złością po islandzku.

Svarten zatrzymał się, zakręcił się bezradnie w kółko, a potem odwrócił w ich stronę.

Zorientowali się, że Svarten stoi nad głęboką rozpadliną, na której dnie błysnęła woda.

Znajdowali się już poza terenem wytyczonym do zwiedzania i nie wolno tu było nikomu poruszać się na własną ręką. Johannes rozumiał doskonale, dlaczego.

Nagle coś szczęknęło i w dłoni Svartena błysnął nóż.

– Jeśli ktoś się zbliży, to na własną odpowiedzialność – krzyknął groźnie, jakby broń dodała mu odwagi.

– Rzuć to! – odezwał się starszy rangą policjant z Islandii. – Jest nas pięciu przeciwko jednemu. Myślisz, że załatwisz nas wszystkich?

Postąpili krok naprzód. Svarten nerwowo obejrzał się za siebie i groźnie zamachał nożem.

– Ostrzegam was! – zawołał ostro.

– Wiemy, że nazywasz się Svarten i handlujesz narkotykami! – zawołał młody policjant. – Jeśli nie rzucisz noża, zepchniemy cię w dół. Krok po kroku.

– To by było zabójstwo – warknął Svarten. – Woda ma temperaturę siedemdziesięciu stopni.

– Oszczędzimy ci tego, jeśli wyjawisz, skąd pochodzą narkotyki i jakich masz odbiorców. Wiemy, że nie działasz sam!

Svarten wykrzywił twarz w szyderczym grymasie.

– Blefujecie, nie odważycie się zepchnąć mnie w ten kocioł.

– Blefujemy? – Policjant z Islandii podszedł bliżej.

– Spróbujcie mnie dotknąć! – wrzasnął histerycznie Svarten, cofając się o krok. – Pierwszego, który się odważy, zadźgam!

Olaf patrzył z przerażeniem na policjantów, którzy najwyraźniej nie żartowali.

Jeden z nich uspokoił go jednak, szepcząc do ucha:

– Tu jest czterdzieści stopni.

Teraz wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Olaf podszedł bliżej i gdy pozostali skupili na sobie uwagę Svartena, jednym kopnięciem wytrącił nóż z drżącej dłoni przestępcy.

– Nie dotykajcie mnie! To zabójstwo!

– A ty co zrobiłeś z Ellen Ingesvik? – spytał Johannes. – I z tymi wszystkimi młodymi ludźmi, których faszerowałeś narkotykami? Ile ludzkich istnień masz na sumieniu? Bądź pewien, że nie żartujemy! Tu nie będzie żadnych świadków.

Cała piątka otoczyła go szczelnie.

– Nie, nie! Tu jest siedemdziesiąt stopni, to nieludzkie, nie możecie tego zrobić!

– Ostatnia szansa, Svarten! Nazwiska – rzekł Olaf.

Svarten obejrzał się za siebie, w dole groźnie błysnęła parująca woda.

– Dobrze, powiem!

I z jego ust posypały się nazwiska. Olaf notował: właściciele dyskotek, sekretarze ambasad, lekarze, kierowcy tirów – cała gama profesji.

A potem obezwładnili Svartena i popchnęli w stronę wyjścia.

– To terror! – krzyczał. – Władze w Norwegii zostaną poinformowane o metodach stosowanych przez policję! Zastraszyliście mnie, zmusiliście do mówienia! Gotowi byliście mnie zepchnąć we wrzącą kipiel. Widziałem to po was!

– Tak, rzeczywiście.

– Mordercy!

– Woda miała czterdzieści stopni, więc zamknij się już! – przerwał mu Johannes.

Svarten oniemiał. Czterdzieści stopni? Oszukali go, żeby wymusić zeznania!

Co go czeka teraz w Norwegii? Więzienie, ale nie to jest najgorsze. Znał dobrze swoich wspólników. Nie spoczną, póki nie będzie martwy. Dopadną go nawet za kratkami.

