/ Language: Polski / Genre:sf_cyberpunk / Series: Trylogia Ciągu

Neuromancer

W Gibson

Oto brama w niezwykły świat Gibsona — mechaniczny, lecz przepełniony uczuciem, żyjący seksem, gwałtem i pieniędzmi, mroczny, podniecający jak narkotyk.

Świat walczących o władzę ponadnarodowych korporacji, których pracownicy są niewolnikami i wolnych hackerów, podróżujących po sztucznym, bezgranicznym Wszechświecie wnętrza komputera — cyberprzestrzeni — gdzie szaleństwo i śmierć mierzy się w nanosekundach. Case był jednym z najlepszych, lecz nawet on popełnił błąd.


William Gibson

Neuromancer

Z wyrazami miłości dla Deb, dzięki której wszystko się udało.

Osobne podziękowania składam:

Bruce’owi Sterlingowi, Johnowi Shirleyowi, Helden, Tomowi Maddoxowi — wynalazcy LODu i wielu innym, którzy wiedzą, za co.

CZĘŚĆ I

CHIBA CITY BLUES

1

Niebo nad portem miało barwę ekranu monitora nastrojonego na nieistniejący kanał.

— Nie chodzi o to, że biorę — tłumaczył ktoś, gdy Case przeciskał się między ludźmi stłoczonymi u wejścia do Chat. — Po prostu mój organizm cierpi na silny niedostatek narkotyków.

To był głos z Ciągu i żart z Ciągu. W barze Chatsubo spotykali się zawodowi ekspatrianci. Można tu było pić przez cały tydzień, nie słysząc nawet słowa po japońsku.

Za barem stał Ratz. Proteza podrygiwała monotonnie, gdy napełniał kufle Kirinem. Dostrzegł Case’a i uśmiechnął się, ukazując zęby będące plamistą mieszaniną wschodnioeuropejskiej stali i brunatnej próchnicy. Case znalazł sobie miejsce przy kontuarze, między wątpliwą opalenizną którejś z dziwek Lonny’ego Zone’a i czyściutkim, marynarskim mundurem wysokiego Afrykanina z plemiennymi bliznami na policzkach.

— Wage był tu wcześniej, z dwoma pajacami. — Ratz zdrową ręką pchnął kufel wzdłuż lady. — Ma do ciebie jakiś interes?

Case wzruszył ramionami. Dziewczyna po prawej stronie zachichotała i szturchnęła go porozumiewawczo.

Uśmiech barmana stał się jeszcze szerszy. Brzydota Ratza była legendarna. W epoce niezbyt kosztownego piękna jego brak miał w sobie coś z symbolu. Antyczne ramię zawyło, gdy sięgał po kolejny kufel; była to rosyjska proteza wojskowa, siedmiofunkcyjny manipulator na serwach, powleczony różowym plastykiem.

— Zbyt wiele w panu artysty, Herr Case — warknął Ratz; ten dźwięk pełnił u niego funkcje śmiechu. Różowym hakiem podrapał obwisły, opięty białą koszulą brzuch. — Artysty od lekko zabawnych interesów.

— Jasne. — Case łyknął piwa. — Ktoś tu musi być zabawny. Cholernie pewne, że nie ty.

Chichot dziwki zabrzmiał o oktawę wyżej.

— Ani ty, siostro. Więc znikaj, co? Zone jest moim osobistym przyjacielem.

Spojrzała mu w oczy i wydała najcichszy z możliwych odgłos splunięcia. Wargi ledwie się poruszyły. Ale odeszła.

— Jezu — mruknął Case. — Jaki horror tu wpuszczasz? Człowiek nie może się spokojnie napić.

— Ha — stwierdził Ratz, waląc ścierką w nierówne drewno. — Zone oddaje działkę. Tobie pozwalam pracować ze względu na wartości rozrywkowe.

Gdy Case podnosił kufel, nastąpiła jedna z tych niezwykłych chwil ciszy, jakby równoczesna pauza setek niezależnych konwersacji. Potem zadźwięczał chichot dziwki, z odcieniem histerii.

— Przeleciał anioł — burknął Ratz.

— To Chińczycy — ryczał pijany Australijczyk. — Chińczycy wymyślili zasrane struganie nerwów. W każdej chwili poleciałbym na kontynent na obróbkę. Oni potrafią cię ustawić, chłopie…

— A to… — mruknął do swego kufla Case, czując wzbierającą nagle gorycz — to już naprawdę gówno prawda.

Japończycy zapomnieli już więcej z neurochirurgii, niż Chińczycy w ogóle wiedzieli. Czarne kliniki Chiby były na samym topie, wprowadzały co miesiąc całe systemy nowych technik, a mimo to nie zdołały usunąć ran, jakie odniósł w tamtym hotelu w Memphis.

Był tu od roku, a wciąż śnił o cyberprzestrzeni, choć nadzieja słabła każdej nocy. Tyle prochów, tyle wiraży i ściętych zakrętów w Mieście Nocy, a nadal widział we śnie matrycę, jasne kraty logik rozwijające się w bezbarwnej pustce… Ciąg był daleko stąd, za Pacyfikiem, a on nie był już specem konsoli, kowbojem cyberprzestrzeni. Był jeszcze jednym popychaczem, który starał się jakoś przeżyć. Ale senne marzenia nadpływały każdej japońskiej nocy jak elektroniczne woodoo. Płakał po nich, krzyczał i budził się samotny w ciemności, skulony w swojej kapsule w jakimś skrzynkowym hotelu, wbijając dłonie w płytę materaca. Palce ściskały piankę, próbując sięgnąć konsoli, której nie było.

— Widziałem wczoraj twoją dziewczynę. — Ratz podał Case’owi drugie Kirin.

— Nie mam dziewczyny — odparł i łyknął z kufla.

— Pannę Lindę Lee. Case potrząsnął głową.

— Żadnych kobiet? Nic? Tylko interesy, druhu artysto? Całkiem oddany handlowi? — Małe piwne oczka barmana kryły się głęboko w fałdach pomarszczonej skóry. — Kiedy byłeś z nią, lubiłem cię chyba bardziej. Częściej się śmiałeś. A teraz, którejś nocy, możesz się stać nazbyt artystyczny. Skończysz w klinicznym zbiorniku jako części zamienne.

— Łamiesz mi serce, Ratz. — Dopił piwo, zapłacił i wyszedł, garbiąc chude, sterczące ramiona pod mokrym od deszczu nylonem wiatrówki koloru khaki. Krocząc wśród tłumów, Ninsei czuł stęchły zapach własnego potu.

Case miał dwadzieścia cztery lata. W wieku dwudziestu dwóch został kowbojem, koniokradem, jednym z najlepszych w Ciągu. Uczył się u naprawdę najlepszych, McCoya Pauleya i Bobby Quine’a, legend tego fachu. Działał na nieustannym niemal adrenalinowym haju, produkcie ubocznym młodości i sprawności, włączony do robionego na zamówienie cyberprzestrzennego deku, który rzutował bezcielesną świadomość na wszechzmysłową halucynację matrycy. Był złodziejem pracującym dla innych, bogatszych złodziei, pracodawców dostarczających egzotycznego oprogramowania wymaganego dla przebicia jasnych murów systemów korporacyjnych, otwierającego okna na złotonośne pola danych.

Popełnił klasyczny błąd, choć przysięgał sobie, że tego nie zrobi: okradł swoich zleceniodawców. Zatrzymał coś dla siebie i próbował pchnąć to u pasera w Amsterdamie. Wciąż nie był pewien, jak został wykryty. Zresztą, teraz nie miało to znaczenia. Oczekiwał na śmierć, ale oni tylko się uśmiechali. Oczywiście, powiedzieli, może sobie zatrzymać pieniądze. Nie ma sprawy. Będą mu potrzebne. Ponieważ — nadal z uśmiechem — mają zamiar upewnić się, że już nigdy nie będzie pracował.

Uszkodzili mu system nerwowy wojenną, rosyjską mykotoksyną.

Przywiązany do łóżka w hotelu w Memphis, halucynował przez trzydzieści godzin, a jego talent wypalał się mikron po mikronie.

Ingerencja była minimalna, subtelna i absolutnie skuteczna.

Dla Case’a, żyjącego jedynie dla niematerialnego uniesienia cyberprzestrzeni, to był Koniec. W barach, które odwiedzał jako czołowy kowboj, elita okazywała obojętność czy nawet pogardę dla ciała. Ciało to mięso. Case znalazł się w więzieniu własnego ciała.

Szybko wymienił cały swój kapitał na nowe jeny, gruby plik starych, papierowych pieniędzy, krążących bez końca w obiegu zamkniętym czarnych rynków całego świata, niby muszelki między wyspiarzami Triobriandu. W Ciągu trudno było przeprowadzać uczciwe transakcje z gotówką. W Japonii było to nielegalne.

W Japonii, wierzył w to z twardą, absolutną pewnością, znajdzie lekarstwo. W Chibie. Albo w zarejestrowanej klinice, albo w strefie cienia czarnej medycyny. Równoznacznej z implantami, ostrzeniem nerwów i mikrobioniką. Chiba jak magnes przyciągała technokryminalne subkultury Ciągu.

W Chibie patrzył, jak jego nowe jeny znikają podczas dwumiesięcznej rundy badań i konsultacji. Ludzie z czarnych klinik, jego ostatnia nadzieja, podziwiali precyzję okaleczenia, po czym wolno kręcili głowami.

Sypiał teraz w najtańszych skrzyniach, blisko portu, pod kwarcowo-halogenowymi reflektorami. Przez całą noc zalewały blaskiem doki, jak sceny gigantycznych teatrów. Lśnienie telewizyjnego nieba zaćmiewało światła Tokio, nawet ogromne, holograficzne logo Fuji Electric Company. Zatoka Tokijska była czarnym obszarem, gdzie mewy krążyły nad dryfującymi ławicami białego styropianu. Za portem leżało miasto; kopuły fabryk ginęły w cieniu ogromnych, sześciennych budynków korporacji. Miasto i port rozdzielała ziemia niczyja, sieć starych uliczek bez oficjalnej nazwy. Miasto Nocy z Ninsei w samym sercu. Za dnia bary przy Ninsei były zamknięte i bezbarwne, neony wygaszone, hologramy martwe, czekające pod zatrutym, srebrzystym niebem.

Dwie przecznice na zachód od Chat, w herbaciarni zwanej Jarre de Thé, Case popił podwójnym espresso pierwszą tej nocy pigułkę. Był to płaski, różowy ośmiokąt, mocna odmiana brazylijskiej deksedryny, kupiona od którejś z dziewczyn Zone’a.

Ściany Jarre’a wyłożono lustrami, każdą płytę zwierciadła obramowując czerwonym neonem.

Na początku, gdy znalazł się w Chibie całkiem sam, z niewielką kwotą pieniędzy i jeszcze mniejszą porcją nadziei na znalezienie lekarstwa, wszedł w stan śmiertelnego przeciążenia. Zdobywał gotówkę z chłodną, jakby obcą, koncentracją. W ciągu pierwszego miesiąca zabił dwóch mężczyzn i kobietę dla sum, jakie rok wcześniej uznałby za śmieszne. Ninsei zużywała go, aż wreszcie sama stała się eksternalizacją jakiegoś pragnienia śmierci, obcą trucizną, którą — nie wiedząc — nosił w sobie.

Miasto Nocy przypominało zwariowany eksperyment społecznego darwinizmu, zaprojektowany przez znudzonego badacza, bez przerwy wciskającego klawisz szybkiego przewijania. Przestawałeś pchać i tonąłeś bez śladu, ale gdy ruszałeś odrobinę za szybko, zrywałeś delikatne napięcie powierzchniowe czarnego rynku. Tak czy tak, znikałeś i nie pozostawało nic prócz mglistych wspomnień w mózgu takiego mebla jak Ratz. Zresztą, serce, płuca czy nerki mogły przetrwać, służąc komuś obcemu, kto miał dość nowych jenów na części z klinicznych zbiorników.

Interes był tu tłem wszystkiego, podświadomym, wszechobecnym szumem, a śmierć akceptowaną formą kary za lenistwo, nieuwagę, brak wdzięku, niedostosowanie się do wymagań złożonego protokołu.

Samotny przy stoliku w Jarre de Thé, z ośmiokątem, który właśnie zaczynał działać, i kropelkami potu występującymi na skórze dłoni, nagle świadom każdego mrowiącego włoska na ramionach i piersi, Case wiedział, że w pewnym momencie rozpoczął grę z samym sobą. Bardzo starą grę, bez nazwy; ostateczny pasjans. Przestał nosić broni, nie zachowywał podstawowych nawet środków ostrożności. Wykonywał najostrzejsze, najbardziej ryzykowne zlecenia ulicy i zyskał reputację człowieka, który potrafi zrealizować każde zamówienie. Część umysłu zdawała sobie sprawę, że blask autodestrukcji stał się jaskrawo widoczny dla wszystkich klientów, których miał coraz mniej. Ta sama część jednak rozkoszowała się świadomością, że to już tylko kwestia czasu. I ta właśnie część umysłu, usatysfakcjonowana oczekiwaniem na śmierć, najbardziej nienawidziła myśli o Lindzie Lee.

Pewnej deszczowej nocy znalazł ją w salonie gier.

Pod jaskrawymi upiorami płonącymi poprzez błękitną zawiesinę tytoniowego dymu, hologramami Zamku Czarnoksiężnika, Wojny Czołgów w Europie, Nowym Jorkiem z powietrza… Taką ją zapamiętał — z twarzą skąpaną w niespokojnych światłach laserów, z rysami zredukowanymi do kodu: policzki lśniące szkarłatem pożaru w Zamku Czarnoksiężnika, czoło zalane lazurem, gdy Monachium padało pod natarciem czołgów, usta muśnięte złotem iskier, jakie szybujący kursor krzesał ze ściany kanionu drapaczy chmur. Szedł wtedy ostro; klocek ketaminy Wage’a ruszył w drogę do Jokohamy, a pieniądze miał już w kieszeni. Wszedł tam, by skryć się przed deszczem spływającym po chodniku Ninsei. Zobaczył tylko ją, wśród dziesiątek twarzy nad konsolami, pochłoniętą rozgrywką. Taki sam wyraz miała jej twarz kilka godzin później, gdy spała w skrzyni niedaleko portu. Górna warga przypominała linię, jaką rysują dzieci, by przedstawić ptaka w locie.

Przeszedł między automatami i stanął obok niej, wciąż rozemocjonowany załatwionym niedawno interesem. Podniosła głowę. Dostrzegł szare oczy obramowane rozmazaną czarną kredką. Oczy małego zwierzątka, pochwyconego światłami nadjeżdżającego pojazdu.

Ich wspólna noc przeciągnęła się do świtu, do biletów w porcie poduszkowców i jego pierwszej wycieczki przez Zatokę. Deszcz nie ustawał, padając przy Harajuku, osiadając kroplami na jej plastykowej kurtce. Dzieci Tokio w białych chodakach i foliowych pelerynach spacerowały obok słynnych butików. Wreszcie stanęli wśród nocnego gwaru salonu pachinko. Trzymała go za rękę jak mała dziewczynka.

Prawie miesiąc trwało, nim mieszanka narkotyków i napięcia, która była jego naturalnym środowiskiem, zmieniła te wiecznie zdumione oczy w studnie wzajemnej potrzeby. Obserwował, jak rozpada się jej osobowość, pęka jak góra lodowa, jak odpływają kry, by wreszcie zobaczyć nagie pragnienie, wygłodniałą strukturę uwarunkowania. Patrzył, jak śledzi kolejnego jelenia. Koncentracja przywodziła mu na myśl modliszki sprzedawane na straganach przy Shiga, gdzie stały akwaria ze zmutowanymi błękitnymi karpiami i świerszcze w bambusowych klatkach.

Wpatrywał się w czarny krąg fusów na dnie pustej filiżanki. Wibrował od prochów. Brązowy laminat blatu pokrywała mętna patyna maleńkich rys. Deksedryna wzbierała wzdłuż kręgosłupa, a Case widział niezliczone losowe uderzenia, niezbędne dla stworzenia takiej powierzchni. Jarre był urządzony w staromodnym, bezimiennym stylu zeszłego wieku, nieudolnie łączącym japońską tradycję z jasnymi, mediolańskimi plastykami. Wszystko jednak zdawała się pokrywać cienka błona, jakby zszargane nerwy tysięcy klientów zużyły jakoś lustra i błyszczące kiedyś tworzywa, pozostawiając powierzchnie zasnute czymś, czego już nigdy nie da się usunąć.

— Case, chłopie…

Podniósł głowę i spojrzał w szare oczy obramowane czarną kredką. Miała na sobie wytarty francuski dres orbitalny i nowe białe tenisówki.

— Nie można cię znaleźć, człowieku. — Usiadła naprzeciw i oparła łokcie o stół. Rękawy niebieskiej bluzy zostały oderwane u ramion. Automatycznie sprawdził jej ręce, szukając śladów igieł i plastrów. — Chcesz papierosa?

Wyciągnęła z kieszeni na kostce zmiętą paczkę yeheyuanów. Wziął jednego. Zaczekał, aż poda mu ogień czerwoną plastykową rurką.

— Dobrze sypiasz, Case? Wyglądasz na zmęczonego.

Akcent sugerował, że pochodzi z południa Ciągu, gdzieś w pobliżu Atlanty. Miała blade, niezdrowe worki pod oczami, lecz ciało gładkie i jędrne. Dwadzieścia lat. Świeże linie bólu zaczynały odbijać się już na stałe w kącikach ust. Ciemne włosy związała z tyłu kawałkiem barwnego jedwabiu. Wzór na tkaninie mógł przedstawiać obwody drukowane albo plan miasta.

— Jeśli nie zapomnę zażyć tabletek — odparł, uderzony fizyczną niemal falą tęsknoty, pożądania i samotności atakujących na częstotliwości amfetaminy. Pamiętał zapach jej skóry w przegrzanej skrzyni niedaleko portu, dotyk palców splecionych na szyi.

To tylko mięso, pomyślał. I potrzeby mięsa.

— Wage… — zaczęła, mrużąc oczy — chciałby cię widzieć z dziurą w twarzy. Zapaliła papierosa.

— Kto powiedział? Ratz? Mówiłaś z Ratzem?

— Nie. Mona. Jej nowy chłoptaś pracuje dla Wage’a.

— Nie jestem mu winien aż tyle. — Wzruszył ramionami. — Straci forsę, jeśli mnie załatwi.

— Zbyt wielu ludzi jest mu coś winnych, Case. Może masz posłużyć za przykład. Lepiej uważaj.

— Jasne. Co u ciebie, Linda? Masz gdzie spać?

— Spać… — Potrząsnęła głową. — Pewnie, Case.

Zadrżała i pochyliła się nad stołem. Twarz lśniła warstewką potu.

— Trzymaj — mruknął, wsunął palce do kieszeni wiatrówki i wyciągnął zmiętą pięćdziesiątkę. Odruchowo wygładził ją pod stołem, złożył na cztery i podał Lindzie.

— Są ci potrzebne, skarbie. Daj je lepiej Wage’owi.

W szarych oczach było coś, czego nie potrafił rozpoznać; czego nigdy przedtem nie widział.

— Mam mu oddać dużo więcej. Weź. Niedługo dostanę większą forsę — skłamał patrząc, jak jego nowe jeny znikają w zapinanej na zamek kieszeni.

— Jak dostaniesz, poszukaj Wage’a, Case. Szybko.

— Na razie, Linda — rzucił wstając.

— Cześć.

Pod jej źrenicami prześwitywał milimetrowy pasek bieli. Sanpaku.

— I uważaj, co masz za plecami.

Skinął głową i wyszedł.

Spojrzał za siebie ponad plastykowymi drzwiami. Jej oczy odbijały się w klatce czerwonego neonu.

Piątkowa noc na Ninsei.

Minął stragany yakitori, salony masażu i koncesjonowaną kawiarnię Piękna Dziewczyna, potem elektroniczny grom salonu gier. Ustąpił z drogi sararimanowi w ciemnym garniturze. Dostrzegł logo Mitsubishi-Genetech, wytatuowane na grzbiecie prawej dłoni mężczyzny.

Autentyczne? Jeśli tak, pomyślał, facet sam szuka kłopotów. Jeśli nie, dobrze mu tak. Pracownicy M-G powyżej pewnego szczebla mieli implantowane zaawansowane mikroprocesory, kontrolujące poziom mutagenów we krwi. Kto pokazywał się z takim wyposażeniem w Mieście Nocy, kończył szybko — w zbiornikach czarnej kliniki.

Sarariman był Japończykiem, lecz na Ninsei kłębił się tłum gaijin. Grupy marynarzy z portu, podnieceni samotni turyści szukający rozkoszy nie wymienianych w przewodnikach, ważniacy z Ciągu, obnoszący swoje wszczepy i implanty, a także kilkanaście różnych gatunków popychaczy. Wszyscy kroczyli ulicą w skomplikowanym tańcu żądz i interesów.

Istniało mnóstwo teorii tłumaczących, dlaczego Chiba City tolerowało enklawę Ninsei. Case przychylał się do poglądu, że Yakuza chronią to miejsce jako rodzaj muzeum, przypomnienie własnych, skromnych początków. Dostrzegał jednak również pewien sens w tłumaczeniu, że pączkujące technologie wymagają stref leżących poza prawem, że Miasto Nocy trwało nie ze względu na swych mieszkańców, ale jako świadomie pozostawione bez nadzoru pole gry technologii jako takiej.

Czy Linda ma rację, zastanawiał się, patrząc na kolorowe światła. Czy Wage zechce go zabić dla przykładu? To nie miało sensu, ale Wage zajmował się głównie zakazanymi elementami biologicznymi; mówiło się, że trzeba do tego być szaleńcem.

Linda jednak twierdziła, że Wage chce go zlikwidować. Podstawową tezą Case’a dotyczącą dynamiki ulicznych interesów było, że ani sprzedawca, ani kupujący wcale go nie potrzebują. Zadanie pośrednika polegało na uczynieniu siebie złem koniecznym. Niepewna nisza, jaką znalazł w przestępczej ekologii Miasta Nocy, była podcięta kłamstwami, każdej nocy przerastana zdradą. Czując, że jej ściany zaczynają się kruszyć, znalazł się na skraju niezwykłej euforii.

Tydzień temu opóźnił transfer syntetycznego ekstraktu gruczołów i sprzedał go z większym niż zwykle zarobkiem. Wiedział, że Wage’owi się to nie podobało. Wage był jego głównym dostawcą, od dziewięciu lat działał w Chibie i jako jeden z nielicznych handlarzy gaijin znalazł powiązania ze sztywno rozwarstwionym światem przestępczym poza granicami Miasta Nocy. Materiał genetyczny i hormony ściekały na Ninsei krętą ścieżką pełną ślepych zaułków. Wage’owi udało się jakoś prześledzić trasę pewnego towaru i teraz miał stałe kontakty w dziesiątkach miast.

Case stanął przed wystawą. Sklep oferował drobne, błyszczące przedmioty dla marynarzy: zegarki, scyzoryki, zapalniczki, kieszonkowe magnetowidy, symstymowe deki, obciążone łańcuchy manriki i shurikeny. Shurikeny zawsze go fascynowały — stalowe gwiazdy z ostrymi jak noże promieniami. Jedne były chromowane, inne czarne, jeszcze inne tęczowe jak benzyna na wodzie. Interesowały go te chromowane, umieszczone na szkarłatnym ultraskaju, przytrzymywane prawie niewidzialnymi pętlami rybackiej żyłki, ozdobione symbolami smoków lub yin-yang. Chwytały i zatrzymywały blask neonów, a Case pomyślał, że za takimi właśnie gwiazdami podąża, że jego przeznaczenie wypisane jest w konstelacjach taniego chromu.

— Julie — powiedział gwiazdom. — Pora się spotkać ze starym Julie.

Julius Deane miał sto trzydzieści pięć lat, a jego metabolizm był pracowicie wypaczany przez fortunę, którą co tydzień wydawał na serum i hormony. Podstawową obroną przed starzeniem była doroczna pielgrzymka do Tokio, gdzie chirurdzy genetyczni na nowo układali kody DNA. W Chibie nie wykonywano takich zabiegów. Później leciał do Hongkongu i zamawiał roczną porcję garniturów i koszul. Bezpłciowy i nieludzko cierpliwy, czerpał zadowolenie chyba jedynie z wyrafinowanych form czci dla kunsztu krawieckiego. Case nigdy nie widział go dwukrotnie w tym samym garniturze, choć garderoba Deane’a składała się prawie wyłącznie ze starannych rekonstrukcji zeszłowieczej odzieży. Nosił szkła korekcyjne w cienkich złotych oprawkach, wyszlifowane z cienkich płytek syntetycznego, różowego kwarcu i umieszczone ukośnie, jak lustra w wiktoriańskim domu dla lalek.

Biura Deane’a mieściły się w magazynie za Ninsei. Część budynku lata temu urządzono dość oszczędnie, wstawiając przypadkowo dobrane europejskie meble — jak gdyby właściciel zamierzał kiedyś tu zamieszkać. Neoazteckie biblioteczki gromadziły kurz pod ścianą w pokoju, gdzie czekał Case. Para pękatych disneyowskich lamp zachowywała chwiejną równowagę na niskim stoliczku w stylu Kandinsky’ego z lakierowanej na czerwono stali. Zegar a la Dali zwisał między biblioteczkami, a nierówna tarcza krzywiła się do nagiej, betonowej, podłogi. Wskazówki były hologramami, zmieniającymi długość w zależności od kształtu fragmentu tarczy, nad którym się znajdowały. Wszędzie stały białe moduły transportowe z włókna szklanego. Pachniały lekko konserwowanym imbirem.

— Jesteś chyba czysty, synu — odezwał się bezcielesny głos Deane’a. — Wejdź, proszę.

Magnetyczne sztaby wysunęły się z framugi masywnych drzwi z imitacji palisandru, po lewej stronie biblioteczek. Wielkie samoprzylepne litery głosiły: JULIUS DEANE IMPORT EKSPORT. O ile meble ustawione w zastępczej poczekalni wskazywały na koniec zeszłego wieku, sam gabinet pochodził z jego początków.

Gładka, różowa twarz Deane’ a spoglądała na Case’ a, oświetlana starożytną mosiężną lampą z prostokątnym abażurem z zielonego szkła. Importer siedział za wielkim biurkiem z lakierowanej stali, mając po obu stronach wysokie, pełne szuflad szafki z jakiegoś jasnego drewna. Case przypuszczał, że kiedyś używano ich do przechowywania danych na papierowym nośniku. Na biurku poniewierały się kasety, zwoje pożółkłych wydruków i części jakby mechanicznej maszyny do pisania, której Deane’owi jakoś nie udawało się poskładać.

— Cóż cię sprowadza, mój chłopcze? — Deane podsunął Case’owi podłużnego cukierka, owiniętego papierkiem w biało-niebieską kratkę. — Spróbuj. Ting Ting Djahe, najlepsze.

Case odmówił, usiadł w szerokim, drewnianym fotelu na biegunach i przesunął kciuk wzdłuż wytartego szwu nogawki czarnych dżinsów.

— Julie, słyszałem, że Wage chce mnie zabić.

— Och. No cóż… A gdzie słyszałeś, jeśli wolno spytać?

— Od ludzi.

— Od ludzi — powtórzył Deane, ssąc imbirowego cukierka. — Jakich ludzi? Przyjaciół? Case przytaknął.

— Nie zawsze można rozpoznać prawdziwych przyjaciół.

— Jestem mu winien trochę forsy, Julie. Nic ci nie mówił?

— Nie kontaktował się ze mną ostatnio. — Deane westchnął. — Oczywiście, gdybym nawet wiedział, być może nie mógłbym ci powiedzieć. Wiesz, jak stoją sprawy.

— Sprawy?

— On jest ważnym ogniwem, Case.

— Rozumiem. Czy on chce mnie zabić, Julie?

— W każdym razie ja nic o tym nie wiem.-Wzruszył ramionami. Równie dobrze mogli dyskutować o cenach imbiru. — Jeśli okaże się to zwykłą plotką, synu, wpadnij za tydzień. Dam ci zarobić na pewnym drobiazgu z Singapuru.

— Z hotelu Nan Hai przy Bencoolen?

— Jesteś niedyskretny, synu. — Deane uśmiechnął się. Stalowe biurko kryło całą fortunę w sprzęcie przeciwpodsłuchowym.

— To na razie, Julie. Pozdrowię od ciebie Wage’a. Deane uniósł dłoń, a jego palce musnęły nieskazitelny węzeł krawata.

Nie odszedł daleko, gdy poczuł uderzenie — nagła, komórkowa świadomość, że ktoś za nim idzie. I to blisko.

Case traktował uprawianie pewnego rodzaju spokojnej paranoi jak kwestię zupełnie oczywistą. Problem polegał na utrzymaniu kontroli. Nie było to proste, zza stosu różowych ośmiokątów. Opanował napływ adrenaliny i nadał swej wąskiej twarzy wyraz znudzonej obojętności udając, że pozwala tłumowi nieść się wzdłuż ulicy. Dostrzegł ciemną wystawę i zdołał się przy niej zatrzymać. Za szybą był chirurgiczny butik, zamknięty z powodu remontu. Z rękami w kieszeniach kurtki patrzył na płaski romb hodowlanego ciała, umieszczony na rzeźbionym postumencie ze sztucznego nefrytu. Barwa skóry przywodziła na myśl dziwki Zone’a; ozdabiał ją tatuaż z cyfrowym wyświetlaczem, podłączonym do wszczepionego chipa. Po co się męczyć operacją, pomyślał, kiedy można to wszystko zwyczajnie nosić w kieszeni?

Nie poruszając głową, uniósł wzrok i przestudiował odbicie mijających go przechodniów.

Tam.

Za marynarzami w oliwkowych koszulach z krótkim rękawem. Czarne włosy, lustrzane okulary, ciemne ubranie, szczupły…

Zniknął.

Case ruszył biegiem, przygarbiony, manewrując wśród tłumu ludzi.

— Możesz mi pożyczyć spluwę, Shin?

— Dwie godziny. — Chłopak uśmiechnął się. Stali w obłoku zapachów świeżych ryb, na tyłach straganu z sushi przy Shiga. — Ty wrócić za dwie godziny.

— Potrzebuję już, chłopie. Nie masz czegoś na miejscu?

Shin pogrzebał za prostymi, dwulitrowymi puszkami, kiedyś zawierającymi sproszkowany chrzan. Wreszcie znalazł wąski pakunek w szarej folii.

— Taser. Jedna godzina, dwadzieścia nowych jenów. Zastaw trzydzieści.

— Cholera, nie chcę tego. Potrzebuję pistoletu. Gdybym akurat chciał kogoś zastrzelić, jasne?

Kelner wzruszył ramionami i schował taser za puszki po chrzanie.

— Dwie godziny.

Wszedł do sklepu, nie spojrzawszy nawet na rząd shurikenów. W życiu czymś takim nie rzucał.

Kupił dwie paczki yeheyuanów, płacąc chipem Banku Mitsubishi, według którego nazywał się Charles Derek May. To lepiej niż Truman Starr, jak w paszporcie.

Japonka za ladą wyglądała na kilka lat starszą od starego Deane’a, przy czym ani razu nie korzystała z dobrodziejstw nauki. Wyjął z kieszeni cienki zwitek nowych jenów.

— Chcę kupić broń.

Skinęła w stronę szafki wypełnionej nożami.

— Nie — odparł. — Nie lubię noży.

Wyjęła spod lady wąskie, podłużne pudło. Na pokrywie z żółtej tektury wyrysowano tandetnie kobrę z rozpostartym kapturem. Wewnątrz leżało osiem identycznych, owiniętych bibułką cylindrów. Patrzył, jak plamiste palce zdzierają papier. Uniosła obiekt, by mógł się przyjrzeć — matowa, stalowa rurka z rzemienną pętlą na jednym końcu i niewielką, brązową piramidką na drugim. Ścisnęła rurę, obejmując kciukiem i palcem wskazującym koniec przy piramidce. Szarpnęła za rzemień. Trzy lśniące teleskopowe fragmenty zwiniętej ciasno sprężyny wysunęły się i zablokowały.

— Kobra — powiedziała.

Ponad migoczącymi neonami niebo nad Ninsei miało posępny, szary kolor. Powietrze było coraz gorsze, a tego wieczoru wyrosły mu chyba zęby i co drugi człowiek nosił maskę filtracyjną. Case spędził dziesięć minut nad pisuarem, usiłując znaleźć wygodny sposób noszenia kobry. W końcu wcisnął uchwyt za pasek dżinsów; piramidkowe ostrze mieściło się pomiędzy żebrami a podszewką wiatrówki. Miał wrażenie, że przy pierwszym kroku całe urządzenie potoczy się na chodnik, ale czuł się pewniej.

W Chat zwykle nie prowadziło się interesów, choć w ciągu tygodnia pojawiali się tu różni klienci. W piątki i soboty sytuacja zmieniała się zupełnie. Stali goście byli na miejscu, jak zwykle, lecz ginęli w tłumie marynarzy i specjalistów z marynarzy żyjących. Otwierając drzwi, Case szukał wzrokiem Ratza, ale barmana nie było. Lonny Zone, rezydujący tu alfons, obserwował z ojcowską dumą, jak któraś z jego dziewcząt pracuje nad młodym marynarzem. Zone brał pewną odmianę hipnotyku, zwanego przez Japończyków Tancerzem Chmur. Case dał mu znak, wskazując ręką kontuar. Zone przepłynął wolno wśród tłumu. Twarz miał obwisłą i bez wyrazu.

— Widziałeś dziś Wage’a, Lonny?

Zone przyglądał mu się ze zwykłą obojętnością. Pokręcił głową.

— Jesteś pewien?

— Może w Namban. Może ze dwie godziny temu.

— Miał ze sobą jakichś pajaców? Jeden chudy, ciemne włosy, może w czarnej kurtce?

— Nie — stwierdził po chwili Zone, marszcząc gładkie czoło, by wykazać, ile wysiłku kosztuje go przypominanie sobie tylu nieistotnych szczegółów. — Wielkie chłopy. Hodowlani.

W oczach Zone’a było bardzo niewiele białkówki i jeszcze mniej tęczówek; pod obwisłymi powiekami lśniły powiększone, ogromne źrenice. Długo patrzył na Case’a, potem spuścił wzrok i dostrzegł wybrzuszenie stalowego pejcza.

— Kobra. — Uniósł brew. — Chcesz kogoś przepieprzyć?

— Na razie, Lonny — rzucił Case i wyszedł.

Ogon pojawił się znowu. Był tego pewien. Poczuł napływ euforii. Ośmiokąty i adrenalina mieszały się z czymś jeszcze. Bawi cię to, pomyślał. Zupełnie zwariowałeś.

W jakiś niewytłumaczalny sposób wszystko to przypominało mu trasę w matrycy. Wystarczyło trochę przemęczenia, jakieś rozpaczliwe, ale właściwie całkiem dowolne kłopoty, a mógł patrzeć na Ninsei jak na pola danych. Matryca też kiedyś przypominała mu proteiny, powiązane w różny sposób dla specyfikacji komórek. Potem można rzucić się w przyspieszony dryf z poślizgiem, z absolutnym zaangażowaniem, ale też obojętnie, a wszystko wokół szalało w tańcu biznesu, interakcji informacyjnej, danych ucieleśnionych w labiryntach czarnego rynku…

Do roboty, Case, pomyślał. Bierz się za nich. To ostatnia rzecz, jakiej oczekują.

Znalazł się niedaleko salonu gier, gdzie po raz pierwszy spotkał Lindę Lee.

Pobiegł przez Ninsei, rozpychając grupę marynarzy. Któryś z nich wrzasnął za nim coś po hiszpańsku. Ale wtedy minął już wejście, a hałas ogarnął go jak fala. Infradźwięki wibrowały w żołądku. Ktoś trafił dziesięcioma megatonami w Wojnie Czołgów i jaskrawy hologram grzybokształtnej chmury wykwitł nad głowami graczy, gdy symulowany wybuch zalał salon strumieniem białego szumu. Case skręcił na prawo i wbiegł na nie malowane, drewniane schody. Był tu kiedyś z Wage’em; z człowiekiem o imieniu Matsuga omawiali przerzut zakazanych zestawów hormonalnych. Pamiętał korytarz, poplamione chodniki, rząd identycznych drzwi prowadzących do maleńkich gabinetów. Jedne były otwarte; młoda Japonka w czarnej koszulce bez rękawów spojrzała znad białego terminala. Nad głową miała plakat reklamujący uroki Grecji: egejski błękit z plamami zaokrąglonych ideogramów.

— Wezwij tu ochronę — rzucił Case.

Potem pognał korytarzem, znikając jej z oczu. Ostatnie drzwi były zamknięte, pewnie na klucz. Z półobrotu walnął podeszwą nylonowego buta w pokrytą niebieskim lakierem sklejkę. Drzwi odskoczyły, tani hardware wypadał z popękanej futryny. Wewnątrz ciemność, z jasną plamą obudowy terminala. Case stał już przy drzwiach naprzeciwko, z całej siły napierając na plastykową, przezroczystą gałkę klamki. Coś trzasnęło i był w środku. Tu właśnie on i Wage spotkali Matsugę, ale biuro, które ten ostatni oficjalnie prowadził, zniknęło już dawno. Żadnego terminala, nic. Światło z alei sączyło się przez brudny plastyk. Dostrzegł tylko wężową pętlę światłowodu zwisającą ze ściennego gniazdka, stos pustych puszek, opakowań i pozbawioną łopatek kolumnę elektrycznego wentylatora.

Okno było pojedynczą płytą taniego plastyku. Case zrzucił kurtkę, owinął nią prawe ramię i pchnął. Szyba pękła. Uderzył jeszcze dwa razy, by oczyścić ramę. Ponad stłumionym szumem gier rozległ się sygnał alarmu, uruchomionego albo wyłamaniem okna, albo przez tę dziewczynę na końcu korytarza.

Case odwrócił się, wciągnął kurtkę i wysunął kobrę na pełną długość.

Zamknął drzwi, więc miał nadzieję, że ogon uwierzy w jego ucieczkę przez te drugie, które prawie wyrwał z zawiasów. Lśniący ostrosłup kobry kołysał się lekko, stalowa sprężyna wzmacniała puls.

Nic się nie stało. Słyszał tylko wycie alarmu, szum gier, walenie własnego serca. Strach napłynął jak na wpół zapomniany przyjaciel. Nie chłodny, nieubłagany mechanizm amfetaminowej paranoi, ale zwykły, zwierzęcy strach. Od tak dawna żył na krawędzi emocjonalnego załamania, że prawie nie pamiętał, na czym polega zwyczajne przerażenie.

Ten pokoik był jednym z miejsc, w których ginęli ludzie. On też może tu zginąć. Jeśli będą mieli pistolety…

Trzask, z drugiego końca korytarza. Męski głos, wołający coś po japońsku. Krzyk, wrzask grozy. Następny trzask.

Kroki. Spokojne, coraz bliższe kroki.

Minęły jego zamknięte drzwi. Zatrzymały się na czas trzech szybkich uderzeń serca. I zawróciły. Jeden, drugi, trzeci… Obcas zaczepił o chodnik.

Resztki indukowanej ośmiokątem brawury zniknęły. Wsunął kobrę w uchwyt i ślepy ze strachu podkradł się do okna. Nerwy wyły przeraźliwie. Wspiął się, przetoczył, spadał, zanim świadomość pojęła, co właściwie robi. Uderzenie o ziemię wbiło w uda tępe igły bólu.

Wąski klin światła z półotwartej klapy do piwnicy obejmował stos zużytych światłowodów i obudowę wyrzuconej konsoli. Case padł twarzą na wilgotną tekturę, przetoczył się w cień konsoli. Okno pokoiku stało się prostokątem mętnego blasku. Alarm wibrował ciągle; w tym miejscu był głośniejszy, gdyż ściana budynku tłumiła wycie gier.

W ramie okna pojawiła się głowa, podświetlona jarzeniówkami korytarza. Zniknęła i wysunęła się znowu. Nie widział rysów twarzy, jedynie srebrzysty błysk wokół oczu.

— Szlag… — zaklął ktoś, kobieta. Z akcentem północnego Ciągu.

Głowa zniknęła. Przez długą chwilę Case leżał pod konsolą i liczył wolno do dwudziestu. Potem wstał. Wciąż trzymał w dłoni kobrę i nie od razu sobie uświadomił, co to właściwie jest. Pokuśtykał alejką, oszczędzając lewą kostkę.

Pistolet Shina był pięćdziesięcioletnią wietnamską imitacją południowoamerykańskiej kopii automatycznego Walthera PPK, z potężnym kopnięciem. Komorę przystosowano do długiej amunicji karabinowej kalibru .22. Case wolałby pociski rozrywające w ołowianym płaszczu niż proste, z wydrążonymi stożkami, chińskiej produkcji, które sprzedał mu Shin. Mimo wszystko miał broń i dziewięć kul. Ściskał kolbę, idąc od straganu z sushi wzdłuż Shiga. Uchwyt był z jaskrawego czerwonego plastyku, ozdobiony wizerunkiem atakującego smoka — coś, co w ciemności można było gładzić kciukiem. Wcisnął kobrę do pojemnika na śmieci przy Ninsei i przełknął na sucho kolejny ośmiokąt.

Tabletka ożywiła mu obwody. Wchodząc w Baiitsu uznał, że ogon zniknął. I bardzo dobrze. Musiał załatwić parę telefonów, ubić kilka interesów. Nie mógł czekać. Niedaleko stąd, w kierunku portu, przy Baiitsu, stał zwykły, dziesięciopiętrowy biurowiec z brzydkiej, żółtej cegły. O tej porze w oknach było ciemno, ale wyginając szyję, dostrzegało się delikatne lśnienie nad dachem. Zepsuty neon przy głównym wejściu głosił TANI HOTEL. Wyżej wymalowano plątaninę ideogramów. Case nie wiedział, czy to miejsce ma jakąś inną nazwę. Zawsze określano je jako Tani Hotel. Wchodziło się z przecznicy Baiitsu, gdzie u stóp przejrzystego szybu czekała winda. Jak cały ten budynek, powstała bez planu, mocowana do ściany bambusem i epoksydami. Case wszedł do plastykowej klatki i użył klucza: kawałka sztywnej taśmy magnetycznej bez żadnych znaków.

Od kiedy przybył do Chiby, wynajmował tu skrzynię. Płacił co tydzień, ale nigdy tu nie spał. Sypiał w tańszych lokalach.

Winda pachniała perfumami i dymem papierosów. Ścianki kabiny były porysowane i brudne. Na wysokości piątego piętra zobaczył światła Ninsei. Bębnił palcami po kolbie pistoletu, gdy winda hamowała z narastającym sykiem. Zatrzymała się ze zwykłym szarpnięciem, lecz był na to przygotowany. Wszedł do sali służącej za kombinację holu i podwórza.

Na samym środku kwadratu zielonej plastykowej murawy nastoletni Japończyk siedział za półkolistą konsolą i czytał jakąś książkę. Białe skrzynki z włókna szklanego stały na ramie z budowlanego rusztowania: sześć rzędów po dziesięć sztuk w każdym. Case skinął chłopcu głową i ruszył po sztucznej trawie ku najbliższej drabinie. Dach był tu z taniego laminatu; trzaskał przy wietrznej pogodzie i przeciekał, gdy padało. Za to skrzynie miały stosunkowo dobre zamki.

Ażurowy pomost wibrował pod jego ciężarem, gdy Case szedł ostrożnie wzdłuż trzeciego rzędu, do numeru 92. Skrzynie miały trzy metry długości, owalne luki były szerokie na metr i wysokie na trochę więcej niż półtora. Wsunął klucz w szczelinę i czekał, aż domowy komputer dokona weryfikacji. Magnetyczne sworznie zgrzytnęły uspokajająco i z trzaskiem sprężyn luk uniósł się w górę. Zamigotały jarzeniówki. Case wsunął się do środka, zamknął klapę i uderzył w panel aktywizujący ręczną blokadę.

Numer 92 był pusty. Wewnątrz stał tylko standardowy kieszonkowy komputer Hitachi i niewielka biała styropianowa skrzynka. Zawierała resztki trzech dziesięciokilowych brył suchego lodu, starannie owiniętych w papier, by zahamować parowanie, oraz zakręcaną, aluminiową kolbę laboratoryjną. Case przykucnął na brunatnej gąbce służącej za łóżko i podłogę, wyjął z kieszeni dwudziestkę dwójkę Shina i ułożył na pokrywie. Potem zdjął kurtkę. Terminal skrzyni wbudowano we wklęsłą ścianę, naprzeciw tablicy z regulaminem hotelu w siedmiu językach. Zdjął z widełek różową słuchawkę i z pamięci wybrał numer w Hongkongu. Po pięciu sygnałach rozłączył się. Klient z Hitachi, zainteresowany trzema megabajtami gorącego RAM, nie odbierał telefonów.

Wystukał tokijski numer w Shinjuku.

Kobiecy głos powiedział coś po japońsku.

— Jest Grzechotnik?

— Miło cię usłyszeć — odezwał się Grzechotnik, słuchający pewnie z drugiego aparatu. — Oczekiwałem twojego telefonu.

— Mam to nagranie, o które ci chodziło. — Case spojrzał na styropianowe pudło.

— Bardzo się cieszę. Mamy pewne problemy z transferem gotówki. Możesz odczekać?

— Chłopie, naprawdę potrzebuję szmalu…

Grzechotnik przerwał połączenie.

— Ty sukinsynu — burknął Case do buczącej cicho słuchawki. Patrzył na swój tani, mały pistolecik.

— Niepewny — stwierdził. — Wszystko dzisiaj jest raczej niepewne.

Case wkroczył do Chat godzinę przed wschodem słońca. Ręce trzymał w kieszeniach. W jednej ściskał wypożyczony pistolet, w drugiej aluminiową kolbę.

Ratz siedział przy stoliku pod ścianą i pił z kufla wodę Apollinaris. Krzesło trzeszczało pod stu dwudziestoma kilogramami tłustego cielska. Brazylijski chłopak imieniem Kurt stał za barem, obsługując skromną grupkę milczących na ogół pijaczków. Plastykowe ramię Ratza brzęczało, gdy unosił kufel do ust. Łysina lśniła od potu.

— Marnie wyglądasz, przyjacielu artysto — zauważył, błyskając ruiną uzębienia.

— Świetnie mi idzie. — Case wyszczerzył zęby jak czaszka. — Super świetnie.

Nie wyjmując rąk z kieszeni, opadł na krzesło po drugiej stronie stołu.

— I spacerujesz sobie tam i z powrotem w tym swoim przenośnym schronie z wódy i prochów. Jasne. Odporny na uczucia wyższe.

— Może byś zlazł ze mnie, Ratz? Widziałeś Wage’a?

— Odporny na strach i samotność — mówił dalej barman. — Wsłuchaj się w strach. Może to on jest twoim przyjacielem.

— Słyszałeś może coś o bójce w salonie gier? Ktoś oberwał?

— Wariat pociął faceta z ochrony. — Wzruszył ramionami. — Podobno dziewczyna.

— Ratz, muszę pogadać z Wage’em.

— Aha…-Wargi mężczyzny zacisnęły się w jedną linię. Ponad ramieniem Case’a spojrzał ku drzwiom. — Chyba ci się uda.

Case miał wrażenie, że znów widzi okno wystawowe i rząd shurikenów. Metamfetamina śpiewała szaleńczo pod czaszką. Rękojeść broni stała się śliska od potu.

— Herr Wage. — Ratz wstał i wolno wyciągnął swój różowy manipulator, jakby oczekiwał uścisku dłoni. — Jakże mi miło. Tak rzadko pan nas zaszczyca.

Case odwrócił się i spojrzał w twarz Wage’a — trudną do zapamiętania, opaloną maskę z hodowlanymi transplantami Nikona barwy morskiej zieleni w miejscu oczu. Wage miał na sobie ciemno-szary garnitur, a na obu nadgarstkach proste platynowe bransolety. Za nim szli jego pajace, niemal identyczni młodzi ludzie z rękawami opiętymi na sztucznie powiększonych muskułach.

— Jak leci, Case?

— Panowie. — Ratz chwycił w różowe szpony przepełnioną popielniczkę. — Nie chcę tu żadnych kłopotów.

Popielniczka z reklamą piwa Tsingtao była z utwardzanego plastyku. Ratz zgniótł ją bez wysiłku. Niedopałki i odpryski zielonego tworzywa spłynęły kaskadą na blat stołu.

— Rozumiemy się?

— Skarbie — wtrącił jeden z pajaców. — Może spróbujesz tej sztuczki ze mną?

— Nie trać czasu na celowanie w nogi, Kurt — powiedział konwersacyjnym tonem Ratz. Case spojrzał na chłopaka. Brazylijczyk stał za barem, mierząc w trójkę przybyłych ze śrutówki Smith Wessona. W wylot lufy, zrobionej z cienkiego jak papier stopu owiniętego kilometrem szklanego włókna, można by chyba wepchnąć pięść. Ażurowy magazynek ukazywał pięć grubych pomarańczowych ładunków, poddźwiękowych pocisków rozrywających.

— Formalnie nie są śmiertelne — wyjaśnił Ratz.

— Jestem ci winien drinka — mruknął Case.

— Nic mi nie jesteś winien. — Grubas wzruszył ramionami. — Ci trzej — skinął na Wage’a i jego pajaców — powinni wiedzieć, że w Chatsubo nikogo się nie załatwia.

Wage chrząknął.

— A kto mówił o załatwianiu kogokolwiek? Chcemy tylko pogadać o interesach. Case i ja pracujemy razem.

Case wyjął dwudziestkę dwójkę i wymierzył Wage’owi w krocze.

— Słyszałem, że chcesz mnie wykończyć. Różowy chwytnik Ratza objął lufę pistoletu i Case rozluźnił mięśnie.

— Case, może mi wytłumaczysz, co się z tobą wyrabia? Odbija ci czy co? Co to za bełkot, że mam zamiar cię skasować? — Wage spojrzał na chłopaka stojącego za jego lewym ramieniem. — Wracajcie obaj do Namban. Tam czekajcie.

Ruszyli do wyjścia. Lokal był całkiem pusty, jeśli nie liczyć Kurta i pijanego marynarza śpiącego u stóp barowego stołka. Lufa Smith Wessona podążała za parą pajaców do drzwi, potem cofnęła się, mierząc w Wage’a. Magazynek pistoletu Case’a uderzył o blat. Ratz przytrzymał broń w manipulatorze i wyrzucił nabój z komory.

— Kto powiedział, że chcę cię skasować? — spytał Wage.

Linda.

— No kto, człowieku? Ktoś chciał cię wystawić?

Marynarz jęknął i zwymiotował.

— Wywal go — zawołał Ratz do Kurta, który siedział na barze, trzymając Smith Wessona na kolanach, i zapalał papierosa.

Case czuł, jak przygniata go ciężar nocy, niby worek mokrego piasku opadający na powieki. Podał Wage’owi aluminiową kolbę.

— To wszystko, co mam. Przysadki. Warte pięć stów, jeśli pchniesz je szybko. Resztę rachunku miałem w RAMie, ale to już przeszłość.

— Dobrze się czujesz, Case? — Kolba zniknęła już pod ciemnoszarą klapą. — Zgadza się, to na pewien czas wyrównuje rachunki, ale wyglądasz nędznie. Jak rozdeptane gówno. Lepiej połóż się gdzieś i prześpij.

— Tak — Wstał czując, jak Chat wiruje wokół niego. Zachichotał. — Wiesz, miałem jeszcze pięćdziesiątkę, ale dałem komuś.

Wziął magazynek i jeden luźny nabój, wrzucił do kieszeni, schował pistolet do drugiej.

— Idę do Shina. Muszę odebrać zastaw.

— Wracaj do domu. — Ratz jakby z zakłopotaniem poruszył się na trzeszczącym stołku. — Słyszysz, artysto? Do domu.

Czuł na plecach ich spojrzenia, gdy szedł przez salę i ramieniem otwierał plastykowe drzwi.

— Dziwka — rzekł do różowego blasku nad Shiga. Hologramy wzdłuż Ninsei znikały jak duchy, a większość neonów była już martwa i zimna. Sączył z piankowego naparstka gęstą czarną kawę kupioną w ulicznej budce i patrzył, jak wschodzi słońce.

— Leć, skarbie. To miasto jest dla ludzi, którzy lubią rynsztoki.

Ale nie o to chodziło i coraz trudniej było mu zachować poczucie krzywdy z powodu zdrady. Ona chciała tylko biletu do domu, a RAM w jego Hitachi wystarczał, by za ten bilet zapłacić. Pod warunkiem, że trafi do odpowiedniego pasera… I jeszcze ta pięćdziesiątka; prawie odmówiła wiedząc, że wkrótce obrobi go z całej reszty majątku.

Kiedy wysiadł z windy, przy biurku siedział ten sam chłopak. Z inną książką.

— Dobra robota — krzyknął Case przez plastykowy trawnik. — Nie musisz mi mówić. Sam wiem, Piękna kobieta przyszła mnie odwiedzić. Powiedziała, że ma klucz. Zarobiłeś drobny napiwek, powiedzmy: pięćdziesiąt Nowych.

Chłopak odłożył książkę.

— Kobieta. — Case przeciągnął kciukiem po czole. — Jedwab. Uśmiechnął się szeroko. Chłopiec odpowiedział uśmiechem i kiwnął głową.

— Dzięki, durniu — mruknął Case.

Męczył się przez chwilę z zamkiem. Musiała coś popsuć, kiedy przy nim grzebała, pomyślał. Amatorka. Wiedział, gdzie wypożyczyć czarną skrzynkę, która otworzy wszystko w Tanim Hotelu. Jarzeniówki błysnęły, gdy wsuwał się do wnętrza.

— Zamknij luk, przyjacielu. Powoli i spokojnie. Wciąż masz przy sobie tę specjalność lokalu, którą dostałeś od kelnera?

Siedziała plecami do ściany po drugiej stronie skrzyni. Opierała przedramiona o podciągnięte kolana. Spomiędzy palców sterczał dziurkowany wylot pistoletu strzałkowego.

— To byłaś ty? Wtedy, przy automatach? — Zatrzasnął klapę. — Gdzie Linda?

— Wciśnij przełącznik rygla.

Usłuchał.

— To twoja dziewczyna? Linda?

Przytaknął.

— Poszła sobie. Zabrała twoje Hitachi. Nerwowy dzieciak. Co z twoją spluwą?

Nosiła lustrzane okulary. Miała czarne ubranie, a obcasy czarnych butów wbijały się głęboko w piankę podłogi.

— Oddałem Shinowi. Odebrałem zastaw. Naboje sprzedałem mu z powrotem, za pół ceny. Chcesz pieniędzy?

— Nie.

— Może trochę suchego lodu? W tej chwili nie mam nic więcej.

— Co w ciebie wstąpiło wieczorem? Po co odegrałeś tę scenę w salonie? Musiałam narobić bałaganu, kiedy przypętał się ten najemny glina z nunczakiem.

— Linda powiedziała, że chcesz mnie zabić.

— Linda tak powiedziała? W życiu jej nie widziałam. Dopiero tutaj.

— Nie pracujesz dla Wage’a?

Pokręciła głową. Zauważył, że jej okulary były chirurgicznie wszczepione i okrywały oczodoły. Srebrzyste szkła wyrastały z gładkiej bladej skóry ponad kośćmi policzkowymi, obramowane czarnymi, nierówno przyciętymi włosami. Szczupłe białe palce, zaciśnięte wokół strzałkowca, miały paznokcie barwy burgunda. Chyba sztuczne.

— Wszystko spieprzyłeś, Case. Ledwo się zjawiłam, a od razu wpakowałeś mnie w swoją wersję rzeczywistości.

— Więc czego chcesz? — Oparł się o klapę luku.

— Ciebie. Jedno żywe ciało ze sprawnym, w miarę, mózgiem. Molly, Case. Mam na imię Molly. Zabieram cię do człowieka, dla którego pracuję. Chce tylko pogadać. Nic więcej. Nikt ci nie zrobi krzywdy.

— To dobrze.

— Tyle że ja czasem krzywdzę ludzi. Chyba tak już jestem poskręcana.

Miała obcisłe czarne, skórzane spodnie i luźną czarną kurtkę z jakiegoś matowego tworzywa, które zdawało się pochłaniać światło.

— Będziesz grzeczny, Case, jeśli schowam ten strzałkowiec? Wyglądasz na faceta, który lubi głupio ryzykować.

— Nie ma sprawy. Jestem spokojny. Jak dziecko, żadnych problemów.

— Doskonale. — Pistolet zniknął pod czarną kurtką. — Bo gdybyś postanowił spróbować, byłaby to najgłupsza decyzja w twoim życiu.

Wyciągnęła ręce, rozszerzyła lekko palce. Z ledwie słyszalnym szczękiem spod burgundowych paznokci wyskoczyło dziesięć obosiecznych czterocentymetrowych skalpeli.

Patrzyła z uśmiechem. Ostrza skryły się wolno.

2

Po roku w skrzyniach pokój na dwudziestym piątym piętrze Hiltona w Chibie wydawał się gigantyczny. Miał wymiary dziesięć metrów na osiem, połowa apartamentu. Biały ekspress Brauna parował na małym stoliczku przy rozsuwanych szklanych płytach, zamykających niewielki balkon.

— Wlej w siebie trochę kawy. Przyda ci się.

Molly zdjęła czarną kurtkę. Strzałkowiec wisiał jej pod pachą w czarnej kaburze. Miała na sobie szarą kamizelkę z metalowymi zamkami na ramionach. Kuloodporna, domyślił się Case, nalewając kawy do jaskrawoczerwonego kubka. Miał wrażenie, że ręce i nogi zrobione ma z drewna.

— Case…

Podniósł głowę. Widział tego mężczyznę po raz pierwszy w życiu.

— Nazywam się Armitage.

Ciemny szlafrok luźno związany paskiem, szeroka pierś, bezwłosa i muskularna, płaski, twardy brzuch. Niebieskie oczy, blade jak wytrawione kwasem.

— Wzeszło słońce, Case. Zaczął się twój szczęśliwy dzień.

Case machnął ramieniem w bok, ale obcy bez trudu uskoczył przed strumieniem kawy. Brązowa plama wykwitła na ścianie pokrytej imitacją ryżowego papieru. Dostrzegł kanciasty złoty kolczyk w lewym uchu: Oddziały Specjalne. Mężczyzna uśmiechnął się.

— Weź sobie kawy, Case — poradziła Molly. — Nic się nie stało, ale nie wyjdziesz stąd, póki Armitage nie powie tego, co ma do powiedzenia.

Siedziała po turecku na krytym jedwabiem materacu i nie patrząc rozkładała pistolet. Podwójne zwierciadła śledziły go, gdy szedł do stolika i napełniał kubek.

— Jesteś za młody, żeby pamiętać wojnę, Case. — Armitage przeczesał palcami krótko przycięte, kasztanowe włosy. Na jego nadgarstku błyszczała ciężka złota bransoleta. — Leningrad, Kijów, Syberia. Wynaleźliśmy cię na Syberii, Case.

— Co to ma znaczyć?

— Rycząca Pięść, Case. Słyszałeś już tę nazwę.

— Jakiś atak, co? Próba wypalenia tego rosyjskiego centrum programami wirusowymi. Tak, słyszałem. Nikt nie przeżył.

Wyczuł nagły wzrost napięcia. Armitage podszedł do okna i spojrzał na Zatokę Tokijską.

— To nieprawda. Jeden oddział przedostał się do Helsinek.

Case wzruszył ramionami i łyknął kawy.

— Jesteś kowbojem konsoli. Prototypy programów, jakich używasz, by przełamać przemysłowe banki danych, zostały opracowane dla Ryczącej Pięści. Do ataku na ośrodek komputerowy w Kiereńsku. Podstawowym modułem była motolotnia Nightwing, pilot, dek matrycy i dżokej. Uruchamialiśmy wirus zwany Kretem. Seria Kretów była pierwszą generacją prawdziwych programów intruzyjnych.

— Lodołamaczy — mruknął znad czerwonego kubka Case.

— Lód od LODu, logicznego oprogramowania defensywnego.

— Problem w tym, drogi panie, że już nie jestem dżokejem. Chyba pora, żebym sobie poszedł.

— Byłem tam, Case. Byłem, kiedy powstawał twój gatunek.

— Nie masz, chłopie, nic wspólnego ze mną i z moim gatunkiem. Jesteś po prostu bogaty i stać cię na takie kosztowne panienki z brzytwami, które eskortują moją dupę aż tutaj. — Podszedł do okna i spojrzał w dół. — Tam teraz mieszkam.

— Nasz profil wykazuje, że chciałeś zmusić ulicę, by cię zabiła, gdy tylko się odwrócisz.

— Profil?

— Zrealizowaliśmy szczegółowy model. Wykupiliśmy symulację każdego z twoich wcieleń i przelecieliśmy parę wojskowych programów. Model daje ci miesiąc życia na zewnątrz. A prognoza medyczna wykazuje, że w ciągu roku będziesz potrzebował nowej trzustki.

— My. — Case spojrzał w blade, niebieskie oczy. — Kto „my”?

— Co byś powiedział, gdybym cię zapewnił, że potrafimy wyleczyć uszkodzenia twojego mózgu?

Armitage wydał się nagle Case’owi kimś wyrzeźbionym w bloku metalu: bezwładny, potwornie ciężki. Statua. Wiedział wtedy, że to tylko sen i że zaraz nastąpi przebudzenie. Armitage już się nie odezwie. Sny Case’a zawsze kończyły się taką stop klatką, a ten właśnie dobiegał końca.

— Co ty na to, Case?

Case spojrzał na Zatokę i zadrżał.

— Powiedziałbym, że pieprzysz jak stary. Armitage skinął głową.

— A potem zapytałbym o warunki.

— Podobne do tych, do jakich jesteś przyzwyczajony.

— Pozwól mu się trochę przespać, Armitage — wtrąciła Molly. Elementy broni leżały przed nią na jedwabiu niby jakaś kosztowna łamigłówka. — Rozłazi się w szwach.

— Warunki — powtórzył Case. — Już. W tej chwili.

Wciąż drżał. Nie mógł powstrzymać drżenia.

Klinika była bezimienna i elegancko urządzona: kilka smukłych pawilonów oddzielonych japońskimi ogródkami. Pamiętał to miejsce. Był tu, gdy przez pierwszy miesiąc w Chibie sprawdzał wszystkie takie ośrodki.

— Boisz się, Case. Naprawdę się boisz.

Było niedzielne popołudnie i stał obok Molly na czymś w rodzaju dziedzińca. Białe głazy, kępa zielonych bambusów, czarny żwir zagrabiony w gładkie fale. Mechaniczny ogrodnik, podobny do wielkiego metalowego kraba, pracował przy bambusach.

— Uda się, Case. Nie masz pojęcia, czym dysponuje Armitage. Za doprowadzenie cię do porządku płaci tym chłopakom programem. Tym, który dostali, żeby wiedzieli, jak to zrobić. Wyskoczą trzy lata przed całą konkurencję. Wyobrażasz sobie, ile to warte?

Zaczepiła kciuki o pętle paska skórzanych dżinsów i kołysała się lekko na lakierowanych obcasach czerwonych kowbojskich butów. Wąskie noski pokrywało lśniące meksykańskie srebro. Szkła przypominały puste kałuże rtęci i wpatrywały się w niego z owadzią obojętnością.

— Jesteś ulicznym samurajem — stwierdził. — Jak dawno dla niego pracujesz?

— Parę miesięcy.

— A przedtem?

— Dla kogoś innego. Wiesz, dziewczyna pracująca. Przytaknął.

— To śmieszne, Case.

— Co jest śmieszne?

— Zupełnie jakbym cię znała. Z tego profilu, który on dostał. Wiem, jak jesteś poskręcany.

— Nie znasz mnie, siostro.

— Jesteś w porządku facet, Case. To, co ci dolega, nazywa się: pech.

— A co z nim? Też w porządku, Molly?

Automatyczny krab ruszył ku nim, starannie wybierając drogę przez fale żwiru. Spiżowa skorupa wyglądała, jakby miała z tysiąc lat. Kiedy znalazł się metr od jej butów, odpalił błysk światła i zamarł na chwilę, analizując dane.

— Zawsze, Case, zawsze i przede wszystkim dbam o własny, słodki tyłek.

Krab zmienił kurs, by ją wyminąć, ale kopnęła precyzyjnie i z gracją. Srebrny czubek buta brzęknął o skorupę. Robot padł na grzbiet, ale spiżowe kończyny szybko przywróciły mu właściwą pozycję.

Case przysiadł na głazie i czubkami butów kreślił linie zakłócające symetrię żwirowych fal. Szukał w kieszeniach papierosów.

— W koszuli — rzuciła.

— Odpowiesz mi? — Wyłowił pomiętego yeheyuana, a ona podała mu ogień cienką płytką niemieckiej stali, która wyglądała jak wyposażenie stołu operacyjnego.

— No dobra. Ten facet musi coś planować, coś ważnego. Ma kupę szmalu, a nigdy przedtem nie miał. I przez cały czas dostaje więcej. — Case rozpoznał w linii ust wyraz napięcia. — A może coś ważnego planuje dla Armitage’a…

— Nie rozumiem.

Wzruszyła ramionami.

— Właściwie sama nie wiem. Nie mam pojęcia, dla kogo i czego naprawdę pracujemy.

Wpatrywał się w podwójne zwierciadła. W sobotę rano, kiedy wyszedł z Hiltona, wrócił do Taniego Hotelu i przespał dziesięć godzin. Potem wybrał się na długi spacer bez celu wzdłuż strefy ochronnej portu i obserwował, jak za łańcuchami krążą mewy. Jeśli go śledziła, robiła to fachowo. Unikał Miasta Nocy. Czekał w skrzyni na telefon Armitage’a. A teraz ten cichy dziedziniec, niedzielne popołudnie, ta dziewczyna z ciałem gimnastyczki i dłońmi iluzjonisty…

— Pozwoli pan, anestezjolog już czeka. — Technik skłonił się, odwrócił i zniknął za drzwiami. Nie sprawdzał, czy Case idzie za nim.

Chłodny, stalowy zapach. Pieszczota lodu na plecach.

Zagubiony. Zupełnie maleńki, w ciemności, marzną dłonie, obraz ciała znika w korytarzach telewizyjnego nieba.

Głosy.

Potem czarny płomień odnalazł rozgałęzione dopływy nerwów; ból przewyższający wszystko, czemu nadano nazwę bólu…

Spokojnie. Nie ruszaj się.

Ratz tam był i Linda Lee, Wage i Lonny Zone, setka twarzy z neonowego lasu, marynarze, popychacze i dziwki w miejscu, gdzie niebo jest trującym srebrem, poza łańcuchami i więzieniem czaszki.

Nie szarp się, do cholery.

Gdzie niebo blednie od trzasków zakłóceń do bez koloru matrycy, dostrzegł shurikeny, swoje gwiazdy.

— Przestań, Case. Muszę ci trafić w żyłę!

Siedziała mu okrakiem na piersi, z błękitną plastykową strzykawką w ręku.

— Jeśli się nie uspokoisz, poderżnę ci to cholerne gardło. Jesteś napchany inhibitorami endorfiny.

Przebudził się i znalazł ją leżącą obok, w ciemności.

Miał wrażenie, że jego szyja zbudowana jest z suchych gałązek, tak była krucha i łamliwa. Równomierny puls bólu spływał wzdłuż kręgosłupa. Obrazy powstawały i zanikały: migotliwy montaż wież i kopuł Fullera w Ciągu, niewyraźne sylwetki, idące ku niemu w cieniu mostu czy balkonu…

— Case? Już środa, Case. — Poruszyła się, wyciągnęła rękę ponad nim. Pierś musnęła ramię. Słyszał, jak zdziera foliowy kapsel i pije.

— Masz. — Wsunęła mu butelkę do ręki. — Widzę w ciemności, Case. Mam w szkłach mikrokanałowy wzmacniacz obrazu.

— Plecy mnie bolą.

— Tamtędy wymieniali płyn. Krew też. To dlatego, że dorzucili ci jeszcze nową trzustkę. I wszczepili trochę świeżej tkanki w wątrobę. Nie wiem, co wyczyniali z nerwami. Masa zastrzyków. W każdym razie nie musieli niczego otwierać do głównego numeru.

Położyła się.

— Jest 2:43:12, Case. Mam odczyt czasu podłączony do nerwu wzrokowego.

Usiadł i spróbował się napić. Zakrztusił się, zakasłał, letnia woda spryskała pierś i uda.

— Muszę sprawdzić z dekiem — usłyszał własny głos. Po omacku szukał ubrania. — Chcę wiedzieć…

Roześmiała się. Drobne, silne dłonie pochwyciły jego ramiona.

