/ Language: Polski / Genre:antique

Zaklęcie dla Cameleon

Piers Anthony


Piers Anthony

Zaklęcie dla Cameleon

CZĘŚĆ 1

1.

Mała jaszczurka usadowiła się na brunatnym kamieniu. Czując zagrożenie ze strony nadchodzącego ścieżką człowieka przeobraziła się w jadowitego chrząszcza, potem w cuchnącego jeża morskiego, a wreszcie w ognistą salamandrę.

Bink uśmiechnął się. Te przemiany nie były prawdziwe. Jaszczurka przybierała kształty szkaradnych potworków, ale nie miała ich właściwości. Nie mogła żądlić, cuchnąć ani podpalać. Był to kameleon, wykorzystujący swe magiczne zdolności do naśladowania naprawdę groźnych stworzeń.

Ale gdy przybrał kształty bazyliszka, spojrzał nań tak groźnie, że wesołość Binka przygasła. Zginąłby w okropny sposób, gdyby stwór mógł zrealizować swój zamiar.

Wtem niespodziewanie z wysoka runął jastrząb i schwycił kameleona w dziób. Konwulsyjnie wijący się mały gad wydał cichy bolesny pisk, a potem zawisł bezwładnie. Kameleonowi nie pomogły jego oszukaństwa – był martwy. Choć sam usiłował przerazić Binka, w końcu został unicestwiony przez inną istotę.

Bink stopniowo zaczął uświadamiać sobie ten fakt. Kameleon był bezbronny jak większość dziko żyjących istot Xanthu. Czyżby był to jakiś niejasny omen. Mała sugestia na temat czekającego go losu? Wreszcie, znaki to poważna sprawa – zawsze się spełniały, ale zwykle źle je interpretowano. Czyżby Bink miał umrzeć gwałtowną śmiercią, albo miał jakiegoś wroga?

O ile mu było wiadomo, nikt nie czyhał na jego życie.

Złote słońce Xanthu błyszczało poprzez magiczną Tarczę, zapalając iskierki wśród drzew. Wszystkie rośliny potrafiły rzucać uroki, ale korzystały z tej umiejętności jedynie w celu łatwiejszego zaspokojenia swych podstawowych potrzeb, a wie do zdobycia wody, światła i gleby. Magią broniły się od zniszczenia, chyba, że napotykały potężniejszego przeciwnika, Lub po prostu nie miały szczęścia, Jak ten kameleon.

Bink spojrzał, za siebie na dziewczynę, idącą w smudze światła. On nie był rośliną, ale też miał swoje potrzeby, które nawet w najbardziej przypadkowym momencie dawały się we znaki. Sabrina była skończoną pięknością i jej uroda nie miała w sobie nic naturalnego. Inne dziewczęta mogły poprawiać już wygląd kosmetykami, różnymi poduszeczkami, lub specjalnymi zaklęciami, ale mimo to, a może dzięki temu wyglądały jakoś sztucznie. Ona na pewno nie była jego wrogiem.

Podeszli do Widokowej Skały. Nie było to zbyt wyniosłe wzgórze, ale jego magiczne własności sprawiały, że wydawało się znacznie wyższe tak, że mogli oglądać w dole niemal czwartą część Xanthu. Pokrywała ją wielobarwna roślinność, małe urocze jeziora, zwodniczo spokojne łąki, pełne kwiatów i paproci oraz pola uprawne. Kiedy Bink się rozglądał, jedno z jezior powiększyło się nieco, woda wydała się chłodniejsza i głębsza, bardziej zachęcająca do pływania.”

Bink, jak mu się to często zdarzało, zastanowił się na krótko. Miał niespokojny umysł, mający przykry zwyczaj gnębienia go pytaniami, na które nikt nie mógł znaleźć gotowych. odpowiedzi. Jako dziecko doprowadzał rodziców i znajomych do szaleństwa swoimi „Dlaczego słońce jest żółte”, „Dlaczego kości olbrzymów skrzypią”, „Dlaczego potwory morskie mogą rzucać czary?”... Nic dziwnego, że wkrótce zapędzono go do szkoły centaura. Tam nauczył się panować nad swoim językiem, ale nie nad rozumem, więc wkrótce zamknął się w sobie.

Rozumiał po co istoty ożywione, jak choćby ten nieszczęsny kameleon, rzucają zaklęcia – dzięki nim mogły przetrwać. Ale dlaczego także przedmioty używają zaklęć? Czy to nie wszystko jedno, kto pływa po jeziorze? Cóż, może nie ... Jezioro było jednostką ekologiczną i społeczność żyjących w nim istot mogłaby mieć wspólny interes w powiększaniu go. Albo może winny był jakiż wodny smok wabiący ofiarę. Smoki stanowiły najbardziej zróżnicowaną i najgroźniejszą formę życia w Xanth. Poszczególne gatunki żyły w powietrzu, ziemi, w wodzie, wiele ziało ogniem. Łączyła je jedna wspólna cecha – dobry apetyt. Zwykły przypadek mógłby nie wystarczać, by każdemu z nich nigdy nie brakło świeżego mięsa. Ale co z Widokowa Skałą? Była ona naga, pozbawiona nawet porostów i trudno ją było nazwać nawet ładną. Dlaczego miała szukać towarzystwa? A jeśli już, dlaczego pozostała szara i monotonna, zamiast stać się piękniejszą? Ludzie nie przychodzili tu, by podziwiać skałę ale by podziwiać krajobraz Xanthu. Tak czar wydawał się formą samoobrony.

Wtem Bink potrącił nogą ostry kamień. Stał teraz na tarasie pokrytym odłamkami skalnymi powstałymi przed wiekami poprzez skruszenie ładnego, barwnego głazu, który ...

O to chodziło! Tamten głaz, który zapewne leżał blisko Widokowej Skały i był podobnych rozmiarów, został rozłupany po to, by stworzyć tę ścieżkę i taras. Widokowa Skała ocalała. Nikt nie rozbiłby jej, bo powstała ścieżka byłaby brzydka, zaś altruistyczny czar skały czynił ją użyteczną w jej obecnej postaci. Jeszcze jedna mała zagadka rozwiązana.

Wciąż Jednak filozoficzne rozwiązania nurtowały jego umysł. Jak nieożywiony przedmiot może myśleć lub czuć? Co oznacza przetrwanie dla skały? Głaz był tylko fragmentem jakiejś pierwotnej warstwy skalnej. Dlaczego miałby posiadać osobowość, jeśli macierzysta skała jej nie posiadała? To samo pytanie dotyczy również człowieka. Został on utworzony z tkanek spożytych przez niego roślin i zwierząt, a jednak ma...

– 0 czym chciałeś ze mną rozmawiać, Bink? – spytała Sabrina z udaną skromnością.

Tak jakby nie wiedziała. Chociaż miał przygotowane pytanie, zawahał się, wiedział jaka będzie Jej odpowiedź. Nikt, kto ukończył dwadzieścia pięć lat życia i do tego czasu nie wykazał się żadną magiczną siłą nie mógł pozostać w Xanth. Ten krytyczny dzień dwudziestych piątych urodzin Binka przypadał zaledwie za dwa miesiące. Nie był już dzieckiem. Jak Sabrina może poślubić człowieka, który wkrótce ma być wygnany?

Dlaczego o tym nie pomyślał, zanim ją tu przyprowadził. Przysporzył sobie tylko kłopotów! Terał musiał coś powiedzieć, albo postawić się w jeszcze bardziej niezręcznej sytuacji, niezręcznej również dla niej.

– Chciałem po prostu zobaczyć twój... twój...

– Co takiego? – zapytała unosząc brwi. Poczuł ogarniającą falę gorąca.

– Twój hologram – wypalił. Pragnął w niej oglądać i dotykać znacznie więcej, ale o tym nie było nowy przed ślubem. Należała do takich właśnie dziewcząt i to też stanowiło część jej uroku. Dziewczyny, które posiadały jakieś szczególne uroki, nie musiały ich demonstrować przy byle okazji.

No, nie całkiem to prawda. Pomyślał o Aurorze, która też. była taka, a jednak...

– Bink, istnieje pewien sposób – rzekła Sabrina. Spojrzał na nią z ukosa, ale zaraz odwrócił się zmieszany. To niemożliwe, żeby ona miała na myśli ...

– Dobry Czarodziej Humphrey – dokończyła radośnie.

– Co? – Myślał o czymś zupełnie innym, pogrążony w swych własnych myślach.

– Humphrey zna setki różnych czarów. Może jeden z nich... jestem pewna, że on potrafi odkryć twoje zdolności. I wtedy wszystko będzie dobrze.

– Ale on żąda rocznej służby za każdy czar – zaprotestował Bink.

– Ja mam tylko miesiąc.

Nie było to całkowitą prawdą. Gdyby czarodziej odkrył w nim jakieś zdolności nie zostałby wygnany i miałby ten rok do dyspozycji. Ufność Sabriny głęboko go wzruszyła. Nie mówiła jak inni, że nie posiada on żadnej mocy magicznej. Okazała mu wielką życzliwość, zakładając z góry, że nie jest skończony, lecz tylko jeszcze nie ujawnił swoich prawdziwych zdolności.

Chyba właśnie ta ufność tak ich zbliżyła. Sabrina była oczywiście piękna, inteligentna i uzdolniona, wartościowa pod każdym względem. Lecz mogłaby nawet nie mieć żadnych z tych zalet, a mimo wszystko być jego ...

– Rok to nie tak długo – powiedziała półgłosem Sabrina.

– Zaczekam.

Bink popatrzył w zadumie na swoje ręce. Prawą dłoń miał normalną, ale u lewej stracił w dzieciństwie środkowy palec. Nie był to nawet skutek jakiegoś wrogiego zaklęcia. Bawił się wtedy toporem, siekając sprężyste łodygi roślin, które przyciskał ręką do ziemi wyobrażając sobie, że jest to ogon smoka. Kiedy się zamachnął, łodyga wymknęła mu się z dłoni, sięgnął po nią i topór spadł mu wprost na palec.

Bolało bardzo, ale najgorsze tyło to, ze nie śmiał płakać ani się skarżyć, gdyż zabroniono mu bawić się toporem. Z najwyższym trudem powstrzymał się od skarg i cierpiał w milczeniu. Pochował swój palec i zdołał ukryć skaleczenie jeszcze przez kilka dni. Kiedy w końcu prawda wyszła na jaw, było już zbyt późno na czary. Palec zdążył nadgnić i nie mógł zostać ponownie przytwierdzony do ręki. Wystarczająco potężne zaklęcie mogłoby tego dokonać, ale pozostałby wówczas trupim palcem.

– Nie ukarano go. Jego matka, Blanka stwierdziła, że dobrze zapamięta tę nauczkę... i zapamiętał, zapamiętał. Następnym razem, gdy potajemnie bawił się toporem, uważał już na swoje palce. Ojciec wydawał się osobiście zadowolony, że Bink okazał tyle odwagi i wytrwałości w nieszczęściu, nawet, jeśli, nie było to do końca uczciwe z jego strony.

– Chłopak ma charakter – stwierdził. – Żeby jeszcze miał jakieś zdolności magiczne.

Bink oderwał wzrok od ręki. Tamto zdarzyło się piętnaście lat. temu. Nagle rok wydał mu się naprawdę krótki. Rok służby... w zamian za całe życie z Sabriną. To była okazja.

Ale przypuśćmy, że nie ma żadnych zdolności? Czy musi płacić rokiem życia za potwierdzenie pewności, że jest skazany na ponure stare beztalencie? Może lepiej byłoby zgodzić się na wygnanie, zachowując bezsensowną nadzieję, że miał jakieś utajone zdolności?

Sabrina, szanując jego rozmyślania, zaczęła tworzyć swój hologram. Pojawiła się przed nią błękitna mgiełka, zawieszona nad nierównościami terenu. Powiększała się na brzegach i intensywniejsza w środku, aż osiągnęła średnicę dwóch stóp.. Wyglądała jak gęsty dym, ale nie rozwiewała się i nie przesuwała.

Teraz Sabrina zaczęła nucić. Miała ładny głos – niezbyt silny, ale w sam raz do jej czarów. Na ten dźwięk błękitna chmurka zadrżała i stękała, stając się niemal kulistą. Wówczas zmieniła wysokość śpiewu i obrzeże kuli zżółkło. Otworzyła usta, zaśpiewała słowo „dziewczyna” i barwna chmura przybrała kształt młodego podlotka w błękitnej sukience z żółtymi falbankami. Postać była trójwymiarowa, widoczna ze wszystkich stron, podlegająca prawom perspektywy.

Była to wspaniała umiejętność. Sabrina mogła wymodelować wszystko, ale obrazy znikały w chwili gdy się dekoncentrowała i nigdy nie przybierały materialnej formy. Tak, krótko mówiąc, zdolność ta była bezużyteczna. W żaden sposób nie ułatwiała jej życia.

Ile jednak magicznych zdolności tak naprawdę pomagało swoim posiadaczom? Ktoś mógł sprawić że liście drzewa usychały i opadały, gdy na nie spojrzał. Ktoś inny potrafił wytwarzać zapach zsiadłego mleka. Jeszcze ktoś umiał sprawiać, ze ziemia obok niego zanosiła się od szaleńczego śmiechu. To wszystko były bez wątpienia czary, ale jaki z nich pożytek? Dlaczego tacy ludzie zasługiwali na miano Obywateli Xanthu, gdy tymczasem silny, bystry, przystojny Bink nie zasługiwał? Była to jednak nienaruszalna zasada – nikt bez zdolności magicznych nie mógł tu pozostać po ukończeniu ćwierci wieku.

Sabrina miała rację. Musiał poznać SWÓJ talent. Nigdy nie zdołał sam go odkryć, więc powinien zapłacić cenę, żądaną przez Dobrego Czarodzieja. To nie tylko uchroniłoby go od wygnania – co oznaczało los gorszy od śmierci, gdyż Jaki sens ma życie bez czarów – i pozwoliło zdobyć Sabrinę – los znacznie lepszy od śmierci. To przywróciłoby mu podupadłe poczucie własnej godności. Nie miał wyboru.

– Och! – wykrzyknęła Sabrina klepiąc się dłońmi po swych wyzywająco krągłych pośladkach. Hologram rozmył się, a niebiesko ubrana dziewczyna groteskowo wykrzywiła się nim zniknęła. – Ja płonę!

Przestraszony Bink podbiegł ku niej. Gdy tylko jednak ruszył z miejsca, rozległ się głośny śmiech wyrostka. Sabrina odwróciła się z wściekłością.

– Numbo, przestań! – krzyknęła. Należała do dziewczyn, które w gniewie są równie pociągająco, Jak w chwilach radości. To nie Jest wcale śmieszne.

Oczywiście to Numbo obdarował Ją „Ognistą poduszką”, piekącym bólem pośladków. A propos bezużytecznych zdolności! Bink zacisnął pięści tak mocno, ze aż kciuk wbił mu Się w kikut brakującego palca i ruszył wielkimi krokami w stronę wyszczerzonego młodzieńca stojącego za Widokową Skałą. Numbo miał piętnaście lat, był zarozumiały i napastliwy – przyda mu się nauczka.

Zawadził jednak stopą o ruchomy kamień i noga omskła mu się w tak perfidny sposób, że stracił równowagę. Nie zrobił sobie krzywdy, ale musiał zatrzymać się. Wyciągnął ręce do przodu i dotknął palcami niewidzialnej ściany. Rozległ się następny wybuch śmiechu. Bink, dzięki temu opatrznościowemu kamieniowi pod nogą nie wyrżnął głową w ścianę, ale ktoś najpewniej pomyślał, że tak było.

– Ty też – Chilk – powiedziała Sabrina. To była umiejętność Chilka – ściany. W pewnym sensie uzupełniał, zdolności Sabriny – zamiast niematerialnych widzialnych obiektów tworzył to samo, tyle, że niewidzialnie. Ściana miała tylko sześć stóp kwadratowych i, podobnie wielu innym umiejętnościom, istniała krótkotrwale, ale przez kilka pierwszych chwil była twarda, jak stal.

Bink mógł ominąć ją i dogonić smarkacza, ale był pewien, że jeszcze wiele razy natknąłby się na tę przeszkodę i bardziej by się sam poobijał, niż mógłby obić chłopaka. To nie miało sensu. Gdyby tylko posiadał jakieś zdolności magiczne, jak choćby „ognista poduszka” Numby, pokazałby temu żartownisiowi co o nim myśli.. Ale nie posiadał i Chilk wiedział o tym. Wszyscy wiedzieli. To był naprawdę poważny problem. Stanowił łatwą zdobycz dla wszystkich Figlarzy, bo nie mógł się rewanżować – naturalnie magicznie, zaś fizyczną zemstę poczytywano za ordynarność. Teraz jednak był całkiem gotów zachować się ordynarnie.

– Chodźmy stąd. Bink – rzekła Sabrina. W jej głosie brzmiał niesmak, formalnie kierowany przeciw natrętom, ale Bink podejrzewał, że przynajmniej część dotyczyła Jego osoby. Zaczęła w nim narastać bezsilna wściekłość, którą odczuwał już wielokroć przedtem, a do której nigdy się nie przyzwyczaił. Brak talentów magicznych nie pozwolił mu się jej oświadczyć. Z tego samego powodu nie mógł tu zostać. Ani tu przy Widokowej Skale, ani tu w Xanth. Nie pasował do tego świata.

Wracali na dół ścieżką. Dowcipnisie nie mogąc ich wyprowadzić z równowagi, wyruszyli na poszukiwanie innych okazji. Krajobraz nie wdawał się już tak uroczy. Może naprawdę warto było stąd wywędrować? Może gdzie indziej byłoby mu lepiej? Może powinien już teraz ruszyć w drogę, nie czekając na oficjalne wygnanie. Jeśli Sabrina naprawdę go kochała, poszłaby z nim – nawet w Nieznane, do Mundanii.

Nie, wiedział o tym dobrze. Sabrina kocha go, ale kocha także Xanth. Ona ma takie ponętne kształty, takie usta składające się do pocałunku, że łatwiej jej będzie znaleźć innego mężczyznę, niż przywyknąć do życia bez magii. A jeśli chodzi o to, on także mógłby znaleźć inną dziewczynę. Zapewne więc patrząc obiektywnie, lepiej zrobi odchodząc samotnie.

Dlaczego zatem serce nie chce się na to zgodzić?

Minęli brunatny kamień, na którym poprzednio siedział kameleon. Bink wzdrygnął się na samo wspomnienie tej sceny.

– Dlaczego nie spytasz Justyna? – zaproponowała Sabrina, gdy zbliżyli– się do wioski. Mrok był tu gęstszy, niż na Widokowej Skale. W wiosce zapalały się lampy.

Bink spojrzał na to unikalne drzewo, o którym wspomniała. W Xanth istniało wiele gatunków drzew, bez których gospodarka krainy po prostu przestałaby funkcjonować. Napoje czerpało się z drzew pitnych, paliwo z drzew oliwnych, a obuwie Binka pochodziło z dojrzałego drzewa butowego, które rosło na wschód od wioski. Ale Justyn był czymś wyjątkowym. Gatunkiem nie wyhodowanym z nasion. Jego liście przypominały płaskie, ludzkie dłonie, zaś pień miał barwę opalonego ludzkiego ciała. Trudno się było temu dziwie – kiedyś, w przeszłości Justyn był człowiekiem.

W mgnieniu oka Bink przypomniał sobie te historię, zaczerpniętą z bogatego folkloru swej ojczyzny. Dwadzieścia lat temu żył jeden z największych Złych Czarodziejów, młody czło–wiek o imieniu Trent. Posiadał moc przekształcania – zdolność do zamieniania żywych istot w inne żyjące stworzenia. Nie usatysfakcjonowany tytułem Czarodzieja, który otrzymał, gdy odkryto straszliwą siłę jego magii, Trent starał się wykorzystać swą moc do zdobycia tronu Xanthu. Postępował w sposób prosty i bezpośredni: przekształcał każdego oponenta w coś, co nie mogło mu się przeciwstawić. Najgroźniejszych wrogów zamieniał w ryby – na suchym lądzie – i pozwalał im cierpieć bez wody aż do śmierci. Mniejsze przeszkody zmieniał w zwierzęta i rośliny. Stąd wiele rozumnych zwierząt zawdzięczało swe pochodzenie Jemu. Chociaż były smokami, dwugłowymi wilkami, lądowymi krakenami, zachowały swą ludzką inteligencję i ludzki punkt widzenia.

Trent przeminął, ale jego dzieła pozostały, gdyż nie było innego czarodzieja, który z powrotem by je przemienił. Hologramy, ogniste poduszki, niewidzialne ściany to zdolności wystarczające do pozostania w Xanth, ale umiejętność przekształcania stanowiła coś zupełnie innego rzędu. Taka jednostka pojawiała się raz na kilka pokoleń i rzadko przybierała tę samą formę. Justyn był jedną z kłód na drodze Trenta do kariery – nikt zresztą nie pamiętał dokładnie o co chodziło – więc Justyn był drzewem.. Nikt inny nie potrafił zmienić go znów w człowieka.

Własne zdolności Justyna polegały na przenoszeniu swojego głosu, nie żadne brzuchomówcze zabawy, czy trywialne umiejętności wytwarzania szaleńczego śmiechu – ale autentyczne zrozumiałe mówienie z odległości bez użycia strun głosowych. Zdolność ta pozostała mu, a – że drzewo miał wiele czasu na rozmyślanie, wieśniacy często przychodzili doń po radę. Często były to dobre rady. Justyn nie był żadnym geniuszem, ale drzewo wykazywało więcej obiektywizmu w rozwiązywaniu ludzkich problemów, niż sami ludzie.

Bink wydawało cię, że Justynowi – drzewu wiodło się lepiej, niż wtedy, gdy był człowiekiem. Lubił ludzi, ale powiadano, że w ludzkiej postaci nie był przystojny. Jako drzewo wyglądał całkiem godnie i nie zagrażał nikomu.

Skręcili w stronę Justyna. Nagle tuż przed nim odezwał się głos.

– Nie podchodźcie przyjaciele. Kilku łotrów zaczaiło się nieopodal ...

Bink i Sabrina zatrzymali się.

– Czy to ty, Justyn? – zapytała – Kto się zaczaił? Ale drzewo nie mogło słyszeć tak, jak potrafiło mówić, i nie odpowiedziało. Drewniane uszy nie są najlepszym narządem.

Rozzłoszczony Bink zrobił kilka kroków w stronę drzewa.

– Justyn nie jest niczyją własnością – mruknął – Nikt nie ma prawa ...

– Bink, proszę – przekonywała go Sabrina, ciągnąc go z powrotem. – Nie chcemy przecież żadnych kłopotów.

Oczywiście, ona nigdy nie chciała żadnych kłopotów. Nie posunął się aż tak daleko, by uważać to za wadę, ale czasami stawało się to nieznośne. Bink nigdy nie pozwalał, by kłopoty przeszkodziły mu w sprawach zasadniczych. Jednak Sabrina była piękna, a on wpędził ją już dziś w wystarczającą ilość kłopotliwych sytuacji. Zawrócił więc i zaczął z nią odchodzić od drzewa.

– Hej, to nieuczciwe! – wykrzyknął jakiś głos. – Oni odchodzą.

– Na pewno Justyn wypaplał – zawołał ktoś inny.

– Zrąbmy więc Justyna.

Bink ponownie przystanął.

– Ci niegodziwcy nie ważą się... – wyksztusił drżącym ze wściekłości głosem.

– Oczywiście, że nie zrobią tego – potwierdziła Sabrina. – Justyn jest naszym pomnikiem. Poniechaj ich.

Ale panowie usłyszeli, głos drzewa, trochę obok miejsca – gdzie teraz stali – wyraźna oznaka rozkojarzenia Justyna,

– Przyjaciele, sprowadźcie proszę, szybko Króla. Te łotry mają siekierę, czy coś w tym stylu i najedli się szaleju.

– Siekierę! – wykrzyknęła Sabrina z przerażeniem.

– Króla nie ma w mieście – mruknął Bink. – A zresztą, jest tak zgrzybiały, że już od lat nie wyczarował niczego, poza letnimi burzami ...

– Smarkacze nie śmieli tak rozrabiać, gdy był w pełni sił.

– Tak, my nie śmieliśmy – stwierdził Bink. – Pamiętasz huragan i sześć trąb powietrznych, które wywołał, aby poskromić ostatni wyrój świdrzaków? Był wtedy prawdziwym Królem Burzy. On ...

Rozległ się stukot metalu, uderzającego w pień. Całą okolicę rozdarł przeraźliwy krzyk bólu. Bink i Sabrina podskoczyli.

– To Justyn – zawołała – Ci złoczyńcy naprawdę spełnili swą groźbę ...

– Nie ma czasu na Króla – rzekł Bink. Ruszył w stronę drzewa.

– Bink, nie możesz – krzyknęła za nią Sabrina. – Nie masz żadnego czaru.

Tak więc prawda w końcu wychodzi na wierzch. Jak się obawiał, ona także nie wierzyła w jego domniemane zdolności.

– Ale mam mięśnie! – odkrzyknął – Zawołaj posiłki! ... Gdy topór uderzył po raz drugi, Justyn wrzasnął ponownie. Był to niesamowity, suchy odgłos. Rozległ się śmiech – radosny rechot nietrzeźwych podrostków, nie zastanawiających się nad konsekwencjami swojego czynu. Szalej? To był po prostu brak wyobraźni.

Bink dobiegł już tam. I... nie zastał nikogo. A właśnie teraz był w takim bojowym nastroju. Dowcipnisie uciekli.

Mógłby znaleźć ich imiona, ale nie musiał.

– Jama, Zink i Potipber – powiedział Justyn. – Ooo, moje nogi!

Bink kucnął, łaby obejrzeć skaleczenia. Białe nacięcia były wyraźnie widoczne na tle skórzastej kory u podstawy pnia. Pojawiły się krople czerwonej żywicy, bardzo przypominającej krew. Tak wielkiemu drzewu na pewno niczym to nie groziło, lecz niewątpliwie było bardzo bolesne.

– Przyłożę tu jakiś kompres – rzekł Bink. – W lesie niedaleko stąd rosną koralowe gąbki. Krzycz, jeśli ktoś będzie Cię niepokoił w tym czasie.

– Dobrze – powiedział Justyn – Pośpiesz się. Po chwili zastanowienia dodał.

– Jesteś dzielnym chłopcem, Bink. Dużo lepszym niż wielu tych, co ...

– Wielu tych, co mają zdolności magiczne – dokończył za nim Bink. – Dziękuję, że próbujesz podtrzymać mnie na duchu.

Justyn nie miał nic złego na myśli., ale czasem mówił, zanim pomyślał. Wszystko z powodu drewnianego umysłu.

– To nieuczciwe, tacy prostacy, jak Jama, są obywatelami, gdy tymczasem Ty ...

– Dziękuję – mruknął Bink, odchodząc. Całkowicie się zgadzał, ale jaki sens mówić o tym? Rozejrzał się, czy nikt nie czai się w krzakach, ale nie zobaczył nikogo. Tamci naprawdę odeszli.

Jama, Zink i Potipher, pomyślał ponuro – wioskowi rozrabiacze. Jama posiadał zdolność wyczarowywania miecza i nią właśnie porąbali pień Justyna. Ktoś, kto mógł wyobrazić sobie taki wandalizm, był ...

Bink przypomniał sobie swoje własne smutne doświadczenia z tą bandą, nie tak znów dawno. Otumaniona szalejem trójka zastawiła pułapkę na jednej ze ścieżek poza wioską i czekali na okazję. Bink z jednym z przyjaciół wpadli w tę zasadzkę. Z tyłu zaszła im drogę chmura trującego gazu – to była umiejętność Potiphera – a tymczasem Zink stworzył u ich stóp miraże głębokich dołów, zaś Jama materializował latające miecze, przed którymi musieli się uchylać. Taka zabawa!

Przyjaciel Binka uciekł dzięki swym magicznym zdolnościom, gdyż zamienił kawałek drewna w Golema, który zajął jego miejsce. Golem był bliźniaczo do niego podobny i to zmyliło dowcipnisiów. Bink, oczywiście, wiedział o tej zamianie, ale nie wydał przyjaciela. Niestety Golem był niewrażliwy na trujący gaz, czego nie można powiedzieć o nim samym. Trochę dymu dostało się do płuc i stracił przytomność w chwili, gdy nadeszła pomoc. Przyjaciel, sprowadził rodziców Binka...

Bink ocknął się i ponownie nabierał powietrza w chwili, gdy otaczał go trujący obłok. Zobaczył matkę szarpiącą ojca za rękę, którą pokazywał Binka. Zdolności Bianki polegały na powtarzaniu zdarzeń. Na małym obszarze mogła cofnąć czas o pięć sekund. Był to bardzo ograniczony, ale przewrotnie potężny czas, gdyż pozwolił Jej naprawić popełnione przed chwilą błędy. Takie na przykład, jak wdychanie pełną piersią trujących gazów, co przed momentem zdarzyło się jej synowi.

Wówczas jego pierś ponownie gwałtownie uniosła się i uczyniła zaklęcia Bianki bezużytecznymi. Mogła wstrzymać powtarzany seans na dowolnie długi czas, ale wszystko się powtarzało, jego oddech też. Roland spojrzał jednak przenikliwie i Bink został zamrożony.

Moc Rolanda tkwiła w jego wzroku. Jedno odpowiednie spojrzenie i wszystko, na co patrzył, natychmiast zamarzało, unieruchomione, choć nadal żywe, aż do chwili cofnięcia czasu. W ten sposób Bink uchroniony został od powtórnego zaczerpnięcia gazu, dopóki jego sztywne ciało nie zostało przeniesione dalej. Kiedy oszołomienie minęło, ocknął się w objęciach matki.

– Och, moje dziecko – wołała, przyciskając jego głowę do łona. – Czy oni Ci zrobili krzywdę?

Bink gwałtownie zatrzymał się przy rosnących gąbkach, a twarz nawet teraz mu płonęła na wspomnienie tego wstydliwego faktu. Czy musiała to zrobić? Oczywiście ocaliła go od przedwczesnej śmierci... ale potem przez dłuższy czas był pośmiewiskiem całej wioski. Gdzie tylko pojawił się dzieciaki wykrzykiwały falsetem „Moja dziecino” i chichotały. Ocalił życie, ale za cenę swojej godności. Choć wiedział, że nie mógł potępiać swoich rodziców.

Winił za wszystko Jamę, Zinka i Potiphera. Nie miał żadnych magicznych zdolności, więc pewnie dlatego był najsilniejszym chłopakiem we wsi. Jak pamięcią sięgnął, zawsze musiał się bić. Nie był zbyt zwinny ale miał dużo krzepy. Dopadł osobiście Jamę i przekonywującą udowodnił mu, że pięść jest szybsza, niż magiczny miecz. Potem Zinka, a w końcu Potiphera. Tego ostatniego wrzucił w jego własną chmurę trującego gazu, zmuszając go do bardzo gwałtownego odczynienia czaru. Ta trójka już potem nie chichotała na widok Binka. Tylko starali się go unikać – dlatego uciekli, gdy zbliżył się do drzewa. Razem mogliby go pokonać, ale te pojedyncze spotkania dały im zbyt dobrą nauczkę.

Bink uśmiechnął się. Ponura radość zastąpiła zawstydzenie. Być może jego postępowanie w tamtej sytuacji było niedojrzałe ale dało mu dużo satysfakcji. W głębi duszy wiedział , że to kierowała nim złość na matkę, którą wyładował na Jamie i innych ale nie żałował tego. Matkę mimo wszystko kochał.

Ostatecznie jednak miał szansę ratować swój honor, odkrywając w sobie jakąś magiczną umiejętność, jakąś solidną zdolność w rodzaju czaru jego ojca, Rolanda. Nikt już nie śmiałby mu dokuczyć, śmiać się z niego, nazywać go „dzieciną”. Wtedy wstyd nie wyganiałby go z Xanthu. Cóż, to tylko pobożne życzenie, które nawet czary nie były w stanie zrealizować.

Pochylił się, by zebrać kilka ładnych, dużych gąbek. Złagodzą one cierpienia Justyna, gdyż na tym właśnie polegał ich czar: wchłaniały wszelki ból i działały kojąco. Kilka roślin i zwierząt – nie był całkowicie pewny, do której grupy zaliczyć gąbki – miało podobne własności. Zaletę gąbek stanowiła ich ruchliwość. Były bardzo wytrzymałe, przywędrowały z mórz razem z koralami i teraz dobrze się rozgościły na lądzie. Zapewne ich magiczne właściwości ułatwiały im życie w nowym środowisku. A może stało się to wcześniej, przed migracją? Zdolności chadzały stadami i często jedna pokrywała się z inną. Stąd tyle odmian magii jednego rodzaju objawiało się w królestwie roślin i zwierząt. Wśród ludzi magiczne zdolności bywały skrajnia różne. Najprawdopodobniej ważniejszy był indywidualny charakter, nie zaś cechy dziedziczne, choć najpotężniejsze czary miały tendencję do ujawniania się. w pewnych rodach. Tak jakby siła magii była dziedziczna, zaś rodzaj magii uwarunkowany środowiskowo. Istniały jednak inne czynniki...

Bink miał bardzo refleksyjną naturę. Gdyby refleksyjność była magiczną zdolnością, zostałby czarodziejem. Teraz jednak powinien skoncentrować się na tym co robi, bo inaczej może znaleźć się w kłopotach. Zmierzchało coraz bardziej. Posępne kształty wyłaniały się z lasu i krążyły jakby w poszukiwaniu ofiary. Bezcielesne i pozbawione zmysłów, zdawały się jednak świadomie kierować ku Binkowi – takie miał wrażenie. W zasadzie nikt nie wiedział, na czym polegają czary, jednak w kilku książkach próbowano to wyjaśnić. Błędny ognik przyciągnął uwagę Binka. Zaczął śledzić to przelotne światełka i nagle zrozumiał – było to po prostu zwykłe kuglarstwo. Mógł go wciągnąć w dzikie ostępy i pozostawić tam na pastwę wrogich czarów nieznanych istot. Jeden z przyjaciół Binka z dzieciństwa pobiegł za błędnym ognikiem i nigdy nie wrócił. Wystarczające ostrzeżenie!

Noc zmieniła Xanth. Miejsca takie jak to, niegroźne za dnia stawały się niebezpieczne, gdy słońce kryło się za horyzontem. Wyłaniały się upiory i widma, poszukując ofiar , dla swych ohydnych praktyk, czasami trupy wychodziły z grobów, aby włóczyć się po okolicy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie spał na dworze i każdy dom w wiosce posiadał czar odstraszający nadprzyrodzone moce. Bink nie śmiał wracać do Justyna skrótem, musiał pójść dłuższą drogą, trzymając się ścieżek zataczających wprawdzie koło, ale chronionych magicznie. To nie była bojaźń, ale twarda konieczność.

Biegł – nie ze strachu, bo na tej zaczarowanej drodze nie było żadnego niebezpieczeństwa, a zbyt dobrze znał ta ścieżki, żeby być pewnym, iż nie zabłądzi – ale po to, by jak najszybciej znaleźć się przy Justynie. Ciało Justyna było drewniane nie cierpiało tak samo jak człowiek z krwi i kości. Cóż za cymbał mógł wykazać taką tępotę i zranić Justyna ...

Bink minął pole morskiego owsa słysząc miły szum i plusk fal przypływu. Z owsa tego robi się wspaniałą owsiankę, choć bywa ona trochę słonawa. Naczynia można nią jednak napełniać do połowy w przeciwnym razie zawsze falująca jak morze owsianka przelewa się przez brzegi. Przypomniał sobie dziki owies, który hodował jako wyrostek. Owies morski zawsze niespokojnie faluje, ale pokrewny mu dziki owies był zupełnie szalony. Musiał stoczyć ciężką walkę ze smagającymi go po rękach łodygami, gdy próbował zebrać dojrzałe kłosy. Zdobył je wprawdzie, ale był całkiem podrapany i poobcierany nim wydostał się z zagonów.

Zasiał tych kilka dzikich nasion na ukrytej działce i za domem i codziennie podlewał je w zupełnie naturalny sposób. Strzegł te niesforne pędy przed wszelką krzywdą i wzrastały w nim oczekiwania. Cóż to za przygoda dla nastoletniego chłopca! Dopóki jego matka, Bianka, nie odkryła działki. Niestety od razu rozpoznała gatunek.

Natychmiast odbyła się narada rodzinna.

– Jak mogłeś? – pytała Bianka z płonącą twarzą. Roland zaś usiłował zdusić uśmieszek podziwu.

– Hodowla dzikiego owsa – mruknął – Chłopak dojrzewa.

– Ależ, Roland, wiesz przecież ...

– Kochanie, nie wydaje mi się, żeby to było coś zdrożnego.

– Nic zdrożnego! – wykrzyknęła z oburzeniem.

– To naturalna potrzeba młodego mężczyzny...

Jej wściekły wzrok powstrzymał ojca, który nie bał się w Xanth niczego, choć był spokojnym człowiekiem. Roland westchnął i zwrócił się do Binka:

– Myślę, że wiesz, co zrobiłeś, synu?

Bink zaczął bronić się rozpaczliwie

– No tak... Owsiana nimfa... ciągnął. Ów stwór skupia w sobie wszelkie fizyczne cechy ponętnej kobiety, lecz niestety nie potrafi myśleć. Ale jest to, synu, młodzieńcze marzenie, takie samo, jak sny o poszukiwaniu drzewa słodyczy. Rzeczywistości naprawdę nie da się w pełni przewidzieć. Każdy szybko przesyca się i męczy nieograniczoną ilością słodyczy, tak samo jest z... z bezrozumnym kobiecym ciałem. Człowiek nie może kochać nimfy. Zamiast niej mogłoby równie dobrze być powietrze. Żar uczuć szybko zmieni się w nudę i w odrazę.

Bink wciąż nie śmiał się odezwać. Był pewien, że on nie znudziłby się. Roland rozumiał go aż za dobrze.

– Synu, tym czego potrzebujesz jest prawdziwa, żywa dziewczyna – stwierdził. – Postać posiadająca osobowość, potrafiąca rozmawiać z tobą. Zbliżenie się do prawdziwej kobiety, zrozumienie Jej jest dużo trudniejsze i czysto pozorne. – Spojrzał, znacząco na drzwi, przez które wyszła Blanka. – Ale na dłuższą metę daje wiele więcej zadowolenia. To, czego szukałeś w dzikim owsie jest uproszczeniem, ale w życiu nie ma uproszczeń. – Uśmiechnął się. – Aczkolwiek jeśli chodzi o mnie, to pozwoliłbym ci posmakować uproszczeń. Nie ma w tym nic złego, to tylko szczenięca naiwność. Ale twoja matka... cóż, żyjemy w tak konsekwentnym kraju, zaś damy są zwykle najbardziej konsekwentne... szczególnie te urodziwe. To mała wioska, mniejsza niż kiedyś, i wszyscy wiedzą wszystko o sąsiadach. To nas ogranicza. Wiesz, co mam na myśli?

Bink przytaknął niepewnie. Gdy jego ojciec wydawał wyrok, choć zawsze rozważny, od jego decyzji nie było już odwołania.

– Koniec z owsem. Twoją matkę... hm, zaskoczyła twa dorosłość. Owies się skończył – zapewne natychmiast wyrwała go z korzeniami ale masz przed sobą jeszcze wiele doświadczeń. Bianka chciałaby zawsze myśleć o tobie, jak o małym chłopcu, ale nawet ona nie może przeszkodzić naturze. Nie na dłużej, niż pięć sekund. Więc po prostu będzie musiała się z tym pogodzić.

Roland przerwał, ale Bink znów milczał, nie wiedząc, do czego ojciec zmierza.

– Jest tu dziewczyna która przybyła z pewnej małej wioski – ciągnął Roland. – Mówi się, że ma tu zdobyć lepsze wykształcenie, gdyż mamy najlepszego centaura – nauczyciela w całym Xanth. Ale podejrzewam, że głównym powodem jest brak kandydatów na męża w jej wiosce. Wiem, że nie odkryła jeszcze swych magicznych talentów, i że jest w twoim wieku... – przerwał i spojrzał znacząco na Binka. – Myślę, że przydałby się jej przystojny, młody człowiek, który pokazałby jej okolicę i przestrzegł przed tutejszymi niebezpieczeństwami. Wiem, że jest wyjątkowo ładna i miła, i nie ma ostrego języka – rzadkie to zalety w naszej wiosce.

Wreszcie Bink zaczął rozumieć. Dziewczyna, prawdziwa dziewczyna, którą mógł poznać. Bez uprzedzeń wobec Jego braku zdolności magicznych. I Bianka nie będzie mogła tego nie zaakceptować, choć pewnie nie spodoba się jej nowe zajęcie syna. Ojciec dał mu sensowną alternatywę. Nagle zrozumiał, że może sobie poradzić bez dzikiego owsa.

– Na imię ma Sabrina – powiedział Roland.

Światło z powrotem sprowadziło Binka do teraźniejszości. Ktoś stał obok Justyna, trzymając magiczną lampę.

– Wszystko w porządku Bink – odezwał ale obok niego w powietrzu głos Justyna, to Sabrina sprowadziła pomoc, ale okazała się niepotrzebna. Masz gąbkę?

– Mam powiedział Bink.

Tak więc ta mała przygoda w ogóle nie okazała się przygodą. Jak całe jego życie. Gdy Sabrina pomogła mu obłożyć gąbką rany Justyna, Bink uznał, że się zdecydował. Nie mógł żyć w ten sposób, nijako. Pójdzie, by zobaczyć się z Dobrym Czarodziejem Humphreyem i poznać swoje magiczne zdolności. Podniósł wzrok. Jego oczy napotkały spojrzenie Sabriny iskrzące się poprzez światło lampy. Uśmiechnęła się. Wydała się teraz jeszcze piękniejsza, niż wtedy gdy spotkali się po raz pierwszy przed wielu laty. Zawsze była mu wierna. Bez wątpienia ojciec Binka miał rację.

2.

Bink wyruszył w drogę pieszo, z wypchanym plecakiem, zaopatrzony w solidny myśliwski nóż i tępą laskę. Matka nalegała, by pozwolił im nająć przewodnika, ale Bink musiał odmówić. „Przewodnik” oznaczałby w rzeczywistości strażnika, dbającego o jego bezpieczeństwo. Nigdy nie zmazałby takiej hańby! Przecież ciągnąca się za wioską puszcza gotowała wiele niebezpieczeństw dla nie obeznanych z nią podróżników. Tylko nieliczni przebyli tą drogę samotnie. Naprawdę lepiej będzie jak wyruszy bez asysty.

Mógłby podróżować na skrzydlatym rumaku, ale to byłoby zbyt kosztowne i na swój sposób zbyt ryzykowne. Gryfy często bywały narowiste. Wolał spokojnie odbyć normalną przechadzkę, żeby tylko udowodnić, iż jest w stanie zadbać o samego siebie, na przekór ironicznym śmiechom wioskowej młodzieży. Jama akurat teraz nie uśmiechał się zbyt wiele –przygnieciony brzemieniem pokutnego zaklęcia, które rzuciła na niego Rada Starców, za jego napaść na Justyna – ale byli prześmiewcy.

W końcu Roland zrozumiał go.

– Pewnego dnia przekonasz się, że opinia bezwartościowych ludzi jest bez wartości – szepnął do Binka.– Musisz to zrobić na własną rękę. Rozumiem cię i życzę ci szczęścia w samodzielności.

Bink miał mapę i wiedział, która ścieżka prowadzi, do zamku Dobrego Czarodzieja Humphreya. To znaczy, która miała tam prowadzić, Humphrey był starym dziwakiem lubiącym samotne życie w puszczy. Od czasu do czasu przenosił swój zamek lub w magiczny sposób zmieniał prowadzące tam drogi, więc nigdy nie można było mieć pewności, że się tam trafi. Bink nie bacząc na trudności zamierzał wytropić legowisko Czarodzieja.

Pierwszy etap podróży nic był przyjemny, całe życie spędził w North, w swojej wiosce, i poznał większość otaczających ją ścieżek. W najbliższej okolicy pozostało niewiele niebezpiecznych roślin i zwierząt, zaś te, które stanowiły potencjalne zagrożenie były dobrze znane.

Zatrzymał się, aby napić się z wodopoju obok wielkiego kolczastego kaktusa. Kiedy się zbliżył, roślina najeżyła się i gotowała do skoku.

– Wstrzymaj się przyjacielu – rzucił rozkazująco Bink. – Jestem z North.

Kaktus, powstrzymany uspakajającą formułką, nie strzelił weń śmiercionośnym gradem kolców. Najważniejszym słowem był „Przyjaciel” roślina oczywiście nie okazywała mu przyjaźni, ale musiała podporządkować się rzuconemu na nią urokowi. Żaden cudzoziemiec o tym nie wiedział, więc kaktus stanowił skuteczną zaporę dla nieproszonych, gości. Mniejsze zwierzęta były ignorowane. Ponieważ większość stworzeń musiała kiedyś pić, dawało to wygodny kompromis. Niektóre rejony były czasami pustoszone przez dzikie gryfy i inne wielkie potwory ale nie North. Jedno spotkanie z wściekłym kaktusem aż nadto wystarczało zwierzętom, szczęśliwym jeśli udawało się im ujść z życiem.

Po godzinie szybkiego marszu trafił w miejsce znane, a więc i mniej bezpieczne okolice. Jak też tutejsi ludzie strzegą ujęć wodnych?

Jednorożce wyszkolone do atakowania obcych? Cóż, wkrótce to się okaże.

Łagodne wzgórza i małe jeziora ustąpiły bardziej surowemu krajobrazowi, pojawiły się dziwne rośliny. Niektóre miały wysokie czułki, już z daleka obracające się w jego stronę. Inne wydawały melodyjne, kuszące dźwięki, ale ich gałęzie zbrojne były w potężne szczypce. Bink obchodził je w bezpiecznej odległości, nie podejmując zbędnego ryzyka. Raz wydało mu się, że dostrzegł zwierzę wielkości człowieka, które miało osiem pajęczych nóg. Przeszedł dalej szybko i cicho.

Widział też dużo ptaków, ale nimi się nie przejmował. Skoro potrafią latać, nie potrzebują specjalnie czarów chroniących przed człowiekiem, więc nie musiał się ich strzec ... chyba, że ujrzały jakieś wielkie ptaki; te mogłyby uznać go za żer. Dostrzegł raz olbrzymiego skrzy–dlatego drapieżcę i przypadł do ziemi tak, że ptak przeleciał nie zauważając go, Dopóki ptaki były niewielkie, odpowiadało mu ich towarzystwo, gdyż czasami trafiały się agresywne owady.

Istotnie, wokół jego głowy pojawiła się chmura komarów, rzucając nań napotne zaklęcia, które zaczęły mu bardzo dokuczać. Owady miały dziwną zdolność do rozpoznawania istot pozbawionych obronnej nocy magicznej. Może po prostu miały zwyczaj sondować każdego przechodnia, aż w końcu czasami im się udawało. Bink rozejrzał się za jakimiś odstraszającymi ziołami, ale nic nie znalazł. Zaczął tracić cierpliwość, bo strużki potu spływały mu po nosie, do ust, do oczu. Nagle dwa malutkie trznadle spadły na chmarę konarów i przyszły mu z odsieczą. Tak, lubił małe ptaszki!

W ciągu trzech godzin przeszedł około dziesięciu mil. Poznał zmęczenie. W sumie miał dobrą kondycję, ale nie przywykł do długotrwałych marszów z ciężkim plecakiem. Coraz częściej czuł ból w kostce, którą skręcił przy Widokowej Skale. Niewielki ból, bo i skręcenie nie było groźne, ale musiał na to uważać.

Usiadł na wzgórzu, upewniwszy się najpierw, czy nie ma tam mrówek. Rósł tam jednak kolczasty kaktus. Zbliżył się bardzo ostrożnie, niepewny czy zdoła go powstrzymać zaklęciem.

– Przyjacielu – powiedział i na próbę wylał z bukłaka kilka kropel wody, by kaktus mógł jej spróbować. Najwyraźniej wszystko było w porządku, nawet rośliny często odwzajemniały uprzejmość i szacunek.

Wyciągnął lunch pięknie zapakowany przez jego matkę. Miał jedzenia na dwa dni – dość czasu, by w normalnych warunkach dotrzeć do zamku Czarodzieja. Co prawda w Xanth nic na ogół nie działo się normalnie miał jednak nadzieję, że te zapasy starczą mu na dłużej, Jeśli zatrzyma się na noc u jakiegoś życzliwego farmera. Potrzebował też życzliwości na drogę powrotną, a w żadnym wypadku nie miał ochoty na nocleg na świeżym powietrzu. Nocą objawiały się szczególne moce magiczne, a to mogło skończyć się niemile. Nie chciał wdawać się w dyskusje a wampirem albo olbrzymem, gdyż rozmowa dotyczyłaby zapewne jego kości; czy mają być zjedzone natychmiast, póki szpik jest świeży i słodki, czy tez schrupane po tygodniowym leżakowaniu. Różni drapieżcy mieli różne gusty.

Ugryzł kawałek babki. Coś skrzypnęło tak, że aż ale wzdrygnął, ale to nie była kość, po prostu kawałek wanilii. Bianka umiała robić świetne babki. Roland zawsze jej dokuczał twierdząc, że opanowała tę sztukę pod kuratelą jakiejś starej babki. Nie rozśmieszało to Binka, znaczyło po prostu, że póki nie skończy przygotowanych przez nią zapasów i nie zacznie żywić się sam, jest od niej zależny.

Okruch ciasta spadł na ziemie – i zniknął Bink rozejrzał się i dostrzegł myszkowiórkę zajętą chrupaniem zdobyczy. Magicznie odciągnęła okruszek na dziesięć stóp, by nie ryzykować zbliżenia się do obcego. Bink roześmiał się.

– Nie zrobiłby ci nic złego, mała.

Nagle coś usłyszał... tętent kopyt. Cwałowało jakieś wielkie zwierzę, albo zbliżał się Jeździec. Jedno i drugie mogło oznaczać kłopoty. Bink wepchnął do ust kawałek sera z mleka skrzydlatych krów, przez chwilę wyobrażając sobie wydojoną krowę pasącą się na wierzchołkach drzew. Zamknął plecak i zarzucił go na ramię. W obu dłoniach trzymał swą długą laskę. Gotów był do ucieczki lub walki.

Stwór pojawił się w zasięgu wzroku. Był to centaur, kadłub konia z ludzkim torsem. Nagi, zgodnie z obyczajem swojego gatunku, miał muskularne nogi, szerokie bary i złośliwy uśmieszek na człekokształtnej twarzy..

Bink trzymał laskę przed sobą, gotów się bronić, choć nie okazywał wrogości. Nie bardzo wierzył, że zdoła pokonać potężne stworzenie. Nie miał szans na ucieczkę przed nią. Ale może pomimo swego wyglądu był to przyjazny centaur... ale nie wiedział, że Bink nie ma magicznych zdolności.

Centaur podbiegł, bardzo blisko, w rękach trzymał, łuk z nałożoną strzałą. Naprawdę wyglądał imponująco. Bink nabrał w szkole dużo szacunku dla centaurów. Ten jednak nie był żadnym poważnym starcem, ale nieokrzesanym młodzieńcem.

– Naruszyłeś naszą granicę – rzekł centaur – wynoś się na swój teren.

– Zaczekaj tłumaczył się Bink – Jestem podróżnym i trzymam się ścieżki. To jest droga publiczna.

– Wynoś się – powtórzył centaur, groźnie potrząsając łukiem.

Bink miał raczej dobry charakter, ale w zdenerwowaniu stawał się nieco ordynarny. Ta podróż to jego życiowa szansa.

Ta droga była publiczna, a on miał dość ustępowania magicznym siłom. Centaury były istotami magicznymi, nie występującymi wedle wszelkich danych poza Xanthem, w mundańskim świecie. Tak więc znów wezbrała w nim wściekłość na wszelkie czary i zrobił coś głupiego.

– Cmoknij się w ogon! – warknął.

Centaur zdębiał. Teraz wygląda jeszcze straszniej, bary poszerzyły się, pierś wezbrała, a końska część jego ciała stężała. Najwidoczniej nie często słyszał takie słowa, w każdym razie nie skierowane do niego, więc był zaskoczony. Szybko jednak otrząsnął się z chwilowego szoku, o czym świadczyły groźnie napięte muskuły. Głęboka czerwień, niemal purpura wylała się z końskiego ciała i zaczęła ogarniać brzuch i pooraną bliznami pierś. Szybko przemknęła przez zwężenie szyi aż wreszcie rozpaliła głowę i brzydką twarz stwora. Kiedy ta czerwona fala wściekłości ogarnęła uszy i dotarła do mózgu centaur zareagował.

