/ Language: Polski / Genre:sf,

Cryptonomicon

Neal Stephenson

W roku 1942 Lawrence Pritchard Waterhouse — geniusz matematyczny i młody kapitan Marynarki Wojennej USA — zostaje przydzielony do Jednostki 2702. Ta formacja jest tak tajna, że o jej istnieniu wie zaledwie garstka ludzi; niektórzy z nich noszą nazwiska w rodzaju Roosevelt czy Churchill. Misja Waterhouse'a i Jednostki 2702 dowodzonej przez żołnierza piechoty morskiej Bobby'ego Shaftoe: utrzymać Niemców w niewiedzy, że aliancki wywiad złamał legendarną Enigmę, to rodzaj gry, kryptograficznej partii szachów między Waterhouse'em a jego niemieckim odpowiednikiem, tłumaczonej na język akcji wojskowych przez dzielnego Shaftoe i jego żołnierzy. Przewijamy w przód do teraźniejszości, gdzie wnuk kryptohackera Waterhouse'a, Randy, próbuje utworzyć w Azji Południowo-Wschodniej „przechowalnię danych” — miejsce, gdzie zaszyfrowane dane mogą być trzymane i wymieniane. Gdy przedsięwzięcie atakują władze oraz wielkie korporacje, Randy łączy siły z wnuczką Shaftoe'a, Amy. Niebawem ich plan doprowadza do ujawnienia potężnego spisku, sięgającego Jednostki 2702. Droga prowadzi do niewyobrażalnego bogactwa, do świata osobistej i cyfrowej wolności... albo do odrodzenia ogólnoświatowego totalitaryzmu.

Neal Stephenson

Cryptonomicon

Dla S. Towna Stephensona, który puszczał latawce z pancerników

Podziękowania

Bruce Schneier wymyślił Solitaire'a, udzielił mi pozwolenia na wykorzystanie go w tej powieści, oraz napisał Dodatek. Ian Goldberg napisał skrypt w Perlu, który pojawia się w e-mailu Enocha Roota do Randy'ego.

Z wyjątkiem owego dziwnego cytatu pozostała część książki jest napisana — lepiej bądź gorzej — przeze mnie. Czuję się jednakże dłużnikiem jeszcze wielu innych osób. Zliczając takie długi, łatwo można dojść do Adama i Ewy, dlatego postanowiłem ustalić dolną granicę mojej wdzięczności na II wojnę światową i podzielić wszystkie osoby, którym chcę podziękować, na trzy kategorie.

Po pierwsze: są to ważne postaci Tytanomachii z lat 1937–45. Prawie każda rodzina ma swój mały panteon bohaterów tej wojny — jak na przykład mój wuj Keith Wells, który służył w piechocie morskiej na Florydzie oraz Guadalcanal i być może jako pierwszy w tej wojnie amerykański marine zszedł na plażę podczas desantu. Lecz książka ta traktuje przede wszystkim o technicznie uzdolnionych ludziach, powołanych podczas wojny do najdziwniejszych zadań. Wśród tych wojskowych hakerów specjalne słowa uznania należą się Williamowi Friedmanowi, który poświęcił swe zdrowie, by złamać japoński kod Purpowy, zanim jeszcze zaczęła się wojna.

Lecz zadedykowałem tę powieść memu niedawno zmarłemu dziadkowi — S. Townowi Stephensonowi, ryzykując tym samym, że czytelnicy zaczną dostrzegać fałszywe podobieństwa między jego rodziną — to znaczy moją — a postaciami z książki. Zatem niniejszym oświadczam, że wszystko to sam wymyśliłem — naprawdę! — i że nie jest to powieść z kluczem; jest to po prostu powieść, a nie sposób na potajemne ujawnienie ciemnych rodzinnych tajemnic niczego niepodejrzewającym czytelnikom.

Po drugie: moi znajomi, którzy (na ogół nieświadomie) wywarli duży wpływ na kierunek moich poszukiwań. Są to w kolejności alfabetycznej: Douglas Barnes, Geoff Bishop, George Dyson, Marc i Krist Geriene z Nova Marine Exploration, Jim Gibbons, Bob Grant, David Handley, Kevin Kelly, Bruce Sterling i Walter Wriston — który podczas wojny jeździł po Filipinach z maszyną szyfrującą i przeżył, żeby po pięćdziesięciu latach opowiadać mi historie o przedwojennych szanghajskich bankierach.

Po trzecie: osoby, których wysiłki umożliwiły mi, a przynajmniej ułatwiły napisanie tej książki. Niektórzy wspomogli mnie ogromnym ładunkiem miłości i wsparcia — moja żona, dzieci i dziadkowie moich dzieci. Inni — po prostu (choć to zwodnicza prostota) wykonując w należyty sposób swą pracę, na przykład mój wydawca — Jennifer Hershey oraz moi agenci — Liz Darhansoff i Tal Gregory.

Wielu zaś zupełnie nieświadomie wniosło do tej książki swój wkład, po prostu prowadząc ze mną interesujące rozmowy, o których zapewne dawno zdążyli zapomnieć: Wayne Barker, Christian Borgs, Jeremy Bornstein, Al Butler, Jennifer Chayes, Evelyn Corbett, Hugh Davis, Dune, John Gilmore, Ben i Zenaida Gonda, Mikę Hawley, Erie Hughes, Cooper Moo, Dan Simon oraz Linda Stone.

Neal Town Stephenson

Problemy, z którymi stykają się fizyk i kryptolog, wykazują niezwykle podobieństwo. System użyty przy szyfrowaniu wiadomości odpowiada prawom naturalnym, przechwycone komunikaty — dostępnym dowodom, natomiast klucze do wiadomości lub na dany dzień — ważnym stałym, których wartości należy wyznaczyć. Ten związek jest bardzo ścisły, jednakże problemy kryptografii łatwo rozwiązuje się przy użyciu maszyn dyskretnych. W fizyce nie jest to takie proste.

Alan Turing

Dziś rano [Imelda Marcos] opublikowała najnowsze wyjaśnienie pochodzenia miliardów dolarów; podejrzewa się, że ukradła je wraz mężem (zmarłym w roku 1989) podczas jego prezydentury.

— To zbieg okoliczności, że Marcos posiadał pieniądze — powiedziała. — Po podpisaniu porozumienia w Bretton Woods zaczął wykupywać złoto z Fortu Knox. Trzy tysiące ton, potem cztery tysiące. Mam na to dokumenty: siedem tysięcy ton. Marcos był taki bystry. Wiedział wszystko. To zabawne: Ameryka nigdy się na nim nie poznała.

„New York Times”, poniedziałek, 4 IV 1996

Prolog

Dwa koła w górze. Pisk.
Bambusowy gaj, posiekany
Odgłosy wojny

…to najlepsze, co potrafi na poczekaniu ułożyć kapral Bobby Shaftoe — stojąc na błotniku, jedną ręką trzymając springfielda, a drugą łapiąc za lusterko wsteczne, tak że liczenie sylab na palcach nie wchodzi w grę. „Pisk” ma jedną sylabę czy dwie? Ciężarówka w końcu postanawia się nie przewracać i z łomotem staje na czterech kołach. Odgłos jęku znika — i ulatuje ta chwila. Lecz Bobby wciąż słyszy śpiew kulisów, a teraz także podobne do strzałów trzaski sprzęgła, gdy szeregowy Wiley redukuje bieg. Może go ponosi? A z tyłu, pod plandekami telepie się półtorej tony szaf z aktami, suwają się książki kodów, a w generatorze prądotwórczym Stacji Alfa chlupie paliwo. Nowoczesność: piekło dla twórców haiku. Generator prądotwórczy ile ma sylab? Osiem? Nie zmieściłoby się nawet w drugiej linijce!

— Możemy przejeżdżać ludzi? — pyta szeregowy Wiley i wali w klakson, zanim Bobby Shaftoe zdoła odpowiedzieć. Sikhijski policjant przeskakuje przez wózek z nawozem. W pierwszym odruchu Shaftoe chciał odpowiedzieć: „No pewnie, a co nam zrobią, wypowiedzą wojnę?” — ale jako najstarszy stopniem w tej ciężarówce pewnie powinien myśleć, albo coś takiego, a więc nie wali tak prosto z mostu, najpierw lustruje sytuację: Szanghaj, 16.45, piątek, 28 listopada 1941 roku. Bobby Shaftoe i sześciu pozostałych żołnierzy piechoty morskiej w ciężarówce, gapią się w dal Kiukiang Road, w którą właśnie z niebezpiecznym przechyłem skręcili. Po prawej stronie mają katedrę, a więc przystań jest jak daleko? Jakieś dwie przecznice. Cumuje tam kanonierka patrolu rzecznego Jangcy. Czeka na towar, który wiozą. Jedyny problem tak naprawdę stanowi fakt, że owe dwie przecznice zamieszkuje jakieś pięć milionów Chińczyków.

Choć ci Chińczycy to doświadczone mieszczuchy, a nie spaleni słońcem wieśniacy — kiedy się pędzi szybko i trąbi, schodzą ci z drogi. I rzeczywiście, większość odskakuje na boki, wskutek czego wydaje się nam, że ciężarówka pędzi szybciej niż siedemdziesiątką, którą pokazuje licznik.

Ale bambusowy gaj nie pojawił się w haiku Bobby'ego Shaftoe'a w celu nadania mu orientalnego smaczku, mającego w domu, w Oconomowoc, zrobić wrażenie na publice. Przed ciężarówką znajduje się mnóstwo ciężkich bambusowych drągów, dziesiątki prowizorycznych szlabanów tarasujących drogę ku rzece, ponieważ oficerowie Floty Azjatyckiej i Czwartej Brygady Piechoty Morskiej, planujący tę skromną operację, zapomnieli uwzględnić czynnik Piątkowego Popołudnia. Bobby Shaftoe wyjaśniłby im, gdyby tylko chcieli zapytać skromnego zupaka, że droga konwoju prowadzi przez środek dzielnicy bankowej. Mieszczą się tutaj oczywiście banki Hongkongu, Szanghaju, City Bank, Chase Manhattan, Bank of America, BBME, Chiński Bank Rolny i pełno szajsowatych, prowincjonalnych banczków, a kilka z nich ma umowy ze szczątkowym chińskim rządem, pozwalające im na emisję waluty. Interes musi być cholernie nieopłacalny, bo minimalizują koszty, drukując banknoty na starych gazetach, tak że jeśli umiesz czytać po chińsku, widzisz wiadomości i wyniki meczów polo sprzed roku prześwitujące spomiędzy kolorowych cyfr i obrazków, które czynią z tej makulatury pieniądze.

Każdy handlarz drobiem i rikszarz w Szanghaju wie, że te umowy stanowią, iż każdy wydrukowany banknot musi mieć pokrycie w takiej-a-takiej ilości srebra, a to znaczy, że kto chce, może wejść do jednego z banków na krańcu Kiukiang Road, cisnąć na kontuar kupę papierów i (założywszy, że te banknoty wydrukował ten właśnie bank) otrzymać w zamian prawdziwe srebro.

Gdyby Chiny nie były właśnie dziesiątkowane przez Cesarstwo Nipponu, rząd wysłałby pewnie urzędników, aby sprawdzali, czy banki mają w skarbcach odpowiednią ilość srebra, a wszystko odbywałoby się dyskretnie i elegancko. Ale w tych warunkach bank zmuszany jest do uczciwości tylko przez pozostałe banki.

A robią to tak: podczas normalnego urzędowania mnóstwo papierowych pieniędzy przechodzi przez okienka (dajmy na to) Chase Manhattan Banku. Wynoszą je na zaplecze i wrzucają do skrzyń na pieniądze (z pół metra kwadratowego powierzchni i metr głębokości, ze sznurami na wszystkich rogach), do jednej wszystkie banknoty wypuszczone przez, na przykład, Bank of America, do drugiej wszystkie City Banku i tak dalej. A potem, w piątek po południu, wołają kulisów. Każdy kulis, albo para kulisów, ma ze sobą długi bambusowy drąg — kulis bez kija jest jak chiński marine bez niklowanego bagnetu — i przetyka go przez liny na rogach skrzyni. Potem każdy z nich układa na ramieniu jeden koniec kija i unosi pudło. Muszą iść noga w nogę, gdyż inaczej skrzynia zacznie się kołysać i wszystko wypadnie. Dlatego idą do celu — banku, którego nazwa widnieje na banknotach — ze śpiewem na ustach i stawiają kroki zgodnie z rytmem dyktowanym przez muzykę. Drąg jest dość długi, muszą więc śpiewać głośno, aby się słyszeć, poza tym każda para kulisów na ulicy śpiewa własną pieśń, usiłując zagłuszyć wszystkie inne, żeby nie zgubić własnego rytmu.

Zatem dziesięć minut przed zamknięciem otwierają się drzwi wielu banków; jak w preludium pieprzonego broadwayowskiego musicalu, wmaszerowują do nich gromady rozśpiewanych kulisów, ciskają na podłogę skrzynie wystrzępionych banknotów i żądają w zamian srebra. Robią tak wszystkie banki. Czasem wszystkie w ten sam piątek, zwłaszcza jeśli jest to dzień w rodzaju 28 listopada 1941 roku, kiedy nawet taki trep jak Bobby Shaftoe rozumie, że lepiej mieć w kieszeni kawał srebra niż kupę starych, pociętych gazet. I dlatego właśnie, kiedy już zwykli przechodnie, właściciele wózków z jedzeniem i wściekli sikhijscy gliniarze zeszli z drogi i rozpłaszczyli się pod ścianami klubów, sklepów i burdeli na Kiukiang Road, Bobby Shaftoe z kolegami wciąż nawet nie widzą będącej ich celem kanonierki, przez ten poziomy las potężnych bambusowych drągów. I nie słyszą nawet własnego klaksonu, przez tę pulsującą, pentatoniczną kakofonię śpiewu. To nie jest zwyczajna bankowa godzina szczytu. To ostateczne wyrównywanie rachunków, zanim ogień ogarnie całą wschodnią półkulę. W ciągu najbliższych dziesięciu minut miliony obietnic wydrukowanych na tych skrawkach srajtaśmy zostaną dotrzymane albo złamane. Srebro i złoto zmieni właściciela albo nie. Jest to swego rodzaju powierniczy Dzień Sądu.

— Jezus Maria, nie da rady! — krzyczy szeregowy Wiley.

— Kapitan powiedział, żeby nie zatrzymywać się pod żadnym, kurwa, pozorem! — przypomina mu Shaftoe. Nie rozkazuje Wileyowi rozjeżdżać kulisów, lecz przypomina mu, że jeśli tego nie zrobi, to będą się musieli tłumaczyć — co będzie dość skomplikowane, bo ich kapitan sunie tuż za nimi w samochodzie wypchanym chińskimi marines wymachującymi pistoletami maszynowymi. A z dotychczasowych poczynań kapitana dotyczących tej Stacji Alfa można wywnioskować, że ma już na dupie kilka śladów, wykonanych ręką jakiegoś admirała z Pearl Harbor, albo nawet (werble) Kwatery Głównej Piechoty Morskiej, między 8 Street a Eye Street w Waszyngtonie.

Shaftoe i pozostali marines od zawsze wiedzieli, że Stacja Alfa to tajemnicza klika chudoszyich próżniaków siedzących na dachu budynku w Strefie Międzynarodowej, w szopie z powiązanych sznurkami desek, z której we wszystkie strony wystawały anteny. Jeśli przyglądałeś się im wystarczająco długo, mogłeś zauważyć, jak niektóre z nich się ruszają, namierzając coś daleko na morzu. Shaftoe nawet napisał o tym haiku:

Antena szuka
Nos tropiciela na wiatr
W dal, w głos eteru

To było jego drugie haiku w ogóle — z pewnością nie spełniało norm z listopada 1941 — i niechętnie je sobie przypomina.

Lecz do dzisiaj żaden z marines nie miał pojęcia, jaką wielką rzeczą jest Stacja Alfa. Okazało się, że mają za zadania opakować w brezent tonę sprzętu, kilka ton papierów i wyciągnąć wszystko na zewnątrz. Następny dzień, czwartek, spędzili, rozniecając szopę, rozpalając ognisko z jej resztek i paląc niektóre książki i notatki.

— Chol-lera! — krzyczy szeregowy Wiley. Tylko kilku kulisów zlazło z drogi albo w ogóle zauważyło samochód. Ale od rzeki dobiega ten niesamowity huk, jakby Bóg trzepnął się w kolano grubą na kilometr bambusową witką. Pół sekundy później na ulicy nie widać ani jednego kulisa — tylko mnóstwo skrzyń z porzuconymi bambusowymi drągami, podrygującymi na wietrze, podzwaniającymi o bruk jak wielkie wietrzne dzwonki. Wiley wrzuca wyższy bieg i wjeżdża w nie. Shaftoe przyciska się do drzwi ciężarówki i opuszcza głowę z nadzieją, że jego staroświecki hełm piechociarza z I wojny światowej na coś się przyda. Pudła z pieniędzmi zaczynają pękać i rozpadać się pod kołami ciężarówki. Shaftoe zerka przez zamieć banknotów i widzi, jak gigantyczne bambusowe drągi wzbijają się w powietrze, odbijają od siebie i wirują nad nabrzeżem.

Liście Szanghaju
Prześwity w stali nieba
Nadeszła zima

Ugory

Odłóżmy kwestię istnienia Boga na później; na razie przyjmijmy, że na naszej planecie jakimś sposobem pojawiły się samoreprodukujące organizmy i natychmiast zaczęły robić ze sobą nawzajem porządek: bądź zalewając otoczenie swymi przybliżonymi kopiami, bądź też w bardziej bezpośredni sposób, którego chyba nie muszę szczegółowo opisywać. Większości się nie udało, ich genetyczne dziedzictwo zostało więc na zawsze wymazane ze świata, ale kilka znalazło sposób na przetrwanie i rozmnożenie się. Mniej więcej po trzech miliardach lat tej niekiedy komicznej, na ogół jednak nudnej fugi, pełnej żądz i krwi, Blanche, żona ewangelickiego kaznodziei Bunyana Waterhouse'a z Murdo w Dakocie Południowej, urodziła syna — Godfreya Waterhouse'a IV.

Od urodzenia Godfrey był, jak każde inne stworzenie na Ziemi, niesamowicie zajebistym twardzielem, choć w dość wąskim, naukowym sensie tego terminu — mianowicie, można było prześledzić jego genealogię aż do owego pierwszego samoreprodukującego się stwora, którego, zważywszy na liczbę i różnorodność jego potomków, można by śmiało uważać za najbardziej niesamowitego twardziela wszech czasów.

W kategorii koszmarnie zabójczych, memetycznie zaprogramowanych maszyn śmierci były to najsympatyczniejsze istoty. Zgodnie z tradycją swego imiennika (purytańskiego pisarza Johna Bunyana, który większość życia spędził w więzieniu lub uciekając przez nim) wielebny Waterhouse nigdy nie nauczał dłużej w jednym miejscu. Kościół co rok czy dwa lata przenosił go do innego miasteczka w obydwu Dakotach. Niewykluczone, że Godfrey uważał taki styl życia za dość alienacyjny, ponieważ gdzieś w połowie studiów w kongregacyjnym college'u w Fargo uciekł z zagrody i zaczął zażywać wolności. Wreszcie w jakiś sposób zrobił doktorat z literatury klasycznej na małej prywatnej uczelni w Ohio. Jednak akademicy są szczepem nie mniej wędrownym niż kaznodzieje, przyjmował więc pracę wszędzie, gdzie mu zaproponowano. Wykładał grekę i łacinę w chrześcijańskim college'u Bolger (umowa nr 322) w West Point, stan Wirginia, gdzie rzeki Mattaponi i Pamunkey zbiegają się w estuarium rzeki James, a obrzydliwe wyziewy potężnej papierni przenikają wszystkie szuflady, szafki, a nawet wewnętrzne stronice książek. Jego świeżo poślubiona małżonka Alice z domu Pritchard, która dorastała, jeżdżąc za swym ojcem — wędrownym kaznodzieją — po połaciach wschodniej Montany, gdzie powietrze pachniało śniegiem i szałwią — tutaj rzygała przez trzy miesiące. Sześć miesięcy później urodziła Lawrence'a Pritcharda Waterhouse'a.

Chłopczyk miał bardzo dziwny stosunek do dźwięku. Nie bał się ani wycia syreny straży pożarnej, ani bicia dzwonów, ale kiedy do domu wlatywał szerszeń, kreśląc pod sufitem zamaszyste figury Lissajous, krzyczał z bólu spowodowanego hałasem. A gdy zobaczył lub poczuł coś, czego się bał, zatykał uszy dłońmi.

Jedynym dźwiękiem, który nie sprawiał mu bólu, był dźwięk organów w kaplicy college’u. Sama kaplica niewarta jest wspomnienia, ale organy ufundowali właściciele papierni — nadałyby się nawet do cztery razy większego kościoła. Znakomicie uzupełniał je organista, emerytowany nauczyciel matematyki, sądzący, że pewne atrybuty Pana Naszego (starotestamentową gwałtowność i kaprys, nowotestamentowy majestat i triumf) można bezpośrednio przeflancować w dusze zgromadzonych grzeszników za pomocą frontalnej powodzi dźwięków. Nie miało znaczenia, że ryzykował rozbicie witraży, ponieważ i tak nikomu się nie podobały, a wyziewy papierni wyżarły z nich prawie wszystkie ołowiane łączenia, ale kiedy po mszy w ławce została kolejna starsza dama, zataczająca się z dzwonieniem w uszach, i uraczyła księdza wyjątkowo kąśliwym komentarzem na temat nadmiernego dramatyzmu muzyki, znaleziono innego organistę.

Jednak lekcji gry wciąż udzielał matematyk. Uczniom nie wolno było dotykać instrumentu, dopóki nie opanowali dobrze gry na fortepianie; kiedy wyjaśniono to Lawrence'owi Pritchardowi Waterhouse'owi, w ciągu trzech tygodni nauczył się grać fugę Bacha i zapisał się na lekcje organów. Jako że miał wtedy zaledwie pięć lat, nie sięgał jednocześnie do manuałów i pedału, musiał zatem grać na stojąco, czy raczej chodząco — od pedału do pedału.

Kiedy skończył dwanaście lat, organy się zepsuły. Rodzina papierników nie zostawiła żadnych funduszy na konserwację, toteż nauczyciel matematyki zdecydował, że spróbuje sam. Był już wtedy chory i potrzebował zwinnego pomocnika: Lawrence pomagał mu otworzyć instrument. Po raz pierwszy zobaczył, co działo się, kiedy przyciskał klawisze.

Każdy rejestr, brzmienie, barwa dźwięku wydawanego przez organy (np. flet blokowy, trąbka, pikolo) miały oddzielny rząd piszczałek, ustawionych od największej do najmniejszej. Długie rury wydawały niskie dźwięki, krótkie zaś — wysokie. Ich wierzchołki tworzyły wykres: nie prostą linię, lecz wznoszącą się krzywą. Organista-matematyk usiadł z kilkoma zapasowymi piszczałkami, ołówkiem oraz kartką i pomógł Lawrence'owi zrozumieć dlaczego. Kiedy ten wreszcie pojął, poczuł się, jakby jego nauczyciel znienacka zagrał najlepszy fragment Fantazji i Fugi g-moll Bacha na organach wielkości Mgławicy Andromedy — fragment, w którym wujek Johann poddaje rozbiorowi architekturę wszechświata jednym niemiłosiernie obniżającym się i przeistaczającym akordem, jakby przebijał nogą kolejne warstwy śmiecia i zatrzymał ją w końcu na twardej opoce. Końcówka wykładu kojarzyła się z kolei z sokołem, nurkującym przez kolejne warstwy złudzeń i pozorów; zależnie od tego, kim jesteś, przerażającym, denerwującym lub wprowadzającym chaos. Niebiosa otwarły się. Lawrence ujrzał chóry anielskie uszeregowane w geometryczną nieskończoność.

Z płaskiej skrzynki wypełnionej sprężonym powietrzem równoległymi szeregami wyrastały piszczałki. Wzdłuż jednej — wszystkie piszczałki dla tej samej nuty. Wzdłuż drugiej zaś — wszystkie tego samego rejestru, lecz nastrojone na różną wysokość. Przy naciśnięciu klawisza odzywały się wszystkie rury dające odpowiednią nutę, jeśli ich rejestry były otwarte.

Mechanicznie wszystko to działało w sposób klarowny, prosty i logiczny. Lawrence przypuszczał, że maszyneria musi być przynajmniej tak skomplikowana, jak najbardziej złożona z fug, które można na niej zagrać. Teraz dowiedział się, że urządzenie o prostej konstrukcji może produkować wyniki o nieskończonej złożoności.

Rejestrów rzadko używano pojedynczo, lecz po kilka naraz, w zestawach uwzględniających składowe harmoniczne poszczególnych dźwięków (kolejny smakowity kęs matematyki!). Z niektórych korzystało się częściej niż z innych. Na przykład z mnóstwa fletów naraz podczas cichego Ofiarowania. Organy miały pomysłowy mechanizm zwany kombinacją, pozwalający organiście błyskawicznie wybrać dane zestawienie rejestrów — zestawienie, które sam ustalił. Wciskał guzik i ze stołu gry wyskakiwało kilka rejestrów, popychanych sprężonym powietrzem; organy w jednej chwili stawały się całkiem nowym instrumentem o innych brzmieniach.

Następnego lata Lawrence i Alice, jego matka, zostali skolonizowani przez dalekiego kuzyna — niesamowicie zabójczą kreaturę zwaną wirusem. Lawrence wywinął się, pozostała mu tylko niemal niezauważalna skłonność do powłóczenia nogą. Alice wylądowała w żelaznym płucu. Później, ponieważ nie mogła skutecznie odkaszlnąć, dostała zapalenia płuc i umarła.

Godfrey, ojciec Lawrence'a, beztrosko przyznał, że nie będzie w stanie udźwignąć całego tego brzemienia. Zwolnił się z posady w małym college'u w Wirginii i przeprowadził wraz z synem do domku w Moorhead w stanie Minnesota, nieopodal Bunyana i Blanche. Później znalazł pracę jako nauczyciel w pobliskiej szkole świeckiej.

Wszyscy odpowiedzialni dorośli w życiu Lawrence'a zdawali się w tym momencie mieć ze sobą cichą umowę, że najlepszym sposobem jego wychowywania — a na pewno najłatwiejszym — jest zostawienie go w spokoju. Rzadkie wypadki, kiedy potrzebował pomocy kogoś dorosłego, zwykle polegały na tym, że zadawał pytania, na które nikt nie umiał odpowiedzieć. W wieku szesnastu lat, nie znalazłszy w lokalnym szkolnictwie niczego frapującego, Lawrence Pritchard Waterhouse poszedł do stanowego college'u Iowa, gdzie zdał maturę. Mieli tam między innym Korpus Szkoleniowy Rezerwy Marynarki, do którego na siłę go zapisano.

Korpus miał między innymi orkiestrę i dowódca był zachwycony, słysząc, że Lawrence interesuje się muzyką. Ponieważ na pokładzie pancernika trudno byłoby ćwiczyć na organach, dali mu glockenspiel i parę pałeczek.

Kiedy Lawrence nie maszerował tam i z powrotem na brzegu rzeki Skunk i nie walił w dzwonki, skupiał się na mechanice. Pod koniec nie szło mu za dobrze — dostał się w ręce bułgarskiego profesora Johna Vincenta Atanasoffa i jego dyplomanta, Clifforda Berry'ego. Budowali oni maszynę, która miała zautomatyzować rozwiązywanie pewnych szczególnie upierdliwych równań różniczkowych.

Głównym problemem Lawrence'a było lenistwo. Zauważył, że wszystko staje się prostsze, kiedy patrzysz na wylot — jak Superman swym rentgenowskim wzrokiem — poprzez odwracające uwagę ozdóbki i dostrzegasz ukryty pod spodem matematyczny szkielet. Kiedy rozbierzesz jakieś urządzenie na elementy matematyczne, wiesz o nim wszystko i możesz nim dowolnie manipulować za pomocą zaledwie serwetki i ołówka. Dostrzegał matematykę w krzywiźnie srebrnych płytek swych dzwonków, w łańcuchowym łuku mostu i w wysadzanym kondensatorami bębnie maszyny liczącej Atanasoffa i Berry'ego. Prawdziwe walenie w glockenspiel, skręcanie mostu czy dochodzenie, dlaczego maszyna nie działa, już tak go nie interesowało.

I dlatego miał złe oceny. Od czasu do czasu jednakże wykonywał na tablicy jakąś matematyczną akrobację, po której profesorom uginały się kolana, a studenci patrzyli nań podejrzliwie i wrogo. Plotka się rozchodziła.

Tymczasem babka Blanche w jego imieniu po cichu odświeżała swe kongregacyjne kontakty. Jej wysiłki zwieńczył triumf, gdy pewien owsiany magnat od św. Pawła ufundował mu skomplikowane stypendium; jego celem było wysłać ewangelików ze Środkowego Zachodu na rok do porządnej uczelni z Ivy League, co (najwyraźniej) stanowiło okres na tyle długi, by podnieść ich IQ o kilka kluczowych punktów, i na tyle krótki, by ich nie zdeprawować. A zatem Lawrence stał się studentem drugiego roku w Princeton.

Princeton był czcigodną uczelnią i przyjęcie do niej stanowiło wielki zaszczyt, ale nikt nie wspomniał o tym Lawrence'owi, a ten skąd miałby wiedzieć. Miało to dobre i złe skutki. Przyjął stypendium z tak mizernymi wyrazami wdzięczności, że owsiany magnat się wściekł. Z drugiej strony, łatwo przystosował się do Princeton, gdyż dla niego była to po prostu inna miejscowość. Przypominała mu ładne okolice Wirginii, w mieście było kilka pięknych organów, choć nie do końca podobały mu się prace domowe z inżynierii, dotyczące problemów projektowania mostów i wycinania kół zębatych. Jak zawsze dawały się uprościć do matematyki, na ogół niesprawiającej mu problemów. Czasem jednak nie mógł ruszyć dalej, co sprowadziło go do budynku Fine Hall, kwatery głównej Wydziału Matematyki.

Szwendało się tam pstrokate towarzystwo, często mówiące z brytyjskim lub europejskim akcentem. Z administracyjnego punktu widzenia wielu z nich nie było nawet z Wydziału Matematyki, ale z jakiegoś IZBS — Instytutu Zaawansowanych Badań nad Czymś-tam. W końcu jednak wszyscy siedzieli w tym samym budynku i wszyscy wiedzieli to i owo o matematyce. Dlatego Lawrence ich nie odróżniał.

A kiedy szedł do nich po radę, tylko niektórzy udawali nieśmiałych, większość chętnie go słuchała. Wymyślił na przykład metodę rozwiązania pewnego trudnego problemu dotyczącego kół zębatych; inżynierski sposób wymagał szeregu bardzo rozsądnych, ale mało estetycznych przybliżeń. Metoda Lawrence'a dawała dokładne wyniki. Miała tylko jedną wadę: do obliczeń potrzeba było tryliona operatorów suwaka logarytmicznego i tryliona lat. Teraz pracował nad diametralnie różnym podejściem, które miało zredukować te wartości do biliona i biliona. Na nieszczęście, nie udało mu się nikogo w Fine Hall zainteresować rzeczą tak prozaiczną jak tryby, dopóki nie zaprzyjaźnił się z energicznym Anglikiem, którego nazwisko natychmiast zapomniał, a który ostatnio naprawdę zajmował się produkcją kół zębatych. Ten facet, mając tyle możliwości, postanowił zbudować właśnie mechaniczną maszynę liczącą — dokładnie, liczącą pewne wartości funkcji dzeta Riemanna:

gdzie s to liczba zespolona.

Lawrence'owi funkcja dzeta nie wydała się ani bardziej, ani mniej interesująca niż inne matematyczne problemy, ale nowy przyjaciel zapewnił go, że jest ona niesamowicie ważna i że najlepsi matematycy na świecie męczą się nad nią od kilkudziesięciu lat. Siedzieli do trzeciej w nocy, próbując znaleźć rozwiązanie problemu Lawrence'a. Ten dumnie przedstawił wyniki swemu profesorowi od inżynierii, który odrzucił je pogardliwie ze względów praktycznych i postawił mu za te wszystkie trudy ocenę niedostateczną.

Po kilku następnych spotkaniach Lawrence wreszcie zapamiętał, że sympatyczny Brytyjczyk nazywa się Al Taki-owaki. Był namiętnym cyklistą — wybrali się więc na kilka wycieczek rowerowych w wiejskie okolice Ogrodowego Stanu. Jeżdżąc po New Jersey, rozmawiali o matematyce, a zwłaszcza o maszynach, które wyręczyłyby ich w jej nudnych fragmentach.

Al zastanawiał się nad tym dłużej i zrozumiał, że maszyny liczące to coś więcej niż tylko urządzenia oszczędzające ludzki wysiłek. Pracował nad radykalnie nową koncepcją mechanizmu liczącego, który rozwiązałby każdy arytmetyczny problem, jeśli tylko wiedziałbyś, jak go zapisać. Z czysto logicznego punktu widzenia wiedział już wszystko, co trzeba, o tej (na razie hipotetycznej) maszynie, choć jeszcze nie zdołał jej zbudować. Lawrence wywnioskował, że w Cambridge (Cambridge w Anglii — stamtąd pochodził Al), a i w Fine Hall faktyczne budowanie maszyn uważano za niegodne uczonego. Al z zaskoczeniem odkrył, iż Lawrence nie podziela tego poglądu.

Pewnego dnia delikatnie zapytał go, czy nie miałby naprawdę nic przeciwko, żeby nazywać go pełnym imieniem — Alan a nie Al. Lawrence przeprosił i obiecał, że bardzo będzie się starał mieć to na uwadze.

Kilka tygodni później, gdy siedzieli nad leśnym strumieniem ponad kanionem rzeki Delaware, Alan uczynił Lawrence'owi pewną dziwaczną propozycję dotyczącą penisów. Wymagała ona wielu metodycznych wyjaśnień, przy których często czerwienił się i jąkał. Był kulturalny jak nigdy i kilka razy podkreślił, iż jest świadom, że nie wszyscy na świecie okazują takie właśnie zainteresowania.

Lawrence stwierdził, że prawdopodobnie należy właśnie do tej reszty ludzi.

Alan był bardzo poruszony faktem, że Lawrence w ogóle się nad tym zastanawiał i przeprosił za tę konsternację. Natychmiast wrócili do tematu maszyn liczących; ich przyjaźń wydawała się nienaruszona. Jednakże na następnej wycieczce rowerowej — mieli nocować pod namiotem na Sosnowych Ugorach — pojawił się nowy kolega, Niemiec, Rudi Jakiś-tam.

Relacja między Rudim i Alanem wyglądała na bliższą, a przynajmniej bardziej wielowarstwową; Lawrence wywnioskował, że koncepcja Alana dotycząca penisów wreszcie znalazła czyjeś zrozumienie.

Dało mu to do myślenia. Z ewolucyjnego punktu widzenia, jaki sens ma przebywanie razem ludzi, którzy nie zamierzają mieć potomstwa? Musiało to mieć jakieś dobre i bardziej subtelne uzasadnienie.

Przychodził mu do głowy tylko taki pomysł: obecnie w reprodukcji i zabijaniu współzawodniczą nie pojedyncze osobniki, ale całe grupy ludzi — społeczeństwa; a w społeczeństwie jest dużo miejsca dla kogoś, kto nie ma dzieci, jeśli tylko jest w jakiś sposób pożyteczny.

Alan, Rudi i Lawrence jechali na południe, rozglądając się za Sosnowymi Ugorami. Po pewnym czasie miasteczka pojawiały się rzadziej, a farmy ustępowały miejsca niskim, anemicznym i kolczastym drzewom, które wydawały się ciągnąć aż na Florydę — zasłaniając im widok w przód, ale nie osłaniając od wiatru.

— Gdzie, do licha, są te Sosnowe Ugory? — kilka razy zapytał Lawrence. Nawet zapytał o to faceta na stacji benzynowej. W końcu koledzy zaczęli się uśmiechać pod nosem.

— Gdże som te Sosnowe Ugory? — zapytał Rudi, rozglądając się pytająco.

— Poszukajmy czegoś wyglądającego na ugór z wieloma sosnami — rzucił Alan w zadumie.

Droga była pusta, jechali więc obok siebie, z Alanem w środku.

— Tak by sobie Kafka wyobrażał las — mruknął Rudi.

W tym momencie Lawrence zrozumiał, że znajdują się właśnie na Sosnowych Ugorach. Lecz nie wiedział, kto to taki, ten Kafka.

— Matematyk? — strzelił.

— To bardzo straszny pomysł — rzekł Rudi.

— Kafka to pisarz — powiedział Alan. — Lawrence, nie obraź się, że cię o to zapytam… czy ty w ogóle rozpoznajesz jakieś inne nazwiska i imiona? To znaczy, inne niż najbliższej rodziny i przyjaciół.

Lawrence zrobił zakłopotaną minę.

— Próbuję dojść, czy to wszystko wychodzi stąd — rzeki Alan, stukając knykciami w głowę Lawrence'a — czy też czasem przyswajasz jakieś pojęcia od innych istot ludzkich?

— Kiedyś, kiedy byłem mały — odparł Lawrence — w kościele w Wirginii zobaczyłem anioły, ale sądzę, że one pojawiły się w mojej głowie.

— Bardzo dobrze — pochwalił Alan.

Później podjął kolejną próbę. Dojechali do wieży straży pożarnej, która niezmiernie ich rozczarowała: tylko samotne schodki prowadzące donikąd i mała polanka poniżej, błyszcząca od odłamków butelek po trunkach. Rozbili namiot na brzegu stawu, pełnego rdzawych glonów, przyklejających się do włosów na ciele. Potem nie pozostało im nic, tylko popijać sznapsa i gadać o matematyce.

Alan rzekł:

— No, to jest tak: Bertrand Russell i ten drugi gość, Whitehead, napisali „Principia Mathematica…”.

— Teraz to mnie nabierasz — odpowiedział Waterhouse. — Nawet ja pamiętam, że to napisał Izaak Newton.

— Newton napisał inną książkę i też ją nazwał „Principia Mathematica”. Ona tak naprawdę wcale nie jest o matematyce. Dzisiaj nazywamy to fizyką.

— To dlaczego ją nazwał „Principia Mathematica”?

— W czasach Newtona niespecjalnie odróżniano matematykę od fizyki…

— A nawet i w dżyszejszych czasach — dodał Rudi.

— …właśnie o tym chciałem mówić — ciągnął Alan. — O „Principia Mathematica”, w których Russell i Whitehead zaczęli zupełnie od zera, to znaczy od niczego, i skonstruowali to wszystko — całą matematykę — opierając się na kilku fundamentalnych pewnikach. A mówię ci to dlatego, Lawrence, że… Lawrence! Uważaj!

— Hmm?

— Rudi, weź ten kij, o ten, tutaj, pilnuj Lawrence'a i za każdym razem, gdy zobaczysz ten nieobecny wzrok, szturchnij go!

— To nie jest angelska szkoła, tu nie można tak robitsz!

— No, słucham — powiedział Lawrence.

— Z P. M. wynikał całkowicie nowy i radykalny wniosek, że cała matematyka, ale to cała, może być wyrażona za pomocą pewnego uporządkowania symboli.

— Leibniz powiedział to na długo przed nimi! — zaprotestował Rudi.

— No, Leibniz wynalazł zapis, którego używamy w rachunku różniczkowym, ale…

— Nie o to mi chodży!

— I wymyślił macierze, ale…

— I nie o to!

— I robił jakieś rzeczy z arytmetyką dwójkową, ale…

— To całkiem cosz innego!

— No to, o czym ty, Rudi, do cholery, gadasz?

— Leibniz wymyszlił podstawowy alfabet — zdefiniował zbiór symboli do wyrażania zdań logicznych.

— Cóż, nie wiedziałem, że do zainteresowań Herr Leibniza zaliczała się także logika, ale…

— Oczywiszczie, że tak! Chciał zrobić to, co Russell i Whitehead, ale nie tylko z matematyką, lecz ze wszystkim!

— Hmm, zważywszy na fakt, że chyba jesteś jedynym człowiekiem na świecie, który o tym wie, możemy zdaje się założyć, że mu się to nie udało?

— Możesz sobie zakładać, co tylko zechcesz, Alan — odparł Rudi. — Ale ja jestem matematykiem i nie robię żadnych założeń.

Alan westchnął urażony i rzucił Rudiemu Znaczące Spojrzenie, które według Waterhouse'a oznaczało, że później mu to wypomni.

— Pozwólcie mi posunąć się o jeden krok naprzód. Chcę tylko, abyście zgodzili się, że matematyka może być wyrażona jako ciągi symboli (zabrał Lawrence'owi kij i zaczął rysować na ziemi kształty — w rodzajui naprawdę nie dbam o to, czy będą nimi symbole Leibniza, Russella czy heksagramy z księgi I Ching…

— Leibniz fascynował się I Ching! — wtrącił Rudi.

— Przestań na chwilę z tym swoim Leibnizem i posłuchaj. To jest tak: ty — Rudi, i ja jesteśmy w pociągu, siedzimy w wagonie restauracyjnym, miło sobie gawędzimy. Pociąg z ogromną szybkością ciągną lokomotywy, nazywają się Bertrand Russel, Riemann, Euler i tak dalej. A nasz przyjaciel Lawrence biegnie wzdłuż pociągu i próbuje dotrzymać nam kroku — nie znaczy to oczywiście, że jesteśmy od niego bystrzejsi, ale że jest wieśniakiem, który nie ma biletu. I słuchaj, Rudi: ja w tym momencie po prostu wyciągam rękę przez okno i próbuję wciągnąć go do tego pieprzonego pociągu, żebyśmy mogli pogawędzić sobie o matematyce we trzech i nie słuchać przy tym, jak ten biedak sapie i łapie powietrze.

— Dobrze, Alanie.

— Nie potrwa to nawet minuty, jeśli nie będziesz przerywać.

— Ale jest też taka lokomotywa, co nazywa się Leibniz.

— Myślisz, że niewystarczający hołd złożyłem Niemcom? Właśnie miałem zamiar wspomnieć jednego faceta z umlautem.

— Taak, pewnie Herr Türinga? — chytrze zapytał Rudi.

— Herr Türing pojawi się później. Myślałem o Gödlu.

— Ale on nie jest Niemcem, to Austriak!

— Obawiam się, że teraz to na jedno wychodzi.

— Anschluss to nie mój pomysł, nie patrz na mnie w ten sposób! Dla mnie Hitler jest obrzydliwy!

— Wiem, kto to Godel — w samą porę wtrącił Waterhouse. — Ale moglibyśmy cofnąć się kawałek?

— No pewnie.

— Po co taki kłopot? Po co Russell to zrobił? Czy w matematyce tkwił jakiś błąd? No wiecie: dwa i dwa to cztery, prawda?

Alan podniósł dwa kapsle i ułożył je na ziemi.

— Dwa. Raz, dwa. Dodać… — Dołożył jeszcze dwa. — Drugie dwa. Raz, dwa. Daje cztery. Raz, dwa, trzy, cztery.

— Był w tym jakiś błąd? — spytał Lawrence.

— Ależ, Lawrence, kiedy zajmujesz się matematyką, abstrakcyjną matematyką, to przecież nie liczysz kapsli?

— Niczego nie liczę.

— To bardzo nowoczesny pogląd — oznajmił Rudi.

— Doprawdy?

— Przez długi czas zakładano, że matematyka to coś w rodzaju fizyki, na kapslach. Że wszystkie działania, które przeprowadzamy na papierze, dowolnie skomplikowane, można — oczywiście teoretycznie — sprowadzić do zabawy z faktycznie istniejącymi liczmanami, na przykład kapslami — odezwał się Alan.

— Ale nie możesz mieć dwóch i jednej dziesiątej kapsla.

— No to dobra, załóżmy, że na kapslach przedstawiamy liczby całkowite, rzeczywiste zaś, jak dwa przecinek jeden, reprezentujemy jako wielkości fizyczne, jak na przykład długość tego kija. — Alan dorzucił kijek do zbioru kapsli.

— A co z π? Nie możesz zrobić kija, który ma dokładnie π centymetrów długości.

— Ale π pochodży z geometrii. Ta sama bajka — wtrącił Rudi.

— Tak, uważało się, że geometria euklidesowa to w istocie pewna odmiana fizyki, że linie proste i tak dalej są cechami świata rzeczywistego. Ale — słyszałeś o Einsteinie?

— Nie mam pamięci do nazwisk.

— O tym siwym gościu z wielkimi wąsami?

— Ach, no tak — tępo potwierdził Waterhouse. — Próbowałem zapytać go o sprawę kół zębatych. Twierdził, że jest już spóźniony, albo coś takiego.

— Ten facet wymyślił ogólną teorię względności, która jest jakby praktycznym zastosowaniem nie geometrii Euklidesa, lecz Riemanna…

— Tego od twojej funkcji dzeta?

— Riemann ten sam, ale temat inny. Lawrence, bez dygresji…

— Riemann wykazał, że może istnieć wiele różnych geometrii, innych od euklidesowej, ale wciąż sensownych — wyjaśnił Rudi.

— No dobra, to wracajmy do tych „Principiów” — rzekł Lawrence.

— No pewnie! Russell i Whitehead. To wyglądało tak: kiedy matematycy zaczęli bawić się takimi rzeczami jak pierwiastek z minus jeden albo kwaterniony, przestało się to przekładać na kije i kapsle. Ale wyniki wciąż były sensowne.

— Albo przynajmniej wewnętrznie spójne — dodał Rudi.

— Okay. Znaczy to, że matematyka to coś więcej niż fizyka kapsli.

— Tak się wydawało, ale natychmiast powstało pytanie: czy matematyka to rzeczywiście prawda, czy tylko jakaś zabawa symbolami? Innymi słowy — odkrywamy Prawdę czy trzepiemy kapucyna?

— To musi być prawda, bo jak opieramy na tym fizykę, to wszystko działa! Słyszałem o tej tam ogólnej względności, wiem, że zrobili jakieś doświadczenia i wszystko się sprawdziło.

— Ale większosztsz matematyki nie nadaje się do doświadczalnego sprawdzenia — zauważył Rudi.

— Ideą tego dzieła było zerwanie więzi z fizyką — rzekł Alan.

— I żeby nie okazało się przy tym, że trzepiemy kapucyna.

— To chcieli zrobić w tych „Principiach”?

— Russell i Whitehead rozbili wszystkie matematyczne pojęcia na bardzo proste elementy, typu „zbiór”. Stąd doszli do liczb całkowitych i tak dalej.

— Ale jak możesz sprowadzić na przykład π do zbioru?

— Nie da się — rzekł Alan — ale możesz wyrazić ją jako długi ciąg cyfr. Trzy przecinek jeden, cztery, jeden, pięć, dziewięć i tak dalej.

— A cyfry to liczby całkowite.

— Ależ jak to! Przecież n samo nie jest liczbą całkowitą!

— Ale możesz obliczyć cyfry n, jedną po drugiej, za pomocą pewnych wzorów. I możesz je zapisać, na przykład tak! — Alan zaczął rysować na ziemi.

— Żeby ucieszyć naszego przyjaciela, oto wzór na szereg Leibniza. Widzisz, Lawrence? To jest ciąg symboli.

— No dobra. Widzę ciąg symboli — z ociąganiem przyznał Lawrence.

— Możemy kontynuować? Gódel kilka lat temu powiedział: „Uważaj! Jeśli kupisz tę historię, że matematyka to po prostu ciągi symboli, to… zgadnij co?”. I wykazał, że każdy ciąg symboli — tak jak ten wzór tutaj — można przełożyć na liczby całkowite.

— Jak?

— To nic szczególnego, Lawrence, po prostu kodowanie. Sposób kodowania wybieramy arbitralnie. Na przykład zamiast tej wielkiej i brzydkiej sumy możemy napisać liczbę „538” i tak dalej.

— No, teraz to chyba przypomina już trzepanie kapucyna.

— Nie! Nic podobnego, Gódel bowiem zastawił pułapkę! Wzory matematyczne mogą działać na liczbach, prawda?

— No pewnie. Na przykład lx.

— Otóż to. Możesz pod x podstawić dowolną liczbę, a wzór lx ją podwoi. Ale jeśli zakodujemy jako liczbę wzór matematyczny, taki jak ten tutaj, to inny wzór może przeprowadzić na niej działanie! Wzory do działania na wzorach!

— I to wszystko?

— Nie. Potem wykazał, przez bardzo proste rozumowanie, że jeśli wzory rzeczywiście mogą odwoływać się do siebie, można zapisać wzór oznaczający „to twierdzenie nie może być udowodnione”. Co zadziwiło wielce Hilberta i wszystkich innych, gdyż oczekiwali dokładnie odwrotnego wyniku.

— Wspominałeś wcześniej tego jakiegoś Hilberta?

— Nie, Lawrence. To nowa postać w tej dyskusji.

— Co to za jeden?

— Facet zadający trudne pytania. Kiedyś zadał ich całą listę. Gódel odpowiedział na jedno.

— A Turing na drugie — dodał Rudi.

— Kto to taki?

— To ja — odrzekł Alan. — Rudi żartuje. W Turingu nie ma umlauta.

— Ale później, wieczorem, będzie w nim umlaut — powiedział Rudi, patrząc nań w sposób, który dopiero po latach Lawrence odczytał jako tłumioną złość.

— No, nie trzymaj mnie w napięciu. Na które z jego pytań znalazłeś odpowiedź?

— Na Entscheidungsproblem — odparł Rudi.

— Czyli?

— Hilbert chciał wiedzieć, czy w przypadku dowolnego zdania logicznego zawsze można stwierdzić, czy jest fałszywe, czy prawdziwe.

— Ale po wywodzie Gódla zmienił to — zauważył Rudi.

— To prawda. Potem sformułował to tak: czy możemy ustalić, czy dane twierdzenie jest możliwe, czy też niemożliwe do udowodnienia? Innymi słowy: czy istnieje jakiś mechaniczny proces, za pomocą którego można oddzielić zdania do udowodnienia od tych nie do udowodnienia?

— Alan, proces mechaniczny to miała być przenośnia…

— Oj, przestań, Rudi! My z Lawrence'em całkiem dobrze znamy się na maszynach.

— Teraz łapię — oświadczył Lawrence.

— Co znaczy, że łapiesz? — zapytał Alan.

— Twoja maszyna — nie ta od funkcji dzeta, ale ta druga. Co rozmawialiśmy, żeby ją zbudować…

— Nazywa się Uniwersalna Maszyna Turinga — rzekł Rudi.

— Głównym celem tego ustrojstwa jest oddzielenie zdań do udowodnienia i nie do udowodnienia, tak?

— Stąd właśnie wziął mi się pomysł — rzeki Alan. — Zatem jest odpowiedź na pytanie Hilberta. A teraz chciałbym naprawdę zbudować taką maszynę, która wygrałaby z Rudim w szachy.

— Nie powiedziałeś biednemu Lawrence'owi, jaka jest ta odpowiedź! — zaprotestował Rudi.

— Lawrence sam do tego dojdzie. Dam mu coś do myślenia.

Wkrótce stało się jasne, że Alan chciał naprawdę powiedzieć: „Dam mu coś do myślenia na czas, kiedy my będziemy się pieprzyć”. Lawrence wsunął notatnik za pasek spodni, podjechał kilkaset metrów do wieży pożarniczej, wspiął się na platformę i usiadł; notatnik oparł o kolana, tak by padało nań światło.

Nie mógł jednak zebrać myśli, a potem jego uwagę odwrócił fałszywy zachód słońca, rozjaśniający chmury po stronie północno-wschodniej. Najpierw pomyślał, że nisko wiszące chmury odbijają ostatnie promienie słońca, ale światło było zbyt skupione i migocące. Potem pomyślał, że to błyskawica. Ale było za mało błękitne. Migotało intensywnie, modulowane przez (jak należało przyjąć) wielkie i dziwne zjawisko przesłonięte horyzontem. Kiedy po przeciwnej stronie świata zaszło słońce, łuna nad New Jersey ustabilizowała się, przybierając łagodną barwę latarki prześwitującej przez dłoń ukrytą pod kołdrą.

Lawrence zszedł na dół, wsiadł na rower i ruszył przez Sosnowe Ugory. Niebawem trafił na drogę prowadzącą wprost do światła. Po kilku godzinach łuna odbijająca się od ciężkich chmur zaczęła rozświetlać kamienie brukowe i zmieniać strumyczki Ugorów w żarzące się rozpadliny.

Droga skręcała w niewłaściwą stronę, Lawrence pojechał więc na przełaj przez las — był już bardzo blisko, a światło na niebie stało się tak silne, że prześwitywało przez rzadki dywan krzaczastych sosen — czarnych pieńków, wyglądających na spalone, choć wcale takie nie były. Pod kołami roweru pojawił się piasek, lecz wilgotny i zbity, szerokie opony dobrze sobie z nim radziły. W jednym miejscu musiał się zatrzymać i przerzucić rower ponad płotem z drutu kolczastego. Potem wyjechał spomiędzy drzew na idealnie płaską, piaszczystą polanę, usianą kępkami trawy; zdumiony ujrzał niski ognisty mur, biegnący wzdłuż horyzontu, szeroki prawie jak zanurzający się w morzu księżyc w jesiennej pełni. Tak lśnił, że trudno było zobaczyć coś poza nim — Lawrence wciąż wjeżdżał w rowy i meandrujące strumyki. Nauczył się nie patrzeć bezpośrednio w płomienie. I tak ciekawiej było rozglądać się na boki; płaskowyż znaczyły równo rozsiane największe budynki, jakie kiedykolwiek widział: wzniesione przez faraonów wielkie pudła po herbatnikach, a w kilometrowych odstępach między nimi szeroko rozkraczone gnomony ze stalowych trójkątów — wewnętrzne szkielety piramid. Największy z nich dziurawił środek idealnego okręgu torów kolejowych, o średnicy kilkudziesięciu metrów: dwie srebrzyste krzywe ułożone na płaskiej ziemi, w jednym miejscu przecięte cieniem wieży — wskazującym czas zatrzymanym zegarem słonecznym. Przejechał wzdłuż budynku mniejszego niż inne. Obok niego stały owalne zbiorniki. Z zaworów na górze z pomrukiem ulatywała para, ale zamiast unosić się w powietrze, skraplała się bokach i rozlewała po trawie warstwą srebra.

Podłużny ogień otaczało pierścieniem tysiąc marynarzy w bieli. Jeden z nich uniósł dłoń i kazał się zatrzymać Lawrence'owi. Ten podjechał do niego i dla równowagi oparł jedną stopę o piasek. Przez chwilę gapili się na siebie, a potem Lawrence, któremu nic innego nie przyszło do głowy, odezwał się:

— Ja też jestem z marynarki.

Marynarz najwyraźniej podejmował jakąś decyzję. Zasalutował Lawrence'owi i wskazał mu mały budynek, nieco dalej od ognia.

Wyglądał, jakby był tylko żarzącą się odbitym blaskiem ścianą, ale czasem eksplozja magnezowego błękitnego światła powodowała, że w mroku ukazywały się jego ramy okienne — prostokątna błyskawica wielokrotnie odbijająca się echem pośród nocy. Lawrence nacisnął pedały i przejechał obok budynku: spiralne stado skupionych filcowych kapeluszy, szturchających cienkie notatniki eleganckimi wiecznymi piórami, pełzające bokiem fotografie, odwracające swe wielkie chromowane tarcze; równe szeregi śpiących ludzi, nakrytych prześcieradłami aż na głowy, spocony facet z wybrylantynowanymi włosami, wypisujący na tablicy nazwiska pełne umlautów. W końcu obszedłszy budynek naokoło, zwęszył zapach gorącej ropy, poczuł na twarzy płomienie i ujrzał, jak trawa zwija się w żarze i wysycha.

Zapatrzył się na globus: nie wypełnioną kontynentami i oceanami kulę, lecz sam szkielet: eksplozję południków, zakrzywiających się w klatkę wokół kopuły pomarańczowego żaru. Oświetlone płonącym paliwem południki były cienkie i wyraźne jak narysowane piórkiem kreślarza. Gdy podszedł bliżej, rozpadły się na sprytne konstrukcje z pierścieni i belek, puste w środku niczym ptasie kości. Oddalając się od biegunów, wcześniej czy później zaczynały wędrować, wyginać się albo po prostu odlamywaly się i wisiały w płomieniach, drżąc jak suche badyle. Tu i ówdzie idealną geometrię szpeciły sieci przewodów i uprzęże kabli elektrycznych. Lawrence prawie wjechał na rozbitą butelkę po winie i postanowił, że dalej idzie pieszo, żeby oszczędzić opony. Położył rower, nakrywając przednim kołem metalowy wazon, wyglądający jak wytoczony na tokarce. Sterczało zeń kilka zwęglonych róż. Kilku marynarzy złączyło ręce w tron, dźwigając kawał węgla drzewnego w kształcie człowieka, pokryty skafandrem z nieskazitelnego azbestu. Kiedy szli, ich stopy plątały się w potężnych zwojach lin i metalowych strun, kabli i drutów; te poruszały się ukradkowym ruchem w promieniu kilkunastu metrów. Lawrence zaczął starannie stawiać stopy jedna za drugą, próbując zmierzyć ogrom tego, co widział. Gondola w kształcie rakiety sterczała skosem z piasku, podpierając parasole pogiętych śmigieł. Ponad nią kilometrowej długości duraluminiowe zastrzały i pomosty. Na ziemi otwarta walizka, z parą damskich butów, jak na wystawie eleganckiego sklepu, karta dań, spalona na owalny węgielek, parę zniszczonych paneli z boazerii, jakby z nieba spadł cały pokój — jeden był ozdobiony wielką mapą świata, wielkimi kołami rozchodzącymi się promieniście od Berlina, drugi zaś — zdjęciem znanego, grubego Niemca w mundurze, szczerzącego zęby na ukwieconej trybunie, za nim widniała potężna sylwetka nowego sterowca.

Po pewnym czasie przestał już zauważać nowe rzeczy. Wsiadł więc na rower i ruszył z powrotem przez Sosnowe Ugory. Zgubił się w mroku i trafił pod wieżę dopiero o świcie. Nie przejął się, że zabłądził — jadąc po ciemku przez las, rozmyślał o maszynie Turinga. W końcu odnalazł brzeg stawu, nad którym biwakowali. Misa spokojnej, czerwonawej wody, oświetlona wschodzącym słońcem wyglądała jak jezioro krwi. Alan Mathison Turing i Rudolf von Hacklheber przytuleni jak łyżeczki leżeli na brzegu, wciąż umazani glonami ze stawu. Lawrence rozpalił małe ognisko, zaparzył herbatę i wtedy się obudzili.

— Rozwiązałeś ten problem? — zapytał Alan.

— A więc, możesz przekształcić Uniwersalną Maszynę Turinga w dowolną maszynę, po prostu zmieniając kombinację…

— Kombinację?

— Przepraszam, Alan. Myślę o twojej UMT jak o czymś w rodzaju organów.

— Aha.

— W każdym razie, jeśli ją zrobisz, będziesz mógł wykonać całkiem dowolne obliczenie, pod warunkiem że taśma będzie wystarczająco długa. Kurczę, Alan, ciężko będzie zrobić taśmę, która jest wystarczająco długa i można na niej pisać symbole, a potem je kasować — bęben z kondensatorami Atanasoffa zadziała tylko do pewnej wielkości — trzeba będzie…

— To dygresja — delikatnie wtrącił Alan.

— No… no dobrze — jeśli masz taką maszynę, możesz wyrazić dowolną kombinację jako liczbę — ciąg symboli. Żeby rozpocząć obliczenia, wpuścisz do maszyny taśmę z innym ciągiem symboli. Cały czas polegamy na dowodzie Godla — jeśli każda kombinacja ustawień maszyny i danych może być zapisana jako ciąg liczb, możesz po prostu ułożyć wszystkie możliwe kombinacje w olbrzymią macierz, wtedy podpada to pod przekątniowy dowód Cantora; wniosek brzmi: niektóre z liczb na pewno nie dadzą się obliczyć.

— A co z Entscheidungsproblem? — przypomniał Rudi.

— Udowodnienie bądź obalenie twierdzenia — kiedy zakodujesz je jako liczby, jest po prostu działaniem na tych liczbach. Odpowiedź więc brzmi: nie! Niektóre z twierdzeń nie mogą być udowodnione ani obalone przez mechaniczny proces! Dlatego sądzę, że mimo wszystko sensownie jest być człowiekiem!

Dotychczas Alan wyglądał na zadowolonego, ale teraz jakby spoważniał.

— No, Lawrence, tutaj poczyniłeś nieuzasadnione założenia.

— Nie słuchaj go, Lawrence! — rzekł Rudi. — On zaraz ci powie, że nasze mózgi to maszyny Turinga!

— Ale przecież udowodniłeś, że jest mnóstwo wzorów, których maszyna Turinga nie potrafi ugryźć!

— Ty też to udowodniłeś, Lawrence.

— A nie sądzisz, że potrafimy robić pewne rzeczy, których nie umie maszyna Turinga?

— Lawrence, Godel zgodziłby się z tobą — dodał Rudi — i tak samo Hardy.

— Podaj choć jeden przykład — powiedział Alan.

— Funkcji niepoliczalnej, którą może wykonać człowiek, a maszyna Turinga — nie?

— Tak. I daruj mi sentymentalne bzdury o kreatywności. Uważam, że Uniwersalna Maszyna Turinga mogłaby wykazywać zachowania, które uznalibyśmy za kreatywne.

— No, to nie wiem… Postaram się rozejrzeć za czymś takim…

Ale później, gdy wracali do Princeton, powiedział nagle:

— A sny?

— Jak te anioły w Wirginii?

— No, na przykład.

— Lawrence, to po prostu szum w neuronach.

— A dzisiaj w nocy śniło mi się, że palił się sterowiec.

Wkrótce Alan zrobił doktorat i wrócił do Anglii. Napisał do Lawrence'a parę listów. W ostatnim z nich po prostu stwierdził, że nie ma już nic „istotnego” do napisania i żeby Lawrence nie brał tego do siebie. Lawrence natychmiast zrozumiał, że społeczeństwo Alana skierowało go do pracy nad czymś użytecznym — zapewne rozwiązaniem problemu, jak obronić się przed pożarciem żywcem przez jednego z sąsiadów. Zastanawiał się, jaką jemu robotę znajdzie Ameryka.

Wrócił na stanową uczelnię w Ohio, rozmyślał nad zmianą specjalizacji na matematykę, ale nie uczynił tego. Wszyscy, których się radził, zgadzali się, że matematyka, podobnie jak konserwacja organów, to piękna rzecz, ale trzeba jeszcze jakoś zarobić na chleb. Został więc na mechanice i radził sobie coraz gorzej, aż wreszcie w połowie ostatniego roku uniwersytet zaproponował, by zajął się czymś użytecznym — na przykład kryciem dachów. Wymaszerował więc stamtąd wprost w oczekujące ramiona marynarki wojennej.

Zrobili mu test na inteligencję. Pierwsze pytanie z matematyki dotyczyło łodzi na rzece: port Smith jest oddalony sto mil w górę rzeki od portu Jones. Rzeka płynie z szybkością pięciu kilometrów na godzinę. Łódź wyciąga dziesięć kilometrów na godzinę. Ile czasu zajmie rejs od portu Smith do Jones? A ile z powrotem?

Lawrence od razu się zorientował, że to podchwytliwe pytanie. Trzeba być idiotą, by przyjąć to prostackie założenie, że szybkość prądu, pięć kilometrów na godzinę, należy po prostu odjąć lub dodać od szybkości łodzi. Pięć mil na godzinę to oczywiście średnia prędkość. Prąd jest szybszy pośrodku nurtu i wolniejszy przy brzegach. Na łukach zmienia się w sposób jeszcze bardziej skomplikowany. Pytanie dotyczy więc hydrodynamiki i da się do niego podejść za pomocą pewnych, dobrze znanych równań różniczkowych. Lawrence zagłębił się w zadaniu, szybko (przynajmniej tak mu się wydawało) zaczerniając obustronnie obliczeniami dziesięć kartek papieru. Gdzieś po drodze zauważył, że jedno z poczynionych założeń, wraz z uproszczonymi równaniami Naviera-Stokesa, daje możliwość zbadania szczególnie interesującej rodziny równań różniczkowych cząstkowych. Całkiem mimochodem udowodnił nowe twierdzenie. Jeśli to nie dowodzi jego inteligencji, to co mogłoby dowieść?

Wtem rozbrzmiał dzwonek. Zaczęto zbierać kartki. Lawrence'owi udało się wynieść brudnopis. Zabrał go do akademika, przepisał na czysto i wysłał do jednego z bardziej przystępnych profesorów matematyki w Princeton, który od razu postarał się o publikację w paryskim piśmie matematycznym.

Kilka miesięcy później Lawrence otrzymał dwa darmowe egzemplarze tego pisma. Był już w San Diego w Kalifornii, na pokładzie dużego okrętu USS „Nevada”. Okręt miał własną orkiestrę, a marynarka przydzieliła Lawrence'a do gry na dzwonkach, ponieważ testy wykazały, że nie jest wystarczająco inteligentny do innych zadań.

Worek z listami zawierający wkład Lawrence'a w literaturę matematyczną przyszedł dosłownie w ostatniej chwili. Jego okręt, wraz z kilkoma siostrzanymi jednostkami, cumował do tej pory w Kalifornii. Teraz jednak wszystkie zostały skierowane do jakiegoś Pearl Harbor na Hawajach, żeby pokazać Nipom, kto tu rządzi.

Lawrence nigdy tak naprawdę nie wiedział, co chce zrobić ze swoim życiem, ale szybko stwierdził, że posada okrętowego muzyka na pancerniku kotwiczącym na Hawajach, w czasie pokoju, wcale nie jest taka zła. Główna wada: czasem trzeba było siedzieć lub maszerować w upale i wytrzymywać sporadyczne fałszowanie innych muzyków. Miał mnóstwo wolnego czasu, który wykorzystywał do pracy nad kilkoma nowymi twierdzeniami z teorii informacji. Dyscyplinę tę wynalazł i miał prawie na wyłączność jego przyjaciel Alan, lecz wiele szczegółów nadal wymagało dopracowania. Wraz z Rudim i Alanem opracowali ogólny plan: co wymaga jeszcze udowodnienia bądź obalenia. Lawrence pruł przez tę listę jak ścigacz. Zastanawiał się, co porabiają Alan i Rudi w Anglii i Niemczech, ale nie mógł do nich napisać, zachował więc swe prace dla siebie. A kiedy nie grał na dzwonkach i nie pracował nad twierdzeniami, zostawały jeszcze bary i potańcówki. Waterhouse sam trochę popracował penisem, złapał trypra, wyleczył go{Rok 1940 dobrze nadawał się na eksperymenty z chorobami wenerycznymi, ponieważ właśnie zaczęła pojawiać się penicylina w zastrzykach (przyp. aut.).}, kupił prezerwatywy. Wszyscy marynarze tak robili. Jak trzyletnie dzieci, które wtykają sobie ołówek do ucha, odkrywają, że to boli i więcej już tego nie robią. Pierwszy rok minął mu jak z bicza trząsł. W okamgnieniu. Żadne miejsce nie mogło być bardziej słoneczne i rozleniwiające niż Hawaje.

Novus ordo seclorum

— Filipińczycy to ludzie ciepli, delikatni, troskliwi i uczynni — mówi Avi. — To dobrze, bo wielu z nich nosi ukrytą broń.

Randy znajduje się na lotnisku w Tokio, pełznie wśród tłumu tak powoli, że wszyscy podróżni się wściekają. Spędzili ostatnie pół dnia w niewygodnych fotelach wetkniętych do aluminiowej rury podlanej naftą lotniczą. Ich walizki z kółkami huczą jak myśliwce na przeciwpoślizgowych rowkach w podłodze. Mijając jego zwalistą i wysoką postać, obcierają sobie o nie kolana. Randy trzyma przy uchu swój nowy telefon GSM. Podobno miał działać na całym świecie, z wyjątkiem Stanów. To pierwsza okazja, by go wypróbować.

— Głos masz jak dzwon — mówi Avi. — Jak tam lot?

— W porządku — odpowiada Randy. — Na ekranie wideo pokazywali taką animowaną mapę.

Avi wzdycha.

— Teraz wszystkie linie mają takie — rzuca monotonnie.

— Jedyne miejsce między San Francisco i Tokio to wyspa Midway.

— I co z tego.

— No i tak tam wisiała przez cały czas. MIDWAY. Jak niemy wyrzut.

Randy dochodzi do wyjścia dla odlatujących do Manili; zatrzymuje się, podziwiając półtorametrowy telewizor o wysokiej rozdzielczości, noszący logo znanej nippońskiej firmy elektronicznej. Leci wideo, na którym profesor dziwak z kreskówki i jego wierny pomocnik pies pogodnie wypunktowują trzy drogi przenoszenia wirusa HIV.

— Mam dla ciebie mój odcisk palca — mówi.

— Dawaj.

Randy patrzy na wierzch dłoni, gdzie zanotował długopisem ciąg liter i cyfr.

— AF 10 06 E9 99 BA 11 07 64 Cl 89 E3 40 8C 72 55.

— No to mam — odpowiada Avi. — To z Ordo, tak?

— Tak. Z lotniska w San Francisco wysłałem ci e-mailem klucz.

— Mieszkanie się jeszcze załatwia — dodaje Avi. — Na razie zarezerwowałem ci apartament w hotelu Manila.

— Co znaczy, że jeszcze się załatwia?

— Filipiny to jeden z tych posthiszpańskich krajów, gdzie nie ma wyraźnej granicy między stosunkami służbowymi i osobistymi — mówi Avi. — Nie wydaje mi się, żeby można tu coś wynająć bez wżeniania się w rodzinę, której nazwiskiem nazwano jakąś z głównych ulic.

Randy siada na krzesełku w hali odlotów. Dziarscy celnicy w nieprawdopodobnie eleganckich kapeluszach wyszukują wzrokiem Filipińczyków obarczonych nadmiarem pakunków i poddają ich publicznemu rytuałowi wypełniania małych bagażowych przywieszek i oddawania bagaży. Filipińczycy przewracają oczami i tęsknie wyglądają przez okna. Lecz większość oczekujących to Nippończycy — kilku biznesmenów, reszta turyści. Oglądają film edukacyjny: jak dać się obrabować za granicą.

— No, no. — Randy spogląda przez okno. — Leci następny jumbo jet do Manili.

— W Azji żadnej porządnej linii nie interesują samoloty mniejsze niż 747 — rzuca Avi. — Jeśli ktoś będzie próbował zapakować cię do 737, albo, nie daj Boże, airbusa, to wyrywaj stamtąd biegiem, zadzwoń do mnie na mój sky pager, a ja wyślę po ciebie śmigłowiec.

Randy śmieje się.

— Posłuchaj — ciągnie Avi. — Ten twój hotel jest bardzo stary, bardzo wielki, ale leży mocno na uboczu.

— Po co niby zbudowali wielki hotel na uboczu?

— Kiedyś ta okolica była modniejsza. To nad samym brzegiem, na skraju Intramuros.

Licealna hiszpańszczyzna Randy'ego wystarczy, by to przetłumaczyć: Za Murami.

— Ale w 1945 Nippończycy zburzyli całe Intramuros — ciągnie Avi. — Metodycznie. Wszystkie hotele dla biznesmenów i biurowce mieszczą się w nowej dzielnicy, Makati. Dużo bliżej lotniska.

— A więc, ty chcesz, żeby nasza firma mieściła się w Intramuros.

— Skąd wiesz?

— Normalnie nie mam za dobrej intuicji, ale trzynaście godzin siedziałem w samolocie, mózg mam wywrócony na lewą stronę i rozwieszony do wysuszenia.

Avi zarzuca go przygotowanymi wcześniej wyjaśnieniami: lokale biurowe są w Intramuros o wiele tańsze. Bliżej do wszystkich ministerstw. Makati, nowa i modna dzielnica biurowa, jest zbyt odizolowana od prawdziwych Filipin. Randy nie słucha go.

— Chcesz pracować w Intramuros, bo zostało metodycznie zburzone, a ty masz obsesję na punkcie holocaustu — mówi w końcu Randy, cicho i bez złości.

— No tak. I co z tego?

Randy gapi się przez okno lecącego do Manili boeinga 747, popijając fluoryzujący zielony nippoński napój z pszczelego ekstraktu (przynajmniej na butelce są narysowane pszczoły) i przeżuwając coś, co stewardesa nazwała Japońską Przekąską. Niebo i woda mają ten sam kolor — odcień błękitu, który powoduje, że cierpną mu zęby. Samolot jest tak wysoko, że patrząc i w górę, i w dół, widzi skrócone perspektywą kipiące zwały cumulonimbusów. Chmury wydobywają się z rozgrzanego oceanu, jakby był pełen wybuchających pancerników. Szybkość wzrostu mają niesamowitą; przybierają kształty tak dziwaczne i rozmaite jak ryby głębinowe; przypuszcza, że są równie niebezpieczne dla samolotu jak bambusowe ostrza punji dla pieszego. Kiedy zauważa na skrzydle czerwono-pomarańczowe godło-słońce, jest zdumiony. Czuje się jak w starym filmie wojennym.

Włącza laptopa. W jego skrzynce odbiorczej piętrzą się e-maile od Aviego, zaszyfrowane na dziesięć spustów. Są to króciutkie teksty z ostatnich trzech dni, wysyłane przezeń za każdym razem, gdy tylko przyszła mu do głowy jakaś myśl. Nawet gdyby Randy o tym nie wiedział, domyśliłby się, że Avi ma jakąś przenośną maszynkę do wysyłania poczty elektronicznej przez sieć radiową. Uruchamia kawałek oprogramowania nazywający się dokładnie Novus Ordo Seclorum, choć wszyscy mówią po prostu „Ordo”{Ordo (łac.) — porządek, rząd, ład (przyp. tłum.)}. To prosta gra słów — Ordo, program szyfrujący, ustawia bity wiadomości w Nowy Ład, taki, że wscibskie rządy spędzą stulecia na jego odszyfrowywaniu. Pośrodku ekranu pojawia się zeskanowane zdjęcie piramidy Cheopsa. Na jej wierzchołku powoli materializuje się jedno oko.

Ordo może pracować na dwa sposoby. Pierwszy, dość oczywisty: można kazać mu odszyfrować wszystkie wiadomości i zapisać je w plikach tekstowych na dysku, skąd potem dowolnie się je odczytuje. Jeśli jednak masz paranoję, czy manię prześladowczą, pojawia się problem: każdy, kto dorwie się do twardego dysku Randy'ego, może je przeczytać. Z tego, co wie, celnicy w Manili przeszukają mu komputer pod kątem pornografii dziecięcej. Otumaniony zmianą stref czasowych może też, zostawić laptopa w taksówce. Więc przełącza Ordo w tryb strumieniowy, kiedy pliki są deszyfrowane tylko na tyle, by je przeczytać, a potem, po zamknięciu okienek, znikają z pamięci komputera i jego dysku twardego.

Temat pierwszej wiadomości od Aviego brzmi: „Wskazówka 1”.

Szukamy miejsca, gdzie odpowiadają nam liczby. Cóż to znaczy? Że liczba ludności za chwilę eksploduje — można to przewidzieć, patrząc na histogram wieku społeczeństwa — natomiast dochód na głowę poszybuje w górę, tak jak w Nipponie, na Tajwanie czy w Singapurze. Te dwie liczby pomnożone przez siebie dają wykładniczy wzrost, który powinien przynieść nam od cholery forsy, zanim dojdziemy do czterdziestki.

Jest to aluzja do rozmowy Randy/Avi sprzed dwóch lat, kiedy to Avi naprawdę wyznaczył wartość liczbową „od cholery forsy”. Nie była to stała liczba, ale wzór w komórce w arkuszu kalkulacyjnym, zależny od wielu stale fluktuujących wskaźników ekonomicznych. Czasem Avi, pracując na komputerze, zostawia w maleńkim okienku uruchomiony arkusz, żeby stale mieć na oku wartość „od cholery forsy”.

Druga wiadomość, wysłana kilka godzin później, nosiła miano „Wskazówka 2”.

Dwa: wybierz technologię, w której nikt nie stanowi dla nas konkurencji. W tej chwili są to sieci. Jeśli chodzi o sieci, kasujemy wszystkich fachowców na świecie. To nawet nie jest zabawne.

Następnego dnia Avi przysłał pocztę zatytułowaną po prostu „Ciąg dalszy”. Może stracił rachubę wysłanych wskazówek.

Kolejna zasada: tym razem zachowujemy kontrolę nad firmą. A zatem zatrzymujemy co najmniej 50 procent udziałów — co oznacza zerowe lub niewielkie inwestycje zewnętrzne, dopóki nie zyskamy trochę na wartości.

— Nie musisz mnie przekonywać — mruczy do siebie Randy.

To narzuca nam profil działalności. Odpada wszystko, co wymaga dużych początkowych inwestycji.

Luzon to czarnozielone góry posiekane rzekami, przypominającymi raczej lawiny mułu. Tam gdzie ocean graniczy z plażami w kolorze khaki, woda przybiera szokujący opalizujący odcień basenu z przedmieścia. Dalej na południe góry są poznaczone bliznami wypalonej ziemi — prześwituje spod nich jaskrawoczerwona gleba, wyglądająca jak rany. Większość pokrywa jednak roślinność, przypominająca ten węzełkowy zielony materiał, którym modelarze od kolejek pokrywają swe wzgórza z papier-mache; ich potężne łańcuchy nie noszą żadnych śladów ludzkiej ręki. Bliżej Manili niektóre stoki są już wykarczowane, zabudowane i powiązane sznurami linii wysokiego napięcia. Stawy obramowane ryżowymi poletkami. Miasta to skupiska chatynek, pogrupowanych wokół wielkich kościołów zbudowanych na planie krzyża i pokrytych porządnymi dachami.

Nagle wykonują zwrot nad Zatoką Manilską, poznaczoną nieskończonymi szkarłatnymi włóknami — kwitną jakieś glony. Tankowce z ropą ciągną za sobą opóźnione tęcze, wyrastające z ich kilwaterów. Każdy zakątek wypełniają długie, cienkie łodzie o dwóch kadłubach, wyglądające jak jaskrawo umaszczone nartniki.

A potem już siedzą na pasie lotniska NAIA, Ninoy Aquino International Airport. Snują się po nim strażnicy i wszelkiej maści gliniarze, z M16 lub strzelbami gładkolufowymi z pistoletową kolbą; na głowach mają burnusy z chustek do nosa, przyciśnięte amerykańskimi czapkami baseballowymi. Facet w olśniewająco białym mundurze stoi przed postrzępionym końcem lądowiska, opuszczając ręce z fluorescencyjnymi pomarańczowymi drążkami, jak Jezus obdarzający miłosierdziem świat pełen grzeszników. Siarczane, łatwopalne tropikalne powietrze zaczyna przeciekać przez wentylatory jumbo jęta. Wszystko wilgotnieje i więdnie.

Jest w Manili. Wyjmuje paszport z kieszeni koszuli. Napis mówi: RANDALL LAWRENCE WATERHOUSE.

Tak oto pojawiła się na świecie firma Epiphyte:

— Ja kanalizuje to, co złe! — powiedział Avi.

Numer telefonu pojawił się na pagerze Randy'ego, gdy siedział w knajpie na nabrzeżu, wśród tłumu znajomych jego dziewczyny. Był to lokal, gdzie codziennie drukowali na laserówce świeżutkie menu, na imitacji pergaminu wykonanej w stu procentach z surowców wtórnych, gdzie dania garnirowały oscyloskopowe zygzaki jaskrawych sosów, a jako przekąski podawano spiętrzone, architektoniczne sandwicze z rzadkich składników, wyrzeźbione w kształt przypominających drogie kamienie piramidek. Randy przez cały obiad walczył z pokusą wyciągnięcia jednego z przyjaciół Charlene (wszystko jedno którego) na chodnik i stoczenia z nim bójki na pięści.

Zerknął na pager, spodziewając się numeru Centrum Komputerowego Trzech Braci, gdzie pracował (a z administracyjnego punktu widzenia — nadal pracuje). Drapieżne cyfry numeru Aviego przeszyły jego duszę tak, jak numer 666 przeszyłby duszę fundamentalisty.

Piętnaście sekund później sam stał na chodniku, przeciągając kartą przez automat telefoniczny, jak zamachowiec podrzynający brzytwą gardło spasionemu politykowi.

— Z Góry płynie moc — gadał Avi. — I tak się składa, biedaku, że dzisiaj płynie przeze mnie.

— Co mam zrobić? — zapytał Randy, chłodnym, niemal wrogim tonem, maskując nieprzytomne podniecenie.

— Kup bilet do Manili — rzekł Avi.

— Najpierw muszę to obgadać z Charlene — odparł Randy.

— Nawet sam w to nie wierzysz.

— Charlene i ja jesteśmy od wielu lat w zwią…

— Dziesięć lat. Nie ożeniłeś się z nią. Wypełnij ten cholerny formularz. (Siedemdziesiąt dwie godziny później będzie już w Manili patrzył na Flet o Jednej Nucie).

— Cała Azja zastanawia się, kiedy wreszcie Filipiny pozbierają się do kupy — rzekł Avi. — To kwestia lat dziewięćdziesiątych.

(Pierwsza rzecz, jaką widzisz po przejściu przez kontrolę paszportową, to właśnie Flet o Jednej Nucie).

— Takiego olśnienia doznałem, stojąc w kolejce do kontroli na Lotnisku Ninoy Aquino. — Avi skleja te trzy wyrazy w jeden raptownie wyartykułowany dźwięk. — Wiesz, że oni tam mają oddzielne stanowiska?

— Tak sądzę — odpowiedział Randy. Równoległościan suszonego tuńczyka wykonał beczkę w jego żołądku. Poczuł perwersyjny apetyt na podwójne lody. Nie podróżował tak wiele jak Avi, więc miał tylko mętne wyobrażenie „stanowiska”.

— No, wiesz. Jedno stanowisko dla miejscowych. Drugie dla obcokrajowców. Może i trzecie dla dyplomatów.

(Teraz, oczekując na podstemplowanie paszportu, Randy widzi to wyraźnie. Przynajmniej raz nie niecierpliwi się w kolejce; staje tuż obok stanowiska dla EPK-ów i obserwuje ich. Są rynkiem dla firmy Epiphyte. Większość to młode kobiety, na ogół modnie ubrane, ale skromne, jakby właśnie opuściły katolicką szkołę z internatem. Wyczerpane długim lotem i oczekiwaniem, garbią się i osuwają, a potem nagle prostują i unoszą drobne podbródki, jakby wzdłuż kolejki szła niewidzialna zakonnica, waląc je linijką po wymanikiurowanych dłoniach).

Ale siedemdziesiąt dwie godziny temu nawet nie zrozumiał, co Avi ma na myśli, mówiąc „stanowiska”, więc odrzekł tylko:

— No, wiem, co to stanowiska.

— Ale w Manili mają oddzielne tylko dla wracających EPK-ów!

— EPK-ów?

— Emigracyjnych Pracowników Kontraktowych. Filipińczyków pracujących za granicą — z uwagi na to, że ich gospodarka jest tak kiepska. W Arabii Saudyjskiej — jako opiekunki i niańki. W Stanach — pielęgniarki i anestezjolodzy. Piosenkarze w Hongkongu, kurwy w Bangkoku.

— Kurwy w Bangkoku? — Tam akurat Randy był. Zakręciło mu się w głowie na pomysł importowania prostytutek do Tajlandii.

— Filipińskie kobiety są piękniejsze — spokojnie dodał Avi. — I mają w sobie tę drapieżność, która sprawia, że bardziej pociągają masochistycznych facetów na delegacjach niż te wyszczerzone i głupiutkie Tajki. — Obaj wiedzieli, że to gówno prawda; Avi, człowiek z rodziną, nie miał osobistych doświadczeń tego rodzaju. Lecz Randy nie wypomniał mu tego. Dopóki Avi zachowywał zdolność do improwizowanego wciskania ludziom nieprawdopodobnego kitu, dopóty mieli szansę na zarobienie „od cholery forsy”.

