/ / Language: Polski / Genre:thriller,

Bracia Krwi

Nora Roberts

Kamień Pogan tkwił na polanie od wieków, na długo przedtem, zanim stanęli przy nim trzej chłopcy i zawarli braterstwo krwi, niechcący uwalniając niszczycielską siłę? Od tamtego czasu co siedem lat przez siedem dni mieszkańcy Hawkins Hollow popełniają straszliwe czyny " a potem nic nie pamiętają. Ten zbiorowy obłęd sprawił, że miasteczko zyskało sobie ponurą sławę i opinię nawiedzonego. Zbliża się kolejny czas "siódemki". Caleb Hawkins, potomek założycieli miasta, tego roku wyraźniej niż kiedykolwiek dostrzega działanie złych mocy. By z nimi walczyć, będzie potrzebował pomocy dwóch najlepszych przyjaciół, ale także Quinn Black, dziennikarki, która przyjechała rozwikłać zagadkę Hawkins Hollow, i która tak samo jak on widzi oznaki niedostrzegalne dla innych. Cal i Quinn są pierwszą parą w grupie sześciorga osób wybranych do walki ze złem czyhającym w ciemności?

Nora Roberts

Bracia Krwi

Seria Znak siedmiu – #01

Dla moich chłopców, którzy buszowali po lesie nawet wtedy, gdy im zabraniałam.

Gdzie Bóg miał świątynię, diabeł urządzi kaplicę.

Robert Burton

Dzieciństwo zapowiada człowieka, jak poranek zapowiada dzień.

John Milton

PROLOG

Hawkins Hollow

Prowincja Maryland

1652 rok

Zło przenikało powietrze, które wisiało nad łąką ciężkie niczym mokra wełna. Nienawiść pełzła między kłębami mgły, które snuły się bezszelestnie nad ziemią. Zło szło po niego przez przytłoczoną upałem noc.

Pragnęło jego śmierci.

Czekał, gdy torowało sobie drogę przez lasy, niosąc pochodnię wzniesioną ku pustemu niebu, brnęło przez strumienie, wokół zarośli, w których kuliły się zwierzątka przerażone zapachem, jaki ze sobą niosło.

Ogień piekielny.

Odesłał w bezpieczne miejsce Ann i życie, które nosiła w łonie. Nie uroniła ani jednej łzy, pomyślał, wsypując do wody wybrane zioła. Nie jego Ann. Ale widział smutek w jej twarzy, w głębokich, ciemnych oczach, które kochał przez całe życie i we wszystkich poprzednich.

Z niej narodzi się trzech, których ona wychowa i nauczy. A z nich, gdy nadejdzie czas, powstanie następnych troje.

Posiądą całą jego moc, trzej synowie, którzy wydadzą swój pierwszy krzyk długo po tym, jak dobiegnie końca ta noc. Aby zostawić im narzędzia, których będą potrzebowali, broń, której użyją, zaryzykował wszystko, co miał, wszystko, czym był.

Pozostawi im spadek we krwi, w sercu, w darze widzenia.

W tej ostatniej godzinie zrobi wszystko, co w jego mocy, by otrzymali to, bez czego nie będą mogli dźwigać ciężaru, pozostać w prawdzie, dostrzec swojego przeznaczenia.

Głos miał silny i czysty, gdy wzywał wiatr i wodę, ziemię i ogień. Z paleniska strzelił płomień, zawrzała woda w kociołku.

Położył heliotrop na ściereczce. Głęboką zieleń kamienia pokrywały czerwone punkty. Strzegł tego kamienia jak skarbu, tak samo jak jego przodkowie. Oddawał mu cześć. A teraz przelał w niego moc, jak przelewa się wodę do kubka.

Zadrżał i oblał się potem. Opadł z sił, gdy kamień otoczyła aureola światła.

– Teraz dla ciebie – wyszeptał – synu wszystkich synów. Trzy części jedności. W wierze, w nadziei, w prawdzie. Zjednoczone światło, by zadać cios ciemności. A teraz przysięgam: nie spocznę, dopóki los się nie wypełni.

Ostrzem athame * rozciął skórę na dłoni tak, żeby krew spłynęła na kamień, do wody, w płomienie.

– Krew z mojej krwi. Będę tu czekał, aż po mnie przyjdziesz, aż znowu uwolnisz to, co musi zostać wyzwolone. Niech bogowie cię strzegą.

Przez chwilę czuł smutek. Pomimo świadomości celu ogarnęła go rozpacz. Nie nad swoim życiem, którego ostatnie ziarnka opadały w klepsydrze. Nie lękał się śmierci ani tego, co wkrótce go spotka, a śmiercią nie było. Rozpaczał, że już nigdy w tym życiu nie dotknie wargami ust Ann. Nie zobaczy narodzin swoich dzieci ani ich dzieci. Rozpaczał, że nie zapobiegnie cierpieniu, które nadejdzie, tak jak nie mógł powstrzymać bólu w przeszłości, w tylu poprzednich życiach.

Wiedział, że nie jest narzędziem, lecz jedynie naczyniem opróżnianym i napełnianym zgodnie z wolą bogów.

Wyczerpany pracą, pogrążony w smutku, stał przed małą chatą obok wielkiego głazu, oczekując swojego przeznaczenia.

Przyszło pod postacią mężczyzny, którego ciało – jak jego własne – było jedynie skorupą. Mężczyzna nazywał siebie Lazarus Twisse, należał do starszyzny „boskich” i razem z innymi osiedlił się w tej dzikiej krainie po zerwaniu z purytanami Nowej Anglii **.

Patrzył teraz na nich skąpanych w świetle pochodni, na ludzi i na tych, którzy ludźmi nie byli. Oto ci, pomyślał, przybyli do Nowego Świata w poszukiwaniu religijnej wolności, a teraz oskarżali i niszczyli każdego, kto nie chciał podążać ich jedynie słuszną, wąską ścieżką.

– Ty jesteś Giles Dent.

– Ja jestem – odpowiedział – w tym miejscu i w tym czasie. Lazarus Twisse wystąpił krok do przodu. Cały był odziany w oficjalną czerń, jego twarz ocieniało szerokie rondo wysokiego kapelusza, ale Giles widział oczy, a w nich czającego się demona.

– Gilesie Dent, ty i kobieta znana jako Ann Hawkins zostaliście oskarżeni i uznani za winnych uprawiania czarów i demonicznych praktyk.

– Kto oskarża?

– Przyprowadźcie dziewczynę! – rozkazał Lazarus. Ciągnęło ją dwóch mężczyzn. Była drobnej budowy, według Gilesa nie mogła mieć więcej niż półtora metra wzrostu. Z jej białej jak kreda twarzy, z oczu, wyzierało przerażenie, miała krótkie, postrzępione włosy.

– Hester Deale, czy to ten czarownik wodził cię na pokuszenie?

– Dotykał mnie, on i ta druga, którą nazywał swoją żoną. – Mówiła, jakby była w transie. – Dokonywali na moim ciele bezbożnych praktyk. Przybyli pod moje okno pod postacią kruków, wlecieli nocą do mojego pokoju. Uśpili moje gardło, żebym nie mogła mówić ani wołać o pomoc.

– Dziecko – powiedział łagodnie Giles – co oni ci zrobili? Dziewczyna wbiła w niego przerażone spojrzenie.

– Wzywali Szatana jako swego boga i poderżnęli gardło koguta na ofiarę. I pili jego krew. Mnie też zmusili. Nie mogłam ich powstrzymać.

– Hester Deale czy wyrzekasz się Szatana?

– Wyrzekam się.

– Hester Deale czy oskarżasz Gilesa Denta i kobietę Ann Hawkins o czary i herezję?

– Oskarżam. – Po jej policzkach spłynęły łzy. – Oskarżam ich i błagam Boga, by mnie ocalił. Modlę się, by mi przebaczył.

– Przebaczy – wyszeptał Giles. – To nie twoja wina.

– Gdzie jest kobieta o imieniu Ann Hawkins? – zapytał Lazarus i Giles zwrócił na niego jasnoszare oczy.

– Nie znajdziecie jej.

– Odstąp na bok. Wejdę do tej siedziby diabła.

– Nie znajdziesz jej – powtórzył Giles i przeniósł wzrok na mężczyzn i garstkę kobiet, którzy stali na jego łące.

W ich oczach dostrzegł śmierć, co więcej, głód śmierci. Taka była moc demona, to było jego dzieło.

Tylko w oczach Hester ujrzał lęk i smutek, zebrał więc całą swoją moc i pchnął ku niej. Biegnij!

Zobaczył, że dziewczyna podskoczyła i zatoczyła się do tyłu. Znowu popatrzył na Lazarusa.

– My obaj, ty i ja, znamy siebie nawzajem. Odeślij ich, uwolnij i załatwmy to między sobą.

Na ułamek sekundy w oczach Lazarusa zapłonął krwawy błysk.

– Jesteś skończony. Spalić czarownika! – krzyknął. – Spalić siedzibę szatana i wszystko w jej obrębie!

Zbliżyli się uzbrojeni w pochodnie i kije. Giles poczuł grad ciosów i żar nienawiści, najgroźniejszej broni demona.

Powalili go na kolana, płomienie zaczęły pożerać drewno chaty. Szalone wrzaski odbijały się echem w jego głowie.

Ostatkiem mocy sięgnął ku demonowi ukrytemu w ciele człowieka o czerwonych oczach, karmiącemu się nienawiścią, strachem, przemocą. Poczuł, jak bestia tryumfuje, rośnie, tak pewna zwycięstwa i nadchodzącej uczty.

Giles wystrzelił w niego przez powietrze czarne od dymu. Usłyszał wrzask bólu i wściekłości, gdy płomienie wgryzły się w ciało, i nie zwalniał uścisku niczym spragniony kochanek, kiedy ogień pożerał ich obu.

W tej jedności wystrzelił płomień i rozlał się, niszcząc każde żywe stworzenie na łące.

Płonął dzień i noc niczym sama piekielna otchłań.

ROZDZIAŁ 01

Hawkins Hallow

Maryland

6 lipca 1987 roku

W uroczej kuchni ślicznego domku przy Pleasant Avenue Caleb Hawkins próbował się nie krzywić, gdy jego matka pakowała swoją wersję prowiantu na piknik.

W świecie jego matki dziesięcioletni chłopcy nie mogli się obejść bez świeżych owoców, owsianych ciasteczek domowego wypieku (nie były takie złe), połowy tuzina jajek na twardo, torby krakersów z masłem orzechowym, pałeczek z marchewki i selera (fuj!) i kanapek obficie obłożonych szynką i serem.

Wcisnęła jeszcze do koszyka termos z lemoniadą, paczkę papierowych serwetek i dwa pudełka słodkich bułeczek na śniadanie.

– Mamo, nie umrzemy tam z głodu – jęknął, gdy stanęła, studiując zawartość spiżarni. – Będziemy tylko w ogrodzie Foxa.

To było kłamstwo i trochę zapiekło go w język. Ale matka nigdy by go nie puściła, gdyby znała prawdę. I, kurczę, w końcu miał już dziesięć lat. W każdym razie skończy już jutro.

Frannie Hawkins oparła ręce na biodrach. Była zadziorną, atrakcyjną blondynką o błękitnych oczach, z modnie zrobioną trwałą. Miała trójkę dzieci, a Cal był jej oczkiem w głowie i jedynym synem.

– No dobrze, sprawdźmy, co masz w plecaku.

– Mamo!

– Kochanie, chcę się tylko upewnić, że niczego nie zapomniałeś. – Okrutna na swój radosny sposób Frannie rozpięła granatowy plecak syna. – Bielizna na zmianę, czysta koszulka, skarpetki, dobrze, dobrze, spodenki, szczoteczka. Cal, gdzie są plastry, które kazałam ci zabrać, i jeszcze woda utleniona i spray na owady?

– Kurczę, nie jedziemy do Afryki.

– Nie szkodzi – odparła Frannie i palcem wskazała synowi kierunek, w którym miał się udać, by zabrać opatrunki. Gdy wyszedł, wyjęła z kieszeni kartkę urodzinową i wsunęła mu do plecaka.

Cal urodził się – po ośmiu godzinach i dwunastu minutach morderczego połogu – dokładnie minutę po północy. Każdego roku o dwunastej Frannie podchodziła do łóżka syna, przez tę jedną minutę patrzyła, jak spał, a potem całowała go w policzek.

Teraz skończy dziesięć lat, a ona nie będzie mogła dopełnić rytuału. Poczuła pieczenie pod powiekami i słysząc dudniące kroki chłopca, odwróciła się, żeby wytrzeć nieskazitelnie czysty blat kuchenny.

– Mam wszystko, okej? Frannie odwróciła się z promiennym uśmiechem.

– Okej. – Podeszła do syna i przesunęła dłonią po jego krótkich, miękkich włosach. Był jej małym blond aniołkiem, pomyślała, ale jego włosy już ciemniały i przypuszczała, że w końcu nabiorą koloru jasnego brązu.

Tak jak jej, gdyby nie pomoc „Garniere Naturals Blond”. Odruchowo poprawiła mu na nosie okulary w ciemnych oprawkach.

– Pamiętaj, żebyś zaraz po przyjeździe podziękował pani Barry i panu O'Dellowi.

– Podziękuję.

– I zanim jutro wrócisz do domu.

– Tak jest, proszę pani. Ujęła twarz syna w dłonie i popatrzyła przez grube szkła w oczy o tym samym, szarym odcieniu, jak u jego ojca.

– Bądź grzeczny – powiedziała i pocałowała go w policzek. – Baw się dobrze. – Teraz w drugi. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, moje maleństwo.

Zwykle Cal nie cierpiał, gdy nazywała go „maleństwem”, ale teraz z niewiadomego powodu trochę się rozczulił i poczuł całkiem dobrze.

– Dzięki, mamo. Zarzucił plecak i podniósł wypakowany kosz piknikowy. Jak, u licha, ma dojechać aż do Hawkins Wood na rowerze obładowanym połową sklepu spożywczego? Chłopaki mu nie odpuszczą.

I tak nie miał wyjścia, więc zatargał wszystko do garażu, gdzie jego rower wisiał schludnie – wymóg mamy – na przyśrubowanym do ściany stojaku. Przemyślawszy sprawę, pożyczył od ojca dwie liny do skoków na bungee i przywiązał kosz piknikowy do bagażnika.

Wskoczył na siodełko i popedałował do furtki.

Fox skończył pielić swoją część ogrodu warzywnego, po czym wziął spray, który co tydzień przygotowywała jego matka, żeby odstraszyć jelenie i króliki od darmowego bufetu. Mieszanka czosnku, surowego jajka i pieprzu cayenne śmierdziała tak okropnie, że musiał wstrzymać oddech, gdy spryskiwał grządki zielonego groszku, fasolki limeńskiej, ziemniaków, marchewki i rzodkwi.

Odsunął się, wziął głęboki oddech i przyjrzał swojej pracy. Jego matka była piekielnie zasadnicza, jeśli chodziło o ogród. Poszanowanie Ziemi, życie w harmonii z Naturą i cały ten kram.

Fox wiedział, że chodziło też o wyżywienie i zarobienie pieniędzy na utrzymanie sześcioosobowej rodziny – i każdego, kto wpadł z wizytą. Dlatego jego ojciec i starsza siostra Sage sprzedawali właśnie na straganie świeże jajka, kozie mleko, miód i zrobione przez matkę dżemy.

Spojrzał na młodszego brata Ridge'a, który leżał rozciągnięty między grządkami i bawił się zielskiem, zamiast je wyrywać. Matka usypiała w domu ich maleńką siostrę Sparrow i zostawiła Ridge'a pod opieką Foxa.

– Dalej, Ridge, wyrywaj te głupie chwasty. Chcę już iść.

Ridge uniósł twarz i popatrzył na brata rozmarzonymi oczami.

– Dlaczego nie mogę iść z tobą?

– Bo masz osiem lat i nie umiesz nawet wypielić głupich pomidorów. – Poirytowany Fox podszedł do grządki Ridge'a, przykucnął i zaczął wyrywać zielsko.

– Właśnie że umiem. Tak, jak liczył, urażony Ridge z pasją zabrał się do pielenia. Fox wyprostował się i wytarł ręce o dżinsy. Był wysokim, szczupłym chłopcem z masą brązowych włosów splątanych wokół twarzy o ostrych rysach. Gdy szedł po spray, w jego piwnych oczach malowała się satysfakcja.

Rzucił pojemnik obok brata.

– Nie zapomnij popryskać ich tym gównem. Przeciął ogród, obchodząc to, co pozostało – trzy niskie ściany i fragment komina – ze starej kamiennej chaty stojącej na skraju warzywnika. Ruina tonęła – tak jak lubiła mama – w powodzi kapryfolium i powoju.

Ominął kurnik i dziobiące wokół kurczęta, wybieg, gdzie stały dwie luźno przywiązane, znudzone kozy, przeszedł skrajem ziołowego ogrodu matki i skierował się do tylnych drzwi. W przestronnej kuchni blaty uginały się od słoików do przetworów, pokrywek, kostek wosku i misek pełnych knotów.

Fox wiedział, że większość mieszkańców Hollow i okolicy uważała jego rodzinę za zdziwaczałych hipisów, ale to mu nie przeszkadzało. Na ogół znajdowali z nimi wspólny język, a ludzie z radością kupowali od nich jajka i przetwory, makatki, świece domowego wyrobu i rękodzieła mamy albo zatrudniali jego tatę na budowach.

Fox umył się przy zlewie, a potem przejrzał szafki i wielką spiżarnię w poszukiwaniu czegokolwiek, co nie było zdrową żywnością.

Nic z tego.

Podjedzie do sklepu – tego zaraz za miastem, tak na wszelki wypadek – i wyda trochę oszczędności na ciasteczka czekoladowe i piankę.

Do kuchni weszła matka, ubrana w letnią sukienkę, odrzucając na plecy długi warkocz.

– Skończyliście?

– Ja tak, Ridge już kończy. Joanne podeszła do okna, potargała włosy Foxa i położyła rękę na jego karku, przyglądając się młodszemu synowi.

– Zostało trochę pierników z chleba świętojańskiego i wegetariańskich parówek, które możesz zabrać, jeśli chcesz.

– Ach. – Paskudztwo. – Nie, dzięki. Nic mi nie trzeba. Wiedział, że ona wiedziała, że będzie jadł mięso i rafinowany cukier. I wiedział też, że ona wiedziała, iż on wie, ale nie zamierzała go za to łajać. Mama wierzyła w samodzielne dokonywanie wyborów.

– Baw się dobrze.

– Będę.

– Fox? – Stała nadal przy zlewie, a padające z okna słońca tworzyło aureolę wokół jej włosów. – Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.

– Dzięki, mamo. – Myśląc już tylko o słodyczach, wypadł przez drzwi, złapał rower i wyruszył na spotkanie z przygodą.

Stary nadal spał, gdy Gage wrzucał zapasy do plecaka. Słyszał jego chrapanie przez cienkie ściany ciasnego, lichego mieszkania nad kręgielnią, w której stary mył podłogi, sprzątał toalety i wykonywał każdą robotę, jaką zlecił mu ojciec Cala.

Gage może i nie miał jeszcze dziesięciu lat, ale dobrze wiedział, dlaczego pan Hawkins zatrudniał jego ojca i dlaczego mieli bezpłatne mieszkanie, które przysługiwało ojcu jako „dozorcy” budynku. Pan Hawkins litował się nad nimi – a zwłaszcza nad Gagiem, pozbawionym matki synem nędznego pijaka.

Inni ludzie też się nad nim litowali i to zawsze wkurzało Gage'a. Ale nie pan Hawkins. On nigdy jawnie nie okazywał mu litości. I zawsze kiedy Gage pomagał przy kręglach, pan Hawkins płacił mu gotówką, na boku, mrugając konspiracyjnie.

Dobrze wiedział, cholera, wszyscy wiedzieli, że Bill Turner co jakiś czas bił dzieciaka. Ale tylko pan Hawkins usiadł z Gagiem i zapytał chłopca, czego on chce. Czy chce, żeby sprowadził gliny, opiekę społeczną, a może woli pomieszkać przez jakiś czas z nim i jego rodziną?

Gage nie chciał glin ani żadnych aniołów stróżów. Oni tylko pogarszali sprawę. I chociaż dałby wszystko, żeby zamieszkać w tym ładnym domu z ludźmi, którzy prowadzili normalne życie, poprosił tylko, aby pan Hawkins nie zwalniał jego starego.

Ojciec rzadziej go bił, kiedy pan Hawkins dawał mu pracę i zajęcie. O ile, oczywiście, stary dobry Bill nie popił i nie szukał jakiejś rozrywki.

Gdyby pan Hawkins wiedział, jak źle bywało wtedy z Gagiem, od razu wezwałby gliny.

Dlatego chłopiec nic nie mówił i stał się mistrzem w ukrywaniu śladów bicia takiego jak to, które oberwał zeszłej nocy.

Po cichu zwinął z zapasów ojca trzy zimne piwa. Szramy na plecach i tyłku wciąż bolały i piekły jak diabli. Spodziewał się tego lania. Zawsze obrywał, gdy nadchodziły jego urodziny. Tak samo jak w okolicach rocznicy śmierci matki.

To były dwa wielkie, tradycyjne lania. Pozostałe nadchodziły znienacka. Ale na ogół, kiedy stary miał stałą pracę, kończyło się jedynie na bezmyślnym kuksańcu czy pchnięciu.

Idąc do sypialni ojca, nawet nie starał się być cicho. Chyba tylko alarm bombowy mógłby obudzić Billa Turnera z pijackiego snu.

Pokój tak śmierdział piwem, potem i starym, papierosowym dymem, że Gage aż się zachłysnął. Wziął z komody na pół pustą paczkę marlboro. Stary i tak nie będzie pamiętał, że je miał.

Bez skrupułów otworzył portfel ojca i wyjął trzy jednodolarówki i piątkę.

Wpychając pieniądze do kieszeni, popatrzył na ojca. Bill leżał rozwalony na łóżku, w samych bokserkach i chrapał z szeroko otwartymi ustami.

Pasek, którym bił wczoraj syna, leżał na ziemi obok brudnych koszul, skarpetek i dżinsów.

Przez chwilę, przez ułamek sekundy, Gage'owi stanął w oczach szalony obraz, jak podnosi ten pasek, bierze solidny zamach i z całej siły wali w nagi, obwisły brzuch ojca.

I jak ci się to podoba.

Ale na stole, obok przepełnionej popielniczki i pustej butelki, stało zdjęcie uśmiechniętej matki Gage'a.

Ludzie mówili, że jest do niej bardzo podobny – ciemne włosy, zamglone, zielone oczy, silnie zarysowane usta. Kiedyś się wstydził, że porównywano go do kobiety, ale ostatnio, gdy wszystkie wspomnienia tak bardzo zbladły, kiedy nie słyszał już w głowie jej głosu ani nie pamiętał, jak pachniała, te porównania przynosiły mu ukojenie. Wyglądał jak matka.

Czasami wyobrażał sobie, że mężczyzna, który upijał się do nieprzytomności niemal co noc, nie jest jego ojcem.

Jego tata jest mądry, dzielny i trochę beztroski.

A potem patrzył na swojego starego i wiedział, że to wszystko bzdury.

Wychodząc z pokoju, ułożył palce w pistolet i strzelił w starego łajdaka. Musi nieść plecak w ręku, nie ma mowy, żeby założył go na poranione plecy.

Zszedł po schodach i poszedł na tyły budynku, gdzie przykuł kupiony z trzeciej ręki rower.

Pomimo bólu wsiadając, uśmiechnął się szeroko.

Przez następne dwadzieścia cztery godziny był wolny.

Umówili się na zachodnim krańcu miasta, gdzie droga ocierała się o las. Chłopiec z klasy średniej, dzieciak hipisów i syn pijaka.

Urodzili się tego samego dnia, siódmego lipca. Cal wydał swój pierwszy przerażony krzyk na porodówce szpitala hrabstwa Washington, podczas gdy jego matka oddychała ciężko, a ojciec szlochał. Fox wypchnął się na świat prosto w ręce roześmianego ojca w sypialni małego wiejskiego domku na odludziu wśród dźwięków Boba Dylana śpiewającego „Lady, Lady, Lady”. Zaś Gage wydostał się z trudem ze swej przerażonej matki w karetce pędzącej szosą Maryland numer sześćdziesiąt pięć.

Teraz Gage przyjechał pierwszy i wprowadził rower między drzewa, żeby nikt z drogi nie mógł go zauważyć.

Usiadł na ziemi i zapalił pierwszego tego popołudnia papierosa. Zawsze po nich robiło mu się trochę niedobrze, ale buntowniczy akt palenia wynagradzał złe samopoczucie.

Siedział i palił w cieniu drzew i wyobrażał sobie, że jest na górskiej ścieżce w Kolorado albo w parnej południowoamerykańskiej dżungli.

Wszędzie, tylko nie tu.

Włożył papierosa po raz trzeci do ust i po raz pierwszy ostrożnie zaciągnął się dymem, gdy usłyszał zgrzyt opon na piachu i kamieniach.

Fox przedzierał się przez las na Piorunie – tak nazywał swój rower, bo jego ojciec wymalował błyskawice na ramie.

Ojciec Foxa był super pod tym względem.

– Cześć, Turner.

– O'Dell. – Gage wyciągnął papierosa w stronę kolegi. Obaj wiedzieli, że Fox wziął go tylko po to, żeby nie wyjść na mięczaka. Zaciągnął się szybko i oddał. Gage skinął głową w stronę torby przywiązanej do kierownicy Pioruna.

– Co masz?

– Ciasteczka, pianki i trochę placka. Jabłkowego i wiśniowego.

– W dechę. Ja mam trzy puszki piwa na dziś wieczór. Oczy Foxa zrobiły się wielkie jak spodki.

– Nie zalewasz?

– Nie zalewam. Stary był zmiażdżony. I tak się nie pozna. I mam coś jeszcze. „Penthouse'a” z zeszłego miesiąca.

– Serio?

– Trzyma je pod stertą ciuchów w łazience.

– Pokaż.

– Później. Do piwa. Obaj popatrzyli na Cala, który pchał rower po nierównej ścieżce.

– Cześć, palancie – powitał go Fox.

– Cześć, dupki.

Po braterskim powitaniu poprowadzili rowery wąską ścieżką w głąb lasu.

Przypięli starannie rowery, odwiązali torby i wyciągnęli zapasy.

– Jezu, Hawkins, co twoja mama tam zapakowała?

– Przestaniesz narzekać, jak spróbujesz. – Ramiona Cala już protestowały przeciwko ciężarowi. Popatrzył spode łba na Gage'a. – Dlaczego nie założysz plecaka? Mógłbyś mi pomóc.

– Bo chcę nieść go w ręku. – Ale otworzył pokrywkę koszyka, zagwizdał na widok pudełek Tupperware i wrzucił parę do swojego plecaka. – Weź kilka, O'Dell, bo inaczej samo dotarcie do Stawu Hester zajmie nam cały dzień.

– Cholera. – Fox wziął termos i wcisnął go do swojego plecaka. – Teraz wystarczająco lekkie, paniusiu?

– Spadaj. Mam i kosz, i plecak.

– A ja mam zakupy i plecak. – Fox odwiązał od kierownicy drogocenną torbę. – Ty niesiesz sprzęcior, Turner.

Gage wzruszył ramionami i wziął radio.

– W takim razie ja wybieram muzykę.

– Żadnego rapu – powiedzieli jednocześnie Cal i Fox, ale Gage tylko wyszczerzył zęby w uśmiechu i kręcił gałką, aż znalazł Run – D.M.C. *

Przeklinając i jęcząc, ruszyli przed siebie.

Promienie słońca i letni upał sączyły się przez grube, zielone liście. Przez korony grubych topoli i strzelistych dębów prześwitywało mlecznobłękitne niebo. Skierowali się w stronę powiewu idącego od strumienia pośpieszani słowami rapera i Aerosmith.

– Gage ma „Penthouse'a” – obwieścił Fox. – Gazetę z gołymi babkami, ciołku – wyjaśnił, widząc nierozumiejące spojrzenie Cala.

– Uh – uh.

– Uh – uh. Dalej, Turner, pokaż.

– Dopiero jak się rozpakujemy i otworzymy piwo.

– Piwo! – Cal instynktownie obejrzał się przez ramię na wypadek, gdyby nagle jego matka stanęła im za plecami. – Masz piwo?

– Trzy puszki – potwierdził Gage. – I fajki.

– I co, słaby wypas? – Fox dał Calowi kuksańca w ramię. – Najlepsze urodziny w życiu.

– Najlepsze – potwierdził Cal w duchu śmiertelnie przerażony. Piwo, papierosy i zdjęcia nagich kobiet! Gdyby jego matka kiedykolwiek się dowiedziała, miałby szlaban do trzydziestki. Nie mówiąc już o tym, że ją okłamał. I że szedł właśnie przez Hawkins Wood na piknik do surowo zakazanego Kamienia Pogan.

Dostałby szlaban, aż umarłby ze starości.

– Przestań się przejmować. – Gage, z diabelskim błyskiem w oku, przełożył plecak z jednej ręki do drugiej. – Wszystko jest spoko.

– Nie przejmuję się. – Mimo to Cal i tak podskoczył, gdy spomiędzy drzew wyleciała duża sójka i wydała w powietrzu poirytowany krzyk.

ROZDZIAŁ 02

Staw Hester był miejscem zakazanym w świecie Cala i dlatego zupełnie nie mógł mu się oprzeć.

Staw, pełen brązowej wody, zasilany przez kręty strumień Antietam i ukryty w głębokim lesie, był podobno nawiedzany przez Szaloną Pielgrzymkę, która utopiła się tu dawno temu.

Cal słyszał, jak matka mówiła o chłopcu, który za jej dzieciństwa utonął w sadzawce, co według Logiki Mamy stanowiło powód numer jeden, by absolutnie zabronić synowi pływania w Stawie Hester. Podobno duch chłopca także tu straszył, czaił się pod wodą i tylko czekał, by schwycić jakieś dziecko za kostkę i pociągnąć na dno, żeby mieć się z kim bawić.

Cal pływał już dwukrotnie tego lata w stawie, oszołomiony podnieceniem i strachem. I za każdym razem mógł przysiąc, że czuł na kostce muśnięcie kościstych palców.

Na skraju wody czuwała zwarta armia tataraku, a wokół stromych brzegów rosły kępy dzikich pomarańczowych lilii, które tak bardzo lubiła jego mama. Na kamienistym zboczu rozkładały się wachlarze paproci i cierniste krzaki jeżyn, a ich dojrzałe owoce plamiły palce czerwonawą purpurą, wyglądającą jak krew.

Ostatnim razem, gdy tu byli, Cal widział czarnego węża pełznącego w górę po zboczu tak zwinnie, że niemal nie dotykał liści paproci.

Fox wrzasnął, rzucił plecak, w kilka sekund zrzucił buty, koszulę i dżinsy i popędził do wody niczym strzała, nie przejmując się wężami, duchami ani niczym, co mogłoby czyhać pod powierzchnią brunatnej wody.

– Chodźcie, mięczaki! – Podskakiwał w mętnej wodzie jak foka. Cal usiadł, zdjął adidasy i starannie wepchnął skarpetki do środka. Fox nurkował i chlapał, ale Gage stał bez ruchu, patrząc na wodę.

– Wchodzisz?

– Nie wiem. Cal zdjął koszulę i z przyzwyczajenia ją złożył.

– To jest punkt programu. Nie możemy go odhaczyć, jeśli nie wykąpiemy się wszyscy trzej.

– Dobra, dobra. – Ale Gage nadal stał nieruchomo, choć Cal rozebrał się już do bokserek.

– Wszyscy musimy wejść do wody, rzucić wyzwanie bogom i tak dalej.

Gage wzruszył ramionami i zrzucił buty.

– Idź, co ty, jesteś gej? Chcesz patrzeć, jak się rozbieram?

– Okropny widok. – Cal wsunął okulary do lewego buta, wziął głęboki oddech i ucieszony, że nie widzi już tak wyraźnie, wskoczył do wody.

Poraził go krótki, lodowaty szok.

Fox natychmiast ochlapał mu twarz, kompletnie go oślepiając i odpłynął w stronę brzegu, zanim Cal zdążył się zemścić. Gdy tylko udało mu się przetrzeć oczy krótkowidza, do wody wskoczył Gage i znów go oślepił.

– Kurczę, chłopaki!

Niezdarny skok Gage'a tak wzburzył wodę, że Cal musiał odpłynąć na bok. Z nich trzech Cal pływał najlepiej.

Fox był szybki, ale zaraz tracił parę, a Gage, cóż, walczył z wodą, jakby była najbardziej zaciekłym przeciwnikiem na świecie.

Cal martwił się – choć po części ta myśl przepełniała go podnieceniem – że pewnego dnia będzie musiał wykorzystać techniki pierwszej pomocy, których nauczył go ojciec w przydomowym basenie, żeby ocalić Gage'a przed utonięciem.

Wyobrażał sobie, jak Gage i Fox patrzyliby potem na niego z wdzięcznością i podziwem, kiedy nagle czyjaś dłoń chwyciła go za kostkę i pociągnęła pod wodę.

Cal wiedział, że to Fox go ciągnie, ale serce podskoczyło mu do gardła, kiedy woda zamknęła się nad głową. Zaczął się miotać, zapominając w przypływie paniki o wszystkich wskazówkach ojca. Gdy już udało mu się wyrwać nogę z uścisku i wydostać na powierzchnię, dostrzegł po lewej stronie jakiś ruch.

Ona sunęła przez wodę wprost na niego. Pływające włosy odsłaniały białą twarz o czarnych jak węgiel oczach. Wyciągnęła rękę i Cal otworzył usta do krzyku, ale opił się tylko wody, walcząc, by utrzymać się na powierzchni.

Wokół siebie słyszał śmiech, metaliczny i zwielokrotniony jak dźwięk starego radia tranzystorowego, którego czasem słuchał ojciec. Z gardłem ściśniętym przerażeniem zaczął płynąć rozpaczliwie do brzegu.

– Widziałem ją, widziałem ją, w wodzie, widziałem ją. – Krztusił się słowami, wydostając się z trudem na ląd.

Przyszła po niego, oczami wyobraźni widział ją szybką jak rekin, zobaczył, jak otwiera usta, a jej zęby błyskają, ostre niczym noże.

– Wychodźcie! Wychodźcie z wody! – Dysząc ciężko, przeczołgał się przez śliskie wodorosty i spojrzał na przyjaciół dokazujących w stawie. – Ona jest w wodzie – niemal zaszlochał, sięgając po okulary schowane w bucie. – Widziałem ją! Wychodźcie. Szybko!

– Oooch, duch! Pomóżcie mi, pomóżcie mi! – Fox zanurkował z kpiącym bulgotem.

Cal z trudem stanął na nogi, zacisnął dłonie w pięści. Wściekłość i przerażenie nadały siłę jego głosowi, gdy krzyknął w letnie, nieruchome powietrze.

– Wychodźcie, do ciężkiej cholery! Uśmiech na twarzy Gage'a zbladł. Popatrzył na Cala zmrużonymi oczami i złapał za ramię Foxa, który ze śmiechem wynurzył właśnie głowę nad wodę.

– Wychodzimy.

– Przestań. Panikuje, bo go pociągnąłem.

– On nie ściemnia. Zadziałał albo ton, albo wyraz twarzy Cala, gdy Fox w końcu na niego spojrzał. Chłopak rzucił się do brzegu, przestraszony na tyle, by co chwila oglądać się trwożliwie przez ramię.

Gage popłynął za nim beztroskim pieskiem i Cal odniósł wrażenie, że przyjaciel chce, żeby coś się stało.

Kiedy w końcu wszyscy znaleźli się na brzegu, Cal znowu opadł na ziemię. Podciągnął kolana, przycisnął do nich czoło i zaczął się trząść.

– Człowieku. – Ociekający wodą Fox przestąpił z nogi na nogę. – To ja cię pociągnąłem za nogę, a ty spanikowałeś. Tylko się wygłupialiśmy.

– Widziałem ją. Fox ukucnął, odrzucając z twarzy mokre włosy.

– Koleś, przecież ty nic nie widzisz bez tych denek od butelek.

– Zamknij się, O'Dell. – Gage też przykucnął. – Co widziałeś, Cal?

– Ją – Jej włosy pływały dookoła, a oczy, och człowieku, oczy miała czarne jak te rekiny w „Szczękach”. Była ubrana w taką długą suknię, z długimi rękawami i w ogóle, i wyciągnęła rękę, jakby chciała mnie złapać…

– Kościstymi palcami – dokończył Fox, z trudem ukrywając pogardę w głosie.

– Nie były kościste. – Cal uniósł głowę, a w jego oczach za grubymi szkłami malował się gniew i przerażenie. – Myślałem, że będą, ale ona, cała, wyglądała jak… prawdziwa. Nie jak duch czy szkielet. Człowieku, o Boże, widziałem ją. Nie wymyśliłem sobie tego.

– Jeeezu. – Fox odsunął się jeszcze o krok od sadzawki i zaklął siarczyście, gdy kolce jeżyn rozorały mu ramię. – Cholera, skaleczyłem się o krzak. – Wyrwał garść długiej trawy i wytarł krew sączącą się z zadrapań.

– Nawet o tym nie myśl. – Cal widział, w jaki sposób Gage patrzy na wodę – ten błysk „ciekawe – co – by – się – sta – ło” w zamyślonych oczach. – Nikt nie wróci do wody. I tak za słabo pływasz, żeby próbować.

– Dlaczego tylko ty ją widziałeś?

– Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Chcę stąd iść. Cal skoczył na równe nogi, złapał spodnie. Zanim zdążył je założyć, zobaczył plecy Gage'a.

– Rany julek, ale masz poharatane plecy.

– Stary się wczoraj zmiażdżył. Nic wielkiego.

– Chłopie. – Fox podszedł, żeby zobaczyć. – To cię dopiero musi boleć.

– Woda trochę pomogła.

– Mam zestaw pierwszej pomocy… – zaczął Cal, ale Gage nie pozwolił mu dokończyć.

– Powiedziałem, że to nic takiego. – Złapał koszulę i wciągnął ją przez głowę. – Skoro brakuje wam jaj, żeby wrócić do wody i zobaczyć, co się wydarzy, to równie dobrze możemy już iść.

– Ja nie mam jaj – powiedział Cal z tak śmiertelną powagą, że Gage parsknął śmiechem.

– To włóż spodnie, żebym nie musiał się zastanawiać, co ci się tam majta między nogami.

Fox otworzył paczkę ciasteczek i wyjął jedną puszkę coli z sześciopaku, który kupił w sklepie. Ponieważ incydent w sadzawce i rany na plecach Gage'a były zbyt poważne, już więcej o nich nie rozmawiali. Zamiast tego ruszyli w drogę, pojadając ciastka i dzieląc się puszką ciepłego napoju.

Ale gdy Bon Jovi zaśpiewał, że są już „w połowie drogi”, Cal zaczął rozmyślać o tym, co widział. Dlaczego tylko on? Jak mógł dostrzec jej twarz tak wyraźnie w mętnej wodzie, skoro zostawił okulary w bucie? Jak w ogóle mógł ją zobaczyć? Im bardziej oddalał się od sadzawki, tym łatwiej mu było przekonać samego siebie, że wszystko to było tylko przywidzeniem.

Upał osuszył wilgotną skórę i Cal zaczął się pocić. Zastanawiał się, jak Gage znosi dotyk koszuli, która mu się przykleiła do poranionych pleców. Jeny, człowieku, te ślady były całe czerwone i podpuchnięte i naprawdę musiały boleć. Widywał już wcześniej Gage'a po ataku starego Turnera, ale nigdy nie wyglądało to tak źle jak teraz. Żałował, że Gage nie pozwolił mu posmarować ran maścią.

A jeśli złapie infekcję? Dojdzie do zatrucia krwi i w drodze do Kamienia Pogan Gage zacznie majaczyć albo coś?

Będzie musiał posłać Foxa po pomoc – tak, tak właśnie zrobi, pośle Foxa po pomoc, a sam zostanie z Gagiem i opatrzy jego rany, będzie go poił, żeby Gage się nie… – jak to się nazywało? – nie odwodnił.

Oczywiście wszyscy będą mieli totalnie przechlapane, jak przyjedzie po nich jego ojciec, ale Gage poczuje się lepiej.

Może wsadziliby ojca Gage'a do więzienia. I co by się wtedy stało? Czy Gage musiałby pójść do sierocińca?

Ta myśl była niemal tak przerażająca jak kobieta w sadzawce.

– Moglibyśmy tu rozbić obóz – powiedział Cal na wpół do siebie.

– Nie ma mowy. – Fox uderzył go w ramię. – Kończymy dziesięć lat przy Kamieniu Pogan. Żadnych zmian w planie. Będziemy tam za niecałą godzinę. Prawda, Gage? Gage popatrzył na niebo.

– Tak. Ruszalibyśmy się szybciej, gdybyście nie ciągnęli ze sobą całego tego gówna.

– Nie widziałem, żebyś odmówił ciastek – przypomniał mu Fox.

– Nikt nie odmawia delicji. No dobra… – Zgasił papierosa i przydusił niedopałek kamieniem. – Siodłajcie konie.

Nikt tu nie przychodził. Cal wiedział, że to nieprawda, w sezonie polowano w tych lasach na jelenie.

Ale teraz wydawało się, jakby nikt tu nie bywał. Pozostałe dwa razy, kiedy przyjaciele namówili go na wycieczkę aż do Kamienia Pogan, czuł się dokładnie tak samo. A wtedy wyruszali wcześnie rano, nie po południu, i wracali przed drugą.

Teraz jego zegarek wskazywał już prawie czwartą. Pomimo zjedzonych ciastek Calowi burczało w brzuchu. Chciał znowu stanąć i zobaczyć, co matka zapakowała do tego głupiego koszyka.

Ale Gage wciąż ich pośpieszał, nie mogąc się doczekać, aż dotrą do Kamienia Pogan.

Ziemia na polanie wyglądała na spaloną, jakby przeszedł tędy ogień i zamienił wszystkie drzewa w popiół. Przesieka miała kształt niemal idealnego koła otoczonego dębami i krzakami dzikich jeżyn. Na środku sterczała pojedyncza, metrowa skała, spłaszczona na górze jak stół.

Niektórzy nazywali ją ołtarzem.

Ludzie, o ile w ogóle o tym mówili, twierdzili, że Kamień Pogan to tylko wielka skała, która wylazła spod ziemi. Ziemia zaś miała tu tak dziwny kolor z powodu minerałów lub podziemnych źródeł, a może jaskiń.

Jednak inni, którzy zwykle chętniej rozprawiali na ten temat, przypominali o oryginalnym położeniu Hawkins Hollow i nocy, podczas której na tej polanie spłonęło trzynaścioro ludzi.

Czary, mówili jedni, kult szatana, uważali drudzy.

Kolejna opowieść głosiła, że trzynaście osób zabiła grupa wojowniczych Indian, po czym spaliła ciała.

Ale bez względu na wszystkie teorie jasnoszara skała wciąż sterczała z czarnej ziemi niczym pomnik.

– Udało się nam! – Fox rzucił plecak i odtańczył wokół skały dziki taniec. – Ale wypas, co? Słabo? Nikt nie wie, gdzie jesteśmy. I mamy całą noc, żeby robić wszystko, na co mamy ochotę.

– Wszystko, na co mamy ochotę w środku lasu – dodał Cal. – Bez telewizji i lodówki.

Fox odrzucił głowę do tyłu i wydał przeraźliwy okrzyk, który rozszedł się po lesie głośnym echem.

– Widzicie? Nikt nas nie słyszy. Mogą nas zaatakować mutanty albo ninja, albo kosmici i nikt nas nie usłyszy.

Cal zdał sobie sprawę, że ta świadomość wcale nie poprawia mu samopoczucia.

– Musimy zebrać drzewo na ognisko.

– Harcerzyk ma rację – uznał Gage. – Poszukajcie gałęzi, a ja wstawię do strumienia piwo i colę, żeby się trochę schłodziły.

Najpierw jednak Cal uporządkował po swojemu obozowisko. Jedzenie w jednym miejscu, ubrania w drugim, w jeszcze innym narzędzia, po czym z kompasem i finką w kieszeni wyruszył po gałęzie. Przedzierał się przez krzaki, ciernie drapały go i czepiały się ubrania. Wracając z pełnymi rękami, nie zauważył kilku kropli krwi, które kapnęły z jednego z zadrapań na ziemię na skraju polany.

Ani tego, jak krew zawrzała, zadymiła i zniknęła wchłonięta przez spaloną ziemię.

Fox postawił radio na skale, więc urządzali obóz w towarzystwie Madonny i U2. Ułożyli ognisko według wskazówek Cala, ale postanowili podpalić je dopiero po zmroku.

Spoceni i głodni usiedli na ziemi i brudnymi rękami dobrali się do zawartości kosza piknikowego. Gdy jedzenie o dobrze znanym smaku wypełniło żołądek i ukoiło nerwy, Cal doszedł do wniosku, że warto było jednak targać ten koszyk przez tyle godzin.

Najedzeni wyciągnęli się na plecach i zagapili w niebo.

– Naprawdę myślicie, że ci wszyscy ludzie umarli właśnie tutaj? – zapytał Gage.

– W bibliotece są książki na ten temat – odpowiedział Cal. – O wybuchu pożaru „nieznanego pochodzenia” i jak ci wszyscy ludzie spłonęli.

– Dziwne, że byli w takim miejscu.

– My też tu jesteśmy. Gage tylko mruknął.

– Moja mama mówiła, że pierwsi ludzie, którzy się tu osiedlili, byli purytanami. – Fox zrobił wielki różowy balon z gumy, którą kupił w sklepie. – Jakiś radykalny odłam czy coś takiego. Przyjechali tutaj w poszukiwaniu wolności religijnej, ale tak naprawdę uważali, że wolność jest wtedy, gdy wszyscy myślą tak samo jak oni. Mama mówi, że wielu ludzi tak patrzy na religię. Ja tego nie rozumiem.

Gage pomyślał, że rozumie. A przynajmniej trochę.

– Ludzie często bywają podli, a nawet jeśli nie są podli, to uważają, że są lepsi od ciebie. – On to widział cały czas, w tym jak na niego patrzyli inni.

– Ale myślicie, że to były czarownice i ludzie z Hollow spalili je na stosie czy coś w tym stylu? – Fox przewrócił się na brzuch. – Moja mama mówi, że bycie czarownicą to też religia.

– Twoja mama jest szurnięta. Ponieważ powiedział to Gage, i to żartem, Fox wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Wszyscy jesteśmy szurnięci.

– I za to musimy się napić. – Gage wstał. – Podzielimy się jednym piwem, niech tamte się jeszcze chłodzą. – Gage poszedł do strumienia, a Cal i Fox popatrzyli na siebie.

– Piłeś już kiedyś piwo? – zapytał Cal.

– Nie. A ty?

– Żartujesz? Nawet colę mogę pić tylko przy specjalnych okazjach. A jeśli się upijemy i stracimy przytomność?

– Mój tata czasami pije piwo i nie traci przytomności. Nie wydaje mi się.

Zamilkli, gdy Gage wrócił z ociekającą wodą puszką.

– No dobrze. Wypijemy je, żeby, no wiecie, uczcić to, że o północy przestaniemy być dzieciakami.

– Może powinniśmy je wypić dopiero o północy – zasugerował Cal.

– Później wypijemy drugie. To będzie jak… jak rytuał. Odgłos otwieranej puszki wydał się głośny w cichym lesie, dla Cala niemal tak szokujący jak strzał z pistoletu. Od razu poczuł kwaśny zapach piwa i zastanawiał się, czy w smaku też jest kwaśne.

Gage podniósł puszkę do góry, jak gdyby dzierżył rękojeść miecza, po czym wypił długi łyk.

Nie udało mu się zamaskować reakcji, grymasu obrzydzenia, jak gdyby przełknął coś dziwnego i niesmacznego. Wypuścił powietrze, a policzki mu poczerwieniały.

– Jest jeszcze dosyć ciepłe, ale… – Zakaszlał. – Działa jak trzeba. Teraz ty.

Podał puszkę Foxowi, który wzruszył ramionami i zrobił to samo co Gage. Wszyscy wiedzieli, że Fox uwielbia wyzwania.

– Ble. Smakuje jak siki.

– Piłeś ostatnio siki? Fox parsknął i podał puszkę Calowi.

– Twoja kolej. Cal przyjrzał się puszce. Przecież łyk piwa go nie zabije. Wziął głęboki oddech i wypił trochę.

Poczuł skurcz w żołądku i łzy w oczach. Oddał puszkę Gage'owi.

– Naprawdę smakuje jak siki.

– Myślę, że ludzie nie piją piwa dla smaku. Chodzi o to, jak się potem czują. – Gage wziął kolejny łyk, bo chciał wiedzieć, jak on będzie się czuł.

Siedzieli po turecku na okrągłej polanie i przekazywali sobie puszkę z rąk do rąk.

Cal czuł piwo w żołądku, ale nie było mu niedobrze. Kręciło mu się w głowie, jednak to było trochę głupie i zabawne uczucie. I miał pełny pęcherz. Kiedy wstał, cały świat zawirował mu przed oczami, więc śmiejąc się bezradnie i potykając, ruszył w stronę drzew.

Rozpiął rozporek i wycelował w drzewo, ale ono nie przestawało się poruszać.

Gdy Cal wrócił niepewnym krokiem, Fox próbował zapalić papierosa. Puszczali go w koło, dopóki prawie dziesięcioletni żołądek Cala nie odmówił posłuszeństwa. Chłopiec odczołgał się na bok i zwymiotował, po czym wrócił i położył się na plecach, marząc, by świat przestał wirować.

Czuł się tak, jakby znowu pływał w sadzawce i ktoś powoli ciągnął go na dno.

Kiedy wypłynął, już prawie zapadł zmierzch.

Usiadł, mając nadzieję, że znowu nie zwymiotuje. Czuł pustkę w środku – w żołądku i w głowie – ale nie było mu już niedobrze. Zobaczył, że Fox śpi skulony obok skały. Ruszył na czworakach po termos i spłukując z gardła smak wymiocin i piwa, pomyślał, że nigdy nie był tak wdzięczny matce za lemoniadę.

Poczuł się lepiej, przetarł palcami powieki i zauważył Gage'a wpatrującego się w niezapalone ognisko.

– Dzień dobry, paniusiu. Cal podszedł do niego, uśmiechając się słabo.

– Nie wiem, jak to podpalić. Pomyślałem, że już pora, ale potrzebna mi rada harcerzyka.

Cal wziął od Gage'a pudełko zapałek i podłożył ogień w kilku miejscach pod suche liście, które wepchnął między gałęzie.

– To powinno wystarczyć. Prawie nie ma wiatru, a na polanie i tak nie ma się co zapalić. Będziemy dokładać w miarę potrzeby, tylko żebyśmy jutro nie zapomnieli porządnie go zgasić, zanim pójdziemy.

– Przepisy przeciwpożarowe. Dobrze się czujesz?

– Tak. Chyba wszystko zwymiotowałem.

– Nie powinienem był przynosić piwa. Cal wzruszył ramionami i przeniósł wzrok na Foxa.

– Nic nam się nie stało i już nie będziemy musieli się zastanawiać, jak smakuje piwo. Wiemy, że smakuje jak siki.

Gage roześmiał się cicho.

– Nie czułem się po nim wkurzony. – Wziął patyk i dziabnął niewielkie płomienie. – Chciałem sprawdzić, czy tak będzie i pomyślałem, że spróbuję z tobą i Foxem. Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi.

– A jak się czułeś?

– Rozbolała mnie głowa. Nie pochorowałem się jak ty, ale było mi niedobrze. Wypiłem całą puszkę coli i poczułem się lepiej. Dlaczego on pije tego tak cholernie dużo, skoro potem tak się czuje?

– Nie wiem. Gage oparł głowę na kolanach.

– Płakał, kiedy mnie wczoraj bił. Szlochał jak dziecko cały czas, gdy lał mnie tym pasem. Dlaczego ktokolwiek mógłby chcieć tak się czuć?

Ostrożnie, by nie dotknąć ran na plecach przyjaciela, Cal otoczył Gage'a ramieniem. Tak bardzo żałował, że nie wie, co powiedzieć.

– Wyjadę stąd, jak tylko będę wystarczająco duży. Wstąpię do wojska albo złapię robotę na frachtowcu czy platformie wiertniczej.

Oczy Gage'a błyszczały, gdy podniósł głowę i Cal odwrócił wzrok, wiedząc, że w oczach przyjaciela lśniły łzy.

– Zawsze możesz przychodzić do nas.

– Po powrocie byłoby jeszcze gorzej. Ale za kilka godzin skończę dziesięć lat, a za kilka lat będę tak duży jak on. Może nawet większy. Wtedy nie pozwolę mu się bić. Do diabła z tym. – Przesunął rękami po twarzy. – Obudźmy Foxa. Dziś w nocy nikt nie śpi.

Fox marudził i zrzędził, gdy szedł zrobić siku, a potem do strumienia po chłodną colę. Wypili ją wspólnie z kolejną porcją delicji. I, nareszcie, egzemplarzem „Penthoouse'a”.

Cal widział już wcześniej nagie piersi. Można było obejrzeć je w „National Geographic” w bibliotece, jeśli wiedziało się, gdzie szukać.

Ale to było co innego.

– Hej, chłopaki, myśleliście kiedykolwiek o robieniu tego? – zapytał Cal.

– A kto nie myśli? – odparli jednocześnie.

– Którykolwiek z nas zrobi to pierwszy, musi wszystko opowiedzieć pozostałym. Jak to jest – ciągnął Cal – jak to się robi i co ona robi. Wzywam do przysięgi.

Wezwanie do przysięgi było święte. Gage splunął na grzbiet dłoni, na którą Fox położył swoją rękę, a na jego palcach położył dłoń Cal.

– Przysięgamy – powiedzieli razem.

Siedzieli przy ognisku; na niebie wzeszły gwiazdy, a gdzieś głęboko w lesie zahukała sowa.

Męcząca, ciężka wędrówka, długowłose duchy i wymiotowanie po piwie poszły w niepamięć.

– Powinniśmy robić tak co roku w nasze urodziny – postanowił Cal. – Nawet jak już będziemy starzy, koło trzydziestki. Powinniśmy przychodzić tu we trzech.

– Pić piwo i oglądać zdjęcia nagich dziewczyn – dodał Fox. – Wzywam do…

– Nie – przerwał mu ostro Gage. – Ja nie mogę przysiąc. Nie wiem, dokąd wyjadę, ale na pewno mnie tu nie będzie. Nie wiem, czy kiedykolwiek wrócę.

– W takim razie my pojedziemy tam, gdzie ty będziesz, jeśli będziemy mogli. Zawsze będziemy najlepszymi przyjaciółmi. – Nic tego nie zmieni, pomyślał Cal i sam sobie złożył przysięgę. Nic nie może tego zmienić. Popatrzył na zegarek. – Zbliża się północ. Mam pomysł.

Wyjął scyzoryk, otworzył i przytrzymał ostrze nad ogniem.

– Co robisz? – zapytał Fox.

– Sterylizuję nóż. To znaczy… czyszczę. – Scyzoryk tak się nagrzał, że chłopiec musiał go cofnąć i podmuchać na palce. – Gage mówił o rytuałach. Dziesięć lat to dekada. Znamy się prawie przez cały ten czas. Urodziliśmy się tego samego dnia. Dlatego jesteśmy… inni – powiedział, szukając słów. – Wyjątkowi. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi. Jesteśmy jak bracia.

Gage popatrzył na nóż, a potem na Cala.

– Bracia krwi. – Tak.

– Super. – Fox, już w pełni przekonany, wyciągnął rękę. – O północy – powiedział Cal. – Powinniśmy zrobić to o północy i coś wtedy powiedzieć.

– Złożymy przysięgę – zadecydował Gage. – Że mieszamy naszą krew… yyy… trzech za jednego? Coś w tym stylu. Jako znak lojalności.

– Dobre. Zapisz to, Cal. Cal wygrzebał z plecaka kartkę i ołówek.

– Zapiszemy słowa przysięgi i wypowiemy je razem, a potem zrobimy nacięcia i połączymy nadgarstki. Mam plaster, gdyby był potrzebny.

Cal zapisywał słowa przysięgi na papierze w niebieskie linie, przekreślając tekst, kiedy zmieniali zdanie.

Fox dołożył gałęzi do ogniska, tak że płomienie strzelały wysoko, gdy stanęli przy Kamieniu Pogan.

Stali tam kilka sekund przed północą; trzech chłopców z twarzami oświetlonymi przez płomienie i gwiazdy. Gage skinął głową i wszyscy razem zaczęli mówić poważnymi, młodzieńczymi głosami.

– Urodziliśmy się dziesięć lat temu tej samej nocy, w tym samym czasie, tego samego roku. Jesteśmy braćmi. Przy Kamieniu Pogan składamy przysięgę lojalności, prawdy i braterstwa. Łączymy naszą krew.

Cal wziął głęboki oddech, zebrał całą odwagę i przesunął ostrzem noża po nadgarstku.

– Uch.

– Łączymy naszą krew. – Fox zacisnął zęby, gdy Cal rozciął skórę na jego nadgarstku.

– Łączymy naszą krew. – Gage nawet nie mrugnął, kiedy ostrze przejechało po jego skórze.

– Trzech za jednego i jeden za trzech. Cal wyciągnął rękę, Fox i Gage przycisnęli rozcięte nadgarstki do jego skóry.

– Bracia w duszy i umyśle. Bracia krwi na wieki. Nagle chmury przykryły księżyc i zasnuły jasne gwiazdy.

Zmieszana krew chłopców skapnęła na spaloną ziemię.

Zerwał się wiatr, a jego wycie przypominało wściekły wrzask. Małe ognisko strzeliło wieżycą płomieni. Wszyscy trzej zostali uniesieni w górę, jak gdyby schwyciła ich – i cisnęła na ziemię – niewidzialna dłoń. Wokół nich eksplodowało światło.

Cal otworzył usta do krzyku i poczuł, że coś gorącego i silnego ściska mu płuca i miażdży serce, powodując niewyobrażalny ból.

Światło zgasło. W smolistej ciemności powiał lodowato zimny wiatr, który zmroził chłopcu skórę. Wicher wydawał teraz odgłosy przypominające ryk bestii, potworów, które żyły tylko w książkach Cala. Próbował odczołgać się na bok, ale ziemia drżała, utrudniając mu ruchy.

Coś się wyłoniło z lodowatej ciemności, z rozedrganej ziemi. Coś wielkiego i potwornego.

Miało czerwone jak krew oczy, pełne… głodu. Popatrzyło na Cala. A gdy się uśmiechnęło, potworne zęby zalśniły niczym srebrne sztylety.

Cal pomyślał, że umarł i że to coś go pożre jednym kłapnięciem szczęki.

Ale kiedy odzyskał czucie, usłyszał bicie własnego serca i krzyki przyjaciół.

Braci krwi.

– Jezu, Jezu, co to było? Widzieliście? – wołał Fox cieniutkim głosem. – Gage, Boże, z nosa leci ci krew.

– Tobie też. Coś… Cal. Boże, Cal. Cal leżał nieruchomo na plecach, czując na twarzy ciepłą krew.

Był zbyt oszołomiony, żeby się tym przestraszyć.

– Nic nie widzę – wychrypiał drżącym szeptem. – Nic nie widzę.

– Twoje okulary są zniszczone. – Fox podpełzł do niego z twarzą brudną od ziemi i krwi. – Zbiło się jedno ze szkieł. Koleś, mama cię zabije!

– Zbite. – Cal sięgnął drżącą ręką i zdjął okulary.

– Coś tu było. – Gage schwycił go za ramię. – Poczułem to, jak już wszystko tu oszalało, poczułem w sobie. Potem… widzieliście to? Widzieliście?

– Ja widziałem jego oczy – powiedział Fox i zaszczekał zębami. – Musimy stąd uciekać. Musimy się stąd wynosić.

– Dokąd? – zapytał Gage. Pomimo że wciąż oddychał z trudem, podniósł nóż Cala i mocno zacisnął go w dłoni. – Nie wiemy, dokąd to poszło. Czy to był niedźwiedź? Czy…

– To nie był niedźwiedź – mówił już spokojnie Cal. – To przyszło coś, co przebywało w tym miejscu kiedyś, dawno temu. Widzę… widzę to. Kiedyś, gdy chciało, wyglądało jak człowiek. Ale nie było człowiekiem.

– Chłopie, uderzyłeś się w głowę. Cal popatrzył na Foxa, źrenice miał niemal czarne.

– Widzę jego i tego drugiego. – Rozwarł dłoń ze zranionym nadgarstkiem i pokazał kawałek zielonego kamienia z czerwonymi plamkami. – To od niego.

Fox rozprostował palce, Gage tak samo. Każdy z nich zaciskał w dłoni trzecią część zielonego kamienia.

– Co to jest? – wyszeptał Gage. – Skąd my to, do cholery, mamy?

– Nie wiem, ale od teraz należy do nas. Uch, jeden za trzech, trzech za jednego. Chyba coś uwolniliśmy. Coś złego. Ja widzę!

Cal zamknął na chwilę oczy, po czym popatrzył na przyjaciół.

– Widzę, ale bez okularów. Widzę dobrze, nic nie jest zamazane. Widzę wyraźnie bez okularów!

– Poczekaj. – Gage z drżeniem zdjął koszulę i odwrócił się do nich plecami.

– Człowieku, twoje rany zniknęły. – Fox dotknął palcami idealnie gładkich pleców przyjaciela. – Wszystkie. I… – Wyciągnął rękę. Płytkie cięcie na nadgarstku już niemal się zagoiło. – Cholerka, to teraz jesteśmy jak super bohaterowie?

– To demon – powiedział Cal. – I my go wypuściliśmy.

– O w mordę. – Gage wbił wzrok w ciemny las. – Wszystkiego cholernie najlepszego z okazji urodzin.

ROZDZIAŁ 03

Hawkins Hollow

Luty 2008 roku

W Hawkins Hollow w stanie Maryland było zimniej niż na Alasce. Cal lubił wiedzieć takie rzeczy, mimo że on akurat znajdował się w Hollow, gdzie wilgotny, lodowaty wiatr dął jak szalony i mroził gałki oczne.

Bo tylko oczy miał odsłonięte, gdy przechodził przez Main Street z mochaccino w ręku, kierując się z Coffee Talk do kręgielni.

Trzy razy w tygodniu jadał śniadania w Spiżarni Ma kilka domów dalej i przynajmniej raz w tygodniu obiad u Gina.

Jego ojciec wierzył w ideę wspierania lokalnej społeczności, innych kupców. Teraz tata był już prawie na emeryturze i Cal doglądał większości interesów, starając się kontynuować tę tradycję.

Robił zakupy w lokalnym sklepie, pomimo że supermarket kilka kilometrów za miastem był o wiele tańszy. Jeśli chciał posłać kobiecie kwiaty, odpierał pokusę załatwienia tego za pomocą kilku kliknięć w internecie i szedł do miejscowej kwiaciarni.

Znał tutejszego hydraulika, elektryka, malarza, miejscowych rzemieślników. Zatrudniał ludzi z miasta, kiedy tylko mógł.

Przez całe życie mieszkał w Hollow, poza latami spędzonymi w college'u. Tu było jego miejsce.

Co siedem lat od dziesiątych urodzin przeżywał koszmar, który nawiedzał miasteczko. I co siedem lat pomagał usuwać jego skutki.

Otworzył drzwi do kręgielni i zamknął je za sobą na zamek. Jeśli ich nie zamykał, ludzie mieli zwyczaj wchodzić bez pukania bez względu na wywieszone godziny otwarcia.

Kiedyś nie zwracał na to uwagi, dopóki jednej nocy, gdy akurat grał z Alysą Kramer w rozbierane kręgle, nie weszło do środka trzech nastolatków w poszukiwaniu automatów do gry.

Cal wziął sobie do serca tę lekcję.

Przeszedł obok recepcji, sześciu torów i punktu zwrotu kul, wypożyczalni butów i grilla, skręcił i wbiegł po schodach na zagracone drugie piętro, gdzie mieściły się jego (albo ojca, jeśli ten akurat był w nastroju) biuro, maleńka toaleta i ogromny magazyn.

Postawił kawę na biurku, zdjął rękawiczki, szalik, czapkę, płaszcz i ocieplaną kamizelkę.

Włączył komputer, nastawił radio i usiadł, żeby orzeźwić się kofeiną i zabrać do pracy.

Kręgielnia, którą dziadek Cala otworzył w latach czterdziestych, była niewielka, z trzema alejami, kilkoma automatami do gry i punktem sprzedaży coli. Rozwinęła się w latach sześćdziesiątych, a jeszcze bardziej na początku osiemdziesiątych, gdy ojciec Cala przejął stery.

Teraz, z sześcioma alejami, salonem gier automatycznych i prywatną salą bankietową, kręgielnia była właśnie tym miejscem w Hollow, gdzie należało bywać.

Zasługa dziadka, pomyślał Cal, przeglądając rezerwacje na następny miesiąc. Ale największe zasługi miał ojciec, który zamienił kręgielnię w centrum rodzinnej rozrywki i wykorzystał jej sukces do inwestowania w inne interesy.

– Miasto nosi nasze nazwisko – zwykł mawiać Jim Hawkins. – Szanuj nazwisko, szanuj miasto.

I Cal szanował. Inaczej już dawno by stąd wyjechał. Pracował już godzinę, gdy usłyszał pukanie do drzwi.

– Przepraszam, Cal, chciałem ci tylko dać znać, że jestem. Pomyślałem, że dokończę malowanie łazienek, skoro nie otwierasz dziś rano.

– Dobrze, Bill. Masz wszystko, czego ci potrzeba?

– Pewnie. – Bill Turner, trzeźwy od pięciu lat, dwóch miesięcy i sześciu dni, odchrząknął. – Zastanawiałem się, czy nie masz jakichś wieści od Gage'a.

– Milczy od kilku miesięcy. Delikatny temat, pomyślał Cal, gdy Bill tylko skinął głową.

Grząski teren.

– W takim razie zabieram się do pracy. Cal patrzył, jak Bill wychodzi. Nic nie mogę na to poradzić, powtarzał sobie. I nie był wcale pewien, czy powinien coś robić.

Czy pięć lat trzeźwości może wynagrodzić tamte razy pasem, wszystkie kuksańce, kopniaki i przekleństwa? Nie jemu to osądzać.

Spuścił wzrok na cienki ślad na nadgarstku. Dziwne, jak szybko się zagoiła ta mała rana, zostawiając jednocześnie tak trwałą bliznę – jedyną, jaką miał. Dziwne, że tak niewielkie wydarzenie wprowadzało miasto co siedem lat w siedem dni piekła.

Czy Gage wróci tego lata, jak każdego siódmego roku? Cal nie widział przyszłości, nie otrzymał tego daru – i brzemienia – ale wiedział, że gdy on, Gage i Fox, skończą trzydzieści jeden lat, będą w Hollow razem.

Złożyli przysięgę.

Dokończył pracę i ponieważ nie mógł przestać myśleć o przyjacielu, napisał krótki mejl do Gage'a.

Hej.

Gdzie, do diabła, jesteś? W Vegas? W Mozambiku? W Duluth? Idę na spotkanie z Foxem. Do Hollow przyjeżdża jakaś pisarka, żeby zebrać materiały na temat historii, legend i – jak to nazywają – anomalii. Pewnie sobie z nią poradzimy, ale pomyślałem, że powinieneś o tym wiedzieć. Mamy minus dwadzieścia dwa stopnie i wieje lodowaty wiatr. Chciałbym, żebyś ty tu był, a ja nie. Cal.

W końcu odpowie, pomyślał, wysyłając wiadomość, i wyłączył komputer. Może za pięć minut, a może za pięć tygodni, ale Gage w końcu odpisze.

Znowu owinął swą długą, szczupłą postać, sylwetkę odziedziczoną po ojcu, w ciepłe ciuchy. Wielkie stopy także dostał w spadku po kochanym staruszku.

Ciemnoblond włosy, sterczące na wszystkie strony, odziedziczył po matce. Wiedział to tylko dzięki starym zdjęciom, bo jak daleko sięgał pamięcią, matka miała idealnie uczesane, delikatne blond włosy w odcieniu słońca.

Od dnia dziesiątych urodzin miał sokoli wzrok.

Zapinając parkę i ruszając do wyjścia, pomyślał, że nosi kurtkę tylko dla wygody. Przez ponad dwadzieścia lat nie miał nawet kataru. Żadnej grypy, wirusów, kataru siennego.

Gdy miał dwanaście lat spadł z jabłoni. Usłyszał pęknięcie kości ramieniowej i poczuł ból zapierający dech w piersiach.

A potem czuł, jak kość na powrót się zrosła – powodując jeszcze straszniejszy ból – jeszcze zanim przeszedł przez trawnik w drodze do domu, żeby powiedzieć matce.

I nigdy jej o tym nie powiedziałem, pomyślał, wychodząc na przejmujący ziąb. Po co ją denerwować?

Minął szybko trzy przecznice dzielące go od biura Foxa, machając wszystkim na powitanie i wymieniając pozdrowienia z sąsiadami i przyjaciółmi. Ale nie zatrzymywał się na pogawędki. Może nie groziło mu zapalenie płuc ani katar, ale był już cholernie zmęczony zimą.

Wzdłuż krawężników leżały szare skorupy śniegu, niebo nad głowami odbijało ich ponury kolor. W oknach i na drzwiach niektórych domów i sklepów wisiały walentynkowe serca i wieńce, ale nawet one nie dodawały uroku ulicom pełnym nagich drzew i ogołoconym przez zimę ogrodom.

Według Cala Hollow w lutym wyglądało paskudnie.

Pokonał kilka stopni prowadzących na ganek starego, kamiennego domu. Tabliczka obok drzwi głosiła: „Fox O'Dell, adwokat”.

Na jej widok Cal zawsze lekko się uśmiechał. Nawet po niemal sześciu latach nie mógł się przyzwyczaić.

Długowłosy hipis został prawnikiem.

Wszedł do schludnej recepcji, gdzie przy biurku siedziała Alice Hawbaker. Szczupła i zadbana, w granatowym kostiumie i białej bluzce z kołnierzykiem, z hełmem białych jak śnieg włosów, w dwuogniskowych okularach na nosie, pani Hawbaker prowadziła kancelarię jak pies pasterski swoje stado.

Wyglądała słodko i ślicznie, i ugryzłaby cię w kostkę, gdybyś się jej sprzeciwił.

– Witam pani Hawbaker. Kurczę, ale zimno. Chyba znowu będzie padał śnieg. – Zdjął szalik. – Mam nadzieję, że pani i pan Hawbaker trzymacie się ciepło.

– Wystarczająco. Zdejmując rękawiczki, usłyszał w głosie kobiety coś, co kazało mu przyjrzeć się jej dokładniej. Zobaczył, że płakała, i instynktownie podszedł do biurka.

– Czy wszystko w porządku? Czy…

– Wszystko jest w porządku. Absolutnym. Fox ma przerwę między spotkaniami. Siedzi tam naburmuszony, więc możesz od razu do niego wejść.