Napiął łuk. Strzała cofnęła się wraz z cięciwą. Wymierzył w Binka i wypuścił pocisk. Chłopaka oczywiście już tam nie było. Wystarczyło mu odczytać oznaki zbliżającej się burzy. Kiedy centaur naciągnął łuk, Bink uchylił się i skoczył do przodu. Wyprostował się tuż przed nosem centaura i zamachnął, się laską. Zdzielił centaura w ramię, nie czyniąc mu zresztą żadnej krzywdy. Ale rozdrażnił go nie na żarty.

Centaur wydał ryk wściekłości. Zamachnął się lewą ręką, w której trzymał łuk, gdy tymczasem prawa sięgnęła do kołczana wiszącego u jego końskiego boku. Lecz laska Binka wplątała się w cięciwę łuku, czyniąc broń bezużyteczną.

Potwór odrzucił łuk, wyrwał mu laskę z rąk i wymarzył pięścią potężny cios. Bink skoczył za centaura, unikając uderzenia. Jednak centaur od tyłu nie był mniej groźny niż z przodu. Korzystając z okazji natychmiast kopnął go zadnią nogą. Dziwnym zbiegiem okoliczności nie trafił i przyłożył w pień kaktusa. Kaktus odpowiedział gradem kolców. Bink padł płasko na ziemię. Kolce więc przeleciały nad nim i wbiły się w zgrabny zad centaura. Znów Bink miał szczęście, w cudowny sposób uniknął kopyta, i kolców.

Centaur zarżał wielkim głosem. Te kolce raniły; każdy miał ze dwa cale długości i zaostrzony koniec. Co najmniej setka igieł utkwiła w końskim zadku. Gdyby centaur stał przodem do kaktusa, mógłby zostać oślepiony lub wręcz zabity przez kolce wbijające się w twarz i szyję. A więc miał szczęście, choć najwyraźniej nie potrafił docenić tego uśmiechu natury.

Wręcz przeciwnie – rozwścieczył się na dobre. Piekielny grymas kompletnego szaleństwa pojawił się na jego prostackiej twarzy. Stanął dęba, jego tylna część zatoczyła w powietrzu łuk i nagle znalazł się przed Binkiem. Dwa potężne ramiona sięgnęły po chłopaka i dwie zrogowaciałe dłonie zacisnęły się na jego szyi. Powoli zaciskały się, niczym imadło. Bink, uniesiony w górę, bezradnie wymachiwał nogami. Był bezbronny. Wiedział, że za moment zostanie uduszony i nie mógł nawet prosić o łaskę, gdyż nie zdołał wydać głosu.

– Chester! – krzyknął kobiecy głos. Centaur zesztywniał. Mimo to nie wypuścił ofiary, która powoli zaczynała tracić oddech.

– Chester, puść natychmiast tego człowieka! – rozkazała nieznajoma wybawicielka. – Chcesz wywołać waśnie między gatunkami?

– Ależ, Chevie – zaprotestował Chester, blednąc o kilka odcieni – To intruz sam się o to prosił.

– Jest na królewskiej drodze – powiedziała Chevie. –Wiesz, że nie wolno niepokoić podróżników. A teraz go puść!

Nie wyglądało na to, by reński centaur zdołał wymusić swoje zdanie, ale Chester powoli giął się pod jej autorytetem.

– Nie mogę go nawet ścisnąć troszeczkę? – prosił, ściskając troszeczkę. Oczy Binka omal nie wyskoczyły z orbit.

– Jeśli to zrobisz, nigdy mnie już nie zobaczysz. Puszczaj!

– Aauuu...

Chester niechętnie zwolnił ucisk. Bink obsunął się na ziemię, oglądając świetliste kręgi, wirujące przed jego oczami. Cóż to za brutal przerwał mu lunch.

Żeński centaur podtrzymał go.

– Biedaku! – zawołała podkładając mu pod głowę jakąś pluszową poduszkę – Nic ci nie jest?

Bink otworzył usta, ale nie zdołał wydać głosu, więc spróbował ponownie. Wydawało mu się, że jego zmiażdżone gardło nigdy się nie otworzy.

– Nic – wycharczał.

– Kim jesteś? Co się stało z twoją dłonią? Czy Chester...

– Nie – pośpiesznie rzekł Bink – Nie odgryzł mi palca. To rana z dzieciństwa. Zobacz, już dawno zabliźniła .

Uważnie obejrzała rękę, dotykając jej zaskakująco delikatnymi palcami.

– Tak, widzę. Ale...

– Ja... ja jestem Bink z North – powiedział. Odwrócił się w jej stronę... i odkrył prawdziwą naturę poduszki. na której opierał głowę.

„Och, nie. Znowu!” – pomyślał. – Czy zawsze będę niańczony przez kobietę?”.

Centaur płci żeńskiej był nieco mniejszy, niż męscy przedstawiciele tej rasy, ale mino to nieco wyższy niż istoty ludzkie. Ich człowiecze części miały bardziej obfite kształty. Oderwał głowę od jej nagiego torsu. Wystarczy, że matka go niańczyła, a co dopiero ta centaurzyca.

– Podróżuję na południe. Chcę się spotkać z Czarodziejem Hamphreyem.

Chevie skinęła głową. Była piękną istotą, zarówno z końskiego, jak i ludzkiego punktu widzenia. Miała leniące końskie ciało i godną podziwu ludzką część postaci. Jej twarz była atrakcyjna. Jedynie za długi nos wydawał się trochę koński. Długie ludzkie włosy spływały jej na koński grzbiet.

– l ten osioł napadł na ciebie?

– No ... Bink popatrzył na Cbestera i znów zauważył napięte mięśnie i groźne spojrzenie. Co się zdarzy, kiedy klaczka odejdzie?

– To było... to było nieporozumienie.

– Z pewnością – rzekła Chevie. Chester zaś ochłonął odrobinę. Najwidoczniej nie chciał zadzierać ze swoją dziewczyną. Bink mógł to łatwo zrozumieć. Jeśli Chevie nie była najpiękniejszym i najbardziej nerwowym centaurem w stadzie, to pewno jednym z takich.

– Teraz sobie już pójdę – powiedział Bink. Mógł to już zrobić na samym początku, gdyby pozwolił Chesterowi przegonić się w kierunku południowym. Był równie winien tej awantury jak centaur.

– Przepraszam za kłopot. – Wyciągnął rękę do Chestera. Chester wyszczerzył zęby, bardziej zresztą końskie nit ludzkie.

Zacisnął pięści.

– Chester! – warknęła Chevie.

Centaur potulnie rozluźnił pięści. – Co ci się stało z tylu?

Ciało mu znów pociemniało, choć tym razem nie całkiem z gniewu. Podreptał w miejscu, by uniknąć badawczego wzroku kobiety.

Bink prawie już zapomniał o kolcach. One wciąż sprawiały ból, a jak bolało wyciąganie ich wszystkich. Poraniony zad? Najbardziej żenujące miejsce. Bink niemal poczuł sympatię dla gburowatego stwora.

Chester stłumił swą wrogą reakcję i godną podziwu dyscypliną uścisnął rękę Binka.

Mam nadzieję, że wszystko już w porządku... tam z tyłu... – powiedział Bink z uśmiechem, który wyszedł nieco szerszy niż zamierzał. Obawiał się, że to wypadło głupio. Nagle też zrozumiał, że nie powinien używać takich słów w takiej sytuacji.

Żądza mordu poczerwieniła białka centaura.

– Całkiem w porządku – zazgrzytał przez zaciśnięte zęby. Jego dłoń wzmogła ucisk... ale oczy nie nabiegły mu tak jeszcze krwią, by nie dojrzeć spojrzenia Chevie. Niechętnie puścił rękę Binka. Następny ostrzegawczy znak. Ten uścisk mógłby zmiażdżyć mu palce.

– Podwiozę cię – zdecydowała Chevie. – Chester, posadź go na moim grzbiecie.

Chester włożył ręce pod łokcie Binka i uniósł go jak piórko. Przez chwilę obawiał się, że centaur ciśnie nim... ale uważny wzrok Chevie wciąż ich obserwował, więc wylądował łagodnie i bezpiecznie na damskim grzbiecie.

– Czy to twoja laska? – spytała patrząc na splątany łuk i laskę. A Chester, nawet bez polecenia, podniósł laskę i zwrócił Binkowi, który wetknął ją ukośnie miedzy plecy i plecak.

– Obejmij mnie wpół rękami, żebyś nie spadł w czasie jazdy – rzekła Chevie.

Dobra rada. Bink nie miał doświadczeń w jeździectwie, a poza tym nie było siodła. Bardzo nie wiele prawdziwych koni pozostało w Xanth.

Jednorożce były przewrażliwione na punkcie ujeżdżania ich, zaś latających koni prawic nie sposób było złapać i ujarzmić. Kiedyś, gdy Bink był dzieckiem, pewien latający koń został osmalony przez smoka i stracił lotki. Musiał później prostytuować się tak dalece, że pozwalał wieśniakom ujeżdżać w zamian za żywność i opiekę. Kiedy wyzdrowiał, odleciał. Było to jedyne jeździeckie doświadczenie Binka. Pochylił się do przodu. Laska nie pozwoliła mu odpowiednio zgiąć pleców. Sięgnął, by ją wyciągnąć, ale wysunęła mu się z rąk na ziemię.

Chester zarżał, chyba miał to być śmiech, ale podniósł laskę i zwrócił ją Binkowi. Tym razem Bink wetknął ją pod ramię. Pochylił się ponownie i objął wiotką kibić Chevie, nie zważając na gniewne spojrzenie Chestera. Czasem warto zaryzykować – na przykład po to, by wyrwać się jak najszybciej z niemiłego miejsca.

– Idź do weterynarza, aby wyjął ci te kolce z ... zaczęła mówić Chevie, odwracając się przez ramię.

– Już mnie nie ma! – przerwał Chester. Zaczekał, aż narzeczona ruszy, potem odwrócił się i trochę niezdarnie pocwałował w stronę, skąd przybył. Chevie przyśpieszyła galopu.

– Chester w głębi duszy jest naprawdę dobrym stworzeniem – mówiła przepraszająco. – Ale staje się trochę arogancki i zaczyna szaleć, kiedy się znarowi. Mieliśmy ostatnio pewne kłopoty z jakimiś wyrzutkami i ...

– Z ludźmi? – spytał Bink.

– Tak. Wyrostki z północy, wyrządzający szkody za pomocą czarów. Truli gazem inwentarz, cięli mieczami drzewa, sprawiali, że pod nogami pojawiały nam się niby–jamy, i tak dalej. Więc Chester naturalnie przypuszczał ...

– Znam tych gagatków – rzekł Bink. – Sam brałem się z nimi za łby. Teraz są uziemieni. Gdybym wiedział, że przychodzili tutaj...

– Po prosty, wydaje mi się, ze nie ma już spokoju w tej krainie – przerwała mu w pół słowa. – Zgodnie z traktatem nasz lud jest odpowiedzialny za utrzymanie porządku, ale ostatnimi czasy...

– Nasz król starzeje się – wyjaśnił Bink. – Traci moc i stąd te wszystkie nieporozumienia. Kiedyś był wybitnym czarodziejem wywoływał burze.

– Wiemy – przytaknęła. – Gdy ogniste muchy nawiedziły nasze pola owsa, wywołał nawałnice, która trwała pięć dni i potopiła je wszystkie. Oczywiście deszcz zniszczył też nasze plony, ale muchy też ich nie oszczędzały... Codziennie nowe pożary! Przynajmniej mogliśmy bez problemów na nowo obsiać zagony. Nie zapominamy o pomocy, której nam udzielił. Nie chcemy więc poruszać tej sprawy, ale nie wiem jak długo podobni Chesterowi mają znosić takie kłopoty. Dlatego chciałam porozmawiać z tobą... może kiedy\ wrócisz do domu, zdołasz przedstawić sprawę uwadze władzy...

– Nie sądzę żeby to pomogło. Jestem pewien, że król chce utrzymać porządek, ale po prostu nie ma już mocy.

– Więc nadszedł czas, by obwołać nowego ...

– Nie takie to łatwe, choć obecny nieco już zramolał nie ma na tyle odwagi by otwarcie przyznać się do niemocy i abdykować. Ambicja mu nie pozwała. Stąd te kłopoty.

– Tak, ale kłopoty nie znikną, jeśli przedtem nie przyjmie się do wiadomości ich istnienia – parsknęła krótko, prawdziwie po kobiecemu. – Musimy coś zrobić.

– Może Czarodziej Humphrey mi poradzi – rzekł Bink. – Usunięcie króla to poważna sprawa. Nie sadzo, że Rada Starszych się zdecyduje. Zrobił dużo dobrego w czasach swej świetności, I naprawdę nie ma nikogo, kto by go zastąpił. Wiedz, że królem może być tylko wielki Czarodziej.

– Oczywiście. Pamiętaj, że my, centaury, wszystkie jesteśmy nauczycielami.

– Przepraszam, zapomniałem. Naszą wiejską szkołę prowadzi centaur. Po prostu, tutaj w puszczy, nie myślę o tym.

– Rozumiem, ale nazywaj te okolice ” krainą ”, a nie ” puszczą ”. Ja specjalizuję się w historii ludzkości, a Chester studiuje zastosowania siły końskiej. Oni są nauczycielami prawa, ekspertami w naukach przyrodniczych, i filozofami ... – Przerwała. – Teraz trzymaj się. Przed nami jest parów. Przeskoczę przez niego.

Bink był rozluźniony, ale ponownie pochylił się i mocno objął jej kibić. Miała gładki, wygodny grzbiet, lecz łatwo można się zeń ześlizgnąć. Gdyby nie była centaurem, nie odważyłby się zasiąść w takiej pozycji.

Chevie zwiększyła szybkość, galopując w dół wzgórza. Jeździec zaczął niepokojąco podskakiwać. Patrząc przed siebie pod jej ręką, dojrzał parów. Parów to prawdziwy wąwóz, szeroki na jakieś dziesięć stóp. Zbliżali się coraz szybciej. Zaniepokojenie Binka zamieniło się w przerażenie. Ręce mu spotniały, i zaczął zsuwać się na bok. Wówczas Chemie odbiła się potężnie tylnymi nogami i przefrunęła ponad wąwozem.

Bink znów się obsunął. W przelocie dojrzał kamieniste dno parowu, a potem wylądowali po drugiej stronie. Wstrząs sprawił, że prawie wisiał, ostatkiem sił uczepiony wierzchowca. Rozpaczliwie przebierał rękami w poszukiwaniu jakiegoś pewnego chwytu... i zawędrował dłonią w bardzo krępujące obszary, jednak puścił ...

Chevie objęła go w pół i postawiła na ziemi.

– Odpoczynek – rzekła. – Należy się nam. Bink spiekł raka.

– Prze... przepraszam. Zacząłem spadać i po prostu złapałem...

– Wiem. Czułam w czasie skoku, że się obsuwasz. Gdybyś to celowo zrobił, zrzuciłabym cię do rowu. – Wyglądała w tym momencie równie groźnie jak Chester. Wierzył jej; mogłaby zrzucić człowieka do rowu, gdyby miała powód. Centaury były upartymi istotami!

– Może teraz pójdę, pieszo.

– Nie, jest jeszcze jeden rów. Powstał całkiem niedawno.

– Cóż, mógłbym ostrożnie zejść na dół i wspiąć się z drugiej strony. Trwałoby to dłużej... ale...

– Nie, za dużo żyje niklonóg.

Przebiegł go dreszcz przerażenia. Niklonogi przypominały stonogi, ale pięć razy większe i znacznie bardziej groźne, ich niezliczone nogi potrafiły przylgnąć do pionowych skał, a kleszcze mogły wyrywać kawałki ciała szerokości cala.

Zamieszkiwały w zacienionych szczelinach, nie lubiły światła słonecznego. Nawet smoki z dobrze uzasadnionym wahaniem przechodziły parowy i jamy, w których zamieszkiwało to wstrętne robactwo.

– Ostatnio powstają szczeliny w ziemi – ciągnęła Chevie przyklękując, by Bink mógł ponownie na nią wsiąść. Podniósł upuszczoną laskę i za jej pomocą wspiął się na Chevie.

– Boję się, że gdzieś objawił się jakiś potężny czar i rozprzestrzenia się po całym Xanth, wywołując waśnie wśród zwierząt, roślin i kwiczałów. Przeniosę cię przez ten następny parów, a dalej kończy się ziemia centaurów.

Nie wiedział wcześniej, że istnieją takie przeszkody. Nie było ich na jego mapie. Trasa wydawała się łatwa i w miarę bezpieczna. Ale mapa powstała przed laty, a te pęknięcia w ziemi były całkiem świeże, jak mówiła Chevie. Nic w Xanth nie istniało wiecznie i podróż zawsze były nieco ryzykowna. Miał szczęście, że uzyskał pomoc ze strony centaurzycy.

Krajobraz zmienił się, jakby parów oddzielał dwie różne krainy. Uprzednio wznosiły się na przemian łagodnie wzgórza i pola, teraz pojawił się las. Ścieżka stała się węższa, obramowana potężnymi drzewami iglastymi, poszycie lasu pokryte było czerwono–brązowym dywanem igieł. Tu i ówdzie, w miejscach na pozór jałowych rosły jasnozielone kępy paproci i połacie ciemnozielonych mchów. Zimny porywisty wiatr targał włosy i grzywę Chevie, pasemka oplatały się wokół Binka. Było tu spokojnie, w powietrzu unosił się miły zapach igliwia. Wyobrażał sobie, że zszedł na ziemię i był na łożu z mchów, delektując się spokojem tego miejsca.

– Nie rób tego – ostrzegała go Chevie. Bink podskoczył.

– Nie wiedziałem, że centaury uprawiają czary.

– Czary? – spytała, marszcząc za pewne brwi.

– Oczywiście w moich myślach.

Zaśmiała się.

– Z trudem. Nie uprawiamy czarów. Ale wiemy, Jaki wpływ na ludzi mają te lasy. Drzewa rzucają urok ukojenia, chronią się przed wyrębem.

– Nie ma w tym nic złego – rzekł Bink. – Nie miałem zamiaru ich rąbać.

– One nie wierzą w twoje dobre zamiary. Coś ci pokażę – Ostrożnie zeszła z udeptanego duktu, a jej kopyta tonęły w kobiercu sosnowych igieł, prześlizgnęła się między kilkoma najeżonymi sztyletami świerkami, przeszła obok smukłej wężowej palmy, która nawet na nią syknęła i stanęła obok płaczącej wierzby. Niezbyt blisko, wszyscy wiedzieli, że lepiej tego nie robić.

– Tutaj, szepnęła.

Bink spojrzał we wskazanym kierunku. Na ziemi leżał ludzki szkielet.

– Morderstwo? – zdziwił się, a choć nie wiedział, co o tym sądzić, ciarki przebiegły mu po grzbiecie.

– Nie, po prostu sen. Przyszedł tu, żeby odpocząć, podobnie jak ty chciałeś też przed chwilą, i nie wymknął się już. Chcąc zasmakować spokoju znalazł tu pokój wiekuisty.

– Tak... – westchnął, bez żadnej przemocy, bez zmartwień – po prostu utrata inicjatywy. Po co zawracać sobie głowę pracą i jedzeniem, kiedy dużo łatwiej jest odpoczywać? Jeśli ktoś chciałby popełnić samobójstwo, to nie znalazłby lepszego sposobu. On jednak miał po co żyć ... jak dotychczas, przynajmniej.

– Między innymi, dlatego lubię Chestera – stwierdziła Chevie. – On nigdy nie ulegnie takiemu czarowi. Było to oczywiste. Chester nie miał w sobie odrobiny poetyczności. Sama Chevie, pomyślał Bink, też nigdy nie uległaby, choć była znacznie łagodniejsza. Choć widok szkieletu wstrząsnął nim do głębi, poczuł się zmęczony, w przeciwieństwie do swej towarzyszki, która nadal tryskała energią. Może to kwestia odmienności fizjologii ludzi i cen–taurów markujących swą dziką naturę anielskimi kształtami i pozorną uprzejmością? ...

Najprawdopodobniej trochę jednego i drugiego.

– Chodźmy stąd. Roześmiała się.

– Nie martw się. Dopilnuje, żebyś bezpiecznie przeszedł. Nie wracaj tędy samotnie. Podróżuj z wrogiem, jeśli znajdziesz jakiegoś, tak jest najlepiej.

– Lepiej mi z przyjacielem!

– Przyjaciele są pokojowo usposobieni – wyjaśniła.

Acha. To miało sens. Nigdy nie odprężyłby się przed sosną, mając obok siebie takiego Jamę. Zbyt obawiałby się, że tamten przebije go mieczem. Ale co za ironiczna konieczność, poszukiwania wroga na towarzysza podróży przez las spokoju.

– Magia dobiera ludziom dziwnych towarzyszy — mruknął. Ten las pokoju wyjaśniał również niemal zupełną nieobecność innych czarów. Rośliny nie potrzebowały indywidualnych obronnych zaklęć, nikt nie miał zamiaru atakować. Nawet płacząca wierzba wydawała się spokojna, choć był pewien, że sięgnęłaby po nich, gdyby mogła – tak się po prostu żywiła. Ciekawe, jak szybko słabną czary, gdy przestają być niezbędne do przetrwania. Nie... jednak istniał tu czar, potężny czar – wspólny czar całego lasu, a każda roślina dawała w nim swój skromny udział. Gdyby ktoś wynalazł sposób uodpornienia się, jakiś przeciwczar, mógłby tu żyć zupełnie bezpiecznie. Warto o tym pamiętać.

Wydostali się z powrotem na ścieżkę i wyruszyli. w dalszą drogę. Bink dwukrotnie zapadł w drzemkę i bliski był zsunięcia się z grzbietu, ale za każdym razem budził się w porę, o krok od złamania karku. Sam nigdy by się stąd nie wydostał. Z zadowoleniem zauważył, że sosnowy las rzednie, ustępując drzewom liściastym. Poczuł się bardziej rześki, prężny i był to dobry znak.

– Ciekaw jestem kto to był, zastanawiał się Bink.

– Wiem – odpowiedziała Chevie – To jeden z ostatniego najazdu, który tu zabłądził i postanowił odpocząć. Na zawsze!

– Ale przecież Ostatni Najeźdźcy byli dzicy – zawołał Bink. – Mordowali wszystkich baz wyjątku.

– Wszyscy najeźdźcy byli dzicy, gdy tu przybyli, z jednym wyjątkiem – odparła– My centaury, wiemy o tym dobrze. Żyliśmy tu jeszcze przed pierwszym najazdem. Musieliśmy walczyć z nimi wszystkimi, – aż do podpisania Traktatu. Nie posiadaliście zdolności magicznych, ale mieliście broń. Było was dużo i byliście podstępni. Wielu waszych poległo.

– Ja pochodzę od Pierwszych Najeźdźców – rzeki Bink z odrobiną dumy. – My zawsze mieliśmy zdolności magiczne i nigdy nie walczyliśmy z centaurami.

– Nie stawaj się taki napastliwy, człowieku, tylko dlatego, że wyprowadziłam cię z lasu pokoju – ostrzegła. – Nie znasz historii tak dobrze jak my.

Bink uznał, że lepiej będzie złagodzić ton, jeśli chce nadal jechać wierzchem. A chciał jechać. Chevie była miłym towarzyszem, znała tutejsze czary, więc umiała omijać wszystkie zagrożenia, wreszcie co najważniejsze, pozwoliła odpocząć jego zmęczonym nogom, zarazem szybko posuwać się na przód. Niosła go już z dziesięć mil.

– Przepraszam. To tylko suma z rodzinnych tradycji. Mój ród jest dość starożytny.

– Nie ma w tym nic złego – powiedziała łagodnie. Ostrożnie przeszła pod drewnianej kładce nad szemrzącym strumykiem.

Bink nagle poczuł pragnienie.

– Może byśmy się napili – zaproponował. Znów parsknęła w koński sposób.

–Nie tutaj. Każdy, kto napije się z tego strumienia, staje się rybą.

– Rybą? – Bink znów ucieszył się, że ma takiego przewodnika. – Napiję się oczywiście gdzieś indziej. Chyba, że ona chce mu zrobić na złość, albo odstraszyć go od tych okolic. –Dlaczego?

– Rzeka próbuje zarybić się na nowo. Dwadzieścia jeden lat temu Zły Czarodziej Trent usunął z niej wszystkie ryby.

Bink wątpił trochę w zdolności magiczne, zwłaszcza tak potężne, bytów nieożywionych. Jak rzeka może pragnąć czegokolwiek? Przypomniał sobie jednak, jak Widokowa Skala uchroniła się od rozbicia na kawałki. Lepiej uniknąć ryzyka i założyć, że również pewne fragmenty krajobrazu mogą rzucać czary.

Tymczasem zainteresował się wzmianką o Trencie.

– Zły Czarodziej był tutaj. Myślałem, że działał tylko w naszej wiosce.

Trent, był wszędzie – odrzekła – Chciał żebyśmy go poparli, a kiedy odmówiliśmy – wiesz. Traktat zabrania nam mieszać się w sprawy ludzi – objawił nam swą moc, zamieniając wszystkie ryby z rzeki w płomieniste świetliki. Potem odszedł. Myślę, że chciał tymi czarami zmusić nas do zmiany decyzji.

– Dlaczego nie zamienił ryby w armię ludzi i nie próbował pokonać was w ten sposób?

– Nic z tego Bink. Mogliby mieć ludzkie ciała, ale rozum pozostałby w nich rybi. Byliby z nich bardzo zimnokrwiści żołnierze, a jeśli nawet okazaliby się dzielni, mogli nie chcieć służyć człowiekowi, który ich zaczarował. Mogliby zaatakować Trenta.

– Ach, tak. Nie pomyślałem. Zamienił więc je w świetliki i umknął stąd, żeby go nie zaatakowały. A one rzuciły się na najbliższe ofiary.

– Tak. Nadeszły wtedy dla nas złe czasy. Te świetliki to prawdziwa klęska! Nękały nas całymi stadami, parząc swymi małymi promieniami. Do dzisiaj mam blizny na... – przerwała i skrzywiła się. – Na ogonie.

Był to oczywiście eufemizm.

– Co zrobiliście? – wypytywał zaciekawiony Bink, odwracając się i próbując obejrzeć blizny. Nie dojrzał jednak, żadnych śladów dawnych ran.

– Wkrótce potem Trent został wygnany, a Humphrey pomógł nam pokonać ten czar.

– Ale dobry Czarodziej nie potrafi przemieniać stworzeń.

– Nie, ale powiedział nam, gdzie znaleźć zaklęcie przeciw tym świetlikom. Kiedy nie mogły już nas kąsać, szybko wymarły. Dobra informacja jest równie ważna, jak skuteczne działanie, i Dobry Czarodziej wie zawsze wszystko najlepiej.

– Dlatego właśnie idę do niego – przytaknął Bink – Ale on żąda rocznej służby w zamian za swe usługi

– Nam to mówisz? Trzy setki centaurów pracuje przez rok. Co za robota!

– Wszyscy musieliście odsłużyć? Co wam kazał robić?

– Nie wolno nam mówić – rzekła cicho.

Choć chłopak był zawsze dociekliwy, teraz jednak żądza wiedzy wprost go zżerała, mimo to sądził, że lepiej będzie nie ponawiać pytania. Słowo centaura jest niezłomne. Rozmyślał więc w duchu, jakich to cudów nie mógł zdziałać Humphrey za pomocą swych magicznych rzeczy? Dotychczas sądził, że Dobry Czarodziej jest wszechwładny. Albo dzięki swym do–brym informacjom? Humphrey był przede wszystkim jasnowidzem. Jeśli czegoś nie wiedział, mógł to jakoś odkryć i dzięki temu miał olbrzymią potęgę. Rada Starszych zapewne dlatego nie spytała go, co zrobić ze zgrzybiałym królem, bo z góry znała odpowiedź – usunąć króla i na jego miejsce powołać jakiegoś młodego czarodzieja.

Tak, w Xanth było wiele problemów, o których Bink zaledwie słyszał i żadnego z nich by nie rozwiązał. Nauczono go, godzić się, aczkolwiek, niepokornie, u z nieuniknioną i nie–odwołalną koleją rzeczy.

Byli już daleko za rzeczką. Pięli się do góry. Drzewa zacieśniły szeregi, ich grubo korzenie przegradzały ścieżkę albo centaury wyczyściły okolicę, tak jak wieśniacy oczyścili rodzinne strony Binka, ale też Chevie znała ścieżkę tak dobrze, że w niezauważalny sposób unikała groźnych zaklęć. Może jedno i drugie.

Życie, pomyślał, daje często wieloznaczne odpowiedzi na trudne pytania i zwykle jest „jedno i drugie”. Niewiele rzeczy w Xanth działo się raz na zawsze.

– Opowiedz mi tę historię, której sam nie zdążyłem się wyuczyć... – poprosił, znudzony monotonną jazdą.

– Historię ludzkich najazdów? W księgach mamy zapiski o wszystkich. Dopiero Tarcza i ’Traktat położyły kres walkom, które do chwili zawieszenia broni zdołały poczynić straszliwe spustoszenie.

– Nie chodzi mi o Pierwszy Najazd! – zaprzeczył Bink. – Wtedy byliśmy pokojowo usposobieni.

– Tak... i jak tu rozmawiać z nieukiem... To teraz jesteście pacyfistami, poza kilkoma młodymi rozrabiakami, i dlatego sądzisz, że tacy sami byli twoi przodkowie. Tymczasem było wręcz przeciwnie. Moi dziadowie dobrze o tym wiedzą. Byliby naprawdę szczęśliwi gdyby ludzie nie odkryli Xanth.

– Mój nauczyciel był centaurem – rzekł Bink. – Nigdy nic nie mówił o ...

– Wyrzucono by go, gdyby powiedział wam prawdę.

– Bink poczuł się niepewnie.

– Nie kpisz ze mnie, prawda? Ja nie szukam kłopotów. Jestem bardzo ciekawy, ale i tak mam aż za nadto kłopotów.

Odwróciła głowę i popatrzyła nań łagodnie. Jej tułów też się obrócił. Miała przepiękną szyję. Niższe partie były bardziej gibkie niż u dziewcząt – pewnie dlatego, że centaurom trudniej odwracać całe ciało. Gdyby tak dodać odpowiednią połowę ludzkiego ciała, ależ powstałaby piękność!

– Twój nauczyciel nie kłamał. Centaur nigdy nie kłamie. On po prostu zredagował informacje zgodnie z rozkazem Króla, by nie wbijał do wrażliwych dziecięcych umysłów rzeczy, których zdaniem rodziców dzieci nie powinny słuchać. Szkoły zawsze tak wyglądały.

– Och, nie zarzucam mu żadnej nieuczciwości – szybko wyjaśnił Bink – Lubiłem go naprawdę. On jeden nie miał dość moich wszystkich pytań. Ale wydaje mi się, że o historię nie pytałam go wiele. Byłem bardziej zajęty sprawą w której nie mógł mi pomóc... ale przynajmniej powiedział mi o Czarodzieju Humphrey’u.

– Jakie masz pytanie do Humphrey’a, jeśli wolno spytać? Co za różnica?

– Nie ma żadnych magicznych zdolności – przyznał się. – Tak mi się przynajmniej wydaje. Przez całe dzieciństwo byłem w niekorzystnej sytuacji, bo nigdy nie mogłem pomóc sobie czarami. Biegałem szybciej niż inni, ale bieg wygrywał chłopak, który umiał lewitować. I tak dalej.

– Centaury świetnie sobie radzą bez magii, nie przyjęliśmy ich.

Bink nie uwierzył., ale nie zrobił żadnej uwagi na ten temat.

– Przypuszczam, że ludzie mają inny stosunek do magii. Czym byłem starszy, tym gorzej się działo. Teraz zaś mam być wygnany, jeśli nie zademonstruję jakiejś magicznej zdolności. Nam nadzieję, że Czarodziej Humphrey potrafi ... bo, gdybym miał zdolności to mógłbym zostać i ożenić się z moją dziewczyną i zachować godność.

Chevie pokiwała głową.

– Podejrzewałam coś takiego. Sądzę, w twojej sytuacji mogłabym stłumić w sobie potrzebę dysponowania czarami, ale uważam, że naprawdę w waszej kulturze spaczono hierarchię wartości. Prawo do obywatelstwa powinniście zdobywać zdolnościami i osiągnięciami, a nie...

– Otóż to – żarliwie poparł ją Bink. Uśmiechnęła się.

– Naprawdę powinieneś być centaurem... Po chwili milczenia potrząsnęła głową, zaś wiatr rozwiał jej długie włosy. Doprawdy, był to uroczy widok.

– Podjąłeś się ryzykownej podróży.

– Nie bardziej ryzykowne, niż do świata mundańskiego, gdzie grozi mi wygnanie.

Znów skinęła głową.

– Doskonale. Zaspokoiłeś moją ciekawość, ja zaspokoję twoją. Powiem ci całą prawdę o wtargnięciu ludzi do Xanthu. Ale nie sądzę żebyś zagustował w tej historyjce.

– Nie spodziewam się też, żeby spodobała mi się prawda o mnie – powiedział ponuro Bink. – Nic już nie potrafi mnie zaskoczyć.

– Przez tysiące lat Xanth był dość spokojnym krajem, – rzekła, wpadając w oschły ton, który pamiętał jeszcze ze szkoły. Pewnie każdy centaur miał duszę belfra, – Istniała tu magia, potężna magia, ale bez zbędnych przewrotności. My, centaury byliśmy dominującym gatunkiem, ale, jak wiesz, zupełnie nie mamy zdolności magicznych. Samo nasza istnienie jest magiczne. Sadzę, że przybyliśmy tu. z Mundanii, ale to zdarzyło się tak dawno, że nawet nasze kręgi nic o tym nie wspominają.

Coś zaskoczyło w mózgu Binka.

– Zastanawiam się czy to możliwe... magiczne stworzenia nie zdolne do rzucania czarów? Widziałem myszkowiórkę, która zaczarowała okruszek ciasta...

– Och? pewien jesteś, że to nie była wiewiórka? Zgodnie z naszą taksonomią należy ona do normalnych istot, więc mogła używać czarów.

– To wy klasyfikujecie zwierzęta? – spytał zdziwiony Bink. .

– Taksononia – powtórzyła z pobłażliwym uśmieszkiem – to klasyfikacja istniejących przejawów życia... jeszcze jedna specjalność centaurów.

– Zakłopotany Bink rozważał jej słowa.

– Myślałem, że to jest myszkówiórka, ale teraz nie nam pewności.

– My również nie jesteśmy, w istocie całkiem pewni – przyznała. – Być może jakieś magiczne stworzenie potrafi rzucać czary. Ale ogólna zasada mówi, że stworzenie albo posługuje się magią, albo jest magiczne. Nie jest możliwe zaistnienie obu tych cech jednocześnie. Pomyśl tylko, co by się działo, gdyby na przykład żyły smoki – czarodzieje... Z pewnością już dawno temu wszystko obróciłyby w perzynę...

Bink pomyślał i ciarki go przeszły.

Wróćmy do lekcji historii – zaproponował.

– Około tysiąca lat temu pierwsze plemię ludzi odkryło Xanth. Myśleli, że to jakiś zwyczajny półwysep. Wtargnęli więc do tej krainy, wyrąbali lasy i wymordowali zwierzęta. Było tu dość mocy magicznych, by ich przepędzić, ale nikt nigdy dotychczas nie doznał takiego barbarzyństwa, systematycznej grabieży i nie bardzo wierzył własnym oczom. Myśleliśmy, że ludzie wkrótce odejdą. Wtedy jednali rozumieli, że Xanth jest magiczną krainą. Widzieli latające zwierzęta, drzewa o chwytnych gałęziach. Polowali na jednorożce i gryfy. Jeśli dziwisz się, dlaczego te wszystkie zwierzęta nienawidzą ludzi, to zapewniam cię, że mają po temu powody. Ich przodkowie nie przetrwaliby, gdyby okazywali życzliwość rodzajowi ludzkiemu. Ci pierwsi najeźdźcy byli istotami pozbawionymi zdolności magicznych. Początkowo nie czuli się najlepiej w tym obcym, nieznanym świecie, lecz kiedy otrząsnęli się z pierwszego szoku, szybko polubili te strony.

– To nieprawda! – wykrzyknął Bink. – Ludzie mają największe zdolności magiczne. Spójrz choćby na wielkich czarodziejów, sama przed chwilą opowiedziałaś, jak Zły Czarodziej Trent zamienił wszystkie ryby ...

– Siedź cicho, bo cię zrzucę! – parsknęła Chevie. Jej ogon świsnął koło ucha Binka. – Nie masz pojęcia o tych sprawach. Pewnie, że teraz ludzie mają magiczne zdolności. Ale wtedy nie mieli, ot i tyle.

Bink znowu nie spierał się. Przyszło mu to zresztą łatwo, bo bardzo podobała mu się ta centaurzyca. Odpowiadała na pytania, o zadawaniu których dotąd nie myślał.

– Przepraszam. To takie nowe dla mnie.

– Przypominasz mi Chestera. Założę się, że też jesteś strasznie uparty.

– Tak – przyznał ze skruchą.

Zaśmiała się, a brzmiało to trochę jak rżenie.

– Podobasz mi się człowieku. Mam nadzieję, że odkryjesz je... z niesmakiem wydęła wargi – ...zdolności magiczne.

Potem rozpromieniła się w uśmiechu i szybko wróciła do tematu.

– Ci pierwsi najeźdźcy nie mieli zdolności magicznych, a kiedy odkryli., co mogą zdziałać czary, byli tym zafascynowani, ale bali się też trochę. Wielu z nich zginęło w jeziorze, które rzucało topielczy urok, niektórzy mieli kłopoty ze smokami, a kiedy spotkali pierwszego bazyliszka .. .

– Czy żyją jeszcze bazyliszki? – zapytał zaniepokojony Bink, przypominając sobie nagle kameleona. Zginął właśnie wtedy, gdy przybrał postać bazyliszka, tak jakby zaklęcie straciło swoją moc. Musiał zrozumieć sens tego wiecznego znaku.

– Tak, są, choć niezbyt liczne, – odparła. – Zarówno ludzie, jak i centaury tępili je zawzięcie. Ich spojrzenie dla nas jest też zabójcze, wiesz. Teraz się kryją, bo wiedzą, że jeśli zabiją jakąś rozumną istotę, sprowadzą całą armię obwieszonych lustrami mścicieli. To zwykła mała, jaszczurka z łbem i pazurami kurczęcia. Niezbyt mądra. Zresztą wcale nie musi być inteligentna.

– Słuchaj – zawołał Bink. – Może właśnie inteligencja jest tym brakującym czynnikiem. Stworzenie może uprawiać magię, być magiczne, albo być rozgarnięte – albo dwie spośród tych trzech cech, ale nigdy wszystkie trzy. Więc myszkowiórka potrafi rzucać czary, ale chytry smok nie.

Znów odwróciła głowę i spojrzała nań z zainteresowaniem, a nawet pełnym podziwem.

– To zupełnie nowy pomysł. Sam jesteś bardzo rozgarnięty. Muszę to przemyśleć. Ale póki tego nie zbadamy, nie zapuszczaj się samotnie w bezludne pustkowie; mogą tam żyć inteligentne potwory, potrafiące rzucać uroki.

– Nie zapuszczę się w pustkowie – obiecał Bink, a przynajmniej nie zboczę ze ścieżki prowadzącej przez nie, zanim nie dostanę cię do zamku Czarodzieja. I nie chcę, żeby jakaś jaszczurka spojrzała na mnie śmiercionośnym wzrokiem.

– Twoi przodkowie byli bardziej wojowniczy zauważyła Chevie. – Dlatego tylu z nich zginęło. Ale podbili Xanth i stworzyli tu enklawę, z której usunęli wszelką magię.

Spodobał im się kraj i możliwości, jakie stwarza magia, ale nie chcieli mieć jej zbyt blisko swych domów. Wypalili więc lasy, zabili wszystkie czarodziejskie zwierzęta i rośliny, a potem zbudowali potężny czarodziejski mur... .

– Ruiny! – krzyknął Bink. – Myślałem, że te stare kamienie to ślady obozowiska wrogów.

– Pochodzą z czasów Pierwszego Najazdu – obstawała przy nim.

– Ale ja pochodzę od ...

– Mówiłam, że to ci się nie spodoba.

– Rzeczywiście – zgodził się. – Ale chcę tego słuchać. Jak moi przodkowie zdołali ...

– Zamieszkali w swej ufortyfikowanej wiosce, uprawiali mundańskie rośliny, hodowali mundańskie bydło, rozumiesz, fasolę i bezskrzydłe krowy. Pożenili się z kobietami, które przywiedli ze sobą, albo zdołali uprowadzić z pobliskich mundańskich osiedli i doczekali się dzieci. Xanth był przyjemnym krajem, nawet ten region pozbawiony czarów. Ale wówczas zdarzyło się coś zadziwiającego.

Chevie znów odwróciła głowę i zerknęła tak ponętnie, że nie powstydziłaby się tego żadna dziewczyna. Naprawdę była bardzo powabna, zwłaszcza, jeśli zmrużyło się oczy tak, by widzieć tylko ludzką część jej ciała. Niesamowicie zmysłowa... Ponieważ Bink wiedział, że centaury żyją dłużej niż ludzie, szacował jej wiek na nie więcej niż pięćdziesiąt lat, lecz z wyglądu przypominała dwudziestkę... , i to jaką dwudziestkę. I trudno byłoby ujarzmić taką klacz!

– Co się zdarzyło? – zapytał, okazując wiele zainteresowania dla mającego nastąpić dalszego ciągu. Centaury umiały interesująco opowiadać i lubiły mieć dobrych słuchaczy.

– U dzieci objawiły się magiczne zdolności – rzekła.

– Acha! – Więc Pierwsi Najeźdźcy posiadali magiczne zdolności.

– Nie. To kraina Xanth była magiczna. Zjawisko wystąpiło pod wpływem środowiska, które najsilniej oddziaływało na dzieci. Poza tym dzieci były bardziej podatne, niż dorośli, zwłaszcza, jeśli były poczęte i urodzone tutaj. Dorośli, nawet długo tutaj mieszkający, raczej tłumili w sobie zdolności, bo oni zawsze „wiedzą lepiej”. Ale dzieci zaakceptowały czary. Nie tylko bardziej u nich objawiały się te talenty, ale one również chętniej się nimi posługiwały.

– Nie wiedziałem o tym – powiedział. – Moja rodzina posiada więcej zdolności magicznych, niż ja. Kilku moich przodków było czarodziejami, a ja... – Opanował się. – Obawiam się, że rodzice bardzo się na mnie zawiedli. Wszystko wskazywałoby na to, że powinienem posiadać potężne zdolności, może nawet powinienem zostać czarodziejem. A tymczasem ...

Chevie taktownie powstrzymała się od uwag. – Z początku ludzi to zaszokowało. Wkrótce jednak przyzwyczaili się i nawet popierali rozwijanie pewnych szczególnych zdolności. Jeden z dzieciaków posiadał zdolności zamieniania ołowiu w złoto. Ludzie w poszukiwaniu ołowiu spustoszyli wzgórza. A w końcu musieli wyprowadzić się po ołów do Mundanii. Wyglądało, że ołów stał się cenniejszy niż złoto.

– Ale Xanth nie utrzymuje żadnych stosunków z Mundanią,

– Znowu się zapominasz. To było dawno temu.

– Jeszcze raz przepraszam. Nie przerywałbym, gdyby to mnie tak nie interesowało.

– Jesteś cudownym słuchaczem – rzekła i Binkowi zrobiło się miło.

– Większość ludzi nie chciałaby w ogóle słuchać tak niemile dla ich dumy brzmiącej historii. Gdyby było inaczej nie musiałabym ci tego opowiadać. Po prostu znałbyś ją ze szkoły.

– Zapewne nie interesowałbym się tą zamierzchłą przeszłością, gdyby nie groziło mi wygnanie – przyznał. –W tej chwili nie wiele mnie łączy z lokalnym patriotyzmem. Wolę polegać na sobie, niż na kuglarstwie.

– Godna podziwu filozofia. A przy okazji uda ci się jechać dalej niż zamierzałam cię podwieźć, bo bardzo mnie zaciekawiłeś. W każdym razie zdobyli ołów, ale zapłacili wysoką cenę. Mundańczycy bowiem dowiedzieli się o czarach. Byli oni zaś typowymi przedstawicielami swej rasy – chciwi i zaborczy. Wieści o tanim złocie przyprawiały ich o szaleństwo. Wtargnęli do Xanthu, zniszczyli mury i zabili wszystkich mężczyzn i dzieci z pokolenia Pierwszych Najeźdźców.

– Ale ... zaprotestował ze zgrozą Bink.

– To była Druga Fala Najeźdźców – powiedziała łagodnie Chevie. Oszczędzili tylko kobiety z Pierwszego Najazdu, bo ich własna armia składała się tylko z mężczyzn. Myśleli, że w Xanth istnieje maszynka zamieniająca ołów w złoto, albo jakiś alchemiczny przepis. W głębi duszy nie wierzyli w czary. Tym terminem po prostu określali wszystko, co nieznane. Gdy więc zrozumieli, że żadna maszynka nie istnieje, lecz cudu dokonują ludzie swymi magicznymi mocami, było już za późno. Zniszczyli to, po co tu przybyli.

– Potworne! – stwierdził Bink. Więc mówisz, że wywodzę się od...

– Od zgwałconej kobiety z Pierwszego Najazdu. Tak... inaczej nie możesz potwierdzić autentyczności swojego rodu. My, centaury nigdy nie kochaliśmy Pierwszych Najeźdźców. Ale Drugi Najazd był znacznie gorszy. Dokonali go zwykli łupieżcy, łotry i wandale. Gdybyśmy o tym wiedzieli pomoglibyśmy Pierwszym Najeźdźcom walczyć z nimi. Nasi łucznicy zwarliby się... – Wzruszyła ramionami. Sztuka łucznicza centaurów była wręcz legendarna, nie myślała mu wyłuszczać sprawy.

– Potem Najeźdźcy osiedlili się – kontynuowała po przerwie. – Rozmieścili swoich łuczników po Xanth, aby zabijali... – Przerwała, a Bink zrozumiał, jak boleśnie odczuwała ironię tego, że jej rasa padała ofiarą znacznie gorszych łuczników, jakimi byli ludzie. Wzdrygnęła się, omal go nie zrzucając i z wyraźnym wysiłkiem mówiła dalej.

– Zabijali centaury dla mięsa. Dopiero wtedy zebraliśmy się, otoczyliśmy ich obóz i kiedy wystrzelaliśmy połowę z nich zgodzili się pozostawić nas w spokoju. Ale nawet i później nie całkiem honorowali swe przyrzeczenie, gdyż bardzo niewielkie mieli poczucie honoru.

– A ich dzieci posiadały zdolności magiczne – kontynuował Bink – rozumiejąc teraz wszystko. – I dlatego nastąpił Trzeci Najazd, a najeźdźcy z drugiej fali zostali wymordowani...

– Tak, to zdarzyło się kilka pokoleń późnej, ale było równie okrutne. Ludzie z Drugiego Najazdu stali się już w sumie całkiem znośnym sąsiedztwem. Znów oszczędzono tylko kobiet, a i to niewiele. Ponieważ spędziły one całe życie w Xanth, miały potężne zdolności magiczne. Za ich pomocą usuwały jednego po drugim swych gwałtem sobie narzuconych mężów w taki sposób, że same uniknęły podejrzeń. Ale ich zwycięstwo stało się ich klęską, gdyż teraz już w ogóle nie miały rodzin. Musiały więc sprowadzić nowych Mundańczyków.

– To okropne! – zawołał Bink. – Jestem potomkiem tysiąca lat podłości.

– Niecałkiem... Historia człowieka w Xanth jest brutalna, ale nie pozbawiona pewnych wzlotów, a nawet chwili chwały. Kobiety z Drugiego Najazdu zorganizowały się i sprowadziły tylko najwartościowszych mężczyzn. Silnych, sprawiedliwych, dobrych i mądrych mężów, którzy rozumieli sytuację i przybyli tu z przekonania, a nie z chciwości. Obiecali dotrzymać tajemnicy i podtrzymywać tradycje Xanth. Byli to także Mundańczycy ale szlachetni.

– Czwarty Najazd! – wykrzyknął Bink. – Najwspanialszy ze wszystkich.

– Tak kobiety z Xanthu były wdowami, ofiarami gwałtu, a wreszcie morderczyniami. Niektóre stare, inne chora, okaleczone psychicznie przez straszne przeżycia. Ale wszystkie umiały kierować, a oprócz tej cechy posiadały jeszcze jedną, determinację i upór. Przeżyły okrutną wojnę, która wymiotła wszystkich innych ludzi z Xanth. To wszystko było nie do ukrycia. Kiedy nowi przybysze poznali całą prawdę, część zmieniła zdanie i wróciła do Mundanii. Ale inni chcieli poślubić czarownice. Chcieli mieć dzieci potrafiące rzucać czary, a sądzili, że to będzie dziedziczne. Nie zwracali więc uwagi na urodę i wiek swych oblubienic. Stali się wzorowymi mężami. Jeszcze inni chcieli chronić i rozwijać unikalne wartości Xanthu – to działacze na rzecz ochrony środowiska. Dzięki magii stworzyli nową przyrodę – najcenniejszą część swego otoczenia. Jednak nie tylko wojownicy tworzyli armię Czwartego najazdu. Wśród nich znajdowały się młode, starannie wybrane kobiety, które miały poślubić dzieci i zapewnić dopływ świeżej krwi. Tak więc nie była to inwazja, a pokojowe osadnictwo, u podstaw którego legły względy praktyczne i biologiczne nie zaś mord i chęć rabunku.

– Wiem – rzekł Bink. – To była epoka pierwszych wielkich czarodziejów.

– Istotnie. Oczywiście, później nastąpiły kolejne najazdy, ale nie tak ważne. Początek panowania człowieka w Xanth datuje się właśnie na czasy Czwartego Najazdu. Następne inwazje spowodowały śmierć wielu osób, a jeszcze więcej musiało uciekać w ostępy leśne, lecz zachowana została już ciągłość pokoleń. Prawie każda rozumna, lub dysponująca czarami istota wywodzi swój ród z Czwartego Najazdu. Pewna jestem, że ty też.

– Tak – powiedział Bink – Moi przodkowie pochodzą spośród wojowników pierwszych sześciu najazdów, ale zawsze myślałem, że najważniejsze jest pochodzenie z Pierwszego Najazdu...

– Stworzenie Magicznej Tarczy ostatecznie powstrzymało walki. Utrzymuje ona wszelkie mundańskie stworzenia z dala od Xanth, a żadnej tutejszej istocie nie pozwala wyjść na zewnątrz. Nazwano ją murem obronnym Xanthu, podporą naszego istnienia. Ale pewne sprawy nie polepszyły się zbytnio. Tak jakby ludzie zamienili jedne kłopoty na inne – widzialne niebezpieczeństwo na niewidzialne. W ostatnim stuleciu Xanth, istotnie wolny był od najazdów, ale powstały nowo, wcale nie mniejsze zagrożenia.

– Tak, jak ogniste muchy, świdrzaki i ten nędzny Czarodziej Trent – powiedział Bink. – Magiczne niebezpieczeństwo.

– Tren nie był nędznym czarodziejem – poprawiła go Chevie – On był złym Czarodziejom. To duża i poważna różnica. Nie należy bagatelizować tego rozróżnienia.

– No tak. Był doskonałym Złym Czarodziejem. Na szczęście pozbyli się go, zanim opanował Xanth.

– Rzeczywiście. Ale przypuśćmy, że pojawia się inny Zły Czarodziej? Albo świdrzaki znów się wylęgają? Kto tym razem ocali Xanth7

– Nie wiem, przyznał Bink.

– Czasem zastanawiam się, czy stworzenie Tarczy było istotnie dobrym pomysłem. Zamknięta w Xanth magia potęguje się, bez możliwości rozcieńczania jej zewnętrznymi wpły–wami. Tak jakby dążyła do osiągnięcia punktu krytycznego, kiedy to nastąpi ostateczny krach. Cóż, może takie jest przeznaczenie, wyznam jednak, że nie chciałabym, aby wszystko zaczęło się od nowa.