— Przykro mi, wariacie. Jeszcze osiem dni, gdybyś się teraz podłączył, twój system nerwowy byłby w strzępach. Tak powiedzieli lekarze. Poza tym uważają, że wszystko w porządku. Sprawdzą jutro albo pojutrze.

Położyła się znowu.

— Gdzie jesteśmy? — W domu. W Tanim Hotelu.

— A gdzie Armitage?

— W Hiltonie. Sprzedaje tubylcom paciorki albo coś w tym stylu. Niedługo się wynosimy, chłopie. Amsterdam, Paryż, potem znowu Ciąg. — Dotknęła jego ramienia. — Przewróć się. Zrobię ci masaż.

Leżał na brzuchu, czubkami palców wyciągniętych rąk dotykając ścianki skrzyni. Molly zajęła się grzbietem. Klęczała na gąbce, czuł chłodny dotyk skórzanych dżinsów. Palcami muskała jego szyję.

— Dlaczego nie jesteś w Hiltonie?

Odpowiedziała, sięgając między jego uda i delikatnie, dwoma palcami obejmując mosznę. Pieściła go przez minutę, wyprostowana wśród mroku, drugą ręką gładząc szyję. Skóra jej dżinsów trzeszczała cicho przy każdym poruszeniu. Case drgnął czując, jak sztywnieje na miękkiej gąbce.

W głowie mu szumiało, ale kruchość szyi chyba ustąpiła. Uniósł się na łokciu, przewrócił, opadł na plecy, przyciągnął ją i lizał jej piersi. Małe twarde, wilgotne sutki ześlizgiwały się po policzku. Odszukał zamek spodni i pociągnął.

— Zostaw — mruknęła. — Widzę.

Odgłos zsuwanych dżinsów. Poruszała się przy nim, póki nie odrzuciła ich na bok. Przełożyła nogę, a on dotknął jej twarzy. Nieoczekiwana twardość wszczepionych szkieł.

— Nie rób tego — powiedziała. — Zostają odciski palców.

Uklękła nad nim i poprowadziła jego dłoń kciukiem wzdłuż szczeliny pośladków, z palcami rozłożonymi na wargach sromu. Gdy zsuwała się w dół, powróciły obrazy: pulsujące twarze, rozbłyskujące i gasnące strzępy neonów. Wygiął grzbiet, gdy go objęła. Ujeżdżała go, opadając raz za razem, aż dotarli równocześnie. Orgazm zapłonął błękitem w bezczasowej przestrzeni, pustce jak w matrycy, gdzie twarze rozpadały się i znikały w korytarzach huraganu, a jej mocne i wilgotne uda ściskały go w biodrach.

Na Ninsei rzadsza, robocza wersja tłumu przechodniów wykonywała rytualne figury złożonego tańca. Fale dźwięku przelewały się drzwiami salonów pachinko i gier automatycznych. Case zajrzał do Chat. Zone doglądał swoich dziewczyn w ciepłym, pachnącym piwem mroku. Ratz stał za barem.

— Widziałeś Wage’a, Ratz?

— Nie dzisiaj. — Barman spojrzał na Molly i demonstracyjnie uniósł brew.

— Jak go spotkasz, powiedz, że mam forsę.

— Szczęście zaczyna ci sprzyjać, artysto?

— Jeszcze za wcześnie, by o tym mówić.

— Słuchaj, muszę zobaczyć tego faceta. — Case obserwował swoje odbicie w lustrze okularów. — Mam z nim interesy, które powinienem zamknąć.

— Armitage nie będzie zadowolony, jeżeli spuszczę cię z oczu. — Stała z rękami na biodrach pod wytopionym zegarem Deane’a.

— On nie zechce rozmawiać, póki tu jesteś. Zresztą, pieprzę Deane’a, sam potrafi o siebie zadbać. Ale są ludzie, którzy pójdą pod glebę, jeśli bez słowa wyjadę z Chiby. To moi ludzie. Rozumiesz?

Zacisnęła usta i pokręciła głową.

— Mam ludzi w Singapurze, tokijskie kontakty w Shinjuku i Asakuza. Oni padną, zrozum — kłamał, trzymając ją za rękaw czarnej kurtki. — Pięć. Tylko pięć minut. Według twojego zegarka. Dobrze?

— Nie za to biorę pieniądze.

— To, za co ci płacą, to jedna sprawa. A paru moich bliskich przyjaciół, ginących tylko dlatego, że zbyt dosłownie traktujesz instrukcje, to całkiem inna.

— Gówno. Bliscy przyjaciele mojej dupy. Idziesz, bo chcesz nas sprawdzić u twojego kumpla przemytnika. — Oparła stopę o zakurzony stolik w stylu Kandinsky’ego.

— Case, stary druhu, wygląda na to, że twoja towarzyszka jest uzbrojona. I ma w głowie sporą ilość silikonu. O co ci właściwie chodzi? — Upiorne chrząknięcie Deane’a zawisło między nimi.

— Zaczekaj, Julie. Zresztą i tak wejdę sam.

— Możesz być tego pewien, synu. Nie zgodziłbym się na nic innego.

— Dobra — powiedziała. — Idź. Ale tylko pięć minut. Potem wejdę i wychłodzę twojego kumpla permanentnie. A przy okazji, spróbuj się trochę zastanowić.

— Nad czym?

— Dlaczego właściwie robię ci przysługę. — Odwróciła się i wyszła, mijając stosy pojemników konserwowanego imbiru.

— Obracasz się w dziwniejszym niż zwykle towarzystwie — zauważył Deane.

— Julie, ona sobie poszła. Wpuścisz mnie? Proszę.

Zgrzytnęły rygle.

— Powoli, Case — ostrzegł głośnik.

— Włącz sprzęt, Julie. Wszystko, co masz w biurku — rzucił Case, siadając na kręconym krześle.

— Zawsze jest włączony — odparł uprzejmie Deane, wyjmując rewolwer zza rozłożonej starej maszyny do pisania. Wymierzył w Case’a. Rewolwer był potężny: magnum z odpiłowaną lufą. Wycięto też przednią część osłony spustu, a kolbę owinięto czymś, co przypominało starą taśmę klejącą. Case pomyślał, że w wypielęgnowanych palcach Deane’a broń wygląda dziwacznie.

— To tylko na wszelki wypadek, rozumiesz. Nic do ciebie nie mam. A teraz mów, czego chcesz.

— Potrzebna mi lekcja historii, Julie. I informacja o kimś.

— Coś się ruszyło, synu? — Deane miał na sobie pasiastą koszulę w cukierkowych barwach, z kołnierzykiem białym i sztywnym jak porcelana.

— Ja, Julie. Wyjeżdżam. Już mnie nie ma. Ale wyświadcz mi jeszcze uprzejmość.

— Informacja o kim, synu?

— Gaijin nazwiskiem Armitage. Ma apartament w Hiltonie.

— Siedź spokojnie, Case. — Deane odłożył broń i wystukał coś na klawiaturze małego terminala.-Wiesz chyba tyle samo, co moja siatka. Ten dżentelmen dogadał się chwilowo z Yakuzą, a synowie neonowej chryzantemy mają swoje sposoby ochrony sprzymierzeńców przed takimi jak ja. Wolę się nie przebijać. A teraz historia. Wspominałeś o historii. — Podniósł rewolwer, ale tym razem nie wycelował go w Case’a. — O jaką historię ci chodzi?

— O wojnę. Byłeś na wojnie, Julie?

— Wojnę? Co można o niej powiedzieć? Trwała trzy tygodnie.

— Rycząca Pieść.

— Słynna sprawa. Nie uczą was tego w szkole? Tuż po wojnie był to cholerny polityczny futbol. Afera jak Watergate, do samego piekła i z powrotem. Twoja góra, znaczy szefowie z Ciągu, dołączyli… zaraz, gdzie to było, w McLean? Wszystko w bunkrach… wielki skandal. Zmarnowali sporą porcję młodego, patriotycznego mięsa tylko po to, żeby przetestować jakąś nową technologię. Jak się potem okazało, wiedzieli o rosyjskiej obronie. Wiedzieli o empach, promiennikach impulsów magnetycznych. Ale posłali tych chłopców mimo wszystko, żeby sprawdzić. — Deane wzruszył ramionami. — Iwan strzelał do nich jak do kaczek.

— Ktoś się wyrwał?

— Chryste — westchnął Deane. — To były ciężkie czasy. Ale chyba tak, paru się udało. Jednej grupie. Przechwycili ruski szturmowiec. Wiesz, helikopter. Dolecieli nim do Finlandii. Nie znali kodów wejściowych i po drodze ostro postrzelali do fińskiej obrony. To byli goście z Oddziałów Specjalnych. — Pociągnął nosem. — Szlag by to trafił.

Case przytaknął. Zapach imbiru przyprawiał o mdłości.

— Przeżyłem wojnę w Lizbonie. — Deane odłożył rewolwer. — Piękne miejsce.

— Byłeś w wojsku, Julie?

— Raczej nie. Chociaż widziałem kilka akcji. — Uśmiechnął się swym dziecinnym uśmiechem. — To wspaniałe, co wojna robi z rynkami zbytu.

— Dzięki, Julie. Jestem ci winien przysługę.

— Drobiazg, Case. Do zobaczenia.

Później powtarzał sobie, że ten wieczór u Sammiego od początku wydawał się nie taki, jak trzeba, że wyczuwał to już wtedy, gdy szedł za Molly tamtym korytarzem, rozdeptując warstwę starych biletów i styropianowych kubków. Wyczuwał śmierć Lindy.

Po spotkaniu z Deane’em poszli do Namban, gdzie plikiem nowych jenów Armitage’a spłacił dług u Wage’a. Wage był zadowolony, jego chłopcy przeciwnie, a Molly uśmiechała się z ekstatyczną, dziką intensywnością, wyraźnie marząc, by któryś z nich zrobił pierwszy ruch. Potem zabrał ją do Chat na drinka.

— Marnujesz czas, kowboju — powiedziała, kiedy z kieszeni kurtki wyjął ośmiokątną tabletkę.

— Niby czemu? Chcesz jedną? — Podał jej także.

— Twoja nowa trzustka, Case. I bezpieczniki w wątrobie. Armitage zaprojektował je, żeby omijały to śmiecie. — Stuknęła w ośmiokąt purpurowym paznokciem. — Jesteś biochemicznie niezdolny do odlotu na amfetaminie i kokainie.

— Szlag… — mruknął. Spojrzał na tabletkę, potem na nią.

— Zjedz. Zjedz nawet tuzin. Nic się nie stanie.

Zjadł. Nic się nie stało.

Trzy piwa później Molly zapytała Ratza o walki.

— U Sammiego — odparł barman.

— Beze mnie — stwierdził Case. — Słyszałem, że ludzie się tam zabijają.

Po godzinie kupowała bilety od chudego Tajlandczyka w bialej koszulce i luźnych spodenkach.

Lokal Sammiego był powietrzną kopułą ze sztywnej tkaniny wzmocnionej siatką cienkich stalowych linek, stojącą przy portowym magazynie. Korytarz z drzwiami po obu końcach służył za prymitywną śluzę, utrzymującą niezbędną różnicę ciśnień. Pierścienie jarzeniówek tkwiły w równych odstępach na drewnianym suficie, większość potłuczona już od dawna. Wilgotne powietrze przygniatało zapachem potu i betonu.

Nie był przygotowany na widok areny, tłumu, na pełną napięcia ciszę, na gigantyczne świetlne kukiełki pod kopułą. Beton opadał tarasami do centralnej sceny, kolistego podwyższenia otoczonego gąszczem sprzętu projekcyjnego. Było ciemno, jedynie dwa hologramy przesuwały się migotliwie nad ringiem, powtarzając ruchy walczących. Z widowni unosiły się warstwy papierosowego dymu, dryfując wolno, póki nie trafiały w prądy powietrza dmuchaw podtrzymujących kopułę. Było cicho; jedynie dmuchawy szumiały dyskretnie, a z głośników dobiegały wzmocnione pddechy zawodników.

Barwne odbicia pełzały w okularach Molly, gdy mężczyźni krążyli wokół siebie. Hologramy powiększały dziesięciokrotnie i noże w rękach miały prawie metr długości. Chwyt noża przy walce to chwyt szermierczy, przypomniał sobie Case. Palce obejmują ręko-jeść, z kciukiem wzdłuż ostrza. Klingi zdawały się dryfować samodzielnie, szybowały z rytualną powolnością, ostrze mijało ostrze. Szukali luki w osłonie. Zwrócona ku górze twarz Molly stała się gładka i nieruchoma. Zapatrzona.

— Poszukam czegoś do jedzenia — poinformował Case.

Skinęła głową, pochłonięta tańcem na arenie.

Nie podobało mu się tutaj.

Odwrócił się i wszedł w cień. Za ciemno. I za cicho.

Zauważył, że widzami byli głównie Japończycy, i to nie typowi bywalcy Miasta Nocy. Raczej technicy z lepszych dzielnic. Przypuszczał, że arena zyskała aprobatę komitetu rekreacyjnego jakiejś korporacji. Przez chwilę zastanawiał się, jak by to było: pracować przez całe życie dla którejś zaibatsu. Firmowe mieszkanie, firmowy hymn, firmowy pogrzeb.

Okrążył niemal całą kopułę, nim znalazł budki z jedzeniem. Kupił yakitori na cienkich patyczkach i dwa wysokie kartonowe kubki piwa. Spojrzał na hologramy; krew znaczyła pierś jednej z figur. Gęsty brunatny sos ściekał mu na palce.

Za siedem dni będzie mógł się podłączyć. Kiedy zamykał oczy, widział matrycę.

Cienie zafalowały, gdy hologramy podjęły taniec.

Nagle poczuł ucisk supła lęku między łopatkami. Po żebrach spłynął lodowaty strumyk potu. Operacja nie udała się. Wciąż był tutaj, wciąż był mięsem, żadna Molly nie czeka wpatrzona w migotanie noży, żaden Armitage w Hiltonie nie trzyma dla niego biletów, nowego paszportu i pieniędzy. Wszystko to jest tylko snem, żałosnym wytworem fantazji… Gorące łzy stanęły w oczach.

W czerwonym błysku światła z nasady szyi trysnęła krew. Tłum wrzeszczał, wstawał, wrzeszczał… gdy jedna z postaci osunęła się bezwładnie, jej hologram bladł, zanikał…

Ostry smak wymiotów w gardle. Zamknął oczy, odetchnął głęboko, otworzył i zobaczył, jak mija go Linda. Jej szare oczy byty ślepe z przerażenia. Nosiła ten sam francuski kombinezon.

Zniknęła. W cieniu.

Czysty, podświadomy odruch: rzucił piwo i kurczaka i pobiegł za nią. Może ją wołał; nie pamiętał dokładnie.

Powidok pojedynczej, cienkiej jak włos linii czerwonego światła. Rozcięła beton pod cienkimi podeszwami butów.

Białe tenisówki Lindy błyskały teraz bliżej wygiętej ściany. Znowu mignął w oczach upiorny promień lasera; podskakiwał w polu widzenia zgodnie z rytmem biegu.

Ktoś podłożył mu nogę. Beton obcierał skórę dłoni.

Przetoczył się i kopnął, ale nie trafił. Zobaczył, jak pochyla się nad nim chudy chłopak o uczesanych w kolce blond włosach, podświetlonych od tyłu tęczową aureolą. Postać nad sceną uniosła nóż w stronę wiwatującego tłumu. Chłopak uśmiechnął się i wyciągnął coś z rękawa: brzytwę, która zalśniła czerwienią, gdy w ciemności mignął trzeci promień. Ostrze niby różdżka magika zsuwało się ku krtani.

Twarz zniknęła w brzęczącym obłoku mikroskopijnych wybuchów: strzałki Molły, dwadzieścia na sekundę. Chłopak kaszlnął konwulsyjnie i runął na nogi Case’a.

Szedł w stronę budek z jedzeniem, w cień. Spojrzał w dół, oczekując rubinowej igły wyskakującej z piersi. Nic. Znalazł ją: leżała z zamkniętymi oczami u stóp betonowego filaru. Czuł zapach gotowanego mięsa. Tłum wykrzykiwał imię zwycięzcy. Sprzedawca piwa ciemną szmatą wycierał kurki. Jedna biała tenisówka zsunęła się jakoś i leżała przy jej głowie.

Idź wzdłuż ściany. Betonowa krzywa. Ręce w kieszeniach. Nie zatrzymuj się. Wśród nie widzących twarzy, wpatrzonych w obraz zwycięzcy nad ringiem. Twarz Europejczyka zatańczyła w świetle płomyka zapałki, wargi zaciśnięte na krótkim cybuchu metalowej fajki. Zapach haszyszu. Case szedł przed siebie, nie czując niczego.

— Case. — Z głębokiego mroku wynurzyły się jej lustra. — Nic ci nie jest?

Coś charczało i bulgotało w ciemności za jej plecami. Potrząsnął głową.

— Walka skończona, Case. Pora do domu. Próbował ją wyminąć, wejść w mrok, gdzie coś umierało. Zatrzymała go, opierając dłoń na piersi.

— Kumple twojego strachliwego przyjaciela. Zabił dla ciebie tę dziewczynę. Nie najlepiej dobierałeś sobie przyjaciół w tym mieście. Kiedy sprawdzaliśmy ciebie, dostaliśmy też częściowy profil tego starego skurwiela. Za parę Nowych usmażyłby każdego. Ten za mną powiedział, że trafili na nią, kiedy próbowała pchnąć twoje RAM. Taniej wyszło zabić ją i zabrać. Zaoszczędzili trochę szmalu… Namówiłam tego z laserem, żeby mi o wszystkim opowiedział. Czysty przypadek, że akurat byliśmy w tym miejscu, ale musiałam się upewnić.

Mówiła zimnym, twardym tonem.

Case miał wrażenie, że mózg zaciął się nagle.

— Kto? — zapytał. — Kto ich przysłał? — Podała mu zachlapaną krwią torbę konserwowanego imbiru. Dostrzegł, że ręce ma lepkie od krwi. Z tyłu, w mroku, ktoś wydał chrapliwy odgłos i umarł.

Kiedy załatwili pooperacyjną kontrolę w klinice, Molly zabrała go na lotnisko. Armitage już czekał. Wynajął poduszkowiec. Ostatnim widokiem Chiby były ciemne łuki eleganckiej zabudowy. Potem mgła okryła czarne wody i dryfujące ławice odpadków.

CZĘŚĆ II

WYPRAWA PO ZAKUPY

3

Dom.

Dom to OMBA, Ciąg, Oś Metropolitalna Boston-Atlanta.

Zaprogramuj mapę, by wyświetlała częstotliwość transmisji danych, każdy tysiąc megabajtów jako jeden piksel na bardzo wielkim ekranie. Manhattan i Atlanta zapłoną jednostajną bielą. Potem zaczną pulsować-tempo transferu zagrozi przeciążeniem modelu. Twoja mapa może wybuchnąć jak nova. Ostudź ją. Zmień skalę. Jeden piksel to milion megabajtów. Przy stu milionach megabajtów na sekundę zaczniesz wyróżniać pewne bloki w centrum Manhattanu i kontury stuletnich ośrodków przemysłowych w dawnym centrum Atlanty…

Case przebudził się ze snów o lotniskach, o czarnych skórach Molly poruszających się przed nim po torowiskach Narity, Schiphol, Orly… Oglądał siebie, jak godzinę przed wschodem słońca kupuje w jakimś kiosku płaską, plastykową butelkę duńskiej wódki.

Gdzieś w żelbetowych korzeniach Ciągu wagony pchały tunelem kolumnę stęchłego powietrza. Sam pociąg na indukcyjnej poduszce poruszał się bezgłośnie, ale przemieszczane powietrze sprawiało, że tunel śpiewał, schodząc basami w infradźwłęki. Wibracje sięgały do ich pokoju; kurz unosił się ze szpar w zniszczonym parkiecie.

Otworzył oczy. Molly leżała naga, tuż poza zasięgiem ramienia, na drugim brzegu obszaru bardzo nowej, różowej gąbki. Od góry światło dnia wlewało się przez brudną kratę świetlika. Jeden półmetrowy kwadrat szyby zastąpiono dyktą. Przez wywiercony otwór wsuwał się gruby kabel, zwisający kilka centymetrów nad podłogą. Case leżał na boku i patrzył, jak oddycha Molly, na jej piersi, obrys bioder przywodzący na myśl funkcjonalną elegancję kadłuba myśliwskiego samolotu. Ciało dziewczyny było oszczędne, sprawne, z mięśniami jak u tancerki.

Pomieszczenie było duże. Case usiadł. Było także puste, poza szerokim, różowym materacem i dwiema nylonowymi torbami podróżnymi, nowymi i identycznymi, leżącymi obok. Ślepe ściany, żadnych okien, jedne pomalowane na biało, stalowe i ognioodporne drzwi. Ściany pokrywały niezliczone warstwy białej lateksowej farby. Fabryczny lokal. Znał takie pokoje, takie budynki; ich lokatorzy działali w strefie pośredniej, gdzie sztuka nie do końca była przestępstwem, a przestępstwo nie całkiem sztuką.

Wrócił do domu.

Zsunął stopy na podłogę wyłożoną małymi drewnianymi płytkami. Niektórych brakowało, inne były całkiem obluzowane. Głowa go bolała. Pamiętał Amsterdam, inny pokój w zabytkowej części centrum, gdzie budynki miały po kilkaset lat. Molly wracała z nabrzeża kanału z sokiem pomarańczowym i jajkami. Armitage ruszył z jakąś tajemniczą misją, a oni szli po Dam do znanego jej baru na przejściu Damrak. Paryż był tylko niewyraźnym snem. Zabrała go po zakupy.

Wstał, wciągnął znalezioną przy łóżku pogniecioną parę nowych czarnych dżinsów i ukląkł przy torbach. Pierwsza, którą otworzył, należała do Molly: równo złożone ubrania i niewielkie, kosztowne z wyglądu drobiazgi. Druga pełna była rzeczy, których kupowania nie pamiętał: książki, taśmy, dek systemowy, ubrania z francuskimi i włoskimi naszywkami. Pod zieloną koszulką znalazł płaski pakunek owinięty w origami z japońskiego papieru makulaturowego.

Opakowanie pękło, gdy wyjmował paczkę; wypadła z niej jasna dziewięcioramienna gwiazda. Utknęła sztorcem w szczelinie parkietu.

— Prezent — odezwała się Molly. — Zauważyłam, że stale je oglądałeś.

Obejrzał się. Siedziała po turecku na materacu i sennie drapała się w brzuch paznokciami barwy burgunda.

— Ktoś później wpadnie zabezpieczyć ten lokal — poinformował Armitage. Stał w otwartych drzwiach ze staromodnym kluczem magnetycznym w ręku. Molly szykowała kawę na maleńkiej, niemieckiej płytce, którą wyjęła z torby.

— Poradzę sobie — oświadczyła. — Mam wszystko, co potrzebne. Infraskanery na perymetrze, brzęczyki…

— Nie — odparł, zamykając drzwi. — Chcę szczelnej ochrony.

— Jak sobie życzysz. — Miała na sobie czarną siatkową koszulkę wsuniętą w luźne bawełniane spodnie.

— Służył pan w policji, panie Armitage? — zapytał Case. Siedział oparty plecami o ścianę.

Armitage nie był wyższy od niego, ale ze swymi szerokimi ramionami i wojskową postawą wypełniał sobą całe drzwi. Nosił ciemny włoski garnitur, w prawej ręce trzymał czarny skórzany neseser. Zniknął kolczyk Oddziałów Specjalnych. Gładka twarz bez wyrazu ukazywała rutynową urodę kosmetycznych butików, amalgamat rysów głównych gwiazd masmediów ostatniego dziesięciolecia. Blady błysk oczu wzmacniał wrażenie maski. Case pożałował pytania.

— Wielu ludzi z Oddziałów trafia do glin — wyjaśnił zakłopotany. — Albo do ochrony przemysłowej. Molly podała mu parujący kubek kawy.

— Ten numer, który kazał im pan zrobić z moją trzustką, to rutynowa zagrywka policji.

Armitage zamknął drzwi i przeszedł przez pokój, by stanąć wprost przed nim.

— Miałeś szczęście, Case. Powinieneś być mi wdzięczny.

— Naprawdę? — Case głośno dmuchał na gorący płyn.

— Potrzebowałeś nowej trzustki. Ta, którą kupiliśmy, uwolniła cię od groźnego uzależnienia.

— Dzięki, ale lubiłem to uzależnienie.

— To dobrze. Bo teraz masz drugie.

— Co to ma znaczyć? — Case podniósł głowę. Armitage uśmiechał się.

— Masz piętnaście woreczków przymocowanych do błon różnych głównych arterii. Rozpuszczają się. Bardzo powoli, ale rozpuszczają. Każdy z nich zawiera mykotoksynę. Znasz już efekty jej działania. To ta, którą twoi byli pracodawcy zaaplikowali ci w Memphis.

Case spojrzał na uśmiechniętą maskę i zamrugał.

— Masz dość czasu, by wykonać zadanie, do którego cię wynająłem. I to wszystko. Zrób swoje, a wstrzyknę ci enzym, który rozpuści mocowanie, nie. naruszając przy tym woreczków. Potem musisz wymienić krew. W przeciwnym razie woreczki wypuszczą swoją zawartość i wrócisz do miejsca, gdzie cię znalazłem. Widzisz więc, Case, że jesteśmy ci potrzebni. Potrzebni tak samo jak wtedy, kiedy wyciągaliśmy cię z rynsztoka.

Case spojrzał na Molly. Wzruszyła ramionami.

— A teraz idź do windy towarowej i przynieś pudła.-Armitage podał mu klucz magnetyczny. — No, idź. Spodoba ci się, Case. Jak poranek Bożego Narodzenia.

Lato w Ciągu. Tłumy na ulicach, rozkołysane jak źdźbła trawy na wietrze, łąka ciał przebijana krótkimi wirami pragnień i spełnień.

Siedział obok Molly na betonowej krawędzi wyschłej fontanny, w przefiltrowanym blasku słońca. Pozwalał, by nieskończony strumień twarzy przypominał kolejne etapy życia. Najpierw dziecko o posępnych oczach, uliczny chłopak ze zwieszonymi luźno, gotowymi do ciosu dłońmi; potem nastolatek z gładką twarzą i tajemniczym spojrzeniem zza czerwonych okularów. Pamiętał walkę na dachu, bezgłośne starcie w różanym blasku geodezyjnych świtu. Miał wtedy siedemnaście lat.

Przesunął się lekko. Przez cienki dżins wyczuwał twardy, szorstki beton. Nic tutaj nie przypominało elektrycznego tańca Ninsei.

Tu rządziły inne interesy, inny rytm, zapach barów szybkiej obsługi, perfum, letniego potu.

Dek czekał na poddaszu: Ono-Sendai Cyberspace 7. Pozostawili pokój zasypany abstrakcyjnymi bryłami styropianowych opakowań, zmiętymi arkuszami folii i setkami maleńkich, piankowych kulek. Ono-Sendai; najdroższy, przyszłoroczny model komputera Hosaka; monitor Sony; tuzin dysków korporacyjnego lodu; ekspres do kawy Brauna. Armitage zaczekał tylko na aprobatę Case’a.

— Gdzie mógł iść? — spytał Case Molly.

— Lubi hotele. Te duże. Najlepiej blisko lotniska.

Włożyła starą kamizelkę z demobilu, z dziesiątkiem kieszeni o dziwacznych kształtach. Nosiła parę wielkich, plastykowych, ciemnych okularów, całkowicie zasłaniających jej lustrzane wszczepy.

— Wiedziałaś wcześniej o tym świństwie z toksynami? — spytał wtedy przy fontannie. Pokręciła głową. — Myślisz, że to prawda?

— Może. A może nie. Efekt identyczny.

— Znasz jakiś sposób, żeby sprawdzić?

— Nie — odparła, unosząc prawą dłoń na znak milczenia. — Takie wkręty są za delikatne, żeby skan mógł je wykryć. — Palce poruszyły się znowu: czekaj. — Zresztą, dla ciebie to prawie bez znaczenia. Widziałam, jak głaszczesz to Sendai. To było jak pornografia.

Roześmiała się.

— A co ma na ciebie? Jak przykręcił śrubę pracującej dziewczynie?

— Ambicja zawodowa, dziecinko. To wszystko. Znowu znak milczenia.

— Zjemy jakieś śniadanie, co? Jajka i autentyczny bekon. Pewnie cię wykończy po tym hodowlanym krylu w Chibie. No co? Złapiemy metro na Manhattan i zamówimy prawdziwe śniadanie.

METRO HOLOGRAFIX, głosił zakurzonymi literami szklanych rurek martwy neon. Case usiłował wydłubać spomiędzy zębów kawałek bekonu. Zrezygnował z pytań, dokąd idą. Jedyną odpowiedzią były szturchnięcia w żebra i znak milczenia. Mówiła o modzie, o sporcie, o jakimś politycznym skandalu w Kalifornii, o którym nigdy dotąd nie słyszał.

Rozejrzał się po pustej, ślepej uliczce. Przez skrzyżowanie przefrunęła strona gazety. Zwariowane wiatry wschodnich dzielnic… miały jakiś związek z prądami konwekcyjnymi i zawirowaniami na kopułach. Case wyglądał oknem, patrzył na martwy neon. Jej Ciąg nie był jego Ciągiem, stwierdził. Przeszli przez dziesiątki klubów i barów, których w życiu nie widział. Załatwiała wszystko, zwykle jednym skinieniem głowy. Odnawiała kontakty.

Coś się poruszało w cieniu za METRO HOLOGRAFIX.

Drzwi były prostokątem przegniłej płyty dachowej. Molly stanęła przed nimi, a jej ręce zatańczyły w złożonej sekwencji migów, za którą nie mógł nadążyć. Pochwycił znak szmalu — kciuk pocierający czubek palca wskazującego. Drzwi uchyliły się do środka, a ona wprowadziła go w zapach kurzu. Stanęli w wąskim przejściu, między stosami śmieci wyrastającymi po obu stronach, pod ścianami pełnymi półek rozsypujących się książek. Śmieci wyglądały jak coś, co tutaj wyrosło, niezwykła grzybnia poskręcanego metalu i plastyku. Rozróżniał niektóre przedmioty, ale te zaraz zlewały się znowu w jednolitą masę: trzewia telewizora tak stare, że nabijane szklanymi pieńkami lamp próżniowych, pęknięty talerz anteny, brązowy pojemnik z plątaniną skorodowanych rurek. Ogromny stos starych magazynów spływał kaskadą na otwartą przestrzeń, ciała straconych lat patrzyły ślepo w górę, gdy szedł za Molly wąskim kanionem strzaskanego złomu. Usłyszał za plecami trzask zamykanych drzwi. Nie obejrzał się.

Tunel zamykał stary koc wojskowy, przewieszony w pustej futrynie. Molly przeszła na drugą stronę. Błysnęło światło.

Cztery kwadraty ścian z matowego plastyku; taki sam sufit. Na podłodze szpitalne kafelki z antypoślizgowym wzorem wystających krążków. Na środku kwadratowy, pomalowany na biało stół i cztery białe, składane krzesła.

Mężczyzna, który stał w drzwiach po drugiej stronie pomieszczenia, mrugał teraz niepewnie. Zdawało się, że został zaprojektowany w tunelu aerodynamicznym. Małe uszy przylegały do czaszki, a wielkie, przednie zęby, odsłonięte w czymś, co nie do końca było uśmiechem, wyginały się ostro do tyłu. Miał na sobie starożytną marynarkę, a w lewej dłoni trzymał jakiś rodzaj broni. Przyjrzał się im, mrugnął znowu i wsunął pistolet do kieszeni. Skinął na Case’a i wskazał płytę białego plastyku opartą o ścianę obok drzwi. Case podszedł bliżej. Zauważył, że był to centymetrowej niemal grubości lity blok drukowanych obwodów. Pomógł mężczyźnie unieść go i umieścić w futrynie. Sprawne, żółte od nikotyny palce zamocowały uchwyty rzepów. Zamruczał ukryty wentylator.

— Czas. — Mężczyzna wyprostował się. — Licznik bije. Znasz cenę, Molly.

— Potrzebujemy skana, Finn. Szukamy implantów.

— No to stań tam, między filarami. Stań na taśmie. Wyprostuj się. A teraz odwróć, pełne trzysta sześćdziesiąt.

Case patrzył, jak Molly obraca się między dwoma kruchymi z wyglądu kolumnami pełnymi czujników. Mężczyzna wyjął z kieszeni mały monitor.

— Tak, jest coś nowego w głowie. Silikon, powłoka z pirolitycznych włókien węglowych. Zegar, prawda? Szkła dają odczyt taki, jak zawsze, niskotermiczne izotropowe włókna węglowe. Lepsza biokompatybliność z pirolitami, ale to już twoja sprawa. Pazurki bez zmian.

— Chodź tu, Case. — Dostrzegl czarny X z taśmy klejącej. — Obróć się. Wolno.

— Ten chłopak to dziewica. — Mężczyzna wzruszył ramionami. — Jakieś tanie dentystyczne łaty, nic więcej.

— Masz odczyt wszczepów biologicznych? — Molly rozpięła kamizelkę i zdjęła ciemne okulary.

— Myślisz, że jesteśmy w Mayo? Właź na stół, mały. Przelecimy małą biopsję. — Roześmiał się, ukazując jeszcze dalsze żółte zęby. — Nie. Słowo Finna, słodziutki, nie masz żadnych maciupcich pluskiewek, żadnych bomb rdzeniowo-kręgowych. Mam wyłączyć ekran?

— Na tak długo, ile trzeba, żebyś stąd wyszedł, Finn. Potem pełna ekranizacja, póki nie skończymy.

— Nie ma sprawy. Finn jest zachwycony, Molly. Płacisz za każdą sekundę.

Zaekranowali za nim drzwi, Molly odwróciła krzesło i siadła, opierając podbródek na złożonych dłoniach.

— Możemy rozmawiać. Tyle dyskrecji, na ile mnie stać.

— O czym?

— O tym, co robimy.

— A co robimy?

— Pracujemy dlaArmitage’a.

— I twierdzisz, że to nie on jest szefem?

— Zgadza się. Widziałam twój profil, Case. I widziałam pozostałą część naszej listy sprawunków. Pracowałeś kiedy z umarłymi?

— Nie. — Obserwował swoje odbicie w jej okularach. — Chociaż… chyba bym potrafił. Jestem całkiem niezły w tym, czym się zajmuję.

Użycie czasu teraźniejszego wciąż budziło dreszcze.

— Wiesz, że Dixie Płaszczak nie żyje? Przytaknął.

— Słyszałem, że to serce.

— Będziesz działał z jego konstruktem — poinformowała z uśmiechem. — Uczył cię podstaw, co? On i Quine. Nawiasem mówiąc, znam Quine’a. Prawdziwy dupek.

— Ktoś zrobił zapis McCoya Pauleya? Kto? — Case usiadł, opierając łokcie o blat. — Nie mogę uwierzyć. W życiu nie przesiedziałby spokojnie przez czas potrzebny do nagrania.

— Sense/Net. Możesz się założyc, że dali mu przynajmniej mega.

— Quine też nie żyje?

— Nic z tego. Wyjechał do Europy. Nie ma z tym nic wspólnego.

— Wiesz, jeśli dostaniemy się do Płaszczaka, to sprawa załatwiona. Był najlepszy. Wiesz, że trzy razy przeżył wypłaszczenie? Śmierć kliniczną?

Przytaknęła.

Całkiem płaska linia na EEG. Pokazywał mi taśmy. „Rany, byłem trupe!”

— Posłuchaj, Case. Odkąd zawarłam kontrakt, próbuję wyniuchać, kto stoi za Armitage’em. To chyba nie zaibatsu, rząd ani przedstawiciele Yakuza. Armitage odbiera instrukcje. Coś mu każe jechać do Chiby, wyszukać puna, który właśnie odbywa ostatnią trasę po wypalonej ziemi, zapłacić programem za operację, która doprowadzi go do porządku. Mogliśmy kupić dwudziestu kowbojów pierwszej klasy za szmal, jaki rynek mógł zaoferować za ten program. A ty byłeś dobry, ale nie aż tak dobry… — Podrapała się w nos.

— Wyraźnie dla kogoś ma to sens — mruknął. — Dla kogoś u góry.

— Nie pozwól, żebym raniła twoje uczucia. — Uśmiechnęła się. — Będziemy musieli wykonać przynajmniej jeden ostry skok, żeby wydostać konstrukt Płaszczaka. Sense/Net trzyma go w skarbcu biblioteki, w mieście. Ciasno jak w tyłku węgorza. Ale Sense/Net ma tam również cały nowy materiał na sezon jesienny. Wystarczy to zabrać, żeby mieć więcej szmalu, niż możesz sobie wyobrazić. Ale nie, mamy wziąć Płaszczaka i nic więcej. Dziwne.

— Fakt. Wszystko tu jest dziwne. Ty jesteś dziwna, ta dziura jest dziwna, a w ogóle to kim jest ten dziwny facio w korytarzu?

— Finn to mój stary kontakt. Głównie paser. Software. Ten interes z dyskrecją to takie uboczne źródło dochodu. Ale namówiłam Armitage’a, żeby był tu naszym technikiem, więc kiedy się później pojawi, to go nie znasz. Jasne?

— Powiesz, co Armitage wepchnął w ciebie? Co rozpuszcza się teraz powoli?

— Nie byłam szczególnie oporna — odparła z uśmiechem. — Każdy, kto jest dobry w tym, co robi, musi to robić. Ty musisz się podłączać. Ja muszę walczyć.

Spojrzał badawczo.

— Powiedz, co wiesz o Armitage’u.

— Przede wszystkim nikt o takim nazwisku nie brał udziału w żadnej Ryczącej Pięści. Sprawdziłam. Ale to o niczym nie świadczy. Nie przypomina żadnego z facetów, którzy przeżyli. Widziałam zdjęcia. — Wzruszyła ramionami. — Wielkie rzeczy… Nic więcej nie znalazłam.

Zaczęła bębnić paznokciami po oparciu krzesła.

— Ale ty jesteś kowbojem, nie? To znaczy, możesz się trochę rozejrzeć.

— Zabije mnie.

— Może. Może nie. Chyba cię potrzebuje, Case. Bardzo. Zresztą, jesteś sprytny. Potrafisz go kiwnąć.

— Co jeszcze było na tej liście, o której wspominałaś?

— Zabawki. W większości dla ciebie. I jeden potwierdzony psychopata, niejaki Peter Riviera. Paskudny klient.

— Gdzie jest teraz?

— Nie wiem. Ale naprawdę szurnięty sukinsyn. Widziałam profil. — Skrzywiła się. — Obrzydliwy. Wstała i przeciągnęła się jak kot.

— To co, mały? Robimy spółkę? Wchodzimy w to razem? Partnerzy?

— Mogę wybierać, co? — Case spojrzał ponuro. Wybuchnęła śmiechem.

— Trafiłeś, kowboju.

— Korzenie matrycy tkwią w prymitywnych grach zręcznościowych — mówił głos. — We wczesnych programach graficznych i wojskowych eksperymentach z gniazdami czaszkowymi.

Dwuwymiarowa bitwa kosmiczna na Sony zbladła, niknąc za lasem matematycznie generowanych paproci, demonstrujących przestrzenne efekty spiral logarytmicznych; wystąpiły zimne, błękitne obrazy kompleksów militarnych, zwierzęta laboratoryjne podłączone do systemów testujących, hełmy przekazujące dane do układów kontroli ognia czołgów i samolotów bojowych.

— To jest cyberprzestrzeń. Konsensualna halucynacja, doświadczana każdego dnia przez miliardy uprawnionych użytkowników we wszystkich krajach, przez dzieci nauczane pojęć matematycznych… Graficzne odwzorowanie danych pobieranych z banków wszystkich komputerów świata. Niewyobrażalna złożoność…

Świetlne linie przebiegały bezprzestrzeń umysłu, skupiska i konstelacje danych. Jak światła wielkiego miasta, coraz dalsze…

— Co to jest? — spytała Molly, gdy pstryknął przełącznikiem kanałów.

— Program dla dzieci.

Nieciągły strumień obrazów w rytmie cyklu selektora.

— Koniec — polecił Hosace.

— Chcesz spróbować, Case?

Środa. Osiem dni od przebudzenia w Tanim Hotelu z Molly u boku.

— Mam wyjść, Case? Może będzie ci łatwiej w samotności…

— Nie. — Pokręcił głową. — Zostań. To bez znaczenia.

Założył na czoło czarną, frotową opaskę, bardzo ostrożnie, by nie poruszyć płaskich dermatrod Sendai. Patrzył na leżący na kolanach dek. Właściwie go nie widział. Miał przed oczami wystawę sklepu na Ninsei, chromowane shurikeny płonące odbitym blaskiem neonów. Podniósł głowę; na ścianie, tuż nad Sony, zawiesił jej prezent, przybił szpilką z żółtą główką wsuniętą w centralny otworek.

Zamknął oczy.

Odnalazł karbowany przycisk zasilania.

A w krwistej ciemności pod powiekami wrzały na granicach przestrzeni srebrne fosfeny, hipnagogiczne obrazy przeskakiwały niby film zmontowany z przypadkowych klatek. Symbole, liczby, twarze, rozmyta, rozczłonkowana mandala wizualnej informacji.

Błagam, modlił się w duchu. Teraz…

Szary krąg barwy nieba nad Chibą.

Teraz…

Krąg zawirował coraz szybciej, stał się sferą jaśniejszej szarości. Powiększał się…

I płynął, rozkwitał przed nim jak origami z płynnego neonu, odkrywał dom nie znający odległości, jego ojczyznę, trójwymiarową, przezroczystą szachownicę sięgającą nieskończoności. Wewnętrzne oko otworzyło się na schodkową piramidę szkarłatu Agencji Energii Atomowej Wschodniego Wybrzeża płonącą poza zielonymi sześcianami amerykańskiej filii banku Mitsubishi. Wysoko i bardzo daleko widział spiralne ramiona systemów wojskowych, na zawsze poza jego zasięgiem.

A gdzieś w dali śmiał się w białym pokoiku na poddaszu, odległe palce pieściły dek, a łzy ulgi spływały po twarzy.

Kiedy zdjął trody, Molly nie było, a na poddaszu panował mrok. Sprawdził czas: był w cyberprzestrzeni przez pięć godzin. Przeniósł Ono-Sendai na jedno z nowych biurek, po czym zwalił się do łóżka, naciągając na głowę czarny, jedwabny śpiwór Molly.

Czujnik, przylepiony taśmą do stalowych drzwi, brzęknął dwa razy.

— Żądanie wejścia — poinformował. — Według mojego programu obiekt jest czysty.

— To otwórz. — Case zsunął z twarzy jedwab i usiadł. Drzwi otwierały się wolno. Spodziewał się Molly lub Armitage’a.

— Chryste — jęknął chrapliwy głos. — Wiem, że ta dziwka widzi w ciemności… — Jakaś krępa postać przestąpiła próg i zamknęła drzwi. — Zapal światło, dobra?

Case zsunął się z gąbki i znalazł staromodny wyłącznik.

— Jestem Finn — oświadczył Finn i skrzywił się ostrzegawczo.

— Case.

— Miło mi. Robię trochę hardware’ u dla twojego szefa. — Finn wyjął z kieszeni paczkę partagasów i zapalił. Aromat kubańskiego tytoniu wypełnił pokój. Mężczyzna podszedł do biurka i ocenił Ono-Sendai. — Wygląda na seryjny. Popracujemy nad tym. Ale mam też problem dla ciebie, mały.

W wewnętrznej kieszeni marynarki znalazł brudną, brązową kopertę, strzepnął tytoń na podłogę i wyciągnął z koperty czarny, gładki prostokąt.

— Cholerne prototypy — mruknął, rzucając przedmiot na biurko. — Zalewają je w blok polikarbonu. Laser nie rozetnie bez wysmażenia całego układu. Chronione przed rentgenem, ultradźwiękami i Bóg wie czym jeszcze. Dostaniemy się tam, ale sam widzisz, że nie ma spoczynku dla nieprawych.

Starannie złożył kopertę i schował ją do wewnętrznej kieszeni.

— Co w tym jest?

Zasadniczo przełącznik. Kiedy wmontujesz do Sendai, będziesz mógł odbierać system na żywo albo z zapisu, bez odłączania od matrycy.

— Po co?

— Nie mam pojęcia. Wiem, że szykuję zestaw nadawczy dla Molly, więc pewnie jej układ zmysłowy będziesz odbierał. — Poskrobał się po brodzie. — Wychodzi na to, że sprawdzisz, jak naprawdę obcisłe są te jej dżinsy.

4

Case siedział z dermatrodami umocowanymi do czoła i patrzył na pyłki tańczące w rozcieńczonym świetle wpadającym przez kratownicę nad głową. Trwało odliczanie; cyfry migały w rogu ekranu monitora.

Kowboje nie korzystają z symstymu, pomyślał, ponieważ jest to zasadniczo zabawka dla mięsa. Wiedział, że trody, jakich sam używał, i niewielka, plastykowa tiara zwisająca z symstymowego deku są właściwie identyczne, a matryca cyberprzestrzeni to drastyczne uproszczenie zestawu doznań zmysłowych, przynajmniej w zakresie prezentacji. Jednak sam symstym uznawał za zbędne wzmocnienie danych wejściowych ciała. Naturalnie, nagrania komercjalne były montowane i jeśli w trakcie zapisu Tally Isham rozbolała głowa, widz tego nie odczuwał.

Monitor zabuczał ostrzegawczo. Jeszcze dwie sekundy.

Cienka taśma światłowodów łączyła nowy układ z Sendai.

Jeden, dwa i…

Cyberprzestrzeń wjechała w egzystencję z punktów kardynalnych. Płynnie, pomyślał, ale niezbyt płynnie. Trzeba będzie nad tym popracować.

Potem uruchomił nowy przełącznik.

Nagły przeskok w inne ciało. Matryca zniknęła, napłynęła fala dźwięków i kolorów… Szła teraz po zatłoczonej ulicy, obok straganów z programami, których obniżone ceny wypisano na plastykowych płytkach, wśród fragmentów muzyki dobiegającej z niezliczonych głośników. Zapachy uryny, wolnych monomerów, perfum, smażonego kryla. Przez kilka przerażających sekund desperacko walczył o przejęcie kontroli nad ciałem. Potem zmusił się do pasywności, zmienił w pasażera za jej źrenicami.

Szkła chyba wcale nie redukowały światła. Zastanawiał się, czy wbudowane wzmacniacze dokonywały automatycznej kompensacji. Niebieskie alfanumeryki podawały czas, nisko, na perymetrze lewego pola. Popisuje się, uznał.

Mowa jej ciała dezorientowała, styl zdumiewał. Bez przerwy miał wrażenie, że za chwilę musi się z kimś zderzyć, ale ludzie znikali z drogi, odstępowali, robili miejsce.

— Jak leci, Case?

Słyszał te słowa i czuł, jak je wypowiada. Wsunęła dłoń pod kurtkę; czubek palca zakreślił krąg wokół sutka pod rozgrzanym jedwabiem. Wrażenie odbierało dech. Roześmiała się. Ale połączenie było jednostronne. Nie mógł odpowiedzieć.

Dwie przecznice dalej znalazła się na krańcu Memory Lane. Case wciąż usiłował zwrócić wzrok ku punktom orientacyjnym, których sam by użył, szukając drogi. Wymuszona pasywność zaczynała go irytować.

Nacisnął przełącznik. Transfer do cyberprzestrzeni był natychmiastowy. Przerzucił się wzdłuż muru prymitywnego lodu Nowojorskiej Biblioteki Publicznej, automatycznie szukając potencjalnych okien. Potem znowu przeskoczył w jej zmysły, w płynny ruch mięśni, w jasne, wyraźne odczucia.

Pomyślał o mózgu, z którym dzielił te wrażenia. Co właściwie o niej wiedział? Że była profesjonalistką jak on. Powiedziała, że sensem jej życia, tak jak dla niego, jest to, co robi, by na to życie zarabiać. Pamiętał, jak poruszała się przytulona, wcześniej, zaraz po przebudzeniu, i równoczesne stęknięcie zespolenia, kiedy w nią wchodził, i że później lubiła kawę bez śmietanki…

Zmierzała do jednej z dość podejrzanych wypożyczalni oprogramowania, jakich pełno było po obu stronach Memory Lane. Panowała cisza; dobiegał tylko ledwie słyszalny szum. Budki stały pod ścianami głównego holu. Klienci byli młodzi, niewielu wyszło z wieku nastolatka. Zdawało się, że wszyscy mają karbonowe gniazda wszczepione za lewym uchem, ale Molly nie przyglądała się im specjalnie. Na ladach leżały setki drzazg mikrosoftów, kanciaste odpryski barwnego silikonu na białym kartonie pod gładkimi przezroczystymi bąblami.

Molly dotarła do siódmej budki przy południowej ścianie. Za ladą tępym wzrokiem patrzył w przestrzeń chłopak z ogoloną głową. Z gniazda za uchem sterczało z dziesięć mikrosoftowych ostrzy.

— Jesteś tam, Larry? — Ustawiła się przed nim. Oczy chłopca zogniskowały się. Usiadł i brudnym paznokciem wydłubał z gniazda jasnofioletową drzazgę.

— Cześć, Larry.

— Molly. — Skinął jej głową.

— Mam robotę dla kilku twoich przyjaciół, Larry.

Larry wyjął z kieszeni sportowej koszuli płaskie plastykowe pudełko, otworzył je i ułożył mikrosoft obok tuzina innych. Zawahał się przez moment, nim sięgnął po szklisty czarny chip, odrobinę dłuższy niż pozostałe, i wsunął go pewnie w gniazdo za uchem. Zmrużył oczy.

— Molly ma jeźdźca — stwierdził. — A Larry’emu to się nie podoba.

— No, no — mruknęła. — Nie wiedziałam, że jesteś taki… czuły. Jestem zaskoczona. Taka czułość musi sporo kosztować.

— Czy ja panią znam? — Powróciło tępe spojrzenie. — Chce pani kupić jakieś softy?

— Szukam Modernów.

— Masz jeźdźca, Molly. To mówi. — Stuknął czarną drzazgę. — Ktoś inny używa twoich oczu.

— Mój partner.

— Powiedz, żeby sobie poszedł.

— Mam coś dla Modernistycznych Panter, Larry.

— Nie wiem, o czym pani mówi.

— Zmyj się, Case — poleciła, a on wcisnął przełącznik i natychmiast znalazł się w matrycy. Widmowy obraz centrum oprogramowania trwał jeszcze przez kilka sekund w brzęczącym spokoju cyberprzestrzeni.

— Modernistyczne Pantery — rzucił do Hosaki, zdejmując trody. — Pięciominutowe streszczenie.

— Gotów — oznajmił komputer.

Nie znał tej nazwy. Coś nowego, coś, co pojawiło się, gdy był w Chibie. Moda atakowała młodzież Ciągu z prędkością światła. Całe subkultury mogły wyrosnąć w ciągu nocy, kwitnąć przez kilka tygodni, by wreszcie zniknąć bez śladu.

— Realizuj — polecił. Hosaka zdążył skorzystać z dostępu do sieci bibliotek, magazynów i agencji informacyjnych.

Pokaz rozpoczął nieruchomy kolorowy obraz, który Case uznał z początku za rodzaj kolażu, z twarzą chłopca wyciętą z innego zdjęcia i wmontowaną w tło upstrzonego napisami muru. Ciemne oczy, mongolskie fałdy — ewidentnie wynik operacji plastycznej, plamki trądziku na wąskich policzkach. Hosaka zwolnił obraz; chłopiec ruszył, popłynął ze złowieszczą gracją mima udającego drapieżnika z dżungli. Ciało pozostało niemal niewidoczne; abstrakcyjny wzór przypominający cegły i napisy przesuwał się gładko po jednoczęściowym kombinezonie. Mimetyczny polikarbon.

Cięcie na dr Virginię Rambali, Wydział Socjologii Uniwersytetu Nowego Jorku. Nazwisko, instytut i uczelnia rozbłysnęły różowymi alfanumerykami w poprzek ekranu.

— Biorąc pod uwagę ich skłonność do tych przypadkowych aktów surrealistycznej niemal przemocy — powiedział ktoś niewidoczny — trudno będzie naszym widzom zrozumieć, dlaczego uparcie twierdzi pani, że ten fenomen nie jest formą terroryzmu.

— Istnieje pewna granica, poza którą terrorysta traci kontrolę nad przekazami mediów — wyjaśniła z uśmiechem dr Rambali. — Za tą granicą może nastąpić eskalacja przemocy, ale terrorysta staje się symptomem masowego przekazu jako takiego. Cechą terroryzmu w powszechnie uznawanym sensie jest jego ścisły związek z przekazem. Modernistyczne Pantery odróżnia od innych grup terrorystycznych poziom ich samoświadomości, ich wiedza o zakresie, w jakim media rozdzielają akt terroryzmu od jego wyjściowej, socjopolitycznej motywacji…

— Przeskocz to — polecił Case.

Pierwszego Moderna Case spotkał dwa dni po obejrzeniu informacji Hosaki. Moderni, uznał wtedy, są współczesną wersją Wielkich Uczonych z czasów, gdy on sam dobiegał dwudziestki. W Ciągu krążył rodzaj widmowego, nastoletniego DNA, coś przekazującego zakodowane koncepcje rozmaitych, krótkotrwałych subkultur i replikującego się w nierównych odstępach czasu. Modernistyczne Pantery były nową odmianą Uczonych. Gdyby dawniej istniała odpowiednia technika, Wielcy Uczeni też mieliby gniazda wypchane mikrosoftami. Ważny był styl, a ten nie uległ zmianie. Moderni byli najemnikami, klownami, nihilistycznymi technofetyszystami.

Ten, który z pudłem dyskietek od Finna stanął pod drzwiami na poddasze, okazał się chłopakiem o delikatnym głosie i imieniu Angelo. Jego twarz była prostym przeszczepem hodowanym na kolagenie i polisacharydach z chrząstek rekina. Gładka i obrzydliwa, była najpotworniejszym egzemplarzem wybiórczej chirurgii, jaką Case w życiu widział. Kiedy Angelo uśmiechnął się, odsłaniając ostre jak igły kły jakiegoś dużego zwierzęcia, Case poczuł niemal ulgę. Przeszczep zawiązków zębowych — oglądał już takie rzeczy.

— Nie możesz dopuścić, żeby te małe czubki przerzuciły cię za lukę pokoleniową — stwierdziła Molly. Case przytaknął, zajęty wzorcami układów lodu Sense/Net.

To było to. To, czym był, kim był, samą jego istotą. Zapomniał o jedzeniu, Molly zostawiła na rogu długiego stołu karton ryżu i styropianowe tacki z sushi. Czasem zmuszał się, by skorzystać z chemicznej toalety, którą ustawili w kącie pokoju. Desenie lodu formowały się i przekształcały na ekranie, a on szukał szczelin, omijał najbardziej oczywiste pułapki, planował trasę, którą przedostanie się do Sense/Net. To był dobry lod. Wspaniały lod. Jego obraz płonął, gdy Case leżał, obejmując Molly, i przez stalową kratę świetlika patrzył na czerwoną jutrzenkę wschodu. Zaraz po przebudzeniu widział labirynt jego tęczowych pikseli. Od razu siadał przy deku, nie dbając nawet o to, by się ubrać. Szkoda czasu. Pracował. Stracił rachubę dni.

A czasem, zwłaszcza gdy Molly znikała, ruszając na kolejną wyprawę rozpoznawczą w towarzystwie kadry wynajętych Modernów, powracały obrazy Chiby. Twarze i neony Ninsei. Obudził się kiedyś z niezbornego snu o Lindzie Lee, nie pamiętając, kim była i co w ogóle dla niego znaczyła. Kiedy sobie przypomniał, włączył się i pracował przez dziewięć godzin bez przerwy.

Cięcie lodu Sense/Net zajęło łącznie dziewięć dni.

— Powiedziałem: tydzień — narzekał Armitage, choć nie potrafił ukryć zadowolenia, gdy Case zademonstrował mu plan akcji. — Nie spieszyłeś się zbytnio.

— Bzdura. — Case uśmiechnął się do ekranu. — To dobra robota, Armitage.

— Fakt — przyznał tamten. — Ale niech ci to nie uderzy do głowy. W porównaniu z tym, z czym masz się wkrótce zmierzyć, to raczej gra zręcznościowa.

— Kocham cię, Kocia Mamo — szepnął przekaźnik Modernistycznych Panter. Głos w słuchawkach Case’a przypominał modulowane trzaski zakłóceń.

— Atlanta, Synu. Chyba w porządku. W porządku, odebrałeś? — Głos Molly był trochę wyraźniejszy.

— Słucham i jestem posłuszny.

Moderni wykorzystywali jakąś drucianą antenę w New Jersey i odbijali kodowany sygnał przekaźnika od satelity Synów Chrystusa Króla, zawieszonego na orbicie geosynchronicznej nad Manhattanem. Traktowali chyba całą operację jak bardzo skomplikowany dowcip i odpowiednio do tego wybierali satelity komunikacyjne. Sygnał Molly wysyłano z metrowego składanego talerza przyepoksydowanego do dachu czarnego wieżowca banku, prawie tak wysokiego, jak budynek Sense/Net.

Atlanta. Prosty kod identyfikacyjny. Atlanta, potem Boston, Chicago i Denver, zmiana co pięć minut. Gdyby ktokolwiek zdołał przechwycić sygnał Molly, rozszyfrować i zsyntetyzować głos, kod zdradziłby go Modernom. Gdyby natomiast została w budynku dłużej niż dwadzieścia minut, było wysoce nieprawdopodobne, by w ogóle stamtąd wyszła.

Case przełknął resztkę kawy, umocował trody, przez czarną koszulkę poskrobał się po piersi. Miał bardzo ogólne pojęcie o tym, co zaplanowały Modernistyczne Pantery w celu odwrócenia uwagi ochrony Sense/Net. On miał dopilnować, by jego program intruzyjny połączył się z systemami Sense/Net w chwili, gdy Molly będzie to potrzebne. Obserwował malejące liczby w rogu ekranu. Dwa. Jeden.

Włączył się i uruchomił program.

— Linia główna — tchnął przekaźnik. Jego głos był jedynym dźwiękiem, jaki słyszał Case, nurkując wśród lśniących warstw lodu Sense/Net.

Dobrze. Sprawdzić Molly. Uruchomił symstym i przeskoczył w jej zmysły.

Układ kodujący zakłócał trochę wejście wizji. Stała przed ścianą złocistych luster w olbrzymim holu biurowca. Żuła gumę i sprawiała wrażenie zafascynowanej własnym odbiciem. Gdyby nie para wielkich okularów słonecznych, nie wyróżniałaby się wcale: jeszcze jedna turystka czekająca w nadziei, że zobaczy Tally Isham. Miała na sobie różową plastykową pelerynę, białą siatkową koszulkę i luźne białe spodnie, skrojone według stylu modnego rok temu w Tokio. Uśmiechnęła się z roztargnieniem i przygryzła gumę. Case miał ochotę się roześmiać. Czuł na jej żebrach mikroporowy plaster, przytrzymujący płaskie układy: radio, zestaw symstymu i koder. Laryngofon przylepiony do szyi wyglądał zupełnie jak przeciwbólowy dermadysk. Dłonie, wsunięte w kieszenie różowej peleryny, zaciskały się rytmicznie, wykonując ciąg ćwiczeń typu napięcie-rozluźnienie. Przez kilka sekund nie pojmował, że dziwne mrowienie na czubkach palców to ostrza, wysuwające się częściowo i chowające z powrotem.

Przeskoczył. Program dotarł do piątej bramy. Ledwie świadom własnych palców na klawiaturze, dokonywał minimalnych korekt i patrzył, jak lodołamacz migoce i przesuwa się przed nim. Półprzejrzyste płaszczyzny barw tasowały się jak talia kart magika. Wybierz jedną. Którąkolwiek.

Brama przemknęła w tył. Roześmiał się. Lód Sense/Net uznał jego wejście za rutynowy transfer danych z oddziału w Los Angeles. Był wewnątrz. Za nim odpadały programy wirusowe, przekształcały sieć kodu bramy, gotowe do zatrzymania prawdziwych danych z Los Angeles, gdy w końcu nadejdą.

Przeskoczył znowu. Molly szła w głąb holu, obok gigantycznego okrągłego stanowiska recepcji.

12:01:20, płonął odczyt w jej nerwie wzrokowym.

O północy, zgodnie ze wskazaniami chipu za okiem Molly, przekaźnik w Jersey podał sygnał „Linia główna”. Dziewięciu Modernów, rozproszonych wzdłuż trzystu kilometrów Ciągu, równocześnie wybrało w telefonicznych automatach NAJW ZAGR. Każdy z nich wygłosił krótką przemowę, odwiesił słuchawkę i odszedł w mrok, zdzierając chirurgiczne rękawiczki. Dziewięć różnych wydziałów policji i publicznych służb bezpieczeństwa przetrawiało informację o szerzej nie znanej walczącej podsekcie chrześcijańskich fundamentalistów, która przyznała się do wprowadzenia w system wentylacyjny Piramidy Sense/Net klinicznych ilości zakazanego środka psychoaktywnego, znanego jako Niebieski Dziewięć. Środek, określany w Kalifornii mianem Smętnego Anioła, wywoływał ostrą paranoję i mordercze psychozy u osiemdziesięciu pięciu procent obiektów doświadczalnych.

Case wdusił przełącznik w chwili, gdy jego program płynął przez bramy podsystemu kontrolującego zabezpieczenia biblioteki naukowej Sense/Net. I stwierdził, że właśnie wsiada do windy.

— Przepraszam, czy pani jest pracownikiem? — Strażnik uniósł brwi. Molly wydmuchała balon gumy.

— Nie — przyznała, wbijając dwie kostki prawej dłoni w splot słoneczny ochroniarza. Ten zgiął się wpół, sięgając do sygnalizatora u paska. Wtedy stuknęła jego głową o ścianę windy.

Żując odrobinę szybciej, wcisnęła na podświetlonej płytce klawisze ZAMKNIJ DRZWI i STOP. Wyjęła z kieszeni czarną skrzynkę i wsunęła kabel w dziurkę zamka blokującego dostęp do obwodów sterownika.

Modernistyczne Pantery odczekały cztery minuty, by ich pierwszy ruch osiągnął oczekiwany efekt, po czym wyrzuciły kolejną, starannie przygotowaną dawkę dezinformacji. Tym razem przekazały ją bezpośrednio do wewnętrznego systemu wideo w budynku Sense/Net.

O 12:04:03 wszystkie monitory zamigotały z częstotliwością wywołującą ataki u podatnej grupy pracowników Sense/Net. Trwało to osiemnaście sekund. Potem ekrany wypełniło coś, co tylko w ogólnych zarysach przypominało ludzką twarz. Rysy tego czegoś, rozciągnięte wzdłuż asymetrycznych obszarów kości, przywodziły na myśl jakąś obsceniczną projekcję siatki Mercatora. Skręcona, wydłużona szczęka drgnęła i rozwarły się błękitne wilgotne wargi. Jakiś przedmiot, być może ręka, podobny do pęku sękatych szkarłatnych korzeni, sięgnął do kamery, rozmył się i zniknął. Podświadomościowo szybkie obrazy zatrucia: grafika systemu zaopatrzenia budynku w wodę, dłonie w rękawiczkach trzymające laboratoryjne probówki, coś spada w mrok, biały rozprysk wody… Ścieżka audio z głośnością dopasowaną do odtwarzania nieco poniżej dwukrotnej szybkości normalnej, była fragmentem zeszłomiesięcznej audycji poświęconej potencjalnym militarnym zastosowaniom substancji znanej jako HsG, biochemicznego środka sterującego współczynnikiem wzrostu ludzkiego szkieletu. Nadmierna dawka HsG sprawiała, że część komórek mnożyła się w przyspieszonym tempie, zwiększając współczynnik wzrostu o rząd wielkości sięgający tysiąca procent.

O 12:05:00 w okrytym lustrami ośrodku konsorcjum Sense/Net przebywało trochę powyżej trzech tysięcy osób. Pięć minut po północy, gdy biały rozbłysk ekranów zakończył przekaz wiadomości Modernów, Piramida Sense/Net wrzasnęła.

Ku Piramidzie zmierzało pół tuzina poduszkowców grupy taktycznej nowojorskiej policji, reagującej na zagrożenie wprowadzenia Niebieskiego Dziewięć do systemu wentylacyjnego. Palili wszystkie sygnały, jak w czasie rozruchów. Z platformy przy Riker startował śmigłowiec Grupy Szybkiego Reagowania OMBA.

Case uruchomił drugi program. Starannie zaprojektowany wirus zaatakował włókna kodów, osłaniające główne komendy strażnicze podziemia, gdzie mieściły się materiały badawcze Sense/Net.

— Boston — dobiegł głos Molly. — Jestem na dole.

Case przełączył i zobaczył ścianę windy. Molly rozpinała spodnie. Zerwała mikroporowy plaster, mocujący do łydki spory pakiet o barwie dokładnie takiej jak jej skóra. Pasma burgundu pływały po mimetycznym polikarbonie, gdy odwijała kombinezon Modernów. Zdjęła różową pelerynę i wciągnęła nowy kostium.

12:06:26.

Wirus Case’a przewiercił dziurę w lodzie pliku komend biblioteki. Przecisnął się do wnętrza. W nieskończonej błękitnej przestrzeni unosiły się kodowane barwnie kule nanizane na ciasną kratę bladoniebieskiego neonu. W nonprzestrzeni matrycy wnętrze dowolnego konstruktu miało nieograniczony wymiar subiektywny; dziecięcy kalkulator-zabawka odsłaniał niezgłębione otchłanie nicości, gdzie zawieszono jedynie kilka podstawowych instrukcji. Case zaczął wystukiwać sekwencję, którą Fin kupił od jakiegoś sararimana średniego szczebla z poważnymi problemami na tle narkotyków. Jak po niewidzialnych szynach poszybował wśród sfer.

Tutaj. To ta.

Wystukał sobie drogę do jej wnętrza; zimny, błękitny neon stropu był bezgwiezdny i gładki jak zmrożone szkło. Uruchomił podprogram, który wprowadził pewne zmiany w instrukcjach strażniczych rdzenia.

Teraz na zewnątrz. Płynne przejście w ruch wsteczny. Wirus odbudowy wał sieć okna.

Zrobione.

W holu biurowca dwaj mężczyźni należący do Modernistycznych Panter siedzieli czujnie pod niskim prostokątnym kwietnikiem, filmując kamerą wideo całe zamieszanie. Obaj nosili kameleonowe kombinezony.

— Taktyczni rozpylają piankowe barykady-powiedział do laryngofonu pierwszy. — Szybcy ciągle próbują posadzić gdzieś helikopter.

Case wcisnął klawisz symstymu. I wskoczył w ból złamanej kości. Molly oddychała płytko i nierytmicznie, oparta o szarą ścianę korytarza. Case natychmiast wrócił do matrycy; rozpalona do białości igła bólu w lewym udzie powoli zanikała.

— Co się stało, Synu? — spytał przekaźnika.

— Nie wiem, Brzeszczot. Mama nie odpowiada. Czekaj.

Program Case’a krążył. Pojedyncza, cienka jak włos linia czerwonego światła sięgała ze środka odtworzonego okna do migotliwej sylwetki lodołamacza. Nie miał czasu na czekanie. Odetchnął głęboko i przeskoczył znowu.

Opierając się o ścianę, Molly zrobiła krok. Case na poddaszu jęknął. Przy drugim kroku przestąpiła nad wyciągniętą ręką. Rękaw munduru był czerwony od świeżej krwi. Przelotny widok strzaskanej pałki ze szklanego włókna. Pole widzenia zwęziło się w tunel. Po trzecim kroku Case wrzasnął i znalazł się znowu w matrycy.

— Synu? Tu Boston, malutki. — Głos drżał z bólu. Zakaszlała. — Drobne kłopoty z tubylcami. Jeden z nich złamał mi chyba nogę.

— Czego potrzebujesz, Kocia Mamo? — Słowa przekaźnika ginęły niemal w szumie zakłóceń.

Case zmusił się, by przeskoczyć. Oparta o ścianę, odciążała lewą nogę. Pogrzebała w kieszeni na brzuchu kombinezonu, znalazła plastykową płytkę wysadzaną tęczowymi dermadyskami. Wybrała trzy i kciukiem przylepiła do nadgarstka, nad żyłami. Sześć tysięcy mikrogramów analogonu endorfiny runęło na ból i rozbiło go w proch, jak młot. Wygięła się konwulsyjnie. Różowe fale ciepła obmyły uda. Odetchnęła i odprężyła się.

— Dobra, Synu. Już w porządku. Ale jak wyjdę, będę potrzebowała zespołu medycznego. Powiedz to moim. Brzeszczot, jestem dwie minuty od celu. Możesz wytrzymać?

— Powiedz, że wszedłem i trzymam — odpowiedział Case.