– Tak, proszę pani. Pani Hawbaker, jeśli mógłbym cokolwiek…

– Po prostu idź do niego – powtórzyła i pochyliła się nad klawiaturą.

Po jednej stronie korytarza biegnącego za recepcją mieściła się toaleta, z drugiej biblioteka. Za zasuwanymi drzwiami na końcu był gabinet Foxa. Cal nie zapukał.

Na dźwięk rozsuwanych drzwi przyjaciel podniósł wzrok. Rzeczywiście wydawał się naburmuszony, miał zachmurzone oczy i wykrzywione usta.

Siedział za biurkiem, nogi w górskich butach położył na blacie. Miał na sobie dżinsy i flanelową koszulę, spod której wystawała ocieplana biała podkoszulka. Ciemnobrązowe włosy otaczały twarz o ostrych rysach.

– Co się dzieje?

– Powiem ci, co się dzieje. Moja asystentka do spraw administracyjnych właśnie złożyła wymówienie.

– Co narozrabiałeś?

– Ja? – Fox odepchnął się od biurka i wyjął z małej lodówki puszkę coli. Nigdy nie polubił smaku kawy. – Raczej my, bracie. Pewnej pamiętnej nocy urządziliśmy sobie piknik przy Kamieniu Pogan i wypuściliśmy diabła z pudełka.

Cal opadł na krzesło.

– Ona odchodzi, bo…

– Nie tylko odchodzi. Wyjeżdżają z Hollow, ona i pan Hawbaker. I tak, właśnie dlatego. – Wypił wielki łyk coli tak łapczywie, jak alkoholicy pochłaniają whisky. – Podała mi inny powód, ale kłamała. Powiedziała, że postanowili przeprowadzić się do Minneapolis, żeby być bliżej córki i wnuków, ale to nieprawda. Dlaczego kobieta pod siedemdziesiątkę, zamężna z facetem starszym niż świat, miałaby pakować manatki i jechać na północ? Mają jeszcze jedno dziecko, które mieszka pod Waszyngtonem i są bardzo przywiązani do Hollow. Wiedziałem, że kłamie.

– Z tego, co powiedziała, czy wybrałeś się na wycieczkę po jej myślach?

– Najpierw to pierwsze, potem drugie. Nie zaczynaj. – Fox postawił z hukiem colę na biurku. – Nie czytam ludziom w myślach dla zabawy. Sukinsyn!

– Może zmienią zdanie.

– Nie chcą jechać, ale boją się zostać. Boją się, że to znów się wydarzy – a ja mogę ich zapewnić, że tak – i nie chcą znowu przez to przechodzić. Zaproponowałem jej podwyżkę – jakbym mógł sobie na to pozwolić – i cały sierpień wolny, bo chciałem dać jej do zrozumienia, że wiem, co nią kieruje. Ale oni jadą. Dała mi czas do pierwszego kwietnia. Cholerny prima aprilis – narzekał. – Żebym znalazł kogoś, komu będzie mogła wszystko przekazać. Ja w ogóle nie znam się na jej robocie, Cal. Ona po prostu to robi.

– Masz czas do pierwszego kwietnia, może coś wymyślimy.

– Nie znaleźliśmy rozwiązania przez ostatnich dwadzieścia kilka lat.

– Miałem na myśli twój problem w biurze. Ale tak, o tym drugim też dużo myślałem. – Cal wstał, podszedł do okna i wyjrzał na cichą, boczną uliczkę. – Musimy położyć temu kres. Tym razem musimy to zakończyć. Może rozmowa z tą pisarką nam pomoże. Jeśli opowiemy o tym komuś obiektywnemu, z zewnątrz.

– Szukamy guza.

– Być może, ale i tak go sobie nabijemy. Zostało pięć miesięcy. Mamy się z nią spotkać u mnie. – Cal popatrzył na zegarek. – Za czterdzieści minut.

– My? – Fox popatrzył na niego ze zdziwieniem. – To dzisiaj? Widzisz, nie powiedziałem pani H., więc nigdzie tego nie zapisała. Mam za godzinę poświadczenie.

– Dlaczego nie użyjesz cholernego Blackberry *?

– Bo to się kłóci z naturalnym porządkiem wszechświata. Przesuń o godzinę spotkanie z tą pisarką. Będę wolny po czwartej.

– Nie ma sprawy, poradzę sobie. Umówię się z nią na kolację, jeśli będzie chciała wiedzieć więcej, więc nie planuj niczego na wieczór.

– Uważaj na to, co mówisz.

– Tak, tak, będę uważał. Ale zastanawiałem się nad tym. Już tak długo jesteśmy ostrożni. Może czas na trochę lekkomyślności.

– Mówisz jak Gage.

– Fox… Ja znowu mam te sny. Fox wypuścił ze świstem powietrze.

– Łudziłem się, że tylko ja je mam.

– Gdy mieliśmy siedemnaście lat, zaczęły się na tydzień przed naszymi urodzinami, gdy mieliśmy dwadzieścia cztery, na ponad miesiąc. Teraz już pięć miesięcy przed. Za każdym razem on jest silniejszy. Obawiam się, że jeśli czegoś nie zrobimy, ten raz będzie ostatni dla nas i dla miasta.

– Rozmawiałeś z Gagiem?

– Wysłałem mu mejl. Nie pisałem o snach. Dowiedz się, czy on też je ma i gdzie, do diabła, jest. Sprowadź go do domu, Fox. Myślę, że będzie nam potrzebny. Nie sądzę, żebyśmy tym razem mogli czekać do lata. Muszę iść.

– Bądź ostrożny przy tej pisarce! – zawołał Fox, gdy Cal ruszył do drzwi. – Dowiedz się więcej, niż powiesz.

– Poradzę sobie – powtórzył Cal. Quinn Black zjechała z rampy i wpadła prosto pod obstrzał neonów fast foodów. Pancake House, Wendy's, Mac – Donald's, KFC.

Z wielką czułością pomyślała o big macu z porcją naprawdę słonych frytek i – oczywiście – dietetyczną colą, by zmniejszyć poczucie winy. Ale w ten sposób złamałaby swoje postanowienie, że będzie jadła fast foody tylko raz w miesiącu, więc postanowiła oprzeć się pokusie.

– Proszę, proszę, czyż nie zachowujesz się porządnie? – zapytała sama siebie, rzucając tylko jedno tęskne spojrzenie na złote „EM”.

Słabość do tłustych dań w barach szybkiej obsługi wysłała ją na odyseję przeróżnych diet, niesatysfakcjonujących suplementów i działających cuda kaset, aż w końcu Quinn stuknęła się w głowę, wyrzuciła wszystkie poradniki, artykuły o dietach, ogłoszenia „straciłam dziesięć kilo w dwa tygodnie – i ty też możesz!” i zaczęła odżywiać się zdrowo i ćwiczyć.

„Całkowita zmiana stylu życia”, upomniała samą siebie. – Ale rety, tęskniła za big makiem bardziej niż za byłym narzeczonym.

Ale kto by za nim tęsknił?

Zerknęła na GPS przyczepiony do tablicy rozdzielczej, a potem na wskazówki, które przesłał jej mejlem Caleb Hawkins. Na razie wszystko się zgadzało.

W ramach przekąski sięgnęła po jabłko. Jabłka wypełniają żołądek, pomyślała, odgryzając spory kęs. Są zdrowe i smaczne. I nie są big makiem.

Żeby wyrzucić z głowy pokusę, zaczęła myśleć, co chciałaby osiągnąć w czasie pierwszego spotkania twarzą w twarz z jednym z głównych graczy w tym dziwacznym miasteczku Hawkins Hollow. Nie, nie może nazywać go dziwacznym. Obiektywizm przede wszystkim. Może jej badania udowodnią, że miasteczko jest dziwaczne, ale Quinn nie będzie miała żadnej opinii, dopóki sama go nie zobaczy, nie przeprowadzi wywiadów, nie zrobi notatek, nie przewertuje zasobów lokalnej biblioteki. A przede wszystkim na własne oczy nie obejrzy Kamienia Pogan.

Uwielbiała szperać po wszystkich pokrytych pajęczyną zakamarkach małych miasteczek, szukać sekretów pod podłogami, wysłuchiwać plotek, lokalnych mądrości i legend.

Zdobyła pewien rozgłos dzięki serii artykułów o pełnych tajemnic miasteczkach, leżących na uboczu, które napisała dla niskonakładowego magazynu „Okrężna Droga”. A ponieważ jej apetyt na sukces nie ustępował temu na big maki, zdecydowała się na ryzykowny krok i napisała książkę na ten sam temat, tym razem jednak skupiając się na małym miasteczku w Maine, które podobno nawiedzały duchy bliźniaczek zamordowanych w lokalnym pensjonacie w tysiąc osiemset czterdziestym trzecim roku.

Krytycy określili jej dzieło jako „zajmujące” i „dobrą zabawę z domieszką grozy” – oprócz tych, którzy nazwali książkę „niedorzeczną” i „zagmatwaną”.

Potem napisała książkę o małym miasteczku w Luiz Janie, gdzie spadkobierczyni księżniczki wudu sprawnie łączyła urząd burmistrza z obowiązkami szamanki. I, jak odkryła Quinn, z prowadzeniem bardzo dochodowego domu publicznego.

Jednak historia Hawkins Hollow – czuła to przez skórę – będzie ciekawsza, lepsza, bardziej soczysta.

Nie mogła się doczekać, aż zatopi w niej zęby.

Baraki z fast foodami, gmachy biurowe i rzędy szeregowców ustąpiły miejsca szerszym trawnikom, większym domom, a w końcu polom rozciągającym się pod ponurym niebem.

Droga zakręcała, opadała i wznosiła się, po czym znów biegła prosto. Quinn dostrzegła drogowskaz informujący: „Pole bitwy Antietam” * – kolejna historia, którą chciała poznać i prześledzić. Znalazła kilka wzmianek o incydentach z czasów wojny secesyjnej w Hawkins Hollow, ale chciała wiedzieć więcej.

Zgodnie z zaleceniami GPS i wskazówkami Caleba skręciła w boczną drogę, ciągnącą się wzdłuż zagajnika nagich drzew, z rozsianymi tu i ówdzie domami i farmami, których widok zawsze wywoływał uśmiech na twarzy Quinn – lubiła te stodoły, spichlerze i ogrodzone wybiegi dla koni.

Następnym razem będzie musiała znaleźć jakieś małe miasto na środkowym zachodzie. Opisze historię nawiedzonej farmy albo szlochającego ducha mleczarki.

Niemal przejechała zakręt, gdy nagle ujrzała drogowskaz z nazwą Hawkins Hollow (założone w 1648 roku). Miała ogromną ochotę wjechać od razu do centrum, zamiast skręcać w boczną drogę prowadzącą do domu Caleba Hawkinsa, ale nie cierpiała się spóźniać, a wiedziała, że jeśli zacznie się błąkać po ulicach i zaułkach, by poczuć atmosferę miasta, na pewno nie zdąży na czas na pierwsze spotkanie.

– Już niedługo – obiecała sobie i skręciła w drogę ciągnącą się wzdłuż lasu, w którym – jak wiedziała – znajdował się Kamień Pogan.

Przeszedł ją niepokojący dreszcz. Zdziwiła się jeszcze bardziej, gdy zdała sobie sprawę, że zadrżała ze strachu, a nie z podniecenia, które zwykle odczuwała, zaczynając nowy temat.

Jadąc krętą drogą, rzucała co jakiś czas zaniepokojone spojrzenia na ciemne, nagie drzewa. I nacisnęła hamulec z całej siły, gdy przeniosła wzrok na drogę i ujrzała przed sobą jakiś rozpędzony kształt.

Pomyślała, że to dziecko – och, Boże, nie, och, Boże – a potem, że pies. I nagle… kształt zniknął. Droga była absolutnie pusta, tak samo jak rozciągające się za nią pole. Jedyną żywą istotą była Quinn siedząca z walącym sercem w małym, czerwonym samochodzie.

– Optyczne złudzenie ludzkiego oka – powiedziała do siebie, nie wierząc w ani jedno słowo. – Przywidzenie.

Ale włączyła silnik, który zgasł przy gwałtownym hamowaniu, i zjechała na ziemiste pobocze. Wyjęła notes, zapisała godzinę i wszystko, co wydawało jej się, że zobaczyła.

Mały chłopiec, około dziesięciu lat. Długie, czarne włosy, czerwone oczy. PATRZYŁ prosto na mnie. Mrugnęłam? Zamknęłam oczy? Otworzyłam amp; zobaczyłam zamiast chłopca wielkiego, czarnego psa. A potem – puf. Nikogo nie było.

Minął ją jakiś samochód, ale Quinn siedziała jeszcze przez chwilę, czekając, aż przestanie drżeć.

Nieustraszona pisarka niemal mdleje na widok pierwszej lepszej zjawy, pomyślała, a potem zawraca swoje piękne, czerwone auto i jedzie wprost do najbliższego baru Mickey D's, gdzie tłuszczem i cholesterolem koi skołatane nerwy.

Doszła do wniosku, że mogłaby to zrobić. Przecież nikt nie oskarżyłby jej o przestępstwo i nie wtrącił do więzienia. Ale wtedy nie napisałaby następnej książki i straciłaby cały szacunek do siebie.

– Weź się w garść, Quinn – rozkazała sobie. – Widywałaś już przecież duchy.

Trochę uspokojona wróciła na szosę i skręciła w następną przecznicę. Droga była wąska i kręta, z obu stron rosły drzewa. Quinn wyobraziła sobie, że wiosną i latem musi tu być pięknie, gdy słońce kładzie się na ziemi cętkami, lub zimą, kiedy gałęzie uginają się pod ciężkimi czapami śniegu. Ale pod niskim, ołowianym niebem las wydawał się osaczać drogę, jakby tylko drzewa miały prawo tu przebywać.

Do tego nie przejeżdżał żaden samochód i gdy wyłączyła radio – muzyka wydała się jej zbyt głośna – jedynym dźwiękiem, jaki słyszała, było wściekłe wycie wiatru.

Może powinnam nazwać to miasteczko Nawiedzonym Hollow, pomyślała i niemal ominęła skręt w żwirowaną aleję.

Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć tu mieszkać?, zastanawiała się. W środku tego gęstego, nieprzyjaznego lasu, gdzie wielkie połacie śniegu chowały się przed promieniami słońca? Gdzie jedynym dźwiękiem był ostrzegawczy warkot natury, a wszystko było brązowe, szare i ponure.

Przejechała przez mały most nad strumieniem i ruszyła w górę wąską dróżką.

I nagle objawił się przed nią dom, dokładnie taki, jak Caleb go opisał.

Budynek stał na niewielkim wzniesieniu, w którego zboczu wykuto opadające w dół tarasy pełne roślin. Latem i wiosną, pomyślała Quinn, musiały stanowić imponujący widok.

Nie było tu właściwie trawnika i Quinn doszła do wniosku, że Hawkins bardzo rozsądnie zdecydował się na grubą podściółkę, krzewy i drzewa na froncie zamiast tradycyjnej trawy, którą musiałby ciągle kosić i wyrywać z niej chwasty.

Spodobała jej się weranda, która biegła z przodu, z boków i zapewne z tyłu domu, a także ziemisty kolor kamienia i wielkie okna.

Budynek wyglądał, jakby stał tu od zawsze i był częścią lasu.

Quinn zaparkowała obok starej furgonetki i wysiadła, żeby popatrzeć na wszystko z oddali.

Teraz zrozumiała, dlaczego ktoś mógł wybrać ten dom. Niewątpliwie panowała tu atmosfera grozy, zwłaszcza jeśli ktoś widział i czuł takie rzeczy, ale nie można było odmówić temu miejscu czaru i poczucia odosobnienia – nie samotności. Quinn mogła sobie wyobrazić, jak siedzi w letni wieczór na werandzie i popijając zimne piwo, wsłuchuje się w ciszę.

Drzwi domu stanęły otworem, zanim zdążyła zrobić pierwszy krok.

Ogarnęło ją tak silne uczucie deja vu, że niemal zakręciło jej się w głowie. Stał tam, w drzwiach chaty, z czerwonym kwiatem krwi na koszuli.

Nie możemy dłużej tu zostać.

Słowa rozbrzmiały w jej głowie jasno i wyraźnie, wypowiedziane przez znajomy głos.

– Panna Black? Quinn wróciła do rzeczywistości. Nie było tu żadnej chaty, a mężczyzna stojący na pięknej werandzie uroczego domu nie miał krwi na koszuli ani wyrazu wielkiej miłości i rozpaczliwego smutku w oczach.

Jednak i tak musiała na chwilę oprzeć się o samochód, żeby złapać oddech.

– Tak, dzień dobry. Ja tylko… podziwiałam dom. Piękne miejsce.

– Dziękuję. Nie miała pani kłopotów z dojazdem?

– Nie, nie, pana wskazówki były bardzo precyzyjne. – Idiotyzmem było prowadzenie tej rozmowy w podmuchach lodowatego wiatru – sądząc z miny Caleba, gospodarz sądził tak samo.

Quinn odepchnęła się od samochodu i idąc po schodach, próbowała przywołać na twarz miły uśmiech.

I czyż on nie jest naprawdę słodki? – pomyślała, gdy w końcu skupiła się na otaczającej ją rzeczywistości, z panem tego domu na czele. Rozwiane wiatrem włosy i przeszywające spojrzenie szarych oczu. Leciutko nierówny uśmiech, wysokie czoło, szczupła sylwetka w dżinsach i flanelowej koszuli, aż kobieta miała ochotę powiesić mu na szyi tabliczkę „sprzedany”.

Podeszła do niego, wyciągając rękę.

– Quinn Black. Dziękuję, że zgodził się pan ze mną spotkać, panie Hawkins.

– Cal. – Uścisnął jej dłoń i gestem zaprosił do środka. – Schowajmy się przed tym wiatrem.

Weszli prosto do salonu, który wyglądał jednocześnie przytulnie i męsko. Obszerna kanapa stała przodem do wielkiego okna, a fotele wyglądały na tak wygodne, że pewnie można było się w nich zapaść i nigdy nie wstawać. Stoły i lampy chyba nie należały do antyków, ale wyglądały na sprzęty, które mogła przekazać dalej babcia, gdy postanowiła zmienić wystrój własnego domu.

W salonie był nawet kamienny kominek, a przed nim spał rozciągnięty kundel.

– Wezmę twój płaszcz.

– Czy twój pies jest w śpiączce? – zapytała Quinn, gdy psu nie drgnęła nawet powieka.

– Nie. Klusek prowadzi bogate i wyczerpujące życie wewnętrzne, które wymaga długiego odpoczynku.

– Rozumiem.

– Masz ochotę na kawę?

– Tak, poproszę. I chciałabym skorzystać z łazienki. Długa podróż.

– Pierwsze drzwi na prawo. Quinn zamknęła się w małej, nieskazitelnie czystej łazience nie tylko po to, by zrobić siusiu, ale przede wszystkim pragnęła dojść do siebie po wcześniejszym szoku.

– No dobrze, Quinn – wyszeptała. – Do dzieła.

ROZDZIAŁ 04

Cal znal jej książki, oglądał zrobione przez nią zdjęcia i przeczytał artykuły w internecie – jej pióra i o niej. Nie zgodziłby się na rozmowę z żadnym pisarzem, dziennikarzem czy reporterem ani o Hollow, ani o niczym innym, jeśliby tego kogoś uprzednio dokładnie nie sprawdził.

Uważał książki i artykuły Quinn za zabawne. Podobała mu się jej sympatia do małych miasteczek, zaintrygowała pasja, z jaką zgłębiała lokalne opowieści i tajemnice.

Doceniał fakt, że wciąż pisywała do pisma, które dało jej szansę, gdy była jeszcze w college'u. Uznał to za dowód lojalności.

Poza tym na zdjęciu wyglądała naprawdę dobrze z seksowną szopą blond włosów, błękitnymi oczami i śliczną, dyskretną wadą zgryzu.

Fotografia nie oddawała jednak całej prawdy.

Chyba nie jest piękna, pomyślał, nalewając kawę. Będzie musiał dokładniej jej się przyjrzeć, kiedy wreszcie jego umysł przestanie wariować.

Był za to stuprocentowo pewny, że Quinn emanowała czystą energią i – co właśnie zaćmiło mu umysł – seksem.

Ale może to przez jej figurę – której także nie było widać na zdjęciu. Ta pisarka miała naprawdę fantastyczne kształty.

A przecież widział już w swoim życiu sporo ponętnych kobiet i niejedną z nich oglądał nago. Więc dlaczego stał w swojej własnej kuchni, nie mogąc skupić myśli tylko dlatego, że w jego domu gościła atrakcyjna, całkowicie ubrana kobieta? I to znalazła się tu w celach zawodowych.

– Jezu, Hawkins, dorośnij.

– Słucham? Cal podskoczył. Stała za nim Quinn z tym swoim stuwatowym uśmiechem na ustach.

– Mówiłeś do siebie? Ja też tak robię. Dlaczego ludzie uważają nas za wariatów?

– Bo chcą, żebyśmy rozmawiali z nimi.

– Pewnie masz rację. – Odrzuciła grzywę blond włosów. Cal zobaczył, że się nie mylił. Nie była piękna. Pełniejsza górna warga, lekko skrzywiony nos, ogromne oczy nie należały do kanonu urody. Nie mógłby też nazwać jej ładną, to słowo było zbyt proste i słodkie. Milutka – też nie.

Najlepszym określeniem, jakie przychodziło mu do głowy było „sexy”, ale może to znowu wina jego zmąconego umysłu.

– Nie zapytałem, jaką kawę pijesz.

– Pewnie nie masz odtłuszczonego mleka?

– Często się zastanawiam, do czego ludzie go używają. Roześmiała się swobodnie i podeszła popatrzeć na widok rozciągający się za szklanymi drzwiami, które – jak przypuszczała – prowadziły na werandę z tyłu domu.

– W takim razie pewnie nie masz też fałszywego cukru. No wiesz, te małe różowe, niebieskie lub żółte paczuszki.

– Właśnie się skończyły. Mogę ci zaproponować prawdziwe mleko i prawdziwy cukier.

– Możesz. – Czyż nie zjadła jabłka jak grzeczna dziewczynka? – Pozwól, że o coś cię spytam, tak żeby zaspokoić ciekawość. Czy twój dom zawsze jest taki uporządkowany, czy posprzątałeś tylko ze względu na mnie? Cal wyjął mleko.

– „Uporządkowany” brzmi kobieco. Wolę myśleć, że jest dobrze zorganizowany. Lubię dobrą organizację. Poza tym – podał jej łyżeczkę – moja matka co jakiś czas wpada tu niespodziewanie. Dałaby mi, gdybym miał bałagan w domu.

– Jeśli ja nie zadzwonię do matki raz w tygodniu, uważa, że zatłukł mnie szaleniec z siekierą. – Quinn ograniczyła się do jednej malutkiej łyżeczki cukru. – To miłe, prawda? Te długie i elastyczne więzy rodzinne.

– Ja je lubię. Może usiądziemy w salonie, przy kominku?

– Super. Od jak dawna tu mieszkasz? To znaczy, w tym domu – dodała, gdy wychodzili z kuchni z parującymi kubkami w dłoniach.

– Od kilku lat.

– Niewielu masz sąsiadów.

– Niewielu, ale to mi nie przeszkadza. Spędzam dużo czasu w mieście i od czasu do czasu potrzebuję spokoju.

– Jak wszyscy. Ja też czasami lubię się wyciszyć. – Usiadła w jednym z foteli. – Jestem zaskoczona, że inni nie wpadli na ten sam pomysł co ty i nie wybudowali sobie domów w okolicy.

– Mówiono o tym parę razy, ale skończyło się na planach.

Stał się ostrożny, pomyślała Quinn.

– Dlaczego?

– Chyba inwestycja okazała się zbyt kosztowna.

– Ale ty tu mieszkasz.

– Ta ziemia należała do mojego dziadka, tak jak kilka akrów Hawkins Woods. Zostawił mi to wszystko w spadku.

– I zdecydowałeś się wybudować ten dom.

– Coś w tym stylu. Spodobało mi się to miejsce. – Zapewniało prywatność, gdy Cal jej potrzebował, i było blisko lasu, w którym wszystko się zaczęło. – Znam kilku ludzi po fachu i razem go postawiliśmy. Jak ci smakuje kawa?

– Wspaniała. Gotować też umiesz?

– Kawa to moja specjalność. Czytałem twoje książki. – I jak?

– Podobały mi się. Pewnie wiesz, że nie byłoby cię tutaj, gdyby mi się nie spodobały.

– I wtedy byłoby mi cholernie ciężko napisać tę obecną. Nazywasz się Hawkins, jesteś potomkiem założyciela osady, która potem rozrosła się w wioskę, a wreszcie w miasteczko. Odgrywasz też jedną z głównych ról w bardziej współczesnych niewyjaśnionych incydentach związanych z miastem. Badałam historię tego miejsca, znam stare legendy i różne teorie – powiedziała i sięgnęła do torby, która służyła jej zarówno za torebkę, jak i za aktówkę. Wyjęła mały magnetofon, włączyła go i postawiła na stoliku między nimi.

Uśmiechając się zachęcająco, położyła na kolanach notes i otworzyła na pustej stronie.

– W takim razie powiedz mi, Cal, o tym, co się wydarzyło między siódmym a czternastym lipca w osiemdziesiątym siódmym, dziewięćdziesiątym czwartym i dwa tysiące pierwszym roku.

Obracająca się taśma wprawiła go w zdenerwowanie.

– Nie owijasz w bawełnę, co?

– Uwielbiam wiedzieć. Siódmego lipca są twoje urodziny, a także Foxa O'Della i Gage'a Turnera, którzy przyszli na świat w tym samym roku, co ty. Razem dorastaliście w Hawkins Hollow. Czytałam, że ty, O'Dell i Turner wezwaliście straż pożarną, gdy siódmego lipca tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku wybuchł pożar w szkole podstawowej, i uratowaliście życie Marian Lister, gdy została uwięziona w środku.

Mówiąc to, Quinn cały czas patrzyła mu w oczy. Calowi podobało się, że nie musiała korzystać ze swoich notatek i cały czas utrzymywała z nim kontakt wzrokowy.

– Początkowo to wy trzej byliście podejrzani o zaprószenie ognia, ale okazało się, że pożar wybuchł z winy pani Lister. Doznała poparzeń drugiego stopnia na niemal trzydziestu procentach ciała i wstrząsu mózgu. Ty i twoi przyjaciele, pomimo że mieliście tylko dziesięć lat, wynieśliście ją na zewnątrz i wezwaliście straż pożarną. Marian Lister, lat dwadzieścia pięć, uczyła wtedy w czwartej klasie i nigdy nie była karana ani nie cierpiała na zaburzenia psychiczne. Czy to wszystko prawda?

Fakty się zgadzały, pomyślał Cal, ale nie oddawały nawet w połowie horroru, jakim było wejście do płonącej szkoły czy ujrzenie tam ślicznej panny Lister biegającej z obłąkańczym rechotem wśród płomieni. Ani tego, jak się czuli, gdy ganiali za nią po korytarzach niczym za żywą pochodnią.

– Przechodziła wtedy załamanie nerwowe.

– Najwyraźniej. – Quinn uniosła brwi, nie przestając się uśmiechać. – Poza tym policja otrzymała w tamtym tygodniu ponad tuzin wezwań do przypadków przemocy domowej – więcej niż przez całe poprzednie pół roku. Popełniono dwa samobójstwa, dokonano czterech prób samobójczych i licznych napadów, zgłoszono trzy gwałty i ucieczkę z miejsca wypadku drogowego. Zdemolowano kilka biur i domów prywatnych. Nikt – absolutnie nikt – z ludzi zamieszanych w zgłoszone przestępstwa i incydenty nie pamiętał zbyt dobrze tego, co zrobił. Niektórzy ludzie przypuszczali, że miasto padło ofiarą zbiorowej histerii lub halucynacji albo zatrucia jakąś nieznaną substancją, która dostała się do pożywienia lub wody. A co ty o tym myślisz?

– Myślę, że miałem dziesięć lat i byłem śmiertelnie przerażony. Quinn obdarzyła go promiennym uśmiechem.

– Nie wątpię. – Spoważniała. – W dziewięćdziesiątym czwartym miałeś siedemnaście lat, gdy w tygodniu po siódmym lipca nastąpił kolejny… powiedzmy, „wybuch” tragicznych zdarzeń. Zamordowano troje ludzi, z tego jedna osoba została powieszona w parku, jednak nie znalazł się żaden świadek ani winny. Dokonano kolejnych gwałtów, pobić, doszło do następnych samobójstw, spalono doszczętnie dwa domy. Podobno tobie, O'Dellowi i Turnerowi udało się zapakować kilku rannych i zszokowanych ludzi do szkolnego autobusu i przewieźć ich do szpitala. Czy to prawda?

– Na razie tak.

– Idźmy dalej. W dwa tysiące pierwszym…

– Znam schemat – przerwał jej Cal.

– Co siedem lat – powiedziała Quinn, kiwając głową. – Przez siedem nocy. W ciągu dnia – z tego co udało mi się ustalić – niewiele się dzieje, ale pomiędzy zachodem a wschodem słońca – istne pandemonium. Ciężko uznać za zbieg okoliczności, że te anomalie występują co siedem lat i zaczynają się dokładnie w dniu twoich urodzin. Siódemka jest uznawana za magiczną liczbę zarówno przez wyznawców białej, jak i czarnej magii. Ty urodziłeś się siódmego dnia siódmego miesiąca tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku.

– Gdybym znał odpowiedź, powstrzymałbym to. Gdybym wiedział, o co chodzi, nie rozmawiałbym teraz z tobą. Zgodziłem się na ten wywiad, bo może, ale tylko może, znajdziesz wyjaśnienie albo pomożesz mi je znaleźć.

– W takim razie opowiedz mi, co się wydarzyło, co ty wiesz, myślisz, czujesz na ten temat.

Cal odstawił kubek z kawą i pochylając się do przodu, zajrzał Quinn głęboko w oczy.

– Nie na pierwszej randce. Spryciarz, pomyślała z pewnym uznaniem.

– Dobrze. Następnym razem najpierw zaproszę cię na kolację. Ale może teraz pobawisz się w przewodnika i zabierzesz mnie do Kamienia Pogan?

– Jest za późno. To dobre dwie godziny drogi, nie zdążylibyśmy wrócić przed zmrokiem.

– Nie boję się ciemności. Jego oczy stały się lodowate.

– Tu byś się bała. Zapewniam cię, w tych lasach są miejsca, do których nikt się nie zapuszcza po zmierzchu o żadnej porze roku.

Quinn poczuła lodowaty dreszcz u podstawy kręgosłupa.

– Widziałeś kiedyś chłopca, w wieku około dziesięciu lat, z ciemnymi włosami i czerwonymi oczami? – Zobaczyła, że Cal zbladł, i wiedziała, że trafiła w sedno. – Widziałeś go.

– Dlaczego o to pytasz?

– Bo ja też go widziałam. Cal zerwał się na równe nogi, podszedł do okna i popatrzył na las. Już zaczynało się zmierzchać.

Nigdy nikomu nie mówili o tym chłopcu lub mężczyźnie, zależy, jaką postać przybierał. Tak, widywał go, i to nie tylko w owym potwornym tygodniu co siedem lat.

Widział go w snach. I kątem oka, jak pędził przez las. Jego twarz przyciśnięta do okna sypialni… z ustami wykrzywionymi w uśmiechu.

Ale nikt, absolutnie nikt poza nim, Foxem i Gagiem nie widział go podczas siedmioletnich przerw.

Dlaczego Quinn go zobaczyła?

– Kiedy i gdzie go widziałaś?

– Dzisiaj, przed samym zakrętem, na drodze. Przebiegł przed moim samochodem. Pojawił się znikąd. Wiem, że tak się mówi, ale tym razem to prawda. Najpierw zobaczyłam chłopca, później psa. A potem zniknął.

Cal usłyszał, że Quinn wstała, a gdy się odwrócił, ze zdumieniem zobaczył jej szeroki uśmiech.

– I to cię tak bawi?

– Ekscytuje. Podnieca. Powiem: ekstra! Miałam bliskie spotkanie z niematerialną istotą. Trochę to straszne, ale i tak super. Takie rzeczy strasznie mnie nakręcają.

– Właśnie widzę.

– Wiedziałam, że coś tu jest i myślałam, że to coś poważnego, ale od razu, pierwszego dnia zobaczyć potwierdzenie, to jak trafić na żyłę złota po pierwszym wbiciu łopaty!

– Jeszcze niczego nie potwierdziłem.

– Zobaczyłam potwierdzenie w twoich oczach. – Wyłączyła magnetofon. On już nic dziś nie powie. Ostrożny facet z tego Caleba Hawkinsa. – Muszę jechać do miasta, zameldować się w hotelu, rozejrzeć w terenie. A może już dziś zaproszę cię na tę kolację?

Działała szybko, a Cal przyzwyczaił się do wolniejszego rytmu.

– Może najpierw się rozpakuj. Porozmawiamy o kolacji za kilka dni.

– Uwielbiam mężczyzn, którzy są trudni do zdobycia. – Schowała magnetofon i notes do torebki. – Chyba przydałby mi się płaszcz.

Cal przyniósł jej okrycie i patrzył, jak się ubierała.

– Wiesz, gdy wyszedłeś przed dom, miałam bardzo dziwne uczucie, że cię rozpoznaję, że już cię gdzieś widziałam. I że już gdzieś, kiedyś na mnie czekałeś. To było bardzo dziwne. Poczułeś coś takiego?

– Nie. Ale może byłem zbyt zajęty spostrzeżeniem, że wyglądasz dużo lepiej niż na zdjęciu.

– Naprawdę? To miło, bo na tym zdjęciu wyglądam fantastycznie. Dzięki za kawę. – Popatrzyła na psa, który chrapał cicho przez cały czas. – Do zobaczenia, Klusek. I nie pracuj tak ciężko.

Cal odprowadził ją do drzwi.

– Quinn – powiedział, gdy zaczęła schodzić ze schodów – nie szarżuj i nie wpadnij na pomysł, żeby samej szukać Kamienia Pogan. Nie znasz tych lasów. Sam cię tam zaprowadzę jeszcze w tym tygodniu.

– Jutro?

– Jutro nie mogę, mam urwanie głowy. Pojutrze, jeśli aż tak ci zależy.

– Prawie zawsze mi zależy. – Szła tyłem do samochodu, nie spuszczając wzroku z Cala. – O której godzinie?

– Możemy spotkać się tu o dziewiątej, jeśli pogoda będzie dobra.

– To jesteśmy umówieni. – Otworzyła drzwi samochodu. – A tak przy okazji, ten dom pasuje do ciebie. Wiejski chłopak z większym wyczuciem stylu niż pretensjami. Podoba mi się to.

Cal patrzył, jak odjeżdżała – dziwna i seksowna Quinn Black.

A potem stał długo, obserwując światło blednące między drzewami lasu, który był jego domem.

Cal zadzwonił do Foxa i umówił się z nim w kręgielni. Herosi Kręgielni i Kociaki Toru rozgrywali mecze na pierwszym i drugim torze, więc mogli obaj spokojnie usiąść i zjeść coś przy barze.

Poza tym niewiele było tak hałaśliwych miejsc jak kręgielnia, więc ich słowa zostały zagłuszone przez łomot kul, stukot kręgli, okrzyki i przekleństwa.

– Spróbujmy pomyśleć racjonalnie. – Fox pociągnął łyk piwa. – Ona mogła to wymyślić, żeby zobaczyć twoją reakcję.

– Skąd wiedziała, co wymyślić?

– Niektórzy ludzie widują go podczas Siódemki… tak mówiono, zanim wspomnienia zaczęły się zacierać. Mogła coś usłyszeć.

– Nie sądzę, Fox. Jedni mówili o chłopcu, inni o mężczyźnie, kobiecie, psie, wilku…

– Szczurze wielkości dobermana – przypomniał Fox.

– Dzięki, że o tym pamiętałeś. Ale nikt nigdy nie twierdził, że widział go poza Siódemką. Tylko my, a przecież nikomu nie mówiliśmy. – Cal uniósł pytająco brew.

– Nie. Myślisz, że opowiadam na prawo i lewo, jak to widuję czerwonookie demony? To by mi dopiero przysporzyło klientów!

– Ona jest bystra. Nie rozumiem, dlaczego miałaby twierdzić, że widziała go w nietypowym dla niego czasie, skoro nie widziała. Poza tym bardzo się tym przejęła. Była podekscytowana. Dlatego przyjmijmy, że go widziała i spróbujmy sformułować logiczne wnioski. Może sukinsyn robi się coraz silniejszy, na tyle, żeby pojawiać się też poza Siódemką.

Fox przez chwilę rozmyślał z ponurą miną.

– Nie podoba mi się takie wyjaśnienie.

– Inna odpowiedź brzmi tak, że Quinn jest w jakiś sposób związana z tym wszystkim. Z jednym z nas, z miastem, z incydentem przy Kamieniu Pogan.

– To mi się bardziej podoba. Wszyscy jesteśmy w jakiś sposób ze sobą związani. Gdybyś dobrze poszukał, mógłbyś znaleźć powiązania między niemal każdą parą ludzi na świecie. – Zamyślony Fox wziął drugi kawałek pizzy. – Może jest jakąś daleką kuzynką któregoś z nas. Mam krewnych od groma, ty tak samo. Gage mniej, ale trochę jego rodziny też mieszka gdzieś na świecie.

– Być może. Ale dlaczego daleka kuzynka miałaby widzieć coś, czego nie zobaczył nikt z naszej najbliższej rodziny? Powiedzieliby nam, Fox. Oni wiedzą najlepiej, co się zbliża.

– Reinkarnacja. Zgodne z pewnego rodzaju logiką. W rodzinie O'Dellów traktujemy ją bardzo poważnie. Może Quinn tu była, gdy to wszystko się wydarzyło. W poprzednim wcieleniu.

– Nie wykluczam żadnej ewentualności. Ale dlaczego jest tutaj teraz? I jak jej obecność ma nam pomóc w zakończeniu tego cholernego bałaganu?

– Odpowiedź na to pytanie wymaga więcej niż godzinnej pogawędki przed kominkiem. Gage pewnie się nie odzywał?

– Jeszcze nie. Ale skontaktuje się z nami. Pojutrze zabiorę Quinn do Kamienia.

– Nie tracisz czasu, kolego. Cal potrząsnął głową.

– Pójdzie tam sama, jeśli szybko jej nie zaprowadzę. Gdyby coś się stało… Nie możemy brać na siebie takiej odpowiedzialności.

– Jesteśmy odpowiedzialni… czyż nie o to chodzi? W pewnym stopniu to nasza wina. – Popatrzył za zmarszczonymi brwiami na Dona Myersa z „Myers Pomoc Hydrauliczna”, który przy akompaniamencie wiwatów i okrzyków zachęty zbił siedem z dziesięciu kręgli. Całe jego studwudziestokilogramowe cielsko rzuciło się w radosny taniec, co nie stanowiło przyjemnego widoku.

– Robisz to, co robisz – powiedział Fox cicho. – Dzień po dniu przeżywasz swoje życie, chodzisz do roboty. Jesz pizzę, drapiesz się po tyłku, czasem przelecisz panienkę, jeśli ci się poszczęści. Ale wiesz, chociaż starasz się zagłuszyć tę świadomość, że on wróci. Że część ludzi, których codziennie widujesz na ulicach, może nie przeżyć do następnej rundy. My możemy nie przeżyć. A, do diabła. – Stuknął szklanką o piwo Cala. – Mamy pięć miesięcy, żeby coś wykombinować.

– Mógłbym znowu spróbować się cofnąć.

– Dopiero jak przyjedzie Gage. Nie możemy podjąć takiego ryzyka bez jednego z nas, nie warto. Ostatnim razem zobaczyłeś tylko jakieś fragmenty, a nieźle przy tym oberwałeś.

– Teraz jestem starszy i mądrzejszy. I sądzę, że jeśli on już się pojawia – w naszych snach, na drodze przed Quinn – to znaczy, że nabiera mocy. Może dowiedziałbym się więcej niż poprzednio.

– Nie bez Gage'a. To… hmmm – powiedział, przenosząc wzrok ponad ramię przyjaciela. – Świeży towar.

Cal odwrócił się i zobaczył Quinn stojącą w rozpiętym płaszczu przy pierwszym torze. Z wyrazem powagi na twarzy obserwowała Myersa, który z wdziękiem hipopotama w baletkach zamachnął się i rzucił swą szczęśliwą czerwoną kulą.

– To właśnie Quinn.

– Tak, rozpoznałem ją. Czytałem jej książki. Wygląda seksowniej niż na zdjęciu, a już tam wyglądała na gorącą laskę.

– Ja zobaczyłem ją pierwszy. Fox parsknął śmiechem i popatrzył kpiąco na Cala.

– Koleś, to nie chodzi o to, kto zobaczył ją pierwszy, tylko kogo ona zobaczy. Wykorzystam cały potencjał mego seksownego czaru, a ty staniesz się niewidzialny.

– Brednie. Cały potencjał twojego seksownego czaru nie zasiliłby czterdziestowatowej żarówki.

Quinn ruszyła w ich stronę i Cal wstał.

– Ach, to dlatego zostałam dziś spławiona – powiedziała. – Pizza, piwo i kręgle.

– Dzisiaj ja pilnuję interesu. Quinn, to jest Fox O'Dell.

– Drugi z tria. – Uścisnęła dłoń Foxa. – Teraz bardzo się cieszę, że postanowiłam zobaczyć, jak mówią, najgorętsze miejsce w mieście. Mogę się przysiąść?

– Będzie nam niezmiernie miło. Masz ochotę na piwo?

– zapytał Fox.

– Kurczę, a czy mógłbyś, ale… poproszę niskokaloryczne. Cal wszedł za kontuar.

– Zajmę się tym. Coś do piwa? Pizza?

– Och. – Quinn popatrzyła rozmarzonymi oczami na leżącą na barze pizzę. – Hmm, pewnie nie masz chrupkiego pieczywa i niskotłuszczowej mozarelli?

– Świr na punkcie zdrowego jedzenia? – zapytał Fox.

– Wręcz przeciwnie. – Quinn przygryzła dolną wargę. – Zmieniam styl życia. Cholera, ta pizza wygląda przepysznie. A może przekroimy jeden z tych kawałków na pół? – Zrobiła ruch dłonią nad talerzem.

– Żaden problem. Cal wziął nóż do pizzy i przeciął jeden z kawałków.

– Kocham tłuszcz i cukier jak matka dziecko – wyjaśniła Quinn Foxowi. – Ale próbuję odżywiać się bardziej racjonalnie.

– Moi rodzice są wegetarianami – odpowiedział, gdy oboje brali pokrojoną pizzę. – Dorastałem na tofu i lucernie.

– Boże. To takie smutne.

– Dlatego zawsze, gdy mógł, jadał u mnie i wydawał całe kieszonkowe na ciasteczka i piankę czekoladową.

– Ciasteczka z czekoladą to pokarm bogów. – Quinn uśmiechnęła się do Cala, który postawił jej piwo na barze. – Podoba mi się wasze miasto. Przeszłam się po Main Street, ale tyłek mi zamarzł, więc wróciłam do czarującego hotelu Hollow, usiadłam w oknie i patrzyłam, jak kręci się wasz świat.

– Sympatyczny świat – zauważył Cal – który o tej porze roku obraca się trochę wolniej.

– Mhm – przyznała Quinn, wgryzając się z lubością w wąski trójkącik pizzy. Zamknęła oczy, wzdychając z rozkoszy. – Ona jest pyszna. Miałam nadzieję, że nie będzie tak dobra, skoro to pizza robiona w kręgielni.

– Radzimy sobie. Gino naprzeciwko jest lepszy i ma większy wybór.

Quinn otworzyła oczy i zobaczyła jego uśmiech.

– To okropna wiadomość dla kobiety zmieniającej styl życia. Cal pochylił się nad barem. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i Quinn poczuła, że gubi wątek. Miał najładniejszy krzywy uśmiech, jaki widziała, aż chciało się skubnąć te pełne wargi.

Zanim zdążył się odezwać, ktoś go zawołał i te głębokie, szare oczy przestały się w nią wpatrywać.

– Zaraz wracam.

– Cóż. – Kurczę, jej serce naprawdę na chwilę stanęło. – Nareszcie sami – powiedziała do Foxa. – A zatem ty, Cal i na razie – nieobecny Gage Turner jesteście przyjaciółmi od dziecka.

– Właściwie od niemowlęcia. A dokładnie rzecz biorąc, odkąd byliśmy w macicy. Matki Gage'a i Cala poznały moją, gdy miała zajęcia w Lamaze *. Potem spotkały się kilka miesięcy po porodzie i okazało się, że wszyscy trzej przyszliśmy na świat w tym samym dniu i o tej samej porze.

– Wasze mamy od razu poczuły więź między sobą.

– Nie wiem. Dogadywały się, choć można powiedzieć, że każda pochodziła z innej bajki. Lubiły się, choć nie były przyjaciółkami. Rodzice Cala i moi wciąż się spotykają, a tata Cala dał ojcu Gage'a pracę w czasach, gdy nikt w mieście by go nie zatrudnił.

– – Dlaczego nikt by go nie zatrudnił? Fox milczał przez chwilę, popijając piwo.

– To żadna tajemnica – uznał. – Jego ojciec pił. Ale już od jakiegoś czasu jest trzeźwy. Pięć lat czy coś koło tego. Zawsze uważałem, że pan Hawkins go zatrudnił, bo taki już jest, i że zrobił to przede wszystkim dla Gage'a. W każdym razie nie pamiętam czasów, kiedy nie byliśmy przyjaciółmi.

– Żadnych awantur pod tytułem „lubisz – go – bardziej – ode – mnie”, kłótni o zasady czy rozluźnienia więzów z biegiem czasu?

– Wciąż się kłócimy od czasu do czasu. – Jak wszyscy bracia, pomyślał Fox. – Obrażamy się na siebie, ale nic więcej. Jesteśmy mocno związani i nic nie może tego zmienić. A zazdrość? To raczej domena dziewczyn.

– Ale Gage już tu nie mieszka.

– Gage tak naprawdę nie mieszka nigdzie. To urodzony włóczęga.

– A ty? Lokalny patriota?

– Myślałem kiedyś o światłach wielkiego miasta, życiu na pełnych obrotach, raz nawet spróbowałem. – Popatrzył w stronę toru, gdzie Kociaki narzekały na fatalny rzut. – Lubię Hollow. Przez większość czasu lubię nawet swoją rodzinę. I okazało się, że podoba mi się bycie prawnikiem w małym miasteczku.

Prawda, uznała Quinn, ale nie cała.

– Widziałeś dzieciaka z czerwonymi oczami? Zaskoczony Fox odstawił szklankę, którą podnosił do ust.

– Sprawna zmiana tematu.

– Być może, ale to nie jest odpowiedź.

– Proszę o czas na przemyślenie odpowiedzi.

– Nie podoba ci się, że Cal – albo ktokolwiek inny – rozmawia ze mną o tym, co się tutaj dzieje.

– Nie wiem, czemu to ma służyć. Dlatego na razie zachowam informacje dla siebie.

– Uczciwe postawienie sprawy. – Popatrzyła na Cala, który wrócił za bar. – No dobrze, panowie, dziękuję za piwo i pizzę, ale powinnam wracać do swojego ślicznego pokoju.

– Grasz w kręgle? – zapytał Cal, a Quinn się roześmiała.

– Absolutnie nie.

– Och – och – mruknął Fox pod nosem.

Cal wyszedł zza baru, zablokował Quinn przejście, zanim zdążyła zsunąć się ze stołka, i przyjrzał się uważnie jej butom.

– Trzydzieści siedem, tak?

– Ach… – Też popatrzyła na swoje wysokie botki. – Strzał w dziesiątkę. Masz dobre oko.

– Poczekaj. – Poklepał ją po ramieniu. – Zaraz wracam. Popatrzyła za nim ze zmarszczonymi brwiami, po czym przeniosła wzrok na Foxa.

– On chyba nie przyniesie mi butów do kręgli?!

– O tak, właśnie to zrobi. Zakpiłaś z tradycji, która – jak ci opowie, jeśli dasz mu choć najmniejszą szansę – miała swój początek pięć tysięcy lat temu. Potem objaśni ci jej ewolucję i tak dalej, i tak dalej.

– O rany. – Quinn tylko tyle zdołała wykrztusić. Cal przyniósł jedną parę brązowo – kremowych butów i drugą, większą, która najwyraźniej należała do niego.

– Tor piąty jest wolny. Chcesz zagrać, Fox?

– Niestety, muszę skończyć podsumowanie. Może następnym razem. Do zobaczenia, Quinn.

Cal wepchnął buty pod ramię, wziął Quinn za rękę i ściągnął ją ze stołka.

– Kiedy ostatni raz grałaś w kręgle? – zapytał, prowadząc ją do pustego toru.

– Chyba jak miałam czternaście lat. Zbiorowa randka, która nie poszła najlepiej, bo obiekt moich westchnień, Nathan Hobbs, nie mógł oderwać wzroku od bezustannie chichoczącej i nad wiek rozwiniętej Missy Dover.

– Nie możesz pozwolić, żeby zawód miłosny zepsuł ci zabawę.

– Ale gra w kręgle też mi się nie podobała.

– To było wtedy. – Cal posadził ją na drewnianej ławce i sam przysiadł obok. – Dziś będzie lepiej. Rzucałaś kiedykolwiek?

– Wciąż mówimy o kręglach? Nie.

– To dziś rzucisz, a nie ma nic lepszego niż pierwszy rzut kulą.

– Nawet seks z Hugh Jackmanem? Przestał wiązać buty i popatrzył na nią.

– Spałaś z Hugh Jackmanem?

– Nie, ale założę się o każdą sumę, że – przynajmniej dla mnie – seks z Hugh Jackmanem bije na głowę radość ze zbicia dziesięciu kręgli jednym rzutem.

– Dobrze. A ja jestem gotów się założyć… powiedzmy o dziesięć dolarów, że jak już rzucisz, to zmienisz zdanie.

– Po pierwsze, jest wysoce nieprawdopodobne, że w ogóle trafię kulą w tor, a po drugie, mogłabym skłamać.

– Trafisz. I nie skłamiesz. Zmieniaj buty, Blondyneczko.

ROZDZIAŁ 05

To wcale nie był tak niedorzeczny pomysł jak przypuszczała. Zwariowany, ale Quinn lubiła zwariowane pomysły.

Małe kule, bez dziurek na palce, pomalowano w czarne plamy. Cały problem polegał na tym, żeby puścić taką kulę po wyfroterowanym torze i zbić czerwone kręgle, które Cal nazywał kaczkami.

Patrzył, jak Quinn podchodzi do linii, bierze zamach i rzuca.

Kula podskoczyła kilka razy i wpadła do bocznej rynny.

– No dobrze. – Quinn odwróciła się, odgarniając włosy. – Twoja kolej.

– Masz jeszcze dwa rzuty w jednej kolejce.

– Super. Cal błysnął zębami w uśmiechu.

– Popracujmy nad twoim rzutem, a potem zajmiemy się twoim podejściem do gry. – Mówiąc to, podszedł do Quinn i podał jej następną kulę. – Złap ją obiema rękami – polecił, obracając dziewczynę twarzą do kręgli. – Teraz wystaw lewą nogę, ugnij kolana, jakbyś chciała przykucnąć i zegnij się w pasie.

Stał teraz tuż za nią, opierając tułów o jej plecy. Quinn odwróciła twarz i popatrzyła mu prosto w oczy.

– Używasz tego triku do podrywania dziewczyn, co?

– Oczywiście. Osiemdziesiąt pięć procent skuteczności. Celuj w pierwszy kręgiel, bocznymi zajmiesz się później. Teraz wyprostuj do tylu lewą rękę i zamachnij się, celując palcami we frontowy kręgiel. Puść kulę tak, jakby była przedłużeniem twoich palców.

– Hmmm. – Ale spróbowała. Tym razem kula nie wpadła od razu do rynny lecz toczyła się torem na tyle długo, żeby zbić dwa kręgle w prawym rogu.

Ponieważ na torze obok kobieta, która musiała mieć z sześćdziesiątkę, podbiegła z gracją do linii, rzuciła kulą i zbiła siedem kręgli, Quinn nie widziała powodów, by świętować swój sukces.

– Lepiej.

– Dwie kule, dwa kręgle. Chyba jeszcze nie pora na dziki taniec radości.

– Z chęcią zobaczę, jak tańczysz, dlatego pomogę ci jeszcze raz. Rozluźnij bardziej ramię. Ładne perfumy – dodał, podając jej kolejną kulę.

– Dzięki. – Krok do przodu, pochylić się, zamachnąć i rzucić, powtórzyła w myślach. I zbiła ostatni kręgiel po drugiej stronie toru.

– Przesadziłaś w drugą stronę – powiedział Cal, uderzając palcem w przycisk. Krata zjechała na dół, z głośnym stukotem zebrała kręgle, a na ich miejsce stanął pełny nowy trójkąt.

– Ona zbiła wszystkie. – Quinn skinęła głową w stronę kobiety na sąsiednim torze, która właśnie usiadła. – I wcale nie wydaje się zadowolona.

– Pani Keefafer? Gra dwa razy w tygodniu i pewnie już jej to nie rusza. Ale chociaż nie okazuje tego, wierz mi, w środku tańczy z radości.

– Skoro tak twierdzisz. Cal przesunął ramiona Quinn, poprawił wysunięcie bioder. Och, tak, mogła zrozumieć, dlaczego odnosił sukcesy, podrywając kobiety w ten sposób. W końcu, po nieskończonej ilości prób, udało się jej zbić kilka kręgli po różnych stronach trójkąta.

Salę wypełniał odbity od ścian hałas, niski łomot toczących się kul, ostry stukot kręgli, okrzyki i gwizdanie graczy i kibiców, radosne dzwonki automatów do gry.

Quinn czuła zapach piwa, wosku i lepkiego, żółtego sera – jej ulubionego – z porcji nachos, które ktoś pogryzał na torze obok.

Ponadczasowa rozrywka każdego Amerykanina, pomyślała, bezwiednie układając zdania do artykułu. Sport znany od wieków – będzie musiała poszukać czegoś na ten temat – dobra, zdrowa rozrywka rodzinna.

Zorientowała się już mniej więcej, o co chodzi, ale od czasu do czasu wrzucała kulę specjalnie do rynny, żeby Cal musiał podejść i poprawić jej pozycję.

Gdy to robił, myślała nad zmianą tematu artykułu z „kręgli jako rozrywki rodzinnej” do „kręgle są sexy”. Ta myśl wywołała uśmiech na twarzy Quinn, gdy po raz kolejny przymierzyła się do rzutu.

I wtedy to się stało. Rzuciła i kula potoczyła się samym środkiem toru. Zaskoczona Quinn cofnęła się o krok. Jej serce przyśpieszyło i poczuła dreszcz wzdłuż kręgosłupa.

– Och. Och. Patrz! Ona zaraz… Rozległ się satysfakcjonujący trzask, gdy rozpędzona kula wpadła między kręgle, rozrzucając je we wszystkich kierunkach. Kręgle uderzały o siebie, toczyły się i obracały, aż ostatni z nich upadł w pijanym ukłonie.

– O mój Boże! – Quinn stanęła na palcach wypożyczonych butów. – Widziałeś to? Widziałeś… – Odwróciła się z wyrazem oszołomienia i radości na twarzy i zobaczyła szeroki uśmiech Cala.

– Ty sukinsynu – wymruczała. – Jestem ci winna dziesięć dolców.

– Szybko się uczysz. Może popracujemy nad twoim podejściem do gry?

Quinn podeszła do niego.

– Chyba jestem… wykończona. Ale mogę wpaść któregoś wieczoru na lekcję numer dwa.

– Z radością ci jej udzielę. – Usiedli obok siebie i zmienili buty. – Odprowadzę cię do hotelu.

– Dobrze. Wziął kurtkę i wychodząc, pomachał do chudego chłopaka w wypożyczalni butów.

– Zaraz wracam.

– Jaka cisza – powiedziała Quinn, gdy tylko wyszli na zewnątrz. – Posłuchaj, jak tu cicho.

– Hałas jest częścią zabawy, a cisza nagrodą.

– Chciałeś kiedyś robić coś innego czy zawsze marzyłeś o zarządzaniu kręgielnią?

– Rodzinnym centrum rozrywki – poprawił ją. – Mamy tu salon gier: automatyczny bilard, strzałki, gry wideo i plac zabaw dla dzieci poniżej sześciu lat. Organizujemy prywatne przyjęcia: urodziny, wieczory kawalerskie, wesela…

– Wesela?

– Pewnie. Bar micwy *, bat mitzwy **, rocznice, imprezy służbowe.

Naprawdę dobry temat na artykuł, uznała Quinn.

– Pełne ręce roboty jak na jednego człowieka.

– Można tak powiedzieć.

– To dlaczego nie masz żony i nie wychowujesz następnego pokolenia władców kręgli?

– Miłość mnie unika. – Aha.

Pomimo siarczystego mrozu przyjemnie było iść obok mężczyzny, którego krok tak naturalnie dopasował się do kroków Quinn, patrzeć na obłoczki oddechów, łączące się na chwilę, zanim rozerwał je wiatr.

Cal był wyjątkowo sympatyczny i miał zabójcze oczy, Quinn uznała więc, że są gorsze odczucia niż zamarzanie palców u stóp w kozaczkach, które były bardziej eleganckie niż praktyczne.

– Będziesz jutro w mieście, gdybym miała do ciebie jakieś pytanie niecierpiące zwłoki?

– Jak zawsze – odpowiedział. – Mogę dać ci numer telefonu, gdybyś…

– Poczekaj. – Wyciągnęła z torebki własną komórkę i nie przystając, wcisnęła kilka klawiszy. – Słucham.

Podał jej numer.

– Jestem pod wrażeniem. Kobieta, która nie tylko umie znaleźć od razu to, czego szuka, w tajemniczych czeluściach damskiej torebki, ale jeszcze potrafi obsługiwać urządzenia elektroniczne!

– Czy to seksistowska uwaga?

– Nie. Moja matka zawsze wie, gdzie wszystko leży, ale nie potrafi obsługiwać nawet pilota. Moja siostra Jen potrafi poradzić sobie z każdym urządzeniem, od sportowej skrzyni biegów po myszkę bezprzewodową, ale nie umie niczego znaleźć w czasie krótszym niż dwadzieścia minut, a moja druga siostra, Marly, nigdy niczego nie może znaleźć i boi się nawet elektrycznego otwieracza do puszek. Ty zaś wprawiłaś mnie w osłupienie, robiąc i jedno, i drugie.

– Zawsze lubiłam robić wrażenie. – Wrzuciła telefon do torebki. Skręcili w stronę schodów prowadzących na ganek hotelu. – Dzięki za eskortę.

– Nie ma sprawy. To była jedna z tych chwil, Quinn wiedziała. Oboje zastanawiają się, czy mają uścisnąć sobie dłonie, odwrócić się i odejść każde w swoją stronę czy poddać się ciekawości i nachylić do pocałunku.

– Zostańmy na razie na bezpiecznych ścieżkach – powiedziała. – Przyznaję, bardzo mnie pociągają twoje usta, ale taki rozwój wypadków utrudniłby mi wykonanie tego, po co tu przyjechałam, zanim w ogóle zaczęłam.

– Cholerna szkoda, ale masz rację. – Wbił ręce w kieszenie. – W takim razie powiem ci dobranoc. Poczekam, aż wejdziesz do środka.

– Dobranoc. – Weszła po schodach i otworzyła drzwi, po czym zerknęła przez ramię na Cala, który stał, wciąż z rękami w kieszeniach, w plamie światła rzucanej przez starodawną latarnię.

O tak, pomyślała, cholerna szkoda.

– Do zobaczenia wkrótce. Cal poczekał, aż zamknęły się drzwi za Quinn, po czym odszedł parę kroków i popatrzył w okna na drugim i trzecim piętrze. Mówiła, że jej pokój wychodzi na Main Street, ale nie wiedział, na którym piętrze mieszkała.

Po kilku chwilach w jednym z okien na drugim piętrze rozbłysło światło i już wiedział, że Quinn bezpiecznie dotarła do swojego pokoju.

Odwrócił się i zrobił już kilka kroków, kiedy zobaczył chłopca, który stał na chodniku kilka metrów przed nim. Nie miał na sobie kurtki, czapki ani żadnej osłony przed lodowatym wiatrem, a jego długie włosy ani drgnęły mimo ostrych podmuchów.

Oczy chłopca lśniły upiorną czerwienią; wyszczerzył zęby, warcząc jak zwierzę.

Cal słyszał ten odgłos w swojej głowie, jednocześnie czując lodowatą kulę w żołądku.

On nie jest prawdziwy, powiedział do siebie. Jeszcze nie. To tylko projekcja, tak samo jak we śnie. Ale nawet we śnie potrafił cię zranić lub sprawić, żebyś odczuwał ból.

– Wracaj, skąd przyszedłeś, sukinsynu – powiedział Cal wyraźnie i tak spokojnie, jak tylko mógł. – Jeszcze nie nadszedł twój czas.

Kiedy nadejdzie, rozszarpię cię na strzępy, ciebie i wszystko, co jest ci drogie.

Usta chłopca nie poruszyły się przy tych słowach, pozostały wykrzywione w dzikim grymasie.

– Zobaczymy, kto tym razem zwycięży. – Cal postąpił kolejny krok do przodu.

I wtedy zapłonął ogień. Wytrysnął spod chodnika i czerwoną strzałą przemknął przez ulicę. Cal rzucił się do tyłu i osłonił dłońmi twarz, lecz nagle zauważył, że z płomieni nie bucha żar, nie bije nawet ciepło.

W jego głowie zadudnił śmiech, nieokiełznany niczym ogień, po czym i jedno, i drugie zniknęło.

Ulica znów była cicha, na chodniku ani na budynkach nie pozostało śladu płomieni. Stare triki, upomniał siebie Cal. Stare sztuczki z kapelusza.

Z wysiłkiem ruszył przed siebie, przecinając tor fałszywego ognia. W powietrzu unosił się gryzący smród, który zniknął tak szybko jak para oddechu. Cal w sekundę rozpoznał ten zapach.

Siarka.

Na górze, w przytulnym pokoju z szerokim łóżkiem okrytym puchatą, białą narzutą, Quinn siedziała przy ślicznym biureczku o rzeźbionych nogach i wypolerowanym blacie i zapisywała swoje wrażenia z całego dnia.

Była zachwycona tym, że w pokoju stały świeże kwiaty i mała, niebieska miska pełna artystycznie ułożonych owoców. W łazience królowała głęboka wanna na lwich łapach i śnieżnobiała umywalka. Obok leżały grube, miękkie ręczniki, dwie kostki mydła i stylowe buteleczki szamponu, balsamu i żelu pod prysznic.

Zamiast nudnych, sztampowych plakatów na ścianach wisiały oryginalne zdjęcia i obrazy, które, jak informowała dyskretna karteczka na biurku, były dziełem lokalnych artystów i można je było nabyć w galerii na South Main.

Pokój miał bardzo ciepły, domowy wystrój, ale także błyskawiczne połączenie z internetem. Quinn pomyślała, że koniecznie musi poprosić o ten sam, kiedy przyjedzie tu znowu, jak planowała, w kwietniu i w lipcu.

Całkiem sporo osiągnęła jak na pierwszy dzień, w którym – na dodatek – przejechała kawał drogi. Poznała dwóch z trzech głównych bohaterów wydarzeń, umówiła się na wyprawę do Kamienia Pogan. Poczuła atmosferę miasta i osobiście spotkała zjawę z – na razie – nieznanego wymiaru.

I miała w głowie zarys artykułu o kręglach, który powinien jej przysporzyć wielu czytelników w „Okrężnej Drodze”.

Nie najgorzej, zwłaszcza jeśli dodać do tego, że na kolację w hotelowej restauracji zjadła rozsądnie sałatkę z grillowanym kurczakiem i oparła się pokusie połknięcia całej pizzy, poprzestawszy na połowie kawałka. No i zbiła jednym rzutem wszystkie kręgle.

Jeśli chodzi o sprawy osobiste, pomyślała, wyłączając komputer, oparła się także pokusie pocałowania niezwykle atrakcyjnego Caleba Hawkinsa.

Czyż nie była bardzo profesjonalna i bardzo niezaspokojona?

Przebrała się w dresowe spodnie i koszulkę i zmusiła do piętnastu minut pilatesu (no dobrze, dziesięciu) oraz kwadransa jogi, po czym ułożyła się pod cudowną kołdrą na mięciutkich poduszkach.

Wzięła z szafki nocnej książkę i czytała, aż powieki zaczęły jej opadać.

Krótko po północy zatknęła zakładkę, zgasiła lampkę i umościła się w swoim gniazdku.

Jak zawsze zasnęła błyskawicznie.

Quinn wiedziała, że sen to sen. Zawsze lubiła uczucie oderwania i karnawałową atmosferę sennych krajobrazów. To było jak szalona przygoda bez żadnego wysiłku. Dlatego kiedy znalazła się na krętej ścieżce w środku gęstego lasu, gdzie światło księżyca srebrzyło liście, a po ziemi snuła się mgła, część jej umysłu stwierdziła: Och kurczę! Zaczyna się!

Wydawało jej się, że słyszy jakieś nawoływania, ochrypły i desperacki szept, ale nie mogła rozróżnić słów.

Szła przez morze mgły, czując na skórze powietrze miękkie niczym jedwab. Naglący głos ciągnął ją ku sobie. W prześwietlonej księżycem nocy zabrzmiało wyraźnie jedno słowo: „bestia”.

Słyszała je bez ustanku, gdy szła krętą ścieżką w aksamitnym powietrzu, wśród posrebrzonych drzew. Czuła niemal seksualne przyciąganie, żar w brzuchu, który popychał ją ku temu, kto nawoływał po nocy.

Dwa, trzy razy, powietrze wydawało się szeptać: beatus. Ciepły pomruk ogrzewał jej skórę. Przyśpieszyła kroku.

Spośród srebrnych drzew wyfrunęła czarna sowa, mącąc skrzydłami miękkie powietrze, aż Quinn poczuła chłód. I lęk.

Nagle dostrzegła leżącą w poprzek ścieżki złotą łanię. Krew z rozciętego gardła wsiąkała w ziemię, która lśniła mokra i czarna.

Serce Quinn ścisnęło się z żalu. Taka młoda, taka słodka, pomyślała, podchodząc do zwierzęcia. Kto mógłby zrobić coś takiego?

Na chwilę martwe, nieruchome oczy łani zalśniły czystym złotem i popatrzyły na Quinn z takim smutkiem i mądrością, że poczuła ucisk w gardle.

Teraz usłyszała głos nie w powietrzu lecz we własnej głowie. Jedno słowo: devotio.

Wtedy nagie, pokryte tylko szronem drzewa i srebrny księżyc poszarzały. Ścieżka skręciła i Quinn stanęła przed niedużym stawem. Woda była czarna niczym atrament, jak gdyby głębina wessała i pochłonęła całe światło nieba.

Na brzegu stała młoda kobieta w długiej, brązowej sukience. Włosy miała krótko przycięte, kosmyki sterczały dziko na wszystkie strony. Schylała się i wypełniała kieszenie sukienki kamieniami.

– Halo! – zawołała Quinn. – Co ty robisz? Tamta nadal wkładała kamienie do kieszeni. Quinn podeszła bliżej i zobaczyła, że szalone oczy dziewczyny są pełne łez.

– Cholera. Nie chcesz tego robić. Nie chcesz być jak Virginia Woolf *. Poczekaj. Poczekaj chwilę. Porozmawiaj ze mną.

Dziewczyna odwróciła głowę i zszokowana Quinn zobaczyła swoją własną twarz.

– On nie wie wszystkiego – powiedziała szalona dziewczyna. – On cię nie znał.

Rozrzuciła ramiona i jej szczupłe ciało, obciążone balastem kamieni, zaczęło chwiać się i kołysać, aż runęła w czarną wodę. Sadzawka połknęła ją niczym wyczekujące usta.

Quinn skoczyła – a cóż innego mogła zrobić? Wzięła głęboki oddech, przygotowując się na lodowaty szok.

Zobaczyła błysk, usłyszała ryk grzmotu lub czegoś żywego i bardzo głodnego. Klęczała na polanie, z której środka wyrastała niczym ołtarz samotna skała. Wokoło szalał ogień, nad nią, przed nią, ale nie czuła żadnego żaru.

Przez zasłonę płomieni dostrzegła dwie postacie, czarną i białą, walczące jak dzikie zwierzęta. Ziemia rozwarła się z potwornym, rozdzierającym hukiem i zaczęła wszystko pochłaniać.

Z gardła Quinn wyrwał się wrzask; drapiąc paznokciami ziemię, doczołgała się do skały i oplotła ją ramionami.

Kamień rozpadł się na trzy równe części, a Quinn poleciała, koziołkując, w czarną, żarłoczną otchłań.

Obudziła się skulona na miękkiej pościeli, z prześcieradłem zaplątanym wokół nóg, ściskając słupek łóżka, jakby od tego zależało jej życie.

Nie zwalniając chwytu, oparła policzek o drewno, zamknęła oczy i poczekała, aż drżenie przejdzie w pojedyncze dreszcze.

– Ale jazda – wymamrotała.

Kamień Pogan. To tam była pod koniec snu, nie miała wątpliwości. Poznała skałę ze zdjęć, które oglądała. Niesamowite, że miała o nim, o lesie, taki przerażający sen. I ta woda… Czy nie czytała czegoś o dziewczynie, która utonęła w stawie? Nawet nazwali go jej imieniem. Sadzawka Hester. Nie, staw. Staw Hester.

Według logiki snów to wszystko miało sens.

Tak, niezła jazda i wolałaby już więcej takich nie odbywać.

Popatrzyła na podróżny budzik, którego odblaskowe wskazówki wskazywały dwadzieścia po trzeciej. Trzecia rano, pomyślała, najgorsza pora na przebudzenie. Dlatego położy się z powrotem spać, jak rozsądna kobieta. Poprawi pościel, napije się zimnej wody i zaśnie.

Miała dosyć atrakcji jak na jeden dzień.

Wstała z łóżka, poprawiła prześcieradło i kołdrę i odwróciła się, żeby pójść do łazienki po szklankę wody.

Nie zdołała wydobyć z siebie głosu. Krzyk rozerwał jej czaszkę niczym pazury, ale żaden dźwięk nie wydostał się z rozpalonego gardła.

Chłopak uśmiechał się obscenicznie w ciemności za oknem. Przyciskał twarz i ręce do szyby zaledwie kilka centymetrów od Quinn. Przesunął językiem po ostrych, białych zębach a czerwone, błyszczące oczy wydawały się równie bezdenne i wygłodzone jak dziura w ziemi, która chciała pochłonąć Quinn we śnie.

Kolana się pod nią ugięły, ale bała się, że jeżeli upadnie, demon roztrzaska szybę i zatopi kły w jej gardle niczym wściekły pies.

Zamiast tego uniosła rękę w starodawnym geście odstraszającym zło.

– Odejdź stąd – wyszeptała. – Zostaw mnie w spokoju.

