/ Language: Polski / Genre:prose_contemporary

Trans-Atlantyk

W Gombrowicz

Jedyny w swoim rodzaju utwór-wyzwanie, utwór-prowokacja, kapitalna rozprawa Gombrowicza z polskością, z podtrzymywanymi przez tradycję stereotypami narodowymi. Genialny humor i cudowny język, zadziwiające wykorzystanie przez pisarza form gawędy szlacheckiej, nie milknące pytania, które w każdym pokoleniu powinniśmy sobie zadawać.

„Trans-Atlantyk”, wydany po raz pierwszy na emigracji (1953), dość szybko doczekał się krajowej edycji. Do księgarń powieść wyklętego przez komunistyczne władze Gombrowicza trafiła już cztery lata po paryskiej premierze, na fali Października. Peerelowscy włodarze liczyli może, iż odbiorcy odczytają utwór jako krytykę Polski sanacyjnej, tym cenniejszą, ze napisaną przez autora uznanego już przed wojną, potomka szlacheckiego rodu i emigranta. Paradoksalnie, interpretacja „Trans-Atlantyku” jako satyry na II Rzeczpospolitą i apologię narodowej zdrady zrobiła sporą karierę w konserwatywnych kręgach polskiej emigracji na Zachodzie i ściągnęła na pisarza lawinę obelg.

Dziś nikt nie widzi w „Trans-Atlantyku” pamfletu na międzywojnie. Napisana stylizowanym barokowym językiem, parodiująca „Pana Tadeusza” powieść uznawana jest w Polsce za rozrachunek z tradycją narodową; w świecie czyta się ją jako uniwersalny manifest wolności, kierowany przeciwko wszelkim systemom opresji, z jaką spotykają się w społeczeństwie outsiderzy i „odmieńcy”.

W powieści system taki tworzą przedstawiciele polskiej emigracji, których u progu II wojny światowej bohater – pisarz z kraju – spotyka w Buenos Aires. Ich karykaturalne spory, układy, spiski, rauty, polowania kojarzą sarmacki obyczaj z patriotycznym terrorem romantyków. Bohater-literat zostaje uwikłany w gierki argentyńskiego milionera, który dybie na wdzięki niewinnego młodzieńca Ignaca, syna majora Wojska Polskiego, wzorowego żołnierza, obywatela i patrioty. Lawiruje między stronami, nie mogąc się zdecydować, czyją ostatecznie wziąć stronę: „Ojczyzny” czy „Synczyzny”. Finał intrygi będzie naprawdę zaskakujący.

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2005 – Kolekcja Gazety Wyborczej


Witold Gombrowicz

Trans-Atlantyk

Przedmowa

Jak się zdaje, mogę już nie obawiać się ryku oburzenia – pierwsze zderzenie Trans-Atlantyku z czytelnikiem nastąpiło przed paru laty, na emigracji, i jest już poza mną. Teraz więc czas zażegnać inne niebezpieczeństwo, to mianowicie, żeby utwór nie był zbyt wąsko i płytko czytany.

Muszę domagać się dzisiaj, w przededniu krajowego wydania, głębszego i wszechstronniejszego odczytania tekstu. Muszę – ponieważ ten utwór dotyczy w pewnej mierze narodu, a umysłowość nasza, tyleż na emigracji, co w kraju, nie jest jeszcze na tym punkcie dość swobodna, jest wciąż kurczowa i nawet zmanierowana… Książek na ten temat nie umiemy czytać po prostu. Zbyt silny jest w nas dotąd ten kompleks polski i zbyt obciążeni jesteśmy tradycją. Jedni (do nich należałem) nieomal boją się słowa „ojczyzna", jakby ono cofało ich o 30 lat w rozwoju. Innych wprowadza natychmiast na tory obowiązujących w naszej literaturze szablonów. Czyżbym przesadzał? Ależ poczta przynosi mi rozmaite głosy z kraju o Trans-Atlantyku i dowiaduję się, że to „pamflet na frazes bogoojczyźniany" czy też „satyra na przedwojenną Polskę"… Znalazł się nawet ktoś, kto go zakwalifikował jako… pamflet na sanację. W tej skali maksymalna ocena, do jakiej mógłbym pretendować, to ta, która widzi w utworze „narodowy rachunek sumienia" tudzież „krytykę naszych wad narodowych".

Ale na cóż mnie jakieś boje z umarłą Polską przedwojenną czy też z przebrzmiałym stylem dawniejszego patriotyzmu, gdy mam inne i bardziej uniwersalne kłopoty? Czyż traciłbym czas na te przeczasiałe drobiazgi? Jestem z tych ambitnych strzelców, którzy, jeśli pudłują, to tylko do grubszej zwierzyny.

Nie przeczę; Trans-Atlantyk jest między innymi satyrą. I jest także, między innymi, dość nawet intensywnym porachunkiem… me z żadną poszczególną Polską, rzecz jasna, ale z Polską taką, jaką stworzyły warunki jej historycznego bytowania i jej umieszczenia w świecie (to znaczy z Polską s ł a b ą). I zgadzam się, że to statek korsarski, który przemyca sporo dynamitu, aby rozsadzić nasze dotychczasowe uczucia narodowe. A nawet ukrywa w swym wnętrzu pewien wyraźny postulat odnośnie do tegoż uczucia; przezwyciężyć polskość. Rozluźnić to nasze oddanie się Polsce! Oderwać się choć trochę! Powstać z klęczek! Ujawnić, zalegalizować ten drugi biegun odczuwania, który każe jednostce bronić się przed narodem, jak przed każdą zbiorową przemocą. Uzyskać – to najważniejsze – swobodę wobec formy polskiej, będąc Polakiem być jednak kimś obszerniejszym i wyższym od Polaka! Oto – kontrabanda ideowa Trans-Atlantyku. Szłaby tu zatem o bardzo daleko posuniętą rewizję naszego stosunku do narodu – tak krańcową, że mogłaby zupełnie przeinaczyć nasze samopoczucie i wyzwolić energie, które by może w ostatecznym rezultacie i narodowi się przydały. Rewizję, notabene, o charakterze uniwersalnym – gdyż to samo zaproponowałbym ludziom innych narodów, bo problem dotyczy nie stosunku Polaka do Polski, ale człowieka do narodu. I wreszcie rewizję, która łączy się jak najściślej z cala problematyką współczesną, gdyż mam na oku (jak zawsze) wzmocnienie, wzbogacenie życia indywidualnego, uczynienie go odporniejszym na gniotącą przewagę masy. W takiej tonacji ideowej napisany jest Trans-Atlantyk.

Omawiałem kilkakrotnie te idee w moim dzienniku, drukowanym w paryskiej „Kulturze". Teraz on ukazuje się w książce, w Paryżu. Nie wszedł do tego tomu fragment z „Kultury" z marca 1957 r., który również stanowi komentarz do mej herezji..

Czy jednak myśl powyższa jest tematem utworu? Czy sztuka jest w ogóle wypracowaniem na temat? Pytania chyba na czasie, gdyż, obawiam się, nie ze wszystkim jeszcze otrząsnęła się krytyka krajowa z socrealistycznej manii domagania się „sztuki na temat". Nie, Trans-Atlantyk nie ma żadnego tematu poza historią, jaką opowiada. To tylko opowiadanie, to nic więcej, jak tylko pewien świat opowiedziany – który o tyle może być coś wart, o ile okaże się ucieszny, barwny, odkrywczy i pobudzający – to coś lśniącego i migotliwego, mieniącego się mnóstwem znaczeń. Trans-Atlantyk jest po trosze wszystkim, co chcecie; satyrą, krytyką, traktatem, zabawą, absurdem, dramatem – ale niczym nie jest wyłącznie, ponieważ jest tylko mną, moją „wibracją", moim wylądowaniem, moją egzystencją.

Czy to o Polsce? Ależ ja nigdy nie napisałem jednego słowa o czymś innym, jak tylko o sobie – nie czuję się do tego upoważniony. Ja w roku 1939 znalazłem się w Buenos Aires, wyrzucony z Polski i z dotychczasowego mego życia, w sytuacji niezwykle groźnej. Przeszłość zbankrutowana. Teraźniejszość jak noc. Przyszłość nie dająca się odgadnąć. W niczym oparcia. Załamuje się i pęka Forma pod ciosami powszechnego Stawania się… Co dawne, jest już tylko impotencją, co nowe i nadchodzące, jest gwałtem. Ja, na tych bezdrożach anarchii, pośród strąconych bogów, zdany jedynie na siebie. Cóż chcecie, abym czuł w takiej chwili? Zniszczyć w sobie przeszłość?… Oddać się przyszłości?… Tak… ale ja już niczemu nie chciałem się oddawać samą istotą moją, żadnemu kształtowi nadchodzącemu – ja chciałem być czymś wyższym i bogatszym od kształtu. Stąd się bierze śmiech w Trans-Atlantyku. Taka mniej więcej była ta przygoda moja, z której powstało dzieło groteskowe, rozpięte między przeszłością a przyszłością.

Trzeba dodać dla porządku, choć to może niepotrzebne; Trans-Atlantyk jest fantazją. Wszystko – wymyślone w bardzo luźnym tylko związku z prawdziwą Argentyną i prawdziwą kolonią polską w Buenos Aires. Moja „dezercja" także inaczej przedstawia się w rzeczywistości; szperaczy odsyłam do mego dziennika.

Odczuwam potrzebę przekazania Rodzinie, krewnym i przyjaciołom moim tego oto zaczątku przygód moich, już dziesięcioletnich, w argentyńskiej stolicy. Nikogo ja na te kluski stare moje, na rzepę może i surową, nie zapraszam, bo w cynowej misie Chude, Kiepskie, i do tego podobnież Wstydliwe, na oleju Grzechów moich, Wstydów moich, te krupy ciężkie moje, Ciemne, z kaszą czarną moją, ach, że i lepiej do ust nie wziąć, bo chyba na wieczne przekleństwo, poniżenie moje, na drodze nieustającej Życia mojego i pod tę ciężką, żmudną Górę moją.

Dwudziestego pierwszego sierpnia 1939 roku ja na statku „Chrobry" do Buenos Aires przybijałem. Żegluga z Gdyni do Buenos Aires nadzwyczaj rozkoszna… i nawet niechętnie mnie się na ląd wysiadało, bo przez dni dwadzieścia człowiek między niebem i wodą, niczego nie pamiętny, w powietrzu skąpany, w fali roztopiony i wiatrem przewiany. Ze mną Czesław Straszewicz, towarzysz mój, kajutę dzielił, bo obaj jako literatki żal się Boże mało co opierzone na tę pierwszą nowego okrętu podróż zaproszeni zostaliśmy; oprócz niego Rembieliński senator, Mazurkiewicz minister i wiele innych osób, z którymi się poznajomiłem. Dwie też panienki ładne, zgrabne, pochopne, z którymi ja w wolnych chwilach bajdurzyłem i baraszkowałem, główki zawracałem i tak, powtarzam, między Niebem i Wodą, a wciąż przed siebie, spokojnie…

Otóż, jakeśmy do lądu dobili, ja z panem Czesławem i Rembielińskim senatorem w miasto zapuściliśmy się, a całkiem na oślep, jak w rogu, bo żaden z nas tu nigdy nogą nie stąpił. Zgiełk, pył i szarość ziemi niemile poraziły po owym czystym, słonym fal różańcu, cośmy go na wodzie odmawiali. Niemniej, przez plac Retiro, na którym wieża stoi przez Anglików zbudowana, przeszedłszy, żwawo w ulicę Florida wstąpiliśmy, a tam sklepy luksusowe, nadzwyczajna Artykułów, towarów obfitość i publiczności kwiat dystyngowanej, tam Magazyny wielkie, i cukiernie. Tam Rembieliński senator sakiewki oglądał, a ja afisz, na którym słowo „CARAVANAS" wypisane, zobaczyłem i mówię do pana Czesława w ten dzień jasny, Zgiełkliwy, gdyśmy to tak sobie chodzili, chodzili:

– Ii… widzisz pan, panie Czesław, te Caravanas?

Ale zaraz na statek wracać musieliśmy, gdzie kapitan Prezesów i Przedstawicieli tutejszej Polonii podejmował. Zeszła się tych Prezesów i Przedstawicieli duża kupa, a ja zaraz sobie jak w lesie, zgubiony, w godnościach i tytułach się gubiłem, ludzi, sprawy i rzeczy mieszałem, to wódkę piłem, to znowuż nie piłem i jak omackiem po polu chodziłem. Także i JW. minister Kosiubidzki Feliks, poseł nasz w tym kraju, obecnością swoją Przyjęcie zaszczycał i, szklaneczkę w dłoni trzymając, stał ze dwie godziny, to tego to tamtego najuprzejmiej staniem swoim zaszczycając. W mów, rozmów odmęcie, w lamp nieżywym lśnieniu, ja jak przez teleskop na wszystko patrzałem i wszędzie Obcość widząc, Nowość i Zagadkę, jakąś nikłością i szarością zdjęty, domu mego, Przyjaciół i Towarzyszów wzywałem.

Owoż i mało co z tego. Ale coś niedobrze. Bo już tam, panie, gdzieś tam coś tam się kiełbasi, a choć i pusto jak w nocy na polu, tam za Lasem, za Gumnem, trwoga i skaranie boże i jakby się na co zanosiło; ale każden myślał, że może rozejdzie się po kościach, a z dużej chmury mały deszcz i tak to jak z babą, co tarza się, ryczy, jęczy z Brzuchem wielkim, Czarnym ach Niemiłosiernym, że chyba Szatana porodzi, a to ją tylko kolki sparły; więc po strachu. Ale coś niedobrze i coś niedobrze chyba, oj, niedobrze. W ostatnich tych dniach przed wojny wybuchem ja z panem Czesławem, Rembielińskim senatorem i Mazurkiewiczem ministrem na wielu Przyjęciach byliśmy, bo to i JW. poseł Kosiubidzki i Konsul i Markiza jakaś w hotelu Alvear i Bóg raczy wiedzieć kto i co i gdzie i z jakiej przyczyny, a z czym do czego i po co; ale gdyśmy z tych przyjęć wychodzili, to na ulicach o uszy nam się obijał gazet krzyk „Polonia, Polonia" uprzykrzony. Już tedy coraz nam ciężej, coraz markotniej, a każden uszy po sobie, jak struty chodzi, tyleż Troskami, co Frykasami wypełniony. Aż tu Czesław do kajuty naszej (bo wciąż na statku mieszkaliśmy) z gazetą wpada; „Wojna dziś, jutro wybuchnąć musi, nie ma rady! Owoż kapitan rozkaz wydał, aby jutro statek nasz wypłynął, bo choć do Polski już się nie przedostaniemy, to pewnie gdzieś do Anglii, Szkocji brzegów dobijemy". Gdy to wyrzekł, ze łzami w objęcia sobie padliśmy i zaraz na kolana padliśmy, pomocy Bożej wzywając i Panu Bogu się ofiarowując. A tak klęcząc, powiadam do Czesława – Płyńcież, płyńcież z Bogiem.

Czesław do mnie:

– Jakże to, przecie z nami płyniesz! Powiadam więc (a umyślnie z kolan nie wstawałem):

– Płyńcież i obyście szczęśliwie dopłynęli.

Mówi:

– Co tyż ty mówisz? To ty nie popłyniesz?

Powiadam:

– Ja bym do Polski popłynął? Tu zostanę.

Tak jemu półgębkiem mówię (bo całej prawdy powiedzieć nie mogłem), a on patrzy się na mnie i patrzy.

Ozwał się, a już bardzo zafrasowany:

– Nie chcesz z nami? Tu wolisz się zostać? Ale ty do Poselstwa naszego pójdź, tam się zamelduj, żeby cię za dezertera albo i co gorszego nie ogłoszono. Pójdziesz do Poselstwa, pójdziesz?

Odpowiedziałem:

– Co sobie myślisz, pewnie że pójdę, przecie wiem co jako obywatel powinienem, już się o mnie nie bój. Ale lepiej nikomu nie mów, może jeszcze zamiar swój odmienię i z wami odpłynę. Dopiero wtenczas z klęczek powstałem, bo już najgorsze przeszło, a Czesław poczciwy, ale i zafrasowany, nadal serdeczną mnie darzył przyjaźnią (choć jakby tajemnica jakaś między nami była).

Ja człowiekowi temu, Rodakowi, prawdy całej nie chciałem wyjawić, ani tyż innym Rodakom i Swojakom moim… bo chybaby mnie za nią żywcem na stosie palono, końmi albo kleszczami rozrywano, a od czci i wiary odsądzono. Trudność zaś największa moja taka, że, na statku mieszkając, żadną miarą potajemnie jego opuścić nie mogłem. Dlatego to, jak najusilniej się przed wszystkimi mając na baczności, ja niby to w tym rozgardiaszu powszechności całej, w biciu serc, w zapału wykrzykach i śpiewkach, w cichych lęku i troski westchnieniach tyż za innymi wołam albo śpiewam, albo biegam, albo wzdycham… ale gdy już liny odwiązują, gdy statek ludźmi rozkołatany, od ludzi Rodaków czarny, już już odbijać ma, odpływać, ja z człowiekiem, który za mną dwie walizki moje niósł, po schodkach na ląd zstępuje i oddalać się zaczynam. Owoż tak się oddalam. A wcale za siebie się nie oglądam. Oddalam się, a nic nie wiem, co tam za mną. Ale oddalam się po żwirowanej alei i już dość daleko jestem. Dopiero, gdym już dobrze się oddalił, przystanąłem i za siebie spojrzałem, a tam okręt od brzegu odbił, na wodzie stoi, a ciężki, pękaty.

Wtenczas na kolana paść chciałem! Jednakowoż wcale nie padłem, a tylko tak z cicha Bluźnić, Wyklinać silnie, ale do siebie samego, zacząłem:

– A płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was między Bytem i Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszy św. żeby was ona dali Ślimaczyła! Okręt już skosem się zwrócił i odpływał, więc jeszcze to mówię:

– Płyńcież do Szaleńca, Wariata waszego św. ach chyba Przeklętego, żeby on was skokami, szałami swoimi Męczył, Dręczył, was krwią zalewał, was Rykiem swym ryczał, wyrykiwał, was Męką zamęczał, Dzieci wasze, żony, na Śmierć, na Skonanie sam konając w konaniu swoim Szału swojego was Szalał, Rozszalał! Z takim wiec Przekleństwem od okrętu się odwróciwszy, do miasta wstąpiłem.

Miałem wszystkiego 96 dolarów, które mnie co najwyżej na dwa miesiące najskromniejszego życia starczyć mogły, więc zaraz trzeba było się pogłowić, co i jak uczynić. Umyśliłem najprzód do pana Cieciszowskiego się skierować, którego jeszcze z dawnych lat znałem, bo matka jego, owdowiawszy, pod Kielcami u Adasiów Krzywnickich zamieszkała, o mil dwie od Kuzynów moich, Szymuskich, do których ja czasem z bratem moim i z bratową zajeżdżałem, a głównie na kaczki. Ten więc Cieciszowski, od kilku lat tu przebywający, mógł mnie służyć radą i pomocą. Z tłumokami zaraz do niego pojechałem i tak szczęśliwie się złożyło, żem go w domu zastał. Najdziwniejszy to chyba człowiek był, jakiego ja w życiu spotkałem, bo chudy, drobny, od Bladaczki, której w dzieciństwie się nabawił, bardzo Blady, przy całej grzeczności, układności swojej, jak zając pod miedzą słuchami strzyże, wiatr łapie, a nieraz łapu capu Krzyknie albo i Ucichnie. Ujrzawszy mnie zawołał:

– Kogo widzę! I ściska, siadać prosi, stołków przystawia, a w czym by pożyteczny mógł być, zapytuje.

Prawdziwej, a ciężkiej Bluźnierczej przyczyny zostania mego jemu wyjawić nie mogłem, bo, Rodakiem będąc, mógł mnie wydać. Powiadam wiec tylko, że siak, owak, widząc, że od kraju odcięty jestem, z wielkim Bólem, żalem moim tu zostać postanowiłem, zamiast do Anglii lub do Szkocji na tułaczkę płynąć. Z równą mnie odpowiedział ostrożnością, że już to pewnie w tej potrzebie Matki naszej serce poczciwe Syna każdego do niej, do niej ptakiem się wyrywa, ale, powiada, trudna Rada, rozumiem Boleść twoje, ale przecie przez ocean nie przeskoczysz, więc tyż postanowienie twoje pochwalam albo nie\ pochwalam, i dobrześ zrobił, żeś się tu został, choć może niedobrze. Tak mówi, a palcami młynka kręci. Widząc tedy, że on tak temi palcami kręci, kręci, pomyślałem „co ty tak kręcisz, to może i ja ci pokręcę" i tyż jemu młynka zakręciłem, a zarazem mówię:

– Tak pan mniemasz?

– Nie jestem ja na tyle szalonym, żebym w Dzisiejszych Czasach co mniemał albo i nie mniemał. Ale gdyś tu się został, to idżże zaraz do Poselstwa, albo nie idź, i tam się zamelduj, albo nie zamelduj, bo jeśli się zameldujesz lub nie zameldujesz, na znaczną przykrość możesz być narażonym, lub nie narażonym.

– Tak sądzisz pan?

– Sądzę, albo i nie sądzę. Róbże co sam uważasz (tu palcami kręci), albo nie uważasz (i palcami kręci), bo już głowa twoja w tym (znów palcami kręci), żeby cię co Złego nie spotkało, albo i spotkało (i znów kręci).

Dopieroż ja jemu zakręciłem i mówię:

– Taka rada twoja? Kręci, kręci, aż tu do mnie przyskakuje:

– Nieszczęsny Człowieku, a toż ty lepiej Zgiń, Przepadnij i cicho sza, a do nich nie chodź, bo jak się do ciebie przyczepią, to się nie odczepią! Słuchaj rady mojej, lepiej ty z obcemi, z cudzoziemcami się trzymaj, w cudzoziemcach zgiń, rozpłyń się, a niechże ciebie Bóg broni od Poselstwa, a tyż od Rodaków, bo Źli, Niedobrzy, skaranie boże, tylko ciebie gryźć będą i tak cię zagryzą! Dopiroż powiadam:

– Tak uważasz? Na to wykrzyknął:

– A niechże cię ręka Boska broni, żebyś ty Poselstwa albo Rodaków tutaj będących unikał, bo jak ich unikać będziesz to gryźć ciebie będą, a tak cię zagryzą! Palcami kręci, kręci, ja tyż kręcę, a już od tego kręcenia mnie się w głowie zakręciło, ale przecie coś począć trzeba, bo pusta sakiewka, więc w te słowa ozwałem się:

– Nie wiem czybym jakiego zajęcia nie dostał, żeby to przynajmniej pierwsze miesiące przetrzymać… Gdzie by tu co znaleźć? W ramiona mnie złapał:

– Nie bój się, zaraz co uradziemy, już ja ciebie z Rodakami poznam, to ci dopomogą lub nie dopomogą! Tu zasobnych naszych kupców, przemysłowców, finansistów nie brak, a już ciebie jako wkręcę, wkręcę lub nie wkręcę… I palcami kręci.

Rada w radę. Owoż, powiada, tu trzech wspólników jest, którzy Spółkę mają i Interes Koński tyż i Psi Dywidendowy założyli a oni by tobie pomogli albo nie pomogli i może na urzędnika albo pomocnika zgodzili z pensją 100 albo 150 Pezów, bo najzacniejszemi, najpoczciwszemi lub nienajpoczciwszemi są ludźmi, Spółka zaś Komandytowa, Subhastowa lub nie Subhastowa; ale w tym sęk, żeby każdego z nich na osobności zdybać i na osobności Prywatnie się rozmówić, bo tam z dawnych czasów dużo Jadu, Swaru i tak już jeden drugiemu obmirzły, że jeden przy drugim obmirzły i tylko by mierził. Ale w tym sęk, że jeden drugiego na krok nie odstępuje. Owoż ja bym ciebie Baronowi przedstawił, bo to człek hojny, wspaniały i łaski ci swojej nie odmówi; ale cóż kiedy Pyckal wtenczas ciebie skinie i Baronowi cię wyzwie od Jasnej Cholery, Baron ciebie Pyckalowi ofuknie, zadmie się, z fumami na ciebie Pyckalowi wjedzie, Ciumkała zaś Baronowi, Pyckalowi ciebie okantuje, może osmaruje. Owoż w tem sęk, żeby ciebie Baronowi przeciw Pyckalowi, Pyckalowi przeciw Baronowi (tu palcami kręci). Długo jeszcze gadaliśmy o tem i owem, a też przyjaciół z dawnych czasów wspominaliśmy, aż w końcu (a może już druga po południu była), do pensjonatu, który mnie wskazał był, z pakunkami memi pojechałem i w nim pokoik mały za pezów 4 dziennie wynająłem. Miasto jak miasto. Domy jedne wysokie bardzo, drugi niski stoi. Na uliczkach ciasnych tłok duży, że ledwie przecisnąć się można, a pojazdów mnóstwo. Huk, stuk, trąbienie, ryczenie, powietrza nieznośna wilgotność.

Nigdy tych pierwszych dni moich w Argentynie nie zapomnę. Nazajutrz, jakem tylko w moim pokoiku zbudził się, doszedł mnie przez ścianę Staruszka płacz, jęki i biadolenie, a ze skarg jego to tylko zrozumiałem „guerra, guerra, guerra". Jakoż gazety krzykliwym głosem wybuch wojny obwieszczały, ale i co tam kto wiedział, bo jeden mówi że tak, drugi, że siak, a rozejdzie się po kościach, nie rozejdzie, biją się, nie biją i tak nic, a Szaro, Głucho, jak w polu na deszczu. Dzień był jasny, pogodny. Ja w tłumie zgubiony, mojem zgubieniem się cieszyłem i nawet do siebie na głos powiadam: „Nic piskorzowi kiedy raka biją". A tam biją! Przed Redakcjami gazet wielkie ludzi mrowie. Do taniej garkuchni wstąpiłem, żeby co przekąsić i Bife za 30 ctvs. zjadłem, ale powiadam (a wciąż do siebie): „Zdrów czyżyk choć tam barana sztorcują". A tam i sztorcują! Potem wiec nad rzekę poszedłem, gdzie pusto, cicho, wietrzyk Wieje i mówię do siebie: „Otóż to makolągwa czyrka, a borsuk w potrzasku, mało co ze skóry nie wyskoczy". A tam ze skóry mało co nie wyskakują… i za Gumnem, za Stawem, za Lasem niemiłosierny Wrzask, Ryk, Biją, Mordują, o zmiłowanie proszą, Pardonu nie dają i Diabli wiedzą co, a pewnie i Diabli!

Powiadam tedy: „Na co mnie do Poselstwa iść, do Poselstwa ja wcale nie pójdę, a że Chuda Szkapa była, to niech zdycha". A tam i Zdychają. Powiadam więc: „Na wszystko moje zaklinam się i przysięgam, nie będę ja się w to mieszał, bo nie moja sprawa i, jeśli konać mają, niech konają", ale wzrok mój na małym Robaczku spoczął, który po źdźble trawy do góry się wspinał i widzę, że Robaczek ten w tem miejscu i czasie, w tej właśnie chwili i na tem brzegu, za tem oceanem, wspina się i wspina, wspina się i wspina, a wówczas najokropniejsza mną owładnęła trwoga i myślę, że lepiej do Poselstwa pójdę, o pójdę, tak, pójdę, pójdę, Jezus Maria, pójdę, lepiej pójdę… i poszedłem.

Poselstwo okazały gmach na jednej z bardziej dystyngowanych ulic zajmowało. Doszedłszy do gmachu tego, przystanąłem i myślę, iść, czy nie iść, bo po co ja będę do Biskupa chodził, gdym kacerz, od Wiary odstępca, bluźnierca. I zaraz najokropniejsza Pycha, Duma moja, która od lat dziecinnych mnie przeciw Kościołowi memu kierowała! Bo przecie nie na to mnie Matka urodziła, nie na toż Rozum mój, Wzniosłość, Twórczość moja i lot Natury mojej niezrównany, nie na to Wzrok przenikliwy, Czoło dumne, Myśl ostra gwałtowna, abym ja w kościółku swojskim gorszym, mniejszym od Mszy ach chyba gorszej, tańszej, w chórze tańszym, marniejszym, kadzidłem miernem, marnem się odurzał wraz tam z innemi swojskiemi Swojakami swemi! O, nie, nie, nie na toż ja Gombrowicz, abym przed Ołtarzem ciemnym, niejasnym, a może nawet Szalonym uklękał (ale Biją), nie, nie, nie pójdę, kto wie co mi zrobią (ale Strzelają), nie, nie chcę tam iść, kiepska, marna Sprawa (ale Mordują, Mordują!). I w Mordzie, we krwi, w Bitwie, do gmachu wstąpiłem.

A tam cicho i schody duże, dywanem wysłane. Przy wejściu woźny pokłonem mnie przyjął i do sekretarza po wschodach prowadził. Na pierwszem piętrze sala duża, kolumnowa, a w niej dosyć mroczno, chłodno, i tylko przez okien kolorowe szybki pęki promieni wpadają, na gzymsach, ciężkich sztukateriach i złoceniach przysiadają. Wyszedł do mnie Podsrocki radca w ciemnogranatowym czarnym garniturze, w cylindrze, oraz w rękawiczkach, a z lekka cylindra uchyliwszy półgłośno o powód mej wizyty wypytywał. Gdym mu powiedział, że z JW. Posłem pragnę się rozmówić, zapytał:

– Z JW. Posłem? Powiadam więc, że z JW. Ministrem, on zaś mówi:

– Z Ministrem, z samym pan mówić chcesz Panem Ministrem? Gdy więc mówię, że, owszem, z JW. Posłem chciałbym rozmówić się, w te słowa mi odpowiedział, głowę na pierś chyląc:

– Powiadasz pan, że z Posłem, z samym Panem Posłem? Mówię więc, że owszem, z Panem Ministrem, bo ważną mam sprawę, on zaś powiada:

– A! Nie z Radcą, nie z Attache, nie z Konsulem, z samym pan pragniesz widzieć się Ministrem? A po co? A w jakim celu? A kogo pan znasz tutaj? A kim pan jesteś? Z kim się przyjaźnisz? Do kogo chodzisz? Tak to on zaczął wybadywać i coraz ostrzej do mnie Doskakiwał, przyskakiwał, aż wreszcie z tego wszystkiego rewizję zaczął robić i sznurek mnie z kieszeni wyciągnął. Wtem drzwi się w głębi otwierają i JW. Poseł wyjrzał, a że to już znany mu byłem, na mnie kiwnął; za sprawą kiwnięcia tego Radca, w ukłonach się rozpływając i kuprem wiercąc, a cylindrem wymachując, do gabinetu mnie wprowadził.

Minister Kosiubidzki Feliks jednym z najdziwniejszych był ludzi, na jakich ja w życiu mojem natrafiłem. Cienki grubawy, cokolwiek tłustawy, nos tyż miał dość Cienki Grubawy, oko niewyraźne, palce wąskie grubawe i takąż nogę wąską i grubawą, lub tłustawą, a łysinka jemu jak mosiężna, na którą włoski czarne ryże zaczesywał; lubił zaś okiem łypać i coraz to łypnie. Zachowaniem i układem swoim niezwykły wzgląd na wysoką godność swoją wykazywał i każdem swem poruszeniem honor sobie świadczył, a tyż i tego z kim mówił sobą silnie bez przerwy zaszczycał, że już to prawie na kolanach z nim się rozmawiało. Zaraz więc, płaczem wybuchnąwszy, jemu do nóg padłem i dłoń całowałem; a służby swoje, krew, mienie ofiarowując, o to upraszałem, aby mnie w takiej chwili św., wedle woli św., rozumienia swego, użył i moją rozporządzał osobą. Najłaskawiej mnie a siebie słuchaniem św. swojem zaszczycając, pobłogosławił i okiem łypnął, a potem mówi:

– Już tobie więcej jak 50 pezów (sakiewkę wyjął) dać nie mogę. Więcej nie dam, bo nie mam. Ale jakbyś chciał do Rio de Janeiro pojechać i tamtejszego Poselstwa się czepiać to, owszem, na podróż dam i nawet co na odczepne dołożę, bo literatów nie chcę tutaj mieć; bo tylko doją a i obszczekują. Jedźże tedy do Rio de Janeiro, dobrze ci radzę.

Owoż Zdumienie, Zdziwienie moje! Znów tedy mu do nóg padłem i (sądząc, że niedobrze mnie zrozumiał) osobę swoją ofiarowywałem.

Powiada więc:

– Dobrze już, dobrze, masz tu 70 pezów i więcej nie dój, bom nie krowa.

Widzę więc, że on mnie piniędzmi zbywa; a już nie tylko piniędzmi, ale Drobniakami! Na tak ciężką obrazę moją mnie krew do głowy uderza, ale nic nie mówię.

Dopiroż mówię:

– Widzę, że JW. Panu bardzo drobnym być muszę, bo mnie Drobniakami podobnież JW. Pan zbywasz, a pewnie mnie między Dziesięć Tysięcy literatów zaliczasz; a ja nie tylko literat, ale i Gombrowicz!

Zapytał:

– A jaki Gombrowicz?

Powiadam:

– Gombrowicz, Gombrowicz.

Łypnął i powiada:

– Ano, jak Gombrowicz, to maszże tu 80 pezów i więcej nie przychodź, bo Wojna i Pan Minister zajęty.

Ja powiadam:

– Wojna.

On mówi:

– Wojna.

Ja mówię:

– Wojna.

On mnie na to:

– Wojna.

To ja jemu:

– Wojna, wojna.

Przestraszył się nie na żarty, aż mu jagody zbielały, łypnął na mnie okiem:

– A co? Maszże wiadomość jaką? Mówiono ci co? Nowiny jakie?… – ale się pomiarkował, chrząka, kaszle, za uchem się drapie i mnie klepnął:

– Nic to, nic, nie bój się, już my wroga pokonamy!

A zaraz głośniej krzyknął:

– Już my wroga pokonamy!

Wtedy więc jeszcze głośniej krzyknął:

– Już my wroga pokonamy! Pokonamy!

Powstał i krzyczy:

– Pokonamy! Pokonamy!

Słysząc te wykrzyki jego, a widząc, że z fotela wstał i Celebruje, a nawet Zaklina, ja na kolana padłem i, w tej Celebracji św. się stowarzyszając, krzyczę:

– Pokonamy, pokonamy, pokonamy!

Odsapnął. Okiem łypnął. Mówi:

– Pokonamy, psia jego mać, już ja ci to mówię, a to ci mówię, żebyś nie mówił, że ja ci mówiłem, że nie Pokonamy, bo tyż ci mówię, że Pokonamy, Zwyciężymy, bo w proch zetrzemy dłonią mocarną najjaśniejszą naszą, w proch, pył rozstrzaskamy, rozbijemy, na Pałaszach, Lancach rozniesiemy a zgnieciemy i pod Sztandarem naszym a w Majestacie naszym o Jezus Maria, o, Jezus, o, Jezus, rozmiażdżemy, Zabijemy! O, zabijemy, rozniesiemy, zdruzgoczemy! A co się tak patrzysz? A przecie ci mówię, że zgnieciemy! A przecie widzisz, słyszysz, że ci sam Minister, Poseł Najjaśniejszy mówi, że Zgnieciemy, widzisz chyba, że sam Poseł, Minister tu przed tobą chodzi, rękami macha i ci mówi, że Zgnieciemy! A żebyś nie szczekał, że ja przed tobą nie Chodziłem, nie Mówiłem, bo przecie widzisz, że Chodzę i Mówię!

Tu się zdziwił, baraniem okiem na mnie spojrzał i powiada:

– A to ja przed tobą Chodzę, Mówię!

Potem powiada:

– A to sam Poseł, Minister przed tobą Chodzi, Mówi… To ty chyba nie byle pętelka jeżeli sam JW. Poseł tyle czasu z tobą siedzi, a i Chodzi przed tobą, Mówi, nawet wykrzykuje… Siada j że Pan Redaktor, siadaj. A jak godność, proszę?

Powiadam, że Gombrowicz. Powiada:

– Owszem, owszem, słyszałem, słyszałem… Jakżebym nie słyszał, jeżeli przed tobą Chodzę, Mówię… Trzebaż Panu Dobrodziejowi jako z pomocą przyjść, bo ja obowiązek swój wobec Piśmiennictwa naszego Narodowego znam i jako minister tobie z pomocą przyjść muszę. Owoż, że to pisarzem jesteś, ja bym tobie pisanie artykułów do gazet tutejszych wychwalające, wysławiające Wielkich Pisarzów i Geniuszów naszych zlecił, a za to krakowskim targiem 75 pezów na miesiąc zapłacę… bo więcej nie mogę. Tak krawiec kraje, jak materii staje. Wedle stawu grobla! Kopernika, Szopena lub Mickiewicza ty wychwalać możesz… Bójże się Boga, przecie my Swoje wychwalać musiemy, bo nas zjedzą! Tu się ucieszył i mówi:

– Otóż to dobrze mnie się powiedziało i Najwłaściwsze to dla mnie, jako Ministra, a tyż i dla ciebie, jako Pisarza.

Ale powiadam:

– Bóg zapłać, nie, nie. Zapytał:

– Jakże to? Nie chcesz wychwalać? Rzekłem:

– Kiedy mnie wstydno. Krzyknie:

– Jak to ci wstydno? Mówię:

– Wstyd, bo swoje! Łypnął, łypnął, łypnął! – Co się wstydzisz g…! – wrzasnął. – Jeśli Swojego nie będziesz chwalił, to kto ci pochwali?

Ale odsapnął i mówi:

– Nie wiesz to, że każda liszka swój ogon chwali?

Rzekłem tedy:

– Dopraszam się łaski JW. Panie, ale bardzo mnie wstydno.

Mówi:

– Cóżeś ty zbaraniał, zgłupiał ze szczętem, czy ty nie widzisz, że wojna, a teraz w ty chwili Mężów Wielkich na gwałt potrzeba bo bez nich Diabli wiedzą co może być, i ja tu od tego Minister, żeby Wielkości Narodowi naszemu przysparzać, o, co ja z tobą zrobię, ja chyba tobie pysk zbiję…, Ale urwał, znów łypnął i mówi:

– Czekaj że. To ty Literatem jesteś? Cóżeś ty tam wyskrobał, co? Książki jakie? Zawołał:

– Sroczka, Sroczka, chodź no tu… gdy zaś pan Radca Podsrocki przybiegł, okiem na niego łypnął, a potem z nim po cichu gada, na mnie Okiem łypie. Owoż słyszę tylko, że mówią:

– G…rz! Potem znowu:

– G…rz!

Dalej Radca do Ministra mówi:

– G…rz!

Minister do Radcy:

– G… rz pewnie musi być, ale Oko, nos dobry!

Mówi Radca:

– Oko, nos niczego, 20 choć g…rz, tyż i czoło dobre!

Mówi Mrnister:

– G…rz to, nic innego, bo wszyscy wy g…rze jesteście, ja tyż g…rz, g…rz, ale oni tyż g…rze i co tam kto się pozna, kto tam co wie, nikt nic nie wie, kto się na czem rozumie, g… g…

– G… – powiada Radca. – No to dali go! – powiada Minister. – Ja tu zara trochi Pochodzę, a potem lu! I patrzę, a to on Chodzić zaczął i Chodzi, Chodzi po salonie, brew marszczy, głowę schyla, sapie, szumi, puszy się, aż Huknął i Łypnął:

– Zaszczyt to dla nasi Zaszczyt, bo my Wielkiego Pisarza Polskiego gościmy, może Największego! Wielki to Pisarz nasz, może i Geniusz! Co się gapisz, Sroka? Powitaj wielkiego g…, to jest te… Geniusza naszego!

Tu mnie Radca niski ukłon składa. Tu mnie JW. Minister się kłania!

Tu ja, widząc, że szydzą, żarty odprawują, chcę w ciężkiej obrazie mojej bić człowieka tego! Ale Minister mnie na fotel sadza! Podsrocki Radca bucik wylizuje! Sam Minister Poseł o zdrowie moje wypytuje! Radca zaś służby swe ofiarowuje! Wiec JW. Poseł o moje życzenia i rozkazy pyta! Więc Radca o wpisanie do Księgi Pamiątkowej prosi! Więc Minister pod ramię bierze, po salonie oprowadza, a Radca dookoła mnie skacze, doskakuje! I Minister:

– Święto bo Gombrowicza gościemy!

A Podsrocki Radca:

– Gombrowicz gościem jest naszym, sam Geniusz Gombrowicz! Minister:

– Geniusz to Narodu naszego Sławnego! Podsrocki:

– Wielki Mąż Narodu naszego wielkiego!

Owoż to dziwny, najdziwniejszy Przypadek mój i Sprawa moja! Bo wiedziałem przecie, że to g…rze są, którzy mnie za g…rza mają i to wszystko g…, g…, a ja bym g…rży tych po łbie pobił… A przecie nie kto inny to był, tylko sam Poseł, Minister, tyż i Radca… a stąd Nieśmiałość moja, lęk mój, gdy mnie tak ważne Osoby czczą i honorują. I gdy w tem salonie Minister z Radcą na mnie naskakują, Honorują, gdy za mną biegają, ja, znając wysoki Urząd, godność, wagę tych g…rzów, nie mogłem zbyć, pozbyć się Honorów owych! A też to ja jak śliwka w g… wpadłem! Aż odsapnął Poseł i ozwał się, a już bardziej dobrotliwie:

– No pamiętaj g…rzu, żeś tu przez Poselstwo jak należy uhonorowanym został, a tera o to dbaj żebyś nam wstydu przed ludźmi nie zrobił, bo my ciebie ludziom Cudzoziemcom jako Wielkiego G. Geniusza Gombrowicza pokażemy. Tego Propaganda wymaga i trzeba by wiedziano, że Naród nasz w geniuszów obfity. A co, pokażemy, Sroczko?- Pokażemy- powiedział Radca – pokażemy; g…rze to i na niczem się nie poznają!

