/ Language: Polski / Genre:sf_space / Series: Szpital kosmiczny

Gwiezdny terapeuta

James White

Na doktora Conwaya niczym grom z jasnego nieba spada propozycja awansu. Odległy Goglesk, na którym z polecenia naczelnego psychologa O'Mary lekarz odpoczywa i zastanawia się nad odpowiedzią, wyciśnie na nim niezatarte piętno. Po powrocie do Szpitala, pośród nawału pracy i nowych obowiązków, Diagnostyk Conway stopniowo zapomina o egzotycznej planecie. Tymczasem jej mieszkaniec Khone, którego osobowość przejął przypadkowo Ziemianin, co rusz daje o sobie znać, i to w najmniej oczekiwanych sytuacjach…

James White

Gwiezdny Terapeuta

Star Healer

Przekład Radosław Kot.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Conway właśnie odsunął się, aby przepuścić grupę praktykantów wchodzących na galerię obserwacyjną dziecięcego oddziału Hudlarian, gdy uderzyło go w niej coś dziwnego. Nie wiązało się to wszakże z wyglądem owych czternastu istot, które reprezentowały pięć różnych gatunków, ani z tym, że nie okazano mu szacunku należnego starszemu lekarzowi pracującemu w największym wielośrodowiskowym szpitalu galaktyki.

Aby zostać skierowanym na staż do Szpitala Kosmicznego Sektora Dwunastego, kandydat musiał być nie tylko dobrym lekarzem ze sporym doświadczeniem. Wymagano również rozwiniętych umiejętności adaptacyjnych. Przybywający z zewnątrz trafiał tu na warunki przekraczające możliwości wyobraźni przeciętnego śmiertelnika. U siebie każdy z tych lekarzy rzadko miał szansę spotkać obcego, podczas gdy w Szpitalu była to norma. Co więcej, chociaż na rodzinnych planetach byli zwykle szanowanymi medykami, tu musieli zaakceptować status stażysty. Bywały z tym kłopoty, wszelako zwykle nie trwały długo.

Conway uznał, że chyba przemęczony umysł płata mu figle. Miał nad czym się zastanawiać — od jakiegoś czasu krążyła po Szpitalu plotka, że szykują się zmiany w obsadzie jego statku szpitalnego, a wczesnym popołudniem miał się stawić u O’Mary i jak zwykle nie wiedział, czego może oczekiwać po naczelnym psychologu.

Na dodatek był zirytowany, ponieważ ostatnio trafiało mu się jakby więcej dodatkowych zajęć, niżby wynikało z samego etatu. Na przykład to oprowadzanie stażystów po Szpitalu, żeby choć wstępnie się w nim zorientowali. Załoga statku szpitalnego Conwaya miała od kilku miesięcy niewiele wezwań.

— Pacjenci na oddziale poniżej to bardzo młodzi Hudlarianie — powiedział, gdy stażyści stanęli już obok nierównym półkolem. — Należą do wybitnie wytrzymałej rasy i, jako dorośli, są szczególnie odporni na choroby czy urazy. Z tego właśnie powodu Hudlarianie nie rozwinęli nauk medycznych i daremnie byłoby szukać wśród nich lekarzy. Nauczyli się też akceptować wysoką śmiertelność niemowląt związaną z licznymi patogenami atakującymi młode organizmy zaraz po narodzinach. Te, które nie odziedziczyły odporności albo na czas jej nie rozwinęły, musiały umrzeć. Obecnie Szpital stara się opracować metodę możliwie najszerszej immunizacji jeszcze w stadium prenatalnym, ale jak dotąd bez szczególnych sukcesów. — Wskazał stojącego poniżej młodego Hudlarianina. — Już z samej postury i umięśnienia łatwo wywnioskować, że to istoty, które wyewoluowały na planecie o bardzo dużej grawitacji i proporcjonalnym do niej wysokim ciśnieniu atmosferycznym. Jedno i drugie jest odtwarzane na ich oddziale. Nie dostrzeżecie tu łóżek ani żadnych innych mebli. Pacjenci, którzy mogą się ruszać, układają się swobodnie na podłodze. Ich powłoki skórne są tak grube, że nie robi im różnicy, która część ciała styka się z podłożem. Ponieważ przedstawicielom innych gatunków niezwykle trudno jest odróżnić poszczególnych Hudlarian, każdy nosi swój identyfikator oraz kartę choroby przymocowane magnetycznymi klipsami do metalowej taśmy otaczającej lewą przednią kończynę. Każda z sześciu kończyn Hudlarianina może służyć z równym powodzeniem jako manipulator i odnóże. Jak wspomniałem, odtworzono tutaj zarówno ciążenie, jak i ciśnienie atmosferyczne właściwe planecie Hudlarian, jednak nie skład jej atmosfery, która przypomina gęstą, półpłynną zupę pełną odżywczych drobin, które wchłaniane są przez wyspecjalizowane fragmenty powłok skórnych. W warunkach szpitalnych wygodniej jest spryskiwać pacjentów specjalną mieszanką odżywczą. Dwóch pracowników technicznych właśnie to robi. Jak widzicie, obaj ubrani są w pancerne kombinezony. Teraz, gdy znacie już podstawowe cechy tych istot, jak moglibyście je sklasyfikować? Kto wie?

Przez chwilę panowała cisza. Humanoidalny Orligianin poruszył się niespokojnie, ale obfite owłosienie nie pozwalało dostrzec zmian wyrazu twarzy. Srebrzyste futro gąsienicowatych Kelgian było w ciągłym ruchu, jednak wyrażane w ten sposób emocje potrafili odczytać tylko przedstawiciele ich gatunku albo ktoś noszący w głowie zapis hipnotaśmy DBLF. Słoniowaci Tralthańczycy klasy FGLI i drobni Dewatti EGCL nie mieli części twarzowych w ludzkim rozumieniu tego słowa, a kwadratowe szczęki i głęboko osadzone oczy krabowatych Melfian nie wyrażały nic.

W końcu ciszę przerwał właśnie jeden z ELNT.

— Należą do klasy fizjologicznej FROB — powiedział zwięźle za pośrednictwem autotranslatora.

Odróżnienie Melfian sprawiało dużo kłopotu. Wszyscy byli prawie tej samej wielkości i tylko wzory na pancerzach mieli odrobinę inne. Na dodatek z czwórki obecnych krabowatych dwóch musiało być chyba bliźniakami. To właśnie jeden z nich udzielił odpowiedzi.

— Zgadza się — przytaknął Conway. — Jak się pan nazywa, doktorze?

— Danalta, starszy lekarzu.

I do tego uprzejmy, pomyślał Conway.

— Bardzo dobrze, Danalta. Ale dojście do tego wniosku zabrało ci sporo czasu. To, że inni w ogóle się nie odezwali, jest sprawą drugorzędną. Wszyscy musicie się nauczyć szybko i trafnie klasyfikować pacjentów…

— Przepraszam najmocniej, starszy lekarzu — wtrącił Melfianin. — Nie chciałem się wyrywać, by nie odebrać szansy kolegom. Moja wiedza, chociaż obecnie jeszcze ograniczona, opiera się na informacjach o systemie klasyfikacji fizjologicznej, do których zdołałem dotrzeć na moim zacofanym technologicznie świecie, gdzie nie mamy wielu okazji do kontaktów międzykulturowych czy szerokiego dostępu do danych na temat Szpitala. Poza tym Hudlarianie są tak unikatową i specyficzną formą życia, że nie można przydzielić ich do innej klasy niż FROB.

Conway nie uznałby planety Melf — ani żadnej należącej do Federacji — za zacofaną, więc Danalta musiał przybyć z którejś z kolonii założonych w ostatnich latach przez jego rasę. Zakwalifikowanie się na staż w Szpitalu musiało w tych warunkach wymagać od niego determinacji i zawodowej kompetencji. Okazał się wprawdzie w dziwny sposób równocześnie uprzejmy, przebiegły w swojej skromności i przemądrzały, niemniej dla przepracowanego lekarza taki bystry asystent mógł się okazać skarbem. Conway postanowił, że z czysto prywatnych, wręcz samolubnych powodów będzie miał oko na Danaltę.

— Skoro trudno wykluczyć, że twoi koledzy są w tej kwestii gorzej poinformowani niż ty, przedstawię w skrócie na czym opiera się stosowany przez nas system identyfikacji. Wykładowcy poszczególnych specjalności wprowadzą was później w jego detale.

Spojrzał na Danaltę, ale stażyści nieco się kręcili i Conway nie potrafił orzec, który z Melfian jest tym właśnie bystrzakiem.

— Dotąd, gdy spotykaliście obcych, zwykle były to ofiary wypadków albo nagłych zachorowań i nie zdarzało się, aby reprezentowali więcej niż jeden gatunek. Wystarczało więc określać ich według planety pochodzenia. Tutaj jednak konieczna jest dokładna i błyskawiczna identyfikacja, gdyż wielu z docierających do nas pacjentów nie jest w stanie udzielić niezbędnych informacji. Stąd właśnie rozwinęliśmy czteroliterowy system kodowy, który opiera się na następujących zasadach. Pierwsza litera określa poziom ewolucyjny gatunku w chwili, gdy stał się inteligentny. Druga typ i rozmieszczenie kończyn, narządów zmysłów i otworów ciała. Ostatnie dwie zaś informują o rodzaju metabolizmu i potrzebach pokarmowych, jak również o mieszance gazów typowych dla naturalnego środowiska istoty. To z kolei wskazuje na poziom grawitacji i wymagane ciśnienie atmosferyczne, które mają wpływ na masę oraz grubość powłok skórnych. — Conway uśmiechnął się, chociaż wiedział, że minie jeszcze sporo czasu, nim stażyści nauczą się rozpoznawać, co oznacza ten grymas Ziemianina. — Zwykle w tym momencie muszę przypominać niektórym naszym świeżym współpracownikom, że poziom ewolucji nie jest równoznaczny z poziomem inteligencji i że taka albo inna klasyfikacja nie daje podstaw do poczucia wyższości nad innymi…

Potem wyjaśnił, że umieszczone na pierwszym miejscu litery A, B i C oznaczają skrzelodysznych. Na większości planet życie rozwinęło się w morzu i nierzadko tam też doszło do stadium rozumnego. D, E i F to ciepłokrwiści tlenodyszni i ta grupa obejmuje większość inteligentnych ras Federacji. G i K to również tlenodyszni, ale owadopodobni. L i M natomiast odnoszą się do skrzydlatych istot żyjących w bardzo niskim ciążeniu.

Chlorodyszne formy życia obejmowały grupy określane literami O i P, po czym następowały rzadsze, złożone i zdumiewające niekiedy gatunki, w tym żywiące się twardym promieniowaniem oraz istoty zimnokrwiste, krystaliczne i zmiennokształtni. Stworzenia, które miały zmysły rozwinięte do poziomu pozwalającego im obywać się bez kończyn, otrzymywały niezależnie od kształtu określenie V.

— System nie jest wszakże doskonały — powiedział Conway. — Wynika to z braku wyobraźni i zdolności przewidywania jego twórców. Przykładem mogą być istoty klasy AACP, które otrzymały oznaczenie odpowiadające skrzelodysznym, chociaż cechuje je roślinny metabolizm. Brak jednak desygnatów dla tak wczesnego ewolucyjnie poziomu rozwoju.

Conway wskazał nagle pielęgniarkę, która spryskiwała młodego FROBa substancją odżywczą, i spojrzał na Melfianina.

— Może zechce pan określić tę formę życia, doktorze Danalta.

— Nie jestem Danalta — odparł krabowaty. Wprawdzie autotranslator nie oddawał emocjonalnego zabarwienia wypowiedzi, ale i tak wydawało się, że Melfianin jest urażony.

Przepraszam — powiedział Conway i rozejrzał się za drugim przybyszem z Melfu, ale go nie dostrzegł. Pomyślał, że zdolny medyk ze znanych sobie tylko powodów musiał schować się za grupą Tralthańczyków. Zanim jednak zdążył powtórzyć pytanie, jeden ze słoniowatych zaczął udzielać odpowiedzi.

— Wskazana przez pana istota ma na sobie ciężki kombinezon ochronny — zahuczał FGLI z typową dla tego gatunku drobiazgowością. — Jedyny odsłonięty fragment ciała to widoczna przez wizjer hełmu twarz, której jednak nie mogę się dokładnie przyjrzeć, gdyż światło lamp odbija się w szkle. Ponieważ skafander ma własny napęd, trudno wnioskować o liczbie i rodzaju kończyn, niemniej ogólny kształt i wielkość, a także cztery manipulatory rozmieszczone u podstawy stożkowej sekcji kryjącej głowę, pozwalają przypuszczać, że chodzi o Kelgianina. Zakładam przy tym, że układ manipulatorów z powodów ergonomicznych odpowiada naturalnemu rozmieszczeniu kończyn tej istoty, moje rozpoznanie zaś, że chodzi o DBLF, potwierdzają pojawiające się chwilami na skraju pola widzenia w hełmie szarawe włosy, również typowe dla Kelgian.

— Bardzo dobrze, doktorze! — zawołał Conway, ale zanim zdążył spytać Tralthańczyka o imię, drzwi oddziału otworzyły się gwałtownie i do środka wjechał kulisty wehikuł na gąsienicach. W połowie wysokości otaczała go obręcz rozmaitych czujników i manipulatorów, a na przedniej powierzchni widniały insygnia Diagnostyka. Conway wskazał na przybysza. — A jego jak opiszecie?

Tym razem pierwszy odezwał się jeden z Kelgian.

— W tym przypadku pomocna może być wyłącznie dedukcja — powiedział, falując futrem. — Mamy tu samobieżną kabinę ciśnieniową, która sądząc po widocznych usztywnieniach, ma chronić tak pacjentów i personel oddziału, jak i samego załoganta. Nie da się powiedzieć, czy istota ta ma jakieś nogi, natomiast po liczbie urządzeń na zewnątrz przypuszczam, że nie ma wielu kończyn wykorzystywanych jako manipulatory ani wielu narządów zmysłów i musi korzystać z tak bogatego wsparcia. Przy braku informacji na temat grubości ścian kuli nie potrafię powiedzieć nic więcej o tym, kto się w niej kryje.

Kelgianin umilkł na chwilę i, niczym futrzany znak zapytania, przysiadł na tylnych nogach. Sierść nadal falowała mu regularnie, podczas gdy futra trzech jego kompanów zdawały się drżeć niczym targane silnym wiatrem.

Pozostali członkowie grupy jakby się ożywili. Tralthańczycy podnosili i opuszczali słoniowe nogi, Melfianie skrobali chitynowymi odnóżami o pokład, Orligianie zaś pokazywali co rusz zęby bielejące pośród ciemnej sierści. Conway miał nadzieję, że tylko się uśmiechają.

— Znam dwa typy istot, które korzystają z podobnych pojazdów ciśnieniowych — odezwał się w końcu Kelgianin. — Różnią się znacznie zarówno wyglądem, jak i wymogami środowiskowymi, jednak oba wydają się tleno— i chlorodysznym mocno niezwykłe. W jednym przypadku chodzi o metanowców, którzy najlepiej czują się w temperaturze tylko o kilka stopni wyższej od zera absolutnego. Rozwinęli się oni na światach oderwanych od własnych słońc i dryfujących w lodowatej próżni międzygwiezdnej. Fizycznie nie są to istoty wielkie, ich masa dochodzi do jednej trzeciej mojej masy, jednak w obcym środowisku muszą korzystać z rozbudowanej i wymagającej częstego doładowywania maszynerii…

Aż trzech takich! — pomyślał Conway i rozejrzał się w poszukiwaniu Tralthańczyka, który trafnie rozpoznał odzianą w skafander DBLF, oraz Melfianina opowiadającego wcześniej o FROBach. Był ciekaw, jak reagują na wypowiedź kolejnego zdolnego stażysty, ale grupa tak się nieustannie przemieszczała, że nie zdołał ich odnaleźć. Powróciło natomiast wrażenie, że jest w tej gromadce coś dziwnego…

— Druga forma życia, która wchodzi w grę, zamieszkuje pokrytą wodą planetę o wysokiej grawitacji. Jest to świat krążący bardzo blisko macierzystej gwiazdy. Jego mieszkańcy oddychają przegrzaną parą i mają niezmiernie ciekawy metabolizm, o którym jednak nie wiem zbyt wiele. Również są to małe istoty, lecz wymagają wielkich powłok ochronnych wyposażonych w silne grzejniki i grubej izolacji z zewnętrznym chłodzeniem. W przeciwnym razie stanowiłyby zagrożenie dla innych. Ponieważ na oddziale Hudlarian jest gorąco i wilgotno, niskie temperatury wymagane przez SNLU powodowałyby, że ich warstwy ochronne, mimo dobrej izolacji, pokryłyby się z wierzchu skroploną parą wodną. W tym przypadku nie widzę jej, skłonny jestem więc sądzić, że mamy do czynienia z przedstawicielem rasy ciepłolubnej. Słyszałem, że jeden z jej przedstawicieli jest tutaj Diagnostykiem. Tyle mogę powiedzieć na podstawie dedukcji, domysłów i niejakiej własnej wiedzy, starszy lekarzu — zakończył Kelgianin. — Pod względem fizjologicznym określiłbym tę istotę jako TLTU.

Conway przyjrzał się falującej z wolna sierści niezwykle spokojnego stażysty, a potem poruszanym gwałtownymi spazmami futrom innych Kelgian.

— Jakkolwiek do niej doszedłeś, to poprawna odpowiedź — stwierdził powoli, jak zwykle gdy intensywnie o czymś myślał.

Pamiętał o szczególnej cesze DBLFów, którzy właśnie poprzez bezwiedne poruszenia sierścią okazywali swoje stany emocjonalne, co powodowało, że rasa ta nie znała kłamstwa i zawsze mówiła to, co myślała. Sztuka dyplomacji i takt obce były Kelgianom z przyczyn czysto fizjologicznych.

Nie zapomniał też o szczególnym mechanizmie rozrodczym krabowatych ELNT, który wykluczał narodziny bliźniaków. Co więcej, wypowiedzi wszystkich trzech zdolnych stażystów były podobne, Kelgianin zaś skłonny był uznać TLTU za mało wyjątkową formę życia…

Wrażenie, że jest w tej grupie coś niezwykłego, było jak najbardziej na miejscu. Już wtedy, na samym początku, powinien zaufać swoim odczuciom. Tak… przez cały czas byli nerwowi i ani razu nie spytali o Szpital. Jakaś zmowa? Nie przejmując się wywieranym wrażeniem, przyjrzał się po kolei wszystkim stażystom.

Czterej Kelgianie, dwaj Dewatti EGCL, trzej Tralthańczycy, czterej Melfianie i dwaj Orligianie — łącznie czternastu.

Nie, Kelgianie nie są uprzejmi ani też zdolni tak dalece kontrolować poruszeń futra, pomyślał ostatecznie, gdy odwrócił spojrzenie od grupy.

— Kto jest taki dowcipny? — spytał, wpatrując się w widoczną za szybą salę.

Nikt nie odpowiedział.

— Z braku jakichkolwiek pewnych danych pozostaje mi oprzeć się na dedukcji i skąpych wynikach obserwacji — stwierdził z sarkazmem, który musiał zginąć w tłumaczeniu, ale zapewne cała grupa i tak wiedziała, o co chodzi. — Zwracam się teraz do tego spośród was, który potrafi niczym ameba wytwarzać dowolne kończyny, narządy zmysłów i powłoki skórne odpowiadające obecnym wymogom środowiska. Domyślam się, że istota ta wyewoluowała na planecie o nieregularnej orbicie powodującej drastyczne zmiany klimatu. Aby przetrwać w tych warunkach, konieczne było rozwinięcie szczególnych mechanizmów adaptacyjnych. One to właśnie, a nie kły i pazury, pozwoliły interesującemu nas gatunkowi rozwinąć inteligencję, stworzyć cywilizację i zająć dominujące miejsce w ekosferze. Spotykając naturalnego wroga, miał do wyboru ucieczkę, mimikrę albo przybranie postaci, która przepełniała napastnika strachem. Szybkość, z jaką dokonuje owych przemian, oraz doskonałość naśladownictwa, o której wszyscy mogliśmy się przekonać, sugeruje ponadto, że mamy do czynienia z empatą. Przy tak rozwiniętych zdolnościach obronnych wszelkie niebezpieczeństwa zostały na pewno sprowadzone do minimum. Jedyne, co może zagrozić takiej istocie, to przypadkowe zniszczenie lub wystawienie na bardzo wysokie temperatury. Tym samym nie należy oczekiwać, aby nasz gatunek rozwinął chirurgię, zapewne bowiem sam pomysł leczenia operacyjnego jest mu obcy. Dodatkowym skutkiem wspomnianej odporności będzie zapewne szczególny rozwój dziedzin filozoficznych i nieprzywiązywanie większej wagi do rozwoju techniki. Gdybym miał cię sklasyfikować, powiedziałbym, że należysz do typu TOBS — zakończył Conway, obracając się raptownie ku grupie.

Bez wahania podszedł do trzech Orligian. Dobrze pamiętał, że powinno ich być tylko dwóch. Spokojnym, ale zdecydowanym gestem sięgnął po kolei do ich ramion, aby przesunąć palcem między rzemieniem stroju a futrem. Za trzecim razem palec napotkał opór, gdyż pas stanowił jedno z włosem.

— Jakie ma pan plany, doktorze Danalta? — spytał oschle. — Czy jest może wśród nich coś bardziej ambitnego niż dzisiejsza zabawa?

Ramiona i głowa istoty stopniały na chwilę, upodabniając się do melfiańskiego pancerza, lecz wkrótce przed lekarzem ponownie stał Orligianin. Conway pomyślał, że będzie musiał przywyknąć do takich niepokojących widoków.

— Bardzo przepraszam, starszy lekarzu — powiedział Danalta. — Nie chciałem sprawić kłopotu. Dla mnie jest bez znaczenia, jaką akurat postać przyjmuję, pomyślałem jednak, że w celu łatwiejszego nawiązania kontaktów i z przyczyn, że tak powiem, środowiskowych, lepiej będzie, jeśli postaram się naśladować formy spotykanych tu istot. Poza tym chciałem możliwie wiele razy przećwiczyć szybkie przemiany przed kimś, kto wyłapie wszelkie niekonsekwencje. Jeszcze na wahadłowcu rozmawiałem o tym z członkami grupy. Zgodzili się mi pomóc. Starając się o przydział do Szpitala, chciałem pracować z przedstawicielami jak największej liczby gatunków — dodał pospiesznie. — Uznałem, że będzie to ogromne wyzwanie dla moich zdolności naśladowczych, które są rozwinięte lepiej niż u większości moich ziomków, chociaż niewątpliwie napotkam i takie istoty, do których nie zdołam się upodobnić. Obawiam się, że nie rozumiem w pełni słowa „dowcipny”, które nie ma wiernego odpowiednika w moim języku, niemniej jeśli uraziłem swym zachowaniem, przepraszam najmocniej.

— Przeprosiny przyjęte — rzekł Conway, wspominając własną grupę sprzed wielu lat i jej ówczesną działalność, która często miała tylko iluzoryczny związek z medycyną. — Doktorze Danalta, jeśli zależy panu na spotkaniu przedstawicieli jak największej liczby gatunków, niebawem pańskie pragnienie się spełni — dodał, zerkając na zegarek. — Proszę wszystkich za mną.

Jednak Orligianin, który nie był Orligianinem, nie ruszył się z miejsca.

— Jak trafnie pan wydedukował, doktorze, nie znamy właściwie medycyny — powiedział. — Przybywając tutaj, kierowałem się nie tyle idealistycznymi pobudkami, ile samolubnym pragnieniem przeżycia czegoś ciekawego. Owszem, w pewnych sytuacjach mogę być bardzo przydatny. Gotów jestem przybierać kształty istot, które trzeba podnieść na duchu, w sytuacji gdy w pobliżu brak przedstawicieli ich gatunku. Mogę też zmieniać się, aby sprostać śmiertelnie groźnym dla innych warunkom środowiska, szczególnie gdy liczyć się będzie każda chwila i zabraknie czasu na wkładanie skafandra ochronnego. Potrafię również wytwarzać wysoko wyspecjalizowane kończyny przydatne chociażby przy operacjach. Wszystko to mogę, ale nie jestem, co pragnę wyraźnie zaznaczyć, lekarzem. Proszę zatem nie zwracać się do mnie „doktorze”.

Conway roześmiał się.

— Jeśli to właśnie zamierza pan u nas robić, czy chce pan tego czy nie, zostanie pan szybko doktorem i nikt nie będzie pana nazywał inaczej.

ROZDZIAŁ DRUGI

Rozjaśniony światłami niczym olbrzymia cylindryczna choinka Szpital Kosmiczny Sektora Dwunastego wisiał w próżni między krawędzią macierzystej galaktyki a gęsto zamieszkanymi systemami gwiezdnymi Wielkiego Obłoku Magellana. Na jego trzystu osiemdziesięciu czterech poziomach odtworzono środowiska wszystkich inteligentnych form życia znanych w Federacji, począwszy od lodowatych metanowców, przez zwykłych tlenodysznych, po istoty, które nie zwykły ani jeść, ani oddychać, ale żyły dzięki wchłanianiu dawek twardego promieniowania.

Szpital był swoistym cudem łączącym osiągnięcia inżynierii i psychologii. Jego utrzymaniem i zaopatrzeniem zajmował się Korpus Kontroli, ramię sprawiedliwości Federacji. Kontrolerzy odpowiadali też za całą niemedyczną stronę działalności placówki. Niemniej nie dochodziło tutaj do częstych gdzie indziej spięć pomiędzy mundurowymi a cywilnymi pracownikami, nie zdarzały się również poważniejsze konflikty w gronie samego dziesięciotysięcznego personelu medycznego złożonego z przedstawicieli prawie siedemdziesięciu ras, którzy różnili się zarówno przyzwyczajeniami, jak i wydzielanymi zapachami oraz podejściem do życia.

Było tak, mimo że w Szpitalu zawsze panowała ciasnota i wszyscy musieli nie tylko razem pracować, ale i razem jadać. Chociaż oczywiście niekoniecznie to samo.

Stażyści mieli szczęście trafić na dwa przyległe, wolne stoliki, ale pechowo oba przewidziano dla karłowatych Nidiańczyków klasy DBDG. Obszerna jadalnia była w całości przeznaczona dla ciepłokrwistych tlenodysznych i wystarczał rzut oka, aby przekonać się, że każdy siadał tutaj gdzie mógł. Rozmaite istoty zajmowały pierwsze wolne miejsce i jadły, dyskutowały albo plotkowały przy jednym stole. Stażystom pozostało przywyknąć do takiego porządku rzeczy, tym bardziej że mogli trafić o wiele gorzej.

Blaty nidiańskich stołów były akurat na właściwym poziomie, aby Melfianie mogli sięgnąć manipulatorami po dania, a krzesła nie były im potrzebne, gdyż ELNT zwykli jeść na stojąco, podobnie jak Tralthańczycy, którzy nawet spali na swych sześciu masywnych nogach. Gąsienicowaci Kelgianie potrafili przystosować się do każdego siedziska, a Orligianie, tak jak i Conway, zdołali jakoś usadowić się na poręczach małych krzeseł. Drobny Dewatti nie miał żadnych problemów, zmiennokształtny Danalta zaś przyjął postać Dewattiego.

— System zamawiania i dostarczania potraw jest taki sam jak na statkach, którymi tu przylecieliście — wyjaśnił Conway, spoglądając to na jeden, to na drugi stół. — Gdy wprowadzicie swoją klasę fizjologiczną, ujrzycie menu przygotowane w waszym języku. Wszyscy oprócz Danalty, gdyż TOBS nie mają szczególnych wymogów żywieniowych. Chociaż zapewne ma pan jakieś ulubione potrawy… Danalta!

— Przepraszam, starszy lekarzu — powiedział TOBS. Wpatrywał się właśnie w wejście do jadalni, a jego ciało zatracało cechy Dewattiego. — Oszołomiła mnie różnorodność wchodzących i wychodzących istot.

— Co chce pan zjeść? — spytał cierpliwie Conway.

— Cokolwiek, co nie będzie promieniotwórcze ani zbyt aktywne chemicznie, starszy lekarzu — odparł Danalta, nie odwracając głowy. — Gdyby nie było nic innego, mógłbym spożyć nawet te meble. Zwykłem jednak przyswajać pokarm dość rzadko i nie będę potrzebował kolejnego posiłku przed upływem kilku waszych dni.

— Świetnie — powiedział Conway i wystukał na klawiaturze zamówienie na stek. — I jeszcze jedno, Danalta. Wprawdzie używanie pełnego tytułu jest wyrazem uprzejmości, ale w naszym środowisku zdarza się rzadko i może być nieco krępujące. Zwykle więc do wszystkich internistów, tak lekarzy, jak i starszych lekarzy, a nawet Diagnostyków, mówi się tutaj „doktorze”. Spotkałeś typ fizjologiczny, którego nie potrafiłeś odtworzyć?

Conwaya irytowało już, że zmiennokształtny przez całą rozmowę nie odrywał spojrzenia od drzwi. Wydawało mu się to nieuprzejme, nawet jeśli nie było zamierzone. Chwilę potem omal nie udławił się stekiem, gdy Danalta wypączkował z potylicy małe oko i spojrzał na niego.

— Podlegam pewnym ograniczeniom, doktorze — powiedział. — Sama zmiana postaci jest dość prosta, ale muszę się liczyć z moją masą. Na przykład w tej chwili wyglądam jak Dewatti, ale ważę znacznie więcej niż przeciętny przedstawiciel tej rasy. A z odtworzeniem tej istoty, która właśnie weszła, miałbym spore problemy.

Conway podążył wzrokiem za jego spojrzeniem, po czym zerwał się na równe nogi i zamachał ręką.

— Prilicla!

Istota, która pojawiła się w jadalni, należała do klasy GLNO i była sześcionogim, zewnątrzszkieletowym, wieloskrzydłym i bardzo kruchym owadem z Cinrussa, gdzie panowało ciążenie równe jednej dwunastej wartości przyciągania ziemskiego. Tylko podwójny zestaw degrawitatorów ratował GLNO przed zmiażdżeniem o pokład, a w razie potrzeby pozwalał latać czy umykać na ściany albo sufit, gdzie nie groziło potrącenie przez mniej uważnych, a znacznie rosiej szych kolegów. Wprawdzie Cinrussańczyków nie dawało się odróżnić, oni sami zaś rozpoznawali się jedynie po radiacji emocjonalnej, a nie po wyglądzie, jednak w Szpitalu nie było drugiego empaty GLNO, zatem Conway mógł być pewien, że ma przed sobą starszego lekarza Priliclę.

Zajmujący oba stoliki praktykanci patrzyli, jak mały empata podlatuje do nich wolno na prawie przezroczystych skrzydłach i zatrzymuje się ponad grupą. Conway zauważył lekkie drżenie sześciu patykowatych nóg i zaburzenia lotu znamionujące, że coś musiało wzburzyć Priliclę. Nie odezwał się jednak, wiedząc, że GLNO i tak wyczuł już jego zatroskanie.

Przebiegło mu przez głowę, czy przypadkiem któryś ze stażystów nie cierpi na skrywaną głęboko fobię i czy to nie ona dotyka tak silnie Priliclę pod postacią strachu albo odrazy wywołanych jego widokiem… Po chwili jednak opanował się i przerwał te czcze rozważania.

— To starszy lekarz Prilicla — powiedział szybko, jakby przedstawiał kogoś całkiem zwyczajnego. — Pochodzi z Cinrussa, należy do klasy GLNO i ma silnie rozwinięty zmysł empatyczny, który oprócz innych zastosowań bardzo przydaje się przy ocenie stanu psychicznego nieprzytomnych pacjentów. Powiedziałbym, że w takich przypadkach jest wręcz niezastąpiony.

Z tego samego powodu Prilicla jest szczególnie wyczulony na emocje wszystkich dokoła, w tym i nas. W jego obecności powinniśmy się wystrzegać silnych i gwałtownych reakcji. Dotyczy to również czysto odruchowych reakcji związanych z atawistycznymi lękami. Jeśli zdarzy się, że napotkana w Szpitalu istota skojarzy się wam z drapieżnikiem z rodzinnej planety albo potworem, którym straszono was w dzieciństwie, starajcie się nie ulegać panice, gdyż empata odczuje ją jeszcze silniej niż wy i będzie to dla niego bardzo przykre przeżycie. Zresztą, gdy poznacie bliżej Priłiclę, przekonacie się, że nie można być wobec niego nieuprzejmym. A w ogóle, przepraszam cię, kolego, że zacząłem wykład na twój temat.

— Nie ma sprawy, przyjacielu Conway. Rozumiem twoje zatroskanie i dziękuję za te wyjaśnienia na mój temat. Niemniej nikt w tej grupie nie dostarcza mi niemiłych wrażeń. Wyczuwam tylko zdumienie, niedowierzanie i wielkie zaciekawienie, które chętnie zaspokoję…

— Ale ciągle się trzęsiesz — zauważył półgłosem Conway.

Co bardzo dziwne, Cinrussańczyk zignorował tę uwagę.

— Zorientowałem się już, że w grupie jest jeszcze jeden empata — ciągnął Prilicla, zawisając nad dziwnym Dewattim z dodatkowym okiem na potylicy. — To ty musisz być tym polimorficznym przybyszem z Fotawna. Czekałem na ciebie, przyjacielu Danalta. Ciekaw jestem, jak będzie się nam razem pracować. Nigdy jeszcze nie spotkałem tak utalentowanego TOBSa.

I ja po raz pierwszy widzę GLNO, doktorze Prilicla — odpowiedział Danalta, topniejąc jakby i spływając po części z krzesła, co było reakcją na tak uprzejme słowa starszego lekarza. — Jednak nie jestem choćby w części tak wrażliwy empatycznie jak pan. Mój dar wyewoluował wraz ze zdolnością zmiany kształtu jako odpowiedź na zagrożenie ze strony drapieżników, których zamiary nauczyliśmy się wyczuwać z pewnym wyprzedzeniem. Poza tym, w odróżnieniu od waszych umiejętności, które rozwinęły się w osobny kanał komunikacji niewerbalnej, moje podlegają nieustannej kontroli. W razie potrzeby, gdyby bodźce empatyczne stały się zbyt niemiłe, mogę się od nich odciąć.

Prilicla zgodził się, że taka zdolność sterowania odbiorem może być bardzo przydatna, i ciągle ignorując Conwaya, zaczął dyskusję o macierzystych środowiskach obu empatów, przyjaznym Cinrussie i budzącym grozę Fotawnie. Pozostali, którzy nie słyszeli wiele o tych światach, słuchali z wielkim zainteresowaniem i tylko czasem przerywali pytaniami.

Conway z braku alternatywy zajął się posiłkiem. Dobrze zresztą zrobił, bo podmuch od poruszających się nieustannie skrzydeł Prilicli porządnie już wszystko ostudził i jeszcze chwila, a danie nie nadawałoby się do zjedzenia.

Nie zdumiewało go, że dwaj empaci tak przypadli sobie do gustu, było to wręcz zgodne z prawami natury. Ktoś bardzo wrażliwy na cudze emocje musiał troszczyć się o jak najlepszą atmosferę wokoło, gdyż każdy wywołany przezeń grymas niezadowolenia wracał i ranił niczym bumerang. Chociaż Danalta był w odrobinę innej sytuacji, skoro potrafił odciąć się od niemiłych bodźców…

Nie zdziwiło też Conwaya, że TOBS wie tyle o Cinrussie i jego empatycznych mieszkańcach — Danalta już wcześniej dał świadectwo swojej erudycji. Zastanawiało go natomiast, skąd Prilicla dysponuje tyloma informacjami o Fotawnie. Miał na dodatek wrażenie, że jest to dość świeża wiedza. Tylko od kogo mógł to wszystko usłyszeć? Przecież nie od Danalty, z którym rozmawiał pierwszy raz w życiu.

W Szpitalu na pewno mało kto słyszał o tym świecie, pomyślał Conway ze wzrokiem wbitym w deser. Czasem tylko podnosił spojrzenie, aby zerknąć na wiszącego ciągle nad stołem Priliclę. Zgodnie z wyrobionym już dawno odruchem nie patrzył na cudze talerze i ich rozmaitą, nie zawsze apetyczną dla Ziemianina zawartość. Był pewien, że gdyby przybycie TOBSa choć półoficjalnie zapowiedziano, wieść dotarłaby już dawno do wszystkich. Również do niego. Nic takiego się nie stało, a jednak Prilicla wydawał się świetnie poinformowany. Dlaczego tylko on?

— Coraz bardziej zachodzę w głowę… — zaczął, gdy zapadła cisza.

— Wiem, przyjacielu Conway — rzekł Prilicla i zadrżał jeszcze silniej. — W końcu jestem empatą.

— A ja, chociaż empatą nie jestem, nauczyłem się z czasem wyczuwać, kiedy coś jest z tobą nie tak, mały przyjacielu. Powiedz, mamy problem.

Ostatnie zdanie było raczej stwierdzeniem niż pytaniem. Prilicla zachwiał się tak bardzo, że musiał aż wylądować na wolnym kawałku stołu. Gdy się odezwał, nad wyraz starannie dobierał słowa. Conway przypomniał sobie, że empatą nie stronił od kłamstwa, jeśli tylko zapewniało ono dobrą atmosferę.

— Miałem właśnie dość długie spotkanie z O’Marą — powiedział. — Nie było zbyt przyjemne…

— Pod jakim względem? — spytał Conway, czując się trochę jak stomatolog. Wyciąganie informacji od Prilicli przypominało niekiedy rwanie opornego zęba.

— Jestem pewien, że z czasem dotrze to do mnie… Zresztą, nie o mnie tu chodzi. Otrzymałem awans na odpowiedzialne i ważne stanowisko. Przyjąłem go, przyjacielu Conway, z wielkimi oporami…

— Gratuluję! — odetchnął Conway. — Niepotrzebne były te opory. O’Mara nie zaproponowałby ci czegoś, jeśli nie byłby pewien, że się do tego nadajesz. Co dokładnie będziesz robił?

— Wolałbym nie rozmawiać teraz o tym, przyjacielu Conway — odparł Prilicla, trzęsąc się jak osika, jakby zmuszał się do wygłoszenia bardzo trudnej kwestii. — To nie pora ani miejsce na rozmowy zawodowe.

Conway zakrztusił się kawą. Obaj doskonale wiedzieli, że w jadalni rozmawiało się przede wszystkim na tematy zawodowe. Co więcej, obecność stażystów nie była przeszkodą, gdyż na pewno chętnie posłuchaliby dyskusji dwóch lekarzy zaliczanych do starszego personelu. Nawet gdyby wszystkiego jeszcze nie zrozumieli… Conway nie widział dotychczas, aby Prilicla zachowywał się w ten sposób, i jego ciekawość wzrosła tym bardziej.

— Co O’Mara ci powiedział? — spytał stanowczo. — Dokładnie.

— Że powinienem przywyknąć do odpowiedzialności, nauczyć się kierować innymi i ogólnie nabrać powagi. Nie wiem wprawdzie, jak przy mojej mizernej wadze i muskulaturze mogę udawać kogoś poważnego i dystyngowanego, ale widać naczelny psycholog wie lepiej. Teraz jednak muszę was przeprosić. Mam kilka spraw na Rhabwarze. Już wcześniej zaplanowałem nawet, że tam właśnie zjem obiad.

Conway nie musiał być empatą, aby zrozumieć, że Cinrussańczyk nie chce odpowiadać już na żadne pytania.

Kilka minut po wyjściu Prilicli Conway przekazał pieczę nad grupą praktykantów instruktorom, którzy czekali cierpliwie, aż wszyscy skończą posiłek. Został sam ze swoimi myślami. Jakiś czas później przy sąsiednim stoliku pojawiły się trzy Kelgianki i falując futrami, zaczęły wymieniać uwagi o skandalicznym prowadzeniu się jednej z koleżanek. Conway wyłączył autotranslator, żeby nic go nie rozpraszało.

Był pewien, że sama wiadomość o awansie nie zburzyłaby spokoju Prilicli. Już wiele razy brał na swoje barki sporą odpowiedzialność. To samo dotyczyło wydawania poleceń. Owszem, jego postura nie robiła wrażenia, ale zawsze przekazywał polecenia tak uprzejmie i taktownie, że jego podwładni prędzej by się ze wstydu spalili, niż odmówili wykonania któregokolwiek. Źródłem dyskomfortu nie mogli też być stażyści ani sam Conway.

Chociaż… A gdyby Conway poczuł się dotknięty, usłyszawszy wszystko na temat nowego przydziału Prilicli? To by wyjaśniało nietypowe zachowanie empaty, dla którego sama perspektywa sprawienia komuś przykrości była odpychająca. Zwłaszcza gdyby chodziło o długoletniego przyjaciela. Z jakiegoś powodu Prilicla nie chciał też, albo nie mógł, rozmawiać o nowej pracy przy stażystach. A raczej przy jednym ze stażystów.

Może zresztą to nie nowy przydział tak zmartwił Priliclę, ale coś innego, o czym usłyszał podczas spotkania z O’Marą. Coś, co dotyczyło Conwaya i nie nadawało się do powtórzenia. Albo czego nie mógł powtórzyć. Conway sprawdził czas, przeprosił Kelgianki i wstał czym prędzej.

Był pewien, że najszybciej znajdzie odpowiedź, jak i zapewne cały zestaw nowych pytań, w gabinecie naczelnego psychologa.

ROZDZIAŁ TRZECI

Gabinet naczelnego psychologa przypominał pod wieloma względami średniowieczną salę tortur — nie tylko za sprawą wyposażonych nawet w pasy siedzisk i legowisk dla najrozmaitszych istot, ale także dzięki podobnemu do Torquemady gospodarzowi w mundurze Korpusu i o wykutych jakby z granitu rysach.

— Proszę usiąść, doktorze — powiedział O’Mara, wskazując stosowne dla Ziemian krzesło i uśmiechając się w sposób, z którego nic nie dało się wywróżyć. — Proszę się odprężyć. Tyle latał pan ostatnio na Rhabwarze, że prawie pana nie widywałem. Pora, abyśmy sobie dłużej porozmawiali.

Conwayowi zaschło w ustach. Będzie ciężko, pomyślał. Nie mógł jednak przypomnieć sobie żadnych grzechów, przez które zasłużyłby na przyganę.

Twarz rozmówcy pozostawała nieprzenikniona, jednak oczy naczelnego psychologa spoglądały badawczo z taką uwagą, jakby Kontroler był prawdziwym telepatą. Przez dłuższą chwilę żaden z nich się nie odzywał.

Jako naczelny psycholog największego wielośrodowiskowego szpitala Federacji, O’Mara odpowiedzialny był za zdrowie psychiczne członków personelu medycznego — ogółem ponad sześćdziesięciu gatunków. Oficjalnie miał stopień majora, co zgodnie z regulaminami nie lokowało go zbyt wysoko wśród personelu, jednak w rzeczywistości trudno byłoby określić granice jego władzy. Dla niego lekarze też byli potencjalnymi pacjentami, podległy mu dział zaś poświęcał wiele czasu na nieustanne dopasowywanie właściwego medyka do konkretnego chorego.

Nawet przy powszechnej tolerancji i wzajemnym szacunku istniało ryzyko powstania napięć, chociażby za sprawą nieporozumień czy niewiedzy. Kandydaci do pracy w Szpitalu byli wprawdzie wszechstronnie badani, ale i to nie chroniło całkowicie przed problemami, na przykład ksenofobią, która potrafiła obniżyć zawodową sprawność lekarza albo zachwiać jego równowagę emocjonalną. A czasem jedno i drugie. Prostym przykładem mogłoby tu być ujawnienie się u lekarza z Ziemi silnego podświadomego lęku przed pająkami, który uniemożliwiłby mu należyte sprawowanie opieki nad cinrussańskim pacjentem. Gdyby zaś istocie podobnej do Prilicli trafił się chory cierpiący na arachnofobię…

Zadaniem O’Mary było wykrywać podobne zagrożenia i zapobiegać ich skutkom, jego personel zaś troszczył się o to, aby nic takiego nie powtórzyło się w przyszłości. Był przy tym na tyle gorliwy, że bieglejsi w ziemskiej historii nazywali jego działania drugą inkwizycją. I był skuteczny, chociaż sam O’Mara utrzymywał, że wysoki poziom równowagi emocjonalnej personelu wynika przede wszystkim z lęku przed naczelnym psychologiem, przed którym musieliby stanąć, ujawniwszy choćby ślad cech neurotycznych. Wszyscy więc się pilnowali…

Nagle oficer uśmiechnął się.

— Chyba przesadza pan z tym pełnym szacunku milczeniem, doktorze. Naprawdę musimy porozmawiać, a to oznacza, że dzisiaj wyjątkowo ma pan prawo głosu. Jest pan zadowolony z pracy na statku szpitalnym?

Zazwyczaj naczelny psycholog nie szczędził sarkazmu, potrafił być wręcz złośliwy albo otwarcie nieuprzejmy. Czasem wyjaśniał (nie przepraszał — O’Mara nigdy za nic nie przepraszał), że to jego sposób na odreagowanie: wobec pacjentów musiał być zawsze uprzejmy, współczujący i pełen zrozumienia, zatem przy współpracownikach pozwalał, aby jego prawdziwe, paskudne Ja” brało górę. Conway wiedział o tym i tym bardziej nie podobała mu się ta nagła zmiana manier naczelnego psychologa.

— Jak najbardziej — powiedział ostrożnie.

— Na początku było inaczej — stwierdził O’Mara, patrząc na niego uważnie. — O ile pamiętam, był pan zdania, że kierowanie personelem medycznym statku szpitalnego to coś poniżej godności starszego lekarza. Miał pan jakieś problemy ze swoimi podwładnymi albo z oficerami? Może chciałby pan zaproponować jakieś zmiany składu?

— Wtedy jeszcze nie rozumiałem, czym naprawdę jest Rhabwar — stwierdził Conway, odpowiadając kolejno na pytania. — Nie mam żadnych problemów. Wszystko działa jak trzeba, oficerowie Korpusu współpracują ze mną, a członkowie zespołu medycznego… Nie, nie widzę potrzeby żadnych przesunięć.

A ja owszem, dostrzegam taką potrzebę — powiedział O’Mara, pokazując się na chwilę od tej strony, za którą Conway zbytnio nie przepadał. Zaraz jednak znowu się uśmiechnął. — Bez wątpienia zdaje pan sobie sprawę z wszystkich niewygód, problemów czy stresów związanych z koniecznością pozostawania w nieustannym pogotowiu. Na pewno też irytuje pana, że ilekroć przeprowadza pan jakąś operację, trzeba zapewniać zastępstwo, na wypadek gdyby nagle został pan odwołany do wylotu. Na dodatek służba na statku szpitalnym uniemożliwia panu taki udział w projektach badawczych, jaki przewidziany jest dla starszych lekarzy. Zamiast więc prowadzić wykłady i badania, pan rozbija się po całej galaktyce i…

— Zatem to ja mam zostać wymieniony — przerwał mu ze złością Conway. — Kto przyjdzie na moje…?

— Zespół medyczny Rhabwara obejmie Prilicla. Zgodził się, wszelako pod warunkiem, że nie zrobi panu w ten sposób przykrości. Bardzo na to nalegał, oczywiście według cinrussańskich standardów. Przypuszczam też, że chociaż prosiłem go, aby nie mówił panu nic, aż oficjalnie przekażę te wiadomości, pewnie i tak pobiegł prosto do pana i wszystko opowiedział.

— Owszem, ale wspomniał tylko o swoim awansie.

Byłem akurat z grupą stażystów. Prilicla wydawał się zainteresowany przede wszystkim jednym z nich, polimorficznym empatą o imieniu Danalta. Zauważyłem jednak, że coś trapi naszego małego przyjaciela.

Nawet kilka rzeczy — stwierdził O’Mara. — Wiedział już, że po objęciu pańskiego stanowiska na Rhabwarze otrzyma do pomocy właśnie Danaltę, który zajmie jego miejsce w zespole. Jednak TOBS nie został jeszcze poinformowany o tej propozycji, więc Prilicla nie mógł nic powiedzieć. Gdyby Danalta dowiedział się o wszystkim z drugiej ręki, zapewne poczułby się urażony. TOBS mają prawo być dumni ze swoich zdolności. Profil osobowościowy naszego gościa sugeruje, że zaoczne przypisywanie go do stanowiska uznałby za brak szacunku, tymczasem praca ta może się okazać dla niego wielkim zawodowym wyzwaniem i sądzę, że zapytany chętnie ją przyjmie. Czy ma pan jakieś poważniejsze zastrzeżenia do tych zmian, doktorze?

— Nie. — Conway był zdumiony własnym spokojem, odczuwał wielkiej złości ani przesadnie głębokiego rozczarowania, chociaż tracił pozycję, której wielu kolegów szczerze mu zazdrościło. Kończyło się coś, co polubił, co było ekscytujące i zmuszało go do wysiłku. — Skoro to naprawdę konieczne…

— Tak, to konieczne — stwierdził z powagą O’Mara. — Jak pan wie, nie zwykłem prawić komplementów. Jestem tu od upuszczania pary, a nie od podbijania bębenka. Nigdy nie tłumaczę się ze swoich decyzji czy działań. Jednak ta sytuacja jest specyficzna. — Psycholog pochylił głowę i spojrzał na swoje kanciaste dłonie rozpostarte na blacie biurka. — Po pierwsze, kierował pan personelem medycznym Rhabwara od pierwszej misji, po której nastąpiło wiele innych, udanych operacji, dzięki czemu do perfekcji dopracowano wszystkie procedury. Obecnie mała zmiana w obsadzie nie pogorszy rewelacyjnej skuteczności Rhabwara. Proszę pamiętać, że Prilicla, Murchison i Naydrad nadal będą pełnić tam obowiązki, Danalta zaś… Przy dwóch empatach w zespole, w tym jednym silnie zbudowanym, potrafiącym zmieniać na życzenie postać i mogącym docierać do niedostępnych części wraków, sprawność ekipy może nawet wzrosnąć. Po drugie, chodzi o Priliclę. Wie pan równie dobrze jak ja, że jest on jednym z naszych najlepszych starszych lekarzy. Niemniej z powodów psychologicznych i ewolucyjnych pozostaje nieśmiały, wręcz tchórzliwy i bardzo brakuje mu treningu asertywności. Jeśli jednak otrzyma stanowisko wymagające odpowiedzialności i kierowania zespołem, nauczy się wydawać polecenia i podejmować decyzje samodzielnie, bez oglądania się na przełożonych. Wiem, że jego rozkazy nie będą brzmieć jak rozkazy, ale nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek odmówił ich wykonania, więc z czasem przywyknie do sytuacji i do tego, że to on decyduje o kluczowych sprawach. Sądzę, że potem przeniesie te zachowania również na relacje w Szpitalu. Zgadza się pan z takim rozumowaniem?

— Dobrze, że naszego małego przyjaciela tu nie ma, bo ucierpiałby od moich myśli — powiedział Conway, próbując się uśmiechnąć. — Ale owszem, zgadzam się.

— Dobrze. Po trzecie, jest jeszcze starszy lekarz Conway. Zależy mi na obiektywizmie, będę więc mówił teraz o panu w trzeciej osobie. Conway ma wiele specyficznych cech charakteru i było tak, odkąd do nas dołączył. Z początku nieco zarozumiały, wydawał się jednak obiecującym nabytkiem. To typ samotnika nieskłonnego do nawiązywania związków, chyba że w środowisku obcych, co mogłoby budzić pewne wątpliwości, niemniej w takim szpitalu jak nasz było nawet przydatne.

— Ale Murchison nie jest… — zaczął Conway.

— Obcym — dokończył za niego O’Mara. — Wiem. Nie zniedołężniałem jeszcze na tyle, aby nie zauważyć, że pani patolog należy do ziemskiej klasy DBDG. Jednak poza Murchison wszyscy pańscy przyjaciele to obcy, jak kelgiańska siostra Naydrad, melfiański starszy lekarz Edanelt, Prilicla, urzędujący na trzysta drugim poziomie dietetyk SLNU o imieniu nie do wymówienia, a nawet Diagnostyk Thornnastor. To wielce znaczące.

— Ale co by miało z tego wynikać? — spytał Conway, marząc o jakiejś przerwie, aby móc chwilę spokojnie pomyśleć.

Sam powinien pan to dojrzeć — rzucił O’Mara. — Do tego należy dodać fakt, że przez ostatnie lata Conway wspaniale sobie radził, miał kontakt z wieloma ciekawymi i niezwykłymi przypadkami, które dzięki niemu szczęśliwie się skończyły, nie bał się nigdy osobistej odpowiedzialności i bez wahania podejmował trudne decyzje. Teraz jednak obniża loty. Na razie nie jest to poważne zagrożenie — dodał psycholog, zanim Conway zdążył zareagować. — Prawdę mówiąc, ani sam zainteresowany, ani żaden z jego współpracowników jeszcze tego nie zauważył, nie podważano też dotychczas kompetencji naszego lekarza. Jednak po uważnym zbadaniu jego przypadku stwierdzam, że Conway zaczyna popadać w rutynę i powinien…

— Rutynę! W tym szpitalu? — zawołał Conway i mimowolnie się roześmiał.

— Wszystko jest względne. Powiedzmy, że w tym przypadku chodzi o rutynowe reakcje na nieoczekiwane zdarzenia, jeśli samo pierwotne określenie wydaje się panu zbyt trywialne. Ale wracając do sprawy, po namyśle uznałem, że starszy lekarz Conway potrzebuje zmiany przydziału i otoczenia. Powinien zostać niezwłocznie odsunięty od obowiązków na Rhabwarze, otrzymać pomoc psychiatryczną i nieco czasu do zastanowienia się nad sobą…

— Żeby mnie szlag trafił. — Conway zaśmiał się znowu. — Przecież to znęcanie się w czystej postaci…

O’Mara przyjrzał mu się z uwagą i wypuścił wolno powietrze przez nos.

— Jestem przeciwnikiem niepotrzebnej udręki, ale jeśli ma pan ochotę cierpieć w wolnym czasie, to proszę bardzo, pańskie prawo — powiedział major swoim zwykłym, ostrym tonem. Widać przestał już traktować Conwaya jak pacjenta, co może samo w sobie nie było miłe, ale ogólnie mogło uchodzić za dobry znak. Niemniej Conway zastanawiał się nad konsekwencjami tak nagłej zmiany i nie udało mu się jeszcze pozbierać myśli.

— Potrzebuję nieco czasu — rzekł w końcu.

— Oczywiście.

— Najpierw jednak muszę wrócić na Rhabwara, aby wprowadzić Priliclę…

— Nie! — O’Mara uderzył dłonią w blat biurka. — Prilicla musi nauczyć się radzić sobie ze wszystkim sam. Tak jak pan musiał. To będzie dla niego najlepsze. Pan będzie się trzymał z dala od statku szpitalnego i od samego Prilicli. Może mu pan co najwyżej życzyć powodzenia. Prawdę mówiąc, mam zamiar jak najszybciej wyprawić pana ze Szpitala. Dopisałem pana do listy załogi zwiadowczego statku Korpusu, który za trzydzieści godzin wylatuje z misją kurierską. Nie zostawi to panu zbyt wiele czasu na pożegnania. Oczywiście nie wierzę — dodał ironicznie — aby cokolwiek mogło pana powstrzymać przed czułym pożegnaniem z Murchison. Prilicla przekazał już jej wieść o pańskim rychłym odlocie, bez wątpienia najłagodniej, jak to tylko możliwe. Ale i miał powody, by być oględnym, skoro wie, co będzie pan robił przez kilka najbliższych miesięcy.

— Szkoda, że mi nikt tego dotąd nie powiedział — rzekł Conway gorzko.