Chłopiec roześmiał się. Quinn usłyszała potworne, wywołujące dreszcze dźwięki, zobaczyła, jak jego ramiona zatrzęsły się od śmiechu. Nagle chłopak odepchnął się od szyby i wykonał powolne salto w tył. Zawisł przez chwilę nad uśpioną ulicą, po czym…

zdematerializował się nagle. Skurczył się do małego, czarnego punktu i zniknął.

Quinn rzuciła się do okna i pociągnęła roletę w dół, tak żeby zakryć każdy centymetr szyby. W końcu opadła na podłogę i drżąc, oparła się o ścianę.

Gdy uznała, że da radę wstać, przytrzymała się ściany i szybko podeszła do pozostałych okien. Kiedy zaciągnęła wszystkie rolety, znów zabrakło jej tchu i próbowała sobie wmówić, że pokój wcale nie przypomina zamkniętego pudła.

Nalała sobie wody – była bardzo spragniona – i wypiła duszkiem dwie pełne szklanki. Trochę spokojniejsza popatrzyła w zasłonięte okna.

– No dobrze, do diabła z tobą, ty mały sukinsynu.

Wzięła laptop, usiadła na podłodze – czuła się bezpieczniej poniżej linii okien – i zaczęła zapisywać każdy szczegół, który zapamiętała ze snu i spotkania z demonem.

Gdy się obudziła, spod zaciągniętych rolet sączyło się jasnożółte światło, a bateria w laptopie doszczętnie się wyczerpała. Gratulując sobie, że pamiętała, aby wszystko zapisać, zanim zwinęła się na podłodze, Quinn podniosła się z trudem, cała obolała.

Czysta głupota, pomyślała, próbując choć trochę rozciągnąć zesztywniałe mięśnie. Głupio zrobiła, że nie wyłączyła komputera i nie umościła się w tym wielkim, przytulnym łóżku. Ale o pierwszym zapomniała, a drugie nawet nie przyszło jej do głowy.

Teraz położyła laptop z powrotem na ślicznym biurku i podłączyła do prądu, żeby naładować baterię. Z pewną ostrożnością – w końcu za pierwszym razem widziała chłopca w biały dzień – podeszła do okna i podniosła roletę…

Na lodowato błękitnym niebie świeciło ostre słońce. Na chodnikach, markizach i dachach lśniła nowa warstwa śniegu.

Quinn zauważyła kilku właścicieli sklepów lub ich pomocników, którzy skrzętnie odśnieżali chodniki, ganki i schody. Samochody wlokły się w koleinach śniegu. Przez chwilę zastanawiała się, czy odwołano dzisiaj lekcje.

I czy chłopiec poszedł do swojej demonicznej szkoły.

Postanowiła, że rozpieści swoje obolałe ciało długą kąpielą w tej czarującej wannie, a potem zobaczy, co dają na śniadanie w Spiżarni Ma. Może któryś z mieszkańców miasteczka zechce przy miseczce muesli z owocami opowiedzieć jej jakąś legendę związaną z Hawkins Hollow.

ROZDZIAŁ 06

Cal siadał właśnie przy barze, żeby zjeść śniadanie, kiedy zobaczył wchodzącą Quinn. Miała na sobie wypłowiałe dżinsy i wysokie kozaczki na obcasach, a na głowie czapkę w jaskrawych kolorach.

Na szyi zawiązała bajecznie kolorowy szalik, który przy rozpiętej kurtce nadawał jej radosny wygląd. Spod kurtki wystawał sweter w kolorze dojrzałych jagód.

Miała w sobie coś takiego, pomyślał, co dodawałoby jej jasności i barw, nawet gdyby była utarzana w błocie.

Patrzył, jak Quinn przesuwa wzrokiem po kafejce, zapewne zastanawiając się, gdzie usiąść i z kim porozmawiać. Już pracowała. Może zawsze była w pracy. Był cholernie pewny, nawet po jednym spotkaniu, że jej umysł nigdy nie przestawał pracować.

Zauważyła go. Uśmiechnęła się tym swoim stuwatowym uśmiechem i ruszyła w jego stronę. Cal poczuł się jak dzieciak przy ustalaniu składu drużyn do gry w piłkę, jakby wybrano go spomiędzy wszystkich innych machających rękami i wrzeszczących: „Mnie! Mnie! Wybierz mnie!”.

– Dzień dobry, Caleb.

– Dzień dobry, Quinn. Masz ochotę na śniadanie?

– Z wielką chęcią. – Pochyliła się nad jego talerzem i z dramatycznym westchnieniem powąchała naleśniki obficie polane masłem i syropem. – Założę się, że są przepyszne.

– Najlepsze w mieście. – Nabił spory kawałek na widelec i wyciągnął w jej stronę. – Spróbujesz?

– Nigdy bym nie poprzestała na jednym kawałku. To jak choroba. – Usiadła na stołku i odwiązując szalik, odwróciła się z szerokim uśmiechem do kelnerki. – Dzień dobry. Poproszę kawę i czy macie może jakieś muesli, które można by posypać owocami?

– Mamy Nestle Fitness i mogłabym wkroić do nich banana.

– Idealnie. – Wyciągnęła dłoń nad barem. – Jestem Quinn.

– Pisarka z Pensylwanii. – Kelnerka skinęła głową i mocno uścisnęła dłoń młodej kobiety. – Meg Stanley. Uważaj na tego tutaj, Quinn. – Meg wskazała palcem na Cala. – Te milczki bywają przebiegłe.

– A my wygadane sztuki jesteśmy szybkie. Meg roześmiała się, nalewając kawę.

– Szybkość to spora zaleta. Przyniosę ci te płatki.

– Dlaczego – zastanawiał się głośno Cal, odkrawając kolejny kawałek naleśnika – ktokolwiek mógłby z własnej woli jeść na śniadanie surowe zboże?

– To kwestia wyrobionego smaku. Ja nad swoim jeszcze pracuję. Ale znając siebie, wiem, że jeżeli będę przychodziła tu na śniadanie, to w końcu ulegnę czarowi naleśników. Czy w mieście jest jakaś siłownia lub klub sportowy, a może jakiś napakowany koleś wypożycza swojego Atlasa?

– W piwnicy domu kultury jest mała siłownia. Potrzebna będzie karta członkowska, ale mogę ci ją załatwić.

– Naprawdę? Ty to masz kontakty, człowieku.

– Ano mam. To jak, chcesz zmienić zamówienie? Najpierw wyżerka, a potem Atlas?

– Nie dzisiaj, ale dzięki. A zatem – Quinn ujęła kubek w obie dłonie i popatrzyła na Cala zza smugi pary – skoro jesteśmy już na drugiej randce…

– Jakim cudem przegapiłem pierwszą?

– Postawiłeś mi pizzę i piwo i zabrałeś mnie na kręgle. W moim słowniku tak brzmi definicja randki. A teraz zaprosiłeś mnie na śniadanie.

– Płatki i banan. Lubię tanie randki.

– A kto nie lubi? Ale skoro się spotykamy i w ogóle… – Cal się roześmiał, a Quinn łyknęła kawy. – Chciałabym opowiedzieć ci o pewnym przeżyciu.

Popatrzyła na Meg, która postawiła przed nią śnieżnobiałą miskę pełną płatków i pokrojonego banana.

– Pomyślałam, że pewnie chciałabyś do tego odtłuszczone mleko.

– Bardzo rozsądnie, dziękuję.

– Przynieść ci coś jeszcze?

– Mamy wszystko, Meg – powiedział Cal. – Dzięki.

– Jak coś, to wołajcie.

– Przeżycie – przypomniał Cal, gdy Meg odeszła.

– Miałam sen. Cal poczuł lodowaty ucisk w żołądku, jeszcze zanim Quinn zaczęła opowiadać przyciszonym głosem szczegóły koszmaru, który przyśnił jej się zeszłej nocy.

– Wiedziałam, że to sen – powiedziała na koniec. – Zawsze wiem i zwykle bardzo lubię swoje sny, nawet te przerażające. Bo, wiesz, to się nie dzieje naprawdę. Wcale nie wyrasta mi druga głowa, żebym mogła dyskutować sama ze sobą, ani nie skaczę z samolotu z pękiem czerwonych balonów w ręce. Ale to… nie mogę powiedzieć, żeby ten sen sprawił mi przyjemność. Ja nie śniłam, że jest mi zimno, mnie wtedy było zimno. Nie śniłam, że upadam i toczę się po ziemi, bo rano zobaczyłam na biodrze siniaki, których nie miałam, zanim położyłam się do łóżka. Jak może coś ci się stać we śnie, jeśli to tylko sen?

W Hawkins Hollow może, pomyślał Cal.

– Spadłaś z łóżka?

– Nie, nie spadłam. – Po raz pierwszy usłyszał w jej głosie cień irytacji. – Kiedy się obudziłam, ściskałam słupek od łóżka, jakby to był mój długo niewidziany kochanek. A to wszystko wydarzyło się, zanim znowu zobaczyłam tego małego czerwonookiego sukinsyna.

– Gdzie?

Quinn zamilkła na chwilę i zjadła trochę płatków. Cal nie wiedział, czy wyraz niesmaku na jej twarzy wywołało śniadanie czy ponure myśli.

– Czytałeś „Miasteczko Salem” Kinga?

– Oczywiście. Spokojne miasteczko, wampiry. Dobra rzecz.

– Pamiętasz taką scenę: mali chłopcy, bracia. Jeden z nich został porwany w lesie i przemieniony. I pewnej nocy składa bratu wizytę.

– Nie ma nic bardziej przerażającego niż dzieci – wampiry.

– W każdym razie niewiele. I ten dzieciak – wampir po prostu unosi się za oknem. Fruwa i drapie paznokciami w szybę. Wczoraj było tak samo. Chłopak przyciskał twarz do szyby, a pamiętaj, że mieszkam na drugim piętrze. Potem wykonał piękne salto w tył i zniknął.

Cal przykrył rękami dłonie Quinn i poczuł, że są lodowate.

– Masz mój numer domowy i na komórkę, dlaczego nie zadzwoniłaś?

Quinn zjadła jeszcze trochę i uśmiechnęła się do Meg, podsuwając jej kubek po dolewkę kawy.

– Wiem, że się spotykamy, Cal, ale nie dzwonię do facetów, z którymi byłam na kręglach, o trzeciej trzydzieści nad ranem, żeby wołać „ratunku”. Przedzierałam się przez bagna Luizjany w poszukiwaniu śladów królowej wudu – i dobrze wiem, jak to brzmi. Na wybrzeżu Maine spędziłam sama noc w rzekomo nawiedzonym domu i rozmawiałam z facetem, który twierdził, że jest opętany przez trzynaście duchów. W Talahassee pisałam o rodzinie wilkołaków. Ale ten chłopak…

– Nie wierzysz ani w wilkołaki, ani w wampiry, Quinn. Odwróciła się twarzą do niego.

– Mam umysł tak otwarty jak sklep całodobowy i, zważywszy na okoliczności, ty też powinieneś mieć, ale nie, nie sądzę, żeby ten chłopak był wampirem. Przecież widziałam go w biały dzień. Nie jest też człowiekiem, ale to nie oznacza, że nie jest prawdziwy. Stanowi część Kamienia Pogan i tego, co tu się dzieje co siedem lat. I pojawił się wcześniej, prawda?

Tak, pomyślał Cal, jej umysł nie przestawał pracować i był bystry jak górski potok.

– To nie jest najlepsze miejsce na analizowanie szczegółów.

– Powiedz gdzie.

– Obiecałem, że jutro zabiorę cię do Kamienia Pogan, i dotrzymam słowa. Wtedy o wszystkim porozmawiamy. Dzisiaj nie mogę – powiedział, zanim zdążyła otworzyć usta. – Mam mnóstwo roboty, poza tym jutro ma być lepsza pogoda. – Wyjął portfel z kieszeni na biodrze. – Ma świecić słońce, więc śnieg powinien trochę się roztopić. – Położył pieniądze na barze i popatrzył na kozaczki Quinn. – Jeśli nie masz żadnych innych butów do wędrówek, to lepiej coś sobie kup. W tych nie ujdziesz nawet kilometra.

– Zdziwiłbyś się, do czego jestem zdolna.

– Nie wątpię. Do zobaczenia jutro.

Quinn popatrzyła za nim ze zmarszczonymi brwiami, po czym odwróciła się do Meg, która wycierała ścierką blat.

– Podstępny. Miałaś rację.

– Znałam tego chłopaka, jeszcze zanim się urodził. Rozbawiona Quinn oparła łokieć o bar i zaczęła dłubać w resztce płatków. Najwidoczniej niezły koszmar nocą i lekka irytacja na mężczyznę o poranku lepiej motywowały do diety niż waga łazienkowa. Meg wydawała się bardzo sympatyczna, miała szerokie biodra, nosiła brązowe sztruksy, a rękawy flanelowej koszuli podwinęła powyżej łokcia. Drobne loczki, zbite niczym futro pudla, otaczały brązową chmurą jej pucołowatą twarz. A w orzechowych oczach Quinn dostrzegła błysk, który powiedział jej, że kelnerka ma ochotę na pogawędkę.

– A zatem, Meg, co jeszcze wiesz? Na przykład o Kamieniu Pogan.

– Stek bzdur, jeśli chcesz znać moje zdanie.

– Naprawdę?

– Ludzie po prostu lubią trochę tego – postukała się w szyję kantem dłoni – od czasu do czasu. Zajrzą do kieliszka, nakręcą się. I tak jedno wydarzenie prowadzi do następnego. To dobre dla interesów, te wszystkie spekulacje. Mamy tu mnóstwo turystów, którzy zadają pytania, robią zdjęcia i kupują pamiątki.

– Ciebie nigdy nie spotkało nic dziwnego?

– Widziałam kilku rozsądnych ludzi, którzy zachowywali się jak idioci i kilku podelców, którzy przez chwilę byli jeszcze gorsi. – Wzruszyła ramionami. – Ludzie są tylko ludźmi i czasami bardziej to z nich wyłazi.

– Chyba masz rację.

– Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, powinnaś pójść do biblioteki. Mają książki o historii miasta i takich tam. A Sally Keefafer…

– Mistrzyni kręgielni? Meg roześmiała się.

– O tak, Sally lubi grać w kręgle. Dyrektorka biblioteki. Zagada cię na amen, jeśli zadasz jej jakieś pytanie. Uwielbia mówić i nigdy nie traci wątku, chyba że zalepiłabyś jej usta taśmą klejącą.

– Tak zrobię. Macie tu taśmę? Meg znów się roześmiała i potrząsnęła głową.

– Jeśli naprawdę chcesz dowiedzieć się czegoś sensownego, porozmawiaj z panią Abbott. Ona kierowała starą biblioteką, a do nowej też wpada codziennie, choćby na chwilę.

Zgarnęła pozostawione przez Cala banknoty i poszła dolać kawy gościom po drugiej stronie baru.

Cal poszedł prosto do biura. Czekała na niego zwykła, poranna praca, papiery, telefony, mejle. Poza tym jeszcze przed otwarciem kręgielni miał się spotkać z ojcem i facetem od gier wideo.

Pomyślał o kuli ognia, która zapłonęła zeszłej nocy na Main Street. Dodać do tego dwa widzenia Quinn – która przecież nie była stąd – i nie mogło być żadnych wątpliwości, że istota, która nawiedzała miasto, już rozpoczęła swoje harce.

Niepokoił go też sen Quinn. Te szczegóły – wiedział, gdzie była i co widziała. Skoro śniła tak wyraźnie o stawie, i polanie, a nawet obudziła się z siniakami, to musiała być z tym wszystkim jakoś związana.

Mogła być jego daleką krewną – będzie musiał zbadać tę możliwość. Ale Cal miał wielu krewnych i nikt, nawet z jego najbliższej rodziny, nigdy nie mówił o takim doświadczeniu, nawet podczas Siódemki.

Przechodząc przez kręgielnię, pomachał do Billa Turnera, który polerował tory. Niskie buczenie maszyny rozchodziło się echem po pustej sali.

Gdy tylko znalazł się w biurze, sprawdził pocztę i westchnął z ulgą na widok mejla od Gage'a.

Praga. Mam parę spraw do załatwienia. Powinienem wrócić do Stanów za kilka tygodni. Nie róbcie beze mnie nic głupszego niż zwykle.

Żadnego pozdrowienia ani podpisu – cały Gage Na razie to będzie musiało mu wystarczyć.

Odpisał:

Daj znać, jak tylko wrócisz. Już się zaczęło. Nie będziemy robić głupot bez ciebie, bo jesteś w tym najlepszy.

Nacisnął „wyślij” i napisał jeszcze wiadomość do Foxa.

Musimy pogadać. U mnie, o szóstej. Mam piwo. Przynieś coś do żarcia, byle nie pizzę.

Nic więcej nie mógł teraz zrobić. Życie musiało płynąć dalej.

Quinn wróciła do hotelu po laptopa. Skoro wybierała się do biblioteki, to równie dobrze mogła tam popracować przez kilka godzin. I chociaż nie spodziewała się, że znajdzie Jeszcze jakąś książkę na temat Hollow, której nie czytała, to pani Abbott mogła okazać się cennym źródłem informacji.

Najwidoczniej Caleb Hawkins nic jej do jutra nie powie.

Gdy weszła do hotelowego foyer, zobaczyła za ladą rezolutną blond recepcjonistkę – Mandy, przypomniała sobie po szybkim przeszukaniu akt osobowych w głowie – I brunetkę, która właśnie się meldowała.

Quinn od razu zarejestrowała krótką, stylową fryzurę kobiety, jakby żywcem wyjętą z lat dwudziestych. Zmęczenie po podróży nie zdołało przyćmić uderzającej urody nowo przybyłej. Dżinsy i czarny sweter świetnie leżały na wysportowanej sylwetce. U jej stóp stała walizka, torba z laptopem i mniejsza, prawdopodobnie na kosmetyki oraz inne kobiece drobiazgi, a także przecudowna, pakowna torba z czerwonej skóry.

Quinn uśmiechnęła się szeroko, czując, że mogłaby zabić za taką torbę.

– Witamy z powrotem, panno Black. Proszę dać mi minutkę, jeśli pani czegoś potrzebuje.

– Nic mi nie trzeba, dziękuję. Quinn ruszyła po schodach i usłyszała jeszcze wesoły głos Mandy:

– Już panią zameldowałam, panno Darnell. Zawołam Harry'ego, żeby pomógł pani z bagażami.

Idąc do góry, Quinn zastanawiała się nad Panną Cudowną Czerwoną Torbą Darnell. Przejeżdża tędy w drodze do Nowego Jorku. Nie, Hollow leży za bardzo na uboczu, poza tym jest za wcześnie na przerwę w podróży.

Przyjechała z wizytą do rodziny lub przyjaciół, ale w takim razie dlaczego u nich nie nocuje? Ale Quinn też miała rodzinę i przyjaciół, u których nie chciałaby się zatrzymać.

Może jest w podróży służbowej, uznała, otwierając drzwi pokoju.

Cóż, jeśli Czerwona Torba Której Tak Bardzo Pragnę zostanie tu kilka godzin, Quinn dowie się na pewno kto, gdzie i dlaczego. W końcu była w tym najlepsza.

Zapakowała laptop, dodatkowy notes i kilka ołówków, na wypadek gdyby jej się poszczęściło. Wyłączyła dźwięk w telefonie, nastawiając go na wibracje – nie ma nic bardziej irytującego niż komórka dzwoniąca w bibliotekach czy teatrach – i wsunęła do torby mapę okolicy, na wypadek, gdyby poczuła ochotę na zwiedzanie.

Tak zaopatrzona ruszyła na wyprawę na drugi koniec miasta do Miejskiej Biblioteki Hawkins Hollow.

Quinn przeczytała, że w dawnym kamiennym budynku biblioteki na Main Street mieściły się teraz dom kultury i siłownia, w której zamierzała poćwiczyć. Nową bibliotekę wybudowano w dwutysięcznym roku na malowniczym wzgórzu na południowym krańcu miasta. Nowy budynek także wyglądał na wzniesiony z kamienia, Quinn jednak nie miała wątpliwości, że pod kamienną elewacją krył się beton. Biblioteka miała dwa piętra, krótkie skrzydła po obu stronach i wejście w kształcie portyku. Została zbudowana w uroczym, starym stylu, o który – jak domyślała się Quinn – lokalne towarzystwo historyczne walczyło do ostatniej krwi.

Parkując samochód, podziwiała ławki i drzewa. Zapewne latem dawały czytelnikom cieniste schronienie.

W środku pachniało biblioteką. Książkami, kurzem i ciszą.

Quinn zobaczyła na ścianie kolorowy plakat ogłaszający „Godzinę Bajek” w bibliotece dziecięcej o dziesiątej trzydzieści.

Rozejrzała się dookoła. Komputery, długie stoły, wózki, kilka osób kręcących się między półkami. Paru starszych mężczyzn przeglądało gazety. Słyszała cichy szum kopiarki i stłumiony dzwonek telefonu w punkcie informacyjnym.

Nakazując sobie koncentrację – była przekonana, że jeśli zacznie krążyć bez celu, natychmiast wpadnie w trans na skutek czaru, rzucanego przez wszystkich bibliotekarzy – ruszyła prosto do informacji i cichym głosem, zarezerwowanym jedynie dla kościołów i bibliotek, zwróciła się do żylastego mężczyzny siedzącego za ladą:

– Dzień dobry. Szukam książek dotyczących historii miasta.

– Drugie piętro, skrzydło zachodnie. Schody na lewo, winda za panią. Szuka pani czegoś konkretnego?

– Nie, dziękuję, chcę się tylko rozejrzeć. Czy jest pani Abbott?

– Pani Abbott przeszła na emeryturę, ale przychodzi prawie codziennie około jedenastej. Jako wolontariuszka.

– Jeszcze raz dziękuję. Quinn wybrała schody, które uznała za przepiękne, niemal jak te z „Przeminęło z wiatrem”. Zamknęła w duchu oczy, żeby nie dać się skusić regałom pełnym książek i przestronnym czytelniom, aż dotarła do „Historii lokalnej”.

Dział zajmował całe pomieszczenie, tworzył mini czytelnię z wygodnymi fotelami, podnóżkami oraz bursztynowymi lampkami i był większy, niż się spodziewała.

W sumie powinna pamiętać, że w Hollow i okolicach toczyły się walki zarówno podczas wojny o niepodległość, jak i wojny secesyjnej.

Książki na ten temat stały oddzielnie, podobnie jak te dotyczące historii hrabstwa, stanu i samego miasta.

Do tego cały regał uginał się od dzieł miejscowych autorów.

Quinn najpierw przejrzała te ostatnie i przekonała się, że trafiła na żyłę złota. Musiało stać tu ze dwanaście pozycji, o których nigdy przedtem nie słyszała; niskonakładowe, skromne książeczki wydane przez lokalnych wydawców.

Nosiły takie tytuły jak „Koszmar w Hollow” czy „Hollow”. Na widok „Prawdy” Quinn zadrżała z podniecenia. Położyła laptopa, notatnik i dyktafon i wybrała pięć książek. Dopiero wtedy zauważyła dyskretną metalową tabliczkę:

„Biblioteka Hawkins Hollow dziękuje za hojność rodzinie Franklina i Maybelle Hawkins”.

Franklin i Maybelle. Najprawdopodobniej przodkowie Cala. Quinn uznała, że postąpili bardzo właściwie, sponsorując akurat ten dział biblioteki.

Usiadła przy stole, wybrała na chybił trafił jedną z książek i zaczęła czytać.

Pokryła całe strony notatnika nazwiskami, nazwami miejsc, datami, rzekomymi faktami i teoriami, gdy nagle poczuła zapach lawendy i dziecięcego pudru.

Wróciła do rzeczywistości i zobaczyła przed sobą schludną starszą panią w fioletowym kostiumie i czarnych, płaskich butach.

Przerzedzone włosy otaczały jej twarz niczym śnieżna aureola, a okulary bez oprawek miały tak grube szkła, że Quinn zdziwiła się, jak maleńkie uszy i nos staruszki Utrzymują taki ciężar.

Na szyi miała wisiorek z pereł, złotą obrączkę na palcu, a na nadgarstku zegarek na skórzanym pasku z ogromną tarczą, równie praktyczny jak jej buty na grubych podeszwach.

– Jestem Estelle Abbott – powiedziała kobieta skrzeczącym głosem. – Młody Dennis mówił, że pani mnie szukała.

Ponieważ Quinn oceniła Dennisa w informacji na mężczyznę pod siedemdziesiątkę, uznała, że kobieta, która nazywa go młodym, musi być co najmniej dwadzieścia lat starsza.

– Tak. – Quinn wstała i podeszła do staruszki, wyciągając dłoń. – Nazywam się Quinn Black, pani Abbott. Jestem…

– Tak, wiem. Pisarką. Podobały mi się pani książki.

– Bardzo dziękuję.

– Nie ma za co. Gdyby mi się nie podobały, też bym pani o tym powiedziała. Szuka pani materiałów do książki o Hollow.

– Tak, proszę pani.

– Znajdzie tu pani sporo informacji. Niektóre są użyteczne. – Popatrzyła na książki leżące na stole. – A niektóre zupełnie bez sensu.

– W takim razie może znalazłaby pani trochę czasu na rozmowę ze mną, żeby łatwiej mi było oddzielić ziarna od plew. Z radością zaprosiłabym panią na lunch lub kolację…

– To bardzo miło z pani strony, ale nie trzeba. Może usiądziemy na chwilę i zobaczymy, jak nam się uda?

– Byłoby wspaniale. Estelle usiadła na krześle wyprostowana niczym struna, ciasno złączyła kolana i splotła dłonie na podołku.

– Urodziłam się w Hollow – zaczęła – i mieszkam tutaj przez wszystkie dziewięćdziesiąt siedem lat mojego życia.

– Dziewięćdziesiąt siedem? – Quinn nie musiała udawać zdumienia. – Zwykle dość dobrze oceniam wiek, a pani dałabym dobre dziesięć lat mniej.

– Dobre geny – odrzekła Estelle z łagodnym uśmiechem. – Piątego przyszłego miesiąca minie osiem lat od śmierci mojego męża, Johna, który także urodził się i wychował w Hollow. Byliśmy małżeństwem przez siedemdziesiąt jeden lat.

– Jak pani się to udało? Pytanie wywołało kolejny uśmiech.

– Musisz nauczyć się śmiać, inaczej zatłuczesz męża młotkiem przy pierwszej lepszej okazji.

– Zaraz to zapiszę.

– Mieliśmy szóstkę dzieci – czterech chłopców i dwie dziewczynki – i, dzięki Bogu, wszyscy wciąż żyją i żadne nie siedzi w więzieniu. Dali nam dziewiętnaścioro wnuków, a ci z kolei dwadzieścioro ośmioro prawnucząt – kiedy ostatnio liczyłam – do tego pięcioro z następnego pokolenia, w tym dwoje w drodze.

Quinn o mało oczy nie wyszły z orbit.

– Wasze Boże Narodzenie musi być cudowne.

– Jesteśmy porozrzucani po całym kraju, ale kilka razy udało nam się zebrać prawie wszystkich w jednym miejscu.

– Dennis mówił, że jest pani na emeryturze. Pracowała pani w bibliotece?

– Tak, zaczęłam, kiedy mój najmłodszy synek poszedł do szkoły. Pracowałam w starej bibliotece na Main Street ponad pięćdziesiąt lat. Sama wróciłam do szkoły i zrobiłam dyplom. Johnie i ja dużo podróżowaliśmy, zwiedziliśmy kawał świata. Przez krótki czas myśleliśmy o przeprowadzce na Florydę, ale uznaliśmy, że zbyt głęboko zapuściliśmy tutaj korzenie. Wróciłam do pracy na pół etatu, a potem, gdy mój Johnnie się rozchorował, przeszłam na emeryturę. Kiedy odszedł, wróciłam do biblioteki – jeszcze tej starej, nowa była w budowie – jako ochotniczka albo relikt przeszłości, zależy jak na to patrzeć. Mówię to wszystko, żeby pani także coś o mnie wiedziała.

– Kocha pani męża i dzieci, i ich dzieci. Uwielbia pani książki i jest pani dumna z pracy, którą wykonywała. Kocha pani to miasto i szanuje życie, jakie tu prowadziła.

Estelle popatrzyła na Quinn z uznaniem.

– Ma pani dar trafnej i szybkiej oceny. Nie powiedziała pani, że „kochałam” męża, tylko użyła czasu teraźniejszego, co mi mówi, że jest pani bystrą i wrażliwą młodą kobietą. Wyczułam w pani książkach, że ma pani otwarty, poszukujący umysł. Proszę mi powiedzieć, panno Black, czy jest pani również odważna?

Quinn pomyślała o demonie wiszącym nocą za oknem, o tym, jak przesuwał językiem po ostrych zębach. Bała ale, ale nie uciekła.

– Lubię myśleć, że tak. Proszę mówić mi „Quinn”.

– Quinn. To chyba nazwisko rodowe?

– Tak, nazwisko panieńskie mojej matki.

– Pochodzi z celtyckiego. Oznacza doradcę, jeśli się nie mylę.

– Tak, to prawda.

– Mam tu kopalnię niepotrzebnych informacji – powiedziała Estelle, stukając się palcem w skroń. – Ale zastanawiam się, czy twoje imię nie ma tu znaczenia. Będzie ci potrzebny obiektywizm i wrażliwość doradcy, żeby napisać prawdziwą książkę o Hollow.

– Dlaczego pani jej nie napisała?

– Nie każdy, kto kocha muzykę, potrafi grać. Powiem ci o kilku sprawach, o których pewnie już trochę wiesz. W lesie po zachodniej stronie miasteczka jest miejsce, które było uważane za święte, jeszcze zanim znalazł je Lazarus Twisse.

– Lazarus Twisse, przywódca radykalnej sekty purytanów, odłączył się, a raczej został odcięty od pobożnych z Massachusetts.

– Tak mówi historia. Rdzenni Amerykanie uważali tę ziemię za świętą, a podobno przed nimi walczyły o nią siły dobra i zła, światła i ciemności – którekolwiek określenie wolisz – i pozostawiły tam ziarna mocy. Z biegiem czasu wspomnienia tej walki popadły w zapomnienie lub przeszły do ludowych bajań i tylko dziwne wrażenia, które odnosiło wielu ludzi w tym miejscu, świadczyły, że jest tam coś więcej niż tylko ziemia i skały.

Estelle zamilkła tak, że przez chwilę Quinn słyszała tylko szum wentylatora i ciche kłapanie skórzanych podeszew na podłodze, gdy ktoś przechodził obok ich salki.

– Twisse przybył do Hollow, noszącego już nazwisko Richarda Hawkinsa, który wraz z żoną i dziećmi założył tu w tysiąc sześćset czterdziestym ósmym roku małą osadę. Musisz wiedzieć, że najstarsza córka Richarda miała na imię Ann. Gdy przybył tu Twisse, Hawkins, jego rodzina i kilku innych osadników – niektórzy uciekli z Europy przed wyrokiem sądowym lub z powodów politycznych – ułożyli już sobie życie w Hollow. Podobnie jak człowiek o nazwisku Giles Dent, który wybudował w lesie chatę, na polanie, pośrodku której wznosiła się samotna skała.

– Nazywana Kamieniem Pogan.

– Tak. Giles nikomu nie wadził i znał się trochę na leczeniu, więc ludzie w chorobie czy po wypadku często do niego przychodzili. Niektóre źródła podają, że Dent był uważany za Poganina i stąd nazwa skały.

– Ale pani ma inne zdanie na ten temat.

– Możliwe, że nazwa weszła w użytek i przyjęła się właśnie w tamtych czasach, ale skała była Kamieniem Pogan na długo przed przybyciem Gilesa Denta i Lazarusa Twisse'a. Jedne źródła podają, że Dent parał się czarami, rzucił urok na Ann Hawkins, uwiódł ją i uczynił ciężarną. Inne, że Ann i Dent rzeczywiście byli kochankami, ale ona poszła z nim do łóżka z własnej nieprzymuszonej woli, opuściła dom rodzinny i zamieszkała z ukochanym w małej chacie przy Kamieniu Pogan.

– W obu wypadkach Ann Hawkins musiało być bardzo ciężko – zauważyła Quinn. – Mieszkać z mężczyzną, bez ślubu, z własnej woli czy nie. Jeśli była to jej decyzja, jeśli rzeczywiście się kochali, to Ann musiała być bardzo silna.

– Hawkinsowie zawsze byli silni. Ann musiała mieć siłę, żeby zamieszkać z Dentem, a potem jeszcze więcej, żeby go opuścić.

– Istnieje wiele sprzecznych relacji – zaczęła Quinn. – Dlaczego pani sądzi, że Ann Hawkins zostawiła Gilesa Denta?

– Uważam, że chciała chronić życie, które w sobie nosiła.

– Przed kim?

– Przed Lazarusem Twisse'em. Twisse ze swoimi wyznawcami przybył do Hawkins Hollow w tysiąc sześćset pięćdziesiątym pierwszym roku. Był charyzmatycznym człowiekiem i wkrótce cała osada znalazła się pod jego rządami. Zakazał tańca, śpiewu, muzyki i czytania innych książek poza Biblią. Jednym słusznym Kościołem był jego Kościół, jedynym Bogiem – jego Bóg.

– Tyle jeśli chodzi o wolność religijną.

– Wolność nigdy nie była celem Twisse'a. Jak każdy człowiek żądny władzy zastraszał, terroryzował, karał, zabraniał, grożąc ludziom gniewem swojego Boga. W miarę jak wzrastała siła Twisse'a, kary stawały się coraz surowsze. Dyby, chłosta, golenie głów kobietom, które uznano za bezbożne, piętnowanie oskarżonych o przestępstwo. I w końcu spalenie tych, których uznał za czarowników. W nocy siódmego lipca tysiąc sześćset pięćdziesiątego drugiego roku, na skutek oskarżenia rzuconego przez młodą kobietę Hester Deale, Twisse poprowadził motłoch z osady do Kamienia Pogan i do chaty Gilesa Denta. Co się tam wydarzyło…

Quinn pochyliła się do przodu, ale Estelle westchnęła i pokręciła głową.

– Cóż, istnieje wiele przekazów, tak, jak wielu ludzi tam zginęło. Dawno zasiane w tej ziemi ziarna drgnęły i niektóre zakiełkowały, tylko po to, by spłonąć w pożarze. Dużo mniej wiadomo o tym, co działo się w następnych dniach i tygodniach. W swoim czasie Ann Hawkins wraz z trzema synami wróciła do osady. A w osiem miesięcy po pożarze przy Kamieniu Pogan Hester Deale urodziła córkę i niemal zaraz po przyjściu na świat dziecka, które – jak twierdziła – było potomkiem diabła – utopiła się w małym stawie w Hawkins Wood.

Obciążywszy kieszenie kamieniami, pomyślała Quinn, próbując ukryć drżenie.

– Wie pani, co się stało z jej córką? Albo z dziećmi Ann Hawkins?

– Zostały jakieś listy, zapiski, rodzinne Biblie, ale bardziej konkretne informacje zaginęły lub nigdy nie zostały ujawnione. Dotarcie do prawdy będzie wymagało sporego wysiłku i czasu. Powiem ci tylko, że te ziarna leżały uśpione aż do pewnej lipcowej nocy dwadzieścia jeden lat temu. Wtedy się obudziły, a także to, co je zasiało. Co siedem lat kwitną i przez siedem dni nękają Hawkins Hollow. Przepraszam cię, ale tak szybko się teraz męczę. To irytujące.

– Mogę coś pani przynieść? Albo odwieźć panią do domu?

– Dobra z ciebie dziewczyna. Przyjedzie po mnie mój wnuk. Myślę, że już rozmawiałaś z jego synem, Calebem.

Coś w jej uśmiechu sprawiło, że umysł Quinn zaskoczył.

– Caleb jest pani…

– Prawnukiem. Można powiedzieć, że honorowym. Mój brat Franklin i jego żona, moja ukochana przyjaciółka Maybelle, zginęli w wypadku na krótko przed urodzeniem Jima, ojca Caleba. Johnnie i ja zostaliśmy przybranymi dziadkami wnuków mojego brata. Uwzględniłam ich wszystkich w tej długiej liście potomków, o której mówiłam wcześniej.

– W takim razie pochodzi pani z rodziny Hawkinsów.

– Tak, a jedna z naszych linii prowadzi wprost do założyciela rodu, Richarda Hawkinsa, a przez niego do Ann. – Przerwała na chwilę, jakby chciała dać Quinn czas na połapanie się w tym wszystkim. – Dobry chłopak z tego Caleba, ale o wiele za dużo dźwiga na swoich barkach.

– Z tego, co widziałam, bardzo dobrze sobie z tym radzi.

– To dobry chłopak – powtórzyła Estelle i wstała. – Wkrótce znowu porozmawiamy.

– Odprowadzę panią na dół.

– Nie rób sobie kłopotu. W pokoju służbowym czekają już na mnie ciasteczka i herbata. Jestem tutaj maskotką – w najmilszym znaczeniu tego słowa. Wspomnij Calebowi o naszej pogawędce i że chciałabym jeszcze z tobą pomówić. Nie spędzaj całego pięknego dnia z nosem w książkach. Uwielbiam je, ale życie czeka.

– Pani Abbott?

– Tak?

– Jak pani sądzi, kto zasiał te ziarna przy Kamieniu Pogan?

– Bogowie i demony. – Oczy Estelle były zmęczone, ale jasne. – Bogowie i demony, a przecież granica między nimi jest tak cienka, prawda?

Quinn została sama. Bogowie i demony. Wielki, gigantyczny krok od duchów i zjaw, czy na co tam człowiek natykał się w nocy. Ale czyż to nie pasowało do słów, które zapamiętała ze snu i sprawdziła dziś rano?

Bestia. Łacińskie słowo oznaczające potwora.

Beatus. Po łacinie „błogosławiony”.

Devotio – specjalny rodzaj poświęcenia, votum, rytuał wojenny, podczas którego przekazywano siebie lub wroga bogom podziemia i śmierci.

No dobrze, dobrze, pomyślała, skoro idziemy tym torem, to trzeba wezwać posiłki.

Wyjęła telefon. Usłyszała automatyczną sekretarkę i niecierpliwie poczekała na sygnał.

– Cyb, cześć, tu Q. Jestem w Hawkins Hollow, w Maryland. I, kurczę, złapałam coś dużego. Możesz przyjechać? Daj mi znać, jak możesz. I daj mi znać, jeśli nie możesz, żebym mogła cię przekonać do zmiany zdania.

Odłożyła telefon i na kilka minut pozostawiając stosik książek, które wybrała, pilnie sporządziła notatki z tego, co powiedziała Estelle Hawkins Abbott.

ROZDZIAŁ 07

Cal miał wreszcie wolną chwilę, żeby „zdać kram ojcu” – jak to nazywał. Poranne i popołudniowe rozgrywki ligowe dobiegły końca, a na wieczór nie planowano żadnego przyjęcia, więc tory były prawie puste, jeśli nie liczyć kilku stałych bywalców ćwiczących na pierwszym.

W salonie gier aż wrzało, jak zwykle między ostatnim szkolnym dzwonkiem a porą kolacji, ale tam dowodził Cy Hudson, a Holly Lappins zajmowała się recepcją. Jake i Sara pilnowali grilla i fontanny, która miała zostać włączona za godzinę.

Wszystko i wszyscy byli na swoich miejscach, Cal mógł więc usiąść z ojcem przy barze i napić się kawy przed wyjściem i przekazaniem tacie kręgielni na wieczór.

Mogli też posiedzieć chwilę w ciszy. Ojciec Cala lubił ciszę. Nie, żeby miał coś przeciwko życiu towarzyskiemu, wydawał się lubić ludzi tak samo jak własne towarzystwo. Miał pamięć do imion i twarzy i mógł rozmawiać z każdym na każdy temat, nie wyłączając polityki i religii, nikogo przy tym nie obrażając, co – zdaniem Cala – stanowiło jeden z największych talentów ojca.

Jego piaskowoblond włosy – które co dwa tygodnie przycinał u miejscowego fryzjera – przez ostatnie lata pokryły się siwizną. W dni robocze rzadko rozstawał się z „mundurem” złożonym ze spodni khaki, adidasów i niebieskiej koszuli.

Niektórzy mogliby nazwać Jima Hawkinsa nudnym, ale Cal uważał, że jest niezawodny.

– Na razie mamy dobry miesiąc – powiedział ojciec ze swym śpiewnym akcentem. Pił słodką i słabą kawę i na rozkaz żony po szóstej nie brał kofeiny do ust. – Przez tą pogodę nigdy nie wiadomo, czy ludzie zakopią się w domach czy dostaną takiej klaustrofobii, że będą chcieli być gdziekolwiek byle nie wśród własnych czterech ścian.

– To był dobry pomysł, żeby zrobić w lutym tę promocję na trzecią grę.

– Czasami miewam dobre pomysły. – Zmarszczki wokół oczu Jima pogłębiły się w uśmiechu. – Ty też. Mama chciałaby, żebyś wpadł do nas któregoś dnia na kolację.

– Pewnie. Zadzwonię do niej.

– Jen wczoraj dzwoniła.

– Co u niej?

– Świetnie, nie omieszkała nas poinformować, że w San Diego jest teraz plus trzydzieści stopni. Rosie uczy się pisać, a maleństwu wyrzyna się drugi ząbek. Jen obiecała, że przyśle wam zdjęcia.

Cal usłyszał smutek w jego głosie.

– Powinniście pojechać tam z mamą.

– Może, może, za miesiąc lub dwa. W niedzielę jedziemy do Baltimore zobaczyć się z Marly i jej gromadką. Widziałem się dzisiaj z twoją prababcią. Powiedziała, że odbyła miłą pogawędkę z tą pisarką, która przyjechała do miasta.

– Babcia rozmawiała z Quinn?

– W bibliotece. Spodobała jej się ta dziewczyna. I ten pomysł na książkę.

– A tobie? Jim potrząsnął głową, patrząc jak Sara nalewa colę dwóm nastolatkom, którzy zrobili sobie przerwę w grze.

– Nie wiem, co o tym myśleć, Cal, taka jest prawda. Zadaję sobie pytanie, co dobrego z tego wyniknie, kiedy ktoś – w dodatku obcy – spisze to wszystko, żeby ludzie mogli czytać o naszych sprawach. Wmawiam sobie, że to Już się więcej nie powtórzy…

– Tato.

– Wiem, że to nieprawda. Przez chwilę Jim tylko słuchał głosów chłopców z drugiej strony baru, patrzył, jak żartują i dają sobie kuksańce. Znał tych chłopców. Znał ich rodziców. Gdyby życie toczyło się tak, jak powinno, pewnego dnia poznałby ich żony i dzieci.

Czy i on kiedyś tak nie żartował i nie poszturchiwał się je przyjaciółmi przy coli i frytkach? Czy jego dzieci nie biegały jak szalone po całej kręgielni? Teraz córki wyjechały i miały własne rodziny, a syn był dorosłym mężczyzną i siedział przed nim, przytłoczony problemami zbyt wielkimi, by je w ogóle zrozumieć.

– Musisz się przygotować na to, że się powtórzy – ciągnął Jim – tylko że większość z nas próbuje o tym nie myśleć, stara się zapomnieć. Wiem, ty nie. Ty wciąż pamiętasz, chociaż wolałbym, aby było inaczej. Skoro myślisz, że ta pisarka nam pomoże, to chyba popieram twój pomysł.

– Nie wiem, co myślę, jeszcze się nad tym nie zastanawiałem.

– Podejmiesz właściwą decyzję. No dobrze, idę do Cy'a. Niedługo zaczną się schodzić wieczorni gracze i będą chcieli coś przegryźć przed kręglami.

Jim wstał i rozejrzał się dookoła. Słyszał echa swojego dzieciństwa i nawoływania swoich dzieci. Zobaczył swojego syna, zuchwałego młodością, siedzącego przy barze z dwoma chłopcami. Chłopcami, którzy – Jim wiedział – byli dla Cala jak bracia.

– Mamy tu dobre miejsce, Cal. Warto dla niego pracować. Warto walczyć, żeby dalej istniało.

Jim poklepał syna po ramieniu i odszedł.

Nie tylko kręgielnia, pomyślał Cal. Ojciec miał na myśli całe miasto. I Cal obawiał się, że tym razem ocalenie Hawkins Hollow będzie wymagało prawdziwej wojny.

Poszedł prosto do domu po śniegu topniejącym na chodnikach i jezdniach. Miał ochotę znaleźć Quinn i wyciągnąć z niej, o czym rozmawiała z jego prababcią. Lepiej poczekać, pomyślał jednak, pobrzękując kluczami. Wstrzyma się do jutra i wypyta ją delikatnie podczas wyprawy do Kamienia Pogan.

Popatrzył na las, w którym drzewa jeszcze uginały się od śniegu, a ścieżki tonęły w błocie.

Czy on czaił się tam teraz i zbierał siły? Czy znalazł jakiś sposób, żeby zaatakować poza Siódemką? Może, być może, ale nie dziś wieczorem. Dziś Cal tego nie czuł. A zawsze wiedział, kiedy to nastąpi.

Jednak nie mógł zaprzeczyć, że w domu czuł się bezpieczniej, zwłaszcza kiedy zapalił światła, żeby odegnać mrok.

Cal otworzył drzwi kuchenne i zagwizdał.

Kluskowi jak zwykle się nie śpieszyło. Wygramolił się z budy i nawet wykrzesał odrobinę energii, żeby zamerdać ogonem, truchtając przez ogród do podnóża schodów.

Westchnął ciężko, zanim wdrapał się po niskich schodkach, po czym całym ciałem oparł się o Cala.

I to, pomyślał Cal, jest miłość. „Witaj w domu” i „jak się masz” w świecie Kluska.

Ukucnął, żeby pogłaskać zmierzwione futro i podrapać psa między kłapciastymi uszami, a Klusek patrzył na niego z uczuciem.

– Jak się masz? Skończyłeś robotę? Co byś powiedział na piwo?

Razem weszli do środka. Pies czekał grzecznie, gdy jego pan napełniał miskę chrupkami, ale Cal przypuszczał, że większość dobrych manier Kluska brała się z czystego lenistwa. Postawił miskę przed psem, który powoli zabrał się do jedzenia absolutnie pochłonięty nowym zajęciem.

Cal wyjął z lodówki puszkę piwa, otworzył ją i opierając się o bar pociągnął pierwszy łyk, który oznaczał koniec długiego dnia pracy.

– Wpadłem po uszy w cholerne bagno, Klusek. Nie wiem, co z tym zrobić, co o tym myśleć. Czy powinienem był znaleźć jakiś sposób, żeby powstrzymać Quinn przed przyjazdem? Nie jestem pewien, czy by mi się udało, skoro wydaje się, że ona zawsze robi to, na co ma ochotę, ale mogłem rozegrać sprawę inaczej. Pośmiać się z tych historii, albo naopowiadać niewiarygodnych bzdur. A ja mówiłem wszystko jak na spowiedzi i nie wiem, dokąd to nas zaprowadzi.

Cal usłyszał, że ktoś otwiera frontowe drzwi, a po chwili Vox zawołał:

– Heja! – Wszedł, niosąc kubełek z kurczakiem i dużą, plastikową torbę. – Mam kurczaki, mam frytki. Chcę piwo.

Położył jedzenie na stole i wyjął butelkę z lodówki.

– Twoje wezwanie było dość niespodziewane, chłopie. Mogłem mieć gorącą randkę dziś wieczór.

– Nie miałeś gorącej randki od dwóch miesięcy.

– Zbieram siły. – Po pierwszym łyku Fox zdjął płaszcz i rzucił go na krzesło. – Co jest grane?

– Powiem ci przy jedzeniu. Cal zbyt długo mieszkał z matką, żeby używać papierowej zastawy – najlepszej przyjaciółki samotnego mężczyzny – wystawił więc dwa jasnoniebieskie talerze z kamionki. Usiedli do kurczaka i frytek, mając Kluska przy nogach – jedyne, co mogło oderwać psa od miski, to jeszcze więcej jedzenia.

Cal opowiedział wszystko Foxowi, od kuli ognia przez sen Quinn aż do rozmowy, którą pisarka przeprowadziła z prababcią Abbott.

– Sukinsyn bardzo często się pokazuje jak na luty – uznał Fox. – Nigdy wcześniej tak nie było. Miałeś zeszłej nocy sen?

– Tak.

– Ja też. Śnił mi się pierwszy raz, pierwsze lato. Tyle, że nie dotarliśmy do szkoły na czas, a w środku była nie tylko panna Lister, ale wszyscy. – Fox przesunął dłonią po twarzy i pociągnął solidny łyk piwa. – Wszyscy mieszkańcy, moja rodzina, twoja, wszyscy zostali uwięzieni w szkole. Walili w szyby, krzyczeli, przyciskali twarze do okien, a budynek płonął. – Dał psu następną frytkę, a jego oczy były równie ciemne i smutne jak psie. – Dzięki Bogu, że tak się nie stało, ale we śnie czułem się, jakby to była prawda. Wiesz, jak to jest.

– Tak. – Cal wypuścił głośno powietrze. – Wiem, jak to jest. Mnie śniło się to samo lato, jechaliśmy przez miasto rowerami, tak jak wtedy, tyle że domy były spalone, miały powybijane szyby, na ulicach dymiły wraki samochodów. Wszędzie leżały ciała zabitych.

– Tak nie było – powtórzył Fox. – Nie mamy już dziesięciu lat i nie pozwolimy, żeby tak się stało.

– Zadaję sobie pytanie, jak długo możemy to robić, Fox. Jak długo możemy go powstrzymywać, choćby tak, jak udawało nam się dotychczas? Ten raz? Następny? Jeszcze trzy? Ile razy będziemy patrzyli, jak szaleją ludzie, których znamy, których widujemy niemal codziennie? Katują się nawzajem, ranią siebie samych?

– Tak długo, jak będzie trzeba. Cal odsunął talerz.

– To nie wystarczy.

– Tylko tyle mamy, na razie.

– To jest jak wirus, infekcja, przechodzi z jednej osoby na drugą. Gdzie jest cholerne antidotum?

– Nie wszyscy są zainfekowani – przypomniał mu Fox. – Musi być jakiś klucz.

– Dotąd go nie znaleźliśmy.

– Nie, więc może miałeś rację. Może potrzebujemy świeżego spojrzenia, kogoś z zewnątrz, obiektywizmu, którego nam brakuje. Nadal chcesz zabrać jutro Quinn do kamienia?

– Jeśli jej nie zabiorę, pójdzie tam sama. Chyba lepiej, żebym przy tym był.

– Chcesz, żebym z wami poszedł? Mogę odwołać spotkania.

– Poradzę sobie. – Musiał sobie poradzić. Quinn czytała menu w niemal pustej jadalni hotelowej. Miała zamiar zamówić coś na wynos i zjeść w pokoju przy laptopie, ale doszła do wniosku, że zbyt łatwo weszło by jej to w nawyk. Poza tym, żeby pisać o mieście, musiała poczuć jego atmosferę, a nie mogła tego zrobić, siedząc zamknięta w pokoju i jedząc cielęcinę na zimno.

Miała ochotę na kieliszek wina, coś chłodnego z subtelnym, owocowym posmakiem. Piwniczka hotelowa okazała się lepiej zaopatrzona, niż można było się spodziewać, ale Quinn nie chciała całej butelki. Przeglądała listę win podawanych na kieliszki, gdy do jadalni weszła Panna Cudowna Torba.

Przebrała się w czarne spodnie i kaszmirowy sweter w dwóch subtelnych odcieniach błękitu. Miała wspaniałe włosy, uznała Quinn, obcięte prosto, z trochę dłuższymi końcówkami na wysokości brody. Fryzura, która – Quinn wiedziała – na jej głowie wyglądałaby jak gniazdo, brunetce nadawała świeżość i klasę.

Quinn zastanawiała się czy nie ściągnąć jej wzrokiem; może zamachać ręką. Mogłaby zaprosić Czerwoną Torbę, żeby się przysiadła, w końcu kto lubi samotnie jadać kolację? Wtedy mogłaby wycisnąć z niej naprawdę ważne informacje. Jak na przykład, gdzie kupiła to cudo.

Quinn uśmiechnęła się promiennie i wtedy coś zobaczyła.

To ślizgało się po lśniącej dębowej posadzce, zostawiając za sobą obrzydliwą wstęgę krwawego śluzu. Najpierw Quinn pomyślała, że to wąż, potem że ślimak bez skorupy, a później nie myślała już nic, tylko patrzyła jak gad wpełza na nogę stołu, przy którym młoda para popijała koktajle przy świetle świec.

Ciało stwora, grube jak opona tira, nakrapiane czerwienią i czernią, pełzło po stole, zostawiając na śnieżnobiałym obrusie paskudny ślad, a para śmiała się i flirtowała.

Do sali weszła żwawo kelnerka, nadepnęła na krwawy śluz i podała tamtym dwojgu przystawki.

Quinn mogłaby przysiąc, że słyszy skrzypienie stolika pod ciężarem potwora.

A jego oczy, które napotkały jej wzrok, były oczami chłopca, lśniły czerwono, z rozbawieniem. Zsunął się z obrusa i popełzł w stronę brunetki.

Kobieta stała jak wmurowana, twarz miała białą niczym płótno. Quinn zerwała się na równe nogi, ignorując zaskoczone spojrzenie kelnerki, i przeskoczyła obrzydliwy ślad. Schwyciła brunetkę za ramię i wypchnęła ją z jadalni.

– Ty też to widziałaś – powiedziała szeptem. – Widziałaś to coś. Wyjdźmy stąd.

– Co? Co? – Brunetka rzucała przez ramię przerażone spojrzenia, gdy razem z Quinn biegły, potykając się, do drzwi. – Ty też to widziałaś?

– Oślizgły stwór, z czerwonymi oczyma, zostawia paskudny ślad. Jezu, Jezu. – Stanęła na hotelowym ganku, chwytając ustami zimne lutowe powietrze. – Oni tego nie widzieli, ale ty tak. I ja. Dlaczego? Niech mnie szlag, jeśli cokolwiek rozumiem, ale znam kogoś, kto może wiedzieć. Tam stoi mój samochód. Jedziemy.

Brunetka nie odezwała się ani słowem, dopóki nie wsiadły do auta i Quinn ruszyła z piskiem opon.

– Kim ty, do diabła, jesteś?

– Quinn. Quinn Black. Jestem pisarką, piszę głównie o duchach. A kim ty jesteś?

– Layla Darnell. Co to jest za miejsce?

– Tego właśnie chcę się dowiedzieć. Nie wiem, czy miło cię poznać, Layla, w zaistniałych okolicznościach.

– I vice versa. Dokąd jedziemy?

– Do źródła. A w każdym razie do jednego z nich. – Quinn popatrzyła na Laylę, która wciąż była blada i drżała. Kto mógł ją winić? – A co ty robisz w Hawkins Hollow?

– Niech mnie diabli, jeśli wiem, ale chyba właśnie postanowiłam skrócić wizytę.

– W pełni zrozumiałe. A tak przy okazji, ładna torba. Layla zdobyła się na słaby uśmiech.

– Dzięki.

– Już niedaleko. No dobrze, nie wiesz, dlaczego tu jesteś, a skąd przyjechałaś?

– Z Nowego Jorku.

– Wiedziałam. Ten styl. Lubisz to miasto?

– Tak. – Layla przeczesała włosy palcami i popatrzyła za siebie. – Przez większość czasu. Prowadzę butik w Ho – ho. Prowadziłam. Prowadzę. Już sama nie wiem.

Już niedaleko, pomyślała znowu Quinn. Zachowaj spokój.

– Założę się, że masz fantastyczne zniżki.

– Tak, przywilej menedżera. Widziałaś kiedykolwiek coś takiego? Jak tamto coś?

– Tak. A ty?

– Tylko we śnie. Nie jestem wariatką – stwierdziła Layla. – A może jestem i ty też.

– Nie zwariowałyśmy. Wszyscy wariaci tak mówią, więc musisz uwierzyć mi na słowo. – Skręciła w uliczkę i przejechała po małym mostku w stronę domu Cala, gdzie – Bogu dzięki – jarzyły się światła.

– Czyj to dom? – Layla chwyciła siedzenie obiema rękami. – Kto tu mieszka?

– Caleb Hawkins. Jego przodkowie założyli to miasto. On jest w porządku. Zna to, co widziałyśmy.

– Jak to?

– To długo historia z mnóstwem białych plam. A teraz myślisz: Co ja robię w tym samochodzie z kompletnie obcą kobietą, która każe mi wejść do domu znajdującego się w środku głuszy.

Layla złapała mocno pasek torebki, jak gdyby miała jej użyć jako broni.

– Przeszła mi przez głowę taka myśl.

– Instynkt kazał ci wsiąść ze mną do samochodu, Layla. Może spróbuj posłuchać go jeszcze raz. Poza tym jest zimno, a my nie wzięłyśmy kurtek.

– No dobrze. – Layla westchnęła ciężko, otworzyła drzwi i poszła za Quinn ku domowi. – Ładne miejsce. Jeśli ktoś lubi mieszkać w środku lasu.

– Szok kulturowy dla nowojorczyka.

– Wychowałam się w Altoona w Pensylwanii.

– Żartujesz. Ja w Filadelfii. Jesteśmy praktycznie sąsiadkami. – Quinn zapukała energicznie do drzwi, po czym je otworzyła i zawołała: – Cal!

Była już w połowie salonu, gdy pojawił się gospodarz.

– Quinn? O co chodzi? – Zauważył Laylę. – Witam. Co się dzieje?

– Kto tu jest? – chciała wiedzieć Quinn. – Widziałam drugi samochód na podjeździe.

– Fox. Co się stało?

– Pytanie za sto punktów. – Pociągnęła nosem. – Czyżbym czuła zapach kurczaka? Macie jedzenie? Layla… To jest Layla Darnell, Cal Hawkins. Layla i ja nie jadłyśmy kolacji.

Minęła Cala i poszła prosto do kuchni.

– Przepraszam, że tak cię nachodzimy… – zaczęła Layla. Cal nie wyglądał na seryjnego mordercę. Ale w końcu skąd mogłaby wiedzieć, jak wygląda seryjny morderca.

– Nie wiem, co się dzieje ani dlaczego tu jestem. Ostatnie dni były dość zaskakujące.

– W porządku. Proszę, wejdź. Quinn miała już frytkę w ręku i piła piwo z puszki Cala.

– Layla Darnell, Fox O'Dell. Tak naprawdę nie mam nastroju na piwo – poinformowała Cala. – Miałam właśnie zamówić kieliszek wina, gdy coś ohydnego przerwało nam kolację, Layli i mnie. Masz wino?

– Tak, tak.

– Przyzwoite? Bo jeśli kupujesz takie w kartonie lub z odkręcanym kapslem, to zostanę przy piwie.

– Mam naprawdę przyzwoite wino. – Wyjął talerz i postawił z hukiem przed Quinn. – Jedz z talerza.

– On zachowuje się w kuchni jak paniusia – wyjaśnił Fox i odsunął krzesło. – Wyglądasz na zdenerwowaną… Layla, tak? Może usiądziesz?

Layla po prostu nie mogła uwierzyć, żeby psychopatyczni mordercy przesiadywali w przytulnych kuchniach, jedząc pieczonego kurczaka i dyskutując o wyższości wina nad piwem.

– A dlaczego nie? Prawdopodobnie tak naprawdę mnie tu nie ma. – Usiadła i oparła głowę na rękach. – Pewnie jestem w jakimś pokoju bez klamek i wyobrażam sobie to wszystko.

– Co sobie wyobrażasz? – zapytał Fox.

– Może ja opowiem? – Quinn popatrzyła na Laylę, gdy Cal wyjmował kieliszki. – Potem będziesz mogła powiedzieć nam o sobie tyle, ile uznasz za stosowne.

– W porządku. Tak będzie dobrze.

– Layla wprowadziła się do hotelu dziś rano. Jest z Nowego Jorku. Kilka minut temu siedziałam sobie w hotelowej jadalni i zamierzałam zamówić sałatkę, rybę i kieliszek dobrego, białego wina. Layla właśnie weszła, pewnie też, żeby zjeść kolację. A przy okazji, chciałam wtedy cię poprosić, żebyś się przysiadła.

– Och. To miłe.

– Zanim zdążyłam wygłosić zaproszenie, obrzydliwy, oślizgły stwór, grubszy niż udo mojej ciotki Christine, długości około metra, przepełzł przez jadalnię, wlazł na stół, przy którym jakaś para radośnie prowadziła kulinarną grę wstępną, i zsunął się z powrotem, zostawiając za sobą ohydny ślad Bóg jeden wie czego. Layla to widziała.

– To popatrzyło na mnie. Prosto w moje oczy – wyszeptała Layla.

– Nie żałuj wina, Cal. – Quinn podeszła i pogładziła ją po ramieniu. – Tylko my to widziałyśmy i straciłyśmy ochotę na kolację w hotelu, więc zwiałyśmy. A teraz ja rujnuję tą frytką moją niskokaloryczną dietę, którą katowałam się przez cały dzień.

– Jesteś okropnie… wesolutka. Dzięki. – Layla wzięła od Cala kieliszek i wypiła połowę zawartości jednym haustem.

– Tak naprawdę to nie. Mechanizm obronny. Dlatego tu jesteśmy i chcę wiedzieć, czy którykolwiek z was widział kiedykolwiek coś takiego.

Zapadła cisza. Cal wziął puszkę piwa i wypił łyk.

– Widzieliśmy wiele rzeczy. Dla mnie ważniejsze pytanie brzmi, dlaczego wy je widzicie i, po drugie, dlaczego teraz.

– Mam pewną teorię. Cal popatrzył na Foxa.

– Jaką?

– Relacje. Sam mówiłeś, że Quinn musi być z nami w jakiś sposób związana, żeby to widzieć, mieć sny…

– Sny. – Layla uniosła głowę. – Miewacie sny?

– Ty najwidoczniej też – ciągnął Fox. – Znajdziemy także powiązania Layli. Ustalenie, w jaki sposób są z nami związane, może zabrać trochę czasu, ale oprzyjmy się na razie na naszej hipotezie i pogdybajmy trochę. A co jeżeli, przez te powiązania, dzięki obecności Quinn i Layli w Hollow, zwłaszcza w siódmym roku, on zyskuje więcej mocy? Czerpie siłę z ich obecności?

– Niezła teoria – przyznał Cal.

– Powiedziałabym, że cholernie dobra. – Quinn przekrzywiła w zamyśleniu głowę. – Energia. Większość bytów paranormalnych żywi się energią. Energią, którą… pozostawiają po sobie jednostki, działania, emocje, i energią ludzi, którzy znajdą się w ich strefie. Możemy założyć, że ta energia kumulowała się od lat, rosła w siłę, tak że teraz, w połączeniu z innymi pokrewnymi energiami, może wedrzeć się do rzeczywistości – do pewnego stopnia – poza wyznaczonym sobie czasem.

– O czym wy, na litość boską, mówicie? – zapytała Layla.

– Dojdziemy do tego, obiecuję. – Quinn uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Może coś zjesz, ukoisz nerwy?

– Obawiam się, że upłynie trochę czasu, zanim znowu będę miała ochotę na jedzenie.

– Pan Oślizgły przepełzł przez koszyk z pieczywem – wyjaśniła Quinn – co było dość obrzydliwe. Niestety, mnie nic nie może zniechęcić do jedzenia. – Wzięła kilka zimnych frytek. – A zatem, jeśli przyjmiemy teorię Foxa, to gdzie jest kontrapunkt? Dobro i zło, światło i ciemność. Z moich badań wynika, że zawsze są dwie strony.

– Może nie potrafi się uwolnić lub celowo zwleka.

– Albo wy dwie jesteście bardziej związane z ciemnością niż ze światłem. Quinn zmrużyła oczy, w których coś zabłysło, po czym wzruszyła ramionami.

– Obraziłeś nas, ale tym razem nie mogę się z tobą nie zgodzić. Poza tym, że logicznie myśląc, gdybyśmy były po stronie złych gości, to po co ci źli mieliby próbować przerazić nas na śmierć?

– Dobry argument – przyznał Cal.

– Chcę usłyszeć odpowiedzi. Quinn skinęła Layli głową.

– Nie wątpię.

– Chcę poważnych, rozsądnych odpowiedzi.

– W skrócie: w pobliskim lesie znajduje się miejsce zwane Kamieniem Pogan. Działy się tam bardzo złe rzeczy. Bogowie, demony, krew, śmierć, ogień. Pożyczę ci parę książek na ten temat. Minęły wieki i znowu coś się obudziło. Od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku, co siedem lat, przez siedem dni w lipcu coś wychodzi, żeby się zabawić. Jest złe, wstrętne i potężne. Zresztą sama widziałaś.

Layla wyciągnęła kieliszek po dolewkę, nie spuszczając wzroku z Quinn.

– Dlaczego ja nigdy o tym nie słyszałam? Ani o tym mieście?

– Napisano na ten temat kilka książek i artykułów, ale większość plasowała się gdzieś między doniesieniami o porwaniu przez kosmitów a rewelacjami o śladach Yeti – wyjaśniła Quinn. – Nigdy nie opublikowano poważnej, rzetelnej, w pełni popartej faktami relacji. To moje zadanie.

– No dobrze, powiedzmy, że wierzę w to wszystko i nie mam właśnie gigantycznej halucynacji. Dlaczego ty i ty?

– zapytała Foxa i Cala. – Jaka jest wasza rola?

– Bo to my rozpętaliśmy to piekło – odpowiedział Fox.

– Cal, ja i nasz przyjaciel, który wyjechał. W lipcu minie dwadzieścia jeden lat.

– Ależ musieliście być dziećmi. Mogliście mieć z…

– Dziesięć lat – potwierdził Cal. – Mamy urodziny tego samego dnia i to wydarzyło się w dziesiąte. A teraz, skoro powiedzieliśmy ci trochę o sobie, może odsłonisz rąbka swojej tajemnicy? Dlaczego tu przyjechałaś?

– No dobrze. – Layla pociągnęła łyk wina. Czy to dzięki jasno oświetlonej kuchni z psem chrapiącym pod stołem czy też w towarzystwie obcych, którzy mogli uwierzyć w jej słowa, poczuła się spokojniejsza.

– Przez ostatnich kilka nocy miewałam sny. Koszmary. Czasami budziłam się w łóżku, a czasem przy drzwiach mieszkania. Mówiłaś o ogniu i krwi. Jedno i drugie widziałam w snach, podobnie jak przypominającą ołtarz skałę na polanie w lesie. Widziałam też wodę, czarną wodę. Topiłam się w niej. W liceum byłam kapitanem drużyny pływackiej, a we śnie tonęłam. Zadrżała i wzięła głęboki oddech.

– Bałam się zasnąć. Nawet na jawie wydawało mi się, że słyszę głosy. Nie mogłam zrozumieć, co mówią, ale byłam w pracy czy też w pralni, gdy nagle wypełniały moją głowę. Myślałam, że przechodzę załamanie nerwowe, ale dlaczego? Potem, że mam guza mózgu. Miałam nawet zamiar umówić się na wizytę u neurologa. Zeszłej nocy wzięłam tabletkę nasenną, pomyślałam, że to mi pomoże, ale znowu miałam sen, a w nim ktoś był ze mną w łóżku. Tym razem głos jej zadrżał.

– Nie w moim łóżku, ale gdzieś indziej, w małym, dusznym pokoju z maleńkim oknem. Byłam kimś innym. Naprawdę nie potrafię tego wytłumaczyć.

– Dobrze ci idzie – zapewniła ją Quinn.

– To działo się ze mną, ale to nie byłam ja. Miałam długie włosy i wyglądałam całkiem inaczej. Ubrana byłam w długą koszulę nocną. Wiem, bo… ten ktoś ją podciągnął. Dotykał mnie. Był taki zimny. Nie mogłam krzyczeć, nie mogłam się bronić, nawet gdy mnie gwałcił. Był we mnie, ule ja nie mogłam go zobaczyć. Nie mogłam się poruszyć. Czułam to wszystko, jakby działo się naprawdę, ale nie mogłam go powstrzymać.

Nie zdawała sobie sprawy, że płacze, dopóki Fox nie wcisnął jej w rękę serwetki.

– Dzięki. Gdy skończył, zniknął i usłyszałam w głowie głos. Tym razem tylko jeden, który mnie uspokoił, ogrzał i sprawił, że nie czułam już bólu. Powiedział: „Hawkins Hollow”.

– Layla, czy zostałaś zgwałcona? – zapytał cicho Fox. – Czy kiedy się obudziłaś, dostrzegłaś jakieś ślady gwałtu?

– Nie. – Zacisnęła usta, nie spuszczając z niego wzroku. Jego złotobrązowe oczy były pełne współczucia. – Obudziłam się we własnym łóżku. I musiałam się… obejrzeć. Nic nie znalazłam. On mnie skrzywdził, więc powinny zostać siniaki, zadrapania, ale nic nie zauważyłam. Było bardzo wcześnie, jakaś czwarta rano, a ja wciąż myślałam o Hawkins Hollow. Dlatego spakowałam się i pojechałam taksówką na lotnisko, żeby wynająć samochód. I przyjechałam tutaj. Nigdy wcześniej tu nie byłam.

Urwała i popatrzyła najpierw na Quinn, potem na Cala.

– Nigdy nie słyszałam o Hawkins Hollow, ale znałam drogę. Wiedziałam, jak tu dojechać i gdzie jest hotel. Zameldowałam się dziś rano, poszłam do pokoju i prawie do szóstej spałam jak zabita. Kiedy weszłam do jadalni i zobaczyłam to coś, pomyślałam, że jeszcze śpię. I znowu mam koszmar.

– Cud, że nie uciekłaś – uznała Quinn. Layla popatrzyła na nią ze znużeniem.

– A dokąd?

– Prawda. – Quinn położyła rękę na jej ramieniu i mówiąc, pogłaskała ją lekko. – Myślę, że potrzebujemy każdej informacji z każdego dostępnego źródła. Od tej pory musimy się wszystkim dzielić i jeden za cholernych wszystkich, a wszyscy za cholernego jednego. Nie podoba ci się to – skinęła głową w stronę Cala – ale myślę, że się przyzwyczaisz.

– Wy tego doświadczacie od kilku dni, Fox i ja zaś przez całe życie. Tkwimy w tym, więc nie przypinaj sobie jeszcze odznaki kapitana, Blondasku.

– Życie z tym od dwudziestu jeden lat daje wam pewną przewagę. Ale przez cały ten czas – o ile mi wiadomo – nie rozgryźliście tej sprawy, nie powstrzymaliście koszmaru ani nawet go nie zidentyfikowaliście. Więc wyluzuj.

– Przesłuchiwałaś dziś moją dziewięćdziesięciosiedmioletnią prababkę.

– Och, bzdury. Twoja wyjątkowa i fascynująca dziewięćdziesięcioletnia prababka podeszła do mnie w bibliotece, usiadła i odbyła ze mną rozmowę z własnej, nieprzymuszonej woli. Nie było żadnego przesłuchania. Mój bystry zmysł obserwacyjny podpowiada mi, że nie po niej odziedziczyłeś ten cholernie skryty charakter.