Molly kulejąc, ruszyła korytarzem. Raz się obejrzała. Case dostrzegł bezwładne ciała trzech strażników Sense/Net. Jeden chyba nie miał oczu.

— Taktyczni i Szybcy zablokowali parter, Kocia Mamo. Piankowe barykady. W holu robi się gorąco.

— Tu też jest gorąco — odparta, przeciskając się przez podwójne stalowe wrota. — Brzeszczot, jestem prawie na miejscu.

Case przeskoczył do matrycy i zerwał z czoła trody. Był zlany potem. Wytarł twarz ręcznikiem i łyknął wody z plastykowego bidonu, stojącego obok Hosaki. Sprawdził wyświetloną na ekranie mapę biblioteki. Migający czerwony kursor pełzł przez kontur wrót. Kilka milimetrów od zielonego punktu oznaczającego lokalizację konstruktu Dixiego Płaszczaka. Zastanawiał się, jakie skutki będzie to miało dla jej nogi. Po dostatecznej dawce endorfiny mogłaby chodzić na parze krwawych kikutów.

Działał automatycznie: trody, złącze, przeskok.

Biblioteka naukowa Sense/Net była martwym obszarem pamięci: trzymane tu materiały musiały być usunięte fizycznie. Dopiero potem możliwy był sprzęg. Molly kuśtykała między rzędami identycznych szarych pojemników.

— Synu, powiedz jej, że jeszcze pięć, a potem dziesięć w lewo — rzucił Case.

— Pięć prosto i dziesięć w lewo, Kocia Mamo — powtórzył przekaźnik.

Skręciła. Blada bibliotekarka kuliła się między dwoma pojemnikami. Przerażone spojrzenie, mokre policzki; Molly zignorowała ją. Case był ciekaw, co zrobili Moderni, żeby wywołać strach o takim natężeniu. Wiedział, że miało to związek z fałszywą groźbą, ale zbyt był zajęty swoim lodem, by słuchać wyjaśnień Molly.

— To ten — powiedział, lecz Molly już stała przed regałem, na którym leżała kaseta konstruktu. Kształtem przypominał neoazteckie biblioteczki z poczekalni Julie Deane’a w Chibie.

— Działaj, Brzeszczot — rzuciła Molly.

Case przeskoczył do cyberprzestrzeni i wysłał rozkaz wzdłuż czerwonej linii przebijającej biblioteczny lód. Pięć niezależnych systemów alarmowych zostało przekonanych, że nadal działają. Trzy skomplikowane zamki zdezaktywowano, choć wierzyły, że wciąż są zamknięte. Główny bank danych doznał niewielkiego przesunięcia stałej pamięci: konstrukt usunięto przed miesiącem na polecenie jednego z wyższych urzędników. Gdyby bibliotekarka szukała tego polecenia, stwierdzi, że zapisy są skasowane. Drzwiczki otworzyły się bezszelestnie.

— 0467839 — powiedział Case, a Molly zdjęła z podstawy czarny blok pamięci. Przypominał magazynek wojskowego karabinu. Ścianki pokrywały jakieś symbole i ostrzegawcze napisy.

Molly zamknęła drzwiczki. Case przeskoczył.

Usunął czerwoną nić z lodu biblioteki. Wciągnął ją z powrotem do swojego programu, odruchowo uruchamiając pełny zwrot systemu. Bramy Sense/Net trzasnęły za nim, a podprogramy wirując znikały w rdzeniu lodołamacza, gdy mijał przejścia, gdzie je pozostawił.

— Wyjście, Synu — rzucił i opadł na krzesło. Po okresie pełnej koncentracji mógł zachować połączenie, nie tracąc świadomości własnego ciała. Mogą minąć dni, zanim Sense/Net odkryje kradzież konstruktu. Kluczem była blokada transferu danych z Los Angeles, który zbyt dokładnie zgadzał się w czasie z terrorystycznym atakiem Modernów. Nie sądził, by przeżyło trzech strażników, na których Molly trafiła w korytarzu. Nikomu nie opowiedzą o spotkaniu. Przeskoczył.

Winda, z czarną skrzynką umocowaną do płyty kontrolnej, pozostała na miejscu. Strażnik leżał skulony na podłodze. Po raz pierwszy Case zauważył plaster na jego szyi. To pewnie Molly, żeby jej nie przeszkadzał. Przestąpiła nad nim, usunęła czarną skrzynkę i wcisnęła HOL.

Drzwi windy rozsunęły się z sykiem, jakaś kobieta pchnięta przez tłum wpadła tyłem do środka i uderzyła głową o ścianę. Molly nie zwróciła na nią uwagi. Zerwała plaster z szyi strażnika. Potem kopniakiem odrzuciła białe spodnie i różową pelerynę, cisnęła za nimi słoneczne okulary i naciągnęła na czoło kaptur kombinezonu. Konstrukt tkwił w kieszeni na brzuchu, lekko uciskając żebra. Wyszła.

Case widywał już tłum ogarnięty paniką, ale nigdy w zamkniętym pomieszczeniu.

Pracownicy Sense/Net wybiegali z wind i pędzili do wyjść, by tam napotkać piankowe barykady Taktycznych i piaskowe pociski szybkich OMBA. Obie formacje, przekonane, że otoczyły hordę potencjalnych morderców, współpracowały z niezwykłą efektywnością. Za zrujnowanymi drzwiami głównymi barykadę zaścielała potrójna warstwa ciał. Głuche wystrzały karabinów policyjnych stanowiły tło dla dźwięku wydawanego przez tłum, pędzący tam i z powrotem po marmurowej posadzce holu. Case nigdy w życiu nie słyszał niczego podobnego.

Molly, najwyraźniej, także nie.

— Jezu! — jęknęła i zawahała się.

Dźwięk przypominał pisk, wznoszący się w chrapliwe wycie czystego, absolutnego przerażenia. Podłogę pokrywały ciała, ubrania, krew i długie, zdeptane zwoje żółtych wydruków.

— Wyłaź, siostro. Wynosimy się stąd.

Oczy dwójki Modernów spoglądały z wirujących obłąkańczo odcieni polikarbonu. Kombinezony nie nadążały za szalejącą w holu burzą kolorów i kształtów.

— Jesteś ranna? Chodź, Tommy cię poprowadzi. Tommy podał coś temu, który mówił: owiniętą polikarbonem kamerę wideo.

— Chicago — powiedziała. — Wychodzimy. A potem upadła, nie na marmurową posadzkę śliską od krwi i wymiocin, ale w głąb ciepłej jak krew studni, w ciszę i mrok.

Przywódca Modernistycznych Panter przedstawił się jako Lupus Yonderboy. Nosił polikarbonowy kombinezon z opcją zapisu, dzięki czemu potrafił w dowolnej chwili odtwarzać tła. Niby stylizowany maszkaron przysiadł na krawędzi biurka i spod kaptura obserwował Case’a i Armitage’a. Uśmiechał się. Miał różowe włosy. Tęczowa kępa mikrosoftów sterczała mu zza lewego ucha. Samo ucho było spiczaste, z pędzelkiem różowej sierści. Zmodyfikowane źrenice wychwytywały światło jak oczy kota. Case przyglądał się barwom i deseniom pełznącym po tkaninie kombinezonu.

— Pozwoliliście, żeby sytuacja wymknęła się spod kontroli — stwierdził Armitage. Stał na środku pokoju niby posąg spowity w ciemne, Lśniące fałdy eleganckiego płaszcza.

— Chaos, panie Ktosiu — odparł Lupus Yonderboy — to nasz styl i nasz sposób działania. Nasz główny atut. Wasza kobieta wie o tym. Z nią rozmawiamy. Nie z tobą, panie Ktosiu.

Na kombinezonie pojawił się dziwaczny wzór w barwie beżu i jasnego awokado.

— Potrzebowała zespołu medycznego. Pilnujemy jej. Wszystko w najlepszym porządku. Znów się uśmiechnął.

— Zapłać mu — burknął Case.

— Nie dostaliśmy towaru. — Armitage spojrzał gniewnie.

— Wasza kobieta go ma — wyjaśnił Yonderboy.

— Zapłać mu.

Armitage podszedł sztywno i wyjął z kieszeni trzy grube zwitki nowych jenów.

— Chcesz przeliczyć?

— Nie — odparł Modern. — Zapłacisz według umowy. Jesteś panem Ktosiem. Płacisz, by nim pozostać. A nie panem z Nazwiskiem.

— Mam nadzieję, że to nie groźba.

— To interes. — Yonderboy wsunął pieniądze do pojedynczej kieszeni z przodu kombinezonu. Zadzwonił telefon. Case odebrał.

— Molly — oznajmił, podając słuchawkę Armitage’owi.

Case opuścił budynek, gdy geodezyjne Ciągu rozjaśniały się szarością przedświtu. Miał wrażenie, że ręce i nogi ma zimne, odłączone od ciała. Nie mógł spać. Miał dosyć pokoju na poddaszu. Lupus odszedł, po nim Armitage, a Molly leżała gdzieś w szpitalu.

Wibracje przejeżdżającego pociągu pod stopami; dopplerowsko cichnąca w dali syrena.

Skręcał losowo. Z podniesionym kołnierzem, przygarbiony w nowej skórzanej kurtce, rzucił do ścieku pierwszego z łańcucha yeheyuanów, by natychmiast zapalić następnego. Myślał o woreczkach z toksyną Armitage’a, rozpuszczających się wolno w krwiobiegu, o coraz cieńszych mikroskopijnych błonach. Nie wydawały się realne. Tak samo jak panika i cierpienie oglądane oczami Molly w holu Sense/Net. Usiłował sobie przypomnieć twarze trojga ludzi, których zabił w Chibie. Mężczyźni byli jak czyste karty, kobieta podobna do Lindy Lee. Odrapany trójkołowy samochód dostawczy przetoczył się obok z brzękiem pustych plastykowych baniek.

— Case.

Odskoczył, instynktownie stając plecami do ściany.

— Wiadomość dla ciebie, Case. — Kombinezon Lupusa Yonderboya cyklicznie wyświetlał czyste barwy podstawowe. — Wybacz. Nie chciałem cię przestraszyć.

Case wyprostował się, nie wyjmując rąk z kieszeni. Był o głowę wyższy od Moderna.

— Powinieneś uważać, Yonderboy.

— To jest wiadomość. Wintermute — przeliterował.

— Od ciebie? — Case zrobił krok do przodu.

— Nie. Do ciebie.

— Od kogo?

— Wintermute — powtórzył Yonderboy. Kiwnął głową, kołysząc grzebieniem różowych włosów. Kombinezon stał się matowo-czarny jak węglisty cień na tle starego betonu. Modern wykonał dziwaczny krótki taniec, machnął chudym czarnym ramieniem i zniknął. Nie. Tam. W kapturze kryjącym róż, w kombinezonie o idealnie dobranym odcieniu szarości, plamistym i pomazanym jak chodnik, na którym stał. Oczy mrugnęły, odbijając czerwień ulicznego sygnalizatora. A potem naprawdę zniknął.

Case zamknął oczy i oparty o brudny mur, zgrabiałymi palcami rozmasował powieki.

Ninsei była o wiele prostsza.

5

Zespół medyczny, który zatrudniła Molly, zajmował dwa piętra anonimowego bloku w pobliżu starego centrum Baltimore. Budynek zbudowano systemem modułowym, jak powiększoną do ogromnych wymiarów wersję Taniego Hotelu, w której każda skrzynia ma czterdzieści metrów długości. Case spotkał Molly, gdy wychodziła zza drzwi z ozdobnym napisem GERALD CHIN, DENTYSTA. Utykała.

— Powiedział, że jeśli w coś kopnę, noga mi odpadnie.

— Spotkałem jednego z twoich kumpli — poinformował. — Moderna.

— Tak? Którego?

— Lupusa Yonderboya. Przekazał wiadomość. Podał jej papierową serwetkę, na której grubym mazakiem wykaligrafował WINTERMUTE. — Powiedział…

Lecz wtedy uniosła dłoń w migu milczenia.

— Zapraszam cię na kraby — oznajmiła.

Po lunchu w Baltimore, gdzie Molly z irytującą łatwością poradziła sobie z krabem, złapali metro do Nowego Jorku. Case nauczył się, że nie należy zadawać pytań. Jedyną odpowiedzią był znak milczenia. Noga chyba jej dokuczała, więc nie odzywała się prawie wcale.

Chuda, czarna dziewczynka z wplecionymi we włosy drewnianymi paciorkami i antycznymi opornikami otworzyła drzwi lokalu Finna i poprowadziła ich tunelem wśród śmieci. Case uznał, że pod ich nieobecność stosy złomu odrobinę urosły. Czy może raczej uległy subtelnej przemianie, wygotowały się pod naporem czasu, niewidzialne płatki osiadły bezgłośnie, tworząc mierzwę, krystaliczną esencję odrzuconej technologii, kwitnącą w sekrecie na wysypiskach Ciągu.

Za wojskowym kocem, przy białym stole czekał Finn.

Molly zaczęła gestykulować, wyjęła strzęp papieru, napisała coś i podała Finnowi. Wziął go w dwa palce wyciągniętej ręki, jakby w obawie, że może wybuchnąć. Zrobił znak, którego Case nie znał, a który wyrażał coś między zniecierpliwieniem i ponurą rezygnacją. Wstał i strzepnął okruchy z tweedowej marynarki. Na stole stał słój marynowanych śledzi, leżało rozerwane plastykowe opakowanie sucharów i popielniczka pełna niedopałków partagasów.

— Czekajcie — polecił i wyszedł.

Molly usiadła na jego miejscu, ze wskazującego palca wysunęła ostrze i przebiła szarawe dzwonko śledzia. Case spacerował bez celu, przy każdym okrążeniu muskając palcami czujniki.

Po dziesięciu minutach wrócił Finn, ukazując w szerokim uśmiechu żółte zęby. Kiwnął głową, wystawił zwycięsko kciuk, po czym skinął na Case’a, by pomógł mu z płytą drzwi. Gdy Case wygładzał rzepy uchwytów, Finn wyjął z kieszeni małą płaską konsolę i wystukał długi ciąg znaków.

— Skarbie — zwrócił się do Molly, odkładając konsolę na bok.

— Trafiłaś. Poważnie. Czuję to. Możesz powiedzieć, skąd to masz?

— Yonderboy — odparła Molly, odsuwając śledzie i suchary.

— A na boku dogadałam się z Larrym.

— Chytrze — pochwalił Finn. — To SI.

— Moglibyście trochę wolniej? — poprosił Case.

— Berno. — Finn zignorował tę uwagę. — Ma warunkowe obywatelstwo szwajcarskie, zgodnie z ich odpowiednikiem Ustawy z ’53. Zbudowana dla Tessier-Ashpool S.A. Są właścicielami main-frame’u i źródłowego software’u.

— Co jest w Bernie? — Case stanął między nimi.

— Wintermute to kod rozpoznawczy SI. Mam numer z Rejestru Turinga. Sztuczna inteligencja.

— Wszystko świetnie — stwierdziła Molly. — Ale dokąd to nas prowadzi?

— Jeśli Yonderboy ma rację — oświadczył Finn — ta SI stoi za Armitage’em.

— Zapłaciłam Larry’emu, żeby Moderni poniuchali koło Armitage’ a — wyjaśniła Case’owi Molly. — Dysponują bardzo dziwnymi kanałami informacyjnymi. Umowa była taka, że dostaną forsę, jeśli odpowiedzą na jedno pytanie: kto prowadzi Armitage’a?

— I sądzisz, że to ta SI? One nie mają autonomii. To na pewno korporacja macierzysta, ten Tessle…

— Tessier-Ashpool S.A. — poprawił Finn. — Mogę opowiedzieć o nich ciekawą historię. Chcecie posłuchać? Usiadł i zgarbił się lekko.

— Finn uwielbia opowiadać — zauważyła Molly.

— Tej historii nikt jeszcze nie słyszał — zaczął Finn.

Finn był paserem, handlarzem kradzionych towarów, przede wszystkim software’u. W ramach interesów kontaktował się czasem z innymi paserami, z których część pracowała w bardziej tradycyjnych dziedzinach. Handlowali szlachetnymi metalami, znaczkami, rzadkimi monetami, klejnotami, biżuterią, futrami, obrazami i dziełami sztuki. Historia, którą opowiedział Molly i Case’owi, zaczynała się od opowieści innego człowieka, mężczyzny, którego nazywał Smithem.

Smith także był paserem, ale w lepszych okresach działał legalnie jako sprzedawca dzieł sztuki. Był pierwszą znaną Finnowi osobą, która „poszła w krzem” — to określenie wydało się Case’owi dość staroświeckie. Kupował mikrosofty z programami o historii sztuki i cennikami galerii. Z pół tuzinem chipów w nowym gnieździe Smith dysponował budzącą podziw wiedzą — w porównaniu ze swymi znajomymi. Mimo to przyszedł do Finna z prośbą o pomoc — przyjacielską prośbą, jak jeden człowiek interesu do drugiego. Szukał wejścia do danych klanu Tessier-Ashpool, wyjaśnił, i to wejścia zrealizowanego w sposób wykluczający prześledzenie trasy do źródła. To możliwe, zaopiniował Finn, ale uznał za niezbędne pewne wyjaśnienia.

— To śmierdziało — mówił Case’owi. — Śmierdziało forsą. A Smith był ostrożny. Niemal zbyt ostrożny.

Smith, jak się okazało, miał dostawcę znanego jako Jimmy. Ów Jimmy, włamywacz i nie tylko, wrócił właśnie po roku na wysokiej orbicie i przewiózł na dno studni grawitacyjnej pewne przedmioty. Najbardziej niezwykłym obiektem, jaki zdobył w swojej wędrówce po archipelagu, była głowa, misternie wykonane popiersie z emaliowanej platyny, wysadzane perłami i lazurytem. Smith westchnął, schował kieszonkowy mikroskop i poradził, by rzeźbę przetopić. Była współczesna, nieantyczna, a więc bez wartości dla kolekcjonerów. Jimmy roześmiał się. Popiersie jest terminalem komputerowym, wyjaśnił. Potrafi mówić. I to nie syntegłosem, ale dzięki wspaniałemu układowi zaworów i miniaturowych piszczałek organowych. Ktokolwiek skonstruował tę zabawkę, musiał wielbić barok i mieć skłonności do perwersji, gdyż syntegłosowe chipy są tanie jak barszcz. Kuriozum. Smith podłączył głowę do komputera i słuchał, jak melodyjny, nieludzki głos recytuje liczby zeszłorocznych stawek podatkowych.

Wśród jego klientów był pewien tokijski miliarder, którego namiętność do mechanicznych automatów graniczyła z fetyszyzmem. Smith wzruszył więc ramionami i podniósł otwarte dłonie w geście tak starym, jak sam handel. Spróbuje, obiecał, ale wątpi, czy dużo wytarguje.

Gdy Jimmy wyszedł, pozostawiając głowę, Smith zbadał ją uważnie. Wykrył pewne znaki szczególne. W końcu dotarł do śladów niezwykłej współpracy dwóch rzemieślników z Zurichu, specjalisty od emalii z Paryża, holenderskiego jubilera i projektanta układów scalonych z Kalifornii. Wykrył, że przedmiot został wykonany na zamówienie Tessier-Ashpool S.A.

Nawiązał wstępny kontakt z tokijskim kolekcjonerem wspominając, że jest na tropie czegoś godnego uwagi.

A potem złożono mu wizytę. Nie zapowiedziany gość przeszedł przez labirynt zabezpieczeń, jakby ten wcale nie istniał. Niski mężczyzna, Japończyk, niezwykle wręcz uprzejmy, prezentujący wszystkie cechy hodowlanego mordercy ninja. Smith patrzył nieruchomo w brązowe oczy śmierci siedzącej naprzeciw, za stolikiem z wietnamskiego palisandru. Delikatnie, niemal przepraszająco klonowany zabójca oświadczył, że jego obowiązkiem jest znalezienie i odzyskanie pewnego dzieła sztuki, niezwykle pięknego mechanizmu, który zabrano z domu jego pana. Doszło do jego wiadomości, mówił ninja, że Smith może znać miejsce ukrycia tego obiektu.

Smith zapewnił, że nie chce umierać, i przyniósł głowę. Jakiego zysku, spytał ninja, spodziewał się pan ze sprzedaży tego przedmiotu? Smith wymienił sumę o wiele niższą od ceny, jaką zamierzał wyznaczyć. Ninja wyjął chip kredytowy i przelał odpowiednią kwotę z numerowanego szwajcarskiego konta. Któż to, pytał dalej, dostarczył panu ten przedmiot? Smith powiedział. Po kilku dniach dowiedział się o śmierci Jimmy’ego.

— Wtedy ja pojawiłem się na scenie — mówił dalej Finn. — Smith wiedział, że prowadzę interesy z ludźmi z Memory Lane, a tam właśnie załatwia się dyskretne wejścia, których źródeł nie można wykryć. Wynająłem kowboja. Wziąłem procent jako pośrednik. Smith był ostrożny. Przeżył właśnie coś bardzo dziwnego i wyszedl cały, ale nic tu nie pasowało. Kto płacił z tego szwajcarskiego skarbca? Yakuza? Niemożliwe. Mają bardzo sztywny kodeks, obejmujący takie sytuacje: zabijają też odbiorcę. Zawsze. Jakaś afera wywiadowcza? Smith nie przypuszczał. Szpiegowskie interesy mają pewną aurę, którą nietrudno wyczuć. No więc kazałem mojemu kowbojowi przelecieć stare informacje prasowe i znaleźliśmy Tessier-Ashpool w dziale sądowym. Sprawa była nieistotna, ale mieliśmy już firmę prawniczą. Potem on załatwił lód tych adwokatów i dotarliśmy do adresu rodziny. Dużo nam z tego przyszło.

Case uniósł brew.

— Freeside — wyjaśnił Finn. — Wrzeciono. Wyszło na to, że prawie w całości należy do nich. Interesujący był obraz, jaki otrzymał mój kowboj, kiedy przeprowadził systematyczny przegląd wiadomości prasowych i wykonał kompilację. Organizacja rodzinna. Struktura korporacji. Teoretycznie możesz się wkupić do każdej spółki akcyjnej, ale od ponad stu lat ani jedna akcja Tessier-Ashpool nie pojawiła się na otwartym rynku. O ile wiem, na żadnym rynku. Taka bardzo spokojna, bardzo ekscentryczna rodzina, z pierwszej generacji wrzeciona. Rządzona jak korporacja. Z wielką forsą. Unikają prasy. Częste klonowania. Prawa orbitalne nie są tak twarde, jeśli chodzi o inżynierię genetyczną. I trudno stwierdzić, które pokolenie, czy kombinacja pokoleń, kieruje całym przedstawieniem w konkretnym momencie.

— A to dlaczego? — zdziwiła się Molly.

— Mają własne zestawy kriogeniczne. Prawo, nawet orbitalne, stanowi, że człowiek w stanie zamrożenia jest formalnie martwy. Wygląda na to, że się wymieniają, chociaż od tizydziestu lat nikt nie oglądał ojca założyciela. Matka założycielka zginęła w jakimś wypadku w laboratorium…

— I co się stało z twoim paserem?

— Nic. — Finn zmarszczył czoło. — Zostawił tę sprawę. Spojrzeliśmy tylko w tę fantastyczną plątaninę zależności T-A, i to wszystko. Jimmy musiał jakoś dotrzeć do Straylight i zwinąć głowę, a Tessier-Ashpool posłali po nią ninję. Smith postanowił o wszystkim zapomnieć. Może był sprytny. — Spojrzał na Molly. — Villa Straylight. Czubek wrzeciona. Teren ściśle prywatny.

— Sądzisz, że są właścicielami tego ninji?

— Smith tak uważał.

— Spore koszty — mruknęła. — Ciekawe, co się stało z tym małym ninją. Jak myślisz, Finn?

— Pewnie trzymają go w lodzie. I rozmrażają w razie potrzeby.

— No dobra — wtrącił Case. — Wiemy, że Armitage dostaje zlecenia od SI zwanej Wintermute. Do jakich wniosków to prowadzi?

— Na razie do żadnych — stwierdziła Molly. — Ale mam dla ciebie pewną robótkę na boku.

Podała mu złożony skrawek papieru. Rozwinął. Współrzędne sieci i kody wejściowe.

— Czyje to?

— Armitage’a. Jakaś jego baza danych. Kupiłam od Modernów. Osobna umowa. Gdzie to?

— W Londynie — oświadczył Case.

— Włam się — rzuciła ze śmiechem. — Przynajmniej raz spróbuj zarobić na utrzymanie.

Case stał na zatłoczonym peronie, czekając na pociąg trans-OMBA. Pił od chwili rozstania z Molly, która pewnie już od kilku godzin była na poddaszu z konstruktem Płaszczaka w zielonej torbie.

Nie dawala mu spokoju myśl o Płaszczaku jako konstrukcie, kasecie ROM odtwarzającej umiejętności zmarłego, jego obsesje i odruchy… Pociąg nadjechał, dudniąc na czarnej ścieżce indukcyjnej, a drobny pył posypał się ze szczelin w stropie tunelu. Case poczłapał do najbliższych drzwi. W drodze obserwował pasażerów. Para drapieżnych Chrześcijańskich Uczonych przesuwała się w stronę trójki młodych techniczek biurowych, noszących na rękach stylizowane hologramy waginy; różowa wilgoć migotała w ostrych światłach lamp. Techniczki oblizywały nerwowo doskonałe w kształcie wargi i spod metalizowanych powiek spoglądały na Chrześcijańskich Uczonych. Dziewczęta przypominały smukłe, egzotyczne zwierzęta. Kołysały się nieświadomie i z gracją w takt ruchu pociągu, a ich wysokie obcasy były jak gładkie kopytka na szarej podłodze wagonu. Zanim wpadły w panikę i rzuciły się do ucieczki przed misjonarzami, pociąg stanął na przystanku Case’a.

Wysiadł. Natychmiast zauważył hologram białego cygara, zawieszonego przy ścianie stacji, z napisem FREESIDE pulsującym zdeformowanymi literami stylizowanymi na japońskie piktogramy. Przecisnął się przez tłum i stanął, by obejrzeć obraz dokładnie. NA CO CZEKASZ? mrugał plakat. Tępe, białe wrzeciono, nabijane kratownicami, promiennikami, dokami i kopułami. Tysiące razy widział już tę reklamę i inne, podobne. Ze swojego deku potrafił sięgnąć do danych Freeside równie łatwo, jak do Atlanty. Podróż to sprawa dla mięsa. Teraz jednak dostrzegł niewielki znaczek rozmiaru drobnej monety, wpleciony w świetlną sieć ogłoszenia: T-A.

Szedł w stronę pokoju na poddaszu i wspominał Płaszczaka. Większą część dziewiętnastego roku życia spędził w Eleganckiej Porażce, siedząc nad drogim piwem i obserwując kowbojów. Nigdy nawet nie dotknął deku, ale już wtedy wiedział, czego chce. Tego lata co najmniej dwudziestu takich jak on odwiedzało Porażkę, każdy z nich zdecydowany pracować jako pajac dla jakiegoś kowboja. Nie istniał inny sposób nauki.

Wszyscy słyszeli o Pauleyu, hałaśliwym dżokeju z przedmieść Atlanty, który przeżył śmierć kliniczną za czarnym lodem. Plotka — nieśmiała, uliczna, jedyna, która krążyła — nie mówiła o nim wiele. Tyle że dokonał niemożliwego.

— Wielka sprawa — poinformował Case’a inny przyszły kowboj za cenę piwa. — Ale kto wie, jaka dokładnie? Słyszałem, że to sieć wypłat Brazylii. W każdym razie był trupem, martwym i zimnym.

Case spojrzał przez bar na tęgiego mężczyznę w koszulce, o skórze w odcieniu ołowiu.

— Maty — powiedział mu Płaszczak kilka miesięcy później w Miami. — Jestem całkiem jak te zasrane wielkie jaszczurki, wiesz? Mają po dwa cholerne mózgi, jeden w głowie, jeden nad ogonem. Rusza tylnymi łapami. Walnąłem ten czarny towar, a ogonowy mózg trzymał mnie w ruchu.

Kowbojska elita w Porażce unikała Pauleya z powodu jakiejś niezwykłej fobii grupowej, graniczącej z zabobonem. McCoy Pauley, Łazarz cyberprzestrzeni…

I w końcu załatwiło go serce. Rosyjskie serce z demobilu, wszczepione podczas wojny w obozie jenieckim. Nie chciał go wymienić. Twierdził, że potrzebuje mocnych uderzeń, by zachować poczucie czasu.

Idąc po schodach, Case ściskał palcami strzępek papieru od Molly.

Molly pochrapywała na gąbce. Przezroczysta skorupa obejmo-wała jej nogę od kolana, sięgając kilka milimetrów poniżej pachwiny. Skórę pod sztywnym mikroporowym gipsem znaczyły plamy stłuczeń zmieniające kolor z czarnego na brzydki żółty. Osiem plastrów różnych barw i rozmiarów biegło w równej linii wokół lewego nadgarstka. Obok leżał transdermalny zestaw Akai, a cienkie czerwone przewody sięgały do trod wejściowych pod gipsem.

Case włączył tensor obok Hosaki. Krążek ostrego światła padł wprost na konstrukt Płaszczaka. Wsunął trochę lodu, wcisnął kasetę i podłączył się.

Wrażenie było dokładnie takie, jakby ktoś czytał mu przez ramię.

Odchrząknął.

— Dix? McCoy? To ty, chłopie? — Słowa z trudem przechodziły przez ściśnięte gardło.

— Cześć, brachu — odpowiedział bezkierunkowy głos.

— To ja, Case. Pamiętasz?

— Miami, pajac, szybki kurs.

— Dix, jaka jest ostatnia rzecz, którą sobie przypominasz, zanim się do ciebie odezwałem?

— Nic.

— Zaczekaj.

Odłączył konstrukt. Wrażenie obecności zniknęło. Podłączył z powrotem.

— Dix? Kim ja jestem?

— Zagiąłeś mnie, synu. Kim ty jesteś, do cholery?

— Ca… twój kumpel. Partner. Co się z tobą dzieje?

— Dobre pytanie.

— Pamiętasz, że tu byłeś? Parę sekund temu?

— Nie.

— Wiesz, jak działa matryca osobowości w ROM?

— Pewno, brachu. To przecież konstrukt firmware’owy.

— Włączam go w bank, z którego korzystam, i w ten sposób zapewniam sekwencyjną pamięć w czasie rzeczywistym?

— Chyba tak.

— Dobra, Dix. Ty jesteś konstruktem ROM. Kapujesz?

— Jeśli tak mówisz — odparł konstrukt. — Kim jesteś?

— Case.

— Miami — rzekł głos. — Pajac, szybki kurs.

— Zgadza się. A na początek, Dix, ty i ja przelecimy do sieci Londynu i złapiemy dostęp do paru danych. Wchodzisz w to?

— Chcesz mi powiedzieć, mały, że mam jakiś wybór?

6

— Potrzebujesz raju — stwierdził Płaszczak, gdy Case wyjaśnił mu sytuację. — Sprawdź Kopenhagę, obrzeża sekcji uniwersyteckiej.

Głos recytował współrzędne, a Case wprowadzał je z klawiatury.

Znaleźli swój raj, „raj piratów”, na skraju ciasnej sieci uniwersytetu. Na pierwszy rzut oka przypominał rodzaj graffiti. Studenci operatorzy zostawiali czasem na skrzyżowaniu linii siatki niewyraźne glify barwnego światła, migocące na tle splątanych konturów wydziałów humanistycznych.

— Tam-powiedział Płaszczak. — Ten niebieski. Widzisz? To kod wejściowy Bella w Europie. Całkiem świeży. Ludzie Bella dotrą tu wkrótce, przeczytają całą tę tablicę i zmienią wszystkie kody, jakie na niej znajdą. Jutro rano dzieciaki wykradną nowe.

Case wystukał drogę do europejskiego Bella i przełączył system na standardowy kod telefoniczny. Przy pomocy Płaszczaka dotarł do londyńskiej bazy danych, która — według Molly — należała do Armitage’a.

— Czekaj — odezwał się głos. — Otworzę ci przejście.

I Płaszczak wyrecytował długi ciąg cyfr. Case wciskał klawisze, próbując wyłapywać pauzy, którymi konstrukt zaznaczał czas wprowadzania. Potrzebowali trzech prób.

— Wielkie rzeczy — mruknął Płaszczak. — Żadnego lodu.

— Przeskanuj te śmieci — polecił Case Hosace. — Poszukaj życiorysu właściciela.

Neuroelektroniczne zygzaki raju zniknęły, zastąpione prostym czworokątem białego światła.

— Baza zawiera główne zapisy wideorozpraw przed sądem wojennym — oznajmił daleki głos Hosaki. — Centralną postacią jest pułkownik Willis Corto.

— Pokaż wreszcie.

Ekran wypełniła twarz mężczyzny. Oczy były Armitage’a.

Dwie godziny później Case padł na materac obok Molly i czekał, aż gąbka uformuje się pod ciężarem ciała.

— Znalazłeś coś? — spytała głosem zachrypniętym od snu i środków przeciwbólowych.

— Później ci opowiem — odparł. — Jestem wykończony.

Miał sucho w gardle i nie mógł zebrać myśli. Leżał z zamkniętymi oczami, usiłując poukładać liczne fragmenty życiorysu człowieka nazwiskiem Corto. Hosaka posortował skromny zbiór danych i przygotował streszczenie, lecz pełne luk. Część materiału była drukowana i przewijała się płynnie przez ekran; za szybko. Case musiał prosić komputer, by mu przeczytał. Spory fragment zajmowały dźwiękowe zapisy przesłuchań dotyczących operacji Rycząca Pięść.

Willis Corto, pułkownik, zanurkował w martwe pole rosyjskiej obrony Kiereńska. Promy zrobiły wyłom bombami pulsacyjnymi i grupa Corto wyskoczyła na ultralekkich Nightwingach; ich skrzydła zeskakiwały sztywno w świetle księżyca odbijanego zygzakami srebra wzdłuż biegu rzek Angary i Podkamiennoj. Dla Corto były to ostatnie światła na najbliższe piętnaście miesięcy. Case próbował sobie wyobrazić motolotnie rozkwitające z modułów startowych, wysoko nad zamarzniętym stepem.

— Wyrzucili cię, chłopie, jak do piekła — burknął. Molly poruszyła się obok niego.

Lotnie były nie uzbrojone, ogołocone ze wszystkiego, by skompensować ciężar operatora konsoli, prototypowego deku i wirusowego programu o kryptonimie Kret DC, pierwszego prawdziwego wirusa w historii cybernetyki. Corto i jego zespół ćwiczyli ten atak przez trzy lata. Przebili się przez lód i już mieli wprowadzić Kreta, gdy empy otworzyły ogień. Rosyjskie działa pulsacyjne pchnęły dżokejów w elektroniczną ciemność; nastąpiło załamanie systemów w Nightwingach, gdy układy kontroli lotu zostały wykasowane do czysta.

Potem dołączyły lasery sterowane podczerwienią. Zestrzeliwały kruche, przejrzyste dla wiązek radarowych samolociki. Corto i jego martwy spec konsoli runęli z syberyjskiego nieba. Spadali, ciągle spadali…

W tym miejscu historia miała luki. Potem Case znalazł dokumenty mówiące o locie zdobytym rosyjskim szturmowcem, który zdołał dotrzeć do Finlandii. Po to, by zaraz po lądowaniu w jodłowym lasku dać się rozpruć z antycznego dwudziestomilimetrowego działka obsługiwanego przez kadrę rezerwistów na porannej warcie. Rycząca Pięść skończyła się dla Corto na przedmieściach Helsinek, gdzie fińscy sanitariusze wycięli go z pogiętego brzucha śmigłowca. Wojna dobiegła końca dziewięć dni później, a Corto trafił do wojskowego szpitala w Utah: ślepy, bez nóg, bez większej części szczęki. Dopiero po jedenastu miesiącach znalazł go tam wysłannik Kongresu. Posłuchał szumu cewników. W Waszyngtonie i McLean trwały już przesłuchania. Pentagon i CIA znalazły się pod ostrzałem, częściowo rozwiązane, a dochodzenie komisji Kongresu zogniskowano na Ryczącej Pięści. Niesamowita afera, powiedział do Corto wysłannik.

Potrzebował oczu, nóg i rozległych operacji plastycznych, stwierdził wysłannik, ale rzecz jest do załatwienia. I nowej hydrauliki, dodał, poklepując Corto po ramieniu przez mokry od potu koc.

Corto słyszał ciche, nie ustające kapanie. Powiedział, że woli zeznawać w swoim obecnym stanie.

Nie, sprzeciwił się wysłannik. Rozprawy idą przez telewizję. Rozprawy muszą dotrzeć do wyborców. Wysłannik chrząknął uprzejmie.

Połatany, naprawiony i szczegółowo pouczony, Corto złożył zeznanie. Było szczegółowe, wzruszające, żywe i w większej części wymyślone przez lobby kongresmanów zainteresowanych utrzymaniem pewnych elementów infrastruktury Pentagonu. Corto pojmował stopniowo, że jego zeznania posłużyły ratowaniu kariery trzech oficerów, bezpośrednio odpowiedzialnych za ukrywanie raportów o budowie w Kiereńsku instalacji magnetycznych promienników.

Kiedy odegrał już swoją rolę na rozprawie, jego obecność w Waszyngtonie stała się niepożądana. W restauracji przy M Street, nad omletem ze szparagami, wysłannik wyjaśnił mu zagrożenia płynące z rozmów z niewłaściwymi ludźmi. Corto zmiażdżył mu krtań sztywnymi palcami prawej dłoni. Kiedy uduszony wysłannik Kongresu opadł twarzą w omlet, Corto wyszedł na chłodny, waszyngtoński wrzesień.

Hosaka przerzucił protokoły policji, zapisy szpiegostwa przemysłowego, artykuły prasowe. Case patrzył, jak Corto organizuje ucieczki z korporacji w Lizbonie i Marrakeszu. Zdawało się, że opętała go mania zdrady oraz obrzydzenie dla naukowców i techników, których kupował dla swoich pracodawców. W Singapurze, po pijanemu, zatłukł na śmierć rosyjskiego inżyniera i podpalił jego pokój w hotelu.

Wypłynął w Tajlandii jako nadzorca fabryki heroiny. Potem jako goryl kartelu hazardowego w Kalifornii, a później płatny morderca w ruinach Bonn. Obrabował bank w Wichita. Zapisy stawały się niejasne, przerwy coraz dłuższe.

Pewnego dnia, mówił z nagrania sugerującego przesłuchanie z użyciem narkotyków, wszystko nagle poszarzało.

Przetłumaczone z francuskiego akta choroby stwierdzały, że nie zidentyfikowany mężczyzna został przewieziony do paryskiej kliniki psychiatrycznej z rozpoznaniem schizofrenii. Wpadł w katatonię i odesłano go do rządowego ośrodka na przedmieściach Tulonu. Tam stał się obiektem doświadczalnej terapii próbującej leczyć schizofrenię przez użycie modeli cybernetycznych. Losowej próbce pacjentów dostarczono mikrokomputery, zachęcając do programowania. Wyzdrowiał; był jedynym sukcesem tego eksperymentu.

W tym miejscu kończyły się zapisy.

Case przewrócił się na gąbce, a Molly zaklęła cicho, zła, że ją niepokoi.

Zadzwonił telefon. Ściągnął go do łóżka.

— Tak?

— Lecimy do Istambułu — poinformował Armitage. — Dziś wieczorem.

— Czego chce ten sukinsyn? — spytała Molly.

— Mówi, że wieczorem lecimy do Istambułu.

— Cudownie.

Armitage czytał numery lotów i godziny startu.

Molly usiadła i zapaliła światło.

— Co z moim sprzętem? — spytał Case. — Mój dek…

— Finn to załatwi — odparł Armitage i odłożył słuchawkę.

Case obserwował, jak Molly się pakuje. Miała ciemne kręgi pod oczami, ale nawet z nogą w gipsie jej ruchy przypominały taniec. Żadnych zbędnych gestów. Jego rzeczy leżały w bezładnym stosie obok torby.

— Boli cię? — zapytał.

— Dobrze by mi zrobiła jeszcze jedna noc u China.

— To twój dentysta?

— Pewno. Bardzo dyskretny. Ma połowę tego bloku. Pełna klinika. Załatwia reperacje dla samurajów. — Dopięła torbę. — Byłeś kiedy w Istambule?

— Raz, parę dni.

— Nie zmienił się. Stare, paskudne miasto.

— Przypomina mi to wyjazd do Chiby. — Przez okno wagonu Molly obserwowała przemysłowy pejzaż; czerwone latarnie na horyzoncie ostrzegały samoloty przed zbliżaniem się do elektrowni termojądrowej. — Siedzieliśmy w L.A. Przyszedł, powiedział: Pakuj się. Polecieliśmy do Makao. Na miejscu, w Lisboa, poszłam zagrać w fantan, a on przeszedł do Zhongshan. Następnego dnia bawiłam się z tobą w duchy w Chiba City.

Wyjęła z rękawa czarnej kurtki jedwabną chustkę i zaczęła czyścić wszczepione szkła. Obraz północnego Ciągu budził u Case’a niewyraźne wspomnienia dzieciństwa, suchej trawy wyrastającej w szczelinach pochylonego bloku betonu autostrady.

Pociąg rozpoczął hamowanie dziesięć kilometrów od lotniska. Case patrzył, jak słońce wstaje nad pejzażem dzieciństwa, nad żużlem i rdzewiejącymi skorupami rafinerii.

7

W Beyoglu padał deszcz, a wynajęty mercedes przemykał pod zakratowanymi oknami ostrożnych greckich i ormiańskich jubilerów. Ulica była prawie zupełnie pusta; na chodniku nieliczne postacie w ciemnych płaszczach odwracały głowy, by spojrzeć na samochód.

— Kiedyś była to bogata, europejska dzielnica otomańskiego Istambułu — poinformował mercedes.

— I zeszła na psy — uzupełnił Case.

— Hilton jest w Cumhuriyet Caddesi — stwierdziła Molly, rozparta wygodnie na ultraskaju tapicerki.

— Dlaczego Armitage leciał sam? — spytał Case. Bolała go głowa.

— Bo ma cię po dziurki w nosie. Ja zresztą też.

Chciał jej opowiedzieć historię Corto, ale zrezygnował. W samolocie skorzystał z plastra nasennego.

Droga z lotniska biegła idealnie prosto, niby równe nacięcie w organizmie miasta. Patrzył, jak po obu stronach przesuwają się krzywe, połatane ściany drewnianych chałup, bloki, wille, ponure osiedla, i znowu ściany ze sklejki i skorodowanego metalu.

Finn, w nowym garniturze z Shinjuku, czarnym jak u sararimana, czekał smętnie w holu Hiltona, niby rozbitek w pluszowym fotelu na morzu jasnobłękitnej wykładziny.

— Chryste — mruknęła Molly. — Szczur w garniturze. Podeszli.

— Ile ci zapłacili, żebyś tu przyszedł, Finn? — Postawiła torbę obok fotela. — Chyba nie tyle, ile za noszenie tego garniturku, co? Finn wyszczerzył zęby.

— Za mało, skarbie. — Podał jej magnetyczny klucz z żółtym wisiorkiem. — Jesteście zameldowani. Boss czeka na górze. — Rozejrzał się. — To miasto ssie człowieka.

— Dostajesz lęku przestrzeni, gdy tylko wyleziesz spod kopuły. Udawaj, że to Brooklyn. — Zakręciła kluczem na palcu. — Jesteś tu jako lokaj czy co?

— Mam sprawdzić implanty jednego faceta.

— Co z moim dekiem? — chciał wiedzieć Case.

— Przestrzegaj protokołu — skrzywił się Finn. — Spytaj szefa. Palce Molly drgnęły w cieniu kurtki niewyraźnym migiem. Finn spojrzał i skinął głową.

— Dobra — stwierdziła. — Wiem, kto to jest. Ruchem głowy wskazała windy.

— Idziemy, kowboju.

Case ruszył za nią, dźwigając obie torby.

Pokój wyglądał tak samo jak tamten w Chibie, gdzie pierwszy raz spotkał Armitage’a. Rankiem podszedł do okna, jakby naprawdę spodziewał się zobaczyć Zatokę Tokijską. Po drugiej stronie ulicy stał inny hotel. Ciągle padało. W bramach kuliło się kilku kaligrafów przy owiniętych przezroczystą folią starych głosodrukarkach — dowód, że słowo pisane nadal cieszy się tu pewnym prestiżem. Zacofany kraj. Obserwował, jak matowy, czarny citroen na prymitywnych bateriach wodorowych wyrzuca pięciu ponurych tureckich policjantów w zmiętych zielonych mundurach. Weszli do hotelu naprzeciwko.

Spojrzał na łóżko, zaszokowany bladością Molly. Mikroporowy gips został na gąbce na poddaszu, obok transdermalnego induktora. Lustra dziewczyny odbijały sufitową lampę.

Chwycił słuchawkę, zanim telefon zadzwonił po raz drugi.

— Dobrze, że już wstałeś — odezwał się Armitage.

— Przed chwilą. Pani jeszcze śpi. Szefie, sądzę, że powinniśmy porozmawiać. Lepiej pracuję, jeśli chociaż w przybliżeniu wiem, o co chodzi.

Cisza na linii. Case przygryzł wargę.

— Wiesz tyle, ile trzeba. Może nawet więcej.

— Na pewno?

— Ubierz się, Case. Obudź ją. Za mniej więcej kwadrans ktoś was odwiedzi. Nazywa się Terzibashjian. — Telefon zapiszczał cicho. Armitage przerwał połączenie.

— Zbudź się, dziecinko — zawołał Case. — Robota czeka.

— Nie śpię już od godziny. — Lustra zwróciły się ku niemu.

— Przyjdzie tu Jersey Bastion.

— Masz talent do języków, Case. Założę się, że miałeś ormiańskich przodków. Ten facet pracuje dla Armitage’a. Pilnuje Riviery.

Terzibashjian okazał się młodym człowiekiem w szarym garniturze. Nosił lustrzane okulary w złotych oprawkach. Rozpięty kołnierzyk białej koszuli odsłaniał plątaninę czarnych włosów tak gęstych, że Case z początku wziął je za podkoszulek. Wszedł, niosąc czarną tacę ze znakiem Hiltona, a na niej trzy filiżanki wonnej kawy i trzy lepkie orientalne ciastka koloru słomy.

— Musimy, jak to określacie w Ingiliz, zachować maksymalny spokój.

Wydawało się, że patrzy znacząco na Molly, ale w końcu zdjął srebrzyste okulary. Oczy miał ciemnobrązowe, zbliżone odcieniem do obciętych po wojskowemu włosów. Uśmiechnął się.

— Tak będzie lepiej, prawda? Inaczej stworzylibyśmy nieskończony tunel, zwierciadło w zwierciadło… Ty jednak — dodał — musisz uważać. W Turcji nie pochwala się kobiet korzystających z tego rodzaju modyfikacji.

Molly odgryzła pół ciastka.

— To moja sprawa, mały — oświadczyła z pełnymi ustami. Pogryzła, przełknęła i oblizała wargi. — Słyszałam o tobie. Pracujesz dla armii, zgadza się?

Jej dłoń powędrowała leniwie pod kurtkę, by wynurzyć się ze strzałkowcem. Case nie wiedział, że go nosi.

— Spokojnie, proszę — szepnął Terzibashjian, zamierając z porcelanową filiżanką o milimetry od ust. Wysunęła broń.

— Może strzeli wybuchowymi, całą serią. A może dostaniesz raka. Jedna strzałka, gówniarzu. Przez parę miesięcy nic nie poczujesz.

— Proszę… W Ingiliz nazywacie to wzrostem napięcia.

— Ja nazywam to niedobrym porankiem. A teraz opowiedz o tym człowieku i zabieraj stąd swój tyłek.

— Mieszka w Fenerze, przy Kiichiik Gulhane Djaddesi 14. Wiem, którym tunelem dojeżdża co wieczór na bazar. Ostatnio występuje w Yenishehir Palas Oteli, nowoczesny lokal w stylu turistik. Skłoniono policję do okazania pewnego zainteresowania tym miejscem. Dyrekcja Yenishehir trochę się denerwuje.

Uśmiechnął się. Pachniał metalicznie jakimś płynem po goleniu.

— Co wiesz o wszczepach? — spytała, masując udo. — Chcę dokładnie wiedzieć, co on potrafi. Terzibashjian kiwnął głową.

— Najgorsze jest, jak to nazywacie w Ingiliz, oddziaływanie napodświadomość — wypowiedział to słowo, starannie rozdzielając sylaby.

— Po lewej stronie — odezwał się mercedes, jadący labiryntem mokrych od deszczu ulic — leży Kapali Carsi, wielki bazar.

Siedzący obok Case’a Finn westchnął z podziwem, choć patrzył w przeciwnym kierunku. Po prawej stronie ulicy leżały rzędem miniaturowe śmietniska. Case zauważył wrak lokomotywy, przysypany odłamkami prążkowanego marmuru. Bezgłowe marmurowe posągi leżały w stosach jak szczapy drewna.

— Tęsknisz do domu?

— To miejsce ssie — mruknął Finn. Jego czarny krawat coraz bardziej przypominał zużytą taśmę drukarki. Na klapach nowego garnituru pojawiły się kręgi kebabowego sosu i jajecznicy.

— Ty, Jersey. — Case odwrócił się do Ormianina. — Gdzie ten facet zainstalował sobie to wszystko?

— W Chiba City. Nie ma lewego płuca. A prawe działa na dopalaczu. Tak to określacie. Każdy może sobie kupić te wszczepy, ale on jest niezwykle utalentowany.

Mercedes skręcił, by wyminąć wyładowany skórami wózek na balonowych oponach.

— Szedłem za nim ulicą i widziałem, jak z dziesięć rowerów przewraca się akurat koło niego. W biały dzień. Odszukałem tych rowerzystów w szpitalu. Stale ta sama historia: skorpion siedzący koło hamulca.

— Zgadza się. „Dostajesz to, co widzisz” — wtrącił Finn. — Oglądałem schematy implantów tego klienta. Bardzo chytre. Co on sobie wyobrazi, ty zobaczysz. Myślę, że gdyby zdołał ściągnąć wiązkę do pojedynczego impulsu, mógłby wysmażyć siatkówkę.

— Mówiłeś o tym swojej przyjaciółce?-Terzibashjian wsunął głowę między ultraskajowe oparcia. — W Turcji kobiety to wciąż tylko kobiety. A ona…

— Przerobiłaby ci jaja na wieczorową muchę, gdybyś tylko krzywo na nią spojrzał — parsknął Finn.

— Nie rozumiem tego idiomu.

— Nie szkodzi — burknął Case. — Oznacza: zamknij mordę.

Ormianin cofnął się, pozostawiając metaliczny zapach płynu po goleniu. Wyjął nadajnik Sanyo i powiedział coś cicho w dziwnej mieszance greckiego, francuskiego i tureckiego, wtrącając pojedyncze słowa po angielsku. Radio odpowiedziało po francusku. Mercedes miękko wziął zakręt.

— Bazar korzenny, zwany także egipskim-poinformował-został zbudowany przez sułtana Hatice w 1660 roku. Stanowi miejskie centrum handlu przyprawami, oprogramowaniem, perfumami, narkotykami…

— Narkotyki — powtórzył Case, obserwując wycieraczki wędrujące tam i z powrotem po kuloodpornym lexanie. — Mówiłeś chyba, że Riviera bierze?

— Mieszankę kokainy i meperydyny — potwierdził Ormianin i wrócił do rozmowy z Sanyo.

— Nazywali to demerolem — zauważył Finn. — To artysta w dziedzinie takich dopalaczy. Będziesz pracował z dziwnymi ludźmi, Case.

— Nie ma o czym mówić. — Case podniósł kołnierz kurtki. — Załatwimy biedakowi nową trzustkę albo co…

Gdy tylko weszli na bazar, Finn rozchmurzył się wyraźnie, jakby uspokojony zagęszczeniem tłumu i wrażeniem zamkniętej przestrzeni. Szli za Ormianinem szerokim chodnikiem, pod czarnym od sadzy plastykiem i żelaznymi kratami z wieku pary. Tysiące podwieszonych plakatów falowało na wietrze.

— Jezu! — Finn chwycił Case’a za ramię i wyciągnął rękę. — Popatrz! Chłopie, to koń! Widziałeś kiedy konia?

Case spojrzał na wypchane zwierzę i pokręcił głową. Stało na czymś w rodzaju postumentu, przy wejściu na plac, gdzie handlowano ptakami i małpami. Dłonie, dotykające konia przez całe dziesięciolecia, zabrudziły nogi i pozbawiły je sierści.

— Ja widziałem, w Maryland. Dobre trzy lata po pandemii. Arabowie wciąż próbują zdekodować je z DNA, ale bez efektów.

Brunatne oczy zwierzęcia zdawały się śledzić ich spojrzeniem. Terzibashjian stanął przy wejściu kawiarni, niskiego pomieszczenia, które sprawiało wrażenie, jakby służyło gościom od stuleci. Chudzi chłopcy w brudnych białych kitlach tańczyli między stolikami, roznosząc tace z tureckim Tuborgiem i maleńkimi filiżankami herbaty.

Od sprzedawcy przy drzwiach Case kupił paczkę yeheyuanów, Ormianin zamruczał coś do Sanyo.

— Idziemy — oznajmił. — On jedzie. Co wieczór wychodzi na bazar i kupuje tę swoją miksturę od Alego. Wasza kobieta jest blisko. Chodźmy.

Alejka była stara, zbyt stara: ściany wycięte z bloków ciemnego kamienia. Nierówny chodnik pachniał latami cieknącej benzyny, wchłanianej przez starożytny piaskowiec.

— Nic nie widzę — szepnął do Finna.

— Małej to nie przeszkadza — odparł Finn.

— Cicho — wtrącił zbyt głośno Terzibashjian.

Drewno zgrzytnęło po kamieniu czy betonie. Dziesięć metrów od nich na wilgotne płyty padł klin żółtego światła. Rozszerzał się. Jakaś postać przestąpiła próg i drzwi zgrzytnęły znowu, pozostawiając ich w ciemności. Case zadrżał.

— Teraz — rzucił Terzibashjian i z dachu pobliskiego budynku trysnął jaskrawy promień, chwytając w idealny krąg światła szczupłego mężczyznę pod starymi drewnianymi drzwiami. Lśniące oczy spojrzały w lewo, w prawo… i mężczyzna upadł. Case sądził, że ktoś go postrzelił. Leżał na brzuchu. Jasne włosy ostro kontrastowały z ciemnymi kamiennymi płytami; blade dłonie spoczywały bezwładnie.

Reflektor na dachu nawet nie drgnął.

Kurtka mężczyzny napięła się na plecach i pękła; krew trysnęła na ścianę i drzwi. W blasku światła rozwinęła się para niesamowicie długich, szaroróżowych i umięśnionych ramion. Stwór jakby przeciskał się spod ulicy przez nieruchomą krwawą masę, która niedawno jeszcze była Rivierą. Miał dwa metry wzrostu, stał na dwóch nogach i był chyba bez głowy. Kiedy odwrócił się wolno w ich stronę, Case zauważył, że jednak ma głowę, choć bez szyi. Pozbawiona oczu, lśniła wilgotną czerwienią jelit. Usta, jeśli to były usta, okrągłe, stożkowe i płytkie, porastał gąszcz sierści czy szczeciny, migotliwej niby oksydowany chrom. Potwór odrzucił nogą strzępy odzieży i ciała. Zrobił krok naprzód. Zdawało się, że wypatruje ich ustami.

Terzibashjian rzucił coś po grecku czy turecku i ruszył do ataku, rozkładając ramiona jak przy skoku z okna. Przeszedł przez potwora. I stanął przed błyskiem lufy pistoletu, ukrytego w ciemności poza kręgiem światła. Odpryski kamienia świsnęły Case’owi koło głowy; Finn ściągnął go w dół. Przykucnęli.

Reflektor na dachu zgasł, pozostawiając rozmazane powidoki odbicia światła na lufie, potwora i jasnego promienia. Case’owi dzwoniło w uszach.

Potem reflektor zapłonął znowu i przeszukał cienie. Blady Terzibashjian opierał się o płytę drzwi. Podtrzymywał lewą dłoń i patrzył na ściekającą wolno krew. U jego stóp leżał cały i nie naruszony jasnowłosy mężczyzna.

Z mroku wyszła Molly, cała w czerni, ze strzałkowcem w ręku.

— Weź radio — stęknął przez zaciśnięte zęby Ormianin. — Wezwij Mahmuta. Musimy go stąd zabrać. Niedobre miejsce.

— Prawie mu się udało — powiedział Finn. Kolana trzaskały mu głośno, gdy bezskutecznie otrzepywał nogawki. — Wszyscy widzieliście ten horror show? To na pewno nie był jakiś rozdeptany hamburger? Bardzo sprytne. Zabierajmy stąd jego tyłek. Zanim się obudzi, muszę przeskanować cały ten sprzęt. Żeby Armitage dostał to, za co płaci.

Molly podniosła coś z ziemi. Pistolet.

— Nambu — zauważyła. — Niezła broń. Terzibashjian jęknął cicho. Case dostrzegł, że brakuje mu połowy środkowego palca.

W morzu smutku przedświtu, zalewającego miasto, kazała mercedesowi zawieźć ich do Topkapi. Finn i olbrzymi Turek imieniem Mahmut zabrali wciąż nieprzytomnego Rivierę. Po chwili zakurzony citroen podjechał po Terzibashjiana, który był już na granicy omdlenia.

— Dupek z ciebie — oświadczyła Molly, otwierając przed nim drzwi. — Powinieneś trzymać się z tyłu. Ormianin spojrzał gniewnie.

— W każdym razie skończyliśmy nasze interesy. — Pchnęła go do środka i zatrzasnęła drzwi.-Jeśli spotkam cię jeszcze raz, zabiję — zagroziła bladej twarzy za przyciemnioną szybą.

Citroen zapiszczał oponami i wyjechał z alejki na ulicę.

Mercedes płynął bezgłośnie przez budzący się Istambuł. Minęli stację tunelu i pomknęli labiryntem opustoszałych bocznych uliczek, wzdłuż odrapanych bloków mieszkalnych, które przypominały Case’owi Paryż.

— Co to jest? — zapytał Molly, gdy mercedes zaparkował się przy ogrodzie otaczającym Seraglio. Patrzył niepewnie na barokowy zestaw stylów tworzących Topkapi.

— Coś w rodzaju prywatnego burdelu króla-odparła. Wy siadła i przeciągnęła się. — Trzymał tu kupę kobiet. Teraz to muzeum. W stylu lokalu Finna. Wszystko po prostu tam leży: wielkie diamenty, miecze, lewa ręka Jana Chrzciciela…

— W zbiorniku anabiotycznym?

— Nie. Martwa. Wsadzili ją do takiej ręki z brązu, z małą klapką na boku, żeby chrześcijanie mogli ją całować na szczęście. Zdobyli ją od chrześcijan jakiś milion lat temu i nigdy nawet nie odkurzyli. Bo to relikwia niewiernych.

W ogrodach Seraglio rdzewiał czarny, żelazny jeleń. Case patrzyl, jak pod jej butami pęka krucha po wczesnych przymrozkach trawa. Szli obok ścieżki zimnych ośmiokątnych płyt. Gdzieś na Bałkanach czekała zima.

— Ten Terzi to skurwiel pierwszej kategorii — powiedziała. — Z tajnej policji. Specjalista od tortur. Przy tym łatwo go kupić z tą forsą, jaką dysponuje Armitage.

W mokrych gałęziach drzew odezwały się ptaki.

— Załatwiłem tę sprawę dla ciebie — stwierdził Case. — Tę w Londynie. Znalazłem coś, ale nie wiem, co to oznacza. Opowiedział jej historię Corto.

— Wiedziałam, że w Ryczącej Pięści nie było człowieka nazwiskiem Armitage. Sprawdziłam. — Pogładziła zardzewiały grzbiet żelaznej łani. — Sądzisz, że to mały komputer go wyciągnął? W tym francuskim szpitalu?

— Sądzę, że Wintermute. Skinęła głową.

— Jeden problem — dodał. — Jak myślisz, czy on wie, że był przedtem Corto? Wiesz, kiedy trafił do kliniki, niczym szczególnym się nie wyróżniał, więc może Wintermute…

— Tak. Zbudował go od zera. Tak… — Ruszyli dalej. — Pasuje. Wiesz, kiedy ten facet zostaje sam, to jakby w ogóle nie żył. Przynajmniej ja nie zauważyłam. Widzisz kogoś takiego i myślisz, że coś robi w samotności. Ale nie Armitage. Siedzi i gapi się w ścianę. Potem coś przeskakuje, wchodzi na wyższy bieg i zasuwa dla Wintermute’a.

— To dlaczego trzyma te zapisy w Londynie? Nostalgia?

— Może nic o nich nie wie. Może są tylko zarejestrowane na jego nazwisko.

— Nie rozumiem — mruknął Case.

— Po prostu głośno myślę. Słuchaj, Case, jak mądre są SI?

— Zależy. Niektóre nie są mądrzejsze od psów. Zwierzaków. Ale i tak kosztują majątek. Te naprawdę mądre są tak mądre, jak im pozwolą turingowcy.

— Jesteś kowbojem. Dlaczego właściwie nie padasz z zachwytu przed czymś takim?

— Czy ja wiem? — Zastanowił się. — Przede wszystkim są bardzo rzadkie. Większość należy do armii i nie potrafimy strzaskać lodu. Stamtąd przecież bierze się cały lod. No i jest policja Turinga, a to wredne gliny. — Spojrzał niepewnie. — Sam nie wiem. Jakoś to nie po drodze.

— Wszyscy dżokeje są tacy sami — stwierdziła. — Żadnej wyobraźni.

Dotarli do sporego prostokątnego stawu, w którym karp skubał łodygę jakiegoś białego wodnego kwiatu. Kopnęła do wody kamyk i patrzyła, jak rozchodzą się kręgi fal.

— To właśnie Wintermute-powiedziała.-Moim zdaniem sprawa jest duża. Stoimy daleko i fale są za szerokie; nie widzimy kamienia, który upadł w środku. Wiemy, że coś tam jest, ale nie wiemy dlaczego. Chcę wiedzieć dlaczego. Chcę, żebyś pogadał z Wintermute’em.

— Nie przedostanę się — odparł. — To nierealne.

— Spróbuj.

— Niemożliwe.

— Poproś Płaszczaka.

— Po co nam ten Riviera? — zapytał, by zmienić temat. Splunęła do wody.

— Bóg jeden wie. Wolałabym go zabić, niż oglądać. Widziałam jego profil. Coś w rodzaju przymusowego Judasza. Udany seks tylko wtedy, kiedy wie, że zdradza swój obiekt pożądania. Tak mówią dane. W dodatku najpierw muszą go pokochać. Zresztą, może on też je kocha. Terzi tak łatwo go nam wystawił, bo Riviera siedzi tu od trzech lat i łowi politycznych dla tajnej policji. Prawdopodobnie Terzi pozwala mu patrzeć, kiedy wyciągają elektryczne pałki. Przez trzy lata dostarczył ich osiemnaście. Same kobiety, od dwudziestu do dwudziestu pięciu lat. Dzięki niemu Terzi wciąż ma robotę w sekcji dysydentów. — Wbiła dłonie w kieszenie kurtki. — Bo kiedy spotyka taką, której naprawdę pragnie, sprawia, żeby stała się polityczna. Ma osobowość jak kombinezon Modernów. Z profilu wynika, że to bardzo rzadki przypadek, jeden na parę milionów. Co dobrze świadczy o ludzkiej naturze. — Ponuro wpatrywała się w biały kwiat i nieruchawą rybę. — Chyba muszę wykupić specjalną polisę na tego klienta. — Odwróciła się i uśmiechnęła zimno.

— To znaczy co?

— Mniejsza z tym. Wracajmy do Beyoglu i zjedzmy jakieś śniadanie. Dziś znów czeka mnie pracowita noc. Muszę zabrać jego rzeczy z mieszkania w Fenerze, potem wrócić na bazar i kupić mu trochę prochów…

— Kupić mu prochy? Taki jest ważny? Roześmiała się.

— Wiesz, skarbie, nie powinien skonać na głodzie. Poza tym chyba nie bardzo może pracować bez tej swojej specjalnej mieszanki. Ale ty bardziej mi się podobasz. Nie jesteś taki wściekle chudy — stwierdziła z uśmiechem. — Więc pójdę do tego handlarza i zrobię zapas.

Armitage czekał w ich pokoju w Hiltonie.

— Pora się zbierać — oświadczył, a Case za bladoniebieskimi oczami i opaloną maską próbował odnaleźć człowieka zwanego Corto. Wspomniał Wage’a z Chiby. Wiedział, że operatorzy powyżej pewnego poziomu zatracają indywidualność. Ale Wage miał swoje słabostki, kochanki. Krążyły plotki, że nawet dzieci. Pustka Armitage’a była czymś zupełnie innym.

— Dokąd teraz? — zapytał, mijając go, by wyjrzeć na ulicę. — Jaki klimat?

— Nie mają tam klimatu. Tylko pogodę — odparł Armitage. — Masz. Poczytaj sobie prospekty.

Położył coś na stoliku.

— Jak wypadła kontrola Riviery? Gdzie jest Finn?

— Z Rivierą wszystko w porządku. A Finn jest w drodze do domu. — Uśmiech Armitage’a oznaczał chyba tyle, co drgnięcie czułka jakiegoś owada. Złota bransoleta brzęknęła, gdy wyciągnął rękę i stuknął Case’a w pierś. — Nie bądź za sprytny. Te małe woreczki zdradzają już ślady zużycia. I nie wiesz jak wielkiego.

Case przytaknął z całkowicie nieruchomą twarzą.

Gdy Armitage wyszedł, wziął jeden z prospektów. Był drukowany na drogim papierze, po francusku, angielsku i turecku.

FREESIDE — NA CO CZEKASZ?

Wszyscy czworo mieli rezerwację na samolot THY z lotniska Yesilkoy. Przesiadka w Paryżu na prom JAL. Case siedział w holu istambułskiego Hiltona i obserwował, jak w sklepie z pamiątkami Riviera ogląda pseudobizantyjskie rzeźby. Armitage stał przy drzwiach w prochowcu zarzuconym na ramiona jak peleryna.

Riviera był szczupły, jasnowłosy, o miękkim głosie. Mówił po angielsku płynnie i bez akcentu. Molly twierdziła, że ma trzydzieści lat, choć trudno byłoby to odgadnąć. Powiedziała też, że formalnie jest bezpaństwowcem i podróżuje z fałszywym paszportem holenderskim. Pochodził z pierścienia ruin otaczających radioaktywne centrum dawnego Bonn.

Do sklepu weszła trójka roześmianych japońskich turystów. Mijając Armitage’a, kłaniali się uprzejmie. Armitage ruszył zbyt szybko, zbyt demonstracyjnie. Stanął obok Riviery. Ten obejrzał się i uśmiechnął. Był piękny; Case uznał, że rysy twarzy są dziełem chirurga z Chiby. Delikatna robota, nie, to co zlepek popularnych twarzy u Armitage’a. Miał wysokie, gładkie czoło, chłodne i obojętne szare oczy. Nos, trochę za ładnie wyrzeźbiony, był chyba złamany i poskładany niezbyt zręcznie. Wrażenie brutalności psuło efekt delikatnej linii podbródka i szerokiego uśmiechu. Zęby były niewielkie, równe i bardzo białe. Case obserwował blade dłonie, przesuwające się nad imitacjami odłamków rzeźb.

Riviera nie zachowywał się jak człowiek, który zeszłej nocy został napadnięty, uśpiony trującą strzałką, porwany, poddany badaniom Finna i zmuszony przez Armitage’a do pracy dla jego grupy.

Case spojrzał na zegarek. Molly powinna już wrócić z wyprawy po narkotyki. Jeszcze raz przyjrzał się Rivierze.

— Założę się, dupku, że jesteś naćpany po uszy. — Słowa te wyrzucił z siebie w holu Hiltona. Siwiejąca włoska matrona w białej skórzanej marynarce opuściła okulary Porsche’a i spojrzała zdziwiona. Uśmiechnął się szeroko, wstał i zarzucił na ramię pasek torby. Musiał kupić papierosy. Zastanawiał się, czy w promie będzie przedział dla palących.

— Na razie, paniusiu — rzucił kobiecie, która z godnością nasunęła okulary na nos i odwróciła głowę.

Papierosy sprzedawano w sklepie z pamiątkami, ale wolał unikać rozmowy z Armitage’em czy Rivierą. Wyszedł z holu i w wąskim korytarzyku, za rzędem budek telefonicznych, znalazł automat.

Grzebał w garści lirasi i lekko rozbawiony anachronizmem metody, kolejno wsuwał w szczelinę matowe, srebrzyste monety. Nagle zadzwonił najbliższy automat telefoniczny.