— Ależ proszę. Zostaje pan skierowany na czas nieokreślony na planetę, która powszechnie nazywana jest Goglesk. Mają tam nieco problemów. Nie znam szczegółów, jednak będzie pan miał dość czasu, aby zapoznać się ze wszystkim na miejscu, jeśli tylko to pana zainteresuje. W tym przypadku nie oczekujemy od pana rozwiązywania węzłów gordyjskich, odpocznie pan sobie po prostu i…

Nagle rozległ się brzęczyk stojącego na biurku interkomu.

— Przepraszam, sir, ale zjawił się już umówiony na później doktor Fremvessith. Czy mam poprosić, aby wrócił za kilka minut?

— To PVGJ, któremu mam wymazać zapis z kelgiańskiej taśmy — powiedział O’Mara. — Mamy tu jeszcze do pogadania, ale niech zaczeka. W razie potrzeby daj mu coś na uspokojenie. — Spojrzał na Conwaya. — Jak wspomniałem, oczekuję, że na Goglesk będzie pan spokojnie wypełniał obowiązki i zastanawiał się nad swoją zawodową przyszłością. Będzie pan miał dość czasu, aby zdecydować, co chciałby robić w Szpitalu. Albo czego nie chciałby robić. Aby łatwiej poszło, zapiszę panu środek na wspomożenie pamięci. Ułatwia też zapamiętywanie marzeń sennych i nie ma długotrwałych skutków ubocznych. Postaram się w ten sposób rozjaśnić panu nieco scenę zdarzeń.

— Ale dlaczego? — spytał Conway, chociaż nie był wcale pewien, czy chce usłyszeć odpowiedź.

O’Mara zacisnął usta w wąską linię, ale jego spojrzenie zdawało się wyrażać raczej współczucie.

— Chyba wreszcie zaczyna pan rozumieć, po co to spotkanie. Ale by oszczędzić panu wysiłku i stresu, powiem wprost. Szpital postanowił dać panu szansę zostania Diagnostykiem.

Diagnostykiem! — pomyślał Conway.

Podobnie jak inni lekarze ze Szpitala, nieraz doświadczał już obecności cudzego "ja” w swojej głowie. Przez jakiś czas nosił nawet równocześnie zapisy z kilku hipnotaśm, ale potem O’Mara musiał poświęcić kilka dni, aby poskładać osobowość Conwaya w funkcjonalną całość.

Problem polegał na tym, że chociaż Szpital wyposażony był w sprzęt pozwalający leczyć wszystkie znane formy inteligentnego życia, żaden z lekarzy nie był w stanie opanować całości koniecznej do tego wiedzy. Nawet najsprawniejszy, najbardziej doświadczony chirurg potrzebował informacji o fizjologii pacjenta i informacje te musiał czerpać z zapisów sporządzonych przez najwybitniejsze medyczne umysły poszczególnych ras.

Jeśli Ziemianin dostawał pod opiekę kelgiańskiego pacjenta, otrzymywał na czas leczenia zapis z hipnotaśmy DBLF. Potem wymazywano te informacje, chyba że chodziło o starszego lekarza o wybitnie zrównoważonej osobowości, który prowadził też wykłady, albo o Diagnostyka…

Diagnostycy byli elitą medycznego świata, istotami o tak integralnych osobowościach, że nie szkodziło im przechowywanie w umyśle sześciu, siedmiu, a nawet dziesięciu zapisów równocześnie. Korzystali z tych danych podczas prac badawczych, które stymulowały rozwój ksenomedycyny, a także w ramach własnej praktyki oraz działalności dydaktycznej.

Jednak zapisy zawierały coś więcej niż tylko czysto medyczne informacje. Były to kompletne kopie pamięci dawców przemycające również ich osobowości. W ten sposób każdy Diagnostyk zaszczepiał sobie poniekąd bardzo złożoną postać schizofrenii. Istoty, które przychodziło mu gościć w swojej głowie, bywały agresywne lub niemiłe, jako że geniusze rzadko są czarującymi postaciami. Miewały też swoje fobie i obsesje. Nie ujawniało się to zwykle podczas leczenia czy operacji, ale w chwilach odpoczynku albo snu potrafiło mocno dokuczyć.

Conway słyszał, że mało co mogło się równać z koszmarami ze snów obcych, a jeszcze gorzej było, jeśli do głosu dochodziły ich fantazje seksualne. Wówczas noszący takie brzemię miewał niekiedy dość życia. O ile jeszcze potrafił odróżnić swoje życie od cudzego, oczywiście.

Conway przełknął ślinę.

— Wskazane byłoby, żeby ustosunkował się pan jakoś do tej propozycji — odezwał się sarkastycznie O’Mara. Bez wątpienia uznał, że załatwili już wszystkie sprawy zawodowe. — Chyba że siedząc tak z opuszczoną szczęką, próbuje pan nawiązać komunikację niewerbalną?

— Ja… muszę się nad tym zastanowić.

— Będzie pan miał na to mnóstwo czasu na Goglesk — stwierdził O’Mara, wstając i zerkając znacząco na zegar.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Oficerowie z jednostki zwiadowczej Korpusu Trennelgon znali Conwaya zarówno z opowieści, jak i z akcji poszukiwania kapsuł wielkiego, spiralnego statku kolonizacyjnego rasy CRLT, kiedy to Conway nie raz i nie dwa rozmawiał z pokładowym łącznościowcem.

W tamtej operacji uczestniczyły niemal wszystkie jednostki zwiadowcze aż trzech sektorów, a Conway nawiązywał kontakt niemal z każdą z nich, niemniej i tak na Trennelgonie przyjęty został niczym sławny krewniak całej załogi. Nie miał zatem czasu ani na rozmyślania, ani na smutki, ani w ogóle na nic poza zaspokajaniem ciekawości rozmówców, którzy tak długo dopytywali się o Rhabwara i jego misje ratunkowe, aż Conway nie mógł pohamować ziewania.

Powiedziano mu, że podróż będzie się składać tylko z dwóch skoków i że powinni dotrzeć do systemu Goglesk już za dziesięć godzin. Koniec końców przyjęto jednak do wiadomości, że pasażer chciałby się położyć.

Jednak gdy wyciągnął się na wąskiej koi, jego myśli w nieunikniony sposób podążyły ku Murchison, której nie było obok niego. A przecież świetnie pamiętał praktycznie wszystko, co robili razem… Lekarstwo O’Mary tym bardziej nie pozwalało o tym zapomnieć. Gdy rozmawiali przed odlotem, co rusz wracała do skutków mianowania Prilicli szefem personelu medycznego i zastosowania szczególnych właściwości Danalty w procedurach ratunkowych. Dopiero po pewnym czasie nawiązała do możliwego awansu Conwaya na Diagnostyka. Wyraźnie nie miała ochoty zajmować się tym tematem, ale ostatecznie okazała więcej zdecydowania i odwagi niż Conway.

— Prilicla nie ma wątpliwości, że ci się uda. Ja też nie — przypomniał sobie jej słowa. — Ale nawet gdyby nie udało ci się spełnić wymagań albo gdybyś z jakiegoś powodu odmówił, i tak spotkało cię już największe wyróżnienie w naszym zawodzie.

Conway nie odpowiedział, spojrzała więc na niego, unosząc się na łokciu.

— Nie przejmuj się. Nie będzie cię parę tygodni, może miesięcy, ale nawet nie zauważysz mojego braku.

Oboje wiedzieli, że to nieprawda. Uśmiechnął się do niej nieznacznie, ale twarz miał zatroskaną.

— Jako Diagnostyk mogę nie być już tym samym człowiekiem. To właśnie mnie niepokoi. Kto wie, czy będę wciąż czuł do ciebie to samo co teraz.

— Jestem cholernie pewna, że tak! — rzuciła zdecydowanie, ale zaraz ściszyła głos. — Thornnastor jest Diagnostykiem już niemal trzydzieści lat. Współpracowałam z nim bardzo blisko i nie zauważyłam żadnych szczególnych zmian poza chorobliwym zainteresowaniem plotkami o podtekście seksualnym, niezależnie o jaki gatunek chodzi…

— Ale ty nie jesteś Tralthanką — zauważył Conway.

Teraz ona zamilkła.

— Kilka lat temu miałem przypadek Melfianina z licznymi pęknięciami pancerza. Operację trzeba było przeprowadzać etapami, tak więc nosiłem zapis ELNT przez trzy dni. Przekonałem się, że Melfianie szalenie cenią piękno ciała, pod warunkiem wszelako że chodzi o istoty zewnątrzszkieletowe i mające co najmniej sześć nóg. Asystowała mi siostra Hudson. Znasz ją? Ciekawa osoba. Oboje, czyli ja i moje melfiańskie alter ego, zgadzaliśmy się, że jest kompetentna i szalenie uprzejma, ale fizycznie ciągle wydawała mi się odrażająca i bezkształtna. Obawiam się, że…

— W oczach niektórych ludzi też za taką uchodzi — wtrąciła niewinnym tonem Murchison.

— Daj spokój…

— Wiem, jestem paskudna. Ale obawiam się tego samego co ty. Przepraszam, że trochę lekko traktuję twoje problemy, ale nigdy nie miałam dostępu do hipnotaśm.

Wykrzywiła twarz i spróbowała wydobyć z gardła niski, pełen sarkazmu głos O’Mary:

— W żadnym razie, patolog Murchison! Doskonale wiem, że zapisy edukacyjne mogłyby pomóc pani w pracy, ale podobnie jak inne istoty rodzaju żeńskiego, będzie musiała pani polegać na własnym doświadczeniu i rozeznaniu. Niestety, kobiety cierpią na rodzaj fobii, która nie pozwala im zbliżyć się do nikogo, kto nie jest nimi seksualnie zafascynowany…

Niemal się zakrztusiła i wybuchnęła śmiechem. Conway też się roześmiał, chociaż trochę na siłę.

— Ale co właściwie powinienem… powinniśmy zrobić?

Położyła mu delikatnie dłoń na piersi i pochyliła się.

— Może nie będzie tak źle — powiedziała tonem pocieszenia. — Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek czy cokolwiek zmieniło cię, jeśli ty sam nie będziesz chciał się zmienić. Jesteś na to zbyt uparty, myślę więc, że warto spróbować. Ale na razie zapomnij o tym i śpij. — Uśmiechnęła się i dodała: — Wiesz, może jednak za chwilę…

Pozwolono mu zająć wolny fotel w centrali statku, co było zaszczytem rzadko spotykającym kogoś spoza Korpusu. Obserwował na głównym ekranie wyjście Trennelgona z nadprzestrzeni w systemie Goglesk. Sama planeta była po prostu odległą kulą, tak samo poznaczoną smugami chmur jak praktycznie każdy zamieszkany przez ciepłokrwistych tlenodysznych świat Federacji. Jednak Conway miał się zajmować przede wszystkim jego mieszkańcami. Dyplomatycznie przypomniał o tym kapitanowi.

Orligiański dowódca nazywał się Sachan-Li i był w randze majora. Usłyszawszy przetłumaczone słowa Conwaya, jęknął tytułem przeprosin.

— Przykro mi, doktorze, ale nic o nich nie wiemy. Nie wiemy też nic o samej planecie, poza koordynatami lądowiska. Niedawno ściągnięto nas z patrolu. Dostaliśmy tylko nowy program do autotranslatora. Zgodnie z rozkazami dostarczyliśmy go do Szpitala do obróbki, a w drodze powrotnej zabraliśmy jeszcze pana. Tak przy okazji, pańska wizyta na pokładzie była dla nas miłym urozmaiceniem po sześciu miesiącach zbierania danych do map sektora dziesiątego. Mam nadzieję, że nie dokuczyliśmy panu zbytnio pytaniami.

— W żadnym razie, kapitanie — odparł Conway. — Czy teren lądowiska jest izolowany od reszty planety?

— Tylko ogrodzony, aby żerujące zwierzęta nie upiekły się w ogniu naszych dysz. Miejscowi podobno czasem odwiedzają bazę, ale nigdy żadnego nie widziałem.

Conway pokiwał głową i spojrzał na ekran, na którym dawało się już dostrzec szczegóły ukształtowania planety. Przez kilka minut nie odzywał się, gdyż Sachan-Li i pozostali oficerowie — Nidiańczyk o rudym futrze i dwóch Ziemian — zajęli się procedurami poprzedzającymi lądowanie. Patrzył na przepływający w dole glob, którego powierzchnia coraz bardziej przypominała zwykły krajobraz widziany z lotu ptaka. Zbudowany niczym ponaddźwiękowy szybowiec Trennelgon zadrżał, wchodząc w górne warstwy atmosfery. Zwolnił natychmiast i zaczął wytracać wysokość. Poniżej przesuwały się oceany, góry i zielonożółte masywy lądu. Całość nadal bardzo przypominała Ziemię. Potem horyzont opadł nagle poza dolną krawędź ekranu — statek zmieniał położenie i szykował się do pionowego lądowania.

— Doktorze, czy dostarczy pan program translacyjny dowódcy bazy? — spytał Sachan-Li, gdy już przyziemili. — Kazano nam tylko wysadzić pana i startować.

— Oczywiście — powiedział Conway i wsunął pakunek do kieszeni bluzy.

— Pański bagaż jest już w śluzie, doktorze. Miło było pana poznać.

Nie wystartowali natychmiast, ale i tak — mimo że od statku dzieliło go już pół mili — Conway poczuł na karku i plecach ciepło bijące od rozgrzanych dysz. Szedł w kierunku trzech skupionych razem kopuł. Były to typowe zabudowania tymczasowej bazy przewidzianej dla minimalnej obsady. Nie zamówił antygrawitacyjnego wózka na bagaż, bo wszystko, co miał, mieściło się w plecaku i sporej walizce. Jednak popołudniowe słońce przygrzewało, postanowił więc odstawić na chwilę walizkę i odpocząć. Ostatecznie nigdzie nie musiał się spieszyć.

Wtedy właśnie poczuł otaczającą go obcość.

Spoglądał na grunt, który jednak nie był ziemski, i na trawę różniącą się nieco od tej, którą znał. W dali rosły krzewy, kwiaty i drzewa, wprawdzie pozornie znajome, ale jednak powstałe w wyniku całkiem innego procesu ewolucyjnego. Conway wzdrygnął się mimo ciepła. Jak zwykle w takich przypadkach czuł się jak intruz i pomyślał o tych wszystkich zasadniczych różnicach, które dopiero przyjdzie mu poznać. Chwycił walizkę i wznowił marsz.

Gdy był jeszcze kilka minut drogi od największej z kopuł, główne wejście uchyliło się i wyszła ku niemu szybkim krokiem jakaś postać. Mężczyzna nosił mundur z insygniami porucznika sekcji kontaktów kulturowych Korpusu, nie miał za to czapki — był albo urodzonym bałaganiarzem, albo jednym z naukowców Korpusu, którzy nie mieli czasu troszczyć się o strój. Dobrze zbudowany, z jasnymi, przerzedzonymi już włosami, o żywej mimice. Odezwał się, gdy dzieliły ich trzy metry.

— Jestem Wainright. Pan musi być tym lekarzem ze Szpitala Sektora Dwunastego, którego mieli przysłać. Nazywa się pan Conway, tak? Ma pan program translacyjny?

Conway skinął głową i sięgnął lewą ręką do kieszeni, prawą zaś wyciągnął do porucznika. Ten jednak szybko się cofnął.

— Nie, doktorze — powiedział uprzejmie, ale też zdecydowanie. — Musi pan chwilowo opanować odruch ściskania rąk. Na tej planecie, poza pewnymi rzadkimi okazjami, nie praktykuje się takich powitań i miejscowi mocno się gorszą, gdy widzą, że to robimy. Ale pański bagaż wygląda na ciężki. Pozwoli pan, że mu pomogę?

— Dziękuję, dam sobie radę — mruknął Conway. W jego głowie zrodziło się już kilka pytań i nie wiedział, któremu dać pierwszeństwo. Ruszył ku kopułom. Porucznik szedł obok, ale cały czas pilnował trzymetrowego dystansu.

— Taśma bardzo nam się przyda, doktorze — powiedział Wainright. — Teraz nasz komputer wreszcie powinien dobrze radzić sobie z tłumaczeniem. Będzie mniej nieporozumień. Nie oczekiwaliśmy jednak, że Szpital przyśle kogoś aż tak szybko. Dziękuję za przybycie, doktorze.

Conway machnął tylko wolną ręką.

— Proszę nie oczekiwać, że moja obecność wiele zmieni. Przyleciałem przede wszystkim jako obserwator. Mam to wszystko przemyśleć i… — Pomyślał, dlaczego właściwie O’Mara go tutaj przysłał. Dlaczego tutaj właśnie miał się zastanowić nad przyszłością swojej medycznej kariery. O tym jednak nie chciał na razie mówić porucznikowi. — …nieco przy okazji wypocząć — dokończył.

Wainright spojrzał na niego z ukosa. Był wyraźnie zdumiony, ale poczucie taktu nie pozwoliło mu spytać, dlaczego starszy lekarz ze Szpitala, w którym można było znaleźć lekarstwo na każdą dolegliwość, wybrał na wypoczynek akurat Goglesk.

— Skoro o odpoczynku mowa — powiedział po chwili — która godzina była na pokładzie? Ranek, południe czy noc? Może chce się pan położyć? U nas jest akurat późne popołudnie. Możemy porozmawiać jutro.

— Wyspałem się i wstałem niecałe dwie godziny temu, chętnie porozmawiam więc od razu. Ale uprzedzam, jeśli podejmie się pan udzielania odpowiedzi na moje pytania, to pan może jutro być mocno zmęczony.

— A podejmę się, dlaczego nie — stwierdził Wainright ze śmiechem. — Nie chciałbym sugerować, że moi pomocnicy są nudni czy że oszukują przy grze w karty, ale miło będzie porozmawiać z kimś nowym. Poza tym tubylcy znikają zawsze o zachodzie słońca i wtedy można już tylko rozprawiać sobie o nich, a to jak dotąd nie zaprowadziło nas daleko.

Wszedł pierwszy do budynku i ruszył wąskim korytarzem do drzwi, na których wisiała plakietka z jego nazwiskiem. Zatrzymał się przed nimi, rozejrzał szybko na boki i poprosił Conwaya o taśmę.

— Proszę wejść, doktorze — powiedział, odsuwając drzwi i wkraczając do sporego gabinetu z biurkiem, na którym stał terminal autotranslatora.

Conway rozejrzał się po pomieszczeniu oświetlonym ciepłym, pomarańczowym blaskiem zachodzącego słońca. Było skromnie urządzone, poza biurkiem stały w nim bowiem jeszcze tylko moduły archiwizujące, projektor i zgromadzone w rzędzie pod przeciwległą ścianą krzesła dla gości. Obok okna ustawiono przypominającą kaktus sporą roślinę z kolcami i włosowatymi odroślami. Pokrywały je barwne plamy, przy czym im dłużej Conway na nie patrzył, tym bardziej wydawało mu się, że tworzą nieprzypadkowy wzór.

W pewnej chwili Conway zdał sobie sprawę z zapachu, jaki czuł od lądowania. Planeta miała własną woń, przypominającą wymieszane zapachy piżma i mięty. Podszedł bliżej, aby obejrzeć roślinę.

Ta się cofnęła.

— To Khone — powiedział porucznik, włączając autotranslator. Wskazał na doktora. — To Conway. On też jest uzdrawiaczem.

Autotranslator wydał z siebie serię szumów, które musiały być mową tubylców. Conway zastanawiał się nad odpowiedzią, ale żadna z formułek wygłaszanych przy okazji oficjalnych kontaktów nie przypadła mu do gustu. Uznał, że lepiej będzie zachować się naturalnie.

— Wszystkiego najlepszego, Khone — powiedział.

— I tobie też — odparł obcy.

Muszę pana uprzedzić, że tubylcy wymieniają imiona tylko raz, na samym początku, i to wyłącznie w celach informacyjnych czy dla rozpoznania — odezwał się pospiesznie Wainright. — Po wstępnym przedstawieniu do rozmówcy należy zwracać się możliwie bezosobowo, inaczej można kogoś urazić. Ale szerzej porozmawiamy o tym później. Ten Gogleskanin czekał na pana niemal do zachodu słońca, ale teraz…

— Teraz muszę iść — wtrąciła istota.

Porucznik pokiwał głową.

— Podstawiliśmy pojazd z tylną rampą, aby mógł podróżować bez zbliżania się do kierowcy. Dotrze do domu na długo przed zmrokiem.

— Godna to zauważenia troska i wdzięczność jest na miejscu — powiedział Gogleskanin i odwrócił się, aby wyjść.

Conway przyglądał mu się podczas rozmowy. Rzeczywiście, i barwy, i układ kolców oraz włosów porastających jajowate ciało nie były wcale tak przypadkowe, jak się z początku wydawało. Włosy poruszały się, chociaż nie tak energicznie jak kelgiańskie futro, a niektóre kolce, elastyczne i pogrupowane, zdradzały oznaki specjalizacji. Pozostałe, te dłuższe i sztywniejsze, były chyba w zaniku, jakby rozwinęły się dla obrony i dawno już stały się zbyteczne. Pośród barwnych włosów na czaszce widniały też długie, blade macki, jednak ich przeznaczenie pozostawało tajemnicą.

Kopulastą, pozbawioną szyi głowę otaczała matowa metalowa taśma. Kilka cali pod nią widniała para szeroko rozstawionych i głęboko osadzonych oczu. Głos zdawał się dobywać z kilku małych, pionowych szczelin oddechowych w pasie stworzenia. Dopiero gdy wstało, można było zobaczyć, że ma również cztery nogi. Były krótkie i składały się niczym miechy harmonii. Wyprostowane dodawały istocie kilka cali.

Dopiero teraz Conway zauważył też jeszcze jedną parę oczu na potylicy. Gogleskanie musieli być kiedyś nad wyraz czujnymi istotami. Nagle zrozumiał również, do czego służy metalowa obręcz na głowie: podtrzymywała szkło korekcyjne przed jednym z oczu.

Mimo pozornie roślinnego kształtu istota była ciepłokrwistym tlenodysznym. Conway zakwalifikował ją jako FOKT. Wychodząc, przystanęła jeszcze w drzwiach i poruszyła częścią kolców.

— Bądź samotny — powiedziała.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Dla ekip kontaktowych Goglesk okazał się wyjątkowo trudnym przypadkiem. Już samo zetknięcie z tak zacofaną technologicznie społecznością było niebezpieczne, gdyż widząc opadające z nieba statki Korpusu, tubylcy mogli nabawić się kompleksu niższości, miast wykorzystać nowe szansę w dążeniu ku wspanialszym cywilizacyjnym celom. Okazało się jednak, że mimo technologicznego zacofania i ukrytej, ale znaczącej ksenofobii reprezentują dość stabilny typ osobowości, ich planeta zaś od tysięcy lat nie widziała wojny.

Najprościej byłoby wycofać się i pozwolić Gogleskanom rozwijać się we własnym tempie, a problem kontaktów z nimi zaklasyfikować jako nierozwiązywalny i odesłać wszystko do archiwum. Tymczasem jednak, co zdarzało się bardzo rzadko, Korpus postanowił obrać kurs na kompromis.

Założono małą bazę dla garstki obserwatorów z zapasami i wyposażeniem, które obejmowało także jedną maszynę latającą oraz dwa uniwersalne pojazdy naziemne. Personel miał wyłącznie prowadzić obserwacje i zbierać dane, jednak Wainright i jego ludzie polubili z czasem ciężko doświadczonych przez los krajowców i — wbrew instrukcjom — chcieli rozszerzyć swoją działalność.

Problemy pojawiły się przy próbach adekwatnego przekładu miejscowej mowy. Gogleskanie wydawali dźwięki, wypuszczając powietrze czterema otworami oddechowymi, i poszczególne wyrazy były często trudne do rozróżnienia. Stąd kilka potencjalnie niebezpiecznych pomyłek. Postanowiono więc wysłać zebrany materiał do przeanalizowania w wielkim komputerze Szpitala Kosmicznego Sektora Dwunastego. Aby nie narazić się na zarzut niesubordynacji, dane przekazano wraz z krótkim opisem sytuacji na planecie i pytaniem, czy szpitalni ksenopsycholodzy nie dysponują informacjami o podobnych, napotkanych już kiedyś formach życia.

— Jednak zamiast przysłać nam tylko dokumentację — powiedział Wainright, przeprowadzając pojazd nad zwalonym drzewem, które blokowało leśną drogę — wyprawili starszego lekarza Conwaya, który jest…

— Tylko obserwatorem — wtrącił Conway. — I to na urlopie.

Porucznik roześmiał się.

— Mam wrażenie, że nie odpoczął pan wiele przez ostatnie cztery dni.

— Bo byłem bardzo zajęty obserwowaniem — rzucił lekarz. — Chętnie zobaczyłbym się jeszcze z Khone’em. Jak pan sądzi, może teraz ja powinienem złożyć mu wizytę?

— W tych okolicznościach to może być nawet na miejscu. Niektóre ich zasady są dla nas dość dziwne, ale jako skrajni indywidualiści mogą uważać, że nie wypada odwiedzać kogoś dwa razy pod rząd, i kto wie, czy teraz nie oczekują od pana rewizyty. Wjeżdżamy na zamieszkany teren.

Poszycie lasu przerzedziło się stopniowo i młode drzewka oraz krzewy ustąpiły miejsca czemuś w rodzaju trawy. Siedziby tubylców mieściły się na drzewach i przypominały Conwayowi dawne ziemskie chaty z bierwion, tyle że pozbawione dachu, gdyż rozłożyste, okryte listowiem gałęzie chroniły skutecznie przed deszczem i słońcem. Rozmaitość stylów i jakości wykończenia chat sugerowała, że nie zostały zbudowane przez najętych fachowców, ale raczej przez samych właścicieli.

Jeśli pozostali na etapie plemiennego podziału pracy, łatwo było zrozumieć, dlaczego nie stworzyli większych grup społecznych. Jednak dlaczego, zastanawiał się Conway po raz setny od przylotu, nie chcieli szerzej ze sobą współpracować, skoro byli inteligentni, przyjaźni i nieagresywni?

— A powinni, gdy weźmie się pod uwagę, jak często ulegają wypadkom — rzekł porucznik i Conway zorientował się, że myślał głośno. — To chyba dobre miejsce, aby spytać o parę rzeczy.

— Jasne — mruknął Conway, odsuwając owiewkę. Zrównali się z grupą trzech tubylców, którzy niby stali razem, ale jednak w pewnej odległości wokół jednego z miejscowych zwierząt pociągowych o wrzecionowatych kończynach. Stworzenie zaprzężone było do bliżej nie zidentyfikowanego urządzenia. — Dzięki za podwiezienie, poruczniku. Przejdę się trochę, pogadam z nimi, a jeśli znajdę Khone’a, to i z nim, i wrócę pieszo do bazy. Gdybym się zgubił, wezwę pana przez radio.

Wainright pokręcił głową i wyłączył silnik. Pojazd osiadł na ziemi.

— Nie jest pan w Szpitalu, gdzie nie napotka pan nikogo poza lekarzami i pacjentami. Tutaj trzymamy się zasady, aby zawsze poruszać się w parach. Proszę tylko pamiętać, aby nie podchodzić do nikogo zbyt blisko Do mnie też nie. Inaczej może pan ich urazić, proszę przodem, doktorze.

Conway wysiadł i, mając porucznika parę kroków z tyłu, podszedł do trzech tubylców. Stanął kilka metrów od najbliższego z nich.

— Czy można się dowiedzieć, gdzie mieszka Khone? — spytał, patrząc w bok.

Jeden z Gogleskan pokazał mu kierunek dwoma długimi kolcami.

— Jeśli wehikuł pojedzie właśnie tam, dotrze do przecinki — wyszumiał. — Tam da się spytać o dalszą drogę.

— Wdzięczność jest na miejscu — powiedział Conway i zawrócił do pojazdu.

Przecinka okazała się szerokim pasem kamienisto-trawiastej plaży otaczającej wielkie jezioro. Conway uznał, że to jezioro, a nie zatoka, gdyż brakowało właściwych dla morza fal i piasku. Przy wybiegających na głęboką wodę pomostach cumowały małe jednostki. Większość miała smukłe kominy, ale też żagle. Nad brzegiem wznosiły się wysokie na trzy albo cztery kondygnacje budynki z drewna i kamienia. Ze wszystkich stron otaczały je pochyłe rampy, tak że oglądane pod pewnym kątem mogły przypominać piramidy. Efekt wzmagały jeszcze ich pochyłe, spiczaste dachy.

Gdyby nie panujący wkoło zgiełk i unoszące się wszędzie kłęby dymu, można by kojarzyć ten widok ze średniowiecznymi rycinami przedstawiającymi uroki portowego życia.

— To miejscowe centrum rzemieślnicze i spożywcze — rzekł porucznik. — Widziałem je już kilka razy z powietrza. Tutaj jednak dochodzi tak silna woń ryb, że nos odpada…

— Mój już ledwie się trzyma — mruknął Conway.

Pomyślał, że skoro tak tu wygląda przemysł, Khone jest zapewne kimś w rodzaju lekarza zakładowego. Bardzo chciał z nim porozmawiać, a jeszcze chętniej obejrzałby go przy pracy.

Skierowano ich obok wielkiego kamiennego budynku, którego ściany i belki pociemniały od płomieni i ciągle roztaczały woń spalenizny, a potem w kierunku nabrzeża, przy którym leżał wrak zatopionego statku. Naprzeciwko wznosiła się niska, częściowo zadaszona budowla, pod którą przepływał strumień. Z kabiny pojazdu widzieli przypominającą labirynt plątaninę korytarzy i małych pomieszczeń. Tam właśnie mieszkał Khone, a to obok było zapewne szpitalem.

Miejscowy pacjent był właśnie poddawany badaniu otworów oddechowych. Lekarz używał długich drewnianych sond i rozwieraczy. Innym wysięgnikiem podał doustnie jakieś lekarstwo. Chory znajdował się przy tym w jednym pomieszczeniu, a medyk w drugim. Musiało upłynąć jeszcze kilka minut, nim Khone zauważył ich obecność i wyszedł przed szpital.

— Ciekawie wygląda medycyna na Goglesk — powiedział Conway, gdy wszyscy trzej stanęli już ponad trzy metry od siebie, jakby wpisani w regularny trójkąt. — Może dałoby się porównać ją z tym, jak na innych planetach leczy się chorych i rannych, jak pomaga się pacjentom z zaburzeniami nerwowymi, a przede wszystkim przeprowadza operacje i studiuje anatomię.

Khone spojrzał gdzieś pomiędzy Conwaya a Wainrighta.

— Na Goglesk nie praktykuje się chirurgii — powiedział. — Zgłębianie anatomii możliwe jest tylko z wykorzystaniem martwych ciał, pozbawionych wcześniej żądeł i resztek trujących substancji. Bezpośredni kontakt byłby niebezpieczny zarówno dla lekarza, jak i dla pacjenta, unika się go zresztą w każdym innym przypadku, chyba że chodzi o cele prokreacyjne albo opiekę nad młodocianymi. Abym mógł pracować, konieczne jest zachowanie pewnego minimalnego dystansu.

— Ale dlaczego? — spytał Conway, odruchowo zbliżając się do uzdrowiciela. Włosy na ciele Khone’a najeżyły się zaraz, a kolce poruszyły. Conway spojrzał więc ostentacyjnie na porucznika i dopiero potem znowu zabrał głos: — Mam pewien przyrząd, który pozwala wyszkolonemu lekarzowi bez problemu ustalić położenie i stan wszystkich organów, kości oraz ważniejszych naczyń krwionośnych.

Wyciągnął skaner i przesunął nim powoli wzdłuż swojej ręki, a później obok głowy, piersi i brzucha. Bezosobowo, niczym podczas wykładu, wyjaśniał przy tym funkcje pojawiających się na ekranie organów, kości i mięśni. Następnie wydłużył maksymalnie teleskopowy uchwyt i skierował urządzenie w stronę Khone’a.

— W ten sposób, jeśli to niezbędne, można uzyskać wszystkie ważne informacje bez dotykania pacjenta — dodał.

Podczas demonstracji Khone przysunął się nieco i obrócił tak, aby przyjrzeć się skanerowi jedynym uzbrojonym w okular okiem. Conway tak pochylił ekran, aby Gogleskanin mógł ujrzeć swoją budowę wewnętrzną. Sam nic przy tym nie widział, ale już wcześniej nastawił skaner na rejestrację i zamierzał przestudiować nagrany materiał.

Kolce i długie, barwne włosy uzdrawiacza ożywiały się co chwila. Niektóre kolorowe pasma ułożyły się pod kątem prostym do pozostałych, aż zaczęły przypominać szal w szkocką kratę. Khone posapywał i posykiwał z ożywieniem, ale nie odsuwał się od skanera.

— Wystarczy — powiedział, uspokoiwszy się trochę, i co zaskakujące, spojrzał przez okular wprost na Conwaya. Na dłuższą chwilę zapadło milczenie. Tubylec wyraźnie musiał coś przetrawić. — Na tym świecie medyk jest kimś szczególnym — powiedział w końcu. — Zapewne tak samo jest zresztą na innych. Tylko medykowi wolno podczas leczenia wkraczać w prywatny świat cielesności i psyche pacjenta, poznawać to, co czasem przykre albo wstydliwe, a na pewno bardzo osobiste. Taka niedopuszczalna w innych sytuacjach bliskość jest tutaj dozwolona, gdyż medyk nie rozmawia z nikim o tym, czego się dowiedział, chyba że z drugim medykiem…

Hipokrates nie ująłby tego lepiej, pomyślał Conway.

— …nawet jeśli ten pochodzi z innego świata. Nadal jednak należy pamiętać, że są to sprawy przeznaczone tylko dla uszu uzdrawiaczy.

— Jestem w tym laikiem — odezwał się porucznik — ale wiem, kiedy jestem zbyteczny. Poczekam w pojeździe.

Conway przyklęknął, aby jego oczy znalazły się na jednym poziomie z oczami Gogleskanina. Jeśli mieli rozmawiać jak równy z równym, mogło to mieć znaczenie, szczególnie że wcześniej lekarz wyraźnie górował nad ciągle pobudzonym tubylcem. W tej chwili dzieliły ich już tylko niecałe dwa metry. Ziemianin uznał, że pora przejąć inicjatywę.

Musiał uważać, aby nie zaszokować Khone’a rewelacjami na temat możliwości nowoczesnej medycyny, zaczął więc od prostego opisu pracy w Szpitalu Kosmicznym Sektora Dwunastego. Nieustannie podkreślał, że jest to placówka wielośrodowiskowa, w której wymaga się ogromnego profesjonalizmu. Potem przeszedł z wolna do kwestii współpracy międzygatunkowej i tego, ile pożytku przynosi ona także na innych polach.

— Poczynione tu obserwacje sugerują znaczne zahamowanie postępu — stwierdził w końcu, wracając do tematu. — Trudno to zrozumieć, jeśli weźmie się pod uwagę wysoką inteligencję Gogleskan. Jak można by to wyjaśnić?

— Postęp jest niemożliwy, bo współpraca nie jest możliwa — odparł Khone i nagłe odezwał się w zaskakująco bezpośredni sposób: — Wiedz, uzdrawiaczu Conway, że ciągle jeszcze zmagamy się z zakodowanymi w nas wzorcami zachowania, które powstały zapewne wówczas, gdy byliśmy nierozumnym źródłem pożywienia dla wszystkich morskich drapieżników. Opanowanie wspomnianych odruchów wymaga wielkiej samokontroli. W przeciwnym razie możemy stracić i ten skromny dorobek kulturowy, który dotąd wypracowaliśmy.

— Gdyby dało się bardziej szczegółowo wyjaśnić naturę tego problemu, chętnie pomógłbym w jego rozwiązaniu, uzdrawiaczu Khone — stwierdził Conway, również zmieniając nieco styl. — Być może ktoś całkiem obcy, reprezentujący odmienny punkt widzenia, będzie mógł zaproponować rozwiązanie, które wam nie przyszłoby do głowy…

Urwał, słysząc dobiegające z głębi lądu nieregularne, alarmujące bębnienie. Khone odsunął się od niego.

— Właściwe będą przeprosiny za konieczność nagłego oddalenia się — powiedział. — Jest pilne zajęcie dla uzdrawiacza.

Wainright wychylił się z pojazdu.

— Jeśli Khone się spieszy… — zaczął, ale zaraz się poprawił: — Jeśli potrzebny jest szybki transport, można to załatwić.

Z tyłu opuszczała się już rampa, wejście do przedziału bagażowego było otwarte.

Na miejsce wypadku dotarli po dziesięciu minutach najbardziej jeżącej włosy na głowie jazdy, jaką kiedykolwiek dane było Conwayowi przeżyć. Nawykły do powolnego transportu Gogleskanin nie udzielał żadnych wskazówek, aż znaleźli się przed ostatnim skrzyżowaniem. Wtedy dopiero wskazał częściowo zawalony dwukondygnacyjny budynek. Wainright zdążył się już jednak zatrzymać. I dobrze, bo Conway był już bliski poznania wątpliwych uroków choroby lokomocyjnej.

Zapomniał jednak o tych doznaniach, gdy zobaczył okaleczone ofiary próbujące w miarę swoich sił oddalić się od ruin po pękających albo zapadających się z wolna zewnętrznych pochylniach. Inni, równie poszkodowani, przeciskali się przez rumowisko blokujące częściowo główne wejście. Ich barwne ciała obsypane były pyłem i odłamkami drewna, na niektórych widać było wilgotne szkarłatne smugi albo wręcz otwarte rany. Wyskakując z pojazdu, Conway pomyślał, że jak dotąd nie ma naprawdę ciężko poszkodowanych. Wszyscy ocaleli starali się jak najszybciej odejść od budynku i dołączyć do stojącego dziwnie daleko rozproszonego kręgu gapiów.

Nagle ujrzał fragment ciała Gogleskanina wystający spod rumowiska w drzwiach. Ranny wydawał jakieś nieprzekładalne dźwięki.

— Dlaczego oni tak stoją? — krzyknął do Khone’a i pomachał do gapiów. — Dlaczego mu nie pomogą?

— Tylko uzdrawiacz może podejść tak blisko do innego, poszkodowanego Gogleskanina — powiedział Khone, wydobywając z przytroczonego do tułowia worka części drewnianych manipulatorów. Zaraz zaczął je składać. — Uzdrawiacz albo inna wysoce zdyscyplinowana mentalnie osoba, która nie ulegnie panice.

Conway ruszył za medykiem ku rannemu.

— Może osobnik całkiem innego gatunku mógłby jednak znieść bliskość i udzielić pomocy medycznej.

— Nie — stwierdził zdecydowanie Khone. — Należy unikać kontaktu fizycznego, a nawet przesadnego zbliżenia.

Manipulatory przybrały po złożeniu postać długich szczypiec, na które w trakcie badania Khone nakładał różne końcówki z sondami, szpatułkami, soczewkami czy szczoteczkami i tamponami nasączonymi czymś, co było prawdopodobnie antyseptykiem do odkażania ran. Potem innym urządzeniem zaczął zszywać co większe rany. Wszystko to trwało rozpaczliwie długo.

Conway rozłożył w końcu szybko teleskopowy uchwyt skanera, który nie ustępował długością szczypcom Khone’a, opadł na czworaki i pchnął urządzenie w kierunku uzdrawiacza.

— Mogą być jakieś obrażenia wewnętrzne — powiedział. — To pozwoli je wykryć.

Khone był chyba zbyt zajęty, aby silić się na uprzejmości, bo nawet nie podziękował, tylko odłożywszy szczypce, sięgnął zaraz po skaner. Z początku niezbyt wiedział, jak obsługiwać go swoimi manipulatorami, ale szybko zdołał uchwycić zaprojektowane dla ludzkich dłoni urządzenie i zaczął zmieniać pole widzenia oraz powiększenie tak sprawnie, jakby od lat z niczym innym nie pracował.

— W przysypanej części ciała występuje drobne krwawienie — powiedział po kilku minutach. — Ale bardziej niebezpieczny jest dla rannego ucisk powodowany przez leżącą na nim belkę. Tamuje ona dopływ krwi do głowy. To też tłumaczy, dlaczego ranny od paru chwil jest nieprzytomny i nie porusza się.

— Procedura ratunkowa?

Nie ma szansy na ratunek w dostępnym tu czasie — odparł Khone. — Trudno orzec, jak mierzą czas medycy z innych planet, ale według miejscowych jednostek za jedną pięćdziesiątą dnia ranny zacznie umierać. Niemniej i tak trzeba spróbować…

Conway spojrzał na porucznika, a ten podpowiedział cicho:

— Około piętnastu minut.

— Najpierw należy unieruchomić belkę klinem i usunąć gruz spod rannego, tak aby obniżyć jego położenie i przerwać ucisk. Istnieje jednak niebezpieczeństwo dalszego rozpadu budynku, toteż dla ich bezpieczeństwa wszystkie osoby oprócz poszkodowanego i jego medyka powinny usunąć się jak najdalej.

Ujął skaner za korpus i podał go uchwytem naprzód Conwayowi, sam zaś zaczął nakładać na szczypce końcówki w kształcie łopatek.

Conwayowi zdawało się, że oto w środku dnia dopadł go senny koszmar. Wiedział, że bez trudu wyciągnąłby rannego z rumowiska, a jednak miał związane ręce. Mógł tylko stać i patrzeć, jak umiera ktoś, komu mógłby spróbować pomóc. Na dodatek wyraźnie zakazano mu podejmowania jakichkolwiek działań, chociaż Gogleskanin świetnie wiedział, że chodzi o ratowanie życia. Wszystko wydawało się pozbawione sensu, niemniej było cechą tutejszej kultury. Dziwnej zaiste kultury…

Spojrzał bezradnie na Wainrighta, na jego muskularne, rosłe ciało i spróbował raz jeszcze:

— Skoro ranny jest nieprzytomny, nie powinien poczuć się dotknięty czyjąś bliskością. Może zatem obcy mogliby unieść belkę na tyle, żeby dało się go uwolnić.

Jednak wielu innych na to patrzy — powiedział Khone, chociaż po drgnieniach szczypiec widać było, że zaczyna się wahać. Dopasował nowe końcówki, wydobył skądś pętlę z liny i założył ją szczypcami na stopy rannego. — Ale dobrze. Niemniej to ryzykowne. Ofiara i uzdrawiacz nie mogą znaleźć się za blisko obcych, a w każdym razie nikt nie może zobaczyć, że są blisko. Intencje nie mają tu znaczenia, liczy się dystans.

Conway nie pytał, ile to będzie „blisko”, tylko wkroczył z porucznikiem w szerokie, niskie wejście. Każdy z nich wsunął ramię pod wspierającą je z boku belkę. Bez wątpienia byli obraźliwie blisko rannego, ale w środku panował cień dość głęboki, by Gogleskanie nie widzieli ich zbyt dobrze. Po chwili zresztą Conway był zbyt zajęty, aby przejmować się podobnymi sprawami.

Gdy unieśli jeden koniec belki, z rumowiska posypały się na nich pył i kamienie, jednak drewno poszło w górę na trzy, cztery, a potem prawie sześć cali. Niemniej z drugiej strony, tam gdzie leżał ranny, belka uniosła się tylko o jakieś dwa cale. Khone, który zacisnął już pętlę na nogach ofiary i owinął drugi koniec sznura wkoło własnego tułowia, zaparł się nogami, pochylił i zaczął ciągnąć go tak, jak ludzie podczas konkursów przeciągania liny. Ale bez rezultatu. FOKT byli zbyt drobni do takiego zadania, nie byli też do niego za dobrze przystosowani.

— Utrzyma pan przez chwilę? — spytał porucznik i nagle wsunął się głębiej w wejście. — Chyba widzę coś, co może nam się przydać.

Conwayowi wydawało się, że trwa to znacznie dłużej niż chwilę. Porucznik powoli wygrzebywał coś z rumowiska, a belka wrzynała się w ramię lekarza, jego mięśnie zaś były coraz bliższe bolesnego skurczu. Zamrugał, aby strącić krople zalewającego mu oczy potu, i zobaczył, że Khone zmienił podejście do sprawy. Zamiast ciągnąć jednostajnie, podchodził możliwie najbliżej do rannego i nabierając rozpędu, szarpał jak mógł najsilniej liną, aby w ten sposób go uwolnić.

Za każdym razem FOKT przesuwał się odrobinę, ale niektóre szwy puściły i znowu pokazała się krew.

Conwayowi zdawało się już, że lada chwila wszystkie kręgi szyjne sprasują mu się w jeden gnat, który następnie pęknie…

— Szybko, do cholery!

— Spieszę się — powiedział Khone, zapominając o formie bezosobowej.

— Już idę — odezwał się porucznik.

Wrócił z krótkim, grubym drągiem, który wsunął między belkę a podłoże. Conway opadł z ulgą na kolana, dając odpocząć obolałym plecom. Ale nie zaznał wiele spokoju. Wainright chciał, aby znowu podnieśli belkę i przesunęli podporę nieco dalej, a potem powtarzali to tak długo, aż ranny będzie wolny.

Pomysł był bardzo dobry, lecz rumowisko osypywało się coraz bardziej. Gogleskanin został już prawie wyciągnięty, gdy z wnętrza ruiny rozległ się huk pękających dźwigarów i narastający łoskot.

— Uciekajcie! — krzyknął Khone, szykując się do ostatniego, desperackiego szarpnięcia. Tym razem jednak lina ześliznęła się z nóg rannego i medyk potoczył się po pochylni, zaplątując się przy okazji w sznur.

Conway długo zastanawiał się potem nad swoim postępkiem i jego oceną. Ale wtedy nie miał czasu rozważać, co jest, a co nie jest zgodne z takim albo innym kodeksem zachowania. Czuł się pozbawiony wyboru. Zerknął, czy droga ucieczki jest wolna, obrócił się i po prostu złapał rannego za nogi.

Był znacznie cięższy i silniejszy niż Khone, wystarczyło więc, że zgiął nogi i pochylił się do przodu, a cofając się, odciągnął Gogleskanina od osiadającego budynku. Gdy kurz zaczął opadać, złożył rannego ostrożnie na spłachetku miękkiej trawy. Niemal wszystkie szwy puściły, pojawiło się też kilka nowych ran. Wszystkie krwawiły.

Nagle istota otworzyła oczy, zesztywniała i zaniosła się przeciągłym sykiem, który falował od przenikliwego gwizdu do szeptu.

— Nie! — zawołał Khone. — Nie ma niebezpieczeństwa! To uzdrawiacz, przyjaciel…!

Jednak odgłosy nie ustały, a po chwili Conway zauważył, że coraz bliżsi obserwatorzy dołączyli do chóru. Ledwie słyszał własne myśli. Khone zaczął krążyć wkoło poszkodowanego. Chwilami zbliżał się do niego na kilka cali i znów się oddalał, jakby w złożonym rytualnym tańcu.

— Tak, nie jestem wrogiem. Wyciągnąłem cię… — powiedział Conway.

— Głupi medyku! — odezwał się nagle Khone wyraźnie na tyle zły, by zapomnieć o manierach. — Ignorancie z innego świata! Odejdź!

To, co stało się później, było jednym z najdziwniejszych zdarzeń, jakie widział Conway, a w Szpitalu zetknął się przecież z niejednym. Ranny przetoczył się i zerwał na równe nogi. Wciąż gwizdał, a i Khone poszedł w jego ślady, włosy obu istot zaś wyprostowały się i zesztywniały, tak że kratka tworzona przez różnokolorowe pasma zniknęła bez śladu. Nagle uzdrawiacz i drugi Gogleskanin zetknęli się włosami, które zaczęły się zapętlać niczym nici w dawnym dywanie. Szybko stało się oczywiste, że nikt nie byłby w stanie ich rozdzielić, nie usuwając włosów, a zapewne i części skóry, z której wyrastały.

— Zabierajmy się stąd, doktorze — powiedział Wainright, który wsiadł w tym czasie do pojazdu. Pokazał nadchodzących ze wszystkich stron obcych.

Conway zawahał się, patrząc, jak trzeci FOKT przyłącza się w ten sam sposób do Khone’a i rannego. Z głowy każdego tubylca sterczały teraz długie kolce, których przeznaczenia nie znał. Niemniej z ich czubków sączyła się jasnożółta wydzielina. Gdy wsiadał do pojazdu, jeden z takich kolców rozdarł mu skafander, ale nie przebił ubrania i nie dotarł do skóry.

Podczas gdy porucznik wjeżdżał wyżej, aby lepiej mogli widzieć, co się dzieje, Conway sięgnął po analizator, chcąc sprawdzić skład wydzieliny pozostałej na materiale skafandra. Szybko ustalił, że to trucizna. Dawka z jednego kolca wprowadzona wprost do krwiobiegu spowodowałaby paraliż, a trzy i więcej mogły być śmiertelne.

Gogleskanie łączyli się w zbiorową istotę, która rosła z minuty na minutę. Kolejne osobniki spieszyły z okolicznych budynków, zacumowanych przy nabrzeżu statków, a nawet odleglejszych drzew i wplatały się w wielki, kolczasty dywan, który poruszał się, okrążając większe kamienne budowle i niszcząc mniejsze, jakby zupełnie nie był świadomy swoich czynów. Zostawiał za sobą szczątki narzędzi i pojazdów, martwe zwierzęta, a nawet statek, który przechylił się pod ciężarem wdzierających się na pokład Gogleskan i roztrzaskał maszty oraz nadbudówki o nabrzeże.

Ci tubylcy, którzy wpadli do wody, nie ucierpieli jednak w żaden sposób, a pozostali na lądzie pobratymcy szybko ich wyciągnęli.

— Nie są ślepi — powiedział blady z przerażenia Conway. Żeby lepiej widzieć, stanął na siedzeniu. — Ci ze skraju widzą, dokąd iść, ale chyba trudno im coś wspólnie zdecydować. Zaraz zburzą całe to miasto. Może pan poderwać ślizgacz, aby nagrać to dokładnie z góry?

— Mogę — odparł porucznik i powiedział coś do komunikatora. — Wprawdzie nie idą prosto na nas, ale i tak się zbliżają, doktorze. Lepiej będzie się usunąć.

— Chwilę — rzucił Conway i złapawszy za brzeg wiatrochronu, wychylił się, aby lepiej przyjrzeć się odległemu ledwie o sześć metrów skrajowi tłumu. Dziesiątki oczu patrzyły na niego zimno, a zwieńczone kroplami żółtej wydzieliny żądła sterczały niczym rżysko. — Wyczuwam w nich wrogość, chociaż Khone był przyjaźnie nastawiony. Skąd ta zmiana?

Jego głos zginął niemal w szumie przypominającym powiew silnego wiatru. Autotranslator nie przetłumaczył tego odgłosu, ale po chwili wychwycił ze zgiełku artykułowany szept, jedyne świadectwo, że w owym tłumie została jeszcze iskra rozumu.

— Idź — przekazał mu Khone. — Idź stąd. Conway usiadł czym prędzej, żeby nie uderzyła go zamykana przez porucznika osłona. Pojazd przyspieszył gwałtownie.

— Nic tu nie poradzisz — rzucił ze złością Wainright.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Conway nie musiał sięgać po przepisany przez O’Marę lek, aby odtworzyć w pamięci ze wszystkimi szczegółami przebieg zdarzenia. Nie mógł też w żaden sposób uciec od jedynego narzucającego się wniosku, że to on jest odpowiedzialny za całe to pożałowania godne zamieszanie.

Nagrania zrobione ze ślizgacza pokazały, że zaraz po odlocie Wainrighta i Conwaya aktywność tłumu osłabła, a godzinę później rozpadł się on na pojedyncze osobniki, które długo stały w sporej odległości od siebie i sprawiały wrażenie bardzo wyczerpanych.

Przeglądał materiał raz za razem, podobnie jak zapisy skanera, zarówno te wykonane podczas demonstracji, jak i późniejszych oględzin rannego. Chciał znaleźć chociaż drobną wskazówkę, która pozwoliłaby mu wyjaśnić niezwykłą reakcję FOKTów na dotknięcie jednego z nich — ale bez powodzenia.

W pewnej chwili przypomniał sobie, że przybył tu, aby wypocząć i oczyścić umysł przed podjęciem ważnej decyzji, która miała zaważyć na jego przyszłości. Sprawy Gogleskan, wedle słów O’Mary, były drugorzędne, a mógł je nawet zignorować. Ale jak zignorować coś takiego? Nie chodziło tylko o to, że pogorszył jeszcze sytuację. Samo w sobie zjawisko było na tyle zagadkowe, że stanowiło wyzwanie nawet dla kogoś, kto miał za sobą wiele lat praktyki w wielośrodowiskowym Szpitalu.

Niemniej jako jednostka Khone był całkiem normalny.

Zirytowany Conway opadł na pryczę. Ciągle trzymał skaner przed oczami i próbował wydobyć cokolwiek z nagrań. Chociaż teoretycznie nie można było cierpieć niewygód na legowisku z degrawitatorami nastawionymi na ułamek ziemskiego ciążenia, Conway wiercił się i rzucał na posłaniu.

Udało mu się wyśledzić korzenie czterech spośród kolców, które podczas badania leżały płasko na głowie Khone’a ukryte częściowo pod włosami. Odnalazł też drobne kanaliki dostarczające truciznę z worków jadowych oraz połączenia nerwowe między mózgiem a mięśniami odpowiedzialnymi za ustawianie kolców i wywieranie nacisku na zbiornik jadu, ale nie miał pojęcia, co wyzwala cały proces. Nie potrafił również zgłębić funkcji długich, srebrzystych pasm, które widniały między sztywnymi włosami na głowie.

Z początku przypuszczał, że to siwizna związana z zaawansowanym wiekiem, ale po bliższych oględzinach musiał zmienić zdanie. Struktura tych odrośli była całkiem inna niż otaczających je włosów i, podobnie jak kolce, miały one u korzeni mięśnie oraz osobne połączenia nerwowe pozwalające im na pewien zakres ruchu. Były jednak o wiele dłuższe, cieńsze i elastyczniejsze niż żądła.

Niestety nie zdołał odkryć podskórnych połączeń nerwowych, jeśli takie w ogóle były, gdyż skaner nie został nastawiony na rejestrację tak drobnych struktur. Chodziło tylko o zaprezentowanie Gogleskaninowi podstawowych funkcji urządzenia, więc żadne powiększenie nie mogło obecnie pomóc, skoro pewnych rzeczy po prostu nie zarejestrowano.

Niemniej i tak, gdyby nie zagadka niezwykłego zachowania FOKTów, Conway byłby zadowolony z uzyskanych danych. Teraz jednak marzył o ponownym spotkaniu z Khone’em, aby zbadać dokładniej obcego. No i wypytać go o wszystko.

Tymczasem po zdarzeniach tego dnia szansa na ponowne spotkanie była bardzo mała.

Khone kazał mu się wynosić. Specjalnie krzyknął to spośród tłumu. A porucznik, bez dwóch zdań bardzo zły, wprost powiedział, że Conway nic tu nie poradzi.

Conway sam nie wiedział, kiedy dopadł go sen, ale nagle spostrzegł, że nie znajduje się już na Goglesk. Otoczenie zmieniło się, ale pozostało znajome, tylko problemy jakby straciły na znaczeniu. Rzadko miewał sny, chociaż może, jak zasugerował O’Mara, szczęśliwie niewiele pamiętał po obudzeniu. Jednak ten sen był miły, nieskomplikowany i nie wiązał się z jego obecnym położeniem.

W każdym razie tak mu się wydawało z początku.

Meble, wśród których się znalazł, były dziwnie duże. Zamiast usiąść na krześle, musiał się na nie wspiąć. Stół w jadalni zaś, również ręcznej roboty, okazał się na tyle wysoki, że dopiero stając na palcach, dojrzał jego gładki blat. Conway miał w tym śnie około ośmiu lat.

Czy był to efekt działania środka O’Mary, czy własna, specyficzna reakcja Conwaya, patrzył na siebie z dawnych lat jako świadomy minionego czasu dorosły, ale czuł się jak niezbyt szczęśliwy ośmiolatek.

