/ Language: Polski / Genre:antique

TĘSKNOTA

Margit Sandemo


MARGIT SANDEMO

TĘSKNOTA

Saga o Królestwie Światła 18

Z norweskiego przełożyła

ANNA MARCINIAKÓWNA

POL - NORDICA

Otwock

RODZINA CZARNOKSIĘŻNIKA

LUDZIE LODU

INNI

Ram, najwyższy dowódca Strażników

Inni Strażnicy: Rok, Tell, Kiro, Goram

Faron, potężny Obcy

Oriana i Thomas

Lilja, młoda dziewczyna

Paula i Helge, Wareg

Misa, Tam, Chor, Tich i mała Kata, Madragowie

Geri i Freki, dwa wilki

Ponadto w Królestwie Światła mieszkają ludzie wywodzący się z rozmaitych epok,

tajemniczy Obcy, Lemuryjczycy, duchy Móriego, duchy przodków Ludzi Lodu, elfy wraz z

innymi duszkami przyrody, istoty zamieszkujące Starą Twierdzę oraz wiele różnych zwierząt.

Poza tym w południowej części Królestwa Światła żyją Atlantydzi, a w Królestwie

Ciemności - znane i nieznane plemiona.

Wnętrze Ziemi

(jedna połowa)

STRESZCZENIE

Królestwo  Światła   znajduje  się w centralnym   punkcie   wnętrza   Ziemi.   Oświetla   je

Święte Słońce.

Obcy, Lemuryjczycy, Madragowie i pewna część żyjących w Królestwie Światła ludzi

zdołali stworzyć eliksir, który jest w stanie usunąć wszelkie złe i wrogie myśli z ludzkich

umysłów   i   serc.   Mają   oni   wielki   cel:   zaprowadzić   na   powierzchni   Ziemi   trwały   pokój   i

uratować od zagłady planetę Tellus.

„Czas” w Królestwie Światła jest określeniem pozbawionym znaczenia, tymczasem

jednak w świecie zewnętrznym nastał już rok 2080.

Jori i Sassa, z pomocą Marca i jego przyjaciół, a także niektórych duchów, zdołali

zwalczyć   korupcję   oraz   panowanie   mafii   na   świecie.   Mimo   wszystko   pozostaje   jeszcze

bardzo wiele do zrobienia, dlatego też z Królestwa Światła przybyło na powierzchnię Ziemi

wiele grup ratowników.

Sassa i Jori w okresie swojej pracy na Ziemi wzięli ślub, tym samym po raz pierwszy

w dziejach doszło do połączenia rodów Ludzi Lodu i Czarnoksiężnika.

1

-   Chodźcie   -   powiedział   cicho   Goram.   -   Chodźcie,   a   zobaczycie   coś   absolutnie

wyjątkowego!

Berengaria i Móri zaciekawieni podążyli za nim.

Chociaż   słońce   zapowiadało   już   swoje   przybycie,   rozjaśniając   delikatną   poświatą

horyzont na wschodzie, wciąż jeszcze panował mrok.

Przybyli na powierzchnię Ziemi niemal równocześnie z Jorim i Sassa, znajdowali się

też niezbyt daleko od nich. Móriemu i jego dwojgu towarzyszom przydzielono kraje położone

nad Zatoką Meksykańską oraz wyspy na Morzu Karaibskim. Teren ich działania obejmował

Amerykę   Środkową,   północne   rejony   Ameryki   Południowej   oraz   południowe   terytoria

Ameryki Północnej. Rozległy, ale niespecjalnie trudny region.

Dotarli właśnie do płaskowyżu boliwijskiego, szczyty i wzniesienia sięgały tu niemal

chmur, a doliny zdawały się schodzić w głąb aż do samego piekła.

Wylądowali bardzo wysoko, Goram zręcznie przeprowadził gondolę z bazy rakietowej

między górami. Wysiadł teraz i zaproponował swym towarzyszom pełną niezwykłych wrażeń

przerwę, zanim zabiorą się do pracy.

- Zaciekawiasz mnie - rzekła Berengaria, chyba najbardziej urodziwa istota pośród

wszystkich wysłanników Królestwa Światła.

Goram uśmiechnął się tajemniczo, ale nie powiedział nic. Szli tuż pod szczytami.

- Ty już tutaj byłeś - skonstatował Móri.

- Odwiedziłem chyba większość ziemskich krajów - przyznał Goram. - To należy do

naszego wykształcenia.

- Ale przecież jesteś Lemuryjczykiem! Jak sobie z tym radziłeś?

- Trzeba się nauczyć unikać ludzi.

Goram zboczył z drogi i podszedł do samego skraju wzniesienia.

- A teraz ostrożnie, żeby się któreś nie potknęło w mroku - ostrzegł.

Berengaria   instynktownie   cofnęła   się   o   krok.   Stała   oto   na   krawędzi   i   patrzyła   w

otchłań tak głęboką, że zakręciło jej się w głowie; nigdy w życiu nie przyszłoby jej na myśl,

że coś takiego może w ogóle istnieć.

- Miałeś rację, Goram - uśmiechnął się Móri. - Dla tego widoku warto było zboczyć z

drogi.

-   Jeszcze   nie   zobaczyliście   nawet   połowy   -   rzekł   Goram   stłumionym   głosem.   -

Chodźcie teraz za mną, tylko najpierw dobrze się rozejrzyjcie.

Powoli zaczął schodzić w dół i zatrzymał się na dość szerokiej półce nad rozległym

skalnym nawisem.

- Usiądźmy tu i poczekajmy - powiedział. - Teraz to już niedługo.

Zrobili, jak kazał.

Wszyscy troje oparli się plecami o chłodną skałę.

- Ta niewiarygodna rozpadlina powinna chyba być powszechnie znana - zastanawiał

się Móri.

- To największa głębia na Ziemi - wyjaśnił Goram. - To znaczy największa głębia

lądowa. Ale nie jest zbyt dobrze znana, znajduje się za bardzo na uboczu, jeśli można tak

powiedzieć. Ludzie znają ją jako miejsce, w którym nocują kondory. One sypiają tam, na

dnie. Mówi się o tej rozpadlinie „wąwóz kondorów”

- Oj! - zdziwiła się Berengaria i zaczęła nucić stary szlagier „El condor pasa”. Co

prawda   to   nie   dokładnie   to   samo,   ale   słowa   brzmiały   podobnie.   Obaj   mężczyźni

przysłuchiwali się z uśmiechem.

Robiło   się   coraz   widniej   i   nagle   promienie   słońca   padły   na   skały   nad   głębiną,

oświetlając je złocistoczerwonawym blaskiem.

- Fantastyczne! - wykrztusiła Berengaria.

Goram chwycił ją za ramię, a drugą ręką pokazał w dół:

- Patrz!

Odwróciła głowę ku dolinie.

Kiedy promienie słońca ogrzały skałę, z głębi otchłani, z szumem ciężkich skrzydeł,

zaczęły   się   powoli   wyłaniać   potężne   ptaki.   Słyszała,   że   Móri   wstrzymuje   dech,   ona

odczuwała ten sam głęboki podziw i coś w rodzaju lęku.

Kondory w milczeniu, zataczając powoli kręgi, unosiły się coraz wyżej. Na szeroko

rozpostartych,   trzymetrowych   skrzydłach,   czarne,   żeglowały   majestatycznie   wolno   ku

porannej czerwieni na wschodniej stronie nieba.

Berengaria mimo woli przywarła do skały, gdy nieduża gromadka ptaków przeleciała

z szumem w pobliżu, jakieś pięć, może sześć metrów od nich. W milczeniu, kondory bowiem

nie posiadają organów głosowych. Po chwili zniknęły w oddali.

Z dołu jednak nadlatywały wciąż nowe. Trzy istoty na skalnej półce zapomniały o

całym świecie, o upływie czasu, gdy, wciąż wstrzymując dech, z przejęciem obserwowały

rozgrywające się misterium.

- Lilja powinna to zobaczyć - mruknął Goram z odcieniem bólu w głosie.

Móri popatrzył na niego.

- To by się chyba dało załatwić - powiedział spokojnie.

- Nie - zaprzeczył Goram. - Nie, to niemożliwe.

Móri powstrzymał się, żeby nie powtarzać już swego: „Sprawiasz ból i jej, i sobie tym

swoim uporem”.

Rzeczowy Móri nie potrafił zrozumieć, jak można się tak zachowywać. Podobnie jak

inni nie pojmował, dlaczego to jest takie ważne, żeby służyć Świętemu Słońcu akurat tak, jak

Goram   i   inni   elitarni   Strażnicy.   Czy   naprawdę   dla   tej   służby   muszą   rezygnować   ze

wszystkiego? Mnisi, zakonnice, zakony rycerskie, to już sprawy przebrzmiałe, staroświeckie.

Życie jest darem. Czy nie powinno się go wykorzystywać najlepiej jak to możliwe?

Dla Gorama jednak widocznie ta służba jest najlepszym, co może ze swoim życiem

uczynić.

Głupstwa!

W bardzo uroczystym nastroju wracali do gondoli, gdy nagle Móri powiedział:

- Rozmawiałem niedawno z moim synem, Dolgiem. Zastanawiał się, czy ty, Goram,

nie chciałbyś się zamienić na miejsca z Armasem.

- Ale dlaczego? - zdziwił się Strażnik.

- Bo Armas i Lilja nie umieją ze sobą współpracować. Wszyscy wiemy, że Armas

potrafi  być  dość  kłopotliwy.   Początkowo  myślałem,   że  jest  po  prostu  snobem,  ale  kiedy

zakochał się w prostej dziewczynie, w Kari...

- Kari wcale nie była żadną prostą dziewczyną - przerwała mu Berengaria. - Pamiętaj,

że w baśni to córka bogatego człowieka!

- Masz rację. W każdym razie Armas nie uznaje Lilji. Wprawdzie nie dokucza jej, nie

okazuje wrogości, ale ją po prostu ignoruje, rozmawia tylko z Dolgiem. Lilja źle się z tym

czuje, jest przygnębiona, Dolgowi nie podoba się ta cała sytuacja.

Goram się nie odzywał, ale Berengaria zareagowała natychmiast:

- Myślisz, że on mógłby tu naprawdę przyjechać? Na miejsce Gorama? Ja się na to nie

zgadzam!

- Dziękuję ci - wyszeptał Goram.

- A ja myślałem, że ty masz słabość do Armasa, Berengario - zdziwił się Móri.

- Ja? Do Armasa? Do tego nadętego bubka? Nie, nig... - przerwała, w odpowiedniej

chwili zdążyła się opanować. - Zresztą on mnie nie znosi, dobrze o tym wiesz, wujku Móri.

- Kochana Berengario, nie nazywaj mnie wujkiem, choć trudno zaprzeczyć, że nim

jestem. Czuję się z tego powodu bardzo stary - skrzywił się Móri.

Berengaria i Goram wybuchnęli śmiechem.

- Ty, stary? - wołał Goram. - Chyba że chodzi o wiedzę i doświadczenie, bo jeśli masz

na myśli wygląd i zachowanie...

-  Dziękuję,   dziękuję,   ale   poważnie   mówiąc,   Berengario,   Armas   będzie   musiał   cię

znosić. Dolg jest za miękki, żeby mu wygarnąć, kiedy na to zasłuży. Ja też nie będę w tym

maczał palców. Ale przecież wszyscy wiemy,  że ty, Berengario potrafisz się odciąć, jeśli

trzeba. Czas najwyższy, by ten młodzieniec nauczył się zachowywać przyzwoicie.

Zapadła   cisza.   Słońce   stało   już   dość   wysoko   na   niebie,   jednak   wciąż   jeszcze   nie

ogrzało powietrza. Rześki, przyjemny chłód przenikał górzysty krajobraz Boliwii. Właśnie

teraz, kiedy wracali do swojej gondoli, spoglądali w dół, na inną dolinę, otoczoną równie

stromymi skałami, ale nie tak głęboką jak wąwóz kondorów. Wszystko było bajecznie piękne

i nieprawdopodobne.

Móri i Berengaria zwrócili uwagę na to, że Goram zrobił się milczący i zamyślony.

- Nie chcesz się zamienić? - zapytał Móri cicho.

- Nie chcę. A zarazem bardzo bym chciał. Świetnie się tu z wami czuję...

- My z tobą też! - wykrzyknęli oboje.

Goram mówił dalej:

- No i staram się trzymać z daleka od Lilji. Ale nie mogę dopuścić, by miała takie

problemy, żeby ktoś ją traktował w ten sposób.

Czekali. Goram spoglądał gdzieś w dal ponad andyjskim płaskowyżem, w jego oczach

widzieli rozpacz.

- Gdzie oni się teraz znajdują? - zapytał w końcu.

Móri odetchnął z ulgą.

- Odpowiadają za północne tereny podbiegunowe, to znaczy za Alaskę, duże obszary

Kanady, Syberię i tak dalej, dookoła kuli ziemskiej. To bardzo zimna przyjemność.

- Zimno zniosę. Ale...

Nie dokończył, jakby się wahał, a wtedy Móri wtrącił:

-   Akurat   w   tej   chwili   znajdują   się   w   Kanadzie,   mógłbyś   wykorzystać   okazję,   to

stosunkowo niedaleko!

Wyraz twarzy Gorama powiedział im, że podjął decyzję.

Wrócili do bazy rakietowej. Wkrótce przybył tam dość z siebie zadowolony Armas w

swojej   małej   gondoli.   Goram   miał   podróżować   własną.   Móri   i   Dolg   dyplomatycznie

wytłumaczyli Armasowi, że właśnie Móriemu potrzebne są jego specjalne zdolności, by mógł

wypełnić   powierzone   mu   zadanie.   Syn   Obcego   przyjął   to   bez   zastrzeżeń,   ale   nie   bardzo

ucieszyła go perspektywa współpracy z Berengaria.

- Ona za mną lata - wyznał szeptem Móriemu, kiedy Berengaria znajdowała się na tyle

daleko, by tego nie słyszeć.

- Berengaria? Cóż za głupstwa - zaprotestował Móri. - Mogę cię zapewnić, że ona ma

zupełnie inne zainteresowania.

Urodziwa twarz Armasa spochmurniała, nie ustępował jednak:

- Jest taka roztrzepana i wciąż gada byle co.

-   Chyba   nie   bardzo   jej   się   ostatnio   przyglądałeś.   To   wszystko   należy   już   do

przeszłości. Berengaria bardzo wydoroślała - powiedział Móri. - I zapamiętaj sobie, Armas,

nie chcę tu, w mojej grupie, żadnych złośliwości i kłótni. Tutaj wszyscy akceptujemy siebie

nawzajem i odnosimy się do siebie życzliwie. Żarty, proszę bardzo, nawet przekomarzania,

do tego mamy prawo, ale żadnego okazywania niechęci czy ignorowania kogokolwiek.

Może   słowa   czarnoksiężnika   poruszyły   sumienie   Armasa,   w   każdym   razie   skinął

głową i bąknął, że rozumie.

Chociaż pierwszy jego uśmiech do Berengarii wypadł nieco krzywo.

Wkrótce Goram się pożegnał.

Stał w unoszącej się coraz wyżej gondoli i długo jeszcze patrzył w dół na przyjaciół, z

którymi się właśnie rozstał.

Mieli oni przeżyć wiele trudnych przygód, ale o tym on jeszcze nie wiedział. Wiedział

teraz tylko jedno, że mianowicie wkrótce zobaczy Lilję i to przepełniało jego myśli lękiem, a

ciało gwałtowną tęsknotą, która przesłaniała wszystko inne.

2

Tak przesadnie blisko do Dolga i Lilji nie było. Oczekiwali na Gorama w najbardziej

na   północny   zachód   wysuniętej   części   Kanady,   w   pobliżu   małego   miasteczka   o   nazwie

Aklavik.   Goram   nie   wiedział,   czy   mieszkają   tam   Indianie,   czy   Eskimosi,   choć   nazwa

wskazywała   wyraźnie   na   eskimoskie   pochodzenie.   Zresztą   może   nawet   norweskie   albo

islandzkie. Bo w północnej Kanadzie od dawna pewien procent mieszkańców miał korzenie

nordyckie.

Goram  przeleciał  nad   potężną   rzeką  Yukon,  toczącą   swe  wody poprzez   wymarły,

nieprzyjazny   krajobraz.   Popatrzył   w   dół   na   opuszczone   dawne   kopalnie   złota   w   rejonie

Klondike,  szarzejące   w  blasku  poranka.  Upiorne  osiedla,   w  których   wiatr  szarpał  na  pół

zawalone   domy   i   wzniecał   kłęby   kurzu   na   pustych   ulicach.   Widział   stolicę   terytorium,

Dawson, które zostało zbudowane niemal z dnia na dzień w okresie największej gorączki

złota. W najlepszych czasach liczba mieszkańców dochodziła do dwudziestu tysięcy, teraz

żyło tam nie więcej niż kilkaset osób.

Potem znowu przed oczami Gorama długo rozciągał się wymarły, otwarty krajobraz,

nie zakłócony niczym aż do wybrzeży Oceanu Lodowatego.

Zobaczył ich z bardzo daleka, znajdowali się spory kawałek od Aklavik, bo, rzecz

jasna, nie chcieli, by ktoś odkrył ich obecność. Najpierw dostrzegł ich gondolę i świecące się

latarki, które wskazywały mu drogę. Tu, daleko na północy, panowała dość jasna, wiosenna

noc, widział więc wyraźnie dwie sylwetki, nawet kiedy mrugnąwszy im na powitanie, zgasił

własne światła.

Oto ona! Serce Gorama przepełniło trudne do opanowania uczucie, które go o mało

nie   zadławiło.   W   ogarniającym   go   wielkim   szczęściu   na   widok   jej   drobnej   postaci   było

bowiem tyle smutku...

Blond   loki   wysunęły   się   spod   obszytego   futerkiem   kaptura.   Jak   wszyscy,   Lilja

używała syntetycznego futra, nigdy naturalnego.

Goram uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienie Indry, która pojechała na Ziemię

we wspaniałym futrze do złudzenia przypominającym skórę żbika. Na plecach przypięła duży

napis: „Gwarantowane sztuczne futro”. To był jej wkład w ochronę zwierząt, nie mogła się

jednak całkiem wyzbyć próżności.

Zszedł nad samą ziemię, wykonał elegancki łuk i wylądował tuż obok ich większej

gondoli.

Lilja... serce tłukło się mocno w piersiach. Czy zdoła znowu spojrzeć jej w oczy? Czy

jego serce podoła takiemu wysiłkowi? Czy to serce nie pęknie z rozpaczy, że nigdy nie będzie

się   mógł   połączyć   z   Lilja?   Cóż,   musi   się   zachowywać   chłodno,   żeby   nie   powiedzieć:

odpychająco, Lilja musi zrozumieć, że nie istnieje dla nich najmniejsza nadzieja. Ale... Nie,

nie wolno mu tak postępować. Armas dostatecznie głęboko ją zranił, Goram nie powinien

gnębić jej jeszcze bardziej.

O, Święte Słońce, to wszystko może się okazać bardzo trudne.

Wyszedł mu naprzeciw Dolg z tym swoim smutnym, pełnym życzliwości uśmiechem.

Dolg, którego nikt w Królestwie Światła nie rozumiał, ale którego wszyscy kochali.

- Jak to dobrze, że przyjechałeś, Goram! Jesteś nam tu potrzebny.

Goram popatrzył na niego zaciekawiony.

- Jakieś problemy?

- Owszem, ale do pokonania.

Teraz podeszła także Lilja. Goram musiał na nią spojrzeć i serce mu się skurczyło

boleśnie na widok jej drobnej, takiej kochanej twarzy. Stwierdził, że była jeszcze ładniejsza,

niż pamiętał. Trzeba powiedzieć, że Goram patrzył zakochanymi oczyma, Lilja bowiem w

żadnym razie nie była nikim wyjątkowym, po prostu młoda, ładna dziewczyna, taka sama jak

tysiące innych ładnych dziewcząt.

Była jednak w ów niewytłumaczalny sposób pociągająca i temu właśnie Goram uległ

bez pamięci. Policzki i czubek nosa Lilji były czerwone od polarnego chłodu, a oczy mieniły

się promiennie ku niemu, spłoszone, niepewne. Zmusił się do uśmiechu. Uświadomił sobie,

że to właściwie wcale nie jest takie trudne, po prostu naturalne zachowanie, zwyczajne. Nie

powinien jednak, pod żadnym pozorem nie powinien się angażować emocjonalnie.

Mój Boże, przecież od dawna jest zaangażowany!

- Na czym polegają problemy? - zapytał, żeby podjąć jakiś neutralny temat.

Dolg zaczął mówić:

- Jak wiesz, w okolicach podbiegunowych mieliśmy się zachowywać z największą

ostrożnością, by nic naruszać równowagi ekologicznej i klimatycznej. To tutaj wyjątkowo

ważne.

- Tak, rozumiem.

- Bardzo więc oszczędnie  używaliśmy eliksiru Madragów. Delikatnie  skraplaliśmy

zamieszkane terytoria.

Goram potakiwał.

Zagadkową, niezwykle piękną twarz Dolga wykrzywił grymas zatroskania.

- Wystartowaliśmy koło Angmagssalik we wschodniej Grenlandii. Dalej na północ nie

ma już ludzi. Posuwaliśmy się wzdłuż wybrzeży wyspy na południe, a potem na południowy

zachód   i   ponad   kanadyjskimi   wyspami   na   północy.   Goram,   wszędzie   tam   powinna   się

rozciągać tundra! Nad fiordami powinni mieszkać Eskimosi!

Goram czekał w milczeniu, Dolg głęboko wciągał powietrze.

- Wszędzie tam zalega lodowy pancerz, Goram! Gruby na setki metrów. Wszyscy

mieszkańcy wysp wyemigrowali. Ziemia Baffina zniknęła pod lodem. Wyspy Ellesmere'a

również, podobnie jak Wyspa Wiktorii. I wszystkie mniejsze wysepki. Lód, lód, wszystko

zlało się w jedno, wyspy i morze, wszędzie tylko lód! Widziałeś Aklavik, prawda?

- Z daleka mignęły mi światła.

- Miasto się ostatnio bardzo rozrosło. Sprowadzili się do niego wszyscy Eskimosi z

bliższych i dalszych okolic. I wcale bym się nie zdziwił, gdyby za jakiś czas musieli się

znowu przeprowadzać dalej na południe.

- Złożyliście odpowiednie raporty?

-   Tak,   ale   wyobraź   sobie,   Obcy   mówią,   że   lody   na   Antarktydzie   wokół   bieguna

południowego topnieją w niepokojącym tempie, odłamują się kolosalne góry lodowe i żeglują

po morzach.

Goram wciągnął powietrze.

- Czyżby groziło nam przemieszczenie się biegunów?

- Ono już się rozpoczęło. Pamiętasz ten niezrozumiały wstrząs, który nie tak dawno

odczuliśmy w Królestwie Światła?

- To był pierwszy sygnał. Ostrzeżenie.

Lilja wtrąciła:

- W takim razie może powinniśmy używać więcej eliksiru? Żeby stopić ten lód...

- Nie mamy go za wiele, Liljo - powiedział Dolg. - A poza tym coś takiego można

robić po przeprowadzeniu bardzo szczegółowych pomiarów i obliczeń.

- A Marco nie może nic na to poradzić?

Obaj mężczyźni uśmiechnęli się. Zawsze, w każdej trudnej sytuacji myśli wszystkich

zwracają się do Marca.

- Niestety, sądzę, że nawet on niewiele mógłby zrobić - odparł Goram. - A ponadto

akurat teraz Marco jest w Zurychu na bardzo ważnym spotkaniu dotyczącym działalności

mafii i wielu innych niebezpiecznych zjawisk zagrażających Ziemi.

- W takim razie nie będziemy mu przeszkadzać - zdecydował Dolg. - Jest jednak

pewne, że coś trzeba z tym zrobić, i to jak najszybciej.

- Może powinno się ostrzec mieszkańców Ziemi?

- Tak, to koniecznie... Chyba że o tym już wiedzą, tylko że lekceważą zagrożenie.

-  W  każdym   razie   Eskimosi   zauważyli,   co  się  dzieje.   Bierzmy  się  tymczasem   do

pracy, wciąż mamy mnóstwo do zrobienia.

Wrócili do swoich pojazdów. Goram nie mógł się nadziwić wielkiemu spokojowi, jaki

go ogarnął, kiedy znalazł  się w pobliżu Lilji. Bał się, że będzie roztrzęsiony,  nie potrafi

myśleć ani działać, tymczasem on miał wrażenie, jakby wrócił po długiej nieobecności do

domu. To naprawdę zadziwiające, ale bardzo przyjemne i kojące uczucie. Od czasu do czasu

ich ręce się dotykały, śliska tkanina ubrań szeleściła przy zetknięciu, a wtedy całe jego ciało

przenikał słodki dreszcz.

W takich momentach myśl o służbie Świętemu Słońcu gdzieś się ulatniała. Niestety,

wracała z bolesnymi wyrzutami sumienia.

Opowiedział Lilji i Dolgowi o wąwozie kondorów i o wrażeniach, jakich tam doznali,

mówił też, że chciałby im to kiedyś pokazać.

- Z pewnością będzie jeszcze okazja - uśmiechnął się Dolg. - A teraz umieścimy twoją

małą gondolę na dachu naszej; zanim zaczniemy pracę, powinniśmy też coś zjeść. Tutaj, tak

daleko na północy, nie musimy się obawiać zestrzelenia.

W tej chwili ich największym zmartwieniem była powiększająca się pokrywa lodowa

na północnej półkuli. Nawet by im nie przyszło do głowy, że wkrótce znajdą się w samym

centrum niepojętego misterium.

3

Oczywiście   światowi   meteorolodzy,   klimatolodzy,   geolodzy   i   inni   tego   rodzaju

specjaliści wiedzieli o zachodzących zmianach klimatycznych. Ale co mieli robić? Nie można

przecież po prostu wybudować stalowego płotu wokół Antarktyki i zatrzymać w ten sposób

rozrastającego się lodowca. Nie da się też niczym stopić antarktycznego lodu.

Te właśnie klimatyczne problemy Ram i Marco roztrząsali w Zurychu Obok wielu

innych, rzecz jasna.

