/ Language: Polski / Genre:sf_space / Series: Honor Harrington (pl)

Popioły zwycięstwa

W David

Tocząca się ponad osiem lat wojna między Sojuszem Manticore a Ludową Republika Haven wkracza w decydującą fazę. Lady Honor Harrington „powraca z martwych”, z przyjaciółmi uznanymi za zaginionych lub także martwych. I robi to w naprawdę wielkim stylu, podnosząc tym nadwątlone morale zarówno załóg Królewskiej Marynarki jak i obywateli Gwiezdnego Królestwa. Są wśród nich tacy, którzy wiedzą jak naprawdę wyglądał zamach na legalny rząd Republiki i kto go zorganizował i przeprowadził.


David Weber

Popioły Zwycięstwa

Rozdział I

Admirał lady Honor Harrington stała na galerii pokładu hangarowego ENS Farnese i próbowała nie dać się porwać huraganowi emocji, który szalał wokół. Spoglądając na oświetlony pokład, próbowała stworzyć jakąś empatyczną tarczę, za którą mogłaby się schronić, ale nie bardzo jej to wychodziło i fakt, że nie jest osamotniona w tym doświadczeniu, niewiele zmieniał. Poczuła emocje Nimitza znajdującego się w identycznej sytuacji i na połowie jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. Nimitz był bardziej przyzwyczajony do takich przeżyć, toteż targały nim uczucia mieszane — odruchowa chęć ucieczki w spokojne miejsce i euforia wywołana tak silnymi emocjami innych.

Na szczęście nie była to pierwsza tego typu okazja, choć musiała przyznać, że ostatnimi czasy zdarzały się one częściej niż poprzednio. Pierwszy raz miało to miejsce, gdy jej podkomendni zorientowali się, że właśnie pokonali całą grupę wydzieloną Urzędu Bezpieczeństwa i zdobyli dość okrętów, by zabrać z Hadesu wszystkich więźniów i jeńców, którzy chcieli opuścić planetę. Była wówczas przekonana, że nic nie będzie w stanie dorównać eksplozji tryumfu, który ogarnął jej okręt flagowy. Tymczasem tornado uczuciowe szalejące wokół niej teraz było silniejsze. Prawdopodobnie dlatego, że dłużej oczekiwali momentu, w którym ich ucieczka z najlepiej strzeżonego więzienia w całej Ludowej Republice Haven zakończy się dotarciem do systemu zajętego przez Sojusz, czyli w bezpieczne miejsce.

Niektórzy z nich — na przykład kapitan Harriet Benson dowodząca Kutuzovem — czekali na ten moment naprawdę długo: ponad sześćdziesiąt lat standardowych. Wiedzieli, że nigdy nie wrócą do życia, które pamiętali, ale tym silniej czuli potrzebę zbudowania sobie nowego. Nie tylko oni naturalnie czekali z niecierpliwością: nawet najkrócej przebywający w niewoli jeńcy z flot Sojuszu chcieli jak najprędzej zobaczyć bliskich, a oni mogli i chcieli wrócić do życia przerwanego trafieniem w ręce ubeków.

Prawie równie silne jak niecierpliwość było jednak także inne uczucie — żal spowodowany świadomością, że stali się w jakiś sposób częścią legendy, która będzie rosła, im częściej będzie opowiadana, a która właśnie dobiegła końca.

Wiedzieli, jak nieprawdopodobne było to, by udało im się dotrzeć do tego właśnie systemu planetarnego na pokładach tych właśnie okrętów i dlatego właśnie mieli świadomość, że gdy opuszczą ich pokłady, stracą kontakt z towarzyszami, z którymi wspólnie dokonali niemożliwego. Zawsze będą o tym pamiętać, ale będą to jedynie wspomnienia. I pewność, że coś takiego nigdy już się nie powtórzy… A im więcej czasu minie i im bardziej wyblaknie wspomnienie strachu, tym silniejszy będzie smutek, że wszystko to należy już do przeszłości.

I dlatego właśnie wokół szalała burza emocji, które miały tylko jedną cechę wspólną: były skupione na niej, bo to ona była ich dowódcą i symbolizowała te mieszane uczucia.

Dla Honor było to niesamowicie wręcz zawstydzające, bo wiedziała, że nikt z nich nie zdaje sobie sprawy, że ona zna te emocje. Miała nieodparte wrażenie, że bezczelnie podsłuchuje szeptane rozmowy, których treść rozmówcy starali się przed nią ukryć. I fakt, że nic nie była w stanie na to poradzić — emocje były po prostu zbyt intensywne, by Nimitz mógł ich nie odbierać, a więc tym samym by ona ich nie czuła — nie miał żadnego znaczenia.

Jej poczucie winy dodatkowo zwiększało przekonanie, że jej podkomendni nie mają racji. To oni bowiem dokonali tego wszystkiego i zdobyli się na więcej, niż oczekiwała. Pochodzili z sił zbrojnych kilkunastu państw zmiecionych przez Ludową Republikę na śmietnik historii, a zdołali zadać tejże Ludowej Republice prawdopodobnie największą klęskę w historii. Nie pod względem liczby zniszczonych i zdobytych okrętów czy wielkości podbitego obszaru, chodziło o coś ważniejszego: udowodnili, że wszechwładza i wszechwiedza Urzędu Bezpieczeństwa jest kłamstwem. A żaden aparat terroru nie jest w stanie skutecznie działać, jeśli społeczeństwo nie wierzy w jego wszechwiedzę…

I zrobili to dla niej.

Próbowała wyrazić wdzięczność, jaką czuła, ale wiedziała, że jej się nie udało. Słowa nie wystarczały, by wyrazić tak głębokie uczucia, a oni nie mieli tych możliwości, które…

Ostry, choć melodyjny dźwięk przerwał jej rozmyślania.

Oznaczał, że pierwsza z nadlatujących pinas zaczynała cumowanie. W ślad za nią leciało kilkadziesiąt innych pochodzących ze stacjonujących w systemie okrętów liniowych. A za nimi leciało kilkadziesiąt promów z San Martin. Zapowiadał się niezły młyn na pokładach hangarowych wszystkich jednostek Floty Elizium, ale to akurat nikogo nie martwiło, przeciwnie — wszyscy myśleli o tym z ulgą. Wszystkie bowiem okręty zostały wyładowane do granic możliwości ludźmi. Systemy podtrzymywania życia okrętów wojennych miały duże zapasy mocy z założenia, toteż nie to było problemem, lecz fizyczny tłok. By zabrać z Piekła wszystkich chętnych, zakwaterowano ich w każdym dostępnym pomieszczeniu. To, że podczas tak długiej podróży nie nastąpiła żadna poważna awaria systemu podtrzymywania życia, graniczyło z cudem, dzięki temu jednak wszyscy dotarli do celu.

I wszyscy mieli serdecznie dość tłoku, toteż marzyli o chwili, w której znajdą się w górach planety San Martin. Co prawda grawitacja panująca na planecie nie należała do najwygodniejszych, ale za to na powierzchni było naprawdę dużo miejsca. Po dwudziestu czterech standardowych dniach występowania w charakterze sardynek w puszce taki drobiazg jak to, że będzie się ważyło dwa razy więcej, nie był w stanie przyćmić radości, że będzie można się przeciągnąć, nie wsadzając przy tym komuś palca w oko.

Honor także na to czekała, ale w tej chwili jej uwaga skupiona była całkowicie na pierwszej pinasie, wiedziała bowiem, kto znajduje się na jej pokładzie. Ostatni raz widziała go ponad dwa standardowe lata temu i sądziła, że doszła już do ładu z uczuciami w stosunku do niego. Teraz zdała sobie sprawę, że się myliła; jej emocje były jeszcze bardziej skomplikowane i gwałtowniejsze niż emocje otaczających ją ludzi.

A na dodatek wiedziała, że za chwilę będzie musiała go powitać na pokładzie.

* * *

Admirał Eskadry Zielonej Hamish Alexander, earl White Haven i dowódca 8. Floty Royal Manticoran Navy, zmusił się do zachowania nieprzeniknionego wyrazu twarzy, obserwując, jak pinasa rozpoczyna podejście do krążownika liniowego będącego okrętem flagowym zmartwychwstałej Honor Harrington. Okręt nazywał się ENS Farnese. White Haven za nic w świecie nie był w stanie uzmysłowić sobie, co oznacza skrót „ENS”. Poza tym była to jednostka klasy Warlord i jak wszystkie pozostałe zbudowano ją w Ludowej Republice Haven. Dlatego wszystkie niespodziewanie przybyłe okręty znajdowały się w miejscu niewidocznym z orbity San Martin. Przyjdzie czas, by ogłosić wszystkim to, co zaszło, ale dopóki to nie nastąpi, postanowiono rzecz całą utrzymywać w jak najściślejszej tajemnicy.

Był to równocześnie pierwszy okręt tej klasy, jaki White Haven miał okazję zobaczyć na własne oczy. Naturalnie widział ich rysunki, plany i hologramy, widział też, jak zostały zniszczone przez znajdujące się pod jego dowództwem okręty, ale to nie było to samo, co móc obejrzeć go gołym okiem. Tym bardziej że jeszcze niedawno nie spodziewał się podobnej okazji w przewidywalnej przyszłości.

W porównaniu z jego okrętem flagowym, superdreadnoughtem Benjamin the Great, krążownik był niewielki, ale i tak większy od krążownika liniowego klasy Reliant, największej jednostki tej kategorii w Królewskiej Marynarce. Pozostał też zgrabny i groźny mimo uszkodzeń. A te White Haven mógł sobie dokładnie obejrzeć, jako że pilot pinasy zgodnie z rozkazami leciał wzdłuż prawej burty.

Hamish Alexander zacisnął zęby, widząc powyginany pancerz burtowy. W wielu miejscach wielowarstwowy kompozyt o wielkiej wytrzymałości był stopiony, w innych wręcz widać było, jak spłynął i zastygł w nieregularnych zaciekach. O takich drobiazgach jak osmolenia w ogóle nie warto było wspominać. Liczba ziejących dziur w miejscach, gdzie winny znajdować się działa, wyrzutnie rakiet czy stanowiska obrony antyrakietowej, świadczyła dobitnie, że z uzbrojenia burtowego zostało niewiele. Podobnie jak z generatorów osłony burtowej, choć tego akurat widać nie było, natomiast przy takich zniszczeniach nie mogło być inaczej.

Omal nie potrząsnął głową — to, co widział, było typowe dla Honor, która nigdy nie wróciła z patrolu bojowego nieuszkodzonym okrętem. Pojęcia nie miał, co powodowało, że tak było, ale wiedział, że nie jest to właściwy moment do podobnych rozważań. Uśmiechnął się krzywo i odruchowo spojrzał na chronometr — jeszcze siedem godzin i dwadzieścia trzy minuty standardowe temu był przekonany — jak wszyscy w Sojuszu — że Honor Harrington została powieszona. Ba, widział nagranie z jej egzekucji!

Nadal wstrząsał się na to wspomnienie. Niczego nie okazał, ale na wszelki wypadek skupił się na innym obrazie — widzianym siedem i pół godziny temu na ekranie łącznościowym fotela. Obrazie na wpół martwej twarzy, której nie spodziewał się już nigdy ujrzeć.

Odetchnął głęboko, próbując zignorować kłębiące mu się w głowie niezliczone pytania, na które nie znał odpowiedzi. Podstawowe brzmiało: jakim cudem przeżyła. Było to tak nieprawdopodobne, że gdy tylko wieść o tym się rozniesie, wszyscy dziennikarze Królestwa i prawdopodobnie połowa ich kumpli z Ligi Solarnej zaczną na nią regularnie polować. Będą pytać, prosić, błagać, przekupywać i grozić każdemu, komu tylko się da, byle tylko poznać szczegóły. Jednak w tej chwili dla niego mniej ważne było jak, a ważniejsze to, że przeżyła.

I to nie tylko dlatego, że była jednym z najlepszych oficerów Królewskiej Marynarki i że jej wyczyn oznaczał ni mniej, ni więcej, tylko zwycięstwo w wojnie propagandowej z Ludową Republiką.

Poczuł lekkie drgnięcie pinasy, gdy złapały ją promienie ściągające krążownika, i wziął się w garść. Ostatnim razem spieprzył sprawę — jakoś okazał to, co czuje do kobiety, która przez wiele lat była jedynie jego protegowaną i wybitnym oficerem, i choć nadal nie miał pojęcia, jak się zorientowała, ani myślał tego powtórzyć. Tamta wpadka zaowocowała jej wcześniejszym powrotem do aktywnej służby i trafieniem w pułapkę Ludowej Marynarki. Dla niego zaś oznaczała też dwa lata życia ze świadomością, że to przez niego zginęła.

Świadomość ta w pewien sposób ułatwiła mu zdanie sobie ostatecznie sprawy z tego, co do niej czuł… co naturalnie niezwykle komplikowało, sprawy teraz, gdy okazało się, że Honor żyje. Bo raz, że była o połowę młodsza od niego, dwa, że nie wykazała żadnego romantycznego zainteresowania jego osobą, a trzy, on miał żonę, którą głęboko kochał, mimo iż od prawie pięćdziesięciu lat standardowych była przykuta do inwalidzkiego wózka. Żaden człowiek mający choćby krztynę honoru w takich warunkach nie pokochałby innej, a jemu to właśnie się przytrafiło. I w końcu zdał sobie z tego w pełni sprawę, choć za późno. Przynajmniej tak sądził do niedawna.

Autoironicznie przyznawał, że napadu uczciwości dostał dopiero wtedy, gdy dowiedział się, że sytuacja stała się „bezpieczna”, Honor bowiem zginęła. Niemniej w końcu zdobył się na szczerość, choćby tylko wobec samego siebie.

Pinasa zakończyła cumowanie z lekkim wstrząsem, a admirał Hamish Alexander złożył sobie solenną obietnicę, że Honor nie dowie się o jego uczuciach. Nie zasłużyła sobie na to, żeby stawiał ją w niezręcznej sytuacji. I za nic nie mogła dowiedzieć się, że nadal ją kocha.

Wstał i uśmiechnął się, patrząc na swoje odbicie w oknie z armoplastu. Uśmiech wyglądał zupełnie naturalnie… Kiwnął swemu odbiciu głową i odwrócił się ku śluzie, prostując równocześnie ramiona.

* * *

Nad wylotem korytarza rozbłysło zielone światło oznaczające pełną hermetyczność połączenia z pinasą i Honor kolejny raz uświadomiła sobie, jak posiadanie tylko jednej ręki utrudnia życie. Tak złączyłaby dłonie na plecach, a teraz mogła jedynie tę jedną opuścić wzdłuż ciała. Dała znak majorowi Chezno, najstarszemu rangą oficerowi Marines na pokładzie. Ten kiwnął głową i zrobił w tył zwrot ku podkomendnym stojącym obok warty trapowej.

— Baaaczność! — warknął. — Preezentuj broń!

Byli jeńcy wykonali rozkaz z precyzją godną kompanii honorowej.

Bez wątpienia sporo osób uznałoby za absurd, iż ludzie żyjący w takiej ciasnocie tracili czas na musztrę, zwłaszcza wiedząc, że zaraz po przybyciu do celu podróży przestaną stanowić zwartą formację, jednak ani dla nich, ani dla Honor Harrington nie było to absurdem. Była to swoista deklaracja. Oznajmienie wszystkim, że nie są jedynie grupą uciekinierów z niewoli, ale oddziałem wojskowym, który wywalczył sobie wolność i wyrąbał drogę do domu, przezwyciężając każdy opór, jaki napotkał.