Jego rodzice należeli do trzeciego pokolenia kolonistów na bogatej w kopaliny, ukształtowanej na podobieństwo Ziemi planecie Breamar. Gdy zginęli, był to już świat zbadany, podporządkowany człowiekowi i bezpieczny — przynajmniej jeśli chodziło o tereny konalniane, miasteczka rolnicze i obszar jedynego portu kosmicznego.

Całą młodość spędził na obrzeżach miasta, obok portu. Budynki były tu najwyżej dwupiętrowe i zbudowane z drewna. Nie wydawało mu się dziwne, że jest ich o wiele więcej niż białych hal produkcyjnych czy gmachów administracji. Ponadto w okolicy znajdował się jeszcze szpital, no i sam kompleks portu kosmicznego. Conway jako oczywisty przyjmował też fakt, że wszystkie meble, większość wyposażenia i ozdoby były miejscowej roboty. Dorosła część jego osoby pamiętała, jak powszechnie dostępne i tanie było na Breamarze drewno, wszystko zaś, co sprowadzano z Ziemi, kosztowało fortunę. Na dodatek koloniści byli dumni ze swoich wyrobów i nie chcieli inaczej urządzać domostw.

Były to zresztą domy z wygodami. Chociaż z drewna, zostały wyposażone w generatory termojądrowe dające prąd, a na ręcznie wykonanych półkach stały nowoczesne odbiorniki wizyjne, które zawsze za pamięci Conwaya służyły rano celom edukacyjnym, a wieczorem rozrywce. Transport, lądowy czy powietrzny, też był nowoczesny, szybki i równie bezpieczny jak wszędzie indziej. Bardzo rzadko zdarzało się, by jakaś maszyna spadła, grzebiąc w swych szczątkach wszystkich obecnych na pokładzie.

To nie utrata rodziców uczyniła go nieszczęśliwym. Gdy wezwano ich do wypadku w kopalni, był o wiele za młody, by pamiętać cokolwiek ponad cień ich kojącej obecności. Zostawili go wówczas pod opieką młodej pary z sąsiedztwa. Dopiero po pogrzebie najstarszy brat ojca wziął go do siebie.

Stryjenka i stryjek byli bardzo mili i odpowiedzialni, ale także mocno zajęci. No i już niemłodzi. Ich dzieci były praktycznie dorosłe, zatem poza początkowym okresem stryjostwo nie poświęcali mu wiele czasu. Inaczej było z mieszkającą u nich babką, prababcią Conwaya, która wzięła osierocone dziecko pod swoje skrzydła.

Była niewiarygodnie wiekowa, ale ile właściwie miała lat, tego nikt nie wiedział. Ktokolwiek raz spróbował ją o to spytać, nie śmiał zrobić tego powtórnie. Krucha niczym Prilicla, ciągle jednak była fizycznie i umysłowo sprawna. Urodziła się jako pierwsze dziecko w kolonii Breamar i gdy Conway zaczął się interesować historią planety i jej mieszkańców, okazało się, że jej opowieści, nawet jeśli nieco ubarwione, są znacznie ciekawsze niż to, co można było znaleźć na taśmach edukacyjnych.

Conway usłyszał kiedyś, jak stryjek wyjaśniał swojemu gościowi, że dziecko i babcia dogadują się tak dobrze, bo psychicznie są na tym samym etapie. Nie rozumiał wówczas, o co może chodzić, prababcia zaś była dlań zawsze miłym towarzystwem. Chyba że akurat dawała mu lanie, co z początku zdarzało się rzadko, a później wcale. Kryła go ponadto, gdy spsocił coś nieumyślnie, i broniła jego zagrody dla ulubionych zwierzątek — małego, ogrodzonego zakątka w ogrodzie na tyłach domu, który szybko zmienił się w coś na kształt miniaturowego rezerwatu przyrody. Nie pozwalała mu wszelako sprowadzać tam zwierząt, o które nie umiałby właściwie dbać.

Miał wtedy kilka ziemskich zwierzaków oraz całą gromadę miejscowych, niegroźnych roślinożernych, które czasem chorowały, często się raniły, a praktycznie przez cały czas rozmnażały. Prababka sprowadziła dla niego taśmy weterynaryjne, chociaż dla dziecka był to zbyt poważny materiał. Jednak z jej pomocą i dzięki poświęceniu całego wolnego czasu potrafił sprawić że mieszkańcom zagrody żyło się całkiem nieźle. Ku zdumieniu stryjostwa, po pewnym czasie zagroda zaczęła nawet przynosić dochód, po okolicy bowiem rozniosło się, że jest to dobre źródło zdrowych zwierząt domowych.

Młody Conway był nazbyt zajęty, aby uświadomić sobie, jak bardzo jest samotny. To dotarło do niego, gdy jego jedyna przyjaciółka straciła nagle zainteresowanie zwierzakami i prawnukiem. W domu zaczął regularnie pojawiać się lekarz, a stryjenka i stryjek na zmianę czuwali nocami przy babci. Zabronili mu też do niej zaglądać.

I dlatego właśnie był taki nieszczęśliwy. Dorosły Conway pamiętał dobrze tamten czas i wiedział, że niebawem miało być jeszcze gorzej.

Pewnego wieczoru zapomnieli zamknąć drzwi na klucz, a gdy wśliznął się do pokoju, ujrzał, że stryjenka opuściła głowę i przysnęła na fotelu obok łóżka. Prababcia leżała z twarzą zwróconą w jego stronę, oczy i usta miała szeroko otwarte, ale nic nie powiedziała, zdawała się też go nie widzieć. Gdy podszedł bliżej, usłyszał jej ciężki, nieregularny oddech i poczuł dziwny zapach. Przestraszył się, ale dotknął jej chudej, pomarszczonej ręki, która leżała na posłaniu. Miał nadzieję, że może spojrzy na niego albo i coś powie. Albo chociaż uśmiechnie się, jak zwykła to robić jeszcze kilka tygodni wcześniej.

Ręka była zimna.

Dorosły Conway wiedział dzięki wykształceniu medycznemu, że krew przestała już dochodzić do kończyn i starszej pani zostało tylko kilka minut życia. Bardzo młody Conway jakimś cudem również to wiedział, chociaż trudno powiedzieć skąd. Odruchowo spróbował zawołać prababcię, a wtedy stryjenka się obudziła, złapała go mocno za rękę i wyrzuciła z sypialni.

— Idź stąd! — powiedziała bliska płaczu. — Nic tu nie poradzisz…!

Obudził się z mokrymi od łez oczami. Był w małym pokoju bazy Korpusu na Goglesk. Nie pierwszy raz zastanowił się, w jakim stopniu śmierć tej wiekowej, drobnej i ciepłej kobiety wpłynęła na jego późniejsze życie. Żal i poczucie straty osłabły z wolna, ale pamięć strasznej bezradności pozostała. Nie chciał, żeby kiedykolwiek wróciła. Wiele lat później, ilekroć spotkał się z chorobą, obrażeniami czy zagrożeniem życia, zawsze mógł coś zrobić. Czasem nawet wiele. I dopiero teraz, na Goglesk, znowu poczuł się równie bezradny jak wtedy.

„Idź stąd”, powiedział mu Khone po nieudanej próbie udzielenia pomocy rannemu. Próbie, która omal nie zakończyła się całkowitym zniszczeniem miasta, a na pewno spowodowała olbrzymie spustoszenia w psychice tubylców. A porucznik dorzucił jeszcze: „Nic tu nie poradzisz”.

Ale Conway nie był już wystraszonym i zrozpaczonym chłopcem. Nie zamierzał pogodzić się z sugerowaną mu bezradnością.

Zastanawiał się nad tym, biorąc kąpiel, ubierając się i przekształcając pomieszczenie z sypialni w zwykły dzienny pokój. Pod koniec był jednak tylko zły na siebie i jeszcze bardziej zagubiony niż wcześniej. Jestem lekarzem, powiedział sobie, a nie specjalistą od kontaktów. Dotąd miał do czynienia przede wszystkim z obcymi, którzy byli chorzy, ranni czy przymocowani pasami do stołów diagnostycznych. Informacje o nich otrzymywał przeważnie od innych, a bliski kontakt był oczywisty. Ale tutaj było inaczej.

Wainright ostrzegał go przed urosłym do skali fobii indywidualizmem FOKTów. Na własne oczy widział, że nie było w jego słowach przesady. Pozwolił jednak, aby odruchy Ziemianina wzięły górę nad profesjonalizmem. A przecież powinien je kontrolować, przynajmniej do czasu pełniejszego poznania tubylców.

Skutek? Jedyna istota, która mogłaby pomóc mu zrozumieć problem, nie zechce zapewne więcej się z nim spotkać. Chyba że tylko w celu wyładowania złości na winowajcy.

Może powinien spróbować z innym Gogleskaninem w odległej okolicy. Oczywiście, jeśli Wainright zgodziłby się pożyczyć mu na dłużej jedyny ślizgacz bazy i jeśli FOKTowie nie mogli przekazywać informacji na większe dystanse. Nie wykryto wprawdzie żadnych transmisji radiowych, śladu istnienia wizualnych czy głosowych systemów sygnałowych, nikt nie widział nigdy biegających czy latających posłańców. Prawdopodobne jest jednak, że istoty tak panicznie wystrzegające się bliskiego kontaktu będą szczególnie zainteresowane łącznością na wielkie odległości, pomyślał Conway, gdy jego komunikator nagle zapiszczał.

— Czujniki w pańskim pokoju poinformowały mnie, że pan wstał — odezwał się ze śmiechem Wainright. — Dobudził się już pan, doktorze?

Conwayowi wcale nie było do śmiechu. Miał nadzieję, że zwykle serdeczny porucznik nie pragnął go tylko rozweselić.

— Tak — odparł z irytacją.

— Na zewnątrz czeka Khone — powiedział Wainright takim tonem, jakby sam nie dowierzał swoim słowom. — Mówi, że jest zobowiązany do rewizyty i że chce przeprosić za wszelkie przykrości, jakich mogliśmy doznać podczas wczorajszego incydentu. Bardzo chce z panem rozmawiać, doktorze.

Obcy pełni są niespodzianek, pomyślał nie po raz pierwszy Conway. Ale może tym razem trafi też na kilka odpowiedzi. Gdy opuszczał pokój, nie uczynił tego krokiem tak spokojnym i pewnym, jak przystało na starszego lekarza, tylko pobiegł jak wariat.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Pomimo utrudniającego rozmowę bezosobowego stylu i powolności obfitującej w długie przerwy między zdaniami nie było wątpliwości, że Khone’owi zależy na rozmowie. Co więcej, miał kilka pytań, tyle że trudno było mu je zwerbalizować. Nigdy jeszcze nikogo o nic podobnego nie pytał…

Conway znał wiele gatunków, których podejście do życia i wzory zachowań były dla Ziemianina całkiem obce albo wręcz odpychające, i to również wtedy, gdy Ziemianin ów był lekarzem z bogatym doświadczeniem. Potrafił wyobrazić sobie, ile wysiłku kosztuje Khone’a próba zrozumienia kogoś, kto pośród wielu osobliwości dopuszcza kontakt fizyczny z innym osobnikiem również poza czasem godów czy opieki nad dzieckiem. Gotów był wykazać maksimum cierpliwości, aby nie utrudniać dodatkowo zadania.

Podczas jednej z kolejnych przerw usiłował skierować rozmowę na nieco inne tory, wyrażając ubolewanie za tyle cierpień, które spowodował, ale Khone zbył przeprosiny, stwierdzając, że nawet gdyby przybysz się nie wtrącił, cokolwiek innego doprowadziłoby do identycznych zdarzeń. Przedstawił pokrótce listę zniszczeń, dodając, że wprawdzie wszystko zostanie odbudowane, a statek podniesiony i naprawiony, jednak nie zdziwi się, jeśli przed końcem wszystkich prac dojdzie do nowej katastrofy.

Ile razy zbieg okoliczności powodował połączenie, cofali się o krok w swoim skromnym postępie technologicznym. Stąd gdy cokolwiek udawało im się osiągnąć, zawsze było to narażone na zniszczenie. Według przekazywanych z pokolenia na pokolenie opowieści zawsze tak się działo. Tak też podawały nieliczne zapiski ocalałe z kolejnych aktów destrukcji.

— Gdyby dało się jakoś pomóc, czy przez wzbogacenie wiedzy, czy przez porady, czy fizyczne wsparcie, wystarczy przekazać, co trzeba zrobić, a zostanie wykonane — powiedział Conway nieco złożonym, ale nadal bezosobowym stylem.

— Pragnienie, aby cierpiąca rasa uwolniona została od swego brzemienia, jest silne i jednoznaczne — odparł Khone. — Na początek pożądane byłoby zwiększenie wiedzy.

— Możesz pytać mnie o wszystko. Żadnego pytania nie uznam za obraźliwe — stwierdził Conway, rezygnując z ceremonialnej formy wypowiedzi.

Khone poruszył nerwowo włosami, ale była to jedyna reakcja, co jasno dowodziło, jak wielką wagę przywiązuje do rozwiązania problemu.

— Chodzi o informacje o innych znanych ci rasach, które miały podobny problem jak ten na Goglesk. A przede wszystkim o wyjaśnienie, jak ten problem rozwiązały.

Uzdrawiacz też odezwał się odrobinę inaczej. Zapewne przełamanie albo chociaż nagięcie uwarunkowania całego życia musiało kosztować go sporo wysiłku. Niestety, Conway nie dysponował pożądanymi przez niego informacjami.

Aby dać sobie czas na zastanowienie, nie odpowiedział od razu, ale zaczął opisywać szczególnie rzadkie formy życia w Federacji, tyle że inaczej, niż czynił to wcześniej. Teraz sięgnął do swojego szpitalnego doświadczenia, przytaczając przykłady chirurgicznych i nieinwazyjnych interwencji koniecznych przy rozmaitych schorzeniach. Chciał dać Khone’owi nieco nadziei, chociaż wiedział, że w sumie odchodzi od tematu, i to w sposób niebezpieczny, bo opisuje lekarzowi, który nie ma szans dotknąć swoich pacjentów, działania wymagające takiego kontaktu. Nigdy nie okłamywał swoich pacjentów, nie chciał więc też robić tego i tym razem.

— Niemniej, o ile się orientuję, wasz problem jest wyjątkowy — dodał. — Gdyby napotkano kiedyś podobny przypadek, zostałby w pełni przebadany i istniałaby na ten temat bogata literatura, uznawana w każdym szpitalu za lekturę obowiązkową. Przykro mi zatem, ale jedyne, co mogę zaproponować, to jak najwnikliwsze zbadanie zagadnienia, czego podejmę się chętnie, licząc na twoją współpracę zarówno jako pacjenta, jak i lekarza.

Czekając na reakcję Khone’a, usłyszał, jak od tyłu podchodzi do nich Wainright. Porucznik jednak nie odezwał się ani słowem.

— Współpraca jest możliwa i pożądana, ale nie będzie to bliska współpraca — odpowiedział w końcu Gogleskanin.

Conway odetchnął z ulgą.

— Budowla za mną kryje pomieszczenie przeznaczone do bezpiecznego badania przejawów miejscowego życia. Dla ochrony obserwatorów jest ono oddzielone przezroczystą, ale bardzo wytrzymałą ścianą. Czy w takich warunkach dopuszczalne byłoby znaczne zmniejszenie dystansu dla przeprowadzenia szczegółowych badań?

— O ile dowiedzione zostanie, że przegroda jest dość wytrzymała.

Wainright odchrząknął, zwracając na siebie uwagę.

— Przepraszam, doktorze. Jak dotąd nie zdarzyło się, abyśmy musieli korzystać z tego pomieszczenia, i składujemy w nim ogniwa paliwowe. Proszę o dwadzieścia minut na zrobienie porządków.

Khone i Conway przeszli na tyły budynku, gdzie mieściło się zewnętrzne wejście do sali. Jak wyjaśnił Conway, pozwalało ono miejscowym formom życia wrócić po uwolnieniu do własnego środowiska. Wobec Khone’a nie miały być zastosowane żadne środki przymusu. Został zapewniony, że będzie mógł w każdej chwili przerwać badanie i wyjść.

Conway chciał określić podstawy zachowania tubylców przez wnikliwe przestudiowanie ich fizjologii, a szczególnie budowy i działania obszaru czaszki, który wykazywał całkiem nie znane mu cechy. Być może tam właśnie kryła się odpowiedź na najważniejsze pytania. Nie zamierzał jednak narażać Khone’a na jakiekolwiek cierpienie czy poważny stres.

— Rozumiem i akceptuję to, że badanie może nie być przyjemne — powiedział jednak FOKT.

Aby dodać mu jeszcze pewności, Conway pierwszy wszedł do środka. Uderzając rękami i nogami w przezroczystą przegrodę, udowodnił stojącemu w progu Khone’owi, jak jest wytrzymała. Potem wskazał na sufit i wyjaśnił zasady komunikowania się z pomieszczeniem, opisał emitery pól krępujących oraz przeznaczenie poszczególnych manipulatorów, które miały zostać uruchomione jedynie po uprzednim wyrażeniu zgody przez pacjenta. W końcu przeszedł przez małe, zaznaczone białym konturem drzwi w przezroczystej ścianie i zostawił FOKTa samego, aby mógł się nieco oswoić z wnętrzem.

Wainright uprzątnął już część obserwacyjną i wstawił tam trójwymiarowy projektor, podrzucił nagrania wykonane poprzedniego dnia oraz zestaw taśm używanych standardowo podczas pierwszego kontaktu. Nie zapomniał też o medycznym wyposażeniu Conwaya.

— Będę monitorować badania i nagrywać wszystko z centrum łączności, które jest zaraz obok — oświadczył porucznik, przystając w wewnętrznym wejściu. — Khone widział już taśmy z prezentacją, ale chyba nie zawadziłoby przebiec raz jeszcze pięciominutową sekwencję ze Szpitalem. Gdyby potrzebował pan czegoś, doktorze, proszę dać mi znać.

Zostali sami, w odległości ledwie trzech metrów. No i była jeszcze przezroczysta ściana.

Conway przycisnął do niej dłoń mniej więcej na wysokości pasa i powiedział:

— Proszę podejść tak blisko, jak tylko będzie to możliwe, i przysunąć kończynę do ściany w tym samym miejscu, w którym znajduje się moja. Bez pośpiechu. Chodzi o przyzwyczajenie się do najmniejszego możliwego dystansu osiągalnego bez fizycznego kontaktu.

Zachęcany nieustannie spokojną przemową, Khone zbliżał się coraz bardziej. Po paru zakończonych wycofaniem próbach dotknął wreszcie tworzywa dokładnie naprzeciw dłoni Conwaya. Teraz dzieliło ich tylko pół cala. Conway powoli sięgnął drugą ręką po skaner i przycisnął go do ściany na wysokości głowy Khone’a, ten zaś bez słowa oparł ją o przegrodę.

— Wspaniale! — powiedział Conway, nastawiając ostrość. — Wprawdzie w fizjologii Gogleskan jest wiele rzeczy całkiem dla mnie nowych, jednak z grubsza są oni podobni do innych ciepłokrwistych tlenodysznych. Większość różnic dotyczy obszaru czaszki i to ona wymaga najdokładniejszego zbadania i analizy, nie tylko czysto medycznej. Krótko mówiąc, badamy całkiem normalną formę życia, która jednak zachowuje się czasem bardzo nietypowo. Jeśli uznamy, że wzorce owego zachowania ukształtowane zostały przez czynniki ewolucyjne lub środowiskowe, będziemy musieli zgłębić również przeszłość waszego gatunku. — Dał Khone’owi chwilę na zastanowienie i podjął temat: — Porucznik Wainright, który jest całkiem dobrym archeologiem amatorem, wspomniał mi, że od czasu pojawienia się waszych nierozumnych przodków ten świat zmienił się w zdumiewająco małym stopniu. Nie było żadnych wahań orbity, znaczących zaburzeń sejsmicznych, epok lodowcowych ani nawet istotnych przesunięć stref klimatycznych. To wskazywałoby, że wasze szczególne zachowanie, które tak fatalnie hamuje rozwój cywilizacyjny, wykształciło się na bardzo wczesnym etapie rozwoju jako sposób obrony przed wrogami. Co to byli albo są za wrogowie?

— Nie mamy tu naturalnych wrogów — odparł Khone. — Nic nie zagraża nam na Goglesk oprócz nas samych.

Conwayowi trudno było w to uwierzyć. Przesunął skaner na jeden z tych fragmentów głowy, gdzie żądła kryły się częściowo pod włosami, i prześledził ich połączenia z torebkami jadowymi. Powiększony obraz pokazał Khone’owi na ekranie.

— To potężna naturalna broń, która może być wykorzystywana tak do ataku, jak i do obrony. Nie rozwinęłaby się bez potrzeby. Czy istnieją jakiekolwiek przekazy, pisemne relacje albo skamieliny tych groźnych stworzeń, przeciwko którym była stosowana?

Khone ponownie zaprzeczył i Conway musiał poprosić Wainrighta, aby wyjaśnił, czym są skamieliny. Gogleskanin przyznał wówczas, że owszem, widywał takie obiekty, ale nie sądził, aby były warte zainteresowania. To samo dotyczyło wszystkich jego pobratymców, którzy w ogóle nie rozwinęli archeologii. Niemniej teraz, gdy wiadomo już było, że dziwne odciski i obiekty znajdowane w skałach mogą powiedzieć wiele o rozwoju życia, Khone gotów był stać się ojcem nowej gałęzi nauki.

— Czy zdarzały ci się koszmarne sny, w których widziałeś atakujące cię bestie? — spytał Conway, nie odrywając wzroku od skanera.

— Tylko w dzieciństwie — rzucił szybko Khone. Wyraźnie wolałby zmienić temat. — Dorosłym rzadko śnią się takie rzeczy.

— Ale skoro w ogóle się zdarzały, dałoby się opisać taką bestię ze snu?

Trwało prawie minutę, zanim Gogleskanin odpowiedział, skaner zaś pokazywał w tym czasie wzmożoną aktywność grupy mięśni otaczających torebkę jadową i innych, znajdujących się u podstawy żądeł. Bez wątpienia chodziło o bardzo wrażliwą okolicę.

Conway czekał w napięciu, ale rozczarował się. Uzyskał jedynie kolejne zagadki.

— Nie jest to stworzenie mające określony kształt — powiedział FOKT. — W snach pojawia się jako coś groźnego, porusza się bardzo szybko, kąsa, rozszarpuje i porywa ofiarę. To tylko zmora dzieciństwa, dorośli zaś nie lubią wracać do tych wspomnień. Wystraszone snem młode osobniki mogą się połączyć, żeby poczuć się bezpieczniej, gdyż nie są dość silne, by spowodować zniszczenia w otoczeniu. Dorośli nie mają takiej możliwości.

— Chcesz powiedzieć, że młodociani mogą się łączyć do woli, a dorośli powinni tego unikać?

Trudno ich powstrzymać. Jednak gdy tylko możemy, zniechęcamy dzieci do takich zachowań, aby nie przyzwyczaiły się do czegoś, co w dorosłości byłoby groźne. Rozumiem, że bardzo pragniesz poczynić obserwacje procesu łączenia się i nie chciałbyś wywołać przy tym zniszczeń, więc muszę uprzedzić, że próba podejścia do dorosłego mającego kontakt z dzieckiem wywoła u tego pierwszego naturalną reakcję obronną. Conway westchnął. Khone wyprzedzał jego myśli. Rzeczywiście, zamierzał spytać o taką możliwość.

— Czy wygląd mojej rasy ma cokolwiek wspólnego z bestią z dziecięcych koszmarów?

— Nie, ale twoje wczorajsze podejście do jednego z naszych, a szczególnie fizyczny kontakt, skojarzyły się z zagrożeniem i wywołały nieracjonalną, choć w pełni uzasadnioną instynktem reakcję.

— Gdybyśmy wiedzieli, co było pierwotnym źródłem tej panicznej, gatunkowej reakcji, moglibyśmy spróbować ją zneutralizować — powiedział Conway z rezygnacją. — Jednak jak to ustalić?

Zapadła dłuższa chwila ciszy przerwana dopiero przez chrząknięcie Wainrighta.

— Biorąc pod uwagę opis, powiadający, że mamy do czynienia z napastnikiem, który zjawia się nagle, a potem szybko zabija i porywa zdobycz, czy nie może chodzić o wielkiego latającego drapieżnika?

Conway zastanawiał się nad tym, sprawdzając połączenia nerwowe między jaśniejszymi pasmami włosów i małym, silnie zmineralizowanym ośrodkiem skrytym w głębi mózgu.

— Czy są jakieś skamieliny świadczące o istnieniu takiego drapieżnika? Bo możliwe, że jeśli wspomnienia te sięgają czasów, gdy przodkowie FOKTów żyli w morzu, naprawdę chodziło o jakieś wodne zwierzę.

Nie znalazłem takich śladów, doktorze. Przynajmniej w tych niewielu miejscach, które zbadałem. Jeśli jednak cofniemy się aż do okresu, gdy życie kwitło głównie w oceanach, wówczas owszem, było tam kilka naprawdę dużych bestii. Jakieś dwadzieścia mil na południe stąd znajduje się rozległy fragment dna morskiego, który został stosunkowo niedawno wypiętrzony, oczywiście niedawno w geologicznej skali. Zbadałem tam sondami okolicę niegdysiejszej podmorskiej doliny, która jest szczególnie bogata w skamieliny. Zamierzałem zająć się komputerową rekonstrukcją znalezisk, ale dotąd nie miałem na to czasu. Niemniej wiem, że będzie to frapujące zajęcie, gdyż większość szczątków jest bez dwóch zdań niekompletna.

— Wskutek przemieszczeń sejsmicznych, które przemieszały osady? — spytał Conway.

— Może, ale niekoniecznie. Przypuszczam, że chodzi raczej o jakiś czynnik z czasów powstania tych kości. Ale mam w pokoju taśmy. Przynieść je? Wprawdzie nie są łatwe do interpretacji, ale może odświeżą naszemu przyjacielowi pamięć gatunkową.

Tak, poproszę — powiedział Conway i spojrzał na Khone’a. — Jeśli nie jest to dla ciebie zbyt przykre, czy mógłbyś mi powiedzieć, ile razy zdarzyło ci się łączyć w podobny, odruchowy sposób z innymi dorosłymi?

I gdybyś mógł opisać jeszcze stany fizyczne oraz odczucia pojawiające się przed, w trakcie oraz po połączeniu? Nie chcę sprawiać ci przykrości, ale możliwie pełne poznanie tego zjawiska może się okazać warunkiem znalezienia sposobu, aby zaradzić problemowi. Podobne wspomnienia nie były dla Khone’a przyjemne, ale nade wszystko pragnął przyczynić się do powodzenia badań. Oznajmił więc, że przed wczorajszym zdarzyło się to trzy razy. Kolejność była zawsze taka sama. Najpierw wypadek albo poczucie nagłego zagrożenia, które powodowało, że przestraszona jednostka wydawała odgłos wzywający innych na pomoc i równocześnie wywołujący u nich dokładnie te same uczucia. Pojawiał się przymus połączenia, aby wspólnie stawić czoło zagrożeniu. Khone pokazał organ odpowiedzialny za wydawanie wspomnianego dźwięku. Była to membrana, której nie wzbudzał układ oddechowy.

Conway pomyślał, że pod wodą taki narząd byłby jeszcze efektywniejszy, ale nie wspomniał o tym głośno. Był zbyt pochłonięty relacją, aby ją przerywać.

Khone opisał z kolei, że spleceniu włosów z inną istotą towarzyszyło rosnące poczucie bezpieczeństwa i pobudzenie związane z odczuwanym zwiększeniem potencjału połączonych umysłów. Jednak gdy więcej osobników nawiązywało kontakt, pierwotne odczucia zanikały zastępowane z wolna przemożnym pragnieniem ochrony grupy przed enigmatycznym zagrożeniem. Na tym poziomie spójne, gromadne myślenie było już niemożliwe.

— Po zażegnaniu niebezpieczeństwa albo ustaniu czynników, które wywołały przypadkowe połączenie, pojawiało się jednak w tym zbiorowym umyśle niejasne z początku uczucie, że dalsze trwanie grupy nie jest konieczne. Rozpadała się więc ona z wolna na poszczególne jednostki. Przez jakiś czas były one jeszcze nieco zagubione, czuły się zmęczone, a także zawstydzone spowodowanymi zniszczeniami. Aby przetrwać jako inteligentna rasa, Gogleskanie muszą żyć z osobna i w samotności.

Conway nie odpowiedział. Z trudem docierało do niego, że Gogleskanie są telepatami.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Telepatyczne zdolności tubylców nie były przesadnie rozwinięte, skoro sygnał do połączenia musiał być przekazywany głosem, a to z kolei wskazywało, że warunkiem nawiązania kontaktu jest dotyk. Conway pomyślał o delikatnych wyrostkach schowanych wśród szorstkich włosów na głowie. Było ich osiem, czyli więcej nawet, niż trzeba, aby związać się ze wszystkimi najbliżej stojącymi uczestnikami połączenia.

Najpewniej myślał głośno, gdyż Khone dodał w którejś chwili, że taki kontakt z innym osobnikiem jest bolesny, a same wyrostki tylko układają się jeden obok drugiego, ale nie dotykają. Miały być czymś w rodzaju organicznych anten przekazujących impulsy na zasadzie indukcji.

Wszystkie znane Federacji rasy telepatyczne, a było ich kilka, napotykały zwykle jeden zasadniczy problem: potrafiły nawiązać kontakt wyłącznie z przedstawicielami własnego gatunku. Próby wymiany myśli z osobnikami innych ras, nawet telepatycznych, rzadko prowadziły do godnych uwagi sukcesów. Conway miał nieco doświadczenia we współpracy z telepatami projekcyjnymi, ale udawało mu się odbierać tylko urywki komunikatów, mimo że według zgodnej opinii badaczy Ziemianie posiadali niegdyś zmysł telepatyczny, który w miarę przemian ewolucyjnych uległ atrofii. Nie były to też przeżycia przyjemne.

Ponadto zwykło się uważać, że telepaci nie wkładają wiele serca w rozwój nauk ścisłych, gdyż dopiero znajomość mowy i pisma stwarza rzetelne warunki do ich uprawiania.

Gogleskanie mieli i jedno, i drugie, a mimo to ich rozwój kulturowy został z jakiegoś powodu zatrzymany.

— Czy można zatem powiedzieć, że główny problem wiąże się z odruchowym łączeniem jednostek w gromadę w sytuacji, gdy nie istnieją już żadne przesłanki, które uzasadniałyby takie działanie? — spytał Conway z namysłem. Starał się znowu zachowywać formę bezosobową, gdyż to, co miał do powiedzenia, mogło się nie spodobać. — Zgoda panuje zapewne również co do tego, że właśnie wyrostki umożliwiające kontakt mogą się okazać kluczem do rozwiązania problemu i że należy je dokładnie zbadać. Niemniej same oględziny to za mało. Wskazane byłyby testy polegające na badaniu przewodnictwa dróg nerwowych, pobraniu próbek tkanki i stymulacji dla… Khone! Żaden z tych zabiegów nie jest bolesny!

Mimo szybkiej reakcji Conwaya Gogleskanin zaczął zdradzać oznaki narastającej paniki.

— Wiem, że każdy kontakt fizyczny jest dla ciebie przykry — podjął Conway, wpadłszy na nowy, genialny w swej prostocie pomysł. — Wiem, że to czysto instynktowna reakcja. Gdyby jednak udało się zademonstrować, że nie stanowię dla ciebie zagrożenia, i utrwalić to wrażenie zarówno na poziomie świadomym, jak i podkorowym, może zdołałbyś opanować tę odruchową reakcję. Oto, co bym proponował…

W trakcie wyjaśnień porucznik Wainright wrócił z taśmami. Dłuższą chwilę tylko stał i słuchał, a gdy Conway skończył, zaraz wyraził zdecydowany sprzeciw.

— Pan oszalał, doktorze.

Przekonanie porucznika zabrało znacznie więcej czasu niż uzyskanie zgody Khone’a, ostatecznie jednak przystąpili do przygotowań. Wainright dostarczył z magazynu nosze, a Ziemianin położył się na nich i pozwolił zapiąć wszystkie pasy, chociaż na to ostatnie Wainright zgodził się tylko pod warunkiem, że będzie mógł w każdej chwili rozpiąć je za pomocą zdalnego sterowania. Potem przesunął całość do części zajmowanej przez Gogleskanina i obniżył do takiego poziomu, aby Khone’owi wygodnie było pracować.

Zamysł sprowadzał się bowiem do tego, aby to tubylec zbadał najpierw skrępowanego i całkiem niegroźnego Conwaya, przekonując się przy okazji, że obcy nie stwarza dlań żadnego zagrożenia. Istniała szansa, że oswoiwszy się w ten sposób z jego bliskością, Gogleskanin sam zdoła znieść badanie. Wkrótce jednak przekonali się, że jeśli nawet tak się stanie, nie nastąpi to szybko.

Khone podszedł dość śmiało i kierując się podpowiedziami Conwaya, zaczął manipulować skanerem. Szło mu całkiem sprawnie, ale to instrument dotykał lekarza, nie sam Gogleskanin. Conway leżał tymczasem, poruszając jedynie oczami, żeby w miarę możliwości śledzić poczynania obcego i porucznika, który przygotowywał taśmę do projekcji.

Nagle poczuł dotyk tak lekki, jakby to piórko spadło na grzbiet jego dłoni. Po chwili kolejny, i jeszcze jeden, tym razem silniejszy.

Żeby nie spłoszyć Khone’a, przestał poruszać nawet oczami, ledwie widział więc szopę jego włosów i trzy manipulatory, z których dwa przesuwały obok głowy skaner. Ponownie poczuł muśnięcie w okolicy arterii skroniowej. Chwilę potem obcy zaczął badać zwoje jego małżowiny usznej.

Nagle Khone odsunął się, a jego membrana zaczęła wibrować, nadając sygnał alarmu.

Conway wyobraził sobie, jak trudną walkę musiał stoczyć Gogleskanin ze swoimi uwarunkowaniami. Był pełen podziwu dla tej niewielkiej istoty, że zdołała zrobić tak wiele i tak bardzo przejęła się losem swojego gatunku. Na chwilę wzruszenie odebrało mu głos.

— Przepraszam za to wszystko — powiedział w końcu. — Przy powtórnej próbie stres będzie już mniejszy. Niemniej sygnał i tak może się rozlec, chociaż wszyscy dobrze wiemy, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Jeśli pozwolisz, zamknęlibyśmy zewnętrzne drzwi, na wypadek gdyby któryś z twoich pobratymców znalazł się na tyle blisko, aby go usłyszeć, i chciał przybyć ci na pomoc.

— Tak, to zrozumiałe. Zgoda — odparł bez wahania Khone.

Porucznik cofał właśnie taśmę; prezentowała zbitą masę skamieniałych szczątków odkrytych przez sondy głębinowe. Starał się tak ustawić kąt widzenia, aby najlepiej wszystko pokazać, nałożył też na obraz siatkę ze skalą, co pozwalało zorientować się, o jak wielkie obiekty chodzi. Khone nie zwracał większej uwagi na projekcję, ale jak wiele istot na niskim poziomie rozwoju, potrzebował czasu, żeby pojąć znaczenie płaskich zarysów pojawiających się na ciemnym ekranie. O wiele bardziej interesował go rzeczywisty i trójwymiarowy obiekt, który miał zbadać. Znowu zbliżył się do Conwaya.

Ziemianin jednak nie odrywał oczu od ekranu.

— Te niekompletne szczątki wyglądają, jakby coś je porozdzierało, ale jestem niemal pewien, że komputerowa analiza ich budowy wykazałaby, że mamy do czynienia z nierozumnymi przodkami naszych FOKTów — powiedział, gdy Khone rozsuwał delikatnie włosy na jego głowie. — Ale co jest pomiędzy nimi? Wygląda jak przerośnięte warzywo…

— Miałem nadzieję, że pan mi to powie, doktorze — odparł ze śmiechem Wainright. — Przypomina zdeformowaną różę bez łodygi, za to z kolcami albo zębami wyrastającymi wzdłuż krawędzi niektórych płatków. Poza tym jest duże…

— Ale ten kształt… Całkiem bez sensu — stwierdził Conway.

Khone zajął się właśnie jedną z jego dłoni.

— Mobilny mieszkaniec morza winien mieć raczej płetwy i bardziej opływowe kształty. A tu nie ma śladu ani jednego, ani drugiego, ani nawet symetrii wzdłużnej…

Przerwał, aby odpowiedzieć Khone’owi na pytanie dotyczące włosów na nadgarstku. Skorzystał też z okazji, żeby znowu osłabić trochę uwarunkowanie, i zaproponował, by obcy przeprowadził prosty zabieg usunięcia włosów z małego obszaru skóry i pobrania za pomocą połączonej ze skanerem igły odrobiny krwi. Zapewnił, że nie będzie to bolesne i nawet w razie niedokładnego wkłucia nie spowoduje żadnych szkód.

Musiał wyjaśnić jeszcze, że chodzi o procedurę, która w Szpitalu jest na porządku dziennym, analiza próbki zaś pozwala dowiedzieć się sporo o stanie pacjenta, a w wielu sytuacjach dostarcza kluczowych danych dla ustalenia trybu leczenia.

W tym przypadku nie chodziło nawet o kontakt fizyczny, gdyż Khone miał się posłużyć narzędziami, ale o dodanie śmiałości i oswojenie z tym rodzajem badania, które później Conway chciał przeprowadzić na obcym.

Przez chwilę miał wrażenie, że tym razem posunął się za daleko, gdy Gogleskanin odszedł aż pod drzwi i przylgnął do nich plecami. Stał tak chwilę, poruszając włosami i tocząc wewnętrzną walkę, aż w końcu wolno powrócił do noszy. Czekając, aż obcy się odezwie, Conway zerknął znowu na ekran. Widoczne tam obiekty do złudzenia przypominały żywe istoty.

Porucznik wzbogacił obraz o dane na temat FOKTów oraz zebrane wcześniej informacje dotyczące podmorskiego środowiska w prehistorycznych czasach, co pozwoliło mu rozbudować projekcję. Szczątki istot, które komputer zrekonstruował jako nieco pomniejszone wersje współczesnych mieszkańców planety, leżały pojedynczo i grupami pośród falujących wodorostów. Spływało na nie zielonkawe światło przenikające przez pomarszczoną powierzchnię oceanu. Tylko wielki, przypominający kwiat róży obiekt, który spoczywał pośrodku ekranu, pozbawiony był detali. Conwayowi zaczęło coś świtać, ale nadal nie zwracający najmniejszej uwagi na obraz Khone dojrzał akurat do kolejnych pytań.

— A co się robi, jeśli badanie może spowodować ból? Czy nie byłoby lepiej w obecnej sytuacji, gdyby badany sam pobrał sobie próbkę krwi?

Pomocny, ale nadal ostrożny, pomyślał Conway i opanował śmiech.

— Jeśli nie jest całkiem bezbolesne, wcześniej podaje się określoną dawkę środka z fiolki oznaczonej żółtymi i czarnymi paskami. Ilość zależy od czasu planowanego badania oraz intensywności niemiłych doznań. Ta akurat fiolka zawiera środek znieczulający przewidziany dla mojego gatunku. Dodatkowym składnikiem jest specyfik powodujący zwiotczenie mięśni. Jednak w tym przypadku nie trzeba go stosować.

Wyjaśnił też Khone’owi, że zwykle łatwiej pobrać krew komuś niż sobie. Nie wspomniał, że nade wszystko chciał ustalić, jaki środek znieczulający będzie najbardziej nadawał się dla FOKTów. Gdyby trafiło na jeden z tych, które miał pod ręką, i gdyby udało się podać go Khone’owi, znieczulony częściowo pacjent byłby o wiele łatwiejszym obiektem badań.

Zwiotczenie jest przeciwieństwem skurczu, pomyślał nagle, pozornie bez związku i spojrzał znowu na ekran.

Wielkiemu obiektowi w centrum brakowało typowej dla roślin symetrii. Przypominał zmiętą w kulkę i rzuconą na podłogę kartkę papieru. Jeśli więc był to drapieżnik, musiał sam się tak zwinąć, pomyślał Conway i zadrżał mimowolnie. Pamiętał, jak silny jest jad Gogleskan.

— Mam wrażenie, że mniejsze szczątki należą do FOKTów, którzy nie przetrwali ataku. Ich położenie sugeruje, że tworzyli wcześniej część grupy, która broniła się przed napastnikiem za pomocą żądeł. Albo go zaatakowała. Ilość wstrzykniętego jadu musiała spowodować silny skurcz mięśni, drapieżnik zmarł więc w nienaturalnej pozycji. Czy dałoby się go komputerowo rozplątać?

Wainright przytaknął i wkrótce na ekranie zaczął się pojawiać nowy, mglisty zarys. Conway pomyślał, że chyba są na dobrym tropie, ponieważ żadna inna koncepcja nie pasowała do zebranych danych. Raz i drugi poprosił o powiększenie jakiegoś fragmentu, ale niebawem porucznik i tak musiał pomniejszyć symulację, w miarę rozwijania zaczęła bowiem uciekać poza krawędzie ekranu.

— Coraz bardziej przypomina ptaka — mruknął Wainright. — Chociaż niektóre części skrzydeł wyglądają na bardzo delikatne. Po prawdzie, to chyba jedno wielkie skrzydło…

— To dlatego, że skamielina oddaje tylko strukturę kośćca i skóry — powiedział Conway. — Brakuje mięśni i tkanek miękkich, które otaczały kości. Chociaż rzeczywiście jest podobny do ptaka, skrzydło było zapewne pięć albo i sześć razy grubsze. Z takim szkieletem bez wątpienia nie było sztywne, ale raczej falowało, niż poruszało się w górę i w dół, jak u ptaka. Mogło w ten sposób nadawać stworzeniu wielką szybkość. Ciekawe jest to rozszczepienie na krawędzi natarcia od wewnętrznej strony. Przypomina mi wloty powietrza w dawnych odrzutowcach. Tyle że te otwory wyposażone są w zęby…

Przerwał, bo Khone wkłuł się niepewnie w grzbiet jego dłoni. Conway po raz pierwszy zrozumiał, co musi czuć pacjent wydany na pastwę praktykanta.

— Stawy widoczne u podstawy skrzydeł sugerują, że paszcze otwierały się i zamykały w trakcie kolejnych ruchów i istota pożerała wszystko, co napotkała na swojej drodze. Pokarm był następnie przekazywany dwoma kanałami do żołądka umieszczonego w tej cylindrycznej strukturze pośrodku. Tkanka na krawędziach natarcia skrzydeł była wyraźnie grubsza i zapewne nieczuła na ukłucia żądeł, a żołądki musiały być odporne na działanie jadu FOKTów, chociaż w razie przedostania się do krwiobiegu po głębokim wkłuciu w mniej odporne partie śluzówki mógł się on okazać groźny. Jedyną dostępną przodkom naszych przyjaciół formą obrony było połączenie się w przegrodę zdolną otoczyć drapieżnika i zażądlić go na śmierć. Stan pobojowiska wyraźnie na to wskazuje. Jednak aż boję się myśleć, jak musieli się czuć członkowie grupy połączeni z ginącymi podczas walki przyjaciółmi…

Wzdrygnął się, wyobraziwszy sobie ich cierpienie towarzyszące odchodzeniu kolejnych osobników. Na dodatek, jeśli podobne zdarzenia nie należały do rzadkości, większość musiała z góry wiedzieć, co nastąpi, i pamiętała doznania z poprzednich walk, całe to współumieranie.

W końcu pojął, z jak poważną gatunkową psychozą ma do czynienia. Jako jednostki Gogleskanie bali się połączeń i nie cierpieli towarzyszących im doznań, tym samym zaś każda bliskość, która tym groziła, musiała powodować ich paniczne reakcje. Podświadomie kojarzyli połączenie z cierpieniem, które tłumiła jedynie dzika żądza zabijania zagrzewająca ich przodków do walki. Ulegając instynktowi, nie mogli jednak kontrolować swoich poczynań. Naprawdę bardzo musieli się niegdyś lękać tego drapieżnika, skoro chociaż dawno wyginął albo pozostał w morzu, reakcje obronne nie tylko u nich nie zanikły, ale nawet nie osłabły, nie powstało na ich miejsce nic mniej destruktywnego.

Najgorsze, że cały ten mechanizm był tak czuły, że nawet teraz, po upływie całych epok, nawet błahe zdarzenie mogło go uruchomić.

Khone zakończył wreszcie pobieranie krwi. Grzbiet dłoni Conwaya przypominał poduszeczkę na igły, ale wygłaszając pochwały pod adresem FOKTa i gratulując mu pierwszego w historii planety zabiegu chirurgicznego, Conway robił to całkiem szczerze. Podczas gdy Khone przenosił ostrożnie zawartość strzykawki do sterylnej probówki, Ziemianin spojrzał znowu na ekran.

Drapieżnik został już całkiem rozplątany i porucznik musiał znowu zmniejszyć skalę, aby cała sylwetka mieściła się na ekranie. Dodał też co tylko mógł na temat domniemanego sposobu poruszania się istoty, jej metod odżywiania i ubarwienia. Projekcja ukazywała teraz wielki, ciemnoszary kształt poruszający z wolna skrzydłami o rozpiętości ponad ośmiu metrów. Przypominał ziemską opończę, gdy tak parł przed siebie, rozszarpując i pożerając wszystko, co stanęło mu na drodze.

To była właśnie ta wywodząca się z pradziejów zmora gotowa nawiedzać FOKTy w snach…

— Wainright! — zawołał nagle Conway. — Wyłącz projekcję!

Ale było już za późno. Khone skończył pracę, obrócił się, spoglądając przy tym na ekran, i nagle ujrzał przed sobą trójwymiarowy, ruchomy obraz pozornie żywej bestii, która dotąd przemieszkiwała jedynie w jego podświadomości. Krzyk ostrzegawczy Gogleskanina zabrzmiał w zamkniętym wnętrzu wręcz ogłuszająco.

Conway przeklął własną głupotę, gdy owładnięty paniką medyk padł na podłogę ledwie kilka stóp od jego noszy. Wcześniej nie interesował się ekranem, na którym widać było tylko trudne do pojęcia linie, jednak ostateczny wytwór symulacji komputerowej był dla niego aż nazbyt realny. I mieli teraz tego skutki…

Khone przesunął się obok noszy. Kolorowe włosy sterczały mu i drżały na koniuszkach, a żądła wyciągnęły się na całą długość, przy czym z otworów kapały krople jadu. Tyle dobrego, że krzyk rozbrzmiewał już jakby z mniejszą mocą. Conway leżał nieruchomo, nie śmiąc poruszać nawet gałkami ocznymi.

Wszystko wskazywało na to, że miotający się po pomieszczeniu Khone stara się zwalczyć odruchową reakcję. Conway chciał mu pomóc i dlatego właśnie nie próbował się ruszać. Kątem oka ujrzał, jak żądło Gogleskanina zatrzymało się ledwie kilka cali od jego policzka, sztywne włosy zaś przesunęły się po jego ubraniu. Poczuł na czole powiew oddechu obcego, zaleciało lekko charakterystyczną dla niego miętą. Khone drżał cały, chociaż trudno było powiedzieć, czy nadal ze strachu, czy z wysiłku towarzyszącego opanowywaniu odruchów.

Conway powtarzał sobie w duchu, że jeśli pozostanie nieruchomy, nie będzie przedstawiał sobą zagrożenia. Jeśli zaś drgnie chociaż, może być niemal pewien, że Gogleskanin użądli go instynktownie, bez zastanowienia. Zapomniał wszelako o jeszcze jednym aspekcie sprawy.

Obcy atakowali na ślepo wrogów, ale wszyscy nie będący wrogami i pozostający blisko byli z miejsca uznawani za przyjaciół. A z przyjacielem należało się połączyć…

Conway poczuł nagle przesuwające się po jego ubraniu wyrostki. Usiłowały przeniknąć przez materię bliżej ciała i przesuwały się w kierunku ramion i szyi. Żądło nadal pozostawało niepokojąco blisko, ale w tej sytuacji nie wydawało się aż tak niebezpieczne. Nadal się jednak nie poruszał, aż w pewnej chwili jeden z wyrostków przesunął się tuż przed jego oczami i lekko niczym piórko opadł mu na czoło.

Conway wiedział, że połączenie Gogleskan dotyczyło też ich umysłów, ale spodziewał się, że jak fizyczne połączenie obcego z Ziemianinem nie jest możliwe, tak i psychicznej więzi nie uda się nijak nawiązać.

Bardzo się pomylił.

Zaczęło się od czegoś w rodzaju swędzenia ogarniającego trudne do zlokalizowania ośrodki w głębi czaszki. Gdyby nie przypasane do noszy ręce, na pewno spróbowałby dłubać palcami w uszach. Coraz wyraźniej docierał do niego trudny do ogarnięcia melanż dźwięków, obrazów i odczuć, które bez wątpienia nie były jego. Wiele razy doświadczał już czegoś podobnego po przyjęciu w Szpitalu zapisów hipnotaśm obcych, wtedy jednak wrażenia te były spójne i uporządkowane. Teraz czuł się, jakby oglądał trójwymiarowy zapis, i to wzbogacony o nowe doznania zmysłowe. Nie jeden na dodatek, ale cały ich szereg równocześnie. Chętnie zamknąłby oczy w nadziei, że wtedy koszmar zniknie, ale ciągle bał się poruszyć powiekami.

Niespodziewanie obraz ustabilizował się, a odczucia wyklarowały. Przez chwilę Conway poczuł, jak to jest być samotnym i dlatego sfrustrowanym dorosłym Gogleskaninem. Wrażliwość i bogactwo umysłu Khone’a wręcz go zdumiały, pojął też, jak bardzo był on zaangażowany w zmagania z własnymi destruktywnymi uwarunkowaniami, i to na długo przed przybyciem Kontrolerów czy Conwaya.

Był teraz pewien, że w umyśle FOKTa nie ma niczego niezwykłego, przynajmniej jeśli chodzi o jego zdrowie psychiczne. Chociaż wysoce inteligentni, tubylcy mogli komunikować się jedynie za pomocą powolnych, mocno bezosobowych i nieprecyzyjnych zdań, a prawdziwe połączenie umysłów było możliwe tylko w krótkiej chwili między pierwszym kontaktem a narastającym zaraz potem chaosem. Conway był pełen podziwu dla tych żyjących w izolacji indywidualistów.

W ten sposób możemy się porozumiewać bez niejasności i niedopowiedzeń, usłyszał w swej głowie.

To, co pojawiło się w jego umyśle, przesycone było radością, wdzięcznością, ciekawością… i nadzieją.

Przy ustanawianiu więzi psychicznej między wami, odparł w ten sam sposób, musi dochodzić do pobudzenia układu wydzielania wewnętrznego, co z kolei zaburza funkcje mózgowe, zapewne po to, aby osłabić ból, który w prehistorycznych czasach wiązał się z połączeniem i atakiem drapieżnika. Ponieważ jednak nie jestem Gogleskaninem, moje funkcje psychiczne nie zostały upośledzone. Sądzę, że należy jak najszybciej rozpocząć badania endokrynologiczne, odszukać gruczoł aktywny podczas połączeń i być może usunąć go…

Za późno zorientował się, że wybiega za daleko, gdy skojarzenia z chirurgią ponownie przeraziły Khone’a. Pogodzenie się z bliskością obcego i tak wiele kosztowało Gogleskanina, Conway zaś wiedział już dobrze, jak wiele. Obecnie jednak medyk uzyskał dostęp również do myśli, uczuć i doświadczenia ziemskiego kolegi, do jego wspomnień na temat współpracowników i pacjentów oraz ich chorób… W porównaniu z tym ładunkiem doznań wizja spotkania z prehistoryczną, płaszczkowatą bestią dziwnie traciła na koszmarności.

Khone nie umiał przyjąć aż tak wiele naraz, znowu więc rozbrzmiał umilkły niedawno sygnał alarmowy. Jednak kontakt nie został przerwany i Conway cierpiał razem z Gogleskaninem.

Próbował przekazać mu nieco kojących uczuć, starał się też jak mógł zmienić tok swojego i jego myślenia. Zamrugał kilka razy, ale miał nadzieję, że mimo to nie zostanie uznany za zagrożenie. Nagle jednak wydało mu się, że coś się zmieniło.

Barwy włosów Gogleskanina nabrały jakby ostrości, żądła pojaśniały. W końcu zrozumiał, o co chodzi, i przeraził się jeszcze bardziej niż Khone.

— Nie…! — krzyknął jak mógł najgłośniej bez poruszania ustami, ale w panującym zgiełku Wainright nie miał szans go usłyszeć.

— Otworzyłem zewnętrzne drzwi, doktorze — odezwał się porucznik, nastawiwszy na maksimum moc głośników. — Zaraz odblokuję panu pasy. Proszę stamtąd uciekać!

Nic mi nie grozi! — zawołał Conway, ale jego głos i tym razem zniknął w krzyku Khone’a i szumach z głośników. Gdy pasy opadły, leżał dalej, świadom, że teraz dopiero może się znaleźć w niebezpieczeństwie.

Skoro był znowu potencjalnie wolny, groziło mu uznanie za wroga.

Zanim Khone cofnął wyrostek, dowiedział się jeszcze, że obcy naprawdę nie chce go użądlić, ale w sumie nie miało to znaczenia — o tym i tak decydowały odruchy. Staczając się z noszy na podłogę, poczuł ukłucie w ramię. Jedna z kostek zaplątała się w pasy, co uniemożliwiło mu szybkie odpełznięcie. Chwilę później następne żądło przebiło ubranie i ugodziło go w udo. Gdy chciał pełznąć dalej w kierunku wyjścia, poczuł, jak ręka, a potem noga drętwieją mu, a później ogarniają je skurcze. Upadł bezradnie na bok, twarzą do przegrody. Obie porażone kończyny piekły żywym ogniem.

Pożar rozprzestrzeniał się z wolna na kark i mięśnie brzucha. Conway zastanowił się przelotnie, czy jad sparaliżuje również mięśnie oddechowe i serce. Jeśli tak, nie pożyje już długo… Ból był wszakże na tyle intensywny, że myśl o śmierci nie przeraziła go zbytnio. Rozpaczliwie zastanawiał się, czy zdoła zrobić jeszcze coś przed utratą przytomności.

— Wainright… — zaczął słabo.

Khone nie krzyczał już tak głośno i nie próbował więcej atakować. Widać przestał identyfikować go z zagrożeniem. Stał kilka stóp dalej. Żądła położył po sobie, włosy jeszcze się poruszały. Wyglądał jak całkiem niegroźny, barwny stóg. Conway spróbował raz jeszcze.

— Wainright — wykrztusił z trudem. — Żółtoczarna fiolka. Wstrzyknąć całą…

Jednak porucznika nie było już po drugiej stronie, a drzwi w przegrodzie pozostawały zamknięte. Być może zamierzał obiec budynek, aby wyciągnąć Conwaya zewnętrznymi drzwiami, ale lekarz nie miał sił, aby się obejrzeć. W ogóle mało co widział.

Nim zemdlał, zauważył jeszcze dziwne migotanie światła, które coś mu przypomniało. Wielki pobór mocy… taki jaki występuje przy wysyłaniu sygnałów nadprzestrzennych…

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Conway popatrzył wkoło i odniósł wrażenie, że podłączono go do wszystkiego, czym tylko dysponował moduł medyczny. Znajdował się w znajomym otoczeniu, ale widział je z perspektywy, do której nie przywykł — perspektywy pacjenta. Niemniej wszystkie kończyny miał mile rozluźnione, bez śladu skurczu. Nad nim tkwił na suficie Prilicla, obok łóżka zaś stali Murchison i Naydrad. Wszyscy patrzyli na niego z uwagą. Pomiędzy nimi widniało wielkie oko wsparte na podłużnym wyrostku, które Danalta wypączkował w celu obserwacji pacjenta. Conway przesunął językiem po suchych wargach.