Dopiero na ulicy folgę dałem wzburzonemu uczuciu mojemu! O, co to, jak to, skąd to, o, co to się stało?! O, a to podobnież znów mnie złapano, złapano! O Jezus, o Boże, znowuż mnie w Życiu mojem przyłapano, a jak liszkę w potrzask! Nigdyż tedy ja się z Losu mego nie wyzwolę? Czy znowuż powtarzać muszę Wieczny Los mój i Więzienie moje?! A gdy Przeszłość moja mną jak słomką miota, gdy przepadłe wracają odmęty, ja jak koń się wspinam, jak lew drżę, Ryczę, w furii łapami wybijam i o kratę nowego rzucam się więzienia! O, po cóżem ja do tego Poselstwa przeklętego chodził?! Otóż to g…rzom się Wielkości zachciało, Wielkości im trzeba, Geniuszów wielkich Bohaterów, żeby to przed ludźmi się pokazać, a że to niby Geniusza Gombrowicza mamy, więc co to znaczymy, jaka chwała nasza, a jaka zasługa, jaki to Pałac nasz, jakie mebelki, szory, pychy, szychy; i, bójcie się Boga, nie dajcie żeby nam pośladków zbito, bo my Geniusza Gombrowicza mamy! Tymże to chamskim szwurclem chciał JW. Poseł g… g… oczy ludziom Cudzoziemcom mydlić, słusznie uważając, że w Amerykanów owych łatwo swoje wmówi, a jeśli mnie się nisko kłaniał będzie, to ja jemu jak ciasto przed Ludźmi urosnę. Nie możeż to być! Nic z tego! I dopiroż w gniewie okropnym moim ja raz po razie tego Ministra g… g… g… wyrzucałem, odprawiałem, pałą, kijem przeganiałem, wyganiałem! Przeklętyż Minister g… co Narodu swego nie szanuje! Przeklętyż naród, co Synów swoich nie szanuje! Przeklętyż człowiek i Naród, którzy siebie wzajem nie szanują! I, w zapamiętaniu, ja Ministra, urzędy wszelkie, godności, zaszczyty, czasy nasze, życie nasze, Naród, Państwo g… g… g… rozganiając, przeganiając, kijem, palą kropiąc, znowuż Ministra tego g…rza płatnego zwalniałem; a gdy już z 50 lub 60 razy 22 go zwolniłem, przegoniłem, jeszcze i znowuż go zwalniałem, wyganiałem! Aż tu spostrzegłem, że śmiech przechodniów wzbudzam, którzy na mnie spod oka spoglądali.

Naglący stan finansów moich do działania mnie zniewalał; i trzeba mnie było zaraz na ulicę Florida iść, gdzie z Cieciszowskim byłem umówiony. Florida ulica, jak już wspomniałem, ze wszystkich miasta ulic najbardziej luksusowa; tam sklepy, tam gustowne Zakłady wszelkiego rodzaju, kawiarnie, cukiernie; a dla pojazdów wzbroniona, spacerowiczów rojem wypełniona, słońcem rozjaśniona, skrzy się, mieni, pawim ogonem się puszy. Wrodzona nieśmiałość, może i Nieporęczność jakaś, nie pozwalały mnie dokładniejszej zdać Cieciszowskiemu relacji o tem, co z Ministrem było, i tyłkom nadmienił, że w gniewie myśmy się rozstali. – Oj, zawołał, młynka palcami kręcąc, po coś ty tam chodził, przecie ci mówiłem, żebyś tam nie chodził, choć może dobrze zrobiłeś żeś chodził! I dobre to, żeś mu nosa utarł, choć może Niedobre, bo, oj, on teraz tobie, niebożę, utrze, utrze, utrze! Ukryj się, skryj w mysią jamę, bo jeśli się nie skryjesz, to cię znajdą! Ale nie skrywaj się, nie skrywaj, mówię, bo jeśli się skryjesz to cię szukać będą, a jak cię poszukają to cię znajdą. – Lecz my w rozmowie ulicą Florida idziemy! Tam za szybami bogactwo lśni i oko wabi i szumny gwar, przechodniów rój, ukłony, pozdrowienia. Raz wraz Cieciszowski mój znajomkom uśmiech, lub ręki gest, lub pokłon niski zasyła, a do mnie z cicha mówi:

– Patrz, patrz, czy widzisz pan Rotfederowę? A to dyrektor Pindzel, to prezes Kotarzycki, hej, ola ola, Prezesie! To Mazik jest, a to Bumcik, to Kulaski, a to Polaski! Ja, obok niego idąc, tyż grzecznie kłaniam się, uśmiechy moje w prawo, w lewo rzucam i mieni się Floridy wąż, paradują Seniority! – Patrz, tam Klejnowa stoi! A to jest Lubek, urzędnik. Lecz coraz gęstsze ludzi mrowie i przed wystawami przystają, na nie spoglądają, a jak od jednej wystawy odchodzą, to zaraz do drugiej podchodzą, i dopiroż każden a to na Krawaty żółto-szare, modne za 5,75, a znowuż Trzeci z Żoną na dywan bordo z Dróbką za 350, czwarty na Klamry Angielskie za 99, piąty na maszynki albo wentylator, tamta na dezabil jedwabny z pianką, owa Buciki spiczaste podwójne Nelsońskie, ów Tytuń Fajkowy Perski Astrachański, albo Serwis, albo tyż Cynamon. Więc na walizkę Żółtą gemzowaną za 320 patrzą i mówią; co za walizka! – Ale też Kubeł za 85, także niczego, albo tyż ten Szlafrok, albo tamten Szpadel. – Ja bym te mycyne kupił za 7,20. – A ja ten sweater. – Mnie by się ten Termometr nadał, albo ten Barometr. – Zmiłuj się pan, a toż parasol ten z rączką zagiętą 42 kosztuje, gdy ja lepszy, angielski za 38 wczoraj oglądałem! I tak od sklepu do sklepu, to na to, to na tamto, Spoglądali i Mówili, a potem znowuż do innego sklepu i znowuż Mówi i Spogląda.

Wtem Cieciszowski za rękę mnie złapał:

– W czepku się rodziłeś! Widzisz Barona? Baron stoi, Barona samego zdybałeś, on to przed tą wystawą, a sam, bez Wspólników, chodźmyż do niego albo i nie chodźmy, to o posadzie twojej pomówimy lub nie pomówimy! Witam, witam Barona drogiego, jak zdrowie, powodzenie, lub niepowodzenie, a to pan Gombrowicz, który wskutek odcięcia od kraju tu się został i z nami niepewność nasze i trwogę przeżywa, a też jakiego zatrudnienia szuka! Spojrzał na mnie Baron. I najserdeczniej porwał mnie w ramiona! Dopiroż uradowany, odskakuje, znowuż przyskakuje, do piersi tuli, a może by co przekąsić, a może by wypić, do domu swego mnie zaprasza i szuka Żony, która jemu gdzieś się zapodziała, bo Żonie swojej przedstawić mnie pragnął. – Zajdźże Pan do nas we wtorek! Będziemy radzi! Ale rzekł Cieciszowski:

– Jemu by się jakie zajęcie zdało, bo w potrzebie, a ja jego jak w dym do Barona łaskawego; gdzie suto zastawiają, suto podawają. – Co tam! – krzyknął Baron. – W potrzebie? Już wszystko załatwione! Już się Pan nie kłopocz! Zaraz dzisiaj każę, żeby Pana drogiego na sekretarza mego do Współki przyjęto z pensją 1000 lub 1500 pezów! Co tam! Załatwione! Godziny pracy sam sobie wyznaczysz! Załatwione tedy, a teraz czym zapić, przekąsić potrzeba! Idziemy więc z Baronem na jednego, a w blasku słońca już wszystko zda się uładzone i ja chyba Opiekuna, Ojca i Króla znalazłem wspaniałego o, dzięki ci, Boże, już mnie łatwiej żyć będzie, już przepadły, zniknęły troski i zgryzoty, ale co to, Boże, Boże mój, co tyż to się dzieje, dlaczegoż to Król, Baron mój, przygasł, ucichł i mnie markotnieje, mizernieje, czemu słonko moje za chmurę zachodzi?… A to Pyckal, Pyckal doskakuje!

Pyckal, Barona wspólnik, niższy od niego był, bardziej krępawy, a o ile tamten świetnym, wspaniałym, rosłym, dumnym był mężczyzną, o tyle ten, jak psu z gardła, albo zza stodoły. Na próżno Baron jemu rozkazuje i oświadcza, że to mnie, przyjaciela swego, na urzędnika przyjął; Pyckal za całą odpowiedź tylko wypiął się, najprzód na mnie, potem na Barona, a splunąwszy rzekł:

– Cożeś pan z byka spadł, żeby bez porozumienia ze mną Urzędników nowych do Interesu brać, a cóż pan kretynem jesteś, no to ja tobie tego urzędnika twojego przepędzę, won, won, won! Chamstwem tak okropnem oburzony, Baron w pierwszej chwili słowa przemówić nie mógł, potem zaś – Zabraniam! – krzyknął – Zakazuję!… na co Pyckal rozdziawił się jemu:

– Sobie a nie mnie zabraniaj! Komu ty zabraniasz?! Krzyknął Baron:

– Proszę nie robić skandalów! Krzyknął Pyckal:

– Delikacik, delikacik, już ja ci go zbiję delikacika twojego, ja ci go pobiję!… i do mnie z pięściami, a już chyba mnie Zbije, zabije, może mnie pobije, już ten zwierz, ten kat mnie zakatrupi, więc Zguba, Zagłada moja, ale co to, czemuż kątownik mój się zatrzymuje, czemu mnie nie bije?… A to Ciumkała, trzeci Barona wspólnik, skądsiś, z boku się nadarzył!

Ciumkała, kościsty, blondyn wyłupiasty, ryży, kaszkiet zdjął i do mnie rękę dużą czerwoną wyciąga:

– Ciumkała jestem! Gzem Pyckala w nagłe osłupienie wprawił. – Ratujcież mnie – wrzasnął Pyckal – toż ja go tu biję, a ten się z łapą pcha, a przecie ja większego Kretyna, Bałwana na oczy swoje nie widziałem, co się pchasz, co się wtrącasz? – Zabraniam – krzyknął Baron. – Zakazuję! Ciumkała, krzykiem przestraszony, zawstydził się, rękę dużą do kieszeni wsadził i w kieszeni ręką grzebać zaczai; ale zaraz zawstydził się grzebania swego i ze wstydu swego udał, że czegoś po kieszeniach szuka; czem jeszcze bardziej Barona, Pyckala rozwścieczył. – Czego tam szukasz, gamoniu – krzyknęli – czego szukasz, gapie, czego szukasz!… aż Ciumkała, od wstydu ledwie żywy, jak burak czerwony, z kieszeni nie tylko rękę, a i korek od butelki, papirki jakieś zgniecione, łyżeczkę, sznurowadło i rybki suszone wyciągnął. Ale gdy rybki zoczyli zaraz cisza nastała… bo jakoś im się od tych rybek markotno zrobiło.

Ja przypomniałem sobie, co mnie Ciecisz mówił, że tam między nimi, jak to między Wspólnikami, dawne Zadry, Kwasy, Jady były, podobnież o Młyn jakiś, Zastawę; właśnie z tej przyczyny Pyckala, na widok rybek owych, aż zaparło i „Karasie moje, karasie" wrzasnął „już ty mnie za to zapłacisz, ja ciebie z torbami puszczę"; ale Baron tylko grdyką ruszył, przełknął, kołnierza poprawił i powiada „Rejestr", Na co odrzekł Ciumkała: „Stodoła się spaliła od ty gryki", wiec Pyckal koso spojrzał, „Woda była" mruknął i tak stali, stali, aż Ciumkała za uchem się podrapał; gdy zaś on za uchem się drapie, Baron w kostkę u nogi się poskrobał, Pyckal zasie w prawe podudzie.

Powiada Baron:

– Nie drap się.

Mówi Pyckal:

– Ja się nie drapie.

Ciumkała rzekł:

– Ja się drapałem.

Rzekł Pyckal:

– Ja ciebie podrapie.

Mówi Baron:

– A podrap, podrap, boś od tego.

Mówi Pyckal:

– Ja ciebie drapał nie będę, niech ciebie Sekretarz podrapie.

Powiada Baron:

– Sekretarz mój mnie drapał będzie, jak ja mu każe.

Rzekł Pyckal:

– Ja twojego Sekretarza do siebie zgodzę i tobie sobie go wezmę, a mnie będzie drapał, gdy zechce, bo choć ty Pan z Panów, a ja Cham z Chamów, on tobie mnie drapał będzie gdy zachce się mnie albo i nie zachce. Drapać będzie.

Mówi Baron:

– Kto Cham z Chamów, a kto Pan z Panów, a ty mi tego Sekretarza nie zgodzisz, ja jego sobie tobie zgodzę i mnie nie ciebie on podrapie.

Zawoła Ciumkała, płaczem rzewnym, wielkim wybuchając:

– O, Rety, Rety, o, co to wszystko dla siebie sobie chcecie drapać z moją krzywdą, z moją Stratą, Bidą, o, to ja jego wam sobie zgodzę, ja jego zgodzę! Dopiroż ciągną mnie, szarpią, jeden drugiemu wyrywa, ciągną, ciągną, i tak aż do domu jakiegoś zaciągnęli, tam schodki, po tych schodkach ciągną, szarpią, jeden drugiemu wydziera, tam drzwi małe z boku, na których tabliczka „Baron, Ciumkała, Pyckal, Koński Psi Interes", a za drzwiami przedpokój duży, ciemnawy, w nim krzesełka. Na krzesełku Baron Ciumkale, Ciumkała Baronowi, Pyckalowi, Pyckal Ciumkale, Baronowi mnie posadzili, a najuprzejmiej poprosiwszy bym trochę poczekał, do innego pokoju odeszli, na którego drzwiach napis był „Dóbr i Interesów Zarząd, Wstęp wzbroniony".

Sam zostawszy (bo Ciecisz dawno już był zemknął) w cichości, która nastąpiła po rozgłośnem nadejściu naszem, naokoło z ciekawością się rozglądnąłem. Ludzi tych dziwność (a trudno bym dziwniejszych odszukał w całem Życiu mojem) oraz burda, jaką między sobą wiedli, bardzo mnie do wszelkiej z nimi styczności zniechęcały; ale nadzieja stałego, a może większego, zarobku zmuszała mnie do pozostania. Przedpokój, jak powiadam, był ciemnawy, ciemnym papierem wyklejony, ale papir bardzo wystrzępiony… to znów tłusta plama… albo dziura i znów naddarte, ale załatane, muchami popstrzone i lichtarz ze świcą, stearyną wszędzie nakapane. Deski podłogi wystrzępione, od chodzenia wyświchtane, a tam w kącie stara gazeta, tu szpicrózga tajemnie gaworzy, gdy gazeta rusza się z szelestem, bo pewnie myszki pod nią siedzą. Zaraz też but ruszać się zaczął i do tabaki się przybliżał, a robaczek mały, ze szpary w podłodze wylazłszy, do cukru pracowicie zmierzał.

Wśród tych szelestów drzwi uchyliłem, które do następnej sali prowadziły. Sala duża, długa a ciemnawa, i stołów rząd, za którymi urzędnicy siedzą, pilnie nad Skryptami, Rejestrami, Foliałami pochyleni, a już papirów tyle, tak nawalone, zawalone, że prawie ruszać się nie można, bo i na ziemi wszędzie papirów mnóstwo i szpargałów; a Rejestry z szafy wystają i nawet pod sufit wyłażą, na okna zachodzą, całe biuro zawalają. Jeśli więc który z urzędników się ruszy, to szeleści jak mysz w tych papirach. Wszelako wśród papirów wiele innych przedmiotów, jak flaszki, albo blacha zgięta, dalej spodek stłuczony, łyżka, szalika kawałek, szczotka wyłysiała, dalej cegły kawał, obok tyrbuszon, ogryzek chleba, dużo bucików, też syr, pierze, imbryk i parasol. Najbliżej mnie stary, chudy urzędnik siedział i stalówkę pod światło oglądał, palcem jej próbując, a jakby fluksję miał, bo w uchu wata; za nim drugi urzędnik, młodszy i rumiany, na szczotach rachował, a razem kiełbasę gryzie, dalej urzędniczka wyfiokowana, wyczupirowana w lusterku się przegląda i loczków poprawia, a dalej inni urzędnicy, których może ośmiu lub dziesięciu było. Tamten pisze; ten w Rejestrze szuka. Wtem przedwieczorek wniesiono, więc kubki z kawą i bułki na tacy, a wówczas urzędniki wszystkie, przerwawszy czynność swoją, do jedzenia się zabrały, i zaraz też, jak zwyczajnie, rozmowa zabrzmiała. Śmiech mnie zdjął na widok Picia Kawy urzędniczków owych! Bo od pierwszego wejrzenia widać było że, od lat ze sobą razem w tem biurze przesiadując, co dzień tę samą wieczystą kawę pijąc i wieczną bułką swoją zagryzając, temi samemi żarcikami swojemi staremi się racząc, w lot wszystko swoje rozumieli.

Więc urzędniczka loczków odgarnęła i „plum" powiedziała (a pewnie już i z tysiąc razy to mówiła) na co gruby kasjer, który za nią siedział, tak zawoła:

– A to kotka w kotka u Mamy Zawijas! Z czego radość nadzwyczajna, śmieją się wszystkie urzędniki, za brzuchy się łapią! Zaledwie śmiech gdzieś w papiry wsiąkł, Rachmistrz stary palcem pogroził… i już wszyscy za brzuchy się łapią, bo wiedzą co powie… on zaś powiada „Zawijas, podbijas, bum cyk cyk Kopijas!" więc jeszcze bardziej się cieszą urzędniczki, w papirach szeleszczą. Ale urzędniczka małym paluszkiem ręki lewej prawy policzek podparła! Ale urzędniczka małym paluszkiem policzek podparła!… a wtenczas Rachmistrz silnie po plecach młodszego, rumianego urzędnika klepnął i szepcze jemu „Szkoda łez, łez szkoda, Józef, Józef, bo przecie scyzoryk, talerzyk, mucha, mucha była!…"

Zrozumieć nie mogłem, czemu Rachmistrz o łzach jemu mówi, gdy wcale nie płakał… ale właśnie w tejże chwili rumiany Księgowy ten szlochem stłumionym się zaniósł na widok paluszka owego! Znów tedy śmiech mnie złapał; bo widać od lat może całych, a od wieków, paluszek ten, razem z policzkiem, księgowemu rany serca jego stare jątrzące rozdrapywał i od lat pewnie ten towarzysz jego go pocieszał; ale zamiast żeby najprzód Księgowy zapłakał, a potem dopiero Rachmistrz go pocieszył, im się kolejność działań pomyliła i co na końcu było, na początek przeszło! Wyrzuciła w górę chusteczkę swoją urzędniczka! Kasjer kichnął! A buchalter stary nosa utarł! Wtem mnie zobaczyli i, najokropniej się zawstydziwszy, w papirach się swoich jak myszy zaszyli.

Ale zaraz do Pryncypałów wezwany zostałem. Ciemnawy pokoik, do którego mnie wprowadzono, również papirami, szpargałami wypełniony, a do tego łóżko stare, żelazne, pod ścianą stało, tyż i wiadro, tyż i miednica, dubeltówka na oknie, buty, lep na muchy. Pyckal Baronowi skrzynkę jakąś trzymał, Ciumkała zaś z Rejestru kwity odczytywał. I wszyscy trzej do mnie:

– Mnie podrap! Mnie podrap! Mnie podrap!

W życiu moim wiele miejsc dziwnych, a dziwniejszych jeszcze osób mnie się nastręczyło, ale pośród miejsc tych i osób żadne tak dziwaczne, jak obecny Życia mojego przypadek. Zadawniona między Baronem, Pyckalem i Ciumkała zwada w Młynie miała początek, który młyn im z eksdywizji przypadł w równym dziale; potem w karczmach trzech dzierżawnych silniej jeszcze się rozżagwiła, a gdy Gorzelnię z propinacji na subhaście wzięto, że to na spłaty, podobnież więcej jeszcze swaru, jadu narobiono. Funduszów rozdział prawie niepodobnym był do przeprowadzenia, bo wyrok sądu dwukrotnie a z trzech stron apelowany, w prawnym rozpatrzeniu sześćkroć odraczany, aż wreszcie z braku pisemnych dowodów do Wizji odesłany, która Wizja sprzeczność oczywistą pomiędzy pierwszym a drugim Subhasty rejestrem wykazała. Do tego zaś pozew wzajemny o Zabór Mienia, pogróżki i chęć morderstwa, Zabójstwa, a dwa pozwy o Najazd i jeden o przywłaszczenie sześciu perłowych spinek i Pierścienia… a tak to pozwy, najazdy, gwałty, swary, jady, chęć Uśmiercenia, z Mienia wyzucia, wyniszczenia, z Torbami puszczenia. Więc gdy z powodu Zabezpieczenia Subhasty interes Handlu końmi, psami, z Rejestru objętym być musiał, wszyscy trzej w równym dziale do interesu tego przystąpili, a psy, konie po ludziach skupując, z dużym zyskiem sprzedawali na Szpront lub na Ganację. Wszelako, pomimo nadzwyczaj poważnych z tego Interesu zysków, spółka bankructwem była zagrożona, gdyż, panie, tyle tyż to Gniewów dawnych, Gwałtów, tyle użerania, żarcia wzajemnego, tyle goryczy, Kwasów, piekłowania się zaciekłego, nieustającego.

Ta zaś swarliwość nie tyle może z finansowych rozrachunków, ile z natur sprzeczności. A bo Baron jak bąk huczy, buczy i tańcuje, jak paw ogon puszy, jak sokół w górę polatuje; a Pyckal, jak byk, wrzaskiem krzykiem swojem chamskiem chamskiem się nawala; a Ciumkała gmyrze; a Baron jakby w karecie jechał, w cztery konie, rozkazy wydaje i na trąbce trąbi; a Pyckal chamstwem nadziany tylko się rozdziawia; a Ciumkała z czapką w garści, bo mu się ślimaczy; więc Baron fumami, humorami, kaprysami, fantazjami, więc Pyckal w mordę chce albo ł portki zdejmuje, więc Ciumkała liże się albo i guzdrze… Owóż jeden drugiego by w łyżce wody utopił, ale w Procesów, pozwów, swarów nieustannym ciągu, w nieprzerwanem wiec owem zażartem obcowaniu, tak jedno z drugiem jak bigos, jak kapusta i z grochem zmieszane, zduszone, że chyba jeden bez drugiego żyć nie może, a w Syrze starym, w Bucie zadawnionym swoim, jak Palce u Nóg krzywe, straszne i ze sobą tylko! Owóż oni! z sobą! Owóż między sobą! I o świecie bożym zapomnieli, ze sobą tylko, między sobą, wsobnie, a tyle im z dawnych czasów się starzyzny nazbierało, tyle to wspominków, uraz, słów rozmaitych, korków, flaszek starych, dubeltówek, puszek, szmat najprzeróżniejszych, kości, sztyftów, garnków, blaszek,' puklów, że już i kto obcy, jeśli do nich przystępował, wcale nie mógł przeczuć co jemu powiedzą lub zrobią; bo korek,] lub flaszka, albo słówko jakie niebacznie rzucone, zaraz im i co Dawniejsze a Zapiekłe przypomina i jak kurkiem na kościele kręci.

Owóż, gdyby nie rybki stare, co Ciumkale wtenczas z kieszeni wypadły, gdyby nie Rejestr i Nogi drapanie, ja bym pewnie przez nich na urzędnika zgodzony nie został. Ale podobnież z przyczyny flaszeczki małej, czy też skrzynki, zamiast 1000 lub 1500 Pezów, które przez Barona przyrzeczone były, tylko 85 Pezów pensji mnie przyznano. A tyż najstarsi 30 Urzędnicy, gdy do Pryncypałów z aktami, sprawami szli, nigdy nie wiedzieli co tam, panie, się wysmaży, jakie postanowienie Pyckal Baronowi, Baron Ciumkale, Ciumkała Baronowi Pyckalowi wyda. Owóż dużo zarządzeń, rozkazów, spraw dużo, a to Konie z cesji, a to hipoteczne przepisanie, dalej poręka, rozdział dywidendy, Psy pod zastaw, same Buldogi, propinacja, egzekucja; wiec akta piszą, smarują, Rachunki, pozwy wydają, egzekwują, licytują, dalej Hipotekują, albo Subhastują; ale cóż, panie, kiedy za tym, pod tym, śledzik bardzo dawny, albo bułka co ją siedemnaście lat temu Baron Pyckalowi wygryzł. Gdym następnego ranka do pracy się zgłosił i pośród Urzędników, teraz Kolegów, zasiadłem, trudność nowego obowiązku mego wyraźnie mi się objawiła. Urzędniki w swoich zagłębione szpargałach, swoim oddane rachunkom, w swoich czynnościach, działaniach zapamiętałe na mnie, obcego, ani patrzeć chciały; mnie zaś ich szczypki, ich dawne słoiki, niezrozumiałemi i niepojętemi były.

Popacki, Rachmistrz stary, mnie Akta dał do wciągania, ale diabli tam wiedzą czy jaka potrzeba tego wciągania zachodziła, bo człowiek ten wzrostu niewielkiego, bardzo chudy, w okularach ciemnych, rogowych, a jak mumia wysuszony, włosy miał rzadkie, które jemu wiankiem dokoła czaszki dużej łysej się obwijały; do tego zaś palce długie, chude. Przyglądając się robocie mojej, coraz mnie jakąś literkę poprawi, a za uchem się drapie, albo nos uciera, pyłek sobie jaki z ubrania strzepuje; a już najchętniej wróbelkom kruszynki za okno wyrzuca. Oj, widać że Rachmistrz poczciwota, poczciwota z kościami, a choć guzdralstwo jego i nadzwyczajna we wszystkiem drobnostkowość nieraz do śmiechu mnie pobudzały, wystrzegałem się wszystkiego co by staruszka miłego urazić mogło; a nawet tabakę jego zażywałem, która, myszka przed laty wylęgnięta, a nie wiadomo jakim grzybkiem przyprawiona, kamizelki jego kaszmirowej zapach miała.

Ale, prawdę mówiąc, nie do śmiechu mnie było. Bo choć tam jakie takie zabezpieczenie bytu uzyskałem, zespół wszystkich warunków i okoliczności, jako to; Kraj Nieznany, obcość miasta, brak przyjaciół, lub towarzyszów zaufanych, dziwaczność pracy mojej… jakimś lękiem mnie wypełniały; do tego zaś Bój silny za wodą i z krwi rozlewem, a wiele osób, przyjaciół moich lub krewnych już tam nie wiadomo gdzie były, co robiły, może i Bogu duszę oddawały. Choć tedy i daleko, za wodą to było, przecież człowiek jakby ostrożniejszy, ciszej mówi, spokojniej się rusza, żeby to jeszcze czego złego nie wywołać i jak zając pod miedza by przycupnął. Dlatego to, kruszynkę małą z chleba na kałamarzu zauważywszy, częstokroć na tę kruszynkę spoglądałem, a nawet jej końcem pióra dotykałem.

Najbardziej jednak mnie moja z Poselstwem sprawa doskwierała. Nie po toż chyba JW. Poseł Celebracją ze mną odprawował,; żeby to tak po kościach rozejść się miało; i gdy ja tu za biurkiem| siedzę, Akta wciągam, to oni tam pewnie swoje i kto wie, czyi dalej czego tam ze mną, choć bez wiedzy mojej, nie wyrabiają. Siedzę tedy, piszę, a myślę co tyż tam oni ze mną, jak tyż to tam mnie zażywają i do czego używają. Jakoż nie omyliły mnie przeczucia moje, bo gdym na wieczór do pensjonatu; powrócił, duży bukiet fluksji biało-czerwonych od Ministra mi wręczono, a z nim list od Pana Radcy. Powiadamiał więc Radca w najuprzejmiejszych słowach, że jutro po mnie zajedzie, aby do malarza Ficinati mnie zabrać na wieczór, który przez Pisarzów i Artystów tutejszych będzie zaszczycony. Prócz tego listu i kwiatów, jeszcze dwa bukiety mnie wręczono, które od tutejszych swojskich Prezesów pochodziły, oba zaś ze wstęgami i stosownymi napisami. Prócz tego małe dzieci podobnież przybyły i przed mojem oknem kantyczkę śpiewały,, A niech cię diabli! To gdy ja przycupnąć chcę, oni mniej na świecznik! Hołdów obfitością zadziwiona właścicielka Pensjonatu mego słyszeć nawet nie chciała, abym dalej w małej mojej ciupce mieszkał i do najlepszego pokoju mnie przeniosła; a tak w tym czasie trudnym, niebezpiecznym moim ja, zamiast w małym pokoiku być, w dużym salonie z dwoma oknami się znalazłem. Już też wiadomość o nadzwyczajnej, żal się Boże, wybitności, wielkości mojej, lotem strzały po wszystkich Rodakach się rozeszła; nazajutrz w biurze niskimi bardzo pokłonami mnie przyjęto i nawet wszelkich rozmów, żartów; 32 w przytomności mojej zaniechano.

A niech to Diabli, Diabli! Coraz tedy silniejsza powstawała Celebracja, a widać JW. Poseł wbrew woli mojej i nie bacząc na gwałtowną niechęć moją, swoje robił i Celebracją na wszystkie rozprzestrzeniał strony. A niechże go, a po cóż ja jemu na oczy się pokazywałem! A do tego niebezpieczna rzecz! Możnaż w zwykłym czasie takie szprynce urządzać, ale gdy tam Mordowanie, Zarzynanie, to już lepiej cicho siedzieć i przeczekać, a o to dbać, żeby czego złego na siebie nie ściągnąć.

Przysięgałem wiec i postanawiałem, że ja na to przyjęcie wcale nie pójdę, ani na żadną dalszą Celebrację św. ach Głupią chyba, Marną, osoby mojej nie pozwolę. Wszelako w tem sęk; bo, jakbym teraz wyraźnemu życzeniu JW. Posła się oparł, to już chyba przez wszystkich za zdrajcę byłbym poczytany, co w obecnym stosunków układzie nadzwyczaj niebezpiecznem było. A przecież i słodki hołd współziomków człowiekowi, który od najwcześniejszych dni dzieciństwa swego tylko wzgardy doznał… tu zaś, jakby za sprawą dobrej wróżki jakiej, głowy przed nim chylić zaczynają i jemu czapkują. Przeklętyż tedy, kłamliwy hołd i marny jak diabli! Ale święty, błogosławiony, prawdziwy hołd bo Czoło moje, Oko moje, Myśl moja i prawda moja i szczerość serca mojego i śpiew mój i dostojność Moja! To więc prawo moje, to płaszcz mój, to korona moja! A co ja darowanemu koniowi w zęby patrzał będę! Oj, więc chyba pójdę na zebranie owe i pozwolę aby to ze mną na niem uczyniono, bo przysięgam na Boga i na Matkę moją przed Bogiem, Ołtarzem, że ten kto przede mną czapkuje wcale źle nie czyni, owszem, najlepiej on, najsłuszniej postępuje!

Owóż wy tam g…rze Chytrkujcie, Mędrkujcie a za swoją korzyścią jak kury dziubajcie. Ja, co z waszej Natury tępej a chytrej poczęte, wedle Natury mojej przyjmę i gdy mnie g… karmicie ja to jak Chleb i Wino jadł będę i się najem. Gdy zaś mistrzem prawdziwym na owem przyjęciu zabłysnę, gdy jako Mistrz przez cudzoziemców uznany obwołany będę, już mnie niestraszne JW. Posła głupstwo a on mnie także uszanować musi… Siadajże tedy, siadaj, na tego konia, co ci dają, a na nim daleko zajedziesz! Pójdę, pójdę tedy! Jakoż, powróciwszy do pensjonatu mego, zaraz kufer otworzyłem. O, czemuż siebie samych nie szanujemy i nie zaszczycamy! O, dlaczego tak płasko, tak płasko?! Więc do siebie wzaja przyskakują, jeden drugiemu Honor świadczy, jeden do drugiego „Maestro, maestro" a „Gran Escritor" a „Que Obri” a „Que Gloria", cóż kiedy zaraz im się rozlazło i w roztargnieni znów Skarpetki oglądają.

– Czekajże – rzekł Radca – czekajże… Już my im pokażemy! Ale stojemy. Szepnął do mnie Radca blady i spotniały:

– Pokażże co, g…rzu, tym g…rzom, bo wstyd będzie Mówię jemu:

– G…rzu, co ja im pokażę? A za mną Mi stoją i widząc, że nikt na mnie uwagi nie zwraca chyba mnie za g…rza mają, źli jak diabli, chybaby mnie w łyżce wód utopili! Diabła tam, diabła tam, diabła tam! Ki diabeł! G chyba Niedobrze! Aż tu widzę, że nowe osoby wchodzą, a n byle jakie, bo zaraz ku nim Ukłony, Honory powiały.

Owoż pierwsza szła dama w gronostajowej pelerynie z piórami strusiemi, pawiemi i z dużą sakiewką, tuż obok kilku Lizusów, a za Lizusami kilku Sekretarzów, dalej kilku Skryba i kilku Błazenków, którzy w bębenki uderzali. Tyż między niemi człek Czarno Ubrany, a widać znaczniejszy, bo gdy wszedł, głosy słyszeć się dały: „Gran escritor, maestro", „Mi estro, maestro"… i z tego podziwu chybaby na kolana padł lecz ciasteczka jedli. Zaraz tyż koło słuchaczów się wytoczył on zaś pośrodku silnie Celebrować zaczął.

Człowiek ten (a pewnie tak dziwnego człowieka ja pierwsi raz w życiu oglądałem) nadzwyczaj był wydelikacony, a do tego jeszcze siebie delikacił. W sakpalcie, za dużemi czarnemi okularami, jak za płotem, od wszelkiego świata odgrodzeni wokół szyi szalik jedwabny w groszki półperłowe, na rękach rękawiczki czarne, zefirowe, półpalcowe, na głowie kapelusz czarny półrondowy. Tak opatulony i odosobniony, coraz z wąskiego pociągał flakonu, albo chusteczką czarną się ocierał i wachlował. W kieszeniach papirów pełno, skrypta które nieustannie gubił, a pod pachą książki. Inteligeni nadzwyczaj subtelnej, którą w sobie wciąż subtylizował, destilował, w każdem odezwaniu się swojem tak inteligentnie inteligentnym, iż kobit i mężczyzn zachwycone cmoki wywoływał (choć to Skarpetki, krawaty sobie oglądają). Głos swój nieustannie ściszał, ale, im ciszy, tym właśnie donośniej, bo inni, ściszając się, jeszcze bardziej go nasłuchiwali (choć i nie słuchają); i tak on w Czarnem Kapeluszu zdawał się w Ciszę Wieczną swoją czeredę prowadzić. Do książek, notat swoich zaglądając, je gubiąc, w nich się tarzając, nurzając, on cytatami rzadkiemi myśl swoją okraszał i z nią tam sobie dokazywał, a już do siebie, jakby na odludziu. I tak w sobie papirem i myślą kaprysząc się, coraz inteligentniej był inteligentnym i ta inteligencja jego, sama sobą pomnożona i sama na sobie okrakiem, tak już Inteligentna stawała się, że Jezus Maria!

A tu Pyckal, Baron mnie do ucha:

– A huź, huzia! Tyż i Radca z drugiej strony:

– Huź, huzia, bierz go, huzia! Powiadam:

– Ja nie pies. Szepnął Radca:

– Bierz go, bo wstyd, bo to ich Najsławniejszy Pisarz i nie może być, żeby tu z nim Celebrowali gdy Wielki Pisarz Polski Geniusz jest na sali! Ugryź go, g…rzu, geniuszu ugryź, bo jak nie, my ciebie ugryziemy!… Jakoż za mną cała moja czereda stoi… Poznałem, że innej rady nie ma, tylko ja jego ugryźć muszę, bo mnie Swojacy spokoju nie dadzą; a już, jeślibym ja tego Bawołu ugryzł, sam bym Lwem na placu ostał. Ale jak ugryźć, gdy bestia jak z książki marcypani, marcypani, że aż mgliło, i coraz inteligentniej jest inteligentnym, subtelniej subtelnym…

Odezwałem się tedy do sąsiada, a dosyć głośno, żeby to mnie słyszał.

– Nie lubię ja gdy Masło zbyt Maślane, Kluski zbyt Kluskowe, Jagły zbyt Jaglane, a Krupy zbyt Krupne.

Odezwanie się moje w powszechnym ściszeniu jak trąba zabrzmiało i na mnie powszechną uwagę zwróciło, a ów Rabin celebracją swoją przerwał i na mnie okulary nastawiwszy, niemi spoglądał z ciemni swojej; potem zaś zagadnął po cichu sąsiada, kto zacz… Powiada sąsiad, że Cudzoziemski Pisarz, więc trochę się stropił i pytał, czy Anglik, Francuz, lub może Holender; ale sąsiad jemu powiada, że Polak. – Polak – zawołał – Polak, Polak, Polak… i dopiroż, kapelusza poprawiwszy, nogę sobie silnie rozgrymasił, a potem w notatkach swoich, w papirach pogrzebał i rzecze, ale nie do mnie, tylko tam do Swoich:

– Tu powiadają, że masło maślane… Myśl, owszem, ciekawa… ciekawa myśl… Szkoda że niezbyt jest nowa, bo to już Sartoriusz powiedział w swoich Bukolikach.

Cmokać poczęto, odpowiedź jego smakując, jakby to najprzedniejsze marcepany były. Wszelako, cmokając, jak gdyby własnem cmokaniem gardzili i z tegoż powodu im się cmokanie j rozłazi. Gdy on do Swoich się zwrócił, ja w gniewie do Moich się zwróciłem i powiadam:

– A mnie po diabła co Sartoriusz powiedział, gdy Ja Mówię?!

Owóż moi mnie zaraz poklask dali:

– Cześć, cześć Mistrzowi naszemu! Dobrze mu się odciął! Niech żyje Gombrowicz Geniusz! Ale przyklaskują, a jakby przyklaskiem swojem pogardzali… i zaraz się rozlazł. Wtenczas tamten w książkach, papirach pogmerał, kiełbasząc silnie nogę, a wciąż tylko do Swoich się zwracając:

– Tu powiadają, że co mnie Sartoriusz gdy Ja Mówię. A to wcale niezła myśl i można by ją z rodzenkowem sosem podać, ale z tem bida, że już Madame de Lespinasse coś podobnego powiedziała w jednym z Listów swoich, i Znowuż cmokają, smakują, choć Cmokiem, Smakiem swoim pogardzają… i w roztargnieniu on im się rozłaził. Ja więc do Swoich się zwracam, żeby jemu co dobrze powiedzieć a tak ugryźć, żeby już się jemu szczekać odechciało! A tu widzę: moi jak ogień czerwoni; czerwony więc, jak burak, Radca, czerwony Pyckal wraz z Baronem, a Cieciszowski silnym rumieńcem po uszy się oblał i tak stoi! O Boże, co to, dlaczego tak nagle spłonęli, przecie przed chwilą jeszcze Uwielbiali, skąd taka przemiana… ale nic, stoją, czerwienią się… Mnie jakby kto w pysk strzelił od Rumieńca Swojaków, który też tak mnie Zarumienił, że z nagła przed ludźmi cały czerwony się stałem jak w Koszuli! A diabła, diabła tam! Już nawet mnie się uszy sczerwieniły!

Owóż to Męka moja, że ja, jak g…rz, czerwony, i jakbym z czapką w garści pod płotem boso stał; a już najgorsze, że nie z przyczyny jakiego wstydu mojego, a tylko Rumieńca cudzego, choć to i Swojskiego. W strachu wiec że ja za sprawą tych to g…rzów moich co mnie za g…rza maja, g…rzem przed g…rzami tamtemi wypadnę, a już chcąc tego g…rza pogrążyć, krzyknąłem:

– Ci… g… g…

Odpowiedział:

– Owóż to wcale niezła Myśl i z grzybkami dobra, tylko ja nieco przysmażyć i śmietanki podlać; ale cóż kiedy już przez Cambronne'a powiedziana… i, w sakpalcie swoim się zamknąwszy, nogę rozkaprysił.

Ja się bez słowa zostałem! A bo już języka w gębie zapomniałem! A łajdak, tak mnie oniemił, że i słów nie miałem, bo co moje nie Moje, podobnież Kradzione!

Stoję więc przed ludźmi wszystkimi, a tam z tyłu moi mnie kuksy dają, ciągną, odciągają i chyba czerwoni, czerwoni… Tu zaś, przede mną, tamci oklask cudakowi swemu dają, choć zarazem, jakby oklask swój lekceważyli, skarpetki, koszule, spinki sobie oglądają. Już na nic nie bacząc, wszystko porzucając, od hańby mojej, wstydu uciekając, ja do drzwi przez całą salę iść zacząłem i Uchodzę! Uchodzę, bo do diabła wszystko i diabli, diabli, wszystko diabli wzięli! Uciekam, uchodzę! Aż tu, gdym w jawnej ucieczce mojej prawie do drzwi doszedł,,, znów diabli mnie biorą, diabli, i myślę, że co ty będziesz do diabła uciekał, co będziesz uciekał! Zawróciłem i wracam, idę przez cały salon, a wszyscy się przede mną rozstępują! A diabli, diabli, a niech to diabli, Szatani!

Idę tedy, a byłbym pysków porozbijał! Ale, jakem już do ściany doszedł, znowu zawróciłem i z powrotem do drzwi iść zacząłem, bo myślę sobie: lepiej nie bić. Gdy zaś już prawie do drzwi dochodziłem, znowuż zawróciłem (bo już mnie się Chód w przechadzkę jakąś po tym salonie przemieniał) i znów przez salę idę… Powszechne więc osłupienie, gęby porozdziawiano, patrzą, a może mnie za półgłówka mają, ale diabli, diabli, o nic nie dbam, a Chodzę, jakbym tu sam był, jakby nikogo nie było! A chód coraz silniejszy, Potężniejszy… i tak już diabli, diabli, Chodzę i Chodzę i Chodzę, a już Chodzę, Chodzę, i Chodzę i Chodzę…

A to już tak Chodzę! Z trwogą spoglądano, bo chyba nikt nigdy na żadnem przyjęciu tak nie Chodził… otóż tam pod ścianami, a jak trusie, przycupnęli, siaki taki i pod mebel wlazł, albo się meblem odgrodził… a już Chodzę, Chodzę; i już nie tylko Chodzę, a tak Chodzę, że aż Chód jak diabli, że wszystko chyba porozbijam… O, Jezus, Maria! To już Moi nie moi ogon pod siebie, dudy w miech, patrzą, a ja Chodzę i wciąż Chodzę, Chodzę, a już Chód mój jak po moście dudni, diabli, diabli, i ja nie wiem, co z tym Chodem pocznę, bo to, Chodzę, Chodzę, a już jak pod górę Chodzę, Chodzę i ciężko,i ciężko, pod górę, pod górę, o, co to za Chód, o, co ja robię, o, już chyba jak Szaleniec jaki Chodzę i Chodzę i Chodzę, a to przecie za Wariata mnie będą mieli… ale Chodzę, Chodzę… i diabli, diabli, Chodzę, Chodzę…

Aż tu patrzę, a tam jeden kole pieca tyż chodzić zaczai i Chodzi i Chodzi, a już tak Chodzi, Chodzi, że gdy ja Chodzę to tyż i on Chodzi. Dopiro ja od ściany do ściany, a on tam pobok od pieca do okna… i gdy ja chodzę to tyż i on Chodzi…

Mnie diabli biorą: a co on się przyczepił, czego chce, może przedrzeźnia?… czemu ze mną Chodzi? Alem Chodu mego przerwać nie mógł. Owóż ze strachu samego oni by pewnie i jego i mnie za łeb, za drzwi!… Ale, choć to się boją, a tyż i gniewają, przecie i gniew i strach własny lekce sobie ważą, więc im się rozłazi… i dopiroż, choć to jeden zbladł, drugi brew zmarszczył, trzeci nawet kułak wystawił, zarazem ciasteczka, bułki z szynką j jedzą i jeden do drugiego:

– Wyszła ta rewista? – A ja sobie Kafelki sprawiłem… – Ja tom nowy Poezji wydaję… Owóż tak gadają, gadają, choć to się gniewają, może i strachają, ale tyż widzę, że się wyśmiewają i, choć tam jeden z bułką, drugi może z kieliszkiem, a za stołkami, pod stołkami, gniewają się; gadają, strachają, ale tyż chyba się i wyśmiewają… a ja Chodzę, Chodzę i on tyż obok Chodzi, Chodzi, a diabli, a diabli!… Myślę tedy, a co to, a jak, a dlaczego do mnie ten człowiek się przyplątał?… i baczniej jemu się przyjrzałem… Przyjrzałem v się i widzę: człek słusznego wzrostu, Brunet silny, a nawet nietępego, owszem, dość szlachetnego oblicza… Ale czerwone ma wargi! Wargi ma, powiadam, Czerwone, Uczerwienione, Karminowe! I tak z Wargami Czerwonymi chodzi, Chodzi, Chodzi! A to już jakby mnie kto w pysk strzelił! A to jak rak sczerwieniałem! Dopiroż ja, jak oparzony, czerwony, Chód mój, diabli, diabli, do drzwi skierowałem i przez te drzwi, o już nie Chodzę, Chodzę, a tylko Uchodzę… Uchodzę, jakby mnie diabli, szatani gonili!