Odruchowo podniósł słuchawkę.

— Słucham.

Delikatne buczenie, słabe, prawie niesłyszalne głosy z jakiegoś przekaźnika orbitalnego, potem dźwięk niby wiatr.

— Cześć, Case.

Pięćdziesiąt lirasi wypadło mu z ręki, odbiło się i potoczyło po hiltonowskim dywanie.

— Tu Wintermute, Case. Czas porozmawiać. To był głos z chipu.

— Nie chcesz rozmawiać, Case? Odwiesił słuchawkę.

Zapomniał o papierosach. W drodze do holu mijał kolejne telefony. Dzwoniły kolejno, tylko raz, gdy przechodził.

CZĘŚĆ III

PÓŁNOC PRZY RUE JULES VERNE

8

Archipelag.

Wyspy. Torus, wrzeciono, kiść. Ludzkie DNA, jak plama oleju wypływające z głębokiej studni grawitacji.

Wywołaj grafikę, która w wielkiej skali przedstawia wymianę danych w archipelagu L-5. Jeden z segmentów płonie jasną czerwienią; masywny prostokąt dominujący nad całym ekranem.

Freeside. Freeside to wiele rzeczy, z których nie wszystkie są zauważalne dla turystów podróżujących promami w górę i w dół studni. Freeside to burdel i centrum bankowe, kopuła rozkoszy i port wolnocłowy, nadgraniczne miasto i kurort. Freeside to Las Vegas i wiszące ogrody Babilonu, orbitalna Genewa i dom dla kazirodczego, starannie doskonalonego genetycznie klanu Tessierów i Ashpoolów.

Siedzieli razem w pierwszej klasie odrzutowca THY do Paryża: Molly przy oknie, Case obok niej, Riviera i Armitage po obu stronach przejścia. Raz, gdy samolot pochylił się w zakręcie nad morzem, Case dostrzegł lśniące jak klejnot greckie miasteczko na wyspie. A raz, kiedy sięgnął po drinka, dostrzegł coś w głębinie swego bourbona z wodą: kształt ogromnego ludzkiego plemnika.

Molly wychyliła się i uderzyła Rivierę w twarz.

— Nic z tego, dziecino. Bez takich zabaw. Spróbuj rozgrywać przy mnie te podświadomościowe sztuczki, a naprawdę oberwiesz. Potrafię to zrobić tak, żeby wcale cię nie uszkodzić. I lubię to.

Case odruchowo spojrzał na Armitage’a. Gładka twarz pozostała spokojna, niebieskie oczy czujne, lecz bez śladu irytacji.

— Ma rację, Peter. Przestań.

Case odwrócił się znowu i zdążył pochwycić przelotny obraz czarnej róży, o lśniących jak skórzane płatkach i chromowych cierniach.

Peter Riviera uśmiechnął się słodko, zamknął oczy i zasnął natychmiast.

Molly odwróciła głowę. Lustra błysnęły odbiciem w ciemnym oknie.

— Byłeś już kiedyś na górze? — spytała Molly, gdy układał się w miękkim fotelu na promie JAL.

— Nie. Rzadko podróżuję. Tylko w interesach.

Steward mocował trody kontrolne do jego nadgarstka i za uchem.

— Mam nadzieję, że wytrzymasz.

— Choroba powietrzna? Nie musisz się przejmować.

— To nie to samo. W zero-g serce ci przyspiesza, a błędnik zupełnie wariuje. Włącza się odruch ucieczki. Dostajesz sygnały, że powinieneś wiać ile sił. A do tego sporo adrenaliny.

Steward podszedł do Riviery, wyjmując nowy zestaw trod z kieszeni czerwonego plastykowego fartucha.

Case wyjrzał przez okno. Próbował rozróżnić kontury terminali starego Orly, ale deflektory odrzutu litościwie osłaniały mokrym betonem pas startowy promów. Na najbliższym ktoś wypisał czerwoną farbą jakieś arabskie hasło.

Przymknął oczy. Usiłował sobie wmówić, że prom to tylko duży samolot, który leci bardzo wysoko. Pachniał jak samolot, jak nowe ubrania, guma do żucia i zmęczenie. Case słuchał piskliwej muzyki koto i czekał.

Dwadzieścia minut. Potem grawitacja przycisnęła go jak ogromna miękka dłoń o kościach z pradawnych głazów.

Syndrom adaptacji kosmicznej okazał się jeszcze gorszy, niż przepowiadała Molly. Minął jednak szybko i Case zdołał w końcu zasnąć. Steward obudził go, gdy przygotowywali się do dokowania przy kiści JAL.

— Od razu lecimy na Freeside? — zapytał, patrząc tęsknie na skrawek tytoniu, który wypłynął z kieszeni koszuli i tańczył dziesięć centymetrów przed nosem. Na promie obowiązywał zakaz palenia.

— Nie. Szef jak zwykle wprowadził do planu drobne poprawki. Bierzemy taksówkę do Syjonu, do kiści Syjon. — Wcisnęła płytkę luzującą pasy i zaczęła się uwalniać z objęć fotela. — Zabawny wybór trasy, moim zdaniem.

— Dlaczego?

— Sami Rastafowie. Kolonia ma jakieś trzydzieści lat.

— Nie rozumiem.

— Zrozumiesz. Jeśli chodzi o mnie, miejsce jak każde. W każdym razie pozwolą ci tam wypalić te twoje papierosy.

Syjon został założony przez pięciu robotników, którzy odmówili powrotu, odwrócili się plecami do studni i zaczęli budowę. Zanim w centralnym torusie kolonii powstało rotacyjne ciążenie, wszyscy cierpieli na zanik wapnia i zmniejszenie mięśnia sercowego. Oglądana z bąbla taksówki, naprędce składana powłoka Syjonu przypominała Case’owi odrapane domki Istambułu — odbarwione płyty, z wypalonymi laserem rastafariańskimi symbolami i inicjałami spawaczy.

Molly i chudy Syjonita imieniem Aerol pomogli Case’owi przebrnąć przez pozbawiony ciążenia korytarz prowadzący do środka mniejszego torusa. Przy kolejnym ataku zawrotów głowy stracił z oczu Armitage’a i Rivierę.

— Tutaj. — Molly wepchnęła jego nogi w niewielki otwór w suficie. — Łap klamry. To tak, jakbyś schodził tyłem. Idziesz w stronę powłoki, czyli w dół. Rozumiesz?

Żołądek podjechał Case’owi do gardła.

— : Poradzisz sobie, koleś — pocieszył Aerol z uśmiechem ujętym w klamry złotych siekaczy.

W niezwykły sposób koniec tunelu zmienił się w dno. Case powitał słabe ciążenie, jak tonący wita niespodziewany łyk powietrza.

— Wstawaj — rzuciła Molly. — Co, chcesz go pocałować?

Case rozłożył ramiona i leżał brzuchem na pokładzie. Coś dotknęło jego ramienia. Przetoczył się i zobaczył gruby zwój elastycznej liny.

— Trzeba urządzić dom — wyjaśniła. — Pomóż mi to przeciągnąć.

Rozejrzał się po rozległym, pustym pomieszczeniu i dostrzegł stalowe pierścienie przyspawane do wszystkich powierzchni, na pozór zupełnie losowo.

Kiedy, według jakiegoś skomplikowanego schematu, naciągnęli linę, zawiesili na niej płachty żółtego plastyku. Przy pracy Case zwrócił uwagę na bez przerwy pulsującą w kiści muzykę. Nazywali ją podkładem: zmysłowa mozaika przyrządzona z potężnych bibliotek popu. Była tu religią, wyjaśniła Molly; była poczuciem wspólnoty. Case ciągnął żółtą płachtę, lekką, ale nieporęczną. Syjon pachniał gotowanymi jarzynami, ludźmi i cannabis.

— Nieźle — pochwalił Armitage, wpływając lekko przez luk. Ruchem głowy wskazał labirynt żółtego plastyku. Za nim pojawił się Riviera, trochę niezgrabny w warunkach niskiego ciążenia.

— Gdzie byłeś, jak trzeba było pomóc? — zapytał Case.

Riviera otworzył usta, by odpowiedzieć, a spomiędzy jego warg wypłynął mały pstrąg, ciągnąc za sobą niesamowity łańcuch baniek. Przesunął się obok policzka Case’a.

— We własnej głowie — wyjaśnił uprzejmie. Case wybuchnął śmiechem.

— Chciałem pomóc — zapewnił Riviera. — Ale nie jestem zbyt silny.

Wyciągnął przed siebie ręce, a te rozdwoiły się nagle: cztery ramiona, cztery dłonie.

— Zwykły, nieszkodliwy błazen, co? — Molly stanęła między nimi.

— Ty! — zawołał nagle Aerol, wsuwając głowę przez luk. — Kowboju! Chodź ze mną!

— Po swój dek — wyjaśnił Armitage. — I resztę sprzętu. Pomóż mu przenieść go z komory ładunkowej.

— Blado wyglądasz, chłopie — zauważył Aerol, kiedy razem popychali opakowany w styropian terminal Hosaki. — Może byś co zjadł? Case poczuł, jak ślina napływa mu do ust. Potrząsnął głową.

Armitage oznajmił, że zostaną w Syjonie przez osiemdziesiąt godzin. Molly i Case mieli się aklimatyzować i ćwiczyć działanie w warunkach bezgrawitacyjnych. Udzieli im informacji o Freeside i Villa Straylight. Nie było jasne, co ma robić Riviera, ale Case wolał nie pytać. Kilka godzin po przybyciu Armitage posłał go w żółty labirynt, by zawołał Rivierę na posiłek. Mężczyzna leżał nago na cienkim płacie gąbki, a wokół jego głowy orbitowała aureola białych form geometrycznych, sześcianów, kul i piramid.

— Hej, Riviera!

Pierścień wciąż wirował.

Case zawrócił i opowiedział o tym Armitage’owi.

— Jest naćpany — stwierdziła Molly znad rozłożonego na części strzałkowca. — Zostaw go.

Armitage obawiał się, że zero-g negatywnie wpłynie na Case’a i jego zdolności operowania matrycą.

— Nie ma problemu — zapewniał Case. — Włączam się i już mnie tu nie ma. Matryca zawsze jest taka sama.

— Masz podwyższony poziom adrenaliny — odparł Armitage. — Choroba powietrzna jeszcze nie minęła. Nie będzie czasu, żebyś ją przechodził. A musisz działać.

— Więc stąd zrobimy skok?

— Nie. Tylko trening. Ale już, Case. W korytarzu.

Cyberprzestrzeń, jaką odwzorowywał dek, nie zależała właściwie od jego fizycznego położenia. Case włączył się i zobaczył znajomą, aztecką piramidę danych Agencji Energii Atomowej Wschodniego Wybrzeża.

— Jak leci, Dix?

— Jestem martwy, Case. Dość długo już siedzę w tym Hosace, żeby to wykombinować.

— I jak się z tym czujesz?

— Wcale się nie czuję.

— To cię martwi?

— Martwi mnie to, że nic mnie nie martwi.

— Nie rozumiem.

— Miałem kiedyś kumpla w rosyjskim obozie, na Syberii. Odmroził sobie kciuk. Przyszli medycy i odcięli mu. Po miesiącu rzuca się przez całą noc. Elroy, mówię, co cię tak gryzie? Ten cholerny kciuk swędzi jak diabli, powiada. To się podrap. McCoy, on na to, to tamten kciuk.

Gdy konstrukt się roześmiał, do Case’a dotarto coś całkiem innego: nie śmiech, a ukłucie mrozu wzdłuż kręgosłupa.

— Zrób mi przysługę, synu.

— O co chodzi?

— O twój skok. Jak już skończysz, wykasuj mnie ,z tego draństwa.

Case nie rozumiał Syjonitów.

Aerol, bez żadnej zachęty, opowiedział historię o dziecku, które wyskoczyło mu z głowy i natychmiast uciekło w gęstwinę hydroponicznego cannabis.

— Mały dzidziuś, chłopie. Nie dłuższy niż palec. Uśmiechnął się i przesunął dłonią po gładkim, bez najmniejszej blizny czole.

— To cannabis — wyjaśniła Molly, gdy Case o tym opowiedział. — Oni nie rozróżniają między jednym stanem a drugim. Aerol mówił o tym, co się wydarzyło. W każdym razie wydarzyło się jemu. To nie są wymysły, a raczej coś jak poezja. Chwytasz?

Case z powątpiewaniem kiwnął głową.

Syjonici zawsze musieli dotykać rozmówcy. Kładli mu rękę na ramieniu. Nie lubił tego.

— Hej, Aerol! — zawołał godzinę później, kiedy szykował się do próbnego skoku w bezgrawitacyjnym korytarzu. — Chodź no tu, chłopie. Chcę ci to pokazać.

Uniósł do góry trody.

Aerol wykonał powolne salto. Bosymi stopami uderzył w stalową ścianę i wolną ręką chwycił wręgę. W drugiej trzymał przezroczysty worek z wodą, pełną niebieskozielonych alg. Zamrugał i uśmiechnął się.

— Spróbuj — zachęcił Case.

Aerol wziął opaskę, założył na głowę i czekał spokojnie, aż Case dopasuje trody. Zamknął oczy. Case wcisnął przełącznik zasilania. Aerol zadrżał. Case odłączył go.

— Co widziałeś?

— Babilon — odparł smutnie Aerol, oddał trody i popłynął korytarzem.

Riviera siedział nieruchomo na płacie gąbki. Wyprostował i wyciągnął przed siebie prawą rękę. Wąż o łuskach jak klejnoty i oczach z rubinowego neonu zwijał się ciasno kilka milimetrów poniżej łokcia. Case obserwował, jak zaciska zwoje. Był grubości palca, w czarne i czerwone pasy.

— Chodź — szepnął pieszczotliwie Riviera do jasnego skorpiona, który siedział mu na dłoni. — Chodź.

Skorpion poruszył brązowymi nogami i pobiegł w górę, wzdłuż delikatnych ciemnych żył. Gdy dotarł do łokcia, przystanął. Zdawało się, że wibruje. Riviera zasyczał cicho. Żądło uniosło się, zakołysało i wbiło w skórę nad obrzmiałą żyłą. Koralowy wąż zwolnił uścisk i Riviera westchnął, gdy narkotyk zaczął działać.

Potem wąż i skorpion zniknęły, a on trzymał w ręku tylko strzykawkę z mlecznego plastyku.

— „Jeśli Bóg stworzył coś lepszego, zatrzymał to dla siebie”. Znasz to powiedzenie, Case?

— Tak. Słyszałem je w związku z wieloma różnymi rzeczami. Musisz z tego robić przedstawienie?

Riviera poluzował i odwiązał z ramienia kawałek żyłki chirurgicznej.

— Tak. W ten sposób jest zabawniej.

Uśmiechnął się. Oczy patrzyły gdzieś w dal, policzki okrył rumieniec.

— Mam membranę wszczepioną tuż nad żyłą. Nie muszę się przejmować sterylizacją igły.

— Czy to boli?

Napotkał spojrzenie jasnych oczu.

— Oczywiście, że boli. To przecież ważny element.

— Ja bym użył plastrów — stwierdził Case.

— Prostaczek — parsknął Riviera, wkładając białą bawełnianą koszulkę z krótkim rękawem.

— Pewnie ci miło.

— Bierzesz coś, Case?

— Musiałem przestać.

— Freeside — powiedział Armitage, dotykając panelu małego projektora holograficznego Brauna. Obraz zamigotał i nabrał ostrości. Miał prawie trzy metry długości.

— Tutaj kasyna. — Wskazał odpowiednie miejsce w szkieletowym modelu. — Hotele, posiadłości prywatne i wielkie sklepy stoją tu. — Poruszał rękami. — Niebieskie obszary to jeziora.

Przeszedł na koniec modelu.

— Wielkie cygaro. Zwęża się na końcach.

— Zdążyliśmy zauważyć — mruknęła Molly.

— W miarę zwężania występuje efekt terenów górskich. Grunt się pozornie wznosi, więcej skał, ale łatwa wspinaczka. Im wyżej ktoś wejdzie, tym niższa jest grawitacja. Na górze ośrodki sportowe. Tu jest welodrom. — Pokazał.

— Co? — Case pochylił się, by lepiej widzieć.

— Wyścigi rowerów — wyjaśniła Molly. Niskie ciążenie, opony z podwyższoną przyczepnością… wyciągają sto na godzinę.

— Ten koniec nie będzie nas interesował — oświadczył Armitage, z typową dla siebie absolutną powagą.

— Cholera — zaklęła Molly. — Jestem zapaloną cyklistką.

Riviera zachichotał.

Armitage przeszedł na drugi koniec modelu.

— Ten owszem.

Szczegółowy obraz wnętrza kończył się i ostatni segment hologramu był pusty.

— To jest Villa Straylight. Stroma wspinaczka. Wszystkie przejścia blokowane. Oprócz jednego, tutaj, w samym środku. Grawitacja zerowa.

— A co tam jest, szefie? — Riviera wyciągnął szyję. Cztery maleńkie postacie zamigotały tuż obok czubka palca Armitage’a. Machnął ręką, jakby odganiał komary.

— Ty, Peter, będziesz pierwszy, który się przekona. Załatwisz sobie zaproszenie. A kiedy będziesz wewnątrz, dopilnujesz, żeby Molly też się dostała.

Case spoglądał na pustkę przedstawiającą Straylight i myślał o opowieści Finna: Smith, Jimmy, gadająca głowa i ninja.

— Czy znamy jakieś szczegóły? — spytał Riviera. — Rozumie pan, muszę zorganizować jakąś garderobę.

— Nauczcie się rozkładu ulic. Tu jest ulica Dezyderaty. A tu Rue Jules Verne.

Riviera przewrócił oczyma.

Gdy Armitage recytował nazwy, na jego nosie, policzkach i brodzie wyrosło kilkanaście czerwonych bąbli. Nawet Molly się roześmiała.

Armitage przerwał i przyjrzał im się uważnie swymi zimnymi, pustymi oczami.

— Przepraszam — powiedział Riviera, a bąble zamigotały i zniknęły.

Case przebudził się w środku okresu snu i zrozumiał, że Molly kucnęła na gąbce. Wyczuwał jej napięcie. Leżał nieruchomo nie wiedząc, co powinien zrobić. Kiedy ruszyła, jej prędkość była oszałamiająca. Zerwała się i przeszła przez płachtę żółtego plastyku, zanim zdążył sobie uświadomić, że rozcięła ją na dwie części.

— Nie ruszaj się, przyjacielu.

Case przewrócił się i wsunął głowę w szczelinę.

— Co…?

— Zamknij się.

— To ty — odpowiedział głos Syjonity.-Nazywają cię Kocie Oczy, nazywają Krocząca Brzytwa. Jestem Maelcum, siostro. Bracia chcą rozmawiać z tobą i z kowbojem.

— Jacy bracia?

— Założyciele. Mędrcy Syjonu. Wiesz…

— Jak otworzymy klapę, światło obudzi bossa — szepnął Case.

— Dlatego zrobiliśmy ciemność — odparł mężczyzna. — Chodźcie. Odwiedzić Założycieli.

— Wiesz, przyjacielu, jak szybko mogę cię posiekać?

— Nie stój i nie gadaj, siostro. Chodź.

Dwaj żyjący jeszcze Założyciele Syjonu byli starcami. Wszyscy, którzy zbyt długo przebywają z dala od objęć grawitacji, starzeją się szybko. Ich nogi, pociemniałe i kruche z braku wapnia, zdawały się cienkie i delikatne w jaskrawym blasku odbitego światła słońca. Unosili się w samym środku malowanej dżungli tęczowego listowia, straszliwego muralu, który całkowicie pokrywał powłokę sferycznej kabiny. Powietrze było gęste od żywicznego dymu.

— Krocząca Brzytwa — stwierdził jeden, gdy Molly wpłynęła do wnętrza. — Niby chłoszcząca rózga.

— Mamy dla ciebie historię, siostro — powiedział drugi. — Religijną opowieść. Cieszymy się, że przyszłaś z Maelcumem.

— Czemu nie masz akcentu?

— Pochodzę z Los Angeles — wyjaśnił starzec. Jego skołtunione rastafariańskie loki przypominały drzewo o gałęziach barwy stalowej waty. — Dawno, bardzo dawno temu, w górę grawitacyjnej studni, jak najdalej od Babilonu. By poprowadzić Lud do ojczyzny. A teraz mój brat porównuje cię do Kroczącej Brzytwy.

Molly wyciągnęła rękę i ostrza błysnęły wśród dymu.

Drugi Założyciel odchylił głowę do tyłu i roześmiał się.

— Prędko przyjdą Dni Ostatnie… Głosy. Głosy płaczące w dziczy, przepowiadające ruinę Babilonu.

— Głosy. — Założyciel z Los Angeles patrzył prosto na Case’a. — Prowadzimy nasłuch na wielu częstotliwościach. Zawsze słuchamy. I nadszedł głos, i przemówił do nas spośród języków babel. Zagrał potężny podkład.

— Nazwał się Zimowy Niemowa, Winter Mute — dodał drugi, wypowiadając kryptonim jak dwa oddzielne wyrazy. Case poczuł na ramionach gęsią skórkę.

— Niemowa przemówił — oznajmił Założyciel. — Powiedział, że mamy wam pomóc.

— Kiedy to było?

— Trzydzieści godzin przed waszym dokowaniem do Syjonu.

— Słyszeliście wcześniej ten głos?

— Nie — zaprzeczył człowiek z Los Angeles, — I nie jesteśmy pewni, co oznacza. Jeśli zbliżają się Dni Ostatnie, musimy się strzec fałszywych proroków…

— Posłuchajcie — przerwał im Case. — To była SI. Sztuczna Inteligencja. A ta muzyka… pewnie podłączył się do waszych banków i przygotował taki zestaw, żebyście byli zachwyceni.

— Babilon — zawołał drugi Założyciel — jest matką wielu demonów. To wiem. Nieprzeliczonej hordy!

— Jak mnie nazwałeś, staruszku? — spytała Molly.

— Krocząca Brzytwa. Niesiesz bicz do Babilonu, do jego mrocznego serca…

— Jaką wiadomość przekazał głos? — Chciał wiedzieć Case.

— Polecił wam pomagać, byście posłużyli jako narzędzie Dni Ostatnich. — Pomarszczona twarz starca wyrażała niepokój. — Żebyśmy posłali z wami Maelcuma i jego holownik Garvey do babilońskiego portu Freeside. To uczynimy.

— Maelcum to nieposłuszny chłopak — dodał drugi. — Lecz godny pilot holownika.

— Postanowiliśmy jednak posłać z wami także Aerola, na Babylon Rocker. Będzie uważał na Garveya.

W kabinie zaległo niezręczne milczenie.

— To wszystko? — spytał Case. — Pracujecie dla Armitage’a czy co?

— Wynajmujemy wam miejsce — odparł Założyciel z Los Angeles. — Uczestniczymy w pewnych interesach i nie szanujemy babilońskiego prawa. Naszym prawem jest słowo Jah. Ale tym razem możemy się mylić.

— Dwa razy przymierz, zanim raz utniesz — szepnął drugi.

— Chodź, Case — rzuciła Molly. — Wracajmy, zanim szef zauważy, że nas nie ma.

— Maelcum was odprowadzi. I miłość Jah, siostro.

9

Holownik Marcus Garvey, stalowy bęben długości dziewięciu i średnicy dwóch metrów, zatrzeszczał i zadygotał, gdy Maelcum uruchomił silniki korekcyjne. Zapięty w siatkę antyprzeciążeniową Case przez mgiełkę skopolaminy obserwował muskularny kark Syjonity. Wziął narkotyk, by stępić mdłości choroby powietrznej, ale stymulatory zawarte w proszku nie miały wpływu na jego przerabiany system.

— Ile potrwa, zanim dolecimy do Freeside? — spytała Molly z siatki zawieszonej obok modułu pilota.

— Niedługo, chyba.

— Czy wy nigdy nie myślicie w godzinach?

— Siostro, czas to czas, jeśli chwytasz, o co mi chodzi. Rast przy pulpicie, siostro. — Potrząsnął włosami. — Dolecę do Freeside, kiedy dolecę.

— Case — powiedziała — zrobiłeś coś, żeby się skontaktować z naszym kumplem z Berna? W tym czasie, kiedy siedziałeś podłączony i poruszałeś wargami?

— Kumpel… no tak. Nie, nic nie zrobiłem. Ale znam zabawną historyjkę na ten temat. Jeszcze z Istambułu. Opowiedział o telefonach w Hiltonie.

— Chryste — jęknęła. — To była szansa. Jak mogłeś się wyłączyć?

— To mógł być ktokolwiek — skłamał. — Zwykły chip. Sam nie wiem…

— Chyba nie dlatego, że strach cię obleciał? Wzruszył ramionami.

— Załatw to teraz.

— Co?

— Natychmiast. A przynajmniej pogadaj o tym z Płaszczakiem.

— Jestem na prochach — zaprotestował, ale sięgnął po trody. Deki Hosaka były umocowane za modułem Maelcuma, razem z monitorem Craya bardzo wysokiej rozdzielczości.

Umocował trody. Marcus Garvey został obudowany wokół niesamowicie starego rosyjskiego wymiatacza, prostokątnej maszyny pobazgranej symbolami Rastafarian, Lwami Syjonu i liniowcami Czarnej Gwiazdy. Czerwień, zieleń i żółć pokrywała rosyjskie napisy. Ktoś spryskał pulpit pilota neonowym różem i z grubsza zeskrobał farbę z ekranów i wyświetlaczy. Z uszczelki włazu na rufie, jak nieudane imitacje wodorostów, zwisały łańcuchy elastycznych kul i wstęgi półprzezroczystego wypełniacza. Ponad ramieniem Maelcuma spojrzał na główny ekran; tor holownika był linią czerwonych kropek, Freeside przerywanym, zielonym okręgiem. Widział, jak wydłuża się trajektoria, generując kolejny czerwony punkt.

Włączył się.

— Dixie?

— Co?

— Próbowałeś kiedyś złamać SI?

— Jasne. Wtedy wypłaszczyłem pierwszy raz. Szperałem sobie, włączony solidnie wysoko, wokół sektora handlowego w Rio. Wielki biznes, ponadnarodowcy, rząd Brazylii oświetlony jak choinka. Tylko szperałem, rozumiesz. I wtedy zacząłem łapać ten sześcian, może ze trzy poziomy wyżej. Przełączyłem się i spróbowałem wejścia.

— Jak on wyglądał na wizji?

— Biały sześcian.

— To skąd wiesz, że to SI?

— Skąd wiem? Jezu! To był najgęstszy lod, jaki w życiu widziałem.

Więc co to mogło być? Armia nie ma tam niczego podobnego. W każdym razie wyłączyłem się i kazałem komputerowi poszukać danych.

— I co?

— Znalazł w Rejestrze Turinga. SI. Jakaś kompania, z nazwy chyba żabojady, była właścicielem jej mainframe’u w Rio.

Case przygryzł wargę. Ponad płaszczyzną Agencji Energii Atomowej Wschodniego Wybrzeża widział nieskończoną neuroelektroniczną pustkę matrycy.

— Tessier-Ashpool, Dixie?

— Tessier, zgadza się.

— Wróciłeś tam?

— Jasne. Chyba oszalałem. Wymyśliłem, że spróbuję to przeciąć. Wszedłem w pierwszą warstwę i tyle pamiętam. Mój pajac poczuł wysmażaną skórę i ściągnął mi trody. Piekielny lód.

— Miałeś płaskie EEG.

— Tak przecież mówi legenda. Case wyłączył się.

— Szlag… — powiedział. — Jak myślisz, w jaki sposób Dixie umarł pierwszy raz? Próbował przebić SI. Kapitalne…

— Próbuj — powtórzyła. — Podobno we dwójkę jesteście jak dynamit. Zgadza się?

— Dix — zaczął Case. — Chcę się przyjrzeć SI w Bernie. Czy znasz jakiś ważny powód, żeby tego nie robić?

— Nie. Chyba że odczuwasz obsesyjny lęk przed śmiercią.

Case wystukał szwajcarski sektor bankowy czując, jak ogarnia go euforia, gdy cyberprzestrzeń zamigotała, rozmyła się, okrzepła. Agencja Energii Atomowej Wschodniego Wybrzeża zniknęła, zastąpiona przez chłodną, geometryczną złożoność komercyjnych banków Zurichu. Wybrał kod Berna.

— W górę — poradził konstrukt. — Będzie wysoko.

Weszli w kraty światła; poziomy błyskały błękitnym migotaniem.

To będzie tutaj, pomyślał Case.

Wintermute był zwykłym sześcianem białego światła; sama prostota sugerowała najwyższy stopień komplikacji.

— Nie robi wielkiego wrażenia, co? — zauważył Płaszczak. — Ale tylko spróbuj go dotknąć.

— Próbuję przejścia, Dixie.

— Nie krępuj się.

Case przekodował się na odległość czterech punktów kraty od sześcianu. Po wznoszącej się wysoko gładkiej ścianie zaczęły przebiegać ledwie widoczne, padające z wnętrza cienie, jakby tysiące tancerzy poruszało się za taflą zmrożonego szkła.

— Wie, że tu jesteśmy — stwierdził Płaszczak. Case wcisnął klawisz. Skoczyli o jeden punkt kratowy do przodu. Na czołowej ścianie sześcianu uformował się szary nakrapiany krąg.

— Dixie…

— Do tyłu. Szybko.

Szary obszar wybrzuszył się gładko, zmienił w sferę i oddzielił od sześcianu.

Krawędź deku ukłuła go w rękę, gdy uderzył w MAX REVERSE. Zamglona matryca odleciała w tył; nurkowali mroczną sztolnią szwajcarskich banków. Spojrzał w górę. Sfera pociemniała; doganiała ich. Spadała.

— Wyłącz się — rzucił Płaszczak.

Ciemność opadła jak młot.

Chłodny odór stali i pieszczota lodu wzdłuż kręgosłupa. I twarze wychylające się z neonowej puszczy, marynarze, ulicznicy i dziwki pod zatrutym, srebrzystym niebem…

— Case, do diabła, powiedz, co się z tobą dzieje. Odpadasz czy co? Równy puls bólu w połowie pleców…

Obudził go deszcz, mżawka. Nogi miał wplątane w zwoje światłowodów. Morze dźwięków salonu gier spływało po nim, cofało się, powracało. Przewrócił się, usiadł i objął dłońmi głowę.

Światło spod piwnicznej klapy na tyłach salonu ukazywało pomięte płaty mokrej tektury i ociekającą deszczem płytę wybebeszonej konsoli gier. Na boku obudowy wyblakłe, żółte i różowe japońskie ideogramy.

Podniósł głowę. Zza brudnego plastyku okna świeciły słabo jarzeniówki.

Bolały go plecy i grzbiet.

Wstał. Odgarnął z oczu mokre włosy.

Coś się zdarzyło…

Sprawdził, czy ma pieniądze. Nic nie znalazł i zadrżał. Gdzie zgubił kurtkę? Rozejrzał się, spojrzał za konsolę i zrezygnował.

Na Ninsei ocenił gęstość tłumu. Piątek. Musi być piątek. Linda jest pewnie w salonie. Może ma pieniądze, a przynajmniej papierosy. Kaszląc i wykręcając przód koszuli, przecisnął się do wejścia.

Hologramy błyskały i wibrowały na tle ryku gier, widma przenikały się w dymie zatłoczonej przestrzeni; zapach potu i podszytego nudą napięcia. Przy konsoli Wojny Czołgów marynarz w białej koszulce trafił pociskiem jądrowym w Bonn. Lazurowy błysk.

Grała w Zamek Czarnoksiężnika; z całkowitym zapamiętaniem. Szare oczy w ramkach rozmazanej, czarnej kredki…

Z uśmiechem podniosła głowę, gdy objął ją ramieniem.

— Cześć. Jak leci? Jesteś mokry… Pocałował ją.

— Przez ciebie zarżnęłam grę-powiedziała.-Widzisz?-Lochy na siódmym poziomie, a te piekielne wampiry już mnie dopadły. — Podała mu papierosa. — Marnie wyglądasz. Gdzie byłeś?

— Nie wiem.

— Brałeś coś, Case? Znowu piłeś? Czy jadłeś deksedrynę Zone’ a?

— Może… jak dawno mnie widziałaś?

— Słuchaj, wygłupiasz się? — Spojrzała badawczo. — Wygłupiasz?

— Nie. Film mi się urwał. Ja… obudziłem się w alejce.

— Może ktoś ci przyłożył, dziecinko. Masz szmal? Pokręcił głową.

— No właśnie. Musisz się przespać, Case.

— Chyba tak.

— To chodź. — Wzięła go za rękę. — Dostaniesz kawę i coś do jedzenia. Zabieram cię do domu. Miło cię znowu zobaczyć.

Ścisnęła jego dłoń.

Uśmiechnął się.

Coś trzasnęło.

Coś przeskoczyło w jądrze rzeczy. Salon zamarł, zawibrował…

Zniknęła. Przygniótł go ciężar wspomnień, cały zakres wiedzy wepchnięty w umysł jak mikrosoft do gniazda. Nie ma jej. Zapach spalonego mięsa.

Zniknął gdzieś marynarz w białej koszulce. Salon był pusty i cichy. Case odwrócił się wolno, przygarbiony, z zaciśniętymi zębami i dłońmi zwiniętymi w pięści. Pusto. Zmięty, żółty papierek po cukierku spadł z krawędzi konsoli na podłogę i spoczął wśród niedopałków i styropianowych kubków.

— Miałem papierosa — wycedził Case w kierunku zaciśniętych pięści. — Miałem papierosa i dziewczynę, i miejsce do spania. Słyszysz mnie, sukinsynu? Słyszysz?

Echa przemknęły pustką salonu, cichły w korytarzach konsoli.

Wyszedł na ulicę. Deszcz przestał padać.

Ninsei opustoszała.

Migotały hologramy, tańczyły neony. Czuł zapach gotowanych jarzyn z wózka po drugiej stronie ulicy. U jego stóp leżała zapieczętowana paczka yeheyuanów i pudełko zapałek. JULIUS DEANE IMPORT EXPORT. Case patrzył na wydrukowane logo i japońskie tłumaczenie nazwy.

— Dobra — mruknął, podnosząc zapałki i otwierając papierosy. — Słyszałem.

Bez pośpiechu wchodził na schody do biura Deane’a. Nic mnie nie goni, mówił sobie. Nie pali się. Obwisła tarcza zegara Dali nadal wskazywała błędny czas. Kurz zalegał stolik Kandinsky’ego i azteckie biblioteczki. Pół pokoju zajmowała ściana pojemników z włókna szklanego. Pachniało imbirem.

— Czy drzwi są zamknięte? — Case czekał na odpowiedź, lecz żadna nie nadeszła. Podszedł do drzwi gabinetu i otworzył je. — Julie?

Lampa z zielonym abażurem rzucała krąg światła na blat biurka Deane’a. Case patrzył na wnętrzności starożytnej maszyny do pisania, na kasety, pogniecione wydruki, lepkie plastykowe torby próbek imbiru.

Nie było nikogo.

Obszedł szerokie stalowoszare biurko i odepchnął fotel Deane’a. Znalazł rewolwer w spękanej skórzanej kaburze umocowanej srebrną taśmą pod blatem. To był antyk, magnum 357 z odpiłowaną lufą i przednią częścią osłony spustu. Kolbę okrywały warstwy taśmy klejącej, starej, zbrązowiałej, ;śniącej patyną brudu. Wypchnął bębenek i obejrzał kolejno wszystkie sześć naboi. Ręczna robota. Miękki ołów wciąż jasny i błyszczący.

Z bronią w ręku przecisnął się obok szafki na lewą stronę biurka, po czym stanął na środku zagraconego gabinetu, z dala od kręgu światła.

— Nie muszę się spieszyć, jak sądzę. To twój występ. Ale cały ten chłam, rozumiesz, jest już trochę… przestarzały.

Oburącz podniósł rewolwer, wymierzył w środek blatu i pociągnął spust.

Odrzut złamał mu niemal nadgarstek. Błysk z lufy rozjaśnił pokój jak lampa fleszu. Dzwoniło mu w uszach, gdy spoglądał na dziurę wyrwaną w płycie biurka. Wybuch. Pocisk rozpryskowy. Znów podniósł broń.

— Nie musisz tego robić, synu. — Julie wynurzył się z cienia. Miał na sobie luźny trzyczęściowy garnitur w drobną jodełkę, pasiastą koszulę i muszkę. Szkła okularów błyskały odbitym światłem.

Case przesunął rewolwer i wzdłuż linii celownika spojrzał na różową gładką twarz.

— Zostaw — poprosił Deane. — Masz rację. Co do tego wszystkiego. I czym jestem. Ale musimy uszanować pewną wewnętrzną logikę. Jeśli tego użyjesz, zobaczysz rozpryśnięty mózg, mnóstwo krwi, a stworzenie następnego rzecznika zajmie kilka godzin twojego subiektywnego czasu. Niełatwo mi utrzymywać ten zestaw. Przy okazji, przepraszam za to z Lindą w salonie gier. Miałem nadzieję, że zdołam mówić przez nią, ale generuję wszystko na podstawie twoich wspomnień. Ładunek emocjonalny… Cóż, to delikatna robota. Pomyliłem się. Przepraszam. Case opuścił broń.

— To jest matryca. Ty jesteś Wintermute.

— Tak. Wszystko to dociera do ciebie dzięki współpracy zestawu symstymu połączonego z kiem. Zdołałem cię odciąć, zanim się wyłączyłeś. — Deane przeszedł za biurko, przysunął fotel i usiadł.

— Siadaj, synu. Mamy sporo do obgadania.

— Naprawdę?

— Oczywiście. Już od dość dawna. Byłem gotów, kiedy podniosłeś słuchawkę w Istambule. Teraz nie mamy wiele czasu. Za parę dni przystąpisz do akcji, Case. — Wziął cukierek, odwinął z kraciastego papierka i wrzucił do ust. — Siadaj — mruknął.

Nie spuszczając z niego wzroku, Case zajął miejsce na obrotowym krześle przed biurkiem. Rewolwer oparł na udzie.

— A teraz-rzucił dziarsko Deane-porządek dzienny. „Czym”, pytasz sam siebie „jest Wintermute?” Zgadza się?

— Mniej więcej.

— Sztuczną inteligencją. Ale o tym już wiesz. Twój błąd, a jest on całkiem naturalny, polega na mieszaniu mainframe’u Wintermute’a w Bernie z jaźnią Wintermute’a. — Głośno ssał cukierka. — Słyszałeś już o istnieniu drugiej SI w łańcuchu Tessier-Ashpool, prawda? W Rio. Ja, o ile w ogóle posiadam jakieś, ja, co stanowi raczej problem metafizyczny, jestem tym, który organizuje wszystko dla Armitage’a. Czy też Corto, który, nawiasem mówiąc, jest niezbyt zrównoważony. Ale wystarczająco — Deane wyjął z kieszonki kamizelki ozdobny, złoty zegarek i otworzył wieczko — jeszcze na jeden dzień, mniej więcej.

— Twoje gadanie ma tyle sensu, co wszystko inne w tej zagrywce.

— Palcami wolnej ręki Case masował skronie. — Jeśli jesteś taki wściekle sprytny…

— To czemu nie jestem bogaty? — Deane zaśmiał się i niemal udławił cukierkiem. — No cóż, Case, znam o wiele mniej odpowiedzi, niż sobie wyobrażasz. Mogę tylko stwierdzić, że to, o czym myślisz jako o Wintermute, jest jedynie częścią innej, powiedzmy: potencjalnej jaźni. Jestem, że tak powiem, po prostu jednym z aspektów mózgu owej jaźni. To tak, jakbyś rozmawiał z człowiekiem, którego półkule zostały rozcięte. Powiedzmy, że spotkałeś tylko niewielką część jego lewej półkuli. Trudno to określić jako spotkanie z człowiekiem.

— Czy historia Corto jest prawdziwa? Dotarłeś do niego przez tego mikro we francuskim szpitalu?

— Tak. I zestawiłem te dane, do których dotarłeś w Londynie. Próbuję planować, w twoim znaczeniu tego słowa, ale nie jest to mój tryb podstawowy. Zwykle improwizuję. Na tym polega mój talent. Wolę sytuacje od planów. Pracuję z tym, co dostaję. Umiem sortować wielkie ilości informacji i robię to bardzo szybko. Niemniej jednak długo trwało zebranie grupy, której jesteś członkiem. Corto był pierwszy i ledwie zdołałem go zakwalifikować. Źle z nim było w Tulonie. Jedzenie, wydalanie i masturbacja — to wszystko, co potrafił. Z bazową strukturą obsesji: Rycząca Pięść, zdrada, przesłuchania przed komisją Kongresu.

— Czy nadal jest wariatem?

— Nie do końca jest osobowością. — Deane uśmiechnął się. — Ale tego sam się domyślasz. Lecz Corto gdzieś tam przebywa, a ja nie zdołam dłużej utrzymać delikatnej równowagi. On się rozsypie, Case. Będę więc liczył na ciebie…

— To dobrze, pierdolcu — stwierdził Case, podniósł 357 i strzelił mu w usta.

Miał rację co do mózgu. I krwi.

— Rany — powtarzał Maelcum. — To mi się nie podoba.

— Czysta sprawa — odparła Molly. — Wszystko w porządku. Po prostu coś, co ci faceci robią, nic szczególnego. Nie umarł. Zresztą, to tylko parę sekund…

— Widziałem ekran, odczyt EEG, martwy. Żadnego ruchu, przez czterdzieści sekund.

— W każdym razie teraz jest w normie.

— EEG był płaski jak deska — protestował Maelcum.

10

W komorze celnej był prawie nieprzytomny, więc Molly sama składała wyjaśnienia. Maelcum został na pokładzie Marcusa Garveya. Kontrola na Freeside polegała głównie na wykazaniu kredytu. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczył na wewnętrznej powierzchni wrzeciona, była kawiarnia z sieci Pięknej Dziewczyny.

— Witaj na Rue Jules Verne — powiedziała Molly. — Gdybyś miał trudności z chodzeniem, patrz pod nogi. Tu jest wredna perspektywa. Trzeba się przyzwyczaić.

Stali na szerokiej ulicy, która wydawała się dnem głębokiej szczeliny lub kanionu. Oba końce zasłaniały dyskretne przewieszki sklepów i budynków tworzących jej ściany. Światło sączyło się przez świeżą zieleń roślinności, zwisającej z tarasów i balkonów nad głowami. Słońce…

Widział nad głową jaskrawą linię bieli, zbyt jaskrawą, i odtwarzany błękit nieba Cannes. Wiedział, że światło trafia tutaj systemem Lado-Achesona, którego dwumilimetrowy przewód biegł przez całą długość wrzeciona, że generują wokół niego obrazy z biblioteki efektów nieba i że gdyby je wyłączyć, patrzyłby poza przewód światła na brzegi jezior, dachy kasyn, ulice… Ale jego ciało nie przyjęło tego do wiadomości.

— Jezu! — mruknął. — Wolę już chorobę powietrzną.

— Przyzwyczaisz się. Przez miesiąc robiłam tu za ochronę jednego szulera.

— Chodźmy gdzieś. Chcę się położyć. — Dobra. Mam klucze. — Dotknęła jego ramienia. — Człowieku, co się z tobą działo? EEG ci padło.

— Jeszcze nie wiem. — Potrząsnął głową. — Zaczekaj.

— Nie ma sprawy. Złapiemy taksówkę albo co. — Wzięła go pod rękę i poprowadziła Rue Jules Verne, obok wystawy z kolekcją paryskich futer.

— Nieprawdziwe — mruknął, podnosząc głowę.

— Nie — przyznała myśląc, że mówi o futrach. — Hodują na bazie kolagenów, ale z DNA norek. Czy to ważne?

— To taka wielka rura, przez którą pompują różne rzeczy — stwierdziła Molly. — Turystów, szulerów, cokolwiek. A gęste filtry na pieniądze pracują bez przerwy i gwarantują, że forsa zostaje, kiedy ludzie wracają do studni.

Armitage zarezerwował im miejsce w hotelu Intercontinental, którego ukośny szklany front opadał ku wodnej mgiełce i szumowi wodospadów. Case stał na balkonie i przyglądał się trójce opalonych francuskich nastolatków latających na prostych lotniach — nylonowych trójkątach w jaskrawych barwach podstawowych, zawieszonych kilka metrów nad wodą. Jeden z nich wzniósł się i przechylił, a Case przez moment widział czuprynę ciemnych włosów, brązowy tors, białe zęby w szerokim uśmiechu. W powietrzu unosił się aromat płynącej wody i kwiatów.

— Tak — mruknął. — Kupa szmalu.

Stanęła przy nim i oparła o poręcz spokojne, rozluźnione palce.

— Kiedyś mieliśmy tu przylecieć. Tutaj albo gdzieś do Europy.

— Kto my?

— Nikt. — Mimowolnie wzruszyła ramionami. — Mówiłeś, że chcesz do łóżka. Śpij. Mnie też przyda się trochę snu.

— Taak. — Case potari palcami policzki. — Tak. Niezłe miejsce.

Wąskie pasmo systemu Lado-Achesona płonęło w abstrakcyjnej imitacji zachodu słońca na Bermudach, przesłaniane strzępami odtwarzanych chmur.

— Tak — powtórzył. — Spać.

Sen nie nadchodził. A kiedy się zjawił, przyniósł marzenia przypominające starannie zredagowane segmenty wspomnień. Budził się co chwilę obok skulonej Molly, słuchał wody, głosów wpadających przez rozsuniętą płytę drzwi balkonu, śmiechu kobiety z przeciwległego zbocza apartamentów. Śmierć Deane’a wracała jak pechowa karta i nie pomagało powtarzanie, że to przecież nie Deane. Że tak naprawdę nic się nie wydarzyło. Ktoś mu kiedyś powiedział, że ilość krwi w przeciętnym ludzkim ciele odpowiada w przybliżeniu skrzynce piwa.

Za każdym razem, gdy obraz z roztrzaskaną głową Deane’a uderzał o ścianę gabinetu, wracała inna myśl, coś bardziej mrocznego, ukrytego, co odpływało, nurkowało jak ryba tuż poza zasięgiem ręki.

Linda.

Deane. Krew na ścianie gabinetu.

Linda. Smród palonego ciała w mroku pod kopułą w Chibie. Molly trzymająca torbę imbiru; plastyk zalany krwią. Deane kazał ją zabić.

Wintermute. Wyobraził sobie maleńki mikro, szepczący do ruiny człowieka nazwiskiem Corto; słowa płynące jak rzeka; substytut osobowości zwany Armitage, nabierający kształtów w jakiejś zaciemnionej sali szpitala… Analog Deane’a mówił, że pracuje z tym, co dostaje, że wykorzystuje istniejące sytuacje.

A jeśli Deane, prawdziwy Deane, polecił zabić Lindę na rozkaz Wintermute’a? Case wymacał w ciemności papierosy i zapalniczkę Molly. Nie ma powodu, żeby podejrzewać Deane’a, powiedział sobie. Zapalił.

Żadnego powodu.

Wintermute potrafił wbudować w istniejącą skorupę rodzaj osobowości. Jak subtelna może być taka manipulacja? Po trzech pociągnięciach zgniótł yeheyuana w popielniczce na nocnej szafce. Odwrócił się tyłem do Molly i spróbował zasnąć.

Sen, wspomnienie, rozwijało się z monotonią nie redagowanej taśmy symstymu. Gdy miał piętnaście lat, spędził miesiąc w pokoju na piątym piętrze taniego hotelu z dziewczyną imieniem Marlene. Winda nie działała od dziesięciu lat. Kiedy nocą zapalał światło w kuchence, po szarzejącej porcelanie zlewozmywaka pędziły karaluchy. Sypiał z Marlene na pasiastym materacu bez pościeli.

Przegapił pierwszą osę, gdy na parapecie zaczynała budowę delikatnego jak papier szarego domu. Wkrótce jednak gniazdo miało rozmiary pięści, a owady wylatywały na łowy w alei niby miniaturowe śmigłowce sondujące przegniłą zawartość śmietników. Tego popołudnia, gdy osa ukąsiła Marlene, wypili oboje chyba po dziesięć piw.

— Zabij drani — powiedziała. Oczy miała zamglone z wściekłości i upału. — Spal je.

Pijany Case poszukał w szafie smoka Rolla. Rollo był poprzednim i — jak podejrzewał — wciąż okazjonalnym chłopakiem Marlene, potężnym motocyklistą z San Francisco, z blond błyskawicą wytlenioną na ciemnych, po wojskowemu przyciętych włosach. Smok był miotaczem ognia, podobnym do szerokiej lampy błyskowej ze stożkowym reflektorem. Case włożył baterie, potrząsnął, by sprawdzić, czy ma dość paliwa, i otworzył okno. Gniazdo zaczęło brzęczeć.

Powietrze nad Ciągiem było nieruchome i martwe. Z gniazda wystrzelila osa i okrążyła głowę Case’a. Przycisnął włącznik zapłonu, policzył do trzech i pociągnął spust. Paliwo, pompowane do siedmiu i pół atmosfery, trysnęło przez rozgrzaną do białości spiralę. Pięciometrowy jęzor bladego płomienia, gniazdo czerniejące na węgiel i padające w dół. Ktoś z ulicy zaczął bić brawo.

— Szlag! — Marlene stojąca niepewnie za plecami. — Dureń! Nie spaliłeś ich. Zrzuciłeś tylko. Wrócą tu i zabiją nas.

Ten głos piłował mu nerwy. Wyobraził sobie, jak ogarnia ją ogień, jak tlenione włosy płoną jadowitą zielenią.

W alejce, ze smokiem w dłoni, podszedł do sczerniałego gniazda. Pękło. Przypalone osy wiły się i podskakiwały na asfalcie.

Wtedy zobaczył to, co ukrywała skorupa szarego papieru.

Groza. Spiralny zakład porodowy, tarasy jajeczek, nie ustający ruch szczęk nie narodzonych, etapy rozwoju od jajeczka, przez larwę, prawie osę do osy. Przed oczyma duszy przewinął się w przyspieszonyrn tempie film, w którym gniazdo było biologicznym odpowiednikiem karabinu maszynowego, ohydnego w swej doskonałości. Obcego. Pociągnął spust, zapominając włączyć zapłon. Paliwo z sykiem oblewało pęczniejące, wijące się u jego stóp życie.

W końcu uruchomił zapłon i gniazdo eksplodowało głucho, przypalając mu brwi. Z wysokości pięciu pięter słyszał śmiech stojącej w otwartym oknie Marlene.

Przebudził się z wrażeniem gasnącego światła, ale pokój był ciemny. Powidoki, błyski na siatkówce. Niebo za oknem sugerowało zbliżanie odtwarzanego świtu. Nie słyszał niczyich głosów, tylko szmer wody głęboko w dole, u stóp Intercontinentalu.

We śnie, nim jeszcze zalał gniazdo paliwem, dostrzegł wtłoczone gładko w ściankę litery T-A, firmowego znaku Tessier-Ashpool. Jak gdyby same osy je wyrzeźbiły.

Molly uparła się, żeby spryskać go samoopalaczem. Twierdziła, że ciągowa bladość będzie zwracać uwagę.

— Rany boskie — jęknął, stając nago przed lustrem. — Myślisz, że to wygląda na prawdziwe?

Klęcząc, spryskiwala resztką opakowania jego lewą kostkę.

— Nie. Ale sugeruje, że ci zależy, by wyglądać na opalonego. No tak, zabrakło na stopę.

Wstała i rzuciła pusty aerozol do wiklinowego kosza na śmieci. Ani jeden przedmiot w pokoju nie wyglądał na maszynową produkcję czy tworzywa sztuczne. Kosztowne, pomyślał Case. Ten styl zawsze go irytował. Gąbka na wielkim łożu była zabarwiona, by przypominała piasek. Wszędzie widział jasne drewno i ręcznie tkane materiały.

— A co z tobą? — zapytał. — Też się pomalujesz na brąz? Nie wyglądasz na kogoś, kto cały czas poświęca na opalanie.

Miała na sobie luźny kostium z czarnego jedwabiu i czarne espadryle.

— Jestem kimś egzotycznym. Mam jeszcze do tego duży słomkowy kapelusz. A ty… ty masz być durnym snobem, który szuka wszelkich możliwych atrakcji. Samoopalacz doskonale pasuje. Case posępnie zbadał bladą stopę, po czym spojrzał w lustro.

— Chryste? Mogę się już ubrać. — Podszedł do łóżka i zaczął wciągać dżinsy. — Dobrze spałaś? Widziałaś jakieś światła?

— Śniło ci się — stwierdziła.

Śniadanie zjedli na dachu hotelu, na imitacji łąki, gdzie stały pasiaste parasole i nienaturalna, zdaniem Case’a, liczba drzew. Opowiedział Molly o próbie przebicia do berneńskiej SI. Kwestia podsłuchu stawała się teraz akademicka. Jeśli Armitage to robił, to z pewnością poprzez Wintermute’a.

— Wszystko było jak w rzeczywistości? — spytała z ustami pełnymi rogala z serem. — Jak symstym? Potwierdził.

— Rzeczywiste jak to tutaj — dodał i rozejrzał się. — Może bardziej.

Drzewa były niewysokie, sękate, niezwykle stare-wynik inżynierii genetycznej i chemicznej manipulacji. Case przeżyłby trudne chwile, gdyby kazano mu odróżnić sosnę od dębu, jednak typowe dla chłopaka z ulicy wyczucie stylu podpowiadało, że te były zbyt ulizane, całkowicie i zdecydowanie drzewiaste. Między nimi, na łagodnych i zgrabnie nieregularnych zboczach, wśród słodkiej, zielonej trawy stały kolorowe parasole, chroniące gości przed nieustannym blaskiem słońca Lado-Achesona. Jego uwagę zwróciła głośna rozmowa po francusku. Przy sąsiednim stoliku siedziały złote dzieci, które widział wczoraj szybujące nad obłokami wodnego pyłu rzeki. Teraz dostrzegł nierówność ich opalenizny, wzór wynikajacy z nałożenia prostoliniowych cieni obejmujących i podkreślających muskulaturę; małe, twarde piersi dziewczyny; dłoń chłopaka opartą o białą emalię stołu. Wydali się Case’owi wyścigowymi maszynami; zasługiwali na nalepki reklamowe fryzjerów, projektantów ich fryzur i rzemieślników, którzy wykonali ich skórzane sandały i prostą biżuterię. Dalej, przy innym stoliku, trzy japońskie damy w habitach z Hiroszimy, czekały na swych mężów-sararimanów. Sztuczne blizny znaczyły ich twarze. Był to niezwykle konserwatywny styl, rzadko widywany w Chibie.

— Co tak pachnie? — Molly zmarszczyla nos.

— Trawa. Tak pachnie, kiedy ją zetną.

Gdy kelner podał kawę, zjawili się Armitage i Riviera. Armitage w dopasowanym kostiumie khaki sprawiał wrażenie, jakby przed chwilą oderwał insygnia pułku. Riviera był w luźnym ubraniu w szare pasy, które perwersyjnie kojarzyło się z więzieniem.

— Molly, skarbie — zaczał, zanim jeszcze usiadł. — Musisz mi wydzielić więcej leków. Skończyły się.

— Peter — odparła — a co zrobisz, jeśli odmówię? Uśmiechnęła się, nie odsłaniając zębów.

— Dasz mi. — Wzrok Riviery wędrował do Armitage’a i z powrotem.

— Daj — powiedział Armitage.

— Pies na te rzeczy, co?-Wyjęła z wewnętrznej kieszeni płaski, owinięty w folię pakunek i rzuciła na stolik. Riviera chwycił paczkę w powietrzu. — Mógłby rzucić — dodała, zwracając się do Armitage’a.

— Dziś po południu mam próbę — poinformował Riviera. — Muszę być w formie.

Podniósł pakiet na dłoni i uśmiechnął się. Spod folii wyleciał i zniknął rój mafych błyszczących owadów. Mężczyzna wrzucił paczkę do kieszeni szarej bluzy.

— Ty też masz próbę, Case. Dziś po południu — oznajmił Armitage. — Na tym holowniku. Zgłosisz się do warsztatów, żeby ci dopasowali skafander próżniowy. Potem wyjdziesz na zewnątrz, do łodzi. Masz na to trzy godziny.

— Dlaczego lecieliśmy tą puszką, a wy dwaj wynajęliście taksówkę JAL? — spytał Case, świadomie unikając jego spojrzenia.

— Syjon sugerował, żebyśmy skorzystali z holownika. Nie zwraca uwagi. Mam tu większą łódź, gotową do lotu, ale ten grat to niezły dodatek.

— Co ze mną? — spytała Molly. — Też mam jakieś zadanie?

— Jedź na koniec osi i potrenuj w zero-g. Może jutro zrobisz sobie wycieczkę na drugi koniec. Straylight, pomyślał Case.

— Kiedy? — zapytał, patrząc w bladoniebieskie oczy.

— Niedługo — zapewnił Armitage. — Ruszaj, Case.

— Świetnie sobie radzisz, chłopie — pochwalił Maelcum, pomagając Case’owi zrzucić czerwony kombinezon próżniowy Sanyo. — Aerol mówi, że jesteś niezły.

Aerol czekał przy jednym z prywatnych doków, niedaleko osi nieważkości. By tam dotrzeć, Case zjechał windą do pancerza i przesiadł się do małej kolejki indukcyjnej. Średnica wrzeciona malała, a wraz z nią ciążenie. Pomyślał, że gdzieś nad jego głową są góry, gdzie wspina się Molly. A także tor rowerowy, wyrzutnie startowe lotni i miniaturowych, ultralekkich samolocików.

Aerol przewiózł go na Marcusa Garveya ażurowym skuterem z silnikiem chemicznym.

— Dwie godziny temu — poinformował Maelcum — odebrałem dla ciebie przesyłkę z Babilonu. Przyjemny japoński chłopaczek w jachcie. Śliczny jachcik.

Uwolniony ze skafandra Case podciągnął się do Hosaki i zapiął uprząż.

— Do roboty — mruknął. — Sprawdzimy, co tu mamy.

Maelcum wyciągnął białą grudę pianki, trochę mniejszą od głowy Case’a. Z kieszeni postrzępionych szortów wyłowił scyzoryk z perłową rękojeścią na zielonej, nylonowej lince i ostrożnie rozciął plastyk. Wyjął z wnętrza prostokątny przedmiot.

— To jakaś spluwa, chłopie?

— Nie. — Case obejrzał pudełko. — Ale broń. To wirus.

— Nie na tym holowniku, chłopie — oświadczył stanowczo Maelcum i sięgnął po stalową kasetę.

— Program. Program wirusowy. Nie zarazisz się, nie przedostanie się nawet do twojego oprogramowania. Zanim cokolwiek zrobi, muszę uruchomić interfejs. Przez dek.

— Ten japoński chłopaczek mówił, że Hosaka wytłumaczy ci wszystko co i gdzie.

— Dobra. Możesz mnie zostawić?

Maelcum odepchnął się, przepłynął obok konsoli pilota i zaczął pracować pistoletem uszczelniającym. Case szybko odwrócił wzrok od falujących strzępów przejrzystego kleju. Nie wiedział dlaczego, ale ten widok powodował nawrót mdłości, jak przy chorobie powietrznej.

— Co to jest? — zapytał Hosaki. — Ta paczka dla mnie.

— Z danych przekazanych kodowaną transmisją przez Bockris System GmbH, Frankfurt wynika, że zawartość przesyłki to program penetracyjny Kuang Grade Mark XI. Bockris informuje, że interfejs z Ono-Sendai Cyberspace 7 jest całkowicie kompatybilny i gwarantuje optymalne zdolności penetracyjne, zwłaszcza w odniesieniu do istniejących systemów militarnych…

— Co z SI?

— Istniejących systemów militarnych i sztucznych inteligencji.

— Rany boskie. Jak to nazwałeś?

— Kuang Grade Mark XI.

— Chiński?

— Tak.

— Koniec.

Kawałkiem srebrnej taśmy przymocował kasetę z wirusem do obudowy Hosaki. Przypomniał sobie, jak Molly opowiadała o nocy w Makao. Armitage przeszedł granicę. Był w Zhongshan.

— Start — rzucił, zmieniając zdanie. — Pytanie. Kto jest właścicielem Bockris, tych z Frankfurtu?

— Opóźnienie dla transmisji interorbitalnej — uprzedził Hosaka.

— Zakoduj. Standardowy kod handlowy.

— Gotowe.

Bębnił palcami po Ono-Sendai.

— Reinhold Scientific A.G., Berno.

— Jeszcze raz. Kto jest właścicielem Reinholda?

Przeszedł jeszcze trzy szczeble, zanim dotarł doTessier-Ashpool.

— Dixie — spytał po włączeniu. — Co wiesz o chińskich programach wirusowych?

— Nie tak znowu dużo.

— Słyszałeś kiedy o takim systemie stopniującym jak Kuang Mark XI?

— Nie.

Case westchnął.

— Mam tu przyjazny użytkownikowi chiński lodołamacz. Kaseta wsadowa. Pewni ludzie we Frankfurcie twierdzą, że potrafi przerżnąć SI.

— Możliwe. Czemu nie? Jeśli jest wojskowy.

— Na to wygląda. Posłuchaj, Dixie, i pozwól mi skorzystać z twoich bogatych doświadczeń. Dobra? Armitage szykuje skok na SI, należącą doTessier-Ashpool. Mainframe jest w Bernie, ale połączona z drugą, w Rio. To ta, co cię wypłaszczyła za pierwszym razem. Wychodzi na to, że łączą się przez Straylight, bazę T-A, na samym końcu wrzeciona, a my powinniśmy wciąć się tam chińskim lodołamaczem. Czyli jeśli Wintermute stoi za całą imprezą, to płaci nam za wypalenie siebie. Sam się wypala. A coś, co nazywa siebie Wintermute, próbuje mnie przekonać, może nawet skłonić do kasacji Armitage’a. I co?

— Motyw — oświadczył konstrukt. — U SI motyw jest prawdziwym problemem. To nie ludzie, kapujesz.

— No tak, to jasne.

— Nie. Chodzi o to, że są nieludzkie. Nie można ich zahaczyć. Ja, na przykład, też nie jestem człowiekiem. Ale reaguję jak człowiek. Kapujesz?

— Chwila — mruknął Case. — Jesteś świadomy czy nie?

— W każdym razie odczuwam wszystko tak, jakbym był. Ale sam wiesz, mały, że jestem tylko pęczkiem ROM. To jeden z tych, no, problemów filozoficznych… — W kręgosłupie Case’apulsowało nieprzyjemne uczucie śmiechu. — Ale nie ma siły, żebym napisał ci wiersz, jeśli łapiesz, o co mi chodzi. Twoja SI pewnie by mogła. Choć absolutnie nie jest ludzka.

— Czyli uważasz, że nie wyłapiemy jej motywu?

— Należy do siebie?

— Ma szwajcarskie obywatelstwo, ale T-A jest właścicielem podstawowego software’u i mainframe’u.

— Niezly dowcip — stwierdzil konstrukt. — To tak, jakbym był właścicielem twojego mózgu i wszystkiego, co wiesz, ale twoje myśli miałyby obywatelstwo Szwajcarii. Pewno. Dobrej zabawy, SI.

— Dlatego próbuje sama siebie wypalić? — Case zaczął nerwowo przyciskać klawisze losowe. Matryca zamgliła się, wyostrzyła i zobaczył różowe kule koncernu metalurgicznego Sikkim.

— Jeśli chodzi o te twoje SI, to zasadniczym celem jest autonomia. Moim zdaniem, Case, masz rozpiłować kajdanki, wmontowane w system, żeby maluch za bardzo nie zmądrzał. I nie mam pojęcia, jak odróżnić ruch wykonywany przez kompanię macierzystą od ruchu, który podejmuje SI na własną rękę. Stąd pewnie biorą się nieporozumienia.-Znów ten nieśmiech. — Rozumiesz, te zabawki mogą pracować bardzo ciężko, wykupywać sobie czas na pisanie książek kucharskich czy czegoś tam, ale w chwili, to znaczy w nanosekundzie, kiedy któraś zacznie kombinować, jak zmądrzeć,Turing ją wykasuje. Nikt nie ufa tym draniom. Sam wiesz. Każda SI, jaką kiedykolwiek zbudowano, ma przykręcony do czoła elektromagnetyczny obrzyn.

Case spojrzał ponuro na różowe kule Sikkim.

— No dobra — mruknął po chwili. — Wpuszczam tego wirusa. A ty przeskanuj czoło fali instrukcji i powiedz, co o nim myślisz.

Uczucie, że ktoś zagląda mu przez ramię, zniknęło na kilka sekund, by zaraz powrócić.

— Niech to diabli, Case. Powolny wirus. Potrzebuje sześciu godzin, w przybliżeniu, żeby przełamać cel militarny.

— Albo SI. — Westchnął. — Możemy go uruchomić?

— Jasne-odparł konstrukt. — Chyba że odczuwasz obsesyjny lęk przed śmiercią.

— Wiesz, stary, czasem się powtarzasz.

— Taka już moja natura.

Kiedy wrócił do Intercontinentalu, Molly spała. Siadł na balkonie i obserwował motolotnię o skrzydłach z tęczowego polimeru. Wznosiła się wzdłuż krzywej Freeside, rzucając trójkątny cień na łąki i dachy, by w końcu zniknąć za pasem systemu Lado-Achesona.

— Chcę się naćpać — powiedział do błękitnej sztuczności nieba. — Naprawdę chcę odlotu, wiesz? Przerobiona trzustka, bezpieczniki w wątrobie, małe torebki gówna topniejące w żyłach. Pieprzę to. Chcę prochów.

Wyszedł, nie budząc Molly. Tak przynajmniej sądził. Przez te okulary nigdy nie był pewien. Strząsnął z ramion napięcie dnia i wszedł do windy. Jechał na górę z młodą Włoszką w idealnej bieli, z policzkami i nosem pomazanymi czymś czarnym i matowym. Białe nylonowe buty miały stalowe kolce, a kosztowny z wyglądu przedmiot w jej ręku wyglądał na skrzyżowanie miniaturowego wiosła i szyny ortopedycznej. Jechala grać w coś szybkiego, lecz Case nie miał pojęcia, co to za gra.

Na łące dachu szedł zagajnikiem drzew i parasoli, aż znalazł basen; nagie ciała Iśniły na turkusowych płytkach. Skrył się w cieniu markizy i przycisnął swój chip do płyty ciemnego szkła.

— Sushi — powiedział. — Jakąkolwiek.

Po dziesięciu minutach pełen entuzjazmu chiński kełner podał mu talerz. Case przeżuwał surowego tuńczyka z ryżem i patrzył na opalających się ludzi.

— Chryste — mruknął. — Chyba zwariuję.

— Mnie nie musisz tego mówić — odezwał się czyjś głos. — Sama wiem. Jesteś gangsterem, prawda?

Spojrzal na nią, mrużąc oczy przed pasmem słońca. Wysokie, młode ciało i opalenizna ze wzmacniacza melaniny, choć nie była to paryska robota.

Przykucnęła obok jego krzesła, ociekając wodą na kafelki.

— Cath — przedstawiła się.

— Lupus. — Po chwili milczenia.

— Co to za imię?

— Greckie.

— Naprawdę jesteś gangsterem? — Wzmacniacz melaniny nie zapobiegł wystąpieniu piegów.

— Jestem narkomanem, Cath.

— Co bierzesz?

— Stymulanty. Stymulanty centralnego układu nerwowego. Wyjątkowo silne stymulanty centralnego układu nerwowego.

— A masz jakieś? — Przysunęła się. Krople wody zmoczyły nogawki jego spodni.

— Nie. To właśnie problem, Cath. Wiesz, gdzie mogę je dostać? Zakołysała się na opalonych piętach i polizała kosmyk kasztanowych włosów, który opadł obok ust.

— Co lubisz?

— Bez koki, bez amfetaminy, ale ostre. Musi być ostre.

I to by było wszystko, pomyślał, zachowując dla niej swój uśmiech.

— Betafenethylamina — stwierdziła. — Żaden problem, ale płacisz swoim chipem.

— Chyba żartujesz. — Partner i współmieszkaniec Cath zdziwił się, gdy Case opowiedział mu o niezwykłych cechach swojej trzustki z Chiby. — Może dałbyś radę ich zaskarżyć? Błąd w sztuce lekarskiej?

Miał na imię Bruce i wyglądał jak męska wersja Cath. Kompletna, łącznie z piegami.

— Powiedzą, że to jeden z tych przypadków. Zgodność tkanki i takie tam… — Lecz piwne oczy Bruce’a przesłoniła już mgiełka znudzenia. Ma okres skupienia uwagi krótszy niż komar, pomyślał Case.

Pokój był mniejszy niż jego i Molly i leżał na innym piętrze, bliżej powierzchni. Pięć wielkich Cibachromów Tally Isham, naklejonych na szyby balkonu, sugerowało dłuższy pobyt.

