/ Language: Polski / Genre:sf

Jak odkryto Morniela Mathawaya

W Tenn


William Tenn

Jak odkryto Morniela Mathawaya

Wszyscy dziwią się zmianom, jakie zaszły w życiu Morniela Mathawaya, od czasu kiedy odkryto jego talent. Wszyscy z wyjątkiem mnie. Pamiętają go jako niedomytego i pozbawionego zdolności pacykarza z Greenwich Village, który co drugie zdanie rozpoczynał od „ja”, a co trzecie kończył na „mnie”. Narzucał wszystkim to dobre o sobie mniemanie podszyte niepewnością człowieka, który podejrzewa, że w rzeczywistości należy do drugiej albo i niższej kategorii. Każda z nim rozmowa sprawiała, że chciało się zatkać uszy wobec tych wszystkich nieznośnych przechwałek.

Rozumiem tę jego przemianę, krytyczne podejście do samego siebie, a także jego nagły, niezwykły sukces. No, ale w końcu byłem przy nim tego dnia, kiedy „odkryto” jego talent, choć może należałoby to inaczej ująć, zważywszy, jak całkiem niemożliwa — tak, powiedziałem „niemożliwa” zamiast „nieprawdopodobna” — jest ta cała sprawa. Wiem tylko, że gdy próbuję coś z tego zrozumieć, to od nadmiaru myślenia dostaję zaparcia, bólu głowy i odkłada mi się kamień w nerkach.

Tamtego dnia rozmawialiśmy o jego talencie. Siedziałem, zachowując z trudem równowagę, na drewnianym krześle w jego małym nie dogrzanym mieszkaniu — atelier na Bleecker Street. Wiedziałem już, że nie należy siadać w fotelu.

Z pomocą tego fotela Morniel opłacał praktycznie całe komorne. Był on wytartym do cna kłębem przybrudzonej tapicerki, która sterczała wysoko z przodu, a z tyłu głęboko się zapadała. Kiedy się w tym siadało, różne rzeczy zaczynały ci wypadać z kieszeni — drobne, klucze, portfel, wszystko — i ginąć w dżungli zardzewiałych sprężyn i nadpróchniałego drewna.

Za każdym razem, kiedy ktoś przychodził po raz pierwszy, Morniel z wielkimi honorami sadzał go na tym „bardzo wygodnym fotelu”. A gdy biedak boleśnie skręcał się, próbując znaleźć kawałek miejsca pomiędzy sprężynami, oczy Morniela jaśniały i cały pokój wypełniał się jego uśmiechem. Bo im bardziej ktoś się ruszał, tym więcej rzeczy mu wypadało z kieszeni.

Po wyjściu gościa rozkręcał fotel i podliczał dochód, niczym właściciel sklepu sprawdzający kasę po wielkiej wyprzedaży.

Kłopot polegał na tym, że siedząc na drewnianym krześle należało bardzo uważać. Krzesło było kulawe.

Morniel nic nie tracił — zawsze siadał na łóżku.

— Nie mogę się doczekać dnia — zwykł był mawiać — kiedy jakiś kupiec, jaiś krytyk, ktoś z odrobiną oleju w głowie przyjdzie obejrzeć moje prace. Ja mam rację, Dave, wiem, że mam rację; tylko jestem po prostu zbyt dobry. Wiesz, czasem aż się boję, gdy pomyślę sobie, jaki jestem dobry. Chyba zbyt wiele talentu jak na jednego człowieka.

— No — próbowałem odpowiedzieć — zawsze jeszcze…

— Nie żeby zbyt wiele talentu jak na mnie — ciągnął jakby w obawie, że mogłem go źle zrozumieć. — Na szczęście mam w sobie dość wielkości, żeby to unieść, jestem potężny w duchu. Ale ktoś inny, ktoś mniejszego pokroju nie wytrzymałby takiej pełni percepcji, tego zrozumienia undywidualnej duchowości, jak by to można ująć. Jego mózg po prostu by pękł pod takim ciężarem. Ale nie mój, Dave, nie mój.

— To dobrze — ucieszyłem się. — Miło mi to słyszeć. A teraz, jeśli nie masz…

— Wiesz, o czym dziś rano myślałem?

— Nie — bąknąłem zbity z tropu. — Ale szczerze mówiąc naprawdę…

— Myślałem o Picassie, Dave. O Picassie i Roualt. Poszedłem sobie na spacer w stronę targu, żeby zjeść jakieś śniadanie — wiesz, stary chwyt Morniela, ręka szybsza niż oko — i zacząłem rozmyślać o współczesnym malarstwie. Dużo o tym myślę, Dave. Martwi mnie to.

— Tak? — spytałem bez zainteresowania. Hm, ja raczej…

— Poszedłem ulicą Bleecker, skręciłem do parku przy Washington Square i idąc, tak sobie myślałem: kto naprawdę robi coś istotnego we współczesnym malarstwie, kto jest rzeczywiście i bezapelacyjnie wielki? Mogłem wymienić tylko trzy nazwiska: Picasso, Roulat — i ja. W tej chwili nie ma nikogo więcej, kto by robił coś wartościowego i oryginalnego. Tylko trzy nazwiska spośród całego tłumu ludzi, którzy w tej chwili na świecie pracują pędzlem; tylko trzy nazwiska i koniec. Przez to poczułem się bardzo samotny, Dave.