Przeklęteż Ludzkości spaczenie! Przeklętaż ta świnia nasza w błocie utytłana! Przeklęteż to bajoro nasze! A toż ten co tam Chodził, chodził, z którym ja Chodziłem, nie Bykiem był, a tylko krową!

Mężczyznę co, mężczyzna będąc, mężczyzną być nie chce, a za mężczyznami się ugania i za nimi Lata jak w Koszuli, ich uwielbia ach kocha, do nich się zapala, ich pożąda, na nich się łakomi, do nich się wdzięczy, mizdrzy, im się podlizuje, lud tutejszy wzgardliwą darzy nazwa: „puto". Wargi te ujrzawszy, które różem kobiecym, choć Męskie, krwawiły, ani cienia wątpliwości mieć nie mogłem, że los mój Puto takiego mnie zdarzył. Z nim to ja wobec wszystkich Chodziłem, Chodziłem, jak w parze jakiej na zawsze sparzony!

Nic dziwnego przeto, że jak Szalony po schodach od wstydu mego uciekałem. Ale gdy tak przez ulicę biegnę, czyjś bieg za sobą posłyszałem i tak biegnąc, słyszę, że ktoś za mną biegnie; a nie kto inny to był, jeno Puto, który za rękaw mnie złapał. O! – zawoła. – Wiem ja wzgardę twoje i wiem, żeś ty tajemnicę moje odkrył (a jemu się wargi czerwieniły) ale wiedz, że we mnie Przyjaciela masz i Wielbiciela, boś ty chodem swoim wszystkich przemógł… A tyż ja razem z tobą tam Chodzić zacząłem, żeby tobie jaką taką pomoc dać i abyś sam przeciwko wszystkim nie był… Chodźmy tedy, Chodźmy! (To mówiąc, mnie pod ramię ujął i oddechem swoim męskim a kobiecym mnie przysmala.) Ja mu się umknąłem, a bo i nie wiedziałem już w pomieszaniu i oszołomieniu mojem czego chce ode mnie i czego żąda, a może Pożąda, do tego zaś przed ludźmi wstyd mnie było (choć pusta ulica). Lecz śmiechem wybucha i jak kobita cienko, piskliwie zawoła:

– Nie bój się, ty już za stary dla mnie jesteś, ja z Młodymi tylko zadaję się Chłopcami! Tak wzgardzony, ja z gniewem jego odepchnąłem, ale on czule się przycisną}; – Chodźmy, chodźmy, chodźże ze mną, razem trochę sobie Pochodziemy!… Ja nic na to. Ale, że to razem po ulicy szliśmy, on mnie swoje opowiadać zaczął. Owóż szeptem mnie wszystko swoje opowiada, a ja słucham, Owóż człowiek ten, Metys chyba, Portugalczyk, z perskiej tureckiej matki w Libii urodzony, Gonzalem zwał się; a bardzo Bogaty, około 11-tej lub 12-tej z rana z łóżka wstaje i kawę wypija, a potem na ulicę wychodzi i tam po niej chodzi, a za Chłopcami albo Chłopakami. Gdy sobie jakiego upatrzy, zaraz do niego podchodzi i jego o jaką ulicę zapyta; a tak z nim zapocząwszy, gawędzić zaczyna o tym a o owym, żeby tylko wymiarkować czy Chłopca owego namówić do grzechu można za 2, 5 albo i 10 Pezów. Przeważnie tedy w strachu, trwodze mówić o tym się nie ważył i go tam zbywali, jak zmyty odchodził. Więc tedy za innym Chłopcem, Młodzieńcem albo i Chłopakiem, który mu w oko wpadł… i tam, panie, znowuż o ulice rozpytywanie, rozmawianie, to znowuż o Grach jakich, albo Tańcach, zagadywanie, a wszystko żeby jego za 5 lub 10 pezów skusić; ale mu Chłopiec ten co ostro powiedział, albo splunął, On tedy ucieka, ale rozogniony. Więc znowuż za innym Brunetem albo Blondynem, zagadywać, rozpytywać. Gdy tedy j się zmęczy, do domu wypoczywać wraca, i tam, na szezlongu nieco wypoczawszy, znowuż na ulicę szukać, chodzić, zagadywać, rozpytywać, a to Rzemieślnika jakiego, a to Robotnika, albo Pomocnika, albo Pomywacza, albo Żołnierza, albo Marynarza. Przeważnie jednak w lęku, strachu, co przystąpi, to zaraz Odstąpi; albo tyż, panie, idzie za jakim, to tamten gdzie. do sklepu wszedł, albo z oczu zginał, i nic z tego. Znowuż więc do domu swego zmęczony, znużony, choć w ogniach powraca, a przekąsiwszy co i wypoczawszy na szezlongu znowuż na ulicę bieży, aby jakiego Chłopca, byle zgrabnego, upatrzyć,, przygadać. Jeśli więc takiego zdybał, a z nim za 2, 5 lub 10 Pezów się ugodził, zaraz jego do mieszkania swojego prowadzi i tam, na klucz drzwi zamknąwszy, kurtkę, krawat, spodnie zdejmuje, na podłogę rzuca, do Koszuli się rozbiera i światło przyciemnia, Perfumę rozpyla. A tu dopiro Chłopak go w mordę i do szafy jemu bieliznę wybierać, albo piniądze wydziera!

Zmartwiały od strachu okropnego Puto krzyczeć się nie waży, wszystko jemu zabierać pozwala i bolesne razy jego znosi. Od Razów tych, Kuksów, jeszcze większy ogień jego! Gdy więc wyszedł Chłopak, on znowuż na ulicę rozogniony, rozpalony, zachwycony, a też wystraszony, umęczony, i dalejże za Czeladnikami, Rzemieślnikami młodymi, Żołnierzami lub Marynarzami; ale co przystąpi to odstąpi, bo choć żądza wielka, strach większy od żądzy. A już noc późna i coraz puściejsze ulice: do domu wiec swojego Puto wraca, do koszuli się rozbiera i kości zmęczone na łóżku samotnie utula, a to żeby nazajutrz znów wstał, kawę wypijał i za Młodymi uganiał chłopcami. I dnia następnego znowuż wstaje, spodnie, kurtkę przywdziewa i znowuż za Młodymi ugania chłopcami. A dnia następnego z łóżka swego wstawszy, znów na ulicę, żeby za Chłopcami się uganiać.

Dopiroż powiadam:

– Jestże to możliwe, człowieku nieszczęsny, żeby pokusie twojej Rzemieślnik, lub Czeladnik, lub żołnierz ulegał, gdy ty w nim tylko wstręt, odrazę wzbudzić możesz wdziękami swoimi? Zaledwiem to wyrzekł, zawoła, a bardzo, widać, urażony:

– Mylisz się, bo ja oczy mam duże, pałace, a rękę białą, stopę delikatna! I zaraz kilka kroków naprzód wybiegł, mnie figurę swoją w przegibach i szarmantach pokazując i silnie nią drobiąc.

Ale potem mówi:

– Zresztą w potrzebie są, grosza potrzebują. – Dlaczegóż jednak – powiadam – dlaczegóż ty więcej im pieniędzy nie dasz, a tylko 2, 5 lub 10 Pezów, skoro bogatym jesteś, a tyle trudu ciebie kosztuje którego namówić?

Odpowie:

– Spójrz pan na ubranie moje. Ja jak zwykły Subiekt, albo Fryzjer ubrany chodzę i koszulę mam za 3 Pezy, a to żeby z Bogactwem się moim nie zdradzić; bo już do tej pory pewnie dziesięć razy byłbym uduszony, albo Nożem, albo Łeb rozkiełbaszony; i jeślibym ja Chłopcu jakiemu więcej dał Pezów to zaraz o więcej by prosił i dopiroż domu nachodzenie, Grożenie, Prześladowanie, żeby tylko więcej jeszcze wydusić, wyłudzić. Dlatego ja, choć pałac mam, własnego lokaja udaję. I własnym swoim lokajem jestem w mym pałacu!

Tu zakrzyknął rozpaczliwym głosem, ale cienko:

– Przeklętyż, przeklętyż Los mój! Lecz zaraz, wznosząc ku niebu rece, czy też raczki, zawołał cienko, przeraźliwie:

– Błogosławiony, ach, słodki, cudowny mój los i ja innego nie pragnę! Drobnymi kroczkami naprzód przez powietrze sadzi, a ja obok kłusem jak na bryczce. Okiem dużym, wilgotnym, omdlałym na prawo, na lewo oczkuje, a ja obok jak Koń przy Kobyle! To śmieszkiem perlistym wybucha, to łzy duże i kobice roni, a ja, panie, jak na tatarskim weselu! Wtem w boczną uliczkę skoczył i nią goni, a bo Żołnierza zobaczył… lecz zaraz przystaje, za węgłem się chroni, bo jakiś Czeladnik przechodził… to znowuż zza węgła tego wyskakuje za jednym Subiektem i znowuż przystaje, wypatruje, opłotkami kluczy, a bo Pomywacz przeszedł rosły, młody… I tak, młodymi Chłopcami miotany, przez nich, jak przez Psów, na wszystkie strony rozrywany, to w prawo, to w lewo pędzi, goni a ja za nim… bo już mnie ponosił! A grzech jego Ciemny, Czarny mnie ulgę jakąś sprawiał w tym okropnym wstydzie moim, którego ja na przyjęciu się najadłem. I w nocy, w grzechu, na plac wypadliśmy, na którym wieża przez Anglików zbudowana: tam więc wzgórze ku rzece opada, a miasto do portu zstępuje i cichy wody wiew jak śpiew jaki wśród placu drzew… Tam wielu było młodych Marynarzy.

Lecz ona, która za jednym z nich właśnie goniła, ni to piorunem rażona, przystanęła. – Czy widzisz Chłopaka tego Blondyna, co przed nami? Cud to chyba, a może i szczęśliwa wróżba! Jego to nade wszystkich kocham, za nim już kilka, razy się uganiałem, goniłem, ale zawsze mnie z oczu ginął. O szczęście, radość że znów jego widzę, znów za nim, za nim, ach, za nim biec mogę!

I, już na nic nie bacząc, za tym Młodzieńcem pomknął; a ja za nim! Z dala niewiele też z tego Chłopca Blondynka widziałem, a tylko jego kurtka, głowa mnie się miga… ale widzę, że on do wrót parku taniej, ludowej zabawy zmierza, który „Parkiem Japońskim" nazwany i po jednej placu stronie t krzykliwymi lampami się jarzy, a tam przystanął w świetle migocącym latarń, którymi deski, słupy były obwieszone.:

Owoż on tam stoi, jakby czekał. A ona między drzewa, co na placu były jak Łasica wbiegła i, w ich cień się schroniwszy, stamtąd tęsknić do niego i wzdychać zaczęła.

Owóż myślę sobie: a co to, gdzie ja jestem, co ja robię? I dawno bym już jego odbiegł, ale mnie żal było jedynego towarzysza mojego porzucać. Bo to Towarzysz był. Tylko że, gdy on tak pod drzewem ze mną razem, mnie dziwno trochę, bo ni pies ni wydra. Owóż włoski czarne męskie miał na ręku,, ale ręka Rączka Pulchna, Biała… a pewnie i stopa… a choć policzek ciemny od zarostu zgolonego, przecie policzek ten jemu się wdzięczy, przymila, jakby nie ciemny był, a właśnie biały… a tyż choć Noga Męska, ona jakby Nóżką być chciała i w dziwacznych się wdzięczy podrygach… i choć głowa mężczyzny w sile wieku na skroniach wyłysiała, pomarszczona, głowa jemu jakby z głowy się wymyka i główka być pragnie… On więc jakby siebie nie chce i siebie przemienia w ciszy nocnej, a już i nie wiadomo czy to On czy Ona… i chyba, ni tym ni ". owym będąc, Stworzenia a nie człowieka ma pozór… Przyczaił się, szelma, stoi, nic nie mówi, a tylko na Chłopca swojego milkliwie spogląda. Myślę tedy ki diabeł Wilkołak i po co ja tu z nim, gdy on mnie wstydu przysparza, a za sprawą jego hańba moja na Przyjęciu owym, ale diabli, szatani, niechże już i Diabeł, a ja jego i tak nie porzucę, bo przecie ze mną chodził i razem Chodziemy.

Wtem mężczyzna starszy, szpakowaty do chłopca owego przystąpił; co widząc Puto okropnie się wzburzył, mnie znaki, dawać zaczął i powiada:

– Przekleństwo i Nieszczęście moje! Co to za dziad, czego on chce od niego, a pewnie oni się tu umówili i on jemu fundować będzie!… Idźże, posłuchaj, co mówią ze sobą… idźże, posłuchaj, bo już z zazdrości umieram… idźże, idźże…

Szept jego gorący omal mnie ucha nie osmalił. Spod drzew wyszedłszy, zbliżyłem się do młodzieńca, który średniego wzrostu, jasny włos, stopa, ręka średniej miary, a tak jemu oczy, tak zęby, czupryna, że szelma, szelma, o, szelma Gonzalo! Ale co ja słyszę! Przecie Swojska Mowa!

Jak oparzony od nich prędko odskoczyłem i do Gonzala przyskoczyłem:

– Rób co chcesz, ale ja odchodzę i nie cha nic z tym mieć, bo to Rodacy są moi, a pewnie Syn z Ojcem! Nic ja z tym nie chcę mieć i do domu pójdę!

Za rękę mnie złapał.-O! – zawoła.- Bóg mi ciebie zdarzył, przyjacielu mój, i ty mnie pomocy swojej nie odmówisz! A gdy rodakami twoimi są, łatwo ci przyjdzie z nimi poznajomić się! A wtenczas i mnie poznajomisz i ja przyjacielem twoim serdecznym po wsze czasy będę, a nawet 10,20,30 tysięcy tobie dam, albo i więcej! Chodźmyż, chodźmyż za nimi, już do parku wchodzą!

Ja bić jego chciałem! Ale przysuwa się, przytula:

– Chodźmyż, chodźmyż, przecie już razem chodziemy, chodź, chodź, chodźmyż, chodźmyż! I tak mówiąc, naprzód ruszył, a ja do Chodu mego, w Chód mój uderzyłem i Chodźmy, Chodźmy, Chodźmy! Do parku wbiegamy! A tam kolejki z hukiem zza skały, ówdzie pajace lub próżne butelki, to znowuż karuzele, albo huśtawki, albo trampolina, dalej zaś na koniach drewnianych kręcenie, do celu strzelanie, grota sztuczna, lub krzywe zwierciadła i tak wszystko, panie, kręci się, lata, strzela w łoskocie zabawy, a pośród lampionów, rac i fajerwerków! A ludzie chodzą i sami nie wiedzą, jeden na huśtawkę patrzy się, drugi na pajaca i tak od zwierciadła do butelki chodzi i pogapuje się na to lub na owo; wszystko zaś rozpędzone, rozedrgane, tu więc Potwór, a tam Magnetyzer! Dopiroż tedy zabawa wre, Huśtawki bujają, karuzele kręcą się za własnym ogonem, a ludzie chodzą, chodzą i chodzą i chodzą i chodzą, a już od Huśtawki do Karuzeli, lub tyż od Karuzeli do Huśtawki. Kręcą się tedy Karuzele. Bujają Huśtawki. A ludzie tak Chodzą. I tylko Zwierciadła lampionami wabią, Butelki głosem zachwalacza krzyczą i tak, jeśli nie Butelki, to Kolejka co z hukiem wypada, lub Jezioro w sztucznej grocie, albo Pajac; od czego blask i huk i wszelkich zabaw, Rozrywek kręcenie się i wiercenie i latanie. Gdy zaś Rozrywki się bawią, ludzie chodzą, chodzą!

Gonzalo pędem biegł z obawy, żeby tamci jemu w tłumie nie zginęli i, odnalazłszy ich, mnie znaki dawał bym pośpieszał. I do mnie:

– Oni do Sali Tańców poszli! Ja mówię:

– Lepiej Karuzelem się pokręćmy. Powiada:

– Nie, nie, do Sali Tańców! My tedy do Sali Tańców. Tam dwie orkiestry, co na przemian grają. Tam na bezmiernej przestrzeni tysiąc może stolików ludźmi obsiędzionych, a pośrodku wielka podłogi tafla jeziorem się mieni. Owóż muzyka zagrała, a wtenczas pary wychodzą, kręcą się; gdy zaś muzyka przestała, to i pary kręcić się przestają. Tak zaś przestronna ta sala, tak wielki jej bezmiar, że od krańca do krańca, jak w górach, gdy z wysokości, z wyżyny, a tam dolina i oko ginie, tonie, a ludzie jak mrówki… z dala zaś szum i głos muzyki tonący dobiega. Owóż robotnicy, służące, subiekci albo praktykanci, marynarzów dużo i żołnierzów, także urzędnicy, szwaczki albo Sprzedawczynie i przy stolikach siedzą, albo na środku się kręcą w takt muzyki; gdy zaś muzyka urwie to ustają. Sala bardzo biała.

Młody z ojcem swoim (bo to ojciec był) przy stoliku siedzieli i piwo pili; my z Gonzalem przy sąsiednim stoliku usiedliśmy i Gonzalo do mnie, żebym ja się z nimi poznajomił. – Idź do nich, przepij, jak to z Rodakami, a ja tyż przepiję i w kompanii sobie popijemy!

Ale sala duża, świateł mnóstwo i ludzie się patrzą, więc mnie znów nijako się zrobiło i powiadam:

– Tak nie można, bo zbyt obcesowo… a już tylko w myślach jakiego powodu szukałem, żeby odejść, bo nawet mnie Wstyd z człowiekiem takim przy stoliku siedzieć. On na mnie nastaje. Ja się wzdragam. Wino popijamy, a muzyka przygrywa i pary się kręcą. Gonzalo tedy znowu, żebym to ja do nich szedł, a jak upojony na wybranka swojego spogląda i chcąc jemu się przypodobać, a w oko wpaść, Oczko przymruża, ręką Rączką rusza, chichocze, a na siedzeniu podskakuje… i dopiroż na kelnera, jemu sójkę w bok, jeszcze wina woła, a także gałki z chleba robi i nimi wystrzela, śmiechem hucznym witając te Figielki swoje! Mnie wstyd coraz większy, bo już i ludzie się patrzą; więc powiadam, że za potrzebą swoją muszę się oddalić i do ustępu poszedłem; a w tej intencji, żeby to jemu z oczu zejść i przepaść. Idę do ustępu, idę… Ale ktoś mnie za rękę w tłumie złapał, a kto? – Pyckal! Za Pyckalem Baron, a obok Ciumkala!

Dopiroż zdumienie moje. Skąd tu oni?! A tyż patrzę, czy burdy jakiej nie szukają, bo może tu za mną po to przylecieli; i za ten wstyd, którego się przeze mnie na Przyjęciu najedli mnie co zrobić pragną… Ale gdzie tam!

– A, panie Witoldzie drogi, Szanowny! A to znowuż się spotykamy! A chodźmyż się Napić! Na jednego! Na jednego! Chodźmyż, ja funduję! Nie, nie, ja funduję! Nie, nie, ja funduję! Pyckal zaraz wrzasnął:

– Co ty kpie fundować będziesz! Widzieliście ćwoka! Ja funduję! Ale Baron pod rękę mnie bierze, na bok odprowadza, a silnie furczy, jak bąk jaki bzyczy:- Nie słuchajże Pan ich, już od chamstwa tego uszy puchną, my się czego razem napijemy, proszę, proszę Pana mego! Ale Pyckal mnie za rękaw złapał i odciąga, a do ucha mówi:

– Co ciebie ten francuski Piesek Mopsik nudzi fumami swoimi głupimi kretynicznymi, chodźże ze mną, my się napijemy, a bez ceregieli!

Powiadam więc:

– Bóg zapłać, Bóg zapłać, większego dla mnie honoru nie może być jak z Panami przyjacielami moimi popić, alem w kompanii.

Jakem to powiedział, oni łokciami się trącają, jeden drugiego a tyż oczy mrużą, głowami kiwają:

– W kompanii, w kompanii! A właśnie że to w kompanii! Owszem, podobnież to z Gonzalem jesteś, a niech cię diabli! Z Gonzalem się zaprzyjaźniłeś, z Gonzalem chodzisz, a niech cię kaczka! Przecież ten człowiek; na milionach siedzi! Już ty nie taki wariat, jak tam ludzie mówią. Chodźmyż na jednego, na jednego! Napijmy się! Ja funduję! Nie, nie, ja funduję!

Coraz więc serdeczniej, poufałej następują, a że to mnie łokciem trącać się nie poważają, siebie wzajem pod żebro trącają, kuksy sobie dają, tam między sobą dokazują i już jeden do drugiego: chodźmyż, napijmy się! Ja widzę, że oni! tak niby ze sobą, ale chyba do mnie… i już ściskać, całować się z sobą zaczęli (bo ze mną tej śmiałości nie mieli) i Chodźmyż, Chodźmyż, ja funduję, nie nie, ja funduję! Sakiewką potrząsa Pyckal, tyż i Baron swoją, Ciumkała piniądze z papira wyjmuje, dopiroż jeden drugiemu pokazuje, jeden drugiemu piniądze pod nos pcha. I krzyknął Pyckal:

– Co ty mnie będziesz fundował, ja tobie zafunduję, a jeszcze ci może ze 100 pezów dam, jak mnie się zechce! Baron zawołał:

– Ja tobie dam i 200! A Ciumkała:

– Ja tu 300 mam, tu mam 300 i jeszcze 15 drobnymi!

Widzę, że choć oni tak sobie fundują, siebie zapraszają, i sobie te piniądze pokazują, mnie by chyba fundowali i mnie by chyba je pokazywali… tyle tylko że nie śmieją… a już chyba mnie o romans jaki z arcybogatym Puto posądzają… i z tej przyczyny chybaby mi złote góry dali, a już sami nie wiedzą czym raczyć, jak prosić! Na tak ciężką obrazę moją, a też w tym wstydzie, że oni mnie widać za kochanka jego mają, małom w mordę którego nie strzelił; alem tylko krzyknął, żeby mnie głowy nie zawracać, bo czasu nie mam!… i prędko odszedłem, do ustępu wchodzę, oni za mną. Tam jeden był człowiek, który się do urynału załatwiał. Ja do urynału, oni do urynału. Ale gdy ten człowiek, co się załatwiał, wyszedł, oni hurmem do mnie i krzyknął Baron do Pyckala „masz tu 500 Pezów", a Ciumkała do Barona „masz tu 600", a Pyckal do Ciumkały „tu 700, 700 masz, bierz, kiedy ci daję!". Piniądze wyciągają, nimi sobie, mnie, przed nosem wytrząsają i sobie wtykają! Szaleni chyba!

Rozumiałem więc, że choć oni sobie tak te piniądze między sobą dają, mnie by ich chętniej dali, żeby to sobie łaskę moją kupić… tyle tylko, że im niezręcznie było, bo ze mną śmiałości nie mieli. Owóż powiadam:

– Nie gorączkujcie się Panowie, z wolna, z wolna. Ale oni tylko szukali, którędy to mnie te Piniądze wcisnąć i w końcu Baron za głowę się złapał:

– A toż ja dziurawą mam kieszeń, ot, lepiej tobie Piniądze moje dam, bo jeszcze zgubię!… i zaczął mnie Piniądze wciskać, co widząc, tamci tyż mnie swoje wtykają:

– Weźże i moje, i moje, bo u mnie kieszeń tyż dziurawa. Ja powiadam:

– Bójcie się Boga, panowie, po co mnie dajecie?… ale w tejże chwili wszedł ktoś za potrzebą, więc oni do urynału, portki rozpinają, pogwizdują, że to niby nic, że za potrzebą… Dopiroż gdy ten! co był wszedł, wyszedł, oni znów do mnie, a że już większe śmiałości nabrali, nuże mnie Piniądze wciskać i „bierz, bierz" wołają. Ja powiadam:

– W imię Ojca i Syna, panowie, po cóż wy mnie to dajecie, na co mnie piniądze wasze? W tej chwili jednak ktoś wszedł, za potrzebą, więc oni do urynału, pogwizdują… ale jak tylko sami zostaliśmy, znowu przyskoczyli i krzyknął Pyckal:

– Bierz, bierz, gdy ci dają, a bierzże, bierz, bo on 300 albo 400 ma Milionów! – Nie bierz od Pyckala, ode mnie weź – krzyknął Baron, furcząc i bzycząc jak osa ode mnie bierz, bo, bójże się Boga, on może i 400 albo 500 Milionów!

Ciumkała zaś jęczał, płakał, wzdychał:

– Dopraszam łaski, a może i 600 Milionów, weźźe Pan Wielmożny i mój grosik! Gdy tak nastają rozczerwienieni, rozpaleni i Piniędzrnj tymi wymachują, mnie je tkają, pchają, a jeden z drugim i z trzecim, jeden przez drugiego, trzeciego, i tak Razem Między sobą na mnie, na mnie, nie chciałem już dłużej wstrętów czynili i pozwoliłem, żeby mnie Piniądze wetknęli. Wtenczas wszyscy do urynału: bo właśnie ktoś wchodził. Ja z piniędzmi tymi we drzwi i z ustępu na salę wybiegłem; a tam muzyka gra, pary się kręcą. Przystanąłem z piniędzmi i widzę, że Gonzal mój przy stoliku wciąż figluje i figluje i figluje…

A to więc Rączką machnie; a to oczkiem strzeli; to znów gałki z chleba podrzuca, to szklaneczką brzęczy, to paluszkiem drobi, a tak pośród tych figielków swoich jak Indor między Wróbelkami… i śmiechem hucznym wita własne figle swoje!; Owóż ci co tam bliżej siedzieli pewnie myśleli, że zawieruszony, ale ja wiedziałem jakie to wino jego i do kogo on owe figielki; kieruje. Choć więc, zbrzydzony, do domu chciałem wracać, umykać, a wszystko to rzucić, widok ten jakby mnie nożem pchnął (a tu piętę do góry zadziera) bo przecie to towarzysz mój (a tu chusteczką zamachał), to mój poplecznik (w dłonie klaska, kolanami strzela) z którym ja chodziłem (dalejże palcami przebierać) więc na to pozwolić nie mogę aby on mnie przed ludźmi takie hece robił (na trąbce papierowej trąbi). Do stolika tedy na powrót się skierowałem.

On, zobaczywszy mnie, z figlów machać, kiwać na mnie zaczął. Dopiroż, gdy się zbliżyłem, zawołał:

– Hej ha, siadaj, siadaj, to się zabawimy! Hej ha, hej ha, sasanka, cacanka! Cacy cacy jest Pankracy, Choć i gładki tyż Ignacy!

I gałką w nos mnie ciska, w papir trąbi, a po cichu mówi:

– Zdrajco, gdzie byłeś, co robiłeś, tobie Nudna moja sprawa! Zaraz tyż szklanką wina ze mną się trąca, bibułki rozrzuca i mnie wino do szklanki nalewa. Napijmy się! Napijmy się! Mama tańców zakazuje, A ja Skoczkiem dokazuję Oj, bawmy się! Oj, używajmy! Wina mnie nalewa. Mnie trudno odmówić, bo hucznie zaprasza. Pijemy. Ale obok, przy drugim stoliku, Baron, Pyckal, Ciumkała zasiedli i wina wołają! Niechże to diabli! Widać że, gdy mnie piniędzy dali, już śmielsi się czuli, a gdy Gonzalo popija, oni tyż do kuflów, do kieliszków, kuflami, kieliszkami, kubkami się trącają, piją, wychylają, wykrzykują, a hejże ha, a hoc hoc, a było nie było! Jednakowoż tyle śmiałości nie mieli, żeby do nas przepijać, więc tylko między sobą przepijali. My też z Gonzalem do siebie przepijamy.

„Oczko moje co tak strzelasz Ubij, zabij, idzie Grzela! A po cichu mówi:

– Idźże do Starego, poproś ich do kompanii. Poznajomimy się. Powiadam:

– Nie można.

Mnie do ręki pod stołem coś pcha i mówi:

– Weź to, weź to, masz to, trzymaj to… a to Piniądze były. Weź, mówi, w potrzebie jesteś, poznaj Przyjaciela, Wielbiciela, a byłeś mnie Przyjacielem był już ja ci Przyjacielem będę! Ja brać nie chcę, ale mnie siłą pcha i wepchał. Owóż byłbym mu te piniądze na ziemię cisnął; ale, że to już tamte piniądze miałem, a tera do tamtych nowe mnie dołożono, sam nie wiem co robić; bo chyba już razem ze cztery tysiące się zebrało. Tymczasem Baron z towarzyszami swymi między sobą popijają; ale i di mnie przepijać zaczęli. Z piniędzmi ich w kieszeni, już tego im nie mogłem zrobić żebym do nich nie przepił; oni wie znowuż do mnie; Gonzalo do mnie; ja do Gonzala; oni do Gonzala; Gonzalo do nich! Pijemy, popijamy. Dopiroż zabawa Buziak, buziak, ojejjóziak, Nie dla Józia moja buzia!

Trąbi w papir, rączką, nóżką macha! Hoc, hoc, hoc! Już tedy my wszyscy razem do siebie od stolika do stolika przepijamy, ale prawdę mówiąc nie do nich a do tamtych Gonzalo pił, to jest do Starego i do syna. Powiada tyż do mnie:

– Idź poproś do kompanii!

Dopiroż wstaję i, do starego się zbliżywszy, w te słowa ozwałem się:

– Wybacz pan natrętność, ale mowę naszą posłyszałem więc Swojaka pozdrowić pragnę.

Zaraz, najuprzejmiej powstawszy, przedstawił się jako Kobrzycki Tomasz, dawniej Major, teraz Emeryt, a i syna swojego Ignacego przedstawił. Potem siadać prosi. Przysiadłem się, on piwem częstuje, ale widać było że mu niezbyt do smaku kompania moja była, a to z przyczyny tamtych Kompanów moich. A głównie, że tam Ryczą, Piją, Hałasują! Widząc więc, że nadzwyczaj porządny, przyzwoity człowiek w te słowa odzywam się:

– Ja w kompanii, ale podobnież trochę sobie podkurzyli; a już to Panu Szanownemu wiadomo, że nikt tutaj znajomości nie wybiera; nieraz i lepiej byłoby, żeby się Znajomi w Nieznajomych przemienili.

A tam hałasują. Ale powiada:

– Rozumiem przymusowi Pana położenie i, jeśli wola, proszę z nami spokojniejszej zażyć zabawy. Dalej tedy rozmawiamy. Człowiek ten nadzwyczajnie zacnym, przyzwoitym był, rysów suchych, regularnych, silnie szpakowaty, oko jasne, siwe i bardzo krzaczaste, twarz sucha, ale omszała, głos także omszały, ręka sucha a również omszała, nos orli, ale krzaczasty i bardzo omszały i takoż uszy, kępkami włosów siwych, starych zarośnięte. Syn z bliska dość zręcznym, składnym mnie się wydal, a tak jemu ręka, noga, tak zęby, czupryna, że szelma, szelma, o, szelma Gonzalo! A tam krzyczą, pokrzykują! Dopiroż Stary do mnie, że Syna Jedynego do wojska wyprawia, a jeśli on do Kraju się nie przedostanie, to w Anglii lub we Francji się zaciągnie, żeby choć z tej strony wrogów szarpał. Owóż, mówi, my do Parku tego zaszliśmy, żeby mój lgnąc przed odjazdem trochę się rozerwał i jemu Ludowe Zabawy pokazać pragnę. Mówi, a tam piją. Co więc w tym człowieku uwagę zwracało, to nadzwyczajna jakaś w mowie i w całym zachowaniu się roztropność, a już tak roztropnym, tak to ostrożnym był w każdem słowie i uczynku swoim, że jak Astronom jaki wciąż tam w sobie bada, nasłuchuje. Nadzwyczaj tyż grzeczny.

Wobec takiej Grzeczności, a we wszystkim Roztropności, Honorowości jakiejś, wobec widomej nadzwyczajnej czystości, prawości wszystkich spraw, zamysłów, mnie coraz większy wstyd za Kompanów moich i sprawy a sprawinki moje. Ale, nie chcąc się jemu z tych kłopotów moich wyznawać, to tylko mówię:

– Najlepiej ja życzę zacnej W. Pana intencji, a niech i z Synem jego za pomyślność zamiarów zacnych, szlachetnych wypiję. Toś my się stuknęli. Ale, gdy ja z Synem się stuknąłem, tam Gonzalo do mnie przepił – i takoż Baron, Pyckal, Ciumkała do mnie przepili. – Hoc, hoc, hoc, pijmy, używajmy! Musiałem tedy do nich przepić; oni do mnie. Dopiroż Stary:

– A to, widzę, piją.

– Owszem, piją.

– Do pana tyż przepijają.

– Przepijają bo po znajomości.

Zamyślił się, zaalterował… aż wreszcie mówi, troszki ciszej:

– Oj, chyba nie pora na zabawy takie… nie pora…

Mnie wstyd! Dopiroż, nachyliwszy się, jemu do ucha w te słowa po cichu ozwałem się:

– Na rany Chrystusa, odejdź pan lepiej stąd razem z synem swoim i po przyjaźni ja tobie to mówię, a bo Piją, ale nie do mnie! Naburmuszył się Stary:

– A do kogo piją? Powiadam:

– Oni tam do tego Cudzoziemca, Kompana mego piją, ale on nie do nich, ani do mnie, tylko do Syna twojego.

Nasrożył się, zdębiał:

– Do Ignasia pije? Jakże to?

– A do Ignasia, do Ignasia i uchodź ty z Ignasiem swoim, bo on za Ignasiem się ugania! Uchodź, uchodź, mówię!

A tu Huczą, Doją, Trąbią, Hałasują, raz wraz szklanki kufle, kieliszki wychylają! A hoc, a hoc, a Jasio Małgosia Rejwach, huk jak na jarmarku! Sczerwieniał stary jak pomidor:

– Ja tyż zmiarkowałem, że coś on tu na Syna mi zerka, ale nie wiedziałem z jakiej przyczyny.

– Uchodź, uchodź z Synem, bo tylko na śmiech ludzki się narazisz!

– Ja z Ignacem (a wciąż po cichu do ucha rozmawiamy) ja z Ignacem uciekał nie będę, bo mój Ignąc nie panienka! Na Boga, ty mnie do tego nie mieszaj, Ignacowi nie mów! Już ja to sam z tym człowiekiem załatwię. Tymczasem do Gonzala silnie Baron z Pyckalem przepili, a Gonzalo ku nam chusteczką machnął i kubek wychyla, oj, cieszmy się, oj, używajmy!

Stary kubek swój ujął, jakby do Gonzala przepić chciał,, aż nagle kubkiem tym o stół trzasnął, od stołu się zerwał! Powstał też Gonzalo! Zaraz tyż inni powstawać zaczęli, bo widzą, że coś na Bicie się zanosi. Jeden tylko Syn nie ruszył się, ale jemu nijako było bo chyba zmiarkował co w trawki piszczy i tylko się nieborak jak rak zaczerwienił.

Otóż tak stoi Stary; i stoi Gonzalo. Ten, pomimo zniewieściałości swojej, dosyć okazałym był mężczyzną; ale, gdy tak Biciem zaleciało, zmiękł bardzo; a tak Puto się boi, a stary stoi; Puto się boi, a stary stoi; Puto się boi, a Stary stoi. I tak dosyć długo było. Gonzalo palcami lewej ręki z lekka cicho pofiglował, a jakby ogonem merdając i o to się prosząc, żeby wszystko w żart, w figielek obrócone było. Ale stary stoi i już Gonzalo ze strachu swojego, w trwodze, w niepewności, kubek co go w drugiej ręce trzymał do ust podniósł, Zapił. To nieszczęście jego! Zapomniał chyba, że właśnie o to Picie zwad. była! Jakoż Starego dało się słyszeć zapytanie:

– Do kogo pan pijesz?

Ale do kogo on tam pił? Do nikogo nie pił. Pił ze strachu i od ust kubka nie odejmuje, bo gdyby odjął toby odpowiedzieć musiał! Pije tedy pije, żeby zapić. Ale bida z tym, diabli, diabli, że gdy poprzednio do Syna pił ukradkowo, teraz jemu Picie znowuż do Syna się kieruje (Syn przy stole siedział, ani się ruszył) i tak to stoi Szelma Ona, a do Chłopaczka ciut, ciut, swego Pije i Przepija! Spostrzegł się i, gniewu strasznego Tomasza się lękając, zmiękł jak szmata, a przecie ze strachu jeszcze bardziej pije i tym Piciem na gniew Tomasza się wydaje… a gniewu coraz bardziej się lękając pije i pije i pije! Wykrzyknął Tomasz:

– A, do mnie pan pijesz!

A przecie nie do niego pił; tylko do Syna. Widać jednak Tomasz umyślnie tak krzyknął, żeby od Syna picie Gonzala odwrócić. Tam Pyckal, Baron, Ciumkała śmiechem się zanieśli! Gonzalo na starego okiem zerka, a pije i pije i, choć już wszystko wypił, wciąż pije i pije… Ale już teraz wyraźnie do Chłopaczka pije, już piciem tym swoim siebie w Kobitę przemienia i w Niej, w kobicie, ucieczkę, ochronę przed gniewem Tomasza znajduje! Bo już i nie Mężczyzna! Już Kobita! Zawołał Tomasz, od gniewu jak pomidor straszny:

– Zakazuje ja panu do mnie pić i zabraniam, żeby kto Nieznajomy pił do mnie!

Ale jaki to pan? Nie pan a Pani! I nie do niego przecie pije, a do Syna. Ale pije, pije i, choć już pusty kubek, pije, pije, i tak picie swoje w nieskończoność dłuży i Piciem się broni, Piciem tym zapija i pije i pije i Pić nie przestaje. Aż dopiero, pić już dłużej nie mogąc, gdy Picie już jemu się skończyło, kubek od ust odjął, w Starego cisnął!

Dopiroż trzasnęło! Tomaszowi kubek w drobne kawałki nad okiem się rozprysł!

Ale Tomasz ani się ruszy, tylko stoi. Wtenczas syn się zerwał; ale krzyknął Tomasz:

– Nie wtrącaj się Ignac!

I nic tylko stoi. A krew jemu ukazała się i jedna duża Kropla po policzku się stoczyła. Owóż to tam już widać, że bitka, za łby się pobiorą… więc Pyckal, Baron, Ciumkała od stołu się ruszyli i za co bądź jęli brać, jeden za kufel, drugi za buty trzeci może za kołek jaki albo zydel; ale Tomasz ani się ruszy tylko stoi! Ze łbów się kurzy, aż ciemno! Ci co dalej byli, bliże, się przysuwają, a już Pyckal, Baron, nie śmiejąc tam bitki z kim zaczynać, między Sobą tarmosić Siebie zaczynają i a kudły, a już chyba łbów rozbijanie, uszów obrywanie… i ciemni mnie w oczach, Szum, Tuman, bom też wypił. Ale Tomasz stoi. I jemu druga Kropla ukazała się, która śladem pierwsze ściekła.

Ja patrzę; ale nic tylko Stoi Tomasz; i stoi Gonzalo. Tomaszowi trzecia Kropla powoli wyciekła, śladem dwóch pierszych i na kamizelkę spadła. Na miłosierdzie Boże, co to dlaczego nie rusza się Tomasz? Ale tylko stoi. I nowa, czwarta Kropla, jemu ścieka. Od kropel tych Tomasza cichych cicho się zrobiło i Tomasz na nas patrzy a my na Tomasza; i tyłka jemu piąta Kropla ścieka. Kapie tedy, Kapie. My wszyscy stojemy. Gonzalo ani się ruszy. Wtem do stolika swojego powrócił, kapelusz bierze i powoli odszedł… aż plecy jego nam z oczu zginęły. Owóż… gdy odszedł Gonzalo, już tam każden się zakręcił, kapelusz; wziął, do domu poszedł i tak wszyscy się rozeszli, wszystko Się Rozeszło.