Warta trapowa wyprężyła się przy wtórze świstu trapowego, gdy w wylocie korytarza pojawiła się pierwsza postać. A Honor wzięła kolejny głęboki wdech. Zgodnie z tradycją Royal Manticoran Navy pierwszy opuszczał prom czy pinasę najstarszy stopniem, toteż wiedziała, kogo zobaczy, nim jeszcze ujrzała wysoką i barczystą postać w czarno-złotym uniformie admirała RMN.

Świst trapowy wygrywany na tradycyjnych, a nie elektronicznych gwizdkach bosmańskich rozległ się, gdy tylko gość stanął na pokładzie i zasalutował pierwszemu oficerowi krążownika liniowego dowodzącemu wartą trapową. Pomimo sześćdziesięciu standardowych lat służby admirał White Haven nie był w stanie ukryć zdumienia i patrząc na jego minę, Honor z trudem stłumiła złośliwy uśmieszek. Celowo nie powiedziała, kto jest jej zastępcą, podczas rozmowy radiowej. Zasłużył sobie na niespodzianki, toteż pierwsza właśnie go spotkała — ostatnią bowiem rzeczą, jakiej mógł się spodziewać, było to, że na pokładzie dowodzonego przez nią okrętu powita go oficer w galowym uniformie Ludowej Marynarki.

* * *

Hamish Alexander ze sporym wysiłkiem przybrał ponownie obojętny wyraz twarzy. Wiedział, że okazał zdumienie, ale był w pełni usprawiedliwiony — w końcu przybył na okręt jeńców zbiegłych z niewoli Ludowej Republiki, więc widok oficera w mundurze Ludowej Marynarki miał prawo go zaskoczyć.

A potem omal nie opadła mu szczęka, gdy przesunął wzrokiem po warcie trapowej i zauważył różnorodność mundurów jej członków, tworzących wręcz optyczną kakofonię. Przez moment oszołomienie tęczą barw sprawiło, że nie zrozumiał, co widzi. Gdy to w końcu doń dotarło, odruchowo kiwnął głową z aprobatą.

Jeńcy najwyraźniej mieli dostęp do szwalni i zrobili z niej dobry użytek. Nie wszystkie uniformy był w stanie rozpoznać, jako że niektóre należały do sił zbrojnych nie istniejących od pół wieku standardowego. Większość tych oddziałów uległa po zaciętym oporze, a wszystkie stały się ofiarami Ludowej Republiki. Ci, którzy obecnie nosili te mundury, mieli do tego pełne prawo. Równocześnie był to sposób okazania dumy i woli walki. I to, że stworzyli chaotycznie pstrokaty obraz, było w tym wypadku bez znaczenia. A poza tym podejrzewał, że zwrócenie im na to uwagi nie byłoby najrozsądniejszym posunięciem.

Świst trapowy umilkł, przybysz oderwał dłoń od beretu i powiedział:

— Proszę o pozwolenie wejścia na pokład.

— Pozwolenia udzielam, admirale White Haven — odparł oficer Ludowej Marynarki i cofnął się o krok z szerokim zapraszającym gestem.

— Dziękuję, komandorze — odparł uprzejmie White Haven, ale dla wszystkich było jasne, że zrobił to automatycznie.

Cała jego uwaga skupiona była bowiem na wysokiej, jednorękiej kobiecie stojącej nieco za wartą trapową. I choć nikt nie znał jego uczuć, wszyscy doskonale rozumieli zachowanie — Łazarz też w swoim czasie wzbudzał sensację.

Dla Hamisha Alexandra Honor wyglądała równocześnie strasznie i cudownie. I pierwszy raz był naprawdę wdzięczny losowi, że miała na sobie mundur graysoński, w Marynarce Graysona Honor była bowiem drugim co do stanowiska oficerem, a więc miała wyższą rangę niż on sam w RMN. A więc nie będzie musiał manewrować rozpaczliwie jako pełny admirał rozmawiający ze zwykłym komodorem. Mundur ten na dodatek leżał na niej zaskakująco dobrze — ale to zauważył niejako mimochodem, bo jego wzrok przykuwał pusty rękaw i sparaliżowana lewa strona twarzy z nieruchomym okiem. Znów poczuł falę furii — ubecy nie zdołali wprawdzie jej zabić, ale widać było, że nie dlatego, iż nie próbowali.

Co przytrafiło jej się kolejny raz.

Najwyższy czas, żeby przestała się tak zachowywać, bo nawet najwięksi szczęściarze nie są w stanie bez końca balansować na ostrzu noża. Nawet nie próbował jej tego powiedzieć, bo nie wywarłoby to najmniejszego skutku. Gdyby sam był na jej miejscu, też nie słuchałby takich rad. Jego sytuacja była inna — dowodził eskadrami, zespołami wydzielonymi i flotami o nieprzerwanym paśmie zwycięstw. Jednostki pod jego rozkazami były wielokrotnie niszczone, a prawie każdy okręt flagowy został poważnie uszkodzony. Co najmniej dwa razy ledwie wywinął się śmierci, ale przez cały ten czas nie został nawet draśnięty. I nigdy nie musiał walczyć z nikim wręcz czy przy użyciu pulsera. On toczył walki przy użyciu głowic laserowych i graserów i miał świadomość, że podkomendni ufali mu i szanowali go, ale nie był dla nich idolem czy wzorem do naśladowania.

A ona dla swoich podwładnych była idolem. Pismacy i reszta dziennikarskich szumowin raz trafili w sedno, nazywając ją Salamandrą. Rzeczywiście, zawsze była w samym sercu ognia walki. Dowodziła okrętami, eskadrami i flotami i mimo że była niezwykle młoda jak na admirała, miała w sobie to coś, tę magię powodującą, że jej załogi szły za nią bez cienia wahania.

W przeciwieństwie do niego ona zabijała wrogów również z bliska i z całą pewnością w takim właśnie starciu straciła ramię. Szczegóły pozna wkrótce i na pewno będzie to relacja z kolejnego wariactwa, które nikomu innemu by się nie udało. Określenie „wariactwo” było, obiektywnie oceniając, nie na miejscu — wiedział, że nie szukała śmierci i nie podejmowała ryzyka dla samego ryzyka, choć tak ją część ludzi oceniała. Po prostu…

W tym momencie zdał sobie sprawę, że stoi i gapi się na nią zdecydowanie za długo. Zmusił się do uśmiechu i wyciągnął na powitanie dłoń.

— Witamy w domu, lady Harrington — powiedział, czując ostrożny, ale zdecydowany uścisk jej szczupłych palców.

* * *

— Witamy w domu, lady Harrington.

Ściskała jego dłoń, a sens jego słów ledwie do niej dotarł, gdyż skupiła się na jego głosie: głębokim i melodyjnym tak jak pamiętała, ale znacznie bardziej ekspresyjnym. A odbierała go tak dlatego, że pierwszy raz słyszała go na tak wielu poziomach, gdyż jej wrażliwość na emocje innych znów wzrosła. Już wcześniej to podejrzewała, teraz miała pewność. Chyba że wzrosła tylko wrażliwość na jego emocje, co byłoby znacznie bardziej niepokojące… W tym momencie najważniejsze było, że nie tylko słyszała jego słowa, głos, rozumiała to, co mówiło jego ciało i oczy, ale wiedziała też, czego nie mówi i jak bardzo stara się, by niczym się nie zdradzić.

A mógłby to wrzeszczeć, bo tak wyraźnie to czuła, i przez moment omal nie poddała się jego radości i ochocie wzięcia jej w ramiona, których śladu nie było w jego zachowaniu.

Na szczęście w następnym momencie, wraz ze świadomością, że to się nigdy nie zdarzy, przyszło opamiętanie.

W sumie było gorzej, niż się obawiała — wiedziała bowiem, że nie zdołała się pozbyć uczucia do niego, mimo że minęło tyle czasu, a teraz przekonała się, że on również nie był w stanie tego zrobić. I że nigdy się do tego nie przyzna.

Wszystko we wszechświecie ma swoją cenę. Dwa lata temu uświadomiła sobie, że to właśnie jest cena, jaką musi zapłacić za więź z Nimitzem. Nie wiedziała tylko, że ona wzrośnie. Ale równocześnie miała pewność, że ich więź tak się rozwinęła, że warto było tę cenę zapłacić…

Wiedziała też, że podobnie jak Hamish Alexander nigdy nie powie jej, że ją kocha, tak i ona nigdy tego nie zrobi… Tylko nie potrafiła stwierdzić, czy to, że zawsze będzie miała świadomość, co on chciałby powiedzieć, było błogosławieństwem, czy przekleństwem.

— Dziękuję, milordzie — usłyszała własny głos, jak zwykle opanowany i jedynie lekko zniekształcony przez paraliż lewej strony twarzy. — Dobrze jest wrócić do domu.

Rozdział II

W przeciwieństwie do wszystkich innych wracająca pinasa admirała White Haven była prawie pusta, gdyż oprócz niego i jego porucznika flagowego Robardsa na jej pokładzie znajdowali się wyłącznie: Honor, Andrew LaFollet, Warner Caslet, Carson Clinkscales, Solomon Marchant, Jasper Mayhew, Scotty Tremaine i Horace Harkness. Powinien też być Alistair McKeon, ale pozostał z Jesusem Ramirezem, by pomóc mu zorganizować transfer ludzi na planetę.

Honor zresztą była przekonana, że sama powinna się tym zająć, ale White Haven nalegał, co prawda w nienagannie uprzejmy sposób, twierdząc, że znacznie ważniejsze jest jak najszybsze dostarczenie jej do najwyższego dowództwa, gdzie miała zdać relację z wszystkiego, co się wydarzyło. McKeon przyznał mu całkowitą rację i w ten sposób sprawa została przesądzona. I dlatego pozostał na pokładzie wraz z innymi, którzy dostali się do niewoli w systemie Adler i towarzyszyli jej przez cały czas, a na pokładzie pinasy znaleźli się tylko wybrani.

Siedzący naturalnie o kilka rzędów z tyłu, jak nakazywała tradycja.

Na szczęście Honor odkryła, że w miarę upływu czasu intensywność emocji Hamisha Alexandra, które odbierała, słabnie. Pozostał jakby ich pogłos, zupełnie zrozumiały, ale stanowiący jedynie tło, pozwalające spokojnie myśleć. A być może z czasem nauczy się go ignorować… jeżeli będzie to sobie wystarczająco często powtarzać, by uwierzyć we własne kłamstwo.

— Jestem pewien, że dopiero po paru miesiącach zdołamy poznać wszystkie szczegóły, milady — powiedział White Haven, przerywając jej rozmyślania. — Jest jednakże parę spraw, które chciałbym wyjaśnić jak najszybciej i o które po prostu muszę panią spytać.

— Jak na przykład?

— Co, do diabła, oznacza skrót „ENS”?

— Przepraszam, że co? — zdumiała się Honor, przekrzywiając głowę.

— Rozumiem, że nie mogła pani użyć określenia HMS, działając jako admirał Marynarki Graysona, a nie oficer RMN. Ale logiczne byłoby uznać wszystkie zdobyte jednostki za graysońskie i stosownie je nazwać. Nie postąpiła pani w ten sposób z jakiegoś powodu i przyznam się szczerze, że zachodzę w głowę dlaczego. Ten skrót kojarzy mi się tylko z Flotą Erewhon, ale to zupełnie nie pasuje do niczego.

— A, to — Honor uśmiechnęła się krzywo. — To był pomysł komodora Ramireza.

— Tego zwalistego oficera z San Martin? — upewnił się White Haven, próbujący od razu przypasowywać właściwe nazwiska do nowo poznanych.

— Tego — potwierdziła. — Nie miało znaczenia, czy występuję w roli oficera Królewskiej Marynarki, czy marynarki graysońskiej. W zdobyciu i obsadzeniu tych okrętów wzięli udział ludzie z tak wielu flot, że po prostu niewłaściwe byłoby uznanie ich za okręty Jej Królewskiej Mości. Dlatego HMS nie wchodziło w rachubę. Ramirez był starszym obozu Inferno i bez jego pomocy nigdy nie dokonalibyśmy tego, co się nam udało. Wpadł na pomysł, że skoro tak różnorodna grupa jeńców ucieka z planety zwanej oficjalnie Hadesem, a potocznie Piekłem, to formację tę należałoby nazwać Flotą Elizium. Toteż stworzyliśmy taką właśnie flotę.

— Rajską… rozumiem. — White Haven potarł podbródek i spojrzał na nią niewinnie. — Zdaje sobie pani sprawę, że niejako przy okazji stworzyła pani kolejny prawny pasztet, i to dużego kalibru?

— Przepraszam, że jak? — zdumiała się Honor, tym razem kompletnie nie rozumiejąc, o co chodzi.

— Cóż, działała pani jako graysoński admirał… a jest pani patronką Harrington. Jeżeli dobrze pamiętam, konstytucja Graysona ma dość precyzyjne ustalenia dotyczące sił zbrojnych tworzonych przez patronów i podlegających im.

— A co… — Honor urwała nagle i wpatrzyła się weń wytrzeszczonym okiem.

A z tyłu usłyszała cichy syk, którego autorem był bez wątpienia LaFollet.

— Nie wątpię, że zna pani temat lepiej niż ja — dodał White Haven, korzystając z nagłej ciszy — ale jak rozumiem, patron nie ma prawa mieć więcej niż pięćdziesięciu podlegających jego rozkazom zbrojnych takich jak siedzący za nami major LaFollet?

Przy tych słowach skinął mu uprzejmie głową przez ramię.

— Zgadza się, milordzie — przyznała Honor, odzyskując zarówno zdolność myślenia, jak i mówienia.

Właśnie zdała sobie sprawę z konsekwencji tego, co zrobiła, choć będąc patronką od tylu lat, powinna pomyśleć o tym znacznie wcześniej. W tej kwestii konstytucja była bowiem całkowicie jednoznaczna. Każdy patron miał prawo posiadać wyłącznie pięćdziesięciu gwardzistów podległych mu bezpośrednio. Tylko oni przysięgali wierność osobiście jemu. I tylko dla nich każdy rozkaz, jaki wydał patron, był prawem, o ile nie stał w sprzeczności z konstytucją. Fakt otrzymania go od patrona chronił ich jednak przed konsekwencjami wykonania polecenia nawet sprzecznego z konstytucją — za to odpowiadał patron. Cała reszta sił noszących broń, jak na przykład policja domeny, podległa była patronowi pośrednio i nie przysięgała mu wierności jako władcy lennemu.

Naturalnie każdy patron mógł dowodzić znacznie większymi siłami czy to lądowymi, czy kosmicznymi, ale tylko jako oficer sił zbrojnych i za zgodą władcy planety. Siły takie mogły wchodzić w skład czy to floty, czy wojsk lądowych Graysona. A Protektor Benjamin IX nie wyraził zgody na utworzenie Floty Elizium. Prawdę mówiąc, w ogóle się w tej kwestii nie wypowiedział z tego prozaicznego powodu, że jeszcze w tej chwili pojęcia nie miał o jej istnieniu.