— Rozumiem cię — pocieszyłem go. — Ale w końcu…

— I wtedy zadałem sobie pytanie: dlaczego tak się dzieje? Czy geniusz absolutny zawsze był taką rzadkością, czy w każdym okresie czasu jest go statystycznie tyle samo czy też jest inny powód, właściwy tylko naszym czasom? I czemu nieuchronne odkrycie mojego talentu tak się odwleka? Długo nad tym myślałem, Dave. Myślałem nad tym dokładnie i z pokorą, bo to bardzo ważne pytanie. I oto, co wymyśliłem.

Poddałem się. Oparłem się tylko wygodnie — oczywiście nie za mocno — i słuchałem, jak rozwija teorię estetyki, którą już z dziesięć razy opowiedziało mi dziesięciu innych malarzy z Village. Różnili się tylko w kwestii odpowiedzi na pytanie, kto konkretnie jest uwieńczeniem i najdoskonalszym żyjącym przykładem tej estetyki. Morniel, jak już się pewnie zorientowaliście, uważał, że to on.

Przyjechał do Nowego Jorku z Pittsburga jako wysoki, niezgrabny chłopak, który niechętnie się golił, ale wierzył w swój talent malarski. W tamtych czasach podziwiał Gauguina i próbował kopiować go na płótnie. Z akcentem, który miał być filmowym akcentem z Brooklynu, a w rzeczywistości był czystą mową pittsburską, mógł godzinami dyskutować o „mistyce” ludowej prostoty.

Szybko dał sobie spokój z tym Gauguinem, gdy tylko poszedł na parę wykładów do Ligi Studentów Sztuk Pięknych i zapuścił pierwszą niechlujną blond bródkę. Ostatnio wynalazł nową technikę, którą nazywał „plama na plamie”.

Był kiepskim malarzem, co do tego nie było dwóch zdań. Mówię to, polegając nie tylko na własnej opinii — a mieszkałem w jednym pokoju z dwoma malarzami; z jedną malarką nawet przez rok byłem żonaty — ale na zdaniu obeznanych z tym ludzi, którzy nie mając w tym własnego interesu, dokładnie obejrzeli jego prace.

Jedno z tych malowideł Morniel bardzo chciał mi podarować i pomimo protestów, osobiście powiesił mi nad kominkiem. Pewien znany krytyk sztuki współczesnej, któremu opadła szczęka na widok tego dzieła, powiedział:

— Nie chodzi o to, że niczego istotnego od strony graficznej to nie przedstawia, ale on nawet nie stawia sobie problemów natury, nazwijmy to, malarskiej. Jak byś to nazywał: biel z bielą, plama na plamie, bezprzedmiotowość, neoabstrakcjonizm, tu po prostu niczego nie ma, niczego! Jeszcze jeden krzykliwy, niechlujny, sfrustrowany dyletant, który tylko zaśmieca Village.

Czemu więc spędzałem czas z Mornielem? No cóż, mieszkał, po pierwsze, tuż za rogiem. Miał, na swój pomylony sposób, barwną osobowość. A kiedy całą noc siedziałem nad wierszem, który nijak się nie układał, choćby dla relaksu dobrze było zbłądzić do jego atelier na rozmowę nie mającą nic wspólnego z literaturą.

Kłopot w tym — o czym wiecznie zapominałem — że prawie nigdy nie była to rozmowa, lecz monolog, w który ledwie od czasu do czasu udawało mi się coś wtrącić.

Widzicie, różnica między nami była taka, że moje wiersze zostały wydane, choćby nawet w kiepsko odbitych magazynach eksperymentalnych, utrzymujących się z subskrypcji. On nigdy nie zrobił wystawy. Nawet jednej.

Był jeszcze jeden powód, dla którego utrzymywałem z nim przyjacielskie stosunki. A miało to związek z tym jedynym talentem, który naprawdę posiadał.

Ledwie mi starcza na życie, przynajmniej jeśli chodzi o koszty utrzymania. Takie rzeczy, jak dobry papier czy ciekawe książki do mojej biblioteczki są tym, czego zawsze pożądałem, ale co zawsze mocno wykraczało poza moje finansowe możliwości. Kiedy owo pożądanie staje się nie do zniesienia — na przykład z powodu świeżo wydanego tomu Wallace’a Stevensa — zbaczam do Morniela i mówię mu o tym.

Potem idziemy do księgarni — wchodząc do niej osobno. Ja zaczynam rozmowę z właścicielem o jakimś bardzo kosztownym albumie dla koneserów, który zamierzam zamówić i gdy tylko zajmę całą jego uwagę, Morniel podprowadza Stevensa — za którego oczywiście zapłacę, gdy tylko trochę stanę na nogach.

Jest w tym absolutnie cudowny. Nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek go podejrzewał, nie mówiąc już o złapaniu. Rzecz jasna, muszę odwdzięczyć się za przysługę, robiąc to samo w sklepie z artykułami malarskimi, żeby Morniel mógł odnowić swój zapas płótna, farb i pędzli, ale na dłuższą metę to mi się opłaca. Jedyne minusy tego to nieznośna nuda, jaką muszę ścierpieć, słuchając jego tyrad i wyrzuty sumienia, ponieważ wiem, że jemu do głowy nie przyjdzie za to wszystko zapłacić. Dobra, ale ja zapłącę, gdy tylko będę mógł.