Tymczasem Dolg i jego dwoje przyjaciół kontynuowali swoją krucjatę. Lecieli wolno

ponad majestatyczną Alaską z jej wielkimi górami i rozległymi lasami. Wszyscy dawniejsi

mieszkańcy   tych   terenów   wyemigrowali.   Rejony   na   wschodzie,   wokół   Nome,   Dolg

potraktował   szczególnie   obfitym   prysznicem,   żeby   mieszkający   tam   ludzie   mogli   jeszcze

przez jakiś czas wytrwać. Następnie przecięli Cieśninę Beringa i ruszyli w stronę Syberii. Pod

ich   opieką   znalazł   się   też   półwysep   Kamczatka,   chociaż   położony   jest   na   południe   od

sześćdziesiątego  równoleżnika.  Wydawało   się  jednak  rzeczą  naturalną,   że  to  oni   się  nim

zajmą.

Tutaj inwazja lodu nie rzucała się tak bardzo w oczy. W dodatku Dolg przeżył miłe

zaskoczenie.

- Gorące źródła? - wykrzyknął zdumiony. - Nie wiedziałem, że tu znajdują się takie

zjawiska!

- Jak na twojej ukochanej Islandii - uśmiechnął się Goram. - Zatęskniłeś za nią teraz?

- Bardzo często za nią tęsknię - odpowiedział Dolg poważnie. - A teraz bardziej niż

kiedykolwiek. Czy moglibyśmy wylądować?

- Naturalnie! I tak zrobiliśmy dzisiaj kawał drogi.

Był wczesny wieczór, ale chyba nie musieli się obawiać, że ktoś ich zaskoczy.

- Mieszkają tu jacyś ludzie? - zapytała Lilja.

-   Oczywiście!   Różne   plemiona   ludów   Kamczatki,   przede   wszystkim   Koriacy,   ale

najwięcej jest chyba Rosjan - wyjaśnił Goram, zdając sobie sprawę z tego, że w jego głosie

jest ta niezwykła miękkość, która pojawia się zawsze, kiedy on zwraca się do Lilji.

-   W   takim   razie   również   powinni   otrzymać   swoją   porcję.   I   chyba   możemy   im

podarować trochę bujniejszej wegetacji?

-   Bardzo   chętnie   -   roześmiał   się   Dolg.   -   To   wszystko   są   wymierające   plemiona.

Potrzebują prawdziwego wsparcia, by przetrwać.

Wylądowali i potem długo grzali się przy gorącym źródle w osłoniętej kotlince.

Lilja   siedziała   trochę   na   uboczu   i   przyglądała   się   obu   mężczyznom.   Odczuwała

wielkie, obezwładniające szczęście, że może to wszystko przeżywać, a w dodatku razem z

nimi.

Dolg, taki pełen ciepła, opanowany, tajemniczy. I Goram! Goram zastąpił Armasa,

który ostentacyjnie odnosił się do niej z dystansem. Wprost nie wierzyła, że będzie w stanie

spokojnie powitać Gorama. Tego ranka, kiedy oczekiwali przybycia jego gondoli, bała się, że

zemdleje albo zacznie płakać, albo popełni jakieś inne głupstwo, ale wszystko poszło gładko.

Później  przez cały czas  trzymali  się z dala  od siebie,  ale  przestrzeń  między  nimi

wypełniała   się   jego   niezwykle   intensywną   obecnością.   Lilja   była   boleśnie,   przerażająco

boleśnie świadoma jego bliskości, a bardzo wiele jego gestów, min i reakcji mówiło jej, że on

czuje to samo. Kiedy ze sobą rozmawiali, w głosach obojga drżała tęsknota, której nie byli w

stanie ukryć.

W   każdym   razie   Lilja   wyobrażała   sobie,   że   słyszy   coś   takiego   w   jego   głosie.

Przepełniało ją jednak tyle nadziei, że mogła słyszeć naprawdę wszystko.

W gorących źródłach syczało i bulgotało. Opary siarki unosiły się nad ziemią, ale

zapach nie peszył Lilji. Akurat teraz i akurat tutaj wszystko było w najlepszym porządku.

Jakiś dziwny dźwięk z powietrza sprawił, że wszyscy troje podnieśli głowy.

- Spójrzcie! - zawołała Lilja. - Ptaki! Wielkie ptaki lecące kluczem!

- Dzikie gęsi - stwierdził Dolg.

I wyrecytował cicho, jakby sam do siebie: ,Jaka to tęsknota w wiosenną noc gna na

północ ten ptasi klucz?”

W oczach Lilji rozbłysły łzy. Taki piękny i smutny wydał jej się ten wiersz. I cała ta

sytuacja, klucz gęsi w drodze na północ, do krainy, która być może już nie istnieje. Może na

dawnych swoich terenach lęgowych ptaki zastaną tylko śnieg i lód? I Dolg ze swoją wieczną

tęsknotą do pięknej, ale nieurodzajnej Islandii, on, który otoczony jest w Królestwie Światła

największym luksusem. No i wreszcie ona sama oraz Goram ze swoją nieutuloną tęsknotą...

Goram wykorzystał okazję i wysłał do Rama raport na temat sytuacji na północy.

Głęboko zaniepokojeni długo rozmawiali o możliwych środkach zaradczych. Ram obiecał

skontaktować   się   z   Faronem   i   Erionem,   dziękował   za   obserwacje,   jakie   na   północnych

terenach podbiegunowych poczyniła pracująca tu trójka. Powiedział też, że niedługo spotkają

się wszyscy, grupa Rama i naukowcy, w pewnym hotelu w górach norweskich. Zakończył

pytaniem, czy im czegoś nie potrzeba na tej Dalekiej Północy.

- Nam? Skąd? - roześmiał się Goram. - Przydzielono nam najłatwiejszy z możliwych

teren. Żadnych trudności. Na północ, wzdłuż wybrzeży Oceanu Lodowatego, rozciąga się

tylko  tundra   z małymi  osadami   tu  i ówdzie.  To  wielka   radość  móc  zapewnić   samotnym

plemionom trochę lepszą wegetację. Poza tym nie uważam, by oni sami potrzebowali zbyt

wiele eliksiru. To ludzie z natury dobrzy. Nie, nie napotykamy żadnych problemów.

Taką   wiadomość   Goram   przekazał   Ramowi.   Ale   działo   się   to,   zanim   dotarli   do

wybrzeży Morza Karskiego.

Często lądowali, by odwiedzić samotnie położone wioski, dowiedzieć się, jak ludzie

tam   żyją   i   czy   im   czegoś   nie   potrzeba.   Mieszkały   tu   liczne   plemiona,   często   blisko

spokrewnione z Rosjanami, zawsze jednak można było odnaleźć jądro pierwotnej kultury.

Byli to Czukcze i Jakuci, Ostiacy i wiele, wiele innych. Niektórzy prowadzili osiadły tryb

życia w osadach z normalnymi domami, wielu jednak utrzymywało się z hodowli półdzikich

reniferów, polowania i rybołówstwa. Ci skarżyli się często, że tak wiele gatunków zwierząt

wyniszczono, a wtedy Dolg im obiecywał, że niedługo będzie lepiej.

Tubylcy przyjmowali gości spadających jakby z nieba niezwykle serdecznie, chcieli

pożyczać   swoje   żony   Dolgowi   i   Goramowi,   sami   zaś   pragnęli   kupić   od   nich   Lilję.

Proponowali za nią różne rzeczy, na przykład skórzaną kurtkę. Albo trzy cielaki renifera.

Najwyższą cenę oferował mężczyzna z małego domku, tak się zachwycił piękną blondynką,

że chciał za nią dać całe stado reniferów.

Dolg   musiał   za   każdym   razem   używać   wszystkich   swoich   umiejętności

dyplomatycznych, by wyperswadować gospodarzom ten handel, a wtedy Goram oddychał z

ulgą.

Gdy jednak on sam, Goram, wysiewał najpiękniejsze, bardzo szybko rosnące kwiaty

przed   jurtami   i   ziemiankami   oraz   sadził   wielkie   ilości   wszelkich   warzyw,   zdobywał

wdzięczność i serca kobiet.

Pytanie, skąd obcy przybywają, było poniżej godności ludzi z północnych plemion.

Dolg jednak przedstawił im wyjaśnienia, które przyjęli bez dalszych dociekań.

Gdyby   wszyscy   ludzie   na   Ziemi   byli   tacy   jak   oni,   myśleli   więc   sobie   owi   obcy,

wsiadając do gondoli, by odlecieć dalej.

Odwiedzili po drodze małą wioskę na wschód od półwyspu Tajmyr i kontynuowali

drogę na zachód, gdy Goram coś zauważył.

Zwrócili uwagę, że przed jedną z chat panuje jakiś niepokój. Dziedziniec pełen był

ludzi, najwyraźniej przybyszów.

- Dolg, tam trwa chyba międzyplemienna kłótnia! Widocznie jacyś obcy wdarli się na

nie swoje terytorium.

- Chyba masz rację. O ile pamiętam, tu powinni mieszkać Jurat - Samojedzi - mruknął

Dolg.

- To się musiało stać całkiem niedawno. Dolg, oni się boją! Szczerze mówiąc, są

śmiertelnie przestraszeni!

- Chyba powinniśmy zapytać, o co tam chodzi.

- A ci Samojedzi, czy oni nie mieli czegoś wspólnego z Ludźmi Lodu? Z Shirą?

- Tak, rzeczywiście. Shira pochodzi z Jurat - Samojedów. Wkrótce będziemy na ich

terytorium.

Goram oglądał się za znikającym w oddali małym rybackim osiedlem nad brzegiem

Oceanu Lodowatego.

- Mnie się zdaje, że oni tam zebrali się wszyscy - powiedział.

- No, to liczne plemię rozproszone na ogromnych terenach, na zachodzie ich osiedla

sięgają Morza Białego - uśmiechnął się Dolg.

Lilja nie znała dokładnie całej historii Ludzi Lodu. Goram również nie. Wobec tego

Dolg, który przecież także nie był spokrewniony z Ludźmi Lodu, ale przynajmniej czytał

kroniki Gabriela, opowiedział im w wielkim skrócie historię Shiry i Mara.

- Oni powinni być teraz z nami - stwierdziła Lilja rozmarzonym głosem.

Siedziała tak blisko Gorama, że mogła czuć ciepło jego ciała.

- Masz rację - zgodził się Dolg. - Może powinniśmy ich wezwać. Jeśli nie...

Długie milczenie sprawiło, że Lilja i Goram równocześnie zadali pytanie. Dolg ocknął

się, ale nie odpowiedział. Wpatrywał się w ziemię, nad którą lecieli.

- Tam, w dole, płynie rzeka Jenisej - pokazał. - Ale czy nie zauważyliście, że dzieje się

coś szczególnego z tundrą pod nami?

Był   dzień.   Doszli   do   wniosku,   że   nie   muszą   już   latać   tylko   nocą,   w   tych   słabo

zaludnionych okolicach była to najzupełniej zbędna ostrożność.

- Taaak - wykrztusiła Lilja. - Śnieg jest czarny.

- No właśnie, zresztą ziemia, gdzie nie ma śniegu, również.

- A tak być nie powinno - stwierdził Goram.

- Może właśnie dlatego mieszkańcy tych okolic przenieśli się dalej... - zastanawiała się

Lilja.

- To samo sobie pomyślałem - przytaknął Dolg. - Tutaj musi być trudno wykarmić

renifery.

Lilja siedziała i rozkoszowała się myślą, że Dolg jest tego samego zdania co ona. Coś

takiego bardzo nieśmiałemu człowiekowi poprawia nastrój i zwiększa zaufanie do siebie.

Goram miał się znacznie gorzej. Ona jest tak blisko...

Święte Słońce, modlił się w duchu. Ja naprawdę chcę ci służyć. Ale ona tutaj jest. A ja

tak strasznie pragnę ją ochraniać, przytulić do siebie, poczuć ciepło jej skóry. Pomóż mi,

Święte Słońce, nie potrafię znaleźć wyjścia z tej sytuacji, serce mi się kraje, kiedy pomyślę...

Nigdy bym   nie  przypuszczał,  że   tęsknota   może   być   taka   silna,  taka  głęboka!  Pomóż  mi

przetrwać tę wyprawę tak, by moje zobowiązania wobec ciebie nie zostały naruszone!

Nie potrafił się jednak powstrzymać od jeszcze jednej pokornej prośby: I daj, żeby ta

wyprawa nigdy nie miała końca!

4

Im dalej na zachód się posuwali, tym bardziej przekonywali się, że czarne plamy na

śniegu w tundrze to zaledwie początek. Czarna powłoka stawała się coraz gęstsza, pokrywała

równomiernie   każdy   kawałek   ziemi,   zanieczyszczała   rzeki,   czyniła   tę   część   świata   nie

nadającą się do zamieszkania.

- Tego nie powinno być - powtarzał Dolg raz po raz.

Rozlewali   teraz   szczodrze   eliksir   Madragów.   Obłok   maleńkich   kropel   nieustannie

kładł się na sponiewieranej ziemi, a oni mieli nadzieję, że chociaż tym sposobem usuną trochę

paskudztwa. Nie było jednak czasu, by czekać na rezultaty.

Jeśli  mieli  nadal prowadzić  swoją działalność,  to wkrótce  trzeba  będzie  uzupełnić

zapasy eliksiru, a baza rakietowa została daleko za nimi. Nawiązali łączność ze swoją bazą i

podzielili się troskami, doradzono im stamtąd, że powinni kontynuować pracę, dopóki starczy

im materiału. Prawdopodobnie już teraz mają bliżej do bazy leżącej na zachód od nich, nie

będą   więc   musieli   wracać   po   zapasy   na   Grenlandię,   gdzie   dwóch   Strażników   pilnuje

pojemników z eliksirem.

Tak,   to   chyba   najlepsze   rozwiązanie.   Nawet   pobieżne   spojrzenie   na   mapę   świata

mówiło, że przebyli więcej niż połowę zaplanowanej trasy. Dodało im to otuchy.

Uświadomili sobie także inną rzecz: Otóż w tej części tereny podbiegunowe nie były

skute lodem w tym samym stopniu co okolice Alaski. Kula ziemska przechyliła się nieco od

amerykańskiej strony. Obcy stwierdzili, że jest to minimalne odchylenie, chociaż nawet to

wystarczy,  by zakłócić  równowagę Ziemi,  spowodować podniesienie  się poziomu  mórz  i

wystąpienie ich z brzegów. Wszystko to mogło się w każdej chwili zdarzyć, na niektórych

terenach może nawet już się zaczęło.

- To tak, jakby balansować na wielkiej kuli w cyrku - roześmiał się Dolg nerwowo. -

Bo my naprawdę znajdujemy się teraz jakby po zewnętrznej stronie kuli ziemskiej.

Lilja zadrżała. Tylko jedna jedyna myśl dodawała jej jeszcze odwagi: jest przy niej

Goram i gdyby naprawdę stało się coś strasznego, to będą to przeżywać razem. Cieszyła się

także, iż jest z nimi Dolg, w jego obecności człowiek czuje się spokojny. Ziemia pod nimi

robiła się coraz ciemniejsza. W końcu to Goram wypowiedział słowa, o których wszyscy troje

myśleli, ale też bardzo się ich bali:

-   To   przypomina   stan   w   Królestwie   Światła   po   wybuchu   źródła   zła   w   Górach

Czarnych, kiedy został uszkodzony mur i mnóstwo śmieci spadło na ziemię.

- Tak jest - przyznał Dolg z ulgą, że te słowa nareszcie padły. - Czyż nie mówiono

nam, że widziano, jak słup czarnego błota wzniósł się w powietrze z Morza Karskiego? Tam

gdzie niegdyś znajdować się miała Góra Czterech Wiatrów?

- Owszem, mówiono - przytaknął Goram ponurym głosem.

- Okay! - zawołała Lilja. - Okay, powiedzmy, że to prawda. Ale dlaczego w takim

razie wszyscy tubylcy są tacy przerażeni? Oczywiście, wybuch musiał być czymś okropnym,

to całe świństwo, które potem spadło na ziemię, także, ale przecież to wszystko wydarzyło się

bardzo dawno temu!

- Chyba nie bardzo - powiedział Dolg. - Uważam, że gdy tylko zobaczymy jakąś

osadę, natychmiast powinniśmy wylądować. Zresztą trzeba też znaleźć miejsce na nocleg.

Daleko przed nimi majaczyła mała wioska. Kiedy znaleźli się bliżej, stwierdzili, że

składa się ona z wielkich, paskudnych, czworokątnych budynków i jakiś fabryk bardzo źle

pasujących do krajobrazu tundry, tak przecież pięknego w swojej dzikiej surowości. Teraz

jednak każdy kawałek tundry pokrywał ten czarny nawóz, wrażenie było przygnębiające.

Wylądowali.

Wieś okazała się pusta, wszyscy mieszkańcy najwyraźniej wyemigrowali. Po szyldach

i innych znakach mogli się przekonać, że przedtem była ona zamieszkana wyłącznie przez

ludność   rosyjską;   prawdopodobnie   mieszkańcy   pracowali   w   tej   jakiejś   fabryce,   której

wędrowcy nie mieli zamiaru dokładnie zwiedzać.

- Czy oni odeszli stąd niedawno? - zastanawiała się Lilja. - Po wybuchu?

- Nie, nie wygląda mi na to - zaprotestował Dolg - Wydaje mi się, że już dawniej

porzucili to przedsiębiorstwo jako nieopłacalne.

Wiatr gwizdał między opuszczonymi domami; Lilji zmarzły uszy, włożyła na głowę

kaptur podszyty futrem. Na terenach subarktycznych panowało dojmujące zimno.

Goram przyglądał się budynkowi, w którym, jak głosił szyld, dawniej znajdowała się

kawiarnia.

- Ktoś musiał tutaj zostać dłużej - powiedział. - Ale i on w końcu odszedł, widać ślady

stóp i koleiny w błocie. Odjechał, czy odjechali, na południe.

- Tak, na południe wiedzie kręta ścieżka, widzieliśmy ją z powietrza! - zawołała Lilja

z zapałem. Bardzo chciała czasami włączyć się do rozmowy, powiedzieć coś inteligentnego.

- Zgadza się - przytaknął Goram. - Uff, takie osady duchów nie są niczym zabawnym.

Zostańmy tutaj, ale prześpijmy się w gondoli na skraju zabudowań. Nie najlepiej się czuję

wśród tych ponurych domów.

Co do tego wszyscy byli zgodni.

Stopy zostawiały głębokie ślady w czarnym gnoju, kiedy wracali do gondoli.

- Musiało porządnie chlapać - powiedział Dolg.

- Masy ziemi zmieszały się przecież z morską wodą, dzięki czemu wszystko miało

znacznie większą siłę rozrzutu - wtrącił Goram.

- Potworne - jęknęła Lilja.

Ciepło panujące w gondoli, czystość tego wnętrza działały kojąco i na ich ciała, i na

dusze. Powoli kładli się spać. Lilja zawsze sypiała w przedniej części gondoli, Dolg pośrodku,

a Goram z tyłu.

Dolg zasnął natychmiast, gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, Lilja i Goram długo

przewracali się z boku na bok.

Jest coraz gorzej, myślał Goram. Wszystkie moje uczucia, całe moje życie skupia się

przy niej. A ona leży tutaj, mała i krucha, jej ciało jest takie delikatne i ciepłe, pięknymi

dłońmi zakrywa twarz. Oczy przymknięte, usta, te jej pięknie ukształtowane usta wydają się

takie dziecinne, kiedy śpi...

Nic   z   tego   nie   odpowiadało   prawdzie,   to   tylko   fantazja   Gorama.   Lilja   leżała   i

wsłuchiwała   się   w   jego   oddech.   Mieli   za   sobą   już   wiele   takich   nocy,   ale   intensywność

atmosfery między nimi, to psychiczne i erotyczne napięcie stawało się coraz silniejsze, mimo

że oboje starali się je zdławić.

Chociaż może Lilja nie walczyła specjalnie zaciekle, ona bardziej tęskniła.

W końcu Goram musiał zażyć tabletkę nasenną, żeby choć trochę odpocząć.

Lilja jeszcze przez jakiś czas leżała, nie śpiąc.

Wiatr z tundry hałasował jakimś źle zamkniętym oknem gdzieś w pobliżu. Brzmiało

to jak upiorny śmiech.

W   nastroju   przygnębienia   wyruszyli   w   dalszą   drogę   ku   zachodowi.   Wiedzieli,   że

jeszcze nie dotarli do centrum zanieczyszczeń. Najpierw musieli minąć rozległe ujście rzeki

Ob, następnie półwysep Jama!, zwany również Półwyspem Samojedów, w końcu znajda się

nad Morzem Karskim. A co ich tam czeka...?

- Ciekawie będzie obejrzeć rodzinne strony Shiry i Mara - powiedział Goram.

- Oczywiście, jeśli tylko okolica nie została doszczętnie zniszczona. Ta cała czarna

maź... - wzdychał Dolg. - Zastanawiam się, czy zanieczyszczenia nie objęły terytorium aż do

Skandynawii.

Goram popatrzył na mapę.

- To możliwe - powiedział. - Zaczęło się przecież daleko stąd, na półwyspie Tajmyr.

Wszystko jednak zależy od tego, skąd wiał wiatr.

-   Połączmy   się   z   Markiem   i   Ramem   -   zaproponował   Dolg.   -   Powinni   się   teraz

znajdować w norweskich górach.

Nawiązali łączność, odpowiedziała im Indra, która zapewniła, że z żadnymi takimi

zanieczyszczeniami nie mają do czynienia.

- To, z czym my się borykamy - mówiła - ma postać rosłych i bardzo nieprzyjemnych

członków mafii.

Ram dowiedział się, jak wygląda sytuacja w północnej Norwegii i zameldował, że

wszystko   jest   w   najlepszym   porządku.   Natomiast   okazało   się,   że   poważne   problemy

występują na Półwyspie Kolskim.

- To chyba nie pierwszy raz - powiedział Dolg i zakończył rozmowę.

Miło   było   zamienić   parę   zdań   z   przyjaciółmi.   Czuli   się   dość   osamotnieni   w   tej

lodowej   krainie   dotkniętej   teraz   niezrozumiałą   klęską.   Określenie   „lodowa   kraina”   chyba

jednak nie bardzo pasowało do sytuacji, wiosna zbliżała się szybkimi krokami. Choć nie było

już   w   tych   stronach   zbyt   wielu   gatunków   zwierząt,   to   dzikie   gęsi   i   inne   morskie   ptaki

lądowały tu i ówdzie na wybrzeżu, nad rzekami i jeziorkami i troje przyjaciół patrzyło na to z

troską, zastanawiając się, czy pisklęta znajdują tu pod dostatkiem pożywienia. Zawsze kiedy

udawało  im się  dojrzeć  miejsca  nadające  się do lądowania,  Lilja  lub Dolg rozpryskiwali

życiodajny eliksir, Goram przeważnie siedział przy sterach.

Nareszcie Morze Karskie...

Wyłaniało się przed nimi majestatyczne, ciemnoszare w ten ponury dzień, czerniejące

przy brzegach.

-   Patrzcie,   tam   w   zatoce   jest   jakaś   wioska!   -   zawołał   Goram.   -   To   pewnie   stąd

pochodzi Shira. Czy dobrze pamiętam, że jej rodzinna wioska nazywała się Nor?

- Tak, ale w takim razie Mar pochodzi z tamtych gór - stwierdził stanowczo Dolg. -

Czy myślicie, że powinniśmy się połączyć z Shirą i Marem?

-   Bezpośrednio   nam   się   nie   uda   -   odparł   Goram.   Możemy   jednak   przesłać   im

wiadomość przez Faona.

Tak  też  zrobili.  W   chwilę   później   nadeszła   odpowiedź,  że   Mar  i  Shira  zostaną  o

wszystkim poinformowani. Duchy niełatwo było znaleźć w Królestwie Światła, na ogół robią

one co chcą i niezbyt chętnie informują, gdzie właśnie przebywają.

Tymczasem Goram,  Dolg i Lilja zdążyli  już wylądować w starej siedzibie Jurat -

Samojedów.  Po  czasach  Irovara  i  Tsu -  sij   bardzo  się ona  rozrosła.  Tam,   gdzie  niegdyś

budowano jurty z reniferowych skór, później wzniesiono niskie domy wzdłuż prostej ulicy.

W tej chwili jednak wszystko było opuszczone i u mazane czarnym gnojem.

- Patrzcie - powiedział w pewnym momencie Goram. - Zdaje mi się, że z tamtego

komina unosi się! cienka smużka dymu.

Wiatr od morza grzmiał i huczał po zaułkach, fale tłukły się o kamienisty brzeg.

- Owszem, to dym - przyznał Dolg. - Idziemy tam.

Przed wejściem do domu stały dwa przestraszone renifery, na spotkanie przybyszom

wybiegł skądś! ujadający piesek. Dolg przemawiał do niego spokojnym, cichym głosem i

zwierzę prawie natychmiast umilkło, machało zakręconym ogonkiem i obwąchiwało ich.

Najwyraźniej pierwszą próbę przeszli pozytywnie.

Zapukali do wewnętrznych drzwi. Po chwili ktoś je ostrożnie uchylił i ukazała się

pomarszczona męska twarz.

Dolg podjął rozmowę, zdawał sobie w pełni sprawę, że nawet Lilja musi się staremu

wydawać istotą egzotyczną, nie mówiąc już o Goramie i nim samym.

W końcu jednak drzwi otworzyły się nieco bardziej i goście zostali wpuszczeni do

środka. Strach panował w tym małym, mrocznym pomieszczeniu, to wyczuwali od pierwszej

chwili.

Stary opowiedział,  że nie  mógł  pójść  z innymi,  kiedy opuszczali  osadę,  musiałby

bowiem zostawić swoją obłożnie chorą żonę.

I rzeczywiście, na łóżku zauważyli mały, również przerażony tłumoczek. Goram bez

słowa wyszedł na dwór, po części dlatego, by jeszcze bardziej nie przerażać starca swoim

niezwykłym  wyglądem,  po części  też  i po to,  by oczyścić  kawałek  ziemi  i przygotować

pastwisko dla reniferów. Były bowiem okropnie wychudzone.