Spojrzała za siebie i uniosła pytająco brew, widząc z lekka zaniepokojone spojrzenie LaFolleta. Nikt, kto nie znałby go tak dobrze jak ona, nie zauważyłby naturalnie niczego: Andrew był gwardzistą doskonałym.

— Jak poważnie tym razem potknęłam się o Miecz? — spytała.

Uśmiechnął się odruchowo, jako że Miecz na Graysonie miał podwójne znaczenie, był to bowiem także tytuł Protektora, równoważny z Koroną w Królestwie Manticore.

— Nie jestem pewien, milady — przyznał. — Nigdy tego nie sprawdziłem, choć powinienem, ale przyznaję, że nie pomyślałem. Z tego co pamiętam, konstytucja jest w tej kwestii raczej jednoznaczna i przynajmniej jeden patron został ścięty za złamanie tego zakazu. Było to co prawda trzysta lat temu, ale…

I wzruszył ramionami.

Honor uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

— Nie najlepszy precedens, nieważne jak dawno temu miał miejsce — przyznała i odwróciła się do admirała White Haven. — Chyba jednak powinnam była włączyć je do Marynarki Graysona, milordzie.

— Albo do Royal Manticoran Navy — dodał poważnie. — W obu ma pani stopień oficerski, czyli w obu, jak sądzę, chroniłyby panią przepisy. Choć z drugiej strony i to mogłoby nie wystarczyć, by całkowicie uniknąć konsekwencji na Graysonie. Rozmawiałem o tym z Nathanem. Sprawdził co mógł w pokładowym banku danych. Z tego co wiem, od czasu tamtej sytuacji, o której wspomniał major LaFollet, nic podobnego nie miało miejsca, ale fakt, iż patron nie tylko dowodził, ale także stworzył siły zbrojne bez zgody Protektora, może stanowić poważny problem. Naturalnie nie chodzi mi o Benjamina, ale na Graysonie nadal istnieje opozycja wobec wprowadzonych przez niego reform. Nie jest ona silna, ale jego przeciwnicy widzą w pani symbol tych reform i nie wątpię, że znajdą się wśród nich tacy, którzy skorzystają z każdej okazji, by postawić panią, a przy okazji i jego, w kłopotliwej sytuacji. Nawet jeśli będzie to wydumany pretekst, który mógłby przyjść do głowy jedynie prawnikowi. Nie wątpię także, że doradcy Protektora dostrzegą ten problem szybciej ode mnie, ale uznałem, że należy panią poinformować o jego istnieniu przy pierwszej sposobności, by miała pani okazję go przemyśleć.

— Stokrotne dzięki, milordzie — burknęła bez cienia wdzięczności.

Oboje roześmiali się i przez moment brzmiało to zupełnie naturalnie…

W następnym momencie Honor założyła nogę na nogę i, ignorując oburzone prychnięcie Nimitza, któremu w ten sposób siedzisko zmieniło się na mniej wygodne, spytała uprzejmie:

— Mam nadzieję, że nie ma pan innych równie interesujących przemyśleń, milordzie?

— Nie mam — zapewnił zapytany i dodał, psując efekt: Ale dwa lata standardowe to sporo, jeśli wszyscy są pewni czyjejś śmierci. Z pewnością takiego wroga będą czekały niespodzianki i komplikacje. I to sporo. Nie sądzi pani?

— W rzeczy samej sądzę — burknęła, przeczesując palcami krótkie włosy.

Przyzwyczaiła się do dłuższych, takich, jakie miała przed trafieniem do niewoli, ale utrata ręki spowodowała, iż stałyby się niepraktyczne, toteż po ucieczce z Tepesa nie pozwoliła im odrosnąć.

— Jestem pewien, że istnieją — dodał White Haven, i widząc jej spojrzenie, wzruszył ramionami. — Naprawdę nie wiem, co to może być. Mam parę podejrzeń, ale jestem przekonany, że rozsądniej będzie zostawić rozmowę o nich Protektorowi.

Jego twarz nie wyrażała niczego, ale miał coś konkretnego na myśli, i to coś, czego nie uważał za nieprzyjemne dla niej. Ani też za zbyt poważne, gdyż w jego uczuciach było zbyt mało troski. Było za to złośliwe rozbawienie połączone z oczekiwaniem, zupełnie jak u urwisa, który wyciął jakiś numer i czekał, aż sprawa się wyda, będąc przy tym pewnym bezkarności.

Honor przyjrzała mu się niezbyt życzliwie, a on uśmiechnął się niewinnie i nie odezwał słowem. To, co teraz czuł, było jasne i zrozumiałe i stanowiło prawdziwą ulgę po emocjach, które tak starannie przed nią ukrywał, ale niezbyt poprawiało jej samopoczucie. Nie lubiła niespodzianek, zwłaszcza jeśli ktoś czuł złośliwą radość na samą myśl o nich.

White Haven w końcu przerwał milczenie:

— Istnieje jednak kilka problemów w Gwiezdnym Królestwie Manticore, o których wiem. Jak choćby to, że gdy została pani oficjalnie uznana za zmarłą, pani tytuł odziedziczył pani kuzyn Devon.

— Devon?! — Honor potarła koniuszek nosa i wzruszyła ramionami. — Tak naprawdę nigdy nie chciałam być hrabiną. Królowa się uparła, więc nią zostałam… trudno żałować, że już się nie ma tytułu, którego się nie chciało. A Devon jest chyba moim prawowitym spadkobiercą, choć nigdy tego nie sprawdzałam. Pewnie powinnam, ale jakoś tak dynastyczne myślenie nadal jest mi obce. A tym bardziej jemu! Może wie pan przypadkiem, jak przyjął ten niespodziewany awans społeczny?

— Jak rozumiem bez entuzjazmu. — White Haven potrząsnął głową. — Oznajmił, że to dziecinada, która będzie mu jedynie przeszkadzała w pisaniu następnej monografii.

— Tak też myślałam — Honor prawie zachichotała. To jeden z najlepszych historyków, jakich znam, ale wyciągnięcie go poza historię zawsze graniczyło z niemożliwością.

— Tak też słyszałem. Jednak Jej Wysokość nalegała, by ktoś odziedziczył tytuł Harrington. Można by nawet rzec, że uparła się przy tym. Tak przynajmniej określił to mój brat. I osobiście przedyskutowała tę kwestię z pani kuzynem. Jak się to, zdaje się, określa: „przedyskutowała w całej rozciągłości”.

— Biedny Devon — westchnęła Honor z diabelskim błyskiem w oku.

Doskonale pamiętała, jak zachowuje się Jej Wysokość Elżbieta III działająca w trybie aktywnego uporu, i świadomość, że zazwyczaj uparty jak osioł Devon też miał okazję tego doświadczyć, napawała ją niezdrową wręcz satysfakcją. Tym większą, że w tym starciu nie miał nawet cienia szansy.

— Stanęło naturalnie na tym, czego chciała miłościwie nam panująca — dodał White Haven. — Posunęła się nawet do dodania ziemi do tytułu, by nowy earl Harrington miał stosowne do nowych potrzeb dochody.

— Proszę, proszę. A co to za ziemie?

— Sympatyczny fragment należącego do Rezerwy Korony pasa Unicorn.

Honor wytrzeszczyła na niego zdrowe oko i zamilkła na dłużej.

Określenia „ziemie”, jeśli chodziło o przynależne jakiemuś tytułowi posiadłości, używano w Gwiezdnym Królestwie bardziej jako odpowiednika majątku niż gruntów. Obejmowało ono wszystko, co dawało dochody, a związane było z danym tytułem, i niezbyt pasowało do rzeczywistości. Ale tak konstytucja, jak i karta kolonii nie były specjalnie dopracowane czy przemyślane, jeśli oceniać je z perspektywy czasu. I dlatego owe „ziemie” oznaczały zarówno konkretny kawałek gruntu, jak i prawa do kopalin czy połowów lub określone pasma nadawcze albo jeszcze coś innego przyznawanego na wyłączność, a przynoszącego dochody. W ten sposób sformułowali to twórcy konstytucji i założyciele monarchii wywodzący się z pierwszego pokolenia kolonistów. Obecnie około jednej trzeciej posiadaczy tytułów arystokratycznych nie miała ani kawałka ziemi z nimi związanego albo miała jedynie symboliczną posiadłość, jeśli z jej nazwą związany był tytuł, ale nie oznaczało to, że nie posiadała nierozerwalnie związanych z tymże tytułem źródeł dochodów, i to przeważnie sporych. Dotyczyło to zwłaszcza członków Izby Lordów poczytujących sobie za punkt honoru posiadanie choćby niewielkiego kawałka ziemi w miejscu, z którym związany był ich tytuł.

Jednakże już od jakiegoś czasu do nader rzadkich należały sytuacje, w których monarcha, tworząc nowy tytuł, wiązał go ze źródłem dochodów, źródło to bowiem musiało należeć do Rezerwy Korony, a ta znacznie się zmniejszyła od czasu utworzenia Królestwa Manticore. Zwyczajowe było zwrócenie się przez monarchę do Izby Gmin z prośbą o wydzielenie stosownych „ziem” z majątku skarbu państwa, a nie sięganie do prywatnej kieszeni władcy, bo tą była w praktyce Rezerwa Korony. Dotyczyło to zwłaszcza tytułów dziedzicznych, przy dożywotnich bowiem po latach wprawdzie, ale przyznane aktywa w końcu wracały do Rezerwy. Tytuł hrabiowski przyznany Honor Harrington był jednakże tytułem dziedzicznym.

Skoro więc królowa zdecydowała się nieodwołalnie rozstać z częścią słynnego bogactwa, jakim był pas asteroidów zwany Unicorn, oznaczało to, że chciała, by hrabiowie Harrington nie byli arystokracją jedynie z tytułu.

Taki napad szczodrości nieczęsto przytrafiał się Elżbiecie III.

Nagle Honor zesztywniała tknięta nową myślą, która powinna zresztą przyjść jej do głowy już dobrą chwilę temu.

— Przepraszam, milordzie, ale skoro wie pan, kto odziedziczył mój tytuł w Królestwie Manticore, to może przypadkiem wie pan też, co się stało z moim graysońskim patronatem? — spytała. — Także przekazano go Devonowi?

White Haven milczał przez chwilę, po czym odpowiedział:

— Jeśli się nie mylę, to zastanawiano się nad tym całkiem poważnie, ale w końcu wybrano inne rozwiązanie.

— Jakie? — spytała.

— Naprawdę uważam, że nie byłoby właściwe, gdybym wdał się w szczegóły, milady — odparł z kamienną twarzą. — To raczej skomplikowana sytuacja, a pani nagły powrót ze świata umarłych jeszcze bardziej ją komplikuje. A skoro na dodatek jest to wewnętrzna sprawa Graysona, nie bardzo mogę się na ten temat wypowiadać. Prawdopodobnie niewłaściwe byłoby nawet wyrażenie przeze mnie opinii w tej kwestii.

— Rozumiem… — mruknęła Honor, nie wierząc w ani jedno słowo, towarzyszył im bowiem nagły wzrost tego radosnego oczekiwania. — W rzeczy samej rozumiem, milordzie. I mam nadzieję, że być może pewnego dnia będę miała okazję zrewanżować się podobną godną podziwu dyplomacją i opanowaniem.

— Zawsze można mieć nadzieję — zgodził się uprzejmie White Haven. — Jednakże pozwolę sobie szczerze wątpić, abym miał kiedykolwiek okazję do równie dramatycznego powrotu zza grobu po publicznej egzekucji jak pani.

— Gdybym podejrzewała, że czeka mnie tak gorące i szczere powitanie w pańskim wykonaniu, poważnie bym się zastanowiła, czy warto wracać! White Haven parsknął śmiechem, ale natychmiast spoważniał.

— Mówiąc zupełnie szczerze i bez złośliwości, wieść o pani śmierci wywołała znacznie większe zamieszanie na Graysonie niż w Gwiezdnym Królestwie. My mamy hrabin na pęczki, a patronów jest mniej niż dziewięćdziesięciu. Dlatego admirał Kuzak i gubernator Kershaw uznali, że powinna pani najpierw udać się na Grayson, a ja zgodziłem się z ich zdaniem.

Honor pokiwała głową ze zrozumieniem.

8. Flota, którą dowodził White Haven, stacjonowała w systemie Trevor Star, przygotowując się do podjęcia ofensywy, ale dowódcą obrony systemu była dowodząca 3. Flotą admirał Theodosia Kuzak. Choć więc o krótszym starszeństwie, była głównodowodzącą wszystkich sił znajdujących się w układzie planetarnym, a więc i przełożoną admirała White Haven. Jej cywilnym odpowiednikiem z ramienia Sojuszu był gubernator Winston Kershaw, przewodniczący komisji nadzorującej tworzenie rządu planetarnego na wyzwolonym San Martin. Był on również młodszym bratem Jonathana Kershawa, patrona Denby, i jednym z bardziej zdecydowanych zwolenników Benjamina IX. To on najszybciej pojął, jak najlepiej wykorzystać polityczne aspekty powrotu Honor, a zwłaszcza utrzymanie wszystkiego w ścisłej tajemnicy, dopóki nie spotka się ona z Protektorem.

— Nadal nie jestem do końca pewna, czy w pełni zgadzam się z Kershawem — przyznała. White Haven potrząsnął głową.

— Ja zaś uważam, że ma absolutną rację — oznajmił. Zarówno polityczne, jak i dyplomatyczne konsekwencje pani ucieczki będą olbrzymie i Protektor powinien jako pierwszy poznać wszystkie detale i podjąć stosowne działania. Wyślemy kurierów zarówno do systemu Yeltsin, jak i Manticore, ale to nie to samo. Treść będzie naturalnie zakodowana, a załogi nie będą miały o niczym pojęcia. Wątpię też, by Jej Wysokość pozwoliła na jakikolwiek przeciek, nim Protektor podejmie niezbędne decyzje.

— Nie kwestionuję tego, co pan powiedział, milordzie, ale dlaczego kurierem ma lecieć tylko wiadomość, a nie ja osobiście? I dlaczego nie przez Manticore, tylko okrężną drogą? Nie korzystając z wormhola, dotrę na Grayson za trzy tygodnie. To sporo czasu; trudno będzie tak długo utrzymać w tajemnicy pojawienie się na San Martin tak wielkiej liczby ludzi.