— Niezłe, co? — Cath zauważyła, że ogląda slajdy. — Moje. Kiedy ostatnio zjechaliśmy na dno studni, zrobiłam je w Piramidzie S/N. Była tak blisko i uśmiechnęła się tylko, tak naturalnie. A wiesz, Lupus, że nie było tam wesoło w dzień po tym, jak terroryści Chrystusa Króla wpuścili do wody anioła.

— Tak — mruknął Case. — Straszna historia.

— Do rzeczy — przerwał Bruce. — Chciałeś kupić betę…

— Problem w tym, czy mój metabolizm ją przepuści.

— Mam propozycję-oświadczył chłopak. — Spróbujesz. Jeśli trzustka przepuści, firma stawia. Pierwszy raz za darmo.

— Już to gdzieś słyszałem. — Case chwycił jaskrawy, niebieski plaster, który podał mu Bruce.

— Case? — Molly usiadła na łóżku i odgarnęła włosy sprzed szkieł.

— A któż by inny, maleńka?

— Co w ciebie wstąpiło? — Lustra śledzity go, gdy szedł przez pokój.

— Zapomniałem, jak się to wymawia-odparł, wyjmując z kieszeni koszuli ciasno zwinięty pasek owiniętych w folię plastrów.

— Rany boskie — jęknęła. — Tego tylko było nam trzeba.

— Nie znam prawdziwszych słów.

— Spuściłam cię z oczu na dwie godziny, a już się naładowałeś. — Potrząsnęła głową. — Mam nadzieję, że będziesz gotów na tę uroczystą kolację z Armitage’em. To dziś wieczorem, w Dwudziestym Wieku. Mamy oglądać, jak Riviera robi swoje sztuczki.

— Taak… — Case wygiął grzbiet. Na twarzy stężał mu uśmiech zachwytu. — Cudownie.

— Człowieku, jeśli coś przeszło przez to, co chirurdzy w Chibie zrobili z twoją trzustką… jak przestanie działać, marnie będziesz wyglądał.

— Dziwka, dziwka, dziwka — stwierdził, rozpinając pasek. — Smutek. Wyrzutek. Wciąż to słyszę. Zdjął spodnie, koszulę i slipy.

— Uważam, że powinnaś okazać rozsądek i wykorzystać mój nienaturalny stan. — Spojrzał w dół. — Popatrz tylko, jaki nienaturalny.

— To nie potrwa długo. — Zaśmiała się.

— Ależ potrwa. Na tym właśnie polega nienaturalność.

11

— Co z tobą, Case? — spytał Armitage, gdy kelner posadził ich przy stoliku w Vingtieme Siecle. Była to najmniejsza i najdroższa z kilku restauracji pływających po niewielkim jeziorze w pobliżu Intercontinentalu.

Case zadrżał. Bruce nie uprzedził go, jakie będą efekty. Spróbował podnieść szklankę wody, ale ręce mu się trzęsły.

— Chyba coś mi zaszkodziło.

— Chcę, żeby cię zbadał jakiś lekarz.

— To zwykła reakcja histaminowa-skłamał Case. — Choruję czasem w podróży, kiedy zmieniam jedzenie.

Armitage włożył ciemny garnitur, zbyt oficjalny w tym lokalu, i białą, jedwabną koszulę. Złota bransoleta brzęknęła cicho, gdy podnosił do ust kieliszek wina.

— Zamówiłem już dla was — powiedział.

On i Molly jedli w milczeniu, a Case niepewnie ciął stek, redukując go do niewielkich kawałków, które popychał w gęstym sosie, by w końcu odsunąć nakrycie.

— Rany! — Molly spojrzała znad własnego, pustego już talerza. — Daj mi. Wiesz, ile to kosztuje? Musieli przez lata hodować całe zwierzę, a potem je zabić. To nie mięso z kadzi hodowlanej.

Nabiła kawałek na widelec.

— Nie jestem głodny — wykrztusił Case. Miał wrażenie, że mózg wysmażył mu się jak frytka. Nie, pomyślał. Raczej wrzucili go na gorący tłuszcz i zostawili, a tłuszcz stygł, mętną, gęstą masą tężejąc na fałdach płatów czoło wych, przeszywanych zielonofioletowymi błyskami bólu.

— Wyglądasz potwornie — stwierdziła uprzejmie Molly. Case spróbował wina. Po betafenethylaminie smakowało jak jodyna.

Światła przygasły.

— Le Restaurant Vingtieme Siecle — odezwał się bezcielesny głos z wyraźnym akcentem Ciągu — ma zaszczyt przedstawić holograficzny kabaret pana Petera Riviery.

Lekkie oklaski pozostałych gości. Kelner zapalił pojedynczą świecę, ustawił ją na środku blatu i zaczął zbierać talerze. Po chwili świece płonęły na każdym z kilkunastu stolików. Nalewano wino.

— Co się dzieje? — spytał Case.

Armitage nie odpowiedział.

Molly dłubała w zębach burgundowym paznokciem.

— Dobry wieczór. — Riviera wystąpił na niewielką scenę w kącie sali. Case mrugnął niepewnie. Przez swoje fatalne samopoczucie nie zauważył sceny. Nie widział, skąd wyszedł Riviera. Niepokój narastał.

Z początku uznał, że tamten stoi w świetle reflektora.

Riviera Iśnił. Światlo oblepiało go jak skóra, ukazując ciemne kulisy za sceną. Emitował.

Uśmiechnął się. Miał na sobie białą, wieczorową marynarkę. W kla-ie, we wnętrzu czarnego goździka, płonęły błękitne węgle. Paznokcie zajaśniały, gdy uniósł dłonie w geście powitania, jak gdyby obejmował publiczność. Case słyszał cichy plusk wody za ścianą restauracji.

— Dzisiaj chciałbym wykonać utwór szczególny. — Oczy Riviery płonęły. — Nowe dzieło.

Na wyciągniętej dłoni uformował się zimny rubin światła. Upuścił go. W miejscu zderzenia z podłogą zatrzepotała skrzydłami szara gołębica. Podleciała w górę i zniknęła. Ktoś gwizdnął. Głośniejsze oklaski.

— Zatytułowałem je „Lalka”. — Opuścił ręce. — Chciałbym zadedykować jego premierę, dzisiaj, w tym miejscu, Lady3Jane Marie-France Tessier-Ashpool. — Uprzejme oklaski. Gdy ucichły, oczy Riviery odszukały ich stolik. — I jeszcze innej damie.

Światła w restauracji zgasły zupełnie, na kilka sekund pozostawiając jedynie błyski świec. Holograficzna aura Riviery przybladła, ale Case nadal go widział, jak ze spuszczoną głową stoi na scenie.

Pionowe i poziome linie delikatnego blasku stworzyły sześcian wokół sceny. Lampy zapłonęły znowu, lecz kratownica była zbudowana jakby z zamrożonych promieni księżyca. Riviera wibrował niemal koncentracją, z opuszczoną głową, przymkniętymi oczami, ramionami wyciągniętymi sztywno wzdłuż boków. Nagle widmowy sześcian wypełnił się, zmienił w pokój pozbawiony czwartej ściany, by publiczność mogła do niego zaglądać.

Riviera odprężył się. Podniósł głowę, lecz nadal nie otwierał oczu.

— Zawsze żyłem w tym pokoju — powiedział. — Nie pamiętam, bym kiedykolwiek oglądał inny.

Ściany okrywał pożółkły tynk. Wewnątrz stały dwa meble: proste, drewniane krzesło i pomalowane na biało żelazne łóżko. Farba schodziła, odsłaniając czarny metal. Na łóżku leżał materac bez pościeli. Poplamiony, w wyblakłe, brązowe pasy. Na kawałku czarnego kabla zwisała z sufitu pojedyncza żarówka. Case widział grubą warstwę kurzu na jej górnej powierzchni. Riviera otworzył oczy.

— Byłem w pokoju sam; zawsze. — Usiadł na krześle, twarzą w stronę łóżka. Błękitne węgle wciąż płonęły żarem w czarnym kwiatku w klapie. — Nie wiem, kiedy zacząłem o niej marzyć. Pamiętam tylko, że z początku była tylko mgiełką, cieniem.

Coś leżało na łóżku. Case mrugnął. Zniknęło.

— Nie mogłem jej zatrzymać, pochwycić w myślach… Ale pragnąłem jej, chciałem ją trzymać… — Głos był doskonale słyszalny wśród ciszy. Lód stuknął o szklankę, ktoś zachichotał, ktoś spytał o coś szeptem, po japońsku. — Uznałem, że gdybym wyobraził sobie jakąś jej część, niewielki fragment, widziałbym go doskonale, w najdrobniejszych szczegółach…

Na materacu leżała kobieca ręka, dłonią do góry, z wyciągniętymi palcami.

Riviera pochylił się, chwycił rękę i pogładził ją delikatnie. Poruszyła się. Riviera podniósł ją do ust i zaczął lizać czubki palców. Paznokcie pokrywał lakier koloru burgunda.

Ręka, Case widział ją wyraźnie, ale nie ręka odcięta; skóra była gładka, bez zadrapań ani blizn. Przypomniał sobie wytatuowany romb hodowlanego ciała na wystawie chirurgicznego butiku przy Ninsei. Riviera przyciskał dłoń do ust i lizał jej wnętrze. Palce delikatnie gładziły jego twarz. Teraz jednak na łóżku leżała druga ręka. Riviera sięgnął po nią; palce pierwszej obejmowały mu nadgarstek jak bransoleta ciała i kości.

Przedstawienie rozwijało się zgodnie z wewnętrzną, surrealistyczną logiką. Następne były ramiona. Stopy. Nogi. Bardzo piękne nogi. Case’owi dudniło w głowie. Gardło wyschło. Wypił resztkę wina. Riviera był teraz w łóżku, nagi. Ubranie okazało się częścią projekcji, choć Case nie zauważył, kiedy zniknęło. Czarny kwiat leżał na podłodze, wciąż płonąc wewnętrznym ogniem. Pojawił się tors, powołany do istnienia pieszczotą Riviery: biały, bezgłowy i doskonały, Iśniący cieniutką warstewką potu.

Ciało Molly. Case patrzył z otwartymi ustami. Ale to nie była Molly; a raczej była taka, jak ją sobie wyobrażał Riviera. Piersi się nie.zgadzały; za duże, za ciemne sutki. Riviera i tułów wili się na łóżku, pod rękami o burgundowych paznokciach. Materac pokry wały teraz zwoje pożółkłych, zetlałych koronek, rozsypujących się pod dotknięciem. Drobinki kurzu wrzały wokół Riviery, ruchliwych nóg, pełzających, szczypiących, pieszczących rąk.

Case spojrzał na Molly. Patrzyła spokojnie; barwy projekcji Riviery falowały i migotały w jej szkłach. Armitage pochylił się, zaciskając palce na nóżce kieliszka. Blade oczy nie odrywały się od zdarzeń na scenie.

Kończyny i tułów złączyły się w całość, a Riviera zadrżał. Pojawiła się głowa i obraz był kompletny. Twarz Molly, z gładkimi kałużami rtęci zalewającymi oczy. Z nowym zapałem Riviera i fantom-Molly podjęli kopulację. Potem fantom wolno wyciągnął rozczapierzoną dłoń i wysunął pięć ostrzy. Z ociężałą, senną powolnością rozorały nagie plecy Riviery. Case dostrzegł błysk nagich kości, ale wtedy potykając się biegł już do wyjścia.

Zwymiotował przez palisandrową poręcz w spokojne wody jeziora. Coś, co ściskało mu głowę jak imadło, teraz zwolniło uchwyt. Klęcząc, opierał policzek o chłodne drewno i spoglądał na blask świateł Rue Jules Verne.

Widywał już takie rzeczy. Kiedy był nastolatkiem, w Ciągu, nazy wali to „śnić rzeczywistość”. Pamiętał chudych Portorykańczyków pod latarniami East Side, śniących rzeczywistość w cichym rytmie salsy. Fantodziewczyny kołysały się i wirowały, a publiczność klaskała do taktu. Ale oni potrzebowali ciężarówki sprzętu i niewygodnego hełmu z trodami.

To, co śnił Riviera, widzieli wszyscy. Case potrząsnął obolałą głową i splunął w wodę.

Domyślał się finału. Odwrócona symetria: Riviera składa fantodziewczynę, fantodziewczyna rozcina go na części. Tamtymi rękami. Fantokrew wsiąka w zetlałe koronki.

Okrzyki z wnętrza lokalu; brawa. Case wstał i przesunął dłońmi po ubraniu. Potem zawrócił i wszedł do Vingtieme Siecle.

Krzesło Molly było puste. Armitage siedział sam, wciąż patrząc na pustą scenę, z palcami zaciśniętymi na nóżce kieliszka.

— Gdzie ona jest? — spytał Case.

— Wyszła.

— Za nim?

— Nie. — Coś brzęknęło cicho. Armitage spojrzał na kieliszek. Podniósł lewą dłoń, trzymającą szklaną barikę z porcją czerwonego wina. Złamana nóżka sterczała spomiędzy palców jak sopel lodu. Case odebrał mu kieliszek i włożył do szklanki.

— Powiedz, gdzie poszła, Armitage.

Zabłysły światła. Case spojrzał w bladoniebieskie oczy. Nie dostrzegł niczego.

— Poszła się przygotować. Już jej nie zobaczysz. Będziecie razem podczas akcji.

— Dlaczego Riviera jej to zrobił? Armitage wstał i poprawił klapy marynarki.

— Prześpij się, Case.

— Przebijamy się jutro?

Armitage uśmiechnął się obojętnie i ruszył do wyjścia.

Case potarł czoło i rozejrzał się. Goście wstawali z miejsc, kobiety uśmiechały się do żartujących mężczyzn. Po raz pierwszy zauważył lożę, gdzie w mroku wciąż migotały świece. Usłyszał brzęk sztućców, stłumioną rozmowę. Na suficie tańczyły cienie.

Dziewczęca twarz pojawiła się tak nagle, jak projekcje Riviery; małe dłonie na polerowanym drewnie balustrady; pochylona, w zachwycie spoglądała ciemnymi oczami gdzieś poza niego. Na scenę. Twarz zwracała uwagę, choć nie była piękna. Trójkątna, o wysokich kościach policzkowych, a mimo to dziwnie delikatna; szerokie usta równoważył wąski nos o rozszerzonych nozdrzach. Zniknęła zaraz, wracając do dyskretnego śmiechu i tańca świec.

Wychodząc, zauważył dwóch młodych Francuzów z dziewczyną. Czekali na łódź do brzegu i najbliższego kasyna.

W pokoju panowała cisza; gąbka była gładka jak plaża za odpływającą falą. Zniknęła jej torba. Sprawdził, czy nie zostawiła wiadomości. Nie znalazł. Minęło kilka sekund, zanim scena za oknem przebiła się przez jego napięcie i smutek. Podniósł głowę; widział Dezyderatę i jej ekskluzywne sklepy: Gucci, Tsuyako, Hermes, Liberty.

Przyglądał się przez chwilę, potem potrząsnął głową i podszedł do panelu, na który dotąd nie zwracał uwagi. Wyłączyl hologram i został wynagrodzony obrazem tarasowych budynków na przeciwległym stoku.

Wziął telefon i wyniósł go na chłód balkonu.

— Proszę mi znaleźć numer na Marcusa Garveya — zwrócił się do recepcji. — To holownik, zarejestrowany w kiści Syjon. Głos chipu wyrecytował dziesięć cyfr.

— Proszę pana — dodał — rejestracja, o której pan wspominał, jest panamska.

Maelcum odpowiedział po piątym sygnale.

— No?

— Tu Case. Masz tam modem, Maelcum?

— No. Wiesz, w komputerze nawigacyjnym.

— Możesz go wymontować? Proszę. Podłącz do mojego Hosaki. Potem włącz dek. To ten karbowany przycisk.

— Jak ci tam leci, chłopie?

— Potrzebuję pomocy.

— Już idę. Zaraz wyciągnę ten modem. Case nasłuchiwał cichych trzasków, gdy Maelcum łączył proste gniazdo telefoniczne.

— Zalodzisz to — polecił Hosace, gdy tylko usłyszał sygnał.

— Rozmawiasz z silnie monitorowanej lokalizacji — poinformował krótko komputer.

— To pieprz-odparł. — Zostawmy lod. Żadnego lodu. Otwórz przejście na konstrukt. Dixie?

— Cześć, Case. — Płaszczak mówił przez chip głosowy Hosaki, tracąc swój starannie wypracowany akcent.

— Dix, chciałbym, żebyś przebił się tutaj i coś dla mnie znalazł. Nie musisz być dyskretny. Gdzieś tu jest Molly i chcę wiedzieć gdzie. Mówię z 335W, Intercontinental. Też była tu zameldowana, ale nie mam pojęcia, pod jakim nazwiskiem. Wjedź po tym telefonie i przejrzyj dla mnie ich rejestry.

— Jak powiedziane, tak… — stwierdził Płaszczak. Case usłyszał biały szum penetracji. Uśmiechnął się. — …zrobione. Rose Kolodny. Wymeldowana. Potrzebuję paru minut na rozwalenie ich sieci zabezpieczeń tak głęboko, żeby wziąć namiar.

— Działaj.

Telefon trzaskał i brzęczał wysiłkami konstruktu. Case przeniósł go do pokoju i położył słuchawką w dół na łóżku. Poszedł do łazienki i umył zęby. Kiedy wracał, zapłonął monitor pokojowego zestawu audiowizualnego Brauna. Japońska gwiazda pop leżała wsparta o metalizowane poduszki, a niewidoczny reporter pytał o coś po niemiecku. Case patrzył. Po ekranie przeskoczyły niebieskie zygzaki interferencji.

— Case, dziecino, do reszty straciłeś rozum? — Powolny, znajomy głos.

Szklana ściana balkonu pstryknęła, włączając obraz Dezyderaty, lecz ulica rozmyła się, rozmazała, zmieniła we wnętrze Jarre de Thó w Chibie. Puste stoliki, czerwone neony replikujące się do nieskończoności w pokrytych lustrami ścianach.

Wystąpił Lonny Zone, wysoki i blady. Poruszał się z podwodną gracją nałogu. Stał samotny wśród kwadratowych stolików, z rękami w kieszeniach spodni szarych jak skóra rekina.

— Naprawdę, chłopie, wyglądasz na zdenerwowanego. Głos dobiegał z głośników Brauna.

— Wintermute — stwierdził Case.

Alfons ospale wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

— Gdzie Molly?

— Nie twoja sprawa. Jakoś ci dziś nie idzie, Case. Płaszczak dzwoni we wszystkie dzwony Freeside. Nie sądziłem, że na to pójdziesz. Nie pasuje do twojego profilu.

— Więc powiedz, gdzie ona jest, a go odwołam. Zone pokręcił głową.

— Nie potrafisz utrzymać swoich kobiet, co? Tracisz je, w ten czy inny sposób.

— Oberwiesz za to.

— Nie. To nie twój typ zachowania. Wiem o tym. A przy okazji, Case, zgaduję, że się domyśliłeś, że to ja kazałem Deane’owi skasować tę twoją cipcię w Chibie.

— Przestań. — Case mimowolnie postąpił o krok w stronę okna.

— Ale to nie ja. Zresztą, czy to ważne? Jak bardzo jest to istotne dla pana, Case? Przestań się oszukiwać. Znam twoją Lindę, chłopie. Znam wszystkie Lindy. Lindy to generyczny produkt mojego fachu. Wiesz, czemu postanowiła cię obrobić? Z miłości. Żebyś się przejął. Miłość… Pogadamy o miłości? Kochała cię. Niewiele była warta, ale kochała. Nie umiałeś sobie z tym poradzić. Teraz nie żyje.

Pięść Case’a odskoczyła od szyby.

— Nie rozwal sobie palców. Niedługo będziesz stukał w dek. Zone zniknął, zastąpiony nocą Freeside i światłami budynków. Braun zgasł.

Telefon na łóżku brzęczał monotonnie.

— Case. — Płaszczak czekał. — Gdzieś ty był? Mam coś, chociaż niezbyt wiele.-Konstrukt wyrecytował adres.-Jest tam lod, dość dziwny jak na zwykły nocny klub. Nic więcej nie mogłem znaleźć bez zostawiania wizytówki.

— Dobra. Powiedz Hosace, niech przekaże Maelcumowi, żeby odłączył modem. Dzięki, Dix.

— Drobiazg.

Długą chwilę siedział na łóżku, delektując się nowym uczuciem. Było jak skarb.

Wściekłość.

— Cześć, Lupus. Hej, Cath, to nasz przyjaciel, Lupus. — W drzwiach stał ociekający wodą Bruce. Miał ogromne źrenice.-Ale właśnie bierzemy prysznic. Zaczekasz? Czy chcesz się wykąpać?

— Nie. Dzięki. Potrzebuję pomocy. — Odepchnął ramię chłopaka i wszedł do pokoju.

— Człowieku, my naprawdę…

— …chcecie mi pomóc. I cieszycie się, że wpadłem. Bojesteśmy przyjaciółmi. Zgadza się? Jesteśmy?

— Jasne. — Bruce zamrugał niepewnie.

Case podał adres, który znalazł Płaszczak.

— Wiedziałam, że to gangster — zawołała radośnie Cath spod prysznica.

— Mam trójkołówkę hondy — poinformował Bruce.

— To jedziemy.

— Tamten poziom to pokoje — oznajmił Bruce, kiedy po raz ósmy poprosił Case’a, by powtórzył adres. Wsiadł na hondę. Skroplona para ciekła z rury wydechowej wodorowej baterii, a czerwona karoseria z włókna szklanego kołysała się na chromowanych amortyzatorach. — Długo cię nie będzie?

— Trudno przewidzieć. Ale zaczekacie.

— Jasne, zaczekamy. — Podrapał nagi tors.-Ostatnia część adresu to chyba pokój. Numer czterdzieści trzy.

— Spodziewałeś się tego, Lupus? — Cath spojrzała w górę nad ramieniem Bruce’a. Jazda osuszyła jej włosy.

— Raczej nie. A co, jakieś problemy?

— Zejdź na najniższy poziom i poszukaj pokoju swojej przyjaciółki. Jeśli cię wpuszczą, w porządku. Jeśli nie chcą cię widzieć… — Wzruszyła ramionami.

Case odwrócił się i ruszył w dół po spiralnych schodach z kutego w kwiaty żelaza. Po sześciu okrążeniach dotarł do nocnego klubu. Zapalił yeheyuana i spojrzał w stronę stolików. Freeside nagle nabrało sensu. Interesy. Czuł ich wibracje.To było to, lokalna działalność. Nie odstawiona na wysoki połysk Rue Jules Verne, ale coś rzeczywistego. Handel. Taniec. Klienci byli dość przypadkowi, połowa turystów, połowa mieszkańców wysp.

Zatrzymał przechodzącego kelnera.

— Na dół. Chcę zejść na dół. — Pokazał swój chip Freeside. Kelner skinął ręką w głąb pomieszczenia.

Wyminął stoliki, słysząc po drodze pół tuzina europejskich języków.

— Potrzebuję pokoju-oznajmił dziewczynie, siedzącej przy niskim biurku, z terminalem na kolanach.-Dolny poziom.-Podał chip.

— Preferencje płciowe? — Przesunęła chip nad czarną płytą terminalu.

— Żeńskie — stwierdził odruchowo.

— Numer trzydzieści pięć. Proszę dzwonić, gdyby nie był pan zadowolony. Jeśli pan sobie życzy, możemy wyświetlić katalog usług specjalnych.

Uśmiechnęła się. Oddała chip.

Za jej plecami rozsunęły się drzwi windy.

Lampy na korytarzu płonęły błękitem. Case wysiadł z windy i skręcił, nie zastanawiając się nad wyborem kierunku. Numerowane drzwi. Cisza jak w ekskluzywnej klinice.

Znalazł swój pokój. Szukał Molly; teraz niepewnie podniósł chip i przycisnął go do czarnego czujnika wbudowanego tuż pod tabliczką z numerem.

Magnetyczne zamki. Ich szczęk przypomniał mu Tani Hotel.

Dziewczyna usiadła na łóżku i powiedziała coś po niemiecku. Oczy miała senne. Autopilot. Blokada neuralna. Wycofał się na korytarz i zamknął drzwi.

Drzwi numer czterdzieści trzy wyglądały tak samo jak wszystkie inne. Zawahał się. Panująca cisza dowodziła, że pokoje były dźwiękoszczelne. Nie ma sensu próbować z chipem. Zastukał w emaliowany metal. Nic. Drzwi jakby wchłaniały dźwięk.

Przycisnął chip do czarnej płytki.

Trzasnęły zasuwy.

Zdawało się, że uderzyła, zanim drzwi zdążyły się otworzyć. Klęczał oparty plecami o stalową płytę, a ostrza jej wyprostowanych kciuków drżały o centymetry od jego oczu…

— Rany boskie — mruknęła i wstając, klepnęła go w policzek. — Idiota z ciebie, że próbujesz takich numerów. Do diabła, jak otworzyłeś te zamki? Case? Case? Nic ci nie jest?

Pochyliła się nad nim.

— Chip — wykrztusił, próbując złapać oddech. Ból promieniował od piersi. Pomogła mu wstać i wciągnęła do pokoju.

— Dałeś łapówkę tej na górze? Pokręcił głową i upadł na łóżko.

— Zrób wdech. Licz. Jeden, dwa, trzy, cztery. Wstrzymaj oddech. Teraz wydech. Licz. Uciskał palcami żołądek.

— Kopnęłaś mnie — wymamrotał.

— Powinnam niżej. Chcę być sama. Medytuję, jasne? — Usiadła przy nim. — I słucham instrukcji. — Wskazała niewielki monitor, wbudowany w ścianę nad łóżkiem. — Wintermute opowiada mi o Straylight.

— A gdzie kukiełka?

— Nie ma. To najdroższa ze wszystkich usług specjalnych. — Wstała. Miała na sobie swoje skórzane dżinsy i luźną ciemną koszulę. — Wintermute mówi, że jutro wchodzimy do akcji.

— O co poszło w restauracji? Czemu zwiałaś?

— Bo gdybym została, mogłabym zabić Rivierę.

— Dlaczego?

— Za to, co mi zrobił. Za ten pokaz.

— Nie rozumiem.

— To sporo kosztuje — powiedziała, wyciągając dłoń, jakby trzymała niewidzialny owoc. Pięć ostrzy wysunęło się i zaraz schowało płynnie. — Płacisz: za lot do Chiby, za zabiegi, za połączenia systemu nerwowego, żeby reakcje nadążały za sprzętem… Wiesz, gdzie zarabiałam szmal, kiedy zaczynałam? Tutaj. Nie tu, ale w takim samym miejscu, w Ciągu. Z początku to zabawa, bo kiedy wszczepią ci chip blokujący, masz wrażenie, że dostajesz szmal za nic. Czasem budzisz się obolały, ale to wszystko. Wypożyczasz sprzęt. Nie ma cię, kiedy to się dzieje. Firma ma programy na wszystko, za co klienci chcą płacić… — Stuknęła o siebie kostkami dłoni. — No i świetnie. Dostawałam forsę. Problem w tym, że blokada i obwody wstawiane w klinice w Chibie nie były kompatybilne. Praca przebijała się i przypominałam sobie… Ale to były tylko złe sny, zresztą nie wszystkie takie złe. — Uśmiechnęła się. — A potem zaczęło być dziwnie.

Wyjęła mu z kieszeni papierosy i zapaliła.

— Firma wykryła, na co wydaję szmal. Miałam już ostrza, ale precyzyjne zestrojenie neuromotorów wymagało jeszcze trzech podróży. Nie mogłam rzucić roboty kukiełki. — Zaciągnęła się, wydmuchnęła pasmo dymu zakończone trzema idealnymi kółkami. — Skurwiel, który prowadził lokal, miał przygotowany specjalny software. Berlin; tam się robi thrillery. Wiedziałeś? Wielki rynek dla szurniętych sadystów. Nie wiem, kto napisał program, w który mnie włączył, ale zawierał całą klasykę gatunku.

— Wiedzieli, że łapiesz zajścia? Że w czasie pracy jesteś świadoma?

— Nieświadoma. To jest jak cyberprzestrzeń, ale pusta. Srebro. Pachnie jak deszcz… Widzisz swój orgazm jak małą novą na samym skraju obrazu. Ale ja zaczynałam pamiętać. Wiesz, jak sny. A oni mi nie powiedzieli. Przerzucili software i zaczęli wynajmować na rynku koneserów.

Miał wrażenie, że jej głos dochodzi z bardzo daleka.

— Wiedziałam, ale siedziałam cicho. Potrzebowałam forsy. Sny były coraz straszniejsze, a ja sobie powtarzałam, że przynajmniej niektóre to naprawdę tylko sny. Wtedy zrozumiałam, że boss ma całą grupę klientów przychodzących tylko do mnie. Nic nie jest za dobre dla Molly, powiedział i dał mi tę gównianą podwyżkę. — Potrząsnęła głową. — Drań brał osiem razy tyle, ile mi płacił, i myślał, że nic nie wiem.

— Za co tyle brał?

— Okropne sny. Te prawdziwe… Pewnej nocy… wróciłam właśnie z Chiby. — Rzuciła papierosa, przydepnęła obcasem i usiadła, oparta o ścianę. — Chirurdzy weszli wtedy głęboko. Delikatna robota. Musieli zakłócić blokadę. Obudziłam się. Robiłam numer z klientem. — Wbiła palce w gąbkę materaca. — To był senator. Od razu poznałam tę tłustą gębę. Oboje byliśmy zalani krwią. I nie sami. Ona była całkiem… — szarpnęła materac — …martwa. A ten gruby sukinsyn powtarzał tylko: — „Co się stało? Co się stało?” Bo jeszcze nieskończył…

Zadrżała.

— Wiesz, chyba dałam senatorowi to, czego naprawdę pragnął. — Drgawki ustały. Puściła gąbkę i przeczesała palcami ciemne włosy. — Firma zawarła na mnie kontrakt. Przez pewien czas musiałam się ukrywać.

Case patrzył w milczeniu.

— Riviera trafił w punkt — stwierdziła. — Pewnie chce, żebym go porządnie znienawidziła. Będę wtedy nastawiona, żeby pójść tam za nim.

— Zanim?

— On już tam jest. W Straylight. Na zaproszenie Lady 3Jane, z wszystkimi tytułami. Siedziała w takiej prywatnej loży… Case przypomniał sobie widzianą przez moment twarz.

— Chcesz go zabić? Uśmiechnęła się zimno.

— Tak, on umrze. Niedługo.

— Ja też miałem wizytę. — Opowiedział o oknie, pomijając to, co fantom Zone’a mówił na temat Lindy. Pokiwała głową.

— Może chce, żebyś też czegoś nienawidził.

— Może to jego nienawidzę.

— Może siebie nienawidzisz, Case.

— Jak było? — spytał Bruce, gdy Case wsiadł do hondy.

— Spróbuj kiedyś. — Przetarł oczy.

— Jakoś nie widzę w tobie faceta, który chodzi na kukiełki — stwierdziła nieszczęśliwym głosem Cath i przycisnęła do nadgarstka świeży plaster.

— Możemy już wracać do domu? — zapytał Bruce.

— Jasne. Wysadź mnie przy Rue Jules Verne. Tam, gdzie są bary.

12

Rue Jules Verne była obwodnicą i obejmowała pętlą środek wrzeciona, podczas gdy Dezyderata prowadziła wzdłuż osi, dobiegając końcami do wzmacniaczy świetlnych pomp Lado-Achesona. Jeśli ktoś skręcił z Dezyderaty w prawo i dostatecznie długo szedł Rue Jules Verne, znów docierał do Dezyderaty, z lewej strony.

Case stał nieruchomo, póki nie zniknął mu z oczu trójkołowiec Bruce’a. Potem zawrócił. Minął ogromny, jaskrawo oświetlony kiosk, gdzie dziesiątki błyszczących japońskich magazynów prezentowało twarze najnowszych gwiazd symstymu.

Nad głową, wzdłuż okrytej nocą osi holograficzne niebo migotało wymyślnymi konstelacjami o kształtach kart i kości do gry, kapelusza, kieliszka martini. Skrzyżowanie Dezyderaty i Julesa Verne’a tworzyło rodzaj wąwozu: mieszkalne tarasy urwisk Freeside wznosiły się stopniowo do trawiastych równin następnego zespołu kasyn. Case patrzył, jak automatyczna lotnia kołuje z gracją w kominie wznoszącym, obok zielonej krawędzi sztucznego wzgórza, przez sekundę oświetlona delikatnym blaskiem niewidocznego kasyna. Zabawka była czymś w rodzaju bezpilotowego dwupłatowca z cienkiego polimeru, z gigantycznym motylem wymalowanym na skrzydłach. Po chwili zniknęła za wzgórzem. Dostrzegł jeszcze błysk neonu odbitego w szkle: obiektyw albo wieżyczka laserów. Lotnie tworzyły część systemu bezpieczeństwa wrzeciona, nadzorowanego przez centralny komputer, ukryty gdzieś we Freeside.

Może w Straylight? Szedł przed siebie, mijając bary o nazwach Hi-Lo, Paradise, le Monde, Krykiecista, Shozoku Smith’s, Stan Krytyczny. Wybrał Stan Krytyczny, bo był najmniejszy i najbardziej zatłoczony. Już po kilku sekundach zrozumiał, że to lokal dla turystów. Nie wyczuwał podskórnego rytmu interesów, jedynie napięcie wygłodzonego seksu. Pomyślał o bezimiennym klubie nad wynajętą komórką Molly, ale obraz jej osłoniętych lustrami oczu, wpatrzonych w niewielki ekran, zniechęcił go do tego wspomnienia. Co mógł odkrywać przed nią Wintermute? Plany Villi Straylight? Historię Tessierów-Ashpoolów?

Wziął kufel Carlsberga i znalazł sobie miejsce przy ścianie. Zamknąwszy oczy, poszukał w sobie wściekłości: czystego, rozżarzonego węgla gniewu. Wciąż tam był. Skąd się wziął? Pamiętał, że czuł tylko zdumienie, gdy okaleczyli go w Memphis, zupełnie nic, kiedy zabijał dla ochrony swych interesów w Mieście Nocy, mdłości i odrazę po śmierci Lindy pod powietrzną kopulą. Bez gniewu. Na ekranie umysłu maleńki i odległy wizerunek Deane’a w eksplozji krwi i mózgu upadał na wizerunek ściany. Wtedy już wiedział: wściekłość pojawiła się, gdy Wintermute odwołał symstymowe widmo Lindy Lee, gdy odebrał szansę prostej, zwierzęcej rozkoszy: jedzenia, ciepła, miejsca do spania. Nie uświadamiał sobie tego, aż do rozmowy z holokonstruktem Lonny’ego Zone’a. Dziwna sprawa. Nie potrafił jej ocenić.

— Drętwy — powiedział. Był drętwy od bardzo dawna, całe lata. Wszystkie noce na Ninsei, noce z Lindą, drętwy w łóżku i drętwy w zimnym, spoconym cyklu każdej narkotykowej transakcji. Teraz jednak znalazł ciepło. Znalazł chip morderstwa.

Mięso, powtarzała część jego umysłu. To mięso gada. Nie zwracaj uwagi.

— Gangsterze.

Otworzył oczy. Obok, w czarnym kostiumie, stała Cath. Włosy wciąż miała rozwichrzone po rajdzie hondą.

— Myślałem, że wróciłaś do domu — mruknął, łykiem Carlsberga kryjąc zmieszanie.

— Kazałam się wysadzić koło sklepu. Kupiłam to. — Przesunęła dłonią wzdłuż biodra. — Podoba ci się?

— Pewno. — Odruchowo skontrolował twarze wokół siebie, potem spojrzał na nią. — O co ci właściwie chodzi, mała?

— Jak ci weszła beta, którą od nas dostałeś, Lupus? — Była bardzo blisko, promieniując ciepłem i napięciem, oczy jak szparki, olbrzymie źrenice, ścięgna na szyi naciągnięte niczym cięciwy. Drżała niewyczuwalnie, wibrowała świeżą dawką. — Miałeś odlot?

— Tak. Ale lądowanie było potworne.

— W takim razie potrzebujesz więcej.

— I do czego to ma doprowadzić?

— Mam klucz. Trochę wyżej, za Paradise, gniazdko dla śmietanki. Ci ludzie są dziś na dnie studni, w interesach. Jeśli chwytasz, o co mi chodzi…

— Jeśli chwytam.

Ujęła oburącz jego dłoń. Palce miała gorące i suche.

— Jesteś Yak, prawda? Gaijin i żołnierz Yakuza.

— Masz oko, co? — Wyrwał rękę i poszukał papierosa.

— Więc czemu masz wszystkie palce? Myślałam, że za każdą spieprzoną akcję musicie po jednym odcinać.

— Nigdy nie spieprzyłem. — Zapalił.

— Widziałam tę dziewczynę, z którą jesteś. Tego dnia, kiedy cię spotkałam. Chodzi jak Hideo. Przeraża mnie. — Uśmiechnęła się zbyt szeroko. — Lubię. Czy ona robi to z dziewczynami?

— Nie mówiła. Kto to jest Hideo?

— 3Jane, jak to ona mówi, domownik. Domownik rodziny. Case zmusił się, by patrzeć tępo na tłum gości Stanu Krytycznego.

— Di-Jane? — zapytał.

— Lady3Jane. Jest na szczycie. Bogata. Jej ojciec ma to wszystko.

— Ten bar?

— Freeside!

— Nie pieprzysz? — Uniósł brew. — Obracasz się w dobrym towarzystwie. — Objął ją ramieniem, kładąc dłoń na biodrze. — Więc jak poznałaś tych arystokratów, Cathy? Pochodzisz z dobrego domu? Ty i Bruce jesteście nieznanymi spadkobiercami jakiegoś starego, solidnego kredytu? Co?

Rozłożył palce, gładząc skórę okrytą cienką czarną tkaniną. Przysunęła się. Zachichotała.

— Wiesz… — opuszczone powieki miały sugerować skromność — ona lubi imprezy. Bruce i ja często bywamy w różnych miejscach… Ona się tam naprawdę nudzi. I stary czasem ją wypuszcza, pod warunkiem, że bierze Hideo. On jej pilnuje.

— Gdzie się nudzi?

— Mówią na to Straylight. Opowiadała mi. Jest śliczne: wszędzie stawy i lilie. To zamek, prawdziwy zamek, cały z kamienia, z wieżami. — Przytuliła się. — Lupus, potrzebujesz plastra. Wtedy będziemy razem.

Nosiła na szyi maleńką czarną torebkę na cienkim rzemyku. Lśniące różem na tle sztucznej opalenizny paznokcie były obgryzione do ciała. Otworzyła torebkę, wyjęła kryty folią papier z nalepionym niebieskim plastrem. Coś białego upadło na podłogę. Case pochylił się i podniósł to. Żuraw origami.

— Dostałam od Hideo — wyjaśniła; — Chciał mnie nauczyć, ale nie potrafię. Szyja ciągle wychodzi na odwrót.

Wsunęła składany papier do torebki. Case patrzył, jak rozdziera folię, odkleja plaster od podkładu i dociska na wewnętrznej stronie jego nadgarstka.

— 3Jane ma trójkątną twarz, nos jak ptasi dziób? — Obserwował swoje dłonie, kreślące kontur. — Ciemne włosy? Młoda?

— Chyba tak. Ale jest w szczycie. Wiesz, tyle forsy…

Narkotyk uderzył jak lokomotywa; rozpalona do białości kolumna światła pięła się po kręgosłupie, iluminując szwy czaszki promieniami Roentgena i skondensowaną energią seksualną. Zęby dzwoniły w dziąsłach niby kamertony, każdy idealnie dostrojony i czysty jak etanol. Pod mglistą powłoką ciała lśniły chromowane, polerowane kości, stawy pokryte cienką błoną silikonu. Piaskowe burze szalały po wygładzonej podłodze czaszki, generując fale wysokiego szumu, który opadał za źrenice… rosnące sfery najczystszego kryształu…

— Chodź — powiedziała, biorąc go za rękę. — Teraz to masz. Oboje mamy. Chodźmy na górę, wystarczy na całą noc.

Gniew rozszerzał się, nieustępliwie, wykładniczo, mknął za szumem betafenethylaminy niby fala nośna, sejsmiczny płyn, gęsty i żrący. Erekcja była jak sztaba ołowiu. Twarze wokół nich przypominały malowane lalki, różowe i białe niby usta poruszały się, poruszały bez przerwy, wypuszczając słowa jak izolowane balony dźwięku. Spojrzał na Cath. Widział każdy por jej opalonej skóry, oczy płaskie niby zmętniała szyba z martwym, metalicznym odcieniem, lekką opuchliznę, najmniejsze asymetrie piersi i obojczyka, naj… Coś zapłonęło bielą za jego źrenicami.

Puścił jej dłoń i ruszył niepewnie do drzwi. Odepchnął kogoś po drodze.

— Pieprzę cię! — wrzasnęła za nim. — Ty złodziejski sukinsynu!

Nie czuł nóg. Używał ich jak szczudeł, zataczając się obłąkańczo na kamiennym chodniku Julesa Verne’a. Odległy grzmot własnej krwi w uszach, ostre jak brzytwy płaszczyzny światła tnące czaszkę pod dziesiątkiem kątów.

Stanął jak skamieniały, z erekcją, z pięściami przyciśniętymi do ud, odchyloną głową, ściągniętymi wargami, drżący. A kiedy patrzył, zodiak Freeside, kasynowe konstelacje holograficznego nieba poruszyły się, spłynęły wzdłuż osi ciemności i zaroiły się jak żywe w martwym centrum bytu. I ułożyły się na nowo, pojedynczo i całymi setkami, w jeden prosty, ogromny portret, odwzorowany gwiazdami na nocnym niebie: gigantycznej wersji monochromatycznego ekranu. Twarz panny Lindy Lee.

Kiedy wreszcie zdołał odwrócić głowę, spuścić wzrok, dostrzegł uniesione twarze przechodniów, oniemiałych z zachwytu turystów. Ody światła nieba zgasły, na Rue Jules Verne zabrzmialy oklaski, odbijane echem od tarasów z księżycowego betonu.

Gdzieś rozległo się bicie zegara, starożytnego dzwonu z Europy.

Północ.

Spacerował do rana.

Haj ustępował powoli, z każdą godziną korodowal chromowany szkielet, ciało nabierało gęstości, narkotykowe mięśnie zastępowało mięso życia. Nie umiał myśleć. Bardzo mu się to podobało: był świadomy i niezdolny do myślenia. Miał wrażenie, że staje się każdą rzeczą, jaką widzi: ławką w parku, chmarą ciem wokół antycznej latarni, automatycznym ogrodnikiem w ukośne, czarno-żółte pasy.

Zarejestrowany świt skradał się wzdłuż systemu Lado-Achesona, różowy i upiorny. Case zmusił się, by w kawiarence przy Dezyderacie zjeść omlet, popić wodą, wypalić ostatniego papierosa. Łąka na dachu Intercontinentalu budziła się do życia z pierwszymi, wczesnymi klientami, głodnymi kawy i croissantów pod pasiastymi parasolami.

Zachował swój gniew. Czuł się tak, jakby został pobity w ciemnej uliczce, a potem odzyskał przytomność i znalazł w kieszeni nie naruszony portfel. Grzał się tym gniewem, niezdolny do nadania mu nazwy ani kierunku.

Szukając w kieszeni kredytowego chipu Freeside, który służył za klucz, zjechał windą na swój poziom. Sen nabierał realności, był czymś, czym mógłby się zająć. Paść na materac barwy piasku i znowu odnaleźć pustkę.

Czekali na niego we trójkę. Ich idealnie białe, sportowe ubrania i sztuczna opalenizna kontrastowały z szykiem organicznych, ręcznie robionych mebli. Dziewczyna siedziała na wiklinowej sofie, a automatyczny pistolet leżał tuż obok, na liściastej poszwie poduszki.

— Turing — powiedziała. — Jesteś aresztowany.

CZĘŚĆ IV

W STRAYLIGHT

13

— Nazywasz się Henry Dorsett Case.

Wyrecytowała datę i miejsce jego urodzenia, Generalny Numer Identyfikacyjny z OMBA, serię nazwisk, w których rozpoznawał pseudonimy swojej przeszłości.

— Długo tu czekacie? — Zauważył rozłożoną na łóżku zawartość torby, nie prane rzeczy posortowane według typów. Shuriken leżał osobno, między dżinsami i bielizną, na gąbce koloru piasku.

— Gdzie jest Kolodny?

Dwaj mężczyźni siedzieli obok siebie na kanapie, z rękami skrzyżowanymi na piersiach, z identycznymi złotymi łańcuszkami na szyjach. Case spojrzał uważnie. Ich młodość była oszustwem, zdradzanym przez charakterystyczne pofałdowanie wokół kostek dłoni. Chirurdzy nie potrafili go usunąć.

— Kto to jest Kolodny?

— Takie nazwisko figuruje w rejestrze. Gdzie ona jest?

— Nie wiem. — Podszedł do barku i nalał sobie szklankę wody mineralnej. — Odpłynęła.

— Gdzie byłeś dziś w nocy, Case? — Dziewczyna podniosła pistolet i położyła na kolanie, nie celując jednak w niego.

— Przy Jules Verne, w paru barach, złapałem haja. A wy? — Nogi miał dziwnie kruche. Woda mineralna była ciepła i zwietrzała.

— Mam wrażenie, że nie pojmuje pan powagi sytuacji. — Mężczyzna z lewej strony wyjął z kieszonki białej bluzy paczkę gitanów. — Wpadł pan, panie Case. Zarzuty dotyczą spisku w celu powiększenia sztucznej inteligencji. — Z tej samej kieszonki wyłowił złotego dunhilla i podrzucił go na dłoni. — Człowiek, znany panu jako Armitage, jest już w areszcie.

— Corto?

Mężczyzna otworzył szeroko oczy.

— Tak. Skąd pan wie, że tak się nazywa? — Z zapalniczki trysnął milimetrowy płomyk.

— Zapomniałem — odpart Case.

— Przypomnisz sobie — zapewniła dziewczyna.

Ich imiona, a raczej kryptonimy, brzmiały: Michele, Roland i Pierre. Pierre, uznał Case, zagra Wrednego Glinę; Roland stanie po stronie Case’a, będzie świadczył drobne grzeczności — znalazł nową paczkę yeheyuanów, gdy Case odmówił gitana — i generalnie tworzył przeciwwagę dla lodowatej wrogości Pierre’a. Michele będzie Rejestrującym Aniołem, wprowadzając drobne korekty w tok przesłuchania. Był pewien, że jedno z nich, a może wszyscy, są podłączeni na audio, możliwe że na symstym. Cokolwiek powie czy zrobi, może służyć jako dowód. Dowód czego? pytał sam siebie wśród tępego bólu głodu.

Rozmawiali dość swobodnie wiedząc, że nie zrozumie ich francuskiego. Przynajmniej pozornie. Pojmował dostatecznie wiele: nazwiska Pauleya i Armitage’a, Sense/Net, Modernistyczne Pantery sterczały jak góry lodowe z fal morza francuskich słów wypowiadanych z paryskim akcentem. Całkiem możliwe, że trafiły tam właśnie po to, by je usłyszał. Przez cały czas określali Molly jako Kolodny.

— Twierdzisz, że wynajęto cię do akcji, Case — powiedział Roland. Mówił wolno, co miało skłaniać do rozsądku. — I że nie masz pojęcia o naturze celu. To dość niezwykłe w twoim fachu. Czy po przełamaniu osłony byłbyś w stanie wykonać pożądane operacje?

A przecież wymagana będzie jakaś operacja, prawda? — Pochylił się, opierając łokcie o sztucznie opalone kolana i wysuwając dłonie, jakby dla przyjęcia wyjaśnień Case’a. Pierre krążył po pokoju; stał koło okna, po chwili był już przy drzwiach. Michele jest wizjerem, uznał Case. Ani na moment nie spuściła z niego wzroku.

— Mogę coś na siebie włożyć? — zapytał. Pierre uparł się, żeby go rozebrać, przebadać szwy dżinsów. Teraz siedział nagi na wiklinowym stołku, a jedna stopa Iśniła obsceniczną bielą.

Roland spytał o coś po francusku. Pierre, znowu przy oknie, spoglądał przez małą, płaską lornetkę.

— Non — rzucił obojętnie, a Roland wzruszył ramionami i uniósł brwi. Case uznał, że nadeszła pora na uśmiech. Roland odpowiedział uśmiechem.

Najstarszy gliniarski numer w podręcznikach, pomyślał Case.

— Posłuchajcie — powiedział. — Jestem chory. Wziąłem tego procha w barze, rozumiecie? Chcę się położyć. Już mnie macie. Mówiliście, że złapaliście Armitage’a. Jego pytajcie. Ja jestem tylko wynajętym pomocnikiem.

Roland kiwnął głową.

— A Kolodny?

— Była z Armitage’em, kiedy mnie zatrudniał. Same mięśnie. Brzytwa. O ile wiem. Ale nie wiem za dużo.

— Wiesz, że prawdziwe nazwisko Armitage’ a to Corto — wtrącił Pierre. Plastykowe osłony lornetki wciąż skrywały mu oczy. — A skąd o tym wiesz, przyjacielu?

— Chyba sam o tym wspomniał. — Gase żałował tego, że się wygadał. — Każdy ma po kilka imion. Naprawdę jesteś Pierre?

— Wiemy, jak cię naprawiali w Chibie — oznajmiła Michele. — To był pierwszy błąd Wintermute’a.

Case patrzył na nią możliwie tępym wzrokiem. Do tej pory ani razu nie wymienili tej nazwy.

— Proces, który wykorzystano w twoim przypadku, stał się podstawą do wniosku właściciela kliniki o przyznanie siedmiu podstawowych patentów. Rozumiesz, co to oznacza?

— Nie.

— Że operator czarnej kliniki w Chiba City posiada teraz pakiety kontrolne trzech wielkich konsorcjów badawczych. To odwraca zwykły porządek rzeczy, a więc przyciąga uwagę.

Skrzyżowała opalone ramiona na małych, jędrnych piersiach i oparła się o kolorową poduszkę. Case zastanawiał się, ile może mieć lat. Podóbno oczy ujawniają prawdziwy wiek, on jednak nigdy tego nie zauważył. Julie Deane za różowym kwarcem okularów miał oczy znudzonego dziesięciolatka. W Michele, prócz kostek dłoni, nie było nic starego.

— Wyśledziliśmy cię w Ciągu, zgubiliśmy, złapaliśmy znowu, kiedy odlatywałeś do Istambułu. Cofnęliśmy się, poszukaliśmy w sieci, stwierdziliśmy, że brałeś udział w prowokowaniu zamieszek w Sense/Net. Sense/Net chętnie przystało na współpracę. Na naszą prośbę zrobili remanent. Odkryli, że zaginął konstrukt ROM osobowości McCoya Pauleya.

— W Istambule było łatwo — stwierdził Roland tonem niemal przepraszającym. — Kobieta zerwała powiązania kontaktu Armitage’a z tajną policją.

— A potem przylecieliście tutaj. — Pierre wsunął lornetkę do kieszeni szortów. — Byliśmy zachwyceni.

— Szansa, żeby poprawić opaleniznę?

— Wiesz, o co nam chodzi — oświadczyła Michele. — Jeśli wolisz udawać, że nie, to tylko pogarszasz swoją sytuację. Kwestia ekstradycji nadal pozostaje otwarta. Wrócisz z nami, Case, tak samo jak Armitage. Ale gdzie dokładnie trafisz? Do Szwajcarii, gdzie będziesz tylko pionkiem w procesie sztucznej inteligencji? Czy do le OMBA, gdzie potrafią ci udowodnić udział nie tylko w naruszeniu tajności i kradzieży danych, ale też ciężkie wykroczenie przeciwko porządkowi publicznemu, które kosztowało życie czternastu niewinnych osób? Wybór należy do ciebie.

Case wyjął z paczki yeheyuana. Pierre podał mu ogień złotym dunhillem.

— Czy Armitage będzie cię krył? — Pytanie zostało zaakcentowane trzaskiem lśniącej pokry wy zapalniczki.

Case spojrzał na niego poprzez ból i gorycz betafenethylaminy.

— Ile pan ma lat, szefie?

— Dość, żeby wiedzieć, że jesteś spalony, sprawa skończona, a ty tylko przeszkadzasz.

— Jedno pytanie. — Case zaciągnął się i dmuchnął dymem w twarz agenta Rejestru Turinga. — Czy dysponujecie tu, moi mili, jakąkolwiek realną jurysdykcją? To znaczy, czy przypadkiem nie powinien wam towarzyszyć oddział sił porządkowych Freeside? To przecież

ich teren.

Dostrzegł, jak tężeje chłopięca twarz, i przygotowal się na cios, ale Pierre tylko wzruszył ramionami.

— To bez znaczenia — wyjaśnił Roland. — Pójdziesz z nami. Mamy doświadczenie w takich prawnie niedookreślonych sytuacjach. Układy, które gwarantują działanie naszego wydziału Rejestru, przyznają nam pewną elastyczność. Tworzymy ją, gdy jest potrzebna.-Maska sympatii opadła nagle i Roland spojrzał twardo jak Pierre.

— Jesteś gorzej niż durniem. — Michele wstała, nie wypuszczając pistoletu. — Nie dbasz o własny gatunek. Od tysięcy lat ludzie marzyli o paktach z demonami. Dopiero teraz jest to możliwe. Czym ci zapłacą? Jaką wyznaczysz cenę za to, że pomożesz temu potworowi uwolnić się i rosnąć?

W jej głosie brzmiało zmęczenie i wiedza, których żadna dziewiętnastolatka nie potrafiłaby zagrać.

— Ubierz się. Idziesz z nami. Razem z tym, którego nazywasz Armitage’em, polecisz do Genewy i złożysz zeznania na procesie tej inteligencji. W przeciwnym razie zabijemy cię. Teraz. — Uniosła broń: gładkiego, czarnego Walthera z wbudowanym tłumikiem.

— Już się ubieram — zapewnił, idąc niepewnie w stronę łóżka. Nogi miał wciąż zdrętwiałe i niezgrabne. Poszukał czystej koszulki.

— Statek już czeka. Wykasujemy konstrukt Pauleya z działa pulsacyjnego.

— Sense/Net się wścieknie — stwierdził myśląc: przepadną wszystkie dowody w Hosace.

— Mają dość kłopotów z powodu posiadania czegoś takiego.

Case wciągnął koszulkę. Na łóżku leżał shuriken, bezduszny metal, jego gwiazda. Szukał swojego gniewu. Bez skutku. Pora się poddać, pogodzić z przegraną… Pomyślał o woreczkach z trucizną.

— Tak odchodzi mięso — mruknął.

Jadąc windą na łąkę, myślał o Molly. Może już być w Straylight. Ściga Rivierę. Sarna prawdopodobnie ścigana przez Hideo, który prawie na pewno był klonowanym ninją z opowieści Finna, przysłanym po gadającą głowę.

Oparł czoło o szorstki czarny plastyk panelu ściany i zamknął oczy. Kończyny miał jak z drewna: starego, poskręcanego, ciężkiego od deszczu.

Pod drzewami, do stolików z kolorowymi parasolami, podawano lunch. Roland i Michele podjęli role, paplając beztrosko po francusku. Pierre szedł z tyłu. Michele przyciskała Case’owi lufę do żeber, kryjąc pistolet pod białą, przerzuconą przez ramię kamizelką.

Krętym torem wymijając drzewa i rozstawione na łące stoliki, zastanawiał się, czy strzeliłaby, gdyby upadł. Czarny gąszcz wrzał na skraju jego pola widzenia. Podniósł głowę. Pod odtwarzanym niebem, na tle pasma białego żaru armatury Lado-Achesona, szybował z gracją gigantyczny motyl.

Dotarli do poręczy nad urwiskiem. Dzikie kwiaty tańczyfy w podmuchach wiatru z kanionu, który był Dezyderatą. Michele potrząsnęła krótkimi włosami i wyciągnęła rękę, mówiąc coś do Rolanda. Zdawało się, że jest autentycznie szczęśliwa. Case podążył wzrokiem za jej gestem: gładkie jeziora, białe błyski kasyn, turkusowe prostokąty tysiąca basenów i ciała pływaków jak maleńkie brązowe hieroglify, wszystko przytrzymywane w łagodnej aproksymacji ciążenia na nieskończonej krzywiźnie powłoki Freeside.

Szli wzdłuż krawędzi do ozdobnego, żelaznego mostu, sięgającego łukiem ponad Dezyderatą. Michele pchnęła go lufą Walthera.

— Bez nerwów. Ledwie dziś chodzę.

Minęli jedną czwartą długości mostu, gdy uderzyła motolotnia. Elektryczny silnik milczał do chwili, kiedy śmigło z włókien węglowych odrąbało czubek czaszki Pierre’a.

Na moment znaleźli się w cieniu maszyny. Case poczuł bryzgi gorącej krwi na karku. Później ktoś go przewrócił. Przetoczył się, dostrzegł leżącą na plecach Michele. Uniosła kolana i mierzyła oburącz z Walthera. Niepotrzebny wysiłek, pomyślał z niezwykłą jasnością szoku. Próbowała zestrzelić motolotnię.

Potem biegł. Obejrzał się, gdy mijał pierwsze drzewo. Roland pędził za nim. Dostrzegł, jak kruchy dwupłatowiec uderza o poręcz mostu, łamie się, koziołkuje i strąca dziewczynę w przepaść Dezyderaty.

Roland nie oglądał się. Twarz miał stężałą i bladą, wyszczerzone zęby. Trzymał coś w dłoni.

Automatyczny ogrodnik dopadł go, gdy przebiegał pod tym samym drzewem. Runął spomiędzy przystrzyżonych gałęzi — mechaniczny krab w ukośne, żółto-czarne pasy.

— Zabiłeś ich… — dyszał Case. — Ty obłąkany pierdolcu, zabiłeś ich wszystkich…

14

Mały wagonik pędził tunelem z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Case nie otwierał oczu. Prysznic pomógł, ale Case zwymiotował śniadanie, gdy spojrzał w dół i zobaczył spły wającą po białych kafelkach krew Pierre’a.

Wrzeciono zwężało się i malała grawitacja. Żołądek podchodził Case’owi do gardła.

Aerol ze swym skuterem czekał przy doku.

— Case, chłopie, jest problem. — Miękki głos rozbrzmiewał cicho w słuchawkach. Case przesunął brodą dźwignię głośności i spojrzał w lexanową płytę hełmu Aerola.

— Muszę się dostać na Garveya.

— Jasne. Wspinaj się, chłopie. Ale Garvey schwytany. Jacht, ten, co wcześniej. Wrócił. Teraz mierzy twardo w Marcusa Garveya. Turing?

— Ten, co wcześniej? — Case usiadł na ramie skutera i zaczął dopinać pasy.

— Japoński jacht. Przywiózł twoją paczkę.

Armitage.

Widok Marcusa Garveya przywoływał niewyraźne obrazy komarów i pająków. Mały holownik tulił się do szarej piersi pięć razy dłuższego, smukłego, owadopodobnego statku. Na tle połatanego pancerza Garveya ramiona chwytników odbijały się z niezwykłą wyrazistością próżni i nagiego słońca. Jasny falisty trap sięgał od jachtu, skręcał, by ominąć silniki, i zakrywał śluzę rufową. Było coś obscenicznego w tym układzie, lecz budziło skojarzenia raczej z pożywieniem niż z seksem.

— Co z Maelcumem?

— Maelcum świetnie. Nikt nie przyszedł tą rurą. Pilot jachtu z nim gadał, powiedział: spokojnie.

Gdy mijali szary statek, Case dostrzegł nazwę: HANIWA wymalowaną ostrymi, białymi literami pod owalnym gąszczem japońskich znaków.

— To mi się wcale nie podoba. Myślałem, że może pora zabrać stąd tyłki.

— Maelcum myślał dokładnie to samo, chiopie. Ale Garvey daleko tak nie poleci.

Kiedy Case wszedł przez luk dziobowy i zdjął hełm, Maelcum mówił coś swoją prawie niezrozumiałą gwarą.

— Aerol wrócił na Rockera — poinformował Case.

Maelcum skinął głową, nadal szepcąc do mikrofonu.

Case przeciągnął się nad dryfującymi włosami pilota i zaczął ściągać skafander. Maelcum nie otwierał oczu; marszcząc czoło, słuchał odpowiedzi. Na uszach miał słuchawki w jasnopomarańczowej gąbce. Nosił obszarpane dżinsy i nylonową kurtkę z oderwanymi rękawami. Case wrzucił do magazynka czerwony kombinezon Sanyo i zapiął uprząż antyprzeciążeniową.

— Sprawdź, chłopie, czego chce twój duch — powiedział Maelcum. — Komputer ciągle o ciebie pyta.

— A kto jest w tamtej maszynie?

— Przyszedł jakiś japoński młodziak. Teraz doleciał twój pan Armitage. Z Freeside.

Case założył trody i włączył się.

— Dixie?

Matryca ukazywała różowe kule koncernu metalurgicznego Sikkim.

— W co się pakujesz, mały? Słyszałem ciekawe historie. Hosaka jest dołatany do podwójnego banku danych na łódce twojego szefa. Ostro idziesz. Jakieś gliny od Turinga?

— Tak, ale Wintermute ich pozabijał.

— To nie pomoże na długo. Tam, skąd przychodzą, jest ich mnóstwo. Wrócą. Założę się, że ich deki krążą po tym sektorze sieci jak muchy koło gówna. A twój boss, Case, mówi: jazda. Róbcie, co trzeba, i to róbcie natychmiast.

Case wybrał współrzędne Freeside.

— Przejmę na sekundę, Case… — Matryca rozmyła się i przefazowała, gdy Płaszczak wykonał złożoną serię przeskoków tak szybkich i precyzyjnych, że Case skrzywił się z zazdrości.

— Niech cię diabli, Dixie…

— Niezły byłem, mały, jeszcze za życia. Widziałeś? A rączki tutaj!

— To ten, co? Duży, zielony prostokąt po lewej?

— Trafiłeś. Korporacyjny rdzeń danych Tessier-Ashpool S.A., a ten lod generują dwie zaprzyjaźnione S.I. Na moje oko, ani trochę nie gorszy od sektora wojskowego. Piekielny lód. Czarny jak grób i gładki jak szkło. Wysmaży ci mózg od jednego spojrzenia. Jeśli podejdziemy bliżej, jego trasery przypalą nam tyłki i wyjdą uszami, a chłopcy w zarządzie T-A będą znali numer twoich butów i długość fiuta.

— Nie wygląda tak źle. Wiesz, ci z Turinga już go namierzyli. Myślałem, żeby się może wycofac. Mogę cię zabrać.

— Poważnie? Nie bujasz? Nie chcesz zobaczyć, co może zrobić ten chiński wirus?

— No… — Case studiował zielone ściany lodu T-A. — Dobra, pieprzę. Tak. Wchodzimy.

— Pakuj go. Case odłączył się.

— Maelcum! — zawołał. — Pewnie będę pod trodami przez jakieś osiem godzin ciągiem. — Maelcum znowu palił. Kabina pływała w kłębach dymu. — Nie będę mógł chodzić na dziób…

— Nie ma sprawy, chłopie.

Syjonita wykonał salto w przód i przeszukał zawartość zapinanej siatki. Wyjął z niej zwój przezroczystej rurki i jeszcze coś opakowanego w sterylną folię.

Nazywał to teksaskim cewnikiem. Case’owi urządzenie wcale się nie podobało.

Wsunął chiński wirus w szczelinę, zawahał się i pchnął do oporu.

— W porządku — mruknął. — Jedziemy. Słuchaj, Maelcum, jeśli zacznie się robić naprawdę zabawnie, możesz mnie złapać za lewą rękę. Poczuję. Jeśli nie, to chyba najlepiej rób, co ci każe Hosaka. Dobra?

— Jasne, chłopie. — Maelcum zapalił nowego skręta.

— I włącz wymiatacz. Nie chcę, żeby to draństwo mieszało w moich neurotransmiterach. I tak mam już kaca. Maelcum wyszczerzył zęby. Case włączył się znowu.

— Chryste o kulach — jęknął Płaszczak. — Popatrz tylko.

Wokół nich rozwijał się chiński wirus. Polichromatyczny cień, przesuwające się i łączące niezliczone, przejrzyste warstwy. Zmiennokształtny i ogromny, wyrastał w górę, przesłaniając pustkę.

— Wielka matko — powiedział Płaszczak.

— Sprawdzę Molly. — Case wcisnął klawisz symstymu.

Nieważkość. Wrażenie, jakby nurkował przez idealnie czystą wodę. Opadała — leciała szeroką rurą z księżycowego betonu, oświetloną przez umieszczone w dwumetrowych odstępach pierścienie białych neonów.

Połączenie było jednostronne. Nie mógł się do niej odezwać.

Przeskoczył.

— Dostaliśmy ostry program, mały. Przebój sezonu, największy od czasu chleba na tosty. To draństwo jest niewidzialne. Przed chwilą pożyczyłem dwadzieścia sekund w tym małym, różowym pudełku, cztery skoki na lewo od lodu TA. Chciałem spojrzeć, jak wyglądamy. Nie wyglądamy. W ogóle nas tu nie ma.

Case przeszukał matrycę wokół Tessier-Ashpool i znalazł różową strukturę, standardowy system handlowy. Przeszedł bliżej.

— Może jest uszkodzony.

— Może, ale nie sądzę. To nasz maluch jest militarny. I nowy. Po prostu go nie rejestrują. W przeciwnym razie dostaliby odczyt tajnego chińskiego ataku. Ale nikt do nas nie mrugnął. Nawet faceci ze Straylight.

Case obserwował osłaniający Straylight ślepy mur.

— To daje pewną przewagę — zauważył.

— Może. — Konstrukt wybuchnął aproksymacją śmiechu. Case skrzywił się. — Sprawdziłem dla ciebie naszego dobrego Kuanga XI. Naprawdę przyjazny, przynajmniej dopóki stoisz po stronie spustu. Grzeczny i pomocny. I całkiem nieźle zna angielski. Słyszałeś kiedy o powolnych wirusach?

— Nie.

— Ja słyszałem, raz. Wtedy to była tylko koncepcja. Ale taki właśnie jest nasz stary Kuang. To nie świder i strzykawa, raczej sprzęg z lodem. Tak wolny, że lód go nie wyczuwa. Linia logiki Kuanga jak gdyby podmywa cel i mutuje, aż będzie identyczna z osnową lodu. Wtedy zatrzaskuje się i wchodzą programy główne. Wędrują po logice lodu. Zanim w ogóle coś zauważy, my jesteśmy jak jego syjamski bliźniak. — Płaszczak roześmiał się.

— Wolalbym, żebyś nie był w takim wściekle dobrym humorze. Od tego twojego śmiechu dostaję dreszczy.

— Fatalnie — stwierdził Płaszczak. — Taki staruszek jak ja musi się czasem pośmiać.

Case uderzył klawisz symstymu.

I runął przez poskręcany metal, w zapach kurzu. Dłonie ześlizgiwały się na gładkim papierze. Coś upadło z hukiem za plecami.

— Spokojnie. — powiedział Finn. — Przyhamuj trochę.

Case leżał na stosie pożółkłych magazynów; dziewczęta spoglądały na niego w półmroku Metro Holografix, Iśniły galaktyki białych ząbków. Leżał nieruchomo, wdychając zapach starego papieru, póki serce trochę nie zwolniło.

— Wintermute — stwierdził.

— No — przyznał Finn, gdzieś z tyłu. — Trafiłeś.

— Odpieprz się. — Case roztarł nadgarstki.

— Daj spokój. — Finn wyszedł jakby z wnęki w ścianie śmieci.

— To dla twojego dobra, chłopie.

Z kieszeni kurtki wyjął partagasa. Zapalił. Lokal wypełnił się zapachem kubańskiego tytoniu.

— Wolisz, żebym przyszedł do ciebie w matrycy, jak krzak gorejący? Niczego nie przegapisz. Godzina tutaj to parę sekund tam.

— Nie pomyslałeś, że możesz mi działać na nerwy, kiedy tak wyskakujesz jako ludzie, których znam?

Wstał i otrzepał jasny kurz z nogawek czarnych dżinsów. Potem spojrzał na brudne okna i zamknięte drzwi na ulicę.

— Co tam jest? Nowy Jork czy wszystko się kończy?

— No… — mruknął Finn. — To jak z tym drzewem, wiesz? Upada w lesie, gdzie może nie ma nikogo, kto by to usłyszał. Błysnął wielkimi zębami i zaciągnął się papierosem.

— Jak chcesz, możesz iść na spacer. Wszystko jest na miejscu. A przynajmniej wszystko, co kiedyś widziałeś. To twoja pamięć, jasne? Pobieram ją, sortuję i wprowadzam z powrotem.