Tymczasem Lilja i Dolg rozmawiali ze starym Samojedem. W izbie panował zaduch,

czuło się dym, niewyprawione futra i mokrą skórę oraz zapach chorego człowieka. Można to

było jednak wytrzymać, to przynajmniej ludzka atmosfera.

Dolg wypytywał o Shirę i Mara, o Irovara i innych, którzy żyli tutaj przed wiekami.

Czy stary może o nich słyszał?

- O, tak - rozjaśnił się gospodarz w szczerym uśmiechu. - Shira... to jedna z naszych

najpiękniejszych legend. To wy też ją znacie?

Dolg nie mógł tak po prostu powiedzieć, że spotykają się z Shirą i z Marem dość

regularnie, to by starego mogło przerazić, bąknął więc tylko, że legenda jest w jego kraju

popularna.

- I jest prawdziwa - dodał na koniec.

Staremu bardzo się to spodobało. Zaprosił gości na suszone mięso reniferowe oraz

twardą skórę wieloryba, którą trzeba było krajać na maleńkie kawałki, żeby w ogóle móc ją

przełknąć. Wrócił Goram i z dumą poprosił gospodarza, by wyjrzał przez okno.

Stary   najwyraźniej   źle   widział,   poza   tym   okno   było   brudne   ponad   wszelkie

wyobrażenie, mimo to jednak dojrzał cud. Goram wypuścił renifery, chodziły teraz i pasły się

na zielonej trawie poprzetykanej tysiącami tundrowych kwiatków. Renów pilnował bardzo

rozradowany kundelek. Kiedy tak stali i patrzyli,  dosłownie na ich oczach piękna tundra

ożywała coraz dalej i dalej, aż do morza, roślinność pokrywała wyniszczoną ziemię.

- Cud, prawdziwy cud - szeptał stary z przejęciem. - Kim wy właściwie jesteście?

- Zostaliśmy wysłani przez wyższe moce po to, by wam pomóc - wyjaśnił Dolg z

powagą. W jakimś sensie była to przecież prawda.

Gospodarz z ogromnym szacunkiem pochylił głowę. A potem uniósł ją z uśmiechem i

zawołał:

- W takim razie wszyscy mogą wrócić do domu!

I nagle znowu spochmurniał.

- Nie, nie mogą - wyszeptał.

- Dlaczego nie? - pytali goście.

W rozbieganych oczach starego czaił się strach.

- Tego nie mogę powiedzieć - wykrztusił. Goram przysunął swój stołek bliżej niego.

- Dalej na wschodzie widzieliśmy wielu Samojedów. Wyglądało na to, że przed czymś

uciekają. W ich oczach mogliśmy wyczytać taki sam strach, jaki teraz widzimy w twoich.

Jeśli mamy wam naprawdę pomóc, musimy wiedzieć, czego się boicie!

Stary poczłapał w stronę łóżka i długo o czymś szeptał z żoną. Ona raz po raz kiwała

głową. W końcu dziadek wrócił do gości.

- Chyba będzie najlepiej, jak się dowiecie, ale to, co mam do opowiedzenia, nie jest

wcale przyjemne. A poza tym  nie wiem wszystkiego,  przeważnie nie wychodzę z domu.

Zresztą co to pomoże, że będziecie wiedzieć? Jeszcze jedno obciążenie dla was, nic więcej.

Oni jednak chcieli poznać prawdę, więc stary rozpoczął swoje opowiadanie.

- Jakiś czas temu na morzu, trochę dalej na zachód, wydarzyło się coś strasznego. Z

wielkim łoskotem wzniósł się w niebo czarny jak smoła słup wody. Grzmiało tak, jakby świat

miał się rozpaść, słyszano straszliwe ryki, krzyk i wycie niczym z piekieł...

Troje przybyszów spoglądało po sobie. O takich wydarzeniach słyszeli już przedtem.

Chociaż Lilja starała się do tego nie dopuścić, to jakoś tak się stało, że znalazła się tuż

obok Gorama, a jego bliskość zupełnie ją rozpraszała. Jego ciepło, każde jego dotknięcie

sprawiało, że nie była w stanie się poruszać. Czuła mrowienie pod skórą i gorąco w dziwnych

miejscach.

Gospodarz opowiadał dalej:

- Po tym przez wiele dni spadały na ziemię deszcze brudnej ziemi i kamieni, cała

osada   została   pogrzebana   w   błocie,   nie   było   jedzenia   ani   dla   ludzi,   ani   dla   zwierząt.

Najsilniejsi mężczyźni starali się jakoś z tego wyjść i pewnie by im się udało, gdyby nie inna

sprawa...

Oczy   starego   stały   się   dzikie   ze   strachu,   musiał   przerwać,   otworzył   drzwi,   żeby

zaczerpnąć powietrza.

Jego żona skuliła się na posłaniu, a trójka gości siedziała zdumiona, absolutnie nie

przygotowana na to, co miało nastąpić.

5

- Co się stało? - zapytał Goram.

Z pewnością zauważył, że siedzą z Lilja bardzo blisko siebie, ale się nie odsunął. Lilja

nie była w stanie rozstrzygnąć, czy sam chciał tak siedzieć, czy też czynił to z szacunku dla

niej.

Niedużego wzrostu Samojed wrócił na swoje miejsce.

- No właśnie, okazało się, że podczas wybuchu z morza wydobyło się jeszcze coś.

Wiatr na dworze zawodził, ściany domu skrzypiały.

- Co takiego? - zapytał Dolg, gdy milczenie się przedłużało za bardzo.

-   Tego   nie   wiem   -   szepnął   stary.   -   Ludzie   gadali   jednak,   że   trzy   różne...   istoty

zamieszkały w górskiej rozpadlinie i że porywają ludzi oraz zwierzęta z innych, bliżej gór

położonych wiosek. Czterej nasi najdzielniejsi ludzie poszli tam uzbrojeni w kije i długie

noże. Wrócił tylko jeden i nie był w stanie zdać sprawy z tego, co widział. Był jak szalony,

wrzeszczał przeraźliwie i zamknął się na cztery spusty, nikogo nie chciał widzieć.

Po długiej, pełnej zadumy przerwie Dolg zapytał cicho:

- Powiedziałeś, że to były trzy istoty? A mimo to wpuściłeś nas troje pod swój dach?

-   Widziałem   przecież,   że   jesteście   urodziwi,   chociaż   nie   jesteście   podobni   do

Samojedów, żadne z was.

- Dziękujemy ci za zaufanie! A nie bałeś się tamtych trzech istot?

- Bałem. Ale przecież musiałem zostać przy żonie.

Dolg wstał i podszedł do posłania.

- Powinniśmy mieć tu ze sobą Marca. On by ją uzdrowił - szepnął.

-  No  właśnie,   bo  przecież   ty  nie  masz   niebieskiego  szafiru  -  rzekł  Goram  tonem

konstatacji.

Dolg nie odpowiedział, usiadł na posłaniu staruszki i zapytał:

- Gdzie cię boli?

Powoli   wysunęła   się   nieco   spod   skór   i   wyjaśniła,   że   najwięcej   bólu   sprawia   jej

oddychanie.

Dolg ostrożnie odsunął okrycie z jej ciała i położył ręce na zdawało się zapakowanych

w futro piersiach kobiety. Wyglądało, jakby ubranie zostało zaszyte na jej ciele, by nie mogła

go zdjąć, dopóki samo nie spadnie ze starości. Co stanie się już pewnie niedługo, uznała Lilja.

Goram i ona stali blisko siebie i patrzyli, nie zwracając uwagi na to, że ich dłonie

prawie się dotykają.

- Masz takie ciepłe, dobre ręce, mój chłopcze - powiedziała stara ledwo dosłyszalnie. -

Ciepło przenika do mojego ciała przez wszystkie skóry.

Dolg uśmiechnął się.

- Ja to jeszcze nic. Mam przyjaciela, który naprawdę potrafi uzdrawiać. Ja jestem,

można powiedzieć, amatorem w tej dziedzinie. Ale trochę umiem, mój ojciec jest wielkim

szamanem...

W   najdalej   na   północ   położonych   częściach   Syberii   czarnoksiężnika   na   pewno

nazywano szamanem.

- Po twoich oczach poznałam, że jesteś kimś wyjątkowym - powiedziała staruszka

uszczęśliwiona. - Myślę, że i ty jesteś bardzo zdolny. Och, jak dobrze mi teraz oddychać! To

prawdziwy cud! Jeszcze, mój chłopcze, dotknij mnie jeszcze raz!

Śmiała się przejęta. Miała więcej poczucia humoru niż jej zatroskany mąż i Dolg, taki

zawsze   poważny,   żartował   z   nią   przez   chwilę.   W   końcu   chora   usiadła   na   łóżku,   potem

oznajmiła, że zaraz wstanie i poczęstuje ich czymś wyjątkowo smacznym. A poza tym mogą

mieszkać w ich chacie, jak długo zechcą. Powinni przynajmniej dzisiaj przenocować.

Tu jednak Dolg i Goram musieli zaprotestować. Serdecznie dziękowali, zapewniali

jednak, że mają własne łóżka w pojeździe, który ich tu przywiózł. Obiecali jednak ustawić

gondolę przed domem, by chronić oboje staruszków.

Wszystko układało się znakomicie. Starzy zapytali tylko, czy ich zwierzęta można by

sprowadzić na noc pod dach? Bali się, żeby ich nie porwały te... te tam, z gór.

Przybysze   rozumieli   lęk   gospodarzy.   Mężczyzna   poszedł   z   nimi   na   pastwisko   i

sprowadzili na podwórze przejedzone renifery i skaczącego wokół nich psa. Stary wprawdzie

cofnął się, widząc posuwającą się po ziemi gondolę, prowadzoną przez Gorama, Dolg jednak

zapewnił, że to najlepsza ochrona, jaką można sobie wyobrazić w tych okolicznościach.

Wkrótce   ludzka   siedziba   pogrążyła   się   w   spokoju,   wokół,   jak   okiem   sięgnąć,

rozciągała się zielona, pokryta wiosennymi kwiatami tundra.

Dolg siedział z gospodarzem w domu i rozmawiali długo w noc.

Lilja i Goram byli w gondoli sami. Ona położyła się wcześnie, ale nie mogła zasnąć.

On kontrolował aparaturę, lecz nie potrafił zebrać myśli, wciąż zapalał i znowu gasił jakieś

lampki, nieustannie był niemal boleśnie świadom jej obecności. Ręce mu drżały, nie mógł

pracować przy tablicy rozdzielczej, z trudem przyciskał właściwe guziki.

Oddychał niepewnie, przypominał sobie, jak często widuje Lilję na przykład podczas

rozbierania się, co przecież w tej ciasnocie było nieuniknione. Atmosfera między nimi wciąż

była napięta. Nieustannie miał przed oczyma jej miękkie, delikatne, nieśmiałe ruchy, jakby

się   bala,   że   komuś   przeszkadza.   Sposób,   w   jaki   zdejmowała   rajstopy,   zawstydzona,   a

jednocześnie pełna gracji. Pochylenie pleców, kiedy ściągała bluzkę przez głowę. Jej śliczne,

dziewczęce ramiona, piękne łuki bioder...

Goram poczuł się winny. No właśnie, jak często przygląda się Lilji ukradkiem?

Uwielbiał każdy jej gest, każdy wyraz twarzy, najlżejszą zapowiedź uśmiechu.

Kątem oka zauważył, że na ekranie pojawiła się wiadomość.

Przeczytał. Shira i Mar zostali zlokalizowani.  Znajdują się na Ziemi i dlatego tak

trudno było się z nimi skontaktować. Pomagają jednej z grup, która ma poważne problemy,

ale gdy tylko skończą, natychmiast przybędą nad Morze Karskie.

O jakiej to grupie mowa? zastanawiał się zatroskany Goram. Już otworzył usta, by

zapytać Lilję, ale zmitygował się. Pewnie śpi, nie chciał jej budzić, praca jest taka ciężka i

wymagająca, że powinna wypocząć.

Poszedł   na   swoje   miejsce   w   tylnej   części   gondoli.   Pragnął,   by   Dolg   wrócił   jak

najszybciej. W kabinie było nieznośnie gorąco, kiedy znajdowali się tu sami z Lilja.

Silniejszy poryw wiatru szarpnął pojazdem, ale przecież nic im nie groziło. Goram

wyjrzał   tylko   przez   okienko,   żeby   się   upewnić,   czy   mała   gondola   wciąż   jest   porządnie

przymocowana, po czym położył się spać.

Leżał   i   patrzył   na   Lilję,   odwróconą   do   niego   plecami.   Wszystkie   lampy   zostały

pogaszone, migotały tylko światełka na tablicy rozdzielczej. Arktyczna wiosenna noc była

jednak taka jasna, że widział zarys dziewczęcego ciała nawet w tym mdłym blasku, który

wpadał przez okrągłe okienka.

Na dworze nawoływały się dzikie gęsi. Jak to Dolg recytował: „Jaka to tęsknota w

wiosenną noc gna na północ ten ptasi klucz?”

Tęsknota   Gorama   była   inna.   Wzniosła   i   uduchowiona.   Tak   to   w   każdym   razie

odczuwał.

Mimo to przeżywał też fizyczną udrękę. Kodeks elity Strażników Świętego Słońca

zakładał,   że   wszelkie   pragnienia   seksualne   muszą   być   poświęcone   dla   wyższych   celów:

należący   do   elity   Strażnik   żyje   wyłącznie   dla   Świętego   Słońca   i   tylko   jemu   służy   ze

wszystkich   swych   sił.   Również   tak   zwane   samozaspokojenie   uważane   było   za   niegodne,

energię należy zużywać w inny sposób, kierować ją na inne tory.

Goram zdławił westchnienie. Łatwo tak mówić tym, którzy ustanawiali reguły. Oni

nie mieli przy sobie małej Lilji, która leży oto obok, taka strasznie pociągająca. Ugaszenie

udręki przez samego siebie też było niemożliwe w ciasnej gondoli, Lilja mogłaby się obudzić

i zastanawiać, co się dzieje.

Nareszcie wrócił Dolg, rozebrał się i położył do łóżka. Powinno się być takim jak on,

bezpłciowym, niewrażliwym na obecność kobiet. Goram i Dolg powinni się zamienić...

Nigdy przedtem Goram nie miał żadnych problemów ze swoją płcią. Taki był dumny,

że został wybrany na elitarnego Strażnika, z takim zapałem oddawał się swemu powołaniu, że

sprawy płci nie miały dla niego najmniejszego znaczenia i traktował to jako coś naturalnego.

Dopóki nie spotkał Lilji. Bo wtedy natura upomniała się o swoje.

W końcu udało mu się zasnąć. I miał najbardziej podniecający sen w życiu. Zresztą,

czego innego mógłby się spodziewać?

On, który nigdy nie był na polowaniu, znajdował się na jakimś rozległym, pokrytym

śniegiem pustkowiu. Wołał swoich przyjaciół, należących do elity Strażników, ale jego głos

odbijał się od nagich, również białych skał.

Nagle coś obok niego przebiegło. Czy to drapieżnik?

Goram   zaczął   ścigać   zwierzę.   Biegł   tak   lekko,   jakby   miał   skrzydła,   prawie   leciał

ponad   białą   ziemią.   Teraz   nie   widział   już   zwierzęcia,   słyszał   natomiast   przed   sobą   jego

przerażający,   świszczący   oddech   i   biegł   dalej   z   mocnym   postanowieniem,   że   musi   je

schwytać.

Nie miał broni. Mimo to myślał o upolowaniu zwierzęcia, czuł się niczym ogarnięty

wściekłością jaskiniowiec, który za wszelką cenę pragnie dopaść swoją zdobycz.

Głos zwierzęcia był coraz wyraźniejszy i nagle Goram znalazł się tuż przed nim. Bez

namysłu rzucił się na zwierzę i...

To nie był drapieżnik. To Lilja, z przerażonym, błagalnym wzrokiem. Kiedy jednak

oplótł ją ramionami, uspokoiła się i mógł robić z nią, co chciał.

To było cudowne, naprawdę cudowne, nigdy jeszcze nie przeżył niczego takiego.

Ocknął się nagle z bolesną świadomością, że nie jest w pomieszczeniu sam.

Cóż on wyprawia!

Ale  Dolg  i  Lilja   spali   spokojnie.  Goram  nasłuchiwał  chwilę   dla  pewności,   potem

odetchnął   wolno   z   ulgą   i   wymknął   się   do   małej   kabiny   prysznicowej   w   ich   tak   zwanej

łazience.   Było   tam   tak   mało   miejsca,   że   podczas   kąpieli   należało   siedzieć   na   ławeczce

przytwierdzonej do ściany, mimo to urządzenie bardzo się przydawało. W obawie, że szum

wody obudzi przyjaciół, Goram umył się pospiesznie. Pod wieloma względami poczuł się

oczyszczony, a ponieważ wiedział, że teraz już nie zaśnie, ubrał się bezszelestnie i wymknął

na dwór.

Chłodny wiatr od bieguna studził jego rozpaloną twarz.

Wybacz mi, Święte Słońce, prosił w duchu. Nie pragnąłem tego, co przydarzyło mi się

we śnie.

Ale sen bardzo mu pomógł, złagodził największe napięcie. Naciągnął więc podszyty

futrem kaptur na nie do końca wysuszone włosy i głęboko oddychał polarnym powietrzem.

Było jeszcze bardzo wcześnie, wciąż trwała noc, ale rozwidniło się na dobre. Ptaki

morskie i lądowe nawoływały się ochrypłymi głosami. Goram szedł przez jakiś czas po łące,

na  której  kwiaty stały jeszcze  pozamykane  po nocy,  a trawę pokrywała  zimna  rosa. Ale

nigdzie ani śladu czarnego błota. Eliksir Madragów, w skład którego wchodzi również jasna

woda, skutecznie usunął resztki złej mazi. Zresztą może to nawóz dla roślin?

Trudno powiedzieć.

Myślami powrócił do własnych problemów.

Może powinienem się wstydzić? Ale sen był taki cudownie piękny...

- O ty, Święte Słońce, przykro mi, ale kocham ją teraz jeszcze bardziej. Naprawdę jest

mi pod wieloma względami o wiele bliższa.

Czy o to chodziło?

6

Lilja   otworzyła   oczy,   może   przez   sen   słyszała   skrzypnięcie   drzwi,   kiedy   Goram

wychodził?

Jej wzrok natychmiast skierował się na łóżko w tylnej części kabiny. Gorama nie było.

Lilja usiadła i wyjrzała przez okno.

Tam jest! Stał widoczny z daleka na tle jasnego nieba i patrzył na morze.

Lodowata dłoń zacisnęła się wokół serca dziewczyny, budząc dawną rozpacz i smutek.

Jaki on jest bosko piękny, kiedy tak stoi na brzegu! Goram, jeśli chodzi o wygląd, nie należał

do   najprzystojniejszych   Strażników,   dla   niej   jednak   nie   było   bardziej   pociągającego

mężczyzny. Była po prostu beznadziejnie zakochana, stracona na zawsze.

Pobiegła do maleńkiej łazienki, wzięła krótki prysznic, bez tego nie mogła się obejść.

Lilja pragnęła być zawsze czysta i zadbana, na nic więcej nie mogła sobie pozwolić na tych

pustkowiach.

Miała nadzieję, że Goram jeszcze nie wrócił.

Dolg obudził się także i zajął po niej „łazienkę Lilja ubrała się ciepło i wyszła.

Goram wciąż stał na brzegu. Ale, o rety, jak daleko odszedł od gondoli! Czy powinna

go zawołać?

Pewnie by i tak nie usłyszał poprzez ptasi gwar.

Zaczęła biec. Tak bardzo chciała być z nim w ten piękny, przezroczysty niczym szkło

poranek. Takie odnosiła wrażenie, choć chmury zwieszały się nisko, chyba samo powietrze

było takie orzeźwiająco czyste i jasne.

Goram zobaczył ją i stał teraz, czekając.

Czyż   w   jego   oczach   nie   pokazał   się   tego   poranka   jakiś   specjalny   błysk   i   ciepły

uśmiech?

Wiatr próbował zerwać jej kaptur z głowy, mocniej więc zaciągnęła wiązanie.

Lilja wyjęła z kieszeni kamyk.

- Spójrz, jaki piękny wzór - powiedziała bez tchu.

Ostrożnie wziął od niej kamień i pochwalił znalezisko.

-   Ale   jakie   ty   masz   lodowate   palce!   -   zawołał.   -   Tutaj   powinnaś   nosić   futrzane

rękawiczki.

- Nie pomyślałam o tym - przyznała zawstydzona.

Goram ujął jej rękę i wsunął do swojej kieszeni. Trzymał ją mocno.

Jaka ciepła okazała się jego dłoń! Jak dobrze było ukryć w niej swoją! Lilja czuła, że

kręci jej się w głowie i nie mogła zrozumieć, dlaczego.

Nie mówili nic więcej, uśmiechali się tylko do siebie nawzajem i szli brzegiem pod

wiatr.

Goram był zaszokowany swoją reakcją na spotkanie z Lilją. Niemal wierzył, że nadal

przeżywa swój sen, jego intymny nastrój i mało brakowało, a byłby ą do siebie przytulił. Co

mogło stać na przeszkodzie teraz, kiedy znają się tak dobrze...

Niestety, to tylko iluzja, w dodatku surowo zakazana.

Jak to dobrze, że zdołał się opanować na czas i powrócił do rzeczywistości!

Ale też nic dziwnego, że Lilji zakręciło się w głowie! Goram nie zdawał sobie z tego

sprawy, ale przez cały czas wysyłał w jej stronę sygnały właściwe tylko Lemuryjczykom.

Wciąż trzymał w ręce drobną dłoń Lilji, ogrzewał ją w swojej głębokiej kieszeni, a ona czuła,

jak bezgraniczna miłość przenika do jej świadomości. Nie była to zwyczajna miłość, to.. Nie

znajdowała innego określenia, jak „duchowa erotyka”. Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Nie myliła się. To właśnie to. Specjalność Lemuryjczyków. Potrafią oni oddziaływać

na partnera na wiele różnych  sposobów. To tylko jeden z nich. Goram  nie zdawał sobie

sprawy z tego, co czyni. Po prostu jego miłość i najgłębsza tęsknota przenikały do serca i

zmysłów Lilji.

To bardzo trudna sprawa dla młodej dziewczyny, wychowanej w surowych warunkach

przez nieodpowiedzialnych rodziców w nieprzyjaznym mieście zwanym Małym Madrytem.

Goram był  jedyną  miłością  jej  życia,  wiedziała  jednak, że nigdy go nie zdobędzie,  więc

znajdując się tak blisko niego czuła, że zbiera jej się na płacz.

Zastanawiała się, co też ojciec i matka by powiedzieli, gdyby ją teraz mogli zobaczyć.

Matka,   która   zawsze   tak   bardzo   uważała,   żeby   wszystko   na   zewnątrz   wyglądało   dobrze.

Fasada, to dla niej najważniejsze. Nikt nie mógł się dowiedzieć o brutalnym  zachowaniu

męża w domu.

No, no, naprawdę powinni oboje zobaczyć teraz swoją córkę.

A zresztą nie, nie powinni. Lilja za nic by im nie opowiedziała o swojej niezwykłej

przygodzie na powierzchni Ziemi daleko, bardzo daleko od cywilizowanych okolic.

Dlaczego   gęsto   zamieszkane   obszary   i   wielkie   miasta   ludzie   nazywają

cywilizowanymi okolicami? Co może być piękniejszego niż ten stary Samojed, który został

przy   swojej   chorej   żonie,   kiedy   wszyscy   ucieka   li   przed   wielką   grozą?   Czy   on   nie   jest

cywilizowany.

Zapytała   nieśmiało,   czy  nie   mogliby   zmienić   kieszeni,   bo   chętnie   ogrzałaby  teraz

drugą rękę.

Mogli, oczywiście.

Goram nie mówił wiele. Szczerze powiedziawszy w ogóle się nie odzywał. Był tak

oszołomiony bliskością ukochanej, tym, że dotyka jej skóry, iż wszystkie słowa gdzieś się

ulotniły.   Wiedział,   że   nie   ma   do   tego   prawa,   ale   kto   mu   zakaże   ogrzać   zmarzniętą

dziewczynkę?

Myśli jak szalone krążyły w głowie, nie znajdował dla nich żadnego oparcia. Święte

Słońce... jest daleko stąd. Elitarni Strażnicy także, Goram jest sam, sam za siebie odpowiada,

a jedyne, czego pragnie, to być z Lilją.

Na szczęście ona przerwała jego chaotyczne rozmyślania.

- Jakie to wszystko cudowne! - powiedziała ze smutkiem w głosie. - Jakbyśmy się

znajdowali twarzą w twarz z wiecznością!

- Rozumiem, co masz na myśli, Liljo.

Oboje myśleli o tym, że prawie czterysta lat temu w tym miejscu Shira bawiła się z

innymi dziećmi Samojedów.

Ona jednak nie była taka jak tamte dzieci. W jej żyłach płynęła też inna krew. Matka

Shiry pochodziła z rodu Taran - gai, bocznej gałęzi Ludzi Lodu, a ojcem dziewczynki był

Vendel Grip z Ludzi Lodu. Shira połączyła obie linie, tę znad Morza Karskiego i tę, która

osiedliła się w Skandynawii.

Mar   także   jest   z   Ludzi   Lodu.   Z   Taran   -   gaiczyków,   którzy   pewnie   dawno   temu

zniknęli z mapy świata.

To bardzo dziwne uczucie chodzić teraz po tej samej ziemi. Nadzwyczajne, aż dech

zapiera, kiedy się o tym pomyśli.

Dolg przyszedł do nich na brzeg i powiedział, że odczuwa coś podobnego. Przez jakiś

czas stali w wielkim skupieniu, obserwując pustkowie i wsłuchując się w ptasie głosy oraz

uderzające o brzeg fale.

Trudno   było   rozmawiać,   musieliby   do   siebie   krzyczeć,   dali   więc   spokój.   Zresztą

powinni chyba wracać, starzy zbudzą się i będą może zaniepokojeni. Szli właśnie do gondoli,

kiedy Lilja przystanęła.

- Ciii! Co to było?

Obaj mężczyźni również zwrócili uwagę na coś dziwnego. Ptaki zamilkły.

Odwrócili się wszyscy. Na niebie nie było widać ani jednego ptaka. Zdążyli jednak

zauważyć, że coś pospiesznie ukrywa się między skałami na brzegu.