— Nie mogę być aż taki wyjątkowy — ciągnął swój monolog. — Muszą się rodzić inni ludzie z zadatkami na tak wielki talent, ale ginie on, zanim osiągną dojrzałość artystyczną. Jak? I dlaczego? No więc, rozważmy rolę społeczeństwa…

I właśnie wtedy pierwszy raz to ujrzałem. Kiedy powiedział słowo „społeczeństwa”, ujrzałem tę purpurową zmarszczkę na przeciwległej ścianie, lśniący zarys jakiegoś pudła i lśniący zarys siedzącego w środku człowieka. Wisiał jakieś półtora metra nad podłogą i wyglądał, jakby przesłaniały go fale gorącego powietrza. A potem ściana znów była pusta.

Było to pod koniec roku, a więc za późno na gorące powietrze. I nigdy przedtem nie miałem omamów wzrokowych. Uznałem, że usiały to być zaczątki nowej szczeliny w ścianie u Morniela. To miejsce trudno było nazwać atelier: zwykłe, pełne przeciągów mieszkanie bez ciepłej wody, z którego jakiś lokator usunął ścianki działowe, żeby mieć jeden długi pokój. Znajdowało się na najwyższym piętrze i dach od czasu do czasu przeciekał, a ściany pokryte były grubymi, falistymi smugami na pamiątkę strumieni wody.

Ale skąd ta purpura? I skąd ten zarys człowieka wewnątrz pudła? Trochę za sprytne jak na zwykłe pęknięcie w ścianie. I gdzie nagle się podziało?

— … ten odwieczny konflikt z jednostką, która chce utrzymać niezależność — podkreślił Morniel. — Żeby nie wspomnieć…

Kilka wysokich tonów zabrzmiało szybko jeden po drugim. I wówczas, tym razem na środku pokoju i zaledwie metr nad ziemią znów pokazały się purpurowe linie — wciąż mgliste, wciąż prześwitujące i wciąż z tym zarysem człowieka pośrodku.

Morniel przerzucił nogi przez krawędź łóżka i wpatrzył się w ten obraz.

— Co u… — zaczął.

I znowu całe urządzenie zniknęło.

— C-co… — zająknął się Morniel. — Co się tu dzieje?

— Nie wiem — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — Ale cokolwiek to jest, sądzę, że próbują trafić w cel.

Znów zabrzmiały tamte wysokie dźwięki. A purpurowa skrzynia ukazała się naszym oczom, spoczywając bezpiecznie na podłodze. Cały czas ciemniała i nabierała kształtów. Dźwięki wspinały się po skali, jednocześnie cichnąc, aż gdy skrzynia nie była już przezroczysta, znikły zupełnie.

W skrzyni rozsunęły się drzwi. Wyszedł jakiś człowiek ubrany w coś, co zdawało się składać z samych frędzli.

Spojrzał najpierw na mnie, a potem na Morniela.

— Pan Morniel Mathaway? — spytał grzecznie.

— T-tak — wyjąkał Morniel, cofając się w okolice lodówki.

— Panie Mornielu Mathaway — rzekł uroczyście człowiek ze skrzyni. — Nazywam się Glescu. I przynoszę panu pozdrowienia z roku 2487.

Żaden z nas nie wiedział, o co chodzi, więc pozostawiliśmy to bez odpowiedzi. Podniosłem się z krzesła i stanąłem obok Morniela, czując niejasno, że lepiej trzymać się czegoś znanego.

I przez chwilę wszyscy staliśmy bez ruchu. Osobliwa scena.

„Rok 2487” — pomyślałem sobie. W życiu nie widziałem kogoś tak ubranego. Co więcej, nigdy nie wyobrażałem sobie, że ktoś może być tak ubrany, a moja wyobraźnia potrafi wywijać koziołki. To ubranie nie było całkiem przezroczyste, a jednak nie całkiem zasłaniało. Można by je nazwać pryzmatycznym, bo wciąż lśniły na nim różne kolory przeskakujące po frędzlach. Musiała w tym być jakaś prawidłowość, ale na pewno nie taka, którą mógłbym dostrzec i rozpoznać.

A sam człowiek, ów pan Glescu, był tego samego wzrostu co Morniel i ja, i nie wyglądał na dużo starszego. Ale było w nim coś — nie wiem, można by to nazwać klasą, autentyczną, olbrzymią klasą — co zmusiłoby do posłuchu księcia Wellingtona. Dobrze wychowany, może o to tu chodziło. W takim razie był najlepiej wychowanym człowiekiem, jakiego w życiu widziałem.

Zrobił krok naprzód.

— A teraz — rzekł głębokim, cudownie brzmiącym głosem — jak każe dwudziestowieczny obyczaj, podamy sobie dłonie.

Tak więc, jak każe dwudziestowieczny obyczaj, podaliśmy mu dłonie. Najpierw Morniel, potem ja — obydwaj bardzo ostrożnie. Pan Glescu podawał nam rękę bardzo niezgrabnie, co przywiodło mi na myśl farmera z Iowy, który pierwszy raz w życiu je pałeczkami.