(A teraz, gdy już tu jest, kusi go zgadywanie, które z tych dziewczyn w kolejce dla EPK-ów są dziwkami. Stwierdza jednak, że nie ma to sensu, prostuje ramiona i rusza w kierunku żółtej linii).

Wzdłuż linii wiodącej od kontroli paszportów do barierek rząd filipiński ustawił szklane gabloty z eksponatami głoszącymi chwałę kultury filipińskiej sprzed czasów Magellana. Pierwsza z nich zawiera gwóźdź programu: pierwotny, ręcznie wystrugany instrument, opatrzony długą i nieczytelną nazwą tagalską. Poniżej, mniejszymi literami, angielskie tłumaczenie: Flet o Jednej Nucie).

— Filipiny są naturalnie odizolowanym środowiskiem, rozumiesz? — mówi Avi. — Wiesz, jakie to rzadkie? Kiedy znajdujesz coś takiego, nurkujesz tam jak norka w rurę pełną surowego miecha.

Słówko na temat Aviego: rodzina jego ojca w ostatniej chwili uciekła z Pragi. Byli całkiem typowymi Żydami z Europy Środkowej. Nietypowa była tylko jedna cecha: wciąż żyli. Ale rodzina jej matki to niewiarygodne cudaki: Żydzi z nowego Meksyku, od trzystu lat mieszkający na stepie, uciekający przed jezuitami, polujący na grzechotniki i obżerający się ziarnkami bielunia; wyglądali jak Indianie, gadali jak kowboje. Dlatego Avi w stosunkach z ludźmi był nieprzewidywalny. Na ogół grzeczny i kulturalny, co robiło kolosalne wrażenie na biznesmenach — a zwłaszcza nippońskich — czasem nagle wybuchał, jakby się nażarł szaleju. Wtedy tylko Randy wiedział, jak go podejść, dlatego Avi w takich sytuacjach dzwonił właśnie do niego.

— Oj, daj spokój! — rzucił Randy. Przyglądał się mijającej go opalonej dziewczynie na rolkach. Wracała z plaży. — Naturalnie odizolowani?

— Dopóki Filipiny nie pozbierają się do kupy, będą mieli pełno EPK-ów. A ci chcą się kontaktować z rodzinami — ci Filipińczycy są niesamowicie rodzinni. Przy nich Żydzi to banda wyalienowanych samotników.

— No dobra. O jednych i drugich wiesz więcej niż ja.

— Są tak sentymentalni i uczuciowi, że od razu patrzysz na nich szyderczo.

— Nie musisz się od razu bronić — rzekł Randy. — Ja nie zamierzam się z nich nabijać.

— Jak usłyszysz w ichnim radiu dedykacje piosenek, to na pewno się uśmiejesz — odparł Avi. — Ale szczerze mówiąc, w tym punkcie możemy się czegoś od nich nauczyć.

— No, teraz to chyba zgrywasz świętoszka…

— Przepraszam — zupełnie szczerze rzucił Avi. Przez cztery lata małżeństwa żona Aviego prawie cały czas była w ciąży. On zaś stawał się coraz bardziej religijny i w każdej rozmowie musiał choć raz wspomnieć o holocauście. A Randy był kawalerem u progu zerwania z dziewczyną, z którą mieszkał.

— Avi, wierzę ci. Nie będzie problemu, jak polecę biznes klasą?

Avi go nie usłyszał, Randy założył więc, że odpowiedź brzmi „tak”.

— Jeśli to nie zmieni się przez dłuższy czas, będziemy mieli wielki rynek na Pinogramy.

— Pinogramy?

— Rany boskie, nie mów tego na głos! Właśnie wypełniam wniosek o zastrzeżenie tej nazwy. — Istotnie, w słuchawce rozbrzmiewał klekot klawiszy, tak gwałtowny, jakby Avi po prostu trzymał klawiaturę w swych szczupłych, bladych dłoniach i zawzięcie nią potrząsał. — Ale jeśli Filipiny pozbierają się do kupy, nastąpi boom w telekomunikacji, tak jak w każdym innym Ragu.

— Ragu?

— Rozwijającej się azjatyckiej gospodarce. Tak czy owak, wygrywamy.

— Pewnie ma to coś wspólnego z telekomunikacją?

— Trafiony, zatopiony. — W tle jakieś dziecko zaczęło kaszleć i popłakiwać. — Muszę kończyć — rzucił Avi. — Szlomo znów ma atak astmy. Zapisz mój odcisk palca.

— Odcisk palca?

— No, mój klucz do szyfrowania. Do wysyłania poczty.

— Ordo?

— Tak.

Randy wyciągnął długopis i, nie znajdując w kieszeni żadnej karteczki, wycelował go we wnętrze dłoni.

— Strzelaj.

— 67 81A4 AE FF 40 25 9B 43 0E 29 8D 56 60 E3 2F. — Avi odłożył słuchawkę.

Randy wrócił do restauracji. Po drodze poprosił kelnera o małą butelkę dobrego czerwonego wina. Charlene usłyszała to i rzuciła mu gniewne spojrzenie. Randy wciąż myślał o wrodzonym ludzkim okrucieństwie i przeoczył to; mentorstwo częste wśród wszystkich jej przyjaciół. O Boże! Trzeba będzie wyjechać z Kalifornii! — nagle zrozumiał.

Wodorosty

Kobieta z dzieckiem
Błysk strzału w bladych oczach
Brzęk zamarzłej łzy

Czwarta Brygada Piechoty Morskiej maszeruje w dół przy melodii Johna Philipa Sousy, co powinno być drugą naturą każdego marine. Ale czwarta brygada siedziała w Szanghaju (a to nie pałac Montezumy ani nabrzeże Trypolisu) za długo, dłużej, niż powinni — Bobby już widział, jak jego sierżant, niejaki Frick, rzyga z braku opium.

Orkiestra piechoty morskiej jest o kilka szanghajskich przecznic przed nimi. Pluton Bobby'ego słyszy łupanie wielkich bębnów i świdrujące dźwięki pikolo i dzwonków, ale nie rozróżnia melodii. Dowodzi nim kapral Shaftoe, ponieważ sierżant Frick do niczego się nie nadaje.

Shaftoe maszeruje wzdłuż szyku, niby to nadzorując swych ludzi — przeważnie jednak gapi się na Szanghaj.

Szanghaj zaś gapi się na nich. Przeważnie wita ich owacją na stojąco. Oczywiście są tacy uliczni cwaniacy, co poczytują sobie za punkt honoru pokazać marines, że się ich nie boją — z bezpiecznej odległości wykrzykują obelgi i odpalają fajerwerki, które nikomu nie uspokajają skołatanych nerwów. Europejczycy klaszczą — cały rządek rosyjskich tancerek od Delmonta pokazuje uda i przesyła pocałunki. Większość Chińczyków natomiast zachowuje kamienne twarze — co według Bobby'ego oznacza, że ze strachu srają w gacie.

Ale najgorsze są kobiety z półbiałymi dziećmi na ręku. Niektóre histeryzują i rzucają się pomiędzy żołnierzy. Nie powstrzymują ich nawet kolby karabinów. Pozostałe ze stoickim spokojem trzymają swe jasnookie niemowlęta i gapią się na pagony i szarże w poszukiwaniu winowajców. Wszystkie słyszały, co zaszło w Nankinie, kiedy przyszli Japońcy, i wiedzą, że kiedy to się skończy, złe wspomnienia w pamięci jakiegoś marine mogą być jedynym śladem po ich istnieniu.

Przynajmniej tak jest w przypadku Shaftoe'a: polował na jelenie w Wisconsin i widział, jak kuśtykają po śniegu, wykrwawiając się. Widział, jak jeden z żołnierzy zginął podczas zwykłych ćwiczeń na wyspie Parris. Widział zwały splątanych ciał spływające rzeką z miejsca, gdzie Nippończycy rewanżowali się za Chiński Incydent; widział też, jak uchodźcy z Nankinu umierają z głodu w rynsztokach Szanghaju. Sam zabijał ludzi usiłujących wedrzeć się na łodzie, które miał rozkaz chronić. Ale wydaje mu się, iż nigdy nie widział czegoś tak przerażającego jak te Chinki z kamiennymi twarzami, piastujące swe białe dzieci, nieporuszone nawet eksplodującymi wokół petardami.

Aż do momentu kiedy zerka w twarze niektórych żołnierzy — gapią się w tłum, gdzie ich spojrzenia odwzajemniają ich własne twarze, tylko pulchniejsze i zlane łzami. Niektórzy sądzą, że to żart. Ale niektórzy wymaszerowali z rana z koszar jako zdrowi i mocni mężczyźni, a zwariowali, zanim doszli do nabrzeża i oczekującej na nich kanonierki. Nie okazują tego. Jednak Shaftoe po samych oczach wie, że coś im w środku pękło.

Najlepsi z żołnierzy są w podłym nastroju. Nawet ci, którzy, jak Shaftoe, nie związali się z Chinkami, musieli wiele zostawić: domy z pokojówkami, pucybutami i kulisami, kobiety i opium prawie za darmo. Nie wiedzą, dokąd ich wysyłają, ale można śmiało powiedzieć, że tam za te dwadzieścia jeden dolarów miesięcznie tyle sobie nie kupią. Zakwaterują ich w koszarach i znowu będą musieli nauczyć się glansować buty. Wciągnięcie trapów z kamiennej kei odcina ich od całego świata, którego już nigdy nie zobaczą — od świata, gdzie żyli jak królowie. A teraz są znowu w piechocie morskiej. Shaftoe jest zadowolony: on chciał być w marines. Lecz wielu spośród nich osiągnęło już wiek średni i odechciało im się.

Marines z minami winowajców kryją się pod pokładem. Shaftoe zostaje na górze. Kanonierka odbija od nabrzeża i kieruje się w stronę oczekującego na redzie krążownika „Augusta”.

Nabrzeże pełne jest pstrokato odzianych gapiów, zatem plama jednolitego oliwkowego koloru natychmiast rzuca mu się w oczy: grupa nippońskich żołnierzy przyszła urządzić swoim jankeskim odpowiednikom ironiczne pożegnanie. Shaftoe wypatruje kogoś wysokiego i potężnego — i łatwo go znajduje. Goto Dengo macha do niego.

Shaftoe zdejmuje hełm i także macha. A potem, spontanicznie, tak po prostu robi zamach i ciska hełm prosto w Goto Denga. Goto Dengo, żeby złapać go pośród rozszalałego tłumu, musi poprzewracać z tuzin swoich kolegów. Każdy z nich chyba uważa, że obalenie na ziemię przez Goto Denga to wielki zaszczyt, a oprócz tego znakomita zabawa.

Dwadzieścia sekund później nad zatłoczonym nabrzeżem przelatuje kometa. Spada i odbija się po drewnianym pokładzie kanonierki. Niezły rzut. Goto Dengo popisał się swoim zamachem. Shaftoe podbiega do pocisku — kamienia obwiązanego białą szarfą — i chwyta go. To jedna z tych opasek o tysiącu splotów (prawdopodobnie; Shaftoe wprawdzie zdjął nieprzytomnym Nipom parę takich, ale nigdy nie chciało mu się liczyć nitek), które wiążą sobie na głowach jako talizmany; pośrodku ma ten ich czerwony kotlet, a po bokach jakieś nippońskie napisy. Odwiązuje ją od kamienia. Nagle zauważa, że to wcale nie kamień, tylko granat ręczny. Ale poczciwy Goto Dengo jedynie żartował — nie wyciągnął zawleczki. Bobby Shaftoe będzie miał piękną pamiątkę.

Pierwsze haiku Shaftoe'a było szybką i byle jaką trawestacją zawołania marines:

To mój karabin
Jest takich wiele ale
Ten tutaj jest mój.

Popełnił to w następujących okolicznościach: cała czwarta brygada stacjonowała w Szanghaju, pilnując postanowień traktatu i robiąc za fizycznych na kanonierkach patroli rzecznych na Jangcy. Jego pluton właśnie wrócił z ostatniego patrolu: tysiącipółkilometrowego rozpoznania bojowego, aż do samego Nankinu (a raczej jego ruin), Hankou i z powrotem. Piechota morska robiła to cały czas, od powstania bokserów, w czasie wojny domowej i później. Ale teraz, pod koniec roku 1940, kiedy Nipy{Tak nieodmiennie nazywali Nippończyków żołnierze piechoty morskiej, nigdy nieużywający czterech sylab tam, gdzie wystarczą dwie (przyp. aut.).} wałęsają się już po całych północno-wschodnich Chinach, politycy z dalekiego Waszyngtonu wreszcie rzucili ręcznik na ring i rozkazali chińskim marines nie pływać po Jangcy.

Marines ze starego zaciągu jak Frick twierdzili, że potrafią odróżnić zorganizowanych bandytów od uzbrojonych band głodnych wieśniaków, nacjonalistów, komunistycznych partyzantów i nieregularnych sił opłacanych przez wojennych watażków. Ale dla Bobby'ego Shaftoe'a były to tylko pieprznięte, uzbrojone żółtki czatujące na patrol rzeczny. Ów ostatni patrol nie był wycieczką. Ale teraz miał go za sobą, siedział w Szanghaju, najbezpieczniejszym miejscu w Chinach, choć sto razy bardziej niebezpiecznym niż najniebezpieczniejsze miejsce w Ameryce. Sześć godzin temu zleźli z kanonierki, poszli do baru i dopiero teraz wyszli — zdecydowali, że najwyższy czas odwiedzić burdel. Po drodze przypadkiem przechodzili koło tej nipskiej restauracji.

Bobby Shaftoe już przedtem zaglądał tam przez okno i obserwował faceta z nożem, próbując zrozumieć, co on u licha robi — zdaje się, cholera, że siekał surową rybę, kładł jej kawałki na kulkach ryżu i podawał Nipom po drugiej stronie lady. Oni zaś to żarli.

To musi być jakieś złudzenie optyczne. Na pewno wcześniej ugotowali ją gdzieś na zapleczu.

Ta kwestia nurtowała Shaftoe'a mniej więcej od roku. Kiedy teraz z gromadą innych napalonych i pijanych marines przechodził obok, zwolnił kroku i zerknął przez okno, próbując zebrać kolejne dowody. Przysiągłby, że niektóre z ryb były rubinowoczerwone — nie mogłyby mieć takiego koloru, gdyby je ugotowano.

Jeden z jego towarzyszy, Rhodes ze Shreveport, zauważył to spojrzenie. Zaczął podpuszczać Shaftoe'a, żeby wszedł i zasiadł przy barze. Potem inny szeregowy, Gowicki z Pittsburgha, jeszcze podwoił stawkę!

Shaftoe zagryzł wargi i zastanowił się. Już właściwie zdecydował: pójdzie tam. Był zwiadowcą-snajperem, takie szaleństwo leżało więc w jego naturze, ale uczono go także, że przed szturmem należy dokładnie zbadać teren.

Restauracja była w trzech czwartych wypełniona — wyłącznie umundurowanymi nippońskimi żołnierzami. Oficerowie zebrali się przy barze, gdzie kucharz kroił tę niby surową rybę. Gdybyś miał tylko jeden granat, rzuciłbyś go właśnie tam. Reszta sali zastawiona była długimi stołami, przy których szeregowcy popijali rosół z parujących czarek. Na nich Shaftoe zwrócił szczególną uwagę, ponieważ to oni za jakieś sześćdziesiąt sekund mieli obijać mu mordę. Niektórzy siedzieli sami i coś czytali. W rogu jeden żołnierz opowiadał kawał czy jakąś historię, przyciągając uwagę grupki słuchaczy.

Im dłużej przeprowadzał rozpoznanie, tym bardziej Gowicki i Rhodes upewniali się, że naprawdę chce to zrobić. Podekscytowani zawołali pozostałych marines, którzy oddalili się już w kierunku burdelu.

Shaftoe zobaczył, że wracają — jego taktyczne odwody. „No, kurwa, raz się żyje” powiedział i wszedł do środka. Pozostali nie mogli w to uwierzyć: krzyczeli coś rozemocjonowani. Przechodząc przez próg restauracji, Shaftoe wszedł do legendy.

Kiedy pojawił się w drzwiach, wszystkie Nipy spojrzały na niego. Jeśli nawet się zdziwili, nic nie okazali. Kucharz za kontuarem zaczął wygłaszać jakieś rytualne powitanie, które zachwiało się i urwało, gdy tylko nań spojrzał. Gość po drugiej stronie sali, wielki, rumiany Nip, wciąż opowiadał swój dowcip.

Shaftoe kiwnął głową tak ogólnie, podszedł do najbliższego stołka barowego i usiadł.

Inni marines zaczekaliby, aż zbierze się cały oddział. Potem przypuściliby masowy szturm na restaurację, połamali kilka krzeseł, rozlali trochę zupy. Ale Shaftoe przejął inicjatywę, zanim do tego doszło i wszedł tam sam, jak przystało na zwiadowcę-snajpera. Ale nie tylko dlatego, także dlatego, że był szczerze zaciekawiony tym lokalem; gdyby się dało, chętnie spędziłby w środku kilka spokojnych minut i nauczył się czegoś nowego, zanim zacznie się zabawa.

Oczywiście pomógł też fakt, że Shaftoe po pijaku był spokojny i zamyślony, a nie zapalczywy i agresywny. Musiał nieźle cuchnąć piwem (te Szwaby z Tsingao pędziły całkiem niezłe, smak kojarzył mu się z Wisconsin i sprawiał, że tęsknił za domem). Ale nie darł się i nie rozbijał.

Kucharz pochylił się nad kawałkiem ryby i udawał, że go nie widzi. Panowie przy kontuarze zmierzyli go zimnym wzrokiem, po czym zajęli się jedzeniem. Shaftoe patrzył na surowe ryby ułożone na tłuczonym lodzie, potem rozejrzał się po sali. Nip w rogu odczytywał z notatnika krótkie zdania — dziesięć, może dwanaście słów. Jego mała publiczność po każdej frazie spoglądała po sobie, uśmiechając się, krzywiąc, a czasem nawet tupiąc z podziwu.

O kurwa! Gość czytał wiersze! Shaftoe nic nie rozumiał, ale po brzmieniu poznał, że to muszą być wiersze. Co prawda nie rymowały się, ale te Nipy wszystko robiły na odwrót.

Zauważył, że kucharz gapi się na niego. Odchrząknął, co i tak nie miało sensu: nie mówił po nippońsku. Spojrzał na czerwone kawałki ryby, wskazał je, uniósł dwa palce.

Wszyscy zdumieli się, że Amerykanin faktycznie coś zamówił. Napięcie nieco zelżało. Kucharz zabrał się do pracy i wyprodukował dwie porcje, które podał mu na drewnianej podstawce.

Shaftoe nauczył się jeść owady i odgryzać głowy kurczakom, sądził więc, że i z tym sobie poradzi. Chwytał palcami kawałki ryby, tak jak oni, i zjadał. Były dobre. Poprosił dwie kolejne, tym razem innego gatunku. Gość w rogu ciągle czytał wiersze. Shaftoe zjadł i zamówił coś jeszcze. Mniej więcej przez dziesięć sekund czuł się tam bezpiecznie — pomiędzy smakiem ryby i brzmieniem poezji — i zapomniał, że przecież miał wszcząć brutalną bijatykę na tle rasowym.

Trzecie zamówienie brzmiało inaczej: surowa ryba przykryta z wierzchu cienkim, prześwitującym plasterkiem czegoś wilgotnego i lśniącego. Wyglądało to jak papier pakowy nasączony olejem. Shaftoe przyglądał się przez chwilę, ale nie przypominało mu to niczego znajomego. Rozejrzał się na boki z nadzieją, że któryś z Nipów zamówił to samo, chcąc podejrzeć, jak się to właściwie je, ale bez skutku.

Do cholery, przecież to są oficerowie. Może któryś zna trochę angielski.

— P-szam. Co to jest? — zapytał, unosząc róg tej cudacznej błony.

Kucharz spojrzał nań nerwowo, po czym pytającym wzrokiem zmierzył pozostałych klientów. Wywiązała się dyskusja. Wreszcie z końca baru odezwał się porucznik nippońskiej marynarki.

— Wodorosty.

Mrukliwy i wrogi ton porucznika nie spodobał się Shaftoe'owi. Mina towarzysząca słowom zdawała się mówić: I tak tego nie zrozumiesz, wieśniaku, więc niech ci będzie, że to wodorosty.

Shaftoe splótł ręce na kolanach, przez chwilę przyglądał się wodorostom, a potem przeniósł wzrok na porucznika, który wciąż patrzył na niego bez wyrazu.

— Jaki gatunek wodorostów, sir?

Po sali zaczęły przelatywać znaczące spojrzenia, jak alfabet semaforowy przed bitwą morską. Przerwano recytację wierszy, szeregowcy z tyłu sali zaczęli podchodzić do baru. Porucznik tymczasem przetłumaczył pozostałym odpowiedź Shaftoe'a; zaczęli ją szczegółowo omawiać, jakby była to poważna polityczna oferta, złożona przez Franklina Delano Roosevelta.

Porucznik zamienił słówko z kucharzem. Potem znów zwrócił się do Shaftoe'a:

— Mówi, żebyś teraz zapłacił.

Kucharz uniósł dłoń i potarł palce kciukiem.

Po roku spędzonym na patrolach na Jangcy Bobby miał nerwy z tytanu i nieograniczone zaufanie do swych kolegów, zatem zwalczył pokusę odwrócenia głowy i zerknięcia w okno. Wiedział, co może zobaczyć: gotowych umrzeć za niego żołnierzy piechoty morskiej, ramię przy ramieniu. Podrapał się po niedawno wykonanym tatuażu w kształcie smoka. W ciszy, która zapadła, wyraźnie było słychać skrobanie brudnych paznokci o świeże strupy.

— Nie odpowiedział pan na pytanie — powiedział Shaftoe, wymawiając słowa z typowo pijacką precyzją.

Porucznik przetłumaczył to na nippoński. Kolejna dyskusja. Tym razem jednak krótka i stanowcza. Shaftoe domyślił się, że zamierzają go pobić. Wyprostował plecy.

Nipy były niezłe; jeszcze zanim podnieśli rękę na Shaftoe'a, przeprowadzili natarcie mające związać przebywające na zewnątrz siły marines. Ów wyprzedzający atak uniemożliwił im otwarty najazd na restaurację, który mógłby przeszkodzić oficerom w spożywaniu posiłku, a przy odrobinie szczęścia spowodować także znaczne straty materialne. Potem Shaftoe poczuł, jak łapią go co najmniej trzy pary rąk i unoszą w powietrze. Pochwycił wzrok porucznika i wrzasnął:

— Kit mi wciskasz z tymi wodorostami?!

Co do samej bijatyki, niezwykły był tylko fakt, że Shaftoe, jeszcze zanim zaczął, został wyniesiony na ulicę. Potem już było tak, jak w innych bójkach z nippońskimi żołnierzami w Szanghaju. Wszystko sprowadzało się do meczu: amerykańska krzepa (nie brali cię do czwartej brygady, jeśli nie miałeś przynajmniej z metra osiemdziesięciu wzrostu) kontra nippońska sztuka naparzania.

Shaftoe nie był bokserem, lecz zapaśnikiem. Na szczęście. Inni marines unosili pięści i usiłowali walczyć zgodnie z regułami markiza Queensberry — zerowe szanse przeciwko wschodnim sztukom walki. On zaś nie miał złudzeń co do swych bokserskich umiejętności, toteż po prostu opuszczał głowę i szarżował jak byk, po drodze kilka razy obrywał po gębie, ale przeważnie udawało mu się porządnie chwycić przeciwnika i cisnąć nim o bruk. Nip był po tym z reguły tak wstrząśnięty, że Shaftoe bez problemu zakładał mu nelsona lub wykręcał rękę do tyłu i zmuszał do kapitulacji.

Na wynoszących go na zewnątrz żołnierzy natychmiast naskoczyli marines. Naprzeciw Shaftoe'a znalazł się przeciwnik co najmniej dorównujący mu wzrostem — co dość niespotykane. Był też solidnie zbudowany. Ale nie przypominał zapaśnika sumo, już raczej futbolistę: obrońcę i to z jajami. Skurwysyn był silny; Shaftoe od razu wiedział, że wpadł w niezłe tarapaty. Gość walczył w innym stylu niż Amerykanie, styl ów obejmował (jak boleśnie przekonał się Bobby) rozmaite niedozwolone chwyty, na przykład duszenie i silne, krótkie ciosy w główne sploty nerwowe. Rozziew między ciałem i duszą Bobby'ego, spory już po samym alkoholu, został tymi technikami poszerzony do rozmiarów otchłani. W końcu wylądował na chodniku; bezradny i sparaliżowany gapił się w pulchną twarz przeciwnika. Powalił go (jak zauważył) ten sam facet, który czytał wiersze w rogu restauracji. Całkiem dobry zapaśnik był z tego poety. Albo i na odwrót.

— To nie są wodorosty — rzekł wielki Nip. Miał minę jak uczeń, któremu się upiekło. — To się po angielsku nazywa kalebasa czy jakoś tak. — Potem odwrócił się i wszedł z powrotem do restauracji.

Tyle legendy. Żaden z pozostałych marines nie ma jednak pojęcia, że nie było to ostatnie spotkanie Bobby'ego Shaftoe'a i Goto Denga. Po tym zdarzeniu Bobby'ego nurtowało wiele pytań dotyczących problemów tak różnorodnych jak wodorosty, poezja i japońskie naparzanki. Odszukał Goto Denga, co nie było takie trudne — wynajął po prostu jakiegoś Chińczyka, żeby chodził za potężnym Nipem po mieście i codziennie zdawał raport. Dowiedział się zatem, że Goto Dengo codziennie spotyka się w parku ze swymi kamratami i ćwiczy jakieś sztuki walki. Uporządkowawszy sprawy testamentowe i napisawszy ostatni list do swych rodziców i rodzeństwa w Oconomowoc, Shaftoe udał się pewnego ranka do parku, przedstawił zaskoczonemu Goto Dengowi i umówił się, że będzie służył za żywy worek treningowy. Uznali, że jego umiejętności samoobrony są wręcz prymitywnie śmieszne, lecz podziwiali go za odporność; zatem za niewielką cenę kilku złamanych żeber i palców Bobby Shaftoe odbył wstępny kurs owej szczególnej sztuki naparzania, ulubionej przez Goto Denga. Zwało się to dżudo. Z czasem wynikło z tego kilka towarzyskich spotkań w barach i restauracjach, gdzie Shaftoe nauczył się rozpoznawać cztery rodzaje wodorostów, trzy gatunki rybiej ikry i kilka smaków nippońskich wierszy. Oczywiście nie rozumiał, ale potrafił liczyć sylaby. Wydawało mu się, że to wystarcza, by delektować się ich poezją.

Jasne, że to mu nie pomoże — podobnie jak i pozostałe informacje o ich kulturze — jeżeli rozkażą mu zabijać Nipów.

Shaftoe w rewanżu pokazał Goto Dengowi, jak się porządnie rzuca piłką. Wielu Nipów jest świetnych w baseballu — nawet oni się śmieli, widząc, jak ich zwalisty przyjaciel bezsensownie wymachuje rękami. Ale Shaftoe nauczył go stawać w rozkroku, skręcać barki i podążać ciałem za piłką. Przez ostatni rok bardzo przykładał się do tych lekcji — może dlatego aż do Manili, a nawet potem, wciąż widział oczyma wyobraźni Goto Denga rozstawiającego stopy na kamieniach nabrzeża, zamierzającego się i ciskającego weń owiniętym wstążką granatem.

Po kilkudniowej podróży wszyscy widzą, że sierżant Frick zapomniał, jak się czyści buty. Co noc wystawia je na pokład obok koi, jakby spodziewał się, że jakiś kulis zabierze je i wyglansuje. Co rano, budząc się, zastaje je w jeszcze gorszym stanie. Po kilku dniach zaczyna zbierać opieprz od kadry i dostawać dyżury przy obieraniu ziemniaków.

To byłoby jeszcze do wybaczenia. Kariera Fricka zaczęła się na prerii od polowania na atakujących pociągi pocztowe, obwieszonych amunicją desperados. Poważnie. W 1927 z zaskoczenia wywieźli go do Szanghaju, musiał więc wykazać się pewną elastycznością. No dobrze. Teraz siedzi na tym nędznym przedwojennym krążowniku i ciężko mu. No dobra. Ale nie zachowuje przy tym godności, której marines wymagają od siebie. Narzeka. Pozwala się upokarzać. Wścieka się. Wielu innych chińskich marines zachowuje się podobnie.

Pewnego razu, gdy Shaftoe rzuca sobie skórzanką z paroma innymi młodymi marines, widzi nagle grupkę tych starych na achterdeku. Po samych gestach i minach widać, że znowu narzekają.

Shaftoe słyszy gadkę dwóch marynarzy.

— Co się, kurwa, porobiło z tymi marines? — mówi jeden. Drugi w smutku kiwa głową, jak lekarz, któremu pacjent właśnie fajtnął oczami do tyłu.

— Te biedaki całkiem zazjaciały.

A potem obracają się i patrzą na Shaftoe'a.

Tego wieczoru Shaftoe pochłania kolację dwa razy szybciej, wstaje i podchodzi do stołu, gdzie ponuro siedzą starzy marines.

— Przepraszam, że przeszkadzam, panie sierżancie! — krzyczy. — Proszę o pozwolenie wyczyszczenia panu butów!

Frickowi opada szczęka, ukazując na wpół przeżuty kawał gotowanej wołowiny.

— Czego?

Mesa zamilkła.

— Panie sierżancie, proszę o pozwolenie wypastowania pańskich butów!

Frick nawet na trzeźwo nie jest za bystry, a teraz wystarczy spojrzeć na jego źrenice, by stało się oczywiste, że wraz z kolegami przeszmuglował na pokład trochę opium.

— Nu, myślę, że tak — odpowiada. Popatruje po swym plutonie zrzęd. Są trochę zmieszani, a trochę rozbawieni. Rozwiązuje sznurowadła. Bobby Shaftoe zabiera te obrzydlistwa; po chwili wraca z pięknie wyglansowanymi butami. W tym czasie Frick już się nawalił i rządzi wszystkimi. — Nu, nieźle wyglądają te buty, kapralu — mówi, zadzierając nosa. — Niech mnie, jesteś w tym prawie tak dobry jak mój kulis.

W nocy ktoś zaszywa kilku kolesiów Fricka w koce i robi im też inne, bardziej chamskie kawały. Jednemu nieznani sprawcy spuszczają kocówę. Z rana dowództwo przeprowadza niespodziewaną inspekcję i opieprza ich. Przez większość dnia „zazjaciali” siedzą w kącie i oglądają sobie nawzajem plecy.

Około południa Frick wreszcie pojmuje, że wszystko to sprowokował gest Shaftoe'a i że Shaftoe od razu wiedział, co się stanie. Wali na pokład, podbiega do niego i próbuje wyrzucić go za burtę.

Bobby'ego w ostatniej chwili ostrzega jeden z kolegów. Rzuca się w bok, o włos unikając ataku. Frick odbija się od relingu, odwraca i usiłuje złapać go za jaja. Shaftoe dźga go w oko. Frick się uspokaja. Odsuwają się od siebie. Formalnościom stało się zadość; unoszą pięści.

Boksują przez kilka rund. Zbiera się wielki tłum marines. Większość stawia na Fricka. Wprawdzie jest tępy jak but, a teraz jeszcze wściekły, ale za to dobry w pięściach, no i waży ze dwadzieścia kilo więcej.

Shaftoe wytrzymuje do momentu, kiedy ciężki cios Fricka rozbija mu wargę.

— Ile jeszcze mamy do Manili? — krzyczy. Każde pytanie zaskakuje Fricka i wprawia w osłupienie. Na chwilę się prostuje.

— Dwa dni — odpowiada jeden z oficerów.

— Niech to szlag — mówi Bobby Shaftoe. — Jak, do cholery, mam całować moją kobietę z taką gębą?

Frick odpowiada:

— To idź na miasto i znajdź sobie tańszą.

Tyle tylko trzeba. Shaftoe opuszcza głowę i szarżuje na Fricka, wrzeszcząc jak Nip. Zanim Frick się pozbierał, Shaftoe już zapakował go w jeden z tych chwytów od Goto Denga. Posuwa się w górę, w końcu łapie go za szyję i ściska, aż wargi Fricka przybierają barwę wnętrza ostrygi. Potem przewiesza go przez reling, trzymając za kostki. Frick przytomnieje na tyle, żeby zawołać:

— Poddaję się!

Szybko zbiera się sąd dyscyplinarny. Shaftoe zostaje uznany za winnego okazywania grzeczności (przez wyczyszczenie butów Fricka) i obrony żołnierza (siebie) przed rozwścieczonym napastnikiem. Rozwścieczony napastnik idzie prosto do paki. Już po kilku godzinach dochodzące stamtąd odgłosy informują wszystkich, jak się czuje człowiek po odstawieniu opium.

A więc sierżant Frick nie zobaczy, jak wpływają do Zatoki Manilskiej. Shaftoe prawie go żałuje.

Cały dzień mają po lewej burcie wyspę Luzon — ledwie widoczną przez mgłę czarną sylwetkę; czasem przelotnie błysną palmy i plaże. Wszyscy marines już tędy przepływali, znają więc Cordillero Central, na północ od nich, a za nim góry Zambale, spadające do morza nieopodal zatoki Subic. Subic wyzwala lawinę pieprznych anegdot. Nie wpływają tam jednak: podążają na południe, wokół półwyspu Bata'an, następnie biorąc kurs w kierunku lądu, wprost w Zatokę Manilską. Cały okręt zajeżdża pastą do butów, talkiem i płynem po goleniu; może i czwarta brygada specjalizuje się w chodzeniu na dziwki i nadużywaniu opium, ale wiadomo też, że to najprzystojniejsi marines w całym korpusie.

Mijają Corregidor, wyspę w kształcie kropli wody na wypastowanym bucie, lekko zaokrągloną pośrodku, ale stromo opadającą ku morzu. Jeden z końców to długi, chudy i suchy ogon. Marines wiedzą, że jest zryta tunelami i najeżona straszliwymi działami, lecz jedyną widoczną fortyfikacją są betonowe koszary na wierzchołku, mieszczące fachowców od obsługi tej broni. Ponad szczytem wznosi się plątanina anten. Wyglądają znajomo — wiele z nich unosiło się poprzednio nad Stacją Alfa w Szanghaju, gdzie Shaftoe musiał je zdemontować i załadować na ciężarówkę.

Niedaleko nich do morza opada olbrzymi wapienny klif. U podstawy jest wejście do kryjówki wszystkich tych szpionów i radiooperatorów. Nieopodal znajduje się port, dość oblężony w tej chwili: rozładowują towary z cywilnych frachtowców i ustawiają je na plaży. Każdy marine to widzi; pewny znak, że będzie wojna. „Augusta” kotwiczy w zatoczce. Przeładowują nakryte plandekami radiowe machiny na motorówki i zawożą do przystani, wraz z cienkoszyimi facetami, którzy opiekowali się nimi w Szanghaju.

Kiedy mijają Corregidor i wchodzą do zatoki, zapach niknie. Pod powierzchnią wody pływają esy-floresy glonów. Nad nieruchomym morzem ciągną się brązowe sznury dymu z kominów statków. Nietknięte wiatrem, rozpływają się w półprzejrzyste, postrzępione łańcuchy górskie. Mijają wielką bazę wojskową w Cavite — spłacheć lądu tak płaskiego i nisko położonego, że gdyby nie palisada drzew palmowych, nie byłoby wiadomo, gdzie kończy się woda. Wznosi się tam kilka hangarów i wież ciśnień, a za nimi widać ciemne skupiska koszar. Manila leży wprost przed nimi, wciąż spowita mgiełką. Niedługo zapadnie wieczór.

Później mgła się rozpływa; atmosfera staje się przejrzysta jak oczy dziecka, niemal przez godzinę widoczność sięga nieskończoności. Potem wpływają na otoczoną cumulonimbusami arenę; chmury przeszywają korkociągi błyskawic. Płaskie szare chmury, jak odłamki porozbijanych dachówek pomiędzy kowadłami. Za nimi następna warstwa chmur zamyka się w sklepienie w pół drogi do księżyca, żarząc się różowo i łososiowo w promieniach zachodzącego słońca. Jeszcze dalej kolejne chmury, opatulone deszczem jak ozdoby choinkowe bibułką, przebłyski czystego nieba, kolejne cumulonimbusy strzelające do siebie dwudziestokilometrowymi piorunami. Niebo wewnątrz nieba wewnątrz nieba.

W Szanghaju było zimno, a całą drogę się ocieplało. Niektóre dni były upalne i duszne. Lecz kiedy na horyzoncie pojawia się Manila, pokład przewiewa ciepła bryza. Marines wzdychają, jakby wszyscy unisono dostali wytrysku.

Zapach Manili
Wachlowany palmami
I uda Glory

Płaskie dachy Manili mają mieszany styl, trochę hiszpański, trochę chiński. Miasto odgradza od morza wklęsły wał, z bulwarem na szczycie. Spacerowicze odwracają się i machają do marines, niektórzy przesyłają całusy. Po schodach kościoła schodzi na bulwar para młoda; robi sobie zdjęcie w rzucającym płaskie cienie brzoskwiniowym poblasku zachodzącego słońca. Faceci noszą pstrokate, zwiewne filipińskie koszule lub amerykańskie mundury, kobiety — piękne suknie. Marines gwiżdżą i drą się, kobiety spoglądają na nich, unosząc nieco spódnice, żeby się nie potknąć. Marines dostają zawrotów głowy i prawie wypadają za burtę.

Kiedy zawijają, z wody wystrzeliwuje półksiężycowy szyk latających ryb. Oddala się ruchem wędrującej pustynnej wydmy. Rybki są srebrne, w kształcie liści. Po kolei z metalicznym stuknięciem uderzają w wodę. Dźwięki zlewają się w ostry terkot. Półksiężyc szybuje pod keją, przepływa między jej filarami i znika w mroku głębin.

Manila, Perła Orientu, 7 grudnia 1941, wczesny niedzielny wieczór. Na Hawajach, po drugiej stronie linii zmiany daty, dopiero co minęła północ. Bobby Shaftoe i jego koledzy mają kilka godzin wolnego. Miasto jest nowoczesne, kwitnące, chrześcijańskie i zna angielski. Jest najbogatszym i najmniej zacofanym miastem w Azji, całkiem jakbyś był w domu, w Stanach. Pomimo katolickiej wiary są tu miejsca najwyraźniej od fundamentów zaprojektowane specjalnie na potrzeby napalonych marynarzy. Można tam trafić, skręcając raz w prawo, kiedy tylko stanie się na suchym lądzie.

Bobby Shaftoe skręca w lewo, grzecznie wymawiając się legionowi rozgorączkowanych prostytutek, i obiera kurs na majaczące w ciemności ściany Intramuros. Przystaje tylko koło kwiaciarza w parku i kupuje bukiet róż. Facet ma niezły utarg. Park i mury pełne są przechadzających się kochanków; mężczyźni przeważnie w mundurach, kobiety w skromnych, ale eleganckich sukniach, kręcą przełożonymi przez ramię parasolkami.

Kilku dorożkarzy chce z nim ubić interes, ale Bobby odmawia. Dorożka zawiozłaby go jeszcze szybciej, a on jest na to zbyt zdenerwowany. Przechodzi przez bramę w murze do starej hiszpańskiej dzielnicy.

Intramuros to labirynt kamiennych ścian o barwie jasnej skóry, stromo wznoszących się ponad wąskimi uliczkami. Żelazne kraty strzegą okien parterów, wijąc się, pęczniejąc i wypuszczając precyzyjnie wykute liście. Pierwsze piętra przewieszają się nad ulicą, dźwigając latarnie gazowe, właśnie zapalane przez służących z długimi, kopcącymi prętami. Z okien na górze płynie śmiech i muzyka, a kiedy przechodzi przed otwierającymi się na wewnętrzne dziedzińce arkadami, czuje zapach kwiatów.

Nie rozróżnia tych ulic. Pamięta nazwę „Magallanes”, bo kiedyś Glory powiedziała mu, że to to samo co „Magellan”. Pamięta widok katedry z okna domu państwa Pascual. Kilka razy obchodzi ten kwartał — jest pewien, że to już blisko. Wtem słyszy dochodzący z pierwszego piętra wybuch dziewczęcego śmiechu i leci ku niemu jak meduza wessana w rurę. Zgadza się. To tutaj. Dziewczyny po angielsku obgadują jednego ze swych nauczycieli. Nie słyszy wprawdzie głosu Glory, ale wydaje mu się, że odróżnia jej śmiech.

— Glory — mówi. Potem powtarza to głośniej. Jeśli nawet go słyszą, nie zwracają uwagi. W końcu zamierza się i ciska bukietem róż, jak granatem w kształcie tłuczka, ponad drewnianą balustradą, przez wąską szczelinę w okiennicach z macicy perłowej, wprost do pokoju.

Zapada niezwykła cisza, przeradzająca się po chwili w kaskadę śmiechu. Przeraźliwie nieśmiało rozsuwają się okiennice z macicy perłowej. Na balkon wychodzi dziewiętnastoletnia dziewczyna. Ma na sobie mundurek szkoły pielęgniarskiej, biały jak blask gwiazd na biegunie północnym. Włosy rozpuszczone do wyszczotkowania wiją się leniwie, poruszane wieczorną bryzą. Ostatni, rumiany promień zachodzącego słońca sprawia, że jej twarz żarzy się jak węgielek. Glory chowa się za bukietem, kryje w nim nos, głęboko wdycha zapach, czarnymi oczyma zerkając na Bobby'ego spomiędzy kwiatów. Potem powoli go opuszcza, ukazując wysokie kości policzkowe, doskonały maleńki nosek, fantastycznie wyrzeźbione wargi i ledwie widoczne zęby, białe, ale zachęcająco krzywe.

— Matko z córką — mówi Bobby Shaftoe — kości policzkowe masz jak pług śnieżny.

Ona przykłada palec do ust. Cokolwiek dotyka jej warg, przeszywa pierś Shaftoe'a niewidzialną włócznią. Przez chwilę przygląda mu się, ustala, czy skupił na niej uwagę i czy nigdzie sobie nie pójdzie. Potem odwraca się. Światło prześlizguje się po jej pośladkach, nie ukazując nic, ale sugerując wgłębienie pośrodku. Wraca do pokoju i zasuwa za sobą okiennicę.

Nagle pokój pełen dziewcząt milknie, dochodzą tylko sporadyczne, tłumione chichoty. Shaftoe zagryza język. Wszystko spieprzą. Państwo Pascual zwrócą uwagę na tę ciszę i będą coś podejrzewać.

Wielka brama otwiera się, szczękając żelastwem. Odźwierny zaprasza go do środka. Shaftoe idzie za tym starszym jegomościem przez czarny sklepiony wjazd. Twarde podeszwy lśniących butów ślizgają się na kamieniach. Koń w stajni na tyłach czuje zapach jego wody po goleniu i rży. Radio w służbówce portiera pobrzękuje senną amerykańską muzyką — wolnymi tańcami z wojskowej rozgłośni.

Kamienne ściany dziedzińca obrasta kwitnąca winorośl. Jest tu cicho, czysto i przytulnie, prawie jak we wnętrzu. Portier wskazuje mu schody wiodące na pierwsze piętro. Glory nazywa je entresuelo i mówi, że to półpiętro. Dla Bobby'ego wygląda jak normalne piętro. Wchodzi. Zadzierając głowę, widzi pana Pascual, drobnego, łysego mężczyznę z przystrzyżonym wąsikiem i w okularach. Nosi amerykańską koszulę z krótkimi rękawami, spodnie khaki i kapcie; w jednej dłoni ma kieliszek san miguel, w drugiej papierosa.

— Miło znowu pana widzieć, szeregowy Shaftoe!

— Przepraszam, panie Pascual, ale już jestem kapralem.

Pan Pascual wtyka papierosa do ust i ściska rękę Bobby'ego.

— No to gratuluję! W zeszłym tygodniu spotkałem się z pana wujem, Jackiem. Chyba nie spodziewał się pańskiego powrotu.

— Sir, wszyscy byli całkiem zaskoczeni — odpowiada Bobby.

Idą teraz nieco wyższym pasażem wokół dziedzińca. Pan Pascual prowadzi ich aż do drzwi wiodących na entresuelo. Ściany są tu z szorstkiego kamienia, podłoga to zwykłe malowane deski. Przechodzą przez mroczny, posępny gabinet. Niegdyś ojciec i dziadek pana Pascual przyjmowali tutaj zarządców swych hacjend i plantacji. Przez chwilę Bobby ma nadzieję. Na tym piętrze jest kilka pokoi, które kiedyś służyły wyższym służącym, wujom — starym kawalerom, i ciotuniom — podlotkom. Teraz hacjendy to już nie to co kiedyś, więc państwo Pascual wynajmują te pokoje uczennicom. Może pan Pascual prowadzi go od razu do Glory?

Ale to tylko złudzenia wyposzczonego żołnierza; Shaftoe znajduje się u stóp olbrzymich schodów z polerowanego drewna nara. Widzi sufit z blachy falistej, żyrandole i imponującą sylwetkę pani Pascual, wbitą w potężny gorset, wyglądający tak, jakby wymyślili go konstruktorzy statków. Wchodzą do antesala, która według Glory służy do przyjmowania przypadkowych, niezapowiedzianych gości; choć i tak Bobby w życiu nie widział elegantszego pokoju. Wszędzie stoją stare wazy i wazony, pewnie antyczne i pewnie z Chin i Japonii. Powiewa świeży wietrzyk; Bobby wygląda przez okno i widzi dobrze wykadrowaną, zieloną kopułę katedry, zwieńczoną celtyckim krzyżem; dokładnie taką ją zapamiętał. Pani Shaftoe wyciąga dłoń, Shaftoe ją ściska.

— Pani Pascual — odzywa się — serdecznie dziękuję za przyjęcie mnie.

— Proszę usiąść — mówi. — Musi pan nam wszystko opowiedzieć.

Shaftoe siada w wykwintnym fotelu koło fortepianu, nieznacznie poprawia spodnie, żeby nie uwierały sztywnego penisa, przesuwa ręką po policzku. Golenie starczy jeszcze na parę godzin. Nad głową brzęczy eskadra samolotów. Pani Pascual po tagalsku instruuje pokojówkę. Shaftoe bada pokryte strupami rany na kostkach palców i zastanawia się, co rzekłaby pani Pascual, gdyby rzeczywiście wszystko jej opowiedział. Może lody skruszyłaby jakaś anegdotka o walce wręcz z chińskimi rzecznymi piratami na rzece Jangcy. Przez drzwi i hol widzi róg domowej kaplicy, same gotyckie ostrołuki, złocony ołtarz i haftowany klęcznik, całkiem wyświechtany łękotkami pani Pascual.

Podają papierosy, ułożone w dużej szkatule z laki jak pociski artyleryjskie w skrzynce. Popijają herbatę i gawędzą o byle czym, zdaje się, że przez jakieś trzydzieści sześć godzin. Panią Pascual trzeba wciąż zapewniać, że wszystko jest w najlepszym porządku i nie będzie wojny. Pan Pascual najwyraźnie sądzi, że wojna jest tuż-tuż i przez cały czas wpada w zadumę. Interesy szły ostatnio nieźle. Razem z Jackiem Shaftoe, wujem Bobby'ego, przewozili mnóstwo towaru do Singapuru. Ale niebawem pewnie sytuacja się pogorszy.

Pojawia się Glory. Zmieniła szkolny mundurek na sukienkę. Bobby niemal wypada tyłem przez okno. Pani Pascual konwencjonalnie ponownie ich sobie przedstawia. Bobby Shaftoe całuje Glory w dłoń — sądzi, że to musi być bardzo szarmancki gest. Ma szczęście, że to uczynił — Glory ukrywa w dłoni maleńką, zwiniętą karteczkę, która ląduje w jego ręce.

Glory siada i natychmiast otrzymuje filiżankę herbaty. Znów wieki całe gadki-szmatki. Pan Pascual osiemdziesiąty siódmy raz pyta, czy Bobby spotkał się już z wujem Jackiem, Shaftoe zaś powtarza, że dosłownie przed chwilą opuścił okręt, ale na pewno odwiedzi go jutro rano. Przeprasza i wymyka się do łazienki, staromodnej, z dwoma dziurami ponad głębokimi sztolniami, na pewno prowadzącymi aż do samego piekła. Rozwija i czyta karteczkę, zapamiętuje instrukcje, po czym drze ją i wrzuca do dziury.

Pani Pascual pozwala parze zakochanych na trochę „prywatności”, co oznacza, że rodzice wychodzą z pokoju i nie wpadają częściej niż co pięć minut. Potem następuje boleśnie długa i szczegółowa ceremonia pożegnalna, na której końcu Shaftoe ląduje na ulicy, a Glory powiewa mu chusteczką z balkonu.

Pół godziny później ich języki trenują dżudo z tyłu dorożki galopującej po bruku w stronę nocnych klubów na Malate. Uwolnienie Glory z rezydencji państwa Pascual to prosta sprawa dla mającego silną motywację marine z Chin i szwadronu cwanych uczennic szkoły pielęgniarskiej.

Lecz Glory chyba całuje go z otwartymi oczami, bo nagle uwalnia się i woła do fiakra:

— Proszę stanąć! Proszę stanąć!

— Co jest? — tępo pyta Shaftoe. Rozgląda się i nie widzi nic poza górującym nad nimi wielkim starym kościołem. Ukłucie strachu. Ale kościół jest ciemny, brak Filipinek w długich sukniach i marines w galowych mundurach, więc to nie może być jego ślub.

— Chcę ci coś pokazać — mówi Glory i gramoli się z dorożki. Shaftoe goni za nią — do kościoła San Agustin. Tyle razy przechodził koło tej kupy kamieni, lecz nie sądził, że wejdzie do środka — na randkę.

Glory zatrzymuje się u stóp potężnych schodów i mówi:

— Widzisz?

Shaftoe spogląda w mrok, myśląc, że może jest tam jakiś witraż, albo dwa, może Chrystusowe Rany, albo Przebicie Świętego Boku, ale…

— Popatrz w dół — mówi Glory, postukując miniaturową stopą w pierwszy stopień schodów. Jest to jeden, gigantyczny kawał granitu.

— Wygląda mi na jakieś dziesięć do dwudziestu ton — autorytatywnie oznajmia Bobby.

— Pochodzi z Meksyku.

— A tam, opowiadasz!

Glory uśmiecha się do niego.

— Zanieś mnie na górę. — I na wypadek, gdyby Shaftoe śmiał odmówić, niemal pada na niego; nie ma więc wyboru — musi chwycić ją w ramiona. Glory kładzie szyję w zgięciu ramienia Bobby'ego, żeby jak najbardziej zbliżyć się do jego twarzy, lecz on najlepiej pamięta dotyk jedwabnego rękawa na świeżo ogolonej skórze.

Zaczyna się wspinać. Choć Glory nie waży dużo, spocił się jak mysz już po czterech stopniach. Ona obserwuje go z odległości dziesięciu centymetrów, wypatrując oznak zmęczenia. Czuje, że się rumieni. Dobrze, że na schodach palą się tylko ze dwie świece. Stoi tu piękne popiersie Chrystusa w koronie cierniowej; po twarzy ściekają mu długie, równoległe strużki krwi, a po prawej…

— Te wielkie głazy, po których idziesz, zostały wydobyte w Meksyku kilkaset lat temu, zanim jeszcze Ameryka stała się państwem. Przypłynęły tutaj w manilskich galeonach, jako balast. — Wymawia to bajast.

— Niech mnie.

— Kiedy przybiły, wyciągnięto kamienie, przywieziono tutaj, do kościoła San Agustin i ułożono jeden na drugim. Co roku nowy głaz na zeszłorocznym. Wreszcie po wielu latach powstały takie schody.

Po chwili Shaftoe myśli, że co najmniej tyle lat zajmie mu wejście na górę tego cholerstwa. Szczyt udekorowany jest naturalnej wielkości Chrystusem dźwigającym krzyż, chyba tak ciężki, jak jeden z tych kamiennych stopni. I co, Bobby miałby się skarżyć? Wtedy odzywa się Glory:

— A teraz znieś mnie z powrotem, żeby dobrze zapamiętać tę historię.

— Masz mnie za jakiegoś napalonego półgłówka, który nie zapamięta historii, jeśli nie ma w niej pięknej dziewczyny?

— Tak — odpowiada Glory i śmieje mu się w twarz. Znosi ją. Potem, zanim cokolwiek innego przyjdzie jej do głowy, niesie ją wprost przez drzwi i do bryczki.

Bobby Shaftoe w trakcie akcji bojowej nigdy nie traci głowy, ale reszta wieczoru jest dla niego rozmytym majakiem. Przez mgłę przebija się tylko kilka wrażeń: wysiadają z dorożki przed nadmorskim hotelem; wszyscy żołnierze gapią się na Glory; Bobby gapi się na nich, grożąc, że nauczy ich kultury; tańczą przytulańca w sali balowej, a spowite w jedwab udo Glory wsuwa się coraz bardziej między jego nogi; jej sprężyste ciało przyciska się doń coraz mocniej; spacerują po bulwarze pod rozgwieżdżonym niebem; zauważają, że jest odpływ; wymieniają spojrzenia; Bobby znosi ją na wąski pasek kamienistej plaży.

Zanim rzeczywiście zaczął ją rżnąć, w mniejszym lub większym stopniu stracił świadomość, odleciał w jakiś fantastyczny, libidynalny sen. Rżną się bez najmniejszych zahamowań, bez wątpliwości, bez jakichkolwiek kłopotliwych myśli. Ich ciała same z siebie zlały się w jedno, jak para kropli deszczu na szybie. Jeśli w ogóle o czymś myśli, to o tym, że jest to kulminacyjny punkt całego życia. Narodziny w Oconomowoc, bal maturalny, polowania na jelenie na Półwyspie Górnym, poligon na wyspie Parris, wszystkie chińskie bijatyki i potyczki, pojedynek z sierżantem Frickiem, wszystko to jest drzewce za ostrzem włóczni.

Gdzieś wyją syreny. Gwałtownie odzyskuje świadomość. Czyżby przez całą noc trzymał Glory opartą o falochron, a ona ściskała go udami w talii? To niemożliwe. W ogóle nie było przypływu.

— Co to takiego? — pyta ona. Ręce ma zaciśnięte na jego szyi. Rozplata je i opuszcza na jego pierś.

Wciąż unosząc ją na rękach splecionych pod nieskazitelnym i ciepłym tyłeczkiem, Shaftoe odsuwa się od skały i odwraca w stronę morza, patrząc na niebo. Widzi włączające się reflektory. I nie jest to hollywoodzka premiera.

— To wojna, kochanie — odpowiada.

Szturmy

Foyer hotelu Manila jest mniej więcej wielkości boiska futbolowego. Pachnie zeszłorocznymi perfumami, egzotycznymi orchideami i sprayem na owady. Przy frontowych drzwiach stoi wykrywacz metali; tak się składa, że od kilku dni mieszka tu premier Zimbabwe. Wysocy Afrykanie w porządnych garniturach stoją tu i ówdzie, grupkami po dwóch, trzech. Stadka nippońskich turystów w bermudach, sandałach i białych skarpetkach gnieżdżą się w miękkich, szerokich i głębokich sofach, cicho oczekując na umówiony sygnał. Filipińskie dzieciaki z wyższych sfer dzierżą walcowate pojemniki po chipsach, jak wodzowie plemion swe berła. W bezpiecznej odległości krąży dystyngowany starszy boy z ręcznym rozpylaczem, spryskując podłogę środkiem owadobójczym. Wchodzi Randall Lawrence Waterhouse, ubrany w turkusową koszulkę polo, z wyszytym logo jednej z tych zbankrutowanych firm high-tech, które założyli wraz z Avim, luźne błękitne dżinsy na szelkach i potężne sportowe buty, niegdyś białe.

Zaraz po przejściu wszystkich formalności na lotnisku zauważył, że Filipiny, podobnie jak Meksyk, są jednym z tych krajów, gdzie Liczą Się Buty. Szybko podbiega do recepcji, żeby zachwycająca młoda dziewczyna w morskiej liberii nie widziała jego stóp. Kilku fagasów wdaje się w żałosną, syzyfową przepychankę wokół jego walizy, która ma wymiary i ciężar dwuszufladowej szafki na akta. Avi powiedział mu: „Nie znajdziesz tam żadnych technicznych książek. Zabierz wszystkie, które mogą się przydać”.

Apartament Randy'ego składa się z sypialni i pokoju dziennego, oba mają ze cztery metry wysokości. Jest jeszcze korytarz z kilkoma szafkami i różnymi urządzeniami sanitarnymi. Całość wyłożono jakimś twardym tropikalnym drewnem, zabarwionym na piękny, kasztanowy kolor, co na północy wyglądałoby ponuro, ale tutaj tworzy przytulny, domowy nastrój. Dwa główne pokoje mają olbrzymie okna. Przy klamkach znajdują się maleńkie tabliczki ostrzegające przed tropikalnymi owadami. Każdy pokój odgrodzony jest od okien wielowarstwowym systemem barier: niesamowicie ciężkie drewniane okiennice, jeżdżące z łoskotem po szynach, jak manewrujące na rozjazdach pociągi towarowe; druga warstwa to pięciocentymetrowe kwadraty z macicy perłowej, oprawne w wypolerowaną drewnianą kratkę, wszystko to przesuwa się na kolejnych szynach; potem firanki i na koniec grube kotary, zawieszone na podzwaniających stalowych prętach.

Zamawia wielką filiżankę kawy, która budzi go na krótko — ledwo zdąża się rozpakować. Jest późne popołudnie. Fioletowe chmury wyłaniają się z otaczających miasto gór z niemal namacalnym rozpędem wulkanicznych lawin błotnych, zamieniając połowę nieba w ciemny mur poprzecinany pionowymi piorunami; ściany pokoju błyskają, jakby pod oknem uwijali się paparazzi. Tam jednak po chodnikach pędzą sprzedawcy żywności z Rizal Park, uciekając przed deszczem, który pada, jak padał od pięciuset lat, na pochyłe, czarne ściany Intramuros. Gdyby nie biegły w linii prostej, można by wziąć je za naturalne dziwo geologiczne: nagie, ciemne wulkaniczne grzbiety wynurzające się z trawy niczym zęby z dziąseł. Mury mają klinowate wycięcia, ponad wyschłą fosą zbiegające się ku dawnym strzelnicom, tak by pola ostrzału poszczególnych dział zachodziły na siebie.

Kiedy mieszkasz w Stanach, nigdy nie widzisz niczego starszego niż dwa, dwa i pół wieku, a i po to musisz pojechać na Wschodnie Wybrzeże. Świat służbowych podróży — lotnisk i taksówek — wszędzie wygląda tak samo. Randy nigdy nie może uwierzyć, że znalazł się w innym kraju, dopóki nie ujrzy czegoś takiego jak Intramuros, a wtedy musi dłuższy czas stać tam jak kretyn i medytować.

W tym samym momencie nad Oceanem Spokojnym w małym, sympatycznym wiktoriańskim miasteczku, leżącym w jednej trzeciej drogi z San Francisco do Los Angeles, zacinają się komputery, znikają z nich ważne pliki, poczta dryfuje w przestrzeń międzygalaktyczną, a wszystko to dlatego, że Randy nie ma ich na oku. Owo miasteczko mieści trzy małe college'e: jeden założony przez stan Kalifornia i dwa założone przez protestanckie odłamy, teraz przeklinane przez większość wykładowców. Wszystkie trzy — Trzej Bracia — stanowią do spółki ośrodek akademicki o średnim znaczeniu. Ich systemy komputerowe są połączone. Wymieniają między sobą studentów i profesorów, a od czasu do czasu urządzają konferencje naukowe. W tej części Kalifornii są plaże, góry, lasy sekwojowe, winnice, pola golfowe i rozległe instytucje penitencjarne. Jest tu też mnóstwo trzy- i czterogwiazdkowych hoteli, a Trzej Bracia dysponują w sumie tyloma aulami i salami, że mogą gościć kilka tysięcy uczestników. Avi zadzwonił jakieś osiem godzin temu, w trakcie poważnej interdyscyplinarnej konferencji: „Środkowa faza (1939-45) walki o panowanie nad światem w XX wieku n.e.”. Trochę to przydługie, pojawił się więc zwięzły pseudonim: „Wojna jako Tekst”. Goście przyjeżdżają z Amsterdamu, Mediolanu i tak dalej. Komitet organizacyjny konferencji, w którym zasiada również Charlene, dziewczyna (właściwie wszystkie objawy wskazują, że była dziewczyna) Randy'ego, kazał pewnemu artyście z San Francisco namalować plakat. Artysta zaczął od czarno-białego, półtonowego zdjęcia przedstawiającego wymizerowanego żołnierza piechoty z II wojny światowej, z papierosem zwisającym z kącika ust. Przepuścił je przez ksero, rozlewając kropki rastra w grube plamy, jak przeżute przez psa gumowe piłeczki, potem poddał jeszcze innym zniekształceniom, aż otrzymał postrzępiony, agresywny, wyrazisty obraz: blade oczy żołnierza stały się niesamowicie białe. Następnie dodał kilka kolorowych plam: czerwoną szminkę, błękitny cień do powiek oraz kawałek czerwonego paska od stanika, wyłażący spod rozchełstanej koszuli mundurowej.

Zaraz po ukazaniu się plakat zdobył jakąś nagrodę. Napisano o nim w prasie, po czym został przez media okrzyknięty Oficjalnym Przedmiotem Kontrowersji. Pewien przedsiębiorczy dziennikarz zdołał wytropić żołnierza przedstawionego na oryginalnej fotografii — obwieszonego orderami weterana i starego ślusarza, który, jak się okazało, nie tylko cieszy się znakomitym zdrowiem, ale od czasu gdy rak zabrał mu żonę, objeżdża Południe swą półciężarówka, pomagając przy odbudowie podpalonych przez pijanych świrów murzyńskich kościołów.

Artysta, który zaprojektował plakat, wyznał potem, że po prostu skopiował go z książki i nie starał się nawet o uzyskanie jakiegokolwiek pozwolenia — wszakże sama idea otrzymywania pozwoleń na wykorzystanie pracy innych ludzi jest błędna, ponieważ wszystkie dzieła sztuki są wtórne. Najdrożsi prawnicy, jak bombowce nurkujące, zlecieli się na małe miasteczko, gdzie na dachu murzyńskiego kościoła siedział gniewny weteran z gębą pełną gwoździ, wbijając je w laminowaną sklejkę i pomrukując „bez komentarza” w kierunku hordy reporterów na trawniku na dole. Po wielu naradach w sali miejscowego Holiday Inn weteran wyszedł w towarzystwie jednego z pięciu najsłynniejszych adwokatów na świecie i oznajmił, że wnosi pozew przeciwko Trzem Braciom; jeśli przegrają, zamienią się w dymiącą dziurę w skorupie ziemskiej. Obiecał podzielić odszkodowanie pomiędzy murzyńskie kościoły oraz różne stowarzyszenia inwalidów wojennych i badaczy raka piersi.

Komitet organizacyjny wycofał plakat. Spowodowało to pojawienie się w Internecie, na stronach www, tysiąca nielegalnych kopii, i w ogóle zwróciło nań uwagę milionów ludzi, którzy w innym razie wcale by go nie zauważyli. Podali do sądu artystę; ten miał mniej więcej tysiąc dolarów i długi (przeważnie kredyty studenckie) opiewające na sześćdziesiąt dziewięć tysięcy.

Wszystko to stało się, zanim jeszcze rozpoczęła się konferencja. Randy wiedział o tym tylko dlatego, że Charlene wrobiła go w zapewnienie konferencji obsługi komputerowej, czyli wykonanie witryny internetowej i udostępnienie gościom poczty elektronicznej. Kiedy informacje ukazały się w gazetach, poczta napłynęła szeroką strugą, szybko zapychając linie i zapełniając zainstalowane przez Randy'ego w ciągu ostatniego miesiąca dyski.

Poczęli napływać uczestnicy. Większość zdaje się nocowała w domu, gdzie od siedmiu lat mieszkali Randy i Charlene. Dom był wielki, stary i wiktoriański, miejsca było więc w bród. Zjawiali się goście z Heidelbergu, Paryża, Berkeley, Bostonu, siadali wokół ich kuchennego stołu, popijali kawę i gadali o Spektaklu. Randy wywnioskował, że chodzi o tę aferę z plakatem, ale kiedy mówili dalej i dalej, wyczuł, że nie używają tego słowa w zwykłym znaczeniu, lecz jakimś slangowym, akademickim, i że zawiera ono wiele podtekstów i konotacji, których nigdy nie zrozumie, jeśli nie zostanie jednym z nich.

Dla Charlene i pozostałych uczestników konferencji „Wojna jako Tekst” było oczywiste, że podający ich do sądu weteran jest najgorszym typem człowieka — właśnie takim, jakiego na swych spotkaniach wyszydzali, palili jego kukły i nurzali w popiołach posthistorycznej dyskusji. Randy spędzał wśród nich wiele czasu i trochę się przyzwyczaił, ale głowa pękała mu od zaciskania zębów. Ciągle zrywał się na równe nogi pośrodku posiłków czy rozmów i wychodził na samotne spacery. Robił to po części dlatego, żeby nie chlapnąć czegoś niedyplomatycznego, po części zaś był to dziecinny i bezowocny sposób na przyciągnięcie uwagi Charlene.

Od samego początku wiedział, że historia z plakatem będzie totalną katastrofą. Ciągle ostrzegał Charlene i resztę. Słuchali go z absolutnym spokojem, jakby był badanym pacjentem po przeciwnej stronie weneckiego lustra.

Randy zmusza się do czuwania, dopóki nie zapadnie ciemność. Potem przez kilka godzin leży w łóżku i usiłuje zasnąć. Terminal kontenerowy jest niedaleko, na północ od hotelu, toteż przez całą noc bulwar Rizal, biegnący tuż pod hiszpańskim murem, jest dokładnie zakorkowany ciężarówkami wiozącymi kontenery. Całe miasto zmieniło się w jeden wielki silnik spalinowy. Chyba ma więcej tłoków i rur wydechowych niż reszta świata. Nawet o drugiej w nocy pozornie nieporuszona masa hotelu drży i grzechocze od wylewającej się z silników energii sejsmicznej. Hałas włącza alarm w jednym z samochodów na parkingu. Później odpalają kolejne alarmy i tak dalej. Randy'ego budzi nie tyle samo wycie, ile totalny idiotyzm takiej reakcji łańcuchowej. Jest to lekcja przykładowa: rodzaj koszmarnego, lawinowego popieprzenia się techniki, przez które hakerzy nie śpią, nawet jeśli nie słyszą objawów.

Otwiera schłodzonego heinekena, staje przy oknie i patrzy. Ciężarówki ozdabiają piękne choinki z wielobarwnych żarówek — choć nie tak jaskrawe jak te na jeepneyach — filipińskich mikrobusach — uwijających się i zygzakujących między nimi. Widok tak wielu czuwających i pracujących ludzi sprawia, że odechciewa mu się spać.

Jest zbyt zamulony przesunięciem stref czasowych, żeby zrobić coś, co wymaga myślenia — ale jest pewna bezmyślna czynność, którą może się zająć. Ekran, idealny prostokąt koloru rozcieńczonego mleka o skandynawskim świcie, zdaje się lewitować pośrodku ciemnego pokoju. Światło dobywa się z małych jarzeniówek uwięzionych w poliwęglanowej trumnie wyświetlacza. Może się wydostać tylko przez skierowaną w stronę Randy'ego szybkę, w całości pokrytą małymi tranzystorami ułożonymi w siatkę; mogą one zatrzymywać lub przepuszczać fotony — wszystkie lub tylko te o konkretnej długości fali, rozbijając białe światło na barwy. Włączając je i wyłączając według określonego planu, można przekazać Randy'emu Waterhouse'owi pewną treść. Przejmując na kilka godzin kontrolę nad tymi tranzystorami, dobry filmowiec mógłby opowiedzieć mu całą fabułę.

Niestety, po świecie pałęta się o wiele więcej laptopów niż wartych uwagi reżyserów. Kontrola nad tranzystorami prawie nigdy nie trafia w ręce człowieka. Na ogół steruje nimi oprogramowanie. Kiedyś fascynowało Randy'ego, lecz teraz już nie. Wystarczająco trudno jest znaleźć fascynujących ludzi.

Pojawia się piramida i oko. Randy spędza teraz z Ordo tyle czasu, że kazał swojemu komputerowi uruchamiać go automatycznie.

Dzisiaj Randy ma dla laptopa tylko jedno zadanie: nawiązanie łączności z innymi ludźmi przez e-mail. Kiedy koresponduje z Avim, musi używać Ordo — narzędzia zamieniającego jego pomysły w strumienie bitów niemal nieodróżnialne od białego szumu, które można wysłać do Aviego z zachowaniem poufności. Obecnie jedyne aktywa firmy Epiphyte stanowi informacja — pomysły poparte pewną liczbą faktów i danych. Można ją więc ukraść. Dlatego szyfrowanie ma sens. Pytanie brzmi: ile paranoi to w sam raz?

Avi przysyła mu zaszyfrowaną pocztę:

Kiedy przyjedziesz do Manili, chciałbym, żebyś wygenerował 4096-bitową parę kluczy i zapisał ją na dyskietce. Masz ją cały czas nosić przy sobie. Nie trzymaj klucza na twardym dysku. Pod twoją nieobecność każdy może włamać się do pokoju i ukraść klucz.

Randy rozwija więc menu i wybiera pozycję „Nowy klucz”.

Wyskakuje okienko zawierające kilka możliwych długości klucza: 768, 1024, 2048, 3072 oraz Własną. Wybiera tę ostatnią opcję i ze znużeniem wpisuje 4096.

Nawet złamanie 768-bitowego klucza wymaga potężnych zasobów. Dodaj jeden bit — otrzymasz 769 — a stanie się to dwa razy trudniejsze. Klucz 770-bitowy jest z kolei dwa razy trudniejszy, i tak dalej. Użycie 768-bitowego klucza utajniłoby ich wiadomości przynajmniej na kilka dobrych lat prawie przed wszystkimi instytucjami na świecie, a złamanie klucza 1024-bitowego stanowi już gigantyczną trudność.

Niektórzy używają nawet kluczy 2048- lub 3072-bitowych. Takie powstrzymają najlepszych łamaczy kodów na świecie na czas mierzony jednostkami astronomicznymi, pod warunkiem że nie powstaną technologie rodem z innego świata, na przykład komputery kwantowe. Większość programów szyfrujących, nawet tych napisanych przez mających hopla na punkcie poufności ekspertów od kryptografii, nie obsługuje dłuższych kluczy. Ale Avi upiera się, żeby korzystać z Ordo, uważanego zresztą za najlepszy pakiet do szyfrowania na świecie, ponieważ pozwala on na wybór dowolnej długości klucza — nieograniczonej, jeśli tylko możesz odpowiednio długo poczekać na zmielenie przezeń odpowiedniej liczby cyferek.

Randy zaczyna pisać. Nawet nie patrzy na ekran; gapi się przez okno na światła ciężarówek i jeepneyów. Leniwie klepie w klawiaturę jedną ręką.

Wewnątrz komputera znajduje się dokładny zegar. Gdy Randy uderza w klawisz, Ordo zapamiętuje aktualny czas z dokładnością do mikrosekund. Jeden wciska o 3.05.56.935788, drugi o 3.05.57.290664, czyli o 0,354876 sekundy później. Kolejny — po następnych 0,372307 sekundy. Ordo zapamiętuje wszystkie te odstępy czasowe i odrzuca najbardziej znaczące cyfry (w tym przykładzie 35 i 37), ponieważ one będą wykazywać największą regularność.

Ordo pragnie losowości. Interesują go tylko najmniej znaczące cyfry, powiedzmy — 76 i 07 na końcu tych liczb. Potrzebuje mnóstwa liczb bardzo, bardzo losowych. Bierze te z grubsza losowe wartości, przepuszcza przez funkcje mieszające, które sprawiają, że stają się jeszcze bardziej losowe i poddaje je testom statystycznym, by sprawdzić, czy nie zawierają ukrytych prawidłowości. Ordo ma niebotycznie wysokie normy dotyczące losowości; dopóki zaś nie zostaną spełnione, wciąż każe Randy'emu łomotać w klawiaturę.

Trwa to tym dłużej, im dłuższy klucz chcesz wygenerować. Randy próbuje wygenerować potwornie długi. W zaszyfrowanej wiadomości do Aviego zauważył, że jeśliby wykorzystać do budowy jednego kosmicznego superkomputera wszystkie cząsteczki wszechświata i gdyby tego superkomputera użyć do złamania 4096-bitowego klucza, to i tak potrwałoby to dłużej niż czas istnienia świata.

— Przy dzisiejszym stanie techniki to prawda — broni się Avi. — Jednak jak pojawią się kwantowe komputery… Albo nowe techniki matematyczne, ułatwiające faktoryzację dużych liczb pierwszych…

— Na jak długo chcesz utajnić te wiadomości? — zapytał Randy w ostatnim e-mailu wysłanym z San Francisco. — Na pięć lat? Dziesięć? Dwadzieścia pięć?

Zaraz po wejściu do hotelu odszyfrował i przeczytał odpowiedź Aviego. Wciąż wisi mu przed oczyma jak utrwalony błyskiem powidok:

Pragnę, żeby pozostały tajne tak długo, jak długo ludzie będą zdolni do wyrządzania zła.

Wreszcie komputer wydaje sygnał dźwiękowy. Randy pozwala dłoni odpocząć. Ordo grzecznie uprzedza go, że przez chwilę będzie zajęty i zabiera się do pracy. Przeszukuje kosmos liczb, rozglądając się za dwiema wielkimi liczbami pierwszymi, które pomnożone przez siebie dadzą wynik długości 4096 bitów.

Jeśli chcesz, by twoje sekrety pozostały tajne dłużej, niż będziesz żył, przy wybieraniu długości klucza musisz być futurologiem. Musisz ocenić, ile razy szybsze komputery powstaną w ciągu tego czasu. Musisz także wziąć pod uwagę politykę. Albowiem jeśli cały świat stanie się państwem policyjnym z obsesją na punkcie odkrywania starych tajemnic, może skierować znaczne siły do rozwiązania problemu faktoryzacji — rozkładu na czynniki — dużych liczb pierwszych.

Zatem długość używanego przez ciebie klucza też jest czymś w rodzaju kodu. Gdyby zorientowany w temacie rządowy podsłuchiwacz zauważył, że Randy i Avi używają 4096-bitowego klucza, wyciągnąłby takie wnioski:

1. Avi nie wie, o co chodzi. Ten wniosek można obalić, zbadawszy pokrótce dotychczasowe osiągnięcia Aviego.

2. Avi jest klinicznym paranoikiem. To również można obalić po drobnym wywiadzie.

3. Avi jest nadmiernym optymistą, jeżeli chodzi o przyszły rozwój technologii komputerowych, bądź też pesymistą, jeżeli chodzi o klimat polityczny.

4. Avi planuje posunięcia co najmniej sto lat naprzód.

Kiedy komputer przelatuje przez liczbowy wszechświat, Randy przechadza się po pokoju. Kontenery na tych wszystkich ciężarówkach noszą takie same znaki firmowe jak w południowym Seattle, kiedy rozładowywano tam statek. Randy odczuwa dziwną satysfakcję, jakby wykonując ten wariacki skok przez ocean, wprowadził do swego życia nowy rodzaj symetrii. Przyjechał z kraju, gdzie produkty są konsumowane, do kraju, gdzie są produkowane, z kraju, gdzie onanizm został wyniesiony na ołtarze przez najwyższe warstwy społeczne, do kraju, gdzie samochody mają w oknach nalepki „Stop antykoncepcji!”. I wydaje mu się to dziwnie właściwe. Ostatni raz czuł się tak, kiedy dwanaście lat temu zakładał z Avim pierwszą, skazaną na klęskę firmę.

Randy dojrzewał w college'u na wschodzie stanu Waszyngton, zrobił dyplom na Uniwersytecie Jerzego Waszyngtona w Seattle i wylądował w bibliotece, a dokładnie w wypożyczalni międzybibliotecznej, jako referent. Jego zadaniem było przetwarzanie rewersów nadchodzących z mniejszych bibliotek, i na odwrót — wysyłanie zamówień gdzie indziej. Gdyby dziewięcioletni Waterhouse mógł zerknąć w przyszłość i ujrzeć siebie w tej roli, byłby w siódmym niebie: głównym narzędziem pracy w wypożyczalni międzybibliotecznej był rozszywacz. W czwartej klasie Randy zobaczył takie narzędzie w rękach nauczyciela, oczarowało go swym pomysłowym i złowrogim kształtem, gdyż przypominało szczęki jakiegoś futurystycznego smoka-robota. Zaczął nawet celowo źle zszywać różne rzeczy, żeby potem prosić nauczyciela o usunięcie zszywek i po raz kolejny podziwiać groźne żuchwy w akcji. Posunął się do tego, że rąbnął rozszywacz z niezamkniętego biurka i wmontował go w erektora — morderczego robota, którym sterroryzował wszystkie dzieciaki z sąsiedztwa; jego wężowa paszcza zniszczyła wiele tanich plastikowych zabawek. Wreszcie kradzież wykryto i Randy musiał przykładnie pojednać się z Bogiem. W wypożyczalni międzybibliotecznej miał w szufladzie nie jeden, lecz kilka rozszywaczy, przy tym do jego obowiązków należało używanie ich codziennie przez godzinę czy dwie.

Ponieważ biblioteka uniwersytecka była dobrze zaopatrzona, czytelnicy nie zamawiali książek z innych bibliotek, chyba że chodziło o pozycje, które zostały ukradzione albo były dość szczególne. Wymiębib (jak pieszczotliwie nazywali wypożyczalnię Randy i jego współpracownicy) miał swoich stałych bywalców — gości, którzy wypisywali na rewersach całe tony szczególnych książek. Byli na ogół męczący, przerażający, albo jedno i drugie. U Randy'ego zwykle lądowali przedstawiciele podgrupy „jedno i drugie” — on jeden nie zamierzał pracować tu dożywotnio. Wydawało się oczywiste, że Randy, po astronomii, ze znakomitą znajomością komputerów, pewnego dnia pójdzie dalej, natomiast jego współpracownicy nie żywią takich ambicji. Miał szerszą sferę zainteresowań i szersze granice tego, co uważał za normalne, przydawało się to zwłaszcza przy niektórych czytelnikach.

Dla wielu i on był męczącym, obsesyjnym, przerażającym typem. Jego obsesją były nie tylko nauki ścisłe, lecz także gry role-playing, czyli fabularne, w scenerii fantasy. Jedynie dlatego mógł znosić przez tyle lat tę głupią pracę, że w czasie wolnym całkiem zajmowało go odgrywanie scenariuszy fantasy o złożoności i głębi gimnastykującej wszystkie podzespoły mózgu, tak wyraźnie marnujące się podczas pracy w Wymiębibie. Należał do grupy, która spotykała się w każdy piątek wieczorem i kończyła grę w niedzielę. Innymi filarami tej grupy byli: Chester, studiujący na dwóch fakultetach — muzyce i informatyce, oraz Avi, kończący historię.

Kiedy pewnego dnia w Wymiębibie pojawił się nowy magistrant Andrew Loeb i wyciągnął ze złachmanionego plecaka dziesięciocentymetrowy stos precyzyjnie wypisanych na maszynie rewersów, natychmiast został rozpoznany jako pewien typ klienta i skierowany do Randy'ego Waterhouse'a. Te dwa umysły nawiązały kontakt w jednej chwili, choć Randy w pełni zdał sobie z tego sprawę dopiero wtedy, gdy z sali pocztowej zaczęły przyjeżdżać zamówione przez Loeba książki.

Celem pracy Andy'ego Loeba było ustalenie budżetów ekonomicznych miejscowych szczepów Indian. Aby zachować temperaturę ciała i podtrzymywać oddychanie, ludzkie ciało musi zużywać pewną ilość energii. Wartość ta rośnie, kiedy robi się zimno albo rzeczone ciało wykonuje jakąś pracę. Jedynym sposobem uzyskania tej energii jest pobranie go z pokarmu. Niektóre produkty mają większą wartość energetyczną niż inne. Na przykład pstrąg jest bardzo pożywny, ale tak ubogi w tłuszcz i węglowodany, że spożywając go trzy razy dziennie, można umrzeć z głodu. Inne substancje mogą dawać więcej energii, lecz ich zdobycie i przygotowanie może wymagać jej tyle, że z kalorycznego punktu widzenia jest to nieopłacalne. Andy Loeb próbował ustalić, co w przeszłości jadły pewne szczepy północno-zachodnich Indian, ile energii zużywały na zdobycie tego prowiantu i ile dawał on im energii. Chciał przeprowadzić te obliczenia dla Indian nadbrzeżnych, jak Salisze (z łatwym dostępem do owoców morza) i Cayuse (niemający takowego), w ramach jakiegoś niesłychanie zawiłego planu porównania ich względnych standardów życia oraz wpływu owych standardów na kulturę (nadmorskie plemiona tworzyły niezwykle misterne dzieła sztuki, śródlądowe zaś od czasu do czasu maznęły coś na skale).

Dla Andy'ego było to ćwiczenie w ramach stypendium z metahistorii. Dla Randy'ego brzmiało to jak początek niesamowitej gry. Złapiesz szczura piżmowego, dostaniesz 136 Punktów Energii. Nie złapiesz — temperatura rdzenia znowu ci spadnie o jeden stopień.

Andy był piekielnie metodyczny: po prostu wyszukiwał wszystkie książki na dany temat, jakie kiedykolwiek powstały, potem wszystkie wspomniane w bibliografiach tamtych książek, no pewnie, i tak przez cztery czy pięć poziomów; sprawdzał, czy wszystkie są dostępne na miejscu, a pozostałe zamawiał w Wymiębibie. Te przechodziły przez biurko Randy'ego, który kilka przeczytał, a pozostałe przekartkował. Dowiedział się, ile tłuszczu wielorybiego musieli zjeść polarnicy, żeby nie umrzeć z głodu. Przejrzał dokładne specyfikacje wojskowych żelaznych racji. Niebawem zaczął kserować kluczowe informacje.

W realistycznej grze role-playing należało notować ilość jedzenia zdobywaną przez poszczególne postacie — oraz trudność jego zdobycia. Postacie wędrujące po pustyni Gobi w listopadzie roku 5000 p.n.e. musiały bardziej martwić się żywnością niż, dajmy na to, poruszające się po środkowym Illinois w roku 1950.

Randy nie był pierwszym projektantem gier, który to zauważył. Było kilka niebywale głupich gier, pomijających ów problem; Randy i jego koledzy pogardzali nimi. Te, w których brał udział, i te, które sam zaprojektował, zmuszały do poświęcenia na zdobywanie pożywienia realistycznej ilości czasu. Lecz niełatwo było ustalić, co jest „realistyczne”. Randy, jak większość projektantów, przezwyciężył ten problem, klecąc kilka prymitywnych równań, które po prostu wyssał z palca. Lecz w książkach, artykułach i pracach wypożyczanych przez Andy'ego Loeba znalazł właśnie dane potrzebne do opracowania skomplikowanego, naukowego, opartego na faktach systemu reguł.

Symulowanie wszystkich fizycznych procesów zachodzących w ciele każdej postaci było w ogóle nie do zrobienia, zwłaszcza gdy w grze pojawiały się armie liczące setki tysięcy ludzi. Nawet prostacka symulacja, z kilkoma zmiennymi i prostymi równaniami, robiona „na piechotę” wymagałaby koszmarnych obliczeń. Ale rzecz działa się w połowie lat osiemdziesiątych — komputery osobiste taniały i stawały się wszechobecne. Komputer mógłby automatycznie śledzić dużą bazę danych i mówić, czy dany osobnik jest syty, czy też głoduje. Nie było przeciwwskazań, żeby tego nie skomputeryzować.