- Co u licha...? - mruknął Dolg. Goram popatrzył na Lilję.

- Powiedziałaś „Ciii! Co to było”, prawda? Czy miałaś na myśli ptaki?

- Nnnie - odparła. - Chociaż tak, ale najpierw słyszałam też inny dźwięk.

- Który sprawił, że ptaki umilkły?

- Na to wygląda.

- Opisz tamten dźwięk - poprosił Dolg.

Lilja zamyśliła się.

- To nie był jeszcze jeden krzyk pośród wrzasków ptactwa. To było... - dziewczyna

zadrżała. - To było straszne, okropne! Jakby złowieszcze wycie przenikające człowieka na

wskroś. Dochodziło jednak z bardzo daleka, trudno to określić czy opisać dokładniej.

- Bardzo sugestywnie to wyrażasz, Liljo - powiedział Dolg, a ona pokraśniała z dumy,

słysząc jego pochwałę. - My z Goramem właśnie rozmawialiśmy i nie dosłyszeliśmy tego.

Ptaki natomiast usłyszały.

- Skąd dochodził ów odgłos? - zapytał Goram.

Lilja rozejrzała się wokół, wszyscy troje jednak wiedzieli, w którą stronę się zwróci.

I   rzeczywiście,   pokazała   na   góry   widniejące   od   wschodu.   Tam,   gdzie   niegdyś

znajdowało się Taran - gai. Teraz to tylko odnoga Uralu.

Stali przez jakiś czas i nasłuchiwali, nie usłyszeli jednak nic więcej. Lilja okropnie

marzła, bo teraz Goram, zajęty czym innym, puścił jej rękę, a ona nie śmiała prosić o więcej.

- Patrzcie, pies biegnie - powiedział Dolg. - To znaczy, że nasi staruszkowie wstali.

Chodź, chodź, mały przyjacielu!

Piesek   machał   radośnie   swoim   zakręconym   ogonkiem,   kołysząc   się,   biegł   im   na

spotkanie.

-   Widzisz,   Liljo,   idzie   do   ciebie,   bo   to   ty  rzucałaś   mu   wczoraj   pod   stół   kawałki

wielorybiego mięsa.

Zachichotała onieśmielona.

- Było takie okropnie twarde, nie mogłam pogryźć. Uff, chodźmy stąd! Wiatr znad

Oceanu Lodowatego przenika mnie do szpiku kości!

Chata   staruszków   znajdowała   się   w   okropnym   stanie,   wobec   czego   Goram

zaofiarował się, że to i owo naprawi w podzięce za ich gościnność. Gospodarz przyjął jego

propozycję z wdzięcznością, nie jest już taki sprawny jak w młodości, przyznawał. Żona

czuła się tego dnia znacznie lepiej, mogła nawet z jego pomocą poruszać się po domu.

Dolg miał  sporo pracy na pokładzie  gondoli, trzeba było  posprawdzać  i naprawić

aparaturę. Lilja też wzięła się za prace domowe, pozmywała po śniadaniu i chciała trochę

posprzątać.

Od czasu do czasu zerkała ukradkiem na syna czarnoksiężnika.

Dolg zawsze odnosił się do niej życzliwie, ale był jakby nieobecny myślami. Ona mu

się nie naprzykrzała, zresztą nie bardzo pojmowała, jaką rolę odgrywa w kręgu przyjaciół.

Był to samotnik, typ outsidera, choć to może zbyt banalne słowa na określenie człowieka tak

niezależnego, żyjącego według własnych zasad, niezwykłego.

Nigdy nie było wiadomo, co Dolg myśli ani co jest przyczyną smutku w jego wzroku.

Nagle Lilja przypomniała sobie ten zmierzch na półwyspie Kamczatka i fragment wiersza,

który Dolg recytował: „Jaka to tęsknota w wiosenną noc gna na północ ten ptasi klucz?”

Wtedy była zajęta sobą i Goramem. Swoją tęsknotą i jego, tą, którą mogła wyczytać w

spojrzeniu ukochanego. Myślała  też o tym  jakimś pięknym  wezwaniu, które każe dzikim

gęsiom lecieć na zimną północ.

Teraz patrzyła na to inaczej. Teraz zastanawiała się nad sytuacją Dolga. Myślała o

niewiarygodnym smutku i samotności w jego głosie, kiedy recytował tamte strofy. O jego

przejmującej tęsknocie, o której przyczynach nikt nie pamiętał. Czego ona dotyczy? Za czym

Dolg tak tęskni?

Wygląda tak strasznie młodo! Choć przecież Lilja świetnie wiedziała, że Dolg żył

przez dwieście pięćdziesiąt lat wśród elfów i że w ogóle długość jego życia jest imponująca.

Kiedy on się właściwie urodził? W początkach osiemnastego wieku? A teraz na Ziemi jest

rok 2080. Oszałamiające! I przerażające!

Wycierając szklankę, zapytała niepewnie:

- Tęsknisz do elfów, Dolgu?

Spojrzał na nią zdumiony.

- Co? Nie, absolutnie nie!

Lilja   bez   słowa   skinęła   głową.   On   jednak   uznał   najwidoczniej,   że   jest   jej   winien

bliższe   wyjaśnienie.   Dziewczynie   nie   przyszło   jednak   do   głowy,   że   ucieszyło   go   jej

zainteresowanie.

- Było mi u nich bardzo dobrze - powiedział. - Sto lat u nich mijało niczym dzień. Ale

ich życie nie było moim, różniliśmy się bardzo, choć szczerze lubiłem te istoty.

Sprawiał   wrażenie   kogoś   tak   bardzo   samotnego,   że   Lilja   miała   ochotę   podejść   i

uściskać go lub pogłaskać po głowie. Ale nie dotyka się Dolga. Tego się po prostu nie robi.

Z drżeniem przypomniała sobie Shirę i Mara, którzy pozostali bezdzietni, ponieważ

należą   do   wybranych.   Dolg   także   jest   jednym   z   wybranych,   ale   Shira   i   Mar   mają

przynajmniej siebie nawzajem. On nie ma nikogo.

Poraziła ją inna tragiczna myśl.

- Pomyśl, gdyby Oko Nocy też nie mógł mieć dzieci? - zastanawiała się głośno. - To

by było straszne zwłaszcza dla jego młodej żony.

Dolg miał zdaje się pewne kłopoty z nadążaniem za jej tokiem rozumowania, zgadzał

się  jednak, że  to  by  była   tragedia.   Skończył   swoją pracę  i  zaprosił   Lilję, żeby usiadła   i

porozmawiała z nim jeszcze trochę.

Zaproszenie przepełniło ją ogromnym szczęściem. Lilja siedziała i patrzyła na swego

towarzysza. Na jego czarne loki, na cudownie piękną twarz z oczyma, w których kryją się

stulecia niewyobrażalnego cierpienia i owa tajemnicza tęsknota.

Widzieli   Gorama   starającego   się   naprawić   drzwi   wejściowe   do   chaty   dwojga

staruszków; wciąż asystował mu uradowany piesek. Lilja nie wiedziała, że na jej policzkach

wykwitły wielkie rumieńce, a oczy rozbłysły na moment promiennie. Zaraz jednak radość w

niej zgasła.

Dolg jej nie dotknął, ale miała wrażenie, jakby położył rękę na jej dłoni, by dodać jej

otuchy.

- Nie smuć się, moja mała! Dane ci jest coś wspaniałego i wielkiego, kochasz kogoś i

on ciebie kocha.

Delikatność, zrozumienie, a zarazem ból w głosie Dolga sprawiły,  że z oczu Lilji

pociekły łzy.

- Ale to strasznie boli, kochać na odległość, nigdy nie móc mu powiedzieć o swoich

uczuciach, nigdy mu tego nie okazać.

- Mogę to zrozumieć, chociaż nie do końca. Wiem, że ludzie odczuwają do siebie

nawzajem pociąg, że łączą się, by przeżyć ze sobą całe życie, wiem, że to jest właśnie coś,

czego ja nie mam, ale nie potrafię sobie wyobrazić, jakie uczucia temu towarzyszą. Marco i ja

często filozofujemy na ten temat, no ale teraz znowu jestem sam, bez niego.

Czy   to   stąd   się   bierze   jego   smutek?   Że   jest   kimś,   kto   stoi   jakby   na   zewnątrz

normalnego, ludzkiego życia? Że nigdy nie będzie mógł nikogo kochać?

Jakie to musi być dziwne, rozmyślała naiwnie. Nie była w stanie wczuć się w taką

sytuację.

- Czy to właśnie za tym tęsknisz? - zapytała cicho.

Długo   na   nią   patrzył.   Kompletnie   czarne   oczy,   jego   lemuryjskie   dziedzictwo,

sprawiały,   że   zakręciło   jej   się   w  głowie.   Nie   zaczaruj   mnie   teraz,   synu   czarnoksiężnika,

myślała. Nie doprowadzaj mnie do tego, bym zemdlała i upadła na podłogę lub zapadła w sen

czy zrobiła coś równie niemądrego!

A właściwie to dlaczego wszyscy nazywają Dolga synem czarnoksiężnika, skoro on

sam   jest   co   najmniej   równie   wytrawnym   czarnoksiężnikiem?   Chociaż   nie   tego   samego

rodzaju, co jego ojciec, Móri.

- Dlaczego uważasz, że ja tęsknię?

Lilja   patrzyła   niepewnie.   Czyżby   powiedziała   coś   niestosownego?   Dolg   sam

odpowiedział na swoje pytanie:

- Owszem, masz rację. Ale ja nie mogę o tym rozmawiać.

- Przepraszam - szepnęła.

- Och, kochanie, nie zrozumiałaś mnie. Ja nie mogę o tym rozmawiać z nikim, nawet z

Markiem, to zbyt... skomplikowane!

Wyjrzał na moment przez okno i odetchnął głęboko.

- Ja wiem, że jest coś, co mnie bardzo pociąga. Rozpaczliwie za tym tęsknię, ale nie

jestem w stanie sprecyzować, co to jest.

- Czy mogę ci zadać bardzo osobiste pytanie?

- Naturalnie!

- To chyba nie jest... śmierć? To znaczy, kiedy myślisz, kim jesteś?

Uśmiechnął się leciutko.

- Nie, to nie to. To coś bardziej... subtelnego. Coś, co ma związek z pochodzeniem. A

zarazem coś więcej. Nie potrafię tego opisać. Ufam jednak, że pewnego dnia to odnajdę.

- Ja też mam taką nadzieję - szepnęła Lilja i nie przejmowała się już tym,  że łzy

spływają jej po policzkach.

- Goram to szczęśliwy mężczyzna - rzekł Dolg ciepło. - On tylko nie wie, co jest dla

niego najlepsze. Myślę, że w końcu odzyska rozsądek. A teraz chyba do nas wraca.

Wstali, Lilja pospiesznie otarła łzy.

- Wiesz co, Dolg - powiedziała, pociągając nosem. - Są w tej podróży chwile, których

nigdy nie zapomnę. Takie, jak tamten wieczór na Kamczatce. Albo jak ta rozmowa z tobą. I

dziś rano, kiedy szliśmy brzegiem morza. To niezwykłe, że mogę te chwile przeżywać z tobą

i z Goramem. Najpiękniejsze chwile mojego życia... sama nie wiem, jak mam je określić.

- Cieszę się, że zamiast Armasa jest z nami Goram - wyznał Dolg. - Armas nie był dla

ciebie miły.

- E, niegrzeczny też nie był, po prostu nie zwracał na mnie uwagi. Rzeczywiście było

mi z tego powodu przykro.

- Rozumiem. Wiem, że z Goramem też masz kłopoty,  ale chyba wolisz go mimo

wszystko?

- Milion razy! - zawołała Lilja rozgorączkowana.  - To wielkie szczęście, że mogę być

z wami dwoma!

- Dziękuję ci - roześmiał się Dolg i otworzył Goramowi drzwi.

Teraz każdy dzień Lilji był piękny i radosny z powodu miłości do Gorama, ale też

pełen   rozpaczy,   że   musi   się   tak   obojętnie   uśmiechać   do   ukochanego   i   nie   może   mu

powiedzieć tego wszystkiego, co w niej aż goreje.

Ale Dolg ma rację, myślała. Nic tak znowu wielu ludzi płonie z miłości, a to z tego

powodu, że nie mają komu jej ofiarować. Ja mam Gorama. I wiem, że on także mnie kocha,

nawet jeśli nasza miłość jest skazana na śmierć.

Dużą gondolę postanowili zostawić u pary Samojedów. Zapowiedzieli im, że w razie

niebezpieczeństwa mają się w niej schować. Goram pokazał staremu, jak się otwiera i zamyka

drzwi, prosił też, by zabrali ze sobą pieska. Z reniferami jest nieco gorzej, muszą pewnie

zostać   w   zagrodzie   jak   przedtem.   Stary   dostał   też   pistolet   z   usypiającymi   nabojami   i

odpowiednie instrukcje. Bardzo dumny machał im na pożegnanie, kiedy wyruszali mniejszą

gondolą.

Ten pojazd miał swoje zalety. Zwrotny niczym błyskawica, nie tak widoczny, mógł

się przedzierać przez lasy i wąskie przełęcze.

Niestety, nie można było zabrać na jego pokład zbyt wiele sprzętu.

Lilja, podróżując ponad syberyjską tundrą, rozmyślała, że tędy właśnie Vendel Grip

wędrował w stronę Taran - gai. Tutaj wiele lat później przybył Daniel Lind z Ludzi Lodu i

spotkał straszne potomstwo Tengela Złego.

Tutaj   chodził   z   delikatną   Shirą,   córką   Vendela,   po   jasną   wodę   dobra.   Tutaj,   w

pięknych   sosnowych   lasach   Taran   -   gai,   słyszano   tajemniczą   grę   na   flecie.   I   tutaj   Mar,

pomocnik Shamy,  żył  w górach, do których teraz oni zmierzają. Tu wreszcie po długich

walkach Mar skapitulował, pokonał złe dziedzictwo, jakie przyniósł na świat, i z miłości do

Shiry odwrócił się od Tengela Złego.

Szybko zbliżali się do gór Taran - gai.

Pod nimi leżały opuszczone domostwa. Znowu widzieli czarne błocko, rozpylali więc

gęste obłoki eliksiru Madragów. A potem patrzyli, jak wszystko za nimi zielenieje i rośnie,

jak bujna roślinność pokrywa czarną maź.

Wracajcie do domów, Samojedzi! Obejmujcie znowu w posiadanie swoją własność!

Ziemia jest żyzna, zapewni wam nowe życie!

Jeśli tylko potrafimy rozprawić się z tym, co was śmiertelnie wystraszyło, zakończyła

Lilja niezbyt optymistycznie swoje rozmyślania.

Gondola leciała teraz wolniej. Na chybił trafił zaczęli przeszukiwać zbocza gór, choć

nie bardzo przecież wiedzieli, czego szukają.

Nie było na czym się oprzeć. Tylko jakieś pogłoski o trzech strasznych bestiach, o

zagrożeniu, jakimś dalekim wyciu, które sprawia, że ptaki milkną i szukają schronienia.

Nawet gest starego, kiedy pokazywał „w tamtą stronę”, był dość niepewny.

Latali tam i z powrotem ponad niższymi szczytami. Przeszukiwali wąwozy, łączyli się

z Faronem i przedstawiali mu swoje koncepcje, on jednak nic nie mógł zrobić z tego miejsca,

w którym się znajdował. Mówił tylko, że się z nimi zgadza i że muszą wyjaśnić tę tajemnicę,

nim ruszą w dalszą drogę na zachód. Powiedział wyraźnie: „Myślę, że to nasz obowiązek”.

Marco miał własne zajęcia. Podobnie Mar i Shira; z Mórim nie udało im się nawiązać

kontaktu, choć próbowali wielokrotnie. Dolg był zmartwiony.

Czuli   się   wydani   na   łaskę   tych   pustkowi,   opuszczeni.   W   tym   morzu   naturalnego

piękna i grozy oprócz nich znajdował się tylko samotny, stary Samojed z żoną, piesek i dwa

renifery.

Jeśli pogłoski o trzech strasznych bestiach są prawdziwe, to mała rodzina znajduje się

w niebezpieczeństwie. A w takim razie obowiązkiem trojga wysłanników Królestwa Światła

jest   owo   ukryte   zagrożenie   usunąć.   Oglądając   się   za   siebie   na   miejsce,   które   przedtem

odwiedzili, zyskiwali wspaniałe dowody na działanie swojego eliksiru. Cały teren na wschód

od najdalszych krańców Uralu, od gór do ludzkiej siedziby, przy której zaparkowali swoją du-

żą   gondolę,   pokryty   był   bujną   roślinnością.   Wszystkie   czarne   zanieczyszczenia   zostały

usunięte, podobnie śnieg i lód. Nigdy chyba jeszcze tundra nic była taka zielona jak teraz.

Goram wylądował na chwilę, by mogli poczuć atmosferę pięknej krainy, odetchnąć

świeżym powietrzem i zebrać myśli.

Wyszli,   usiedli   na   nagiej   skale   i   wciągali   do   płuc   zapach   szpilkowego   lasu.

Nasłuchiwali.

W tym bajkowym lesie nie było już słychać tarangaiskich flecistów. Magiczny płyn

Madragów też tutaj nie dotarł, ziemia była pokryta czarnym błotem.

Taran   -   gaiczycy,   nieszczęśliwi   kuzyni   Ludzi   Lodu   zamieszkujący   nad   Morzem

Karskim,   wymarli   już   w   osiemnastym   wieku.   Ani   Shira,   ani   Mar   jako   obciążeni

przekleństwem rodu nie mogli mieć dzieci. Ściśle biorąc, Shira nie mogła ich mieć dlatego, że

została wybrana jako ta, która ma pójść do źródła jasnej wody. Mar natomiast dlatego, że

znajdował się we władzy Shamy. Był jego najbardziej oddanym pomocnikiem. Później, kiedy

walka dobiegła końca i oboje odzyskali wolność, było już za późno. Zostali naznaczeni na

całe życie. Dwoje jurackich dzieci, które wzięli na wychowanie, nie miało w żyłach krwi

Ludzi Lodu.

- W lesie powinny się teraz znajdować wiosenne ptaki - powiedział Dolg cicho.

Goram i Lilja wytężyli słuch. Cisza była aż gęsta. Ze strachu?

- Ruszamy - zdecydował nieoczekiwanie Goram, jakby w ten sposób pragnął uwolnić

się od tej niezwykłej, ciążącej wszystkim ciszy.

Polecieli   więc   dalej   wzdłuż   górskiego   łańcucha.   Lilja   musiała   przecierać   oczy,

zmęczyło ją to nieustanne czujne wypatrywanie i nasłuchiwanie.

-   Zaczekaj!   Zaczekaj!   -   zawołał   nagle   Dolg.   -   Patrzcie   w   dół!   Na   te   poszarpane

zbocza,   pokryte   zwałami   kamieni   i   brudnym   śniegiem.   Czy   nie   widzicie   tam   niczego

dziwnego?

Czegoś, czego tam nie powinno być? Owszem, Goram i Lilja też mieli takie wrażenie,

ale nie potrafili powiedzieć, co im w tym krajobrazie przeszkadza.

Goram podleciał bliżej, opuścił gondolę.

Nie powinien był tego robić.

To, co Dolg odkrył, wysoki, nieforemny wzgórek, który nie pasował do terenu, nagle

się podniósł, w szalonym tempie rozwinął się w ogromną postać, która zamachnęła się bardzo

długą ręką i chciała ściągnąć w dół gondolę. Pojazdem rzuciło gwałtownie.

7

Uratował   ich   błyskawiczny   manewr   Gorama,   który   najpierw   uskoczył   w   bok,   a

następnie uniósł gondolę wyżej. Gładki bok pojazdu wysunął się z łap napastnika.

- Oj - zawodziła przerażona Lilja. - Gzy gondola jest uszkodzona?

Dolg wyjrzał na zewnątrz.

-   Myślę,   że   nic   się   nie   stało   -   uspokajał   pozostałą   dwójkę.   -   Parę   zadrapań   po

żelaznych palcach, nic •więcej.

Goram krążył nad okolicą. W szerokiej rozpadlinie widzieli zamarznięty wodospad.

Potwór jednak zniknął, widocznie skrył się w jakiejś skalnej szczelinie.

- Co to było? - zapytała Lilja pobladłymi wargami.

- No właśnie, sam chciałbym wiedzieć - westchnął Goram. - Dolg, ty go widziałeś

chyba najwyraźniej. Ja siedziałem przy sterach, a Lilja na pewno zamknęła oczy ze strachu.

Jak ten Goram zawsze wszystko zauważy!

- To było... - Dolg szukał odpowiednich słów. - To było jakieś kolczaste. Jak ryba z

wielkimi kolcami na grzbiecie. Miało jednak ludzką postać. Twarz... Czy może raczej rybi

pysk, wiecie, z kośćmi wokół warg, tak bym to określił. I małe, ciemne oczka.

- To była pionowa postać, czy może taka jak czworonogi? - pytał Goram.

- Ty chyba uważasz, że ja miałem czas mu się przyglądać, studiować jego wygląd -

uśmiechnął się Dolg także dość blady. - Chociaż tak, masz rację, to była pionowa postać.

- A ja przez ułamek sekundy widziałam rękę - wtrąciła Lilja z zapałem. - To coś miało

błony pławne między palcami.

Goram skinął głową.

- A więc jest tak, jak myślałem, to istota związana z wodą. Widzieliście wodospad,

prawda? Teraz jest zamarznięty, ale z pewnością spod warstwy lodu wypływa jednak trochę

wody.  No dobrze, trzeba  przygotować  aparat  fotograficzny na  wypadek,  gdybyśmy  mieli

spotkać owego stwora jeszcze raz. Lilja, to będzie twoje zadanie!

Lilja była jak sparaliżowana, zarówno na ciele, jak i na umyśle. Czy zdoła wykonać

takie polecenie?

- Dobrze - wyjąkała. - Będę gotowa. Gorączkowo zaczęła szukać najlepszego aparatu.

Który powinna wziąć?

Goram zdecydowanym ruchem wyjął odpowiednie urządzenie ze skrzyni i włożył w

ręce dziewczyny.

Uff, czy on zawsze musi zauważyć jej bezradność?

Ale   nie   było   to   takie   trudne,   twarz   Lilji   odzwierciedlała   wszystkie   jej   uczucia   i

nastroje.

Przez chwilę krążyli  nad wodospadem,  tym  razem nieco wyżej, ale  nie dostrzegli

najlżejszych nawet oznak jakiegokolwiek życia.

W końcu Goram zrobił zwrot i skierował gondolę w stronę niedalekiego płaskowyżu,

gdzie   wylądowali   w   bezpiecznej   odległości   od   groźnego   stwora.   Siedzieli   w   gondoli   i

opracowywali nowy plan, nieco wytrąceni z równowagi ostatnimi przeżyciami.

- Podobno były trzy sztuki - westchnął Dolg. - No, niezbyt radosne perspektywy!

- To prawda - przyznał Goram. - Ale chyba rozumiecie, co oznacza ich obecność?

- Czyżbyśmy przez cały czas nie zdawali sobie z tego sprawy? - oburzył się Dolg.

- Masz rację - zgodził się znowu Goram.

Lilja   natomiast   nie   nadążała   za   tokiem   ich   rozumowania,   nie   odzywała   się   więc.

Szybko pojęli jej zakłopotanie i Dolg wyjaśnił:

- Kiedy Marco doprowadził do zniszczenia źródła złej wody, tutaj, na Morzu Karskim,

doszło do strasznego wybuchu, prawda?

- No tak - przytaknęła Lilja. - Całe to czarne paskudztwo przebiło się przez skorupę

Ziemi i wyleciało w powietrze.

- Otóż to. Co jednak wiemy na temat źródła zła tutaj poza Taran - gai?

- Niewiele - odpowiedział Goram zamiast Lilji, ponieważ ona nie znajdowała żadnej

odpowiedzi. - Wiemy, że Tengel Zły dotarł do Taran - gai i stał się ucieleśnieniem zła. Ale

czy tylko on jeden?

- W Górach Czarnych  widzieliśmy  tę  obrzmiałą  kobietę.  Ale to  było  we wnętrzu

Ziemi, więc się nie liczy.

Dolg skinął głową.

- Tutaj Tengel Zły był chyba jedynym, który dotarł do źródła, miał w sobie bowiem

wystarczająco dużo zła, by samodzielnie tego dokonać. Ale próbować musiało wielu! Wielu

musiała wabić perspektywa uzyskania władzy nad światem, a w dodatku zapewnienia sobie

życia wiecznego. Myślicie tak samo jak ja?

W końcu Lilja pojęła, o co chodzi.

- Uważasz, że ktoś mógł próbować, ale został zatrzymany w pół drogi? W takim razie

jednak powinien był umrzeć!

- Większość na pewno. Ale załóżmy, że kilkorgu udało się przeżyć. Że być może

zdołali przekroczyć granicę nieśmiertelności i potem już nie mogli umrzeć!

- Troje - rzekła Lilja w zamyśleniu.

-   No   właśnie   -   potwierdził   Dolg.   -   I   w   wyniku   eksplozji   Marca   znaleźli   się   na

powierzchni Ziemi.

Zaległa ponura cisza.

Lilja wpadła na pomysł:

-   A   gdyby   im   tak   sprawić   prysznic?   Chlusnąć   na   nich   solidną   porcją   eliksiru

Madragów, przemienić ich w sympatyczne stworzenia.

Dolg westchnął.

- Właśnie przed czymś takim przestrzegali nas i Madragowie, i Marco. Eliksir nie

atakuje czystego zła. A ponieważ znajduje się w nim materii pochodząca ze Świętego Słońca,

preparat mógłby zadziałać dokładnie odwrotnie. Złe istoty stałyby się jeszcze gorsze.

- Nie, to rzeczywiście niemiłe - rzekła Lilja naiwnie.

- Na szczęście wygląda na to, ze nie doszły dalej niż tutaj - mruknął Goram.

-  Na   razie   spotkaliśmy   tylko   jednego   -   ostrzegł   Dolg.   -  Dwa  pozostałe   mogą   się

znajdować nawet bardzo daleko stąd.