– Dzieci, nie kłóćcie się. – Fox uniósł dłoń. – Mamy napiętą sytuację, ale wszyscy jesteśmy po tej samej stronie. Uspokój się, Cal. Quinn ma sporo racji i jej propozycja jest warta rozważenia. Jednocześnie, Quinn, jesteś tutaj od kilku dni, Layla jeszcze krócej. Musicie zdobyć się na cierpliwość i zrozumieć, że pewne sprawy są bardzo delikatne i nie można mówić o nich od razu. Nawet jeśli zaczniemy od lego, co zostało potwierdzone i udokumentowane…

– A ty co, jesteś prawnikiem? – zapytała Layla.

– Tak.

– Od razu widać – wymamrotała pod nosem.

– Zostawmy to na razie – zaproponował Cal. – Dajmy sobie czas, żeby pomyśleć przez noc. Quinn, obiecałem, że zabiorę cię jutro do Kamienia Pogan, i tak zrobię. Wtedy zobaczymy, co dalej.

– Zgoda.

– Poradzicie sobie w hotelu? Możecie zostać tutaj, jeśli nie chcecie tam wracać.

Ta propozycja przygładziła nieco nastroszone piórka Quinn.

– Nie jesteśmy mięczakami, prawda, Layla?

– Kilka dni temu powiedziałabym, że nie. Teraz nie jestem już taka pewna. Ale nie boję się wracać do hotelu. – Tak naprawdę chciała już być w pokoju, położyć się do wielkiego, miękkiego łóżka i naciągnąć kołdrę na głowę. – Od tygodnia tak dobrze nie spałam, a to jest coś.

Quinn postanowiła, że poczeka, aż wrócą, zanim poradzi Layli, żeby zaciągnęła rolety i może zostawiła zapaloną lampkę.

ROZDZIAŁ 08

O poranku Quinn przycisnęła ucho do drzwi Layli. Usłyszała przytłumione dźwięki programu Today i zapukała.

– Tu Quinn – dodała na wypadek, gdyby Layla wciąż była roztrzęsiona.

Layla otworzyła drzwi w piekielnie słodkich spodniach od piżamy w biało – fioletowe paski i fioletowej podkoszulce, a po zaróżowionych policzkach i wyspanych zielonych oczach widać było, że wstała już jakiś czas temu.

– Wybieram się do Cala. Mogę wejść na chwilę?

– Oczywiście. – Odeszła od drzwi. – Zastanawiałam się, co mam dzisiaj ze sobą zrobić.

– Możesz pójść z nami, jeśli chcesz.

– Do lasu? Dzięki, ale chyba jeszcze nie jestem gotowa. Wiesz… – Layla wyłączyła telewizor i opadła na fotel. – Zastanawiałam się nad twoimi wczorajszymi słowami, że nie jesteśmy mięczakami. Ja nigdy nie byłam, ale gdy leżałam skulona w łóżku, przy opuszczonych roletach i z tym idiotycznym krzesłem pod klamką, zdałam sobie sprawę, że nigdy nie znalazłam się w sytuacji, w której musiałabym się sprawdzić. Dotychczas moje życie było w miarę normalne.

– Przyjechałaś i wciąż tu jesteś, więc myślę, że daleko ci do mięczaka. Jak ci się spało?

– Dobrze. Żadnych snów, żadnych nocnych wizyt. Oczywiście teraz zastanawiam się, dlaczego.

– Ja też nie miałam żadnych snów. – Quinn rozejrzała się po pokoju urządzonym w odcieniach stłumionej zieleni i kremu. – Można by założyć, że twój pokój stanowi strefę bezpieczeństwa, ale przecież mój nie, a jest tylko kilka drzwi dalej. Może po prostu to coś wzięło sobie wolne na jedną noc. Może musi uzupełnić nadszarpnięte zasoby energii.

– Pocieszająca myśl.

– Masz numer mojej komórki, Cala i Foxa. My mamy twój. Jesteśmy… powiązani. Pomyślałam, że może nie masz ochoty na ponowną wizytę w hotelowej jadalni i chciałam ci powiedzieć, że knajpka naprzeciwko serwuje całkiem niezłe śniadania.

– Myślałam, żeby zamówić coś do pokoju i zabrać się do tych książek, które mi wczoraj pożyczyłaś. Nie chciałam czytać ich do poduszki.

– Bardzo rozsądnie. No dobrze. Jeśli będziesz miała ochotę pospacerować, to bardzo miłe miasto. Kilka uroczych małych sklepików, niewielkie muzeum, którego nie zdążyłam zwiedzić, więc nie wiem, ile jest warte, no i kręgielnia.

Na ustach Layli zagościł słaby uśmiech.

– Kręgielnia?

– Należy do rodziny Cala. Ciekawe miejsce, wygląda na serce miasta. Zajrzę do ciebie, jak wrócę, dobrze?

– Dobrze. Quinn? – dodała Layla, gdy pisarka skierowała się do drzwi. – Możesz mnie nie uważać za mięczaka, ale nie jestem pewna, czy byłabym teraz tutaj, gdybym nie spotkała ciebie.

– Znam to uczucie. Do zobaczenia. Cal już czekał, kiedy podjechała pod jego dom. Zszedł ze schodów z psem kręcącym się przy nogach i zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Dobre, lekko zużyte, toporne buty do wędrówek, spłowiałe dżinsy, gruba, jaskrawoczerwona kurtka, kolorowy szalik dopasowany do czapki przypominającej hełm. Idiotyczne nakrycie głowy, pomyślał, jednak Quinn wyglądała w nim uroczo.

W każdym razie, uznał Cal, potrafiła ubrać się na wyprawę do zimowego lasu.

– Zdałam egzamin, sierżancie?

– Tak. Zacznijmy od tego, że wczoraj trochę przesadziłem. Nie przyzwyczaiłem się jeszcze do ciebie, a teraz pojawiła się następna osoba, kolejna obca. Kiedy żyjesz z tym wszystkim tak długo jak ja, jedna część ciebie przyzwyczaja się, ale druga staje się coraz bardziej nerwowa. Zwłaszcza w siódmym roku. Mogę cię przeprosić, jeśli chcesz.

– Cóż. Prosto z mostu. No dobrze, pozwól, że też coś ci powiem. Zanim tu przyjechałam, miałam pomysł na książkę, chciałam po prostu wykonać swoją pracę, którą część ludzi może uznać za pokręconą, a ja uważam za głęboko fascynującą. Teraz traktuję to bardziej osobiście. Mogę zrozumieć to, że jesteś zdenerwowany i że jesteś tu w pewnym sensie gospodarzem, ale ja także mam coś do zaoferowania. Doświadczenie i obiektywizm. I jaja. Mam naprawdę twarde jaja.

– Zauważyłem.

– No więc ruszamy?

– Tak, ruszamy. Quinn pogłaskała psa, który do niej podszedł.

– Klusek odprowadzi nas na wyprawę ku przygodzie?

– Idzie z nami. Czasami miewa nastrój na spacery po lesie. A jak ma dosyć, po prostu kładzie się i śpi, aż najdzie go ochota na powrót do domu.

– Bardzo rozsądne zachowanie. – Quinn zarzuciła na plecy mały plecak i wyjęła z kieszeni dyktafon przypięty dla bezpieczeństwa niewielką klamrą. – Chciałabym nagrywać spostrzeżenia i wszystko, co mi powiesz. Nie masz nic przeciwko temu?

– Nie mam. – W nocy dużo o tym myślał.

– W takim razie jestem gotowa, koleś.

– Ścieżki będą śliskie – powiedział Cal, ruszając w stronę lasu – więc przypuszczam, że dojście do polany zajmie nam jakieś dwie godziny.

– Nigdzie mi nie pilno. Cal popatrzył w niebo.

– Będzie ci pilno, jeśli pogoda się zmieni albo coś nas zatrzyma w lesie po zmierzchu.

Quinn włączyła dyktafon, mając nadzieję, że zabrała wystarczającą liczbę zapasowych baterii i kaset.

– Dlaczego?

– Kiedyś ludzie często polowali i spacerowali w tym lesie. Teraz już tego nie robią. Niektórzy się gubili, inni zawracali przestraszeni. Jeszcze inni upierali się, że słyszeli niedźwiedzie lub wilki. Nie ma tu wilków, a niedźwiedzie rzadko się zapuszczają tak daleko od gór. Latem dzieciaki, głównie nastolatki, zakradały się, żeby popływać w Stawie Hester, podokazywać. Teraz już nie. Kiedyś ludzie gadali, że staw jest nawiedzony, taka miejscowa legenda. Teraz już nikt nie chce o tym mówić.

– A ty myślisz, że jest nawiedzony?

– Wiem, że coś tam jest. Sam to widziałem! Opowiem ci, jak dojdziemy do stawu, teraz nie ma sensu.

– Dobrze. Czy właśnie tą drogą szliście dwadzieścia jeden lat temu?

– Przyszliśmy stamtąd. – Wskazał ręką na wschód. – Drogą bliżej miasta. Ta jest krótsza, ale musielibyśmy objechać miasto. Wtedy nie wydarzyło się nic niezwykłego, dopóki… nie doszliśmy do stawu.

– Wracaliście tam od tamtej nocy?

– Tak, kilka razy. – Popatrzył na Quinn. – I mogę ci powiedzieć, że pójście do stawu w okolicach Siódemki nie jest dla mnie najbardziej oczekiwanym wydarzeniem roku.

– Siódemki?

– Tak nazywamy ten tydzień w lipcu.

– Opowiedz mi więcej o tym, co się wtedy dzieje. To dobry moment, uznał Cal, żeby powiedzieć to wprost, komuś, kto naprawdę chciał zrozumieć i kto – być może – stanowił część odpowiedzi.

– Ludzie w Hollow stają się źli, agresywni, posuwają się nawet do zabójstw. Dopuszczają się czynów, których nie popełniliby w żadnym innym czasie. Niszczą budynki, wdają się w bójki, podkładają ogień. I gorzej.

– Morderstwa, samobójstwa.

– Tak. Gdy ten tydzień dobiegnie końca, prawie nic nie pamiętają. Jak gdyby wychodzili z transu lub długiej choroby. Niektórzy już nigdy nie są tacy sami. Jedni opuszczają miasto, a inni remontują domy i sklepy i żyją tu dalej. Nie wszystkich ogarnia szaleństwo i objawia się na wiele sposobów. Ten stan najbardziej przypomina masową psychozę, która za każdym razem staje się silniejsza.

– A co na to policja? Cal odruchowo podniósł patyk. Nie było sensu rzucać go psu, tylko zawstydziłby ich oboje, więc opuścił rękę, tak żeby Klusek mógł złapać kijek w zęby i potruchtać radośnie dalej.

– Siedem lat temu szeryfem był Larson. Porządny człowiek, chodził do szkoły z moim ojcem, przyjaźnili się. Trzeciej nocy zamknął się w swoim biurze. Myślę, że w głębi duszy wiedział, co się z nim dzieje, i nie chciał ryzykować powrotu do żony i dzieci. Jeden z zastępców szeryfa, Wayne Hawbaker, siostrzeniec sekretarki Foxa, przyszedł po niego, potrzebował pomocy. Usłyszał, jak Larson płacze w swoim gabinecie. Nie mógł go namówić do wyjścia. Zanim wyważył drzwi, Larson się zastrzelił. Teraz szefem policji jest Wayne. Też porządny facet.

Ilu takich wydarzeń był świadkiem?, zastanawiała się Quinn. Ile poniósł strat od swoich dziesiątych urodzin? A mimo to znów szedł do lasu, w którym wszystko się zaczęło. Chyba nie widziała dzielniejszego faceta.

– A co z policją hrabstwa, stanową?

– Przez ten tydzień jakbyśmy byli odcięci od świata. – Obok nich przeleciał kardynał, jaskrawoczerwony i beztroski. – Czasami ludzie przyjeżdżają, czasem wyjeżdżają, ale na ogół jesteśmy zdani sami na siebie. Jest tak, jakby… – urwał, szukając odpowiednich słów – jakby na miasto spływał welon i nikt nie mógł niczego zobaczyć wyraźnie. Pomoc nie nadchodzi, a potem nikt specjalnie się nad tym nie zastanawia. Ludzie uznają to za bujdy albo „Blair Witch Project”. Wspomnienia blakną, aż po siedmiu lalach wszystko się powtarza.

– A ty zostajesz i patrzysz na to przez cały czas.

– To moje miasto – powiedział po prostu. Tak, pomyślała Quinn, to bez wątpienia był najodważniejszy facet, jakiego w życiu widziała.

– Jak ci się spało? – zapytał Cal.

– Żadnych snów. Layla też. A ty?

– Tak samo. Nigdy wcześniej nie przestawał, kiedy już zaczął. Ale tym razem wszystko jest inaczej.

– Bo ja coś widziałam i Layla też.

– To prawda. Poza tym nigdy nie zaczynał tak wcześnie ani nie był taki silny. – Popatrzył na Quinn. – Badałaś kiedyś swoje drzewo genealogiczne?

– Nie. Myślisz, że jesteśmy spokrewnieni ze sobą lub ja pochodzę z rodu kogoś, kto uczestniczył w wydarzeniach przy Kamieniu Pogan?

– Zawsze uważaliśmy, że tu chodzi o krew. – Cal spojrzał niewidzącym wzrokiem na bliznę na nadgarstku. – Jednak na razie te przypuszczenia, czy raczej przeczucia, na nic nam się nie przydały. Skąd pochodzili twoi przodkowie?

– Głównie z Anglii, kilku z Irlandii.

– Moi też. Ale wielu Amerykanów ma angielskie korzenie.

– Może powinnam zbadać, czy w rodzinie nie było jakichś Dentów lub Twisse'ów? – Wzruszyła ramionami, gdy Cal popatrzył na nią spode łba. – Twoja prababcia wskazała mi tę ścieżkę. Próbowałeś ich odszukać? Gilesa Denta i Lazarusa Twisse'a?

– Tak. Dent mógłby być moim przodkiem, gdyby rzeczywiście był ojcem trzech synów Ann Hawkins. Nie ma o nim żadnych zapisków. Giles Dent nie figuruje absolutnie nigdzie poza podaniami z tamtych czasów, kilkoma starymi listami i dziennikami. Żadnego świadectwa urodzenia ani zgonu. Twisse tak samo. Równie dobrze mogliby spaść z księżyca.

– Mam przyjaciółkę, która jest mistrzynią w odnajdywaniu informacji. Posłałam jej trochę danych. I nie rób znowu takiej miny.

Znam ją od lat, pracowałyśmy razem przy innych historiach. Nie wiem jeszcze, czy będzie chciała się w to zaangażować, ale wierz mi, jeśli się zgodzi, będziesz wdzięczny. Ona jest fantastyczna.

Cal nie odpowiedział, bo myślał intensywnie. Czy jego opór wynikał z tego, że czuł się, jakby tracił kontrolę nad sytuacją? A czy w ogóle kiedykolwiek miał nad nią kontrolę? Wiedział na pewno, że im więcej ludzi zaangażuje się w tę sprawę, za tym więcej osób będzie czuł się odpowiedzialny.

A przede wszystkim jak ujawnienie wszystkich faktów wpłynie na miasto?

– Przez te wszystkie lata mówiono i pisano czasem o Hollow. Ty się tak o nas dowiedziałaś. Ale to nigdy nie było nic poważnego i zaowocowało tylko wzmożonym ruchem turystycznym. Jeśli zaangażujesz się ty sama i potencjalnie jeszcze dwie osoby, Hollow może się zamienić w jakiś ponury lub niedorzeczny rozdział w przewodniku turystycznym.

– Wiedziałeś, że istnieje takie ryzyko, kiedy zgodziłeś się ze mną porozmawiać.

Quinn szła obok niego równym krokiem po śliskiej ścieżce. Bez mrugnięcia okiem maszerowała prosto w nieznane.

– I tak byś przyjechała, nawet jakbym się nie zgodził.

– A zatem współpracujesz ze mną, bo chcesz mieć kontrolę nad rozwojem wydarzeń. – Skinęła głową. – Nie mogę cię winić. Ale może powinieneś spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy, Cal. Im więcej zaangażowanych w to ludzi, tym więcej głów i większa szansa na wykoncypowanie, jak to wszystko powstrzymać. Chcesz położyć kres tej sprawie?

– Bardziej niż potrafię to wyrazić słowami.

– Szukam dobrego tematu, nie zamierzam ci wmawiać, że jest inaczej. Ale też chcę to powstrzymać, bo pomimo moich słynnych jaj sytuacja mnie przeraża. Wydaje mi się, że łatwiej sobie z nią poradzimy, jeśli będziemy współpracować i wykorzystamy wszystkie nasze atuty. Jednym z moich jest Cybil i to cholernie dobrym.

– Pomyślę o tym. – Na razie dosyć jej powiedział. – Powiedz mi, co skierowało cię w świat duchów?

– Proste. Zawsze lubiłam przerażające historie. Kiedy byłam mała i miałam wybór między, powiedzmy „Anią z Zielonego Wzgórza” albo Stephenem Kingiem, zawsze wybierałam Kinga. Kiedyś sama pisywałam horrory, przyprawiając moich przyjaciół o histerię. Dobre, stare czasy – powiedziała z nostalgią, a Cal się roześmiał. – Ale punktem zwrotnym była chyba wizyta, jaką złożyliśmy z przyjaciółmi w nawiedzonym domu. W Halloween. Miałam dwanaście lat i to było wielkie wyzwanie. Dom popadł w ruinę i miał zostać zburzony. To szczęście, że podłogi nie pozapadały się nam pod stopami. Myszkowaliśmy po kątach, piszczeliśmy, straszyliśmy się nawzajem i ogólnie mieliśmy dobry ubaw. I wtedy ją zobaczyłam.

– Kogo?

– Ducha, rzecz jasna. – Dała mu przyjacielskiego kuksańca łokciem. – Skoncentruj się. Nikt inny jej nie widział, ale ja tak, jak schodziła ze schodów. Była cała we krwi. Spojrzała na mnie. – Quinn mówiła teraz cicho. – Wydawało mi się, że popatrzyła prosto na mnie i poszła dalej. Poczułam chłód, który od niej bił.

– I co zrobiłaś? Jak znam życie, to pewnie za nią podszyłaś.

– Oczywiście, że za nią poszłam. Moi kumple biegali po domu, wydając przerażające odgłosy, ale ja poszłam za nią do walącej się kuchni i dalej, po zrujnowanych schodach do piwnicy, którą oświetliłam moją latarką z Kopciuszkiem. Tylko proszę się nie śmiać!

– Jakże mógłbym się śmiać, skoro sam miałem latarkę z Lukiem Skywalkerem?

– No dobrze. Na brudnej, betonowej podłodze znalazłam mnóstwo pajęczyn, mysich bobków i martwych robaków. I nagle beton zniknął, a ja stałam na twardej ziemi, w której ktoś wykopał dół – grób. Obok leżała łopata z czarnym trzonkiem. Ona weszła do środka, znów na mnie popatrzyła i zanurzyła się w ziemi, do diabła, tak jak kobieta zanurza się w kąpieli z pianą. I znowu stałam na betonie.

– Co zrobiłaś?

– A jak myślisz?

– Myślę, że razem z Kopciuszkiem wiałyście stamtąd, aż się kurzyło.

– I znowu masz rację. Wypadłam z piwnicy jak burza. Powiedziałam wszystko swoim przyjaciołom, ale mi nie uwierzyli. Nie mogłam zwierzyć się nikomu innemu, bo gdyby nasi rodzice się dowiedzieli, że byliśmy w tym domu, dostalibyśmy szlaban aż do emerytury. Ale gdy burzyli dom i zaczęli pruć betonową podłogę w piwnicy, znaleźli ją. Leżała tam od lat trzydziestych. Żona właściciela domu, który rozpowiadał wszystkim, że uciekła. Wtedy już nie żył, więc nie można go było spytać ani jak, ani dlaczego to zrobił. Ale ja wiedziałam. Miałam sny o tym morderstwie od chwili, kiedy ją zobaczyłam, aż do momentu odnalezienia kości. Widziałam, jak to się stało.

Nikomu nic nie powiedziałam. Za bardzo się bałam. Od tamtej pory zawsze sprawdzam to, co wiem, potwierdzam albo demaskuję. Może po części jako zadośćuczynienie dla Mary Bines – tak się nazywała. A może też dlatego, że nie mam już dwunastu lat i nikt nie może dać mi szlabanu.

Cal milczał przez długą chwilę.

– Zawsze widzisz to, co się wydarzyło?

– Nie wiem, czy widzę, czuję intuicyjnie czy po prostu sobie wyobrażam – moja wyobraźnia jest równie słynna jak wyżej wspomniane jaja. Ale nauczyłam się ufać temu, co czuję, i nie walczyć z tym.

Cal zatrzymał się i wskazał ręką.

– Tutaj krzyżują się drogi. Wtedy przyszliśmy z tamtej strony i skręciliśmy tędy. Byliśmy obładowani. Moja mama spakowała kosz piknikowy, myśląc, że będziemy siedzieć w ogrodzie Foxa. Nieśliśmy też radio, zakupy ze sklepu i plecaki pełne rzeczy, bez których – jak sądziliśmy – absolutnie nie damy rady przeżyć. Wciąż mieliśmy dziewięć lat, byliśmy dzieciakami, które prawie niczego się nie bały. To wszystko się zmieniło, kiedy wyszliśmy z lasu.

Ruszył przed siebie, ale Quinn położyła mu dłoń na ramieniu i ścisnęła.

– To drzewo krwawi czy w tej części świata macie naprawdę dziwną żywicę?

Cal odwrócił się. Z pnia starego dębu sączyła się krew i wsiąkała w wilgotną ziemię.

– Czasami tak się dzieje. Odstrasza spacerowiczów.

– Nie wątpię. – Quinn patrzyła, jak Klusek obwąchał niedbale drzewo i potruchtał dalej. – Dlaczego go to nie obchodzi?

– Dla niego to nic nowego. Quinn zaczęła obchodzić drzewo wielkim łukiem, ale nagle stanęła.

– Poczekaj, poczekaj. To jest to miejsce. Tutaj widziałam łanię na ścieżce. Jestem tego pewna.

– On za pomocą magii wezwał niewinność i czystość. Quinn zaczęła coś mówić, ale popatrzyła na twarz Cala i zamknęła usta. Oczy mu pociemniały, policzki zbladły.

– Krew tworzy więzy. To krew, jego krew, krew ciemnej istoty. Wył z żalu, podrzynając zwierzęciu gardło, a krew chlusnęła w jego dłonie i do kielicha.

Cal poczuł, że kręci mu się w głowie i zgiął się wpół. Modlił się, żeby nie zwymiotować.

– Daj mi chwilę na złapanie oddechu.

– Spokojnie. – Quinn szybko ściągnęła plecak i wyjęła butelkę wody. – Napij się trochę.

Mdłości prawie minęły, gdy wzięła go za rękę i wcisnęła mu w dłoń butelkę.

– Widzę to, czuję. Już wielokrotnie przechodziłem koło tego drzewa, nawet gdy krwawiło, ale jeszcze nigdy nie widziałem tak jak dziś. Ani tak nie czułem.

– Tym razem jest nas dwoje, może dlatego. Cal pił powoli. Nie chodziło tylko o to, że byli we dwójkę, pomyślał. Przechodził tą ścieżką z Foxem i Gagiem. Było ważne, że to właśnie ich dwoje, on i Quinn.

– Łania została złożona w ofierze.

– Wpadłam na to. Devotio. Powiedział to po łacinie. Krwawa ofiara. Biała magia takich nie wymaga. Musiał przekroczyć granicę, dotknąć czarnej magii, żeby zrobić to, co musiał. Czy to Dent? Czy ktoś, kto tu był na długo przed nim?

– Nie wiem. Quinn dostrzegła, że na policzki Cala wracają kolory i jej serce także przestało bić jak oszalałe.

– Widzisz, co się działo przedtem?

– Fragmenty, urywki. Nie wszystko. Zwykle potem jest mi trochę niedobrze. Jeśli spróbuję zobaczyć więcej, będzie dużo gorzej.

– W takim razie nie próbuj. Możesz iść dalej?

– Tak, tak. – Wciąż czul lekkie mdłości, ale przestało mu się kręcić w głowie. – Zaraz dojdziemy do Stawu Hester.

– Wiem. Mogę ci powiedzieć, jak wygląda, jeszcze zanim dojdziemy. Zapewniam cię, nigdy wcześniej tam nie byłam, nie na jawie, ale widziałam go i stałam nad wodą poprzedniej nocy. Rosną tam wierzby i dzika trawa. Staw jest z dala od ścieżki, trzeba przejść przez cierniste krzaki. Była noc, więc woda miała czarny kolor. Była mętna. Staw nie ma kształtu koła ani owalu, raczej grubego rożka. Dookoła jest mnóstwo odłamków skał i otoczaków. Ona napełniła nimi kieszenie, kamieniami wielkości dłoni i mniejszymi, aż materiał niemal obrywał się pod ich ciężarem. Włosy miała krótko przycięte, jakby obcinano je nożem, a w oczach widniało szaleństwo.

– Według przekazów jej ciało nie zostało pod wodą.

– Czytałam o tym – powiedziana Quinn. – Znaleziono ją dryfującą po powierzchni stawu, który potem nazwano jej imieniem, a ponieważ popełniła samobójstwo, została pochowana w niepoświęconej ziemi. Żadne zapiski, które dotąd odnalazłam, nie wspominają, co się stało z córką, którą zostawiła.

Quinn wyjęła torebkę muesli i z powrotem założyła plecak. Otworzyła paczkę i podsunęła Calowi, który potrząsnął głową.

– Wokół jest pełno kory i patyków, jeśli dopadnie mnie aż taki głód.

– To nie jest takie złe. Co twoja matka zapakowała dla was tamtego dnia?

– Kanapki z serem i szynką, jajka na twardo, plasterki jabłka, pałeczki z selera i marchewki, ciastka owsiane, lemoniadę. – Cal uśmiechnął się na to wspomnienie. – Chrupki, paczkowane płatki na śniadanie.

– Prawdziwa supermama.

– Tak, zawsze taka była.

– Jak długo musimy się spotykać, zanim poznam twoich rodziców?

Cal zastanowił się chwilę.

– Niedługo mam wpaść do nich na kolację, możesz ze mną pójść, jeśli chcesz.

– Domowa kuchnia mamusi? Pewnie, że chcę. Co ona myśli o tej historii?

– Ciężko im z tym, tak jak nam wszystkim. I nigdy w życiu mnie nie zawiedli.

– Jesteś szczęśliwym człowiekiem, Cal. Skręcił z dróżki, ominął krzaki jeżyn i wszedł na węższą, mniej uczęszczaną ścieżkę. Klusek truchtał przodem, jakby wiedział, dokąd idą. Na widok stawu Cal poczuł dreszcz. Jak zawsze.

Ptaki wciąż śpiewały, a Klusek – raczej przez przypadek – spłoszył zająca, który przeciął ścieżkę i czmychnął w krzaki. Słońce przeświecało przez nagie gałęzie na wyścieloną liśćmi ziemię. I odbijało się od brązowej powierzchni Stawu Hester.

– W dzień wygląda inaczej – zauważyła Quinn. – Nie tak złowieszczo. Ale musiałabym być bardzo młoda i bardzo zgrzana, żeby tu pływać.

– My byliśmy. Fox wskoczył pierwszy. Przychodziliśmy tu wcześniej, żeby popływać, ale ja nigdy tego nie lubiłem. Kto mógł wiedzieć, co jest pod powierzchnią? Zawsze myślałem, że koścista ręka Hester złapie mnie za nogę i pociągnie na dno. I złapała.

Quinn uniosła brwi ze zdumieniem i gdy Cal zamilkł, usiadła na kamieniu.

– Słucham cię.

– Fox się ze mną droczył. Ja pływałem lepiej, ale on był szybki. Gage pływał fatalnie, jednak lubił wyzwania. Myślałem, że Fox znowu mnie straszy, lecz to była ona. Zobaczyłem ją pod wodą. Nie miała krótkich włosów, jak wtedy, gdy ty ją widziałaś, tylko długie, pływały wokół niej w wodzie. Nie wyglądała jak duch, tylko jak kobieta. Dziewczyna – poprawił się. – Kiedy trochę podrosłem, uświadomiłem sobie, że była bardzo młoda. Uciekłem jak oparzony i kazałem Foxowi i Gage'owi też wyjść. Oni nic nie widzieli.

– Ale ci uwierzyli.

– Przyjaciele wierzą.

– Pływałeś tu jeszcze kiedyś?

– Dwa razy. Ale już nigdy więcej jej nie widziałem. Quinn dała psu, który nie był tak wybredny jak jej pan, garść muesli.

– Teraz jest za zimno, ale w lipcu chciałabym tu popływać i zobaczyć, co się stanie. – Quinn gryzła muesli, rozglądając się dookoła. – Pomimo wszystko to ładne miejsce. Surowe, ale malownicze. Jakby stworzone do tego, żeby trzech chłopców trochę zaszalało. – Przekrzywiła głowę. – Zwykle przyprowadzasz tu dziewczyny na randki?

– Ty jesteś pierwsza.

– Naprawdę? Dlatego, że nie były zainteresowane czy też nie chciałeś odpowiadać na niekończące się pytania?

– Jedno i drugie.

– A zatem przecieram szlaki, co jest moim ulubionym zajęciem. – Quinn popatrzyła na wodę. – Musiała być tak ogromnie smutna, tak potwornie zrozpaczona, by uwierzyć, że nie ma żadnego innego wyjścia. Pewnie była w tym domieszka szaleństwa, ale myślę, że uginała się pod ciężarem smutku i rozpaczy, zanim wypełniła kieszenie kamieniami. To właśnie czułam we śnie i to czuję teraz, siedząc tutaj. Jej ogromny, potworny smutek. Nawet większy niż przerażenie, gdy ją gwałcił.

Zadrżała i podniosła się.

– Możemy już iść? Nie mogę tu siedzieć. To dla mnie zbyt trudne.

Będzie gorzej, pomyślał Cal. Jeśli już to czuła i rozumiała, będzie gorzej. Wziął Quinn za rękę i poprowadził z powrotem na ścieżkę. Przez chwilę dróżka była na tyle szeroka, że mogli iść obok siebie, więc nie puszczał jej dłoni. Zupełnie jakby po prostu szli na spacer po zimowym lesie.

– Powiedz mi o sobie coś zaskakującego. Coś, czego nigdy bym się nie domyśliła.

Cal przechylił głowę.

– A dlaczego miałbym ci powiedzieć o sobie coś, czego byś się nigdy nie domyśliła?

– To nie musi być żaden mroczny sekret. – Szturchnęła go lekko biodrem. – Coś niespodziewanego.

– Byłem niezły w lekkoatletyce. Quinn potrząsnęła głową.

– Świetne, ale nie zaskakujące. Mogłabym się tego domyślić. Masz bardzo długie nogi.

– No dobrze, dobrze. – Zastanowił się przez chwilę. – Wyhodowałem najokazalszą dynię w hrabstwie.

– Największą dynię w historii hrabstwa?

– Gramów brakowało, żeby pobiła rekord stanu. Napisali o tym w gazecie.

– To zaskakujące. Miałam nadzieję na coś pikantniejszego, ale muszę przyznać, że nigdy bym nie zgadła, że pobiłeś rekord hrabstwa w uprawie dyni.

– A ty?

– Obawiam się, że nigdy nie wyhodowałam żadnej dyni.

– Zaskocz mnie.

– Umiem chodzić na rękach. Pokazałabym ci, ale podłoże jest raczej nieprzystosowane. No, przyznaj, nie podejrzewałbyś mnie o to.

– Masz rację. Jednak później będę nalegał na demonstrację, w końcu moja dynia została udokumentowana.

– Nie ma sprawy. Quinn utrzymywała rozmowę w lekkim tonie, pobudzając Cala do śmiechu. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek po tamtej nocy śmiał się, idąc tędy, ale teraz wydawało się to naturalne, gdy przez gałęzie przeświecało słońce, a wokół nich śpiewały ptaki.

Aż nagle usłyszał warkot.

Quinn też usłyszała. Inaczej dlaczego miałaby zamilknąć w pół słowa i ścisnąć jego ramię jak imadło.

– Cal…

– Tak, słyszę. Już prawie jesteśmy na miejscu. Czasami wydaje takie odgłosy, czasem się pokazuje. – Ale nigdy o tej porze roku, pomyślał, podnosząc kołnierz kurtki. Najwyraźniej ten rok był inny. – Trzymaj się blisko mnie.

– Uwierz mi, ja… – Zamilkła na widok dużego myśliwskiego noża o ząbkowanym ostrzu. – Dobrze, dobrze. To właśnie jest jedna z tych niespodziewanych rzeczy na twój temat. Że nosisz przy sobie, hm, nóż na krokodyle.

– Nie przychodzę tu bez broni. Quinn zwilżyła językiem wargi.

– I pewnie wiesz, jak się tym posługiwać w razie potrzeby. Popatrzył na nią spod oka.

– Pewnie wiem. Chcesz iść dalej, czy zawracamy?

– Nie zamierzam uciekać z podkulonym ogonem. Cal słyszał szelest w krzakach, kląskanie błota pod stopami intruza. Śledzi nas, pomyślał. Wyobrażał sobie, że gdyby rzeczywiście chciał ich zaatakować, nóż okazałby się równie bezużyteczny jak ostre słowa, ale czuł się lepiej, mając go w ręku.

– Klusek go nie słyszy – wyszeptała Quinn, wskazując podbródkiem na psa, który wlókł się kilka metrów przed nimi. – Nawet on nie mógłby być aż tak leniwy. Zareagowałby, gdyby go usłyszał lub poczuł. Więc on nie może być prawdziwy. – Wzięła głęboki oddech. – To tylko przedstawienie.

– W każdym razie dla psa nie istnieje. Usłyszeli wycie. Cal złapał Quinn mocno za ramię i pociągnął między drzewami wprost na polanę, gdzie na błotnistej ziemi wznosił się Kamień Pogan.

– Chyba w zaistniałych okolicznościach oczekiwałam czegoś podobnego do kamienia królewskiego w Stonehenge. – Quinn obeszła skałę dookoła. – Niesamowite, jak bardzo przypomina stół albo ołtarz. Jaka płaska i gładka jest ta powierzchnia. – Położyła na niej dłoń. – I ciepła – dodała. – Cieplejsza niż spodziewałabym się po kamieniu w środku lutego.

Cal położył dłoń obok jej ręki.

– Czasami jest zimny. – Schował nóż do pochwy. – Nie ma się czym martwić, jeśli jest ciepły. Na razie. – Uniósł rękaw i przyjrzał się bliźnie na nadgarstku. – Na razie.

Bez zastanowienia przykrył dłoń Quinn swoją.

– Tak długo jak…

– Rozgrzewa się! Czujesz? Czujesz to? Przesunęła się i położyła drugą dłoń na kamieniu. Cal też się poruszył, czuł, że się porusza tak jak wtedy, przy ścianie ognia. Jak szaleniec.

Schwycił Quinn za ramiona, obrócił, przycisnął plecami do skały i gwałtownie ją pocałował, głodny jej ust.

Na chwilę stał się kimś innym, Quinn też, na ten pełen bolesnej desperacji moment. Jej smak, jej skóra, bicie jej serca.

I nagle znów był sobą, czuł dotyk ust Quinn na swoich i ciepło kamienia pod ich dłońmi. Jej ciało drżało obok niego, palce wbijały się w jego biodra.

Chciał więcej, chciał pchnąć ją na ten kamienny stół, nakryć ją swoim ciałem i zatonąć w niej.

Ale to nie on, pomyślał, nie do końca on. Dlatego zmusił się, żeby ją puścić, zerwać tę więź.

Powietrze drżało jeszcze przez chwilę.

– Przepraszam – wykrztusił z trudem. – Nie, żebym żałował, ale…

– Jesteś zaskoczony. – Głos Quinn był zachrypnięty. – Ja też. To było zupełnie nieoczekiwane. Kręci mi się w głowie – wyszeptała. – I wcale się nie skarżę. Przez chwilę nie byliśmy sobą. – Wzięła kolejny głęboki oddech. – Możesz nazwać mnie dziwką, ale i tak mi się podobało. – Nie spuszczając wzroku z oczu Cala, znowu położyła dłoń na kamieniu. – Chcesz spróbować jeszcze raz?

– Myślę, że wciąż jestem mężczyzną, więc oczywiście, do cholery, chcę. Ale nie uważam, żeby to było rozsądne ani szczególnie bezpieczne. Poza tym nie chcę, żeby ktoś czy też – coś – igrał z moimi odruchami. Następnym razem gdy cię pocałuję, będziemy tylko ty i ja.

– No dobrze. Więzy. – Skinęła głową. – Coraz bardziej skłaniam się ku teorii, że chodzi o jakieś więzy. Może więzy krwi, może reinkarnację. Warto by to zbadać.

Odeszła od kamienia i Cala.

– A zatem na razie żadnego fizycznego kontaktu między nami i tym czymś. Zajmijmy się tym, po co tu przyszliśmy.

– Nic ci nie jest?

– Przyznaję, że czuję się podniecona. Ale nic mi się nie stało. – Wyjęła butelkę z wodą i pociągnęła długi łyk. – Pragnęłam cię. I jako ja, i jako nie ja.

Opuściła butelkę i popatrzyła w te spokojne, szare oczy. Dopiero co piła, a znów czuła suchość w gardle.

– Wiem. Zastanawiam się tylko, czy to stanowi problem.

– Nawet jeżeli tak, nie zamierzam się tym przejmować. Serce Quinn przyśpieszyło.

– Ach… To pewnie nie jest dobre miejsce, żeby…

– Nie, nie jest. – Cal zrobił krok do przodu, ale jej nie dotknął. Jednak Quinn i tak poczuła żar na skórze. – Będzie inne miejsce.

– Okej. – Odchrząknęła. – No dobrze, do pracy. Obeszła kamień, a Cal nie spuszczał z niej wzroku. Wiedział, że to ją trochę irytuje, ale uznał, że to mu daje pewną przewagę. Coś mogło go zmusić, żeby pocałował Quinn w ten sposób, ale wiedział też, co czuł, gdy to coś zwolniło presję. Co czuł od samego początku, kiedy tylko wysiadła z samochodu na jego podjeździe.

Czyste pożądanie. Caleb Hawkins pragnął Quinn Black.

– Tamtej nocy zrobiliście tu sobie piknik. – Najwyraźniej uwierzyła w jego zapewnienia, że na polanie jest bezpiecznie, bo teraz poruszała się swobodnie. – Jeżeli wiem cokolwiek o chłopcach, to zapewne jedliście śmieciowe żarcie, dogryzaliście sobie i opowiadaliście historie o duchach.

– Mniej więcej. Piliśmy też piwo, które Gage ukradł ojcu, i oglądaliśmy magazyn z gołymi babkami, który zwinął.

– Oczywiście, chociaż o takie rozrywki posądziłabym raczej dwunastolatków.

– Bardzo śmieszne. – Cal nakazał sobie przestać myśleć o Quinn. – Rozpaliliśmy ognisko i słuchaliśmy radia. To była piękna noc, ciepła, ale nie parna. I to była nasza noc, nasze miejsce. Święte miejsce.

– Twoja prababcia też tak powiedziała.

– Taka noc aż się prosiła o jakiś rytuał. – Poczekał, aż Quinn odwróci się do niego. – Zapisaliśmy słowa, które sami ułożyliśmy, i o północy złożyliśmy przysięgę. Finką przeciąłem nam skórę na nadgarstkach. Wypowiedzieliśmy słowa przysięgi i przycisnęliśmy nadgarstki do siebie, żeby nasza krew się zmieszała. Żebyśmy stali się braćmi krwi. I wtedy rozpętało się piekło.

– Co się stało?

– Nie wiem, nie do końca. Żaden z nas nie wie albo nie pamięta. Był jakiś wybuch, w każdym razie tak to wyglądało. Poraziło mnie światło, a siła eksplozji odrzuciła nas w tył, po prostu uniosła nad ziemię. Słyszałem wrzaski, ale nie wiem, czy to ja krzyczałem, czy też Fox, Gage, czy jeszcze ktoś inny. Wystrzelił ogień, który płonął wszędzie, ale nas nie poparzył. Coś z niego wniknęło we mnie. Ból, pamiętam ból. I wtedy zobaczyłem jakiś ciemny kształt i poczułem lodowaty chłód, jaki ze sobą niósł. A potem wszystko się skończyło i zostaliśmy sami, przerażeni, leżący na czarnej, spalonej ziemi.

Dziesięciolatek, pomyślała Quinn. Był tylko małym chłopcem.

– Jak stąd wyszliście?

– Następnego ranka, tą samą drogą, którą przyszliśmy. Ale coś się zmieniło. Przyszedłem na tę polanę jako dziewięciolatek, w okularach. Byłem krótkowzroczny.

Quinn uniosła brwi.

– Byłeś?

– Nosiłem szkła minus dwa na lewe oko i minus trzy na prawe. Gdy opuszczałem tę polanę, miałem dziesięć lat i idealny wzrok. A żaden z nas nie miał nawet zadrapania, pomimo że Gage przyszedł tu poraniony. Od tamtej nocy żaden z nas nie przechorował ani jednego dnia. Wszystkie nasze skaleczenia błyskawicznie goją się same.

Na twarzy Quinn nie malował się nawet cień niedowierzania, tylko zainteresowanie graniczące z fascynacją. Cal zdał sobie sprawę, że poza członkami jego rodziny jedynie ona o tym wiedziała. I wierzyła.

– Staliście się odporni.

– Można to tak nazwać.

– Odczuwasz ból?

– I to jak cholera. Wyszedłem stąd bez okularów, a nie z rentgenem w oczach. Oczywiście, że gojące rany bolą jak diabli, ale następuje to szybko. Oglądam wydarzenia z przeszłości, jak tam, na ścieżce. Nie zawsze, nie wszędzie, ale je widzę.

– Dar odwróconego jasnowidzenia.

– Widziałem, co tu się wydarzyło siódmego lipca tysiąc sześćset pięćdziesiątego drugiego roku.

– I co tu się stało, Cal?

– Uwięziono demona pod skałą. A Fox, Cal i ja uwolniliśmy go. Quinn podeszła do niego. Chciała go dotknąć, ukoić smutek, odbity na jego twarzy, ale się bała.

– Jeśli nawet, to nie można was za to winić.

– Wina i odpowiedzialność niewiele różnią się od siebie. Do diabła. Ujęła jego twarz w dłonie, nie zważając na to, że Cal drgnął, i pocałowała go delikatnie w usta.

– To normalne. Moim zdaniem jesteś odpowiedzialny tylko w tym znaczeniu, że zachowujesz się odpowiedzialnie. Zostałeś, choć wielu odeszłoby lub nawet uciekło. Dlatego myślę, że istnieje sposób, żeby z powrotem zapędzić tego demona tam, gdzie jego miejsce. I zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby ci w tym pomóc.

Otworzyła plecak.

– Zrobię kilka zdjęć, notatek, zbiorę pomiary i będę zadawała mnóstwo irytujących pytań.

Cal czuł się poruszony jej bliskością, słowami, wiarą. Chciał przyciągnąć Quinn do siebie i przytulić, mocno przytulić. Powiedziała, że to normalne, i patrząc na nią, pragnął błogosławieństwa normalności.

Nie w tym miejscu, przypomniał sobie i zrobił krok do tyłu.

– Masz godzinę. Jeśli wyruszymy za godzinę, zdążymy wyjść z lasu na długo przed zmierzchem.

– Oczywiście. – Nie zamierzała się spierać. Nie tym razem, pomyślała i zabrała się do pracy.

ROZDZIAŁ 09

Quinn spędziła mnóstwo czasu, zdaniem Cala, snując się po polanie, robiąc niezliczoną ilość notatek, jeszcze więcej zdjęć małym aparatem cyfrowym i mamrocząc pod nosem.

Nie rozumiał, jakie efekty mogą przynieść jej badania, ale ponieważ wydawała się kompletnie zaabsorbowana działaniem, siedział pod drzewem obok chrapiącego Kluska i nie przeszkadzał.

Nie słyszał już żadnego wycia, nie czuł, że ktoś ich śledzi. Może demon miał inne sprawy nagłowię. Albo po prostu obserwował. I czekał.

Cóż, chyba on robił to samo. Nie miał nic przeciwko czekaniu, zwłaszcza gdy mógł podziwiać tak ładny widok.

Był zafascynowany tym, jak poruszała się Quinn. Energicznie zdążała ku konkretnemu celowi w jednej chwili, a powoli i niezorganizowanie kręciła się w drugiej. Jak gdyby nie mogła się zdecydować, jak powinna podejść do tematu.

– Dawaliście go kiedyś do analizy? – zapytała. – Sam kamień? Czy ktoś dokonał naukowej analizy?

– Tak. Jako nastolatki zeskrobaliśmy trochę i zabraliśmy do nauczyciela geologii. To wapień. Najzwyklejszy wapień. Kilka lat później – dodał, uprzedzając dalszy ciąg – Gage zabrał próbkę do laboratorium w Nowym Jorku. Ten sam wynik.

– Dobrze. Masz coś przeciwko, żebym też wzięła próbkę i posłała do laboratorium, z którym współpracuję?

– Bardzo proszę. – Sięgnął do biodra po nóż, ale Quinn już wyjęła z kieszeni scyzoryk. Powinien był się domyślić, ale i tak się uśmiechnął.

Większość kobiet, które znał, nosiła w kieszeni szminkę i ani pomyślałaby o scyzoryku. Cal był pewien, że Quinn miała i jedno, i drugie.

Obserwował jej dłonie, gdy zeskrobała trochę kamienia do torebki, którą wyjęła z plecaka. Na dwóch palcach i kciuku nosiła pierścionki, lśniące teraz w słońcu.

Coraz jaśniejszym blaskiem, który poraził mu oczy.

Nagle światło się zmieniło, stało się miękkie jak w letni poranek, a ciepłe powietrze wypełniła wilgoć. Na drzewach pojawiły się pąki, rozwinęły i wystrzeliły zielenią, rzucając szachownicę światła i cienia na ziemię i skałę.

A także na kobietę.

Miała długie, rozpuszczone włosy w kolorze miodu, twarz o ostrych rysach i dużych, lekko skośnych oczach. Ubrana była w długą, ciemnoniebieską suknię i biały fartuch. Poruszała się ostrożnie i z gracją, mimo że była w zaawansowanej ciąży. Niosła przez polanę dwa wiadra, zmierzając do małej szopy stojącej za skałą.

Idąc, śpiewała głosem jasnym i dźwięcznym jak letni poranek.

– „W zielonym ogrodzie, tam, gdzie na łożu z rumianku leżałam, przy białym płocie wiejskiego błazna ujrzałam…”.

Na jej widok, na dźwięk jej głosu, Cal poczuł miłość tak ogromną, tak gwałtowną, że myślał, że pęknie mu serce.

W progu szopy pojawił się mężczyzna z taką samą miłością wymalowaną na twarzy. Kobieta zatrzymała się, zalotnie odrzuciła włosy i nadal śpiewała, kiedy zmierzał w jej stronę.

– „Wiejską dziewczynę trzymał w ramionach i słowy słodkimi namawiał, by go obdarzyła wdziękami swoimi. Tak mówił do niej: pocałuj, mnie miła, najczulej…”.

Uniosła twarz, podała mu usta. Mężczyzna ją pocałował i gdy ona roześmiała się perliście, wziął wiadra, postawił na ziemi i zamknął kobietę w objęciach.

– Nie mówiłem, że nie wolno ci nosić wody ani drzewa? Dźwigasz już wystarczający ciężar.

Pogłaskał ją po wystającym brzuchu, a ona przykryła ręką jego dłoń.

– Nasi synowie są silni i zdrowi. Dam ci synów, ukochany, tak mądrych i dzielnych jak ich ojciec. – Teraz Cal dostrzegł łzy w migdałowych oczach. – Czy muszę cię opuścić?

– Nigdy mnie nie opuścisz, nie naprawdę. Nie płacz. – Scałował jej łzy, a Cal poczuł bolesne ukłucie w sercu. – Nie płacz.

– Nie. Przysięgałam, że nie będę ronić łez. – Kobieta uśmiechnęła się. – Mamy jeszcze czas. Łagodne poranki i długie, letnie dni. To nie śmierć. Przysięgasz mi?

– To nie jest śmierć. A teraz chodź. Ja wezmę wodę. Zniknęli, a Cal zobaczył przed sobą pochyloną Quinn.

Ostrym głosem powtarzała jego imię.

– Wróciłeś. Byłeś gdzieś indziej. Twoje oczy… zrobiły się czarne i… głębokie, chyba tylko tak mogę to określić. Gdzie byłeś, Cal?

– Ona nie jest tobą.

– Już dobrze. – Wcześniej bała się go dotknąć, obawiała się, że sama zostanie wciągnięta tam, gdzie przebywał Cal, lub wybudzi go gwałtownie, zanim wizja się skończy. Teraz położyła mu dłoń na kolanie. – Kim nie jestem?

– Kobietą, którą całowałem. Zacząłem, a potem byłaś ty, ale przedtem, na początku… Jezu. – Przycisnął dłonie do skroni. – Głowa. Potwornie boli mnie głowa.

– Oprzyj się, zamknij oczy. Ja…

– Zaraz przejdzie. Zawsze szybko mija. My nie jesteśmy nimi. Nie chodzi o reinkarnację. Może chwilowe opętanie, co i tak jest wystarczająco straszne.

– Przez kogo?

– A skąd ja mam, do diabła, wiedzieć? – Głowa bolała go tak potwornie, że poczuł gwałtowne mdłości i musiał opuścić ją między kolana. – Narysowałbym ci cholerny portret, gdybym potrafił. Daj mi chwilę.

Quinn wstała, uklękła za plecami Cala i zaczęła masować mu szyję i ramiona.

– Dobrze, już dobrze. Przepraszam. Chryste. Jakby ktoś przewiercał mi głowę elektrycznym świdrem. Już lepiej. Nie wiem, kim byli, nie wymienili swoich imion, ale najprawdopodobniej to Giles Dent i Ann Hawkins. Najwidoczniej mieszkali tutaj, a ona była w bardzo zaawansowanej ciąży. Śpiewała. – Opowiedział wszystko, co widział.

Quinn słuchała, nie przestając masować mu ramion.

– A zatem wiedzieli, co nadchodzi, i z tego, co mówisz, on postanowił ją odesłać. „To nie jest śmierć”. Interesujące i warte zbadania. Ale myślę, że na razie masz już dosyć tego miejsca. I ja też.

Usiadła na ziemi, wypuściła ze świstem powietrze i wzięła jeszcze jeden głęboki oddech.

– On wrócił, kiedy ciebie nie było.

– Jezu Chryste. – Cal chciał się zerwać na równe nogi, ale Quinn schwyciła go za ramię.

– Już zniknął. Posiedźmy tu chwilę, zanim oboje odzyskamy władzę w nogach. Usłyszałam warkot i odwróciłam się. Ty miałeś odjazd i musiałam zwalczyć mój pierwszy odruch, żeby tobą potrząsnąć, bo bałam się, że mnie także wciągnie.

– A wtedy oboje bylibyśmy bezbronni – dokończył z goryczą.

– A teraz Pan Odpowiedzialny biczuje się, bo nie czuł, jak wpada w trans i nie walczył z magiczną siłą, żeby móc pozostać przytomnym i bronić dziewczęcia.

Pomimo bólu głowy Calowi udało się posłać jej lodowate spojrzenie.

– Coś w tym stylu.

– Doceniam to, mimo że trochę mnie irytujesz. Miałam scyzoryk, który może nie spełnia standardów Jima Bowiego *, ale jest wyposażony w korkociąg i pęsetę, które nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się przydać.

– Taka jesteś odważna?

– Paplam tak, dopóki się nie uspokoję i jestem już na dobrej drodze. Wiesz, on tylko krążył dookoła mnie i straszył: „Zjem ciebie, moja śliczna i twojego wielkiego, leniwego psa też”. Szeleścił, warczał i fukał, ale się nie pokazał. A potem przestał i ty wróciłeś do siebie.

– Ile to trwało?

– Nie wiem, myślę, że tylko kilka minut, ale wydawało mi się, że to trwa znacznie dłużej. Tak czy inaczej mam już serdecznie dość tego miejsca. Mam cholerną nadzieję, że możesz chodzić, Cal, bo pomimo całej mojej siły i energii nie sądzę, żebym dała radę cię nieść.

– Mogę chodzić.

– Dobrze, w takim razie znikajmy stąd, a jak wrócimy do cywilizacji, Hawkins, postawisz mi naprawdę wielkiego drinka.

Pozbierali rzeczy, Cal gwizdnięciem obudził Kluska. Gdy ruszyli w drogę powrotną, zastanawiał się, dlaczego nie powiedział Quinn o heliotropie – trzech odłamkach, które on, Fox i Gage znaleźli w zaciśniętych dłoniach. Trzech fragmentach, tworzących kiedyś – co teraz wiedział – amulet noszony przez Milesa Denta, kiedy mieszkał przy Kamieniu Pogan.

Gdy Cal i Quinn wracali do domu, Layla snuła się bez celu po mieście. Dziwnie się czuła, pozwalając nogom iść, dokąd chciały. W Nowym Jorku zawsze miała konkretny cel, konkretne zadanie – albo kilka – do wykonania w określonym przedziale czasu.

Teraz nigdzie się nie śpieszyła, rano przeczytała jedynie kilka rozdziałów dziwnych książek, które dostała od Quinn. Miała ochotę zostać w przytulnym pokoju, w obrębie „strefy bezpieczeństwa”, o której mówiła pisarka.

Jednak musiała oderwać się od książek, a w każdym razie dać pokojówce szansę na posprzątanie pokoju. A sobie na poznanie miasta, które ją przyciągnęło.

Nie miała ochoty wchodzić do żadnych sklepów, choć Quinn na pewno miała rację co do ich atrakcyjności. Niektóre wyglądały nad wyraz interesująco.

Jednak nawet oglądanie wystaw wzbudzało w niej poczucie winy z powodu pozostawienia butiku na pastwę losu. Wyjechała tak nagle, ledwo zdążyła zadzwonić z drogi do właściciela, że ma kryzysową sytuację rodzinną i przez kilka następnych dni nie pojawi się w pracy.

Kryzysowa sytuacja rodzinna to dobre usprawiedliwienie, uznała teraz.

Choć równie dobrze mogło się stać przyczyną zwolnienia. Ale mimo tej świadomości Layla nie mogła wrócić i zapomnieć o wszystkim, co się wydarzyło.

Jeśli będzie trzeba, znajdzie inną pracę. Miała trochę oszczędności, więc nie musiała się martwić. I tak by nie chciała tej głupiej posady, jeśli szef nie mógł jej dać kilku wolnych dni.

I, o Boże, już się usprawiedliwiała, dlaczego została bezrobotna.

Nie myśl o tym, rozkazała sobie. W tej chwili nie warto o tym myśleć.

Nie myślała ani nie zastanawiała się, dlaczego nogi prowadzą ją poza centrum. Nie wiedziała, dlaczego zatrzymała się przed budynkiem z napisem „Biblioteka” wyrytym w kamieniu nad drzwiami, chociaż błyszcząca tabliczka poniżej głosiła, że stoi przed Domem Kultury w Hawkins.

Zupełnie niegroźne miejsce, powiedziała sobie, ale czując zimny dreszcz na plecach, ruszyła dalej.

Zastanawiała się nad obejrzeniem muzeum, ale doszła do wniosku, że jej to nie interesuje. Pomyślała, żeby przejść przez ulicę do salonu kosmetycznego i stracić trochę czasu na manikiur, ale tak naprawdę nie obchodził jej stan własnych paznokci.

Zmęczona i zła sama na siebie już prawie ruszyła w drogę powrotną, gdy dostrzegła tabliczkę, która wydała się przyciągać ją ku sobie.

„Fox O'Dell, Adwokat”.

Przynajmniej ktoś, kogo znała – mniej więcej. Seksowny prawnik z oczami pełnymi współczucia. Pewnie przyjmował klienta lub w ogóle nie było go w biurze, ale Layli to nie przeszkadzało. Lepiej wejść do środka niż szwendać się po mieście i użalać nad sobą.

Znalazła się w ładnej recepcji o domowej atmosferze, a kobieta za wytwornym biurkiem powitała ją uprzejmym uśmiechem.

– Witam z rana… właściwie mamy już popołudnie. W czym mogę pomóc?

– Ja właściwie… – Co?, zastanawiała się Layla. Po co właściwie tu przyszła? – Miałam nadzieję, że uda mi się porozmawiać przez chwilę z panem O'Dellem, jeśli jest wolny.

– W tej chwili rozmawia z klientką, ale powinien zaraz skończyć, więc jeśli zechciałaby pani…

Kobieta z burzą włosów w nieprawdopodobnym, marchewkowym kolorze, ubrana w obcisłe dżinsy, równie przylegający różowy sweter i buty na wysokich obcasach, wkroczyła do recepcji, nakładając krótką, skórzaną kurtkę.

– Chcę, żebyś go oskubał do zera, słyszysz, Fox? Oddałam temu sukinsynowi najlepsze dwa lata i trzy miesiące mojego życia i chcę, żebyś obdarł go ze skóry jak królika.

– Już to mówiłaś, Shelley.

– Jak on mógł mi to zrobić? – Szlochając, padła Foxowi w ramiona.

On także miał na sobie dżinsy i wypuszczoną na wierzch koszulę w paski. Popatrzył na Laylę z wyrazem rezygnacji na twarzy.

– Dobrze, już dobrze – powiedział, poklepując chlipiącą Shelley po plecach. – Już w porządku.

– Dopiero co kupiłam mu nowy komplet opon do ciężarówki! Pójdę i poprzecinam każdą z nich.

– Nie rób tego. – Fox złapał Shelley mocno za ramiona, zanim kobieta, której gniew osuszył łzy, zdążyła się odsunąć. – Nie chcę, żebyś to zrobiła. Nie zbliżaj się na razie do jego samochodu ani do niego, kochanie. I do Sami też.

– Tej podstępnej, zimnej, suki.

– Tak, właśnie tej. Na razie zostaw to mnie, dobrze? Wracaj do pracy i pozwól mi się tym zająć. W końcu po to mnie wynajęłaś, prawda?

– Chyba tak. Ale obedrzyj go ze skóry, Fox. Zgnieć jaja tego sukinsyna jak orzeszki.

– Dokładnie to zamierzam zrobić – zapewnił Shelley, odprowadzając ją do drzwi. – Ty w ogóle się do tego nie mieszaj. Będziemy w kontakcie.

Fox zamknął za klientką drzwi, oparł się o nie i głośno wypuścił powietrze.

– Matko Przenajświętsza.

– Powinieneś był przekazać jej sprawę komuś innemu – powiedziała Alice.

– Nie można oddać komuś innemu pozwu rozwodowego dziewczyny, z którą pierwszą dotarło się do drugiej bazy. To wbrew prawu Boga i każdego mężczyzny. Cześć, Layla, potrzebujesz prawnika?

– Mam nadzieję, że nie. – Okazał się przystojniejszy, niż zapamiętała, co tylko dowodzi, w jak kiepskim stanie była wczoraj wieczorem. Poza tym w ogóle nie wyglądał jak prawnik. – Bez urazy.

– Nie czuję się urażony. Layla… Darnell, prawda?

– Tak.

– Layla Darnell, Alice Hawbaker. Pani H., mam przez chwilę wolne, prawda?

– Tak.

– Chodź do gabinetu, Layla. – Wskazał kierunek ręką. – Zwykle nie dajemy przedstawień tak wcześnie rano, ale moja stara kumpelka Shelley poszła na zaplecze baru, żeby odwiedzić swoją bliźniaczkę Sami i zastała swojego męża, Błocka, trzymającego w ręku napiwki Sami.

– Przepraszam, ona składa pozew o rozwód, bo jej mąż trzymał w ręku napiwki jej siostry?

– Pieniądze były w staniku, który miała na sobie Sami.

– Och. Rozumiem.

– Nie zdradzam ci tajemnic zawodowych, bo Shelley wygoniła ich oboje z zaplecza na główną ulicę – z pełną prezentacją cudownego stanika Sami – za pomocą mopu. Chcesz colę?

– Nie, bardzo dziękuję. Nie sądzę, żebym potrzebowała jakiegokolwiek pobudzenia.

Wyglądała, jakby nie mogła usiedzieć w miejscu, więc Fox nie wskazał jej krzesła, a sam oparł się plecami o biurko.

– Ciężka noc?

– Wręcz przeciwnie. Po prostu nie mogę pojąć, co tu robię. Nic z tego nie rozumiem, a już na pewno nie mam pojęcia, jaka jest w tym moja rola. Kilka godzin temu powiedziałam sobie, że spakuję torby i wrócę do Nowego Jorku, co zrobiłaby każda osoba przy zdrowych zmysłach. Ale nie zrobiłam tego. – Odwróciła się do niego. – Nie mogłam. I tego także nie rozumiem.

– Jesteś tam, gdzie być powinnaś. To najprostsza odpowiedź.

– Boisz się?

– Przez większość czasu.

– Ja chyba nigdy tak naprawdę się nie bałam. Może nie byłabym taka piekielnie zdenerwowana, gdybym miała coś do roboty. Jakiś cel, zadanie.

– Słuchaj, muszę pojechać do klientki, która mieszka parę kilometrów za miastem, zawieźć jej dokumenty.

– Och, przepraszam. Przeszkadzam ci.

– Nie i jeżeli zacznę uważać, że piękne kobiety mi przeszkadzają, zawiadom, proszę, moją rodzinę, żeby mogli się ze mną pożegnać, zanim umrę. Chciałem zaproponować, żebyś pojechała ze mną, będziesz miała zajęcie. I mogłabyś wypić herbatę rumiankową i przegryźć stare cytrynowe ciastka z panią Oldinger, a to dopiero zadanie. Ona lubi towarzystwo, tak naprawdę dlatego kazała mi dopisać piętnasty kodycyl do swojego testamentu.

Fox nie przestawał mówić, wiedząc, że to może uspokoić rozedrganą Laylę.

– Potem mógłbym podjechać do jeszcze jednego klienta, aby oszczędzić mu wycieczki do miasta. Jak skończymy, Quinn i Cal powinni już wrócić, więc moglibyśmy do nich zajrzeć, zobaczyć, co się dzieje.

– Możesz na tak długo opuścić biuro?

– Wierz mi – Fox złapał kurtkę i teczkę – pani H. da mi znać, jeśli będę tu potrzebny. Więc jeśli nie masz nic innego do roboty, poproszę ją, żeby przygotowała dokumenty, które mamy zabrać, i pojedziemy.

To lepsze niż użalanie się nad sobą, uznała Layla. I pomyślała, że to dziwne, nawet jak na prawnika w małym miasteczku, że Fox ma starą furgonetkę zaśmieconą opakowaniami po pączkach.

– Co robisz dla tego drugiego klienta?

– To Charlie Deen. W drodze do domu miał kolizję z jednym pijanym gościem i teraz towarzystwo ubezpieczeniowe kwestionuje rachunki za leczenie. Po moim trupie.

– Rozwody, testamenty, uszkodzenia ciała. Nie masz specjalizacji?

– Specjalizuję się w prawie w każdej postaci – powiedział i posłał jej uśmiech, zarazem czuły i zuchwały. – Poza prawem podatkowym, jeśli mogę tego uniknąć. Tę działkę zostawiam mojej siostrze. Ona zajmuje się prawem podatkowym i przedsiębiorstw.

– Ale nie prowadzicie wspólnej praktyki.

– Byłoby nam trudno. Sage pojechała do Seattle, żeby zostać homo.

– Słucham?

– Przepraszam. – Wyjechali za miasto i Fox dodał gazu. – Rodzinny żart. Chciałem powiedzieć, że moja siostra jest lesbijką i mieszka w Seattle. Jest aktywistką ruchu gejowskiego i razem z partnerką, z którą jest od, hmm… ośmiu lat, prowadzą firmę o nazwie „Dziewczyna z Dziewczyną”. Serio – dodał, gdy Layla milczała. – Specjalizują się w poradach dla gejów.

– Twoja rodzina ma coś przeciwko?

– Żartujesz? Moi rodzice łyknęli to jak tofu. Kiedy Sage i Paula – to jej partnerka – brały ślub, w każdym razie przysięgały sobie na całe życie, wszyscy pojechaliśmy do nich i świętowaliśmy jak pacjenci szpitala psychiatrycznego. Jest szczęśliwa i tylko to się liczy. Dla moich rodziców alternatywny sposób życia to tylko bonus. A jak już mówimy o rodzinie, tu mieszka mój młodszy brat.

Layla zobaczyła długi dom ukryty wśród drzew. Znak na zakręcie drogi głosił „Garncarstwo w Hawkins Creek”.

– Twój brat jest garncarzem?

– Tak, i to dobrym. Tak jak moja matka, kiedy ma nastrój. Chcesz do niego zajrzeć?

– Och, ja…

– Lepiej nie – uznał. – Ridge zacznie gadać, a pewnie pani H. dzwoniła już do pani Oldinger i uprzedziła ją o naszej wizycie. Innym razem.

– Dobrze. – Rozmowa, pomyślała Layla. Pogawędka. Pozory normalności. – A zatem masz brata i siostrę.

– Dwie siostry. Moja młodsza siostra jest właścicielką wegetariańskiej restauracji w Hollow, w sumie całkiem niezłej. Z całej czwórki ja najbardziej zboczyłem z usłanej kwiatami ścieżki, którą wytyczyli nasi alternatywni rodzice. Ale i tak mnie kochają. Wystarczy o mnie, a jak jest u ciebie?

– Cóż… Nie mam tak ciekawej rodziny jak twoja, ale jestem pewna, że mama trzyma jeszcze jakieś stare nagrania Janis Joplin.

– Proszę, znowu dziwny i znaczący zbieg okoliczności. Layla zaczęła się śmiać i nagle westchnęła z radości na widok jelenia.

– Spójrz! Ach, popatrz. Czyż nie są wspaniałe, kiedy tak pasą się pod drzewami?

Fox zaparkował na wąskim poboczu, żeby mogła się lepiej przyjrzeć.

– Pewnie jesteś przyzwyczajony do tego widoku – powiedziała.

– Co nie znaczy, że go nie doceniam. Jak byłem dzieckiem, musieliśmy wyganiać z farmy całe stada.

– Wychowywałeś się na farmie. W głosie Layli zabrzmiała zazdrość dziecka z miasta, świadcząca, że oczami wyobraźni widziała piękne jelenie, króliczki, słoneczniki i puchate kurczaczki. A nie orkę, gracowanie, pielenie, żniwa.

– Małe gospodarstwo rodzinne. Uprawialiśmy własne warzywa, mieliśmy kurczaki i kozy, pszczoły. Sprzedawaliśmy trochę nadwyżek, rękodzieło mojej matki, stolarkę ojca.

– Czy oni wciąż tam mieszkają? – Tak.

– Jak byłam mała, moi rodzice mieli mały sklepik z ubraniami. Sprzedali go jakieś piętnaście lat temu. Chciałabym, żeby… Och Boże! O mój Boże!

Schwyciła mocno Foxa za ramię.

Spośród drzew wyskoczył wilk i wczepił się zębami w grzbiet jelenia. Ofiara wierzgała, ryczała – Layla słyszała rozpaczliwe wrzaski pełne strachu i bólu – i krwawiła, a reszta stada nie przestawała skubać trawy.

– On nie jest prawdziwy. Głos Foxa wydał się Layli cichy i odległy. Przed jej przerażonymi oczami wilk powalił jelenia i zaczął rozrywać go na strzępy.

– To nie jest prawdziwe – powtórzył Fox. Położył dłonie na jej ramionach i Layla poczuła, że coś każe jej odwrócić wzrok od jatki na drodze i popatrzeć na niego. – Patrz tam, prosto na nie – polecił. – I zobacz, że to nieprawda.

Krew była taka rzeczywista, tak czerwona. Spływała potwornym deszczem na zimową trawę wąskiego pola.

– To nie jest prawdziwe.

– Nie wymawiaj tylko tych słów, lecz je zrozum. On kłamie, Layla. Żyje dzięki kłamstwu. To nie jest prawdziwe.

Layla zaczerpnęła tchu i wypuściła powietrze.

– To nieprawda. To kłamstwo. – Odwróciła się i popatrzyła na Foxa. – Jak ty to wytrzymujesz?

– Dzięki wiedzy – tak, jak wiedziałem, że to nie jest prawdziwe – że pewnego dnia, w jakiś sposób, skopiemy mu tyłek.

Layla czuła, jak piecze ją wyschnięte gardło.

– Coś mi zrobiłeś. Kiedy wziąłeś mnie za ramiona i mówiłeś do mnie, coś ze mną zrobiłeś.

– Nie – zaprzeczył bez wyrzutów sumienia, bo zrobił coś dla niej. – Pomogłem ci tylko pamiętać, że to nieprawda. Jedziemy do pani Oldinger. Założę się, że teraz nie pogardzisz herbatką z rumianku.

– A będzie miała do niej jakąś whisky?

– Nie zdziwiłbym się. Quinn widziała już między drzewami dom Cala, gdy usłyszała sygnał esemesa.

– Cholera, dlaczego po prostu do mnie nie zadzwoniła?

– Mogła próbować. W lesie jest mnóstwo miejsc, w których nie ma zasięgu.

– Wcale się nie dziwię. – Przeczytała wiadomość, uśmiechając się lekko na widok skrótowego stylu Cybil.

„Zajęt. ale zaintryg. Powiem więc. jak. Mge być za ok. tydz. najwyż. 2. Zadzw. jak bde mogl. Q? Uważaj. Serio. C”.

– No dobrze. – Quinn schowała telefon i podjęła decyzję, nad którą myślała przez całą powrotną drogę. – Chyba zadzwonimy do Foxa i Layli, jak już wypiję tego ogromnego drinka przy kominku, który rozpalisz.

– Jakoś to wytrzymam.

– W takim razie, skoro jesteś miejscową szychą, najlepiej będzie ciebie poprosić o pomoc w znalezieniu miłego, wygodnego i przestronnego domu do wynajęcia na najbliższych sześć miesięcy.

– A kim będzie lokator?

– Lokatorki. Ja, moja cudowna przyjaciółka Cybil, którą namówiłam, żeby zaangażowała się w sprawę, i najpewniej Layla, nad którą – jak sądzę – będę musiała jeszcze popracować. Ale potrafię być bardzo przekonująca.

– A cóż się stało z „zostaję tydzień na wstępne poszukiwania i wrócę w kwietniu”?

– Plany są po to, żeby je zmieniać – powiedziała lekko Quinn i uśmiechnęła się, gdy weszli na wysypany żwirem podjazd. – Uwielbiam, kiedy tak się dzieje. A ty?

– Niezupełnie. – Ale ruszył za nią na ganek i otworzył drzwi, żeby mogła wejść pierwsza do jego cichego domu.

ROZDZIAŁ 10

Dom, w którym dorastał Cal, był – jego zdaniem – w stanie ciągłej ewolucji. Co kilka lat jego matka uznawała, że ściany wymagają „odświeżenia”, co oznaczało malowanie – a raczej, w języku matki, „kosmetykę”.

Wtedy zabierała się do zrywania tapet, szorowania, ozdabiania i mnóstwa innych zajęć, z których Cal starał się wymigać.