— Co się stało? — spytał.

— To powinno być dopiero drugie pytanie — zauważyła Murchison. — Najpierw powinieneś wyszeptać „Gdzie ja jestem?”

— Wiem, gdzie jestem — żachnął się Conway. — Na pokładzie medycznym Rhabwara. Tylko dlaczego ciągle tkwię podłączony do aparatury? Widzę, że czujniki wskazują optymalny poziom wszystkich funkcji życiowych. No i jak się tu znalazłem?

Patolog wypuściła powoli powietrze nosem.

— Funkcje myślowe i pamięć wydają się nie uszkodzone, ponadto jak zwykle wykazujesz się brakiem cierpliwości. Ale na razie musisz odpoczywać. Gogleskański jad został już zneutralizowany, lecz mimo niezłych odczytów istnieje ciągle ryzyko wystąpienia opóźnionego wstrząsu związanego z ostatnimi przeżyciami. Pozwolimy ci wstać dopiero po powrocie do Szpitala, gdzie przejdziesz gruntowne testy. I nie próbuj korzystać z tego, że jesteś starszym lekarzem — dodała, widząc, że Conway otwiera już usta. — Teraz jesteś pacjentem, nie lekarzem, doktorze.

— Myślę, że to dobra chwila, abyśmy oddalili się i pozwolili ci wypocząć, przyjacielu Conway — powiedział Prilicla. — Cieszymy się, że wracasz do zdrowia, i chyba najlepiej będzie, jeśli zostawimy cię samego z przyjaciółką Murchison, aby to ona odpowiedziała na twoje pytania.

Prilicla przebiegł po suficie ku wyjściu. Naydrad mruknęła coś, czego autotranslator nie przetłumaczył, i ruszyła za empatą, a Danalta wciągnął oko, zmienił się w miękką, zieloną kulę i potoczył za nimi. Murchison zaczęła odłączać zbyteczne czujniki i gasić niektóre monitory. Robiła to tak starannie, jakby bardzo zależało jej na znalezieniu jakiegoś zajęcia. I cały czas milczała.

— Co się stało? — powtórzył cicho Conway. Nie usłyszał odpowiedzi. — Pamiętam, że dostałem dwie dawki jadu, od których mięśnie związały mi się w supły. Chciałem, żeby Wainright wstrzyknął mi środek na zmniejszenie napięcia mięśni, ale porucznika nie było na miejscu. Potem zobaczyłem jeszcze chyba, jak światło przygasło na chwilę w sposób, który towarzyszy zwykle pracy nadajników nadprzestrzennych. Nie oczekiwałem jednak, że obudzę się na Rhabwarze…

Ani że w ogóle się jeszcze obudzę, dokończył w duchu.

Nie spoglądając na Conwaya, Murchison wyjaśniła, że statek szpitalny testował akurat nowe wyposażenie. Byli ledwie jeden skok od Szpitala i z całym personelem na pokładzie. Znali koordynaty Goglesk, gdy więc nadszedł sygnał od porucznika, mogli natychmiast ruszyć ku planecie i wyjść bardzo blisko jej orbity, od razu z gotowym do wystrzelenia ładownikiem. Dotarli do Conwaya już po czterech godzinach od wypadku.

Nadal leżał powykręcany, chociaż potężna dawka DM82 osłabiła nieco skurcze, tak że nie doszło do złamań kości ani pozrywania ścięgien czy mięśni. Miał wiele szczęścia.

Z powagą pokiwał głową.

— Więc porucznik zdołał podać mi środek na czas. Chyba w ostatniej sekundzie.

Murchison pokręciła głową.

— To tubylec imieniem Khone zrobił ci zastrzyk. Po tym, jak omal cię nie zabił, uratował ci życie. Gdy cię zabieraliśmy, ciągle pytał, czy nic ci nie będzie. Wołał za nami aż do chwili, gdy zamknęliśmy właz. Zyskałeś tam szczególnego przyjaciela, doktorze.

— Zrobienie tego zastrzyku musiało kosztować go mnóstwo wysiłku — mruknął Conway. — Chyba nie potrafiłbym zrobić aż tyle na jego miejscu. Jak blisko podchodził, gdy przenosiliście mnie do lądownika?

Murchison zastanowiła się chwilę.

— Gdy wysiadłam z Haslamem i podeszłam do Wainrighta, tkwił jakieś dwadzieścia metrów od nas. Po wyjściu Naydrad, Prilicli i Danalty z noszami oddalił się nerwowo na drugie tyle. Porucznik opowiedział nam, co robiliście i do czego doszło, ale nie wykonaliśmy żadnego gestu, który mógłby zostać zinterpretowany jako wrogi, chociaż ja miałam ochotę kopnąć tego włochatego w jego odpowiednik gluteus maximus. Może wyczuł to i obawiał się naszej reakcji.

— Na ile go znam, przyjąłby ją ze zrozumieniem — rzekł z powagą Conway.

Murchison znowu westchnęła i usiadła na brzegu noszy. Obróciła się lekko i wsparła dłonie na poduszce obok Conwaya. Przestała wreszcie patrzeć na niego chłodno, jak na pacjenta.

— Cholera jasna, doktorze — powiedziała lekko drżącym głosem. — Mało brakowało…

Nagle objęła go i przytuliła. Conway instynktownie odsunął głowę. Wyprostowała się i spojrzała na niego ze zdumieniem.

— Chyba… nie czuję się dzisiaj do końca sobą stwierdził, odruchowo sięgając po wytłumaczenie stosowane w Szpitalu za każdym razem, gdy komuś zdarzyło się zachować nietypowo.

— Chcesz powiedzieć, że O’Mara wysłał cię na Goglesk, nie wymazawszy ostatniego zapisu z hipnotaśmy? — spytała ze złością. — Jaką nosisz? Tralthańską czy melfiańską? Wiem, że obie te rasy uważają kobiece ciało za co najmniej nieciekawe. A może sam chciałeś urozmaicenia podczas urlopu?

Pokręcił głową.

— Nie chodzi o taśmę i O’Mara nie ma z tym nic wspólnego. Doszło do bardzo bliskiego i intensywnego kontaktu telepatycznego między mną a Khone’em. Było to całkiem nieoczekiwane i zdarzyło się zupełnie przypadkowo, ale w rezultacie przeszły na mnie niektóre typowe dla FOKTów cechy zachowania, które…

Zanim się opamiętał, opisał całą osobliwą sytuację na Goglesk, problem związany z odruchowymi niszczycielskimi połączeniami oraz własne doświadczenia z kontaktów z Khone’em. Dla Murchison, która uchodziła w Szpitalu za drugiego — zaraz po wielkim Thornnastorze — patologa, był to fascynujący materiał. Miał przyciągnąć jej uwagę, ale jeszcze nie teraz. Na razie myślała tylko o tym, w jak godnym pożałowania stanie znalazła Conwaya kilka godzin wcześniej.

— Chwilowo najważniejsze wydaje się to, że nie chcesz w pobliżu nikogo, kto nie będzie przypominał kolorowego stogu siana — powiedziała, siląc się na uśmiech. — To nawet ciekawsza wymówka niż ból głowy.

Conway też się uśmiechnął.

— Niezupełnie. Bezpieczny kontakt, który nie doprowadzi do połączenia, jest możliwy cały czas, wszelako pod warunkiem, że będzie to świadome zbliżenie płciowe. — Położył łagodnie dłoń na jej szyi i przyciągnął ku sobie. — Sprawdzimy?

— Naprawdę jesteś jeszcze słaby — powiedziała, a mimo to wyraźnie jej ulżyło. Próbowała wywinąć się spod jego dłoni, ale jakoś bez przekonania. Conway zagłębił palce w jej włosy i nie puszczał, aż ich twarze dzieliło tylko kilka cali. — Zburzysz mi fryzurę.

Objął ją drugą ręką w pasie.

— Tym lepiej. Bardziej będziesz przypominać stóg siana…

Nie był wcale aż tak osłabiony, ale nagle zaczął się trząść. To wróciły wspomnienia z wypadku z Khone’em, a wraz z nimi pamięć tych strasznych skurczów i świadomość, jak bliski był śmierci. Murchison przytuliła go mocno, aż drgawki ustały, i nie wypuszczała z objęć jeszcze długo później.

Oboje wiedzieli, że łagodny i pełen zrozumienia Prilicla świetnie wyczuwa ich emocje nawet ze swojej odległej o dwa pokłady kabiny, i byli pewni, że dopilnuje, aby nikt nie przeszkodził im w dokończeniu tej najlepszej z możliwych terapii.

Nie było potrzeby, aby Rhabwar bił rekord szybkości w drodze powrotnej, przy izbie przyjęć na poziomie sto trzecim zacumowali więc dopiero po dziesięciu godzinach. Siostra Naydrad, która bywała skłonna do fanatycznej wręcz wierności przepisom, nalegała, aby przetransportować Conwaya na oddział obserwacyjny na noszach. Conwayowi z kolei zależało bardzo na tym, aby odsunąć okrywę noszy i siedzieć podczas jazdy. Chciał, żeby czekający przed śluzą, zaniepokojeni współpracownicy na własne oczy przekonali się, że nie jest z nim tak źle. Murchison oddaliła się, aby zdać raport Thornnastorowi, a Prilicla pobiegł przodem. Wolał uniknąć silnego nagromadzenia emocji wywołanych powrotem Conwaya.

Same badania nie trwały nawet godziny. Lekarz dyżurny zgodził się w pełni z Conwayem, że w zasadzie temu nic już nie dolega.

Po kolejnej godzinie siedział w gabinecie O’Mary, którego interesowały inne niż czysto medyczne aspekty przeżyć Conwaya.

— To jednak było coś innego niż zwykłe skutki przyjęcia zapisu — powiedział naczelny psycholog, gdy Ziemianin opisał całe zdarzenie. — Taśma zawiera normalnie kompletny obraz osobowości dawcy, ale mimo różnych dziwnych wrażeń i złudzeń, które można wtedy odczuwać, ta druga osobowość jest odróżnialna, no i nie zmienia się w żaden sposób. Dlatego można ją potem bezkarnie wymazać. Pan jednak, doktorze, doświadczył pełnego, dwustronnego kontaktu z żywą, dynamiczną osobowością, co oznacza, że przejął pan sporo jej wspomnień, odczuć i wzorów myślenia, Khone zaś został obdarzony analogicznym przekazem od pana. Trudno stwierdzić, jak odbije się to na jego zdrowiu psychicznym, ale na pewno można powiedzieć, że obie uczestniczące w wymianie osobowości zostały w jakimś stopniu odmienione. Nie widzę wskutek tego sposobu, aby selektywnie usunąć z pańskiej pamięci to, co przyswoił pan na Goglesk. Groziłoby to uszkodzeniem struktury osobowości. Można powiedzieć, że w tym przypadku doszło do sprzężenia zwrotnego. Chociaż gdyby Khone zgodził się przybyć do Szpitala i został dawcą materiału na hipnotaśmę swojego gatunku, może wówczas coś dałoby się zrobić…

— Nie przybędzie — powiedział Conway.

— Sądząc po tym, co od pana usłyszałem, skłonny jestem się zgodzić — mruknął naczelny psycholog z odrobiną współczucia. — To znaczy, że będzie pan musiał nauczyć się żyć ze swoim gogleskańskim alter ego. Bardzo jest dokuczliwe?

Ziemianin pokręcił głową.

— Nie jest bardziej obce niż zapis melfiański, tyle że czasem nie jestem pewien, czy pewne reakcje są moje, czy może raczej Khone’a. Niemniej chyba poradzę sobie z tym bez pomocy psychiatrycznej.

— To dobrze — stwierdził służbowo O’Mara. — Uważa pan, że leczenie byłoby jeszcze gorsze niż sam kłopot, i zapewne ma pan rację.

— Wcale nie jest tak dobrze — zaprotestował Conway. — Zostaje sprawa Goglesk. Cały gatunek cierpi tam przez atawistyczne odruchy! Musimy spróbować zrobić coś z tymi ich zbiorowymi szaleństwami.

— To pan coś z tym zrobi — powiedział O’Mara. — Najlepiej w przerwie między paroma innymi zadaniami, które dla pana przygotowałem. Jest pan starszym lekarzem, zna sprawę z autopsji, po co miałbym zatem wyznaczać do tego zadania kogoś innego? Ale póki co… Mam nadzieję, że oprócz niszczenia obcego miasta i kotłowania się z FOKTem znalazł pan chwilę, żeby zastanowić się nad perspektywą zostania Diagnostykiem? I że przedyskutował pan możliwe skutki tego wyboru ze swoim patologiem?

Conway przytaknął.

— Rozmawialiśmy o tym i postanowiłem spróbować. Skoro jednak wspomniał pan o jakichś innych zadaniach, nie jestem pewien, czy zdołam…

Naczelny psycholog uniósł dłoń.

— Oczywiście, że pan zdoła. Zarówno starszy lekarz Prilicla, jak i patolog Murchison uznali pana za psychicznie i fizycznie sprawnego. — Spojrzał znacząco na okrytą rumieńcem twarz Conwaya. — Nie przedstawiała mi szczegółów, wspomniała tylko, że była w pełni zadowolona. Ma pan jeszcze jakieś pytania?

— Ile będzie tych zadań?

— Kilka. Znajdzie pan ich opis na taśmie, która jest do odbioru w sekretariacie. I jeszcze jedno, doktorze. Oczekiwałem, że podejmie pan właśnie taką decyzję, jaką mi pan obwieścił. Będzie pan musiał jednak przywyknąć do większej odpowiedzialności za diagnozy, zalecenia i leczenie niż ta, do której przywykł pan jako starszy lekarz. Teraz będzie pan widywał pacjentów jedynie, gdy coś pójdzie bardzo nie tak, poza tym będą się nimi opiekować pańscy podwładni. Oczywiście będzie pan mógł szukać rady i pomocy u innych Diagnostyków i wszędzie indziej, ale dopiero wtedy, gdy będzie pan naprawdę pewien i jeszcze zdoła mnie przekonać, że nie poradzi sobie bez takiej pomocy. Znam już jednak pana trochę, doktorze, i nie zakładałbym się, którego z nas będzie w razie czego trudniej przekonać.

Conway przytaknął. Nie po raz pierwszy O’Mara krytykował jego przesadną dumę zawodową. Albo — innymi słowy — zwykły upór. Dotąd jednak udawało mu się unikać poważnych kłopotów, zwykle też okazywało się, że w ostatecznym rozrachunku miał rację.

— Rozumiem — powiedział, odchrząkując. — Ale nadal sądzę, że Goglesk wymaga pilnej interwencji.

— Tak samo problem z oddziałem geriatrycznym dla FROBów — rzucił O’Mara. — Nie wspominając o konieczności jak najszybszego urządzenia oddziału dla ciężarnego Obrońcy i jego potomstwa. I jeszcze o rozmaitych wykładach i wszystkim, przy czym pańskie szczególne umiejętności okażą się przydatne. Niektóre sprawy czekają na rozwiązanie naprawdę długo, chociaż nie są to oczywiście tysiące lat, jak w przypadku Goglesk. Jako przyszły Diagnostyk musi pan również nauczyć się decydować o nadawaniu właściwego priorytetu poszczególnym problemom. Po odpowiednim rozważeniu argumentów, oczywiście.

Conway znowu pokiwał głową. Zaniemówił na dłuższą chwilę, próbując ogarnąć skutki otrzymania tylu przydziałów równocześnie. A był to dopiero początek… Już wcześniej słyszał o części wspomnianych spraw, znał zajmujących się nimi Diagnostyków, pamiętał porażające plotki na temat niektórych ich niepowodzeń. A teraz sam miał być pełniącym obowiązki Diagnostyka i całe to brzemię spadało na jego barki.

— Proszę się tak na mnie nie gapić — powiedział O’Mara. — Jestem pewien, że bez trudu znajdzie pan sobie jakieś inne zajęcie.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Spotkanie było dla Conwaya niezwykłe głównie dlatego, że okazał się na nim jedynym lekarzem. Wszyscy pozostali uczestnicy reprezentowali Korpus Kontroli i byli odpowiedzialni za różne aspekty utrzymania i zaopatrzenia Szpitala. Do tego doszedł jeszcze major Fletcher, kapitan Rhabwara. Conway miał już na ramieniu obramowaną złotem opaskę Diagnostyka i chociaż starał się nosić ją z jak największą swobodą, a nawet nonszalancją, nie czuł się wcale aż tak pewnie. Tym bardziej, i to uznał za drugą osobliwość tego spotkania, że był akurat wyłącznie sobą.

Nie otrzymał ani jednego zapisu, który pomógłby mu rozwiązać problem. Mógł liczyć tylko na doświadczenie majora Fletchera i swoje.

— Pierwsza sprawa dotyczy przygotowania właściwego pomieszczenia, ciągów spożywczych i wyposażenia medycznego dla ciężarnego FSOJ znanego lepiej jako jeden z Obrońców Nie Narodzonych — powiedział, otwierając naradę. — Są to wyjątkowo groźne, w dorosłym stadium pozbawione inteligencji stworzenia, które na własnej planecie od chwili narodzin do dnia śmierci są nieustannie atakowane, giną zaś od pazurów i zębów swoich pierworodnych. Kapitanie jeśli mogę prosić…

Fletcher nacisnął parę klawiszy na swojej konsoli i na ekranie pojawiła się podobizna dorosłego Obrońcy sfotografowanego podczas jednej z misji ratunkowych Rhabwara. Następnie pojawiły się materiały o innych FSOJ, zebrane na ich rodzimym świecie, jednak to widok kłapiących szczęk bestii i jej macek masakrujących okładziny statku szpitalnego skłonił widzów do pełnych niedowierzania okrzyków.

— Jak sami widzicie, FSOJ to istoty wielkie i niezwykle silne. Są tlenodyszne i mają gruby pancerz, spod którego wystają cztery ciężkie kończyny, ogon i głowa. I kończyny, i ogon mają na końcach kostne, najeżone kolcami twory o wyglądzie maczug, najbardziej zwracającymi uwagę cechami głowy są zaś głęboko osadzone oczy z grubymi powiekami oraz masywne szczęki. Dostrzegacie też na pewno, że cztery wyrastające spod pancerza nogi posiadają ostrogi kostne pozwalające na użycie i tych kończyn do obrony. Na rodzimej planecie Obrońców każda broń jest przydatna. Ich młode pozostają w łonie, aż rozwiną się na tyle, aby przetrwać pojawienie się w skrajnie wrogim środowisku, w fazie życia płodowego zaś przejawiają zdolności telepatyczne. Jednak ten aspekt nie jest obecnie istotny. Ich egzystencja jest jednym wielkim konfliktem — ciągnął Conway. — Pozbawieni możliwości walki zaczynają chorować i umierają. Dlatego właśnie przygotowanie pomieszczeń dla nich będzie trudniejsze niż wszystkie dotychczasowe prace tego rodzaju. Po pierwsze, muszą być nad wyraz solidne. Major Fletcher przekaże wam dokładne dane na temat siły fizycznej i mobilności tych stworzeń i, uwierzcie mi, nie będą to dane przesadzone. Jedenaście godzin transportu jednego Obrońcy do Szpitala zakończyło się gruntownym remontem ładowni.

— Ładowni oraz mojej piszczeli — wtrącił kapitan Rhabwara.

Zanim Conway zdążył podjąć temat, odezwał się szef szpitalnych dietetyków, pułkownik Hardin.

— Mam wrażenie, że wasz FSOJ żywność też zdobywa w walce. Muszę więc przypomnieć, doktorze, że nigdy nie dostarczamy pacjentom żywego pożywienia. Korzystamy z syntetycznych odpowiedników tkanki zwierzęcej, a gdy nie można inaczej, sięgamy po importowane półprodukty. Chodzi o to, że niektóre zwierzęta służące za pokarm są bardzo podobne do spotykanych i w Szpitalu inteligentnych istot, które nierzadko uważają spożywanie czegokolwiek poza roślinami za wysoce odrażające i…

— To nie problem, pułkowniku — przerwał mu Conway. — FSOJ zje wszystko, co dostanie. Największym problemem będzie urządzenie jego izolatki, która powinna przypominać nie tyle salę szpitalną, ile średniowieczną salę tortur.

— Czy dowiemy się, dlaczego rozpoczęto ten program? — spytał oficer, którego Conway dotąd nie spotkał. Nosił żółte naszywki inżyniera i pagony majora. — Pomogłoby nam to jak najlepiej zaprojektować całość. A przy okazji zaspokoilibyśmy też swoją ciekawość — dodał z uśmiechem.

To nie tajemnica — odparł Conway. — Chociaż nie chciałbym większej dyskusji na ten temat, ale tylko dlatego, że nasze oczekiwania mogą się okazać mocno na wyrost. Skoro zaś to ja zostałem koordynatorem projektu, nie poczułbym się wtedy najlepiej. Niemniej, problem w tym, że każda z tych istot jest w dowolnej chwili na jakimś etapie rozrodu. Chcemy zbadać dokładnie ten proces, a zwłaszcza mechanizm odpowiedzialny za zanik samoświadomości oraz zdolności telepatycznych płodu, który następuje tuż przed narodzinami. Gdyby młody Obrońca zachował jedno i drugie, mógłby z czasem nauczyć się porozumiewać ze swoim Nie Narodzonym, a może nawet wytworzyć więź na tyle silną, aby nie próbowali robić sobie krzywdy. Zamierzamy obniżać sukcesywnie agresję środowiskową i zastępować stymulację fizyczną medykamentami, które prowokują konieczne dla utrzymania aktywności życiowej wydzielanie wewnętrzne. To pozwoliłoby na stopniowy zanik odruchu zabijania i pożerania wszystkiego, co znajdzie się w zasięgu ich wzroku. Musimy zadbać, aby FSOJ nadal mieli szansę przetrwać na własnej, ciągle groźnej planecie, a jednak wyrwali się z ewolucyjnej pułapki, która nie pozwala im rozwinąć trwałej cywilizacji.

Mają w tym wiele wspólnego z Gogleskanami, pomyślał Conway.

— Ale to tylko jeden z moich problemów — dodał z uśmiechem. — Macie prawo je znać, lecz równie ważne jest, abym ja zrozumiał wasze.

Potem doszło do długiej, chwilami bardzo ożywionej dyskusji, pod koniec której wszyscy wiedzieli już najważniejsze, a przede wszystkim rozumieli, jak pilna to sprawa. Schwytany Obrońca przebywał na razie w pomieszczeniu dawnego tralthańskiego oddziału obserwacyjnego na poziomie 202, ale nie można było przetrzymywać go tam w nieskończoność, również ze względu na dwóch FROBów, którzy na zmianę dyżurowali przy bestii, obijając ją metalowymi prętami. Obaj Hudlarianie mieli już tego serdecznie dość, bo chociaż masywni i silni, byli wrażliwymi osobnikami, a zadania podjęli się tylko dlatego, że zrozumieli, jakie to ważne dla stanu pacjenta.

Wszyscy mają jakieś problemy, pomyślał Conway.

Jemu też Przybył właśnie nowy kłopot, szczęśliwie z tych nie wymagających wielkiej pomysłowości. Zrobił się po prostu głodny.

Porę wizyty w stołówce wybrał tak, aby spotkać się tam z zespołem medycznym Rhabwara, przede wszystkim z Murchison, ale trafił też na Priliclę, Naydrad i Danaltę, którzy zajęli melfiański stół. Patolog nie odezwała się, aż złożył zamówienie na wielki stek z podwójnymi dodatkami.

— Chyba nadal jesteś sobą — mruknęła, patrząc z zazdrością na talerz. — Albo twoje alter ego nie są wegetarianami. Od syntetyków bardzo się tyje i nie rozumiem, jakim cudem nie masz jeszcze brzucha niczym ciężarna Crepellianka.

— To dzięki zdrowemu podejściu do żywienia — odparł Conway z uśmiechem i rozpoczął operację steku. — Jedzenie to tylko paliwo, które się spala. Gdy to zrozumiesz i przestaniesz delektować się każdym kęsem, wszystko staje się prostsze.

Naydrad sapnęła coś niezrozumiale i nie przerwała jedzenia. Unoszący się nad stołem Prilicla nie skomentował tej opinii, a Danalta zajęty był wypączkowywaniem melfiańskich kończyn, chociaż reszta jego ciała przypominała zieloną piramidę z samotnym okiem na szczycie.

— Owszem, nadal jestem sobą, chociaż z gogleskańskim śladem — stwierdził Conway. — Oprócz paru innych, dostałem właśnie sprawę Obrońcy i chciałbym o tym z tobą porozmawiać. Na razie tylko pełnię obowiązki Diagnostyka, lecz łączy się to już z pełną odpowiedzialnością i władzą, mogę więc prosić o każdą konieczną pomoc. I potrzebuję jej, chociaż nie wiem jeszcze w czym. Nie chcę na razie indagować innych Diagnostyków, a na pewno nie spróbuję zakłócać spokoju szefowi patologii. Może jednak udałoby się dotrzeć do Thornnastora przez ciebie, skoro jesteś jego asystentką. Szukam pewnej porady.

Murchison patrzyła chwilę w milczeniu, jak Conway napełnia zbiorniki paliwem.

— Wiesz, że nie musisz stosować podchodów wobec Thornnastora — powiedziała w końcu z powagą. — Bardzo chciałby się włączyć do programu Obrońcy i zostałby jego kierownikiem, gdyby nie fakt, że ty masz już pewne doświadczenie z tymi stworzeniami i równocześnie zacząłeś aspirować do tytułu Diagnostyka. Chętnie pomoże ci, jak tylko będzie mógł. Powiem więcej, jeśli nie poprosisz go o pomoc, mój szef przespaceruje się po tobie wszystkimi sześcioma słoniowatymi nogami.

— I ja chętnie bym się poudzielał — odezwał się Prilicla. — Jednak biorąc pod uwagę potężną muskulaturę pacjenta, wolałbym pomagać z daleka.

— I ja — dodał Danalta.

— A ja zrobię, co mi każą — rzuciła Naydrad, unosząc oczy znad talerza pełnego zielonej masy, którą Kelgianie tak uwielbiali.

Conway roześmiał się.

— Dziękuję, przyjaciele. Wrócę z tobą na patologię i porozmawiam z Thornnastorem — rzekł do Murchison. — Nie jestem aż tak dumny. Ale gdybym miał opowiedzieć mu o wszystkim, i o Goglesk, i o geriatrycznym oddziale FROBów, i jeszcze innych osobliwościach…

— Thornnastor po prostu lubi wiedzieć — przerwała mu Murchison. — Grotów jest wtykać trąbę we wszystko.

Po spotkaniu z naczelnym patologiem Conway poczuł się zdecydowanie lepiej. Spotkanie zajęło resztę dnia pracy, jako że cykle snu i czuwania Tralthańczyków były znacznie dłuższe niż ziemskie. Thornnastor uchodził całkiem słusznie za największego plotkarza w Szpitalu i nie potrafił trzymać ust zamkniętych, jednak był równocześnie niezgłębioną skarbnicą informacji na temat patologii obcych oraz wielu innych zagadnień medycznych. W tej materii można było na nim polegać bez reszty.

— Jak sam wiesz, Diagnostycy cieszą się w świecie medycznym wielkim szacunkiem, chociaż względy nam okazywane, o ile w tym domu wariatów można mówić o jakichś względach, idą w parze z politowaniem nad dyskomfortem, który musimy cierpieć — dodał na koniec. — Ponadto wszyscy przywykli już do medycznych cudów, które co rusz czynimy. Powiem więcej, od nas oczekuje się cudów, jednak opracowywanie nowych leków, metod operacyjnych czy rozwiązywanie zagadek ksenomedycyny może dla niektórych lekarzy okazać się nie dość satysfakcjonujące. Mam na myśli tych, którzy chociaż zdolni, inteligentni i oddani swej sztuce, oczekują szczególnego kredytu zaufania we wszystkim, co robią.

Conway przełknął ślinę. Nigdy wcześniej Thornnastor nie zwracał się do niego w ten sposób. Zachowywał się zupełnie jak naczelny psycholog, który nie raz i nie dwa wypominał Conwayowi braki jego charakteru. Czyżby chciał zasugerować, że nieskłonny do współpracy i wnikliwego konsultowania każdej sprawy Conway nie nadaje się za bardzo na Diagnostyka? Nie, chyba jednak nie…

— Diagnostyk rzadko odczuwa prawdziwą satysfakcję z wykonanej pracy, gdyż nigdy nie może być do końca pewny, czy posiłkował się w niej wyłącznie własnymi pomysłami lub przemyśleniami. Wprawdzie zapisy z taśm edukacyjnych to tylko cudze wspomnienia, ale iluzja powinowactwa z dawcą wywołuje wrażenie, jakby i jemu coś się zawdzięczało. Jeśli kto ma w głowie pięć albo i dziesięć zapisów, oznacza to naprawdę liczne grono współpracowników.

— Ale przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że taki Diagnostyk jest przez to mniej godzien zaufania.

— Oczywiście, że nie. Tyle że on sam zaczyna traktować siebie z ograniczonym zaufaniem. Niepotrzebnie, ale to jeden z minusów bycia Diagnostykiem. Są też inne, lecz z czasem poradzisz sobie na pewno z nimi po swojemu.

Tralthańczyk spojrzał na Conwaya wszystkimi czterema oczami, co było zdarzeniem godnym odnotowania, gdyż rzadko kiedy Diagnostyk skłonny był skupić całą swą uwagę na jednym tylko obiekcie. Conway zaśmiał się nerwowo.

— Pora zatem odwiedzić O’Marę, żeby dostać kilka zapisów. Będę miał przynajmniej lepsze pojęcie o tym, co mnie czeka — powiedział. — Chyba zacznę od taśmy Hudlarian, potem dobiorę melfiańską i kelgiańską. Gdy przywyknę… a raczej, jeśli przywyknę, poproszę o jakieś bardziej egzotyczne.

— Niektórzy z moich kolegów powiadają, że dobrze jest mieć w takich chwilach przy sobie kogoś bliskiego — ciągnął Thornnastor, ignorując wtręt Conwaya. — Najlepiej towarzysza życia, bo ktoś mniej bliski może się nie sprawdzić. Sam nie wiem, jak to wygląda, a naczelny psycholog z pewnością nie udostępni swoich zapisków. — Spojrzał dwojgiem oczu na Murchison. — Kilka godzin albo nawet dni opóźnienia w przyjęciu taśm niczego nie zmieni. Patolog Murchison jest już wolna. Sugeruję, byście skorzystali z tego czasu, póki jeszcze możecie to zrobić bez nieuniknionych później komplikacji.

Gdy wychodzili, dodał jeszcze:

— To ostatnie zaproponowałem, ponieważ mam też w głowie ziemską taśmę…

ROZDZIAŁ JEDENASTY

— Teoria głosi, że jeśli ktoś ma przywyknąć do nieustannej obecności obcych wzorów myślenia, lepiej uderzyć raz, a dobrze, niż dawkować to po trochu — powiedział O’Mara, gdy Conway przecierał jeszcze oczy po czterogodzinnej lekkiej narkozie. — Chrapał pan jak stary Hudlarianin, ale teraz jest pan aż na pięć różnych sposobów indywidualistą. Gdyby pojawiły się jakieś problemy, nie chcę o nich słyszeć, chyba że naprawdę okażą się nie do rozwiązania. I proszę nie potknąć się o własne nogi. Wbrew pozorom wciąż ma pan tylko dwie.

Na korytarzu przed gabinetem O’Mary panował jak zwykle olbrzymi ruch. Najróżniejsze istoty maszerowały tamtędy, pełzły, wiły się albo przejeżdżały. Na widok opaski Diagnostyka wszyscy usuwali się Conwayowi z drogi, zakładając, całkiem zresztą słusznie, że może nie być do końca przytomny ani sprawny ruchowo. Nawet zamknięty w kuli na gąsienicach TLTU skręcił trochę, żeby minąć go w odległości większej niż metr.

Kilka sekund później obok przeszedł tralthański starszy lekarz. Ponieważ pozostałe składowe osobowości Conwaya nie znały wielkiego FGLI, zareagował z niejakim opóźnieniem. Gdy obrócił głowę, żeby pozdrowić kolegę, poczuł nagle coś jakby lekkie zachwianie równowagi. Ani Hudlarianie, ani Melfianie nie mieli głów, którymi mogliby kręcić, było to więc dla nich coś bardzo nowego. Conway wyciągnął rękę, aby oprzeć się o ścianę, ale zamiast solidnej macki czy chitynowych kleszczy ujrzał coś drobnego z pięcioma niezgrabnymi palcami na końcu. Gdy doszedł trochę do siebie, zauważył czekającego obok cierpliwie mężczyznę w zielonym mundurze Korpusu.

— Szuka mnie pan, poruczniku? — spytał.

— Od paru godzin, doktorze. Ale dowiedziałem się, że był pan u naczelnego psychologa, i nie chciałem przeszkadzać.

Conway pokiwał głową.

— W czym problem?

— Mamy kłopot z Obrońcą — wyjaśnił oficer. — A dokładniej z zasilaniem sali ćwiczeń, jak nazwaliśmy to pomieszczenie przypominające komnatę tortur. Nie ma tam dość energii, a żeby doprowadzić nową linię, musielibyśmy przejść aż cztery poziomy, z czego tylko jeden jest dla ciepłokrwistych tlenodysznych. Dodawanie wszystkich uszczelnień i izolacji przy ciągnięciu kabla przez pozostałe trzy pochłonęłoby masę czasu, szczególnie gdy chodzi o poziom chlorodysznych. Jakimś rozwiązaniem byłoby zainstalowanie niezależnego źródła energii w samej sali, ale gdyby Obrońca się uwolnił, mógłby uszkodzić obudowę. Z powodu ryzyka skażenia musielibyśmy opróżnić pięć poziomów powyżej i tyleż poniżej, a odkażanie potem tego wszystkiego…

Sala jest blisko zewnętrznego poszycia — zauważył Conway zirytowany, że zmarnowano wiele czasu na szukanie u niego porady czysto technicznej natury. — Na pewno da się umocować mały reaktor na kadłubie, gdzie Obrońca mu nie zagrozi, przeprowadzenie kabla zaś…

— Pomyślałem i o tym, doktorze — przerwał mu porucznik. — Zaraz jednak pojawił się kolejny problem, nie tyle techniczny, ile formalny. Istnieją przepisy regulujące, co można, a czego nie można montować w takich miejscach. Nie dość, że nigdy jeszcze nie próbowano czegoś takiego z reaktorem, to konieczna byłaby zmiana rozkładu korytarzy dolotowych do śluz. Krótko mówiąc, trafiliśmy na całe mnóstwo przeszkód administracyjnych, które zdołałbym pokonać, mając dość czasu, cierpliwości i po trzy kopie wszystkich potrzebnych dokumentów, ale pan na pewno zdoła załatwić to o wiele szybciej. Wystarczy, że powie im pan, że to konieczne.

Conway milczał przez chwilę, wspominając usłyszane nie tak dawno słowa O’Mary: „Teraz jest pan kimś, Conway — powiedział psycholog z dwuznacznym uśmiechem, gdy czekali, aż narkoza zacznie działać. — Może tymczasowo, ale jednak pan jest. Proszę korzystać ze swoich praw. W razie potrzeby nawet ich nadużywać. Chcę zobaczyć, do czego jest pan zdolny”.

— Rozumiem, poruczniku — powiedział Conway tonem mającym sugerować wszechwładność. — Idę akurat na hudlariański oddział geriatryczny, ale poszukam zaraz komunikatora. Jeszcze coś?

— W zasadzie nie, ale po prawdzie, ilekroć sprowadzi pan nowego pacjenta do Szpitala, ludzie z naszego działu dostają wrzodów! Latające brontozaury, toczki, a teraz ktoś, kto jeszcze się nie narodził i tkwi wewnątrz… berserkera!

Conway spojrzał na niego ze zdumieniem. Oficerowie Korpusu byli zwykle wzorami dyscypliny i opanowania, niezmiennie też szanowali przełożonych, zarówno tych w mundurach, jak i medyków.

— Wrzody się leczy — powiedział oschle Conway.

— Przepraszam, doktorze. Dwa ostatnie lata zajmowałem się oddziałem Kelgian i odwykłem od pewnych manier.

— Rozumiem — zaśmiał się Conway. Sam nosił akurat kelgiański zapis i współczuł porucznikowi. — W tym akurat nie mogę panu pomóc. Nic więcej?

— Jeszcze jedno. Chyba nie do rozwiązania, ale chodzi tylko o drobiazg. Hudlarianie ciągle protestują. Nie chcą bić Obrońcy. Spytałem O’Marę, czy nie mógłby znaleźć kogoś na ich miejsce, kogoś, kto byłby bardziej predysponowany, ale odparł, że gdyby ktoś taki znalazł się tutaj mimo wszystkich testów, to on, O’Mara, podałby się natychmiast do dymisji. Jestem więc do czasu oddania sali skazany na Hudlarian i ich muzykę. Mówią, że pomaga im nie myśleć o tym, co robią. Zdarzyło się kiedyś panu słuchać całymi dniami hudlariańskiej muzyki?

Conway przyznał, że całymi dniami nie, ale już po paru minutach miał kiedyś dość tego grania.

Dotarli do śluzy między poziomami. Conway sięgnął po lekki skafander niezbędny do przejścia przez pełen żółtawej mgły oddział chlorodysznych Illensańczyków, za którym rozciągały się baseny skrzelodysznych mieszkańców Chalderescola. Wkładał ten strój już tysiące razy i znał kolejne czynności na pamięć, ale i tak dwukrotnie sprawdził wszystkie złącza. Teraz nie był w pełni sobą, a regulaminy jasno mówiły, że personel medyczny przechowujący akurat w głowie zapisy z taśm edukacyjnych zobowiązany jest do szczególnie ścisłego przestrzegania wszystkich procedur.

Kontroler ciągle tkwił obok.

— Mogę pomóc w czymś jeszcze, poruczniku?

Oficer przytaknął.

— Jedna prosta sprawa, doktorze. Hardin, czyli szef dietetyków, pyta o właściwą konsystencję pożywienia Obrońcy. Powiada, że może wyprodukować syntetyczną papkę odpowiadającą we wszystkim potrzebom pacjenta, ale od tego, jak zostanie podana, też wiele zależy. Doświadczył pan krótkiego telepatycznego kontaktu z jednym z Obrońców, liczy zatem na informacje z pierwszej ręki. Bardzo mu na tym zależy.

— Później z nim porozmawiam — stwierdził Conway przed włożeniem hełmu. — Na razie proszę mu przekazać, że te bestie rzadko żywią się roślinami i przywykły do dań, które trzeba wydobywać spod pancerza albo wyjątkowo grubej skóry. Zwykle przy zdecydowanych protestach konsumowanego. Proponuję, aby wciskał papkę do długich rur z czegoś twardego, lecz jadalnego. Dobrze byłoby je mocować na wysięgnikach maszyny bijącej, aby zdobywanie pokarmu było odrobinę bardziej realistyczne. Osobnik poradzi sobie, bo jego szpony mogą przebić stalową płytę. Tak, Harding ma rację. Miska kaszki by go nie zadowoliła. — Znowu się zaśmiał. — Nie chcemy przecież, żeby popsuł sobie zęby.

Hudlariański oddział geriatryczny był stosunkowo nowy w strukturze Szpitala. Bardziej niż gdziekolwiek indziej skupiano się tutaj na udzielaniu pomocy nie tyle medycznej, ile psychiatrycznej, chociaż oczywiście dostępna była tylko dla garstki potrzebujących. Uważano jednak, że jeśli już ktoś ma szansę rozwiązać problem, to właśnie szpitalni specjaliści. Gdyby im się udało, zastosowane tu metody miały zostać upowszechnione na całym Hudlarze.

Na oddziale panowało ciążenie czterokrotnie większe od ziemskiego, jednak ciśnienie atmosferyczne ustalono kompromisowo tak, aby stwarzać jak najmniej trudności zarówno pacjentom, jak i personelowi. Dyżur pełniły trzy kelgiańskie pielęgniarki. Falując nieustannie sierścią okrytą skafandrami z modułami antygrawitacyjnymi, spryskiwały akurat mieszaniną odżywczą trzech z pięciu obecnych na oddziale pacjentów. Conway przypiął własny degrawitator, nastawił go na swoją ziemską masę, pomachał pielęgniarkom, aby sobie nie przeszkadzały, i podszedł do najbliższego z dwóch bezczynnych pacjentów.

Hudlariański składnik osobowości z miejsca dał o sobie znać, przyćmiewając pozostałe — melfiański, tralthański, kelgiański i gogleskański — a nawet w pewnym stopniu własne myśli Conwaya, który współczuł serdecznie pacjentowi i wraz z nim odczuwał irytację, że nie można mu obecnie pomóc.

— Jak się dziś czujesz? — spytał.

— Dziękuję, doktorze — odparł Hudlarianin zgodnie z oczekiwaniami. Podobnie jak większość nad wyraz silnych istot, również FROBowie byli łagodni, nieszkodliwi i skromni. Żaden z nich nie zaryzykowałby sprawienia przykrości lekarzowi stwierdzeniem, że źle się czuje. To sugerowałoby, że leczenie nie przebiega, jak powinno, i kwestionowałoby umiejętności medyka.

Niemniej i tak było widać, że wiekowy Hudlarianin nie jest w najlepszej kondycji. Sześć wielkich macek, które normalnie utrzymywałyby go w pionie zarówno w dzień, jak i podczas snu, zwisało bezwładnie po obu stronach kojca. Zgrubienia skóry, na których opierał się zwykle w trakcie marszu, straciły kolor i popękały. Same macki, mocne przecież jak stal i zdolne przy tym do wielkiej precyzji, drgały nieustannie w chorobliwym rytmie.

Hudlarianie zamieszkiwali środowisko o atmosferze tak gęstej, że unoszące się w niej mikroorganizmy tworzyły coś w rodzaju gęstej zupy, z której tubylcy wchłaniali składniki odżywcze wprost przez skórę na bokach i grzbiecie. Jednak u tego pacjenta mechanizm absorpcji zaczynał już zawodzić, więc spore obszary skóry pokryte były zaschniętymi płatami substancji odżywczej. Przed następnym posiłkiem należało je zmyć. Z każdym dniem było jednak coraz gorzej. Pacjent wchłaniał coraz mniej pożywienia, co z kolei przyspieszało zmiany skórne.

Procesy chemiczne zachodzące w niecałkowicie wchłoniętej karmie sprawiały, że resztki wydzielały niemiły zapach. Nie mógł się on jednak równać z odorem z okolic odbytu. Pacjent nie panował już nad zwieraczami i odchody spływały nieustannie mlecznobiałymi kroplami, usuwanymi po chwili przez ssawy kojca. Conway nie czuł oczywiście niczego, ponieważ miał skafander z zapasami powietrza, ale hudlariańska część jego osobowości znała te wonie i bardzo sugestywnie je mu przypomniała. Psychosomatyczne zapachy były zaś jeszcze bardziej przykre niż prawdziwe.

Niemniej umysłowo pacjent nadal był w pełni sprawny i na tym właśnie polegał tragizm sytuacji. Chociaż mózg miał zacząć obumierać dopiero kilka minut po zatrzymaniu się podwójnego serca istoty, rzadko zdarzało się, aby nieustanne cierpienie i powolny rozpad reszty ciała nie powodowały u starzejącego się Hudlarianina poważnych zaburzeń emocjonalnych.

Conway rozpaczliwie szukał sposobu, aby to zmienić. Przeglądał cały dostępny w czasie rejestrowania zapisu materiał związany z gerontologią, własne bolesne wspomnienia z dzieciństwa oraz to, czego nauczył się później. Jednak nigdzie nie znajdował żadnej wskazówki, a wszystkie elementy jego osobowości zgadzały się, że można już tylko zwiększać dawki środków przeciwbólowych, aby chociaż oszczędzić pacjentowi cierpień.

Dokonując rutynowych zapisków w karcie choroby, usłyszał, że membrana głosowa Hudlarianina lekko wibruje. Niestety, ten organ również został dotknięty zmianami i wydawane dźwięki były zbyt niewyraźne, aby autotranslator zdołał je zrozumieć. Conway mruknął kilka słów pocieszenia, o którym obaj wiedzieli, że jest całkiem daremne, i przeszedł do następnego kojca.

Stan tego pacjenta był odrobinę lepszy. Wdał się też zaraz w konwersację na wszystkie możliwe tematy, omijając tylko jeden: własną chorobę. Conway jednak nie dał się oszukać — dzięki zapisowi z hipnotaśmy wiedział, że pacjent chce się w pewien sposób nacieszyć ostatnimi godzinami dzielącymi go od początku szaleństwa. Następnych dwóch nie odzywało się w ogóle, ostatni zaś miał wiele do powiedzenia, ale brakło w tym jakiegokolwiek sensu.

Jego zakryta tłumikiem membrana wibrowała cały czas. Osłona miała oszczędzić wszystkim w pobliżu przykrych doznań, ale to, co się wydostawało, i tak skutecznie popsuło Conwayowi humor. Hudlarianin był już w bardzo złym stanie. Oprócz martwicy ogarniającej duże połacie skóry i wyraźnych zmian na zakończeniach kończyn doszło u niego do paraliżu dwóch macek, które sterczały teraz powykręcane niczym konary.

— To wymaga szybkiej operacji, doktorze — powiedziała siostra zajęta odżywianiem chorego, podkręciwszy uprzednio głośnik swojego autotranslatora. — Amputacja tych macek przedłuży mu życie. Jeśli oczywiście chcemy je przedłużać — dodała z typową dla Kelgian szczerością.

W zwykłych okolicznościach wydłużenie życia pacjenta było najnaturalniejszą i podstawową powinnością lekarza. Conway doskonale wiedziałby, jak postąpić w takiej sytuacji z Melfianinem, Kelgianinem czy Ziemianinem, ale u FROBów medycyna zaczęła się rozwijać dopiero po odkryciu tej rasy przez Federację. Jakakolwiek interwencja chirurgiczna była w ich przypadku wysoce ryzykowna. Przy tak gęstej atmosferze i wysokim ciążeniu ciśnienie wewnątrz ich organizmów również było bardzo duże.

Szczególny problem pojawiał się, gdy dochodziło do krwawienia, czego podczas operacji i zaraz po niej trudno było uniknąć, a dekompresja wywołana przez ranę operacyjną prowadziła do przemieszczeń, czasem zaś nawet uszkodzeń pobliskich organów. Stąd i pamięć Conwaya, i podszepty hudlariańskiego alter ego sugerowały daleko posuniętą ostrożność, podczas gdy pozostali lokatorzy jego umysłu proponowali niezwłoczną operację. Niemniej podwójna amputacja u wiekowego i mocno osłabionego pacjenta… Conway pokręcił ze złością głową i odwrócił się od kojca.

Kelgianka przyjrzała mu się uważnie.

— Czy to poruszenie głową było na tak czy na nie, doktorze?

— To znaczyło, że jeszcze nie podjąłem decyzji — odparł Conway i czym prędzej wyszedł, a właściwie uciekł na oddział noworodków.

Małe FROBy, zdawało się, miały szczególny talent do przyciągania wszystkich istniejących w ich naturalnym środowisku patogenów. Jeśli udawało im się przetrwać kilka pierwszych takich spotkań, wytwarzały naturalną odporność, którą zachowywały niemal do końca bardzo długiego życia. Szczęśliwie większość tych chorób, chociaż miała bardzo spektakularne objawy, nie była specjalnie groźna. Medycyna Federacji zdołała wynaleźć lekarstwa na kilka spośród nich, prace nad kolejnymi trwały. Kłopoty rosły, gdy choroby zaczynały się kumulować, osłabiając z wolna organizm. Kiedy nagromadziło się ich zbyt wiele, mogły doprowadzić do śmierci. Na razie nie zawsze można było jej zapobiec, dlatego też tak ważne było odkrycie sposobów leczenia wszystkich chorób młodocianych FROBów.

Gdy Conway wszedł na oddział i rozejrzał się po pełnym życia pomieszczeniu, hudlariańska część jego osobowości podpowiedziała mu, że całkowite uodpornienie może jednak nie być najlepszym rozwiązaniem. Miał wrażenie, że chociaż dzieci FROBów przestaną wtedy chorować, to gatunek jako taki ulegnie osłabieniu. Niemniej osobnik, który został dawcą zapisu, nie był lekarzem. Wśród Hudlarian brakowało prawdziwych lekarzy. Był kimś pośrednim między filozofem, psychologiem a nauczycielem. Mimo to jego sugestia zaniepokoiła nieco Conwaya. Przestał się nad nią zastanawiać dopiero wtedy, gdy mały, ledwie półtonowy dzieciak podbiegł do niego z krzykiem, że chce się bawić. Trzeba się było ewakuować…

Ustawił degrawitator na jedną czwartą g i skoczył prosto na przebiegającą nad salą galerię obserwacyjną. Dwie sekundy później młody Hudlarianin uderzył z hukiem w ścianę, po raz kolejny testując zarówno wytrzymałość konstrukcji, jak i izolację wyciszającą. Z góry Conway dostrzegł, że na oddziale przebywa niespełna dwudziestu pacjentów, chociaż pomimo znacznego ciążenia wszyscy byli tak ruchliwi, iż zdawało się, jakby było ich trzy razy więcej. Gdy zatrzymywali się czasem, żeby zmienić kierunek, widać było, że większość cierpi na rozmaite schorzenia skóry.

Dorosły Hudlarianin z przypiętym do grzbietu zasobnikiem mieszanki odżywczej zapędził właśnie jednego młodocianego do kąta, aby go nakarmić. Potem obrócił się i spojrzał na Conwaya.

Nosił odznaki praktykantki pielęgniarstwa, chociaż w tej chwili po prostu bawił dzieci. Conway domyślił się, że to jeden z trzech osobników, które przyleciały do Szpitala na szkolenie. Były pierwszymi w dziejach Hudlarianami, którzy postanowili związać swoje życie z medycyną. Według standardów rasy była to istota całkiem przystojna i, w odróżnieniu od kelgiańskiej siostry z oddziału geriatrycznego, bardzo uprzejma.

— W czym mogę pomóc, doktorze? — spytała, a Conwaya zalała fala tak silnych wspomnień jego hudlariańskiego alter ego, że przez chwilę nie mógł wykrztusić ani słowa. — Ten, który chciał się z panem bawić, to pacjent numer siedem, młody Metiglesh. Dobrze reaguje na przepisane przez Diagnostyka Thornnastora leczenie. Jeśli pan sobie życzy, mogę go bez trudu złapać, żeby zbadał go pan skanerem.

No tak, dla niej to łatwa sprawa, pomyślał Conway. Właśnie dlatego hudlariańska siostra, chociaż była dopiero na praktyce, pełniła dyżur na tym oddziale. Lepiej niż ktokolwiek inny wiedziała, ile siły można i trzeba użyć wobec małych terrorystów, podczas gdy bardziej doświadczone opiekunki innych gatunków bałyby się nieustannie, że skrzywdzą pacjentów.

Nieletni Hudlarianie mieli wybitną skłonność do łobuzerstwa. Za to niektóre dorosłe osobniczki były niewiarygodnie piękne…

— Tylko przechodziłem, siostro — wydusił wreszcie Conway. — Wydaje się, że panuje tu pani nad wszystkim.

Niezależnie od własnej wiedzy na temat FROBów Conway miał teraz do dyspozycji jeszcze odczucia dawcy, który w chwili nagrywania był samcem. Pojawiły się też nieco mniej wyraziste wspomnienia z okresu, gdy był osobnikiem żeńskim, w tym z chwili narodzin potomka. Ciąża i poród na tyle zaburzyły jego równowagę hormonalną, że znowu zmienił płeć na żeńską. Hudlarianie mieli to rzadkie szczęście, że każdy z partnerów mógł urodzić własne dziecko.

— Wielu przedstawicieli różnych gatunków z hudlariańskimi zapisami w głowie zagląda tu zaraz po odwiedzeniu oddziału geriatrycznego — powiedziała siostra, nieświadoma wrażenia, które wywarła na Conwayu. Jego alter ego podsuwało mu cały czas nowe odczucia, wspomnienia, doświadczenia i pragnienia w tym miłosne. W lekarzu narastała chęć, aby okazać uwielbienie tej istocie, kochać się z nią w gargantuicznej kopulacji… Jednak to nie były jego marzenia.

Rozpaczliwie próbował odzyskać panowanie nad emocjami, pokonać fale pierwotnego instynktu, które nie pozwalały mu zebrać myśli. Starał się patrzeć jedynie na własne, odziane w cienkie rękawiczki dłonie spoczywające na barierce galerii.

— Dla Hudlarianina albo kogoś z hudlariańskim zapisem pobyt na oddziale geriatrycznym to bardzo przykre przeżycie. Sama nigdy nie wejdę tam z własnej woli i podziwiam tych, którzy jak pan robią to z poczucia zawodowego obowiązku. Podobno pobyt tutaj często pomaga potem wrócić do równowagi. Ale oczywiście może pan zostać, jak długo pan zechce. Z dowolnego powodu — dodała życzliwie. — Jeśli tylko będę mogła jakoś pomóc, proszę powiedzieć.

Hudlariański składnik osobowości Ziemianina szybował właśnie gdzieś wysoko, pośród skowronków. Conway wychrypiał więc tylko coś, czego autotranslator zapewne i tak nie zrozumiał, po czym ruszył galerią do wyjścia. Niewiele brakowało, a zacząłby biec.

Opanuj się, idioto, powiedział sobie w duchu. Ona jest sześć razy większa od ciebie…!

ROZDZIAŁ DWUNASTY

System gwiazdy Menelden należał do ciężko doświadczonych przez los. Został odkryty blisko sześćdziesiąt lat wcześniej przez jednostkę zwiadowczą Korpusu, której kapitan skorzystał z tradycyjnego prawa, aby nadać mu nazwę, jako że nic nie wskazywało, aby na którejkolwiek planecie było inteligentne życie i aby system miał jakieś własne miano. Może zresztą miał je kiedyś, ale ślad po nim zaginął, gdy z głębin kosmosu nadleciała metalowa asteroida wielkości planety i zderzyła się z jednym z zewnętrznych światów. To spowodowało niezliczone dalsze kolizje i zmiany orbit wszystkich praktycznie planet systemu.

Gdy układ wrócił wreszcie do równowagi, Menelden była już starą, pożółkłą gwiazdą otoczoną przez rozszerzającą się chmurę asteroid, w większości z metalu. Niebawem po odkryciu tej skarbnicy wokół zaroiło się od przejawów życia pod postacią wielkich kompleksów kopalnianych obsadzonych przez załogi ze wszystkich światów Federacji. Okolica mogłaby posłużyć za kosmiczną ilustrację ruchów Browna, nic zatem dziwnego, że niekiedy dochodziło również do zderzeń.

Szczegóły jednego z nich ujawniono dopiero wiele tygodni po fakcie. Nigdy nie udało się ustalić, kto właściwie był za nie odpowiedzialny.

Wielki zespół mieszkalny dla górników i robotników zakładu przetwarzającego rudę holowano akurat na nową orbitę. Poprzednie pole zostało już wyczerpane i trzeba było się przenieść na kolejne. Prowadzący holownik starannie wybierał szlak między powoli wirującymi, ale względnie nieruchomymi wobec siebie asteroidami i innymi kompleksami wydobywczymi.

W tym samym czasie w pobliżu przelatywał frachtowiec załadowany metalowymi sztabami i blachami. Jego kurs przebiegał dość blisko holowników i zespołu, ale nadal w bezpiecznej, regulaminowej odległości. Składał się z modułu silnikowego i niewielkiej sterówki zamontowanej na drugim końcu, pomiędzy nimi zaś znajdowała się otwarta ładownia. Cała masa przewożonego ładunku wisiała zatem w próżni umocowana jedynie do węzłów chwytaków na kratownicy frachtowca. Nie wyglądało to zbyt stabilnie, kapitan prowadzącego holownika poprosił więc kapitana frachtowca o lekką zmianę kursu.