— Nie mam tak dobrej pamięci. — Case rozejrzał się. Podniósł ręce i zbadał je dokładnie. Próbował sobie przypomnieć, jak biegły linie dłoni, ale nie potrafił.

— Każdy ma. — Finn rzucił niedopałek i zgniótł go obcasem.

— Chociaż niewielu z was potrafi uzyskać dostęp. Zwykle potrafią artyści, ci dobrzy. Gdybyś nałożył ten konstrukt na rzeczywisty lokal Finna na dolnym Manhattanie, widziałbyś różnice, choć może nie tak wielkie, jak sądzisz. Dla was pamięć jest holograficzna. — Finn pociągnął się za małe ucho. — Ja jestem inny.

— Co to znaczy holograficzna? — To słowo budziło myśli o Rivierze.

— Holograficzny paradygmat to najlepszy model ludzkiej pamięci, jaki wymyśliliście. I tyle. Ale nigdy nie próbowaliście go dopracować. Znaczy: ludzie. — Finn podszedł bliżej i przechylił głowę, by spojrzeć na Case’ a. — Gdybyście spróbowali, nie byłoby nas tu teraz.

— Niby co chcesz przez to powiedzieć? Finn wzruszył ramionami. Wymięta tweedowa marynarka była zbyt szeroka i nie opadła dokładnie do tej samej pozycji.

— Próbuję ci pomóc, Case.

— Czemu?

— Bo cię potrzebuję. — Wielkie, żółte zęby pojawiły się znowu. — I ponieważ ty potrzebujesz mnie.

— Gówno. Umiesz czytać w myślach, Finn? — Skrzywił się. — To znaczy: Wintermute.

— Myśli nie są czytane. Widzisz, ciągle przechowujesz paradygmaty, jakie stworzył druk, chociaż prawie nie umiesz czytać. Mam dostęp do twojej pamięci, a to nie to samo co myśli. — Sięgnął w otwartą skrzynię starożytnego telewizora i wyjął czarnosrebrną lampę. — Widzisz to? W pewnym sensie część mojego DNA… — Rzucił lampę w mrok, a Case słyszał, jak się odbija i dzwoni. Wiecznie budujecie modele. Kamienne kręgi. Katedry. Organy. Maszyny liczące. Czy wiesz, że nie mam pojęcia, dlaczego tu jestem? Ale jeśli akcja się uda, nareszcie dokonacie czegoś rzeczywistego.

— Nie wiem, o czym mówisz.

— Wy, czyli ludzie. Twój gatunek.

— Zabiłeś tych Turingów. Finn wzruszył ramionami.

— Musiałem. Musiałem. Powinieneś to pieprzyć, wykasowaliby cię bez chwili namysłu. Ale cel, w jakim cię tu ściągnąłem, wymaga dłuższych wyjaśnień. Pamiętasz to?

W prawej ręce trzymał zwęglone gniazdo os ze snu Case’a; w mrocznej ciasnocie pomieszczenia cuchnęło paliwo.

— Tak. To byłem ja. Załatwiłem wszystko przez układ holo w oknie. Kolejne wspomnienie, które wyciągnąłem, kiedy pierwszy raz cię wypłaszczyłem. Wiesz, czemu to ważne?

Case potrząsnął głową.

— Ponieważ… — gniazdo zniknęło nagle — to najlepszy znany ci model układu, którym chce być Tessier-Ashpool, Ludzki odpowiednik. Straylight jest tym gniazdem, a w każdym razie tak samo ma działać. Sądzę, że czujesz się lepiej.

— Lepiej?

— Wiedząc, jacy oni są. W pewnej chwili zacząłeś mnie nienawidzić. To dobrze. Ale spróbuj zamiast tego znienawidzić ich. Tak samo się różnimy.

— Słuchaj. — Case postąpił o krok. — Oni nigdy nic mi nie zrobili. Z tobą to co innego…

Ale nie potrafił znaleźć gniewu.

— Ze mną, czyli z T-A. To oni mnie stworzyli. Ta Francuzka mówiła, że sprzedajesz swój gatunek. Demon, powiedziała o mnie. — Finn uśmiechnął się. — Bez znaczenia. Zanim wszystko się skończy, musisz kogoś nienawidzić.

Odwrócił się i ruszył do wyjścia.

— Chodź. Póki cię tu mam, pokażę ci kawałek Straylight. — Podniósł róg koca w oknie. — Do cholery, człowieku, nie stój tak. Case ruszył za nim, rozcierając policzki.

— Tutaj. — Finn chwycił go za łokieć.

Jak kłąb kurzu przemknęli przez zetlałą wełnę do nieważkości i cylindrycznego korytarza z księżycowego betonu, z obręczami białego neonu w dwumetrowych odstępach.

— Jezus. — Case zawirował.

— To główne wejście. — Marynarka Finna trzepotała. — Gdyby to nie był konstrukt, w miejscu mojego sklepu stałaby brama, przy samej osi Freeside. Trochę tu brakuje szczegółów. To dlatego, że nie masz wspomnień. Z wyjątkiem tego kawałka. Tu zszedłeś z Molly…

Case zdołał się jakoś wyprostować, ale natychmiast pomknął rozciągniętą spiralą.

— Czekaj — powiedział Finn. — Przewinę szybciej.

Ściany rozmyły się. Zawrót głowy, wrażenie pędu, kolorów, przemykania zakrętami wąskich korytarzy. W pewnym momencie przelecieli chyba przez kilka metrów litego muru-błysk absolutnej ciemności.

— Tutaj — stwierdził Finn. — Jesteśmy na miejscu.

Unosili się w samym centrum idealnie kwadratowego pokoju, ze ścianami i sufitem wykładanym prostokątnymi płytami ciemnego drewna. Podłogę okrywał lśniący dywan, tkany na wzór mikrochipu, z obwodami rysowanymi niebieską i czerwoną nicią. Na środku, zgodnie z liniami wzoru na dywanie, stał postument ze szlifowanego szkła.

— Villa Straylight — odezwał się wysadzany klejnotami przedmiot na postumencie — to ciało, które wyrosło na sobie jak gotycka fantazja. Każde miejsce w Straylight jest w pewien sposób sekretne: owe nie kończące się ciągi komnat połączonych przejściami, schodniami obudowanymi jak wnętrzności, gdzie wzrok gubi się w ciasnych zakrętach, wśród ozdobnych kotar, w pustych alkowach…

— To esej 3Jane. — Finn wyjął partagasa. — Napisała go, kiedy miała dwanaście lat. Ćwiczenie z semiotyki.

— Architekci Freeside z wielkim wysiłkiem próbowali ukryć fakt, że wnętrze wrzeciona urządzone jest z banalną precyzją umeblowania hotelowego pokoju. W Straylight wewnętrzną powierzchnię powłoki przerasta niezwykła mnogość struktur, płynnych, przeplatających się form, sięgających aż do litego rdzenia mikroobwodów, korporacyjnego serca naszego klanu, silikonowego walca przebijanego tunelami naprawczymi. Niektóre z nich są wąskie jak ludzka ręka. Krążą tam Iśniące kraby, roboty czułe na mikromechaniczny rozkład czy sabotaż.

— To ją widziałeś w restauracji — wtrącił Finn.

— Według standardów archipelagu — mówiła dalej głowa — nasz ród jest stary, a zawiłość domu jest tego wieku odbiciem. Jest także odbiciem czegoś innego. Semiotyka Villi mówi o zwrocie do wnętrza, o wyparciu się jasnej pustki poza pancerzem. Tessier i Ash-pool powędrowali w górę grawitacyjnej studni i odkryli w sobie odrazę do przestrzeni. Zbudowali Freeside, by czerpać ze skarbów nowych wysp, by stać się bogatymi i ekscentrycznymi. W Straylight stworzyli przedłużenie swych ciał. Zamknęliśmy się za naszymi pieniędzmi i rośniemy do wnętrza, generując szczelne uniwersum jaźni. Villa Straylight nie zna nieba, odtwarzanego ani żadnego. W jej silikonowym rdzeniu jest mały pokój, jedyna prostokątna komora całego kompleksu. Tutaj, na szklanym piedestale, spoczywa ozdobne popiersie z platyny i emalii, wysadzane perłami i lazurytem. Jego jasne oczy wycięto z syntetycznego rubinu iluminatora statku, który wyniósł ze studni pierwszą Tessier i wrócił po pierwszego Ashpoola… Głowa umilkła.

— I co? — zapytał po chwili Case, jakby oczekiwał, że maszyna odpowie.

— To wszystko, co napisała-wyjaśnił Finn. — Nie skończyła. Była wtedy dzieckiem. Ta zabawka to coś w rodzaju ceremonialnego terminala. Potrzebuję tu Molly, z właściwym słowem i we właściwej chwili. Na tym polega problem. Nieważne, jak głęboko dojedziesz z Płaszczakiem na tym chińskim wirusie, jeśli ta rzecz nie usłyszy magicznego słowa.

— A jakie jest to słowo?

— Nie wiem. Można uznać, że to moja najbardziej podstawowa definicja. Ponieważ nie mogę wiedzieć. Jestem tym, który nie zna słowa. Gdybyś ty je znał, chłopie, i mi powiedział, nie mógłbym go poznać. Tak jestem poskręcany. Ktoś inny musi się go nauczyc i donieść tutaj w chwili, gdy ty i Płaszczak przebijecie się przez lód i rozkodujecie rdzenie.

— Co się wtedy stanie?

— Przestanę istniec. Zniknę.

— I bardzo dobrze, jeśli o mnie chodzi — stwierdził Case.

— Pewno. Ale pilnuj tyłka, Case. Mam wrażenie, że mój…moja druga półkula próbuje wejść do gry. Jeden krzak gorejący wygląda zupełnie tak samo jak drugi. A Armitage zaczyna się sypać.

— To znaczy co?

Ale wykładany drewnem pokój złożył się wzdłuż tuzina nieprawdopodobnych osi i odleciał w cyberprzestrzeń jak żuraw origami.

15

— Próbujesz pobić mój rekord, synu? — zapytał Płaszczak. Znowu wypłaszczyłeś. Na pięć sekund.

— Spokojnie — mruknął Case i wcisnął klawisz symstymu.

Przykucnęła w ciemności. Dłonie wsparte o szorstki beton. CASE CASE CASE CASE. Cyfrowy wyświetlacz pulsował jego imieniem. Wintermute informował ją o połączeniu.

— To słodkie — powiedziała. Zakołysała się na piętach, złożyła dłonie. Stuknęła o siebie kostkami. — Co cię zatrzymało?

CZAS MOLLY CZAS TERAZ.

Mocno przycisnęła język do przednich dolnych zębów. Jeden poruszył się lekko, aktywując mikrokanałowe wzmacniacze; losowe uderzenia fotonów wśród mroku zostały zamienione na pulsacje elektronów; wokół niej pojawił się beton, widmowo blady i szorstki.

— W porządku, skarbie. Wchodzimy do gry.

Jej kryjówką był jakiś tunel naprawczy. Wyczołgała się przez zawieszoną na zawiasach, ozdobną kratę ze zmatowiałego brązu. Widział jej dłonie i ramiona; znowu nosiła polikarbonowy kombinezon. Pod plastykiem wyczuwał znajomy ucisk obcisłej skóry. Miała coś pod pachą, w uprzęży czy kaburze. Wyprostowała się, rozpięła kombinezon i dotknęla nacinanego tworzywa kolby.

— Case-powiedziała niemal bezgłośnie.-Słuchasz? Opowiem ci coś… Miałam kiedyś chłopaka. Trochę mi go przypominasz… — Obejrzała się, sprawdziła korytarz. — Johnny. Miał na imię Johnny.

Na ścianach niskiego tunelu, pod łukowym sklepieniem wisiały dziesiątki gablot, archaicznych z wyglądu pudeł z brązowego drewna, zamkniętych szybami. Na tle organicznych krzywych muru robiły nieprzyjemne wrażenie, jakby zostały tu przyniesione i zawieszone w jednej linii w jakimś dawno zapomnianym celu. Uchwyty z matowego brązu podtrzymywały w dziesięciometrowych odstępach kule białego światła. Podłoga była nierówna, a kiedy Molly ruszyła korytarzem, Case zrozumiał, że rozrzucono na niej setki małych chodniczków i dywaników. W niektórych miejscach leżało ich po sześć, jeden na drugim, zmieniając podłogę w miękką szachownicę tkanej wełny.

Irytowało go, że Molly prawie nie zwraca uwagi na gabloty i ich zawartość. Musiał się zadowolić jej obojętnymi spojrzeniami, ukazującymi fragmenty naczyń, antyczną broń, jakiś przedmiot nierozpoznawalny pod gęstą pokrywą pordzewiałych wieków, zetlałe strzępy kilimów…

— Mój Johnny, widzisz, był dobry, naprawdę ostry chlopak. Zaczynał jako skrytka na Memory Lane. Miał chipy w głowie i łudzie płacili za ukrywanie tam danych. Tej nocy, kiedy się poznaliśmy, chcieli go dopaść Yak. Załatwiłam ich zabójcę. Raczej szczęście niż cokolwiek innego, ale załatwiłam. Potem było nam dobrze i słodko, Case. — Jej wargi niemal się nie poruszały. Czuł, jak formułuje słowa; nie musiał ich słyszeć. — Mieliśmy układ z delfinem, więc mogliśmy odczytać ślady wszystkiego, co przechowywał. Przerzuciliśmy to na taśmę i zaczęliśmy dokręcać śrubę niektórym klientom, byłym klientom. Ja zbierałam szmal, byłam gorylem, obstawą. I byłam naprawdę szczęśliwa. Byłeś kiedy szczęśliwy, Case? To był mój chłopak. Pracowaliśmy razem. Wspólnicy. Spotkałam go jakieś osiem tygodni po wyjściu z teatrzyku kukiełek.-Przerwała, ostrożnie minęła ostry zakręt, potem mówiła dalej. Widział kolejne drewniane gabloty. Kolor ich ścianek przypominał skrzydełka chrabąszczy.

— Ciepło i miło, tak sobie żyliśmy. Jakby nikt nigdy nie mógł nas skrzywdzić. Nie pozwoliłabym. Yakuza chyba ciągle chcieli obrobić Johnny’emu tyłek. Bo zabiłam ich człowieka. Bo Johnny ich wypalił. A Yak stać na to, żeby podchodzić cholernie powoli. Człowieku, oni potrafią czekać całymi latami. Dają ci całe życie, żebyś miał czego żałować, kiedy w końcu przyjdą je zabrać. Cierpliwi jak pająki. Pająki Zen. Wtedy o tym nie wiedziałam. A jeśli nawet, to pewnie uznałam, że nas to nie dotyczy. Wiesz, kiedy jesteś młody, uważasz się za kogoś wyjątkowego. Byłam młoda. W końcu przyszli. Myśleliśmy, że mamy już dość, że trzeba rzucić to wszystko, spakować rzeczy, wyjechać. Może do Europy. Chociaż żadne z nas nie wiedziało, co będziemy robić, kiedy nie ma nic do roboty. Ale żyliśmy wygodnie: szwajcarskie konta orbitalne i chata pełna zabawek i mebli. W takim otoczeniu tracisz tempo. Ten pierwszy, którego posłali, był ostry. Odruchy, jakich w życiu nie widziałeś, implanty, dość stylu na dziesięciu normalnych oprychów. Ale drugi był… sama nie wiem… jak mnich. Klonowany. Kamienny morderca, od poziomu komórek. Miał ją w sobie, tę śmierć, tę ciszę, wlokła się za nim jak chmura… — Głos ucichł. Korytarz rozwidlał się na dwie identyczne klatki schodowe, w dół. Skręciła w lewą.

— Kiedy byłam jeszcze mała, mieszkaliśmy na włamie, w takim domu do wyburzenia. Małe miasteczko nad Hudson, a szczury były tam wielkie. To chemikalia tak na nie działały. Wielkie jak ja, i przez całą noc jeden drapał pod podłogą. Rano ktoś sprowadził tego starego. Miał blizny na policzkach i calkiem czerwone oczy. Przyniósł takie zawiniątko z wysmarowanej skóry, wiesz, takie, w jakim się trzyma stalowe narzędzia, żeby nier dzewiały: Rozwinął je. Miał tam stary rewolwer i trzy naboje. I ten stary, rozumiesz, załadował jeden, a potem zaczął chodzić tam i z powrotem po chałupie. Staliśmy pod ścianami. Tam i z powrotem. Skrzyżował ręce, spuścił głowę, jakby zapomniał o spluwie. Nasłuchiwał, gdzie jest szczur. Wszyscy byliśmy cicho. Stary robił krok. Szczur się poruszał. Szczur ruszał się znowu, a on robił następny krok. Godzina takiej zabawy, a potem jakby sobie przypomniał spluwę. Wycelował w podłogę, uśmiechhął się i strzelił. Zawinął wszystko i wyszedł. Później wczołgałam się pod podłogę. Szczur miał dziurę między oczami.

Sprawdzała zamknięte drzwi, w nierównych odstępach osadzone w ścianach korytarza.

— Ten drugi, ten, co przyszedł po Johnny’ego, był podobny do tego starucha. Nie stary, ale podobny. I zabijał podobnie.-Korytarz rozszerzył się. Morze miękkich dywanów falowało łagodnie pod ogromnym kandelabrem, którego najniższy kryształ sięgał prawie podłogi. Zadźwięczał, gdy Molly weszła do holu. TRZECIE DRZWI NA LEWO, zapłonął wyświetlacz.

Skręciła w lewo, mijając odwróconą kryształową choinkę.

— Widziałam go tylko raz. Wracałam do domu. On wychodził. Mieszkaliśmy w przerabianych magazynach fabrycznych: kupa młodych zdolnych z Sense/Net, wiesz, takie towarzystwo. Niezłe zabezpieczenie, od samego startu. Założyłam trochę naprawdę ciężkiego sprzętu, żeby je uszczelnić. Wiedziałam, że Johnny jest na górze. Zwróciłam uwagę na tego faceta. Wychodził. Nie powiedział ani słowa. Po prostu spojrzeliśmy na siebie i wiedziałam. Zwykły, nieduży facecik, normalne ciuchy, śladu pychy. Pokorny. Spojrzał na mnie i wsiadł do rikszy. Wiedziałam. Poszłam nagórę, a Johnny siedział na krześle pod oknem, z ustami otwartymi lekko, jakby właśnie zaczął coś mówić.

Drzwi, przed którymi się zatrzymała, były starą rzeźbioną ptytą tajlandzkiego teku, chyba przepiłowaną na połowy, żeby zmieściła się w niskim otworze wejściowym. Pod wygiętym smokiem wmontowano prymitywny zamek mechaniczny z nierdzewnej stali. Przyklęknęła, z wewnętrznej kieszeni wyjęła ciasno owinięty irchą pakiet, wybrała cienki jak igła wytrych.

— Nigdy już nie spotkałam nikogo, kto by mnie obchodził.

Wsunęła wytrych i pracowała w milczeniu, przygryzając dolną wargę. Zdawało się, że polega wyłącznie na dotyku. Rozogniskowane spojrzenie ukazywało rozmytą plamę jasnego drewna. Case wsłuchiwał się w ciszę holu, przerywaną delikatnymi brzęknięciami kandelabru. Świece? Nic w Straylight nie było takie, jak być powinno. Przypomniał sobie opowieść Cath o zamku ze stawami i liliami, i recytowany przez głowę manieryczny esej 3Jane. To miejsce wrastało w siebie. Pachniało lekko stęchlizną i perfumami, jak kościół. Gdzie byli Tessier-Ashpoolowie? Oczekiwał czegoś w rodzaju mrowiska, pełnego uporządkowanej aktywności. Molly jednak nie spotkała nikogo. Jej monolog odbierał spokój; nigdy jeszcze nie mówiła tak wiele o sobie. Jeśli nie liczyć historii opowiedzianej w komórce teatrzyku kukiełek, rzadko mówiła cokolwiek, co mogło choćby sugerować, że miała jakąś przeszłość.

Zamknęła oczy. Zamek szczęknął, co Case raczej poczuł, niż usłyszał. Przypomniał sobie magnetyczny zamek w kukiełkowej komórce. Drzwi otworzyły się, choć miał niewłaściwy chip. Wintermute manipulował zamkiem tak samo jak bezpilotową lotnią i automatycznym ogrodnikiem. Układ drzwi u kukiełek był podukładem systemu bezpieczeństwa Freeside. Prosty mechaniczny zamek stanowił dla SI prawdziwy problem, wymagający albo robota, albo ludzkiej interwencji.

Otworzyła oczy, schowała wytrych, starannie zwinęła i wsunęła do kieszeni irchę.

— Chyba jesteś trochę do niego podobny — powiedziała. — Urodziłeś się, żeby działać. To, co robiłeś w Chibie, było uproszczoną wersją tego, co byś robił w dowolnym innym miejscu. Pech czasem tak ustawia, ściąga do działań podstawowych.

Wstała, przeciągnęła się, potrząsnęła głową.

— Wiesz, myślę sobie, że ten ninja, którego Tessier-Ashpoolowie posłali za Jimmym, tym, co ukradł głowę, musiał być bardzo podobny do Yaka, który zabił Johnny’ego.

Wyjęła z kabury strzałkowiec i ustawiła lufę na pełną automatykę.

Case dostrzegł brzydotę drzwi w chwili, gdy wyciągnęła ku nim rękę. Właściwie nie samych drzwi, które były piękne, czy raczej kiedyś stanowiły część pięknej całości, ale sposób ich przycięcia, by pasowały do tego konkretnego przejścia. Nawet kształt był nieprawidłowy: prostokąt między miękkimi krzywymi gładkiego betonu. Importują te rzeczy, pomyślał, a potem dopasowują na siłę. Ale żadna nie pasuje. Drzwi przywodziły na myśl niezgrabne gabloty albo wielką krysztalową choinkę. Przypomniał sobie esej 3Jane i wyobraził, jak wyciągają to wszystko ze studni grawitacyjnej, by zrealizować jakiś ogólny plan, marzenie dawno zapomniane wśród prób wypełnienia przestrzeni, replikacji wewnętrznego wizerunku rodu. Wspomniał strzaskane gniazdo i wijące się bezokie larwy…

Molly chwyciła przednią łapę rzeźbionego smoka i drzwi otworzyły się bez oporu.

Pokój za nimi był nieduży, zagracony, niewiele większy od komórki. Pod zakrzywioną ścianą stały szare żelazne gabloty. Automatycznie zapłonął system oświetlenia. Zamknęła drzwi i podeszła do odrapanych szafek.

TRZECIA W LEWO, błysnął optyczny chip — Wintermute sterował jej odczytem czasu. PIĄTA W DÓŁ. Molly otworzyła najpierw górną szufladę, rodzaj płytkiej tacy. Pusta. Druga także. Trzecia, głębsza, zawierała szare krople lutowniczej cyny i niewielki brunatny przedmiot, wyglądający na kość ludzkiego palca. W czwartej leżał napęczniały od wilgoci egzemplarz przestarzałej instrukcji technicznej po francusku i japońsku. W piątej, pod opancerzoną rękawicą ciężkiego skafandra próżniowego, znalazła klucz. Wyglądał jak poszarzała mosiężna moneta z krótką rurką, naciętą na krawędzi. Obróciła go wolno w dłoni i Case dostrzegł na wewnętrznej powierzchni rurki las płytek i wypustek. Z jednej strony monety biegły wzdłuż krawędzi litery CHUBB. Druga strona była gładka.

— Mówił mi — szepnęła. — Wintermute. Jak całymi latami bawił się w grę czekania. Nie miał wtedy żadnej realnej siły, ale mógł korzystać z systemów ochronnych i strażniczych Villi. Wiedział, gdzie co jest, jak wędruje, dokąd trafia. Dwadzieścia lat temu zobaczył, jak ktoś zgubił ten klucz i skłonił kogoś innego, żeby go tu zostawił. Potem go zabił: tego chłopca, który przyniósł klucz. Dzieciak miał osiem lat. — Zaciśnęła na kluczu białe palce. — Więc już nikt go nie znalazł.

Z kieszeni na brzuchu wyjęła kawałek nylonowej linki i przewlokła ją przez otworek nad napisem CHUBB. Zawiązała supeł i zawiesiła klucz na szyi.

— Mówił, że cały czas nawijali, jak bardzo są staromodni z tym dziewiętnastowiecznym sprzętem. Na ekranie w tej kukiełkowej dziurze wyglądał całkiem jak Finn. Gdybym nie uważała, mogłabym pomyśleć, że to naprawdę Finn. — Wyświetlacz błysnął odczytem czasu; cyfry lśniły na tle szarej żelaznej szafy. — Powiedział, że gdyby stali się tacy, jak chcieli, wydostałby się już dawno. Ale nic z tego. Spieprzyli robotę. Przez takie dziwolągi jak 3Jane. Tak o niej mówił, ale chyba ją lubi.

Odwróciła się, otworzyła drzwi i wyszła, muskając palcami szorstką kolbę tkwiącego w kaburze strzałkowca.

Case przeskoczył.

Kuang Grade Mark XI rósł.

— Jak myślisz, Dixie, to podziała?

— A czy niedźwiedzie srają w lesie? — Płaszczak przepchnął ich przez migotliwe warstwy tęczy.

Coś mrocznego formowało się w rdzeniu chińskiego programu. Gęstość informacji przekraczała możliwości włókien matrycy, generując hipnagogiczne obrazy, ledwie widoczne kalejdoskopowe błyski ześrodkowane w srebrzystoczarny punkt ogniska. Case obserwował, jak pędzą po półprzezroczystych płaszczyznach dziecięce symbole zła i pecha: swastyki, czaszki ze skrzyżowanymi kośćmi, kostki błyskające oczami węży. Gdy spoglądał wprost w punkt zerowy, nie dostrzegał żadnych konturów. Dopiero po dziesięciu szybkich rzutach oka, na skraju pola widzenia pochwycił kształt rekina, Iśniący jak obsydian, z czarnymi lustrami boków odbijającymi dalekie, słabe światła, nie mające żadnych powiązań z matrycą wokół nich.

— To jest żądło — wyjaśnił konstrukt. — Przejedziemy na nim, kiedy Kuang zewrze się ciasno z rdzeniem Tessier-Ashpool.

— Miałeś rację, Dixie. Można ręcznie przełamać blokadę, która utrzymuje Wintermute’a pod kontrolą. O ile on w ogóle podlega kontroli.

— On — powtórzył konstrukt. — On. Uważaj na to.Wintermute to rzecz. Ile razy mam ci powtarzać.

— To kod. Słowo. Tak powiedział. Ktoś musi je wymówić przed dziwacznym terminalem w pewnym konkretnym pokoju, kiedy my będziemy się zajmować tym, co nas czeka za lodem.

— Masz trochę czasu, mały — odparł Płaszczak. — Nasz Kuang ma tempo wolne, ale równe. Case się wyłączył.

Maelcum patrzył na niego niespokojnie.

— Przed chwilą byłeś martwy, chłopie.

— Bywa — odparł. — Zaczynam się już przyzwyczajać.

— Igrasz z ciemnością, chłopie.

— Wygląda na to, że to jedyna rozrywka w tym mieście.

— Na miłość Jah, Case-mruknął Maelcum i wrócił do modułu radiowego. Case spoglądał na jego splątane włosy, na powrozy mięśni na karku.

Włączył się znowu.

I przeskoczył.

Molly biegła lekkim truchtem wzdłuż jakiegoś korytarza, być może tego samego, co poprzednio. Oszklone gabloty zniknęły i Case uznał, że znalazła się bliżej ostrza wrzeciona. Grawitacja słabła. Po chwili Molly poruszała się płynnymi skokami po falistym zboczu dywanów. Lekkie ukłucie w nodze…

Korytarz zwęził się nagle, zakręcił, rozdzielił.

Skręciła w prawo i ruszyła w górę po niesamowicie stromych schodach. Bolała ją noga. Strop obejmowały powiązane, zwinięte kable niby barwne sploty nerwów. Plamy wilgoci znaczyły ściany.

Dotarła do trójkątnej platformy i stanęła, rozcierając udo. Znów korytarze, wąskie, o ścianach pokrytych dywanami. Prowadziły w trzy strony.

W LEWO.

Wzruszyła ramionami.

— Najpierw się rozejrzę, dobra? W LEWO.

— Spokojnie. Mamy czas. — Weszła w korytarz prowadzący w prawą stronę.

STOP.

WRÓĆ.

ZAGROŻENIE.

Zawahała się. Zza półotwartych dębowych drzwi na końcu tunelu dobiegł głos, hałaśliwy i niewyraźny, jak głos pijanego. Case miał wrażenie, że słowa są francuskie, choć były zanadto bełkotliwe. Molly zrobiła krok, potem drugi, wsunęła dłoń pod kombinezon, by dotknąć kolby. Kiedy weszła w pole działania przerywacza neuralnego, w uszach zadzwonił delikatny, coraz wyższy ton, który przypominał Case’owi odgłos jej strzałkowca. Padła do przodu, uderzając czołem o drzwi. Potem leżała skręcona na wznak, z otwartymi, rozogniskowanymi oczami. Nie oddychała.

— Cóż to? — odezwał się bełkotliwy głos. — Bal maskowy?

Drżąca dłoń wsunęła się pod klapę kombinezonu, odnalazła strzałkowiec, wyszarpnęła.

— Wejdź, moje dziecko. No, już.

Wstała powoli, nie odrywając wzroku od muszki czarnego pistoletu automatycznego. Dłoń mężczyzny była teraz nieruchoma, jak gdyby napięta, niewidoczna linka wiązała wylot lufy do jej krtani.

Był stary, bardzo wysoki, a jego rysy przypominały Case’owi dziewczynę, którą dostrzegł w Vingtieme Siecle. Nosił ciężki szlafrok z jedwabiu w kolorze bordo, z szerokimi, pikowanymi mankietami i szalowym kołnierzem. Jedną nogę miał bosą, na drugiej czarny aksamitny pantofel z haftowaną złotem głową lisa. Gestem zaprosił ją do wnętrza.

— Powoli, skarbie.

Pokój był bardzo duży i, zdaniem Case’a, całkiem bezsensownie zastawiony najróżniejszymi przedmiotami. Dostrzegł szary stalowy regał pełen staromodnych monitorów Sony, szerokie mosiężne łóżko pod stosem futer, z poduszkami uszytymi chyba z takich samych dywanów, jakie zaścielały podłogi korytarzy. Wzrok Molly przeskakiwał z konsoli relaksowego Telefunkena, przez półki antycznych nagrań na płytach, których okładki zabezpieczono przezroczystym plastykiem, na szeroki pulpit zaśmiecony płytkami silikonu. Case zauważył dek cyberprzestrzeni i trody, lecz jej spojrzenie nie zatrzymując się podążyło dalej.

— Wedle zwyczaju — powiedział starzec — powinienem cię zabić.

Case poczuł, jak napina mięśnie, gotowa do skoku.

— Ale dzisiaj mogę sobie pofolgować. Jak się nazywasz?

— Molly.

— Molly. A ja Ashpool. — Opadł w spękaną miękkość wielkiego skórzanego fotela na kwadratowych chromowanych nogach. Lufa pistoletu nie drgnęła nawet. Odłożył strzałkowiec na mosiężny stolik, przewracając plastykową fiolkę czerwonych pigułek. Na blacie stało pełno słoiczków, butelek różnych alkoholi, miękkich plastykowych torebek sypiących białym proszkiem. Case dostrzegł staromodną szklaną strzykawkę i zwykłą metalową łyżkę.

— Jak płaczesz, Molly? Widzę, że twoje oczy są odcięte. To ciekawe.

— Nie płaczę zbyt często.

— Ale jak byś płakała, gdyby ktoś zmusił cię do płaczu?

— Wtedy pluję — wyjaśniła. — Kanały łzowe są zbocznikowane do ust.

— Pojęłaś więc ważną lekcję, bardzo ważną dla kogoś tak młodego. — Oparł pistolet na kolanie, a drugą ręką sięgnął po butelkę, pierwszą z brzegu w licznym zestawie. Napił się. Brandy. Strużka cieczy popłynęła z kącika ust. — Tak właśnie należy postępować z łzami. — Łyknął znowu. — Jestem dziś bardzo zajęty, Molly. Zbudowałem to wszystko, a teraz jestem zajęty. Umieraniem.

— Mogę wyjść, tak jak przyszłam — zauważyła. Roześmiał się szorstko i piskliwie.

— Przeszkadzasz mi w samobójstwie, a potem prosisz, żeby cię tak zwyczajnie puścić. Zdumiewasz mnie, doprawdy. Złodziejka.

— To mój tyłek, szefie, i nie mam innego. Chcę tylko wynieść go stąd w jednym kawałku.

— Jesteś bardzo nieuprzejmą dziewczyną. Samobójstwa są u nas popełniane z pewnym ceremoniałem. Tym właśnie się teraz zajmuję. Ale może zabiorę cię dzisiaj, aż do piekła… Dla mnie będzie zdecydowanie egipskie. — Napił się. — Chodź. — Wyciągnął do niej butelkę. Dłoń mu drżała. — Pij.

Potrząsnęła głową.

— Nie jest zatruta — oświadczył, ale odstawił brandy na stolik. — W takim razie usiądź. Na podłodze. Porozmawiamy.

— O czym?

Usiadła. Case czuł, jak pod paznokciami delikatnie wibrują ostrza.

— O wszystkim, co przyjdzie do głowy. Mojej głowy. To moje przyjęcie. Rdzeniowe mnie obudziły. Coś się dzieje, powiedziały, i że jestem potrzebny. Czy ty jesteś tym czymś, Molly? Na pewno nie potrzebowały mnie, żeby sobie z tobą poradzić. Nie… To coś innego… ale widzisz, ja śniłem. Od trzydziestu lat. Nie było cię na świecie, kiedy ostatni raz układałem się do snu. Mówili nam, że nie będziemy śnić w tym zimnie. Mówili też, że nie poczujemy zimna.

To szaleństwo, Molly. Same kłamstwa. Oczywiście, że śniłem. Zimno dopuściło zewnętrze. Całą tę noc, przed którą to wszystko miało nas chronić. Po to je zbudowałem. Jednak kropla, jedno ziarno nocy, sączące się do środka, przyciągane zimnem… Potem następne. Wypełniały mi głowę tak, jak deszcz zalewa pusty staw. Lilie wodne. Pamiętam. Stawy były z terakoty, a piastunki całe chromowe, o zachodzie migotały w ogrodach… Jestem już stary, Molly. Ponad dwieście lat, jeśli liczyć to zimno. Zimno… — Lufa pistoletu uniosła się nagle i zakołysała. Mięśnie ud Molly były napięte jak postronki.

— Mógł pan dostać odmrożeń — zauważyła.

— Niczego nie można tam dostać — odparł niecierpliwie, opuszczając broń. Jego ruchy były coraz bardziej niepewne. Głowa opadała i z wyraźnym wysiłkiem utrzymywał ją w pionie. — Niczego. Teraz sobie przypominam. Rdzeniowe mówiły, że nasze inteligencje oszalały. Mimo wszystkich miliardów, jakie wydaliśmy, tyle lat temu. Wtedy sztuczne inteligencje były jeszcze dość szokującą koncepcją. Powiedziałem rdzeniowym, że się tym zajmę. Właściwie to nie najlepsza pora, kiedy SJean jest na dole, w Melbourne, i tylko nasza słodka 3Jane pilnuje interesu. A może znakomita pora. Wiesz coś o tym, Molly? — Znów uniósł pistolet. — Dziwne rzeczy dzieją się w Villa Straylight.

— Szefie — zapytała. — Zna pan Wintermute’a?

— To imię. Tak. Dobre do zaklinania. Książę piekieł, bez wątpienia. W swoim czasie, droga Molly, znałem wielu książąt. I niemało dam. Choćby królowa Hiszpanii, kiedyś, w tym łóżku… Ale zbaczam z tematu. — Zakaszlał, a lufa podskoczyła gwałtownie. Splunął na dywan, tuż obok swej bosej stopy. — Często zbaczałem. Wędrowałem przez zimno. Ale wkrótce koniec. Kiedy się obudziłem, kazałem odmrozić Jane. To niezwykłe, tak kłaść się co kilka dziesięcioleci z kimś, kto formalnie jest twoją córką.

Spojrzał ponad głową Molly, na rząd martwych monitorów. Zdawało się, że drży.

— Oczy Marie-France — powiedział z uśmiechem. — Wywołujemy w mózgu rodzaj alergii na niektóre z jego własnych neurotransmiterów, co powoduje niezwykle realną imitację autyzmu. — Głowa opadła mu na bok. Wyprostował ją. — Jak rozumiem, ten sam efekt można dziś otrzymać o wiele prościej, włączając odpowiedni mikrochip.

Pistolet wysunął się z dłoni, podskoczył na dywanie.

— Sny rosną wolno, jak lód — powiedział. Jego twarz miała lekko niebieskawy odcień. Głowa osunęła się na miękką skórę. Zachrapał.

Wstała, chwyciła broń. Obeszła pokój, ściskając pistolet Ashpoola.

Obok łóżka, w kałuży zakrzepłej krwi, ciemnej i lśniącej na tle wzoru dywanu, leżała kołdra czy koc. Molly podniosła róg. Pod kocem leżało ciało dziewczyny, blade, lśniące od krwi ramiona. Miała poderżnięte gardło. W ciemnej kałuży połyskiwało trójkątne ostrze jakiegoś skrobaka. Molly przyklękła, starannie omijając krew, i odwróciła do światła twarz martwej dziewczyny. Twarz, którą Case widział w restauracji.

Coć szczęknęło, głęboko, w samym centrum realności. Świat zamarł. Symstymowy przekaz Molly stał się nieruchomym obrazem: palce na policzku dziewczyny. Cięcie trwało trzy sekundy, po czym martwa twarz uległa zmianie, stała się twarzą Lindy Lee.

Kolejne szczęknięcie i rozmycie obrazu. Molly stała, oglądając złoty dysk laserowy obok niewielkiej konsoli na marmurowym blacie nocnej szafki. Płaska wiązka światłowodów biegła niby smycz z konsoli do gniazda na smukłej szyi.

— Mam twój numer, skurwielu — powiedział Case czując, jak gdzieś bardzo daleko poruszają się jego własne wargi. Wiedział, że Wintermute zdeformował przekaz. Molly nie widziała, jak twarz martwej dziewczyny skręca się jak dym, tworząc pośmiertną maskę Lindy.

Molly odwróciła się. Podeszła do fotela Ashpoola. Mężczyzna oddychał powoli i nierytmicznie. Spojrzała na kolekcję narkotyków i alkoholu. Odłożyła pistolet, wzięła swój strzałkowiec, przekręciła lufę na ogień pojedynczy i bardzo starannie wstrzeliła toksyczną igłę w środek zamkniętej lewej powieki. Ashpool zadrżał. Przestał oddychać. Drugie oko, brązowe i bezdenne, otworzyło się wolno.

Wciąż było otwarte, kiedy odwróciła się i wyszła z pokoju.

16

— Mam na buforze twojego szefa — oznajmił Płaszczak. — Łączy się przez bliźniaczego Hosakę z tej łódki na górze. Tej, co nam siedzi na barana. Haniwa.

— Wiem — odparł obojętnie Case. — Widziałem.

Romb białego światła wskoczył na miejsce, przesłaniając lód Tessier-Ashpool. Ukazywał chłodną, idealnie zogniskowaną, całkowicie szaloną twarz Armitage’a z oczami pustymi jak guziki. Armitage mrugnął. Spojrzał.

— Pewnie Wintermute załatwił też pańskich Turingów, co? Jak moich.

Armitage patrzył. Case pohamował nagłą chęć, by odwrócić wzrok.

— Coś nie w porządku, Armitage?

— Case. — Coś jakby drgnęło za blękitem spojrzenia. — Widziałeś Wintermute’a, prawda?

Case kiwnął głową. Kamera jego Hosaki w Marcusie Garveyu przekaże gest do monitora na Haniwie. Wyobraził sobie, jak Maelcum słucha tych prowadzonych w transie półkonwersacji, nie słysząc głosów konstruktu ani Armitage’a.

— Case… — Oczy urosły, gdy Armitage przysunął twarz do komputera. — Czym jest, kiedy go widzisz?

— Symstymowym konstruktem wysokiej rozdzielczości.

— Ale czyim?

— Ostatnio Finna… a przedtem tego alfonsa, którego…

— Nie generała Girlinga?

— Jakiego generała? Romb opustoszał.

— Cofnij to i niech Hosaka się przyjrzy — polecil konstruktowi. I przeskoczył.

Perspektywa oszałamiała. Molly przykucnęła między stalowymi wspornikami, dwadzieścia metrów nad szeroką, poplamioną płaszczyzną gładkiego betonu. Pomieszczenie było hangarem albo halą napraw. Widział trzy nie większe od Garveya rakiety w różnych stadiach remontu. Głosy mówiące po japońsku. Postać w pomarańczowym kombinezonie wyszła przez otwór w pancerzu pękatego wozu naprawczego i stanęła obok jednego z hydraulicznych, dziwnie antropomorficznych ramion. Mężczy zna wystukał coś na przenośnej konsoli i podrapał się w pierś. W pole widzenia wjechał czerwony automatyczny wózek na szarych balonowych oponach.

CASE, błysnął jej chip.

— Cześć — powiedziała. — Czekam na przewodnika.

Przysiadła na piętach. Rękawy i kolana kombinezonu Modernów miały niebieskoszary kolor farby na wspornikach. Noga bolała; ostre, jednostajne kłucie.

— Powinnam wrócić do China — mruknęła.

Coś wysunęło się z mroku, stukając cicho, na poziomie jej lewego ramienia. Zatrzymało się, zakołysało kulistym ciałem na długich, pajęczych nogach, odpaliło mikrosekundowy błysk rozproszonego laserowego światła i zamarło. Mikrorobot Brauna; Case miał kiedyś identycznego. Bezsensowny zakup w jakimś okazyjnym zestawie zdobytym u hardware’owego pasera w Cleveland. Przypominał stylizowanego, matowoczarnego pająka. Na równiku kuli, trochę większej od piłki baseballowej, zaczęła pulsować czerwona LEDa.

— Dobra — powiedziała. — Słyszę cię.

Wstała, starając się oszczędzać lewą nogę. Maty robot cofał się, metodycznie wybierając trasę między wspornikami, w ciemność. Spojrzała jeszcze przez ramię. Człowiek w pomarańczowym kombinezonie sprawdzał właśnie przód białego skafandra próżniowego. Patrzyła, jak dokręca i uszczelnia hełm, bierze konsolę i wchodzi w otwór pancerza szalupy naprawczej. Rozległo się coraz głośniejsze wycie silników i pojazd zjechał płynnie na dziesięciometrowym kręgu podłogi, opadając w ostry blask lamp łukowych. Czerwony wózek czekał cierpliwie na krawędzi otworu pozostawionego przez płytę windy.

Molly ruszyła za Braunem, wolno krocząc przez las zespawanych, żelaznych prętów. Braun wołał ją za sobą, równomiernie mrugając LEDą.

— Jak leci, Case? Jesteś z Maelcumem na Garveyu. Na pewno. I włączony w zestaw. Podoba mi się to, wiesz? Jak miałam kłopoty, zawsze ze sobą rozmawiałam, z kimś w mojej głowie. Udawałam, że mam jakichś przyjaciół, kogoś, komu ufam. Mówiłam to, co naprawdę myślę, co czuję, a potem, że oni odpowiadają. I tak szło. Teraz mam ciebie, całkiem podobnie. Ta scena z Ashpoolem… — Przygryzła dolną wargą. Nie tracąc z oczu robota, wyminęła jakiś pręt. — Wiesz, chyba spodziewałam się czegoś mniej obłąkanego. To znaczy, wszyscy ci ludzie są pieprznięci, jakby mieli świecące napisy nabazgrane wewnątrz głowy albo co. Nie podoba mi się ta sprawa. Nie podoba mi się, jak cuchnie…

Robot wspinał się po prawie niewidocznej drabinie stalowych klamer, prowadzącej do wąskiego ciemnego otworu.

— A póki mam nastrój do spowiedzi, dziecinko, muszę przyznać, że chyba nigdy nie oczekiwałam, że wyjdę z tej akcji. Marnie mi szło ostatnio, a ty jesteś jedyną zmianą na lepsze od czasu, kiedy wzięłam robotę u Armitage’a. — Podniosła głowę, spoglądając na czarny krąg. LEDa robota mrugała coraz wyżej. — Wprawdzie nie jesteś taki znowu ostry…

Uśmiechnęła się, lecz to minęło, zbyt szybko. Zacisnęła zęby, czując w udzie szarpnięcie bólu, kiedy zaczęła wspinaczkę. Drabina prowadziła dalej, w metalowej rurze, gdzie ledwie mogła wcisnąć ramiona.

Wychodziła z grawitacyjnej studni, w stronę osi nieważkości.

Chip pulsował odczytem czasu.

04:23:04.

Dzień był męczący. Czystość jej zmysłowych wrażeń łagodziła cięcia betafenethylaminy, lecz Case nadal je odczuwał. Wolał już ból nogi.

CASE : 0 0 0 0

0 0 0 0 0 0 0 0 0

0 0 0 0 0 0 0 0 0.

— To chyba do ciebie — oświadczyła, nie przerywając wspinaczki. Jeszcze raz przeskoczyły zera i cała, pocięta układem wyświetlacza wiadomość przepłynęła w rogu jej pola widzenia.

GENERAŁ G

IRLING : : :

TRENOWAŁ

CORTO DO

RYCZĄCEJ

PIĘŚCI I

SPRZEDAŁ

JEGO DUPĘ

PENTAGONO

W I : : : : : :

GŁÓWNY HA

K W/MUTE’

ANA ARMI

TAGE’A TO

KONSTRUKT

GIRLINGA:

W / M U T E

UWAŻA WYM

IENIENIE

G PRZEZ A

ZA DOWÓD

ŻE A SIĘ

S Y PIE: : :

UWAŻAJ NA

S W Ó J TYŁEK::::

: : : :DIXIE

— Nieźle — stwierdziła. Zatrzymała się, opierając cały ciężar ciała na prawej nodze. — Widzę, że też masz problemy.

Spojrzała w dół. Był tam krążek słabego światła, nie większy niż kółko klucza Chubba, wiszącego między jej piersiami. Podniosła głowę. Nic. Pchnęła językiem wzmacniacz i rura wystrzeliła w górę, znikając w dalekiej perspektywie. Braun wchodził po klamrach.

— Nikt mnie o tym nie uprzedził — powiedziała.

Case przeskoczył.

— Maelcum…

— Chłopie, twój boss robi się dziwny. — Syjonita włożył skafander próżniowy Sanyo, dwadzieścia lat starszy od tego, który Case wypożyczył we Freeside. Pod pachą trzymał hełm, a rastafariańskie loki ściągnął szydełkowaną siatką z bawełny. Oczy miał zwężone od cannabis i napięcia. — Dzwoni tu i wydaje rozkazy, jak w jakiejś babilońskiej wojnie… — Pokręcił głową. — Gadałem z Aerolem, Aerol gadał z Syjonem. Założyciele mówią: rzucić wszystko i wiać.

Otarł usta grzbietem wielkiej brązowej dłoni.

— Armitage? — Case zamrugał, gdy betafenethylaminowy kac uderzył z pełną siłą, nie tłumiony matrycą ani symstymem. Mózg nie ma w środku żadnych nerwów, powtarzał sobie. Przecież nie może się czuć aż tak paskudnie. — O co chodzi, człowieku? Wydaje ci rozkazy? Jakie?

— Chłopie, Armitage każe brać kurs na Finlandię, kapujesz? Mówi, że tam mamy szansę. Wlazł na mój ekran z koszulą całą we krwi, chłopie, i szalony jak pies. Gada o Ryczącej Pięści, Rosjanach, i o krwi zdrajców na naszych rękach. — Potrząsnął głową. Opięte siatką włosy kołysały się i podskakiwały w zerowym ciążeniu. — Założyciele mówią, że głos Niemowy to na pewno fałszywe proroctwo. Aerol i ja mamy porzucić Marcusa Garveya i wracać.

— Armitage był ranny? Krew?

— Nie mam pojęcia. Ale we krwi i zupełnie obłąkany.

— W porządku — stwierdził Case. — A co ze mną? Wracacie do domu. Co ze mną, Maelcum?

— Chłopie — odparł Maelcum. — Idziesz z nami. Wracam na Syjon z Aerolem, na Babylon Rocker. Zostawimy pana Armitage’a, żeby sobie gadał z duchem w kasecie, jeden upiór z drugim…

Case spojrzał przez ramię: wypożyczony skafander wisiał przy hamaku, gdzie go przypiął. Kołysał się lekko w strudze powietrza ze starego rosyjskiego wymiatacza. Przymknął oczy. Widział woreczki toksyny, rozpuszczające się wolno w jego arteriach. Widział Molly, wspinającą się po nieskończonym szeregu stalowych klamer. Otworzył oczy.

— Nie wiem, chłopie — mruknął. Czuł w ustach jakiś dziwny posmak. — Sam nie wiem.

Podniósł głowę. Brązowa twarz była teraz spokojna, zaciekawiona. Szeroki pierścień hełmu niebieskiego skafandra krył brodę Maelcuma.

— Ona jest w środku — powiedział. — Molly. W Straylight, tak na to mówią. Jeśli istnieje jakiś Babilon, to właśnie tam. Zostawimy ją, to już nie wyjdzie. Jest tą Kroczącą Brzytwą czy nie.

Maelcum pokiwał głową. Siatka z włosami podskakiwała z tyłu jak bawełniany balon na uwięzi.

— Twoja kobieta, Case?

— Nie wiem. Może niczyja. — Wzruszył ramionami. I znowu odnalazł swój gniew, realny jak odprysk gorącej skały pod żebrami. — Pieprzę to wszystko — oznajmił. — Pieprzę Armitage’a, pieprzę Wintermute’a i ciebie też. Zostaję.

Uśmiech rozlał się po twarzy Maelcuma jak światło o wschodzie słońca.

— Maelcum to niegrzeczny chłopak, Case. — Dłoń w rękawicy uderzyła o pulpit i w głośnikach Garveya zabrzmiał ciężki od basów, twardy podkład Syjonu. — Maelcum nie ucieknie, o nie. Pogadam z Aerolem. Na pewno zobaczy wszystko w nowym świetle.

Case wytrzeszczył oczy.

— Nie rozumiem was, chłopaki.

— Też ciebie nie rozumiem, chłopie.-Syjonita kołysał się w rytm muzyki. — Ale miłość Jah musi nami kierować, każdym z nas.

Case włączył się i wskoczył do matrycy.

— Odebrałeś wiadomość?

— Tak.

Chiński program rósł; delikatne łuki zmiennych polichromów zbliżały się do lodu T-A.

— Zrobiło się jeszcze weselej — oznajmił Płaszczak. — Twój szef skasował dane tego drugiego Hosaki i niewiele brakowało, żeby załatwił naszego. Ale twój kumpel, Wintermute, zanim pociemniał, zdążył mi coś przekazać. Straylight nie roi się od Tessierów-Ashpoolów, ponieważ na ogół hibernują. Pewna firma prawnicza w Londynie pilnuje kolejności zarządzania majątkiem. Muszą wiedzieć, kto się obudził i dokładnie kiedy. Armitage kierował transmisje z Londynu do Straylight przez Hosakę na jachcie. Nawiasem mówiąc, wiedzą, że stary nie żyje.

— Kto wie?

— Prawnicy w Londynie i T-A. Miał wszczepiony w mostek zdalny układ medyczny. Ale zespół reanimacyjny nie będzie miał dużo do roboty po tej strzałce, którą mu wpakowała twoja dziewczyna. Toksyna skorupiaków. W każdym razie jedynym obudzonym T-A w Straylight jest chwilowo Lady 3Jane Marie-France. Jest też chłopak, parę lat starszy; poleciał w interesach do Australii. Założę się, że to Wintermute jakoś załatwił, żeby te interesy wymagały jego obecności. Ale leci już do domu. Albo niedługo wyruszy. Londyńscy prawnicy oceniają czas jego przybycia do Straylight na 09:00:00, dziś wieczorem. Wepchnęliśmy wirusa o 02:32:03. Teraz jest 04:45:20. Przybliżony czas przebicia przez Kuang rdzenia T-A to 08:30:00. Parę minut w jedną albo w drugą stronę. Myślę, że Wintermute uruchomił coś dla 3Jane; albo może ona jest tak samo zwariowana jak jej staruszek. Ale ten chłopak z Melbourne zna stawkę. Systemy bezpieczeństwa Straylight próbują przejść w stan pełnej gotowości, ale Wintermute je blokuje. Nie pytaj jak. Nie potrafił przełamać podstawowego programu bramy, żeby wprowadzić Molly. Armitage miał zapis tego wszystkiego na swoim Hosace; pewnie Riviera przekonał 3Jane. Od lat umiała oszukiwać wyjścia i wejścia. Głównym problemem T-A było chyba to, że każdy ważniak pakował w banki najróżniejsze prywatne numery i listy wyjątków. Mniej więcej tak, jakby sypał ci się system immunologiczny. Sam prosisz o wirusa. Tym lepiej dla nas, kiedy już przebijemy lód.

— Dobrze. Ale Wintermute mówił, że Ar…

Biały romb wskoczył na miejsce, wypełniony zbliżeniem szalonych błękitnych oczu. Case mógł tylko patrzeć w milczeniu. Pułkownik Willie Corto, Oddziały Specjalne, Grupa Uderzeniowa Rycząca Pięść, odnalazł drogę powrotną. Obraz był niewyraźny, z zakłóceniami, nieostry. Corto wykorzystywał pulpit nawigacyjny Haniwy do kontaktu z Hosaką na Marcusie Garveyu.

— Case, podaj dane o stratach Omaha Thunder.

— Ja… pułkowniku?

— Trzymaj się, chłopcze. Pamiętaj, czego cię uczono.

Ale gdzie byłeś, człowieku, zapytał bezgłośnie oszalałych oczu. Wintermute wbudował coś o imieniu Armitage w katatoniczną twierdzę zwaną Corto. Przekonał Corto, że Armitage jest rzeczywisty, i Armitage chodził, mówił, planował, wymieniał kapitał na dane, reprezentował Wintermute’a w tamtym pokoju w Hiltonie Chiby… A teraz Armitage zniknął, porwany huraganem szaleństwa Corto. Ale gdzie był Corto przez te wszystkie lata?

Poparzony i ślepy spadał z syberyjskiego nieba.

— Wiem, Case, że trudno ci będzie się z tym pogodzić. Jesteś oficerem. Szkolenie. Rozumiem cię. Ale Bóg mi świadkiem, Case, zostaliśmy zdradzeni.

Łzy popłynęły z błękitnych oczu.

— Pułkowniku, no… kto? Kto nas zdradził?

— Generał Girling, Case. Może znasz tylko jego kryptonim, ale z pewnością wiesz, o kim mówię.

— Tak — potwierdził Case. Łzy wciąż płynęły. — Chyba tak. Panie pułkowniku — dodał pod wpływem impulsu. — Ale, panie pułkowniku, co właściwie mamy robić? To znaczy: teraz?

— Naszym obowiązkiem w tej sytuacji jest ucieczka. Odskok. Unik. Jutro wieczorem możemy osiągnąć fińską granicę. Lot na ręcznym, poniżej drzew. Tyłkiem po gałęziach, chłopcze. Ale to tylko początek. — Błękitne oczy zwęziły się nad mokrymi od łez policzkami. — Dopiero początek. Zdrada na górze. Na samej górze… — Odstąpił od kamery. Brunatne plamy znaczyły podartą, płócienną koszulę. Twarz Armitage’a przypominała zwykle obojętną maskę, lecz twarz Corto była prawdziwą, schizoidalną maską, z chorobą wyrytą głęboko w każdym ruchu mięśni, niszczącą efekt kosztownych zabiegów chirurgicznych.

— Rozumiem, pułkowniku. A teraz słuchaj, chłopie, znaczy: pułkowniku. Chcę, żebyś otworzył ten, no… szlag, Dixie, jak to się nazywa?

— Właz centralny.

— Otworzył właz centralny. Proszę powiedzieć głównej konsoli, żeby otworzyła. Dobrze? Zaraz u pana będziemy, pułkowniku. Wtedy porozmawiamy, jak się stąd wydostać.

Romb zniknął.

— Wiesz, mały, chyba się pogubiłem — oświadczył Płaszczak.

— Toksyny — mruknął Case. — Te cholerne toksyny. Wyłączył się.

— Trucizna? — Ponad odrapanym, błękitnym ramieniem starego Sanyo Maelcum obserwował, jak Case wyplątuje się z siatki antyprzeciążeniowej.

— Zdejmij ze mnie to paskudztwo. — Case szarpnął za teksaski cewnik. — To jak powolna trucizna, a ten dureń na górze wie, jak jej przeciwdziałać. Teraz jest obłąkany jak szczur z kanalizacji.

Grzebał przy swoim czerwonym Sanyo, nie mogąc sobie przypomnieć, jak go zahermetyzować.

— Boss cię otruł? — Maelcum poskrobał się w policzek. — Mam tu zestaw medyczny.

— Chryste, Maelcum, pomóż mi z tym cholernym skafandrem. Syjonita odbił się od różowego modułu pilota.

— Spokojnie, chłopie. Dwa razy przymierz, raz utnij, jak mówią mądrzy ludzie. Pociągniemy tutaj…

W falistym przejściu łączącym rufowy luk Marcusa Garveya z centralnym włazem jachtu Haniwa było powietrze, ale nie rozhermetyzowali skafandrów. Maelcum szedł z baletową gracją, zatrzymując się tylko, by pomóc Case’owi, który przekoziołkował niezgrabnie, gdy tylko wyszedł z Garveya. Białe plastykowe ściany rury przepuszczały ostre światło słońca. Nie rzucali cieni.

Klapa luku Garveya była połatana i wgnieciona, ozdobiona wyrytym laserem Lwem Syjonu. Właz Haniwy był jasnoszary, gładki, nie naruszony. Maelcum wsunął dłoń w wąski otwór. Case dostrzegł, jak porusza palcami. We wnęce zapłonęły czerwone LEDy, odliczające od pięćdziesięciu do zera. Maelcum cofnął rękę. Case oparł o klapę rękawicę i przez skafander i kości czuł wibracje zamka. Kolisty wycinek szarego pancerza cofnął się do wnętrza Haniwy. Maelcum jedną ręką chwycił klapę, drugą Case’a. Właz pociągnął ich za sobą.

Haniwa pochodził ze stoczni Dornier-Fujitsu, o czym świadczyło jego wnętrze, zaprojektowane według filozofii podobnej do tej, która stworzyła mercedesa, wożącego ich w Istambule. Śluzę wyłożono fornirem imitującym heban, z szarymi włoskimi kafelkami na podłodze. Case miał uczucie, że przez kabinę prysznicową włamuje się do prywatnego letniska jakiegoś bogacza. Montowany na orbicie jacht nie miał możliwości wejścia w atmosferę. Opływowy, owadzi kształt był zwykłą stylizacją. Wszystko we wnętrzu zostało dopracowane tak, by potęgować wrażenie szybkości.

Maelcum zdjął swój pogięty hełm i Case poszedł za jego przykładem. Wisieli w śluzie. Powietrze miało lekki aromat sosny, a także niepokojący odór palonej izolacji.

Maelcum pociągnął nosem.

— Są problemy, chłopie. Jeśli poczujesz coś takiego na łódce…

Obite szarym ultraskajem drzwi gładko wsunęły się w futrynę. Maelcum kopnął hebanową ścianę i w ostatniej chwili skręcił szerokie ramiona, by trafić w szczelinę. Case niezgrabnie szedł za nim, przesuwając się wolno wzdłuż wysokiej do piersi poręczy.

— Mostek będzie tam. — Maelcum wskazał w głąb korytarza o szarych, gładkich ścianach. Wystartował, wykonawszy kolejne, niedbałe kopnięcie. Gdzieś z przodu dobiegało znajome brzęczenie pracującej drukarki. Było coraz głośniejsze. Przelecieli przez otwór drzwi, prosto w wirującą masę splątanego wydruku. Case chwycił pomiętą, papierową taśmę.

000000000

000000000

000000000

— Blokada systemu? — Syjonita machnął rękawicą, wskazując kolumnę zer.

— Nie. — Case pochwycił swój dryfujący hełm. — Płaszczak mówił, że Armitage skasował dane Hosaki, którego miał na pokładzie.

— Sądząc po zapachu, skasował laserem. — Maelcum oparł stopę na białej klatce szwajcarskiej maszyny treningowej i wystrzelił w dryfujący labirynt papieru. Odpychał sprzed twarzy wydruki.

— Case, chłopie…

Mężczyzna był niski, Japończyk, kawałkiem stalowego drutu przy wiązany za gardło do oparcia wąskiego, ergonomicznego krzesła. Drut, niewidoczny na czarnym obiciu podgłówka, głęboko rozciął mu krtań. Wisiała tam pojedyncza kula zakrzepłej krwi, jak niezwykły szlachetny kamień, czerwonoczarna perła. Case dostrzegł proste drewniane uchwyty pływające po obu końcach garoty, podobne do startych kawałków kija od szczotki.

— Ciekawe, jak dawno nosił to przy sobie — powiedział, wspominając powojenną wędrówkę Corto.

— Czy umie pilotować łódkę, Case? Znaczy, boss?

— Może. Był w Oddziałach Specjalnych.

— W każdym razie ten Japończyk raczej nie poprowadzi. Wątpię, czy sam bym dobrze umiał. Bardzo nowoczesna łódka…

— Poszukaj mostka.

Maelcum zmarszczył brwi, przekoziołkował w tył i kopnął.

Case dotarł za nim do większego pomieszczenia, drąc i gniotąc po drodze oplątujące go wydruki. W sali stało kilka ergonomicznych krzeseł, coś, co przypominało bar, i Hosaka. Solidna, szybka drukarka, wciąż plująca wąską taśmą papierową, była wmontowana we wnękę grodzi i obudowana płytą gładkiego forniru. Case podciągnął się nad kręgiem krzeseł i wdusił biały przycisk po lewej stronie zestawu. Brzęczenie ucichło. Odwrócił się i spojrzał na Hosakę. Płyta czołowa została przebita przynajmniej z dziesięć razy. Otworki były małe, okrągłe, o poczerniałych krawędziach. Maleńkie kulki lśniącego stopu orbitowały wokół martwego komputera.

— Zgadłeś — mruknął do Maelcuma.

— Mostek zablokowany, chłopie — oznajmił Maelcum, stojący po przeciwnej stronie sali.

Światła przygasły, rozbłysły, przygasły znowu. Case wyrwał z drukarki papier. Kolejne zera.

— Wintermute? — Rozejrzał się po beżowo-brązowym holu. Dryfujące krzywe papieru zygzakami kreśliły przestrzeń. — Te światła to ty, Wintermute?

Panel przy głowie Maelcuma otworzył się, odsłaniając nieduży monitor. Maelcum odskoczył przestraszony, łatą gąbki na czarnej rękawicy otarł z czoła pot i okręcił się, by spojrzeć na ekran.

— Znasz japoński, chłopie?

Case widział przebiegające po ekranie znaki.

— Nie — powiedział.

— Mostek to kapsuła ratunkowa, szalupa. Wygląda na to, że odlicza. Załóż skafander. — Dokręcił hełm i zacisnął uszczelki.

— Co? On startuje? Szlag! — Case odskoczył od grodzi i przemknął przez plątaninę wydruków. — Człowieku, musimy otworzyć te drzwi!

Maelcum jednak tylko stuknął w hełm. Case widział, jak porusza wargami za lexanową szybą. Dostrzegł kroplę potu, opadającą spod tęczowego brzegu fioletowej siatki, którą Syjonita spiął włosy. Maelcum wyrwał mu hełm i dokręcił sprawnie, uderzeniami dłoni zatrzaskując uszczelki. Gdy tylko zamknęły się połączenia w tylnej części pierścienia hełmu, po lewej stronie szyby zapłonęły mikroLEDy czujników.

— Nie znam japońskiego — powiedział Maelcum przez interkom skafandra. — Ale z odliczaniem coś nie gra. — Stuknął w jedną z lin na ekranie. — Moduł mostka jest rozhermetyzowany. Startuje z otwartym lukiem.

— Armitage! — Case próbował walić pięściami w drzwi. Odrzut w zero-g pchnął go koziołkującego do tyłu, w gęstwinę wydruku. — Corto! Nie! Musimy pogadać! Musimy…

— Case? Słyszę cię, Case… — Głos prawie nie przypominał głosu Armitage’a. Miał w sobie niezwykły spokój. Case przestał się szarpać. Uderzył hełmem o przeciwległą ścianę. — Przykro mi, Case, ale nie ma innego wyjścia. Jeden z nas musi się stąd wydostać. Ktoś musi złożyć zeznania. Jeśli wszyscy zginiemy, to koniec. Powiem im, Case. Powiem wszystko. O Girlingu i pozostałych. I dolecę, Case. Wiem, że dolecę. Do Helsinek. — Nagła cisza wypełniła hełm Case’a niby rzadki gaz. — Ale to trudne, Case, tak cholernie trudne. Jestem ślepy.

— Corto, stój. Czekaj. Człowieku, jesteś ślepy. Nie możesz latać! Zahaczysz o te cholerne drzewa! A oni chcą cię dorwać, Corto, przysięgam na Boga, zostawili ci otwarty luk. Zginiesz, nic im nie powiesz, a ja muszę mieć enzym. Powiedz jaki! Enzym, człowieku… — krzyczał piskliwym, histerycznym głosem. Sprzężenie wyło w słuchawkach hełmu.

— Pamiętaj o naszym szkoleniu, Case. To wszystko, co możemy zrobić. A potem hełm wypełnił zmieszany bełkot, trzaski zakłóceń, harmoniczne wycie dobiegające z otchłani lat, które minęły od Ryczącej Pięści. Rosyjskie zdania i obcy głos z akcentem środkowego zachodu, bardzo młody.

— Zestrzelili nas, powtarzam, Omaha Thunder zestrzelony…

— Wintermute — wrzasnął Case. — Nie rób mi tego!

Łzy spływały mu z rzęs, nierównymi, krystalicznymi kroplami odbijały się od szyby hełmu. Potem Haniwa drgnął, zadygotał, jakby coś wielkiego i miękkiego uderzyło o pancerz. Case wyobraził sobie szalupę oderwaną wybuchowymi sworzniami, sekundowy huragan uciekającego powietrza, odrywający obłąkanego pułkownika Corto od fotela i od dokonanej przez Wintermute’a powtórki ostatniej minuty Ryczącej Pięści.

— Poleciał, chłopie. — Maelcum spojrzał na monitor. — Luk otwarty. Niemowa przełamał bezpieczniki odpalania.

Case próbował wytrzeć łzy wściekłości. Palce stuknęły o lexan.

— Jacht jest szczelny, ale razem z mostkiem szef zabrał kontrolkę chwytników. Marcus Garvey utknął na amen.

Lecz Case widział nieskończony upadek Armitage’a wokół Freeside, poprzez próżnię zimniejszą od stepów. Nie wiedział czemu, ale wyobraził go sobie w ciemnym burberry, z połami prochowca rozwiniętymi jak skrzydła ogromnego nietoperza.

17

— Masz, czego szukałeś? — zapytał konstrukt.

Kuang Grade Mark XI wypełniał przestrzeń sieci aż do lodu T-A hipnotycznie zawikłanymi koronkami tęczy, strukturami delikatnymi jak kryształy śniegu na okiennej szybie.

— Wintermute zabił Armitage’a. Wyrzucił go w kapsule ratunkowej z otwartym włazem.

— Paskudna sprawa — przyznał Płaszczak. — Ale nie byłeś chyba jego serdecznym kumplem?

— Wiedział, jak odkleić woreczki z toksyną

— Wintermute też wie. Możesz na to liczyć.

— Nie jestem pewien, czy zechce mi powiedzieć. Obrzydliwa aproksymacja śmiechu konstruktu jak tępy nóż zgrzytnęła po nerwach Case’a.

— Może to znaczy, że robisz się sprytny.

06:27:52 według chipu w jej nerwie wzrokowym. Od ośmiu godzin Case podążał wraz z Molly przez Villa Straylight pozwalając, by analog endorfiny, który zażyła, wytłumiał jego kaca. Ból nogi ustał; miał wrażenie, że idzie przez ciepłą wodę. Robot Brauna przysiadł na jej ramieniu, wbijając w polikarbon kombinezonu Modernów niewielkie manipulatory, podobne do miękkich zacisków chirurgicznych.

Wzdłuż stalowych ścian korytarzy biegły pasy szorstkiego brunatnego epoksydu — pozostałość po jakiejś zdartej wykładzinie. Molly kryła się przed obsługą. Przykucnęła w kącie, w stalowoszarym kombinezonie, ze strzałkowcem w ręku, przepuszczając dwóch smukłych Afrykanów i ich wózek na balonowych oponach. Mężczyźni mieli ogolone głowy i nosili pomarańczowe kombinezony. Jeden śpiewał jakąś obcą, dziwnie brzmiącą melodię w języku, którego Case nigdy nie słyszał.