Po skończonej ceremonii stanął naprzeciw nas, cały promieniejąc. Choć bardziej w stronę Morniela niż moją.

— Co za chwila, prawda? — westchnął. — Co za wspaniała chwila!

Morniel nabrał powietrza w płuca i już wiedziałem, że na coś się przydało nagabywanie facetów od reklamy, którzy wyskakiwali ci przed nosem na schodach i proponowali usunięcie wyrostka. Przychodził do siebie, jego umysł znów zaczynał pracować.

— Pan powiedział „co za chwila”? — zainteresował się. — A cóż w niej takiego nadzwyczajnego? Czy pan może wy-wynalazł podróże w czasie?

Pan Glescu roześmiał się serdecznie.

— Ja? Podróż w czasie? Ach, nie. Nie, nie! Podróż w czasie wynalazła Antoinette Ingeborg, ale to jeszcze wasza przyszłość. Nie warto wchodzić w szczegóły, zwłaszcza że mam tylko pół godziny.

— Dlaczego pół godziny? — spytałem nie dlatego, że byłem ciekaw; po prostu chciałem się włączyć do rozmowy.

— Tylko tak długo można utrzymać skindrom — wyjaśnił. — Skindrom jest to — hm, nazwijmy to urządzeniem transmisyjnym, które umożliwia mi ukazanie się w waszym czasie. Wymaga to takiego wydatku energii, że podróż w przeszłość odbywa się tylko raz na pięćdziesiąt lat. Ten przywilej przyznaje się jako coś w rodzaju Gobla. Chyba dobrze powiedziałem. To jest Gobel, tak? Taka nagroda w waszych czasach.

— Nie chodzi panu przypadkiem — błysnęła mi myśl — o Nobla? Nagrodę Nobla?

Przytaknął mi entuzjastycznie.

— Tak jest! Nagroda Nobla! Taka podróż jest przyznawana wyróżniającym się naukowcom, jako rodzaj nagrody Nobla. Co pięćdziesiąt lat człowiek wybrany przez gardunax jako najwybitniejszy i tak dalej. Do tej pory oczywiście zawsze dostawał ją jakiś historyk, no i marnowali ją na oglądanie oblężenia Troi, pierwszego wybuchu atomowego w Los Alamos, odkrycia Ameryki, takie tam. Ale w tym roku…

— Tak? — ponaglił go Morniel drżącym głosem. Nagle obaj przypomnieliśmy sobie, że pan Glescu znał jego nazwisko. — A jaką dziedziną nauki pan się zajmuje?

Pan Glescu lekko skłonił głowę.

— Jestem krytykiem sztuki. Moja specjalność to historia sztuki. A w dziedzinie historii sztuki zajmuję się…

— Czym!? — prawie krzyknął Morniel, a głos mu autentycznie dygotał. — Czym pan się zajmuje?

Znów lekkie skinienie głową.

— Panem, panie Mathaway. W moich czasach, mogę to bez obawy powiedzieć, jestem największym żyjącym autorytetem w dziedzinie życia i twórczości Morniela Mathawaya. Zajmuję się właśnie panem.

Morniel zbladł. Po omacku doszedł do łóżka i usiadł ostrożnie, jakby był z porcelany. Kilka razy otworzył i zamknął usta i wyglądało na to, że nie może wydobyć z siebie ani słowa. Wreszcie przełknął ślinę, zacisnął pięśći i wziął się w garść.

— Czy… czy chce pan powiedzieć — udało mu się w końcu wymamrotać — że jestem sławny? Tak sławny?

— Sławny? Mój drogi panie, pan jest więcej niż sławny. Jest pan jednym z nieśmiertelnych, których wydł rodzaj ludzki. Jak to ująłem — dość trafnie, jeśli wolno mi tak powiedzieć — w swojej ostatniej książce zatytułowanej „Mathaway — człowiek, który ukształtował przyszłość”: „Jakże rzadko zdarzało się pojedynczym ludzkim wysiłkom…”

— Aż taki sławny. — Jasna bródka trzęsła mu się jak u dziecka, które gotowe jest rozpłakać się. — Taki sławny!

— Taki sławny — potwierdził pan Glescu. — Kto rozpoczął epokę współczesnego malarstwa jaśniejącego w całej swej krasie? Czyje wzory i specyficzne łączenie kolorów zdominowały architekturę na przestrzeni ostatnich pięciu wieków, kto jest odpowiedzialny za układ naszych miast, za kształt każdego dzieła sztuki, za samą tkaninę naszych ubrań!

— Czyżbym ja? — spytał słabo Morniel.

— Pan! Żaden inny człowiek na przestrzeni wieków nie wywarł tak wielkiego wpływu na wzornictwo ani na żadną inną dziedzinę sztuki przez tak długi okres czasu! Z kimże mam pana porównać? Do którego artysty z przeszłości mógłbym pana porównać?

— Rembrandt? — podsunął nieśmiało Morniel. Wyraźnie starał się mu pomóc. — Da Vinci?