Chyba że miałeś, jak Randy Waterhouse, gównianą pracę i nie było cię stać na komputer.

Oczywiście każdy problem można obejść. Uczelnia komputerów miała od cholery. Gdyby Randy załatwił sobie konto na jednym z nich, mógłby tam napisać program i uruchamiać go za darmo.

Na nieszczęście konta były dostępne tylko dla studentów i nauczycieli akademickich. Randy nie był ani jednym, ani drugim.

Na szczęście mniej więcej wtedy zaczął umawiać się ze studentką ostatniego roku o imieniu Charlene.

Jak, do cholery, udało się facetowi o posturze beczki od piwa, pracującemu w ślepym zaułku jako bibliotekarz i spędzającemu cały wolny czas w kompletnie pokręconym środowisku gier role-playing, zadzierzgnąć więź ze zgrabną i niebrzydką studentką sztuk wyzwolonych, w wolnym czasie pływającą kajakiem i chodzącą na zagraniczne filmy? Pewnie polegało to na przyciąganiu przeciwieństw — tak zwany związek komplementarny. Spotkali się oczywiście w Wymiębibie: bardzo inteligentny, ale spokojny i łagodny Randy pomógł bardzo inteligentnej, ale roztrzepanej i kapryśnej Charlene uporządkować stertę rewersów. Powinien od razu się z nią umówić, lecz był zbyt nieśmiały. Druga i trzecia okazja nadarzyła się, gdy zamówione przez nią książki zaczęły się przesączać z sali pocztowej. Tym razem uczynił to. Poszli do kina. Oboje okazali się nie tyle chętni, ile wręcz rozpaczliwie spragnieni. Zanim się zorientowali, Randy już dał Charlene klucz do swego mieszkania, a ona mu hasło do swojego konta w sieci komputerowej. I wszystko było pięknie.

Uniwersytecki system komputerowy był lepszy niż żaden. Ale Randy czuł się upokorzony. Podobnie jak inne poważne akademickie sieci komputerowe, ta pracowała pod kontrolą ciężkiego, przemysłowego systemu operacyjnego zwanego Unix, który miał krzywą uczenia stromą jak Matterhorn, natomiast nie dysponował żadnymi bajerami i ułatwieniami rodem z właśnie wchodzących w modę komputerów osobistych. Randy trochę z niego korzystał na wcześniejszych latach i mniej więcej wiedział, o co chodzi. Ale i tak poświęcił sporo czasu, żeby nauczyć się pisać dobry kod. Już pojawienie się Charlene zmieniło jego życie, a teraz zmiany poszły znacznie dalej: całkiem wypadł z towarzystwa gier fabularnych, przestał chodzić na spotkania Stowarzyszenia Twórczego Anachronizmu i cały wolny czas spędzał albo z kobietą, albo przed ekranem terminalu. I była to, per saldo, chyba zmiana na lepsze. Przy Charlene odkrył nowe rozrywki, jak na przykład ćwiczenia fizyczne albo chodzenie na koncerty. Przy komputerze uczył się czegoś nowego, coś tworzył. Może coś zupełnie bezużytecznego, ale tworzył.

Mnóstwo czasu poświęcał na gadki z Andrew Loebem, on naprawdę robił te rzeczy, do których Randy pisał programy: znikał na kilka dni, wracał zmizerniały i drżący, z rybimi łuskami w brodzie albo zaschniętą posoką pod paznokciami. Pożerał kilka big maców, spał przez całą dobę, a potem spotykał się z Randym w barze (Charlene nie czuła się pewnie, przyjmując go w domu) i ze swadą opowiadał o trudnościach codziennego życia człowieka pierwotnego. Spierali się, czy ludzie pierwotni jedli obrzydliwe części ciała zwierząt, czy też wyrzucali je. Andrew głosował za „tak”, Randy nie zgadzał się — fakt, że byli prymitywni, nie oznaczał przecież, że nie mieli smaku. Andy wypominał mu romantyzm. W końcu, żeby zakończyć dyskusję, wybrali się razem w góry, uzbrojeni tylko w noże i kolekcję wykonanych przez Andy'ego misternych pułapek. W trzecią noc Randy zauważył, że poważnie myśli o zjedzeniu paru owadów. „Czego należało dowieść” — powiedział Andrew.

W każdym razie ukończenie programu zabrało Randy'emu pół roku. Ale efekt podobał się Chesterowi i Aviemu. Randy był umiarkowanie zadowolony, że tak skomplikowana rzecz naprawdę działa, ale nie miał złudzeń co do jej użyteczności. Wręcz zawstydził się, że zmarnował na to tyle czasu i energii umysłowej. Wiedział jednak, że gdyby nie pisał kodu, spędziłby tyle samo czasu, grając w gry albo chodząc w średniowiecznym kostiumie na spotkania Stowarzyszenia Twórczego Anachronizmu. Prawdopodobnie siedzenie przed komputerem wyszło mu na dobre — wypolerowało jego umiejętności programowania, już przedtem całkiem niezłe. Z drugiej strony wszystko to zrobił pod systemem Unix, nadającym się dla naukowców i inżynierów — niezbyt roztropny ruch w epoce, w której wszystkie pieniądze ładowano w komputery osobiste.

Chester i Randy przezwali Aviego „Entuzjastą”, ponieważ naprawdę kochał gry fantasy. Avi zawsze twierdził, że gra pozwala mu zrozumieć, jak rzeczywiście żyło się w dawnych czasach; był też maniakalnym stróżem historycznej autentyczności. I w porządku, wszyscy mieli jakieś głupawe wytłumaczenia, a historyczne obycie Aviego też często się przydawało.

Wkrótce Avi obronił dyplom i znikł. Wypłynął kilka miesięcy później w Minneapolis, gdzie dostał pracę u jednego z głównych wydawców gier role-playing. Zaproponował Randy'emu, że kupi jego program za szokująco dużą sumę tysiąca dolarów plus mały udział w przyszłych zyskach. Randy na podstawie ogólnego opisu przyjął ofertę, poprosił Aviego, by przysłał mu umowę, a potem wyszedł poszukać Andy'ego. Znalazł go na dachu bloku — pichcił tam jakieś rybie flaki w naczyniu z kory brzozowej. Pragnął podzielić się z nim tą rewelacją i odpalić mu jakąś dolę. Wyszła z tego jednak bardzo nieprzyjemna rozmowa, na dodatek prowadzona wśród zimnego, zacinającego deszczu.

Albowiem Andrew potraktował całą sprawę o wiele poważniej niż Randy. Dla Randy'ego był to fuks, szczęśliwy traf. Andrew, syn prawnika, traktował to jak fuzję potężnych korporacji, zadał wiele upierdliwych, szczegółowych pytań na temat kontraktu, który jeszcze nie istniał, a pewnie i po napisaniu zmieściłby się na jednej kartce. Nie zdawał sobie sprawy, że Andrew, zadając tak wiele pytań, na które on nie umie odpowiedzieć, w istocie uzurpuje sobie stanowisko dyrektora zarządzającego. Milcząco zakładał, że są z Randym wspólnikami, co oczywiście nie było prawdą.

Ponadto Andrew nie miał zielonego pojęcia, jak wiele czasu i wysiłku włożył Randy w napisanie tego kodu. Albo (jak później zrozumiał Randy) może i miał. W każdym razie momentalnie założył, że podzielą się po połowie — całkiem niewspółmiernie do wkładu pracy. Innymi słowy, postępował tak, jakby wszystkie jego badania na temat zwyczajów dietetycznych ludzi pierwotnych były częścią przedsięwzięcia, co dawało mu prawo do połowy zysków.

Zanim Randy wykręcił się od dalszej rozmowy, czacha mu dymiła. Przyszedł z własnym punktem widzenia, a pogląd jego adwersarza był najoczywiściej absurdalny; ale po godzinie bicia piany przez Andrew sam zaczął mieć wątpliwości. Po dwóch czy trzech bezsennych nocach postanowił, że odwoła całą transakcję. Nędzne kilkaset dolarów nie było warte tych tortur.

Lecz Andrew (teraz już reprezentowany przez jednego prawnika z firmy ojca) stanowczo zaoponował. Według adwokata stworzyli wspólnie coś mającego wartość ekonomiczną, jeśli zatem Randy zaniecha sprzedania tego po cenie rynkowej, to Andrew traci pieniądze. Wszystko wyglądało jak niewiarygodny kafkowski koszmar; Randy mógł jedynie wycofać się do narożnego stolika w ulubionym pubie, popijać ciemne piwo (często w towarzystwie Chestera) i obserwować rozwój tej fantastycznej psychodramy. Teraz już zdawał sobie sprawę, że dotknęła go osobliwość rodziny Andrew. Okazało się, że jego rodzice kiedyś się rozwiedli, a potem zajadle walczyli o opiekę nad jedynakiem. Mamusia zabrała go, stała się hipiską i przystała do jakiejś sekty w Oregonie. Plotki głosiły, że owa sekta wykorzystuje dzieci seksualnie. Tatuś wynajął prywatnych szpicli do odbicia Andrew, a potem udowadniał swoją miłość, zasypując go dobrami materialnymi. Wywiązała się przewlekła bitwa sądowa, w trakcie której tatuś opłacił jakiegoś podejrzanego psychoterapeutę, by Andrew zahipnotyzował i wydusił z niego poddane wyparciu nieopisanie przerażające wspomnienia.

To tylko streszczenie dziwacznego życia, o którym Randy dowiadywał się tego i owego, w miarę jak mijały lata. Później miał stwierdzić, że życie Andy'ego było dziwacznie fraktalne — to znaczy, że można było wziąć dowolnie mały fragment, dokładnie zbadać — a okazałoby się to równie skomplikowane i cudaczne jak całość.

W każdym razie Randy przypadkiem zaplątał się w to życie i jego dziwactwa. Jeden z bardziej gorliwych cwaniaków w firmie prawniczej ojca Andy'ego postanowił w ramach uprzedzającego ciosu uzyskać kopie wszystkich komputerowych plików Randy'ego, wciąż znajdujących się w uczelnianym systemie. Nie trzeba mówić, że zabrał się do tego bez zbędnych ceregieli, a kiedy uczelnia zaczęła otrzymywać jego ponure pisma, zawiadomiła zarówno adwokata Andy'ego, jak i Randy'ego, że ktokolwiek stworzy komercyjny produkt przy użyciu komputerów uczelni, musi się z nią podzielić zyskiem. Randy zaczął więc otrzymywać listy z pogróżkami nie od jednej, lecz od dwóch grup groźnych prawników. A potem Andy zagroził, że pozwie go do sądu za sprowokowanie całej afery, która zmniejszyła o połowę wartość jego udziałów w przedsięwzięciu!

W końcu, żeby zapobiec dalszym stratom i wydostać się z tarapatów, Randy sam musiał wziąć adwokata. W sumie kosztowało go to prawie pięć tysięcy dolarów. Oprogramowania nigdy nikomu nie sprzedał, bo nie dałoby się: było obciążone taką wadą prawną, że łatwiej poszłaby sprzedaż zardzewiałego garbusa, rozkręconego na części, które ukrył w budach psów obrończych na całym świecie.

Wtedy to pierwszy i jedyny raz w życiu pomyślał o samobójstwie. Niezbyt intensywnie ani poważnie, ale pomyślał.

Kiedy to wszystko się skończyło, Avi wysłał mu odręcznie napisany liścik, następującej treści: „Współpraca z Tobą bardzo mi się podobała. Bardzo chciałbym, abyśmy pozostali przyjaciółmi, a także, w razie nadarzającej się okazji — wspólnikami w interesach”.

Indygo

Pewnego ranka Lawrence Pritchard Waterhouse, i reszta orkiestry, stoi na pokładzie „Nevady”, gra hymn narodowy i przygląda się łopoczącej na maszcie banderze, gdy nagle ze zdumieniem zauważa, że okrąża ich sto dziewięćdziesiąt nieznajomych samolotów. Niektóre lecą poziomo, tuż nad wodą, inne wysoko, nurkując niemal pionowo w dół. Te drugie pędzą tak szybko, że chyba się rozlatują — odpadają od nich jakieś elementy. Aż żal na to patrzeć — jakieś wyjątkowo nieudane manewry. Lecz po pewnym czasie piloci wyprowadzają maszyny z samobójczego lotu nurkowego. Części, które od nich odpadły, lecą gładko i sensownie — nie kręcą się i nie wirują jak jakieś śmieci. Pełno ich wszędzie. Wydają się mierzyć prosto w cumujące okręty. To bardzo niebezpieczne — mogą spaść na kogoś! Lawrence jest wściekły.

Potem na jednym z bardziej odległych okrętów zachodzi jakieś krótkotrwałe zjawisko. Lawrence patrzy na nie. Jest to pierwsza eksplozja w jego życiu, sporo czasu zajmuje mu więc rozpoznanie, co to takiego. Umie grać nawet najtrudniejsze kawałki bez patrzenia na nuty, a „Gwiaździsty sztandar” jest łatwiejszy do zagrania niż zaśpiewania.

Jego rozbiegane oczy ogniskują się nie na miejscu wybuchu, lecz na kilku nadlatujących tuż nad wodą samolotach. Każdy z nich rzuca podłużne, cienkie jajeczko, potem ich stery ogonowe wyraźnie poruszają się — maszyny przelatują nad nimi. Wschodzące słońce świeci prosto przez ich kabiny. Lawrence może dosłownie spojrzeć w oczy jednemu z pilotów. Zauważa, że jest to azjatycki dżentelmen.

Całe ćwiczenia są nadzwyczaj realistyczne — nawet piloci są odpowiedniej rasy, a na okrętach pozorowane eksplozje. Lawrence całym sercem przytakuje. Ostatnio rzeczywiście straszne tu było rozprzężenie.

Pokładem okrętu szarpie potworny wstrząs; nogi uginają mu się, jakby skoczył z trzech metrów na beton. Ale przecież tylko sobie stoi, na równych nogach. Bez sensu.

Orkiestra skończyła hymn narodowy i przygląda się przedstawieniu. Wszędzie rozlegają się syreny i wycie głośników, na „Nevadzie”, na „Arizonie” w sąsiednim basenie, w budynkach na brzegu. Lawrence nie widzi wcale ognia artylerii przeciwlotniczej, nie widzi w powietrzu żadnych samolotów o znajomych sylwetkach. Wciąż tylko wybuchy. Podchodzi do relingu i gapi się na „Arizonę” przez kilka metrów otwartej wody.

Następny nurkujący samolot wypuszcza pocisk, który leci wprost na pokład „Arizony”, a potem, co dziwne, gdzieś znika. Lawrence mruga i widzi w pokładzie otwór idealnie o kształcie bomby; postać w kreskówce Warner Brothers zostawia taki za sobą, uciekając w panice przez coś płaskiego — ścianę lub sufit. Z dziury bucha ogień, a mikrosekundę później cały pokład wybrzusza się, rozpada i zamienia w puchnącą kulę ognia i czerni. Waterhouse ma niejasną świadomość, że bardzo szybko leci na niego dużo odłamków. Są tak wielkie, że czuje, jakby sam wpadał między nie. Zamiera. Przelatują nad nim, obok i przez niego. Straszliwy hałas przewierca mu czaszkę, losowo uderzony akord, dysonans, lecz nie bez pewnej szalonej harmonii. Pominąwszy wartości muzyczne, jest tak cholernie głośny, że niemal go zabija. Zakrywa uszy dłońmi.

Hałas trwa dalej, jak rozżarzone do czerwoności igły wbijając się w bębenki. Piekielne Dzwony. Odwraca się, ucieka, ale hałas podąża za nim. Wokół szyi Lawrence ma szeroki pas, zszyty w pętlę na wysokości krocza, gdzie opiera się na nim kielich. Na kielichu zaś wznosi się środkowa belka glockenspiel, wiszącego przed nim jak puklerz w kształcie liry, z dyndającymi na końcach frędzlami. Zabawne: jeden z frędzli się pali. Ale coś jeszcze jest z instrumentem nie tak. Trudno mu zobaczyć co, ponieważ wciąż coś mu wpada do oczu. Wie tylko, że glockenspiel pochłonął gigantyczny kwant czystej energii, i przeskoczył w niezwykle wysokoenergetyczny stan, którego nigdy dotąd nie osiągnął przez żaden z takich instrumentów: palące się, świecące, jazgoczące i promieniujące monstrum, kometę, archanioła, bryłę płonącej magnezji przyczepioną pasem do jego krocza. Brzęcząca, wibrująca centralna oś przekazuje energię wprost do jego genitaliów, co w innych warunkach byłoby drażniące.

Przez pewien czas wędruje bez celu po pokładzie. Wreszcie musi komuś pomóc w otwarciu luku i zdaje sobie sprawę, że wciąż przyciska ręce do uszu, cały czas, tylko z przerwami na przecieranie oczu. Kiedy odtyka uszy, dzwonienie ustaje. Nie słyszy już samolotów. Pomyślał, że ukryje się pod pokładem, ponieważ groźne rzeczy spadają z nieba, więc lepiej oddzielić się od nich kilkoma solidnymi, ciężkimi blachami, ale większość marynarzy ma dokładnie odwrotny punkt widzenia. Dowiaduje się, że dostali jedną czy dwoma tak zwanymi torpedami i że teraz próbują podnieść ciśnienie pary. Różni oficerowie i podoficerowie, czarni i czerwoni od sadzy i krwi, wciąż kierują go do niezwykle pilnych zadań, których zupełnie nie pojmuje, po części dlatego, że wciąż zatyka uszy dłońmi.

Dopiero po półgodzinie wpada na pomysł pozbycia się glockenspiel, który już tylko przeszkadza. Otrzymał go od marynarki wraz z licznymi poważnymi ostrzeżeniami dotyczącymi konsekwencji zniszczenia instrumentu. Lawrence pamięta o takich rzeczach, odkąd po raz pierwszy pozwolono mu zagrać na organach w West Point. Ale kiedy widzi palącą się i tonącą „Arizonę”, po raz pierwszy w życiu mówi sobie: „A, pies go trącał!” — zdejmuje dzwonki z pasa i rzuca na nie ostatnie spojrzenie — już nigdy w życiu nie tknie takiego instrumentu. Zauważa, że i tak nic z niego nie będzie: kilka płytek jest zgiętych. Odwraca go i widzi, że do niektórych przyspawały się poczerniałe metalowe odłamki. Zwracając uwagę na kierunek wiatru, ciska glockenspiel za burtę, mniej więcej w stronę „Arizony”. Wojskowa lira z osmolonej stali przygrywa tysiącowi marynarzy w swej drodze na spoczynek na dnie portu.

Kiedy znika w plamie płonącej ropy, nadlatuje druga fala samolotów. Wreszcie odzywają się działka przeciwlotnicze i zaczynają sypać pociskami po otoczeniu, niektóre budynki mieszkalne eksplodują. Po ulicach biegają człekokształtne płomienie, ścigane przez ludzi z kocami.

Przez pozostałą część dnia Lawrence Pritchard Waterhouse wraz z resztą marynarki próbuje przejść do porządku dziennego nad faktem, że wiele stalowych płaszczyzn mających z założenia oddzielać od siebie rozmaite substancje (np. paliwo i powietrze) zostało podziurawionych i pali się, podobnie jak wszystko naokoło. Pełno dymu. Pewne elementy, które powinny 1) leżeć poziomo i 2) podpierać ciężkie konstrukcje, już nie spełniają tego zadania.

Mechanikom „Nevady” udaje się podnieść ciśnienie pary w kilku kotłach, kapitan usiłuje więc wyprowadzić okręt z portu. Natychmiast staje się celem wściekłego ataku bombowców nurkujących, które bardzo chętnie zatopiłyby go w kanale, w ten sposób blokując port. Aby temu zapobiec, kapitan kieruje w końcu okręt na mieliznę. Niestety „Nevada” podobnie jak większość innych okrętów wojennych nie jest zaprojektowania do walki w nieruchomej pozycji — dlatego bombowce trafiają ją jeszcze trzy razy. Poranek jest zatem pełen wrażeń. Lawrence stracił instrument i nie bardzo wiadomo, jakie ma obowiązki — spędza więcej czasu, niż powinien na obserwowaniu samolotów i wybuchów. Kiedy na pokład jego okrętu z kaligraficzną precyzją rzucają się fala za falą nippońskie bombowce, kiedy śmietanka amerykańskiej floty staje w płomieniach, wybucha i tonie, niemal nie stawiając oporu, staje się dlań jasne, że jego społeczeństwo będzie musiało raz jeszcze przemyśleć niektóre sprawy.

W pewnej chwili parzy sobie o coś dłoń. Na szczęście to prawa ręka — Waterhouse jest mańkutem. Uświadamia sobie także, że jakiś fragment okrętu próbował go oskalpować. Bardzo lekkie obrażenia, jak na Pearl Harbor — nie zabawia więc zbyt długo w szpitalu. Lekarz ostrzega go, że skóra dłoni może się ściągnąć i ograniczyć zakres ruchów. Dlatego, kiedy nie ma nic innego do roboty, przegrywa sobie kawałki z Kunst der Fuge Bacha. Większość tych melodyjek zaczyna się bardzo prosto; łatwo można sobie wyobrazić, jak w chłodny lipski poranek stary Johann Sebastian siedzi przed klawiaturą, wyciągnięte ze dwa rejestry od fletu blokowego, lewa ręka na kolanach, w kącie gruby kalikant, albo dwóch, pochyla się nad miechami, wszystkie nieszczelności urządzenia posapują cichutko, a prawa dłoń Johanna bez celu przemierza wielki manuał, z jego oszukańczą prostotą, uderzając w spękaną i pożółkłą kość słoniową na klawiszach w poszukiwaniu jakiejś jeszcze niewymyślonej melodii. Lawrence'owi podoba się to: prawą ręką powtarza ruchy Johanna; choć dłoń ma zabandażowaną, klawiaturę zastępuje odwróconą tacą, a muzykę musi sobie pomrukiwać pod nosem. Kiedy zapamiętuje się, jego nogi poczynają poruszać się tam i z powrotem, naciskając klawisze pedału. Wtedy skarżą się' ranni z łóżek obok.

Po kilku dniach wychodzi stamtąd, w samą porę, by wraz z pozostałymi muzykami z „Nevady” stawić się do nowego wojennego przydziału. Dla gości zajmujących się w marynarce kadrami stanowią niezłą zagwozdkę. Ci muzycy byli przecież (z nippońskiego punktu widzenia) całkiem nieprzydatni. A teraz, po 7 grudnia ich okręt nie jest już na chodzie, a większość pogubiła także swe klarnety.

Ale wojna nie polega tylko na ładowaniu pocisków i pociąganiu za spust. Żadna duża instytucja nie zdoła w systematyczny sposób zabijać Nipów, nie wykonując przy tym niewiarygodnej roboty papierkowej. Logicznie rzecz biorąc, goście grający na klarnetach nie będą specjalnie pogardzać taką robotą — przynajmniej nie bardziej niż inni. Zatem Waterhouse i jego koledzy dostają przydział do jakiegoś biura marynarki.

Mieści się ono w budynku, a nie na okręcie. Paru marynarzy śmieje się z pomysłu pracy w budynku i Lawrence oraz kilku innych świeżych rekrutów, aby się nie wyróżniać, przyjęli ten sam stosunek. Lecz właśnie zobaczyli, co dzieje się z okrętem, gdy eksploduje na nim, w nim lub obok niego kilkadziesiąt kilogramów silnych materiałów wybuchowych. Czas zmienić zdanie na temat budynków; Lawrence z kolegami meldują się w nowej jednostce z wysokim morale.

Ich nowy dowódca nie jest taki miły, a jego stosunek do nich zdaje się podzielać cała reszta kadry. Witają ich tu niezbyt serdecznie i niezbyt chętnie. Pracownicy tego budynku nie tylko nie żywią dla nich podziwu — a przecież siedzieli do niedawna na prawdziwym okręcie, znajdowali się bardzo blisko wybuchów, pożarów, itd., i to niespowodowanych rutynowymi pomyłkami podczas manewrów, lecz umyślnym działaniem nieprzyjaciela — ale najwyraźniej nie sądzą, żeby Lawrence z kolegami zasługiwali na powierzenie im tego nowego zadania, jakiekolwiek ono jest.

Z ponurą miną, na pograniczu rozpaczy, dowódca usadza ich byle gdzie. Nie ma wprawdzie wystarczającej liczby biurek, ale każdy znajduje przynajmniej miejsce siedzące przy stole czy ławie. Kadra wykazuje w tym dużą pomysłowość. Jasno widać, że starają się, jak mogą, by wykonać to z pozoru beznadziejne zadanie.

Potem następuje wykład na temat tajności. Bardzo dogłębny wykład. Robią im testy na umiejętność poprawnego wyrzucania rzeczy do kosza. Trwa to ogromnie długo i jest coraz bardziej tajemnicze; nikt nie wyjaśnił im, o co chodzi. Muzycy, z początku trochę wkurzeni chłodnym przyjęciem, zaczynają snuć domysły — w jaką to mianowicie operację wpakowali się teraz.

Wreszcie pewnego ranka zwołują ich do sali wykładowej z najczystszą tablicą, jaką Waterhouse widział w życiu. Ostatnie dni zasiały w nim tyle paranoi, iż podejrzewa, że ta czystość nie jest całkiem przypadkowa: podczas wojny nie należy lekceważyć poprawnego wycierania tablicy.

Usadzają ich w małych krzesełkach z przymocowanymi pulpitami. Pulpity są przeznaczone dla praworęcznych. Lawrence kładzie notatnik na kolanach, prawą dłoń opiera na pulpicie i zaczyna grać temat z Kunst der Fuge, krzywiąc się i pojękując z bólu, gdy poparzona skóra na dłoni rozciąga się i przesuwa wokół kostek.

Ktoś szturcha go w łokieć. Otwiera oczy i widzi, że jest jedyną osobą, która nie wstała. Oficer na pokładzie. Wstaje, a jego osłabiona noga niemal się załamuje. Kiedy w końcu udaje mu się wyprostować, zauważa, że oficer (o ile to w ogóle oficer) jest bez munduru. Zupełnie bez munduru. Nosi szlafrok i pali fajkę. Szlafrok jest doszczętnie wytarty — nie w tym sensie jak szpitalny czy hotelowy szlafrok, od częstego prania. Ten nie był prany od dłuższego czasu, ale za to używany był często. Wytarł się na łokciach, a prawy rękaw jest od spodu całkiem szary i lśniący od grafitu — widocznie dziesiątki tysięcy razy przesuwał się po papierach gęsto zapisanych miękkim ołówkiem. Materiał wygląda na obsypany łupieżem, lecz nie jest to złuszczona skóra głowy; płatki są zbyt duże i zbyt geometryczne: prostokątne i okrągłe konfetti, wycięte odpowiednio z perforowanych kart i taśm. Fajka zgasła wieki temu, a oficer (czy ktokolwiek to jest) nawet nie udaje, że się tym przejął. Po prostu ma w ustach coś do gryzienia i czyni to zajadle, niczym żołnierz z wojny secesyjnej podczas amputacji nogi.

Drugi facet, któremu chciało się wykąpać, ogolić i wbić w mundur, przedstawia Szlafroka jako komandora Szejn-pisze-się-s-c-h-o-e-n, Schoen jednak nie zwraca na niego uwagi. Odwraca się tyłem, ukazując plecy szlafroka, na pośladkach przetarte do przezroczystości, jak damski negliż. Zerkając do notesu, wielkimi literami pisze na tablicy, co następuje:

19 17 17 19 14    20 23 E 19 8     12 16 19 8  3

21  8 25 18 14    18  6 3  E 8     15 18 22 E 11

Gdy na tablicy pojawia się czwarta czy piąta liczba, Waterhouse czuje, jak mu się jeżą włosy na karku. Przy trzeciej grupie nie omieszkał zauważyć, że żadna z liczb nie jest większa niż 26 — tyle liter ma angielski alfabet. Serce bije mu szybciej niż wtedy, gdy nippońskie bomby kreśliły parabole i spadały na unieruchomioną „Nevadę”. Wyciąga z kieszeni ołówek. Nie znalazłszy pod ręką kartki, wypisuje liczby od 1 do 26 na pulpicie.

Facet w szlafroku jeszcze wypisuje ostatnie cyfry, a Lawrence już od dobrej chwili liczy częstotliwość. Kończy ją, gdy Szlafrok mówi coś w rodzaju „dla was może to wyglądać jak bezsensowny ciąg liczb, ale dla nipponskiego oficera marynarki może to znaczyć coś całkiem innego”. Potem nerwowo chichocze, kiwa głową ze smutkiem, zdecydowanie wysuwa szczękę i wypluwa litanię innych nacechowanych emocjami zwrotów — żaden nie wydaje się stosowny do przytoczenia tutaj.

Liczenie częstotliwości polega po prostu na podsumowaniu, ile razy dana liczba pojawia się na tablicy. Wygląda to tak:

1

2

3 | |

4

5

6 |

7

8 | | | |

9

10

11 |

12 |

13

14 | |

15 |

16 |

17 | |

18 | | | | | |

19 | | | |

20 |

21 |

22 |

23 |

24

25 |

26

Najciekawszy w tym jest fakt, że dziesięć symboli (1, 2, 4, 5, 6, 9, 10, 13, 24 i 26) w ogóle nie zostało użytych. Wiadomość zawiera tylko szesnaście różnych liczb. Zakładając, że każda z tych szesnastu reprezentuje jedną i tylko jedna literę alfabetu, wiadomość ma (Lawrence szacuje w pamięci) 111136315345735680000 możliwych znaczeń. To zabawna liczba — zaczyna się od czterech jedynek, kończy czterema zerami. Lawrence chichocze, wyciera nos i leci dalej.

Najczęściej występuje 18. Pewnie jest to litera E{W języku angielskim. W polskim najczęściej występuje A, potem I, E, O, Z, N, W, R, S, Y, C, T, D, M, K, P, Ł, L, U, J, B, G, Ę, Ą, H, Ż, O, S, Ć, F, Ń, Z, V, X, Q. (W angielskim zaś kolejno: E, T, A, O, N, I, S, R, H, L, D, C, U, P, F, M, W, Y, B, G, V, K, X, Q, J, Z); (przyp. tłum.).}. Jeśli podstawi E do wiadomości wszędzie, gdzie widzi 18, to…

Zaraz, zaraz, szczerze mówiąc, trzeba będzie przepisać cały komunikat, zastępując wszystkie osiemnastki literami E, zabierze to trochę czasu, a może zgadł źle i cały wysiłek na nic? Ale jeśli po prostu przestawi swój umysł tak, by postrzegał „18” jako „E” — operacja taka wydaje mu się troszeczkę podobna do wciśnięcia guzika kombinacji w organach — wtedy patrząc na tablicę, ujrzy oczyma wyobraźni coś takiego:

19 17 17 19 14    20 23 E 19 8     12 16 19 8  3

21  8 25  E 14     E  6 3  E 8     15  E 22 E 11

co ma tylko 101033013995066880000 możliwych znaczeń. To też zabawna liczba, z tymi jedynkami i zerami — ale ten zbieg okoliczności jest zupełnie bez znaczenia.

— Nauka o tworzeniu szyfrów nazywa się kryptografią — powiada komandor Schoen — natomiast nauka o ich łamaniu — kryptoanalizą. — Potem wzdycha, widocznie walcząc z kilkoma sprzecznymi uczuciami i z rezygnacją zagłębia się w ćwiczenie obowiązkowe: rozbicie tych terminów na greckie albo łacińskie słowa. (Lawrence nie dba o to; w ogóle nie zwraca uwagi, kątem oka zauważa tylko wypisane wielkimi literami słowo „CRYPTO”).

Ten początek, „19 17 17 19” jest dość szczególny. 19, a także 8 to dwie liczby na liście, zajmujące drugie miejsce pod względem częstotliwości występowania. 17 zaś występuje tylko dwa razy rzadziej. W angielskim raczej nie może być czterech samogłosek ani spółgłosek z rzędu (no, chyba że to jest po niemiecku), więc albo 17 jest samogłoską, a 19 spółgłoską, albo na odwrót. Skoro 19 pojawia się częściej (4 razy), jest bardziej prawdopodobnym kandydatem na samogłoskę niż 17 (pojawiające się tylko dwa razy). Najczęściej pojawiającą się samogłoską po E jest A, zakładając więc, że 19 = A, Waterhouse otrzymuje:

 A 17 17 A 14    20 23 E A 8     12 16  A 8  3

21  8 25 E 14     E  6 3 E 8     15  E 22 E 11

To znów zawęża liczbę kombinacji, do ledwie 841941782922240000. Udało mu się już zredukować dziedzinę rozwiązań o kilka rzędów wielkości!

Schoen tak się teraz rozgadał, że aż się spocił i niemal fizycznie rzuca się na historyczny rys KRYPTOLOGII, jak nazywa się nauka będąca połączeniem kryptografii i kryptoanalizy. Wspomina o Angliku nazwiskiem Wilkins i księdze „Cryptonomicon”, którą dawno temu napisał, ale (być może dlatego, że nie ceni zbyt wysoko inteligencji publiczności) prześlizguje się tylko po tym temacie i przeskakuje bezpośrednio do kodu Paula Revere („jeden” znaczy „lądem”, „dwa” znaczy „morzem”). Puszcza nawet branżowy matematyczny żart, że jest to jedno z najwcześniejszych praktycznych zastosowań notacji dwójkowej. Lawrence śmieje się służbiście, przyciągając pełne wstrętu spojrzenie siedzącego tuż przed nim saksofonisty.

Wcześniej Schoen wspomniał, że wiadomość (w tym zmyślonym scenariuszu, którego celem jest zainteresowanie ćwiczeniem bandy muzyków, zapewne mających matematykę w głębokim poważaniu) jest adresowana do nippońskiego oficera marynarki. W tym kontekście Lawrence nie może nie odgadnąć, że pierwsze słowo to ATTACK. Znaczy to, że 17 to T, 14 — C, a 20 — K. Podstawiwszy te litery, otrzymuje:

 A T  T A C    K 23 E A 8     12 16  A 8  3

21 8 25 E C    E  6 3 E 8     15  E 22 E 11

reszta zaś jest tak oczywista, że nawet nie chce mu się tego pisać. Nie może się powstrzymać: zrywa się na równe nogi. Jest tak podekscytowany, że zapomina o zdrętwiałych nogach i z wielkim rumorem zaczepia o kilka pulpitów najbliższych sąsiadów.

— W czym problem, marynarzu? — pyta oficer w rogu; jeden z tych, którym chciało się włożyć mundur.

— Sir! Wiadomość jest: „Attack Pearl Harbor December Seven{Atak na Pearl Harbor: 7 grudnia (przyp. tłum.).}”, sir! — krzyczy Lawrence i siada. Cały trzęsie się z podniecenia. Znajduje się we władaniu adrenaliny. Mógłby na miejscu zadusić dwudziestu zapaśników sumo.

Komandor Schoen jest całkiem nieporuszony, jedynie raz, bardzo powoli mruga oczami. Odwraca się do jednego ze swych podwładnych, stojącego pod ścianą z rękoma do tyłu i mówi:

— Załatwcie temu tutaj egzemplarz „Cryptonomiconu”. I biurko — jak najbliżej ekspresu do kawy. No i jak już jesteście przy tym, to może awansujcie skurczybyka.

Ta gadka o awansie okazuje się albo wojskowym żartem, albo też kolejnym dowodem umysłowej niestabilności komandora Schoena. Poza tym żartem przez kolejne dziesięć miesięcy historia Waterhouse'a nie jest bardziej skomplikowana niż historia bomby wypuszczonej z nurkującego samolotu. Przeszkody stojące mu na drodze (przebicie się przez „Cryptonomicon”, złamanie Kodu Meteorologicznego Nippońskiego Lotnictwa, szyfru maszynowego marynarki — Corala, Szyfru Bez Nazwy 3A Nippońskiej Floty Transportowej, szyfru Ministerstwa Azji Wschodniej) stawiają mniej więcej tyle oporu, co kolejne pokłady przeżartej przez korniki drewnianej fregaty. Po kilku miesiącach właściwie już pisze nowe rozdziały „Cryptonomiconu”. Mówi się, że to książka, ale to nieprawda. To raczej kompilacja wszystkich papierów i notatek, które w ciągu dwóch lat służby komandora Schoena w Stacji Hypo{„Hypo” to wojskowy sposób wymawiania litery H. Waterhouse, bystry chłopak, dedukuje, że jest co najmniej siedem innych stacji — Alfa, Bravo, Charlie itd. (przyp. aut.).} zdryfowały w pewien róg jego gabinetu. Jest tam wszystko, co komandor wie o łamaniu szyfrów, co równa się wszystkiemu, co o łamaniu szyfrów wiedzą Stany Zjednoczone. Gdyby do pokoju dostała się sprzątaczka i zrobiła trochę porządku, „Cryptonomicon” mógłby natychmiast przestać istnieć. Dlatego korpus oficerów Stacji Hypo opracował rygorystyczne procedury zabraniające jakiegokolwiek sprzątania w całym skrzydle budynku mieszczącym gabinet komandora Schoena. Innymi słowy: wiedzą tyle, by zdawać sobie sprawę, że „Cryptonomicon” jest niezwykle ważny, i są na tyle mądrzy, by podjąć kroki go chroniące. Niektórzy faktycznie zaglądają doń od czasu do czasu, korzystają z zawartych w nim mądrości przy łamaniu nippońskich wiadomości albo nawet całych kryptosystemów. Lecz Waterhouse jest pierwszym człowiekiem na tyle dobrym, by (na początku) wskazać błędy w notatkach Schoena, złożyć (zaraz potem) ten stos papierów w coś przypominającego pracę naukową i (w końcu) uzupełniać go własnymi materiałami.

Pewnego dnia Schoen zabiera go do podziemi i prowadzi długim korytarzem bez okien do strzeżonych przez dwóch wielkich Myrmidonów pancernych drzwi, po to, by ujrzał drugą najfajniejszą rzecz, jaką mają w Pearl Harbor — pokój pełen maszyn firmy Electrical Till Corporation, używanych głównie do zliczania częstotliwości w przechwyconych nippońskich radiogramach.

Jednakże najbardziej niezwykła maszyna{Jeśli tymczasowo założymy, że Alan się myli i ludzkie mózgi nie są maszynami (przyp. aut.).} Stacji Hypo — i najfajniejsza rzecz w Pearl Harbor — kryje się jeszcze głębiej w czeluściach budynku, w pomieszczeniu, które mogłoby uchodzić za bankowy skarbiec, gdyby nie było naszpikowane materiałami wybuchowymi, umożliwiającymi zniszczenie zawartości na wypadek totalnego najazdu Nipów.

Ta maszyna, wykonana przez komandora Schoena, służy do łamania nippońskiego kodu Indygo. Na początku roku 1940 Schoen był zapewne zdrowym na umyśle i zrównoważonym młodzieńcem, któremu na kolana zwalono stos kartek zapisanych liczbami, przechwyconymi przez stacje nasłuchowe wokół oceanu (być może, sądzi Waterhouse, były to Alfa, Bravo, Charlie itd.). Owe liczby stanowiły nippońskie komunikaty, w jakiś sposób zaszyfrowane — poszlaki sugerowały, że przez jakąś maszynę. Lecz absolutnie nic nie było wiadomo o tej maszynie: czy miała tryby, obrotowe przełączniki, czy tablice rozdzielcze, a może wszystkie trzy rzeczy naraz albo jeszcze inny mechanizm, na który biali ludzie do tej pory nie wpadli. Jedyną informacją był fakt nadania, być może nawet niepoprawnie, owych cyfr. Poza tym Schoen nie miał żadnych danych.

A potem, w połowie 1941 roku, w podziemiach Stacji Hypo pojawiła się ta maszyna. Idealnie odszyfrowywała wszystkie komunikaty z Indygo wychwycone przez stacje nasłuchu. Była więc doskonalą funkcjonalną kopią nippońskiej maszyny kodującej Indygo, choć Schoen ani żaden inny Amerykanin w życiu nie widział jej na oczy. Skonstruował ją, patrząc na te sążniste listy liczb losowych i ustalając pewne rzeczy na drodze rozumowania indukcyjnego. Gdzieś po drodze wypalił się psychicznie i zaczął cierpieć na regularne depresje, nachodzące go raz na tydzień czy dwa.

Kiedy Ameryka rzeczywiście wypowiada Japonii wojnę, Schoen siedzi na zwolnieniu i szprycuje się lekami. Waterhouse spędza z nim wtedy cały wolny czas, ponieważ jest pewien, że to, co wydarzyło się w jego głowie, od czasu kiedy dostał szeregi pozornie przypadkowych liczb, do chwili gdy skończył budowę maszyny, jest przykładem procesu niepoliczalnego.

Uprawnienia Waterhouse'a są podwyższane z grubsza co miesiąc, aż wreszcie osiągają najwyższy wyobrażalny poziom (tak mu się przynajmniej wydaje): Ultra/Magie. Angole nazywają Ultra odszyfrowane informacje z niemieckiej maszyny Enigma. Jankesi mówią Magie na informacje z szyfru Indygo. W każdym razie teraz Lawrence ogląda streszczenia dokumentów Ultra/Magie — oprawne tomiszcza z groźnymi, na przemian czarnymi i czerwonymi akapitami na okładce. Paragraf trzeci oznajmia:

NA PODSTAWIE INFORMACJI ZAWARTYCH W NINIEJSZYM DOKUMENCIE NIE WOLNO PODEJMOWAĆ ŻADNYCH DZIAŁAŃ PRZYNOSZĄCYCH JAKIEKOLWIEK KRÓTKOTERMINOWE KORZYŚCI, JEŻELI DZIAŁANIA TE MOGŁYBY SPOWODOWAĆ UJAWNIENIE WROGOWI ISTNIENIA TEGO ŹRÓDŁA INFORMACJI.

To chyba jasne, nie? Lecz Waterhouse nie jest wcale pewien.

…JEŻELI DZIAŁANIA TE MOGŁYBY SPOWODOWAĆ UJAWNIENIE…

Mniej więcej wtedy Lawrence poczynił pewne spostrzeżenie na swój temat. Zauważył, że najlepiej pracuje mu się, kiedy nie jest napalony, czyli dzień lub dwa po ejakulacji. A więc w ramach służby Stanom Zjednoczonym zaczął spędzać mnóstwo czasu w burdelach. Wciąż dostaje żołd muzyka; nie stać go więc aż na tyle pełnych seansów, ogranicza się więc do tak zwanych, eufemistycznie, masaży.

…DZIAŁANIA… MOGŁYBY SPOWODOWAĆ… UJAWNIENIE…

Te słowa uczepiają się go jak tryper. Podczas masażu leży na plecach, zakrywając oczy dłońmi i mruczy do siebie. Coś go martwi. Wie już, że jeśli coś go tak właśnie nurtuje, zwykle niebawem napisze nową pracę. Ale najpierw musi trochę uporządkować myśli.

Wreszcie podczas bitwy o Midway, gdy wraz z kolegami spędza dwadzieścia cztery godziny na dobę między maszynami ETC, odszyfrowując radiogramy Yamamota, mówiąc Nimitzowi, gdzie dokładnie znajduje się flota nippońskiego admirała, wtedy właśnie następuje olśnienie.

Jakie jest prawdopodobieństwo, że Nimitz przypadkowo znajdzie tę flotę? Takie właśnie pytanie musi zadawać sobie Yamamoto.

To pytanie (dziwne, nie?) z dziedziny teorii informacji.

…DZIAŁANIA…

Cóż to jest działanie? Cokolwiek. Coś oczywistego, na przykład zbombardowanie nippońskiej bazy wojskowej. Każdy zgodziłby się, że jest to działanie. Ale działanie to również, na przykład, zmiana kursu lotniskowca o pięć stopni — albo i brak takiej zmiany. Albo wyekspediowanie pod Midway właśnie takich sił, jakich potrzeba do zmiażdżenia nippońskiej floty inwazyjnej. Albo coś dużo mniej dramatycznego, na przykład odwołanie jakiejś operacji. W tym sensie działaniem może być nawet całkowite niedziałanie. Wszystko to może być sensowną reakcją jakiegoś dowódcy na INFORMACJE ZAWARTE W NINIEJSZYM DOKUMENCIE. Lecz każde z tych posunięć może być zauważone przez Nippończyków — zatem każde niesie dla nich pewną informację. Ciekawe, czy oni są dobrzy w ekstrahowaniu informacji z przekazu pełnego szumów? Czy mają swoich Schoenów?

…SPOWODOWAĆ…

A gdyby Nipy zauważyły to? Jaki dokładnie byłby skutek? I w jakich okolicznościach skutkiem byłoby UJAWNIENIE WROGOWI ISTNIENIA TEGO ŹRÓDŁA INFORMACJI?

Gdyby było to takie działanie, które nigdy by się nie zdarzyło, gdyby Amerykanie nie złamali Indygo, wówczas stanowiłoby to dla Nippończyków dowód, że kod został złamany. Ujawniłoby się istnienie źródła — maszyny zbudowanej przez komandora Schoena.

Waterhouse wierzy, że Amerykanie nie będą tak głupi. Ale jeśli posunięcia nie będą tak oczywiste? Co będzie, gdy dane posunięcie będzie jedynie mało prawdopodobne w razie niezłamania kodu przez Amerykanów? Co będzie, jeśli na dłuższą metę Amerykanie będą po prostu mieli za dużo szczęścia?

I jak daleko można się posunąć w takiej grze? Parę obciążonych kości, która za każdym razem daje siedem, można wykryć po kilku rzutach. Trudniej wykryć parę, która daje siedem tylko o jeden procent częściej niż „uczciwa” para kości — trzeba by wykonać znacznie więcej rzutów, by przeciwnikowi cokolwiek udowodnić.

Jeżeli Nipy wciąż będą wpadać w zasadzki — jeżeli ich zasadzki nigdy nie będą się udawać — jeśli ich statki handlowe częściej, niż wynika z prawdopodobieństwa, trafiać będą na amerykańskie okręty podwodne — ile czasu upłynie, zanim się domyśla?

Waterhouse wciąż pisze o tym artykuły i nęka nimi ludzi. Wtem, pewnego dnia, otrzymuje całkiem nowe rozkazy.

Rozkazy przychodzą zaszyfrowane, w grupach po pięć liter wyglądających na losowe, wydrukowane na błękitnej bibułce, zastrzeżonej dla ściśle tajnych depesz. W Waszyngtonie zaszyfrowano je przy użyciu jednorazowego klucza; metoda jest wolna i pracochłonna, ale — teoretycznie — nie do złamania. Waterhouse wie o tym, ponieważ jest jedną z dwóch osób w Pearl Harbor mających uprawnienia, by ją zdeszyfrować. Druga to komandor Schoen, który jest dzisiaj na prochach uspokajających. Oficer dyżurny otwiera odpowiedni sejf i daje mu dzisiejszy klucz jednorazowy — arkusz papieru w kratkę zapełniony piątkowymi grupami liczb. Liczby te wylosowały waszyngtońskie sekretarki, tasując karty lub wyciągając kartki z kapelusza. Stanowią czysty szum. Jeden egzemplarz czystego szumu znajduje się w rękach Waterhouse'a, a drugiego używa osoba, która zaszyfrowała tę wiadomość w Waszyngtonie.

Waterhouse zabiera się do pracy, odejmując szum od tekstu zaszyfrowanego, by otrzymać tekst jawny. Najpierw zauważa, że wiadomość ma całkiem nową klasę: nie Ściśle Tajne, nawet nie Ultra, tylko ULTRA MEGA.

Rozkaz brzmi: po dokładnym zniszczeniu tej wiadomości Lawrence Pritchard Waterhouse ma udać się do Anglii, do Londynu, najszybszym z możliwych środkiem transportu. Udostępnia mu się wszystkie okręty, pociągi, samoloty, a nawet okręty podwodne. Choć przynależy do marynarki, zostanie zaopatrzony w drugi mundur — mundur sił lądowych — na wypadek gdyby to miało uprościć sprawę.

W żadnym razie nie wolno mu tylko dopuścić do sytuacji, w której mógłby zostać przechwycony przez wroga. W pewnym sensie zatem dla Lawrence'a Pritcharda Waterhouse’a wojna się skończyła.

Potomstwo Onana

W grubych ścianach i sufitach hotelu kryje się plątanina rur grubości tunelu pod kanałem La Manche, olbrzymich i niezmierzonych jak Internet. Wydają z siebie stłumione dźwięki sugerujące, że gdzieś w czeluściach hotelu mieszczą się hamownie silników odrzutowych, kuźnie z epoki żelaza, wynędzniali więźniowie pobrzękujący łańcuchami i gniazda wijących się węży. Randy wie, że system nie działa w obiegu zamkniętym — to znaczy, łączy się gdzieś z atmosferą — ponieważ z zewnątrz dostają się słabiutkie zapachy ulicy. Ocenia, że przedostanie się do pokoju zabiera im godzinę. Mieszka tu od kilku tygodni i zapachy te stanowią dlań olfaktoryczny budzik. Zasypia przy woni dieslowskich spalin, ponieważ przepisy drogowe w Manili stanowią, że kontenerowce mogą być rozładowywane tylko w nocy.

Manila jest położona nad ciepłą i nieruchomą zatoką — nieskończonym magazynem wilgoci, a ponieważ powietrze jest ciężkie, nieprzejrzyste i gorące jak szklanka mleka prosto od krowy, kiedy wstaje słońce, zaczyna się żarzyć. Wtedy pieją pułki i dywizje walczących kogutów, uwięzione w prowizorycznych klatkach na każdym dachu, balkonie i podwórku. Budzą się ludzie i zaczynają palić w piecach. Randy'ego budzi zapach węglowego dymu.

Randy Waterhouse jest w nie najgorszej kondycji fizycznej. Jego lekarz powtarza mu rytualnie, że powinien zrzucić dziesięć kilogramów, ale nie bardzo wiadomo, skąd te kilogramy miałyby pochodzić — nie ma ani fałdów tłuszczu, ani mięśnia piwnego. Pewnie są równo rozłożone po jego beczkowatym korpusie. Przynajmniej tak sobie mówi co dzień rano, stając przez lustrem wielkości tablicy reklamowej, w jakie wyposażony jest apartament. W domu Randy'ego i Charlene w Kalifornii prawie nie ma luster; dlatego zdążył zapomnieć, jak wygląda. Teraz widzi, że stał się atawistycznie włochaty, a upstrzona siwymi włosami broda połyskuje. Codziennie próbuje się sprowokować do zgolenia brody. W tropikach najlepiej wystawiać na powietrze jak najwięcej skóry, aby chłodził ją pot.

Pewnego razu, kiedy podejmowali obiadem Aviego z rodziną, Randy próbując wyjaśnić ich wzajemną relację w biznesie, powiedział: „Ja jestem brodą, a Avi to garnitur”. Charlene nie trzeba było więcej. Niedawno skończyła uczoną rozprawę dekonstruującą brody. Celowała w szczególności w brodach północnokalifornijskich informatyków. We wstępie do pracy niby to rozprawiła się z poglądem, że brody są bardziej „naturalne” czy też łatwiejsze w utrzymaniu niż gładko ogolona twarz — dokładniej, zamieściła statystykę wyprodukowaną przez dział badawczo-rozwojowy Gillette, porównującą ilość czasu spędzanego w łazience przez brodatych i niemających brody mężczyzn i dowodzącą, że różnica w czasie nie jest statystycznie znacząca. Randy miał kilka obiekcji co do rzetelności tych danych, Charlene nie miała żadnych. „To wbrew intuicji” — zamknęła spór.

Spieszyła się, by przejść do sedna dyskusji. Pojechała do San Francisco i wydała kilkaset dolców w budzie z pornografią dla fetyszystów golenia. Przez kilka tygodni Randy, wracając wieczorem do domu, nieodmiennie zastawał ją przed telewizorem, z miską popcornu i dyktafonem, oglądającą nagranie brzytwy przesuwającej się po mokrym, namydlonym ciele. Nagrała też parę sążnistych wywiadów z prawdziwymi fetyszystami golenia, którzy detalicznie opisali, jakie uczucie nagości i bezbronności daje im ta czynność i jak podnieca, zwłaszcza gdy świeżo ogolone części ciała są bite lub chłostane. Opracowała też szczegółowe porównanie ikonografii z pornoli dla fetyszystów golenia z reklamami maszynek i kremów nadawanymi w publicznej telewizji w przerwach meczów. Udowodniła, że są one niemal nie do odróżnienia (tam gdzie kupuje się ową pornografię, można kupić także pirackie nagrania reklam sprzętu do golenia).

Wyciągnęła raporty na temat zarostu wśród różnych ludzkich ras. Indianie nie hodowali bród, Azjaci prawie nie, Afrykanie to szczególny przypadek, ponieważ codzienne golenie bardzo podrażnia ich skórę. Napisała więc: „Możliwość hodowania z wyboru obfitych, pełnych bród wydaje się przywilejem przyznanym przez naturę wyłącznie białym mężczyznom”.

Gdy Randy trafił na to zdanie, w jego głowie włączyły się dzwonki alarmowe, klaksony i czerwone światła.

„Lecz to twierdzenie podpada pod kategorię zwodniczych. «Natura» to pojęcie uwarunkowane społecznie, nie zaś obiektywna rzeczywistość [tu mnóstwo przypisów]. W przypadku «natury» pozwalającej na pełny zarost pewnej szczególnej mniejszości — białym mężczyznom z północnej Europy — jest to podwójnie prawdziwe. W strefie klimatycznej, gdzie wyewoluował Homo sapiens, zarost na twarzy nie miał większego znaczenia praktycznego. Wykształcenie podgatunku, w którym samce mają gęste brody, było odpowiedzią ewolucji na chłodny klimat. I to nie klimat podbił w «naturalny» sposób tereny zamieszkiwane przez praczłowieka — to ludzie opanowali tereny o takim klimacie. Ta geograficzna transgresja była zdarzeniem li tylko socjokulturowych, a przeto wynikające z niej cechy przystosowawcze należy umieścić w tej samej kategorii — w tym również wykształcenie zarostu na twarzy”.

Charlene przytoczyła wyniki własnej ankiety, w której zbadała opinię kilkuset kobiet. Wszystkie stwierdziły, iż wolą mężczyzn gładko ogolonych niż szczeciniastych lub brodatych. W skrócie, wykazała, że posiadanie brody jest jeszcze jednym elementem mocno skorelowanym z poglądami seksistowskimi i rasistowskimi, a także z emocjonalną niedostępnością, na którą tak często uskarżają się partnerki białych mężczyzn, zwłaszcza tych zajmujących się technologią.

„Granica pomiędzy osobowością a otoczeniem jest społeczną konwencją. W kulturach Zachodu uważa się ją za ostrą i wyraźną. Broda jest zewnętrznym symbolem tejże granicy i zarazem sposobem stwarzania dystansu. Zgolenie brody (czy też innego zarostu na ciele) ma symbolicznie likwidować ową zaiste cenną granicę oddzielającą człowieka od innych”.

I tak dalej. Recenzenci, ujrzawszy pracę, wpadli niemal w ekstazę i natychmiast skierowali ją do publikacji w poważnym międzynarodowym piśmie. Kilka wybranych zagadnień Charlene zreferuje na konferencji „Wojna jako Tekst”: „Nieogolenie jako symbol w filmach o II wojnie światowej”. Dzięki pracy o brodach trzy renomowane uniwersytety walczą o prawo zatrudnienia Charlene.

Randy nie chce przeprowadzać się na Wschodnie Wybrzeże. Co gorsza, ma brodę; kiedy wychodzi z Charlene, uznawane jest to za potwornie niewłaściwe. Proponował jej, że napisze oświadczenie dla prasy, zawiadamiające, że resztę ciała goli codziennie. Nie rozśmieszyło jej to. Dopiero w połowie drogi przez Ocean Spokojny zrozumiał, że wszystkie jej poczynania były skomplikowanym proroctwem zagłady ich związku.

Teraz zastanawia się nad zgoleniem brody. Mógłby też od razu zabrać się do włosów na czaszce i torsie.

Randy wyrobił sobie nawyk energicznego spacerowania. Według norm cielesnych faszystów, pieniących się w Kalifornii i Seattle, to tylko trochę lepsze niż, powiedzmy, siedzenie przed telewizorem, odpalanie jednego papierosa bez filtra od drugiego i zażeranie się smalcem. Lecz on chodził na spacery z uporem, systematycznie, podczas gdy jego koledzy zapisywali się na najnowsze, najmodniejsze ćwiczenia i zaraz je rzucali. Stał się z tego dumny i nie zrezygnuje ze spacerów tylko dlatego, że akurat mieszka w Manili. Tylko ten cholerny upał. Dobrze byłoby nie mieć włosów.

Z Pierwszego Szturmu na Biznes Randy wyniósł tylko dwie dobre rzeczy. Po pierwsze, odstraszył go skutecznie od wchodzenia w jakikolwiek interes, jeżeli nie ma o nim choć cienia pojęcia. Po drugie, na wiele lat zaprzyjaźnił się z Avim, swym dawnym partnerem od gier, który wykazał się uczciwością i poczuciem humoru.

Za podpowiedzią swego adwokata (w tym momencie będącego także jednym z poważniejszych wierzycieli) Randy ogłosił bankructwo i przeprowadził się z Charlene do środkowej Kalifornii. Ona zrobiła doktorat i wylądowała na jednym z Trzech Braci w roli adiunkta. Randy zapisał się do innego z Braci, chcąc zrobić magisterium z astronomii. Stał się dyplomantem, a dyplomanci nie mieli uczyć się czegokolwiek, lecz ulżyć profesorom w męczących zadaniach, takich jak nauczanie i prowadzenie badań.

W miesiąc potem Randy pomógł jednemu z dyplomantów rozwiązać jakiś trywialny problem z komputerem. Nie minął tydzień, gdy wezwał go dziekan wydziału astronomii i powiedział: „A więc to ty jesteś tym guru od Uniksa”. Wówczas Randy był na tyle głupi, by mu to pochlebiło; powinien zrozumieć, jak złowrogie to słowa.

Trzy lata później opuszczał wydział astronomii bez dyplomu, nie mogąc pochwalić się niczym oprócz sześciuset dolarów na koncie i niesamowitą wiedzą na temat systemu Unix. Później miał obliczyć, że przy obowiązujących obecnie stawkach dla programistów, wydział wyciągnął zeń jakieś ćwierć miliona dolarów, dając w zamian niecałe dwadzieścia tysięcy. Jedyna pociecha w tym, że ta wiedza nie wydawała się już tak bezużyteczna. Astronomia stała się bardzo sieciową dyscypliną: można było sterować teleskopem na innym kontynencie albo i na orbicie, po prostu wklepując polecenia z klawiatury, a obrazy z nich oglądało się na monitorze.

Teraz Randy wiedział wszystko o sieciach. Parę lat temu nic by mu z tego nie przyszło. Nastała jednak epoka aplikacji sieciowych, zaranie World Wide Web. Nie mógł lepiej trafić.

Tymczasem Avi przeniósł się do San Francisco i założył nową firmę, mającą wydobyć gry role-playing z getta maniaków i skierować do masowego odbiorcy. Zatrudnił Randy'ego jako głównego specjalistę od technologii. Randy próbował zwerbować Chestera, ale ten już pracował w firmie software'owej w Seattle. Wynaleźli więc faceta, który robił coś w kilku koncernach zajmujących się grami wideo, potem jeszcze kilku gości od sprzętu i telekomunikacji, po czym zbudowali działający prototyp gry. Z tym na przynętę udali się do Hollywood i znaleźli chętnego do wyłożenia około dziesięciu milionów dolarów. Wynajęli biuro w Gilroy, zapchali je po sufit stacjami graficznymi, zatrudnili całe stado zdolnych programistów, kilku grafików i zabrali się do pracy.

Sześć miesięcy wymieniano ich wśród wschodzących gwiazd Doliny Krzemowej, a nieduża fotografia Randy'ego pojawiła się w magazynie „Time” — w artykule o Siliwood, czyli zacieśniającej się współpracy między Doliną Krzemową a Hollywood. Rok później firma padła i nakryła się nogami.

Była to historia epicka, niewarta opowieści. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych mądrość ludowa głosiła, że guru od technologii z północnej Kalifornii połączą siły z kreatywnymi mózgami południowej, tworząc w połowie drogi zupełnie nową jakość. Pogląd ten miał źródła w naiwnym postrzeganiu Hollywood. Hollywood to zaledwie wyspecjalizowany bank, konsorcjum wielkich finansowych korporacji, wynajmujące talenty — niemal zawsze za stałą stawkę — i polecające im stworzenie produktu, a potem sprzedające ten produkt aż do bólu, na całym świecie, we wszystkich wyobrażalnych mediach. Celem jest znalezienie produktu, który zarabiałby pieniądze do końca świata, jeszcze długo po tym, jak talent został spłacony i odesłany do domu. „Casablanca”, na przykład, wciąż zapełniała fotele, dziesiątki lat po tym, jak Bogart został spłacony i zapalił się na śmierć.

Komputerowcy z Doliny Krzemowej byli, z punktu widzenia Hollywood, szczególnie naiwną formą talentu. Kiedy więc wynalazek osiągnął pewien punkt krytyczny — punkt, w którym można go było z sowitym zyskiem odsprzedać nippońskiemu koncernowi elektronicznemu — inwestorzy błyskawicznie zadali cios. Z pewnością musiał być z pietyzmem zaplanowany. Randy'emu i pozostałym dano wybór; albo odchodzą z firmy i zachowują udziały, wciąż sporo warte, albo zostają — w tym wypadku będą sabotowani przez piątą kolumnę, która zinfiltrowała już kluczowe stanowiska. Jednocześnie wystawieni będą na ataki ich prawników, żądających ich głów za to, że firma ponosi klęskę za klęską.

Niektórzy z założycieli zostali w charakterze dworskich eunuchów. Większość odeszła i sprzedała akcje, ponieważ wyraźnie było widać, że ich kursy już tylko polecą w dół. Transfer technologii do Japonii wypatroszył firmę, a pusta skorupa z czasem wyschła i rozpadła się.

Nawet dzisiaj tamte pomysły wypływają w najdziwniejszych miejscach, na przykład w reklamach nowych konsoli do gier. W Randym zawsze wzbudza to obrzydzenie. Kiedy wszystko zaczęło się pieprzyć, Nippończycy chcieli go zatrudnić; zarobił nawet jakieś pieniądze, latając tam na tydzień czy miesiąc jako konsultant. Lecz ich programiści nie umieli poskładać nowej technologii do kupy, nigdy więc nie wykorzystano jej potencjału.

Na tym Randy zakończył swój Drugi Szturm na Biznes. Wyciągnął zeń kilkaset tysięcy dolarów, z czego większość władował we współdzielony z Charlene dom. Nie chciał posiadać tak wielkiej ilości płynnych pieniędzy, nie ufał sobie; zamrożenie ich w ten sposób dało mu poczucie bezpieczeństwa — jak powrót na własną połowę boiska w jakiejś szalonej, brutalnej grze zespołowej.

Kolejne lata spędził w Trzech Braciach, administrując ich systemem komputerowym. Nie zarabiał wiele, ale też zanadto się nie stresował.

Randy co chwila powtarzał ludziom, bez złości, że są gówno warci. Przy pisaniu programów tylko tak można było coś wskórać. Nikt nie brał tego do siebie.

Banda Charlene zdecydowanie brała to do siebie. Jednak nie irytowało ich samo stwierdzenie, że nie mają racji, lecz niejawne założenie, że ktokolwiek w ogóle mógłby mieć lub nie mieć racji w jakiejkolwiek sprawie. W Ów Wieczór — wieczór z owym znaczącym telefonem od Aviego — Randy uczynił to co zwykle, to znaczy przestał udzielać się w rozmowie. W sensie tolkienowskim — nie endokrynologicznym czy rodem z Królewny Śnieżki — Randy jest krasnoludem{Polskie słowa „karzeł”, „krasnoludek” i „krasnolud” wszystkie odpowiadają angielskiemu „dwarf” (przyp. tłum.).}. Krasnoludowie Tolkiena to krępe, milkliwe, lekko obdarzone magią postaci, przez większość czasu przebywające w mroku, wykuwające cudowne przedmioty, na przykład Pierścienie. To bardzo pomogło Randy'emu w zachowaniu równowagi umysłowej przez wszystkie te lata — myślał o sobie jako o krasnoludzie, który zawiesił na kołku swój topór wojenny i udał się na wycieczkę do Shire, gdzie otaczało go towarzystwo rozdyskutowanych hobbitów (tzn. przyjaciół Charlene). Zdawał sobie doskonale sprawę, że gdyby utknął na uczelni, traktowałby ich słowa jako wielce znaczące. Ale tam, skąd przychodził, od dawna nikt ich poważnie nie brał. Zatem Randy po prostu wycofywał się z rozmowy, popijał wino, spoglądał na ocean i bardzo się starał nie robić nic ostentacyjnego — nie kręcić głową ani nie przewracać oczyma.

A potem wykluł się temat Superautostrady Informacyjnej. Randy poczuł, jak twarze zwracają się ku niemu jak reflektory, promieniując nań niemal odczuwalnym ciepłem.

Parę rzeczy do powiedzenia na temat Superautostrady Informacyjnej miał doktor G.E.B. Kivistik, około pięćdziesięcioletni wykładowca z Yale. Właśnie przyleciał z jakiegoś miejsca, którego nazwa robiła niesamowite wrażenie, kiedy czynił dygresje, specjalnie, by wymienić ją po raz kolejny. Nazwisko miał fińskie, był jednak tak brytyjski, jak tylko może być niebrytyjski anglofil. Oficjalnie przyjechał na konferencję „Wojna jako Tekst”. Naprawdę miał zwerbować Charlene, a naprawdę naprawdę — rżnąć ją, jak podejrzewał Randy. To podejrzenie zresztą pewnie było fałszywe — ale podpowiada nam, jaki pogięty tok myślenia miał w tamtym momencie Randy. Doktor G.E.B. Kivistik wciąż pojawiał się w telewizji. Doktor G.E.B Kivistik wydał parę książek. W skrócie, doktor G.E.B Kivistik promował swoje poglądy zdecydowanego przeciwnika Superautostrady Informacyjnej w takiej ilości czasu antenowego, której nie dostałby nawet człowiek oskarżony o wysadzenie w powietrze przedszkola.

Krasnolud bawiący w Shire prawdopodobnie chodziłby na wiele przyjęć zapełnionych nudnymi, nadętymi hobbitami. Gadałyby coś właśnie w tym stylu. On traktowałby to jako rozrywkę, wiedząc, że w każdej chwili może wrócić do świata rzeczywistego, o wiele większego i bardziej skomplikowanego, niż wyobrażają sobie hobbity, zasiec kilku trolli i przypomnieć sobie, co się w życiu liczy naprawdę.

To właśnie powtarzał sobie Randy. Lecz Owego Wieczoru to nie zadziałało. Po części dlatego, że Kivistik był zbyt rzeczywisty i zbyt wielki jak na hobbita. On i w realnym świecie pewnie był bardziej wpływowy niż Randy. Po części zaś, ponieważ inny małżonek ciała pedagogicznego — Jon, sympatyczny, nieszkodliwy maniak komputerowy — postanowił zmierzyć się z jednym z twierdzeń Kivistika i został z uśmiechem odstrzelony. W powietrzu czuło się krew.

Związek Randy'ego z Charlene zepsuł się, bo Randy chciał mieć dzieci. Dzieci rodzą problemy. Charlene, podobnie jak większość jej przyjaciół, unikała problemów. Problemy to różnice zdań. Różnice zdań z kolei są formą konfliktu. Konflikt, rozgrywany otwarcie i publicznie, jest męskim sposobem interakcji społecznej — fundamentem społeczeństwa patriarchalnego, które sprowadziło na ludzkość standardową litanię straszliwych katastrof. Niemniej Randy zdecydował podejść do Kivistika na sposób patriarchalny.

— Ile slumsów trzeba będzie zrównać z ziemią, żeby zbudować Superautostradę Informacyjną? — rzekł Kivistik. Na tę głęboką myśl wszyscy przy stole z namysłem pokiwali głowami.

Jon wiercił się w krześle, jakby Kivistik właśnie wrzucił mu kostkę lodu za kołnierz.

— Co to znaczy? — zapytał. Uśmiechał się przy tym, usiłując nie być konfliktogennym, patriarchalnym hegemonistą. W odpowiedzi Kivistik podniósł brwi i rozejrzał się po sali, jakby mówiąc: Kto tu zaprosił tego cieniasa? Jon próbował uciec przed skutkami swego taktycznego błędu, Randy natomiast zamknął oczy i starał się nie wzdrygać. Jon jeszcze się nie urodził, kiedy Kivistik już sparringował z naprawdę bystrymi przeciwnikami.

— Nic nie trzeba równać z ziemią. Naprawdę nic — oświadczył.

— No dobrze, ujmę to zatem w ten sposób — szlachetnie odparł Kivistik. Nie miał nic przeciwko spłaszczaniu swych tez na użytek osób pokroju Jona. — Ile wjazdów połączy światowe getta z Superautostradą Informacyjną?

No, teraz wyraził się jaśniej, pomyśleli wszyscy. Punkt dla ciebie, Geb! Nikt już nie spojrzał na Jona, pariasa dyskusji. Jon bezradnie patrzył na Randy'ego, błagając o pomoc.

Jon był hobbitem, który sporo czasu spędził poza Shire, wiedział więc, że Randy jest krasnoludem. A teraz zamierzał spieprzyć mu życie, nawołując, by wskoczył na stół, odrzucił pelerynę i dobył oburęcznego topora.

Usta Randy'ego poruszyły się, zanim zdążył się zastanowić:

— Superautostradą to tylko taka popieprzona metafora! Dajcie sobie z tym spokój!

Zapadła cisza. Wszyscy obecni się wzdrygnęli. Teraz kolacja już oficjalnie zmieniła się w katastrofę. Mogli tylko chwycić się za kostki, wetknąć głowę między kolana i czekać, aż wrak się zatrzyma.

— To nic nie wyjaśnia — rzekł Kivistik. — Wszystko jest metaforą. Słowo „widelec” jest metaforą tego przedmiotu. — Uniósł widelec. — Każde rozumowanie dyskursywne opiera się na metaforach.

— Nie ma usprawiedliwienia na używanie błędnych metafor.

— Błędnych? Błędnych? Kto decyduje, co jest błędne? — powiedział Kivistik, robiąc swą najlepszą minę: sapiącego dyplomanta o opuchniętych powiekach. Po sali przebiegło kilka chichotów; parę osób rozpaczliwie chciało rozładować napięcie.

Randy wiedział, dokąd to zmierza. Kivistik sięgnął po tradycyjnego akademickiego asa w rękawie: wszystko jest względne, to tylko różne punkty widzenia. Goście zaczęli już wdawać się w drobne rozmówki z sąsiadami, gdy wypalił nagle:

— Kto decyduje, co jest błędne? Ja.

Nawet Kivistik się zdenerwował. Nie wiedział, czy Randy żartuje, czy nie.

— Słucham?

Randy nie spieszył się z wyjaśnieniem. Skorzystał z okazji: rozwalił się w fotelu i pociągnął trochę wina. Miał świetny humor.

— Widzi pan — powiedział — czytałem pana książkę. Widziałem pana w telewizji. Słyszałem, co mówił pan dzisiaj. Osobiście przepisywałem listę pana tytułów i publikacji, kiedy przygotowywałem materiały dla prasy. Stąd wiem, że nie ma pan odpowiednich kwalifikacji, by wygłaszać opinie o sprawach technicznych.

— Och jej… — Kivistik udał zmieszanie. — Nie wiedziałem, że trzeba mieć kwalifikacje.

— To chyba jasne. Jeśli o jakiejś sprawie nie ma pan pojęcia, pana zdanie jest kompletnie bezwartościowe. Kiedy jestem chory, nie radzę się hydraulika. Idę do lekarza. I tak samo, jeśli mam pytania dotyczące Internetu, pytam o zdanie ludzi, którzy się na tym znają.

— Ciekawe, że wy wszyscy technokraci tak jesteście za tym Internetem — pogodnie rzucił Kivistik, prowokując śmiechy.

— Właśnie wypowiedział pan zdanie, które jest oczywistą nieprawdą — kulturalnie odparł Randy. — Wielu ekspertów od Internetu napisało książki, w których ostro go krytykują. I sensownie to uzasadniają.

Kivistik zaczynał się wkurzać. Wyparował zeń cały dystans.

— Więc wróćmy do początku: Superautostrada Informacyjna jest błędnym określeniem, bo ja tak twierdzę. Na Ziemi jest może z tysiąc ludzi, którzy orientują się w temacie Internetu tak dobrze jak ja. Większość znam osobiście. Nikt z nich nie bierze tej metafory poważnie. Quod erat demonstrandum.

— Ach, teraz rozumiem — z zaciętą miną powiedział Kivistik. Znalazł lukę. — A więc mamy polegać na technokratach, którzy podyktują nam, co i jak mamy myśleć o tej technologii.

Wyraz pozostałych twarzy zdawał się mówić, że to decydujący, nokautujący cios.

— Nie bardzo wiem, kto to taki, technokrata — rzekł Randy. — Czyż ja jestem technokratą? Jestem facetem, który zaszedł do księgarni, kupił kilka książek o TCP/IP, czyli podstawowym protokole internetowym, i przeczytał je. Potem zasiadłem do komputera, co teraz może zrobić każdy, i bawiłem się nim kilka lat, aż wreszcie wiem o tym wszystko. Czyżby to czyniło mnie technokratą?

— Zanim kupiłeś tę książkę, już należałeś do technokratycznej elity — odparł Kivistik. — Zdolność czytania ze zrozumieniem technicznego tekstu jest przywilejem. Przywilejem nadawanym przez wykształcenie, dostępne jedynie członkom elitarnej kasty. Ich właśnie rozumiem pod pojęciem technokratów.

— Uczyłem się w państwowej szkole — powiedział Randy. — Następnie na stanowym uniwersytecie. A potem uczyłem się sam.

Wtrąciła się Charlene. Od początku dyskusji rzucała mu gniewne spojrzenia, on zaś ją ignorował. Teraz mu się odpłaci.

— A twoi rodzice? — zapytała chłodno.

Randy powstrzymał westchnienie. Zrobił głęboki wdech.

— Ojciec jest inżynierem. Uczy w stanowym college'u.

— A jego ojciec?

— Był matematykiem.

Charlene uniosła brwi. Wszyscy pozostali również. Sprawa zamknięta.

— Stanowczo sprzeciwiam się klasyfikowaniu mnie, etykietowaniu i szufladkowaniu jako technokraty — powiedział Randy, umyślnie korzystając ze słownictwa osób traktowanych opresywnie; może jest to próba pobicia towarzystwa ich własną bronią, ale najpewniej (jak myśli, leżąc w łóżku w Manili, o trzeciej nad ranem) niepowstrzymywalna złośliwość. Niektórzy przy stole nagle spojrzeli nań trzeźwo: etykieta nakazywała współczuć osobom w opresji. Inni dławili się z wściekłości, słysząc, jak te słowa wygłasza oczywisty i osądzony już biały męski technokrata. — Nikt w mojej rodzinie nigdy nie miał ani władzy, ani pieniędzy — dodał.

— Sądzę, że Charlene chodzi o coś innego — powiedział Tomasz, jeden z ich gości. Przyjechał z Pragi, z żoną Niną. Postanowił, że będzie rozjemcą. Przerwał, by rzucić Charlene ciepłe spojrzenie. — Dlatego że miałeś szczęście pochodzić z wykształconej rodziny, jesteś członkiem uprzywilejowanej elity. Nie jesteś tego świadomy — ale członkowie uprzywilejowanych elit rzadko są świadomi własnych przywilejów.

Randy dokończył myśl:

— Chyba że pojawią się ludzie tacy jak ty i wyjaśnią im, jakimi są głupcami, żeby nie powiedzieć — moralnymi bankrutami.

— Właśnie ta fałszywa tożsamość, o której wspomniał Tomasz, powoduje, że zamknięte elity władzy są takie zamknięte.

— No, ja nie czuję się specjalnie zamknięty — powiedział Randy. — Harowałem jak osioł, żeby osiągnąć to, co osiągnąłem.

— Wielu ludzi ciężko pracuje przez całe życie i nic nie osiąga — ktoś rzucił oskarżycielsko. Uwaga! Zaczęły się strzały.

— No cóż, przykro mi bardzo, że nie miałem tego szczęścia, by nic nie osiągnąć — odparł Randy, teraz już trochę rozdrażniony — ale dowiedziałem się, że jeśli ciężko pracujesz, kształcisz się i zastanawiasz nad tym i owym, możesz w tym społeczeństwie żyć.

— Ale to prosto z jakichś dziewiętnastowiecznych opowiastek Horatio Algera! — wypalił Tomasz.

— No i co z tego? Jak idea jest stara, to koniecznie od razu musi być zła? — spytał Randy.

Na końcach stołu uformowała się już grupa szturmowa kelnerów. Uzbrojeni w talerze z daniami, zerkali po sobie, próbując ustalić, czy dałoby się przerwać potyczkę i podać jedzenie. Jeden z nich nagrodził Randy'ego wigwamem ułożonym z kawałków prawie surowego tuńczyka. Wtedy kontrolę nad dyskusją przejął element nastawiony prokonsensusowo i antykonfrontacyjnie, rozbijając rozmówców na kilkanaście małych grupek żywiołowo zgadzających się ze sobą. Jon rzucił Randy'emu wilgotne spojrzenie, jakby pytał: Tobie też to dobrze zrobiło? Charlene zajadle go ignorowała. Dostała się w jedną grupkę konsensusową z Tomaszem. Jego dziewczyna, Nina, próbowała pochwycić spojrzenie Randy'ego, ten jednak unikał jej wzroku, obawiając się, że chce go obdarzyć ognistym, zapraszającym spojrzeniem, a on pragnął tylko wreszcie stąd wyjść. Dziesięć minut później zadzwonił jego pager i wyświetlił numer Aviego.

Pożar

Amerykańska baza w Cavite, podpalona przez Nipów, pali się całkiem elegancko. Bobby Shaftoe i reszta czwartej brygady może się jej dobrze przyjrzeć, kiedy przepływają obok, uciekając w nocy — jak złodzieje. Bobby nigdy się bardziej nie wstydził. Inni marines też. Nipy wylądowały już na Malajach i zmierzają w stronę Singapuru jak uciekający pociąg, oblegają Guam i Wake, i Hongkong, i Bóg wie co jeszcze; powinno być jasne, że Filipiny będą następne. A więc przydałby się tam z pułk zaprawionych w boju chińskich marines.

Lecz MacArthur chyba myśli, że obroni Luzon sam, stojąc na murach Intramuros z coltem.45. Dlatego odpływają. Nie mają pojęcia dokąd. Większość wolałaby wylądować na plażach Nipponu niźli zostać tutaj — na terenie należącym do armii, a nie marynarki.

Kiedy zaczęła się wojna, Bobby Shaftoe najpierw odstawił Glory na łono rodziny.

Altamira mieszkają w Malate, kilka kilometrów na południe od Intramuros i niedaleko miejsca, gdzie Shaftoe właśnie spędził owe pół godzinki sam na sam z Glory. Miasto oszalało, zdobycie dorożki jest niemożliwe. Żołnierze, marines i marynarze wypadają z barów, klubów nocnych i potańcówek, rekwirując pojazdy grupami po cztery czy sześć — pełen obłęd, całkiem jak w sobotnią noc w Szanghaju — jak gdyby wojna toczyła się tuż obok. W końcu Shaftoe musi zanieść Glory do domu, ponieważ jej buty nie nadają się do chodzenia.

Rodzina Altamira jest tak olbrzymia, że mogłaby sama stanowić grupę etniczną. I prawie wszyscy mieszkają w tym samym domu, a właściwie w jednym pokoju. Parę razy Glory próbowała wytłumaczyć Bobby'emu owe koligacje. Shaftoe'ów też jest sporo — większość w Tennessee — ale ich drzewo genealogiczne zmieściłoby się na tamborku do wyszywania. Rodzina Shaftoe jest w porównaniu z rodziną Altamira pojedynczą, osamotnioną sadzonką wobec dżungli. Filipińskie rody są gigantyczne i katolickie, a ponadto połączone ze sobą relacjami ojciec chrzestny-chrześniak jak zwieszającymi się od gałęzi do gałęzi lianami. Glory, gdy ją o to poprosić, chętnie, a nawet z radością opowie o koligacjach rodu Altamira, przez sześć godzin non stop — i będzie to zaledwie ogólny zarys tematu. Mózg Shaftoe'a zawsze wyłącza się po pierwszych trzydziestu sekundach.

Prowadzi ją do domu. Nawet gdy państwo nie jest w stanie wojny z Cesarstwem Nipponu, panuje tam rozpaczliwy rozgardiasz. Pomimo to pojawienie się Glory w chwilę po wybuchu wojny, w dodatku w ramionach żołnierza amerykańskiej piechoty morskiej, robi na rodzinie takie wrażenie, jak materializujący się pośrodku salonu Jezus Chrystus z Matką Boską przerzuconą przez ramię. Kobiety w średnim wieku padają na kolana, jakby ktoś wpuścił do domu gaz musztardowy. Lecz one chcą tylko zakrzyknąć „Alleluja!”. Glory zręcznie staje w swych butach na wysokich obcasach; spływające strugi łez badają regularność jej policzków. Obcałowuje rodzinkę. Choć jest trzecia nad ranem, żadne dziecko nie śpi. Shaftoe spogląda na pluton chłopców w wieku mniej więcej od trzech do dziesięciu lat, uzbrojony w drewniane szable i karabiny. Wszyscy w osłupieniu gapią się na niego i jego szykowny mundur; każdemu mógłby spokojnie wetknąć w rozdziawione usta piłkę baseballową. Kątem oka spostrzega kobietę w średnim wieku, spokrewnioną z Glory jakimiś niesamowicie skomplikowanymi więzami. Już ma na policzku ślady szminki Glory, a teraz zmierza ku niemu kursem na zderzenie, twardo i stanowczo pragnąc go ucałować. Bobby wie, że musi się stąd natychmiast wydostać albo utknie tu na zawsze. Dlatego ignoruje ciotkę i odwzajemniając spojrzenie zdumionych chłopaków, staje na baczność i perfekcyjnie salutuje.

Dzieci odsalutowują, nierówno, ale dumnie. Bobby obraca się na pięcie i wymaszerowuje z pokoju jak tnący powietrze bagnet. Myśli, że jutro, kiedy trochę się uspokoi, znów pojawi się w Malate i złoży wizytę Glory i rodzinie Altamira.

Już nigdy jej nie ujrzy.

Melduje się z powrotem na okręcie i odtąd nie dostaje przepustek na ląd. Udaje mu się jednak pogadać z wujem Jackiem, który przepływa motorówką obok nich; czasu wystarcza na wykrzyczenie do siebie paru zdań. Wuj Jack jest ostatnim manilskim Shaftoe'em — tę gałąź zapoczątkował Nimrod Shaftoe, zaciągnąwszy się do Ochotników z Tennessee. Gdzieś pod Quingua oberwał kulkę w ramię od rebelianckiego strzelca filipińskiego. Kurując się w szpitalu w Manili, Mańkut — tak bowiem zwano Nimroda — stwierdził, że podoba mu się męstwo tych Filipińczyków; po to, by ich zabijać, trzeba było wynaleźć nową klasę absurdalnie potężnej broni ręcznej — colta.45. Ale nie tylko: podobają mu się także oczy ich kobiet. Zaraz zwolnił się ze służby, dowiedziawszy się, że siła nabywcza jego renty inwalidzkiej będzie tu całkiem pokaźna. Założył firmę eksportową nad brzegiem rzeki Pasig, ożenił się z pół-Hiszpanką i spłodził syna (Jacka) i dwie córki. Córki wylądowały w Stanach, w górach stanu Tennessee — kolebce rodu Shaftoe, odkąd w XVII wieku jego członkowie wydostali się z pańszczyźnianych tarapatów. Jack został w Manili i odziedziczył rodzinny interes, choć na zawsze pozostał kawalerem. Jak na Filipiny, ma pokaźne dochody. Zawsze był dziwacznym połączeniem rubasznego kupca morskiego i uperfumowanego eleganta. Jego partnerem w interesach jest pan Pascual; dlatego zna go Bobby; dzięki niemu po raz pierwszy spotkał Glory.