Naturalnie nowy kolor ścian wymagał nowych obić, zasłon i firanek, i – bezspornie – nowej pościeli w sypialni, co nieodmiennie prowadziło do zmiany „układu”.

Cal nie potrafił zliczyć, ile razy przesuwał meble w tę i z powrotem, realizując kolejną wizję matki.

Ojciec mawiał, że Frannie musi zrobić następną rewolucję, za każdym razem gdy doprowadzi dom do stanu, o jakim marzyła.

Pewnego razu Cal doszedł do wniosku, że jego matka majsterkuje, maluje, szyje, dekoruje i redekoruje z nudów. Pomimo że była wolontariuszką, członkinią wielu komitetów i udzielała się w niezliczonych organizacjach, nigdy nie pracowała poza domem. Kiedy Cal miał dziewiętnaście i dwadzieścia lat, bardzo jej współczuł, uważając mamę za niezrealizowaną, na wpół zdesperowaną kurę domową.

Pewnego dnia, poznawszy świat na wylot przez dwa semestry nauki w college'u, usiadł z Frannie sam na sam i wyjaśnił, że rozumie jej poczucie pustki. Śmiała się tak serdecznie, że musiała odłożyć narzutę, którą akurat szyła, i otrzeć łzy.

– Kochanie – powiedziała – nie ma we mnie ani grama pustki. Uwielbiam kolory i tkaniny, wzory i smaki. I, och, wiele innych rzeczy. Traktuję ten dom jak studio, projekt naukowy, laboratorium i salon wystawowy. Jestem dyrektorem, projektantem, wykonawcą i gwiazdą całego przedstawienia. Nie potrzebujemy więcej pieniędzy, więc dlaczego miałabym chcieć stąd wyjść i znaleźć pracę – czy zrobić karierę – w jakiejś firmie, gdzie ktoś inny mówiłby mi, co mam robić?

Pokiwała na syna palcem tak, że musiał pochylić się w jej stronę, i położyła mu dłoń na policzku.

– Jesteś taki kochany, Caleb. Kiedyś zrozumiesz, że nie wszyscy chcą tego, czego społeczeństwo – zależnie od mody i nastroju – każe im pragnąć. Uważam siebie za szczęściarę, to przywilej, że mogłam dokonać wyboru i zostać w domu, wychowując dzieci. I mam szczęście, że wyszłam za mężczyznę, który nie ma nic przeciwko temu, żebym wykorzystywała swój talent – a mam cholerny talent – do zaśmiecania jego cichego domu próbkami farby i belami materiału za każdym razem, gdy poczuję na to ochotę. Jestem szczęśliwa. I wniebowzięta, że ty martwisz się moim szczęściem.

Z czasem zrozumiał, że miała absolutną rację. Robiła to, co chciała, i była w tym świetna. Zobaczył też, że gdy przyszło co do czego, to ona była głową domu. Tata przynosił pieniądze, ale to matka nimi zarządzała. Ojciec prowadził interesy, a matka dom.

I właśnie taki układ im odpowiadał.

Dlatego Cal nie próbował nawet jej przekonać, żeby nie zawracała sobie zbytnio głowy niedzielnym obiadem – tak, jak nie starał się odwieść jej od pomysłu zaproszenia Quinn, Layli i Foxa. Jego matka uwielbiała się starać i urządzać wytworne obiady dla gości, nawet jeśli ich nie znała.

Fox sam się ofiarował, że pojedzie do miasta po dziewczyny, więc Cal pojechał prosto do domu rodziców. Specjalnie chciał być wcześniej, żeby wprowadzić ich w sytuację – i dać kilka wskazówek, jak mają postępować z kobietą zamierzającą napisać książkę o Hollow, w którym mieszkało wielu ludzi, w tym i jego rodzina.

Frannie stała przy piekarniku i sprawdzała temperaturę polędwicy wieprzowej. Najwyraźniej usatysfakcjonowana, podeszła do blatu, żeby dokończyć swoje słynne przekąski.

– Zatem, mamo – zaczął Cal, otwierając lodówkę.

– Podaję wino do obiadu, więc nie szukaj tam żadnego piwa. Zbesztany zamknął drzwi lodówki.

– Dobrze. Chciałem tylko powiedzieć, żebyś nie zapominała, że Quinn pisze książkę.

– A czy ja kiedykolwiek o czymś zapomniałam?

– Nie. – Ta kobieta miała pamięć absolutną, co bywało trochę przerażające. – Mam tylko na myśli, że wszystko co powiemy, może znaleźć się w książce.

– Hmm. – Frannie ułożyła pepperoni na provolone *. – Spodziewasz się, że ja albo ojciec powiemy przy przekąskach coś kompromitującego? A może poczekamy do deseru, na który, notabene, podaję szarlotkę.

– Nie, ja… Upiekłaś szarlotkę?

Popatrzyła na niego z wszechwiedzącym uśmiechem.

– To twoje ulubione ciasto, prawda, kochanie?

– Tak, ale może straciłaś pazur. Powinienem spróbować kawałek, zanim goście przyjadą. Ocalę cię przed kompromitacją, jeśli ciasto będzie niedobre.

– To nie działało, nawet jak miałeś dwanaście lat.

– Wiem, ale zawsze mówiłaś, że „nawet jeśli ci się nie uda…”.

– Próbuj dalej, kochanie. Dlaczego martwisz się, że ta dziewczyna, z którą widziano cię parę razy w mieście, przychodzi do nas na obiad?

– To nie jest tak. – Cal nie był pewien, jak. – Chodzi o to, po co ona w ogóle tu przyjechała. Nie możemy o tym zapominać, tylko tyle chcę powiedzieć.

– Ja nigdy nie zapominam. Jak mogłabym? Musimy żyć naszym życiem, obierać ziemniaki, odbierać pocztę, kichać, kupować nowe buty, pomimo tego wszystkiego, co się dzieje, a może przez to wszystko. – Cal usłyszał żal w jej głosie. – A to życie obejmuje niedzielny obiad w miłym towarzystwie.

– Tak bardzo bym chciał, żeby było inaczej.

– Wiem, ale nie jest. – Nie przestając szykować przekąsek, popatrzyła na syna. – I, Cal, mój przystojny chłopcze, nie możesz zrobić nic ponad to, co robisz. Czasami wolałabym, żebyś mógł robić mniej. Ale… Powiedz mi, lubisz tę dziewczynę? Quinn Black?

– Pewnie. – Miałby ochotę znowu posmakować tych pełnych ust. Szybko przestał o tym myśleć, wiedząc, że Fran potrafiła czytać w myślach swoich dzieci.

– Dlatego zamierzam sprawić, żeby ona i pozostali goście spędzili przyjemny wieczór i zjedli doskonały posiłek. I, Cal, gdybyś nie chciał, żeby ona tu przyszła, rozmawiała ze mną albo z tatą, nie wpuściłbyś jej za próg. Nie dałabym rady – mimo swojej siły – odsunąć cię na bok i otworzyć przed nią drzwi.

Cal popatrzył na matkę. Czasami czuł się tak bardzo zaskoczony, że ta ładna kobieta z krótkimi blond włosami, o szczupłej sylwetce, wydała go na świat, wychowała na mężczyznę. Patrzył na nią i myślał, że jest taka delikatna, aż nagle przypominał sobie, ile tkwi w niej siły. I jaki ma twórczy umysł!

– Nie pozwolę, żeby cokolwiek ci się stało.

– I vice versa, podwójnie. A teraz wyjdź z mojej kuchni, muszę skończyć przystawki.

Zaoferowałby pomoc, ale wiedział, że tylko popatrzyłaby na niego z politowaniem. Nie, żeby nie pozwalała sobie pomóc w kuchni.

Zachęcała ojca, żeby zajmował się grillem i każdy członek rodziny od czasu do czasu pełnił funkcję pomocy kucharza.

Ale gdy matka była w nastroju „wystawny obiad dla ważnych gości”, chciała mieć kuchnię tylko dla siebie.

Cal przeszedł przez jadalnię, gdzie, oczywiście, stół został już nakryty. Matka wyjęła odświętne talerze, co oznaczało, że kolacja będzie naprawdę elegancka. Poskładane lniane serwetki, świeczki w kobaltowych świecznikach, na środku stroik z zimowych jagód.

Nawet w najgorszych czasach, nawet podczas Siódemki, dom wypełniały artystycznie poukładane świeże kwiaty, lśniły wypolerowane meble, a na dole w łazience czekały intrygujące, małe mydełka.

Nawet piekło nie mogło zmusić Frannie Hawkins, żeby spuściła z tonu.

Może właśnie dlatego udało mu się przetrwać to wszystko, pomyślał Cal, przecinając salon. Bo cokolwiek się działo, jego matka zawsze zachowywała zdrowy rozsądek i ład.

Tak jak ojciec. Cal miał to po nich. Podstawa, solidna jak skała. Nic, nawet demon z piekieł nie mógł nią zachwiać.

Ruszył po schodach w poszukiwaniu ojca, który – jak podejrzewał – siedział w gabinecie, gdy mijając okno, zobaczył furgonetkę Foxa parkującą na podjeździe.

Nie ruszając się z miejsca, patrzył, jak pierwsza wyskakuje Quinn z bukietem owiniętym w zielony papier. Za nią wysiadła Layla z torebką na wino. Cal pomyślał, że matka ucieszy się z podarunków.

Sama miała w swojej perfekcyjnie zorganizowanej pracowni szuflady i kosze pełne awaryjnych prezentów, papieru do pakowania, kokardek i wstążek.

Zszedł otworzyć drzwi, a Quinn weszła prosto do środka.

– Cześć. Piękny dom i ogród! Już wiem, skąd masz takie oko do krajobrazów. Jakie cudowne wnętrze. Layla, popatrz na te ściany. Jak we włoskiej willi.

– To ich najnowsze wcielenie – powiedział Cal.

– Tak tu domowo, ale w jakim stylu! Można by się zwinąć i zdrzemnąć na tej cudownej sofie, oczywiście po lekturze „Domów Południa”.

– Dziękuję. – Z kuchni wyszła Frannie. – To uroczy komplement. Cal, zabierz proszę okrycia gości, dobrze? Jestem Frannie Hawkins.

– Bardzo mi miło panią poznać. Jestem Quinn. Bardzo dziękuję za zaproszenie. Mam nadzieję, że lubi pani mieszane bukiety. Zawsze mam kłopot z wyborem.

– Są piękne, dziękuję. – Frannie przyjęła kwiaty i uśmiechnęła się wyczekująco do Layli.

– Nazywam się Layla Darnell, także dziękuję za zaproszenie. Mam nadzieję, że wino będzie pasowało do posiłku.

– Na pewno. – Frannie zerknęła do ozdobnej torebki. – Ulubiony cabernet Jima. Sprytne z was dziewczyny. Cal, idź i powiedz ojcu, że przyszli goście. Witaj, Fox.

– Ja też coś dla ciebie mam. – Fox złapał ją wpół, przechylił teatralnie i pocałował w oba policzki. – Co gotujesz, kotku?

Frannie potargała mu włosy.

– Niedługo sam się dowiesz. Quinn i Layla, rozgośćcie się. Fox, chodź ze mną, pomożesz mi wstawić kwiaty do wody.

– Czy możemy w czymś pomóc?

– Nie, dziękuję. Gdy Cal z ojcem zeszli na dół, Fox odstawiał swoją wersję nadętego francuskiego kelnera, serwując paniom przystawki. Kobiety się śmiały, świece płonęły, a matka wniosła najlepszy kryształowy wazon babci wypełniony kolorowymi kwiatami od Quinn.

Czasami, uznał Cal, świat bywał naprawdę w porządku.

W połowie posiłku, gdy rozmowa krążyła wokół – jak uznał Cal – bezpiecznych tematów, Quinn odłożyła widelec i potrząsnęła głową.

– Pani Hawkins, to najlepszy posiłek, jaki w życiu jadłam, dlatego muszę panią o coś zapytać. Czy pani uczyła się gotowania? Pracowała pani kiedyś jako szef kuchni czy też ma pani dzisiaj naprawdę dobry dzień?

– Chodziłam kiedyś na kurs.

– Frannie chodziła na wiele kursów – powiedział Jim. – Najróżniejszych, ale ma wrodzony talent do gotowania, ogrodnictwa i urządzania wnętrz. Wszystko, co tu widzicie, to jej dzieło. Pomalowała ściany, uszyła zasłony – przepraszam, „udekorowała okna” – poprawił się, puszczając oko do żony.

– Niemożliwe. Pani sama pomalowała te ściany?

– To mi sprawia przyjemność.

– Znalazła ten kredens trzy lata temu na jakimś pchlim targu i kazała mi przytargać go do domu. – Jim wskazał na lśniący mebel z mahoniu. – Kilka tygodni później kazała mi przytachać go tutaj. Pomyślałem, że mnie nabiera, że wymknęła się z domu i kupiła coś w sklepie z antykami.

– Martha Stewart * nie sięga pani do pięt – uznała Quinn. – To miał być komplement.

– Dziękuję.

– Ja pod tym względem jestem do niczego. Ledwo umiem pomalować własne paznokcie. A ty? – Quinn spytała Laylę.

– Nie umiem malować, ale lubię szyć, ze skóry. Kiedyś zrobiłam torebkę z garbowanej skóry, która wyszła całkiem nieźle.

– Jedyna skóra, jaką ja wygarbowałam, należała do mojego byłego narzeczonego.

– Byłaś zaręczona?

– Myślałam, że tak. Ale nasze definicje zaręczyn bardzo się różniły.

– Czasami trudno pogodzić życie osobiste z karierą.

– Och, nie wiem. Ludziom się to udaje – z różnym skutkiem, oczywiście, ale jakoś sobie radzą. Myślę, że najważniejsze to znaleźć właściwą osobę, wiedzieć, że to właśnie ta. A jak było z państwem? Czy wy od razu wiedzieliście?

– Ja wiedziałem od razu, kiedy tylko pierwszy raz ujrzałem Frannie, że to ta jedyna. – Jim uśmiechnął się promiennie do żony. – Jednak ona była trochę bardziej krótkowzroczna.

– Trochę bardziej praktyczna – poprawiła go Frannie – zważywszy na fakt, że mieliśmy wtedy osiem i dziesięć lat. Poza tym podobało mi się, że tak się za mną uganiasz. Tak, masz rację. – Popatrzyła na Quinn. – Musicie się spotkać i dostrzec w sobie to coś, co sprawia, że macie ochotę zaryzykować, rzucić się na głęboką wodę.

– A czasami myślisz, że coś dostrzegłeś – dodała Quinn – a to tylko – powiedzmy – trompe l'oeil.

Jeżeli Quinn była w czymś dobra, to na pewno w stosowaniu podstępów. Frannie Hawkins nie stanowiła łatwego celu, ale Quinn udało się oczarować gospodynię na tyle, że pozwoliła jej pomóc w kuchni przy kawie i deserze.

– Uwielbiam kuchnie. Sama jestem beznadziejną kucharką, ale lubię te wszystkie gadżety, narzędzia i lśniące powierzchnie.

– Przy takiej pracy pewnie często jadasz na mieście.

– Właściwie zwykle jadam w domu lub biorę coś na wynos. Kilka lat temu postanowiłam zmienić styl życia, zacząć zdrowo się odżywiać, porzucić fast foody i mrożonki. Teraz umiem robić naprawdę dobre sałatki, a to już jakiś początek. Och, Boże, och, Boże, to szarlotka! Domowa szarlotka. Będę musiała spędzić dwa razy więcej czasu w siłowni za karę za ten ogromny kawałek, o który poproszę.

Wyraźnie zadowolona Frannie posłała Quinn demoniczny uśmiech.

– A la mode, z lodami waniliowymi?

– Tak, ale oczywiście tylko dlatego, że mam nienaganne maniery. – Quinn zawahała się chwilę, po czym postanowiła zaryzykować. – Chciałabym zadać pani pytanie i jeśli uzna pani, że przekraczam granice gościnności, proszę mi powiedzieć, żebym się zamknęła. Czy trudno pani prowadzić normalne życie, troszczyć się o rodzinę, siebie, dom, skoro pani wie, że to wszystko jest zagrożone?

– Bardzo trudno. – Frannie nastawiła kawę i zabrała się do krojenia ciasta. – Ale to bardzo ważne. Chciałam, żeby Cal wyjechał, wtedy przekonałabym także Jima do wyjazdu. Ja mogłabym to zrobić, odwrócić się do tego wszystkiego plecami. Ale Cal nie mógł. I jestem z niego taka dumna, że został, że się nie poddał.

– Opowie mi pani, co się wydarzyło tamtego ranka, kiedy wrócił do domu, w dzień jego dziesiątych urodzin?

– Byłam w ogrodzie. – Frannie podeszła do okna wychodzącego na tyły domu. Wciąż miała tę scenę przed oczami, każdy szczegół. Jak zielona była wtedy trawa, jak błękitne niebo. Hortensje zaczynały kwitnąć, włócznie ostróżek raziły egzotycznym błękitem.

Obcinała przekwitłe róże i nachyłki. Nawet teraz słyszała energiczne „ciach, ciach” sekatora i warkot kosiarki sąsiadów – Petersonów, Jacka i Louis. Pamiętała, że myślała o Calu i jego przyjęciu urodzinowym. W piecu dochodził biszkopt na tort.

Z bitą śmietaną i czekoladą, przypomniała sobie. Zamierzała pokryć ciasto białym lukrem, tak żeby przypominało lodową planetę z „Gwiezdnych Wojen”. Cal od lat uwielbiał „Gwiezdne Wojny”. W kuchni czekały małe figurki z filmu i świeczki do ozdobienia tortu.

Usłyszała go czy wyczuła – a może jedno i drugie – bo odwróciła się i zobaczyła, jak podjeżdża na rowerze blady, brudny i spocony. Najpierw pomyślała, że zdarzył się wypadek, zerwała się na równe nogi i pobiegła do syna, zanim zauważyła, że nie miał okularów.

– Jakaś część mnie była gotowa solidnie go złajać, ale reszta wciąż biegła, gdy Cal zeskoczył z roweru i rzucił się w moją stronę. Podbiegł do mnie i przytulił się mocno. Cały drżał, mój mały chłopiec trząsł się jak osika. Uklękłam i odsunęłam go od siebie, żeby poszukać siniaków lub krwi.

– Co się stało, jesteś ranny? – wymówiła to wszystko tak szybko, że zlało się w jedno słowo.

– W lesie – odpowiedział. – Mamo, mamo, w lesie.

– Znowu jakaś część mnie chciała zapytać „a coś ty robił w lesie, Calebie Hawkinsie”, a on wyrzucił to wszystko z siebie, jak razem z Foxem i Gagiem zaplanowali tę wyprawę, co robili, dokąd poszli. To coś we mnie chłodno planowało karę, która dorówna przestępstwu, ale byłam tak przerażona i poczułam taką ulgę, taką ogromną ulgę, że trzymam w ramionach mojego brudnego, spoconego synka. Wtedy opowiedział mi resztę.

– Uwierzyła mu pani?

– Nie chciałam. Chciałam wierzyć, że miał koszmary, na które w pełni zasłużył, że objadł się słodyczami i miał zły sen. Nawet że ktoś poszedł za nimi do lasu. Ale patrząc na jego twarz, nie mogłam w to uwierzyć, nie mogłam przyjąć łatwego, racjonalnego wytłumaczenia. No i były jeszcze jego oczy. Widział pszczołę unoszącą się nad ostróżkami po drugiej stronie ogrodu. A pod brudem i potem nie miał nawet siniaka. Dziewięciolatek, którego pożegnałam dzień wcześniej, miał podrapane kolana i siniaki. Chłopiec, który wrócił, nie miał na ciele żadnej szramy poza cienką blizną na nadgarstku, jakiej wcześniej nie było.

– Mimo to wielu dorosłych, nawet matek, nie uwierzyłoby dziecku, które wróciło do domu z taką opowieścią.

– Nie powiem, że Cal mnie nie oszukiwał, zdarzało mu się. Ale wtedy wiedziałam, że nie kłamie, mówi prawdę, całą, jaką zna.

– Co pani zrobiła?

– Zabrałam go do domu, kazałam umyć się i przebrać. Zadzwoniłam do jego ojca i sióstr. Spaliłam tort – kompletnie o nim zapomniałam, w ogóle nie słyszałam minutnika. Spaliłabym dom, gdyby Cal nie poczuł spalenizny. Nigdy nie dostał swojej lodowej planety ani dziesięciu świeczek. Do dziś mam o to do siebie żal. Spaliłam jego tort urodzinowy i nigdy nie zdmuchnął dziesięciu świeczek. Czyż to nie głupie?

– Nie, proszę pani – odpowiedziała Quinn z uczuciem, gdy Frannie na nią popatrzyła. – To nie jest głupie.

– Nigdy potem już nie był prawdziwym małym chłopcem. – Frannie westchnęła. – Poszliśmy prosto do O'Dellów, bo Fox i Gage już tam byli. Można powiedzieć, że odbyliśmy naszą pierwszą naradę wojenną.

– Co potem…

– Musimy zanieść ciasto i kawę. Czy mogłabyś zabrać tę tacę? Rozumiejąc, że temat został na razie zamknięty, Quinn podeszła do blatu.

– Oczywiście. Wygląda wspaniale, pani Hawkins. Pomiędzy jękami zachwytu nad szarlotką Quinn zwróciła cały swój urok na Jima Hawkinsa. Była pewna, że Cal unikał jej, jak mógł, od wyprawy do Kamienia Pogan.

– Panie Hawkins, mieszka pan w Hollow przez całe życie.

– Tu się urodziłem i wychowałem. Hawkinsowie mieszkali tutaj, już kiedy ta miejscowość składała się z kilku kamiennych chat.

– Poznałam pana babcię, ona chyba bardzo dobrze zna historię Hollow.

– Nikt nie zna jej lepiej.

– Ludzie mówią, że pan orientuje się w lokalnym rynku nieruchomości, interesach, polityce.

– Chyba tak.

– Więc może będzie mógł pan mi pomóc. – Zerknęła na Cala i posłała jego ojcu promienny uśmiech. – Szukam domu do wynajęcia, czegoś w samym mieście lub tuż obok. Wkrótce przyjedzie moja przyjaciółka i już prawie przekonałam Laylę, żeby została dłużej.

Myślę, że byłoby nam wygodniej i taniej wynająć dom niż mieszkać w hotelu.

– Na jak długo?

– Sześć miesięcy. – Zauważyła lekką zmianę na jego twarzy, podobnie jak marsową minę Cala. – Chcę tu być w lipcu, panie Hawkins, i mam nadzieję, że znajdę dom odpowiedni dla trzech kobiet – najprawdopodobniej trzech – dodała, patrząc wymownie na Laylę.

– Rozumiem, że to przemyślałaś.

– Tak. Zamierzam napisać książkę i chcę położyć akcent w niej między innymi na to, że miasto wciąż istnieje, a tutejsi ludzie – wielu z nich – w nim zostają. Zostają, pieką szarlotkę i zapraszają w niedzielę gości na kolację. Grają w kręgle i chodzą na zakupy. Kłócą się i kochają. Żyją. Jeśli mam dobrze to opisać, chcę być tutaj przed, podczas i po. Dlatego chciałabym wynająć dom.

Jim zjadł trochę szarlotki, popił kawą.

– Tak się składa, że wiem o pewnym domu na High Street, jedną przecznicę od Main. To stary budynek, część zbudowano jeszcze przed wojną secesyjną. Ma cztery sypialnie, trzy łazienki. Ładne werandy z przodu i z tyłu.

Dwa lata temu położono nowy dach. Kuchnia jest malutka, ale połączona z niewielką jadalnią, kanalizacja i ogrzewanie tradycyjne, ale mają tylko pięć lat. Dopiero co odmalowano ściany. Lokatorzy wyprowadzili się miesiąc temu.

– Brzmi idealnie. Dobrze pan zna ten dom.

– Powinienem. Należy do naszej rodziny. Cal, musisz pokazać go Quinn. Może zajrzyjcie tam, gdy będziesz odwoził ją i Laylę do domu? Wiesz, gdzie są klucze.

– Tak – odpowiedział Cal, gdy Quinn obdarzyła go szerokim, promiennym uśmiechem. – Wiem, gdzie są klucze.

Ponieważ takie rozwiązanie wydawało się najbardziej sensowne, Quinn pojechała z Calem, a Fox i Layla za nimi. W samochodzie wyciągnęła nogi i głęboko westchnęła.

– Pozwól mi zacząć od tego, że twoi rodzice są fantastyczni i masz szczęście, że dorastałeś w tak ciepłym, gościnnym domu.

– Zgadzam się.

– Twój tata przypomina skrzyżowanie Warda Cleavera * z Jimmym Stewartem, mogłabym go schrupać jak szarlotkę twojej matki – która jest jak Grace Kelly, Martha Stewart i Julia Child ** w jednym.

Cal uśmiechnął się lekko.

– Spodobałyby im się takie porównania.

– Wiedziałeś o domu na High Street.

– Tak, wiedziałem.

– Wiedziałeś o tym domu i nic mi o nim nie powiedziałeś.

– To prawda. A ty dowiedziałaś się o nim jeszcze przed kolacją, dlatego postarałaś się, żeby ojciec nie dał mi wyboru.

– Właśnie. – Popukała go palcem w ramię. – Domyśliłam się, że mnie tam skieruje. Polubił mnie. Nie powiedziałeś mi o tym domu, bo obawiasz się tego, co mogę napisać o Hawkins Hollow?

– Trochę. Ale raczej miałem nadzieję, że zmienisz zdanie i wyjedziesz. Bo ja też cię polubiłem.

– Lubisz mnie i dlatego chciałbyś, żebym wyjechała?

– Lubię cię, Quinn, i dlatego chciałbym, żebyś była bezpieczna. – Patrzył na nią przez dłuższą chwilę. – Ale to, co mówiłaś o Hawkins przy szarlotce, bardzo przypominało słowa mojej matki, które dziś do mnie powiedziała. Teraz już nie obawiam się tego, co napiszesz. Ale przez to lubię cię jeszcze bardziej, i w tym tkwi problem.

– Musiałeś wiedzieć, że nigdzie nie wyjadę po tym, co stało się w lesie.

– Chyba tak. – Skręcił na krótki, stromy podjazd.

– To ten dom? Jest idealny! Popatrz na ten kamień i wielką werandę, a w oknach są okiennice.

I to pomalowane na głęboki, niebieski kolor, który ładnie kontrastował z szarym kamieniem. Mały ogród przecinały trzy kamienne stopnie i wąska ścieżka. Z lewej strony rosło starannie przycięte drzewo, które Quinn uznała za dereń.

Fox zaparkował za nimi, a Quinn wyskoczyła z auta i stanęła z rękami na biodrach.

– Cholernie przecudny. Nie sądzisz, Layla?

– Tak, ale…

– Żadnych ale, jeszcze nie. Zajrzyjmy do środka. – Przekrzywiła głowę, patrząc na Cala. – Dobrze, Panie Właścicielu?

Gdy wchodzili na ganek, Cal wyjął z kieszeni klucze, które zabrał z gabinetu ojca. Do breloczka przypięto tabliczkę z wyraźnie wypisanym adresem.

Drzwi otworzyły się bez najmniejszego skrzypnięcia i Quinn pomyślała, że właściciele dobrze dbają o swoją nieruchomość.

Z zewnątrz wchodziło się wprost do wielkiego salonu. Z lewej strony pięły się schody prowadzące na piętro. Drewniane podłogi wyglądały na sfatygowane, ale były nieskazitelnie czyste. W chłodnym powietrzu unosiła się delikatna woń świeżej farby.

Mały, kamienny kominek wprawił Quinn w zachwyt.

– Przydałby się talent malarski twojej matki – zauważyła.

– W Hawkins w domach do wynajęcia zawsze malujemy ściany na kremowo. Jeśli lokatorzy chcą coś zmienić, to ich sprawa.

– Bardzo rozsądnie. Chciałabym zacząć od góry. Layla, chcesz iść na piętro i powalczyć, która dostanie jaki pokój?

– Nie. – Cal dostrzegł na twarzy dziewczyny bunt i frustrację. – Ja mam swój pokój. W Nowym Jorku.

– Nie jesteś w Nowym Jorku – powiedziała Quinn i ruszyła po schodach.

– Ona mnie nie słucha – wymamrotała Layla. – I ja też siebie nie słucham w kwestii powrotu.

– Skoro już tu jesteśmy – Fox wzruszył ramionami – to równie dobrze możemy się rozejrzeć. Lubię puste domy.

– Będę na górze. – Cal ruszył śladami Quinn. Znalazł ją w sypialni, której okno wychodziło na maleńki ogród z tyłu domu. Stała przy długim wąskim oknie, dotykając szyby opuszkami palców.

– Zamierzałam wybrać pokój od ulicy, żeby patrzeć, kto, dokąd i z kim idzie. Zwykle taki wybieram, po prostu muszę wiedzieć, co się dzieje. Ale to ten jest dla mnie. Założę się, że w ciągu dnia widać z tego okna inne ogródki, domy i, kurczę, nawet góry.

– Zawsze tak szybko podejmujesz decyzje?

– Tak, zwykle tak. Nawet, jeśli są tak zaskakujące dla mnie samej jak teraz. Łazienka też jest ładna. – Odwróciła się lekko, wskazując na boczne drzwi. – I skoro będą tu mieszkać same dziewczyny, nie szkodzi, że łączy się z drugim pokojem.

– Jesteś pewna, że wszystkie cię posłuchają? Teraz odwróciła się całkiem do Cala.

– Pewność siebie to pierwszy stopień do osiągnięcia tego, czego chcesz. Ale powiedzmy tak: mam nadzieję, że Layla i Cyb zgodzą się ze mną i uznają wynajęcie domu na kilka miesięcy za rozwiązanie wygodniejsze, oszczędniejsze i bardziej praktyczne niż mieszkanie w hotelu. Zwłaszcza że Layla i ja nabrałyśmy wstrętu do hotelowej jadalni po wizycie Pana Oślizgłego.

– Nie macie żadnych mebli.

– Pchli targ. Tam znajdziemy podstawowe sprzęty. Cal, mieszkałam w mniej komfortowych warunkach i to tylko z jednego powodu. Dobry temat. Tu chodzi o coś więcej. W jakiś sposób jestem związana z tym tematem, tym miejscem. Nie mogę tego zignorować i odejść.

Wolałby, żeby mogła, wtedy jego uczucia do niej nie byłyby tak silne ani tak skomplikowane.

– Dobrze, ale umówmy się, tu i teraz, że jeśli zmienisz zdanie, to po prostu odjedziesz, a ja nie będę wymagał żadnych wyjaśnień.

– Umowa stoi. Pomówmy o czynszu. Ile to będzie nas kosztowało?

– Płacicie rachunki: gaz, elektryczność, telefon, kablówka.

– Oczywiście. I?

– To wszystko.

– Jak to, wszystko?

– Nie będę brał od was czynszu, nie kiedy zostajecie tu – przynajmniej po części – z mojego powodu. Dla mojej rodziny, przyjaciół, mojego miasta. Nie będziemy czerpać z tego zysków.

– Praworządny kowboj z ciebie, co, Caleb?

– Na ogół.

– Ja zamierzam czerpać zyski – powiedziała optymistycznie – z książki, którą napiszę.

– Jeśli przetrwamy lipiec i ją napiszesz, to zasłużysz na każdego centa.

– Cóż, ciężko się z tobą targuje, ale chyba się dogadaliśmy. – Podeszła do niego z wyciągniętą ręką.

Cal uścisnął ją, po czym położył drugą dłoń na karku Quinn. W jej oczach odmalowało się zaskoczenie, ale nie protestowała, gdy przyciągnął ją do siebie.

Poruszali się powoli, spotkanie ciał, dotknięcie ust, ostrożny taniec języków. Nie czuli wybuchu namiętności, która rozpaliła ich na polanie. Żadnego szokującego, niemal bolesnego pragnienia, tylko długi, stopniowy przepływ od ciekawości do przyjemności, aż Quinn poczuła zawrót głowy i wrzenie krwi. Wydawało się jej, że wszystko w niej zamilkło, tak że słyszała bardzo wyraźnie pomruk, który rósł jej w gardle, kiedy Cal całował ją coraz mocniej.

Poczuł, jak ona się poddaje, krok po kroku, omdlała jej dłoń, którą ściskał w ręku. Napięcie, które trzymało go przez cały dzień, zniknęło i istniała tylko ta chwila, ten jeden, bezkresny moment.

Odsunął się, ale ich wewnętrzna więź pozostała. Quinn otworzyła oczy, popatrzyła na niego.

– Teraz byliśmy tylko ty i ja.

– Tak. – Pogłaskał ją po karku. – Tylko ty i ja.

– Chcę powiedzieć, że wyznaję zasadę, aby nigdy nie wiązać się uczuciowo ani seksualnie z kimkolwiek związanym z tematem, nad którym pracuję.

– To chyba rozsądne.

– Jestem rozsądna. Chcę też powiedzieć, że w tym szczególnym przypadku zamierzam tę zasadę złamać.

Cal uśmiechnął się.

– Oczywiście, że złamiesz.

– Zuchwalec. Zuchwały praworządny kowboj nie może mi się nie podobać. Niestety, muszę wrócić do hotelu. Mam sporo… spraw. Szczegółów, których muszę dopilnować, zanim się tu wprowadzimy. – Nie ma sprawy. Poczekam.

Trzymając ją za rękę, wyłączył światło i wyszli razem z pokoju.

ROZDZIAŁ 11

Cal posiał matce tuzin bladoróżowych róż. Lubiła dostawać na walentynki tradycyjne bukiety, a Cal wiedział, że ojciec zawsze wybierał czerwone. Nawet gdyby nie wiedział, Amy z kwiaciarni przypomniałaby mu o tym jak co roku.

– Twój tata zamówił w zeszłym tygodniu tuzin czerwonych, geranium w doniczce dla babci i posłał specjalne bukiety walentynkowe twoim siostrom.

– A to stary lizus – powiedział Cal, wiedząc, że Amy zacznie chichotać. – Poproszę tuzin żółtych dla babci. W wazonie, Amy, nie chcę, żeby musiała się z nimi bawić.

– Ach, to słodkie. Mam w dokumentach adres Essie, napisz tylko kartkę.

Wziął jedną ze stojaka, zastanowił się chwilę, po czym napisał: „Serca są czerwone, te róże to blondynki, mnóstwo całusów dla Mej Walentynki”.

Staromodne, ale babci się spodoba.

Sięgnął po portfel, żeby zapłacić i zauważył za szybą chłodni biało – czerwone tulipany.

– Ach, te tulipany są… interesujące.

– Czyż nie są śliczne? Takie wiosenne. Jeśli chcesz na nie zamienić któreś róże, to nie ma problemu. Mogę…

– Nie, nie, może… Wezmę także tuzin tulipanów. Też dostarczcie je w wazonie, Amy.

– Oczywiście. – Jej radosną okrągłą twarz rozświetliła ciekawość i oczekiwanie dobrej plotki. – Kto jest twoją walentynką, Cal?

– Bardziej chodzi o ocieplenie wystroju domu. – Nie przychodził mu do głowy żaden powód, dla którego miałby nie posyłać Quinn kwiatów. Kobiety lubią kwiaty, pomyślał, wypełniając druk przesyłki. Były walentynki, a ona wprowadzała się do domu na High Street. Przecież nie kupował jej pierścionka ani nie wybierał bukietu na ślub.

To tylko miły gest.

– Quinn Black. – Amy uniosła brwi, odczytując nazwisko. – Wczoraj, na pchlim targu Meg Stanely wpadła na nią i jej przyjaciółkę z Nowego Jorku. Meg powiedziała, że kupiły mnóstwo rzeczy. Słyszałam, że z nią chodzisz.

– My nie… – A może? Tak czy siak, lepiej było zostawić temat w spokoju. – A nawet jeśli, to co w tym złego, Amy?

Z wciąż ciepłą kartą kredytową w dłoni Cal wyszedł na zewnątrz i skulił się z zimna. Może i w kwiaciarni stały cukierkowe tulipany, ale Matka Natura chyba jeszcze nawet nie pomyślała o wiośnie. Z nieba padał ostry deszcz ze śniegiem, który osadzał się śliski niczym tłuszcz na ulicach i chodnikach.

Jak to miał w zwyczaju Cal przyszedł do kwiaciarni na piechotę, równo o dziesiątej – wtedy otwierali – żeby uniknąć spanikowanego tłumu, który czekał z kupnem walentynkowych bukietów do ostatniej chwili.

Najwidoczniej niepotrzebnie się martwił. Nie tylko nie przyszedł żaden klient, gdy Cal kupował swoje róże i niezaplanowane tulipany, ale na chodnikach także nie było żywego ducha, a przed kwiaciarnią nie parkował żaden samochód.

– Dziwne. – Jego głos zabrzmiał głucho wśród bębnienia deszczu o mokry asfalt. Ludzie kręcili się po mieście nawet w najgorszą pogodę. Cal wcisnął gołe ręce w kieszenie i przeklinał się pod nosem za pieszą wycieczkę.

– Kto nie potrafi zmienić przyzwyczajeń, ten odmraża sobie tyłek – wymamrotał. Chciał już być w biurze, pić kawę i być może zabrać się do anulowania wieczornego „Balu Zakochanych”, jeśli pogoda się pogorszy. Byłby już na miejscu, gdyby po prostu wziął ten cholerny samochód.

Tak rozmyślając popatrzył w stronę centrum i zobaczył, że światła na High Street nie działają.

Nie ma prądu, pomyślał, a to już problem. Przyśpieszył kroku. Wiedział, że Bill Turner na pewno włączy awaryjny generator, ale Cal powinien przy tym być. Są ferie i w salonie gier pewnie roi się od dzieciaków.

Szum deszczu wzrastał, aż brzmiał jak stukot odnóży armii insektów. Pomimo śliskiego chodnika Cal zaczął biec, kiedy nagle uderzyła go ta myśl.

Dlaczego na placu ani na chodnikach nie stały zaparkowane żadne samochody? Dlaczego w ogóle nigdzie nie było żadnych aut?

Zatrzymał się, zamilkł także deszcz. W ciszy, która zapadła, Cal słyszał bicie własnego serca przypominające łomot pięści o stal.

Ona stała taka blisko, że mógłby jej dotknąć, ale wiedział, że gdyby spróbował, jego dłoń przeszłaby przez nią jak przez wodę.

Miała blond włosy, długie i rozpuszczone tak samo, jak wtedy, gdy niosła wiadra do małej chaty w Hawkins Wood. Kiedy śpiewała o zielonym ogrodzie. Ale teraz była szczupła i wiotka, co podkreślała długa, szara suknia.

Calowi przyszła do głowy absurdalna myśl, że jeśli już musiał zobaczyć ducha, to przynajmniej nie ciężarnego. Uśmiechnęła się, jak gdyby mogła słyszeć jego myśli.

– Nie jestem twoim strachem, lecz ty moją nadzieją. Ty i ci, którzy tworzą z tobą całość. To, co cię stworzyło, Calebie Hawkinsie, pochodzi z przeszłości, z teraźniejszości i z tego, co nadejdzie.

– Kim jesteś? Jesteś Ann?

– Jestem tym, co przyszło przed tobą, a ty powstałeś z miłości. Wiedz o tym, wiedz, że byłeś kochany na długo, długo przedtem, zanim pojawiłeś się na świecie.

– Miłość nie wystarczy.

– Nie, ale jest skałą, na której stoi wszystko inne. Musisz patrzeć, musisz widzieć. Już czas, Calebie. To zawsze był ten czas.

– Czas na co?

– Na koniec. Siedem razy trzy. Śmierć albo życie.

– Powiedz mi, co mam zrobić, do cholery.

– Gdybym mogła. Gdybym mogła cię poprowadzić! – Uniosła dłoń i pozwoliła jej opaść. – Potrzebne jest poświęcenie, walka i ogromna odwaga. I wiara. Miłość. Odwaga, wiara i miłość powstrzymują go tak długo, nie pozwalają mu zabrać wszystkiego, co żyje i oddycha w tym mieście. Teraz wy musicie działać.

– Nie wiemy jak. Próbowaliśmy.

– Już czas – powtórzyła. – Jest silniejszy, ale wy też, i my także. Wykorzystaj to, co otrzymałeś, co zostało posiane, lecz nigdy nie stanie się niczyją własnością. Nie możecie przegrać.

– Łatwo ci powiedzieć. Jesteś martwa.

– Ale ty nie. Oni nie. Pamiętaj o tym. Zaczęła znikać i Cal wyciągnął bezradnie rękę.

– Poczekaj, do cholery. Poczekaj. Kim jesteś?

– Jestem twoja – odpowiedziała. – Twoja, tak jak na zawsze jestem i będę jego.

Zniknęła, a deszcz zaczął znowu bębnić o chodnik. Światło na skrzyżowaniu zmieniło się na zielone i ulicą ruszyły samochody.

– Nie najlepsze miejsce na sny na jawie. – Meg Stanley prześlizgnęła się obok Cala i mrugnęła do niego, otwierając drzwi do Spiżarni Ma.

– Nie – wyszeptał Cal. – Nie najlepsze. Popatrzył znów w stronę centrum, po czym skierował się ku High Street.

Samochód Quinn stał na podjeździe, a w oknach paliły się światła, które musiała zapalić, chcąc rozjaśnić dom. Cal zapukał i usłyszał stłumione zaproszenie do środka.

Wszedł i zobaczył Quinn i Laylę usiłujące wtaszczyć po schodach mebel przypominający biurko.

– Co wy robicie? Jezu. – Podszedł i złapał blat obok Quinn. – Zrobicie sobie krzywdę.

Quinn machnęła głową gestem pełnym irytacji, próbując odrzucić włosy z twarzy.

– Nie potrzebujemy pomocy.

– Za chwilę będziecie potrzebowały wycieczki na ostry dyżur. Idź do góry, złap z tamtej strony razem z Laylą.

– Wtedy obie będziemy szły tyłem. Może ty złapiesz z tamtej strony?

– Nie, z tej przyjmę na siebie większą część ciężaru.

– Och. – Puściła blat i przecisnęła się między ścianą i biurkiem. Cal nie zamierzał pytać, czemu to biurko musi trafić na górę.

Zbyt długo mieszkał ze swoją matką, żeby marnować oddech. Zamiast tego wydawał polecenia, żeby uchronić ściany przed zniszczeniem, kiedy na szczycie schodów skręcali w lewo, i posłuszny wskazówkom Quinn pomógł zanieść mebel do najmniejszej sypialni.

– Widzisz, miałyśmy rację – wy dyszała Quinn, obciągając koszulkę. – To idealne miejsce.

W pokoju znajdowały się już fotel z lat siedemdziesiątych, który pamiętał lepsze czasy, stojąca lampa z różowym abażurem ze szkła, zakończonym długimi kryształkami i niska półka na książki wieki temu pomalowana na czarno, która zachwiała się, gdy Cal jej dotknął.

– Wiem, wiem. – Quinn machnęła ręką na widok jego powątpiewającego spojrzenia. – Potrzeba tylko kilku gwoździ. Zamierzałyśmy zrobić tu salonik, ale potem uznałyśmy, że bardziej nam się przyda mały gabinet. Dlatego postanowiłyśmy wstawić tu biurko, które najpierw miało iść do jadalni.

– Okej.

– Lampa wygląda jak żywcem wyjęta z magazynu „Najlepsze burdele w Teksasie”. – Layla rozkołysała palcem jeden z kryształków. – Ale to właśnie nam się w niej spodobało. Fotel jest ohydny.

– Ale wygodny – dodała Quinn.

– Ale wygodny, a po to właśnie są fotele. Cal odczekał chwilę, choć obie patrzyły na niego wyczekująco.

– Okej – powtórzył, bo tak zwykle kwitował wyjaśnienia matki po kolejnej zmianie wystroju domu.

– Miałyśmy mnóstwo pracy. Oddałyśmy samochód Layli do wypożyczalni i pojechałyśmy za miasto na pchli targ. Fantastyczny. Poza tym uzgodniłyśmy: żadnych używanych materaców. Zamówiłyśmy nowe, powinny zostać dostarczone po południu. Chodź, zobacz, co kupiłyśmy.

Quinn złapała Cala za rękę i pociągnęła na drugą stronę korytarza do pokoju, który dla siebie wybrała. W środku stało długie biurko rozpaczliwie potrzebujące renowacji, a na nim poplamione lustro. Po drugiej stronie pokoju królowała pękata komoda, którą ktoś pomalował na morderczy, lśniąco czerwony kolor. Na komodzie zaś lampa z rysunkiem z komiksu o Superkobiecie.

– Przytulnie.

– Da się tu mieszkać, jak skończę.

– Taa. Wiesz, ta lampa mogłaby należeć do mojej siostry Jen jakieś dwadzieścia, dwadzieścia pięć lat temu.

– Jest klasyczna – zaprotestowała Quinn. – I oczywiście kiczowata.

Cal postanowił trzymać się wypróbowanych metod.

– Okej.

– Myślę, że ja postawiłabym się na współczesny styl duński – powiedziała Layla, stając w drzwiach. – A może flamandzki. Jest absolutnie koszmarna. Nie wiem, dlaczego ją kupiłam.

– Same wtargałyście to na górę?

– Proszę cię. – Quinn potrząsnęła głową.

– Postawiłyśmy raczej na intelekt niż na mięśnie – wyjaśniła Layla.

– Jak zawsze. No i na małą inwestycję. Wiesz, ile mebli wniesie dwóch nastoletnich chłopców za dwadzieścia dolców na głowę i okazję do pogapienia się na takie gorące laski jak my? – Quinn oparła rękę na biodrze, przyjmując wyzywającą pozę.

– Ja bym to zrobił za dychę. Mogłyście zadzwonić.

– Tak naprawdę miałyśmy taki zamiar, ale nawinęli się ci chłopcy. Może zejdziemy na dół i usiądziemy na naszej kanapie z trzeciej lub czwartej ręki?

– Jest czym się pochwalić – dodała Layla. – Mamy nowiusieńki ekspres do kawy i eklektyczną kolekcję kubków.

– Nie miałbym nic przeciwko kawie.

– Pójdę wstawić wodę. Cal popatrzył za wychodzącą Laylą.

– Wydaje się, że zupełnie zmieniła zdanie.

– Jestem przekonująca. A ty hojny. Myślę, że powinnam ci za to podziękować.

– Mów dalej. Jakoś to zniosę. Śmiejąc się, położyła mu ręce na ramionach i głośno go pocałowała.

– Czy to oznacza, że nie dostanę dziesiątaka? Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, dźgając go palcem w brzuch.

– Przyjmuj całusa i się ciesz. W każdym razie, jednym z powodów, dla których Layla się wahała, były pieniądze. Oczywiście, sam pomysł, żeby tu zostać był – jest – dla niej trudny do przyjęcia. Ale głównie powstrzymywała ją myśl o długim bezpłatnym urlopie, płaceniu czynszu tutaj i utrzymywaniu mieszkania w Nowym Jorku.

Quinn podeszła do czerwonej komody i zaczęła włączać i wyłączać lampę. Po wyrazie jej twarzy Cal poznał, że sprawia jej to dużą przyjemność.

– Jeden kłopot z jej listy zniknął, skoro nie musimy płacić czynszu – ciągnęła. – Jeszcze się do końca nie zdecydowała, na razie żyje tylko dniem dzisiejszym.

– Muszę ci coś powiedzieć, wam obu, co może sprawić, że to będzie jej ostatni dzień tutaj.

– Coś się stało. – Quinn opuściła dłoń i odwróciła się ku niemu. – Co takiego?

– Wszystko wam opowiem, ale najpierw chcę zadzwonić do Foxa, zapytać, czy nie mógłby wpaść. Wtedy nie będę musiał powtarzać wszystkiego dwa razy.

Jednak musiał opowiedzieć wszystko bez Foxa, który – jak powiedziała pani Hawbaker – był, zwyczajem prawników, w sądzie. Cal usiadł więc w dziwacznie urządzonym salonie, na kanapie tak miękkiej, że już miał nadzieję dopaść na niej nagą Quinn, i opowiedział im o spotkaniu na Main Street.

– Spotkałeś PC – zadecydowała Quinn.

– Rodzaj komputera?

– Nie, nie, to skrót. Jak CIA. Poza Ciałem – istotę niematerialną. Albo nastąpiło małe zakrzywienie czasu i znalazłeś się w alternatywnym Hawkins Hollow.

Cal może i spędził trzy czwarte swojego życia uwięziony w sytuacji wymykającej się racjonalnemu sposobowi myślenia, ale nigdy w życiu nie słyszał kobiety mówiącej jak Quinn Black.

– To nie było nic alternatywnego, a ja tkwiłem w swoim ciele, tam, gdzie moje miejsce.

– Już od dłuższego czasu studiuję, badam i opisuję zjawiska paranormalne. – Zamyślona Quinn popiła kawy.

– Może Cal rozmawiał z duchem, który stworzył iluzję, że są sami, a wszystkich innych – nie wiem – wymazał na kilka minut. – Layla wzruszyła ramionami, gdy Quinn popatrzyła na nią zmrużonymi oczami. – Jestem w tym nowa i wciąż bardzo się staram nie marzyć, że za chwilę ktoś mnie obudzi i powie, że to wszystko sen.

– Jak na nowicjuszkę twoja teoria jest całkiem niezła – pochwaliła Quinn.

– A moja? Brzmi tak: na razie o wiele ważniejsze jest to, co powiedziała, niż jak to powiedziała.

– Zrozumiałam aluzję. – Quinn skinęła głową. – Powiedziała, że już czas. Trzy razy siedem. To akurat łatwa zagadka.

– Dwadzieścia jeden lat. – Cal zaczął przechadzać się po pokoju. – W lipcu upływa dwadzieścia jeden lat.

– Trójka, tak jak siódemka, jest uważana za cyfrę magiczną. Chyba twoja zjawa chciała ci powiedzieć, że to zawsze miało się wydarzyć teraz, w lipcu tego roku. On jest silniejszy, ty masz więcej siły i tamci też. – Quinn zacisnęła powieki.

– I dlatego zarówno ta kobieta, jak i on – ten demon – mogli się…

– Ukazać jako manifestacja – Quinn dokończyła myśl Layli. – To całkiem logiczne.

– Nic w tej sprawie nie jest logiczne.

– Ależ jest. – Quinn otworzyła oczy i popatrzyła na nią z politowaniem. – Tamtym wymiarem także rządzi logika, tylko inna niż ta, z którą mamy do czynienia na co dzień. Przeszłość, teraźniejszość i to, co nastąpi. Wszystkie te elementy mogą być częścią rozwiązania, pomóc nam zakończyć ten koszmar.

– Myślę, że chodzi o coś więcej. – Cal odwrócił się od okna. – Po tej nocy na polanie wszyscy trzej zmieniliśmy się bardzo.

– Nie chorujecie, a wasze rany goją się błyskawicznie. Quinn mi mówiła.

– Tak, a ja widzę.

– Bez okularów.

– Widuję też wydarzenia z przeszłości. Już tam, na polanie, zobaczyłem przebłyski tego, co było.

– Tak jak zobaczyłeś, oboje widzieliśmy – poprawiła się Quinn – kiedy dotknęliśmy razem kamienia. I potem, gdy…

– Coś w tym stylu, ale nie zawsze tak jasno i wyraźnie. Czasami we śnie, niekiedy na jawie. Czasami te wizje nie mają żadnego związku z tym, co się akurat dzieje. A Fox… zabrało mu trochę czasu, zanim to zrozumiał. On też widzi. – Cal, zły na siebie, potrząsnął głową. – Widzi albo wyczuwa to, co ludzie myślą lub czują.

– Fox jest medium? – zapytała Layla.

– Mediumiczny prawnik. Tak ma wpisane w umowie o pracę. Mimo wszystko kąciki ust Quinn drgnęły.

– Niezupełnie. Nigdy nie mogliśmy tego do końca kontrolować. Fox musi się postarać, a i tak nie zawsze mu wychodzi. Ale od tamtego czasu ma wyjątkowego nosa do ludzi. A Gage…

– Widzi przyszłość – dokończyła Quinn. – Jest wróżbitą.

– Jemu jest najtrudniej. To jedna z przyczyn, dla której tak często wyjeżdża. Tu czuje się najgorzej. Miał kilka naprawdę potwornych snów, wizji, koszmarów czy jak je tam chcecie nazwać.

A gdy on czuje ból, wy także, pomyślała Quinn.

– Ale nie zobaczył, co powinniście zrobić?

– Nie. To by było zbyt proste – odrzekł Cal gorzko. – Dużo zabawniej jest spieprzyć życie trzem dzieciakom, pozwolić niewinnym ludziom, żeby zabijali się i okaleczali nawzajem. Rozciągnijmy to na kilka dekad, a potem powiedzmy: no dobra, chłopcy, już czas.

– Może nie mieli innego wyjścia. – Quinn uniosła dłoń, widząc błyskawice w oczach Cala. – Nie twierdzę, że to fair.

Tak naprawdę sytuacja jest fatalna, ale może po prostu nie było innego sposobu. Czy chodzi o coś, co zrobił Giles Dent, czy też o coś, co zostało wprawione w ruch wieki wcześniej, może nie było innego wyboru. Powiedziała, że on kogoś powstrzymuje, nie pozwala zniszczyć Hollow. Jeśli to była Ann i mówiła o Gilesie Dencie, to może on uwięził demona, tę bestia, a sam – beatus – został w jakiejś postaci uwięziony wraz z nim i walczył z wrogiem przez cały ten czas.

Layla podskoczyła na dźwięk gwałtownego pukania do drzwi.

– Otworzę. Może to materace.

– Możesz mieć rację – powiedział cicho Cal – ale to wcale nie poprawia mi samopoczucia. Przytłacza mnie świadomość, że to może być nasza ostatnia szansa.

Quinn wstała.

– Tak bardzo bym chciała…

– To kwiaty! – Głos Layli był pełen radości, gdy weszła z wazonem pełnym tulipanów. – Dla ciebie, Quinn.

– Jezu, doskonałe wyczucie czasu – wymamrotał Cal.

– Dla mnie? Och Boże, wyglądają jak lizaki. Są cudowne! – Quinn postawiła wazon na przedpotopowym stoliku do kawy. – To na pewno łapówka od mojego wydawcy, żebym skończyła ten artykuł o… – Zamilkła, gdy przeczytała kartkę. Zaskoczona podniosła wzrok na Cala. – Przysłałeś mi kwiaty?

– Byłem w kwiaciarni…

– Przysłałeś mi kwiaty w Dzień Świętego Walentego!

– Słyszę, że matka mnie woła – ogłosiła Layla. – Idę, mamo! – Szybko wymknęła się z pokoju.

– Przysłałeś mi na walentynki tulipany, które wyglądają jak kwitnące lizaki.

– Wydały mi się zabawne.

– Tak napisałeś na kartce. „Czyż nie są zabawne?”. Kurczę. – Przegarnęła palcami włosy. – Muszę powiedzieć, że jestem rozsądną kobietą, która bardzo dobrze wie, że Dzień Świętego Walentego to absolutnie komercyjne święto stworzone w celu sprzedaży jak największej liczby kartek, kwiatów i słodyczy.

– Tak, cóż. – Cal wbił ręce w kieszenie. – To działa.

– Nie należę także do kobiet, które rozczulają się na widok bukietu kwiatów lub postrzegają je jako przeprosiny czy też preludium do seksu.

– Po prostu je zobaczyłem i pomyślałem, że ci się spodobają. Koniec kropka. Muszę wracać do pracy.

– Jednak – ciągnęła, podchodząc do niego – nie wiem dlaczego, ale żadne z tych zastrzeżeń nie dotyczy obecnej sytuacji. Są zabawne. – Wspięła się na palce i pocałowała Cala w policzek. – I piękne. – Pocałowała go w drugi. – Pomyślałeś o mnie. – I w usta. – Dziękuję.

– Bardzo proszę.

– Chciałbym dodać, że… – Przesunęła dłońmi po jego koszuli. – Jeśli mi powiesz, o której dzisiaj kończysz, to na górze w sypialni będzie czekała na ciebie butelka dobrego wina i naprawdę wyjątkowa niespodzianka.

– Jedenasta – odpowiedział natychmiast. – Mogę być tutaj o jedenastej pięć. Ja… och, cholera. Bal Zakochanych w kręgielni, do północy. Coroczna impreza. Żaden problem, dojdziesz.

– Taki mam plan. – Uśmiechnął się szeroko, a Quinn przewróciła oczami. – Ach, mówisz o tańcach. W kręgielni. Bal Zakochanych w Bowl – a – Rama. Boże, brzmi cudownie. Ale nie mogę zostawić Layli samej, nie w nocy.

– Ona także może przyjść… na tańce. Teraz naprawdę przewróciła oczami.

– Cal, żadna kobieta nie chciałaby wlec się z parą na tańce w Dzień Świętego Walentego. Równie dobrze mogłaby wymalować sobie wielkie Ż jak żałosna na czole, a to potem tak cholernie trudno zmyć.

– Fox może z nią pójść. Prawdopodobnie. Sprawdzę to.

– To jest jakiś pomysł, zwłaszcza jeśli pójdziemy tam dla zabawy. Ty sprawdź, ja też i zobaczymy. Ale tak czy siak. – Schwyciła go za koszulę. – Moja sypialnia, pięć po dwunastej.

Layla siedziała na nowiutkim materacu z wyprzedaży, podczas gdy Quinn buszowała w jej ubraniach, które właścicielka dopiero co powiesiła do szafy.

– Quinn, doceniam, że o mnie pomyślałaś, naprawdę, ale postaw się w mojej sytuacji. Na pozycji trzeciego koła u roweru.

– Nie ma nic niewłaściwego w pozycji trzeciego koła, jeśli istnieje także czwarte. Fox idzie z nami.

– Bo Cal go poprosił, żeby zlitował się nad biedną walentynką bez pary. Pewnie mu kazał, przekupił go albo…

– Masz rację. Na pewno musiał wykręcić Foxowi rękę, żeby poszedł na tańce z taką brzydką jędzą jak ty. Za każdym razem gdy na ciebie patrzę, mam ochotę zakumkać: kum, kum, co za ropucha. Poza tym… Och, jaka cudowna marynarka! Masz fantastyczne ciuchy, ale ten żakiet jest absolutnie wystrzałowy. Mmm. – Quinn pogłaskała materiał jak kota. – Kaszmir.

– Nie wiem, dlaczego ją spakowałam. Nie wiem, czemu zabrałam połowę z tych rzeczy, po prostu złapałam, co miałam pod ręką. A ty próbujesz odwrócić moją uwagę.

– Niezupełnie, ale to korzystny efekt uboczny. O czym to ja mówiłam? Ach, tak. Poza tym to nie jest randka, tylko rozrywka grupowa – powiedziała, a Layla parsknęła śmiechem. – Po prostu idziemy we czwórkę na kręgielnię, na litość boską, posłuchać lokalnej kapeli i trochę potańczyć.

– Pewnie. Po czym ty powiesisz szalik na klamce sypialni. Chodziłam do college'u, Quinn, mieszkałam ze współlokatorką. Właściwie z nimfomanką, która miała niewyczerpany zapas szalików.

– Czy to ci przeszkadza? – Quinn na chwilę przestała myszkować w szafie, by obejrzeć się przez ramię. – Cal i ja po drugiej stronie korytarza?

– Nie, nie. – Czyż teraz nie poczuła się głupia i małostkowa? – Myślę, że to fantastyczne. Naprawdę. Każdy widzi, że iskrzycie jak przewody elektryczne, gdy tylko znajdziecie się dwa metry od siebie.

– Naprawdę? – Teraz Quinn całkiem odwróciła się od szafy. – Bo iskrzymy.

– Bzyyy, bzyyy. On jest super, to iskrzenie super. Ja tylko czuję, że… – Layla wzruszyła ramionami – zawadzam.

– Nie zawadzasz. Nie mogłabym zamieszkać tu bez ciebie. Jestem dość zrównoważona, ale nie mogłabym sama zamieszkać w tym domu. Tańce to nic wielkiego. Nie musimy iść, ale myślę, że wszyscy będziemy się dobrze bawić. I mamy szansę zrobić coś zupełnie normalnego, co odwróci naszą uwagę od tego wszystkiego, co jest kompletnie anormalne.

– Dobry argument.

– No to się ubieraj. Wskakuj w coś wesołego, może trochę seksownego i lecimy robić furorę w kręgielni.

Zespół, lokalna grupa o nazwie Wygi z Hollow, właśnie zaczął grać. Często występowali na weselach, przyjęciach firmowych i w kręgielni, bo ich repertuar rozciągał się od starych standardów do hip – hopu. Muzyka z gatunku „coś – dla – każdego” sprawiała, że parkiet był pełen, a ci, którzy nie tańczyli, mogli pogawędzić przy otaczających salę stolikach, popijać drinki lub pogryzać lekkie przekąski ustawione na bufetach ustawionych pod ścianami.

Cal doszedł do wniosku, że ten bal nie bez powodu jest jedną z najbardziej popularnych imprez w kręgielni. Jego matka stanęła na czele grupy dekoratorów i wszędzie były kwiaty i świece, wisiały białe i czerwone girlandy, błyszczące czerwone serca. Ludzie mieli okazję, żeby wystroić się w środku ponurego lutego, wyjść z domu i spotkać z przyjaciółmi, posłuchać muzyki i popisać umiejętnościami tanecznymi, jeśli je posiadali. Albo, jak Cy Hudson, nawet jeśli nie.

Bal Zakochanych stanowił mały, jasny punkt na koniec zimy i kręgielnia zawsze była wypełniona po brzegi.

Cal tańczył z Essie przy dźwiękach melodii „Fly Me to the Moon”.

– Twoja matka miała rację, posyłając cię na te lekcje tańca.

– Strasznie się tego wstydziłem – powiedział Cal – ale wyszło na dobre.

– Kobiety zwykle tracą głowę dla dobrych tancerzy.

– Niejeden raz wykorzystałem tę kobiecą słabość. – Uśmiechnął się do partnerki. – Wyglądasz ślicznie, babciu.

– Wyglądam dostojnie. Były czasy, gdy wielu chłopców nie mogło oderwać ode mnie oczu.

– Ja wciąż nie mogę.

– A ty zawsze będziesz moim najsłodszym wnukiem. A mówiąc o… – Kiwnęła głową w stronę podwójnych drzwi. – One dopiero przyciągają spojrzenia.

Cal spojrzał. Zauważył Laylę, ale zobaczył tylko Quinn. Niesforną masę blond włosów upięła w elegancki kok, czarny żakiet nałożyła na coś koronkowego – kaftan, przypomniał sobie, tak to się nazywało i niech Bóg błogosławi tego, kto to wymyślił.

W jej uszach i na nadgarstkach lśniła biżuteria, ale Cal mógł myśleć tylko o tym, że na szyi miała najseksowniejszy naszyjnik, jaki w życiu widział i już nie mógł się doczekać, aż zdejmie go zębami.

– Zaraz zaczniesz się ślinić, Caleb.

– Słucham? – Skupił uwagę z powrotem na Essie. – O, rany.

– Wygląda jak z obrazka. Zostaw mnie przy stoliku i idź do niej. I przyprowadź obie do mnie, żebyśmy się przywitały, zanim wyjdę.

Zanim Cal do nich dotarł, Fox porwał już dziewczyny do przenośnego baru i otworzył butelkę szampana. Quinn odwróciła się do Cala z kieliszkiem w dłoni i podniosła głos, żeby przekrzyczeć muzykę.

– Jest fantastycznie! Kapela ekstra, szampan zimny, a sala wygląda jak z filmu.

– Spodziewałaś się paru bezzębnych staruszków z tarą i banjo, kwaśnego cydru i kilku plastikowych serc?

– Nie. – Roześmiała się i dźgnęła go palcem. – No może trochę. To moja pierwsza potańcówka w kręgielni i jestem pod wrażeniem. Och, popatrz! Czy tam skacze jego wysokość burmistrz?

– Z kuzynką żony, która jest dyrektorką chóru Pierwszego Kościoła Metodystów.

– A czy to nie twoja asystentka, Fox? – Layla wskazała na stolik.

– Tak. Na szczęście facet, z którym się całuje, to jej mąż.

– Wyglądają na kompletnie zakochanych.

– Chyba są. Nie wiem, co bez niej zrobię. Za kilka miesięcy wyprowadzają się do Minneapolis. Chciałbym, żeby wzięła w lipcu kilka tygodni wolnego zamiast… – Zreflektował się. – Żadnej rozmowy o interesach dziś wieczór. Znajdziemy stolik?

– Będzie można oglądać ludzi – orzekła Quinn i obróciła się w stronę zespołu. – „In the Mood”!

– Ich popisowy kawałek. Tańczysz? – zapytał Cal.

– No pewnie. – Popatrzyła na niego z błyskiem w oku. – A ty?

– Zobaczmy, na co cię stać, Blondasku. – Złapał ją za rękę i pociągnął na parkiet.

Fox patrzył na ich figury i piruety.

– Jestem w tym do niczego.

– Ja też. Rany. – Oczy Layli rozszerzyły się z podziwu. – Są naprawdę dobrzy.

Na parkiecie Cal puścił Quinn w podwójny obrót i przyciągnął z powrotem do siebie.

– Lekcje?

– Cztery lata. A ty?

– Trzy. – Gdy piosenka dobiegła końca i przeszła w wolniejsze rytmy, wziął Quinn w objęcia, błogosławiąc w duchu matkę. – Cieszę się, że tu jesteś.

– Ja też. – Potarła policzkiem o jego szyję. – Dziś wieczór wszystko wydaje się wspaniałe. Słodkie i błyszczące. I, mmm – zamruczała, gdy Cal wprowadził ją w elegancki obrót. – Sexy. – Odchyliła głowę i uśmiechnęła się do niego. – Zupełnie zmieniłam mój cyniczny pogląd na Dzień Świętego Walentego. Teraz uważam, że to idealne święto.

Cal musnął ustami jej wargi.

– Może po tym tańcu wymkniemy się do magazynu na górze?

– A po co czekać?

Cal ze śmiechem przyciągnął ją do siebie. I zamarł. Serca krwawiły. Z błyszczącej dekoracji kapała krew i rozbryzgiwała się na parkiecie, na stołach, płynęła po włosach i twarzach ludzi, którzy śmiali się, rozmawiali, chodzili i tańczyli.

– Quinn.

– Widzę. O Boże. Wokalista wciąż śpiewał o miłości i tęsknocie, gdy czerwone i srebrne balony nad głowami gości zaczęły pękać z trzaskiem. A ze środka posypał się deszcz uciekających pająków.

ROZDZIAŁ 12

Quinn ledwo stłumiła okrzyk i chciała odskoczyć na widok rozbiegających się po parkiecie pająków, ale Cal ją przytrzymał.

– Nie są prawdziwe – powiedział z absolutnym, lodowatym spokojem. – To nie jest prawdziwe.

Ktoś się roześmiał, rozległy się okrzyki aprobaty, gdy muzyka przeszła w szybkiego rocka.

– Świetna impreza, Cal! – Minęła ich roztańczona Amy z kwiaciarni z szerokim, krwawym uśmiechem na twarzy.

Wciąż obejmując Quinn, Cal zaczął wycofywać się z parkietu. Musiał zobaczyć rodziców, musiał sprawdzić… Nagle dostrzegł Foxa, który przepychał się przez niczego nieświadomy tłum, ściskając Laylę za rękę.

– Musimy iść! – zawołał.

– Moi rodzice… Fox potrząsnął głową.

– To się dzieje tylko dlatego, że my tu jesteśmy. Chodźmy stąd. Już nas nie ma.

Przepychali się między stolikami, a małe świeczki płonęły niczym pochodnie, buchając słupami dymu. Cal czuł, jak gryzie go w gardle, z chrzęstem zdeptał ogromnego pająka. Na małej scenie perkusista rozpoczął dzikie solo, waląc zakrwawionymi pałeczkami. Dotarli do drzwi i Cal obejrzał się przez ramię.

Nad głowami tancerzy lewitował chłopiec. I śmiał się.

– Na dwór. – Cal pociągnął Quinn w stronę wyjścia. – Wyjdziemy i zobaczymy. Wtedy, do cholery, będziemy wiedzieli.

– Oni nic nie zauważyli. – Pozbawiona tchu Layla wypadła z sali. – Ani nie czuli. Dla nich nic się nie stało.

– Wyskoczył jak diabeł z pudełka, przekroczył granice. Ale tylko dla nas. – Fox zdjął marynarkę i narzucił ją na drżące ramiona Layli. – Daje nam przedsmak nadchodzących atrakcji. Arogancki sukinsyn.

– Tak. – Quinn czując, jak jej żołądek się wywraca, skinęła głową. – Myślę, że masz rację, bo za każdym razem takie przedstawienie kosztuje go sporo energii. Stąd te przerwy między numerami.

– Muszę tam wrócić. – Cal zostawił w kręgielni swoją rodzinę. Nawet jeśli tą ucieczką miałby ich ochronić, nie mógł stać z założonymi rękami, kiedy jego rodzice wciąż byli w środku. – Muszę tam wrócić, zamknąć wszystko po imprezie.

– Wszyscy wrócimy. – Quinn splotła lodowate palce z jego palcami. – Te przedstawienia zwykle nie trwają długo. Stracił publiczność i jeśli istotnie nie ma dość energii na drugi akt, na dzisiaj już da sobie spokój. Wracajmy. Zamarzam.

W sali świece roztaczały miękki blask, serca lśniły. Na błyszczącym parkiecie nie było nawet plamki. Cal zobaczył tańczących rodziców, matka opierała głowę na ramieniu ojca. Dostrzegła syna i posłała mu uśmiech, a Cal poczuł, jak rozluźnia się węzeł, który miał w żołądku.

– Nie wiem jak ty, ale ja bardzo potrzebuję kieliszka szampana. – Quinn wypuściła oddech i popatrzyła na niego hardo. – A potem wiesz, co? Zatańczymy.

Kiedy Cal i Quinn wrócili po północy do domu, Fox leżał rozwalony na kanapie i oglądał jakiś nudny czarno – biały film.

– Layla poszła na górę – powiedział, siadając. – Była wykończona.

Było jasne, że chciała zamknąć się w swoim pokoju, zanim jej współlokatorka wróci z Calem.

– Nic jej nie jest? – spytała Quinn.

– Nie, radzi sobie. Coś jeszcze się wydarzyło po naszym wyjściu?

Cal potrząsnął głową i popatrzył w ciemność za oknem.

– Nie, tylko wielkie, wesołe przyjęcie przerwane na chwilkę widokiem krwi i pająków. A tutaj?

– Nic, poza tym, że te kobiety kupują dietetyczną pepsi. To nie to co klasyczna cola – wyjaśnił Fox. – Mężczyzna musi mieć jakieś standardy.

– Zajmiemy się tym. Dzięki – podeszła i pocałowała go w policzek – że poczekałeś, aż wrócimy.

– Nie ma sprawy. Nie musiałem sprzątać i mogłem obejrzeć… – Popatrzył na mały ekran. – Nie mam pojęcia, co. Powinnyście pomyśleć o kablówce.

– Nie wiem, jak sobie bez niej radziłam przez tych kilka ostatnich dni.