— Rembrandt i da Vinci w jednym rzędzie z panem? — Pan Glescu zaśmiał się pogardliwie. Ależ to śmieszne! Gdzież im do pańskiej wszechstronności, rozsmakowania w wymiarze kosmicznym, wyczucia wszechogarniania. Nie, żeby znaleźć godne pana porównanie, trzeba by wyjść poza malarstwo, może w stronę literatury. Może Szekspir ze swoim rozmachem, poezją pobrzemiewającą dźwiękiem organów, z jego przeogromnym wpływem na późniejszy język — ale chyba nawet Szekspir, obawiam się, że nawet Szekspir… — Potrząsnął smutnie głową.

— Och! — jęknął Morniel Mathaway.

— Skoro o Szekspirze mowa — wtrąciłem — czy zna pan przypadkiem poetę nazwiskiem David Dantziger? Czy dużo jego dzieł się ostało?

— Czy to pan?

— Tak — wpatrzyłem się błagalnie w człowieka z roku 2487. — To ja, David Dantziger.

Zmarszczył czoło.

— Chyba sobie nie przypominam… Do której ze szkół poetyckich pan należy?

— Hm, różnie to nazywają. Najczęściej antyimażyści. Tak, antyimażyści albo postimażyści.

— Nie — odrzekł pan Glescu po któtkim namyśle. — Jedynym poetą, jakiego pamiętam z tego czasu i tej części świata, jest Peter Tedd.

— A któż to jest Peter Tedd? Nigdy o takim nie słyszałem.

— Widocznie jeszcze nie odkryto jego talentu. Ale proszę pamiętać, że jestem krytykiem sztuki, a nie literatury. Jest całkiem możliwe — mówił dalej, aby mnie pocieszyć — że jeśli wspomniałby pan swoje nazwisko specjaliście z dziedziny pomniejszych poetów dwudziestowiecznych, potrafiłby on bezbłędnie umiejscowić pana w czasie. Całkiem możliwe.

Spojrzałem na Morniela, który szczerzył do mnie zęby, siedząc na łóżku. Już całkiem ochłonął i zaczynał powoli rozumieć swoją sytuację. Całą tę sytuację. Swoje własne położenie. Moje.

Uznałem, że nienawidzę każdego kawałka jego parszywego ciała.

Dlaczego to musiał być ktoś taki jak Morniel Mathaway, do którego tak szczęśliwie uśmiechnął się los? Tylu było malarzy, a przy tym przyzwoitych ludzi, a tu masz, ten chełpliwy próżniak.

A przez cały czas moje myśli krążyły wokół jednego. To tylko dowodzi, powtarzałem sobie, że potrzebna jest perspektywa historii, aby cokolwiek w sztuce odpowiednio ocenić. Wystarczy pomyśleć o wszystkich, którzy należeli w swoich czasach do grubych ryb, a dziś są zapomniani — na przykład ten współczesny Beethovenowi: dopóki żył, uważano go za wielkiego człowieka, a dziś jego nazwisko jest znane tylko muzykologom. No, ale…

Pan Glescu popatrzył na palec wskazujący prawej dłoni, gdzie bezustannie pulsowała mu czarna plamka.

— Zostało mi mało czasu — odezwał się. — I choć jest to dla mnie niewypowiedziany zaszczyt stać w pańskiej, panie Mathaway, pracowni i widzieć pana we własnej osobie, pragnę zapytać, cze nie spełniłby pan mojego maleńkiego życzenia?

— Jasne — zgodził się Morniel, wstając z łóżka. — Proszę mówić. Dla pana nic nie będzie zbyt szczodre. Czego pan sobie życzy?

Pan Glescu przełknął ślinę, jak gdyby miał zapukać do bram raju.

— Tak sobie myślę… Z pewnością nie będzie to panu przeszkadzać… Czy pozwoliłby mi pan rzucić okiem na płótno, nad którym pan w tej chwili pracuje? Ta myśl, że ujrzę dzieło Mathawaya w nie ukończonym stanie, jeszcze mokre od farby… — Zamknął oczy, jakby nie mógł uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Morniel skłonił się dwornie i podszedł do sztalug. Zerwał zasłonę.

— Mam zamiar to nazwać… — głos zrobił mu się głęboki, niczym Wielki Kanion — … „Figurynki w desenie, nr 29”.

Smakując powoli tę chwilę, pan Glescu otworzył oczy i pochylił się do przodu.

— Ależ… — szepnął po dłuższej chwili. — To chyba nie jest pańskie dzieło, panie Mathaway?

Morniel obrócił się zdumiony i przyjrzał się malowidłu.

— Wszystko w porządku, to mój obraz. „Figurynki w desenie, nr 29”. Poznaje pan?

— Nie — zaprzeczył markotnie pan Glescu. — Nie poznaję. Ale za to właśnie — ożywił się — jestem panu ogromnie wdzięczny. Czy mógłbym zobaczyć coś jeszcze? Coś z późniejszego okresu?

— To namalowałem ostatnio — wyznał Morniel trochę niepewnie. — Cała reszta jest wcześniejsza. O, może to się panu spodoba? — Zdjął jeden obraz ze stojaków. — Nazwałem to „Figurynki w desenie, nr 22”. Wydaje mi się, że z mojego wczesnego okresu ten jest najlepszy.

Pan Glescu zadrżał.