Gdy Bobby Shaftoe powtarza ostatnie plotki, twarz wuja Jacka tężeje. Nikt tutaj nie chce uświadomić sobie, że będą ich okupować Nipy. Powinien odpowiedzieć: „Cholera, to ja stąd spieprzam. Przyślę ci pocztówkę z Australii”. Lecz mówi tak: „Za kilka dni znowu cię odwiedzę”.

Bobby gryzie się w język i nie mówi, że jest przecież żołnierzem piechoty morskiej, kwateruje na okręcie, jest wojna, a marines na okrętach w czasie wojny, jak wiadomo, nie bawią dłużej w jednym miejscu. Stoi, milczy i przygląda się, jak wuj odpływa w swej małej łódeczce, co chwila odwracając się i machając do niego swą elegancką panamą. Koledzy przyglądają mu się z rozbawieniem, ale i podziwem. Nabrzeże roi się od żołnierzy — wszystko, co wojskowe, a niewbetonowane w ziemię, jest ładowane na okręty i wysyłane na Bata'an albo Corregidor. Wuj Jack, wyprostowany, w swym kremowym garniturze i panamie, sprawnie lawiruje wśród ciżby łodzi. Bobby patrzy za nim. W końcu znika za zakrętem, u ujścia rzeki Pasig. Bobby wie, że jest zapewne ostatnim z rodu Shaftoe'ów, który widzi żywego wuja Jacka.

Pomimo wszystkich tych ostrzeżeń jest zaskoczony, gdy odbijają — już po kilku dniach wojny, w środku nocy, bez żadnych pożegnalnych ceremonii. W Manili prawdopodobnie roi się od nippońskich szpiegów, a Nipom nic nie sprawiłoby większej przyjemności niż zatopienie transportowca wypełnionego doświadczonymi żołnierzami piechoty morskiej.

Manila znika w mroku. Świadomość, że od tamtej nocy nie widział Glory, świdruje go jak rozżarzone, wolnoobrotowe wiertło dentystyczne. Ciekaw jest, co tam u niej. Może kiedy wojna trochę się uspokoi, a linie frontu ustabilizują, wykombinuje coś, żeby stacjonować właśnie w tej części świata. MacArthur to stary twardziel i nie da się Nipom tak łatwo. A nawet jeśli odda Filipiny, FDR nie pozwoli wrogom cieszyć się nimi zbyt długo. Przy odrobinie szczęścia Bobby już za sześć miesięcy będzie maszerował Taft Avenue w Manili, w galowym mundurze, może z jedną czy dwoma niegroźnymi ranami wojennymi. Defilada dojdzie do ulicy zamieszkanej, na przestrzeni powiedzmy kilometra, wyłącznie przez rodzinę Altamira. Mniej więcej w połowie drogi tłum rozstąpi się i wybiegnie Glory. Rzuci mu się w ramiona i obsypie pocałunkami. Zaniesie ją na rękach po schodach jakiegoś ładnego kościółka, gdzie już czeka wyszczerzony ksiądz w białej komży…

Wyśniony obraz rozpływa się w pomarańczowej łunie stojącej nad amerykańską bazą w Cavite. Pali się już cały dzień. Właśnie wyleciał w powietrze kolejny zbiornik paliwa. Z odległości wielu kilometrów czuć żar. Bobby Shaftoe siedzi na pokładzie, uzbrojony w kamizelkę ratunkową na wypadek, gdyby ich storpedowano. Przy blasku pożaru spogląda na długi szereg marines w kamizelkach ratunkowych, wpatrzonych w ogień. Na ich spoconych, znużonych twarzach maluje się zdumienie.

Manila leży zaledwie o pół godziny rejsu, ale równie dobrze mogłoby to być milion mil.

Bobby wspomina Nankin i to, co Nipy zrobiły tam z kobietami.

Dawno, dawno temu, było sobie miasto. Zwało się Manila. Mieszkała tam jedna dziewczyna. Jej twarz i imię najlepiej zapomnieć. Bobby Shaftoe zaczyna zapominać, jak umie najlepiej.

Pieszy

„Szanuj pieszego” — mówią znaki drogowe w Manili. Gdy tylko Randy je ujrzał, wiedział, że będzie miał kłopoty.

Przez pierwsze tygodnie w Manili jego praca polegała na chodzeniu pieszo. Łaził po całym mieście z odbiornikiem GPS w ręku, zapisując długości i szerokości geograficzne. W hotelu szyfrował te dane i e-mailował do Aviego. Stawały się intelektualnymi aktywami firmy Epiphyte — ich kapitałem.

Teraz już załatwili sobie prawdziwe biuro. Randy z uporem maniaka drałuje do niego na piechotę. Wie, że gdy pierwszy raz weźmie taksówkę, już nigdy nie będzie chodził.

SZANUJ PIESZEGO — mówią tablice, ale kierowcy, tubylcy i całe otoczenie kierują się zwyczajami; sama topografia miejsca sprzysięgła się, by traktować pieszego z niechęcią, na którą zasługuje. Randy byłby traktowany z większym szacunkiem, gdyby skakał do pracy na szczudle ze sprężyną, a na głowie miał czapeczkę ze śmigiełkiem. Codziennie rano boje pytają go, czy chce taksówkę, i prawie mdleją, gdy odpowiada, że nie. Codziennie rano oparci o swe wozy taksówkarze wołają za nim: „Taxi? Taxi?” — a kiedy odmawia, wymieniają po tagalsku kąśliwe uwagi i ryczą ze śmiechu.

Na wypadek gdyby Randy jeszcze nie zrozumiał aluzji, nad Rizal Park przelatuje nowiutki czerwono-biały helikopter, okręca się raz czy dwa jak pies moszczący legowisko i ląduje wśród drzew palmowych przed samym hotelem.

Randy przyzwyczaił się, że idzie do Intramuros na skróty, przez Rizal Park. Nie jest to jednak najkrótsza droga. Najkrótsza wiedzie przez ziemię niczyją: olbrzymie, niebezpieczne skrzyżowanie, obramowane lepiankami bezdomnych (niebezpieczeństwo stanowią samochody, a nie bezdomni). Z drugiej strony, idąc przez park, cały czas trzeba się opędzać od kurew. Ale Randy już się nauczył. Dla nich to nie do pomyślenia, by facet, którego stać na hotel Manila, z własnej woli chodził na piechotę, uznały go więc za wariata i zrezygnowały. Przeniósł się w domenę rzeczy irracjonalnych, nad którymi przechodzi się do porządku dziennego, a na Filipinach jest takich niemal nieskończenie wiele.

Randy nie miał pojęcia, czemu tu tak śmierdzi, aż trafił na wielką, idealnie prostokątną dziurę w chodniku i wpatrzył się w płynącą pod spodem rzekę ścieków. Chodniki to tylko pokrywy na kanałach ściekowych. Dostęp do otchłani zapewniają betonowe płyty z żelaznymi uszami do podnoszenia. Włóczędzy przyczepiają do nich druciane uprzęże, żeby je unieść. Powstaje wtedy publiczna toaleta. Często mają wyryte inicjały, nazwę brygady lub znaki graficzne ludzi, którzy je wyprodukowali — ich umiejętności i przywiązanie do szczegółów są różne, ale esprit de corps mają wysoki.

Do Intramuros prowadzi tylko kilka bram. Randy musi przetrzymać napastliwość dorożkarzy — niektórzy z nich nie mają nic lepszego do roboty, niż jechać za nim przez kwadrans, pomrukując: „Sir? Sir? Taxi? Taxi?”. Zwłaszcza jeden z nich jest najbardziej zatwardziałym kapitalistą, jakiego Randy kiedykolwiek widział. Za każdym razem, gdy jedzie równolegle z nim, z brzucha konia dobywa się strumień moczu, z sykiem i parą strzelający w bruk. Maleńkie komety uryny trafiają na nogawki spodni Randy'ego. Zawsze nosi długie spodnie, nawet w największy upał.

Intramuros jest okolicą dziwnie cichą i opustoszałą. Głównie dlatego, że podczas wojny zostało zrujnowane i do tej pory go nie „odrujnowano”. Dominują tu obszary gęsto porośnięte chwastami, co bardzo dziwnie wygląda w samym centrum wielkiego, zatłoczonego miasta.

Kilka kilometrów na południe, w stronę lotniska, pomiędzy ładnymi przedmieściami leży Makati. Logicznie rzecz biorą, firma Epiphyte powinna ulokować się właśnie tam. W każdym kwartale stoi tam kilka olbrzymich pięciogwiazdkowych hoteli, czystych i ładnych wysokich biurowców oraz nowoczesnych apartamentowców. Lecz Avi ze swym zboczonym gustem do nieruchomości zdecydował się poświęcić to wszystko na rzecz czegoś, co opisał przez telefon jako „charakter”. Powiedział: „Nie lubię wynajmować ani kupować nieruchomości, kiedy ich ceny są w szczycie”.

Zrozumieć motywy Aviego to jak obrać cebulę jedną chińską pałeczką. Randy wie, że kryje się za tym więcej: może winien jest przysługę tutejszemu właścicielowi biur do wynajęcia. A może przeczytał poradnik jakiegoś guru od zarządzania, który radzi młodym przedsiębiorcom zanurzyć się głęboko w miejscowej kulturze. Ale Avi nigdy nie przepadał za guru. Najnowsza teoria Randy'ego mówi, że motyw ma coś wspólnego z granicą widoczności, szerokością i długością geograficzną.

Czasem Randy przechadza się po murze. Przy Calle Victoria, gdzie przed wojną MacArthur miał kwaterę główną, jest szeroki jak czteropasmowa ulica. W trapezoidalnych strzelnicach moszczą się kochankowie, dyskretnie osłaniając się parasolkami. Poniżej i na lewo leży fosa, szeroka na jeden czy dwa kwartały i na ogół wyschnięta. Bezdomni pobudowali w niej lepianki. Tam gdzie wciąż stoi woda, kopią w poszukiwaniu krabów mangrowych i rozciągają zaimprowizowane sieci pomiędzy fioletowymi i liliowymi kwiatami lotosu.

Po prawej stronie ma Intramuros. Z chaotycznego rumowiska potrzaskanego kamienia wystaje kilka budynków. Wszędzie rozrzucone są na wpół pogrzebane w ziemi części hiszpańskich dział. Gruzowiska porasta roślinność z dżungli i zamieszkują bezdomni. Ich drągi do suszenia prania i anteny telewizyjne są oblepione tropikalnymi pnączami i prowizorycznymi przewodami elektrycznymi. Słupy elektryczne sterczą w powietrze pod dziwnymi kątami, jak czyhające na drwali pnie w spalonym lesie, niemal całkiem zasłonięte szklanymi bąblami liczników prądu.

Co kilkanaście metrów, zupełnie bez powodu, pali się kupa śmieci.

Kiedy mija katedrę, goni go banda dzieciaków, żałośnie jęcząc o pieniądze, dopóki nie wetknie im garści pesos. Wtedy rozpromieniają się, a czasem obdarzają go pogodnym „dziękuję” z idealnym akcentem wprost z amerykańskiego supermarketu. Manilscy żebracy chyba nie traktują swej pracy zbyt poważnie, ponieważ nawet ich zainfekował grzybek ironii — zawsze wydaje się, że powstrzymują uśmiech, jakby nie mogli uwierzyć, że robią coś tak beznadziejnego i staroświeckiego.

Nie zdają sobie sprawy, że on pracuje. To dobrze.

Pomysły przychodzą Randy'emu do głowy szybciej, niż znajduje dla nich zastosowanie. Pierwsze trzydzieści lat życia spędził w pościgu za pomysłem, który w danej chwili wydawał się pociągający, porzucając go natychmiast, gdy pojawiał się lepszy.

Teraz znów pracuje dla firmy i czuje się trochę zobowiązany wykorzystywać swój czas produktywnie. Pomysły ma równie często jak przedtem, ale nie może spuszczać piłki z oka. Jeśli dany koncept nie ma nic wspólnego z Epiphyte, musi go szybko zanotować i zapomnieć. Jeśli zaś ma — musi się powstrzymać przed zanurkowaniem weń i zastanowić się: czy ktoś już na to wpadł? Czy można po prostu zakupić taką technologię? Czy można powierzyć to zadanie programiście na umowę-zlecenie w Stanach?

Idzie powoli, trochę dlatego że w przeciwnym razie mógłby dostać zawału i zwalić się martwy do rynsztoka. Mógłby także wpaść do ścieków, gdyż część pokryw zdjęto, albo dotknąć dzikich przewodów pod napięciem, które dyndają nad głową jak cierpliwe żmije. Stałe zagrożenie porażeniem prądem od góry i utonięciem w gównie od dołu sprawia, że rozgląda się na wszystkie strony. Nigdy nie czuł się bardziej uwięziony pomiędzy kapryśnym i niebezpiecznym niebem a piekielnym podziemiem. Ten kraj jest równie nasiąknięty religią jak Indie, choć w stu procentach katolicki.

Na północnym krańcu Intramuros znajduje się niewielka dzielnica biurowa, wciśnięta między katedrę manilską a Fort Santiago, wzniesiony przez Hiszpanów, by strzegł ujścia rzeki Pasig. Można poznać, że to dzielnica biurowa — po drutach telefonicznych. Podobnie jak w innych Rozwijających się Azjatyckich Gospodarkach, trudno powiedzieć, czy są to pirackie druty, czy po prostu wyjątkowo niechlujnie zainstalowane. Stanowią studium ilustrujące, dlaczego inkrementalizm to błędna koncepcja. W niektórych miejscach wiązki są tak grube, że Randy chyba nie objąłby ich obiema rękami. Ich ciężar i naprężenie zaczynają wyginać słupy telefoniczne, zwłaszcza na zakrętach, gdzie przewody biegną wokół narożnika i wywierają na słup siłę o zwrocie po przekątnej.

Wszystkie budynki mają najtańszą konstrukcję z możliwych: beton wylewany w drewnianych szalunkach, na siatkach z ręcznie giętych prętów zbrojeniowych. Są klockowate, szare i niczym się od siebie nie różnią. Na okolicę rzuca cień kilka znacznie wyższych biurowców, dwudziesto- czy trzydziestopiętrowych, stojących nieopodal przy wielkim skrzyżowaniu. W ich powybijanych oknach hula wiatr i stada ptaków. Zostały poważnie zniszczone przez trzęsienie ziemi w latach osiemdziesiątych i do tej pory nie przywrócono ich do ładu.

Mija restaurację, przed którą stoi przysadzista betonowa szopa z oknami przesłoniętymi poczerniałymi stalowymi kratami. Zardzewiałe rury doprowadzają powietrze do zainstalowanego wewnątrz generatora spalinowego. ZAWSZE MAMY PRĄD — dumnie głoszą wymalowane od szablonu napisy. Dalej jest powojenny czteropiętrowy budynek, wyróżniający się szczególnie grubą wiązką kabli telefonicznych. Do drzwi ma przykręcone logo banku. Przed nim — ukośny parking. Dwa miejsca przed samym wejściem są zastawione ręcznie namalowanymi tabliczkami: ZAREZERWOWANE — BANKOWÓZ oraz ZAREZERWOWANE — DYREKTOR BANKU. Kilku strażników ściska grube pistoletowe kolby krótkich strzelb, wyglądających jak akcesoria komiksowych figurek superbohaterów. Jeden z nich stoi w kuloodpornej budce z napisem: PROSZĘ ZOSTAWIĆ BROŃ U STRAŻNIKA.

Randy wymienia z nim skinienia głową i zmierza do holu budynku, gdzie jest równie gorąco jak na zewnątrz. Mija bank, ignorując zawodne windy, i przechodzi przez stalowe drzwi wiodące do wąskiej, studziennej klatki schodowej. Dziś jest tu ciemno. Elektryka budynku to łatanina — kilka różnych systemów koegzystujących w tym samym miejscu, sterowanych różnymi szafkami rozdzielczymi, niektóre zasilane generatorami, inne nie. Dlatego zaniki napięcia zaczynają się i kończą etapami. Gdzieś u wierzchołka klatki schodowej ćwierkają ptaki, stają w zawody z dochodzącym z zewnątrz wyciem alarmów samochodowych.

Epiphyte wynajmuje najwyższe piętro budynku, choć Randy jest na razie jedyną pracującą tu osobą. Otwiera kluczami dziesięć zamków. Dzięki Bogu, klimatyzacja cały czas działała. Warto było wydać forsę na własny generator prądotwórczy. Wyłącza systemy alarmowe, idzie do lodówki i wyciąga dwie litrowe butelki wody. Ma taką praktyczną zasadę: po spacerze pije wodę, dopóki znów nie zechce mu się sikać. Wtedy może zastanowić się nad innymi czynnościami.

Jest zbyt spocony, by usiąść. Musi się ruszać, żeby suche, zimne powietrze opływało jego ciało. Wytrząsa z brody krople potu i kręci się tam i z powrotem, wyglądając przez okna, sprawdzając granice widoczności. Wyciąga ze spodni saszetkę z balistycznego nylonu, niech powisi na pasku, tak by skóra pod nią też mogła odetchnąć. W środku jest paszport, dziewicza karta kredytowa, dziesięć nowiutkich studolarówek i dyskietka z 4096-bitowym kluczem do szyfru.

Na północy widzi porośnięte zielenią wały obronne Fortu Santiago, gdzie trudzą się falangi nippońskich turystów, rejestrując swe uciechy z detektywistyczną precyzją. Dalej — rzeka Pasig, dławiąca się kożuchem śmieci. Za rzeką widać gęstą zabudowę Quiapo: wielopiętrowe apartamentowce i biurowce zwieńczone ozdobnymi nazwami firm i talerzami anten satelitarnych.

Randy jeszcze nie chce się zatrzymać, chodzi więc po biurze w kółko. Intramuros otacza pierścień zieleni — niegdysiejsza fosa. Chwilę temu szedł jej zachodnim brzegiem. Wschodni wypełniają ciężkie neoklasycystyczne budynki mieszczące rozmaite ministerstwa. Urząd Pocztowo-Telekomunikacyjny leży nad brzegiem Pasig, tam gdzie z zakrętu rzeki promieniście rozchodzą się trzy mosty. Pośród wielkich budowli po drugiej stronie, w Quiapo i przyległym doń San Miguel, widać także inne olbrzymie instytucje: dworzec kolejowy, stare więzienie, wiele uczelni, a także, dalej w górę rzeki, pałac Malacanang.

Po tej stronie na pierwszym planie znajduje się Intramuros (katedry i kościoły otoczone uśpioną ziemią), potem instytucje państwowe, szkoły i uczelnie, a dalej zadymione miasto wyglądające na nieskończone kłębowisko. Wiele kilometrów na południe majaczy dzielnica biurowa Makati, zbudowana wokół skrzyżowania dwóch wielkich szos, przecinających się pod kątem ostrym, tak samo jak pasy startowe lotniska NAIA leżące jeszcze dalej na południe. Obok Makati leży szmaragdowe miasteczko wielkich willi rozmieszczonych pośrodku potężnych trawników, tu mieszkają ambasadorowie i prezesi firm. Idąc dalej, zgodnie z ruchem wskazówek zegara, może zobaczyć zmierzający od nabrzeża wprost ku niemu Roxas Boulevard, wyróżniający się szpalerem wysokich drzew palmowych. W zatoce tłoczą się potężne statki handlowe, wypełniając ją jak spławiane kłody drewna. Port kontenerowy leży tuż poniżej, na zachód: siatka magazynów na polderze, wyglądającym mniej więcej tak równo i naturalnie jak płyta wiórowa.

Spoglądając na zachód, ponad kontenerami i dźwigami, z trudem dostrzega górzystą sylwetkę półwyspu Bata'an, odległego o jakieś sześćdziesiąt kilometrów. Podążając wzrokiem na południe wzdłuż tego czarnego kształtu — czyli idąc po śladach Nippończyków z roku 1942 — może niemal odróżnić bryłę leżącą u jego południowego krańca. To musi być Corregidor. Widać go po raz pierwszy. Zapewne powietrze jest dziś wyjątkowo przejrzyste.

Na powierzchnię jego roztopionego mózgu wypływa odłamek jakiejś historycznej ciekawostki. Galeon z Acapulco. Ognisko sygnałowe na Corregidorze.

Wystukuje numer komórki Aviego. Ten odbiera telefon gdzieś w wielkim świecie. Sądząc po odgłosach, siedzi w taksówce, w jakimś kraju, gdzie trąbienie jest wciąż niezbywalnym prawem człowieka.

— Co tam, Randy? Coś ci przyszło do głowy?

— Granice widoczności — odpowiada Randy.

— Uch! — sapie Avi, jakby dostał w żołądek piłką lekarską. — Domyśliłeś się!

Guadalcanal

Krew i oddech nie wypełniają już ciał szturmowców marines. Ciężar ekwipunku wciska ich w piach. Przyspieszająca fala zaczęła już zasypywać ich osadem; strugi krwi jak komety rozpływają się w oceanie — czerwone powitalne dywany dla patrolujących linię brzegową rekinów. Tylko jeden z nich to wielki jaszczur, ale kształt wszystkie mają podobny: gruby pośrodku i opływowy na końcach, wygładzonych przez fale.

Przez zatoczkę płynie mały konwój nippońskich łodzi holujących barki załadowane stalowymi beczkami z zaopatrzeniem. Shaftoe i jego pluton powinni teraz walić do nich z moździerzy. Kiedy pojawiają się amerykańskie samoloty i dają im w dupę, Nipy wyrzucają beczki za burtę i uciekają. Mają nadzieję, że przynajmniej część z nich fale wyrzucą na Guadalcanal.

Dla Bobby'ego Shaftoe'a wojna się skończyła; i to nie pierwszy, i nie ostatni raz. Łazi wśród ciał swego plutonu. Fale uderzają go w kolana, rozlewając się w latające dywany piany i wodorostów, całkiem jakby grunt odpływał mu spod nóg. Dlatego ciągle zatacza się i pada.

Wreszcie dociera do zwłok sanitariusza i pozbawia go wszystkich pakunków z czerwonym krzyżem. Odwraca się plecami do nippońskiego konwoju i spogląda na zbiegający ku morzu stok. Równie dobrze mógłby to być Mount Everest widziany z dolnego obozu. Shaftoe postanawia podjąć wyzwanie, na łokciach i kolanach. Co chwilę wielka fala poklepuje go po tyłku, wpływa orgazmicznie między nogi i obmywa mu twarz. To przyjemne; dzięki niej nie przewraca się twarzą w piach i nie zasypia poza granicą przypływu.

Następne kilka dni to garstka migawek fotograficznych, wciąż na nowo tasowanych i rozdawanych: zalana wodą plaża, pozycje trupów znaczone stojącymi falami. Pusta plaża. Znów zalana wodą. Plaża usiana czarnymi bryłkami, jak plasterek babcinej drożdżówki z rodzynkami. Fiolka morfiny na wpół zagrzebana w piasku. Małe, czarne ludziki, na ogół nagie, chodzące po plaży podczas odpływu i obszukujące zwłoki.

— Ej, czekajcie no! — Shaftoe jakoś wstaje, unosząc swego springfielda. Dżungla nie chce go puścić; leżał tu tyle czasu, że wokół nóg zdążyły mu wyrosnąć pnącza. Kiedy wstaje, ciągnąc za sobą łodygi, jak ozdobiona taśmami z dalekopisów platforma na paradzie, słońce zalewa go ciepłym, lepkim syropem przeczyszczającym. Widzi, jak ziemia leci ku niemu. Padając, obraca się — dostrzega wielkiego faceta z karabinem — a potem wciska twarz w piach. W czaszce ma ryk oceanu; owacja na stojąco od anielskiej publiczności; wszyscy oni kiedyś umarli, więc umieją poznać dobrą śmierć.

Drobne dłonie przetaczają go na wznak. Jedno oko ma zaklejone piaskiem. Drugim widzi stojącego nad nim wielkiego faceta z karabinem przez ramię. Ma rudą brodę, dzięki czemu jest mniej prawdopodobne, że to nippoński żołnierz. Więc kto?

Rusza się jak lekarz, a modli jak ksiądz — bo po łacinie. Siwe włosy ostrzyżone tuż przy opalonej skórze. Shaftoe szuka na jego ubraniu jakichś dystynkcji. Ma nadzieję zobaczyć Semper fidelis{„Zawsze wierni” (łac.) — dewiza amerykańskiej piechoty morskiej (przyp. tłum.).}, lecz czyta: Societas Eruditorum oraz Ignoti et quasi occulti.

— Ignoti et… tego… co to, kurwa, znaczy? — pyta.

— Nieznane i ukryte, mniej więcej — odpowiada facet. Ma dziwny akcent, trochę australijski, a trochę niemiecki. Teraz z kolei on sprawdza dystynkcje Shaftoe'a.

— Co to takiego Raiders? Jakaś nowa formacja?

— Tak jak marines, tylko bardziej — mówi Shaftoe. Brzmi to jak bufonada. Trochę i tak jest. Lecz uwaga ta zawiera sporą dozę ironii: jego mundur jest utytłany w piachu; w tym momencie historii marine Shaftoe nie jest po prostu twardzielem — jest twardzielem, który utknął gdzieś na zadupiu (Guadalcanal), bez prowiantu i broni (jak wytłumaczy każdy marine, na skutek podstępnej kolaboracji generała MacArthura z Nipami), musi radzić sobie sam, klecić jakąś broń ze znalezionych przedmiotów, w dodatku otumaniony chorobą i lekami mającymi ją łagodzić. A w każdym z tych znaczeń, marine raider jest (według Shaftoe'a) taki jak marine, tylko bardziej.

— A ty jesteś jakimś komandosem czy coś takiego? — pyta Shaftoe, przerywając Rudemu jego mamrotanie.

— Nie. Mieszkam w górach.

— Ach, tak? A tutaj co robisz, Rudy?

— Obserwuję. I nadaję przez radio, szyfrem. — Rudi znów zaczyna coś mruczeć.

— Do kogo niby gadasz?

— Teraz po łacinie czy przez radio?

— Chyba jedno i drugie.

— Przez radio nadaję do dobrych ludzi.

— A kto to jest?

— Długa historia. Jeśli przeżyjesz, może zapoznam cię z nimi — odpowiada Rudy.

— A teraz, po łacinie?

— Rozmawiam z Bogiem. Ostatnie namaszczenie, na wypadek gdybyś nie przeżył.

To przypomina mu o pozostałych. Już wie, dlaczego zdecydował się na ten szaleńczy krok.

— Ej! Czekaj! — Próbuje usiąść. To niemożliwe, więc tylko się wije. — Te kutasy okradają zwłoki!

Oczy nie chcą się zogniskować. Jedno trzeba oczyścić z piasku.

Naprawdę ogniskują się całkiem dobrze. To, co wyglądało na rozrzucone po plaży metalowe beczki, okazuje się metalowymi beczkami rozrzuconymi po plaży. Tubylcy wyciągają je z grząskiego piasku, kopiąc rękoma, po psiemu, i toczą je do dżungli.

Shaftoe traci świadomość.

Kiedy się budzi, na plaży stoi rząd krzyży — związanych pnączami żerdzi, ozdobionych leśnymi kwiatami. Rudy wbija je kolbą karabinu. Nie ma ani beczek, ani tubylców. Shaftoe chce morfiny. Mówi o tym Rudemu.

— Wydaje ci się, że już jej potrzebujesz? Po prostu poczekaj — odpowiada Rudy. Rzuca karabin tubylcowi, podchodzi do Shaftoe'a i chwytem strażackim zarzuca go na ramię. Shaftoe wrzeszczy. Kiedy zanurzają się w dżunglę, nad głowami przelatuje kilka myśliwców Zero. — Nazywam się Enoch Root — mówi Rudy — ale mów mi „bracie”.

Galeon

Pewnego dnia Randy Waterhouse zrywa się skoro świt, bierze długi, gorący prysznic, rozsiada się przed lustrem w apartamencie i goli twarz, zacinając się do krwi. Zastanawiał się, czy nie powierzyć tego zadania specjaliście — fryzjerowi na dole. Lecz jego twarz będzie widoczna po raz pierwszy od dziesięciu lat, chce zatem być pierwszą osobą, która ją ujrzy. Bije mu serce, częściowo z pierwotnego lęku przed ostrzem, częściowo zaś z ciekawości. Przypomina to scenę ze staroświeckich filmów, kiedy z twarzy pacjenta zdejmuje się wreszcie bandaże i podstawia mu lusterko.

Randy, spoglądając na swą nową twarz, odczuwa przede wszystkim silne deja vu, jakby ostatnie dziesięć lat było tylko snem, a teraz może przeżyć je jeszcze raz.

Potem zaczyna zauważać subtelne zmiany, które zaszły od momentu ostatniego wystawienia twarzy na światło i powietrze. Jest lekko zaskoczony, że nie wszystkie są zmianami na gorsze. Nigdy nie uważał się za specjalnie przystojnego, nigdy też nie dbał o urodę. Lecz pokrwawiona fizjonomia w lustrze raczej wygląda lepiej niż ta, która dekadę temu znikła pod szczeciną. Jest to twarz dorosłego.

Minął tydzień od czasu, kiedy z Avim przedłożyli cały plan wysokim urzędnikom z UPT: Urzędu Pocztowo-Telekomunikacyjnego. UPT to nazwa pospolita, którą specjaliści od telekomów przylepiają jak żółtą karteczkę do zajmującej się tą branżą instytucji państwowej, w każdym kraju, który akurat odwiedzają w tym tygodniu. W rzeczywistości na Filipinach nazywa się to jakoś inaczej.

Amerykanie wprowadzili Filipiny w XX wiek, a przynajmniej w tym pomogli; skonstruowali machinę rządu centralnego. Gigantyczne neoklasycystyczne budynki, mocno przypominające Dystrykt Kolumbii, okalają luźnym pierścieniem Intramuros. Mieszczą rozmaite części tej machiny. W jednym z nich, trochę na południe od Pasig, znajduje się główna siedziba UPT.

Randy i Avi są na miejscu za wcześnie, ponieważ Randy, przyzwyczajony do manilskich korków, nalega, by zarezerwowali sobie godzinę na dojazd. Ale korków, jak na złość, prawie nie ma — zostaje im do zabicia całe dwadzieścia minut. Idą wzdłuż ściany biurowca, a potem przez trawiastą groblę. Avi celuje palcem w budynek Epiphyte, po prostu upewniając się, że nic nie przesłania widoczności. Randy już to widzi i tylko stoi ze splecionymi rękami, patrząc na rzekę. Jest zupełnie zakryta unoszącymi się na wodzie śmieciami: trochę szczątków roślin, lecz w większości stare materace, poduszki, kawałki plastiku, płaty styropianu, a przede wszystkim torby-reklamówki we wszystkich kolorach. Woda ma konsystencję wymiocin.

Avi marszczy nos.

— Co to?

Randy węszy i czuje, między innymi, palony plastik. Wskazuje w dół rzeki.

— To obozowisko bezdomnych. Wyławiają z wody plastiki na opał.

— Kilka tygodni temu byłem w Meksyku — mówi Avi. — Tam są plastikowe lasy!

— To znaczy?

— Po zawietrznej stronie miasta drzewa odcedzają z powietrza torebki plastikowe. Całe są nimi oblepione. Potem umierają, bo do liści nie dochodzi światło i powietrze. Ale wciąż stoją, całkiem zakryte kolorowymi, trzepoczącymi plastikowymi strzępami.

Randy strząsa z siebie blezer i podwija rękawy; Avi jakby nie zauważał upału.

— A więc to jest Fort Santiago — mówi Avi i rusza ku budowli.

— Słyszałeś o nim? — pyta Randy. Idzie za nim i wzdycha. Powietrze jest tak gorące, że kiedy wypuszczasz je z płuc, w istocie ochłodziło się o kilka stopni.

— Jest na wideo. — Avi wyciąga kasetę i obraca nią.

— A, no tak.

Niebawem stają przed bramą fortu, strzeżoną przez dwóch strażników, wyrzeźbionych z porowatego wulkanicznego tufu. To Hiszpanie, z halabardami, w hełmach konkwistadorów. Stoją tutaj od pięciu wieków, wygładzeni do połysku przez setki tysięcy tropikalnych burz.

Avi ma krótszą perspektywę czasową — widzi tylko kratery po pociskach, zniekształcające żołnierzy bardziej niż upływ czasu i wody. Wtyka w nie palce jak niewierny Tomasz. Potem robi krok w tył i zaczyna mamrotać po hebrajsku. Przez bramę spacerowym krokiem wychodzi para niemieckich turystów z kucykami, w rustykalnych sandałach.

— Mamy pięć minut — przypomina Randy.

— No dobra, później tu wrócimy.

Charlene miała trochę racji. Z niewidocznych, bezbolesnych ranek na twarzy i szyi Randy'ego jeszcze przez jakiś kwadrans sączy się krew. Chwilę przedtem pędziła przez jego naczynia krwionośne lub przesączała się przez części mózgu, które czynią go świadomą istotą. Teraz wydobywa się na światło dzienne; może wyciągnąć rękę i wytrzeć ją. Granica pomiędzy Randym a otoczeniem została zniszczona.

Wyciąga tubę ciężkiego, wodoodpornego filtra przeciwsłonecznego i smaruje nim twarz, ręce, ramiona, a także mały fragment na czubku głowy, gdzie rzedną mu włosy. Potem nakłada spodnie khaki, buty żeglarskie, luźną bawełnianą koszulę oraz pas z saszetką mieszczącą odbiornik GPS i kilka innych niezbędnych rzeczy, jak zwój papieru toaletowego i jednorazowy aparat fotograficzny. Ciska klucze na kontuar recepcji, obsługa kłania się i szczerzy zęby. Jego metamorfoza wprawiła ich w zachwyt. A może chodzi o buty — pierwszy raz ma na nogach skórzane buty i to do pół łydki; zawsze myślał, że nadają się tylko dla szpanujących uczniaków, ale dzisiaj naprawdę mogą mu się przydać. Boje przygotowują się do otwarcia drzwi, Randy jednak skręca na tyły hotelu, mija basen i idzie wzdłuż szpaleru palm do kamiennej poręczy nad nabrzeżem. Poniżej leży hotelowa przystań, wychodząca na małą zatoczkę otwierającą się do Zatoki Manilskiej.

Nie widzi swojej łodzi, czeka więc chwilę przy balustradzie. Przeciwległy brzeg zatoczki jest dostępny z Rizal Parku. Na ławkach wyleguje się kilku żylastych filipińskich włóczęgów. Gapią się na niego. W dole, pod falochronem, starszy facet ubrany tylko w bokserki stoi po kolana w wodzie. Trzyma zaostrzony kij, wpatrując się z kocią intensywnością w falującą powierzchnię. Czarny helikopter zatacza powolne kręgi na tle cukrowo białego nieba, przechylając się na boki. To huey, jeszcze z wojny wietnamskiej, z łomocącym łup-łup-łup silnikiem, posykujący jak gad prześlizgujący się nad głową.

Z unoszących się nad zatoką oparów materializuje się łódź, zwalnia i zmierza ku przystani, pchając przed sobą falę jak zmarszczkę na grubym dywanie. Na dziobie stoi wysoka, szczupła kobieta, żywy galion. Trzyma zwój grubej liny.

Wielkie talerze anten satelitarnych na dachu siedziby UPT są wycelowane prawie w zenit. Wyglądają jak poidła dla ptaków. To dlatego, że Manila jest tak blisko równika. Na kamiennych ścianach biurowca z zaszpachlowanych po wojnie dziur po pociskach i odłamkach odłupuje się gips. Z okiennych klimatyzatorów zainstalowanych pośrodku romańskich łuków kapie woda na wapienne balustrady, stopniowo je erodując. Wapień poczerniał od jakiegoś organicznego nalotu; zryły go także systemy korzeniowe małych roślinek; prawdopodobnie wysiały się z nasion przeniesionych w guanie ptaków, które zbierają się tutaj, by napić się i zażyć kąpieli — powietrzni bezdomni.

W wyłożonej boazerią sali konferencyjnej czeka dwanaście osób dzielących się równo na siedzące przy stole grube ryby i podpierających ściany pachołków. Kiedy wchodzą Randy i Avi, następuje wielkie zamieszanie, pełne uścisków dłoni i podawania wizytówek. Wszystkie imiona i nazwiska przemykają przez umysł Randy'ego jak ponaddźwiękowy myśliwiec mijający przestarzałe systemy obrony przeciwlotniczej jakiegoś państwa z Trzeciego Świata. Zostaje mu tylko kupka wizytówek. Układa je na swoim fragmencie stołu jak podstarzały dziwak stawiający pasjansa na tacy ze śniadaniem. Avi oczywiście już wszystkich zna — z większością jest najwyraźniej po imieniu, zna imiona i wiek ich dzieci, ich hobby, grupy krwi, wie, na co chronicznie chorują, jakie książki czytają i na jakich bywają przyjęciach. Wszyscy są tym zachwyceni i dlatego, dzięki Bogu, całkiem ignorują Randy'ego.

Z szóstki ważnych osób w tej sali trzy to Filipińczycy w średnim wieku. Jeden to wysoki oficjel z UPT. Drugi — prezes FiliTela, nowej, szybko rozwijającej się firmy telekomunikacyjnej, próbującej konkurować z odwiecznym monopolistą. Trzeci — wiceprezes firmy 24 Jam, sieci obejmującej prawie połowę wszystkich sklepów spożywczych na Filipinach i jeszcze trochę w Malezji. Randy z trudnością ich odróżnia, ale przysłuchując się ich rozmowom z Avim i dzięki indukcji, wkrótce potrafi dopasować twarz do każdej z wizytówek.

Pozostała trójka to dwoje Amerykanów i Nippończyk. Amerykanka ma na sobie lawendowe rybaczki pasujące kolorem do eleganckiego kostiumu i lakieru na paznokciach. Wygląda, jakby wyszła prosto z telezakupów, gdzie reklamowała sztuczne paznokcie albo domowy zestaw do trwałej ondulacji. Według wizytówki nazywa się Mary Ann Carson i podobno jest wiceprezesem firmy AVCLA — Asia Venture Capital Los Angeles; Randy niejasno przypomina sobie, że to firma inwestująca w Rozwijające się Azjatyckie Gospodarki. Amerykanin, blondyn, ze swą wielką szczęką wygląda paramilitarnie: czujny, zdyscyplinowany, opanowany — banda Charlene orzekłaby, że to agresja, której podłożem są ukryte poważne zaburzenia umysłowe. Reprezentuje Port Wolnocłowy Zatoka Subic. Nippończyk jest zarządzającym wiceprezesem filii absurdalnie olbrzymiego koncernu produkującego elektronikę. Ma prawie metr osiemdziesiąt wzrostu, drobne ciało, wielką głowę w kształcie odwróconej gruszki bery, gęste szpakowate włosy i szkła w drucianych oprawkach. Często się uśmiecha i emanuje niezbitą pewnością siebie osoby, która wykuła na pamięć dwa tysiące stron encyklopedii biznesowego savoir-vivre'u.

Avi dłuższy czas próbuje puścić nagranie, które w tym momencie stanowi jakieś siedemdziesiąt pięć procent aktywów firmy Epiphyte. Zamówił je w świeżo założonej firmie multimedialnej w San Francisco — ten kontrakt to sto procent jej tegorocznych przychodów. „Tort kruszy się, gdy go kroić zbyt cienko” — mawia Avi.

Zaczyna się od ukradzionego z zapomnianego filmu telewizyjnego ujęcia hiszpańskiego galeonu prującego przez pełne morze. Napis: Morze Południowochińskie, A. D. 1699. Pierwotna monofoniczna ścieżka dźwiękowa została podkręcona i przepuszczona przez Dolby. Teraz robi wrażenie.

(- Połowa inwestorów z AVCLA interesuje się żeglarstwem — wyjaśnił Avi).

Cięcie na (wyprodukowane przez firmę multimedialną i gładko wmontowane) ujęcie brudnego i wyczerpanego marynarza w bocianim gnieździe, patrzącego przez mosiężną lunetę i wykrzykującego po hiszpańsku: „Ziemia, ziemia!”.

Cięcie. Kapitan galeonu, ogorzały, brodaty, wybiega z kajuty, by z Keatsowskim dzikim oczekiwaniem wpatrzeć się w horyzont. „Corregidor!” — wykrzykuje.

Cięcie. Kamienna wieża na szczycie zielonej tropikalnej wyspy. Strażnik zauważa (komputerowo wklejony) galeon na horyzoncie. Zwija ręce w trąbkę i woła po hiszpańsku: „Galeon! Galeon! Rozpalcie ogień!”.

(- Rodzina prezesa UPT pasjonuje się lokalną historią — powiedział Avi. — To oni prowadzą Muzeum Filipin).

Hiszpanie (naprawdę meksykańscy aktorzy) z radosnym okrzykiem ciskają płonące głownie na wielki stos suchego drewna, z którego bucha potężny płomień. Wystarczyłby, żeby w mgnieniu oka upiec wołu.

Cięcie. Blanki Fortu Santiago (pierwszy plan: rzeźbiony styropian, tło: cyfrowo wygenerowany krajobraz). Kolejny konkwistador zauważa ogień na horyzoncie. „Mira! El galleon!” — krzyczy.

Cięcie. Kilka ujęć mieszkańców Manili spieszących na nabrzeże, by podziwiać ogień sygnałowy. Wśród nich augustianin zaciskający owinięte różańcem dłonie i wykrzykujący coś kościelną łaciną (- rodzina prowadząca FiliTela ufundowała kaplicę w manilskiej katedrze) oraz elegancka rodzina chińskich kupców, rozładowująca bele jedwabiu z dżonki. (- 24 Jam, ta sieć sklepów spożywczych, jest własnością chińskich mieszańców).

Odzywa się narrator, głębokim, autorytatywnym głosem. Mówi po angielsku z filipińskim akcentem. (- Ten aktor jest bratem ojca chrzestnego wnuka prezesa UPT). Pod spodem pokazują się napisy po tagalsku. (- Goście z UPT są bardzo wrażliwi na punkcie swojego języka).

— W epoce świetności imperium hiszpańskiego przybycie galeonu z Acapulco zawsze było tu wydarzeniem roku. Wyładowany srebrem z bogatych amerykańskich złóż — płacił nim za azjatyckie jedwabie i korzenie. To srebro uczyniło Filipiny źródłem bogactwa dla całej Azji. Przybycie galeonu obwieszczało światło z Corregidoru, wysepki u wrót Zatoki Manilskiej.

Cięcie (nareszcie!) z rozświetlonych chciwością twarzy mieszkańców Manili na trójwymiarową grafikę przedstawiającą zatokę, półwysep Bata'an i wysepki u jego czubka, a wśród nich Corregidor. Kamera przelatuje przez zatokę i wykonuje zbliżenie Corregidoru, gdzie płonie sztuczny, źle wykonany ogień. Promień żółtego światła, jak strzał z fazera w „Star Treku”, leci nad wodą. Kamera śledzi go. Uderza w ścianę Fortu Santiago.

— Sygnały ogniowe to prosta technologia, znana już starożytnym. W języku nowoczesnej nauki to światło jest formą promieniowania elektromagnetycznego, rozchodzącego się w linii prostej, przez Zatokę Manilską, niosącego pojedynczy bit informacji. Lecz w epoce skąpej informacji ów jeden bit był dla mieszkańców Manili wszystkim.

Leci muzyka funky. Cięcie. Panorama dzisiejszej ruchliwej Manili. Centra handlowe i luksusowe hotele w Makati. Fabryki elektroniczne, uczniowie przed monitorami komputerów. Talerze satelitarne. Rozładunek statków w wielkim wolnocłowym porcie nad zatoką Subic. Mnóstwo, mnóstwo uśmiechów i uniesionych kciuków.

— Dzisiejsze Filipiny są obiecującym ekonomicznym dynamo. Gdy gospodarka się rozwija, zwiększa się także głód informacji — nie pojedynczych bitów, ale setek miliardów bitów. Lecz technologia ich przesyłania nie zmieniła się aż tak bardzo.

Znów trójwymiarowa animacja zatoki. Tym razem, zamiast ogniska, w najwyższym punkcie Corregidoru stoi wieża, a na niej tuba anteny mikrofalowej, i strzela w stronę stolicy neonowobłękitnymi falami sinusoidalnymi.

— Promieniowanie elektromagnetyczne — tutaj są to mikrofale — rozchodzą się po liniach prostych, do granicy widoczności i pozwalają szybko transmitować ogromne ilości informacji. Nowoczesne technologie szyfrujące zabezpieczają sygnał przed ewentualnym podsłuchaniem.

Cięcie. Znów galeon i strażnik.

— Dawniej położenie Corregidoru, u wejścia do zatoki, czyniło go naturalnym punktem obserwacyjnym — miejscem, gdzie zbierano informacje o nadpływających statkach.

Cięcie na barkę w zatoczce, wypuszczającą za burtę gruby, nasmołowany kabel; uwijający się nurkowie ze sznurami kulistych pomarańczowych boi.

— Dzisiaj lokalizacja Corregidoru czyni go idealnym miejscem do ułożenia głębinowych kabli światłowodowych. Płynące nimi informacje — z Tajwanu, Hongkongu, Malezji, Nipponu i Stanów Zjednoczonych — mogą być przesłane linią mikrofalową bezpośrednio do centrum Manili. Z szybkością światła!

Kolejna grafika 3-D. Tym razem komputerowo wymodelowana panorama Manili. Randy zna ją na pamięć, ponieważ to on, łażąc po mieście z odbiornikiem GPS, zebrał dane do tego cholerstwa. Strumień bitów z Corregidoru leci prosto przez zatokę i trafia w dziesiątkę — antenę na dachu zwyczajnie wyglądającego czteropiętrowego biurowca pomiędzy katedrą a Fortem Santiago. To siedziba firmy Epiphyte; na antenie widnieje jej dyskretne logo i nazwa. Potem inne anteny retransmitują informację do budynku UPT i po okolicy: do drapaczy chmur z Makati, instytucji rządowych w Quezon i bazy lotnictwa wojskowego na południe od miasta.

Boje hotelowi przerzucają na łódź wyściełany dywanem trap. Kiedy schodzi po nim Randy, kobieta wyciąga do niego dłoń. Randy wita się z nią.

— Randy Waterhouse.

Ona chwyta go za rękę i wciąga na pokład — nie tyle w geście powitalnym, ile chroniąc go przed wpadnięciem do wody.

— Cześć. Jestem Amy Shaftoe — mówi. — Witamy na glorii.

— Słucham?

— „Glory”. Ta dżonka nazywa się „Glory” — wyjaśnia. Mówi bardzo wyraźnie, jakby porozumiewała się przez szumiącą krótkofalówkę. — Właściwie to „Glory IV” — ciągnie. Ma akcent ze Środkowego Zachodu, odrobinę nosowy, jak z Południa, troszeczkę też filipiński. Gdyby spotkało się ją na ulicy jakiegoś amerykańskiego miasteczka, można by nie zauważyć śladów azjatyckiego pochodzenia w jej oczach. Ma ciemnobrązowe włosy z pasemkami od słońca, w sam raz tak długie, by dało się je związać w koński ogon — nie dłuższe.

— Sekundkę — mówi, wtyka głowę do sterówki i mówi coś do pilota, mieszaniną angielskiego i tagalskiego. Pilot kiwa głową, rozgląda się i zaczyna manipulować sterami. Fagasi zaczynają wciągać trap.

— Hej — spokojnie odzywa się Amy i rzuca każdemu z nich paczkę marlboro. Łapią je w powietrzu, szczerzą zęby i dziękują. „Glory IV” zaczyna odbijać od kei.

Przez kilka minut Amy kręci się po pokładzie, jakby sprawdzała kolejne elementy z listy w pamięci. Randy naliczył, oprócz niej i pilota, jeszcze czterech członków załogi — dwóch białych i dwóch Filipińczyków. Dłubią coś przy silnikach i sprzęcie do nurkowania; Randy pomimo wielu kulturowych i technologicznych barier odgaduje, że sprawdzają, czy nie ma błędów. Amy mija go kilka razy. Unika jego wzroku. To nie z nieśmiałości. Jej mowa ciała jest czytelna: „Dobrze wiem, że mężczyźni gapią się na każdą kobietę, jaka przypadkiem znajdzie się w okolicy, mając nadzieję, że jej fizyczne piękno, włosy, strój, zapach czy makijaż sprawią im przyjemność. Dopóki tego nie przezwyciężysz, będę to grzecznie i cierpliwie znosić”. Amy ma długie, szczupłe nogi i ręce, nosi poplamione farbą dżinsy, koszulkę bez rękawów i winylowe sandały. Po łodzi porusza się swobodnie. W końcu podchodzi do niego, przez chwilę patrzy mu w oczy, a potem, jakby znudzona, odwraca wzrok.

— Dzięki za przejażdżkę.

— Nie ma sprawy.

— Głupio mi, że nie dałem napiwku tym fagasom na przystani. Mogę ci to jakoś wynagrodzić?

— Możesz mi to wynagrodzić informacją — natychmiast odpowiada Amy. Amy wyciąga rękę i drapie się po karku. Łokieć wystawia w powietrze. Randy zauważa pod pachą mniej więcej miesięczne owłosienie, potem zerka na wystający spod koszulki tatuaż. — W końcu pracujesz w branży informatycznej, nie? — Obserwuje go, z nadzieją, że pojmie aluzję i roześmieje się, a przynajmniej uśmiechnie. Lecz on jest zbyt zatopiony w myślach, by to wyłapać. Amy znów odwraca wzrok, teraz ma sardoniczną minę — nie rozumiesz mnie, Randy, to całkiem normalne, wcale się nie przejęłam. Przypomina mu kilka znajomych lesbijek, zrównoważonych, pracujących fizycznie. Kasowały pod każdym względem wielkomiejskie lesby z ich kotami i nartami biegówkami.

Prowadzi go do klimatyzowanej kajuty z mnóstwem okien i ekspresem do kawy. Boazeria z imitacji drewna wygląda jak w podmiejskiej suterenie. Na ścianach pełno oprawnych w ramki oficjalnych dokumentów — licencji, rejestracji, a także czarno-białych zdjęć przedstawiających ludzi i łodzie. Pachnie kawą, mydłem i ropą. Jest też przywiązany gumowymi linami radiomagnetofon i pudło z butami pełne kompaktów, przeważnie albumów amerykańskich alternatywnych piosenkarek-kompozytorek, tych niezrozumianych przez nikogo, inteligentnych, ale uczuciowych, które bogacą się, sprzedając muzykę konsumentom, rozumiejącym, jak to jest być niezrozumianym{Oczywisty paradoks, ale nic nadzwyczajnego — Randy'emu, odkąd wyjechał z Ameryki, łatwiej przychodzą takie spostrzeżenia (przyp. aut.).}. Amy nalewa dwa kubki kawy, stawia je na przyśrubowanym do podłogi stole, grzebie w ciasnych kieszeniach dżinsów, dobywa wodoodporny plastikowy portfel, wyciąga dwie wizytówki i puszcza je po stole do Randy'ego. Chyba to ją bawi — na jej ustach pojawia się mały, prywatny uśmiech, znika jednak, gdy tylko spostrzega go Randy. Na wizytówkach widnieje logo Semper Marine Services i nazwisko: America Shaftoe.

— Masz na imię America? — pyta Randy.

Amy ze znudzeniem wygląda przez okno. Obawia się, że uczepi się tego tematu. — No.

— Gdzie chodziłaś do szkoły?

Najwyraźniej jest zafascynowana widokiem: jak okiem sięgnąć, wielkie frachtowce rozsiane po Zatoce Manilskiej. Randy wnioskuje, że obserwacja wielkich, pordzewiałych kadłubów jest ciekawsza niż rozmowa z nim.

— To jak, powiesz mi, o co tu chodzi? — pyta nagle Amy. Odwraca się doń twarzą, unosi kubek do ust i patrzy Randy'emu prosto w oczy.

Randy nie wie, co powiedzieć. Takie pytanie, zadawane przez nią, Amerikę Shaftoe, należałoby uznać za bezczelność. Jej firma, Semper Marine Services jest podwykonawcą na najniższym poziomie wirtualnej korporacji Aviego — jednym z tuzina ewentualnych kompletów nurków i łodzi do wynajęcia — a więc to trochę tak, jakby indagował cię dozorca albo szofer.

Lecz ona jest niezwykłą, inteligentną osobą i jest śliczna — wbrew własnym staraniom. Jako interesująca kobieta, w dodatku Amerykanka, domaga się wyższego statusu. Randy próbuje zachować ostrożność.

— Co konkretnie cię niepokoi?

Amy odwraca wzrok z obawą, że wyraziła się niewłaściwie.

— Nic szczególnego — wyjaśnia. — Po prostu jestem wścibska. Lubię, jak się mi opowiada. Nurkowie zawsze sobie siadają i opowiadają różne rzeczy.

Randy siorbie kawę. America ciągnie:

— W tej branży nigdy nie wiesz, kto da ci następną fuchę. Niektórzy mają naprawdę dziwne powody, żeby robić coś pod wodą, i to mnie właśnie interesuje. Bo to fajne! — zamyka kwestię, jakby był to faktycznie jedyny powód.

Randy patrzy na to jak na wysoce profesjonalne robienie z niego wała. Postanawia, że sprzeda Amy tylko wiadomości z biuletynu dla prasy.

— Wszyscy Filipińczycy mieszkają w Manili. Tam potrzebne są informacje. Jest drobny kłopot z ich dostarczeniem, bo ze wszystkich stron są góry, a z przodu Zatoka Manilska. Układanie w niej kabli jest koszmarem…

Kiwa głową. Oczywiście dawno to wie. Randy wciska przewijanie w przód.

— Świetnie nadaje się Corregidor. Z niego można strzelić w prostej linii łącze mikrofalowe, przez zatokę, do centrum Manili.

— Czyli że ty przedłużasz kabel idący z północnego Luzonu do zatoki Subic aż na Corregidor?

— Hm… dwie uwagi — mówi Randy i odczekuje, aż odpowiedź zgromadzi mu się w buforze wyjściowym. — Po pierwsze, uważaj z zaimkami. Co znaczy: „ty”? Pracuję dla firmy Epiphyte, którą od podstaw zaprojektowaliśmy tak, żeby działała nie sama dla siebie, lecz jako element wirtualnej korporacji, tak jakby…

— Wiem, co to takiego „epifit” — przerywa Amy. — A po drugie?

— No dobra. — Randy jest nieco zbity z tropu. — Dwa: mamy nadzieję, że przedłużenie kabla północnoluzońskiego to dopiero pierwsze z kilku łączy. Z czasem chcemy na Corregidor doprowadzić więcej kabli.

W głowie Amy zaczynają kręcić się trybiki. Przesłanie jest jasne: jeśli dobrze wykonają pierwsze zadanie, Semper Marine może podłapać kolejne zlecenia.

— W tym wypadku prace realizuje konsorcjum składające się z nas, FiliTela, 24 Jam i wielkiego nippońskiego koncernu elektronicznego.

— A co ma do tego 24 Jam? Przecież to sieć marketów.

— Oni są punktami sprzedaży detalicznej produktu firmy Epiphyte.

— Czyli czego?

— Pinogramów. — Randy gryzie się w język; już miał jej powiedzieć, że ta nazwa jest zastrzeżona.

— Pinogramów?

— To działa tak. Jesteś Emigracyjnym Pracownikiem Kontraktowym. Zanim wyjedziesz do Arabii Saudyjskiej, Singapuru, Seattle czy gdziekolwiek indziej, kupujesz od nas lub wynajmujesz takie urządzonko. Wielkości małej książki. Siedzi tam kamera wideo o wymiarach naparstka, ekranik i dużo, dużo kości pamięci. Te części są tu sprowadzane zewsząd — dostarczamy je do wolnocłowego portu nad Subic i montujemy w nippońskiej fabryce. Całość kosztuje więc tyle, co nic. W każdym razie zabierasz je ze sobą. Jak masz ochotę nagrać coś dla rodziny, włączasz to, celujesz kamerą w siebie i filmujesz. Taka wideopocztówka. Nagranie ląduje w pamięci. Jest bardzo mocno skompresowane. Potem podłączasz urządzonko do linii telefonicznej i pozwalasz mu odprawić czary.

— Jakie czary? Że wysyła wideo przez telefon?

— Właśnie.

— Przecież już od dawna ludzie bawią się wideotelefonami?

— Różnica polega na naszym oprogramowaniu. Nie próbujemy przesyłać obrazu w czasie rzeczywistym — to byłoby za drogie. Zapisujemy dane na naszych serwerach i wykorzystujemy czas poza szczytem, kiedy ruch w sieci jest mały. Wtedy przepychamy dane przez kable. To wychodzi taniej. W końcu lądują w naszym biurze w Intramuros. Stamtąd technologią bezprzewodową możemy je przesłać do sklepów 24 Jam w całej Manili. Do odebrania wystarcza mała okrągła antenka na dachu, dekoder i zwyczajny magnetowid pod ladą. Tutaj pinogram nagrywa się na zwykłą kasetę wideo. Kiedy mama wpada do sklepiku po jajka albo tata po papierosy, sklepikarz mówi: „O, dzisiaj przyszedł do was pinogram” i daje im kasetę. Mogą ją zabrać do domu i obejrzeć nowiny od syna z zagranicy. A kiedy się nacieszą, przynoszą kasetę z powrotem do 24 Jam.

Mniej więcej w połowie tej gadki Amy łapie, o co chodzi, znów wbija wzrok w okno i zaczyna językiem wydobywać kawałek jedzenia spomiędzy zębów. Robi to z kulturalnie zamkniętymi ustami; mimo to wydaje się zajęta tym bardziej niż wykładem na temat pinogramów.

Randy'ego paraliżuje niesamowity, szalony strach, że ją znudzi. Nie żeby go zauroczyła — według niego istnieje jakieś pięćdziesiąt procent prawdopodobieństwa, że jest lesbijką — a on wie swoje. Jest tak otwarta i prostolinijna, iż czuje, że w nagrodę powinien wszystko jej powiedzieć.

Dlatego właśnie nie cierpi biznesu. Zawsze chce wszystkim wszystko powiedzieć. Chce się z ludźmi zaprzyjaźniać.

— Niech zgadnę — mówi Amy. — Ty jesteś gościem od oprogramowania.

— Tak — przyznaje Randy, przybierając nieco obronną postawę — ale oprogramowanie to jedyna ciekawa rzecz w tym całym przedsięwzięciu. Cała reszta to tłoczenie tablic rejestracyjnych.

To trochę ją pobudza.

— Tłoczenie tablic?

— Tak mówimy z moim wspólnikiem. W każdym projekcie jest coś twórczego — trzeba opracować nową technologię albo coś takiego. Cała reszta — dziewięćdziesiąt dziewięć procent — to podpisywanie umów, zdobywanie kapitału, chodzenie na spotkania, marketing i sprzedaż. To właśnie nazywamy tłoczeniem tablic.

Kiwa głową, wyglądając przez okno. Randy już prawie ma jej powiedzieć, że Pinogramy mają zapewnić im odpowiednie przychody, tak żeby mogli przejść do części drugiej biznesplanu. To na pewno wyniosłoby go trochę ponad nudnego programistę. Lecz Amy mocno dmucha na filiżankę z kawą, jakby gasiła świeczkę, i mówi:

— Okay. Dzięki. To chyba było warte tych trzech paczek papierosów.

Koszmar

Bobby Shaftoe stał się koneserem koszmarów. Właśnie został wykatapultowany, jak pilot płonącego samolotu, z jednego koszmaru w drugi, jeszcze lepszy — niepokojąco pozbawiony dosłowności, bez żadnych olbrzymich jaszczurów.

Zaczyna się od uczucia gorąca na twarzy. Kiedy weźmie się wystarczającą ilość paliwa, by statek o wyporności 50 tysięcy ton mógł przepłynąć Pacyfik z prędkością 25 węzłów, wleje to do jednego zbiornika, a potem przylecą Nipy i podpalą go w kilka sekund, ty zaś stoisz na tyle blisko, by widzieć, jak triumfalnie szczerzą zęby, to wtedy możesz na twarzy poczuć gorąco.

Bobby Shaftoe otwiera oczy. Spodziewa się, że w ten sposób podniesie kurtynę najlepszego z koszmarów — gwoździa programu. Może będzie to finał jego ulubionego, pod tytułem „Bombowce z północnego wschodu” albo zaskakujący początek „Nalotu żółtych ludzi XVII”.

Ale chyba nie puścili ścieżki dźwiękowej. Jest cicho jak w zasadzce. Siedzi na szpitalnym łóżku, otoczony plutonem egzekucyjnym gorących jupiterów, które uniemożliwiają zobaczenie czegokolwiek. Shaftoe mruga i skupia się na wiszącym w powietrzu obłoku papierosowego dymu, przypominającym parę rozlanej benzyny w tropikach. Pachnie nieźle.

Koło jego łóżka siedzi młody człowiek. Bobby widzi tylko asymetryczną aureolę tam, gdzie światło odbija się od jego natłuszczonej fryzury w mandolinie. Oraz czerwony ognik papierosa. Przyglądając się uważniej, może wyłowić zarysy munduru. Nie jest to mundur piechoty morskiej. Na jego ramionach połyskują galony porucznika; zza podwójnych drzwi błyska światło.

— Chcesz jeszcze papierosa? — pyta porucznik. Głos ma szorstki, ale dziwnie delikatny.

Shaftoe spogląda na własną dłoń i widzi wetknięty między palce niedopałek lucky strike'a.

— Proszę o trudniejsze pytanie — wykrztusza z trudem. Głos ma niski i niewyraźny, jak z gramofonu, który zaraz trzeba będzie nakręcić.

Niedopałek jest wymieniany na nowego papierosa. Shaftoe unosi go do ust. Na ręce ma bandaże, a pod nimi wyczuwa poważne rany, usiłujące porazić go bólem. Ale coś blokuje te sygnały.

Aha, morfina. Nie taki zły ten koszmar, skoro jest w nim morfina, prawda?

— Gotowy? — pyta głos.

— Sir, proszę o trudniejsze pytanie!

— Już to mówiłeś.

— Sir, jeśli pyta pan marine, czy chce następnego papierosa albo czy jest gotowy, odpowiedź jest jedna!

— Tak każe etos! — mówi głos. — Kamera.

Gdzieś w ciemności, poza firmamentem jupiterów, odzywa się terkot.

— Jest kamera — odpowiada głos.

Coś wielkiego opada ku niemu. Shaftoe rozpłaszcza się na łóżku: to coś wygląda dokładnie jak te złowrogie jajeczka składane w powietrzu przez nippońskie bombowce nurkujące. Lecz zatrzymuje się nagle i zawisa tuż przed nim.

— Dźwięk — odzywa się inny głos.

Shaftoe przygląda się baczniej i widzi, że to nie bomba, ale zawieszony na tyczce wielki mikrofon w kształcie pocisku.

Porucznik z ulizaną fryzurą pochyla się, instynktownie wchodząc w światło, jak podróżnik w mroźną zimową noc.

To ten gość z filmów, jak-mu-tam, no…

Ronald Reagan trzyma na kolanach plik fiszek. Wyciąga nową:

— Jako najmłodszy Amerykanin odznaczony jednocześnie Krzyżem Marynarki i Srebrną Gwiazdą, jaką dałbyś radę innym młodym żołnierzom piechoty morskiej wysyłanym na Guadalcanal?

Shaftoe nie musi się namyślać. Te wspomnienia są równie świeże, jak jedenasty koszmar z ostatniej nocy: dziesięciu walecznych Nipów w filmie „Samobójczy szturm”.

— Najpierw zabijać tego z mieczem.

— Aha. — Reagan unosi swe nawoskowane i pocieniowane brwi, potrząsając nad Bobbym koafiurą. — Rrrrracja, celujesz w nich, bo to oficerowie, prawda?

— Nie, palancie! — krzyczy Shaftoe. — Trzeba ich zabić, bo mają te pierdolone miecze! Ktoś kiedyś leciał na ciebie i wymachiwał takim, kurwa, mieczem?

Reagan wycofuje się. Jest przerażony; mimo że przez okno wlatuje chłodna bryza od zatoki, rozpuszcza mu się makijaż.

Chciałby odwrócić się na pięcie, wrócić do Hollywood i szybko przydusić jakąś aktoreczkę. Ale tkwi w Oakland i robi wywiad z bohaterem wojennym. Kartkuje fiszki. Odrzuca dwadzieścia z rzędu. Shaftoe się nie spieszy — zdaje mu się, że będzie leżał na wznak w tym szpitalnym łóżku do końca życia. Jednym długim wdechem spopiela pół papierosa, trzyma dym w płucach, puszcza kółko.

Kiedy walczyli w nocy, wielkie działa okrętowe wypuszczały kółka łatwopalnego gazu. Nie grube obwarzanki, lecz cienkie, kręcące się jak lassa. Ciało Shaftoe'a jest nasycone morfiną. Powieki opadają mu jak lawiny, chroniąc podrażnione reflektorami i dymem papierosowym gałki oczne. On i jego pluton uciekają przed przypływem, próbując ominąć nabrzeżne umocnienia. Są w szturmowej piechocie morskiej i od dwóch tygodni polowali na pewną nippońską jednostkę na Guadalcanal. W końcu pocięli ich na plasterki. A skoro są w okolicy, dostali rozkaz przedostania się w pewien punkt przylądka, skąd będą mogli ostrzelać moździerzami nadpływający Ekspres Tokio. Głupkowata i lekkomyślna taktyka — nie na darmo nazywa się operacja Sznurówka, w końcu jest to od początku do końca partyzancka improwizacja. Mają opóźnienie, bo ta garstka Nipów jest wyjątkowo uparta: organizuje zasadzki za każdym zwalonym drzewem, wali do nich jak do kaczek, gdy tylko wysypią się na otwartą plażę…

Coś wilgotnego uderza go w czoło — to makijażysta czymś go smaruje. Shaftoe z powrotem ląduje w koszmarze z jaszczurem.

— Mówiłem ci o jaszczurze? — pyta.

— Kilka razy — odpowiada rozmówca. — No, jeszcze tylko minutkę. — Ronald Reagan ściska w palcach nową kartę, próbując teraz czegoś trochę spokojniejszego: — A co robiliście z towarzyszami broni wieczorem, po dniu wypełnionym walką?

— Spychaliśmy buldożerami zwłoki Nipów na kupę — mówi Shaftoe. — A potem podpalaliśmy. Później szliśmy na plażę ze słoikiem bimbru i przyglądaliśmy się, jak torpedy zatapiają nasze okręty.

Reagan krzywi się.

— Cięcie! — odzywa się cicho, ale rozkazująco. Terkot kamery ustaje.

— No i jak wypadłem? — pyta Bobby, kiedy z twarzy zeskrobują mu makijaż, a reszta ekipy pakuje sprzęt. Wyłączono już reflektory, przez okna wpada światło dzienne północnej Kalifornii. Cała scena jest tak prawdziwa, jakby wcale nie była koszmarem.

— Świetnie. — Reagan nie patrzy mu w oczy. — Niesamowicie podniesiesz morale naszych żołnierzy. — Zapala papierosa. — Możesz już iść spać.

— Hę? — odzywa się Shaftoe. — Przecież cały czas spałem, nie?

Wychodząc ze szpitala, czuje się znacznie lepiej. Dostaje kilka tygodni urlopu. Udaje się prosto na dworzec w Oakland i łapie najbliższy pociąg do Chicago. Pasażerowie rozpoznają go ze zdjęć w gazetach, stawiają mu drinki i pozują z nim do fotografii. Godzinami gapi się w okno na mijającą go Amerykę — wszystko jest czyste i wspaniałe. Może i są w tym kraju dzikie ostępy, puszcze, nawet niedźwiedzie grizzly i kuguary, ale wszystko jest rozgraniczone, a reguły (nie baw się z niedźwiedziątkami, w nocy wieszaj jedzenie na gałęzi) są znane i wydrukowane w Podręczniku Skauta. Na tych pacyficznych wyspach jest za dużo żywych stworzeń, wszystkie one ciągle pożerają się i są pożerane, a gdy tylko postawisz wśród nich stopę, od razu sam w tym uczestniczysz. Już kilkudniowa jazda tym pociągiem, stopy w czystych białych bawełnianych skarpetkach, nieobgryzane żywcem, znacznie oczyszcza mu umysł. Tylko raz, no, może dwa lub trzy czuje, że musi zamknąć się w kiblu i strzelić w żyłę morfinę.

Lecz kiedy zamyka oczy, widzi siebie na Guadalcanal, gdy rozchlapując wodę, ucieka przed przypływem wokół ostatniego umocnienia. Na plażę wtaczają się wielkie fale, łapią jego ludzi i ciskają nimi o skały.

Wreszcie skręcają za róg i widzą zatoczkę: drobne wycięcie w linii brzegowej Guadalcanal. Sto metrów naniesionych przez fale osadów, osłoniętych wysokim klifem. Jeśli przypływ ma ich nie zmyć, muszą pokonać te bagna i osiągnąć podnóże urwiska.

Shaftoe'owie pochodzą z gór Tennessee i zajmują się między innymi górnictwem. Mniej więcej wtedy, gdy Nimrod Shaftoe pojechał na Filipiny, kilku jego braci przeprowadziło się do zachodniego Wisconsin, by pracować w kopalniach ołowiu. Jeden z nich — dziadek Bobby'ego — awansował na sztygara. Czasem jeździł do Oconomowoc, w odwiedziny do właściciela kopalni, który miał letni domek nad jednym z jezior. Wypływali łódką na szczupaki. Często spotykali także sąsiadów właściciela kopalni — posiadaczy banków i browarów. Tak oto Shaftoe'owie przenieśli się do Oconomowoc i z górników przeobrazili się w przewodników wędkarzy i myśliwych. Rodzina skrupulatnie pielęgnowała swój regionalny akcent i pewne inne tradycje — jak w wojsku. Jedna z jego sióstr i dwaj bracia wciąż mieszkają z rodzicami, a dwóch starszych braci jest w armii. To nie Bobby pierwszy dosłużył się Srebrnej Gwiazdy, choć pierwszy dostał Krzyż.

Bobby składa wizytę drużynie skautów. Zostaje marszałkiem miejskiej parady. Poza tym przez dwa tygodnie niemal nie rusza się z domu. Czasem wychodzi na podwórko i bawi się w berka z młodszymi braćmi. Pomaga tacie zreperować przegniłą rampę. Ciągle odwiedzają go koledzy i koleżanki ze szkoły, a Bobby uczy się tej rzeczy, którą znali wszyscy jego wujowie i dziadkowie: nigdy nie opowiada się szczegółowo o tym, co się działo na wojnie. Nikt nie chce słyszeć o tym, jak ostrzem bagnetu wydłubywałeś sobie z nogi zęby trzonowe kolegi. Wszystkie te dzieciaki wydają mu się teraz idiotami i przygłupami. Jedyną osobą, której towarzystwo dobrze znosi, jest pradziadek Shaftoe; ma dziewięćdziesiąt cztery lata i jest bystry jak młodzieniec. Był w Petersburg, kiedy Burnside zdetonował minę zakopaną pod liniami Konfederatów, a potem wysłał swych ludzi na szturm w lej, gdzie zostali wyrżnięci. Oczywiście nigdy o tym nie wspomina, podobnie jak Bobby nigdy nie opowiada o jaszczurze.

Niebawem urlop się kończy, następuje wielkie pożegnanie na dworcu w Milwaukee, Bobby ściska mamę i siostrę, wymienia uścisk dłoni z tatą, braćmi i odjeżdża.

Nie ma pojęcia, co go czeka. Wie tylko, że awansował na sierżanta i został przeniesiony ze swej poprzedniej jednostki (nic dziwnego, z plutonu ocalał tylko on) do jakiejś formacji marines w Waszyngtonie, o której nigdy nie słyszał.

W Waszyngtonie wprawdzie wiele się dzieje, ale kiedy Bobby ostatni raz czytał gazetę, nie toczyły się tam żadne walki, oczywiste więc, że nie dostanie przydziału do jednostki frontowej. W końcu swoje już zrobił, zabił więcej Nipów, niż na niego przypadało, dostał medale i był ranny. Ponieważ do pracy biurowej nie ma odpowiedniego wykształcenia, spodziewa się, że będzie jeździł po kraju w charakterze bohatera wojennego, podnosząc morale i opowiadając młodym chłopakom pierdoły, aby zaciągnęli się do korpusu.

Melduje się, zgodnie z rozkazem, w koszarach marines w Waszyngtonie. To najstarsza siedziba korpusu, cały kwartał w połowie drogi między Kapitolem a portem marynarki, zielony czworokąt, po którym maszeruje orkiestra dęta, i gdzie kompania defiladowa ćwiczy musztrę. Prawie spodziewa się ujrzeć wielkie, strategiczne magazyny pełne szczoteczek do zębów do mycia podłóg.

W gabinecie siedzi dwóch marines: major, jego nowy nominalny dowódca, oraz pułkownik, który wygląda i zachowuje się tak, jakby się tu urodził. Jest zszokowany, że dwóch oficerów takiej rangi wita tutaj jego, skromnego sierżanta. Może to Krzyż Marynarki zwrócił ich uwagę. Ale oni przecież mają własne Krzyże — i to po dwa albo trzy.

Major przedstawia pułkownika w taki sposób, że Shaftoe'owi nie wyjaśnia to nic a nic. Pułkownik prawie się nie odzywa, ma tylko obserwować. Major dłuższą chwilę kartkuje jakieś wypisane na maszynie papiery.

— Piszą tutaj, że jesteście gung-ho.

— Tak jest, sir!

— Co to, do cholery, znaczy?

— Sir, to jest chińskie słowo! Jest tam taki komunista, nazywa się Mao i ma swoją armię. Raz czy dwa naparzaliśmy się z nimi, sir. Gung-ho to ichni okrzyk wojenny, to znaczy „wszyscy razem” albo jakoś tak, no i kiedy już im dołożyliśmy, to ukradliśmy ten okrzyk, sir!

— Czy macie na myśli, Shaftoe, że zazjacialiście, tak jak inni chińscy marines?

— Sir, jest wręcz przeciwnie! Myślę, że to będzie w dokumentach!

— Tak sądzicie? — pyta major. — Mamy tu interesujący raport z wywiadu do kroniki filmowej, który przeprowadził z wami pewien żołnierz{Pogardliwe określenie wojskowego, który nie jest na tyle dobry, by znaleźć się w marines (przyp. aut.).}, porucznik Reagan.

— Sir! Marine przeprasza za swoje nieodpowiednie zachowanie podczas tego wywiadu, sir! Marine pohańbił siebie i cały korpus, sir!

— Chcecie się usprawiedliwić? Byliście ranni. W szoku pobitewnym. Naćpani lekami. Chorzy na malarię.

— Sir! Nie mam żadnego usprawiedliwienia!

Major i pułkownik kiwają do siebie aprobująco głowami.

Te odzywki „Sir! Tak jest, sir!”, brzmiące zapewne jak pierdoły w uszach każdego rozsądnego cywila, dla Shaftoe'a i oficerów mają głęboki sens. Shaftoe, jak inni, na początku miał problemy z wojskową etykietą. Trochę nią nasiąknął, dorastając w rodzinie wojskowych, ale dorosłe życie to inna sprawa. Teraz, doświadczywszy wszystkich etapów militarnej egzystencji, z wyjątkiem tych ostatecznych (śmierci, sądu wojennego, emerytury) wreszcie zrozumiał, po co wykształciła się taka kultura: ta etykieta umożliwia grupom mężczyzn wspólne życie przez lata, podróżowanie na koniec świata i wykonywanie niesamowicie popieprzonych zadań, tak by przy tym nie pozabijali się wzajemnie ani nie zwariowali. Ekstremalnie formalny sposób, w jaki odzywa się do oficerów, ma istotny podtekst: pana problem, sir, postanowić, co mam robić. Mój problem, sir, wykonać to. Moja postawa gung-ho gwarantuje, że po wydaniu rozkazu nie będę pana nękał żadnymi szczegółami — a z pana strony oczekuję, że zostanie pan po swojej stronie linii i nie będzie mnie męczyć tą gównianą polityką, którą zajmuje się pan na co dzień. Odpowiedzialność kryjąca się za taką gorliwością podwładnego do wykonywania rozkazów jest ciężkim brzemieniem dla każdego rozumnego oficera: Shaftoe nieraz widział, jak starzy wyjadacze zamieniają niedoświadczonych poruczników w trzęsącą się galaretę, stając przed nimi na baczność i radośnie zgadzając się wykonać ich rozkaz.

— Ten Reagan skarżył się, że cały czas próbowaliście opowiadać mu o jaszczurze — mówi major.

— Tak jest, sir! Wielki jaszczur, sir! Bardzo ciekawa historia, sir! — odpowiada Shaftoe.

— Nie obchodzi mnie to. Pytanie brzmi: czy była to właściwa historia w takich okolicznościach?

— Sir! Szturmowaliśmy wybrzeże wyspy, próbowaliśmy się dostać między tych Nipów a lądowisko Ekspresu Tokio… — zaczyna Shaftoe.

— Milczeć!

— Tak jest, sir!

Zapada wymuszona cisza, którą w końcu przerywa pułkownik.

— Kazaliśmy łapiduchom przejrzeć twój raport, Shaftoe.

— Tak jest, sir!

— Sądzą, że cała ta historia z olbrzymim jaszczurem to klasyczny przypadek projekcji.

— Sir! Mógłby mi pan wyjaśnić, co to takiego?

Pułkownik rumieni się, odwraca plecami i zerka przez żaluzje na skąpy ruch uliczny.

— No więc, oni twierdzą, że naprawdę nie było żadnego jaszczura. Że zabiłeś tego Japa{Ludzie znający Azję używają stówa „Nip”. Fakt, że pułkownik mówi „Jap” sugeruje, że stużyt na Atlantyku bądź też Karaibach (przyp. aut.).} w walce wręcz. I że wspomnienie o tym całym jaszczurze ujawnia twoje id.

— Id, sir?

— No, macie tam w głowie to id i ono przejęło kontrolę, kiedy zabijaliście tego Japońca gołymi rękami. A potem wasza wyobraźnia wyśniła sobie cały ten szajs o jaszczurze, żeby to wyjaśnić.

— Mówi pan, sir, że jaszczur to tylko taka przenośnia!

— Tak.

— Sir! W takim razie, z całym szacunkiem, chciałbym dowiedzieć się, kto przegryzł tego Nipa na pół, sir!

Pułkownik wykrzywia twarz w grymasie niechęci.

— Sierżancie, zanim uratował was ten obserwator wybrzeża, siedzieliście nad tą zatoką trzy dni, razem z trupami. W klimacie tropikalnym, przy tych wszystkich owadach i padlinożercach, trudno było powiedzieć, czy ten Jap został przegryziony przez jaszczura, czy zmielony w sieczkarni. Rozumiecie, co mam na myśli?

— Tak jest, sir, rozumiem!

Major wraca do raportu.

— Ten cały Reagan twierdzi, że czyniliście także pogardliwe uwagi na temat generała MacArthura.

— Tak jest, sir! Ten skurwiel nienawidzi korpusu, sir! Próbuje nas wszystkich zabić, sir! Major i pułkownik spoglądają po sobie.

Wyraźnie podjęli, bez słowa, jakąś decyzję.

— Ponieważ chcecie wrócić do wojska, typowym zadaniem byłby dla was objazd po kraju. Pokazywalibyście medale i rekrutowali młodych chłopaków do korpusu. Ale sprawa z jaszczurem jakby to wyklucza.

— Sir, nie rozumiem!

— Biuro Rekrutacji przejrzało wasze akta. Widzieli raport Reagana. Boją się, że w Zadupiu Dolnym, Arkansas, kiedy będziecie w galowym mundurze szli w pochodzie na Dzień Poległych, nagle zaczniecie opowiadać te bzdury o jaszczurze. A wtedy wszyscy ze strachu narobią w gacie, co zakłóci przebieg działań wojennych.

— Sir! Z całym szacunkiem…

— Nie udzieliłem wam głosu — mówi major. — Nie wspomnę nawet o waszej obsesji co do generała MacArthura.

— Sir! Generał to morderca i…

— Milczeć!

— Tak jest, sir!

— Mamy dla was inne zadanie.

— Tak jest, sir!

— Przydzielimy was do wyjątkowo szczególnej jednostki.

— Sir! Szturmowcy marine to już jest szczególna jednostka w ramach szczególnego korpusu!

— Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że to zadanie jest… niezwykłe. — Major zerka na pułkownika. Nie wie, jak zacząć.

Pułkownik wkłada rękę do kieszeni, brzęka monetami, potem wyjmuje ją i gładzi się po policzku.

— To nie jest zadanie tylko naszego korpusu — mówi w końcu. — Będziecie należeli do specjalnego międzynarodowego oddziału. Będzie w nim amerykański pluton szturmowców marine, pluton Special Air Service z Anglii, działające razem pod jednym dowództwem. Grupa twardych ludzi, którzy wykazali, że poradzą sobie z każdym problemem, w każdych warunkach. Czy ten opis pasuje do was?

— Tak jest, sir!

— Jest to bardzo niezwykła jednostka — w zadumie rzuca pułkownik — sami wojskowi nigdy by na coś takiego nie wpadli. Rozumiecie, co mam na myśli, Shaftoe?

— Nie, sir! Ale wyczuwam teraz silny smród polityki!

Pułkownik błyska spojrzeniem, a potem zerka przez okno na kopułę Kapitolu.

— Ci politycy potrafią być naprawdę upierdliwi, jeżeli chodzi o wykonywanie rozkazów. Wszystko musi być zapięte na ostatni guzik. Nie lubią usprawiedliwień. Rozumiecie mnie, Shaftoe?

— Tak jest, sir!

— Korpus musiał walczyć, żeby to dostać. Mieli to przydzielić armii. Ale pociągnęliśmy za sznurki u paru byłych oficerów marynarki na wysokich stołkach. Teraz zadanie należy do nas. Niektórzy powiedzieliby: my mamy szansę je spieprzyć.

— Sir! Nie pozwolę tego spieprzyć!

— Ten skurwysyn MacArthur zabija marines jak muchy właśnie dlatego, że nie zawsze jesteśmy dobrzy w tych politycznych rozgrywkach. Jeśli wy i wasza nowa jednostka nie wykonacie zadania na medal, ta sytuacja tylko się pogorszy.

— Sir! Może pan polegać na marine!

— Waszym dowódcą będzie porucznik Ethridge. Skończył Annapolis. Nie ma za wiele doświadczenia bojowego, ale wie, jak poruszać się we właściwych kręgach. On będzie waszym kontaktem w sferze politycznej. Odpowiedzialność za to, co dzieje się na ziemi, spada wyłącznie na was, sierżancie.

— Tak jest, sir!

— Będziecie blisko współpracować ze Special Air Service. Brytyjczycy są bardzo dobrzy. Lecz wy i wasi ludzie macie ich przyćmić.

— Sir! Może pan na to liczyć, sir!

— No to przygotujcie się do odjazdu — mówi major. — Do północnej Afryki, sierżancie Shaftoe.