Bink nigdy nie myślał o podobnych sprawach w ten sposób .

– Jakoś nie dostrzegam problemu nadmiernej koncentracji magii w Xanth. Raczej chciałbym, żeby było jej trochę więcej. Żeby starczyło i dla mnie.

– A może lepiej byłoby ci bez niej... zasugerowała. – Gdybyś mógł dostać od króla zwolnienie z ...

– Cha! – zawołał Bink. – Lepiej już, żebym pędził życie pustelnika w puszczy. Moja wioska nie toleruje nikogo, kto nie może wykazać się jakimś talentem magicznym.

– Dziwne przeciwieństwo – mruknęła.

– Co takiego?

– Och, nic. Właśnie pomyślałam o Hermanie Pustelniku. Został przed kilku laty wygnany z naszego stada za sprośności.

Bink roześmiał się.

– Co może być sprośne dla centaura. Co on takiego zrobił?

Chevie gwałtownie zatrzymała się na skraju kwiecia tej polany.

– To już koniec naszej wędrówki – oznajmiła krótko. – Dalej musisz sam dać sobie radę.

Bink zrozumiał, że powiedział coś niestosownego.

– Nie miałem nic złego na myśli... przepraszam, jeśli ...

Chevie złagodniała.

– Nie mogłeś wiedzieć. Zapach tych kwiatów wpędza centaury w szaleństwa. Nie wolno mi tu wchodzić bez wyraźnej konieczności. Sądzę, że zamek Czarodzieja Huaphrey’a znajduje się około pięciu mil na południe. Uważaj na magiczne niebezpieczeństwa, a ja mam nadzieję, że znajdziesz swój talent.

– Dziękuję – westchnął Bink z wdzięcznością. Zsunął się z grzbietu. Od dłuższej jazdy nogi mu trochę zesztywniały, ale wiedział, że zyskał na tym cały dzień. Obszedł Chevie, by stanąć z przodu i podał jej rękę.

Centaurzyca uścisnęła mu dłoń, a potem pochyliła się i pocałowała go w czoło – matczyny pocałunek. Bink wolałby, żeby tego nie robiła, ale uśmiechnął się i ruszył przed siebie. Usłyszał dochodzący z lasu tętent jej kopyt i nagle poczuł się samotny. Na szczęście jego podróż miała się ku końcowi.

Wciąż Jednak, nie dawała mu spokoju myśl o Hermanie Pustelniku – cóż takiego mógł przeskrobać ten nieborak, że nawet centaury uznały to za obrazę moralności. Trudno, musiał poprzestać na własnych przypuszczeniach.

3.

Przerażony Bink stanął na skraju przepaści. Drogę przecinał następny parów... nie, nie parów, a prawdziwa rozpadlina szeroka na pól mili i na pozór bezdenna. Chevie mogła o niej nie wiedzieć, gdyż inaczej pewnie ostrzegłaby go. Musiała więc być całkiem świeżej daty – może sprzed miesiąca.

Tylko trzęsienie ziemi lub czar o mocy kataklizmu potrafiłby stworzyć taki kanion tak szybko. Skoro jednak nie słyszał o żadnym trzęsieniu ziemi, musiały tu zadziałać czary. Tylko mag o niewyobrażalnej wprost potędze mógł dokonać czegoś podobnego.

Któż to mógł być? Król za czasów swej świetności może byłby w stanie utworzyć taką rozpadlinę za pomocą precyzyjnie sterowanej burzy, dokładnie zlokalizowanego huraganu... ale nie miał powodów, by to robić, a jego moc zbyt już osłabła, by porywać się na takie dzieło. Zły Czarodziej Trent potrafił przemieniać istoty, a nie wywoływać trzęsienia ziemi. Zdolności Czarodzieja Humphrey’a obejmowały setki wieszczych zaklęć, więc dzięki jednym z nich mógłby dowiedzieć się, jak stworzyć taki wąwóz, ale trudno było sobie wyobrazić, by Humphrey zawracał sobie tym głowę. Humphrey za darmo nawet nie przeszedłby trzech kroków, a co dopiero mówić o takim wysiłku! Czyżby był w Xanth jakiś inny wielki Czarodziej?

Spokojnie... słyszał przecież o potężnych władcach iluzji. Dużo łatwiej stworzyć złudzenie rozpadlin, niż rzeczywisty obiekt. Mogło to być coś w rodzaju zwielokrotnionej zdolności Zinka do wytwarzania potężnych jam. Zink nie był czarodziejem, ale gdyby prawdziwy czarodziej miał takie zdolności, mógłby stworzyć coś takiego. Może, gdyby po prostu wszedł w rozpadlinę, natrafiłby na ciągnącą się dalej ścieżkę...

Spojrzał w dół. Zobaczył mały obłoczek łagodnie płynący wąwozem około pięciuset stóp niżej. Podmuch zimnego, wilgotnego wiatru liznął go po karku. Wzdrygnął się; to było zbyt realistyczne jak na iluzję.

Krzyknął : – Halooo!

Po prawie pięciu sekundach echo powtórzyło: – Alooo!

Podniósł kamyk i rzucił, go w rzekomą rozpadlinę. Kamyk zniknął w przepaści, zaś do wędrowca nie doleciał nawet najmniejszy odgłos upadku, to było głębokie.

Wreszcie uklęknął i dźgnął palcem powietrze za skraju przepaści. Nie napotkał oporu. Pomacał krawędź – okazała się prawdziwa i bardzo stroma.

Z niechęcią uznał się za przekonanego. Rozpadlina była prawdziwa, pozostało więc tylko obejść tę przeszkodę. A to znaczyło, że był nie o pięć mil od celu, ale o pięćdziesiąt, może o sto, zależnie od rozmiarów tego zdumiewającego pęknięcia.

Może powinien zawrócić? Trzeba będzie oczywiście powiadomić wieś o tym zjawisku. Z drugiej strony rozpadlina mogła zniknąć, zanim ktoś inny przyjdzie tu, by ją obejrzeć, wtedy okrzykną go nie tylko „cudakiem bez czarów”, ale w dodatku głupcem. Co gorsza, mogą go nazwać tchórzem, który wymyślił tę historię, żeby tylko znaleźć jakieś wytłumaczenie, gdy tymczasem tak naprawdę to miał pietra przed wizytą Czarodzieja, gdyż obawiał się całej prawdy o swej bezsilności. Co magia stworzyła, magia potrafi usunąć. Lepiej więc spróbować obejść kanion.

Bink z pewną obawą spojrzał w niebo. Słońce chyliło ku zachodowi. Pozostała mu jeszcze jakaś godzina światła dziennego. Lepiej ją poświęcić na znalezienie chaty, gdzie mógłby spędzić noc. Ostatnią rzeczą, której by sobie żył był nocleg na dworze, na łasce obcych czarów. Dzięki Chevie miał dotychczas podróż wygodną, ale wszystko wskazywało na to, że w dalekiej wędrówce będzie zdany na samego siebie i z niejedną trudnością będzie musiał sobie dać radę.

W którą stronę skręcić – na wschód, czy na zachód? Kanion wydawał się ciągnąć w nieskończoność w obu kierunkach. Na wschodzie jednak kraj był nieco mniej pofałdowany stopniowo się obniżał. Kto wie, może uda mu się zejść na samo dno, a potem wdrapać się na drugą stronę. Również farmerzy chętniej osiedlali się w dolinie, niż w górach. Pójdzie zatem na wschód.

Okolica jednak sprawiała wrażenie kompletnego pustkowia. Do tej pory nie widział żadnego domostwa. Szedł coraz szybciej. Gdy nadciągnął zmierzch dostrzegł wielkie czarne kształty, wyłaniające się z kanionu. Miały wielkie skórzaste skrzydła., krwiożerczo zakrzywiono dzioby, małe świecące oczy. Może sępy, może coś gorszego. Zrobiło mu się strasznie nieprzyjemnie.

Musiał teraz oszczędzać swoje zapasy, gdyż w żaden sposób nie mógł przewidzieć, na jak długo mają mu wystarczyć. Spostrzegł drzewo chlebowe, odciął więc jeden bochenek, ale stwierdził, że chleb jeszcze nie był dojrzały, Mógłby jeszcze dostać niestrawności. Musiał znaleźć jakąś farmę.

Drzewa stawały się większe, bardziej sękate. Miał wrażenie, że mu grożą. Wiatr przybierał na sile, jęcząc gdzieś w gałęziach. Nie było w tym nic złowieszczego. Zjawisko nie miało nic wspólnego z magią. Ale Bink czuł, że serce bije mu wciąż mocniej i zaczął oglądać się przez ramię. Nie szedł już udeptanym traktem. Znikło więc poczucie względnego bezpieczeństwa z tym związane. Wchodził coraz głębiej w las. Noc była porą złowrogich czarów, różnorodnych i potężnych. Czar pokoju rzucany przez sosny to tylko jedna z licznych możliwości. Z pewnością, działały czary gorsze i bardziej przerażające. Żeby tylko zdołał znaleźć jakiś dom! Że też zachciało mu się szukać przygód! Od chwili, gdy musiał zboczyć z drogi i zrobiło się ciemno, zaczęła pracować jego wybujała wyobraźnia. Tak naprawdę wcale nie był w głębi puszczy. Ostrożnemu człowiekowi nie wiele tu groziło. Prawdziwe ostępy znajdowały się za zamkiem Dobrego Czarodzieja, po drugiej stronie kanionu.

Zmusił się do wolniejszego marszu, ciągle wytężając wzrok. Trzeba po prostu iść, macać laską wszystkie podejrzane miejsca i nie robić głupstw.

Końcem laski dotknął jakiegoś odłamka skały. Kamień z głośnym furkotem wzleciał w górę. Bink niezdarnie potknął się i przewrócił na ziemię, osłaniając dłońmi twarz. Kamień rozłożył skrzydła i odleciał.

– Gruuu! – oderwał się z wyrzutem. Był to tylko gołąb skalny, który przycupnął przybierając kształt kamienia dla bezpieczeństwa i ochrony przed zimnem. Zrozumiałe, że zareagował, gdy został, potrącony, ale był niegroźny.

Skoro gnieździły się tu gołębie skalne, miejsce musiało być bezpieczne również dla niego. Wystarczyło się wyciągnąć gdziekolwiek i zasnąć. Dlaczego tak nie postąpił? .

Dlatego, że był niemądrze przerażony perspektywą samotnego spędzenia nocy, odpowiedział sobie sam. Gdyby miał jakieś zdolności magiczne, czułby się bezpieczniej. I wystarczyłby zwykły czar pewności siebie.

Spostrzegł przed sobą światło. Co za ulga! Był to żółty prostokąt, niemal na pewno oznaczający ludzką siedzibę. Z radości chciało mu się płakać. Nie był już dzieckiem, ani nastolatkiem, ale tu w lesie tak się właśnie poczuł. Koniecznie potrzebował ludzkiego towarzystwa. Spiesznie ruszył ku żółtemu punkcikowi, mając nadzieję, że nie okaże się on złudzeniem lub pułapką zastawioną przez jakąś wrogą istotę.

Było to gospodarstwo położone na skraju małej wioski. Teraz w głębi doliny widniały jeszcze inne światełka. Zastukał do drzwi, czując się niemal szczęśliwy.

Otworzyły się z niechęcią i ukazała się brzydka kobieta w poplamionym fartuchu. Przyjrzała się mu podejrzliwie.

– Nie znam cię – zagderała. Rozległ się trzask zakładanego rygla.

– Jestem Bink z North – szybko powiedział. – Podróżowałem cały dzień i drogę zagrodziła mi rozpadlina. Teraz muszę się gdzieś przespać. Odwdzięczę się wam za tę przysługę. Jestem silny, mogę rąbać drwa, ładować siano, nosić kamienie ...

– Do tego nie są potrzebne czary – stwierdziła.

– Żadnych czarów. Ja sam gołymi rękami. Ja ...

– Skąd mam wiedzieć, że nie jesteś widmem? – pytała.

Bink wyciągnął lewą rękę i skrzywił się.

– Ukłuj mnie; zobaczysz, że krwawię.

Był to standartowy test, gdyż większość nocnych, ponadnaturalnych stworów nie miała w sobie krwi, chyba, że wyssały jakąś żyjącą istotę.

Ale i wtedy nie krwawiły.

– Choć Martha – odezwał się wewnątrz gruby, wysoki głos. – Od dziesięcioleci nie pojawiło się tu widmo, a poza tym nie jest w stanie wyrządzić komukolwiek krzywdy. Pozwól mu wejść. Jeśli będzie jadł, jest człowiekiem.

– Olbrzymy też jedzą – mruknęła. Ale rozwarła drzwi na tyle szeroko, że Bink zdołał się wcisnąć.

Teraz Bink zobaczył domowego stróża – małego wilkołaka, na pewno jedno z dzieci. Nie słyszał o żadnych wilkołakach. Wszystkie były ludźmi, którzy rozwinęli w sobie odpowiednie zdolności. Tacy odmieńcy zdarzali się coraz częściej. Ten miał dużą głowę i płaską, raczej typową dla człowieka twarz. Prawdziwy wilkołak nie różnił się niczym od wielkiego psa, chyba, że się przemieniał. Wówczas stawał się człowiekiem o wilczym charakterze. Bink wyciągnął rękę, gdy wilkołak podkradł się, by go powąchać, a potem pogłaskał go po głowie.

Stwór zmienił się mniej więcej w ośmioletniego chłopaka.

– Przestraszyłeś się, co? – spytał z nadzieją w głosie.

– Okropnie – potwierdził Bink.

Chłopczyk odwrócił się w stronę mężczyzny.

– On jest czysty, tato – oznajmił. – Nie czuć od niego żadnej magii.

– W tym sęk – mruknął Bink – Gdybym miał zdolności magiczne, nie musiałbym wędrować. Ale nie wycofuję się. Mogę zrobić cóż pożytecznego bez czarów.

– Nie masz zdolności magicznych? – spytał mężczyzna, gdy tymczasem kobieta nalała Binkowi miskę gorącego gulaszu. Farmer liczył sobie ponad trzydzieści lat, był równie prostacki jak jego żona, ale miał śmiejące się oczy i uśmiech w kącikach ust.

Był szczupły i dość żylasty – zapewne rezultat ciężkiej harówki od świtu do nocy. Rozmawiając zrobił się purpurowy, a potem zielony, całe jego ciało powoli zmieniało kolor – na tym polegały jego zdolności.

– Jak. więc pokonałeś tak długą drogę w ciągu jednego dnia? Z North jest spory kawał...

– Centaurzyca podwiozła mnie.

– Klaczka! Dobre! A czegóż się trzymał, kiedy podskakiwała?

Bink zaśmiał się smutno.

– No cóż, powiedziała, że mnie zrzuci do rowu, Jeśli zrobię to jeszcze raz – przyznał się.

– Cha! Cha! Cha! – zahuczał. Niewykształceni farmerzy mieli dość prostackie poczucie humoru. Bink zauważył, że żona nie roześmiała się, a chłopiec po prostu nic nie zrozumiał. Później farmer przeszedł do interesów.

– Słuchaj, teraz nie potrzebuję nikogo do roboty. Ale mam pójść na przesłuchanie, a nie chce mi się. Wiesz, baba się denerwuje.

Bink przytaknął, choć nie zrozumiał. Spostrzegł, że żona też przytaknęła z groźną miną. Co to za sprawa?

– Więc jeśli chcesz odrobić nocleg, możesz pójść za i mnie – ciągnął farmer. – Zejdzie ci z jaką godzinę, nic nie musisz robić, tylko słuchać wójta. Nie znam lżejszej roboty, a tobie będzie łatwiej, boś obcy. Pograsz sobie z młodą, ładną... Dostrzegł groźne spojrzenie swej żony i przerwał. – Co ty na to?

– Zrobię wszystko, co mogę – niepewnie odparł Bink. Co to za gra z ładną, młodą? Nigdy się nie dowie, póki jest tu żona. Czy Sabrina nie miałaby mu tego za złe?

– Dobra! Na strychu jest siano i wiadro, więc nie musisz wychodzić za potrzebą. Tylko nie chrap za głośno, baba tego nie lubi.

Zdaje się, że baba nie lubi wielu rzeczy. Jak można się ożenić z taką kobietą? Czy Sabrina stanie się też jędzowata po ślubie.

Zaniepokoiła go ta myśl.

– Nie będę – zapewnił Bink. Gulasz nie był zbyt smaczny, ale sycący. Dobre jedzenie na drogę.

Spał wygodnie na sianie, z wilkołakiem zwiniętym u swych stóp. Musiał użyć wiaderka, które później śmierdziało mu całą noc, ale wolał to, niż wyprawę na dwór, nocą pełną czarów. Po pierwszych protestach wobec gulaszu jego kiszki uspokoiły się. Naprawdę nie miał na co się skarżyć.

Na śniadanie dostał owsiankę ugotowaną bez ognia. To była magiczna umiejętność żony, bardzo przydatna w gospodarstwie. Potem udał się na przesłuchanie do sąsiedniego domu o milę dalej.

Wójt, był rosłym, rubasznym facetem. Gdy o czymś usilnie rozmyślał, nad głową pojawiał mu się mały obłoczek.

– Wiesz co o całej sprawie? – spytał, gdy Bink wyłuszczył przyczynę swego przybycia.

– Nic – stwierdził Bink. – Pan miał mi powiedzieć co robić.

– Dobrze. To będzie coś w rodzaju teatrzyku, który ma pomóc rozwiązać pewien problem bez narażenia czyjejkolwiek reputacji. Nazywamy to magią zastępczą. Ale pamiętaj, nie używaj żadnych czarów.

– Nie będę – powiedział Bink.

– Po prostu uwierz i zgódź się ze wszystkim, co ci powiem. Nic ponadto.

Bink zaczął się denerwować.

– Nie zwykłem wierzyć w kłamstwa, panie.

– To nie są zwyczajne kłamstwa, chłopcze. Chodzi o dobrą sprawę. Zobaczysz. Dziwię się, że wy tego nie praktykujecie w North.

Bink milczał, lecz jego niepokój wzrastał. Miał nadzieję, że nie wplątał się w nic ohydnego.

Przybyli też inni: dwaj mężczyźni i trzy młode kobiety. Mężczyźni byli zwyczajnymi, brodatymi wieśniakami – jeden z brodą. Jeden w średnim wieku. Dziewczęta jak to dziewczę–ta, – od zupełnie przeciętnej, aż do zapierającej dech w piersiach piękności. Z najwyższym wysiłkiem odwrócił wzrok od najładniejszej – nie uchodziło tak się gapić. Była to najbardziej ponętna, robiąca największe wrażenie czarnowłosa piękność, jaką kiedykolwiek widział. Najjaśniejsza gwiazda na tutejszym firmamencie.

– Teraz usiądźcie naprzeciw siebie przy tym stole – zarządził gospodarz. – Kiedy przybędzie sędzia, wygłoszę mowę. Pamiętajcie, to jest gra – ale poufna. Kiedy was zaprzysięgnę, musicie dotrzymać tajemnicy – żadnego paplania o tej sprawie. Ani mru, mru. Rozumiecie?

Wszyscy przytaknęli, Bink stawał się coraz bardziej zakłopotany. Teraz rozumiał już co oznaczała owa gra ze słodką, miłą ... ale na czym polegała ta gra? Z jednoosobową widownią, bez prawa opowiadania o całej sprawie? Cóż, niech się dzieje co chce. Może to jednak jakieś czary.

Mężczyźni usiedli rzędem po jednej stronie stołu, a trzy dziewczyny naprzeciw nich. Przed Binkiem znajdowała się ta piękna. Stykali się kolanami, ale nic nie mógł na to poradzić – stół był wąski. Miał wrażenie, że te postukiwania są nie bez znaczenia. Pamiętaj o Sabrinie powta–rzał w duchu. Zwykle nie ulegał urokowi ładnych buzi, ale ta twarz była naprawdę nadzwyczajna. A w dodatku miała na sobie obcisły sweter. Co za figura.

Wszedł sędzia – postawny mężczyzna z imponującym brzuchem i równie efektownymi bakami.

– Powstańcie – polecił wójt.

Wszyscy posłusznie wstali.

Sędzia zajął miejsce przy końcu stołu, a wójt stanął z przeciwnej strony. Usiedli.

– Czy przysięgacie, wy, trzy panie, że nigdy i nigdzie nie powiecie nic innego niż to, co usłyszycie na tym przesłuchaniu i że zachowacie milczenie o tej sprawie? – zapytał wójt.

– Przysięgamy – zgodnie odpowiedziały dziewczęta.

– A wy, trzej czy przysięgacie to samo?

– Przysięgamy – rzekł Bink wraz z innymi. Skoro oczekiwano, że będzie tu kłamał, ale nigdy o tym nie łowił poza tym domem, czy oznaczać to ma także zupełne kłamstwo? Wójt wiedział zapewne, co jest prawdą, a co kłamstwem, więc w efekcie...

– A teraz zaczynamy przesłuchanie w sprawie rzekomego gwałtu – obwieścił wójt.

Zaskoczony Bink usiłował ukryć swe przerażenie. Czyżby byli oni podejrzani o popełnienie gwałtu?

– Pomiędzy tu obecnymi – ciągnął wójt – znajduje się dziewczyna, która twierdzi, że została zgwałcona, oraz mężczyzna, którego oskarża. On natomiast twierdzi, że doszło do tego za jej wyraźną zgodą. Prawda, panowie!

Bink energicznie potwierdził, podobnie jak inni. O, Boże! Wolałby już rąbać drzewo za ten nocleg. Tutaj zaś kłamał, być może, na temat gwałtu, którego nigdy nie popełnił.

– Wszystko odbywa się anonimowo, by zachować dobre imię zamieszanych w to osób... rzekł wójt... – i wstępnie zapoznać się ze sprawą bez ogłaszania jej wiosce.

Bink zaczynał rozumieć. Zgwałcona dziewczyna mogłaby, nie ze swojej przecież winy stracić reputację. Wielu mężczyzn nie chciałoby się z nią żenić z tego jednego tylko powodu. Tak więc wygrałaby proces kosztem swojej przyszłości. Mężczyzna winny gwałtu zostałby wygnany, zaś na oskarżonego o gwałt patrzono by podejrzliwie i mógłby mieć kłopoty w przyszłości. Było to, pomyślał ponure, przestępstwo równie poważne, jak nieposiadanie zdolności magicznych. Dochodzenie prawdy było tu sprawą bardzo delikatną. Żadna ze stron nie chciałaby publicznego procesu. Niezależnie od wyniku nadwerężało się swoją reputację. Jak więc zadośćuczynić sprawiedliwości, jeśli nie dochodzi do rozprawy? Stąd właśnie to prywatne, półanonimowe przesłuchanie. Czy Strony zadowolą się tą procedurą?

– Twierdzi, że przechodziła przez Wyrwę – mówił wójt, patrząc w papiery. – On zaszedł ją z tyłu, schwycił i zgwałcił. Prawda, dziewczęta?

Trzy dziewczyny przytaknęły i każda miała skrzywioną i złą minę. Gwałtowny ruch głowy poruszył też kolana siedzącej przed Binkiem dziewczyny i wstrząsnął nią kolejny dreszcz emocji. Co za kobieta!

– On zaś twierdzi, ze stał tam, a ona nadeszła i złożyła mu propozycję, z której skorzystał. Prawda, panowie?

Bink przytaknął wraz z pozostałymi. Miał nadzieję, że jego strona wygra, denerwująca była ta sprawa.

Teraz odezwał się sędzia.

– Czy było to blisko domu?

Jakieś sto stóp – rzekł wójt.

– Dlaczego więc nie krzyczała?

– Groził, że zepchnie ją w przepaść, jeśli piśnie słówko – odpowiedział wójt. – Zamarła z przerażenia. Prawda, dziewczęta?

Przytaknęły i każda wyglądała w tym momencie na przerażoną. Bink zastanawiał się, która z nich została naprawdę zgwałcona. Zaraz się jednak poprawił, która wniosła oskarżenie. Miał nadzieję, że nie ta z przeciwka.

– Czy ta dwójka znała się przed całym zajściem?

– Tak, proszę wysokiego sądu.

– Więc domniemywam, że mogła wcześniej uciec przed nim, skoro go nie lubiła, a skoro mu ufała, nie musiał jej zmuszać. W takiej małej społeczności, ludzie dobrze się znają i rzadko zdarzają się niespodzianki. To nie jest ostateczny wniosek, ale fakt powyższy sugeruje, że nie miała wielkich oporów przed kontaktem z nim i mogła go kusić, a teraz żałuje konsekwencji. Prawdopodobnie gdyby, ta sprawa stanęła przed sądem, uznałbym tego człowieka niewinnym z braku przekonywujących dowodów.

Trzej mężczyźni odetchnęli. Bink poczuł na czole kroplę potu, która pojawiła się, gdy wysłuchiwał wyroku sędziego. .

– Dobra, znacie opinię sędziego – stwierdził wójt. –Wciąż chcecie dziewczęta procesu publicznego!

Dziewczęta miały smutne miny, wydawały się oszukane, ale potrząsnęły głowami. Binkowi zrobiło się przykro z powodu tej naprzeciwko.

Przecież nie może przestać być tak ponętna! Była istotą stworzoną wręcz po to tylko, by ją gwał... kochać.

– Na tym koniec ... rzekł wójt. – Pamiętajcie, ani słowa o tym, bo będziecie mieli prawdziwy proces o obrazę sądu.

Ostrzeżenie wydawało się zbędne; dziewczętom nie w głowie mówić o tym. Winny zaś, to znaczy niewinny mężczyzna też nic nie powie, a Bink chciał po prostu szybko wynieść się z tej wioski. Pozostał jeden, który mógłby wygadać, ale gdyby pisnął choć słówko, wszyscy wiedzieliby, kto wypaplał. Będzie więc cicho.

Było już po wszystkim. Bink wstał i wyszedł wraz z innymi. Cała sprawa zajęła mniej czasu, niż spodziewaną godzinę, więc nie było źle. Przespał się pod dachem i dobrze wypoczął. Teraz tylko potrzebował znaleźć drogę przez rozpadlinę do zamku Dobrego Czarodzieja.

Zauważył wójta, więc podszedł.

– Mógłby mi pan powiedzieć, czy jakaś droga prowadzi stąd na południe?

– Chłopcze, nie myśl nawet o przekroczeniu Wyrwy – rzekł stanowczo wójt, zaś nad jego głową pojawiła ale mała chmurka. Chyba, że potrafisz latać.

– Jestem pieszo.

– Istnieje przejście, ale smok z Wyrwy... Jesteś miłym chłopcem, młodym, przystojnym. Dobrze spisałeś się na przesłuchaniu. Nie ryzykuj.

Wszyscy uważali go za smarkacza! Dopiero gdy wykaże się jakąś solidną magiczną umiejętnością Xanth uzna go za mężczyznę.

– Muszę zaryzykować. Wójt westchnął.

– Cóż, nie mogę ci, synu, zabronić. Nie jestem twoim ojcem.

Wciągnął brzuch, niemal równie imponujący, jak u sędziego, kontemplował chwilę nad swoją głową. Wydawało się, że z obłoczka zaraz spadnie kilka kropel deszczu. Bink znów żachnął się w duchu. A teraz znowu chciano mu ojcować i matkować.

– Ale przejście jest skomplikowane. Najlepiej będzie, jeśli Wynne ci to pokaże.

– Wynne?

– Ta z naprzeciwka, której omal nie zgwałciłeś. Wójt zaśmiał się i uczynił ręką jakiś gest. Chmurka rozwiała się.

– Nie, żebym cię oskarżał.

– Dziewczyna podeszła nieco bliżej, najwyraźniej przywołana owym widomym znakiem.

– Wynne, złotko, pokaż temu człowiekowi drogę do południowego zbocza wyrwy. Pamiętaj, uważaj na smoka.

– Oczywiście – rzekł z uśmiechem. Uśmiech nie okrasił jej wdzięków, bo to już było niemożliwe.

Binka ogarnęły mieszane uczucia. Po tym przesłuchaniu, załóżmy, że ona oskarżyłaby go ...

Wójt spojrzał nań ze zrozumieniom.

– Nie martw się synu. Wynne nie kłamie i nie zmienia zdania. Zachowaj się przyzwoicie, choć może być ci trudno, a nie powinny wyniknąć żadne kłopoty.

Bink z zażenowaniem zaakceptował towarzystwo dziewczyny. Jeśli ona pokaże mu szybkie bezpieczne przejście przez rozpadlinę, bardzo zyska na czasie.

Szli na wschód, a słonce świeciło im w oczy.

– Czy to daleko? – spytał Bink, wciąż czując się niezręcznie z kilku powodów. Gdyby Sabrina go teraz widziała?

– Niedaleko – odparła. Miała miękki głos, który wywołał w nim podświadomy dreszcz. Może był magiczny; miał taką nadzieję, bo niechętnie dopuszczał myli, że tak szybko pierwsza lepsza piękność zburzyła jego spokój. Nawet jej przecież nie znał!

Jakiś czas szli w milczeniu. Bink znów spróbował.

– Jakie masz zdolności?

Spojrzała nań bezmyślnie.

Acha? Nic dziwnego, że po tym przesłuchaniu mogła opacznie zrozumieć jego słowa.

– Magiczne zdolności – wyjaśnił. Coś co potrafisz zrobić. Zaklęcie, albo...

Wymijająco wzruszyła ramionami.

Co się z nią działo? Była prześliczna, ale wydawała się jakaś pusta.

– Podoba ci się tutaj? – zapytał.

Znów wzruszyła ramionami.

Teraz był prawie pewien: Wynne była piękna, ale głupia. To fatalnie. Jakiś tutejszy rolnik mógłby mieć z niej żonę tylko na pokaz. Nic dziwnego, że wójt nie martwił się o nią zbytnio – niewielki z niej pożytek.

Znów szli w milczeniu. Kiedy minęli zakręt, niemal potknęli się o królika skubiącego grzyby na ścieżce. Przestraszone stworzenie skoczyło w powietrze i zawisło tam, węsząc różowym nosem.

Bink roześmiał się.

– Nie zrobiliśmy ci krzywdy, magiczny królewiczu – powiedział. Wynne uśmiechnęła się.

Przeszli pod nim. A ten drobny w gruncie rzeczy epizod, zmusił Binka do zastanowienia nad dobrze znaną mu sprawą. Dlaczego zwykły królik posiada magiczne zdolności, a on sam nie? To po prostu nieuczciwe.

Nagle usłyszał jakąś miłą uchu melodię, jakby siłą przewiercającą się przez jego myśli.

Bink rozejrzał się i zobaczył lirogona grającego na swych piórach. Muzyka niosła się po lesie, utrzymując nastrój pozornej radości. No cóż!

Odczuł, potrzebę rozmowy, więc znów zaczął,

– Kiedy byłem mały, zawsze mnie wyśmiewali, bo nie miałem żadnych zdolności magicznych – powiedział, nie dbając, czy go rozumie. – W biegach przegrywałem z tymi, co latali, albo stawiali ściany na mojej drodze, albo przenikali przez drzewa, albo potrafili .zniknąć w jednym miejscu i pojawić się w drugim ...

Opowiedział jej to wszystko , co mówiła Chevie. Głupio mu było gadać wciąż o tym samym, ale jakoś podświadomie wierzył, że jeśli będzie powtarzać opowieść odpowiednią ilość razy, przyniesie mu to ulgę.

– Albo ktoś, kto potrafi sprawiać, że ścieżki przed nim biegną w dół, a ja tymczasem musiałem uczciwie gnać przez okolicę.

Niemal zakrztusił się, przypominając sobie wszystkie swojo poniżenia.

– Mogę iść z tobą? – zapytała nagle Wynne. Oho. Pewnie wyobraża sobie, te nożna ją w nieskończoność raczyć opowieściami. Nie wyobrażała sobie trudności! Po kilku milach jej kształtne ciało, nie stworzone do ciężkiej pracy zmęczy się i będzie musiał ją nieść

– Wynne, żeby zobaczyć Czarodzieja Humphrey’a muszę odbyć długą wędrówkę. Nie zechcesz iść tak długo.

– Nie? – jej cudowna twarz zachmurzyła się.

Wciąż świadom przesłuchania i wszelkich możliwych nieporozumień, sformułował swoją odpowiedź oględnie. Kręta ścieżka wiła się wśród kęp, suchorośli i kurczowo trzymających się zbocza drzewek. Wyszedł na czoło, podpierając się laską, żeby w razie czego łapać Wynne. Gdy spoglądał w górę, przelotnie widział zapierające mu dech w piersiach jej cudowne uda. Każda część jej ciała miała absolutnie doskonałe proporcje. Tylko o rozumie ktoś zapomniał.

– To jest niebezpieczne. Można spotkać dużo groźnych czarów. Pójdę sam.

– Sam?

Wciąż była zmieszana, ale z wędrówką radziła sobie nieźle. Miała świetną koordynację ruchów! Bink był trochę zaskoczony, że takie nogi mogą służyć łez do wspinaczki i prozaicznego chodzenia po zwykłej ziemi, Jak u reszty śmiertelników.

– Ja też potrzebuję pomocy. Magicznej.

– Czarodziej żąda w zamian rocznej służby. Ty... może nie będziesz chciała mu płacić.

Dobry Czarodziej był mężczyzną, a Wynne dysponowała tylko jednym rodzajem pieniędzy. Nikt nie zainteresowałby się jej umysłem.

Spojrzała nań z zakłopotaniem. Nagle rozjaśniła się i przystanęła.

– Chcesz, żebym ci zapłaciła?

Zaczęła ręką odchylać sukienkę.

– Nie – wrzasnął Bink. Już widział kolejne przesłuchanie, ale zakończone innym werdyktem. Kto uwierzyłby mu, że nie wykorzystał tej prześlicznej idiotki? Gdyby pokazała mu jeszcze kawałek swego prześlicznego ciała ...

– Nie – powtórzył, bardziej do siebie niż do niej.

– Ale ... – zaczął i znów się zachmurzył. Ocaliło go jakieś dziwne zjawisko. Znajdowali się już blisko dna rozpadliny i Bink widział już bardziej łagodny południowy stok. Bez trudności można się po nim wspiąć. Już miał powiedzieć Wynne, że powinna wrócić do domu, gdy dał się słyszeć nieprzyjemny odgłos, jakiś rodzaj turkotu. Powtórzyło się to bardzo głośno i przeraźliwie, ale wciąż nie mógł wyróżnić tego dźwięku.

– Co to? – spytał nerwowo.

Wynne przyłożyła dłoń do ucha i słuchała, choć hałas był bardzo wyraźny. Przechyliła się, jej stopy straciły oparcie i zaczęła zjeżdżać w dół. Skoczył, by ją złapać i puścił ją dopiero na dnie rozpadliny. Ależ się ją trzymało w ramionach! Sama miękkość i jędrność, w cudownie wyważonych proporcjach!

Odwróciła twarz w jego stronę, poprawiając swe nieco zmierzwione włosy.

– Smok z Wyrwy – powiedziała.

Przez moment nie wiedział o co chodzi. Potem przypomniał sobie, że zadał jej pytanie, a ona bezmyślnie mu odpowiedział.

– Czy jest on groźny?

– Tak.

Była zbyt głupia, by powiedzieć cokolwiek, zanim się jej nie spytało. A i on nie pytał, zanim nie usłyszał smoka. Może, gdyby się na nią tyle nie gapił?

Widział już zbliżającego się z zachodu potwora – ziejący dymem gadzi łeb, nisko wiszący prasy ziemi, ale wielki. Bardzo wielki.

– Uciekaj! – krzyknął.

Zaczęła uciekać... prosto przed siebie, ku rozpadlinie.

– Nie! – wrzasnął, goniąc ją. Złapał ją za rękę i odwrócił w swoją stronę. Jej włosy pociągająco zafalowały jak czarna chmura wokół twarzy.

– Chcesz, żebym ci zapłaciła?– spytała.

Boże!

– Uciekaj! Tamtędy! – krzyknął, popychając ją z powrotem w stronę północnego zbocza; tam było blisko. Miał nadzieję, że smok nie potrafi się dobrze wspinać.

Posłusznie pomknęła, palcami nieomal nie dotykając ziemi.

Ale świecące oczy smoka podążały za nią. Potwór kręcił, by odciąć jej drogę. Bink zobaczył, że Wynne nie zdąży dobiec do ścieżki. Stwór pełznął z szybkością cwałującego centaura.

Bink znów pognał za nią, złapał i obrócił ku południu. Nawet w tym krytycznym momencie jej ciało nie straciło tej oszałamiającej go gibkości.

– Tędy! – zawołał – On cię dogoni! Postępował równie głupio, jak ona, raz po raz zmieniając decyzję, gdy tymczasem zagłada była tuż tuż. Musiał jakoż odwrócić uwagę potwora;

– Hej!, dymiący pyszałku – wrzasnął, wywijając dziko rękami. – Tu jestem.

Smok spojrzał, Wynne też.

– Nie ty! – krzyknął na nią. Uciekaj na przełaj. Uciekaj z wyrwy.

Pobiegła znowu. Nawet ona nie była na tyle głupia, by nie zrozumieć co jej tu groziło. .

Smok skierował teraz uwagę na Binka. Miał długie, wężowate ciało i trzy pary przykrótkich łap. Kadłub podnosił się na łapach i podpełzał niepokojąco szybko.

Pora uciekać! Bink popędził wzdłuż rozpadliny, na wschód. Smok odciął go już od północnego zbocza, ale przecież nie mógł kierować potwora w stronę uciekającej Wynne. Pomimo całej swej ociężałości ruchów, stwór sunął, szybciej niż on. Niewątpliwie pomagał sobie w jakiś magiczny sposób. W końcu był przecież magiczną istotą.

Ale co z jego teorią na temat magicznych stworzeń dysponujących czarami, i intelektom? Jeśli, była prawdziwa to potwór nie mógł być zbyt mądry. Bink żywił tę nadzieję, bo w niej upatrywał ratunek – nierozgarniętego gada łatwo wywieść w pole.

Uciekał więc, ale wiedział już, że to ostatnie metry. Rozpadlina była łowieckim terenem smoka i fakt ten powstrzymywał ludzi przed przekraczaniem jej na własnych nogach. Powinien już zrozumieć, że ta magicznie stworzona rozpadlina nie powstała bezcelowo. Ktoś albo coś nie chciało, żeby ludzie swobodnie przechodzili z północnego do południowego Xanthu. Zwłaszcza tacy ludzie jak on pozbawieni zdolności magicznych.

Bink już dyszał ciężko. Tracił, oddech i odczuwał ból w boku. Nie docenił chyżości smoka. Nie był on odrobinę szybszy, był zdecydowanie szybszy. Wielki łeb kłapnął zębami tuż za Binkiem. Buchnęła para.

Bink zaczerpnął ją wraz z powietrzem. Nie była tak gorąca jak się obawiał i pachniała płonącym drewnem. Ale mino wszystko nie należało to do przyjemności. Zadławił się, stracił oddech, potknął się o kamień i padł plecami na ziemię. Laska wypadła mu z ręki. Fatalny moment oszołomienia.

Smok przebiegł, tuż nad nim, nie zdoławszy zatrzymać się tak gwałtownie. Był na tyle długi i niski, że nie mógł się przewrócić. Śmignęło metaliczne cielsko, pchany bezwładnością łeb zniknął z pola widzenia Binka. Jeśli smok zwiększył swą szybkość w czarodziejski sposób, to hamował jednak bez pomocy żadnych czarów i dla Binka było to prawdziwym błogosławieństwem. Upadek pozbawił go tchu. Brakowało mu powietrza. Przez jakiś czas nie był w stanie oddychać i nie mógł się skoncentrować na niczym, nawet na ucieczce. Kiedy tak leżał, praktycznie sparaliżowany, środkowa para łap obsunęła się – wprost na niego. Łapy zbliżały się do niego, gotowe unieść ciężkie cielsko i znów pchnąć je w przód. Nie był nawet w stanie odtoczyć się na bok. Musiał zostać zmiażdżony.

Ale potężne pazury prawej łapy, wparły się o głaz, na którym się potknął. Był to wielki kanion, większy niż się wydawało, zaś Bink upadł na jego niższą część, zawadziwszy uprzednio o górną, wrzynającą się w ziemię. Wpadł w coś w rodzaju żlebu wypłukanego przez erozję. Gad wykręcił trzy opierające się o niego pazury, tak, że jeden ominął Binka z lewej, drugi z prawej, a trzeci wygiął się nad nim nie dotykając nieomal ziemi. Choć całe tony potężnego cielska smoka opierały się na tej łapie, nawet część tego ciężaru nie ucisnęła Binka. Nawet gdyby się usilnie starał, nie obmyśliłby dogodniejszego położenia swego ciała.

Oddech mu już częściowo wrócił, a łapa uniosła się do następnego człapnięcia. Gdyby Bink próbował przed chwilą odtoczyć się na bok, dostałby się wprost pod pazury i zostałaby z niego miazga.

Ta chwilowa poprawa sytuacji nie oznaczała, że skończyły się kłopoty. Smok wił się na wszystkie strony szukając Binka i buchnął parą po swym długim cielsku. Był nadzwyczaj giętki i mógł wybierać kształt litery L. Bink wolałby podziwiać te zdolności w bezpieczniejszej odległości. Wężowy potwór w poszukiwaniu chłopca mógłby nawet zawiązać się w supeł, gdyby chciał. Nic dziwnego, że pełzał, skoro nie miał sztywnego kręgosłupa.

Bink wciąż chciał próbować ucieczki, choć wiedział, że to daremne. Przebiegł pod grubym jak pień drzewa ogonem. Łeb ruszył w ślad za nim, smok kierował się węchem równie precyzyjnie jak wzrokiem. Bink zmienił kierunek i przeskoczył przez ogon, łapiąc się łusek. Miał szczęście, niektóre smoki posiadały łuski, o zaostrzonych krawędziach, które cięły wszystko czego dotknęły. Łuski były niegroźne, zaokrąglone. Pewnie element przystosowania się do życia w takich rozpadlinach, ale Bink nie bardzo rozumiał po co. Może ostre łuski zahaczały o różne przeszkody i spowalniały sunącego po ziemi potwora?

Przelazł przez ogon, a łeb smoka podążył za nim. Nie buchał teraz parą i chyba potwór nie chciał parzyć własnego ciała. Zabawa w kotka i myszkę z Binkiem miała być przystawką przed właściwym posiłkiem. Bink wprawdzie nie widział nigdy bawiącego się tak kotołaka, ale może prawdziwe koty tak postępują. Co prawda z jakiegoś powodu nie było już ich wiele – myszy zresztą też – w tych czasach..

Nie mógł sobie jednak pozwolić na myślenie o takich sprawach. A jakby spróbować tak pokierować łbem smoka, żeby potwór sam zawiązał się w supełek? Wątpił w to, ale mógł przecież podjąć próbę, lepsze to, niż zostać połkniętym od razu.

Był znów na głazie, o który się potknął. Położenie kamienia zmieniało się jednak – ciężar smoka przesunął się nieco. Na dawnym miejscu ukazało się pęknięcie w ziemi; głęboki, ciemny otwór.

Bink nie lubił dziur w ziemi, nie mówiąc już p stworach, które w nich mogły się czaić; niklonogi, jadowite wszy–pierścienice, trądzielce, brrr... Ale wokół wijącego się smoka była to jedna jedyna szansa. Skoczył wprost do dziury.

Ziemia osunęła się pod jego ciężarem, ale zapadł się tylko do pół ucha i zatrzymał się.

Smok widząc, że Bink prawie mu się wymknął, buchnął kłębami pary. Ale znów nie był to płonący dym, a zaledwie gorący oddech. Smok ten nie należał więc do ziejących ogniem. Zapewne nie wielu ludzi poznałoby z bliska, na czym polega różnica. Mgła ogarnęła Binka mocząc go doszczętnie, i zamieniła otaczający go pył w błoto. Zmoczony Bink znów zaczął obsuwać się w dół.

Smok klapnął paszczą, ale w tym momencie Bink z głośnym klaśnięciem, które zagłuszyło nieco zgrzyt smoczych kłów, prześlizgnął się przez zwężenie szczeliny i spadł na twardą skałę kilka stóp niżej. Stopy go zabolały, zwłaszcza skręcona kostka, ale nic mu się nie stało. Schylił głowę i zaczął macać w ciemnościach. Znajdował się w jaskini.

Co za szczęście! Ale wciąż nie był bezpieczny, smok drapał pazurami, wyrywając wielkie kawały ziemi i głazy, zmieniając swym oddechem pozostałości w strumienie błota. Kęsy lepkiej ziemi rozbryzgiwały ale o dno jaskini. Wejście poszerzyło się, wpuszczając więcej światła. Wkrótce stało się tak duże, że mógł zmieścić się w nim łeb smoka, znów nadchodziła tylko nieco spóźniona zagłada.

Nie było czasu na rozmyślanie. Bink runął przed siebie, szeroko machając ramionami i macając dłońmi. Gdyby natrafił na skałę, poobijałby tylko sobie ręce. Lepsze to niż znaleźć się w smoczej paszczy.

Nie natrafił na skałę. Wymacał natomiast mulistą płaszczyznę. Nogi rozjechały mu się i plasnął na brzuch. Była tam woda – prawdziwa woda, a nie skroplony oddech smoka, cieknąca, wąska stróżka w dół.

W dół? Dokąd? Na pewno do podziemnej rzeki, która kiedyś, dawno temu, utworzyła ten wąwóz. Rzeka przez wieki drążyła podziemny tunel, aż wreszcie ziemia pod nim zapadła się nagle i utworzyła rozpadlinę. Wielkie zapadlisko. Teraz rzeka znów podjęła swą pracę. Na pewno utonąłby, gdyby do niej wpadł, bo przecież nigdy nie wiadomo, czy w jej podziemnym korycie jest powietrze i jak szybko płynie ta rzeka. A nawet, gdyby świetnie pływał, mogłyby go pożreć rzeczne potwory, których najbardziej krwiożercze gatunki zamieszkiwały właśnie ciemne, zimne wody.

Bink wdrapał się z powrotem. Znalazł boczne odgałęzienie prowadzące w górę i posuwał się nim tak szybko, jak tylko mógł. Wkrótce ujrzał nad sobą promień światła. Był ocalony.

Ocalony? Chyba, że smok wciąż się czai w pobliżu. Bink nie śmiał wydostać się na zewnątrz, dopóki był tan smok. Musiał więc czekać mając nadzieję, że bestia nie będzie ryć w tym miejscu. Zjechał na tyłku w dół, starając się zbytnio nie umazać w błocie.

Odgłosy smoczego ryku osłabły, a potem całkowicie zniknęły. Zapanowała cisza, ale Bink nie dał się zwieść. I Smoki zwykle zaczajały się skrycie na swe ofiary. Przynajmniej te naziemne.

Potrafiły szybko biec, ale nie mogły tego robić przez dłuższy czas. Smok nigdy, na przykład, nie dogoniłby jelenia, nawet jeśli ten nie miał magicznych zdolności. Ale potrafiły cierpliwie czekać. Bink musiał pozostać w dole, zanim nie usłyszy oddalającego się smoka.

Mogło to trwać długo i było bardzo nieprzyjemne –z powodu miału, ciemności i mokrej odzieży. Robiło mu się zimno. A poza tym nie miał całkowitej pewności, że smok tam jest. Może wszystko to robi niepotrzebnie, a trochę tylko poryczał, i odszedł po cichu – one potrafią kiedy chcą poruszać się bardzo cicho – i zapolował gdzieś indziej.

Nie! Na pewno potwór chciał., żeby Bink tak właśnie pomyślał. Nie chciał więc wyjść, a nawet poruszyć się, żeby smok nie usłyszał go. Dlatego właśnie zachowuje się teraz cicho – nasłuchuje. Smoki miały doskonałe zmysły. Pewnie dlatego tak rozmnożyły się w odludnych okolicach i budzą takie przerażenia. Potrafią żyć w każdych warunkach. Najprawdopodobniej zapach Binka wydostał się przez kilka otworów i rozpłynął po okolicy tak, że smok nie mógł go zlokalizować. Smok nie miał zamiaru rozkopywać całej jaskini. Ale gdyby coś usłyszał, albo poczuł mógłby go zacząć szukać.

Bink zachowywał absolutną ciszę, ale było mu zimno.

W Xanth panowało teraz lato, a i zimą nie było tam zbyt chłodno, gdyż wiele roślin miało magiczne zdolności podgrzewania otoczenia, panowania nad pogodą w najbliższej okolicy i inne ułatwiające życie mechanizmy. Rozpadlina zaś, była rzadko porośnięta, zasłonięta od promieni słonecznych, z łatwością mogły tu zalegać masy zimnego powietrza. Kiedy zniknęło uczucie ciepła, spowodowane uprzednim wysiłkiem, Bink zaczął się trząść. Nie mógł sobie jednak pozwolić na zbyt gwałtowne drgawki! Jego bolące ręce i nogi wciśnięte były w jakieś szczeliny. Na dodatek czuł drapanie w gardle. Zaczynało się przeziębienie, a jego obecna sytuacja nie sprzyjała kuracji, zwłaszcza, że nie mógł pójść do wioskowego lekarza po lecznicze zaklęcia.

Spróbował dla urozmaicenia myśleć o czymś innym, ale nie miał ochoty wspominać raz jeszcze gorzkich upokorzeń z dzieciństwa, czy frustracji spowodowanych posiadaniem, ale i niemożliwością utrzymania jej z braku magicznych zdolności – takiej pięknej dziewczyny jak Sabrina. Myśl o pięknych dziewczynach przypomniała mu Wynne. Nie byłby mężczyzną, gdyby nie działały na niego jej fantastyczne ciało i twarz. Ale okazała się tak bezdennie głupia, a poza tym był już zaangażowany gdzie indziej, nie miał więc prawa myśleć o niej. Na nic zdały się jednak jego wysiłki myślenia o czymkolwiek innym, toteż zapadł w bezmyślne otępienie.

Nagle zdał sobie sprawę z obecności czegoś zdradliwego. Czuł to już jakiś czas, ale zajęty innymi myślami nie uświadomił tego sobie.

Tak więc przerwanie rozmyślań przydało się na coś.

Była to jakaś nierealna, na wpół istniejąca istota. Jakieś drżenie, które znikało, gdy się na nie spojrzało, ale uporczywie egzystując w polu półwidzenia. Co to było? Coś naturalnego? Czy magicznego? Niegroźne? Czy wrogie? Nagle rozpoznał to. Cień! Na wpół realny duch zmarłego nagłą śmiercią. Skazanego na błąkanie się w nocy i ciemnościach, aż jego winy będą zmazane, a wyrządzone zło naprawione. Ponieważ cienie nie mogły pojawić się we dnie, przy otwartym świetle, czy w ludnych miejscach, nie stanowiły żadnego niebezpieczeństwa dla normalnego człowieka znajdującego się w normalne sytuacji. Większość z nich była przywiązana do miejsca swej śmierci. Dawno temu Roland doradzał Binkowi:

„Jeśli zaczepi cię cień, po prostu odejdź od niego”. Łatwo było im uciec. Ludzie nazywali to „wodzeniem cieni za nos”.

Niech tylko jednak ktoś nieostrożnie zasnął w pobliżu siedziby cienia, wpadał w kłopoty. Cień w ciągu niespełna godziny wnikał w żyjące ciało i osoba nie mogła się już odeń uwolnić. Kiedy Roland w niespotykanym u niego przypływie gniewu zagroził pewnemu natrętowi, że go zostawi przy najbliższym kurhanie pełnym cieni, człowiek ten szybko poszedł sobie.

Bink wprawdzie nie był nieprzytomny, mimo że nie spał, ale gdyby tylko się poruszył, smok znów zacząłby kopać. Ale Jeśli się nie poruszy, cień wniknie w jego ciało. Był to los naprawdę gorszy od śmierci!

Wszystko dlatego, że zachciało mu się ratować przed smokiem piękną i głupią dziewczynę. W bajkach tacy bohaterowie otrzymywali najbardziej upojne nagrody. A w rzeczywistości bohater sam wpadł w tarapaty i potrzebował pomocy, jak on teraz. Cóż, tak wyglądała sprawiedliwość w Xanth.

Cień stawał się coraz śmielszy, sądząc, że Bink jest bezbronny, albo go nie zauważył. Nie miał żadnej barwy, był po prostu ciemnością nieco jaśniejszą niż ciemność jaskini. Bink widział go teraz dość dobrze: zamazany ludzki kształt, o bardzo ponurym wyglądzie.