Fox wkładał kurtkę, szczerząc zęby w uśmiechu.

– Ludzki gatunek nie powinien żyć jedynie papką medialną. Zadzwoń, jeśli będziecie czegoś potrzebowały – dodał, ruszając do drzwi.

– Poczekaj. – Cal poszedł za nim. Po krótkiej wymianie zdań szeptem Fox pomachał Quinn i wyszedł.

– O co chodziło?

– Poprosiłem go, żeby spał dzisiaj u mnie i nakarmił Kluska. To żaden problem, mam colę i kablówkę.

– Widzę, że bardzo się martwisz, Cal.

– Trudno się nie martwić w takiej sytuacji.

– On nie może nas skrzywdzić, jeszcze nie teraz. Igra tylko z naszymi nerwami. To podła i obrzydliwa wojna, ale tylko psychologiczna.

– To coś oznacza, Quinn. – Niemal bezwiednie pogłaskał ją po ramieniu i znów wbił spojrzenie w ciemność. – Że może robić to teraz, z nami. Że widziałem Ann. To coś znaczy.

– A ty musisz o tym pomyśleć. Dużo myślisz, masz tam całą machinę. – Popukała się w skroń. – To, że się zastanawiasz, przynosi mi ulgę i, dziwne, sprawia, że wydajesz mi się jeszcze bardziej atrakcyjny. Ale wiesz co? Może lepiej będzie, jeśli po tym naprawdę długim, dziwacznym dniu w ogóle nie będziemy myśleć.

– Dobry pomysł. – Zrobi sobie przerwę, postanowił. Będzie się rozkoszował chwilą normalności. Podszedł do Quinn, przesunął palcami po jej policzku, i w dół, aż ich palce splotły się ze sobą. – Możemy spróbować.

Pociągnął ją w stronę schodów i razem ruszyli na górę. Parę stopni skrzypnęło, zaszumiało ogrzewanie, ale poza tym nie słyszeli żadnych innych dźwięków.

– Czy ty… Przerwał jej, kładąc dłoń na policzku Quinn i muskając jej usta swoimi delikatnie niczym motyl.

– Żadnych pytań. Inaczej musielibyśmy myśleć nad odpowiedziami.

– Masz rację. Tylko pokój, ciemność, kobieta. Tylko tyle chciał tej nocy. Jej zapach, skóra, kaskada włosów, bliskość dwojga ludzi, którzy odkrywają się nawzajem.

Tyle wystarczy. A nawet więcej niż wystarczy.

Zamknął za nimi drzwi.

– Lubię światło świec. – Wyjęła długą, wąską zapalniczkę i zapaliła świece, które porozstawiała po pokoju.

W ich blasku wyglądała na bardziej bezbronną, niż naprawdę była. Calowi podobał się taki kontrast między rzeczywistością i iluzją. Na podłodze leżał materac przykryty prześcieradłem, które wydawało się jasne i perłowe w zestawieniu z intensywnie fioletowym kocem. Tulipany stały niczym karnawałowe tancerki na pokiereszowanym blacie komody z pchlego targu.

Quinn zaciągnęła zasłony w rozmytych kolorach, żeby odgrodzić ich od ciemności. Odwróciła się i uśmiechnęła do Cala.

Dla niego wszystko było idealne.

– Może powinnam ci powiedzieć… Potrząsnął głową, podszedł do niej.

– Później. – Zrobił pierwszą rzecz, która przyszła mu na myśl, uniósł dłonie do jej włosów. Wyciągnął spinki, aby loki swobodnie opadły, po czym przeczesał je palcami. Nie odrywając wzroku od twarzy Quinn, złapał pasmo jej włosów jak sznur i lekko pociągnął.

– Mamy jeszcze mnóstwo czasu – powiedział i przycisnął usta do jej warg.

Jej usta wydały mu się idealne. Miękkie i pełne, ciepłe i hojne. Poczuł, że Quinn lekko zadrżała, gdy otoczyła go ramionami, przycisnęła się do jego ciała. Nie poddała się, nie zmiękła – jeszcze nie, lecz odpowiedziała jego powolnemu, cierpliwemu żądaniu swoim własnym.

Cal zsunął jej z ramion bluzkę, która opadła tak, że jego dłonie mogły odkrywać jedwab, koronkę i skórę. Ich usta muskały się i ocierały, gdy Quinn uniosła ręce i także pomogła mu zdjąć marynarkę.

Cal muskał językiem jej szyję, słysząc w odpowiedzi zadowolony pomruk Quinn. Odchyliła głowę, a on tańczył palcami po kuszącej linii jej ramion. Oczy miała błyszczące, rozjaśnione oczekiwaniem. Chciał patrzeć, jak staną się zamglone, wilgotne. Wciąż patrząc na Quinn, powędrował palcami ku wypukłości piersi ozdobionej frywolną koronką i bawił się nią, gładził, aż ujął pierś w dłoń i delikatnie kciukiem zaczął drażnić sutek.

Usłyszał, że Quinn westchnęła, poczuł, jak drżała, gdy zaczęła rozpinać mu koszulę. Jego serce przyśpieszyło, ale niemal leniwie przesunął dłonią do paska jej spodni. Jej ciało było ciepłe, a mięśnie zadrżały pod jego dotykiem. I nagle, w sekundę, spodnie Quinn znalazły się na podłodze.

Ruch był tak gwałtowny, tak nieoczekiwany, że nie mogła się przygotować. Dotychczas wszystko działo się powoli, jak we śnie, a teraz nagle Cal złapał ją pod ramiona i uniósł do góry. Ta nagła demonstracja siły zszokowała Quinn, sprawiła, że zakręciło jej się w głowie. Zrobiło jej się miękko w kolanach, nawet kiedy postawił ją z powrotem na ziemi.

Cal popatrzył na seksowną bieliznę, którą włożyła, żeby doprowadzić go do szaleństwa. Potem znów spojrzał z uśmiechem, w oczy Quinn.

– Nieźle.

Powiedział tylko tyle, a ona poczuła suchość w gardle. To niedorzeczne. Patrzyli już na nią inni mężczyźni, dotykali jej, pożądali. Jednak tylko przy Calu zaschło jej w gardle. Próbowała wymyśleć jakąś ciętą ripostę, ale ledwo pamiętała, jak się oddycha.

Wtedy zahaczył palcem o brzeg jej majtek, pociągnął w dół, a ona podeszła bliżej niego jak zaczarowana.

– Zobaczmy, co jest pod spodem – wymruczał. – Bardzo ładnie – uznał, przesuwając czubkiem palca po linii bioder.

Quinn zapomniała, co ma robić, musiała sobie przypomnieć, że jest w tym dobra – aktywnie dobra. Nie miała w zwyczaju omdlewać i pozwolić facetowi, żeby odwalił całą robotę. Sięgnęła do guzika spodni Cala i spróbowała je rozpiąć.

– Drżysz.

– Zamknij się. Czuję się jak idiotka. Ujął jej dłonie, podniósł do ust i pocałował, a Quinn poczuła, że tonie niczym „Titanic”.

– Seksowna – poprawił ją. – Jesteś oszałamiająco seksowna.

– Cal. – Musiała bardzo się skoncentrować, żeby ułożyć zdanie. – Naprawdę muszę się położyć.

Znowu na jego twarzy zagościł ten uśmiech i pomimo że oznaczał zapewne „jestem niezły w te klocki”, Quinn nic a nic to nie obchodziło.

Nagle znaleźli się na łóżku, rozgrzane ciała na chłodnym prześcieradle, w blasku świec rozświetlających magicznie ciemność, a Cal zaczął pieścić Quinn ustami, dłońmi.

On pracuje w kręgielni, pomyślała, gdy zalewała ją fala rozkoszy. Skąd ma takie dłonie? Gdzie się nauczył tak… O mój Boże.

Doszła długą, wzrastającą falą, która zdawała się brać początek z palców u stóp, przez nogi, płonąć w środku, aż dotarła do serca i głowy. Quinn schwyciła się jej, spijając łapczywie każdą kroplę, aż poczuła, że brak jej tchu, a ciało staje się zupełnie bezwładne.

Dobrze, jak dobrze – tylko te słowa przychodziły jej do głowy. Dobrze, och.

Dla Cala jej ciało było ucztą krągłości i wgłębień. Całe dnie mógłby zachwycać się tymi pięknymi piersiami, doskonałą linią ramion, kobiecym kształtem bioder. A jej nogi, gładkie, silne i… wrażliwe. Tyle miejsc do dotykania, smakowania i cała niekończąca się noc przed nimi.

Quinn uniosła się ku niemu, otoczyła go, wygięła się w tył, odpowiadając na jego namiętność. Pod wargami czuł bicie jej serca, słyszał jęk, gdy torturował ją językiem. Wbijała mu place w ramiona, biodra, ściskała i głaskała, osłabiając coraz bardziej jego samokontrolę.

Pocałunki stawały się coraz bardziej namiętne, chłodne powietrze w pokoju coraz gorętsze, gęste jak dym. Cal nie mógł pohamować pożądania, wsunął się w Quinn. I patrzył, jak jej oczy zachodzą mgłą.

Złapał ją za ręce, żeby się opanować, powstrzymać przed szaleństwem, przed natychmiastowym zaspokojeniem wszechogarniającej żądzy. Quinn zacisnęła palce na jego dłoniach, a każde powolne pchnięcie wywoływało rozkosz na jej twarzy. Zostań ze mną, pomyślał i Quinn tak zrobiła, krok po kroku. Rozkosz narastała z każdym urywanym oddechem, z każdym drżeniem jej ciała. Wydała bezradny jęk, zamknęła oczy, obróciła głowę na poduszce. Gdy jej ciało stopniało pod nim, Cal wcisnął twarz w odsłonięte zagłębienie jej szyi. I przestał się kontrolować.

Leżał cicho myśląc, że Quinn zasnęła. Ułożyła się tak, że jej głowa spoczęła na jego ramieniu, rękę przerzuciła mu przez tors, nogą oplotła jego nogę. Zupełnie jakby ktoś zawiązał na nim dużą kokardę z Quinn, pomyślał. I bardzo mu się to podobało.

– Chciałam coś powiedzieć. Jednak nie spała, chociaż mówiła bardzo niewyraźnie.

– Co takiego?

– Mmm. Jak tylko weszliśmy do pokoju, chciałam coś powiedzieć. – Przytuliła się do niego jeszcze mocniej, a Cal zdał sobie sprawę, że gorąco seksu zniknęło i Quinn zmarzła.

– Poczekaj chwilę. – Musiał wyplątać się z jej uścisku i zaprotestowała, mamrocząc coś bez przekonania. Ale zaraz zadowolona wsunęła się pod koc.

– Lepiej?

– Lepiej być nie może. Chciałam powiedzieć, że miałam na ciebie ochotę od chwili, gdy cię poznałam.

– To zabawne. Bo ja, odkąd się poznaliśmy, myślałem o tym samym. Masz cudowne ciało, Quinn.

– Zmiana stylu życia, mogę to teraz głosie jak ewangelię. Jednak – uniosła się, żeby popatrzeć mu w twarz – gdybym wiedziała, że tak będzie, w pięć minut położyłabym cię nagiego na podłodze.

Cal uśmiechnął się z triumfem.

– Znowu nasze myśli idą podobnym torem. Zrób tak jeszcze raz. Nie – powiedział ze śmiechem, gdy uniosła brwi. – Tak jak przedtem.

Ułożył jej głowę na swoim ramieniu, rękę na piersi.

– I noga. O tak. Idealnie. Było idealnie i Quinn czuła w sercu ciepły płomień. Zamknęła oczy i nie martwiąc się absolutnie niczym, zapadła w sen.

Obudziła się w ciemności, bo coś na nią spadło. Pisnęła, usiadła i zacisnęła pięści.

– Przepraszam, przepraszam. Rozpoznała głos Cala, ale było za późno, żeby zahamować cios.

Rąbnęła w coś pięścią tak mocno, że aż zabolały ją kłykcie.

– Och! Au! Cholera!

– Co ty powiesz! – wyszeptał Cal.

– Co ty, do diabła, robisz?

– Potykam się, upadam i dostaję w głowę.

– Dlaczego?

– Bo ciemno tu jak w studni. – Wstał i rozmasował bolącą skroń. – Próbowałem cię nie obudzić, a ty mnie uderzyłaś. W głowę.

– Cóż, bardzo mi przykro – wysyczała. – Z tego, co wiem, mogłeś być szalonym gwałcicielem lub raczej, zważywszy na okoliczności, demonem z piekieł. Po co w ogóle snujesz się w środku nocy?

– Próbuję znaleźć buty, to chyba właśnie o nie się potknąłem.

– Wychodzisz?

– Jest rano, a ja za kilka godzin mam służbowe śniadanie.

– Jest ciemno.

– Mamy luty, a ty zasłoniłaś okna. Dochodzi pół do siódmej.

– Boże! – Opadła na poduszki. – Szósta trzydzieści to nie rano, nawet w lutym. A zwłaszcza w lutym.

– Dlatego starałem się ciebie nie obudzić. Quinn usiadła. Jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności i zaczęła rozróżniać poszczególne kształty.

– Już nie śpię, więc dlaczego ciągle szepczesz?

– Nie wiem. Może mam uszkodzony mózg po tym uderzeniu w głowę.

Stłumiona irytacja w jego głosie zainspirowała Quinn.

– Ach. To może wrócisz tu do mnie, pod ciepłą kołderkę? Pocałuję i przestanie boleć.

– To bardzo okrutna propozycja dla kogoś, kto musi iść na oficjalne śniadanie z burmistrzem i radnymi.

– Seks i polityka pasują do siebie jak masło do chleba.

– Może i tak, ale muszę jechać do domu, nakarmić Kluska i wyciągnąć z łóżka Foxa, który także ma być na tym spotkaniu. Wezmę prysznic, ogolę się i przebiorę, żebym nie wyglądał jak ktoś, kto całą noc uprawiał gorący seks.

Zakładał buty, gdy Quinn usiadła i objęła go od tyłu.

– Możesz zrobić to wszystko potem. Jej piersi, ciepłe i pełne, ogrzewały mu plecy, gdy nachyliła się, żeby skubnąć wargami jego ucho. Zsunęła dłoń w dół, gdzie i tak był już twardy jak skała.

– Masz zabójczy cios, Blondyneczko.

– Może powinieneś dać mi nauczkę. – Roześmiała się, gdy Cal odwrócił się i chwycił ją w objęcia.

Tym razem upadł na nią absolutnie celowo.

Cal spóźnił się na spotkanie, ale miał zbyt dobre samopoczucie, żeby się przejmować. Zamówił gigantyczne śniadanie – jajka, bekon, smażony chleb i dwa naleśniki. Pochłaniał to wszystko metodycznie, podczas gdy Fox pił colę, jakby była antidotum na rzadką i śmiertelną truciznę, a pozostali gawędzili na błahe tematy.

Wkrótce rozmowa przeszła na interesy. Może mieli dopiero luty, ale trzeba było sfinalizować plany corocznej parady z okazji Dnia Pamięci. Potem dyskutowali o postawieniu nowych ławek w parku. Większość z tego Cal puszczał mimo uszu, rozmyślając o Quinn.

Jednak w końcu musiał włączyć się do rozmowy, głównie dlatego, że Fox kopnął go pod stołem w kostkę.

– Dom Bransonów jest tylko kilka posesji dalej od kręgielni – mówił burmistrz Watson. – Misty mówiła, że w budynkach po obu stronach też zgasły światła, ale naprzeciwko nie. Telefony przestały działać. Kiedy odbieraliśmy ją z Wendy po tańcach, powiedziała, że naprawdę się przestraszyła. To trwało tylko kilka minut.

– Może coś z wyłącznikiem – zasugerował Jim Hawkins i popatrzył na syna.

– Może, Misty mówiła, że światło migało przez kilka sekund. Może spadek mocy, ale chyba poproszę Mike'a Bransona, żeby sprawdził swoją instalację. Może coś się przepaliło. Nie chcemy przecież pożaru wywołanego przez nieszczelną instalację elektryczną.

Jak oni mogli zapomnieć?, zastanawiał się Cal. Czy to był mechanizm obronny, amnezja czy sprawka demona?

Jednak nie wszyscy zapomnieli. Widział pytanie, troskę w oczach ojca i jeszcze dwóch czy trzech innych obecnych. Ale burmistrz i większa część rady przeszła do dyskusji o pomalowaniu linii na boisku bejsbolowym przed rozpoczęciem sezonu Małej Ligi.

Już wcześniej zdarzały się dziwne spadki mocy albo braki prądu, zawsze jednak w lipcu, przed samą Siódemką.

Po zakończonym spotkaniu Cal, jego ojciec i Fox poszli razem do kręgielni. Nie zamienili słowa, dopóki nie zamknęli za sobą drzwi.

– Na niego jeszcze za wcześnie – powiedział natychmiast Jim. – To pewnie spadek mocy lub wadliwa instalacja.

– Nie. To nie był pierwszy raz – odpowiedział Cal. – I nie tylko Fox i ja to widzieliśmy. Nie tym razem.

– Cóż. – Jim usiadł ciężko przy jednym ze stolików. – Co mogę zrobić?

Uważać na siebie, pomyślał Cal. Zaopiekować się mamą. Ale to i tak by nie wystarczyło.

– Powiedz mi, jeśli tylko zauważysz coś niezwykłego. Mnie, Foxowi lub Gage'owi, jak już przyjedzie. Tym razem jest nas więcej. Quinn i Layla też są jakoś powiązane, musimy tylko się dowiedzieć, jak i dlaczego.

Prababcia wiedziała, że Quinn ma z tym jakiś związek, pomyślał Cal. Wyczuła to.

– Muszę porozmawiać z babcią.

– Cal, ona ma dziewięćdziesiąt siedem lat. Nieważne jaka jest dziarska, to jednak dziewięćdziesiąt siedem.

– Będę delikatny.

– Wiecie, zamierzam znowu porozmawiać z panią H. – Fox potrząsnął głową. – Jest nerwowa i niespokojna. Coś przebąkuje o wyjeździe już w przyszłym miesiącu, a nie w kwietniu. Myślałem, że po prostu się niecierpliwi, skoro zdecydowała się na przeprowadzkę, ale może to coś więcej.

– No dobrze. – Jim wypuścił powietrze. – Idźcie i róbcie, co do was należy. Ja się tu wszystkim zajmę. Umiem kierować kręgielnią – powiedział, zanim Cal zdążył zaprotestować. – Robię to już od jakiegoś czasu.

– Dobrze. Zawiozę babcię do biblioteki, jeśli się tam dzisiaj wybiera. Potem wrócę, żeby cię zmienić. Będziesz mógł ją odebrać i zawieźć do domu.

Cal poszedł do Essie pieszo. Mieszkała tylko przecznicę dalej, w ślicznym małym domku, razem z jego kuzynką Ginger. Jedyne ustępstwo babci na rzecz swojego wieku stanowiło przyzwolenie, żeby Ginger z nią zamieszkała, zajęła się domem, zakupami, większością gotowania i od czasu do czasu występowała w roli szofera podczas wypraw staruszki do lekarza czy dentysty.

Ginger była upartą i praktyczną osóbką, która nie wchodziła babci w drogę i – jeśli nie musiała – nie wściubiała nosa w jej sprawy. Ginger wolała telewizję od książek i żyła dla trzech popołudniowych telenowel. Po katastrofalnym, bezdzietnym małżeństwie nabrała szczerej awersji do mężczyzn poza telewizyjnymi lalusiami i mięśniakami ozdabiającymi okładki magazynu „People”.

Z tego, co Cal wiedział, jego babci i kuzynce całkiem nieźle żyło się razem w domku dla lalek ze schludnym ogródkiem i wesołym, niebieskim gankiem.

Przed domem nie zobaczył samochodu Ginger i zastanowił się, czy babcia nie pojechała już na wczesną wizytę do lekarza. Ojciec miał zawsze w głowie jej rozkład dnia – tak jak wszystko – dziś rano jednak był zaprzątnięty innymi sprawami.

Najprawdopodobniej Ginger pojechała do sklepu.

Wszedł na ganek i zapukał do drzwi. Był zaskoczony, kiedy stanęły otworem. Nawet w zdenerwowaniu jego ojciec rzadko zapominał o czymkolwiek.

Ale bardzo zaskoczył go widok Quinn na progu.

– Cześć. Wejdź. Pijemy z Essie herbatę w salonie. Schwycił ją za ramię.

– Co ty tu robisz? Na dźwięk jego ostrego tonu powitalny uśmiech Quinn zniknął.

– Mam pracę do wykonania. A Essie sama do mnie zadzwoniła.

– Dlaczego?

– Może jeśli wejdziesz, zamiast na mnie warczeć, oboje się tego dowiemy.

Nie widząc innego wyjścia, Cal wszedł do uroczego salonu babci, gdzie na parapetach kwitły afrykańskie fiołki, a zrobione przez jego ojca półki uginały się od książek, rodzinnych zdjęć i innych pamiątek. Na niskim stole przed sofą o wysokim oparciu, którą zeszłej wiosny jego matka obiła nową tkaniną, stał komplet do herbaty.

Ukochana babcia Cala siedziała niczym królowa w ulubionym fotelu o wysokim oparciu.

– Cal. – Wyciągnęła do niego rękę i nadstawiła policzek do pocałunku. – Myślałam, że będziesz zajęty cały ranek, najpierw spotkanie, potem w kręgielni.

– Spotkanie już się skończyło, a tata pilnuje interesu. Nie widziałem samochodu Ginger.

– Mam towarzystwo, więc pojechała po kilka sprawunków. Quinn właśnie nalewała herbatę. Weź sobie filiżankę z szafki.

– Nie, dziękuję. Dopiero co jadłem śniadanie.

– Do ciebie też bym zadzwoniła, gdybym wiedziała, że masz czas dziś rano.

– Dla ciebie zawsze mam czas, babciu.

– Mój chłopiec. – Essie zwróciła się teraz do Quinn, ściskając jego dłoń. Po chwili zwolniła uścisk i wzięła od dziewczyny filiżankę z herbatą. – Dziękuję. Proszę, siadajcie. Mogę równie dobrze od razu przejść do rzeczy. Chciałabym was zapytać, czy wczoraj na tańcach coś się wydarzyło. Krótko przed dziesiątą.

Pytając, wpatrywała się intensywnie w Cala i widząc wyraz jego twarzy, zamknęła oczy.

– A zatem coś się działo. – Jej cichy głos drżał. – Nie wiem, czy czuć ulgę czy strach. Ulgę, bo obawiałam się, że postradałam zmysły. Strach, bo jednak nie. W takim razie to było prawdziwe – powiedziała cicho. – To, co zobaczyłam.

– A co widziałaś?

– Czułam się tak, jakbym patrzyła przez zasłonę albo welon. Wydawało mi się, że widzę krew, ale nikt inny jej nie dostrzegał. Nikt nie zauważył ani krwi, ani stworzeń, które rozpierzchły się po podłodze, po stołach. – Potarła szyję. – Nie widziałam wyraźnie, ale dostrzegłam jakiś czarny kształt. Unosił się w powietrzu po drugiej stronie zasłony. Pomyślałam, że to śmierć.

Uśmiechnęła się lekko, unosząc pewną dłonią filiżankę.

– W moim wieku przygotowujesz się na śmierć, lub przynajmniej powinieneś. Ale ja bałam się tego kształtu. A potem zniknął, zasłona uniosła się i wszystko było tak, jak powinno.

– Babciu…

– Dlaczego nie powiedziałam wam wczoraj? – przerwała. – Umiem czytać z twojej twarzy jak z książki, Caleb. Duma, strach. Po prostu chciałam stamtąd wyjść, wrócić do domu i twój ojciec mnie odwiózł. Musiałam się wyspać. A dziś rano musiałam się dowiedzieć, czy to było prawdziwe.

– Pani Hawkins…

– Od teraz mów do mnie Essie – poinstruowała.

– Essie, czy kiedykolwiek wcześniej doświadczyłaś czegoś podobnego?

– Tak. Nigdy ci nie mówiłam – wyjaśniła, gdy Cal zaklął – ani nikomu innemu. Tamtego lata, kiedy miałeś dziesięć lat. Tego pierwszego lata. Widziałam przed domem potworne rzeczy, niemożliwe. Ten czarny kształt czasem przybierał postać mężczyzny, czasami psa, albo ohydnej kombinacji obu. Twój dziadek nic nie widział lub nie chciał zobaczyć. W tamtym tygodniu działy się potworne rzeczy.

Zamknęła na chwilę oczy i upiła kolejny łyk uspokajającej herbatki.

– Sąsiedzi, przyjaciele. To, co robili sobie i innym. Po drugiej nocy zastukałeś do naszych drzwi. Pamiętasz, Cal?

– Tak, babciu, pamiętam.

– Dziesięć lat. – Essie uśmiechnęła się do Quinn. – Był tylko małym chłopcem, on i jego dwaj przyjaciele. Tak bardzo się bali. Widziałam i czułam ich przerażenie, a także… męstwo, tylko tak mogę to nazwać, które promieniowało z nich niczym światło. Powiedziałeś mi, że musimy się spakować, dziadek i ja. Że musimy zamieszkać u was, bo w mieście nie jest bezpiecznie. Nigdy się nie zastanawiałeś, dlaczego nie stawiłam oporu ani nie poklepałam cię po głowie i nie odesłałam do domu?

– Nie. Chyba za dużo się działo. Chciałem tylko, żebyście byli z dziadkiem bezpieczni.

– I co siedem lat pakowałam rzeczy swoje i dziadka, a gdy umarł, już tylko swoje, a następnego lata spakuję jeszcze Ginger. Lecz tym razem jest silniejszy i przyszedł wcześniej.

– Zaraz spakuję ciebie i Ginger, babciu.

– Och, myślę, że na razie jesteśmy bezpieczne – powiedziała. – Gdy nadejdzie czas, Ginger i ja zbierzemy to, co najpotrzebniejsze. Chcę, żebyś zabrał pamiętniki. Wiem, że oboje czytaliśmy je niezliczoną ilość razy, ale musieliśmy coś przeoczyć. A teraz mamy wśród nas świeży umysł.

Quinn popatrzyła na Cala zwężonymi oczami.

– Pamiętniki?

ROZDZIAŁ 13

Fox poszedł do banku. Była to kompletnie niepotrzebna wycieczka, bo dokumenty, które miał w teczce, mógł podrzucić każdego dnia – lub klient mógł podpisać je w kancelarii.

Ale chciał się przejść, zaczerpnąć powietrza, opanować zdenerwowanie.

Do dzisiaj wciąż miał nadzieję, że Alice Hawbaker jednak zmieni zdanie albo że uda mu się ją przekonać. Może i myślał samolubnie, ale co z tego? Polegał na niej, przyzwyczaił się do jej obecności. I kochał ją.

A to oznaczało, że nie miał innego wyjścia, niż pozwolić jej wyjechać. I zrobiłby wszystko, żeby móc cofnąć ostatnie dwadzieścia minut, które z nią spędził.

Prawie się przy mnie popłakała, myślał, idąc szybko w zniszczonych traperkach (nie miał dziś żadnej sprawy w sądzie). Alice Hawbaker nigdy nie płakała, lecz Fox doprowadził ją niemal na skraj załamania nerwowego. Zawsze będzie tego żałował.

„Jeśli zostaniemy, umrzemy”. Powiedziała to głosem nabrzmiałym łzami, które błyszczały też w jej oczach.

Fox chciał tylko wiedzieć, czemu była tak zdeterminowana, żeby wyjechać, dlaczego każdego dnia stawała się coraz bardziej nerwowa i teraz postanowiła przyśpieszyć przeprowadzkę.

Dlatego nalegał. Aż w końcu mu powiedziała.

Widziała ich śmierć, wciąż od początku, gdy tylko zamknęła oczy. Widziała, jak z zamykanej szafki w piwnicy wyjmuje strzelbę, z którą jej mąż polował na jelenie, i spokojnie ją ładuje. Idzie na górę, przez kuchnię, gdzie szumi zmywarka pełna naczyń po kolacji i lśnią wyszorowane blaty. W salonie mężczyzna, którego kocha od trzydziestu sześciu lat i z którym ma trójkę dzieci, ogląda mecz Oriolesów z Red Sox. Oriolesi wygrywają, dwa do jednego.

Miotacz bierze zamach, a Alice posyła kulę w tył głowy męża siedzącego w ulubionym fotelu.

Potem przykłada lufę do własnego podbródka.

Właśnie dlatego musiał pozwolić jej wyjechać, tak samo jak musiał znaleźć wymówkę, żeby wyjść z biura, bo znał Alice na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie chciała go widzieć, dopóki się nie uspokoi.

Pomimo że zrobił to, czego sobie życzyła, wciąż czuł się winien, sfrustrowany i bezsilny.

Wszedł do kwiaciarni. Wiedział, że Alice przyjmie bukiet w ramach przeprosin, lubiła kwiaty i często sama kupowała je do biura.

Wyszedł z pełnymi rękami i niemal wpadł na Laylę.

Odskoczyła i zrobiła jeszcze kilka kroków w tył. Wyglądała na smutną i zdenerwowaną, a Fox zastanowił się, czy unieszczęśliwianie kobiet to jego specjalność.

– Przepraszam. Nie patrzyłem, gdzie idę. Nie uśmiechnęła się, tylko kręciła nerwowo w palcach guzik płaszcza.

– Nie szkodzi. Ja też nie. Powinien po prostu odejść. Nie musiał czytać w myślach, żeby się zorientować, jak bardzo jest zdenerwowana i nieszczęśliwa. Wydawało się, że w jego obecności Layla zawsze była spięta i próbowała się odsunąć. A może nigdy nie bywała zrelaksowana. To przypadłość nowojorczyków, pomyślał. On zawsze był w tym mieście cholernie spięty.

Ale za bardzo był w nastroju „jak mogę pomóc”.

– Kłopoty?

– Kłopoty? A jakie ja mogłabym mieć kłopoty? Mieszkam w obcym domu, w obcym mieście, widzę rzeczy, które nie istnieją – albo, co jeszcze gorsze, istnieją i chcą mnie unicestwić. Prawie wszystko, co posiadam, zostało w mieszkaniu w Nowym Jorku. Mieszkaniu, za które wciąż muszę płacić, a moja bardzo cierpliwa i wyrozumiała szefowa zadzwoniła do mnie dzisiaj i powiedziała, że jeśli nie wrócę do pracy w przyszłym tygodniu, to będzie musiała znaleźć kogoś na moje miejsce. I wiesz, co zrobiłam?

– Nie.

– Zaczęłam się pakować. Przykro mi, naprawdę bardzo mi przykro, ale ja mam swoje życie. Mam obowiązki, rachunki i cholerne przyzwyczajenia. – Złapała się za łokcie, jakby sama siebie chciała przytrzymać w miejscu. – Muszę do nich wracać. I nie mogłam. Po prostu nie mogłam tego zrobić. Nie wiem dlaczego, nie znalazłam żadnego rozsądnego wyjaśnienia, ale nie mogłam. Więc teraz zostanę bez pracy, co oznacza, że nie będzie mnie stać na opłacenie czynszu. I pewnie skończę martwa albo w szpitalu dla psychicznie chorych, oczywiście po tym, jak już właściciel mojego mieszkania wytoczy mi sprawę w sądzie o zaległe opłaty. Kłopoty? Nie, nie u mnie.

Fox słuchał, nie przerywając ani słowem, a potem jedynie skinął głową.

– Głupie pytanie. Proszę. – Wyciągnął ku niej bukiet.

– Co?

– Wyglądasz, jakbyś ich potrzebowała. Zmieszana Layla patrzyła to na niego, to na kolorowe kwiaty. I poczuła pierwsze sygnały ogarniającej ją histerii.

– Ale… kupiłeś je dla kogoś innego.

– Mogę kupić drugi bukiet. – Machnął ręką w stronę drzwi kwiaciarni. – I mogę pomóc ci z właścicielem mieszkania, jeśli będziesz chciała. Resztą… cóż, też się zajmiemy. Może coś kazało ci tu przyjechać i nakazuje ci zostać, ale tak naprawdę, Layla, to ty dokonujesz wyboru. Jeśli uznasz, że musisz wyjechać… – Pomyślał znowu o Alice i jego frustracja nieco osłabła. – Nikt nie będzie cię za to winił. Ale jeśli zostaniesz, będziesz musiała podjąć pewne zobowiązania.

– Ja już…

– Nie. – Bezmyślnie poprawił pasek torby, który opadł jej z ramienia. – Wciąż szukasz drogi ucieczki, furtki, żeby móc spakować walizkę i wyjechać bez ponoszenia konsekwencji. Wrócić do takiego świata, jaki znasz. Nie mogę cię za to winić. Ale musisz dokonać wyboru, a potem trzymać się podjętej decyzji. To wszystko. Muszę iść. Zobaczymy się później.

Wszedł z powrotem do kwiaciarni, zostawiając osłupiałą Laylę na chodniku.

Quinn zawołała coś z piętra, kiedy Layla weszła do domu.

– To ja – odkrzyknęła i wciąż zmagając się ze sobą, poszła do kuchni, niosąc kwiaty, wazony i naczynia, które kupiła po drodze w sklepie z upominkami.

– Kawa. – Quinn wpadła do kuchni chwilę później. – Będziemy potrzebowały hektolitry… Hej, śliczne – powiedziała na widok kwiatów, które Layla układała w różnych wazonach.

– Ładne, prawda? Quinn, muszę z tobą porozmawiać.

– Ja z tobą też. Ty pierwsza.

– Dziś rano zamierzałam wyjechać. Quinn zamarła z dzbankiem w dłoni.

– Och.

– I chciałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby wyjechać, zanim wrócisz i odwiedziesz mnie od tego pomysłu. Przepraszam.

– Dobrze. Nie ma sprawy. – Quinn wróciła do parzenia kawy. – Ja też bym siebie unikała, gdybym miała zrobić coś, co by mi się nie spodobało, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć.

– Dziwne, ale wiem.

– Dlaczego nie wyjechałaś?

– Pozwól, że opowiem ci po kolei, co wydarzyło się wcześniej. – Layla powtórzyła jej rozmowę, którą przeprowadziła z szefową.

– Tak mi przykro. To niesprawiedliwe. Nie chodzi o twoją szefową, ona musi dbać o interesy, ale cała ta sytuacja. – Quinn patrzyła, jak Layla układa różnokolorowe stokrotki w wielkiej filiżance. – Ja nie muszę się martwić o te sprawy, w końcu to moja praca. Mogę tu siedzieć i będę dostawać pieniądze za artykuły. Mogłabym ci pomóc…

– Nie o to chodzi. Nie chcę, żebyś pożyczała mi pieniądze ani pokrywała moją część wydatków. Jeśli zostanę, to dlatego, że sama podjęłam taką decyzję. – Layla popatrzyła na kwiaty i pomyślała o tym, co powiedział Fox. – Chyba do dzisiaj nie chciałam tego zaakceptować. Łatwiej było myśleć, że coś kazało mi tu przyjechać i nakazuje zostać. Zamierzałam wyjechać, bo nie chciałam uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Ale tak jest. Dlatego zostanę, bo sama tak zdecydowałam. Muszę tylko się zastanowić nad stroną praktyczną mojej decyzji.

– Mam kilka pomysłów, tylko muszę się nad nimi zastanowić. Te kwiaty to był dobry pomysł. Poprawią ci humor po nie najlepszych wieściach.

– To nie mój pomysł. Fox mi je dał, kiedy wpadłam na niego przed kwiaciarnią. Naskoczyłam na niego. – Wzruszyła ramionami i pozbierała kawałki łodyżek i sreberka. – On zapytał tylko, jak się mam, a ja wyjechałam z całym: „Jak się mam? Już ja ci powiem, jak”. – Wrzuciła resztki do śmieci, opada się o blat i roześmiała. – Boże, po prostu na niego nawrzeszczałam. A on dał mi kwiaty, które dopiero co kupił, właściwie rzucił nimi we mnie i zrobił mi krótki, treściwy wykład. Chyba na niego zasłużyłam.

– Hmm. – Quinn dodała tę informację do reszty danych, które przechowywała w głowie. – I czujesz się lepiej?

– Lepiej? – Layla poszła do małej jadalni, żeby postawić wazon z kwiatami na rozkładanym stole, który kupiły na pchlim targu. – Jestem bardziej zdecydowana. Nie wiem, czy to lepiej.

– Mam dla ciebie zajęcie.

– Dzięki Bogu. Jestem przyzwyczajona do pracy i jeszcze bardziej się denerwuję, kiedy nie mam nic do roboty.

– Chodź ze mną. Nie zostawiaj tu wszystkich kwiatów, powinnaś zabrać część do swojego pokoju.

– Pomyślałam, że będą do domu. Fox nie kupił ich dla mnie ani…

– Dał je tobie. Zabierz trochę na górę. Ja mogę wziąć tulipany. – Żeby zakończyć sprawę, Quinn sama wzięła mały wazon i smukłą butelkę. – Och, kawa.

– Ja to zrobię. – Layla nalała kawy dla Quinn, a dla siebie wzięła butelkę wody. – Czym będę się zajmować?

– Książkami.

– Mamy już książki z biblioteki.

– Te są z prywatnych zbiorów Estelle Hawkins. Niektóre to pamiętniki. Dopiero zaczęłam je przeglądać – wyjaśniła Quinn, gdy szły po schodach. – Wróciłam niedługo przed tobą, ale widziałam, że trzy napisała Ann Hawkins, po urodzeniu dzieci. Synów Milesa Denta.

– Ale pani Hawkins musiała już je czytać, pokazywać Calowi.

– To prawda, wszystkie zostały przeczytane i przestudiowane w tę i z powrotem. Ale nie przez nas, Layla. Mamy świeże spojrzenie, inny punkt widzenia. – Skręciła do pokoju Layli, postawiła kwiaty i idąc do gabinetu, wzięła od przyjaciółki kubek z kawą. – Już zapisałam pierwsze pytanie: gdzie są pozostałe?

– Pozostałe dzienniki?

– Reszta pamiętników Ann, bo założę się, że było ich więcej. Gdzie się podziały zapiski, które robiła, mieszkając z Dentem, kiedy była w ciąży? Mam nadzieję, że uda się rozwiązać tę tajemnicę. Gdzie są te pamiętniki i dlaczego nie ma ich z innymi?

– Jeśli nawet napisała coś więcej, to dzienniki mogły zostać zniszczone lub zaginąć.

– Miejmy nadzieję, że nie. – Quinn usiadła i z błyszczącymi oczami wzięła do ręki małą książeczkę oprawną w brązową skórę. – Bo myślę, że Ann znała odpowiedzi na nasze pytania.

Cal aż do siódmej nie mógł się wyrwać z kręgielni, a i tak wyszedł z poczuciem winy, że zostawia wszystko na głowie ojca. Późnym popołudniem zadzwonił do Quinn, żeby jej powiedzieć, że przyjdzie, kiedy tylko będzie mógł. Wydawała się roztargniona i poleciła mu tylko, żeby przyniósł coś do jedzenia.

Będzie musiała zadowolić się pizzą, pomyślał, niosąc pudełka po schodach. Nie miał ani czasu, ani okazji dowiedzieć się, na czym polegała jej zmiana stylu życia.

Pukając, poczuł na karku lodowaty podmuch i obejrzał się nerwowo przez ramię. Coś się wydarzy, pomyślał. Wiatr coś niesie.

Drzwi otworzył Fox.

– Dzięki Bogu, pizza i testosteron. Jestem tu w mniejszości, koleś.

– Gdzie jest estrogen?

– Na górze. Zakopany w książkach i notatkach. Layla robi wykresy. Popełniłem błąd i powiedziałem, że mam w biurze białą tablicę do pisania. Kazały mi ją tu przynieść i wtargać po schodach. – Gdy tylko Cal postawił pudełka na stole, Fox otworzył jedno i wziął kawałek pizzy. – Mówiły coś o kartach indeksowych. Kolorowych. Nie zostawiaj mnie tu więcej samego.

Cal chrząknął, otworzył drzwi lodówki i znalazł w niej to, o czym marzył – piwo.

– Może my nigdy nie byliśmy dostatecznie zorganizowani i dlatego umknęły nam jakieś szczegóły. Może… – Przerwał, gdy do kuchni wpadła Quinn.

– Cześć! Pizza. Och rety. Cóż, spalę ją siłą woli i rundką na siłowni jutro rano.

Wyjęła talerze i podała jeden Foxowi, który już kończył pierwszy kawałek, po czym zwróciła się do Cala z tym swoim uśmiechem.

– Masz dla mnie coś jeszcze? Cal pochylił się i pocałował ją w usta.

– Mam to.

– Co za zbieg okoliczności, właśnie na to miałam ochotę. Może jeszcze trochę? – Złapała go za koszulę i pociągnęła w dół na dużo dłuższy pocałunek.

– Chcecie, żebym wyszedł? Mogę zabrać ze sobą pizzę?

– Właściwie… – zaczął Cal.

– Dobra, dobra. – Quinn poklepała go po piersi, żeby się odsunął. – Mamusia i tatuś tylko mówili sobie „dzień dobry” – wyjaśniła Foxowi. – Chodźmy do jadalni i zjedzmy jak cywilizowani ludzie. Layla już schodzi.

– Dlaczego ja nie mogę przywitać się z mamusią? – poskarżył się Fox, gdy Quinn wyszła z talerzami.

– Bo wtedy musiałbym stłuc cię do nieprzytomności.

– Już to widzę. – Rozbawiony Fox wziął pudełka z pizzą i ruszył za Quinn. – Weź trunki, bracie.

Gdy tylko usiedli, rozłożyli talerze i serwetki i nalali napoje, do jadalni weszła Layla z jedną dużą i kilkoma mniejszymi miskami.

– Zrobiłam to wcześniej. Nie wiedziałam, co przyniesiesz – powiedziała do Cala.

– Przygotowałaś sałatkę? – spytała Quinn.

– Moja specjalność. Kroisz, siekasz, mieszasz. Żadnego gotowania.

– W takim razie muszę być grzeczna. – Quinn porzuciła marzenie o dwóch kawałkach pizzy i poprzestała na jednym oraz na porcji sałatki Layli. – Zrobiłyśmy pewne postępy – powiedziała, nabierając na widelec pierwszy kęs.

– Tak, zapytaj panie, jak się robi świece z łoju lub przetwory z malin – poradził Fox. – Mają to w małym palcu.

– Zapewne niektóre informacje, które znalazłyśmy w tych książkach, nie odnoszą się bezpośrednio do naszej sytuacji – poinformowała go Quinn – ale pewnego dnia podczas awarii prądu mogę zażegnać kryzys, robiąc świece z łoju. Mówiąc o postępach, miałam na myśli to, że dzienniki Ann zawierają dużo ciekawych szczegółów.

– Czytaliśmy je – przypomniał jej Cal. – Kilkanaście razy.

– Nie jesteście kobietami. – Uniosła palec. – A Essie jest kobietą, ale należy do rodziny, która jest częścią tego miasta i jego historii i bez względu na to, jak bardzo starała się zachować obiektywizm, mogła nie dostrzec pewnych niuansów. Pierwsze pytanie: gdzie są pozostałe tomy?

– Nie istnieją.

– Nie zgadzam się. Po prostu ich nie znaleźliśmy. Essie powiedziała, że dostała te pamiętniki od ojca. Dzwoniłam do niej, żeby się upewnić, ale on nigdy nie wspominał o innych.

– Gdyby się zachowały – upierał się Cal – to Essie by je dostała.

– O ile on sam je miał. Sporo czasu dzieli wiek szesnasty i dziewiętnasty – przypomniała Quinn. – Przedmioty zmieniają miejsce, gubią się, zostają wyrzucone. Według ustnych przekazów twojej rodziny Ann Hawkins mieszkała przez większość życia w budynku, w którym teraz mieści się ośrodek kultury, a kiedyś była tam biblioteka. Książki, biblioteka. Bardzo ciekawe.

– Biblioteka, którą babcia znała na wylot – odparł Cal. – Nie znajdziesz tam ani jednej książki, o której by nie wiedziała. I jeszcze pamiętniki? – Potrząsnął głową. – Miałaby je, gdyby tam były.

– Może zostały naprawdę dobrze ukryte. Albo nie było jej dane ich odnalezienie, nie w tamtym czasie.

– Bardzo wątpliwe – uznał Fox.

– I warte rozważenia. Na razie, ponieważ Ann nie datowała swoich zapisków, próbujemy z Laylą umieścić je w czasie, kierując się tym, co pisze o swoich synach. W pamiętniku, który uznałyśmy za pierwszy, mają dwa albo trzy lata. Na początku następnego mają już pięć, Ann bardzo dokładnie opisuje ich urodziny, a pod koniec około siedmiu lat. W trzecim są już chyba młodymi mężczyznami, mogą mieć z szesnaście lat.

– Brakuje zapisków z wielu lat.

– Może nie miała o czym pisać.

– Może, ale założę się, że pisałaby nawet o dżemach z malin czy trójce swoich urwisów. Jednak dużo ważniejsze pytanie brzmi, przynajmniej moim zdaniem, gdzie jest pamiętnik lub pamiętniki, które pisała, mieszkając z Dentem, przed narodzinami synów i podczas dwóch pierwszych lat ich życia. Daję głowę, że były to na pewno ciekawe czasy.

– Ona o nim pisze – powiedziała Layla cicho. – O Gilesie Dencie. W każdym pamiętniku, który mamy. Pisze o nim, o swoich uczuciach do niego, o snach o nim.

– Zawsze w czasie teraźniejszym – dodała Quinn.

– Trudno pogodzić się ze stratą kogoś, kogo kochasz. – Fox obrócił w dłoni butelkę piwa.

– To prawda, ale ona pisze o nim tak, jak gdyby Dent wciąż żył. – Quinn popatrzyła na Cala. – To nie śmierć. Mówiliśmy o tym, że Dent znalazł sposób na przetrwanie razem z demonem. Powstrzymuje go, więzi, czy jakkolwiek to nazwiemy. Najwidoczniej nie mógł go zabić ani zniszczyć, ale też demon nie mógł zabić Denta, więc Giles znalazł sposób, żeby dalej istnieć. Może tylko i wyłącznie w tym celu. Ona o tym wiedziała. Ann wiedziała, co Dent zrobił i – założę się – wiedziała też jak.

– Nie bierzesz pod uwagę miłości i żalu – wytknął jej Cal.

– Pamiętam o tym, ale czytając pamiętniki, odniosłam wrażenie, że Ann była kobietą o silnej woli. Która kochała silnego mężczyznę. Odrzuciła dla niego konwenanse, naraziła się na wykluczenie ze społeczności i potępienie. Dzieliła z nim łoże i, jak sądzę, obowiązki. Na pewno mówił jej o wszystkim, co planował, co musiał zrobić. Stanowili jedność. Czy nie to właśnie czułeś, oboje czuliśmy, tam, na polanie?

– Tak. – Cal nie mógł zaprzeczyć. – Właśnie to czułem.

– Dlatego sądzę, że Ann wiedziała o wszystkim i może nawet powiedziała coś synom, kiedy byli już wystarczająco dorośli, ale ta część ustnej historii mogła zaginąć lub zamienić się w legendę. To się zdarza. Myślę jednak, że ona by to opisała, ukryła zapiski w bezpiecznym miejscu i chroniła, dopóki nie stałyby się potrzebne.

– Są potrzebne od dwudziestu jeden lat.

– Cal, przemawia przez ciebie poczucie odpowiedzialności, nie logika. Powiedziała ci, że nadszedł czas, że to zawsze miało być teraz. Nic, co zrobiliście ani co mogliście zrobić, nie powstrzymałoby go wcześniej.

– Wypuściliśmy go – powiedział Fox. – Nie trzeba by było nic robić, gdybyśmy go nie uwolnili.

– Myślę, że to nieprawda. – Layla pochyliła się lekko ku niemu. – Może zrozumiemy więcej, jeżeli znajdziemy tamte pamiętniki. Ale zauważyłyśmy coś innego.

– Layla od razu to spostrzegła.

– Bo pierwsza wzięłam ten pamiętnik. W każdym razie chodzi o imiona synów Ann. Caleb, Fletcher i Gideon.

– Dosyć popularne w tamtych czasach. – Cal wzruszył ramionami i odsunął talerz. – Imię „Caleb” utrzymało się dłużej w rodzinie Hawkinsów niż pozostałe dwa, ale mam kuzyna Fletcha i wujka Gideona.

– Nie, chodzi o pierwsze litery – przerwała mu niecierpliwie Quinn. – Mówiłam ci, że oni to przeoczyli – powiedziała do Layli. – C, F, G. Caleb, Fox, Gage.

– Przesadzacie – zaprotestował Fox. – Ja jestem Fox *, bo moja matka zobaczyła przed samym porodem stado rudych lisów biegnących przez pole. A moja siostra Sage **? Zaraz po jej urodzeniu mama poczuła zapach szałwi z ogrodu. Tak było z całą naszą czwórką.

– Nosisz imię po lisie? Takim rudym, z wielką kitą? – dopytywała się Layla.

– Cóż, nie po jakimś konkretnym. Chodziło raczej o… Musiałabyś poznać moją matkę.

– W jakikolwiek sposób Fox zyskał swoje sławne imię, nie powinniśmy lekceważyć takiego zbiegu okoliczności. – Quinn popatrzyła na Cala, który najwidoczniej głęboko się nad tym zastanawiał. – I myślę, że przy tym stole siedzi więcej niż jeden potomek Ann Hawkins.

– Quinn, rodzina mojego ojca przyjechała tu z Irlandii cztery pokolenia temu – powiedział sceptycznie Fox. – Nie było ich tutaj w czasach Ann Hawkins, uprawiali pola w Kerry.

– A rodzina ze strony matki? – spytała Layla.

– Mieszanka. Anglicy, Irlandczycy, chyba kilku Francuzów. Nikt nigdy nie zawracał sobie głowy genealogią, ale nie słyszałem o żadnym Hawkinsie w rodzinie.

– Może warto to zbadać. A rodzina Gage'a? – zastanawiała się na głos Quinn.

– Nie mam pojęcia. – Cal był coraz bardziej zamyślony. – On pewnie też nie. Mogę zapytać Billa, jego ojca. Jeśli to prawda, jeżeli rzeczywiście jesteśmy potomkami Ann, to mogłoby wyjaśnić jedną kwestię, której nigdy nie rozumieliśmy.

– Dlaczego właśnie wy – dokończyła Quinn cicho. – Wasza trójka, czyli zmieszana krew twoja, Foxa i Gage'a, otworzyła drzwi.

– Zawsze myślałem, że to przez mnie. Cal leżał przytulony do Quinn w cichym, uśpionym domu.

– Tylko przez ciebie?

– Może oni pomogli, ale tak, tylko przeze mnie. Bo chodziło o moją krew, nie tylko tamtej nocy, o moje dziedzictwo, można powiedzieć. To ja jestem Hawkinsem. Oni nie pochodzili stąd, nie tak jak ja. Moja rodzina mieszka tu od pokoleń, od zawsze. Ale jeśli to prawda… Wciąż nie wiem, co o tym myśleć.

– Mógłbyś sobie zrobić maleńką przerwę. – Pogłaskała go po piersi na wysokości serca. – Chciałabym, żebyś odpoczął.

– Dlaczego on na to pozwolił? To znaczy, Dent? Jeżeli znalazł sposób, żeby go powstrzymać, to dlaczego pozwolił na to wszystko?

– Kolejne pytanie. – Uniosła się i popatrzyła mu prosto w oczy. – Znajdziemy odpowiedzi, Cal. Wierzę, że jest nam to pisane.

– Przy tobie ja też coraz bardziej w to wierzę. – Dotknął jej policzka. – Quinn, nie mogę zostać dziś w nocy. Klusek może i jest leniem, ale mnie potrzebuje.

– Masz jeszcze godzinkę?

– Tak. – Uśmiechnął się, gdy pochyliła się nad nim. – Myślę, że jeszcze godzinkę wytrzyma.

Później, gdy szedł do samochodu, powietrze drżało, aż słychać było stukot nagich gałęzi drzew. Cal uważnie obserwował ulicę w poszukiwaniu jakiegoś znaku, czegoś, przed czym będzie musiał się bronić, ale droga była zupełnie pusta.

Wiatr coś niesie, pomyślał znowu, wsiadł do samochodu i pojechał do domu.

Zaraz po północy Gage'a naszła nieodparta chęć na papierosa. Rzucił palenie dwa lata, trzy miesiące i siedem dni temu, ale wciąż miewał takie zachcianki.

Pogłośnił radio, żeby oderwać myśli od papierosów, ale ochota przeradzała się w głód nikotyny. To też mógł zignorować, stale tak robił. Gdyby postąpił inaczej, udowodniłby, że stare powiedzenie nie kłamie: jaki ojciec, taki syn.

W niczym nie był podobny do ojca.

Pił tylko wtedy, kiedy chciał, i nigdy się nie upijał. W każdym razie odkąd skończył siedemnaście lat, a i wtedy zrobił to absolutnie celowo. Nie winił innych za swoje porażki i nie skakał z pięściami na mniejszych i słabszych, żeby samemu poczuć się dużym i silnym.

Nawet nie winił specjalnie ojca. Według Gage'a grasz kartami, które dostałeś, albo się poddajesz i odchodzisz z pustymi kieszeniami.

Kwestia rozdania.

Dlatego był w pełni przygotowany do zignorowania tej nagłej i wyjątkowo silnej chęci na papierosa. Jednak kiedy pomyślał, że jest o kilka kilometrów od Hawkins Hollow, miasta, w którym zapewne zginie nagłą i bolesną śmiercią, ostrzeżenia lekarza wydały mu się bezsensowne, a własna siła woli zbędnym trudem.

Gdy zobaczył znak stacji benzynowej, pomyślał: O, do diabła. Nie chciał przecież żyć wiecznie. Zaparkował przed całodobowym sklepem, kupił czarną kawę i paczkę marlboro.

Wrócił do samochodu, który kupił tego samego wieczoru w Waszyngtonie, zaraz po wyjściu z samolotu, ale jeszcze zanim spłacił swój mały dług. Wiatr rozwiewał mu włosy, czarne jak noc, nieco dłuższe niż zwykle, bo nie miał zaufania do praskich fryzjerów.

Nie ogolił się i twarz pokrywał mu lekki zarost, potęgujący jeszcze jego ciemny, niebezpieczny urok. Widział, jak na jego widok młoda sprzedawczyni na stacji aż zadrżała z pożądania.

Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i solidną budowę. Prowadził siedzący tryb życia, więc dbał o kondycję i wygląd, katując się regularnymi, często morderczymi treningami.

Nie szukał zwady, ale rzadko unikał bójek. I lubił wygrywać. Jego ciało, twarz, umysł, stanowiły narzędzia pracy. Tak jak oczy, głos i opanowanie, które rzadko tracił.

Gage był hazardzistą, a bystry hazardzista trzyma wszystkie narzędzia w pogotowiu.

Wrócił na drogę i rozpędził ferrari. Może było głupotą ładowanie tak dużej części wygranej w samochód, ale Jezu, jak on gnał. I, do diabła, Gage tyle lat temu wyjechał z Hollow stopem, więc cholernie dobrze było wrócić z klasą.

Śmieszne, kiedy już kupił te piekielne fajki, to przeszła mu na nie ochota. Nie miał nawet chęci na kawę, prędkość dawała mu wystarczającego kopa.

Przemknął przez ostatnie kilometry autostrady międzystanowej i wpadł w zjazd, który prowadził do Hollow. Ciemna droga była pusta – nic dziwnego, o tej porze nocy. Widział cienie i kształty: domy, wzgórza, pola, drzewa. Czuł ucisk w żołądku, bo jechał do miasta, a nie z powrotem; tak naprawdę to dziwne przyciąganie nigdy nie przestało działać.

Sięgnął po kawę bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, ale nagle musiał mocno schwycić kierownicę i wcisnąć z całej siły hamulec, bo dokładnie przed sobą zobaczył przednie światła samochodu. Naciskał klakson, patrząc, jak tamten zjeżdża na pobocze.

Pomyślał: Cholera, cholera, cholera! Dopiero co go kupiłem.

Gdy odzyskał oddech, a ferrari zatrzymało się w poprzek drogi, Gage uznał za cud, że nie doszło do kraksy. Centymetry, pomyślał. Nawet mniej.

Miał cholerne szczęście.

Wykręcił, zjechał na bok i wysiadł sprawdzić, co z drugim kierowcą, który – jak przypuszczał – był zalany w pestkę.

Nie była pijana. Tylko potwornie wściekła.

– Skąd ty się, do diabła, wziąłeś? – wrzasnęła. Wysiadła z auta, trzaskając drzwiami i wpadła w płytki rów na poboczu. Gage zobaczył masę ciemnych jak u Cyganki loków otaczających bladą, zszokowaną twarz.

Śliczną twarz, uznał, o wielkich oczach, niemal czarnych na tle białej skóry, ostrym nosie i seksownie pełnych ustach, które mogły zawdzięczać swój uroczy kształt kolagenowi.

Kobieta nie drżała, nie było też w jej złości śladu strachu, choć stała na ciemnej drodze z zupełnie obcym mężczyzną.

– Panienko – powiedział z godnym podziwu spokojem – skąd ty się tu, do diabła, wzięłaś?

– Wyjechałam z tej głupiej drogi, która wygląda jak wszystkie głupie drogi w tej okolicy. Popatrzyłam w obie cholerne strony i nikogo nie zobaczyłam. Wtedy, w jakiś sposób… Och, nieważne. Nie zginęliśmy.

– Hurra. Oparła ręce na biodrach i odwróciła się, żeby obejrzeć swój samochód.

– Wyjadę stąd, prawda?

– Tak. Ale masz dziurawą oponę.

– Jaką oponę… Och, na litość boską! Musisz ją zmienić. – Zirytowana kopnęła w sflaczałe koło. – Przynajmniej tyle możesz dla mnie zrobić.

Tak właściwie, to nie. Mógł wrócić do swojego auta i pomachać jej na pożegnanie. Ale docenił jej tupet, wolał to od biadolenia.

– Otwórz bagażnik. Potrzebuję zapasowej opony i lewarka. Zrobiła, jak kazał, a Gage wyjął walizkę z bagażnika i popatrzył na oponę. I potrząsnął głową.

– Masz zły dzień. Zapasowa też jest flakiem.

– Niemożliwe. O czym ty, do diabła, mówisz? – Odepchnęła go na bok i sama zajrzała do bagażnika. – Niech ją szlag, niech ją szlag, niech ją diabli wezmą! Moją siostrę! – Odwróciła się i zaczęła chodzić po poboczu w tę i z powrotem. – Pożyczyłam jej samochód na kilka tygodni. To takie typowe. Łapie gumę i czy zadaje sobie trud, żeby ją załatać, albo chociaż o tym wspomnieć? Nie.

Odgarnęła włosy z twarzy.

– Nie mam zamiaru wzywać pomocy drogowej o tej porze i czekać na nich na tym końcu świata. Będziesz musiał mnie podwieźć.

– Tak?

– To twoja wina. Przynajmniej po części.

– Po jakiej części?

– Nie wiem i jestem zbyt zmęczona, zbyt wściekła i za bardzo zagubiona w tej cholernej dziczy, żeby się nad tym zastanawiać. Potrzebuję transportu.

– Do usług. Dokąd?

– Hawkins Hollow. Gage uśmiechnął się ponuro.

– Dobrze się składa, bo też tam jadę. – Wskazał ręką na samochód. – Gage Turner – dodał.

Dziewczyna pokazała niemal królewskim gestem na swoją walizkę.

– Cybil Kinski. – Uniosła brwi, gdy po raz pierwszy przyjrzała się jego samochodowi. – Ma pan ładny wózek, panie Turner.

– I wszystkie opony całe.

ROZDZIAŁ 14

Cal nie był specjalnie zaskoczony, zobaczywszy – mimo późnej pory – samochód Foxa przed swoim domem. I nie zdziwił go widok przyjaciela pogrążonego w półśnie na kanapie przed telewizorem z Kluskiem chrapiącym u boku.

Na stoliku stała otwarta cola, leżała ostatnia torebka czipsów Cala i pudełko psich smakołyków. Resztki po męsko – psiej imprezie.

– Co ty tu robisz? – wybełkotał zaspany kumpel.

– Mieszkam tu.

– Wykopała cię?

– Nie, nie wykopała mnie. Wróciłem do domu. – Cal sięgnął do torebki z czipsami i wyciągnął tylko garstkę okruchów. – Ile mu dałeś?

Fox zerknął na pudełko psich przekąsek.

– Kilka. Może pięć. Coś taki zły? Cal wziął colę i pociągnął kilka łyków ciepłego napoju bez gazu.

– Mam dziwne przeczucie… Nie czułeś nic dziś wieczorem?

– Przez ostatnich kilka tygodni ciągle coś czuję. – Fox przesunął dłońmi po twarzy, a potem przeczesał włosy. – Ale tak, poczułem coś, tuż przed twoim przyjazdem. Spałem, ale poczułem coś, jakby powiew wiatru w kominie.

– Tak. – Cal podszedł do okna. – Rozmawiałeś ostatnio z rodzicami?

– Dzwoniłem dziś do ojca. Wszystko u nich w porządku. Dlaczego pytasz?

– Jeśli wszyscy trzej jesteśmy potomkami Ann, to jedno z twoich rodziców też – odpowiedział Cal.

– Sam na to wpadłem.

– Żaden z członków naszych rodzin nie ucierpiał podczas Siódemki. Zawsze czuliśmy ulgę z tego powodu. – Odwrócił się od okna. – Może zbyt wielką, by dociekać dlaczego.

– Uważaliśmy, że to dlatego, że mieszkają poza miastem. Poza Billem Turnerem, a kto mógł wiedzieć, co się z nim działo?

– Moi i twoi rodzice przyjeżdżali do miasta podczas Siódemki. A pamiętasz, co się ostatnim razem stało w domu Poffenbergerów?

– Tak, tak, pamiętam. – Fox potarł oczy. – Mieszkanie pięć kilometrów za miastem nie przeszkodziło Poffenbergerowi w uduszeniu żony, podczas gdy ona uderzyła go rzeźnickim nożem.

– Teraz wiemy, że babcia czuła i widziała różne rzeczy tamtego pierwszego lata, a także teraz, w walentynki. Dlaczego?

– Może on wybiera, kogo chce, Cal. – Fox wstał i dorzucił polano do kominka. – Niektórym ludziom nigdy nic się nie stało, a inni zostali zainfekowani w różnym stopniu.

– Quinn i Layla są pierwszymi osobami z zewnątrz. Doszliśmy do wniosku, że coś je z nami łączy, może chodzi o więzy rodzinne?

Fox znowu usiadł i pogłaskał Kluska, który wiercił się przez sen.

– Dobra teoria. Nie zdziw się, jeśli się okaże, że harcujesz nago z daleką kuzynką.

– Uch. – Istniała taka możliwość. – Jeżeli one też pochodzą od Ann, to musimy się dowiedzieć, czy ich obecność tutaj nas osłabia czy też wzmacnia. Bo nie ma wątpliwości, że ten raz będzie ostatni. Wszystko albo nic. Dlatego… ktoś przyjechał.

Fox zerwał się z kanapy i podszedł szybko do Cala.

– Nie sądzę, żeby Wielki Demon podjechał pod twój dom i to w… – Przyjrzał się bliżej, gdy ruch samochodu uruchomił automatyczne światło przed domem. – Słodki Jezu, czy to ferrari? – Wyszczerzył zęby do Cala.

– Gage – powiedzieli jednocześnie. Nie zamykając za sobą drzwi, wyszli w samych koszulach na werandę. Gage wysiadł z samochodu, spojrzał na przyjaciół i poszedł do bagażnika po torbę. Przerzucił ją przez ramię i wszedł na schody.

– Hej, dziewczynki, przyjęcie piżamowe?

– Strptizerki właśnie wyszły – poinformował go Fox. – Szkoda, że się z nimi minąłeś. – Podbiegł do przyjaciela i schwycił go w mocny uścisk. – Człowieku, dobrze cię widzieć. Kiedy mogę się przejechać twoim autem?

– Myślę, że nigdy. Cal.

– Zbytnio się nie śpieszyłeś. – Ulga, miłość, czysta radość pchnęła Cala do przodu i kazała uściskać Gage'a tak samo, jak zrobił to Fox.

– Miałem kilka spraw do załatwienia. Chcę się napić. I muszę gdzieś przekimać.

– Wchodź. W kuchni Cal nalał whisky do szklanek. Wszyscy trzej wiedzieli, że to powitalny toast dla Gage'a i prawdopodobnie kielich przed wojną.

– Rozumiem – zaczął Cal – że wracasz z tarczą.

– O tak.

– O ile jesteś do przodu? Gage obrócił szklankę w dłoni.

– Odjąwszy wydatki i tę nową zabawkę, jakieś pięćdziesiąt.

– Niezła robota, jeśli się na niej znasz – uznał Fox.

– A ja się znam.

– Wyglądasz na wykończonego, brachu. Gage wzruszył ramionami.

– Miałem ostatnio ciężkie dni. Które niemal zakończyły się ostrą kraksą na sześćdziesiątej siódmej.

– Zabawka się zbuntowała? – zapytał Fox.

– Proszę cię. – Gage skrzywił się. – Jakiś cymbał, a właściwie bardzo gorąca laska, wjechał mi pod koła. Ani jednego wozu na szosie, a ona wypada zza zakrętu tym antycznym karmannem ghia – niezły wózek, swoją drogą – po czym wyskakuje jak oparzona i wrzeszczy na mnie, że to moja wina.

– Kobiety – zauważył Fox – niewyczerpane źródło wszelkich kłopotów.

– Wpadła w jakiś rów, kiedy skręcała. – Gage gestykulował wolną ręką. – Nic wielkiego, ale złapała gumę. To żaden problem, tyle że jej zapasowe koło też ma flaka. Okazuje się, że jedzie do Hollow, więc pakuję jej walizki do mojego bagażnika, a ona podaje adres i pyta mnie, jakbym był cholernym GPS – em, jak długo będziemy jechać.

Wziął mały łyk whisky.

– Ma szczęście, że się tu wychowałem i wiem, że dojedziemy w pięć minut. Wyciąga telefon, dzwoni do kogoś, kogo nazywa Q, jak w cholernym Jamesie Bondzie – swoją drogą do całkiem niezłej laski, z tego, co widziałem w drzwiach – mówi, co się stało, i że będzie za pięć minut. Potem…

Cal podał adres.

– Czy to ten? Gage opuścił szklankę. – Tak.

– Coś się święci – wymamrotał Cal. – Spotkałeś Cybil, przyjaciółkę Quinn.

– Cybil Kinsky – potwierdził Gage. – Wygląda jak Cyganka z Park Avenue. Proszę, proszę. – Dokończył whisky. – Niezłe jaja, co?

– Pojawił się znikąd. – Na komodzie stał kieliszek wina, którego Quinn nalała sobie, czekając na Cybil.

Jej przyjazd obudził Laylę. Siedziała teraz koło Quinn na łóżku nowej lokatorki, podczas gdy Cybil kręciła się po pokoju, rozwieszając ubrania, upychając bieliznę do szuflad i popijając od czasu do czasu łyk wina.

– Pomyślałam, że to koniec, choć nigdy nie widziałam w swojej przyszłości, że umrę w wypadku samochodowym. Przysięgam, nie wiem, jak to się stało, że nie skończyliśmy jako krwawa miazga w stercie płonącego złomu. Jestem dobrym kierowcą – powiedziała do Quinn.

– Jesteś.

– Muszę być lepsza, niż myślałam i, na szczęście, ten mężczyzna też. Wiem, że mam szczęście, uszłam z życiem i skończyło się tylko na przebitej oponie, ale niech szlag trafi Rissę za, cóż, bycie Rissą.

– Rissa? – zapytała zdezorientowana Layla.

– Siostra Cyb, Marissa – wyjaśniła Quinn. – Znowu pożyczyłaś jej samochód.

– Wiem, wiem, wiem – powiedziała Cybil, wypuszczając powietrze, aż podskoczyły loczki na jej czole. – Nie rozumiem, jak jej się udaje mnie namówić. Przez Rissę moje zapasowe koło było do niczego.

– To wyjaśnia, dlaczego podjechałaś superseksownym sportowym autem.

– Nie mógł mnie przecież tam zostawić, chociaż wyglądał na takiego, co chętnie by spróbował. Przykurzony, fantastycznie przystojny, niebezpieczny.

– Ostatnim razem gdy ja złapałam gumę – przypomniała sobie Quinn – bardzo miły chłopak, który zatrzymał się, żeby mi pomóc, miał bebech wielkości worka cementu i widać mu było rowek w tyłku.

– U tego nie było żadnego cementu i choć facet nosił długi płaszcz, co nie pozwoliło mi na obserwację, to jestem pewna, że Gage Turner ma wspaniały tyłek.

– Gage Turner. – Layla dotknęła kolana Quinn. – Słyszysz?

– Tak. – Quinn westchnęła. – No dobrze, chyba pora zawołać: „hip hip hura, drużyna w komplecie”.

Rano Quinn zostawiła śpiące współlokatorki i pobiegła do domu kultury. Wiedziała, że będzie tego żałować, bieg w jedną stronę oznaczał, że tak samo będzie musiała wrócić – po treningu – ale uznała, że pokonanie samochodem trzech przecznic do siłowni byłoby niezgodne z jej nowym stylem życia.

I potrzebowała czasu, żeby pomyśleć.

Za żadne skarby świata nie uwierzyłaby, że Cybil i Gage wpadli na siebie – niemal dosłownie – w środku nocy, zaraz za miastem, przez przypadek.

Następny punkt na liście dziwnych zdarzeń, uznała, wydychając mroźne obłoki pary.

A kolejnym był fakt, że Cybil, mająca doskonałą orientację w terenie, kilka razy źle skręciła i wyjechała z bocznej drogi dokładnie w chwili, w której nadjeżdżał Gage.

I do tego, myślała Quinn, podchodząc do tylnych drzwi budynku, Cybil powiedziała, że „pojawił się znikąd”. Quinn rozumiała to dosłownie. Jeśli Cybil go nie widziała, to może przez tych kilka kluczowych chwil rzeczywiście go tam nie było.

Dlaczego było takie ważne, żeby spotkali się sami, poza grupą? Czyż to niewystarczająco dziwne, że oboje przyjechali tej samej nocy, o tej samej porze?

Quinn wyjęła klucz, który dostała od Cala, otworzyła drzwi do siłowni i wbiła kod.

Zaskoczyła ją panująca w środku ciemność. Zwykle, gdy przychodziła, paliły się już wszystkie światła, a przynajmniej jeden z telewizorów nadawał poranny program. Bardzo często ktoś trenował na wiosłach lub rowerku albo ćwiczył z hantlami.

Włączyła światło i zawołała. Jej głos rozszedł się głuchym echem. Zaciekawiona ruszyła przed siebie, pchnęła kolejne drzwi i zobaczyła, że ciemno było także w maleńkim biurze i szatni.

Może ktoś miał wczoraj późną randkę, uznała. Wzięła kluczyk do szafki, rozebrała się do kostiumu i wyjęła ręcznik. Postanowiła zacząć od ćwiczeń aerobowych, włączyła więc telewizor i usiadła na jedynym rowerku eliptycznym, którym szczycił się klub.