Ten stwierdził, że i tak miną się bezpiecznie. Jednak dowódca holownika, który odpowiadał za wielki zespół, nie dość, że pozbawiony możliwości manewru, to jeszcze mający na pokładzie ponad tysiąc ludzi, sprzeciwił się stanowczo i to on miał ostatnie słowo.

Obciążony do granic frachtowiec, którego załoga liczyła tylko trzy osoby, zaczął się powoli obracać burtą do kompleksu. Jego kapitan chciał skorzystać następnie z głównych dysz, aby odejść w bok. Obiekty nieustannie się do siebie zbliżały, jednak działo się to bardzo wolno. Było dość czasu na manewry.

W tym samym momencie kierownik kompleksu uznał, że nadeszła idealna chwila na ćwiczebny alarm. Niemniej nie oczekiwał, aby cokolwiek miało się stać.

Błyski świateł i rozlegające się w radiu wycie syren nie podziałały zapewne kojąco na kapitana holownika. Doszedł do wniosku, że frachtowiec za wolno usuwa się z drogi, i podesłał mu dwa holowniki, aby wsparły go wiązkami odpychającymi. Mimo protestów kapitana frachtowca, że naprawdę zdążą ze wszystkim, szybko ustawiły go burtą do nadciągającego zespołu, dokładnie w takiej pozycji, w jakiej powinno nastąpić uruchomienie głównego napędu. Kilka sekund wystarczyłoby, aby statek odszedł daleko w bok.

Jednak silniki nie odpaliły.

Czy spowodowały to błędnie przyłożone w pośpiechu wiązki pól siłowych, które mogły zerwać przebiegające między sterówką a silnikami przewody albo zniekształcić dysze, czy może doszło do innej czysto przypadkowej awarii, miało już na zawsze pozostać zagadką. Niemniej do potencjalnej kolizji zostało jeszcze kilka minut.

Na pokładzie zespołu zdesperowany kierownik zaczął przekonywać wszystkich, że oto alarm ćwiczebny zmienił się w prawdziwy, kapitan frachtowca zaś włączył silniki manewrowe, aby przywrócić statkowi pierwotne położenie. Jednak przy tak olbrzymiej masie ich ciąg okazał się za mały i w pewnej chwili rufa frachtowca zetknęła się z przednią częścią zespołu.

Z daleka wyglądało to niegroźnie, prawie jak muśnięcie, lecz nie zaprojektowany na znoszenie innych obciążeń niż te towarzyszące startowi i lądowaniu statek złamał się wpół, a wielkie kawały metalu oderwały się od kratownicy i niczym gigantyczne, wirujące z wolna noże poleciały prosto na bok zespołu mieszkalnego. W dodatku wśród całego tego złomu unosiły się jeszcze radioaktywne szczątki modułu napędowego frachtowca.

Wiele arkuszy blachy wcinało się w zespół krawędziami, tworząc ciągnące się przez setki metrów bruzdy. Potem odbijały się i odlatywały w próżnię. Długie, przypominające belki sztaby uderzały wzdłużnie, otwierając wcześniej już osłabione przedziały burtowe na próżnię albo niczym włócznie wnikały głęboko w całą strukturę. Zderzenie zepchnęło zespół z kursu i wprawiło go w powolny ruch obrotowy, przez co ukazywał na zmianę burtę nietkniętą i tę, która była sceną ciężkich zniszczeń.

Jeden z holowników ruszył za rozlatującą się chmurą metalu, w której były i szczątki frachtowca, i jego ładunek, aby ustalić jej kurs dla późniejszych poszukiwań ocalałej być może załogi. Reszta ustabilizowała kompleks, a ich załogi próbowały udzielić ofiarom pierwszej pomocy. Nieco później zjawiły się zespoły ratunkowe z pobliskich kopalń, a jeszcze później Rhabwar.

Poza kilkoma Hudlarianami, którym próżnia nijak nie szkodziła, oraz pewną liczbą Tralthańczyków, którzy na czas braku powietrza zapadali w płytką anabiozę i zaciskali szczelnie wszystkie otwory ciała, w najbardziej dotkniętej katastrofą części zespołu mieszkalnego nie przeżył nikt więcej. Wokół punktu zero, czyli miejsca zderzenia, w ogóle brakło ocalałych, nawet bowiem najsolidniej zbudowane istoty musiały zginąć, gdy rozdarte zostały ich powłoki skórne. Obrażenia wywołane eksplozjami dekompresyjnymi nie nadawały się do leczenia. Również w Szpitalu.

Główny obszar zniszczeń przypadł na kwatery Hudlarian i Tralthańczyków, w pozostałych miejscach konstrukcja zachowała szczelność, co po prawdzie i tak miało drugorzędne znaczenie, skoro z racji alarmu wszyscy byli w skafandrach i spadek ciśnienia nie mógł im zaszkodzić. Kilkuset rannych było ofiarami nagłego wyhamowania ruchu postępowego zespołu i wprawienia go w ruch wirowy. Dzięki pewnej ochronie dawanej przez skafandry stan wielu z nich był wprawdzie poważny, ale nie krytyczny. Gdy udało się przywrócić ciążenie w zespole, trafili pod opiekę lekarzy swoich gatunków, a następnie przeniesiono ich do prowizorycznych izb chorych, aby doczekali tam transferu na rodzime planety celem dalszego leczenia albo rekonwalescencji.

Tylko najpoważniejsze przypadki miały trafić do Szpitala.

Wieści o wypadku w systemie Menelden pozwoliły Conwayowi odłożyć pewne kłopotliwe spotkanie, chociaż przebiegło mu przez głowę, że wykorzystywanie takiego pretekstu dla ułatwienia sobie życia jest przejawem mało chwalebnych skłonności.

Przywykł już na tyle do zapisów z taśm edukacyjnych, że z trudem odróżniał, które odczucia naprawdę są jego, a które zawdzięcza jednemu z obcych. Było to na tyle frapujące, że coraz bardziej obawiał się kolejnego spotkania z Murchison, takiego dłuższego, kiedy to znajdą się w niewątpliwie intymnych warunkach. Nie wiedział, jak się wtedy zachowa, czy zdoła kontrolować sytuację ani, co najważniejsze, jak ona zareaguje na jego odmienność.

Murchison miała właśnie mieć wolne, gdy nagle Rhabwar został wysłany do systemu Menelden, aby koordynować na miejscu akcję ratowniczą i przywieźć do Szpitala najciężej rannych. Murchison, podpora pokładowego zespołu medycznego, poleciała oczywiście ze wszystkimi.

Conwayowi z początku wielce ulżyło, ale jako były szef zespołu wiedział, w jak wielkim niebezpieczeństwie znalazła się Murchison. Podczas takich akcji łatwo było o wypadki. Zaczął coraz bardziej się niepokoić i zamiast cieszyć się, że zyskał kilka dni odroczenia, ledwie usłyszał o powrocie statku szpitalnego, skierował się do śluzy, przy której Rhabwar miał przycumować. Już z daleka dostrzegł Naydrad i Danaltę stojących przy śluzie i usiłujących nie wchodzić w drogę sanitariuszom, którzy sami doskonale radzili sobie z przenoszeniem rannych i nie potrzebowali pomocy.

— Gdzie jest Murchison? — spytał, gdy obok przesuwały się nosze z Tralthańczykiem, który stracił w wypadku część kończyn. Materiał z taśmy FGLI uaktywnił się natychmiast, sugerując właściwy sposób leczenia jego obrażeń. Conway potrząsnął odruchowo głową, aby odpędzić niechciane myśli. — Szukam Murchison.

Danalta, stojący przy dziwnie milczącej Naydrad, zaczął przybierać kształt Ziemianki o wzroście i sylwetce przypominających panią patolog, ale wyczuwszy dezaprobatę Conwaya, zmienił się z powrotem w dziwne niewiadomoco.

— Jest na pokładzie? — spytał ostro lekarz.

Futro Naydrad zafalowało, układając się w nieregularne wzory, które wskazywały na niechęć do tematu i oczekiwanie, że atmosfera zaraz się zwarzy.

— Mam kelgiański zapis — powiedział na wymowne poruszenia sierści. — O co chodzi, siostro?

— Patolog Murchison została na miejscu katastrofy — odparła w końcu Naydrad. — Chce pomóc doktorowi Prilicli w klasyfikowaniu chorych.

— W czym? Prilicla nie powinien się tym zajmować. Cholera, lepiej też tam polecę, żeby pomóc. Tutaj jest dość lekarzy, aby zająć się wszystkimi rannymi, a gdyby… Masz jakieś obiekcje?

Futro Naydrad zafalowało ponownie w sposób zdradzający pragnienie wyrażenia sprzeciwu.

— Doktor Prilicla kieruje zespołem medycznym — powiedziała Kelgianka. — Jego miejsce jest właśnie tam. Koordynuje akcję ratowniczą, decyduje o kolejności udzielania pomocy rannym. Na pewno wie, co robi. Przybycie poprzedniego szefa zespołu może zostać odczytane jako ukryta krytyka profesjonalizmu Prilicli, który jak dotąd radzi sobie wyśmienicie.

Patrząc na falujące futro, Conway nie zdziwił się nawet specjalnie lojalnością Naydrad wobec przełożonego, który zajmował to stanowisko dopiero od kilku dni. Podwładni czasem szanowali przełożonych, czasem się ich bali, ale tak czy owak, byli im zwykle z konieczności posłuszni. Prilicla dowiódł zaś, że można jeszcze inaczej. Zdobył posłuch nie zwykłym strachem, ale budząc lęk przed sprawieniem szefowi przykrości.

Conway milczał, więc Naydrad znowu się odezwała:

— Patolog Murchison została, gdyż pomyślała dokładnie o tym samym, czyli że trzeba będzie pomóc Prilicli. Cinrussańczyk nie musi wcale zbliżać się do pacjenta, aby wyczuć jego emocje, pracuje więc, zachowując właściwy dystans, a Murchison zajmuje się resztą.

— Doktorze — powiedział Danalta, pierwszy raz zabierając głos — patolog Murchison ma do pomocy mnóstwo dobrze umięśnionych osobników swojego i innych gatunków, którzy są przeszkoleni w prowadzeniu akcji ratunkowych. To oni wydobywają rannych spośród szczątków i pilnują równocześnie, aby patolog Murchison nic się nie stało. Pańska partnerka jest naprawdę bezpieczna.

Uprzejmy i pełen szacunku ton Danalty kontrastował mocno z wcześniejszymi bezpośrednimi słowami Naydrad. Conway wiedział, że wynika to z empatycznej wrażliwości TOBSów, którzy opanowali sztukę mimikry służącej im zarówno do obrony, jak i ataku, ale mimo to miło mu było, że ktoś odezwał się do niego taktownie.

— Dziękuję, Danalta. Dobrze, że mi to powiedziałeś. — Spojrzał na Naydrad. — Ale Prilicla przy takim zajęciu!

Każdy, kto znał małego empatę, musiał się przerazić.

Gdy był jeszcze tylko członkiem zespołu, jego zdolności rozpoznawania na odległość cudzych stanów emocjonalnych okazywały się wprost nieocenione i zmiana statusu wiele od tej strony nie zmieniła. Bez trudu mógł odnaleźć uwięzione w rumowisku ofiary, szczególnie te nieruchome, ciężko ranne i pozornie martwe. Zawsze trafnie informował, który skafander zawiera tylko ciało, a który czekającego na ratunek rozbitka. Osiągał to, wyczuwając funkcje nawet nieprzytomnego mózgu i analizując stan poszkodowanego, co dodatkowo pozwalało szybko ustalić, czy jest jeszcze jakaś szansa na jego ocalenie. Katastrofy kosmiczne miały to do siebie, że akcja ratunkowa dawała cokolwiek tylko wtedy, gdy pomoc przychodziła szybko. Prilicla pozwalał oszczędzić sporo czasu i przez lata pracy w Szpitalu uratował naprawdę wiele istnień.

Płacił jednak słono za te wszystkie wysiłki, cierpiąc wespół z każdą kolejną ofiarą. W przypadku katastrofy w systemie Menelden jego stres musiał osiągnąć niespotykany dotąd poziom i bardzo dobrze, że Murchison potraktowała go prawdziwie po matczynemu, odsuwając jak najdalej od przepełnionych bólem szczątków zespołu mieszkalnego i ograniczając do minimum czas konieczny na postawienie każdej z diagnoz. Wszystko przebiegało przy tym w zgodzie z przepisami, które wymagały, aby akcją ratunkową kierował starszy lekarz. Prilicla był jednym z najlepszych starszych lekarzy Szpitala, a do pomocy miał drugiego pod względem prestiżu patologa. Razem potrafili zająć się wszystkimi ofiarami sprawnie i bez opóźnień.

Klasyfikowanie ofiar było procedurą, której początki sięgały odległej przeszłości obfitującej w takie zdarzenia, jak bombardowania czy ataki terrorystyczne i inne skutki masowych psychoz w rodzaju wojny, które zwiększały wydatnie liczbę ofiar wypadków i klęsk żywiołowych. W tamtych czasach lekarzy było znacznie mniej, mniejsze były też możliwości medycyny i nikogo nie było stać na poświęcanie nadmiernej uwagi przypadkom beznadziejnym. Stąd zaczęto starannie oddzielać je już na samym początku akcji ratunkowej.

Ofiary zaliczano do jednej z trzech grup. Pierwsza obejmowała lekko rannych, cierpiących na skutek wstrząsu psychicznego oraz tych, których stan na pewno się nie pogorszy, jeśli nie otrzymają od razu pomocy, i których można spokojnie odesłać na macierzyste planety, aby tam ich leczono. Do drugiej zaliczali się najciężej ranni, dla których nie można było zrobić nic poza zmniejszeniem ich cierpienia w ostatnich chwilach życia. Trzecią i najważniejszą grupę tworzyli ciężko ranni, którzy mieli jednak szansę i których bez zwłoki należało zacząć leczyć.

Patrząc na kolejne nosze, Conway pomyślał, że do Szpitala trafili tylko ci z trzeciej grupy. Chociaż… Do noszy było doczepionych tyle różnych urządzeń, które miały za zadanie podtrzymywać życie pacjenta, że nie dawało się dojrzeć, kto właściwie leży w środku. Ten przypadek mógł być już jedną nogą w drugiej grupie.

— To już ostatni, doktorze — powiedziała Naydrad. — Musimy zaraz wracać po kolejnych.

Kelgianka odwróciła się i ruszyła w kierunku rękawa prowadzącego na pokład Rhabwara. Danalta przybrał znowu postać zielonej kuli z ustami i jednym okiem, które spojrzało na Conwaya.

— Jak już pan na pewno zauważył, doktorze, starszy lekarz Prilicla ma wiele zaufania do umiejętności swoich kolegów. I chyba bardzo nie lubi zaliczać kogokolwiek do grupy przypadków beznadziejnych.

Usta zniknęły, oko schowało się w korpusie i kulisty TOBS potoczył się szybko w ślad za Naydrad.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

O powrocie Rhabwara z ostatnią grupą ofiar dowiedział się tuż przed pierwszym spotkaniem Diagnostyków, na które został zaproszony. Ponieważ miano go na nim przedstawić, nagła nieobecność zostałaby odebrana jako nieuprzejmość, a pewnie nawet niesubordynacja, znowu więc nie miał okazji zobaczyć się z Murchison. W sumie ulżyło mu, ale też wstydził się z powodu tej ulgi. Ostatecznie zajął miejsce, chociaż nie oczekiwał, aby jego udział w spotkaniu równie szacownego grona mógł mieć istotne znaczenie.

Nerwowo spojrzał na O’Marę, który jako jedyny z obecnych nie był Diagnostykiem. Wydawał się dziwnie mały, mając z jednej strony masywnego Thornnastora, a z drugiej wionącą chłodem kapsułę ciśnieniową Semlica, metanodysznego SNLU. Naczelny psycholog zerknął na niego obojętnie. Pozostali Diagnostycy, którzy siedzieli, leżeli, kucali czy zawisali na przeznaczonych dla nich najprzeróżniejszych meblach, byli równie trudni do rozszyfrowania, chociaż paru przyglądało się Conwayowi.

Pierwszy zabrał głos Ergandhir, jeden z Melfian.

— Zanim zajmiemy się oddanymi pod naszą opiekę ofiarami z Meneldenu, co bez wątpienia będzie dziś najważniejszym tematem, chcę spytać, czy ktoś pragnie przedstawić jakiś inny, pilny problem, który wymagałby dyskusji i porady? Conway, pan jest najmłodszy stażem w naszym domu wariatów i z tej racji na pewno spotyka się pan obecnie z nowymi dla pana kłopotami.

— Z paroma, owszem — przyznał Ziemianin. — Na razie jednak są to głównie kłopoty natury technicznej albo takie, których rozwiązanie wykracza chwilowo poza moje kompetencje. Albo zgoła nierozwiązywalne.

— Proszę dokładniej — powiedziała jakaś trudna do identyfikacji istota z drugiego końca sali. — Nierozwiązywalność zawsze jest stanem tymczasowym.

Conway poczuł się przez chwilę, jakby znowu był młodym internistą krytykowanym słusznie przez wykładowcę za nazbyt swobodne i emocjonalne podejście do pracy. Musiał wziąć się w garść i zmusić wszystkie swoje osobowości do koncentracji.

— Problemy techniczne wiążą się z przystosowaniem pomieszczenia dla Obrońcy Nie Narodzonych. Musimy zdążyć z tym przed porodem…

— Przepraszam, że przerywam — odezwał się Semlic. — Obawiam się jednak, że w tym nie zdołamy panu pomóc. To pan odegrał kluczową rolę w ratowaniu tej istoty z wraku, zaznał krótkiego kontaktu telepatycznego z płodem i jako jedyny dysponuje wiedzą konieczną do wykonania wspomnianych prac. Powiedziałbym wręcz, że to problem właśnie dla pana.

Ja też nie zdołam panu pomóc, przynajmniej bezpośrednio. Mogę dostarczyć dane na temat podobnej melfiańskiej formy życia — odezwał się Ergandhir. — Mam na myśli stworzenie, które tak samo jak młodzi Obrońcy pojawia się na świecie gotowe do przetrwania i obrony swojego życia. Każdy osobnik rodzi tylko raz w życiu. Zawsze czworaczki. Natychmiast atakują one swojego rodziciela, temu jednak zwykle udaje się obronić, chociaż nie zawsze przetrwać. Zabija przy tym część potomstwa, które nierzadko zaczyna też walczyć między sobą. Gdyby nie to, dawno opanowałyby całą planetę. Stworzenia te nie należą do rozumnych…

— I dzięki niebiosom — mruknął Conway.

— …i najpewniej nigdy nie staną się takie — ciągnął Melfianin. — Z wielkim zainteresowaniem przeczytałem raporty o Obrońcach i chętnie podyskutuję z panem na ich temat, jeśli może to w czymś pomóc. Ale wspomniał pan jeszcze o innych problemach.

Conway pokiwał głową. Tymczasem melfiańska część jego pamięci podsunęła mu wizerunek drobnego, przypominającego jaszczurkę stworzenia, które mimo wielu prób eksterminacji nadal wyrządzało wielkie szkody na polach uprawnych. Dojrzał jego podobieństwa z Obrońcami i gorąco zapragnął porozmawiać o tym z krabowatym.

— Problem, który wydaje mi się nierozwiązywalny, dotyczy Goglesk. Jest dla mnie bardzo istotny ze względu na osobiste zaangażowanie, ale sam w sobie nie jest pilny, toteż nie chciałbym marnować waszego czasu…

— Nie wiedziałem, że mamy już gogleskańską hipnotaśmę — powiedział jeden z Illensańczyków, poprawiając kombinezon.

Conway przypomniał sobie, że „osobiste zaangażowanie” jest stosowanym przez Diagnostyków i starszych lekarzy określeniem na obecność w ich głowach zapisów innego gatunku. Jednak O’Mara uprzedził jego odpowiedź.

— Nie ma jeszcze taśmy. Doszło jedynie do przypadkowego przekazu danych pamięci. Conway na pewno chętnie opowie wam i o tym, i o swoim pobycie na Goglesk, ale zgadzam się z nim, że szersza dyskusja nic by obecnie nie dała.

— Wszyscy spojrzeli na niego zdumieni. Pierwszy odezwał się Semlic, który aż zmieniał nastawienie zewnętrznych obiektywów, aby lepiej widzieć Conwaya Czy dobrze rozumiem, że nosi pan obecnie zapis, którego nie da się tak po prostu usunąć? Bardzo to przykre. Sam miewam wiele kłopotów z moim nad miarę zatłoczonym umysłem i rozważam nawet, czy nie ograniczyć liczby zapisów i nie zostać na powrót starszym lekarzem. Nie byłby to problem, gdyż wszystkie moje alter ego to tylko goście, których można wyprosić. Jedna stała osobowość wystarczy mi całkowicie. Nikt z nas nie pomyślałby o panu źle, gdyby zdecydował się pan zrobić to samo, nad czym ja się zastanawiam…

— Semlic powtarza to samo od szesnastu lat — powiedział cicho O’Mara, wyłączywszy na chwilę swój autotranslator, tak aby tylko Conway go słyszał. — Ale ma rację. Gdyby obecność gogleskańskiego elementu zaczęła sprawiać poważniejsze kłopoty czy skonfliktowała się z pozostałymi osobowościami, wówczas je wymażemy. Nie będzie w tym pańskiej winy ani niczego, co stawiałoby pana w złym świetle. Byłoby to logiczne i sensowne posunięcie, chociaż potem nikt już nie uzna pana za w pełni zrównoważonego.

— Wśród moich gości jest kilku takich, którzy mieli bardzo bogatą przeszłość — podjął Semlic, gdy Conway znowu na niego spojrzał. — Korzystając z ich niemedycznego doświadczenia, radziłbym, aby skonsultował pan swoje osobiste problemy z patolog Murchison…

— Patolog Murchison! — wykrzyknął Conway z niedowierzaniem.

Jak najbardziej — stwierdził Illensańczyk, nie dostrzegając albo ignorując zaskoczenie w głosie Conwaya. — Wszyscy żywimy wielki szacunek dla jej zawodowych umiejętności i nie chciałbym jej dotknąć, co stałoby się zapewne, gdybym takiej właśnie możliwości panu nie zasugerował. Ma pan zaiste wielkie szczęście, że właśnie ona jest pańską partnerką. Oczywiście nie jestem w żaden sposób zainteresowany nią fizycznie…

— Miło mi to słyszeć — mruknął Conway, zerkając na O’Marę w poszukiwaniu pomocy. Nie wiedział, jak przerwać SNLU coraz bardziej złożoną przemowę. Jednak naczelny psycholog go zignorował.

— …niemniej potrafię ją docenić dzięki ziemskiej taśmie, którą mam w głowie. To zapis umysłu pewnego biegłego chirurga, który ponadto wykazywał szczególne zainteresowanie działaniami prokreacyjnymi. Stąd pańska DBDG robi na mnie wrażenie. Potrafi przekazać wiele niewerbalnie, chociaż prawdopodobnie nieświadomie, co widoczne jest nawet podczas badania, kiedy to pewne właściwe samicom ssaków elementy…

— A ja podobnie odbieram hudlariańską praktykantkę pracującą na dziecięcym oddziale FROBów — przerwał mu Conway.

Okazało się, że jego wrażenia podziela kilku przynajmniej Diagnostyków z hudlariańskimi zapisami. SNLU uciął jednak kolejne wypowiedzi.

— Obawiam się, że dalsza dyskusja o tym może wywołać u nowego kolegi mylne wrażenie na nasz temat — powiedział, ogarniając zebranych obiektywem. — Chyba oczekiwał od nas większego profesjonalizmu. Niemniej uspokoję go, mówiąc, że staramy się pokazać wyraźnie, iż większość jego obecnych problemów to dla nas nie nowość i sporo z nich udało się rozwiązać, zwykle z pomocą kolegów, którzy o każdej porze gotowi są służyć radą.

— Dziękuję — powiedział Conway.

— Sądząc po przedłużającym się milczeniu naczelnego psychologa, na razie musi pan sobie radzić nie najgorzej — stwierdził Semlic. — Jednak jeśli można, chciałbym zasugerować coś w kwestii nie tyle osobistej, ile środowiskowej. Może pan odwiedzać moje poziomy, kiedy tylko przyjdzie panu na to ochota, z tym tylko zastrzeżeniem, że zostanie pan na galerii obserwacyjnej. Niewielu ciepłokrwistych tlenodysznych wykazuje zawodowe zainteresowanie moimi pacjentami, gdyby jednak okazał się pan wyjątkiem, konieczne będą pewne przygotowania.

— Nie, dziękuję — odparł Conway. — Na razie nie planuję włączać się w rozwój medycyny krystalicznych.

— Niemniej, gdyby jednak, proponowałbym zwiększenie poziomu dźwięku w głośnikach skafandra i wyłączenie autotranslatora — dodał metanodyszny. — Wielu pańskich kolegów znalazło dzięki temu nieco ukojenia.

— Raczej wychłodzenia — mruknął O’Mara. — Myślę, że zbyt wiele czasu poświęciliśmy już osobistym sprawom Conwaya. Pora zająć się pacjentami.

Conway rozejrzał się ciekaw, jak wielu Diagnostyków nosi zapisy FROBów.

— Jest też problem związany z hudlariańskim oddziałem geriatrycznym. Konkretnie chodzi o decyzję, jak postępować z pacjentami, którym udane amputacje kończyn przedłużyłyby życie. Czy decydować się na to, dając im jeszcze kilka dni albo tygodni cierpienia, czy pozwolić działać naturze?

Ergandhir pochylił okryte urodziwymi cętkami zewnątrzszkieletowe ciało.

— Podobnie jak koledzy, też wiele razy spotykałem się z taką sytuacją — powiedział, poruszając rytmicznie niższą kończyną. — Nie tylko u Hudlarian. Używając melfiańskiej metafory, efekt zawsze przypominał nie do końca zrośnięty pancerz. To jest już pole wyborów etycznych.

— Oczywiście! — odezwał się jeden z Kelgian. — Wyborów trudnych i zawsze osobistych. Niemniej, jak skłonny jestem przypuszczać, Conway będzie optował za wykonaniem operacji, a nie bierną obserwacją i czekaniem, aż pacjent zejdzie.

— Skłonny jestem się zgodzić — przemówił po raz pierwszy Thornnastor. — W beznadziejnej sytuacji lepiej zrobić cokolwiek niż zupełnie nic. Na dodatek w środowisku, które utrudnia większości gatunków efektywne operowanie, doświadczeni ziemscy chirurdzy osiągają zwykle dobre rezultaty.

— Ziemianie nie są najlepszymi chirurgami w galaktyce — powiedział Kelgianin, falując futrem w sposób sugerujący, że zdaje sobie sprawę z radykalności wygłaszanego sądu. — Tralthańczycy, Melfianie, Cinrussańczycy i my, Kelgianie, jesteśmy lepiej przystosowani do tego fachu, jednak w pewnych warunkach środowiskowych nie możemy rozwinąć swoich możliwości…

— Sala operacyjna musi być zaprojektowana pod kątem potrzeb pacjenta, a nie lekarza — wtrącił ktoś.

Ale powinno się brać pod uwagę fizjologiczne cechy chirurga — zaprotestował Kelgianin. — Praca w skafandrach ochronnych czy za pomocą zestawów zdalnych manipulatorów stwarza dodatkowe trudności, które ograniczają naszą sprawność i precyzję, co w sytuacjach krytycznych może mieć naprawdę wielkie znaczenie. Ale wracając do tematu, chcę powiedzieć, że dłoń DBDG łatwo jest ochronić przed większością czynników środowiskowych samą prostą i cienką rękawicą, która nie upośledza funkcji ruchowych, ich muskulatura zaś pozwala na operowanie nawet przy lekkim wyjściu poza pola neutralizatorów grawitacyjnych. Chociaż bynajmniej nie doskonała, dłoń DBDG może w chirurgicznym sensie dotrzeć właściwie wszędzie i…

— Wcale nie wszędzie — wtrącił się Semlic. — Wolałbym, aby Conway trzymał ręce z daleka od moich pacjentów. Jest zbyt ciepłokrwisty…

— Diagnostyk Kursedth zachował się bardzo dyplomatycznie, jak na Kelgianina, oczywiście — zauważył Ergandhir. — Posługując się komplementami, wyjaśnił, dlaczego właśnie Ziemianie powinni wykonywać większość najgorszej roboty.

— Tak też mi się wydawało — przyznał ze śmiechem Conway.

— I dobrze — stwierdził Thornnastor. — A teraz zastanówmy się nad najcięższymi przypadkami z Menelden. Prosiłbym, aby każdy przedstawił swoich pacjentów, potem zaś omówimy ich stan kliniczny, zamierzone leczenie i przydziały operacyjne.

Conway zorientował się już, że uprzejme i pełne życzliwości pytania oraz porady miały naprawdę wysondować jego odczucia i podejście do spraw zawodowych. Teraz jednak mniej oficjalna część spotkania dobiegła końca i Thornnastor, najstarszy i najbardziej doświadczony Diagnostyk Szpitala, przejął inicjatywę.

— Jak wiecie, większość przypadków przydzielono starszym lekarzom, których umiejętności są co najmniej wystarczające, aby podołali zadaniu. Gdyby pojawiły się jakieś nieprzewidziane trudności, ktoś z nas zostanie wezwany na pomoc. Najcięższe przypadki trafiły do nas. Część z was ma tylko po jednym podopiecznym, przy czym gdy przeczytacie wstępne rozpoznania, łatwo zorientujecie się dlaczego. Pozostali mają po kilku. Nim jednak zaczniemy kompletować zespoły operacyjne i układać szczegółowy harmonogram, chcę spytać, czy macie jakieś uwagi.

Przez pierwsze kilka minut wszyscy byli zbyt zajęci studiowaniem rozpoznań, żeby cokolwiek powiedzieć. Potem zaczęli narzekać.

— Nie ma co, ładne przypadki mi dałeś — powiedział Ergandhir, stukając pazurami w swój ekran. — Są tak połamani, że jeśli nawet uda mi się ich złożyć, będą chodzącą składnicą złomu medycznego. Ilekroć któryś z nich podejdzie do generatora, zaraz podniesie mu się ciepłota ciała. A swoją drogą, skąd tam się wzięli Orligianie?

— To ofiary wypadku podczas akcji ratunkowej. Należeli do ekipy z pobliskich orligianskich zakładów przetwórczych. Ale przecież zawsze narzekałeś, że brakuje ci doświadczenia z Orligianami.

— A ja dostałem tylko jednego — odezwał się Diagnostyk Vosan i mruknąwszy coś, czego autotranslator nie przetłumaczył, obrócił się całym ośmiornicowatym ciałem ku Thornnastorowi. — Niewiele widziałem dotąd równie tragicznych obrazów klinicznych i nie wiem, czy nawet z ośmioma kończynami zdołam coś zdziałać.

— Niemniej właśnie dlatego, że masz ich tak wiele, dostałeś ten przypadek — odparł Tralthańczyk. — Ale nie mamy już dużo czasu na dyskusje. Czy ktoś jeszcze chce coś powiedzieć, czy możemy przejść do szczegółów?

— Przy trepanacji czaszki jednego z moich pacjentów chciałbym mieć kogoś monitorującego jego funkcje emocjonalne — rzekł pospiesznie Ergandhir.

— Ja też bym o to prosił — dodał Vosan. — Tyle że raczej podczas premedykacji, do sprawdzenia skuteczności narkozy.

I ja! I ja! — odzywali się kolejni i przez chwilę autotranslator miał poważne problemy z przetłumaczeniem tylu głosów.

Thornnastor poprosił gestem o ciszę.

— Mam wrażenie, że naczelny psycholog winien przypomnieć wam, jakie są fizyczne i psychiczne możliwości naszego jedynego medycznie kompetentnego empaty.

O’Mara chrząknął znacząco.

— Nie wątpię, że doktor Prilicla chętnie wam pomoże, ale jako starszy lekarz z widokami na stanowisko Diagnostyka sam potrafi ocenić, na ile pożądana będzie jego obecność podczas operacji. Prawdę mówiąc, w większości przypadków to nie pacjenci potrzebują ich najbardziej, ale lekarze, którzy czują się wtedy pewniej. Jest też faktem — dodał, ignorując rozlegające się wkoło protesty — że naszemu empacie pracuje się najlepiej z tymi, których lubi i którzy go w pełni rozumieją. Powinniście wiedzieć zatem, że Prilicla sam może dokonywać wielu wyborów, nie tylko jeśli chodzi o przypadki mające trafić pod jego opiekę, ale także o to, komu chce asystować. Jeśli więc ten, kto pracował z Prilicla od samego początku, gdy nasz kolega był jeszcze młodym internistą, i kto pomógł mu zdobyć kwalifikacje starszego lekarza, uzna, że potrzebuje jego pomocy przy operacji, nie spotka się z odmową. Doktorze Conway?

— Tak, sądzę, że tak by było — mruknął Ziemianin. Przez ostatnie kilka minut nie słuchał zbyt uważnie, gdyż myślami był już przy przydzielonych mu pacjentach. Niestety, ich stan był niemal beznadziejny i Conway coraz bardziej dojrzewał przez to do otwartego buntu.

Potrzebuje pan Prilicli? — spytał cicho O’Mara. — Ma pan pierwszeństwo. Jeśli nie jest to konieczne, a jedynie chciałby pan mieć go przy sobie, proszę to powiedzieć. Zaraz ustawi się cała kolejka pańskich kolegów chętnych do wypożyczenia empaty.

Conway zastanowił się, aby uporządkować trochę sugestie napływające od składowych jego osobowości. Nawet przyjazny i wiecznie wystraszony Khone skłonny był tym razem do współczucia, chociaż wcześniej sam widok bynajmniej nie rannego Hudlarianina wywoływał w nim panikę.

— Obawiam się, że w tych przypadkach empata wiele mi nie pomoże. Nawet Prilicla nie potrafi czynić cudów, a tutaj przydałyby się aż trzy niezależne interwencje sił nadprzyrodzonych. A nawet gdyby… i tak wątpię, by pacjenci albo ich krewni byli nam potem wdzięczni.

— Może pan odmówić przydziału — rzekł spokojnie O’Mara. — Proszę jednak wtedy o lepsze uzasadnienie niż tylko opinia, że są to przypadki beznadziejne. Jak wspomniano wcześniej, Diagnostyk w okresie próbnym zawsze otrzymuje więcej takich właśnie pacjentów. Chodzi o to, aby przywykł do tego, że nie zawsze walka o pacjenta kończy się wyleczeniem. Zdarzają się też połowiczne sukcesy oraz porażki. Aż do tej chwili nie miał pan chyba do czynienia z problemami rekonwalescencji?

— Nie miałem — rzucił Conway ze złością, bo wydało mu się, że jest właśnie krytykowany za swe sukcesy lub zgoła oskarżany o efekciarstwo. Potem jednak przyszło mu do głowy, że być może jest w tym nieco prawdy. — Chyba po prostu miałem szczęście — dodał spokojniejszym już głosem.

— I dość kwalifikacji, aby odnosić sukcesy — wtrącił się Thornnastor.

Zwykle trafiali do mnie pacjenci, których udawało się całkiem wyleczyć albo dla których nic nie mogłem zrobić — ciągnął Conway. — Ale tutaj… Cały czas są podłączeni do aparatury, lecz nie wiem, ile naprawdę jest w nich życia. Może Prilicla byłby w stanie to ocenić.

— Prilicla przysłał ich do nas — powiedział drugi Kelgianin, który wcześniej się nie odzywał. — Zatem nie uznał ich za przypadki beznadziejne. Ma pan jakieś trudności z ustaleniem trybu leczenia?

— Oczywiście, że nie! — obruszył się Conway. — Wiem jednak, że Cinrussańczycy są nieuleczalnymi optymistami. Obce są im myśli, że jakikolwiek przypadek już na wstępie miałby się okazać beznadziejny. Pracując z nim, wstydziłem się wręcz kiedyś własnego, o wiele mniej optymistycznego podejścia, teraz wszakże skłonny jestem podchodzić do sprawy realistycznie. Sądzę, że dwóch, a może i trzech spośród czwórki moich pacjentów tylko krok dzieli od trafienia na patologię.

Przynajmniej zdaje się pan akceptować tę sytuację — powiedział wolno Thornnastor. — Możliwe, że już nigdy nie będzie pan mógł skoncentrować uwagi na jednym tylko pacjencie. Przyjdzie panu też godzić się z klęskami i wyciągać z nich wnioski w imię przyszłych sukcesów. Niewykluczone, że straci pan tych czterech, chociaż może być i tak, że wszystkich uda się panu uratować. Ale jakiekolwiek leczenie pan zastosuje i jakiekolwiek będą wyniki, przede wszystkim będzie pan miał okazję przekonać się, czy zdoła przy obecnym, złożonym umyśle zachować kontrolę nad wszystkimi swoimi poczynaniami. Będzie też pan nieustannie pamiętał, że oprócz zajmowania się tą czwórką, czekają go jeszcze inne obowiązki. Jest przecież oddział geriatryczny Hudlarian, sprawa Obrońcy, są pooperacyjne problemy z przeszczepami, no i Gogleskanin w pańskiej głowie, chociaż to ostatnie ważne będzie tylko o tyle, o ile pomoże panu wnieść coś nowego do pozostałych zagadnień. Jeśli przyjrzy się pan temu uważnie, zauważy pan, że sprawa przeszczepów u FROBów ma związek z pańskimi pacjentami i ewentualne niepowodzenie w jednym przypadku może doprowadzić do sukcesu w drugim, który może nie okaże się dzięki temu beznadziejny. Wszystkim nam trudno jest godzić się z porażkami, a panu, przy dotychczasowym przebiegu pracy, będzie tym trudniej. Jednak proszę nie zwracać szczególnej uwagi na psychologiczne aspekty otrzymanych przydziałów. Poziom pańskich umiejętności zawodowych…

— Nasz gadatliwy kolega chce powiedzieć, że im lepszy chirurg, tym gorszych pacjentów dostaje — wtrącił się niecierpliwie Kelgianin. — A teraz, czy moglibyśmy się zająć dwoma moimi pacjentami, zanim obaj umrą ze starości?

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

Pierwsze trzy godziny pochłonęły przygotowania, usuwanie szczątków kończyn oderwanych przez odłamki metalu na miejscu katastrofy, badanie skali obrażeń wewnętrznych i sprawdzanie gotowości zespołu operacyjnego. Mimo włączonego chłodzenia Conway wciąż pocił się w kombinezonie.

Na tym etapie przede wszystkim nadzorował pracę innych, nie chodziło zatem o wysiłek fizyczny, ale o to, co O’Mara nazwał psychosomatycznymi potami. Naczelny psycholog tolerował podobne przejawy stresu tylko w szczególnych sytuacjach.

Gdy jeden z pacjentów zmarł jeszcze przed operacją, Conway nie przeżył tego tak mocno, jak się wcześniej spodziewał. Ten akurat Hudlarianin i tak miał rokowania niepomyślne, nikt więc nie zdziwił się specjalnie, gdy aparatura wykazała ustanie funkcji życiowych. Wszystkie pozostałe składowe osobowości Conwaya zareagowały jeszcze łagodniej, tylko hudlariańska zdecydowanie posmutniała, chociaż żal łagodziła świadomość, że pacjent i tak byłby okrutnie okaleczony i niewiele mógłby czerpać z życia. Conway, który zaraz zajął się pozostałymi, nie miał czasu na rozważania.

Nie wyłączył sztucznych płuc ani sztucznego serca, aby nieliczne nie uszkodzone organy i kończyny pozostały w jak najlepszym stanie na wypadek transplantacji. Przelotnie pomyślał przy tym, że w ten sposób pacjent chyba nie umrze tak do końca, skoro części jego ciała będą żyły z innymi… Przy tej okazji doszło do nieuniknionego konfliktu między hudlariańską częścią jego umysłu a pozostałymi. Konflikt dotyczył tego, jak należy traktować szczątki zmarłych.

Z powodów trudnych do zrozumienia nawet dla najbardziej zainteresowanych Hudlarianie nie zwykli okazywać im najmniejszego szacunku. Działo się tak, chociaż byli rasą istot o wysokiej inteligencji, wrażliwych, znających niuanse filozofii i etyki. Przyjaciele zmarłego czcili jego pamięć, ale całkiem tak, jakby chodziło o kogoś wciąż żyjącego. Nie wspominało się nigdy, że danej osoby już nie ma. Gdy wspominano jej dokonania, brakowało wzmianki o tym, że już odeszła. Hudlariańską kultura po prostu ignorowała śmierć, tak więc wszystkie szczątki bezceremonialnie usuwano jak zwykłe śmieci.

W tym przypadku to dziwne podejście wiele ułatwiało. Można było bez czasochłonnego pytania krewnych o zgodę wykorzystywać organy zmarłego do przeszczepów.

Conway uświadomił sobie nagle własne zamyślenie. I to nie na temat. Szybko dał znak, aby rozpoczynać.

Zbliżył się do rusztowania operacyjnego, na którym spoczywał nieco lepiej rokujący pacjent numer trzy, i stanął obok kierującego zespołem kelgiańskiego chirurga, starszego lekarza Yarrence’a. Pierwotnie zamierzał poprowadzić operację pacjenta numer osiemnaście, ale skoro ten zmarł, mógł obserwować trzy pozostałe zabiegi, które były na tyle pilne, że miast po kolei, przeprowadzano je równocześnie. Członkowie jego zespołu zostali rozdzieleni między Yarrence’a, odpowiedzialnego za dziesiątkę starszego lekarza Edanelta i tralthańskiego starszego lekarza Hossantira, operującego FROBa o numerze czterdzieści trzy.

Wprawdzie Hudlarianie mogli bez trudu przeżyć nawet w próżni, ale tylko wtedy, gdy ich gruba i elastyczna skóra pozostawała nie uszkodzona. Gdy dochodziło do zranień i odsłonięcia naczyń krwionośnych i organów — szczególnie licznych, jak u tego pacjenta — operować można było tylko po odtworzeniu naturalnych warunków, w których żyli Hudlarianie, czyli wysokiego ciążenia i olbrzymiego ciśnienia. W przeciwnym razie pojawiało się ryzyko silnych krwotoków i przemieszczenia organów spowodowanego wielkim ciśnieniem wewnętrznym. Cały zespół był zatem wyposażony w degrawitatory i ciężkie skafandry ochronne z rękawicami o przylegających, ale wytrzymałych błonach, które miały zneutralizować napór atmosfery.

Skupili się wkoło pacjenta niczym pszczoły wokół miodu i operacja wreszcie się zaczęła.

— Tylne kończyny uniknęły większych obrażeń i wygoją się bez interwencji — powiedział Yarrence bardziej na potrzeby rejestratorów niż Conwaya. — Dwie środkowe kończyny i lewa przednia zostały utracone, a kikuty będą wymagały chirurgicznego wyrównania i przygotowania z myślą o dopasowaniu protez. Prawa przednia kończyna wciąż trzyma się ciała, ale jest tak zmiażdżona, że mimo prób utrzymania krążenia doszło już w niej do martwicy. Tę kończynę także będzie trzeba usunąć i wyrównać kikut…

FROB w umyśle Conwaya poruszył się niespokojnie i chciał chyba zgłosić jakieś zastrzeżenia, ale trudno było ustalić, co do czego właściwie. I tak Conway nic nie powiedział.

— W prawej części klatki piersiowej tkwi podłużny kawałek metalu. Uszkodził jedno z większych naczyń krwionośnych, ale krwawienie w znacznej części opanowano dzięki podniesieniu ciśnienia zewnętrznego. W tym miejscu trzeba będzie interweniować w pierwszej kolejności. Jest też uszkodzenie czaszki, rozległe wgniecenie, które wywołuje ucisk na główny pień nerwowy i paraliż tylnych kończyn. Zgodnie z zaaprobowanym planem — tu zerknął na Conwaya — najpierw usuniemy zmiażdżoną kończynę, co ułatwi nam dostęp do czaszki, a potem opracujemy kikuty…

— Nie — przerwał mu zdecydowanie Conway. Nie widział nic poza spiczastą, odzianą w hełm głową Kelgianina, ale był pewien, że futro chirurga zafalowało gwałtownie ze złości. — Proszę nie opracowywać kikutów, lecz przygotować je do transplantacji tylnych kończyn. Poza tym wszystko się zgadza.

— To zwiększy ryzyko i wydłuży operację o dwadzieścia procent — powiedział Kelgianin. — Czy to konieczna zmiana?

Conway milczał jakiś czas, zastanawiając się, na ile ten prosty stosunkowo dodatek do operacji może poprawić jakość życia pacjenta. W porównaniu z bardzo silnymi kończynami Hudlarian protezy były rozpaczliwie słabe i znacznie mniej sprawne. Ponadto efekt estetyczny pozostawiał wiele do życzenia, co było szczególnie ważne podczas złożonych i długich, a przy tym bardzo delikatnych zabiegów poprzedzających akt miłosny FROBów. Przeszczepienie tylnych kończyn na miejsce przednich, najważniejszych również przez to, że położonych najbliżej oczu, było ryzykowne przy obecnym osłabieniu pacjenta, ale pożądane. Jeśli operacja się uda i pacjent przeżyje, będzie miał dwa manipulatory tylko trochę mniej wrażliwe i sprawne niż oryginalne. Na dodatek, ponieważ będą to fragmenty jego ciała, odpadnie cały problem związany z działaniem systemu odpornościowego i możliwym odrzuceniem przeszczepu.

Hudlariański składnik osobowości podpowiadał, że to zbytnie kuszenie losu, sam Conway zaś szukał rozpaczliwie sposobu, aby ograniczyć ryzyko do minimum.

— Proszę zostawić transplantację na sam koniec, kiedy zrobione już będzie wszystko inne. W przeciwnym razie mogłoby się okazać, że cały wysiłek pójdzie na marne. Proszę nie zapominać o częstym oczyszczaniu skóry i zraszaniu jej środkiem znieczulającym. Przy tym stanie pacjenta mechanizm wchłaniania nie działa dobrze i…

— Wiem — powiedział Yarrence.

— Oczywiście, że pan wie. Pan również ma hudlariański zapis, pewnie nawet ten sam co ja. Operacja niesie ze sobą element ryzyka, ale powinno nam się udać. Gdyby pacjent był przytomny, niewątpliwie…

— Też byłby gotów ponieść to ryzyko — dokończył Kelgianin. — Niemniej jako chirurg muszę wyrazić swoje wątpliwości. Podobnie chyba uważa ten Hudlarianin w mojej głowie. Ale zgadzam się, że to pożądana operacja.

Conway odczepił się od ramy, pośrednio komplementując Kelgianina tym, że nie miał zamiaru patrzeć mu na ręce. Zresztą przecięcie grubej skóry FROBa wymagało narzędzi o wiele solidniejszych niż przy zwykłej operacji. Kauteryzacja tkanek następująca przy użyciu lasera opóźniała gojenie się ran. Korzystano zatem z dwuręcznego skalpela numer sześć. Wymagało to znacznej siły fizycznej oraz sporej koncentracji, aby lekarz sam nie stał się pacjentem. Należało stworzyć Yarrence’owi jak najlepsze warunki pracy, co obejmowało również brak nieustannego nadzoru ze strony przyszłego Diagnostyka, i przejść do pacjenta numer dziesięć.

Już na pierwszy rzut oka widać było, że dziesiątka nie ujrzy więcej rodzimej planety. Podczas wypadku stracił pięć z sześciu kończyn. Wszystkie zostały albo oderwane, albo zmasakrowane w sposób, który uniemożliwiał ich rekonstrukcję. Na dodatek miał w lewym boku ranę tak głęboką, że rozcięcie sięgało do zniszczonego organu absorpcyjnego. Dekompresja, jakkolwiek krótka, bo przerwana nadęciem się balonu ochronnego kabiny, spowodowała nagłe przemieszczenie krwi w kierunku rany i martwicę bliźniaczego organu absorpcyjnego z prawego boku. Obecnie pacjent mógł przyjmować tylko tyle pokarmu, aby nie umrzeć z głodu. Jeśli w ogóle dane mu było przeżyć, oczywiście.

Trudno było sobie wyobrazić całkiem nieruchomego Hudlarianina. Gdyby do tego doszło, byłaby to na pewno bardzo nieszczęśliwa istota.

— Czeka nas cała seria przeszczepów — powiedział Edanelt, zerkając na zbliżającego się Conwaya. — Jeśli i tak musimy zrobić to z ważnym organem wewnętrznym, nie ma sensu zostawiać kikutów pod protezy. Ale jedno mnie niepokoi, Conway. Moje hudlariańskie alter ego sugeruje, że nie dość się tu staramy, podczas gdy ja mam cały czas wrażenie, że za bardzo myślę o zdobyciu doświadczenia z Hudlarianami, a za mało o pacjencie…

— Zbyt surowo się oceniasz — mruknął Conway. — Swoją drogą, dobrze, że Szpital nie ma zwyczaju zachęcać krewnych pacjentów do odwiedzin. Czasem trudno jest wytłumaczyć niektóre rzeczy. Tutaj będzie szczególnie ciężko…

— Jeśli perspektywa rozmowy po operacji budzi w tobie obawy, mogę się jej podjąć — powiedział Edanelt.

— Dziękuję, ale nie. To chyba moje zadanie. — Koniec końców był teraz w pełni odpowiedzialnym za podwładnych Diagnostykiem.

— Oczywiście — zgodził się Edanelt. — Jak stoimy z materiałem do przeszczepów?

— Pacjent numer osiemnaście zmarł kilka minut temu. Płaty absorpcyjne miał nie uszkodzone, podobnie jak trzy kończyny. Gdybyś potrzebował więcej, Thornnastor wszystko ci dostarczy. Po tym wypadku mamy dużo części zamiennych.

Następnie Conway przypiął się do ramy obok Edanelta i zajęli się konkretnymi problemami pacjenta, przede wszystkim koniecznością równoczesnego przeprowadzenia trzech operacji.

Zdolność przyswajania pokarmów i tlenu została upośledzona w ponad pięćdziesięciu procentach i chociaż z trudnościami udawało się utrzymać na razie ten stan, istniała poważna obawa, że w ciągu następnych kilku godzin się on pogorszy. Absorpcja miała na dodatek charakter wybiórczy, czyli mogła dotyczyć anestetyku albo substancji odżywczych, a nie jednego i drugiego równocześnie, wskazane więc było ograniczenie czasu narkozy do minimum. Podczas gdy przyszycie kończyn było stosunkowo prostą operacją, wyjęcie zdrowego organu absorpcyjnego z ciała dziesiątki i wydobycie zniszczonego z osiemnastki wymagały wielkiej uwagi i miały być tylko nieznacznie łatwiejsze niż ulokowanie wszczepu na miejscu.

Organy absorpcyjne FROBów były czymś całkowicie wyjątkowym i nie występowały u żadnych innych ciepłokrwistych tlenodysznych, do których należeli Hudlarianie, chociaż technicznie rzecz ujmując, nie oddychali oni tak jak przedstawiciele pozostałych gatunków. Organy te były półkolistymi płatami tkanki umieszczonymi zaraz pod skórą z obu boków na ponad jednej szóstej powierzchni ciała. Linia podziału miedzy nimi biegła wzdłuż kręgosłupa. Miały bardzo złożoną budowę i w praktyce stanowiły jedność ze skórą, która była w tych miejscach naznaczona kilkoma tysiącami miniaturowych otworów otoczonych siecią zwieraczy. Grubość wahała się między dziewięcioma a szesnastoma calami.

Organy te pełniły funkcję zarówno żołądka, jak i płuc, gdyż przyswajały z gęstej atmosfery Hudlaru i pożywienie, i tlen. Odpady były przekazywane do mniejszego, nie tak już złożonego organu mieszczącego się w okolicach podbrzusza, skąd FROB usuwał je pod postacią mlecznobiałego płynu.

Dwa bliźniacze serca ulokowane między płatami i chronione z góry przez kręgosłup pompowały krew pod ciśnieniem, które sprawiało kiedyś, że wszelkie próby operacji były niezmiernie ryzykowne dla pacjentów. Obecnie, dzięki medycynie Federacji, wyglądało to zupełnie inaczej, a poza tym — na szczęście dla siebie — Hudlarianie byli niezwykle odporni.

Chyba że coś wcześniej prawie ich zabiło…

Sporym udogodnieniem było jednak to, że chodziło wyłącznie o operacje poniekąd zewnętrzne. Nic nie wymagało głębokiego wcinania się w korpus i manipulowania w ciasnej przestrzeni między organami. W ten sposób na polu operacyjnym mogło w razie potrzeby pracować równocześnie więcej chirurgów, a Conway był pewien, że przestrzeń wokół ramy dziesiątki będzie niebawem jednym z najaktywniejszych miejsc w Szpitalu.

Edanelt wydawał już siostrom ostatnie dyspozycje dotyczące ułożenia pacjenta, gdy Conway odszedł, aby odwiedzić FROBa numer czterdzieści trzy. Ponownie odniósł wrażenie, że jego obecność zaczęła przeszkadzać, do czego zresztą przywykł przez ostatnie lata, kiedy to jego starszeństwo i coraz większy zakres władzy stawiały go z wolna ponad szeregowymi pracownikami Szpitala. Wiedział jednak, że Edanelt, jeden z najlepszych starszych lekarzy, okaże się w razie kłopotów na tyle odpowiedzialny, iż wezwie go bez wahania.

Wstępne badania czterdziestego trzeciego nie wykazały, aby szczególnie ucierpiał w katastrofie. Zachował wszystkie sześć kończyn, nie było też żadnych ran ani złamań, chociaż ten akurat osobnik przebywał w najbardziej zniszczonej sekcji. Dostarczona wraz z pacjentem notatka wspominała, że został prawdopodobnie osłonięty przez ciało innego FROBa, który nie miał właściwie żadnych szans na ratunek.

Niemniej ofiara tamtego Hudlarianina, zapewne partnera życiowego czterdziestego trzeciego, mogła pójść na marne. Tuż obok prawej środkowej kończyny, po jej wewnętrznej stronie, widać było tymczasowy opatrunek z osłoną ciśnieniową. Okrywał on głęboką ranę spowodowaną przez metalowy pręt, który wbił się z wielką mocą, rozdzierając brzeg macicy, osobnik był w chwili wypadku rodzaju żeńskiego — i chociaż minął ważniejsze naczynia krwionośne, ostatecznie sięgnął tylnego serca.

Płód nie został uszkodzony, samo serce również, jednak końcówka pręta ograniczyła w znacznym stopniu cyrkulację krwi z tej strony, co wywołało nieodwracalną degenerację tkanki. Pacjent żył obecnie dzięki sztucznemu sercu, ale i tak jego serce mogło się w każdej chwili zatrzymać, wskazany był więc przeszczep. Conway westchnął, przeczuwając, że i tutaj przyjdzie mu spędzić po wszystkim nieco czasu na niezbyt miłej rozmowie.

— Organ można wziąć od osiemnastki — powiedział Hossantirowi. — Pobieramy już od niego organ absorpcyjny i wszystkie nie uszkodzone kończyny, więc i serce może przekazać.

Hossantir spojrzał na Conwaya jednym z czworga oczu.

— Ponieważ osiemnasty i czterdziesty trzeci byli towarzyszami życia, propozycja jest bardzo na miejscu.

— Nie wiedziałem — mruknął z zakłopotaniem Conway. Tralthańczykowi wyraźnie nie podobało się to swobodne, wręcz hudlariańskie podejście do szczątków zmarłych. W jego kulturze otaczano je wielką czcią. — Jaki jest plan operacji?

Hossantir zamierzał zostawić na razie pręt w ranie. Ratownicy odcięli wystającą część, ale roztropnie nie ruszali go, żeby przypadkiem nie spowodować dalszych uszkodzeń i, co ważniejsze, silnego wewnętrznego krwawienia. Najpierw należało zaszyć ranę macicy, aby potem móc, bez uszkadzania płodu, wprowadzić tym samym kanałem narzędzia niezbędne do operacji serca.