Londinium

Potężne brytyjskie monety podzwaniają mu w kieszeni jak cynowe talerze. Lawrence Pritchard Waterhouse idzie ulicą umundurowany jak komandor Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych. Nie wynika z tego, że jest komandorem ani że służy w amerykańskiej marynarce, chociaż służy. Łatwo zgadnąć przynajmniej „Stany Zjednoczone”, ponieważ na każdym skrzyżowaniu niemal przejeżdża go hamujący z piskiem samochód; musi skierować pociąg myśli na bocznicę, ku zdziwieniu jego obsługi i pasażerów, a następnie znaczną część mocy przerobowych mózgu poświęcić na lustrzane odwracanie obrazu rzeczywistości. Bo tutaj obowiązuje ruch lewostronny.

Wiedział o tym przedtem. Widział zdjęcia. No i Alan w Princeton narzekał, że zawsze wpada prawie pod koła, kiedy zatopiony w myślach wchodzi na jezdnię, patrząc w niewłaściwą stronę.

Krawężniki są ostre i prostopadłe, nie przypominają amerykańskich, obłych, gładkich krzywizn. Granica jezdni i chodnika jest wyraźna i pionowa. Gdyby umieścić na głowie Waterhouse'a zieloną lampkę, a potem obserwować go z boku, podczas zaciemnienia, tor jego ruchu przypominałby przebieg prostokątny na ekranie jednokanałowego oscyloskopu: w górę, w dół, w górę, w dół. Gdyby szedł tak w rodzinnym mieście, krawężniki pojawiałyby się w równych odstępach, mniej więcej dwanaście sztuk na półtora kilometra, ponieważ to miasto jest ułożone porządnie, na kwadratowej siatce.

Tu, w Londynie, ulice są nieregularne, dlatego przeskoki w fali prostokątnej zachodzą jakby losowo, czasem bliżej, czasem dalej od siebie.

Obserwujący tę falę badacz prawdopodobnie rozpaczliwie szukałby w niej jakiejś prawidłowości: wyglądałaby, jakby generował ją układ losowy napędzany szumem, sterowany być może promieniami kosmicznymi z głębi wszechświata, albo rozpadem izotopów radioaktywnych.

Lecz gdyby był pomysłowy i miał głębsze dane do dyspozycji, to co innego.

Głębokość można uzyskać, przytwierdzając zieloną lampkę na głowie każdego londyńczyka, a potem zapisując ich przebiegi w ciągu kilku nocy. Otrzymalibyśmy grubą stertę wykresów na papierze milimetrowym, każdy z nich z pozoru równie przypadkowy jak pozostałe. Im grubsza sterta, tym większa głębokość.

Z pomysłowością to zupełnie inna sprawa. Nie ma na nią żadnej systematycznej metody. Jeden człowiek patrzyłby na stertę wykresów i nie widział nic poza szumem. Inny zafascynowałby się nią w całkiem irracjonalny sposób, niemożliwy do wyjaśnienia komukolwiek stojącemu z boku. Pewne ukryte głęboko części mózgu, potrafiące wychwytywać prawidłowości (a także istnienie prawidłowości), pracowałyby cały czas i słałyby do owych tępych fragmentów mózgu zawiadujących praktycznymi sprawami sygnał nakazujący ciągle patrzeć na ten stos papieru milimetrowego. Ów cichy sygnał nie zawsze dochodzi do głosu, ale wtedy każe odbiorcy spędzać nad wykresami całe dnie, tasować je jak chory na autyzm, rozścielać na podłodze, układać w kupki według jakichś niezrozumiałych zasad, opisywać na rogach cyferkami i literami z martwych alfabetów, zapisywać odsyłacze jednych do drugich, znajdować prawidłowości i weryfikować je na innych danych.

Ten człowiek pewnego dnia wyszedłby z pokoju, trzymając w dłoniach bardzo dokładny plan Londynu, zrekonstruowany na podstawie informacji zawartej w wykresach fal prostokątnych.

Takim właśnie człowiekiem jest Lawrence Pritchard Waterhouse. Dlatego właśnie rząd jego ojczyzny, Stanów Zjednoczonych, kazał mu złożyć uroczyste przysięgi, stale zaopatruje go w nowe mundury rozmaitych formacji i stopni, a teraz wysłał go do Londynu.

Schodzi z krawężnika, popatrując w zamyśleniu na lewo. W prawym uchu rozlega mu się dzwonienie, piszczą hamulce roweru. To tylko brytyjski komandos (Waterhouse zaczyna już rozpoznawać mundury) załatwiający jakieś sprawy, ale ma za sobą wsparcie taktyczne w postaci pomalowanego na zgniłozielono autobusu, upstrzonego nieczytelnymi wojskowymi kodami.

— Przepraszam, sir! — wesoło rzuca marine i omija go, sądząc pewnie, że autobus załatwi sprawę. Waterhouse rzuca się naprzód, prosto pod nadjeżdżającą z drugiej strony czarną taksówkę.

Jednakże przedostawszy się przez tę ulicę, dociera do celu, nie narażając więcej życia, jeśli pominąć fakt, że znajduje się o kilka minut lotu samolotem od morderczej hordy świetnie zorganizowanych Niemców wyposażonych w najlepszą broń na świecie. Znalazł się w dzielnicy przypominającej nieco pewne mroczne zakamarki Manhattanu: wąskie uliczki obstawione dziesięciopiętrowcami. Tu i ówdzie widzi starodawne, potężne gotyckie bryły, przypominające o minionej wielkości. Ludzie, jak na Manhattanie, pędzą szybko, czymś zaaferowani.

Podkute wojenne buty przechodniów stukają metalicznie. Każdy pieszy ma dość jednostajny chód i tyka niemal z dokładnością metronomu. Podsłuchiwacz, ukrywszy w chodniku mikrofon, usłyszałby kakofonię stuknięć, z pozoru losowych, jak szum z licznika Geigera. Ale właściwa osoba na właściwym miejscu mogłaby wyekstrahować z tego szumu sygnał — policzyć pieszych, podać liczby mężczyzn i kobiet, wykreślić histogram długości nóg…

Musi o tym zapomnieć. Chciałby skoncentrować się na tym, co do niego należy, ale wciąż nie wie, jak to ugryźć.

Nad wejściem do stacji metra St. James's Park stoi potężna, kanciasta, nowoczesna rzeźba, przez całą dobę pilnująca Broadway Buildings, które są naprawdę jednym budynkiem. Jego widok rozczarowuje, podobnie jak wszystkie inne odwiedzane przez Waterhouse'a siedziby wywiadu.

W końcu to tylko budynek, pomarańczowy kamień, chyba dziesięciopiętrowy, za ostatnie trzy liczy się bezsensownie wysoki mansardowy dach, jakieś drobne klasyczne ozdóbki nad oknami, które jak wszystkie szyby w Londynie podzielone są paskami taśmy klejącej na osiem trójkątów prostokątnych. Waterhouse uważa, że ta dekoracja lepiej pasuje do stylu klasycystycznego niż, na przykład, gotyku.

Zna się co nieco na fizyce i nie chce mu się wierzyć, że kiedy odpali się nieopodal paręset kilogramów trójnitrotoluenu, a powstała fala uderzeniowa przejdzie przez szybę, ludziom po drugiej stronie pomoże ta gwiazdka papierowej taśmy. To zabobonny gest, podobny do tych znaczków malowanych w obejściach Niemców z Pensylwanii. Pewnie jego widok przypomina ludziom o wojnie.

Na niego to chyba nie działa. Ostrożnie przedostaje się na drugą stronę ulicy, intensywnie myśląc o kierunku ruchu, zakładając, że coś tam wewnątrz mózgu będzie się samo pilnować. Wchodzi do środka, przepuszczając w drzwiach najpierw energiczną młodą kobietę w paramilitarnym kostiumie, wyraźnie sugerującą, że Waterhouse nie powinien spodziewać się, że takim gestem Coś Wskóra, a potem siedemdziesięcioletniego, zmęczonego pana z siwym wąsem.

Hall jest mocno strzeżony — Waterhouse musi przedstawić swe dokumenty i rozkazy. Potem obowiązkowo myli się — trafia na złe piętro, ponieważ w tym kraju inaczej się je numeruje. Byłoby to znacznie zabawniejsze, gdyby nie znajdował się w siedzibie wywiadu wojskowego w trakcie jednej z największych wojen w historii.

Ale za to właściwe piętro, gdy w końcu na nie trafia, wygląda znacznie ekskluzywniej. Oczywiście tutaj w Anglii ekskluzywność to kluczowa sprawa, ci ludzie nie uznają półśrodków. Żeby znaleźć budkę telefoniczną, trzeba przejść kilometr, ale kiedy już na nią trafisz, wygląda, jakby w przeszłości poważnym problemem było chuligańskie wysadzanie automatów telefonicznych dynamitem. A brytyjska skrzynka pocztowa pewnie zatrzymałaby niemiecki czołg. Nikt tu nie ma samochodu, ale jak już ma, to jest to trzytonowy, ręcznie zbudowany potwór. Nie do pomyślenia jest wypuszczenie spod sztancy całej masy wozów — panie Ford, trzeba przestrzegać pewnych spraw w rodzaju ręcznego chromowania chłodnic albo tradycyjnego rzeźbienia opon w pełnych blokach kauczuku.

Wszystkie zebrania są takie same: Waterhouse zawsze jest Gościem, nigdy w życiu jeszcze nie był Gospodarzem. Gość przybywa do nieznanego budynku, siedzi w poczekalni, odmawiając miłym, choć cnotliwym kobietom częstującym go kofeinowymi napitkami, a o czasie jest wprowadzany do Sali, gdzie oczekują go Główny Facet i Inni Faceci. Gość nie musi też przejmować się systemem przedstawiania się ludzi, ponieważ działa w trybie biernym i powinien tylko reagować na bodźce, ściskać wszystkie podawane dłonie, znów odrzucać propozycje podania napojów kofeinowych oraz (teraz już) alkoholowych, siadać, gdzie i kiedy go poproszą. W tym wypadku i Główny Facet, i większość Pozostałych Facetów to Brytyjczycy, dobór napojów jest nieco inny, a Sala, z racji brytyjskości, zbudowana jest z bloków kamienia przywodzących na myśl grobowiec faraona; okna zaś ozdabiają standardowe, nieprzekonujące paski taśmy. Faza Przewidywalnego Humoru jest znacznie krótsza niż w Ameryce, natomiast Faza Gadu-Gadu — dłuższa.

Waterhouse zapomniał już wszystkie nazwiska. Zawsze od razu zapomina nazwiska. Nawet gdyby je pamiętał, z niczym by ich nie skojarzył, ponieważ nie ma przed sobą schematu organizacyjnego ani Ministerstwa Spraw Zagranicznych (które rządzi wywiadem), ani armii. Wciąż mówią „łotr Haus”, ale kiedy już zaczyna mu być szkoda tego Hausa, ktokolwiek to jest, nagle spostrzega się, że tak wymawiają „Waterhouse”. Poza tym dociera doń tylko jeden komentarz: jeden z Pozostałych mówi coś o premierze, co sugeruje pewną zażyłość. I to nawet nie jest Główny Facet. Główny jest znacznie starszy i bardziej dystyngowany od reszty. Waterhouse'owi wydaje się więc (mimo iż całkiem przestał ich słuchać), że co najmniej z połowa zebranych rozmawiała niedawno z Winstonem Churchillem.

Wtem w rozmowie pojawiają się pewne słowa. Waterhouse nie zwracał uwagi, lecz jest prawie pewien, że w ciągu ostatnich dziesięciu sekund padło słowo „Ultra”. Mruga i siada prosto.

Główny wygląda na zakłopotanego, Pozostali Faceci na zdziwionych.

— Czy ktoś parę minut temu wspominał o kawie? — odzywa się Waterhouse.

— Panno Stanhope, kawa dla pana Łotr Hausa — mówi Główny Facet do elektrycznego interkomu. To jeden z sześciu interkomów w całym Imperium Brytyjskim. Ale za to jest odlany w jednej, pięćdziesięciokilogramowej bryle żeliwa i zasilany grubymi na palec czterystudwudziestowoltowymi kablami. — I poproszę także o herbatę, jeśli można.

Waterhouse zna więc teraz nazwisko sekretarki Głównego. Na początek dobre i to. Teraz odrobina namysłu i mógłby zrekonstruować nazwisko samego Głównego.

Chyba trafili znów w Fazę Gadu-Gadu. Amerykańscy oficjele byliby w tej sytuacji nieco wkurzeni; Angole czują wyraźną ulgę. Zamawiają u panny Stanhope jeszcze więcej napojów.

— Widział pan ostatnio doktora Szyna? — pyta Główny Facet lekko zaniepokojonym głosem.

— Kogo? — Waterhouse nagle zdaje sobie sprawę, że chodzi o komandora Schoena, którego nazwisko tu w Londynie widocznie wymawia się prawidłowo — Szyn, a nie Szejn.

— Komandorze Waterhouse? — mówi Główny Facet kilka minut później. Waterhouse właśnie próbował w pamięci wynaleźć nowy system szyfrowania oparty na różnych sposobach wymawiania słów, dlatego się nie odzywał.

— Co? A, tak, zanim wsiadłem na statek, wpadłem do niego na chwilę. Oczywiście, kiedy czuje się, hmm, niedobrze z powodu pogody, wszyscy mają bezwzględny zakaz rozmawiania z nim o kryptologii.

— Naturalnie.

— Problem polega na tym, że kiedy cała znajomość z człowiekiem opiera się na kryptologii, nie można nawet wetknąć głowy do pokoju, żeby nie złamać tego zakazu.

— Tak, to bardzo kłopotliwe.

— Zdaje się, że czuje się nie najgorzej. — Waterhouse nie mówi przekonująco, przy stole zapada więc cisza.

— Kiedy miał lepszy nastrój, bardzo chwalił pana wkład w „Cryptonomicon” — odzywa się jeden z Pozostałych. Dotychczas prawie nie zabierał głosu. Waterhouse klasyfikuje go jako nieznanego, wpływowego gościa w świecie kryptologii maszynowej.

— To niekiepski facet — mówi Waterhouse. Główny traktuje to jako zagajenie.

— Ponieważ pracował pan przy Indygo doktora Schoena, jest pan z definicji na liście Magie. A skoro nasze państwa zgodziły się — przynajmniej zasadniczo — współdziałać na polu kryptoanalizy, znalazł się pan automatycznie na liście Ultra.

— Ultra i Magie są bardzo symetryczne względem siebie. W obu wypadkach złowroga siła wynalazła maszynowy szyfr i uważa go za niemożliwy do złamania. W obu wypadkach siły aliantów zdołały złamać ten szyfr. W Ameryce doktor Schoen i jego ludzie odkodo-wali Indygo i skonstruowali maszynę Magie. Tutaj zespół doktora Knoxa złamał Enigmę i wymyślił Bombę. Głównym umysłem był tu doktor Turing. U was zaś — Schoen, będący, jak pan mówi, w depresji z powodu pogody. Lecz, komandorze Waterhouse, on przyrównuje pana do Turinga.

— To zbyt uprzejme z jego strony — mówi Waterhouse.

— Ale studiował pan z Turingiem w Princeton, prawda?

— Jeśli o to panu chodzi, studiowaliśmy w tym samym czasie. Jeździliśmy razem na rowerach. Jego badania były o wiele bardziej zaawansowane.

— On przecież był na studiach podyplomowych, a pan tylko na magisterskich.

— Pewnie. Ale nawet zważywszy na to, był o wiele bardziej lotny niż ja.

— Zbytek skromności, komandorze Waterhouse. Ilu magistrantów publikowało w międzynarodowych periodykach?

— My tylko razem jeździliśmy na rowerach — Waterhouse nie ustępuje. — Einstein nawet nie chciał ze mną gadać.

— Doktor Turing bardzo się wykazał na polu teorii informacji — mówi przedwcześnie postarzały facet z długimi, obwisłymi siwymi kudłami; Waterhouse domyśla się, że to jakiś belfer z Oksfordu czy Cambridge. — Na pewno dyskutował z panem o tym.

Belfer odwraca się do pozostałych i mówi belferskim tonem:

— Teoria informacji ożywia mechaniczne maszyny liczące w ten sam sposób jak, powiedzmy, hydrodynamika ożywia kadłub statku. — Potem odwraca się tyłem do Waterhouse'a i mówi trochę mniej urzędowo: — Doktor Turing kontynuował prace w tej dziedzinie, kiedy zniknął z pana horyzontu w świecie poufnych informacji. Szczególnie interesowało go ustalenie, ile dokładnie informacji można wyekstrahować z pozornie losowych danych.

Nagle wszyscy zebrani znów wymieniają rozbawione spojrzenia.

— Wnioskuję z pana reakcji — mówi Główny Facet — że ten problem i pana wielce interesował.

Waterhouse zachodzi w głowę, co to była za reakcja. Wysunął zęby? A może napluł do kawy?

— To dobrze — ciągnie Główny Facet, zanim Waterhouse zdąży odpowiedzieć — ponieważ i my bardzo się nim interesujemy. Wie pan, że staramy się — i muszę tu podkreślić dalece niewystarczający zakres tych starań w chwili obecnej — staramy się koordynować informacje wywiadowcze pomiędzy Ameryką a Wielką Brytanią, znajdując się tym samym w najdziwniejszej sytuacji, jaka może spotkać podczas wojny parę sojuszników. Komandorze Waterhouse, my wiemy wszystko. Otrzymujemy osobiste radiogramy Hitlera adresowane do dowódców frontowych, często wcześniej niż oni sami. Ta wiedza jest niewątpliwie potężnym narzędziem. Równie niewątpliwe jest to, że nie pomoże nam ona w wygraniu wojny, jeżeli nie zmienimy dzięki nim naszych działań. A zatem: jeśli z informacji Ultra dowiemy się o konwoju, który wyrusza z Taranto i wiezie zaopatrzenie dla Rommla w północnej Afryce, ta wiedza w niczym nam się nie przysłuży, dopóki nie zaatakujemy go i nie zatopimy.

— Naturalnie — mówi Waterhouse.

— A teraz: jeśli wysłano dziesięć konwojów, a my wszystkie zatopiliśmy, nawet te w ciemnościach i pod osłoną chmur, Niemcy zadadzą sobie pytanie: skąd wiedzieliśmy, gdzie one są. Zrozumieją, że znamy szyfr Enigma, zmienią go i stracimy nasze narzędzie. Można mieć pewność, że pan Churchill będzie niezadowolony z takiego obrotu wydarzeń. — Główny Facet zerka na pozostałych, którzy potakują ze znajomością rzeczy. Waterhouse wyczuwa, że pan Churchill mocno akcentował tę kwestię.

— Sformułujmy to w języku teorii informacji — mówi belfer. — Informacja płynie od Niemców do nas, przez system Ultra w Bletchley Park. Przychodzi jako z wyglądu losowe radiowe transmisje alfabetem Morse'a. Ale ponieważ służą u nas bardzo inteligentni ludzie, którzy potrafią wychwycić prawidłowości w pozornie losowych wiadomościach, potrafimy wydobyć z nich informacje, które są bardzo ważne dla naszych poczynań. Natomiast Niemcy nie złamali naszych podstawowych szyfrów. Mogą jednak obserwować nasze działania — trasy konwojów na północnym Atlantyku, rozmieszczenie naszych sił. Jeśli konwoje zawsze unikną U-Bootów, jeśli lotnictwo zawsze będzie trafiać prosto na niemieckie okręty, to dla Niemców stanie się jasne — mówię tu o bardzo inteligentnych Niemcach, o profesorach — że nie ma w tym żadnej losowości. Ci Niemcy potrafią obliczyć korelacje. Dowiedzą się, że wiemy więcej, niż powinniśmy. Innymi słowy, jest pewien punkt, w którym informacja zaczyna płynąć od nas do Niemców.

— Musimy wiedzieć, gdzie znajduje się ten punkt — oznajmia Główny. — Dokładnie. I nie możemy poza niego wykroczyć — żeby wyglądało, że działania aliantów są przypadkowe.

— Tak — mówi Waterhouse — i musi być to taka losowość, która przekonałaby gościa w rodzaju Rudolfa von Hacklhebera.

— Właśnie jego miałem na myśli — odpowiada belfer — doktor Rudolf von Hacklheber, według ostatnich danych.

— O! To Rudi zrobił doktorat! — wykrzykuje Waterhouse. Ponieważ Rudi został wezwany w objęcia Tysiącletniej Rzeszy, Waterhouse założył najgorsze: wyobraził go sobie w szynelu, śpiącego w zaspach, oblegającego Leningrad albo inne miasto. Ale najwyraźniej faszyści mają dobre oko do talentów (jeśli nie są żydowskie) i załatwili mu pracę za biurkiem.

Ale i tak to ryzykowne zachowanie: okazać zadowolenie, że z Rudim wszystko w porządku. Jeden z Pozostałych Facetów, próbując przerwać konsternację, żartuje, że gdyby ktoś miał głowę i zamknął Rudiego na New Jersey na czas wojny, nie byłoby potrzeby tworzyć nowej kategorii tajności Ultra Mega. Nikomu nie wydaje się to zabawne, więc Waterhouse uznaje, że to prawda.

Potem pokazują mu schemat organizacyjny Specjalnej Jednostki RAF nr 2701, który zawiera nazwiska wszystkich dwudziestu czterech osób na liście Ultra Mega. Na górze tłoczą się takie nazwiska jak Winston Churchill i Franklin Delano Roosevelt. Potem pojawiają się inne, dziwnie znajome — może to nazwiska tu obecnych? Poniżej, niejaki Chattan, dość młody pułkownik, który (jak zapewniają Waterhouse'a) wykazał się podczas Bitwy o Anglię.

Jeszcze niżej pojawia się Lawrence Pritchard Waterhouse i dwie inne osoby: jeden to kapitan RAF, drugi — kapitan marines. Przerywana linia idzie na bok, wskazując nazwisko „dr Alan Mathison Turing”. W sumie ten schemat to chyba najbardziej bałaganiarska i dziwaczna ad-hoc-kracja kiedykolwiek utworzona w strukturach armii.

Na samym dole schematu są dwie grupy po sześć osób, upchnięte pod nazwiskami kapitana RAF-u i kapitana marines. To ramię wykonawcze organizacji: jeden z zebranych w Broadway Buildings nazywa ich „facetami na przodku”, a Amerykanin tłumaczy to Waterhouse'owi: „tutaj opona styka się z drogą”.

— Ma pan jakieś pytania? — odzywa się Główny.

— Czy to Alan wybrał ten numer?

— Chodzi panu o doktora Turinga?

— Tak. Czy to on wybrał liczbę 2701?

Ten poziom szczegółowości jest wyraźnie kilka stopni poniżej poziomu ludzi z Broadway Buildings. Są zaskoczeni i niemal urażeni, jakby Waterhouse nagle kazał im pisać dyktando.

— Być może — odpowiada Główny. — Dlaczego pan pyta?

— Ponieważ liczba 2701 jest iloczynem dwóch liczb pierwszych, a te liczby, 37 i 73, wyrażone w zapisie dziesiętnym, są, jak zapewne widzicie, symetryczne względem siebie.

Wszystkie głowy zwracają się ku belfrowi, który wydaje się zbity z tropu.

— Lepiej to zmieńmy — mówi — doktor von Hacklheber na pewno by taką rzecz zauważył. — Wstaje, wyciąga z kieszeni wieczne pióro Mont Blanc i koryguje schemat, wpisując 2702 zamiast 2701. Kiedy to robi, Waterhouse rozgląda się po sali i widzi, że wszyscy są usatysfakcjonowani. To jasne: zatrudnili go właśnie po to, aby pokazywał takie sztuczki.

Corregidor

Pomiędzy wodami Zatoki Manilskiej a wilgotnym powietrzem ponad nią nie ma wyraźnej granicy — jedynie bezkształtny, szarobłękitny całun wiszący o kilka kilometrów od nich. „Glory IV” przez pół godziny ostrożnie manewruje wśród mnogości kotwiczących statków handlowych, potem zaś przyspiesza, biorąc kurs na środek zatoki. Powietrze przeczyszcza się trochę, pozwalając Randy'emu dokładnie widzieć Bata'an po prawej burcie: czarne góry spowite mgłą i poplamione grzybkowatymi chmurkami oznaczającymi prądy wznoszące. Przeważnie nie ma tam plaż, jedynie stromo schodzące ku morzu czerwone klify. Kiedy jednak zbliżają się ku końcowi półwyspu, ląd wygładza się trochę, robiąc miejsce kilku bladozielonym polom. Na samym czubku Bata'an Randy widzi parę ostrych wapiennych urwisk, które pamięta z wideo Aviego. Lecz teraz patrzy przede wszystkim na Corregidor, leżący kilka kilometrów od końca półwyspu.

America Shaftoe, albo Amy, jak woli być nazywana, spędza cały rejs na uganianiu się po pokładzie i wdawaniu z filipińskimi i amerykańskimi nurkami w poważne rozmowy; czasem siada po turecku na pokładzie i przegląda jakieś papiery bądź wykresy. Nałożyła wystrzępiony słomkowy kapelusz dla ochrony przed promieniami słonecznymi. Randy nie zamierza się na nie wystawiać. Snuje się po klimatyzowanej kajucie, sączy kawę i ogląda zdjęcia na ścianach.

W swej naiwności spodziewa się ujrzeć fotografie nurków wyciągających na plaże podmorskie kable. Semper Marine Services kładzie sporo kabli — i zna się na tym, przecież sprawdzał referencje, zanim ich wynajął — ale najwyraźniej takie prace nie są dla nich wystarczająco ciekawe, by je fotografować. Większość zdjęć ilustruje podwodne prace wydobywcze: wyszczerzeni od ucha do ucha nurkowie triumfalnie prezentują obrośnięte mięczakami wazy, jak hokeiści dzierżący Puchar Stanleya.

Z oddali Corregidor jest soczewkowatą plamą dżungli wystającą z wody, z płaską półką po jednej stronie. Z map wie, że w rzeczywistości ma kształt plemnika. To, co stąd wygląda na półkę, jest ogonem wijącym się na wschód, jakby plemnik próbował wypłynąć z zatoki i zapłodnić Azję.

Amy otwiera drzwi i wpada do kajuty.

— Chodź na mostek. Powinieneś to zobaczyć.

Randy idzie za nią.

— Kto to jest ten gość na wszystkich zdjęciach? — pyta.

— Ten groźny, obcięty na jeża?

— No.

— To mój ojciec — odpowiada. — Doug.

— Czyżby Douglas MacArthur Shaftoe? — pyta Randy. Widział to nazwisko na papierach firmowych Semper Marine.

— Otóż to.

— Były komandos z SEAL?

— Tak. Ale nie lubi, jak się o nim tak mówi. To taki frazes…

— A dlaczego wydaje mi się znajomy?

Amy wzdycha.

— W 1975 miał swoje pięć minut.

— Nie przypominam sobie.

— Znasz Comstocka?

— Paula Comstocka? Prokuratora generalnego? Tego, co nienawidzi szyfrów?

— Chodzi o jego ojca. Earla Comstocka.

— Gość od polityki zimnowojnnej — mózg wojny wietnamskiej. Ten?

— Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak o nim mówił. No tak, to ten. Może pamiętasz, że w 1975 Earl Comstock wypadł albo ktoś go wypchnął z wyciągu krzesełkowego w Kolorado i połamał sobie ręce.

— No, tak jakbym coś sobie przypominał…

— Mój stary… — Amy nieznacznie kiwa głową w stronę jednego ze zdjęć — przypadkiem siedział wtedy obok niego.

— Przypadkiem czy…

— Zbieg okoliczności. Nieplanowany.

— Można na to patrzeć i tak — mówi Randy — ale z drugiej strony, jeśli Earl Comstock często jeździł na nartach, to było dość duże prawdopodobieństwo, że wcześniej czy później okaże się, że siedzi, dwadzieścia metrów nad ziemią, obok weterana wojny wietnamskiej.

— Mniejsza o to. Ja tylko mówię… właściwie to o tym nie chciałam mówić.

— Spotkam go? — pyta Randy, zerkając na zdjęcie. Amy zagryza wargę i wbija wzrok w horyzont.

— W dziewięćdziesięciu procentach przypadków jego pojawienie się oznacza, że dzieje się coś dziwnego. — Otwiera schodnię prowadzącą na mostek i przytrzymuje mu drzwiczki, wskazując na strome stopnie.

— A pozostałe dziesięć procent?

— Albo się nudzi, albo gdzieś idzie ze swoją kobietą.

Pilot „Glory” siedzi skupiony i nie zwraca na nich uwagi; Randy uznaje to za oznakę profesjonalizmu. Na mostku stoi mnóstwo stołów. Blaty mają zrobione z drzwi albo grubych drewnianych łat. Wszystkie zatłoczone są elektroniką: jest tu faks, mniejsze urządzenie wypluwające prognozy pogody, trzy komputery, telefon satelitarny, kilka komórek wetkniętych w ładowarki, echosonda do mierzenia głębokości. Amy prowadzi go ku maszynie z wielkim ekranem pokazującym coś przypominającego czarno-białe zdjęcie pagórkowatego terenu.

— To sonar boczny — wyjaśnia — jedno z najlepszych narzędzi do takich robót. Pokazuje, co jest na dnie. — Sprawdza na jednym z monitorów aktualną pozycję i wykonuje w pamięci jakieś obliczenia. — Ernesto, zmień kurs o pięć stopni w prawo.

— Dobrze, proszę pani — odpowiada Ernesto i wykonuje polecenie.

— Czego szukasz?

— To darmowa atrakcja, jak te papierosy w hotelu — odpowiada Amy. — Dodatkowa premia za zawarcie z nami umowy. Czasem lubimy zabawić się w przewodnika. Widzisz to? Przyjrzyj się. — Wskazuje palcem coś, co dopiero pojawia się na ekranie. Randy nachyla się i wpatruje w monitor. Jest to z pewnością coś sztucznego: gmatwanina linii i kątów prostych.

— Wygląda jak sterta śmiecia — mówi.

— Teraz tak — odpowiada Amy — ale kiedyś był to spory kawałek filipińskiego skarbca.

— Co?

— Podczas wojny, już po Pearl Harbor, ale zanim Japończycy zdobyli Manilę, rząd opróżnił skarbiec. Spakowali całe złoto i srebro do skrzyń i wywieźli je na Corregidor, rzekomo po to, aby je zabezpieczyć.

— Co masz na myśli, mówiąc „rzekomo”.

Wzrusza ramionami.

— Tu są Filipiny. Mam przeczucie, że większość złota wylądowała gdzie indziej. Ale srebro — przeważnie tutaj. — Prostuje się i wskazuje przez okienko na Corregidor. — Wtedy myśleli, że Corregidor jest nie do zdobycia.

— Kiedy to się mniej więcej działo?

— W grudniu czterdziestego pierwszego albo styczniu czterdziestego drugiego. W każdym razie stało się jasne, że Corregidor upadnie. Na początku lutego przypłynął okręt podwodny i zabrał cale złoto. Potem drugi zabrał ludzi, którzy nie mogli wpaść w ręce wroga, na przykład łamaczy szyfrów. Ale nie mieli tyle okrętów podwodnych, żeby wywieźć całe srebro. W marcu wyjechał MacArthur. Zaczęli wywozić srebro w skrzyniach na morze, w nocy, i wrzucać do wody.

— Opowiadasz!

— Zawsze można wrócić i spróbować je znaleźć — mówi Amy. — Zresztą lepiej je stracić, niż oddać Japończykom, prawda?

— Chyba tak.

— Japończycy znaleźli sporo srebra — na Bata'an i Corregidorze schwytali wielu amerykańskich nurków, kazali im zejść na dno, właśnie tu, gdzie teraz jesteśmy, i wyciągnąć je. Lecz tym samym nurkom udało się ukryć przed strażnikami dużo srebra i przemycić je na Filipiny, gdzie stało się tak pospolite, że zupełnie zepsuło okupacyjną japońską walutę.

— To na co my teraz patrzymy?

— Szczątki skrzyń, które rozwaliły się, uderzając w dno.

— Czy po wojnie zostało tu jeszcze jakieś srebro?

— No pewnie — żywo potwierdza Amy. — Większość poszła na dno tutaj i nurkowie je wyciągnęli, ale część zatopiono gdzie indziej. Mój tata wyciągnął trochę już w latach siedemdziesiątych.

— O kurczę. To bez sensu!

— Czemu?

— Nie mogę uwierzyć, że srebro tak sobie leżało na dnie oceanu przez trzydzieści lat i każdy mógł je wziąć.

— No to nie znasz za dobrze Filipin — rzuca Amy.

— Wiem, że to biedny kraj. Dlaczego ktoś po prostu nie przypłynął tutaj i nie wyciągnął tego srebra?

— Większość poszukiwaczy skarbów w tej części świata gra o wyższą stawkę — mówi Amy — albo łatwiejszą.

Randy nie wie, co powiedzieć.

— Kupa srebra na dnie zatoki wydaje mi się łatwa i wartościowa.

— Niestety. Srebro nie jest warte aż tak dużo. Waza z dynastii Sung, porządnie oczyszczona, może pójść za więcej złota, niż sama waży. Złota. A w dodatku łatwiej ją znaleźć — szukasz po prostu na dnie czegoś w kształcie dżonki. Zatopiona dżonka wyraźnie wyróżnia się na sonarze. A stara skrzynia obrośnięta koralami i małżami wygląda przeważnie jak kamień.

Gdy podpływają bliżej do Corregidoru, Randy widzi, że koniec wyspy jest pagórkowaty — tu i ówdzie wystają z niej skały. Kolor ziemi stopniowo blaknie — od ciemnej tropikalnej zieleni, do bladej zieleni, a potem wysuszonego czerwonawego brązu — w miarę jak ogon oddala się od centrum wyspy, a gleba staje się suchsza. Jego wzrok przyciąga jedna z tych skał, na której stoi nowy stalowy maszt. Na szczycie ma tubę anteny mikrofalowej wycelowaną na wschód, w stronę budynku Epiphyte w Intramuros.

— Widzisz te jaskinie wzdłuż brzegu? — odzywa się Amy. Chyba żałuje, że wspomniała już na początku o zatopionych skarbach i teraz chce zmienić temat.

Randy przerywa podziwianie anteny mikrofalowej, której jest współwłaścicielem, i wiedzie wzrokiem za ręką Amy. Wapienny brzeg wyspy, pionowo spadający z kilku metrów do wody, jest zryty otworami.

— No.

— Zbudowali je Amerykanie. Na działa obrony wybrzeża. Japończycy je powiększyli, żeby wypuszczać z nich łodzie kamikaze.

— Nieźle.

Nagle słyszy basowy gulgot, rozgląda się i dostrzega zbliżającą się do nich łódź. Ma kształt kajaka, ze dwanaście metrów długości i potężne wysięgniki na każdej burcie. Z krótkiego masztu powiewa parę postrzępionych flag, a z rozwieszonych nad pokładem sznurów dynda pstrokate pranie. Pośrodku kadłuba znajduje się wielki nieosłonięty silnik diesla, który zasnuwa powietrze czarnym dymem. Z przodu w cieniu jasnoniebieskiej plandeki kilkoro Filipińczyków, w tym kobiety i dzieci, spożywa posiłek. Na rufie kilku mężczyzn majstruje przy sprzęcie do nurkowania. Jeden z nich trzyma coś przy ustach: mikrofon. Z radia „Glory” rozbrzmiewa głos. Mówi po tagalsku. Ernesto dusi śmiech, unosi mikrofon i mówi coś krótko. Randy nie ma pojęcia co, ale podejrzewa, że coś w stylu „później se pogadamy, teraz na mostku jest klient”.

— Współpracownicy — sucho wyjaśnia Amy. Mowa jej ciała sugeruje, że chciałaby zostawić Randy'ego i wrócić do pracy.

— Dzięki za wycieczkę — mówi Randy. — Jedno pytanie.

Amy unosi brwi, próbuje wyglądać na cierpliwą.

— Ile dochodów Semper Marine pochodzi z poszukiwania skarbów?

— W tym miesiącu? W tym roku? W ostatnich dziesięciu latach? Przez całe istnienie firmy? — pyta Amy.

— Wszystko jedno.

— Takie dochody są sporadyczne — odpowiada. — „Glory” spłaciliśmy zyskami ze skorup, które wyciągnęliśmy z zatopionej dżonki. Potem jeszcze trochę. Lecz w niektórych latach zarabiamy wyłącznie na takich pracach jak ta.

— Innymi słowy, na pracach nudnych i gównianych? — wypala Randy. Zwykle kontroluje swój język nieco lepiej. Ale zgolenie brody rozmyło granice jego ego albo coś w tym stylu.

Spodziewa się, że się zaśmieje albo przynajmniej puści oko, lecz ona bierze to bardzo poważnie. Ma twarz pokerzysty.

— Możesz uważać to za tłoczenie tablic rejestracyjnych.

— A więc wy jesteście po prostu bandą poszukiwaczy skarbów. Tłoczycie trochę tablic, żeby ustabilizować przychody.

— Jeśli chcesz, możesz nas tak nazwać. Randy, dlaczego ty zajmujesz się biznesem? — Amy odwraca się gniewnie i odchodzi.

Randy wciąż spogląda za nią, kiedy słyszy, jak Ernesto klnie pod nosem, nie tyle zły, ile zdumiony. „Glory” właśnie mija czubek Corregidoru; po raz pierwszy widać południową stronę wyspy. Ostatni kilometr ogona zakrzywia się, tworząc półkolistą zatoczkę. Pośrodku kotwiczy biały statek, który Randy najpierw bierze za liniowiec oceaniczny o niesamowicie opływowej linii. Potem zauważa wymalowaną na rufie nazwę: RUI FALEIRO — SANTA MONICA, KALIFORNIA.

Randy staje obok Ernesta, obaj przez dłuższą chwilę gapią się na statek. Randy słyszał o nim, a Ernesto wie o nim, jak każdy Filipińczyk. Lecz ujrzenie go na własne oczy to inna sprawa. Na achterdeku siedzi helikopter. Wygląda jak zabawka. Z żurawików zwisa gotowa do użycia łódź wiosłowa o sylwetce sztyletu. Śniady człowiek w lśniąco białym uniformie poleruje mosiężną poręcz.

— Rui Faleiro był kosmografem Magellana — mówi Randy.

— Kosmografem?

— Mózgiem operacji. — Randy poklepuje się po głowie.

— Przypłynął tu z Magellanem? — pyta Ernesto.

Większość świata sądzi, że Magellan pierwszy opłynął świat. Tutaj wszyscy wiedzą, że dopłynął tylko do wyspy Mactan, gdzie zabili go Filipińczycy.

— Kiedy Magellan wypływał, Faleiro został w Sewilli — mówi Randy. — I zwariował.

— Sporo pan wie o Magellanie, co?

— Nie — odpowiada Randy. — Wiem sporo o Dentyście.

— Nigdy nie rozmawiaj z Dentystą. Przenigdy. Nawet o sprawach technicznych. Każde techniczne pytanie, jakie ci zadaje, jest tylko koniem trojańskim jakiejś biznesowej taktyki, która przekracza twoje możliwości pojmowania tak dalece, jak dowód Godla jest niezrozumiały dla kaczora Daffy.

Avi powiedział mu to spontanicznie pewnego wieczoru, nad kolacją w restauracji w centrum Makati. Avi nie prowadzi rozmów o czymkolwiek ważnym w promieniu kilometra od hotelu Manila, ponieważ sądzi, że tam każdy pokój i każdy stół jest na podsłuchu.

— Dzięki za okazane mi zaufanie — odparł Randy.

— No, no. Próbuję po prostu oznaczyć swój teren — uzasadnić swoją obecność w tym projekcie. Ja zajmuję się sprawami biznesowymi.

— Nie za dużo tej paranoi?

— Posłuchaj. Dentysta ma przynajmniej miliard własnych dolarów i jeszcze z dziesięć miliardów, którymi obraca; połowa pieprzonych ortodontów w całych Stanach poszła na emeryturę w wieku czterdziestu lat, bo Dentysta w dwa czy trzy lata pomnożył ich forsę razy dziesięć. Nie osiąga się takich wyników, będąc porządnym facetem.

— Może miał trochę szczęścia.

— Miał. Ale to nie znaczy, że jest porządnym facetem. Ja uważam, że ładował pieniądze w skrajnie ryzykowne inwestycje. Grał w rosyjską ruletkę oszczędnościami swych klientów, trzymając ich w nieświadomości. Rozumiesz, gość zainwestowałby w gang porywaczy z Mindanao, gdyby tylko stopa zwrotu była dobra.

— Ciekawe, czy on wie, że miał szczęście?

— Sam jestem ciekaw. Stawiałbym, że nie. Pewnie uważa się za instrument Opatrzności Bożej, tak jak generał MacArthur.

„Rui Faleiro” jest dumą przemysłu superjachtowego z Seattle, który ostatnio rozkwita, choć dyskretnie. Randy uzyskał kilka informacji o nim z ulotki marketingowej, wydanej, zanim jeszcze kupił go Dentysta. Wie zatem, że helikopter i motorówka były wliczone w cenę, której nigdy nie ujawniono. Jacht zawiera między innymi dziesięć ton marmuru. Główna sypialnia ma dwie oddzielne łazienki: dla niego — wyłożoną czarnym marmurem i dla niej — różowym, żeby Dentysta i Diva nie musieli przepychać się nad umywalką, gdy stroją się na bankiet w ogromnej sali balowej jachtu.

— Dentysta? — pyta Ernesto.

— Kepler. Doktor Kepler — odpowiada Randy. — W Stanach niektórzy nazywają go Dentystą. — Goście z przemysłu high-tech.

Ernesto kiwa głową. Wie.

— Taki człowiek mógłby mieć każdą kobietę, ale wybrał Filipinkę.

— Tak — ostrożnie przyznaje Randy.

— Ludzie w Stanach znają historię Victorii Vigo?

— No cóż, muszę powiedzieć, że tam nie jest tak sławna jak tutaj.

— Oczywiście.

— Ale niektóre jej piosenki są bardzo popularne. Sporo ludzi wie, że wydobyła się z wielkiej nędzy.

— Ludzie w Stanach wiedzą, co to Dymiąca Góra? Wysypisko śmieci w Tondo, gdzie dzieci polują na jedzenie?

— Niektórzy wiedzą. Wszyscy się dowiedzą, kiedy w telewizji pokażą film o życiu Victorii Vigo.

Ukontentowany Ernesto skinął głową. Tutaj wszyscy słyszeli, że powstaje film o życiu Divy, z nią samą w głównej roli. Ale na ogół nie wiedzą, że to przedsięwzięcie tylko dla rozgłosu, finansuje je sam Dentysta, i że ten film nadawać będzie tylko telewizja kablowa w środku nocy.

Lecz zapewne wiedzą, że wszystkie ciekawsze kawałki zostały pominięte.

— Jeśli chodzi o Dentystę, mamy pewną przewagę — powiedział Avi. — W sprawach filipińskich będzie całkiem przewidywalny. Spokojny, nawet posłuszny.

— Jak to?

— Victoria Vigo wykurwiła się z Dymiącej Góry, co nie?

— No cóż, wszyscy mrugają i poszturchują się łokciami, ale nikt jeszcze mi tego nie powiedział tak wprost. — Randy nerwowo rozejrzał się wokół.

— Uwierz mi, to jedyny sposób, żeby się stamtąd wydostać. Stręczycielstwem zajmowali się Bolobolo. To grupa z północnego Luzonu, która dopchała się do władzy wraz z Marcosem. Do nich należy ta część miasta — policja, przestępczość zorganizowana, samorząd, co tylko chcesz. I dlatego ona też należy do nich — mają zdjęcia i nagrania z czasów, gdy była nieletnią prostytutką i gwiazdką porno.

Randy pokręcił głową z niesmakiem i osłupieniem.

— Skąd ty, do cholery, o tym wiesz?

— Nieważne. Uwierz mi: w pewnych kręgach jest to znane równie dobrze, jak wartość pi.

— Nie w moich.

— W każdym razie dowcip polega na tym, że jej interesy są tożsame z interesami Bolobolo i zawsze będą. A Dentysta zawsze posłusznie postąpi tak, jak powie mu żona.

— Można tak założyć? — rzekł Randy. — To twardy gość. Pewnie ma więcej forsy i wpływów niż Bolobolo. Może robić, co zechce.

— Ale nie zrobi. — Avi znów leciutko się uśmiechnął. — Zrobi, co każe mu żona.

— Skąd wiesz?

— Posłuchaj. Kepler ma świra na punkcie władzy — tak jak większość bogatych, wpływowych gości. Prawda?

— Tak.

— Jeśli masz takiego świra, na jakie preferencje seksualne to się przekłada?

— Mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem. No, chyba chcesz dominować nad kobietą.

— Źle! — odrzekł Avi. — Seks to coś bardziej skomplikowanego, Randy. W seksie wychodzą najbardziej skrywane pragnienia. Ludzie podniecają się najbardziej, gdy ujawnia się ich najgłębsze tajemnice…

— Cholera! Kepler jest masochistą?

— Jest takim masochistą, że był z tego znany. Przynajmniej w branży erotycznej Azji Południowo-Wschodniej. Alfonsy i mamusie w Hongkongu, Bangkoku, Shenzhen, Manili — wszyscy mieli jego gusta w dokumentach. Dokładnie wiedzieli, czego potrzebuje. No i w taki właśnie sposób poznał Victorię Vigo. Był w Manili i pracował nad sprawami FiliTela. Siedział kupę czasu, a mieszkał w hotelu należącym do Bolobolo. Hotel był zapluskwiony. Bolobolo studiowali jego nawyki erotyczne jak entomolodzy badający rozmnażanie mrówek. Przygotowali Victorię Vigo — ich asa w rękawie, bombę, seksualnego Terminatora — żeby dała mu dokładnie to, czego pragnie. Potem wystrzelili ją w jego życie jak sterowany pocisk do pieprzenia i pierdut! — prawdziwa miłość.

— No, chyba by coś podejrzewał, nie? W ogóle dziwię się, że zadał się z kurwą.

— Nie miał pojęcia, że jest kurwą! Na tym polega piękno tego planu! Bolobolo załatwili jej fałszywą tożsamość — recepcjonistki w hotelu, w którym mieszkał Kepler! Skromnej dziewczyny z katolickiej szkoły! Na początku załatwia mu bilety do teatru, a po roku on jest przywiązany do łóżka na tym cholernym megajachcie, na dupie ma ślady po baciku, a ona stoi nad nim. Na palcu ma pierścionek wielkości dyni, sto trzydziesta ósma kobieta na liście najbogatszych na świecie.

— Sto dwudziesta piąta — poprawił go Randy. — Ostatnio akcje FiliTela ostro poszły do góry.

Następne dni schodzą Randy'emu na unikaniu Dentysty. Mieszka w małym prywatnym pensjonacie na szczycie wyspy, co rano spożywając kontynentalne śniadanie w towarzystwie amerykańskich i nippońskich weteranów wojennych, którzy przyjechali tutaj wraz z żonami w celu rozwiązania (jak podejrzewa Randy) problemów emocjonalnych milion razy poważniejszych niż cokolwiek, z czym on się w życiu spotkał. „Rui Faleiro” rzuca się w oczy jak cholera — dzięki niemu Randy dość dobrze wie, czy Dentysta jest na pokładzie: po prostu śledzi ruchy helikoptera i ślizgacza.

Kiedy sądzi, że jest bezpieczny, schodzi na plaże poniżej anteny mikrofalowej i obserwuje pracujących nad kablem nurków Amy. Niektórzy działają przy brzegu, skręcając śrubami segmenty żeliwnego pancerza wokół kabla, inni kilka kilometrów w głąb morza, współpracując z barką wtykającą kabel bezpośrednio w muliste dno gigantycznym, podobnym do tasaka narzędziem.

Brzegowy koniec kabla wbiega do nowego, żelbetowego budynku, ustawionego około stu metrów od granicy przypływu. W środku ma jedno pomieszczenie, wypchane akumulatorami, generatorami, klimatyzatorami i sprzętem elektronicznym. Randy odpowiedzialny jest za chodzące na tym sprzęcie oprogramowanie, dlatego spędza tam w środku mnóstwo czasu. Gapi się w monitor i pisze. Stamtąd linie transmisyjne biegną pod górę do wieży z anteną mikrofalową.

Drugi koniec kabla jest właśnie przedłużany w kierunku boi, kołyszącej się parę mil dalej na Morzu Południowochińskim. Doczepiony do niej jest koniec kabla północnoluzońskiego, biegnącego po wybrzeżu wyspy i należącego do FiliTela. Idąc za nim wystarczająco długo, doszłoby się do budynku na północnym przylądku wyspy, skąd odchodzi gruby kabel na Tajwan. Z kolei Tajwan jest połączony ze światem gęstą siecią podmorskich kabli. Na Tajwan i z Tajwanu można łatwo i tanio przesłać dane.

W prywatnym łączu, które FiliTel i Epiphyte starają się przeprowadzić pomiędzy Tajwanem a centrum Manili, jest tylko jedna przerwa i zwęża się z dnia na dzień, w miarę jak kładąca kabel barka posuwa się w kierunku boi.

Kiedy tam wreszcie dociera, „Rui Faleiro” podnosi kotwicę i sunie barce na spotka nie. Do akcji wkraczają helikopter, ślizgacz i flotylla wynajętych łodzi: zwożą z Manili dygnitarzy i dziennikarzy. Pojawia się Avi z dwoma nowiutkimi smokingami, prosto od szanghajskiego krawca (- Wszyscy ci sławni krawcy z Hongkongu to uchodźcy z Szanghaju). Wraz z Randym rozdzierają bibułki, nakładają nowe stroje i jadą nieklimatyzowanym jeepneyem na przystań, gdzie oczekuje ich „Glory”. Dwie godziny później Randy po raz pierwszy może spojrzeć na Dentystę i jego Divę — w wielkiej sali balowej „Rui Faleiro”. Dla niego to takie przyjęcie jak każde inne: podaje ręce kilku osobom, zapomina ich nazwiska, szuka miejsca do siedzenia i w błogiej samotności rozkoszuje się winem i potrawami.

Tylko jedna rzecz jest tu niezwykła, na pokładzie leży para nasmołowanych kabli, grubości mniej więcej kija do baseballu. Gdyby podejść do relingu i zerknąć w dół, można by dostrzec, że zbiegają do morza. Ich końce spotykają się na stole pośrodku pokładu, gdzie przybyły z Hongkongu technik, też wbity w smoking, z walizeczką narzędzi walczy z ich połączeniem. Zmaga się też z potężnym kacem, ale Randy nie robi z tego problemu, bo wie, że to wszystko pic na wodę i fotomontaż; to tylko ścinki kabla kończące się w wodzie tuż za jachtem. Prawdziwe połączenie dokonało się wczoraj — przez spoczywający na dnie morza kabel już lecą bity.

Pewien facet na pokładzie rufówki gapi się głównie na Bata'an i Corregidor, ale Randy'ego też ma na oku. Kiedy Randy go zauważa, ten kiwa głową, jakby odfajkowywał coś na liście spraw do załatwienia, wstaje i podchodzi do niego. Nosi wyjątkowo strojny mundur, który jest w marynarce wojennej chyba odpowiednikiem stroju wieczorowego. Prawie nie ma włosów, a ich resztki są stalowoszare i ścięte na długość około pięciu milimetrów. Gdy zbliża się ku niemu, kilku Filipińczyków ciekawie odwraca za nim głowy.

— Randy — odzywa się. Kiedy potrząsa jego prawą dłonią, medale podzwaniają. Ma chyba około pięćdziesiątki, ale skórę jak osiemdziesięcioletni Beduin. Na piersi mnóstwo baretek, większość żółtych i czerwonych, co Randy niejasno kojarzy z Wietnamem. Nad kieszenią przyczepił mały plastikowy identyfikator z nazwiskiem SHAFTOE. — Nie daj się nabrać, Randy — mówi Douglas MacArthur Shaftoe. — Nie jestem już w wojsku. Od wieków w stanie spoczynku. Ale mam prawo nosić ten mundur. A to o wiele łatwiejsze, niż szukać cholernego smokingu, który by na mnie pasował.

— Miło mi pana poznać.

— Cała przyjemność po mojej stronie. A skąd pan ma swój, że tak zapytam?

— Mój smoking?

— No, tak.

— Mój partner zamówił go.

— Pana partner seksualny czy partner w interesach?

— W interesach. Aktualnie nie mam partnera seksualnego.

Doug Shaftoe niecierpliwie potrząsa głową.

— To oznacza, że nie przygruchał pan sobie żadnego partnera w Manili. Tak jak, nie przymierzając, nasz gospodarz.

Randy zerka przez salę balową na Victorię Vigo; gdyby była jeszcze bardziej rozpromieniona, ze ścian łuszczyłaby się farba, a szyby w oknach topiłyby się jak karmel.

— Chyba po prostu jestem nieśmiały — odpowiada.

— Zbyt nieśmiały, aby wysłuchać oferty biznesowej?

— Nie, skądże.

— Moja córka sądzi, że pan oraz gospodarz przyjęcia być może będziecie niedługo kłaść w okolicy jakieś kable.

— W biznesie rzadko planuje się robić coś tylko jeden raz. To bruździ potem w księgowości.

— Już pan wie, że wody tutaj są płytkie.

— Tak.

— Wie pan także, że nie można układać kabli w płytkiej wodzie, jeśli nie zrobi się bardzo szczegółowych badań sonarem bocznym o wysokiej rozdzielczości.

— Tak.

— Chciałbym wykonać dla was takie badania.

— Rozumiem.

— Nie, nie sądzę. Ale zależy mi, by pan zrozumiał. Postaram się wyjaśnić.

— Dobrze — odpowiada Randy. — Czy mam przyprowadzić swego partnera?

— Mój pomysł jest bardzo prosty i rozważenie go nie wymaga dwóch pierwszorzędnych umysłów — mówi Doug Shaftoe.

— No dobra. Co to za pomysł?

— Szczegółowy skan będzie zawierał od cholery informacji na temat tego, co ewentualnie się na dnie znajduje. Niektóre takie informacje mogą być cenne. Cenniejsze, niż się panu wydaje.

— Ach. Znaczy: mogą być tam takie rzeczy, na których pana firma potrafi się wzbogacić.

— Otóż to. Jeżeli wynajmiecie do badania dna któregoś z naszych konkurentów, a oni trafią na coś w tym stylu, to nic wam nie powiedzą. Wyciągną to sami. Nie będziecie wiedzieć, że coś znaleźli i nic na tym nie zarobicie. Lecz Semper Marine Services, czyli my, powiemy wam o wszystkich znaleziskach i zagwarantujemy udział w ewentualnych zyskach.

— Hmmmm — mruczy Randy. Próbuje przybrać twarz pokerzysty, ale wie, że Shaftoe widzi przezeń na wylot.

— Pod jednym warunkiem — dodaje Doug Shaftoe.

— Podejrzewałem, że musi być jakiś warunek.

— Każdy porządny haczyk ma zadzior. To jest zadzior.

— Mianowicie? — pyta Randy.

— Zachowamy to przed tym skurwysynem w tajemnicy. — Doug wskazuje kciukiem Huberta Keplera. — Jeśli Dentysta się dowie, to razem z Bolobolos podzielą się naszymi zyskami, a my nie zobaczymy nic. Możliwe nawet, że skończymy w charakterze zwłok.

— Rzeczywiście, to należy wziąć pod uwagę — zgadza się Randy. — Postaram się przekazać pana propozycję mojemu partnerowi.

Metro

Waterhouse oraz kilkudziesięciu nieznajomych stoją lub siedzą w wyjątkowo długim, wąskim pomieszczeniu, które kołysze się na boki. Są tu okna, ale nie wpuszczają światła, tylko dźwięk: turkot, łoskot i zgrzyty. Wszyscy są zatopieni w myślach i milczą, jakby siedzieli w kościele i czekali na rozpoczęcie nabożeństwa.

Waterhouse stoi, trzymając się przyśrubowanej do sufitu wypukłości, dzięki czemu nie pada na siedzenie. Przez ostatnie kilka minut studiował plakat instruujący, jak nałożyć maskę przeciwgazową. Tak jak wszyscy, ma przy sobie takie urządzenie w brązowo-szarej brezentowej torbie na ramię. Maska Waterhouse'a wygląda trochę inaczej, bo jest amerykańska i wojskowa. Przyciągnęła już parę spojrzeń.

Na plakacie widnieje piękna i modna kobieta o śnieżnobiałej cerze i kasztanowych włosach — wyglądają, jakby dobry salon fryzjerski rozpuścił je środkami chemicznymi, a potem uformował w obecny kształt. Jest wyprostowana, plecy proste jak maszt, podbródek uniesiony, zgięte łokcie, ręce w rytualnym geście — rozcapierzone palce, kciuki sterczące w górę tuż przed twarzą. Pomiędzy dłońmi zwisa złowrogi zwój, podtrzymywany kocią kołyską gumowych pasków w kolorze khaki. Uniesione kciuki stanowią zawleczki zabezpieczające tę szykowną sieć.

Waterhouse jest już czas jakiś w Londynie, dlatego zna ciąg dalszy. Poznałby ten gest wszędzie — to pozycja wyjściowa do zaatakowania podbródkiem maski przeciwgazowej.

Kiedy na miasto spadnie gaz, zabrzęczą specjalne dzwonki, a czubki pancernych skrzynek pocztowych, pomalowane specjalną farbą, sczernieją. W zielonkawe trujące niebo wzniesie się dwadzieścia milionów kciuków, a dziesięć milionów podbródków wsunie się w maski. Może sobie wręcz wyobrazić piękny, uwodzicielski dźwięk, który wyda biała, delikatna skóra tej kobiety, wsuwając się w ciasną komorę z czarnej gumy.

Kiedy uda się wsunięcie podbródka, wszystko jest w porządku. Trzeba ładnie ułożyć paski wokół kasztanowej ondulacji i schować się w budynku, ale najgorsze niebezpieczeństwo minęło. Angielskie maski mają na przedzie okrągły otwór wydechowy, który wygląda dokładnie jak świński ryj — żadna kobieta w życiu by tego nie włożyła, gdyby modelki na plakatach propagandowych nie były ucieleśnieniem piękna z wyższych sfer.

Coś w mroku za oknem przyciąga jego wzrok. Pociąg wjechał w część Podziemia, gdzie skąpe światło przesącza się z góry niczym przez lufę karabinu, zdradzając hadesowe tajemnice Metra. Wszyscy w wagonie mrugają, rozglądają się i łapią oddech. Wokół nich na chwilę znów zmaterializował się Świat. W przestrzeni unoszą się fragmenty ścian, omszałe dźwigary i wiązki kabli, obracając się powoli w miarę ruchu pociągu.

Jego uwagę przykuwają zwłaszcza kable: elegancko, równolegle przypięte do kamiennych ścian. Są jak pędy jakiegoś plutonicznego bluszczu, który ukradkiem rozrasta się w ciemnościach Metra, kiedy ekipy remontowe nie widzą. Szuka drogi na powierzchnię, ku światłu.

Idąc po ulicy Nadziemia, widzi się niekiedy pierwsze macki wpełzające w górę po starych ścianach. Pokryte neoprenem pnącza, rosnące po liniach prostych wzdłuż murów i wciskające się przez otwory w ramach okiennych, celują głównie w biura. Niekiedy osłania się je metalowymi rurkami. Czasem właściciele budynku malują je farbą. Lecz wszystkie one mają jeden wspólny system korzeniowy, rozrastający się w nieużywanych tunelach i czeluściach Metra, zbiegający się w gigantycznych centralach ukrytych w głębokich schronach przeciwlotniczych.

Pociąg wjeżdża do katedry wyblakłego żółtego światła i z jękiem staje, wypełniając peron. W niszach i grotach jarzą się groźnie symbole brytyjskiej paranoi: na jednym końcu moralnego kontinuum znajduje się anielska kobieta z maską przeciwgazową, na drugim — sukub w obcisłej spódniczce, rozwalony na sofie pośrodku przyjęcia, uśmiechający się afektowanie spod sztucznych rzęs i podsłuchujący paplaninę młodych, naiwnych żołnierzyków.

Gustowna antykwa tablic na ścianach oznajmia „Dworzec Euston”, co aż promieniuje urzędową wiarygodnością. Waterhouse i większość pasażerów wysiada. Po kwadransie rykoszetowania po zaułkach stacji, pytania o drogę i analizowania rozkładów jazdy, Waterhouse ląduje w pośpiesznym do Birmingham. Po drodze, jak mu obiecano, zatrzyma się w miejscowości Bletchley.

Jedną z przyczyn zamieszania jest fakt, że z sąsiedniego toru odjeżdża inny pociąg, bezpośrednio do Bletchley, bez żadnych przystanków. Jak się zdaje, siedzą w nim wyłącznie kobiety w paramilitarnych mundurach.

Żołnierze RAF-u ze stenami trzymają straż przy każdych drzwiach tego pociągu, sprawdzają dokumenty i przepustki i nie chcą go tam wpuścić. Przez żółtawy poblask okien widać dziewczęta z Bletchley, siedzące naprzeciw siebie rzędami po cztery albo pięć; wyciągają z torebek robótki i przeobrażają kłębki szkockiej wełny w kominiarki i rękawice dla załóg północnoatlantyckich konwojów, piszą listy do braci na froncie i rodziców w domu. Strażnicy stoją przy drzwiach, dopóki wszystkie nie zostaną zamknięte, a pociąg nie ruszy. Kiedy nabiera szybkości, rzędy plotkujących, piszących i robiących na drutach dziewcząt zlewają się razem, tworząc coś, co zapewne bardzo przypomina obiekt często widywany w snach przez żołnierzy lub marynarzy. Waterhouse nigdy nie będzie takim frontowym żołnierzem, mającym kontakt z nieprzyjacielem. Posmakował owocu wiedzy zakazanej. Nie wolno mu znaleźć się tam, gdzie mógłby być schwytany przez wroga.

Wagony wyłaniają się z mroku w ceglanym kanionie i zmierzają na północ. Jest około trzeciej; ów specjalny pociąg do Bletchley pewnie wiózł dziewczyny na drugą zmianę.

Waterhouse przeczuwa, że on nie będzie pracował na jakichkolwiek zmianach czy w określonych godzinach. Wór marynarski — który spakowano za niego — jest aż ciężki od podpowiadanych przez ubrania sugestii: grube impregnowane wełniane swetry, tropikalne mundury armii i marynarki, czarna maska narciarska, prezerwatywy.

Pociąg powoli wydostaje się z miasta i wjeżdża na teren usiany małymi miastami-sypialniami. Waterhouse czuje, jak wciska go w siedzenie i podejrzewa, że jedzie trochę pod górę. Przejeżdżają przez jakby wyrąbane siekierą wycięcie w łańcuchu niewysokich wzgórz i wślizgują się w piękny krajobraz, lekko wznoszących się szmaragdowych pól, losowo upstrzonych małymi, białymi kapsułkami — sądzi, że to owce.

Oczywiście ich rozkład zapewne wcale nie jest losowy — prawdopodobnie odzwierciedla zmiany w składzie chemicznym gleby, dające trawę, która smakuje owcom mniej lub bardziej. Mając zdjęcia lotnicze, Niemcy mogliby nakreślić mapę składu chemicznego brytyjskich gleb, opartą na analizie rozkładu owiec.

Pola otaczają stare żywopłoty, kamienne murki albo, zwłaszcza na wyżynach, długie zagony lasu. Mniej więcej po godzinie po lewej stronie pojawia się las, pokrywający powoli wznoszące się nad torami zbocze. Pociąg z sykiem hamuje i pojękując, zatrzymuje się na małej stacyjce. Tory są jednak trochę bardziej splątane i porozgałęziane niż na innych małych stacjach. Waterhouse wstaje, rozstawia nogi, przybiera postawę zapaśnika sumo i atakuje wór marynarski, który chyba wygrywa, bo wypycha Waterhouse'a przez drzwi wagonu na peron.

Trochę mocniej niż wszędzie pachnie tu węglem, a gdzieś z pobliża dobiega głośny łoskot. Waterhouse rozgląda się wzdłuż torów i odkrywa rozłożony pomiędzy mnóstwem bocznic wielki zakład przemysłowy. Gapi się nań przez kilka minut, gdy jego pociąg odjeżdża na północ, i widzi, że na stacji Bletchley naprawiają parowozy. Waterhouse lubi pociągi.

Ale nie dlatego otrzymał darmowy worek ciuchów i bilet do Bletchley, zatem jeszcze raz atakuje wór i taszczy go po schodach na kryty mostek biegnący nad torami. Na dworcu widzi mnóstwo zmierzających ku niemu dziewcząt z Bletchley, WAAF-ek i WREN-ek{WAAF i WREN (właściwie WRNS) — brytyjskie kobiece formacje pomocnicze, odpowiednio w lotnictwie wojskowym i marynarce wojennej (przyp. tium.).}; właśnie skończyła się dzienna zmiana, polegająca na przetwarzaniu pozornie losowych liter i cyfr na skalę wielkoprzemysłową. Nie chcąc narazić się w ich oczach na śmieszność, wreszcie zarzuca wór na plecy, przekłada ręce przez paski i pozwala, by jego ciężar popychał go naprzód, przez mostek.

WAAF-ki i WREN-ki niespecjalnie interesują się nowo przybyłym oficerem amerykańskim. A może są po prostu przesadnie skromne. W każdym razie Waterhouse wie, że jest jednym z nielicznych, ale nie pierwszym. Wór popycha go przez jednoizbową stacyjkę jak gruby policjant prowadzący pijaka przez hol podłego hotelu. Potem wyrzuca go na pas otwartej przestrzeni wzdłuż drogi biegnącej z północy na południe. Naprzeciw niego wyrasta puszcza. Wszelkie złudzenia, że jest otwarta i zapraszająca, niszczą intensywne pobłyski światła z jej skraju — nisko stojące słońce zdradza, że obszar ten jest wypełniony ostrymi metalowymi przedmiotami. Przesieka w lesie wypluwa WAAF-ki i WREN-ki jak wąski wylot gigantycznego gniazda szerszeni.

Waterhouse musi iść naprzód. W przeciwnym razie wór obali go na plecy i tak już zostanie na tym parkingu, bezradnie przebierający kończynami jak przewrócony chrząszcz. Dlatego rusza chwiejnie, przechodzi przez drogę i celuje w szeroką ścieżkę pośrodku przesieki. Otaczają go dziewczęta z Bletchley. Uczciły fajrant, malując się szminką. Wojenna szminka jest na pewno posklejana z odpadków i resztek, po tym jak wszystko, co najlepsze, zużyto do pokrywania wałów śmigieł. Aby ukryć jej paskudne mineralno-zwierzęce pochodzenie, potrzebny jest krzykliwy, zbyt intensywny aromat.

To zapach wojny.

Waterhouse nie został jeszcze oprowadzony po Bletchley Park, ale wie z grubsza, o co chodzi. Wie, że te nieśmiałe dziewczęta, posłusznie, zmiana za zmianą, przepuszczające przez swe maszyny ryzy zapełnionego bzdurami papieru, zabiły razem więcej żołnierzy niż Napoleon.

Powoli, z pokorą posuwa się naprzeciwko fal odjeżdżającej pierwszej zmiany. W pewnym momencie zwyczajnie się poddaje, odchodzi krok w bok, rzutem ciała zwala wór w zarośla, zapala papierosa i czeka, aż minie go grupa stu dziewcząt. Coś szturcha go w kostkę — łodyga maliny z gniewnymi cierniami. Dźwiga nienaturalnie wielką i regularną sieć pajęczą; jej koncentryczne nitki lśnią w promieniach niskiego popołudniowego słońca. Pośrodku siedzi flegmatyczny brytyjski pająk, całkiem niewzruszony nieskoordynowanymi jankeskimi ruchami Waterhouse'a.

Waterhouse wyciąga rękę i łapie spadający właśnie żóltobrązowy liść wiązu. Kuca, wtyka papierosa w kącik ust, po czym oburącz (dla stabilności) przeciąga zębatą krawędzią liścia po jednej z promienistych nitek sieci — wie, że na nich nie będzie tej kleistej substancji. Liść wzbudza dość regularną wibrację sieci, jak smyczek na strunie. Pająk odwraca się twarzą do niego, obracając się momentalnie, jak postać na źle pociętym filmie. Waterhouse jest tak zaskoczony szybkością tego ruchu, że cofa się nieco, dopiero potem przeciąga liść jeszcze raz po nitce. Pająk sztywnieje, odbierając wibracje.

W końcu wraca do pierwotnej pozycji i robi to, co przedtem, zupełnie go ignorując.

Pająki potrafią poznać po drganiach sieci, jaki owad się złapał, i trafić do niego. Dlatego sieci są promieniste, a pająk zawsze siedzi pośrodku. Nici służą mu za przedłużenie układu nerwowego. Informacja płynie po jedwabiu do wnętrza pająka, gdzie przetwarza ją jakaś maszyna Turinga. Waterhouse próbował wielu różnych sztuczek, ale nie udało mu się zmylić pająka. Zły omen!

Podczas eksperymentu naukowego chyba skończyły się godziny szczytu. Znów atakuje wór. W walce pokonują kolejne sto metrów ścieżki, która w końcu wychodzi na drogę; dokładnie w miejscu, gdzie przegradza ją żelazna brama wetknięta między głupawe obeliski z czerwonej cegły. Strażnicy to znów żołnierze RAF-u ze stenami, właśnie sprawdzają dokumenty faceta w ciężkiej płóciennej pelerynie i goglach, który przed chwilą przyjechał tu na wojskowym zielonym motocyklu z sakwami po bokach tylnego koła. Sakwy nie są specjalnie wypchane, ale za to starannie zabezpieczone; znajduje się w nich amunicja, którą dziewczęta ładują w klekocące paszcze swych żarłocznych maszyn.

Machnięciem ręki wpuszczają go. Natychmiast skręca w lewo w wąską alejkę. Straż skupia się na Lawrensie. Po stosownych salutach okazuje swe papiery.

Musi wybrać jeden z kilku zestawów, czego nie udaje mu się ukryć przed strażnikami. Ale ci nie są tym zaniepokojeni ani nawet zaciekawieni, co bardzo różni ich od większości strażników, z którymi stykał się Waterhouse. Oczywiście, nie są na liście Ultra Mega, więc wyjaśnienie im, że przyjechał tu w sprawie Ultra Mega, byłoby ciężkim wykroczeniem przeciwko bezpieczeństwu. Ale wygląda, że przyjmowali tutaj już wielu gości, którzy nie umieli podać prawdziwego celu podróży, bo nawet nie mrugną okiem, kiedy Waterhouse udaje, że jest jednym z oficerów łącznikowych z Baraku 4 lub 8.

W Baraku 8 deszyfruje się radiogramy Enigm z Kriegsmarine. Barak 4 otrzymuje te komunikaty i analizuje je. Jeśli Waterhouse uda, że jest z Baraku 4, kłamstwo będzie miało krótkie nogi; ci faceci muszą znać się trochę na marynarce. Natomiast charakterystyka faceta z Baraku 8 doskonale doń pasuje; oni nie muszą znać się na niczym z wyjątkiem czystej matematyki.

Jeden z wartowników studiuje jego papiery, potem wchodzi do małej budki i kręci korbką telefonu. Waterhouse stoi niespokojnie, podziwiając broń zwisającą z ramion żołnierzy. Jeśli dobrze widzi, to tylko stalowa rurka z zamocowanym na jednym końcu spustem. Wąskie okienko wycięte wzdłuż rury ukazuje zwiniętą wewnątrz sprężynę. Kilka uchwytów i wihajstrów przyspawanych tu i ówdzie sprawia, że całość wygląda jak zmajstrowana przez niechluja na zajęciach praktyczno-technicznych.

— Kapitanie Waterhouse? Ma pan iść prosto do Dworku — mówi strażnik, który telefonował. — Na pewno pan pozna.

Waterhouse przechodzi kilkanaście metrów i zauważa, że Dworku rzeczywiście nie można przeoczyć. Przystaje i zaczyna się gapić, próbując zgłębić, o co też architektowi chodziło. Budowla jest niesamowicie skomplikowana, z ogromną liczbą ścian szczytowych pod dachem. Można tylko przypuszczać, że architekt miał w planach ogromny wolno stojący dom, ale chciał zakamuflować go w postaci kilku bardzo do siebie niepasujących miejskich szeregowców, w niewytłumaczalny sposób ściśniętych pośrodku dwustuhektarowego pola w Buckinghamshire.

Domostwo wygląda na zadbane, choć gdy podchodzi bliżej, widzi pnące się po murach czarne liany. Ten sam system korzeniowy, który zauważył w metrze, dotarł aż tutaj, pod lasami i pastwiskami, i zaczął wypuszczać nad ziemię neoprenowe pędy. Lecz ten organizm nie jest fototropiczny — nie dąży do światła, rosnąc ku słońcu. Jest infotropiczny. I przywędrował tutaj z tego samego powodu, dla którego pojawili się tu infotropiczni ludzie, na przykład Lawrence Pritchard Waterhouse i doktor Alan Mathison Turing: ponieważ Bletchley Park ma w świecie informacji z grubsza taką pozycję jak Słońce w Układzie Słonecznym. Wokół niego krążą armie, nacje, premierzy, prezydenci i geniusze, nie po jednostajnych orbitach planet, ale po zwariowanych, koślawych elipsach i hiperbolach komet oraz zbłąkanych asteroid.

Doktor Rudolf von Hacklheber nie wie o Bletchley Park, ponieważ to druga z najściślej strzeżonych tajemnic obok Ultra Mega. Ale siedząc w swym berlińskim gabinecie, przesiewając doniesienia z Beobachtung Dienst{Służba kryptoanalityczna niemieckiej marynarki wojennej w czasie II wojny światowej (przyp. red.).}, może czasem ustalić fragmenty owych trajektorii i stawiać hipotezy, dlaczego są takie, a nie inne. Jeśli jedyna logiczna hipoteza brzmi: alianci złamali Enigmę, oznacza to, że Jednostka 2702 poniosła klęskę.

Lawrence znów okazuje papiery i wchodzi pomiędzy parę zniszczonych niepogodą gryfów. Kiedy już nie widać zewnętrznej strony, dworek jest całkiem, całkiem. Kształt pseudoszeregówek sprzyja wstawianiu wielu okien w wykuszach, co daje wiele tak potrzebnego tutaj światła. Sklepienie holu wspierają gotyckie łuki i kolumny wykonane z wyraźnie podłego gatunku marmuru, przypominającego z wyglądu zestalone ścieki.

Jest tu zadziwiająco głośno — pospieszny klekot, przypominający burzliwą owację, przenika ściany i drzwi, niesioną prądami gorącego powietrza o ostrej oleistej woni. To szczególny zapach — zapach teleksów albo dalekopisów, jak je nazywają Angole. Woń i ciepło sugerują, że gdzieś na dole musi ich być z kilkadziesiąt.

Waterhouse wchodzi wyłożoną drewnem klatką schodową na pierwsze piętro. Okazuje się cichsze i chłodniejsze. Tutaj są gabinety wielkich szych Bletchley Park. Jeśli ta instytucja jest zarządzana według wzorowych form biurokratycznych, po wstępnej rozmowie Waterhouse już nigdy nie ujrzy tego miejsca. Znajduje gabinet pułkownika Chattana (na widok tabliczki na drzwiach coś mu przeskakuje w pamięci), który znajdował się na szczycie schematu organizacyjnego Jednostki 2702.

Chattan wstaje na powitanie. Jest rudawym, błękitnookim facetem. Pewnie miałby także rumiane policzki, gdyby nie ciemna pustynna opalenizna. Nosi galowy mundur: w Anglii mundury szyje się u krawca, to jedyny sposób, by je uzyskać. Waterhouse nie dba specjalnie o stroje, ale nawet on od razu widzi, że tego munduru nie uszyła mamusia w kilka wieczorów przed płonącym kominkiem. Nie, nie, Chattan ma własnego, porządnego krawca. Pułkownik nie wymawia jego nazwiska „łotr Haus” jak ci goście z Broadway Buildings. „R” jest twarde i chrupiące, a „house” wydłużone na kształt „huus”. Dziwaczny ma akcent ten Chattan.

Wraz z nim siedzi drobniejszy facet w brytyjskim mundurze roboczym — obcisłym w nadgarstkach i kostkach, a gdzie indziej zbluzowanym, z grubej flaneli khaki, która byłaby niesamowicie ciepła, gdyby nie mieli tu idealnie stałej temperatury — około trzynastu stopni. Ogólny efekt wizualny zawsze przywodzi Waterhouse'owi na myśl doktora Dentona{Arthur Cooley Denton (1920–), wybitny amerykański chirurg. W czasie II wojny światowej prawdopodobnie jeszcze nie zdołał skończyć medycyny (przyp. tłum.).}. Zostaje przedstawiony jako porucznik Robson; dowodzi jednym z oddziałów Jednostki 2702 — ludźmi z RAF-u. Ma szorstki, siwo-kasztanowy wąsik, bardzo krótko przycięty. Jest jowialny, przynajmniej w obecności wyższych stopniem, i często się uśmiecha. Jego zęby wystają z dziąseł promieniście — obie szczęki kojarzą się z puszkami kawy, w których eksplodował niewielki granat.

— To jest człowiek, na którego czekaliśmy — mówi Chattan do Robsona. — Ten, który przydałby się nam w Algierii.

— Tak! — mówi Robson. — Witamy w Jednostce Specjalnej 2701, kapitanie Waterhouse.

— 2702 — mówi Waterhouse.

Chattan i Robson są łagodnie zdziwieni.

— Nie możemy użyć liczby 2701, ponieważ jest iloczynem dwóch liczb pierwszych.

— Co takiego? — mówi Robson.

Jedna rzecz, która się Waterhouse'owi podoba w tych Angolach: kiedy nie kapują, o czym mówisz, przynajmniej dopuszczają możliwość, że to ich wina. Robson wygląda na faceta, który awansował na oficera od samego dołu. Jankes tego typu byłby już obrażony i arogancki.

— Których? — pyta Chattan. To nieźle; przynajmniej wie, co to jest liczba pierwsza.

— 73 i 37 — odpowiada Waterhouse. Robi to na Chattanie głębokie wrażenie.

— Ach tak, rzeczywiście. — Kręci głową. — Będę musiał trochę ponabijać się z Profesora.

Robson przekrzywił głowę, prawie kładąc ją na grubym wełnianym berecie zatkniętym za pagon. Mruży oczy i wygląda na skonsternowanego. Jego hipotetyczny jankeski odpowiednik prawdopodobnie zażądałby teraz kompletnego wykładu na temat liczb pierwszych, a na koniec zawyrokował, że wszystko to jedno wielkie gówno. Ale Robson puszcza to mimo uszu.

— Czy dobrze zrozumiałem, będziemy zmieniać numer naszej jednostki?

Waterhouse przełyka ślinę. Z reakcji Robsona jasno wynika, że będzie to wymagało od jego ludzi mnóstwa roboty: tygodni zamalowywania, przemalowywania oraz prób przepchnięcia nowego numeru przez armijną biurokrację. Upierdliwe jak cholera.

— Ma być 2702 — pogodnie rzuca Chattan. W przeciwieństwie do Waterhouse'a nie ma kłopotów z wydawaniem trudnych, niepopularnych poleceń.

— No dobrze, muszę iść i załatwić parę spraw. Miło było pana poznać, kapitanie Waterhouse.

— Cała przyjemność po mojej stronie.

Robson znów ściska dłoń Waterhouse'a i przeprasza.

— Mamy dla pana przepustkę do jednego z baraków stojących na południe od kantyny — mówi Chattan. — Nominalnie naszą kwaterą główną jest Bletchley Park, ale sądzę, że najczęściej będziemy przebywać tam, gdzie najwięcej korzysta się z Ultra.

— Rozumiem, że był pan w Afryce Północnej.

— Tak. — Chattan unosi brwi, a raczej fragmenty twarzy, gdzie prawdopodobnie znajdują się brwi; ich włosy są bezbarwne i przezroczyste jak nylonowa żyłka. — Niewiele brakowało…

— Otarliście się o śmierć, tak?

— Nie, nie o to mi chodziło. Mówię o zachowaniu Ultra w tajemnicy. Wciąż nie jesteśmy pewni, czy to się udało. Ale Profesor machnął jakieś rachunki, z których wynika, że żyjemy.

— Mówicie Profesor na doktora Turinga?

— Tak. Widzi pan, on osobiście pana polecił.

— Kiedy otrzymałem rozkazy, domyśliłem się czegoś takiego.

— Turing pracuje w tej chwili przynajmniej na dwóch innych frontach wojny informacyjnej i nie mógł uczestniczyć w naszej pogawędce.

— Panie pułkowniku, co się działo w Afryce Północnej?

— Ciągle się dzieje — w zadumie rzuca Chattan. — Nasz oddział komandosów wciąż jest na froncie i poszerza krzywą dzwonową.

— Poszerza krzywą dzwonową?

— Hm, wie pan lepiej niż ja, że zdarzenia losowe mają przeważnie rozkład w kształcie dzwonu. Wzrost, na przykład. Podejdzie pan tu do okna, kapitanie.

Waterhouse staje obok Chattana w oknie wykuszowym, skąd roztacza się widok na to, co niegdyś było łagodnie pofałdowanym terenem uprawnym. Patrząc na odległe wzgórza ponad drewnianym ogrodzeniem, można się domyślić, jak zapewne niegdyś wyglądał Bletchley Park: zielone pola usiane grupkami małych domków.

Teraz wygląda zupełnie inaczej: w promieniu kilometra nie ma kawałka ziemi, który nie byłby ostatnio wybrukowany bądź zabudowany. Poza Dworkiem i jego cudacznymi dobudówkami, Park składa się z jednopiętrowych ceglanych budowli, nic poza długim korytarzem z wieloma transeptami: + + + + + + +, a nowy + pojawia się tak szybko, jak szybko murarze nadążają ze stawianiem cegieł na błotnistym gruncie. (Waterhouse zastanawia się leniwie, czy Rudi widział zdjęcia lotnicze tego miejsca i czy nie wydedukował z tych wszystkich plusów jego matematycznej natury). Zygzakowate odstępy między budynkami są bardzo wąskie, zwężone jeszcze dzielącymi je w połowie dwumetrowej wysokości pancernymi betonowymi ścianami, tak by Szwaby musiały poświęcić jedną bombę na każdy z budynków.

— W tym tutaj — Chattan wskazuje na mały domek nieopodal, a właściwie nędzną ceglaną stodołę — mieszczą się Bomby Turinga. Pisze się „Bombe”, z „e” na końcu. To maszyny liczące, wynalazł je pana przyjaciel, Profesor.

— Czy to naprawdę Uniwersalne Maszyny Turinga? — wyrywa się Waterhouse. Jest pod wpływem zdumiewającej wizji, że Bletchley Part może być w istocie tym tajemnym królestwem, gdzie Alan znalazł środki na realizację swego marzenia. Królestwa nie rządzonego przez ludzi, ale informację, gdzie skromne budyneczki zrobione z plusów mieszczą Uniwersalne Maszyny, które można skonfigurować do wykonywania każdej policzalnej operacji.

— Nie — odpowiada Chattan z delikatnym, smutnym uśmiechem. Waterhouse robi długi wydech.

— Ach.

— Może za rok albo dwa.

— Być może.

— Bomby zostały wykonane przez Turinga, Welchmana i innych na podstawie projektu wymyślonego przez polskich kryptoanalityków. Składają się z wirujących bębnów, które bardzo szybko testują wiele możliwych kluczy do Enigmy. Profesor na pewno to panu wyjaśni. Ale dowcip polega na tym, że mają te olbrzymie łącznice, jak w centralach telefonicznych, a niektóre z naszych dziewczyn muszą wtykać właściwe kołeczki we właściwe dziurki i okablowywać je na nowo codziennie. Wymaga to dobrego wzroku, skupienia i wzrostu.

— Wzrostu?

— Zauważy pan, że zatrudnione przy tym dziewczyny są niezwykle wysokie. Jeśli w łapy Niemców jakimś sposobem dostałyby się dane personalne wszystkich pracowników Bletchley Park, a oni wyrysowaliby histogram wzrostu, ujrzeliby normalną krzywą Gaussa w kształcie dzwonu, przedstawiającą większość pracowników, ale z nienormalnym garbem po jednej stronie, oznaczającym wszystkie wysokie dziewczyny pracujące przy łącznicach.