- Tak, ale wszystko wskazuje na to, że są zależne od wody.

-   Tak   jest!   I   właśnie   dlatego   powinniśmy   bardzo   dokładnie   zbadać   wodospad,

zobaczyć, czy są tam jakieś ślady.

Goram głośno myślał:

- Może na drodze do źródła, w grotach, znajduje się jakieś podziemne jezioro? Może

zostały tam z jakiegoś powodu uwięzione i powoli przekształciły się w stworzenia wodne?

- A czy nie sądzisz, że możliwość wyjścia na zewnątrz nadarzyła się już wtedy, kiedy

Shira znajdowała się w grocie jasnej wody? - zapytał Dolg. - Pamiętacie przecież, że Góra

Czterech Wiatrów pogrążyła się w morzu i już nigdy nie wyłoniła się na powrót.

- To możliwe. Ale żeby troje naraz?

- Czy to, co widzieliśmy, mogło kiedykolwiek być człowiekiem? - protestowała Lilja.

- Niewątpliwie. Zło znajdujące się w grotach, a także w nich samych, dokonało reszty.

Znowu zaległa cisza.

- No... to co teraz zrobimy? - zapytała w końcu Lilja.

Dolg westchnął.

-   Nie   mamy   wyboru,   musimy   wracać   do   wodospadu.   Uff,   co   takiego   zatrzymuje

gdzieś Shirę i Mara?

- Oni też nie mogliby tu zdziałać za wiele - rzekł Goram. - Potrzebujemy pomocy

wielu duchów.

- Tak. Tylko że wszystkie duchy są zajęte problemami rozwiązywanymi przez Marca.

-   Nie   wszystkie   -   zaprotestował   Goram.   -   Duchy   czterech   żywiołów   pracują   w

norweskich górach, to prawda, ale pozostały duchy Móriego, po pracy w Zurychu są teraz

wolne.

Dolg   przeliczał   w   myśli   duchy   ojca,   zastanawiał   się,   które   mogłyby   być   tutaj

przydatne.

- Owszem, dla kilku z nich znajdzie się u nas zajęcie - rzekł na koniec.

Goram   wezwał   Farona   i   otrzymał   przygnębiającą   odpowiedź,   że   wszystkie   duchy

znajdują  się  na  Ziemi,   gdzie   razem   z  Shirą,  Marem   i  wieloma  innymi  szukają  Móriego,

Berengarii i Armasa, którzy zaginęli!

- Och, nie - jęknęła Lilja.

- No tak - rzekł Dolg ponuro. - To teraz już wiemy, która grupa ma kłopoty.

Lilja i Goram milczeli.  Wielka  szkoda, że coś się stało z Armasem  i Berengaria,

najgorsze jednak, że chodzi również o ojca Dolga.

Starali się okazać swemu przyjacielowi jak najwięcej współczucia.

- Nigdy jeszcze nie słyszałem, żeby Faron był taki... poruszony - stwierdził Goram z

niepokojem.   -   To   niezrozumiałe   zniknięcie   całej   grupy   musiało   zrobić   na   nim   głębokie

wrażenie.

Dolg, pochłonięty własnymi myślami, nie odpowiadał.

- Podobno Faron zamierzał sam udać się na Ziemię - ciągnął dalej Goram. - W końcu

mu jednak odradzono.

- To dobrze, bo jako Obcy byłby szczególnie narażony.

Dolg jednak miał własne zmartwienia. Jego ojciec, czarnoksiężnik Móri, nie mógł tak

po prostu zaginąć. Już dwa razy do tego dochodziło i zawsze wtedy leżał głęboko pod ziemią,

pogrzebany za życia. Nie wolno dopuścić, żeby się to stało jeszcze raz.

Za pierwszym razem sam Dolg, jeszcze jako mały chłopiec, uratował Móriego. W

drugim przypadku to Marco tchnął w niego nowe życie.

A gdyby to się miało powtórzyć? Dolgowi pociemniało w oczach, nie był w stanie

słuchać toczącej się obok rozmowy.

W   końcu   dotarło   do   niego,   co   zamierzają.   Muszą   wrócić   do   zamarzniętego

wodospadu, zaczaić się na tę istotę i...

No właśnie, i co?

- Czyście to dobrze przemyśleli? - zapytał.

- Nie - przyznał Goram. - Ale czy masz lepszy pomysł?

Dolg, oczywiście, żadnego pomysłu nie miał. Goram liczył na to, że gdyby prysnęli

kroplę eliksiru na lód na wodospadzie, to ona go stopi i wtedy będą mieli lepszy widok.

Dolg   spoglądał   na   ciemne   chmury   gromadzące   się   na   horyzoncie.   Zauważył,   że

przesuwają się coraz bardziej w ich stronę.

- Czy nie lepiej byłoby wylać tę kroplę z gondoli?

- Owszem - odparł Goram. - Ale w takim razie istota będzie miała czas zniknąć, zanim

zdążymy się do niej dostać. Czy też do nich. Są przecież trzy.

Dolg   nadal   odnosił   się   do   tego   sceptycznie,   jak   bowiem   Goram   zamierzał

podporządkować sobie trzy nieśmiertelne wodne potwory?

- Mamy przecież pistolety ze znieczulającymi nabojami - wyjaśnił Goram.

Dolg pokręcił głową.

- Mam nadzieję, że wiesz, co robisz. Poza wszystkim nikt absolutnie nie przypuszczał,

że na Ziemi napotkamy takie potwory! Naprawdę nieźle wpadliśmy!

Ciężkie chmury wisiały teraz nad ziemią nisko niczym mgła, powoli spowijały las,

przez który Lilja, Dolg i Goram mieli przejść. Chmury, jak się okazało, były śniegowe. Śnieg

początkowo   zaczął   padać   leciutkimi   płatkami,   w   miarę   upływu   czasu   jednak   gęstniał   w

zadymkę, tłumił głosy ludzi, które brzmiały bezdźwięcznie i głucho jak w tunelu.

Śnieg od dawna nie  stanowił już dla  Lilji tak  wielkiej  sensacji jak w pierwszych

dniach  na  Ziemi.   Znajdowali  się   przecież  przez   cały  czas  na  północ  od  sześćdziesiątego

równoleżnika i cokolwiek by mówić o oznakach wiosny, to przychodziła tu ona późno. Las, w

którym  się znajdowali, początkowo wolny był  od śniegu, przynajmniej  korony drzew, na

ziemi zaś leżało to obrzydliwe czarne paskudztwo. W żlebach i miejscach zacienionych nadal

zalegała skorupa niebieskawego, lśniącego lodu.

Teraz jednak pojawił się śnieg. I padał okropnie gęsty.

Nagle wszyscy troje zatrzymali się. Popatrzyli po sobie.

- Co to? - wyszeptała Lilja, szukając ręki Gorama. On natychmiast ujął jej dłoń, chciał

ją uspokoić, chociaż sam był przerażony.

8

Usłyszeli jakiś dźwięk. Szeleszczący, syczący, coś jak ostrzeżenie. Lilja miała nawet

wrażenie, że słyszy też groźne słowa, ale to pewnie tylko pobudzona wyobraźnia podsuwała

jej takie przekonanie.

Stali wysoko w lesie, śnieżna zadymka  wciskała się między drzewa niczym  lepka

wata. Nieco w bok od nich wzdłuż górskiej ściany rozciągało się osypisko wielkich kamieni,

które musiały stoczyć się z gór. Ogromne głazy leżały jeden na drugim. To właśnie stamtąd

przyszło owo przerażające ostrzeżenie.

- Nigdzie tutaj nie ma wody - stwierdziła Lilja.

- Nie - powiedzieli równocześnie obaj mężczyźni tak samo cicho.

Znowu rozległ się szelest, niczym stąpanie wielu lekkich stóp.

- Wziąłeś aparat fotograficzny, Goram? - zapytał Dolg.

- Tak, ten do robienia zdjęć w ciemnościach.

- Znakomicie!

Goram był najodważniejszy, zaczął się wspinać po kamieniach.

- Bądź ostrożny - błagali Dolg z Lilja.

Goram zapalił reflektor i wypatrywał między kamieniami. Lilja stała jak na szpilkach.

Wbijała palce w ramię Dolga tak mocno, że na pewno będzie miał siniaki.

- Te kamienie zalegają bardzo głęboko - poinformował Goram. - Rumowisko jest

wielkie, w dole mnóstwo różnych przejść i korytarzy. Ciągną się daleko w głąb, nie widzę,

jak daleko.

- Zejdź stamtąd - błagała Lilja nerwowo.

Goram nie odpowiadał, zgasił reflektor, ujął aparat fotograficzny. W tej samej chwili

pod kamieniami znowu zasyczało, zabulgotało, zaszeleściło. Obrzydliwe dźwięki zbliżały się

bardzo szybko. Goram uniósł aparat w górę i nacisnął spust, potem zeskoczył z kamienia i

wrócił do przyjaciół.

- Chodźcie! Nie wiem, czy udało mi się zrobić zdjęcie, ale musimy się stąd zbierać!

Złapał Lilję za rękę i wszyscy pobiegli. Dolg jeszcze się obejrzał.

- Cokolwiek to było, nie wyszło na powierzchnię.

- Wiem o tym. Zatrzymało się tam na dole w pół drogi.

- Chciało nas tylko przestraszyć?

- Chyba ostrzec. Następnym razem uderzy.

- To była tylko jedna istota? Zdawało się, że jest tego mnóstwo - wykrztusiła Lilja.

Miała problemy, żeby nadążyć za mężczyznami.

- Tylko jedna.

- Ale to coś dużego? - zapytał Dolg.

- Mniej więcej naszego wzrostu.

W końcu się zatrzymali, choć nie bardzo wiedzieli, gdzie są. W każdym razie nie w

pobliżu gondoli, a Lilja tak by chciała się teraz w niej znaleźć, w przytulnym, bezpiecznym

pomieszczeniu. Ale wszędzie wokół był tylko nieznajomy las.

- Wywołaj zdjęcie! - polecił Dolg.

Goram natychmiast to zrobił, wszyscy przestraszeni wpatrywali się w fotografię.

Nie   udało   mu   się   uchwycić   zbyt   wiele.   W   ciasnym   korytarzu,   pośród   wielkich

kamieni, widać było wściekłą, wykrzywioną kobiecą twarz.

To wszystko, reszta kryła się za kamieniami.

Pierwszy odezwał się Dolg:

- W takim razie mamy numer dwa.

- To znaczy, że numer trzy może się znajdować gdziekolwiek - westchnęła Lilja.

- Otóż to - potwierdził Goram.

Stracili poczucie kierunku. Kiedy wyruszali, żadne nie pomyślało, by zabrać kompas.

Śnieżyca była teraz gęsta niczym ryżowy pudding. Goram surowo nakazał im trzymać

się razem, nikomu nie wolno nawet na krok oddalić się od reszty.

Wodny potwór, kobieta o groteskowej, odpychającej twarzy i coś trzeciego, czego

jeszcze nie znają. To wszystko może się znajdować tuż - tuż, dosłownie za każdym drzewem.

Osypisko bowiem było rozległe. Kiedy jeszcze było cokolwiek widać, majaczyło im

daleko wzdłuż górskich zboczy.

Żadne nie wiedziało też, w której stronie może się teraz znajdować wodospad.

Najgorsze było jednak to, że nie mieli pojęcia, dokąd się kierować, by dotrzeć do

gondoli.   Kiedy   ją   opuszczali,   wydawało   im   się,   że   stoi   wysoko,   z   daleka   widoczna,   a

widoczność była znakomita, w żadnym razie nie mogli przeoczyć swojego pojazdu. Dlatego

nie wzięli kompasu ani żadnego innego wyposażenia.

Ale teraz...?

Wszystkie   wzniesienia,   na   które   się   wspinali,   były   puste.   Ogarniała   ich   rozpacz.

Żadnej gondoli, żadnego domu dla samotnych mieszkańców Królestwa Światła zagubionych

w obcym świecie, w którym śnieg tłumi wszelkie dźwięki, wdziera się za kołnierz, oślepia.

Lilji zmarzły nogi, ale nie miała odwagi o tym powiedzieć. Człapała po coraz grubszej

warstwie śniegu, śmiertelnie przerażona, że mogłaby stracić z oczu towarzyszy.

- Ciii! - syknął nagle Goram, chociaż nikt nic nie mówił. Przystanął, reszta poszła za

jego   przykładem.   -   Czy   mi   się   zdaje,   czy   gdzieś   kapie   woda?   Jak   spod   zamarzniętego

wodospadu?

Nasłuchiwali wszyscy.

- Tak - stwierdził Dolg. - Wróciliśmy na dawne miejsce.

Nagle zauważyli, że coś się dzieje.

Ziemia uginała się lekko, jak pod skradającymi się, ciężkimi krokami. Niczego więcej

nie zdążyli zarejestrować, Goram i Dolg bowiem zostali z wielką siłą odepchnięci na boki,

każdy w swoją stronę, a Lilję uniosły w górę czyjeś oślizgłe ramiona.

Pierwsza   absurdalna   myśl,   jaka   przyszła   jej   do   głowy,   podyktowana   była   przez

poczucie   winy:   Co   ja   znowu   narobiłam   moim   przyjaciołom!   Nie   mają   ze   mnie   żadnego

pożytku, same kłopoty!

W   końcu   jednak   zaczęło   do   niej   docierać,   co   się   stało:   Napastnik   niesie   ją   do

wodospadu. Trzeba działać!

Wściekle krzycząc, szarpała się i wyrywała lepkiej postaci, która ją uprowadziła, ale

wszelkie protesty na nic się nie zdały. Usłyszała, że Dolg woła: „To ten pierwszy! Wodny

potwór!”

Ale nie biegli za nią. Dlaczego nie gonią potwora?

W tej samej chwili otrzymała odpowiedź. Dotarł do niej głos Gorama:

- Biegnij za nimi! Ja dam sobie radę. Odnajdź Lilję! Na Święte Słońce, Dolg, ratuj ją,

błagam cię!

A więc Goram jest ranny, to się stało podczas upadku. A Dolg nie wiedział, komu

najpierw pomagać. Tak, ale teraz już słychać jego szybkie kroki na śniegu.

Och, pomóż mi, pomóż mi, myślała Lilja z sercem w gardle. Jedyne, co mogła zrobić,

to   krzyczeć   przez   cały   czas,   żeby   Dolg   wiedział,   gdzie   jest.   Goram,   Goram,   chyba   nic

poważnego ci się nie stało? Boże, a ja nie mogę się tobą zająć!

Tymczasem   potwór   znalazł   się   niepokojąco   blisko   wodospadu.   O   rany,   ależ   on

cuchnie!   Zepsutą  rybą   i  gnijącymi  wodnymi   roślinami,   ledwo mogła   oddychać,  odór  był

dławiący. Zbliżali się do głębokiej rozpadliny, do której wpadała woda z wodospadu. Nawet

teraz nie była zamarznięta, potwór w każdej chwili mógł się w niej zanurzyć i zniknąć razem

z Lilją.

Goram, Dolg, pomóżcie mi, teraz jest ze mną naprawdę źle! Zaczęła myśleć jaśniej.

Wiedziała, że ma przy sobie aparacik mowy wynaleziony przez Madragów. Spojrzała więc

prosto w przepastne, ohydne ślepia, które lśniły złowrogo tuż nad jej głową. O Boże, nie dam

rady! Kręciło jej się w głowie, miała mdłości, zebrała jednak resztki sil, jakie jej jeszcze

zostały.

- Czy nie wiesz, że ja nie mogę żyć w wodzie? - syknęła. Jej głos zabrzmiał znacznie

śmielej, niż przypuszczała. Tak naprawdę bowiem była roztrzęsiona jak galareta.

Potwór wielkimi skokami zbliżał się do wody.

- Ty chyba też niegdyś byłeś człowiekiem - spróbowała znowu.

Znajdowali się teraz nad samą wodą, Lilja była śmiertelnie przerażona, ale chociaż się

bardzo starała, nie potrafiła wyrwać się z objęć potwora.

Poza tym beznadziejnie wplątała się w długie, przypominające morską trawę włosy,

które potworowi sięgały do łydek.

Nagle z gardła monstrum wyrwały się jakieś ochrypłe, gulgoczące dźwięki. Była to

najwyraźniej jego mowa. W każdym razie do Lilji dotarło:

- Ja mogę! To i ty też!

- Nie! Utopię się!

- Skłoń go, żeby stał spokojnie, Lilja! - zawołał Dolg. - Nie mogę wycelować!

- Zaczekaj! - wrzasnęła do potwora, a on rzeczywiście na moment się zatrzymał. Lilji

wydawało się, że trwa to wszystko wieczność.

Potwór   nie   był   taki   wysoki,   jak   im   się   początkowo   wydawało.   Miał   natomiast

przerażająco długie łapy, dlatego udało mu się dosięgnąć do nisko lecącej gondoli. Człowiek -

ryba wyprostowany mógł mierzyć sobie od dwóch do trzech metrów wysokości i nie ulegało

wątpliwości, że był to osobnik męski, widać to było nawet pod tymi trawiastymi włosami.

Nietrudno   zgadnąć,   dlaczego   uprowadził   właśnie   Lilję.   Nawet   taka   niewinna

dziewczyna zdawała sobie z tego sprawę.

W tej trwającej wieczność chwili spojrzała prosto w jego straszną, podobną do rybiego

pyska gębę, ociekającą wodą. Prosto w dwoje dziwnych oczu.

Zza zasłony śniegu ukazał się Dolg z pistoletem gotowym do strzału.

- Nie strzelaj! - krzyknęła zdławionym głosem.

- Puści cię natychmiast, gdy tylko środek znieczulający dotrze do jego krwi.

- Nie, nie! - krzyknęła ostrzegawczo, ale było za późno. Dolg już strzelił.

Lilja z łoskotem upadła na ziemię, kiedy łapy potwora utraciły siłę. Słaniając się na

nogach, dotarł do wody, wpadł do niej głową w dół i zniknął.

- Utonie! - krzyczała Lilja.

- Nic mu się nie stanie. To stworzenie wodne! Ale szkoda, że nam umknął. Mieliśmy

szansę, żeby go unieszkodliwić  na zawsze, choć nie wiem,  czy by nam się to udało. W

każdym razie możliwość przepadła.

Lilja wpatrywała się w rozpadlinę, czarny krąg otwartej wody majaczył w śnieżycy. W

tej chwili potwór mógł się znajdować już bardzo daleko od nich.

Bezradnie odwróciła się do Dolga.

- Dziękuję za uratowanie mi życia - powiedziała z rozpaczą w oczach. - Ale widzisz,

ja myślę, że popełniliśmy błąd.

Kiedy Dolg chciał zaprotestować, dodała szybko:

- Tak, tak, miałeś rację, że nie pozwoliłeś, by zabrał mnie ze sobą do wody. Ale ja w

jego oczach widziałam coś...

Umilkła i zastanawiała się przez chwilę. W lesie panowała wielka cisza, słychać było

tylko szum strużki wody pod zamarzniętym wodospadem.

- Wiesz, Dolg, może to głupie, ale ja pamiętam parę słów o wodnym trollu, takim co

to się ukrywa w wodospadach, w zakolach rzek, gra na skrzypkach i w ogóle.

- Wiem, wiem - zawołał Dolg. - Przecież mieszkałem w Norwegii. Jakie to słowa?

Lilja   starała   się   przypomnieć   sobie   dokładnie   i   zaczęła   wolno   recytować:   „Nagle

zobaczyłem go pośrodku grzmiącego wodospadu. Pół ryba, pół człowiek, srebrzyście biały z

zielonym odcieniem, jak woda wokół niego; oczy mu płonęły niczym żarzący się w popiele

ogień, wstrętne, a zarazem niezwykle przyciągające, było w nich zło, samotność, tęsknota... A

może to tylko księżyc odbijał się w mokrych skałach przy wodospadzie? Dziś nie umiem

powiedzieć.”

Dolg miał bardzo sceptyczną minę.

- Chciałaś mnie przekonać, że on, ten twój wielbiciel, był sympatyczny?

- Nie, był potworny. Ale, widzisz, ja otrzymałam coś w rodzaju odzewu. Bardzo silne

wrażenie, jakby... Tak, jakby chciał powiedzieć „żałuję”.

- Że cię złapał i uprowadził?

- Nie, nie, aż tyle sumienia chyba w nim nie ma. Nie, myślę, że zamknięty w grotach

miał mnóstwo czasu na zastanowienie się. I teraz żałuje, że szukał źródła zła.

Spojrzenie Dolga wyrażało powątpiewanie.

Ona jednak dzielnie brnęła dalej:

- Może on nie zaszedł zbyt daleko?

- Żeby stać się nieśmiertelny, musiał być blisko źródła.

- No tak - bąknęła Lilja zmieszana. - Podważyłeś moją teorię. Myślałam, że eliksir

Madragów mógłby podziałać na niego oczyszczająco.

Wspinali   się   teraz   na   zbocze,   Lilja   przodem,   bardzo   się   spieszyła,   zaniepokojona

losem i zdrowiem Gorama. Strasznie się bała.

- Jesteś dziewczyną o gorącym sercu, Liljo - powiedział Dolg. - Ale czy pomyślałaś,

co by się stało, gdyby ten potwór cię nie puścił? Sądzę, że Goram nie byłby uszczęśliwiony,

przecież chce cię mieć dla siebie.

Po   raz   pierwszy   ktoś   wyraził   możliwość   erotycznego   związku   między   Lilją   i

Goramem, dziewczyna zaczerwieniła się więc po korzonki włosów. Na myśl o tym cale ciało

zrobiło się dziwnie ciężkie. Oczywiście, sama wyobrażała sobie różne rzeczy, ale żeby ktoś

mówił o tym tak otwarcie...?

- Ja... w ogóle nie myślałam o konsekwencjach - przyznała cicho. - Ale co się stało

Goramowi?

- Myślę, że wygląda to lepiej, niż się na początku wydawało. Wbił stopę pod korzeń

drzewa i przewrócił się na plecy, o własnych siłach nie mógł się wydobyć z pułapki. Baliśmy

się,   że   mógł   sobie   uszkodzić   kostkę,   ale   ja   nie   mogłem   się   nim   zajmować,   bo   przecież

musiałem ratować ciebie.

Dolg   miał   taki   niezwykły,   cudowny   uśmiech.   Lilja   kochała   na   niego   patrzeć.

Odpowiedziała mu również pełnym wdzięczności uśmiechem.

W górze, na krawędzi rozpadliny, odwróciła, się żeby jeszcze raz popatrzeć, ale śnieg

przesłaniał widok. „Wszystko wokół było białe, tylko tu i ówdzie pojawiał się niebieskawy

cień. Może to skala, może otwarta woda, nie wiadomo.

Czy postąpiliśmy słusznie? zastanawiała się. Była pełna wątpliwości.

Nagle zdjął ją lęk. Goram jest sam, ranny, a po lesie błąkają się potwory! Co by to

było, gdyby jeden z nich...?

Półprzytomny z bólu Goram leżał na ziemi prawie całkiem przysypany śniegiem.

Upadł na jakiejś pochyłości i znajdował się teraz w okropnej pozycji, z głową w dół,

ze skręconą stopą wbitą pod korzeń i zaklinowaną tak, że w ogóle nie mógł nią poruszyć, nie

mógł też zmienić pozycji na nieco znośniejszą.

Ale teraz nie miało to znaczenia, myślał tylko o Lilji, która została uprowadzona przez

przerażające monstrum.

Jego Lilja. Jedyna miłość Gorama, której mimo wszystko będzie się musiał wyrzec.

Ale żadne z tych szlachetnych obietnic, powołanie, cnota i tak dalej, nic się teraz nie

liczyło. Jedyne, czego pragnął, to móc jej powiedzieć, jak bardzo ją kocha, jak bardzo za nią

tęskni w chwilach samotności, jak dręczy go niepewność, co jest właściwe oraz jak powinien

postąpić. I jak to trudno być tak blisko niej podczas wyprawy, a nie móc wziąć jej w ramiona,

przytulić, zamknąć ją w nich na wieki.

Jego   wielka   tęsknota.   A   zaczęło   się   przecież   od   przyjaźni,   bez   wielkiego

zainteresowania. Owa tęsknota wciskała się podstępnie do serca, w końcu wypełniła je po

brzegi, i teraz w każdej chwili życia Goram może myśleć tylko o jednym: Lilja, Lilja, gdzie

jesteś? Wróć, żebym mógł cię jeszcze raz zobaczyć!

Być z nią na tej samej wyprawie! Przecież na początku tak strasznie się bronił, nic to

jednak   nie   pomogło.   Tęsknił,   przeklinał,   tęsknił   jeszcze   bardziej,   pragnął   ją   widzieć   i

wiedział, że tej tęsknoty nigdy nie uciszy.

Widywać ją każdego dnia. Mieszkać w tej samej, ciasnej gondoli. Siedzieć obok niej

przy ognisku w niebieskawym świetle wiosennego wieczoru, kiedy lody pękają z trzaskiem, a

dzikie ptaki nad morzem wykrzykują własną tęsknotę, a on od czasu do czasu musi ogrzewać

Lilji dłonie.

Nagle Goram nastawił uszu.

Słuchał,  ale  niczego  nie słyszał.  Mimo  to mógłby przysiąc,  że ktoś stoi  za nim  i

obserwuje go z oddali. Nie mógł odwrócić głowy, bo przy każdym ruchu ból przeszywał całe

ciało, wyczuwał jednak w pobliżu jakieś lodowato zimne zagrożenie. Jakby go polarny wiatr

przenikał   i   pokrywał   szronem,   takie   wyraźne   było   wrażenie   obserwujących   go,  czujnych

oczu.   Nie   było   w   tym   ani   odrobiny   dobra   czy   miłosierdzia.   Tylko   zimna,   wyrachowana

pogarda.

Tak, to ostatnie Goram potrafił zrozumieć. Jego pozycja nie budziła szacunku. Była

raczej upokarzająca, to najlepsze określenie.

Po chwili zauważył, że wrażenie zła ustępuje i on znowu leży sam, coraz szczelniej

przysypywany śniegiem. Był  już taki wychłodzony,  że płatki śniegu nie topniały na jego

twarzy. A co się stanie, jeśli Dolg i Lilja nie odnajdą go w zadymce?

Jeśli Lilja w ogóle wróci...