Gdyby Hossantir mógł wybierać, wolałby dojść do jamy serca od innej strony, ale istniejąca rana była i tak wystarczająco blisko, żeby powiększyć ją chirurgicznie do koniecznych rozmiarów. Było to rozwiązanie o tyle właściwe, że nie narażało pacjenta na dodatkowy wstrząs związany z powstaniem drugiej głębokiej rany.

Gdy Tralthańczyk skończył mówić, Conway przyjrzał się dryfującemu wkoło ramy zespołowi. Byli w nim Melfianin, dwóch Orligian i jeszcze jeden Tralthańczyk, wszyscy w randze młodszych chirurgów. Do pomocy mieli pięć Kelgianek i dwie Ianki. Patrzyli na niego w milczeniu. Conway wiedział, że starsi lekarze zwykle bardzo źle przyjmują krytykę, szczególnie gdy dotyczy ona czegoś, co po prostu umknęło ich uwagi. Kelgiańska cząstka Ziemianina sugerowała, aby od razu przejść do rzeczy, tralthańska jednak doradzała bardziej dyplomatyczną drogę.

— Nawet przy powiększeniu istniejącej rany dostęp do poła operacyjnego będzie mocno ograniczony — powiedział w końcu.

— Oczywiście — rzekł Hossantir.

Trzeba było spróbować bardziej bezpośrednio.

— Naraz nie będzie mogło pracować w niej więcej niż dwóch chirurgów, możliwe więc, że nie wszyscy członkowie zespołu będą mieli zajęcie.

— Jak najbardziej.

— Starszy lekarz Edanelt bardzo potrzebuje dodatkowych rąk do operowania.

Dwoje spośród oczu Hossantira spojrzało w bok, na ramę zespołu Edanelta. Zaraz oddelegował obu Orligian i Tralthańczyka, aby pomogli koledze, i polecił im dać znać, gdyby potrzebna była też pomoc pielęgniarska.

— To było niewybaczalnie samolubne zachowanie — powiedział do Conwaya. — Dziękuję za taktowne zwrócenie uwagi, szczególnie że obecni byli także moi podwładni. Jednak na przyszłość proszę o większą bezpośredniość. Noszę obecnie kelgiański zapis i nie poczuję się urażony ani nie odbiorę takiej uwagi jako podważania autorytetu. Prawdę mówiąc, pańska obecność dodaje mi pewności siebie, jako że brak mi doświadczenia w głębokiej chirurgii Hudiarian.

Gdybym ci powiedział o moim doświadczeniu na tym polu, poczułbyś się znacznie gorzej, pomyślał Conway.

Potem uśmiechnął się nagle, wspomniawszy słowa O’Mary, który ironicznie napomknął, że obecność Diagnostyka na sali operacyjnej ma znaczenie przede wszystkim psychologiczne — jest on tym, który ma się za wszystkich martwić i zdejmować z nich odpowiedzialność, której mogliby nie udźwignąć.

Chodząc pomiędzy trzema pacjentami, wspominał swoje pierwsze lata po awansie na starszego lekarza. Jakże był wtedy dumny ze swojej odpowiedzialności… Ilekroć pracował pod nadzorem Diagnostyka, starał się wykazać, że jest on całkiem zbyteczny. W końcu dopiął swego i przełożeni zaczęli zaglądać do niego coraz rzadziej, aż ostatecznie całkiem przestali. Zdarzyło się jednak kilka razy, że dyszący mu irytująco nad karkiem Thornnastor czy inny Diagnostyk wtrącił się do operacji, ratując zarówno życie pacjenta, jak i karierę zawodową świeżo upieczonego, przepełnionego entuzjazmem starszego lekarza.

Conway nie miał pojęcia, jak jego nauczycielom udawało się tylko patrzeć, bez nieustannego wtrącania się, sugerowania innych rozwiązań albo wręcz ścisłego instruowania. Sam ledwie przed czymś takim się powstrzymywał.

Opanowanie wzięło jednak górę, godziny zaś mijały. Conway dzielił uwagę między trzy operujące zespoły, czasem zerkając też na postępujący rozbiór ciała osiemnastki, gdzie trzeba było wyciąć wszystkie organy i kończyny tak samo precyzyjnie jak podczas operowania żywych. Co rusz jakiś komentarz cisnął mu się na usta, ale jak długo nie chodziło o poważne uchybienia, tak długo milczał. Odzywał się tylko wtedy, gdy było to naprawdę konieczne. Wszyscy trzej starsi lekarze radzili sobie równie dobrze i Conway dbał, aby sprawiedliwie obdzielać ich uwagą, najpilniej jednak obserwował Hossantira. Czterdziesty trzeci najprędzej mógł sprawić im poważne kłopoty.

I rzeczywiście, doszło do tego w czwartej godzinie operacji. Udało się pomyślnie zlikwidować ucisk będący następstwem wgniecenia czaszki i uszkodzenia tętnic u trójki, przenoszenie kończyn było w toku. U dziesiątki zakończono transplantację organu absorpcyjnego i naprawę uszkodzeń wywołanych dekompresją, tutaj też została do przeprowadzenia już tylko pracochłonna mikrochirurgia naczyniowa przy przeszczepianiu kończyn. W tej sytuacji Conway skupił uwagę na czterdziestym trzecim. Hossantir zaczynał właśnie wymagający ogromnej precyzji etap operacji, który polegał na podłączeniu przeszczepionego serca do naczyń krwionośnych pacjenta.

Nagle w górę trysnęła bezgłośnie fontanna hudlariańskiej krwi.

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Hossantir krzyknął coś, co umknęło tłumaczeniu, a jego kończyny z instrumentami na długich uchwytach opadły przerażająco wolno ku polu operacyjnemu. Jego asystent też zadziałał dziwnie opieszale, a przynajmniej tak się wydało Conwayowi, którego myśli ruszyły nagle z kopyta. Wyszkolony do szybkiego i adekwatnego reagowania w podobnych sytuacjach patrzył, jak starszy lekarz bierze kleszcze i bezskutecznie szuka krwawiącego naczynia. Sam w żadnym razie nie był równie powolny jak on.

Był całkiem nieruchomy.

Jego obce, pięciopalczaste i do niczego niepodobne dłonie Ziemianina drżały spazmatycznie, po wielekroć złożony umysł zaś próbował ustalić, co właściwie za ich pomocą zrobić.

Conway wiedział, że coś takiego może się zdarzyć lekarzom noszącym w głowie zbyt wiele zapisów, jednak ktoś aspirujący do miana Diagnostyka nie powinien być przesadnie podatny na te stany. Gorączkowo walczył o odzyskanie władzy nad kończynami. Przypomniał sobie przy tym, że O’Mara bardzo zgryźliwie traktował osoby cierpiące na niezborność myśli. Napomknął o tym, tłumacząc, czym są, a szczególnie czym nie są taśmy edukacyjne.

Niezależnie od subiektywnych odczuć jego umysł nie został opanowany przez obce osobowości. Otrzymał tylko znaczącą sumę wiedzy, z której mógł korzystać. Trudno było jednak przekonać siebie, że to tylko tyle, gdy każdy z zapisów zawierał również schemat, według którego istoty owe gotowe były reagować w podobnej kryzysowej sytuacji.

Pomysły mieli dobre, szczególnie Melfianin i Tralthańczyk, jednak Conway musiałby mieć szczypce ELNT albo manipulatory FGLI, a nie ludzkie dłonie. Po prostu otrzymywał instrukcje, których z przyczyn technicznych nie mógł wykonać.

— Nic nie widzę — powiedział melfiański asystent Hossantira z identyfikatorem zachlapanym krwią. Krew była też na szybie jego hełmu i wszędzie wokoło.

Jedna z pielęgniarek szybko przetarła mu szybę tuż przed oczami, nie marnując czasu na resztę przezroczystej bańki. Czerwona fontanna zaraz jednak zniweczyła jej starania. Nie był to jedyny problem, gdyż tkwiące w ranie operacyjnej źródła światła też zostały całkiem zasłonięte.

Tralthańczyk stał najbliżej, więc miał brudny tylko przód hełmu. Spojrzał jednym okiem do tyłu, na Conwaya.

— Potrzebujemy pomocy. Czy może pan…? — Urwał, widząc drżące dłonie Conwaya. — Jest pan niedysponowany?

— To tylko chwilowe — odparł Ziemianin.

Mam nadzieję, dodał w duchu.

Jednak obce osobowości, które naprawdę nimi nie były, ciągle domagały się uwagi. Zgodnie z zasadą „dziel i rządź” próbował skupić się tylko na jednej z nich, ale nic z tego nie wyszło. Wszystkie podsuwały bardzo konkretne i cenne propozycje i wszystkie ponaglały go do natychmiastowego działania. Jedynie gogleskańska część umysłu Conwaya nie próbowała niczego narzucać, ale też miała najmniej do zaoferowania w tej potrzebie. Niemniej z jakiegoś powodu Conway co rusz powracał właśnie do niej, zupełnie jakby cień strachliwego, ale silnego poza tym obcego mógł się stać dlań tratwą ratunkową.

Obecność Khone’a była wyraźnie inna. Brakowało jej ostrości i intensywności zapisów z taśm edukacyjnych. Ostatecznie Conway spróbował się na nim skoncentrować, chociaż dziwne i wielkie istoty miotające się przy ramie napełniały go strachem. Nie panicznym wszakże, gdyż Khone wiedział już wcześniej co nieco o Szpitalu i był poniekąd przygotowany na podobny widok. Przede wszystkim jednak był skrajnym indywidualistą, który odruchowo opierał się cudzym wpływom.

Lepiej niż ktokolwiek Khone wiedział, jak ignorować innych.

Nagle dłonie Conwaya przestały się trząść, a wypełniający mu głowę wielojęzyczny bełkot przycichł do ledwie słyszalnego pomruku, na który można było nie zwracać uwagi. Diagnostyk postukał asystenta Hossantira w pancerz.

— Proszę się odsunąć, zostawiając instrumenty na miejscu — powiedział. Spojrzał na Tralthańczyka. — Krew nie pozwala niczego dojrzeć, musimy więc…

— Ssak nic nie daje — przerwał mu Hossantir. — I nie da, jak długo nie zlokalizujemy źródła. A tego nie widać!

— …skorzystać ze skanerów — dokończył spokojnie Conway, zwierając palce na wgłębionych uchwytach melfiańskich szczypiec zaciskowych. — W połączeniu z moimi dłońmi i pańskimi oczami.

Ponieważ w pobliżu rany rzeczywiście nie sposób było cokolwiek dojrzeć, Conway zaproponował użycie dwóch możliwie oddalonych od siebie skanerów patrzących na pole operacyjne pod różnymi kątami. To powinno dać całkiem użyteczny obraz tego, co się działo w środku, i pozwolić starszemu lekarzowi naprowadzić dłoń Conwaya na krwawiące naczynie, aby mógł je zacisnąć. Miało to być kilka nad wyraz trudnych minut dla Hossantira, który wyciągał dwoje oczu na boki tak daleko, jak tylko pozwalał mu na to spłaszczony, owoidalny hełm. Musiał też oczywiście odsunąć się od ramy — o czym Conway przypomniał mu przepraszającym tonem — aby hełm i skanery nie zostały zaraz zachlapane krwią.

— Zez zostanie mi już chyba na zawsze, ale mniejsza z tym — mruknął Tralthańczyk.

Żadne z obcych alter ego Conwaya nie dostrzegło nic śmiesznego w perspektywie zeza, który trapi jedną z par oczu olbrzyma, a ziemski śmiech był szczęśliwie nieprzetłumaczalny.

Dłonie i instrumenty były bardzo ciężkie, i to nie tylko dlatego, że Melfianie używali masywniej szych narzędzi. Chroniące operatorów pola antygrawitacyjne nie mogły siłą rzeczy rozciągać się na pacjenta, wszystko w jamie operacyjnej ważyło więc cztery razy więcej niż normalnie. Szczęśliwie Hossantir szybko naprowadził ręce Conwaya na naczynie, które powinno odpowiadać za gwałtowne krwawienie. Ziemianin spodziewał się, że przy zaciskaniu natrafi na spory opór, co przy ciśnieniu Hudlarian byłoby naturalne, ale niczego takiego nie wyczuł. Krew dalej tryskała.

Jedno z jego alter ego spotkało się już kiedyś z czymś podobnym w trakcie transplantacji u przedstawiciela całkiem innego gatunku, małego Nidiańczyka, u którego ciśnienie krwi było nieporównanie mniejsze. Tam też pojawiła się fontanna nie pasująca z racji stałego wypływu do pulsującego krwawienia z arterii, a problem okazał się technicznej, nie medycznej natury.

Conway nie był pewien, czy teraz chodzi o to samo, ale podpowiedź była tak jednoznaczna, że postanowił jej zaufać.

— Wyłączyć sztuczne serce — polecił. — Zamknąć dopływ krwi do ciała.

— Chwilowy ubytek krwi zdołamy potem łatwo wyrównać, ale kilkuminutowe wyłączenie krążenia może zabić pacjenta — zaprotestował Hossantir.

— Wykonać.

W ciągu kilku sekund jasnoczerwona fontanna osłabła i zniknęła. Siostra przetarła hełm Conwaya, a Hossantir oczyścił za pomocą ssaka pola operacyjne. Nie potrzebowali skanerów, aby zrozumieć, co się stało.

— Technika, szybko — rzucił Conway.

Niemal natychmiast obok jego łokcia pojawił się mały, futrzasty Nidiańczyk w przezroczystym skafandrze.

— Zawór zwrotny został zablokowany w pozycji zamkniętej — wyjaśnił po chwili misiowaty. — Zapewne doszło do tego po przypadkowym potrąceniu łącznika jakimś narzędziem chirurgicznym. Przepływ od sztucznego serca był całkiem zamknięty, a olbrzymie ciśnienie spowodowało, że krew znalazła sobie ujście przez panel kontrolny zaworu. Sam zawór nie jest uszkodzony i jeśli na chwilę wyjmiecie ten organ, zaraz ustawię go jak trzeba.

— Wolałbym nie ruszać serca — powiedział Conway. — Mamy bardzo mało czasu.

Nie jestem lekarzem, nie znam się — mruknął Nidiańczyk. — Takie rzeczy powinno się robić w warsztacie albo przynajmniej w miejscu, gdzie mógłbym pomieścić łokcie. Praca w bezpośrednim sąsiedztwie żywej tkanki to dla mnie coś obrzydliwego. Niemniej na wypadek podobnych problemów zawsze sterylizujemy narzędzia.

— Ma pan mdłości? — spytał Conway, zaniepokojony wizją technika wymiotującego w hełmie.

— Nie. Jestem tylko zdegustowany.

Conway wycofał melfiańskie narzędzia, aby Nidiańczyk miał więcej miejsca. Siostra przymocowała tymczasem tuż obok tacę z ziemskimi instrumentami. Zanim Diagnostyk wybrał potrzebne, misiowaty odblokował zawór. Conway dziękował mu za szybką naprawę, gdy Hossantir wszedł mu w słowo.

— Uruchamiam ponownie sztuczne serce.

— Chwilę — wstrzymał go Conway. Patrzył na monitor i miał dziwne, chociaż słabe przeczucie, że każde opóźnienie będzie już teraz niebezpieczne. — Coś mi się tu nie podoba. Wydaje się, że wszystko jest w normie, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę, że dopływ krwi ze sztucznego serca został wstrzymany, najpierw przez przestawienie zaworu, a potem w czasie naprawy. Wiem, że jeśli za kilka minut aparatura nie wznowi pracy, dojdzie do nieodwracalnych zmian w mózgu, ale i tak sądzę, że nie powinniśmy jej włączać, tylko jak najszybciej dokończyć robotę przy przeszczepie.

Widział, że Hossantir chce zaproponować bezpieczniejsze rozwiązanie, czyli włączenie sztucznego serca i odczekanie, aż stan pacjenta się ustabilizuje. Normalnie nie sprzeciwiałby się temu, gdyż on również wolał unikać niepotrzebnego ryzyka, jednak tym razem było inaczej. Któraś z obcych osobowości podpowiadała mu, aby w przypadku ciężarnych istot ze światów o wysokiej grawitacji unikać za wszelką cenę przedłużającego się wstrząsu. Był to głos na tyle uparty, że nie potrafił go zignorować. Odblokował swoje instrumenty, aby bez ranienia uczuć starszego lekarza werbalnym sprzeciwem dać mu do zrozumienia, że nie będzie dyskusji nad tym punktem.

— Proszę zająć się podłączeniem naczyń do organu absorpcyjnego i mieć oko na monitor — powiedział.

Dzieląc niewielkie pole operacyjne z Tralthańczykiem, Conway pracował jednak szybko i ostrożnie. Zacisnął arterię połączoną ze sztucznym sercem, odczepił ją od przewodu i spoił z kikutem naczynia sterczącym z przeszczepianego serca. W odróżnieniu od niedawnych, straszliwie wlokących się sekund podczas nagłego wypływu krwi, teraz czas zdawał się gnać jak szalony. W dodatku jego cięższe znacznie dłonie i narzędzia poruszały się na pozór niewiarygodnie wolno i niezgrabnie. Kilka razy usłyszał delikatne stuknięcie, gdy jakiś instrument zetknął się z tym, czym operował starszy lekarz. Conway współczuł temu chirurgowi, który niechcący przestawił zawór, ale obecnie musiał się skoncentrować na tym, aby żaden z nich nie zrobił krzywdy drugiemu.

Nie patrzył w ogóle na to, co robi Hossantir. Raz, że tamten dobrze znał swój fach i nie trzeba go było nadzorować, a dwa, że nie było na to czasu.

Założył szwy mające utrzymać końce arterii w łączniku; ten był tak zaprojektowany, aby po przywróceniu krążenia nie dopuszczał do zetknięcia się macierzystej i wszczepionej tkanki, co zmniejszało pooperacyjne problemy z odrzutem przeszczepu. Przelotnie zastanowił się nad owym paradoksem, że niekiedy największym wrogiem organizmu jest jego własny system odpornościowy. Potem zaczął podłączać naczynie przekazujące do mięśnia sercowego substancje odżywcze.

Hossantir zrobił już najważniejsze i teraz pracował przy mniejszym naczyniu dostarczającym krew do części macicy, gdy nagle drugie, nie uszkodzone serce, które od początku operacji było podwójnie obciążone, zaczęło odmawiać posłuszeństwa.

— Mamy anomalie — powiedział Hossantir. — Raz na pięć… nie, raz na cztery uderzenia. Ciśnienie spada. Wszystko wskazuje na to, że serce wpadnie niebawem w migotanie, a potem się zatrzyma. Defibrylator w pogotowiu.

Conway zerknął kątem oka na monitor, gdzie co cztery wierzchołki wykresu pojawiał się jeden zniekształcony. Też był pewien, że zaburzenie przejdzie niebawem w gwałtowne migotanie przedsionków, a wraz ze spadkiem sprawności serca nastąpi ustanie jego akcji. Defibrylator niemal na pewno pobudzi je ponownie do pracy, ale nie można było go użyć, dopóki trwała operacja na drugim sercu. Zaczął jeszcze bardziej się spieszyć.

Korzystając z głębokiej koncentracji na jednym tylko zadaniu, jego alter ego znowu się uaktywniły. Wyrażały irytację z powodu dziwnych ziemskich kończyn, które prowadziły operację. Gdy uniósł głowę, ujrzał, że i on, i Hossantir w tym samym czasie podłączyli ostatnie naczynia. Niemniej kilka sekund później drugie serce wpadło w migotanie. Mieli już naprawdę bardzo niewiele czasu.

Zwolnili zaciski na naczyniach krwionośnych. Własna krew czterdziestego trzeciego zaczęła wypełniać nowe serce. Sprawdzili skanerami, czy w środku nie ma zatorów powietrznych. Nie było. Conway przytknął do mięśni cztery małe elektrody, aby zacząć akcję ożywiania przeszczepu. W tym przypadku impulsy nie musiały się przedzierać przez grubą skórę i wszystkie tkanki podskórne, nastawili więc urządzenie na stosunkowo mały ładunek.

Jednak nic z tego nie wyszło. Oba serca migotały przez chwilę i stanęły.

— Jeszcze raz.

— Serce płodu się zatrzymało — powiedział nagle Hossantir.

— Spodziewałem się tego — mruknął Conway tajemniczo, jednak nie było obecnie czasu na wyjaśnienia.

Nagle przypomniał sobie, co stało za mocną sugestią, aby jak najszybciej dokończyć operację bez ponownego włączania sztucznego serca. Nie chodziło o nabyte wraz z zapisami informacje, ale o jego wspomnienia jeszcze z czasów, gdy był całkiem młodym internistą.

Podczas pierwszego wykładu Thornnastora na temat FROBów Conway zauważył, że Hudlarianie mają szczęście, skoro w razie awarii jednego serca dysponują jeszcze zapasowym. Miał to być żart, ale Thornnastor naskoczył zaraz na niego, mówiąc, że to bardzo lekkomyślne stwierdzenie i nie należy wyciągać podobnych wniosków, jeśli nie zna się dobrze hudlariańskiej fizjologii. Zaraz też wyliczył wszystkie minusy posiadania dwóch serc, szczególnie w przypadku ciężarnych osobników rodzaju żeńskiego, kiedy to system nerwowy musi się sporo natrudzić, aby skoordynować pracę aż czterech serc — dwóch rodzica i dwóch płodu. Zaburzenia w pracy jednego tylko z nich prowadziły szybko do ustania akcji pozostałych.

— I jeszcze raz — powiedział Conway. Nie zapamiętał tego incydentu, gdyż w tamtych czasach uważano operacje na FROBach za niemożliwe. Zastanawiał się właśnie, czy nie jest już za późno, gdy oba serca zadrżały i po chwili zabiły mocnym, równym rytmem.

— Serca płodu podejmują akcję — powiedział Hossantir. — Puls w normie — dodał kilka chwil później.

Ekran czujników monitorujących funkcje mózgu pokazywał krzywe typowe dla głęboko nieprzytomnego Hudlarianina, co oznaczało, że mimo kilkuminutowej przerwy w cyrkulacji krwi nie doszło do żadnych uszkodzeń. Conway zaczął się uspokajać. Paradoksalnie, właśnie teraz lokatorzy jego umysłu znowu się uaktywnili. Całkiem jakby im też ulżyło i pragnęli dać temu wyraz. Conway potrząsnął nerwowo głową, powtarzając sobie po raz kolejny, że to tylko nagrania, czyste dane i doświadczenie, które według potrzeb może wykorzystywać. Jednak zaraz pomyślał, że jego osobowość też jest sumą wiedzy, wrażeń i doświadczeń zebranych podczas życia i dlaczego niby ona właśnie miałaby być jakościowo różna od tych wszczepionych.

Spróbował zagłuszyć strach refleksją, że on jednak jest żywy i nadal gromadzi materiał kształtujący jego osobę, podczas gdy zapisy trwają w takim stanie, w jakim je sporządzono, a ich dawcy albo już nie żyją, albo przebywają bardzo daleko od Szpitala. Niemniej po chwili ponownie zwątpił we własne argumenty i zaczął się poważnie obawiać o swoje zdrowie psychiczne.

O’Mara byłby wściekły, gdyby wiedział o tych rozważaniach. Zdaniem naczelnego psychologa, lekarz był odpowiedzialny za swoją pracę i wszystkie potrzebne do niej narzędzia. Jeśli nie potrafił sprawić się jak należy, winien poszukać innego, mniej odpowiedzialnego zajęcia.

Niewiele było zajęć bardziej odpowiedzialnych niż praca Diagnostyka.

Dłonie znowu zaczęły mu drżeć, znowu wydały się niezgrabne i obce. Conway odłożył narzędzia i spojrzał na melfiańskiego asystenta, którego plakietka nadal była prawie nieczytelna.

— Przejmie pan stanowisko, doktorze?

Chętnie, dziękuję panu — powiedział ELNT. Wyraźnie obawiał się, że Conway całkiem odsunie go od pracy jako nie dość biegłego. W tej chwili jest akurat odwrotnie, pomyślał Ziemianin.

— Nie musisz robić wszystkiego sam — rzekł Hossantir, który pojmował, że coś jest z nim nie tak. Czworo oczu Tralthańczyka mogło patrzeć w różnych kierunkach, ale i tak widziały co trzeba.

Conway został obok jeszcze kilka minut, aż zespół wznowił pracę, a potem zostawił czterdziestego trzeciego i poszedł zerknąć na resztę pacjentów. Czuł się coraz gorzej.

U dziesiątki przeszczepiono bez problemów organ absorpcyjny i obecnie zespół zajęty był mikrochirurgią, czyli przyszywaniem kończyn. Życiu pacjenta nic nie zagrażało, szczególnie że przetestowano już funkcjonowanie nowego organu za pomocą pasty odżywczej i wyniki były całkiem zadowalające. Conway pochwalił zespół i spojrzał na klamry, które łączyły krawędzie rany operacyjnej. Umieszczono je tak blisko, że wyglądały niczym olbrzymi zamek błyskawiczny. Jednak nic słabszego nie utrzymałoby grubej i twardej skóry FROBa, materiał, z którego wykonano klamry, był zaś na tyle niestabilny, że dawało się go potem zmiękczyć, co po zagojeniu bardzo ułatwiało wyjęcie.

Coś podszepnęło Conwayowi, że niemal niewidoczna blizna będzie i tak najmniejszym spośród zmartwień pacjenta.

W tej chwili najchętniej uciekłby gdzieś od całej chirurgii i bliskich już problemów z wracającymi do zdrowia pacjentami. Musiał jednak sprawdzić jeszcze, co się dzieje przy trzeciej ramie.

Yarrence zajął się wgnieceniem czaszki, obrażenia w jamie brzusznej zostawiwszy chirurgom zwolnionym od osiemnastki. Reszta członków zespołu pracowała nad przeniesieniem kończyn. Było widać, że chociaż przypadło im niełatwe zadanie, radzą sobie wyśmienicie.

Z urywków rozmów Conway wywnioskował, że była to ponadto operacja bez precedensu. Jemu zastąpienie zniszczonych górnych kończyn dolnymi wydawało się całkiem naturalnym rozwiązaniem. Może nie tak precyzyjne, były jednak na pewno lepsze niż protezy, a do tego unikali problemów z odrzuceniem. W starych ziemskich tekstach fachowych czytał, że ludzie po amputacji rąk uczyli się rysować, pisać, a nawet jeść za pomocą stóp, hudlariańskie stopy zaś były znacznie bardziej uniwersalne niż ludzkie. Podziw, który cały zespół miał dla jego pomysłu, budził w nim zakłopotanie. Przecież każdy mógł na to wpaść w podobnej sytuacji.

Jeśli zaś coś było bezprecedensowe, to właśnie sytuacja. Katastrofa w systemie Menelden dostarczyła nie tylko wielu rannych, ale także wielu części zamiennych, które z pewnością będą dostępne po powrocie pacjenta na jego ojczystą planetę. Mając już dwie nie najgorsze własne kończyny, będzie mógł otrzymać przeszczepy pozostałych. W sumie niezła to perspektywa, chociaż owszem, żeby wpaść na coś podobnego, trzeba było być równie wielkim tchórzem jak Conway. Gotów był zrobić wszystko, byle tylko ułatwić sobie późniejsze kontakty z pacjentami, którzy otrzymali cokolwiek od innych dawców.

Zanotował w pamięci, aby odseparować wszystkich trzech FROBów, zanim jeszcze odzyskają przytomność i zaczną rozmawiać. Ponieważ trójka miał więcej szczęścia niż jego koledzy, mogło dojść między nimi do napięć, które niewątpliwie utrudniłyby rekonwalescencję.

Rozważanie problemów Hudlarian znowu ożywiło pochodzący od jednego z nich zapis. Trudno było nie współczuć rannemu tego, co miał jeszcze przejść. Conway próbował skupić się na pozostałych elementach psychiki, które powinny sprzyjać zainteresowaniu się raczej kliniczną stroną problemu. Jednak i one podchodziły do tego emocjonalnie. Ostatecznie odwołał się do cienia Khone’a.

Gogleskański materiał niezmiennie odróżniał się od zapisów. Był żywszy i bogatszy, jakby naprawdę chodziło o drugą osobę niechętnie dzielącą z nim jedno ciało. Conway zastanowił się, jak przy tym stopniu zżycia wypadnie ponowne spotkanie z Khone’em.

Był pewien, że raczej nie dojdzie do tego w Szpitalu, gdyż pobyt w tak rojnym miejscu przyprawiłby Gogleskanina o szaleństwo. Zresztą O’Mara nigdy by do tego nie dopuścił. Jedną z jego zasad było, iż dawca i użytkownik jakiejś taśmy nie mają prawa się spotkać. Próba komunikacji między dwiema całkiem różnymi istotami dzielącymi tę samą osobowość mogłaby spowodować wstrząs o trudnych do przewidzenia skutkach.

Niemniej po tym, co zdarzyło się Conwayowi na Goglesk, O’Mara mógł się poczuć zmuszony do zmiany tej reguły.

Teraz i gogleskańska strona osobowości zaczęła absorbować jego uwagę. Conway wycofał się na miejsce, z którego mógł obserwować równocześnie wszystkie trzy ramy, nie stercząc nikomu irytująco nad głową. Jednak w czaszce huczało mu tak bardzo, że ledwie mógł dobrać słowa, a wygłoszenie każdej uwagi czy pochwały wymagało ogromnego wysiłku. Musiał jakoś wymknąć się swoim natarczywym sublokatorom.

Z niewyobrażalnym trudem uniósł niezdarny paluch do przycisku komunikatora.

— Radzicie sobie doskonale i nie mam tu już nic do zrobienia — powiedział wolno. — Gdybyście trafili na jakiś problem, wezwijcie mnie na czerwonej trójce. Muszę pilnie zająć się czymś na poziomie metanowców.

— Trzymaj się, Conway — rzucił Hossantir, odprowadzając Ziemianina jednym okiem.

ROZDZIAŁ SZESNASTY

Oddział był zimny i mroczny. Masywne osłony i grube warstwy izolacji chroniły go przed ciepłem i promieniowaniem, które mogłoby dotrzeć zarówno od strony Szpitala, jak i z zewnątrz, gdzie co rusz przelatywały jakieś statki. Nie było okien, gdyż nawet słaby blask odległych gwiazd byłby tu zagrożeniem. Z tego powodu obraz pojawiający się na ekranie pojazdu był przetworzeniem tego, co kamery odbierały w paśmie niewidocznym dla człowieka. Prezentował się zgoła baśniowo, a łuski okrywające gwiaździste ciało Diagnostyka Semlica lśniły w metanowej mgle niczym szlifowane diamenty. Wyglądał jak osobliwa, heraldyczna bestia.

Conway często oglądał podobizny albo analizy skanerowe SNLU, ale po raz pierwszy zdarzyło mu się spotkać jedną z tych istot poza chłodzonym wehikułem, którym poruszały się po Szpitalu. Mimo dowiedzionej niezawodności pojazdu Conwaya Diagnostyk wolał zachować pewien dystans.

— Przybyłem w odpowiedzi na niedawne zaproszenie — rzekł z wahaniem Ziemianin. — No i żeby wyrwać się na chwilę z tego domu wariatów, który zapanował na górze. Nie zamierzam badać pańskich pacjentów.

— Och, to pan tkwi w tym czymś! — Semlic przysunął się odrobinę bliżej. — Moi pacjenci będą bardzo wdzięczni za niepoświęcanie im uwagi. Obecność tego pieca, w którym pan siedzi, nieco działa im na nerwy. Ale gdyby był pan uprzejmy zaparkować tam po prawej, na galerii, będzie pan wszystko widział i słyszał. Pan pierwszy raz tutaj?

— Drugi — odparł Conway. — I teraz, i przedtem sprowadziła mnie tu ciekawość oraz chęć nacieszenia się chwilą ciszy i spokoju.

Semlic wydał jakiś nieprzetłumaczalny dźwięk.

— Względna to cisza i względny spokój. Żeby mnie słyszeć, musiał pan podkręcić mikrofony autotranslatora na maksimum, a ja mówię dość głośno jak na SNLU. Dla kogoś takiego jak pan, kto jest prawie głuchy, to rzeczywiście cisza. Mam jednak nadzieję, że chociaż moim zdaniem panuje tu spory gwar, znajdzie pan to, czego potrzebuje. Tylko niech pan nie zapomni, proszę, przyciszyć zewnętrznych głośników.

— Dziękuję — powiedział Conway. Diamentowa rozgwiazda Diagnostyka wzbudziła w nim przez chwilę dziecięcą wręcz fascynację i dawne wspomnienia. Do rozmywającej obraz metanowej mgiełki doszły jeszcze jego łzy. — Jest pan bardzo uprzejmy, pełen zrozumienia i ciepła.

Semlic znowu dziwnie zaszemrał.

— Naprawdę nie trzeba mnie obrażać…

Przez dłuższy czas Conway obserwował krzątaninę na oddziale. Zauważył, że niektóre pielęgniarki noszą lekkie kombinezony ochronne, co sugerowało, że oddychają atmosferą nieco odmienną niż wypełniająca pomieszczenie. Robiły przy swoich podopiecznych rzeczy, których nie rozumiał, i wiedział, że nie zrozumie ich, jeśli nie przyjmie zapisu SNLU. Wszystkiemu towarzyszyła całkowita niemal cisza typowa dla istot reagujących nadwrażliwie na najmniejsze nawet wibracje. Z początku nie słyszał nic, ale potem zaczął wyłapywać ledwie uchwytny odgłos przypominający zimną, obcą muzykę. Nigdy dotąd nie zetknął się z czymś podobnym, niemniej po jakimś czasie słyszał już poszczególne głosy i rozmowy płynące chłodnym, beznamiętnym i delikatnym podzwanianiem, jakby zderzały się płatki śniegu. Stopniowo piękno i spokój tego całkiem obcego miejsca zaczęły wywierać wpływ na wszystkie składniki jego umysłu. Odsunęły i zmęczenie, i problemy, i całe zagubienie.

Nawet Khone z jego ksenofobicznym uwarunkowaniem nie znajdywał w tym otoczeniu niczego groźnego i też cieszył się spokojem, który pozwalał myślom płynąć bez celu i z dala od trosk.

Jedno tylko niepokoiło Conwaya. Spędził tu już sporo czasu, a przecież na górze czekało na niego wiele ważnych spraw. Poza tym od prawie dziesięciu godzin nic nie jadł.

Gdy poczuł, że mróz na zewnątrz dość go ostudził, rozejrzał się za Semlikiem, ale nie było go nigdzie w zasięgu kamer. Włączył autotranslator, żeby poprosić najbliższych pacjentów o przekazanie mu podziękowań, ale szybko zmienił zamiar.

Autotranslator przełożył melodyjne podzwanianie.

— Stara hipochondryczna krowa jesteś! Gdyby nie był taki uprzejmy, już dawno wykopałby cię ze Szpitala. A ty bezwstydnie próbujesz pozyskać jego sympatię, niemalże uwodzisz…

— Zazdrościsz mi, bo nie masz czym uwodzić, stara dziwko! Za cienka jesteś. Ale on i tak widzi, która z nas jest naprawdę chora, chociaż staram się ukryć moje dolegliwości.

Opuszczając oddział, Conway pomyślał, że dobrze byłoby spytać O’Marę, jak szalenie krucha rasa SNLU zwykła chłodzić nazbyt rozpalone głowy. A ponadto, jak uspokoić wiecznie brzemiennego Obrońcę, do którego zamierzał się udać zaraz po obiedzie. Przeczuwał jednak, że na oba pytania usłyszy tę samą odpowiedź, czyli żadną.

Gdy wrócił do zwykłego ciepła i blasku ogólnych korytarzy, zatrzymał się, aby pomyśleć.

Do poziomu Obrońcy miał niemal równie daleko jak do stołówki, tyle że ta ostatnia leżała w przeciwnym kierunku, co znaczyło, że niezależnie od tego, dokąd uda się najpierw, i tak będzie musiał pokonać trasę dwa razy. Niemniej po drodze do Obrońcy miał swoją kwaterę, a Murchison zawsze trzymała coś w lodówce. Zwyczaj ten pozostał jej jeszcze z pielęgniarskich czasów, kiedy bywała zbyt zmęczona, żeby wędrować do jadalni, albo musiała się spieszyć po nagłym wezwaniu. Nie miał co liczyć na duży wybór wiktuałów, ale nie zależało mu na wrażeniach smakowych. Chciał tylko uzupełnić ubytki energii.

Miał poza tym powód, aby omijać jadalnię. Wprawdzie własne dłonie nie wydawały mu się już takie obce, a przechodzący korytarzem ludzie przestali napełniać go takim niepokojem, jaki odczuwał przed odwiedzeniem oddziału metanowców, ale nie był pewien, czy zachowa kontrolę nad swoimi alter ego w obliczu potraw, które mogły wywołać u niektórych istot mdłości.

Nie wyglądałoby najlepiej, gdyby nazbyt szybko złożył kolejną wizytę Sernikowi. Nie przypuszczał wprawdzie, aby mogło się z tego rozwinąć uzależnienie, jednak wolałby nie kusić losu.

Gdy przybył na miejsce, Murchison wstała już, zdążyła się nawet ubrać. Niebawem miała wyjść na dyżur. Oboje wiedzieli, chociaż żadne nie przyznawało tego głośno, że O’Mara tak ułożył ich grafiki, aby spotykali się jak najrzadziej. Uznawał, że w pewnych sytuacjach lepiej odłożyć problem na później, niż brać się do niego przedwcześnie. Murchison przywitała go ziewnięciem i spytała, co robił ostatnio oraz co, poza spaniem, zamierza robić w najbliższej przyszłości.

— Najpierw coś zjeść — odparł, zarażając się ziewaniem. — Potem muszę sprawdzić stan FSOJota. Pamiętasz tego Obrońcę? Byłaś przy jego narodzinach.

Pamiętała całkiem dobrze, co potwierdziła niezwłocznie dosadnym językiem.

— Jak dawno temu zdarzyło ci się zdrzemnąć? — spytała, próbując zamaskować troskę o niego pretensjami. — Wyglądasz gorzej niż niektórzy pacjenci na intensywnej. Twoje osobowości nie odczuwają zmęczenia, bo dawcy byli wypoczęci w chwili nagrania, ale nie daj im się nabrać, że tobie uda się to samo.

Conway stłumił kolejne ziewnięcie i nagle objął ją wpół. Zaraz też przekonał się, że przy tej okazji dłonie mu się nie trzęsą, chociaż jego podniecenie udzieliło się natychmiast wszystkim sublokatorom. Niemniej pocałunek wypadł gorzej niż zwykle. Murchison odepchnęła go łagodnie.

— Naprawdę musisz już iść? — spytał, walcząc z wywichnięciem szczęki.

Roześmiała się.

— Ani myślę ryzykować. Gdybyśmy zaczęli teraz cokolwiek, jak nic zszedłbyś w trakcie. Kładź się, zanim zaśniesz. Przygotuję ci jeszcze przed wyjściem coś do jedzenia i włożę do kanapki w ten sposób, aby żaden z twoich kolegów nie widział, co jesz. — Zajęła się kuchenką, ale nie przestała mówić. — Thorny bardzo interesuje się obcym i narodzinami i prosił mnie, abym regularnie sprawdzała jego stan. Gdyby działo się coś niezwykłego, zadzwonię po ciebie. Jestem pewna, że starsi lekarze na oddziale hudlariańskim postąpią tak samo.

— Tam będę musiał zajrzeć osobiście.

— Po co masz asystentów, jeśli wszystko chcesz robić sam?

Conway usiadł na łóżku. W jednej ręce trzymał resztkę pierwszej kanapki, w drugiej kubek czegoś odżywczego, czego wolał jednak nie identyfikować.

— Jest w tym zdaniu pewien sens — powiedział. Pocałowała go niemal po siostrzanemu w policzek, specjalnie tak, aby nikogo z obecnych zbytnio nie pobudzić, i wyszła bez słowa. O’Mara nie mylił się, przewidując, że Murchison sprawdzi się idealnie jako towarzyszka życia lekarza, który próbował zostać Diagnostykiem i ciągle jeszcze nie przywykł do spowodowanego przez to emocjonalnego zamieszania.

Nie miał jednak wyjścia — musiał przywyknąć. Inaczej niewiele dobrego czekałoby go w życiu. Niestety, Murchison nie dawała mu wielu okazji, aby mógł pracować nad sprawą.

Obudził się nagle, czując jej dłoń na ramieniu. Dręcząca go zmora, nie wiadomo własna czy obca, uleciała, nie wytrzymawszy konkurencji atmosfery ciepłej sypialni.

— Chrapałeś — powiedziała Murchison. — I to chyba przez całe ostatnie sześć godzin. Masz nagrane wiadomości z oddziału Hudlarian i od Obrońcy. Żadna nie była na tyle ważna, aby cię budzić, a Szpital działa jak zwykle. Chcesz jeszcze spać?

— Nie — mruknął Conway, obejmując ją w pasie.

Stawiła tylko symboliczny opór.

— Nie sądzę, aby O’Mara był zadowolony — powiedziała z namysłem. — Ostrzegał mnie, że jeśli adaptacja nie będzie przebiegać powoli i pod właściwą kontrolą, może dojść do zaburzeń emocjonalnych zdolnych odmienić trwale nasz związek…

— To nie O’Mara jest mężem najpiękniejszej dziewczyny w Szpitalu. A od kiedy zrobiłem się taki szybki i niekontrolowany?

— O’Mara nie zna innej żony oprócz swojej pracy — zaśmiała się Murchison. — Na dodatek sądzę, że gdyby to było możliwe, jego praca dawno wniosłaby o rozwód. Niemniej nasz naczelny psycholog zna się na tym, co robi, a ja nie chciałabym przesadzić z przedwczesnym przedawkowaniem bodźców.

— Zamknij się — powiedział cicho.

Możliwe, że naczelny psycholog ma rację, pomyślał Conway, układając Murchison obok siebie na posłaniu. O’Mara zwykle miał rację. Alter ego były coraz bardziej podniecone, tyle że z wyraźną niechęcią patrzyły na twarz i typowe dla ssaków krzywizny istoty, z którą ów stan się wiązał. Gdy do wrażeń wzrokowych doszły jeszcze dotykowe, niechęć zamieniła się w lekką panikę.

Każda z osobowości protestowała gorączkowo, alarmując, że jakkolwiek sytuacja jest ciekawa, to obiekt zainteresowania całkiem niewłaściwy. Co gorsza, wszystkie usiłowały przekonać o tym także Conwaya. Nawet Gogleskanin miał w tej sprawie coś do powiedzenia, chociaż jako idealny niemal samotnik, wychowany w społeczeństwie, w którym osobność była warunkiem przetrwania, nie narzucał swoich sądów ani obecności. Nagle Conway pojął, że znowu zaczyna korzystać z przejętej od Khone’a zdolności wyłączenia się. Przydała się już kilka razy i znowu się sprawdzała w chwili, gdy chciał się skupić przede wszystkim na własnych, ziemskich doznaniach.

Obcy protestowali nadal z całych sił, ale zostali odstawieni na swoje miejsca. Nawet gogleskańskie obiekcje, jakkolwiek zauważalne, przestały całkowicie przeszkadzać. Conway wykorzystał unikatową zdolność FOKTów przeciwko nim samym. I nie tylko, bo Khone jak mało kto umiał się skupić na tym, co akurat robił.

— Nie powinniśmy… — wydyszała Murchison. Conway zignorował jej protesty i skupił się na czymś innym. Chwilami coś szeptało mu nadal, że jego partnerka jest za duża, za mała, zbyt krucha, niewłaściwych kształtów albo źle się ustawiła. Niemniej jego narządy zmysłów należały do Ziemianina, a że wszystkie otrzymywały przewidzianą przez naturę stymulację, obce wtręty straciły na znaczeniu. Sublokatorzy próbowali jeszcze sugerować, że zachowuje się niewłaściwie. To całkiem już ignorował, chyba że dało się któryś z pomysłów jednak zapożyczyć. Pod koniec żadni obcy już się nie liczyli i nawet gdyby główny reaktor Szpitala eksplodował, Conway pewnie by tego nie zauważył.

Gdy odzyskali oddech, a ich puls wrócił do stanu przypominającego normalny, nadal obejmowała go mocno. Nic nie mówiła i wcale nie miała ochoty go wypuścić. Nagle zaśmiała się cicho.

— Wiesz, otrzymałam nawet szczegółową instrukcję, jak się wobec ciebie zachowywać przez kilka najbliższych tygodni albo i miesięcy — oznajmiła z rozbawieniem i ulgą w głosie. — Naczelny psycholog powiedział mi, abym unikała bliskich kontaktów fizycznych, a podczas rozmów zachowywała profesjonalny dystans i w ogóle miała się za wdowę, przynajmniej do czasu, aż uporasz się z zapisami albo powrócisz do statusu starszego lekarza. Podkreślił jeszcze, że to bardzo ważne, bym okazywała ci w tym okresie jak najwięcej zrozumienia i ciepła. Miałam traktować cię jak schizofrenika z kilkoma osobowościami, dla których będę kimś obcym, a w wielu sytuacjach nawet odrażającym. Moim zadaniem było ignorować te sygnały odrzucenia, żebyś nie nabawił się trwałych zaburzeń psychicznych. — Ucałowała go w czubek nosa i westchnęła przeciągle. — A tymczasem nie znajduję ani śladu obrzydzenia, chociaż… owszem, jesteś trochę inny. Nie potrafię powiedzieć dokładnie, na czym polega różnica, ale nie narzekam. Tyle tylko że na pierwszy rzut oka nie masz żadnych problemów psychicznych. O’Mara będzie zachwycony!

Conway wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— Nie zależy mi za bardzo na zachwycie O’Mary — zaczął, gdy nagle rozległ się sygnał komunikatora.

Murchison nastawiła urządzenie na nagrywanie wszystkich niezbyt pilnych wiadomości, ktoś więc musiał uznać, że ma problem wystarczająco ważny, aby budzić Diagnostyka. Conway wymknął się z objęć Murchison, połaskotawszy ją pod pachami, ale przed odebraniem odwrócił kamerę od mocno wzburzonego posłania. Ostatecznie dzwoniącym mógł być również Ziemianin.

Na ekranie pojawiły się regularne rysy Edanelta.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam, ale czterdziesty trzeci i dziesiąty odzyskali przytomność. Nic ich nie boli. Na razie cieszą się, że przeżyli, więc nie mieli czasu pomyśleć o tym, co stracili. Gdybyś chciał z nimi porozmawiać, to chyba teraz jest najlepsza chwila.

— Jasne — odparł Conway, chociaż wcale o tym nie marzył. I Edanelt, i obserwująca go z boku Murchison doskonale o tym wiedzieli. — A jak z trójką?

— Nadal nieprzytomny, ale stan jest stabilny. Sprawdzałem go kilka minut temu. Hossantir i Yarrence poszli już przed paroma godzinami, aby ulec potrzebie fizycznego i umysłowego odrętwienia, która i wam, ludziom, nie jest obca, chociaż częściej chyba niż komukolwiek innemu. Sam porozmawiam z trójką, gdy dojdzie do siebie. W jego przypadku przystosowanie nie będzie wielkim problemem.

Conway pokiwał głową.

— Już idę.

Perspektywa tego, co niebawem go czekało, przywołała ponownie na pierwszy plan hudlariański materiał, toteż pożegnał się z Murchison, unikając fizycznego kontaktu i raczej chłodno. Szczęśliwie była przygotowana na takie zachowanie i postanowiła je ignorować, czekając na chwilę, gdy znowu będzie sobą. Tymczasem kierujący się do drzwi Conway zastanawiał się, co właściwie może być atrakcyjnego w tej różowej, pulchnej, groteskowo słabej i bynajmniej nie pięknej istocie, z którą spędził większość swego dorosłego życia.

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

— Miałaś wiele szczęścia — powiedział Conway. — Również w tym, że dziecko nie doznało żadnych trwałych uszkodzeń.

Od strony medycznej była to prawda, jednak Hudlarianin w umyśle Conwaya mówił trochę co innego, podobnie zresztą jak obsada oddziału rekonwalescencji, która wycofała się dyskretnie, aby lekarz i pacjent mogli porozmawiać w spokoju.

— Niemniej z przykrością muszę stwierdzić, że czekają cię jeszcze problemy emocjonalne związane z długofalowymi skutkami obrażeń.

Nie było to przesadnie subtelne, ale FROBowie pod wieloma względami bywali równie bezpośredni jak Kelgianie, chociaż o wiele uprzejmiejsi.

— Chodzi o to, że aby oboje was utrzymać przy życiu, konieczna była transplantacja — podjął Conway, próbując odwołać się do uczuć macierzyńskich. Miał nadzieję, że złagodzi to trochę żal związany z pozostałymi wieściami. — Twój potomek urodzi się bez komplikacji, będzie zdrowy i w pełni zdolny do normalnego życia, czy na waszej planecie, czy poza nią. Niestety, o tobie nie da się tego powiedzieć.

Membrana pacjentki zawibrowała możliwym do przewidzenia pytaniem.

Conway zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią. Nie chciał, żeby zabrzmiała zbyt ogólnie, zwłaszcza że Hudlarianka musiała należeć do inteligentnych, inaczej bowiem nie pracowałaby wraz z towarzyszem życia w pasie asteroid systemu Menelden. Powiedział więc pacjentowi numer czterdzieści trzy, że wprawdzie mali Hudlarianie mogli czasem poważnie, a nawet śmiertelnie zachorować, za to dorośli nie chorowali nigdy i aż do późnego wieku cieszyli się idealnym zdrowiem. Brało się to z doskonałości ich systemu odpornościowego, który potrafił uporać się z wszystkimi patogenami występującymi na ich rodzimej planecie. Żaden inny gatunek nie był zdolny do czegoś takiego. Konsekwencją było wszakże również odrzucanie każdego obcego materiału biologicznego wszczepionego do organizmu. Szczęśliwie istniały sposoby neutralizacji tego wyjątkowego systemu odpornościowego. Wykorzystywano je między innymi przy okazji przeszczepów.

Conway starał się jak mógł, ale myśli pacjentki i tak błądziły gdzie indziej.

— A co z moim towarzyszem? — spytała, gdy Ziemianin umilkł.

Przed oczami stanęło mu natychmiast zmasakrowane ciało osiemnastki, wróciły podsycane hudlariańską wiedzą emocje. Odchrząknął z zakłopotaniem.

— Bardzo mi przykro, ale odniósł tak poważne obrażenia, że nie udało nam się utrzymać go przy życiu, o operacji nawet nie mówiąc.

— Próbował osłonić nas swoim ciałem. Wiedzieliście o tym?

Conway pokiwał głową ze współczuciem, a potem zdał sobie sprawę, że ten gest nic dla obcego nie znaczy. Gdy znów się odezwał, jeszcze staranniej dobierał słowa. Był pewien, że osłabiona operacją, bliską rozwiązania ciążą i podwyższonym poziomem hormonów pacjentka może się okazać bardziej podatna na emocjonalną argumentację. Wprawdzie zdaniem hudlariańskiego alter ego historia ta groziła jej co najwyżej przejściowym zachwianiem równowagi, jednak jego doświadczenie oraz doświadczenie innych istot nabyte w podobnych sytuacjach sugerowało, że dobrze będzie spróbować jak najbardziej złagodzić cios. Niemniej w tak szczególnej sytuacji niczego nie mógł być do końca pewien.

Poza jednym — musiał powstrzymać pacjentkę przed nazbyt wnikliwym roztrząsaniem własnego położenia. Chciał, aby skupiła się raczej na dziecku, i miał nadzieję, że wtedy łatwiej stawi czoło własnym niewesołym perspektywom. Z drugiej strony wszakże sam pomysł, aby miał z rozmysłem manipulować czyimiś emocjami, napawał go obrzydzeniem.

Zastanowił się, dlaczego właściwie nie przedyskutował tego wcześniej z O’Marą. Sprawa była wystarczająco poważna, aby poprosić o konsultację. Możliwe nawet, że i tak będzie jeszcze musiał to zrobić.

— Wszyscy wiemy o poświęceniu twojego towarzysza — powiedział. — Ten rodzaj zachowania jest powszechny wśród bardziej inteligentnych gatunków, szczególnie gdy chodzi o próbę ocalenia kogoś bliskiego albo potomka. W tym przypadku udało mu się i jedno, i drugie, co więcej, pozwoliło to uratować też dwóch innych ciężko rannych i dać im szansę na lepsze życie. Jak zapewne wiesz, mówię również o tobie. Gdyby nie przeszczep, umarłabyś mimo jego wcześniejszej ofiary.

Zauważył, że pacjentka zaczęła naprawdę go słuchać.

— Otrzymałaś od swojego byłego towarzysza jego nie zniszczone kończyny, a widoczny na drugim końcu oddziału pacjent nosi w sobie jego organ absorpcyjny. Tak jak ty będzie żył i cieszył się zdrowiem, tyle że przyjdzie mu cierpieć pewne ograniczenia środowiskowe i nie będzie mógł rozwinąć pełnej aktywności właściwej waszemu gatunkowi. Twój towarzysz zaś nie tylko ochronił was podczas katastrofy, ale i w pewien sposób nadal będzie was wspierał, ponieważ musieliśmy przeszczepić ci także jedno z jego serc. Zostanie więc wprawdzie jedynie w pamięci, ale nie będzie można powiedzieć, że całkiem umarł — dodał cicho Conway.

Przyjrzał się uważnie czterdziestce trójce w poszukiwaniu efektu swojej przemowy, ale po gruboskórnych Hudlarianach rzadko było cokolwiek widać.

— Bardzo starał się was ocalić, zatem byłoby na miejscu uszanować jego ofiarę i samemu troszczyć się teraz o własne życie, chociaż niekiedy z pewnością nie będzie łatwo.

Pora na złe wieści, pomyślał Conway.

Spróbował oględnie opisać skutki uboczne neutralizowania systemu immunologicznego FROBów. Istota poddana takiemu zabiegowi wymagała szczególnego, aseptycznego środowiska, specjalnego pożywienia i nieustannej izolacji, aby nie zarazić się niczym od innego FROBa. Nawet dziecko miało zostać natychmiast zabrane i matka mogła je potem co najwyżej oglądać z daleka, gdyż było pod każdym względem normalne i mogło zagrozić zdrowiu rodzica.

Conway wiedział, że potomek zostanie troskliwie wychowany, gdyż system rodzinny Hudlarian był na tyle złożony i elastyczny, że nie znano w ich języku słowa „sierota”. Bez wątpienia nie będzie mu niczego brakowało.

— Gdybyś kiedyś chciała wrócić na swój świat, konieczne byłoby przedsięwzięcie tych samych środków ostrożności, chociaż na Hudlarze brakuje technicznych możliwości zapewnienia takiej samej opieki jak w Szpitalu, a musiałabyś pozostawać cały czas w swoim pomieszczeniu bez możliwości fizycznego kontakt z innymi Hudlarianami czy podjęcia jakiejkolwiek normalnej aktywności. Do tego dochodziłoby jeszcze nieustanne ryzyko przerwania skafandra ochronnego albo zakażenia pokarmu. Przy całkowitym braku odporności po jakimkolwiek wypadku musiałabyś umrzeć.

Ponieważ hudlariańska medycyna nie była wystarczająco zaawansowana, aby spełnić wszystkie te warunki, śmierć pacjentki byłaby więcej niż pewna.

Hudlarianka dłuższą chwilę patrzyła na niego w milczeniu i w końcu jej membrana znowu zadrżała.

— W takiej sytuacji śmierć zbytnio mnie nie przeraża — stwierdziła.

W pierwszym odruchu Conway miał ochotę przypomnieć pacjentce, ile wysiłku kosztowało utrzymanie jej przy życiu i że przykro jest, gdy ktoś zachowuje się równie niewdzięcznie. Jednak hudlariański pierwiastek w jego głowie pozwalał dokładnie porównać normalny styl życia FROBów i to, co ostało się pacjentce po wypadku. Z jej punktu widzenia jedyną dobrą rzeczą, której lekarzom udało się dokonać, było ocalenie jej dziecka. Conway westchnął.