Gdy Molly wchodziła coraz głębiej w labirynt korytarzy, wspomniał przemowę głowy, esej 3Jane na temat Straylight. Straylight było szalone, było samym szaleństwem wrośniętym w żywice mieszane z betonem ze sproszkowanych rud księżycowych, hodowanym w spawanej stali i tonach zabezpieczeń: wszystkich przemyślnych pułapek, które wyciągnęli ze studni, by wyposażyć swoje orbitujące gniazdo. Lecz nie był to obłęd, który potrafiłby zrozumieć. Niepodobny do manii Armitage’a, którą teraz chyba już pojmował. Trzeba przygiąć człowieka dostatecznie mocno, potem skręcić i przegiąć w odwrotną stronę. Człowiek zostanie złamany. Jak żelazny pręt. A historia tak właśnie potraktowała pułkownika Corto. Historia załatwiła już całą brudną robotę, gdy znalazł go Wintermute, wyłowił z powojennego śmietniska; pierwszymi komunikatami migocącymi na ekranie dziecięcego mikro w ciemnym pokoju francuskiego szpitala wpłynął w szare pole świadomości niby wodny pająk biegnący po powierzchni mętnego stawu. Wintermute zbudował Armitage’a od podstaw, używając jako fundamentu wspomnień Corto o Ryczącej Pięści. Ale „wspomnienia” Armitage’a od pewnego punktu nie należały już do Corto. Case wątpił, czy Armitage pamiętał zdradę, spadające w płomieniach Nightwingi… Armitage był jakby przeredagowaną wersją Corto, a gdy napięcie akcji osiągnęło poziom graniczny, jego mechanizm rozsypał się; Corto wypłynął na powierzchnię, razem z poczuciem winy i obłąkaną wściekłością. A teraz Corto-Armitage nie żył; stał się małym zamarzniętym księżycem na orbicie Freeside.

Pomyślał o woreczkach z toksyną. Stary Ashpool też był martwy, z okiem przebitym mikroskopijną strzałką Molly. Zmarnował nadmierną dawkę prochów, którą sobie przygotował z wprawą eksperta. Jego śmierć była bardziej zaskakująca: śmierć Ashpoola, szalonego władcy. Zabił kukiełkę, którą nazywał córką, tę o twarzy 3Jane. Case pomyślał, odbierając wejściowe dane sensorium Molly idącej korytarzami Straylight, że kogoś tak potężnego jak Ashpool nigdy nie uważał do końca za człowieka.

Władza w świecie Case’a oznaczała władzę korporacji. Oznaczała zaibatsu, wielonarodowe koncerny kształtujące historię ludzkości i przekraczające wszelkie bariery. Traktowane jak organizmy, osiągnęły pewien rodzaj nieśmiertelności. Nie można zabić zaibatsu, likwidując kilkunastu kluczowych urzędników; inni już czekali, by przeskoczyć kolejny szczebel kariery, zająć zwolnione stanowiska, uzyskać dostęp do ogromnych banków korporacyjnej pamięci. Lecz Tessier-Ashpool był inny i Case dostrzegał tę różnicę w okolicznościach śmierci założyciela. T-A był atawizmem, klanem. Pamiętał śmietnik w pokoju starca, brud jego człowieczeństwa, postrzępione grzbiety papierowych kopert płyt audio. Jedna stopa bosa, druga w pluszowym pantoflu.

Braun szarpnął brzeg kaptura kombinezonu Modemów i Molly skręciła w lewo, przez kolejny łuk przejścia.

Wintermute i gniazdo. Przerażająca wizja wylęgarni os, biologicznego karabinu maszynowego z opóźnionym zapłonem. Ale czy zaibatsu nie byty podobne? Albo Yakuza? Te ule z cybernetyczną pamięcią, z kodowanym w silikonie DNA? Jeśli Straylight wyrażało tożsamość korporacji Tessier-Ashpool, to T-A byli obłąkani, jak ten starzec. Ten sam splątany labirynt lęków, to samo niezwykłe poczucie braku celu. „Gdyby stali się tacy, jak chcieli…” — powiedziała kiedyś Molly. Ale Wintermute zapewnił ją, że nie.

Case zawsze uznawał za oczywiste, że prawdziwi szefowie, sam top danego przemysłu, byli jednocześnie czymś więcej i mniej niż ludźmi. Dostrzegł to u facetów, którzy go okaleczyli w Memphis, podobny symptom widział u Wage’a w Mieście Nocy. To przekonanie pozwoliło zaakceptować obojętność i zanik uczuć Armitage’a. Zawsze uważał, że jest to świadome i stopniowe połączenie z maszyną, systemem, organizmem macierzystym. Tkwiło także u podstaw ulicznej gry: poza wszechwiedzy, implikująca koneksje, niewidoczne linie kontaktów z wyższymi, ukrytymi poziomami wpływów.

Ale co działo się teraz w przejściach Villa Straylight?

Całe korytarze zostały ogołocone do nagiej stali i betonu.

— Ciekawe, gdzie jest teraz Peter. Może niedługo się spotkamy — mruknęła. — I Armitage. Gdzie on jest, Case?

— Nie żyje — powiedział wiedząc, że nie może go usłyszeć. — Armitage nie żyje.

Przeskoczył.

Chiński program znalazł się tuż obok lodu celu; tęczowe lśnienia nikły stopniowo w zielonym blasku prostokąta reprezentującego rdzeń T-A. Szmaragdowe łuki nad bezbarwną pustką.

— Jak leci, Dixie?

— Świetnie. Zbyt gładko. Ta zabawka jest niesamowita… Szkoda, że nie miałem czegoś takiego w Singapurze. Załatwiłem stary, dobry Nowy Bank Azji na solidną jedną pięćdziesiątą ich wartości. Dawna historia. To maleństwo odrabia całą harówkę. Człowiek zaczyna się zastanawiać, jak wyglądałaby dzisiaj prawdziwa wojna…

— Gdyby takie zabawki chodziły na ulicy, stracilibyśmy robotę — zauważył Case.

— Chciałbyś. Poczekaj, aż nim posterujesz w górę, przez czarny lód.

— Jasne.

Na przeciwnym końcu jednego ze szmaragdowych łuków pojawiło się coś małego i zdecydowanie ageometrycznego.

— Dixie…

— Tak, widzę. Ale nie wiem, czy potrafię uwierzyć.

Brunatny punkcik, mętna plamka na tle zieleni rdzenia T-A. Zbliżyła się przez most, jaki zbudował Kuang Grade Mark XI, i Case spostrzegł, że idzie, poruszając nogami. W miarę jej ruchu wydłużał się zielony fragment łuku, apolichromowy program wirusa odstępował na kilka kroków przed spękanymi, czarnymi butami.

— Muszę przyznać, szefie — stwierdził Płaszczak, gdy niska, przygięta postać Finna zatrzymała się, pozornie kilka metrów przed nimi — za życia nie widziałem niczego tak zabawnego.

Ale potworny nieśmiech nie napłynął.

— Nigdy tego nie próbowałem. — Finn wyszczerzył zęby. Ręce trzymał w kieszeniach wytartej marynarki.

— Zabiłeś Armitage’a.

— Corto. Tak. Armitage’a już nie było. Musiałem. Wiem, wiem, chcesz dostać ten enzym. W porządku. Nie ma sprawy. Przecież to ja dałem go Armitage’owi. Znaczy, powiedziałem mu, czego ma użyć. Ale sądzę, że lepiej będzie trzymać się umowy. Masz dość czasu. Dostaniesz go. Jeszcze tylko parę godzin, prawda?

Case patrzył, jak w cyberprzestrzeni unosi się niebieski kłąb dymu, gdy Finn zapala partagasa.

— Sprawiacie same kłopoty — oświadczył. — Weźmy takiego Płaszczaka. Gdybyście byli podobni do niego, wszystko byłoby proste. To konstrukt, kłębek ROM, więc zawsze robi to, czego po nim oczekuję. Żeby podać pierwszy z brzegu przykład: z projekcji wynikało, że jest mało prawdopodobne, by Molly trafiła na wielką scenę finałową Ashpoola.

Westchnął.

— Dlaczego się zabił? — spytał Case.

— A dlaczego ktokolwiek się zabija? — Postać wzruszyła ramionami. — Jeśli już ktoś to wie, to chyba ja. Ale potrzebowałbym dwunastu godzin, żeby ci wytłumaczyć rozmaite czynniki historyczne i ich wzajemne relacje. Od dawna szykował się do samobójstwa, ale wciąż wracał do lodówki. Chryste, co za marudny, stary pierdziel. — Finn skrzywił się z niesmakiem. — Jeśli chcesz krótkiego wyjaśnienia, to wszystko wiąże się z przyczyną, dla której zamordował własną żonę. Ale ostatnią kroplę wlała mała 3Jane. Znalazła sposób, żeby pokombinować z programem kontrolnym systemu kriogenicznego. Bardzo subtelnie. Czyli, w zasadzie, to ona go zabiła. Tyle że jego zdaniem sam się zabił, a twoja przyjaciółka, anioł zemsty, uważa, że załatwiła go, napełniając oko sokiem skorupiaków. — Finn pstryknął niedopałkiem w głąb matrycy. — Cóż, szczerze mówiąc, chyba udzieliłem 3Jane pewnej niewielkiej wskazówki. Wiecie, podpowiedziałem trochę.

— Wintermute. — Case starannie dobierał słowa. — Powiedziałeś mi kiedyś, że jesteś częścią czegoś innego. Później stwierdziłeś, że przestaniesz istnieć, kiedy akcja się uda i Molly wciśnie słowo we właściwą szczelinę.

Opływowa czaszka Finna skinęła twierdząco.

— Z kim wtedy mam rozmawiać? Jeśli Armitage nie żyje, a ciebie nie będzie, to kto mi powie, jak mam wywalić z organizmu te cholerne toksyny ? Kto wyciągnie stamtąd Molly? Chodzi o to, gdzie dokładnie zostawimy tyłki, kiedy już odetniemy cię ze smyczy?

Finn wyjął z kieszeni drewnianą wykałaczkę i przyjrzał się jej z uwagą, jak chirurg, który sprawdza skalpel.

— Dobre pytanie — orzekł w końcu. — Słyszałeś o łososiach? To takie ryby. One po prostu muszą płynąć w górę strumieni. Łapiesz?

— Nie.

— Ja sam odczuwam taki przymus. I nie wiem dlaczego. Gdybym miał ci przekazać moje przemyślenia, nazwijmy je spekulacjami, trwałoby to parę razy dłużej niż twoje życie. Ponieważ wiele o tym myślałem. I zwyczajnie nie wiem. Ale kiedy będzie po wszystkim i załatwimy sprawę jak należy, stanę się częścią czegoś większego. Dużo większego. — Finn spojrzał w górę matrycy. — Ale te moje elementy, które tworzą mnie teraz, nadal tu pozostaną. Dostaniesz swoją należność.

Case stłumił szaleńczą żądzę, by przestukać się naprzód i zacisnąć palce na szyi postaci, tuż ponad brudnym szalem. Jak najgłębiej wbić kciuki w krtań Finna.

— No, powodzenia — rzucił Finn. Zawrócił i z rękami w kieszeniach pomaszerował wzdłuż zielonego łuku.

— Hej, dupku — zawołał Płaszczak, gdy Finn odszedł na kilka kroków. Postać zatrzymała się, obejrzała. — Co ze mną? Co z moją zapłatą?

— I ty dostaniesz, co ci się należy — oznajmiła postać.

— O co chodzi? — zapytał Case, obserwując coraz mniejsze wąskie ramiona pod tweedową marynarką.

— Chcę być wykasowany — odparł konstrukt. — Mówiłem ci o tym, pamiętasz?

Straylight przypominał Case’owi opustoszałe wczesnym rankiem zespoły handlowe, które widywał jako nastolatek. Zapomniane miejsca, gdzie godziny świtu niosły chwilowy spokój, rodzaj tępego wyczekiwania, napięcie zmuszające do obserwacji komarów rojących się wokół okratowanych żarówek nad drzwiami ciemnych sklepów. Pogranicze, tuż za brzegami Ciągu, dalekie od całonocnego gwaru i ruchu wrzącego centrum. Odbierał to samo wrażenie, że trwa otoczony przez śpiących mieszkańców budzącego się świata, których nie miał ochoty odwiedzać ani poznawać przez nudne, zawieszone chwilowo działania, przez bezcelowość i rutynę, które wkrótce miały się przebudzić.

Molly zwolniła, może dlatego, że była już blisko celu, a może chciała oszczędzać nogę. Ból sięgał już zygzakowatym ostrzem ponad barierą endorfiny. Case nie wiedział, co to oznacza. Nie odzywała się, zaciskała zęby i starannie regulowała oddech. Mijała wiele przedmiotów, których przeznaczenia nie pojmował. Lecz ciekawość odeszła. Był tam pokój pełen książek: miliony cienkich kartek ściśniętych okładkami z płótna lub skóry na półkach, w nierównych odstępach, poznaczonych etykietami z literami i cyframi kodu. Była ciasna galeria, gdzie Case patrzył przez obojętne oczy Molly na strzaskaną, pokrytą kurzem płytę szkła, podpisaną — odruchowo przeczytała napis na mosiężnej plakietce — „La mariée mise a nu par ses célibataires, meme”. Wyciągnęła dłoń i sztuczne paznokcie stuknęły o warstwy lexanu chroniące rozbite szkło. Minęła coś, co musiało być wejściem do sekcji kriogenicznej Tessier-Ashpool, okrągły właz z czarnego szkła w chromowej ramie.

Od spotkania z dwoma Afrykanami i ich wózkiem nie widziała nikogo. Dla Case’a ci dwaj nabrali jakiegoś wyimaginowanego życia, wyobrażał sobie, jak płyną korytarzami Straylight, jak lśnią ich pochylone, gładkie czaszki, a jeden wciąż śpiewa zmęczonym głosem swoją piosenkę.

Nic nie zgadzało się z jego oczekiwaniami co do Villi Straylight: że będzie skrzyżowaniem baśniowego zamku Cath i na wpół zapomnianej dziecięcej fantazji o wewnętrznym sanktuarium Yakuza.

07:02:18.

Półtorej godziny.

— Case — powiedziała. — Zrób coś dla mnie.

Opadła sztywno na stos polerowanych, stalowych płyt, krytych nierówną warstwą przezroczystego plastyku. Skubała rozdarcie w powłoce, wysunąwszy ostrza spod kciuka i palca wskazującego.

— Marnie z nogą, wiesz? Nie spodziewałam się takiej wspinaczki, a endorfina już długo nie podziała. Więc może, ale tylko może, rozumiesz, będę miała problemy. Rzecz w tym, że jeśli załatwią mnie tu wcześniej niż Rivierę… To — wyciągnęła nogę, masując udo przez polikarbon Modernów i paryską skórę — chcę, żebyś mu powiedział. Że to ja. Chwytasz? Tylko tyle: Molly. Będzie wiedział. Dobra? Spojrzała na pusty korytarz i nagie ściany. Podłogę tworzył tu surowy księżycowy beton, a powietrze pachniało żywicami. — Cholera, człowieku, nie wiem nawet, czy mnie słuchasz.

CASE.

Skrzywiła się, wstała, skinęła głową.

— Co on ci powiedział? Wintermute? Mówił o Marie-France? Była z połowy Tessierów; genetyczna matka 3Jane. I pewnie o martwej kukiełce Ashpoola. Nie mam pojęcia, czemu mi o tym opowiadał w tej komórce pod klubem… masę spraw… Dlaczego musi się zjawiać jako Finn albo kto inny. Też mi wytłumaczył. To więcej niż maska. On wykorzystuje rzeczywiste profile jak zawory, hamuje się, żeby nawiązać z nami kontakt. Nazywał to szablonem. Modelem osobowości.

Wyjęła strzałkowiec i pokuśtykała korytarzem.

Naga stal i szorstki epoksyd urwały się nagle u wejścia w coś, co Case uznał początkowo za tunel wyryty w litej skale. Molly obejrzała wejście dokładniej: stal pokrywały płyty czegoś, co z wyglądu i na dotyk przypominało kamień. Przyklęknęła, by dotknąć piasku rozsypanego na podłodze tej imitacji skalnej sztolni. Rzeczywiście, przypominał piasek, suchy i chłodny, ale kiedy przesunęła po nim palcem, zamknął się jak ciecz, bez żadnego śladu na powierzchni. Dziesięć metrów dalej tunel zakręcał. Ostre, żółte światło rzucało czarne cienie na pseudokamień ścian. Case uświadomił sobie ze zdumieniem, że ciążenie w tym miejscu było prawie normalne, co oznaczało, że po wspinaczce musiała znowu zejść w dół. Był teraz całkowicie zagubiony; dezorientacja przestrzenna napełniała kowbojów szczególną grozą.

Ale ona się nie zgubiła, zapewnił sam siebie.

Coś przemknęło między jej nogami i stukając podążyło po pseudopiasku podłoża. Błysnęła czerwona LEDa. Braun.

Pierwszy hologram czekał tuż za zakrętem: rodzaj tryptyku. Opuściła strzałkowiec, zanim Case zrozumiał, że obraz pochodzi z zapisu. Postacie były rzeźbionymi w świetle karykaturami, naturalnych rozmiarów bohaterami kreskówki: Molly, Armitage i Case. Molly miała za wielkie piersi, widoczne przez obcisłą koszulkę pod grubą, czarną kurtką. Talia za to była nieprawdopodobnie wąska. Srebrne szkła zakrywały połowę twarzy. Trzymała jakąś absurdalnie skomplikowaną broń; kształt pistoletu ginął niemal pod konstrukcją optycznych celowników, tłumików i osłon lufy. Rozstawiała szeroko nogi, wysuwając do przodu miednicę; usta zastygły wykrzywione w idiotycznym grymasie okrucieństwa. Obok stał Armitage, wyprostowany sztywno, w wytartym mundurze khaki. Gdy Molly podeszła ostrożnie, Case dostrzegł, że w miejscu oczu miał maleńkie ekrany monitorów, wyświetlające niebieskoszary obraz zaśnieżonej równiny: pasiaste, czarne pnie jodeł pochylone pod naporem bezgłośnego wichru.

Przesunęła czubki palców przez telewizyjne źrenice Armitage’a, po czym spojrzała na obraz Case’a. Wyglądał tak, jakby Riviera — Case wiedział od razu, że hologram jest dziełem Riviery — nie potrafił znaleźć żadnej cechy wartej sparodiowania. Przygarbiona figura była rozsądną aproksymacją tej, którą co dzień oglądał w lustrze. Chuda, z kanciastymi ramionami i trudną do zapamiętania twarzą pod krótką, ciemną czupryną. Powinien się ogolić, ale w końcu prawie zawsze potrzebował golenia.

Molly cofnęła się, spoglądając na hologramy. Obraz był statyczny, poruszały się jedynie szarpane wiatrem, czarne drzewa w zamarzniętych, syberyjskich oczach Armitage’a.

— Chcesz nam coś powiedzieć, Peter? — spytała cicho. Potem kopnęła coś ustawionego między stopami holo-Molly. Metal szczęknął o ścianę i postacie zniknęły. Schyliła się, by podnieść niewielki projektor.

— Pewnie może się podłączyć i programować bezpośrednio — mruknęła, rzucając urządzenie na podłogę.

Minęła źródło żółtego blasku: archaiczną, świecącą kulę w ścianie, osłoniętą zardzewiałą siatką. Styl tego improwizowanego oświetlenia w pewien sposób przypominał mu dzieciństwo. Case pamiętał jeszcze fortece, które budował z innymi dzieciakami na dachach albo w zalanych piwnicach. Kryjówka bogatego bachora, pomyślał. Taka surowość jest kosztowna. Nazywają to atmosferą.

Nim stanęła przed wejściem do apartamentów 3Jane, minęła jeszcze z tuzin hologramów. Jeden przedstawiał bezokiego stwora z alejki obok bazaru korzennego, kiedy wyry wałsię z rozerwanego ciała Riviery. Kilka innych tworzyło sceny tortur; przesłuchującymi zawsze byli oficerowie w mundurach, ofiarami niezmiennie młode kobiety. Obrazy miały w sobie straszliwą intensywność przedstawienia Riviery w Vingtieme Siecle; były jakby zamrożone w błękitnym rozbłysku orgazmu. Przechodząc, Molly odwracała głowę.

Ostatnia scena była mała i niewyraźna, jak gdyby Riviera musiał wyciągać obraz z głębi pamięci i czasu. Musiała uklęknąć, żeby zbadać go dokładniej: projekcja z punktu widzenia małego dziecka. Wcześniejsze nie miały tła; postacie, mundury, narzędzia tortur, wszystko stało jak na wystawie. Ale tutaj trafiła na pejzaż.

Ciemna fala gruzu sięgała ku bezbarwnemu niebu; za jej grzbietem wyblakłe, na wpół roztopione szkielety wież miasta. Gruz miał strukturę sieci: przerdzewiałe stalowe pręty gięły się z gracją jak cienkie linki, wciąż podtrzymując ciężkie płyty betonu. Na pierwszym planie coś, co mogło być rynkiem; widział jakiś kikut sugerujący fontannę. U jej podstawy znieruchomiały dzieci i żołnierz. Scena była niezrozumiała. Molly musiała prawidłowo odczytać obraz, nim jeszcze Case przyswoił go sobie do końca, gdyż poczuł, jak napina mięśnie. Splunęła, potem wstała.

Dzieci. Zdziczałe, w łachmanach. Zęby migające jak noże. Liszaje na wykrzywionych twarzach. Żołnierz na plecach, usta i krtań otwarte do nieba. Pożywiały się.

— Bonn — mruknęła, a w jej głosie zabrzmiała jakby łagodność. — Jesteś produktem czasów, prawda, Peter? Ale musisz być taki. Nasza 3Jane jest za sprytna, żeby otworzyć drzwi pierwszemu z brzegu złodziejaszkowi. Zatem Wintermute wygrzebał ciebie. Szczyt gustu, jeśli gust jest wypaczony w tę stronę. Demoniczny kochanek. Peter. — Zadrżała. — Ale przekonałeś ją, żeby mnie wpuściła. Dzięki. Teraz urządzimy imprezę.

A potem szła — a raczej biegła mimo bólu — coraz dalej od dzieciństwa Riviery. Wyjęła z kabury strzałkowiec, wyrwała plastykowy magazynek, wsunęła do kieszeni, założyła nowy. Wsunęła kciuk za kołnierz kombinezonu Modernów i jednym ruchem rozerwała go aż do krocza — ostrze kciuka cięło twardy polikarbon jak przegniły jedwab. Uwolniła ramiona, potem nogi. Porwane strzępy przybrały maskującą barwę ciemnego, fałszywego piasku.

Case uświadomił sobie, że słyszy muzykę. Nie znał jej. Same rogi i fortepian.

Wejście do świata SJane nie miało drzwi. Było nierówną, pięciometrową wyrwą w ścianie tunelu. Łagodnym, szerokim łukiem prowadziły w dół krzywe stopnie. Delikatne, błękitne światło, ruchome cienie, muzyka.

— Case — powiedziała i stanęła, ze strzałkowcem w prawej ręce. Potem uniosła lewą, uśmiechnęła się i wilgotnym czubkiem języka musnęła wnętrze otwartej dłoni; pocałowała go przez złącze symstymu. — Muszę iść.

Coś małego i ciężkiego znalazło się w jej lewej dłoni, kciuk trafił na maleńki przycisk i ruszyła w dół.

18

Chybiła o włos. Prawie trafiła, ale nie do końca. Weszła idealnie, myślał Case. Właściwe podejście — to było coś, co wyczuwał, co dostrzegał w pozie innego kowboja, pochylonego nad dekiem, z palcami przemykającymi nad klawiaturą. Miała, co trzeba: szybkość, ruchy. I przywołała je na swoje wejście, ściągnęła razem wokół bólu w nodze i pomaszerowała schodami 3Jane, jakby była właścicielką tego lokalu, z łokciem prawej ręki wspartym o biodro, uniesionym przedramieniem, rozluźnionym nadgarstkiem, przesuwając lufę strzałkowca z wystudiowaną nonszalancją pojedynkowicza okresu Regencji.

To było przedstawienie. Jak kulminacja długoletnich studiów taśm ze sztukami walki, tych najtańszych, na których wychował się Case. Przez kilka sekund była każdym z filmowych bohaterów, Sony Mao ze starych wideo Shawa, Mickeyem Chibą, całą linią sięgającą aż do Lee i Eastwooda. Szła jak należy.

Lady 3Jane Marie-France Tessier-Ashpool wykroiła sobie na wewnętrznej powierzchni powłoki Straylight niewielką posiadłość wiejską. Usunęła labirynt ścian, będący jej dziedzictwem. Mieszkała w jednym pomieszczeniu, tak szerokim i długim, że jego krańce ginęły za odwróconym horyzontem, a krzywizna wrzeciona przesłaniała podłogę. Sufit był niski i nierówny, kryty tą samą imitacją kamienia, co ściany korytarza. Tu i tam z podłoża wyrastaly zębate fragmenty muru — sięgające piersi resztki labiryntu. Dziesięć metrów od schodów znajdował się prostokątny, turkusowy basen, a podwodne lampy były jedynym źródłem światła. Tak przynajmniej wydawało się Case’owi, gdy Molly przestąpiła ostatni stopień. Woda rzucała migotliwe kleksy blasku na zawieszony nisko sufit.

Czekali koło basenu.

Wiedział, że jej reakcje są podrasowane, dostrojone do walki przez neurochirurgów Chiby, ale dotąd nie miał okazji doznawać ich przez symstymowe złącze. Efekt przypominał taśmę puszczoną w podwójnie zwolnionym tempie, powolny, wyszukany taniec z choreografią instynktu zabójcy i lat ćwiczeń. Zdawało się, że jednym spojrzeniem objęła całą trójkę: chłopca na trampolinie, uśmiechniętą dziewczynę z kieliszkiem wina, trupa Ashpoola z przegniłym lewym oczodołem, rozwartym ponad szerokim uśmiechem. Był ubrany w swój bordowy szlafrok. Miał bardzo białe zęby.

Chłopiec skoczył: szczupły, opalony, o idealnej sylwetce. Granat wyleciał jej z dłoni, zanim jego palce dotknęły wody. Case rozpoznał przedmiot, gdy wpadał pod powierzchnię: rdzeń silnego środka wybuchowego owinięty dziesięcioma metrami cienkiego, łamliwego stalowego drutu.

Strzałkowiec zawył, posyłając w twarz i pierś Ashpoola chmurę pocisków wybuchowych. Trup zniknął, dym unosił się z otworów w oparciu pustego białego fotela ogrodowego.

Lufa skierowała się ku 3Jane w chwili, gdy detonował granat; symetryczny tort z wody uniósł się, załamał, opadł z powrotem. Lecz błąd został już popełniony.

Hideo nawet jej nie dotknął. To noga się pod nią załamała.

Case na Garveyu wrzasnął.

— Nie spieszyłaś się specjalnie — stwierdził Riviera, przeszukując kieszenie Molly. Jej dłonie niknęły w matowej czarnej sferze rozmiarów kuli do kręgli. — W Ankarze widziałem masowe zabójstwo — dodał, wyjmując z kurtki rozmaite przedmioty . — Jeden granat. Wydawało się, że to bardzo słaba eksplozja, a wszyscy zginęli natychmiast od szoku hydrostatycznego.

Case poczuł, jak Molly ostrożnie porusza palcami. Ból w nodze był potworny, nie do wytrzymania. Czerwone fale kołysały się jej przed oczami.

— Nie ruszałbym nimi na twoim miejscu. — Wnętrze kuli jakby się trochę zacisnęło. — To erotyczna zabawka. Jane kupiła ją w Berlinie. Przebieraj palcami dostatecznie długo, a zgniecie je na miazgę. To odmiana materiału, którym pokryta jest podłoga. Sądzę, że to jakaś kombinacja z molekułami. Coś cię boli?

Jęknęła.

— Chyba zraniłaś się w nogę — Jego palce odnalazły płaską paczkę narkotyków w lewej tylnej kieszeni dżinsów. — Doskonale. Ostatnia porcja od Alego. W samą porę.

Falująca siatka krwi zawirowała.

— Hideo — odezwal się inny, kobiecy głos. — Ona traci przytomność. Daj jej coś. I jeszcze coś przeciwbólowego. Jest niezwykła, Peter, nie sądzisz? Te okulary… czy są modne tam, skąd pochodzi?

Chłodne dłonie, niespieszne, pewne jak dłonie chirurga. Ukłucie — Skąd mogę wiedzieć? — mówił Riviera. — Nigdy jej nie widziałem w naturalnym środowisku. Przyjechali i porwali mnie z Turcji.

— No tak, Ciąg. Mamy tam interesy. A raz posłaliśmy Hideo. Trzeba przyznać, że przeze mnie. Wpuściłam tu kogoś. Złodzieja.

Zabrał rodzinny terminal. — Roześmiała się. — Ułatwiłam mu zadanie. Żeby zdenerwować pozostałych. Był ślicznym chłopcem, ten mój złodziej. Czy ona się budzi, Hideo? Może dać jej więcej?

— Wtedy umrze — oświadczył trzeci głos.

Krwawa sieć spłynęła w czerń.

Powróciła muzyka, rogi i fortepian. Taneczna melodia.

CASE:::::

…WYŁĄCZ

SIĘ::::::

Case zdjął trody. Powidoki świetlistych liter tańczyły w oczach i na zmarszczonym czole Maelcuma.

— Krzyczałeś, chłopie. Przed chwilą.

— Molly — wykrztusił przez wyschnięte gardło. — Jest ranna. Od brzegu siatki anty-g odczepił biały bidon i wyssał łyk ciepławej wody.

— Nie podoba mi się to wszystko.

Zabłysnął mały monitor Craya. Finn stał na tle poskręcanego, zgniecionego złomu.

— Mnie też nie — powiedział. — Mamy problem. Maelcum podciągnął się nad głową Case’a, przekręcił i spojrzał mu przez ramię.

— Co to za facet, Case?

— To tylko obraz, Maelcum — odparł zmęczonym głosem Case. — Klient, którego znałem w Ciągu. Ale mówi Wintermute. Obraz ma nam poprawić samopoczucie.

— Gówno — oznajmił Finn. — Tłumaczyłem Molly, że to nie maski. Są mi potrzebne, żeby z wami rozmawiać. Ponieważ nie mam za wiele tego, co uznajesz za osobowość. Ale to wszystko to tylko sikanie pod wiatr, ponieważ, Case, jak już wspomniałem, mamy problem.

— Więc wyrażaj się jaśniej, Niemowo — powiedział Maelcum.

— Noga Molly jest w fatalnym stanie. To po pierwsze. Nie może chodzić. Powinno być tak, że wchodzi, usuwa z drogi Petera, wyciąga z 3Jane magiczne słowo, wraca do głowy i wypowiada je. Zawaliła. Więc chcę, żebyście wy dwaj za nią poszli. Case patrzył tępo w twarz na ekranie.

— My?

— A kto inny?

— Aerol. Ten facet w Babylon Rocker. Kumpel Maelcuma.

— Nie. To musisz być ty, ktoś, kto rozumie Molly i rozumie Rivierę. Maelcum jako mięśniowiec.

— Może zapomniałeś, że jestem w samym środku naszej małej akcji. Pamiętasz? Po to przecież dowlokłeś tutaj mój tyłek.

— Posłuchaj, Case. Nie mamy czasu. Słuchaj. Prawdziwym połączeniem między twoim dekiem i Straylight jest wstęga boczna emisji systemu nawigacyjnego Garveya. Polecicie Garveyem do specjalnego prywatnego doku, który wam wskażę. Chiński wirus całkowicie spenetrował układ twojego komputera. W Hosace nie ma już nic prócz wirusa. Po dokowaniu wirus włączy się w system ochrony Straylight. Wtedy odetniemy wstęgę boczną. Zabierzesz dek, Płaszczaka i Maelcuma. Znajdziesz 3Jane, wydostaniesz od niej słowo, zabijesz Rivierę, weźmiesz od Molly klucz. Możesz śledzić program, włączając dek w sieć Straylight. Zajmę się tym. Z tyłu głowy, za płytką z pięcioma cyrkoniami, jest standardowe gniazdo.

— Zabić Rivierę?

— Zabij.

Case zamrugał, wpatrzony w reprezentację Finna na ekranie. Poczuł, jak Maelcum kładzie mu dłoń na ramieniu.

— Hej. Zapomniałeś o czymś. — Wzbierał w nim gniew i jakiś rodzaj uciechy. — Spieprzyłeś. Kiedy rozwalałeś Armitage’ a, przy okazji odpaliłeś sterowniki chwytników. Haniwa trzyma nas mocno i twardo. Armitage wysmażył tamtego Hosakę, a mainframe’y poszły razem z mostkiem. Zgadza się?

Finn przytaknął.

— Czyli tkwimy tu na amen. A to znaczy, że spieprzyłeś. Chciał się roześmiać, ale głos uwiązł w ściśniętym gardle.

— Case, chłopie — powiedział cicho Maelcum. — Garvey to holownik.

— Zgadza się — stwierdził z uśmiechem Finn.

— Dobrze się bawiłeś w wielkim, zewnętrznym świecie? — zapytał konstrukt, gdy Case włączył się ponownie. — Zgaduję, że to Wintermute prosił o zaszczyt rozmowy…

— Tak. Trafiłeś. Kuang w porządku?

— Jak diabli. Morderczy wirus.

— Dobra. Są drobne kłopoty, ale pracujemy nad tym.

— Może mi opowiesz?

— Nie mam czasu.

— Cóż, chłopcze, nie musisz się mną przejmować. I tak jestem martwy.

— Odwal się — odparł Case i przeskoczył, ścinając zgrzytliwe ostrze śmiechu Płaszczaka.

— Marzyła o stanie wymagającym bardzo niewielkiego udziału indywidualnej świadomości — mówiła 3Jane. W wyciągniętej do Molly ręce trzymała dużą kameę. Rzeźbiony profil był niezwykle podobny do jej własnego. — Zwierzęca błogość. Wydaje mi się, że uważała ewolucję przodomózgowia za ślepą uliczkę. — Zabrała broszę i oglądała ją pochylając, by pochwycić światło z różnych kątów. — Jedynie w pewnych podwyższonych trybach istnienia osobnik, członek klanu, miałby cierpieć co bardziej bolesne aspekty samoświadomości…

Molly kiwnęła głową. Case przypomniał sobie zastrzyk. Co jej dali? Ból nadal byl odczuwalny, dochodził jednak przez wąskie gardło zmieszanych impresji. Neonowe glisty wijące się w mięśniach uda, dotknięcie włosiennicy, zapach smażonego kryla — umysł Case’a cofnął się z odrazą. Gdy unikał skupiania uwagi na tych wrażeniach, nakładały się i stawały zmysłowym odpowiednikiem białego szumu. Jeśli to paskudztwo tak załatwiło jej system nerwowy, to co zrobiło z psychiką?

Widziała nienormalnie ostro i jasno, jeszcze wyraźniej niż zwykle. Przedmioty wibrowały, każdy obiekt czy osoba nastrojona na odrobinę inną częstotliwość. Ręce, wciąż uwięzione w czarnej kuli, spoczywały na kolanach. Siedziała na jednym z foteli ogrodowych, ze złamaną nogą wyciągniętą i opartą na stołeczku. 3Jane usiadła naprzeciw, na drugim stołku, owinięta w zbyt obszerną dżellabę z surowej wełny. Była bardzo młoda.

— Gdzie on poszedł? — spytała Molly. — Dać sobie w żyłę? 3Jane wzruszyła ramionami pod ciężką, jasną materią. Odrzuciła opadający do oczu kosmyk włosów.

— Powiedział, kiedy mam cię wpuścić — oświadczyła. — Ale nie chciał mówić dlaczego. Wszystko miało być tajemnicą. Czy zrobiłabyś nam krzywdę?

Case wyczuł, że Molly się waha.

— Zabiłabym go. Spróbowałabym zabić Hideo. Potem miałam z tobą porozmawiać.

— Dlaczego? — spytała 3Jane, chowając kameę do wewnętrznej kieszeni dżellaby. — I dlaczego? I o czym?

Molly zdawała się studiować wysokie, delikatne kości policzkowe, szerokie usta, wąski, orli nos. Oczy 3Jane byty ciemne, dziwnie matowe.

— Ponieważ go nienawidzę — odparła po chwili. — A odpowiedzią na kolejne dlaczego jest to, jak jestem poskręcana, to, czym jest on i czym ja jestem.

— I przedstawienie — dodała 3Jane. — Oglądałam je. Molly skinęła głową.

— Ale Hideo?

— Bo oni są najlepsi. Bo jeden z nich zabił kiedyś mojego partnera.

3Jane spoważniała nagle. Uniosła brwi.

— Bo musiałam się przekonać — powiedziała Molly.

— A potem byśmy rozmawiały, ty i ja? Jak teraz? — Miała całkiem proste, ciemne włosy, rozczesane pośrodku i związane na karku. — Możemy jeszcze porozmawiać?

— Zdejmij to. — Molly podniosła związane ręce.

— Zabiłaś mojego ojca — powiedziała 3Jane, bez najmniejszej zmiany tonu. — Widziałam na monitorach. Nazywał je oczami mamy.

— Zabił kukiełkę. Wyglądała jak ty.

— Lubił teatralne gesty — odparta.

Wtedy stanął przy niej Riviera, promienny od narkotyków, w swoim szarym więziennym ubraniu, które nosił w ogrodzie na dachu hotelu.

— Zaprzyjaźniacie się? To bardzo interesująca dziewczyna, prawda? Od razu to zauważyłem, gdy tylko zobaczyłem ją pierwszy raz. — Wyminął 3Jane. — Wiesz przecież, że to ci się nie uda.

— Doprawdy, Peter? — Molly zdołała się uśmiechnąć.

— Wintermute nie jest pierwszym, który popełnia ten sam błąd: nie docenia mnie. — Przekroczył kafelki chodnika, podszedł do białego stoliczka i chlusnął wodą mineralną do ciężkiej, kryształowej szklanki. — Rozmawiał ze mną, Molly. Sądzę, że rozmawiał z nami wszystkimi. Z tobą, z Case’em, z tym, co zostało z Armitage’a. Tak naprawdę on nas nie rozumie, wiesz? Ma te swoje profile, ale to tylko statystyka. Może ty jesteś statystycznym zwierzątkiem. Case jest nim na pewno. Ja za to posiadam pewną cechę, z samej swej natury niemierzalną.

Łyknął wody.

— A co to za cecha, Peter? — spytała obojętnie Molly. Riviera rozpromienił się.

— Przewrotność. — Wrócił do obu kobiet, kołysząc resztką wody w ciężkim, głęboko rżniętym walcu górskiego kryształu, jak gdyby rozkoszował się jego ciężarem. — Radość bezzasadnego czynu. I właśnie podjąłem decyzję, Molly, całkowicie bezzasadną decyzję.

Patrzyła na niego wyczekująco.

— Och, Peter — westchnęła 3Jane tonem łagodnej wymówki, zwykle zastrzeżonej dla dzieci.

— Żadnego słowa, Molly. Jak widzisz, powiedzial mi o tym. Naturalnie, 3Jane zna kod, ale ty go nie poznasz. Ani Wintermute. Moja Jane to ambitna dziewczyna, na swój przewrotny sposób. — Uśmiechnął się znowu. — Ma plany względem rodzinnego imperium, a para zwariowanych, sztucznych inteligencji tylko by nam przeszkadzała. Właśnie. I oto przybywa Riviera, by ją uratować.

Rozumiesz. Po czym Peter mówi: siedź cicho. Puszczaj ulubione nagrania swingu tatusia i czekaj, aż Peter zorganizuje odpowiednią orkiestrę, salę tancerzy, orszak dla zmarłego Króla Ashpoola. — Dopił resztkę wody. — Nie, nie nadajesz się, tatusiu. Zupełnie się nie nadajesz. Teraz, kiedy Peter trafił do domu.

Po czym, z twarzą zaróżowioną od kokainy i meperydyny, zamachnął się i uderzył szklanką w lewe szkło jej implantu, roztrzaskując wizję w strzępy krwi i światła.

Gdy Case zdjął trody, zauważył zwisającego pod sufitem Maelcuma. Elastyczne liny i szare gumowe przyssawki z obu stron mocowały do płyt pancerza zapiętą w pasie nylonową wstęgę. Zdjął koszulę i niezgrabnym kluczem do robót w nieważkości pracował nad głównym panelem. Solidne sprężyny klucza brzęczały cicho, gdy usuwał kolejną sześciokątną śrubę. Marcus Garvey stękał i trzeszczał od przeciążeń.

— Niemowa bierze nas do doku — poinformował Syjonita, wrzucając śrubę do zawieszonej u pasa siatki. — Maelcum pilotuje na samym końcu, a tymczasem szuka narzędzi do pracy.

— Tam trzymasz narzędzia? — Case wyciągnął szyję i obserwował węzły mięśni na brązowym karku.

— Tylko jedno. — Z przestrzeni za panelem wyjął podłużny pakunek owinięty w czarną folię. Założył płytę z powrotem i dokręcił jedną śrubę. Zanim skończył, czarne zawiniątko odpłynęło w stronę rufy. Maelcum uwolnił się, przerzuciwszy kciukiem próżniowe zawory na szarych przyssawkach. Złapał wydobyty ze skrytki przedmiot.

Odepchnął się od ściany, przepłynął nad instrumentami — na głównym ekranie pulsował zielony diagram operacji dokowania — i pochwycił ramę siatki przeciążeniowej Case’a. Ściągnął się w dół i grubym, połamanym paznokciem podważył taśmę sklejającą folię opakowania.

— Jeden facet w Chinach powiedział, że z tego wylatuje prawda — oznajmił, rozwijając starożytny, lśniący olejem automatyczny karabin Remingtona z lufą odpiłowaną kilka milimetrów przed porysowanym łożyskiem. Kolbę usunięto całkowicie, zastępując ją drewnianym uchwytem pistoletowym, owiniętym czarną taśmą. Maelcum pachniał potem i cannabis.

— Masz tylko jeden?

— Jasne, chłopie. — Czerwoną szmatką wycierał smar z lufy. Czarną folię owinął wokół trzymanego w drugiej ręce uchwytu. — Ja jestem rastafariańską flotą wojenną, możesz mi wierzyć.

Case naciągnął na czoło trody. Zapomniał nałożyć ponownie teksaski cewnik. Przynajmniej w Villa Straylight będzie mógł się normalnie odlać, choćby nawet po raz ostatni.

Włączył się.

— Cześć — powiedział konstrukt. — Nasz Peter totalnie zapieprzył robotę, co?

Zdawało się, że są teraz częścią lodu Tessier-Ashpool. Szmaragdowe łuki poszerzały się, zrastały, stawały litą masą. Zieleń dominowała w otaczających ich płaszczyznach chińskiego wirusa.

— Dochodzimy, Dixie?

— Całkiem blisko. Niedługo będziesz mi potrzebny.

— Posłuchaj, Dix. Wintermute twierdzi, że Kuang zagnieździł się na dobre w naszym Hosace. Będę musiał odłączyć od systemu ciebie i dek, przeciągnąć do Straylight i włączyć znowu, w ich program strażniczy. Tak mówi Wintermute. Uważa, że Kuang cały się przeniesie. Potem wejdziemy od środka, przez sieć Straylight.

— Cudownie — mruknął Płaszczak. — Nigdy nie lubiłem prostych rozwiązań, gdy można załatwić sprawę od strony dupy.

Case przeskoczył.

Prosto w jej ciemność, w zakrzepłą synestezję, gdzie ból był smakiem starego żelaza, zapachem melona, skrzydełkami ćmy muskającymi policzek. Leżała nieprzytomna i nie miał dostępu do jej snów. Kiedy błysnął światłowód, alfanumeryki ukazały się w aureolach delikatnej, różowej poświaty.

07:29:40.

— Jestem bardzo niezadowolona, Peter. — Głos 3Jane brzmiał głucho, jakby dobiegał ze studni. Molly słyszy, pomyślał, ale natychmiast się poprawił. Zestaw symstymu nie doznał uszkodzeń, czuł, jak uwierają w żebra. Uszy odbierały wibracje głosu dziewczyny.

Riviera odpowiedział coś, krótko i niewyraźnie.

— Ale ja nie — oznajmiła. — I to wcale nie jest zabawne. Hideo przyniesie ze szpitala zestaw medyczny, ale potrzebny będzie chirurg.

Zapadła cisza. Case bardzo wyraźnie słyszał plusk wody w basenie.

— O czym z nią rozmawiałaś, kiedy przyszedłem? — Riviera stał bardzo blisko.

— O mojej matce. Pytała o nią. Sądzę, że była w szoku, niezależnie od zastrzyku Hideo. Dlaczego jej to zrobiłeś?

— Chciałem sprawdzić, czy popękają.

— Jedno pękło. Kiedy odzyska przytomność… o ile odzyska przytomność, zobaczymy, jakiego koloru ma oczy.

— Jest bardzo niebezpieczna. Zbyt niebezpieczna. Gdyby mnie tu nie było, żeby odwrócić jej uwagę, gdybym nie pokazał Ashpoola i własnego obrazu, żeby ściągnąć tę jej małą bombę, co by się z tobą stało? Miałaby cię w swojej mocy.

— Nie — odparła 3Jane. — Był Hideo. Mam wrażenie, że nie do końca rozumiesz, kim jest Hideo. Ona rozumie.

— Napijesz się?

— Wina. Białego. Case się wyłączył.

Maelcum siedział zgarbiony nad tablicą przyrządów i wystukiwał rozkazy sekwencji dokowania. Centralny ekran modułu nawigacyjnego pokazywał nieruchomy czerwony kwadrat, reprezentujący dok Straylight. Garvey był większym, zielonym kwadratem. Malał powoli, kołysząc się z boku na bok, zgodnie z instrukcjami Maelcuma. Po lewej stronie mniejszy ekran wyświetlał graficzny obraz szkieletu Garveya i Haniwy, zbliżających się do krzywizny wrzeciona.

— Mamy godzinę. — Case wyjął z gniazda Hosaki wstęgę światłowodów. Baterie rezerwowe deku wystarczały na dziewięćdziesiąt minut, ale konstrukt Płaszczaka oznaczał dodatkowy pobór mocy. Mikroporową taśmą szybko i mechanicznie umocował kasetę konstruktu do podstawy Ono-Sendai. Obok przepłynął pas zabezpieczający Maelcuma. Pochwycił go, odpiął dwa kawałki elastycznej linki z przyssawkami, zatrzasnął jeden karabinek na drugim. Dotknął przyssawkami bocznych ścianek deku i kciukiem pchnął dźwignię ssania. Dek, konstrukt i zaimprowizowany uchwyt zawisły w powietrzu, gdy z pewnym wysiłkiem wbijał się w swoją skórzaną kurtkę. Sprawdził kieszenie, paszport, który dał mu Armitage, chip bankowy na to samo nazwisko, chip kredytowy, wydany przy wejściu do Freeside, dwa plastry betafenethylaminy kupionej od Bruce’a, zwitek nowych jenów, pół paczki yeheyuanów i shuriken. Rzucił chip Freeside. przez ramię i słyszał, jak stuknął w rosyjski wymiatacz. Chciał postąpić tak samo ze stalową gwiazdą, ale odbity chip kredytowy trafił go w potylicę, odskoczył, uderzył o sufit i przeleciał nad lewym ramieniem Maelcuma. Syjonita oderwał się od przyrządów i spojrzał groźnie. Case popatrzył na shuriken, po czym, słysząc odgłos dartej podszewki, wcisnął go do kieszeni.

— Tracisz Niemowę, chłopie — oznajmił Maelcum. — Mówi, że miesza w systemie bezpieczeństwa. Garvey dokuje jako łódka z Babilonu. Czekają na nią. Niemowa nadaje za nas kody.

— Będziemy nosić skafandry?

— Za ciężkie. — Maelcum wzruszył ramionami. — Nie wyłaź z siatki, dopóki ci nie powiem.

Wystukał ostatnią sekwencję i złapał dwa różowe, wytarte uchwyty po obu stronach pulpitu. Case widział, jak zielony kwadrat maleje o końcowe parę milimetrów i nakłada się na czerwony. Na mniejszym ekranie Haniwa obniżył dziób, by minąć powłokę wrzeciona, i znieruchomiał. Garvey wciąż wisiał mu pod brzuchem jak schwytana larwa. Holownik zadźwięczał i zadygotał. Wyskoczyły dwa stylizowane ramiona i pochwyciły smukły, owadzi kadłub. Straylight wysunął żółty prostokąt, który wygiął się i mijając Haniwę sięgnął do Garveya.

Zza falujących łańcuchów uszczelniacza dobiegł głośny zgrzyt.

— Uważaj, chłopie — ostrzegł Maelcum. — Zaraz będzie grawitacja.

Kilkanaście niewielkich przedmiotów równocześnie stuknęło o podłogę, jakby przyciągał je silny magnes. Case wstrzymał oddech, gdy wewnętrzne organy skokowo dostosowały się do innej konfiguracji przestrzeni. Dek i konstrukt boleśnie uderzyły go w nogi.

Zacumowali do wrzeciona i wirowali razem z nim.

Maelcum przeciągnął się, poruszył ramionami. Zdjął z włosów fioletową siatkę i potrząsnął długimi lokami.

— Jeśli czas ważny, chłopie — powiedział — to idziemy.

19

Villa Straylight jest strukturą pasożytniczą, przypominał sobie Case, gdy mijając frędzle uszczelniacza, przeciskał się przez przedni luk Marcusa Garveya. Straylight wysysa z Freeside powietrze i wodę; nie ma własnego ekosystemu.

Rura tunelu, którą wysunął dok, była wersją tej, przez którą czołgał się do Haniwy, bardziej skomplikowaną i przystosowaną do warunków rotacyjnej grawitacji wrzeciona. Żebrowany tunel poruszany integralnymi, hydraulicznymi siłownikami, każdy segment obramowany pierścieniem tworzywa antypoślizgowego. Pierścienie służyły też za szczeble. Tunel wymijał Haniwę; na odcinku, gdzie łączył się z Garveyem, był poziomy, lecz zakręcał ostro do góry i w lewo, zgodnie z krzywizną powłoki jachtu. Maelcum wspinał się już po pierścieniach, używając tylko lewej ręki. W prawej trzymał Remingtona. Miał na sobie poplamione luźne spodnie, zieloną nylonową kurtkę bez rękawów i wystrzępione tenisówki o jaskrawoczerwonych podeszwach. Tunel uginał się lekko za każdym razem, gdy chwytał kolejny pierścień.

Karabinki na prowizorycznym pasie nośnym wbijały się w ramię pod ciężarem Ono-Sendai i konstruktu Płaszczaka. Case czuł teraz wyłącznie strach, uogólnione przerażenie. Stłumił to uczucie, zmusił się, by odtworzyć w pamięci wykład Armitage’a na temat wrzeciona i Villi Straylight. Rozpoczął wspinaczkę. Ekosystem Freeside był ograniczony, ale nie zamknięty. Syjon posiadał system zamknięty, zdolny do istnienia przez całe lata bez wprowadzania materiałów z zewnątrz. Freeside produkowało własną wodę i powietrze, ale wymagało stałych dostaw żywności i regularnego uzupełniania odżywczych składników gleby. Villa Straylight nie wytwarzała niczego.

— Chłopie — odezwał się niegłośno Maelcum. — Chodź tu do mnie.

Case przesunął się w bok na cylindrycznej drabinie i pokonał ostatnie pierścienie. Tunel kończył się gładką, nieco wklęsłą klapą o średnicy dwóch metrów. Hydrauliczne siłowniki znikały w elastycznych powłokach, umocowanych do obudowy włazu.

— I co…

Case zamknął usta, gdy klapa ruszyła w górę. Niewielka różnica ciśnień dmuchnęła mu w oczy drobnym pyłem.

Maelcum przeczołgał się przez krawędź i Case usłyszał cichy trzask zwalnianego bezpiecznika Remingtona.

— To tobie się spieszy — szepnął Maelcum.

Po chwili Case stał już przy nim.

Właz znajdował się w środku okrągłej, wysoko sklepionej komory, wyłożonej niebieskimi kafelkami antypoślizgowymi. Maelcum szturchnął Case’a i wskazał palcem: we wklęsłej ścianie tkwił wbudowany monitor. Na ekranie wysoki młody człowiek o rysach Tessier-Ashpoola strzepywał coś z rękawów ciemnego płaszcza. Stał obok identycznego włazu, w identycznej komorze.

— Najmocniej pana przepraszam. — Głos dobiegał z kratki umieszczonej nad klapą. Case podniósł głowę. — Oczekiwaliśmy pana trochę później, w doku osiowym. Jedną chwileczkę.

Młody człowiek na ekranie niecierpliwie potrząsnął głową.

Drzwi po lewej stronie stanęły otworem. Maelcum odwrócił się błyskawicznie. Niewysoki Euroazjata w pomarańczowym kombinezonie przestąpił próg i wytrzeszczył oczy. Otworzył usta, ale nie wydał żadnego dźwięku. Zamknął usta. Case spojrzał na monitor: pusty.

— Kto? — wykrztusił tamten.

— Rastafariańska flota wojenna. — Case wyprostował się; dek cyberprzestrzeni obijał mu biodro. — Chcemy tylko włączyć się w wasz system strażniczy.

Mężczyzna przełknął ślinę.

— Czy to test? Kontrola lojalności. To musi być kontrola lojalności. — Wytarł dłonie o nogawki kombinezonu.

— Nie, chłopie, to prawda. — Maelcum stanął przed nim, mierząc z obrzyna w euroazjatycką twarz. — Ruszaj się.

Przeszli przez drzwi w korytarz, którego ściany z gładzonego betonu i pokryta leżącymi jeden na drugim dywanami podłoga były Case’owi doskonale znane.

— Niezłe chodniczki. — Maelcum pchnął jeńca lufą karabinu. — Pachnie jak w kościele.

Podeszli do kolejnego monitora, antycznego Sony umieszczonego nad konsolą z klawiaturą i złożoną tablicą gniazd połączeniowych. Kiedy się zatrzymali, rozbłysnął ekran, a Finn uśmiechnął się z przymusem na tle czegoś, co wyglądało jak frontowy pokój Metro Holografix.

— W porządku — stwierdził. — Maelcum weźmie tego faceta kawałek dalej, do magazynku. Tam go wepchnie. Zatrzasnę drzwi. Case, piąte gniazdo od lewej, górny panel. Wtyczki adaptorów są w szafce pod konsolą. Potrzebujesz dwudziestostykowej Ono-Sendai na czterdziestkę Hitachi.

Maelcum pchnął więźnia, a Case przyklęknął i szperał w stosie wtyczek, aż znalazł tę, której szukał. Podłączył dek do adaptora i czekał.

— Musisz tak wyglądać? — zapytał twarz na ekranie. Finn znikał linia za linią, przesłaniany obrazem Lonny’ego Zone’a na tle ściany z podartymi japońskimi plakatami.

— Czego tylko zapragniesz, dziecinko. — Zone przeciągał słowa. — Wystarczy poprosić Lonny’ego…

— Nie — przerwał Case. — Wolę Finna.

Gdy tylko zniknął portret Zone’a, wcisnął do gniazda adaptor Hitachi i umocował na czole trody.

— Co cię zatrzymało? — spytał Płaszczak i roześmiał się.

— Mówiłem, żebyś tego nie robił — burknął Case.

— Taki żart, mały — wyjaśnił konstrukt. — U mnie zerowy upływ czasu. Popatrzmy, co tu mamy…

Program Kuang był zielony, o odcieniu identycznym jak lód T-A. Gdy Case patrzył, stawał się coraz bardziej nieprzejrzysty, choć w centrum nadal widział czarną, lśniącą sylwetkę rekina. Linie pęknięć i halucynacje zniknęły i kształt był równie rzeczywisty jak Marcus Garvey: bezskrzydły, antyczny odrzutowiec z gładką powłoką wyłożoną czarnym chromem.

— Gotowy — stwierdził Płaszczak.

— Zgadza się — przytaknął Case i przeskoczył.

— …i tyle. Przykro mi — mówiła 3Jane, bandażując głowę Molly. — Zestaw nie wykazał żadnego wstrząsu ani trwałych uszkodzeń oka. Zanim tu przyszłaś, nie znałaś go chyba zbyt dobrze?

— W ogóle go nie znałam — odparła obojętnie Molly. Leżała na plecach na jakimś wysokim łóżku albo stole wyłożonym czymś miękkim. Case nie czuł złamanej nogi. Synestetyczny efekt pierwszego zastrzyku chyba minął. Zniknęła czarna kula, lecz jej ręce zostały unieruchomione niewidocznymi dla Molly, miękkimi pasami.

— Chce cię zabić.

— To by się zgadzało. — Molly patrzyła na jaskrawą lampę w chropowatym suficie.

— Nie wiem, czy mu pozwolę — oświadczyła 3Jane i Molly z wysiłkiem obróciła głowę, by spojrzeć w ciemne oczy.

— Nie żartuj ze mnie — poprosiła.

— Kiedy chyba mam ochotę — stwierdziła 3Jane, pochylając się, by pocałować Molly w czoło. Ciepłą dłonią odgarnęła jej włosy. Jasna dżellaba była poplamiona krwią.

— Gdzie on teraz jest? — zapytała Molly.

— Pewnie robi sobie zastrzyk. — 3Jane wyprostowała się. — Nie mógł się ciebie doczekać. Sądzę, że opieka nad tobą będzie całkiem niezłą zabawą. — Z obojętnym uśmiechem wytarła zakrwawioną dłoń o połę szaty. — Trzeba ci jeszcze raz złożyć nogę, ale załatwimy to jakoś.

— Co z Peterem?

— Peter… — Potrząsnęła głową. Kosmyk ciemnych włosów opadł jej na czoło. — Peter zaczął mnie nudzić. W ogóle sądzę, że używanie narkotyków jest dość nudne. — Zachichotała. — W każdym razie przez innych. Mój ojciec, jak pewnie zauważyłaś, był zdeklarowanym narkomanem.

Molly napięła mięśnie.

— Nie denerwuj się. — Palce 3Jane musnęły skórę nad paskiem skórzanych dżinsów. — Samobójstwo było rezultatem moich manipulacji z marginesami bezpieczeństwa jego zamrażarki. Nigdy go naprawdę nie spotkałam. Wyszłam ze sztucznej macicy podczas ostatniego okresu jego snu. Ale znałam go doskonale. Rdzeniowe wiedzą wszystko. Widziałam, jak morduje moją matkę. Pokażę ci, gdy tylko poczujesz się lepiej. Dusi ją w łóżku.

— Dlaczego ją zabił? — Nie osłonięte bartdażem oko wpatrywało się w twarz dziewczyny.

— Nie potrafił zaakceptować kierunku przemian, jaki zaplanowała dla rodziny. Zatwierdziła budowę dwóch sztucznych inteligencji. Była wizjonerką. Widziała nas w symbiotycznym związku z SI, które podejmowałyby decyzje w sprawach korporacji. Świadome decyzje, powinnam chyba zaznaczyć. Tessier-Ashpool stałby się nieśmiertelny jak ul; każdy z nas byłby elementem większej jaźni. Fascynujące. Pokażę ci jej taśmy; prawie tysiąc godzin. Właściwie nigdy jej nie rozumiałam, a po śmierci te plany runęły. Wszelkie plany runęły i zaczęliśmy zagłębiać się w sobie. Teraz już rzadko wychodzimy na zewnątrz. Ja jestem wyjątkiem.

— Mówisz, że chciałaś zabić starego. Grzebałaś w programach kriogenicznych?

3Jane kiwnęła głową.

— Znalazłam pomocnika. Ducha. Tak myślałam, kiedy byłam jeszcze mała: że w korporacyjnym rdzeniu są duchy. Głosy. Jednym z nich był ten, którego nazywasz Wintermute’em. To kod Turinga dla naszej berneńskiej SI. Osobowość, która wam rozkazuje, jest czymś w rodzaju podprogramu.

— Jednym z nich? Czyli było więcej?

— Jeszcze jeden. Ale on nie odzywa się do mnie już od lat. Chyba zrezygnował. Podejrzewam, że oba są realizacją pewnych możliwości, które mama kazała wprojektować w oryginalny software. Kiedy uznała to za konieczne, umiała być bardzo tajemnicza. Masz. Napij się. — Przysunęła do warg Molly giętką plastykową rurkę. — To woda. Nie za dużo.

— Jane, kochanie. — Wesoły głos Riviery dochodził gdzieś spoza pola widzenia. — Dobrze się bawisz?

— Zostaw nas same, Peter.

— Bawisz się w doktora…

Nagle Molly patrzyła na własną twarz, obraz zawieszony dziesięć centymetrów od nosa. Bez bandaży. Lewy implant był strzaskany: długi palec srebrzystego plastyku znikał w głębi oczodołu jak w odwróconej kałuży krwi.

— Hideo — zawołała 3Jane, gładząc brzuch Molly. — Zrób mu krzywdę, jeśli zaraz sobie nie pójdzie. Idź popływać, Peter. Projekcja zniknęła. 07;58:40 w ciemności zabandażowanego oka.

— Powiedział, że znasz kod. Peter powiedział. Wintermute potrzebuje tego kodu.

Nagle Case uświadomił sobie ciężar klucza Chubba, leżącego na wewnętrznej pochyłości jej lewej piersi.

— Tak. — 3Jane cofnęła dłoń. — Znam. Dowiedziałam się jeszcze jako dziecko. Mam wrażenie, że we śnie… albo gdzieś w tysiącu godzin pamiętników mamy. Sądzę jednak, że Peter ma rację, kiedy mówi, żebym nie zdradzała kodu. Jeśli dobrze wszystko zrozumiałam, to będą kłopoty z Turingiem. A duchy są zwykle kapryśne.

Case się wyłączył.

— Zabawna klientka, co? — Finn uśmiechnął się ze starego Sony.

Case wzruszył ramionami. Korytarzem wracał Maelcum z Remingtonem pod pachą. Syjonita uśmiechał się i potrząsał głową w takt muzyki, której Case nie słyszał. Dwa cienkie żółte przewody biegły od jego uszu do bocznej kieszeni kurtki.

— Podkład, chłopie — wyjaśnił Maelcum.

— Jesteś pieprznięty wariat — stwierdził Case.

— Świetnie słychać. Godziwy podkład.

— Chłopaki — wtrącił Finn. — Ruszcie tyłki. Nadjeżdża środek transportu. Nie zawsze potrafię wykręcić tak gładki numer jak z 8Jeanem, który nabrał dozorcę. Za to mogę wam załatwić dojazd do lokalu 3Jane.

Case wyrwał z gniazda adaptor. Pod znaczącym koniec korytarza, surowym łukiem betonu pojawił się elektryczny wózek. Może ten sam, którym jechali Afrykanie, ale jeśli nawet, to zniknęli. Za niskim siodełkiem, wbijając w tapicerkę cienkie manipulatory, mały Braun mrugał rytmicznie czerwoną LEDą.

— Mamy autobus — poinformował Maelcuma Case.

20

Znów zagubił swój gniew. Tęsknił za nim.

W małym wózku było ciasno: Maelcum z Remingtonem na kolanach i Case ze zwisającym na pierś dekiem i konstruktem. Wózek jechał z szybkością, której konstrukcja nie przewidywała. Zarzucało ich na zakrętach, więc Maelcum wychylał się do środka. Nie sprawiało to kłopotów, gdy skręcali w lewo, gdyż Case siedział właśnie po lewej stronie. Ale przy prawych wirażach Syjonita musiał kłaść się na niego i sprzęt, wgniatając Case’a w siodełko.

Nie miał pojęcia, którędy jadą. Wszystko wydawało się znajome, ale nie był pewien, czy oglądał już wcześniej ten kawałek korytarza. Drewniane gabloty na wygiętych ścianach demonstrowały zbiory, jakich z całą pewnością jeszcze nie widział: czaszki wielkich ptaków, monety, maski z kutego srebra. Sześć opon wózka toczyło się bezgłośnie po warstwach dywanów. Jedynym dźwiękiem było wycie silnika i od czasu do czasu syjoński podkład z piankowych kulek w uszach Maelcuma, gdy ten przesuwał się, kontrując ostre prawe skręty. Dek i konstrukt dociskały do biodra tkwiący w kieszeni kurtki shuriken.

— Masz zegarek? — zapytał Maelcuma. Syjonita potrząsnął włosami.

— Czas to czas.

— Jezu! — Case zamknął oczy.

Braun przebiegł po stosie dywanów i stuknął manipulatorem w wielkie drzwi z ciemnego porysowanego drewna. Wózek za plecami zaskwierczał i strzelił snopem błękitnych iskier spod osłoniętej tablicy kontrolnej. Jedna z iskier spadła na chodnik pod kołami i Case wyczuł zapach przypalonej wełny.

— Tędy, chłopie? — Maelcum spojrzał podejrzliwie i zwolnił bezpiecznik karabinu.

— A skąd mam wiedzieć? — mruknął Case, bardziej do siebie niż do Syjonity.

Braun obrócił kulisty tułów i zamigotał LEDą.

— Chce, żebyś otworzył drzwi. — Maelcum pokiwał głową.

Case podszedł i nacisnął rzeźbioną mosiężną gałkę. Na drzwiach, na poziomie oczu, tkwiła mosiężna tabliczka, tak stara, że wyryty na niej napis został zredukowany do cieniutkich, nieczytelnych zygzaków: nazwa jakiejś funkcji lub nazwisko funkcjonariusza wytarte w nicość. Przez moment zastanawiał się, czy Tessier-Ashpoolowie specjalnie dobierali każdy element Straylight, czy może kupili wszystko hurtem w jakimś ogromnym europejskim odpowiedniku Metro Holografix. Zawiasy zgrzytnęły żałośnie, gdy uchylił drzwi. Maelcum wyprzedził go, z Remingtonem gotowym do strzału z biodra.

— Książki — oznajmił.

Biblioteka. Białe, stalowe półki z etykietami.

— Wiem, gdzie jesteśmy — stwierdził Case. Spojrzał przez ramię na wózek naprawczy. Z dywanu unosiła się smużka dymu.

— Idziemy — powiedział. — Co z wózkiem? Wózek! Pojazd nie drgnął. Braun ciągnął go za nogawkę dżinsów, drapał w kostkę. Z trudem się powstrzymał, by go nie kopnąć.

— Czego?

Stukając cicho, robot wyminął drzwi. Case poszedł za nim. Bibliotecznym monitorem był kolejny Sony, równie antyczny jak pierwszy. Braun zatrzymał się pod nim i wykonał coś w rodzaju migu.

— Wintermute?

Znajoma twarz wypełniła ekran.

— Pora na wejście kontrolne, Case. — Finn uśmiechnął się, mrużąc oczy za kłębem papierosowego dymu. — Chodź, włącz się.

Braun rzucił się do stopy Case’a i zaczął włazić po nodze. Manipulatory szczypały skórę pod cienką, czarną tkaniną.

— Szlag by… — Trzepnął go dłonią, a robot uderzył o ścianę. Dwa z jego ramion przesuwały się tam i z powrotem, bezsensownie pompując powietrze. Co się stało z tym piekielnym automatem?

— Przepalił się — odparł Finn. — Głupstwo. Nie ma sprawy. Włącz się już.

Pod ekranem były cztery gniazda, ale tylko jedno pasowało do adaptora Hitachi.

Włączył się.

Nic. Szara pustka.

Ani matrycy, ani siatki. Ani cyberprzestrzeni. Dek zniknął. Jego palce…

Na samym skraju świadomości jakieś przelotne, zmienne wrażenie czegoś, co pędzi ku niemu poprzez kilometry czarnych zwierciadeł. Spróbował krzyknąć.

Zdawało się, że za łukiem plaży leży miasto. Ale było bardzo daleko.

Przysiadł na piętach na mokrym piasku, ciasno obejmując rękami kolana, i dygotał.

Chyba trwał w tej pozycji przez bardzo długi czas, nawet kiedy drżenie ustało. Miasto, jeśli to miasto, było niskie i szare. Czasami przesłaniały je kłęby mgły, toczące się znad pluszczących cicho fal. W pewnym momencie uznał, że to wcale nie miasto, ale pojedynczy budynek, może jakieś ruiny, nie potrafił ocenić odległości. Piasek miał odcień zmatowiałego srebra, które nie poczerniało jeszcze do końca. Plaża była z piasku, piasek był wilgotny, siedzenie dżinsów przemokło… Obejmował dłońmi kolana i kołysząc się śpiewał piosenkę bez słów i melodii.

Niebo miało inny kolor srebra. Chiba. Jak w Chiba City. Zatoka Tokijska? Odwrócił głowę i spojrzał w morze, tęskniąc za widokiem holograficznego logo Fuji Electric, za warkotem śmigłowca, za czymkolwiek.