— To wygląda jak plamy farby namazane na innych plamach.

— Tak jest! To właśnie nazywam „plama na plamie”. Ale pan pewnie wszystko to wie, będąc takim autorytetem w mojej dziedzinie. A oto „Figurynki w desenie, nr…”

— Czy nie mógłby pan zostawić w spokoju tych… tych figurynek? — zawołał błagalnie pan Glescu. — Chciałbym ujrzeć któreś z pańskich kolorowych dzieł. Pełnych barw i form!

Morniel podrapał się po głowie.

— Właściwie to nie malowałem od dawna nic kolorowego. A, zaraz! — Rozjaśnił się i zaczął szukać z tyłu stojaka. Wyciągnął jakieś stare płótno. — Zachowałem je jako jedno z niewielu z okresu „różowych cętek”.

— Jak to się stało? — wymamrotał raczej do siebie pan Glescu. — To z całą pewnością… — Wzruszył ramionami aż do uszu w sposób znany każdemu, kto widział krytyka sztuki w akcji. Po takim wzruszeniu ramionami nie potrzeba słów. A jeśli to ty namalowałeś obraz, na który akurat patrzy, to nawet nie chciałbyś słów.

Morniel zaczął gorączkowo wyciągać obrazy. Pokazywał je panu Glescu, który krztusił się, jakby zbierało mu się na nudności; potem wyciągał następne obrazy.

— Nic nie rozumiem — rzekł boleśnie pan Glescu, patrząc na podłogę zasłaną płótnami rozpiętymi na drewnianych ramach. — Najwyraźniej to było przed tym, jak odkrył pan swój talent i swoją prawdziwą technikę. Ale szukam jakiegoś znaku, wzkazówki tego przyszłego geniusza. I widzę… — Pokręcił bezradnie głową.

— A ten? — spytał Morniel, ciężko dysząc.

Pan Glescu odepchnął go z całej siły.

— Proszę, niech pan to zabierze! — Znów spojrzał na swój palec. Zauważyłem, że ta czarna plamka pulsuje znacznie wolniej.

— Muszę niedługo wracać — powiedział. — Ale wciąż nic nie rozumiem. Coś panom pokażę.

Wszedł do purpurowej skrzyni i przyniósł jakąś książkę. Zaprosił nas ruchem ręki. Morniel i ja stanęliśmy za jego plecami, zaglądając mu przez ramię. Kartki dziwnie dzwoniły przy odwracaniu. Jedno było pewne — nie zrobiono ich z papieru. A na stronie tytułowej…

„Malarstwo Morniela Mathawaya (1928-1996)”.

— Urodziłeś się w roku 1928? — spytałem gwałtownie.

Morniel skinął głową.

— 23 maja 1928 roku. — I zamilkł. Wiem, o czym myślał i zrobiłem szybkie obliczenia. Sześćdziesiąt osiem lat. Niewielu ludziom dane jest wiedzieć dokładnie, ile jeszcze mają czasu. Sześćdziesiąt osiem lat. Nie najgorzej.

Pan Glescu pokazał pierwszą reprodukcję.

Nawet teraz, gdy sobie przypomnę, jak to pierwszy raz ujrzałem, kolana mi się uginają. Była to barwna abstrakcja, ale taka, jakiej w życiu sobie nie wyobrażałem. Jak gdyby wszystkie dzieła wszystkich dotychczasowych abstrakcjonistów były tylko próbką na poziomie przedszkola.

To się musiało podobać — chyba że ktoś nie miał oczu — niezależnie od tego, czy do tej pory cenio się tylko malarstwo realistyczne; nawet niezależnie od tego, czy w ogóle ktoś się interesował malarstwem jakiejkolwiek szkoły.

Nie mam skłonności do rozrzewniania się, ale naprawdę poczułem, że mam łzy w oczach. Każdy, kto choćtrochę był wrażliwy na piękno, musiał zareagować w ten sam sposób.

Każdy, ale nie Morniel.

— Aa, coś takiego — rzekł, jak gdyby nagle go oświeciło. — Dlaczego pan nie powiedział, że o to panu chodzi?

Pan Glescu zacisnął dłoń na brudnej koszuli Morniela.

— Chce pan powiedzieć, że i takie obrazy pan ma?

— Nie obrazy — obraz. Tylko jeden. Zrobiłem go w ubiegłym tygodniu, jako coś w rodzaju eksperymentu, ale efekt mi się nie całkiem podobał, więc dałem go jednej dziewczynie z dołu. Chce pan rzucić okiem?

— O, tak! Bardzo, bardzo!

Morniel wziął książkę i rzucił niedbale na łóżko.

— Dobrze — powiedział. — Więc chodźmy. Nie zajmie nam to dużo czasu.

Kiedy schodziliśmy po schodach, targały mną sprzeczne uczucia. Jednego byłem pewien — jak tego, że William Szekspir żył przed Charlesem Dickensem — nic, co Morniel do tej pory zrobił, ani co zrobiłby kiedykolwiek, nie było w stanie zbliżyć się na odległość miliona lat estetycznych do reprodukcji z tej książki. A mimo całej jego chełpliwości, mimo jego — zdawałoby się — bezgranicznego zadufania, byłem pewien, że on także o tym wiedział.