Bink chciał odskoczyć, ale wilgotna ściana za plecami nie pozwoliła uczynić mu nawet kroku. A poza tym choćby zrobił to najciszej smok go usłyszy. Mógłby pójść do przodu i przejść przez cień; poczułby wówczas tylko chwilowy chłód, jak w grobie. Zdarzało mu się to już czasami; było nieprzyjemne, ale niegroźne. Ale wówczas miałby smoka na karku.

Może udałoby się mu uciec, gdyby był w pełni sił, i dotarł do górnego wyjścia, nim smok się obudzi. Z całą pewnością bestia zasnęła, przyłożywszy tylko swoje czujne ucho do otworu jaskini.

Cień dotknął go. Bink szarpnął ramię do tylu, a amok w górze poruszył się. W porządku, wciąż tam jest! Bink zamarł i smok znów stracił orientację. Jeden ruch to jeszcze za mało, nawet dla tak dobrego myśliwego.

Smok zaczął krążyć, próbując wywęszyć Binka. Wetknął wielkie nozdrza w górną szczelinę, para buchnęła w dół. Cień cofnął się w popłochu. Potem z kolei smok zamarł w bezruchu. Przerywając na chwilę łowy. Wiedział, że wcześniej czy później ofiara sama wyjdzie.

Natura wyposażyła smoki w cierpliwość, znacznie przerastającą ludzką.

Gad raz jeszcze się poruszył i koniec jego ogona wpadł w szczelinę, sięgając niemal dna jaskini. Bink, żeby uciec, musiałby prześlizgnąć się obok ogona. Co więc teraz z jego nadziejami?

Nagle wpadł na pomysł. Smok był wprawdzie magiczny, ale żywą istotą. Dlaczego cień nie miałby wniknąć w jego ciało? Opanowany przez cień, smokowi pewnie nie w głowie byłyby łowy na kryjącego się człowieka. Gdyby tak się ustawić, żeby ogon znalazł się między nim a cieniem ...

Spróbował powolutku przesunąć ciężar ciała i podnieść jedną nogę. Jak najciszej. Gdy jednak ją podniósł, zabolała go i cofnął się. Ogon smoka drgnął i Bink zastygł w bezruchu. Było mu bardzo niewygodnie, ponieważ z trudem utrzymywał równowagę w tej na wpół kucznej pozycji, a w dodatku zaczął odczuwać piekący ból w stopach.

Cień znów się zbliżył.

Bink ponownie chciał przesunąć uwagę, by stanąć wygodnie i nie przewrócić się. Byle dalej od cienia! Znowu wstrząsnął nim skurcz, a ogon znów drgnął... po raz kolejny zamarł, w jeszcze bardziej niewygodnej pozie. A cień wciąż się zbliżał. W ten sposób nigdy stąd nie wyj–dzie. Cień dotknął jego ramion. Tym razem Bink nawet nie drgnął – mógłby łatwo stracić równowagę, a wraz z nią życie. Dotknięcie było odrażająco chłodne , ale nie lodowate. Skóra pokryła mu się gęsią skórą. Co miał robić?

Z coraz większym trudem panował nad sobą. Minie z godzina nim cień owładnie jego ciało. Oczywiście w każdej chwili noże stąd wyjść, lecz wtedy poda się smokowi jak na tacy. Choć to przerażające, ale lepiej zaryzykować cień, przynajmniej nie działał on spiesznie. Może w ciągu najbliższej godziny smok odejdzie...

A może księżyc spadnie z nieba i zgniecie smoka, jak kawałek sera? Po co żywić złudne nadzieje? Jeśli jednak smok nie odejdzie to co? Bink po prostu nie wiedział. Na razie nie miał jednak wielkiego wyboru.

Cień poruszył, się nieubłaganie. Mroził mu pierś i plecy. Wtargnięcie to wypełniało Binka z trudem opanowywanym obrzydzeniem. Jak można godzić się z taką inwazją śmierci we własne ciało? Na razie musiał jednak, gdyż smok inaczej szybko zamieniłby jego samego w cień.

Odrażający chłód powoli wdzierał mu się do głowy. Bink był przerażony, choć wciąż stał bez ruchu – nie mógł już liczyć na swój umysł. Wpełzł mu taki strach iż Bink poczuł, że tonie, ześlizguje się, rozpływa... nagle poczuł dziwny spokój.

„Spokój” szeptał cień w jego głowie.

Spokój sosnowego lasu, w którym śpiący nigdy się nie obudził? Bink nie mógł na głos protestować ze wzglądu na smoka. Zebrał w sobie resztkę sił, by wyrwać się z tego przerażającego miejsca. Mógł przemknąć się obok smoczego ogona, zanim potwór zdąży zareagować i zdać się na łaskę podziemnej rzeki.

„Nie! Przyjacielu, ja ci mogę pomóc!” zawołał cień głośniej, ale wciąż milcząco. Bink wietrząc zdradę, zaczął jednak w to wierzyć. Duch wydawał się mówić szczerze. Może dlatego, że Bink stał wobec alternatywy: dać się pożreć smokowi, albo utonąć w rzece.

” Uczciwa wymiana” nalegał cień. Użycz mi swego ciała na jedną godzinę. Ocalę twoje życie, a potem zniknę, bo spełnię swój obowiązek”.

Brzmiało to z lekka przekonywująco. Binkowi tak czy owak groziła śmierć, a jeśli cień mógłby go jakoś ocalić, warto było mu użyczyć tę godzinę. Cienie istotnie znikały, gdy ich uwalniało się od swego brzemienia.

Ale nie wszystkie cienie były uczciwe. Niektóre w swój krnąbrności nie chciały pokutować za zbrodnie swego życia. Co więcej, po śmierci pod nową postacią, popełniały następne, łamiąc życie nieszczęśnikom, którymi owładnęły. Miały przecież niewiele do stracenia, wszak były już martwe. Sąd ostateczny oznaczał dla nich odpuszczenie win, albo strącenie do piekła. Nic dziwnego, że niektóre wolały przynajmniej wyjściowo pozostać v świecie żywych.

„Moja żona, moje dzieci” błagał cień. „Chodzą głodni, smutni, nic nie wiedzą o moim losie, Muszę im powiedzieć, gdzie rośnie srebrne drzewo, którego odszukanie przypłaciłem śmiercią”

Srebrne drzewo! Bink słyszał o nim, drzewo o liściach ze szczerego srebra, drzewo o niewiarygodnej wartości – srebro przecież było magicznym metalem. Mogło zamówić złe czary, zbroi zrobionej ze srebra nie imał się magiczny oręż. Używano go też po prostu do produkcji zwykłych pieniędzy.

” Nie, to dla mojej rodziny!” – krzyknął cień. „Już nigdy nie będą żyć w nędzy. Nie zabieraj go dla siebie”.

To przekonało Binka. Nieuczciwy cień obiecałby mu wszystko, a ten obiecywał tylko życie, bogactw już nie.

” Zgoda”” pomyślał Bink, mając nadzieję, że nie robi potwornego błędu. Nieostrożnie okazane zaufanie...

” Czekaj, aż całkiem wniknę w ciebie – rzekł z wdzięcznością cień. Nie mogę ci pomóc zanim nie stanę się tobą”.

Bink miał nadzieję, że nie tkwi w tym żaden podstęp. Cóż jednak, tak naprawdę, co miał do stracenia? I co cień mógł zyskać dzięki kłamstwu? Gdyby nie uratował Binka, zaznałby tylko wraz z nim uczuć osoby zjadanej przez smoka. Potem zaś, obaj staliby się cieniami... a Bink byłby bardzo zagniewanym cieniem. Zastanawiał się, jaki sposób wyjścia wymyślił jego towarzysz, ale ponieważ nic nie przyszło mu do głowy, postanowił czekać.

W końcu to nastąpiło. Stał się Donaldem, poszukiwaczem skarbów. Człowiekiem, który potrafił latać dzięki magicznym talentom.

– Ruszamy! – krzyknął triumfalnie Donald ustami Binka. Rozłożył ręce i runął wprost w szczelinę w stropie z taką siłą, że z krawędzi posypały się kamienie i pył. Oślepił ich blask światła dziennego. Minęła chwila nim smok z Wyrwy spostrzegł co się stało i rzucił się za nim. Donald jednak wytężył wszystkie siły i wzniósł się tak szybko, że potężne smocze kły kłapnęły w powietrzu. Zdołał mocno kopnąć smoka w pysk.

– Stary szczerbulcu! – zawołał. – Masz jeszcze to.

I przyłożył nogą w sam czubek smoczego nosa.

Smok rozwarł paszczę i buchnął kłębami pary. Ale Donald już wzniósł się poza jego zasięg. Byli za wysoko, by smok mógł ich złapać.

Wznosili się coraz wyżej i wyżej, ponad drzewa i zbocza, byleby jak najszybciej wydostać się z kanionu. Nie wymagało to żadnego wysiłku poza umysłowym, lot był wszak magiczny. Zatrzymali się na pewnej wysokości i pożeglowali na północ ponad Xanth.

Bink z pewnym opóźnieniem uświadomił sobie, że posiadł magiczne zdolności. Pośrednio oczywiście... ale po raz pierwszy w życiu doświadczył tego, co wszyscy inni obywatele Xanthu. Wiedział teraz. Jakie to uczucie.

A czuł się cudownie.

Było już południe i słonce świeciło wprost nad ich głowami. Znajdowali się wśród chmur. Bink poczuł ucisk w uszach, ale dzięki instynktownej reakcji swojego drugiego ja zatkał je i ból minął, nim stał się dokuczliwy. Nie przypuszczał, że latanie może czynić krzywdę uszom, może powodowała to panująca tu cisza.

Po raz pierwszy zobaczył w całej swej okazałości chmury. Z dołu wydawały się zazwyczaj płaskie, a z góry były jednak fantazyjnie powypiętrzane. Donald przelatywał przez nie spokojnie, Bink jednak drżał, brak widoczności. Bał się zderzenia z jakąś przeszkodą.

– Po co tak wysoko? wypytywał. – Ledwie widzę ziemię. Była to oczywiście przesada – w rzeczywistości nie mógł dostrzec szczegółów, które przywykł widzieć. A poza tym, miło byłoby, gdyby dostrzegli go w locie jacyś ludzie. Po North rozniosłyby się pogłoski zdumiewające szyderców i upoważniające go do uzyskania obywatelstwa... nie, to byłoby nieuczciwe. Źle, kiedy po najbardziej niepożądane rzeczy sięga się w nieuczciwy sposób.

– Nie szukam rozgłosu – rzekł Donald. – Sprawy mogłyby się znacznie skomplikować, gdyby ludzie pamiętali, że ja nadal żyję.

– Acha, o to chodzi. Odnowiłyby się zaszłości, może długi, których nie można spłacić srebrem. Cień chciał koniecznie pozostać anonimowy, przynajmniej dla społeczeństwa.

– Widzisz ten odblask? – spytał Donald, wskazując miejsce między dwoma obłokami. – To właśnie srebrny dąb. Jest tak dobrze ukryty, że można go dostrzec tylko z góry. Ale potrafię wytłumaczyć swemu chłopcu jak go znaleźć. A wtedy będę mógł już odpocząć.

– Chciałbym, żebyś mi wytłumaczył, gdzie znaleźć zdolności magiczne – tęskno powiedział Bink.

Nie masz żadnych? Ma je każdy obywatel Xanthu. I dlatego nie jestem obywatelem – rzekł ponuro Bink. Obaj mówili tymi samymi ustami. – Idę do Dobrego Czarodzieja. Jeśli on mi nie pomoże, zostanę wygnany.

– Znam to uczucie. Spędziłem dwa lata w tej jaskini.

– Co ci się przytrafiło?

– Leciałem do domu, odkrywszy właśnie srebrne drzewo, nadeszła burza. Myśl o bogactwie tak unie podnieciła, że nie mogłem zwlekać. Zaryzykowałem lot przy silnych wiatrach i podmuch wcisnął mnie do wyrwy. Uderzenie było tak potężne, że wylądowałem w jaskini – Już martwy.

– Nie widziałem żadnych kości.

– Dziury w ziemi też nie widziałem. Pokrył mnie muł, a potem rzeka wypłukała moje ciało.

– Ale ...

– Czy ty nic nie wiesz? Cień jest przywiązany do miejsca swojej śmierci, a nie do swojego ciała.

– O, przepraszam.

– Trzymałem się, choć wiedziałem, że to beznadziejne. Potem zjawiłeś się ty – Donald przerwał. – Słuchaj wyświadczyłeś mi taką przysługę... podzielę się srebrem z tobą. Wystarczy go na drzewie: dla mojej rodziny i dla ciebie. Tylko obiecaj, że nikomu nie powiesz, gdzie ono jest.

Bink zaczął ulegać pokusie, ale po krótkim wahaniu zmienił zdanie.

– Potrzebuję czarów, nie srebra. Bez zdolności magicznych będę wygnany z Xanthu i nie zdołam użyć swojej części srebra. A mając zdolności... nie dbam o bogactwo. Jeśli więc chcesz się podzielić, podziel się z drzewem. Nie zrywaj wszystkich liści, ale tylko kilka na raz, i kilka srebrnych żołędzi. Drzewo będzie mogło zdrowo rosnąć nadal, a może nawet rozmnażać się. Na dłuższą metę to się bardziej przecież opłaca.

– Miałem wielkie szczęście, ze wpadłeś do mojej jaskini – stwierdził Donald. Zaczął skręcać, obniżając lot.

Bink znów poczuł ucisk w uszach. Opadli na leśną polanę, potem poszli pół mili, do samotnej, zaniedbanej farmy. Sporo czasu minęło nim zdrętwiałe nogi Binka straciły szty–wność.

– Czy nie jest tu pięknie? – spytał Donald. Bink spojrzał na koślawy, drewniany płot i zapadnięty dach. Kilka kurczaków grzebało wśród chwastów. Ale dla człowieka, który tak to miejsce kochał, że miłość nie pozwoliła mu upaść na duchu przez dwa lata od dnia jego gwałtownej śmierci, było na pewno najpiękniejsze gospodarstwo.

– Uhm! – powiedział Bink.

– Wiem, że nie jest zbyt... ale po tej Jaskini wydaje się niebem – ciągnął Donald. – Moja żona i chłopak mają, oczywiście zdolności magiczne, ale to im nie wystarcza. Ona potrafi leczyć wypadanie piór u kurcząt, a syn wywołuje magiczne burze piaskowe. Żona z trudem zarabia na życie. Ale to dobra żona i jest nie do wiary piękna.

Weszli na podwórko. Siedmioletni chłopczyk spojrzał na nich znad rysunku, który kreślił na piasku. Przypominał Binkowi małego chłopca wilkołaka, którego widział... czyżby minęło dopiero sześć godzin? Wrażenie jednak minęło, gdy chłopak otworzył usta.

– Wynoś się! – krzyknął.

– Lepiej nic nie mówić – rzekł Donald, trochę zaskoczony.

– Dwa lata... w tym wieku to kawał czasu. Nie poznaje tego ciała! Ale spójrz, jak urósł.

Zastukali do drzwi. Otworzyła kobieta – prosta, byle jak ubrana, w brudnej chustce na włosach. Kiedyś może była przeciętnej urody, ale od ciężkiej pracy przedwcześnie się po–starzała.

„Nic a nic się nie zmieniła” , pomyślał z uwielbieniem Donald. Potem zawołał.

– Sally!

Kobieta nic nie rozumiejąc patrzyła na niego z wrogością.

– Sally... nie poznajesz mnie? Wróciłem po śmierci, żeby dokończyć swoje sprawy.

– Don! – wykrzyknęła, a jej Jasne oczy wreszcie rozbłysły. A potem ręce Binka objęły ją, a jego wargi całowały jej usta. Widział ją poprzez wszechogarniające go uczucie Donalda... i była dobra i piękna nie do wiary.

– Donald cofnął się i podziwiał jej piękność mówiąc:

– Zapamiętaj kochanie, trzynaście mil na północny wschód od małego stawu przy młynie, za poszarpaną skalną granicą ciągnącą się od wschodu na zachód, rośnie srebrne drzewo. Zbieraj z niego po kilka liści na raz, by go nie zniszczyć. Sprzedawaj srebro jak najdalej stąd albo poproś kogoś znajomego, żeby to zrobił za ciebie. Nikomu nie mów o pochodzeniu tego skarbu. Wyjdź za mąż, będziesz miała godziwy posag a ja chcę, żebyś była szczęśliwa... i żeby chłopak miał ojca.

– Don – powtórzyła, a z oczu popłynęły jej łzy smutku i radości. – Nie dbam o srebro skoro wróciłeś znowu.

– Nie wróciłem! Jestem martwy i tylko mój cień wrócił, żeby ci powiedzieć o drzewie. Zbieraj z niego, używaj go, bo inaczej moje cierpienia pójdą na marne. Obiecaj!

– Ale ... – zaczęła i spojrzała na wyraz jego twarzy.

– Dobrze Don – Obiecuję. Ale nigdy nie pokocham innego mężczyzny!

– Spełniłem swój obowiązek, uwolniłem się od brzemienia – rzekł Donald. – Jeszcze tylko raz ukochana. – Pochylił się, znów ją pocałował... i rozwiał się. Bink stwierdził,, że całuje kobietę innego mężczyzny.

Poznała to natychmiast i porwała głowę w tył.

– Och, przepraszam – powiedział ukorzony Bink. – Muszę już iść.

Spojrzała nań zimnym wzrokiem. Jak niewiele pozostało z radości, którą okazała, gdy objawił się na krótko jej mąż.

– Ile ci jesteśmy winni, cudzoziemcze?

– Nic, Donald uratował mi życie, pozwalając mi umknąć w powietrzu przed smokiem z Wyrwy. Całe srebro jest twoje. Nigdy mnie już nie ujrzysz.

Złagodniała, zrozumiawszy, że nie przybył tu po srebro.

– Dziękuję, młodzieńcze. – Nagle wiedziona impulsem ...

– Mógłbyś mieć to srebro gdybyś zechciał. Don mówił mi, żebym powtórnie wyszła za mąż... Ożenić się z nią!

– Nie mam zdolności magicznych – powiedział Bink. – Zostanę wygnany.

Bardziej uprzejmej odmowy nie umiał wymyślić. Nawet całe srebro Xanthu nie uatrakcyjniłoby mu tej propozycji w najmniejszym stopniu.

– Zostaniesz na obiad?

Był głodny, ale nie aż tak.

– Muszę ruszać w drogę. Nie mów synowi o Donaldzie – czuł, że to może źle wpłynąć na chłopaka. – Żegnaj.

– Żegnaj – odpowiedziała. Przez chwilę dostrzegł ślad piękności, którą widział w niej Donald, lecz potem i to zniknęło.

Bink odwrócił się i odszedł. Po drodze zobaczył zbliżającą się małą burzę piaskową. Chłopięcy straszak na obcych. Ominął go i pospiesznie oddalił się. Był zadowolony, że wy–świadczył tą przysługę poszukiwaczowi, ale również czuł ulgę, że to się udało. Nie rozumiał przedtem, co dla rodziny oznacza nędza i śmierć.

4.

Bink kontynuował swą podróż – po złej stronie rozpadliny. Gdyby farma Donalda znajdowała się na południu.

Dziwne, że choć tutaj wszyscy wiedzieli o rozpadlinie i traktowali ją jako normalną rzecz, w North nikt o niej nie słyszał. Czyżby znowu milczenie? Wydawało mu się to niepraw–dopodobne, bo centaury też nic o niej nie wiedziały. Istniała co najmniej dwa lata, skoro cień tkwił w niej tyle czasu, a pewnie znacznie dłużej. Smok z Wyrwy spędzić tu musiał całe swoje życie.

Działał tu czar – czar niewiedzy, który sprawił, że tylko ludzie z najbliższego sąsiedztwa rozpadliny byli świadomi jej istnienia. Nie miał zamiaru ponawiać próby przedostania się na drugą stronę. Tylko dzięki niesamowitemu zbiegowi okoliczności ocalił swą skórę. Wiedział zaś, że zbieg okoliczności nie jest godnym zaufania sojusznikiem.

Kraj był zielony i pagórkowaty, a wysokie cukrowe paprocie krzewiły się tak gęsto, .że niewiele widział przed sobą. Nie było tu żadnej wytyczonej ścieżki. Raz się zgubił, najwidoczniej przez jakieś odstręczające zaklęcie. Niektóre drzewa broniły się przed natrętami, sprawiając, że podróżni skręcali i obchodzili je w pewnej odległości. Może dlatego tak długo nie zdołano odnaleźć srebrnego drzewa. Jeśli ktoś wszedł w kępę takich drzew, mógł zacząć chodzić w koło. Naprawdę trudno było wyrwać się z takiej pułapki, bo podróżny zawsze myślał, ze idzie tam, gdzie chce.

Innym razem natknął się na piękną ścieżkę ciągnącą się wprost przed nim, tak piękną, że wrodzona ostrożność kazała mu jej unikać. W puszczy było wiele roślin–ludożerców, które ułatwiały dojście do siebie, aż do chwili, gdy pułapka zamykała się.

Tak więc minęły trzy dni nim istotnie poruszył się naprzód – wciąż jednak, pomimo przeziębienia był w dobrej formie. Znalazł kilka ziół dobrych na katar i tabletkowe krzewy, na których rosły tabletki od bólu głowy. Co jakiś czas spotykał drzewa, rodzące żółcie, czerwienie, zielenie, pomarańcze czy brązy. Szczęśliwie na każdą noc znajdował schronienie, gdyż nie wyglądał zbyt groźnie, ale musiał również przez kilka godzin odpracowywać swojo noclegi. Mieszkańcy tej okolicy mieli minimalne zdolności magiczne: zwykle coś w rodzaju „plamy na ścianie”. Żyli więc niemal mundańskim życiem, i zawsze przydawał im się ktoś do roboty.

Wreszcie teren zaczął opadać ku morzu. Xanth był półwyspem. Nie istniała jednak żadna dobra mapa tej ziemi – najlepszy przykład stanowiła rozpadlina – więc nie sposób było poznać choćby kształt półwyspu. Wiadomo było tylko, że jest to owal, nieco dłuższy, i że ciągnie się z północy na południe, na północnym zachodzie łącząc się z Mundanią. Zapewne w swoim czasie była to wyspa, która wolna od wpływów świata zewnętrznego rozwijała się w specy–ficzny sposób. Obecnie Tarcza przywróciła tę izolację, przecinając pomost śmiercionośną zaporą i zabijając załogi docierających tu statków. Na dodatek krążyły wieści o licznych okrutnych potworach morskich żyjących u wybrzeży.

O, nie Mundania, nigdy już nie napadnie Xanthu.

Bink miał nadzieję, że morze pozwoli mu obejść rozpadlinę. Smok z Wyrwy pewnie nie potrafi pływać, a morskie potwory nie mogły zbytnio zbliżać się do lądu. Powinien więc istnieć wąski pas, którym nie rządzi ani smok, ani żaden morski potwór. Może plaża, po której można przejść, uciekając do wody gdy zaatakuje go jakiś stwór z rozpadliny i wracając na ląd, gdy magiczna groźba nadejdzie z morza.

Tak też było: przepiękna wstęga białego piasku rozciągała się od jednej krawędzi rozpadliny do drugiej. Nie widać było żadnych potworów. Nie mógł uwierzyć w swoje szczę–ście...

Bink pędem puścił się przez plażę. Bez kłopotów przebiegł z dziesięć kroków. Potem jednak stopy zanurzyły się w wodzie i wpadł do morza.

Plaża była złudzeniem. Dał się złapać w najprostszą pułapkę. Cóż lepszego mógłby wymyślić jakiś morski potwór do zwabienia ofiar, niż plażę nagle zmieniająca się w głębię?

Bink zaczął płynąć w stronę prawdziwego brzegu, który był – jak teraz widział – skalistą postacią, na której łamały się i pieniły morskie fale. Niebezpiecznie było tu wychodzić na ląd, ale nie miał wyboru. Nie mógł wrócić na „plażę”, teraz zniknęło nawet jej złudzenie. Musiał albo dojść tu po wodzie, albo dopłynąć nie wiedząc o tym. Tak, czy owak nie chodziło mu już o czary, w które się wplątał przede wszystkim chciał dowiedzieć się, gdzie dokładnie się znajduje. .

Coś zimnego i płaskiego z wielką siłą owinęło mu się wokół kostki.

Bink zgubił laskę, kiedy gonił go smok z Wyrwy, a nowej jeszcze sobie nie wyciął. Pozostał mu tylko nóż myśliwski. Nędzny był to oręż wobec morskiego potwora, ale musiał spróbować.

Wyciągnął nóż z pochwy, nabrał powietrza i zanurkował w stronę swojej kostki. Czuł dotyk czegoś skórzastego i żaby się uwolnić, musiał to piłować nożem. Niełatwo było wbić ostrze w twardo cielsko potwora.

Coś ogromnego i ciemnego zakończonego językiem, który usiłował przeciąć – zamajaczyło w wodzie pod nim. Otworzyła się ogromna paszcza i błyszczały mierzące trzy stopy kły.

Bink nie wytrzymał nerwowo i zaczął krzyczeć. Głowę miał pod wodą. Krzyk był dlań katastrofą. Woda zalała mu usta i gardło.

Silne ręce rytmicznie uciskały mu plecy, wypompowując mu z płuc wodę i wtłaczając powietrze. Bink dławił się, krztusił, kaszlał, był ocalony.

– Już ... jest mi lepiej – wycharczał. Ręce puściły go. Bink usiadł i rozejrzał się. Znajdował się na małym jachcie. Żagle były z jaskrawego jedwabiu, pokład z polerowanego mahoniu. Maszt był ze złota.

Ze złota? Może pozłacany. Czyste złoto byłoby tak ciężkie, że przeciążyłoby łódkę.

Po chwili spojrzał na swego zbawcę i znów się zadziwił. Była to królowa.

Przynajmniej wyglądała jak Królowa. Miała na sobie małą platynową koronę i bogato haftowaną szatę. Była piękna. Może nie tak piękna jak Wynne, ta kobieta była starsza, poważniejsza. Jej włosy miały najczystszą czerwoną barwę, takie same były źrenice jej oczu. Trudno było zgadnąć, po co taka kobieta żeglowała po zamieszkałych, przez potwory przybrzeżnych wodach.

– Jestem Wróżka Iris – przedstawiła się.

– A ja Bink – powiedział z zażenowaniem. – Z North. Nigdy przedtem nie spotkał Wróżki i nie czuł się odpowiednio ubrany na tę okazję.

– Na szczęście przypadkiem byłam blisko – zauważyła Iris – Mógłbyś mieć kłopoty.

– Kłopoty, dobre sobie! Byłoby po Binku , a ona ocaliła mi życie.

– Zacząłem się topić. Nie widziałem cię, pani. Tylko potwora – mówił, czując się bardzo głupio. Jak mógłby podziękować tej królewskiej osobie, za skalanie sobie rąk czymś tak nędznym, jak on?

– W twojej sytuacji trudno było widzieć zbyt wiele – stwierdziła i wyprostowała się, a jej wspaniała figura ukazała swe wdzięki. Mylił się wcale nie była brzydsza od Wynne. Po prostu inna, a na pewno inteligentniejsza. Nie gorsza niż Sabrina. Uświadomił sobie, jak bardzo symptomy inteligencji zmieniają powab kobiety. Kolejna nauczka w dniu dzisiejszym.

– Na jachcie byli marynarze i służba, ale dyskretnie trzymali się na uboczu i Iris sama obsługiwała żagle. Pracowita kobieta?

Jacht wypływał na pełne morze. Wkrótce zbliżył się do wyspy – cóż to była za wyspa!

Porastała ją bujna zieleń, kwiaty wszelkich kolorów i kształtów, stokrotki wielkie jak talerze, przecudne orchidee, lilie tygrysie, które ziewały i mruczały, gdy łódź zbliżała się. Zadbana ścieżka prowadziła od złotego mola w stronę kryształowego pałacu, który w słońcu lśnił jak wielki brylant.

– Jak brylant? Bink podejrzewał, że to był brylant, gdyż światło załamywało się na nim w charakterystyczny sposób. Największy, najwspanialszy brylant, .jaki kiedykolwiek istniał.

– Sądzę, że winien ci jestem życie – rzekł Bink, nie wiedząc jak wybrnąć z sytuacji. Śmiesznie byłoby proponować że narąbie drew, albo wrzuci na wóz gnój. Na tej bajkowej wyspie nie było nic tak prostackiego. Jak drewno na opał, albo bydło domowe. Najlepiej, gdyby jak najszybciej usunął sprzed jej oczu swą przemoczoną, uszarganą osobę.

– Sądzę, że tak – powiedziała, wysławiając się zaskakująco o normalnie. Spodziewał się, że będzie bardziej wyniosła, jak przystoi tak godnej osobie. ..

– Ale moje życie nie jest wiele warte. Nie posiadam żadnych zdolności magicznych i mam być wygnany z Xanth.

Przycumowała jacht do mola, zarzucając piękny, srebrny łańcuch na polery i mocno go wybierając.

Bink myślał, że jego wyznanie zaniepokoi ją. Uczynił je właśnie po to, żeby nie obiecywała sobie po nim zbyt wiele. Mogła go wziąć za kogoś innego. Ale jej reakcja zaskoczyła go.

– Bink, cieszę się, że to powiedziałeś. Udowodniłeś, ze jesteś uczciwym chłopcem. Większość magicznych zdolności jest przecież bezużyteczna. Co komu po różowe plamie pojawiającej się na ścianie? To też czary, ale niczemu nie służące. Ty ze swą siłą i bystrością umysłu możesz zdziałać więcej niż niemal każdy obywatel Xanthu.

Bink, zaskoczony i wielce połechtany tą spontaniczną i niczym nie usprawiedliwioną pochwałą, nic nie odpowiedział. Miała oczywiście rację co do „plany na ścianie”, często sam o tym myślał.

Co prawda, było to zwyczajne lekceważące powiedzenie, dla określenia nędznych zdolności magicznych. Trudno więc dopatrzyć się w tym głębszej filozofii. W każdy razie po–czuł się swobodniej.

– Choć – rzekła Iris, biorąc go za rękę. Poprowadziła go przez trap na molo, a potem ścieżką do pałacu.

Ogarnął ich zapach kwiatów. Róże pyszniły się wszystkimi kolorami, rozwiewając swój aromat. Jeszcze więcej było roślin o długich liściach kształtu miecza; ich kwiaty przypominały małe orchidee i też miały najróżniejsze barwy.

– Jak się nazywają? – zapytał.

– Irysy oczywiście – odpowiedziała. Zaśmiał się.

– Oczywiście!

Szkoda, że żaden kwiat nie nazywa się Bink. Ścieżka minęła kwietny żywopłot i okrążywszy basen z fontanną doprowadziła ich do kunsztownego portyku kryształowego pałacu. Jednak nie brylantowego, w końcu.

Bink zawahał się, nieświadomie pomyślał o tym. Słyszał przecież o pająkach i muchach. Czyżby ocaliła mu życic tylko po to, żeby ...

– Och, na Boga! – wykrzyknęła – Jesteś podejrzliwy? Nic ci nie grozi.

Jego uprzedzenia wydały mu się głupie. Po cóż byłoby ocalać? Mogła mu pozwolić zadławić się, zamiast wypompowywać z niego wodę; mięso i tak byłoby świeże. Mogła też go związać i kazać marynarzom wynieść na brzeg. Nie musiała go oszukiwać. Był już w jej mocy, jeśli nożna tak powiedzieć. Chociaż ...

– Widzę, ze mi nie wierzysz – rzekła Iris. – Jak cię mogę przekonać.

Ta jej bezpośredniość nie przekonała go zbytnio. Powinien temu stawić czoła albo zaufać losowi.

– Ty pani jesteś wróżką ... – powiedział. – Wygląda na to, że masz wszystko czego zapragniesz. Ja ... czego możesz chcieć ode mnie?

Roześmiała się.

– Zapewniam, że nie chcę cię zjeść. Bink nie zdobył się na uśmiech.

– Czasami ... czasami ludzie są pożerani. Dręczył go obraz potwornego pająka wciągającego go w sieć. Gdy tylko wejdzie do pałacu ....

– Doskonale, usiądź sobie w ogrodzie – zaproponowała Iris. – Albo gdziekolwiek, gdzie czujesz się bezpiecznie, jeśli nie zdołam cię przekonać o swej szczerości, możesz wziąć moją łódź i odpłynąć. Wystarczy ci?

Bardzo uczciwe; poczuł się w tym momencie jak niewdzięcznik. Nagle Bink zaczął podejrzewać, że cała wyspa była pułapką. Nie może stąd odpłynąć wpław – potwory morskie strzegą tego miejsca – zaś załoga pochwyciłaby go i związała, gdyby spróbował pożeglować.

No cóż, słuchanie nikomu nie zaszkodziło.

– Zgoda.

– Wiesz przecież, Bink – przekonywała, a jej uroda znakomicie zwiększała siłę jej argumentów – że chociaż każdy obywatel Xanth posiada zdolności magiczne, to są one za–wsze bardzo jednostronne. Niektórzy mają większe zdolności niż inni, ale ich talenty są .zawsze jednakowe. Nawet Czarodzieje podlegają temu prawu natury.

– Zgadza się, miała rację, ale co z tego? Król Xanth jest Czarodziejem, ale jego moc ogranicza się do sztuczek meteorologicznych. Może stworzyć wir powietrzny, wywołać tornado, albo huragan, spowodować suszę, albo dziesięciodniową ulewę, lecz nie potrafi latać, zamieniać drewna w srebro, ani rozpalać ogniska przy użyciu magii. Jest specjalistą od zjawisk atmosferycznych.

– Zgoda – ponownie przytaknął Bink. Przypomniał sobie Donalda, syna cienia, który potrafił tworzyć wiry powietrzne. Jego talent był bierny, a talent Króla był wielkiego kalibru, różniły się one tylko wielkością, a nie jakością.

Oczywiście, talent Króla osłabł z wiekiem, możliwe, że teraz potrafiłby on stworzyć tylko wir powietrzny. Jak to dobrze, te Tarcza chroni Xanth.

– Skoro więc wiadomo jaki jest talent Króla, wiadomo także, jakie są jego ograniczenia – mówiła dalej Iris. Jeśli widzisz, że ktoś potrafi wywołać burzę, możesz się nie martwić, że otworzy ci pod stopami magiczne przejście, albo, że zamieni cię w karalucha. Nikt nie posiada talentu w różnych dziedzinach.

– Pewnie poza Czarodziejem Humphrey’em – powiedział Bink.

– Tak, to potężny mag – zgodziła się – ...ale on też ma swoje ograniczenia. Jego talent to zgadywanie, lub zdobywanie informacji. Nie sądzę, żeby potrafił poznać przyszłość, zna tylko teraźniejszość. I jego tak zwane „sto zaklęć” jest skuteczne także tylko w tej dziedzinie. Żadne z nich nie jest związane z działaniem magicznym.

Bink nie znal Humphrey’a na tyle, by móc jej zaprzeczyć, ale brzmiało to prawdopodobnie, Podziwiał, jak Czarodziejka znała się na magii równych sobie. Czyżby między osobami obdarzonymi dużymi zdolnościami istniała zawodowa rywalizacja?

– Tak – talenty – tworzą grupy. Ale... Mój talent to złudzenie... – powiedziała gładko. Ta róża – zerwała piękną, czerwoną różę i dała mu ją do powąchania. Jaka piękna woń!

– Ale naprawdę... – Róża zbladła. Iris trzymała w ręku źdźbło trawy. Nawet pachniało trawą.

Bink, posmutniały. popatrzył wokół.

– To wszystko jest złudzeniem?

– Większość. Mogłabym ci pokazać, jak ten ogród naprawdę wygląda, ale nie byłby to tak piękny widok, jak ten. Źdźbło trawy w jej ręku zadrżało i stało się Irysem.

– To cię powinno przekonać o mojej czarodziejskiej nocy. Mogę więc spowodować, że cała okolica będzie wyglądała zupełnie inaczej, a każdy szczegół będzie prawdziwy. Moje róże dają zapach róż, a moje szarlotki mają smak prawdziwy. Moje ciało... Przerwała, uśmiechając się lekko.

– Gdy się go dotknie, czuje się ciało. Wszystko wydaje się prawdziwe, ale jest złudzeniem. To znaczy, każdy przedmiot ma swoją materialną postawę, ale moja magia upiększa go, modyfikuje. To mój zespół talentów. Nie mogę mieć więc innych, możesz mi wierzyć, że mam rację.

Bink nie był tego jednak znowu taki pewien. Czarodziejka władająca iluzją była ostatnią osobą, której skłonny był zaufać. Ale rozumiał już, o co jej chodzi. Objawiła mu swoją magię i nic nie wskazywało, że zamierza próbować na nim innych jej odmian. Nigdy przedtem się nad tym nie zastanawiał, ale tak rzeczywiście było; nikt w Xanth nie miał talentu, który byłby połączeniem kilku różnych typów zdolności magicznych.

Chyba, że jest ona olbrzymią ludożerczynią, także używającą złudzenia, aby zmienić swój wygląd... Nie, Olbrzym ludożerca jest sam stworem magicznym, a istoty magiczne nie posiadają zdolności magicznych. Prawdopodobnie. Samo ich istnienie jest objawem talentu, tak więc centaury, smoki i olbrzymy ludożercy wyglądają na to, czym są chyba, że zostały przekształcone przez jakąś naturalną osobę, zwierzę czy roślinę.

Musiał jej uwierzyć! Iris mogła być w zmowie z olbrzymim ludożercą, ale to było mało prawdopodobne, bo olbrzymy ludożercy były bardzo niecierpliwe i miały skłonność do pożerania wszystkiego, co im wpadło w ręce, bez względu na skutki. Iris byłaby już dawno pożarta.

– No dobrze, wierzę ci – powiedział Bink bez przekonania.

– Doskonale. Chodźmy do mojego pałacu, a spełnię twoje życzenie.

To było mało prawdopodobne. Nikt nie był w stanie dać mu talentu. Tylko Humphrey mógł wykryć, jego zdolności, lecz za cenę rocznej służby! A przecież ujawniłby tylko to, co już istnieje, a nie stworzył coś nowego.

Dał się zaprowadzić do pałacu. W środku było równie pięknie. Tęczowe promienie światła padały z pryzmatycznych konstrukcji dachu, a kryształowe ściany błyszczały jak lustra. Mogło to być złudzenie, ale dostrzegł w nich swoje odbicie – wyglądał zdrowiej i bardziej męsko, niż mu się wydawało... Wcale nie wyglądał jak zmokła kura. Znowu złudzenie?

W narożnikach leżały stosy eleganckich poduszek, które zastępowały krzesła i fotele. Bink poczuł nagły przypływ zmęczenia: powinien się natychmiast położyć? Nagle przypomniał sobie szkielet w lesie sosnowym. Nie wiedział, co ma o tym wszystkim myśleć.

Przydałoby się zdjąć z ciebie to ubranie – zatroszczyła się Iris.

– Wyschnę – powiedział Bink, nie chcąc obnażyć się przed kobietą.

– Myślisz, że pozwolę ci zniszczyć moje poduszki? – zapytała tonem gospodarczej pani domu.

– Moczyłeś się w słonej wodzie, musisz ją spłukać, zanim sól zacznie ci dokuczać. Idź do łazienki i przebierz się, czeka tan na ciebie suche, przyzwoite ubranie.

Strój, który na niego czeka? Jak gdyby się go spodziewała. Co to ma znaczyć?

Bink poszedł tam bez wielkiej ochoty. Łazienka była odpowiednio zbytkowna. Wanna była wielkości niedużego basenu, a sedes nosił wszelkie cechy eleganckiego cacka, jakie tylko można podobno spotkać w Mundanii. Zafascynowany patrzył, jak woda krąży w umywalce, a następnie spływa do rury, znikając, jak gdyby za sprawą magii.

Był tam też prysznic; pył wodny, jak deszcz, wydobywał się z wysoko umieszczonego wylotu, pod którym stał Bink. To mu się spodobało, chociaż nie był pewien, czy chciałby go mieć na stałe. Zbiornik wody musiał być gdzieś na górze, zapewniając w ten sposób ciśnienie dla tych instalacji.

Osuszył się haftowanym w irysy puszystym ręcznikiem.

Ubranie wisiało na wieszaku za drzwiami. Książęca szata i damskie majtki. Majtki? No cóż, były suche, a nikt go tu w pałacu nie będzie oglądał. Założył, ten strój i przywdział zdobne sandały, które też czekały w kącie. Przypasał również swój myśliwski nóż, ukrywając go pod fałdą szaty.

Poczuł się lepiej, tyle że przeziębienie nasiliło się. Ból gardła zamienił się w katar; do tej pory myślał, że był to rezultat wciągania nosem słonej wody, ale teraz gdy był już suchy, nos jego nie wymagał dodatkowej wilgoci. Nie chciał głośno nim pociągać, ale cóż robić, skoro nie miał chusteczki.

– Jesteś głodny? – zapytała troskliwie Iris, gdy tylko się pojawił. – Przygotowałam całą ucztę.

Bink był oczywiście głodny; od czasu gdy zaczął iść wzdłuż rozpadliny oszczędzał swoich zapasów, polegając na tym, co zdobył po drodze. Jego tobołek był przemoczony słoną wodą, co skomplikowało sprawę dalszych posiłków.

Leżał na wpół zakopany w poduszkach, z nosem do góry, aby powstrzymać katar; w chwilach krytycznych dyskretnie ocierał nos rogiem poduszki. Trochę się zdrzemnął, gdy Iris krzątała się w kuchni. Kiedy już wiedział, ze wszystko było złudzeniem, zdał sobie sprawę, dlaczego sama wykonywała tyle czynności. Żeglarze i ogrodnicy byli częścią iluzji. Iris mieszkała sama. No i musiała sama gotować. Złudzenie dawało wygląd, fakturę i smak, ale nie zaspakajało głodu.

Dlaczego Iris nie wyszła za mąż albo nie wymieniła swoich usług w zamian za wykwalifikowaną pomoc? Większość rodzajów magii nie nadaje się do celów praktycznych, ale jej umiejętności były niezwykłe. Mieszkając z nią każdy miałby do dyspozycji kryształowy pałac. Bink był pewien, że wiele osób poszłoby na to; wygląd czasem znaczy więcej, niż stan rzeczywisty. No, a jeśli potrafi ona spowodować, że ziemniaki smakują jak wykwintne danie, a lekarstwa jak słodycze – no cóż, jej talent jest bardzo poszukiwany. Wróciła Iris niosąc parujący talerz. Założyła fartuszek i zdjęła diadem. Wyglądała mniej królewsko i o wiele bardziej kobieco. Nakryła niski stolik; usiedli twarzą w twarz, po turecki na poduszkach.

– Czym mogę służyć ? – zapytała, Bink znów poczuł zdenerwowanie.

– A co jest?

– Co tylko chcesz.

– Ale to naprawdę?

Wydęła wargi.

Jeśli musisz wiedzieć, to gotowany ryż. Mam sto funtów ryżu, który muszę zużyć, zanim szczury, zorientują się, ze kot, który go pilnuje Jest złudzeniem i zaczną go jeść. Oczywiście mogę spowodować, że ich odchody będą smakowały jak kawior, ale wolałabym nie. W każdym razie dostaniesz co chcesz. Głęboko wciągnęła powietrze.

– Tak się wydawało – i Bink zorientował, się, że miała na myśli nie tylko jedzenie. Na pewno czuła się samotnie na wyspie i mile widziała towarzystwo. Okoliczni rolnicy prawdopodobnie unikali jej: ich żony z pewnością się o to zatroszczyły, a potwory nie są bardzo towarzyskie.

– Kotlet ze smoka – powiedział, – w ostrym sosie.

– Odważnie – mruknęła, podnosząc srebrne pokrywy. Z półmiska wydobywa się aromatyczna woń, a w środku pojawiły się dwa pieczone na ruszcie kotlety ze smoka za–nurzone w ostrym sosie. Iris zręcznie umieściła jeden z nich na talerzu Binka, a drugi na swoim.

Bink z powątpiewaniem odkroił kawałek i spróbował. Był to najsmaczniejszy kotlet ze smoka, jaki kiedykolwiek jadł. Nie było to co prawda wiele, bo smoki są rzadką zwierzyną, a Bink jadł smaczne mięso tylko dwa razy w życiu. No a sos? Musiał natychmiast popić go nalanym przed chwilą przez Iris winem, aby ugasić pożar w gardle. Ale było to przyjemne pieczenie, które przemieniło się w smak.

Wciąż jednak miał wątpliwości.

– Hm. Czy mogłabyś... Skrzywiła się.

– Tylko na chwilę – powiedziała. Kotlet zamienił się w zwyczajny gotowany ryż, a potem stał się znów smacznym i mięsem.

– Dziękuję – powiedział Bink. Wciąż mi trudno uwierzyć.

– Wina?

– Czy można się nim upić?

– Niestety, nie. Możesz je pić cały dzień bez efektu, chyba, że wyobrazisz sobie, że ci się kręci w głowie.

– To dobrze.

Wziął z jej rąk napełniony ponownie wytworny kielich, pełen migoczącego płynu i upił łyk. Poprzednio pił zbyt szybko, aby poczuć jego smak. Może była to w rzeczywistości woda, ale smakowała w rzeczywistości jak doskonałe błękitne wino, znakomicie pasujące do smacznego mięsa, ciężkie i o delikatnym bukiecie. Zupełnie tak, jak Czarodziejka.

Na deser jedli ciasteczka domowej roboty. Trochę przypalone. Były dzięki temu tak prawdziwe, że trudno było mu zachować swoje wątpliwości. O tak, Iris niewątpliwie znała się na gotowaniu i pieczeniu, nawet w iluzji.

Sprzątnąwszy naczynia przysiadła się do Binka na poduszki. Miała teraz na sobie wieczorową suknię z dekoltem, i mógł dokładnie zobaczyć, jak była pięknie zbudowana. Oczywiście to też mogło być złudzeniem, ale jeśli w dotyku była taka, jak na to wyglądała, to o co miał się spierać?

Niewiele brakowało, a kapnęłoby mu z nosa na błyszczącą suknię. Poderwał głowę do góry. Przyglądał się jej z odrobinę zbyt małym dystansem.

– Jest ci niedobrze? – zapytała Iris ze zrozumieniem,

– Ależ nie, tylko mój nos ...

– Masz chusteczkę – powiedziała, podając mu śliczną ozdobioną koronkami chusteczkę do nosa.

Binkowi szkoda było używać takiego arcydzieła, ale było to lepsze niż poduszki.

– Czy jest coś, co mógłbym dla ciebie zrobić, zanim sobie pójdę? – zapytał niepewnie.

– Nie myślisz perspektywicznie – powiedziała Iris, pochylając się do przodu i głęboko wciągając powietrze. Bink poczuł, że się rumieni. Sabrina była daleko – i nigdy nie założyłaby takiej sukni.

– Mówiłem ci już, że muszę iść do Dobrego Czarodzieja Humphrey’a, aby dowiedzieć się, jaka jest moja magia, albo pójść na wygnanie. Nie sądzę, żebym miał jakiś talent, więc ...

– Mogę założyć, że mimo wszystko zostaniesz – powiedziała, przysuwając się bliżej do niego.

Zdecydowanie chciała go zdobyć. Ale dlaczego ta inteligentna i utalentowana kobieta miałaby się interesować takim nic, jak on? Bink ponownie wytarł nos. Przeziębione nic. Jej wygląd mógł być upiększony złudzeniem, ale jej rozum i talent były prawdziwe. Nie potrzebowała go – do niczego.

– Mógłbyś wykazać się magią tak, żeby wszyscy widzieli – mówiła dalej, w swój niepokojąco przekonywujący sposób, znów przysunęła się bliżej do niego. W dotyku była jak najbardziej prowokująco rzeczywista.

– Mogę stworzyć złudzenie magii., którego nikt nie potrafi. Wolał żeby nie mówiła tego, będąc tak blisko.

– Mogę czatować na odległość, tak, że nikt nie będzie mógł cię posądzić, że maczałam w tym palce. To jest minimum, Mogę ci również dać bogactwo, władzę i wygodę – wszystko prawdziwe, nie złudzenie. Dam ci urodę i miłość. Wszystko, czego mógłbyś zapragnąć – jako obywatel Xanth.

Podejrzenia Binka nasiliły się. Do czego ona zmierzała?

– Mam narzeczoną ...

– To też – zgodziła się. – Nie jestem z natury zazdrosna. Może być twoją konkubiną, jeśli będziesz ostrożny.

– Konkubina! – oburzył się Bink. Nie sprawiała wrażenia zmieszanej.

– Bo ożenisz się ze mną. – Bink oniemiał.

– Po co chcesz wyjść za kogoś bez magii?

– Żeby zostać Królową Xanth. – powiedziała spokojnie.

– Królową Xanth? W takim razie musisz poślubić Króla.

– Właśnie.

– Ale ...

– Zgodnie z jednym z idiotycznych i przestarzałych praw i zwyczajów Xanth nominalny władca musi być mężczyzną. Zatem doskonale magicznie uzdolnione kobiety nie wchodzą w rachubę. Obecny Król jest słaby, zdziecinniały i nie ma następcy; nadszedł czas na Królową. A najpierw musi być Król. Ty nim będziesz.

– Ja! Ależ nie znam się na rządzeniu!

– Właśnie. Oczywiście, nudne szczegóły związane z rządzeniem zostawisz mi.

Teraz wszystko było jasne, Iris pragnęła władzy. Potrzebowała tylko odpowiedniego figuranta, aby znaleźć się w siodle. Kogoś na tyle nieutalentowanego i naiwnego, aby łatwo było nim kierować. Tak, żeby nigdy nie miał złudzeń, że jest naprawdę Królem. Gdyby poszedł na tę współpracę, uzależniłby się od niej. Ale była to uczciwa oferta. Dawała mu rozsądną alternatywę, bez względu na poziom jego magii.

Po raz pierwszy Jego magiczna niższość okazała się potencjalną zaletą, Iris nie chciała niezależności, pełnoprawnego obywatela; nie miałaby takiej osoby w swojej mocy. Potrzebowała kogoś upośledzonego w dziedzinie magii, kogoś takiego jak on – dlatego, że bez niej byłby on niczym, nawet nie obywatelem.

Zmniejszyło to znacznie romantyczny aspekt całej sprawy. Rzeczywistość była mniej nęcąca, niż złudzenie. Jednak do wyboru miał powrót do dzikiej puszczy, do usiłowań, które prawdopodobnie będą daremne. I tak dotychczas szło mu nieoczekiwanie dobrze, ale szansę chociażby na przedostanie się do zaniku Czarownika Humphrey’a były niewielkie, musiał przejść przez zewnętrzną strefę głównego obszaru dzikiej puszczy.

Zrobi głupio, jeśli odrzuci ofertę Czarodziejki.

Iris przyglądała mu się z uwagą. Gdy na nią spojrzał. Jej suknia nagle stała się przeźroczysta. Złudzenie, czy też nie, widok ten zaparł mu dech w piersiach. Co za różnica, że jej ciało tylko wydawało się być prawdziwe? Nie miał już wątpliwości, co oferowała mu w sferze osobistej. Chętnie udowodni mu, jakie to będzie, tak jak udowodniła mu, że smaczny może być jej posiłek. Bo potrzebowała jego współpracy.

Tak, to miało sens. Uzyskałby obywatelstwo, a Sabrina, skoro Królowa Czarodziejka nigdy by tego nie ujawniła ...

– Sabrina. Co ona by o tym myślała?

Wiedział, oczywiście. Ona się na to nie zgodzi. Za nic, ani na chwilę. Sabrina była bardzo nieugiętą w niektórych sprawach, bardzo przestrzegała formy.

– Nie – powiedział.

Suknia Iris nie była już przezroczysta.

– Nie? Nagle stała się podobna do Wynne, gdy powiedział tej niedorozwiniętej dziewczynie, że nie może mu towarzyszyć.

– Nie chcę być Królem.

Cichym i opanowanym głosem Iris powiedziała:

– Nie wierzysz, że mi się uda?

– Sądzę, że raczej tak. Ale to mi nie pasuje.

– A co ci pasuje. Bink?

– Chcę odejść.

– Chcesz odejść. Powtórzyła. Była nadal opanowana. Dlaczego?

– Mojej narzeczonej też by to nie pasowało, gdybym ...

– Jej by to nie odpowiadało – Iris zaczynała tracić cierpliwość, jak smok w Rozpadlinie.

– Co ona ci może dać, czego ja nie mam sto razy więcej?