— Rozumiem — mówi Waterhouse. — A ktoś w rodzaju Rudiego, doktora von Hacklhebera, zauważyłby tę anomalię i dałoby mu to do myślenia.

— Właśnie. A potem Jednostka 2702 — grupa Ultra Mega — musiałaby podłożyć fałszywe informacje, które zbiłyby z tropu pana przyjaciela Rudiego. — Chattan odwraca się od okna, podchodzi do biurka i otwiera wielką papierośnicę, świeżo załadowaną amunicją. Podsuwa papierosy Waterhouse'owi; ten przyjmuje jednego tak dla towarzystwa. Kiedy Chattan podaje mu ognia, zerka przez płomień w oczy Waterhouse'a i mówi:

— Teraz spytam pana o to. Jak ukryłby pan przed Rudim, że mamy tutaj za dużo wysokich dziewczyn?

— Zakładając, że już ma te dane personalne?

— Tak.

— Jest zatem za późno, żeby cokolwiek ukryć.

— Jasne. No to załóżmy, że Rudi ma jakiś kanał informacyjny, który przekazuje mu dane osobowe, po kilka za jednym razem. Ten kanał cały czas działa. Nie możemy go odciąć. A może nie chcemy, ponieważ nawet brak tego kanału powiedziałby Rudiemu coś bardzo ważnego.

— No to proszę bardzo. Preparujemy parę fałszywych kart osobowych i podkładamy je w naszym kanale.

Na ścianie gabinetu Chattana wisi mała tablica. Nie jest zbyt dobrze starta i przypomina palimpsest; na pewno sprzątaczki mają absolutny zakaz ścierania jej, gdyż można by stracić przypadkiem coś ważnego. Zbliżając się, widzi ułożone warstwami starsze obliczenia, stopniowo czerniejące, jak rozchodzące się w przestrzeni kosmicznej białe światło.

Wszędzie rozpoznaje pismo Alana. Z dużym wysiłkiem powstrzymuje się od rozpoczęcia rekonstrukcji tych obliczeń z duchów majaczących na łupkowej powierzchni. Z niechęcią je zmazuje.

Waterhouse kreśli na tablicy oś rzędnych i odciętych, po czym zamaszyście rysuje krzywą Gaussa. Na prawo od szczytu dorysowuje mały garbek.

— Oto wysokie dziewczyny. Problemem jest to wycięcie. — Wskazuje na dolinę pomiędzy głównym szczytem a garbem. Potem rysuje kolejny szczyt, na tyle wysoki i szeroki, by objąć jedno i drugie:

— Można to osiągnąć, podrzucając Rudiemu fałszywe karty personalne, gdzie wzrost będzie wyższy niż nasza średnia, ale niższy niż u dziewcząt od maszyn dekryptażowych.

— Ale w ten sposób ładuje się pan w następną pułapkę — mówi Chattan. Odchyla się do tyłu w obrotowym fotelu, a przed twarzą trzyma papierosa, spoglądając na Waterhouse'a przez nieruchomą chmurę dymu.

— Ta nowa krzywa jest trochę lepsza — mówi Waterhouse — ponieważ wypełniłem to zniekształcenie, ale tak naprawdę nie ma kształtu dzwonu. Końce są nie takie jak trzeba. Doktor Hacklheber zauważyłby to i wiedziałby, że ktoś manipulował przy jego kanale informacyjnym. Aby temu zapobiec, należy dodać kolejne fałszywe dane, gdzie wzrost będzie wyjątkowo mały lub wyjątkowo duży.

— Wymyślić kilka niezwykle niskich lub wysokich dziewcząt — dodaje Chattan.

— Tak jest. W ten sposób krzywa będzie się kończyć dokładnie tak, jak powinna.

Chattan wciąż patrzy nań oczekująco. Waterhouse mówi:

— Zatem dodanie niewielkiej liczby tego, co w innym wypadku byłoby dziwacznymi anomaliami, powoduje, że całość wygląda idealnie normalnie.

— Jak powiedziałem, nasz oddział w Afryce Północnej — nawet teraz, gdy rozmawiamy — zajmuje się poszerzaniem krzywej Gaussa. Tak aby nie wzbudzała podejrzeń.

Mięso

No dobra, starszy szeregowy Gerald Hott z Chicago nie zrobił kariery w ciągu piętnastoletniej służby w Siłach Lądowych Stanów Zjednoczonych. Ale za to wycinał z polędwicy niesamowite steki. Nożem rzeźnickim posługiwał się tak sprawnie, jak Bobby Shaftoe bagnetem. Kto powie, że wojskowy rzeźnik, oszczędnie gospodarując skąpą wołową tuszą i skrupulatnie przestrzegając sanitarnych regulaminów, nie może uratować tylu dusz, co stalowooki wojownik? Wojna to nie tylko zabijanie Szwabów, Nipów i Italiańców. To także bicie świń — i zjadanie ich. Gerald Hott służył na froncie, jego chłodnia była czysta jak sala operacyjna, a więc to, że skończył właśnie w niej, pasuje do kompozycji.

Bobby Shaftoe układa w myślach tę drobną elegię, kiedy trzęsie się w subpolarnym mrozie niegdyś francuskiej, a teraz amerykańskiej chłodni do mięsa o wielkości i temperaturze Grenlandii, otoczony doczesnym szczątkami kilku stad bydła i jednego masarza. Podczas swej krótkiej służby zdążył być na wielu pogrzebach i zawsze podziwiał zdolność kapelanów do układania wzruszających przemówień. Słyszał, że kiedy armia powoła kiepskiego ucznia, a potem odkryje u niego mózg, uczy go pisać na maszynie i każe mu od rana do nocy klepać te rzeczy. Niezła praca, jeśli się ją otrzyma.

Z haków dyndają długimi rzędami zamrożone tusze. Bobby, idąc między nimi, spina się coraz bardziej, stara się uodpornić na ten paskudny widok. To już chyba lepiej, gdy głowa kolegi wybuchnie przy zapalaniu papierosa — przy takim stopniowaniu napięcia można zwariować.

Wreszcie dochodzi do końca rzędu i odkrywa śpiącego na podłodze człowieka, ściskającego w objęciach wieprzową tuszę, którą chyba miał zamiar porcjować, kiedy zmarł. Leży tu od około dwunastu godzin i ma temperaturę ciała w granicach minus 23 stopni.

Bobby Shaftoe zwraca się twarzą do nieboszczyka i bierze głęboki wdech mroźnego, pachnącego mięsem powietrza. Składa sine dłonie na swej piersi na sposób modlitewny i dobry zarazem, by je ogrzać.

— Panie Boże — mówi głośno. Jego głos nie odbija się echem, dźwięk pochłaniają połcie mięsa. — Wybacz temu marine uczynek, który zamierza popełnić, i przy okazji wybacz także jego przełożonym, którymi w swej nieskończonej mądrości uznałeś za stosowne go pobłogosławić, oraz ich przełożonym, którzy to wszystko wymyślili.

Zamierza ciągnąć to dalej, ale w końcu postanawia, że to nic gorszego niż nadziewanie Nipów na bagnet, więc zabiera się do roboty. Podchodzi do splecionych zwłok starszego szeregowego Geralda Hotta i Prosiaka Mrożonego i bezskutecznie próbuje je rozdzielić. Kuca obok i przygląda się temu pierwszemu. Hott jest blondynem. Oczy ma półotwarte; Shaftoe, błysnąwszy latarką w szczelinę, spostrzega błękitny odblask. Hott to potężny facet, w dobrej formie pewnie ważył sto kilo, a teraz to chyba ze sto dwadzieścia. Zycie w kuchni wojskowej nie ułatwia zachowania linii ani (na nieszczęście dla Hotta) zachowania w należytej sprawności układu krążenia.

Kiedy przyszedł atak serca, Hott był suchy i jego mundur także, więc dzięki Bogu materiał nie przymarzł do skóry. Shaftoe'owi udaje się zdjąć większość ubrania kilkoma długimi cięciami naostrzonego jak brzytwa noża V-44 Gung-ho. Ale jego maczetowate, dwudziestopięciocentymetrowe ostrze kompletnie nie nadaje się do walk wewnętrznych na bliskim dystansie, to znaczy pod pachami i w kroczu — a ostrzegano go, żeby nie zrobił zadrapań, musi więc dobyć sztyletu Marine Raiders, którego cienka, osiemnastocentymetrowa klinga mogła zostać stworzona specjalnie do tego rodzaju zadań, choć rybokształtna rączka odlana z metalu już po chwili zaczyna mu przymarzać do dłoni.

Porucznik Ethridge wałęsa się za grobowymi drzwiami chłodni. Shaftoe mija go i wali prosto do wyjścia z budynku, nie zwracając uwagi na pytania:

— No, Shaftoe? Jak tam?

Dopiero kiedy wybiega poza cień budynku, zatrzymuje się. Blask północnoafrykańskiego słońca wylewa się na niego jak wanna pełna morfiny. Zamyka oczy i zwraca twarz ku niemu, ściska razem przemarznięte dłonie, gromadząc w nich ciepło, by spłynęło po przedramionach i ściekło z łokci.

— No, jak tam? — powtarza Ethridge. Shaftoe otwiera oczy i rozgląda się.

Port to błękitny półksiężyc z kilometrowej długości spękanymi molo wijącymi się wokół siebie, jak na diagramach kroków tanecznych. Jedno z nich pokrywają rozsypujące się ruiny starej twierdzy. Obok leży wpółzatopiony francuski pancernik, wciąż kipiąc parą i dymem. Wokół, niemożliwie szybko rozładowuje się statki operacji Pochodnia. Z transportowców unoszą się ładunki, lądując z plaskiem na kejach, jak gigantyczne plwociny. Dokerzy dźwigają ciężary, ciężarówki wywożą je, żołnierze maszerują, francuskie dziewczyny palą jankeskie papierosy, Algierczycy proponują wspólne interesy.

Pomiędzy tymi statkami a teatrem operacji Mięso, tam na skałach, leży chyba miasto Algier. Dla jego dyskryminującego oka z Wisconsin nie wygląda na zbudowane ludzką ręką — raczej wyrzucone na brzeg podczas przypływu. Mnóstwo powierzchni poświęcono na osłanianie się przed cholernym słońcem, dlatego z góry to wygląda jak pełno pozamykanych okiennic — mnóstwo czerwonych kafelków, udekorowanych kwiatami i Arabami. Wygląda, że Francuzi, w trakcie jakiejś żywiołowej akcji likwidowania slumsów, postawili tu parę nowoczesnych betonowych budowli (jak na przykład ta chłodnia). Lecz zostało ich jeszcze od cholery do zlikwidowania — cel numer jeden to ten ludzki ul albo mrowisko, zaraz na lewo. Nazywają go kazbą. Może to dzielnica. A może jeden źle zorganizowany budynek. Żeby uwierzyć, trzeba to zobaczyć na własne oczy. Arabowie tłoczą się tam niczym ulotki z apelem o pomoc w budce telefonicznej.

Shaftoe odwraca się i jeszcze raz spogląda na chłodnię z mięsem, niebezpiecznie wystawioną na atak lotniczy. Wszystkim to zwisa, bo kto się przejmie, jeśli Szwaby wysadzą trochę ścierwa?

Porucznik Ethridge, spalony słońcem prawie jak Bobby, mruży oczy.

— Blondyn — mówi Shaftoe.

— Dobrze.

— Niebieskie oczy.

— Dobrze.

— Ryjek, nie grzybek.

— Hmm?

— Nie jest obrzezany, sir!

— Świetnie! Inne znaki szczególne?

— Jeden tatuaż, sir!

Shaftoe delektuje się stopniowo narastającym napięciem w glosie Ethridge'a:

— Sierżancie, proszę opisać tatuaż!

— Sir, to wzór popularny w wojsku! Serce z wpisanym imieniem kobiety.

— Co to za imię, sierżancie? — Ethridge zaraz zleje się w spodnie.

— Sir! Na tatuażu jest następujące imię: Griselda!

— Uuufff! — Porucznik Ethridge wypuszcza z siebie głębokie westchnienie ulgi. Kobiety w czadorach przystają i odwracają się. W kazbie wychudzeni, nieogoleni turbaniarze wychylają się ze spiczastych wież i jodłują fałszywie.

Ethridge zamyka się i zadowala zaciskaniem pięści do białości. Kiedy odzywa się ponownie, głos ma zduszony z emocji:

— Sierżancie, bitwy zależały już od mniejszych łutów szczęścia niż ten!

— Pan mi to mówi? — odpowiada Shaftoe. — Sir, kiedy byłem na Guadalcanal, zamknęli nas w tej małej zatoczce i przycisnęli…

— Sierżancie, nie chcę już słyszeć o tym jaszczurze!

— Tak jest, sir!

Kiedyś, jeszcze w Oconomowoc, Bobby Shaftoe musiał pomóc bratu we wniesieniu materaca po schodach. Nabrał przy tym szacunku dla trudu, który trzeba włożyć w manipulowanie ciężkimi i miękkimi przedmiotami. Hott, wieczny odpoczynek racz mu dać Panie, to kawał chłopa, całe szczęście więc, że jest zmrożony na kość. Kiedy dorwie się do niego śródziemnomorskie słońce, na pewno zrobi się miękki. I nie tylko miękki.

Wszyscy ludzie Shaftoe'a znajdują się na placu manewrowym. To jaskinia w potężnym sztucznym klifie unoszącym się nad Morzem Śródziemnym, tuż powyżej portu. Te groty ciągną się kilometrami, a nad nimi, górą biegnie promenada. Ale wejście do ich groty jest zakryte namiotami i plandekami, tak by nikt, nawet wojska alianckie, nie widział, co robią; konkretnie, szukają sprzętów opatrzonych wymalowaną liczbą 2701, zamalowują ostatnią cyfrę i zmieniają ją na 2. Pierwszą czynność wykonuje człowiek z farbą zieloną, drugą — z białą lub czarną.

Shaftoe wybiera sobie po jednym żołnierzu z każdej z tych grup, aby nie zakłócić przebiegu operacji. Słońce jest tu niesamowicie silne, ale przez grotę wieje chłodny morski wietrzyk i nie jest tak najgorzej. Ostry zapach nafty wydziela się ze wszystkich ciepłych, świeżo malowanych powierzchni. Na Bobby'ego działa uspokajająco: nigdy nie maluje się rzeczy podczas walki. Ale odczuwa też lekkie mrowienie: często robi się to przed wyruszeniem do walki.

Shaftoe już ma objaśnić im następne zadanie, kiedy szeregowy Daniels, ten z rękoma w czarnej farbie, zerka za niego i śmieje się kpiąco.

— Jak pan myśli, panie sierżancie, czego ten porucznik teraz szuka?

Shaftoe oraz szeregowi: Nathan (farba zielona) i Branph (biała) unoszą wzrok i widzą, że Etridge'owi coś się pokręciło. Znowu szpera w koszach na śmieci.

— Zauważyliśmy, że porucznik Ethridge uważa, że jego życiowym powołaniem jest grzebanie w śmietnikach — mówi sierżant Shaftoe niskim, autorytatywnym głosem. — On skończył Annapolis.

Ethridge prostuje się i najbardziej oskarżycielskim gestem, na jaki go stać, unosi garść podziurawionych kartoników.

— Sierżancie! Poznajecie, co to takiego?

— Sir! To standardowe wojskowe szablony!

— Sierżancie! Ile liter ma alfabet?

— Dwadzieścia sześć, sir! — błyskawicznie odpowiada Shaftoe.

Szeregowi Daniels, Nathan i Branph cicho pogwizdują: ten Shaftoe to dopiero bystrzak.

— A ile znamy cyfr?

— Dziesięć, sir!

— No, a na trzydzieści sześć liter i cyfr, ile odpowiada nieużywanym szablonom w tym koszu?

— Trzydzieści pięć, sir! Wszystkie oprócz dwójki, bo tylko ona jest potrzebna do wykonania rozkazu, sir!

— Sierżancie, zapomnieliście drugiej części mojego rozkazu?

— Tak jest, sir! — Nie ma co kłamać. Oficerowie właściwie lubią, kiedy zapomina się ich rozkazy, bo to przypomina im, o ile są od ciebie inteligentniejsi. To sprawia, że czują się potrzebni.

— Druga część: dołożyć wszelkich starań, by nie pozostawić śladów po wykonanej zmianie!

— Tak sir, teraz już pamiętam!

Porucznik Ethridge, z początku lekko wkurzony, teraz uspokoił się, co dobrze o nim świadczy. Wszyscy pilnie to sobie odnotowują — znają go zaledwie od sześciu godzin. Mówi teraz spokojnie, jowialnie, jak sympatyczny nauczyciel ze szkoły średniej. Ma na nosie ciemne, wojskowe okulary w grubych oprawkach, znane w branży jako SPG, Szkła Przeciwgwałtowe. Do głowy mocuje je pasek czarnej gumki. Sprawiają, że wygląda jak niedorozwinięty.

— Gdyby jakiś wrogi agent przeszukał ten kosz, co jak wiadomo agenci często robią, co takiego by znalazł?

— Szablony, sir!

— A gdyby policzył cyfry i litery, czy zauważyłby coś niezwykłego?

— Wszystkie byłyby czyste, sir, oprócz dwójki, której by brakowało albo byłaby pomazana farbą!

Porucznik Ethridge przez chwilę nic nie mówi, aby sami wyciągnęli wnioski. W rzeczywistości nikt nie ma pojęcia, o czym on, kurwa, gada. Atmosfera staje się dość wybuchowa, aż wreszcie Shaftoe robi desperacki ruch. Odwraca się od Ethridge'a w stronę marines.

— Macie pomazać farbą wszystkie te cholerne szablony! — ryczy.

Marines szarżują na śmietniki, jakby były nippoóskimi bunkrami. Porucznik Ethridge wygląda na ułagodzonego. Bobby Shaftoe, zarobiwszy masę punktów, szybko wyprowadza szeregowych Danielsa, Nathana i Branpha na ulicę, zanim porucznik zorientuje się, że on po prostu zgadywał. Walą biegiem do chłodni z mięsem.

Ci marines to sami weterani krwawej wojny — inaczej nie dostaliby się w takie tarapaty: na wrogim kontynencie (Afryka), otoczeni przez wroga (wojska Armii Stanów Zjednoczonych). Ale nawet oni milkną, wchodząc do chłodni i pierwszy raz widząc starszego szeregowego Hotta.

Szeregowiec Branph składa ręce, pocierając je ukradkiem o siebie.

— Panie Boże…

— Szeregowy, zamknąć się! — rzuca Shaftoe. — Już to zrobiłem.

— Okay, sierżancie.

— Idź znajdź piłę do mięsa! — rozkazuje Nathanowi. Wszyscy szeregowcy tracą dech.

— Do świni, kurwa, do świni! — precyzuje Shaftoe. Potem zwraca się do szeregowego Danielsa, taszczącego niekształtny zwój i mówi: — Rozwijaj!

Zwój (wydany Shaftoe'owi przez Ethridge'a) zawiera czarny kombinezon płetwonurka. Nie pochodzi z magazynów armii USA: to musi być jakiś europejski model. Shaftoe rozwija go i ogląda poszczególne części, podczas gdy chłopcy energicznymi ruchami potężnej ramowej piły tną Prosiaka Mrożonego.

Pracują w milczeniu; wtem przerywa im nieznajomy głos. „Panie Boże…” — zaczyna. Wszyscy unoszą wzrok na stojącego nieopodal faceta, który złożył ręce do modlitwy. Twarz spowijają mu własne słowa, sakramentalnie skroplone w wyraźną, rozpływającą się chmurę mgły. Wojskowy koc na ramionach zasłania mundur i stopień. Gdyby nie był świeżo ogolony i nie nosił Szkieł Przeciwgwałtowych, wyglądałby jak jeżdżący na wielbłądzie prorok z Ziemi Świętej.

— Szlag! — rzuca Shaftoe. — Już, kurwa, odmówiłem modlitwę.

— Ale czy modlimy się za szeregowego Hotta, czy za siebie? — pyta facet.

To kłopotliwe pytanie. Gdy zatrzymuje się piła, zapada cisza. Shaftoe upuszcza kombinezon i wstaje. Facet w Kocu ma bardzo krótkie, siwawe włosy, a może to szron wytrąca mu się na czaszce. Lodowate oczy mierzą Shaftoe'a przez grube soczewki Szkieł Przeciwgwałtowych, jakby naprawdę oczekiwały odpowiedzi. Podchodzi krok bliżej i dostrzega, że facet nosi koloratkę.

— Niech wielebny sam powie — mówi Shaftoe.

Potem rozpoznaje Faceta w Kocu. Już ma przywitać go radosnym „Co ty tutaj, kurwa, robisz”, ale coś go powstrzymuje. Kapelan spogląda w bok, tak nieznacznie i szybko, że tylko Shaftoe, prawie stykający się z nim nosem, może to zauważyć. Przekaz brzmi: Morda w kubeł, Bobby, pogadamy później.

— Szeregowy Hott jest teraz z Bogiem czy dokąd tam ludzie idą po śmierci — mówi Enoch „mów mi bracie” Root.

— Co to za gadanie? Oczywiście, że jest z Bogiem. Jezus, Maria! „Dokąd tam ludzie idą po śmierci”. Coś ty za kapelan?

— Chyba kapelan w sam raz dla Jednostki 2702 — mówi kapelan. Enoch Root w końcu przerywa kontakt wzrokowy z Shaftoe'em i patrzy tam, gdzie coś się dzieje. — No, jak tam, chłopaki? — dodaje. — Będzie bekon na kolację, co?

Chłopaki chichoczą nerwowo i piłują dalej.

Kiedy udaje im się wreszcie oddzielić świńską tuszę od Hotta, każdy łapie go za jedną kończynę. Wnoszą go do masarni, tymczasowo ewakuowanej na czas operacji, aby jego ekskoledzy od szynek i polędwic nie roznosili plotek.

Pospieszna ewakuacja masarni po śmierci jej pracownika sama z siebie mogłaby wywołać plotki. Dlatego bajka na dzisiaj, świeżo opowiedziana przez porucznika Ethridge'a, głosi, że Jednostka 2702 (pomimo wszelkich zewnętrznych pozorów) jest elitarnym, specjalistycznym zespołem lekarskim, który obawia się, że Hott padł ofiarą rzadkiej, nowej formy tropikalnego zatrucia. Może nawet czegoś umyślnie pozostawionego przez Francuzów, których podobno dosyć zdenerwowało zatopienie ich pancernika. W każdym razie (jak powiada bajka) rzeźnia musi być opróżniona na cały dzień i przeczesana gęstym grzebieniem. Ciało Hotta zostanie przed odesłaniem do domu skremowane, by przerażająca zaraza nie rozniosła się po Chicago — światowej stolicy rzeźnictwa — bo jej nieobliczalne skutki mogłyby nawet zmienić wynik wojny.

Na podłodze stoi zwykła żołnierska trumna, dla zachowania pozorów. Shaftoe i jego ludzie ignorują ją i zaczynają ubierać zwłoki, najpierw w obrzydliwe kąpielówki, potem w różne części kombinezonu do nurkowania.

— Ej! — krzyczy Ethridge. — Rękawiczki trzeba chyba nałożyć na końcu.

— Sir, za pozwoleniem, włożyliśmy je najpierw! — odpowiada Bobby. — Na wypadek gdyby palce się rozmroziły, bo wtedy będzie przerąbane, sir!

— No, włóżcie mu jeszcze to — mówi Ethridge i podaje mu zegarek. Shaftoe waży go w dłoni i gwiżdże z podziwu. Piękny: szwajcarski, z pełnego uranu, ze szlachetnymi kamieniami, a jego tykot przypomina bicie serca małego zwierzątka. Unosi go za koniec bransolety, wykonanej ze sprytnie połączonych pancernych segmentów. Jest wystarczająco ciężki, by ogłuszyć szczupaka.

— Niezły — rzuca Shaftoe — ale trochę źle chodzi.

— W strefie czasowej, do której jedziemy, chodzi dobrze — odpowiada Ethridge. Shaftoe poddaje się i rusza do pracy. Tymczasem porucznikowie Ethridge i Root przydają się na coś. Przynoszą niedbale odpiłowane resztki Prosiaka Mrożonego do masarni i rzucają je na gigantyczną wagę. Wychodzi około trzydziestu kilogramów. Enoch Root, spragniony pracy fizycznej, co pilnie i bez słowa odnotowują marines, taszczy kolejną tuszę wieprzową, sztywną jak kulas w gipsie i zwala ją na wagę, co daje w sumie siedemdziesiąt. Ethridge rzuca się piersią naprzód w chmury much, by pozbierać wszystkie ochłapy pozostawione na pieńkach do rąbania podczas ewakuacji. Rzuca to na wagę. Wskazówka podskakuje prawie do stu. Teraz mogą już dobić do stu trzydziestu, znosząc po jednej szynki i rostbefy z chłodni. Enoch Root, który chyba zna się na różnych egzotycznych systemach miar, obliczył i dwukrotnie sprawdził, że waga Geralda Hotta w kilogramach wynosi sto trzydzieści.

Całe mięso ląduje w trumnie. Ethridge zatrzaskuje wieko, zamykając kilka much, które nie mają pojęcia, co je czeka. Root obchodzi trumnę z młotkiem, wbijając szesnastopensowe gwoździe pewnymi, mocnymi uderzeniami w stylu Cieśli z Nazaretu. Tymczasem Ethridge wyciąga z walizki wojskowy podręcznik. Shaftoe jest tak blisko, że może odczytać tytuł wypisany dużymi drukowanymi literami na zgniłooliwkowej okładce:

PROCEDURA ZAMYKANIA TRUMNY

CZĘŚĆ III: KLIMAT TROPIKALNY

TOM II: SYTUACJA DUŻEGO ZAGROŻENIA EPIDEMIOLOGICZNEGO (DŻUMA ITP.).

Dwóch poruczników poświęca dobrą godzinę na realizację instrukcji. Nie jest wcale skomplikowana, ale Root cały czas wyłapuje składniowe niejednoznaczności i próbuje badać ich skutki. Ethridge najpierw denerwuje się, potem niecierpliwi, wreszcie okazuje krańcowy pragmatyzm. Aby zmusić kapelana do zamilknięcia, konfiskuje podręcznik i każe Rootowi namalować na trumnie nazwisko Hotta i okleić ją czerwonymi nalepkami z tak ohydnymi medycznymi ostrzeżeniami, że już same nagłówki powodują lekkie mdłości. Kiedy kończy, jedyną osobą uprawnioną do otwarcia tej trumny jest sam generał George C. Marshall, choć nawet on musiałby najpierw uzyskać specjalne pozwolenie lekarza generalnego i ewakuować wszystkie żywe istoty w promieniu dwustu kilometrów.

— Trochę dziwnie gada ten kapelan — mówi w pewnym momencie szeregowy Nathan, przysłuchując się z rozdziawioną gębą jednej z debat między Rootem i Ethridge'em.

— Taa! — wykrzykuje Branph, jakby w istocie do zauważenia tego akcentu potrzebny był spostrzegawczy obserwator. — A co to jest za akcent?

Wszystkie oczy zwracają się ku Bobby'emu Shaftoe, który udaje, że przysłuchuje się, a potem mówi:

— No, chłopaki, zdaje mi się, że Enoch Root jest potomkiem długiej linii holenderskich i niemieckich misjonarzy z mórz południowych, wymieszanej z Australijcami. Poza tym, skoro wychował się na ziemiach brytyjskich, myślę, że ma brytyjski paszport, został zmobilizowany, kiedy zaczęła się wojna, i należy do armii ANZAC{ANZAC — Armia Australijska i Nowozelandzka (Australian and New Zealand Army Corps) (przyp. tłum.).}.

— He! — chrząka szeregowiec Daniels. — Jeśli to wszystko się zgadza, dam wam pięć dolców.

— Stoi — potwierdza Shaftoe.

Ethridge i Root kończą zamykanie trumny mniej więcej wtedy, gdy marines pod wodzą Shaftoe'a mocują się z ostatnimi elementami gumowego kombinezonu. Zużywają mnóstwo talku, ale w końcu im się udaje. Talk dostali od Ethridge'a; to nie jest zwykły, armijny talk, lecz jakiś europejski. Nad niektórymi literami na etykietce są pary kropek; Shaftoe wie, że tak jest w języku niemieckim.

Do rampy załadowczej podjeżdża ciężarówka. Śmierdzi świeżą farbą (to samochód Jednostki 2702). Ładują do niej zamkniętą trumnę i świeżo zwulkanizowanego martwego rzeźnika.

— Ja zostanę i sprawdzę kosze na śmieci — mówi Shaftoe'owi porucznik Ethridge. — Dołączę do was na lotnisku, za godzinę.

Shaftoe wyobraża sobie godzinę na pace gorącej ciężarówki, z takim ładunkiem.

— Sir, czy mam go obłożyć lodem? — pyta.

Ethridge musi się zastanowić. Cmoka, zerka na zegarek, chrząka i prycha.

— Nie. Dla celu tej misji konieczne jest, aby przeszedł teraz w stan roztopiony — ostatecznie brzmi odpowiedź.

Starszy szeregowy Gerald Hott i jego pełna mięsa trumna zajmują środek ciężarówki. Marines siadają pod ścianami, jak grabarze. Shaftoe zdaje sobie sprawę, że gapi się, ponad zwłokami, prosto w twarz Enocha Roota, na której maluje się wymuszona nonszalancja.

Shaftoe wie, że powinien poczekać, ale już nie może wytrzymać.

— Co pan tu w ogóle robi? — pyta w końcu.

— Jednostka się przenosi — mówi wielebny. — Bliżej frontu.

— Dopiero co wysiedliśmy z pieprzonej łodzi — mówi Shaftoe. — Pewnie, że bliżej frontu. Cholera, aby być dalej, musielibyśmy pływać!

— A skoro się pakujemy — chłodno stwierdza Root — to ja też się zabieram.

— Nie o to mi chodziło. Pytam, po cholerę w naszej jednostce kapelan?

— Wiesz, jak to jest w wojsku — odpowiada Root. — W każdej musi być.

— To przynosi pecha.

— Kapelan przynosi pecha? Bo co?

— To znaczy, że gryzipiórki spodziewają się wielu pogrzebów, ot co.

— A więc sądzisz, że jedyną rzeczą, którą potrafi robić duchowny, jest odprawianie pogrzebów? Interesujące.

— No, są jeszcze śluby i chrzty — mówi Shaftoe. Reszta marines chichocze.

— Może po prostu niepokoi cię trochę niezwykłość pierwszej misji Jednostki 2702? — zapytuje Root, znacząco zerkając na świętej pamięci Hotta, a potem patrząc Shaftoe'owi prosto w oczy.

— Niepokoi mnie? Wie pan co, wielebny, ja robiłem na Guadalcanal takie rzeczy, że to jest jak, kurwa, szkółka niedzielna.

Wszyscy marines uważają, że to świetny tekst, ale Root jest niewzruszony.

— A na Guadalcanal wiedziałeś, po co robisz to wszystko?

— Pewnie! Żeby przeżyć.

— A wiesz, dlaczego robisz to tutaj?

— Nie, kurwa, nie wiem.

— I to cię nie irytuje? A może jesteś zbyt durnym trepem, żeby cię to obchodziło?

— No, wielebny, zapędziłeś mnie pan trochę w kozi róg — odzywa się Shaftoe. — Przyznaję, trochę mnie to ciekawi.

— Czy więc nie od rzeczy byłoby mieć w Jednostce 2702 kogoś, kto umie odpowiedzieć na pytanie po co?

— No… pewnie tak — mruczy niezadowolony Shaftoe. — Ale to dziwnie mieć kapelana.

— Dlaczego niby dziwnie?

— Bo przecież to taka jednostka.

— Jaka jednostka? — pyta Root, nie bez sadystycznej przyjemności.

— Nie wolno nam o tym mówić. A zresztą, przecież nie wiemy.

Ze wzgórza pompatycznie zstępują niezmierzonej długości serpentyny, podpierane tygrysio pręgowanymi arkadami, wprost na splot rozgałęziających się linii kolejowych, zasilających port od południa.

— To tak jakbyśmy stali we wlocie jebanego bilarda — mówi Shaftoe, patrząc tam, skąd właśnie zjechali, i wyobrażając sobie, co mogłoby wytoczyć się z kazby. Jadą na południe wzdłuż tych torów, trafiając w strefę pełną zwałów rudy, hałd węgla i kominów fabrycznych. Shaftoe, Skaut Orli znad Wielkich Jezior, nie ma problemu z ich rozpoznaniem, choć tutaj obsługuje je jakiś obcy kulturowo mechanizm, składający się co najmniej z miliona trybów. Podjeżdżają pod Societe Algerienne d'Eclairage et de Force, lewiatana z dwoma kominami i największą hałdą węgla. Cholerne zadupie, ale jasne, że czekają tu na nich. Tutaj — jak wszędzie, gdzie pojawi się Jednostka 2702 — występuje dziwne Zjawisko Inflacji Stopni Wojskowych. Trumnę wnosi do środka dwóch poruczników, kapitan i major. Nadzoruje ich pułkownik! W zasięgu wzroku nie ma ani jednego podoficera, a Shaftoe, ledwie sierżant, zastanawia się, jaką robotę w takim razie znajdą dla niego. Występuje tu także zjawisko Ignorowania Papierologii; tam, gdzie spodziewa się, że zatrzyma go zwyczajowe pół godziny biurokracji, pojawia się oficer, nerwowo wymachuje rękami i wszystko rusza dalej.

Arab, noszący na głowie coś jakby czerwoną puszkę po kawie, otwiera na oścież żelazne wrota; buchają ku niemu płomienie, które uspokaja poczerniałym żelaznym drągiem. Grabarze centrują koniec trumny w otworze, po czym wsuwają ją do środka, jakby ładowali wielki pocisk do czterystumilimetrowego działa. Facet z puszką na głowie zamyka wrota. Frędzelek na czubku puszki dynda szaleńczo. Zanim jeszcze zamknął je na dobre, zaczyna jodłować, tak samo jak ci goście w kazbie. Oficerowie wstają, wszyscy sobie przytakują i podpisują się w rozmaitych notatnikach.

Ciężarówka opuszcza Societe Algerienne d'Eclairage et de Force całkiem bez komplikacji, co mocno dziwi takiego weterana jak Shaftoe. Wspina się pod jedno z tych cholernych algierskich wzniesień. Podjazd jest stromy — cały czas na pierwszym biegu. Handlarze ze swymi wózkami pełnymi wrzącego oleju nie tylko dotrzymują im kroku, ale jeszcze po drodze smażą frytki. Kulawe psy biegają i walczą tuż przed maską ciężarówki. Uparcie gonią ich także tubylcy w puszkach po kawie na głowie, grożą, że zagrają na gitarach wykonanych z kanistrów; a także handlarze pomarańczy, zaklinacze węży i kilku niebieskookich typków w burnusach unoszących w dłoniach nieopakowane i niepodpisane bryłki ciemnej substancji. Można je, tak jak śnieżki, sklasyfikować przez analogie do owoców i sprzętu sportowego. A więc są wielkości od winogrona do piłki bejsbolowej. Wtem kapelan spontanicznie zamienia czekoladowy baton na bryłkę wielkości piłki do golfa.

— Co to takiego? Czekolada? — pyta Bobby Shaftoe.

— Gdyby to była czekolada — odpowiada Root — gość nie zamieniłby się na baton.

Shaftoe wzrusza ramionami.

— Chyba że to gówniana czekolada.

— Albo gówno! — wyrywa się szeregowy Nathan, wzbudzając niezwykłą wesołość.

— Słyszeliście o Maryśce? — pyta teraz Root.

Shaftoe — modelowy macho i przywódca mężczyzn — powstrzymuje się przed odpowiedzią:

— Słyszeć? Ja ją rżnąłem!

— To skoncentrowana esencja.

— Skąd ksiądz wie? — pyta szeregowy Daniels. Ksiądz jest nieporuszony.

— Ja tu jestem specjalistą od Boga, nie? Znam się na sprawach religijnych?

— Tak jest, sir!

— Dawno temu była sobie grupa muzułmanów zwana haszszaszijuna, którzy to jedli, a potem zabijali ludzi. Byli w tym tak świetni, że zdobyli sławę — złą sławę. Z biegiem lat wymowa się trochę zmieniła i nazywamy ich teraz asasynami{Ang. „assassin” to nazwa sekty asasynów, a także słówo pospolite — zamachowiec (przyp. tłum.).}.

Zapada pełne szacunku milczenie. Wreszcie odzywa się sierżant Shaftoe:

— No to na co, do cholery, czekamy?

Zjadają trochę haszyszu. Shaftoe, jako najwyższy stopniem oprócz oficerów, zjada więcej niż inni. Nic się nie dzieje.

— Jedyną osobą, jaką mam ochotę zamordować, jest ten gość, co nam to sprzedał — mówi.

Na lotnisku, leżącym szesnaście kilometrów za miastem, panuje większy tłok, niż ktokolwiek przewidywał. Krajobraz jest pełen pięknych winnic i gajów oliwnych, lecz w oddali widać skaliste wzniesienia, a za nimi łachę piasku wielkości Stanów Zjednoczonych — które zresztą chyba całe wzniosły się w powietrze i przyfrunęły tutaj. Niezliczone samoloty — przeważnie transportowce Dakota vel Albatrosy mieszają śmigłami ogromne chmury pyłu, oblepiającego języki i sklejającego wszystko w nosie. Ale Shaftoe dłuższy czas nie rozumie, że suche oczy i usta to niekoniecznie skutki pyłu w powietrzu. Jego ślina ma konsystencję kleju do glazury.

Ta pieprzona jednostka jest tak cholernie tajna, że nikt na lotnisku nawet nie ma pojęcia o jej istnieniu. Jest tu pełno Angoli, a Angole na pustyni noszą szorty, co wzbudza w Bobbym Shaftoe chęć obicia im ryjów. Stara się nad tym panować. Ale jego oczywista niechęć do facetów w krótkich gaciach i fakt, że pyta o drogę do jednostki, która jest tak tajna, że nie może podać nazwy ani nawet w przybliżeniu jej opisać, powoduje mnóstwo zamieszania, wzbudza podejrzliwość i niemal przyczynia się do upadku anglo-amerykańskiego sojuszu.

Jednak teraz Shaftoe rozumie, że wszystko w Jednostce będzie zawsze przegięte w jedną stronę, opatulone czarnymi plandekami i osłonięte namiotami. Tak jak każda wojskowa formacja, Jednostka 2702 ma jednych rzeczy za dużo, a innych za mało, lecz za to na stanie znajduje się chyba z połowa rocznej amerykańskiej produkcji brezentu. Kiedy Shaftoe wspomina o tym kolegom, a gada niemożliwie rozwlekle, niektórzy dziwnie nań zerkają. Ale to Enoch Root musi mu powiedzieć:

— Niektórzy mogą pomyśleć, że zachowujesz się trochę paranoicznie, z tymi jaszczurami olbrzymami i czarnymi plandekami.

— Paranoicznie? To ja ci powiem, co znaczy paranoicznie — rzuca Shaftoe. I mówi, nie omieszkawszy wspomnieć o poruczniku Ethridge'u i jego śmietnikach. Kiedy kończy, cała jednostka już odsunęła się na drugi koniec paki; wszyscy są nieźle zdenerwowani poza nowym rekrutem, który, jak z aprobatą zauważa Shaftoe, zaczyna się rozluźniać. Leży na podłodze ciężarówki w stroju płetwonurka i na wybojach raczej ugina się, niż podskakuje.

Ale i tak jest wystarczająco sztywny, by uprościć sprawę wyładowania go z ciężarówki i wrzucenia do przydzielonego im albatrosa: to kompletnie łysa wersja DC-3, zmilitaryzowana oraz (według sceptycznego oglądu Shaftoe'a) kompletnie nienadająca się do latania wskutek wycięcia na boku gigantycznych drzwi ładunkowych. Prawie przecinają szkielet na pół. DC-3 latał po pustyni tyle czasu, że piasek zdrapał całą farbę z łopat śmigła, maski silnika i krawędzi natarcia skrzydeł, polerując metal, który błyszczy srebrno, wabiąc wszystkich pilotów Luftwaffe w promieniu trzystu kilometrów. Co gorsza, z kadłuba sterczą rozmaite anteny, głównie wokół kokpitu. Nie tylko pręty, ale także pieprzone wielkie ruszty do barbecue: Shaftoe na ich widok żałuje, że nie ma piły. Kojarzą mu się tajemniczo z tymi, które taszczył po schodach Stacji Alfa w Szanghaju — wspomnienie to dokumentnie mu się splątało z innymi obrazami. Kiedy próbuje je przywołać, widzi tylko zakrwawionego Jezusa znoszącego po kamiennych schodach w Manili dwupasmowy dipol wysokiej częstotliwości i wie, że coś tu jest nie tak.

Choć siedzą tuż obok ruchliwego lotniska, Ethridge nie pozwala im zacząć, dopóki w powietrzu jest choć jeden samolot. W końcu mówi: „Dobra, TERAZ!” — Chłopcy na ciężarówce unoszą nieboszczyka tylko po to, by usłyszeć krzyk porucznika: „Zaraz, czekajcie!” — i położyć go z powrotem. Dopiero kiedy przestaje ich to bawić, zawijają go wreszcie w brezent i wnoszą na pokład samolotu. Chwilę potem już lecą. Jednostka 2702 udaje się na spotkanie z Rommlem.

Cykle

Jest początek października roku 1942, a na świecie wszystko się chrzani. Wszędzie naraz, na niewiarygodną skalę. Nie uporządkowałby tego sam Zeus, nawet gdyby zmobilizował kariatydy — powiedział im: „Nieważne, co wam kazaliśmy, zdejmujcie te bagaże i to już”. Świątynie zawalałyby się wszędzie, teleskopowo, a on wszystkie kariatydy, wszystkie najady i driady, które zdołał ściągnąć, wysłałby na bibliotekoznawstwo, dał im zielone daszki na czoło, ubrał w zgrzebne aseksualne mundurki OSWA, Olimpijskich Służb Wsparcia Archiwistycznego, i posłał do pracy na trzy zmiany przy wypełnianiu fi-szek. Wykorzystałby tę słynną kariatydzką spolegliwość przy maszynach Holleritha i czytnikach kart dziurkowanych firmy ETC. Nawet wtedy wciąż brakowałoby mu danych na temat sytuacji. Byłby tak wkurwiony, że nie miałby pojęcia, w których konkretnie zadufanych śmiertelnych walić piorunami ani które modelki i kozy molestować.

Lawrence Pritchard Waterhouse jest teraz jednym z większych olimpijczyków. Taki sam dostęp do informacji ma jeszcze Roosevelt, Churchill i kilku innych ludzi z listy Ultra Mega, ale oni mają inne problemy i troski. Nie mogą wędrować po skarbcu danych z całego świata, zaglądać deszyfrantom przez ramię i odczytywać tekstów wychodzących, klik-klekot-klekot-trrr, z dalekopisów. Nie mogą ni stąd, ni zowąd zapragnąć śledzić poszczególnych wątków globalnej historii, biegając od baraku do baraku, kojarząc informacje ze sobą, tak jak WREN-ki w Baraku 11 przeciągają kable pomiędzy gniazdami maszyn Bombę, tworząc pajęczą sieć do chwytania pędzących przez eter radiogramów Hitlera.

Oto parę znanych Waterhouse'owi informacji: bitwa pod El Alamein jest wygrana, a Montgomery ściga Rommla na zachód przez Cyrenajkę z szybkością ekspresu, zmuszając go do odwrotu do odległej, będącej wciąż we władaniu Osi Tunezji. Ale nie jest to bezładna rejterada, na jaką wygląda. Gdyby Monty doceniał informacje z kanału Ultra, mógłby poruszać się sensownie, okrążając i biorąc w niewolę wielu Niemców i Włochów. Niestety, nie robi tego; Rommel ma więc czas na planowy odwrót i przygotowanie do następnych bitew. Dlatego właśnie niestrudzony Monty jest wciąż przeklinany wśród analityków Bletchley Park za to, że nie umie wykorzystać bezcennych, choć nietrwałych klejnotów informacji wywiadowczych.

Największy morski desant w historii właśnie zwalił się na Afrykę Północną. Nazywa się operacja Pochodnia i ma za zadanie uderzyć na Rommla od tyłu, służąc za kowadło dla młota Montgomery'ego, albo, jeśli ten nie utrzyma szybkości, być może na odwrót. Wygląda na starannie zorganizowany, ale to nieprawda: Ameryka po raz pierwszy wdała się w coś poważnego po tej stronie Atlantyku i dlatego na tych okrętach płynie kolosalna zbieranina najróżniejszych formacji — w tym jajogłowi od wywiadu radiowego, którzy teatralnie szturmują plaże, jakby byli piechotą morską. Jest tam także amerykański kontyngent Jednostki 2702 — wyselekcjonowana załoga zahartowanych w boju komandosów.

Niektórzy z niech dowiedzieli się czegoś na Guadalcanal, mało użytecznej wyspie na południowo-wschodnim Pacyfiku, gdzie Cesarstwo Nipponu i Stany Zjednoczone Ameryki spierają się przy użyciu karabinów o prawo do zbudowania tam wojskowej bazy lotniczej. Pierwsze wiadomości stamtąd wskazują, że armia nippońska, podczas długiego tournee po wschodniej Azji, straciła swój pazur. Wyglądałoby na to, że zgwałcenie całej żeńskiej populacji Nankinu i rozniesienie na bagnetach bezbronnych filipińskich wieśniaków nie przekłada się na prawdziwe kompetencje militarne. Armia nippońska wciąż szuka sposobu na zabicie, powiedzmy, stu amerykańskich marines, tak żeby nie stracić przy tym, dajmy na to, pięciuset własnych żołnierzy.

Japońska marynarka to całkiem co innego — oni znają się na tym, co robią. Mają swego Yamamota. Mają torpedy, które naprawdę wybuchają, gdy uderzają w cel, w odróżnieniu od modeli amerykańskich, które tylko odłupują farbę z japońskich okrętów, a potem przepraszająco toną. Yamamoto właśnie po raz kolejny próbował rozbić amerykańską flotę nieopodal wysp Santa Cruz, zatopił „Horneta” i wywalił elegancką dziurę w „Enterprise”. Ale stracił jedną trzecią swoich samolotów. Patrząc na rosnące straty, Waterhouse zadaje sobie pytanie, czy ktokolwiek w Tokio zadał sobie trud wyciągnięcia liczydła i podsumowania tej całej drugiej wojny światowej.

Alianci robią pewne rachunki i srają w gacie ze strachu. Po Oceanie Atlantyckim pływa teraz sto niemieckich U-Bootów, głównie z baz w Lorient i Bordeaux. Topią północnoatlantyckie konwoje tak skutecznie, że to już nie wojna, to rzeźnia jak na Lusitanii{Statek pasażerski „Lusitania” został zatopiony przez niemiecki okręt podwodny w roku 1915. Zginęło ponad stu cywili (przyp. tłum.).}. Są na dobrej drodze, by zatopić około miliona ton ładunku tylko w tym miesiącu. Waterhouse nie potrafi tego ogarnąć. Tona to mniej więcej waga jednego samochodu; próbuje wyobrazić sobie, jak Amerykanie i Kanadyjczycy płyną na środek oceanu i wrzucają do wody milion samochodów — i to tylko w listopadzie. Brrr!

Problem stanowi Rekin.

Niemcy nazywają go Tryton. To nowy szyfr, używany wyłącznie przez ich marynarkę. Bazuje na Enigmie, ale nie takiej z trzema tarczami. Polacy nauczyli się łamać tamten model kilka lat temu, a w Bletchley Park wdrożono ten proces na skalę przemysłową. Lecz ponad rok temu na południowym wybrzeżu Islandii osiadł nienaruszony U-Boot. Faceci z Bletchley dość dokładnie go przeszukali i znaleźli maszynkę szyfrującą ze szczelinami na cztery, a nie trzy tarcze.

Od 1 lutego, kiedy weszła do eksploatacji, cały Atlantyk stał się białą plamą. Alan i inni cały czas atakowali ten problem, który polega na tym, że nie wiadomo, w jaki sposób czwarta tarcza sprzężona jest z resztą.

Lecz kilka dni temu na wschodnim Morzu Śródziemnym przechwycono prawie nienaruszonego U-Boota. Pułkownik Chattan, który przypadkiem znajdował się w okolicy, pognał tam z niezdrowym pośpiechem, wraz z kilkoma innymi Bletchleyowcami. Wydobyli z wraku czterotarczową Enigmę; choć to jeszcze nie łamie szyfru, zapewnia przynajmniej informacje niezbędne do jego złamania.

Hitler i tak musi być cholernie pewny siebie, bo pojechał w podróż jeszcze przed pracowitym urlopem w swej alpejskiej samotni. Pomimo to zdobył, co jeszcze pozostało z Francji — prawdopodobnie ta Operacja Pochodnia naprawdę go wkurzyła, bo zaczął okupować Vichy, a potem wysłał ponad sto tysięcy świeżych wojsk i mnóstwo zaopatrzenia przez Morze Śródziemne do Tunezji. Waterhouse wyobraża sobie, że teraz można przejść z Sycylii do Tunezji, po prostu skacząc z pokładu jednego niemieckiego transportowca na drugi.

Oczywiście, gdyby to była prawda, jego zadanie stałoby się znacznie łatwiejsze. Alianci mogliby zatopić tyle tych statków, ile im się spodoba, nie powodując uniesienia nawet jednej teutońskiej blond brwi na froncie teorii informacji. W rzeczywistości owe konwoje są mocno rozproszone, w dużych odległościach od siebie. Jak mocno i w jak dużych — to parametry w równaniach, którymi Alan Mathison Turing i on przez całą noc zapisują tablice.

Po ośmiu czy dwunastu godzinach pracy, kiedy wstaje słońce, nie ma jak rześka przejażdżka rowerowa po Buckinghamshire.

Gdy wyjeżdżają nad krawędź urwiska, rozpościera się przed nimi widok na drzewa we wszystkich odcieniach ognia. Pólkuliste korony klonów dają nawet efekt buzujących płomieni. Lawrence czuje, jak zabawny odruch każe mu zdjąć dłonie z kierownicy i zakryć uszy. Kiedy jednak zjeżdżają między drzewa, powietrze pozostaje idealnie czyste, a nieba nie przecinają kolumny czarnego dymu — ten spokój i cisza bardzo różnią się od tego, co Waterhouse pamięta.

— Gadać, gadać, gadać! — mówi Alan Turing, imitując krzyk rozwścieczonego ptaszyska. Ten dziwny dźwięk jest jeszcze dziwniejszy, ponieważ Alan nosi maskę przeciwgazową. W końcu niecierpliwi się i ściąga ją na czoło. — Oni uwielbiają słuchać własnego głosu. — Mówi o Winstonie Churchillu i Franklinie Roosevelcie. — I nie mają nic przeciwko słuchaniu głosu tego drugiego, no, do pewnego momentu. Ale głos to bardzo redun-dantny kanał informacyjny w porównaniu z tekstem drukowanym. Weźmiesz tekst, przepuścisz przez Enigmę — która naprawdę nie jest tak bardzo skomplikowana — a wszystkie dobrze znane prawidłowości tego tekstu, takie jak przewaga litery E, są niemal nie do wykrycia. — Potem znów naciąga maskę na twarz, by podkreślić takie oto stwierdzenie: — Lecz głos możesz zniekształcać i permutować w najbardziej wyrafinowany sposób, a on wciąż pozostanie doskonale czytelny.

Teraz dopada go atak kichania, grożący urwaniem pasków mocujących maskę na głowie.

— Nasze uszy wiedzą, jak znaleźć owe prawidłowości — odzywa się Lawrence. On nie nosi maski, ponieważ: a) nie znajdują się w strefie hitlerowskiego ataku gazowego, b) w odróżnieniu od Alana nie dokucza mu katar sienny.

— Zaczekaj. — Alan znienacka hamuje i zeskakuje z roweru. Unosi tylne koło i pokręca nim wolną ręką, a potem szybko pociąga łańcuch w bok. Obserwuje mechanizm w skupieniu, przerywanym tylko ostatnimi kichnięciami.

Łańcuch roweru Turinga ma jedno zepsute ogniwo. Tylne koło ma zgiętą szprychę. Kiedy szprycha i ogniwo zetkną się, łańcuch rozłączy się i spadnie. To nie dzieje się przy każdym obrocie koła — gdyby tak było, w ogóle nie dałoby się jeździć — lecz tylko wtedy gdy łańcuch i koło są względem siebie w pewnym położeniu.

Przyjmując rozsądne założenia co do prędkości, jaką może rozwinąć energiczny doktor Turing (powiedzmy, 25 km/h), i promienia jego tylnego koła (jedna trzecia metra), gdyby zepsute ogniwo uderzało w zgiętą szprychę przy każdym obrocie koła, łańcuch spadałby trzy razy na sekundę. Tak naprawdę nie spada, jeśli zepsute ogniwo i zgięta szprycha przypadkowo się nie zetkną. Oznaczmy położenie tylnego koła tradycyjną 0. Dla uproszczenia przyjmijmy, że koło startujące w położeniu, w którym szprycha może zetknąć się z ogniwem (choć tylko wtedy, gdy ogniwo jest tam, gdzie może zostać uderzone), to 6 = 0. Jeśli kąt zmierzymy w stopniach, podczas jednego obrotu 6 rośnie aż do 359, a potem maleje do 0 — wtedy zgięta szprycha znów może uderzyć w łańcuch. Natomiast położenie łańcucha opiszmy zmienną C w następujący prosty sposób: każdemu ogniwu łańcucha przypisujemy liczbę: zepsute ogniwo ma numer 0, następne — 1, i tak dalej, aż do l — 1, gdzie l to całkowita liczba ogniw. I znowu, dla uproszczenia, przyjmujmy, że kiedy łańcuch znajduje się w takim położeniu, że jego zepsute ogniwo może zostać uderzone przez szprychę (choć tylko wtedy, gdy szprycha znajduje się w odpowiednim położeniu) to C = 0.

Aby wywnioskować, kiedy spadnie łańcuch w rowerze Turinga, wystarczą nam wartości 0 i C. Ta para liczb określa stan roweru. Rower ma tyle różnych stanów, ile jest różnych wartości pary (0, C), choć tylko jeden z nich, czyli (0, 0) jest stanem, w którym spada łańcuch.

Załóżmy, że zaczynamy właśnie w tym stanie, to znaczy z (0 = 0, C = 0), ale łańcuch nie spadł, ponieważ doktor Turing (który w każdej chwili zna stan swojego roweru) zatrzymał się nagle pośrodku drogi (niemal zderzając się ze swym przyjacielem i współpracownikiem Lawrence'em Pritchardem Waterhouse'em, ponieważ maska przeciwgazowa zawęża mu pole widzenia). Doktor Turing szarpnął łańcuch w bok, jednocześnie przesuwając go troszeczkę w przód, tym samym nie pozwolił, aby uderzyła go zgięta szprycha. Teraz znów wsiada na rower i zaczyna pedałować. Obwód jego tylnego koła wynosi około dwóch metrów, a więc kiedy przejedzie taką odległość, koło wykona cały obrót i znajdzie się znów w położeniukiedy to, jak pamiętamy, zgięta szprycha może uderzyć w słabe ogniwo łańcucha.

A co z łańcuchem? Jego położenie, określone zmienną C, zaczyna się od 0 i osiąga 1, kiedy fatalne miejsce zajmuje kolejne ogniwo, potem 2 i tak dalej. Łańcuch musi poruszać się zgodnie z obrotami zębatki na tylnym kole, ona zaś ma n zębów, a zatem po pełnym obrocie koła, kiedy 0 ponownie równa jest 0, C = n. Po drugim pełnym obrocie znów 0 = 0, ale tym razem C = 2n. Następnym razem 3 i tak dalej. Lecz pamiętajmy, że łańcuch nie jest przedmiotem liniowo nieskończonym, lecz pętlą mającą tylko l położeń: przy C = l wraca znów do C = 0 i powtarza cały cykl. Tak więc, przy obliczaniu wartości C konieczne jest wykorzystanie arytmetyki modulo — jeśli łańcuch ma 100 ogniw, a przesunęło się ogniw 135, to wartość C nie wynosi 135, lecz 35. Za każdym razem, kiedy mamy liczbę większą lub równą l, odejmujemy od niej l tyle razy, aż otrzymamy liczbę mniejszą niż l. Matematycy zapisują to jako mod l. Czyli kolejne wartości C, za każdym razem gdy koło wraca do 0 = 0, wynoszą:

Ci = n mod l, 2n mod l, 3n mod l,…, in mod l

gdzie l = (1, 2,3,…∞)

mniej lub bardziej, zależnie od tego, jak bliski nieskończoności jest czas, przez który Turing zamierza jechać na rowerze. Waterhouse'owi ten czas już zaraz wydaje się nieskończenie długi.

Łańcuch spadnie, kiedy rower osiągnie stan (0 = 0, C = 0), a w świetle tego, co powiedzieliśmy, zdarzy się to, gdy i (które jest po prostu licznikiem mówiącym, ile razy obróciło się tylne kolo) osiągnie pewną hipotetyczną wartość taką, że in mod l = 0, albo, mówiąc po prostu, zdarzy się to, jeśli istnieje taka wielokrotność n (na przykład, hmm, 2n, 3n, 395n albo 109948368443n), która przypadkiem jest również wielokrotnością l. W istocie może być kilka tych tak zwanych wspólnych wielokrotnych, ale z praktycznego punktu widzenia liczy się tylko pierwsza z nich — najmniejsza wspólna wielokrotna, NWW, ponieważ ona zostanie osiągnięta pierwsza i spowoduje spadnięcie łańcucha.

Jeśli zębatka ma, dla przykładu, 20 zębów (n = 20), a łańcuch 100 ogniw (l = 100), to po jednym obrocie koła mamy C = 20, po dwóch C = 40, potem 60,80 i 100. Lecz ponieważ działamy modulo 100, tę wartość należy zmienić na 0. Dlatego po pięciu obrotach tylnego koła osiągamy stan (0 = 0, C = 0) i Turingowi spada łańcuch. Pięć obrotów koła to przejechane zaledwie dziesięć metrów, a więc przy takich wartościach l i n rower jest niemal bezużyteczny. Oczywiście, jest to prawdą tylko wtedy, gdy Turing jest na tyle głupi, by zacząć jazdę w stanie, kiedy spada łańcuch. Bo jeśli w chwili, gdy startuje, rower będzie w stanie (6 = 0, C = 1), wtedy kolejne wartości to C = 21, 41, 61, 81, 1, 21,… i tak w nieskończoność — łańcuch nigdy nie spadnie. Ale to jest przypadek zdegenerowany, a dla matematyka „zdegenerowany” oznacza „denerwująco nieciekawy”. Teoretycznie, jeśli Turing zawsze ustawi rower w odpowiednim stanie, zanim odstawi go przed budynkiem, nikt nie będzie mógł go ukraść — ponieważ łańcuch spadnie, nim zdoła przejechać co najwyżej dziesięć metrów.

Lecz jeśli łańcuch Turinga ma sto jeden ogniw (l = 101), to po pięciu obrotach mamy C = 100, a po sześciu C = 19, a potem: C = 39, 59, 79, 99,18, 38, 58, 78, 98,17, 37,57,77, 97,16,36,56, 76, 96,15, 35, 55,75,95,14,34,54, 74,94,13,33,53, 73,93,12,32,52, 72,92,11, 31,51, 71, 91,10, 30,50, 70,90, 9, 29,49, 69, 89,8, 28,48, 68, 88,7, 27, 47, 67, 87, 6, 26, 46, 66,86,5,25,45, 65, 85,4, 24,44, 64,84, 3, 23,43, 63, 83, 2,22,42, 62, 82,1,21,42,62, 82,1,21,41, 61, 81,0; a zatem rower wraca do stanu (0 = 0, C = 0), w którym spada łańcuch dopiero po 101 obrotach tylnego koła. W czasie owych 101 obrotów Turing ujechał prawie dwieście metrów — wcale nieźle. Więc rower już nadaje się do użytku. Jednakże w przeciwieństwie do przypadku zdegenerowanego, teraz już niemożliwe jest ustawienie roweru w takim stanie, żeby łańcuch nigdy nie spadał. Można to udowodnić, przeglądając powyższą listę wartości C i sprawdzając, że są na niej wszystkie liczby od 0 do 100 — wszystkie możliwe wartości C. Oznacza to, że wszystko jedno, jaką wartość ma C, kiedy Turing zaczyna kręcić pedałami, i tak wcześniej czy później dojdzie ona do fatalnego C = 0 i łańcuch spadnie. Różnica pomiędzy przypadkami zdegenerowanymi i niezdegenerowanymi polega na właściwościach obu liczb. Para (n = 20, l = 100) ma zupełnie inne właściwości niż (n = 20, / = 101). Kluczowa różnica: 20 i 101 są „względnie pierwsze”, to znaczy nie mają wspólnych podzielników. Oznacza to, że ich najmniejsza wspólna wielokrotna, NWW jest dużą liczbą. Dokładnie, równa się lxn, czyli 20 x 101 = 2020. Z kolei NWW liczb 20 i 100 to tylko 100. Rower z l = 101 ma długi okres — zanim wróci do stanu pierwotnego, przechodzi przez wiele innych stanów — a przy l = 100 tych stanów jest tylko kilka. Załóżmy teraz, że rower Turinga jest maszyną szyfrującą, która działa na zasadzie zastępowania alfabetów, co oznacza, że zastępuje każdą literę alfabetu inną literą. A w tekście jawnym może stać się T w tekście zaszyfrowanym, B może zmienić się w F, C w M i tak dalej do Z. Taki szyfr sam z siebie jest absurdalnie prosty do złamania — nadaje się do dziecinnych zabaw. Ale przypuśćmy, że sposób zastępowania liter zmienia się po każdej literze. To znaczy pierwszą literę tekstu szyfrujemy przy użyciu jednego alfabetu, kolejną, stosując całkiem inny alfabet i tak dalej. Nazywa się to szyfrem polialfabetycznym. Powiedzmy, że rower Turinga potrafi wygenerować inny alfabet w każdym ze swych stanów. A więc stan (0 = 0, C = 0) odpowiada, na przykład, takiej substytucji:

ABCDEFGHIJKLMNOPQRSTUVWXYZ

QGUWBIYTFKVNDOHEPXLZRCASJM

lecz stan (0 = 180, C = 15) odpowiada takiemu oto (innemu) alfabetowi:

ABCDEFGHIJKLMNOPQRSTUVWXYZ

BORIXVGYPFJMTCQNHAZUKLDSEW

Żadne dwie litery nie zostaną zaszyfrowane takimi samymi alfabetami, dopóki, ma się rozumieć, rower nie powróci do stanu początkowego (0 = 0, C = 0) i nie zacznie powtarzać całego cyklu. Oznacza to, że jest to system polialfabetyczny okresowy. Jeśli teraz maszyna ma krótki okres, alfabety powtarzałyby się często i szyfr stanowiłby przeszkodę tylko dla dzieci z przedszkola. Im dłuższy okres (im większe są zawarte w nim względnie pierwsze liczby), tym rzadziej następuje powtórne użycie tego samego alfabetu i tym system jest bezpieczniejszy.

Enigma z trzema tarczami jest właśnie takim szyfrem (okresowym, polialfabetycznym). Jej tarcze, tak jak układ napędowy roweru Turinga, wykonują cykle cykli. Okres wynosi 17 576, co oznacza, że alfabet użyty do zaszyfrowania pierwszej litery wiadomości powtórzy się dopiero przy 17 577 literze. Lecz w Rekinie Niemcy dodali czwartą tarczę, zwiększając okres do 456 976. Na początku każdego komunikatu tarcze ustawiane są w innej, przypadkowej pozycji. Ponieważ niemieckie wiadomości nigdy nie osiągają długości czterystu pięćdziesięciu tysięcy liter, Enigma nigdy nie powtarza tego samego alfabetu w obrębie jednej z nich — dlatego właśnie Niemcy uważają, że Tryton jest tak dobry.

Przelatuje nad nimi eskadra transportowców, zmierzająca zapewne na lotnisko w Bedford. Wydają z siebie dziwny, diatoniczny pomruk, jak dudy grające dwa dźwięki naraz. Przypomina to Lawrence'owi o jeszcze jednym zjawisku wiążącym się z kołem rowerowym i Enigmą.

— Wiesz, dlaczego samoloty tak brzmią?

— Nie, nie zastanawiałem się. — Turing znów ściąga maskę przeciwgazową. Opadła mu szczęka, a oczy ma rozbiegane. Lawrence zaskoczył go.

— Zauważyłem to w Pearl Harbor. Samoloty mają gwiazdowe silniki. I dlatego muszą mieć nieparzystą liczbę cylindrów.

— Z czego to wynika?

— Przy parzystej liczbie cylindry byłyby dokładnie naprzeciw siebie, o sto osiemdziesiąt stopni i to nie mogłoby działać.

— Dlaczego?

— Zapomniałem. To by po prostu nie działało.

Nieprzekonany Alan unosi brwi.

— Coś tam z korbą — ryzykuje Waterhouse, wycofując się nieco.

— Nie wiem, czy się zgadzam — mówi Alan.

— Po prostu zrób takie założenie — pomyśl o tym jako o warunku brzegowym — odpowiada Waterhouse. Ale Alan już zatopił się w myślach, projektując gwiazdowy silnik lotniczy o parzystej liczbie cylindrów.

— W każdym razie, jak je oglądasz, zawsze mają nieparzystą liczbę cylindrów — ciągnie Lawrence. — Dlatego dźwięk rury wydechowej zlewa się z szumem śmigła, dając ten dwutonowy odgłos.

Alan wsiada na rower. Jadą kawałek, nie rozmawiając. Właściwie, to nie tyle rozmawiali, ile raczej wspominali o pewnych ideach, a potem już samodzielnie je rozpracowywali i wyciągali wnioski. To bardzo wydajny sposób komunikacji; eliminuje większość redundancji, na którą tak Alan narzekał w przypadku Churchilla i FDR.

Waterhouse myśli o cyklach wewnątrz cykli. Już zadeklarował, że społeczeństwo też działa na zasadzie cykli w cyklach{Nie ma na poparcie tej tezy żadnych obiektywnych danych; wydaje mu się tylko, że sam pomysł jest super (przyp. aut.).}, a teraz zastanawia się, czy bardziej przypomina rower Turinga (dłuższy czas wszystko działa, a potem nagle spada łańcuch, stąd takie sporadyczne wojny światowe), czy też Enigmę (długo, długo miele coś zupełnie niezrozumiałego, a potem tarcze ustawiają się jak w jednorękim bandycie i wszystko idzie jawnym tekstem jak w ogólnoświatowym objawieniu albo, jeśli wolicie, apokalipsie), a może raczej gwiazdowy silnik samolotu (działa i działa, i działa; nie dzieje się nic szczególnego, tylko hałasuje jak cholera).

— To musi być gdzieś… tutaj! — wykrzykuje Alan i gwałtownie hamuje, robiąc psikusa Lawrence'owi, który musi zawrócić rower, co na takiej wąskiej ścieżce jest dość trudne.

Opierają rowery o drzewo i wyciągają z koszy sprzęt: baterie, układy elektroniczne, kijki, saperkę, zwoje drutu. Alan trochę niepewnie rozgląda się i odchodzi między drzewa.

— Niedługo wyjeżdżam do Ameryki, będę pracować w Bell Labs nad problemem szyfrowania głosu.

Lawrence śmieje się smutno.

— Jesteśmy jak te statki pośród nocy, Alan.

— Jesteśmy jak pasażerowie na statkach pośród nocy — poprawia go Alan. — To nie przypadek. Potrzebują cię właśnie dlatego, że ja wyjeżdżam. Dotychczas ja ciągnąłem całą robotę Jednostki 2701.

— Teraz to jest Jednostka 2702 — mówi Lawrence.

— Ach, więc zauważyłeś. — Alan jest załamany.

— To był bardzo lekkomyślny pomysł z tym numerem, Alan!

— Przeciwnie! Co pomyśli sobie Rudi, gdy zauważy, że wśród wszystkich jednostek i formacji w alianckich silach zbrojnych nie ma ani jednej, której numer jest przypadkiem iloczynem dwóch liczb pierwszych?

— No cóż, to zależy od tego, jak często występują takie liczby w stosunku do innych oraz ile innych liczb w danym zakresie jest nieużywanych… — mówi Lawrence i zaczyna analizować pierwszą część problemu. — Znowu funkcja dzeta Riemanna. Ona wyskakuje wszędzie.

— Otóż to! — odpowiada Alan. — Po prostu trzeba mieć podejście racjonalne i zdroworozsądkowe. Oni są naprawdę dość żałośni.

— Kto?

— To tutaj — mówi Alan, zwalniając. Zatrzymuje się i rozgląda po lesie, który dla Lawrence'a wygląda jak każdy inny. — Wygląda jakoś znajomo. — Siada na zwalonym pniu i zaczyna wypakowywać z torby różne przyrządy elektryczne. Lawrence przysiada obok i robi to samo. Co prawda, nie wie, jak to działa — to wynalazek Alana — i dlatego przyjmuje rolę asystenta chirurga, podając elementy i narzędzia doktorowi, który składa wszystko razem. Przy tym cały czas gada, a więc wybiera narzędzia, gapiąc się na nie nieruchomym wzrokiem i marszcząc brwi.

— Kto? No, jak myślisz? Te bałwany, co korzystają z informacji pochodzących z Bletchley Park!

— Alan!

— Przecież to kompletna głupota! Na przykład z tym Midway. To idealny przykład, co nie?

— No cóż, ja tam byłem zadowolony, że wygraliśmy tę bitwę — mówi ostrożnie Lawrence.

— Nie wydaje ci się, że to trochę dziwne, trochę zastanawiające i trochę zwracające uwagę, że po wszystkich fintach, zwodach i fortelach Yamamota, ten cały Nimitz dokładnie wiedział, gdzie go szukać? Na całym Oceanie Spokojnym?

— No jasne — odpowiada Lawrence. — Byłem wstrząśnięty. Napisałem na ten temat artykuł. Pewnie to dzięki niemu wpadłem w to zamieszanie tutaj.

— Ale z nami, Angolami, nie jest lepiej.

— Poważnie?

— Przeraziłbyś się, słysząc, co oni wyprawiali nad Morzem Śródziemnym. To skandal. To kryminał.

— Co takiego wyprawialiśmy? — pyta Lawrence. — Mówię „my”, a nie „wy”, bo teraz jesteśmy sojusznikami.

— Tak, tak — niecierpliwie ucina Alan. — Tak mówią. — Przez chwilę, milcząc, wodzi palcem po obwodzie elektrycznym, licząc w pamięci indukcyjności. W końcu podejmuje temat: — Co wyprawialiśmy? Ano, zatapialiśmy niemieckie konwoje. Zatapialiśmy je na prawo i lewo.

— Te dla Rommla?

— Właśnie. Niemcy w Neapolu ładują na statek paliwo, czołgi i amunicję i wysyłają na południe. Pojawiamy się my i zatapiamy go. Topimy prawie wszystkie, bo złamaliśmy włoski szyfr C38m i dokładnie wiemy, kiedy wypływają. A ostatnio zaczęliśmy zatapiać akurat te, które są mu najbardziej potrzebne, ponieważ rozwaliliśmy także jego szyfr, zwany Ziębą, i wiemy, na jakie braki najgłośniej narzeka.

Turing pstryka włącznikiem od swego urządzenia. Z zakurzonej papierowej tuby przymocowanej do płytki szpagatem dobywa się dziwny, zapętlony pisk. Ten stożek to głośnik, pewnie wymontowany z radia. Turing ma też kij od szczotki z dyndającą na końcu pętlą z grubego drutu. Przesuwa nim wte i wewte, aż pętla, jak lasso, wygina się przed talią Lawrence'a. Głośnik skomli.

— Świetnie. Wykrywa klamrę na pasku — mówi Alan.

Wtyka ustrojstwo w ziemię pokrytą liśćmi, szpera po kieszeniach i wreszcie wyciąga kartkę zapisaną kilkoma wierszami drukowanych liter. Lawrence poznałby to wszędzie. To arkusz do deszyfrowania.

— Alan, co to takiego?

— Spisałem instrukcję i zaszyfrowałem ją, potem schowałem pod mostkiem w puszce od benzedryny — wyjaśnia Alan. — Zeszłej nocy poszedłem, wyciągnąłem ją i odszyfrowałem. — Wymachuje kartką.

— Jaki szyfr zastosowałeś?

— Sam go wymyśliłem. Proszę bardzo, możesz spróbować go złamać, jeśli chcesz.

— A czemu pomyślałeś, że jest odpowiednia pora, by go wydobyć?

— To była tylko ochrona przed inwazją. Teraz jasne, że już nikt nas nie zaatakuje, kiedy wy włączyliście się do wojny.

— Ile zakopałeś?

— Dwie sztabki srebra, każda warta mniej więcej sto dwadzieścia pięć funtów. Jedna powinna być gdzieś tutaj, blisko. — Alan podrywa się, wyciąga z kieszeni kompas, obraca się twarzą na północ i prostuje ramiona. Potem obraca się o kilka stopni. — Nie pamiętam, czy wziąłem poprawkę na deklinację — mruczy. — No tak. Sto kroków na północ. — I rusza w las, a za nim obarczony wykrywaczem metalu Lawrence.

Doktor Alan Turing potrafi jechać na rowerze i gadać, jednocześnie w pamięci zliczając obroty pedałów — zatem, umie też jednocześnie rozmawiać i liczyć kroki. Chyba że kompletnie się zgubił, co też jest możliwe.

— Jeżeli to prawda, co mówisz, to pewnie sprawa już się wydała. Rudi musiał wykoncypować, że złamaliśmy ich kody.

— Stosowaliśmy taki nieformalny system; możesz uważać go za prekursora Jednostki 2701, 2702 czy jak tam ją zwiesz. Kiedy chcemy zatopić konwój, wysyłamy najpierw samolot zwiadowczy. Pozornie zwiadowczy. Oczywiście jego prawdziwym zadaniem nie jest obserwowanie — bo już dokładnie wiemy, gdzie jest konwój. Jego zadaniem jest dać się zaobserwować — to znaczy, przelecieć tak blisko konwoju, żeby zostać zauważonym przez statki. Wtedy one wysyłają radiogram, że namierzył je aliancki samolot zwiadowczy. A kiedy potem przypłyniemy i zatopimy kilka, nie wyda się to Niemcom podejrzane. Przynajmniej nie tak monstrualnie podejrzane jak fakt, że dokładnie wiedzieliśmy, gdzie ich szukać.

Alan staje, zerka na kompas, obraca się o 90 stopni i rusza na zachód.

— To straszna prowizorka — mówi Lawrence. — Jakie jest prawdopodobieństwo, że samoloty zwiadowcze aliantów, zakładamy, że wysyłane losowo, przypadkiem zauważą wszyściutkie niemieckie konwoje?

— Już to kiedyś policzyłem i stawiam jedną z moich sztabek srebra, że Rudi też to zrobił — odpowiada Turing. — To bardzo małe prawdopodobieństwo.

— No to miałem rację. Przewidujemy, że sprawa się wydała.

— Może jeszcze nie. Ale naprawdę niewiele brakuje. W zeszłym tygodniu zatopiliśmy konwój we mgle.

— We mgle?

— Mgła była na całym morzu. Nie dałoby się wypatrzyć konwoju. Ale te kretyny i tak go zatopiły. Kesselring od razu nabrał podejrzeń. Każdy by nabrał. No to spreparowaliśmy lipną wiadomość do fikcyjnego agenta w Neapolu — zaszyfrowaną metodą, o której wiemy, że hitlerowcy ją złamali. Gratulowaliśmy mu wystawienia nam tego konwoju. Od tego czasu po wybrzeżu wokół Neapolu szaleje gestapo i szuka tego faceta.

— Powiedziałbym, że wykręciliśmy się sianem.

— No pewnie. — Alan raptownie staje, zabiera Lawrence'owi wykrywacz i włącza go. Zaczyna powoli poruszać się po polanie, kołysząc drucianą pętlą tuż nad ziemią. Wciąż zahacza o gałęzie i wygina, przez co musi wykrywacz często naprawiać, ale uparcie milczy. Wreszcie przekonany, iż urządzenie zepsuło się, sprawdza je na klamrze paska Lawrence'a.

— Sprawa jest bardzo delikatna — duma Alan. — Niektóre nasze SOŁ-y w Afryce Północnej…

— SOŁ-y?

— Specjalne Oddziały Łącznikowe. Oficerowie wywiadu, którzy otrzymują od nas informacje Ultra, przekazują je dowódcom polowym i kontrolują, czy zostały zniszczone. Niektórzy z nich dowiedzieli się z informacji Ultra, że podczas lunchu będzie nalot niemiecki, no i wzięli do kantyny hełmy. Po nalocie, który odbył się zgodnie z planem, wszyscy byli ciekawi, skąd SOŁ-y wiedziały, że trzeba zabrać hełmy.

— Sprawa wydaje się beznadziejna — mówi Lawrence. — Jak to możliwe, że Niemcy jeszcze się nie zorientowali?

— Nam się tak wydaje, bo wiemy wszystko, a nasze kanały łączności są pozbawione szumów — oznajmia Alan. — Niemcy mają tych kanałów mniej i z większą ilością szumów. Jeśli nie będziemy popełniać potwornie idiotycznych błędów, typu topienie konwojów we mgle, Niemcy nigdy nie otrzymają jasnych i stuprocentowych wskazówek, że złamaliśmy Enigmę.

— To zabawne, że wspomniałeś o Enigmie — mówi Lawrence — ponieważ ona jest kanałem o wyjątkowej ilości szumów, z którego udaje nam się wyciągnąć mnóstwo użytecznych informacji.

— Właśnie tego się obawiam.

— No cóż, zrobię, co w mojej mocy, żeby wyprowadzić Rudiego w pole.

— Co do ciebie nie mam wątpliwości, niepokoją mnie faceci, co wykonują te operacje.

— Na pułkowniku Chattanie chyba można polegać — mówi Lawrence, chociaż pocieszanie Alana pewnie nie ma sensu. Ma po prostu nastrój do narzekania. Raz na dwa lub trzy lata Lawrence robi coś wymagającego zdolności interpersonalnych — właśnie teraz nadszedł taki czas: zmienia temat. — A ty będziesz pracować nad tym, żeby Churchill i Roosevelt mogli bezpiecznie rozmawiać przez telefon?

— Teoretycznie. Raczej wątpię, czy to się sprawdzi w praktyce. Bell Labs ma taki system, który rozbija falę dźwiękową na kilka pasm… — i odtąd Alan prowadzi wykład na temat kompanii telefonicznych. Przedstawia pełną dysertację na temat zastosowania teorii informacji do ludzkiego głosu i jak to wpływa na sposób działania systemów telefonicznych. To dobrze, że ma do omówienia tak rozległy temat, bo las jest spory, a Lawrence ma już pewność, że jego przyjaciel kompletnie się nie orientuje, gdzie zakopał srebro.

Dwaj przyjaciele, nieobciążeni żadnym srebrem, jadą do domu w ciemności, która tu, na północy, zapada zaskakująco wcześnie. Nie mówią wiele, bo Lawrence wciąż trawi i przetwarza wszystko, co powiedział mu Alan o Jednostce 2702, konwojach, Bell Labs i redundancji w sygnale głosowym. Co kilka minut śmiga obok motocykl z sakwami wypchanymi szyfrogramami.

W górze

Bobby Shaftoe może podróżować w każdy stosowny dla bydła sposób: wagonami towarowymi, na pace ciężarówki albo pieszo w spędzie. Teraz wojsko wynalazło napowietrzny odpowiednik takiej formy transportu, w postaci Samolotu Tysiąca Imion: DC-3, Powietrzny Pociąg, C-47, Dakota, Albatros. Przeżyje to. Wprawdzie gołe aluminiowe wręgi kadłuba chcą stłuc go na śmierć, ale dopóki nie śpi, może stawić opór.

Podoficerowie tłoczą się w drugim samolocie. Tu znajdują się porucznicy Ethridge i Root, starszy szeregowy Gerald Hott i sierżant Bobby Shaftoe. Porucznik Ethridge zagarnął wszystkie miękkie przedmioty z całego samolotu, wymościł sobie w nich gniazdko tuż za kabiną pilotów i przywiązał się do niego pasami. Przez chwilę udawał, że przegląda jakieś papiery. Potem próbował wyglądać przez okna. Teraz zasnął i chrapie tak głośno, że dosłownie zagłusza silniki.

Enoch Root wcisnął się w tył kadłuba, tam gdzie się zwęża, i studiuje dwie książki naraz. Shaftoe'owi wydaje się to typowe — podejrzewa, że obie omawiają coś zupełnie różnego, a kapelanowi sprawia przyjemność szczucie jednej na drugą — trochę przypomina to grę w szachy z samym sobą, z szachownicą na obrotowej tacy. Pewnie kiedy mieszka się w górskiej chacie z bandą dzikusów, którzy nie znają żadnego z twoich sześciu języków, trzeba się nauczyć dyskutować z samym sobą.

Przez każdy bok samolotu ciągnie się rządek małych, kwadratowych okienek. Shaftoe wygląda na prawo, widzi pokryte śniegiem góry i jest przez chwilę śmiertelnie przerażony, gdyż myśli, że zbłądzili w Alpy. Ale na lewo krajobraz wciąż wygląda na śródziemnomorski, stopniowo ustępuje skałom, sterczącym spośród buszu na kształt Góry Diabelskiej, potem są skały i piasek, a potem tylko piasek, bez skał. Piasek, tu i ówdzie bez powodu pomarszczony w wydmy. Cholera, to wciąż Afryka! Powinno być widać lwy, żyrafy i nosorożce! Shaftoe udaje się na przód, by złożyć skargę u pilotów. Może przytną sobie w karty? A może widok z przodu jest wart opisania w liście do domu?

I wycofuje się stamtąd jak niepyszny. Od razu widzi, że próba znalezienia ciekawszego widoku jest skazana na niepowodzenie. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, tylko piach, morze i niebo. Jako marine wie, jak nudne potrafi być morze. Dwa pozostałe żywioły są trochę lepsze. Daleko przed dziobem rozciąga się pasmo chmur — coś na kształt frontu atmosferycznego. I to już wszystko.

Zanim zabiorą mu sprzed nosa plan lotu, udaje mu się pojąć ogólną ideę. Chyba będą próbować przelecieć nad Tunezją. To zabawne: kiedy Shaftoe ostatni raz sprawdzał, Tunezja należała do faszystów — właściwie nawet była afrykańskim bastionem Osi. Ogólny plan lotu mówi też, że przelecą przez cieśninę pomiędzy Bizertą a Sycylią, a potem skręcą na wschód, w kierunku Malty.

Tą właśnie cieśniną idą wszystkie transporty i posiłki dla Rommla — z Włoch do Tunisu i Bizerty. Stamtąd Rommel może uderzyć na wschód — w kierunku Egiptu i na zachód — na Maroko. Kiedy Ósma Armia Brytyjska skopała mu dupę pod El Alamein (czyli daleko, daleko w Egipcie), przez miesiąc wycofywał się na zachód, w stronę Tunisu. A od kilku tygodni, kiedy w Afryce Północnej wylądowali Amerykanie, Rommel musiał walczyć na dwa fronty, na wschodzie i zachodzie. I musiał być w tym cholernie dobry — jak zorientował się Shaftoe, oglądając kroniki filmowe Movietone, aż kipiące od złośliwej radości.

Wszystko to oznacza, że w dole, na Saharze, powinny stać w gotowości do walki olbrzymie siły. Może i teraz trwa jakaś bitwa. Lecz Shaftoe nie widzi nic takiego. Tylko od czasu do czasu dostrzega linię wzbitego przez konwój żółtego pyłu, co przypomina mknący po pustyni lont od dynamitu.