— Z tym akurat nie ma problemu. Naturalnie tu, w systemie, wszystko wyda się dość szybko, ale ponieważ oba terminale są pod naszą kontrolą, nie dowie się o tym nikt spoza Trevor Star, dopóki sami tego nie ogłosimy albo wiadomość nie zostanie przez kogoś przewieziona przez nadprzestrzeń. A system jest zamknięty dla takiego ruchu, więc to nam nie grozi. Środki bezpieczeństwa po tej cholernej ofensywie McQueen zostały znacznie zaostrzone, bo dla wszystkich stało się jasne, że tu doszło do największego zaniedbania. Przeciwnik dysponował nader dokładnymi informacjami o siłach stacjonujących w większości miejsc, które zaatakował, a to oznacza, że miał dobre źródła wywiadowcze. Najwięcej informacji musiało pochodzić od załóg „neutralnych” jednostek używających Manticore Junction, przynajmniej jeśli chodzi o Basilisk i Trevor Star. Zwykła obserwacja wzrokowa czy odczyty standardowych sensorów cywilnych mogą specjalistom wiele powiedzieć, zwłaszcza jeśli dysponują takimi danymi regularnie przez dłuższy czas. Ponieważ rząd zdecydował, że nie możemy już bardziej obostrzyć zasad korzystania z wormhola, Admiralicja postanowiła ograniczyć jego wykorzystanie militarne. Dotyczy to zwłaszcza wszelkich nowych okrętów, których istnienia nie chcemy ujawniać. Dlatego właśnie jestem pewien, że zdołamy utrzymać całą sprawę w tajemnicy do czasu, aż Protektor zdecyduje, jak Grayson chce rzecz załatwić. I to także jest powód, dla którego poleci pani dłuższą drogą. Okręt, którego postanowiono użyć, należy do najnowszego typu i nie chcemy, by wiedziano o jego istnieniu. Może to niezbyt logiczne, ale gubernator zdecydował, że najwłaściwsze będzie przetransportowanie pani na pokładzie najlepszego graysońskiego okrętu, jaki jest do dyspozycji. A ja nie jestem na tyle głupi, by w tej sprawie próbować sprzeciwić się obywatelom Graysona. Zwłaszcza kiedy mają przewagę liczebną. Poza tym to rozwiązanie da czas zarówno Protektorowi, jak i królowej na ustalenie sposobu oficjalnego ogłoszenia pani powrotu, nim będzie on fizycznie możliwy. A zapewniam, że to wymaga naprawdę poważnego przemyślenia. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić, jakie mogą być dyplomatyczne konsekwencje… Zdaje sobie pani sprawę, jak to zaszkodzi wizerunkowi Ludowej Republiki, a zwłaszcza wiarygodności oficjalnej propagandy i Urzędu Bezpieczeństwa?

— Przyszło mi to do głowy w paru spokojniejszych momentach drogi powrotnej — odparła, a White Haven uśmiechnął się, widząc złośliwy błysk w jej oku. — A mówiąc uczciwie, przyznaję, że sporo o tym myślałam i sprawiło mi to dużą satysfakcję. Zwłaszcza jeśli chodzi o wiarygodność mojej egzekucji.

To ostatnie zdanie powiedziała już bez śladu rozbawienia, za to z groźbą w głosie, a w jej oku pojawił się stalowy błysk.

— Widziałam to nagranie i domyślam się, jak zareagowali na nie rodzice, Mac i Miranda. Mam rachunki do wyrównania z tym, kto zmontował i wymyślił całe to zboczone przedstawienie. Świadomość, jak desperacko Pierre i Saint-Just będą szukali za parę tygodni kozła ofiarnego, sprawiała mi i nadal sprawia dużą radość. Zwłaszcza że wiem, co mają zwyczaj robić z kozłami ofiarnymi.

— Całkowicie panią rozumiem — zgodził się White Haven. — Myślę, że konsekwencje będą znacznie poważniejsze, sądząc z tego, co pani powiedziała w czasie odprawy… Zdaje sobie pani sprawę, milady, że zorganizowała pani największą masową ucieczkę z więzienia w dziejach ludzkości? Wydostała pani na wolność, jeśli dobrze pamiętam, coś ze czterysta tysięcy ludzi, tak?

— Tylu się zbierze, gdy tylko dotrze tu Cynthia Gonsalves — przyznała Honor.

Kapitan Cynthia Gonsalves, niegdyś z Marynarki Alto Verde, wyruszyła z systemu Cerberus znacznie wcześniej niż okręty, które przyprowadziła Honor, ale dowodziła konwojem złożonym z cywilnych jednostek, toteż przelot trwał znacznie dłużej. I dlatego pierwszej fali uciekinierów należało się spodziewać w systemie Trevor Star dopiero za parę tygodni.

— Skala to jedno — dodał White Haven — a drugie to to, skąd uciekliście. UB nigdy nie odzyska pełnej wiarygodności po takiej wpadce. A jeśli chodzi o wiarygodność władz, to swoje dołoży Amos Parnell, gdy tylko zacznie mówić, kto tak naprawdę dokonał zamachu na Harrisa…

Earl wzruszył wymownie ramionami, a Honor przytaknęła w milczeniu.

Bez wątpienia aparat propagandowy Ludowej Republiki zrobi, co będzie mógł, by zdyskredytować wszystko, co powie były naczelny dowódca Ludowej Marynarki, ale były to wysiłki z góry skazane na fiasko. Parnell bowiem swoje rewelacje ujawni w Lidze Solarnej, a na poparcie swoich słów będzie miał nagrania skopiowane z banku danych obozu Charon. Można będzie co prawda twierdzić, że komendant największego i najlepiej zabezpieczonego więzienia Urzędu Bezpieczeństwa był idiotą, który bredził od rzeczy, opowiadając więźniom, kto zorganizował zamach na prezydenta Harrisa i związaną z nim masakrę, ale było wysoce wątpliwe, by ktokolwiek rozsądny w to uwierzył. A kiedy rozniesie się, że głównym organizatorem był człowiek stojący na czele Komitetu Bezpieczeństwa Publicznego, który przejął władzę tylko po to, by nie dopuścić do puczu oficerów Ludowej Marynarki będących sprawcami zamachu, konsekwencje dyplomatyczne będą naprawdę poważne. By nie rzec wstrząsające.

— Jest jeszcze jedna kwestia, milady — dodał cicho White Haven. — Niezależnie od tego, jak bardzo prywatnie i służbowo cieszy mnie pani powrót, nie należy lekceważyć wpływu, jaki wywrze on na morale całego Sojuszu. A będzie on olbrzymi, przynajmniej na krótką metę. Brutalnie rzecz ujmując, zjawiła się pani w idealnym momencie, bo Esther McQueen pierwszy raz w dziejach tej wojny zmusiła nas do przejścia do defensywy. A to wszystkimi wstrząsnęło. Dotyczy to głównie ludności cywilnej, ale nie tylko. W takich warunkach dobre wieści są niezwykle potrzebne, a to oznacza, że wszystkie sojusznicze rządy będą wręcz zachwycone pani wyczynem.

Honor wzdrygnęła się odruchowo. Wiedziała, że Hamish ma rację, ale słabo jej się robiło na samą myśl, jaki cyrk zrobią z tego media. Miała ochotę zaszyć się gdzieś i kazać LaFolletowi strzelać do każdego pismaka, jaki się pojawi, ale wiedziała, że to niewykonalne. Miała bowiem obowiązki, których nie mogła unikać, i miała też świadomość, jaką wagę propagandową ma to, co zrobiła. Nie podobała jej się perspektywa zostania dyżurną bohaterką, tym bardziej że miała już okazję tego zasmakować, ale nie było wyjścia. Pozostało jedynie żywić nadzieję, że przeżyła już najgorszą nachalność, i to złośliwie nastawionych dziennikarzy, w związku z czym teraz będzie jej łatwiej. Tylko jakoś nie mogła sama siebie przekonać, że ta nadzieja się ziści…

— Rozumiem… Nienawidzę samej myśli o tym, co się rozpęta, ale rozumiem.

— Wiem, milady — powiedział cicho White Haven.

Niewielu ludzi rozumiało, że naprawdę nienawidziła sławy i całego medialnego zamieszania wokół własnej osoby, ale Hamish Alexander należał do tych nielicznych. Dlatego uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.

White Haven właśnie otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy rozległ się melodyjny sygnał. Earl pochylił się, by spojrzeć przez okno, po czym usiadł wygodniej i oznajmił z satysfakcją:

— Oto pani transport na Graysona, milady.

Honor odwróciła się w stronę okna, a zaintrygowany Nimitz stanął i przycisnął nos do armoplastu. Za oknem powoli i majestatycznie wyłaniał się z mroku przestrzeni potężny biały kształt z zielono-białymi światłami nawigacyjnymi oznaczającymi „zakotwiczoną” jednostkę. Był to jeden z największych superdreadnoughtów, jakie Honor w życiu widziała. Prawdopodobnie największy, biorąc pod uwagę stosunek wielkości ambrazur czy węzłów napędu do reszty kadłuba. Dopiero po chwili zwróciła uwagę na nietypowy kształt rufy i wyprostowała się gwałtownie.

— To Meduza! — oznajmiła.

— W pewnym sensie — zgodził się Wbite Haven. — Okręt powstał bowiem w graysońskiej stoczni. Wygląda na to, że Marynarka Graysona uzyskała plany tej klasy równocześnie z naszą Admiralicją… Tylko że nie miała takich problemów z konserwatystami w szeregach i bezwładem biurokracji.

Ostatnie zdanie było autoironiczne i Honor prawie się uśmiechnęła, przypominając sobie pewną nocną dyskusję w bibliotece. Nie miało sensu udawanie, że nie był przeciwnikiem całego pomysłu, i to od samego początku. Ona zaś, także od początku, była zwolenniczką budowy superdreadnoughtów rakietowych i robiła, co mogła, by do niej doszło, jak długo należała do Komisji Rozwoju Uzbrojenia.

— Zostały już sprawdzone w walce? — spytała po chwili, gdy miała już pewność, że głos jej nie zdradzi.

— Jedynie na ograniczoną skalę, ale okazały się tak efektywne, jak pani przewidywała, milady — odpowiedział poważnie. — Nie dysponujemy jeszcze wystarczającą ich liczbą, ale wiemy już, że właściwie użyte są niesamowicie skuteczne. To był dobry pomysł, podobnie jak inny, o którym rozmawialiśmy owej nocy.

Mówiąc to zdanie, spojrzał wymownie za plecy Honor, gdyż nikt z pozostałych pasażerów promu nie miał prawa dostępu do żadnych informacji dotyczących istnienia lotniskowców.

— Doprawdy? — spytała uprzejmie Honor.

— W rzeczy samej — potwierdził. — Ich również nie użyliśmy na dużą skalę, z tego samego zresztą powodu, ale zostały sprawdzone bojowo. Planujemy użyć obu rodzajów dopiero, gdy będziemy posiadali ich tyle, by miały decydujące znaczenie. Dzięki nim powinniśmy przełamać front i przeprowadzić decydujące uderzenie, gdyż przeciwnik nie będzie miał czasu, by wymyślić skuteczne środki obrony ani też opracować własne odpowiedniki nowych systemów. Z tego co aktualnie wiemy, wywiad Ludowej Republiki nie zdołał się zorientować, z czym mieli do czynienia, gdy zostaliśmy zmuszeni do ich użycia. Dlatego też poza sytuacjami naprawdę krytycznymi żaden z tych okrętów nie korzysta z terminali Manticore Junction. Dzięki temu za kilka miesięcy towarzyszkę sekretarz McQueen i cały Komitet powinna spotkać naprawdę duża niespodzianka.

Honor kiwnęła głową, nie odrywając wzroku od okrętu, do którego się zbliżali. Między planami a efektem finalnym było parę różnic, acz niewielkich, i poczuła nagły przypływ dumy — teoria, której była zwolenniczką, przybrała namacalny kształt.

— Jeszcze jedno — White Haven tak dalece ściszył głos, że nie mogli go usłyszeć nawet LaFollet i Robards siedzący w następnym rzędzie. — Ten okręt, podobnie jak inne wchodzące już w skład Marynarki Graysona, zostały zbudowane w stoczni Blackbird, która powstała dzięki pani inicjatywie i funduszom, milady. Tak więc w pewnym sensie są one również pani dziełem i dlatego uznaliśmy, że najwłaściwsze będzie, by jeden z nich zawiózł panią z powrotem do domu.

Honor spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała równie cicho:

— Dziękuję, że mi pan to powiedział, milordzie.

Pinasa leciutko drgnęła, co było nieomylnym znakiem, że złapały ją promienie ściągające okrętu liniowego, i zaczęła się już bez udziału pilota zbliżać do burty superdreadnoughta. Z tej odległości wyglądała ona na białą ścianę, w centrum której widać było jasno oświetlony wlot pokładu hangarowego.

Kolejny lekki wstrząs i towarzyszący mu cichy szczęk oznaczał zakończenie procesu cumowania i Honor zamrugała gwałtownie okiem, by pozbyć się niespodziewanych łez. Galeria pokładu hangarowego była bowiem szczelnie wypełniona szeregami ludzi w błękitno-niebieskich uniformach Marynarki Graysona, z rzadka przetykanych czernią i złotem mundurów Royal Manticoran Navy. Widok ten wywołał w niej nagły atak tęsknoty za domem, wzmocniony falą emocji, jaka do niej dotarła.

Dziwne, ale dopiero w tym momencie w pełni zdała sobie sprawę, iż rzeczywiście jest dzieckiem dwóch światów. Zimnego, górzystego Sphinksa majestatycznego niczym całe Gwiezdne Królestwo Manticore i Graysona, czasami doprowadzającego ją do szału swoim zacofaniem, rozwijającego się i przekształcającego z zaskakującą szybkością i energią. Rozumiała wreszcie jego mieszkańców, co wydawało się jej niemożliwe, gdy pierwszy raz się z nimi zetknęła. Rozumiała ich, wszyscy bowiem podobnie jak ona sama mieli jedną cechę wspólną, choć pod wieloma względami bardzo się różnili.

Było to poczucie odpowiedzialności. Jakkolwiek by próbowali, nie byli w stanie od niego uciec. Nawet ci, którzy nienawidzili jej z powodu zmian spowodowanych po części jej pojawieniem się na planecie, pod tym względem rozumieli ją doskonale. A ona ich. I teraz, czując emocje zebranych na galerii, pojęła, że naprawdę witają ją w domu.

Z zadumy wyrwał ją głos admirała White Haven:

— Proszę przodem, milady!

Earl wstał i wskazał jej uprzejmie wewnętrzne drzwi śluzy, nad którymi płonęła już zielona kontrolka.

— W tej flocie ma pani wyższy stopień — dodał z uśmiechem. — A nawet gdyby tak nie było, nie jestem samobójcą i nie stanąłbym w takiej chwili między panią a pełną graysońską załogą!

Najpierw się zarumieniła, potem parsknęła śmiechem, wreszcie wstała. White Haven pomógł jej przełożyć na plecy i zapiąć nosidło z Nimitzem i oboje ruszyli ku wyjściu.

Fala emocji była równie silna jak ta na pokładzie Farnese, choć zdecydowanie mniej urozmaicona, no i nie było w niej uczuć sprzecznych. Sięgając do drążka, by wykonać obrót i stanąć już na pokładzie objętym okrętową grawitacją, poczuła niespodziewanie czyjeś rozbawienie połączone z oczekiwaniem i omal nie obejrzała się, by sprawdzić, czy White Haven nie uśmiecha się niewinnie… Zadziałało jednak czterdzieści lat standardowych odruchów i zrobiła to, co powinna, by znaleźć się na pokładzie.

Ledwie jej stopy go dotknęły, rozbrzmiał z pełną mocą „Marsz Patronów”. Omal się nie skrzywiła, jako że melodia nadal jej się nie podobała, a ponieważ nie był to jej okręt, orkiestra wszystkie instrumenty skierowała przepisowo w stronę gościa. Marines sprezentowali broń, reszta wyprężyła się w postawie zasadniczej, a po chwili muzykę zagłuszył pełen radości ryk zebranej na galerii załogi; na graysońskich okrętach panowała zwykle żelazna dyscyplina, ale tym razem nikt nie reagował na nieprzepisowe zachowanie.