– Po pierwsze szacunek, dla samej siebie. – Powiedział Bink. Ona chce mnie dla mnie samego, a nie żeby mnie wykorzystać.

– Bzdura. Wszystkie kobiety są takie same w głębi duszy. Różnią się tylko wyglądem i talentem. Wszystkie wykorzystują mężczyzn.

– Być może. Na pewno wiesz więcej na ten temat, niż ja. Ale teraz muszę już iść.

Iris powstrzymywała go swoją delikatną dłonią. Jej suknia znikła całkowicie.

– Zostań chociaż na noc. Przekonaj się. Jeśli rano będziesz chciał nadal odejść...

Bink potrząsnął głową. Jestem pewien, że przez noc przekonasz mnie. Dlatego muszę odejść teraz.

– Co za szczerość! – powiedziała z żalem – Doświadczyłbyś czegoś, czego nawet sobie nie wyobrażasz. Jej wyrafinowana nagość pobudziła jego wyobraźnię bardziej, niż tego sobie życzył. Ale nie dał się skusić.

– Nigdy nie odzyskałbym wiary we własną uczciwość.

– Idiota – zawołała, nieoczekiwanie zmieniając swe nastawienie. – Powinnam była cię zostawić na pastwę potworom morskim.

– Ona też była złudzeniem – powiedział Bink. To ty wszystko uknułaś, żeby mnie schwycić w pułapkę. Złudzenie plaży, złudzenie niebezpieczeństwa, wszystko. To twój rzemień owinął się dookoła mojej kostki. Mój ratunek nie był przypadkiem, bo nie byłem wcale w niebezpieczeństwie.

– Ale teraz jesteś. Jej nagi tors pokrył wojenny rynsztunek Amazonek.

Bink wzruszył ramionami i wstał. Wytarł nos.

– Do widzenia Czarodziejko – Popatrzyła na niego badawczo.

– Nie doceniłam cię, Bink. Ale mogę zmienić moją propozycję, jeśli powiesz mi czego chcesz.

– Chcę zobaczyć Dobrego Czarodzieja.

Znów wpadła w złość.

– Zniszczę cię.

Bink ruszył przed siebie.

Kryształowy sufit pałacu pękł. Odłamki szkła sypały się dokoła niego. Bink nie przejął się tym, bo wiedział, że są nierzeczywiste. Szedł dalej. Był zdenerwowany, ale starał się tego nie okazać.

Usłyszał głośny, złowróżbny łoskot, jak gdyby padających kamieni i zmusił się, żeby nie spojrzeć do góry.

Ściany pękały i zapadały się do środka. Trzymające się do tej pory resztki dachu runęły w dół. Hałas był ogłuszający. Bink został zasypany gruzem, ale szedł dalej, nie czując żadnego oporu. Mimo, to wszędzie unosił się duszący zapach kurzu i tynku i słychać było łoskot walących się ścian, pałac wcale się nie walił, Iris była jednak ekspertem w iluzji. Panowała nad widokiem, dźwiękiem, zapachem, smakiem – wszystkim poza dotykiem. Bo musiało być coś, co można dotknąć, zanim mogła sprawić, że było inne w dotyku. Tak więc katastrofie zabrakło trzeciego wymiaru.

Wpadł prosto na ścianę. Podrażniony nie tylko fizycznie potarł policzek i skrzywił się. Była to drewniana przegroda z odpadającą farbą. Prawdziwa ściana, prawdziwego domu. Iluzja ukryła ją, ale teraz rzeczywistość nie dawała się już zakamuflować. Iris mogła pewnie spowodować, aby ściana sprawiła wrażenie złotej lub kryształowej, lub nawet by była oślizgła jak ślimak, ale złudzenie rozpadło się. Mógł znaleźć wyjście.

Bink szedł wzdłuż ściany, starając się nie słyszeć mrożących krew w żyłach łoskotów i mając nadzieję, że Iris nie zmieni jej tak, aby go oszukać i zmamić. Przypuśćmy, że zamiast ściany, poczuje pułapkę na myszy, albo oset?

Znalazł drzwi i otworzył je. Udało się! Odwrócił się i przez chwilę patrzył za siebie. Iris stała tam, w całej krasie kobiecej złości. Była w średnim wieku, trochę przy kości, miała na sobie stary szlafrok i było jak nałożoną siatkę na włosy. Figura jej była podobna do tej, jaką pokazywała mu na swojej przezroczystej sukni, ale była o wiele mniej uwodzicielska w wieku lat czterdziestu niż jako dwudziestoletnie złudzenie.

Wyszedł na zewnątrz. Błyskawica oślepiła go, a potem rozległ się tak nagły grzmot, że Bink aż podskoczył. Przypomniał sobie jednak, że Iris była ekspertem od złudzeń, a nie zjawisk atmosferycznych i ruszył przed siebie.

Padał ulewny deszcz i grad. Czuł zimne krople na skórze i uderzenia gradu, ale nie miały one masy, i pomijając pierwsze wrażenie nie był ani mokry, ani pokaleczony. Iris była u szczytu swoich magicznych możliwości, ale złudzenie miało swoje granice, a niewiara Binka, w to co widział, zmniejszała jej moc.

Nagle usłyszał ryk smoka. Znowu podskoczył z wrażenia. Ziejący ogniem skrzydlaty potwór pikował na niego, wypuszczając nie tylko kłęby pary, tak jak smok z Wyrwy, ale również płomienie. Wydawał się być prawdziwym, ale czy istniał naprawdę, czy był złudzeniem? Pewnie był tylko iluzją, lecz Bink wolał nie ryzykować.

Smok zniżył się i minął go. Bink poczuł podmuch powietrza i żaru. Ciągle nie był pewien, ale zachowanie smoka mogło stanowić pewien klucz. Prawdziwe, ziejące ogniem smoki były bardzo głupie jak na swój rodzaj; żar wysuszał im mózg. Jeśli ten zachowa się inteligentnie ...

Smok zawrócił prawie w miejscu i ruszył prosto na Binka. Bink zrobił zwód w prawo, a potem śmignął w lewo. Smok nie dał się oszukać. Leciał prosto na Binka. Tu działał rozum Czarodziejki, nie zwierzęcia.

Serce waliło Binkowi jak młotem, ale stał prosto i nieruchomo, twarzą do nadlatującego niebezpieczeństwa. Zrobił nawet sprośny gest w stronę smoka. Smok otworzył paszczę, ziejąc dymem i ogniem, który ogarnął, osmalił mu włosy – i nie zrobił mu żadnej krzywdy.

Zaryzykował i udało się. Był prawie pewny swego, ale drżał na całym ciele, bo jego zmysły odebrały złudzenie rzeczywistości. Tylko rozum uchronił go, pozwolił mu oprzeć się woli czarodziejki i powstrzymał od popadnięcia w prawdziwe niebezpieczeństwo. Złudzenie może zabić, ale tylko wtedy, gdy się w nie wierzy.

Bink ruszył dalej, tym razem z większą pewnością siebie. Gdyby w okolicy był prawdziwy smok to nie potrzeba byłoby i iluzji – w takim razie wszystkie smoki były tutaj złudzeniem.

Potknął się. Złudzenie może być groźne na inny sposób; przez kamuflowanie niebezpiecznych dołów, tak żeby potykać się, albo nawet w nie wpadać. Musiał dosłownie uważać na każdy krok.

Koncentrując się na okolicy swoich stóp, był w stanie łatwiej przeniknąć złudzenie. Talent Iris był wielki, ale gdy rozciągał się na całą wyspę tworzył bardzo cienką warstwę. Jego wola mogła opierać się jej woli na małej przestrzeni, gdy jej uwaga była, rozproszona. Za fasadą ogrodu pełnego kwiatów ukrywały się dzikie chwasty. Pałac był rozwalającą się chałupą, bliską krewniaczką wiejskich domów, które napotykał wcześniej. Po co budować porządny dom, kiedy iluzja może dać o wiele lepsze rezultaty?

Pożyczone ubranie również wyglądało inaczej. Miał na sobie prostą damską chustkę i – ku swojemu niesmakowi –figi. Koronkowe, jedwabne, damskie figi. Jego wytworna, koronkowa chustka do nosa nie zmieniła się. Najwyraźniej Czarodziejka lubiła ładne prawdziwe przedmioty, a mogła sobie pozwolić tylko na koronkowe chustki do nosa. No i figi.

Zawahał się. Wracać po swoje ubranie? Nie chciał ponownie spotkać Iris, ale wędrować po dzikiej puszczy, albo pokazywać się ludziom w takim stanie?

Wyobraził, sobie, jak spotka się z Dobrym Czarodziejem Humphreym i prosi go o informacje.

BINK: narażając się na wielkie niebezpieczeństwo przeszedł Xanth, aby prosić o informacje, panie.

CZARODZIEJ: Nową suknię? Biustonosz? Ho, ho, ho!

Bink westchnął, czując, że znów się rumieni, zawrócił.

Iris dostrzegła go, gdy tylko wszedł do chaty. Na jej twarzy błysnęła nadzieja i ten przebłysk uczciwości wywarł na nim większe wrażenie, niż jej iluzje. Wartości ludzkie zawsze przemawiały do Binka. Poczuł się jak kompletny idiota.

– Zmieniłeś zdanie? – zapytała. Nagle powróciła jej zmysłowa młodość, a wokół niej zabłysły złote ściany iluzorycznej elegancji.

To przeważyło szalę. Była wcieleniem sztuczności, a Bink wolał rzeczywistość, nawet rzeczywistość chałupy wśród chwastów. Większość farmerów w Xanth nie miała w końcu nic lepszego. Gdy iluzja stawała się podstawą życia, życie traciło wartość.

– Chciałem tylko zabrać moje ubranie – powiedział, Bink. Chociaż podjął już decyzję, czuł się głupio, sprzeciwiając się jej olśniewającym aspiracjom.

Poszedł do łazienki, która, jak zobaczył, była w przybudówce. Wspaniałe WC to tylko deska z dziurą, pod którą beztrosko brzęczały muchy. Wanna to przerobione końskie koryto. A prysznic? Dostrzegł wiadro; czyżby nie wiedząc o tym chlusnął sobie wodę na głowę? Jego ubranie i tobołek leżały na podłodze.

Zaczął się przebierać, ale zobaczył, że cała łazienka to był tylko otwór w ścianie chałupy. Iris stała obok, przyglądając mu się. Czy przyglądała mu się również przedtem? Jeśli tak, to musiał się jej spodobać, bo zaraz potem stała się o wiele bardziej bezpośrednia fizycznie.

Popatrzył znowu na wiadro. Ktoś musiał chlusnąć na niego wodę, był pewien, że sama tego nie zrobiła. Jedyną osobą, która mogła to zrobić – uch!

Ale nie zamierzał się znów przed nią tak swobodnie obnażać, chociaż z pewnością nic dla niej nie było już tajemnicą. Zebrał swoje rzeczy i podszedł do drzwi.

– Bink ...

Zatrzymał się. Reszta domu była z drewna pokrytego łuszczącą się farbą. Na podłodze leżała słoma. Przez szpary w ścianach sączyło się światło. Ale sama Czarodziejka wyglądała prześlicznie. Skąpo ubrana wyglądała na osiemnastolatkę.

– Jakiej kobiety pragniesz? – zapytała. Zmysłowej? Nagle jej kształty wypełniły się, tak, że jej figura przypominała kształtem klepsydrę.

– Młodej? Nagle wyglądała na czternastolatkę, wiotką, szczupłą i niewinną.

– Dojrzałej? Była znów sobą, ale bardziej elegancko ubrana.

– Kompetentnej? Była teraz ubrana w klasyczny kostium, miała około, dwudziestu pięciu lat, była zgrabna, ale wyglądała na kobietę interesu.

– Gwałtownej? Była znowu Amazonką, mocno zbudowaną, ale nadal piękną.

– Nie wiem – powiedział Bink. Trudno mi wybrać. Czasem podoba mi się jedno, a czasem coś lanego.

– Wszystko może być twoje – powiedziała. Kusząca czternastolatka pojawiła się znowu. Żadna inna kobieta nie mogłaby ci tego obiecać.

Bink odczuł silną pokusę. Były chwile, gdy tego chciał, chociaż nie przyznawał się do tego przed samym sobą. Magia Czarodziejki była silna – nigdy dotychczas się z czymś takim nie spotkał. Były to iluzje – ale Xanth obfitował w iluzje. – iluzje były na porządku dziennym; nigdy nie było wiadomo, co jest prawdą, a co złudzeniem. Iluzja była przecież częścią Xanth, bardzo ważną częścią. Iris mogła dać mu bogactwo, władzę i prawo obywatelstwa, a poza tym mogła być dla niego każdym typem kobiety, jaki tylko sobie zażyczył. Albo wszystkimi.

Ponadto, stosując swoje iluzje w polityce, Iris mogła z czasem stworzyć, identyczną rzeczywistość. Mogłaby zbudować prawdziwy kryształowy pałac, ze wszystkimi szykanami dla Królowej, to przecież fraszka. Z tego punktu widzenia oferowana rzeczywistość, a magia była tylko środkiem, wiodącym do celu.

Ale co naprawdę działo się w jej podstępnym umyśle? Rzeczywistość jej prawdziwych myśli mogła w cale nie być tak różowa. Nigdy nie zrozumie jej do końca. Nie był wcale pewien czy, Iris byłaby dobrą Królową – więcej dbałaby o władzę, niż o dobro Xanth.

– Przepraszam – powiedział – i ruszył przed siebie.

Pozwoliła mu odejść. Nie było ani pałacu, ani burzy. Pogodziła się z jego decyzją, a to spowodowało, że znowu odczuł pokusę. Nie mógł powiedzieć, że Iris jest zła. Była po prostu kobietą o określonych potrzebach, zaproponowała mu układ i była na tyle dorosła aby, gdy już przeszła jej złość, pogodzić się z koniecznością. Ale Bink nie zatrzymał się, bardziej ufając logice niż swoim zmiennym odczuciom.

Poszedł wzdłuż brzegu zapadającego się torfowiska do miejsca, gdzie przycumowana była płaskodenna łódź. Wyglądała niepewnie, ale skoro tu nią przypłynął, to powinien móc również odpłynąć.

Wszedł do łodzi – i zamoczył sobie nogi. Szalupa ciekła. Znalazł zardzewiałe wiaderko, wyczerpał ile się dało wody i siadł do wioseł.

Iris musiała dobrze się gimnastykować, żeby wiosłując sprawiać wrażenie bezczynnej królowej. Oprócz magii miała dużo zwykłych, staromodnych, praktycznych umiejętności. Prawdopodobnie byłaby dobrym rządcą Xanth, gdyby znalazła mężczyznę, który byłby skłonny z nią współpracować.

Dlaczego on sam nic chciał z nią współpracować? Wiosłując Bink zastanawiał się nad tym bardziej szczegółowo, patrząc na oddalającą się wyspę złudzeń. Powierzchowne przyczyny wydawały się wystarczające w chwili obecnej, ale nie do podjęcia poważnej decyzji na dłuższą metę. Musi wykryć prawdziwe powody, którymi się kierował, oprócz bardziej reprezentacyjnych usprawiedliwień jakie wysunął. Nie mogło to być tylko wspomnienie Sabriny, jakkolwiek żywe, bo Iris była kobietą tak samo, jak ona, tyle, że miała w sobie o wiele więcej magii. Musiało to być coś innego, coś niejasnego, ale przemożnego. Ach tak! To było jego przywiązanie do Xanth.

Nie będzie narzędziem korupcji w swoim kraju. Chociaż obecny Król jest niesprawny i pojawia się coraz więcej problemów, był lojalny wobec istniejącego porządku. Dni anarchii, czy też siły ponad prawem już dawno minęły; istniały ustalone procedury przekazywania władzy i musiały być przestrzegane. Bink zrobiłby wiele by móc zostać w Xanth, ale nigdy nie posunąłby się do zdrady.

Ocean był spokojny. Groźne skały na brzegu były również złudzeniem. Okazało się, że była tam jednak nieduża plaża, ale nie w tym miejscu gdzie mu się zdawało, ani tam gdzie myślał, że nią biegł, po tym jak wpadł do morza. Długie, wąskie molo odchodziło od ściany Rozpadliny – to tędy biegł na samym początku. Dopóki nie dobiegł do końca i nie znalazł się w głębokiej wodzie. Dosłownie i w przenośni.

Wyciągnął łódź na południowy brzeg. No tak? Ale jak ją zwrócić Czarodziejce?

No cóż. Jeśli nie ma innej łodzi, będzie musiała po prostu popłynąć po tą. Było mu przykro, ale nie zamierzał wrócić na wyspę złudzeń. Przy jej zdolnościach potrafi odstraszyć jakiekolwiek zagrażające jej morskie stwory i na pewno umie pływać.

Przebrał się w swoje przesycone solą ubranie, zarzucił na ramię tobołek i skierował na zachód.

5.

Tereny, na południe od Rozpadliny sprawiały wrażenie dzikszych, niż na północy. Nie były to już pagórki, ale góry. Najwyższe szczyty pokrywał śnieg. Wąskie przełęcze były całkowicie zarośnięte krzakami prawie nie do przebycia, co stale zmuszało Binka do nakładania drogi. Zwykłe pokrzywy i krzaki wywołujące swędzenie, sprawiłyby mu wystarczająco kłopotu, ale trudno było powiedzieć, jaką magię posiadały te tajemnicze rośliny. Samotne wikłacze trzeba było koniecznie omijać, a dookoła rosło wiele pokrewnych im gatunków drzew. Bink wolał nie ryzykować.

Tak więc ilekroć coś wydawało mu się podejrzane w puszczy, Bink zawracał i próbował dalej. Unikał też wyraźnych ścieżek – wzbudzały zbyt wiele podejrzeń. Tak więc przedzierał się przez roślinność pośredniego typu, granicą między lasem a polem, często po najbardziej niewygodnej drodze. Po gołych, nagrzanych płytach skalnych, stromych skalistych zboczach, smaganych wiatrem płaskowyżach. To, czym pogardziły nawet magiczne rośliny, nie zasługiwało na niczyją uwagę, chyba, że podróżnika, których chciał uniknąć kłopotów. Jedno z pustych pól okazało się być lądowiskiem dużego, latającego smoka, nic dziwnego, że w okolicy nie było żadnych innych drapieżników. Bink posuwał się tak powoli, że w końcu doszedł do wniosku, iż wiele jeszcze dni upłynie, zanim dotrze do zamku Dobrego Czaro–dzieja.

Tego wieczoru pogłębił sobie jamę w ziemi, a mając z jednej strony stos kamieni jako ochronę przed wiatrem, przykrył się uschniętymi gałęziami i zapadł, w niespokojny sen. Dziwił się samemu sobie, że nie przyjął noclegu u Czarodziejki – na pewno byłoby mu tam o wiele wygodniej.

Niestety zdawał sobie z tego sprawę, dlatego musiał odejść, gdyby został na noc nigdy by już nie opuścił wyspy. Nie jako wolny człowiek. A gdyby tak się stało, Sabrina nigdy by mu nie wybaczyła. Sam fakt, że taka noc stanowiła dlań nawet w perspektywie pokusę i to nie tylko z powodu wygodnego noclegu, znaczył, że nie mógł sobie na tą noc pozwolić.

Kilkakrotnie sobie to powtarzał, zanim, walcząc z zimnem, zapadł w sen. Śnił mu się diamentowo–kryształowy pałac. Obudził się z mieszanymi uczuciami, a potem z .trudem udało mu się zasnąć – było mu wciąż zimno. Opieranie się pokusie nie jest przyjemnością, gdy wyrusza się samotnie na szlak. Jutro poszuka drzewa kocowego i tykw z gorącą zupą.

Trzeciego dnia swojej wędrówki na południe od Rozpadliny Bink szedł granicą – jedyną możliwą drogą na zachód. Po kilku próbach udało mu się wyciąć nowy kostur – na początku drzewka, do których podchodził odstraszały go magią, używając różnych zaklęć odpychających. Nie wątpił, że było tu wiele odpowiednich drzew, których wcale nie dostrzegł, dlatego, że stosowały zaklęcia typu „nie widzisz mnie”. Jedno zastosowało zaklęcie odpychające fizycznie względem przedmiotów tnących; ilekroć zamierzał się na nie. Jego nóż odskakiwał.

Minęła prawie godzina od chwili zdobycia nowego kostura, gdy Bink zaczął się zastanawiać nad naturalną selektywnością magii. Rośliny władające najsilniejszymi zaklęciami miały największą zdolność przetrwania, a więc stawały się coraz bardziej rozpowszechniona, lecz jak często przechodzili tędy podróżnicy uzbrojeni w noże? Przyszło mu nagle na myśl, że mógłby wykorzystać takie zaklęcie odpychające, gdyby udało mu się wyciąć kostur z takiego drzewa, czy broniłby go przed atakami? Magia ta była oczywiście obroną przeciwko atakom smoków, bobrów, itd., a nie noży, a Bink czułby się o wiele bezpieczniej z kosturem obronnym na smoki. Tylko, że ścinając drzewo, Bink zabiłby je i magia by przepadła. Ale może nasiona...

Czasochłonny powrót nie miał sensu, na pewno uda mu się dostrzec inne rośliny tego rodzaju. Wystarczy udawać, że próbuje wyciąć nowy kostur i patrzeć, czy drzewo odpycha jego nóż. Może udałoby mu się znaleźć całe drzewko i wykopać je w całości, zachowując jego żywotność i skuteczność.

Szedł skrajem grani, próbując różne drzewa. Okazało się to bardziej niebezpieczne, niż przypuszczał; zbliżenie noża do delikatnej kory wyzwalało w nich jak najgorsze instynkty. Jedno spuściło mu na głowę twardy owoc, niewiele chybiając celu, drugie wypuściło gaz usypiający, który prawie położył kres jego podróży. Ale tym razem nie spotkał się z zaklęciem odpychającym ostre narzędzie.

Jedno duże drzewo gościło driadę – nimfę leśną, która była całkiem niczego sobie, prawie taka jak Iris jako czternastolatka, ale sklęła ona Binka od ostatnich w sposób, jaki zupełnie nie przystoi darnie.

Jeśli chcesz kaleczyć bezbronne istoty, kalecz swój gatunek! – wrzasnęła. Idź potnij sobie żołnierza, co w rowie leży – nic kłamię, ty ...

Na szczęście nie dokończyła rymu. Driady nie powinny nawet znać takich wyrazów.

Ranny żołnierz? Bink znalazł rów i dokładnie go przeszukał. I rzeczywiście, leżał tam człowiek w ubraniu wojskowego, z plamą zakrzepłej kiwi na plecach i pojękiwał boleśnie.

Spokojnie – powiedział Bink. Pomogę ci. Jeśli mi na to pozwolisz.

Xanth miał niegdyś prawdziwą armię, ale żołnierze obecnie byli głównie królewskimi posłańcami. Zachowali jednak swój strój i godność.

Pomóż mi – zawołał słabo mężczyzna. Wynagrodzę ci to – jakoś.

Teraz Bink uznał, że może się doń zbliżyć. Żołnierz był poważnie ranny i utracił wiele krwi. Spalała go tez gorączka, wywołana infekcją.

– Sam nic nie mogę dla ciebie zrobić. Nie jestem lekarzem. Gdybym cię ruszył, może to zagrozić twojemu życiu. Opuszczę cię na chwilę żeby poszukać lekarstw, ale muszę pożyczyć twój miecz. – Jeśli da mi swój miecz, to jest z nim naprawdę źle – pomyślał Bink.

– Wracaj zaraz – albo wcale – powiedział żołnierz, unosząc rękojeść.

Bink zabrał ciężki miecz i wygramolił się z rowu. Podszedł do drzewa driady.

– Potrzebuję magii – powiedział. Uzupełnianie krwi, leczenie ran, obniżanie gorączki – ten rodzaj. Mów gdzie je mogę szybko znaleźć, a jak nie, to zetnę twoje drzewo.

– Nie zrobisz tego – zawołała z oburzeniem!

Bink groźnie potrząsnął mieczem. W tym momencie przypomniał sobie Jamę, wiejskiego zaklinacza mieczy. Napełniło go to niesmakiem.

– Powiem, powiem – zawołała

– Dobrze, mów. Bink poczuł ulgę, wątpił żeby rzeczywiście był zdolny ściąć jej drzewo. To by ją zabiło – śmierć bez sensu. Driady są nieszkodliwymi istotami, przyjemnie jest na nie popatrzeć, toteż lepiej nie napastować ich bez powodu, ani grozić ich ukochanym drzewom.

– Trzy mile na zachód. Źródło życia, jego woda leczy wszystko.

Bink zawahał się.

Czegoś chyba mi nie powiedziałaś.– rzekł znów ważąc miecz w dłoni. – Co to jest?

– Nie mogę powiedzieć – zawołała. Ktokolwiek powie – klątwa ...

Bink zamachnął się mieczem, jak gdyby chciał ściąć drzewo. Driada wydała z siebie tak rozpaczliwy okrzyk, że dał spokój. Kiedyś bronił drzewa Justyna, nie mógł niszczyć tego.

– Dobrze. Zaryzykuję – powiedział. Ruszył na zachód.

Znalazł ścieżkę, prowadzącą w tym kierunku. Nie budziła zaufania, więc uznał, że musi zachować ostrożność, wydawało mu się, że inni musieli znać drogę do Źródła. Jednak idąc nią, czuł się coraz bardziej niepewnie. O co chodzi? Co to za klątwa? Powinien to wiedzieć, zanim podejmie ryzyko, albo da wodę rannemu żołnierzowi.

Xanth to ziemia magii – ale nawet magia stosowała się do pewnych zasad. Niebezpiecznie było z nią igrać, gdy się nie znało jej prawdziwego charakteru. Jeśli ta woda noże naprawdę uleczyć żołnierza, to Źródło musi posiadać wielką moc. Takiej pomocy nie dostaje się za darmo.

Znalazł Źródło, było w kotlinie, pod wielkim, szeroko rozpostartym dębem. Stan drzewa dobrze świadczył o wodzie, która najprawdopodobniej nie była zatruta. Ale mogło być z nią związane jakieś inne niebezpieczeństwo. Przypuśćmy, że krył się w niej jakiś słodkowodny potwór, który groził niebacznym, znęconym wodą? Ranne i umierające stworzenia są łatwym łupem. Fałszywa reputacja przyciągałaby je z daleka.

Bink nie miał czasu na wahanie i obserwację. Musiał, pomóc żołnierzowi teraz, albo będzie za późno. Tak więc musiał podjąć ryzyko.

Ostrożnie podszedł do Źródła. Było chłodnę i czyste. Zanurzył, swoją manierkę w wodzie, trzymając drugą ręką na rękojeści miecza. Ale nic się nie stało, żadna groźna maska nie wysunęła się z wody.

Patrząc na napełnioną manierkę wpadł na następny pomysł. Woda może nie jest trująca, ale też może nie być wcale lecznicza. Po co nieść ją żołnierzowi. Jeśli nie da ona rezultatu?

Można to było sprawdzić tylko w jeden sposób. Zresztą i tak chciało mu się pić. Bink podniósł manierkę do ust i pociągnął łyk.

Woda była chłodna i smaczna. Napił się więcej i poczuł się znakomicie. Na pewno nie była zatruta.

Zanurzył znowu manierkę i patrzył jak ulatują z niej pęcherzyki powietrza. Zniekształcały one obraz jego zanurzonej w wodzie lewej ręki, tak, że wydało mu się, że ma wszystkie palce. Bink nie żałował palca, który stracił w dzieciństwie, ale widok pozornie całej ręki nie zrobił na nim przyjemnego wrażenia.

Wyjął manierkę z wody i niewiele brakowało, aby ją upuścił. Jego palec był cały! Naprawdę! Okaleczenie z lat dziecinnych zostało uleczone.

W zadziwieniu zgiął palec i dotknął go. Uszczypnął się, bolało. Nie było wątpliwości; jego palec był prawdziwy.

Źródło było naprawdę magiczne. Jeśli potrafiło przywrócić palec utracony przed piętnastu laty, tak schludnie i bezboleśnie. To uleczy wszystko.

A katar? Bink pociągnął nosem i stwierdził, że oddycha bez trudu.

Źródło leczyło i katar.

Sprawa jest jasna. Źródło Życia zasługiwało na swoje miano. Dobre określenie dla jego silnej magii. Gdyby Źródło było osobą, to byłby tu potężny Czarodziej.

Właściwa Binkowi ostrożność znowu wzięła górę. Ciągle nie wiedział, o co chodzi – jaka jest klątwa? Dlaczego nikt nie ujawni tajemnicy tego Źródła? Jaka jest ta tajemnica? Na pewno nie ta, że ma własności lecznicze. Driada powiedziała mu to, a on mógł powiedzieć innym. Klątwa nie była związana z żadnym potworem rzecznym, bo nic na Binka nie napadło. Teraz Bink był zdrów i cały i mógł się o wiele lepiej bronić – tyle co do teorii nr 1.

Ale nie oznacza to, że nic mu nie grozi. Teraz wiedział już, że zagrożenie jest lepiej ukryte. A ukryte zagrożenie jest najgorsze. Ktoś, kto zdoła umknąć oczywistemu zagrożeniu, jakim jest latający smok, może ulec ukrytej groźbie jaką jest zaklęcie sosen pokoju.

Żołnierz był prawie konający, każda chwila była na wagę złota, ale Bink wahał się. Musiał rozgryźć tę tajemnicę, bo inaczej, i żołnierz i on sam mogą znaleźć się w jeszcze większym niebezpieczeństwie. Mówi się, że darowanemu jednorożcowi nie zagląda się w zęby, żeby nie okazało się, że jest zaczarowany, ale Bink zawsze zaglądał.

Ukląkł przy Źródle i zapatrzył się w jego głębię. Jak gdyby zaglądał mu w zęby. „O Źródło Życia ’’ – powiedział. – Przychodzę, aby spełnić dobry uczynek, a nie dla korzyści osobistej, mimo, że odniosłem korzyść. Zaklinam cię , abyś ujawniło ni swoje Warunki, abym ich mimowolnie nie złamał.

Nie bardzo wierzył w skuteczność tej formalnej inwokacji, bo nie miał magicznych zdolności, aby wymusić odpowiedź, lecz nic lepszego nie potrafił wymyślić. Nie mógł jednak tak po prostu przyjąć togo cudownego daru, nie próbując dowiedzieć się, jaka jest zań zapłata. Bo zawsze trzeba jakoś zapłacić.

W głębi Źródła coś zawirowało. Bink odczuł wpływ jego potężnej magii. Czuł się, jak gdyby zobaczył inny świat. O tak, Źródło miało swoją świadomość i godność. Pole, będące duszą Źródła, uniosło się i objęło go, a jego świadomość zapadła się w otchłań i zrozumiał.

– Ktokolwiek ze mnie pije, nie może działać przeciwko mnie, albo utraci wszystko co ode mnie dostał.

Hmm. To było po prostu zaklęcie ochronne. Tylko bardzo trudne do wykonania. Kto decydował co było, a co nie było zgodne z interesami Źródła? Kto, jeśli nie Źródło. Na pewno nie wolno ścinać drzew w tej okolicy, bo mogłoby to zagrozić środowisku naturalnemu i zmienić klimat, wpływając na opady deszczu. Nie wolno budować kopalń, bo to zmniejszyłoby poziom wód i zanieczyściłoby Źródło. Nawet zakaz ujawniania warunku miał sens, bo ludzie z drobnymi schorzeniami i skaleczeniami nie stosowaliby wody ze Źródła, gdyby znali cenę. Na pewno nie drwale i górnicy. Ale każde działanie pociąga za sobą jakieś konsekwencje, jak fale, które powstają, gdy wrzuca się kamień do wody. Z czasem fale dotrą do krańców oceanu. Albo w tym przypadku do krańców Xanth.

Załóżmy, że Źródło zdecyduje, iż jego interesy są bezpośrednio zagrożone przez jakieś działanie Króla Xanth np. nałożenie podatków na drzewa, co spowoduje, że drwale będą musieli ścinać więcej drzewa, aby je spłacić. Czy Źródło zmusi wszystkich, którzy z niego pili, do przeciwstawienia się Królowi, a może nawet do obalenia go? Ktoś, kto zawdzięcza życie Źródłu nie miałby wielkich oporów.

Teoretycznie Źródło Życia było w stanie zmienić całe społeczeństwo Xanth, a nawet jego faktycznego władcę. Ale interesy jednego odizolowanego strumyka nie muszą być koniecznie zgodne z interesami społeczeństwa ludzkiego. Prawdopodobnie magia Źródła nie miała aż takiego zasięgu, Musiałaby dorównać skomasowanej magii wszystkich istot w Xanth. Ale z czasem wywarłaby swój wpływ. W związku z tym pojawił się problem etyczny.

– Nie mogę przyjąć takich warunków – powiedział Bink do zawirowania w otchłani. Nie jestem twoim wrogiem, ale nie mogę obiecać, że będę działać wyłącznie w twoich interesach, interes całego Xanth jest ważniejszy. Zabierz swoje dary, a ja pójdę swoją drogą...

Bink uczuł gniew Źródła. W głębinie zawirowało. Magiczne pole ponownie podniosło się i objęło go. Zapłaci za swoją zuchwałość.

Ale pole znikło, jak mgła rozpędzona wiatrem, a Bink nie poniósł szwanku. Jego palec był nadal cały, a katar nie powrócił. Postawił się Źródłu i wygrał.

A może nie? Może dary, jakie otrzymał, zostałyby odebrane, gdyby wystąpił bezpośrednio przeciwko interesom Źródła? Cóż, korzyści Binka były drobne, mógł więc nie obawiać się kary. A na pewno strach przed konsekwencjami nie powstrzyma go przed robieniem tego, co uzna za słuszne.

Bink wyprostował się, trzymając miecz w ręku i zarzucił na ramię manierkę. Odwrócił się.

W jego stronę skradał się chimera. Bink zamachnął się mieczem, chociaż nie był biegły we władaniu bronią. Chimery są niebezpieczne.

Ale po chwili spostrzegł, że stworzenie to było w bardzo kiepskim stanie. Z lwiej głowy zwieszał się bezwładnie język, głowa kozy była nieprzytomna, a głowa węża na końcu ogona wlokła się po ziemi.

Stworzenie pełzło w stronę Źródła, zostawiając za sobą krwawy ślad.

Bink odsunął się na bok, pozwalając jej przejść. Gdy była w takim stanie nie czuł do niej wrogości. Nigdy w życiu nie widział tak cierpiącej istoty. Poza żołnierzem.

Chimera dotarła do Źródła i zanurzyła w wodzie swoją lwią głowę, pijąc łapczywie.

Zmiana nastąpiła natychmiast. Głowa kozy poderwała się do góry wracając do świadomości, odwróciła się do Binka i zmierzyła go wściekłym spojrzeniem. Głowa węża wydała z siebie syk.

Nie było wątpliwości. Chimera była znowu zdrowa. Ale teraz stała się groźna, bo ten typ potworów nienawidził wszystkiego, co jest związane z człowiekiem. Zrobiła krok w stronę Binka, który zasłaniał się trzymanym oburącz mieczem, wiedząc, że ucieczka byłaby daremna. Gdyby zaś zranił Chimerę, to może udałoby mu się uciec, zanim dowlekłaby się znów do Źródła.

Ale Chimera nagle zawróciła, nie atakując go. Bink odetchnął z ulgą – jego pozycja obronna była tylko udawaniem, a ostatnią rzeczą jakiej pragnął, była walka z potworem tuż koło nieprzyjaznego Źródła.

Widocznie w okolicy panuje ogólne zawieszenie broni pomyślał Bink. Źródło nie życzyło sobie, aby w jego okolicach czyhały drapieżniki, tak więc wszelkie polowanie i walka były zakazane. Tym lepiej dla niego!

Wdrapał się na zbocze i pospieszył na wschód. Miał nadzieje, ze żołnierz jeszcze żyje.

Żołnierz żył. Był odporny, jak większość z nich; nie poddawał się.

Bink wlał mu do ust łyk magicznej wody, a potem obmył mu ranę. Nagle żołnierz był zdrów.

– Jak tyś to zrobił! – zawołał. – Czuję się jak gdyby nikt nigdy nie dźgnął mnie nożem w plecy..

– Przyniosłem wodę z magicznego Źródła – wyjaśnił Bink. Zatrzymał się przy drzewie Driady.

– Ta uczynna nimfa uprzejmie mnie do niego skierowała.

– Dziękuję ci nimfo – powiedział żołnierz. – Co mogę dla ciebie za to zrobić?

– Spływaj – rzuciła wulgarnie, patrząc na miecz w ręku Binka.

Poszli.

– Nie możesz działać przeciwko interesom Źródła – powiedział Bink. – Ani powiedzieć nikomu, jaką cenę zapłaciłeś za pomoc. A jeśli zrobisz coś takiego, znajdziesz się z powrotem w sytuacji wyjściowej. Wyszło mi, że ci się to opłaci.

– No chyba. Byłem na patrolu, pilnowałem zagonu paproci do leczenia królewskich oczu, kiedy nagle ktoś... Słuchaj, jeden łyk tego eliksiru, a Król nie będzie już potrzebował tych paproci na wzrok! Powinien wziąć ... Przerwał.

– Mogę ci pokazać drogę do Źródła – zaproponował Bink. O ile wiem każdy może z niego korzystać.

– Nie o to chodzi. Tylko wydaje mi się... nie wiem, czy Król powinien dostać tę wodę. To krótkie zdanie wywarło na Binku wrażenie. Czy było ono potwierdzeniem, że Źródło miało szeroki wpływ i egoistyczne żądania? Poprawa Królewskiego zdrowia mogła nie leżeć w in–teresach Źródła, więc...

Ale z drugiej strony, jeśli Król zostałby uleczony wodą ze Źródła, to musiałby służyć jego interesom. Co mogło Źródło mieć przeciwko temu.

Poza tym, dlaczego Bink nie utracił ponownie palca i nie dostał znowu kataru w chwili, gdy zdradził sekret żołnierzowi? Postawił się Źródłu i nie został za to ukarany. Czyżby klątwa była blefem?

Żołnierz wyciągnął do niego rękę.

– Nazywam się Crombie. Kapral Crombie. Uratowałeś mi tycie. Jak mogę ci się za to odwdzięczyć?

– Zrobiłem to tylko, co należało – obruszył się Bink. – Nie mogłem pozwolić, żebyś umarł. Idę do Czarodzieja Humphrey’a , aby dowiedzieć się, czy mam jakieś zdolności magiczne.

Crombie potarł brodę w zamyśleniu. W tej pozie było mi raczej, do twarzy.

– Powiem ci, w jakim kierunku masz iść. Zamknął oczy, wyciągnął prawą rękę przed siebie i obracał się powoli. Gdy jego wskazujący palec zatrzymał się Crombie otworzył oczy.

– Czarodziej jest tam. To mój talent – kierunek. Mogę ci podać kierunek do czegokolwiek chcesz.

– Kierunek znam – powiedział Bink. Zachód. Ale największy kłopot to wędrówka przez puszczę. Tyle tu wrogiej magii...

– No widzisz zgodził się skwapliwie Crombie. – Prawie tyło wrogiej magii, co w cywilizowanych okolicach. Napastnicy musieli mnie tu przenieść za pomocą magii, w nadziei, że się stąd żywy nie wydostanę, a moje ciało nie zostanie nigdy odnalezione. Mój cień nie mógłby mnie pomścić w tej głuszy.

– No, nie wiem, powiedział Bink, przypominając sobie cień Donalda w Wyrwie.

– Ale teraz wyzdrowiałem dzięki tobie. Wiesz co, będę twoim strażnikiem, dopóki nie dotrzesz do Czarodzieja. Stoi?

– Ależ naprawdę nie musisz ...

– Muszę. Honor żołnierza tego wymaga. Przysługa za przysługę. Koniecznie. Mogę ci bardzo pomóc. Popatrz znowu – zamknął oczy, wyciągnął rękę i obracał się wokół swej osi. Gdy się zatrzymał, powiedział:

– W tym kierunku znajduje się twoje największe niebezpieczeństwo. Chcesz sprawdzić?

– Nie – powiedział Bink.

– Ale ja chcę. Nie unikniesz niebezpieczeństwa, ignorując je. Musisz wyjść mu na przeciw i stawić mu czoła. Oddaj mi miecz.

Bink podał mu miecz, a Crombie ruszył w kierunku, który wskazał, na północ.

Niezadowolony Bink ruszył za nim. Nie chciał szukać niebezpieczeństwa, ale wiedział, że nie powinien dopuścić, żeby żołnierz poszedł tam sam, zamiast niego. Może było to coś tak oczywistego, jak smok z Wyrwy. Nie stanowił on jednak bezpośredniego zagrożenia, dopóki Bink trzymał się z dala od Rozpadliny. A Bink miał szczery zamiar trzymać się z dala.

Gdy Crombie napotkał na swojej drodze gęste zarośla, po prostu ciął je mieczem. Bink zauważył, że niektóre rośliny usuwają się przed ostrzem, – jeśli najlepszym sposobem na przetrwanie było ustąpić z drogi, rośliny odsunęły cię. Ale przypuśćmy, że żołnierz zacznie rąbać wikłacza? To by było to niebezpieczeństwo, które wskazał.

Nie – drzewo – wikłacz było śmiertelnym zagrożeniem dla nieostrożnych, ale nie ruszyło się z miejsca, w którym rosło. Skoro Bink szedł na zachód, a nie na północ, żadna nieruchoma rzecz nie była dla niego groźna, chyba, że znajdowała się na zachodzie.

Usłyszeli krzyk. Bink podskoczył, a Crombie zasłonił się mieczem. Ale to była tylko kobieta, skulona i przestraszona.

– Mów dziewczyno.– ryknął Crombie wywijając mieczem. Co knujesz?

– Nie rób mi krzywdy! – zawołała. Nazywam się Dee – Jestem sama i zgubiłam drogę. Myślałam, że przyszliście mi na ratunek.

– Kłamiesz – zawołał Crombie. Chcesz zaszkodzić temu oto człowiekowi, mojemu przyjacielowi, który uratował mi życie. Przyznaj się! I znowu zagroził jej mieczem.

– Na litość boską – zostaw ją – zawołał Bink. Pomyliłeś się – ona jest nieszkodliwa.

– Mój talent nigdy dotychczas mnie nie zawiódł – powiedział Crombie. To jest miejsce, gdzie znajduje się twoje największe niebezpieczeństwo.

– Może niebezpieczeństwo jest za nią, z tyłu – powiedział Bink.

Ona po prostu znalazła się na drodze.

Crombie zawahał się.

– Możliwe – nigdy o tym nie pomyślałem. Mimo pozorów gwałtowności Crombie w głębi duszy był człowiekiem rozsądnym.

– Poczekaj, sprawdzę.

Żołnierz cofnął się trochę, ustawiając się na wschód od dziewczyny. Zaniknął oczy i odwrócił się. Jego wyciągnięty palec wskazał prosto na Dee.

Dziewczyna wybuchnęła płaczem.

– Nie chcę nikomu zrobić nic złego – przysięgam. Nie róbcie mi krzywdy.

Była nieładna, o przeciętnej twarzy i sylwetce, żadna piękność.

Stanowiło to kontrast z kobietami, które Bink ostatnio spotkał. Ale było w niej coś mgliście znajomego, a Bink zawsze miękł, gdy napotkał kobietę w niebezpieczeństwie.

– Może to nie jest zagrożenie fizyczne. Czy twój talent rozróżnia je.

– Nie – przyznał niechętnie Crombie. To noże być dowolny rodzaj zagrożenia, a ona wcale nie musi chcieć zrobić ci krzywdy. Jednak jestem pewien, że coś w tym jest.

Bink przyjrzał się dziewczynie, która prawie już przestała płakać. To podobieństwo – gdzie on ją mógł spotkać? Nie była z North Village, a poza swoją wsią Bink nie miał okazji spotkać wielu dziewcząt. Może spotkał ją w czasie swojej podróży.

Coś mu zaczęło świtać. Władczyni iluzji nie musi być cały czas piękna. Jeśli chciała wiedzieć, dokąd Bink się uda, mogła przybrać zupełnie inny wygląd, sądząc, że on się nigdy na tym nie pozna. Ale najłatwiej jest zachować iluzję, jeśli odpowiada ona prawdziwym wymiarom. Odjąć kilka funtów tu i tam, zmienić coś – może być. Gdyby wpadł w tę pułapkę. Łatwo mógłby go spotkać upadek moralny. Uratowała go tylko magia żołnierza.

Ale jak zdobyć pewność? Nawet jeśli Dee, stanowiła jakieś zagrożenie, musiał wiedzieć na pewno, jaki jest jego rodzaj. Omijając jadowitą mysz można łatwo wpaść na harpię. Nie należy ufać pochopnym sądom na temat magii.

Nagle wpadła mu do głowy myśl.

Pewnie chce ci się pić, Dee – powiedział. – Chcesz wody? I podał jej manierkę.

– Och, dziękuję – odpowiedziała, skwapliwie ją przyjmując.

Woda leczyła ze wszystkich schorzeń. Zaczarowanie też było chorobą. Więc jeśli wypije wodę, to powinna ukazać się chociaż na chwilę w swojej prawdziwej postaci. A wtedy Bink zyska pewność.

Dee pociągnęła solidny łyk.

Nic się nie zmieniła.

– Ach, jaka dobra woda – powiedziała. – Czuję się o wiele lepiej.

Obaj mężczyźni popatrzyli na siebie. Ten sposób odpada. Albo Dee nie była Iris, albo Czarodziejka miała większą moc, niż przypuszczał.

– A teraz spływaj – rozkazał krótko Crombie.

– Idę do Czarodzieja Humphrey’a – powiedziała z rozterką. – Potrzebne mi jest zaklęcie, które mnie uleczy.

Bink i Crombie znowu popatrzyli na siebie. Dee wypiła magiczną wodę; była uleczona. Nie miała więc pretekstu żeby iść do Dobrego Czarodzieja. Więc kłamała. A jeśli kłamała, to co usiłowała przed nim ukryć?

Wybrała ten kierunek, bo wiedziała, że Bink tam szedł, ale to było tylko przypuszczenie. Mógł być to czysty przypadek – albo ona była olbrzymką ludożerczynią – zdrową olbrzymką, która tylko czekała na dobry moment, zęby ich pożreć.

Widząc wahanie Binka, Crombie zadecydował za niego.

– Jeśli pozwolisz jej iść z tobą, to ja idę także. Z mieczem w dłoni. Będę jej pilnować.

– Może to rzeczywiście będzie najlepiej – zgodził się Bink niechętnie.

– Nie życzę ci nic złego – zaprotestowała Dee. – Nie chciałabym ci zaszkodzić, nawet gdybym potrafiła. Dlaczego nie chcesz mi uwierzyć?

Wyjaśnienie tego było dla Binka zbyt trudne.

– Możesz iść z nami jeśli chcesz – powiedział. Dee uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale Crombie potrząsną głową i położył znacząco rękę na rękojeści miecza.

Crombie nie pozbył się swoich podejrzeń, ale Bink wkrótce stwierdził, że towarzystwo, Dee sprawia mu przyjemność, nie było w niej ani cienia podobieństwa do Czarodziejki. Była tak przeciętna, że łatwo ją rozumiał. Wydawało się, że taż nie posiada magii; w każdym razie unikała tego tematu. Może szła do Czarodzieja w nadziei, że odnajdzie swój talent, może to miała na myśli mówiąc, że potrzebuje zaklęcia, które ją uleczy. Kto w Xanth był zdrów bez magii?

Jednakże, gdyby była Czarodziejką Iris, jej podstęp szybko by się wydal w chwili spotkania z Czarodziejem. Prawda wyszłaby na jaw.

Zatrzymali się przy Źródle Życia, napełnili swoje manierki, wędrowali przez pół dnia, aż wreszcie złapała ich kolcowa burza gradowa. Była ona oczywiście magiczna, lub wzmocniona magią. Łatwo było to poznać po rodzaju kolców. Z tego wynikało, ze nie będzie wody z topniejącego gradu i nie grozi im przemoczenie nóg. .Musieli tylko schować się gdzieś do czasu, kiedy burza się uspokoi.

Byli jednak na nagim grzbiecie wzgórza, daleko od drzew, jaskiń, domów. Teren był nierówny, poprzecinany jarami, pokryty wielkimi kamieniami, ale nie było tu nic, pod czym mogliby znaleźć jakieś schronienie.

Trójka wędrowców popędziła pod walącym gradem w stronę kryjówki, którą wskazała im magia Crombiego dostrzegli je za skałą; było to olbrzymie drzewo z szeroko rozpostartymi mackami.

– Ależ to jest wikłacz! – wykrzyknął Bink ze zgrozą. – Nie możemy tam iść.

Crombie zatrzymał się i popatrzył przez zasłonę gradu.

– Rzeczywiście. Do tej pory mój talent nigdy mnie nie zawiódł.

Poza tym, że oskarżył Dee – pomyślał Bink. Zastanawiał się w jakim stopniu może polegać na magii żołnierza. Po pierwsze, dlaczego nie wskazał mu niebezpieczeństwa, gdy ktoś ugodził go nożem w plecy i zostawił na śmierć? Ale nie powiedział tego na głos. Magia ma w sobie tylko zawiłości i niejasności, a Bink był pewien, że Crombie miał dobre intencje.

– Tan leży hefaluf – zawołała Dee. Na wpół zjedzony. I rzeczywiście, olbrzymie cielsko leżało obok otworu w pniu drzewa. Część tylna była już pożarta, ale przód był nietknięty. Najwidoczniej drzewo schwytało zwierzę i pożarło tyle, ile mogło, ale hefaluf był taki wielki, że nawet wikłacz nie dał rady zjeść całego naraz. Teraz drzewo było nasycone, a jego macki zwisały apatycznie.

– Więc tu jednak jest niebezpiecznie – powiedział Bink, krzywiąc się, bo czerwone ziarno gradu, wielkości kurzego jaja omal nie trafiło go w głowę. Grad był porowaty i lekki, mógł jednak zrobić krzywdę. Wiele jeszcze czasu upłynie, zanim drzewo odżyje na tyle, żeby stało się agresywne. Może nawet dni, ale nawet wtedy drzewo zacznie od hefalufa.

Crombie, co było całkiem zrozumiałe, wciąż się wahał.

– To cielsko może być tylko złudzeniem – ostrzegł. Nie ufaj niczemu – oto żołnierska dewiza. Pułapka, żebyśmy myśleli że drzewo jest łagodne. W jaki sposób zwabiło tu hefalufa?

– Racja. Okresowe burze gradowe na grzbiecie wzgórza, które zmuszają ofiary do szukania schronienia i pozornie doskonałe schronienie – świetny system. Ale ten grad nas w końcu znokautuje, jeśli nie znajdziemy przed nim schronienia – powiedział Bink.

– Ja pójdę – oświadczyła Dee. Zanim Bink zdążył zaprotestować, weszła na terytorium drzewa.

Macki zadrżały, wyciągnęły się w jej stronę, ale bez przekonania. Podbiegła do ciała hefalufa i kopnęła je – było niewątpliwie prawdziwe. – To nie miraż! – zawołała, chodźcie.

– Chyba, że ona jest wspólniczką – mruknął Crombie. Mówię ci, że ona jest dla ciebie niebezpieczna. Bink – jeśli ona współpracuje z wikłaczem, to może zwabić masę ludzi w jego mordercze uściski.

Crombie miał niewątpliwie bzika. Być może jest to korzystna cecha u żołnierza, ale jak na razie niewiele mu pomaga.

– Nie wierzę – powiedział Bink. – Ale wierzę, że jest burza gradowa. Idę. – I poszedł.

Nerwowo przeszedł pod zewnętrzną frędzlą macek, ale macki zostały nieruchome. Głodny wikłacz nie grzeszy subtelnością, chwyta łup, w chwili, gdy znajdzie się on w ich zasięgu.

W końcu Crombie dołączył do nich. Drzewo zadrżało lekko, jak gdyby zirytowane tym, że nie może ich pożreć, ale to było wszystko.

– Mój talent mówił prawdę. – Jak zawsze, powiedział Crombie bez przekonania.

Pod drzewem było całkiem przyjemnie. Grad zaczął już dochodzić do wielkości pięści, ale odbijał się od górnej warstwy korony drzewa i gromadził się dookoła, zatrzymując się w niewielkim kolistym obniżeniu. Drapieżne drzewa zazwyczaj rosły w takich obniżeniach, wy–tworzonych przez ich macki, którymi czyszczą otoczenie z gałęzi i kamieni, tak aby wokół wyrósł trawnik, przynęcający różne stworzenia. Śmieci były odrzucono poza obręb koła, tak, że z czasem powierzchnia gruntu podnosiła się. Wikłacze były bardzo dobrze przystosowanymi drzewami i naokoło niektórych tworzyły się jak gdyby ściany z pogrzebanych kości ich ofiar.