— Jest jednak alternatywa — rzekł, próbując wykrzesać z siebie choć trochę entuzjazmu. — Można zrobić i tak, abyś prowadziła całkiem aktywne życie, podróżowała niemal bez ograniczeń po Federacji, a nawet wróciła w pas asteroid, gdybyś tego akurat chciała. I w ogóle robiła to, co zechcesz, pod jednym wszakże warunkiem: nigdy nie wrócisz na Hudlar.

Membrana zadrżała krótko, lecz autotranslator się nie odezwał. Zapewne był to tylko okrzyk zdziwienia. Conway zużył kilka następnych minut na wyjaśnienie zasadniczych zagadnień ksenomedycyny, przede wszystkim faktu, że wszelkie choroby czy infekcje mogą się przenosić tylko wśród przedstawicieli tego samego środowiska ewolucyjnego. Ianin czy Melfianin byłby całkowicie bezpieczny w obecności Ziemianina cierpiącego na najgroźniejszą nawet z ludzkich chorób, gdyż dla jego patogenów tkanka obcych była czymś całkiem obojętnym.

— Po wyzdrowieniu i urodzeniu dziecka zostaniesz wypisana ze Szpitala — dodał szybko Conway. — Jak się już jednak domyślasz, zamiast dać się zamknąć w sterylnym więzieniu na ojczystej planecie, możesz polecieć wszędzie tam, gdzie twój brak odporności na hudlariańskie choroby będzie bez znaczenia, gdyż w ogóle się z nimi nie spotkasz, a miejscowe patogeny nie będą dla ciebie groźne. Pożywienie można zsyntetyzować na miejscu i też nie będzie groźne. Co pewien czas będziesz musiała przyjmować środek przedłużający wyłączenie twojego systemu odpornościowego, ale tym zajmie się lekarz z najbliższej placówki Korpusu, który otrzyma pełną dokumentację twojego przypadku. Będzie też strzegł cię przed kontaktami z innymi Hudlarianami. Gdyby jakiś znalazł się w okolicy, nie powinnaś się do niego zbliżać ani nawet mieszkać w tym samym budynku co on. A najlepiej w ogóle w innym mieście.

W odróżnieniu od pacjentów, których organizmy akceptowały przeszczepy po pewnym czasie stosowania supresorów, u Hudlarian konieczne było nieustanne ich podawanie. Ale Conway nie chciał rozwijać teraz za bardzo następnego przykrego wątku.

— Kontakt z przyjaciółmi będziesz mogła utrzymywać tylko za pośrednictwem urządzeń. To też jest bardzo ważne. Nie tylko gość, ale nawet paczka z domu może być przekaźnikiem zarazków zdolnych błyskawicznie cię zabić.

Przerwał na chwilę, aby znaczenie tych słów zapadło pacjentce w pamięć. Hudlarianka patrzyła na niego w milczeniu i chyba zastanawiała się nad możliwą koleją rzeczy.

W normalnych okolicznościach jej zmarły towarzysz zająłby się dzieckiem, zmieniając z wolna płeć na żeńską. Gdyby akurat go nie było, tę rolę przejąłby któryś z bliskich krewnych. Sama pacjentka miała krótko po urodzeniu potomka zacząć wchodzić w fazę męską. Skoro los pozbawił ją i partnera, i jakiegokolwiek hudlariańskiego towarzystwa, na zawsze już musiała pozostać w postaci męskiej, co wobec samotności było szczególnie frustrującą perspektywą.

Wiele istot różnych gatunków traciło partnerów. Albo uczyły się z tym żyć, albo szukały potem kogoś nowego. Jednak wobec zakazu jakichkolwiek kontaktów to akurat było niemożliwe i pacjentka nie mogła już liczyć na w pełni szczęśliwe życie.

Pośród związanych z tym hudlariańskich myśli w głowie Conwaya pojawiała się też jedna typowo ludzka. Jak by się czuł, gdyby na zawsze oddzielono go od Murchison i innych ludzi? Z nią przy boku gotów byłby całe życie spędzić pośród obcych. W Szpitalu była to zresztą codzienność. Jednak bez tej najbliższej emocjonalnie i fizycznie istoty, która była z nim już tyle lat… Nie był pewien, co by się z nim stało. Nie potrafił sobie nawet tego wyobrazić.

— Rozumiem — powiedziała nagle pacjentka. — I dziękuję, doktorze.

W pierwszej chwili chciał odrzucić podziękowania i zacząć przepraszać. Zgodnie z hudlariańskimi podpowiedziami chętnie wyraziłby współczucie, że tak wielkie poświęcenie i medyczny wysiłek doprowadziły jedynie do skazania pacjentki na wiele lat cierpienia. Rozumiał wszakże, że to nie jego uczucia i że lekarz nie powinien tak mówić. To byłoby wysoce nieprofesjonalne.

— Wasz gatunek przejawia wielkie zdolności adaptacyjne — powiedział tonem pocieszenia. — Jesteście pilnie poszukiwani do wielu prac, tak w próżni, jak i na powierzchni planet. Mimo pewnych ograniczeń masz szansę prowadzić bogate i bardzo ciekawe życie.

Nie powiedział „szczęśliwe”. Nie był aż takim kłamcą.

— Dziękuję, doktorze — powtórzyła pacjentka.

— Teraz proszę o wybaczenie, ale muszę już iść — rzekł i praktycznie uciekł.

Jednak nie był długo sam. Rytmiczne postukiwanie sześciu krabich nóg oznajmiło nadejście starszego lekarza Edanelta.

— Dobra robota, doktorze — stwierdził. — Trochę faktów klinicznych, nieco współczucia, na koniec zachęta. Tyle że spędził pan z pacjentką o wiele więcej czasu, niż zwykle zdarza się to Diagnostykom. Tymczasem przyszła dla pana wiadomość od Thornnastora. Nie chciał wiele powiedzieć poza tym, że chodzi o Obrońcę i że sprawa jest pilna.

— Na pewno nie pilniejsza od spraw naszych pacjentów — rzekł powoli Conway, który ciągle jeszcze myślał o przyszłości Hudlarianki. — Jak z trójką i dziesiątką?

Też pilnie potrzebują wsparcia. Yarrence zrobił przy trójce dobrą robotę, usuwając wgniecenie i jego skutki, i nie trzeba było niczego przeszczepiać. Ostatecznie może nie okazać się najpiękniejszy, ale przynajmniej nie znajdzie się na wygnaniu, jak dziesiątka i czterdziestka trójka. U tego ostatniego przeszczepy też przyjmują się całkiem dobrze, więc w pełni wróci do zdrowia. Oczywiście pod warunkiem ciągłego stosowania leków. Ale ponieważ nie ma pan dużo czasu może porozmawia pan tylko z jednym, a ja zajmę się drugim? Jestem jedynie starszym lekarzem, a nie świeżo upieczonym Diagnostykiem, ale nie chciałbym, żeby Thornnastor czekał za długo.

— Dziękuję — powiedział Conway. — To ja wybieram dziesiątkę.

W odróżnieniu od pacjenta numer czterdzieści trzy dziesiąty pozostawał w fazie męskiej i nie był tak podatny na manipulacje emocjonalne. Conway miał nadzieję, że Thornnastor dał tylko wyraz zwykłej niecierpliwości i sprawa nie była aż tak bardzo pilna.

Gdy skończył, był chyba w gorszym stanie psychicznym niż pacjent; ten wkroczył, zdawało się, na drogę do zaakceptowania swojego losu. Może dlatego poszło mu łatwiej, że nie miał partnerki. Conway bardzo chciałby zapomnieć teraz na chwilę o wszelkich hudlariańskich problemach, ale nie była to łatwa sprawa.

— Czy jest teoretycznie możliwe, aby dwoje Hudlarian na supresorach spotkało się bez stwarzania wzajemnego zagrożenia? — spytał Edanelta, gdy oddalili się już od FROBów. — Oboje są wolni od patogenów, więc nie mają się czym zakazić. Może by tak zaaranżować jakieś spotkanie…?

— To dobry i chwytający za serce pomysł — odparł Edanelt. — Wprawdzie jeśli jedno z nich ma odporność na patogen, z którym drugie nigdy się nie zetknęło, mogą się pojawić poważne kłopoty, ale porozmawiaj z Thornnastorem. Jest autorytetem w sprawach…

— Thornnastor! — krzyknął Conway. — Całkiem zapomniałem. Czy może…?

Nie, ale O’Mara zajrzał tu, by sprawdzić, czy nie potrzebujesz pomocy przy pacjentach. Podpowiedział mi, jak mam sobie radzić z trójką. Popatrzył chwilę na was i stwierdził, że skoro tak miło gawędzicie, na pewno nie potrzebujesz wsparcia. To chyba był znak aprobaty z jego strony, jak sądzisz? Z mojego doświadczenia z Ziemianami wynikałoby wprawdzie, że może chodzić o jeden z tych przypadków, kiedy przekaz werbalny nie odpowiada ściśle niewerbalnemu, czyli o to, co zwiecie sarkazmem, ale…

— Z O’Marą nigdy nic nie wiadomo — rzucił Conway. — Ale on z zasady jest sarkastyczny i nigdy za nic nie chwali.

Po cichu Conway ucieszył się jednak. Skoro naczelny psycholog nie przeszkodził mu w rozmowie z dziesiątką, musiał uznać go za wystarczająco kompetentnego. Albo też doszedł do wniosku, że nie będzie prawił mu kazania przy podwładnych…

Naraz wszakże do głosu doszło w Conwayu coś znacznie ważniejszego niż takie czy inne niepokoje. Uświadomił sobie, że znowu od wielu godzin nie udało mu się nic zjeść. Nic poza jedną kanapką. Połączył się z dyżurnym i spytał o grafik dyżurów ciepłokrwistych tlenodysznych członków starszej kadry. Miał szczęście, nie było konfliktu.

— Przekaż, proszę, Thornnastorowi, że za pół godziny spotkam się z nim w jadalni — powiedział do Edanelta i wyszedł z oddziału.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

Conway znał szefa patologii na tyle dobrze, aby z daleka rozpoznać jego sylwetkę. Z radością stwierdził, że Thornnastor siedzi przy jednym stoliku z Murchison. Diagnostyk był tak pochłonięty przekazywaniem jej nowych plotek, że nie zauważył nawet przybycia Ziemianina. Murchison zresztą też nie.

— Ktoś mógłby nie uwierzyć, że w jakiejkolwiek sytuacji instynkt zachowania gatunku może się u metanowców okazać na tyle silny, aby wywołać coś podobnego. A jednak. Wystarczy lekkie podniesienie ciepłoty ciała, nawet takie wywołane leczeniem, aby wszyscy obecni SNLU znaleźli się w kłopotliwej sytuacji. Tych czterech w każdym razie przeżyło nieciekawe chwile. Nawet pewien melfiański starszy lekarz noszący akurat zapis SNLU, wiesz, o kim mówię, pogubił się na tyle, że uniósł manipulator, sygnalizując gotowość do…

— Prawdę mówiąc, mój problem dotyczy czegoś innego — zaczęła Murchison.

Wiem — zahuczał Thornnastor. — Ale dla mnie to żaden szczególny problem. Owszem, ten akurat tryb parzenia się jest mi mocno obcy, ale jako klinicysta pomogę, na ile tylko będę umiał.

— Trudność sprowadza się do opanowania powstającego w trakcie wrażenia, że jestem po pięciokroć niewierna…

Oni rozmawiają o nas! — pomyślał Conway i poczuł, że się czerwieni. Byli jednak nadal zbyt pochłonięci dyskusją, aby zauważyć go razem z jego zakłopotaniem.

— Chętnie skonsultuję to z innymi Diagnostykami — stwierdził Thornnastor. — Być może niektórzy natrafili na podobne problemy. Mnie to naturalnie nie dotyczy, gdyż Tralthańczycy sprawami płci interesują się tylko przez krótki fragment naszego roku i robią to na tyle żywiołowo, że nie przychodzi im do głowy, aby cokolwiek w trakcie analizować. — Na chwilę skierował wszystkie oczy gdzieś w przestrzeń. — Mój ziemski składnik sugeruje, abyś zrobiła to samo. Miast dzielić włos na czworo, ciesz się chwilą. Mimo różnic między naszymi gatunkami element radości jest chyba wspólny? O, witam, Conway. — Uniósł jedno oko znad talerza i zerknął na kolegę. — Właśnie o tobie rozmawiamy. Wydaje się, że świetnie się adaptujesz do nowej sytuacji, a Murchison powiedziała mi jeszcze, że…

— Tak — przerwał mu szybko Conway i spojrzał błagalnie w troje oczu: jedno tralthańskie i dwoje ludzkich. — Proszę, byłbym bardzo wdzięczny, gdybyście nie rozprawiali o tym z nikim więcej.

— Zupełnie nie rozumiem dlaczego — mruknął Thornnastor, kierując na niego drugie oko. — Bez wątpienia chodzi o coś bardzo ważnego. Milczenie nie pomoże naszym kolegom, gdyby trafili na podobne problemy. Czasem naprawdę nie rozumiem twoich reakcji, Conway.

Conway spojrzał z wyrzutem na Murchison, która jego zdaniem nazbyt swobodnie dobierała tematy rozmów z szefem. Ona uśmiechnęła się jednak czarująco i zwróciła do Thornnastora.

— Musi mu pan wybaczyć. Sądzę, że jest bardzo głodny, a to oznacza niski poziom cukru we krwi. W takich sytuacjach zachowuje się niekiedy irracjonalnie.

— A, rozumiem — stwierdził Tralthańczyk i spojrzał z powrotem na talerz. — Ze mną bywa tak samo.

Murchison wybierała już na konsoli numer całkiem niekontrowersyjnej kanapki.

— Nie jedną, ale trzy proszę — rzekł Conway. Wgryzał się w pierwszą, gdy Thornnastor podjął temat. Mając cztery otwory gębowe, mógł mówić i nie przerywać jedzenia.

— Chyba należy ci się pochwała za to, jak radzisz sobie z opanowaniem obcych wiadomości z dziedziny chirurgii. Nie tylko potrafisz odszukać je bez opóźnienia, ale słyszałem, że wprowadzasz nawet nowe procedury łączące terapię różnych medycyn. Starsi lekarze z oddziału hudlariańskiego byli pod wrażeniem.

— To oni naprawdę operowali — rzucił Conway między kolejnymi kęsami.

— Hossantir i Edanelt przedstawili to trochę inaczej — powiedział Thornnastor. — Ale zwykle tak jest, że starsi wykonują większość roboty, a Diagnostycy zbierają laury. Albo dostają po głowie, gdy coś pójdzie nie tak. A skoro mowa o kłopotach, chciałbym usłyszeć, jakie masz plany co do Nie Narodzonego. Endokrynologia jego rodzica, Obrońcy, jest bardzo złożona i tym samym szalenie mnie interesuje, niemniej dostrzegam kilka czysto technicznych zagadnień, które…

Conway omal nie zakrztusił się z wrażenia kanapką i trwało chwilę, nim znowu mógł się odezwać.

— Że też musicie milknąć na czas jedzenia — sapnął Thornnastor ustami od strony Murchison. — Dlaczego nie wykształciliście w toku ewolucji przynajmniej jeszcze jednego otworu gębowego?

— Przepraszam — powiedział z uśmiechem Conway. — Bardzo chętnie przyjmę każdą pomoc i radę. Obrońcy Nie Narodzonych są najtrudniejszymi z punktu widzenia medycyny istotami, jakie napotkałem, i sądzę, że nie odkryliśmy jeszcze wszystkich problemów z nimi związanych, o rozwiązaniach nie wspominając. Prawdę mówiąc, będę szalenie wdzięczny, jeśli rozkład zajęć pozwoli panu być przy porodzie.

— Myślałem już, że nigdy tego nie powiesz — zahuczał Thornnastor.

— Na razie trafiliśmy na kilka trudności — powiedział Conway, masując żołądek i zastanawiając się, czy łapczywe jedzenie nie skończy się za chwilę dla niego fatalnie. — Obecnie jednak ciągle jestem najbardziej skoncentrowany na Hudlarianach i tym wszystkim, co wiąże się z niedawnymi operacjami oraz ich oddziałem geriatrycznym. Mam sporo dylematów zarówno psychologicznej, jak i fizjologicznej natury. Są na tyle frapujące, że trudno mi się od nich oderwać, aby zająć się przede wszystkim Obrońcą. Dość osobliwy to stan!

Ale zrozumiały — mruknął Thornnastor. — Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę twoje ostatnie zaangażowanie w operacje FROBów. Jeśli jednak gnębią cię liczne pytania bez odpowiedzi, najlepiej zrobisz, zadając sobie te pytania ponownie i wyszukując na każde tyle różnych odpowiedzi, ile tylko możliwe. Nawet jeśli będą niesatysfakcjonujące albo niekompletne, posuniesz nieco sprawę do przodu. Twój umysł zaakceptuje ten postęp i pozwoli ci skoncentrować się na czymś innym. W tym ciężarnym Obrońcy. Problem, o którym mówisz, nie jest wcale taki rzadki — dodał, wpadając w ton wykładowcy. — Musi istnieć jakiś bardzo ważny powód, dla którego nie możesz się rozstać z tym tematem. Możliwe, że nie wiedząc o tym, jesteś bardzo bliski znalezienia rozwiązania, które przepadłoby, gdybyś przedwcześnie odłożył to zagadnienie na półkę. Wiem, że zaczynam przemawiać jak psycholog, ale nie da się uprawiać medycyny bez wchodzenia i na to pole. Oczywiście, mogę pomóc ci w sprawach hudlariańskiej fizjologii, ale przypuszczam, że kluczowe są tu elementy czysto psychologiczne. A skoro tak, powinieneś, nie zwlekając, skonsultować to z naczelnym psychologiem.

— Mam teraz, zaraz zadzwonić do O’Mary? — spytał niepewnie Conway.

— Teoretycznie Diagnostyk ma prawo zażądać pomocy o dowolnej porze i od każdego. Wzajemnie zresztą.

Conway spojrzał na Murchison, a ta uśmiechnęła się współczująco.

— Zadzwoń do niego — powiedziała. — Przez interkom może ci najwyżej nawymyślać.

— Marna to zachęta — mruknął Conway, sięgając po komunikator.

Kilka sekund później gniewne oblicze O’Mary wypełniło niewielki ekran. Poza nim nie było widać nic więcej, zatem nie dało się powiedzieć, czy był ubrany.

— Po hałasach w tle i po tym, że jeszcze się pan oblizuje, wnoszę, że dzwoni pan z jadalni. Chciałbym jednak zaznaczyć, że dla mnie jest właśnie środek nocy. Czasem zdarza mi się sypiać, choćby po to, byście uwierzyli, że też jestem człowiekiem. Ale do rzeczy. Ma pan jakąś ważną sprawę czy tylko chce się poskarżyć, że zupa była za słona?

Conway otworzył usta, lecz połączenie zamętu panującego ciągle w jego głowie oraz wizji gniewnego oblicza O’Mary uniemożliwiło mu sformułowanie jakiegokolwiek zdania.

— Czego, u diabła, pan chce? — warknął psycholog.

— Informacji! — rzucił poirytowany Conway, ale zaraz się uspokoił. — Potrzebuję informacji, która pomogłaby mi uporać się z problemem na oddziale geriatrycznym. Diagnostyk Thornnastor, patolog Murchison i ja szukamy właśnie metody…

— I co? Sałatka was natchnęła?

— …leczenia starczych przypadłości. Niestety, przy obecnym stanie pacjentów nie możemy zbyt wiele dla nich zrobić, gdyż choroba posunęła się za daleko. Jednak gdyby mój pomysł okazał się dobry, dałoby się opracować metodę leczenia zapobiegawczego. Thornnastor i Murchison mogą powiedzieć mi wiele o hudlariańskiej fizjologii, ale ewentualny sukces zależeć będzie od zachowania pacjentów w warunkach stresu, ich zdolności adaptacyjnych i potencjalnej podatności na reorientację osobników wprawdzie jeszcze nie bardzo wiekowych, ale już starych. Nie omawiałem dotychczas klinicznych aspektów pomysłu, gdyż jeśli od strony psychologicznej okaże się on pozbawiony sensu, byłoby to marnowanie czasu.

— Słucham — powiedział O’Mara, któremu senność przeszła jak ręką odjął.

Conway zawahał się, ciągle niepewny, czy jego pomysł ma sens. Wyrósł z niedawnych doświadczeń chirurgicznych, wizyt na oddziale geriatrycznym i dziecięcym, wspomnień z wczesnego dzieciństwa oraz sumy wiedzy przyjętej wraz z zapisami, był jednak nie tylko nowatorski, ale też dwuznaczny etycznie. Poznawszy go, O’Mara mógł zwątpić, czy Conway nadaje się na Diagnostyka. Było już jednak za późno, aby się wycofać.

— Z hipnotaśmy FROBów i wykładów na temat ich fizjologii — tutaj skinął w kierunku Thornnastora — wiem, że różne ich schorzenia wieku starczego mają wspólną przyczynę. Utrata władzy w członkach i zwapnienie oraz pękanie ich zakończeń wiążą się z zaburzeniami krążenia, które obserwuje się u większości istot w miarę ich starzenia się. To akurat wiadomo od dawna — dodał, zerkając na Tralthańczyka i Murchison — ale podczas operacji po katastrofie w systemie Menelden, kiedy to większość interwencji wiązała się z transplantacją organów, zauważyłem, iż stan pacjentów zbliżał się chwilowo do tego, który cechuje hospitalizowanych na oddziale geriatrycznym. W trakcie pracy byłem zbyt zajęty, aby zauważyć podobieństwa, ale teraz mogę stwierdzić, że geriatryczne problemy FROBów wynikają z niedostatecznego albo nierównomiernego ukrwienia.

— Skoro to nic nowego, dlaczego mam o tym słuchać? — spytał O’Mara z nutą typowego dlań sarkazmu.

Murchison patrzyła w milczeniu na Conwaya, Thornnastor zaś wpatrywał się w talerz, Murchison, O’Marę i Conwaya i też się nie odzywał.

— Hudlarianie są istotami o wielkim zapotrzebowaniu energetycznym — podjął wątek Conway. — Przy tak szybkiej przemianie materii muszą niemal nieustannie pobierać substancje odżywcze. To, co trafia do ich organów absorpcyjnych, służy przede wszystkim podtrzymaniu akcji obu serc, samych organów absorpcyjnych, macicy, jeśli osobnik jest w fazie żeńskiej, oraz kończyn. Z wykładów pamiętam, że sześć nad wyraz silnych kończyn wykorzystuje blisko osiemdziesiąt procent przyswajanych substancji odżywczych. Przypomniałem sobie te dane pod wpływem ostatnich wydarzeń. Podobnie jak jeszcze jedno: iż to właśnie szybki metabolizm powoduje, że dorośli Hudlarianie są tak niewiarygodnie odporni na zranienia i choroby.

O’Mara znowu szykował się, aby mu przerwać, Conway zaczął więc wyjaśniać:

— Choroby wieku starczego zaczynają się nieodmiennie od kończyn, dysfunkcje zaś jeszcze bardziej zwiększają potrzeby energetyczne osobników i osłabiają pozostałe organy, czyli serca, płaty absorpcyjne i wydalniczą część układu pokarmowego, które również wymagają odżywiania. Trzeba przy tym pamiętać, że każda część organizmu zaopatrywana jest nie ze wspólnego obiegu substancji odżywczych, ale osobnymi naczyniami. W rezultacie stan wspomnianych narządów też zaczyna się pogarszać, co z kolei jeszcze bardziej upośledza krążenie krwi w kończynach i cały organizm z wolna popada w ruinę.

— Rozumiem, że cały ten wykład ma służyć douczeniu mało rozgarniętego psychologa, aby zrozumiał psychologiczne pytania, gdy już padną — przerwał mu jednak O’Mara. — O ile padną…

— Przedstawiony przez kolegę obraz kliniczny został oczywiście uproszczony, ale ogólnie zgodny jest z prawdą. Niemniej sposób jego naszkicowania sugeruje całkiem nowe podejście do problemu — rzekł Thornnastor, nie przerywając jedzenia. — Też bardzo jestem ciekaw wniosków.

Conway zaczerpnął głęboko powietrza.

— Dobrze. Skłonny jestem sądzić, że dałoby się zapobiec temu procesowi, zanim jeszcze się zacznie. Gdyby ograniczyć zapotrzebowanie organizmu na substancje odżywcze i tym samym poprawić zaopatrzenie serc, płatów i reszty, wszystkie te organy mogłyby funkcjonować z powodzeniem jeszcze kilka lat, a przy tym nie dochodziłoby do upośledzania pozostałych osobnikowi kończyn.

Oblicze O’Mary zmieniło się w nieruchomą maskę, Murchison wyglądała na wstrząśniętą, a Thornnastor spojrzał na Conwaya wszystkimi czterema oczami.

— Oczywiście metoda ta byłaby stosowana tylko na wyraźne życzenie pacjenta. Samo usunięcie czterech albo nawet pięciu kończyn to stosunkowo prosta operacja. Najtrudniejsze wydają się przygotowanie pacjenta do utraty kończyn i jego późniejsza zdolność adaptacji do zmienionych warunków życia. To właśnie najważniejszy czynnik, który według mnie decyduje o sensowności całej koncepcji.

O’Mara wypuścił głośno powietrze przez nos.

— Mam więc panu powiedzieć, jak starzejący się Hudlarianie przyjmą pomysł odjęcia im większości kończyn?

— Trzeba przyznać, że byłaby to dość radykalna kuracja — zauważył Thornnastor.

— Zdaję sobie z tego sprawę — powiedział Conway. — Jednak, o ile wiem, obecnie po prostu boją się starości. Nie jest to dziwne, jeśli wziąć pod uwagę znany nam obraz kliniczny. Strach powiększa świadomość, że degradacji organizmu nie towarzyszy spadek sprawności umysłowej, chociaż podobnie jak większość starców, także Hudlarianie żyją wtedy zazwyczaj przeszłością. Coraz mniej sprawne i coraz bardziej obolałe ciało staje się więzieniem dla normalnego skądinąd umysłu, co wywołuje dodatkowe cierpienie. Może się więc zdarzyć, że Hudlarianie nie będą mieli zbyt wiele przeciwko temu pomysłowi i uznają go za wart wypróbowania. Niemniej to tylko moje subiektywne przypuszczenie, wniosek wysnuty z własnego doświadczenia i doświadczenia dawcy hudlariańskiego zapisu, który noszę w głowie. Potrzebuję obiektywnego spojrzenia psychologa, który zna obcych, a szczególnie FROBów. Kogoś, kto powie, czy to w ogóle ma sens.

O’Mara milczał dłuższą chwilę, lecz w końcu pokiwał głową.

— A co da im pan w zamian, Conway? — spytał. — Co pańskim zdaniem mieliby robić ze swoim dłuższym, ale nacechowanym niepełnosprawnością życiem?

— Na razie rozważyłem tylko kilka możliwości. Ich sytuacja podobna byłaby do tej, w której znajdą się ofiary wypadku, ci Hudlarianie po amputacjach, których za kilka tygodni odeślemy do domu. W pewnym zakresie będą się mogli poruszać na protezach, a jedna lub dwie naturalne kończyny nie utracą sprawności niemal do samej śmierci. Musiałbym jeszcze przedyskutować rzecz z Thornnastorem, ale…

— To trafne przypuszczenie, Conway — odezwał się Tralthańczyk. — Jestem pewien, że masz rację.

— Dziękuję — rzekł Conway, oblewając się rumieńcem. — Na Hudlarze medycyna jest dopiero w powijakach i jeszcze przez jakiś czas będzie się skupiać tylko na leczeniu dzieci, skoro dorośli w ogóle nie chorują. Mali pacjenci, chociaż cierpiący, pozostają jednak w pełni aktywni i nie potrzebują żadnej opieki poza podawaniem lekarstw. Nasi niepełnosprawni będą mogli bez żadnego uszczerbku znieść przejawy entuzjazmu półtonowych bobasów, a my szkolimy już pierwszą grupę pielęgniarek FROB, które będą mogły szkolić opiekunów…

Wspomnienie urodziwej pielęgniarki z oddziału dziecięcego na tyle pobudziło hudlariański składnik umysłu Conwaya, że musiał przerwać na chwilę, aby się uspokoić. Jednak gdy chciał wrócić do tematu, przypomniał sobie nagle swoją wiekową, ale żwawą prababkę, niegdyś jedyną jego przyjaciółkę, i nagle poczuł, jak obecny w jego głowie Khone też wraca do wspomnień. Gogleskanina przepełniał żal z powodu wczesnej utraty fizycznego kontaktu z rodzicami. Conway współczuł mu całym sercem braku poznanych i odebranych miłości i ciepła oraz lęku przed przyszłością, kiedy potomka Khone’a spotka ten sam los. Co ciekawe, chociaż Gogleskanin odrzucał niemal wszystko, co znajdywał we wspomnieniach Conwaya i innych osobowości, z miejsca zaakceptował wszystko, co wiązało się ze stareńką i drobną pierwszą przyjaciółką Conwaya.

Było to szczególnie istotne, gdyż współgrało z podobną akceptacją okazywaną przez Gogleskanina starym Hudlarianom. Między Khone’em a pozostałymi gatunkami zaczął powstawać most porozumienia, natomiast Conway poczuł nagle dziwną wilgoć w okolicach oczu…

Murchison objęła dłonią jego przedramię.

— Co się dzieje? — spytała z niepokojem.

— Conway? — spytał O’Mara. — Jest pan jeszcze z nami?

— Przepraszam, myśli mi się rozbiegły — powiedział i odchrząknął. — Naprawdę czuję się dobrze.

— Rozumiem — mruknął psycholog. — Ale o przyczynach tego rozbiegnięcia się myśli porozmawiamy jeszcze innym razem. Proszę kontynuować.

Podobnie jak u większości inteligentnych gatunków, starsi Hudlarianie mają szczególnie dobry kontakt z dziećmi, na czym w tym konkretnym przypadku obie strony mogą wiele skorzystać. Tych pierwszych można niekiedy nazwać wręcz dużymi dziećmi. Wracają pasjami do wspomnień z najmłodszych lat i nie mają nic szczególnego do roboty. Dzieci znajdą w nich pełnych zrozumienia towarzyszy zabaw, którzy również dobrze będą się z nimi czuli, a w odróżnieniu od rodziców i pozostałych dorosłych, nie uciekną po paru chwilach do innych obowiązków związanych z pracą czy wymogami codzienności. Jeśli zaakceptują więc leczenie przez amputacje, staną się zapewne pierwszymi kandydatami do ukończenia kursów pielęgniarskich. Nieco młodsi i tym samym zdradzający nadal sporo cech dorosłych przydadzą się jako nauczyciele starszych dzieci i młodzieży. Mogą też nadzorować produkcję w zautomatyzowanych zakładach przemysłowych albo pełnić dyżury w stacjach meteorologicznych czy też…

— Wystarczy! — powiedział O’Mara, unosząc dłoń. — Proszę zostawić też trochę pracy dla mnie. Nie chciałbym się poczuć całkiem niepotrzebny. Niemniej rozumiem już, co się działo z panem przed chwilą. Wiem z akt, jak wyglądało pańskie dzieciństwo, więc żywa reakcja na starszych Hudlarian wcale mnie nie dziwi. A wracając do zasadniczego pytania: nie odpowiem panu na poczekaniu, ale zaraz sięgnę do moich materiałów na temat Hudlara i zajmę się sprawą. Dał mi pan zbyt wiele do myślenia, abym mógł ponownie zasnąć.

— Przepraszam… — zaczął Conway, ale twarz naczelnego psychologa zniknęła już z ekranu. — Przepraszam, że to tyle trwało — zwrócił się więc do Thornnastora. — Ale teraz wreszcie będziemy mogli spokojnie porozmawiać o Obrońcy…

Urwał, gdyż na ich stoliku zaczęło migotać niebieskie światło. Oznaczało, że zajmują go o wiele dłużej, niż potrzeba na zjedzenie posiłku, zatem powinni jak najprędzej wstać i zrobić miejsce następnym, licznie czekającym konsumentom.

— Idziemy do ciebie czy do mnie? — spytał Thornnastor.

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

Pierwszy kontakt z Obrońcami Nie Narodzonych nastąpił, kiedy Rhabwar odpowiedział na sygnał alarmowy ze statku przewożącego dwóch przedstawicieli tego gatunku. Wyrwali się z przeznaczonych dla nich cel i zabili całą załogę, przy czym jeden z nich zginął.

Wkrótce potem ocalały Obrońca urodził potomka i też zmarł. Potomek ów zmienił się z biegiem czasu w dorosłego osobnika i teraz przyszła kolej na niego. Patologia przebadała dokładnie rodzica i zaproponowała taki sposób przeprowadzenia porodu, aby nowa istota mogła się pojawić na świecie bez całkowitego zaniku wyższych funkcji psychicznych.

— Podstawowym celem planowanej operacji jest uratowanie świadomości Nie Narodzonego — powtórzył Conway, rozglądając się po galerii. W dole Obrońca prowadził nieustanną wojnę z systemem podtrzymywania życia i dwoma Hudlarianami. — Mamy do czynienia z problemami natury technicznej, chirurgicznej i endokrynologicznej. W ostatnich dwóch dniach przedyskutowałem jeszcze sprawę z Diagnostykiem Thornnastorem i przedstawię teraz pokrótce na użytek wszystkich, którzy będą nam towarzyszyć w operacji i późniejszej opiece nad pacjentem, co dokładnie wiemy o tym przypadku. Dorosły Obrońca jest pozbawiony inteligencji, fizjologicznie należy do klasy FSOJ. jak sami widzicie, to wielka i bardzo silna istota osłonięta ciężkim, poznaczonym rowkami pancerzem, spod którego wystają cztery grube kończyny, mocny ząbkowany ogon oraz głowa. Kończyny zwieńczone są ostrymi kostnymi szpikulcami. Głowa wyposażona jest w cofnięte i dobrze przez to chronione oczy, górne i dolne wyrostki kostne oraz zęby, którym oprzeć się mogą tylko najtwardsze metale. — Odwróćcie go, proszę! — powiedział do Hudlarian zajmujących się pacjentem za pomocą stalowych prętów. — I mocniej! Nie zrobicie mu krzywdy. Wręcz odwrotnie, pomożecie mu dojść do optymalnej kondycji wskazanej przed porodem — dodał i spojrzał z powrotem na obserwatorów. — Cztery grube i krótkie nogi też mają kostne wyrostki, które mogą posłużyć jako broń. Dolna część ciała nie jest chroniona pancerzem, ale też rzadko narażona bywa na ataki, więc pokrywająca ją gruba skóra całkowicie w tym przypadku wystarcza. Jak widzicie, pośrodku podbrzusza znajduje się podłużna szczelina będąca ujściem kanału rodnego. Obecnie jest on zamknięty, otworzy się dopiero na kilka minut przed rozwiązaniem. Na razie cofnijmy się jednak do ewolucyjnej historii tej istoty i jej środowiska…

Obrońcy zrodzili się na planecie płytkich, parujących mórz i podmokłych dżungli, gdzie trudno o wyraźny podział między życiem roślinnym a zwierzęcym, gdyż mobilność i agresja są tam cechami właściwymi najrozmaitszym organizmom. Aby przetrwać, trzeba nieustannie walczyć, a dominująca forma życia zawdzięczała swą pozycję szczególnie wysokiemu poziomowi agresji połączonemu ze specyficznym sposobem rozrodu.

Na wczesnym etapie ewolucji dzikość środowiska zmusiła Obrońców do wykształcenia postaci chroniącej jak najlepiej żywotne organy. Mózg, serce, płuca i macica ukryte są w głębi bardzo silnie umięśnionego i okrytego pancerzem ciała, przy czym wszystkie ściśnięte zostały na stosunkowo małej przestrzeni. Podczas ciąży dochodzi przez to znacznego przemieszczenia organów, jako że potomek rodzi się w postaci niemal dorosłej. Rzadko zdarza się, aby jeden osobnik przetrwał więcej niż trzy porody, gdyż w starszym wieku nie ma już zwykle dość siły, żeby obronić się przed atakiem głodnego dziecka.

Jednak podstawowym czynnikiem, dzięki któremu Obrońcy Nie Narodzonych zdobyli dominującą pozycję, był fakt, że ich dzieci zyskiwały wiedzę na temat metod przetrwania jeszcze przed narodzinami.

Proces ten zaczynał się od prostego przekazania instynktów, czyli na poziomie genetycznym, jednak bliskość mózgów rodzica i płodu wywoływała też efekt analogiczny do indukcji. Elektrochemiczna aktywność jednego mózgu była przenoszona na drugi.

Płód stawał się krótkodystansowym telepatą odbierającym te same bodźce wzrokowe, czuciowe i wszystkie inne co rodzic.

Zanim jeszcze dochodziło do porodu, w płodzie pojawiał się zarodek kolejnego pokolenia, który też zaczynał zyskiwać świadomość i zbierać wiedzę o świecie otaczającym samozapładniającego się prarodzica. Stopniowo zdolności telepatyczne wzmocniły się do tego stopnia, że możliwy stał się kontakt także między płodami różnych, ale niezbyt oddalonych od siebie Obrońców.

Dla zmniejszenia ryzyka uszkodzenia organów wewnętrznych płód był w macicy paraliżowany, co jednak nie upośledzało późniejszej sprawności mięśni.

Niemniej poprzedzający narodziny proces ustępowania paraliżu, a może i sam poród, powodowały całkowitą utratę cech istoty inteligentnej oraz zdolności telepatycznych. Żaden Obrońca nie przetrwałby długo w skrajnie wrogim środowisku, gdyby jego instynktowne reakcje obronne były zaburzane procesem myślenia.

— Nie mając nic do roboty poza odbieraniem informacji o zewnętrznym świecie, wymianą myśli z pozostałymi Nie Narodzonymi oraz badaniem innych, podatnych na kontakt telepatyczny form życia, płody rozwinęły w końcu bardzo wysoki poziom inteligencji. Nie mogły jednak niczego budować, angażować się w jakąkolwiek aktywność fizyczną, dokumentować swoich myśli. Nie miały nawet jak wpływać na zachowania swoich rodziców, którzy musieli nieustannie walczyć, zabijać i pożerać zdobycz, aby utrzymać przy życiu swoje nie znające snu ciała z Nie Narodzonym w środku.

Zapadła chwila ciszy przerywanej jedynie stłumionymi odgłosami pracy systemu podtrzymywania życia oraz razów wymierzanych pracowicie przez Hudlarian dbających o dobre samopoczucie pacjenta.

— Pytałem już o to wcześniej, ale odpowiedź była trudna do przyjęcia — odezwał się porucznik kierujący zespołem technicznym. — Czy naprawdę musimy nieustannie bić pacjenta? Nawet w czasie porodu?

Tak, poruczniku. I przed, i w trakcie, i po — odparł Conway. — Jedynym sygnałem uprzedzającym o zbliżaniu się porodu będzie wzrost aktywności pacjenta. Wystąpi jakieś pół godziny przed rozwiązaniem. Na jego planecie służy to oczyszczeniu najbliższej okolicy z drapieżników, tak aby potomek miał jak największe szansę przetrwania. Niemniej przyjdzie on na świat, walcząc, i będzie potrzebował takiej samej stymulacji jak rodzic, tyle że na mniejszą skalę, gdyż sam będzie mniejszy.

Kilka istot na galerii wydało odgłosy niedowierzania. Thornnastor uznał, że pora poprzeć Conwaya własnym niebagatelnym autorytetem.

— Musicie uznać za pewnik, że przemoc jest naturalnym żywiołem tego stworzenia — powiedział z naciskiem. — FSOJ musi być nieustannie pod wpływem silnego stresu, w przeciwnym razie jego złożony system wydzielania wewnętrznego przestaje odpowiednio funkcjonować. Organizm Obrońcy wymaga nieprzerwanego dopływu związku będącego odpowiednikiem kelgiańskiego thullis czy ziemskiej adrenaliny. Jeśli z jakiegoś powodu zabraknie permanentnej groźby zranienia albo śmierci, ustanie wydzielania tego związku prowadzi najpierw do ospałości, a potem utraty przytomności. Jeśli stan ten się przedłuża, u obu istot następują nieodwracalne uszkodzenia systemu endokrynologicznego, które po jakimś czasie powodują ich śmierć.

Tym razem na galerii zapadła pełna skupienia cisza.

— Teraz zabierzemy was tak blisko pacjenta, jak to tylko będzie bezpieczne — powiedział Conway, wskazując salę w dole. — Obejrzycie szczegółowo system podtrzymywania życia i jego drugą, mniejszą wersję, którą przygotowaliśmy dla potomka. Oba przypominają do złudzenia narzędzia tortur stosowane niegdyś w ciemnych wiekach historii Ziemi. Nowi członkowie zespołu będą mogli zaznajomić się z ich budową i dowiedzą się, jakie czekają ich obowiązki. Pytajcie, o co tylko chcecie. Zależy nam, abyście jak najlepiej zrozumieli, na czym polegać będzie wasza praca. W żadnym razie jednak nie próbujcie traktować pacjenta łagodnie i ze zrozumieniem. W niczym mu to nie pomoże.

Rozległy się szelesty, skrobanie i postukiwanie rozmaitych rodzajów kończyn, gdy zgromadzeni skierowali się do wyjścia z galerii. Conway uniósł rękę.

— Raz jeszcze przypomnę — powiedział głośno i wyraźnie. — Celem operacji nie jest ułatwienie porodu. Nie ma takiej potrzeby. Chcemy natomiast zadbać, aby nowy Obrońca zachował te same możliwości umysłu, które ma obecny Nie Narodzony. Żeby nie stracił ani inteligencji, ani zdolności telepatycznych.

Thornnastor wydał odgłos będący odpowiednikiem ziemskiego westchnienia. Conway wiedział, co ma na myśli. Też był pełen obaw i podchodził do sprawy raczej pesymistycznie. Mimo dwóch dni wytężonych konsultacji nie zdołali jeszcze dopracować wszystkich szczegółów. Jednak udając całkiem pewnego siebie, zaprezentował zespołowi i ramę maszynerii, i klatkę na zawieszeniu kardanowym, potem zaś zabrał wszystkich obok, do pomieszczenia dla potomka.

Technicy nazwali je Mordownią. Z górą połowę powierzchni zajmowała pusta cylindryczna konstrukcja o szerokości pozwalającej na swobodne przejście młodocianego FSOJ. Skręcała się i zawijała tak, aby było w niej jak najwięcej przestrzeni. Wejście zagrodzono ciężkimi litymi drzwiami, osadzonymi w bocznej ścianie konstrukcji, którą wykonano z drobnej, ale mocnej metalowej kratownicy. Podłoga odtwarzała nierówności i przeszkody napotykane na rodzimej planecie Obrońców. Był nawet mechaniczny odpowiednik rosnących tam ruchomych drapieżnych korzeni. Wkoło rozstawiono monitory pokazujące nieustannie trójwymiarowe obrazy roślin i zwierząt, które istota normalnie widziałaby w swoim środowisku.

Kratownica nie tylko pozwalała lokatorowi widzieć te ekrany, ale umożliwiała również personelowi stosowanie systemu podtrzymywania życia, którego budzący grozę mechanizm, zaprojektowany, aby uderzać, rwać i kłuć, stał między ekranami.

Zrobiono, co tylko się dało, aby młodociany przybysz czuł się jak u siebie.

— Jak już wiecie, Nie Narodzony świadom jest wszystkich wydarzeń, które zachodzą wokół niego — powiedział Conway. — Zawdzięcza to swojej telepatycznej więzi z rodzicem. My nie jesteśmy telepatami, możemy więc nie odebrać jego myśli, i to nawet w czasie szczególnego napięcia, które poprzedza poród. Perspektywa bliskiego wymazania świadomości powoduje wtedy silny stres i znaczne wzmocnienie sygnału. W Federacji jest kilka ras telepatycznych — dodał, wracając pamięcią do swojego jedynego kontaktu myślowego z Nie Narodzonym. — Zwykle chodzi o mechanizmy wytworzone ewolucyjnie, przez co narządy odbiorcze i nadawcze są niejako w naturalny sposób nastrojone. Z tego powodu kontakty telepatyczne między przedstawicielami różnych gatunków telepatycznych nie zawsze są możliwe. Gdy zaś dochodzi do kontaktu z przedstawicielem rasy, która nie wykorzystuje telepatii, zwykle oznacza to, że mamy do czynienia ze zdolnościami, które albo pozostają w stanie uśpienia, albo uległy atrofii. Podobne doświadczenie może być trudne do zniesienia, ale nie powoduje żadnych trwałych zmian w mózgu ani nie zostawia istotnych śladów w psychice.

Puścił nagranie zrobione podczas tamtego pierwszego porodu, który przebiegł w bardzo gwałtownych okolicznościach. Doskonale pamiętał odczucia, które targały nim wtedy, w trakcie trwającego kilka minut kontaktu.

Patrząc na ekran, zacisnął odruchowo pięści, a stojąca obok Murchison pobladła wyraźnie. Raz jeszcze szalejący Obrońca próbował sforsować przymknięte drzwi śluzy, żeby się do nich dobrać. Przez kilkucalową szparę widzieli dobrze, co się dzieje, i wszystko nagrywali. Jednak sytuacja Murchison, rannego kapitana Rhabwara i Conwaya była nie do pozazdroszczenia. Ostro zakończone odnóża Obrońcy wydarły już kilka metalowych płyt przy włazie i coraz bardziej osłabiały konstrukcję nośną, ściana zaś nie była wcale taka gruba.

Jedyna nadzieja wiązała się z tym, że w przedsionku śluzy panował stan nieważkości i Obrońca częściej odbijał się od przeszkód, niż je niszczył. Zwiększało to zresztą jego wściekłość, a przy tym utrudniało obserwację porodu, który już się zaczął. Jednak w pewnej chwili częstotliwość ataków zmalała. Był to skutek osłabienia Obrońcy obrażeniami, które zadała mu przed śmiercią załoga statku, doznań towarzyszących nieważkości oraz wcześniejszej awarii pokładowego systemu podtrzymywania życia. No i zbliżającego się porodu, który pochłonął wszystkie pozostałe jeszcze siły stworzenia. Gdy Obrońca obrócił się wreszcie tak, że mogli coś zobaczyć, potomek był już prawie na zewnątrz.

Nagranie nie potrafiło przekazać tego, co w tamtej chwili było dla Conwaya najważniejsze: ostatnich sekund telepatycznego kontaktu z opuszczającym ciało rodzica płodem, który szykował się już do mimowolnej przemiany w dziką i całkiem bezrozumną bestię. Jednak tkwiło to w jego pamięci wystarczająco mocno, aby na moment coś ścisnęło go w gardle.

Thornnastor musiał wyczuć stan Conwaya, bo sięgnął, zatrzymał projektor i wskazując na nieruchomy obraz, podjął wykład:

— Widzicie tutaj, że na zewnątrz pojawiły się już głowa i większość tułowia, ale kończyny pozostają wciąż bezwładne. Substancja, która znosi paraliż i równocześnie upośledza funkcje psychiczne, została już wprawdzie uwolniona do organizmu potomka, ale nie zaczęła jeszcze działać. Do tego miejsca akt narodzin jest całkowicie zależny od odruchów Obrońcy.

— Czy po porodzie nierozumny rodzic zostanie usunięty? — spytała z typową dla swojej rasy bezpośredniością jedna z Kelgianek.

Thornnastor zerknął jednym okiem na Conwaya, który jednak nadal był myślami bardzo daleko.

— Nie mamy takiego zamiaru — powiedział Tralthańczyk. — Obrońca sam był kiedyś inteligentną istotą i może zrodzić jeszcze co najmniej troje rozumnych potomków. Gdybyśmy musieli podjąć decyzję, czy ratować inteligentnego potomka kosztem życia rodzica, czy też pozwolić na poród kolejnej bezrozumnej istoty, zdecyduje o tym odpowiedzialny za program chirurg. W drugim przypadku należałoby jednak pamiętać — dodał, znowu spoglądając przelotnie na Conwaya — że każdy z Obrońców, zarówno młody, jak i stary, wytworzą z czasem telepatyczne płody, co ponownie da szansę, a nawet dwie na rozwiązanie problemu. Będzie to jednak również oznaczać wystawienie ich podczas ciąży na działanie sztucznego środowiska, które długofalowo może nie mieć korzystnego wpływu na płody i spowodować, że kolejny chirurg znowu stanie przed koniecznością podjęcia trudnej decyzji.

Murchison też patrzyła na Conwaya, i to z wyraźnym niepokojem. Ostatnie kilka zdań nie było już odpowiedzią na pytanie pielęgniarki, ale raczej ostrzeżeniem. Thornnastor przypominał Ziemianinowi, że nie skończył się jeszcze jego czas próby i że szef patologii nie ponosi mimo starszeństwa pełnej odpowiedzialności za tę sprawę. Jednak Conway nadal niezbyt mógł cokolwiek powiedzieć.

— Jak widzicie, kończyny Nie Narodzonego zaczynają się poruszać. Na razie bardzo wolno — podjął Thornnastor. — A teraz sam już wydobywa się z kanału rodnego.

Wtedy właśnie telepatyczny sygnał stracił nagle na wyrazistości. Conway odebrał wrażenia bólu, zagubienia i lęku, które dodatkowo utrudniły komunikację, lecz ten ostatni przekaz był bardzo prosty.

— Narodziny oznaczają dla mnie śmierć, przyjaciele. Mój umysł umiera, zdolności telepatyczne zanikają. Staję się Obrońcą z własnym Nie Narodzonym w łonie. Ten będzie rósł, zacznie myśleć i nawiąże z wami kontakt. Proszę, dbajcie o niego — usłyszał w myślach.

Problem z kontaktem telepatycznym polegał na tym, że brakowało mu wieloznaczności przekazów werbalnych, nie pozwalał też na dyplomatyczne sięganie po kłamstwa. Telepatycznie złożona obietnica wiązała przez to bardziej niż jakakolwiek inna. Nie mógłby się z niej wycofać bez wielkiej szkody dla szacunku wobec siebie.

Teraz ten Nie Narodzony, z którym zdarzyło mu się telepatycznie porozumieć, był jego pacjentem, Obrońcą z własnym potomkiem, którym przyrzekł się opiekować. Miał do dyspozycji całe zasoby Szpitala, ale nadal nie wiedział, jak postąpić. A dokładniej, którą z możliwości wybrać. Żadna nie rokowała, jak się zdawało, pełnego sukcesu.

— Nie wiemy nawet, czy płód rozwinął się normalnie w szpitalnych warunkach — powiedział nagle trochę do siebie, trochę do wszystkich. — Mogliśmy nie odtworzyć środowiska z należytą starannością. Nie Narodzony może się okazać pozbawiony inteligencji czy telepatii. Nie możemy tego w żaden sposób sprawdzić…

Urwał, gdyż z góry doleciała go seria melodyjnych treli, a autotranslator przemówił:

— Skłonny jestem sądzić, że jednak się mylisz, przyjacielu Conway.

— Prilicla! — zawołała całkiem niepotrzebnie Murchison. — Wróciłeś!

— Cały i zdrowy? — spytał Conway pewien, że badanie rannych po takiej katastrofie musiało być dla małego empaty traumatycznym przeżyciem.

— Wszystko w porządku, przyjacielu Conway — odparł Prilicla, uginając rytmicznie nogi, co oznaczało, że cieszy się z tak serdecznej aury emocjonalnej, która towarzyszy jego powrotowi. — Byłem ostrożny i utrzymywałem maksymalną dopuszczalną odległość. Tak samo jak wobec twojego pacjenta w sąsiednim pomieszczeniu. Emocje Obrońcy są dla mnie bardzo niemiłe, ale Nie Narodzony budzi sympatię. Wyczuwam u niego złożone procesy myślowe. Niestety, jestem raczej empatą niż telepatą, ale i tak odbieram frustrację, która spowodowana jest zapewne niemożnością porozumienia się z otoczeniem. Towarzyszy jej coraz silniejszy strach.

— Strach? — spytał Conway. — Jeśli nawet próbował się z nami komunikować, niczego nie odczuliśmy. Nawet słabego echa.

Prilicla opadł spod sufitu, zrobił zgrabną pętlę i przysiadł na szczycie pobliskiej szafy z narzędziami, tak by obecni DBLF i DBDG mogli widzieć go bez nadwerężania karków.

— Nie jestem całkiem pewien, przyjacielu Conway, gdyż same stany emocjonalne są w takich sytuacjach mniej wiarygodne niż spójne myśli, ale wydaje mi się, że problem wiąże się ze zbyt wieloma obecnymi tu umysłami. Podczas pierwszego kontaktu przy bestii i jej dziecku obecne były tylko trzy osoby: Murchison, Fletcher i ty. Reszta załogi przebywała na pokładzie Rhabwara, o wiele za daleko na telepatyczny kontakt. Obecność tylu osób zdaje się powodować zagubienie i strach Nie Narodzonego, szczególnie że dwie z nich mają w głowach całe mnóstwo osobowości — dodał, spoglądając na Conwaya i Thornnastora.

— Jasne, masz rację — mruknął Conway po chwili zastanowienia. — Miałem nadzieję na telepatyczny kontakt z Nie Narodzonym przed i w trakcie narodzin. Podpowiedzi gotowego do współpracy pacjenta byłyby dla nas nieocenionym ułatwieniem. Jednak sam widzisz, ilu lekarzy i techników liczy zespół. To kilkadziesiąt osób. Nie mogę ich wszystkich odesłać.

Prilicla znowu zadrżał, tym razem zmartwiony, że zasiał tyle niepokoju w duszy Conwaya, chociaż chciał tylko uspokoić go, że Nie Narodzony ma się dobrze. Podjął więc jeszcze jedną próbę poprawienia nastroju przyjaciela.

— Jak tylko wróciłem, zajrzałem na oddział hudlariański i muszę powiedzieć, że doskonale się sprawiliście. Wśród przysłanych przeze mnie przypadków były też prawie beznadziejne, że o ciężkich nie wspomnę, a jednak straciliście tylko jednego pacjenta. Naprawdę wspaniałe osiągnięcie, nawet jeśli O’Mara twierdzi, że podrzuciłeś mu kolejne gotowane warzywo.

— Chyba gorącego ziemniaka — powiedziała ze śmiechem Murchison.

— O’Mara tak mówi? — zdumiał się Conway.

— Naczelny psycholog rozmawiał z jednym z twoich pacjentów zaraz po odwiedzinach na oddziale geriatrycznym — odparł Prilicla. — Przyjaciel O’Mara wiedział, że następnie przyjdę tutaj, i prosił, abym powtórzył ci, że odebrano sygnał z Goglesk. Twój przyjaciel Khone chce jak najszybciej przylecieć do Szpitala…

Khone jest ranny albo chory? — przerwał mu Conway, osobowość Gogleskanina zaś wzięła w jego głowie górę nad wszystkimi innymi. Dzięki Khone’owi wiedział, jak wiele chorób i wypadków czyha na P0-KTów, którzy w dodatku niezbyt mogli pomóc sobie nawzajem w razie nieszczęścia. Cokolwiek zdarzyło się Khone’owi, musiało być z nim bardzo źle, skoro chciał przybyć do Szpitala, miejsca wziętego żywcem z jego najkoszmarniejszych snów.

— Nie, przyjacielu Conway — rzekł ponownie drżący Prilicla. — Khone ma się dobrze, ale chce, byś to ty po niego przyleciał i zabrał go do Szpitala. Obawia się, że ktokolwiek inny mógłby zniechęcić go do wyjazdu. O’Mara twierdzi, że widać ściągasz ostatnio same trudne ciąże.

— I on naprawdę sam chce tu przylecieć? Nie może być… — wyrwało się Conwayowi. Wiedział, że Khone jest dorosły i zdolny do wydania na świat potomstwa, ale w pozyskanych wspomnieniach nie było wzmianek na temat kontaktów płciowych. Widać zdarzyło się to już po wyjeździe Conwaya. Zaczął obliczać czas ciąży FOKTów.