Goram   jęknął   boleśnie.   Lilja,   Lilja   zaginęła.   Porwał   ją   straszny   wodny   potwór   i

poniósł gdzieś na swoich ramionach, a on, Goram, nie był w stanie nic zrobić.

Jak będzie mógł po tym wszystkim żyć? A przecież dostał od Świętego Słońca życie

wieczne.

Po co mu ono?

9

Lilja   przyspieszała   kroku.   Goram   nie   wyszedł   im   na   spotkanie.   Im   dłużej   szli   z

Dolgiem, tym bardziej ją to niepokoiło.

Ślady wodnego potwora i Dolga były jeszcze widoczne, choć wyglądały jak lekkie

wgłębienia   w   śniegu,   w   każdym   razie   zabłądzić   nie   mogli.   Dziwaczne   stopy   potwora   z

błonami pławnymi zostawiały rozległe wgłębienia, ślady syna czarnoksiężnika były bardziej

normalne.

Lilja   zastanawiała   się,   jak   ten   człowiek   -   ryba   radzi   sobie   na   lądzie,   więc   Dolg

wyjaśnił jej, że z pewnością należy do amfibii.

- Tak jak żaby, które mogą żyć i w wodzie, i na lądzie?

- Właśnie tak!

- Uff, biedny człowiek!

Kiedy w końcu dotarli na miejsce, Lilja padła przy Goramie na kolana i wybuchnęła

szlochem.

- Tak strasznie się bałam! Myślałam, że ty...

-   No   już,   już   dobrze   -   uspokajał   ją.   -   Dziękuję   ci,   Dolg,   że   całą   i   zdrową

przyprowadziłeś ją do domu!

Dom?   Ten   wymarły   las   pełen   czających   się   wszędzie   potworów?   I   jeden   ranny

Lemuryjczyk, ten, który znaczy dla niej więcej niż cokolwiek na świecie.

Goram nie mógł wyrwać korzenia i sam się wydostać z pułapki, znajdował się bowiem

w bardzo niewygodnej pozycji, uniemożliwiającej mu wszelki ruch. Teraz pracowali wszyscy

troje, by go uwolnić. Kiedy się to już stało, Dolg ujął w dłonie stopę towarzysza i trzymał tak

przez  jakiś czas. Pomogło.  Goram  mógł  iść  o własnych  siłach,  potrzebował  tylko trochę

wsparcia. Na szczęście nie doznał poważnej kontuzji, po prostu skręcił nogę w kostce, a to

jest zawsze bardzo bolesne.

Wprawdzie był nie do końca sprawny, ale nie chciał o tym mówić.

Dolg  przedstawił   mu   teorię  Lilji   i jej   pomysł,   by spróbować  pomóc   potworowi  z

wodospadu. Goram jednak potraktował to równie sceptycznie jak Dolg, jeśli nie bardziej.

- To jasne, że musimy go jeszcze raz odszukać - powiedział Goram. - Ale jaką widzisz

dla   niego   przyszłość,   gdybyśmy   się   nad   nim   ulitowali?   W   ogóle   podejrzewam,   że   on

świadomie starał się na ciebie wpłynąć, żeby się potem rzucić także na nas.

Lilja nie znajdowała na to odpowiedzi. Wiedziała tylko, że w tym strasznym potworze

musi też istnieć jakaś dusza. Dusza, która cierpiała przez setki lat. Ale w jakim stanie jest

teraz? Nikt nie potrafiłby na to odpowiedzieć.

- Jestem głodny - oznajmił Dolg.

Lilja i Goram również, jak się okazało. Ale śnieg wciąż sypał, a oni nie odnaleźli

wzgórza, na którym zostawili gondolę i smaczne jedzenie, jakie w niej mieli. Na szczęście

pojawiła   się   nadzieja,   pamiętali   bowiem,   gdzie   mniej   więcej   w   stosunku   do   wodospadu

znajduje się to wzgórze.

-  Nie   uważacie,   że   odnalezienie   gondoli   to   teraz   najważniejsza   sprawa?   -   zapytał

Goram. - Potrzebujemy jedzenia, ciepła, wypoczynku, a także suchych ubrań i opatrzenia ran.

Potem będziemy mogli znowu podjąć polowanie na potwory.

Wszyscy uznali, że to wspaniała propozycja. Ożywieni myślą o przytulnej gondoli,

powlekli się przez głębokie zaspy. Wiało teraz porządnie i wiatr zawodził smutne pieśni w

koronach drzew, a śnieg zacinał w twarze.

Goram nie chciał pokazać, jak bardzo się boi, ale trzymał Lilję przy sobie, próbował

też osłaniać ją przed największym wiatrem. Ponieważ mimo wszystko mieli już wiosnę, to

powietrze nie było  specjalnie zimne. Uznali, że wszystko  się więc ułoży,  zwłaszcza jeśli

odnajdą gondolę i nie będą musieli spędzić nocy pod gołym niebem.

Ale wędrówka mogła być za trudna dla dziewczyny, która nie miała takiego treningu,

jak większość członków grupy „Poszukiwaczy Przygód” z Królestwa Światła.

Goram   widział,   że   Lilja   jest   bardzo   zmęczona,   a   także   wstrząśnięta   strasznymi

przeżyciami, dzielnie jednak szła naprzód i nie narzekała.

I nagle... znowu usłyszeli te stłumione odgłosy.

- Nie - jęknął Dolg. - Najpierw musimy odzyskać siły!

Wiedzieli jednak, że nie powinni zaprzepaścić szansy schwytania jednej ze złych istot.

Trudno byłoby ją ponownie odnaleźć, już i tak stracili człowieka - rybę.

Rozglądali   się   uważnie   dookoła.   Goram   obejmował   Lilję,   chroniąc   ją   przed

nieoczekiwanym   atakiem.   Bardzo  mu   się  nie  podobało  to,  co słyszeli.   Przede   wszystkim

dlatego, że było to coś absolutnie nieznajomego. Nigdy jeszcze nie słyszał czegoś podobnego,

a jako Strażnik należący do elity miał sporo doświadczenia.

Po chwili odgłosy ucichły. Wędrowcy znajdowali się na kamiennym osypisku, tylko

że pod śniegiem kamienie były niewidoczne. Instynktownie zaczęli się wycofywać.

To nie było to samo miejsce co przedtem, ale osypisko miało liczne odgałęzienia.

A może jest tak, jak mówi Lilja? Że pod kamieniami znajdują się groty i korytarze.

Przygotowali  pistolety z usypiającymi  pociskami, obraz złej kobiecej  twarzy mieli

świeżo w pamięci.

Dolg szepnął:

- Gdyby tu była Indra, to z pewnością starałaby się ją sprowokować. Wołałaby pewnie

coś w rodzaju: „Ach, tak, ukrywasz się, ty wstrętna poczwaro, ty stara paskudna czarownico!”

Goram słuchał z uśmiechem.

- Tak, Indra niczego się nie boi.

Ze zdumieniem stwierdzili, że Lilja postanowiła oddać im przysługę. Znalazła jakąś

gałąź i zanim zdążyli zaprotestować, wetknęła ją pod najbliższy kamień i wrzasnęła na cały

głos:

- Więc to tak? Siedzisz tam i gdaczesz, ty stara potworo! Chcesz nas przestraszyć, ty

Babo Jago!

Przerażony Goram odciągnął ją jednym szarpnięciem od kamienia.

- Nie jesteś Indrą, Liljo! Nie wolno ci robić takich rzeczy!

Twarz mu zbielała.

Spod kamieni  dobiegło  potworne  gdakanie,   mamrotanie,   gulgotanie.   Rozlegało   się

coraz bliżej.

Dolg pochylił się nad szczeliną z pistoletem gotowym do strzału.

Teraz   dało   się   słyszeć   jakieś   wściekłe   miauczenie,   przywodzące   na   myśl   koty   w

marcu, ale najwyraźniej się oddalało. Dolg odskoczył zaszokowany.

- A niech to diabli - wykrztusił. - To najgorsze, co przyszło mi oglądać!

- Udało ci się strzelić?

- Nie, zniknęła, zanim... Spójrz w górę, Lilja!

Za późno! Stworzenie o budzącym grozę wyglądzie wypadło z innego otworu. Zdążyli

dostrzec długie, poziomo ułożone ciało, jak u czworonogów, ale z mnóstwem nóg po obu

bokach, dziwacznych, sterczących, długich jak u pająka, zgiętych w kolanach. Głowa była

ludzka, to ta sama okropna kobieta, którą widzieli przedtem.

Poruszała się błyskawicznie, ledwo zdążyli się zorientować, w którą stronę zmierza,

gdy pierwsze pary rąk, czy nóg, czy co to było, wytrąciły mężczyznom pistolety. Niemal

równocześnie potwór zwrócił się do Lilji i zadał jej cios. Nie tak, jak to robi skorpion, ta

istota nie uderzała ogonem, ale błyskawicznym ruchem odwróciła się i zaatakowała żądłem

umieszczonym w tylnej części ciała.

Goram zdążył  chwycić  Lilję, żeby ją odciągnąć, ale  i tak została trafiona  w udo.

Wrzasnęła przeraźliwie z bólu i strachu, czuła bowiem, że ciało jej drętwieje.

Dolg złapał jakąś gałąź i zdzielił nią bestię po gębie. Najwyraźniej nie przywykła do

oporu, bo natychmiast z gniewnym syczeniem odskoczyła na osypisko. Dolg rozpaczliwie

szukał pistoletów, one jednak zniknęły gdzieś daleko pod śniegiem.

Goram był całkowicie przybity i załamany, utracił wszelką wolę walki. Klęczał na

śniegu i trzymał w ramionach swoją najdroższą przyjaciółkę. Przytulał twarz do jej bladego

policzka, całował jej czoło i płakał nad jej losem. Cichy szloch niósł się ku górom i wracał

odbity od skał niczym żałobna pieśń nad tysiącami pomordowanych ludzi.

Jedynym   człowiekiem,   który   teraz   mógłby   pomóc   Lilji,   był   Dolg.   On   jednak

wszystkie   swoje   siły   koncentrował   na   trzymaniu   w   szachu   bestii.   Ponieważ   pojawiła   się

znowu, tym razem wyżej, gotowa w każdej chwili rzucić się całym swoim długim, zniekształ-

conym cielskiem, z tymi poruszającymi się nieustannie, koślawymi nogami. Przypominała

wielką osę pozbawioną skrzydeł, za to wyposażoną w długie rzędy wysokich, pajęczych nóg.

Wyglądało jednak na to, że żywi pewien respekt dla Dolga, wyjątkowego, na pozór

bardzo młodego człowieka o czarnych, smutnych oczach. On zaś wciąż stał w tym samym

miejscu i emanował taką siłą, jakiej Goram nigdy jeszcze u niego nie widział. Widocznie

Dolg jest bardziej niezwykły, niż się przypuszcza.

Bestia na zboczu zazwyczaj chyba się nikim nie przejmuje. Teraz sprawiała wrażenie

jakby zakłopotanej.

Dolg zaczął do niej przemawiać, prawdopodobnie po to, by skłonić ją do odstąpienia

od morderczego ataku, do którego się z całą pewnością szykowała.

Goram słyszał, że Dolg mówi w swoim skandynawskim języku, nie wiedział tylko,

czy to norweski, czy islandzki, monstrum mówiło w swoim. Sądząc po melodii i akcencie

Goram, ulokowałby je gdzieś w Europie południowo - wschodniej. Tamtych dwoje rozumiało

się nawzajem, on także mógł śledzić rozmowę, ponieważ i on, i Dolg mieli aparaciki mowy.

Musiał  siedzieć  tam,  gdzie  był.  Najchętniej  pobiegłby szukać gondoli, by położyć

nareszcie Lilję w bezpiecznym miejscu. Ale nie mógł. Gdy tylko się poruszył, ogromna bestia

natychmiast odwracała się w jego stronę, gotowa do ataku.

Tak więc Goram siedział jak skamieniały.

Nie   wiedział   nawet,   czy   Lilja   jeszcze   żyje.   Jego   serce   pogrążone   było   w   czarnej

rozpaczy.

Słyszał, że Dolg prowadzi z bestią ożywioną dyskusję.

- Jestem najpiękniejsza - syczała kobieta. - Jestem najsilniejsza. Wszyscy mężczyźni

mnie pożądają, ale ja ich nie chcę.

Dolg  najwyraźniej  ją  drażnił,  raz  po  raz  musiał  uskakiwać  w tył,  gdy  groziła,   że

zaatakuje.

- Kiedy to mężczyźni cię pożądali?

- Teraz, oczywiście, ty beznadziejny ignorancie!

- A który to jest rok?

- Co za głupie pytania! O co ci chodzi?

Dolg sam nie wiedział. Musiał po prostu przeciągać to wszystko, chciał zyskać na

czasie,   zastanowić   się,   coś   wymyślić.   Nie   miał   jednak   nic   do   pomocy,   nie   sądził,   by

islandzkie runy podziałały na coś tak przeżartego złem, jak ten potwór na górze.

- Kim ty jesteś?

Pytanie bardzo ją zirytowało. Prychnęła ochryple i zamierzała się na niego rzucić, ale

Dolg wciąż trzymał przed sobą gałąź. Widocznie nie chciała, żeby ją znowu uderzył w twarz.

Może się bała, że uszkodzi jej niezwykłą urodę.

Bestia nieoczekiwanie wysyczała odpowiedź:

-   Jestem   Elzebet,   potężna   hrabina,   wszyscy   to   wiedzą.   Udało   mi   się   zachować

młodość, kąpałam się bowiem we krwi młodych dziewic. U stóp mojego zamku pogrzebano

tysiące tych istot, które zadręczyłam osobiście za pomocą nożyczek. Teraz tam wracam.

To musiało być dawno, dawno temu, pomyślał Dolg.

- Chyba widzisz, jaka jestem młoda - powiedziała bardzo z siebie zadowolona.

Chciałbym mieć lusterko, pomyślał. Wtedy byś inaczej śpiewała.

- Zyskałam właśnie nowe źródło świeżej krwi. To ta gąska. Rozkoszna kąpiel dobrze

mi zrobi!

Goram mocniej przycisnął Lilję, gotów bronić jej życia do ostatniego tchu.

Dolg również zbladł, ciągnął jednak spokojnie:

- Po co przyszłaś do Góry Czterech Wiatrów?

Złe ślepia rozbłysły.

- Tu można zdobyć władzę nad wszystkimi głupimi ludźmi i nad całym światem. A do

tego wieczne życie i wieczną młodość. Jestem właśnie w drodze do źródła. Jeszcze tylko

kawałek.

Czy ona nie ma poczucia czasu, żadnej orientacji? zastanawiał się Dolg. Mówił jednak

dalej bardzo spokojnie:

- Ja mam czterysta lat, a nigdy nie szukałem tego wstrętnego źródła.

Bestia podeszła bliżej, zsuwała się po kamieniach. Z tej odległości wyglądała jeszcze

straszniej, jak najgorszy senny koszmar. Zółtoblada, o wodnistych szarych oczach, które już

dawno zmętniały. Twarz poorana zmarszczkami, groteskowa. Spróchniałe zęby cuchnęły na

odległość, wargi zaczynały przemieniać się w potężne szczęki jak u drapieżnych owadów.

Wyglądała na kilkaset lat, co też pewnie było prawdą, nie miała w sobie nic łagodnego, nic,

co mogłoby wzbudzać choćby cień sympatii. Włosy długie i żółtoszare, ale tak przerzedzone,

że sterczało tylko kilka kosmyków na łysej czaszce. Najbardziej odpychające było jednak zło

ziejące z jej oczu.

- Jak znalazłeś źródło młodości? - zapytał nieludzki, tym razem jakby przymilny głos.

- I gdzie?

- Tego się nigdy nie dowiesz.

Dolg nie wiedział, jak się to wszystko skończy. Chociaż zawodzenie Gorama ucichło,

dosłownie wyczuwał rozpacz towarzysza, że nie może mu pomóc i że nie może nic zrobić dla

Lilji. Pistolety ze znieczulającymi pociskami leżały poza ich zasięgiem. Nie mieli naprawdę

nic, czym mogliby się bronić, a wstrętna bestia gotowa była użądlić Dolga w każdej chwili.

Chciała tylko przedtem poznać jego tajemnicę, a mianowicie, jak zdołał zachować młodość.

To była teraz jego ostatnia deska ratunku, ostatnie źdźbło, którego mógł się chwycić.

- A dlaczego nie doszłaś do źródła zła? - zapytał.

- Powierz mi swoją tajemnicę, piękny młodzieńcze, to ci powiem.

- Tak, tak, nigdy nie dotarłaś do źródła - skonstatował.

Straszna gęba pociemniała w potwornym gniewie.

- Gdzie znajdę wieczną młodość? - ryknęła bestia.

- Dlaczego nie dotarłaś do źródła? - upierał się Dolg, chociaż zaczynał się bać nie na

żarty. Bo gdyby posunął się za daleko...?

Potwór  tłukł   śnieg   tylną   częścią   swego   cielska   tak,   że   biały   puch  rozsypywał   się

gwałtownie na wszystkie strony; pajęcze nogi tupały wściekle. W końcu bestia wrzasnęła z

furią:

- Bo jakiś idiota pozamykał wszystkie bramy. Byłam właśnie w kamiennym piekle,

już miałam się stamtąd wydostać, zresztą już prawie byłam na zewnątrz, gdy nagle ciemności

zapadły nad źródłem zła i popłynęła stamtąd zwyczajna, zasrana woda!

Aha, pomyślał  Dolg. To mamy wyjaśnienie, dlaczego człowiek - ryba  wykształcił

skrzela!

Kobieta, nie panując już nad sobą, krzyczała dalej:

- Nie mogłam ani iść naprzód, ani wracać. Udało mi się w końcu znaleźć jakąś półkę

nad kamieniami. Woda tam nie sięgała.

- I tak stałaś się stworem, który pełza między i pod kamieniami.

Kolejny syk zabrzmiał złowieszczo. Lepiej zachować ostrożność.

Shira, myślał Dolg, to Shira zdołała dotrzeć do źródła jasnej wody i sprawiła, że Góra

Czterech Wiatrów na zawsze pogrążyła się w morzu.

No ale ta Elzebet? Ona musiała się znaleźć w grotach na wiele lat przed Shirą.

I nie udało jej się, ale nie chciała się do tego przyznać.

Kiedy rozmawiali, Dolg zdołał tak wymanewrować bestię, że była teraz odwrócona

plecami   do   Gorama.   Strażnik   natychmiast   zrozumiał   intencje   przyjaciela   i   z   Lilją   w

ramionach   ostrożnie   wstał,   gotów   ruszać   na   poszukiwanie   gondoli   oraz   czegoś,   co   by

zapewniło im wszystkim bezpieczeństwo, uratowało Dolga.

Ale diabelska baba musiała chyba mieć oczy na karku, natychmiast zorientowała się w

sytuacji i błyskawicznie niczym łasica zbiegła z osypiska. Dolg nie zdążył unieść gałęzi, gdy

przemknęła obok niego i rzuciła się na Lilję, nowe źródło świeżej krwi.

Goram wrzeszczał i próbował uciekać z dziewczyną, ale nie miał na to szans. Dolg

rozpaczliwie szukał pistoletów, wszystko na próżno.

I wtedy nad bestią pojawiła  się wielka płaska stopa, uniosła się w górę, a potem

opadła, łamiąc i miażdżąc tysiące członków.

Do akcji wkroczył wielbiciel Lilji.

10

- Dziękuję - powiedział absolutnie szczerze Goram do ociekającego wodą olbrzyma.

Wodny   stwór   nie   zdążył   nawet   zareagować,   kiedy   cała   sytuacja   ponownie   się

zmieniła.

Elzebet, na ułamek sekundy przed tym, jak jej cielsko zostało zmiażdżone, zdołała

przekoziołkować po świeżym śniegu, zebrała siły i wbiła żądło z nogę olbrzyma. Ten wydał z

siebie przeciągłe, żałosne wycie i runął na śnieg.

- Goram! - zawołał Dolg. - Połóż teraz Lilję pod drzewami. Ciebie boli noga, więc ja

co sił pobiegnę szukać gondoli. Teraz powinno mi się udać, bo pojaśniało, śnieg nie pada już

taki gęsty. Przyniosę swoją torbę, bo na ten jad zwyczajna odtrutka nie wystarczy. Wrócę do

was szybciej niż wiatr. A ty tymczasem spróbuj poszukać pistoletów.

- Ci dwoje chyba już nie żyją - odkrzyknął Goram.

- Gdyby wodny potwór nie żył, to Lilja także musiałaby umrzeć!

To wystarczyło, Goram natychmiast zabrał się do szukania, rozglądał się nerwowo

wokół, gdy nagle uświadomił sobie coś, o czym obaj już dawno powinni byli pomyśleć. I

pomyśleliby, gdyby nie byli tacy wytrąceni z równowagi przez potwory.

Przecież Lilja także miała pistolet! Goram odnalazł miejsce, w którym siedziała przed

atakiem bestii, i wystarczyło, że rozgarnął nogą śnieg, a ukazała się broń.

Zdarza się niekiedy, że nasz mózg robi się całkowicie pusty, myślał niezadowolony z

siebie. Jedyną pociechą był fakt, że Dolg też na to nic wpadł.

Podszedł do znieczulonego wodnego monstrum. Popatrzył na niewiarygodną zjawę,

potem wycelował w jej ramię i strzelił.

- Przykro mi, przyjacielu, ale inaczej nie możemy - mruknął. - Nie wiemy, jakie masz

plany w stosunku do Lilji, sądzę, że tak czy inaczej nie mógłbym się z tobą zgodzić.

Dotknął ręką mokrej piersi, by sprawdzić, czy nieszczęsna istota żyje, ale nie wyczuł

pulsu, nie zauważał też oddechu.

Lilja, myślał w skrajnej rozpaczy. Ona też nie dawała znaku życia.

Na   drugiego   potwora   nie   był   w   stanie   spojrzeć,   ale   i   do   niego   strzelił,   chociaż

wydawało mu się to zbędne.

Poszedł do Lilji. Wracaj jak najszybciej, Dolg, prosił w myśli. Nie najlepiej się czuję

w towarzystwie tych zwyrodnialców.

A wiemy przecież, że gdzieś tutaj znajdować się musi jeszcze jeden...

Dolg wrócił, chociaż Goram uważał, że nie było go wieki. Przez cały ten czas trzymał

nieruchomą Lilję w ramionach, machnął ręką na wszystkie reguły elity Strażników i szeptał

jej słowa, których nie wolno mu było wypowiadać, kiedy go rozumiała. Bał się o nią, tak

strasznie się bał, ręce Lilji były lodowate, całe ciało stygło z każdą chwilą.

- Dolg, jesteś, dzięki Świętemu Słońcu! - odetchnął z ulgą.

Dolg ukląkł i otworzył swoją torbę. Goram często się zastanawiał, dlaczego przyjaciel

ma w dużej gondoli zamykaną na klucz szafę. Teraz zaś, kiedy przenieśli się do mniejszego

pojazdu, Dolg wyjął z szafy dużą skórzaną torbę i również w małej gondoli zamknął ją na

klucz. Te zabezpieczenia wydawały się Goramowi dziwne i trochę go nawet urażały, nigdy

przecież nie miewali przed sobą tajemnic.

- Gondola stoi tu niedaleko - rzekł Dolg pospiesznie. - Nie mamy jednak czasu, żeby

się tam zaraz przenieść. Czy mógłbyś zdjąć Lilji spodnie?

Nie było tak źle, jakby się mogło wydawać. Goram działał szybko, podciągnął kurtkę

z prawej strony, tam gdzie Lilja została użądlona, a potem opuścił spodnie aż do kolan.

- Majtki też - polecił Dolg.

Goram zawahał się na moment, to jednak naruszenie prywatności, ale zrobił, co mu

kazano. Serce mu się ściskało, kiedy czuł, jakie Lilja ma zimne nogi, zresztą podobnie jak

całą dolną część ciała. Jak lód. Jakby śmierć już nastąpiła.

Nie, nie wolno tak myśleć!

Zranione udo wyglądało paskudnie. Opuchło, a tam, gdzie trafiło żądło, znajdowała

się czarna plama. Dolg wyjmował narzędzia z torby, w żadnym razie nie było to zwyczajne

wyposażenie   potrzebne   do   udzielania   pierwszej   pomocy.   Goram   domyślał   się,   że   to   są

przeważnie środki czarnoksiężnika. Dolg kazał mu trzymać kawałek płótna i jakąś butelkę o

bardzo staroświeckim kształcie.

Oczyścił  ranę, wylał  na nią z butelki kilka kropel, które wyparowały z sykiem,  a

następnie poprosił Gorama, by wyjął z torby nóż w futerale. Strażnik się pomylił, wyjął jakąś

małą, podłużną buteleczkę o bardziej nowoczesnym kształcie.

- Nie! Tego nie dotykaj! - zawołał Dolg. - Nóż jest tam.

Goram nie chciał patrzeć, jak Dolg przecina ranę. Delikatnie odgarniał śnieg z włosów

Lilji, wytrząsał płatki, które dostały się pod kołnierz i do kaptura. Była taka słodka i taka

bezradna,   nawet   nie   drgnęła   pod   nożem.   Trucizna   z   paskudnego   żądła   pozbawiła   Lilję

życiowych sił. Gorama ogarnęła rozpacz.

Dolg wyciął czarny środek rany.

Za późno, myślał Goram. Trucizna już dawno temu musiała się dostać do krwi. To

zbyt prymitywna metoda, a kiedy usłyszał, że Dolg wypowiada nad Lilją jakieś magiczne

formułki, zupełnie stracił nadzieję.

Kiedy   rana   została   w   końcu   opatrzona,   a   syn   czarnoksiężnika   wyglądał   na

zadowolonego, mogli ponownie ubrać Lilję.

Następne pytanie Dolga wywołało u Gorama szok:

- Czy oddałbyś jej trochę swojej krwi?

- Więcej niż chętnie.

- Tylko że wy macie różne grupy, trzeba będzie wiele zabiegów...

- Nie ma problemu. Krew Lemuryjczyków jest uniwersalna, łączy się ze wszystkimi

grupami.

- Jesteś pewien?

- Oczywiście. Przecież to my daliśmy początek rasie ludzkiej.