Wszystko to łącznie z falą emocji odbieranych poprzez Nimitza tak ją ogłuszyło, iż jedynie dzięki wieloletnim nawykom robiła to, co powinna robić po zjawieniu się na pokładzie. Wykonała półobrót i oddała honory fladze Graysona umieszczonej na dziobowej ścianie, po czym odwróciła się, by zasalutować kapitanowi okrętu, i dopiero w tym momencie zorientowała się, że jest nim kapitan Thomas Greentree.

Uśmiechał się tak radośnie, że widać było wszystkie zęby, a za nim stał i szczerzył się następny znajomy: admirał Judah Yanakov. Tyle że w jego oczach błysnęła wściekłość, po której zapaliło się coś naprawdę niebezpiecznego, gdy dostrzegł kikut jej lewej ręki. Znała go zbyt dobrze, by wiedzieć, co to może oznaczać, tym bardziej że owo coś nie zgasło, i postanowiła w duchu porozmawiać z nim od serca przy pierwszej okazji.

Teraz naturalnie nie była ku temu pora, toteż przeniosła wzrok na galerię, czekając, aż skończy się marsz i umilkną wiwaty. Galeria była przestronna nawet jak na okręt liniowy i…

I zamarła, wytrzeszczając zdrowe oko na okrętowy herb na ścianie przed nią. Był jakoś dziwnie znajomy, a przynajmniej jego główne elementy… a gdyby jeszcze miała jakieś wątpliwości, rozwiało je imię okrętu wypisane nad herbem.

Gapiła się nań, niezdolna oderwać od niego wzroku mimo świadomości, że takim zachowaniem w pełni uzasadnia przypływ wesołości earla White Haven, którą właśnie poczuła. I tylko temu, że nie była w stanie się poruszyć, zawdzięczał on dobre zdrowie w najbliższej przyszłości. Ponieważ gdyby mogła się odwrócić i gdyby zobaczyła, że uśmiecha się choćby w części tak szeroko, jak podejrzewała, to nawet mając tylko jedną rękę…

Z tych rozważań wyrwała ją nagła cisza oraz zachowanie Thomasa Greentree, który zdecydował się pierwszy raz w życiu złamać zasady i przestał salutować jako pierwszy. A potem wyciągnął rękę, ujął jej nieco bezwolnie opadającą od daszka dłoń i uścisnął ją, nim zdążyła wykrztusić słowo.

— Witamy w domu, milady! — powiedział stłumionym od emocji głosem, który jednakże był wyraźnie słyszalny w panującej ciszy. — I witam na pokładzie Honor Harrington.

Rozdział III

Admirał Wesley Matthews, głównodowodzący Marynarki Graysona, wyglądał przez okno wychodzące na lądowisko, wydymając policzki. Jego włosy, ciemne w czasach, gdy był zwykłym komandorem we flocie wewnątrzsystemowej, przyprószyła siwizna, a na twarzy przybyło zmarszczek.

W oczach admirała zazwyczaj widać było satysfakcję, do której niezaprzeczalnie miał powody, gdyż to pod jego dowództwem i w znacznej mierze dzięki jego wysiłkom resztki floty wewnątrzsystemowej zniszczonej prawie całkowicie w wojnie z Masadą stały się trzecią co do siły flotą z prawdziwego zdarzenia w promieniu stu lat świetlnych. Faktem też było, iż Marynarka Graysona toczyła od lat wojnę z najsilniejszą flotą w tymże rejonie, ale posiadała potężnych sprzymierzeńców. Toteż patrzący na opromienione porannym słońcem Austin admirał Matthews miał powody do dumy.

Ale akurat w tej chwili jej nie odczuwał. Czuł za to bezsilną irytację, której powodem był niski, żylasty mężczyzna stojący obok i dziwnie z siebie zadowolony. Matthews posłał mu nieżyczliwe spojrzenie, które odbiło się od pleców tamtego, i stłumił westchnienie pełne rezygnacji.

I przeniósł wzrok na widok rozciągający się za oknem. Choć doskonale znany, był przynajmniej całkowicie nieirytujący. Austin było najstarszym miastem na planecie. Choć większość gmachów użyteczności publicznej znajdowała się pod kopułami, jako całość kopuły nie posiadała. A teraz na północnej półkuli panowała zima i w nocy spadł świeży śnieg. I to dużo — zaspy odgarnięte przez pługi oczyszczające lądowisko przewyższały człowieka. Choć nigdy za śniegiem nie przepadał, przyznawał, że czasami bywa przyjemny. Jak na przykład w tym roku, gdy liczący cztery tysiące lat ziemski kalendarz, którego nadal uporczywie używano na Graysonie, pokrył się z planetarnymi porami roku i Gwiazdka wypadła w zimie. Matthews lubił kolędy, a nie każde pokolenie miało okazję na własne oczy zobaczyć, jak wygląda „Białe Boże Narodzenie”.

Tyle że święta skończyły się dwa dni temu, a on bladym świtem tkwił w poczekalni lądowiska portu kosmicznego, zamiast uczciwie spać we własnym łóżku. Jedynym, choć niewielkim pocieszeniem był fakt, że nie tkwił tu sam. Przy wyjściu, tak wewnątrz, jak i na zewnątrz stali członkowie osobistej ochrony Protektora w barwach Domu Mayhew, a wokół lądowiska rozstawiono kilkudziesięciu Marines. Wyglądali na przypadkowo rozrzuconych po terenie, choć naturalnie stanowisko każdego zostało starannie wybrane. Wszyscy byli solidnie uzbrojeni, zziębnięci i czujni. I równie zirytowani najnowszą fanaberią Protektora jak on sam — o to gotów był się założyć.

Matthews był zły z dwóch powodów. Po pierwsze uważał, że Benjamin powinien wreszcie dorosnąć. Doskonale rozumiał, że korzysta z każdej okazji, by urwać się z pałacu, ale skoro już postanowił sterczeć w publicznym miejscu, którym był port kosmiczny stolicy, powinien mieć znacznie silniejszą ochronę. Drugim i to znacznie ważniejszym powodem irytacji admirała był fakt, że w związku z tym on także sterczał tu, jakby nie miał nic ciekawszego do roboty. I do tego w galowym mundurze. I nie mając zielonego pojęcia dlaczego.

Obiekt jego średnio życzliwych myśli odwrócił się i uśmiechnął. Uśmiech był czarujący, jako że Benjamin Mayhew był człowiekiem o wielkiej charyzmie, a teraz dodatkowo miał minę uczniaka, który uciekł z lekcji. Wesley Matthews aż za dobrze znał tę minę, ale tym razem nie poprawiła mu ona humoru. I nie uśmiechnął się w odpowiedzi, co było sporym osiągnięciem.

— Sądzę, że powinienem cię przeprosić — powiedział niespodziewanie Protektor. — Ale tego nie zrobię.

I uśmiechnął się szerzej.

— Jakoś mnie to nie dziwi.

— Bo mnie dobrze znasz! Gdybyś mnie tak dobrze nie znał i uwierzyłbyś w te wszystkie miłe rzeczy, które propagandziści Ludowej Republiki o mnie rozpowiadają, to moja szczerość mowę by ci odebrała. Nieprawdaż?

Matthews posłał mu wściekłe spojrzenie i ugryzł się w język, świadom obecności ochrony i Marines. To, co miał ochotę powiedzieć, nie wpłynęłoby korzystnie na dyscyplinę wojskową. Gdyby obecny był jedynie barczysty szef osobistej ochrony stojący za Benjaminem i przyglądający mu się z taką samą zrezygnowaną irytacją co on sam, sytuacja byłaby diametralnie inna.

Major Rice był szefem ochrony osobistej Protektora od ponad dziesięciu lat, czyli od śmierci swego poprzednika, który zginął w czasie próby przewrotu zorganizowanej przez Machabeusza. Został wybrany z uwagi na rozliczne zalety. Nie było wśród nich talentów towarzyskich i nienagannego wychowania. Prawdę mówiąc, obie te cechy posiadł w stopniu zaledwie podstawowym. Nim zasilił szeregi pałacowej gwardii, sierżant major Robert Rice (dla współtowarzyszy broni „Iskiereczka”, z powodów, których Matthews dotąd nie poznał mimo usilnych starań) był najstarszym rangą podoficerem Orbit Dogs. Oficjalnie jednostka nazywała się 5019. Batalion Specjalny, w praktyce była liczniejsza od standardowego pułku i stanowiła elitarny oddział Grayson Space Marine Corps. Po tym jak Protektor ledwie uniknął śmierci, dowódca jego Gwardii zdecydował, iż powinien pilnować go wyjątkowo wredny anioł stróż, i wybrał „Iskiereczkę”.

Matthews żywił uzasadnione podejrzenia, że rudowłosy weteran nie przyjął tego nowego przydziału entuzjastycznie, ale jak dokładnie go przekonano, nie wiedział. Wybór okazał się doskonały, gdyż dzięki doświadczeniu zdobytemu w trakcie urozmaiconej i pełnej niebezpieczeństw służby „Iskiereczka” miał stosowną cierpliwość i zdecydowanie konieczne, by skutecznie wypełniać swe obowiązki wobec tak niesfornego podopiecznego jak Benjamin IX. Co ważniejsze, Protektor nie miał przed nim tajemnic, a Rice bywał świadkiem wymiany zdań, przy których to, co Matthews miał na końcu języka, wydałoby się zaledwie uprzejmym zwróceniem uwagi.

W tym momencie Matthews zdał sobie sprawę, że Protektor nadal przygląda mu się z promiennym uśmiechem.

— Zapewniam Waszą Miłość, że każde zadanie zlecone przez Waszą Miłość byłoby dla mnie jedynie zaszczytem i przyjemnością — odpalił, używając sztandarowych wazeliniarskich i fałszywych frazesów dworskich.

— Należało mi się! — zachichotał Benjamin i dodał z podziwem: — Wyrobiłeś się, Wesley.

— Podglądałem mistrza — odciął się Matthews nieco radośniej.

Rozległ się cichy, melodyjny sygnał i na tablicy wyświetliła się informacja, że za dziesięć minut wyląduje prom wojskowy. Matthews uniósł brwi — najwyraźniej mieli przywitać kogoś, kto nim przyleci, co samo w sobie już było dziwne. Natomiast jeszcze dziwniejsze było to, że Protektor był lepiej od niego zorientowany, kiedy i która z osobistości na tyle ważnych, by uznał za stosowne powitać ją osobiście, przyleci wojskowym transportem. Nie wspominając już o odpowiedzi na pytanie, dlaczego Benjamin był tym faktem tak ucieszony.

Ciekawość prawie skłoniła go do jego zadania, ale zacisnął zęby i zachował milczenie. Złość na Benjamina jeszcze mu na tyle nie przeszła, by dać mu satysfakcję, jakiej się spodziewał. Odwrócił się w stronę okna i wbił w nie wzrok.

Benjamin obserwował go przez chwilę, zdusił z wysiłkiem atak śmiechu i też wpatrzył się w zaśnieżony krajobraz.

Kilka kolejnych minut upłynęło w ciszy i bezruchu.

A potem na błękitnym niebie pojawiła się cieniutka z początku smuga kondensacyjna utworzona przez błyszczącą w promieniach słonecznych kroplę. Kropla błyskawicznie zmieniła się w rosnący z każdą sekundą kształt promu pasażerskiego z typu używanych przez oficerów flagowych. Maszyna płynnie podeszła do lądowania i w idealnym wręcz manewrze dotknęła lądowiska. Podwozie osiadło z sykiem pneumatyki, zewnętrzne drzwi śluzy otworzyły się, równocześnie zaś z nimi rozłożyła się schodnia. Czekając na otwarcie wewnętrznych drzwi i pojawienie się pasażera, admirał Matthews omal nie zaczął bębnić palcami po szybie. Miał naprawdę dość ważniejszych zajęć niż ta fanaberia Protektora, więc im prędzej się ona skończy, tym…

W tym momencie ujrzał wysoką postać w mundurze pełnego admirała Marynarki Graysona i wszystkie myśli zamarły mu w głowie. Podobnie jak on sam zamarł z wytrzeszczonymi oczyma i prawie opuszczoną szczęką. To, co widział, było niemożliwe! Tylko jedna kobieta w dziejach Marynarki Graysona miała prawo do noszenia admiralskiego uniformu. Tak jak tylko jedna kobieta w tejże marynarce posiadała sześcionogiego, kremowo-szarego treecata i nosiła go ze sobą wszędzie. Ponieważ oboje od ponad dwóch standardowych lat nie żyli, to, co widział, było niemożliwe. A jednak…

— Powiedziałem, że cię nie przeproszę — rzekł Benjamin IX bez śladu wesołości w głosie i uśmiechnął się łagodnie, widząc ogłupiałą minę rozmówcy. — To trochę spóźnione życzenia, ale… Wesołych Świąt, Wesley.

Matthews bez słowa odwrócił się do okna, próbując dojść do ładu z niemożliwym. Sądząc po reakcjach większości Marines i gwardzistów, nie tylko on nie mógł uwierzyć własnym oczom. Ale jego niedowierzanie powoli zaczynało ustępować czemuś, czego jeszcze nie potrafił nazwać, ale co już wstrząsnęło nim do głębi.

— Wiem, jak wiele znaczyła dla ciebie i całej floty — dodał cicho Benjamin. — I dlatego nie mogłem cię ze sobą nie zabrać.

— Aaale… ale jak? Przecież wszyscy… media pokazały…

— Nie mam pojęcia, Wesley. Dwa tygodnie temu dostałem wiadomość wysłaną z Trevor Star, a po niej krótką zakodowaną informację, jak tylko Harrington wyszedł z nadprzestrzeni. Nie znam żadnych szczegółów, wiem tylko, że żyje. Może powinna użyć drogi służbowej i wpierw zawiadomić ciebie, ale działała jako patronka, nie jako admirał, mając na względzie reperkusje polityczne. I miała rację. Zresztą, czy to takie ważne?

Mówił cicho, a w jego oczach błyszczało coś więcej niż radość, gdy patrzył, jak wysoka, jednoręka kobieta maszeruje ku wejściu, mając za sobą majora w zielonym mundurze Gwardii Harrington oraz pół tuzina oficerów i jednego masywnego, krępego podoficera w uniformie Royal Manticoran Navy.

— Czy tak naprawdę cokolwiek jest ważne poza tym, że mimo wszystko wróciła? — spytał miękko.

— Nie — odparł równie miękko Matthews i odetchnął głęboko. — Nic innego nie jest ważne, Wasza Miłość.

Honor Harrington wyszła z windy i chciała stanąć na baczność, ale nie zdążyła — Benjamin Mayhew dopadł jej dwoma długimi susami i zamknął w niedźwiedzim uścisku, jakiego by się nie spodziewała po jego żylastej osobie. Spojrzała nań ze zdumieniem nie tylko z tego powodu — było niesłychane, by graysoński mężczyzna choćby dotknął niezamężnej kobiety, a co dopiero ściskał ją tak, że jej żebra trzeszczały. Dobrze wychowany graysoński mężczyzna nie obściskiwał nawet własnych żon w miejscach publicznych.