Zatrzymał się przed drzwiami dwa piętra niżej i zapukał do nich. Nikt nie odpowiedział. Poczekał parę chwil i zapukał znowu. Bez skutku.

— Do licha — mruknął. — Nie ma jej w domu. A tak chciałem, żeby ten pan zobaczył.

— Bardzo chcę to zobaczyć — pan Glescu zapewnił go gorąco. — Chcę ujrzeć cokolwiek, co by przypominało pańskie dojrzałe prace. Ale czas tak szybko ucieka…

Morniel strzelił palcami.

— Wie pan co? Anita ma parę kotów, które karmię, kiedy jej nie ma, więc dała mi klucz do swojego mieszkania. Może skoczę na górę i przyniosę go?

— Świetnie! — zawołał pan Glescu uszczęśliwiony, rzucając okiem na swój palec. — Ale proszę się pospieszyć.

— Zaraz wracam.

I wówczas, gdy Morniel skręcał w stronę schodów, nasze oczy się spotkały. I dał mi ten sygnał, ten, którego używaliśmy, kiedy szliśmy na „zakupy”. Znaczył on: „Rozmawiaj z nim. Zajmij jego uwagę”.

Zrozumiałem. Książka. Zbyt często widziałem Morniela w akcji, żeby nie wiedzieć, iż niedbały gest rzucenia jej na łóżko był wszystkim, tylko nie niedbałym gestem. Po prostu położył ją tam, gdzie mógł ją szybko znaleźć, gdy będzie mu potrzebna. Poszedł na górę schować ją w jakiejś nieprawdopodobnej skrytce i kiedy pan Glescu będzie musiał wracać do swojego czasu — cóż, będzie nieosiągalna.

Proste? Powiedziałbym, że cholernie proste. I w ten sposób Morniel Mathaway stanie się autorem obrazów Morniela Mathawaya. Tylko, że on ich nie namaluje.

Skopiuje je.

Tymczasem sygnał sprawił, że usta same mi się otworzyły zaczęły automatycznie mówić.

— Czy pan też maluje, panie Glescu? — spytałem niewinnie. Wiedziałem, że to będzie dobre otwarcie.

— Ależ nie! Chciałem oczywiście zostać artystą, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem — przypuszczam, że każdy krytyk w ten sposób zaczyna — i nawet sam popełniłem kilka bohomazów. Ale były fatalne, naprawdę fatalne! Okazało się, że dużo łatwiej jest pisać o obrazach, niż malowaćje samemu. A gdy tylko przeczytałem życiorys Morniela Mathawaya, wiedziałem, że odkryłem swoje przeznaczenie. Nie tylko wczuwałem się w nastrój jego obrazów, ale zdawało mi się, że jest kimś, kogo mógłbym poznać i polubić. I to właśnie nie daje mi spokoju. Jest taki inny od tego, co sobie o nim wyobrażałem.

— Z pewnością — przytaknąłem.

— Rzecz jasna historia ma to do siebie, że każdej postaci przydaje pewną otoczkę. I widzę kilka cech w jego osobowości, które kilka wieków ubrązowiania mogło… ale nie powinienem tak mówić przy panu, panie Dantziger. Jest pan jego przyjacielem.

— Na ile może on kogoś na tym świecie nazwać swoim przyjacielem — wyjaśniłem mu — czyli nie za bardzo.

I cały czas intensywnie myślałem. Ale im więcej myślałem, tym mniej rozumiałem. Co za paradoks. Jak Morniel Mathaway mógł stać się sławny za pięćset lat, skoro malował obrazy, które po raz pierwszy zobaczył w książce wydanej dopiero za pięćset lat? Kto te obrazy namalował? Morniel Mathaway? Tak twierdziła książka, a z jej pomocą na pewno da radę je namalować. Ale będzie kopiować je z tej książki. Więc kto namalował oryginalne obrazy?

Pan Glescu spojrzał z niepokojem na swój palec.

— Kończy mi się czas — praktycznie nic już nie zostało!

Popędził schodami na górę, a ja za nim. Kiedy wpadliśmy do pracowni, nastawiałem się na kłótnię z powodu książki. Nie byłem tym uszczęśliwiony, bo polubiłem tego pana Glescu.

Książki rzeczywiście nie było, łóżko było puste. I jeszcze dwóch rzeczy brakowało: wehikułu czasu i Morniela Mathawaya.

— Powrócił nim — wydyszał pan Glescu. — Zostawił mnie tutaj! Musiał się zorientować, że gdy się wejdzie do środka i zamknie drzwi, wehikuł sam wraca!

— Tak, ma talent do myślenia — rzekłem kwaśno. Tego nie wziąłem pod uwagę. W czymś takim bym mu nie pomógł. — I pewnie wymyśli bardzo sensowną historyjkę, którą opowie ludziom z pańskiego czasu, żeby wyjaśnić, jak to się stało. Po co miał wytężać głowę w dwudziestym wieku, skoro może być wybitną sławą, czczonym bohaterem w wieku dwudziestym piątym?

— A co będzie, jeśli poproszą go, żeby namalował choć jeden obraz?