- Co za niewiarygodne szczęście! To bardzo nam ułatwia sprawę. Ja, na przykład,

mam bardzo rzadką grupę.

-   W   to   akurat   nie   wątpię   -   mruknął   Goram.   -   Ale   powiem   ci   więcej,   krew

Lemuryjczyków   ma   mnóstwo   niezwykłych   właściwości,   na   przykład   neutralizuje   wiele

trucizn.

Dolg rozjaśnił się.

- Chcesz powiedzieć, że działa jak odtrutka?

- Właśnie tak.

- Nawet ślepej kurze trafi się czasem ziarno - roześmiał się uszczęśliwiony Dolg.

Zaraz jednak zatroskany popatrzył na dość strome zbocze.

- Powinniśmy przenieść Lilję do gondoli, ale skutki transportu mogłyby się okazać

fatalne.   Teraz   mogą   decydować   sekundy,   trzeba   natychmiast   przeprowadzić   transfuzję.

Musimy zrobić to tutaj.

Goram ledwie był w stanie zapytać:

- Czy ty... myślisz... że ona żyje?

- Musimy zakładać, że tak. Ale nawet jeśli tli się w niej jeszcze jakaś iskierka, to jest

ona delikatna niczym drgnienie skrzydełka motyla w letnim wietrze. Lada moment całkiem

zgaśnie.

Ku   zdziwieniu   Gorama   Dolg   miał   bardzo   nowoczesne   wyposażenie,   w   tym   także

aparaturę do przetaczania krwi. Goram ledwo mógł uwierzyć własnym oczom.

- Tak, tak - uśmiechał się Dolg. - Nie należy gardzić nowoczesnymi wynalazkami,

nawet jeśli się najbardziej wierzy starym metodom. Brać wszystko, co najlepsze, oto moja

zasada. Ojciec jest bardziej konserwatywny.

Pracował, rozmawiając. Wprowadził plastikową rurkę do żyły Gorama, ten niechętnie

odwrócił głowę, nie lubił widoku krwi.

- Domyślam się, że najpierw wytoczysz krew z żył Lilji - powiedział cicho.

- Tak, bo została zakażona najprawdziwszym, najczystszym złem. Musimy wydostać

tyle, ile tylko się da. Bogu chwała, że twoja krew działa oczyszczająco, bo inaczej to nie

wiem, jakbym sobie dał radę. Tobie też nie mogę zabrać za dużo, bo byś zemdlał.

- Nic mi nie będzie - zapewnił Goram. - Dla niej mogę znieść wszystko.

- Rozumiem. Gdy tylko wrócimy do dużej gondoli, będę mógł was leczyć jak trzeba.

Mamy tam zapas krwi i plazmy, będziecie też otrzymywać szczególnie pożywne jedzenie. To

chyba nieźle brzmi, prawda? No, zrobione! Teraz pakujemy wszystko i ruszamy do gondoli.

Ależ tam będzie miło!

Goram pomagał mu przy pakowaniu. Dolg zebrał trochę zatrutej krwi do buteleczki,

chciał ją później zbadać. Goram dostawał mdłości na myśl o tym, ale to domena Dolga, nie

jego.

- No a bestie? - zapytał.

- Jeszcze przez kilka godzin będą nieprzytomne, a... Spojrzał na zegarek.

- Nie, nie przez kilka godzin, czas tak szybko leci, już wieczór. Dobrze, że tak długo

jest jasno. Goram, natychmiast musimy coś z nimi zrobić, nie możemy ryzykować, że się

pobudzą. Jeśli jeszcze w ogóle żyją, w co raczej wątpię.

Czy Lilja już nigdy nie znajdzie się w bezpiecznym miejscu? zastanawiał się Goram z

niepokojem. Wiedział jednak, że Dolg ma rację, muszą się zająć potworami, nie mogą ich tak

zostawić.

Goram   przypomniał   sobie   to   okropne   uczucie,   kiedy   mu   się   zdawało,   że   ktoś   go

obserwuje. Uznał więc, że nie powinien zostawiać  Lilji samej. Wziął  ją na ręce i wstał,

chociaż kręciło mu się w głowie, a nogi chwiały się pod nim ze słabości. Zaczęła go też boleć

skręcona stopa, która bardzo spuchła.

- Straciłeś dużo krwi - powiedział Dolg. - Daj, ja ją poniosę!

Chociaż niechętnie, Goram musiał ustąpić. Leżące potwory pokryła świeża warstwa

śniegu, wyglądały teraz jak dwa bezkształtne wzgórki.

- A nie byłoby najlepiej dać im po prostu nową dawkę środka znieczulającego? -

zapytał Goram. - Jesteśmy za bardzo zmęczeni, przemarznięci i głodni, by się nimi zajmować.

Dolg stał i przyglądał się z boku człowiekowi - rybie.

- Z pewnością masz rację - powiedział. - Ale ja bardzo bym chciał wiedzieć coś więcej

o tej zjawie. Lilja twierdziła, że jest sympatyczny, a w każdym razie nie jest niebezpieczny.

- Stwierdziła, że jest nieszczęśliwy. I że żałuje. Dolg skinął głową. Nagle drgnął i

zaczął z uwagą przyglądać się bladej twarzy Lilji, przytulonej do jego ramienia.

- Goram, mógłbym przysiąc, że poczułem oddech!

- Daj ją tutaj - powiedział Strażnik i usiadł na ziemi. - Spróbuję tchnąć w nią życie.

- Dobrze - zgodził się Dolg. - A ja tymczasem popatrzę na amfibię.

Goramowi ręce drżały z przejęcia. Próbował robić Lilji sztuczne oddychanie metodą

usta - usta. I czynił to bardzo chętnie!

Jej białe jak kreda wargi były lodowate, ale nie zamierzał się poddawać.

Nagle przerwał i popatrzył na Dolga.

Syn czarnoksiężnika wyjął dwie szkatułki, które dotychczas spoczywały na dnie torby.

Z jednej z nich wydobył bajeczny, niebieski szafir, który mienił się chybotliwie w świetle

późnego dnia.

- Więc ty je masz przy sobie!

- Tak. I teraz się przekonam, co to za typ, ten, z którym mamy do czynienia.

Goram nie wiedział, czego bardziej by pragnął: żeby potwór okazał się istotą przeżartą

złem, czy też nieszczęsną ofiarą, w której sercu tlą się jakieś resztki ludzkich uczuć. Nie

chciał, by potwór włóczył się za Lilją, jeśli przeżyje, bo byłby trudnym przeciwnikiem, a

intencje, jakie żywił wobec dziewczyny, przyprawiały Gorama o mdłości. Zarazem jednak

dobre serce Strażnika podpowiadało, że tamten cierpiał już dość, a poza tym narażał własne

życie, by ich ratować.

Może to zła myśl, a może miłosierdzie, ale Goram w głębi duszy żywił nadzieję, iż

bestia została zabita trucizną ze strasznego żądła. W takim razie jednak Lilja też musiałaby

umrzeć. Goram otoczył ją opiekuńczym ramieniem i patrzył zafascynowany, jak blask szafira

rozświetla las.

Najwyraźniej  nie bardzo pewien, czy naprawdę powinien to robić, Dolg skierował

błękitne promienie na człowieka - rybę.

- Chcę zobaczyć, jaka będzie reakcja kamienia. Jeśli pociemnieje, to znaczy, że mamy

do czynienia ze złą istotą.

I co wtedy? Jak się go pozbędziemy, zastanawiał się Goram.

Szafir  drżał  w  dłoniach  Dolga.  Wiązka   promieni   umykała,  gasła,   rozpalała  się  na

nowo, wibrowała, cofała się i znowu wracała, i tak raz za razem. Dolg nie przeszkadzał,

przemawiał tylko uspokajająco do kamienia.

Jeszcze chwila wahania, po czym szafir rozpalił się pełnym blaskiem.

No, może tu i ówdzie pojawiły się jakieś ciemne plamki, ale to nie miało wielkiego

znaczenia.

Dolg opuścił kamień.

-   To   teraz   już   wiemy.   Najpierw   wykonam   więc   szafirową   terapię   Lilji,   a   potem

zobaczymy, czy ten tam jeszcze żyje. I...

Goram złapał go za ramię.

- Dolg, patrz!

Śnieg na ciele potwora i wokół niego stopniał pod wpływem promieniowania.

- Nic nie widzę - odparł Dolg.

- Nie, bo właśnie powinieneś zauważyć, czego nie widzisz.

Dolg rozglądał się. Wszędzie dookoła leżały kawałki pogruchotanych kości. Ale...

- Jej nie ma - wyszeptał. A potem zaczął krzyczeć na całe gardło: - Jej nie ma! Ta

piekielna baba żyła!

Las pogrążony był w ciszy. W przerażającej ciszy.

Goram trzymał Lilję w ramionach mocno, jakby chciał ją uspokoić. Dobrze jednak

wiedział, jaki jest słaby i oszołomiony, zdawał sobie sprawę, że gdyby przyszło co do czego,

to on sam by potrzebował pomocy. Dolg utoczył z niego naprawdę dużo krwi. Ale Lilji to jak

dotychczas nie uzdrowiło.

Jak by ją teraz ochronił?

Stało się jednak najważniejsze, Lilja żyje. Pojawiały się coraz nowe tego oznaki.

No i znowu wrócił strach.

- Ta diablica tutaj jest - powiedział Goram cicho. - Czuję to. Włos jeży mi się na

głowie.

TROLL Z WODOSPADU

Rys. Margit Sandemo, 1968

11

Zaszła ich od tyłu, tupiąc, ciężko dysząc, z gębą wykrzywioną potworną wściekłością.

Ale nie poruszała się już tak zwinnie ani tak szybko. Utraciła tyle nóg, że tylna część

ciała wlokła się po śniegu.

Ona jest nieśmiertelna, pomyślał Dolg. O rany, jak my sobie z nią poradzimy?

Bestia kierowała się w stronę Gorama, a ściślej biorąc, Lilji. I teraz nie przebierała w

środkach, jeśli kiedykolwiek zamierzała to robić.

Rzuciła się na nich, ale chybiła, bo Goram błyskawicznie runął na ziemię i trzymając

mocno Lilję, po - turlał się po śniegu. Dawna hrabina, zła niczym babka samego diabła, także

utraciła sporo sił.

Nie wzięła tego pod uwagę. Z przerażającym rykiem zniecierpliwienia szykowała się

do następnego ataku, ale Dolg był teraz na to przygotowany.

Uniósł czerwony farangil wysoko ponad głową i wykrzykiwał coś głośno do kamienia.

Obrzydliwa   Elzebet   natychmiast   zwróciła   się   ku   niemu,   gotowa   do   uderzenia   i...

napotkała krwistoczerwone, niszczące promienie.

Zaczęła krzyczeć tak, że w górach dzwoniło i grzmiało echo jej wrzasków, widzieli,

jak paskudne cielsko gnie się i pręży w ognistych, trzaskających płomieniach farangila.

Kiedy z monstrum  został  już tylko  słup dymu  unoszący się między drzewami  ku

niebu,   Dolg   zebrał   kawałki   połamanych   kości   i   badał,   czy   nie   grozi   im   jeszcze   jakaś

niespodzianka,   potem   ułożył  wszystko  na  kupkę   i  teraz   tam   skierował  wciąż  rozogniony

kamień. Zapłonęło nieduże, ale ładne ognisko.

Bestia została definitywnie unicestwiona.

- Tak... No a co zrobimy z tym drugim? - zapytał Goram.

Dolg sprawiał wrażenie bardzo zmęczonego.

- Tymczasem nic. Nie jestem takim znakomitym czarownikiem jak mój ojciec, ale z

pomocą kamieni spróbuję zbudować wokół niego mur ochronny, żeby mu się w nocy nic nie

stało albo żeby nam nie uciekł. Damy mu też dozę... nie, nie z pistoletu, to będzie coś o

przedłużonym działaniu. Prześpi spokojnie noc, a jutro jakoś rozwiążemy jego problem. Dzi-

siaj   mój   mózg   jest   całkowicie   pusty.   Żadnej   energii,   nic   potrafię   wykrzesać   ani   jednej

rozsądnej myśli.

- To znaczy, że obaj jesteśmy w takiej samej sytuacji. - Goram popatrzył na olbrzyma.

- Ale czy on powinien się znajdować w wodzie?

- Nic mu nie będzie, on może żyć zarówno w wodzie, jak i na lądzie. Postaram się

jednak, żeby miał trochę wilgoci.

Goram obserwował, jak Dolg za pomocą magii i swoich niezwykłych kamieni wznosi

wokół   nieprzytomnego   potwora   niewidzialny   mur.   Potwór   resztą   wyglądał   teraz   całkiem

niegroźnie.   Paskudny   ponad   wszelkie   wyobrażenie,   ale   spokojny.   Na   zakończenie   dostał

zastrzyk uspokajający o przedłużonym działaniu.

Goram sam wypróbował mur. Szedł prosto na niego, choć go nie widział. W pewnym

miejscu musiał się zatrzymać, a jedynym widomym znakiem istnienia zapory był odcisk jego

ręki, który wyglądał tak, jakby po prostu zawisł w powietrzu.

W końcu mogli ruszyć w stronę gondoli.

Tym   razem   znaleźli   ją   bez   trudu,   wystarczyło   iść   po   całkiem   jeszcze   wyraźnych

śladach Dolga między drzewami. Śnieg prawie ustal, a niebo przybrało czystą barwę, jak to

wiosną na dalekiej północy.

W dalszym ciągu jednak mocno wiało, ale oni byli tak przemarznięci, że nie miało to

już wielkiego znaczenia. Wysoko ponad nimi leciał na północ klucz dzikich gęsi. Dolg, który

niósł Lilję, naliczył trzydzieści dwa ptaki w drodze do Nowej Ziemi.

-   A   zatem   istnieją   jeszcze   na   świecie   jakieś   zwierzęta   -   stwierdził   Goram.   Był

kompletnie pozbawiony sił, bał się, że nie wejdzie na wzgórze, gdzie czekała na nich gondola.

- Na szczęście to już niedaleko. I nikt w niej nie zamieszkał! Co prawda gondola jest

tak przysypana śniegiem, że prawie jej nie widać, ale czeka na nas! Jak najszybciej do środka!

To Dolg musiał się zająć wszystkimi wieczornymi pracami w gondoli. Dwoje jego

towarzyszy   odpoczywało,   każde   na   swoim   posłaniu.   Podzielili   się   przecież   krwią

przypadającą na jednego człowieka.

Dolg  nie wiedział  po prostu,  od czego  zacząć.  Sam był  tak potwornie  zmęczony,

przemarznięty   i   głodny,   że   nie   miał   sił   zebrać   myśli.   Poruszał   się   jak   automat,   włączył

ogrzewanie   w   gondoli,   ściągnął   z   obojga   przyjaciół   mokre   ubrania   i   otulił   ich   ciepłymi

kocami, a tymczasem w piecyku odgrzewało się jedzenie. Lilja powiedziała kiedyś „pyszne

jedzenie”,   ale   to   gruba   przesada.   W   małej   gondoli   czekały   na   nich   jedynie   tak   zwane

kryzysowe porcje, paczki suszonego jedzenia, które trzeba było zmieszać z wodą i zagotować.

Dawało się wprawdzie rozróżnić, czy to mięso, ryba czy warzywa, ale smakosz biegłby nawet

bardzo daleko, żeby trafić do przyzwoitej restauracji.

Tylko czy istnieją jakiekolwiek restauracje w tych stronach?

Dolg   ustawił   kroplówki   przy   łóżkach   swoich   pacjentów,   podawał   im   oprócz

preparatów odżywczych również plazmę. O Gorama się nie martwił, wiedział, że wkrótce

odzyska formę. Ale Lilja?

Przyglądał   się   dziecinnie   delikatnym   rysom   jej   twarzy   i   bardzo   dobrze   rozumiał

rozterkę Gorama. Dziewczyna nie była wprawdzie miss świata, ale życie z rozpieszczoną,

skoncentrowaną wyłącznie na sobie superpięknością nie należy przecież do najłatwiejszych,

więc po co to komu? Lilja natomiast posiadała wszystkie te cechy, których mógłby pragnąć

mężczyzna.   No   i   teraz   znalazła   się   w   niebezpieczeństwie,   zawieszona   między   życiem   a

śmiercią.

Zła krew i trujący jad zostały co prawda usunięte z jej żył. Ale czy to wystarczy?

Przecież   taki   potwór   jak   hrabina   Elzebet   nie   ma   prawa   odbierać   życia   młodej,

niewinnej dziewczynie. Dolg podjął decyzję.

Znowu wyjął szafir. Podziękował mu za to, co już uczynił, potem ostrożnie ułożył

klejnot na piersiach Lilji.

- Zwróć jej siłę, przyjacielu. Pozwól jej żyć, dla Gorama, dla niej samej i dla nas

wszystkich! Nie zasłużyła sobie na tyle zła!

Rurki zawieszone na statywie wprowadzały odżywcze substancje do żył dziewczyny.

Miarowo i skutecznie. Dolg poprosił niebieski kamień jeszcze raz.

Szafir odpowiedział, ale nie w taki sposób, jakiego Dolg oczekiwał.

Światło pulsowało. Mocno, ciężko.

Dolg był zaskoczony.

- Mówisz, że potrzebujesz pomocy? Oczywiście, dostaniesz natychmiast.

Wstał i przyniósł farangil.

- Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Czy ona naprawdę jest taka nieoceniona?

Dolg   położył   oba   kamienie   na   piersiach   dziewczyny,   jeden   obok   drugiego.   To

zupełnie   niezwykłe.   Farangil   jest   przecież   kamieniem   do   obrony   oraz   do   ataku,   zawsze

wszyscy się go bali. A jednak łagodny szafir prosił, by farangil mu pomógł.

Widocznie z Lilją jest naprawdę źle!

Tylko   Dolg   potrafił   interpretować   zmiany   barw   kamieni.   Potrafił   też   z   nimi

rozmawiać, właśnie tak jak teraz.

Bogu dzięki, Goram spał głęboko.

Kamienie, wielkie jak pięści Dolga, idealnie okrągłe, leżały przez jakiś czas obok

siebie, a potem zaczęły się powoli rozjarzać. I Dolg zobaczył coś, czego nigdy jeszcze nie

widział. Serce Lilji zostało oświetlone jak w aparacie rentgenowskim, tylko dużo wyraźniej.

O życie dziewczyny toczyła się zaciekła walka, teraz włączyła się do niej siła obu kamieni.

Dolg   spostrzegł,   że   mało   brakowało,   a   wszystkie   wewnętrzne   organy   Lilji   przestałyby

działać.  Mógł także  obserwować proces oczyszczenia  dokonujący się w jej krwi, zły jad

bowiem dostał się nie tylko do naczyń krwionośnych, ale przesycił całe ciało dziewczyny.

Farangil walczył o jej życie równie stanowczo jak szafir. I powoli, powoli wszystkie organy

zaczęły pracować normalnie.

W końcu Lilja otworzyła oczy.

Dolg ucałował oba kamienie i odłożył je na miejsce.

- Dziękuję, najdrożsi przyjaciele, bardzo wam dziękuję - szeptał wzruszony.

Teraz wrócił do Lilji, która, jak obudzona ze zwykłego snu, uśmiechnęła się i znowu

zasnęła. Nagle Dolg uświadomił sobie, że magiczne kamienie nie pomogły dziewczynie bez

specjalnego celu. Już niedługo jego życie zostanie związane z losem Lilji.

Ale w jaki sposób? Tego nie umiał sobie wyobrazić.

Lilja bowiem, cokolwiek by mówić na temat cnoty wybranych Strażników, należy do

Gorama. Więc nie na tym froncie sprawa się rozegra.

Tu chodzi o coś innego.

Lilja, Goram i on, Dolg.

Co to za powiązania?

Uniósł głowę.

Poczuł, że do całej sprawy zostanie włączony ktoś jeszcze. Ale kto?

Niepojęte!

Dolg   westchnął   i   uświadomił   sobie,   jak   bardzo   jest   zmęczony.   Nie   budząc

pozostałych, przełknął parę kęsów odgrzanego jedzenia. Tamci dadzą sobie radę, w ciągu

nocy   otrzymają   odpowiednio   dużo   pożywienia.   A   jutro   rano   wszyscy   zjedzą   porządne

śniadanie.

Wpełzł na swoje posłanie między Goramem i Lilją. Długo trwało, zanim ułożył się

wygodnie, w gondoli było bardzo ciasno.

Zasnął momentalnie.

Na dworze północny wiatr szeptał żałośnie jakieś ostrzeżenia.

12

Następnego ranka zjedli „wytworne” śniadanie, namoczone i odgrzane żelazne porcje,

których smak trudno było określić. W tej sytuacji jednak zjedliby wszystko.

Wiatr ustał. Niezbyt gruba tego dnia powłoka chmur przepuszczała od czasu do czasu

promienie bladego słońca, które robiły co mogły, by stopić ten późny śnieg.

Udawało   się   to   tylko   częściowo.   Dolg   wyszedł   na   chwilę   i   brodził   w   rozmokłej,

ciężkiej brei, szybko jednak wrócił. Taki spacer nie należał do przyjemności.

Goram i Lilja byli w dość dobrej formie. W każdym razie on. Z nią sprawy miały się

znacznie gorzej.

Siedziała   przy   małym   stoliku   ze   zwieszoną   głową,   mężczyźni   spostrzegli,   że

ukradkiem ociera łzy. A kiedy w końcu nie była w stanie opanować szlochu, Goram zapytał

stanowczym tonem:

- Co cię tak gnębi, Liljo?

Raczej   retoryczne   pytanie,   przecież   wszystko   wokół   było   w   najwyższym   stopniu

deprymujące.

Ale odpowiedź ich zaskoczyła: Bo wy nie macie ze mnie żadnego pożytku! Same

kłopoty!   Byliście   bardzo   mili,   że   wybraliście   mnie   do   grupy   „Poszukiwaczy   Przygód”,

pozwolono mi wziąć udział w wyprawie, ale najpierw Armas musiał się zamienić, bo uważał,

że nic nie jestem warta, a teraz wam wszystko popsułam, i to dwukrotnie...

Po chwili milczenia Dolg zapytał spokojnie:

- Popsułaś? Co chcesz przez to powiedzieć?

- No tak, bo najpierw polował na mnie wodny troll i musieliście walczyć, żeby mnie

wydostać z opresji, a potem ta straszna pajęczyca rzuciła się akurat na mnie. Dlaczego? I

Goram   przeze   mnie  ukręcił   nogę,  a  potem  oddał   mi  połowę   swojej   krwi.   Gdyby  nie  ja,

uniknęlibyście mnóstwa kłopotów.

Goram ujął jej rękę opartą o stół, przewrócił przy tym pustą filiżankę, ale akurat teraz

nikt się nie przejmował takimi sprawami.

- Nie wydaje mi się - rzekł spokojnie, ale stanowczo. - Gdyby ciebie nie było, to

byśmy pewnie stracili wiele tygodni, zanim udałoby się nam ich wytropić. Pytasz, dlaczego

oni   atakowali   właśnie   ciebie.   Wodny   potwór   miał   po   prostu   na   ciebie   ochotę,   to   chyba

rozumiesz?

Skinęła głową ze wzrokiem wbitym w blat stołu.

Teraz odezwał się Dolg:

-  A  bestia   polowała   na   ciebie   z   dwóch   powodów.   Po  pierwsze   dlatego,   że   jesteś

kobietą. Młodą, piękną kobietą. Po drugie zaś, ona pragnęła twojej krwi, bo myślała, że dzięki

temu zachowa młodość. To wampir, Liljo; postać znana z historii. Hrabina z Siedmiogrodu,

urodziła   się   w   roku   tysiąc   pięćset   sześćdziesiątym,   jedna   z   najwstrętniejszych   postaci

kobiecych   w   dziejach.   Poza   tym,   kochanie,   chcę   ci   powiedzieć,   że   należysz   do   grupy

„Poszukiwaczy Przygód” dzięki swojemu charakterowi. Masz dość rozumu, żeby się bać, gdy

istnieją po temu powody, ale nie poddajesz się łatwo. I nigdy nie bywasz głupio odważna. To

są właśnie cechy, które składają się na prawdziwą odwagę.

- Dziękuję - szepnęła Lilja z ulgą. - Dziękuję wam obu.

A potem wróciła do sprawy, która budziła w niej najwięcej niepokoju:

- Dolg, czy ty naprawdę uważasz, że jestem ładna?

- Bardzo - odpowiedzieli obaj panowie równocześnie.

Rozpromieniła się radośnie. Nagle jej twarz pokraśniała, jakby ktoś pomalował jej

policzki sokiem z czerwonego buraczka.

- Nigdy tego nie zauważyłam - bąknęła.

Dolg wstał, sprzątanie po śniadaniu zostawił Goramowi.

-   No   to   zbierajmy   się,   chyba   trzeba   będzie   zajrzeć   do   naszego   jeńca?   Ty,   Liljo,

powinnaś raczej zostać w gondoli, musisz odzyskać siły.

- Nie, idę z wami - oznajmiła tonem nie znoszącym sprzeciwu.

- Może tak będzie lepiej - zgodził się Goram. - Wolałbym nie zostawiać cię samej.

Spróbuj tylko wyglądać mniej ponętnie, żeby on znowu się na ciebie nie rzucił.

Śmiali się z tego żartu dość niepewnie, bo jednak sprawa mogła się okazać poważna.

Kiedy brnęli przez mokry śnieg, Lilja zapytała:

- Co zamierzacie z nim zrobić?

Obaj mężczyźni popatrzyli po sobie. Rozważali już tę sprawę i doszli do przekonania,

że niezależnie od tego, jak „sympatyczny” mógłby się okazać potwór, to jednak nie należy

pozwalać, by coś takiego włóczyło się po świecie. Poza to jednak nie wyszli. Żaden nie był w

stanie sformułować alternatywnego rozwiązania.

Szkoda,   że   mimo   wszystko   nie   umarł   od   użądlenia   pajęczycy!   To   by   rozwiązało

mnóstwo problemów. Nie mieli bowiem wątpliwości, że Lilja w każdym razie będzie prosić o

darowanie mu życia.

Wyszli na zbocze w pobliżu wodospadu i stanęli jak wryci.