— Też tak zareagowałem, przyjacielu Conway — powiedział Prilicla. — Jednak przyjaciel O’Mara zasugerował, iż widocznie podczas waszego kontaktu Khone uczłowieczył się w podobnym stopniu, w jakim ty stałeś się Gogleskaninem. To było drugie gotowane warzywo. Pierwsze dotyczyło Hudlarian. Przebicie się przez myśli o psychotycznych problemach FOKTów nie było łatwe, niemniej hudlariańska geriatria na tyle pochłonęła przyjaciela O’Marę, że chociaż mówił o tym z irytacją, a czasem nawet ze złością, jego odczucia nie szły w parze z przekazem werbalnym. Wyczuwałem pobudzenie i oczekiwanie, jakby coś miało się niebawem zmienić…

Urwał i kończyny mu się zatrzęsły. Stojący obok szafy Thornnastor podnosił w przypadkowej całkiem kolejności swoje słoniowe nogi. Murchison nie musiała być empatką, by poznać, że ma przed sobą mocno zniecierpliwionego Tralthańczyka.

— To bardzo ciekawe, Prilicla — powiedziała. — Jednak w odróżnieniu od Khone’a, stan naszego pacjenta obok jest dość poważny i pilnie wymaga działania.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

Mimo ogólnej atmosfery wyczekiwania Obrońca nie spieszył się szczególnie z porodem. Conwayowi ulżyło w duchu. Miał dzięki temu więcej czasu na poszukiwanie innych sposobów postępowania, chociaż z drugiej strony wydłużał się też okres nerwowej niepewności.

Flegmatyczny zwykle Thornnastor trwał z trojgiem oczu skierowanych na pacjenta i jednym wbitym w monitor skanera. Przestępując z nogi na nogę, obserwował macicę Obrońcy, w której wszakże nie działo się nic specjalnego. Murchison dzieliła uwagę pomiędzy ekran a Kelgiankę odpowiedzialną za pilnowanie uwięzi przytrzymującej Obrońcę. Prilicla usadził się na suficie w przeciwległym kącie, wystarczająco daleko, by aura Obrońcy nie sprawiała mu przykrości. Z zespołem porozumiewał się za pomocą komunikatora.

Mówił, że został tu tylko z klinicznej ciekawości, tak naprawdę jednak chciał zapewne pomóc coraz bardziej spiętemu Conwayowi.

— Jeśli chodzi o inne procedury, o których wspomniałeś, ta pierwsza wydaje się nieco ciekawsza — odezwał się nagle Thornnastor. — Jednak wcześniejsze otwarcie kanału rodnego i wyciągnięcie Nie Narodzonego z równoczesnym zaciśnięciem pępowiny… Ryzykowna sprawa, Conway. Możesz trafić na w pełni przytomnego i aktywnego małego Obrońcę, gotowego zębami utorować sobie drogę na zewnątrz. A może chcesz jednak poświęcić rodzica?

Conway wspomniał znowu telepatyczny kontakt z Nie Narodzonym, który został Obrońcą. Tym Obrońcą. Wiedział, że to nielogiczne, ale nie chciał unicestwiać istoty, którą zdołał kiedyś tak blisko poznać, chociaż z całkiem niezależnych od niej powodów nie była już rozumna.

— Nie — odparł zdecydowanie.

— Pozostałe możliwości są jeszcze gorsze.

— Miałem nadzieję, że to usłyszę.

— Rozumiem — mruknął Thornnastor. — Ale ta pierwsza propozycja też nie budzi mojego entuzjazmu. To radykalna metoda, której nie stosowano nigdy wobec istot mających pancerz. Szczególnie przy w pełni sprawnym ruchowo i przytomnym pacjencie…

— Pacjent będzie przytomny, ale unieruchomiony — przerwał mu Conway.

— Mam wrażenie, Conway, że w twojej głowie panuje jakieś dziwne zamieszanie. Być może związane jest z wieloma zapisami, które obecnie w niej przechowujesz. Pozwól, że przypomnę ci, iż nie da się unieruchomić pacjenta nawet na krótko, tak mechanicznie, jak i narkozą, bez spowodowania nieodwracalnych zmian, które doprowadzą go szybko do utraty przytomności i śmierci. FSOJ nieustannie musi się ruszać, nieustannie musi być atakowany, aby jego system wydzielania wewnętrznego… Ale przecież doskonale o tym wiesz! Dobrze się czujesz? Może cierpisz chwilowo na nadmiar stresu? Chcesz, żebym przejął na razie kierowanie operacją?

Murchison rozmawiała przez komunikator i nie słyszała wcześniejszych słów Thonnastora, spojrzała więc na Conwaya zdumiona tym, co się tu dzieje i o czym właściwie jej szef mówi.

— Prilicla dzwoni — oznajmiła w końcu. — Nie chce przeszkadzać wam w bardzo ważnej być może dyskusji, ale melduje o postępujących zmianach emanacji emocjonalnej Obrońcy i Nie Narodzonego. Wszystko wskazuje na to, że rodzic szykuje się do znacznego wysiłku, przez co i poziom aktywności umysłowej potomka wzrasta. Prilicla chce wiedzieć, czy odebraliście jakieś ślady kontaktu telepatycznego. Mówi, że Nie Narodzony próbuje ze wszystkich sił go nawiązać.

Conway pokręcił głową i zwrócił się znowu do Thonnastora:

— Z całym szacunkiem, ta informacja była w moim oryginalnym raporcie, a i pamięć mi dopisuje. Dziękuję za propozycję zastąpienia mnie i nadal chętnie przyjmę każdą radę i pomoc, ale muszę zaznaczyć, że psychicznie jestem jak najbardziej zrównoważony, a ogólny stan ducha nie różni się od tego, który zwykle towarzyszy moim działaniom.

— Propozycja unieruchomienia pacjenta sugeruje coś całkiem innego — powiedział po chwili Thornnastor. — Cieszę się, że nic ci nie jest, ale nie jestem przekonany do tej koncepcji zabiegu.

— Też nie jestem całkiem pewien, czy mam rację. Ale podjąłem decyzję, opierając się na założeniu, że zwiedzeni wyglądem maszynerii, zbyt wielką wagę zaczęliśmy przywiązywać do ruchliwości FSOJ. — Kątem oka dostrzegł trzęsącego się Priliclę. Sięgnął po komunikator. — Wyjdź, mały przyjacielu. Pozostań w kontakcie, ale wyjdź na korytarz. Tutaj za chwilę może się rozpętać burza, więc nie zwlekaj.

— Właśnie miałem to zrobić, przyjacielu Conway.

Ale muszę wspomnieć, że twoje emocje wydają się dość niepokojące. Odnajduję w nich determinację, niepokój i stres związany z faktem, że zmuszasz się do czegoś, czego normalnie byś nie zrobił. Przepraszam, że publicznie wspominam o prywatnych sprawach, ale obawiam się o ciebie. Teraz już wychodzę. Powodzenia, przyjacielu Conway.

Zanim ktokolwiek zdążył mu odpowiedzieć, jedna z Kelgianek zameldowała, że u pacjenta pojawiło się rozwarcie kanału rodnego.

— Spokojnie — odparł, studiując obraz ze skanera. — Na razie jeszcze nic naprawdę się nie dzieje. Proszę ułożyć pacjenta na lewym boku, prawą górną częścią grzbietu do lamp. Pole operacyjne wypadnie piętnaście cali na prawo od środkowej linii pancerza. Proszę nadal stymulować pacjenta, ale już nieco słabiej, aż powiem, by przestać. Na mój sygnał technicy unieruchomią kończyny. Pamiętajcie, aby w pełni rozciągnąć je na boki i zakotwiczyć klamrami oraz wiązkami odpychającymi. Myślę, że i przy nieruchomym pacjencie będzie to wystarczająco trudna operacja. Gdy już się zacznie, chcę, aby obok byli tylko ci najbardziej niezbędni, i oczekuję, że kiedy powiem, będą w stanie zapanować nad myślami. Wszyscy rozumieją instrukcje?

— Tak, doktorze — odpowiedziała Kelgianka, ale jej futro wzburzyło się z niezadowolenia. Kilka lekkich wstrząsów podłogi zdradziło, że Thornnastor znowu przebiera niecierpliwie nogami.

Przepraszam za tę przerwę — powiedział do Tralthańczyka. — Mówiłem właśnie, że unieruchomienie pacjenta na czas operacji nie musi spowodować u niego trwałych szkód. Żeby zrozumieć, dlaczego tak sądzę, musimy zastanowić się, co się dzieje przed, w trakcie i po każdej większej operacji na wielu innych istotach, które w odróżnieniu od FSOJ, same często zapadają w stan nieświadomości zwany snem. W takich wypadkach…

— Otrzymują środki uspokajające, aby zmniejszyć niepokój przed operacją, a potem narkozę — wtrącił Thornnastor. — Po operacji obserwuje się ich stan, aż metabolizm i funkcje organizmu wrócą do normy. Podstawowe sprawy, Conway.

— Wiem. I mam nadzieję, że tutaj też mamy do czynienia z czymś równie elementarnym. — Zamilkł na chwilę, żeby uporządkować myśli. — Chyba można się zgodzić, że normalny pacjent, nawet pod narkozą, przeciwstawia się interwencji chirurgicznej. Gdyby był przytomny, gotów byłby zrobić z lekarzami to, co Obrońca próbuje osiągnąć cały czas, czyli zabił ich wszystkich albo uciekł jak najdalej od napastników. U przeciętnego pacjenta poddanego narkozie także wyczuwa się silny stres, wzrasta u niego poziom adrenaliny albo jej odpowiednika, podobnie jak cukru i tlenu, rośnie ciśnienie krwi. Mówiąc wprost, organizm szykuje się do walki albo ucieczki. Ten sam stan jest naszemu Obrońcy właściwy cały czas. Wciąż walczy i ucieka, bo nieustannie jest atakowany.

Thornnastor i Murchison patrzyli na niego w napięciu, ale żadne się nie odezwało.

— Ponieważ cały czas pokazujemy mu trójwymiarowe sceny z jego pełnego przemocy środowiska, a na dodatek zaatakujemy go z siłą, jakiej na pewno jeszcze nie doświadczył, mam nadzieję oszukać jego system dokrewny. Niech uwierzy, że ciągle walczy czy umyka. Jego kończyny będą skrępowane, ale cokolwiek by powiedzieć, zmaganie się z więzami to też rodzaj walki. Wysiłek mięśni na pewno porównywalny jest do każdych innych zmagań. Cesarskie cięcie przeprowadzone zostanie raczej przez pancerz niż przez podbrzusze i bez znieczulenia. Oczekuję, że ból i strach okażą się na tyle silne, że zapomni o skrępowaniu przynajmniej na czas, jaki będzie potrzebny do przeprowadzenia operacji.

Murchison patrzyła na niego z twarzą równie bladą jak jej fartuch. Do Conwaya też dopiero teraz dotarło znaczenie tego, co powiedział, i zrobiło mu się wstyd, a nawet gorzej. Zrobiło mu się niedobrze. Pomysł był sprzeczny ze wszystkim, czego nauczono go jako lekarza. Owszem, znał stwierdzenie: „Czasem musisz być okrutny, aby pomóc”, ale chyba nie chodziło wtedy aż o takie nasilenie okrucieństwa.

— Ziemski składnik mojego umysłu czuje odrazę do tak niesłychanej propozycji — powiedział Thornnastor.

— Ten DBDG myśli tak samo — mruknął Conway i postukał się w pierś. — Jednak autor zapisu, który pan nosi, nigdy nie musiał radzić sobie z Obrońcą.

— Nikt dotąd tego nie robił — stwierdził Thornnastor.

Murchison nie zdążyła się odezwać, gdyż przeszkodzono im, i to z dwóch stron równocześnie.

— Rozwarcie się powiększa — oznajmiła Kelgianka. — Mała zmiana w ułożeniu płodu.

— Emocje obu zbliżają się do maksimum — przekazał przez komunikator Prilicla. — Nie czekaj już długo, przyjacielu Conway. I nie zadręczaj się. Gdy chodzi o sprawy kliniczne, zwykle masz rację.

Cinrussańczyk zawsze to powtarzał i tym razem nie było inaczej. Conway pomyślał ciepło o empacie i podszedł do ramy operacyjnej. Thornnastor ruszył za nim.

Najpierw sprawdzili podbrzusze, co nie było łatwe, bo musieli uchylać się przed drgającymi spazmatycznie łapami Obrońcy oraz prętami Hudlarian, którzy odtwarzali warunki ataku stada małych drapieżników z ostrymi zębami. Spotykano takie stworzenia na rodzinnym świecie bestii. Odpowiedzialne za ruchy kończyn mięśnie pracowały bez wytchnienia, a rozwarcie kanału rodnego wydłużało się i poszerzało.

— Młody nie urodzi się tędy — powiedział Conway na użytek nagrania. — Normalnie cesarskie cięcie polega na wykonaniu długiego cięcia w części brzusznej, przez które wyjmuje się płód. Obecnie istnieją po temu dwa przeciwwskazania. Po pierwsze, trzeba by przeciąć po drodze kilka mięśni poruszających nogi, a ponieważ istota ta nie jest zdolna do całkowitego bezruchu, rana nigdy by się nie zagoiła, na czym cierpiałaby zdolność motoryczna osobnika. Po drugie, trzeba by przejść tuż obok dwóch gruczołów, które niemal na pewno zawierają związki odpowiedzialne za zniesienie prenatalnego paraliżu oraz wygaszenie wyższych funkcji psychicznych. Oba, jak widać na ekranie skanera, połączone są z pępowiną, a naciśnięte przekazują swoją zawartość do ciała płodu. Dzieje się to na dalszym etapie porodu. Przy tradycyjnym cesarskim cięciu istnieje wysokie ryzyko przedwczesnego uciśnięcia obu gruczołów, co zniweczy wszystkie starania podjęte z myślą o przyjściu na świat pierwszego inteligentnego Obrońcy. Będziemy musieli więc wybrać trudniejsze dojście i przeciąć pancerz na grzbiecie, potem zaś przedostać się do macicy pod takim kątem, aby nie naruszyć żadnego ze znajdujących się poniżej żywotnych organów.

Podczas układania Obrońcy do operacji ruchy płodu były niewyczuwalne, teraz jednak skaner ukazał powolną wędrówkę w kierunku kanału rodnego. Conway przeszedł na drugą stronę w miarę spokojnym krokiem, chociaż najchętniej by pobiegł. Sprawdził, czy Thornnastor i Murchison są na swoich miejscach.

— Unieruchomić pacjenta — rozkazał.

Cztery kończyny zostały rozciągnięte na całą długość. Wszystkie drżały spazmatycznie, a Conway starał się nie myśleć, jakie spustoszenie wśród personelu mogłaby uczynić choć jedna z nich, gdyby udało jej się uwolnić. Ciekawe, czy on właśnie zostałby pierwszą ofiarą…

— Jest pożądane, a w gruncie rzeczy niezbędne, aby przed końcem operacji udało nam się nawiązać kontakt telepatyczny z Nie Narodzonym — powiedział Conway przy wtórze brzęczenia chirurgicznej piły. — Podczas pierwszego przypadku takiej komunikacji obecni byli Ziemianie klasy DBDG: patolog Murchison, kapitan statku szpitalnego Fletcher oraz ja. Dziś liczba i zróżnicowanie typów fizjologicznych, a także i umysłów przebywających w tej sali utrudni zapewne kontakt albo odsiew kandydatów, bo może być i tak, że właśnie klasa DBDG jest szczególnie predestynowana do telepatycznej łączności z Nie Narodzonym. Dlatego też…

— Mam wyjść? — spytał Thornnastor.

— Nie — odparł zdecydowanie Conway. — Potrzebuję pańskiej pomocy, zarówno jako chirurga, jak i endokrynologa. Chociaż być może okazałoby się pomocne, gdyby spróbował pan ożywić obecnie ziemski składnik swojej osobowości.

— Rozumiem — stwierdził Tralthańczyk. Kilkoma szybkimi cięciami usunęli spory trójkątny fragment pancerza. Następnie zatamowali krwawienia z kilku przebiegających pod spodem naczyń. Murchison nie uczestniczyła bezpośrednio w operacji, skoncentrowana na skanerze, aby ostrzec ich, gdyby doszło do gwałtownego przyspieszenia porodu. Przecięli grubą, niemal przezroczystą błonę otaczającą płuca i odsunęli je na bok.

— Prilicla? — odezwał się Conway.

— Pacjent odczuwa złość, strach i ból. Wszystkie te wrażenia narastają w stałym tempie. Nie wydaje się, aby zdawał sobie sprawę, co naprawdę się z nim dzieje, chyba myśli, że jest atakowany i musi się bronić. Nie zauważa też własnego bezruchu, gdyż nie ma śladu zaburzeń wydzielania wewnętrznego. U Nie Narodzonego wzrasta aktywność umysłowa. Towarzyszy jej coraz silniejsze napięcie. Próbuje się z tobą skontaktować, przyjacielu Conway.

— I nawzajem — mruknął Ziemianin. Wiedział jednak, że za bardzo koncentruje się akurat na operacji, aby była szansa na nawiązanie łączności telepatycznej.

FSOJ nie miał serca w zwykłym miejscu, czyli między płucami, ale przebiegało przez ten obszar kilka większych tętnic, które trzeba było odciągnąć bez przecinania, podobnie jak części przewodu pokarmowego. Ostrożne używanie skalpela wręcz się narzucało, skoro już kilka minut po zakończeniu operacji pacjent miał się znowu zacząć poruszać. Odciągając tętnice na boki i zakładając rozwieracze, Conway wiedział, że krążenie w części tych naczyń zostanie osłabione, a jedno przyciśnięte z konieczności płuco zmniejszyło wydajność do ledwie sześćdziesięciu procent.

— To tylko na krótko — powiedział, czując, że Thornnastor miałby ochotę rzecz skomentować. — Poza tym pacjent jest na czystym tlenie, co powinno wyrównać niedobór…

Urwał, wyczuwszy pod palcami wsuniętej głęboko dłoni długą, płaską kość, której nie powinno tam być. Spojrzał na skaner i zrozumiał, że to nie kość, ale jeden z mięśni brzucha. Był niewiarygodnie napięty. Może wiązało się to z próbami uwolnienia kończyn, a może było odruchową reakcją na ból, która zdarzała się wielu gatunkom.

Wszystkie jego osobowości aż jęknęły na myśl o podobnym cierpieniu. Conwayowi zadrżały ręce.

— Przyjacielu, rozpraszasz mnie — rzekł Prilicla. — Postaraj skupić się na tym, co robisz, a nie co czujesz.

— Nie znęcaj się nade mną, Prilicla! — warknął i zaraz się roześmiał, zrozumiawszy, jak dziwnie zabrzmiały jego słowa w tych okolicznościach. Wrócił do pracy i po kilku minutach ujrzał zarys pancerza Nie Narodzonego oraz jego górnych kończyn. Złapał jedną z nich i pociągnął.

— To stworzenie ma przyjść na świat, wywalczając sobie przejście — zahuczał Thornnastor. — Nie sądzę, aby można było je łatwo uszkodzić. Mocniej, Conway.

Pociągnął mocniej i Nie Narodzony poruszył się, ale tylko kilka cali. Młody FSOJ nie był lekki, Conway zaś już teraz pocił się z wysiłku. Wsunął drugą dłoń pod spód i odszukał kolejną kończynę. Zaparł się kolanem o ramę i pociągnął oburącz.

Skrzywił się na te dziwne, siłowe metody, które przyszło mu wprowadzać do chirurgii, lecz nawet teraz płód nie chciał wyjść.

— Otwór jest za mały — wydyszał. — Poza tym chyba zassał się w kanale rodnym. Trzeba wsunąć sondę między pancerz a rozwieracz, może wtedy…

— Obrońca zaczyna słabnąć, przyjacielu Conway — odezwał się Prilicla.

Informacja sama w sobie była na tyle alarmująca, że empata nie próbował nawet dopowiadać, by się spieszyli.

Thornnastor wziął się do dzieła po swojemu. Zanim jeszcze Prilicla skończył mówić, Tralthańczyk wsunął w głąb nie sondę, ale smukłe zakończenie własnej kończyny. Rozległ się cichy syk i płód przestał przylegać tak ściśle do dna macicy. Thornnastor ujął tylne nogi Nie Narodzonego i zaczął pomagać Conwayowi.

W kilka sekund wyjęli młodego, który jednak nadal połączony był z rodzicem pępowiną.

— Dobrze — powiedział Conway, kładąc dziecko na podsuniętej przez Murchison tacy. — To było łatwe. Teraz przydałoby się nieco współpracy ze strony pacjenta.

— Nie Narodzony odczuwa coraz silniejszą frustrację. Obecnie graniczy ona z rozpaczą, przyjacielu Conway. Bez wątpienia cały czas próbuje się z tobą skontaktować. Aura emocjonalna Obrońcy słabnie i chyba zaczyna zdawać sobie sprawę z własnego bezruchu.

— Jeśli zmniejszymy średnicę rany operacyjnej, która teraz nie musi już być taka duża, poprawią się krążenie i wydajność płuc — rzekł Conway do Thornnastora. — Ile miejsca potrzebujemy?

Tralthańczyk chrząknął coś niezrozumiałego.

— Niewiele, szczególnie że to ja jestem endokrynologiem i teraz moja kolej. Odrostki DBDG nie nadają się do tej pracy. Z całym szacunkiem, myślę, że powinieneś zająć się młodym.

— W porządku. — Docenił takt Thornnastora, który nie zapomniał, że Conway jest odpowiedzialnym za operację Diagnostykiem. Nawet jeśli była to tymczasowa ranga. Po dzisiejszym zachowaniu być może nawet bardzo tymczasowa. — Wszystkich członków zespołu, którzy nie należą do typu DBDG, proszę o przejście do drzwi. Nie rozmawiać, starać się nie myśleć o niczym, najlepiej wbić oczy w pustą ścianę albo sufit i tak trwać. Łatwiej będzie telepacie dostroić się do nas trojga niż do całego tłumu. Szybciej, proszę.

Skaner pokazywał już dwie smukłe macki Tralthańczyka zsuwające się po obu stronach pępowiny w głąb macicy. Znieruchomiały nad dwoma nabrzmiałymi owoidami, które przez ostatnie kilka dni urosły do rozmiarów sporych, czerwonych śliwek. Miejsca było dość na niejeden manewr, ale Thornnastor zamarł bezradnie.

— Gruczoły są identyczne, Conway — powiedział. — Nie da się tak szybko odróżnić, który jest który. Jeden do jednego, że się nie pomylę. Mam nacisnąć łagodnie? Który?

— Nie, chwilę — powstrzymał go Ziemianin. — Coś wpadło mi do głowy. Podczas normalnego porodu oba gruczoły zostałyby uciśnięte w chwili opuszczania przez płód macicy, a ich zawartość wniknęłaby z pępowiną do jego organizmu. Biorąc pod uwagę napięcie ich powierzchni, możliwe jest, że nawet najlżejszy dotyk spowoduje nagły, a nie powolny przepływ. Pierwotnie myślałem, aby przez powolne dawkowanie i sprawdzanie efektu rozpoznać, który gruczoł wytwarza substancję znoszącą paraliż, a który tę drugą, uszkadzającą umysł. Chociaż możliwe, że oba zawierają tę samą mieszankę…

— Mało prawdopodobne — powiedział Thornnastor. — Działanie jest tak różne, że muszą być to różne związki. Bardzo niestabilne biochemicznie na dodatek. W przeciwnym razie znaleźlibyśmy w ciele pierwszego Obrońcy dość pozostałości, aby wytworzyć je syntetycznie. Teraz mamy wreszcie okazję pobrać próbki od żywego osobnika, ale analiza potrwa zbyt długo. Nasi pacjenci nie mogą tyle czekać.

— Zgadzam się w całej rozciągłości — odezwał się niezwykle przejęty Prilicla. — Obrońca bliski jest paniki. Prawie dostrzegł już, że nie może się poruszać. Jego stan może się niebawem pogorszyć. Należy kończyć i zamknąć go, przyjacielu Conway. Szybko.

— Wiem — mruknął lekarz. — Myślcie! Myślcie o Nie Narodzonym, jego sytuacji, problemie, z którym próbujemy się uporać. Potrzebuję telepatycznego kontaktu z nim, bo inaczej będę musiał zaryzykować…

Wyczuwam nieregularne, spazmatyczne kurcze — przerwał mu Thornnastor. — Są coraz silniejsze. To zapewne odruch towarzyszący panice, lecz istnieje ryzyko przypadkowego naciśnięcia gruczołów. Nie sądzę, aby telepatyczny kontakt z młodym pomógł nam odróżnić te gruczoły. Skąd nawet inteligentny noworodek ma znać anatomię rodzica?

— Obrońca nie szarpie się już w więzach — oznajmiła stojąca po drugiej stronie ramy Murchison.

— Przyjacielu Conway, pacjent traci przytomność.

— Wiem!

Ziemianin rozpaczliwie szukał rozwiązania problemu. To samo robiły alter ego. Z wielkiego zamieszania wyławiał czasem jakąś podpowiedz, były jednak dziwaczne albo zgoła nie na temat. Aż w końcu pojawiła się jedna, tak śmiesznie prosta, że należało spróbować.

— Proszę zacisnąć pępowinę możliwie najbliżej gruczołów, a potem ją odciąć — powiedział. — Sam wyciągnę odcinek od strony młodego. Tymczasem pan niech weźmie dwie igły do próbek i opróżni za ich pomocą oba gruczoły tak, żeby zawartość każdego znalazła się w osobnym pojemniku. Może da się to przyspieszyć, naciskając gruczoły. Pomógłbym, ale nie ma tam dość miejsca.

Thornnastor nie odpowiedział, tylko wziął igłę z tacy z narzędziami, Murchison włączyła zaś na próbę pompę i przymocowała do niej dwa małe, sterylne pojemniki. W ciągu kilku minut doszło do wkłucia i gruczoły zaczęły wyraźnie maleć.

Gdy zmieniły się już w dwa czerwone wybrzuszenia po przeciwnych stronach kanału rodnego, Conway powiedział:

— Wystarczy. Można wyjąć. Pomogę zamknąć ranę. Gdyby miał pan jakiś wolny kąt umysłu, proszę myśleć o Nie Narodzonym.

— Wszystkie kąty mam już pozajmowane — mruknął Thornnastor. — Ale spróbuję.

Ta część pracy była znacznie łatwiejsza, szczególnie że Obrońca pozostawał nieprzytomny i zniknęło napięcie mięśniowe, które rozciągałoby szwy. Thornnastor zespolił brzegi macicy, potem zaś razem umieścili organy na właściwych miejscach i zaszyli opłucną. Pozostało już tylko wstawić fragment pancerza i przymocować go metalowymi klamrami używanymi do naprawy powłok FROBów.

Conwayowi wydawało się, że tamte operacje zdarzyły się lata temu. Nagle Thornnastor zaczął przestępować z nogi na nogę.

— Odczuwam coś dziwnego pod czaszką — powiedział, a w tej samej chwili Murchison wsunęła palec do ucha i zaczęła energicznie nim kręcić, jakby coś ją swędziało. Po chwili również Conway poczuł to samo, ale zazgrzytał tylko zębami, bo ręce miał zajęte.

Wrażenie było takie samo jak wtedy, podczas kontaktu z pierwszym Obrońcą. Połączenie bólu i irytacji, coś jakby niezborny hałas, który przybierał z każdą chwilą na sile. Po tamtym spotkaniu próbował zrozumieć, jak to działało, i ostatecznie doszedł do wniosku, że tak właśnie wygląda budzenie do życia organu, który albo nie był nigdy używany, albo prawie zanikł. Miało prawo boleć, tak samo jak w przypadku zastanych mięśni zmuszonych nagle do wysiłku.

Gdy dokuczliwe uczucie przybrało na sile tak bardzo, że trudno już było wytrzymać…

— Jeszcze przed wyjęciem z ciała mojego Obrońcy zacząłem odbierać myśli istot zwanych Thornnastor, Murchison i Conway — rozległ się w ich głowach wyraźny głos, swędzenie zaś zniknęło. — Wiem, że podjęliście się sprowadzenia na świat pierwszego Obrońcy, który nie straci cech istoty inteligentnej, i jestem wam niezwykle wdzięczny za ten wysiłek, niezależnie od tego, co jeszcze przyniesie. Znam też obecne zamiary Conwaya i nalegam, aby działać szybko. To moja jedyna szansa. Czuję, że coraz trudniej mi się myśli.

— Zostawiam na chwilę rodzica. Zajmę się młodym — powiedział Conway. Nie musiał dodawać nic więcej, bo Thornnastor i Murchison słyszeli to samo. Przy odrobinie szczęścia mogło im się udać. Na razie osłabienie wiązało się najpewniej z tym, że potomek był równie nieruchomy jak jego rodzic. Podczas gdy Thornnastor i Murchison robili swoje, Conway przysunął bliżej przeznaczoną dla młodego klatkę, na wypadek gdyby nagle zmienił się w małego, krwiożerczego Obrońcę. Następnie odciął zbyteczny fragment pępowiny i wkłuł wenflon połączony przezroczystym przewodem z jednym ze sterylnych pojemników zawierających wydzielinę gruczołu.

Otwierając zawór, wiedział, że może się mylić, ale teraz szansę były większe niż pół na pół. Żółty, oleisty płyn zaczął powoli ściekać rurką.

— Prilicla — rzekł Conway przez komunikator. — Jestem w telepatycznym kontakcie z Nie Narodzonym. Mam nadzieję, że powie mi, czy odczuwa jakieś zmiany. Ponieważ działanie środka jest nieodwracalne, będę dawkował go po trochu, aż ustalimy, czy to właściwy. Potrzebowałbym jednak ciebie, mały przyjacielu, abyś również śledził stan pacjenta i wykrył ewentualne zmiany, z których może nie zdać on sobie sprawy. Gdyby zaś stracił przytomność albo gdyby kontakt się urwał, będziesz niezastąpiony.

— Rozumiem, przyjacielu Conway — odparł Prilicla, podchodząc nieco bliżej po suficie. — Stąd wyczuwam go całkiem dobrze. Teraz, gdy brak emanacji dorosłego Obrońcy, wychwytuję nawet bardzo subtelne zmiany.

Thornnastor wrócił do mocowania pancerza bestii, ale jednym okiem zerkał ciągle na skaner, a drugim na zajętego przy kroplówce Conwaya.

Młody dostał pierwszą dawkę.

— Nie czuję żadnych zmian w moim myśleniu… tyle że myśli mi się coraz trudniej, trudniej mi utrzymać kontakt. Ale nie odczuwam jakiejkolwiek aktywności mięśni.

Conway podał następną porcję, potem jeszcze jedną, już znacznie większą. Naprawdę był zdesperowany.

— Bez zmian — zameldował Nie Narodzony. Ledwie było go słychać przez telepatyczny szum. Wróciło swędzenie między uszami.

— Wyczuwam strach — zaczął Prilicla.

— Wiem — przerwał mu Conway. — Jesteśmy w telepatycznym kontakcie, do cholery!

— Zarówno na świadomym, jak i podświadomym poziomie, przyjacielu Conway — dokończył Cinrussańczyk. — Strach świadomy wiąże się z fizycznym osłabieniem wynikłym z przedłużającej się bezwładności. Aten podświadomy… Przypuszczam, że słabnący umysł może nie rozpoznać symptomów własnego gaśnięcia.

— Mały przyjacielu, jesteś genialny! — powiedział Conway, podłączając wenflon do drugiego pojemnika.

Tym razem nie bawił się w małe dawki. Nie było czasu, obaj pacjenci potrzebowali jak najszybciej pomocy. Wyprostował się, żeby lepiej widzieć, jaki efekt wywrze kroplówka na młodego, i zaraz musiał uchylić się przed łapą, która wykonała szeroki zamach ku jego głowie.

— Złapcie go, zanim spadnie z tacy! — krzyknął. — Mniejsza o klatkę. Jest jeszcze częściowo sparaliżowany. Złapmy go za łapy i do Mordowni. Ja muszę ocalić ten pojemnik.

— Odczuwam wyraźne polepszenie samopoczucia — pomyślał do nich młody.

Murchison złapała go za jedną kończynę, a Thornnastor za pozostałe trzy i razem przenieśli szamoczącą się istotę do sąsiedniego pomieszczenia. Conway maszerował za nimi z kroplówką. Z pomocą tralthańskich macek, kobiecych rąk i jednej z wielkich stóp Conwaya przytrzymali FSOJ, aż cały płyn wyciekł z pojemnika, po czym wepchnęli go do cylindra i zatrzasnęli drzwi.

Młody Obrońca zaraz ruszył biegiem, rzucając się na różne pręty, belki i kolce wystające z podłogi.

— Jak się czujesz? — spytał niespokojnie Conway.

— Świetnie. Naprawdę świetnie. To wspaniałe. Ale martwię się o mojego rodzica — odparł w myślach.

— My też — rzekł Conway i poprowadził współpracowników do ramy, nad którą wisiał Prilicla. Fakt, że empata był tak blisko, wskazywał jednoznacznie, iż dorosły FSOJ jest w kiepskim stanie.

— Zespół! — zawołał Conway do czekających w drugim końcu pomieszczenia. — Wracajcie! Poluźnić więzy na wszystkich kończynach i rozruszać go, ale nie za bardzo, żeby nas nie pozabijał.

Trzeba było jeszcze dokończyć mocowanie pancerza. Gdy wzięli się do tego we dwóch, potrwało to dziesięć minut. W tym czasie Obrońca nie ruszył się, jeśli nie liczyć drgnień wywołanych uderzeniami. Na wszelki wypadek Conway polecił ustawić maszynę tortur na połowę mocy. Pacjent miał prawo być osłabiony po operacji. Nadal oddychał czystym tlenem. Skończyli z pancerzem i sprawdzili skanerem stan organów wewnętrznych, a reakcji wciąż nie było.

Jednak trzeba było jakoś go obudzić, dotrzeć do nieprzytomnego mózgu. Do dyspozycji był tylko jeden bodziec: ból.

— Maszyneria na całą moc — polecił Conway, skutecznie maskując narastający niepokój. — Prilicla, są jakieś zmiany?

— Żadnych — odparł empata. Miotał nim emocjonalny wicher wiejący od Conway a, który nagle stracił cierpliwość.

— Rusz się, do cholery! — krzyknął, uderzając krawędzią dłoni w najbliższą wyciągniętą kończynę. Trafił od wewnętrznej strony, w miejscu gdzie skóra była różowa i względnie miękka, gdyż mało który naturalny wróg Obrońcy byłby zdolny podejść tak blisko. Niemniej dłoń i tak go zabolała.

— Jeszcze raz, przyjacielu Conway! — powiedział Prilicla. — Uderz raz jeszcze, mocniej!

— Co…?

Prilicla drżał teraz z podniecenia.

— Chyba… nie, jestem pewien, że wyczułem drgnienie emocji. Uderz!

Conway miał już powtórzyć cios, gdy wokół jego nadgarstka owinęła się macka Thornnastora.

— Powtórne niewłaściwe użycie tej dłoni nie przysłuży się jej chirurgicznej sprawności. Proszę pozwolić, że ja się tym zajmę.

Diagnostyk wziął jeden z rozwieraczy i zaczął uderzać nim we wskazane miejsce. Zmieniał częstotliwość uderzeń i zwiększał ich siłę, a Prilicla krzyczał wciąż: „Mocniej, mocniej!”

Conway musiał się pilnować, żeby nie wybuchnąć histerycznym śmiechem.

— Przyjacielu, czyżbyś chciał zostać pierwszym w historii mieszkańcem Cinrussa słynącym z sadystycznych skłonności? — spytał z uśmiechem niedowierzania. — Bo wygląda to tak, jakby… Dlaczego uciekasz?

Empata biegł slalomem między lampami, zmierzając wyraźnie w kierunku wyjścia.

— Obrońca budzi się gwałtownie. Jest bardzo zły. Jego emocje… nie są miłe w takim stanie… ani w żadnym innym.

Gdy tylko Obrońca się obudził, stosunkowo słaba rama operacyjna momentalnie rozpadła się pod ciosami wielkich łap, ogona i opancerzonej głowy. Szczęśliwie maszyneria systemu podtrzymywania życia przystosowana była do stawienia czoła takiemu naporowi i jeszcze skutecznie oddała razy. Przez kilka minut stali i patrzyli w milczeniu na bestię. W końcu Murchison roześmiała się z ulgą.

— Chyba możemy powiedzieć, że matka i dziecko czują się dobrze — stwierdziła.

— Nie byłbym taki pewien — rzekł Thornnastor, zerkając jednym okiem na Mordownię. — Młody prawie przestał się ruszać.

Pobiegli do pomieszczenia małego Obrońcy. Kilka minut wcześniej szczęśliwy ganiał po cylindrze, szarpiąc każdy ruchomy element, a teraz stał obok grubej, pionowej belki i próbował wyrwać ją dwiema łapami, podczas gdy dwie pozostałe zwisały nieruchomo. Nim przerażony Conway zdążył jednak coś powiedzieć, młody sam się odezwał:

— Dziękuję, przyjaciele. Uratowaliście mojego rodzica i udało się wam ze mną. Narodził się pierwszy inteligentny, telepatyczny Obrońca. Z wielkim trudem próbowałem dostroić się do umysłów kilku innych istot w tym wielkim szpitalu, ale nikt oprócz was mnie nie odbiera. Jednak niebawem pojawią się dzięki wam kolejne dwie istoty, z którymi będę mógł rozmawiać. W moim rodzicu powstaje już z wolna zarodek kolejnego Nie Narodzonego, inny dojrzewa we mnie. Widzę już przyszłość z rosnącą liczbą rozumnych Obrońców budujących własną kulturę, rozwijających technikę i filozofię… — Nagle pośród radości pojawił się cień lęku. — Mam nadzieję, że ta delikatna i trudna operacja jest do powtórzenia?

— Delikatna! — sapnął Thornnastor. — To była najbrutalniejsza operacja, w jakiej uczestniczyłem. Trudna, owszem, ale nie delikatna. Niemniej w przyszłości nie będę musiał zgadywać, który gruczoł jest który. Będziemy mieli gotową syntetyczną wydzielinę i ryzyko znacznie zmaleje. Obiecuję ci, będziesz miał podobne sobie towarzystwo.

Składanie telepatycznych obietnic nie było rzeczą łatwą, a jeszcze trudniej byłoby ich nie dotrzymać. Conway pomyślał, że należałoby ostrzec Thornnastora, ale po chwili doszedł do wniosku, iż Diagnostyk na pewno doskonale wie, co mówi.

— Dziękuję wszystkim, którzy byli zaangażowani w operację i którzy będą się jeszcze mną zajmować. Teraz jednak muszę przerwać kontakt, gdyż utrzymanie go kosztuje mnie wiele wysiłku. Raz jeszcze wam dziękuję.

— Czekaj — odezwał się Conway. — Dlaczego przestałeś się poruszać?

— Eksperymentuję. Zakładałem, że nie uda mi się opanować mojej instynktownej ruchliwości, ale się myliłem. W ciągu ostatnich kilku minut udało mi się skupić na tyle, że całą destruktywną energię wyładowywałem na tym jednym kawałku metalu, zamiast biegać po całym pomieszczeniu. Jednak na razie jest to dla mnie bardzo trudne i muszę pozwolić moim odruchom, aby znowu wzięły górę. Mimo to optymistycznie podchodzę do naszej przyszłości. Przy odpowiednim treningu będę mógł poniechać ataków na otoczenie całą godzinę. Niemniej opracowanie stymulacji zastępującej naturalną walkę nie jest łatwe i będę potrzebował pomocy…

— To wspaniale! — krzyknął Conway.

— Ale nie wypuszczajcie mnie na razie z zamknięcia. Nie ma co ryzykować, że ruszę w amoku przez Szpital. Moja samokontrola daleka jest jeszcze od doskonałości i rozumiem, że nie dojrzałem do socjalizacji.

Znowu poczuli znajome swędzenie, a potem zapadła cisza, w której Conway słyszał już tylko własne, dziwnie osamotnione myśli.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

Drugie spotkanie Diagnostyków było inne o tyle, że Conway wiedział już, czego oczekiwać. Spodziewał się bezlitosnego przesłuchania w sprawie swoich niedawnych zachowań. Jednak tym razem obecne były aż dwie osoby z zewnątrz — naczelny psycholog oraz pułkownik Skempton, oficer Korpusu odpowiedzialny za utrzymanie i zaopatrzenie Szpitala. Oni też znaleźli się w centrum niekoniecznie życzliwej uwagi. W pewnej chwili Conwayowi aż zrobiło się żal obu Kontrolerów, chociaż zyskał dzięki nim czas, aby przygotować swoją obronę.

Diagnostyk Semlic zażądał gwarancji, że nowy syntetyzator, który zamontowano dwa poziomy nad mrocznymi i lodowatymi pomieszczeniami metanowców, będzie dobrze ekranowany i nie pojawi się ryzyko emanacji cieplnej ani promieniowania, które mogłyby zagrozić jego oddziałowi. Diagnostycy Suggrod i Kursedth chcieli wiedzieć, jakie postępy, jeśli jakiekolwiek, poczyniono dla przygotowania nowego pomieszczenia kelgiańskiego personelu medycznego. Ten wciąż pomieszkiwał po części w pokojach po Illensańczykach, gdzie mimo wszelkich starań ciągle zalatywało chlorem.

Podczas gdy pułkownik Skempton usiłował przekonać Kelgian, że cały ten zapach to tylko autosugestia, gdyż nawet najczulsze detektory niczego nie wykryły, Ergandhir przygotował się do przedstawienia listy usterek aparatury, które poważnie utrudniały życie pacjentom i personelowi na oddziale ELNT. Pułkownik odparł, że zamówiono już części zamienne, ale z powodu ich specyfiki należy oczekiwać opóźnienia. Nie skończył jeszcze, gdy Vosan, skrzelodyszny AMSL, zaczął wypytywać O’Marę, czy naprawdę istnieje jakaś wyraźna potrzeba, aby miniaturowi, podobni do ptaków Nallajimianie odbywali praktykę na oddziale pełnym trzydziestometrowych pancernych krokodyli, które mogły łatwo i przez czystą nieuwagę połknąć praktykantów.

Zanim naczelny psycholog zdążył odpowiedzieć, odezwał się uprzejmy PVSJ, Diagnostyk Lachlichi. Oznajmił, że i on ma podobne wątpliwości, jeśli chodzi o Melfian i Tralthańczyków pojawiających się w zastraszającej liczbie na poziomach dla chlorodysznych. Dodał, że dla oszczędzenia czasu O’Mara może odpowiedzieć hurtem na oba pytania.

— Słusznie, Lachlichi — przytaknął psycholog. — Oba są bardzo podobne i wiele je łączy. — Poczekał, aż na sali zapadnie cisza. — Wiele lat temu mój dział rozpoczął program mający umożliwić personelowi zebranie doświadczeń w kontaktach z jak największą liczbą gatunków, co moim zdaniem winno poprawić jego zdolność przystosowania się i zawodowe kompetencje. Miast specjalizować się w leczeniu własnego gatunku albo gatunków podobnych, każdy przydzielany jest do możliwie rozmaitych przypadków, i to niezależnie od tego, czy obecne stanowisko przewiduje taki czy inny poziom odpowiedzialności. O słuszności tego projektu może świadczyć fakt, że dwie osoby, które zostały nim kiedyś objęte, są dzisiaj na tej sali. — Spojrzał na Conwaya i kogoś jeszcze, kto krył się w kriogenicznej kuli na gąsienicach. — Pozostali też radzą sobie całkiem dobrze. Tamten sukces spowodował rozszerzenie programu, wszelako bez obniżania pierwotnych wymagań.

— O tym nie wiedziałem — rzekł Lachlichi, prostując spowite w żółtawą mgłę ciało.

Ergandhir zastukał dolną kończyną i dodał:

— Ja też nie, chociaż oczekiwałem, że coś takiego może się zdarzyć.

Obaj Diagnostycy spojrzeli na tkwiącego u szczytu stołu Thornnastora.

— Trudno utrzymać w Szpitalu coś w sekrecie — powiedział starszy Diagnostyk. — Szczególnie w moim przypadku. Wymagania są wyższe, niż wydawałoby się to konieczne czy wskazane, ale sprawdzają się tam, gdzie chodzi o wielką liczbę różnych istot inteligentnych. Postanowiono jednak, że ani wybrani do programu, ani ich bezpośredni przełożeni nie będą wiedzieć o naszych planach względem kandydatów, by nie urażać tych, którzy wykazawszy się nieco mniejszymi uzdolnieniami, osiągną kres swojej kariery jako szanowani i wzięci starsi lekarze. W wielu przypadkach chodzi o lekarzy, którzy na swoim miejscu sprawdzają się nawet lepiej niż ich roztargnieni, schizofreniczni przełożeni, i nie ma żadnego powodu, dla którego mieliby się czuć gorsi.

Zawaliłem sprawę, pomyślał z goryczą Conway. Thorny chce mnie przygotować na najgorsze.

— Poza tym jest szansa, że jeszcze się zmienią. Stąd istnienie owego planu i procedur selekcji nie może, z oczywistych względów, zostać ujawnione nikomu poza tu obecnymi.

Może więc jeszcze coś ze mnie będzie, pomyślał Conway. Szczególnie że wiedział teraz o istnieniu planu O’Mary. Niemniej z drugiej strony nadal nie mógł się oswoić z myślą, że skłonny do rozsiewania wszelkich plotek Thornnastor potrafił zachować coś takiego w sekrecie.

— Nie zamierzamy awansować nikogo powyżej poziomu jego zawodowych kompetencji — odezwał się znowu O’Mara. — Jednak aby Szpital mógł funkcjonować, musimy korzystać ze wszystkich zasobów, jakie pozostają do naszej dyspozycji — zaznaczył i zerknął na Skemptona. — Jeśli chodzi o inwazję Nallajimów na baseny Chaldera, doszedłem do wniosku, że poznanie sytuacji, kiedy pacjent jest potencjalnie groźniejszy dla lekarza niż choroba dla pacjenta albo, jak w przypadku chlorodysznych, lekarz może zagrażać pacjentowi samą swoją masą, pozwala na rozwinięcie szczególnej ostrożności, która pomaga następnie poprawić kontakty lekarza z pacjentem. A skoro jesteśmy już przy tym planie, chcę przedstawić listę tych, którzy zgodnie z moją opinią i waszą oceną zostaną dzięki swej fachowości wyniesieni do godności starszego lekarza. Są to doktorzy: Seldal, Westimorral, Shu i Tregmar. Starszy lekarz proponowany do stażu Diagnostyka to oczywiście Prilicla… Co pan tak otworzył usta, Conway? Ma pan coś do powiedzenia?

Conway pokręcił głową.

— Ja… Dziwię się tej kandydaturze. Nasz mały przyjaciel jest kruchy, nadmiernie nieśmiały i zamieszanie towarzyszące przyjęciu wielu osobowości może być dla niego zagrożeniem. Jako jego przyjaciel będę oczywiście za i nie chciałbym, aby ktoś…

— Nie ma w Szpitalu nikogo, kto byłby przeciw, gdy chodzi o Priliclę — wtrącił Thornnastor.

O’Mara spojrzał przenikliwie na Conwaya, który wiedział, iż za oczami tymi kryje się tak przenikliwy, analityczny umysł, że wielu miało naczelnego psychologa za prawdziwego telepatę. Conway był zadowolony, że jego małego przyjaciela nie ma obok. Targały nim myśli i odczucia, z których wcale nie był dumny: zraniona duma i zazdrość. Nie, żeby zazdrościł empacie czy chciał umniejszyć jego zasługi. Szczerze cieszył się z perspektywy jego awansu, ale równocześnie trudno mu było pogodzić się z myślą, że on sam będzie już tylko zdolnym i szanowanym starszym lekarzem.

— Conway — odezwał się cicho O’Mara. — Czy potrafiłby pan uzasadnić, dlaczego Prilicla jest dobrym kandydatem na Diagnostyka? W dowolny sposób.

Conway zmagał się przez kilka chwil z własnymi i cudzymi myślami, aby uzyskać możliwie obiektywny obraz i odsunąć wszelką, ziemską i obcą zawiść.

— Wspomniane zagrożenie fizycznym zranieniem nie jest zapewne w sumie aż tak wielkie, jeśli wziąć pod uwagę, że Prilicla unika go z powodzeniem przez większość dorosłego życia, więc nawet jeśli z początku będzie roztargniony z racji nowych zapisów, powinien dać sobie radę. Z tym też nie musi być zresztą tak źle, jak z początku sądziłem, ponieważ jako empata wielokrotnie doświadczał odczuć rozmaitych istot, a właśnie ten element jest najtrudniejszy do zniesienia dla nas, którzy nie jesteśmy empatami. Przez wiele lat bliskiej współpracy z Prilicla mnóstwo razy widziałem, jak wykorzystuje swoje umiejętności. Widziałem też, jak rozwijało się jego poczucie odpowiedzialności, przy czym nawet perspektywa silnego emocjonalnego dyskomfortu nie skłoniła go, aby się przed nią uchylić. Ostatnie zdarzenia, kiedy to zorganizował akcję ratunkową w systemie Menelden, a potem nią kierował, i udzielił nieocenionej pomocy w trakcie porodu Obrońcy, dokładnie to potwierdzają. Myślę, że po zjawieniu się w Szpitalu Khone’a, nikt lepiej mu nie pomoże i… — Przerwał, zdając sobie sprawę, że odchodzi od tematu. — Myślę, że Prilicla będzie dobrym Diagnostykiem — zakończył.

Chciałbym, żeby ktoś powiedział to kiedyś i o mnie, dodał w myślach.

Naczelny psycholog przyjrzał mu się badawczo.

— Cieszy mnie, że się zgadzamy. Prilicla zdolny jest skłonić do maksymalnego wysiłku zarówno swoich podwładnych, jak i przełożonych, a wszystko to robi z wdziękiem, który dla wielu z nas jest całkiem nieosiągalny — dodał i uśmiechnął się krzywo. — Ale należy mu dać jeszcze trochę czasu. Co najmniej rok powinien pozostać na stanowisku szefa zespołu medycznego Rhabwara, pomiędzy wezwaniami zaś będzie otrzymywał dodatkowe zadania na różnych oddziałach.

Conway milczał, tymczasem O’Mara zmienił temat.

— Gdy zjawi się w Szpitalu pański przyjaciel z Goglesk i będę miał okazję poddać go wszystkim testom, zdołam odkryć metodę wymazania skutków pańskiego przypadkowego kontaktu z FOKTem. Nie będę teraz wchodził w szczegóły, ale mogę pana zapewnić, że już niedługo będzie się pan musiał z nimi borykać.

Popatrzył na niego, jakby oczekiwał podziękowań albo innej uprzejmej odpowiedzi, ale Conway nie był w stanie się odezwać. Myślał o samotnej, pełnej cierpienia i prehistorycznych lęków istocie, która mimo to nie była wcale do końca nieszczęśliwa, a poza tym podzieliła się z nim myślami i wielokrotnie odmieniła jego działania, choć zawsze tak subtelnie, że prawie tego nie zauważał. Owszem, jego życie byłoby o wiele prostsze, gdyby został sam w swojej głowie. Sam, bo tylko z takimi osobowościami, które można w każdej chwili wymazać. Pomyślał o rychłym pobycie Khone’a w Szpitalu. Jak poradzi tu sobie istota, która dostawała drgawek, ilekroć ktoś przechodził zbyt blisko? Przecież nie uniknie tego na korytarzach. Ale wizyta mogła stworzyć szansę znalezienia sposobu na gatunkową psychozę Gogleskan. Przede wszystkim jednak wspomniał zdolność Khone’a do zachowywania dystansu i wycofywania się, jego nacechowane ciekawością i ostrożnością podejście do życia, które sprawiało, że Conway musiał ostatnio wszystko dwa razy sprawdzić i przemyśleć. I wszystko robił wolniej. Mógłby się tego pozbyć. Westchnął.

— Nie — powiedział zdecydowanie. — Chcę je zatrzymać.

Wkoło rozległ się chór nieprzetłumaczalnych odgłosów, a O’Mara wpatrywał się tylko w Conwaya bez mrugnięcia okiem. W końcu Skempton przerwał ciszę:

— Skoro już mowa o Gogleskanach, czy mają jakieś szczególne wymagania? Po Obrońcy i Mordowni młodego oraz nagłym wzroście zamówień na protezy dla Hudlarian…

— Nie mają, pułkowniku — przerwał mu Conway z uśmiechem. — Wystarczą zwykłe pomieszczenia dla ciepłokrwistych tlenodysznych, tyle że raczej niewielkie i z ustaloną dokładnie, krótką listą gości.

— Dzięki niech będą niebiosom — ucieszył się Skempton.

Jeśli chodzi o hudlariańskie protezy — powiedział Thornnastor, kierując jedno oko na pułkownika. — Zamówienie jeszcze się zwiększy po wdrożeniu zaproponowanego przez Conwaya amputacyjnego sposobu leczenia starczych dolegliwości Hudlarian. Otrzymał on już aprobatę naczelnego psychologa. Wszyscy starzejący się FROBowie, których O’Mara spytał o zdanie, odnieśli się do niego z aprobatą. Szacuje się, że chętnych będzie znacznie więcej, niż jesteśmy w stanie przyjąć, więc nie zostaniecie zmuszeni do uruchomienia masowej produkcji protez…

— A to jeszcze lepiej.

— …ale przekażemy nasze wzory do produkcji na samym Hudlarze. Z czasem operacje będą przeprowadzane również tam. Wyszkolimy grupę hudlariańskich lekarzy, którzy się tym zajmą. Wszystko to trochę potrwa, ale już teraz czynię pana odpowiedzialnym za ten program, Conway. Chciałbym, aby znalazł się bardzo wysoko na pańskiej liście priorytetów.

Conway pomyślał o tej hudlariańskiej praktykantce, którą spotkał. Ile jeszcze ich teraz przybędzie? Czy okażą się bardzo atrakcyjne i skłonne do zawierania nowych znajomości? Ale zaraz przypomniał sobie piekło oddziału geriatrycznego i uwięzione w rozpadających się ciałach sprawne wciąż umysły. Uznał, że program szkolenia rzeczywiście będzie musiał mieć najwyższy priorytet.

— Tak, oczywiście — odpowiedział Thornnastorowi i spojrzał na O’Marę. — Dziękuję.

Thornnastor rozstawił oczy, aby ogarnąć wszystkich zgromadzonych.

— Proponuję podsumować nasze spotkanie, byśmy mogli wrócić do obowiązków, miast bez końca o nich rozprawiać. O’Mara, ma pan coś jeszcze?

— Nie skończyłem jeszcze odczytywać listy propozycji i awansów. Nie potrwa to długo. Tylko jedno nazwisko: Conway. Po tym, jak zdał przed tu obecnymi ustny egzamin, przedstawiam jego kandydaturę do zatwierdzenia na stanowisko Diagnostyka chirurgii.

Thornnastor znowu omiótł stół spojrzeniem i ponownie zerknął na O’Marę.

— Nie trzeba. Brak sprzeciwów. Przeszło przez aklamację.

Gdy składanie gratulacji dobiegło już końca, Conway usiadł naprzeciwko psychologa i spojrzał na niego, czekając, aż bardziej masywni koledzy przestaną tłoczyć się w wyjściu. Pomyślał, że naprawdę cieszyć się będzie dopiero wtedy, gdy minie pierwszy szok. O’Mara też patrzył na niego, ale w jego oczach, poza zwykłymi przenikliwością i sarkazmem, malowało się także coś w rodzaju ojcowskiej dumy.

— A czego pan oczekiwał, Conway? — spytał gburowato. — Po tym, co ostatnio wyrabiał pan z pacjentami, naprawdę nie można było inaczej.