Nocy tej długo oka zmrużyć nie mogłem. O, po cóżem ja Poselstwu był powolny? Po cóż na to Przyjęcie chodziłem; Po cóż ja na tym przyjęciu Chodziłem? Przecie mnie tego; wstydu tam w Poselstwie nie darują, a pewnie ja już od wszystkich wyśmiany, wzgardzony, za pajaca ogłoszony. A gdy jeden jedyny człowiek, który mnie uznania swego a może i jakiego takiego uwielbienia nie odmówił, putem się okazał i gdy on mnie do swoich zalotów na raj fura wciągnął, jakaż Hańba i Sromota moja! Dopiroż, na łóżku się przewracając wzdycham, jęczę, o, Gombrowicz, Gombrowicz, o, gdzie wielkość i wybitność twoja, już ty chyba Wybitny, ale Rajfur Wielki, ale Łotra Przyjaciel na zgubę Rodaka swojego zacnego dobrego, a i Syna jego młodego, dobrego. A gdy tam w dali, za wodą krew, tu tyż krew; i Tomasza krople za sprawą mą wyciekające. O, jakże mnie ta krew Tomasza ciążyła, jak ona mnie związkiem swoim z tamtejszą krwią wyciekająca przestraszała! I na łóżku bólem miotany to czułem, że krew z krwi poczęta, tu wylana, do jeszcze cięższej krwi mnie doprowadzi…

Z Gonzalem zerwać, jego od siebie precz odrzucić… Wszelako już myśmy razem Chodzili, Chodzili, oj, przecie już my razem Chodziemy, Chodziemy i jakże ja bez niego Chodził będę gdy razem chodziemy… Tak mnie noc zeszła; ale z nastaniem poranka dziwna Rzecz, a już tak ciężka, uporczywa jakby łbem o ścianę; bo Tomasz przybywa i, za odwiedziny o wczesnej porze przeprosiwszy, o to uprasza abym Gonzala w jego imieniu wyzywał! Zbaraniałem tedy i powiadam, że jakże to, po co, na co, przecie wczoraj już dosyć Gonzala pogrążył, a jakże jego wyzywać, jak z nim się strzelać, przecie Krowa… Ciężko mnie odpowiedział, uporczywie:

– Krowa nie krowa, ale w spodniach chodzi, a obraza publiczna była i nie może to być żebym ja na tchórza wyszedł, a jeszcze przed Cudzoziemcami!

Daremne więc perswazje moje, że jakże z krową, jak tu krowę wyzywać, a ludzkim językom żeru przysparzać i może nowy śmiech ludzki rozdmuchiwać. Lepiej cicho sza, a końce w wodę, bo i dla lgnąca wstyd. Wykrzyknął:

– Krowa nie krowa, takie tam gadanie! I nie do Ignaca on pił, a do mnie starego! I nie w Ignaca kubek cisnął, a we mnie! Między nami zwada i obraza była po pijanemu, jak to między Mężczyznami!

Ja jemu, że Krowa. Ale on się zawziął i wciąż ostro krzyczy, że Ignacy nic do tego nie miał, że tamten nie krowa. W końcu zaś powiada:

– Otóż ja jego wyzwać muszę, strzelać się z nim będę, aby ta sprawa po męsku między Mężczyznami załatwiona była; już ja z niego Mężczyznę zrobię aby nie mówiono, że za Synem moim Puto chodzi! Owóż jeśli mnie nie stanie, jak psa zastrzelę i to jemu powiedz, żeby wiedział. On mnie stanąć musi!

Zdumiała mnie zaciętość jego, i już to widać było, że człowiek ten nie spocznie póki Gonzala do Mężczyzny nie przymusi; bo chyba znieść nie mógł żeby jemu syna na pośmiewisko wystawiano; a tak on wbrew oczywistości samej na oczywistość się rzuca, ją przemieniać pragnie! Jakże tu jednak Gonzala do stawania zmusić? Rada w radę. Rzekł mnie Tomasz, żebym najprzód sam do Gonzala pojechał i prywatnie jemu przedstawił, że Wóz albo Przewóz i albo on stanie, albo z Tomasza ręki na śmierć pewną się narazi. Potem dopiero drugi raz do niego jechać miałem, a już z drugim świadkiem, żeby go pro forma wyzwać?

Trudna rada. Niedobre, oj, niedobre to było. Lepiej by dać pokój, bo tyż ten postępek jak gdyby wbrew naturze samej był; jakże tu Puta wyzywać? Ale na przekór oczywistości, rozsądkowi, jakaś we mnie nadzieja się kołatała, że może on! to wyzwanie przyjmie, jak mężczyzna stanie, a wtenczas już i mnie nie taki wstyd, że z nim na przyjęciu chodziłem, a tyż do Parku Japońskiego z nim chodziłem. Pójdę tedy, rzucę jemu to wyzwanie, zobaczę co zrobi. Tak więc (choć mnie to Niczym Dobrym nie pachniało) prośbie Tomasza zadość czyniąc, do Gonzala się udałem.

Przed pałac zajechałem, który za kratą dużą, złoconą, opuszczeniem, pustką zalatuje. Długo przed drzwiami czekać! musiałem, a gdy wreszcie otworzono, Gonzalo w nich stanął, ale w kitlu lokajskim białym, ze szczotką od podłogi i ze ścirką. Przypomniałem sobie, że on ze strachu przed Chłopakami chłopakami swymi własnego lokaja zwykł udawać, ale nic. Wchodzę, on cofa się, pobladł, a ręce mu zwisły jak ścirka. Dopiero gdym rzekł, że z nim pogadać przyszedłem, trochę spokojniejszym stał się i mówi:

– Owszem, owszem, ale chodźmyż do pokoiku mego, tam lepiej sobie pogadamy, Przez pokoje duże, złocone, do małego Pokoiku mnie prowadzi, który brudny, że nie daj Boże, a nawet łóżka w nim nie było tylko na gołych deskach barłóg. Na barłogu siada i do mnie:

– Co tam? Co tam słychać? Wtenczas ja splunąłem.

Uszy mu zbielały, zwiotczał i jak ścirka zwisł. Powiadam:

– Ciebie na pojedynek Starzec, któregoś obraził, wyzywa. Na szable lub na pistolety.

Zamilkł, milczy, mówię więc jemu:

– Ciebie na pojedynek wyzywają.

– Mnie na pojedynek wyzywają?!

– Ciebie – powiadam – na pojedynek wyzywają.

– Mnie na pojedynek wyzywają?!

Pisnął cienko bardzo, rączkami zamachał, oczkiem spojrzał i rzekł Głosikiem swoim:

– Mnie na pojedynek wyzywają?! Dopiroż powiadam:

– Zostaw ty Głosik, zostaw Oczko, rączkę i lepiej spełń powinność swoją! A po przyjaźni ja ci to mówię, bo wiedz, że jeśli Tomaszowi nie staniesz on ciebie jak psa zabić poprzysiągł. Masz wóz, albo przewóz.

Myślałem, że krzyknie, ale tylko sfolgował jak szmata i jemu miękko stopy duże na podłodze leżą; a włoski czarne, co na ręku ma, jemu tyż tak zmiękły, sfolgowały, że jak z waty. Bez ruchu na mnie Baranim Okiem spogląda, jak krowa. Zapytałem:

– Co ty na to? Nic nie mówi, a mięknie, mięknie, jak zmokła kura, i dopiroż gdy tak zmiękł, rozkosznie jak Królowa chińska się przeciąga i lubo wyszeptał:

– Wszystko przez Ignaśka, Ignaśka mojego!

Ze strachu więc w Kobitkę zmiękł; a gdy Kobitą jest, już się nie boi! Bo i cóż Kobicie do pojedynku! Więc jeszczem próbował do rozsądku mu przemówić i powiadam:

– A, panie Arturo, zastanów się żeś Starca obraził (on krzyknął:

– Starzec to furda) który Honoru swojego szarpać nie pozwoli (on krzyknął:

– Honor to furda!) a do tego w przytomności innych ziomków jego (on krzyknął:

– Ziomki to furda!) a już ja ci nie pozwolę byś Ojcu nie stanął (on krzyknął:

– Ojciec to furda!) a tyż i Syna sobie z głowy wybij (on krzyknie:

– Syn to mi dopiero, to rozumiem!).

W płacz; a płacząc jęczy:

– Myślałem, że ty mnie przyjacielem jesteś, przecie ja ci przyjacielem jestem. Co ciebie ten stary tak przekabacił, lepiej byś ty, zamiast starego Ojca stronę trzymać, z Młodymi się złączył, im jakiej takiej swobody pozwolił, Młodego przed tyranią Pana Ojca bronił!

Powiada:

– Pójdź no tu bliżej, coś ci powiem. Ja mówię:

– Z dala dobrze słyszę. On mówi:

– Bliżej podejdź, tobym ci co powiedział. Mówię:

– Po co mnie bliżej, gdy słyszę. On mówi:

– Coś bym ci może powiedział, ale na ucho. Powiadam:

– Do ucha nie potrzeba, sami jesteśmy.i Ale powiada:

– Wiem ja, że ty mnie za potwora masz To jednak sprawię, że moją stronę przeciw Ojcu temu będziesz trzymał, a takich jak ja za Sól Ziemi uznasz. Powidzże mniej żadnego ty Postępu nie uznajesz? Mamyż w miejscu dreptać; A jakże ty chcesz żeby co Nowego było, gdy Stare wyznajesz! Wiecznież tedy Pan Ojciec syna młodego pod batogiem swoim ojcowskim mieć będzie, wiecznież ten młody za Pana Ojca ma klepać pacierze? Dać trochę luzu młodemu, wypuścić go na swobodę, niech pobryka!

Powiadam:

– Szalony człowieku! Za postępem i ja jestem! ale ty Zboczenie postępem nazywasz. Rzekł mi na to:

– A jakby tak trochę zboczyć, to co?

Dopiroż, gdy to rzekł, mówię:

– Na Boga, mówże takim jak sam jesteś, a nie człowiekowi przyzwoitemu i honorowemu. To już chyba ja Polakiem nie byłbym, gdybym Syna przeciw Ojcu buntował; wiedz że my, Polacy, nadzwyczaj Ojców naszych szanujemy; i już ty tego Polakowi nie mów aby on syna Ojcu i jeszcze na Zboczenie uprowadzał. Wykrzyknął:

– A po co tobie Polakiem być?!

I mówi:

– Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki: Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upirasz? Nie chcesz czym Innym, czym Nowym stać się? Chceszli aby wszyscy Chłopcy wasi tylko za Ojcami wszystko w kółko powtarzali? Oj, wypuścić Chłopaków z ojcowskiej klatki a niech i po bezdrożach polatają, niechże i do Nieznanego zajrzą! Owóż to Ojciec stary dotąd na źrebaku swoim oklep jechał, a nim powodował wedle myśli swojej… a niechże ten źrebak na kieł weźmie, niech Ojca swego poniesie gdzie oczy poniesą! I już Ojcu mało oko nie zbieleje bo go Syn własny ponosi, ponosi! Hajda, hajda, wypuśćcie wy Chłopaków swoich, niech Lecą, niech Pędzą, niech Ponoszą!

Krzyknąłem tedy:

– Milcz, zaprzestań namowy swojej bo niepodobna rzecz abym ja przeciw Ojcu i Ojczyźnie, a jeszcze w takiej jak obecna chwili! Mruknął:

– Do diabła z Ojcem i Ojczyzną! Syn, syn, to mi dopiero, to rozumiem! A po co tobie Ojczyzna? Nie lepsza Synczyzna? Synczyzną ty Ojczyznę zastąp, a zobaczysz!

Jak o tej „Synczyźnie" wspomniał, ja w pierwszym gniewie moim uderzyć go chciałem; ale już słowo to tak niemądrze uszom brzmiało, że mnie śmiech z tego chorego a chyba Szalonego człowieka wziął i tak się śmieję, śmieję… on zasię mruczy:

– Co ty tam z tym Starym… Ale tak naciskasz, że ja bym może (po przyjaźni tobie to mówię) jemu do pojedynku stanął. Owszem, stanąłbym, gdybym za świadka przy pojedynku Przyjaciela miał zaufanego, który by kule w rękaw przy ładowaniu pistoletów wpuścił. Rzuć starego! Co tam ze Starym! Stary niech samym prochem strzela, a tak i wilk syty i koza cała. A po pojedynku zgodę zrobić i nawet by się czego napić! Gdy ja dzielnie jemu stanę i męskość swoją okażę, już chyba on mnie wypić z Ignasieńkiem swoim-moim nie wzbroni…

Ja znów w śmiech; bo tyż to i śmiszna myśl jego; ale powiadam:

– Nie jeden tylko świadek broń ładuje, są inni świadkowie.

Mówi:

– Co się mają spostrzec, już to gładko obmyślić można, przecie nie pierwszyzna to przy pojedynku Kule w Rękaw. Ja mu na to:

– A jak z Rękawa na ziemię upadną? Powiada:

– W rękaw Zarękawek wszyć trzeba, to do Zarękawka wpadną; nie ma strachu.

I tak dość długo bez słowa siedziemy. Aż w końcu mówię (bo znów mnie śmiech brał):

– Ano, czas na mnie. Do drzwi mnie samych wejściowych odprowadził, które tyż zaraz zatrzasnął żeby go Chłopiec jaki z ulicy nie dojrzał. Gdy sam się znalazłem przez ulicę idę, ale zaraz mnie ta „Synczyzna" napadła i już jak mucha uprzykrzona kole nosa lata, a tyż jak tabaka w nosie wierci, aż znowuż mnie śmiech pusty złapał. Synczyzna! Synczyzna! A toż Głupie to, Szalone, a toż wariacja czysta! I marna, nędzna gadanina jego abym ja Kule w Rękaw wpuszczał, a dla Puta tego Ojca i Ojczyznę zdradzał…

Ale co robić? Oczywiste było, ze Gonzala siła ludzka nit zmusi aby przed pistoletem nabitym stanął; a gdy zaprzysiągł Tomasz że jego jak psa zabije jeśli mu nie stanie, rzecz cała kryminałem zakończyć się mogła. Do czego ja przecież dopuści: nie mogłem, jeśli przyjacielem Tomaszowi byłem. Innej tedy rady nie ma (jeśli ja Tomaszowi dobrze życzę) jak tylko zwiesi Gonzala ułudną prochu samego nadzieją; gdy zaś on na płaci stanie, pewny, że Tomasza z mańki zażył, my, świadkowie, po cichu Kulami pistolety nabijemy i Kule zagwiżdżą! O nie, ja Tomaszowi przyjacielem byłem! Jeżelibym ja podstepu użył, to tylko dla Tomasza dobra! Ale rzecz cała bez jego wiedzy załatwiona być musiała, bo on, nadzwyczajnie honorowym będąc, za nic by zgody swojej nie udzielił na intrygi taką; i do głowy mnie przyszło, żeby Gonzalowi na świadków Barona i Pyckala naraić (z którymi ja łatwo w porozumiem wejść mogłem), i z nimi wszystko, a gładko, ukartować. Najprzód jednak z nimi rozmówić się musiałem… a ostrożnie, gdyż diabli tam wiedzą, czy oni po wczorajszej Tomasza kłótni dalej z Gonzalem trzymają, czy może ich sumienie ruszyło i (choć to, panie, mnie Piniądze wciskali) może im się odmieniło.

Poszedłem tedy do biura, dokąd i tak mnie obowiązek do pracy mojej wzywał, ale już to, przyznam się, jak na ścięcie szedłem, bo co też to tam, jak to tam mnie po wczorajszym na owym przyjęciu Chodzeniu urzędniki koledzy moi przyjmą; gdy zamiast Sławy, Chwały Wieszcza Geniusza Wielkiego, wstyd tylko jak w Koszuli ciężki, a do tego z Puto. Dopiroż myślę, że najlepiej będzie wszystko na sznapsa, lub na wini zwalić i chusteczkę do skroni przykładam, wzdycham, ledwie Chodzę, jak to po Przepiciu. Urzędniczki z dala na mnie spoglądają, ale nic nie mówią, a tylko szeptają i tam między sobą w kupie, a pośród papirów, na mnie jak na Raroga spoglądają i szeptają a szeptają. Mnie nikt jednego słowa nie powiedział może z przyczyny nieśmiałości, trwożliwości, ale tam miedzi sobą wciąż szeptali i jeden drugiemu Bułkę gryzie, tamta tego trąca; a nic tylko szepty, jak zza plota. Może tyż mówili, żem się wczoraj strąbił; a może i co tam Gorszego szeptano. Rachmistrz stary w papirach się swoich zagrzebał i z nici na mnie jak sroka z gałęzi spoglądał, a może mu się co dawnego przypomniało, bo tylko szepcze, szepcze „Znajka majka Bałabajka". Ja pijanego, a raczej jak to po Przepiciu, udawałem. Zapytałem tedy o Barona. Ale mówią mnie, że Baron z Ciumkała podjezdków świeżo kupionych próbują. Poszedłem tedy, a wciąż z Synczyzna owa (bo już to tę Synczyznę jak zadrę jaka w głowie miałem) do Szopy, która za Rajtszulą, po drugiej stronie podwórza, a tam, widzę, Baron na podwórzu stoi, przed nim Stajenny na kobyle dużej, szpakowatej, to stępa, to truchtem, to kłusem, albo z nogi hiszpańskim lub francuskim szprynclem; dalej zaś na ławie Pyckal z Ciumkałą siedzą, piwo popijają i podjezdka cisawego oglądają, któremu kopyto się zalaksowało. A Pyckal wołał:

– Liposki, Liposki, gdzie masz Chomąto? Baron szpicrózga machał:

– Halt! Halt! Na drabinie wróbel. Mnie do nich ciężko było wyjść z szopy, a nawet bym zawrócił, wcale nie wychodził, ale Psi, które w psiarni były, ujadać zaczęły i już trudna rada; wyszedłem. Wszelako chusteczkę do czoła przykładam i słabo idę, a wzdycham, jak to po Przepiciu. Im też chyba nijako było ze mną po wczorajszym, więc zaraz chusteczki przykładają, jęczą, a stękają i rzekł Baron:

– Oj głowa boli, głowa boli, podobnież to wczoraj za dużo tego dobrego było, ale niech tam, niech tam! Napijże się z nami Piwa, bo choć nie w smak piwo, po przepiciu najlepsza rzecz!

Pijemy piwo i stękamy. Ale mnie ich Piniądze doskwirają, a tyż nie wiem jak z nimi gadać. Przy Ciumkale nie chciałem mówić (bom na świadków tylko Barona i Pyckala upatrzył) a tak tylko pijemy i stękamy. Gorąco i na deszcz się zbiera. Ciumkałą poszedł z kołkiem do szopy, bo kluczyk zgubił, więc to powiadam, że Tomasz Gonzala wyzwał, ale że w tym Sęk, Szkopuł, bo Gonzalo boi się jemu stanąć i za nic nie stanie. Powiadam więc:

– Już to niepodobna rzecz, bo przysięga Tomasza taka, że on jego jak psa zabije, jeśli mu nie stanie, a to, panie, kryminał byłby. A tyż niepodobna, żebyśmy Rodakowi ciężko obrażonemu jakiej pomocy nie okazali w ciężkiej potrzebie jego, i trzebaż co Radzić, żeby jemu Gonzalo stanął. Powiadają:

– Pewnie, pewnie, Rodak, Rodak, a jeszcze w takiej chwili, jak tu Rodaka zostawić, Rodakowi nie pomóc! Głowami kiwają, piwo popijają, a na mnie spod oka spoglądają.

Ja o piniądzach wolałem nie wspominać, bo mnie nijako było. Ale mówię, że chyba nie ma innej Rady i, gdy Gonzalo chce żeby bez kuł strzelanie było, jemu to przyrzec trzeba; ale cicho sza, żeby o tym żywa dusza się nie dowiedziała. A tak i wilk syty i koza cała. Rada w Radę. Spogląda Baron na Pyckala, Pyckal na Barona, ale ozwał się Baron:

– Pewnie innej Rady nie ma, ale kłopotliwa rzecz. Mówi Pyckal:

– Niewyraźna sprawka.

Powiadam:

– Wiem ja, że Gonzalo chętnie by W. Panów Dobrodziejów Przyjaciół swoich za świadków swoich miał że to przy zwadzie byliście obecni, a tak my byśmy świadkowie, za wspólnym porozumieniem wszystko gładko między s urządzili i, jak to zwyczajnie, kule w Rękaw wpuścili; a choć to, panie, kłopotliwa rzecz, przecie intencja nasza czysta, bo o wybawienie druha, Rodaka idzie, człowieka już starszego a honorowego; a tyż o to, żeby się imieniowi Polskiemu krzywda; nie stała w tak ciężkiej Ojczyzny naszej chwili. Pyckal na Barona spojrzy, Baron na Pyckala, Baron z palców strzepnął, Pyckal nogą ruszył. Rzekł Baron:

– Za nic ja Puta świadkiem nie będę. A Pyckal:

– Ja miałbym Puta być świadkiem! Jeszcze czego! Ale mówię:

– Oj, ciężko, ciężko, ale trzeba, trzeba i bo Rodak w potrzebie, bo dla Rodaka, dla Ojczyzny… Dopiroż westchnął Baron, westchnął Pyckal. Siedzą, na mnie spoglądają,! popijają a wzdychają. Powiadała:

– Oj, ciężko, ciężko, alej trzeba, trzeba, innej nie ma Rady, a już dla Rodaka, dla Ojczyzny! i Już tedy Ciężko, bardzo Ciężko. A głównie, że to nie wiadoma jest intencja. Bo diabli wiedza komu oni naprawdę przysłużyć się chcieli; Gonzalowi, czy też Tomaszowi? Oni tyż nie znają intencji mojej (a głównie, że im Piniędzy nie oddałem). Ale ja tyż nie znam intencji mojej i choć to Ojca Starego stronę trzymam, Synczyzna młoda mnie po głowie chodzi. Ale deszcz zaczął padać i Ciumkała z drabiny zlazł Coś jednak zacząć trzeba. Pojechałem do Gonzala, żeby jemu Pyckala, Barona na świadków naraić; on mnie ściskał Przyjacielem swoim nazywał, a już pewny, że bez kuł strzelanie, mnie złote góry obiecywał. Potem do Tomasza, któremu tyle tylko powiedziałem, że Gonzalo przyrzekł jemu na placu stanąć. Tomasz mnie uściskał.

Potem do Dr Garcyja pojechałem, którego mnie Tomasz jako drugiego Świadka swojego wskazał; on adwokatem był wziętym, a dowiedziawszy się, że od Tomasza przychodzę, zaraz najuprzejmiej mnie przyjął w kancelarii swojej, przed innymi klijentami. Powiada tedy (bo to w kancelarii hałas, stuk, klijentów mnóstwo, akta wnoszą, roznoszą, a coraz ktoś przystępuje i przerywa):

– Ja pana Tomasza znam i jego Przyjacielem jestem, ale te Akta tam wyekspediować, za pokwitowaniem, i nie byłbym człowiekiem Honoru gdybym w Honorowej sprawie, a zapytaj pan Pereza czy otrzymał kwity, więc ja tego jemu odmówić nie mogę, o, oby Bóg Najwyższy, tu dopisać trzeba ten Ekspedient, pozwolił mnie godnie, schowaj pan tę teczkę, z obowiązku mego się wywiązać, list ten wysłać. Pojechaliśmy tedy do Gonzala i tam wyzwanie rzuconem zostało, które Gonzalo z odwagą wielką i dumą przyjął w swym Salonie!

Gdy jednak późnym wieczorem, a już od zmęczenia ledwie na nogach się trzymając, do domu powróciłem, bilet od Radcy Podsrockiego zastaję; żebym do Poselstwa na 10-ą rano się zgłosił, gdzie JW. Poseł ze mną widzieć się pragnie. Wezwanie to jak grom z jasnego nieba na mnie spadło, bo już to nie wiedzieć czego chcą, co mnie zrobią, a pewnie to o ten Chód na Przyjęciu, albo i o Puto! O, czemuż męczą, czemuż Spokoju nie dają, małoż to piwa nawarzyli, małoż wstydu mnie i sobie przysporzyli! A może i kary jakie, gromy, na mnie spadną za błazeństwa moje! Ale, że to iść musiałem, więc idę, a tylko myślę, nie gryź ty mnie bo ja ciebie ugryzę i nie z byle ćwokiem ty masz sprawę, a z Człowiekiem, który tobie kością w gardle stanie. Idę tedy. Na ulicy „Polonia, Polonia" krzyk uprzykrzony, ale idę, i gdy Ojczyzny bój i krzyk niemiłosierny zewsząd słyszeć się daje, ja z Synczyzna w głowie idę i idę. W Poselstwie cicho i puste pokoje, ale idę, i do mnie Podsrocki Radca wyszedł w spodniach prążkowanych i w surducie, a w podwójnym kołnierzyku z muszka w zyg wiązana. Najuprzejmiej się ze mną przywitał, ale bardzo zimno, i dwa razy chrząknąwszy mnie palcem długim swym angielskim drzwi ukazał. Wchodzę, a tam stół, za stołem Minister, obok zaś inny Poselstwa członek, którego mnie jako Pułkownika Fichcika, wojskowego attache, przedstawiono. Na stole księga Protokułów i kałamarz na to wskazywały, że chyba nie zwykła rozmowa będzie, ale Sesja jaka.

J W. Poseł blady był i niewyspany, ale gładko wygolony, Najuprzejmiej się przywitał, choć ta może trochę jemu i nijako było… ale nic, mnie sójkę w bok, powiada:

– Niech cię nie znam, piwa nawarzyłeś boś się wczoraj zalał, strąbił jak Nieboskie stworzenie przed ludźmi, ale niech tam, było nie było…

Zaraz tyż okiem łypnął a i Fichcik z Podsrockim łypnęli. Poznałem więc że całe to głupstwo, co się przydarzyło, na przepicie zwalają i mówię:

– Trochi tam za dużo Sznapsa, niech to kolka, jeszcze mnie czkawka… Zarechotał się tedy Poseł, za nim Radca, a za nim Pułkownik.

Ale śmiech po niewoli, przymusowy; a chybaby mnie i co zrobili. Ale powiada Minister:

– Powidzże mnie, co to z tym panem Kobrzyckim, Majorem, podobnież zwada była; a tyż, jak Pan Radca do Barona pojechał wczoraj konie oglądać, to tam Baron mówił że pojedynek będzie. Prawda to? Widząc że już o tym wiadomość mają, powiedziałem, że o Kubek poszło, który na Tomasza był ciśnięty. Powiada Minister:

– Mówił tyż Baron, że nadzwyczaj godnym, honorowym postępowanie w tej okoliczności Majora Kobrzyckiego było, ku zbudowaniu wszystkich Cudzoziemców temu przytomnych, a tyż pewnym jest, że on pojedynkiem tym wstydu nie zrobi, owszem, jak rycerz, jak mąż godny, stanie. Otóż to rzecz ważna, panowie moi, żeby Męstwa tego naszego pod korcem nie chować, owszem, na cztery strony świata go roztrąbić ku większej sławie imienia naszego, a tyż to w chwili gdy my na Berlin, na Berlin, do Berlina! (Tu się porwali wszyscy, a pierwszy Poseł, drugi Pułkownik, trzeci Radca i krzyczą:

– Berlin, Berlin, na Berlin, na Berlin, do Berlina!)

Ja na kolana padłem. Ale zaraz krzyku swojego zaprzestali, a tylko go Radca do Protokułu zaciągnął.

Powiada dalej JW. Poseł:

– W tej myśli ja tu Panów z panem Gombrowiczem na Sesja wezwałem, żeby uradzić jak i co robić. A bo nie tylko Geniuszami, Myślicielami, nadzwyczajnymi Pisarzami Naród nasz sławny Przesławny, ale tyż to Bohaterów mamy i gdy tam w kraju nadzwyczajne dziś jest Bohaterstwo nasze, niechże i tu ludzie widzą, jak to Polak staje! Co i obowiązkiem Poselstwa jest żeby gruszek w popiele nie zasypiać, a wszem wobec Bohaterstwo nasze ukazować, bo Bohaterstwo nasze wroga przemoże, Bohaterstwo, Bohaterstwo Bohaterów naszych nieodparte, niezmożone trwogą moce piekielne napełni, które przed Bohaterstwem naszym zadrżą i ustąpią! (Porwali się więc, a pierwszy Minister, drugi Pułkownik, trzeci Radca i krzyczą:

– Bohater, Bohater, Bohaterstwo, Bohaterstwo!)

Ja na kolana padłem. Ale rzekł Minister:

– Dlatego to ja po Pojedynku, da Bóg szczęśliwym, obiadem wystawnym w Poselstwie pana Kobrzyckiego Majora uhonoruję; na który tyż Cudzoziemców zaproszę; a już my Moce Piekielne zmożemy! Radca zaraz przemowę tę JW. Posła zaprotokułował, a gdy pisać skończył w zapał wpadł i krzyknął:

– Doskonała Myśl, JW. Panie Dobrodzieju mój, wspaniała myśl!

Pułkownik zawołał:

– Niezrównana Myśl Pana Dobrodzieja mego!

Mówi więc Minister:

– A co, chyba Niezła Myśl! Na co jemu zakrzyknęli:

– Doskonała, znamienita Myśl!… i zaraz do Protokołu zaciągnęli. Zaciągnąwszy, Radca ponownie w zapał wpadł i krzyknął:

– Niedoczekanie, niedoczekanie Wroga naszego żeby przemógł siłę, Odwagę nasza, a już nie ma na świecie całym takiej Odwagi, jak nasza! JW. Panie!JA dlaczego by przy samym pojedynku JW. Poseł nie mógł być obecnym? Owóż ja wnoszę żeby nie tylko na Obiad w Poselstwie, ale i na Pojedynek cudzoziemców zaprosić: niech widzą, jak Polak z pistoletem staje! Niech widzą, jak Polak z pistoletem na wroga, a niechże to widza! Krzyknęli tedy, Minister razem z Pułkownikiem:

– Niech widzą! Niech widzą!

Ja na kolana padłem. Ale JW. Poseł, do Protokułu nakrzyczawszy, skrzywił się, łypnął i, głos ściszając, rzekł na boku do Radcy:

– Oj kapcan, kapcan z Pana Kapcana, jakże to będziesz na pojedynek zapraszał, przecie Pojedynek to nie Polowanie. Oj, głupstwo się rzekło; a jak tu z tego wybrnąć, gdy już do Protokułu zaciągnięte? Sczerwieniał Radca, bazyliszkowym okiem na Ministra spojrzał, ale powiada, a ciszej, na boku:

– Może by wymazać. Mówi Poseł:

– Jakże będziesz wymazywał, przecie to protokul. Dopiroż pobledli; i wszyscy trzej na Protokuł spoglądają, który na stole leży. Ja na kolana padłem. Dopiroż się głowią; a jak tu wybrnąć, co począć?

Aż wreszcie rzekł Pułkownik:

– Oj, głupstwo się stało i niepotrzebnie to nam się wypsnęło; ale ja sposób mam żeby wszystko jak należy uładzić. Prawda to JW. Panie, że Pan nie możesz przy Pojedynku być obecnym, a tyż na niego i Gości prowadzić, bo słusznie JW. Pan powiada, że przecież pojedynek nie polowanie… ale można by właśnie Polowanie urządzić z chartami na upatrzonego, a na nie Cudzoziemców zaprosić… i tak, gdy Pojedynek odbywać się będzie, my nie opodal, a niby to za szarakami, przejeżdżać będziemy i pod tym pozorem Polowania możesz JW. Pan cudzoziemcom Pojedynek ukazać, a tyż stosowną orację o Honorze, Czci, Odwadze naszej wypowiedzieć. Powiada Minister:

– Bójże się Boga, jakże my Polowanie z chartami urządzać będziemy, gdy ani chartów nima, ani koni! Odrzekł jemu Radca:

– Charty by się znalazły u Barona, a co do koni to tyż można by z Rajtszuli od Barona dostać, on tam sporo podjezdków ma! Powiada Pułkownik:

– Owszem, u Barona nie tylko konie, psy, ale i szpicrózgi, sztylpy, ostrogi się znajdą. W dwadzieścia lub trzydzieści koni, Kawalkadą można by pojechać. Owóż JW. Panie w tę, albo w tamtą, wóz albo przewóz, bo Protokuł czeka…

Dopiroż jak oparzeni skaczą. Ale zawołał Minister:

– Bójcie się Boga, szaleni jesteście, a toż szaraków nima, szaraków! Czyście oszaleli, jakże polowanie na Szaraków robić, gdy tu miasto wielkie, a jednego szaraka ze świcą nie znajdzie! Mruknął Radca:

– W tym sęk, że szaraków nima! Ja na kolana padłem. Powiada Pułkownik:

– Prawda, że szaraków ani na lekarstwo.

Ale JW. Panie Protokuł, Protokuł, przecie jakoś wybrnąć trzeba, Protokuł, Protokuł… Dopiroż jak szaleni wokół Protokułu skaczą. Ja na kolana padłem. Ale zawołał Minister:

– O Boże, Boże, jakże to Polowanie za Szarakami, a z chartami urządzać, gdy przecie wojna, wojna! Radca zawołał:

– Protokuł! Pułkownik:

– Protokuł! Ale wykrzyknął JW. Poseł:

– Boże, Boże, a jakże to bez Szaraków a za Szarakami?! Krzyczą więc:

– Protokuł! Więc to Rada w Radę, trudna Rada, głowią się, stękają (a już Protokuł przysmala, przysmala aż w końcu zawołał Poseł jak trup blady:

– G… g… niechże to diabli, róbmy tedy, róbmy, gdy inaczej nie można… ale co ja będę Kawalkadę za szarakami urządzał, gdy szaraków nima! A coś to nie tak jak trzeba i z tej mąki chleba nie będzie! Ja na kolana padłem.

Stanęło więc na tym, że koni, psów od Barona wezmą, a tak z chartami na smyczy Kawalkada z Damami nie opodal miejsca Pojedynku przejeżdżać będą, jakby nigdy nic, że to niby przypadkiem za szarakiem zajechali. Wówczas JW. Damom i zaproszonym Cudzoziemcom Pojedynek ukazawszy, im też Męstwo, Honor, Bój ukażą, a tyż Waleczność niezmierzoną, Krew Serdeczną, Cześć Niezłomną, Wiarę św. Nieprzepartą, Moc św. Najwyższa i Cud św. Narodu całego. Na kolana padłem. Co postanowiwszy i do Protokułu zaciągnąwszy, dał Poseł Sesją za skończoną, i z nosami na kwintę zwieszonymi (bo czuli że sobie piwa nawarzyli) wszyscy „chwała, chwała, cześć, cześć" zawołali; a pierwszy zawołał Poseł, drugi Pułkownik, trzeci Radca. Ja, na kolana padłszy, zaraz tyż prędko odszedłem.

Dopiero na ulicy folgę dałem wzburzonemu uczuciu mojemu. A diabli, diabli, diabli, a niechże to diabli, a to im się tera Bohatera zachciało, a Bohatera oni sobie wymyślili! Ale na Sesją musiałem iść, którą z Baronem, Pyckalem, oraz z doktorem Garcyja wyznaczoną miałem dla ułożenia warunków spotkania. Niczego ja dobrego po tej Sesji się nie spodziewałem, bo już widać było, że my tak coraz bardziej brniemy, brniemy, aż zabrniemy.

Jakoż nie omyliły mnie przeczucia moje. Sesja w ogródku jednej kawiarni nad rzeką wyznaczona była (bo upał) ale zdziwienie, zdumienie moje; Baron z Pyckalem na ogierach dużych, skarogniadych nadjeżdżają. Powiada Baron:

– Ogiery trochi żeśmy objeżdżali i tu przyjechaliśmy. Ale nie dla objeżdżania oni na Ogierach przyjechali, a dlatego chyba że, świadkami Krowy będąc, o to się trzęśli, żeby i ich za Krowy, Kobyły nie miano. Zaraz potem Dependent dr Garcyji przybył z wiadomością, że Pryncypał w hipotece musi podpisywać Tramitacją, a, za nieobecność swoją najusilniej przepraszając, jego przysyła aby w naradzie brał udział. Trudna Rada.

My tedy Naradę rozpoczęliśmy; a pod drzewem dwa Ogiery. Ja już bym nie wiem co dał, żeby to wszystko prędko, cicho załatwić a jak nagładziej, ale cóż kiedy Baron, Pyckal do niepoznaki odmienieni; owóż kij połknęli i mało co mówią, a grzeczni bardzo, nadęci, odęci, raz wraz się kłaniają. Powiadam tedy:

– Do pierwszej krwi i 50 kroków. Powiadają:

– Nie może być, do trzeciej krwi być musi i 30 kroków. Tak to, Kobyły się bojąc, Pojedynek ten, żal się Boże, pusty, bez kuł, najostrzejszym, najcięższym chcą czynić; a tam Ogiery im pod drzewem stoją. Nadymają się tedy, wydymają, sapią i (choć bez kuł Pojedynek) krwi wołają.

Do tego coś tam między sobą mruczą, między sobą zaczynają. A bo już to ze mną zaczynać nie śmieli, ani z Dependentem… ale między sobą większa śmiałość mieli i, gdy Ogierów swoich z nami zażyć nie mogą, między sobą tam ich sobie zażywają i już to tak ostro z sobą, jeden na drugiego mruczy, sobie dogadują. Bo i Zadry, Urazy dawne, pradawne się przypomniały, a to Młyn, a to Zastawa, więc na siebie koso spoglądają, mruczą, i mruczy Baron, mruczy Pyckal, mruczą, mruczą, a jakbym ci w pysk dał, jakbym cię nabił; i Baron z kieszeni Paznokieć duży, stary wyjął, ułamany. Ale, że to ze sobą wadzić się nie mogli, bo ze mną Narada, więc tylko, do mnie mówiąc, sobie przymawiają. I powiada Baron:

– Ja ta nie Cham z Chamów, a Pan z Panów, i wszystko tu nie po Chamsku z Chamska świńskim ryjem, a po Pańsku z Pańska w cztery Konie, bo tyż; to ja Pan, nie Cham, a matka moja nieboszczka krów nie doiła, ani za stodołę nie chodziła. Powiada Pyckal:

– Kto Cham i Chamów, a kto Pan z Panów, ale ja tu jak mnie się zachce za przeproszeniem portki w biały dzień przed wszystkimi zdejmę i Narobię, a przed wszystkimi, bo kto mnie co zrobi i owszem mordę rozkwaszę, rozkwaszę…

Takie tam gadanie! Ale Piniądze doskwirają, co mnie dali… i już z tymi piniędzmi nie wiadomo co robić… bo jak tu oddawać, kiedy już Narady rozpoczęte? Niewiadoma tedy Intencja, czy przeciw Gonzalowi, czy przeciw Tomaszowi podstęp; a tak nie wiadomo, czy jako ludzie honoru warunki pojedynku omawiamy, czy też spisek układamy. A jeśli spisek, to tyż nie wiadomo przeciw komu i czy to Tomasza broniemy, czy dla piniędzy, dla tej Mamony marnej ach Słodkiej, Miłej, Gonzalowi wszystko gładko ułożyć pragniemy. W tym zwątpieniu chciał Baron, żeby nie 30 a 25 kroków było; bo tyż to im bardziej; Pojedynek szalbierstwem zalatuje, tym oni go ostrzejszym chcą mieć i na Ostrość wszelką bardzo nastawają. Dependent tyż, panie, bałwan, Holender jakiś, może Szwajcar, Belg, i albo Rumun, wcale się na Honorowych sprawach nie rozumiał, a wniosek dał, żeby obie strony Kaucją złożyły, tytułem Gwarancji, że na placu staną, która to Kaucja rejentalnie poświadczona być miała. Tak wszystko kulawo, jak po grudzie, a Pojedynek coraz ostrzejszy, choć bez kuli.

Tam zaś, za wodą, kule furczą. Otóż to, gdyby nie tamto za Borem, za wodą, ja bym tej niespokojności nie miał, ale właśnie pod znakiem tamtejszej a krwawej Rozprawy nie tylko mnie, a wszystkim, bardzo ciężko, kłopotliwie i każden medytuje, czy to tam co z tego jemu na łeb nie spadnie i żeby to się czego nie doigrać. Otóż to, zamiast w czasie tak niebezpiecznym naszym cicho sza siedzieć, my tu ten Pojedynek urządzamy, a tak, gdy tam Kule, tu tyż Kula (choć to i bez kuli). O Jezus Maria! O rety, rety! A po cóż to, a na cóż to, a jakżeż to, a dlaczegóż to, a jaki to koniec z tego będzie? O Chryste, Chryste miłosierny, ciężko, ciężko, ciężko!… Ale trudna rada, cóż robić, gdy nic innego do roboty nie ma a tylko właśnie ten Pojedynek przed nami, jako jedyny cel wszelkiego działania naszego. I dlatego to ja, choć panie mroczno i mało co widać, ale właśnie, jak w lesie, gdy kto zbłąkany z dala kamień duży albo pagórek między drzewami zobaczy, do tego pagórka idzie, żeby to przynajmniej cel jaki miał dla chodu swego. A oni tyż idą, każden z innej strony, drogami swojemi.

Szedł więc Tomasz, a przedsięwzięcie jego Ostre, Krwawe, bo on strzałem swoim Krowę chciał zabić, Byka wywołać, Byka on strzałem przyzywał, aby Krowę zbodła co jemu Syna hańbiła jedynego… O Byk, byk, byk! Szła Gonzala, cichcem, boczkiem pod krzakami się przemykając, a już ona jak Łasica za Chłopaczkiem węszy, goni, a przed Tomaszem w pustotę Pojedynku pustego ucieka. Jadą tyż, oj, jadą, Baron, Pyckal, na ogierach swoich, ale podobnież mruczą, na siebie złym okiem spoglądają, własnej niepewni intencji. Tyż i JW. Minister z Radcą ciągną, nadciągają swoją Kawalkadą przez polanę, przez równinę, pod wierzbami, za Sosnami, Chojarami a z Damami! Ciemny las! Puszcza rozległa, wiekowa! Lesisty obszar! O Boże Miłosierny, o Chryste Dobrotliwy, Sprawiedliwy, o Matko Najświętsza, a ja tyż idę, idę i tak Idę, a Chód mój na drodze życia mojego, w znoju ciężkim moim, pod Górę, w gąszczu moim. Idę tedy i idę, Idę, a tam, u Celu mojego, i nie wiem co Zrobię, a Coś Zrobić muszę. O, po cóż ja Idę? Ale Idę, Idę, bo inni tyż Idą i tak to my wzajem siebie jak owce, cielęta, na ten Pojedynek prowadziemy i próżne plany, próżne zamysły i postanowienia, gdy człowiek ludźmi przymuszony, w ludziach jak w ciemnym zagubiony Lesie. Otóż to Idziesz, ale Błądzisz, i postanawiasz co, planujesz, ale Błądzisz i niby tam wedle woli swej układasz, ale Błądzisz, Błądzisz i rnówisz, robisz, ale w Lesie, w Nocy, błądzisz, błądzisz…

Ale, gdy z takimi myślami po ulicach Chodzę, natrętny gazet krzyk „Polonia, Polonia" ani na chwilę nie ustaje, owszem, coraz rozgłośniejszy, gwałtowniejszy… i coś podobnież nie72 dobrze… coś tak jakby tam coś nie tak, choć to, panie, ciemno, prawie nic rozeznać nie można, a jak we mgle, nad wodą, o zmierzchu… Ale coś ja widzę, że to coś niedobrze i chyba trzeszczy, pęka, ledwie zipie. I owóż chodzę po ulicach, chodzę, gazety kupuję, aż przypadkowo przed gmach Poselstwa zaszedłem i widzę, że okna JW. Posła oświetlone. Grzeszność zamierzeń moich, spraw moich, niejasność, niepewność uczucia mojego to sprawiały, że z trwogą na ten dom Ojczyzny mojej św. ach Przeklętej chyba spoglądałem; gdym jednak cień Posła osoby na białej firance rozeznał, nie mogłem dłużej powstrzymać dręczącej ciekawości mojej; a to wiedzieć chciałem, to mnie wiedzieć trzeba było, jak tam, co tam, jaka jest Prawda i jakże my na Berlin idziemy, gdy na przedmieściu Warszawskim się biją? Nie bacząc tedy na późną godzinę nocną jam próg gmachu Ojczyzny przekroczył i po wschodach na pierwsze piętro się udałem. Przysięga moja taka była, iż człowiekowi temu prawdę wydrzeć muszę. Idę tedy, a pusto, cicho. Cicho. Chód mój między kolumnami przepadał i ginął, z salonu zaś zgłuszony Posła chód słyszeć się dawał i cień zgarbiony jego na szybkach drzwi to w tę, to w tamtą stronę się przesuwał. Idę, idę, idę. Do drzwi zastukałem i długi czas nikt się nie odzywał, a kroki ucichły. Znów więc zastukałem, a wtenczas krzyknął Poseł:

– Kto tam? Co tam? Kto tam?… Wszedłem, pod oknem stał; widząc mnie, krzyknął:

– Dlaczego pan bez Meldowania wchodzisz?