Może jeszcze nie wszystko stracone? Wprawdzie te chłystki wiedzą, że nazywa się Svarten, jednak nie mają pojęcia, kim jest naprawdę. Nikt nie zna jego prawdziwych personaliów. Jeszcze ma szansę uciec. Jeśli tylko dostanie się do Rejkiawiku, może wsiąść w samolot lecący na Grenlandię. A stamtąd do Kanady…

Wściekły, że znalazł się w tak beznadziejnej sytuacji, szarpnął się gwałtownie, jakby strach dodał mu sił. Wyrwał się i zawrócił biegiem na teren rozciągający się za „Kościołem”. Zdołał ominąć dziury wypełnione wodą i umknął.

Nadal znajdowali się w strefie podwyższonego niebezpieczeństwa, oddalonej od rejonu wyznaczonego dla turystów.

Desperacja dodała mu skrzydeł i ścigający potrzebowali kilku sekund, by się otrząsnąć z zaskoczenia.

Ruszyli w pogoń, ale uciekinier miał nad nimi przewagę. Odwrócił się, żeby sprawdzić, czy za nim biegną, gdy…

Nie powinien był tego robić. Ku przerażeniu policjantów Svarten nagle zniknął im z oczu. Z rozdzierającym krzykiem wpadł do otworu, który pojawił się nieoczekiwanie pod jego stopami.

Goniący mężczyźni zatrzymali się przy krawędzi – krzyk ofiary brzmiał coraz ciszej, wreszcie gwałtownie ustał. Głęboko w dole rozległ się plusk wody.

– O Boże – wyszeptał Olaf. – Jak my go stamtąd wydostaniemy?

– Nie ma sensu nawet próbować – powiedział młody policjant. – W tym miejscu jest głęboko, a woda osiąga prawie temperaturę wrzenia. Źródła różnią się temperaturami, rozumiecie?

Olaf odwrócił się.

Ellen przespała obiad i kolację. Tak silnie zadziałała tabletka nasenna, poza tym dziewczyna była kompletnie wyczerpana.

Śnił jej się jakiś koszmar o Diabelskich Kotłach, o miłym, nieporadnym Magnusie Pedersenie, który nagle okazał się uosobieniem zła. Zdawało jej się, że nigdy, ale to nigdy stamtąd nie wróci. Wszystko, co przeżyła na jawie poprzedniego dnia, wróciło na nowo w mrocznym śnie, dlatego rzucała się na łóżku i krzyczała rozdzierająco.

Gdy się obudziła, zobaczyła nad sobą twarze przyjaciół. Ellinor, nie wiedząc jak pomóc Ellen, sprowadziła w środku nocy Olafa i Johannesa.

– Już dobrze – powtarzał Olaf swym ciepłym, kojącym głosem. – Wszystko minęło, Ellen. Nic ci nie grozi.

Z trudem łapała powietrze w płuca, szukała po omacku kogoś, do kogo mogłaby się przytulić. Olaf i Ellinor wycofali się więc dyskretnie i Ellen została z Johannesem sama. Johannes miał na sobie tylko spodnie i koszulę, której w pośpiechu nie zdążył zapiąć. Jego skóra była gorąca, ramiona silne i bezpieczne.

Z wolna strach ustępował, Ellen przestała się trząść.

Niechętnie oswobodziła się z objęć Johannesa i popatrzyła na niego.

– Hej! – odezwała się zachrypniętym głosem i uśmiechnęła się. – Dziękuję za pomoc!

– Powiedz, czujesz się na siłach, by porozmawiać trochę ze mną?

– Oczywiście.

Pomógł ułożyć się jej na poduszce, a dziewczyna spojrzała pytająco w jego twarz, jak zwykle pełną powagi.

– Posłuchaj, Ellen… Wcześnie rano wyjeżdżamy z Olafem do Norwegii. Wzywają nas obowiązki, nie jesteśmy tu na wakacjach. Svarten został unieszkodliwiony, tak że nie potrzebujesz się go dłużej obawiać. Musimy złożyć raport i aresztować pozostałych członków narkotykowej mafii.

– W takim razie jedziemy z wami – rzuciła pośpiesznie.

– Nie, wrócicie razem z wycieczką, szkoda, żeby przepadły wam bilety. Za dwa dni się spotkamy.

– Ale ja muszę stąd wyjechać. Chcę wrócić do domu, do mojego przytulnego mieszkania, i trochę odpocząć. Jestem kompletnie wyczerpana fizycznie i psychicznie.

Popatrzył na nią. Jego zielone oczy błysnęły jakoś dziwnie w świetle lampy.