Jeniec znajdował się na miejscu i był przytomny. Biegał w kółko i rozpaczliwie chciał

się przedostać przez niewidzialny mur.

Ale,   jak   się   okazało,   promienie   przyjaznego   kamienia   dokonały   czegoś

nadzwyczajnego: Wodny potwór odzyskał swój pierwotny wygląd.

Był, naturalnie, całkiem nagi, ale włosy sięgały mu do kolan, wąsy były prawie tak

samo długie. Zarost miał strasznie zmierzwiony, to zaś, co u potwora stanowiło pazury, teraz

okazało się niewiarygodnie długimi paznokciami.

Poza tym się skurczył, był teraz niższy nawet od Lilji.

- To przecież... Samojed! - zawołała na jego widok.

-   Prawdopodobnie   -   przyznał   Goram.   -   Tutaj,   w   północnej   Syberii,   zawsze   żyło

mnóstwo różnych plemion.

Dolg zawołał do stosunkowo młodego mężczyzny:

- Jesteś tubylcem?

- Tak, uwolnij mnie, szamanie!

Głos brzmiał głucho poza murem, dochodził jakby z bardzo daleka.

- Zaraz. Masz tu moją kurtkę, okryj się. Najpierw musisz nam opowiedzieć swoją

historię, żebyśmy wiedzieli, czy możemy na tobie polegać. Czy znasz legendę o dziewczynie

imieniem Shira?

Dolg pytał po to, by zorientować się, w jakich czasach żył ten człowiek.

-   Oczywiście,   że   znam.   Ta   dziewczyna   pochodziła   z   sąsiedniej   wsi,   z   Nor.

Rywalizowaliśmy ze sobą podczas zabaw.

- Słyszałem o takich zawodach - powiedział Dolg. - Czy wyruszyłeś do źródła zła w

tym samym czasie, kiedy Shira szła do źródła dobra?

-   Wcześniej.   Chciałem   dojść   pierwszy,   zazdrościłem   jej,   bo   ona   tyle   umiała.   Ale

uważałem, że ja umiem wszystko. Musiałem jednak zabłądzić, albo coś mnie sprowadziło z

właściwej drogi, nie wiem, wielki szamanie, w każdym razie znalazłem się w grocie, która

nieoczekiwanie została zalana wodą. Musiałem się zachowywać jak wodne zwierzę, żeby

utrzymać się na powierzchni, z czasem nauczyłem się żyć w nowych warunkach. Miałem

mnóstwo czasu, żeby żałować swojej decyzji.

- Prawdopodobnie i tak byś nigdy nie dotarł do czarnego źródła - pocieszał go Dolg. -

Nie byłeś wystarczająco zły.

-   Byłem   dziecinny,   wielki   szamanie.   Miałem   zdolności   do   wszystkiego,   dlatego

zaszedłem w grotach tak daleko, ale potem nie umiałem już wyjść. Widzieliście mnie, kiedy

miałem   jeszcze   tę   rybią   postać?   Tam,   w   grotach,   zło   przenikało   do   mojego   ciała,   ale

stawiałem opór. Przez cały czas stawiałem opór, dopóki starczało mi sił. Teraz nie chcę nawet

słyszeć słowa „zło”!

-   Wierzymy   ci   -   rzekł   Dolg.   -   Wczoraj   otrzymałeś   pomoc   i   dokonał   się   proces

oczyszczenia. Gdyby nie było w tobie już żadnych ludzkich uczuć, nic by ci nie pomogło.

Wczoraj jednak uratowałeś nam życie, dla nas naraziłeś się na śmiertelne niebezpieczeństwo.

Tak więc potężne, dobre siły mogły działać, kiedy leżałeś nieprzytomny po użądleniu złej

kobiety. Zostałeś poddany działaniu niebieskiego dobra.

- Nie rozumiem, szlachetny szamanie.

- Wiem, ale niebieskie dobro uznało, że wart jesteś, by cię uratować. I dlatego ufamy

ci. Teraz cię wypuścimy. Wiedz jednak, że możemy cię w każdej chwili ogłuszyć. Możemy

cię też unicestwić.

- Nie chcę zrobić wam nic złego, wielcy szamani!

Tym sposobem również Goram doczekał się honorowego tytułu.

Dolg wciąż nie był zadowolony.

- Jako wodny troll zaatakowałeś Lilję. Czy nadal masz takie zamiary?

Tamten pokręcił głową.

- To prawda, że brakowało mi kobiety, ale ona nie jest dla mnie. Jest za duża, za biała,

pochodzi z innej rasy, a poza tym należy do innego mężczyzny. Nie, jako człowiek jej nie

tknę, to byłoby poniżej mojej godności. Jako wodny demon nie uważałem tak bardzo na

podobne sprawy.

Lilja przełknęła pogardliwą uwagę, choć zabrzmiała chyba gorzej, niż Samojed by

chciał. Była mu po prostu wdzięczna.

- Jak się nazywasz? - zapytał Goram.

- Kinigut.

- No to obal mur, Dolgu!

Syn   czarnoksiężnika,   dla   tubylców   szaman,   wykonał   w   powietrzu   kilka   gestów   i

niebywale zdumiony Kinigut był wolny.

Dostał   kurtkę   Dolga   i   wysokie   buty  Lilji,   którą   zaraz   potem   Goram   przeniósł   do

gondoli. Kinigut uważał, że to niegodne wkładać kobiece obuwie, ale Goram zaproponował

mu ze źle skrywanym rozbawieniem, że w takim razie jego także przeniesie. Tego było za

wiele, uratowany tubylec przyjął obuwie, a Goram niósł Lilję i żadne nie miało nic przeciwko

temu.

- Kinigut, nie marzłeś jako wodny demon? To znaczy na powierzchni, przy tym śniegu

i w ogóle? - zapytała Lilja.

- Nie. Dopiero dzisiaj.

- To dowodzi, że znowu jesteś człowiekiem - ucieszył  się Dolg. Ostrzegł nowego

towarzysza, że czeka go wiele niespodzianek i zaskoczeń. Taka gondola, na przykład, może

być szokiem dla Samojeda wychowanego w osiemnastym wieku.

Młody mężczyzna o bardzo długich wąsach nagle przystanął.

- A pajęczyca?

- Została unicestwiona.

- Dziękuję - odetchnął z ulgą. - A jej ofiary?

- Jakie ofiary?

- Nie znaleźliście ich? To dzielni tubylcy, którzy chcieli zabić nas wszystkich troje.

Ona ich wyłapała i zamknęła, żeby wysysać z nich krew.

Wysłannicy Królestwa Światła byli wstrząśnięci.

- Czy oni żyją?

- Tego nie wiem. Ale wiem, gdzie ich ukryła.

Stali   na   zboczu,   gondoli   nie   było   jeszcze   widać.   Jedynym,   który   nie   dyszał   ze

zmęczenia, był Dolg, pozostali z wysiłkiem wciągali powietrze do płuc. Goram dlatego, że

nie doszedł jeszcze całkiem do siebie po utracie wielkiej ilości krwi. Lilja z tego samego

powodu plus jeszcze  i to, że miała  za sobą bardzo ciężki  dzień, Kinigut zaś dlatego, że

odwykł od poruszania się ludzkim sposobem.

Panował spokój, wokół rozciągały się bezkresne pustkowia.

Dolg zastanawiał się. Jeszcze jedno zadanie? No cóż, teraz są wyspani, wypoczęci,

zdrowi.

- Prowadź! - zwrócił się do Kiniguta. Ten wahał się.

- To bardzo niebezpieczna okolica.

-   Co   chcesz   przez   to   powiedzieć?   -   zapytał   Dolg   niecierpliwie.   -   Co   to   znaczy,

niebezpieczna?  Posłuchaj no, Kinigut, pokonaliśmy twoje złe alter ego oraz tę potworną,

pełzającą   bestię,   to   chyba   wystarczający   dowód   naszych   kompetencji?   Czego   mamy   się

obawiać?

Kinigut przymknął swoje skośne, samojedzkie oczy.

- Widzieliście dopiero początek.

I tak oto Dolg, Goram i Lilja stanęli wobec możliwości rozwiązania tajemnicy, nad

którą w ciągu całej długiej historii Ludzi Lodu nikt się nawet nie zastanawiał. Paradoks tak

oczywisty, że powinien był się rzucić w oczy wszystkim wybitnym umysłom z rodu Ludzi

Lodu   i   rodziny   czarnoksiężnika,   a   także   wszystkim   nie   związanym   z   nimi   czytelnikom

kronik, współczesnym i dawniejszym.

Bardzo dziwne, ale nikt na to nie wpadł.

Dopiero tutaj doszło do rozwiązania zagadki, o której nikt nawet nie słyszał, a o którą

potknęły się trzy osoby do Ludzi Lodu nie należące.

13

Sądzili, że na widok gondoli - tego cudu techniki - Kinigut dozna szoku, zapomnieli

jednak, że to on, jako monstrum, o mało nie ściągnął ich na ziemię, kiedy przelatywali za

blisko.

Był natomiast po chłopięcemu zainteresowany i cieszył się jak dziecko wszystkimi

urządzeniami, choć przecież w porównaniu z dużym  pojazdem, nie mówiąc już o innych

osiągnięciach technicznych Królestwa Światła, ta gondola była stosunkowo prymitywna.

Kinigut został nakarmiony, Goram ostrzygł jego długie włosy i przyciął paznokcie,

skrócił   też   wyraźnie   wąsy.   Znaleziono   mu   ubranie.   Nie   wspomnieli,   że   podkoszulki,

skarpetki, spodnie i buty - wszystko należało do Lilji. Nogawki spodni trzeba było podwinąć,

kurtkę Dolg przewiązał w talii paskiem, rękawy Goram dyskretnie zawinął, jeszcze zanim

Kinigut zobaczył okrycie.

Przejrzał   się   potem   w   lusterku   i   uznał,   że   ubrany   jest   przyzwoicie,   ale   strasznie

biednie. Odzież Samojedów bowiem jest pięknie i barwnie ozdabiana.

Znowu wyruszyli na pustkowia. Kinigut nie chciał im towarzyszyć, ale go zmusili. Po

pierwsze, bali się, że kiedy zostanie sam, to w dziecięcym zapale może zepsuć coś w gondoli,

po drugie, był im potrzebny jako przewodnik.

Obiecali mu jednak, że nie będzie musiał iść do samego końca. To bowiem wydawało

mu się gorsze niż śmierć.

Szli   teraz   w   innym   kierunku.   Do   siedziby   pajęczycy,   poinformował   ich   Kinigut

szeptem.

- Ale ona przecież nie żyje, nie ma jej - przypomniała mu Lilja.

- Tak, tak, toteż nie ją mam na myśli!

- Chodzi ci o tego trzeciego - domyślił się Dolg. - Czy oni ze sobą współpracowali?

- Nie, wprost przeciwnie! Pajęczyca była przez niego znienawidzona! Pogardzana. Ja

zresztą też. Ciii! Zaraz tam będziemy!

Kinigut się zatrzymał.

- Tam macie wejście do magazynów pajęczycy. Ja dalej nie idę.

- No to zaczekaj tutaj - zgodził się Goram. - Jakoś damy sobie radę.

- Ale ja... ja nie mogę zostać tu sam...

Dolg westchnął i cierpliwie wyczarował kolejny niewidzialny mur wokół Samojeda.

To uspokoiło Kiniguta. Usiadł na piętach i oznajmił, że będzie czekał.

Znajdowali się teraz w głębokim lesie. Daleko od wodospadu, daleko od gondoli.

Przed nimi rozciągało się kamienne osypisko, być może połączone z tamtym, które już

poznali; to również znajdowało się u podnóża gór, chociaż tych gór wędrowcy przedtem nie

widzieli. Przyszli do dzikiej, nieurodzajnej okolicy.

Dolg   zabrał   tego   dnia   swoją  pełną   skarbów   torbę,   co   wszystkim   trojgu   dodawało

otuchy.

Między kamiennymi  blokami widać było  wyraźnie  otwór wejściowy.  Na zewnątrz

wszelkie   ślady   pozasypywał   śnieg,   ale   między   kamieniami   wyraźnie   wiła   się   udeptana

ścieżka. Rozpoznawali tropy szponów, którymi zakończone były liczne odnóża pajęczycy.

Popatrzyli po sobie.

- Musimy wejść do środka - stwierdził Dolg. - Dasz radę, Liljo?

Dziewczyna zastanawiała się, czy ma jakiś wybór. Alternatywą było zamknięcie w

niewidzialnej klatce razem z Kinigutem, który w swojej demonicznej postaci rzucił się na nią

pożądliwie. Nie, tylko nie to!

- Skoro tam ktoś potrzebuje naszej pomocy, to musimy iść - odparła, starając się, by

jej głos brzmiał pewnie i zdecydowanie.

- Dobrze. Pamiętajcie tylko, że Samojedzi, a z pewnością nie tylko oni, próbowali

unieszkodliwić trzy potwory, ale bez powodzenia - ostrzegł Goram. - Trzej dzielni ludzie

nigdy nie powrócili z wyprawy.

Lilja z trudem przełknęła ślinę. Potrafiła wyobrazić sobie ich los. Na pewno już dawno

nie żyją.

Skąd ona weźmie tyle  odwagi, żeby wejść do środka? Skąd weźmie dość siły,  by

patrzeć na to, co ich tam czeka?

- Nie rozpylaliśmy eliksiru Madragów w Taran - gai - powiedziała pospiesznie.

-   Nie   -   potwierdził   Dolg.   -   I   nie   zrobimy   tego,   dopóki   wszystko   nie   zostanie

oczyszczone.

Tak jest, bo to by była próba łatwego zwycięstwa, która mogłaby się na nich strasznie

zemścić. Nie wolno tego robić!

Jeśli trzeba cierpieć, to trzeba.

Obaj   przyjaciele   Lilji   pochylili   głowy,   potem   uklękli   i   zaczęli   się   wczołgiwać   do

środka. Dziewczyna musiała pójść ich śladem. Jedno tylko ją pocieszało, to mianowicie, że

pajęczycy już nie ma. I nigdy nie będzie.

Musiała głęboko wciągnąć powietrze, by podjąć ostateczną decyzję i, naturalnie, miała

wrażenie,  że ktoś idzie  za nią. Zawsze tak bywa  w podobnych  sytuacjach. Rozpaczliwie

pragnęła znaleźć się w środku, między Goramem i Dolgiem, nie chciała iść ostatnia!

Korytarz był długi. Latarka Dolga wypełniała go snopem chybotliwego światła. Lilja

wiedziała, że pochodzi ono od Świętego Słońca, nie jest jednak aż tak silne, by powodować

zmiany w umysłach i sercach ludzi.

Teraz sufit był wyższy, mogli się podnieść, iść wyprostowani.

Sufit? Na początku widzieli przecież między kamieniami dzienne światło. Teraz od

jakiegoś czasu jest ciemno.

Znajdują się we wnętrzu góry. Nie, gorzej! Pod powierzchnią ziemi!

Ratunku!

Korytarz nie był dziełem natury, został wydrążony. Nie musieli się zastanawiać, kto to

zrobił.

Ta dama okazała się niesłychanie aktywna, odkąd ją wyrzuciło z grot.

A też musiało się to dokonać dawno temu, zwłaszcza jeśli stosować ziemską rachubę

czasu,   nie   rachubę   z   Królestwa   Światła.   Jeden   dzień   w   Królestwie   to   dwanaście   na

powierzchni.

Lilja zapaliła też swoją latarkę. Korytarz ciągnął się dalej, wyglądał jak czarna dziura

w ziemi. I, niestety, znowu się zwężał. Robił się i niższy, i ciaśniejszy.

Przyglądali mu się zasępieni.

- Mogła ona, to możemy i my - powiedział w końcu Dolg. - Ona przecież musiała

mieć miejsce dla tych wszystkich swoich odnóży i kolan.

Goram zauważył, że Lilja się panicznie boi, położył więc rękę na jej karku.

- Idź teraz przede mną - powiedział.

- Dziękuję - wyszeptała.

Posuwała się za Dolgiem, szła na czworakach, momentami trzeba się było czołgać i

wtedy w nos bił jakiś nowy odór.

Co   może   tak   cuchnąć?   Człowiek   w   nieznośnym   położeniu,   w   upokorzeniu

przechodzącym   wszelką   miarę?   Zaciskała   nos,   starała   się   nie   wciągać   tego   brzydkiego

zapachu.

Chociaż właściwie to powinno budzić nadzieję, że tamci jeszcze żyją.

Lilja modliła się za nich. Żebyśmy tylko nie przyszli za późno, błagała w duchu.

Korytarz znowu się rozszerzał. Mogli wstać.

Latarki oświetlały grotę wyścieloną trawą i gałązkami jak gniazdo. Ohydne, ogromne

gniazdo, przylepione do wydrążonej skały gliną, śliną i szlamem. W tym gnieździe ujrzeli

przerażone,   wyniszczone   twarze,   niektóre   przesłonięte   w   geście   obrony   chudymi   rękami.

Zgroza!

To  Samojedzi.   I  dwaj   Rosjanie.   Sami  mężczyźni,  prawdopodobnie   ku  wściekłości

pajęczycy,   która   szukała   dostępu   do   dziewiczej   krwi.   Lilja   naliczyła   ośmiu   mężczyzn,   z

których dwaj leżeli pod ścianą jak martwi. Obaj wyglądali bardzo młodo. Może pajęczyca w

końcu zmieniła zainteresowania?

Dolg natychmiast zaczął mówić:

- Wasza prześladowczyni już nie istnieje. Jesteście wolni.

Lilja zwróciła uwagę, że korytarz, czy raczej jego odnoga, ciągnie się dalej w bok.

Znowu światło dnia wpadało między znajdującymi się nad nim kamieniami. A zatem z tej

strony jest jeszcze jedno osypisko.

Kiedy Dolg się odezwał, więźniowie właśnie tam rzucali przerażone spojrzenia.

Nie wróżyło to nic dobrego.

Więźniowie, jąkając się i wykrzykując histerycznie, wytłumaczyli im, że nie mogą

stąd wyjść, bo mur im nie pozwala. Goram szarpnął - na szczęście miał rękawiczki, co bardzo

ucieszyło Lilję - ale mur ani drgnął. Wyjął zza paska mały kilof i uderzył z całej siły, także

bez rezultatu. Na murze nie pozostał nawet najmniejszy ślad.

- Teraz byłaby nam potrzebna pomoc - rzekł przygnębiony Dolg. - Co się, u licha, z

tobą dzieje, tato? Potrzebuję twojej umiejętności otwierania zamków i rozbijania murów, a

ciebie nie ma.

Umilkł. To właśnie dlatego nikt nie przyszedł im z odsieczą. Wszyscy bowiem szukają

Móriego. A także Armasa i Berengarii.

Straszna, obezwładniająca myśl.

- Mimo wszystko mogli kogoś nam przysłać! - wybuchnął Dolg sfrustrowany. Zaraz

jednak się opanował. - Co teraz zrobimy? Musimy przecież jakoś ten mur rozbić... Moje runy

i zaklęcia są na to za słabe.

Goram i Lilja niewiele mogli pomóc. To Dolg obdarzony jest mocą.

On zastanawiał się głośno:

- Eliksiru Madragów nie możemy jeszcze użyć. Szafir nie jest stworzony do takich

rzeczy. Farangil zaś jest zbyt niebezpieczny.

Wkrótce wyraz jego twarzy się zmienił, Dolg podjął decyzję:

- Musimy spróbować. Mam nadzieję, że żaden z nich nie jest do głębi zły, bo byłoby z

nami kiepsko.

- Dolg, bądź ostrożny - ostrzegł Goram.

- Nie mamy wyboru - odparł syn czarnoksiężnika.

Poprosił wszystkich mężczyzn, by się zgromadzili w prawym narożniku. Nie było to

łatwe, bo i tak siedzieli stłoczeni, ale jeśli się naprawdę chce, to można. Zapytał też, czy

któryś   z   nich   ma   na   sumieniu   przestępstwa   kryminalne,   oni   jednak   wyglądali   raczej   na

poszukiwaczy przygód,  którzy chcieli  dokonać wielkich czynów.  Rosjanie byli  zwykłymi

robotnikami z Ust' - Kara, którzy pragnęli przeżyć przygodę.

I przeżyli, może nawet więcej, niż chcieli.

Dolg miał bardzo niewiele miejsca, ale postanowił działać.

- Jeśli to nam się uda, to uda się wszystko. Ci tutaj nie są na pewno święci, ale trzeba

zakładać, że źli też nie.

Goram zapytał, czy nieprzytomni żyją. Więźniowie odparli, że nie wiadomo. Okropna

pajęczyca wywłóczyła ich gdzieś, to jednego, to drugiego, a potem wrzucała z powrotem jak

szmaciane lalki. Nie widzieli, co z nimi robiła.

-   No   i   całe   szczęście   -   mruknął   Goram   ponuro.   On   i   Lilja   wycofali   się   w   głąb

korytarza. Dolg podniósł farangil, słyszeli, że go prosi, by zajął się tylko dziełem złych mocy,

lecz nie dotykał niczego innego. Więźniowie krzyczeli i zasłaniali twarze rękami, gdy grotę

wypełniło intensywnie czerwone światło.

- Nie obejmuj wszystkiego! - krzyczał Dolg. - Tylko to, co ci wskażę!

Niszczące płomienie skierowały się w lewy narożnik więzienia. Dolg śmiertelnie się

bał, że mogą przeniknąć na drugą stronę, ściana pełna była dziur.

- No, nie jest to żadna spawarka... - westchnęła Lilja.

- Spawarka nie zostawiłaby nawet plamki na tym  murze - powiedział  Goram,  nie

zdając sobie sprawy z tego, że wciąż obejmuje Lilję. Ona jednak nie zamierzała go o tym

informować.

Farangil pracował tak ostrożnie jak nigdy. Obejmował tylko ścianę, unikał dziur, które

mogłyby przepuścić promienie i okaleczyć ludzi.

Wreszcie Dolg uznał, że otwór w murze jest wystarczająco duży, podziękował więc

farangilowi   i   poprosił,   żeby   trochę   zaczekał.   Czerwone   światło   zgasło,  a   troje  przyjaciół

pomagało   więźniom   wydostać   się   z   zamknięcia.   Wszyscy   byli   oślepieni   światłem   i

znajdowali się w okropnym stanie.

-   Spasibo  -   dziękowali   Rosjanie.   Pozostali   z   wielkim   szacunkiem   kłaniali   się

szamanowi.

Dwaj   najciężej   poszkodowani   zostali   wyniesieni   i   więzienie   opustoszało.   Farangil

znowu rozbłysnął i spalił resztę muru. Dolg dziękował mu serdecznie i ostrożnie układał w

futerale.

- Teraz wyprowadzę mężczyzn na dwór i rozszerzę pomieszczenie Kiniguta, by mogli

tam bezpiecznie poczekać - powiedział Dolg do Gorama i Lilji. - To w znacznej mierze

zasługa Kiniguta, żeśmy ich uratowali. Gdyby nam o nich nie powiedział, musieliby zginąć w

strasznych mękach. Wyprowadzenie ich zajmie sporo czasu, są bardzo słabi, ale jakoś sobie

poradzę. Tymczasem wy zbadacie boczny korytarz. Tam coś jest, poznaję to po twarzach tych

ludzi, miejcie więc pistolety w pogotowiu.

- Tak, ja też zauważyłem, że oni się boją - potwierdził Goram. - Może wciąż myślą, że

pajęczyca żyje?

- Możliwe - odparł Dolg, zamyślony. - Goram, jak my się z tym uporamy? Jak ich stąd

przetransportujemy? Czy starczy nam jedzenia dla wszystkich? Plazmy też już nie ma, a jeśli

ci dwaj młodzi żyją, to będą potrzebować wiele litrów krwi.

- Jakoś się to ułoży - powiedział Goram spokojnie.

Dolg uśmiechnął się z wdzięcznością do przyjaciela, ale uczynił to bardzo pospiesznie

i nerwowo.

- Gdybyśmy tylko mogli otrzymać pomoc - szepnął. - Myślę, że nikt w Królestwie

Światła nie zdaje sobie sprawy z tego, w jaką skomplikowaną sytuację się wplątaliśmy.

- Chyba masz rację. No to na razie!

Dolg wyszedł do lasu, gdzie śnieg stopniał na tyle, że znowu było widać tę lepką,

czarną maź.

Goram i Lilja natomiast podjęli swoje nowe zadanie, poszli zbadać boczny korytarz.

Bardzo szybko znaleźli się na terenie osypiska, gdzie światło dnia sączyło się między

kamieniami.   Oboje   odetchnęli   z   ulgą.   Tamto   „gniazdo   szczurów”   działało   na   nich

przygnębiająco.

- Odór wciąż tkwi w naszych ubraniach - stwierdziła Lilja. - Tyle jednak możemy

znieść. Im było dużo gorzej.

- Tak jest - przyznał Goram sucho.

Korytarz wił się między skalnymi blokami. Lilja szła za Goramem. Dopóki to było

możliwe, trzymał ją za rękę; przeważnie jednak musieli się czołgać, on przodem, ona za nim.

- Myślę, że zaraz znajdziemy się na dworze - powiedział Goram cicho, jakby skały

mogły słyszeć. - Nie, tutaj wyjście zamykają kamienie. Ale dlaczego?

Uklękli obok siebie i wyglądali przez otwór ponad ostatnimi głazami.

Nagle Goram wbił palce w ramię dziewczyny. Oboje opadli w dół i wyglądali, kryjąc

się. Lilji serce tłukło się w piersi.

Między nimi a lasem znajdowała się otwarta równina, pośrodku której widać było

nieduże wzniesienie. Na tym wzniesieniu stał jakiś mężczyzna i rozglądał się czujnie dookoła.

Był to najbardziej urodziwy mężczyzna, jakiego Lilja widziała, ładniejszy nawet niż Marco,

tyle tylko że w jego rysach czaiło się budzące grozę okrucieństwo.

Zauważyli,   że   podczołgał   się   do   nich   Dolg.   Wszyscy   troje   trwali   w   absolutnym

milczeniu.

Mężczyzna, ten cud natury, mienił się niebiesko i zielonkawo jak niebywale piękny

wąż, połyskiwało jego ubranie, lecz także skóra, a na głowie nosił lśniącą czarną koronę.

- Trzeci - szepnął Goram w skupieniu.