Spod okna pod kominek przeszedł i ręce w kieszenie wsadził. Ale zaraz mówi:

– No, niech tam, chodź pan, bo i tak rozmówić się chciałem.

Siadł na krzesełku, ale powstał i dopiroż do mnie, a, panie Gombrowicz, to i owo, kołuje, bokiem, opłotkami, łypie i łypie, aż w końcu powiada:

– Na miłosierdzie Boże, powiedzże, co tyż o tym Gonzalu gadają, podobnież on tam tego w takim sposobie Madama z Mężczyznami, co? I na drugą stronę pokoju przeszedł, tam na krzesełku siada, ale wstaje i paznokcie skubie. Ja myślę, co tyż to on tak chodzi, siada, wstaje, co tyż to tak skubie, ale powiadam:

– Gadają, gadają, ale dowodu nie ma, a wyzwanie przyjął.

– Uważaj więc, żeby jakiego wstydu nie było, bo Kawalkadę robiemy, a już zaproszenia rozesłane! Kawalkadę robiemy choć wojna i szaraków nie ma! A toż zwariować przyjdzie! A tu nie tingel-tangel jest, tylko Poselstwo!

Krzyknął piorunowym głosem:

– Poselstwo – krzyczy – Poselstwo… Ja myślę, co tyż on tak krzyczy? Ale pod konsolą stanął i ja myślę; po cóż on tak Staje? Dopiroż myślę: a po cóż ja tak Myślę, że on krzyczy, siada, lub powstaje, odkądże to mnie krzyk jego, siadanie, wstawanie dziwnymi się stały? A i bardzo Dziwne; do tego zaś Puste jakieś, jak pusta butelka, lub Bania. Patrzę się, przyglądam i widzę, że w nim wszystko bardzo Puste, aż mnie lęk zdjął i myślę sobie, a co to tak Pusto, może lepiej ja na kolana padnę?…

Owóż na kolana padam, ale nic. Stanął. Kilka kroków postąpił. Znów stanął i stoi.

Ja klęczę, ale klęczenie moje bardzo Puste.

On stoi, ale stanie jego tyż puste.

– Powstań pan – mruknął – ale mówienie jego Puste. Ja wciąż klęczę, ale klęczenie moje Puste. Poszedł do kanapy i usiadł, jakby Bania była, lub Purchawka.

Dopirożem zrozumiał, że już wszystko diabli wzięli. Że już się skończyło i Przegrana Wojna. A on nie Minister.

Z klęczek tedy, z kolan moich, powstaję… I stanąłem. Stoję. On też stoi.

Powiadam tedy:

– To już chyba ty Kawalkady nie będzie?

Odsapnął i na mnie łypnął:

– Nie będzie – mówi – Kawalkady? A dlaczegóż by nie miało być?

Powiadam tedy:

– To się odbędzie Kawalkada?

Powiada:

– Dlaczegóż by nie miała się odbyć? Przecie tak postanowione, że odbyć się ma.

Mówię więc:

– A? To się odbędzie?

Powiada:

– Ja nie kurek na kościele. I krzyknął:

– Ja nie kurek na kościele. I mówi:

– Za kogo ty mnie masz? Ja poseł, Minister… Ale krzyknął naraz:

– Ja Poseł! Ja Minister! I rzecze:

– G…rzu, ja nie jestem g…rz, ja tu rządu, Państwa przedstawiciel! I już dalej krzyczał, a bez przestanku i jak opętany:

– Ja Poseł, Ja Rząd, tu Poselstwo, ja Minister jestem, ja Państwo, ja Poseł, ja Minister, ja Rząd, Poselstwo, Państwo, a Kawalkada się odbędzie, odbędzie, bo Państwo, bo Rząd, bo Poselstwo i ja Poseł, Poseł, i Rząd, i Państwo i na Berlin, na Berlin, do Berlina, do Berlina! Bieży tedy pod ścianę, pod okno, stamtąd znów do szafy i krzyczy, krzyczy wniebogłosy, że Państwo, Rząd, Poselstwo, że on Poseł, i dalejże krzyczeć, że on Poseł… Lecz krzyk jego pusty i ja gmach Poselstwa opuściłem.

Ale Pusto. I na ulicy tyż Pusto. Wietrzyk mnie lekki i wilgotny owiał, ale nie wiem dokąd mam iść, co robić; i, gdy do kawiarni zaszedłem, tam Pusta Herbata. Dopiroż pomyślałem, że już koniec Ojczyźnie starej… ale myśl owa Pusta, Pusta i znów przez ulice idę, ale, gdy tak idę, sam nie wiem dokąd iść mam. Więc przystanąłem. I otóż sucho i pusto, jak wióry, jak pieprz lub pusta beczka. Stoję tedy i myślę, a dokąd ja bym poszedł, co robił, bo to ani Przyjaciół, ani znajomych bliskich, a tylko na rogu, panie, stoję… i dopiroż mnie chętka wzięła o tej godzinie nocnej abym do Syna szedł, Syna zobaczył… Pragnienie owe niezbyt dorzecznem było, a do tego w Nocy, ale w miarę przedłużającego się mojego na rogu postoju, gdy nie wiem dokąd iść mam (bo i kawiarnie już pozamykane) coraz ono bardziej dojmujące. Ojciec mnie dosyć dawno umarł. Matka daleko. Dzieci nie mam, a gdy ani Przyjaciół, ani bliskich żadnych, niechże przynajmniej do cudzego dziecka zajrzę, i Syna, choć to cudzego, zobaczę. Chętka, powiadam, zgoła sfiksowana, ale ruszyłem z miejsca; gdy zaś Idę bez celu żadnego, sam Chód w stronę Syna mnie kieruje; i tak, ni stąd, ni zowąd, ja do Syna idę (a Chód mnie stał się powolny, nieśmiały). Syn, Syn, do Syna, do Syna! Wiedziałem, że mimo późnej godziny zamiar swój urzeczywistnić zdołam, bo Tomasz z Synem dwa pokoiki w pensjonacie zajmowali, a, jak zwykle w południowych krajach, wszystkie drzwi otworem zostawiano.

Jakoż bez trudności do pensjonatu wszedłem i pokoik ten odnalazłem, a tam widzę: goły na łóżku leży, snem zdjęty, i tak jemu pierś, tak barki, tak głowa i nogi, że szelma, szelma, o szelma Gonzalo! Leży i oddycha. Oddech jego mnie jakąś ulgę przyniósł, ale z nagła złość mnie złapała, że to ja tu do niego po nocy przyszedłem a i diabli wiedza po co, w jakim celu… i tak do siebie samego powiadam:

– Oj, trzebaż to, trzebaż dobrze młodych pilnować, a tyż ich sztorcować! Co tak leżysz, wałkoniu? A ja bym ciebie do Roboty zapędził! Za czym posłał! Tobie co robić kazał! Oj, już to krótko trzymać trzeba, nie popuszczać, do roboty, do Pacierza choć kijem zaganiać żeby na Człowieka wyrósł… Ale leży, dycha. Powiadam więc:

– Już to batem dobrze dać, aby mores znał, w cnocie się chował, bo już to, Panie zmiłuj się, wałkoń do góry brzuchem leży… Ale leży. Leży, a ja stoję, i sam nie wiem co robić mam, po co tu przyszedłem. Owóż odejść chciałem; ale odejść nie mogłem, bo Leży, a ja nie wiem po co tu przyszedłem.

Owóż Leży, Leży. Tu więc mnie niespokojność jakaś zdjęła i powiadam, ale nie na głos, tylko po cichu:

– Ano, przyszedłem tutaj z niespokojności o przyszłość Narodu naszego, który od Wrogów pokonany, że nam i nic więcej, tylko Dzieci nasze pozostały. Obyż to Synowie wierni Ojcom i Ojczyźnie byli! Tak mówię, ale tyż zaraz mnie strach zdjął, po co ja to mówię i dlaczego mówię… Aż tu Pusto! Nagle tak Pusto! Nagle tak Pusto jakoś jakby Nic… jakby niczego nie było… a tylko on tu Leży, leży, leży… Pusto we mnie i pusto przede mną. Krzyknąłem:

– Wszelki duch Pana Boga chwali!

Daremne wszakże Boga Ojca imię, gdy Syn przede mną, gdy tylko Syn i nic oprócz Syna! Syn, Syn! Niech zdycha Ojciec! Syn bez Ojca. Syn Samopas, Syn Rozpętany, to mi dopiero, to rozumiem!

Nazajutrz wczesnym rankiem – Pojedynek. Gdy na łączkę umówioną, która niedaleko rzeki położona, zajechaliśmy, jeszcze nikogo nie było; a Tomasz pacierze odmawiał; ale wkrótce bryczka z lekarzem przybyła; i zaraz potem Gonzalo z szumem, z fukiem, w czwórkę rysaków i z forysiem, a za pojazdem jego Baron wraz z Pyckalem na ogierach rosłych, skarogniadych, które, ostrogami sztyfowane i uzdą zdzierane, skakały i chrapały. Jużeśmy tedy wszyscy byli. Ja z Baronem plac odmierzać zacząłem, ale żabę zobaczyłem, więc do Barona mówię:

– Żaby tu są. Odparł:

– Są bo wilgotno. Tyż dr Garcyja przystąpił do mnie i mówił, żeby pośpieszać, bo Cesją ma a tyż Tramitacją.

Znak dany został i przeciwnicy na plac wstąpili. Pan Tomasz skromnie, cicho, Gonzalo zasię w blasku, w fuku wszystkich szat swoich; a to jest Rapcie z niebieskiego atłasu, kamizelka takaż Atłasowa żółta Szafranowa, na to Kitelek czarny i takiż Półfraczek szamerunkowy też i orderowy, dalej peleryna w podwójnym kolorze, oraz kapelusz Czarny Meksykański z rondem, które duże, bardzo duże. Baron z Pyckalem znowuż Ogierów dosiedli. Gonzalo kapeluszem powiał, konie zachrapały. Pyckal do mnie galopem nadbieżał, konia zdarł, mnie z konia pistolety podał; a Puto ponownie kapeluszem powiał. Tomasz spokojnie na miejscu swojem stał i czekał. Ja pistolety nabijam… i kule w rękaw, w zarękawek. Dopiroż pistolet Tomaszowi wręczyłem, ale pusty, drugi zaś takiż pusty pistolet Pyckal Gonzalowi wręczył. Gdy na bok ustępowaliśmy, zawołał Baron:

– Ognia! Ognia!… ale krzyk jego Pusty, bo i lufy puste. Gonzalo kapelusz swój o ziemię cisnąwszy, pistolet podniósł i wypalił. Huk po łące się rozszedł, ale Pusto. Wróble tam na krzaczkach przysiadały (tłuściejsze niż u nas) ale się spłoszyły; tyż i krowa.

Tomasz widząc, że jego kula Gonzalowa ominęła (a bo jej nie było) broń swoją podniósł i długo, długo mierzył; ale i nie wiedział, że mierzenie jego Puste. Mierzy, mierzy, strzela, ale cóż, pusto, pusto; i z puku jego i nic oprócz huku. Tu słonko już się nieco wzbiło, przygrzewać jęło (bo mgły się rozeszły), a tu zza krzaka krowa wylazła; Gonzalo kapeluszem powiał; a z dala, zza krzaków, Kawalkada się ukazała; i najprzód więc dwóch Forysiów, z których jeden, dwa, a drugi cztery miał charty na postronku, w ślad za niemi Damy i Kawalerowie w szumnym korowodzie jadą, pogadują, podśpiewują… i otóż tak przejeżdżają, przejeżdżają, pierwszy zaś z prawej strony JW. Poseł w myśliwskim rajtroku, na ogierze dużym, srokatym, dalej Radca a obok Pułkownik. Jadą, jadą, a niby nic, za szarakiem, choć to, panie, pusto bo szaraka nie ma… i tak, panie, z wolna przejeżdżają.

Tożeśmy się na nich zagawronili, a głównie Tomasz. Ale przejechali. Dopiroż pistolety nabijać, ja kule w rękaw, ognia, ognia, Gonzalo kapeluszem powiał, pali z pustej lufy, ale nic; i Tomasz broń podnosi, celuje, celuje, celuje… o, jak on celował! O, jak on Celował długo, długo, pilnie, a tak już usilnie, tak strasznie celował że, choć Pusta Lufa, skurczył się, zmartwiał Puto, a już i mnie się zdawało że nie może być aby Śmierć z ty Lufy nie wypadła. Huknął. Ale z huku jego i nic oprócz puku. Gonzalo kapeluszem Wielkim Czarnym powiał, Pyckal, Baron konie zdarli, aż na zadach siadły, do mnie zaś dr Garcyja przystąpił i prosił, żeby pośpieszać, bo ma Cesją.

Wtenczas dopiero ja się mało za głowę nie złapałem! I zaraz jasnem mnie się stało, żeśmy jak w potrzask wpadli a wcale tu końca żadnego nie może być i Pojedynek ten wcale skończyć się nie może; bo przecie on do krwi, a jakże tu krew wystąpi jeśli bez kul pistolety? A toż to niedopatrzenie, pomieszanie nasze, pomyłka nasza, żeśmy to przy układaniu warunków przegapili!!! Przecie oni tak przez dzień cały i noc i dzień następny i dalszą noc i dalej przez dzień cały pukać mogą, bo ja im wciąż Kule w Rękaw i ognia, ognia, i tak bez końca, bez wytchnienia! Boże, co robić, co począć! Ale wystrzelił Gonzalo! Strzela Tomasz! I Kawalkada z dala, za krzakami się ukazała, więc Damy i Kawalerowie, a tyż charty, i jadą z wolna truchtem, albo stępa, pierwszy JW. Poseł, dalej Radca z Pułkownikiem i jadą za szarakiem (choć szaraka nie ma) przejechali…

Gonzalo kapeluszem powiał. Tomasz pistolet do oka podniósł. O, jak on celował! Boże, Boże, Boże, z całej duszy swojej, z mocy swojej, z całej ty jakiejś uczciwości swojej… i brew marszczy… oczy się jemu zmrużyły… a już Celuje, tak Celuje, że Śmierć, Śmierć, Śmierć pewna krwawa, tu Śmierć, Krew być musi! Huknął. Ale puknął. I pukiem pustym chyba sam siebie zabija. Powiał Puto czarnym kapeluszem.

I Kawalkada się ukazała, a tym razem bliżej choć niby nic, między sobą rozmawiają, pogadują, pokrzykują, za szarakiem, za szarakiem jadą! Aż tu Pyckalowy ogier ogiera, na którym Baron siedział, w zad ugryzł. W zad ugryzł! Baron jego trzepnął, ale trzepnął jego Pyckal; więc Baron jego z konia w łeb, bez łeb, a Pyckal w łeb! Kwiknęły ogiery.

My do nich. Ale już poniesły, po łące latają! Baron spadł! A tyż widzę że tam konie w Kawalkadzie chrapią, kwiczą i Damy spadają. Wtem psów, chartów ujadanie wściekłe słyszeć się dało i krzyk, jęk, oj, chyba kogoś dopadły, tarmoszą! My, pojedynek porzucając, za krzaki na pomoc pobieżymy, tu konie, Ogiery wszystkie, na kieł biorą, gryzą się, kwiczą… a pod psami nie kto inny, tylko lgnąc z Psami się przewraca, od nich kąsany, szarpany! Wrzask ludzki, psów charczenie, dławienie, lgnąca jęk, koni galop, dam pisk, mężczyzn głosy, w dantejską zlały się symfonią.

Tomasz „Pistolet, pistolet" zawołał i mnie z ręki pistolet wyrwał, strzela do psów; ale pusta lufa.

Wtenczas Gonzalo na tych Psów się rzucił, a z gołemi rękami, tylko z krzykiem strasznym, niebogłośnym… i, pośród nich upadłszy, z niemi tarzać się zaczął, z wrzaskiem, z tarmoszeniem, ich od Ignaśka swego odrywając, jego ciałem swojem, ciałem zasłaniając!

A już i forysie na psów z postronkami, z batami, z czem kto miał; inni tyż skoczyli. A tak tych Psów odgonili.

Także i konie połapali; a kto padł był, to się z ziemi gramolił i do kupy zbierał. Tomasz Syna dopadł, a widząc że, oprócz ran powierzchownych, żadnej obrazy nie odniósł, na kolanach Bogu dziękował za niezmierzone dobrodziejstwo Jego; potem zaś do Gonzala dłoń wyciąga:

– O, już ty mnie nie wrogiem, a Bratem, Przyjacielem będziesz, gdyś syna mojego z narażeniem Życia swojego wybawił! Zaraz więc w objęcia się wzięli z wielkim wszystkich aplauzem, a Gonzala męstwo pod niebiosa wynoszono:

– Od śmierci go wybawił! Wrogowi to wyświadczył! Mało sam nie zginął… lgnąc tyż do Gonzala dłoń wyciąga, ten zasię w objęcia go bierze i jak brata ściska.

Owóż po strachu radość. Powiada JW. Poseł:

– No, chwalić Boga że się tak skończyło, a winy w tem niczyjej nie ma, chyba tylko ogierów i forysiów… bo gdy się ogiery gryźć zaczęły, forysiom psy się wyrwały i na młodzieńca skoczyły, którego niespokojność o Ojca swojego do ukrycia się w tych krzakach przywiodła. Otóż to, panowie moi, wdzięczne Panie, widzieć mogliście widomy znak Łaski Bożej, która Ojcu syna wybawiła, Patrzcież na te gaje! Patrzcież na zioła, na krzewy, na Naturę całą, która pod Niebios ogromem spoczywaj i patrzcież, jak to Polak wobec stworzenia całego wybawicielowi Syna swojego przebacza! Łaska Boża! Przychylność natury całej! O, bo rzecz to pewna, najpewniejsza, że Polak Bogu i Naturze miły dla Cnót swoich, a głównie dla tej Rycerskości swojej, dla Odwagi swojej, Szlachetności swojej, dla Pobożności i Ufności swojej! Patrzcież na te gaje! Patrzcież na Naturę całą! I patrzcież na nas, Polaków, amen, amen, amen. Wszyscy tedy „Viva Polonia Martir" zakrzyknęli.

Ja na kolana padłem. Aż tu Gonzalo na środek wystąpił, a Kapeluszem koło zatoczył, od czego konie znowuż płoszyć się zaczęły, on jednakże, na konie nie zważając, tak przemówił:

– Wielki, niezmierzony to dla mnie Honor, żem z człowiekiem tak godnym Polakiem mógł na placu stanąć, a bo JW. Panie od tego wstydu niech mnie Pan Bóg broni, żebym ja komu nie stanął, i już to ja nikomu się w tem nie umykam, a mnie Znajdzie kto Szuka; bo tyż tak rozumiem, że nie ma to dla Mężczyzny większego skarbu, jak nieskalana Cześć Imienia jego. Gdy wszakże za sprawą Wyratowania od Psów Syna JMości ten to godny Nieprzyjaciel mnie za Przyjaciela mieć chce, ja od Przyjaźni tej się nie uchylam, owszem Przyjacielem, Bratem jego chcę być po wszystkie czasy. I tyż tak myślę, że mnie tej łaski nie odmówi, aby gościnę w domu moim przyjął i dla Popicia przyjaźni owej wraz z Synem swoim do domu mojego się udał; gdzie tyż popijemy! Zaraz więc wszyscy krzyczeć i wiwatować zaczęli, tu się ściskają, tam całują i Gonzalo znów w objęcia brał, najprzód Tomasza, potem Syna jego. Taki Pojedynku koniec.

Ciężka Góra moja na pustce drogi mojej i na Polu moim, ale Pustym, Pustym, jakby tam i nic nie było. Tak, z tego wszystkiego, wraz z Tomaszem pojazdem Gonzala do pałacu jego jadę; ale nie do tego, co go w mieście miał, tylko do Estancji o mil dwie albo trzy odległej. Za nami na bryczce Gonzalo z Ignacem jadą. Jedziemy tedy po tej drodze, jak pod Górę, a tam domy, zabudowania, płotów dużo, trawa, drzewka owocowe; i jedziemy, a tam psy, kury, czasem kot, dzieci się bawią, a ludzie się kręcą; i tak konie ciągną powóz, jedziemy dość ostro, ale Pusto, Głucho. Tomasz w milczeniu jechał; ja także milczałem. Aż za rękę mnie złapał Tomasz:

– Powidzże ty mnie, a może nie jechać… po co my tam jechać mamy? Bo niby zgoda jest, niby to ten Człowiek, owszem, honorowo się spisał i Syna mi od pewnej śmierci wyratował, a przecie coś mnie nie w smak zaprosiny jego… Oj, nie jedźmy lepiej!… Tak mówi do mnie; ale puste słowa! Odparłem:

– Nie jedź! Jeśli nie chcesz, nie jedź. Nie jedź lepi… A to nie widzisz, że on nie tobie, a sobie Syna wyratował? Człowieku Nieszczęsny, po cóż ty jemu do domu Syna wozisz… i lepiej byś zrobił, gdybyś mu lgnąca z bryczki zabrał i uciekał precz jak od Morowej Zarazy! Takem odpowiedział, ale Puste to było, Puste, bo, choć dla spokoju sumienia mojego ciężkiego mówiłem, przecieżem wiedział, że rada moja właśnie sprzeczny w nim skutek wywoła, a wszelkiej ucieczki możność mu odbierze.

Jakoż za bat złapał i koniom po bacie łupnął, aż skoczyły! – Jazda, jazda – krzyknął – choćby tak było, jak mówisz, nie będę ja z Ignacem przed nim umykał, bo lgnąc mój nie taki, żeby się miał bać zalotów jego! I batem konie pierze aż skakają, a ja dla spokoju sumienia mego dalej mówię:

– Uchodź lepiej, lgnąca na jego sidła nie wystawiaj. We dwie godziny przed bramę wielkiego ogrodu zajechaliśmy, który pośród bezmiernych Pampy równin pióropuszem palm, baobabów, orchidej wystrzelał. A, gdy się brama otworzyła, aleja przed nami mroczna, duszna, która do Pałacu wiedzie ciężko złoconego, Maurytańskiej lub Renesansowej, Gotyckiej a też i Romańskiej architektury, w drżeniu kolibrów, o – Trans Atlantyk much wielkich złocistych, motylów różnobarwnych, papug rozmaitych. Zawołał Gonzalo:

– A tośmy w domu! Witajcież! Witajcież!

Dopiroż nas ściskać, pod nogi obejmować, do domu prowadzić! Ja się zdumiałem, a zdumiał się też Tomasz z synem swoim, widząc Salonów, Sal wielkich luxusy, które Plafonami, Parkietami, Stiukami a Boazeriami, a też Wykuszami, Kolumnami, Malowidłami, Posągami, dalej więc Amorkami i Refektarzami, Pilastrami, Makatami, Kobiercami, tyż i Palmy, tyż i Wazony, Wazy Filigranowe, kryształowe, jaspisowe, korczyki, koszyki palisandrowe, truny, kotylety weneckie albo i florenckie, a także lite filigrany. A jedno obok drugiego natłoczone, napchane, że nie daj Boże, że już głowa boli; bo to Amorek obok Maszkary, a tu na fotelu Madonna, tam na pasie Waza i jedno pod stołem, drugie za Wazonem, tam znowuż Kolumna nie wiedzieć skąd i po co, a obok Tarcza, albo i Półmisek. Wszelako, widząc Tycjanów, Rafaelów, Murillów malowidła, a też i inne arcydzieła nadzwyczajne sztuki, z poszanowaniem to wszystko oglądaliśmy, i ja powiadam:

– Skarby to są, skarby! – A skarby – powiada – i właśnie dlatego ja, kosztu nie szczędząc, wszystko zakupiłem i tu do kupy zgromadziłem, żeby mi trochę Potaniały. Owóż te Arcydzieła, Malowidła, Posągi, razem tu zamknięte, jedno drugim taniejąc od nadmiaru swego, tak już tanimi się stały, że ja ten Wazon rozbić mogę (i Wazon Perski, astrachański, majolikowy, seledynowy, ażurowy nogą z podstawki zepchnął, że się ów Wazon na tysiąc kawałków roztrzasnął. Pies to lizał! Pies to lizał… A tu właśnie piesek mały przez salę bieży Bonoński, choć widać z pudlem skrzyżowany, bo ogon miał pudla, a szerść foksteriera. Zaraz też Majordomus przyleciał, któremu Gonzalo rozkaz wydał, aby stół zastawić, bo, mówi, najserdeczniejsi to Przyjaciele, Bracia moi! Mówiąc to, Panu Tomaszowi w ramiona znów upadł, potem zaś mnie ściskał, a też i lgnąca.

Ale powiada Tomasz:

– Coś tu psi się gryzą. Jakoż dwa pieski, z których jeden Kusy Pekińczyk, ale z kitą, drugi zaś Owczarek (ale jakby szczurzy ogon miał, a pysk Buldoga) razem przez pokój, gryząc się, przebiegły. Gonzalo wykrzyknął:

– A gryzą się, gryzą! Oj tyż to, nieźle się gryzą, patrzże Pan Dobrodziej, jak ta Madonna tego Smoka chińsko-indyjskiego gryzie, a ten zielony Dywan Perski z tamtym Murillem moim się podgryza, a te gzymsiki z tymi posągami, diabłaż to, chyba będę musiał klatki im posprawiać, bo się i zagryzą! Tu śmiechem wybuchnął i bacik mały, co na stole leżał, złapawszy, bić nim Meble zaczął, wołając:

– Masz, masz, nie gryź się, do budy, do budy! I uradowany, dalejże nas ściskać, całować, głównie zaś Pana Tomasza, choć też i lgnąca. Zmiarkowaliśmy, że gryzienie owo nie tylko od psów pochodziło, ale też za sprawą tych mebli rozmaitych, między sobą sprzecznych i skłóconych, było. Lecz powiada Tomasz:

– A tam Biblioteka.

Jakoż w pokoju obok, dużym, kwadratowym, książek, skryptów kupy na podłodze, wszystko wywalone, jak z taczek; aż pod sufit góry; tam zaś wśród tych gór, dopiroż przepaści, zręby, jary, usypiska, rozdoły, a tyż kurz, pył aż w nosie wierci. Na górach tych tedy chudzi bardzo Czytelnicy siedzieli, którzy to czytali; a może ich siedem albo osiem było. – Biblioteka – mówi Gonzalo – biblioteka, oj, co za kłopot z tym mam, skaranie boże, a bo najcenniejsze, najbardziej szacowne to dzieła geniuszów samych, najprzedniejszych Ludzkości duchów, ale cóż, panie, kiedy Gryzą się, Gryzą, a też i Tanieją od nadmiaru swego, a bo za dużo, za dużo, i co dzień nowych przybywa, i nikt wyczytać nie może, bo za dużo, ach, za dużo! Owóż ja, panie, Czytelników zgodziłem i im słono płacę, bo już mnie wstyd, że tak wszystko Nieczytane leży, ale za dużo, wyczytać nie mogą, choć i bez przerwy dzień cały czytają. Najgorzej jednak, że się książki wszystkie gryzą, gryzą i chyba jak psy się zagryzą! Zapytałem więc, bo właśnie piesek mały przeleciał, do wilka podobny, a też do jamnika:

– A ten z jakiej rasy? Mówi:

– To pieski moje pokojowe. W tejże zaś chwili Tomasz innego psa zobaczył, który w sieni leżał, i mówi:

– Ten pewnie Legawiec, ale kłapouch z niego kiepski, bo jakby Chomika miał uszy. Odpowiedział Gonzalo, że sukę miał Wilczurę, która chyba w piwnicy z Chomikiem sparzyć się musiała, a choć potem Legawcem pokryta, z Chomika słuchami szczenięta wydała. – A huź, a pójdziesz! – krzyknął.

Coraz więc nam markotniej… a choć gościnność, grzeczność jego do wzajemnej grzeczności nas zmuszała, trudno było ukryć wzrastające pomieszanie z przyczyny dziwaczności domu tego i człowieka tego. Tomasz zasumował się, spode łba patrzy, jak karp się naburmuszył wąsiskami, lgnąc biedaczyna jakby kij połknął, wcale nic nie mówi, stoi, ja, choć to niby z Gonzalem w przymierzu, sam nie wiem czego spodziewać się po miejscu owym, które nie tyle może poszczególnym jakimś rażącym dziwactwem, ile zespołem wielu drażniących szczegółów o silny nas ból głowy przyprawiało. Gdy Gonzalo, przeprosiwszy nas, do pokojów swoich odszedł żeby wygodniejszy strój przywdziać, sami zostaliśmy, ale niesporo nam do rozmowy było; i, w ciszy, much brzęczenie, papug krzyk, piesków warczenie, gryzienie, w dusznym wieczoru upale słyszeć się dało. Aż tu Gonzalo powraca, ale w Spódnicy! My na ten widok zbaranieliśmy, a Tomaszowi krew do głowy z gniewu strasznego uderzyła i byłby go może i trzepnął… cóż kiedy to spódnica nie spódnica była! A diabła tam! Wprawdzie spódnicę nałożył, białą, koronkową, ale ona krojem coś trochę Szlafrok przypomina; bluzka zaś, zielona, żółta, pistacjowa, niby bluzka, niby zaś koszulka. Na głowie Kapelusz duży, słomkowy, kwiatami przybrany, w ręku Parasolka, a na nogach gołych Sandałki czy może Ciżemki.

Dopiroż zakrzyknął:

– Hoc, hoc, do stołu proszę, zabawimy się, a niech tam! Hej, służba, podawać! Ale, widząc zgorszenie nasze, dodał:

– Oj coś widzę, że na mnie jak na raroga spoglądają, ale ja nie raróg; i niechżeż to wam wiadome będzie, że w kraju moim rodzinnym powszechnie z przyczyny gorąca nadmiernego w spódniczkach po domu chodzą; a tak nic w tym złego ni dziwnego nie ma i o pozwoleństwo proszę, abym mógł dla wygody swojej ten strój nosić. Co kraj to obyczaj! A tyż nieco się przypudrowałem, bo mnie skóra od gorąca 84 pierzchnie. Hej, służba, zastawiać, podawać, święto dzisiaj, jazda, gość w dom, Bóg w dom, całym sercem proszę, a uściskajmyż się jeszcze raz, bo to już chyba lepszych Przyjaciół, Braci ja nie miałem, a święto, a święto! I ściska, całuje, a za ręce nas złapawszy, do Jadalni bieży z pokrzykami, wykrzykami, tam zaś stół okrągły od pucharów, kryształów, Roztruchanow, Filigranów się ugina… a zaraz też lokaje z tacami, Półmiskami, Imbrykami, ale, panie, patrzemy, a to Pokojówki chyba! Znowuż jednak patrzemy, a to Lokaje bo z Wąsikiem; choć może i Pokojówki, bo w Czepeczkach; ale chyba Lokaje, bo w spodenkach. Zawołał Gonzalo:

– A proszęż jeść, pić, sobie nie żałować, święto, święto u mnie, a dalej, a wcinać!

Nalał mnie grzanego piwa; ale piwo nie piwo, bo, choć piwo, winem chyba zaprawione; a syr nie syr, owszem syr, ale jakby nie syr. Dalej pasztety owe chyba Przekładance, a jakby Precel jaki lub Marcepan; nie Marcepan jednak, a może Pistacja, choć to i z wątróbki. Niegrzecznie byłoby nazbyt się owym smakom przypatrować, więc też jemy, winem a może piwem albo i nie piwem popijamy, a choć kto i długo kąsek żuje, jakoś go przełyka. Gonzalo zasię huczne serdecznej gościnności dawał dowody i śpiwkę zaśpiewał:

Oczko moje co tak strzelasz, Ubij, zabij, idzie Grzela!

Aż tu zawołał:

– Diabłaż tam, a czemu to nikt nie stoi, przecie ja specjalnego Chłopaka od Parady trzymam, żeby Stał przy gościach… Czemuż to Parady nima? Hej, hej, Horacjo, Horacjo! Na to wołanie Chłopak z kredensu wyszedł i na środku pokoju przystanął. Gonzalo na niego:

– Ty, taki, wałkoniu, czemu nie stoisz, za co ci płacę, tutaj Stać masz od Parady! A do nas mówi:

– Zwyczaj taki jest w kraju moim, a głównie w porządniejszych domach, aby jeden sługa tylko dla Parady stał; ale wałkoń woli do góry brzuchem leżeć. Pijmy, popijajmy!

Pijemy tedy. Popijamy. Ale ciężko, ciężko, o, ciężko, jakbyś gdzie po polu błądził, a do tego Pusto, jak w pustej stodole i jakby słoma tylko była, pusta. Owóż to, w bezbrzeżnej pustce duszy mojej, jakbyś katarynkę kręcił. Wszelako patrzę na Bajbaka tego, który pośrodku pokoju stoi i się pogapuje, a widzę, że Horacjo ów co czas pewien Rusza to tym, to owym… i tak, okiem mrugnie, albo ręką ruszy, albo z nogi na nogę przestąpi, albo ślinę przełknie. Poruszenia owe wprawdzie dość naturalnymi były, ale i Nienaturalny miały pozór… choć i naturalne, a tyż ledwie dostrzegalne… ale coś mnie się zwidziało, że on nie tylko od Parady… i, lepiej się tym Ruchom jego przypatrzywszy, to spostrzegłem, że gap ten chyba tak do Ignacego rusza. Ale Gonzalo zaśpiewał:

Matuś matuś, oj to Fika Ale lepiej jeszcze Klika!

Owoż się patrzę, choć niby nie patrzę, ale tyż to patrzę… i widzę, że Bajbak ten z Ignacem się stowarzysza, a w takim sposobie; co lgnąc się Ruszy to i on się ruszy (choć prawie nie widać) a właśnie, jakby u lgnąca był na sznurku. Jeśli więc lgnąc po chleb sięgnie, to on Okiem mrugnie, a jeśli lgnąc piwa popije, to on Nogą ruszy; a ciut, ciut, że prawie ruchy jego się nie zaznaczają; ale tak swoimi Ruchami jego Ruchom odpowiada, że jakby jemu ruchem przygadywał. Pewnie też i nikt tego oprócz mnie nie dostrzegł.

A w tej samej chwili pies duży, legawy, przyszedł się łasić; i jak baran czarny; ale nie baran to był, bo jak kot duży z pazurami; tyle tylko że z koźlim ogonem i zamiast miauczeć, jak koza beczał. Zawołał Gonzalo:

– Pódź, pódź, Negrito, a tu masz Ogryzek! Zapytał Tomasz:

– A ten z jakiej Rassy? Gonzalo na to:

– Sukę miałem San Bernarda z wyżła i szpica domieszką, ale podobnie z Kotem Mruczkiem gdzie po piwnicach sparzyć się musiała; a żebyś nie wiem jak pilnował, nie upilnujesz. Ale chodźmyż do sali na cukry, tam chłodniej, przewiewniej, proszę, proszę miłych Gości moich! Powiada Tomasz:

– Niechże nam wybaczone będzie, ale już się ściemnia, a drogi nie znamy, do tego pilne sprawy mam; czas na nas. Każ Pan Dobrodziej konie zaprzęgać.

Zawoła:

– Nic to, nic to, ani słyszeć nie chcę, jeszcze tego nie było żebym Gości przed nocą wypuszczał! Hej ha, hej ha, kazałem tyż koła z powozów pozdejmować!

Muchy tedy duże, złociste, z nastaniem mroku się pojawiły i pod palmami roić się zaczęły, a gdy Papug krzyki gasną, inne głosy, jazgoty, pokwiki nocne nie wiedzieć jakich Zwierząt się zrywają i noc mantyllą swoją nakrywa szumne Baobaby. My cukry nie cukry, gawędzimy a nie gawędzimy i, choć nie pijani, a pijani, między Meblami, które już nie wiedzieć czy Meblami są czy może Wazami… ale Pusto i jak na pustyni. I, choć to coś począć, postanowić trzeba, wszelka myśl, wszelkie postanowienie jak rżysko, jak Słoma, jak Badyl wiatrem przewiany na rozłogach suchych. I coraz większa Nicość, pustka nasza. Ów zaś Bajbak po staremu na środku stoi i Ignacowi w takt ruchami swoimi tańcuje, choć i nie tańcuje (bo to niby Stoi). Na koniec ulgę nam sprawił gospodarz, do snu dając hasło i sług nawołując, aby nas do pokojów gościnnych prowadziły.

Mnie do spania wyznaczono Pokój Kąpielowy, obok zaś Tomaszowi Buduar, w którym cacek pełno rozmaitych, głównie zaś Wachlarzyków, Figurynek szyldkretowych lub porcelanowych ale i Piankowych, na półkach, Konsolach, stołkach, stolikach Chińskich, za Parawanami. Ignacemu w innym skrzydle pałacu sypialnia przyznana, a stąd Tomasza zgryzota bo już jawnym się stawał zamiar Gonzalowy, żeby jego osobności mieć. Gdy w pokoju sam się znalazłem, a tyłki z zapaloną świcą, dość silna mnie schwyciła trwoga i tak d siebie samego powiadam: o, co ty robisz, czemu się oddajesz; uważaj, żeby tobie to na Złe nie wyszło… lecz słowa moje puste puste, puste. Po raz wtóry tedy powiadam do siebie: o, dlaczego tu jesteś, dlaczego z Puto przeciw Ojcu zacnemu spiskujesz wszak tobie to na Złe wyjść może… ale jak pieprz, jak badyle suche, puste wszystko. Powiadam tedy: o, dlaczego ty te Ku w Rękaw wpuszczał, dlaczego Rodaka Swojaka zdradziłeś?,., ale jak makiem zasiał, pustką zalatuje, pusto, panie, pusto,., To mnie silne złapało Przerażenie, ale całkiem puste. Najdziwniejszego tedy uczucia doznałem, bo nie strach chyba, a Pustka strachu mojego mnie przeraża; i już to nie sam Strach, a tylko właśnie Strach z powodu braku Strachu. Na pustyni tedy mojej to powiadam:

– Idźże do Tomasza, wyznaj winę swoje, wyznaj Prawdę całą, niech tu Prawda nastanie, bo tobie co złego stać się może, idź, pośpieszaj!… ale widzę, że zamiast żeby ja tymi słowami się wzruszył, przeraził, one jak Pusta Butelka lub Skrzynia. Widząc więc, żem się wcale nie przeraził, takem się Przeraził, że do Tomasza pokoju jak szalony wpadłem, to krzycząc:

– Wiedz Tomaszu, przyjacielu mój, że ja ciebie zdradzam i Pojedynek ten bez kul był, bo takeśmy z Gonzalem urządzili! Na miłosierdzie Boże, uchodź z Synem swoim, uchodź, póki czas, bo tu w tym domu przeklętym Syna ci uwiodą; i nie tobie z tymi gusłami się mierzyć! Uchodź, uchodź, mówię! Tomasz na to wezwanie i wyznanie moje z łóżka wyskoczył i, w Koszuli pośród cacek, ramiona do góry wzniósłszy, zakrzyknął:

– Prawdaż to, że bez kul był Pojedynek?

Przybliża się, doskakuje, za ramiona chwyta:

– Mówże, mówże! Bez kul? Bez kul? Prochem tylko!

Gdy Starzec mnie za ramiona złapał, ja na kolana przed nim padłem w skrusze, w Żalu i Boleści mojej… ale Skrucha pusta. On nic, tylko dychał, a dychanie jego ciężkie, sapliwe, cały pokój, zda się, wypełniało. Pyta:

– To wyście wszyscy w zmowie byli?

– Ja z Gonzalem.

– A inni świadkowie?

– Baron, Pyckal także w zmowie.

Dycha, dycha ciężko, jak pod Górę. Powiada:

– A za cóż ty mnie to zrobiłeś? A za cóż tyś moich siwych włosów nie uszanował? A powiedzże co ja ci zrobiłem, że to mnie zrobiłeś?

Płaczem wiec ciężkim, serdecznym wybuchnąłem, jego za nogi stare obejmując; ale łzy moje próżne, jakby z dachu cieką.

– To samym prochem ja strzelałem? To samym prochem ja strzelałem? To samym prochem ja strzelałem?

Trzy razy powtórzył. Gniew jego poczuwszy, silniej do Nóg mu przypadłem i, głowy podnieść nie śmiejąc, gniew siwej głowy Starca starego, gniew rąk drżących, palców jak szpony zakrzywionych, oczów dawnych, Wyblakłych i kości suchych gniew nad sobą czułem. Znów tedy do nóg jemu się tulę, a bezlitosne, twarde Nogi jego!

Rzekł:

– Ano, niech się stanie Wola Boża!

Wykrzyknąłem:

– Na rany Chrystusowe, co zamierzasz?…

O, Bóg widzi, żem w tej chwili we wszystkim tak postępował, jak potrzeba było, i powinny Lęk, Strach, Drżenie okazywałem… ale straszny mnie był mój Strach właśnie Niestrasznością swoją, o, czemuż to ja u Ojca nóg gniewnych i na kolanach moich Żalu, Bólu, Lęku czuć nie mogę, a tylko Słoma, siano, Badyl, Badyl pusty! Mówi:

– Ja hańbę moje zmyć muszę… ja to krwią zmyję… ale nie babską krwią nikczemnika tego… Tu innej, Cięższej nieco, krwi potrzeba!

Ja jemu do nóg. Ja do Nóg jego! Ale twarde Nogi. Tu głos chrapliwy, tu Włos siwy; tu zmarszczki, dłoń wznosząca się, drżąca, oko na pół powieką przykryte, a przekleństwo jego tuż nade mną! Owóż zadrżałem, zmartwiałem, alem na próżno zadrżał, zmartwiał, bo próżno, próżno, Pusta Lufa i Pistolet Pusty!