Nie było ich w okolicach North Village, ale straszono nimi dzieci. Teoretycznie uciekając przed smokiem można przebiec obok wikłacza , doprowadzając smoka w zasięg macek, jeśli miało się dosyć odwagi i umiejętności.

Na chronionym terenie, na łagodnych wzniesieniach, przypominających kształtem piersi kobiece, rośnie delikatna murawa. Przyjemne zapachy unosiły się w powietrzu, a samo powietrze było przyjemnie ciepłe. Krótko mówiąc, było to pozornie idealne schronienie i taki był jego cel. Zwiodło to hafalufa. Było to niewątpliwie dobre miejsce, bo wikłacz miał olbrzymi obwód. Ale oni byli bezpieczni.

– Moja magia nigdy mnie dotychczas nie zawiodła – powiedział Crombie. – Powinienem jej ufać. Ale w takim razie... Spojrzał wymownie na Dee.

Bink zastanowił się nad tym. Wierzył w szczerość żołnierza, a jego zdolności wskazywania niebezpieczeństwa były niewątpliwie przydatne, ale czy zawiodła w przypadku Dee, czy rzeczywiście stanowiła ona ukryte zagrożenie? A jeśli tak, to jakiego rodzaju? Nie wierzył, żeby świadomie chciała mu zrobić krzywdę. Podejrzewał, ze była Czarodziejką Iris, ale teraz w to zwątpił – nie przejawiała temperamentu władczyni iluzji, a osobowość nie jest czymś, co magia potrafi ukryć przez dłuższy czas.

– Dlaczego twoja magia nie ostrzegła cię przed ciosem w plecy? – zapytał Bink żołnierza, próbując jeszcze raz sprawdzić, czy można na nim polegać.

– Nie sprawdzałem tego – powiedział Crombie. – Byłem głupi, ale jak już cię doprowadzę do tego twojego Czarodzieja, to dowiem się, kto to zrobił... a wtedy – znacząco potrząsnął mieczem.

Odpowiedź była szczera. Talent nie jest systemem ostrzegawczym. Działa, gdy się tego zażąda. Crombie nie miał żadnych powodów do podejrzeń, tak samo jak Bink nie czuł się zagrożony w danej chwili. Gdzie znajduje się granica między naturalną ostrożnością, a paranoją?

Burza szalała nadal. Żadne z nich nie chciało spać.

Nie mieli tyle zaufania do drzewa, więc siedzieli i rozmawiali. Crombie opowiadał o starożytnej krwawej bitwie i bohaterstwie z czasów Czwartego Najazdu w Xanth. Bink nie miał żadnych wojskowych zamiłowań, ale opisywana przez Crombie rycerskość porwała go tak, że nieomal życzył sobie żyć w tych pełnych przygód czasach, gdy mężczyźni nie posiadający magii byli jednak uważani za mężczyzn. Pod koniec opowiadania burza uspokoiła się, ale grad utworzył wysoki wał naokoło drzewa i nie było jeszcze warto wychodzić. Zazwyczaj grad z magicznej burzy topniał bardzo szybko – jak tylko wyszło słonce. Opłacało się więc poczekać.

– Gdzie mieszkasz – zapytał Bink Dee.

– Och, jestem po prostu ze wsi – powiedziała. – Nikt nie chciał wyruszyć na wyspę do tego pustelnika.

– To nie jest odpowiedź – Crombie był podejrzliwy. Wzruszyła ramionami.

– To jest jedyna odpowiedź jaką mogę ci dać. Nie nogę tego zmienić choćbym chciała.

– Moja odpowiedź jest taka sama – powiedział Bink. –Jestem ze wsi, nic niezwykłego. Mam nadzieję, że Czarodziej zamieni mnie w kogoś niezwykłego, stwierdzając, że posiadam jakieś duże zdolności magiczne, których nikt by nie podejrzewał. Chętnie za to odpracuję rok u niego.

– Tak, powiedziała, uśmiechając się z aprobatą do niego. Bink poczuł do niej nagłą sympatię. Miała motywację –jak on. Mieli ze sobą coś wspólnego.

– Idziesz po magię, żeby móc poślubić dziewczynę, która czeka na ciebie – zapytał cynicznie Crombie.

–Tak – zgodził się Bink, przypominając sobie z nagłą ostrożnością Sabrinę. Dee odwróciła się. – I żebym mógł pozostać w Xanth.

– Ależ z ciebie frajerski cywil – powiedział życzliwie Crombie.

– To jest moja jedyna szansa – odparł Bink. – Warto jest pójść na każde ryzyko, kiedy ma się do wyboru to, co ja...

– Nie mówię o magii. Magia jest pożyteczna. Pozostanie w Xanth też ma sens. Ale małżeństwo?

– Małżeństwo?

Kobiety to zguba ludzkości – powiedział Crombie z przekonaniem. – Chwytają mężczyzn w pułapkę małżeństwa tak, jak wikłacz chwyta swój łup, a potem dręczą przez resztę życia.

– Jesteś niesprawiedliwy – powiedziała Dee – Nie miałeś matki?

– Wpędziła mojego ojca w alkoholizm i narkomanię – stwierdził Crombie. – Uczyniła z jego życia piekło i z mojego też. Czytała w naszych myślach – to był jej talent.

Kobieta, która umie czytać w myślach mężczyzn: piekło dla każdego! Gdyby jakaś kobieta umiała czytać w myślach Binka – brrr

– Dla niej to też musiało być piekło – zauważyła Dee.

Bink ukrył uśmiech, ale Crombie skrzywił się ze złości

– Uciekłem z domu i wstąpiłem do armii dwa lata przed osiągnięciem pełnoletności. I nie żałuję. Dee zmarszczyła brwi.

– Ty też nie jesteś aniołem. My, kobiety możemy się tylko cieszyć, że trzymasz się od nas z dala.

– Nigdy się nie ożenię. Żadna z was mnie nie złapie.

– Jesteś obrzydliwy – warknęła.

– Mam swój rozum. A Jeśli Bink będzie mądry, to ci się nie da skusić.

– Mi? – zawołała ze złością.

Crombie odwrócił się od niej z pogardą.

– Wszystkie jesteście takie same. Szkoda czasu na rozmowę z taką, jak ty. Równie dobrze można dyskutować z diabłem o etyce.

– Skoro tak uważasz, to idę stąd! – zawołała Dee. Podniosła się i z godnością podeszła do krawędzi.

– Bink sądził, że był to tylko blef, bo chociaż burza uspokoiła się, wciąż jeszcze nieźle padało. Wał kolorowego gradu osiągnął wysokość dwu stóp, a słońce jeszcze nie wyszło. Ale Dee ruszyła przed siebie.

– Zaczekaj – zawołał Bink. i pobiegł za nią.

Dee znikła pośród strug deszczu.

– Niech sobie idzie, baba z wozu... – powiedział Crombie. – Ona knuła przeciwko tobie. – Już, Ja wiem, jak to jest. Od początku wiedziałem, że będą z nią tylko kłopoty.

Bink wyszedł spod drzewa, zasłaniając rękoma głowę przed uderzeniami gradu. Poślizgnął się na lodowych kulach upadł głową na przód w stos gradu. Już wiedział co zdarzyło się Dee. Leżała gdzieś zagrzebana w tej samej hałdzie.

Zamknął oczy chroniąc je przed pyłem z pokruszonego lodu. Nie był to prawdziwy lód, ale zgęszczona para magiczna. Ziarna gradu były suche i wcale nie zimne, ale były śliskie.

Coś złapało go za nogę. Bink wierzgnął gwałtownie, przypominając sobie potwora morskiego koło wyspy Czarodziei, zapominając równocześnie, że był on złudzeniem i że tu trudno byłoby o coś takiego morskiego. Ale chwyt był silny ciągnęło go pod drzewo.

Bink podniósł się na nogi, gdy tylko to coś go puściło. Rzucił się na przypominającą trolla postać, którą dostrzegł przez warstwę kurzu.

Poczuł, że leci w powietrzu. Wylądował twardo na plecach, stworzenie ciągnęło go za rękę. Ależ silne te trolle! Zwinął się i spróbował schwycić je są nogi, ale stworzenia rzuciło się na niego i przydusiło do ziemi.

– Spokojnie Bink – powiedziało, to ja Crombie.

Bink przyjrzał mu się dokładniej, na tyle ile mógł ze swojej pozycji i rozpoznał żołnierza.

Crombie puścił go. – Wiedziałem, że nigdy ci się nie uda z tego wygrzebać, więc wyciągnąłem cię za jedną twoją część, którą mogłem dostrzec... za nogę. Miałeś oczy zasypane magicznym pyłem, więc mnie nie poznałeś. Przepraszam, musiałem cię powalić.

Magiczny kurz – oczywiście. Zniekształcał widzenie tak, że ludzie sprawiali wrażenie trolli, olbrzymów, albo co gorsza – odwrotnie. Było to dodatkowe niebezpieczeństwo, związane z takimi burzami, żaby ludzie nie potrafili się z nich wydostać. Prawdopodobnie większość ofiar widziała niewinne drzewo – koc, a nie wikłacze .

– W porządku – powiedział Bink. – Wy żołnierze umiecie się dobrze bić.

– To nasz zawód, nigdy nie atakuj faceta, który zna rzuty. Crombie podniósł palce, aby podkreślić wagę – tej myśli. – Pokażę ci, jak to się robi, ta umiejętność nie wymaga magii.

– Dee – zawołał Bink – ona ciągle tam jest!

Crombie skrzywił się.

– No dobrze. Przeze mnie odeszła. Jeśli tyle dla Ciebie znaczy. To pomogę ci ją znaleźć.

Nie był więc jednak skończonym draniem, nawet wobec kobiet .

– Naprawdę nienawidzisz je wszystkie? – spytał Bink, mobilizując się do ponownej walki z gradem – Nawet te, które nie potrafią czytać w myślach?

– Wszystkie czytają w myślach – powiedział stanowczo Crombie – Większość z nich nie potrzebuje do tego magii, ale nie sądzę, że nie podoba mi się w Xanth żadna. Gdybym znalazł jakąś ładną dziewczynę, która by nie gderała i nic oszukiwała mnie... – Potrząsnął głową. – Ale nawet jeśli taka istnieje, to na pewno nie wyjdzie za umie.

Żołnierz odrzucał wszystkie kobiety bo sądził, że one go odrzucają, to było wyjaśnienie.

Burza ucichła. Wyszli na stosy gradu, stąpając ostrożnie, aby uniknąć dalszych, upadków. Kolorowe chmury burzowe rozwiewały się szybko, gdy już zniknął magiczny nakaz.

Co powodowało takie burze zastanawiał się Bink, niewątpliwie nieożywione, ale w czasie podróży Bink zdążył się już przekonać, że przedmioty martwe również posiadają magię, czasem nawet bardzo silną.

Może magia stanowiła istotę Xanth i rozprzestrzeniała się stopniowo na istoty ożywione i nieożywione przedmioty, które w niej się znajdowały. Istoty ożywione panowały nad częścią magii, która przypadała im w udziale, analizowały ją, ogniskowały, tak, że mogła przejawiać się na życzenie. Przedmioty nieożywione wyzwalały swoją magię losowo, tak jak ta burza. Z pewnością magia była tu skoncentrowana, zebrała się z dużej powierzchni. I wszystko zmarnowało się na bezsensowną kupę gradu.

Nie taką całkiem bezsensowną. Wikłacz niewątpliwie czerpał korzyści z takich burz i prawdopodobnie miały ona swój wkład w ekologię okolicy. Może grad zabijał słabsze istoty, zwierzęta mniej zdolne do przetrwania, ułatwiając ewolucję tego miejsca. A inne przejawy nieożywionej magii, były też określone, tak jak Skała Widokowa i Źródło Życia, których czar destylował się z wód całej okolicy, zwiększając swoją moc?

Może ta sama magia powodowała, że przedmioty uzyskiwały swoją świadomość? Każdy aspekt Xanth podlegał wpływowi magii i był przez nią rządzony. Bez magii Xanth byłby – a sama ta myśl przepełniała Binka zgrozą – jak Mundania. Zza chmur wyjrzało słońce. W zetknięciu z jego promieniami grad zamieniał się w kolorową mgłę. Jego magiczna tkanka nie wytrzymywała bezpośredniego kontaktu ze słońcem. Zdziwiło to Binka: czyżby słońce było nieprzyjazne magii? Jeśli magia emanowała z głębi ziemi, to jej powierzchnia byłaby tylko jej zewnętrzną częścią. Gdyby się kopało dostatecznie głęboko, to można by dotrzeć do samego źródła tej mocy. To było bardzo intrygujące.

Szczerze mówiąc, Bink wolałby odłożyć poszukiwania swojej własnej magii, a zacząć zgłębiać naturę Xanth. Tam, w głębi, była na pewno odpowiedź na wszystkie jego pytania. Ale nie mógł. A przede wszystkim musiał znaleźć Dee. Po kilku minutach grad zniknął całkowicie, ale dziewczyny także nigdzie nie było.

Musiała ześlizgnąć się po zboczu w stronę lasu – powiedział Crombie. – Wie gdzie jesteśmy, może nas łatwo znaleźć, jeśli zechce.

– Chyba, że ma jakieś kłopoty – powiedział z niepokojem

– Użyj swojego talentu i wskaż ją. Crombie westchnął.

– No, niech ci będzie. Zamknął oczy, obrócił się i wskazał w dół na południową stronę zbocza. Zbiegli na dół i znaleźli jej ślady w miękkiej ziemi na brzegu lasu. Poszli za nią i szybko ją dogonili.

– Dee – zawołał z radością Bink. – Przepraszamy. Nie choć sama po pustkowiu.

Dee szła dalej z determinacją.

– Odczepcie się ode mnie – powiedziała. – Nie chcę iść z wami.

– Ale Crombie niech chciał, naprawdę – powiedział Bink.

– Nieprawda. Nie ufacie mi, więc trzymajcie się z dala ode mnie. Dam sobie sama radę.

No i tak. Była nieugięta. Bink zaś nie zamierzał jej zmuszać do niczego.

– Jeśli będziesz potrzebowała pomocy, albo czegoś zawołaj nas, albo zrób coś...

Poszła dalej, nie odwracając się.

– Ona nie mogła stanowić dużego niebezpieczeństwa – powiedział niepocieszony Bink,

– Mogła, mogła – upierał się Crombie. – Ale zagrożenie nie jest takie ważne, gdy jest gdzie indziej.

Weszli z powrotem na zbocze i powędrowali dalej. Następnego dnia zobaczyli przed sobą zamek Czarodzieja, dzięki nieomylnemu magicznemu wyczuciu kierunku żołnierza i jego zdolności unikania niebezpieczeństw na pustkowiu. Bardzo się przydał.

– To by było na tyle – oznajmił Crombie. – Doprowadziłem cię bezpiecznie do tego miejsca i myślę, że to wyrównuje nasze rachunki. Ja mam jeszcze jedną sprawę do załatwienia w innym miejscu, zanim zgłoszę się do Króla po ponowny przydział. Mam nadzieję, że uda ci się odnaleźć swoją magie.

– Ja też – powiedział Bink. – Dziękuję za naukę rzutów.

– Było trochę za mało czasu, musisz jeszcze je poćwiczyć zanim ci się do czegoś przydadzą. Przepraszam, że odstraszyłem tę dziewczynę. Może jednak mój talent mylił się co do niej.

Bink nie chciał rozmawiać na ten temat, więc tylko podał mu rękę i poszedł w stronę zamku Dobrego Czarodzieja.

6.

Zamek robił wrażenie. Nie był duży, ale wysoki i dobrze zaprojektowany. Miał głęboka fosę, solidny zewnętrzny mur, wysoką wieżę, otoczoną balustradą ze strzelnicami. Przy budowie prawdopodobnie użyto magii, bo gdyby został wzniesiony zwykłymi metodami, to zadanie to zatrudniłoby całą armię rzemieślników co najmniej przez rok.

Jednak Humphrey był Czarodziejem w dziedzinie informacji, a nie budownictwa, czy iluzji. Jakim sposobem wyczarował ten budynek?

Wszystko jedno, zamek był, Bink podszedł do fosy. Usłyszał plusk i zza zamku wyłonił się koń, galopujący po wodzie. Nie, nie koń – hipokamp, czyli koń morski, z głową i przednimi nogami konia i ogonem delfina. Bink znał delfiny tylko z obrazków: był to rodzaj magicznej ryby, oddychającej powietrzem, a nie wodą.

Bink cofnął się. Stworzenie wyglądało groźnie. Nie mogło wyjść na ląd, ale mogło go zetrzeć na proch w wodzie. Jak przedostać się przez fosę? Mostu zwodzonego nie było.

Zauważył siodło na grzbiecie hipokampa. No nie! Dosiąść potwora?

Jednak właśnie to należało zrobić. Czarodziej nie chciał tracić czasu na nieważne sprawy. Jeśli nie miał odwagi dosiąść konia morskiego, to nie zasługuje na to żeby zobaczyć Humphrey’a . W przewrotny sposób było to całkiem rozsądne.

Czy Bink naprawdę chciał znać odpowiedź na swoje pytanie? za cenę rocznej służby? Obraz pięknej Sabriny stanął mu przed oczami, tak prawdziwy, tak sugestywny, że wszystko inne stało się nieważne. Podszedł do hipokampa, który czekał przy brzegu fosy i wdrapał się na siodło.

Potwór ruszył. Zarżał i popędził w koło fosą, zamiast galopować wprost na drugi brzeg. Gnał radośnie po wodzie, jak po torze wyścigowym, a Bink desperacko trzymał się siodła. Potężne przednie nogi hipokampa, zakończono były nie kopytami, a płetwami, które zagarniały wodę z obu boków, pryskając na Binka i przemaczając go do suchej nitki. Ogon, zwinięty w dobrze umięśnioną pętlę, gdy stworzenie nie poruszało się, wyprostował się i siekł wodę z taką siłą, że siodło przesuwało się do przodu i do tyłu, cały czas grożąc zrzuceniem jeźdźca.

– la, iaaa! – zarżał radośnie potwór. Ulokował Binka tam, gdzie chciał: w siodle, z którego mógł go łatwo zrzucić. Gdy Bink wpadnie do wody, potwór zrobi zwrot i pożre go. Ależ z niego głupiec!

Chwileczkę ... Dopóki jest w siodle, nic mu nie grozi. Musi tylko trzymać się mocno, a potwór w końcu się zmęczy.

Łatwiej pomyśleć, niż wykonać. Hipokamp to skakał, to nurkował, raz podnosząc go ponad powierzchnią, raz mocząc go w spienionej wodzie. Zwinął ogon w spiralę i obracał się coraz to szybciej, zanurzając Binka w wodzie. Chłopak obawiał się, że potwór osiądzie razem z nim na dnie, tak że będzie musiał go puścić, albo utonie. Ale siodło było solidnie przymocowane do grzbietu potwora, a jego pysk skierowany był w tą samą stronę, co twarz Binka, więc potwór też musiał wstrzymywać oddech. Rumak pracował, a Bink tylko musiał trzymać się siodła, zużywał więc więcej energii i musiał szybciej oddychać. Nie może go zatem utopić skoro już wiedział w czym rzecz.

Wystarczy, że nie straci głowy, a wygrana jest jego, jakkolwiek by było.

W końcu stworzenie dało za wygraną. Podpłynęło do wewnętrznej bramy i stało nieruchomo, gdy Bink zsiadł. Pierwsza runda należała do niego.

– Dzięki Hip – powiedział, składając lekki ukłon koniowi Zwierz parsknął i oddalił się szybko.

Bink znalazł się przed olbrzymimi drewnianymi drzwiami, Były zamknięte, więc uderzył w nie pięścią. Były tak grube, że ręka zabolała go tylko, a dźwięk był przytłumiony – dink, dink, dink.

Wyjął nóż i zastukał rączką, bo swój nowy kostur zgubił w fosie – bez wielkiego rezultatu. Najgłośniejsze dźwięki uzyskuje się, uderzając w przedmioty puste w środku, a drzwi były niewątpliwie pełne. Nie da się ich wyważyć.

A może Czarodzieja nie było w domu? Powinna być jednak służba zamkowa.

Bink powoli tracił cierpliwość. Odbył drogę i niebezpieczną podróż, aby się tu znaleźć i był gotów zapłacić wysoką cenę za jedną głupią informację – a ten cholerny Czarodziej nie miał nawet na tyle przyzwoitości, żeby otworzyć drzwi.

Ale on wejdzie, bez względu na Czarodzieja. Jakoś. I zażąda widzenia z panem zamku.

Przyjrzał się uważnie drzwiom. Miały dobre 10 stóp wysokości i 5 stóp szerokości. Wyglądało na to, że zrobiono je z ręcznie ciosanych pali o wymiarach osiem na osiem cali. Ważyły na pewno z tonę. Nie miały zawiasów, to znaczy, że otwierało się je przesuwając na bok – nie, portale były jednolitego kamienia. Podnosiło się je do góry? Nie było widać żadnych lin, ani bloków. Mogły być zaśrubowane, ale byłoby to kłopotliwe i nieco ryzykowne. Śruby mogą puścić w zupełnie nieodpowiednim momencie. Może drzwi zapadały się w podłogę?. Niemożliwe – podłoga też była z jednolitego kamienia. Wyglądało na to, że chcąc wejść trzeba było usunąć całe drzwi.

Bez sensu! To były tylko fałszywe drzwi. Musi tu być jakiś bardziej rozsądny otwór do codziennego użytku – magiczny albo fizyczny.

Bink musiał po prostu go znaleźć.

W kamieniu drzwi byłyby nieporęczne; jeśli nie, stanowiłby słabe miejsce, przez które mógłby się wedrzeć wróg. Nie ma sensu budować przyzwoitego zamku z takim słabym punktem. To gdzie?

Bink przesunął dłonią po powierzchni fałszywych wrót. Znalazł rysę. Pociągnął wzdłuż niej palcem i stwierdził, że tworzy ona kwadrat. Zgadza się. Położył dłonie na jego środku i pchnął.

Kwadrat poruszył się. Przesunął się do wewnątrz, a w końcu wpadł do środka, zostawiając otwór na tyle duży, aby mógł przezeń wpełznąć człowiek. To było wejście.

Bink nie tracił czasu. Przelazł przez dziurę. Zobaczył słabo oświetlony hall i następnego potwora.

Była to mantikora – stworzenie wielkości konia z głową człowieka, ciałem lwa, skrzydłami smoka i ogonem skorpiona. Jedno z najdzikszych znanych potworów magicznych.

– Witaj, drugie śniadanie – powitała po mantikora, wyginając swój segmentowaty ogon nad grzbiet. Jego dziwaczne usta miały trzy rzędy zębów, ale głos był jeszcze dziwniejszy. Brzmiał trochę jak flet, a trochę jak trąbka, ale trudno było cokolwiek zrozumieć.

Bink wyciągnął nóż.

– Nie jestem twoim drugim śniadaniem – powiedział z większym, niż naprawdę odczuwał przekonaniem.

Mantikora zaśmiał się, a w jego głosie zabrzmiała ironia.

– Nie jestem drugim śniadaniem nikogo innego. Wszedłeś w moją pułapkę.

Bo tez tak i było. Ale Bink miał już dosyć tych bezsensownych przeszkód, a równocześnie podejrzewał, że nie były tak bezsensowne, jakby się wydawało. Gdyby potwory Czarodzieja pożerały wszystkich przybyszów Humphrey nie miałby klientów, ani ich opłat. A wiadomo było, że Dobry Czarodziej był chciwym człowiekiem, żyjącym dla zysku, pragnął tych horrendalnie wysokich honorariów, aby pomnażać swoje bogactwo. Więc prawdopodobnie był to następny test, tak jak przedtem koń morski i drzwi. Trzeba było tylko znaleźć jego rozwiązanie.

– Wyjdę z tej klatki jak tylko zechcę – powiedział śmiało Bink. Całą siłą woli starał się powstrzymać drżenie kolan – Nie jest przeznaczona na mój rozmiar tylko na potwory twojej wielkości. Ty jesteś więźniem, zębata gębo.

– Zębata gębo? – powtórzyła z niedowierzaniem mantikora, pokazując około sześćdziesięciu zębów – Ty skrzeczący śmiertelniku, jak cię użądlę, to zaśniesz za milion lat.

Bink ruszył w stronę kwadratowego otworu. Potwór skoczył, wysuwając ogon ponad głowę. Był bardzo szybki.

Ale Bink tylko udawał. W rzeczywistości skoczył do przodu, wprost na lwie szpony. Był to kierunek przeciwny do tego, którego spodziewał się potwór, a nie był w stanie zawrócić w powietrzu. Jego śmiercionośny ogon wbił się w drzwi, a jego głowa utkwiła w kwadratowej dziurze. Lwie ramiona zaklinowały się, a skrzydła trzepotały bezradnie.

Bink nie mógł się powstrzymać. Wyprostował się, odwrócił i zawołał:

– Chyba nie myślałeś, że przewędrowałem taki kawał drogi, żeby wracać z powrotem, ty nierasowa poczwaro! Następnie wymierzył zdrowego kopniaka w tył potwora, poniżej uniesionego ogona.

Od razu rozległ się ryk wściekłości i oburzenia, trochę przypominający dźwięk fletu. Ale Binka już tam nie było, popędził hallem w nadziei, że znajdzie jakieś wejście dla ludzi. Bo inaczej...

Wydawało się, że drzwi eksplodowały. Usłyszał głuchy łoskot, gdy mantikora wyrwała się z otworu i skoczyła na równe nogi. Była teraz naprawdę wściekła! Jeśli tu nie ma wyjścia...

Wyjście było. Zadaniem nie było zabić potwora, tylko przejść obok niego – żaden człowiek nie potrafiłby zabić takiego stworzenia nożem. Bink przelazł przez zakratowaną bramę, a mantikora poniewczasie przebiegła hall, gubiąc drzazgi z ogona.

Bink zaś znalazł się już w samym zamku. Było to raczej ciemne i wilgotne miejsce, noszące niewiele śladów ludzkiej obecności. A gdzie jest Dobry Czarodziej?

Musiał istnieć jakiś sposób oznajmienia swego przybycia, jeśli nie wystarczyły awantury z mantikorą. Bink rozejrzał się i zobaczył zwisający sznur. Pociągnął zań i odsunął się na bok, na wypadek, gdyby coś miało mu spaść na głowę. Nie miał zaufania do togo zaniku.

Zabrzmiał dzwonek – DIN–DON, DIN–DON.

Pojawił się stary, pokręcony elf.

– Kogo mam zapowiedzieć?

– Binka z North Village.

– Drinka czego?

– Binka! B–I–N–K–A.

Elf przyjrzał się mu dokładniej . – A w jakiej sprawie przybywa twój pan.

– Ja jestem Binkiem! Przybywam, aby dowiedzieć się, jaki jest mój talent magiczny.

A jaką zapłatę oferujesz v zamian za bezcenny czas Dobrego Czarodzieja?

– Zwykłą taksę: rok służby. A ciszej. – To rozbój, ale zgadzam się. Twój pan strasznie zdziera.

Elf zastanowił się.

– Czarodziej jest w tej chwili zajęty. Czy może pan przyjść jutro?

– Jutro! – wybuchnął Bink myśląc, co hipokamp i mantikora zrobiliby z nim, gdyby mieli ponowną okazję. – Przyjmie mnie ten cholernik, czy nie?

Elf zmarszczył brwi.

– Cóż, skoro pan tak do tego podchodzi, to proszę na górę.

Człowieczek poprowadził Binka spiralną klatką schodową, im wyżej się znajdowali, tym jaśniejsze, ozdobniejsze, bardziej przytulne było wnętrze zamku.

W końcu elf zaprowadził go do zasłanego papierami gabinetu. Zasiadł za ogromnym drewnianym biurkiem.

– No cóż panie Binku z North Village. Przedarłeś się przez system obronny tego zamku, na jakiej podstawie sądzisz, że stary skąpy cholernik zechce w jakikolwiek sposób skorzystać z twoich usług?

Bink chciał coś gniewnie krzyknąć, ale powstrzymał się, bo zdał sobie sprawę, że rozmawia z Dobrym Czarodziejem Humphreyem we własnej osobie. I, że ma już u niego przechlapane.

Jedyne co mu pozostało, to powiedzieć prawdę, zanim go wykopią.

– Jestem silny i mogę pracować. Sam musisz zdecydować, czy to ci się opłaca.

– Jesteś pyskaty i prawdopodobnie dużo jesz. Utrzymanie ciebie będzie mnie prawdopodobnie więcej kosztować, niż to, co mogę na tobie zarobić.

Bink wzruszył ramionami wiedząc, że nie ma co się spierać, może tylko jeszcze bardziej rozzłościć Czarodzieja. Wpadł w ostatnią pułapkę, pułapkę arogancji.

– Może mógłbyś nosić książki i przewracać strony. Umiesz czytać?

– Trochę – powiedział Bink. Szło mu całkiem nieźle gdy chodził na naukę do centaura, ale było to już dawno temu.

– Obelgi przychodzą ci łatwo. Może mógłbyś zniechęcać natrętów, którzy zawracają mi głowę swoimi głupstwami.

– Może – zgodził się ponuro Bink. Tym razem przegrał, a był tak blisko celu.

– No, zdecyduj się, szkoda czasu. Humphrey poderwał się z krzesła.

Bink widział teraz, że nie był on prawdziwym elfem, tylko bardzo małym człowieczkiem. Oczywiście elf, będąc istotą magiczną, nie może być Czarodziejem. Tak mu się dawniej wydawało, ale teraz coraz bardziej wątpił w słuszność tego domysłu. Xanth wciąż ujawniał mu te wymiary magii, których przedtem się nawet nie domyślał.

Najwyraźniej w świecie Czarodziej przyjął jego sprawę. Bink podążył za nim do sąsiedniego pomieszczenia. Było to laboratorium, którego półki i podłogi, poza jednym oczyszczonym miejscem, były zawalane magicznymi przyrządami.

– Odsuń się – powiedział krótko Humphrey, choć Bink nie bardzo miał gdzie. Osobowość Czarodzieja trudno by nazwać przyjemną. Rok pracy u niego nie będzie należał do przyjemności. Ale opłacałoby się, gdyby Bink dowiedział się jaki jest jego talent magiczny i gdyby okazał się on coś wart.

Humphrey wziął z półki małą buteleczkę, potrząsnął nią i postawił na podłodze, pośrodku pentagramu – figury pięciobocznej. Następnie wykonał rękoma odpowiednie gesty i śpiewnie wypowiedział jakieś słowa w tajemniczym języku.

Z butelki wyskoczył korek i zaczął wydobywać się dym. Utworzył sporą chmurę, a potem przybrał kształt demona. Demon nie należał do groźnych – jego rogi były tylko szczątkowe, a ogon zakończony miękką kitką, a nie ostrym kolcem. Poza tym nosił okulary, z pewnością przywiezione z Mundanii, gdzie takie przyrządy są często używane do wzmacniania słabego wzroku mieszkańców. W każdym razie tak twierdzą mity. Bink nieomal się zaśmiał. Krótkowzroczny demon!

– O Beauregardzie! – Zaintonował Humphrey. – Wzywam cię na mocy władzy przyznanej mi przez Układ, abyś powiedział jaki talent magiczny posiada obecny tu chłopak, Bink z North Village w Xanth.

Więc taki był sekret Czarodzieja: wyczarowywał demony. Pięciokąt służył do lokalizowania demonów, wyzwalanych w magicznych butelkach – nawet uczony demon jest istotą piekielną.

Beuregard skierował swoje przysłonięte soczewkami oczy w stronę Binka. – Wstąp na moje terytorium, aby mógł ci się przyjrzeć – zaproponował podstępnie.

Nic z tego! – zawołał Bink.

Ale z ciebie twardziel – powiedział demon.

Nie prosiłem cię o profil osobowości – warknął Humphrey. – Jaka jest jego magia?

Demon skupił siły.

– Ma magię – silną magię, ale...

Silną magię! Bink odczuł przypływ nadziei.

Ale nie potrafię zgłębić jej istoty – zakończył Beauregard. Wykrzywił się do Dobrego Czarodzieja. – Przykro mi stary durniu. Poddaję się.

To spływaj – niedouku. – warknął Humphrey. I nagle silnie klasnął w dłonie. Był wyraźnie przyzwyczajony do obelg. Może Binkowi znowu się nie poszczęściło.

Demon zamienił się z powrotem w dym i zniknął w butelce. Bink przyjrzał się jej, próbując ustalić co było w środku. Czyżby była tam maleńka figurka zgarbiona nad książką.

Teraz Czarodziej przyjrzał się Binkowi.

– Więc masz duży talent, magiczny, który nie da się określić? Wiedziałeś o tym? I przyszedłeś tu, żeby marnować mój czas?

Nie – powiedział Bink. Nigdy nie miałem nawet pewności, że posiadam w ogóle magię. Nie miałem żadnych jej świadectw. Miałem nadzieję, ale obawiałem się, że jednak brak mi jakiegokolwiek talentu.

Czy pamiętasz coś, co mogłoby być dowodem takich zdolności? A może było jakieś kontrzaklęcie?

Humphrey wyraźnie nie był wszechmogący. Ale teraz wiedząc, że wywoływał on demony, Bink wszystko już rozumiał. Czarodziej pobierał wysokie opłaty za swoje usługi, bo ponosił wielkie ryzyko.

– Nie wiem o niczym – powiedział Bink. – Poza tym, że piłem magiczną wodę leczniczą.

– Beuregard nie dałby się tym oszukać. To bardzo uczony demon, prawdziwy specjalista od magii. Czy masz ze sobą tę wodę?

Bink podał mu manierkę.

– Trochę mi zostało. Nigdy nie wiadomo, kiedy się może przydać.

Humphrey wziął manierkę, nalał kroplę na dłoń, dotknął językiem i wykrzywił się w zamyśleniu.

– Standardowy przepis – powiedział. Nie zakłóca informacji, ani zdolności wróżebnych. Mam baryłkę podobnego płynu w piwnicy. Sam go przygotowałem. Oczywiście nie zawiera zaklęcia samozachowawczego Źródła. Ale zatrzymaj swoją wodę. Może ci się przydać.

Czarodziej zawiesił teraz na ścianie strzałkę, umieszczoną pod rysunkiem przedstawiającym śmiejącego się cherubina i skrzywionego diabła.

– Zagrajmy w dwadzieścia pytań. Wykonał dłońmi gest, będący zaklęciem, a Bink zdał sobie sprawę, że jego pierwotna ocena była przedwczesna. Humphrey potrafił więcej, niż wywoływać demony – ale wciąż było to związane z informacją. – Bink z North Village –zaintonował. – Nastaw się na niego.

Strzała przesunęła się wskazując na cherubina.

– Czy posiada magię?

Znowu cherubin.

– Silną magię?

Cherubin.

– Możesz ją określić?

Cherubin.

– Powiesz mi jaka jest?

Strzała przesunęła się pokazując diabła.

– Co to ma znaczyć? – zapytał Humphrey z irytacją. – To nie jest pytanie idioto! To wykrzyknik. Nie rozumiem, dlaczego duchy się wykręcają. Ze złością wygłosił zaklęcie zwalniające i zwrócił się do Binka

– Coś tu nie jest w porządku. Ale to jest wyzwanie. Zastosuję do ciebie zaklęcie prawdy. Muszę dojść do sedna tej sprawy. Czarownik znowu zamachnął swoimi, krótkimi rączkami wymamrotał podejrzanie brzmiące zaklęcie... i Bink nagle poczuł się dziwnie. Nigdy dotąd nie spotkał się z tym niezwykłym typem magii, z jej gestami, mówionymi zaklęciami i całą aparaturą. Bink był przyzwyczajony do zinternalizowanych talentów, które działały na życzenie.

Dobry Czarodziej był kimś w rodzaju naukowca – chociaż Bink nie bardzo rozumiał tego importowanego z Mundanii terminu.

– Kim jesteś – zapytał Humphrey

– Bink z North Village. Była to prawda, ale Bink powiedział tak dlatego, że zmusiło go do tego zaklęcie, a nie dlatego, że chciał.

– Dlaczego tu przybyłeś?

– Żeby dowiedzieć się czy mam magię i jakiego jest ona rodzaju, żeby nie wyginano mnie z Xanth i żebym mógł poślubić...

– Wystarczy, nie interesują mnie trywialne szczegóły. Czarownik potrząsnął głową. Coraz to jest bardziej tajemnicze. No dobrze – jaki jest twój talent?

– Bink przymuszony zaklęciem do mówienia otworzył usta i rozległ się ryk potwora.

Humphrey zamrugał oczami.

– Och mantikora jest głodny. Odwołuję zaklęcie. Poczekaj, muszę go nakarmić. I poszedł.

Teraz sobie wybrała mantikora, porę, żeby się awanturować o jedzenie! Ale Bink nie mógł mieć pretensji do Czarodzieja o to, że tak się spieszył, żeby nakarmić bestię. Gdyby się tak wyrwał ze swojej klatki...

Bink był pozostawiony samemu sobie. Przeszedł się po pokoju, starannie omijając kupy śmieci i nie dotykając niczego. Podszedł do lustra.

– Lustereczko powiedz przecie – powiedział żartobliwie – kto jest najpiękniejszy na świecie.

Lustro zamgliło się, a potem rozjaśniło i ukazało się w nim wielkie pryszczate oblicze ropuchy. Bink podskoczył z wrażenia. Po chwili domyślił się, że to było magiczne zwierciadło; pokazało mu najpiękniejszą ze wszystkich – najpiękniejszą z ropuch.

– Miałem na myśli najpiękniejszą istotę ludzką płci żeńskiej – wyjaśnił.

Teraz w lustrze pojawiła się Sabrina. Bink z początku żałował, że powinien zdać sobie sprawę, że lustro potraktuje go na serio. Czy naprawdę Sabrina była najpiękniejszą dziewczyną na świecie? Obiektywnie mówiąc prawdopodobnie nie. Lustro pokazało mu ją, bo dla uprzedzonego oka Binka, Sabrina była najpiękniejsza. Dla innego mężczyzny...

Obraz w lustrze zmienił się. Teraz ukazała się w nim Wynne. Tak, ona też jest niczego sobie, tylko że za głupia aby się z nią zadawać.

Niektórym co prawda to by bardzo odpowiadało. Ale z drugiej strony ...

Teraz wyjrzała z lustra czarodziejka Iris, przybierając swoją najbardziej uwodzicielską postać. – Wciąż mogę ci umożliwić...

– Nie! – zawołał Bink i obraz zniknął z lustra.

Uspokoił się i znowu spojrzał w zwierciadło.

– Czy udzielasz również innych informacji? Pewnie, że tak, inaczej by go tu nie było.

Lustro zamgliło się, a potem się rozjaśniło. Pojawił się w nim cherubin oznaczający „tak”.

– Dlaczego mamy tyle kłopotów z ustaleniem, jaki jest mój talent?

Tym razem w lustrze pojawił się obraz stopy, a raczej łapy – małpiej łapy. Bink patrzył na nią przez chwilę, próbując domyśleć się, co ma ona oznaczać, ale nie udało mu się. Lustro musiało się pomylić i pokazało niewłaściwy obraz.

– Jaki jest mój talent? – zapytał w końcu.

A lustro pękło.

– Co ty tu robisz? – Zapytał za jego plecami Humphrey.

Bink aż podskoczył.

– Wydaje mi się, że stłukłem twoje lustro – powiedział. – Ja tylko...

– Zadawałeś idiotyczne, bezpośrednie pytania urządzeniu, z którym trzeba obchodzić się bardzo delikatnie – powiedział gniewnie Humphrey. – Naprawdę myślałeś, że lustro powie ci to czego nie chciał wyjawić demon Beauregard?

– Przepraszam – wyjąkał Bink.

– Więcej sprawiasz kłopotu, niż na to zasługujesz. Ale jesteś także wyzwaniem. No nic, do roboty. – Czarodziej wykonał ponownie gesty i wypowiedział zaklęcie, przywracając zaklęcie zasadnicze. – Kim ...

Coś trzasnęło. Szkło wypadło z pękniętego lustra.

– Nie pytałem ciebie! – zawołał Humphrey. Zwrócił się ponownie do Binka. – Kim ...

Obaj poczuli wstrząs. Cały zamek zadrżał w posadach.

– Trzęsienie ziemi – zawołał Czarodziej. – Wszystko naraz..

Przeszedł na drugą stronę pokoju i wyjrzał przez strzelnicę.

– Nie, to tylko niewidzialny gigant.

Humphrey znowu zwrócił się do Binka. Tym razem przyjrzał mu się dokładniej.

– To nie jest przypadek. Coś nie pozwala ci – albo innym przedmiotom – udzielić odpowiedzi . Jakaś silna, nieokreślona magia. Zaklęcie kalibru czarodzieja. Myślałem, że żyją tylko trzy osoby tej rangi, ale teraz widzę, że jest i czwarta.

– Trzy?

– Humphrey, Iris i Trent. Ale nikt inny nie posiada magii tego rodzaju.

– Trent? Zły Czarodziej?

– Ty możesz tak go nazwać. Ja nigdy tego nie zauważyłem. Jesteśmy w pewien sposób przyjaciółmi. Na naszym poziomie istnieje coś w rodzaju wspólnoty...

– Ale on był skazany na wygnanie dwadzieścia lat temu.

Humphrey spojrzał z ukosa na Binka. Traktujesz wygnanie jak śmierć? Trent mieszka w Mundanii. Moje informacje nie sięgają poza Tarczę, ale jestem pewien, że przetrwał. To niezwykły człowiek, ale teraz już nie ma magii...

– Ooo. – W kategoriach uczuciowych Bink do tej pory traktował wygnanie jak śmierć. Warto było pamiętać, że poza Tarczą też istnieje życie. Bink nadal się tam nie chciał znaleźć, ale przynajmniej perspektywa ta stała się mniej straszna.

– Mimo wielkiej pokusy nie będę zadawał dalszych pytań. Nie mam wystarczającego zabezpieczania przeciwko magii ochronnej.

– Ale dlaczego ktoś chce uniemożliwić mi poznanie mojego talentu? – zapytał Bink.

– No wiesz. Po prostu nie możesz tego wyznać nawet samemu sobie. Wiedza ta jest głęboko ukryta w tobie. I tam jak mi się wydaje, pozostanie. Nie jestem w stanie podjąć takiego ryzyka za marny rok służby. Na pewno bym stracił na, tym interesie.

– Ale dlaczego Czarodziej miałby... przecież jestem nikim! Jak mógłby ktokolwiek skorzystać, uniemożliwiając mi ...

– To wcale nie musi być człowiek, ale przedmiot, który rzucił na ciebie czar. Czar nieświadomości.

– Ale dlaczego?

Humphrey skrzywił się.

– Powtarzasz się chłopcze. Twój talent może stanowić zagrożenie dla jakichś szczególnie potężnych interesów. Tak, jak srebrny miecz jest zagrożeniem dla smoka, chociaż jest od niego daleko. Tak więc istota ta chroni się, blokując twoją wiedzę na temat twojego talentu.

– Ale...

– Gdybyśmy to wiedzieli, wiedzielibyśmy też, jaki jest twój talent – warknął Humphrey. – Odpowiadając na niewypowiedziane pytanie Binka.

Bink nalegał dalej.

– Jak nam w takim razie przedstawić mój talent, żeby móc pozostać w Xanth?

– No cóż, jest to pewien problem – zauważył Humphrey, jak gdyby nie było to nic ważnego. Wzruszył ramionami. – Odpowiedziałbym gdybym mógł. Dam ci list. Może Król pozwoli ci zostać mimo wszystko. Wydaje mi się, że każdy obywatel zgodnie z prawem musi posiadać magię, ale nie musi jej zademonstrować publicznie. Czasami. zawiesza się obowiązek demonstracji. Był taki jeden młody człowiek, który potrafił dowolnie zmieniać kolor swojego moczu. Zaakceptowano, zaprzysiężone pisemne świadectwo zamiast publicznej demonstracji.

Niepowodzenie znacznie zmiękczyło Czarodzieja. Poczęstował Binka chlebem i mlekiem, ze swojego prywatnego chlebowego sadu i stajni łoniomotyli i gawędził z nim przyjacielsko.

– Wiele osób przychodzi tu i zadaje pytania nadaremnie – zwierzył się. – Rzecz polega nie na znalezieniu odpowiedzi za wszelką cenę, ale na znalezieniu właściwego pytania. Twoje pytanie było jedynym od dłuższego czasu wyzwaniem. Przedtem był – zaraz, zaraz – amarant, kwiat nigdy nie blaknący. Ten rolnik chciał wiedzieć, jak wyhodować wysokiej jakości roślinę na warzywa i ziarno, aby móc lepiej wyżywić swoją rodzinę i trochę sobie dorobić. Znalazłem mu magiczny amarant i obecnie jego uprawa rozprzestrzeniła się po całym Xanth, a nawet poza jego granicami, o ile wiem. Można z niego robić chleb, prawie nie do odróżnienia od prawdziwego. Czarownik otworzył szufladę i wyjął z niej bochenek chleba. – Widzisz ten nie ma łodygi, był upieczony, a nie wykiełkował. Oderwał kawałek dla Binka, który przyjął go z wdzięcznością. – Więc to było dobre pytanie. Odpowiedź okazała się pożyteczna dla całego kraju, nie tylko dla jednostki. W odróżnieniu od twojego. Nadmiar zadań wyzwala syndrom małpiej łapki.

– Małpiej łapki – zawoła Bink. – Kiedy zapytałem magicznego zwierciadła, ukazała się w nim...

– Zgadza się. Przenośnia wywodzi się z mundańskiego opowiadania. Oni myślą, że to tylko legenda. Ale tu w Xanth istnieje również ten rodzaj magii.

– Ale jaki...?

– Chcesz mieć rok do odpracowania?

– Ee, nie, nie za to. – Bink skoncentrował się na swoim kawałku chleba. Był twardszy, niż prawdziwy.

– Dostaniesz odpowiedź za darmo. Jest to rodzaj magii, który przynosi więcej szkody, niż pożytku, chociaż teoretycznie daje to, o co się prosi. Magii, której należy unikać.

Czy było lepiej dla Binka, że nie wiedział, jaki jest jego talent? Wydaje się, że taka była właśnie odpowiedź zwierciadła. Ale jak wygnanie, które całkowicie pozbawi go talentu może być lepsze, niż wiedza o nim?

– Czy przychodzi tu dużo osób z pytaniami?

– Nie tak dużo od czasu, gdy zbudowałem zamek i ukryłem go. Tylko ci, którym naprawdę na tym zależy. Tak, jak ty.

– Jak go zbudowałeś? Skoro Czarodziej mówił...

– Zbudowały go centaury. Powiedziałem im. Jak pozbyć gnębiącego ich szkodnika i za to służyły mi przez rok. Są bardzo zręcznymi rzemieślnikami i zrobiły dobrą robotę. Od czasu do czasu mylę szlaki, wiodące do zamku, umieszczam na nich zaklęcia zmieniające kierunek, tak, żeby przygodni goście nie zawracali mi głowy. To jest dobra miejsce.

Potwory! – zawołał Bink. – Hipokamp i mantikora – odrabiają swój rok służby, zniechęcając niepoważnych klientów?

Oczywiście. Myślisz, że zostali tu dla przyjemności?

Bink zastanowił się. Przypomniał sobie złośliwą radość, z jaką koń morski miotał się po fosie, ale pewnie wolałby otwarte morze.

Dojadł chleb. Był prawie tak smaczny, jak prawdziwy.

– Mając twoją umiejętność zdobywania informacji, mógłbyś zostać Królem.

Humphrey zaśmiał się, a w jego śmiechu nie było goryczy.

– Czy ktoś zdrowy na umyśle może tego chcieć? To nudne i męczące zajęcie. Nie jestem władcą, tylko naukowcem. Moja praca polega na ulepszaniu mojej magii tak, aby była bezpieczniejsza i bardziej wyspecjalizowana. Jest jeszcze wiele do zrobienia, ale ja się starzeję. Nie mogę tracić czasu na ulotne sprawy. Niech ci obejmą tron, którym na tym zależy.

Bink w zakłopotaniu usiłował znaleźć kogoś, kto chciałby rządzić Xanth. – Czarodziejka Iris.

– Kłopot z iluzją polega na tym, – powiedział z powagą Humphrey, że w końcu człowiek oszukuje sam siebie. Iris nie tyle potrzebuje władzy, ile mężczyzny.

Bink musiał się z tym zgodzić.

– Ale dlaczego nie wyjdzie za mąż?

– Jest wybitną czarodziejką. Posiada zdolności których nawet nie podejrzewasz. Potrzebuje mężczyzny, którego mogłaby szanować, którego magia byłaby silniejsza, niż jej. W całym Xanth tylko ja posiadam silniejszą magię, niż ona, ale ja należę do innego pokolenia – jestem dla niej za stary, nawet gdybym chciał się żenić. No i oczywiście nie pasujemy do siebie, bo nasze talenty są przeciwstawna. Ja zajmuję się prawdą, a ona złudzeniem. Ja za dużo wiem, a ona wyobraża sobie za dużo, więc przymierza się z pomniejszymi talentami, wyobrażając sobie, że coś z tego będzie. – Potrząsnął głową – Naprawdę, szkoda. Król słabnie, nie ma żadnego Następcy, a wymaganie, żeby korona przechodziła tylko na pełnego Czarodzieja, może spowodować, że tron wpadnie jej w ręce... Nie każdy młody człowiek ma twoją prawość czy też lojalność wobec Xanth.

Dreszcz przeszedł Binka. Humphrey powiedział o ofercie Iris, o ich spotkaniu. Czarownik nie tylko odpowiadał na pytania za odpłatą, ale również wiedział o wszystkim, co się działo w Xanth. Ale jak się wydawało, nie wtrącał się. Tylko się przyglądał. Może zbierał informacje o tych, którzy wybierali się do niego, podczas gdy koń morski, drzwi i mantikora zatrzymywali ich, tak, że gdy już do niego dotarli, Humphrey był gotów. Może zachowywał informacje na wypadek, gdyby ktoś zapytał go – Jakie jest największe zagrożenie Xanth? A wtedy on mógłby otrzymać zapłatę za odpowiedź.

– Jeśli Król umrze, czy obejmiesz tron? – zapytał Bink.

– Sam mówiłeś, że powinien on zostać oddany potężnemu czarownikowi i dla dobra Xanthu...

– Pytanie to jest równie trudne jak to, z którym przyszedłeś – powiedział ze smutkiem Dobry Czarodziej. – Nie jestem całkiem wyzuty z patriotyzmu, ale z drugiej strony wyznaję zasadę nie ingerowania w naturalną kolej rzeczy. Koncepcja małpiej łapki nie jest pozbawiona sensu: magia ma swoją cenę. Przypuszczam, że gdyby naprawdę nie było innego wyjścia, przyjąłbym koronę, ale przedtem zrobiłbym wszystko, żeby znaleźć jakiegoś wybitnego Czarodzieja, który przyjąłby na siebie ten obowiązek. Obecne pokolenie nie wydało żadnych wybitnych jednostek, najwyższa pora, żeby ktoś taki się pojawił.

– Przyjrzał się Binkowi uważnie. – Wydaje się, że ty masz magię tego kalibru – tyle, że nie możemy jej wykorzystać, jeśli jej nie określimy. Dlatego wątpię, żebyś był następcą tronu.

Bink zaśmiał się z zakłopotaniem – Ja? Obrażasz tron.

– Nieprawda, niektóre twoje cechy stanowiłyby ozdobę tronu – gdybyś tylko miał określoną magię, którą mógłbyś kontrolować. Czarodziejka nawet sobie nie zdawała sprawy. jak dobrego dokonała wyboru. Ale wyraźnie jakaś kontrmagia powstrzymuje cię – chociaż nie sądzę, żeby osoba będąca źródłem tej magii mogła być dobrym Królem. Jest w tym coś niesłychanie tajemniczego.

Myśl, że mógłbym być potężnym Czarodziejem, zostać Królem i rządzić Xanth wydała się Binkowi kusząca. Ale odrzucił ją po chwili. Wiedział w głębi duszy, że nie posiada potrzebnych cech, mimo tego co mówił Humphrey. Nie była to wyłącznie kwestia magii, ale stylu i celów życiowych. Nie potrafiłby skazać kogoś na śmierć lub wygnanie, bez względu na to jak bardzo byłby usprawiedliwiony taki wyrok, ani też prowadzić wojska do bitwy, czy też spędzać całe dnie rozsądzając sprawy między poddanymi. Rychło przygniótłby go ciężar odpowiedzialności.