– Zielonooki Potwór – mruknęła jakby nieobecna duchem.

– Co mówisz?

– Tak cię nazywałam w myślach. Bo wiesz, tak naprawdę, to nigdy nie przestałam o tobie myśleć.

W tej samej chwili zobaczyła swe odbicie w lustrze.

– Jak ja wyglądam. Mam oczy jak królik!

– Zaczerwienienie zniknie w ciągu kilku dni, nie przejmuj się. Ale posłuchaj, Ellen, muszę ci powiedzieć o czymś, czego nie wiesz.

– Czy stało się coś jeszcze?

– Niestety, Goggo, to znaczy Ågot Lien, nie żyje, została zamordowana przez Bjarnego Lange i jego pomocnika.

– Co ty opowiadasz? – wyszeptała zastygłymi wargami, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu.

– To się stało tego wieczoru, kiedy pojechałyście z Ellinor do Oslo. Gdybyś została w domu do następnego dnia, jak wcześniej planowałyście, przeżyłabyś potworny szok.

– O czym ty mówisz? – przełknęła głośno ślinę.

Zastanawiał się, jaką dawkę dramatycznych wieści dziewczyna jest w stanie znieść. Wydawała się taka drobna i bezradna, kiedy tak leżała, wpatrując się w niego napuchniętymi i zaczerwienionymi oczyma, a przy tym taka słodka. Z trudem oderwał od niej wzrok

– Zamordowali ją na strychu, tuż przy wejściu do twego mieszkania. Chodziło im o to, by winą obciążyć ciebie.

Długą chwilę nie pojmowała, o czym on w ogóle mówi. Ale gdy w końcu prawda do niej dotarła, wyciągnęła rękę, którą Johannes delikatnie ujął w obie dłonie.

– Wiem, że nie jest to najlepszy moment, by mówić ci o tym, ale nie mamy pojęcia, co zrobić z tobą, kiedy wrócisz z wycieczki. Zależało mi jednak, żeby cię na to przygotować.

Pokiwała niemo głową.

Wiedział, że Ellen jest silna, mimo że wyglądała tak, jakby byle powiew wiatru mógł ją zmieść.

– Czy masz się gdzie zatrzymać? – spytał cicho. – Przypuszczam bowiem, że będziesz się bała…

– Ależ nie, wrócę do siebie – oznajmiła, po raz kolejny zaskakując go swą siłą charakteru. – W każdym razie na kilka dni. Wiesz… – urwała.

– Co chciałaś powiedzieć?

– Wydaje mi się, że byłoby nie fair wobec Goggo, gdybym bała się tam mieszkać, tylko dlatego, że ona tak tragicznie tam zginęła. To prawda, że zachowywała się obrzydliwie, ale wiesz, mnie zawsze było jej żal. Człowiek, który tak postępuje, z całą pewnością ma kłopoty z samym sobą. Zresztą ja również nie zawsze byłam dla niej miła. Zapewne będę się przemykać pośpiesznie przez korytarz do mego mieszkania, ale kilka dni jakoś wytrzymam. Potem…

– Zamierzasz wrócić do Siljar? – spytał cicho.

– Właśnie o tym myślałam. Nie wiem, Johannes.

– Twój dom został podzielony na mieszkania dla kilku rodzin, więc to może trochę potrwać…

– Rozumiem. Nie mam zamiaru nikogo wyrzucać na bruk.

Johannes wyraźnie zmagał się ze sobą, jakby chciał coś wyznać. W końcu rzekł niepewnie:

– Mieszkam w dużym mieszkaniu na przedmieściach Oslo. Jest źle umeblowane i wydaje się jakieś takie gołe. Mogłabyś się wprowadzić, zabrać ze sobą swoje piękne meble i rzeczy. Pracę na pewno gdzieś znajdziesz. O ile nie zechcesz znów zająć się tkaniem.

Twarz Ellen rozjaśniła się na dźwięk ostatniego słowa, ale po chwili rzekła:

– Nie, Johannes, nie mogę się wprowadzić do samotnego mężczyzny. Nie wypada – dodała, wyraźnie ubawiona tym staroświeckim słowem.