– Podobnież mnie i Syna mego na dudków wystrychnąć chciano; ale Syn nie dudek! A ja tyż nie pajac! I krzyczy pośród tych cacek:

– Nie pajac!

Wtenczas poznałem, że i jemu Pusto… I otóż to, jak w lasku sosnowym, gdy Sucho, Pusto, a wiatr daleki Badyle, zeschłe rośliny przewiewa, nimi potrąca, szeleści, do mchów zagląda, listkami, łodyżkami się zabawia… a w górze sosny, chojary… Daremny krzyk! Próżny gniew! Pieprz, macierzanka, a co przepadło, to przepadło! Ale przysunął się do mnie Stary… przysunął się, za rękę ujął i usta swoje do mojego ucha mi przybliża:

– Z pomocą Bożą krwią to zmyję, a krew ciężka, straszna będzie, bo Syna mojego!

Powiadam:

– Co chcesz robić? Co chcesz robić? On na to:

– Ja Syna swojego własną ręką ojcowską zgładzę i jego Zabiję jego tą Ręką moją zamorduję, Nożem, albo nie Nożem, pchnę… Krzyknąłem:

– Szalony chyba! Na Boga! Co mówisz? – Zabiję, zabiję, bo nie może to być, żebym z Pustego Pistoletu strzelał… i tak ja jego zabiję, Zabiję! W pustocie strachu mego pusto, pusto, spiesznie, pokój opuściłem. Z okien Gonzala salonów światło mdławe księżyca padało. Owoż pewnem było, że Tomasz ten zamiar swój do skutku przywiedzie, a i nie tylko dlatego że za śmieszność swoją się mścił i że Syna tą śmiercią straszną tyż od pośmiewiska chciał ratować. Gdy w boju morderczym Ziemia, Niebo łuną objęte na zadach, chrapiąc, przysiadają, a Wali, Rozwala się i Krzyk, Ryk, Matek jęk i Mężów Pięść w zgrzycie i szczęku, a w Trumien i Grobów pękaniu, w ostatecznym świata, Natury wzburzeniu Klęska, Zagląda ach Koniec się zbliża, gdy Sąd nad wszelkiem jestestwem żywem się sprawuje, on, stary, też do Boju staje! Bić się chce z Ojczyzny wrogiem! I gdy wiek podeszły jego na Niemoc skazuje, on Syna swego jedynego do wojska oddawał na śmierć albo na kalectwo. I otóż na szalę nie tylko on Syna swego Najdroższego rzuca, ale też uczucia swoje, tę Ofiarę Starca ciężką, krwawą. Ale marna Ofiara jego. Niestraszny siwy włos. Czcze Starca uczucie! Bo on, z pustej lufy do Puta pukając, pustym stał się a może dziecinnym Staruszkiem i tylko jakiej Papki mu dać, niechby jadł, albo niechby dzieci iskał, albo do wron, kawek z pukawki pukał w dzień letni! Otóż niemoc Pustej Pukaniny jego. A on, tę Niemoc swoja czując, chciał ją w sobie zabić Syna swego zabijając… i, Syna zabijając, on tym synobójczym strasznym mordem swoim Staruszka pustego w sobie zabija, aby Starcem krwawym, Ciężkim stać się i Starcem on chciał Przerazić, Przestraszyć! I próżne błaganie moje! Próżne modły moje! Bo jemu Starzec od modłów moich lękliwych urastał…

A niech to Diabli, Diabli, Diabli, Diabli, Diabli! Gdy tak z myślami się biję w szmerach, szumach, piskach, skowytach nocnych domu tego, Gonzalo skądsiś wyskakuje! – A to dopiero Stary klnie! Wszystko słyszałem, bom za drzwiami był ukryty! Po cóżeś mu, zdrajco, o pistoletach mówił?

– Jeżeliś słyszał, to wiesz, że zabawy twoje morderstwem się skończą, bo on, co powiedział, spełni i Syna zabije.

Wódką buchnął… zatoczył się, mało nie upadł… Pijany jak bela! – Chciałby on mnie Ignaśka mego zamordować – wrzasnął – ale niedoczekanie jego, bo właśnie Ignasiek mój mnie jego zamorduje!

Po pijanemu bredził. Ale coś mnie w tych słowach jego się nie podobało i mówię:

– Pijany jesteś. Idź lepiej spać. Po cóż to lgnąc ma ojca mordować? Oj, oj, idźże ty lepiej, prześpij się, głowy nie zawracaj!

– Starego lgnąc zamorduje! Ja już to sprawię, bo sposób mam na to… ja na lgnąca sposób mam!

Bzdurstwa mówił. Bzdurstw jego pijanych i słuchać nie warto było! Ale coś na końcu języka miał, wiec go za język pociągnąłem:

– Jaki ty sposób na lgnąca masz? lgnąc patrzeć na ciebie nie może.

Obraził się:

– O, o, o! Owszem, dość mnie lubi! A ja to sprawię, że Tatę zabije! Tatę zabije – i mam na to Sposób! A gdy tatobójca starego pryka swojego się stanie, pewnie Pomocy i Opieki mojej potrzebował będzie, bo kryminał, to kryminałem pachnie; i już mi miększym się stanie, oj, dana, oj, dana!

Jego za gardło złapałem! – Powidzże, co zamierzasz? Co ty tu za nowe Szaleństwo, Diabelstwo roisz? Co za konszachty z tym swoim sługusem, z tym Horacjem, knujesz, co on ma do lgnąca, co on tak do lgnąca się Rusza, coś ty z nim umyślił? Powidz, bo cię zaduszę! – a on mnie w rękach zmiękł, oczami wywrócił i szepnął:

– Oj nie ściskaj, nie ściskaj, ściskaj, ściskaj, ściskaj! Jak oparzony od szyi jego odskoczyłem:

– O! zawołałem. – Strzeż się, gadzino, bo ja z tobą się policzę! A wtenczas on wykrzyknął:

– Synczyzna, Synczyzna! Ja oniemiałem. A on znowu:

– Synczyzna, Synczyzna, Synczyzna! – krzyczał na cały głos, aż imię to dom cały, zda się, wypełniło i na Lasy, na Pola uderzyło; i znów „Synczyzna" krzyczał, jak opętany… Gdy tak krzyczy, ja Chodzić zacząłem i już do Chodu mego, w Chód mój uderzyłem! On dalej krzyczy:

– Synczyzna, Synczyzna, Synczyzna i Synczyzna i Synczyzna i Synczyzna! Chód mój od krzyków jego coraz się stawał potężniejszy i już tak Gwałtowny, tak Potężny, że chyba dom cały rozsadza razem z Krzykiem jego!

Wtem patrzę, nikogo nie ma. Uciekł, szelma, widocznie krzyków się przestraszywszy swoich, a mnie samego zostawił, tylko z Chodem moim. Przerwałem Chodzenie. Sala duża, przedmiotami rozmaitymi wypełniona, ale jedno na drugie, jedno z drugim, tam Tryptyk pod Wazą, ówdzie na Kandelabrze Dywan, Fotel na Krzesełku, z Maszkarą Madonna… i Burdel, Burdel, Burdel, a już bez żadnego wstydu jedno z drugim się parzy jak popadnie, burdel. Piski też, skowyty, szurgoty wszelkich zwierząt, które za sobą latały tam po kątach, za firankami, kanapami i, zamiast żeby Pies za Suką, to Pies może z Kocicą, albo z Wilczycą, z Gęsią, kurą, może ze szczurzycą Rozpłomieniony, Rozogniony i Suka z Chomikiem, Kot z Wydrą, Szczur z Krową może, a już wesele, Burdel, Burdel i Wesele, a nic, a nic, a niech tam, a jazda! Jezus Maria! Chryste Miłosierny! Matko Boleściwa! A tu przede mną z jednej strony Synobójstwo, z drugiej Ojcobójstwo!

Otóż pewnem było, że Stary w zawziętości swojej przysięgę swą spełnić gotów, lgnąca nożem albo i nie nożem pchnie… a też pewne, oczywiste, że nie na wiatr słowa Gonzala, i że on Sposób na lgnąca ma, żeby go do ojcobójstwa przywieść… a tak bez zabójstwa chyba tu obyć się nie mogło i tylko w tym rzecz, czy zabójstwo owe Ojcobójstwa czy też Synobójstwa postać przyjmie… Ja przed Tomaszem, ojcem moim, na kolana padać chcę… ale znów krzyk Gonzala „Synczyzna, Synczyzna", mnie w uszach rozległ się, uszy rozsadzając, więc z kolan zrywam się do Chodu mego, w Chód uderzam, Chodzę Chodzę i chyba dom cały rozwalam, starego zabijam! Cóż mi stary! Starego zarżnąć, zakatrupić! Starego gdzie dopaść, zdusić, Starego niechby młody zdusił! Wiecznież tedy Ojciec Syna będzie rżnąć? Nigdyż Syn Ojca? Chodzę tedy i Chodzę. Ale gdy tak Chodzę, chód mój jakby dokądś iść zaczął i dokądś mnie wiódł (choć sam nie wiem dokąd)… tam zaś lgnąc gdzieś, uśpiony, leży… owóż Chód mój chodzi i chodzi i chodzi, a tam lgnąc… i Chodzę, a tam lgnąc gdzieś w pokoju, który jemu Gonzalo wyznaczył… wiec myślę, co tak Chodził będę, do lgnąca pójdę, do lgnąca… i, gdy ta myśl mnie nawiedziła, Chód mój na kurytarz skierowałem, który do Ignacowego wiódł mieszkania; tam zaś ciemno, kurytarz, szelma, długi. Aż tu nogą na coś miękkiego, ciepłego następuję i, wspomniawszy na psy, jakie tutaj zewsząd się ukazywały, myślę: pies nie pies. Strwożony, zapałkę zaświeciłem, ale nie pies to był, tylko Chłopak duży, czarniawy, który na ziemi leży i na mnie bez słowa jednego spogląda, gały wybałuszył. Nie ruszał się. Ja przez niego przestąpiłem i dalej idę, a zapałka mnie zgasła, ale na coś nogą następuję, myślę „pies nie pies", zapałkę świcę, patrzę: Chłopak duży na podłodze leży z dużymi bosymi stopami, ze snu zbudzony na mnie spogląda. Dalej tedy idę, ale zapałka zgasła i znowuż na dwóch Chłopaków nastąpiłem, z których jeden biały, Ryżawy, drugi drobniejszy, chudy, a obaj na mnie spoglądają, ale nic nie mówią, tylko na drugi bok się przewrócili.

Idę dalej. Kurytarz długi. Pojąłem, że tutaj Parobcy zatrudnieni przy gospodarstwie legowisko swoje na noc mają… co mnie i zdziwiło, bo właściwsze byłoby gdyby w zabudowaniach folwarcznych jaka im sionka wyznaczona była… ale już to każden gospodarz wedle swojej głowy rządzi i Kiepska Rada od Pana Sąsiada. Jednakowoż od tych Chłopaków nadmiaru jakaś mnie obrzydliwość zdjęła, aż splunąłem, ale myślę a na coś ty splunął? I, stanąwszy, zapałkę nową zaświeciłem Jakoż tam Chłopak czarniawy, dość duży, leżał, na którego ja, nie chcąc, naplułem i jemu po uchu plwocina ściekała On nic nie mówi, tylko na mnie spogląda. Zapałka mnie zgasła W gniew wpadłem i myślę: co ty się będziesz we mnie Wlepiał, gdy na ciebie Pluję… i drugi raz na niego naplułem Ale nic, cicho, nie rusza się… Zapałkę tedy zaświeciłem i widz że leży a plwocina moja jemu ścieka. Ale zapałka zgasła, a j myślę, cóż do wszystkich diabłów, ścierwo, to ja pluję na ciebie a ty nic, draniu, łajdaku, to jeszcze raz ci Napluję w pysk w mordę, żebyś wiedział!… I Naplułem, ale, gdy zapałkę zaświeciłem, widzę, że leży, nic, na mnie spogląda. I zgasła zapałka, a ja już na głos powiadam:

– Ty taki owaki, już ty mnie ścierwo, draniu, nie przemożesz, a może ty myślisz, że ja pluć przestanę, ale niedoczekanie twoje, już ja ci Napluję i pluć będę, ile mnie się zachce! Jakoż mu Naplułem, ale ani się ruszy i, gdym zapałkę zaświecił, widzę, że na mnie spogląda. Myśl więc taka moja:

– A może on myśli, że ja tak dla przyjemności, dla Rozkoszy mojej?… I, zdrętwiawszy, dłuższy czas na nic zdobyć się nie mogłem i stoję, stoję, on leży, leży i nic, nic, czas mija, upływa… aż wreszcie skoka przez niego dałem, uciekam jak od Morowej Zarazy i pędzę, lecę, o ścianę jakąś się rozbijam, do pokoju jakiegoś czy też sionki wpadłem i stanąłem… bo czuję, że znowuż coś przede mną leży. Cholera, draństwo, jeszcze jeden, a toż końca nie ma, a toż ja ci mordę rozkwaszę… i zapałkę świcę. Owóż na łóżku przy ścianie lgnąc leży, goły jak go matka porodziła, snem zdjęty i nic, śpi, oddycha. Ujrzawszy go, zmartwiałem. Owóż to z pozoru jak przyzwoite spał chłopię. Ale gdy on śpi, w nim śpi Łajdactwo i, o Boże, Łajdak on, nic innego, Łajdak, Łajdak, do Łajdactwa wszelkiego sposobny, a niechby tylko mu popuścić, on by Łajdakiem stał się jak tamte Łajdaki!

Ranek dnia następnego gorętszy jeszcze od poprzedniego popołudnia się okazał i powietrze duszne, wilgotne; od czego poty silne, koszula mokra. Do tego duchota nieznośna na pierś, na rozum, a po kościach, mięśniach wszystkich, darcie, które do nieustannego przeciągania się, rozciągania zmuszało. I tak my niemrawo w tym poranku się babrzemy, ledwie z łóżek powstajemy, z Gospodarzem się witamy i śniadanie, ciężko dysząc, spożywamy. Gonzalo, w szlafroku porannym, Ażurowym, Safianowym i w ciżemkach, piżmem silnie w nosie wierci, a dłonią białą, wypieszczoną, paluszki białe, cukrowe, do kawy podsuwa. Piesków, psów rozmaitych dużo… ogonem, jeśli który ma, to myrda. Jemy co dają, chwalemy! A Bajbak znów stoi i znowuż do lgnąca ciut, ciut się Rusza, a właśnie jakby jemu na fujarce Ruchami swoimi przygrywał, ale tak nieznacznie, tak subtelnie, że i nie wiadomo czy on to do lgnąca robi, czy może i bez intencji żadnej mimowolnie tak oko mruży lub z nogi na nogę przestąpi. Wszelako tak zręcznie a melodyjnie ten Błazenek Horacjo z każdym lgnąca poruszeniem się na boku łączył, że nic innego, jak tylko na flecie przygrywa. I sam Gonzalo to spostrzegł, bo mówi:

– Przyjemniej jeść przy leśnym graniu.

Tomasz, któremu przez tę noc chyba ze dwa krzyżyki przybyło, spod powiek opadłych wzrokiem Siwym, zapadłym. a prawie przedwiecznym na te igraszki spogląda… ale nic nie mówi… i tylko „Owszem" powiada „tej niewdzięczność: Gospodarzowi naszemu okazać nie chcę za Gościnność jego żebym tu dni kilka z Synem nie został; a sprawy, choć pilne poczekać mogą". Zdziwił się Ignacy, oczy wybałuszył (zaraz tyż Bajbak, stowarzyszając się z oczami jego, z nogi na nóg s przestąpił) ale Gonzala nadzwyczaj to Tomasza postanowieni ucieszyło i wykrzyknął:

– Szczęsnaż to godzina! Toś m przyjaciel! Chodźmyż tedy do ogrodu, kości rozruszać. Chodź chodźże Ignasiek, zobaczymy kto w Palanta lepszy, a WPanóv starszych Dobrodziejów proszę i upraszam żebyście sędziami zręczności naszej byli! Piłkę z szafy wydobył, nią w lgnąc cisnął. Zarumienił się lgnąc, Bajbak ślinę przełknął; ale już do ogrodu idziemy, a za nami pieski.

Much dużych, złocistych brzęczenie pośród Palm, krzewów, papug, w gąszczu krzewiastych, pierzastych kwiatów i Bambusów, jak w objęcia duszne i wilgotne ogarniało, b upał silniej jeszcze na dworze niż w domu odczuwać się dawał Zwierzęta rozmaite dziwne na prawo, na lewo się płoszyły i psy duże podwórzowe wylazły, legawce, z Niuchami do nas wąchać: ale Niuchy ich jak Kłapouchy. Za Ignacem Bajbc szedł, a tak zręcznie, szelma, melodyjnie, że jakby na fujarce jego stąpaniu przygrywał. Na łączkę wyszliśmy, gdzie plac Palantowy za parkanem, obok Oranżerii. Wytłumaczywszy gry prawidła, które nie takie jak u nas (bo piłka, z ręki bita o ścianę po dwukrotnem od ziemi odbiciu, z powietrza drugi raz bita o tę ścianę w palant, po dwóch tylko kozłach może być odbita), zaraz Gonzalo piłkę z ręki bił o ścianę i drugi raz bił z dwukrotnego kozła o ścianę w palant; a bardzo zręcznie, lgnąc poskoczył i ją z palanta w kozła przyjął, a Gonzalo zaraz poskoczył i nisko nad ziemią ją z palanta strzelił… aż fyrczała; ale Ignąc skoczył, dopadł, strzelił ją, aż fyrczy, tyle tylko że trochę skantował, bokiem poszła, bokiem! Pobiegł Gonzalo za nią, a na Horacja krzyknął:

– Czemu ty, wałkoniu, tak stoisz, nie lepiej byś się do jakiej Roboty wziął, toż utrapienie z tym bęcwałem, weźże palik, a tych kołków przybij tam na grzędach, bo sfolgowały! Znów piłkę podbija, lgnąc skoczył i ją z kozła w kozła, więc Gonzalo skosem… kręta, kręta idzie!… Dalejże lgnąc skoka daje, wali z Palanta w Palant, tamten ją ściął w powietrzu, aż plasnęła, więc lgnąc ledwie, ledwie złapał i do góry Ś wica; a wtenczas Gonzalo z kozła! Palant! Palant grzmocą! Grzmocą silnie, bach, bach, bach, bach, aż się rozlega!

A tu Bajbak z boku buch, buch, buch, buch, kołki, co na grzędach były, palikiem przybija. Ignacy przegrywał. Gonzalo wygrywał. Na próżno lgnąc skacze, goni!… Gonzalo, lepiej ćwiczony, to Skosem, to Szpryncą podbija i piłka Ignacemu kole nosa lata. Bach, bach, bach, bach, w palanta grzmią, w palanta grzmocą! A tyż Horacjo z boku buch, buch, paliki przybija. Rozeźlił się lgnąc i chyba już ostatnim wysiłkiem, a czerwony i spotniały, buch piłkę z kozła; a wtenczas Horacjo bach z boku w palik! Zafyrczała, Gonzalo zaledwie ją odbił! Więc lgnąc znowu bach, a gdy on bach, zaraz tyż jemu Horacjo do wtóru Buch palikiem w kołek… i tak tym Buch-bachem piłka furczy, leci! Znów tedy lgnąc Buch, Horacjo Bach w palik i Buch-bachem piłka mknie, że Gonzalo prawie dopaść jej nie może! Znów tedy lgnąc bach w piłkę, Horacjo buch w palik, jakby to razem przeciw Gonzalowi grali; lgnąc zasię, czując, że sobie poplecznika zdobył, coraz mocniej wali… I tak, buch-bachem grając, wygrywają! Ja na Tomasza spoglądam, który krzaczastymi oczami swoimi spogląda, a tu buch, buch, bach, bach, bach i co lgnąc buch, Horacjo bach, a tak Buchbachem! Rozumiałże Tomasz, że to nie Palant, a zasadzka, że jemu Buchbachem tym Syna porywają, że Syna jemu Buch-bachem uwodzą? Nic stary nie mówił. Psy się gryzły. Owóż, gdy grę zakończono, Ignacy spotniały, rozgrzany, więc dyszy i dyszy a dalejże jemu Gonzalo winszować, ściskać, sławić nadzwyczajną zręczność jego! I tak już poszło dalej! I już od rana do wieczór nic, tylko Syna uwodzenie, Syna z pomocą tego Bajbaka uprowadzanie… gdy Ojciec ciężko okiem przedwiecznym spogląda Od rana do wieczora ta sama Sromota, ten sam szatański piekielny Gonzala zamysł pośród Papug, Much brzęczących jak wąż zielony, duży, w trawie, w zielsku.

Bo już i jasnem się stało, do czego jemu ten Horacjo potrzebny. Owóż stadninę oglądać poszliśmy, a tam mul bardzo złośliwe, niby to jak Konie chody mają, ale Osłem gryzą. I mówi Gonzalo w tej duchocie, w tym upale: „a na tyć mułach to nikt nie usiedzi oklep, bo zrucają"; i zaraz Ignac mówi: „ja spróbuję"; a wtenczas Gonzalo: „Horacjo, co nic nie robisz, weźże tymczasem tamte kobyłę, przez drążek, bo ona skoków zapomniała". I gdy Ignacego muł zrzuć Horacjo tyż z kobyły spadł, więc jeden i drugi się gramol kości zbierają, śmiechem wybuchają, a tak ich Śmiechy, ich Upadki się mieszają. Śmieje się Gonzalo! To znowuż ze strzelb mi na ptaszki, ale, mówi Gonzalo, weźże ty, Horacjo, pukawkę do wron za stodołą na obrywku popukaj, bo zbyt one ja kurze dzióbią… i tak, gdy lgnąc do ptaszków w gaju, ta Horacjo do wron na obrywku… i znowuż strzały się mieszają Albo, gdy lgnąc w stawie kąpieli zażywa, Horacjo do wody wpadł, więc lgnąc jego za nogę ucapił i na brzeg wyciągnął Takież to nieustanne mieszanie, takież Bajbaka tego wieczr nieustanne, uprzykrzone przygrywanie, stowarzyszanie się ze wszystkim, naprzykrzanie!

Ignacy, choć tyż chyba, co i miarkował, a zły Gonzala zamiar w tym wszystkim przeczuw przeszkodzić nie może żeby mu własne jego skoki, huki, z kimiż Horacja hukami i skokami w jedność się nie zlewa jakby już towarzyszami albo braćmi byli. Widział to wszystko Tomasz, a jakby nie widział…

Ale Pusto. I choć to wiadoma nadchodzących spraw straszność, choć Syna uwodzą, wszystko Puste, Puste, aż człowiek o strach, o zgrozę się modli i ich jak kania dżdżu wygląda bo nad strach okropniejsza Niemoc Strachu. Ale my jak Suche Badyle, jak Próżna Butelka, a też wszystko nam jak Pusta Bania. Na trzeci dzień tedy taki mnie zdjął Lęk z przyczyny właśnie Braku Lęku, żem do sadu poszedł i tam pośród krzewów rozpacz moją, klęski moje, grzech mój rozpamiętując, źródło ożywcze Bólu, Zgrozy, obudzić pragnąłem. Rzekłem tedy:

– Jam Ojczyznę stracił. Ale nic, pusto. Rzekłem:

– Ja z Puto na hańbę Ojca się stowarzyszyłem. Ale co tam, nic. Powiadam:

– Tu śmierć, tu Hańba zagraża. Ale i mało co z tego. Śliwki na śliwce rosły i jedną zjadłem, ale większy jeszcze Lęk mnie schwycił: że to, zamiast się lękać, śliwki jem. Ale nic, pusto, jak Mech, jak Macierzanka… i śliwki na ścieżce jem małe, ale smaczne, a słonko przygrzewa, przygrzewa, aż tu w dali Tomasza ujrzałem za drzewami… który po ścieżkach chodził, medytował i ramiona do góry wznosił, a jakby Gromów, piorunów przyzywał… ale śliwkę podniósł, zjadł… Idę dalej, a za krzakiem lgnąc leży z wzrokiem w przestrzeń zatopionym i chyba myśl jego ważna, Ciężka, bo zmarszczony coś w sobie waży, może coś i postanawia… ale nic, śliwkę zjadł jedną, potem drugą. Muchy złociste brzęczały. Ja po ścieżkach, po alejkach chodzę i śliwki zajadam, a na jarzyny, na owoce się pogapuję. Ale ktoś za płotem Syka. Poszedłem do plota, a tam na łączce Bryczka, na niej Pyckal, Baron i Ciumkała, a Baron bat trzyma i konie srokate: dopiroż na mnie kiwają, sykają.

Przez płot przelazłem. Powiadają:

– A co tam nowego, co słychać? Mówię:

– Chwalić Boga, wszystko dobrze. Powiada Baron:

– Tu w pobliskiej Estancji tych podjezdków kupowaliśmy, siadajże z nami, zobaczysz, jakie chody ostre. Ale widzę, że ostrogi przy butach mają, więc powiadam:

– Na bryczce a przy Ostrogach, to pewnie konno gdzie się wybieracie.

Odrzekł mnie Ciumkała:

– Koni pod wierzch próbowaliśmy w Estancji.

Siadłem więc na Bryczkę: a wtenczas mnie Ostrogę Pyckal w łydkę wraził, ażem z Bólu strasznego, okropnego, mało nie omdlał; oni zaś batem po koniach i w galop! Tu konie, batem ćwiczone, jak Szalone gnają! Tu psy wyskoczyły, szczekają, doskakują, ujadają! Tu ja z Bólu przeszywającego ani się ruszyć nie mogę, bo ostroga owa zakrzywiony szpikulec miała i, raz w ciało wrażona, jak Kleszczami się w żywym mięsie utwierdzała. Tyle więc tylko sił miałem, żem do Pyckala zawołał:

– Nie ruszaj, nie ruszaj, boli!… a on za całą odpowiedź Wrzasnął, Ryknął jak Szalony, jak Obłąkaniec jaki, Potępieniec, i nogą swoją gwałtownie pokręcił. Od czego Ból Bolesny, że mnie świeczki w oczkach i zemdlałem.

Gdym zmysły odzyskał, w piwnicy jakiejś się ujrzałem, słabo światłem z małego okienka rozjaśnionej. W pierwszej chwili anim zrozumieć mógł skąd się tu wziąłem, ale Barona, Pyckala, Ciumkały widok, którzy na drugim tapczanie siedzieli, a głównie widok Ostróg owych strasznych, Zakrzywionych, które do butów przytwierdzone mieli, wprędce mnie dziwność przygody mej uwidoczniły. Myślałem jednakowoż, że to oni chyba co popili i z przyczyny jakiejś między sobą Zwady, może i dawniejszej, to ze mną zrobili. Więc powiadam:

– Na Boga żywego, ludzie, chyba pijani jesteście, powidzcież mnie gdzie jestem i za co mnie prześladujecie, bo na wszystko co święte zaklinam się, żem wam nie winien. Za całą odpowiedź tylko Dychanie ich Ciężkie, umęczone, usłyszałem, a na mnie oczami jakimiś niewidzącymi spoglądają i rzekł Baron:

– Milcz, na Boga, milcz! Tak więc siedziemy, milczemy. Wtem Ciumkała ruszył nogą, Baronowi ostrogę swoją wraził w udo! Zawrzasł Baron z bólu okropnego, ale nie rusza się, ruszyć się boi, żeby mu głębiej jeszcze szpikulec nie zalazł… i jak w potrzask złapany cicho, cicho siedzi… aż tu po jakimś czasie Pyckal krzyknął i ostrogę swoje Ciumkale wbił, który w ostrogi potrzasku zbladł, ale skamieniał. I znów cicho Siedzą.

Godziny mijały na takimż milczącym siedzeniu, a ja i odetchnąć nie śmiałem drżąc, żeby mnie który z Szaleńców ostrogi nie wrzepił. Nie zliczę wiele mnie myśli najdzikszych dręczyło, a już na tych obliczach zarośniętych, zapadłych, jak Chrystus na krzyżu rozpiętych, a tyż Piekłem żywym gorejących, najokropniejsze czytałem wyroki. Aż tu drzwi się otwierają i nie kto inny tylko Rachmistrz stary, Rachmistrz ten sam co to mnie Akt wciągania uczył, tenże Rachmistrz we własnej osobie się ukazał! Rachmistrz poczciwy! Ale jakaż to Rachmistrza odmiana! Z wolna, jak trup blady, do nas się przybliża, usta wykrzywione, zaciśnięta szczęka, oko w słup, a Drży jak osika… nie mniejsze wszakże Barona, Pyckala i Ciumkały drżenie, nie mniejsze ich, a jakby śmiertelne, stężenie! Ostrogę miał on do buta przypiętą i, przybliżywszy się, tuż koło mnie stanął, a gdy nikt słowem się nie odzywa, gdy oddech prawie zapierają, ja, jak trup, nic nie mówię, nie oddycham, siedzę… Owóż chyba ze trzy albo cztery godziny my tak Przesiedzieli, jeden przy drugim, bez ruchu, bez głosu, a coś tam Między Nami rosło, rosło, rosło, i, gdy już pod Niebiosa chyba urastało, gdy od świata większym, silniejszym się stało, Rachmistrz mnie Ostrogę swoje ciach, ciach!… W łydkę wraził! Od czego na ziemię upadłem w Bólu najokropniejszym, i przeszywającym… on zaś krzyknął, za głowę się złapał. Na ziemi leżąc i ostrze owe zakrzywione co mnie w Potrzask przyłapało, czując, wcale już się nie ruszałem, aby Bólu Bólem nie pomnożyć. I znowu cisza nastała, a może ze dwie albo trzy godziny trwała. Na koniec westchnął głęboko Rachmistrz i cicho bardzo się odezwał:

– Przytwierdzić jemu do buta Ostrogę. Mnie więc Ostrogę do prawego bucika przytwierdzono, on zaś powiada:

– Teraz do Związku naszego Kawalerów Ostrogi należysz i Rozkazy moje masz wypełniać, a także dbać żeby tamci rozkazy moje jak należy wypełniali. Ucieczki, ani zdrady żadnej, nie próbuj, bo ci Ostrogę zadadzą, a jeżelibyś choć najmniejszą chęć Zdrady, Ucieczki w którym z towarzyszów twoich spostrzegł, jemu Ostrogę masz wrzepić. A jeślibyś tego zaniedbał, tobie ją wrzepią. A jeśliby ten, kto tobie Ostrogę wsadzić ma, tego zaniedbał, jemu niech inny Ostrogę wsadzi. Pilnujże się tedy, a i innych pilnuj, i na najlżejsze poruszenie uważaj, jeśli nie chcesz Szpikulca doznać Bolesnego, ach, Strasznego, ach Piekielnego Szpikulca tego Diabelskiego! I, pot z czoła bladego otarłszy, ciszej powiada:

– Pofolguj mięsień, to ci wyjmę.

Ale pofolgować trudno; bo najprzód mnie Strach musiał pofolgować. A gdy ja po długich staraniach nieco folgi u Strachu mego dla mięśni moich ubłagałem, za najlżejszym Szpikulca poruszeniem znowuż mnie mięśnie tężały i świeczki w oczach, w czaszce łupie, Rozsadza, oj, chyba Ziemia i Niebo pękają! Aż mnie ostrogę wyszarpnął z Krzykiem strasznym, wyjąc, kopiąc i taki Ból sprawił, że znowuż w długie omdlenie popadłem. Gdy się zbudziłem, Rachmistrza nie było, a tylko Pyckal, Ciumkała, Baron siedzą i na siebie spoglądają. Mnie w głowie postać nie mogło, abym od Przyjaciół był więziony, a i drzwi wcale na klucz zamknięte nie były; ot, wstać i wyjść. Wszelako i obawy, abym znowu Ostrogi nie doznał, bez ruchu żadnego, bez słowa siedziałem. Oni tyż siedzą. Aż w końcu ruszył się trochę Baron, a zaraz tyż Ciumkała Ostrogą ruszył; ale rzekł Baron:

– O pozwoleństwo proszę, abym do garnka poszedł, strawy przyszykował, bo dziś kolej moja. Dopiroż pozwolenie mu danem zostało i do garnka poszedł, ale Pyckal tuż przy nim i Ostrogą; a Pyckala Ciumkała pilnował, ze mnie tyż oczu swoich nie spuszczając. Znów tedy silnie się tam natężyło, ale, gdy strawę nagotowano, nieco sfolgowało i jęknął Ciumkała:

– Boże, Boże, Boże…

Pojąłem tedy, że nie ma nadziei.

Nie będę ja Czytelnika łaskawego drobiazgowym opisem mąk moich, w potrzasku owej Ostrogi zażytych, nużył. Owóż Potrzask to był, Potrzask, w który my jak szczury i jak kwiki wpadli, a wszystko za Rachmistrza sprawą. I gdy co czas pewien Ostroga nieco folgowała, z urywkowych Barona lub Ciumkały zwierzeń, z głuchych Pyckala jęków jam się prawdy dowiadywał…

Od tego więc się zaczęło, że po Pojedynku, gdy ja z Tomaszem do estancji Gonzala się udałem, Baron przez Ciumkałę Pyckala na pojedynek wyzwał o to, że jemu Pyckal w łeb dal. Przez Ciumkałę, powiadam, to wyzwanie było, bo gdy Baron z Pyckalem razem z pojedynku wracali na ogierach swoich, Ciumkala z rowu wylazł (na nich w rowie czekał) a że to zły bardzo (myślał, że oni jego umyślnie od świadkowania Gonzalowi odsunęli, żeby Interes mu zepsuć i jego do Zysków nie dopuścić) więc z rowu wylazł, a powiada:

– Ogiery, ogiery, ale lepiej by się wam Kobyły zdały, bo wy Kobyły chyba a u Kobyły za świadków byliście, wiec to i Kobyły… Tak im podłazi, że znowuż Ogiery pląsać a skakać zaczęły, aż Baron jemu butem chciał dać między oczy; ale, zamiast żeby jemu dal, Pyckala w udo kopnął, bo Ciumkała na ziemi siadł. Siedzi więc Ciumkała, a tam Pyckal Barona w ucho:

– Ty taki owaki, co mnie kopiesz?! Powiada Baron:

– A za coś mnie w łeb dal? Powiada Ciumkała z ziemi:

– Oj tyż to Kobyły się gryzą, deszcz będzie!… Tu ogiery skaczą, pląsają. Dopiroż Baron Pyckala w ucho! Owóż krew się burzy, a jeden drugiego na pojedynek wyzywa (a Ciumkała od Kobył wyzywa), a już to tym bardziej do tego nowego palą się pojedynku, że sromotę tamtej z Putem pukaniny zatrzeć pragną. Gdy tedy, tak wyzywając się, do Biura dojechali, prosił Baron Rachmistrza żeby, jego imieniem, Pyckala już pro forma wyzwał na szable lub na pistolety. Ale powiada Rachmistrz:

– Co ja wyzywał będę, przecie wy się kuli boicie, bo już to jasne, oczywiste, co ludzie mówią, że Pojedynek tamten bez kuli był, więc tyż pewnie i ten Pojedynek bez kuli mieć chcecie… oj, Ogiery wy, ogiery, ale z pustego Pistoletu i Prochem strzelacie… A Ciumkała:

– Kobyły, kobyły… To Baron z Pyckalem na nich, bić ich chcą, ale w końcu na wódkę razem do Rajtszuli poszli. Tam Baron i Pyckal krzyczą, hałasują, że choćby Pazurami, a choćby Cepami, albo Widłami a na śmierć samą, do krwi ostatniej… i sierdzą się, do oczu sobie, Rachmistrzowi, skaczą, a to Młyn, a to Zastawa, między sobą sobie dogadują, a już wszystkie stare urazy, wspominki, wszystkie krzywdy od wieka wieków doznane jak żywe przed oczami stają. Dopiroż powiada Rachmistrz:

– Mam ja Ostrogi, które szpikulec mają silnie zakręcony, a gdy wy cepami bić się chcecie to lepiej chyba Ostrogami tymi… ale tyż to Ostrogi nie dla kobył, a chyba tylko dla Ogierów!… A Ciumkała:

– Kobyły, kobyły!… Krzyknęli, że Ogier! I proszą się, żeby im te ostrogi przytwierdzić, że tu zaraz nimi na śmierć się zadźgają! Dopiroż Baron Pyckalowi ostrogę swoją wraził, Pyckal Baronowi i tak w Potrzask wpadli, że ani ruszyć się nie mogli. Rachmistrz jak ściana pobladł, oczy jemu na wierzch wylazły i, ostrogę sobie przytwierdziwszy, ich dopadłszy, tak skłuł, tak stratował, skrwawił niemiłosiernie, że jak Psi wyli z Pianą i w niebo ryk bił z miejsca tego Okrutnego. Odtąd się ta Męka zaczęła, Golgota, ten Związek, Potrzask Szatański Diabelski.

Przyczyny, która Rachmistrza do tak okropnego Potrzasku skłoniła, z własnych ust jego bladych się dowiedziałem, gdy na noc do piwnicy wrócił. – Wszystko – powiada – aby los nasz przeklęty przemóc i natury wrogość zgwałcić i odmienić!

– A bo żal się Boże – mówi – toż znowu nam na tej wojnie tyłków piorą. I znowuż Przegrana! Przeklęty, przeklętyż los! A czy to Natura nami pogardziła, że tyż nic nam na Dobre, na Udane, na Szczęśliwe nie chce wyjść, a wszystko właśnie na Złe, na Złośliwe się obraca? A toż widać Bez Kuł strzały nasze! A toż pusta Lufa nasza! A toż podobnież Natura nas nie chce i, wzgardliwa, za słabość naszą Śmierci, Zagłady nam życzy!

– Przeklęty los! Dlatego ja, Rachmistrz, widząc pana Tomasza, jak z Pustego Pistoletu strzela, to postanowiłem; że Strasznym się stanę i na Naturę się rzucę, ją zgwałcę, przemogę, Przerażę, iżby się nam Los odmienił… O, zgwałcić Naturę, zgwałcić Los, siebie zgwałcić i zgwałcić Boga Najwyższego! A bo nikt się Poczciwości naszej nie ulęknie, Straszni być musimy!

– Dlatego ja – mówi – szpikulec tym Ostrogom zakręciłem, aby w Potrzask Arcybolesny chwytały. Aby Hufiec Przemożny Kawalerii stworzyć Najstraszniejszej, która by Uderzyła, Rozgromiła, Poraziła i Los nam inny na Naturze wymusiła! O, Moc, Moc, Moc! Więc ja was i siebie w ten Potrzask złapałem i męczę, a już męczyć nie przestanę, bo przestać nie mogę… bo jakbym sfolgował to wy byście chyba ze mnie pasy darli… Dlatego nie ma folgi! Nie ma folgi!… Tak to on mnie do ucha szepcze, a blady, trzęsie się, drży, szczęki jemu latają, palce kurczą się i rozwiewają, głos to piskliwy, to bardzo głęboki.

Dopiroż powiadam do niego:

– A, panie Grzegorzu, na cóż to tobie, przecie to ci na zdrowie nie wyjdzie, a i trzęsiesz się, poty tobie występują. Szepnął:

– Milcz, milcz! Trzęsę się, bom słaby. Ale Mocnym będę, gdy Słabość, Małość w sobie zduszę i Przerażę. Ty zaś zdrady nie próbuj, bo Ostroga! I ręką drobi, który to był zwyczaj jego z dawnych czasów. Otóż to dni, jak noc, ciemne, noce, jak dni, bezsenne w piwnicy owej. Już tedy nic, tylko Ostroga i Ostroga, i tak godzinami, dniami, nocami siedziemy i siedziemy i na siebie spoglądamy, a wszelki ruch nasz, wszelkie poruszenie ciężkie utrudnione nam się stało we wzajemnym Spętaniu Opętaniu naszym. Gdzież to Barona gracja, fumy, szyki? Gdzie Pyckala huczność? Gdzie Ciumkały wieczyste lizanie? Oto jak robaki w tej piwnicy między sobą się babrzemy, jeden tam z drugim się gmerze, a gdy po Natężeniu Folga, po Foldze znowuż Natężenie i jęk tego, kto w potrzask Ostrogi się dostał. Nawet więc wtedy, gdy co zrobić, obrządzić trzeba było, wodę zagrzać, garnków wymyć, zawsze we dwóch to spełnianem było, a bardzo powolnie, ostrożnie, żeby to broń Boże nagłego ostrogi ciosu nie wywołać. I tak od rana do wieczora Siedziemy, Siedziemy i Milczemy, mało co mówiemy, a jakbyśmy wrogami sobie byli, choć wszystko wspólnie załatwiamy. A dopiero, gdy nocą sen zmorzy (choć tam zawsze jeden z drugim czuwał), dopiro wtenczas, powiadam, gawęda nasza się zaczyna i charczy Pyckal, sapie, szumi Baron, wzdycha, ględzi i płacze Ciumkała, a Rachmistrz pod nosem lub przez nos mamrocze. Słuchając tedy tych głosów pradawnych, zrozumiałem wszystką bezdenność Uwięzienia mego – bo chyba to nie Dzisiejsze, nie Wczorajsze, chyba Przedwczorajsze i jakże to Dzisiaj z tym się zmagać co pewnie w zamierzchłym odbywa się czasie… Hej, ciemny bór, ciemny pradawny! Hej, puszcza wiekowa! Hej, stary Spichrz stara Stodoła, Zastawa, a i Młyn nad wodą… Przez sen tedy gwarzą, a jeden z drugim się chandry czy, ten temu zipie, tamten burczy, ów coś tam gada, gada, mędrkuje, mędrkuje, aż dnia jednego Urzędniczka panna Zofia przybyła, przez Rachmistrza w potrzask przyłapana, a tego samego dnia pod wieczór Kasjer zwabiony i złapany został. Coraz więc szumniejsze, bujniejsze ponocne Pogwary i jeden tam się miota, rzuca, drugi „chuli, buli" szepcze, albo „klumka, klumka", i od ty mowy mnie włos się jeżył a serce mdlało, jakbym w piekielnych przebywał okręgach.