Dlatego rozmawia z pilotami. Dopiero kiedy zerkają po sobie, zdaje sobie sprawę, że gada i gada. Ci asasyni pewnie zagadywali swoje ofiary na śmierć.

Teraz rozumie, że na grę w karty nie ma co liczyć. Nie chcą z nim rozmawiać. Żeby w ogóle się odezwali, musi praktycznie wskoczyć w środek i złapać za drążek. A kiedy już coś mówią, dziwnie to brzmi. Widać, że to nie Amerykańcy, jankesi. To Angole, Brytole, wyspiarze.

Zanim się wreszcie podda i wróci do ładowni, zauważa jeszcze tylko jedną rzecz: uzbrojeni są, kurwa, po zęby. Jakby mieli zabić kilkadziesiąt osób po drodze z samolotu do sracza i z powrotem. Bobby Shaftoe spotkał już kilku takich paranoików podczas swych podróży i niespecjalnie ich lubi. Takie nastawienie trochę za bardzo przypomina mu Guadalcanal.

Znajduje sobie miejsce na podłodze tuż obok starszego szeregowego Geralda Hotta i wyciąga się. Rewolwerek ukryty w pasie uwiera go w plecy, więc wyciąga go i wtyka do kieszeni. Ale uczucie dyskomfortu przenosi się teraz na sztylet Marinę Raider, na plecy, między łopatkami. Widzi, że chyba będzie musiał zwinąć się w kłębek na boku — co się nie udaje, ponieważ do jednego boku ma przypięty standardowy wojskowy pistolet samopowtarzalny Colt, któremu nie dowierza, a na drugim — wzięty z domu rewolwer, któremu ufa. Musi więc gdzieś upchnąć to wszystko i jeszcze rozmaite magazynki, ładownice i inne ustrojstwa. A także wyciągnąć przytroczony do łydki nóż V-44 Gung-ho do karczowania dżungli, dekapitacji Nipów i rozbijania kokosów, oraz krótkolufowego derringera, przyczepionego do drugiej nogi, dla równowagi. Zostawia tylko granaty w przednich kieszeniach, jako że nie planuje kłaść się na brzuchu.

Omijają cypel tuż, tuż przed bezlitosnym przypływem, czyhającym, by zmyć ich do morza. Przed nimi bagno zalewowe będące podłożem prostokątnej zatoczki. Ściany prostokąta tworzą: cypel, który właśnie ominęli, drugi, przygnębiająco podobny, kilkaset metrów dalej, oraz klif wznoszący się pionowo nad bagnem. Nie wspięliby się nań, nawet gdyby nie porastał go nieustępliwy las zwrotnikowy — tak jest stromy. Aż do odpływu są uwięzieni w zatoczce.

Czyli nippoński karabin maszynowy ma aż nadto czasu, żeby ich wszystkich wystrzelać. Wszyscy już znają ten dźwięk i momentalnie padają w błoto. Shaftoe rozgląda się szybko. Ci, co leżą na boku albo na plecach, pewnie nie żyją, ci na brzuchu — raczej tak. Większość leży na brzuchu. Oczywistym trupem jest tylko sierżant: w niego strzelec najpierw celował.

Nipy mają tylko jeden karabin, ale za to chyba całą amunicję na świecie — owoce Ekspresu Tokio, który bezkarnie kursował przez cieśninę, nawet gdy w początkach sierpnia na wyspie wylądowali marines. Strzelec bez pośpiechu przeczesuje bagno, błyskawicznie mierząc w każdego, kto spróbuje się ruszyć. Shaftoe zrywa się i pędzi w kierunku podstawy klifu.

Wreszcie widzi rozbłyski karabinu maszynowego. Mówią mu, w którą stronę celuje. Kiedy są wydłużone, skierowany jest na kogoś innego, wtedy można bezpiecznie poderwać się do szturmu. A kiedy się skracają, lufa zwraca się ku Bobby'emu Shaftoe…

Odrobinę za późno. Czuje potworny ból w dole brzucha. Błoto i muł tłumią krzyk, kiedy ciężar plecaka i hełmu przewraca go twarzą w bagno.

Na chwilę chyba traci przytomność. Ale nie na długo. Wciąż słychać strzały, co sugeruje, że niektórzy marines jeszcze żyją. Z trudem unosi głowę, walcząc z ciężarem hełmu, i spostrzega między sobą a gniazdem karabinu kłodę drewna — pień wyszhfowany przez fale i wyrzucony na brzeg podczas burzy.

Może go zdobyć albo nie. Postanawia ruszyć do ataku. To tylko parę kroków. Już w połowie drogi wie, że mu się uda. Wreszcie czuje dopływ adrenaliny, rzuca się naprzód i pada pod osłoną pnia. Po drugiej stronie w drewno uderza kilka pocisków, obsypując go wilgotnymi, włóknistymi odłamkami. Pień jest zmurszały.

Shaftoe siedzi teraz w dołku i bez wystawienia się na ostrzał niewiele może zobaczyć. Nie widzi innych marines, słyszy jedynie ich krzyki.

Ryzykuje zerknięcie na gniazdo karabinu. Jest dobrze zamaskowany liśćmi, ale wyraźnie widać, że siedzi w niszy dobre cztery metry ponad poziomem bagna. Podstawa urwiska nie jest tak daleko — starczyłby pewnie jeden sprint. Ale wspiąć się tam na górę to pewna śmierć. Karabin maszynowy nie może się wychylić aż tak, by go dosięgnąć, ale Nipy mogą do usranej śmierci zrzucać na dół granaty albo zdjąć go z broni lekkiej, kiedy będzie tam lazł.

Innymi słowy, teraz swoje pięć minut ma granatnik. Shaftoe przetacza się na plecy, wyciąga metalową rurkę z kołnierzami i wsuwa ją na lufę karabinu. Usiłuje ją dokręcić, ale palce ślizgają mu się na zakrwawionym motylku. Co za pieprzony cienias wymyślił tutaj nakrętkę motylkową? W ogóle nie da się złapać. Właściwie wszędzie pełno krwi, ale nic go nie boli. Nurza palce w piasku i dociąga tę nakrętkę.

Z podręcznej sakwy dobywa granat odłamkowy Mark II, zwany też ananasem, a poszperawszy chwilę, znajduje także Przejściówkę Granatnik-Karabin Ml. Wsuwa jedno w drugie, wyciąga zawleczkę i wyrzuca ją, potem wsuwa skompletowany i uzbrojony Ml, wraz z owocowym ładunkiem, na rurę granatnika. I wreszcie otwiera jedno specjalnie oznaczone pudełko na naboje, grzebie wśród połamanych i pokruszonych lucky strike'ów i znajduje mosiężny walec — ślepy nabój, pozaginany na końcu, ale nie wyposażony w pocisk. Ładuje go do magazynka springfielda.

Czołga się wzdłuż kłody, żeby wyskoczyć w niespodziewanym miejscu i wystrzelić, zanim głowę rozwali mu seria z karabinu maszynowego. W końcu unosi ten wynalazek z kreskówki rodem, w jaki przeobraził się karabin, zatyka kolbę w piach (przy wyrzucaniu granatów odrzut może złamać obojczyk), celuje we wroga i pociąga za spust. Przejściówka Granatnik-Karabin Ml leci z wielkim BUM, ciągnąc za sobą cały sklep żelazny już zbędnych części, jak dusza wyzbywająca się ciała. Ananas szybuje w niebo, pozbywszy się nawet zawleczki i wajchy, a jego chemiczny lont płonie, tak że ma nawet, jak to się nazywa? Wewnętrzne światło. Shaftoe ma dobrego cela — granat leci tam, gdzie trzeba. Wydaje mu się, że to cwane posunięcie, ale granat odbija się, stacza ze wzgórza i wysadza inny przegniły pień. Nipy przewidziały takie knowania i rozwiesiły sieci, drucianą siatkę albo coś w tym guście. Leży na plecach w błocie, patrzy w niebo i powtarza w kółko „kurwa”. Potem cała kłoda drga konwulsyjnie, sypiąc mu w twarz czymś podobnym do mchu, gdy kule przeżerają zmurszałe drewno. Bobby Shaftoe odmawia modlitwę i przygotowuje się do szturmu w stylu „banzai”.

Wtedy doprowadzający do szału terkot karabinu ustaje, zastępuje go ludzki wrzask. Głos wydaje się nieznajomy. Bobby unosi się na łokciu i zauważa, że krzyk dochodzi od strony groty.

Patrzy wprost w wielkie, błękitne jak niebo oczy Enocha Roota.

Kapelan wycofał się ze swego kącika w ogonie i kuca przy okienku, łapiąc się, czego popadnie. Bobby Shaftoe przytomnieje w niewygodnej pozycji — na brzuchu — i wygląda przez okienko po przeciwnej stronie. Powinien zobaczyć niebo, widzi jednak pędzące w tył wydmy. Ten widok natychmiast budzi mdłości. Nawet nie zamierza wstawać.

We wnętrzu samolotu szaleją łańcuchy ognistych punktów, jak pioruny kuliste, ale — co na początku nie jest takie oczywiste — te tutaj celują w ściany jak promienie latarek. Śledzi, skąd przyleciały, co ułatwia połyskująca mgiełka rozpylonego oleju w powietrzu, i dochodzi do wniosku, że dostały się do środka przez szeregi małych dziurek. Jakiś dupek wybił je w kadłubie, kiedy on spał. Przez dziurki świeci słońce, oczywiście zawsze w tym samym kierunku, ale samolot leci na łeb na szyję, jak popadnie.

Kiedy się zbudził, zauważył, że leży na suficie samolotu, co wyjaśnia, dlaczego znalazł się na brzuchu. Gdy to doń dociera, wymiotuje.

Jasne plamy znikają. Shaftoe bardzo niechętnie ryzykuje wyjrzenie przez okno. Widać tylko szarość.

Teraz chyba leży na podłodze. W każdym razie tuż obok nieboszczyka, a on był przywiązany.

Leży tam kilka minut, tylko oddychając i rozmyślając. Przez dziury w kadłubie gwiżdże powietrze, tak głośno, że głowa mu pęka.

Ktoś — jakiś wariat — wstaje i idzie przez samolot. To nie Root — ten w swym kąciku opatruje kilka ran ciętych twarzy, których nabawił się podczas akrobacji powietrznych. Shaftoe unosi wzrok. To jeden z angielskich pilotów.

Angol ściągnął z głowy hełm, ukazując czarne włosy i zielone oczy. Ma prawie czterdziestkę — stary gość — okrągłą twarz, w której wszystkie wyrostki, gałki i otwory znalazły swoje zastosowanie — jakby była zaprojektowana przez gości, którzy konstruują granatniki. Twarz prosta i budząca zaufanie, ale w żadnym razie przystojna. Klęka przy zwłokach Geralda Hotta i dokładnie je bada, przyświecając sobie latarką. Jest chodzącym obrazem troski; bada pacjenta z ogromną delikatnością.

Wreszcie opiera się ciężko o żebrowaną ścianę kadłuba.

— Dzięki Bogu — mówi — nie trafili w niego.

— W kogo? — pyta Shaftoe.

— W tego kolesia — odpowiada lotnik, poklepując nieboszczyka.

— A mnie też zbadasz?

— A po co?

— Jak to po co? Ja przynajmniej jestem żywy.

— Ciebie nie trafili — pewnym tonem odpowiada pilot. — Gdyby cię trafili, wyglądałbyś jak porucznik Ethridge.

Shaftoe ryzykuje jakiś ruch. Unosi się na łokciu i odkrywa, że podłoga jest śliska i mokra od czerwonej cieczy. Zauważył różową mgiełkę w kabinie i sądził, że to przeciek z układu hydraulicznego. Ale teraz hydraulika chyba działa jak trzeba, a to coś na podłodze nie jest przecież produktem ropopochodnym. To ta sama ciecz, która tak obficie występowała w koszmarze. Spływa z okolic przytulnego gniazdka porucznika, a sam porucznik już nie chrapie.

Zerka na szczątki Ethridge'a, uderzająco podobne do tego, co wcześniej leżało na stołach rzeźni. Nie chce stracić zimnej krwi w obecności brytyjskiego pilota — rzeczywiście, czuje się nad podziw spokojnie. Może to przez chmury; pochmurne dni zawsze go uspokajały.

— Cholera jasna — mówi wreszcie — to szwabskie działko dwudziestomilimetrowe to niekiepska armata.

— Pewnie — odpowiada pilot. — Gdy tylko konwój nas dostrzeże, lecimy dalej.

To dość enigmatyczne, a mimo to najwięcej mówiące ze wszystkich stwierdzeń, jakie Bobby kiedykolwiek usłyszał na temat zadań Jednostki 2702. Wstaje i idzie za pilotem do kabiny; obaj delikatnie omijają drgające podroby, przypuszczalnie wywleczone z Ethridge'a.

— To znaczy, alianckiemu konwojowi, tak? — pyta Shaftoe.

— Alianckiemu konwojowi? — szyderczo powtarza pilot. — Skąd tu, do cholery, weźmiesz aliancki konwój? Tu jest Tunezja.

— No to o co ci chodziło, gdy mówiłeś, że konwój musi nas dostrzec? Masz na myśli, że my musimy zobaczyć konwój, nie?

— Przepraszam bardzo — rzuca pilot. — Jestem zajęty.

Shaftoe odwraca się i widzi porucznika Roota klęczącego przy stosunkowo dużym fragmencie Ethridge'a. Przeszukuje jego aktówkę. Bobby rzuca mu spojrzenie pełne moralnych wyrzutów i oskarżycielsko unosi palec.

— Posłuchaj, Shaftoe! — woła Root. — Ja tylko wykonuję rozkazy. Przejmuję po nim zadanie.

Wyciąga mały pakiecik, zawinięty w gruby, żółtawy plastik. Sprawdza go i rzuca Shaftoe'owi jeszcze jedno pełne dezaprobaty spojrzenie.

— Żartowałem, kurwa! — mówi Shaftoe. — Pamięta pan, poruczniku? Wtedy kiedy myślałem, że ci goście obrabiają zwłoki? Wtedy, na plaży?

Root się nie śmieje. Albo się wkurwił, że Shaftoe zrobił go w jajo, albo nie bawią go żarty na temat obrabiania zwłok. Niesie pakiecik do drugiego nieboszczyka, tego w gumowym stroju. Wtyka mu go za pazuchę.

Potem przysiada przy nim i duma. Duma bardzo długo. Shaftoe z jakąś fascynacją przygląda się jego dumaniu — zupełnie jakby oglądał kręcącą cyckami egzotyczną tancerkę.

Kiedy wychodzą z chmur, światło ponownie się zmienia. Słońce zachodzi, czerwono przeświecając przez saharyjski pył. Shaftoe wygląda przez okno i ze zdumieniem widzi, że lecą nad morzem. Pod nimi płynie konwój statków; każdy z nich, oświetlony z jednej strony purpurowym blaskiem, rysuje na wodzie wyraźne V.

Samolot przechyla się i wykręca nad konwojem powolną beczkę. Słychać odlegle postukiwanie. Czarne kwiaty wykwitają i rozwiewają się wokół nich. Zdaje sobie sprawę, że statki próbują ich trafić z działek przeciwlotniczych. Samolot wznosi się i chroni w chmurach. Robi się prawie całkiem ciemno.

Po dłuższej przerwie ponownie zerka na Enocha Roota. Znów siedzi w swym zakamarku i czyta przy świetle latarki. Na kolanach ma rozwinięty zwitek papierów. To ten plastikowy pakiet, który wyjął z teczki Ethridge'a i wetknął w zanadrze Geralda Hotta. Shaftoe dedukuje, że to spotkanie z konwojem i jego działkami sprawiło, że złamał się i jeszcze raz wyciągnął ten pakiet, by go obejrzeć.

Root unosi głowę i patrzy Shaftoe'owi w oczy. Nie wygląda na zdenerwowanego ani winnego. Spojrzenie jest zadziwiająco chłodne i opanowane.

Shaftoe dłuższą chwilę wytrzymuje ten wzrok. Gdyby był w nim choćby ślad poczucia winy czy nerwowości, zdemaskowałby kapelana jako niemieckiego szpiega. Ale nie ma — Enoch Root nie pracuje dla Niemców. Ani dla aliantów. Pracuje dla Siły Wyższej. Shaftoe niezauważalnie kiwa głową. Spojrzenie Roota mięknie.

— Oni wszyscy nie żyją, Bobby! — krzyczy.

— Kto?

— Ci wyspiarze. Ci, co ich widziałeś na plaży Guadalcanal.

To wyjaśnia, dlaczego Root jest tak wrażliwy na dowcipy o obrabianiu trupów.

— Przepraszam — mówi Shaftoe, idąc na tył, żeby nie musieli do siebie wrzeszczeć. — Jak to się stało?

— Kiedy zabrałem ciebie do swojego domku, nadałem wiadomość do moich dowódców w Brisbane — mówi Root. — Zaszyfrowałem ją specjalnym kodem. Powiedziałem im, że odnalazłem jednego szturmowca marine, wygląda na to, że przeżyje, więc niech ktoś przyleci i go zabierze.

Shaftoe kiwa głową. Pamięta, że słyszał mnóstwo kropek i kresek, ale był nieprzytomny od gorączki, morfiny i innych domowych lekarstw, które Root wyciągnął z pudełka po cygarach.

— Oni mi odpowiedzieli — ciągnie Root. — „Nie możemy do ciebie przylecieć, ale zabierz go tam i tam, gdzie spotkasz innych marines”. Jak pamiętasz, tak właśnie uczyniłem.

— Taa — odpowiada Shaftoe.

— No i dobra. Ale kiedy cię im oddałem i wróciłem, zobaczyłem, że odwiedzili mnie Nippończycy. Zabili wszystkich wyspiarzy, jakich spotkali. Spalili domek. Spalili wszystko. Wszędzie pozostawiali cholerne miny, które o mały włos mnie zabiły. Ledwo stamtąd wyszedłem żywy.

Shaftoe kiwa głową, jak może kiwać tylko ktoś, kto widział Nipów w akcji.

— Ewakuowali mnie potem do Brisbane, gdzie zacząłem robić aferę o te szyfry. Tylko tak mogli mnie znaleźć — oczywiste, że złamali nasze kody. A kiedy już wywołałem odpowiednie zamieszanie, ktoś chyba powiedział: „Ty, jesteś Angolem, pastorem, doktorem medycyny, umiesz trzymać karabin, znasz alfabet Morse'a, a przede wszystkim jesteś upierdliwy jak jasna cholera — no to won stąd! Do akcji!”. I następna rzecz, jaką pamiętam, to ta chłodnia w Algierze.

Shaftoe odwraca wzrok i potakuje. Root chyba łapie, o co chodzi: że Shaftoe nie wie więcej niż on.

W końcu Enoch Root zwija pakiecik z powrotem, tak samo jak przedtem. Lecz nie wkłada go do aktówki, wtyka go w kombinezon Geralda Hotta.

Później znów wyłaniają się z chmur, w pobliżu oświetlonego księżycem portu i schodzą nad samo morze. Lecą tak wolno, że nawet Shaftoe, który nie ma pojęcia o samolotach, wie, że zaraz się zwalą. Otwierają boczne drzwi dakoty i — raz, dwa, trzy, HOP — wyrzucają do oceanu zwłoki starszego szeregowca Geralda Hotta. W miejskim basenie w Oconomowoc byłoby to wielkie „chlup”, ale tu, w oceanie, nie robi specjalnie wrażenia.

Mniej więcej godzinę potem albatros ląduje w samym środku potwornego nalotu bombowego. Zostawiają Powietrzny Pociąg na końcu pasa, obok innych C-47, i pędzą biegiem za brytyjskimi pilotami. Wpadają na schody i gonią w dół — do schronu przeciwlotniczego. Teraz czują wybuchy bomb, ale ich nie słyszą.

Ktoś mówi: „Witamy na Malcie”. Shaftoe rozgląda się i widzi, że otaczają go faceci w brytyjskich i amerykańskich mundurach. Amerykanów zna — to oddział szturmowców marine z Algieru, który leciał drugą dakotą. Angole są nieznajomi, Shaftoe przypuszcza, że to goście z SAS, o których mówili mu ci frajerzy w Waszyngtonie. Jedyną wspólną cechą jest numer 2702 — wszyscy go mają gdzieś na mundurze.

Umowa o poufności

Avi przybywa na czas swym nippońskim sportowym samochodem, porządnym, choć nie nachalnie luksusowym, ostrożnie prowadząc go po stromej drodze ze spękanych kawałków asfaltu. Randy przygląda się z tarasu drugiego piętra, patrząc nań niemal prosto w dół, przez szyberdach. Avi ma na sobie spodnie od eleganckiego tropikalnego garnituru, szytą na miarę bawełnianą koszulę, ciemne narciarskie gogle i tekstylny kapelusz z szerokim rondem.

Dom jest wysokim wolno stojącym budynkiem pośród kalifornijskiego stepu, kilka kilometrów od brzegu morza. Znad klifu wznosi się chłodne oceaniczne powietrze, opadając tu powolnymi falami. Kiedy Avi wysiada z samochodu, najpierw wkłada marynarkę.

Wyciąga z maleńkiego bagażnika z przodu samochodu dwie spore torby z laptopami, wchodzi do domu bez pukania (nigdy tu nie był, ale zna zwyczaje panujące w takich instytucjach), odnajduje czekających na niego w jednym z wielu pokoi Randy'ego i Eba, i wypakowuje z toreb sprzęt komputerowy za jakieś piętnaście tysięcy dolców. Ustawia to wszystko na stole. Włącza dwa laptopy, a kiedy powoli startują, podłącza je do prądu, żeby nie wyczerpać baterii. Listwa zasilająca, z rozstawionymi co pół metra uziemionymi gniazdkami, ciągnie się bez przerwy wzdłuż wszystkich ścian, gipsowych ścianek działowych, przez otwory w nich, poprzez stare op-artowe reprodukcje, boazerie z imitacji drewna, wyblakłe plakaty Grateful Dead, a nawet przez drzwi o dziwnym kształcie.

Jeden z laptopów jest podłączony do maleńkiej przenośnej drukarki. Avi wtyka do niej kilka kartek. Drugi startuje, wypisuje na ekranie kilka linii tekstu, popiskuje i zatrzymuje się. Randy podchodzi i przygląda mu się ciekawie. Wyświetla znak zachęty: FILO.

Randy wie: to skrót od Finux Loader, program pozwalający wybrać przy starcie system operacyjny, który chcesz uruchomić.

— Finux — mruczy Avi w odpowiedzi na niezadane pytanie Randy'ego. Randy pisze „Finux” i wciska „Enter”.

— Ile ty masz w tej maszynce systemów operacyjnych?

— Windows 95, do gier, oraz kiedy muszę na krótko pożyczyć komputer jakiemuś lamerowi — odpowiada Avi. — Windows NT, do spraw biurowych. BeOS do programowania oraz zabawy z multimediami. Finux do profesjonalnego składu tekstów.

— Który mam puścić?

— BeOS. Chcę wam pokazać trochę JPEG-ów. Chyba jest tu gdzieś rzutnik?

Randy spogląda na Eba, jedyną osobę, która tu naprawdę mieszka. Eb wydaje się jeszcze większy niż w rzeczywistości, może dzięki swym wystrzałowym włosom: pół metra długości, blond, choć lekko rudawe, grube, falujące i zbijające się w sznurowate zwoje. Żadna spinka ich nie utrzyma, dlatego Eb, jeśli ma ochotę je związać, robi to grubą linką. Skrobie coś na małym komputerku, w którym pisze się rysikiem po ekranie. Hakerzy na ogół nie używają takich, ale Eb (a raczej jedna z jego upadłych firm) napisał do tego modelu oprogramowanie, dlatego wala się ich u niego mnóstwo. Wygląda na pochłoniętego tym, co robi, ale kiedy Randy patrzy nań przez dwie sekundy, wyczuwa to i unosi wzrok. Ma bladozielone oczy i nosi obfitą rudą brodę, chyba że akurat znajduje się w fazie golenia, co zwykle należy kojarzyć z poważnym romantycznym związkiem. Teraz broda ma z centymetr długości, co wskazuje na świeże rozstanie — wynika z tego również chęć podjęcia nowych wyzwań.

— Rzutnik do komputera? — pyta Randy.

Eb zamyka oczy, co zwykle robi, kiedy korzysta z zasobów pamięci, po czym wstaje i wychodzi z pokoju.

Drukareczka zaczyna mozolnie wciągać papier. Pierwszy wiersz tekstu, wycentrowany na górze strony, głosi: UMOWA O POUFNOŚCI. Potem idą kolejne wiersze. Randy widział to już tyle razy, że nuda szkli mu oczy. Odwraca się. Zawsze zmienia się tylko nazwa firmy: tym razem — Epiphyte(2) Corporation.

— Niezłe gogle.

— Myślisz, że są dziwaczne? Powinieneś zobaczyć, co włożę na nos, kiedy zajdzie słońce — mówi Avi. Grzebie w torbie i wyciąga ustrojstwo wyglądające jak okulary bez szkieł, z lampkami z domku dla lalek przyczepionymi nad każdym okiem. Przewód biegnie do mocowanego na pasku pojemnika na baterie. Przesuwa maleńki wyłącznik i zapalają się światełka: kosztownie wyglądające niebiesko-białe halogeny.

Randy unosi brwi.

— To wszystko zabezpieczenie przed przestawieniem stref czasowych. — wyjaśnia Avi. — Teraz jestem przystosowany do czasu azjatyckiego. Za dwa dni tam wracam. Nie chcę, żeby moje ciało przestawiło się na czas Wschodniego Wybrzeża, kiedy jestem tutaj.

— Czyli że kapelusz i gogle…

— Symulują noc. Ten wynalazek symuluje dzień. Rozumiesz, ciało człowieka nastawia swój zegar według światła. Tak a propos, mógłbyś zasłonić okna?

Okna wychodzą na zachód, ukazując widok na trawiastą skarpę schodzącą ku zatoce Half Moon. Jest późne popołudnie i do pokoju wlewa się słońce. Randy przez chwilę kontempluje widok, po czym opuszcza żaluzje.

Eb majestatycznie wchodzi do pokoju, w ręce ma zwisający rzutnik; przez moment wygląda jak Beowulf dzierżący odciętą łapę potwora. Stawia go na stole i celuje w ścianę. Nie potrzeba ekranu, ponieważ powyżej listew zasilających wszystkie ściany są zawieszone białymi tablicami. Wiele z nich pokrywają z kolei wypisane kolorami podstawowymi niezrozumiałe zaklęcia. Niektóre otacza nieregularna linia z napisem NIE ŚCIERAĆ albo w skrócie NŚ lub NIE! Na wprost rzutnika widnieje lista zakupów, na wpół starty diagram, numer jakiegoś faksu w Rosji i kilka czwórek liczb — adresów internetowych oraz parę niemieckich słów, zapewne napisanych przez samego Eba. Eberhard Fóhr przygląda się temu wszystkiemu, stwierdza, że nic nie jest wzięte w linię NŚ i zmazuje wszystko ścieraczką.

Do pokoju wchodzą następni dwaj faceci, rozmawiają na temat jakiejś beznadziejnej firmy z Burlingame. Jeden jest śniady, lekko przygarbiony i wygląda jak rewolwerowiec; nosi nawet czarny kowbojski kapelusz. Drugi, przysadzisty, wygląda, jakby dopiero wyszedł ze spotkania Klubu Rotariańskiego. Jedna rzecz ich łączy — każdy ma na przegubie błyszczącą srebrną bransoletkę.

Randy wyciąga z drukarki UoP-y i rozdaje. Mają już wydrukowane nazwiska: Randy Waterhouse, Eberhard Fóhr, John Cantreli (to ten w kowbojskim kapeluszu) i Tom Howard (jasnowłosy gość ze Środkowego Zachodu). Kiedy sięgają po umowy, srebrne bransoletki wyłapują przekradające się między żaluzjami promienie światła. Na każdej z nich nadrukowano czerwony kaduceusz i kilka linijek tekstu.

— Wyglądają jak nowe — zauważa Randy. — Znowu zmienili te sformułowania?

— Tak! — odpowiada Cantrell. — To wersja 6.0, wyszła dopiero w zeszłym tygodniu.

Wszędzie indziej bransoletki oznaczałyby, że John i Tom cierpią na jakieś groźne dla życia przypadłości, na przykład uczulenie na powszechnie stosowane antybiotyki. Sanitariusz wyciągający ich z rozwalonego samochodu zobaczyłby ją i zastosował się do wskazówek. Lecz tu jest Dolina Krzemowa, rządząca się własnymi prawami. Po jednej stronie bransoletek napisano:

W PRZYPADKU ŚMIERCI

PATRZ NA ODWROCIE — INSTRUKCJE PROCEDURY BIOSTATYCZNEJ

100 000 DOLARÓW NAGRODY ZA PRZESTRZEGANIE INSTRUKCJI

a po drugiej:

WSKAZÓWKI — TELEFON 0-800-XXX-XXXX

PODAĆ 50 000 JEDN. HEPARYNY IV

WYKONAĆ REANIMACJĘ KRĄŻENIOWO-ODDECHOWĄ

JEDNOCZEŚNIE OCHŁADZAJĄC LODEM DO 10°C. ZACHOWAĆ PH 7,5.

NIE WYKONYWAĆ SEKCJI ANI BALSAMOWANIA

To recepta na zamrożenie martwej albo prawie martwej osoby. Noszący ją wierzą, że jeśli przestrzega się takiej procedury, można zmienić w lód delikatne tkanki, jak na przykład mózgu, nie niszcząc ich. Kilka dekad później, kiedy nanotechnologia umożliwi nieśmiertelność, mają nadzieję zostać rozmrożeni. John Cantrell i Tom Howard wierzą, że istnieje szansa, iż za milion lat będą jeszcze mogli ze sobą pogadać.

Kiedy wszyscy przeglądają formularze, wyłapując pewne znajome klauzule, zapada cisza. W sumie pewnie podpisali w życiu ze sto UoP-ów. W tych kręgach to tak, jak podać filiżankę kawy.

Do pokoju wchodzi objuczona torbami z zakupami kobieta i przeprasza za spóźnienie. Beryl Hagen wygląda jak ciotka z ilustracji Normana Rockwella, taka w fartuchu, wypiekająca szarlotki. W ciągu dwudziestu lat rządziła finansami dwunastu różnych małych firm z branży high-tech. Dziesięć z nich wypadło z rynku. Z wyjątkiem drugiej nie było to winą Beryl. Szóstą był Drugi Szturm Randy'ego na Biznes. Jedną z firm wykupił Microsoft, jedna stała się udanym niezależnym przedsiębiorstwem. Na tym ostatnim Beryl zarobiła dosyć pieniędzy, by móc odejść na emeryturę. Tymczasem udziela konsultacji i pisze książki, rozglądając się za czymś ciekawym, co wciągnęłoby ją na nowo, zatem jej obecność w tym pokoju sugeruje, że Epiphyte(2) Corp. to nie pic na wodę. A może wyświadcza Aviemu grzeczność. Randy wykonuje z nią niedźwiedzia, unosząc ją w powietrze, po czym wręcza Beryl dwa UoP-y z jej nazwiskiem.

Avi odłączył ekran od swego wielkiego laptopa i położył go płasko na szybie rzutnika, który przepuszcza światło przez jego ciekłokrystaliczny wyświetlacz, rzucając na białą tablicę kolorowy obraz. Widać typowy pulpit z komputera: kilka okienek terminali i parę ikonek. Avi obchodzi pokój i zbiera podpisane UoP-y, przegląda je, oddaje każdemu po jednym egzemplarzu, a drugie wkłada do kieszeni torby na komputer. Zaczyna coś pisać na klawiaturze — w jednym z okienek pojawiają się literki.

— Tak dla przypomnienia — mruczy. — Epiphyte Corporation, którą dla jasności będę nazywać Epiphyte(l), to firma z siedzibą w Delaware. Istnieje od półtora roku. Udziałowcy to ja, Randy oraz Springboard Capital. Działamy w branży telekomunikacyjnej na Filipinach. Jeśli chcecie, później przedstawię szczegóły. Obecność na tamtejszym rynku uświadomiła nam pewne nowe możliwości. Epiphyte(2) to firma kalifornijska, ma trzy tygodnie. Jeśli wszystko pójdzie po naszej myśli, włączymy do niej Epiphyte(l), przez pewnego rodzaju wymianę udziałów. Szczegóły są mało ciekawe, więc je pominę.

Avi naciska „Enter”. Na pulpicie pojawia się nowe okno, a w nim zeskanowana z atlasu barwna mapa, wąska i wysoka. Większość powierzchni pokrywa błękit oceanu. Zza górnej krawędzi wystaje nieregularna linia brzegowa, z kilkoma miastami podpisanymi Nagasaki, Tokio… W górnym lewym rogu jest Szanghaj. Archipelag Filipin znajduje się dokładnie pośrodku. Na północ — Tajwan, a na południe — łańcuch wysp tworzących porowatą zaporę między Azją a wielką bryłą lądu pokrytą angielskimi słowami, w rodzaju „Darwin” i „Wielka Pustynia Piaszczysta”.

— Chyba musi to wyglądać trochę dziwnie — mówi Avi. — Zwykle takie prezentacje zaczynają się od schematu sieci komputerowej, jakiegoś diagramu i tym podobnych. Normalnie nie używamy map. Tak przyzwyczailiśmy się do pracy w krainie czystej abstrakcji, że aż dziwnie wrócić do rzeczywistości i zrealizować coś fizycznie istniejącego.

— Ale ja lubię mapy. W domu mam ich pełno. Chcę wam podpowiedzieć, że nabyte przez nas wszystkich zdolności i wiedza — zwłaszcza dotycząca Internetu — mają zastosowanie gdzieś tutaj. — Poklepuje tablicę. — W rzeczywistym świecie. No wiecie, na tej wielkiej, wilgotnej kuli, gdzie mieszka parę miliardów ludzi.

Kiedy Avi kręci trackballem i wciska kciukiem guzik, towarzystwo śmieje się pod nosem. Pojawia się nowy obraz: ta sama mapa, z jaskrawymi liniami przecinającymi oceany, kreślącymi pętle między miastami w przybliżeniu obrysowującymi linie brzegowe.

— Istniejące kable podmorskie. Im grubsza kreska, tym grubsza rura — mówi Avi. — No właśnie: co jest niewłaściwego na tym rysunku?

Od Tokio, Hongkongu i Australii odchodzi kilka grubych linii, zapewne łączących je ze Stanami Zjednoczonymi. Przez Morze Południowochińskie, mniej więcej między Filipinami i Wietnamem, ciągnie się kolejna gruba kreska z północy na południe, lecz nie łączy tych dwóch krajów: zmierza prosto do Hongkongu, a potem wzdłuż chińskiego wybrzeża do Szanghaju, Korei i Tokio.

— Skoro pośrodku mapy są Filipiny — odzywa się Cantrell — domyślam się, że chcesz wskazać, że żadna gruba linia nie dociera na Filipiny.

— Żadna gruba linia nie dociera na Filipiny! — z animuszem rzuca Avi. Wskazuje jeden, jedyny wyjątek, biegnący między Tajwanem a północnym Luzonem, a potem wzdłuż wybrzeża na Corregidor. — Oprócz tej jednej, w którą zamieszana jest firma Epiphyte(l). Ale nie tylko o to mi chodziło. W ogóle mało jest linii biegnących z południa na północ i łączących Australię z Azją. Wiele pakietów sieciowych biegnących z Sydney do Tokio musi być kierowanych przez Kalifornię. Jest tu luka na rynku.

— Avi, zanim zaczniesz — wtrąca się Beryl, a jej głos pobrzmiewa ostrożnością i żalem — muszę powiedzieć, że trudno dostać się do branży układania głębinowych oceanicznych kabli.

— Beryl ma rację! — mówi Avi. — Odpowiednie środki do instalowania takich kabli mają tylko AT T, Cable Wireless oraz Kokusai Denshin Denwa. To jest trudne. Kosztowne. Wymaga olbrzymich kosztów początkowych.

„Koszty początkowe” oznaczają prace inżynierskie, niezbędne do zanalizowania wykonalności przedsięwzięcia. Jeśli całość okaże się niemożliwa do zrealizowania, można je sobie wetknąć gdzieś.

— Więc o czym ty myślisz? — pyta Beryl.

Avi klika w kolejną mapę. Taką samą jak poprzednia, ale domalowano jej trochę nowych linii: cały szereg łączy pomiędzy poszczególnymi wyspami. Pogmatwany łańcuch krótkich połączeń wzdłuż całego filipińskiego archipelagu.

— Chcesz okablować Filipiny i wpiąć je do sieci przez nasze istniejące łącze z Tajwanem. — Tom Howard podejmuje heroiczną próbę streszczenia tego, co zapowiada się na długą prezentację.

— Z informatycznego punktu widzenia Filipiny będą łakomym kąskiem — mówi Avi. — Rząd ma swoje wady, ale w zasadzie jest to demokracja na wzór zachodni. W przeciwieństwie do większości Azjatów używają liter łacińskich, czyli kodu ASCII. Większość zna angielski. Odwieczne związki z Ameryką. Wcześniej czy później w gospodarce informatycznej trzeba się będzie z tymi gośćmi liczyć.

— Mamy już tam przyczółek — wtrąca się Randy. — Znamy lokalne układy. No i mamy bieżące przychody.

Avi klika na kolejnej mapie. Tę trudniej rozszyfrować. Wygląda jak mapa rzeźby terenu jakichś wysokich gór, tu i ówdzie przedzielonych płaskowyżami. Fakt, że pojawiła się w środku prezentacji, bez żadnych podpisów ani wyjaśnień Aviego, stanowi wyzwanie dla bystrości umysłu zebranych. Nikt z nich nie będzie od razu prosił o pomoc. Randy obserwuje, jak marszczą się i przekrzywiają głowy. Pierwszy łapie Eberhard Fóhr — jest świetny w dziwnych zagadkach.

— Azja Południowo-Wschodnia ze spuszczoną wodą — mówi. — Ten wielki garb po prawej to Nowa Gwinea. Te górki to wulkany na Borneo.

— Super, nie? — mówi Avi. — To mapa radarowa, stworzona z danych zebranych przez amerykańskie satelity wojskowe. Można ją kupić za psi grosz.

Na tej mapie można dostrzec, że Filipiny to nie łańcuch oddzielnych wysp, lecz najwyższe punkty wielkiego, podłużnego płaskowyżu, otoczonego głębokimi szczelinami w skorupie ziemskiej. Aby przejść po dnie oceanu z Luzonu na Tajwan, trzeba by zanurkować w głęboki rów, okolony kilkoma górskimi łańcuchami, i podążać nim na północ mniej więcej pięćset kilometrów. Ale na południe od Luzonu, na obszarze, gdzie Avi proponuje zainstalować sieć międzywyspowych kabli, są same płaskie płycizny.

Avi znów klika, wypełniając wody błękitem a wyspy zielenią. Potem robi zbliżenie środka mapy, gdzie płaskowyż Filipin wyciąga dwa ramiona w kierunku Borneo, obejmując nimi i niemal zamykając morze w kształcie rombu o boku długości pięciuset trzydziestu kilometrów.

— Morze Sulu — obwieszcza. — Zbieżność z nazwiskiem tego Azjaty ze „Star Treka” całkiem przypadkowa.

Nikt się nie śmieje. W końcu nie są tutaj dla rozrywki — skupiają się nad mapą. Wszystkie te morza i archipelagi są dość dezorientujące — nawet dla ludzi o dobrej wyobraźni przestrzennej. Filipiny zamykają morze Sulu od prawego górnego rogu, północne Borneo (należące do Malezji) z lewego dolnego, archipelag Sulu (część Filipin) — z prawego dolnego, a w lewym górnym rogu leży bardzo długa i cienka filipińska wyspa Palawan.

— To przypomina nam, że granice państw są sztuczne i bezsensowne — mówi Avi. — Morze Sulu leży pośrodku wielkiego płaskowyżu, na którym są i wyspy filipińskie, i Borneo. Jeśli więc okablowujesz Filipiny, możesz bez wysiłku podłączyć do sieci także Borneo, po prostu lecąc wzdłuż morza Sulu krótkimi, płytko położonymi kabelkami. O, tak.

Avi klika, komputer dorysowuje barwne linie.

— Avi, dlaczego my w to wchodzimy? — pyta Eberhard.

— To bardzo głębokie pytanie — odpowiada Avi.

— Wszyscy wiemy, jak działa dopiero co założona firma — mówi Eb. — Na początku mamy tylko pomysł. Po to są Umowy o Poufności — żeby chronić pomysł. Pracujemy wspólnie nad tym pomysłem, wkładając własną wiedzą, w zamian otrzymujemy udziały. Wynikiem pracy jest oprogramowanie. Można je zastrzec, opatentować i zgłosić jako znak towarowy. To wartość niematerialna i prawna, warta jakieś pieniądze. Dzięki naszym udziałom wszyscy jesteśmy jej właścicielami. Wtedy sprzedajemy trochę więcej udziałów jakiemuś inwestorowi. Za te pieniądze zatrudniamy kolejnych pracowników i tworzymy produkt, rzucamy go na rynek i tak dalej. Tak działa system, ale ty zdaje się tego nie rozumiesz.

— Dlaczego tak mówisz?

Eb wygląda na zdezorientowanego.

— Jaki może być nasz wkład? Co takiego możemy tu stworzyć własnym pomysłem, żeby jakiś inwestor zechciał kupić udziały?

Wszyscy zerkają na Beryl. Beryl kiwnięciem głowy zgadza się z Ebem. Odzywa się Tom Howard:

— Posłuchaj, Avi. Ja umiem tworzyć duże systemy komputerowe, John napisał Ordo, wie wszystko o kryptologii. Randy zna się na Internecie, Eb na dziwnych rzeczach, Beryl na pieniądzach. O ile wiem, nikt z nas nie ma zielonego pojęcia o instalowaniu kabli podmorskich. Co wskórasz z naszymi C. V., kiedy będziesz namawiał jakiegoś inwestora do wyłożenia forsy?

Avi potakuje.

— To wszystko prawda — przyznaje gładko. — Musielibyśmy być nienormalni, żeby angażować się w instalowanie kabli na Filipinach. To robota dla FiliTela, z którym Epiphyte(l) utworzył w tym celu joint-venture.

— Nawet żebyśmy byli nienormalni — dodaje Beryl — nie mielibyśmy takiej możliwości, bo nikt nie dałby nam pieniędzy.

— Na szczęście nie musimy się tym martwić — mówi Avi — ponieważ wyręcza nas w tym kto inny. — Odwraca się do tablicy, bierze czerwony mazak i kreśli grubą linię między Tajwanem i Luzonem. Na dłoniach ma jakby plamki trądu — to rzutnik oświetla je obrazem dna oceanu. — KDD, spodziewając się wielkiego wzrostu na Filipinach, już kładzie kolejny kabel tutaj. — Teraz przechodzi niżej i zaczyna rysować mniejsze, krótkie kreski między poszczególnymi wyspami archipelagu. — FiliTel zaś, finansowany przez AVCLA — Asia Venture Capital Los Angeles — okablowuje same Filipiny.

— A co ma z tym wspólnego Epiphyte(l)? — pyta Tom Howard.

— Ponieważ ta sieć w dużym stopniu będzie obsługiwać internetowy protokół IP, potrzebne są im routery i znajomość sieci komputerowych — wyjaśnia Randy.

— A więc powtarzam pytanie: dlaczego my w to wchodzimy? — cierpliwie, ale stanowczo dopytuje się Eberhard.

Avi przez chwilę pracuje pisakiem. Rysuje kółko wokół wysepki w narożniku morza Sulu, pośrodku przesmyku pomiędzy północnym Borneo a długą, cienką filipińską wyspą, Palawan. Podpisuje ją dużymi literami: SUŁTANAT KINAKUTY.

— Przez pewien czas Kinakutą rządzili biali sułtani. To długa historia. Potem była niemiecką kolonią — mówi Avi. — Borneo należało do holenderskich Indii Wschodnich, a Palawan — jak i całe Filipiny — do Hiszpanów, a potem Amerykanów. To zaś był przyczółek Niemców na tym terenie.

— Niemcy zawsze dostawali najbardziej gówniane kolonie — ze smutkiem stwierdza Eb.

— Po I wojnie światowej przekazali ją Japonii wraz z innymi wyspami dalej na wschód. Wszystkie te wyspy nazywano razem terytoriami mandatowymi, ponieważ Japonia rządziła nimi pod mandatem Ligi Narodów. W czasie II wojny światowej Kinakuta była japońską bazą wypadową na wschodnie Indie i Filipiny. Mieli tutaj bazę morską i lotnisko. Po wojnie odzyskała niepodległość, którą miała, zanim przyszli Niemcy. Na wybrzeżu ludność jest muzułmańska oraz pochodzenia chińskiego, w głębi lądu — animistyczna, zawsze też rządził nimi sułtan — nawet za okupacji niemieckiej i japońskiej. Jedni i drudzy zachowali tego figuranta, choć naprawdę sami pociągali za sznurki. Kinakuta ma złoża ropy naftowej, ale ich wydobycie nie opłacało się, dopóki nie rozwinęła się technologia, a ceny nie poszły do góry — mniej więcej w czasie arabskiego embargo, kiedy też władzę objął obecny sułtan. Sułtan jest teraz bardzo bogatym facetem — nie tak bogatym jak sułtan Brunei, choć tak się składa, że to jego daleki kuzyn — ale bogatym.

— Sułtan stoi za twoją firmą? — pyta Beryl.

— Nie w tym sensie, jak myślisz — odpowiada Avi.

— A w jakim sensie? — niecierpliwie indaguje Tom Howard.

— Ujmę to w taki sposób — wyjaśnia Avi. — Kinakuta należy do ONZ. Jest takim samym niepodległym krajem i członkiem Wspólnoty Narodów jak Francja czy Anglia. Właściwie nawet jest wyjątkowo niezależna dzięki temu, że posiada bogate złoża ropy. W zasadzie jest monarchią — prawa ustanawia sułtan, ale dopiero po wyczerpujących naradach z ministrami, którzy decydują o polityce kraju i projektują ustawy. A ostatnio spędziłem dużo czasu z ministrem poczty i telekomunikacji. Pomagałem mu skonstruować nowe prawo, rządzące całą telekomunikacją przechodzącą przez terytorium Kinakuty.

— O rany! — Johna zamurowało z podziwu.

— Jedna darmowa akcja dla pana w czarnym kapeluszu — mówi Avi. — John rozpracował tajny plan Aviego. John, może zdradzisz prawidłową odpowiedź pozostałym uczestnikom?

John zdejmuje kapelusz i przesuwa dłonią po długich włosach. Nakłada go z powrotem i wzdycha.

— Avi proponuje, żebyśmy stworzyli przechowalnię danych.

Przez pokój przebiega pomruk zachwytu. Avi czeka, aż ucichnie, i mówi:

— Drobna poprawka: przechowalnię danych tworzy sułtan. Ja proponuję, żeby na tym zarobić.

Ultra

Lawrence Pritchard Waterhouse rusza do bitwy uzbrojony w jedną trzecią arkusza angielskiego papieru maszynowego, na którym wypisano parę słów, czyniących zeń PRZEPUSTKĘ do Bletchley Park. Ktoś na czarnoniebiesko, piórem Mont Blanc jakiegoś wyższego oficera, nabazgrał na nim jego nazwisko i parę innych rzeczy, zakreślił w kółku zwrot WSZYSTKIE SEKCJE i przystroił pieczęć, rozmazaną jak czerwony pocałunek dziwki — to niedbalstwo bardziej emanuje władzą i potęgą niż precyzja i staranność fałszerza.

Idąc obok dworku, trafia na wąską alejkę biegnącą między nim a rzędem garaży z czerwonej cegły (albo stajni, jak pewnie określiliby je jego dziadkowie). Uznaje, że to bardzo przyjemne miejsce na papierosa. Alejka jest gęsto obsadzona drzewami. Słońce właśnie chowa się za horyzont. Wciąż jednak stoi wystarczająco wysoko, by strzelać promieniami przez wszystkie szczeliny, jakie znajdzie na horyzoncie; dlatego czerwony blask co chwilę z zaskoczenia celuje w oko spacerującego tam i z powrotem Waterhouse'a. Wie również, że niewidzialny promień musi prześwietlać powietrze parę metrów nad nim, ponieważ zdradza antenę: linkę z miedzianych drutów, ciągnącą się od ściany dworku do pobliskiego cyprysa. Załamuje światło dokładnie tak samo jak pajęcza sieć, z którą zabawiał się przedtem.

Niedługo zajdzie słońce; zgasło już zarówno w Berlinie, jak i w większości szatańskiego imperium Hitlera, ciągnącego się od Calais po Wołgę. Czas, by radiooperatorzy zabrali się do pracy. Fale radiowe w zasadzie nie umieją zakręcać. To może być naprawdę kłopotliwe, kiedy podbija się świat, który jest, niestety, okrągły, a wszystkie jednostki frontowe są w danej chwili za horyzontem. Można skorzystać z fal krótkich, które odbijają się od jonosfery. Ale działa to znacznie lepiej, kiedy na niebie nie ma słońca zalewającego atmosferę szumem na wszystkich pasmach. Dlatego radiotelegrafiści i ludzie, którzy ich podsłuchują (ich właśnie Angole nazywają służą Y) są nocnymi markami.

Jak już zauważył, w posiadłości jest jedna czy dwie anteny. Lecz Bletchley Park to olbrzymi, żarłoczny pająk: by go nakarmić, potrzeba sieci o rozmiarach kraju. Sporo dowodów wskazuje, że ta sieć jest przynajmniej w części zbudowana z miedzianego drutu: na przykład czarne przewody pnące się po murach dworku, zapach i terkot teleksów. Natomiast inne jej fragmenty — z bardziej przyziemnych materiałów w rodzaju betonu i asfaltu.

Brama otwiera się na oścież, motocykl z przechyłem bierze ostry zakręt i wjeżdża w alejkę, dwa cylindry jego silnika głośno beczą. Hałas szczypie Waterhouse'a w nos. Przez pewien czas goni go, ale mniej więcej po stu metrach traci trop. Nie ma problemu: kiedy obudzi się układ nerwowy Wehrmachtu, a Służba Y wyłapie jego sygnały, pojawią się następni motocykliści.

Motor przejeżdża przez staroświecką bramkę łączącą dwa stare budynki. Wieńczy ją kopułka z wiatrowskazem i zegarem. Waterhouse również przez nią przechodzi i trafia na mały skwerek, wyraźnie tkwiący w czasach, gdy Bletchley Park był jeszcze bogatym buckinghamskim folwarkiem. Na lewo, nieco dalej ciągną się stajnie. W dachu upstrzonym ptasim gównem są małe lukarny. Cały budynek trzepocze od gołębi. Na wprost Waterhouse widzi mały śliczny farmerski domek z czerwonej cegły, w stylu Tudorów — to jak na razie pierwsza budowla, której architektura nie budzi obrzydzenia. Po prawej zaś znajduje się budynek jednopiętrowy. Dobiega z niego dziwna informacja: pachnie rozgrzanym smarem teleksów, ale nie słychać terkotu, jedynie wysoki, mechaniczny jęk.

Drzwi stajni otwierają się i wychodzi z nich facet niosący duże, ale wyraźnie lekkie pudełko z uchwytem na górze. Dochodzi z niego gruchanie i Waterhouse zdaje sobie sprawę, że siedzą tam gołębie. Ale nie dzikie gołębie, lecz gołębie pocztowe. Posłańcy niosący informację, kolejne nitki sieci Bletchley Park.

Rusza do budynku pachnącego gorącym smarem i zagląda przez okno. Ściemnia się już, z okien zaczyna padać światło, zdradzając informacje niemieckim samolotom zwiadowczym, dlatego przez podwórze idzie dozorca i zatrzaskuje czarne okiennice.

Do oczu Waterhouse'a wreszcie dociera jakaś informacja: po drugiej stronie okna paru facetów siedzi wokół maszyny. Większość nosi cywilne ubrania i od dłuższego czasu była zbyt zajęta, żeby zaprzątać sobie głowę grzebieniami, żyletkami czy pastą do butów. Są bardzo skupieni na pracy, która ma coś wspólnego z tą wielką machiną. Składa się ona z dużego rusztowania ze stalowych rurek, jak postawione na sztorc żelazne łóżko. Na tym szkielecie przytwierdzono metalowe bębny o średnicy talerzy do zupy, grube na parę centymetrów. Między nimi w niesamowicie poplątany sposób przeprowadzono papierową taśmę. Wygląda, że do samego owinięcia wszystkich szpul potrzeba kilkunastu metrów taśmy.

Jakiś mężczyzna dłubie przy gumowym pasku opinającym jedną ze szpul. Teraz odsuwa się i daje ręką sygnał. Inny wciska przełącznik i wszystkie szpule jednocześnie zaczynają wirować. Przez maszynę przesuwa się taśma. Dziurki w taśmie niosą dane; wszystko to rozmazuje się w szarą smugę, tak szybką, iż powstaje złudzenie, że taśma zmienia się w dym.

Nie, to nie złudzenie. Z wirujących szpul naprawdę unosi się dym. Taśma pędzi przez maszynę tak szybko, że zapala się na oczach Waterhouse'a i facetów w środku, którzy przyglądają się temu ze spokojem, jakby paliła się w całkiem nowy i bardzo interesujący sposób.

Jeśli na świecie istnieje maszyna mogąca tak szybko odczytywać taśmy, Waterhouse nigdy o niej nie słyszał.

Czarna okiennica zatrzaskuje się. Waterhouse jeszcze dostrzega fragment czegoś stojącego w kącie pokoju — stalowego stojaka z mnóstwem szarych walcowatych kształtów, ułożonych w równe rzędy.

Przez dziedziniec przejeżdżają naraz dwaj motocykliści, pędzą po ciemku z wyłączonymi światłami. Waterhouse przez chwilę truchta za nimi, zostawiając za sobą malowniczy stary dziedziniec i wkraczając w świat baraków, budowli wzniesionych rok temu czy dwa. „Barak” kojarzy się z czymś niedużym, ale te tutaj, wszystkie razem, przypominają raczej ten cały Pentagon, który Ministerstwo Wojny stawiało po drugiej stronie rzeki w Waszyngtonie.

Zmierza na skrzyżowanie dróg, gdzie, jak mu się zdaje, słyszał, że motocykle zakręcają. Staje otoczony grubymi murami. Bez zastanowienia wspina się na szczyt muru i siada na nim. Widok stąd wcale nie jest lepszy. Wie, że wokół w barakach trudzą się tysiące ludzi, ale on wcale tego nie widzi — brak jakichkolwiek zewnętrznych oznak.

Wciąż próbuje zrozumieć, co właściwie ujrzał.

Taśma leciała tak szybko, że dymiła. Nie ma sensu puszczać jej z taką szybkością, jeśli maszyna nie umie wtedy odczytać z niej informacji, zamieniając układ dziurek na taśmie w impulsy elektryczne.

Ale co z tego, jeśli owe impulsy nie mają gdzie pójść? Żaden człowiek nie poradziłby sobie z tak szybkim strumieniem znaków. Żaden znany Waterhouse'owi teleks nie dałby rady ich wydrukować.

To ma sens tylko wtedy, gdy budują maszynę. Jakiś mechaniczny kalkulator, który może wchłonąć te dane, a potem coś z nimi zrobić — coś obliczyć — zapewne coś związanego z łamaniem szyfrów.

Potem przypomina sobie ów wypatrzony w kącie stojak, te rzędy identycznych szarych walców. Widziane z tej strony wyglądały na amunicję, ale były zbyt gładkie i błyszczące. Waterhouse uświadamia sobie nagle, że musiały być wydmuchane ze szkła.

To lampy elektronowe. Setki lamp elektronowych. Więcej, niż Waterhouse kiedykolwiek widział w jednym miejscu.

Ci faceci budują w tym pokoju maszynę Turinga!

Nic dziwnego, że tak spokojnie przyjęli spalenie się taśmy. Ten pasek papieru, technologia stara jak piramidy, jest tylko nośnikiem strumienia informacji. Kiedy przebiega przez maszynę, informacja jest z niego wydobywana i zamieniana w układ czystych, binarnych danych. To, że spali się sam nośnik, nic nie szkodzi. Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz — dane przeszły ze świata fizycznego w kosmos matematyczny, czystszy, lepiej zorganizowany i rządzący się innymi prawami. Prawami, z których kilka niejasno i niedoskonale uświadamiają sobie doktor Alan Mathison Turing, doktor John von Neumann, doktor Rudolf von Hacklheber i paru innych, wśród których Waterhouse obracał się niegdyś w Princeton. Prawami, o których sam też wie to i owo.

Kiedy już przekształciłeś dane w czystą informację, potrzebne ci jedynie narzędzia. Stolarze pracują w drewnie, noszą ze sobą skrzyneczki z narzędziami do mierzenia, cięcia, wygładzania i łączenia. Matematycy pracują w informacji, potrzebują więc całkiem swoistych narzędzi.

Całymi latami budowali te narzędzia, jedno po drugim. Na przykład pewna firma od kas sklepowych i maszyn do pisania, zwana Electrical Till Corporation, robi elegancką maszynę na karty perforowane do tabulacji dużych ilości danych. Profesor Waterhouse'a w Iowa znudził się ciągłym rozwiązywaniem równań różniczkowych na piechotę i wynalazł maszynę, która robi to automatycznie — zapamiętuje informacje na bębnie wyłożonym kondensatorami i realizuje pewien algorytm. Mając dość czasu i dość lamp elektronowych, można by zrobić maszynę do sumowania kolumny liczb, drugą do pamiętania stanów magazynowych i jeszcze jedną do alfabetycznego porządkowania słów. Dobrze wyposażona firma posiadałaby po jednej sztuce każdej: błyszczące, żeliwne monstra z gorącym powietrzem falującym nad kratkami wentylacyjnymi, ozdobione logo ETC, Siemensa czy HoUeritha; każda z nich realizowałaby własne zadanie. Tak jak stolarz ma wśród swych narzędzi skrzynkę uciosową, szablon do robienia wpustów i młotek stolarski.

Turing wymyślił coś całkiem różnego, niezwykle wręcz dziwnego i radykalnego.

Matematycy w przeciwieństwie do stolarzy potrzebują tylko jednego, za to szczególnego narzędzia. Zrozumiał, że powinno dać się skonstruować metamaszynę, którą można by rekonfigurować tak, by wykonywała na informacji każde zadanie, jakie tylko przyjdzie nam do głowy. Byłoby to proteuszowe urządzenie, mogące zmienić się w dowolne narzędzie. Tak jak organy, zmieniające się w zupełnie inny instrument po naciśnięciu guzika kombinacji.

Szczegóły były cokolwiek mętne. Nie projekt maszyny, ale raczej myślowy eksperyment, pomyślany przez Turinga jako rozwiązanie pewnej abstrakcyjnej zagadki z całkiem niepraktycznej dziedziny — logiki. Waterhouse doskonale o tym wie. Lecz teraz, gdy siedzi na przeciwbombowej ścianie pośrodku ciemnego Bletchley Park, w głowie kołacze mu się jedna uparta myśl: maszyna Turinga, gdyby naprawdę istniała, używałaby taśmy. Taśma biegłaby przez maszynę i niosła informacje potrzebne jej do pracy.

Siedzi, gapi się w mrok i rekonstruuje w myślach maszynę Turinga. Przypominają mu się kolejne szczegóły. Taśma w maszynie Turinga, zdaje się, nie poruszałaby się tylko w jedną stronę, lecz często zmieniałaby kierunek. A maszyna nie tylko czytałaby z niej, ale mogłaby również wymazywać zapis lub dodawać nowy.

Oczywiście nie sposób usunąć dziurek z papierowej taśmy. Równie oczywisty jest fakt, że taśma w tej maszynie poruszała się w jednym kierunku. A zatem, co Waterhouse niechętnie musi przyznać sam przed sobą, ten statyw z lampami, który właśnie odkrył, nie jest maszyną Turinga. To jakieś pomniejsze urządzenie — specjalistyczne narzędzie, takie jak czytnik kart perforowanych albo maszyna do rozwiązywania równań różniczkowych Atanasoffa.

Ale i tak jest większa i bardziej niesamowita, wspanialsza niż wszystkie, które dotąd widział.

Po torach przelatuje nocny pociąg z Birmingham, wiezie amunicję nad morze. Kiedy jego odgłos zanika na południu, do głównej bramy podjeżdża motocykl. Gdy sprawdzają dokumenty motocyklisty, silnik terkocze na biegu jałowym, później z głośnym pyrknięciem toczy się naprzód i bierze ostry zakręt. Waterhouse wstaje, tam gdzie krzyżują się dwa mury, i w skupieniu obserwuje motocykl, który mija go i zmierza w stronę „baraku” kilkaset metrów stąd. Gdy ładunek zmienia właściciela, z otwartych drzwi bucha światło. Potem gaśnie, a motor pyrka w kierunku bramy wyjazdowej.

Waterhouse złazi na ziemię i pośród bezksiężycowej nocy po omacku rusza w stronę drogi. Zatrzymuje się przed wejściem do baraku i przez minutę nasłuchuje. Następnie zbiera się na odwagę, postępuje naprzód i otwiera drzwi.

W środku panuje potworny upał, a powietrze jest mdlącym destylatem woni ludzkich i maszynowych, utrzymywanym w bezruchu przez wieka od trumien, którymi zabito wszystkie okna. Jest tu wiele osób, głównie kobiet pracujących na gargantuicznych rozmiarów elektrycznych maszynach do pisania. Nawet przez przymrużone powieki widzi, że to miejsce działa jak filtr na kartki papieru, rozmiaru mniej więcej dziesięć na piętnaście, najwyraźniej dostarczane tu przez motocyklistów. Zaraz koło drzwi sortuje się je i układa w drucianych koszykach. Stąd wędrują do kobiet przy gigantycznych maszynach.

Jeden z nielicznych mężczyzn unosi się i zmierza ku niemu. Jest w podobnym wieku, to znaczy ma dwadzieścia kilka lat. Nosi mundur armii brytyjskiej. Kojarzy się ze starostą weselnym, który pragnie zadbać, by nawet najdalsi, niewidziani od stu lat krewni byli odpowiednio przywitani. Jest oczywiste, że taki sam z niego żołnierz, jak i z Waterhouse'a. Nic dziwnego, że otoczono to miejsce tyloma zwojami drutu kolczastego i RAF-owcami z karabinami maszynowymi.

— Dobry wieczór. Lawrence Waterhouse.

— Harry Packard. Miło mi. — Ale nie ma pojęcia, kim jest Waterhouse; dopuszczono go do Ultra, ale nie do Ultra Mega.

— Cała przyjemność po mojej stronie. Sądzę, że będzie pan chciał na to spojrzeć. — Waterhouse wręcza mu magiczną przepustkę. Blade oczy przebiegają po niej dokładnie, potem przeskakują i ogniskują się w najciekawszych punktach — podpisie na dole i rozmazanej pieczęci. Wojna zmieniła Harry'ego Packarda w maszynę do odczytywania i przetwarzania kartek papieru; w tym wypadku robi to sprawnie i bez zacięć. Przeprasza Waterhouse'a, kręci korbką telefonu i rozmawia z kimś; jego postawa i mina sugerują, że to ktoś ważny. Słowa zagłusza klekot i szum mnóstwa maszyn do pisania, ale na młodej, szczerej i rumianej twarzy Packarda maluje się zainteresowanie i zmieszanie. Słuchając swego rozmówcy, rzuca Lawrence'owi ze dwa spojrzenia z ukosa. Potem mówi do słuchawki coś uspokajającego i pełnego szacunku, po czym ją odkłada.

— Dobra. W takim razie, co chciałby pan zobaczyć?

— Próbuję zrozumieć, jaki jest ogólny przepływ informacji.

— Znajdujemy się mniej więcej na starcie. Tutaj jest początek rzeki. Źródłem jest Służba Y — wojskowi i amatorscy radiooperatorzy, którzy słuchają komunikatów fryców i przekazują je nam. — Packard bierze kartkę z sakwy motocyklisty i podaje Waterhouse'owi.

To formularz. Na górze ma masę rubryk, w które ktoś wpisał datę (dzisiejszą), czas (kilka godzin temu) i kilka innych informacji, na przykład częstotliwość odbioru. W głównej części blankietu znajduje się miejsce, gdzie pospiesznie drukowanymi literami napisano coś takiego:

AYWBP ROJHK DHAOB QTMDL TUSHI YPIJS LLENJ OPSKY VZPDL EMAOU TAMOG TMOAH EC

Całość poprzedzają dwie grupy po trzy litery:

YUH ABG

— To przyszło z naszej stacji w Kent — mówi Packard. — To szyfr Zięba.

— Czyli od Rommla?

— Tak. Nadano go w Kairze. Zięba ma najwyższy priorytet, dlatego ten szyfrogram jest na wierzchu stosu.

Packard prowadzi Waterhouse'a centralnym korytarzem baraku, pomiędzy rzędami maszynistek. Wybiera jedną dziewczynę, która właśnie kończy wiadomość, i wręcza jej świstek. Ta kładzie go obok maszyny i zaczyna wklepywać.

Z początku Waterhouse myślał, że te maszyny to elektryczne maszyny do pisania zbudowane na sposób brytyjski — wielkie jak stół w jadalni, obudowane stu kilogramami żeliwa, pod maską dziesięciokonny silnik, całość otoczona wysokimi murami i uzbrojonymi strażnikami. Ale teraz, z bliska, widzi, że to coś znacznie bardziej skomplikowanego. Zamiast wałka ma dużą płaską szpulę z wąską papierową taśmą. To nie ta sama taśma, którą widział wcześniej, gdy paliła się, przelatując przez tę wielką machinę. Ta jest węższa, a kiedy wychodzi z maszyny, nie ma wybitych dziurek, które mogłaby odczytać inna maszyna. Gdy dziewczyna, przepisując tekst, naciska kolejny klawisz, na taśmie drukuje się następna litera. Ale nie taka sama jak na klawiszu.

Wpisanie wszystkich liter nie zajmuje jej dużo czasu. Potem oddziera taśmę, która wylazła z maszyny. Przykleja ją — jest samoprzylepna — na pierwotnym szyfrogramie i z nieśmiałym uśmiechem wręcza Packardowi. Ten dziękuje czymś pomiędzy skinieniem głowy a delikatnym ukłonem — coś takiego nie udałoby się żadnemu Amerykaninowi. Zerka na kartkę i podaje ją Waterhouse'owi.

Litery na taśmie głoszą:

EINUNDZWANZIGSTPANZERDMSIONBERICHTET KEINEBESONDEREEREIGNISE

— Żeby uzyskać te ustawienia, trzeba złamać szyfr — a on zmienia się codziennie?

Packard uśmiecha się potwierdzająco.

— O północy. Jeśli zostanie pan tutaj… — zerka na zegarek — jeszcze cztery godziny, zobaczy pan, że świeże radiogramy spływające ze Służby Y zaczną dawać po przepisaniu na Typeksach kompletne bzdury, ponieważ z wybiciem północy fryce zmienią wszystkie kody. Jakby zaczarowana kareta Kopciuszka zmieniła się z powrotem w dynię. Wtedy musimy zanalizować nowe szyfrogramy za pomocy „bomb” i ustalić kody na dany dzień.

— Ile to trwa?

— Czasem mamy szczęście i łamiemy je już około drugiej lub trzeciej z rana. Na ogół jednak trwa to aż do popołudnia lub wieczora. Niekiedy w ogóle się nie udaje.

— No dobrze. To pytanie będzie głupie, ale chciałbym mieć jasność. Te Typeksy — wykonujące tylko mechaniczne operacje deszyfrujące — są zupełnie czymś innym niż „bomby”, które naprawdę łamią kod?

— „Bomby” w porównaniu z tym tutaj są maszynami o całkiem innym, olbrzymim stopniu skomplikowania — zgadza się Packard. — To prawie mechaniczne maszyny myślące.

— Gdzie one są?

— W Baraku 11. Ale teraz nie pracują.

— Jasne. Dopiero po północy, kiedy karoca zmieni się z powrotem w dynię i trzeba będzie łamać jutrzejsze ustawienie Enigmy.

— Właśnie.

Packard podchodzi do małej drewnianej klapki, umieszczonej nisko w zewnętrznej ścianie budynku. Obok niej leży szuflada na akta. Na obu końcach ma haczyki, do każdego z nich uwiązany sznurek. Jeden ze sznurków wala się luźno po podłodze. Drugi znika pod klapą. Packard kładzie szyfrogram na zgromadzonych w szufladzie innych podobnych i odsuwa klapkę, odsłaniając wąski tunel.

— Okay, ty ciągniesz! — krzyczy.

— Okay, ciągnę! — po chwili dobiega odpowiedź. Sznurek napręża się, taca wjeżdża do tunelu i znika.

— Leci do Baraku 3 — wyjaśnia Packard.

— No to ja też — mówi Waterhouse.

Barak 3 jest tylko kilka metrów dalej, po drugiej stronie obowiązkowej ściany przeciwbombowej. Na drzwiach widnieje wypisane: NIEMIECKA SEKCJA WOJSKOWA. Waterhouse domyśla się, że WOJSKOWA ma odróżniać ją od MORSKIEJ, mieszczącej się w Baraku 4. Tutaj stosunek liczby mężczyzn do kobiet jest chyba wyższy. Podczas wojny aż dziwnie patrzeć na tylu zdrowych młodych mężczyzn zgromadzonych w jednej sali. Niektórzy noszą mundury armii lądowej albo RAF, inni cywilne łachy, jest nawet jeden oficer marynarki wojennej.

Środek budynku zajmuje wielki podkowiasty stół. Z boku stoi jeszcze jeden, prostokątny. Każde krzesło przy każdym z nich zajmuje skupiony pracownik. Kartki z przechwyconymi radiogramami wpływają do baraku na drewnianej tacy, a potem przesuwają się od stanowiska do stanowiska według jakiegoś ściśle zorganizowanego schematu, którego Waterhouse na razie nie bardzo może zrozumieć. Ktoś wyjaśnia mu, że „bomby” dopiero po zachodzie słońca złamały dzisiejsze kody i dlatego tunelem z Baraku 6 właśnie przypłynął ładunek radiogramów z całego dnia.

Na razie postanawia postrzegać ten barak jako matematyczną czarną skrzynkę — to znaczy, skupić się tylko na jej informacyjnych wejściach i wyjściach, całkowicie ignorując wewnętrzne szczegóły. Całe Bletchley Park jest swego rodzaju czarną skrzynką: wchodzą do niej losowe grupki liter, wychodzą strategiczne informacje wywiadowcze, a wewnętrzne niuanse nie interesują większości osób z grupy Ultra. Pytanie, na które Waterhouse ma znaleźć odpowiedź, brzmi: czy z tego miejsca wychodzi jeszcze jeden wektor informacji, ukryty podprogowo w radiogramach i postępowaniu alianckich dowódców. I czy wskazuje on na doktora Rudolfa von Hacklhebera?

Kinakuta

Ktoś, kto projektował korytarze powietrzne dla nowego lotniska sułtana, musiał mieć konszachty z Izbą Handlową Kinakuty. Jeżeli szczęśliwie dostanie się fotel po lewej stronie, tak jak Randy Waterhouse, widok z okna podczas podejścia do lądowania przypomina film reklamowy.

Matowozielone stoki wyrastają ze spokojnego, błękitnego morza i pną się tak wysoko, że na szczytach oprósza je śnieg, mimo iż wyspa leży tylko siedem stopni na północ od równika. Randy od razu widzi, co miał na myśli Avi, mówiąc, że jest po brzegach muzułmańska, a w środku animistyczna. Jedyne miejsce, gdzie można ewentualnie zbudować coś przypominającego nowoczesne miasto to wybrzeże, tam wyspę otacza rąbek płaskiego gruntu — beżowa skorupka wokół olbrzymiego szmaragdu. Największa nizina znajduje się na północno-wschodnim krańcu, gdzie na poldery wylewa się główna rzeka, rozszerzając się w deltowate ujście, wychodzące na kilka mil w głąb morza Sulu.

Na dziesięć minut przed pojawieniem się w zasięgu wzroku miasta Kinakuta Randy'emu nudzi się liczenie szybów naftowych. Z wysoka wyglądają jak rozsiane po płyciznach płonące zapory przeciwczołgowe, mające powstrzymać atak piechoty morskiej. Gdy samolot wytraca wysokość, zaczynają przypominać fabryki na szczudłach, zwieńczone wysokimi pochodniami spalającymi kłopotliwy naturalny gaz. W miarę zbliżania się do wody wygląda to coraz groźniej, jakby pilot lawirował pomiędzy słupami ognia mogącymi usmażyć 777 w locie jak gołębia.

Miasto Kinakuta wygląda nowocześniej niż wszystkie miasta amerykańskie. Próbował coś o nim przeczytać, ale znalazł niewiele: kilka hasełek w encyklopediach, trochę drobnych wzmianek w historii II wojny światowej, parę kąśliwych, choć ciepłych artykułów w „Economist”. Odświeżając swe dawne umiejętności z wypożyczalni międzybibliotecznej, zapłacił Bibliotece Kongresu za wykonanie kopii jedynej książki poświęconej wyłącznie Kinakucie — jednego z miliona dawno niewznawianych pamiętników z II wojny światowej, które pisali szeregowcy w latach pięćdziesiątych i późnych czterdziestych. Na razie nie miał czasu tego przeczytać, więc pięciocentymetrowy stos kartek robi za balast w walizce.

W każdym razie żadna z map nie pokazuje dzisiejszego Kinakuta City. Wszystkie budowle z czasów wojny zrównano z ziemią i zastąpiono nowymi. Rzekę skierowano nowym korytem. Przeszkadzającą Górę Elizy wysadzono w powietrze, a powstały gruz wsypano do morza, tworząc kilka kilometrów kwadratowych nowych działek, w większości pochłoniętych przez lotnisko. Wybuchy były tak głośne, że rządy Filipin i Borneo oddalonych o setki mil złożyły protesty. Ściągnęły także na wyspę gniew Greenpeace, który obawiał się, że sułtan wystraszy wieloryby ze środkowego Pacyfiku. Dlatego Randy spodziewał się, że pół miasta zajmuje dymiący krater, co oczywiście jest nieprawdą. Kikut Góry Elizy został elegancko wybetonowany i posłużył za fundament dla nowego Miasta Technologii. Wszystkie stojące tam, a także gdzie indziej drapacze chmur mają spiczaste wierzchołki przywołujące tradycyjną architekturę, dawno już zwaloną buldożerami i wypełniającą gruzem port. Wiekowy pałac sułtana jest jedynym budynkiem w zasięgu wzroku wyglądającym na więcej niż dziesięć lat. Otoczony kilometrami wieżowców z błękitnego szkła przypomina zamrożony w tafli lodu czerwonawo-beżowy paproch.

Kiedy Randy skupia na nim wzrok, wszystko odpowiednio się ustawia. Nachyla się i ryzykując reprymendę stewardesy, wyciąga spod siedzenia torbę, a z niej — fotokopię pamiętników żołnierza. Na jednej z pierwszych stron jest mapa Kinakuty z roku 1945, z pałacem sułtana dokładnie pośrodku. Randy obraca ją przed twarzą jak spanikowany szofer kierownicę i próbuje ustawić ją zgodnie z tym, co widzi. Tu rzeka. Tu Góra Elizy, gdzie Nippończycy mieli kiedyś jednostkę wywiadu radiowego i stację radiową, wszystko to wzniesione siłami niewolników. Tutaj dawne lotnisko japońskiego lotnictwa morskiego; dopóki nie zbudowano nowego, służyło także samolotom cywilnym. Teraz stoi tam stado żółtych dźwigów, górujących nad błękitną mgławicą stali zbrojeniowej, oświetlanej konstelacją migocących białych gwiazd — pracujących spawaczy.

Obok leży coś, co wydaje się nie pasować: szmaragdowozielone poletko, wielkości może kilku kwartałów, otoczone kamiennym murem. Wewnątrz ma spokojny stawik na jednym końcu — 777 leci teraz tak nisko, że Randy może policzyć liście lilii wodnych — maleńką sintoistyczną świątynię wyciosaną z czarnego kamienia oraz niewielką bambusową herbaciarnię. Randy przyciska nos do szyby i gapi się w to miejsce, dopóki nie przesłania mu go wyrastający tuż za końcem skrzydła mieszkalny wysokościowiec. Przez otwarte okno kuchni dostrzega w mikrosekundowej migawce zgrabną kobietę zamierzającą się tasakiem na orzech kokosowy.

Ten ogród wyglądał jakby przeniesiony o półtora tysiąca kilometrów z północy — z Nipponu. Gdy Randy domyśla się wreszcie, co to takiego, włosy na karku stają mu dęba.

Randy wsiadł do tego samolotu kilka godzin temu na lotnisku Ninoy Aquino w Manili. Lot miał opóźnienie, było więc dużo czasu, żeby przyjrzeć się innym pasażerom: trzech białych, w tym on sam, kilkudziesięciu Malajczyków (Kinakutańczycy albo Filipińczycy), a reszta — Nippończycy. Kilku z nich wyglądało na biznesmenów, podróżujących indywidualnie bądź w grupkach po dwóch lub trzech, pozostali zaś należeli do jakiejś zorganizowanej wycieczki — wmaszerowali do hali odlotów dokładnie czterdzieści pięć minut przed czasem i ustawili się w kolejce przed młodą kobietą w granatowej spódniczce, unoszącą na drążku eleganckie małe logo. Emeryci.

Celem ich podróży nie jest Miasto Technologii ani żaden z cudacznych spiczastych drapaczy chmur w dzielnicy bankowej. Jadą do tego ogrodzonego murem ogrodu, zbudowanego nad masowym grobem kryjącym ciała trzech i pół tysiąca nippońskich żołnierzy. Wszyscy zginęli 23 sierpnia 1945 roku.

Dom Qwghlmiański

Waterhouse przeciska się tam i z powrotem cichą boczną uliczką, odczytując mosiężne tabliczki na krzepkich murowanych szeregówkach.

STOWARZYSZENIE ZJEDNOCZENIA HINDUIZMU Z ISLAMEM

TOWARZYSTWO PRZYJAŹNI ANGLO-LAPOŃSKIEJ

ZRZESZENIE KRYTYKANTÓW

CHIANG-TSE, TOWARZYSTWO SAMOPOMOCY

KRÓLEWSKI KOMITET ZAPOBIEGANIA ZUŻYCIU KABESTANÓW OKRĘTOWYCH

FUNDACJA PROPAGOWANIA ŁĄTKI BOLGERA

LIGA ANTYWALIJSKA

COMITET DO SPRAW REFORM ANGIELSKIEY ORTOGRAFYI

KOALICJA NA RZECZ ZAPOBIEGANIA OKRUCIEŃSTWU WOBEC SZKODNIKÓW

KOŚCIÓŁ WEDYJSKIEJ KWANTOWEJ ŚWIADOMOŚCI ETYCZNEJ

Najpierw bierze Dom Qwghlmiański za najmniejszy i najpodlej zlokalizowany dom towarowy na świecie. Ma okno w wykuszu, nachylające się nad chodnikiem jak taran rzymskiej triremy, porośnięte wiktoriańskimi ozdóbkami i mieszczące skromniutką wystawę: bezgłowego manekina odzianego w strój jakby utkany ze stalowej wełny (może upamiętniający wojenny niedostatek?); kupkę żółtawego błota z wbitą łopatą oraz jeszcze jednego manekina (niedawno wciśniętego w kąt) ubranego w mundur marynarki wojennej, dzierżącego wycięty z deski karabin.

Waterhouse znalazł przeżarty przez mole książkowe egzemplarz „Encyclopedia Qwghlmiana” z tydzień temu w antykwariacie nieopodal British Museum. Od tej pory nosił ją w walizce, zażywając po jednej lub dwie strony naraz, jak dawki silnego lekarstwa. W „Encyclopedii” przewijają się trzy tematy, dominujące nad każdym jej akapitem, tak jak Trzy Sghry dominują nad krajobrazem Górnego Qwghlm. Dwa z nich to wełna i guano, choć Owghlmianie w swym prastarym, sui generis języku nazywają je inaczej. Faktycznie, występuje tutaj ta sama hiperspecjalizacja językowa, co u Eskimosów wśród słów oznaczających śnieg, a u Arabów — piasek. „Encyclopedia Owghlmiana” nigdy nie używa angielskich słów „wełna” i „guano”, chyba że w celu napiętnowania podłych odpowiedników tych produktów, które eksportuje na przykład Szkocja, chcąc perfidnie oszukać naiwnych kupców dominujących na światowych rynkach. Aby dowiedzieć się, przez dedukcję, co to naprawdę za produkty, Waterhouse musiał przeczytać „Encyclopedię” niemal od deski do deski i skorzystać ze swych umiejętności kryptoanalitycznych.

Dowiedziawszy się tyle o tych produktach, z fascynacją patrzy, jak dumnie wystawiają je w sercu kosmopolitycznego miasta: sterta guana i kobieta odziana w wełnę{Waterhouse postanowił, że nie będzie wygłupiał się, usiłując wymówić qwghlmiańskie słowa i będzie używał wyłącznie ich angielskich odpowiedników (przyp. aut.).}. Jej szata jest jednolicie szara, zgodnie z qwghlmiańską tradycją, która gardzi barwnikami, tym obrzydliwym i kurewskim wynalazkiem Szkotów. Górną część jej stroju stanowi sweter, wyglądający jak z filcu. Po bliższym przyjrzeniu się wychodzi jednak na jaw, że to dzianina, jak każdy inny sweter. Aby wyewoluowały qwghlmiańskie owce, wiele ich poprzednich musiało paść trupem z zimna. Ich wełna słynie z gęstości, poskręcanych jak korkociągi włókien i odporności na wszelkie znane chemiczne procesy rozprostowujące. Daje matowy wygląd, według „Encyclopedii” niezwykle pożądany i szalenie bogato opisany.

Trzeci tom „Encyclopedii Owghlmiana” podpowiada manekin z karabinem.

O mur nieopodal wejścia opiera się stary odziany w starożytny wariant munduru Home Guard, ten z pumpami. Jego łydki spowijają wspaniałe skarpety z odmiany qwghlmiańskiej wełny, podwiązane tuż pod kolanem opaskami splecionymi z grubych sznurów, które układają się w nieco celtycki splot. („Encyclopedia” prawie na każdej stronie oświadcza, że Owghlmianie nie są Celtami, choć to od nich pochodzą najlepsze cechy kultury celtyckiej). Te podwiązki są tradycyjną ozdobą prawdziwych Qwghlmian; dżentelmeni noszą je pod spodniami garniturów. Tradycyjnie robiono je z długich, cienkich ogonów skrrghów — najpospolitszych rodzimych ssaków na wyspach. „Encyclopedia” definiuje je następująco: „Niewielki ssak z rzędu Rodentia (gryzonie) i rodziny Muridae (myszowate), pospolity na wyspach, żywiący się głównie jajami ptaków morskich. Przy obfitości pożywienia b. płodny. Podziwiany, a nawet naśladowany przez Owghlmian za swą odporność i łatwość przystosowania”.

Waterhouse stoi przed wejściem przez jakiś czas, rozkoszując się papierosem i przypatrując owym podwiązkom. Wtem manekin nieznacznie się porusza. Waterhouse'owi wydaje się, że trącony przez wiatr zaraz upadnie, ale potem zauważa, że to żywy człowiek i tak naprawdę nie wywraca się, tylko przestępuje z nogi na nogę.

Dziadek zauważa go, uśmiecha się grobowo i wypowiada jakieś słowa powitalne w swym języku, który, co oczywiste, jeszcze mniej niż angielski nadaje się do transkrypcji na alfabet łaciński.

— Dobry — mówi Waterhouse.

Staruszek odpowiada czymś dłuższym i bardziej skomplikowanym. Po chwili Waterhouse (teraz jako kryptoanalityk szuka znaczenia pośród pozornej przypadkowości, jego układy neuronowe wykorzystują redundancję sygnału) zdaje sobie sprawę, że jest to angielski z potwornie silnym akcentem. Wnioskuje więc, że jego interlokutor powiedział: „A z której części Stanów pan jest?”.