— Pewnie im powie, że ukończył swoje dzieła i uważa, że nie jest w stanie dołożyć do nich niczego ważnego. Bez wątpienia skończy na katedrze, gdzie będzie wygłaszał wyłady o samym sobie. Nie martw się, da sobie radę. To o ciebie się martwię. Utknąłeś tutaj. Czy to możliwe, że wyślą ekipę ratowniczą?

Pan Glescu potrząsnął żałośnie głową.

— Każdy naukowiec, który zdobywa tę nagrodę, musi podpisać oświadczenie, że przyjmuje odpowiedzialność na siebie, na wypadek, gdyby nie wrócił. Wehikułu można użyć tylko raz na pięćdziesiąt lat, a w tym czasie już jakiś inny profesor zwycięży i przydzielą mu prawo ujrzenia na własne oczy sztrumu Bastylii, narodzin Buddy czy czegoś takiego. Nie, ja tu utknąłem, jak to pan określił. Czy bardzo ciężko jest żyć w waszych czasach?

Poklepałem go po ramieniu. Miałem wobec niego poczucie winy.

— Nie, nie tak strasznie. Oczywiście, będzie panu potrzebna książeczka ubezpieczeniowa, a nie wiem, jak się ją wyrabia w pańskim wieku. I możliwe — choć nie wiem na pewno — że FBI albo urząd imigracyjny będzie chciał pana przesłuchać, bo jest pan jakby nielegalnym imigrantem.

— Och!… — przeraził się. — To rzeczywiście fatalnie!

I wtedy wpadło mi to do głowy.

— Niekoniecznie. Coś panu powiem. Morniel ma książeczkę ubezpieczeniową, kilka lat temu pracował. A w szufladzie biurka trzyma metrykę urodzenia wraz z innymi dokumentami. Czemu nie miałby pan po prostu przyjąć jego nazwiska? Chyba nie poda pana do sądu za przywłaszczenie?

— Sądzi pan, że mógłbym? No, ale… a jego znajomi… krewni…

— Rodzice nie żyją, o żadnych innych krewnych nie słyszałem. A już mówiłem, że jestem jego najbliższym mniej więcej przyjacielem. — Przyjrzałem się panu Glescu krytycznie. — Ujdzie. Może zapuści pan brodę i ufarbuje na kolor blond. Coś w tym rodzaju. Oczywiście największy problem to zarabianie na życie. Specjalizacja z Mathawaya i pochodzących od niego prądów w sztuce niewiele da w obecnej chwili.

Złapał mnie za ramię.

— Mógłbym malować! Zawsze marzyłem, że zostanę malarzem! Nie mam zbyt wiele talentu, ale wiem o tylu innowacjach artystycznych i graficznych, które w waszym czasie jeszcze nie istnieją. Z pewnością to wystarczy — nawet bez pomocy talentu — żeby zapewnić mi życie na poziomie artysty trzeciego czy czwartego rzędu!

Tak. Na pewno wystarczy. Ale żadnego tam trzeciego czy czwartego rzędu. Dzisiaj pan Glescu — Morniel Mathaway jest najlepszym żyjącym malarzem. I najbardziej nieszczęśliwym.

— O co tym ludziom chodzi? — poskarżył mi się podczas ostatniej wystawy. — Tak mnie chwalą! Przecież ja nie mam odrobiny prawdziwego talentu, wszystkie moje dzieła, wszystkie są ściągnięte skądinąd. Próbowałem zrobić coś, cokolwiek, co byłoby moje własne, ale jestem tak zakorzeniony w Mathawayu, że po prostu nie umiem się przebić z moją osobowością. A ci idioci krytycy wysławiają mnie pod niebiosa za dzieła, które nie są moje!

— Więc czyje? — spytałem go.

— Oczywiście, że Mathawaya — zaśmiał się gorzko. — Myśleliśmy, że nie istnieje paradoks czasu, bo po prostu nie jest możliwy. Szkoda, że nie widziałeś tych wszystkich prac naukowych na ten temat, są całe ich półki. Specjaliści od czsu twierdzą na przykład, że obraz nie może zostać skopiowany z reprodukcji zrobionej w przyszłości w ten sposób nie mieć oryginalnego autora. A ja przecież to właśnie robię! Kopiuję to, co pamiętam z tamtej książki!

Szkoda, że nie mogę mu powiedzieć prawdy. Jest takim miłym facetem, zwłaszcza w porównaniu z tamtym fałszywym Mathawayem, a tak musi cierpieć.

Ale nie mogę.

Widzicie, on świadomie stara się nie kopiować z tamtej książki. Stara się tak bardzo, że nawet nie chce o niej myśleć ani rozmawiać. Ostatnio go wreszcie zmusiłem, rzucił parę zdań i wiecie co? Właściwie nie pamięta, tak jak przez mgłę!

Jasne, że nie pamięta, bo to on jest prawdziwym Mathawayem i nie ma w tym żadnego paradoksu. Ale gdybym mu powiedział, że on właśnie maluje te obrazy, a nie tylko kopiuje je z pamięci, straciłby tę resztkę pewności siebie, jaką jeszcze ma. Więc muszę pozwolić mu myśleć o sobie jako o fałszerzu, choć wcale nim nie jest.

— Daj spokój — mówię zamiast tego. — Zawsze forsa to forsa.