– Chyba masz rację. Żadne z nas nie hołduje zbyt swobodnym obyczajom. Z drugiej jednak strony… chyba nie pozwolimy na to, żeby Arild zwyciężył? On chciał nas rozdzielić i udało mu się.

– Tak – zamyśliła się Ellen. – Udało mu się to tak znakomicie, że mam spore obawy przed kontynuowaniem znajomości z tobą. Ciągle jeszcze mnie przerażasz. Pomyśl, co będzie, jeżeli kiedyś w przyszłości nabierzesz podejrzeń, że cię zawiodłam lub że kłamałam, chociaż to wcale nie będzie prawdą? Wówczas obudzi się na nowo ta gorycz i nienawiść, prawda?

Spuścił wzrok.

– Rozumiem twoje obawy, ale czy nie sądzisz, że czegoś się nauczyłem? Przez cały dzień i noc wiele myślałem, rozważałem wszystko w mym sumieniu. Ellen, mogę cię zapewnić, że bez względu na to, co przyniesie przyszłość, nigdy więcej nie zwątpię w twe słowa. Przekonałem się, że naprawdę można ci ufać. Wiem, że zawsze będziesz wobec mnie szczera i nawet jeżeli ktoś stanie między nami, potrafisz otwarcie powiedzieć mi o wszystkim.

– Naturalnie – odrzekła i miała na końcu języka pytanie, czy to oświadczyny. Ale przecież nie mówi się tak do poważnego mężczyzny!

– Powiedz, czy znasz telefon do Svartena, jak się tego obawiał?

– Chyba nie… – zamyśliła się, a potem dodała: – Słuchaj, czy zobaczę cię po powrocie do domu?

– Nie od razu. Mamy pełne ręce roboty, musimy zlikwidować całą siatkę. Wiąże się to z wyjazdami, nie wiem, czy zdążymy podjechać na lotnisko, by was odebrać. Ale jak tylko się z tym uporamy, przyjedziemy do Vanningshavn. Już rozmawialiśmy o tym z Olafem i Ellinor. – Na moment zamilkł, a potem dodał: – Ellen… pomyślałaś o tym, że jesteś teraz bardzo bogata? Ponieważ zostałaś uznana za zaginioną, spadek po twojej matce pozostał nienaruszony.

– Tak, masz rację – przyznała i nie mogła się oprzeć pokusie, by nie zażartować. Siląc się na powagę, dodała więc: – Tak, Johannes, jestem znakomitą partią.

Wreszcie się uśmiechnął, tym samym pięknym uśmiechem jak przed wielu laty, gdy go poznała.

– Tak – powiedział. – Będę musiał to rozważyć.

Zanim wyszedł z pokoju, pogłaskał ją pośpiesznie, z zakłopotaniem, po policzku.

– Do zobaczenia – szepnął zachrypniętym głosem.

Policjanci z Vanningshavn przezornie uprzątnęli cały strych i opróżnili go ze wszystkich zbędnych sprzętów, by Ellen nie musiała lękać się ciemnych zakamarków. To sprawiło dziewczynie wielką ulgę. Czarujący jak zwykle Arve Ståhl powitał „swoje dziewczyny” ciepło, przekonany, że są bardzo uszczęśliwione spotkaniem z nim. Poza tym chyba rzeczywiście się trochę za nimi stęsknił.

Ale kiedy na weekend zjechał Johannes i Olaf, zrozumiał, że on, „niezwyciężony”, tym razem doznał porażki. Stracił humor i zaczął opowiadać o jakiejś dziewczynie z miasta, która za nim szaleje. W końcu sobie poszedł, specjalnie nie zatrzymywany przez nikogo.

Ellen wiele myślała o Johannesie. Prawdę mówiąc, od świtu do nocy nic bardziej nie zajmowało jej myśli, a jego twarz widywała nawet we śnie. Dostrzegała teraz jego częste spojrzenia, w których radość mieszała się z nadzieją. W ciągu tych kilku dni, gdy przebywali z dala od siebie, ich myśli i uczucia dojrzały i wyklarowały się. Ellen wiedziała już, czego chce, a i on, zdawało się, nabrał pewności.

Ale do konkretnych decyzji jeszcze było daleko.

Mężczyźni opowiedzieli, jak zlikwidowali mafię narkotykową, ale niestety nie udało im się ustalić, kim naprawdę był Svarten.