— Moja rodzina sporo się przeprowadzała — odpowiada. — Powiedzmy, że z Dakoty Południowej.

— Aha — wieloznacznie odzywa się staruszek, jednocześnie zapierając się o skrzydło drzwi, które po chwili zaczyna ustępować. Ręcznie kute żelazne zawiasy okropnie zgrzytają o grube na cal sworznie. Wreszcie drzwi zderzają się z jakimś groźnym Ogranicznikiem. Dziadek wciąż na nie napiera, wychylając ciało pod kątem czterdziestu pięciu stopni, tak by nie zatrzasnęły się z powrotem i nie zmiażdżyły Waterhouse'a, który przemyka obok niego. Maleńką sień przytłacza rzeźba — dwie nimfetki w zwiewnych woalach okładające razami czmychającą staruchę, całość zatytułowana: „Siła Ducha i Umiejętność Przystosowania wypędzają Nieszczęście”.

Operację powtarzają kilka razy; każde kolejne drzwi są lżejsze, choć coraz bardziej bogato zdobione. Wyjaśnia się, że ów pierwszy pokój był naprawdę pre-awant-przed-przed-pokojem, tak więc dotarcie do wnętrza Domu Owghlmiańskiego zajmuje trochę czasu. Tymczasem znaleźli się już chyba dobrze w środku kwartału ulic; Waterhouse spodziewa się trochę, że zaraz załomocze gdzieś pociąg metra. Ląduje natomiast w pozbawionym okien, wyłożonym boazerią salonie z kryształowym żyrandolem, który jest boleśnie jaskrawy, choć nie wydaje się, żeby dawał za wiele światła. Stopy Waterhouse'a toną w krzykliwym dywanie, tak głęboko, że omal nie trzaska mu ścięgno. Drugi koniec salonu strzeżony jest przez solidne Biurko z potężną Lady za nim. Tu i ówdzie stoją wielkie hebanowe windsorskie krzesła, mające delikatny, choć groźny wygląd pradawnych pułapek na zwierzynę.

Na ścianach wiszą rozmaite olejne obrazy. Po pierwszym spojrzeniu Waterhouse dzieli je na wyższe niż szersze oraz pozostałe. Ta pierwsza kategoria to portrety dżentelmenów; wszyscy chyba mają wspólną genetyczną wadę w jakiś sposób deformującą czaszkę. Druga — landszafty, zwłaszcza morskie, mroczne i burzliwe. Ci qwghlmiańscy malarze tak lubią tę produkowaną na miejscu zielonkawo-niebiesko-szarą farbę{Według „Encyclopedii Qwghlmiana”, wytwarzana jest z porostów (przyp. aut.).}, że kładą ją jak łopatą.

Waterhouse walczy z wsysającym go włosem dywanu, aż dociera do Biurka, gdzie pozdrawia go Lady, ściska dłoń i wykrzywia twarz w czymś na kształt uśmiechu. Następuje długa, grzeczna rutynowa gadka, z której Waterhouse zapamiętuje jedynie: „Lord Woadmire niebawem pana przywita” oraz „Herbaty?”.

Zgadza się na herbatę, bo podejrzewa, że owa lady (już zapomniał jej nazwisko) specjalnie się tu nie przepracowuje. Wyraźnie niezadowolona unosi się z krzesła i ginie gdzieś w głębokich i wąskich zakamarkach budowli. Dziadek już wrócił na posterunek przed drzwiami.

Na ścianie za biurkiem wisi fotografia króla. Waterhouse, dopóki Chattan dyskretnie go nie poinformował, nie miał pojęcia, że pełny tytuł Jego Wysokości to nie tylko „Z łaski Bożej król Anglii”, ale „Z.ł.B.k. Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, wysp Man, Guernsey, Jersey oraz Qwghlm Górnego i Dolnego”.

Obok znajduje się mniejsze zdjęcie człowieka, z którym się zaraz spotka. „Encyclopedia”, wydana kilkadziesiąt lat temu, omawia go i jego ród dość szkicowo; Waterhouse musiał więc przeprowadzić pewne dodatkowe badania. Ten człowiek jest spokrewniony z Windsorami w sposób tak pogmatwany, że można to opisać tylko przy użyciu specjalistycznych terminów genealogicznych.

Urodził się jako graf Heinrich Karl Wilhelm Otto Friedrich von Ubersetzenseehafenstadt, ale w roku 1914 zmienił nazwisko na Nigel St. John Gloamthorpby vel lord Woadmire. Na portrecie wygląda wypisz wymaluj na von Ubersetzenseehafenstadta i nie ma takiej dziwnej czaszki, jak reszta z tych wszystkich starszych obrazów. Lord Woadmire nie jest spokrewniony z pierwotnym rodem książąt Qwghlm, rodziną Moore (nazwisko zangielszczone z qwghlmiańskiej nazwy klanu — Mnyhrrgh), która zakończyła swój żywot w roku 1888 wskutek widowiskowo nieprawdopodobnego zbiegu schistosomatozy, samobójstw, jątrzących się ran z wojny krymskiej, piorunów kulistych, wybuchających armat, upadków z konia, niewłaściwie konserwowanych ostryg i zbłąkanych fal.

Herbaty przez jakiś czas nie otrzymuje, a lord Woadmire również nie spieszy się specjalnie do wygrania wojny, Waterhouse krąży zatem po salonie i udaje, że interesują go obrazy. Największy z nich przedstawia rannych i pobitych Rzymian, gramolących się ciężko na niegościnny skalisty brzeg. Wokół fale wyrzucają szczątki ich floty inwazyjnej. Na pierwszym planie, pośrodku, znajduje się pewien nieźle pokancerowany Rzymianin; siedzi znużony na skale, ze zdrętwiałej dłoni zwisa mu złamany miecz, wpatruje się tęsknie w słoneczną, rajską wyspę, od której dzieli go parę mil wzburzonej wody. Wyspę obficie porastają wysokie drzewa, ukwiecone łąki i zielone pastwiska, ale i tak można poznać, że to Górny Qwghlm — po górujących nad nią Trzech Sghrach. Strzeże jej parę zamków, a jasne, prawie karaibskie plaże są zasłane barwnymi proporcami obrońców wyspy, którzy (jak należy założyć) właśnie tak dołożyli Rzymianom, że ci prędko tego nie zapomną. Waterhouse nie musi nawet schylać się i wpatrywać w tabliczkę; bez tego wie, że tematem malowidła jest nieudana, a zapewne także apokryficzna próba wcielenia archipelagu Owghlm do Imperium Rzymskiego przez Juliusza Cezara; najdalsza prowincja i najgorszy pomysł, jaki kiedykolwiek przyszedł mu do głowy. Powiedzieć, że Owghlmianie nie zapomnieli tego wydarzenia, to jak oznajmić, że Niemcy są czasami trochę irytujący.

— Gdzie poddał się Cezar, jakąż nadzieję ma Hitler?

Waterhouse odwraca się w stronę, skąd dobiega głos, i zauważa Nigela St. John Gloamthorpby'ego vel lorda Woadmire, vel diuka Qwghlm. Facet jest raczej niski. Waterhouse, unosząc wysoko nogi jak bocian, maszeruje przez dywan, by uścisnąć mu dłoń. Chociaż pułkownik Chattan zrobił mu wykład na temat właściwych form zwracania się do diuka, Waterhouse zapomniał to równie dokładnie jak drzewo genealogiczne rodu diuka. Postanawia więc tak kształtować swe wypowiedzi, by unikać zwracania się doń po nazwisku lub przez zaimek. To będzie fajna zabawa i czas mu szybciej zleci.

— Niezły obraz — mówi Waterhouse — naprawdę niekiepski.

— Nasze wyspy wydadzą się panu nie mniej nadzwyczajnymi i to z tego samego powodu — niejasno odpowiada diuk.

W następnym momencie, kiedy Waterhouse uświadamia sobie naprawdę, co się dzieje, siedzi już w jego gabinecie. Sądzi, że pewnie odbyła się jakaś grzecznościowa konwersacja, ale takich rzeczy nigdy nie ma sensu śledzić. Znów, po raz drugi lub trzeci, proponują mu herbatę, on zgadza się, ale herbata jakoś nie chce się zmaterializować.

— Pułkownik Chattan jest nad Morzem Śródziemnym, więc wysłano mnie w zastępstwie — wyjaśnia Waterhouse — nie po to, by marnować czas na omawianie detali logistycznych, lecz abym wyraził naszą wdzięczność za tę niezwykłą w swej hojności propozycję dotyczącą zamku. — Poszło! Obyło się bez zaimków i nie popełnił żadnej gafy.

— Ależ skąd! — Diuk bierze to za afront. Przemawia niespiesznymi, dystyngowanymi frazami człowieka, który w pamięci kartkuje słownik niemiecko-angielski. — Nawet pomijając moje osobiste… zobowiązania patriotyczne… oczywiście przyjmowane chętnie i z radością… teraz jakby to stało się, jakby… bardzo modne, żeby trzymać… w swojej… spiżarni… cały pluton… umundurowanych ludzi.

— Wiele znakomitych domów angielskich pomaga nam w miarę swych możliwości — potwierdza Waterhouse.

— No cóż… a zatem… proszę go użyć! — mówi diuk. — Proszę się nie… krępować! Wykorzystajcie go… jak należy! Dokumentnie! Ten zamek przeżył… tysiące qwghlmiańskich zim i przetrwa… najgorsze, co możecie mu zgotować.

— Już niedługo mamy nadzieję rozlokować tam niewielką jednostkę. — Waterhouse kiwa głową.

— A czy mógłbym… zaspokoić moją… ciekawość… i dowiedzieć się… jaka to jednostka? — mówi diuk i odchodzi krok w tył.

Waterhouse jest na to przygotowany. Jest aż tak przygotowany, że musi się ugryźć w język i postarać o ton konfidencjonalny.

— Radionamiernik.

— Radionamiernik?!

— Odbiornik radiowy wysokiej częstotliwości z anteną kierunkową. Sposób na określenie pozycji różnych nadajników radiowych przez namierzanie ich z kilku różnych punktów.

— Sądziłbym… przypuszczałbym, że wiecie, gdzie są wszystkie… niemieckie… nadajniki.

— Wiemy o wszystkich, z wyjątkiem tych, które się poruszają.

— Poruszają?! — Diuk marszczy brwi, wyobrażając sobie olbrzymi nadajnik — budynek, maszt z anteną i tak dalej — zamontowany na czterech równoległych szynach kolejowych jak Gruba Berta i jadący po stepie dzięki sile mięśni zaprzężonych doń Ukraińców.

— Na przykład U-Booty — delikatnie podsuwa Waterhouse.

— Aha! — impulsywnie rzuca diuk. — Aha! — Odchyla się w skrzypiącym skórzanym fotelu, w myśli rysując sobie całkiem nowy obraz. — One… wynurzają się, tak, i nadają… przez radio?

— Właśnie.

— A wy… podsłuchujecie.

— Gdyby tylko się dało! — mówi Waterhouse. — Niestety. Niemcy z pomocą swoich słynnych matematycznych geniuszy wynaleźli szyfry, które są niemożliwe do złamania. Nie mamy zielonego pojęcia, co oni tam nadają. Ale dzięki radionamiernikom możemy ustalić, skąd nadają i odpowiednio skierować nasze konwoje.

— Aha.

— Chcemy zatem zamontować na dachu zamku wielkie obrotowe anteny i zakwaterować tu specjalistów od namiarów.

Diuk marszczy brwi.

— Zabezpieczycie się odpowiednio… przed błyskawicami?

— Naturalnie.

— Wiecie również, że już w sierpniu można… spodziewać się… zamieci śnieżnych i oblodzenia?

— Prognozy Królewskiej Owghlmiańskiej Stacji Meteorologicznej w zasadzie nie pozostawiają zbyt wiele dla wyobraźni.

— A zatem dobrze! — krzyczy diuk, ekscytując się tym pomysłem. — To proszę skorzystać z zamku! I dać im… dać im popalić!

Electrical Till Corporation

Ta keja zastawiona stosami drewnianych skrzyń i stalowych beczek jest dowodem powoli krystalizującego się alianckiego planu: załatwienia państw Osi przez zasypanie ich górą produktów przemysłowych. Produkty te wypluły z siebie ładownie statków z Ameryki, Anglii i Indii; leżą tu, bo Australia na razie nie wie, co z nimi począć. To nie jedyna keja w Sydney uginająca się pod ciężarem ładunku, ale ponieważ ta tutaj nie służy do niczego więcej, towary piętrzą się wyżej, są starsze, bardziej pordzewiałe, oszronione solą, upstrzone mewim gównem, i roi się wśród nich od szczurów.

Pomiędzy nimi przeciska się facet, próbuje nie usmarować się jeszcze bardziej ptasimi odchodami. Nosi mundur majora Sił Lądowych USA. Ma też ciężką walizkę. Nazywa się Comstock.

W walizce ma rozmaite dokumenty tożsamości, papiery uwierzytelniające oraz robiący wrażenie list z biura samego Generała w Brisbane. Miał już okazję pokazać to wszystko australijskim strażnikom, podstarzałym, ale dziwnie groźnym z tymi hełmami i karabinami z I wojny. Na nabrzeżu roi się od nich. Nie mówią żadnym rozpoznawalnym przez majora dialektem angielskim, zresztą jego też nie rozumieją, ale umieją przeczytać, co napisano w papierach.

Zachodzi słońce i budzą się szczury. Major cały dzień łaził po porcie. Był na wojnie i w wojsku wystarczająco długo, by wiedzieć, że to, czego szuka, odkryje na ostatniej przeszukiwanej kei — tak się składa, że to właśnie ta. Jeśli zacznie szukać od jej końca, znajdzie te rzeczy na początku, i na odwrót. Tym bardziej trzeba wykazać się spostrzegawczością. Rozgląda się wokół, a upewniwszy się, że nie ma w pobliżu żadnych przeciekających beczek z paliwem lotniczym, zapala papierosa. Wojna to piekło, ale jak się zapali, da się wytrzymać.

Port Sydney o zachodzie słońca jest wspaniały, ale on patrzył nań cały dzień i właściwie już wcale go nie widzi. Ponieważ nie ma nic lepszego do roboty, otwiera walizkę. Trzyma tam książkę w miękkiej oprawie, już przeczytaną. A także skoroszyt zawierający pożółkłe, kruszące się warstwy osadów, skamieniałości, które tylko archeolog umiałby rozdzielić. To historia o tym, jak Generał, opuściwszy Corregidor i osiadłszy w kwietniu w Australii, wysłał zapotrzebowanie na pewien sprzęt. Jak to zapotrzebowanie przesłano do Ameryki, gdzie odbijało się jak w bilardzie po nieskończonym labiryncie organów wojskowej i cywilnej biurokracji, jak ów sprzęt został w stosownym czasie wyprodukowany, skompletowany, przewieziony tędy i owędy na ciężarówkach i wreszcie załadowany na statek; i wreszcie, pewne dowody sugerujące, że tenże statek kilka miesięcy temu odwiedził Port Sydney. Nie ma dowodu, że wyładował ów sprzęt, ale statki zawsze w portach coś wyładowują: Comstock będzie na razie musiał zadowolić się takim założeniem.

Wypaliwszy papierosa, kontynuuje poszukiwania. Niektóre papiery w skoroszycie podają pewne magiczne liczby, które powinny być namalowane na skrzyniach; przynajmniej tak założył w swoich całodziennych poszukiwaniach. Jeśli mylił się, będzie musiał wrócić i jeszcze raz sprawdzić każdą skrzynię w całym porcie. Aby faktycznie zerknąć na numer skrzyni, trzeba nieraz przeciskać się pomiędzy ich stosami i wycierać z nich skrywający kluczowe informacje kurz i brud. Major jest teraz umorusany jak frontowy żołdak.

Kiedy zbliża się do końca kei, jego oko wyłapuje skupisko skrzyń, które chyba należą do tego samego rodzaju, ponieważ ich solna skorupa ma podobną grubość. Na dole, gdzie zbiera się woda, grubo ciosane deski przegniły. Na górze, gdzie praży słońce, spaczyły się i popękały. Gdzieś muszą być wymalowane numery, ale wzrok Comstocka przyciąga coś innego: coś, co porusza serce, tak jak widok amerykańskiej flagi trzepoczącej w porannym słońcu porusza serce żołnierza piechoty w okrążeniu. Te skrzynie dumnie noszą skrót nazwy firmy, w której pracował major Comstock (i większość jego towarzyszy broni z Brisbane), zanim zostali hurtem wcieleni do Służby Wywiadu Łączności Sił Lądowych. Litery są wyblakłe i zakurzone, ale on poznałby je wszędzie: stanowią logo, znak firmowy, winietę firmy ETC — Electrical Till Corporation.

Krypta

Terminal lotniska ma chyba przypominać kształtem rząd stłoczonych malajskich domostw. Świeżo malowany rękaw wysuwa się jak minóg i przysysa neoprenowym pyskiem do boku samolotu. Grupa nippońskich emerytów nie rusza się z miejsc, kulturalnie pozwalając wysiąść biznesmenom. „Proszę iść, ludzie, którym składamy wizytę, mogą sobie poczekać”.

Gdy Randy idzie przez rękaw, na jego skórze skrapla się jednocześnie wilgoć i paliwo lotnicze; zaczyna się pocić. Wchodzi do budynku terminalu, który choć podobny do malajskich domów, jest zaprojektowany tak, by wyglądał dokładnie jak każde inne świeżo zbudowane lotnisko. Chłód klimatyzacji uderza w twarz jak szpikulec. Stawia torby na podłodze i zatrzymuje się, by pozbierać myśli przed wielkim jak boisko do siatkówki malowidłem Leroya Neimana, przedstawiającym sułtana grającego w polo. Na czas krótkiego, wyboistego lotu uwiązł w fotelu przy oknie i nie zdołał przedostać się do toalety, za to teraz znajduje jakąś i leje tak zawzięcie, że pisuar zaczyna jodłować.

Kiedy zaspokojony odchodzi od niego, uświadamia sobie obecność jeszcze jednego człowieka, który odwraca się od sąsiedniego pisuaru — to jeden z tych nippońskich biznesmenów, co niedawno wysiedli z samolotu. Kilka miesięcy temu jego obecność w ogóle uniemożliwiłaby Randy'emu odlanie się. Dziś nawet go nie zauważył. Jako osoba od zawsze cierpiąca na fobię toalety publicznej, Randy jest szczęśliwy, że wreszcie trafił na magiczne panaceum: nie uważaj się za dominującego samca Alfa, ale zatop się w myślach tak głęboko, by nie zauważać innych ludzi. Przez tę fobię twój organizm chce ci powiedzieć, że za intensywnie pracujesz głową, że trzeba wynieść się z uczelni i wreszcie, kurwa, znaleźć jakąś pracę.

— Widział pan stronę internetową Ministerstwa Informacji? — odzywa się biznesmen. Ma na sobie doskonały antracytowy garnitur w drobne prążki, który nosi z taką łatwością, jak Randy pamiątkową koszulkę z V Konferencji Hakerów, luźne spodnie i indiańskie sandały.

— Ojej! — wypala Randy. — Zupełnie zapomniałem! — Wybuchają śmiechem. W dłoni Nippończyka iluzjonistycznym sposobem pojawia się wizytówka. Randy musi rozedrzeć rzepa w swej saszetce i pogrzebać w niej. Wymieniają karty w tradycyjny azjatycki sposób, dwiema rękami. Avi kazał Randy'emu ćwiczyć to niemal do perfekcji. Obaj kłaniają się, na co skomputeryzowane, automatyczne pisuary reagują bulgotem. Drzwi umywalni otwierają się i wchodzi starszy Nip, przewodnik siwowłosego stada.

Sierżant Sił Lądowych USA w stanie spoczynku, Sean Daniel McGee w swoich wojennych pamiętnikach, gdzie wspomina Kinakutę, określa Nippończyków właśnie słowem „Nip”. Randy ma w torbie fotokopię tej książki. To strasznie obelżywy i rasistowski epitet. Jednakowoż, na Anglików mówi się „Angole”, a na Amerykanów — „Jankesi”, prawda? Nazwanie Nippończyka Nipem to przecież to samo. A może to raczej to samo co nazwanie Chińczyka Chinolem? Podczas setek godzin spotkań i w megabajtach zaszyfrowanych e-maili, które Randy, Avi, John Cantrell, Tom Howard, Eberhard Fóhr i Beryl wymienili, zakładając firmę Epiphyte(2), każdy z nich niechcący użył raz czy dwa słowa „Jap” — skrótu od „Japończyka” — tak samo jak używa się skrótu RAM na określenie Random Access Memory, pamięci o swobodnym dostępie. Lecz „Jap” to oczywiście również obelżywy i rasistowski epitet. Randy wyczuwa, że wszystko zależy od stanu twojego umysłu w chwili, gdy wypowiadasz to słowo. Jeśli tylko chcesz coś skrócić, nie jest to obelgą. Jeśli natomiast wzbudzasz rasistowskie nastroje, do czego czasami zniża się Sean Daniel McGee, to zupełnie inna sprawa.

Ten konkretny nippoński osobnik przedstawia się na wizytówce jako Goto Furudenendu (Ferdynand Goto). Randy, spędziwszy ostatnio sporo czasu na rozgryzaniu schematów organizacyjnych pewnych ważnych firm nipppońskich, wie już, że jest on wiceprezesem ds. specjalnych projektów (cokolwiek to znaczy) w firmie Goto Engineering.

Wie także, że schematy organizacyjne firm nippońskich są gówno warte, a nazwy stanowisk kompletnie nic nie znaczą. Ale zapewne warto zapamiętać fakt, że gość ma takie samo nazwisko jak założyciel firmy.

Wizytówka Randy'ego powiada, że nazywa się on Randall L. Waterhouse (Randy) i że jest wiceprezesem ds. technologii sieciowych firmy Epiphyte Corporation,

Goto i Waterhouse wychodzą z umywalni i kierując się rozrzuconymi po lotnisku piktogramami, ruszają w stronę bagaży.

— Czy odczuł pan zmianę czasu? — jowialnie pyta Goto, cytując (jak podejrzewa Randy) rozmówki angielskie. Jest przystojnym facetem z ujmującym uśmiechem. Ma pewnie koło czterdziestki, choć może i więcej, bo ci Nippończycy mają całkiem inny algorytm starzenia się.

— Nie — odpowiada Randy. Jako komputerowiec, udziela bardzo kiepskich — bo zwięzłych i prawdziwych — odpowiedzi na takie pytania. Dobrze wie, że Goto ma gdzieś jego zmianę czasu. Przychodzi mu też do głowy, że gdyby znalazł się tu Avi, na pewno potrafiłby właściwie skorzystać z tego pytania, wdając się w przyjacielską, towarzyską pogawędkę. Do trzydziestki Randy bardzo przejmował się faktem, że nie umie gadać z ludźmi. Teraz mu to zwisa. Niedługo pewnie będzie z tego dumny. Tymczasem dla dobra wspólnych interesów robi, co może. — Kilka dni siedziałem w Manili i zdążyłem się już przyzwyczaić.

— Aha! A jak tam pana interesy w Manili, w porządku? — odpala Goto.

— A, dziękuję, świetnie — kłamie Randy, stwierdzając, że jego zdolności interpersonalne, jakkolwiek kiepskie, miały już czas na rozbieg. — Przyleciał pan prosto z Tokio?

Uśmiech zamiera na ustach Goto; po chwili wahania odpowiada:

— Tak.

Ton jest wyraźnie protekcjonalny: siedziba Goto Engineering mieści się w Kobe, a stamtąd nie lata się przez Tokio. Goto jednak odpowiedział twierdząco, bo po namyśle zdał sobie sprawę, że gada z pospolitym Jankesem, który mówiąc „Tokio” ma na myśli „te wasze nippońskie wyspy” albo i „gdziekolwiek tam se mieszkacie”.

— Przepraszam — odzywa się Randy. — Chodziło mi o Osakę.

Goto uśmiecha się szeroko i lekko się kłania.

— Właśnie! Przyleciałem z Osaki.

Goto i Waterhouse dryfują z dala od siebie przy odbieraniu bagaży, wymieniają uśmiechy, sunąc przez odprawę celną, i wpadają na siebie na parkingu. Tu pasażerów zaczepiają Kinakutańczycy w białych rękawiczkach oraz pięknych, niby-marynarskich białych mundurach ze złotymi wyłogami i proponują transport do hoteli.

— Pan też mieszka w Foote Mansion? — pyta Goto. To najbardziej luksusowy hotel na Kinakucie. Zna już odpowiedź: jutrzejsze spotkanie zostało zaplanowane tak szczegółowo, jak start wahadłowca.

Randy waha się. Do krawężnika właśnie podjechał największy mercedes, jakiego w życiu widział, na jego szybach para wodna nie tworzy mgły, ale wręcz skrapla się i spływa strumieniami. Wyskoczył zeń kierowca w liberii Foote Mansion, by pozbawić pana Gotę bagażu. Randy wie, że wystarczy drobny ruch w kierunku tego wozu, a wyląduje w luksusowym hotelu, gdzie będzie mógł wziąć prysznic, pooglądać nago telewizję, popijając francuskie wino po sto dolców butelka, pójść na basen albo na masaż.

I to właśnie jest problem. Już czuje, jak więdnie w równikowym upale. Nie może zmięknąć zbyt wcześnie. Jest na nogach dopiero sześć czy siedem godzin. Ma coś do zrobienia. Zmusza się do stanięcia na baczność; przy tym wysiłku poci się tak bardzo, że wilgoć chyba osiada na wszystkim w promieniu kilku metrów.

— Z przyjemnością pojechałbym razem z panem do hotelu — mówi — ale mam jeszcze parę spraw do załatwienia.

Goto rozumie.

— Może spotkamy się na drinku dziś wieczorem.

— Zostawi mi pan wiadomość — mówi Randy. Goto macha do niego zza przydymionej szyby startującego od krawężnika mercedesa. Randy robi w tył zwrot, wraca do muzułmańskiego Dunkin' Donuts, przyjmującego osiem walut i wrzuca coś na ruszt. Potem znów wychodzi i nieznacznie zerka w stronę kolejki taksówek. Natychmiast rzuca się ku niemu jeden z kierowców i zrywa mu z ramienia torbę z ubraniami.

— Do Ministerstwa Informacji — mówi Randy.

Na dłuższą metę trudno powiedzieć, czy sułtanatowi Kinakuty opłaci się posiadanie odpornej na trzęsienia ziemi, wybuchy wulkanów, tsunami i broń termojądrową siedziby Ministerstwa Informacji, z olbrzymim podpodziemiem wypchanym potężnymi komputerami i switchami sieciowymi. Ale sułtan zdecydował, że to superpomysł. Zatrudnił paru groźnych Niemców, żeby to zaprojektowali, oraz Goto Engineering, żeby to zbudowali. Nikt oczywiście nie zna się lepiej na klęskach żywiołowych niż Nippończycy; może z wyjątkiem kilku narodów, które dawno wymarły i w związku z tym nie mogą startować do tego typu przetargów. Wiedzą też, podobnie jak Niemcy, jak to jest: zostać zbombardowanym na miazgę.

Oczywiście są też podwykonawcy i całe stada konsultantów. Avi, dokonując cudów swą szybką gadką, załatwił im jeden z największych kontraktów konsultingowych; firma Epiphyte(2) zajmuje się tutaj „integracją systemów”, co oznacza, że ma połączyć masę żelastwa wyprodukowanego przez inne firmy i nadzorować instalację wszystkich tych komputerów, switchów i łączy telekomunikacyjnych.

Jazda trwa zaskakująco krótko. Kinakuta City nie jest zbyt duże, ściśnięte między stromymi pasmami gór, a sułtan wyposażył miasto w mnóstwo ośmiopasmowych autostrad. Taksówka pędzi po ziemi odzyskanej, na której stoi lotnisko, łukiem omija kikut Góry Elizy, ignorując dwa zjazdy do Miasta Technologii i skręca w nieoznakowany ślimak. Nagle więzną w korku złożonym z olbrzymich wywrotek — nippońskich mastodontów z wypisanym wielkimi, samczymi literami słowem GOTO. Naprzeciw nich sunie drugi strumień ciężarówek — identycznych, tylko wyładowanych odłamkami skał. Taksówkarz skręca na prawy pas i wyprzedza je — mniej więcej przez kilometr. Jadą w górę — Randy'emu raz strzyka w uszach. Droga zbudowana jest na dnie wąwozu, wspinającego się na jeden z górskich łańcuchów. Niebawem otaczają ich ciasno wirujące ściany zieleni, jak gąbka chłonące i utrzymujące wewnątrz wieczną chmurę mgły, przez którą od czasu do czasu widać wielobarwne iskry. Randy nie umie powiedzieć, czy to ptaki, czy kwiaty. Kontrast pomiędzy obfitą roślinnością lasu tropikalnego a szarością drogi, młóconej wielkimi jak domy oponami ciężarówek, jest tak silny, że aż dezorientuje.

Taksówka się zatrzymuje. Szofer odwraca głowę i spogląda nań wyczekująco. Randy przez chwilę myśli, że może się zgubił, i czeka na wskazówki. Droga kończy się tutaj, na parkingu tajemniczo usytuowanym pośrodku mglistego lasu. Randy widzi kilka wielkich klimatyzowanych ciężarówek ze znakami różnych nippońskich, niemieckich i amerykańskich firm; kilkadziesiąt samochodów osobowych, tyle samo autobusów. Są tu wszystkie rekwizyty wielkiego placu budowy oraz kilka dodatkowych, na przykład dwie małpy z wielkimi sztywnymi penisami, bijące się o jakąś zdobycz z kontenera ze śmieciami, ale brak placu budowy. Tylko zamykająca drogę ściana zieleni, tak ciemnej, że niemal czarnej.

W tej ciemności znikają puste ciężarówki. Wyjeżdżają pełne, najpierw rozświetlają mgłę i mrok reflektorami, potem barwnymi światełkami zamontowanymi przez kierowców na chłodnicach, następnie błyskiem chromu i szkła, wreszcie pojawiają się same ciężarówki. Oczy Randy'ego przyzwyczajają się do ciemności. Teraz widzi przed sobą oświetlone rtęciowymi lampami wejście do groty.

— Czy mam na pana zaczekać? — pyta taksówkarz.

Randy zerka na licznik, przelicza w pamięci i dochodzi do wniosku, że kurs tutaj kosztował go jakieś dziesięć centów.

— Tak — odpowiada i wysiada. Zadowolony kierowca cofa i zapala papierosa. Randy stoi i z rozdziawionymi ustami gapi się przez dobrą minutę w otwór groty — trochę dlatego że widok jest rzeczywiście niesamowity, a trochę dlatego że płynie stamtąd rzeka przyjemnie chłodnego powietrza. Potem powoli lezie przez parking i znajduje naczepę z napisem „Epiphyte”.

W środku siedzą trzy drobne Kinakutanki; choć nigdy go nie widziały, dokładnie wiedzą, kim jest, i co więcej, zdradzają swój zachwyt, że go widzą. Noszą długie, luźne zwoje jaskrawych tkanin, a pod spodem golfy, dla ochrony przed arktycznym chłodem klimatyzatorów. Wszystkie są aż zbyt wydajne i zrównoważone. Randy wszędzie w Azji Południowo-Wschodniej spotyka kobiety, które powinny szefować General Motors, albo coś w tym stylu. Błyskawicznie rozsyłają przez walkie-talkie wiadomość, że przyjechał, oraz wręczają mu parę ciężkich butów do kolan, kask i telefon komórkowy, wszystko przezornie opatrzone jego nazwiskiem. Po kilku minutach drzwi przyczepy otwiera młody Kinakutańczyk w kasku i ubłoconych buciorach, przedstawia się jako „Steve” i prowadzi Randy'ego do wejścia. Idą wąskim chodnikiem z desek, oświetlonym ciągiem żarówek w drucianych klatkach.

Przez pierwsze sto metrów, czy coś koło tego, grota jest tylko prostym korytarzem, szerokim na tyle, by zmieściły się w nim dwie ciężarówki Goto i wąski chodniczek dla pieszych. Randy przesuwa dłonią po ścianie. Skała jest szorstka i zakurzona, nie gładka jak w naturalnych grotach, widać też świeże rowki wyżłobione młotami pneumatycznymi lub świdrami.

Lecz echo sugeruje, że coś ma się zmienić. Steve wprowadza go do właściwej groty. Jest, hm, dość przepastna. Spokojnie mieści kilkanaście ciężarówek podjeżdżających w koło do załadunku skał i błota. Randy zerka w górę, próbując wypatrzeć sufit, ale widzi jedynie baterię silnych niebiesko-białych lamp, jak na stadionie, z dziesięć metrów nad nim. Dalej jest tylko ciemność i mgła.

Steve odchodzi, by czegoś poszukać, zostawiając Randy'ego na kilka minut samego; to dobrze, ponieważ potrzebuje sporo czasu, by zorientować się, gdzie naprawdę jest.

Niektóre ściany groty są gładkie i naturalne, inne szorstkie, co pozwala odróżnić miejsca, gdzie inżynierowie kazali ją poszerzyć. Podłoże również jest gładkie i niezbyt równe. W niektórych miejscach obniżono je przez wysadzanie i skuwanie, w innych podwyższono, wylewając beton.

Główna hala wydaje się prawie skończona. Tu będą mieścić się biura Ministerstwa Informacji. Głębiej są jeszcze dwie mniejsze groty, w trakcie powiększania. W jednej będzie część inżynieryjna (generatory prądotwórcze i tak dalej), w drugiej systemy komputerowe.

W dziurze ukazuje się potężny facet w białym kasku. To Tom Howard, wiceprezes Epiphyte do spraw systemów. Zdejmuje kask i macha nim zapraszająco do Randy'ego.

Korytarz prowadzący do hali komputerowej jest na tyle szeroki, by mogła przejechać furgonetka, ale nie jest tak równy i poziomy jak główne wejście. Większość miejsca zajmuje wielki i szybki taśmociąg, niosący tony kapiącego szarego błota do głównej groty, gdzie ładuje się je na ciężarówki firmy Goto. Biorąc pod uwagę prawdopodobny koszt i stopień skomplikowania, ten taśmociąg ma mniej więcej tyle wspólnego z normalnym budowlanym urządzeniem, ile myśliwiec F-15 z kukuruźnikiem. W pobliżu niego można wprawdzie mówić, ale nikt nic nie usłyszy, więc Tom, Randy i Kinakutańczyk zwany Steve'em w milczeniu podążają dalej, do odległej o jakieś sto metrów kolejnej groty.

Tutaj zmieściłby się zaledwie niewielki parterowy dom. Przez środek biegnie taśmociąg i znika w następnym otworze; błoto pochodzi gdzieś z głębi góry. Wciąż jest za głośno, by rozmawiać. Podłoga groty została wyrównana betonem; co kilka metrów sterczą z niej rurki, z których dyndają pomarańczowe kabelki — łącza światłowodowe.

Tom podchodzi do kolejnego otworu w ścianie. Wygląda na to, że od tej groty odgałęzia się kilka bocznych. Prowadzi Randy'ego przez dziurę, a potem zatrzymuje go, kładąc mu dłoń na ramieniu: stoją u szczytu drewnianych schodków wbudowanych w prawie pionowy szyb, schodzący jakieś pięć metrów w dół.

— Właśnie widziałeś główną halę ze switchami — mówi Tom. — Kiedy zostanie skończona, będzie to największy router na świecie. W paru innych grotach instalujemy komputery i systemy pamięci masowej. Czyli w zasadzie największy RAID na świecie, wspomagany olbrzymią pamięcią cache.

RAID oznacza Redundant Array of Inexpensive Disks, nadmiarową macierz niedrogich dysków — takie urządzenie pozwala tanio i niezawodnie zapamiętać duże ilości danych; w przechowalni danych potrzeba czegoś takiego.

— No i cały czas odgruzowujemy pozostałe groty — ciągnie Tom. — Ale tutaj odkryliśmy coś, co na pewno cię zainteresuje. — Odwraca się i zaczyna schodzić po schodkach. — Wiesz, że Japończycy podczas wojny mieli w tych grotach schrony przeciwlotnicze?

Randy ma w kieszeni mapę ze swej książki. Rozkłada ją i podsuwa pod żarówkę. No jasne, jest na niej takie miejsce, wysoko w górach, podpisane WEJŚCIE DO SCHRONU PRZECIWLOTNICZEGO I CENTRUM DOWODZENIA.

— I centrum dowodzenia? — dodaje.

— Tak. Skąd wiesz?

— Z wypożyczalni międzybibliotecznej.

— My nie mieliśmy pojęcia, dopóki nie zleźliśmy tam i nie zobaczyliśmy tego mnóstwa kabli i innego elektrycznego szajsu. Musieliśmy to wszystko wypieprzyć, żeby przeciągnąć nasze.

Randy zaczyna schodzić po stopniach.

— Ten szyb był pełen gruzu — mówi Tom — ale widać było, że idą tam kable, dlatego wiedzieliśmy, że tam na dole coś musi być.

Randy nerwowo popatruje na strop.

— Czemu był pełen gruzu? Zawalił się czy co?

— Nie. Japończycy to zrobili. Wrzucali do niego skały, aż całkiem go zasypali. Kilkunastu robotników musiało je przez dwa tygodnie ręcznie wybierać.

— No i co? Do czego prowadziły te kable?

— Do żarówek — odpowiada Tom. — To były tylko kable zasilające, a nie łącznościowe.

— To co oni chcieli tam ukryć? — Randy zszedł już prawie na sam dół i widzi, że jest tam niewielkie pomieszczenie.

— Sam zobacz — mówi Tom i włącza światło.

Jaskinia jest mniej więcej rozmiarów garażu, z porządną, równą podłogą. Stoi tu drewniane biurko, krzesło i komoda, włochata od pięćdziesięcioletniego mchu. A także metalowy kufer, pomalowany na zgniłozielono i wymalowany od szablonu nippońskimi znakami.

— Wyważyłem zamek — dodaje Tom. Podchodzi do skrzyni i unosi wieko. W środku jest pełno książek.

— Co, spodziewałeś się sztabek złota? — zaśmiewa się z miny Randy'ego.

Randy kuca na podłodze i chwyta się za kostki. Z otwartymi ustami gapi się na książki w kufrze.

— Dobrze się czujesz?

— Zajebiste deja vu — mówi Randy.

— Od tego?

— Pewnie. Już to widziałem.

— Gdzie?

— U dziadka na strychu.

Randy wydostaje się z labiryntu jaskiń na parking. Czuje na skórze przyjemne, ciepłe powietrze, ale zaczyna się pocić, chociaż nawet nie dotarł do przyczepy Epiphyte Corp., by oddać kask i buty. Żegna się z trzema kobietami i znów zaskakuje go ich troska i zaangażowanie. Potem przypomina sobie, że nie jest przecież byle przybłędą, tylko udziałowcem i ważnym oficjelem w firmie, która je zatrudnia — płaci im albo je wyzyskuje, niepotrzebne skreślić.

Bardzo powoli idzie przez parking, próbując nie rozgrzewać swego metabolicznego pieca. Do oczekującej na niego taksówki podjechała druga, kierowcy wystawili głowy przez okna i gadają.

Randy, podchodząc do nich, zerka przypadkiem w stronę wejścia do groty. Widzi obramowaną mroczną paszczą, przytłoczoną tytanicznymi kształtami ciężarówek Goto sylwetkę samotnego człowieka, siwowłosego, przygarbionego, ale szczupłego i niemal atletycznego w swym ciepłym dresie i tenisówkach. Stoi tyłem do Randy'ego, twarzą do groty, w dłoni ma długą ukwieconą gałązkę. Jest całkiem nieruchomy — wygląda, jakby zapuścił w błoto korzenie.

Otwierają się przednie drzwi naczepy z napisem Goto Engineering. Po schodkach schodzi młody Nippończyk w białej koszuli, krawacie w paski i pomarańczowym kasku. Energicznie zmierza ku starszemu panu. W pewnej odległości zatrzymuje się, stawia stopy razem i wykonuje ukłon. Randy nie zna Nippończyków na tyle, żeby orientować się w niuansach, ale ów ukłon wygląda mu na niezwykle formalny. Młodzieniec z uśmiechem podchodzi do starszego pana i zapraszająco wskazuje dłonią na naczepę Goto. Tamten wygląda na zdezorientowanego — może grota wygląda już inaczej niż kiedyś — ale po kilku chwilach odpowiada zdawkowym ukłonem i pozwala się odprowadzić na bok.

Randy wsiada do swojej taksówki i mówi do szofera:

— Do Foote Mansion.

Cały czas miał złudzenia, że przeczyta sobie, powoli i dokładnie, od deski do deski, pamiętniki Seana Daniela McGee, ale tak to bywa ze złudzeniami; w drodze do hotelu wyciąga z torby stos fotokopii i zaczyna bez miłosierdzia wydłubywać z niej rodzynki. Większa część opowieści nie ma w ogóle nic wspólnego z Kinakutą — są to doświadczenia McGee walczącego na Nowej Gwinei i Filipinach. McGee nie jest Churchillem, ale ma pewien talent do potoczystych opowieści i podchodzi do wszystkiego z dystansem, co sprawia, że nawet banalne anegdoty dają się czytać. Przy takich zdolnościach narracyjnych musiał robić niezłą karierę w kantynach dla rezerwistów przy piwie; pewnie z tysiąc napitych sierżantów namawiało go, żeby spisał cały ten szajs, jeśli tylko wróci żywy do domu.

Udało mu się wrócić, ale w przeciwieństwie do większości rezerwistów z Filipin po Dniu Zwycięstwa nie poleciał prosto do domu. Zboczył do Sułtanatu Kinakuty, gdzie wciąż stacjonowało około czterech tysięcy nippońskich żołnierzy. To wyjaśnia pewną osobliwość w jego książce. Na ogół we wspomnieniach wojennych Dzień Zwycięstwa pojawia się na ostatniej stronie albo przynajmniej w ostatnim rozdziale, a potem narrator jedzie do domu i kupuje sobie buicka. Lecz u Seana Daniela McGee ten dzień znajduje się mniej więcej w dwóch trzecich książki. Kiedy Randy odkłada na bok część sprzed sierpnia 1945 roku, pozostaje złowrogo gruba sterta kartek. Oczywiste, że sierżant McGee ma coś jeszcze w zanadrzu.

Nippoński garnizon na Kinakucie jak dotąd omijała wojna, podobnie jak inne takie garnizony; McGee całą swą energię poświęcił uprawianiu warzyw i oczekiwaniu na wyjątkowo rzadkie wizyty okrętów podwodnych, którymi Nippończycy pod koniec wojny przewozili z miejsca na miejsce najważniejsze ładunki i najpotrzebniejszych specjalistów, w rodzaju mechaników lotniczych. Kiedy dostali od cesarza rozkaz złożenia broni, uczynili to posłusznie i (należy sądzić) z zadowoleniem.

Trudno było tylko znaleźć kogoś, komu można by się poddać. Alianci skupili się na planowaniu inwazji na wyspy nippońskie, dlatego trochę potrwało, zanim wysłali wojska do opuszczonych garnizonów w rodzaju Kinakuty. Opis bałaganu w Manili jest bardzo cierpki — w tym momencie McGee zaczyna tracić cierpliwość i wdzięk. Zaczyna być złośliwy. Dwadzieścia stron później ląduje na nabrzeżu Kinakuta City. Stoi na baczność, gdy kapitan jego kompanii przyjmuje kapitulację garnizonu nippońskiego. Staje na warcie przy wejściu do grot, gdzie kilkunastu najbardziej zaciekłych Nipów odmówiło poddania się. Organizuje systematyczne rozbrajanie wychudłych nippońskich żołnierzy i pilnuje, by wszystkie karabiny i amunicja wylądowały w oceanie; jednocześnie na wyspę trafia prowiant i lekarstwa. Pomaga niewielkiemu kontyngentowi inżynierów rozciągać drut kolczasty wokół lotniska, które zamieniają w obóz jeniecki.

Randy kartkuje to wszystko podczas jazdy do hotelu. Potem jego wzrok przyciągają słowa w rodzaju „przebity”, „wrzaski”, „obrzydliwe”, cofa się więc o kilka stron i zaczyna czytać staranniej.

Zakończenie jest takie: począwszy od roku 1940, Nippończycy wywlekli z chłodnego, czystego interioru wyspy tysiące tubylców, zmuszając ich do niewolniczej pracy na rozpalonym, śmiercionośnym wybrzeżu. To oni powiększyli wielką grotę, gdzie urządzono schron przeciwlotniczy i centrum dowodzenia; utwardzili drogę na Górę Elizy, gdzie przysiadły stacje radarowe i nawigacyjne; zbudowali kolejny pas startowy na lotnisku; i tysiącami wymierali na malarię, tyfus, dyzenterię, z głodu i przemęczenia. Ci sami tubylcy, albo ich osamotnieni bracia, ze swych kryjówek w górach przyglądali się, jak sierżant Daniel McGee i jego koledzy rozbrajają Nippończyków i zamykają ich wszystkich na lotnisku pod strażą kilku przeważnie zaspanych albo podpitych szeregowców. Tubylcy pracowali w dżungli dzień i noc, robiąc włócznie, dopóki następna pełnia księżyca nie oświetliła reflektorem śpiących Nippończyków. Wtedy wychynęli z lasu, co Sean Daniel McGee opisuje jako „hordę”, „rój szerszeni”, „wyjącą armię”, „czarny legion prosto z piekła” i na jeszcze inne sposoby, takie, jakich teraz już nie udałoby mu się opublikować. Amerykanów powalili na ziemię i rozbroili, ale nie zrobili im nic złego. Na drut kolczasty położyli tyle gałęzi, by dało się po nich przejść, a potem wpadli na lotnisko z włóczniami gotowymi do ciosu. Opowieść McGee ciągnie się przez ponad dwadzieścia stron; jest to między innymi historia pewnej nocy, podczas której pewien sympatyczny sierżant z południowego Bostonu na zawsze utracił równowagę psychiczną.

— Sir?

Randy ze zdumieniem zauważa, że drzwi taksówki są otwarte. Rozgląda się, znajduje się pod markizą przed hotelem Foote Mansion. Drzwi przytrzymuje mu chudy, żylasty boj, wyglądający trochę inaczej niż większość Kinakutańczyków spotkanych dotąd przez Randy'ego. Książkowy opis tubylca z interioru pasuje do nich idealnie.

— Dziękuję — mówi Randy i podkreśla to hojnym napiwkiem.

Wszystkie meble w jego pokoju są zaprojektowane w Skandynawii, ale wykonane tutaj, z rzadkich, tropikalnych gatunków drewna. Z okna widzi góry, ale jeśli wyjdzie na maleńki balkonik, może spojrzeć na skrawek wody, rozładowywany kontenerowiec i większą część ogrodu pamięci, wzniesionego przez Nippończyków na miejscu masakry.

Czeka nań kilka wiadomości i faksów; przeważnie od innych pracowników Epiphyte, którzy informują, że już dotarli i podają numery pokojów. Randy rozpakowuje się, bierze prysznic i wysyła koszule do pralni, żeby były na jutro. Potem zasiada wygodnie przy stoliku, włącza laptopa i otwiera biznesplan firmy Epiphyte(2).

Jaszczur

Bobby Shaftoe z kolegami wybrał się właśnie na małą poranną przejażdżkę po okolicy.

We Włoszech.

Włochy! To, kurwa, niemożliwe. O co chodzi?

To nie jego sprawa wiedzieć. Co ma robić — wytłumaczono mu bardzo jasno. Musieli wyrażać się bardzo jasno, ponieważ to zadanie kompletnie nie ma sensu.

W starych, dobrych czasach na Guadalcanal jego dowódca mówił coś w rodzaju „Shaftoe, zlikwidować tamten bunkier!” i odtąd Shaftoe był wolnym strzelcem. Mógł iść, biec, płynąć lub czołgać się. Mógł podkraść się i cisnąć wiązkę granatów albo z daleka załatwić cel miotaczem ognia. Jeśli wykonał zadanie, nie miało znaczenia, jak to zrobił.

Cel tej skromnej misji jest dlań kompletnie niezrozumiały. W środku nocy budzą jego, porucznika Enocha Roota, trzech innych marines, radiooperatora oraz paru SAS-owców i spędzają do jednego z nielicznych doków na Malcie jeszcze niewysadzonych w powietrze przez Luftwaffe. Czeka tam okręt podwodny. Wsiadają na pokład i mniej więcej przez dwadzieścia cztery godziny grają w karty. Prawie cały czas są na powierzchni, ponieważ wtedy jednostki mogą płynąć znacznie szybciej, choć od czasu do czasu zanurzają się — widocznie są ku temu powody.

Gdy wypuszczają ich znów na pokład, jest środek następnej nocy. Wylądowali w małej zatoczce, na suchym, poszarpanym wybrzeżu; tyle widać przy świetle księżyca. Czekają na nich dwie ciężarówki. Otwierają klapy w pokładzie okrętu i zaczynają wyładowywać różne rzeczy; marines taszczą do jednej z ciężarówek worki wypchane chyba wszelkiego gatunku śmieciami. Tymczasem Angole ze Specjalnych Sił Powietrznych za pomocą kluczy do nakrętek, szmat, smaru i mnóstwa przekleństw montują coś w drugiej ciężarówce z materiałów przywiezionych w skrzyniach na okręcie podwodnym. Zanim zdoła dokładnie się przyjrzeć, zakrywają to brezentem, ale Shaftoe widzi, że lepiej, gdy ów przedmiot w ciebie nie celuje.

Po przystani wałęsa się paru śniadych, wąsatych gości. Palą i dyskutują z kapitanem. Po wyładowaniu wszystkich skrzyń kapitan chyba płaci im kilkoma następnymi kuframi z ładowni okrętu. Faceci otwierają parę z nich i wyglądają na zadowolonych.

W tym momencie Shaftoe nie wie nawet, na jakim znaleźli się kontynencie. Gdy po raz pierwszy ujrzał krajobraz, sądził, że to Afryka Północna. Kiedy zobaczył ludzi, stawiał na Turcję czy coś takiego.

Dopiero gdy nad ich małym konwojem wschodzi słońce, a on (leżąc z tyłu ciężarówki na workach ze śmieciami i zerkając spod brezentu) widzi drogowskazy i chrześcijańskie kościoły, orientuje się, że to muszą być Włochy albo Hiszpania. Wreszcie dostrzega znak wskazujący drogę do Rzymu i domyśla się, że to Włochy. Znak wskazuje w stronę przeciwną od porannego słońca, muszą więc znajdować się gdzieś na południe lub południowy wschód od Rzymu. Są również na południe od jakiegoś grodu zwanego Napoli.

Lecz niezbyt długo podziwia widoki. Sytuacja go nie zachęca. Ciężarówkę prowadzi jakiś gość znający tutejszy język. Od czasu do czasu zatrzymuje się i gada z miejscowymi. Czasem brzmi to jak przyjacielska pogawędka. Czasem jak kłótnia na temat kultury jazdy. Niekiedy jest cichsza i ostrożniejsza. Shaftoe powoli domyśla się, że podczas tych rozmów kierowca daje komuś w łapę, żeby ich przepuścił.

Wydaje mu się wstrząsające, że w kraju aktywnie uczestniczącym w jednej z największych wojen w historii — w kraju rządzonym, na miłość boską, przez wojowniczych faszystów — dwie ciężarówki pełne uzbrojonych nieprzyjaciół mogą jeździć sobie, gdzie chcą, chronione tylko kilkoma plandekami po pięć dolarów sztuka. Kryminał! Cóż to za żałosna operacja? Ma ochotę zerwać się na równe nogi, odrzucić plandekę i opieprzyć tych makaroniarzy. Cały ten kraj wymaga porządnego wyszorowania szczoteczką do zębów. Zdaje się, że ci ludzie nawet się nie starają. No bo Nipy, cokolwiek by o nich myśleć, kiedy wypowiadają ci wojnę, to przynajmniej traktują to poważnie.

Walczy z pokusą pouczenia Włochów. Uświadamia sobie, że to sprzeczne z rozkazami, które wykuł na pamięć, zanim zszokowała go i namieszała mu zdrowo w głowie ta przejażdżka po kraju Osi. Gdyby owe rozkazy nie wyszły z ust samego pułkownika Chattana — gościa, który dowodzi Jednostką 2702 — nie uwierzyłby ani w jedno słowo.

Mają rozbić jakieś obozowisko. Przez jakiś czas sporo pograją sobie w karty. Tymczasem radiooperator będzie ciężko pracował. Ta faza operacji może trwać z tydzień. Jest prawdopodobne, że po pewnym czasie spora gromada Niemców oraz Włochów (jeśli akurat przypadkiem będą mieli nieco zapału) będzie bardzo mocno starała się ich zabić. Kiedy to się wydarzy, trzeba nadać przez radio wiadomość, podpalić tę budę, podjechać na jakieś pole, co udaje lądowisko, i wsiąść do samolotu tych beztroskich SAS-owców.

Na początku Shaftoe nie dowierzał. Sądził, że to jakiś angielski humor, kawał, jakiś falowy rytuał albo coś takiego. W ogóle nie wie, co począć z tymi Angolami, bo są to (według jego osobistych spostrzeżeń) jedyni poza Amerykanami ludzie wykazujący poczucie humoru. Słyszał, że podobno mają je także niektórzy goście z Europy Wschodniej, ale nigdy ich nie spotkał, a teraz nie mają zbyt wielu powodów do śmiechu. W każdym razie nigdy nie wiadomo, kiedy ci Angole żartują.

Lecz wszystkie podejrzenia, że to być może żart, ulotniły się, kiedy ujrzał, jaką wydają im broń. Shaftoe zaobserwował, że jak na instytucję zajmującą się strzelaniem i wysadzaniem na wielką skalę, wojsko jest irytująco niechętne do rozdawania broni. A większość tej, którą ci wydadzą, można sobie w dupę wetknąć. Dlatego właśnie marines od dawna musieli kupować sobie thompsony za własne pieniądze. Korpus chciał, by zabijali ludzi, ale nie dawał im potrzebnych narzędzi!

Ale ta Jednostka 2702 to zupełnie inna sprawa. Nawet szeregowi mają rozpylacze! A jeśli to nie zwróciło niczyjej uwagi, na pewno uczyniły to kapsułki z cyjankiem. No i wykład Chattana na temat właściwej metody strzelania we własną głowę („zdziwilibyście się, jak wielu pod każdym względem kompetentnych ludzi nie radzi sobie z tym pozornie prostym zadaniem”).

A teraz zdaje sobie sprawę, że rozkazy Chattana zawierały milczący dodatek: „No tak, a jeśli któryś z Włochów, którzy mieszkają we Włoszech, rządzą tam i którzy są z nami w stanie wojny — jeśli któryś z nich zauważy was i z jakiegoś powodu sprzeciwi się realizacji waszego planu, to wtedy zdecydowanie należy go zabić. A jeśli to nie pomoże, to wówczas, bardzo proszę, zabijcie siebie, ponieważ na pewno zrobicie to lepiej i porządniej niż faszyści. No i nie zapomnijcie olejku do opalania!”.

Właściwie ta misja zupełnie Shaftoe'owi nie przeszkadza. Na pewno nie jest gorsza niż Guadalcanal. Martwi go tylko (stwierdza, moszcząc się na workach z tajemniczymi śmieciami i zerkając przez pęknięcie w plandece), że nie zna celu.

Reszta jego plutonu może żyje, a może nie; chyba słyszy ich krzyki, ale wśród szumu fal i bezlitosnego terkotu karabinu maszynowego trudno mieć pewność. Potem przychodzi mu do głowy, że niektórzy muszą być żywi, bo inaczej Nipy by nie strzelały.

Wie, że jest bliżej karabinu niż którykolwiek z kolegów. Tylko on ma jakieś szanse.

Właśnie wtedy podejmuje Wielką Decyzję. Przychodzi zaskakująco łatwo — ale w końcu naprawdę głupie decyzje zawsze są najłatwiejsze.

Podczołguje się za kłodą do punktu najbliższego karabinowi. Bierze kilka głębokich oddechów, unosi się na kolana i przeskakuje przez pień! Teraz ma otwarty widok na wylot jaskini, błysk z lufy w kształcie komety pokratkowany siatką chroniącą przed granatami. Wszystko nadzwyczaj wyraźne. Ogląda się na plażę i widzi tylko nieruchome ciała.

Nagle ma olśnienie: strzelają nie dlatego, że ktokolwiek z napastników jeszcze żyje, ale po to, by zużyć zbędną amunicję i nie dźwigać jej z powrotem. Shaftoe jest trepem i rozumie to.

Potem lufa odwraca się gwałtownie w jego stronę — zauważyli go. Jest na otwartym polu, wystawiony na strzał. Może zanurkować w ściółkę, ale będą ją orać ogniem, dopóki go nie dostaną. Staje więc na równych nogach, mierzy z pistoletu w grotę i zaczyna strzelać. Lufa karabinu maszynowego celuje teraz wprost w niego.

Ale nie strzela.

Czterdziestkapiątka trzaska. Skończyły się naboje. Zapada cisza — tylko szum fal i ten wrzask. Shaftoe wtyka pistolet do kabury i wyciąga rewolwer.

Wrzask nie brzmi znajomo. To nie jest żaden z kolegów Shaftoe'a.

Z wylotu groty nad jego głową wypada żołnierz cesarskiej piechoty morskiej. Przez chwilę znajduje się w jednej linii ze źrenicą prawego oka Shaftoe'a oraz muszką jego rewolweru. Shaftoe kilka razy pociąga za spust i prawie na pewno zalicza trafienie.

Cesarski marine zaplątuje się w siatkę i spada na ziemię tuż przed nim. Chwilę później z groty wyskakuje drugi Nip, rzężący niezrozumiale, najwyraźniej z przerażenia. Ląduje krzywo; Shaftoe słyszy chrupot łamanej kości. Pomimo ran zaczyna biec w stronę morza, groteskowo powłócząc złamaną nogą. Całkiem ignoruje Shaftoe'a. Z karku i ramion leje się krew, a strzępy mięśni podrygują podczas biegu.

Bobby chowa rewolwer. Powinien załatwić gościa z karabinu, ale jest zbyt zdezorientowany, żeby cokolwiek zrobić.

W wylocie jaskini błyska coś czerwonego. Shaftoe unosi wzrok i nie zauważa niczego na tyle wyrazistego, by odcinało się od ogłuszającego szumu dżungli.

Potem znów widzi ten błysk czerwieni. Znów znika. Miał kształt ostrej litery Y, jak rozwidlony gadzi język.

Wtem z wylotu jaskini wypryska ruchomy, ożywiony kawał dżungli i z hukiem zwala się w ściółkę. Zielsko trzęsie się i pochyla pod jego ciężarem.

Wreszcie dociera na plażę. Biegnie nisko przy ziemi, na czterech łapach. Na chwilę staje i celuje językiem w stronę cesarskiego żołnierza, który kuśtyka w morze kilkanaście metrów dalej.

Piasek tryska w powietrze, jak dym z płonących opon dragstera. Jaszczur pędzi po plaży. W jedną, dwie, trzy sekundy pokonuje odległość do Nipa, chwyta go od tyłu pod kolana i z impetem przewraca w wodę. Potem wlecze trupa z powrotem na brzeg. Kładzie wśród martwych Amerykanów, kilka razy obchodzi, majtając językiem, wreszcie zaczyna go pożerać.

— Panie sierżancie! — krzyczy szeregowy Flanagan. — Dotarliśmy na miejsce! — Bobby, jeszcze na dobre nierozbudzony, zauważa, że jego głos brzmi równo, nie jest ani przerażony, ani podekscytowany. Cokolwiek to za „miejsce”, nie jest tam niebezpiecznie. Nie są pod ostrzałem.

Shaftoe otwiera oczy w chwili, gdy żołnierze zwijają kryjący tył ciężarówki brezent. Gapi się prosto w błękitne włoskie niebo, rozdarte na brzegach rozpaczliwie gestykulującymi gałęziami drzew.

— Cholera! — wykrzykuje.

— Coś się stało, sierżancie?

— Nic. Zawsze tak mówię, jak się obudzę — odpowiada Shaftoe.

Ich nowy dom okazuje się starym kamiennym budynkiem gospodarczym pośród farmy, plantacji, sadu, pola oliwek czy jak tam się, kurwa, nazywa miejsce, gdzie się hoduje oliwki. Gdyby ta buda stała w Wisconsin, każdy przechodzący wieśniak powiedziałby, że jest opuszczona. Tutaj Shaftoe nie jest tak pewien. Dach częściowo zawalił się do środka pod morderczym ciężarem czerwonej dachówki, a rozdziawione okna i drzwi wystawiają wnętrze na żywioły. Budynek jest wielki, tak wielki, że po kilku godzinach walenia młotami są w stanie wprowadzić do środka jedną z ciężarówek, kryjąc ją przed latającymi szpiclami. Z drugiej wyładowują wory ze śmieciami. Potem Włoch wsiada do niej, odjeżdża i już nigdy się nie pokazuje.

Kapral Benjamin, radiooperator, zaczyna wdrapywać się na drzewa oliwne i rozciągać między nimi miedziane druty. SAS-owcy idą na rekonesans, a marines otwierają wory ze śmieciami i zaczynają je rozrzucać. Mają tam włoskie gazety z kilku miesięcy, wszystkie ktoś otworzył, poprzekładał strony, złożył byle jak na powrót. Niektóre artykuły są wyrwane, inne obwiedzione kółkami albo opatrzone zapisanymi ołówkiem uwagami. Do mózgu Shaftoe'a zaczynają się z powrotem przesączać rozkazy Chattana: składa gazety na kupę w kącie stodoły, stare pod spodem, nowsze na górze.

Mają cały wór niedopałków papierosów, starannie wypalonych do samego koniuszka. Są jakiejś nieznajomej, kontynentalnej marki. Nosi ten wór po całym obejściu jak siewca, rzucając pety garściami na ziemię. Skupia się zwłaszcza tam, gdzie faktycznie ktoś pracuje — wokół stołu kaprala Benjamina i drugiego prowizorycznego blatu, który posłuży im do jedzenia i rżnięcia w pokera. To samo czyni z koktajlem korków od wina i kapsli od piwa. Identyczną liczbę flaszek po winie i piwie ciskają, jedna po drugiej, w pusty róg stodoły. Bobby Shaftoe zauważa, że to najbardziej satysfakcjonujące zadanie, jakie kiedykolwiek mu się trafiło: przejmuje je więc od szeregowców i rzuca butelkami jak rozgrywający z drużyny Green Bay z Wisconsin, wykopujący piłkę na drugą połowę, pomiędzy bystrych napastników.

Angole wracają z rozpoznania i następuje zamiana ról, teraz marines ruszają zapoznać się z terenem, a SAS-owcy podejmują rozładunek śmieci. Po godzinie łażenia sierżant Shaftoe oraz szeregowi Flanagan i Kuehl ustalają, że oliwna farma znajduje się na długim, wąskim płaskowyżu, biegnącym mniej więcej z północy na południe. Na zachodzie teren unosi się ku stożkowatej górze, podejrzanie przypominającej wulkan. Na wschodzie po kilku kilometrach opada ku morzu. Na północy płaskowyż zamykają gęste, nieprzebyte zarośla, na południu zaś ciągną się kolejne pola uprawne.

Chattan kazał mu znaleźć jakiś dogodny punkt do obserwacji zatoki, możliwie najbliżej stodoły. Tuż przed zmierzchem udaje mu się — skala wystająca ze zbocza wulkanu leży pół godziny marszu od kwatery i jest sto kilkadziesiąt metrów wyżej.

W drodze powrotnej o mało co nie zabłądzili, tak dobrze zakamuflowana została stodoła. SAS-owcy zaciemnili wszystkie otwory, nawet szczeliny w zawalonym dachu, i zainstalowali się wygodnie w nadających się do użytku zakamarkach wnętrza. Z tymi wszystkimi śmieciami (teraz uzupełnionymi jeszcze kurzymi kośćmi i piórami, ścinkami włosów i skórkami pomarańczy) wygląda, jakby mieszkali tu przynajmniej rok. Shaftoe domyśla się, że o to właśnie ma chodzić.

Kapral Benjamin ma prawie jedną trzecią miejsca dla siebie. Angole z SAS ciągle nazywają go pieprzonym szczęściarzem. Już zmontował nadajnik; lampy żarzą się ciepłą czerwienią. Ma też niewiarygodną ilość papierów. Większość jest stara i fałszywa, tak jak te wszystkie niedopałki. Ale po kolacji, kiedy słońce zdążyło zajść nie tylko tu, ale i w Londynie, zaczyna stukać alfabetem Morse'a.

Shaftoe zna alfabet Morse'a, jak wszyscy tutaj. Kiedy Angole i Amerykańcy siedzą za stołem, zrzucając się na bank do czegoś, co zapowiada się na całonocny maraton kierek, wszyscy nadstawiają ucha na pracujący klucz telegraficzny Benjamina. Słyszą kompletne bzdury. Shaftoe w pewnym momencie wstaje i zagląda Benjaminowi przez ramię, aby upewnić się, czy nie zwariował, i widzi, że słyszał dobrze:

XYHEL ANAOG GFQPL TWPKIAOEUT

i tak dalej, i tak dalej, przez setki stron.

Następnego ranka kopią latrynę i wlewają do niej kilka beczek Amerykańskiego, Stuprocentowego, Gwarantowanego Wojskowego Gówna. Zgodnie ze wskazówkami Chattana leją gówno po trochu, wrzucając garści kruszących się włoskich gazet, tak by wyglądało, że trafiło do latryny w naturalny sposób. To najgorsza niewojenna robota, jaką kiedykolwiek wykonywał Shaftoe w trakcie swej służby ojczyźnie, może z wyjątkiem udzielania wywiadu porucznikowi Reaganowi. Do końca dnia daje wolne wszystkim, oprócz kaprala Benjamina, który do drugiej w nocy puszcza w eter bezsensowne litery.

Następnego dnia wyposażają punkt obserwacyjny. Po kolei maszerują wte i wewte, wte i wewte, wte i wewte, wydeptując w ziemi ścieżki, rozsypują trochę niedopałków i butelek po napojach, wraz z odrobiną Wojskowego Gówna i Wojskowych Szczyn. Flanagan i Kuehl taszczą na górę skrzynię i ukrywają ją pod skałą. W środku są książki z sylwetkami rozmaitych włoskich i niemieckich statków i okrętów, podobne ściągawki z samolotami oraz lornetki, lunety, sprzęt fotograficzny, czyste notatniki i ołówki.

Mimo że to właśnie Shaftoe przeważnie dowodzi całym zamieszaniem, jest mu dziwnie trudno znaleźć chwilkę, by w cztery oczy pogadać z Enochem Rootem. Root unika go od czasu tego brzemiennego w zdarzenia lotu Dakotą. Wreszcie, piątego dnia, Shaftoe wyprowadza go w pole, wraz z żołnierzami zostawiają Roota na posterunku obserwacyjnym, po czym Shaftoe wraca i spędza z nim chwilę sam na sam.

Root jest zdziwiony, ale specjalnie się nie złości. Zapala włoskiego papierosa i częstuje nimi Shaftoe'a. Bobby z irytacją stwierdza, że z nich dwóch to on się denerwuje. Kapelan, jak zawsze, jest opanowany.

— No dobra — zaczyna Shaftoe — co tam wyczytałeś? Wiesz, w tych papierach, które wetknęliśmy zmarłemu rzeźnikowi?

— Były po niemiecku — mówi Root.

— Cholera!

— Na szczęście — dodaje Root — ten język nie jest mi całkiem obcy.

— Ach, taak — twoja matka była Szwabką, nie?

— Tak, lekarką-misjonarzem, jeśli to pomoże rozwiać któreś z twoich uprzedzeń dotyczących Niemców.

— A ojciec — Holendrem.

— Prawda.

— A po co wylądowali na Guadalcanal?

— Żeby pomóc potrzebującym.

— Ach, taak.

— Po drodze poduczyłem się też trochę włoskiego. W kościele często jest używany.

— Niech mnie! — wykrzykuje Shaftoe.

— Ale mój włoski ma silne naleciałości z łaciny — ojciec upierał się, żebym się jej uczył. Więc pewnie dla miejscowych brzmiałaby raczej staroświecko. Prawdopodobnie gadałbym jak siedemnastowieczny alchemik albo coś w tym stylu.

— A mógłbyś zagadać jak ksiądz? To by kupili.

— Jeśli stanie się najgorsze — przyznaje Root — spróbuję palnąć jakąś kościelną gadkę i zobaczymy, co się stanie.

Obaj zaciągają się dymem i patrzą na wielki zbiornik wodny przed nimi; jak dowiedział się Shaftoe, nazywa się to „Zatoka Neapolitańska”.

— No, w każdym razie — przypomina sobie — co tam było w tych papierach?

— Mnóstwo szczegółowych informacji o wojskowych konwojach z Palermo do Tunisu. Ewidentnie wykradzione z tajnych niemieckich źródeł.

— O starych konwojach czy…

— O konwojach, które jeszcze nie wyruszyły — spokojnie kończy Root. Shaftoe dopala papierosa i przez chwilę milczy. Wreszcie mówi:

— Dziwne, kurwa, dziwne. — Wstaje i idzie w stronę stodoły.

Zamek

Gdy Lawrence Pritchard Waterhouse wysiada z pociągu, jakiś drań chlusta mu prosto w twarz lodowatą słonawą wodą. Ostrzał ciągnie się, kiedy idzie wzdłuż szpaleru tych łobuzów z wiadrami. Ale potem zauważa, że nikogo tu nie ma. To po prostu taka charakterystyczna cecha miejscowego klimatu, tak jak mgła w Londynie.

Kładka, biegnąca nad torami do dworca w Utter Maurby, jest zamknięta ścianami i dachem; powstaje gigantyczna piszczałka organowa, rezonująca infradźwiękową wibracją, napędzaną wiatrem i deszczem. Kiedy wchodzi do niej, deszcz przestaje siec mu twarz, może więc zatrzymać się na chwilę i obdarzyć owo zjawisko zasłużonym zachwytem.

Burza ubiła wiatr i wodę w całkowicie losową pianę. Trzymany w powietrzu mikrofon zarejestrowałby jedynie biały szum — zupełny brak informacji. Jednak gdy ów szum uderza w długą rurę kładki, powoduje rezonans, objawiający się w głowie Waterhouse'a jako niski pomruk. Fizyczne właściwości rury wydobywają z szumu spójną informację! Och, gdyby był tu Alan!

Waterhouse eksperymentuje, śpiewając tony harmoniczne tego niskiego dźwięku podstawowego: oktawę, kwintę, kwartę, wielką tercję. Każdy z nich mniej lub bardzie rezonuje w rurze klatki schodowej. To taki sam ciąg nut, jakie można wydobyć z blaszanego instrumentu dętego. Przeskakując z nuty na nutę, potrafi zagrać nie najgorsze fanfary. Udaje mu się całkiem przyzwoity capstrzyk.

— Jak pięknie!

Odwraca się. Za nim stoi kobieta z walizą wielkości beli siana. Ma chyba z pięćdziesiąt lat, posturę pieca kaflowego, a kilka sekund temu, zanim wysiadła z pociągu, miała do tego ładną, wielkomiejską trwałą na głowie. Po jej twarzy i szyi spływa słona woda, wsiąkając w grube odzienie z szarej qwghlmiańskiej wełny.

— Dzień dobry — mówi Waterhouse. Potem zabiera się do taszczenia jej walizy na górę. Teraz oboje znajdują się, wraz z całym bagażem, w wąskim, krytym mostku prowadzącym nad torami do budynku dworca. Kładka ma okna, Waterhouse dostaje potwornych mdłości, kiedy wygląda przez nie (oraz centymetrową warstwę deszczu i morskiej wody) wprost na północny Atlantyk. Główny zbiornik wodny znajduje się stąd o rzut beretem i zawzięcie próbuje dostać się bliżej. To zapewne złudzenie optyczne, ale wierzchołki fal wydają się na jednym poziomie z nimi, pomimo że stoją przecież dobre sześć metrów nad ziemią. Każda z tych fal musi ważyć tyle, co wszystkie pociągi towarowe w całej Anglii i toczy się ku nim nieubłaganie, po prostu tłukąc skały na kwaśne jabłko. Wszystko to sprawia, że Waterhouse pragnie tylko skręcić się w konwulsji, zwalić na ziemię i zwymiotować. Zatyka uszy.

— Pan chyba z orkiestry, prawda? — pyta kobieta.

Waterhouse odwraca się ku niej. Jej wzrok przeskakuje po jego mundurze, sprawdza oznaki. Potem spogląda mu w twarz i obdarza go babcinym uśmiechem.

Waterhouse w jednej chwili zdaje sobie sprawę, że ta kobieta jest niemieckim szpiegiem. A niech to!

— Tylko podczas pokoju, proszę pani — odpowiada. — Teraz marynarka ma inne zadania dla ludzi z dobrym słuchem.

— Ach, więc nasłuchuje pan czegoś, prawda? — wykrzykuje. Waterhouse uśmiecha się.

— Ping! Ping! — mówi, imitując sonar.

— Aha! Jestem Harriett Qrtt. — Kobieta wyciąga dłoń.

— Hugh Hughes — odpowiada Waterhouse i ściska ją.

— Cała przyjemność…

— Po mojej stronie.

— Zapewne będzie pan musiał gdzieś przenocować. — Kobieta rumieni się ostentacyjnie. — Proszę wybaczyć. Zakładałam, że jedzie pan na Górny. — Górny, czyli Górny Qwghlm. Teraz znajdują się w Dolnym Qwghlm.

— To właściwie prawda — odpowiada Waterhouse.

Tak jak wszystko na Wyspach Brytyjskich, nazwy „Górny” i „Dolny Qwghlm” są bardzo mylące. Dolny Qwghlm nawet nie jest wyspą, łączy go z lądem mierzeja, która kiedyś podczas przypływu kryła się pod wodą, lecz wzmocniono ją groblą, po której biegnie droga i linia kolejowa. Górny Qwghlm leży trzydzieści kilometrów dalej.

— Mąż i ja prowadzimy tu taki mały hotelik — mówi pani Qrtt. — Będziemy zaszczyceni, jeśli specjalista od asdica zanocuje u nas. — Asdic to tylko brytyjski skrót na określenie sonaru, ale Waterhouse za każdym razem, gdy to słyszy, robi sprośną minę i wpada w niepohamowany ciąg gier słownych{Asdic — angielska nazwa sonaru, skrót od Anti-Submarine Detection Investigation Committee (Komitet ds. Badań nad Wykrywaniem Okrętów Podwodnych), ale kojarzy się z: ass (dupa) + dick (kutas) (przyp. tłum.).}.

Tak więc ląduje u państwa Qrtt. Państwo Qrtt i pan Waterhouse spędzają wieczór zbici w gromadkę wokół jedynego źródła ciepła — opalanego węglem tostera wmurowanego w palenisko starego kominka. Co jakiś czas pan Qrtt otwiera drzwiczki i zarzuca popiół miałem węglowym. Pani Qrtt znosi żarcie i szpieguje Waterhouse'a. Zauważa jego nieco asymetryczny chód i wnioskuje, że kiedyś chorował na polio. Waterhouse gra — w małej salce mają pedałową fisharmonię — a ona to komentuje.

Waterhouse po raz pierwszy widzi Górny Owghlm przez otwór spływnika. Nawet nie wie, co to takiego spływnik, poza tym, że kojarzy się z rzyganiem. Zanim jeszcze wypłynęli za falochron w Utter Maurby, załoga promu udzieliła mu i kilku innym pasażerom szczegółowych wskazówek dotyczących wymiotowania; kluczowy punkt mówił, że jeśli przechylisz się przez reling, fale prawie na pewno zmyją cię za burtę. Znacznie lepiej na czworakach celować w spływnik. Lecz kiedy zerka przez te szczeliny, niemal połowę czasu widzi nie morze, lecz odległy horyzont, goniące prom mewy lub charakterystyczną, z trzema słupami, sylwetkę Górnego Owghlm.

Te słupy, zwane sghrami, są bazaltowymi kolumnami. Ponieważ trwa II wojna światowa, a Górny Owghlm jest częścią Wysp Brytyjskich leżącą najbliżej działań wojennych na północnym Atlantyku, są teraz najeżone antenami i upstrzone budami radiooperatorów. Jest też czwarty sghr, o wiele niższy od pozostałych, który łatwo wziąć za zwykłą górkę; wznosi się nad jedynym portem Górnego Owghlm (i naturalnie także nad jedynym osiedlem na wyspie, nie licząc bazy marynarki wojennej po drugiej stronie). Na wierzchołku owego czwartego sghra stoi zamek, formalnie będący domem Johna Gloamthorpby'ego-Woadmire'a. To on ma być nową kwaterą główną Jednostki 2702.

Pięć minut starcza na obejście całej miejscowości. Główną ulicą wściekły kogut goni wątłą owieczkę. W wyżej położonych miejscach leży śnieg, ale na ulicy tylko szara maź, której nie odróżnisz od równie szarych kocich łbów, dopóki się nie pośliźniesz i nie stłuczesz sobie zadka. „Encyclopedia Owghlmiana” używa wielu dużych liter — Miasto, Zamek, Hotel, Pub, Przystań. Waterhouse odwiedza Sracz, gdzie pozbywa się ostatnich wstrząsów z podróży morskiej, a potem rusza Ulicą. Podjeżdża doń Samochód i proponuje, że go podwiezie; okazuje się, że to Taksówka. Zabiera go do Parku, gdzie Waterhouse ogląda się za Pomnikiem (przedstawiającym starożytnych Owghlmian tłukących nieszczęsnych wikingów); Taksówkarz nie omieszkał zauważyć tego gestu, skręca więc do Parku, by dokładniej przyjrzeć się Pomnikowi.

Pomnik należy do gatunku rzeźb mających wiele do powiedzenia i zajmujących odpowiednio pokaźny areał. Jego cokół to kawał miejscowego bazaltu, przynajmniej po jednej stronie pokryty qwghlmiańskimi runami, które Waterhouse rozpoznaje dzięki „Encyclopedii”. Dla ignoranta-barbarzyńcy może i wyglądają jak niekończąca się seria ustawionych losowo liter X, I, V, kresek, gwiazdek i odwróconych V, lecz są odwiecznym źródłem dumy dla…

— Mieliśmy gdzieś tych Rzymian i tego jakiegoś tam Juliusza Cezara — zauważa taksówkarz — i ichni alfabet też specjalnie nam nie zaimponował.

Faktycznie: „Encyclopedia Owghlmiana” zawiera sążnisty artykuł na temat miejscowego systemu runów. Jego autor ma takiego fioła, że doprawdy aż przykro się to czyta.

Qwghlmiański zwyczaj tworzenia wszystkich znaków z prostych linii i wystrzegania się łuków i pętli nie jest pod żadnym pozorem prostacki — jak utrzymują niektórzy angielscy uczeni — lecz nadaje pismu klarowność i oszczędną formę. Ów sposób pisania jest niezwykle wręcz praktyczny, zważywszy na fakt, iż pochodzi z krainy, gdzie (po tym, jak Anglicy wykarczowali wszystkie drzewa) większość wykształconych intelektualistów cierpi na chroniczne obustronne odmrożenia.

Waterhouse spuszcza okno, by mieć lepszy widok: najwyraźniej ktoś zgubił też wihajster do mycia szyb. Chłodny wiatr na twarzy sprawia, że choroba morska zaczyna ustępować, aż do chwili gdy Waterhouse kombinuje, jak by tu nawiązać kontakt z Ladacznicą. Potem, rozczarowany, zdaje sobie sprawę, że Ladacznica, jeśli ma choć trochę rozumu, siedzi po drugiej stronie, w bazie marynarki.

— A to cóż za łajdak? — pyta Waterhouse. Wskazuje na narożnik pomnika, gdzie wychudły, zmaltretowany nieszczęśnik, zakuty w obrożę z łańcuchem, drży i wzdryga się na widok krwawej łaźni sprawianej Rzymianom przez qwghlmiańskich siłaczy. Zna odpowiedź, ale nie może się powstrzymać, żeby nie zapytać.

— Hark! — wypala taksówkarz, jakby zbierając flegmę do wyplucia. — On pewnie jest z Dolnego Qwghlm.

— No jasne.

Ta rozmowa najwyraźniej wprawiła szofera w parszywy i mściwy nastrój, który załagodzić może tylko szybka jazda. Droga do zamku wije się kilkunastoma serpentynami, zeszklonymi śmiertelnie niebezpiecznym czarnym lodem. Waterhouse cieszy się, że nie musi po nich iść, ale te zakręty i wpadająca w poślizgi taksówka na nowo wywołują u niego chorobę lokomocyjną.

— Hark! — po dłuższym milczeniu odzywa się szofer. Mniej więcej w trzech czwartych drogi. — Oni praktycznie rozwinęli powitalny dywan dla Rzymian. Rozłożyli nogi dla wikingów. Teraz pewnie są tam Niemcy!

— Skoro już mówimy o żółci — dodaje Waterhouse — proszę się tutaj zatrzymać. Dalej pójdę na piechotę.

Taksówkarz żachnął się zdziwiony, choć uspokoił się, gdy Waterhouse wyjaśnił, że w przeciwnym razie będą musieli się nieźle naodśnieżać. Nawet wniósł mu Wór na szczyt sghra.

Jednostka 2702 w osobie Lawrence'a Pritcharda Waterhouse'a, pełniącego funkcję awangardy, dociera do zamku mniej więcej kwadrans później. Spacer daje mu czas na dopracowanie historii, wcielenie się w rolę. Chattan ostrzegł go, że będą tam służący, którzy dostrzegą różne rzeczy i nie obejdzie się bez plotek. Znacznie wygodniej byłoby odprawić ich na jakiś czas na ląd, ale to stanowiłoby nietakt wobec diuka.

— Będziesz musiał wypracować jakiś modus vivendi — powiedział Chattan. Kiedy Waterhouse sprawdził ów termin w słowniku, musiał przyznać mu rację.

Zamek jest zwałem gruzu wielkości Pentagonu. W odwietrznym narożniku zainstalowano sprawny dach, instalację elektryczną i parę innych bajerów, na przykład drzwi i okna. Tutaj — a tylko to zdołał Waterhouse zwiedzić przez pierwsze popołudnie i wieczór — można zapomnieć, że jest się w Górnym Qwghlm i udawać, że to jakieś ciepłe i przyjemne miejsce, na przykład góry Szkocji.

Następnego dnia w towarzystwie Ghnxha, kamerdynera, wyprawia się w pozostałe skrzydła zamku i z zadowoleniem stwierdza, że nie można do nich przejść, nie wychodząc na zewnątrz; wewnętrzne korytarze dawno zamurowano na głucho, by zapobiec migracjom gryzoni zwanych „skrrghs” (co wymawia się mniej więcej jak „skerrys”) — żywiołowych, ogoniastych zwierzątek o błyszczących oczach — maskotek wyspy. Ta izolacja, choć niewygodna, będzie dobra ze względów bezpieczeństwa.

I Waterhouse, i Ghnxh opatuleni są w twarde jak dechy grube warstwy oryginalnej qwghlmiańskiej wełny. Ten drugi niesie GALWANICZNEGO LUCYFERA. Galwaniczny lucyfer wygląda na staroświecką konstrukcję. Ghnxh, który ma chyba ze sto lat, tylko uśmiecha się z wyższością na widok amerykańskiej, wojskowej latarki Waterhouse'a. Tonem sotto voce, jakby sprostowując jakąś przeogromną towarzyską gafę, wyjaśnia mu, że galwaniczny lucyfer jest o tyle lepszy, że nawet wspominanie o latarce jest niezmiernym nietaktem wobec wszystkich. Prowadzi Waterhouse'a do specjalnego pokoju za pokojem za pokojem za pokojem za pokojem za spiżarnią, p