* * *

W następnej zaś sekundzie zrozumiała wszystko i przestała się dziwić, za to jedną ręką odwzajemniła uścisk. Nie powinna tego robić, mimo iż to on zaczął, ale w tym momencie nie miała do czynienia z Protektorem Graysona, lecz z przyjacielem, który widział jej śmierć, a teraz witał ją po powrocie z martwych. I podobnie jak ona miał głęboko gdzieś zasady właściwego zachowania przystojącego graysońskiemu mężczyźnie. Nie wspominając już o protokole obowiązującym Protektora.

Trwało to dłuższą chwilę, po czym Benjamin odetchnął głęboko, odsunął Honor na długość ramion i przyjrzał się uważnie jej twarzy. Coś podejrzanie błyszczało w jego oczach, ale jej oko też było dziwnie mokre… a potem w jego oczach błysnęła złość, na moment przyćmiewając radość.

— Oko też? — spytał.

Uśmiechnęła się półgębkiem i skinęła potakująco głową.

— Cała lewa połowa twarzy i ręka… — ocenił rzeczowo.

— Coś jeszcze?

Patrzyła na niego w pełni świadoma, ile go kosztuje ten pozorny spokój. Bała się jego reakcji tak na sam widok swoich obrażeń, jak i na myśl o tym, w jaki sposób powstały, gdyż miała przedsmak tego, co może nastąpić, po Yanakovie i Greentree. I po wszystkich innych graysońskich oficerach, którzy poznali prawdę.

Zawsze wiedziała, że cieszy się szczególnym szacunkiem i sympatią wśród załóg. I już choćby to, jak podejrzewała, wystarczyłoby do wzbudzenia w nich nienawiści i wściekłości, gdy dowiedzieli się o jej uwięzieniu, głodzeniu i próbach złamania przez ubeków. Mimo iż starała się nie rozwodzić nad tymi kwestiami. Sytuację pogarszał dodatkowo fakt, iż byli graysońskimi mężczyznami, a każdy mężczyzna z Graysona był zaprogramowany, można by rzec, genetycznie, by chronić kobiety. Podejrzewała już dawno, że na wieść o jej śmierci wielu z nich jedynie z najwyższym wysiłkiem nie poddało się wściekłej furii i nie zaczęło się mścić. Po wysłuchaniu relacji Thomasa Greentree z bitwy o Basilisk wiedziała, że tak było. Juda Yanakov był od tego o włos i nadal miał niezwykle wielką ochotę na wyrównanie rachunków. Kiedy dowiedzieli się, jak ją potraktowano, ich wściekłość jeszcze wzrosła, choć było to nielogiczne, bo przecież żyła, z czego równocześnie ogromnie się cieszyli.

Reakcja ta była zresztą typowa dla wszystkich mężczyzn, których ostatnio spotkała — Hamish Alexander czuł dokładnie to samo, choć ani nie urodził się, ani nie wychował na Graysonie.

Dlatego tym bardziej musiała uważać, opowiadając swoje przeżycia Benjaminowi. Benjamin Mayhew bowiem był Protektorem Graysona i lennym władcą patronki Harrington zobowiązanym do pomszczenia krzywd, jakich ta jako jego wasal doznała. Co gorsza pochodził z Graysona i mimo wychowania i wykształcenia odebranego na innych planetach w głębi duszy pozostał wierny tutejszym zasadom dotyczącym traktowania kobiet. A na dodatek był jej przyjacielem. I nigdy nie zapomniał, że życie swoje i całej rodziny zawdzięcza jej i Nimitzowi. A ponieważ był Protektorem Graysona, miał możliwość dać upust wściekłości i chęci zemsty, które w tej chwili czuł, w naprawdę straszny sposób.

— Jeśli o mnie chodzi, to kompletna lista — odparła spokojnie. — Nimitz też trochę oberwał: uderzył się o kolbę strzelby. Słowem, oboje jesteśmy do naprawienia.

— Naprawienia! — to był prawie warkot.

Takiej reakcji się zresztą spodziewała — Benjamin należał do nielicznego grona osób, które wiedziały, że w jej przypadku regeneracja jest nieskuteczna.

— Naprawienia — powtórzyła spokojnie. — Może nie z użyciem wszystkich oryginalnych części, ale jak wiesz, w Królestwie Manticore robią doskonałe repliki.

Spojrzał na nią wściekle: oboje wiedzieli, że nie ma w galaktyce miejsca, w którym robiono by naprawdę idealne protezy. Owszem, te najnowszej generacji mogły oszukać wszystkich nie wiedzących o tym, że ktoś ma sztuczną rękę czy nogę. Do takich należało cybernetyczne oko Honor, ale pozostawała kwestia problemów na styku nerwy-maszyna. Skutkiem tego zawsze istniał drobny, ale dla użytkownika odczuwalny defekt w koordynacji czy naturalności ruchów. No i niezależnie od tego, jakie dodatkowe możliwości wbudowano by w protezę, a jakich nie posiadały naturalne części ludzkiego ciała, nie udało się też w pełni uzyskać wrażliwości i wyczucia oryginałów.

Po paru sekundach Benjamin uspokoił się jednak wyraźnie i poklepał ją delikatnie po ramieniu, jakby dotarło doń, co Honor próbuje od dłuższej chwili zrobić. Czy rzeczywiście zrozumiał, nie była pewna, gdyż jego emocje były zbyt skomplikowane i zbyt szybko zmieniały się ich wzajemne proporcje. Wiedziała natomiast, że był wystarczająco inteligentny, by pojąć, jak groźne skutki mógł mieć jego gniew. Jak i to, że próbowała przeszkodzić mu w rozpoczęciu nieprzemyślanej zemsty.

— Poza tym może cię zainteresuje fakt, że miałam nieporównanie więcej szczęścia niż ci, którzy spowodowali konieczność tych napraw — dodała nieco innym niż dotąd tonem.

— Chcesz powiedzieć…?

Honor przytaknęła i wskazała ruchem głowy ciągnącego się za oficerami masywnego podoficera.

— Obecny tu bosmanmat Harkness dopilnował, by wszyscy, którzy mieli z tym coś wspólnego, z Cordelią Ransom na czele, skończyli widowiskowo i ostatecznie — wyjaśniła.

— Doprawdy? — Protektor przyjrzał się Harknessowi z aprobatą. — Bardzo mnie to cieszy. Co pan im zrobił, bosmanmacie Harkness?

Zapytany zaczerwienił się, wykrztusił coś niezrozumiałego i umilkł. Po czym spojrzał błagalnie na Honor.

Ta przez moment przyglądała mu się z krzywym uśmiechem, nim pospieszyła na ratunek:

— Spowodował uruchomienie napędu głównego pinasy na pokładzie hangarowym krążownika liniowego.

— O cholera! — westchnął Benjamin.

Uśmiech Honor stał się lodowaty.

— Jeżeli z kogoś na pokładzie coś zostało, to były to naprawdę malutkie kawałeczki — dodała miękko.

Benjamin sapnął z satysfakcją.

— Doskonała robota, panie Harkness! — pochwalił.

A Honor odetchnęła z ulgą, widząc i czując, że opanował już wściekłość. Nie oznaczało to, że zrezygnował całkowicie z odwetu, ale świadomość, że bezpośredni sprawcy zostali zabici, sprawiła, że zaczął kontrolować tę chęć.

Potrząsnął głową i przestał przyglądać się z uznaniem Harknessowi, co ten przyjął z wyraźną ulgą.

— Jak widzisz, posłuchałem twojej rady i ograniczyłem grono poinformowanych do minimum — powiedział Protektor już normalniejszym głosem. — Nawet Wesley nie wiedział, na czyje powitanie wyciągnąłem go z łóżka. Zawsze podejrzewałem, że lubi niespodzianki, więc sprawiłem mu solidną.

I uśmiechnął się złośliwie.

— Nienawidzę niespodzianek! — warknął Matthews. — Wszyscy o tym wiedzą! Po prostu ktoś tu stwierdził, że sprawi mu przyjemność obserwowanie mojego zaskoczenia… to typowe dla osobników lubujących się w intrygach.

— No, no — ostrzegł Benjamin. — Oficerowie, którzy rozpowiadali prawdę, to jest, chciałem powiedzieć, obrażali swych Protektorów, źle skończyli.

— Nie wątpię w to — odpalił Matthews, wyciągając rękę ku Honor. — Ale przynajmniej zginęli, wiedząc, że zadali cios zakłamaniu w imię wolności myśli i słowa. Czyż nie tak, lady Harrington?

— Proszę mnie w to nie mieszać, sir! Patroni mają obowiązek prawny wspierać wizerunek i pozycję Protektora. Poza tym proszę pamiętać, że jestem „tą obcą babą” i jeśli miałby mnie pan po swojej stronie, tylko pogorszyłoby to pański wizerunek w oczach każdego otumanionego reakcjonisty. A tylko taki wykonałby jego rozkaz zlikwidowania pana bez żadnych pytań.

— Może dawniej, milady. — Matthews był pewien swego. — Zdaję sobie sprawę, że mówimy o graysońskich konserwatystach, ale nawet oni będą pod wrażeniem pani zmartwychwstania. Przynajmniej przez jakiś czas.

— Przez trzy tygodnie! — prychnął Mayhew. — Góra przez miesiąc. Na szczęście jest ich coraz mniej, choć z drugiej strony ci, którzy nie zmienili poglądów, są coraz większymi obstrukcjonistami. Wygląda na to, że im mniej ich zostaje, tym bardziej stają się uparci. I teraz skupili się na polityce zagranicznej. Naturalnie nie oznacza to, że odpuścili sobie wewnętrzną na zawsze: wrócą do niej, gdy tylko trafi się okazja. Coraz częściej żałuję, że to nie okres przed ratyfikowaniem konstytucji. Jest kilku patronów, których z radością zapoznałbym z bardziej pomysłowymi metodami uczenia pokory wymyślonymi przez Benjamina Wielkiego dla złośliwych patronów. Zwłaszcza zaś… dość! Jedyne czego możemy być pewni to tego, że będziesz miała aż za dużo okazji, by przekonać się, jak dalece zdołali mnie wkurzyć w czasie twej nieobecności.

— Nie wątpię — zgodziła się. — Jeżeli już mówimy o tym, kto kogo zdołał wyprowadzić z równowagi, to pewni oficerowie flagowi, w tym twój kochany kuzynek, odmówili kategorycznie udzielenia mi informacji, coście zrobili z moją domeną! Jestem pewna, że Judach rozkazał nikomu nie pisnąć słowa na ten temat. Za stary ze mnie wróbel, żeby dać się złapać na opowiastki w stylu „wojskowy nie powinien plotkować o polityce i racji stanu”. Poza tym dziwnie szeroko się uśmiechał, wygłaszając ten frazes.

— Doprawdy? — Mayhew uniósł brwi i potrząsnął głową. — Szokujące! Będę musiał z nim porozmawiać. I umilkł.

Dopiero widząc wściekłe spojrzenie Honor, dodał niewinnie:

— Poczekalnia promowa nie jest najlepszym miejscem na relacjonowanie szczegółów dwóch lat historii, więc wybacz, ale wrócimy do tego gdzie indziej. Teraz mamy parę ważnych spraw, a czasu niewiele: Katherine i Elaine dopadną cię przy pierwszej okazji, by poinformować o szczegółach ogólnoplanetarnego powitania, jakie zaplanowały.

Honor jęknęła.

Protektor zaś zachichotał i dał znak Rice’owi.

Ten mruknął coś cicho do naręcznego komunikatora, Protektor zaś ujął Honor pod ramię i poprowadził w stronę wyjścia. W przepisowej odległości za nimi ruszyli zgodnie major LaFollet i major Rice.

— Jak już ci powiedziałem — odezwał się po paru krokach Benjamin — grono poinformowanych o twoim powrocie ograniczyłem do minimum, ale uznałem, że jest na Graysonie parę osób, które powinny dowiedzieć się o tym niezwłocznie.

— Tak? — Honor przyjrzała mu się podejrzliwie.

— Tak. I… o, są! — dodał wesoło, gdy drzwi się otworzyły.

Honor stanęła jak wryta.

W drzwiach pojawiło się siedem postaci — pięcioro ludzi i dwa treecaty. Nagle obraz jej się rozmazał i dopiero po sekundzie zrozumiała, że powodem są łzy. W migdałowych oczach Allison Chou Harrington, jak zawsze drobnej i eleganckiej, także widać było łzy. Alfred Harrington nie płakał, ale tak walczył ze wzruszeniem, że widać to było na jego twarzy. Z lewej strony Allison stał Howard Clinkscales ze ściągniętą z emocji twarzą, wsparty na lasce ze srebrną gałką będącej oznaką jego urzędu. Po jego lewej stronie Miranda LaFollet trzymająca w objęciach Farraguta uśmiechała się promiennie, widząc całych i zdrowych Honor i brata. Z prawej strony Alfreda zaś stał starszy mężczyzna o rzedniejących blond włosach i szarych oczach, które wytrzeszczał tak, jakby nie wierzył w to, co widzi. Honor wyraźnie czuła radość Jamesa MacGuinessa, która dopiero zaczynała przezwyciężać obawę, że ta niewiarygodna wiadomość okaże się pomyłką. Z jego radością mieszała się zupełnie jednoznaczna radość przepełniająca siedzącą na jego ramieniu Samanthę, która dojrzała Nimitza.

Fala emocji była zbyt silna, jako że Honor nie miała żadnej obrony przed uczuciami ludzi, którzy tyle dla niej znaczyli. Wiedziała, że jeszcze moment i straci resztki panowania nad sobą.

Gdzieś w głębi kryła się świadomość, że Benjamin zrobił to celowo. Wiedział o szczególnej więzi łączącej ją z Nimitzem i dopilnował, by spotkanie odbyło się bez świadków. Tak by nikt nie widział zapłakanej patronki Harrington…

Świadomość ta zresztą niczego nie zmieniała, bo Honor przestała być zdolna do myślenia. Miała pięćdziesiąt cztery standardowe lata, ale to nie miało znaczenia, gdy ruszyła ku matce, wyciągając ku niej ramiona, a raczej ramię…

— Mamo? — spytała dziwnie cicho i chrapliwie, czując na wargach słony smak łez. — Tato? Ja…

Głos jej się załamał, ale to także nie miało znaczenia. Nic nie miało znaczenia, gdy ojciec objął ją tak, jak robił to zawsze — mocno, ale z wyczuciem. Jej czapka znalazła się na podłodze, gdy wtulił twarz w jej włosy. A zaraz potem matka dołączyła do nich, nadrabiając energią brak dostępu do córki, aż Alfred poszerzył uścisk, obejmując je obie. A Honor przestała być patronką i oficerem — była po prostu ich dzieckiem cudem przywróconym do życia, które tuliło się do nich jeszcze mocniej niż oni do niego.

Nie miała pojęcia, jak długo to trwało. Są chwile zbyt ważne, by je dzielić na sekundy czy minuty. To właśnie była jedna z nich. Trwała, ile trwała, ale w końcu Honor poczuła, że łzy przestają płynąć jej z oka. Wzięła naprawdę głęboki oddech. A potem delikatnie odsunęła ojca na długość ramienia i powiedziała:

— Jestem w domu.

— Wiem, córeczko — powiedział nieco niepewnym głosem, ale z ogniem w oczach. — Wiem, że jesteś.