– Masz rację, nikt zdrowy na umyśle nie chciałby zostać Królem. Chcę tylko poślubić Sabrinę i ułożyć sobie życie.

– Bardzo jesteś rozsądny. Możesz u mnie przenocować, jutro wskażę ci drogę prosto do domu i zabezpieczę przeciwko niebezpieczeństwom.

– Odstraszacz na niklonogi? – zapytał Bink z nadzieją, przypominając sobie rowy, które przeskakiwała Chevie.

– Tak jest. Będziesz musiał się pilnować. Głupiec nie jest bezpieczny nawet na prostej drodze. Ale wystarczą dwa dni drogi piechotą.

Bink przenocował u Czarodzieja. W końcu polubił zamek i jego mieszkańców. Nawet mantikora okazała się całkiem sympatyczna, gdy mu Czarodziej na to pozwolił.

– Wcale bym cię nie zjadł, chociaż przyznaję, że miałem ochotę, kiedy dałeś mi kopniaka.... – powiedział Binkowi. – Moja praca polega na odstraszaniu tych przybyszy, którzy nie przychodzą w poważnej sprawie. Wcale nie jestem uwięziony. Pchnął kratę i otworzył wewnętrzną bramę. Mój rok służby już się kończy. Prawie tego żałuję.

– Z jakim pytaniem przyszedłeś? – zapytał. Bink, trochę nerwowo próbując ukryć chęć ucieczki. Na otwartej przestrzeni nie miał szansy w walce z mantikorą.

– Chciałem się dowiedzieć, czy mam duszę – oświadczył potwór z powagą.

Bink znów musiał się opanować. Rok służby za odpowiedź na pytanie z filozofii?

– I co ci powiedział?

– Że tylko ci, którzy mają duszę, są nimi zainteresowani.

– Ale – przecież nie musiałeś go pytać. Tracisz rok za nic.

– Nieprawda. Za wszystko. Jeśli posiadam duszę, to znaczy, że nigdy naprawdę nie umrę. Pozbędę się mojego ciała, ale odrodzę się, a jeśli nie, mój cień będzie się snuł, dopóki nie pospłacam swoich długów, albo pójdę na zawsze do nieba, albo do piekła. Moja przyszłość jest pewna. Nigdy nie przepadnę bez reszty. Nie ma ważniejszego pytania i odpowiedzi. Jednakże odpowiedź musi mieć właściwą formę. Zwyczajne: „tak” czy też „nie” nie usatysfakcjonowałoby mnie. Mogłaby to być kwestia przypadku lub nieprzemyślana opinia Czarodzieja. Szczegółowy traktat naukowy tylko by sprawę zaciemnił. Humphrey wyraził to tak, że sprawa jest oczywista. Nie mam już teraz żadnych wątpliwości.

Bink był poruszony. Z takiego punktu widzenia nie było to pozbawione sensu. Humphrey udzielił właściwej odpowiedzi. Był uczciwym czarodziejem. Pokazał mantikorze – a także i samemu Binkowi, pewien ważny aspekt w życiu Xanth. Jeśli wielorasowe potwory posiadają dusze i wszystko co jest z tym związane, to czy można traktować je jako źródło zła?

7.

Ścieżka była szeroka i wyraźna, bez żadnej przeciwnej magii. Jedna tylko rzecz zmroziła Binka: widok małych dziurek w pniach drzew i okolicznych skałach. Dziurek, które przechodziły na wylot z jednej strony na drugą. Tu były zwijki!

Uspokoił się. Zwijki przeszły już tędy dawno: oczywiście to zagrożenie zostało już zlikwidowane. Ale tam, gdzie się pojawiły, wiało grozą, bo te małe, latające robaczki magiczne przewiercały wszystko, co znalazło się na ich drodze, a człowiek lub zwierzę może się wykrwawić na śmierć, jeśli przedtem nie umrze od razu, mając dziurę w jakimś ważnym organie. Sama myśl o zwijkach przyprawiała Binka o dreszcze. Miał nadzieje, że nigdy się już one nie wylęgną w Xanth. Ale niestety nie było co do tego żadnej pewności. Nigdy nie można mieć pewności co do spraw związanych z magią.

Bink przyspieszył kroku na widok starych blizn po zwijkach. Po pół godziny doszedł do Rozpadliny, a tam rzeczywiście był Niemożliwy Most dokładnie tak, jak mu powiedział Czarodziej. Upewnił się co do jego istnienia, rzucając garść ziemi i obserwując, jak spada – wskazywało to, gdzie się znajduje jego początek. Gdyby Bink wiedział o tym, idąc w tamtą stronę... – ale to właśnie jest problem informacji. Jej brak powoduje ogromne komplikacje. Kto by przypuszczał, że jest tu niewidzialny most na drugą stronę przepaści?

Jednak droga okrężna nie była całkowitą stratą czasu. Wziął udział w przesłuchaniu na temat gwałtu, pomógł cieniowi, był świadkiem najfantastyczniejszych iluzji, uratował żołnierza i w ogóle dowiedział się dużo nowego na temat Xanth. Nie chciałby tego powtarzać, ale doświadczenia te pomogły mu dorosnąć.

Wszedł na most. Był tu tylko jeden chwyt, o którym ostrzegł Czarodziej – gdy się już raz weszło na most, nie można się cofnąć, inaczej most dematerializuje się, a wędrowiec wpada do przepaści. Była to jednokierunkowa rampa, istniejąca tylko przed nim. Szedł więc pewnie, chociaż pod jego stopami otwierała się przepaść. Tylko świadomość, że trzyma się na niewidocznej poręczy dodawała mu otuchy.

Zaryzykował spojrzenie w dół. Dno rozpadliny było tu szczególnie wąskie – wyglądała raczej jak szczelina, niż wąwóz. Smok z Wyrwy nie zmieściłby się w niej. Ale nie było tu widać żadnej drogi w dół stromego zbocza. Nawet jeśli upadek nie spowodowałby śmierci, to uczyniłby to głód i zimno. Chyba, że się udało przejść na drugą stronę w najwęższym miejscu na wschód lub zachód i znaleźć lepszą przeprawę – tam, gdzie go złapał smok.

Udało mu się przejść mostem. Wymagało to tylko wiedzy i, zaufania. Będąc już bezpiecznie na brzegu spojrzał za siebie. Po moście nie było śladu, nie było też widać żadnego doń dojścia. Bink nie zamierzał zresztą ryzykować ponowne przekraczania przepaści.

Napięcie spowodowało, że zachciało mu się pić. Zobaczył źródło obok ścieżki. Ścieżki? Przed chwilą nic tu nie było. Spojrzał za siebie w stronę przepaści, a ścieżka znikła. Acha, prowadziła ona od mostu, a nie w jego stronę. Podszedł do źródła. Miał wodę w manierce, ale była to woda ze Źródła Życia, którą wolał zachować na czarną godzinę.

Ze źródła wypłynął strumyczek, tworząc wijący się kanał i niknąc w przepaści. Wzdłuż kanału rosła masa niezwykłych roślin, które Bink widział pierwszy raz w życiu: krzaczki poziomek z orzeszkami bukowymi, zamiast owoców paproć zrzucające na ziemię liście. Dziwne, ale nie groźne. Bink rozejrzał się, czy nie ma tu jakichś drapieżników, a następnie położył się na brzegu, aby łatwiej sięgnąć do wody.

Gdy pochylał głowę usłyszał nad sobą melodyjny głos, który wydawał się mówić „pożałujesz ”.

Popatrzył w górę. Na drzewie siedziała ptakopodobna istota, prawdopodobnie odmiana harpii. Miała kobiece piersi i zwinięty ogon węża. Nic ciekawego, jak długo trzymała się od niego z dala.

Znowu pochylił głowę – i usłyszał szelest – nazbyt blisko. Poderwał się, dobył noża, zrobił kilka kroków i zobaczył coś niezwykłego pośród drzew. Dwa stworzenia walczące ze sobą: gryf i jednorożec. Jedno z nich było płci męskiej, drugie żeńskiej i – one nie walczyły – tylko...

Bink wycofał się w zakłopotaniu. Przecież to dwa odmienne gatunki. Jak oni mogą!

Zniesmaczony wrócił do źródła. Teraz dostrzegł tu wyraźnie ślady obu stworzeń. Jednorożec i gryf przyszły się tu napić prawdopodobnie jakąś godzinę temu. Może przeszły przez niewidzialny most, tak jak on i zobaczyły źródło, tak dogodnie ulokowane. Więc woda nie powinna być zatruta...

Nagle zrozumiał. To było źródło miłości. Ktokolwiek się z niego napił, zakochiwał się w pierwsze istocie jaką na drodze spotkał, no i...

Popatrzył w stronę gryfa i jednorożca. Wciąż byli zajęci sobą.

Bink odsunął się od źródła. Gdyby się zeń napił ... Zadrżał i całkiem przestało mu się chcieć pić.

– No napij się, napij się – zanuciła harpia.

Bink chwycił kamień i cisnął w nią. Zaskrzeczała i poleciała wyżej, śmiejąc się ochryple. Zrobiła kupę, prawie mu na głowę. Nie ma nic obrzydliwszego, nit harpia. No cóż, Dobry Czarodziej ostrzegł, że napotka niejakie problemy w drodze do domu. Źródło prawdopodobnie było jedną z rzeczy, które nie wydały się Humphrey’owi godne wzmianki. Gdy Bink znajdzie się znów na drodze, którą już raz przeszedł, to będzie wiedział jakie może napotkać niebezpieczeństwo, na przykład las pokoju. Jak ma się przedostać przez tę przeszkodę? Potrzebował do tego wroga jako współtowarzysza podróży, ale tu nie było nikogo.

Nagle wpadł na pomysł.

– Ty – ptasi móżdżku zawołał w stronę koron drzew. – Trzymaj się ode mnie z daleka, albo wypcham cię twoim własnym śmierdzącym ogonem.

Harpia odpowiedziała stekiem przekleństw. Co za język! Bink rzucił w nią znowu kamieniem. – Ostrzegam cię, trzymaj ode mnie z daleka! – zawołał.

– Pójdę z tobą i to do samej Tarczy – zaskrzeczała. Nigdy się mnie nie pozbędziesz.

Bink uśmiechnął się do siebie. Teraz już miał odpowiednie towarzystwo.

Poszedł dalej, uchylając się od czasu do czasu przed odchodami harpii, mając nadzieję, że jej złość dotrwa do sosen.

A potem – ale najpierw to.

Wkrótce doszedł do miejsca, gdzie ścieżka łączyła się z drogą, którą szedł idąc na południe. O dziwo, teraz widział ją patrząc w obie strony – zarówno na północ jak i na południe. Spojrzał za siebie, na ścieżkę, którą dopiero co przyszedł i zobaczył gęstą puszczę. Zrobił kilka kroków wstecz i znalazł się po kolana w samoświecących wrzoścach. Rośliny zaiskrzyły się i zagrodziły mu drogę i tylko dzięki niezwykłej uwadze udało mu się wyplątać z nich, unikając zadrapań. Harpia tak się z niego śmiała, że nieomal spadła z drzewa.

Po prostu nie było tu żadnej ścieżki w tym kierunku. Ale gdy odwrócił się we właściwą stronę znowu ją zobaczył. – Wiodła prosto przez wrzośce i łączyła się z głównym szlakiem. No nic, po co w ogóle sprawdzać takie rzeczy? Magia jest magią, kieruje się swoją własną logiką. Każdy to wiedział poza Binkiem czasami.

Wędrował cały dzień, przeszedł koło strumienia, którego woda zamieniała w rybę „napij się harpio”, ale ona znała ten czar i znów obrzuciła go stekiem przekleństw. Sosny pokoju „może się zdrzemniesz harpio”! i rów z niklonogami „mam tu coś dla ciebie do jedzenia, harpio”, ale tak naprawdę to użył odstraszacza, który dał mu Dobry Czarodziej i nawet nie zobaczył jednego niklonoga.

W końcu zatrzymał się na noc w chłopskiej chacie na terytorium centaurów. Harpia dala spokój pościgowi. Nie odważyła się zbliżyć w zasięg łuku. Gospodarzami jego były centaury w podeszłym wieku, łagodne i spragnione nowych wieści. Chciwie słuchały opowiadania Binka o tym, co przeżył po drugiej stronie przepaści i uznały, że wystarczy to jako zaplata za nocleg. Ich wnuczek, źrebak, mieszkał z nimi. Był to beztroski smarkacz, zaledwie dwudziestopięcioletni – tak jak Bink, tylko, że wynosiło to jedną czwartą wieku ludzi. Bink bawił się z nim i ku zachwytowi źrebaka pokazywał mu, jak się staje na rękach – sztuczkę, której centaury nie potrafi wykonać.

Następnego dnia poszedł dalej na północ, a harpia już się więcej nie pokazała. Co za ulga. Już raczej wolałby przejść koło lasu pokoju bez jej towarzystwa. Uszy go wciąż jaszcze bolały od jej wyzwisk. Przeszedł resztę terytorium centaurów nie spotykając nikogo. Pod wieczór dotarł do North Village.

– Ejże! Wrócił do nas Cud–Bez–Czaru! – zawołał Zink. Pod stopami Binka pojawiła się dziura, o którą się niechętnie potknął. Zink byłby świetnym towarzyszem wśród sosen. Bink ominął pozostałe dziury i poszedł w stronę swego domu. Był z powrotem. Tylko po co się tak spieszył?

Przesłuchanie odbyło się następnego dnia w otwartym teatrze. Rząd palm oddzielał scenę od Widowni. Wystające, pokręcone korzenie ogromnego cyprysu służyły jako ławki. Cztery wielkie miodowe klony stanowiły zaplecze. Binkowi zawsze podobało się to miejsce, ale dziś czuł się tu źle. Było to teraz miejsce gdzie go będą sądzić.

Król przewodniczył – była to jedna z jego królewskich funkcji. Założył sobie przybrane klejnotami szaty królewskie i swoją piękną złotą koronę: w ręku trzymał ozdobne berło – symbol władzy monarszej. Gdy zabrzmiała fanfara, wszyscy oddali mu pokłon. Bink odczuł dreszcz podziwu dla królewskiego majestatu.

Król miał bujną białą grzywę i długą brodę, ale jego oczy błądziły bez celu. Od czasu do czasu sługa poszturchiwał go lekko, żeby nie zasnął i żeby nie zaniedbał etykiety.

Najpierw król odcelebrował swoją magię, wywołując burze. Uniósł wysoko swoje drżące dłonie i wymamrotał zaklęcie. Na początku nie było nic, a potem, gdy już się wydawało, że magia zawiodła całkowicie, nikły powiew wiatru przeszedł przez polanę, poruszając kilka zwiędłych liści.

Nikt nic nie powiedział, ale widać było, że ten przejaw magii mógł być tylko dziełem przypadku. A już na pewno daleko mu było do burzy. Kilka obowiązkowych dam otworzyło parasolki, a mistrz ceremonii szybko przeszedł do spraw bieżących.

Rodzice Binka, Bianka i Roland siedzieli w pierwszym rzędzie razem z Sabriną, również piękną, jak ją pamiętał. Roland spojrzał na Binka i skinął głową, żeby mu dodać otuchy, Bianka miała łzy w oczach, ale Sabrina nie patrzyła nań. Niepokoili się o niego. I chyba mieli rację.

– Jaki możesz przedstawić talent, aby zasłużyć na prawa obywatelskie? – zapytał Binka mistrz ceremonii. Był to Munly, przyjaciel Rolanda: Bink wiedział, że zrobi wszystko, aby mu pomóc, ale musi dopełnić formalności.

Teraz wszystko zależało od niego.

– Nie mogę, nie mogę tego pokazać – przyznał niechętnie. – Ale mam zaświadczenie od Dobrego Czarodzieja Humphreya, że posiadam magię. Drżącą ręką podał zaświadczenie.

Mistrz ceremonii wziął je, spojrzał na nie, i podał je Królowi.

Król zamrużył oczy, ale przesuwające się starcze łzy uniemożliwiały mu przeczytanie czegokolwiek.

– Jak Wasza Wysokość sam widzi – wyszeptał dyskretnie Munly – jest to list od Czarodzieja Humphreya, noszący jego magiczny znak. – Był to rysunek płetwiastego stworzenia, balansującego piłką na nosie. – Mówi on, że obecna tu osoba posiada nieokreślony talent magiczny.

W pozbawionych wyrazu oczach Króla zabłysło coś jakby ogień.

– To się nie liczy – wymamrotał. – Humphrey nie jest Królem. Ja nim jestem! Upuścił dokument na ziemię.

– Ależ – zaprotestował Bink.

Mistrz ceremonii rzucił mu ostrzegawcze spojrzenie i Bink zrozumiał, że nie ma szans. Król był idiotycznie zazdrosny o Czarodzieja Humphrey’a, którego moc była nadal znaczna i nie miał zamiaru uwzględniać jego zaświadczenia. Poza tym, ze względu na to, jakie były jego pobudki, Król wypowiedział już swoje zdanie. Spieranie się z nim mogło tylko pogorszyć sprawę.

Przyszedł mu jednak do głowy pewien pomysł.

– Mam dla Króla dar – powiedział Bink. – Wodę z leczniczego Źródła. Munlymu zabłysły oczy.

– Masz magiczną wodę? – Chętnie widziałby Króla w pełni sił.

– W manierce – odrzekł Bink. – Zachowałem ją. O popatrz przywróciła odcięty palec. Podniósł lewą rękę. – Wyleczyła mnie też z kataru i pomogła innym osobom. Leczy wszystko, natychmiast. Postanowił pominąć związane z nią zobowiązania.

Talent Munlyego polegał na przenoszeniu niewielkich przedmiotów.

– Za pozwoleniem...

– Zgadzam się – powiedział szybko Bink.

Manierka pojawiła się w ręku Munlyego. Munly ponownie podszedł do Króla.

– Bink przyniósł dla Waszej Wysokości. – Król wziął manierkę.

– Magiczną wodę? – zapytał. Wydawał się nie rozumieć o co chodzi.

– Leczy wszystkie schorzenia, – zapewnił Munly.

Król przyjrzał się manierce. Jeden łyk i byłby w stanie przeczytać zaświadczenie Humphrey’a, wywołać przyzwoite burze i dokonać sensownych ocen. To mogłoby zmienić tok przesłuchania Binka.

– Sugerujesz, że jestem chory? – zapytał Król. – Nie potrzebuję leczenia. Jestem taki sam zdrów, jak zawsze. I odwrócił manierkę do góry dnem, wylewając jej bezcenną zawartość.

Binkowi wydawało się, że to wylewa się jego własna krew, a nie woda... Jego ostatnia szansa przepadła przez tego, kogo chciał wyratować ze starczego odrętwienia. Na dodatek nie miał już teraz leczniczej wody na swoje własne potrzeby: nie miałby się czym ponownie leczyć.

Czyżby była to zemsta Źródła Życia za nieprzestrzeganie jego praw? Skusić go wizją zwycięstwa, a potem zwieść w ostatniej chwili? Wszystko jedno. Był zgubiony.

Munly też sobie z tego zdawał sprawę. Podniósł manierkę, która znikła z jego rąk, aby znaleźć się w domu Binka.

– Przepraszam – szepnął. A potem powiedział głośno. – Zademonstruj swój talent.

Bink podjął próbę. Skoncentrował się, usiłując zmusić swą magię, jakakolwiek by była, do przełamania wrogiego zaklęcia i ujawnienia się. Ale nic się nie stało.

Usłyszał szloch. Sabrina? Nie to była jego matka, Bianka. Roland siedział z kamienną twarzą, zachowując panowanie nad sobą, jak to mu nakazywał jego kodeks honorowy. Sabrina nadal nie chciała nań spojrzeć. Byli jednak tacy, którzy patrzyli na niego: Zink, Jama i Potipher uśmiechali się. Teraz mieli już podstawę do odczuwania wyższości nad nim – żaden z nich nie był Cudem–Bez–Czaru.

– Nie potrafię – szepnął Bink. I to był koniec.

Znowu wędrował. Tym razem na zachód w stronę przesmyku. Miał nowy kostur, toporek i nóż, a jego manierka została napełniona zwykłą wodą. Bianka zrobiła mu pyszne kanapki, zraszając je szczodrze łzami. Nie dostał nic od Sabriny; nie widział się z nią od chwili, gdy w jego sprawie podjęto decyzje. Prawo Xanth nie pozwalało wygnanemu zabrać nic więcej, niż mógł unieść, ani nic wartościowego, aby nie wzbudzać niepożądanego zainteresowania Mundańczyków. Chociaż Tarcza chroniła Xanth, nadmiar ostrożności nigdy nie zawadzi.

Życie Binka było w zasadzie skończone. Musiał porzucić wszystko, co znał. Był teraz sierotą. Nigdy nie zazna cudów magii. Będzie na zawsze jak gdyby przykuty do ziemi, do nie–ciekawego życia w Mundanii.

A może trzeba było przyjąć ofertę Czarodziejki Iris? Przynajmniej pozostałby w Xanth. Gdyby był wiedział... Nie postąpiłby inaczej. Dobro zawsze jest dobrem, a zło złem.

Co najdziwniejsze, nie czuł wcale przygnębienia. Utracił obywatelstwo, rodzinę, narzeczoną i miał przed sobą wielką niewiadomą Drugiej Strony – jednak jego krok był donkichotycznie sprężysty. Czy była to reakcja, która podtrzymywała go na duchu i powstrzymywaną przed samobójstwem – czy też po prostu odczuwał ulgę, że decyzja została już podjęta? Był nieudacznikiem spośród swoich magicznych rodaków – teraz znajdzie się wśród sobie podobnych.

Nie, to nie było to. Miał magię. Nie był nieudacznikiem. Miał silną magię na miarę Czarodzieja. Humphrey tak powiedział, a Bink mu wierzył. Nie umiał tylko jej użyć. Tak jak ktoś, kto potrafi zrobić kolorową plamę na ścianie, tylko, że nie ma ściany. Dlaczego był magicznie niemową – nie wiedział, ale oznaczało to, że on miał rację, a Król jej nie miał. Ci, którzy poparli Króla, powinni trzymać się z daleka od Binka.

Nie, też nie o to chodzi. Jego rodzice nie chcieli łamać praw Xanth. Byli uczciwymi ludźmi i Bink podzielał wartości, które wyznawali. Odmówił kompromisu, do jakiego go chciała namówić Czarodziejka. Roland i Bianka nie mogli mu pomóc, idąc z nim na wygnania, na które nie zasłużyli, ani ułatwiając mu pozostanie w Xanth, łamiąc prawo. Zrobili to, co uważali za słuszne, poświęcając swoje uczucia, i Bink był z nich dumny. Wiedział, że go kochali, ale nie utrudniali mu odejścia. To była część jego ukrytej radości.

A Sabrina? Co z nią? Także nie chciała oszukiwać. Jednak zdawało mu się, że brakowało jej przywiązania do zasad, jakie mieli jego rodzice. Złamałaby prawo, gdyby miała do tego wystarczający powód. Była spokojna, bo los Binka nie obchodził jej zbytnio. Nie kochała go aż tak bardzo. Kochała go dla jego magii, którą – jak była przeświadczona – posiadał, jako syn magicznie utalentowanych rodziców. Utrata tego potencjalnego talentu zniszczyła jej miłość. Wcale nie zależało jej na samym Binku.

Jego miłość do niej okazała się równie płytka. Sabrina była bez wątpienia piękna, ale nie miała na tyle osobowości, co na przykład Dee. Dee odeszła, bo ją obrażono i wytrwała przy swojej decyzji. Sabrina zrobiłaby to samo, ale z innego powodu. Dee nie udawała, była naprawdę zła. Sabrina była sztuczna – więcej pozorów, niż uczuć – bo była mniej zdolna do ich odczuwania. Bardziej dbała o złudzenia, niż o rzeczywistość.

To z kolei przypominało mu czarodziejkę Iris – królową iluzji. Co za charakterek! Bink szanował ludzi z charakterem, pozwalał on dostrzec chociaż prawdę. Ale Iris była gwałtowna. Ta scena zniszczenia pałacu, w której nie zabrakło nawet burzy i smoka.

Nawet i głupia jak–jej–tam ta ślicznotka z przesłuchania Wynne – też czuła. Miał nadzieję, że uda mu się umożliwić jej ucieczkę przed smokiem. Ona też była szczera. Sabrina zaś zawsze była świetną aktorką i Bink nie mógł nigdy być pewien jej uczuć. Była obrazkiem zakodowanym w jego pamięci, żeby móc na nią popatrzeć. Ale tak naprawdę, to wcale nie chciał się z nią żenić.

Dopiero dzięki wygnaniu zrozumiał sam siebie. Sabrinie brakowało wszystkiego, czego naprawdę pragnął. Była piękna, i to mu się podobało – miała osobowość, ale to nie jest to samo co charakter – i atrakcyjną magię. Wszystko to było dobre, więc Binkowi wydawało się, że ją pokochał. Ale kiedy przyszły trudne chwile, Sabrina nie chciał nań spojrzeć. Sprawa była jasna. Żołnierz Crombie miał racje: Bink byłby głupcem, gdyby poślubił Sabrinę.

Bink uśmiechnął się. Jak odnieśliby się do siebie Crombie i Sabrina? Skrajnie wymagający i podejrzliwy mężczyzna i skrajnie oszukańcza i zmienna kobieta? Czy wrodzona dzikość żołnierza stanowiłaby wyzwanie dla jej zdolności przystosowania? Czy udałoby im się w końcu stworzyć trwały związek? Miał wrażenie, że w zasadzie tak. Albo by się burzliwie i natychmiast rozstali, albo równie spektakularnie związaliby się ze sobą na dobre i na złe. Szkoda, że się nigdy nie spotkają i on nigdy nie będzie mógł tego obserwować.

Wszystko czego dowiedział się w Xanth, przesuwało mu się gładko przed oczami, teraz, gdy należało to już do przeszłości. Po raz pierwszy w życiu Bink był wolny. Nie potrzebował już magii. Nie potrzebował już miłości. Nie potrzebował już Xanth.

Jego bezmyślnie błądzący wzrok napotkał maleńką ciemna plamkę na drzewie. Zadrżał nagle. Czyżby dziura po zwijce? Nie, tylko przebarwienie kory. Odczuł ulgę i zdał sobie sprawę, że sam siebie oszukuje, w każdym razie w tej sprawie. Jeśliby na prawdę nie potrzebował Xanth, to nie troszczyłby się o zwijki. Potrzebował Xanth. To była jego młodość. Ale nie mógł go mieć.

Dotarł w końcu do posterunku obsługi Tarczy i jego niepewność wzrosła, gdy już przekroczy Tarczę, Xanth i jego sprawy zostaną na zawsze poza nim.

Czego tu szukasz? – zapytał go strażnik. Był to wysoki tęgi młodzian o wyblakłej twarzy. Stanowił on jednak zasadniczą część magii, która tworzyła barierę chroniącą Xanth przed penetracją z zewnętrz. Żadna żywa istota nie mogła przekroczyć Tarczy z żadnej ze stron – ale skoro mieszkańcy Xanth nie chcieli go opuszczać Tarcza w zasadzie służyła do zatrzymywania intruzów z Mundanii.

Dotknięcie Tarczy oznaczało śmierć – natychmiastową, bezbolesną i ostateczną. Bink nie znał zasady na jakiej działała Tarcza, ale nie wiedział także jak działała magia. Była po prostu.

– Zostałem skazany na wygnanie – powiedział Bink. – Musisz mnie przepuścić przez Tarczę. – Nie zamierzał oszukiwać – oddali się tak, jak mu nakazano. Próbowałby uniknąć wygnania, ale nie miało to szans. Jeden z mieszkańców wioski posiadał talent, polegający na lokalizowaniu jednostek, a teraz był nastawiony na Binka. Od razu by wiedział, że Bink pozostał tego dnia po tej stronie Tarczy.

Młodzian westchnął.

– Musisz przychodzić w czasie mojej zmiany? Wiesz, jak trudno jest zrobić otwór wielkości człowieka i nie rozwalić całej Tarczy?

– Nic nie wiem o Tarczy – przyznał Bink. Ale zostałem wygnany przez Króla, więc ...

– No, niech ci będzie. To słuchaj, nie mogę cię odprowadzić do Tarczy; muszę zostać tu, na posterunku. Ale mogę wypowiedzieć zaklęcie otwierające, które zneutralizuje wycinek na pięć sekund. Masz tam być i wyjść zgodnie z planem, bo jeśli Tarcza się zamknie na tobie to zginiesz.

Bink przełknął głośno ślinę. Tyle się zastanawiał nad śmiercią i wygnaniem, ale teraz, w momencie prawdy, chciał żyć.

– Wiem.

– Dobra. Magiczny kamień nie dba o to, kto umiera. – Poklepał znacząco głaz, o który się opierał.

– To ten obskurny kamień?

– Kamień Tarczy? Pewnie. Czarodziej Ebnes umieścił go tu prawie sto lat temu i nastawił go tak, żeby tworzył Tarczę. Bez niego ciągle groziłaby nam inwazja z Mundanii. Bink słyszał już niegdyś o Czarodzieju Ebnezie, jednej z wybitnych postaci historycznych. Ebnez był przodkiem Binka. Potrafił magicznie przekształcać przedmioty. W jego ręku młotek zamieniał się w młot kowalski, a kawałek drewna stawał się fragmentem futryny okiennej. Wszystko co istniało, stawało się tym, czego potrzebował – do pewnych granic.

Nie potrafił na przykład zamienić jedzenia w powietrze, ani też zrobić ubrania z wody. Ale potrafił zrobić zadziwiająco wiele. Tak więc przekształcił silny Kamień Śmierci w Kamień Tarczy, który zabijał w określonej odległości, a nie bezpośredniej bliskości i w ten sposób uratował Xanth. To było osiągnięcie!

– No dobra – rzekł młodzian. – Tu nasz kamień – stopę. – Uderzył nim o większy głaz i kamień pękł na dwie części, które natychmiast zmieniły kolor z czerwonego na biały. Podał jeden z kawałków Binkowi. – Kiedy zmienię kolor na czerwony, przechodź. Są zsynchronizowane. Przejście będzie na wprost dużego buka – tylko przez pięć sekund. Bądź więc gotowy i ruszaj – na czerwony sygnał.

– Ruszać na czerwone – powtórzył Bink.

– Tak. A teraz ruszaj. Kamienie – stopery czasem bardzo prędko zmieniają kolor. Ja będę obserwował swój tak, żeby dobrze wycelować zaklęcie – ty obserwuj swój.

Bink ruszył. Pobiegł ścieżką na zachód. Zazwyczaj przełamany kamień – stoper zmieniał kolor w ciągu około pół godziny, ale zależało to od gatunku kamienia, temperatury i innych niezbędnych czynników. Może zależało to od kawałka wyjściowego, bo dwa fragmenty zmieniały kolor zawsze równocześnie, nawet jeśli jeden był w słońcu, a drugi zakopany w piwnicy. Ale czy można szukać logiki w magii? To, co, jest, jest.

Ale nie dla niego – nigdy więcej. Nic z tego nie miało znaczenia w Mundanii.

Zemdliło go na widok Tarczy, a raczej widoków skutku jej działania. Sama Tarcza była bowiem niewidzialna, ale było widać linię przez martwe rośliny w miejscu, gdzie dotykała ziemi i ciała zwierząt, które były na tyle nierozsądne, że próbowały przekroczyć linię. Czasem spłoszona sarna, lub inne zwierzę przeskakiwały na drugą stronę, bezpieczną stronę i udawało im się to, tyle, że lądowały już martwe. Tarcza była tak cienka, że aż niewidoczna, ale działała niezawodnie.

Czasami wpadały na nią stworzenia z Mundanii. Specjalny oddział codziennie obchodził linię po stronie Xanth, szukając zwłok i wyciągając je z zasięgu Tarczy, w przypadku gdy leżały na linii i urządzając im przyzwoity pogrzeb. Można było dotykać przedmiotów leżących na linii, o ile się jej samej nie dotykało. Było to jednak niemiłe zadanie, czasami wyznaczane jako kara. Nigdy też nie znaleziono żadnego Mundańczyka, chociaż zawsze istniała taka obawa, komplikacje bowiem byłyby ogromne.

Bink ujrzał przed sobą klon. Jedna z gałęzi sięgała do Tarczy – jej czubek był usunięty. Wiatr ją musiał przechylić. Pomogło to Binkowi ustalić miejsce, w który ma przekroczyć Tarczę.

Czuć było zapach linii śmierci. Był to prawdopodobnie odór małych gnijących stworzonek – robaków w ziemi, owadów przelatujących przez Tarczę, gnijących tam, gdzie spadły. Była to strefa śmierci. .

Bink spojrzał na kamień, który trzymał w ręku i aż się zachłysnął. Kamień był czerwony!

Czy zmienił kolor dopiero przed chwilą, czy było już za późno? Jego życie zależało od odpowiedzi na to pytanie.

Bink rzucił się w stronę Tarczy. Wiedział, że jedynym rozsądnym wyjściem byłoby wrócić teraz do strażnika Tarczy i wyjaśnić, dlaczego się wycofał – ale wolał już z tym skończyć. Może właśnie zmiana koloru przyciągnęła jego uwagę, i takim wypadku miał jeszcze czas. Wybrał więc nierozsądne wyjście i pobiegł.

Sekunda. Dwie. Trzy. Lepiej, żeby miał całe pięć, bo jeszcze nie dotarł na miejsce. Tarcza wydawała się być blisko, ale stracił czas na podjęcie pozornie natychmiastowej decyzji i na nabranie rozpędu. Minął buk, jak gdyby goniła śmierć – a może nawet dosłownie – biegnąc tak szybko, że nie mógł się zatrzymać. Cztery sekundy – przekraczał linię śmierci. Jeśli Tarcza zamknie się na jego nodze, to czy zginie, czy straci nogę? Pięć – poczuł łaskotanie. Sześć – nie, czas już minął, nie ma co liczyć, można zacząć oddychać.

Przeszedł! – żył.

Poturlał się po ziemi, wzniecając zaschłe liście i drobne kości. Oczywiście, że żył! Inaczej by się o to nie troszczył. Tak, jak matikora o swoją duszę: gdyby jej nie miał, to by się o nią nie martwił...

Bink usiadł, wytrząsając z włosów coś nieżywego. Więc udało mu się. To łaskotanie, które poczuł, to musiała być Tarcza, wyłączona, skoro, go nie zraniła.

Teraz już było po wszystkim. Był wyzwolony na zawsze z Xanth. Może dowolnie kształtować swoje życie i nie będzie wyśmiewany, rozpieszczany, ani kuszony. Może być sobą.

Bink ukrył twarz w dłoniach i zapłakał.

8.

Po jakimś czasie podniósł się i wyruszył przed siebie, naprzeciw strasznemu światu Mundańczyków. Co prawda, niewiele się on różnił; drzewa były podobne, skały niezmienione, a brzeg oceanu, wzdłuż którego wędrował, wyglądał jak brzeg oceanu. Jednak przejęła go tęsknota. Jego poprzednia euforia była skrajnością, dostarczające mu fałszywej werwy. Lepiej by było, gdyby zginał, przekraczając Tarczę.

Może zawsze wrócić. Po prostu przejść przez linię. Śmierć będzie bezbolesna, i mógłby zostać pogrzebany w Xanth. Czy inni wygnańcy właśnie tak postępowali?

Pomysł wydał mu się odpychający. Na tyle już siebie poznał. Kochał Xanth i już w tej chwili za nim tęsknił – ale nie chciał umierać. Będzie się musiał po prostu dostosować do Mundańczyków. Inni przed nim na pewno tak postąpili. Może nawet znajdzie tam szczęście.

Przesmyk był górzysty. Bink, aż się spocił wchodząc na stromą przełęcz. Czy był to odpowiednik Rozpadliny – stromy łańcuch górski, wznoszący się równie wysoko. Jak głęboko otwierała się przepaść? Czy nad jego zboczami panował smok górski? Nie w Mundanii. Ale może takie ukształtowanie terenu miało coś wspólnego z magią? Jeśli cechy magiczne spływały w dół, koncentrując się w głębiach Ziemi... bez sensu. Większość zostałaby zmyta do oceanu i rozpuściłaby się w nim.

Bink po raz pierwszy zastanawiał się. Jaka naprawdę była Mundania. Czy rzeczywiście można przetrwać bez magii?

Nie byłoby to nawet w połowie tak przyjemne, jak życie w Xanth, ale brak czarów stanowił ciekawy problem do rozwiązania. Na pewno są tam jakieś dogodne miejsca. Ludzie nie powinni być źli. W końcu wszyscy jego przodkowie przybyli z Mundanii. Wszystko wskazywało na to, że język i wiele obyczajów było wspólnych.

Dźwignął się przez krawędź przepaści, zbierając w soli wszystkie siły – i nagle spostrzegł, że jest otoczony. Zasadzka!

Bink odwrócił się, aby uciec. Może uda mu się zwieść ich tak, aby wpadli na tarczę i pozbyć się ich w łatwy sposób, choć wcale nie chciał być odpowiedzialny za ich śmierć. Ale jednak powinien przynajmniej spróbować im uciec.

Lecz gdy się obracał, jego ciało zareagowało wolniej, niż myśli i zobaczył, że za nim też stoi człowiek, blokując mieczem drogę.

Rozsądniej byłoby się poddać. Było ich więcej i Bink został otoczony, a oni mogli wbić mu strzałę w plecy, gdyby chcieli go zabić od razu. Jeśli chcieli go obrabować, niewiele tracił.

Ale rozsądne zachowanie nie było nigdy nocnym punktem Binka. Nie w chwili stresu, czy zaskoczenia. Zastanawiając się po fakcie Bink potrafił myśleć bardzo rozsądnie i inteligentnie, lecz w podobnych do obecnego momentach, nie bardzo potrafił to wykorzystać. Gdyby tak miał talent swojej matki – tylko potężniejszy, mógłby cofnąć czas o parę godzin i odegrać tę sytuację w dogodniejszy dla siebie sposób.

Bink zaatakował człowieka z mieczem, parując kosturem jego cios, ale ktoś uderzył go z tyłu, zanim zrobił dwa kroki.

Bink upadł twarzą na ziemię i łyknął sporą porcję piasku. Walczył jednak dalej, starając się odwrócić i chwycić człowieka, który go przytrzymywał.

Wtedy wszyscy ono rzucili się nań i przytrzymali go. Bink nie miał już szans. Po chwili był już związany i zakneblowany.

Jeden z nich zbliżył swoją prostacką twarz do oczu Binka, podczas gdy dwaj inni trzymali go w pozycji pionowej. – Zapamiętaj sobie, przybyszu z Xanth, że jeśli będziesz próbował na nas jakichś sztuczek magicznych, to damy ci po głowie i będziemy cię nieść.

Nie wiedzieli, że Bink nie posiada magii, a gdyby nawet i posiadał, to nie byłaby skuteczna tu, poza Tarczą. Ale on kiwnął głową na znak, że zrozumiał. Może go będą lepiej traktowali, jeśli będą myśleć, że jest w stanie odpłacić im pięknym za nadobne.

Poprowadzili go na drugą stronę przepaści do obozu wojskowego na stałym lądzie za przesmykiem.

Co robiło tu wojsko! Jeśli mieli zamiar napaść na Xanth, to nie mogli liczyć na sukces. Tarcza może zabić 1000 ludzi równie łatwo, jak jednego.

Przyprowadzili go do głównego namiotu. Tu za zasłoną siedział przystojny, czterdziestoletni mężczyzna, noszący jakiś mundański mundur w kolorze zielonym, z mieczem u pasa. Miał schludny wąs i nosił oznakę przywódcy.

– Oto szpieg, generale – zameldował z szacunkiem sierżant.

Generał przyjrzał się Binkowi, mierząc go od stóp do głów. W tym chłodnym badaniu wyczuwało się niepokojącą inteligencję. To nie był żaden bandyta.

– Puśćcie go – powiedział półgłosem. – Przecież widzicie, że jest bezbronny.

– Tak jest – powiedział z uszanowaniem sierżant. Rozwiązał Binka i wyjął mu knebel z ust.

– Możecie odejść – rozkazał generał i żołnierze zniknęli bez słowa. Byli bardzo zdyscyplinowani.

Bink potarł przeguby rąk starając się je rozmasować, nie rozumiejąc pewności siebie Generała. Był on dobrze zbudowany, ale nie wysoki. Bink był młodszy i wyższy – na pewno silniejszy. Gdyby zadziałał dostatecznie szybko, mógłby uciec.

Bink sprężył się, gotów rzucić się na Generała i znokautować go. Nagle w ręku Generała pojawił się miecz, wycelowany w stronę Binka. Była to chwila. Broń skoczyła mu do ręki, jak gdyby dzięki magii, chociaż w rzeczywistości Generał nie uciekał się do czarów.

– Nie radzę – młody człowieku – oświadczył mężczyzna takim tonem, jak gdyby ostrzegał go, żeby nie nadepnął na bolec. Bink zatoczył się, próbując odzyskać równowagę, a równocześnie nie nadział się na miecz. Nie powiodło mu się. Ale gdy jego tors prawie zetknął się z ostrzem, miecz cofnął się, wracając do pochwy. Generał nagle wstał, chwycił Binka za łokcie i wyprostował go. W ruchach jego było tyle precyzji i siły, że chłopak dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo go nie doceniał. Nie miał szans na pokonanie go, z mieczem, czy bez miecza.

– Siadaj, powiedział łagodnie Generał.

Pokonany Bink niezręcznie podszedł do drewnianego krzesła i usiadł. Zdał sobie teraz sprawę, że ma brudną twarz i ręce, a jego ubranie jest w całkowitym nieładzie, znakomicie kontrastując z niepokalaną czystością stroju gospodarza.

– Imię.

– Bink. – Nie podał nazwy wioski, skoro już do niej nie należał. Jaki był sens zadawać mu takie pytanie? Był nikim, bez względu na to jak się nazywał.

– A ja jestem Czarodziej Trent. Może o mnie słyszałeś?

Znaczenie tych słów nie od razu dotarło do Binka. Potem nie chciał uwierzyć. – Trent odszedł. Był ...

– Wygnany dwadzieścia lat temu. Dokładnie.

– Ale Trent był ...

– Brzydki? Potwór? Czarownik uśmiechnął się nie przejawiając żadnej z tych cech. – Co teraz o mnie opowiadają Xanth.

Bink przypomniał sobie drzewo Justyna. Ryby w strumieniu zamienione w świetliki i prześladujące wszystkie centaury. Przeciwników zamienionych w formy żyjące w wodzie i pozostawionych na śmierć na lądzie.

– Byłeś żądnym władzy zaklinaczem, uzurpującym sobie prawo do tronu Xanthu ... kiedy jeszcze byłem mały. Zły człowiek, którego zło do dziś jeszcze istnieje.

Trent pokiwał głowa.

– Jest to całkiem niezła opinia jak na niepokonanego polityka. Miałem prawie tyle lat co ty, kiedy mnie wygnano. Może nasze przypadki są podobne.

– Nie. Nigdy nikogo nie zabiłem.

– O to mnie też oskarżają? Wielu przekształciłem, ale robiłem to zamiast zabijania. Nie muszę zabijać, skoro mogę obezwładnić każdego wroga innymi środkami.

– Ale ryby na lądzie zginęły!

– Ach, więc tak mówią? To by rzeczywiście było morderstwo. Zamieniałem wrogów w ryby, ale zawsze w wodzie. Na lądzie stosowałem tylko formy lądowe. Możliwe, że niektórzy potem zginęli, ale tylko z powodu drapieżników, co jest naturalną, koleją rzeczy.

– Nieważne. Nadużyłeś swojej magii. Ja nie jestem taki, jak ty. Ja nie mam wcale magii.

Jasne brwi uniosły się znacząco do góry.

– Nie masz magii? Każdy w Xanth ma magię.

– Bo skazują na wygnanie każdego, kto jej nie ma – powiedział z goryczą Bink.

Trent uśmiechnął się w niespodziewanie czarujący sposób.

– Jednak nasze interesy mogą być zbieżne Bink. Czy chcesz powrócić ze mną do Xanth?

Przez chwilę w piersi Binka zapłonęła dzika nadzieja. Wrócić! Ale natychmiast się jej pozbył.

– Nie ma powodu.

– Nie twierdziłbym tak. Dla każdej magii istnieje kontrmagia. Trzeba ją tylko umieć przywołać. Widzisz, opracowałem kontrmagię dla tarczy.

Bink ponownie musiał się zastanowić przez chwilę.

– Gdyby to była prawda, już byś dawno wkroczył do Xanth!

– Są jednak pewne problemy z jej zastosowaniem. Widzisz, mam eliksir wydestylowany z roślin, która rośnie na samej krawędzi strefy magicznej. Rozumiesz, magia rozciąga się trochę poza Tarczę. W przeciwny razie Tarcza nie mogłaby działać, bo sama jest magiczna i jest nieskuteczna poza obszarem magii. Ta roślina, zasadniczo wywodząca się z Mundanii rywalizuje tutaj z magicznymi roślinami z Xanth. Z magią trudno jest walczyć, więc w drodze ewolucji rozwinęła w sobie pewną specyficzną własność zagłuszania magii. Rozumiesz, co to znaczy?

– Zagłusza magię? Może właśnie to mi się przydarzyło?

Trent przyjrzał mu się z niepokojącym wyrachowaniem.

– Więc jednak czujesz się pokrzywdzony przez obecną administrację? Jednak coś mamy ze sobą wspólnego.

Bink nie chciał mieć nic wspólnego ze Złym Czarodziejem, ze względu na jego siłę przekonywania. Wiedział, że zło może przybierać różne postacie, jakżeby inaczej mogło tak długo przetrwać na świecie.

– Do czego zmierzasz?

– Tarcza jest magiczna. Zatem eliksir powinien ją eliminować. Ale nie działa ona, bo nie dociera do źródła. Trzeba dotrzeć do samego kamienia Tarczy. Niestety, nie wiemy dokładnie, gdzie on się znajduje, a nie mamy dosyć eliksiru, żeby pokryć cały Xanth, albo nawet niewielki jego fragment..

– Wszystko jedno – powiedział Bink. – Nawet wiedząc, gdzie jest kamień Tarczy, nie będziesz go mógł dosięgnąć.

– Ależ będę. Widzisz, mamy katapultę wystarczająco potężną, by móc rzucić bombę z eliksirem w dowolnie wybranym kierunku. Jest na statku, który może objechać Xanth dookoła. Tak więc moglibyśmy z łatwością zrzucić pojemnik z eliksirem na kamień Tarczy, gdybyśmy tylko mieli dokładny namiar.

Teraz Bink rozumiał już.

– I Tarcza zniknie!

– Tak. A wtedy moja armia wkroczy do Xanthu. Oczywiście magia zostałaby zagłuszona tylko na pewien czas, bo eliksir szybko traci swoją diribate – ale 10 minut wystarczy, aby większa część mojej armii przedostała się przez linię. Armia została przećwiczona w szybkich manewrach blisko zasięgu. A potem to już tylko kwestia czasu i tron będzie mój.

– Chcesz przywrócić czasy podboju i gwałtu – powiedział Bink ze zgrozą. Trzynasty Najazd gorszy niż pozostałe.

– Ależ skąd. Moje wojsko jest zdyscyplinowane. Użyjemy siły tylko o tyle, o ile będzie to konieczne. Sama moja magia prawdopodobnie unicestwi wszystkie próby oporu, więc nie będzie potrzeby uciekać się do przemocy. Nie chcę zniszczyć królestwa, którym nam rządzić.

– Więc wcale się nie zmieniłeś – powiedział Bink. – Nadal pragniesz władzy, która ci się nie należy.

– Ależ, zmieniłem się, – zapewnił go Trent. – Jestem już mniej naiwny, lepiej wykształcony i bardziej wyrafinowany. Mundańczycy mają doskonały system oświaty, szeroki pogląd na świat i są bezwzględnymi politykami. Teraz na pewno właściwie ocenię determinację opozycji i nie dam się głupio zaskoczyć. Z pewnością będę lepszym królem, niż byłbym dwadzieścia lat temu.

– Na mnie nie licz!

– Ależ muszę na ciebie liczyć. Ty wiesz, gdzie znajduje się kamień Tarczy. – Zły Czarodziej popatrzył na Binka przekonywująco. Strzał musi być celny; mamy tylko jedną czwartą funta eliksiru, po dwóch latach pracy. Prawie całkowicie ogołociliśmy teren graniczny z tej rośliny. Nasz zapas jest nie do zastąpienia. Nie ośmieliłbym się zgadywać, gdzie jest kamień Tarczy. Potrzebujemy dokładnej mapy – mapy, którą ty możesz nam narysować.

A więc o to chodzi. Trent rozstawił posterunki, których zadaniem było schwytać każdego, kto wychodzi z Xanth, żeby uzyskać dokładniejsze informacje na temat lokalizacji kamienia. To była jedyna informacja, jakiej potrzebował Zły Czarodziej, aby rozpocząć podbój. Bink był po prostu pierwszym, wygnańcem, który wpadł w pułapkę.

– Nie powiem ci. Nie przyłożę ręki do obalenia prawomocnego rządu Xanth.

– Prawomocność jest zazwyczaj ogłoszona po fakcie – zauważył Trent. – Gdyby mi się udało dwadzieścia lat temu, byłbym teraz prawomocnym królem, a obecny monarcha byłby pogardzanym wyrzutkiem, który wsławił się nieodpowiedzialnym topieniem ludzi. Zakładam, ta Król Bum nadal jest władny?

– Tak – powiedział krótko Bink. Zły Czarodziej próbowałby przekonać go, że były to tylko pałacowe knowania, ale Bink wiedział lepiej.

– Jestem skłonny zaofiarować ci wiele. Prawie wszystko czego możesz zapragnąć w Xanth. Bogactwo, władzę, kobiety.

Trent popełnił już błąd. Bink odwrócił się. Za taką cenę nie chciałby nawet Sabriny, a już raz odrzucił podobną ofertę Czarodziejki Iris.

Trent złożył dłonie, tworząc z palców wieżyczkę. Nawet ten drobny gest sugerował władzę i bezwzględność. Plany Czarodzieja były nazbyt wyrafinowane, aby mógł je zniweczyć byle uparty wygnaniec.

– Może dziwisz się, dlaczego pragnę powrócić do Xanth po pozytywnych dwudziestu latach spędzonych w Mundanii? Sam się nad tym zastanawiałem.

– Nie – powiedział Bink.

Ale Czarodziej tylko się uśmiechnął i nie dał się zbić z tropu, a Bink znów miał uczucie, że jest umiejętnie manipulowany, że i tak będzie musiał postąpić zgodnie z wolą Czarodzieja, bez względu na to jak bardzo by się temu opierał.

– Powinieneś się dziwić, chyba że masz nieprawdopodobne własne poglądy – tak jak ja, kiedy opuszczałem Xanth. Każdy młody człowiek powinien spędzić jakiś czas w Mundanii co najmniej rok lub nawet dwa; dzięki temu stałby się lepszym obywatelem Xanthu. Podróże zazwyczaj kształcą.

Bink nie mógł temu zaprzeczyć. Sam wiele się nauczył podczas swojej dwutygodniowej wycieczki po Xanth. Ile mógłby się nauczyć przez rok w Mundanii?

– Tak – kontynuował Czarodziej, – kiedy już obejmę władzę, będę prowadził taką politykę. Xanth nie może egzystować w oderwaniu od prawdziwego świata. Izolacja tworzy tylko stagnację.

Bink nie mógł opanować swojej niepożądanej ciekawości. Czarodziej posiadał inteligencję i doświadczenie, które przemawiały do intelektu Binka.

– Jak tam jest?

– Nie mów z takim niesmakiem, młody człowieku. Mundania nie jest taka zła, jak myślisz. Jest to jeden z powodów, dla których obywatele Xanth powinni mieć z nią większy kontakt. Niewiedza i izolacja tworzą nieusprawiedliwioną wrogość. Pod wieloma wzglądami Mundania jest bardziej postępowa niż Xanth. Nie mogąc korzystać z dobrodziejstw magii, Mundańczycy musieli to nadrabiać na różne sposoby. Zajęli się filozofią, medycyną i nauką. Mają broń zwaną pistoletami, która potrafi zabić łatwiej, niż strzała lub nawet śmiercionośne zaklęcie. Wyćwiczyłem moje oddziały w użyciu innych rodzajów broni, bo nie chcę wprowadzać broni palnej do Xanthu. Mają pojazdy, którymi mogą się poruszać tak szybko, jak Jednorożce, łodzie, które mogą pływać równie prędko jak koń morski i balony, które mogą nieść ich w powietrze równie wysoko, jak latający smok. Są wśród nich ludzie zwani lekarzami, którzy leczą chorych i rannych bez użycia zaklęć i urządzenie składające się z paciorków ułożonych w kolumny, które potrafią liczyć z niezwykłą szybkością i dokładnością.