I w ciągu dni kilku prawie wszystkie Urzędniczki do piwnicy zwabione zostały, aż i kawałka gołego na ziemi nie było, żeby się człowiek mógł położyć… W tym zaś ścisku dawność, dawność wraca i już jakby nie przeszłe, a Zaprzeszłe było… Więc Pyckal Baronowi, Ciumkale złamany paznokieć pokazał, a Kasjer „Józef, Józef, nie płacz" mówi, a Księgowy płacze! To znów Karasie z nagła wypłynęły, potem zaś Bułka jakaś dawno nadgryziona… i znów Ostrogi cios, znów ból, męczarnia! I już to prawie nie do wiary było, już w głowie się nie mieściło, głównie zaś za dnia; bo drzwi piwnicy tylko na haczyk zamknięte i tylko wstać, dwa kroki dać, wyjść na słonko, na swobodę, o, Boże, Boże, po cóż tu siedzimy, o Boże, Boże, przecie wszyscy wyjść chcemy… a tam Swoboda… W głowie się nie mieści! Rozum się wzdraga! Więc dnia jednego pomyślałem, że jakże to, przecie nie może być, przecie tu wszyscy wyjść chcemy i ja Wyjdę, Wyjdę, o, już Wychodzę, Wychodzę!… Jakoż powstałem i do wyjścia szedłem; oni zaś oczom swoim nie wierząc moje Wyjście śledzą i jakby w nich nadzieja wstępowała… skamienieli… Wtem ruszył się Pyckal; Baron krzyknął, jemu Ostrogę wraził; Pyckal na ziemię z kwikiem upadłszy, mnie dziubnąć chciał, ale chybił; wtenczas panna Zofia mnie swoje wsadziła ostrze; i tak my wszyscy na ziemi w Konwulsjach i z Pianą! Ale na cóż to, o, po cóż to, dlaczegóż to, w jakim celu, a po co, na co, a dlaczego?

I otóż to Pustka! Puste wszystko, jak pusta Butelka, jak Badyl, jak Beczka, skorupa. Bo tyż, choć straszna męka nasza, przecie pusta, pusta i pusty Strach, pusty Ból, a już i sam Rachmistrz pusty, jak Próżne Naczynie. I dlatego kresu męce nie ma, a my tu i tysiąc lat siedzieć mogliśmy, sami nie wiedząc po co, na co. Nigdyż tedy z tej pustej trumny się nie wydostanę? Wiecznież tu konał będę między tymi ludźmi, w prapradawności swej zatopionymi, nigdyż na słonko, na wolność nie wyjdę? Wiecznież podziemne ma być życie moje?

Syn, Syn, Syn! Do syna biec, uciekać chciałem, w Synu wytchnienie, ukojenie moje! Jak to ja wzdychałem w podziemiu owym do rumianych, świeżych lic jego, do oczów żywych, błyszczących, do jasnych kędziorów i jakżebym wypoczął, wytchnął w Gaju jego i nad Rzeką. Tu, pośród potworów, a na całym świecie Bożym, ach chyba Diabelskim, nie miałem ja innej ostoi, innego źródła w pustce, suszy mojej, jak tylko ów Syn, który soków pełny. W tej to tęsknocie za Synem, w tym moim Syna pożądaniu, ja Postanowienie powziąłem, którego śmiałość już tylko rozpaczą natchniona być mogła i tak do Rachmistrza mówię:

– Dobre to, ale za mało, za mało! Nie dość tu Męki, Strachu! Więcej dużo Męki, Strachu, Bólu trzeba. I po cóż my, jak szczury, w piwnicy siedziemy, gdy Czynu potrzeba! Czyn jakiś my spełńmy, aby nas Grozą i Mocą napełnił!

Takem radził. Owóż gdyby rada moja do umniejszenia Bólu lub Grozy zmierzała, oni by mnie, jako zdrajcę, Ostrogą zbodli. Ale gdy rada właśnie większej straszności się domaga i o Czyn woła, nikt się jej oprzeć nie śmiał, a głównie sam Rachmistrz (choć blady, drży, poty biją). Wołam:

– Tchórze! Czynu domagam się, Czynu strasznego a Najstraszniejszego! Patrzą na mnie, spoglądają; wiedzą, że ja to chyba z nieszczerości mówię, że podstęp w tym jakiś; ale ryż wiedzą, że gdyby który przeciw radzie mojej powstał, zaraz by jemu ostrogę zadano (że to Straszności się boi). A Rachmistrz, widząc straszność Rady owej, tyż jej odtrącić nie może, boby i własną Straszność mógł utracić.

Rada w radę. Powiada jeden:

– Ministra zabić. Drugi powiada:

– Mało zabić; zamęczyć trzeba. Trzeci mówi:

– Mało Ministra zamęczyć, trzeba jemu żonę, dziatki zabić!

Powiada Zofia:

– Mało dzieci zabić; lepiej Oślepić. I tak, w pustce Rady Czyn coraz straszniejszy urasta, a Rachmistrz z włosem zjeżonym, z bladym i sperlonym czołem, głosów wszystkich wysłuchiwał, a na nich jak po drabinie do Piekieł zstępował. Ale powiadam; małoż to wszystko, małoż, panie Henryku i panie Konstanty, małoż to, panie Grzegorzu! I co z tego, że my Ministra, albo żonę jego zabijemy, przecie nie od dziś Ministrów zabijają i to zwyczajny czyn, a nie dość straszny. Takiego nam Czynu potrzeba, który by przyczyny żadnej, powodu, ani racji nie miał, a tylko samej gołej Straszności, okropności służył. Lepiej tedy lgnąca, Tomaszowego syna, zabijmy, bo śmierć, młodzieńcowi temu bez żadnej przyczyny zadana, od wszystkich innych będzie okropniejsza. I taka śmierć tobie, Grzegorzu, tyle Grozy przyda, że Natura, Los, świat cały w portki przed tobą popuszczą jak przed Mocarzem! Krzyknęli tedy:

– Zabijać, zabijać!… i ostrogami się tłuką, wyją. Rachmistrz powiada Blado, przeraźliwie:

– Diabli, diabli, ja was stąd nie wypuszczę, wy stąd nie wyjdziecie!

Rada w radę. Powiadam:

– Wyjść nam trzeba, bo tu już i niczego straszniejszego nie dokonamy; a tyż nie ta piwnica nas więzi, a tylko Ostroga. Jeżeli więc kupą wyjdziemy, a z Ostrogami przy butach, to jeden drugiemu się nie wymknie… nie ma strachu! Ale wpierw z panem Grzegorzem ja do Gonzala pojadę, gdzie lgnąc wraz z ojcem swoim przebywa i tam Mord cały obmyślimy. Bo zabić niełatwo, a wszystko dobrze obmyślonem być musi. A tyż przy ostrogach, konno pojedziemy i ufam ja, że mnie Grzegorz szpikulcem przysmali, jakbym ucieczki lub zdrady próbował. Owóż radzą, uradzają, a mojej się Radzie przyglądają i Rachmistrz nosem kręci, coś jemu nie w smak przedsięwzięcie moje. Alem krzyknął:

– Kto tchórz, słaby, kto się boi albo i wykrętów szuka, temu odwagi szpikulcem podpuścić! I krzyknął, Ryknął Rachmistrz:

– Rady nie mogę nie przyjąć, bo ona Diabelska!

Na koniach tedy dwóch bułanych, które z Rajtszuli nam dano, do Gonzala estancji przez pola pędzimy; i Rachmistrza galop obok galopu mego się rozlega! Pędzi Rachmistrz! Ja W, obok pędzę. Bezkresna równina! Dalekość niezmierzona, która czoło chłodzi i chyba ze strzelbą za ptaszkami, szarakami, albo gdzie pod miedzą wytchnąć, usnąć… lecz z nami Ostroga.

I z nami Czyn nasz, którego dokonać musiemy. I nie wiem już czy ja Katem, Oprawcą do syna pędzę, czyli jak do źródła abym sobie wargi spieczone odświeżył… a łoskot Pustego Galopu, łoskot Pustki naszej na tych pampy równinach i pustych obszarach jak Dzwon, jak Bęben jaki się rozlega! Boże, Boże, jakże to ja katem jadę, pędzę, jakże katem będę synowi mojemu!

I gdyśmy do dużego kasztana dojechali, Rachmistrza koniowi Ostrogę wrzepiłem od czego Kwik, Skok, łamie się ostroga, koń ze łbem między nogami ponosi i kat mój Oprawca, koniem własnym poniesiony, w najdalszych rozpłynął się równiny mgiełkach.

Sam na tych łąkach zostałem. O, jak Pusto, Cicho, o, jaki Robaczek, o, ptaszek na gałęzi przysiadł… Ale Syn, Syn, do Syna, do Syna! W galop tedy i Syn, do Syna, Syn, do Syna, kopyta końskie o ziemię łoskoczą! I już przede mną estancji Gonzalowej baobaby, już kępa zielona drzew, krzewów wykwita… ale cóż to za łoskot z łoskotem konia mojego się miesza, noże to kołki gdzie wbijają, może i bieliznę piorą… bo gdy u kopyta końskie buch, buch, to tam Buch i Bach i Buch, i gdy koń mój buch-buch, buch-buch, to tam Bach-Buch Buch i Bach za drzewami się rozlega! Otóż to w palanta grali! z konia zsiadłszy, zza drzewa wybiegam, a tam Gonzalo z Ignacem w palanta grają, Horacjo zasię z boku na palikach gnącemu towarzyszy; i co Ignacy Buch w piłkę, to Horacjo Bach w palik, Buch-bachem walą! Tomasz po sadzie chodził, śliwki jadł…

Zobaczywszy mnie, biegną witać, lecz krzyknął Gonzalo, ręce wznosząc do góry:

– Na Boga, ty chyba z grobu wstałeś, cóżeś tak zmarniał?

Zaraz tedy mnie jeść, pić dano, a tyż i wymyto, bom ledwie ustać się mógł o własnych siłach. Potem na ławce w sadzie od drzewem usiadłem i pytał mnie Gonzalo:

– Bójże się Boga, gdzie to zniknąłeś, co z tobą przez te dni się działo? a prawdy jemu powiedzieć nie mogłem, bo tyż w niczym on mnie nie mógł być pomocnym, a pewnie by i nie uwierzył; tak niepodobna do prawdy owa prawda była. Powiadam tedy, żem, na pole wyszedłszy, z nagła zaniemógł; a, przytomność straciwszy, i do szpitala przez ludzi zawieziony, tam przez dni wiele między Życiem i Śmiercią zostawałem. Spojrzał się na mnie, a chyba szczerości słów moich nie ufał, bo podejrzliwość we wzroku jego wyczytałem. Ale co mnie Gonzalo, co mnie Pościg Rachmistrza i Zemsta Kawalerów Ostrogi grożąca, gdy Syna widzę, gdy Syn przede mną, a głos jego świeży, rześkie śmiechy, ruchy, całego ciała radość, zręczność! I łąka, gaj chyba nad rzeką, świeży, chłodny…

Co to, jednak, co to? Jakaż tych Ruchów, tych śmiechów odmiana! A cóż to się dzieje? I jaka Bajbaka śmiałość! Bo już oni, panie, tak Jeden z Drugim tak Jeden do Drugiego, że prawie taniec to jest, taniec, nic innego. Gdy tedy jeden Ręką Machnie, drugi Nogę zadrze. Gdy jeden na drzewo wlizie, to drugi na bryczkę, więc to jeden Świśnie, drugi Pryśnie, ten śliwkę zji, tamten ulęgałkę, tamten Prychnie, ten Kichnie, a gdy jeden Skoczy, drugi zamknie oczy. I takie to Wtórowanie, Przygrywanie nieustanne, jeden drugiemu, jeden do drugiego, a jakby do wiersza, takie to Stowarzyszanie wieczne, nieprzerwane, wszelkim ruchem, poruszeniem, że chyba jeden bez drugiego kroka dać nie może. Gonzalo zasię przytupywał, przyklaskiwał i już to cieszy się, cieszy, aż ciżemki gubi i matinki.

Tomasz na boku śliwki ji; ale bez przerwy na wszystko spogląda. A tak Spogląda Tomasz, przytupuje Gonzalo, Buchbach rozgłosem swoim chłopców obu łączy pod drzewami, pieski legawe kłapouchemi niuchami swoimi wąchają, ale Pusto, Pusto… i już to ten Buch-bach jak Pusty Bęben. W pustce zaś grzmotów Bębna tego owoc zabójstwa dojrzewa, i tylko nie wiadomo; Synobójstwo, czy też Ojcobójstwo? A tam w piwnicy dalekiej już pewnie mnie Karę, Zemstę przysięgają i z pianą męki na mnie Tortury wzywają. Tu muszki brzęczały. Aż nad wieczorem Gonzalo na osobność mnie wziął, i pod żebro szturchnąwszy, wykrzyknął:

– Widziałeś, jak lgnąc z Horacjem moim się pokumał? Jak jego Horacjo do zabawy wciągnął? Otóż to z nich parę skarogniadych mam źrebaków, którymi gdzie zechcę, zajadę!

I zatańczył. Ale zapytał:

– Co to za kulig?

– Jaki kulig? – mówię. Rzekł:

– A bo Radca Podsrocki tu konno zajechał i mnie w sekrecie szepnął że JW. Minister z gośćmi swoimi, kuligiem do domu mojego zawita; który to zwyczaj jest wasz narodowy, żeby Kuligiem Zajeżdżać. Co mnie w sekrecie Radca zwierzył, żebym trochę dom przygotował, jadła uszykował.

Tu krzyknął:

– Tańca się JW. Posłowi zachciało! A po co dom mój nawiedza? Nie wiem. Spod oka Oczkiem na mnie spojrzał i mówi:

– Zdrajco, gdzie ty byłeś, co robiłeś, z kim się kumałeś, czy przeciwko mnie nie spiskowałeś? – Ale choćbyś i co spiskował, za późno, za późno… bo już dzisiejszej nocy Ojciec trupem padnie, Ojca dziś zakatrupiemy!

My pod kasztanem na ławce siedzieliśmy a, że to jeszcze bardzo słaby byłem, głowę o poręcz oparłem bo mnie się trzęsła. Pytam więc jego:

– Co zamierzasz?

– Buchbach! – zakrzyknął. – Buchbachem, buchbachem!

– Co mówisz? Co mówisz?

– Buchbach, buchbach, buchbachem, buchbachem!

– Co zamierzasz? Jakie zamierzenia twoje?

Rączkami wokół figlując zawołał:

– Pamiętasz, jak to dawniej gdy lgnąc buchnął, Horacjo jemu bachnął z boku w odpowiedzi? Tera tak się pokumali, że gdy Horacjo buchnie, lgnąc jemu bachnie! A już tak się zgrali, że nie może być, aby jeden nie buchnął, kiedy drugi bachnie! Wszystko więc po myśli mojej, wedle zamiaru mojego! I, nocy dzisiejszej, Starego Buchbachem trzaśniemy, bo, gdy Horacjo jego buchnie, lgnąc z samego rozpędu, choć to i Ojciec, bachnąć musi. A tak on Ojca swojego zabije! Ani się spostrzeże!

I wybiegł między drzewa pląsać. Mnie, mimo słabości W mojej, śmiech złapał i, od śmiechu cały roztrzęsiony, wołam:

– Bój że się Boga, to takeś to umyślił? Buchbachem! Buchbachem! Przestał pląsać i rzekł:

– Buchbachem i stanie się to, jak Bóg na niebie, buchbachem, buchbachem i ja ci powiadam, że się stanie, stanie…

Na prawo, na lewo spojrzałem: tam krzaczki, porzeczki, a promienie słoneczne przez liście migoczą, tam dali Horacjo z Ignacem przy beczce… a dali Tomasz po sadzie chodzi, śliwkę podniesie, obejrzy, zji. Otóż już powiedzieć miałem Gonzalowi, żeby dał pokój z gadaniem takim, bo Niemożliwa Rzecz… gdy Pies duży wilczur przyszedł się łasić i jak Baran beknął; i ogonem myrda, ale ogon szczurzy. Znów tedy na Gonzala patrzę w osłabieniu mojem, ale nie Gonzalo to chyba, a Gonzala, i nie Ręka, ale Rączka pulchna Mała choć duża, włochata; i palce Cukrowe, Cienkie, choć Duże Paluchy, a Paluszki chyba; i Okiem mruży, mruga, ale Oko Oczko… Powiadam do niego:

– Niemożliwa to rzecz, niemożliwa… i ty tego chyba nie zrobisz, bo jakże Buchbachem, Buchbachem… Podskoczył. Pofiglował. – Buchbachem! Buchbachem! A gdy Ignasieniek mój Starego swojego buchbachem napocznie, pewnie dla mnie miększym, łaskawszym będzie, bo przecie Kryminał!

Tam lgnąc z Horacjem beczkę toczyli. Dali w sadzie Tomasz spaceruje. Rzekłem więc:

– Ty tego nie zrobisz… Nie rób, nie rób tego… ale słowa moje jak Pieprz, Badyl i już pustka we mnie taka zagościła, że nawet mnie nie odpowiedział, a tylko paznokietki pod światło ogląda. Dopiroż wstaję i mówię:

– Trochę po sadzie się przejdę… a choć ledwie mnie nogi niesły od niego odszedłem. On na plac Palantowy pobiegł. Ja po sadzie chodzę i tak myślę sobie:

– A to jego Buchbachem trzepną…

Ale Tomasz po ścieżkach chodził, i do niego przystąpiłem; zaraz jednak na murawie przysiąść musiałem bo mi nogi mdlały. Siedziemy więc na murawie pod śliwką i powiada Tomasz:

– Widziałeś, jak to lgnąc z tym Horacjem się pokumał? Ano, niechże jemu na zdrowie będzie! A ja tu tak sobie chodzę i dumam… ale chyba już niedługo tego… Zapytałem:

– Myślisz to zrobić, coś mi mówił? Mówi:

– A tak, a tak.

Na murawie chłodno, przyjemnie… tyż ptaszki świergocą… i zapachy drzew, owoców, krzewów, a Mały Robaczek po trawie się wspina… Ale powiadam:

– Na Boga żywego, to ty jeszcze w zamiarze swoim trwasz? Odpowie:

– A tak, a tak… ja Syna zabije… Słysząc to, coś jemu odpowiedzieć chciałem, ale co tam gadać… a Buchbach znowu się ozwał i jak w Bęben walą i głos Bębna Pustego pośród drzew, krzewów, papug, kolibrów pierzastych, a pod palmami, kaktusami… Nasłuchując pogłosów owych Tomasz głowę schylił, dłoń z dłonią płasko złączył i mruknął:

– Jutro, jutro, jutro…

Much dużych złocistych brzęczenie i papug krzyk mnie coraz bardziej usypiały. I tak myślałem:

– Zabije, no to zabije. Zakatrupi, to zakatrupi. Tamci jego zakatrupią, no to tamci jego. Mnie Ostrogą zdybią, no to zdybią. Kuligiem przyjadą, to przyjadą… Gonzalo owoców przynieść kazał, jedliśmy owoce, potem wieczerzę podano w letniku… a już tak dziwny na leguminę Mieszaniec jakiś Przekładaniec, że jak Precelki, ale to Wafelki. I myślę:

– Dziwnie się plecie na tym bożym świecie!… Tak myślę, a Bajbak z Ignacem prawie razem jedzą, bo gdy jeden łyżkę zupy połknie, drugi chlebem zagryzie… ale myślę:

– Razem, to razem! Już tedy za dużo tych Dziwów, za dużo, za dużo, i niech się dzieje co chce, byle spocząć, byle wypocząć.

Ale gdy noc ziemię mantyllą swoją ogarnęła, a duże świecące robaczki pod drzewami, gdy z mroków ogrodu zwierza wszelkiego odgłosy, a już Szczek Miaukowaty albo Chark Kwiczący, spokojność, osowiałość moja niespokojnością jęła się wypełniać. I myślę:

– Jakże ty się nie boisz, jeżeli Bać się powinieneś? Czemu się nie dziwisz, jeżeli dziwić się potrzeba? Czemu ty tak Siedzisz, czemu Nic nie Robisz, gdy Biec, Pędzić trzeba? Gdzie strach twój, gdzie wzburzenie twoje? I już to coraz większa Trwoga moja z przyczyny, właśnie, braku Trwogi, a w pustce, w ciszy, jak Bania urasta i gniecie. Tomasza zamysł – Gonzala zamysł – Bajbaka z Ignacem zabawa – Rachmistrzowej strasznej Ostrogi za mną pościg i grożąca zemsta – Ministra myśl, żeby kuligiem zajechać – otóż to wszystko w pustce się rozdymało, a jak Pustym Bębnem biło, ja zaś siedzę… Tam zaś, za Wodą, za Lassem, za Gumnem już pewnie i cicho, a wielkie Pól, Lasów przestrzenie już nie oręża szczękiem, ale milczeniem głuchym klęski wypełnione. Poszedł spać Tomasz. Poszli tyż lgnąc, Horacjo, a i Gonzala chytra na spoczynek zdąża; więc sam zostałem z Przerażającym Brakiem Trwogi moim.

Wówczas do Syna iść postanowiłem. O Syn, Syn, Syn! Do niego ja pójdę, jego ja jeszcze raz w nocy zobaczę i może w sobie jakie uczucie poczuję… może świeżością jego się odświeżę… Ciemny tedy kurytarz, długi, a ja poprzez Chłopców, którzy tam na podłodze spali, idę… i idę, idę… a już sam nie wiem, czy jako zausznik Gonzala idę, czy Tomasza… a może idę żeby młodzieńca tego z ramienia Kawalerów Ostrogi mordować… i Chód mój, jak chmura brzemienny, ale pusty, pusty. Doszedłem więc do pokoiku jego i widzę: leży goły, jak go matka porodziła, i oddycha. Otóż leży i śpi, oddycha. O, jaki Niewinny! O, jak słodko śpi, jak spokojnie jemu pierś się wzdyma! O, jaka Uroda, jakie Zdrowie jego! O, nie, nie, ja ciebie na tę sromotę nie wydam, chyba już ja ciebie tutaj zaraz zbudzę i przed Gonzala zasadzką ostrzegę, chyba ja ci powiem, że ciebie zabawami tymi do zbrodni na osobie Ojca twojego wciągają!!…

Jakże mu tego nie powiedzieć? Miałżem pozwolić, aby, z Gonzalem śmiercią ojca własnego związany, jemu się uwieść dał i już na wieki w Puta objęcia, uściski się dostał? A toż, jeśli jego Puto z ojcowskiego domu na ciemne, czarne Bezdroża uwiedzie, to jego chyba w Cudaka przemieni!!… O nie, nigdy, przenigdy! I jużem rękę wyciągał, ażeby go zbudzić, lgnąc, lgnąc, na Boga, wstań, Ojca tobie chcą mordować! Ale patrzę, leży. I znów mnie nagle zwątpienie chwyciło. A bo, jeśli mu to powiem, a on Gonzala, Horacja przegoni, Ojcu swojemu z płaczem do nóg padnie, to i co? Z powrotem wszystko po staremu, tak jak było? On wiec znowu przy Panu Ojcu będzie, i dalej za Panem Ojcem pacierz klepać, Pana i Ojca poły się trzymać… Dalejże tedy dookoła Wojtek, wciąż to samo?

Pragnienie zaś duszy mojej takie; aby coś się Stało. O, niechże co chce się dzieje, byleby to z miejsca ruszyć… a bo już mnie zmierziło! A bo już nie mogłem! A bo dosyć, dosyć tego starego, niech co Nowe będzie! Dać tedy trochę luzu chłopakowi, niech on Co Chce robi. A niech ta Ojca sobie zamorduje, niech Bez Ojca będzie, niech z domu idzie na Pole, na Pole! Dać jemu grzeszyć, niech on siebie w Co Zechce przemienia, a choćby w Mordercę, Ojcobójcę! Choćby i w Cudaka! Niech się ta parzy z kiem chce! Gdy Myśl taka we mnie, silne mdłości mnie chwyciły i małom nie zrzucił, a jakby się we mnie Łamało, Pękało w bólu, w zgrozie przenajokropniejszej… bo już to straszna, najstraszniejsza ach chyba Najwstrętniejsza Myśl aby jego, Syna, grzechowi, rozpuście wydawać, kazić, jego Psuć, Zepsuć, ale nic, nic, niechta, niechta, co ja się będę bał, co ja się będę brzydził, owszem, niech się staje co Stać się ma, niech się łamie, pęka, niech się rozwala, rozwala i o Synczyzna Stająca się Nieznana Synczyzna! I tak ja przed nim po ciemku w nocy stojąc (bo zapałka zgasła) Nocy, Ciemności i Stawania się wzywałem, tak ja jego z rodzicielskiego ojcowskiego domu na Noc, na pole wyganiałem. O Noc, Noc, Noc! Ale co to, co to? A kto to przed dom zajeżdża? Co to za gwar, Rozgłos? A tam krzyk, hałas, zajeżdżanie, z biczów strzelanie, a śpiwki, a pokrzykiwanie. „Kulig, Kulig" krzyczą! Widząc tedy że JW. Poseł z kuligiem nadjechał, wybiegłem do pokojów gości witać.

Gonzalo z lampą przed dom wypadł, żegna się krzyżem św., że niby ze snu zbudzony. Krzyczą, zajeżdżają, wysiadają i z szumem, hukiem do domu wbiegają, przez Salony bieżą… za nimi kapela… a już stołki, dywany odsuwają, już tam jeden się przewrócił, drugi Lampę zbił, ale nic, stołki na bok, stoły na bok, i kapela we wszystkie skrzypki uderzyła! Dalejże tańcować! Tańcują! Tańcują!

Za górami, za lasami Tańcowała Małgorzatka z góralami! W pierwszej parze JW. Poseł tańcował z Prezesową Pścikową, w drugiej W. Pułkownik z JW. Panią Kielbszową, w trzeciej W. Prezes Kupucha z Panią Kownacką, w czwartej Profesor Kaliściewicz z panną Tuśką, w piątej Radca Podsrocki z panną Myszką, a w szóstej pan mecenas Worola z panią Dowalewiczową. Dalej inne pary. Tłum! Tłum! A chyba kwiat Kolonii naszej! Wszystkie pary! Hurmem zajechali i hurmem Tańcują, hoc, hoc, tirli, tirli, z podkówek krzeszą i dom cały wypełniają aż na ogród bije. Ćwir, ćwir, ćwir, za kominem, siedzi Mazur ze swym synem! Wszystkie rybki śpią w jeziorze! Kulig tedy, Kulig! Porwał pan Zenon pannę Ludkę, okręcił:

Za górami, za lasami. Tańcowała Małgorzatka z góralami!

Tu sługi biegną z jadłem, z butelkami, stoły zastawiają, tam Gonzalo rozkazy wydaje, a stangreci, czeladź przez okna zaglądają i już dom cały tak Bucha, że na łąki, na Pola wybucha!

A napijmy się! Używajmy, dlaczego nie pijesz? Jeszcze go raz!

Hoc, hoc, hoc, dziś, dziś, dziś! Oj, panno Zosiu! Oj, panno Małgosiu! A co tam, panie Szymonie? Hej, panie Mateusz, kopę lat, kopę lat! Było nie było! Ale do mnie panna Muszka z panną Tolcią podbiegają:

– Tańczyć! Tańczyć! Kulig!…

i rozgrzane, zgrzane, śmieją się, śpiewają. Dopiroż powiadam do Radcy Podsrockiego, który obok butelkę otwierał:

– Bójże się Boga, a toż chyba nowiny jakie szczęsne nadeszły, o których ja nie wiem, bo tak nadzwyczajna radość wszystkich Rodaków pod przewodem samego Posła nie może z innej i przyczyny być, jak tylko ze zwycięstwa nad wrogiem. A ja; w gazetach czytałem, że już po wszystkim i nasza przegrana.

Odpowiedział mi:

– Milcz, milcz. Owszem, pogrom, klęska, i koniec, już i na obie łopatki leżemy! Ale my z JW. Posłem to umyśliliśmy, żeby niczego po sobie nie pokazywać, a właśnie i Kuligiem, Kuligiem! Zastaw się, a postaw się!

I zaraz kubek wznosi: Wiwat! Wiwat! – Wiwat! – zakrzyknęli, a tancerzów wąż poprzez wszystkie pokoje przebiega i z Potrząsaniem, z krzesaniem a z przytupywaniem i z poklaskiwaniem! To znów w pary się rozłamali i parami tańczą! Tam zaś, po bokach, starszych przygadki, Popijanie, to znów z dubeltówki całowanie, oj, panie Walenty, oj, panie Franciszek, a co tam pani Doktorowa, a jak dzieci? Jeszcze kropelkę! Bóg zapłać, Bóg zapłać! Ale Minister do mnie przypadł:

– Tańcz mazgaju, dlaczego nie tańczysz? Cóż to, nie wiesz, że Polak do tańca a i do Różańca? Tańcz, tańcz, Krakowiaka!

Abośmy to jacy tacy,

Chłopcy Krakowiacy!

Ja Jemu powiadam:

– Ja bym tańczył, ale to podobnież wszystko przepadło. Łypnął okiem na prawo i lewo:

– Milcz! Milcz! Schowaj to, co mówisz, bo za nic nas ludzie będą mieli! Cóżeś zgłupiał, żeby się z tym chwalić! Zastaw się, a postaw się!

Zastaw się, a postaw się.

Zastaw się, a postaw się.

Oj, dziś, dziś, dziś! Dali go! Tańczyć, tańcować! A pokazać Cudzoziemcom jak to my tańczemy! A tańcować tańcować! A pokazać jakie to Śpiwki nasze, a jakie hołubce, jaka przytu-panka! Pokazać jakie to Dziewczęta nasze, jakich Chłopców mamy! Krew nie woda! Dziś, dziś, dziś! A niech widzą, jaka to Uroda nasza! Oberek, Mazur, Mazur!

Bo w Mazurze taka dusza, Że choć umarł to się rusza!

Tańcz, tańcz, tańcz!… Na kolana padłem. Ale stary pan Kaczeski przystąpił do mnie, że za potrzebą chce na dwór wyjść i żeby to Psi go nie opadły… Z nim wiec razem na dwór wyszedłem i, gdy on pod krzakiem się załatwia, ja na dom spoglądam, który na pola, lasy tańcem a światłem a huczną Zabawą wybucha. A w górze niebo czarne, jak Obwisłe. Tu zaś Kulig huczy, a już to się Wdzięczy, a już to się Kocha w sobie rozkochany jak Oczarowany i kocha się Kocha, a śmigłość, a dziarskość i podkówką krzeszą i Kocha się, Kocha siebie, Kocha, w sobie Zadurzony, a już Zakochany i Kochajmy się, Kochajmy się, dziś, dziś, dziś! Oj, ale to Kocha się, Kocha się, Kocha… A niebo czarne, puste; a tu blisko krzak jakiś ciemny, niezbadany… dalej zaś dwa drzewa stały… a dalej gromba jakaś była, ale Ciemna, Nieruchoma…

I coś tam za krzakami, niedaleko płota, szurgnęło. Ja patrzę, a tam stwór dziwny się przemknął koślawo: cielę, nie cielę, chyba Pies duży, ale z kopytami i jakby garbaty. Krzaka rozchyliłem i widzę, że pod magnoliami inny stwór podobny sadzi, a właśnie jakby kto oklep na psie jechał: ale dwie ludzkie głowy ma! Jakem dwie głowy ludzkie zobaczył, skóra na mnie ścierpła i pierwsza chęć moja, żeby do domu uciekać; alem się wstrzymał i przyjrzeć się nieczystości tej postanowiłem.

Bokiem tedy, wzdłuż płotu, zachodzę, za krzakami: a tam szurganie, podskoki i jakby konie… bo ciężko skakają, stękają. A i Sapanie, ale jakby ludzkie. To znów jakby Kwik cichy, zduszony, albo wierzganie, albo Tratowanie. I chyba dość dużo tego, choć nie psy, nie konie, ani też nie ludzie. Jeszcze więc bliżej krzakami zalazłem, aż w pomroce, o jakie pięćdziesiąt kroków, Kupę dużą zobaczyłem… Bo to Kupą stało za drzewami, a jakby skakało, jakby się tam gziło, na kieł brało, ale, wstrzymywane, jakby na miejscu Kopytami biło… i Chrapanie, kwik cichy zduszony, albo i jęk, a ludzki prawie… To więc widowisko tak Bolesne jakieś a tak Okropne, Straszne, tak Przestraszne, żem się w słup soli zamienił i jakbym zmarzł, wcale ruszyć się nie mogłem.

Wtem jeden ze stworów owych niezgrabnymi skoki do mnie się przybliżył (a właśnie jak to jeździec na koniu, gdy konia objeżdża i jego ostrogą musztruje, a wędzidłem ściąga) i Baron to był! Baron na Ciumkale! A zaraz drugi Jeździec nadjechał, w którym Rachmistrza poznałem: on, ciężko tratując, na Cieciszu siedział i jego ostrogą zażywał, a wędzidłem ściągał, aż chrapał, kwiczał Ciecisz! Zacharczał tedy Rachmistrz cicho, Przeraźliwie:

– Czy wszystko gotowe? – Gotowe – zacharczał Baron przeraźliwie. – Jeszcze nie! – zacharczał Rachmistrz z przerażeniem. – Jeszcze my nie dosyć Straszni! Jeszcze więcej Ostrogi zadać koniom naszym! Niech ponoszą! A dopiro, gdy Kawaleria nasza arcypiekielną się stanie, ataku dam sygnał i Uderzymy! A gdy uderzymy, Stratujemy! A gdy stratujemy, Rozniesiemy! I zwyciężymy, Zwyciężymy! – Zwyciężymy! – wycharknął Ciumkała z kwikiem, z charkiem czarnym. – Zwyciężymy, bo my Straszni, Straszni, o, Bij Zabij, Przerażaj, Przerażaj, Dosiadaj, Dosiadaj! – Bij Zabij – charknęli. – Bij Zabij!

Słysząc słowa te, które jak szalone w cichości nocnej ogrodu zabrzmiały, ja skoka dałem i krzakami do domu pobiegłem, a drzwi za sobą jak przed Morową Zarazą zawarłem. Boże miłosierny!

A toż ostrzec trzeba, żeby drzwi, okna zamykano, do broni, do broni! O, Piekielnicy! Ale co to, co to? Co to za głos, rozgłos? Dopiroż patrzę: tańczą wszystkie pary! Oj, dziś, dziś, dziś! Tańczy tyż Ignacy, z panną Tuśką tańczy, a już tak dziarsko i chwacko obraca, tak dzielnie wywija, że jemu dansyrka tylko w rękach furczy… aż dziwią się Starzy… aż mu poklask dają… Ale co Przytupnie, to ktoś mu tam Tupnie, a tyż co Podskoczy, to jemu kto Skoczy… i nie kto inny pewnie to był, tylko Horacjo, który pannę Muszkę wziął do tańca, a już tak szparko wywija, zawija, że mu dansyrka furczy, furczy, furczy! Więc tyż to we dwóch wybijają, przytupują, obracają, to w prawo w lewo Wywijają, aż panny jak frygi! Oj to tańcują, tańcują! I co lgnąc skoczy, Horacjo Podskoczy, co Horacjo łupnie, lgnąc tupnie tupnie, gdy jeden zakręci, to drugi Wykręci i tup, łup, łup i buch i bach buch, i bach bach buch bach, Buchbach, Buchbach, Buchbach, bach bach, buch, buch, Buchbachem tańcują!

Buchbachem! Buchbacha głos, jak Bęben, coraz silniej się rozlega! Gonzalo w czarnej obfitej Mantylli, takimż Kapeluszu, dwukrotnie przez całą salę przeszedł i poklaskiem swoim taneczników szczycił. A ja, słysząc Buchbacha zew, głowę pochyliłem i powieki cokolwiek zmrużyłem… i już tak pusto, pusto, że jak Bęben pusto!… Ale przyskoczył Minister:

– Na Boga! – krzyczy – Cóż to! Chyba się popili! Do diabła z takiem tańcowaniem, przecież już muzykę głuszą a wziąć ich za łby, wyrzucić!… Ale lgnąc Buchnął, Horacjo więc Bachnął, Bach, Bach, Buch, Buch, aż szyby drżą, a filiżanki skaczą, i spodeczki, aż jęczy podłoga! Dopiroż tam inni tanecznicy jeszcze tańczyć próbowali, a do wtóru, że to Kulig, Kulig, Mazur, Mazur, ale gdzie tam! Już Kuligu nie ma, tylko Buchbach, Buchbach i w kąt się zbiegli, patrzą, a tu Buch, Buch, Buch, Bach, Bach, Buchbach jak Koń grzmoci! Tomasz nóż długi, który do mięs krajania, ujął i niby to mięsa chce ukrajać… ale w kieszeń surduta nóż wpuścił…

To ja krzyknąć chciałem, że Synobójstwo, Synobójstwo!

Ale Ojcobójstwo! Bo już w podskokach, przytupach, Buch, bach lgnąc rozbuchany z Horacjem buchającym bucha, bucha, j bucha! Buch w lampę Horacjo, Bach w lampę Ignacy, ale! Buch bach Horacjo w wazon, Ignacy bach w wazon! I buch w Tomasza Horacjo!

Boże! Tomasz na ziemię upadł!…

Tomasz na ziemię upadł!… A tu bach, bach, lgnąc z Bachem swoim nadlatuje, o, i bachnie, bachnie w Ojca swojego on Bachnie, oj, tyż Bachnie, Bachnie…

O Syn, Syn, Syn! Niech zdycha Ojciec! Nadlatuje lgnąc. Niech tedy stanie się co stać się ma. Niech Syn morduje Ojca! Ale co to? Co to? O, chyba Zbawienie! O, co to, jak to, j co to? Ach, chyba Zbawienie! A bo, gdy tak z Bachem swoim leci, nadlatuje, aż wszyscy Zamarli, on śmiechem wybucha. I zamiast żeby Ojca swego Bachem Bachnąć on Buch w śmiech i, śmiechem Buchnąwszy, przez Ojca skoka daje i tak, uskoczywszy, śmiechem Bucha, Bucha! Śmiech tedy, Śmiech! Za brzuch się złapał Minister, śmiechem bachnął! I Buch, Bach, Pyckal za brzuch Barona złapał, a Rachmistrz Ciecisza i Śmiechem j buchnęli, bachnęli, Bach, Bach, tam Starzy Rechoczą, aż się Zataczają, tu pani Dowalewiczowa aż piszczy, łzy roni, popiskuje i Bach, Buch huczy, Pryska, parska od śmiechu ksiądz Proboszcz, a Muszka z Tuśką aż Podskakują, aż się zasmarkały! Śmiech tedy Buchnął! Zatacza się wiec Prezes Pucek! A pod j ścianami Rzężą, Popuszczają, tam znowuż się Duszą, już chyba Nie mogą, tu znów od śmiechu Kolka że aż go Skuliło, albo się Zakrztusił, a przecie jemu i przez uszy tryska, tam znów na ziemi siadł, nogi wyciągnął, a już Buczy, Huczy śmiechem swoim roztrzęsiony, rozlatany i Trzęsie się, trzęsie… Inny zasię aż spuchł, bo go rozsadza! Dopiroż Buchają! Więc trochi ucichło. Aż tu znowu to ten, to tamten, najprzód jeden, potem drugi, a już trzech, czterech, już pięciu Bach, Buch śmiechem Buchają, Wybuchają, w ramiona się biorą, Zataczają, to cienko, to grubo razem się Miotają i już jeden drugiego, jeden z drugim ale Buch buch oj Ryczą, Ryczą, aż chyba Buchają. I dopiroż od Śmiechu, do Śmiechu, Śmiechem Buch, Śmiechem bach, buch, buch Buchają!…

Stefan CHWIN. Gombrowicz i Forma polska

Trans-Atlantyk miał się stać skandalem. Czy się stał? „Przełknięto jakoś. Nikt nie wziął tych cudactw na serio. Dynamit nie został dostrzeżony" – narzekał Gombrowicz w Testamencie (Rozmowach z Dominique de Roux). Czy miał rację? Czytelników, którzy przyjęli jego powieść z prawdziwym oburzeniem, było wcale niemało. Po latach Jerzy Giedroyc, pierwszy wydawca książki, która ukazała się najpierw we fragmentach w paryskiej „Kulturze" (1951), później w Instytucie Literackim (1953), przyznawał, że po publikacji i Trans-Atlantyku „Kultura" straciła więcej prenumeratorów niż po publikacji najbardziej nawet kontrowersyjnych artykułów politycznych. Cóż zaś mówić o opinii Lechonia, wedle którego „Trans-Atlantyk to historia bardzo plugawa". Pytania, jakie Gombrowicz w swojej powieści postawił, nie byłyby może aż tak oburzające, gdyby nie chwila dziejowa – najbardziej chyba drastyczna z możliwych – w której zostały postawione. Trans-Atlantyk zaczyna się groteskowym obrazem archetypicznej sytuacji polskiego losu, dobrze znanej paru polskim pokoleniom: rok 1939, naród znów napadnięty przez sąsiadów ponosi militarną klęskę, Niemcy druzgoczą polską armię, tak jak sto lat wcześniej, podczas powstania listopadowego, Rosjanie druzgotali armię powstańczą. Co w 1831 roku, gdy upadało powstanie, robił Mickiewicz? Wiemy dobrze choćby z pamfletu Maurycego Gosławskiego: bawił w Rzymie. Co robią w Trans-Atlantyku Polacy, których los w 1939 roku rzucił na argentyńską ziemię? Wielu z nich (lecz czy większość?) bez wahania podąża pielgrzymim szlakiem Legionów Dąbrowskiego: wsiada na statek płynący do Anglii, tak jak to zrobił choćby Wacław Iwaniuk, pisarz, który podobnie jak Gombrowicz w sierpniu 1939 roku znalazł się w Buenos Aires: „Z Argentyny zgłosiłem się jako ochotnik do armii polskiej we Francji, a przydzielony do Brygady Podhalańskiej, brałem udział w walkach w Norwegii pod Narvikiem". Bohater Trans-Atlantyku na statek płynący do Anglii z rodakami nie wsiada: będzie bawił w Buenos Aires. Tak zaczyna się jego przygoda. Przygoda – powiedzmy od razu – dość dwuznaczna, bo on nie tylko „powtarza" losy wieszczów, którzy – jak to im będzie wypominać czarna legenda – jechali do powstania listopadowego, jechali i jakoś nie dojechali, lecz i z tymi paralelami szyderczo się obnosi!

Dlaczego nie jedzie na ratunek Polsce? Bardzo przypomina samego Gombrowicza, nosi nawet jego nazwisko, więc Gombrowicz mógłby go jakoś usprawiedliwić, dając w swojej powieści choćby takie wyjaśnienie powodów swego pozostania w Argentynie, jakie dał w przedmowie do wydania z 1953 roku. Ale właśnie tego nie robi! Nie wspomina nawet słowem o niedyspozycji zdrowotnej, która czyniła go niezdolnym do służby wojskowej. A przecież wystarczyłoby tylko parę słów! Tymczasem on, przeciwnie, każe swojemu bohaterowi wygłosić jedną z najbardziej skandalicznych filipik w dziejach polskiej literatury, sugerując, że racje, które skłoniły go do „dezercji", niewiele miały wspólnego z rozgrzeszającą słabością ciała.