Po południu Olaf zaszył się z Ellinor w jej mieszkaniu, a Ellen została z Johannesem sama.

Na długą chwilę zaległa między nimi cisza, bo żadne nie wiedziało, co powiedzieć.

– Zagotować kawy? – spytała w końcu niepewnie.

– Ech, tak, dziękuję – odparł, aczkolwiek nie kawa zajmowała jego myśli.

Boże, jaka ona piękna, powtarzał z zachwytem w duchu, czując, że sprawia mu to niemal fizyczny ból.

Wyszła do swej niewielkiej kuchenki. Johannes usiadł i zabrał się do czytania gazety, niezadowolony z siebie, że nie potrafi sprostać tej nowej sytuacji. Ale nie miał wielu doświadczeń.

Nagle poderwał się i podbiegł do niej:

– Ellen, zobacz!

Stali teraz blisko siebie i pośpiesznie przebiegali wzrokiem notatkę w gazecie.

„Gdzie jest senator Nils Bjerke?

…zaginął przed dwoma tygodniami, po tym jak w wielkim pośpiechu opuścił swój dom i udał się w podróż do nieznanego miejsca… szanowany obywatel miasta, cieszący się powszechnym zaufaniem, członek wielu fundacji i rad nadzorczych, prezes kilku stowarzyszeń i komitetów…”

– Czy nie ma jego fotografii? – zapytała Ellen, podniecona ciepłem płynącym od ciała Johannesa. – Zobacz w innej gazecie!

Znaleźli. Wprawdzie zdjęcie zaginionego senatora było dość nieostre, ale ani przez moment nie mieli wątpliwości, że to Svarten.

– Senator! – zdumiała się Ellen. – Po co mu były narkotyki?

– No cóż, praca w różnych fundacjach i komitetach to zajęcie szlachetne, rzadko jednak przynosi wymierne korzyści finansowe. Raczej przeciwnie. Jeśli chciał żyć na wysokiej stopie, musiał znaleźć inne źródła dochodu. A więc zagadka rozwiązana. Nie znałaś tego nazwiska?

– Nils Bjerke? Nigdy nie słyszałam.

– W takim razie całkiem niepotrzebnie cię tropił i usiłował usunąć. Padł ofiarą własnego strachu.

Ellen zwróciła uwagę, że Johannesowi głos się zaczyna łamać, a dłonie drżą. Spłoniona pojęła, że to jej bliskość tak na niego działa. Ten twardy, nieprzystępny Johannes? Pragnienie, by spocząć w jego ramionach, poczuć delikatną pieszczotę dłoni, zdawało się ją niebezpiecznie rozpalać.

Johannes także już nie był w stanie nad sobą zapanować. Rzucił gazetę na podłogę i niepewnie objął dziewczynę ramieniem.

– Myślałaś o przeprowadzce… do mnie? Czy zamierzasz znowu tkać?

– Tak – szepnęła, bo i jej głos się załamał. – Ale…

– Wiem, co chcesz powiedzieć – uśmiechnął się. – Uznaj to za oświadczyny!

Spuściła wzrok i dygnąwszy odpowiedziała:

– W takim razie się zgadzam.

Jej usta były dokładnie takie miękkie, jak sobie wyobrażał, a ona sama subtelna i onieśmielona, jak się spodziewał.

Rzucił spojrzenie na drzwi wychodzące na strych.

– Ellen… Ty nie widziałaś tego, co ja. Wiesz, wolałbym zabrać cię ze sobą do domu jeszcze dziś wieczór. Zapakuj od razu tyle, ile się zmieści do samochodu, po resztę przyjedziemy później.

Trochę ją zaskoczył, wszystko stało się tak nagle. Zgodziła się jednak, bo doskonale go rozumiała.

– Świetnie! Przeniosę cię przez próg i z całego serca powitam, bo tęskniłem za tobą od lat.

– Ja także tęskniłam, Johannes – szepnęła Ellen, opierając głowę na jego ramieniu. – Nareszcie zrozumiałam, dlaczego tak bardzo rozpaczałam z powodu utraconej przyjaźni.

– To już minęło, Ellen. Wszystkie koszmary z naszego życia wreszcie zniknęły.

Margit Sandemo

***