– Niemożliwe! – zawoła Bink. – Nawet magia nie potrafi liczyć za ciebie, chyba, że jest wcielona w golema, a wtedy też jest osobą.

– Właśnie, Bink. Magia jest wspaniała, ale ma też swoje ograniczenia. Na dłuższą metę, instrumenty Mundańczyków oferują więcej, niż czary. Prawdopodobnie większość Mundańczyków żyje wygodniej, niż wielu mieszkańców Xanth.

– Prawdopodobnie nie ma ich aż tylu – wymamrotał Bink –To nie muszą walczyć o dobrą ziemię.

– Przeciwnie. Są ich miliony.

– Nie przekonasz mnie, jeśli będziesz opowiadał takie bujdy – zauważył Bink. – North Village w Xanth liczy około 500 osób, w tym dzieci, a jest największym skupiskiem ludzi. W całym królestwie nie ma więcej jak 2000 osób. Mówisz o setkach tysięcy ludzi, ale nie wierzę, żeby świat mundański był o tyle większy od Xanth!

Zły Czarodziej pokiwał głową z fałszywym smutkiem.

– Ech Bink! Nikt nią jest tak bardzo ślepy, jak ten kto nie chce widzieć.

– A jeśli naprawdę mają balony latające w powietrzu i przenoszące ludzi, to dlaczego nie przelecieli nad Xanth? – zapytał gorąco Bink, wiedząc, że tu złapał Czarodzieja.

– Bo nie wiedzą, gdzie jest Xanth – a nawet nie wierzą, że w ogóle istnieje. Nie wierzą w magię, więc...

– Nie wierzą w magię! – Te żarty nawet na początku nie były dowcipne, ale teraz przechodziło to już wszelkie granice.

– Mundańczycy nigdy nie wiedzieli za wiele na temat magii – powiedział Trent poważnie. – Często pojawia się w ich literaturze, ale nigdy w życiu codziennym. Tarcza jak gdyby zamknęła granicę, więc żadne prawdziwe magiczne zwierzę nie pojawiło się w Mundanii przez około 100 lat. Prawdopodobnie w naszym interesie leży utrzymanie ich niewiedzy, – ciągnął marszcząc brwi. – Gdyby przyszło im do głowy, że Xanth jest dla nich niebezpieczny, mogliby użyć wielkich katapult i rzucić bomby ogniste... – Przerwał potrząsając głową, jakby chciał odpędzić jakąś okropną myśl.

Bink wbrew sobie, podziwiał doskonałość jego gestów, równie świetnie dobranych, jak te, które zastosowałby Roland, jego ojciec. Prawie uwierzył, że czai się jakieś tajemnicze niebezpieczeństwo.

– Nie – zakończył Czarodziej, – lokalizacja Xanth, musi zostać tajemnicą – na razie.

– Nie pozostanie tajemnicą, jeśli będziecie wysyłać młodzież z Xanth na dwa lata do Mundanii.

– Och, można rzucić na nich czar wywołujący amnezję i odwołać dopiero po powrocie. Albo przynajmniej zaklęcie milczenia, tak, żeby żaden Mundańczyk nie dowiedział się od nich o Xanth. W ten sposób zdobyliby mundańskie doświadczenia, które uzupełniłoby ich magię. Zaufane jednostki mogły zachować pamięć i wolność mowy. Na zewnątrz odgrywałyby rolę łączników rekwirujących wykwalifikowanych kolonistów i dostarczających nam informacji. Dla naszego własnego bezpieczeństwa i postępu. Ale ogólnie ...

– Znowu Czwarty Najazd – powiedział Bink. – Kontrolowana kolonizacja.

Trent uśmiechnął się.

– Szybko się uczysz. Wielu obywateli woli nie dostrzegać prawdziwego charakteru poprzednich kolonizacji Xanth. W rzeczywistości w Mundanii trudno jest znaleźć Xanth, bo wydaje się, że nie ma on ustalonego położenia geograficznego. Dotychczas ludzie, kolonizujący Xanth, przybyli z najróżniejszych stron świata, zawsze przechodząc przez pomost lądowy bezpośrednio ze swojego kraju i wszyscy przysięgliby, że przebyli tylko kilka mil. Ponadto potrafili się ze sobą porozumieć w Xanth, mimo, że w Mundanii mówili różnymi językami. Dlatego wydaje się, że jest coś magicznego w znajdowaniu drogi do Xanth. Gdybym nie prowadził szczegółowych notatek w drodze z Xanth, nigdy bym nie potrafił, tu wrócić. Mundańskie legendy o zwierzętach, które wywiodły się z Xanth w dawnych wiekach pojawiły się w różnych miejscach świata, a nie w jednym punkcie. Wydaje się więc, że działa to i w drugą stronę.

Potrząsnął głową, jak gdyby była to wielka tajemnica i Bink z trudnością zwalczył w sobie wielkie zainteresowanie tą koncepcją. Jak może Xanth być wszędzie naraz? Czy magia w jakiś sposób rozciągała się jednak poza półwysep. Bardzo było łatwo zafascynować się tym problemem.

– Jeśli tak ci się podoba Mundania, to dlaczego próbujesz wrócić do Xanth? – zapytał Bink, starając oderwać się od pokusy zajęcia się jedną ze sprawności Czarodzieja.

– Nie lubię Mundanii – powiedział Trent marszcząc brwi. – Mówię tylko, że nie jest złem, że ma pewien urok, i że trzeba się z nią liczyć. Jeśli nie zwrócimy na nią uwagi – ona może nas dostrzec i to będzie początkiem naszego końca. Razem z Mundanią Xanth to schronienie, przewyższające wszystkie inne. Prowincjonalnie, zacofane schronienie – ale nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi. A ja – jestem Czarodziejem. Należę do mojej ziemi, mojego ludu, i moim obowiązkiem jest chronić go przed zagrożeniem, którego nie są nawet sobie w stanie wyobrazić – zamilkł.

– Żadne opowieści o Mundanii, nie skłonią mnie, żebym ci powiedział jak dostać się do Xanth. – oświadczył stanowczo Bink.

Czarownik spojrzał na Binka, jak gdyby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jego obecności. – Wolałbym nie być zmuszony do użycia przemocy... – powiedział cicho. –wiesz jaki jest mój talent?

Bink poczuł przypływ niepokoju. Trent był przekształcaczem – zamieniał ludzi w drzewa, albo jeszcze gorzej. Najpotężniejszy Czarodziej poprzedniej generacji – nazbyt niebezpieczny, żeby mógł pozostać w Xanth. Potem odczuł ulgę.

– Blefujesz, Czarodzieju. Twoja magia nie działa poza Xanth, – ja cię tam nie wpuszczę.

–To nie jest taki znowu blef – powiedział spokojnie Trent, – Magia jak już mówiłem, ma zasięg nieco szerszy niż Tarcza. Mogę zabrać cię za granicę i zamienić w ropuchę. I zrobię to, jeśli będę do tego zmuszony.

Poczucie ulgi zamieniło się znów w ciężar w żołądku. Przemiana – idea utraty ciała, które miało się przez całe życie, nie umierając przy tym budziła w nim zgrozę i przerażała go. Ale nadal nie mógł zdradzić swojej ojczyzny.

– Nie – powiedział czując, że język rośnie mu w ustach.

– Nie rozumiem, Bink. Przecież nie opuściłeś Xanth dobrowolnie. Daję ci szansę odegrania się.

– Nie w ten sposób.

Trent westchnął z wyraźnie szczerym żalem.

– Trzymasz się swoich zasad, i nie mogę mieć ci tego za złe. Miałem jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Bink także miał taką nadzieję. Ale wydawało się, że nie ma wyboru. Mógł tylko liczyć na szansę ucieczki, nawet ryzykując życiem. Lepsza uczciwa śmierć w walce niż życie jako ropucha.

Wszedł żołnierz, który trochę Binkowi przypominał Crombiego, głównie z postawy, nie z wyglądu i zasalutował.

– O co chodzi, Hasting? – zapytał łagodnie Trent.

– Następna osoba przeszła przez Tarczę.

Trent prawie wcale nie okazał swego zadowolenia.

– Naprawdę?

Czyżby mieli nowe źródło informacji? Bink doznał nowych uczuć – bynajmniej nie należących do przyjemności. Jeśli przybył następny mieszkaniec z Xanth, to Czarodziej dowie się czego chce, bez jego pomocy. Czy pozwoli Binkowi odejść – czy i tak zamieni go w ropuchę dla przykładu? Mając w pamięci dotychczasową reputację Trenta, Bink wątpił, żeby go uwolnił. Każdy, kto naraził się Złemu Czarownikowi, bez względu na to, jak błaha była jego sprawa, nie miał szans. Chyba, że Bink zrehabilituje się, udzielając mu informacji teraz. Czy powinien? Skoro i tak nie zmieni to przyszłości Xanth...

Zauważył, że Trent zamilkł i patrzy nań z oczekiwaniem. Nagle Bink połapał się. To była pułapka – dobrze odegrana scenka, po której przerażony Bink powinien dobrowolnie wygadać wszystko, co wiedział... I on prawie w nią wpadł.

– W takim razie już mnie nie potrzebujesz – powiedział Bink. Poza tym jeśli zostałby zamieniony w ropuchę – w tej postaci nie mógłby nic powiedzieć Czarodziejowi. Wyobraził sobie dialog miedzy człowiekiem i żabą:

Czarownik: Gdzie jest kamień Tarczy?

Ropucha: Rech, rech, rech...

Bink nieomal się uśmiechnął. Trent zamieni go tylko wtedy, gdy nie będzie miał innego wyjścia.

Zły Czarownik zwrócił się do posłańca.

– Przyprowadź ni tego drugiego, przesłucham go zaraz.

– To jest kobieta.

– Kobieta! – Trent wydawał się być trochę zdziwiony, ale Bink był kompletnie zaskoczony. Żadna kobieta nie miała być wygnana – ani żaden mężczyzna. Do czego Trent zmierzał?

Chyba, że, nie, to niemożliwe, chyba że Sabrina jednak poszła za nim.

Niepokój przejął Binka. Jeśli Zły Czarodziej dojdzie już do władzy...

Nie. Na pewno tak nie jest. Sabrina nie kochała go naprawdę: jego wyznanie i jej reakcja były tego dowodem. Nie porzuciłaby wszystkiego, żeby pójść za nim. To po prostu nie leżało w jej charakterze. I on też jej na prawdę nie kochał. Doszedł już wcześniej do tego wniosku. Więc była to zawiła intryga Czarodzieja.

– Dobrze – powiedział Trent. – Wprowadź ją.

Nie był to więc blef. Nie, jeśli ją rzeczywiście wprowadzi... a jeśli jest to Sabrina – było to niemożliwe, tego był absolutnie pewien – albo przypisywał jej swoje własne opinie? Skąd mógł naprawdę wiedzieć, co czuje? Jeśli poszła za nim, to nie mógł dopuścić, żeby została zamieniona w ropuchę? A z drugiej strony los całego Xanth.

Bink psychicznie załamał ręce. Będzie musiał postępować jak nakaże mu rozwój sytuacji. Jeśli mieli Sabrinę to przegrał, jeśli był to blef – to wygrał. Tylko, że zostanie ropuchą.

Zostać ropuchą – a może nie byłoby to takie złe. Niewątpliwie muchy są bardzo smaczne, a żeńskie ropuchy będą wydawały mu się równie atrakcyjne, jak teraz dziewczyny. Może wielka miłość jego życia czeka nań gdzieś w trawie ze swoimi brodawkami.

Przyszedł pododdział obsługujący zasadzkę niosąc szamocącą się kobietę. Bink spojrzał z ulgą, że nie była to jego dawna miłość, ale niesłychanie brzydka istota płci żeńskiej. Miała potargane włosy, krzywe zęby i seksualnie nieatrakcyjne ciało.

– Wstań... – polecił łagodnie Trent, a ona stanęła ulegając naturalności, z jaką udzielił jej rozkazu. – Jak się nazywasz?

– Fanchon – powiedziała buntowniczo – a ty?

– Czarodziej Trent

– Nigdy o tobie nie słyszałam.

Bink, zaskoczony, zmuszony był zakaszleć, aby ukryć swój śmiech. Ale Trent pozostał nieporuszony.

– Stawia się nas na równej stopie, Fanchon. Przepraszam za niewygodę spowodowaną przez moich podwładnych. Jeśli będziesz tak uprzejma i powiesz mi gdzie znajduje się kamień Tarczy, dobrze ci zapłacę i puszczę cię wolno.

– Nie mów mu!– zawołał Bink. – On chce zawojować Xanth.

Zmarszczyła swój bulwiasty nos.

– Nie zależy mi na Xanth. – Popatrzyła z ukosa na Trenta. – Mogłabym ci powiedzieć, ale skąd pewność, że mogę ci zaufać? Równie dobrze jak tylko ci powiem, możesz mnie zabić!

Trent postukał swoimi długimi arystokratycznymi palcami.

– Rozumiem twoją troskę. Nie możesz mieć pewności, czy dotrzymam słowa. Jednak powinno być dla ciebie oczywiste, że nie będę żywił wrogości wobec tych, którzy pomagają ni w osiągnięciu celu.

– W porządku – powiedziała. – Mówisz rozsądnie. Kamień Tarczy znajduje się ...

– Zdrajczyni – zawołał Bink

– Zabrać go – rozkazał Trent.

Weszli żołnierze, chwycili go i wyrzucili za drzwi. Niczego nie osiągnął poza tym, że pogorszył swoją sytuację. Wtedy przyszło mu co innego na myśl. Jakie było prawdo–podobieństwo, że następny wygnaniec opuści Xanth w godzinę po nim? Nigdy nie było więcej, niż jeden lub dwóch wygnańców w ciągu roku, a zawsze gdy ktokolwiek opuszczał Xanth było to wielkie wydarzenie. A on nic o tym nie słyszał i nie ogłoszono żadnego innego przesłuchania.

W takim razie Fanchon nie była wygnana. Prawdopodobnie wcale nie pochodziła z Xanth. Była agentką, nasłaną przez Trenta, tak jak Bink przypuszczał na początku. Jej zadaniem było przekonanie Binka, że podaje Trentowi położenie kamienia Tarczy, aby skłonić go do potwierdzenia jej informacji.

No cóż, ale on przejrzał intrygę – i wygrał. Cokolwiek by nie zrobił, Trent nie dostanie się do Xanth. Pozostała jednak dręcząca niepewność.

9.

Bink został wrzucony do lochu. Snopek Siana złagodził jego upadek, a drewniany dach ustawiony na czterech wysokich słupach osłaniał go od słońca. Ściany zbudowano z jakiegoś kamieniopodobnego materiału – za twarda, żeby w nich kopać gołymi rękami, za gładkie, żeby się po nich wpiąć, podłogą była ubita ziemia.

Przeszedł się po celi. Wszystkie ściany były twarde i za wysokie żaby się na nie wspiąć. Mógł prawie dosięgnąć ich szczytu. Gdyby podskoczył i wyciągnął ręce do góry, ale metalowa krata odcinała wyjście. Gdyby się bardzo postarał, mógłby sięgnąć dostatecznie wysoko, żaby złapać jeden z prętów. Ale wtedy byłby w stanie tam tylko wisieć. Było to pożyteczne ćwiczenie gimnastyczne, lecz marny sposób na opuszczenie tego miejsca. Klatka była zamknięta.

Ledwo zdążył dojść do tego wniosku, gdy żołnierze stanęli na kracie sypiąc nań rdzę. Stali w cieniu dachu, a jeden z nich kucnął. Przekręcił klucz w zamku i podniósł klapę w kracie. A potem coś wrzucili do celi. Dziewczynę. Fanchon.

Bink skoczył i złapał ją, zanim dosięgła siana, żeby złagodzić jej upadek. Oboje upadli na siano. Klapę zatrzaśnięto i zaryglowano zamek

– Teraz już wiem, że moja piękność nie oczarowała cię – zauważyła, wyzwalając się z jego objęć.

– Bałem się, że możesz sobie zrobić krzywdę – powiedział z wyrzutem Bink. – Sam się dziwię. Jak tego uniknąłem.

Popatrzyła na swoje gruzłowata kolana, wyłaniające się spod jej brzydkiej spódnicy.

– Nawet złamanie nie pogorszy wyglądu moich nóg.

Trafione. Bink nigdy nie widział równie brzydkiej dziewczyny.

Ale co ona tu robiła? Po co Zły Czarodziej wtrącił swoją pomagierkę do więzienia? W ten sposób nie skłoni go do mówienia. Zgodnie z właściwą procedurą należało powiedzieć Binkowi, że ona zaczęła mówić i zaoferować mu wolność, w zamian za potwierdzenie jej informacji. A gdyby nie była prawdziwą agentką, powinna zostać uwięziona osobno. Wtedy strażnicy powiedzieliby każdemu z nich, że to drugie zaczęło mówić.

Gdyby była piękna, mogliby myśleć, że uwiedzie go i skłoni do mówienia. Ale tak, nie było szans. To po prostu nie miało sensu.

– Dlaczego nie powiedziałaś mu o kamieniu Tarczy – zapytał Bink, nie wiedząc, czy była to ironia, czy nie. Gdyby była prowokatorką nie mogłaby mu powiedzieć, ale wtedy nie powinna się tu znaleźć. Jeśli była tym, za kogo się podawała, to powinna zachować lojalność wobec Xanth. Ale w takim razie dlaczego powiedziała Trentowi, że zdradzi mu położenie kamienia Tarczy?

– Powiedziałam mu – rzekła.

– Powiedziałaś mu? Teraz Bink wolał, żeby była szpiclem.

– Tak – oświadczyła, patrząc mu prosto w oczy. – Powiedziałam mu, że znajduje się pod tronem w Pałacu Króla w North Village.

Bink usiłował ocenić różne aspekty tego, co powiedziała. Jej reakcja daleka była od prawdy, ale czy zdawała sobie z tego sprawę? A może chciała zobaczyć jak on zareaguje – może w swej naiwności zechce jej wyjawić, prawdziwe miejsce pobytu kamienia, zaś podsłuchujący strażnicy doniosą to do Trenta. A może była naprawdę wygnana, znała położenie kamienia i skłamała? To by wyjaśniało reakcję Złego Czarodzieja. Bo jeśli jego katapulta rzuciłaby bombę z eliksirem na Pałac w Xanth, nie tylko nią zakłóciłoby to działania Tarczy, ale wzbudziłoby podejrzenia Króla, a przynajmniej co czujniejszych ministrów, którzy nie byli przecież głupcami i mieli swój rozum, co do charakteru zagrożenia. Wygaszenie magii w najbliższej okolicy szybko by wyjaśniło, w czym rzecz.

Czy Trent miał już bombę i teraz utracił już nadzieję przedostania się do Xanth? Gdy tylko zdadzą sobie z tego sprawę, przeniosą kamień Tarczy w inne, tajne miejsce tak, że informacje udzielone przez wygnańców stracą wszelką wartość. Nie – gdyby tak było, Trent zamieniłby Fanchon w ropuchę i nadepnąłby na nią – i nie chciałoby mu się dalej więzić Binka, który zostałby wtedy zabity lub zwolniony.

Więc nic drastycznego się jeszcze nie wydarzyło. Poza tym nie mieli wystarczająco dużo czasu.

– Widzę, że mi nie ufasz – powiedziała Fanchon.

– Racja. Nie mogę sobie na to pozwolić – przyznał – Nie chcę, żeby wydarzyło się coś złego dla Xanth.

– Co ci zależy, przecież cię wykopali.

– Znalem zasady: przeprowadzono uczciwe przesłuchanie.

– Uczciwe przesłuchanie! – zawołała z oburzeniem. – Król nie przeczytał zaświadczania od Humphrey’a, ani nie spróbował wody ze Źródła.

Bink znów przerwał. Skąd ona to wiedziała?

– No, nie przesadzaj – uspokoiła go – przechodziłam przez wioskę w parę godzin po twoim procesie, Wszyscy o tym mówili. Czarodziej Humphrey potwierdził twoją magię, ale Król ...

– No dobrze, dobrze – powiedział Bink. Rzeczywiście, przychodziła z Xanth, ale wciąż nie wiedział, czy może jej ufać. Musiała jednak znać położenie kamienia Tarczy – i nie wydała chyba, że stało się wręcz przeciwnie, lecz Trent jej uwierzył, i czeka na potwierdzenie od Binka. Ale ona podała złe położenie; to by jednak nie miało sensu. Bink mógł jej zaprzeczyć, nie podając właściwego miejsca – miał do wyboru tysiące kłamstw. Prawdopodobnie więc, mówiła prawdę i próbowała oszukać Trenta i nie udało jej się.

Teraz szala przechyliła się; Bink wierzył, że pochodziła z Xanth i nie zdradziła go. Na to wskazywały dostępne mu dowody. Jak bardzo zawiłe były machinacje Trenta? Może miał mundańską maszynę, która potrafi zbierać informacje z terytorium wewnątrz Tarczy. Albo – jeszcze lepiej – miał magiczne zwierciadło, ustawione na terenie tuż, za Tarczą, tak że, znał najnowsze wiadomości z zewnątrz. Nie – w takim wypadku mógłby sam dowiedzieć się, gdzie Jest kamień.

Bink poczuł zawrót głowy. Nie wiedział, co ma myśleć, ale na pewno nie zdradzi właściwego położenia kamienia Tarczy.

– Jak chcesz wiedzieć, to nie zostałam wygnana – powiedziała Fanchon. – Nie skazuje się nikogo za banicję za to, że jest brzydki. Wyemigrowałam dobrowolnie.

– Dobrowolnie! Dlaczego?

– Z dwóch powodów.

– Jakich dwóch powodów?

Popatrzyła na niego.

– Obawiam się, że w żaden z nich nie uwierzysz.

– Spróbuj i przekonaj się

– Po pierwsze dlatego, że Czarodziej Humphrey powiedział mi, że to będzie najprostsze rozwiązanie mojego problemu.

– Jakiego problemu? – Bink najwyraźniej nie był w najlepszym humorze. Znów na niego spojrzała, prawie wrogo. – Mam ci to przeliterować?

Bink poczuł, że się czerwieni, jej problemem był jej wygląd. Fanchon była młodą kobietą, ale była niepospolicie brzydka – żywy dowód na to, że miała dość. Żadne stroje, ani makijaż nie mogły jej pomóc, tylko magia. A zatem opuszczenie Xanth było w jej przypadku bez sensu. Czy jej osąd był równie zdeformowany jak jej ciało?

Dobre wychowanie Binka skłoniło go do zmiany tematu, więc poruszył inny problem, który go nurtował:

– Ale w Mundanii nie ma magii.

– Właśnie.

Znów zawiodła go logika. Równie trudno było rozmawiać z Fanchon, jak na nią patrzeć.

– To znaczy – magia sprawia, że jesteś tym czym jesteś? – Cóż za pełnia taktu! Ale ona nie potępiała go za brak subtelności.

– Tak, mniej więcej.

– A dlaczego Humphrey nie kazał ci zapłacić?

– Nie mógł znieść mojego widoku.

Jeszcze gorzej.

– Hm, a jaki jest drugi powód, dla którego opuściłaś Xanth.

– Tego ci teraz nie powiem.

Zgadzało się. Powiedziała, że on nie uwierzy w przyczyny jej postępowania, a skoro uwierzył w pierwszą z nich, to mu nie poda drugiego. Iście kobieca logika.

– Wydaje się, że jesteśmy współwięźniami, Jak przedtem.

– Czy sądzisz, że da nam coś do jedzenia?

– Z pewnością – mlasnęła Fanchon. – Trent przyjdzie, pokaże nam chleb i wodę i zapyta, które z nas zacznie gadać. Dopiero wtedy możemy liczyć na śniadanie. Z czasem będzie nam coraz trudniej odmawiać mu.

– Masz przygnębiająco słuszne pomysły – stwierdził.

– Można powiedzieć, że jestem równie inteligentna jak brzydka.

To by się zgadzało.

– Czy jesteś na tyle inteligentna, żeby wymyślić jak się stąd wydostać?

– Nie, nie sądzę, żeby ucieczka była możliwa – rzekła, równocześnie kiwając głową na „tak”.

– Co – powiedział Bink zaskoczony. Jej słowa mówiły „nie”, jej gest mówił „tak”. Zwariowała? Nie – wiedziała, że słuchają ich strażnicy, chociaż nie byłe ich widać. Więc przesłała im jedną wiadomość, równocześnie przesyłając drugą Binkowi. Co znaczy, że już wiedziała , jak uciec.

Było już popołudnie! Przez kratę wpadł promień słońca, które znalazło już drogę pod krawędzią dachu. Bardzo dobrze – pomyślał Bink. Byłoby tu nieznośnie, wilgotno, gdyby słońce nigdy do nich nie dotarło.

Trent podszedł do kraty.

– Sądzę, że już się poznaliście? – zapytał uprzejmie. – Czy jesteście głodni?

– Teraz – mruknęła Fanchon.

– Przepraszam, za niedogodności związane z waszym mieszkaniem – powiedział spokojnie Trent kucając. Zachowywał się tak, Jak gdyby spotkał się z nimi w eleganckim biurze. – jeżeli oboje dacie mi słowo, że nie opuścicie tego terenu, ani nie będziecie zakłócać naszej działalności w żaden sposób, przeniosę was do wygodnego namiotu.

– W tym jest podstęp – powiedziała Fanchon do Binka. – Gdy raz zaczniesz przyjmować dobrodziejstwa, zaczynasz czuć się zobowiązany. Nie idź na to.

Miała zupełną rację.

– Nic z tego – powiedział Bink.

– Widzicie – kontynuował gładko Trent, gdybyście byli w namiocie i próbowalibyście ucieczki, moi strażnicy strzelaliby do was, a ja tego nie chcę. Byłoby to dla was bardzo nieprzyjemne i zagroziłoby mojemu źródłu informacji. Więc muszę was trzymać w zamknięciu, tak czy inaczej. Albo wasze słowa, albo więzy. Jedyną zaletą tego lochu jest jego bezpieczeństwo.

– Możesz nas zawsze wypuścić – powiedział Bink, gdyż i tak nie dostaniesz tej informacji.

Nawet jeśli poruszyło to Złego Czarodzieja, to nic po sobie nie okazał.

– Oto jest ciasto i wino – oznajmił Trent, spuszczając na sznurku paczkę.

Ani Bink, ani Fanchon nie sięgnęli po nią, chociaż Bink nagle poczuł głód i pragnienie. Zapach przypraw przeniknął kusząco loch, paczka najwyraźniej zawierała dobre, świeże potrawy.

– Bierzcie, proszę – zaoferował Trent. – Zapewniam, że w niczym nie ma ani trucizny, ani narkotyków. Chcę żebyście oboje pozostali w dobrym zdrowiu.

– Żeby nas zamienić w ropuchy? – zapytał głośno Bink. Co w końcu miał do stracenia.

– Racja, tu mnie złapaliście. Ropuchy nie mówią wyraźnie, a ja chcę żebyście mówili.

Czy Zły Czarodziej mógł stracić swój talent podczas swojego długotrwałego wygnania? Bink poczuł się nieco lepiej.

Paczka dotknęła siana. Fanchon wzruszyła ramionami, kucnęła i zaczęła ją rozwiązywać. Rzeczywiście – ciasto i wino.

– Może niech jedno z nas teraz zje. Jeśli nic się nie stanie w ciągu kilku godzin, wtedy zje i drugie.

– Panie mają pierwszeństwo – powiedział Bink. Jeśli jedzenie zawierało truciznę czy narkotyk, a ona była szpiegiem to nie będzie chciała jeść.

– Dziękuję – przełamała ciasto na pół. – Wybierz sobie kawałek – powiedziała.

– Pięknie – rzucił Trent z góry. – Nie ufacie ani mnie, ani sobie nawzajem. Tworzycie reguły, żeby się zabezpieczyć. Ale to naprawdę nie jest konieczne – gdybym chciał was otruć, wylałbym wam po prostu truciznę na głowy.

Fanchon ugryzła kawałek ciasta,

– Bardzo dobre – stwierdziła. Otworzyła wino i pociągnęła łyk. – To też.

Ale Bink nie pozbył się swoich podejrzeń. Poczeka.

– Przemyślałem wasze sprawy – powiedział Trent. – Fanchon, będę szczery. Mogę zamienić cię w każdą formę życia nawet w inną istotę ludzką. Popatrzył na nią. – A może chcesz być piękna?

Ho, ho, jeśli Fanchon nie jest szpiegiem, to byłaby to bardzo kusząca oferta. Brzydota zamieniona w piękność.

– Idź stąd, – warknęła dziewczyna. – Idź, zanim obrzucę cię błotem. – Ale zaraz przyszło jej coś nowego do głowy. – Jeśli zamierzasz nas tu dalej trzymać, to przynajmniej zapewnij nam jakieś urządzenia sanitarne. Wiadro i zasłonę. Gdybym miała zgrabne siedzenie to może by mi na tym nie zależało, ale tak, to wolę być skromna.

– Ładnie to ujęła – zaśmiał się Trent. Skinął dłonią, i strażnicy przynieśli żądane przedmioty i spuścili je dziurą w kracie. Fanchon ustawiła nocnik w rogu celi, wyjęła ze swoich rzadkich włosów spinki i przymocowała zasłony do ścian, tworząc trójkątne pomieszczenie.

Bink nie był pewien dlaczego mając taki wygląd miałaby być taką skromnisią, na pewno nie gapiłby się na jej obnażone, nawet zgrabne ciało. Chyba, że rzeczywiście jest taka wrażliwa, a jej uwagi wskazywały, że problem ten był dla niej ważny. W takim razie miało to sens. Ładna dziewczyna mogła wyrażać zaskoczenie i niezadowolenie, gdyby ktoś zobaczył jej nagie piersi, ale w głębi duszy byłaby zadowolona, jeśli reakcja byłaby pozytywna. Fanchon nie mogła mieć takich nadziei.

Bink współczuł jej, ale sobie też. Zamknięcie byłoby wiele ciekawsze, gdyby jego towarzyszka była bardziej reprezentacyjna. Ale był jej również wdzięczny za rozwiązanie tego problemu. Inaczej czynności naturalne byłyby bardzo niewygodne. Zatoczył więc całe koło – ona zdefiniowała problem zanim on w ogóle o tym pomyślał. Zdecydowanie myślała szybciej niż on.

– On, nie kłamał mówiąc, że może sprawić, że będziesz piękna – powiedział Bink. – On może...

– To by nie poskutkowało.

– Nie wiadomo. Jego talent jest potężny.

– Wiem, jaki jest jego talent. Ale to by tylko pogorszyło mój problem – nawet gdybym była skłonna zdradzić Xanth.

Dziwne. Nie pragnęła piękności. W takim razie dlaczego była tak wrażliwa na punkcie swojego wyglądu? Czy była to sztuczka mająca na celu skłonienie go do podania położenia kamienia Tarczy? W to wątpił. Ona była na pewno z Xanth, nikt z Zewnątrz nie potrafiłby zgadnąć jego doświadczeń z wodą ze Źródła Życia i starym Królem.

Czas mijał. Nadszedł wieczór. Fanchon nie odczuwała żadnych ubocznych skutków obiadu, więc Bink zjadł i wypił swoją część posiłku.

O zmroku zaczęło padać, woda lała się przez kratę. Dach ich trochę chronił, ale deszcz zacinał. Wkrótce nie było na nich suchej nitki Fanchon jednak uśmiechnęła się.

– Doskonale – szepnęła. – Los nam dzisiaj sprzyja.

– Doskonale? – Bink zatrząsł się w swoim przemoczonym ubraniu i popatrzył na nią ze zdziwieniem. Poskrobała palcami mięknącą podłogę lochu. Bink podszedł, żeby zobaczyć, co ona robi, ale odgoniła go gestem.

– Pilnuj, żeby nas strażnicy nie zobaczyli – szepnęła. Mało to było prawdopodobne, strażnicy wcale się nimi nie interesowali. Schowali się przed deszczem i nie było ich widać. A nawet jeśli byli blisko, to było zbyt ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć.

Więc to było takie ważne? Co w tym było takiego ważnego? Zgarniała błoto z podłogi i mieszała je z sianem, nie dbając o deszcz. Bink nic z tego nie rozumiał. Czy była to jakaś wyrafinowana forma rozrywki?

– Znałeś jakieś dziewczyny w Xanth? – Zapytała Fanchon.

Deszcz przestał padać, ale ciemności ukrywały jej tajemniczą działalność, ani Bink nie rozumiał tego co robili, ani strażnicy nie widzieli.

Był to temat, którego Bink wolał unikać.

– Nie wiem, co...

Przysunęła się do niego.

– Robię cegły, idioto! – zaszeptała z wściekłością. – Mów dalej i uważaj na światło. Jak zobaczysz, że ktoś nadchodzi, powiedz „kameleon”. Ukryję wtedy dowody jak najprędzej. I prześlizgnę się do swojego kąta.

Kameleon. Coś było w tym słowie – już wiedział. Widział kameleona tuż przed swoją podróżą do Dobrego Czarodzieja – to był jego omen na przyszłość. Kameleon zginął nagłą śmiercią. Czy znaczy to, że nadszedł i jego czas?

– Mów! – szepnęła Fanchon. – Maskuj moje dźwięki. – A potem głośniej:

– Czy znałeś jakieś dziewczyny?

– Tak, kilka – powiedział Bink. Cegły? Po co?

– Czy były ładne? – Jej ręce były niewidoczne w ciemnościach, ale słyszał plaskanie błota i szelest siana. Pewnie używała siana, żeby cegły były bardziej wytrzymałe. Ale to wszystko było szaleństwem. Budowała ceglany klozet?

– A może nie takie ładne?– podsunęła

– Och, ładne – powiedział. Zdaje się, że nie uda mu się zmienić tematu. Jeśli strażnicy słuchali, to będą bardziej zainteresowani jego opowieścią o ładnych dziewczętach niż mlaskaniem błota. Więc jeśli o to jej chodziło

– Moja narzeczona Sabrina, była piękna – jest piękna – i Czarodziejka Iris była piękna, ale spotkałem też inne, które nie były piękne. Jak tylko postarzeją się albo wyjdą za mąż.

Deszcz przestał padać. Bink zobaczył zbliżające się światło: „kameleon” wyszeptał i poczuł zdenerwowanie. Omeny zawsze wróżyły prawdę – o ile się je dobrze zinterpretowało.

– Kobiety nie zawsze brzydną po ślubie – powiedziała Fanchon. Dźwięki zmieniły się, teraz ukrywała dowody. – Niektóre od tego zaczynają.

Cały czas pamiętała o swoim wyglądzie. Dziwiło go więc, że odrzuciła ofertę Trenta.

– Spotkałem dziewczynę centaura w drodze do Czarodzieja Humphrey’a – powiedział Bink, nie mogąc z uwagi na niezwykłość sytuacji skoncentrować się na tak naturalnym temacie jak ten. Uwięziony w lochu z brzydką dziewczyną, która chciała robić cegły. – Ona była piękna, na swój posągowy sposób. Oczywiście, w zasadzie była koniem – zła terminologia. To znaczy z tyłu, to znaczy jak na niej jechałem. Zdając sobie sprawę z tego, co mogą sobie o nim pomy–śleć strażnicy – chociaż wcale o to nie dbał – popatrzył na zbliżające się światło. Zobaczył jego odbicie na kracie.

– No, wiesz, ona była na wpół koniem. Przewiozła mnie przez teren centaurów.

Światło przygasło. Pewnie był to patrolujący strażnik.

– Fałszywy alarm – szepnął. A potem głośniej. – Ale spotkałem jedną naprawdę prześliczną dziewczynę w drodze do Czarodzieja. Nazywała się – skupił się przez chwilę – Wynne, ale ona była bezgranicznie głupia. Mam nadzieję, że smok z Wyrwy jej nie złapał.

– Byłeś w Wyrwie?

– Przez pewien czas. Dopóki mnie smok nie wygonił. Musiałem ją okrążyć. Dziwię się, że o niej wiesz, myślałem, że Jest tam czar zapomnienia, bo nie było jej na mojej mapie i nigdy o niej nie słyszałem, dopóki tam nie zawędrowałem. Chociaż, dlaczego w takim razie...

– Mieszkałam niedaleko Wyrwy – powiedziała

– Mieszkałaś tam? Kiedy powstała? Jaka jest jej tajemnica?

– Była zawsze. Tam jest zaklęcie zapomnienia – sądzę, że Czarodziej Humphrey je tam umieścił. Ale jeśli masz silne skojarzenia, to pamiętasz. Przynajmniej przez jakiś czas. Magia ma tylko taki zasięg.

– Może to jest to. Nigdy nie zapomnę doświadczeń ze smokiem i cieniem.

Fanchon znów robiła cegły.

– Jakieś inne dziewczyny?

Binkowi wydało się, że jej zainteresowanie tematem było więcej, niż powierzchowne. Czy dlatego, że znała ludzi z okolicy Rozpadliny?

– Zaraz, zaraz – spotkałem jeszcze jedną. Zwykłą dziewczynę Dee. Pokłóciła się z żołnierzem, Crombie, z którym wędrowałem. On jest wrogiem kobiet, a przynajmniej tak twierdzi, a ona odeszła. Szkoda, raczej ją pobiłem.

– O, myślałam, że wolisz ładne dziewczyny.

– Słuchaj no, nie bądź taka przewrażliwiona, – warknął. – Sama zaczęłaś. Wolę Dee od – no, nieważne. Wolałbym porozmawiać o planach ucieczki.

– Przepraszam – powiedziała. – Wiem o twojej podróży dookoła Rozpadliny. Wynne i Dee to moje przyjaciółki. Więc jestem ciekawa.

– Twoje przyjaciółki? Obie? – Kawałki łamigłówki zaczęły do siebie pasować. – Jaki jest twój związek z Czarodziejką Iris?

Fanchon zaśmiała się.

– Żaden. Czy myślisz, że gdybym była Czarodziejką, to tak bym wyglądała?

– Tak – przyznał Bink. – Gdybyś próbowała piękności bezskutecznie i gdybyś nadal pragnęła władzy, gdybyś myślała, że coś uzyskasz u mnie nie podejrzewającego podróżnika – to by wyjaśniało, dlaczego Trent nie mógł cię skusić obietnicą piękności. To by zniszczyło twój kamuflaż – przecież możesz być tak piękna, jak sobie tego życzysz. Więc mogłabyś mnie śledzić w przebraniu, którego nikt by nie podejrzewał i oczywiście nie pomogłabyś żadnemu innemu Czarodziejowi przejąć Xanth.

– Więc przyszłabym tu do Mundanii, gdzie nie ma magii dokończyła. A więc nie ma też i złudzenia.

To zamykało sprawę. A może nie?

– Może ty naprawdę tak wyglądasz; może ja nigdy nie widziałem prawdziwej Czarodziejki na jej wyspie.

– A jak wrócę do Xanth?

Na to Bink nie miał już odpowiedzi. Zareagował rumieńcem. No więc dlaczego tu przyszłaś? Brak magii Jak na razie nie rozwiązał twojego problemu. Na to trzeba czasu.

– Czasu, żeby unicestwić magię?

– Oczywiście. Gdy jeszcze smoki przylatywały do Mundanii, bo nie było Tarczy, mijało kilka dni a nawet tygodni zanim zniknęły. A może nawet więcej. Czarodziej Humphrey powiedział, że teksty mundańskie zawierają wiele rysunków i opisów smoków oraz innych zwierząt magicznych. Mundańczycy obecnie nie widują już smoków, więc myślą, że stare te–ksty to fantazja – ale to jest dowód, że magia w zwierzęciu lub w człowieku znika dopiero po jakimś czasie.

– Więc Czarodziejka zachowałaby jednak swoją iluzję przez parę dni – powiedział Bink.

Westchnęła.

– Może, ale ja nie jestem Iris, chociaż nie miałabym nic przeciwko temu. Miałam zupełnie inne i bardzo przemożne powody do opuszczenia Xanth.

– Tak, pamiętam. Jeden, żeby utracić swoją magię, jaka tam ona jest, a drugiego nie chciałaś mi podać.

– Wydaje mi się, że teraz już mogę. Dowiedziałam się od Wynne i Dee jaki jesteś i ...

– Więc Wynne uciekła przed smokiem?

– Tak, dzięki tobie. Ona ...

Zbliżało się światło.

– Kameleon – ostrzegł ją Bink. Fanchon rzuciła się chować cegły. Tym razem światło zbli–żyło się do lochu.

– Mam nadzieję, że was tu nie zalało? – zapytał głos Trenta.

– Gdyby tak było, to byśmy stąd odpłynęli – powiedział Bink. – Słuchaj Czarodzieju, im bardziej nam jest niewygodnie, tym mniej chcemy ci pomóc.

– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę, Bink. Bardzo chętnie zapewnię wam wygodny namiot.

– Nie

– Trudno mi zrozumieć, dlaczego jesteś lojalny wobec rządu, który cię tak źle potraktował, Bink.

– A co ty o tym możesz wiedzieć?

– Moi szpiedzy słuchali oczywiście waszych rozmów. Ale łatwo się można tego domyśleć, wiedząc jaki stary i uparty musi być obecnie Król Bum. Magia przejawia się w różny sposób, a gdy definicje stają się nazbyt wąskie ...

– W moim przypadku nie robi to różnicy.

Czarodziej nalegał, sprawiając wrażenie rozsądnego, w odróżnieniu od Binka.

– Może ty rzeczywiście nie masz magii, chociaż wątpię, żeby Humphrey mógł się w czymś takim pomylić masz inne pozytywna cechy i na pewno byłbyś znakomitym obywatelem.

– Wiesz, on ma rację – powiedziała Fanchon. – Zasługujesz na coś lepszego, niż to, co cię spotkało.

– Po czyjej jesteś stronie? – zapytał Bink.

Westchnęła w mroku. Brzmiało to bardzo po ludzku, a łatwiej było to zauważyć, gdy się jej nie widziało.

– Jestem po twojej stronie Bink. Podziwiam twoją lojalność, tylko nie jestem pewna, czy rząd na nią zasłużył.

– To dlaczego ty mu w takim razie nie powiedziałaś, gdzie kamień jest Tarczy – skoro wiesz?

– Bo, pomimo pewnych niedostatków, Xanth jest przyjemnym miejscem. Stary Król nie będzie żył wiecznie. Kiedy umrze wybiorą Czarodzieja Humphrey’a, który wiele naprawi, chociaż tak narzeka na stratę czasu. Może jakiś nowy, albo młody Czarodziej właśnie się rodzi, aby przejąć po nim władzę. Ostatnią rzeczą jaka jest potrzebna Xanth to okrutny Zły Czarodziej, który przemieni całą opozycję w rzepę.

Z góry doszedł ich chichot Trenta.

– Moja droga, masz bystry umysł i ostry język. Po prawdzie, wolę przemieniać moich przeciwników w drzewa, są bardziej trwałe, niż rzepa. Nie przypuszczałem, żebyś zgodziła się tylko dla potrzeb naszej dyskusji, że byłbym lepszym władcą, niż obecny Król?

– Wiesz, on ma rację – powiedział Bink, uśmiechając się cynicznie w ciemnościach.

– Po czyjej jesteś stronie?– zapytała Fanchon, naśladując ton jakiego użył wcześniej Bink.

Tym razem Trent się zaśmiał.

– Podobacie mi się. Naprawdę. Umiecie myśleć i jesteście lojalni. Byłbym skłonny pójść na daleko idące ustępstwa. Na przykład, mógłby wam przyznać prawo veta względem transformacji, które miałbym oprowadzić. Moglibyście więc wybierać rzepy.

– Tak, żebyśmy byli odpowiedzialni za twoje zbrodnie – zauważyła Fanchon.– Taki rodzaj władcy szybko by nas zdemoralizował i stalibyśmy się tacy jak ty.

– Tylko wtedy, jeśli wasza natura nie jest lepsza od mojej – zaznaczył Trent. – A jeśli nie, to i tak się ode mnie nie różnicie. Po prostu nie byliście w mojej sytuacji. Najlepiej, żebyście się o tym przekonali i przestali być nieświadomymi hipokrytami.

Bink zawahał się. Był mokry, było mu zimno i wcale nie marzył, żeby spędzić całą noc w tym lochu. Czy dwadzieścia lat temu Trent dotrzymał słowa? Nie. Łamał je nieraz w pogoni za władzą. To było przyczyną jego klęski; nikt nie mógł mu ufać, nawet jego przyjaciele.

Obietnice Czarodzieja były bez wartości. Jego logika to był młot racjonalizacji, który miał na celu wyłącznie skłonienia jednego z więźniów do podania położenia kamienia Tarczy. Prawo veta względem transformacji. Bink i Fanchon byliby pierwszymi z przekształconych, gdy tylko Zły Czarodziej by ich już więcej nie potrzebował.

Bink nie odpowiedział.

Fanchon milczała.

Po chwili Trent odszedł

– Tak więc nie ulegliśmy pokusie nr 2 – zauważyła Fanchon. – Ale on jest sprytny i pozbawiony skrupułów. Później będzie jeszcze gorzej.

Bink obawiał się, że miała rację.

Następnego ranka ukośnie promienie słońca wypaliły prymitywne cegły. Nie stwardniały jeszcze, ale to był początek. Fanchon ułożyła je w trójkącie klozetu, tak żeby ich nie było widać z góry. Wystawi je na południowe słońce jeśli , wszystko pójdzie dobrze.

Przyszedł. Trent i przyniósł jedzenie.

– Świeże owoce i mleko. Niechętnie tak to ujmuję – powiedział – ale zaczynam tracić cierpliwość. W każdej chwili mogę rutynowo przesunąć kamień Tarczy i wasza informacja stanie się bezwartościowa. Jeśli któreś z was nie poda mi tej wiadomości dziś. Jutro przekształcę was oboje. Ty Bink, zostaniesz bazyliszkiem płci męskiej, ty Fanchon – żeńskiej. Zostaniecie zamknięci w tej samej klatce.

Bink i Fanchon popatrzyli na siebie z bezbrzeżnym niesmakiem. Bazyliszek – skrzydlaty gad, wylęgły z pozbawionego żółtka jaja złożonego przez koguta i wysiedziany przez żabę w cieple kupy nawozu. Odór jego oddechu jest tak ohydny, że niszczy roślinność i kruszy skały, a na sarn widok jego twarzy inne stworzenia padają trupem. Bazyliszek – miniaturowy król gadów.

Kameleon z jego omenu przemienił się na podobieństwo bazyliszka – na chwilę przed śmiercią. Kameleon został wspomniany przez osobę, która nie mogła wiedzieć o jego omenie, a potem zagrożono mu przekształceniem. Śmierć zbliżała się.

– To blef – powiedziała w końcu Fanchon. On tego nie może zrobić. On nas tylko próbuje przestraszyć.

– I to mu się udaje – wymamrotał Bink.

– Może powinienem przeprowadzić demonstrację – powiedział Trent. – Nie żądam, żebyście przyjęli moją magię na wiarę, skoro można ją łatwo zademonstrować. Muszę długo ćwiczyć, żeby odzyskać mój talent po długiej przerwie w Mundanii, więc to mi całkiem odpowiada. – Strzelił palcami. – Niech więźniowie dokończą posiłek – powiedział strażnikowi, gdy się tylko pojawił. – Potem zabierzcie ich z celi. – Odszedł.

Fanchon zachmurzyła się ale z innego powodu.

– On może blefować – ale jeśli tu zejdzie, to znajdą cegły. To nas i tak wykończy.

– Chyba, że od razu wyjdziemy nie sprawiając im kłopotu, nie zejdą na dół, jeśli nie będą musieli.

– Miejmy nadzieję.

Gdy strażnicy nadeszli Bink i Fanchon, zaczęli wdrapywać się po drabinie sznurowej, jak tylko ją spuszczono.

– Zdemaskujemy Czarodzieja – powiedział Bink. Żołnierze nie zareagowali. Cała grupa powędrowała na wschód, przez przylądek w stronę Xanth.

W pobliżu Xanth Trent zatrzymał się przy drucianej klatce.

Żołnierze stanęli wokół niego, z łukami gotowymi do strzału. Wszyscy mieli ciemne okulary. Wyglądało to bardzo ponuro.

– Ostrzegam was – powiedział Trent gdy przybyli. – Nie patrzcie sobie w oczy po przemianie. Nie umiem przywoływać martwych do życia.

Jeśli to był jeszcze jeden chwyt, żeby ich przestraszyć, to był on skuteczny. Może Fanchon wątpiła, ale Bink uwierzył. Pamiętał o Drzewie Justyna, świadectwie gniewu Trenta przed dwudziestoma laty. Omen tkwił mu także w pamięci. Najpierw stać się bazyliszkiem, a potem umrzeć ...

Trent dostrzegł zaniepokojone spojrzenie Binka.

– Czy chcesz mi coś powiedzieć? – zapytał jak gdyby dla porządku.

– Tak. Jak udało im się wygnać cię i uniknąć przemiany w ropuchy, rzepy, albo jeszcze gorzej?

Trent zmarszczył brwi.

– Niezupełnie o to mi chodziło, Bink. Ale, aby zachować harmonię zgody, odpowiem. Doradca, któremu ufałem, został przekupiony, żeby rzucić na mnie usypiające zaklęcie. Gdy spałem, wywieziono mnie poza Tarczę.

– Skąd wiesz, że tak się znowu nie stanie? Kiedyś w końcu musisz spać.

– Długo się nad tym zastanawiałem podczas lat mojego wygnania. W końcu doszedłem do wniosku, że sam sobie zaszkodziłem. Nie dotrzymałem słowa danego innym, więc inni nie dotrzymali słowa danego mi. Nie byłem zupełnie wyzuty z honoru; łamałem dane słowo tylko w przypadkach, które uważałem za uzasadnione, jednak ...

– To tak samo, jakbyś kłamał – powiedział Bink.

– Wtedy tak nie myślałem. Ale boję się, że moja reputacja w tym względzie nie poprawiła się podczas mojej nieobecności; przywilejem zwycięscy jest przedstawienie pokonanego jako osobę kompletnie zdemoralizowaną uzasadniając w ten sposób zwycięstwo. Jednak moje nie było wiążące, i dopiero po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że to była zasadnicza skaza na moim charakterze, która stała się przyczyną mojej klęski. Jednym sposobem uniknięcia ponownego niepowodzenia było zmienić sposób postępowania. I nie oszukiwać – nigdy.

Odpowiedź była uczciwa. Zły Czarodziej był pod wieloma względami przeciwieństwem tego, co o nim mówiono; nie był brzydki, słaby i złośliwy – do tego opisu lepiej pasował Humphrey – tylko przystojny, silny i światowo elegancki. Jednak, był czarnym charakterem; Bink wiedział lepiej i nie da ale zwieźć gładkim słowom.

– Fanchon wystąp – powiedział Tren.

Fanchon zrobiła krok w jego stronę, patrząc nań z wyraźnym cynizmem.

Trent nie wykonał żadnego gestu, ani nie wypowiedział zaklęcia. Popatrzył na nią tylko w skupieniu.

Znikła.

Jeden z żołnierzy podbiegł z siatką na motyle, i coś nią nakrył. Po chwili podniósł to coś – wywijające się, smutne, jaszczurkowate skrzydlate stworzenie. Prawdziwy bazyliszek! Bink szybko odwrócił oczy, aby nie spojrzeć wprost na jego okropną twarz i nie spotkać jego śmiercionośnego spojrzenia.

Żołnierz wrzucił stworzenie do klatki, a drugi żołnierz również w ochronnych okularach zamknął jej pokrywę.

Pozostali wyraźnie odprężyli się. Bazyliszek miotał się szukając wyjścia, ale go nie znalazł. Spojrzał wściekle na pręty klatki, ale jego wzrok nie działał na metal. Trzeci żołnierz zakrył klatkę kawałkiem materiału, odcinając widok potwora. Teraz i Bink odprężył się. Całość była wyraźnie przygotowana i wyreżyserowana, żołnierze wiedzieli dokładnie co robić.