Więc najpierw: są to racje wyzywająco niskie. Tak jakby nagle wyszła na jaw wstydliwie skrywana podszewka polskiej duszy – paskudnie egoistyczna. „Nie będę ja się w to mieszał, bo nie moja sprawa, i jeśli konać mają, niech konają" – tak mówi o rodakach, którzy giną właśnie w kampanii wrześniowej, ktoś, kto nade wszystko – jak na to wygląda – dba o własną skórę. Ale – uwaga! – nic nie jest w Trans-Atlantyku jednoznaczne! To, co niskie i kompromitujące bohatera, nagle w niespodziewanych obrotach fabuły odsłania swój rewers – i to wcale wysoki. Bohater Gombrowicza jest pisarzem – do owych racji egoistycznych dorzuca więc racje, które są racjami artysty; z pewnością są to racje, które wyrastają z „najskrajniejszej pychy" – lecz czy tylko? Czyż nie są to w istocie racje, które musi przemyśleć każdy, kto rozważa trudną kwestię praw jednostki i granic patriotycznej powinności? W jakim momencie usprawiedliwione poczucie własnej wartości przechodzi w wyniosły egotyzm? Jak dalece nasze ja jest własnością nas samych, a jak dalece należymy do innych? Dylematom tym Gombrowicz w swojej książce nadał wyzywającą ostrość. Pyta więc w Trans-Atlantyku: Czy „pisarz pierwszorzędny", pretendujący do wysokiego miejsca w literaturze światowej, powinien wiązać swoje losy (i to na śmierć i życie…) z narodem „drugorzędnym", słabym, ponoszącym klęski, który wprzęga artystów w jarzmo duchowo wyjaławiającej Służby? A może należałoby raczej wybrać sobie takie miejsce na ziemi – bezpieczne i piękne – w jakim nasz talent mógłby prawdziwie swobodnie rozkwitnąć w zbiorowości wolnej i szczęśliwej, która nie tłumi, lecz – przeciwnie – właśnie rozpłomienia nasze uzdolnienia, sprzyjając duchowemu rozwojowi jednostki, bo prawdziwie cenne jest jedynie ludzkie ja, a naród, szczególnie naród słaby, żyjący w stałym poczuciu niepewności, stanowi dla duszy deformujące zagrożenie? Czy więc nie lepiej trzymać się raczej z dala od okolic naznaczonych stygmatem klęski i od zbiorowości dotkniętych kompleksem niższości – bo duchowa atmosfera takich miejsc i takich grup nie służy zbytnio indywidualnej samorealizacji? A czyż właśnie jednym z takich niedobrych miejsc, w których indywidualny rozwój bywa hamowany, nie jest Europa Środkowo-wschodnia, ów obszar dotknięty kompleksem peryferii, z którego wywodzi się bohater Trans-Atlantyku?

„Dusza polska" i „dusza interakcyjna"

Gombrowicz miał niesłychanie ostre wyczucie hierarchii i wiele napisał o psychice środkowoeuropejskiej, którą uważał za kulturalnie słabszą od mentalności zachodniego świata. Ileż to w Dzienniku znajdziemy uwag na temat tej słabości! „Kompleks środkowoeuropejski"! Bo nie tylko Polacy, ale i Litwini, Bułgarzy, Rumuni, Węgrzy, Jugosłowianie chcą „dorosnąć" do Zachodu, dorównać, doścignąć… i właśnie w tym staraniu, by dorównać i doścignąć, zdradzają się ze swoim poczuciem „drugorzędności". Pokażmy, żeśmy nie gęsi i swój język mamy… Tymczasem ktoś, kto ma mocne poczucie własnej wartości, wcale się nie kłopocze tym, jak go ocenią inni. To on ich ocenia. Chcąc dorównać, zawsze stawiamy się w pozycji niższego.

Jak zatem żyć (a także jak być artystą) w społeczności sfrustrowanej niepowodzeniami militarnymi, stale zagrożonej w swoim istnieniu i dręczonej poczuciem niedorastania do „prawdziwej" kultury? Właśnie sytuacja pisarza w społeczności zjadanej przez kompleks prowincji, szczególnie silny w chwilach klęski, stała się jednym z głównych tematów Trans-Atlantyku. Gombrowicz skupił bowiem swoją uwagę la tym, w jaki sposób ów kompleks promieniuje na całość życia zbiorowego Polaków. Ale obraz społeczności polskiej, kreowany w jego powieści, jest nie tylko błyskotliwą metaforą „kompleksu polskiego" czy „kompleksu środkowoeuropejskiego", jest także metaforą ogólniejszego socjologicznego prawa. Społeczności dotknięte kompleksem niższości – zdaje się nam mówić Gombrowicz – mają wbudowany mechanizm duchowej autodestrukcji, który odbiera wszystkim członkom wspólnoty szansę na życie autentyczne. Ulokowanie akcji powieści w archetypicznej sytuacji polskiej klęski pozwoliło Gombrowiczowi na groteskowe uogólnienie psychospołecznych mechanizmów kompleksu oblężonej twierdzy. Pod wpływem frustracji społeczność „słaba" usztywnia się i zaczyna kpić w sobie wszystko, co nie wzmacnia kurczowej woli samoobrony. Poczucie „drugorzędności" zmienia społeczeństwo otwarte w społeczeństwo zamknięte. Nie tylko najeżone wobec obcych, lecz i nastawione represyjnie wobec swoich. Kto nie służy Sprawie, jest nikim.

Pryncypia romantycznego patriotyzmu głosiły, że naród w chwilach ostatecznego zagrożenia ma prawo żądać od nas wszystkiego, także ofiary z życia, bo jednostka jest jego własnością. Nie był to tylko dogmat polskiej kultury XIX wieku, lecz w istocie dogmat całej poromantycznej „Europy patriotyzmów", która uświęciła kategorię narodowej więzi, łącząc los indywidualny z losem zbiorowości węzłem nieledwie sakramentalnym. Dogmat tej formacji ideowej, której politycznym urzeczywistnieniem stała się powersalska „Europa narodów", zbudowana na gruzach Świętego Przymierza, głosił, że narodowa tożsamość jednostki nie jest sprawą wyboru. O tym, kim jesteśmy, rozstrzyga biologiczny bądź mistyczny związek duszy (i ciała!) z Ziemią i Krwią. Wbrew temu, co działo się w rzeczywistości; wbrew temu, że Polakami stawali się (i przestawali być!) Niemcy, Rosjanie, Czesi, Litwini, Białorusini, ideologia nacjonalistyczna, z której radykalną postacią zetknął się Gombrowicz już w latach trzydziestych, obserwując choćby młodych endeków, głosiła, że narodowość jest biologiczną (czy mistyczną) esencją człowieka, której nie da się zmienić. Tak pojmowany biologiczno-mistyczny przymus tożsamości musiał się Gombrowiczowi z pewnością objawić jako jeszcze jedna z form zniewolenia.

Biologiczno-mistycznej wizji człowieka, która wyrastała z romantycznych mitów, przeciwstawił Gombrowicz w Trans-Atlantyku (a także w innych dziełach) interakcyjna wizję tożsamości jednostki. Miało to doniosłe konsekwencje. Jak być Polakiem (Rosjaninem, Niemcem, Czechem…) po egzystencjalizmie? – oto wielkie pytanie tej zabawnej, lekkiej powieści, zaszyfrowane w groteskowych przygodach bohatera. Jak być Polakiem, wiedząc, że egzystencja wyprzedza esencję, że to okoliczności historyczne i gra losu nadały każdemu z nas taką, a nie inną formę duchową Polaka, Niemca, Rosjanina, że ukształtowało nas międzyludzkie obcowanie, edukacyjna tresura, presja społecznych konwencji, że nie istnieje żadna trwała esencja polskości, niemieckości czy rosyjskości osadzona na dnie indywidualnej duszy, że polskość jest tylko jedną z form, w których człowiek objawia się innym?

Kultura „Europy patriotyzmów", głosząca mit wiecznej „duszy polskiej" czy „duszy niemieckiej", wedle którego jednostka jako biologiczno-mistyczna cząstka narodu skazana jest na tożsamość wyrokiem losu, przyznawała zbiorowości naturalne bezwarunkowe prawo dysponowania życiem pojedynczego człowieka. Lecz jeśli i jednostka ma prawo stawiać narodowi warunki? Jeśli i ona ma prawo zapytać, czy naród, do którego należy, wart jest tego, by wiązać z nim nasze losy?

Najbardziej bulwersujące (i chyba dla wielu czytelników najbardziej niepokojące) w Trans-Atlantyku było właśnie to postawienie sprawy wolnego wyboru narodowej tożsamości – jako sprawy otwartej. Bohater Gombrowicza, Polak zbiegiem okoliczności rzucony tysiące kilometrów od Polski (dystans tyleż geograficzny, co duchowy…), zyskuje upajającą wolność, od której w pierwszej chwili kręci mu się w głowie – może być wszystkim! Po swojej „dezercji" z okrętu, wiozącego polskich pielgrzymów ku cierpiącej ojczyźnie, może „powrócić" do rodaków, ale czyż nie może też machnąć na nich ręką, na przykład wybierając życie w szalonym – i zachwycającym – pałacu rozwiązłego argentyńskiego magnata? Wstydliwy dylemat, przed którym ileż to razy stawali emigranci rozmaitych nacji! Roztopić się w argentyńskim żywiole (który Gombrowicza prawdziwie zachwycił…), tak jak rzesze Polaków roztopiły się w społeczeństwach Kanady, Niemiec, Anglii, USA, czy też po oczyszczającym geście zerwania stać się na powrót (a raczej na nowo) Polakiem?

Lecz czy warto być Polakiem w wieku XX?

„A po co tobie Polakiem być?! […] Takiż to rozkoszny był dotąd los Polaków? Nie obrzydłaż tobie polskość twoja? Nie dość tobie Męki? Nie dość odwiecznego Umęczenia, Udręczenia? A toż dzisiaj znowuż wam skórę łoją! Tak to przy skórze swojej się upierasz?"

„Europa patriotyzmów" nie znała chyba grzeszniejszego pytania. Bohater Trans-Atlantyku jednak je sobie stawia. Dlatego chce się przede wszystkim dobrze przyjrzeć tym, do których mógłby po swojej „dezercji" powrócić. Gombrowicz nie ograniczył się jednak tylko do demaskowania wad polskiego charakteru narodowego. Sprawa polska jest w Trans-Atlantyku rodzajem pryzmatu, który pozwolił mu wejrzeć głębiej w zjawiska ogólniejsze i pokazać je ostrzej, w błyskotliwie groteskowej perspektywie. Oczywiście sprawa ta jest obecna bardzo silnie nie tylko w samej warstwie tematycznej powieści, lecz i w sposobie pisania, w wyborze perspektywy narracyjnej, w autoportrecie narratora, w jego lękach i ambicjach. Analityczna (i demaskatorska) intencja, zmierzająca do groteskowego odsłonięcia archetypów polskiej kultury, ukształtowanych przez romantyzm, łączy się w Trans-Atlantyku z antyromantycznym, a ściślej z antymickiewiczowskim, szyderstwem – oto przestrzeń Gombrowiczowskiego sporu z Polską.

Dziwne nauki w szkole wieszczów

Bo pisząc swoją powieść Gombrowicz musiał (i chciał) się zmierzyć z Mickiewiczem. Po pierwsze z Mickiewiczem jako twórcą podstawowych idei i wyobrażeń, które od dziesięcioleci określają odczuwanie Polaków, po drugie z Mickiewiczem jako – tak! – konkurentem… samego Gombrowicza w walce o najwyższe miejsce w polskiej literaturze; chodziło także i o to. Dlatego Trans-Atlantyk został w dużej mierze napisany jako anty-Pan Tadeusz i jako anty-Dziady. Nie tylko miał ujawnić wstydliwie skrywane treści obu romantycznych dzieł, w swobodnej zabawie demaskując polskie stereotypy, które wyrosły z mickiewiczowskiego pnia, ale też miał się stać – równoprawną! – odpowiedzią na mickiewiczowski wzór postawy polskiego pisarza wobec narodowej klęski.

Powieść zaczyna, się w istocie pytaniem o to, jak powinien zachować się polski pisarz, gdy naród w potrzebie. Polska wspólnota w Buenos Aires, do której trafia bohater Trans-Atlantyku, doskonale wie, jakie ma na nim wymusić postawy i zachowania, a wie to – sugerował Gombrowicz – właśnie od Mickiewicza, bo to właśnie Mickiewicz narzucił Polakom kanoniczne wzory zachowań w obliczu klęski, pisząc po upadku powstania listopadowego Dziady drezdeńskie i narodową epopeję, dzieła, które fatalnie zaciążyły na świadomości polskiej, odgrodziły bowiem Polaków na długie lata od rzeczywistości, wpychając ich w świat urojony i w sztywne stereotypy.

W Panu Tadeuszu (i w sarmackich opowieściach Sienkiewicza) ujrzał Gombrowicz oficjalną, optymistyczną odpowiedź polskiego ducha na narodową klęskę, odpowiedź, którą wedle zbiorowych oczekiwań powinni powtarzać w analogicznej sytuacji nie tylko wszyscy polscy pisarze (przede wszystkim pisarze emigracyjni!) – lecz i wszyscy Polacy, szczególnie Polacy ze sfer rządzących. Żebyż to jednak ta mickiewiczowska odpowiedź na klęskę była choćby naprawdę własną odpowiedzią Mickiewicza! Trans-Atlantyk odsłania interakcyjną genezę polskiej kultury XIX i XX wieku. Bo wedle Gombrowicza Mickiewicz, to prawda, napisał po upadku powstania narodową epopeję po to, by pokrzepić zdruzgotane polskie serca (był więc uległy wobec polskich żądań…), czyż jednak nie napisał Pana Tadeusza też i dla… Europy, tworząc „atrakcyjny" obraz polskości po to, by Europa, uwiedziona pięknem świerzopów i dzięcielin, słuckich pasów i ułańskich mundurów, zachwyciła się Polską i nie dała jej zginąć? Nigdy nie przyznać się, że zostaliśmy zgnieceni przez wrogów, i za wszelką cenę podobać się Europie – tak wedle Gombrowicza miał się przedstawiać prawdziwy „interakcyjny" sens Mickiewiczowskiego arcydzieła, arcydzieła w istocie głęboko nieautentycznego, bo zostało ono napisane przez pisarza, który starał się dopasować swoją wizję polskości do przeczuwanych oczekiwań zachodnioeuropejskich, był więc – jak by powiedzieli egzystencjaliści – uwięziony w cudzym spojrzeniu.

W Trans-Atlantyku taki optymistyczny, kompensacyjny, „eksportowy" obraz polskości, którego wzór Polacy od dziesięcioleci odnajdują u Mickiewicza, fabrykuje „dla" świata grupa poselska, żądając, by pisarz „Witold Gombrowicz" robił to samo. Zatem grupa Rachmistrza, skupiona w malowniczym związku Kawalerów Ostrogi, której nastroje są radykalnie odmienne, jest bliższa rzeczywistości i prawdy? W Trans-Atlantyku oglądamy w groteskowych ujęciach dwa skrzydła polskiego ducha i dwie graniczne formy patriotyzmu. Jeśli pierwszą – „idylliczną", opartą na przeświadczeniu, że Natura jest przychylna polskiemu pięknu – Gombrowicz wywodzi z Pana Tadeusza, to źródła drugiej – „makabryzującej", opartej na przeświadczeniu, że Natura nie toleruje narodów słabych – odnajduje w III części Dziadów. Lecz w mrocznych „scenach piwnicznych", które są aluzją i do „celi Konrada", i do ogólniejszej psychologii polskiego „życia podziemnego", nie chodzi tylko o spór z filozofią mesjanizmu. Symboliczna fabuła Trans-Atlantyku socjologizuje zjawisko narodowej martyrologii. Gombrowicz pokazuje, jak (i do czego) polska zbiorowość „używa" martyrologicznego dyskursu – tak wobec samej siebie, jak i wobec Europy.

Martyrologia, której podstawowe struktury wyobrażeniowe zostały ukształtowane w Mickiewiczowskim arcydramacie, odsłania zatem w Trans-Atlantyku swoją dwuznaczną rolę. Z jakąż to ponurą, sadomasochistyczną zaciekłością sportretowani przez Gombrowicza Polacy potęgują w sobie patriotyczną udrękę – czynią to wszakże nie tylko po to, by osiągnąć cele metafizyczne, lecz i po to – jak Gombrowicz przedstawia w Trans-Atlantyku podszewkę romantycznych; wzlotów polskiego ducha – by w ten sposób zaleczyć własny kompleks „drugorzędności"! Brakowi sukcesów militarnych (i gospodarczych!) sportretowani w Trans-Atlantyku wyznawcy patriotyzmu „makabryzującego" pragną przeciwstawić „imponującą" bezbrzeżność polskich cierpień. Cóż za koszmarna licytacja! I trzeba przyznać, że przez Gombrowicza podpatrzona trafnie! Bo zdarzało się przecie Polakom przebywającym za granicą przekonywać cudzoziemców, że Polsce należy się podziw i szacunek świata choćby za to, że… podczas wojny Niemcy wymordowali u nas więcej ludzi niż gdziekolwiek. Ale uwaga Gombrowicza skupiła się przede wszystkim na zjawisku – nazwijmy to tak – martyrologicznego „terroryzmu". Oto Polacy – tak przedstawia się symboliczny sens wątku Kawalerów Ostrogi – w nieustannym poczuciu zagrożenia zewnętrznego wzajemnie przymuszają się do zgłębiania otchłani narodowych klęsk, bacząc, by nikt się nie wychylił z ciemnej, żałobnej atmosfery polskiego życia, wierzą bowiem, że dręcząc się wzajemnie bolesnym rozpamiętywaniem męki powstań, Sybiru, wygnań, deportacji, obozów (to aluzja do Króla-Ducha…} wzniecą w sobie moc „straszności", która pozwoli narodowi przetrwać i zwyciężyć. Malowniczy – i straszliwy – związek Kawalerów Ostrogi w niejednym przypomina samoudręczenia i „dociski", jakie zalecał członkom swojej sekty Andrzej Towiański. A i pamięć o patriotycznych prześladowaniach z roku 1864 pobrzmiewa w tym groteskowo-makabrycznym obrazie wzajemnego patriotycznego przymusu. (Chodzi na przykład o postawy patriotycznej opinii po powstaniu styczniowym, kiedy to gwałtownie, by nie rzec brutalnie, potępiano a i karano Polki, które ośmieliły się ignorować narodową żałobę, nie przywdziewając ciemnych sukni…)

Wszystkie te cechy polskiego ducha Gombrowicz skupił w obrazie argentyńskiej Polonii, opowiadał bowiem po trosze o własnych przygodach, jakie go spotkały w Buenos Aires, ale groteskowa forma powieści pikarejskiej, w niespodziewanych dla czytelnika momentach zbliżająca się do filozoficznej paraboli, pozwoliła mu też postawić w Trans-Atlantyku problem samodzielności i autentyczności istnienia w sposób daleko wykraczający poza horyzont polskiej sprawy. To prawda, że w Trans-Atlantyku mowa o kompleksach polskiego ducha wobec Zachodu, o środkowoeuropejskim syndromie prowincji, ale forma groteskowej paraboli przenosiła zagadnienie napięć między „centrum" a „peryferiami" na płaszczyznę uniwersalną. Gombrowicz rysował groteskowe modele postaw, które mogły się pojawić wszędzie. Z jednej strony zachowania Polaków, uwięzionych w kompleksie wobec wyższej kultury (scena salonowego pojedynku Witolda z argentyńskim pisarzem), z drugiej anarchiczna dezynwoltura wobec kulturowego dziedzictwa ludzkości w pałacu Gonzala…

Ani w Dzienniku, ani w Trans-Atlantyku Gombrowicz nie objawia się jako pisarz polskiej obsesji. Ileż pisze na przykład o kompleksie prowincji, dręczącym Amerykę Południową, kompleks ten nie jest więc w jego pojęciu żadną polską specjalnością! A Europa Zachodnia, której kulturalne przewagi spędzają sen z oczu „prowincji" opisanej w Trans-Atlantyku? Sprawa, o której pisze Gombrowicz, wbrew pozorom dotyczy także Zachodu. We wszystkich cywilizacjach „centrum" nie jest bowiem niezmienne, stolica świata wędruje w czasie i przestrzeni, po micie Aten, Rzymu czy i Paryża przychodzi czas – jak choćby dzisiaj – na mit Nowego Jorku, i oto zdetronizowany Stary Kontynent poznaje nagle gorzki smak egzystencji na obrzeżach, oczywiście – jak wszystkie „peryferie" – długo nie przyjmując do wiadomości, że jego czas minął… W każdym razie zakończony sukcesem podbój Paryża sprawił Gombrowiczowi niemałą satysfakcję, bo wtedy, kiedy Trans-Atlantyk powstawał, była to jeszcze dla Polaków (a i Argentyńczyków) rzeczywiście stolica świata.

Sarmatyzm jako język nowoczesności

Oczywiście analiza polskiego przypadku pozwoliła Gombrowiczowi nadać tej problematyce nie tylko groteskową ostrość, jaskrawość, ale i soczystość osobiście doznanego psychospołecznego konkretu. Niemniej bohater powieści, zaplątany w meandry polskiego ducha, staje w istocie przed pytaniem uniwersalnym: jak wywalczyć sobie duchową niezależność (i własną wybitność!) w starciu z „centrum", jeśli przynależymy do zbiorowości kulturowo „słabszej", z obrzeży, z peryferii?

Było to pytanie samego Gombrowicza; powracał do niego wiele razy w Dzienniku. Cały Trans-Atlantyk – fabuła, poetyka, błyskotliwy zapis niezwykłej Gombrowiczowskiej postawy – jest poszukiwaniem odpowiedzi. Wszystko zaczyna się od poczucia prowincjonalności, osadzenia w kulturze „drugorzędnej", wystarczy przeczytać pierwsze kluchowate, pełne wieśniaczego udręczenia i wstydu zdania tej powieści, by ujrzeć zasromanego przybysza z gorszych stron, który pragnie wytłumaczyć się ze swych emigranckich grzechów, idzie mu jak po grudzie, ale to tylko punkt wyjścia (a raczej punkt odbicia), nic więcej, bo Gombrowicz ów polski „prowincjonalizm" w Trans-Atlantyku właśnie przeciw prowincjonalizmowi wygrywa! Bierze prowincjonalny, zalatujący polszczyzną pamiętników Jana Chryzostoma Paska, anachroniczny język szlacheckiej Polski z XVII wieku, miesza go z frazą Sienkiewicza, przyprawia romantyczno-mesjanistycznymi osobliwościami polszczyzny dziewiętnastowiecznej, dorzuca pokraczną frazeologię (i jeszcze dziwniejszą pisownię) z pamiętników chłopów-emigrantów i temu powiatowo-barokowo-wiejskiemu gadaniu Sarmaty nadaje postać… filozoficznej przypowiastki o wolności i życiu autentycznym. To, co „słabe", „niższe" i anachroniczne, przeobraża w „mocne", niezależne i – tak! – nowoczesne. Dokonuje właściwie rzeczy niemożliwej: sklerotyczną gadaninę staroszlacheckiego gawędziarza zmienia w wieloznaczną narrację błyskotliwego intelektualisty, w której błazeński żart czy trywialność ludowego porzekadła przechodzą niepostrzeżenie w filozoficzne serio. Następuje zatem odwrócenie: język „niższości" staje się językiem swobody i górowania – także nad Zachodem. Bo Zachód jest samoistny i mocno osadzony w sobie, to prawda, ale – zdaje się mówić Gombrowicz – cóż z tego, skoro nie ma pośród swoich skarbów duchowych takich wspaniałości jak nasza sarmacka mowa i sarmacki fason życia, saski, bujny, makaroniczny czasem aż do potworności, ale tym bardziej właśnie wspaniały. Gombrowicz bawi się zatem podwójnie: bawi się mową ułomną, pokraczną, jak Midas przeobrażając sarmackie gadanie w mowę wysubtelnioną i złożoną, ale bawi się też górowaniem nad wyjałowioną doskonałością stylu zachodnich społeczeństw, które nie mają takiego skarbu jak nasz polski barok. I to, co go obniżało, naraz go wywyższa. Gombrowicz nie chce dorównać zachodniemu światu, naśladując zachodnie formy, nie chce też obnosić się z sarmacka wiernością tradycji, jak to czynił wedle niego Mickiewicz (i legion naśladowców Mickiewicza) – staje na równej stopie, właśnie osobliwie rewaloryzując czasy saskie, z tamtego czasu wyprowadzając wzór własnej postawy. Jeśli poczucie „drugorzędności" każe grupie poselskiej w Trans-Atlantyku kurczowo trzymać się form polskiego obyczaju, narrator Trans-Atlantyku – przyznajmy: czasem dość okrutnie – bawi się polskością. Bawi się jednak nie po to, by ją porzucić, lecz by zyskać swobodny wobec niej dystans. Tylekroć ośmieszany szlachcic polski z epoki saskiej, poddany w powieści groteskowej hiperbolizacji, nagle okazuje się wzorem nowoczesnego sobiepańskiego stosunku do świata i duchowej suwerenności! A z owego zawstydzającego saskiego baroku, któremu tyle się dostało od historyków choćby ze szkoły krakowskiej, potrafi Gombrowicz wyciągnąć także korzyści ściśle literackie.

Początkiem Trans-Atlantyku jest gest odstrychnięcia się. Bohater Gombrowicza rzuca na rodaków bluźniercze przekleństwo i dosłownie odwraca się do nich plecami. Ale potem? Ileż się w tej powieści mówi o pieniądzach! Gombrowicz trzeźwo widzi sprawy. Kto wie, jak rozwinęłaby się fabuła Trans-Atlantyku, gdyby powieściowy Witold nie wylądował w Buenos Aires z sumą 96 dolarów, o której dowiadujemy się na wstępie, lecz z sumą, która dawałaby mu materialną niezależność. To prawdziwa historia chudopachołka, który – mimo swej przyrodzonej dumy! – musi czepiać się klamek, przede wszystkim polskich klamek. Bo przecież właśnie brak gotówki skazuje go na polskość! Wśród tych klamek trafia się klamka magnacka, i jak to bywało w czasach saskich – jest to nie tylko klamka cudzoziemska, lecz i kusząca do zdrady! Czyż ten dziwaczny pałac Gonzala nie przypomina trochę dworu Bogusława Radziwiłła – ekscentrycznego zdrajcy, wytwornego, perwersyjnego magnata, trzymającego z obcymi i pogardliwie lekceważącego kurczową poczciwość polskiej szlachty – którego tak szyderczo sportretował Sienkiewicz, ucząc parę polskich pokoleń patriotycznej wzgardy dla wymuskanych elegantów o obcych narodowi upodobaniach! Otóż właśnie ta dwuznaczna klamka magnacka (złote góry Gonzala!) otwiera przed bohaterem Trans-Atlantyku drzwi do wolności – to znaczy do całkowitego zerwania z polskością! Bo Witold trzyma się swojaków wyraźnie ze strachu przed nędzą, z tego samego strachu lgnie też (choć ze wstrętem) do Gonzala (miliony, miliony!), ale Gombrowicz prowadzi powieściową narrację jednak tak, by obok tych tonów niskich „zagrała" w obrazie jego przygód złożona – i powieściowe niezwykle atrakcyjna – dialektyka przyciągania i odpychania. Bo Witold bluźni, wierzga, ale od polskości nie potrafi? nie chce? się oderwać!

A wierzga dlatego, że go ta polskość chce „użyć". Temat patriotycznej reifikacji jednostki powraca w Trans-Atlantyku wiele razy. Polska w Trans-Atlantyku jest spotworniałą do karykatury metaforą wspólnoty z kompleksem „drugorzędności", traktującej jednostkę instrumentalnie – niczym patriotyczny gadżet. Dotyczy to także polskiego stosunku do sztuki i artystów. Pisarz ma się popisywać przed obcymi, by udowodnić, że nie jesteśmy gorsi od innych i też mamy literaturę – jeśli popisuje się skutecznie, zostaje przez swoich uznany za geniusza, lecz jeśli nie potrafi sprostać wyzwaniu, staje się w oczach rodaków nikim. Ileż w Trans-Atlantyku ironii, ileż skrytego żalu i irytacji, że Polacy nie potrafią docenić własnych artystów, dopóki nie uznają ich obcy – najlepiej z Paryża! Lecz ta sama irytująca, niesamodzielna, nieautentyczna polskość nagle potrafi odsłonić przed nami (i przed bohaterem Trans-Atlantyku) swoje – powiedzmy tak: cudowne okropności. Bo chociaż Gombrowicz ani na chwilę nie zapomina o drażniących cechach polskiego ducha, to przecież jakże go cieszy – właśnie jako artystę! – ta romantyczno-sarmacka barwa polskiego życia, jak cieszą go i bawią nawet te makabryczne podziemia mesjanizmu, w których krwawe ostrogi na nogach „patriotów" bluźnierczo pobrzękują niczym… sybirskie kajdany. To, co bowiem anachroniczne, dziwaczne, spotworniałe, we wszystkożernej groteskowej narracji odsłania swoją estetyczną wspaniałość. Kuligi, polowania, pojedynki, postacie polskich oryginałów, śluby, zajazdy, rozmach sarmatyzmu, niebotyczna lewitacja romantycznych dusz – jakiż to zajmujący materiał na powieść nowoczesną, właśnie dlatego że tyle w nim trudnych do strawienia anachronizmów! Bo jednak choć Gombrowicz wyznawał, że „pragnie bronić Polaków przed Polską… wyzwolić Polaka z Polski" (chce więc tak zreformować polską mentalność, by nabrała większej swobody), nie żadna misja społeczna, lecz właśnie „robienie" powieści porywa go naprawdę.

Ułan i Efeb. Sekretne źródła polskiej Krzepy

Stąd – powiedzmy wyraźnie – ryzykowny ton Trans-Atlantyku, który tak oburzył choćby Lechonia. Gombrowicz zstępuje w samo centrum bardzo ryzykownej (i bolesnej) problematyki, ale zstępuje tam ostentacyjnie jako artysta, nie zaś jako moralista czy kapłan narodowej sprawy. Porywa go lekkość, swoboda wyobraźni, gra skojarzeń, a więc to, co każdy, kto domaga się powagi rozstrzygnięć, stosownej zwłaszcza w tak tragicznej chwili dziejowej, w jakiej toczy się akcja Trans-Atlantyku, uznałby za co najmniej naganne. Cały Trans-Atlantyk podszyty jest poczuciem grzeszności – tej jeszcze z roku 1920, kiedy to młody Gombrowicz powstrzymał się od udziału w wojnie polsko-sowieckiej – jego bohater przechodzi właściwie od „grzechu" do „grzechu", ale też z jakim to szyderczym uśmiechem Witold bije się w piersi podczas swojej „spowiedzi"! Nie dość że grzeszy przeciw rodakom i przeciw przyzwoitości, wdając się w podejrzane konszachty (waha się, czy nie wepchnąć czystego młodzieńca z Polski w ramiona argentyńskiego geja…), to jeszcze traktuje owego zniewieściałego rozpustnika jako równorzędnego… ideowego partnera polskiego żołnierza, gotowego Polsce poświęcić wszystko, nawet – jak to czynił biblijny Abraham! – własnego syna; bo przecież czyż Tomasz nie chce rzucić efebowatego lgnąca na ołtarz narodowej sprawy, wydając go na śmierć lub kalectwo. Swoboda, ku której skrycie dąży bohater Trans-Atlanty ku, wyraźnie łączy się z rozluźnieniem erotycznych obyczajów. „A jakby tak trochę zboczyć, to co?" Bo nie chodzi tylko o zboczenie z utartej drogi kulturalnego stereotypu. Problematyka seksu w Trans-Atlantyku – kto o niej napisze? Tu właśnie Gombrowicz powiedział rzeczy najbardziej własne – i chyba najbardziej ryzykowne.

Przede wszystkim odsłonił u podłoża polskich zachowań antyhomoseksualną obsesję polskiej kultury. W scenach przedstawiających oburzenie Polaków na widok argentyńskiego puto czyż nie pobrzmiewa echo szesnastowiecznego polskiego urazu – zaszyfrowana w odruchach szlacheckich pamięć chwili, kiedy to na Wawelu pojawił się wymuskany, wypachniony Henryk Walezjusz, kandydat na króla Rzeczypospolitej, w którego uchu – jak chce legenda – kontuszowi wąsacze z przerażeniem ujrzeli złoty kolczyk? Ale i martyrologia w spojrzeniu Gombrowicza ujawnia podobny neurotyczny sekret! W porządku fabularnym ból zadany przez patriotyczną Ostrogę pojawia się po raz pierwszy jako „kara" za urzeczenie cielesną urodą lgnąca. Witold zostaje zesłany do patriotycznych „podziemi" w chwilę po grzesznej kontemplacji. W całej powieści lgnąc nie wymawia nawet jednego słowa – lecz czy cielesne piękno musi mówić cokolwiek? Jego mową jest wdzięk rozkosznej obietnicy. Martyrologiczna tresura, tak jak jej mechanizmy psychologiczne rekonstruuje w Trans-Atlantyku Gombrowicz, służy nie tylko wzmaganiu patriotycznej mocy narodowego ducha, lecz także oderwaniu Polaków – przede wszystkim młodych Polaków – od ciała. Cóż to za szydercza – psychoanalityczna! – lektura Dziadów i słynnego Mickiewiczowskiego wiersza Do matki Polki, w którym antycielesna „edukacja ku umartwieniu i śmierci" znalazła swój archetypiczny wzór! Polak żyje „ku" cielesnej męce. Ciało polskie to ciało bolesne – i aseksualne. Jego przeznaczeniem jest ukrzyżowanie. Polak ma wiecznie żyć w piwnicznych ciemnościach celi Konrada i Sybiru, a w dziełach Malczewskiego, Grottgera i Kossaka widzieć obraz własnej przyszłości… Polacy żyją w ciągłym oczekiwaniu na kolejną klęskę, na przegraną wojnę, na utratę niepodległości, a znaczy to w istocie: żyją w ciągłym oczekiwaniu na kolejną próbę bólu. Owo oczekiwanie na ból, spodziewanie się bólu, przechodzące w nerwicowe pożądanie świętego patriotycznego cierpienia (skoro nie można uniknąć, trzeba pokochać…), deformuje zaś intymną sferę polskiego życia. Bo w polskim mesjanizmie Gombrowicz dostrzegł nie tylko apoteozę pogrążania się w patriotycznym cierpieniu, lecz i skryty nakaz pogrążania w cierpieniu także innych. U podłoża zaś tego wszystkiego odkrywał… nienawiść do „radości ciała", bo przecież straszliwy hufiec Kawalerów Ostrogi, w którego wizji pobrzmiewają echa okrutnych praktyk Towiańskiego, tylko rwie się do tego, by zabić rozkosznie przeciągającego się we śnie Efeba! Duchowe państwo romantycznego patriotyzmu to w Trans-Atlantyku niemal, oparte na wzajemnej kontroli, państwo policyjne, na którego czele stoi wyschnięty – antycielesny i aseksualny – Wieszcz, ciemny sobowtór Mickiewicza – mistagoga więzienno-zesłańczego misterium. Jakże ostro kontrastuje Gombrowicz cielesną znikomość wyschniętego jak trup Rachmistrza z „soczystą" urodą lgnąca! „Rześkie śmiechy, ruchy, całego ciała radość, zręczność!" I podkreśla, że polska podświadomość chce się wyrwać z narzuconej sobie przez romantyzm duchowej formy, w której znalazła złudne uleczenie swoich niepokojów. Bo do celi Konrada, podobnie jak do zawadiackiej rycerskości świata wykreowanego w Panu Tadeuszu, popycha Polaków nie tylko patriotyczna ideologia – lecz i polskie kłopoty z seksem. Ściślej – jak mawiał Gombrowicz – „kurczowy" stosunek do tych spraw. „Wszystko – wola Rachmistrz – aby los nasz przeklęty przemóc i natury wrogość zgwałcić i odmienić!" „O zgwałcić Naturę, zgwałcić los, siebie zgwałcić i zgwałcić Boga najwyższego!" Tak, te słowa to oczywiście groteskowy skrót idei mesjanizmu (ale i chyba też społecznego darwinizmu narodowej demokracji…). Gombrowicz demaskuje jednak polską duchowość właśnie przy użyciu metafory fizycznego gwałtu, metafory zgwałcenia samego siebie, zgwałcenia natury w sobie. U podłoża polskiego patriotyzmu odkrywa anty-naturalną i anty-cielesną nerwicę. Rycerska i męczeńska „twardość" Polaka, której mityczną wizję kreowali romantyczni poeci i Sienkiewicz, i której bronią bohaterowie Trans-Atlantyku, bierze się bowiem z panicznego lęku przed cielesną miękkością „mieszańca", „cudaka", geja, przed swobodną gestykulacją i mimiką pełną gracji, fumów i szyków, przed ludyczną lekkością życia. Polska kultura żąda od Polaków równocześnie twardej jednoznacznej tożsamości narodowej… i seksualnej. Tylko ten, kto potrafi stawać w boju i cierpieć na patriotycznej Golgocie, jest prawdziwym Polakiem i prawdziwym mężczyzną… Kobiety w Trans-Atlantyku właściwie nie istnieją (oczywiście kwestia Formy Polskiej, stawiana przez Gombrowicza, ich także dotyczy), Gombrowicz ma na myśli zatem przede wszystkim – jak to się dawniej mówiło – problemat męskiej strony polskiego ducha. „Wzajemne Spętanie Opętanie", które oglądamy w Trans-Atlantyku, jest więc unifikacją w anty cielesnym etosie walki i ofiary – ale jest także (neurotycznym!) jednoczeniem się w antyhomoseksualnym odruchu. Tu bowiem, w antyhomoseksualnej obsesji, biją wedle Gombrowicza sekretne źródła polskiego mitu Ułana, prawdziwego Ogiera narodowej sprawy, mitu, którego wzorcowymi ucieleśnieniami byli Mickiewiczowski Tadeusz z ręką na temblaku oraz ułan z obrazów Kossaka, karykaturalnym zaś ucieleśnieniem jest Tomasz. Ale tu także biją źródła mitu Męczennika, to znaczy mitu więzienno-zesłańczego, stanowiącego samo centrum narodowej martyrologii.

Dlatego jedną z symbolicznych fabuł Trans-Atlantyku są przygotowania do zabicia Efeba (którego chcą zabić Męczennicy i Ułan), drugą są przygotowania do zabicia Ułana (którego chce zabić Duch Nieokiełznanego Homoerotyzmu). W powieściowym świecie Gombrowicza przeciwieństwem i zagrożeniem dla Męczennika i Ułana jest nie kto inny, tylko właśnie Efeb. Między tymi przeciwieństwami porusza się bohater powieści. I jak to się i w innych powieściach Gombrowicza dzieje, ma swojego sobowtóra-kusiciela, który go popycha ku skrajnej „opcji perwersyjnej". Ale Gonzalo jest nie tylko uosobieniem ciemnych stron jego duszy (robi to, czego tamten się boi zrobić…), jest także jednym z Gombrowiczowskich – wielce dwuznacznych! – reżyserów-manipulatorów, którzy, choć pozornie wyglądają na uosobienia wyzwalającej swobody, sprawują dziwaczne (i dość przerażające) interakcyjne „gusła", zmierzając do zawładnięcia innym. A władzę nad innym osiąga się w Trans-Atlantyku poprzez wpędzenie cudzej myśli w symetrię. Gombrowiczowska wizja interakcji tę zasadę podkreśla przede wszystkim.

Krew i śmiech

W groteskowej narracji Gombrowicza wszystko jednak nabiera niepokojącej migotliwości: „dezercja" przestaje być dezercją (choć może i trochę nią jest), lekkość swobody dystansu wobec polskości zbliża się do pogardliwego lekceważenia surowych Conradowskich imponderabiliów patriotyzmu, indywidualizm, przeciwstawiony tępemu trwaniu w narodowej Formie, raz po raz pobłyskuje szyderczą ironią egotyzmu, chociaż nigdy nie osiąga Stirnerowskiej agresywności, zboczenie zaś – zboczenie nie jest zboczeniem, choć i trochę nim jest. W powieściowym świecie staje się ono metaforą otwartości na zmianę. „Twarda" męska czy kobieca tożsamość – sugeruje Gombrowicz – jest wmówieniem kultury, seks ciągnie nas zawsze równocześnie i w męską, i w żeńską stronę, przenika nas gra sprzecznych pragnień, lecz któż z Polaków (przypomnijmy, że Trans-Atlantyk powstawał w latach czterdziestych) chce o tym słyszeć? Tymczasem wszystko u Gombrowicza jest ruchome i otwarte.

To prawda: uderzająca jest zamknięta „symetria" tej opowieści. Gombrowicz rysuje groteskowo wyostrzone alternatywy spętanej wewnętrznie kultury opartej na narodowym pryncypium – i zderza z nimi jednostkę, która poszukuje własnej drogi. Jego wtrącony w symetrię bohater musi wybierać między patriotyczną „idyllą" i „makabrą", Ojczyzną i Synczyzną, poczciwym Majorem i rozwiązłym Gonzalem, Posłem i Rachmistrzem, Normą i Zboczeniem, Synobójstwem i Ojcobójstwem… Tak jakby wszedł na wytyczone pole gry. I ruch fabuły jest w dużym stopniu przez to pole wyznaczany. Do czasu jednak! Ów bohater bowiem to bardzo literacko wyrafinowana postać, przebrany tylko w kostium sarmacko-wieśniaczej niezgrabności, niby bezradna, a w istocie bardzo przebiegła, która właśnie chce się wymknąć z tej krępującej symetrii, podobnie jak to czynił wcześniej bohater Ferdydurke – i sam Gombrowicz. W finale aż się prosi o jakieś mocne rozstrzygnięcie, krew wisi w powietrzu, symetria opowieści domaga się trupa – tymczasem wszystkie alternatywy zostają uchylone: wybucha śmiech, rozpraszający właśnie grozę symetrycznych przeciwstawień. Efeb wymyka się i spod władzy starego świata, i ze szponów obsesyjnego zboczenia – ale dokąd podąży? Rozumiemy, że śmiech, którym Gombrowicz powieść zamyka, to śmiech-tryumf nieskrępowanego ducha artysty, skłaniającego nas, byśmy się wzbili ponad sztywne przeciwstawienia i na całość spraw spojrzeli z nowej, wyzwalającej perspektywy. Czy jednak nie jest to śmiech nadto wykoncypowany, nadto ideologiczny, nadto alegoryczny, nadto wymykający się – śmiech unik i wykręt? Gombrowicz zostawia nas z całą tą rozwibrowaną mieszaniną powagi i niepowagi, nadziei i drwiny, bólu i wesołości. Jak my, czytelnicy Trans-Atlantyku, mamy wybrnąć z tego duchowego zamieszania, w jakie nas wtrącił?

Literatura – zdaje się mówić pisarz – nie jest od udzielania odpowiedzi. Jej rzeczą jest stawiać czytelnika w trudnych, elektryzujących sytuacjach – niech sobie radzi, jak umie.