— Oboje wiemy — dodała Allison.

I Honor zachichotała, widząc, jak w jej dłoni pojawiła się zupełnie jakby za sprawą czarów niewielka chusteczka, którą podobnie jak wszystkie matki od niepamiętnych czasów starannie, ale szybko wytarła zapłakaną twarz córki. Ponieważ była od niej o ponad jedną trzecią niższa, musiało to wyglądać naprawdę absurdalnie, ale Honor to absolutnie nie przeszkadzało.

Spojrzała ponad jej głową i powiedziała miękko:

— Howard.

Clinkscales skłonił się głęboko i na jego twarzy też pojawiły się łzy, toteż czym prędzej wyciągnęła ku niemu rękę. Zamrugał gwałtownie powiekami, ujmując ją i odwzajemniając uścisk z taką jak dawniej siłą i energią. Potem zaś nabrał powietrza w płuca, otrząsnął się i powiedział po prostu:

— Witamy w domu, milady. Pani domena i pani ludzie czekają na panią.

— Wróciłam tak szybko, jak tylko mogłam, ale trochę mi się skomplikował rozkład lotów. Na szczęście nie na tyle poważnie, żeby Harkness i Carson nie zdołali temu zaradzić — poinformowała już normalniejszym tonem.

Usłyszawszy swoje imię, chorąży Carson Clinkscales podszedł do nich i Howard zamknął go natychmiast w uścisku. Choć wysoki jak na mieszkańca Graysona, nie dorównywał wzrostem siostrzeńcowi, a na dodatek miał osiemdziesiąt siedem lat standardowych i nie został poddany procesowi prolongu, niemniej był to niedźwiedzi uścisk.

Honor roześmiała się i objęła zdrową ręką matkę.

I znieruchomiała kolejny raz.

Wcześniej tego nie zauważyła, ale każde z rodziców miało na plecach nosidło podobne do tego, w którym podróżował Nimitz. Tylko nie bardzo rozumiała, po co im…

W tym momencie ojciec odwrócił się bokiem, robiąc miejsce Mirandzie i MacGuinessowi, i Honor wytrzeszczyła oko jeszcze bardziej niż przed chwilą, gdy otworzyły się drzwi. Nosidło tylko pozornie było takie samo, bo nie służyło do transportu treecata, tylko…

— Nie zachowuj się tak, jakbyś nigdy w życiu nie widziała niemowlaka, moja droga, bo tak się składa, że wiem, że widziałaś — oznajmiła Allison i zdecydowanym ruchem przekręciła głowę Honor, łapiąc ją za podbródek, by wytrzeć jej drugą połowę twarzy.

— Ale… ale… — Honor przełknęła ślinę i spojrzała ponad ramieniem matki.

Zobaczyła śpiącą i lekko skrzywioną buzię niemowlaka — najwyraźniej przeszkadzał mu panujący wokół harmider. Ten na plecach ojca miał otwarte oczy, ale widać było, że dopiero co się obudził.

— Jakbyś zapomniała — dodała Allison — oboje z ojcem zostaliśmy poddani prolongowi.

— Nie zapomniałam, ale…

— Twój zasób słownictwa chyba się zmniejszył. Nadużywasz słowa „ale”, moja droga — oznajmiła Allison, po czym cofnęła się, by ocenić własne rękodzieło.

Zadowolona kiwnęła głową i mokra chusteczka zniknęła w równie magiczny sposób, jak przed chwilą się pojawiła.

— W sumie to twoja wina — oznajmiła córce. — Nie zajęłaś się sprokurowaniem dziedzica, więc kiedy próbowali zrobić biednego lorda Clinkscalesa patronem Harrington, musiał coś wymyślić w samoobronie.

Honor spojrzała na Clinkscalesa, który uśmiechnął się niepewnie.

— Chcesz powiedzieć…? — Honor urwała i wzięła głęboki oddech.

Pierwszy z całej serii, jak się okazało.

I obiecała sobie solennie zapolować na Hamisha Alexandra przy pierwszej sposobności. Czekanie na protezę nie wchodziło w grę; przypomniała sobie jego złośliwą satysfakcję, gdy mówił o „innym rozwiązaniu”. Udusi go jedną ręką. Jeśli uda jej się odlecieć po południu kurierem i skorzystać z Manticore Junction, zdąży wpaść na Honor Harrington i skręcić kark Yanakovowi, i dotrzeć za cztery dni do Trevor Star…

Wykonała kolejną serię głębokich oddechów.

Po czym spojrzała w dół, na matkę.

— Więc już nie jestem jedynaczką? — spytała.

— Zrozumiałaś w końcu? Chwała Bogu! — Allison zdjęła nosidło i zaprezentowała je wraz z zawartością w pełnej okazałości. — Oto Faith Katherine Honor Stephanie Miranda Harrington.

I zachichotała, widząc minę Honor.

— Chwilowo to imię jest dłuższe od niej samej — dodała — ale to także twoja wina. Póki co, czyli do chwili, do której nie będziesz miała własnego dziecka, tak wygląda twoja spadkobierczyni, moja droga lady Harrington. Z prawnego punktu widzenia obecnie to jest patronka Harrington, bo zmianę muszą zatwierdzić pozostali patroni. Jeszcze kilka godzin temu sądziłam, że zostanie Honor II, przybierając oficjalne imię, na szczęście… na szczęście nie będzie musiała podejmować podobnej decyzji tak szybko, jak się tego obawialiśmy.

— A to — dodał Alfred, pokazując jej swój ładunek jest jej młodszy brat bliźniak, James Andrew Benjamin Harrington. Szczęściarz skończył tylko z trzema imionami. Ale za to, jak pewnie zauważyłaś, jedno z nich jest wynikiem czystego wazeliniarstwa pod adresem najpotężniejszej persony w okolicy.

— Zauważyłam — wykrztusiła Honor i delikatnie pogładziła policzek obudzonego niemowlaka.

Sądząc po minach rodziców i Benjamina Mayhew, stali się sobie bliżsi, niż mogłaby niegdyś mieć nadzieję. Uśmiechnęła się. I ponownie skupiła uwagę na matce.

— Są śliczne — oceniła. — Naprawdę się z tatą postaraliście.

— Tak sądzisz? — Allison podejrzliwie przekrzywiła głowę. — Osobiście żałuję, że nie da się od razu po urodzeniu osiągnąć wieku szkolnego i pominąć całej reszty. Zdążyłam już zapomnieć, ile roboty jest przy dzieciach!

I westchnęła ciężko.

— Naturalnie, milady! — prychnęła radośnie Miranda, którą nadal obejmował brat, co stanowiłoby szokujące zaniedbanie przez niego obowiązków… w normalnych warunkach.

Ponieważ warunki nie były normalne, a od ochroniarzy aż się wokół roiło, nikt nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Miranda zaś, widząc pytające spojrzenie Honor, roześmiała się i oznajmiła:

— Pewnie dlatego, że to taka ciężka robota, pani rodzicielka uparła się donosić oboje aż do porodu, pomimo że dzięki prolongowi ciąża trwała o dwa i pół miesiąca dłużej, milady. A na pewno z powodu tego nadmiaru roboty za nic na świecie nie zgodziła się na normalne całodobowe niańki. Prawdę mówiąc, ledwie udaje nam się wyrwać jej dzieci na czas pobytu w klinice. Zresztą ojciec pani nie lepszy… A nie sądzę, żeby mieszkańcy nawet naszej domeny spokojnie przyjęli widok pary najlepszych lekarzy na planecie robiących obchód z niemowlakiem na plecach, więc…

Urwała i wymownie wzruszyła ramionami.

Honor parsknęła śmiechem.

— Cóż, moja rodzicielka, jak to ładnie ujęłaś, pochodzi z Beowulfa, a tam wszyscy są zwariowani, z tego co słyszałam. A na punkcie dzieci mają kompletnego fioła. Żeby nie było nieporozumień: nie mam nic przeciwko temu. Ta parka z pewnością należy do najpiękniejszych w znanej części wszechświata.

— Naprawdę tak uważasz? — spytała cicho Allison.

— Naprawdę — zapewniła ją równie poważnie Honor. — Naturalnie należy wziąć poprawkę na to, że moja opinia z pewnością nie jest zupełnie obiektywna.

— To dobrze — oceniła Allison Harrington. — Bo jeżeli mnie nos nie myli, to Faith Katherine Honor Stephanie Miranda właśnie zademonstrowała skuteczność funkcjonowania dobrze zaprojektowanego i całkiem świeżego systemu wewnętrznego. W nagrodę za doskonałą opinię na temat jej urody pozwolę ci ją przewinąć.

— Bardzo bym chciała, mamusiu, ale niestety chwilowo mam tylko jedną rękę, więc… — odparła słodko Honor, wzruszając wymownie ramionami.

— Niektórzy są gotowi na wszystko, byle tylko wymigać się od uczciwej pracy — prychnęła Allison, odruchowo spoglądając na kikut lewej ręki córki. Honor uśmiechnęła się.

— Nie należy mierzyć wszystkich swoją miarą — poradziła. — Nie musiałabym się uciekać do niczego: Mac tak mnie rozpuścił, że jestem pewna, iż zastąpiłby mnie także przy przewijaniu. Co ty na to, Mac?

— Obawiam się, że jest to jedna z niewielu czynności, które, nie wchodzą w zakres moich obowiązków, ma’am — odparł MacGuiness, podchodząc do niej.

Jego głos brzmiał normalnie, ale oczy miał dziwnie wilgotne, a wargi wyraźnie mu drżały, choć się uśmiechał.

— Doprawdy? — spytała ciepło, obejmując go ramieniem i przyciskając mocno.

A potem odsunęła się nieco i spojrzała mu głęboko w oczy.

— Cóż, w takim razie będziesz musiał zadowolić się pozycją wujka… bo wszyscy wiemy, że wujkowie i ciocie nie robią nic, za to są odpowiedzialni za rozpuszczanie dzieci.

— Ciekawe podejście — mruknął Alfred Harrington. — A starsze siostry jakie mają obowiązki?

— To zależy o ile starsze, nieprawdaż? — odparła radośnie Honor. — W tym przypadku sąd…

Urwała tak gwałtownie, że nawet Allison odwróciła głowę znad Faith. Uśmiech Honor zniknął jak zdmuchnięty, a ona sama obróciła się w lewo i wpatrzyła w treecata siedzącego na ramieniu MacGuinessa.

Samantha zaś prawie stała z uszami leżącymi płasko na głowie i zielonymi oczyma wbitymi w Nimitza. Allison podążyła za jej spojrzeniem i wytrzeszczyła oczy, widząc treecata córki. Wyglądał tak, jakby ktoś właśnie mocno go czymś zdzielił. Przez moment myślała, że rozwścieczył w jakiś sposób Samanthę, ale jedynie przez moment. Bo potem ujrzała coś, czego nie spodziewała się nigdy zobaczyć.

Nimitz był przerażony. I to tak, że pisnął niczym bezradny kociak.

MacGuiness i Andrew LaFollet na ten widok zbledli niczym para nieboszczyków. W przeciwieństwie do niej widzieli już Nimitza w takim stanie, choć tylko raz — w kabinie admiralskiej GNS Terrible, gdy koszmary dręczące Honor sprawiły, że stał się bezsilnym i roztrzęsionym wrakiem. Teraz był w podobnym stanie, choć z nieznanej przyczyny. Obaj równocześnie ruszyli ku niemu, by spróbować pomóc.

Honor była szybsza — jednym uderzeniem zwolniła zamek blokujący szelki nosidła i niesamowicie płynnym jak na kogoś mającego tylko jedną rękę ruchem przesunęła nosidło na piersi i przytuliła je wraz z Nimitzem, opadając równocześnie na kolana. Wtuliła policzek w jego futro i poprzez łączącą ich więź wszystkie siły skierowała do jego umysłu.

Jakaś część niej pozostała spokojna — i wściekła na samą siebie… Tłumaczyło ją tylko to, że nawet Nimitz nie zdał sobie w pierwszym momencie sprawy z tego, co się stało.

Treecat próbował uciec zarówno od jej uczuć, jak i od jej uścisku. Nie wiedziała, czy z powodu paniki, czy dlatego że chciał dotrzeć do Samanthy. On sam tego nie wiedział. W następnej chwili jego przerażenie osłabło, zmieniając się w coś spokojniejszego i znacznie, znacznie gorszego. Przestał się rzucać, przytulił do niej i zamiauczał cicho i rozdzierająco.

Honor nie wiedziała dlaczego, ale była pewna, co się stało. Cios kolbą na Enki musiał spowodować tę rozpaczliwą samotność, która wypełniała połowę umysłu Nimitza, nie istniała bowiem żadna inna przyczyna. A szok i przerażenie były tym większe, że ani on, ani Honor nie zdali sobie wcześniej sprawy, że uszkodzenia nie ograniczały się jedynie do połamanych kości i poszarpanych mięśni.

A to z tego prostego powodu, że w okolicy nie było żadnego treecata…

Mruczała do niego uspokajająco i cały czas przekazywała mu miłość tak intensywnie, że obecność Samanthy uświadomiła sobie dopiero po chwili, mimo że ta znalazła się przy Nimitzu, ledwie Honor przyklęknęła, i cały czas głaskała go obiema chwytnymi łapami.

Honor czuła i jej panikę oraz rozpaczliwe wysiłki, by dotrzeć do jego umysłu. On też rozpaczliwie próbował, ale żadne nie mogło nawiązać z drugim normalnego telepatycznego kontaktu.

Honor odbierała ich uczucia, toteż czuła, jak panika Nimitza stopniowo ustępuje. Przełknęła łzy i westchnęła z ulgą głęboko, choć nierówno, gdy treecaty zrozumiały, a ona przy tej okazji także, że nadal wzajemnie odczytują swoje emocje i że Nimitz słyszy myśli Samanthy.

To, w jaki sposób treecaty komunikują się między sobą, od zawsze stanowiło przedmiot sporów wśród ludzi. Cześć uważała, że są telepatami w pełnym znaczeniu tego słowa, część, że nie porozumiewają się w sposób, który ludzie mogliby zrozumieć, ale za pomocą odbierania emocji, gdyż są niezwykle czułymi i znającymi charakter swego gatunku empatami.

Dzięki rozwojowi więzi z Nimitzem Honor zrozumiała już jakiś czas temu, że rację miały obie grupy. Ona sama nigdy nie była w stanie usłyszeć rozmowy Nimitza z innymi treecatami, ale wyczuwała otoczkę emocji towarzyszącą jego wypowiedziom. Od momentu, w którym on i Samantha stworzyli parę, mogła odbierać ich uczucia i częściowo domyślać się, o czym mówią, choć samej rozmowy nadal nie odbierała. Zdała sobie jednak sprawę, że są tak ściśle i na tak wielu poziomach połączeni telepatycznie i empatycznie, że stanowią niemalże całość i często nie muszą wymieniać myśli, by wiedzieć, co partner sądzi o tym czy o tamtym.