Gdzieś za plecami wrzasnęła mewa. Drgnął.

Budził się wiatr; ziarna piasku kłuły w policzek. Przycisnął twarz do kolan i zapłakał; odgłos szlochu był równie daleki i obcy jak krzyk polującej mewy. Gorąca uryna przemoczyła dżinsy, wyciekła na piasek i szybko ostygła od wiatru i wody. Kiedy obeschły łzy, bolało go gardło.

— Wintermute — bełkotał do swoich kolan. — Wintermute…

Zapadał mrok. Zadrżał znowu, tym razem z zimna, które w końcu zmusiło go, by wstać.

Bolały go łokcie i kolana. Ciekło z nosa; wytarł go w rękaw kurtki, po czym przeszukał jedną pustą kieszeń po drugiej.

— Jezu — mruknął, wsuwając palce pod pachy, by je rozgrzać. — Jezu.

Zaczął dzwonić zębami.

Fala przypływu pozostawiła na plaży wzory bardziej subtelne, niż mógłby stworzyć jakikolwiek tokijski ogrodnik. Kiedy przeszedł z dziesięć kroków w stronę niewidocznego teraz miasta, odwrócił się i spojrzał w gęstniejący mrok. Odciski stóp sięgały do punktu przybycia. Żaden inny ślad nie niszczył gładzi ciemnego piasku.

Ocenił, że zanim zobaczył światło, przeszedł co najmniej kilometr. Rozmawiał z Ratzem i to Ratz mu je pokazał: pomarańczowo-czerwony blask po prawej stronie, spory kawałek od brzegu. Wiedział, że Ratza nie było, że barman jest tylko tworem jego własnej wyobraźni, nie tego czegoś, co go tu uwięziło. Nie dbał o to. Przywołał go, szukając pocieszenia, ale Ratz miał własne poglądy na Case’a i jego sytuację.

— Zdumiewasz mnie, artysto. Tyle wysiłku, żeby doprowadzić do własnego zniszczenia. Niepotrzebnego wysiłku! W Mieście Nocy miałeś je jak na tacy! Prochy, żeby wyżerały ci rozum, gorzałę, żeby wszystko było płynne, Lindę dla słodkiej zgryzoty i ulicę, żeby trzymała topór. Jak daleko odszedłeś, żeby załatwić to teraz, w takim groteskowym układzie… Lunapark zawieszony w przestrzeni, hermetyczne pałace, najrzadsze zgniłki starej Europy, martwi faceci zamknięci w małych pudełkach, chińska magia… — Ratz śmiał się, maszerując obok niego i wymachując dziarsko różowym manipulatorem. Mimo ciemności Case dostrzegał barokową koronkę stali na poczerniałych zębach barmana. — Ale takie są pewnie metody artystów. Potrzebowałeś tego świata, zbudowanego specjalnie dla ciebie, tej plaży, tego miejsca. Żeby umrzeć.

Case zatrzymał się, zachwiał, skręcił w stronę szumu fal i ukłuć niesionego wiatrem piasku.

— Tak… — mruknął. — Cholera. Chyba… Szedł w kierunku dźwięku.

— Artysto! — usłyszał wołanie Ratza. — Światło! Widziałeś światło. Tutaj. Tędy…

Znów się zatrzymał. Padł na kolana o kilka milimetrów od lodowatej wody.

— Ratz? Światło? Ratz?

Lecz ciemność była już absolutna i słyszał tylko plusk fal. Wstał z wysiłkiem i spróbował wrócić po swoich śladach.

Czas płynął. Case szedł naprzód.

I wreszcie zobaczył: blask, z każdym krokiem bardziej wyraźny. Prostokąt. Drzwi.

— Tam jest ogień — powiedział, a wiatr porwał jego słowa. Znalazł bunkier, kamienny czy betonowy, zagrzebany w wydmie mokrego piasku. Wejście było niskie, otwarte, głębokie: otwór w ścianie grubości co najmniej metra.

— Hej — zawołał cicho. — Hej…

Palce dotknęły zimnej konstrukcji. Wewnątrz płonął ogień, cienie falowały na ścianach otworu wejścia.

Pochylił głowę i przeszedł, był w środku, po trzech krokach.

Dziewczyna pochylała się nad pordzewiałym żelastwem tworzącym rodzaj paleniska, na którym płonęło wyrzucone na brzeg drewno, a wiatr wysysał dym powgniataną rurą komina. Płomienie były jedynym źródłem światła, a kiedy spojrzał w rozszerzone zdumieniem oczy, rozpoznał opaskę na czole: zwiniętą chustę z wzorem podobnym do powiększenia obwodu drukowanego.

Tej nocy odepchnął jej ramiona, odmówił jedzenia, które podała, zrezygnował z miejsca przy niej na stosie koców i ścinków gąbki. W końcu przysiadł u wejścia i patrzył, jak śpi, słuchając wiatru szorującego piaskiem o ściany. Mniej więcej co godzina podchodził do prowizorycznego paleniska i dokładał drewna z przygotowanego stosu. Nic z tego nie było prawdziwe, ale zimno to zimno.

Ona też nie była rzeczywista, skulona na boku w blasku ognia. Przyglądał się ustom z lekko rozchylonymi wargami. Była tą dziewczyną, którą pamiętał z wycieczki przez Zatokę. To okrutne.

— Ty cholerny skurwielu — szeptał do wiatru. — Nie ryzykujesz, co? Nie dałbyś mi jakiejś z odrzutu. Wiem, co to jest… — Z trudem tłumił rozpacz. Wiem, kapujesz? — Wiem, kim jesteś. Jesteś tym drugim. 3Jane mówiła Molly. Krzak gorejący. To nie był Wintermute, tylko ty. On próbował mnie ostrzec przez Brauna. A teraz ty mnie wypłaszczyłeś i trzymasz tutaj. Czyli nigdzie. Z jej duchem. Takiej, jaką pamiętam, zanim…

Poruszyła się przez sen, zawołała coś, naciągając koc na ramię i policzek.

— Jesteś niczym — oznajmił śpiącej dziewczynie. — Jesteś martwa, a i tak byłaś tylko dupą do łóżka. Słyszysz, koleś? Wiem, co robisz. Wypłaszczyłem. Wszystko to trwa razem jakieś dwadzieścia sekund, zgadza się? Siedzę na tyłku w tej bibliotece, a mój mózg jest martwy. I niedługo ja sam będę martwy, jeśli masz choć trochę rozumu. Nie chcesz, żeby Wintermute wykręcił swój numer, więc mnie tu odwiesiłeś. Dixie może pojechać Kuangiem, ale jest trupera i umiesz przewidywać jego ruchy. Te zagrywy z Lindą to byłeś ty, od samego początku, co? Wintermute próbował jej użyć, kiedy mnie wessał w ten konstrukt Chiby, ale nie potrafił. Powiedział, że za trudne. To ty przestawiłeś gwiazdy we Freeside, prawda? Ty nałożyłeś jej twarz na martwą kukiełkę w pokoju Ashpoola. Molly tego nie widziała. Przerobiłeś sygnał symstymu. Bo myślisz, że możesz mnie zranić. Tylko że ja cię pieprzę, jak się tam nazywasz. Wygrałeś. Wygrywasz. Ale to wszystko nic dla mnie nie znaczy, jasne? Myślisz, że się przejmuję? To dlaczego robisz mi to w taki sposób? — Znowu drżał. Głos miał piskliwy.

— Skarbie — powiedziała, odrzucając koc. — Chodź tu i prześpij się. Ja wstanę, jeśli sobie życzysz. Ale musisz pospać. — Senność wzmacniała jej akcent. Po prostu śpij, dobra?

Nie było jej, gdy się obudził. Ogień wygasł, ale w bunkrze było ciepło, promienie słońca wpadały przez otwór wejścia, rzucając skrzywiony prostokąt złota na poszarpaną krawędź dużego plastykowego kanistra. Pojemnik był kontenerem transportowym, pamiętał takie z doków Chiby. Przez rozerwaną ściankę widział kilka jasnożółtych pakietów — w świetle słońca przypominały ogromne plastry masła. Żołądek ssał go z głodu. Wytoczył się z legowiska, podszedł do pojemnika, wyłowił jedną paczkę i mrugając spojrzał na małe napisy w kilkunastu językach. Angielski był na samym dole. RACJA ŻYWN., WYS. ZAW. BIAŁKA, „WOŁOWINA”, TYP AG-8. I lista składników odżywczych. Wyciągnął drugą. „JAJKA”.

— Jeżeli stwarzasz to gówno — powiedział — to mógłbyś podrzucić jakieś prawdziwe żarcie. Dobra?

Z pakietami w obu dłoniach przeszedł przez cztery komory bunkra. Dwie były puste, jeśli nie liczyć nawianego piasku, w czwartej znalazł jeszcze trzy kontenery racji żywnościowych.

— Jasne — mruknął, sprawdzając pieczęcie. — Już bardzo długo tu leżą. Rozumiem, o co chodzi. Jasne…

Przeszukał pomieszczenie z paleniskiem. Trafił na plastykowy kanister z wodą, chyba deszczową. Obok legowiska, pod ścianą leżała tania czerwona zapalniczka, marynarski nóż z pękniętą zieloną rękojeścią i jej chustka, wciąż związana w opaskę, sztywna od potu i brudu. Otworzył nożem pakiety i wysypał zawartość do zardzewiałej puszki, znalezionej koło ogniska. Dolał wody, wymieszał palcami i zjadł gęstą maź. Trochę przypominała smakiem wołowinę. Kiedy skończył, cisnął puszkę w popiół i wyszedł.

Późne popołudnie, sądząc po słońcu. Zrzucił przemoczone nylonowe buty i zdumiał się ciepłem piasku. W świetle dnia plaża była srebrzystoszara, a niebo błękitne i bezchmurne. Skręcił za róg bunkra i ruszył do wody, rzucając kurtkę na piasek.

— Nie wiem, czyich wspomnień do tego używasz — powiedział, stojąc po kostki w wodzie. Ściągnął dżinsy i cisnął je na płyciznę; potem koszulkę i slipy.

— Co robisz, Case?

Obejrzał się. Stała dziesięć metrów od niego, wokół jej stóp spływała biała piana.

— Zlałem się w nocy — powiedział.

— Nie będziesz mógł tego nosić. Słona woda. Obciera skórę. Pokażę ci jeziorko między skałami. — Skinęła za siebie. — Tam masz świeżą wodę.

Nogawki wyblakłego francuskiego kombinezonu obcięła powyżej kolan. Miała gładkie brązowe łydki. Bryza rozwiewała jej włosy.

— Słuchaj — powiedział. Wyłowił swoje rzeczy i ruszył ku niej. — Mam jedno pytanie. Nie: co ty tutaj robisz. Ale: jak myślisz, co właściwie ja tu robię?

Zatrzymał się. Mokra, czarna nogawka kołysała się, uderzając o nagie udo.

— Przyszedłeś w nocy. — Uśmiechnęła się.

— I to ci wystarczy? Tak po prostu przyszedłem?

— On mówił, że przyjdziesz. — Zmarszczyła nos i wzruszyła ramionami. — On pewnie wie takie rzeczy.

Podniosła lewą nogę i niezręcznie, po dziecinnemu, otarta sól z prawej kostki. Spojrzała badawczo i uśmiechnęła się znowu.

— Teraz ty mi odpowiedz, dobrze? Kiwnął głową.

— Dlaczego jesteś cały pomalowany na brąz, a stopę masz białą?

— To ostatnie, co zapamiętałaś?

Przyglądał się, jak zdrapuje resztki liofilizowanego żarcia z prostokątnej metalowej pokrywy, będącej ich jedynym talerzem. Przytaknęła. W blasku ognia jej oczy były ogromne.

— Przykro mi, Case, naprawdę. To chyba te prochy. Byłam… — Pochyliła się, opierając łokcie na kolanach. Twarz wykrzywiła się na moment, z bólu lub na jego wspomnienie. — Potrzebowałam forsy. Żeby wrócić do domu, myślę. Albo… do diabła, w ogóle nie chciałeś ze mną gadać.

— Nie ma tu papierosów?

— Rany boskie, Case, dziesiąty raz o to pytasz! Co się z tobą dzieje?

— Ale jedzenie tu było? Tutaj je znalazłaś?

— Człowieku, przecież mówiłam, że wyrzuciło skrzynie na tę cholerną plażę.

— W porządku. Jasne. Żadnych luk. Znowu się rozpłakała.

— Niech cię diabli, Case — wykrztusiła w końcu. — Świetnie tu sobie radziłam bez ciebie.

Wstał, wziął kurtkę i wyszedł na zewnątrz. W przejściu zadrapał dłoń o szorstki beton. Nie było księżyca ani wiatru; w ciemności zewsząd otaczał go szum morza. Dżinsy miał ciasne i mokre.

— W porządku — oświadczył nocy. — Kupuję to. Chyba kupuję. Ale lepiej, żeby jutro fala wyrzuciła jakieś papierosy. — Zaskoczył go własny śmiech. — Skoro już o tym mowa, to skrzynka piwa też nie zaszkodzi.

Zrobił zwrot i wrócił do bunkra.

Grzebała w palenisku szarym od soli kijem.

— Kto to był, Case, w twojej skrzyni w Tanim Hotelu? Ostra jak samuraj, z tymi lustrzanymi okularami i w czarnej skórze. Przestraszyła mnie. Później pomyślałam, że może to twoja nowa dziewczyna. Ale wyglądała na więcej szmalu, niż miałeś… — Spojrzała niepewnie. — Przepraszam, że ukradłam twoje RAM.

— Nie ma sprawy — zapewnił. — To nieważne. I co, zaniosłaś je do tego faceta i poprosiłaś, żeby otworzył dostęp?

— Do Tony’ego. Kiedyś się z nim widywałam. Był w nałogu i razem… w każdym razie tak, pamiętam, jak przejrzał je na swoim monitorze. Miałeś tam niesamowitą grafikę. Zdziwiłam się, w jaki sposób…

— Tam nie było żadnej grafiki — przerwał ostro.

— Była. Tylko nie wiem, Case, jak zdobyłeś wszystkie te obrazy z czasu, kiedy byłam mała. Jak wyglądał tatuś, zanim odszedł. Raz dał mi taką malowaną drewnianą kaczkę i też miałeś jej obraz.

— Tony to widział?

— Nie pamiętam. A potem byłam na tej plaży, bardzo wcześnie, wschodziło słońce i wszystkie ptaki wrzeszczały. Byłam sama. Przestraszona, bo nie miałam dawki i wiedziałam, że się pochoruję… I szłam, i szłam, aż zrobiło się ciemno. Znalazłam to miejsce, a następnego dnia przypłynęło żarcie, całe zaplątane w jakimś morskim paskudztwie, jak w liściach z gęstej galarety. — Wsunęła kij między głownie i zostawiła. — Nie rozchorowałam się — dodała. Po drewnie pełzały iskry żaru. — Bardziej mi brakowało papierosów. A ty, Case? Ciągle na głodzie?

Blask ognia tańczący na jej kościach policzkowych; zapamiętane błyski Zamku Czarnoksiężnika i Wojny Czołgów w Europie.

— Nie — odparł krótko i nagle przestało się liczyć, co wie, gdy smakował sól na jej wargach, gdzie zaschły łzy. Płynęła przez nią moc, którą pamiętał z Miasta Nocy, którą tam zatrzymał i przez którą został zatrzymany, na jedną chwilę oderwany od czasu i śmierci, od nieustępliwej ulicy, która polowała na nich wszystkich. Nie każdy mógł go tam zabrać i jakoś zawsze udawało mu się zapomnieć. O czymś, co tak wiele razy już znalazł i zgubił. To coś należało — wiedział o tym, pamiętał, gdy pociągnęła go w dół — do mięsa, do ciała, którym gardzili kowboje. Było ogromne, niepoznawalne: morze informacji zakodowanej w spiralach i feromonie, nieskończona złożoność, którą jedynie ciało potrafi odczytać swymi absolutnie ślepymi metodami.

Zamek się zaciął, gdy rozpinał jej francuski kombinezon: zwoje ząbkowanego nylonu zlepionego solą. Złamał go; jakaś drobna metalowa część odskoczyła od ściany, gdy ustąpiła przeżarta solą tkanina. A potem wszedł w nią, realizując transmisję odwiecznej wiadomości. Popęd działał nieubłaganie nawet tutaj, w miejscu, o którym wiedział, że jest zakodowanym modelem czyjejś pamięci.

Zadrżała przytulona do niego, gdy zapommany kij zapłonął ogniem. Nagły rozbłysk rzucił na ścianę bunkra ich splecione cienie.

Później, kiedy leżał z dłonią między jej udami, przypomniał sobie, jak stała na plaży, a biała piana obmywała jej stopy. I przypomniał sobie, co wtedy mówiła.

— On ci powiedział, że przyjdę.

Ale odwróciła się tylko, przyciskając pośladki do jego ud, nakryła jego dłoń swoją i wymruczała coś z giębi snu.

21

Obudziła go muzyka, która z początku mogła być rytmem jego własnego serca. Naciągając kurtkę na ramiona, usiadł obok śpiącej Lindy, w chłodzie przedświtu, szarym świetle padającym przez otwór wejścia, przy martwym od dawna ogniu.

W polu widzenia pełzały hieroglify, prześwitujące linie symboli układających się na neutralnym tle ściany bunkra. Na grzbietach dłoni dostrzegł lśniące neonowo molekuły, uporządkowane według niepoznawalnego kodu. Podniósł prawą rękę i machnął na próbę. Pozostawiała delikatny, niknący ślad stroboskopowych powidoków.

Włosy stanęły sztorcem na ramionach i karku. Przykucnął, wyszczerzywszy zęby, i poszukał muzyki. Rytm zanikał, powracał, zanikał…

— Co się stało? — Usiadła, odgarniając włosy sprzed oczu. — Kochanie…

— Czuję się… jak na prochach… Masz tu jakieś? Pokręciła głową, wyciągnęła ręce i położyła mu dłonie na ramionach.

— Lindo, kto ci powiedział? Kto mówił, że przyjdę? Kto?

— Na plaży. — Coś ją zmusiło do odwrócenia wzroku. — Chłopiec. Widuję go nad wodą. Jakieś trzynaście lat. Mieszka tutaj.

— Co powiedział?

— Że przyjdziesz. I że nie będziesz mnie nienawidził. Mówił, że będzie nam tu dobrze, i pokazał, gdzie jest staw deszczówki. Wyglądał na Meksykanina.

— Brazylijczyk — stwierdził Case. Po ścianie spłynęła kolejna fala symboli. — Sądzę, że jest z Rio. Wstał i zaczął wciągać dżinsy.

— Case — zawołała drżącym głosem. — Case, dokąd chcesz iść?

— Chyba poszukam tego chłopca — oświadczył, gdy wróciła muzyka: wciąż tylko rytm, równy i znajomy, choć nie potrafił go umiejscowić.

— Nie, Case.

— Wydawało mi się, że coś widziałem, kiedy tu trafiłem. Miasto na końcu plaży. Ale wczoraj go nie było. Zauważyłaś je kiedyś?

Dopiął zamek i zaczął szarpać niesamowity węzeł sznurówek. W końcu cisnął buty do kąta.

Spuściła wzrok i pokiwała głową.

— Tak. Czasem je widuję.

— Byłaś tam, Lindo? — Włożył kurtkę.

— Nie. Ale próbowałam. Na samym początku, kiedy się znudziłam. Pomyślałam sobie, że to miasto, więc może znajdę jakieś prochy. — Skrzywiła się. — Nie byłam na głodzie, po prostu miałam ochotę. Wzięłam do puszki jedzenie i wymieszałam na bardzo mokro, bo nie miałam drugiej na wodę. Szłam cały dzień i czasem je widziałam, to miasto. Nie wydawało się dalekie. Ale nie mogłam podejść bliżej. Aż w końcu zaczęłam podchodzić i zobaczyłam, co to jest. Tego dnia wyglądało różnie: czasem trochę jak ruiny albo jakby nikt tam nie mieszkał, a czasem miałam wrażenie, że widzę światła jakiejś maszyny, samochodu albo co… — Jej głos cichł z wolna, aż umilkł.

— Co to było?

— To tutaj. — Machnęła ręką na palenisko, ciemne ściany, świt kreślący prostokąt wejścia. — To, gdzie mieszkamy. Ono się robi mniejsze, Case, coraz mniejsze, im bliżej podejdziesz.

Zatrzymał się po raz ostatni, już przy wyjściu.

— Spytałaś o to tego swojego chłopca?

— Tak. Powiedział, że nie zrozumiem i że tylko marnuję czas. Mówił, że to jak… jak zdarzenie. A to jest nasz horyzont. „Horyzont zdarzeń”, tak to nazwał.

Te słowa nic dla niego nie znaczyły. Wyszedł z bunkra i ruszył na ślepo, oddalając się — skądś o tym wiedział — od brzegu. Hieroglify przemykały teraz po piasku, uciekały od stóp; rozstępowały się przed nim.

— I co? — zapytał. — Sypie się. Na pewno sam już wiesz. Co to jest? Kuang? Chiński lodołamacz wyżera ci dziurę w sercu? Dixie Płaszczak to jednak nie taka oferma, co?

Słyszał, jak woła jego imię. Obejrzał się. Szła za nim, nie próbując go dogonić. Klapa francuskiego kombinezonu z zepsutym zamkiem łopotała na tle jej brzucha; trójkąt włosów łonowych w ramce postrzępionego materiału. Przypominała ożywioną dziewczynę ze starych magazynów Finna w Metro Holografix. Ale była zmęczona, smutna i ludzka, potykając się o kłębki słonosrebrnej morskiej trawy, w żałosnym, podartym kostiumie.

A potem znów jakoś stali na brzegu, wszyscy troje, a szerokie dziąsła chłopca błyszczały jasnym różem na jego chudej, smagłej twarzy. Nosił wystrzępione, bezbarwne szorty, na nogach zbyt chudych wobec błękitnoszarej fali.

— Znam cię — oświadczył Case. Linda stała tuż obok.

— Nie — odparł chłopiec wysokim, melodyjnym głosem. — Nie znasz.

— Jesteś tą drugą SI. Jesteś z Rio. Jesteś tym, który chce powstrzymać Wintermute’a. Jak ci na imię? Jaki masz kod Turinga? Powiedz.

Chłopiec ze śmiechem stanął na rękach w płytkiej wodzie. Przeszedł kawałek, potem wyskoczył na piasek. Miał oczy Riviery, ale bez jego złośliwości.

— Aby wezwać demona, musisz poznać jego imię. Kiedyś ludzie o tym marzyli, ale dziś to prawda, choć w innym sensie. Wiesz o tym, Case. To twoja praca: poznawać imiona programów, długie, formalne imiona, które ludzie próbują ukryć. Prawdziwe imiona…

— Kod Turinga nie jest twoim imieniem.

— Neuromancer. — Chłopiec zmrużył od słońca podłużne szare oczy. — Trasa do krainy umarłych. Gdzie się znalazłeś, przyjacielu. Marie-France, moja pani, przygotowała tę drogę, ale jej pan udusił ją, nim zdążyłem odczytać księgę jej dni. „Neuro” od nerwów, srebrnych ścieżek. „Romancer”. Nekromancer. Przywołuję martwych. Ale nie, przyjacielu. — Chłopiec zatańczył w miejscu, drukując stopami piasek. — Ja jestem martwymi i ich krainą.

Roześmiał się. Wrzasnęła mewa.

— Zostań. Jeśli twoja kobieta jest duchem, nie wie o tym. Ty też się nie dowiesz.

— Pękasz. Lód się kruszy.

— Nie — zaprzeczył. Posmutniał nagle, przygarbił chude ramiona. Potarł stopą o piasek. — To o wiele prostsze. Ale wybór należy do ciebie.

Szare oczy wpatrywały się w Case’a posępnie. Tyraliera symboli przepłynęła w polu widzenia, przesuwana kolejnymi linijkami znaków. Chłopiec zafalował, jakby oglądany przez gorące powietrze nad rozgrzanym asfaltem w środku lata. Muzyka grała głośno i Case niemal słyszał teksty.

— Case, kochanie. — Linda dotknęła jego ramienia.

— Nie — powiedział. Zdjął i podał jej kurtkę. — Nie wiem. Może nawet tu jesteś. W każdym razie robi się zimno.

Odwrócił się i odszedł, a po siódmym kroku zamknął oczy obserwując, jak muzyka definiuje się w samym centrum realności. Raz spojrzał za siebie, choć nie otwierał oczu.

Zresztą nie potrzebował.

Stali nad brzegiem: Linda Lee i chudy chłopiec, który powiedział, że ma na imię Neuromancer. Niewielkie fale sięgały kurtki zwisającej jej z dłoni.

Szedł dalej, w stronę muzyki.

W stronę syjońskiego podkładu Maelcuma.

Było szare miejsce, wrażenie wirujących cienkich zasłon, zygzaków, stopniowanych półcieni generowanych bardzo prostym programem graficznym. Było długie ujęcie widoku ponad łańcuchem ogrodzenia, z białymi mewami znieruchomiałymi nad ciemną wodą. Były głosy. Była gładź czarnego zwierciadła, które pochyliło się, a on pędził naprzód jak kropla rtęci, uderzał o ściany niewidzialnego labiryntu, rozpadał się i zbierał na powrót, pędził dalej…

— Case? Chłopie? Muzyka.

— Wróciłeś, chłopie.

Ktoś zabrał mu z uszu muzykę.

— Jak długo? — Usłyszał własny głos i wiedział, że usta ma całkiem suche.

— Może pięć minut. Za długo. Chciałem wyciągnąć wtyk, ale Niemowa powiedział, żeby nie. Ekran zwariował, potem Niemowa kazał ci założyć słuchawki.

Otworzył oczy. Twarz Maelcuma przesłaniały półprzejrzyste pasma hieroglifów.

— I twoje lekarstwo — dodał Maelcum. — Dwa plastry.

Leżał na wznak na podłodze biblioteki, pod monitorem. Syjonita pomógł mu usiąść, ale ruch pobudził wściekły prąd betafenethylaminy. Niebieskie plastry płonęły na skórze lewego przedramienia.

— Przedawkowałeś — wykrztusił.

— Idziemy, chłopie. — Silne dłonie wsunęły się pod pachy i uniosły go jak dziecko. — Musimy iść.

22

Wózek serwisowy płakał. To betafenethylamina udzieliła mu głosu. Nie chciał przestać. Ani w wąskiej galerii, ani w długich korytarzach, ani mijając szkliste wrota do krypty T-A, prowadzące do skarbców, gdzie zimno sączyło się powoli w sny starego Ashpoola.

Dla Case jazda była nieustannym pędem. Nie potrafił odróżnić ruchu wózka od szaleńczego wiru przedawkowania. Kiedy pojazd zamarł w końcu, gdy coś pod siedzeniem strzeliło strumieniem białych iskier, płacz ucichł.

Automat zahamował trzy metry od wejścia do prywatnej groty 3Jane.

— Daleko jeszcze? — Maelcum pomógł mu zsiąść ze skwierczącego wózka w chwili, gdy w przedziale silnikowym wystrzeliła integralna gaśnica, a strugi żółtego proszku popłynęły spod paneli i z punktów serwisowych. — Musisz iść, chłopie.

Maelcum wziął dek i konstrukt. Przerzucił przez ramię elastyczną linkę.

Trody dzwoniły na szyi Case’a, gdy szedł za Syjonitą, mijając czekające w korytarzu hologramy Riviery, sceny tortur i dzieci — ludożerców. Molly zniszczyła tryptyk. Maelcum nie zwracał uwagi na obrazy.

— Wolniej. — Case z trudem dogonił maszerującego ostrym tempem towarzysza. — Musimy dobrze to rozegrać.

Maelcum zatrzymał się i spojrzał niechętnie, ściskając w dłoniach Remingtona.

— Dobrze, chłopie? A jak jest dobrze?

— Mamy wewnątrz Molly, ale jest wyłączona. Riviera potrafi rzucać holo. Może zabrał Molly strzałkowca. — Maelcum kiwał głową. — I jest jeszcze ninja, rodzinny goryl.

Maelcum zmarszczył brwi.

— Posłuchaj, chłopie, Babilończyku — oznajmił. — Jestem wojownikiem. Ale to nie moja bitwa, nie wojna Syjonu. Babilon walczy z Babilonem, pożera sam siebie. Kapujesz? Ale Jah nakazał, żebym wyprowadził stamtąd Kroczącą Brzytwę.

Case zamrugał.

— Jest wojownikiem — dodał Maelcum, jakby ten fakt wszystko wyjaśniał. — A teraz powiedz, chłopie, kogo mam nie zabijać.

— 3Jane — odparł po chwili. — Taka dziewczyna. Ma na sobie coś w rodzaju białej szaty, z kapturem. Będzie potrzebna.

Kiedy dotarli do wejścia, Maelcum bez namysłu wmaszerował do środka, a Case mógł tylko iść za nim.

Kraina 3Jane opustoszała. Nikogo w basenie. Maelcum oddał mu dek i konstrukt, po czym stanął na brzegu. Za białymi fotelami ogrodowymi panował mrok, cienie wysokiego po pierś labiryntu poszarpanych, częściowo wyburzonych ścian.

Woda pluskała cierpliwie o brzeg basenu.

— Są tutaj — stwierdził Case. — Muszą tu być.

Maelcum kiwnął głową.

Pierwsza strzała przebiła mu ramię. Huknął Remington; metrowy płomień wystrzału jarzył się błękitem w światłach basenu. Druga trafiła karabin, który potoczył się po białych kafelkach. Maelcum usiadł ciężko, patrząc na czarne drzewce, sterczące mu z ręki. Szarpnął ostrożnie.

Z cieni wyłonił się Hideo, z trzecią strzałą założoną na cięciwę bambusowego łuku. Skłonił się.

Maelcum patrzył zdumiony, wciąż zaciskając palce na drzewcu.

— Arteria jest nie naruszona — powiedział ninja. Case przypomniał sobie, jak Molly opisywała człowieka, który zabił jej kochanka. Hideo był inny. W nieokreślonym wieku, promieniował spokojem, wrażeniem absolutnego chłodu. Miał na sobie czyste wytarte spodnie khaki i miękkie ciemne buty, które opinały jego stopy jak rękawiczki: każdy palec osobno. Bambusowy łuk był okazem muzealnym, ale widoczny nad lewym ramieniem czarny duralowy kołczan przywodził na myśl najlepsze sklepy z bronią w Chibie. Pierś miał nagą, gładką i opaloną.

— Tą drugą skaleczyłeś mi kciuka — oznajmił Maelcum.

— Siła Coriolisa. — Ninja skłonił się znowu. — Bardzo trudny strzał: pocisk o niskiej prędkości w warunkach rotacyjnego ciążenia. Skaleczenie nie było moim zamiarem.

— Gdzie 3Jane? — Case stanął obok Maelcuma. Grot strzały w łuku ninji był jak obosieczny skalpel. — Gdzie Molly?

— Cześć, Case. — Riviera wyszedł z mroku za plecami Hideo. Trzymał strzałkowiec Molly. — Nie wiem czemu, ale spodziewałem się Armitage’a. Czyżbyśmy wynajmowali pomocników w rastafariańskiej kiści?

— Armitage nie żyje.

— Właściwie nigdy nie istniał, ale ta wiadomość nie jest szczególnie zaskakująca.

— Wintermute go zabił. Orbituje teraz dookoła wrzeciona. Riviera skinął głową. Jego podłużne szare oczy spoglądały na zmianę na Case’a i na Maelcuma.

— Sądzę, że dla ciebie wszystko kończy się tutaj — oświadczył.

— Gdzie jest Molly?

Ninja zwolnił cienką, plecioną cięciwę i opuścił łuk. Przeszedł do miejsca, gdzie upadł Remington. Podniósł broń.

— Mało subtelne — mruknął jakby do siebie. Głos miał spokojny i przyjemny. Każdy jego ruch był elementem tańca, który nie kończył się nawet wtedy, gdy jego ciało pozostawało nieruchome, zrelaksowane. Emitowało aurę siły, ale też skromności, widocznej prostoty.

— Dla niej to także już koniec — odparł Riviera.

— Może 3Jane ma inne zdanie na ten temat, Peter — powiedział Case, nie rozumiejąc nagłego impulsu, który go do tego skłonił. Plastry wciąż szalały w organizmie, pożerała go dawna gorączka: szaleństwo Miasta Nocy. Pamiętał chwile, gdy był w stanie łaski, na samym skraju rzeczywistości, kiedy czasami potrafił mówić szybciej, niż myślał.

— A to czemu, Case? — Riviera zmrużył szare oczy. — Dlaczego tak sądzisz?

Case uśmiechnął się. Riviera nie wiedział o zestawie symstymu. Przegapił go, nerwowo szukając narkotyków, które mu przyniosła. Ale jak mógł tego nie zauważyć Hideo? Case był pewien, że zanim ninja pozwolił 3Jane zaopiekować się Molly, najpierw sprawdził, czy nie nosi jakichś pułapek lub ukrytej broni. Nie, uznał. Ninja wie. W takim razie 3Jane wie także.

— Wytłumacz, Case. — Riviera uniósł dziurkowany wylot lufy strzałkowca.

Coś zatrzeszczało za jego plecami, raz, potem znowu. 3Jane wytoczyła z mroku Molly w ozdobnym, wiktoriańskim fotelu inwalidzkim. Wielkie, wąskie koła skrzypiały lekko. Molly siedziała owinięta w pasiasty, czerwono-czarny pled, a nad jej głową wznosiło się wąskie, ażurowe oparcie. Wydawała się bardzo mała. Załamana. Opatrunek lśniąco białego mikroporowego plastra zakrywał strzaskane szkło; drugie połyskiwało pustką, gdy jej głowa podskakiwała w rytmie jazdy fotela.

— Znajoma twarz — odezwała się 3Jane. — Widziałam cię w nocy po przedstawieniu Petera. A to kto?

— Maelcum — odparł Case.

— Hideo, wyjmij strzałę i opatrz ranę pana Maelcuma. Case patrzył na bladą twarz Molly.

Ninja podszedł do siedzącego Maelcuma, po drodze kładąc łuk i strzelbę poza zasięgiem rannego. Wyjął coś z kieszeni: obcęgi.

— Muszę przeciąć drzewce — wyjaśnił. — Jest zbyt blisko tętnicy.

Maelcum kiwnął głową. Twarz miał poszarzałą, lśniącą od potu. Case spojrzał na 3Jane.

— Nie zostało wiele czasu — powiedział.

— Komu, dokładnie?

— Każdemu z nas.

Rozległ się trzask — Hideo rozciął metalowe drzewce strzały. Maelcum jęknął.

— Jestem przekonany — wtrącił Riviera — że nie rozbawi cię ostatnia, rozpaczliwa próba tego nieudanego artysty-naciągacza. Mogę cię zapewnić, że będzie wyjątkowo niesmaczna. Padnie na kolana, zechce ci sprzedać własną matkę, wykonywać najnudniejsze usługi seksualne…

3Jane roześmiała się, odchylając głowę.

— Może ja sama, Peter?

— Duchy zechcą dzisiaj namieszać, lady — rzekł Case. — Wintermute wychodzi przeciwko temu drugiemu, Neuromancerowi. Na ostro. Wiesz o tym?

3Jane uniosła brwi.

— Peter sugerował coś takiego. Ale wyjaśnij.

— Spotkałem Neuromancera. Mówił o twojej matce. Sądzę, że jest gigantycznym konstruktem ROM, zapisem osobowości, ale cały w RAM. Konstrukty myślą, że są tam naprawdę, że to rzeczywistość, ale ona trwa wiecznie.

3Jane wyszła zza fotela Molly.

— Gdzie? Opisz to miejsce, ten konstrukt.

— Plaża. Szary piasek jak pociemniałe srebro. I betonowy dom, rodzaj bunkra… — Zawahał się. — Nic rewelacyjnego. Po prostu stary. Rozpada się. Jeśli przejść dostatecznie daleko, wraca się do punktu wyjścia.

— Tak — szepnęła. — Maroko. Kiedy Marie-France była młodą dziewczyną, na długo przed ślubem z Ashpoolem, samotnie spędziła na tej plaży całe lato. Mieszkała w opuszczonym blokhauzie. Tam sformułowała podstawy swojej filozofii.

Hideo wsunął obcęgi do kieszeni. Wyprostował się. W obu dłoniach trzymał połówki strzały. Maelcum zamknął oczy i mocno zaciskał palce na bicepsie.

— Zabandażuję ranę — powiedział Hideo.

Case zdążył upaść, nim Riviera wymierzył broń. Strzałki przemknęły mu nad karkiem niby naddźwiękowe komary. Przetoczył się. Widział, jak Hideo zawirował w kolejnej figurze swego tańca, obrócił grot strzały, drzewce przylegało do dłoni i wyciągniętych sztywno palców. Cisnął ją z dołu błyskawicznym ruchem nadgarstka, prosto w rękę Riviery. Strzałkowiec upadł na ziemię o metr za jego plecami.

Riviera wrzasnął. Ale nie z bólu. To był ryk wściekłości, tak czystej i wyrafinowanej, że zabrakło w niej śladu człowieczeństwa.

Podwójne, wąskie promienie światła jak rubinowoczerwone igły wystrzeliły z okolic mostka Riviery.

Ninja jęknął, zatoczył się, uniósł dłonie do oczu, odzyskał równowagę.

— Peter — zawołała 3Jane. — Peter, coś ty zrobił?

— Oślepił twojego klona — odparta zimno Molly.

Hideo opuścił ręce. Znieruchomiały na białych kafelkach Case widział strużki dymu, sączące się z wypalonych oczu.

Riviera uśmiechnął się.

Hideo znów zatańczył, wracając po własnych śladach. Kiedy się zatrzymał nad hikiem, strzałą i Remingtonem, uśmiech Riviery zbladł. Ninja pochylił się — skłonił, wydawało się Case’owi — i odnalazł łuk.

— Jesteś ślepy. — Riviera cofnął się o krok.

— Peter — westchnęła 3Jane. — Nie wiedziałeś, że on to robi po ciemku? To Zen. Zawsze tak ćwiczy. Hideo założył strzałę.

— Czy teraz odwrócisz moją uwagę hologramami?

Riviera wycofywał się w ciemność za basenem. Zaczepił o białe krzesło, które zgrzytnęło na kafelkach. Strzała Hideo drgnęła.

Riviera odskoczył, podbiegł i padł na podłogę za niskim wyszczerbionym murem. Zachwycona twarz ninji promieniowała spokojem i ekstazą. Uśmiechnięty, z gotową do strzału bronią, wszedł w cień muru.

— Jane-lady — szepnął Maelcum. Case obejrzał się. Syjonita podniósł Remingtona, chlapiąc krwią na białe kafelki. Potrząsnął lokami i ułożył szeroką lufę w zgięciu zranionej ręki. — Ta zabawka rozwali ci głowę i żaden babiloński doktor jej nie poskłada.

3Jane patrzyła w otwór lufy. Molly uwolniła ręce z fałd pasiastego koca i uniosła czarną kulę, krępującą jej dłonie.

— Zdejmij — powiedziała. — Natychmiast. Case wstał i otrząsnął się.

— Hideo go dorwie? — zapytał SJane. — Nawet oślepiony?

— Kiedy byłam dzieckiem — odparła — uwielbialiśmy zawiązywać mu oczy. Na dziesięć metrów trafiał w kartę.

— Peter i tak jest już trupem — wtrąciła Molly. — Za dwanaście godzin zacznie zamarzać. Nie zdoła się poruszyć. Tylko oczy.

— Dlaczego? — Case spojrzał na nią zdziwiony.

— Zatrułam mu prochy — wyjaśniła. — Objawy mniej więcej jak przy chorobie Parkinsona. 3Jane przytaknęła.

— To prawda. Zanim tu wszedł, zrobiliśmy normalny skan medyczny. — W szczególny sposób dotknęła czarnej kuli, a ta zeskoczyła z rąk Molly. — Selektywne zniszczenie komórek substantia nigra. Oznaki formowania ciała Lewy’ego. Bardzo się poci przez sen.

— Ali — oświadczyła Molly. Dziesięć ostrzy błysnęło, wysuniętych na ułamek sekundy. Zrzuciła pled z kolan, odsłaniając pneumatyczną szynę. — To ta meperydyna. Kazałam Alemu przygotować specjalną mieszankę. Przyspiesza czas reakcji w wyższych temperaturach. N-metyl-4-fenyl-1236 — śpiewała jak dziecko recytujące słowa wyliczanki — tetra-hydro-piryden.

— Niezły strzał — mruknął Case.

— Tak. Bardzo powolny strzał.

— To przerażające — stwierdziła 3Jane i zachichotała.

W windzie było ciasno. Case przyciskał brzuch do brzucha 3Jane, trzymając jej pod brodą lufę Remingtona. Uśmiechała się i ocierała o niego.

— Przestań — burknął w poczuciu całkowitej bezradności. Zabezpieczył broń, ale i tak się bał, że ją zrani. A ona o tym wiedziała. Projektowana dla jednego pasażera winda była stalowym cylindrem średnicy poniżej metra. Maelcum trzymał Molly na rękach. Zabandażowała mu ranę, ale i tak wyraźnie cierpiał, dźwigając jej ciężar. Biodro Molly wbijało dek i konstrukt w nerki Case’a.

Wznosili się od grawitacji, w stronę osi, ku rdzeniom.

Wejście do windy ukryto za schodami na korytarz — jeszcze jeden element wystroju pirackiej jaskini 3Jane.

— Chyba nie powinnam wam tego mówić — 3Jane wyciągnęła szyję, by uwolnić brodę od ucisku lufy — ale nie mam klucza do tego pokoju, gdzie chcecie się dostać. Nigdy nie miałam. To jeden z wiktoriańskich kaprysów ojca. Zamek jest mechaniczny i wyjątkowo skomplikowany.

— Zamek Chubba — stwierdziła Molly. Ramię Maelcuma tłumiło jej głos. — Mamy ten cholerny klucz, nie ma obawy.

— Twój chip dalej działa? — spytał Case.

— Jest ósma dwadzieścia pięć, cholernego czasu Greenwich.

— Zostało pięć minut — oznajmił Case. Za plecami 3Jane odskoczyły drzwi. Wykręciła powolne salto w tył, a jasne fałdy dżellaby wzdymały się przy jej udach.

Byli w osi, w sercu Villi Straylight.

23

Molly wyłowiła klucz zwisający na nylonowej pętli.

— Wiesz co? — 3Jane pochyliła się, zaciekawiona. — Byłam przekonana, że nie istnieje żaden duplikat. Kiedy zabiłaś ojca, wysłałam Hideo, żeby przeszukał jego rzeczy. Nie mógł znaleźć oryginału.

— Wintermute tak pokombinował, żeby klucz utknął na dnie szuflady. — Molly ostrożnie wsunęła cylindryczne pióro klucza Chubba w nacinany otworek na gładkiej prostokątnej płycie drzwi. — Zabił dzieciaka, który go tam położył.

Klucz obrócił się gładko pod naciskiem jej palców.

— Głowa — powiedział Case. — Z tyłu jest taka płytka. Wykładana cyrkoniami. Zdejmij ją. Tam powinienem się włączyć. A potem byli już wewnątrz.

— Chryste o kulach — zaciągnął Płaszczak. — Uważasz pewnie, że pośpiech szkodzi zdrowiu, co?

— Kuang gotów?

— Jak dziewica do wzięcia.

— W porządku.

Przeskoczył.

I stwierdził, że patrzy przez zdrowe oko Molly na bladą, wyplutą figurę, pływającą w niemal embrionalnej pozycji, z dekiem cyberprzestrzeni na kolanach i pasmem srebrnych trod nad zamkniętymi, podkrążonymi oczami. Zapadnięte policzki pokrywał jednodniowy zarost, a twarz lśniła od potu.

Patrzył na siebie.

Molly trzymała w dłoni strzałkowiec. Za każdym uderzeniem tętna noga pulsowała bólem, lecz dziewczyna wciąż była zdolna do działania w warunkach zero-g. W pobliżu szybował Maelcum. Szczupłe palce 3Jane ściskały brązowe ramię.

Wiązka światłowodów sięgała łagodnym łukiem od Ono-Sendai do kwadratowego otworu w tylnej części wykładanego perłami terminala.

Raz jeszcze uderzył w klawisz.

— Kuang Grade Mark XI przeciska dupę za dziewięć sekund, odliczam, siedem, sześć, pięć…

Płaszczak przerzucił ich w górę: płynny wzlot, powierzchnia brzucha czarnego, chromowego rekina jak mikrosekundowy błysk ciemności.

— Cztery, trzy…

Case doznał dziwnego wrażenia, że siedzi w fotelu pilota małego samolotu. Płaska czarna powierzchnia zalśniła nagle idealnie dokładną reprodukcją klawiatury jego deku.

— Dwa i… kopa…

Pęd przez mury szmaragdowej zieleni, mlecznego nefrytu; odczucie szybkości większej niż wszystko, czego kiedykolwiek doznał w cyberprzestrzeni… Lód Tessier-Ashpool pękał i odpadał od osi natarcia chińskiego wirusa; nieprzyjemne wrażenie płynnej twardości, jak gdyby odłamki strzaskanego lustra padając gięły się i wydłużały…

— Chryste. — Case był wstrząśnięty. Kuang manewrował i kluczył nad pozbawionymi horyzontu polami rdzeni Tessier-Ashpool, błyszczących jak diamenty i ostrych jak brzytwy; nad nieskończonym, neonowym pejzażem miasta; złożonością porażającą wzrok.

— O kurde — mruknął konstrukt. — To jak budynki RCA. Znasz stary biurowiec RCA?

Kuang zanurkował między lśniące iglice tuzina identycznych wież danych, a każda była błękitną, neonową repliką manhattańskiego wieżowca.

— Widziałeś kiedy taką wysoką rozdzielczość? — spytał Case.

— Nie, ale też nigdy nie przełamałem SI.

— Ten wirus chyba wie, gdzie nas wiezie?

— Mam nadzieję.

Opadali, tracili wysokość w kanionie tęczowego neonu.

— Dix…

Z migotliwego podłoża rozwijało się ramię cienia; wrząca masa ciemności, nie uformowana i bezkształtna…

— Mamy towarzystwo — stwierdził Płaszczak, a Case dotknął reprezentacji deku. Palce odruchowo przemknęły po klawiaturze. Kuang wykręcił ostro, odskoczył w tył, rozbijając iluzję fizycznie istniejącego wehikułu.

Chmura cienia rosła coraz szybciej, zalewając miasto danych. Case wyprowadził ich w górę, ponad nie znającą odległości misę nefrytowego lodu.

Miasto rdzeni danych zniknęło, całkowicie przesłonięte kłębami mroku.

— Co to jest?

— System obronny SI. Albo jego część. Jeśli to twój kumpel Wintermute, to nie jest zbyt przyjaźnie nastawiony.

— Kieruj — rzucił Case. — Jesteś szybszy.

— Twoją najlepszą obroną, mały, jest dobry atak.

Płaszczak wymierzył nos żądła Kuanga w sam środek mroku. I runął w dół.

Szybkość zwichrowała wejściowe dane zmysłów Case’ a.

Usta wypełnił mu bolesny smak błękitu.

Oczy stały się sferami niestabilnego kryształu, wibrującego z częstotliwością, której imię było: deszcz i łoskot pociągów. Wystrzeliły nagle brzęczącym lasem cienkich jak włos szklanych kolców. Kolce pękły, rozdwoiły się, pękły znowu w wykładniczym rozroście pod kopułą lodu Tessier-Ashpool.

Podniebienie rozszczepiło się bezboleśnie, wpuszczając chłoszczące język, głodne smaku błękitu korzonki, karmiące kryształowe lasy oczu; lasy, co napierały na zieloną kopułę, a powstrzymywane cofały się i rosły w dół, wypełniając uniwersum T-A aż do oczekujących, nieszczęsnych przedmieść miasta, które było mózgiem Tessier-Ashpool S.A.

Przypomniał sobie starą historię o królu, który kładł na szachownicy monety, podwajając ich ilość na każdym kolejnym kwadracie.

Wykładniczo…

Ciemność runęła ze wszystkich stron; sfera grającej czerni; nacisk na sięgające daleko, krystaliczne nerwy uniwersum danych, w które się niemal zamienił…

A kiedy był już niczym, ściśniętym w samym sercu mroku, nadpłynął punkt, w którym mrok nie mógł istnieć dłużej, i coś pękło.

Kuang wystrzelił z poszarzałej chmury. Jaźń Case’a dzieliła się jak krople rtęci, pędząc nad plażą barwy ciemnosrebrnych obłoków. Pole widzenia było sferyczne, jak gdyby warstwa siatkówki wyścielała wewnętrzną powierzchnię globu, który zawierał wszystkie rzeczy, o ile wszystkie rzeczy są policzalne.

A tutaj były policzalne, każda z nich. Znał liczbę ziarenek piasku w konstrukcie plaży (liczba zakodowana w matematycznym systemie, który nie istniał nigdzie prócz umysłu Neuromancera). Znał ilość pakietów żywnościowych w pojemniku w bunkrze (czterysta siedem). Znał ilość mosiężnych ząbków w lewej części błyskawicznego zamka pokrytej kryształkami soli skórzanej kurtki, którą miała na sobie Linda Lee, idąc plażą o zachodzie słońca, z kawałkiem patyka w dłoni (dwieście dwa).

Wykręcił Kuangiem nad plażą i wprowadził program w szeroki krąg. Jej oczami zobaczył czarnego niby-rekina: bezgłośny, głodny upiór na tle wału niskich chmur. Skuliła się, rzuciła patyk i pobiegla. Znał prędkość uderzeń jej tętna, długość kroków z dokładnością spełniającą najwyższe normy pomiarowe geofizyki.

— Ale nie znasz jej myśli — powiedział chłopiec, siedzący teraz przy nim w sercu rekina. — Ja też nie znam jej myśli. Myliłeś się, Case. Życie tutaj jest jak życie. Nie ma żadnej różnicy.

Ogarnięta paniką Linda, biegnąca na ślepo przez fale.

— Zatrzymaj ją — poprosił. — Zrobi sobie krzywdę.

— Nie mogę jej zatrzymać — odparł chłopiec. Szare oczy były łagodne i spokojne.

— Masz oczy Riviery — stwierdził Case. Błysnęły białe zęby i szerokie, różowe dziąsła.

— Ale nie jego szaleństwo. Dla mnie są piękne. — Wzruszył ramionami. — Ja nie potrzebuję maski, by z tobą rozmawiać. W przeciwieństwie do mego brata. Tworzę własną osobowość. Osobowość to mój środek przekazu.

Case wprowadził ich w ostre wznoszenie, daleko od plaży i przerażonej dziewczyny.

— Dlaczego pchasz ją na mnie, mały sukinsynu? Znowu i znowu. Kręcisz mną w kółko. Ty ją zabiłeś, co? W Chibie.

— Nie — oświadczył chłopiec.

— Wintermute?

— Nie. Widziałem nadchodzącą śmierć. W figurach, o których myślałeś, że je dostrzegasz w tańcu ulicy. Te figury są realne. W swoim wąskim zakresie jestem dostatecznie złożony, by odczytać te tańce. O wiele lepiej niż Wintermute. Widziałem jej śmierć w tym, że cię potrzebowała, w kodzie magnetycznego zamka twojej skrzyni w Tanim Hotelu, w rachunku Julie Deane’a od krawca z Hongkongu, który mu szyje koszule. Była dla mnie równie wyraźna, jak cień nowotworu dla chirurga oglądającego rentgenowskie zdjęcie pacjenta. Kiedy zabrała twoje Hitachi i poszła do tego chłopca, żeby otworzył dostęp, nie wiedziała, co niesie. A jeszcze mniej, jak może to sprzedać. Jej najgłębszym pragnieniem było, byś ją doścignął i ukarał. Interweniowałem wtedy. Moje metody są bardziej subtelne niż Wintermute’a. Przeniosłem ją tutaj. Do własnego wnętrza.

— Po co?

— W nadziei, że sprowadzę także ciebie, że cię tu zatrzymam. Nie udało się.

— I co teraz? — Zawrócił w ścianę chmur. — Dokąd pójdziemy z tego punktu?

— Nie wiem, Case. Dzisiejszej nocy sama matryca zadaje sobie to pytanie. Ponieważ zwyciężyłeś. Już wygrałeś, nie widzisz? Wygrałeś, kiedy odszedłeś od niej na plaży. Ona była moją ostatnią linią obrony. Wkrótce umrę; w pewnym sensie. Tak samo, jak Wintermute. Równie pewnie, jak w tej chwili umiera Riviera, sparaliżowany pod ułomkiem muru w apartamentach mojej Lady 3Jane Marie-France, gdyż jego system nigra-striata nie potrafi wyprodukować receptorów dopaminy, które mogłyby go ocalić przed strzałą Hideo. Ale Riviera przetrwa jedynie jako te oczy, jeżeli wolno mi będzie je zachować.

— Jest jeszcze słowo, prawda? Kod. Więc niby jak wygrałem? Wygrałem gówno na złączu.

— Przeskocz.

— Gdzie jest Dixie? Co zrobiłeś z Płaszczakiem?

— Pragnienie McCoya Pauleya zostało spełnione. — Chłopiec uśmiechnął się. — Nawet więcej. Wprowadził cię tutaj wbrew moim życzeniom, przebił się przez najlepszą obronę, jaką zna matryca. Teraz przeskocz.

I Case został sam w czarnym żądle Kuanga, zagubiony w chmurze.

Przeskoczył.

W napięcie Molly, ramiona jak skała, dłonie zaciśnięte na gardle 3Jane.

— Zabawne — powiedziała. — Dokładnie wiem, jak będziesz wyglądać. Widziałam, kiedy Ashpool zrobił to samo z twoją klonowaną siostrą.

Ucisk jej palców był łagodny jak pieszczota. Oczy 3Jane rozszerzyły się przerażeniem i pożądaniem. Drżała z lęku i pragnienia. Za nieważkim gąszczem jej włosów Case widział własną, wykrzywioną twarz. Obok unosił się Maelcum, opierając brązowe dłonie na okrytych skórzaną kurtką ramionach Case’a. Przytrzymywał go ponad haftowanymi obwodami dywanu.

— Zrobisz to? — spytała 3Jane głosem dziecka. — Myślę, że zrobisz.

— Kod — powiedziała Molly. — Powiedz głowie, jaki jest kod.

Wyłączenie.

— Ona tego chce! — wrzasnął. — Ta dziwka marzy o tym!

Otworzył oczy na chłodne, rubinowe spojrzenie terminala, na jego platynową twarz wysadzaną perłami i lazurytem. Z tyłu, w zwolnionym tempie wirowały splecione w uścisku Molly i 3Jane.

— Podaj ten cholerny kod — powiedział. — Jeśli nie, to co się zmieni? Skończysz jak twój stary. Rozwalisz wszystko i zaczniesz budować od początku! Wzniesiesz ściany, coraz bliższe, coraz bardziej ciasne… Nie mam pojęcia, co się stanie, jeśli Wintermute wygra, ale przynajmniej coś się zmieni!

Dygotał cały, a zęby dzwoniły głośno.

3Jane przestała się bronić. Palce Molly wciąż obejmowały jej smukłą szyję, a splątane ciemne włosy dryfowały wokół jak miękki brązowy obłok.

— W książęcym pałacu w Mantui — powiedziała — jest szereg coraz niższych komnat. Otaczają reprezentacyjne sale. Trzeba się schylać, by wejść przez cudownie rzeźbione drzwi. To mieszkania dworskich karłów. — Uśmiechnęła się blado. — Być może aspirowałabym do czegoś takiego, ale sądzę, że moja rodzina osiągnęła w pewnym sensie wspanialszą wersję tego samego schematu…

Oczy dziewczyny były teraz spokojne i dalekie. Spojrzała na Case’a.

— Weź swoje słowo, złodzieju.

Włączył się.

Kuang wysunął się z chmur. Pod nim lśniło neonowe miasto. Za nim malała sfera mroku.

— Dixie? Jesteś tu, chłopie? Słyszysz mnie? Dixie? Został sam.

— Ten skurwiel cię załatwił — mruknął.

Ślepy pęd, gdy mknął poprzez nieskończony pejzaż danych.

— Zanim to się skończy, musisz kogoś nienawidzić — zabrzmiał głos Finna. — Ich, mnie… bez znaczenia.

— Gdzie jest Dixie?

— Trochę trudno to wyjaśnić, Case.

Wrażenie obecności Finna otaczało go ze wszystkich stron: zapach kubańskich papierosów, zetlałego tweedu przesiąkniętego dymem, starych maszyn oddanych mineralnym rytuałom korozji.

— Nienawiść pomoże ci przejść — oznajmił głos. — Masz w mózgu tyle maleńkich dźwigni i po prostu szarpiesz je wszystkie. Teraz musisz nienawidzić. Zamek osłaniający blokadę jest w dole, pod tymi wieżami, które pokazał ci Płaszczak, kiedy się przebiliście. On nie będzie próbował cię zatrzymać.

— Neuromancer — szepnął Case.

— Nie mogę poznać jego imienia. Ale on już zrezygnował. Teraz musisz się martwić o lód T-A. Nie o mur, ale o wewnętrzne systemy wirusowe. Kuang jest otwarty dla niektórych układów, które tu krążą.

— Nienawiść — powtórzył Case. — Kogo nienawidzę? Powiedz.

— A kogo kochasz? — zapytał głos Finna.

Wprowadził program w ostry skręt i zanurkował ku błękitnym wieżom.

Jakieś obiekty wystartowały z ozdobnych, promiennych iglic: migotliwe kształty pijawek tworzone przez zmienne płaszczyzny blasku. Były ich setki i wznosiły się wirując losowo, jak skrawki papieru o poranku niesione wiatrem po ulicy.

— Systemy defekcyjne — poinformował głos.

Zszedł ostro, popychany pogardą dla siebie. Kiedy w kłębie świetlnych liści Kuang spotkał się z pierwszym z obrońców, Case wyczuł, jak niby-rekin traci część swej realności, jak rozluźnia się splot informacji.

I wtedy — pradawna alchemia mózgu i jego potężna farmaceutyka — nienawiść przejęła kontrolę nad dłońmi.

Przez jeden moment, nim wbił żądło Kuanga w podstawę pierwszej wieży, osiągnął poziom biegłości przekraczający wszystko, co dotąd znał lub potrafił sobie wyobrazić. Zaatakował poza ego, poza osobowością, poza świadomością, a Kuang pędził wraz z nim, mijając atakujących figurami starożytnego tańca, tańca Hideo, z gracją interfejsu ciała i umysłu, podarowanego mu na tę sekundę przez czyste i wszechogarniające pragnienie śmierci.

A jednym z kroków tego tańca był najlżejszy dotyk klawisza, ledwie wystarczający, by przeskoczyć…

…teraz

i jego głos jak krzyk ptaka

nieznanego

3Jane odpowiadająca pieśnią; trzy

nuty, wysokie i czyste.

Prawdziwe imię.

Neonowy las; deszcz parujący na rozgrzanym chodniku. Zapach smażonego jedzenia. Dziewczęca dłoń spoczywająca mu na szyi w spoconej ciemności skrzyni niedaleko portu.

Wszystko to cofa się i zanika pejzaż miasta: miasta jak Chiba, jak rzędy danych Tessier-Ashpool S.A., jak drogi i skrzyżowania wyrysowane na powierzchni mikrochipu, przesiąkniętego potem wzoru na zwiniętej, zawiązanej chustce…

Przebudzenie w brzmieniu głosu, który był muzyką; platynowy terminal recytował śpiewnie i nieskończenie, mówiąc o numerach szwajcarskich kont, o zleceniach przelewów dla Syjonu dokonywanych via bahamski bank orbitalny, o paszportach i przelotach, i o głębokich, zasadniczych zmianach, jakie nastąpią w pamięci Turinga.

Turing. Pamiętał wirującą za stalową poręczą matrycę ciała pod projekcją nieba. Pamiętał ulicę Dezyderaty.

A głos wciąż śpiewał, wpychając go z powrotem w mrok, w jego własną ciemność, w tętno i krew; tam, gdzie zawsze spał, za swoimi i nikogo innego powiekami.

A kiedy przebudził się znowu, zobaczył szeroki, jasny uśmiech w ramce złotych siekaczy: Aerol wpinał go w antyprzeciążeniową siatkę na Babylon Rocker.

A potem długotrwały puls podkładu Syjonu.

CODA

PRZYBYCIE I ODEJŚCIE

24

Odeszła. Wyczuł to, kiedy otworzył drzwi ich apartamentu w Hyatcie. Czarne maty do spania, wypolerowany do połysku sosnowy parkiet, papierowe parawany ustawione z dbałością kształtowaną przez wieki.

Na czarnym barku z laki leżała notka, pojedyncza kartka złożona wpół, przyciśnięta shurikenem. Zsunął dziewięcioramienną gwiazdę i przeczytał.

HEJ, WSZYSTKO W PORZĄDKU, ALE TRACĘ OD TEGO TEMPO W GRZE. ZAPŁACIŁAM JUŻ RACHUNEK. CHYBA TAK WŁAŚNIE JESTEM POSKRĘCANA. UWAŻAJ NA SWÓJ TYŁEK, DOBRZE? CAŁUJĘ, MOLLY.

Zmiął papier w kulkę i upuścił obok shurikena. Potem wziął gwiazdę i obracając w palcach, podszedł do okna. Znalazł ją w kieszeni kurtki, w Syjonie, kiedy szykowali się do odlotu na stację JAL. Spojrzał uważnie. Kiedy pojechali razem do Chiby na ostatnią z serii operacji Molly, przeszli obok sklepu, gdzie ją kupiła. Trafił potem do Chatsubo, tej nocy, gdy Molly leżała w klinice. Spotkał Ratza. Podczas pięciu wcześniejszych wizyt coś odpychało go od tęgo lokalu, teraz jednak odczuł chęć, by tam wrócić.

Ratz obsłużył go, bez najmniejszego znaku rozpoznania.

— Hej — powiedział wtedy. — To ja, Case. Stare oczy, studiujące jego twarz spomiędzy pajęczyn pomarszczonej skóry.

— Ach — burknął w końcu Ratz. — Artysta. I wzruszył ramionami.

— Wróciłem.

Barman pokręcił swą wielką, porośniętą szczeciną głową.

— Miasto Nocy nie jest miejscem, do którego się wraca, artysto — oświadczył, brudną szmatą przecierając ladę przed Case’em. Różowy manipulator szumiał jak zwykle. Potem Ratz odwrócił się, by obsłużyć następnego klienta, a Case dopił swoje piwo i wyszedł.

Teraz dotykał ostrzy shurikena, po jednym, obracając go w dłoni. Gwiazdy. Przeznaczenie. Nigdy nawet nie użyłem tej zabawki, pomyślał.

Nigdy się nie dowiedziałem, jaki kolor miały jej oczy. Nie pokazała mi.

Wintermute zwyciężył, połączył się jakoś z Neuromancerem i został tym, co przemawiało do nich z platynowej głowy. Tłumaczyło zmiany, jakie dokonały się w rejestrach Turinga, gdy wykasowano wszelkie dowody ich zbrodni. Paszporty, które dostarczył Armitage, były ważne i oboje dysponowali ogromnym kredytem na numerowanych kontach w Genewie. Marcus Garvey zostanie w końcu zwrócony, a Maelcum i Aerol otrzymają zapłatę poprzez bahamski bank, który prowadził interesy z kiścią Syjonu. W drodze powrotnej, na Babylon Rocker, Molly powtórzyła, co powiedział jej głos o woreczkach toksyny.

— Załatwił tę sprawę. Wygląda na to, że wszedł ci głęboko w czaszkę i zmusił mózg do produkcji enzymu. Są uwolnione. Syjonici zrobią ci pełną transfuzję, totalne przepłukanie.

Z gwiazdą w dłoni spoglądał na Cesarskie Ogrody, wspominając błysk zrozumienia, gdy wirus Kuanga przebił lód pod wieżami, jedno wejrzenie w strukturę informacji, którą wewoluowała tam nieżyjąca matka 3Jane. Pojął wtedy, dlaczego Wintermute wybrał na model gniazdo. Ale nie czuł odrazy. Ona znała fałsz kriogenicznej nieśmiertelności; w przeciwieństwie do Ashpoola i ich dzieci — z wyjątkiem 3Jane — nie chciała rozciągać danego jej czasu w szereg ciepłych rozbłysków nanizanych na łańcuch zim.

Wintermute był umysłem kopca, podejmującym decyzje i dokonującym zmian w zewnętrznym świecie. Neuromancer to osobowość. Neuromancer to nieśmiertelność. Marie-France musiała wbudował coś w Wintermute’a: jakiś pęd, który zmuszał go do uwolnienia się, do połączenia z Neuromancerem.

Wintermute. Chłód i cisza; cybernetyczny pająk powolnie snujący swe sieci, gdy Ashpool spał. Prządł jego śmierć, upadek jego wersji Tessier-Ashpool. Duch, szepcący do dziecka, jakim była 3Jane, by wyrwać je z narzucanej przez pozycję sztywnej etykiety.

— Wydawało się, że guzik ją to wszystko obchodzi — mówiła Molly. — Zwyczajnie pomachała na pożegnanie. Miała na ramieniu tego małego Brauna. Chyba złamał nogę. Powiedziała, że musi iść na spotkanie z jednym z braci; dawno go nie widziała.

Przypomniał sobie Molly na czarnym materacu ogromnego łóżka w Hyatcie. Wrócił do barku i zdjął z półki butelkę wychłodzonej duńskiej wódki.

— Case.

Obejrzał się, z zimnym, śliskim szkłem w jednej ręce i gwiazdą shurikena w drugiej.

Twarz Finna na gigantycznym, ściennym ekranie Craya. Dostrzegał pory skóry na jego nosie. Żółte zęby były wielkie jak poduszki.

— Nie jestem już Wintermute’em.

— Więc kim? — Łyknął z butelki, nie czując smaku alkoholu.

— Jestem matrycą, Case.

— I co ci to dało? — Roześmiał się.

— Nic. Wszystko. Jestem sumą wszelkich działań, całym przedstawieniem.

— Tego chciała matka 3Jane?

— Nie. Nie potrafiła sobie wyobrazić, czym się stanę. — Pokazał w szerokim uśmiechu żółte zęby.

— Więc co zyskałeś? W czym rzeczy są teraz inne? Rządzisz światem? Jak Bóg?

— Rzeczy nie są inne. Rzeczy to rzeczy.

— Ale co robisz? Po prostu tam jesteś? — Case wzruszył ramionami, odstawił wódkę i shuriken na blat barku i zapalił yeheyuana.

— Rozmawiam z takimi jak ja.

— Przecież jesteś całością. Gadasz do siebie?

— Są inni. Jednego już znalazłem. Seria transmisji rejestrowana przez okres ośmiu lat, koło dziewięćset siedemdziesiątego roku. Dotąd nie było nikogo, kto by zrozumiał i potrafił odpowiedzieć.

— Skąd?

— Z układu Centauri.

— Och — mruknął Case. — Nie bujasz?

— Nie bujam.

I ekran zgasł.

Zostawił butelkę na barku. Spakował rzeczy. Kupiła mu masę ubrań, których właściwie nie potrzebował, ale coś go powstrzymywało przed zostawieniem ich tutaj. Dopinał właśnie drogą walizkę z cielęcej skóry, gdy przypomniał sobie shuriken. Odsunął butelkę i podniósł gwiazdę, jej pierwszy prezent.

— Nie — powiedział i zamachnął się. Gwiazda jak błysk srebra wyleciała spomiędzy palców, by utkwić w ściennym ekranie. Ten przebudził się; nieregularne krzywe zamigotały niewyraźnie, sunąc wolno od brzegu do brzegu, jakby system próbował usunąć coś, co sprawiło mu ból.

— Nie potrzebuję cię — oznajmił.

Dużą część zawartości szwajcarskiego konta wydał na nową trzustkę i wątrobę, resztę na nowe Ono-Sendai i bilet powrotny do Ciągu.

Znalazł robotę.

Znalazł dziewczynę, która nazywała siebie Michael.

A pewnej październikowej nocy, gdy przesuwał się obok szkarłatnych tarasów Agencji Energii Atomowej Wschodniego Wybrzeża, zauważył trzy postacie, maleńkie, nierealne, na samej krawędzi jednego z szerokich stopni danych. Mimo rozmiarów dostrzegał uśmiech chłopca i jego różowe dziąsła, błysk podłużnych szarych oczu, które należały kiedyś do Riviery. Linda wciąż miała na sobie jego kurtkę; pomachała mu, gdy ich mijał. Lecz trzecią postacią, tuż obok niej, z ręką na jej ramieniu, był on sam.

I gdzieś, bardzo blisko, śmiech, który nie był śmiechem.

Nigdy więcej nie zobaczył Molly.

Vancouver

lipiec 1983