Zaprogramowała trening, opierając się chęci odjęcia sobie kilku kilogramów, gdy maszyna zapytała o wagę. Jakby to miało jakieś znaczenie, upomniała się w myślach. (Oczywiście, że miało).

Zaczęła ćwiczyć dumna z własnej dyscypliny i zadowolona z samotności. Jednak cały czas spodziewała się, że w każdej chwili usłyszy trzaśniecie drzwi i do sali wpadnie spóźniony Matt lub Tina, którzy pracowali tu na zmianę. Po dziesięciu minutach zwiększyła obciążenie i skupiła się na ekranie telewizora, żeby dać radę dobrnąć do końca treningu.

Po dwóch kilometrach pociągnęła długi łyk wody z bidonu, który ze sobą przyniosła i przy trzecim kilometrze zaczęła zastanawiać się nad tym, co zamierzała dzisiaj zrobić. Badania, podstawa każdego projektu. I chciała stworzyć szkic początku książki, może przy pisaniu przyjdą jej do głowy jakieś nowe pomysły. Chciałaby też przejść się znowu po mieście, tym razem z Cybil i z Laylą, jeśli ta będzie się czuła na siłach.

Jeszcze wizyta z Cybil na cmentarzu. Pora złożyć wizytę Ann Hawkins.

Może Cal zechce pójść z nimi. I tak musi z nim porozmawiać, o tym, co czuł, co myślał o przyjeździe Gage'a – któremu chciała się dobrze przyjrzeć – i Cybil. Tak naprawdę, przyznała się sama przed sobą, po prostu chciała znowu zobaczyć kochanka. Pokazać go Cybil.

Popatrz! Czyż nie jest słodki? Może zachowywała się jak nastolatka, ale to nie miało znaczenia. Chciała go znowu dotknąć, nawet jeżeli miałby to być szybki uścisk dłoni. I nie mogła się doczekać pocałunku na powitanie i tego, jak zmieni smutek w jego oczach w błysk rozbawienia. Kochała to, jak śmiały mu się oczy i jak…

Proszę. Proszę, proszę, proszę. Zdała sobie sprawę, że zupełnie zwariowała na jego punkcie. Naprawdę zadurzyła się w miejscowym chłopaku. To też było słodkie, chociaż na tę myśl poczuła trzepotanie w brzuchu. Co też nie było takie złe. Kombinacja „o rety” z „cudownie!”. Czyż to nie fascynujące?

Quinn, zakochałaś się, pomyślała i z głupawym uśmiechem na twarzy dobiła do trzeciego kilometra. Może i zipała jak pies, pot zalewał jej oczy, ale czuła się świeża i wesolutka niczym wiosenna stokrotka.

Wtedy zgasły światła.

Maszyna stanęła, telewizor ucichł, ekran zrobił się czarny.

– Och cholera. – Jej pierwszą reakcją nie był strach, lecz myśl: „i co teraz?”. Zapadła nieprzenikniona ciemność i pomimo że Quinn mogła odtworzyć w głowie, gdzie są drzwi – i jakie sprzęty stoją po drodze – wolałaby nie szukać ich po omacku.

A co potem?, zastanawiała się, czekając, aż odzyska oddech. W tych ciemnościach nie da rady dojść do szatni i wyjąć ubrania z szafki, będzie musiała wyjść na zewnątrz w sportowym staniku i obcisłych spodniach z lycry.

Usłyszała pierwszy grzmot i poczuła chłód na skórze. Zrozumiała, że ma dużo większy problem niż skąpy strój.

Nie była sama. Serce waliło jej jak szalone i miała desperacką nadzieję, że ten, kto czaił się w mroku, był człowiekiem. Ale odgłos diabelskiego grzmotu, od którego drżały ściany i podłoga, a potem potworne drapanie, nie wskazywały na ludzką istotę. Quinn poczuła gęsią skórkę, po części ze strachu, a po części od nagłego, mrożącego krew w żyłach zimna.

Nie trać głowy, rozkazała sobie. Na litość boską, zachowaj spokój. Złapała bidon – żałosna broń, ale jedyna, jaką miała – i zaczęła poluzowywać zapięcia od pedałów, żeby postawić stopy na podłodze.

Nagle pofrunęła w ciemność. Uderzywszy mocno o podłogę, poczuła siłę upadku w biodrze i ramieniu. Wszystko wokół drżało i wirowało, gdy usiłowała wstać. Zdezorientowana nie miała pojęcia, w którą stronę biec. Słyszała głos za plecami, przed sobą, w głowie – nie wiedziała gdzie – który z lubością szeptał o śmierci.

Pełzając po skrzypiącej podłodze, usłyszała swój własny krzyk. Chwyciła się kurczowo jakiejś maszyny, szczękając zębami z zimna i przerażenia. Myśl, myśl, myśl!, powtarzała w duchu, słysząc jak coś zbliża się w ciemności. Przesunęła drżącymi dłońmi po rowerze stacjonarnym i przypominając sobie wszystkie modlitwy, jakie znała, usiłowała określić jego położenie w stosunku do drzwi.

Usłyszała huk za plecami i coś spadło jej na stopę. Odskoczyła do tyłu, potknęła się i znów poderwała. Nie dbając już więcej o to, co stoi między nią a drzwiami, rzuciła się w kierunku – jak miała nadzieję – wyjścia. Powietrze niemal rozrywało jej płuca, gdy natrafiła dłońmi na ścianę.

– Znajdź je, do cholery, Quinn, znajdź te przeklęte drzwi! Uderzyła ręką w zawiasy i szlochając, odnalazła klamkę.

Przekręciła ją, pociągnęła.

Poraziło ją światło i w tym momencie wpadł na nią rozpędzony Cal. Gdyby miała jeszcze czym oddychać, to straciłaby dech do reszty. Nie zdążyła upaść, bo Cal objął ją ramionami i przesunął za siebie, używając własnego ciała jako tarczy między Quinn i ciemnością w środku budynku.

– Trzymaj się mnie, Quinn. Dasz radę się mnie złapać?

– Głos miał niebiańsko spokojny. Sięgnął za siebie i zamknął drzwi. – Coś ci się stało? Powiedz mi, jesteś ranna?

– Szybko przesunął dłońmi po jej ciele, po czym uniósł twarz dziewczyny.

I zmiażdżył jej usta swoimi.

– Nic ci się nie stało? – zapytał z wysiłkiem, opierając Quinn o ścianę i zdejmując kurtkę. – Nic ci nie jest? Masz, włóż. Zamarzniesz.

– Byłeś tu. – Patrzyła mu prosto w oczy. – Przyszedłeś.

– Nie mogłem otworzyć drzwi. Klucz nie chciał się przekręcić. – Ujął jej dłonie i zaczął rozcierać, żeby choć trochę ją rozgrzać. – Tam stoi mój samochód. Kluczyki są w stacyjce. Chcę, żebyś do niego poszła. Usiądź w środku i włącz ogrzewanie. Dasz radę?

Chciała powiedzieć, że tak. Miała ochotę zgodzić się na wszystko, o co prosił, ale zobaczyła w jego oczach, co zamierzał zrobić.

– Idziesz tam.

– Muszę. A ty masz poczekać na mnie w samochodzie przez kilka minut.

– Jeśli ty tam idziesz, to ja też.

– Quinn! Jak może być jednocześnie tak cierpliwy i poirytowany?

– Muszę tam wrócić tak samo jak ty i znienawidziłabym siebie, gdybym siedziała skulona w samochodzie, podczas gdy ty poszedłeś tam sam. Nie chcę siebie nienawidzić. Poza tym lepiej, żebyśmy poszli we dwoje. Po prostu to zróbmy. No już, później będziemy się kłócić.

– Idź za mną i jak powiem, że masz wyjść, to wychodzisz.

– Tak jest. Wierz mi, nie wstydzę się chować za twoimi plecami. Wtedy to zobaczyła, ledwie zauważalny błysk wesołości w jego oczach i ten widok uspokoił jej nerwy skuteczniej niż kieliszek brandy.

Cal przekręcił klucz w zamku i wstukał kod. Quinn wstrzymała oddech. Gdy otworzył drzwi, w siłowni paliły się wszystkie światła, a radosny głos Ala Rokersa zapowiadał pogodę dla kraju. Jedynym śladem poprzednich wydarzeń był bidon leżący pod stojakiem z hantlami.

– Cal, przysięgam, wysiadł prąd, a cała sala…

– Widziałem. Kiedy wypadłaś przez drzwi, w środku było kompletnie ciemno, a po całej podłodze walały się hantle. Widziałem, jak toczą się we wszystkie strony. A podłoga falowała. Widziałem to, Quinn. I słyszałem, nawet po drugiej stronie drzwi.

Które dwa razy próbował staranować, walił w nie ze wszystkich sił, bo słyszał jej krzyk i huk, jakby walił się dach.

– Dobrze. Ubranie mam w szafce. Muszę je zabrać.

– Daj mi klucz, a ja…

– Razem. – Schwyciła go za rękę. – Czujesz ten smród? Poza zapachem maszyny i mojego potu.

– Tak. Zawsze myślałem, że tak śmierdzi siarka. Już znika. – Uśmiechnął się lekko, kiedy Quinn podniosła pięciokilogramowy ciężarek i chwyciła go jak broń.

Cal otworzył drzwi do damskiej przebieralni. W środku panował zwykły porządek, ale i tak wziął klucz i kazał Quinn schować się za sobą, kiedy otwierał jej szafkę. Szybko wciągnęła spodnie i włożyła bluzkę.

– Wynośmy się stąd.

Wyszli, trzymając się za ręce i wpadli wprost na Matta. Matt był młody, typ szkolnego podrywacza, pracował na pół etatu w siłowni, czasem dorabiał jako osobisty trener. Uśmiechnął się porozumiewawczo, widząc Cala i Quinn wychodzących razem z damskiej przebieralni i odchrząknął.

– Hej, przepraszam za spóźnienie. Najpierw budzik nie zadzwonił, i wiem, jak to brzmi, ale potem samochód nie chciał zapalić. Jeden z tych poranków.

– Tak – zgodziła się Quinn, odkładając ciężarek i podnosząc bidon. – Wiem, o czym mówisz. Ja już skończyłam. – Rzuciła mu kluczyk do szafki. – Do zobaczenia.

– Na razie. Poczekała, aż znaleźli się na ulicy.

– On pomyślał, że…

– Tak, tak.

– Robiłeś to kiedyś w przebieralni?

– Ponieważ była to moja pierwsza wizyta w damskiej szatni, muszę przyznać, że nie.

– Ja też nie. Cal, masz czas, żeby wpaść do mnie na kawę… Boże, nawet zrobię śniadanie, i pogadamy o tym?

– Znajdę czas. Smażąc jajecznicę, Quinn opowiedziała mu o wszystkim, co się wydarzyło.

– Byłam kompletnie przerażona – zakończyła, niosąc kawę do małej jadalni.

– Nie, nie byłaś. – Cal postawił na stole talerze pełne jajecznicy i kromek pełnoziarnistego chleba. – Znalazłaś drzwi, w absolutnych ciemnościach, mimo tego wszystkiego, co się działo, nie straciłaś głowy i dotarłaś do wyjścia.

– Dzięki. – Usiadła. Już nie drżała, ale nadal czuła się, jakby miała kolana z waty. – Dzięki, że tak mówisz.

– Bo to prawda.

– To była jedna z najlepszych chwil w moim życiu, gdy otworzyłam drzwi i zobaczyłam ciebie! Skąd wiedziałeś, że tam będę?

– Chciałem wpaść do ciebie, zobaczyć, jak się czujesz i porozmawiać z tobą. Gage…

– Wiem o tym. I co dalej?

– Skręciłem z Main, żeby podjechać od tyłu, i zobaczyłem Ann Hawkins. Stała przed drzwiami siłowni. I nagle usłyszałem twój krzyk.

– W samochodzie, na ulicy. Z tak daleka… usłyszałeś mnie przez kamienne mury?

– Tak. – To nie była jedna z najlepszych chwil jego życia. – Wyskoczyłem z auta, pobiegłem do wejścia i wtedy usłyszałem ze środka huk i łomot i Bóg wie co jeszcze. Nie mogłem otworzyć tych przeklętych drzwi!

Teraz usłyszała w jego głosie emocje, strach, którego nie okazywał wcześniej, gdy musiał zrobić to, co musiał. Quinn wstała i usiadła Calowi na kolanach.

Wciąż tuliła się do niego, kiedy weszła Cybil.

– Cześć. Nie wstawajcie. – Usiadła na krześle przyjaciółki. – Ktoś to je? – Nie spuszczając z nich wzroku, nabrała pełny widelec jajecznicy. – Ty musisz być Cal.

– Cybil Kinsky, Caleb Hawkins. Mieliśmy ciężki poranek. Do jadalni weszła zaspana Layla z kubkiem kawy. Jej oczy zachmurzyły się, gdy tylko spojrzała na Quinn.

– Co się stało?

– Usiądź, zaraz wam opowiem.

– Muszę zobaczyć tę siłownię – zadecydowała Cybil, gdy Quinn skończyła. – Kręgielnię i każde miejsce, w którym coś się wydarzyło.

– Czyli całe miasto – powiedziała sucho Quinn.

– A także polanę i ten kamień, tak szybko, jak to możliwe.

– Ona lubi się rządzić – poinformowała Quinn Cala.

– Myślałem, że ty lubisz, ale ona bije cię na głowę. Cybil, możesz przyjść do kręgielni, kiedy tylko chcesz, Quinn cię zaprowadzi. Jeśli ja nie będę mógł pójść z wami do siłowni, zapewnię wam asystę Foxa lub Gage'a. A najlepiej obu. Jeżeli chodzi o Kamień Pogan, rozmawialiśmy o tym wczoraj wieczorem. Uznaliśmy, że następnym razem pójdziemy tam wszyscy razem. Ja dzisiaj nie mogę, Fox też nie, więc będzie najlepiej, jeżeli wybierzemy się w niedzielę.

– Jest zorganizowany i lubi dowodzić – powiedziała Cybil do Quinn.

– Tak. – Pisarka pocałowała Cala w policzek. – To prawda. Przeze mnie wystygła ci jajecznica.

– Warto było ją poświęcić. Muszę już iść.

– Wciąż mamy mnóstwo spraw do omówienia. Słuchaj, może przyszlibyście wszyscy na kolację?

– A kto gotuje? – chciał wiedzieć Cal. – Cyb.

– Hej!

– Zjadłaś moje śniadanie, a poza tym naprawdę umiesz gotować. Ale mam jeszcze jedno pytanie. – Wstała z kolan Cala. – Czy Fox zatrudniłby Laylę?

– Co? Kto? Dlaczego? – Layla omal nie zachłysnęła się kawą.

– Ty potrzebujesz pracy – przypomniała jej Quinn – a Fox asystentki do biura.

– Ja nie mam pojęcia o… nie, możesz tak po prostu…

– Kierowałaś butikiem – powiedziała Quinn – więc na pewno coś umiesz. Kierować. Jesteś dobrze zorganizowana, Panno Kolorowa Fiszko, więc myślę, że potrafisz segregować dokumenty i pilnować spotkań. Wszystkiego innego nauczysz się w praktyce. Cal, zapytaj Foxa, dobrze?

– Pewnie. Nie ma sprawy.

– I ona mówi, że ja lubię się rządzić! – zauważyła Cybil, dopijając kawę Quinn.

– Ja to nazywam kreatywnym myśleniem i dobrym kierowaniem. Idź teraz i nalej mi kawy, a ja odprowadzę Cala do drzwi i pożegnam go gorącym pocałunkiem z serii „ jesteś – moim – bohaterem”.

Wyciągnęła go z pokoju, a Cybil uśmiechnęła się, patrząc za nimi.

– Zakochała się.

– Naprawdę? Teraz uśmiechnęła się do Layli.

– Udało mi się odwrócić twoją uwagę od odgryzienia jej głowy za tę uwagę o pracy.

– Jeszcze do tego wrócę. Myślisz, że naprawdę zakochała się w Calu? Miłość przez duże M?

– Myślę, że przez największe. – Cybil wzięła kubek i wstała. – Q lubi rządzić ludźmi – powiedziała – ale zawsze stara się ich prowadzić w dobrym kierunku. Nie pchałaby cię do tej roboty, gdyby sądziła, że sobie nie poradzisz.

Idąc do kuchni, wypuściła głośno powietrze.

– Co, do cholery, mam ugotować na tę kolację?

ROZDZIAŁ 15

Calowi ciężko było patrzeć na Billa Turnera i nic nie powiedzieć o przyjeździe Gage'a, ale znał przyjaciela. Wiedział, że kiedy – jeśli w ogóle – Gage będzie chciał, żeby ojciec się dowiedział, to sam mu powie. Dlatego Cal unikał Billa, jak mógł, zamykając się w swoim biurze.

Zajął się zamówieniami, rachunkami, rezerwacjami i zadzwonił do faceta od gier automatycznych, żeby porozmawiać o wymianie jednego z bilardów na coś nowszego.

Popatrzył na zegarek i uznał, że Gage na pewno już wstał. A jeśli nie, to już najwyższa pora i wykręcił numer.

Nie wstał, stwierdził Cal, słysząc irytację w głosie przyjaciela. Nie wypił jeszcze kawy. Ignorując zachowanie tamtego, opowiedział Gage'owi o porannych wydarzeniach, przekazał zaproszenie na kolację i odłożył słuchawkę.

Potem, przewracając oczami, zadzwonił do Foxa, powtórzył to samo i dodał, że Layla szuka pracy, więc Fox powinien ją zatrudnić na miejsce pani Hawbaker.

– Że co? – odparł Fox.

– Muszę kończyć. – Cal odłożył słuchawkę.

No dobrze, obowiązek spełniony, pomyślał. Usatysfakcjonowany wrócił do komputera i wyszukał informacje o automatycznym systemie liczenia punktów, do którego zainstalowania chciał namówić ojca.

Już najwyższa pora unowocześnić kręgielnię. Może głupotą było planowanie takiej inwestycji, skoro za kilka miesięcy miasto miał trafić szlag, ale jeśli nawet wszystko pójdzie w diabły, to ten wydatek nikomu nie zaszkodzi.

Ojciec powie, że starsi bywalcy nie będą zadowoleni, ale Cal miał inne zdanie. Jeśli będą chcieli nadal liczyć punkty ręcznie, dostarczy im wydrukowane tabelki i ołówki, ale uważał, że zmienią zdanie, gdy ktoś im pokaże, jak działa nowy system i zagwarantuje kilka darmowych gier, żeby się do niego przyzwyczaili.

Mogliby kupić używany system i go odnowić, co było jednym z argumentów, których zamierzał użyć. Mieli na miejscu Billa, a on potrafił naprawić niemal wszystko.

Lekko kiczowaty, tradycyjny styl to jedno, ale nie mogli być staromodni.

Nie, nie, to nie była dobra taktyka wobec ojca, on lubił staromodne rzeczy. Lepiej oprzeć się na liczbach. Zyski z kręgielni stanowiły ponad połowę, prawie sześćdziesiąt procent ich dochodów, więc…

Pukanie do drzwi przerwało mu tok myślenia i Cal wzdrygnął się na myśl, że to Bill Turner.

Jednak zza drzwi wyjrzała jego matka.

– Znajdziesz dla mnie chwilkę?

– Dla ciebie zawsze. Wpadłaś na kilka rundek przed poranną ligą?

– Absolutnie nie. – Frannie kochała męża, ale lubiła mówić, że przysięgała mu miłość i wierność, a nie pasję do kręgli. Usiadła i nachyliła się tak, by popatrzeć na monitor.

– Powodzenia – powiedziała z uśmiechem.

– Nie mów nic tacie, dobrze?

– Będę milczeć jak grób.

– Z kim umówiłaś się na lunch?

– A skąd wiesz, że się z kimś umówiłam? Cal wskazał na jej ładny, dopasowany żakiet, wąskie spodnie i kozaczki na wysokich obcasach.

– Trochę za eleganckie jak na zakupy.

– Ależ jesteś bystry. Mam kilka spraw do załatwienia, a potem spotykam się z przyjaciółką. Z Joanne Barry.

Matką Foxa, pomyślał Cal i skinął głową.

– Od czasu do czasu chodzimy razem na lunch, ale wczoraj specjalnie zadzwoniła, żeby umówić się na dzisiaj. Martwi się. Dlatego przyszłam cię zapytać, czy powinnam coś wiedzieć, może chcesz mi coś powiedzieć, zanim się z nią zobaczę.

– Wszystko jest pod kontrolą, o ile to możliwe. Mamo, nie znam jeszcze żadnych odpowiedzi, ale mam więcej pytań i myślę, że to już postęp. Tak naprawdę jest jedno pytanie, które mogłabyś zadać w moim imieniu matce Foxa.

– Dobrze.

– Mogłabyś zapytać ją, czy ktoś z jej przodków pochodził z rodziny Hawkinsów.

– Myślisz, że możemy być w jakiś sposób spokrewnieni? Czy to by pomogło?

– Dobrze by było znać odpowiedź.

– W takim razie zapytam. A teraz ty mi odpowiedz na jedno pytanie. Nic ci nie jest? Wystarczy mi „tak” lub „nie”.

– Nie.

– W takim razie dobrze. – Wstała. – Mam do załatwienia mnóstwo spraw przed spotkaniem z Jo. – Ruszyła do drzwi, powiedziała bardzo cicho „a do diabła z tym” i odwróciła się. – Miałam cię o to nie pytać, ale nie mogę się powstrzymać. Czy ty i Quinn Black to tak… na poważnie?

– W jakim sensie?

– Calebie Hawkinsie, nie udawaj idioty. Roześmiałby się, ale ten ton wywoływał reakcję Pawłowa – to znaczy odruchowe skulenie ramion.

– Nie znam dokładnej odpowiedzi. I nie jestem pewien, czy rozsądnie byłoby angażować się na poważnie, kiedy tyle się dzieje. I stawka jest tak wysoka.

– A jaki czas byłby lepszy? – odpowiedziała Frannie. – Mój rozsądny Cal. – Położyła dłoń na klamce i uśmiechnęła się do syna. – Och, a jeśli chodzi o ten fikuśny system do liczenia punktów… Spróbuj przypomnieć tacie, jak bardzo jego ojciec bronił się przed wyświetlaniem wyników na tablicach.

– Będę o tym pamiętał.

Gdy Cal został sam, wydrukował informacje o automatycznych systemach, nowych i z drugiej ręki, a potem poszedł sprawdzić, co dzieje się w recepcji, przy grillu i na torach.

Zapach jedzenia przypomniał mu, że nie jadł śniadania, zabrał więc do biura gorącego precla i colę.

Tak wyposażony uznał, że wszystko idzie gładko i może sobie pozwolić na późno – poranną przerwę. Chciał się zastanowić nad Ann Hawkins.

Ukazała mu się dwa razy w ciągu trzech dni i za każdym razem chciała go ostrzec. Wcześniej widywał ją tylko we śnie i wtedy jej pragnął – albo pragnął jej Giles Dent.

Z tymi spotkaniami było inaczej, on teraz czuł się inaczej.

Jednak nie o to chodzi, pomyślał, żując kęs precla.

Ufał instynktowi Quinn w kwestii pamiętników. Gdzieś, kiedyś, z pewnością było ich więcej. Może leżały w starej bibliotece. Bez wątpienia zamierzał przeszukać budynek milimetr po milimetrze. Jeśli, Boże, w jakiś sposób znalazły się nie na swojej półce lub trafiły do magazynu, poszukiwania mogły okazać się koszmarem.

Dlatego chciał wiedzieć więcej na temat Ann, znaleźć coś, co pomogłoby mu poznać odpowiedź.

Gdzie była przez prawie dwa lata? Wszystkie opowieści, które słyszał, mówiły, że zniknęła w noc pożaru i wróciła do Hollow dopiero wtedy, kiedy jej synowie mieli prawie dwa lata.

– Dokąd poszłaś, Ann? Gdzie poszłaby ciężarna kobieta w ostatnich tygodniach przed porodem? W tamtych czasach podróże musiały być bardzo trudne, nawet dla kobiety bez wielkiego brzucha.

Wokół Hollow musiały istnieć inne osady, ale – z tego co pamiętał – żadna nie leżała na tyle blisko, żeby kobieta w jej stanie mogła dojść tam piechotą lub nawet dojechać konno. Zgodnie z logiką musiała pójść do kogoś, kto mieszkał blisko i zgodził się ją przyjąć.

Kto najszybciej przyjąłby młodą, niezamężną kobietę? Ktoś z rodziny.

Może przyjaciel, może jakaś litościwa stara wdowa, ale najpewniej ktoś z rodziny.

– Tam poszłaś najpierw, kiedy zaczęły się kłopoty, prawda? Podczas gdy odnalezienie szczegółów dotyczących Ann Hawkins graniczyło z cudem, z informacjami o jej ojcu, założycielu Hollow, nie było żadnych problemów.

Oczywiście Cal czytał już o nim. Studiował uważnie dostępne źródła, ale nigdy pod tym kątem. Teraz otworzył wszystkie pliki dotyczące Jamesa Hawkinsa, które stworzył na służbowym komputerze.

Przeskakiwał z dokumentu na dokument, robił notatki dotyczące rodziny, krewnych. Zebrał niewiele informacji, ale zawsze to było coś. Zastanawiał się nad tym, kiedy znowu usłyszał pukanie do drzwi i tym razem do biura zajrzała Quinn.

– Pracujesz. Założę się, że nie cierpisz, jak ktoś ci przeszkadza, ale…

– Nic nie szkodzi. – Zerknął na zegarek i poczuł ukłucie winy, bo jego krótka przerwa trwała ponad dwie godziny. – Zajmowałem się tym dłużej, niż miałem zamiar.

– Bezkompromisowa konkurencja w branży kręglarskiej – powiedziała Quinn z uśmiechem, wchodząc do środka. – Chciałam ci tylko powiedzieć, że jesteśmy na dole. Zabrałyśmy Cyb na krótki spacer po mieście. Wiesz, że w Hawkins Hollow nie ma żadnego sklepu z butami? Cybil jest niepocieszona, ona zawsze poluje na nową parę. Teraz coś mówi o grze w kręgle. Ma fioła na punkcie współzawodnictwa, więc uciekłam, zanim zdążyła mnie wciągnąć. Miałam nadzieję, że zdążymy coś zjeść, może zechciałbyś nam towarzyszyć, zanim Cyb…

Zamilkła. Cal nie tylko nie powiedział ani słowa, ale nie odrywał od niej wzroku. Po prostu siedział i się na nią gapił.

– Co? – Przesunęła dłonią po nosie, a potem po włosach. – Chodzi o moją fryzurę?

– Między innymi. Zapewne po części. Cal wstał i obszedł biurko. Nie odrywając wzroku od Quinn, minął ją i zamknął drzwi na klucz.

– Och. Och! Naprawdę? Serio? Tutaj? Teraz?

– Naprawdę, serio. Tutaj i teraz. – Wydawała się zmieszana, a taki widok był rzadką przyjemnością. I wyglądała absolutnie zniewalająco. Cal nie wiedział, jak w mgnieniu oka radość z jej wizyty zmieniła się w podniecenie, ale nic go to nie obchodziło. Wiedział tylko, bez żadnej wątpliwości, że chciał jej dotknąć, poczuć jej zapach, ciało, które najpierw się napina, a potem topnieje w jego ramionach.

– Wcale nie jesteś tak przewidywalny, jak powinieneś być. – Patrząc na niego, Quinn zdjęła przez głowę sweter i rozpięła koszulę, którą miała pod spodem. – Miejscowy chłopak z sympatycznej, solidnej rodziny, prowadzącej interesy w tym mieście od trzech pokoleń. Powinieneś być przewidywalny, Caleb – ciągnęła, rozpinając dżinsy. – Podoba mi się, że nie jesteś. I nie mam na myśli tylko seksu.

Pochyliła się, żeby zdjąć buty i odrzuciła włosy, które opadły jej na twarz.

– Powinieneś mieć żonę – zadecydowała – albo być zaręczony z ukochaną z college'u. Planować dzieci.

– Planuję dzieci. Tylko jeszcze nie teraz. W tej chwili, Quinn, mogę myśleć tylko o tobie.

Jej serce podskoczyło na te słowa, zanim jeszcze Cal wyciągnął ręce i przesunął dłońmi po jej nagich ramionach. Zanim przyciągnął ją do siebie i zakrył jej usta swoimi wargami.

Quinn śmiała się, gdy kładli się na podłodze, ale jej serce waliło jak szalone. Teraz było inaczej, niż kiedy kochali się w łóżku. Byli bardziej niecierpliwi, niespokojni, ich ciała splotły się na podłodze.

Cal ściągnął w dół stanik Quinn, żeby pieścić jej piersi ustami, zębami, językiem, aż biodra dziewczyny uniosły się same. Otoczyła go dłonią, objęła, aż nie mógł powstrzymać się od jęku.

Nie chciał czekać, nie tym razem. Nie potrafił smakować, musiał brać. Przewrócił się na plecy, wciągając ją na siebie. Schwycił ją za biodra, ale Quinn już się uniosła i przyjmowała go w siebie. Gdy pochyliła się do przodu, by pocałować go łapczywie, jej włosy osłoniły ich twarze niczym kurtyna. Jestem tobą otoczony, pomyślał. Twoim ciałem, zapachem, siłą. Przesunął palcami po linii jej pleców, łuku bioder, gdy prowadziła go wprost ku zapomnieniu.

Nawet kiedy wygięła się w tył, a jego oczy zaszły mgłą, nawet wtedy jej ciało, jej ciepło nie przestały go zniewalać.

Quinn zanurzyła się w odczuwaniu. Łomoczące pulsy i szalone tempo, spocone ciała i oszałamiające napięcie. Czuła, jak Cal dochodzi, ten nagły zryw jego bioder i podniecenie przeszyło ją niczym błyskawica. Sprawiła, że pierwszy stracił kontrolę, zawładnęła nim. I teraz użyła tej samej siły, podniecenia, żeby doprowadzić siebie na wysoki szczyt.

Z którego osunęła się na Cala i leżeli tak rozgrzani, oszołomieni, dopóki nie odzyskali oddechu. I wtedy Quinn zaczęła się śmiać.

– Boże, zachowujemy się jak nastolatki. Albo jak króliki.

– Nastoletnie króliki. Wstała rozbawiona.

– Często wykonujesz tak wiele prac biurowych na raz?

– Ach… Szturchnęła go w ramię, poprawiając stanik.

– Widzisz, jesteś nieprzewidywalny. Podał jej koszulę.

– Pierwszy raz tak sprawnie połączyłem różne zadania w godzinach pracy.

Quinn uśmiechnęła się, zapinając koszulę.

– To miłe.

– I po raz pierwszy czuję się jak nastoletni królik, odkąd nim byłem.

Pochyliła się i pocałowała go w usta.

– To jeszcze milsze. – Wciąż siedząc na podłodze, włożyła spodnie, Cal zrobił to samo. – Powinnam ci coś powiedzieć. – Sięgnęła po buty, wciągnęła jeden. – Bo myślę, że jeśli tego nie powiem, zachowam się jak tchórz.

Wzięła głęboki oddech, wciągnęła drugi but i popatrzyła Calowi prosto w oczy.

– Zakochałam się w tobie. Najpierw był szok, ostry niczym strzała wymierzona prosto w żołądek. Potem troska owinięta w śliską powłokę lęku.

– Quinn…

– Nie marnuj czasu na „znamy się tylko kilka dni”. I naprawdę nie chcę słyszeć, że „pochlebiasz mi, ale”. Nie powiedziałam ci tego po to, żebyś mógł coś odpowiedzieć, tylko po to, żebyś wiedział. Dlatego po pierwsze, nieważne jak długo się znamy. Znam siebie od dawna, i to bardzo dobrze. Wiem, co czuję. Po drugie, fakt, że powinno ci to pochlebiać, nie ulega dyskusji. I nie musisz się bać. Nikt od ciebie nie oczekuje, że będziesz czuł to samo, co ja.

– Quinn, my… wszyscy… żyjemy w wielkim stresie. Nawet nie wiemy, czy przeżyjemy lipiec. Nie możemy…

– Właśnie. Nikt tego nie wie i mamy więcej powodów, żeby się o to martwić. Dlatego, Cal – ujęła jego twarz w dłonie – ważna jest ta chwila. To, co dzieje się teraz, jest najważniejsze. Wątpię, czy w innym wypadku powiedziałabym ci, co czuję, chociaż bywam impulsywna, ale sądzę, że w innych okolicznościach poczekałabym, aż poczujesz to samo. Mam nadzieję, że tak się stanie, a na razie wszystko jest w porządku, tak jak jest.

– Musisz wiedzieć, że ja…

– Pod żadnym pozorem nie mów, że ci na mnie zależy. – Usłyszał w jej głosie pierwsze nuty złości. – Instynkt każe ci wygłosić wszystkie formułki, jakie mężczyźni mają przygotowane na takie okazje, a to mnie tylko wkurza.

– Dobrze, w porządku, pozwól mi tylko zadać jedno pytanie, tak, żeby cię nie wkurzyć. Zastanawiałaś się, czy to, co czujesz, nie wiąże się z wydarzeniami na polanie? Z tym, co Ann Hawkins czuła do Gilesa Denta?

– Tak, zastanawiałam się, ale to nie to. – Wstała, wciągnęła sweter. – Jednak to dobre pytanie. Dobre pytania mnie nie wkurzają. To, co ona czuła, a ja przez nią, było intensywne i wyczerpujące. Nie mogę powiedzieć, że moje uczucia nie są po części takie same, ale tamte przynosiły ból i smutek. Pod warstewką radości czaiła się rozpacz. To nie to, Cal. To, co czuję, nie boli. Nie czuję smutku.

Dlatego… masz chwilę, żeby zjeść ze mną lunch, zanim Cybil i Layla skończą grę?

– Ach… pewnie.

– Świetnie. Zobaczymy się na dole. Skoczę do łazienki i poprawię makijaż.

– Quinn… – Cal zawahał się, gdy odwróciła się od otwartych drzwi. – Nigdy wcześniej nie czułem do nikogo tego, co teraz do ciebie.

Wychodząc, uśmiechnęła się. Skoro to powiedział, to naprawdę tak było, bo taki właśnie był Cal. Biedny chłopak, pomyślała. Nawet nie wiedział, że wpadł.

Gęsty zagajnik otaczał cmentarz od północy i ciągnął się od końca piaszczystej drogi, tak wąskiej, że ledwo mieściły się na niej dwa samochody, aż do wzgórz. Stara tablica, spłukana przez deszcze, głosiła, że kiedyś stał tu Pierwszy Kościół Bożych Ludzi, ale spalił się od uderzenia pioruna siódmego lipca tysiąc sześćset pięćdziesiątego drugiego roku.

Quinn czytała o tym, ale zupełnie inaczej było stać tutaj, na chłodzie i wietrze, i wyobrażać sobie to wszystko. Czytała też o małej kaplicy, która stała w miejscu kościoła, dopóki nie została zniszczona podczas wojny secesyjnej i nie popadła w ruinę.

Teraz stały tu tylko tablice i nagrobki otoczone zesztywniałym od mrozu zielskiem. Tu i ówdzie Quinn widziała plamy kolorowych kwiatów wybijające się na tle szarych kamieni i zimowych brązów.

– Powinnyśmy były przynieść kwiaty – powiedziała cicho Layla, patrząc na mały, prosty nagrobek, na którym wyryto tylko dwa słowa: Ann Hawkins.

– Ona ich nie potrzebuje – odparła Cybil. – Nagrobki i kwiaty są dla żywych. Martwi mają co innego do roboty.

– Pocieszająca myśl. Cybil tylko wzruszyła ramionami.

– Naprawdę tak myślę. Nie ma sensu być martwym i znudzonym. To ciekawe, że nie ma żadnych dat, nie sądzicie? Ani urodzin, ani śmierci. Żadnych sentymentów. Miała trzech synów, ale kazali wyryć na kamieniu jedynie jej imię i nazwisko. Pomimo że też zostali pochowani na tym cmentarzu, tak jak zapewne ich żony i dzieci. Dokądkolwiek trafili za życia, wrócili do domu, żeby spocząć obok Ann.

– Może wiedzieli, lub wierzyli, że wróci. Może powiedziała im, że śmierć nie oznacza końca. – Quinn w zamyśleniu popatrzyła na nagrobek. – A może po prostu chcieli, żeby był prosty, ale teraz, gdy o tym wspomniałaś, zastanawiam się, czy zrobili to celowo. Bez początku, bez końca. Przynajmniej aż do…

– Tego lipca – dokończyła Layla. – Kolejna pocieszająca myśl.

– No dobrze, wy się pocieszajcie, a ja zrobię kilka zdjęć. – Quinn wyjęła aparat. – Mogłybyście spisać parę nazwisk z nagrobków. Sprawdzimy je później, zobaczymy, czy mają jakiś bezpośredni związek z…

Potknęła się, cofając, żeby złapać lepsze ujęcie, i usiadła ciężko na jakiejś płycie.

– Och, cholera! Kurczę, uderzyłam się dokładnie w siniaka, którego nabiłam sobie dziś rano. Świetnie.

Layla pobiegła, żeby pomóc jej wstać, Cybil, krztusząc się ze śmiechu, ruszyła za nią.

– Och, zamknij się – zrzędziła Quinn. – Strasznie tu nierówno i ledwo można zauważyć niektóre nagrobki. – Potarła biodro i popatrzyła z gniewem na kamień, o który się potknęła. – Ha. Zabawne. Joseph Black, zmarł w tysiąc osiemset czterdziestym trzecim. – Rumieniec złości na jej twarzy zbladł. – Takie samo nazwisko jak moje. W sumie „Black” to dość popularne nazwisko. Ale jeśli wziąć pod uwagę to, że on spoczywa tutaj, a ja właśnie potknęłam się o jego grób…

– Może należeć do twojej rodziny – uznała Cybil.

– I do rodziny Ann? Quinn potrząsnęła głową na sugestię Layli.

– Nie wiem. Cal badał drzewo genealogiczne Hawkinsów, ja tylko zerknęłam. Wiem, że starsze zapiski poginęły, ale nie sądzę, żebyśmy oboje przeoczyli gałąź z moim nazwiskiem. Dlatego lepiej sprawdźmy, czego możemy się dowiedzieć o Josephie.

Ojciec nie potrafił jej pomóc, ale rozmowa z domem trwała czterdzieści minut, bo Quinn musiała wysłuchać najnowszych rodzinnych plotek. Potem zadzwoniła do babci, która pamiętała mgliście, że jej teściowa wspominała o wuju czy stryjecznym dziadku albo kuzynie, który urodził się w Maryland. A może w Wirginii? W poszukiwaniu sławy uciekł z piosenkarką z saloonu, zostawiając żonę i czwórkę dzieci i zabierając rodzinne oszczędności, przechowywane w puszce po ciastkach.

– Miły chłopak z tego Joe – uznała Quinn. – To chyba on. Postanowiła wymigać się od pomocy przy kolacji i pojechać do ratusza, żeby poszukać czegoś o Joe Blacku. Skoro tu umarł, to może i tutaj się urodził.

Po powrocie z zadowoleniem zobaczyła, że dom jest pełen ludzi, dźwięków i zapachu jedzenia. Cybil, jak to ona, włączyła muzykę, zapaliła świece, nalała wina. Wszyscy tłoczyli się w kuchni i zaostrzali apetyt marynowanymi oliwkami. Quinn wrzuciła jedną do ust i popiła winem z kieliszka Cala.

– Czy wypadły mi już oczy?

– Jeszcze nie.

– Przez trzy godziny przeglądałam dokumenty. Chyba posiniaczyłam sobie mózg.

– Joseph Black. – Fox podał jej kieliszek wina. – Dziewczyny mi mówiły.

– Dobrze, to ja już nie będę musiała. Udało mi się dotrzeć tylko do jego pradziadka, Quintona Blacka, który urodził się w tysiąc sześćset siedemdziesiątym szóstym. Nic o wcześniejszych czasach, w każdym razie nie tutaj. I nic o Joe. Miał trzy siostry, ale znalazłam tylko ich akty urodzenia. Miał też ciotki, wujów i tak dalej, ale o nich też prawie nic nie znalazłam. Wygląda na to, że rodzina Blacków nie była zbyt istotna w życiu Hawkins Hollow.

– Inaczej to nazwisko coś by mi mówiło – powiedział Cal.

– Tak. W każdym razie zaciekawiłam moją babcię, która wyruszyła na poszukiwanie starej rodzinnej Biblii. Zadzwoniła do mnie na komórkę i powiedziała, że chyba dostał ją jej szwagier po śmierci swoich rodziców. Może. W każdym razie to jakiś trop.

Popatrzyła na nieznajomego, który stał oparty o blat, bawiąc się kieliszkiem wina.

– Przepraszam? Gage, prawda?

– Tak jest. Specjalista od pomocy drogowej. Quinn uśmiechnęła się, gdy Cybil przewróciła oczami, wyciągając z piekarnika bochenek ziołowego chleba.

– Tak, słyszałam. Wygląda na to, że kolacja już gotowa. Umieram z głodu. Nic nie zaostrza bardziej apetytu niż lektura aktów urodzin i zgonów Blacków, Robbitów i Clarków.

– Clarków? – Layla opuściła talerz, który podstawiła Cybil na chleb. – Byli tam jacyś Clarkowie?

– Tak, Alma i Richard, o ile dobrze pamiętam. Muszę sprawdzić w notatkach. A dlaczego pytasz?

– To panieńskie nazwisko mojej babci. – Layla zdobyła się na nikły uśmiech. – I to też pewnie nie jest zbieg okoliczności.

– Czy ona jeszcze żyje? – zapytała natychmiast Quinn. – Możesz się z nią skontaktować i…

– Zjedzmy, zanim wystygnie – przerwała jej Cybil. – Później będzie mnóstwo czasu na buszowanie w drzewach genealogicznych. Ale gdy ja gotuję – wręczyła Gage'owi gorący talerz z chlebem – wszyscy jedzą.

ROZDZIAŁ 16

To musiało być ważne. Musiało mieć znaczenie. Cal wciąż się nad tym zastanawiał, spędzając czas w pracy i w domu na poszukiwaniach linii łączącej Hawkinsów i Blacków. To było coś nowego, wątek, o którego istnieniu nawet nie wiedzieli, nie mówiąc już o jego sprawdzeniu.

Powtarzał sobie, że to ważna, czasochłonna praca i dlatego przez kilka ostatnich dni nie miał czasu spotkać się z Quinn. On był zajęty, ona również. Nic nie mogli na to poradzić.

Poza tym pewnie przyda im się chwila odpoczynku od siebie, niech emocje trochę opadną. Tak, jak powiedział matce, to nie był dobry czas na poważny związek, na miłość. Kiedy ludzie naprawdę się zakochują, dzieją się poważne rzeczy, które wywracają życie do góry nogami. A on miał wystarczająco dużo poważnych spraw, o które musiał się martwić.

Nałożył jedzenie do miski i postawił przed Kluskiem czekającym z niezmąconym spokojem na swoje śniadanie. Był czwartek, więc idąc wypuścić psa na poranny spacer i siusiu, wstawił pranie. Jak co dzień rano nalał sobie pierwszy kubek kawy i wyjął pudełko płatków.

Ale gdy sięgnął po mleko, przyszła mu na myśl Quinn. Dwuprocentowe, pomyślał potrząsając głową. Może właśnie w tej chwili ona też przygotowuje sobie muesli. Może stoi w kuchni wypełnionej zapachem kawy i myśli o nim.

Ta wizja wydała mu się tak kusząca, że sięgnął po telefon, żeby do niej zadzwonić, kiedy usłyszał za sobą jakiś dźwięk i odwrócił się.

Gage wyjmował kubek z szafki.

– Coś taki nerwowy?

– Nie słyszałem, jak wszedłeś.

– Rozmyślałeś o kobiecie.

– Mam wiele spraw na głowie.

– Zwłaszcza kobietę. Widać po tobie, Hawkins. Zwłaszcza po tych oczach, smętnych jak u cocker – spaniela.

– Wypchaj się, Turner. Gage uśmiechnął się i nalał sobie kawy.

– I ten opuszczony kącik ust. – Pociągnął palcem wargę w dół. – Charakterystyczne.

– Jesteś zazdrosny, bo brak ci regularnego seksu.

– Bez wątpienia. – Gage wypił łyk czarnej kawy i bosą stopą podrapał w bok Kluska, który całym swym psim jestestwem skupił się na jedzeniu. – Ona nie jest w twoim typie.

– Och? – Cal czuł, że złość pełznie mu w górę kręgosłupa niczym jaszczurka. – A jaki jest mój typ?

– Mniej więcej taki sam jak mój. Bez zobowiązań, żadnych głębokich przemyśleń, obietnic, zmartwień. I kto mógłby nas winić w takich okolicznościach? – Wziął pudełko i wyciągnął z niego garść płatków. – Ale ona jest inna. Bystra i zrównoważona, a w tylnej kieszeni nosi ogromny pęk łańcucha. Już zaczęła cię nim przykuwać.

– Czy ten cynizm, który wszędzie ze sobą tachasz, nie bywa ciężki?

– To realizm – poprawił go Gage, żując płatki. – Dodaje mi skrzydeł. Ona mi się podoba.

– Mnie też. – Cal zapomniał o mleku i wziął garść suchych płatków z miski. – Ona… powiedziała, że się we mnie zakochała.

– Szybka robota. A teraz nagle zrobiła się piekielnie zajęta, a ty, koleś, sypiasz sam. Mówiłem, że jest bystra.

– Jezu, Gage. – Zniewaga ukłuła dwoma ostrzami: jednym wymierzonym w Cala, drugim w Quinn. – Ona nie jest taka. Nie wykorzystuje ludzi w ten sposób.

– A ty to wiesz, bo tak dobrze ją znasz.

– Znam. – Irytacja zniknęła, bo Cal naprawdę zdał sobie z tego sprawę. – Tak po prostu. Znam ją. Może nie wiem o niej tuzina, do diabła, setki rzeczy, ale wiem, jaka jest. Nie wiem, czy to przez nasze powiązania, przez to wszystko, z czym się zmagamy, ale wiem, że to prawda. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem, wszystko się zmieniło. Nie wiem. Ja stałem się inny. Dlatego możesz się śmiać, ale tak właśnie jest.

– Szczęściarz z ciebie – powiedział Gage po chwili. – I mam nadzieję, że wszystko ułoży się po twojej myśli. Nigdy nie sądziłem, że którykolwiek z nas ma jakąś szansę na normalność. – Wzruszył ramionami. – Chciałbym się mylić. Poza tym wyglądasz naprawdę słodko z tym opuszczonym kącikiem ust.

Cal uniósł dłoń z wystawionym środkowym palcem.

– I tobie też dzień dobry – powiedział Fox, wchodząc do kuchni i kierując się wprost do lodówki po colę. – Co się dzieje?

– Dzieje się to, że znowu żłopiesz moją colę, a nigdy nie przyniosłeś ani jednej puszki.

– W zeszłym tygodniu przyniosłem piwo. Poza tym Gage kazał mi przyjść dziś rano, a kiedy przychodzę do kogoś o świcie, to oczekuję darmowej coli.

– Powiedziałeś mu, żeby przyszedł?

– Tak. Słuchaj, O'Dell, Cal zakochał się w tej blondyneczce.

– Nie powiedziałem, że…

– Powiedz mi coś, czego nie wiem. – Fox otworzył puszkę i pociągnął łyk coli.

– Nigdy nie mówiłem, że zakochałem się w kimkolwiek. Fox tylko popatrzył na Cala.

– Znamy się przez całe życie. Wiem, co oznaczają te małe, błyszczące serduszka w twoich oczach. To super. Ona jest dla ciebie stworzona.

– On mówi, że ona nie jest w moim typie, ty, że stworzona…

– Obaj mamy rację. Zwykle polujesz na inny typ dziewczyn. – Fox napił się jeszcze coli, po czym wyjął Gage'owi z rąk pudełko z płatkami. – Bo nie chciałeś znaleźć takiej, która by do ciebie pasowała. Ona pasuje, ale pojawiła się z zaskoczenia. Wpadłeś w pułapkę. Czy wstałem godzinę wcześniej, żeby przyjechać tu przed pracą i dyskutować o życiu miłosnym Cala?

– Nie, to była tylko interesująca dygresja. Zdobyłem w Czechach kilka informacji. W wolnym czasie badałem plotki, opowieści, legendy. Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie ekspert, dlatego poprosiłem cię, żebyś przyszedł dziś rano. Chyba zidentyfikowałem naszego Wielkiego Złego Wilka.

Usiedli przy kuchennym stole, z kawą i suchymi płatkami – Fox w prawniczym garniturze, Cal w czarnej koszulce i luźnych spodniach, Gage w dżinsach i flanelowej koszuli – by porozmawiać o demonach.

– Zwiedziłem kilka małych wiosek na odludziu – zaczął Gage. – Zawsze lubię poczuć lokalny klimat, można też poderwać jakąś miejscową laskę w przerwach między liczeniem kart i żetonów.

Cal wiedział, że Gage robi to już od dłuższego czasu. Podąża za każdym strzępkiem informacji o diabłach, demonach, niewyjaśnionych zjawiskach. I zawsze wraca z mnóstwem opowieści, ale dotychczas żadna z nich nie pasowała do, cóż, profilu ich demona.

– Słyszałem opowieści o demonie, który mógł przybierać różne postaci. Tam dużo się mówi o wilkołakach i na początku myślałem, że chodzi o jednego z nich. Ale tu nie chodziło o rozdarte gardła i srebrne kule. Opowiadano, jak łapie ludzi, żeby zrobić z nich niewolników i karmić się ich… tłumaczenie było bardzo niedokładne i z tego, co zrozumiałem, chodziło o jakąś istotę człowieczeństwa.

– Jak się karmił?

– To też nie jest do końca pewne lub przekolorowane, jak to w opowieściach. Nie karmił się ciałem i krwią, nie używał kłów ani pazurów. Legenda mówi, że ów demon odbierał ludziom rozum i duszę, sprawiał, że wariowali i zabijali się nawzajem.

– Może od niego pochodzi ten nasz? – zastanawiał się Fox.

– Wydał mi się na tyle podobny, że przyjrzałem się mu bliżej. Nie było to łatwe, tamte okolice aż kipią od takich historii. Ale w owym miejscu, w górach, otoczonym gęstym lasem, który przypominał mi dom, natrafiłem na coś. On miał na imię Tmavy. To znaczy Ciemny.

Wszyscy pomyśleli o tym, co wychynęło spod ziemi przy Kamieniu Pogan.

– Przychodził w postaci człowieka, który nie był człowiekiem, polował jako wilk, który nie był wilkiem. A czasami stawał się chłopcem, który wabił kobiety i dzieci do lasu. Większość nigdy nie wracała, a ci, którym to się udało, wracali szaleni. Wariowały też ich rodziny, zabijali siebie samych, krewnych, sąsiadów.

Gage przerwał i wstał po kawę.

– Części z tego dowiedziałem się, gdy tam byłem, ale dostałem od pewnego księdza nazwisko jednego faceta, profesora, który zajmuje się demonologią wschodniej Europy. Wczoraj do mnie zadzwonił. Uważa, że ten demon – nie boi się tego słowa – nękał Europę przez całe wieki. Sam był prześladowany przez człowieka – niektórzy mówią, że innego demona lub czarnoksiężnika. Legenda mówi, że stoczyli walkę w lesie, czarnoksiężnik został śmiertelnie ranny i demon zostawił go, żeby umarł. I tu popełnił błąd. Przyszedł jakiś chłopiec i czarnoksiężnik przed śmiercią przekazał mu swoją moc.

– I co się stało? – chciał wiedzieć Fox.

– Nikt nie jest do końca pewien, nawet Linz. Legendy mówią, że na początku lub w połowie siedemnastego wieku demon zniknął, przeniósł się gdzieś lub umarł.

– Albo wskoczył na cholerną łódkę do Nowego Świata – dodał Cal.

– Bardzo możliwe.

– Tak samo jak chłopiec – ciągnął Cal – albo mężczyzna, którym się stał czy też jego potomkowie. Ale gdzieś tam, kiedyś, już prawie go dopadł – sam to widziałem. Chyba. Jego, kobietę, chatę. Trzymał zakrwawiony miecz i wiedział, że prawie wszyscy zginęli. Nie mógł go tam zwyciężyć, więc przekazał Dentowi wszystko, co miał, a Dent próbował dalej. Tutaj.

– A co nam przekazał? – zapytał Fox. – Jaką moc? Że nie dostajemy kataru, a złamane ręce same się zrastają? I w czym ma nam to pomóc?

– Będziemy zdrowi i silni, kiedy spotkamy się z nim twarzą w twarz. No i mamy te przebłyski, każdy na swój sposób. – Cal odgarnął włosy z czoła. – Nie wiem. Ale to musi być coś ważnego. Trzy części kamienia. To muszą być one. Tylko jeszcze nie wiemy, co z nimi zrobić.

– A już prawie nie mamy czasu. Cal skinął Gage'owi głową.

– Musimy pokazać kamienie dziewczynom. Przysięgliśmy sobie, że wszyscy musimy się na to zgodzić. Gdybyśmy tego nie zrobili, już dawno…

– Pokazałbyś swój kamień Quinn – dokończył Fox. – Myślę, że masz rację. Warto spróbować. Może potrzeba całej naszej szóstki, żeby go złożyć z powrotem w całość.

– Albo po tym, co stało się przy Kamieniu Pogan, heliotrop rozpadł się, bo stracił moc.

– Turner, twoja szklanka jest zawsze do połowy pusta – powiedział Fox. – Tak czy siak, warto spróbować. Zgoda?

– Zgoda. – Cal popatrzył na Gage'a, który wzruszył ramionami.

– A co tam. Przez całą drogę do miasta Cal toczył ze sobą zażartą dysputę.

Nie potrzebował żadnej wymówki, żeby zajrzeć do Quinn, na litość boską, przecież ze sobą sypiali. Nie musiał umawiać się na spotkanie ani czekać na zaproszenie, żeby zapukać do jej drzwi, zobaczyć, jak się czuje. Zapytać, co się, do diabła, dzieje.

Za każdym razem, gdy do niej dzwonił przez tych ostatnich kilka dni, była zajęta. Nie przyszła do kręgielni od tamtego przedpołudnia, kiedy turlali się po podłodze w jego biurze.

I kiedy mu powiedziała, że go kocha.

I w tym tkwił problem. Oliwa do ognia, kropla w kielichu czy jak to się mówi. Powiedziała mu, że go kocha, a on nie odpowiedział „ja ciebie też”, czego, jak twierdziła, wcale nie oczekiwała. Ale każdy facet, który naprawdę wierzy, że kobiety zawsze mówią, co myślą, popełnia fatalny i niebezpieczny błąd.

A teraz Quinn go unikała.

Nie mieli czasu na gierki, urażone uczucia i smutek. Działy się dużo ważniejsze sprawy. I dlatego, musiał się do tego przyznać, że w ogóle nie powinien był tknąć Quinn. Włączając seks, skomplikowali i zaciemnili i tak już trudną sytuację. Powinni być praktyczni i rozsądni. I obiektywni, dodał parkując przed domem Quinn. Aby móc zachować zimną krew i jasny umysł.

A ci, którzy uprawiają seks, nie odznaczają się żadną z tych cech. Nie, jeśli to jest naprawdę dobry seks.

Idąc do drzwi, wbił ręce w kieszenie, a potem wyjął jedną i zapukał. Był zły, więc nie myślał ani praktycznie, ani obiektywnie, ale wcale mu to nie przeszkadzało.

Dopóki Quinn nie stanęła w drzwiach.

Miała wilgotne włosy, ściągnięte w ogon. Bił od niej zapach dziewczęcego szamponu i mydła, od którego Calowi zakręciło się w głowie.

Miała na sobie puchate, fioletowe skarpetki, czarne, flanelowe spodnie i jaskraworóżową koszulkę z napisem „D. B. J. K. Dzięki Bogu, że jestem kobietą”.

Cal też był wdzięczny.

– Cześć!

Widok smutnej i stęsknionej Quinn rozwiał się w głowie Cala niczym dym, gdy oślepiła go promiennym uśmiechem.

– Właśnie o tobie myślałam. Wejdź. Jezu, ale zimno! Mam już dosyć tej zimy. Będę robiła niskokaloryczną czekoladę. Napijesz się?

– Ach… Nie, bardzo dziękuję.

– Chodź do środka, bo mam straszną ochotę na tę czekoladę. – Wspięła się na palce, pocałowała go namiętnie i pociągnęła za rękę do kuchni. – Namówiłam Cyb i Laylę, żeby poszły ze mną dziś rano do siłowni. Kosztowało mnie to trochę wysiłku, ale w końcu się udało. Nic dziwnego się nie wydarzyło, jeśli nie liczyć Cyb wyginającej się w jakichś dziwacznych pozycjach jogi. Mówię ci, Matt nie mógł oderwać od niej wzroku. Przez ostatnich kilka dni siły nadprzyrodzone miały wolne.

Wyjęła torebkę czekolady w proszku, uderzyła nią parę razy o dłoń, otworzyła i nasypała do kubka.

– Na pewno nie chcesz?

– Nie, dzięki.

– Uwijałyśmy się tu jak pszczółki w ulu – ciągnęła, napełniając kubek do połowy wodą, a następnie dwuprocentowym mlekiem. – Czekam na telefon od babci w sprawie rodzinnej Biblii, może coś jeszcze sobie przypomni. Ma zadzwonić dzisiaj lub jutro. Na razie naszkicowałyśmy nasze drzewa genealogiczne, a Layla próbuje wyciągnąć coś od rodziny o swoich przodkach.

Rozmieszała proszek i wstawiła kubek do mikrofalówki.

– Musiałam przekazać obowiązki moim wspólniczkom i dokończyć artykuł do gazety. W końcu trzeba zapłacić lokajowi. No dobrze. – Odwróciła się od mikrofalówki. – A co u ciebie?

– Tęskniłem za tobą. – Nie zamierzał tego powiedzieć, na pewno nie jako pierwszą rzecz po przyjściu. Zdał sobie sprawę, że chyba tak naprawdę cały czas o tym myślał.

Oczy Quinn złagodniały, kąciki seksownych ust wygięły się do góry.

– Miło mi to słyszeć. Ja też za tobą tęskniłam, zwłaszcza wczoraj w nocy, kiedy około pierwszej kładłam się do łóżka. Mojego zimnego, pustego łóżka.

– Nie miałem na myśli tylko seksu, Quinn. – A to skąd się wzięło?

– Ja też nie. – Przechyliła głowę, nie zwracając uwagi na piszczenie mikrofalówki. – Brakowało mi ciebie pod koniec dnia, kiedy wreszcie mogłam przestać się męczyć nad tym artykułem, kiedy chciałam przestać rozmyślać o tym, co muszę jeszcze zrobić i co będzie dalej. Jesteś poirytowany. Co się stało?

Odwróciła się do mikrofalówki, żeby wyjąć kubek, i w tej chwili w drzwiach kuchni pojawiła się Cybil. Quinn potrząsnęła głową, a Cyb odwróciła się i wyszła bez słowa.

– Nie wiem dokładnie. – Zdjął kurtkę i rzucił ją na jedno z krzeseł stojących wokół stolika do kawy, którego poprzednio tu nie było. – Chyba myślałem, że po tamtym spotkaniu, po tym… co mi powiedziałaś…

– Powiedziałam, że cię kocham. A ty się przestraszyłeś – dokończyła. – Mężczyźni!

– To nie ja zacząłem cię unikać.

– Myślisz… – Wciągnęła głośno powietrze przez nos. – Cóż, masz o sobie bardzo wysokie mniemanie i fatalne zdanie o mnie.

– Nie, tylko…

– Miałam dużo zajęć. Musiałam pracować. Nie mogę przybiegać na każde twoje skinienie ani ty na moje.

– Nie to miałem na myśli.

– Myślisz, że grałabym w takie gierki? Zwłaszcza teraz?

– Chodzi właśnie o teraz. To nie jest czas na poważne uczucia.

– Jeśli nie teraz, to kiedy? – zapytała. – Naprawdę myślisz, że możemy ometkować i zmagazynować nasze uczucia, dopóki nie nadejdzie właściwy czas? Ja też lubię, kiedy wszystko jest na swoim miejscu. Chcę wiedzieć, gdzie co jest, więc kładę rzeczy tam, gdzie mi wygodnie. Ale uczucia i myśli to nie cholerne kluczyki, Cal.

– Masz rację, ale…

– A w moich uczuciach panuje bałagan jak na babcinym strychu – warknęła coraz bardziej zdenerwowana. – I lubię ten stan. Gdyby wszystko było normalne, jak co dzień, pewnie bym ci nie powiedziała. Myślisz, że to moja pierwsza runda w grze w „randki i związki”? Na litość boską, byłam zaręczona. Powiedziałam ci, bo myślę, że zwłaszcza teraz uczucia są najważniejsze. Jeśli to ci przeszkadza, to cholernie wielka szkoda.

– Chciałbym, żebyś zamknęła buzię na pięć króciutkich minut. Quinn zmrużyła oczy.

– Och, naprawdę?

– Tak. Prawda jest taka, że nie wiem, jak powinienem zareagować, bo nigdy nie przypuszczałem, że znajdę się w takiej sytuacji. Jak mogłem, skoro to wszystko wisi mi nad głową? Nie mogłem ryzykować zakochania się w kimś. Ile mógłbym powiedzieć tej kobiecie? A jeśli powiedziałbym za dużo? My, Fox, Gage i ja, jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że nie mówimy wszystkiego.

– Do tajemnic.

– Tak – potwierdził spokojnie. – Bo tak jest bezpieczniej. Jak mógłbym kiedykolwiek myśleć o tym, że się zakocham, ożenię, będę miał dzieci? Nie ma mowy, żebym sprowadził dziecko w środek tego koszmaru.

Zmrużone, niebieskie oczy zrobiły się zimne jak lód.

– Nie przypominam sobie, żebym wyraziła chęć rodzenia twoich dzieci.

– Nie zapominaj, z kim rozmawiasz – powiedział cicho. – Stoi przed tobą normalny facet z normalnej rodziny, który powinien się ożenić, założyć rodzinę, spłacać hipotekę za dom i spacerować z wielkim, leniwym psem. Tak to będzie wyglądało, jeśli się zakocham.

– Dziękuję za oświecenie.

– Ale marzenie o takim życiu byłoby z mojej strony brakiem odpowiedzialności.

– Nie zgadzam się z tobą. Moim zdaniem myślenie o tych sprawach i dążenie do tego daje nadzieję i siłę. Każde z nas ma prawo zaangażować się o tyle, o ile mu to odpowiada. Ale zrozum, mówiąc ci, że cię kocham, nie oczekiwałam, że wsuniesz mi pierścionek na palec.

– Bo już go nosiłaś. Quinn skinęła głową.

– A ty jesteś ciekawy, jak to się stało.

– To nie moja sprawa. – A, do diabła z tym. – Tak, jestem ciekawy.

– Dobrze, to bardzo proste. Spotykałam się z Dirkiem…

– Dirk…

– Zamknij się. – Ale kąciki jej ust drgnęły. – Spotykałam się z nim przez około pół roku. Lubiliśmy swoje towarzystwo. Uznałam, że jestem gotowa na następny krok w życiu, więc kiedy poprosił mnie o rękę, powiedziałam „tak”. Byliśmy zaręczeni przez dwa miesiące, gdy zdałam sobie sprawę, że popełniłam błąd. Nie kochałam go, tylko lubiłam. Zresztą on też mnie nie kochał. Tak naprawdę mnie nie akceptował, nie do końca, dlatego uznał, że skoro noszę na palcu jego pierścionek, to może doradzać mi w kwestii pracy, stroju, przyzwyczajeń i kariery. Chodzi o mnóstwo drobiazgów, które nawet nie były tak naprawdę istotne. Prawda jest taka, że to nie mogło się udać, więc zerwałam.

Wypuściła głośno oddech. Nie lubiła sobie przypominać, jak wielki popełniła błąd. Poniosła porażkę w czymś, w czym wiedziała, że jest dobra.

– On przyjął to raczej ze złością niż z rozpaczą, co potwierdziło, że podjęłam właściwą decyzję. I prawdę mówiąc, bolała mnie ta świadomość, bo oznaczała, że na początku podjęłam złą. Poczuł się lepiej, kiedy zasugerowałam, żeby powiedział przyjaciołom, że to on ze mną zerwał. Oddałam mu pierścionek, spakowaliśmy rzeczy, które trzymaliśmy nawzajem w swoich mieszkaniach i rozstaliśmy się.

– On cię nie skrzywdził.

– Och Cal. – Podeszła do niego i dotknęła jego twarzy. – Nie, nie skrzywdził. Cała sytuacja mnie zraniła, ale on nie. Między innymi dlatego wiedziałam, że nie był tym jedynym. Jeśli chcesz, żebym cię zapewniła, że ty mnie nie skrzywdzisz, nie złamiesz mi serca, to nie mogę tego zrobić. Dlatego wiem, kim jesteś. Tym jedynym. – Objęła go i przysunęła wargi do jego ust. – To musi cię przerażać.

– Śmiertelnie. – Przytulił ją mocno. – Nigdy nie spotkałem kobiety, która zapewniła mi tak wiele złych chwil, jak ty.

– Cudownie to słyszeć.

– Tak myślałem. – Przytulił policzek do jej włosów. – Chciałbym tu zostać, tak jak teraz, przez godzinę lub dwie. – Pocałował ją w czubek głowy i odsunął się. – Ale mam dużo pracy, i ty też. Wiedziałem o tym, kiedy tu przyszedłem i użyłem tego jako wymówki do awantury.

– Nie mam nic przeciwko awanturom, jeżeli oczyszczają atmosferę.

Ujął jej twarz w dłonie i delikatnie pocałował.

– Czekolada ci stygnie.

– Czekolada nigdy nie ma złej temperatury.

– A jeśli chodzi o to, co powiedziałem wcześniej… Mówiłem absolutną prawdę. Tęskniłem za tobą.

– Myślę, że uda mi się znaleźć kilka wolnych chwil w moim wypełnionym grafiku.

– Dziś wieczorem muszę pracować. Może wpadniesz do kręgielni, udzielę ci kolejnej lekcji.

– Dobrze.

– Quinn, my wszyscy musimy porozmawiać. O wielu sprawach. Najszybciej, jak to możliwe.

– Tak, musimy. Jeszcze jedno. Czy Fox zaproponuje Layli pracę?

– Wspominałem mu o tym. – Zaklął pod nosem, widząc jej minę. – Porozmawiam z nim jeszcze raz.

– Dzięki. Gdy Quinn została sama, wzięła kubek i w zamyśleniu popijała wystygłą czekoladę. Mężczyźni, pomyślała, to takie interesujące stworzenia.

– Wszystko w porządku? – zapytała Cybil, wchodząc do kuchni.

– Tak, dzięki, że pytasz.

– Nie ma sprawy. – Otworzyła szafkę i wyjęła małą puszkę sypanej herbaty jaśminowej. – Chcesz pogadać, czy mam pilnować własnego nosa?

– Pogadać. Cal był cały nabuzowany, bo powiedziałam mu, że go kocham.

– Zły czy spanikowany?

– Chyba jedno i drugie, ale najbardziej zmartwiony, bo musimy się zmierzyć z tyloma strasznymi rzeczami, a to jest nie mniej przerażające.

– Właściwie to chyba bardziej. – Cybil napełniła czajnik wodą. – A jak ty się z tym czujesz?

– Czuję się… świetnie – powiedziała Quinn. – Jestem pełna energii, podminowana, rozświetlona i radosna. Wiesz, z Dirkiem to było takie… – Przecięła powietrze ułożoną płasko dłonią. – A teraz… – Wyrzuciła dłoń do góry, opuściła gwałtownie i znów uniosła. – Cal uważa, że to szaleństwo, bo nigdy nie mógł sobie pozwolić na rozmyślania o miłości, małżeństwie, rodzinie.

– Uhu, od punktu A do Z w mniej niż dziesięciu słowach.

– No właśnie. – Quinn machnęła kubkiem. – I tak się rozpędził, że nie zauważył, jak podskoczyłam na dźwięk tego słowa na „m”. Już myślałam, że wysiadłam z tego pociągu, a tu proszę, znowu siedzę w wagonie.

– Stąd taka reakcja. – Cybil nasypała herbaty do kubka. – Ale nie widzę, żebyś teraz chciała wyskoczyć.

– Bo mnie znasz. Okazało się, że podoba mi się ten pociąg. Chcę jechać nim z Calem, bez względu na to, dokąd zmierza. Teraz to on ma kłopoty – mruknęła i wypiła łyk czekolady.

– Ty też, Q. Ale z kłopotami zawsze było ci do twarzy.

– Lepiej niż w makijażu Chanel u Saksa. – Quinn odebrała telefon po pierwszym dzwonku. – Halo. Dzień dobry, Essie. Och. Naprawdę? Nie, to wspaniale. Idealnie. Bardzo ci dziękuję.

Oczywiście, że będę. Jeszcze raz dzięki. Pa. – Odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się szeroko. – Essie Hawkins załatwiła nam możliwość zwiedzenia domu kultury. Nic tam nie będą dzisiaj robić, więc możemy trochę pomyszkować.

– Czyż to nie wspaniale? – powiedziała oschle Cybil, nalewając wody do imbryka.

Uzbrojona w klucz Quinn otworzyła główne drzwi starej biblioteki.

– Przyszłyśmy tutaj pod pozorem obejrzenia jednego z najstarszych budynków w mieście, domu rodziny Hawkinsów. Ale… – Zapaliła światła. – Przede wszystkim szukamy skrytek. Kryjówek, które ktoś przeoczył.

– Przez trzy i pół wieku – dodała Cybil.

– Jeśli czegoś nie znaleziono przez pięć minut, to może pozostać ukryte na wieki. – Quinn wydęła usta, rozglądając się dookoła. – Budynek został trochę zmodernizowany, że tak powiem, kiedy urządzono tu bibliotekę, ale gdy wybudowano lepszy gmach, zabrano stąd nowomodne dodatki. Teraz nie wygląda dokładnie tak, jak przedtem, ale prawie.

W holu stało kilka stolików i krzeseł, ktoś próbował nadać miejscu dawny charakter, ustawiając na półkach stare lampy, porcelanę i drewniane figurki. Quinn słyszała, że odbywały się tu spotkania towarzystwa historycznego i klubu ogrodniczego, a w czasie wyborów organizowano tu lokal wyborczy.

– Kamienny kominek – powiedziała. – Widzicie, oto świetne miejsce, żeby coś ukryć. – Podeszła do kominka i zaczęła pukać w kamienie. – Poza tym jest tu strych. Essie powiedziała, że używano go jako magazynu. Nadal trzymają tam składane stoły, krzesła i inne rzeczy. Strychy to kopalnia skarbów.

– Dlaczego te budynki wydają się takie zimne i przerażające, kiedy są puste? – zastanawiała się na głos Layla.

– W tym my jesteśmy. Zacznijmy od góry – zaproponowała Quinn – i powoli schodźmy na dół.

– Strychy to kopalnia skarbów – powiedziała Cybil kpiąco dwadzieścia minut później. – Chyba pająków i kurzu.

– Nie jest tak źle. – Quinn pełzała po podłodze w poszukiwaniu obluzowanych klepek.

– Dobrze też nie jest. – Layla odważnie wspięła się na składane krzesło i przeszukiwała krokwie. – Nie rozumiem, dlaczego ludzie uważają, że strychów nie trzeba sprzątać tak samo często jak reszty domu.

– Kiedyś tu było czysto. Ona dbała o porządek.

– Kto… – zaczęła Cybil, ale Layla uciszyła ją machnięciem ręki i ze zmarszczonymi brwiami popatrzyła na Quinn.

– Ann Hawkins?

– Ann i jej chłopcy. Zabrała ich do domu i zamieszkali na strychu. Jej trzej synkowie. Dopóki nie byli na tyle duzi, żeby zamieszkać na dole. Ale ona została tutaj. Chciała mieszkać wysoko, by móc wyglądać przez okno. Wiedziała, że on nie przyjdzie, ale chciała go wypatrywać. Była tu szczęśliwa, o tyle, o ile to możliwe. I gdy tu umarła, była na to gotowa.

Nagle Quinn przysiadła na piętach.

– Cholera, czy to ja? Cybil przykucnęła i popatrzyła jej w twarz.

– Ty nam powiedz.

– Chyba tak. – Przycisnęła palce do czoła. – Cholera, mam ten ból głowy z serii „wypiłam – za – dużo – margarity – i – teraz – ktoś – mi – wbija – w – mózg – lodowe – szpile”. Widziałam ją, w głowie. Zupełnie wyraźnie. Wszystko poruszało się jak w kinie. W sekundy mijały lata. Ale co więcej, ja czułam. Tak jak ty, kiedy widzisz przyszłość, prawda?

– Często – przyznała Cybil.

– Widziałam, jak pisze pamiętnik, kąpie synów, śmieje się i płacze. Widziałam, jak stoi przy oknie, wpatrując się w ciemność. Czułam… – Quinn położyła dłoń na sercu. – Czułam jej tęsknotę. Była… brutalna.

– Nie wyglądasz dobrze. – Layla dotknęła jej ramienia. – Powinnyśmy zejść na dół, napijesz się wody.

– Chyba tak. – Quinn złapała wyciągniętą dłoń przyjaciółki, gdy ta pomogła jej wstać. – Może powinnam spróbować jeszcze raz. Znów przywołać te obrazy, dowiedzieć się więcej.

– Jesteś okropnie blada – powiedziała Layla. – I, kotku, ręce masz zimne jak lód.

– Wystarczy na jeden dzień – poparła ją Cybil. – Nie możesz przesadzać.

– Nie widziałam, gdzie schowała pamiętniki. Jeśli coś tu ukryła, ja tego nie zobaczyłam.

ROZDZIAŁ 17

Cal uznał, że to nie jest właściwy moment na rozmowę o kawałkach kamienia ani o przeszukiwaniu domów, bo Quinn wciąż była podniecona podróżą do czasów Ann Hawkins. Zresztą kręgielnia nie wydawała się dobrym miejscem do wymiany tego rodzaju informacji.

Rozważał te kwestie po zamknięciu, ale Quinn zaciągnęła go do domowego gabinetu, żeby pokazać nowy wykres Layli, pokazujący datę, miejsce, przybliżony czas trwania i osoby zaangażowane we wszystkie incydenty, które wydarzyły się od jej przyjazdu.

Zapomniał o tym kompletnie, kiedy była z nim w łóżku. Gdy poruszali się razem, wszystko znowu wydawało się w porządku.

Powiedział sobie, że już za późno o tym mówić, gdy leżeli przytuleni, zanurzeni w swoim cieple.

Może unikał tematu, ale wolał myśleć, że chodzi o jego przyzwyczajenie do wykonywania wszystkiego we właściwym czasie i miejscu. Załatwił sobie wolną niedzielę, żeby mogli całą grupą pójść do Kamienia Pogan. To, według niego, odpowiedni czas i miejsce.

I wtedy natura pokrzyżowała mu plany.

Po pierwszych zapowiedziach o nadchodzącej zamieci Cal zaczął śledzić prognozy pogody. Według niego meteorolodzy mylili się przynajmniej tak często, jak mieli rację, pozostał więc sceptyczny, nawet gdy rano zaczęły spadać pierwsze płatki śniegu. To byłaby trzecia zamieć w tym roku. Poprzednia i na razie największa przyniosła rozsądne dziesięć centymetrów śniegu.

Wzruszył ramionami, kiedy popołudniowi gracze odwołali mecz. Często przy pierwszych centymetrach śniegu ludzie wszystko odwoływali i pędzili do supermarketu po chleb i papier toaletowy. A ponieważ uczniów zwolniono w południe ze szkoły, salon gier i kafejka aż huczały.

Ale gdy ojciec przyszedł o drugiej, wyglądając jak Yeti, Cal zaczął traktować sytuację poważniej.

– Chyba będziemy musieli zamknąć kręgielnię – powiedział Jim ze zwykłą pogodą ducha.

– Nie jest tak źle. W salonie gier są stali bywalcy, w kawiarni też tłok. Mamy zarezerwowanych kilka torów. Wielu ludzi przyjdzie po południu w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia.

– Już jest źle, a robi się jeszcze gorzej. – Jim schował rękawiczki do kieszeni parki. – Jak tak dalej pójdzie, przed zmierzchem spadnie trzydzieści centymetrów śniegu. Musimy posłać dzieciaki do domu, zawieźć je, jeśli mieszkają gdzieś dalej. Zamkniemy i ty też pójdziesz do domu. Albo zabierzesz psa i Gage'a i przyjedziecie do nas. Twoja matka umarłaby z niepokoju, gdyby wiedziała, że prowadzisz po ciemku w taką pogodę.

Cal chciał przypomnieć ojcu, że ma już trzydzieści lat, samochód z napędem na cztery koła i prawo jazdy niemal przez pół życia, ale wiedział, że to bezcelowe, więc tylko skinął głową.

– Poradzimy sobie. Mam mnóstwo zapasów. Pożegnam klientów i zamknę, tato. Ty wracaj do domu. Mama będzie się martwiła też o ciebie.

– Zostało wystarczająco dużo czasu, żeby wszystko pozamykać. – Jim popatrzył na tory, gdzie szóstka nastolatków buchała w równej mierze energią i hormonami. – Mieliśmy taką burzę, jak byłem dzieciakiem. Twój dziadek nie zamknął kręgielni i siedzieliśmy tu przez trzy dni. Najlepsza zabawa w życiu!

– Założę się. – Cal wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Zadzwonimy do mamy i powiemy, że utknęliśmy? Moglibyśmy się zabawić. Urządzimy sobie maraton w kręgle.

– Niech mnie diabli, jeśli nie miałbym na to ochoty. – Zmarszczki wokół oczu Jima pogłębiły się w uśmiechu. – Oczywiście potem skopałaby mi tyłek i to byłaby moja ostatnia gra w kręgle.

– W takim razie lepiej zamknijmy. Nieczuli na protesty i jęki, wyprosili klientów, organizując niektórym powrót z kimś z pracowników. W ciszy Cal sam zamknął kawiarenkę. Wiedział, że ojciec poszedł zajrzeć do Billa Turnera. Nie tylko po to, żeby dać mu instrukcje, pomyślał, lecz żeby się upewnić, że Bill ma wszystko, czego mógłby potrzebować, i dać mu kilka dodatkowych dolarów, jeśli czegoś mu brakowało.

Gasząc światła, wyjął telefon i zadzwonił do biura Foxa.

– Cześć. Zastanawiałem się, czy jeszcze cię złapię.

– Właśnie wychodzę. Zwolniłem już panią H. Robi się nieciekawie.

– Jedź do mnie. Jeśli będzie tak źle, jak kraczą, to drogi mogą być nieprzejezdne przez kilka dni. Szkoda tracić czasu. I może kup po drodze, no wiesz, papier toaletowy, chleb.

– Papier… Zapraszasz kobiety?

– Tak. – Podjął tę decyzję, gdy wyjrzał przez okno. – Zrób zakupy… Sam coś wymyśl. Będę w domu tak szybko, jak to możliwe.

Zamknął telefon i zgasił światła nad torami, gdy do sali wszedł ojciec.

– Wszystko załatwione? – zapytał Cal.

– Tak. Po tym, jak ojciec rozejrzał się po ciemnej sali, Cal się domyślił, że Jim obawia się utraty nie tylko intratnego piątkowego wieczoru, ale i całego weekendu.

– Nadrobimy to, tato.

– Racja. Jak zawsze. – Klepnął syna w ramię. – Wraca do domu. Quinn ze śmiechem otworzyła drzwi.

– Czyż to nie wspaniałe! Powiedzieli, że może spaść dziewięćdziesiąt centymetrów, a nawet więcej! Cyb robi gulasz, a Layla kupiła dodatkowe baterie i świeczki, na wypadek, gdyby wyłączyli prąd.

– Dobrze. Doskonale. – Cal otupywał śnieg z butów. Spakujcie to i wszystko, co będzie wam potrzebne. Jedzie my do mnie.

– Nie bądź niemądry. Poradzimy sobie. Możesz zostać. Otrzepawszy się ze śniegu na tyle, na ile mógł, Cl wszedł do środka i zamknął drzwi.

– Mam mały generator gazowy, który zasila niewielkie urządzenia, na przykład studnię, co oznacza, że można spuszczać wodę w toaletach.

– Och. Toalety! Nie pomyślałam o tym. Ale jak zmieścimy się wszyscy w twojej furgonetce?

– Jakoś się zmieścimy. Spakujcie swoje rzeczy. Zajęło im to pół godziny, ale Cal czekał cierpliwie.

W końcu jego bagażnik uginał się od zapasów, których w, starczyłoby na tygodniową wyprawę do dżungli. A on sam siedział ściśnięty w kabinie z trzema kobietami. Powinien był poprosić Foxa, żeby podjechał i zabrał jedną z nich. Poza tym Fox mógłby też wziąć połowę do domu, zapakowanego teraz do jego bagażnika. Ale było i późno.

– Jak pięknie. – Layla przysiadła na kolanie Quina trzymając się mocno tablicy rozdzielczej. Wycieraczki z całych sił starały się zmieść z szyby płaty śniegu. – Wiem, że będzie niezły bałagan, ale tu jest tak pięknie, tak inaczej niż w mieście.

– Pamiętaj o tym, gdy będziesz się biła o łazienkę z trzema facetami – ostrzegła ją Cybil. – I od razu wam mówię, nie myślcie, że będę dla was gotować tylko dlatego, że umiem włączyć kuchenkę.

– Odnotowane – mruknął Cal.

– Jest bajecznie – przyznała Quinn, przekrzywiając głowę z boku na bok, żeby zobaczyć coś zza pleców Layli. – Och, zapomniałam. Dzwoniła moja babcia, wytropiła Biblię. Wnuczka jej szwagierki zeskanuje i prześle mi potrzebne strony. – Wierciła się, próbując znaleźć wygodniejszą pozycję. – Przynajmniej taki jest plan, bo tylko wnuczka umie obsługiwać skaner i załączać pliki, babcia potrafi jedynie wysyłać mejle i przeglądać plotkarskie strony. Mam nadzieję, że już jutro będziemy to wszystko mieli. Czy to nie wspaniale?

Cybil, wciśnięta między Quinn i drzwi, usadowiła się głębiej na swoim kawałeczku fotela.

– Byłoby jeszcze lepiej, gdybyś przesunęła trochę tyłek.

– Ja mam jeszcze Laylę, potrzebuję więcej miejsca. Chcę popcorn – obwieściła Quinn. – Czy na widok takiego śniegu wszyscy mają ochotę na popcorn? Spakowałyśmy go? A może masz w domu? – zapytała Cala. – Może zatrzymamy się i kupimy kilka paczek u Orville'a.

Cal prowadził bez słowa, marząc, aby udało mu się przeżyć najdłuższą, jak sądził, podróż do domu w swoim życiu.

Przedzierał się przez boczne drogi i pomimo że wierzył w swoje auto i własne umiejętności jako kierowcy, skręcając na podjazd przed domem, poczuł ulgę. Został przegłosowany w kwestii ogrzewania i w samochodzie było jak w saunie.

Nawet w tych okolicznościach musiał przyznać, że jego dom i las, wyglądały jak z obrazka. Zasypane śniegiem tarasy, oklejone bielą drzewa i krzewy otaczały budynek, z którego komina wił się dym, a we wszystkich oknach płonęły światła.

Cal przejechał śladami Foxa przez mały most, pod którym lśnił skuty lodem strumień.

Klusek przytruchtał od strony pocztówkowego lasu, zostawiając za sobą głębokie ślady. Machnął raz ogonem i wydał pojedyncze głębokie szczeknięcie.

– Rany, spójrz na Kluska. – Quinn udało się dźgnąć łokciem Cala, gdy parkował. – Wydaje się całkiem szczęśliwy.

– Lubi śnieg. – Cal zaparkował za furgonetką Foxa, uśmiechnął się krzywo na widok przysypanego śniegiem ferrari i zatrąbił. Niech go diabli, jeśli sam ma wnosić cały ładunek tego, bez czego trzy kobiety absolutnie nie mogą się obejść przez jeden lub dwa dni.

Wyciągnął torby z bagażnika.

– To piękne miejsce, Cal. – Layla wzięła od niego kilka paczek. – Currier i Ives * dwudziestego pierwszego wieku. Możemy iść do środka?

– Oczywiście.

– Ślicznie tu jak na obrazku. – Cybil popatrzyła na torby i pudła i wybrała jedno. – Zwłaszcza jeśli nie masz nic przeciwko samotności.

– Nie mam. Zerknęła na Gage'a i Foxa, którzy stanęli w drzwiach.

– Mam nadzieję, że tłum też ci nie przeszkadza. Wnieśli wszystko do środka, zostawiając wszędzie mokre ślady. Cal uznał, że jakaś kobieca intuicja musi być odpowiedzialna za to, że dziewczyny bez słowa po dzieliły się zadaniami. Layla poprosiła go o ścierki i stare ręczniki i zabrała się do wycierania podłogi. Cybil przejęła we władnie kuchnię, gdzie rozstawiała garnki i produkty spożywcze, a Quinn przejrzała zapas pościeli i rozdysponowała łóżka, każąc roznieść bagaże do odpowiednich pokoi.

Naprawdę nie miał nic do roboty, mógł tylko napić się piwa. Gage wszedł do salonu, gdzie Cal poprawiał drewno w kominku.

– W obu łazienkach na górze aż roi się od jakichś dziewczyńskich buteleczek. – Wskazał kciukiem sufit. – Coś ty narobił?

– To, co musiałem. Nie mogłem ich zostawić. Mogły zostać odcięte od świata przez kilka dni.

– I dlatego urządziłeś nam tu sabat czarownic? Twoja kobieta kazała Foxowi pościelić dla mnie łóżko, to znaczy połówkę w twoim gabinecie, w którym najwyraźniej zamieszkamy razem. Wiesz, że ten sukinsyn to łóżkowy koszmar!

– Nic na to nie poradzę.

– Łatwo ci mówić, ty będziesz dzielił łóżko z blondaskiem. Tym razem Cal uśmiechnął się obłudnie.

– Nic na to nie poradzę.

– Esmeralda coś pichci w kuchni.

– Gulasz. I ma na imię Cybil.

– Wszystko jedno, muszę przyznać, że pachnie nieźle. A ona jeszcze lepiej. Ale dostałem po łapach, kiedy próbowałem wziąć paczkę cholernych czipsów do piwa.

– Chcesz gotować dla sześciorga? Gage tylko mruknął, usiadł i położył nogi na stoliku do kawy.

– Ile zapowiadają?

– Około dziewięćdziesięciu centymetrów. – Cal usiadł obok niego w tej samej pozycji. – Kiedyś uwielbialiśmy śnieg. Odwoływali szkołę i mogliśmy jeździć na sankach, urządzać bitwy na śnieżki.

– To były czasy, przyjacielu.

– A teraz odpalamy generator, znosimy drewno do kominka i pędzimy po dodatkowe baterie i papier toaletowy.

– Bycie dorosłym jest do dupy. Jednak pomimo gęstego śniegu padającego za oknami, w pokoju było ciepło i pachniało dobrym jedzeniem. Nie można narzekać, uznał Cal, zanurzając łyżkę w misce gorącego gulaszu, przy którego gotowaniu nie kiwnął nawet palcem. Do tego Cybil podała pierogi, a on miał ogromną słabość do pierogów.

– Niedawno byłem w Budapeszcie. – Gage zajadał gulasz, patrząc na Cybil. – Ten wcale nie jest gorszy od tamtych.

– Właściwie to nie jest węgierski gulasz, tylko serbochorwacki.

– Cholernie dobre żarcie – pochwalił Fox – skądkolwiek pochodzi.

– Cybil sama jest jak wschodnioeuropejski gulasz. – Quinn rozkoszowała się połową pieroga, na którą sobie pozwoliła. – W jej żyłach płynie krew chorwacka, ukraińska, polska… z domieszką francuskiej dla wyczucia mody i snobizmu.

– Kiedy twoja rodzina przyjechała do Stanów? – zapytał Cal.

– Między siedemnastym wiekiem a drugą wojną światową, zależy od gałęzi. – Wiedziała, dlaczego zadał to pytanie. – Nie wiem, czy łączą mnie jakieś więzy pokrewieństwa z Quinn oraz Laylą i czy mam coś wspólnego z tym wszystkim, co się tutaj dzieje. Badam tę kwestię.

– Ale my dwie od razu poczułyśmy więź – powiedziała Quinn.

– To prawda. Cal znal ten rodzaj przyjaźni, jaki zobaczył, gdy obie kobiety spojrzały na siebie. Miał niewiele wspólnego z więzami krwi, ale mnóstwo z sercem.

– Poznałyśmy się pierwszego dnia – właściwie wieczoru – w college'u. – Quinn zjadła kolejny mikroskopijny kawałek pieroga. – Spotkałyśmy się na korytarzu. Miałyśmy pokoje naprzeciwko siebie. Po dwóch dniach zamieniłyśmy się, na szczęście nasze szanowne współlokatorki nie protestowały, i trzymałyśmy się razem do końca szkoły.

– I, jak widać, potem też – dodała Cybil.

– Pamiętasz, jak pierwszej nocy wróżyłaś mi z ręki?

– Umiesz wróżyć z ręki? – chciał wiedzieć Fox.

– Kiedy mam nastrój. Cygańscy przodkowie – dodała Cybil, machając dłońmi.

Cal poczuł ucisk w żołądku.

– W Hollow mieszkali Cyganie.

– Naprawdę? – Cybil uniosła ostrożnie kieliszek, upiła wina. – Kiedy?

– Muszę się upewnić. Słyszałem o tym od babci, a ona od swojej. Opowieści, jak to pewnego lata przyjechali tu Cyganie i rozbili obóz.

– Interesujące. Hipotetycznie – Quinn myślała na głos – któryś z mieszkańców mógł zaprzyjaźnić się z jedną z tych ciemnookich piękności i dziewięć miesięcy później… ups. Ten trop może prowadzić prosto do ciebie, Cyb.

– Jedna wielka szczęśliwa rodzina – wymamrotała Cybil. Po posiłku znowu podzielono się obowiązkami. Trzeba było przynieść drewno, wypuścić psa, posprzątać ze stołu, pozmywać.

– Kto jeszcze umie gotować? – zapytała Cybil.

– Gage – odpowiedzieli jednocześnie Fox i Cal. – Hej.

– Dobrze. – Cybil zmierzyła go wzrokiem. – W takim razie jesteś pierwszy na liście do przygotowywania jutrzejszego śniadania. A teraz…

– Zanim… zrobimy cokolwiek – przerwał jej Cal – musimy coś wam powiedzieć. Równie dobrze możemy zostać w jadalni. Musimy coś przynieść – dodał, patrząc na Foxa i Gage'a. – Chyba powinnyście otworzyć jeszcze jedną butelkę wina.

– O co chodzi? – zapytała Quinn, gdy wyszli. – Co oni kombinują?

– Chodzi o coś, o czym nam nie powiedzieli – powiedziała Layla. – Czułam w nich zakłopotanie i poczucie winy. Chociaż w sumie nie znam ich dobrze.

– Wiesz swoje – powiedziała jej Cybil. – Q, przynieś jeszcze jedną butelkę. – Zadrżała lekko. – Chyba powinnyśmy zapalić więcej świec, tak na wszelki wypadek. Już mi się wydaje, że zrobiło się… ciemniej.

Wybrali Cala dlatego – jak przypuszczał – że to był jego dom. Wszyscy zebrali się wokół niego, kiedy szukał najlepszych słów, żeby zacząć.

– Opowiadałem wam, co wydarzyło się tamtej nocy na polanie, gdy byliśmy dziećmi, i co działo się potem. Quinn, ty sama to poczułaś, kiedy poszliśmy tam kilka tygodni temu.

– Tak. Cyb i Layla też muszą zobaczyć to miejsce, jak tylko śnieg trochę stopnieje.

Cal wahał się tylko przez chwilę.

– Zgoda.

– To nie przechadzka po Champs Elysees – zauważył Gage, a Cybil popatrzyła na niego, unosząc brew.

– Damy radę.

– Tamtej nocy wydarzyło się coś jeszcze, o czym wam nie mówiliśmy.

– Nikomu nie mówiliśmy – dodał Fox.

– Trudno mi wytłumaczyć, dlaczego. Mieliśmy dziesięć lat, rozpętało się piekło i… Cóż. – Cal położył swój okruch kamienia na stole.

– Kawałek skały? – spytała Layla.

– Heliotrop. – Cybil wydęła usta i wyciągnęła rękę, która zawisła w powietrzu. – Mogę?

Gage i Fox położyli swoje kawałki obok kamienia Cala.

– Wybierz sobie – zaprosił Gage.

– Trzy części jednego. – Quinn podniosła kawałek, który leżał najbliżej niej. – Mam rację? To trzy elementy tego samego kamienia.

– Który został oszlifowany i wygładzony – ciągnęła Cybil. – Skąd macie te kawałki?

– Trzymaliśmy je w dłoniach – odpowiedział Cal. – Kiedy już zgasły światła, ciemność się rozjaśniła, a ziemia przestała drżeć, każdy z nas miał kawałek tego kamienia. – Popatrzył na rękę, przypominając sobie, jak kurczowo zaciskał w dłoni kamień, jakby od tego zależało ich życie.

– Nie wiedzieliśmy, co to jest. Fox sprawdził. Jego matka miała książki o kamieniach i kryształach i zobaczył, że to heliotrop – zakończył Cal.

– Trzeba go złożyć z powrotem – powiedziała Layla. – Prawda? Musi znowu być całością.

– Próbowaliśmy. Nie brakuje ani kawałka – wyjaśnił Fox – a te, które mamy, pasują do siebie jak puzzle. – Cal wziął wszystkie trzy kawałki i przyłożył je do siebie.

– Ale nie da się ich złożyć.

– Może dlatego, że tylko je trzymasz. – Zaciekawiona Quinn wyciągnęła dłoń, w którą Cal włożył wszystkie trzy kawałki. – Nie są… stopione, że tak powiem.

– Tego też próbowaliśmy. Ten tu MacGyver próbował skleić je Kropelką.

Cal popatrzył na Gage'a z uśmiechem.

– Powinny były się skleić, ale równie dobrze mógłbym użyć wody. Próbowaliśmy je związać, podgrzać, zamrozić. I nic. One nawet nie zmieniły temperatury.

– Poza… – Fox urwał i poczekał na aprobujące skinienie głowami przyjaciół. – Podczas Siódemki, wtedy się podgrzewają. Nie są zbyt gorące, można je wziąć do ręki, ale robią się ciepłe na brzegach.

– Próbowaliście je wtedy złożyć? – zapytała Quinn.

– Tak. Bez skutku. Wiemy tylko, że Giles Dent nosił ten kamień na szyi, jak amulet, tej nocy gdy Lazarus Twisse przyprowadził ludzi na polanę. Widziałem to. A teraz my go mamy.

– Próbowaliście magii? – dociekała Cybil. Cal zaczął się wiercić i odchrząknął.

– Jezu, Cal, wyluzuj. – Fox potrząsnął głową. – Oczywiście, że tak. Zdobyłem kilka książek z zaklęciami i próbowaliśmy. Potem Gage rozmawiał z paroma praktykującymi wróżkami, wypróbowaliśmy kolejne zaklęcia i dalej nic.

– Ale nigdy nikomu tego nie pokazywaliście. – Quinn ostrożnie odłożyła kawałki kamienia i wzięła kieliszek z winem. – Nikomu, kto mógłby coś z nich wyczytać lub poznać ich przeznaczenie lub historię.

– Musieliśmy tak postąpić. – Fox uniósł ramiona. – Słyszę, jak to brzmi, ale wiedziałem, że nie powinniśmy pokazywać ich geologom ani wyższemu kapłanowi Wicca * czy ludziom z Pentagonu. Ja po prostu… Cal od razu zasugerował podejście naukowe.

– MacGyver – powtórzył Gage.

– Fox był przekonany, że nie wolno ich nikomu pokazywać i to nam wystarczyło. – Cal popatrzył na przyjaciół. – Aż do teraz. Nie pokazalibyśmy ich wam, gdyby Fox nie czuł, że możemy to zrobić.

– Ty czujesz najmocniej? – zapytała Layla.

– Nie wiem. Może. Wiem, że wierzyłem – i wciąż w to wierzę – że tamtej nocy przeżyliśmy, wyszliśmy z tego piekła cali, bo każdy z nas ściskał w ręku kawałek kamienia. I dopóki je mamy, dopóty mamy szansę. Po prostu to wiem, tak, jak Cal wie, widział, że ten właśnie kamień nosił Dent.

– A ty? – Cybil spytała Gage'a. – Co ty wiesz? Co widziałeś? Popatrzył jej prosto w oczy.

– Widziałem go w całości na Kamieniu Pogan. Kamień na kamieniu. Strzelają z nich płomienie, wypalając krwawe plamy. Potem pożerają kamień, biegną po płaskiej skale w dół, otulają ją jak ognisty całun. Widzę, jak pożar połyka ziemię, pędzi do lasu, aż pnie drzew pękają z gorąca, a polana staje się piekłem, którego nie przeżyłby nawet sam diabeł. – Napił się wina. – To właśnie widzę, gdy kamień jest znowu cały, więc wcale mi się nie śpieszy, żeby go składać.

– Może w ten sposób powstał… – zaczęła Layla.

– Ja nie widzę przeszłości. To działka Cala. Ja widzę to, co może się wydarzyć.

– Przydatna umiejętność w twoim zawodzie. Gage popatrzył na Cybil i uśmiechnął się leniwie.

– Nie przeszkadza. – Podrzucił swój kawałek kamienia. – Ktoś ma ochotę na małą rundkę pięciu kart?

Gdy tylko to powiedział, zgasły światła. Pełgające ogniki świec zamiast romantyzmu nadały pomieszczeniu upiorną atmosferę.

– Pójdę włączyć generator. – Cal wstał. – Od teraz działa tylko woda, lodówka i kuchenka.

– Nie wychodź sam. – Layla zamrugała, jak gdyby zaskoczona, że te słowa wyszły z jej ust. – To znaczy…

– Idę z tobą. Gdy Fox ruszył do wyjścia, coś zawyło w ciemnościach.

– Klusek! – Cal wypadł z pokoju i jak strzała przebiegł przez kuchnię do tylnych drzwi. Po drodze złapał ze ściany latarkę, włączył ją.

Skierował promień w stronę, z której dochodził dźwięk, ale światło tylko odbiło się od gęstej, ruchomej kurtyny śniegu.

Który okazał się twardy niczym mur, sięgający powyżej kolan. Wołając psa, Cal przedzierał się przez zaspy, próbując namierzyć miejsce, z którego dochodziło wycie. Wydawało się, że dźwięk dobiega zewsząd i znikąd.

Usłyszał za sobą jakiś hałas i obrócił się gwałtownie, chwytając latarkę jak broń.

– Hej, nie niszcz sił wsparcia! – zawołał Fox. – Jezu, to jakiś horror. – Złapał Cala za ramię, Gage stanął z drugiej strony. – Hej, Klusek! Nigdy nie słyszałem, żeby tak wył.

– Skąd wiesz, że to pies? – zapytał cicho Gage.

– Wracaj do środka – rozkazał mu Cal. – Nie możemy zostawić kobiet samych. Znajdę swojego psa.

– O tak, a my cię zostawimy w tej pieprzonej śnieżycy. – Gage wcisnął zlodowaciałe ręce do kieszeni i obejrzał się za siebie. – Poza tym.

Szły, trzymając się pod ręce i oświetlając drogę latarkami. Cal musiał przyznać, że to miało sens. Włożyły też kurtki i pewnie buty, podczas gdy oni wybiegli tak, jak stali.

– Idźcie do domu! – zawołał, próbując przekrzyczeć wiatr. – Znajdziemy Kluska i zaraz wracamy.

– Idziemy albo wszyscy, albo nikt. – Quinn puściła ramię Layli i wzięła Cala pod rękę. – To dotyczy też Kluska Nie trać czasu – poradziła, zanim zdążył coś powiedzieć. Powinniśmy się rozdzielić, prawda?

– Parami. Fox i Layla, spróbujcie tam, Quinn i ja pójdziemy tędy. Gage i Cybil, cofnijcie się. Klusek musi być blisko. Nigdy nie odchodzi daleko.

Klusek wydawał się przerażony, pomyślał Cal, nie chcąc mówić o tym na głos. Jego głupi, leniwy pies wył jakby był śmiertelnie przerażony.

– Chwyć mnie ręką za pasek i trzymaj się mocno – polecił dziewczynie.

Syknął, gdy poczuł na skórze lodowatą rękawiczkę Quinn. Nie uszli nawet pół metra, kiedy poza wyciem usłyszeli coś jeszcze.

– Słyszałaś?

– Tak. Śmiech. Tak mógłby się śmiać podły, mały chłopiec.

– Wracaj…

– Nie zostawię tego psa w lesie. Potworny podmuch wiatru uderzył w nich niczym sztormowa fala, rozrzucając wielkie bryły śniegu i lodowate igły. Cal usłyszał trzask pękających gałęzi, głośny niczym wystrzał. Idąca za nim Quinn potknęła się i siła wiatru niemal powaliła ich oboje na ziemię.

Postanowił, że zaprowadzi dziewczynę do domu, zamknie ją w jakiejś cholernej szafie, jeśli będzie musiał i wróci sam poszukać psa.

Już miał się odwrócić, żeby złapać ją za rękę, gdy ich zobaczył.

Pies siedział na tylnych łapach, zakopany do połowy w śniegu, z uniesionym łbem, i wył rozpaczliwie.

Kilka centymetrów nad ziemią unosił się chłopiec. Chichotał, o ile tak można było nazwać ohydny dźwięk, który wydawał.

Przy kolejnym podmuchu wiatru wyszczerzył zęby w uśmiechu. Klusek był już zakopany do szyi.

– Odejdź, do cholery, od mojego psa.

Cal rzucił się do przodu, ale wiatr odrzucił go w tył, tak że wraz z Quinn upadli na ziemię.

– Zawołaj go! – krzyknęła Quinn. – Zawołaj, niech tu przyjdzie! – Ściągnęła rękawiczki, włożyła palce do ust i zagwizdała przenikliwie, podczas gdy Cal bez przerwy nawoływał psa.

Klusek trząsł się jak galareta, a chłopiec rechotał.

Cal wołał i przeklinał, czołgał się do przodu, a śnieg zasypywał mu oczy i mroził dłonie. Słyszał za sobą krzyki, ale zebrał wszystkie siły, żeby przeć do przodu, dotrzeć tam, zanim kolejny powiew wiatru pochowa psa pod śniegiem.

Utonie, myślał Cal, pełznąc, czołgając się, ślizgając. Jeśli zaraz nie dotrze do Kluska, pies zginie w tym oceanie śniegu.

Poczuł czyjeś palce zaciskające się na kostce, ale dalej parł przed siebie.

Zacisnął zęby, rzucił się na oślep i schwycił zgrabiałymi palcami obrożę Kluska. I popatrzył w lśniące diabelską zielenią oczy z czerwoną obwódką.

– Nie dostaniesz go. Pociągnął. Ignorując skowyt Kluska, szarpnął jeszcze raz, desperacko, z całej siły. Klusek piszczał i wył, jednak ani drgnął, jakby został zalany cementem.

Quinn była już przy nich, leżała na brzuchu i rozkopywała rękami śnieg.

Fox pośliznął się obok nich, przeciął śnieg niczym szrapnel. Cal zebrał wszystkie siły i jeszcze raz popatrzył w oczy potwora lśniące w twarzy chłopca.

– Powiedziałem, że go nie dostaniesz. Pociągnął za obrożę i nagle miał w objęciach drżącego, skamlącego psa.

– Już w porządku, już dobrze. – Przycisnął twarz do mokrego, lodowatego futra. – Wynośmy się stąd.

– Posadzimy go przy kominku. – Layla próbowała pomóc Quinn wstać, Cybil podnosiła się z klęczek. Gage podał jej rękę, po czym wyciągnął ze śniegu Quinn.

– Możesz iść? – zapytał ją.

– Tak, tak. Chodźmy do domu, wracajmy, zanim ktoś coś sobie odmrozi.

Ręczniki i koce, suche ubrania, gorąca kawa. Brandy – nawet dla Kluska – rozgrzały zmarznięte kości. W kominku zapłonęły świeże kawałki drewna.

– On pochwycił Kluska. Biedak nie mógł uciec. – Ca] siedział na podłodze, trzymając łeb psa na kolanach. – Nie mógł się ruszyć. Chciał go zakopać w śniegu. Głupiego, nieszkodliwego psa!

– Czy to zdarzało się już wcześniej? – zapytała go Quinn. – Krzywdził już zwierzęta?

– Na kilka tygodni przed Siódemką niektóre tonęły, więcej ginęło na drogach. Czasami zwierzaki robiły się agresywne. Ale nigdy w ten sposób. To była…

– Demonstracja. – Cybil szczelniej owinęła kocem stopy Quinn. Chciał, żebyśmy zobaczyli, do czego jest zdolny.

– Może też chciał zobaczyć, do czego my jesteśmy zdolni – powiedział Gage, a Cybil popatrzyła na niego z zaciekawieniem.

– Chyba masz rację. Czy potrafimy przerwać jego uścisk? Pies nie jest człowiekiem, łatwiej nim kierować. Nie obraź się, Cal, ale poziom umysłowy twojego Kluska można porównać do poziomu niemowlaka.

Cal delikatnie i czule pociągnął jedno z kłapciastych uszu.

– Jest głupi jak but.

– Chłopak chciał się popisać. Skrzywdził to biedne stworzenie dla zabawy. – Layla uklękła i pogłaskała Kluska po grzbiecie. – To zasługuje na rewanż.

Zaintrygowana Quinn przechyliła głowę.

– Co masz na myśli?

– Jeszcze nie wiem, ale na pewno coś wymyślimy.

ROZDZIAŁ 18

Cal nie wiedział, o której poszli spać, ale kiedy otworzył oczy, pokój rozjaśniało blade światło zimowego poranka. Zobaczył, że śnieg wciąż pada idealnymi, grubymi płatkami jak z hollywoodzkiego filmu.

W ciszy, jaka panowała tylko podczas śnieżycy, słyszał miarowe, pełne satysfakcji chrapanie. Klusek leżał rozciągnięty w nogach łóżka niczym futrzasty koc. Zwykle Cal nie pozwalał mu spać w łóżku, ale w tej chwili psie pochrapywanie, ciężar i ciepło wydawały się jak najbardziej na miejscu.

Od tej chwili, postanowił, nie puści tego zwierzaka samego ani na krok.

Stopę i kostkę miał uwięzioną przez psa, więc uniósł się na łokciach, próbując się uwolnić. Quinn poruszyła się, westchnęła, przytuliła mocniej do niego i wcisnęła mu nogę między kolana. Miała na sobie flanelową piżamę, która zwykle nie dodawała kobietom seksapilu, i w nocy przygwoździła mu ramię tak, że teraz czuł mrówki w całym ręku, powinien więc być przynajmniej lekko poirytowany.

Jednak z tym także czuł się dobrze.

Za oknem padał śnieg rodem z filmu, a oni leżeli razem w ciepłym łóżku i Cal nie potrafił znaleźć żadnego powodu, dla którego miałby nie wykorzystać sytuacji.

Uśmiechając się, wsunął rękę pod piżamę Quinn i dotknął ciepłej, gładkiej skóry. Ujął pierś dziewczyny i poczuł pod palcami bicie serca, powolne i rytmiczne jak chrapanie Kluska. Patrząc na twarz Quinn, pogłaskał leniwie jej pierś palcami, podrażnił lekko sutek, podniecony na myśl o tym, jak bierze go w usta i pieści językiem.

Znowu westchnęła.

Zsunął rękę, czubkami palców dotykając brzucha, a potem uda Quinn i znowu powrócił do piersi. I dalej, w dół i w górę, delikatne muśnięcia zbliżające się coraz bardziej do celu.

Wydała przez sen miękki i bezradny dźwięk.

Była wilgotna, gdy ją musnął, gorąca, kiedy wsunął w nią palce. Przycisnął i przykrył jej usta swoimi, chwytając kolejne westchnienie.

Doszła, jednocześnie się budząc, jej ciało po prostu eksplodowało, gdy umysł przeskoczył ze snu prosto w pełną zdumienia rozkosz.

– Och, Boże!

– Ciii. – Roześmiał się z wargami na jej ustach. – Obudzisz psa. Ściągnął z niej spodnie i zanim zdążyła się otrząsnąć, wszedł w nią.

– Och. No dobrze – wyrzucała z siebie drżącym, urywanym głosem. – Dzień dobry.

Znów się roześmiał i zaczął poruszać bezlitośnie powoli. Próbowała dostosować się do jego tempa, powstrzymać, ale znowu przeszyła ją rozkosz, zapierając dech w piersi.

– Boże, Boże, Boże. Ja już chyba nie mogę…

– Cii, cii – powtórzył i skubnął wargami jej usta. – Nie śpieszę się – wyszeptał. – Nie hamuj się.

Nic innego nie mogła zrobić. Już była gotowa, jej ciało należało do niego. Bez reszty. Gdy znów zabrał ją na szczyt, zabrakło jej tchu, żeby choćby jęknąć.

Quinn leżała absolutnie usatysfakcjonowana i wyczerpana, czując na sobie ciężar Cala. Oparł głowę między jej piersiami, tak że mogła bawić się jego włosami. Wyobraziła sobie, że jest niedzielny poranek, a oni nie mają żadnych innych zmartwień oprócz tego, czy kochać się jeszcze raz przed śniadaniem, czy już po.

– Bierzesz jakieś witaminy? – zapytała.

– Hmm?

– Chciałam powiedzieć, że masz niezłą parę. Poczuła, że się uśmiechnął.

– Higieniczny tryb życia, Blondyneczko.

– Może to dzięki kręglom. Może kręgle… Gdzie Klusek?

– W połowie przedstawienia poczuła się zawstydzona. – Cal obrócił głowę i machnął ręką. – Tam jest.

Quinn popatrzyła we wskazanym kierunku i zobaczyła, że pies leży na podłodze, wciskając pysk w kąt pokoju. Śmiała się tak, że aż rozbolały ją boki.

– Zawstydziliśmy psa. Pierwszy raz mi się to zdarzyło. Och! Czuję się wspaniale. Jak mogę czuć się tak dobrze po tym, co działo się wczoraj w nocy? – Potrząsnęła głową, przeciągnęła się i objęła Cala. – Chyba o to chodzi, prawda? Nawet jeśli świat trafi szlag, wciąż mamy to.

– Tak. – Usiadł i patrząc na nią, pogładził jej poplątane włosy. – Quinn. – Teraz wziął ją za rękę, zaczął bawić się jej palcami.

– Cal – powiedziała, naśladując jego poważny ton.

– Czołgałaś się w śniegu, żeby uratować mojego psa.

– To dobry psiak. Każdy zrobiłby to samo.

– Nie. Nie jesteś na tyle naiwna, żeby tak myśleć. Fox i Gage tak. Dla Kluska, dla mnie. Może Layla i Cybil też, może zrobiły to pod wpływem chwili, a może takie już są.

Quinn dotknęła jego twarzy, przesunęła palcami pod tymi pełnymi cierpliwości szarymi oczami.

– Nikt by go tam nie zostawił, Cal.

– W takim razie ten pies ma kupę szczęścia, że otaczają go ludzie tacy jak wy. I ja też. Czołgałaś się wprost na demona, kopałaś w śniegu gołymi rękami…

– Jeśli próbujesz zrobić ze mnie bohaterkę, to proszę bardzo. Chyba podoba mi się ta rola.

– Zagwizdałaś na palcach. Teraz wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Jedna z moich sztuczek. Umiem gwizdać znacznie głośniej, jeśli akurat nie zamarzam, nie brakuje mi tchu i nie trzęsę się ze strachu jak galareta.

– Kocham cię.

– Pokażę ci kiedyś… Co?

– Nigdy nie myślałem, że powiem te słowa do kobiety spoza mojej rodziny. Nigdy nie miałem takiego zamiaru.

Serce Quinn nie mogło podskoczyć gwałtowniej, nawet gdyby podłączono ją do prądu.

– Słucham cię teraz uważnie, więc czy mógłbyś je powtórzyć?

– Kocham cię. I znowu, pomyślała. Podskok i łomotanie.

– Bo umiem gwizdać na palcach?

– To mogła być kropla, która przepełniła czarę.

– Boże. – Zamknęła oczy. – Chcę, żebyś mnie kochał, i bardzo lubię dostawać to, czego chcę. Ale… – wzięła głęboki oddech. – Cal, jeśli mówisz tak z powodu tego, co wydarzyło się zeszłej nocy, bo pomogłam ci uratować Kluska…

– Mówię tak dlatego, że myślisz, że jak zjesz pół mojego kawałka pizzy, to się nie liczy.

– Cóż, technicznie rzecz biorąc, nie.

– Bo zawsze wiesz, gdzie są twoje klucze i umiesz myśleć o dziesięciu rzeczach na raz. Nie tchórzysz i masz włosy koloru słońca. Mówisz prawdę i potrafisz być dobrym przyjacielem. I z tuzina innych powodów, których jeszcze nie znam i tuzina, których nie poznam nigdy. Ale wiem, że mogę powiedzieć ci te słowa, chociaż myślałem, że nigdy ich nie wypowiem.

Objęła go za szyję, oparła czoło o jego czoło. Musiała tylko pooddychać przez chwilę, tak, jak często na widok pięknego dzieła sztuki czy przy dźwiękach piosenki, od których czuła wzbierające w gardle łzy.

– To naprawdę dobry dzień. – Pocałowała go lekko w usta. – Fantastyczny.

Siedzieli przez chwilę przytuleni, pies chrapał w kącie, a za oknem padał śnieg.

W końcu Cal zszedł na dół i ruszył za zapachem świeżej kawy do kuchni, gdzie zastał nachmurzonego Gage'a, który właśnie stawiał patelnię na gazie. Mruknęli do siebie na powitanie i Cal wyjął ze zmywarki czysty kubek.

– Już leży z dziewięćdziesiąt centymetrów śniegu, a ciągle pada.

– Mam oczy. – Gage otworzył paczkę bekonu. – Nie wydajesz się tym zmartwiony.

– Mam naprawdę dobry dzień.

– Pewnie też bym miał, gdybym go rozpoczął porannym bzykankiem.

– Boże, mężczyźni są tacy prymitywni. – Zaspana Cybil weszła do kuchni.

– To zatykaj uszy w naszym towarzystwie. Usmażę bekon i zrobię jajecznicę – obwieścił Gage. – Jak się komuś nie podoba, to musi iść do innej restauracji.

Cybil nalała sobie kawy i pijąc pierwszy łyk, spojrzała na Gage'a. Nie ogolił się ani nie uczesał tej swojej czarnej czupryny i najwyraźniej rano bywał w złym humorze, co jednak nie czyniło go ani odrobinę mniej atrakcyjnym.

Szkoda.

– Wiesz, co zauważyłam, Gage?

– Co?

– Masz świetny tyłek i gówniane podejście do życia. Daj znać, jak śniadanie będzie gotowe – dodała, wychodząc.

– Ma rację. Często mówiłem to o twoim tyłku i podejściu do życia.

– Telefony nie działają – ogłosił Fox, podchodząc do lodówki i wyjmując colę. – Dodzwoniłem się do matki przez komórkę. Nic im nie jest.

– Znając twoich rodziców, pewnie właśnie uprawiali seks – zauważył Gage.

– Hej! Prawda – dodał po chwili Fox – ale, hej.

– On myśli tylko o seksie.

– A o czym miałby myśleć? Nie jest chory ani nie ogląda sportu, a to jedyne okoliczności, w których mężczyzna nie myśli o seksie.

Gage położył bekon na podgrzanej patelni.

– Niech ktoś zrobi jakieś grzanki czy coś. I jeszcze jeden dzbanek kawy.

– Muszę wyprowadzić Kluska. Nie zamierzam wypuszczać go samego.

– Ja z nim wyjdę. – Fox pochylił się i podrapał psa za uchem. – I tak chciałem się przejść. – Odwrócił się i niemal wpadł na Laylę. – Cześć, przepraszam. Ach… idę z Kluskiem na spacer. Może masz ochotę nam towarzyszyć?

– Och. Może. Oczywiście. Tylko się ubiorę.

– Elegancko – uznał Gage, gdy Layla wyszła. – Spryciarz z ciebie, Fox.

– Co?

– Dzień dobry, bardzo atrakcyjna kobieto. Czy miałabyś ochotę przedzierać się ze mną przez metrowe zaspy i patrzeć, jak pies obsikuje drzewa? Zanim nawet napiłaś się kawy?

– To była tylko propozycja. Mogła odmówić.

– Na pewno by odmówiła, gdyby pobudziła mózg do myślenia choćby kroplą kofeiny.

– Pewnie dlatego ty masz powodzenie tylko u kobiet pozbawionych mózgu.

– Jesteś dziś wesoły jak szczygiełek – zauważył Cal, gdy Fox wyszedł.

– Zrób jeszcze jeden cholerny dzbanek kawy.

– Muszę przynieść drewna, naładować generator i odśnieżyć taras z metrowego śniegu. Daj znać, jak śniadanie będzie gotowe.

Gage został sam i zrzędząc pod nosem, przewrócił bekon. Wciąż miał marsową minę, gdy do kuchni weszła Quinn.

– Myślałam, że wszyscy tu będą. – Wzięła kubek. – Chyba potrzebujemy jeszcze jednego dzbanka kawy.

Gage nie zdążył na nią warknąć, bo Quinn od razu sięgnęła po puszkę.

– Zajmę się tym. Mogę ci jeszcze w czymś pomóc? Odwrócił głowę, żeby na nią popatrzeć.

– Dlaczego?

– Doszłam do wniosku, że jak pomogę ci przy śniadaniu, to oboje będziemy mieli z głowy gotowanie na jakiś czas.

Przytaknął, doceniając jej logikę.

– Rozsądnie. Zrób kawę i grzanki.

– Tak jest. Zabrała się do pracy, a Gage rozbił tuzin jajek. Zauważył, że Quinn działa szybko i sprawnie. Gage'owi nigdy nie zależało na szybkości, ale za efektywność dał jej duży plus. Była zgrabna, inteligentna i – jak sam wczoraj widział – bardzo odważna.

– On jest z tobą szczęśliwy. Quinn zatrzymała się i popatrzyła na niego.

– Dobrze, bo ja z nim też.

– Jedna rzecz, jeśli sama jeszcze na to nie wpadłaś. On jest wrośnięty w to miasto. Cokolwiek się wydarzy, Hollow zawsze będzie dla Cala miejscem na ziemi.

– Wpadłam na to. – Złapała wyskakującego tosta, włożyła kolejne. – Mimo wszystko to ładne miasto.

– Mimo wszystko drugą patelnię. – zgodził się Gage i wlał jajka na zewnątrz, zgodnie z przewidywaniami Gage'a, Fox patrzył, jak Klusek obsikuje drzewa. Dużo ciekawszy był jednak widok psa, który brnął naprzód, tarzał się i od czasu do czasu skakał przez sięgający ludziom do pasa śnieg. To właśnie śnieg zatrzymał Foxa i Laylę na ganku. Fox zaczął przekopywać przejście szuflą, którą Cal wcisnął mu po drodze w dłoń.

Jednak i tak wspaniale było wyjść z domu, w mroźny poranek i odrzucać biały puch, który wciąż nie przestawał padać z nieba.

– Może powinnam zejść i otrząsnąć trochę krzewy Cala. Fox popatrzył na Laylę. Na głowie miała narciarską czapkę, na szyi szalik i powoli cała stawała się biała.

– Utopisz się, a my będziemy musieli rzucić ci linę, żeby cię uratować. Za jakiś czas odśnieżymy ścieżkę.

– Nie wygląda na przestraszonego. – Patrzyła uważnie na Kluska. – Myślałam, że po zeszłej nocy nie będzie chciał wyjść.

– Psia pamięć jest krótka. I dobrze.

– Ja nigdy tego nie zapomnę.

– Nie. – Nie powinien był jej prosić, żeby z nim wyszła. Zwłaszcza że nie miał pojęcia, jak zacząć rozmowę o pracy, a między innymi dlatego wyciągnął ją na dwór.

Zwykle lepiej radził sobie z ludźmi. Zwłaszcza z kobietami. Teraz odgarniał ścieżkę szerokości łopaty wiodącą przez ganek do schodków i nagle powiedział:

– Cal mówił, że szukasz pracy.

– Niezupełnie. To znaczy muszę znaleźć jakieś zajęcie, ale jeszcze niczego nie szukałam.

– Moja sekretarka… kierowniczka biura… asystentka. – Odrzucił śnieg i nabrał następną szuflę. – W sumie nigdy nie ustaliliśmy nazwy jej stanowiska. W każdym razie ona teraz się przeprowadza do Minneapolis i potrzebuję kogoś, kto przejmie jej obowiązki.

Niech cię diabli, Quinn, pomyślała Layla.

– Obowiązki? Fox pomyślał, że w sądzie uważano go za całkiem elokwentnego.

– Ewidencja dokumentów, odbieranie telefonów, pilnowanie kalendarza spotkań, rozmowy z klientami, pisanie dokumentów, korespondencja. Ona jest też notariuszem, ale na razie poradzę sobie bez tego.

– Jakiego programu używa?

– Nie wiem. Musiałbym jej zapytać. – A w ogóle używała jakiegoś programu? Skąd miałby to wiedzieć?

– Nie znam się w ogóle na pracy w sekretariacie ani na kierowaniu biurem. Nie mam zielonego pojęcia o prawie.

Fox miał wyczulone ucho i usłyszał w głosie Layli obronne nuty.

– Znasz alfabet?

– Oczywiście, że znam alfabet, ale chodzi o to…

– Wystarczy – przerwał jej. – Jeśli znasz alfabet, to pewnie będziesz umiała prowadzić kartoteki. Wiesz, jak używać telefonu, co oznacza, że umiesz go odebrać i zadzwonić. To główne kwalifikacje potrzebne na tym stanowisku. Umiesz pisać na komputerze?

– Tak, ale zależy, jakiego…

– Pokaże ci, co tam robi na tym cholernym komputerze.

– Chyba nie wiesz za dużo o jej pracy. Za to umiał rozpoznać naganę, gdy ją słyszał.

– Okej. – Wyprostował się, oparł na szufli i popatrzył Layli prosto w oczy. – Ona była ze mną od początku. Będzie mi jej brakowało, czuję się, jakbym stracił rękę, ale ludzie idą swoją drogą i musimy się z tym pogodzić. Potrzebuję kogoś, kto będzie układał papiery na miejsce i umiał je znaleźć, jak będą mi potrzebne. Kto będzie wysyłał rachunki, żebym ja mógł opłacać swoje, kto przypomni mi o wizytach w sądzie, odbierze telefon – który, mam nadzieję, będzie dzwonił, żebym miał komu wystawiać rachunki – i ogólnie rzecz biorąc, zadba o porządek w biurze, żebym ja mógł zająć się prawem. Ty potrzebujesz pracy i pensji. Myślę, że możemy sobie nawzajem pomóc.

– Cal poprosił cię, żebyś zaproponował mi pracę, bo Quinn go o to poprosiła?

– Masz rację. Ale to nie zmienia sytuacji. Chyba nie zmienia, pomyślała, jednak i tak poczuła się dotknięta.

– To nie byłoby na stałe. Szukam czegoś tylko do czasu, aż…

– Ruszysz dalej. – Fox skinął głową. – To mi odpowiada. W ten sposób żadne z nas nie będzie się czuło związane. Po prostu przez chwilę będziemy sobie pomagać. – Przerzucił jeszcze dwie łopaty śniegu, po czym znowu popatrzył Layli w oczy. – Poza tym wiedziałaś, że zaproponuję ci pracę, bo czujesz takie rzeczy.

– Quinn przy mnie prosiła Cala, żeby z tobą pomówił.

– Czujesz takie rzeczy – powtórzył. – To twoja rola w tym wszystkim. Wyczuwasz ludzi, sytuacje.

– Nie mam zdolności parapsychologicznych, jeśli o to ci chodzi. – Znów powróciły obronne tony.

– Przyjechałaś do Hollow, chociaż nigdy wcześniej tu nie byłaś. Wiedziałaś dokładnie, jak jechać.

– Nie wiem, co to było. – Skrzyżowała ramiona w geście nie tylko obrony, ale i uporu.

– Oczywiście, że wiesz, tylko to cię przeraża. Tamtej pierwszej nocy pojechałaś z Quinn, z kobietą, której nigdy wcześniej nie widziałaś na oczy.

– Wolałam ją od wielkiego, ohydnego ślimaka – powiedziała Layla sucho.

– Nie uciekłaś, nie zamknęłaś się na klucz w pokoju, tylko wsiadłaś z nią do samochodu i przyjechałaś tutaj – choć tu też nigdy nie byłaś – i weszłaś do domu, w którym czekało dwóch obcych mężczyzn.

– Raczej dziwnych. Byłam przerażona, oszołomiona i jechałam na adrenalinie. – Odwróciła wzrok i popatrzyła na Kluska, który tarzał się w śniegu, jakby to była łąka pełna stokrotek. – Zaufałam instynktowi.

– Możesz nazywać to instynktem, ale założę się, że jak pracowałaś w sklepie, bardzo dobrze wiedziałaś, czego szukają twoje klientki, co kupią. Dam sobie rękę uciąć, że jesteś w tym cholernie dobra.

Nic nie powiedziała, więc Fox wrócił do odśnieżania.

– Założę się, że zawsze byłaś w tym dobra. Quinn widuje obrazy z przeszłości, tak jak Cal, Cybil to, co może się wydarzyć w przyszłości. Obawiam się, że tobie i mnie, Layla, został czas teraźniejszy.

– Nie potrafię czytać w myślach i nie chcę, żeby ktokolwiek czytał w moich.

– To nie jest dokładnie tak. – Będzie musiał z nią popracować. Pomóc jej zrozumieć, jaki dar posiada i jak go używać. I dać jej trochę czasu, żeby przyzwyczaiła się do tej myśli.

– Tak czy siak pewnie utkniemy tu na cały weekend. W przyszłym tygodniu mam kilka spotkań, ale jak wrócę do miasta, będziesz mogła wpaść, żeby pani H pokazała ci, o co chodzi. Wtedy zobaczymy, jak się z tym czujesz.

– Słuchaj, jestem wdzięczna za propozycję…

– Nie, nie jesteś. – Uśmiechnął się i zrzucił z tarasu kolejną porcję śniegu. – Nie bardzo. Ja też mam instynkt.

W jego głosie brzmiał nie tylko humor, lecz także zrozumienie. Layla rozluźniła się nieco i kopnęła hałdę śniegu.

– Jestem wdzięczna, ale ukrywam to pod irytacją. Fox przechylił głowę i wyciągnął do Layli szuflę.

– Chcesz odreagować złość? Roześmiała się.

– Spróbujmy. Jeśli przyjdę do twojego biura i podejmę tę pracę, to tylko pod warunkiem, że jeżeli którekolwiek z nas uzna, że to nie był dobry pomysł, natychmiast powie o tym drugiemu. Bez żadnych pretensji.

– Umowa stoi. – Wyciągnął dłoń i uścisnął rękę Layli. Trzymał ją przez chwilę, a wokół nich wirował śnieg.

Musiała to poczuć, pomyślał, tę niespodziewaną, wręcz namacalną więź. Rozpoznanie.

Cybil uchyliła drzwi na kilka centymetrów.

– Śniadanie gotowe. Fox puścił dłoń Layli i odwrócił się. Wziął głęboki oddech i zawołał psa.

Musieli zająć się technicznymi aspektami wspólnego mieszkania. Trzeba było odgarniać śnieg, przynosić drewno, zmywać naczynia i gotować posiłki. Calowi wydawało się, że jego dotychczas przestronny dom stał się nieco ciasny z sześciorgiem lokatorów i psem, ale razem byli mniej narażeni na niebezpieczeństwo.

– Nie chodzi tylko o bezpieczeństwo. – Quinn odpracowywała swoją kolejkę z szuflą. Uznała, że przekopanie ścieżki do komórki Cala zastąpi solidny trening na siłowni. – Myślę, że tak miało być, Ta przymusowa bliskość daje nam czas, żebyśmy mogli przyzwyczaić się do siebie nawzajem, nauczyć działać w grupie.

– Daj, teraz ja poodśnieżam. – Cal odstawił butlę z gazem, którym zasilany był generator.

– Nie, widzisz, to właśnie nie jest praca zespołowa. Wy, faceci, musicie uwierzyć, że my dziewczyny, możemy wykonywać nasze obowiązki. Gage robiący dziś rano śniadanie jest doskonałym przykładem pracy w zespole, bez dyskryminacji ze względu na płeć.

Zespół bez dyskryminacji ze względu na płeć! Jak mógł nie kochać kobiety, która używała takich terminów?

– Wszyscy możemy gotować – ciągnęła. – Wszyscy możemy odśnieżać, nosić drewno, ścielić łóżka. Wszyscy możemy robić to, co do nas należy – oczywiście według naszych sił, ale dotychczas zachowywaliśmy się jak na szkolnej potańcówce.

– Czyli jak?

– Chłopcy pod jedną ścianą, dziewczynki pod drugą i nikt nie jest do końca pewny, jak zebrać się razem. Teraz jesteśmy razem. – Zatrzymała się, by rozprostować ramiona. – I musimy z tego skorzystać. Nawet my, Cal, z tym, co czujemy do siebie, wciąż się poznajemy, uczymy zaufania wobec siebie nawzajem.

– Jeśli chodzi ci o kamień, to rozumiem, możesz być zła, że nie powiedziałem ci wcześniej.

– Nie, naprawdę nie jestem zła. – Przerzuciła jeszcze trochę śniegu, ale już tylko na pokaz, bo ból ramion stał się nieznośny. – Chciałam się wkurzyć, ale nie mogłam. Bo rozumiem, że wy trzej przez całe życie tworzyliście zespół. Nie sądzę, żebyście pamiętali czasy, gdy nie byliście razem. Jeśli dodać do tego fakt, że przeszliście razem coś, co – myślę, że nie przesadzę, jeśli tak powiem – wywróciło wasz świat do góry nogami… Jesteście jak jedno ciało o trzech głowach, prawda? – oddała Calowi szuflę.

– Nie jesteśmy jakimś cholernym cyborgiem.

– Nie, ale prawie. Jesteście jak zaciśnięta pięść, razem, ale – pomachała palcami w rękawiczce – osobno. Instynktownie działacie razem. A teraz – uniosła drugą dłoń – pojawiła się druga część i musimy wykombinować, jak je połączyć. – Splotła palce obu dłoni.

– To, co mówisz, ma sens. – Cal poczuł lekkie ukłucie winy. – Sam trochę kopałem.

– I nie masz na myśli śniegu. Pewnie mówiłeś o tym Foxowi i Gage'owi.

– Chyba coś wspomniałem. Nie wiemy, gdzie Ann Hawkins spędziła kilka lat, gdzie urodziła synów i gdzie mieszkała, zanim wróciła do Hollow, do domu rodziców. Myślałem o jakiejś dalszej rodzinie. Kuzynach, ciotkach, wujach. Ciężarna kobieta nie mogła odbywać dalekich podróży, nie w tamtych czasach, więc może zamieszkała gdzieś w okolicy. W szesnastym wieku odległość dwudziestu, trzydziestu kilometrów wydawała się o wiele większą przeszkodą niż dziś.

– To dobry pomysł. Sama powinna byłam na to wpaść.

– A ja powinienem był powiedzieć o tym wcześniej.

– Tak. Teraz musisz wszystkie informacje przekazać Cyb. Ona jest królową poszukiwań. Ja jestem dobra, ale ona lepsza.

– A ja jestem zwykłym amatorem.

– Nie ma w tobie nic zwykłego. – Quinn uśmiechnęła się szeroko i skoczyła mu w ramiona. Cal pośliznął się, Quinn zaś pisnęła ze śmiechem, gdy zachwiał się do tyłu i upadł, a ona wylądowała twarzą w białym puchu.

Bez tchu nabrała dwie garście śniegu i wtarła je w twarz Cala, po czym próbowała przeturlać się na bok, ale on złapał ją wpół i pociągnął na siebie. Quinn tak się śmiała, że ledwo mogła się bronić.

– Jestem mistrzem zapasów w śniegu – ostrzegł ją Cal. – Zadzierasz nie ze swoją ligą, Blondyneczko.

Udało jej się wcisnąć mu dłoń między nogi i pogłaskać, po czym korzystając z gwałtownego spadku IQ Cala, wrzuciła mu za kołnierz kulę puszystego śniegu.

– To wbrew zasadom Związku Bokserskiego!

– Sprawdź regulamin, koleś. Rozdział dotyczący zawodników różnej płci.

Próbowała wstać, ale tylko sapnęła, gdy Cal przygniótł ją swoim ciężarem.

– I tak wygrałem – obwieścił i już miał ją pocałować, kiedy ktoś otworzył drzwi.

– Dzieci – powiedziała Cybil – na górze jest ciepłe łóżko, jeśli chcecie się bawić. A tak dla waszej informacji, właśnie włączyli prąd – spojrzała przez ramię w głąb domu. – Telefony też już działają.

– Telefony, elektryczność. Komputer. – Quinn wydostała się spod Cala. – Muszę sprawdzić pocztę.

Cybil oparła się o suszarkę, podczas gdy Layla ładowała ręczniki do pralki.

– Wyglądali jak para zakochanych yeti. Cali w śniegu, rumiani i napaleni na siebie.

– Świeża miłość nie zważa na warunki klimatyczne. Cybil zachichotała.

– Wiesz, nie musisz się zajmować tym praniem.

– W tej chwili czyste ręczniki są już tylko wspomnieniem, a zaraz może znowu zabraknąć prądu. Poza tym wolę prać ręczniki w suchej i ciepłej pralni niż odgarniać śnieg na mrozie. – Odrzuciła włosy. – Zwłaszcza, że nie czeka tam nikt napalony na mnie.

– Dobry argument. Wspomniałam o tym, bo z moich obliczeń wynika, że wieczorem jest kolejka twoja i Foxa na gotowanie.

– Quinn jeszcze nie gotowała, Cal też nie.

– Quinn pomagała przy śniadaniu, a to jest dom Cala. Pokonana Layla zamknęła bęben pralki.

– Do diabła z tym. Zajmę się kolacją.

– Możesz zrzucić to na Foxa, używając prania jako wymówki.

– Nie, nie wiemy, czy on potrafi gotować, a ja umiem. Cybil popatrzyła na nią zwężonymi oczami.

– Umiesz gotować? Nie wspominałaś o tym wcześniej.

– Utknęłabym w kuchni, gdybym powiedziała. Cybil wydęła usta i pokiwała wolno głową.

– Diaboliczna i egoistyczna logika. Podoba mi się.

– Sprawdzę zapasy i zobaczę, co mogę zrobić. Coś… – Zamilkła i postąpiła krok do przodu. – Quinn? Co się stało?

– Musimy porozmawiać. Wszyscy. – W drzwiach stanęła blada jak ściana Quinn.

– Q? Kochanie. – Cybil wyciągnęła do niej rękę. – Co się stało? – Przypomniała sobie, że przyjaciółka sprawdzała pocztę. – Wszystko w porządku? Chodzi o twoich rodziców?

– Tak, w porządku. Chcę wszystkim o tym opowiedzieć. Musimy się zebrać.

Quinn usiadła na fotelu w salonie, a Cybil przycupnęła na poręczy. Quinn miała ochotę skulić się na kolanach Cala, ale to nie był dobry moment na pieszczoty.

To nie był dobry moment na nic.

Wolałaby, żeby już nigdy nie włączyli prądu. Żałowała, że skontaktowała się z babcią i namówiła ją na badanie historii rodziny.

Nie chciała wiedzieć tego, co babcia jej przekazała.

Nie ma już odwrotu, upomniała samą siebie. A to, co ma do powiedzenia, może zmienić całą przyszłość.

Zerknęła na Cala. Wiedziała, że go zaniepokoiła. Wyciąganie tego na światło dzienne nie było fair. Co potem będzie o niej myślał?, zastanawiała się.

– Moja babcia zdobyła informacje, o które ją prosiłam. Dotarła do stron z rodzinnej Biblii i do zapisków jakiegoś rodzinnego historyka z osiemnastego wieku. Ach, Layla, mam też wiadomości na temat Clarków, może ci się przydadzą. Nikt nie badał tej gałęzi rodu, ale może tobie uda się czegoś dowiedzieć na podstawie tego, co mam.

– Dobrze.

– Wygląda na to, że moja rodzina podchodziła do badania korzeni z niemal religijną czcią. Nie tyle dziadek, ile jego siostra i paru kuzynów. Najwyraźniej byli bardzo dumni z faktu, że ich przodkowie należeli do pierwszych Pielgrzymów, którzy osiedlili się w Nowym Świecie. Dlatego mamy nie tylko Biblię, ale też profesjonalnie wykonane drzewo genealogiczne sięgające aż do Anglii i Irlandii piętnastego wieku. Interesuje nas tylko gałąź, która przyjechała do Nowego Świata. Tutaj, do Hawkins Hollow – powiedziała do Cala.

Wzięła głęboki oddech.

– Sebastian Deale przywiózł żonę i trzy córki do tutejszej osady w tysiąc sześćset pięćdziesiątym pierwszym roku. Najstarsza córka nazywała się Hester. Hester Deale.

– Staw Hester – wyszeptał Fox. – Pochodziła z twojej rodziny.

– Tak. Hester Deale, która według legendy oskarżyła Milesa Denta o uprawianie czarów siódmego lipca tysiąc sześćset pięćdziesiątego drugiego roku. I która osiem miesięcy później urodziła córkę, a gdy dziecko miało dwa tygodnie, utopiła się w stawie w lesie. Nie ma żadnych zapisków dotyczących ojca, nawet wzmianki, ale my wiemy, kto nim był. Co nim było.

– Nie mamy absolutnej pewności.

– Wiemy to, Caleb. – Bez względu na to, jak bardzo bolesna była to prawda, Quinn miała pewność. – Widzieliśmy to oboje. I Layla. Layla to czuła. Zgwałcił Hester. Nie miała nawet szesnastu lat. Rzucił na nią czar, zniewolił jej umysł i ciało i dał dziecko, w którego żyłach płynęła jego krew. – Quinn zacisnęła dłonie, żeby nie drżały. – Pół dziecko, pół demon. Hester nie mogła żyć z krzywdą, jaką jej wyrządził, ze świadomością, co sprowadziła na ten świat. Dlatego napełniła kieszenie kamieniami i utopiła się.

– Co się stało z jej córką? – zapytała Layla.

– Urodziła dwie dziewczynki i zmarła w wieku dwudziestu lat. Jedna z jej córek umarła, zanim skończyła trzy lata, druga wyszła potem za Duncana Clarka. Mieli trzech synów i córkę. Oboje wraz z najmłodszym synem zginęli w pożarze domu. Pozostałe dzieci uciekły.

– Ja muszę pochodzić od Duncana Clarka – powiedziała Layla.

– A gdzieś po drodze któreś z nich spiknęło się z Cyganem lub Cyganką ze Starego Świata – dokończyła Cybil. – To nie fair. Oni pochodzą od bohaterskiej czarodziejki, a my z nasienia demona.

– To nie żarty – warknęła Quinn.

– Nie, ale też nie tragedia. Po prostu tak jest.

– Do cholery, Cybil, nie rozumiesz, co to oznacza? To coś jest moim – a prawdopodobnie naszym – prapradziadkiem sprzed dziesiątek pokoleń. To znaczy, że mamy w sobie coś z niego!

– Będę naprawdę wkurzona, jeśli za kilka tygodni wyrosną mi rogi i ogon.

– Och, do diabła! – Quinn zerwała się i odwróciła do przyjaciółki. – Do diabła z twoimi mądrościami, Cybil! Zgwałcił tę dziewczynę, żeby się do nas dobrać, trzy i pół wieku temu, ale to, co w niej zasiał, istnieje do dzisiaj. A jeżeli nie jesteśmy tu po to, żeby położyć temu kres? Tylko mamy pomóc ich skrzywdzić?

– Gdyby twój mózg nie był zaczadziały od miłości, zobaczyłabyś, że to gówniana teoria. Reakcja histeryczna przyprawiona użalaniem się nad sobą. – Ton Cybil był bezlitośnie chłodny. – Nie jesteśmy sterowane przez żadnego demona. Nie odbije nam nagle i nie włożymy mundurów oddziału jakiejś ciemnej istoty, która próbuje dla rozrywki zabić psa. Jesteśmy dokładnie tymi samymi osobami, którymi byłyśmy pięć minut temu, więc przestań zachowywać się jak idiotka i weź się w garść.

– Ona ma rację. Nie chodzi mi o to o idiotce – dodała Layla – ale o to, że jesteśmy takie same. Musimy tylko znaleźć sposób, żeby to wykorzystać.

– Świetnie. Będę miała oczy dookoła głowy.

– Głupoty – powiedziała Cybil. – Sarkazm lepiej by ci wychodził, Q, gdybyś tak bardzo się nie martwiła, że Cal cię rzuci z powodu tego wielkiego D jak demon, które masz wypisane na czole.

– Przestań – rozkazała Layla, a Cybil tylko wzruszyła ramionami.

– Jeśli tak zrobi – powiedziała po chwili łagodniej – to i tak nie jest wart twojego czasu.

Zapadła cisza. Polano osunęło się w kominku, wyrzucając w górę snop iskier.

– Wydrukowałaś ten załącznik? – zapytał Cal.

– Nie, ja… – Quinn zamilkła i potrząsnęła głową.

– Chodźmy go wydrukować. – Wstał, złapał dziewczynę za ramię i wyciągnął z pokoju.

– Dobra robota – powiedział Gage do Cybil. Zanim zdążyła coś odwarknąć, przechylił głowę. – To nie było złośliwe. Równie dobrze mogłabyś dać jej w twarz. Werbalne ciosy są łatwiejsze, ale zostawiają gorsze ślady.