Natomiast obserwując treecaty w większej grupie, nabrała pewności, że są telepatami i posługują się myślami tak jak ludzie mową, tyle że zrozumienie jest znacznie pełniejsze, gdyż oprócz treści znają też emocje rozmówcy. Nie wiedziała natomiast aż do tej chwili, że empatia i telepatia są rozdzielne. Teraz okazało się, że tak właśnie jest, gdyż Nimitz odbierał zarówno myśli, jak i uczucia Samanthy, ale ona znała tylko jego emocje. To, co ich dotąd łączyło i co było pełne i głębokie, zostało pozbawione połowy blasku i wypełnione nienaturalną ciszą. Można by rzec, że nadajnik telepatyczny Nimitza został wyłączony.

A nie zdali sobie z tego sprawy wcześniej dlatego, że więź z człowiekiem musiała funkcjonować poprzez zmysł empatyczny, który nadal był w pełni sprawny. Ponieważ nie potrafili rozmawiać ze sobą telepatycznie, a na Hadesie nie było innego treecata, Nimitz po prostu nie wiedział, że cokolwiek stracił, gdyż zmysłu telepatii nie miał okazji użyć przez cały ten czas.

Aż do momentu gdy odezwał się do Samanthy i stwierdził, że ta go nie słyszy.

— Honor?

Uniosła głowę, słysząc cichy i zatroskany głos matki.

Allison klęczała z twarzą ściągniętą niepokojem i troską.

— Co się stało? — spytała miękko.

— To, że… — Honor zmusiła się do milczenia i uporządkowania myśli, po czym zaczęła jeszcze raz: — W systemie Barnett, w bazie na planecie Enki, gdy Ransom oznajmiła, co chce z nami zrobić, kazała ubekom zabić Nimitza. Nie mieliśmy nic do stracenia, więc…

I jej głos się załamał.

— Więc zaatakowali strażników — dokończył LaFollet.

Honor dopiero w tym momencie zdała sobie sprawę, że klęczy obok niej, bo znajdował się z lewej strony, toteż nie dostrzegła go.

— To musiało być wtedy, milady — dodał Andrew, gdy spojrzała na niego. — Ten cios kolbą.

— Musiało — przytaknęła.

Nie zaskoczyło jej, że domyślił się, co zaszło. Natomiast wyraźnie czuła dezorientację pozostałych. Na wyjaśnienia będą musieli jeszcze poczekać; teraz postawiła nosidło na podłodze, umożliwiając Nimitzowi wyjście. Burza emocji szalejąca w umysłach obojga była ważniejsza od wszystkiego innego. Nimitz wygramolił się na zewnątrz i usiadł naprzeciwko Samanthy, wtulając nos w jej szyję. A ona zaczęła mruczeć tak głośno, że wszyscy wyraźnie to słyszeli. Objęła go ogonem i cały czas gładziła obydwoma chwytnymi łapami.

Honor z trudem oderwała wzrok od zdeformowanego ciała treecata i spojrzała w pełne troski oczy matki. Allison nadal nie rozumiała.

— Nikt nie był pewien, czy treecaty są prawdziwymi telepatami… aż do tej chwili — powiedziała cicho. — Są. Kiedy ten ubek go uderzył, musiał uszkodzić coś, dzięki czemu mogą telepatycznie rozmawiać, bo Samantha go nie słyszy. Odbiera jego uczucia, ale nie może odebrać myśli.

— Nie może? — dobiegło z góry.

Honor uniosła głowę — nad nią stał ojciec z obydwoma niemowlakami i ze zmarszczonym czołem przyglądał się Nimitzowi.

— Z tego, jak siedzi, wnioskuję, że dostał kolbą prawie dokładnie w środkową miednicę — ocenił.

— Trochę z tyłu i z prawej, milordzie. Tak przynajmniej sądzimy, bo nikt tego dokładnie nie widział — odparł LaFollet. — Fritz Montoya mógłby to precyzyjnie określić, ale w mojej ocenie cios trafił z góry pod kątem około siedemdziesięciu stopni.

Alfred Harrington pokiwał powoli głową.

— To by pasowało — mruknął.

Wyraz twarzy miał nieobecny, co oznaczało, że intensywnie myśli.

Potem potrząsnął głową i już przytomniej spojrzał na córkę.

— Od paru wieków zastanawiamy się, dlaczego treecat ma w każdym biodrze węzeł tkanki nerwowej. Istnieje teoria, że to swego rodzaju pomocnicze mózgi, gdyż są wystarczająco duże i mają odpowiednio skomplikowaną budowę. To mogłoby wytłumaczyć fakt, że istoty o tak małej masie ciała są tak inteligentne. Naturalnie istnieją też inne teorie, jak na przykład taka, że choć węzły te pod wieloma względami przypominają mózg, w innych jednak znacznie się od niego różnią, toteż powinny spełniać inną funkcję. Zostały dokładnie zbadane strukturalnie, ale nigdy nie zdołano powiązać ich z żadną konkretną funkcją. No, ale nikt nie miał do pomocy takiego eksperta w dziedzinie treecatów jak ty. Teraz, jak sądzę, wiemy już, do czego służy przynajmniej jeden z tych superwęzłów.

— Chcesz powiedzieć, że w środkowym biodrze mieści się nadajnik telepatyczny?

— Na to wygląda. Samantha nie może go usłyszeć, ale on ją tak, zgadza się?

— Tak mi się wydaje. Trudno w tej chwili mieć pewność, bo gdy zrozumiał, że ona go nie odbiera…

— Zareagował tak, jak ja bym zareagował na jego miejscu — przerwał jej ojciec. — Trudno mu się dziwić. Zastanawiałem się nieraz, co stałoby się z teleempatą, który nagle stwierdziłby, że jest sam, odizolowany od pozostałych i zamknięty w swoim małym świecie. Nadal nie wiemy nawet drobnej części tego, co powinniśmy wiedzieć o treecatach, ale jedno nie ulega wątpliwości — są empatycznie i telepatycznie cały czas połączone ze sobą — i w mniejszym stopniu — z adoptowanymi ludźmi. Te połączenia istnieją od zawsze, od chwili narodzin, i dla nich musi to być coś tak naturalnego jak oddychanie. A teraz…

Alfred potrząsnął głową, nie kończąc, a Honor przytaknęła milcząco. Zaskoczyło ją, jak dokładnie ojciec opisał coś, czego sam nie doświadczył i co znał jedynie z teorii.

— Jeżeli mam rację — podjął Alfred Harrington — i powodem były opisane przez was obrażenia, to Nimitz nie jest pierwszym, któremu coś podobnego się przytrafiło. Nie mówię, że wiele, ale przynajmniej kilka treecatów musiało odnieść wcześniej podobne urazy i przeżyć. Teoretycznie muszą więc wiedzieć, że coś takiego może przytrafić się każdemu z nich, i na pewno jest to jedna z rzeczy, której najbardziej się boją. To, jak sądzę, dodatkowo wpłynęło na reakcję Nimitza, gdy zrozumiał, że właśnie coś takiego stało się jego udziałem…

Potrząsnął głową i spojrzał ze współczuciem na przytulone do siebie treecaty.

— Możemy mu jakoś pomóc? — spytała Honor z dość dziwną intonacją.

LaFollet spojrzał na nią zaskoczony i dopiero po parunastu sekundach go olśniło. Alfred Harrington był jednym z czterech lub pięciu najlepszych neurochirurgów w Gwiezdnym Królestwie Manticore. To nie córka prosiła ojca o duchowe wsparcie, to pacjentka pytała lekarza, który odbudował nerwy w połowie jej twarzy i zainstalował jej cybernetyczne oko, czy przypadkiem nie zdoła dokonać jeszcze jednego cudu.

— Nie wiem, słonko — przyznał szczerze. — Zwracałem baczną uwagę na wszystkie informacje medyczne dotyczące treecatów, odkąd Nimitz stał się częścią naszej rodziny, ale specjalizuję się w ludzkim układzie nerwowym. Opieką nad istotami pochodzącymi ze Sphinksa zawsze zajmowali się weterynarze. Między układem nerwowym treecatów a naszym jest sporo różnic. Właściwe złożenie kości tak, by staw normalnie funkcjonował, nie będzie żadnym problemem, ale nie mam pojęcia, jak będzie to wyglądało przy nerwach. Po prostu jeszcze za mało wiem, ale zajmę się tym. I obiecuję ci… i Nimitzowi także, że jeżeli to uszkodzenie neurologiczne można naprawić, znajdę sposób, by to zrobić!

Honor przyglądała mu się uważnie przez sekundę lub dwie, wreszcie odetchnęła z lekką ulgą. Miała uzasadnione zaufanie do wiedzy medycznej obojga rodziców — zbyt wiele ich osiągnięć widziała i o zbyt wielu słyszała, by mogło być inaczej. Toteż skoro ojciec powiedział to, co powiedział, to nie było to uspokajające kłamstwo, tylko jego zawodowa opinia.

Poza tym nigdy dotąd nie złożył jej obietnicy, której by nie dotrzymał… i dlatego wiedziała, że i teraz tak będzie.

— Dziękuję, tato — szepnęła.

I poczuła ponownie otaczające ją ramiona matki.

Rozdział IV

— Nie wierzę, kurwa, nie wierzę! — warknęła towarzyszka sekretarz McQueen z taką wściekłością, że kilkoro obecnych drgnęło bojaźliwie. Powodem był nie tyle strach przed nią, ile świadomość, że tylko samobójca albo wariat odezwałby się w ten sposób do Roba Pierre’a czy Oscara Saint-Justa.

Sam Pierre omal się nie uśmiechnął. Wraz z nim przy stole siedziało dziewięć osób reprezentujących jądro władzy najpotężniejszej grupy w całej Ludowej Republice. Po ponad ośmiu latach standardowych Komitet Bezpieczeństwa Publicznego liczył dwadzieścia sześć osób; była to mniej niż jedna trzecia pierwotnego składu. Mówiąc prościej, liczba jego członków została zredukowana o ponad siedemdziesiąt procent. Ponieważ czystki, wypadki, a początkowo i zamachy ich nie omijały, niektórzy z obecnych byli nie tylko następcami członków pierwotnych, ale następcami następców. Faktyczne straty wśród oficjeli z Komitetu wynosiły ponad dwieście procent. Od początku w jego pracach brali udział jedynie on sam, Oscar, Angela Downey i Henri DuPres. Ta ostatnia dwójka była zresztą czystej wody figurantami. Tak naprawdę tylko dziewięcioro obecnych miało coś do powiedzenia w obecnym składzie Komitetu.

A sześcioro z nich było zbyt przerażonych, by pierdnąć bez zezwolenia czy to jego, czy Saint-Justa. Do czego zresztą obaj od dawna dążyli, bo tylko w ten sposób mogli zyskać pewność, że pozostali nie będą planowali przewrotu pałacowego. Tyle że żaden z nich nie zdawał sobie sprawy, jak bezużyteczni będą na skutek tego, gdy przytrafi się jakiś kryzys.

Tego wszystkiego na szczęście lub niestety — w zależności od punktu widzenia — nie dało się powiedzieć o McQueen.

— Rozumiem twoje uczucia, Esther — rzekł Pierre. — Ja także nie jestem z tego powodu szczęśliwy. Niestety to już się stało i czy nam się to podoba czy nie, musimy stawić czoło konsekwencjom.

— Ale… — McQueen ugryzła się w język i z wyraźnym wysiłkiem próbowała opanować targającą nią wściekłość.

Po dłuższej chwili wysiłki te zostały uwieńczone sukcesem.

— Ma pan rację, towarzyszu przewodniczący — powiedziała już w miarę spokojnie. — Przepraszam za moją reakcję, gdyż jakie złe i zaskakujące nie byłyby te wieści, nie usprawiedliwiają przeklinania. Natomiast zdania nie zmieniam i choć, jak sądzę, będzie dość czasu na spokojne ustalenie winnych, teraz ważniejszą sprawą jest kwestia skutków. A te będą katastrofalne, jeśli dopisze nam szczęście. Jeśli nie dopisze…

Nie dokończyła, potrząsnęła jedynie głową.

Przy przedostatnim zdaniu Leonard Boardman, sekretarz informacji publicznej, zapadł się w sobie i sprawiał nieodparte wrażenie, iż chciałby wleźć pod stół.

Pierre przestał przyglądać mu się z niesmakiem i dodał:

— Obawiam się, że muszę się zgodzić z tą oceną.

I potrząsnął głową równie wymownie.

Cała sprawa zaczęła się od tego, że Joan Huertes, główna reporterka Interstellar News Service w Ludowej Republice, skontaktowała się z Boardmanem, chcąc, by skomentował niewiarygodne informacje napływające z Sojuszu, a głównie z systemów Manticore i Yeltsin. Boardman wykazał nieprzeciętną lotność umysłu i odmówił jakiegokolwiek komentarza, po czym natychmiast skontaktował się z Saint-Justem, zamiast siedzieć i rozważać, co też dlań osobiście oznacza ten problem. Sądząc po jego minie i zachowaniu, od tej pory miał dość czasu, by dojść do właściwych wniosków, ale przynajmniej przekazał informację komu trzeba, zanim strach go obezwładnił.

Saint-Just postąpił równie rozsądnie i nie próbował robić niczego na własną rękę, tylko zawiadomił Pierre’a. Większość obecnych spróbowałaby na jego miejscu najpierw zorganizować sobie jakiś dupochron, gdyż to jego podwładni zawalili sprawę.

Jedynym plusem tej sytuacji było to, że pytania Huertes nie stanowiły dla nich kompletnego zaskoczenia, bo towarzysz generał Seth Chernock wysłał kuriera z meldunkiem, nim wyruszył do systemu Cerberus. Ze względów bezpieczeństwa — i zapewne by przypadkiem nie wyjść na durnia, jako że wnioski, do których doszedł, wydawały się całkowicie niedorzeczne — użył do tego celu jednostki kurierskiej Urzędu Bezpieczeństwa, co opóźniło dotarcie wiadomości do adresata. Niemniej jednak nawet według najbardziej pesymistycznych obliczeń w układzie Cerberus powinien znaleźć się dwa miesiące standardowe temu, a nie nadeszła od niego żadna następna wiadomość.

Z początku nikogo to nie niepokoiło — w końcu był szefem sektora z ramienia UB, więc do niego należało podejmowanie decyzji, jak uporać się z problemami występującymi na terenie tegoż sektora. A przynajmniej z większością problemów. Nie należał też do ludzi potrzebujących wcześniejszej aprobaty szefa, by podjąć działania. No a poza tym nikt nie podejrzewał, by coś złego mogło przytrafić się tak licznej i silnej eskadrze, jaką ze sobą zabrał.

Kiedy jednak jego milczenie zaczęło się przeciągać, Saint-Just wysłał ekipę, by sprawdziła podejrzenia towarzysza generała. Naturalnie przy zachowaniu pełnej tajemnicy i dyskretnie. Co prawda na jakiekolwiek informacje od niej trzeba było poczekać jeszcze minimum trzy tygodnie, ale przynajmniej śledztwo i zbieranie danych już się rozpoczęło.

Niestety była to w zasadzie jedyna dobra wiadomość… a Pierre miał dziwną pewność, że te naprawdę złe dopiero usłyszą.

— Przepraszam, towarzyszu przewodniczący — odezwał się Avram Turner, chudy i śniady sekretarz skarbu i równocześnie najmłodszy stażem członek Komitetu — ale nadal nie rozumiem, jak coś takiego mogło się wydarzyć.

— My też nie… — poinformował go szczerze Pierre. — Nikt się nie spodziewał czegoś podobnego, bo inaczej zostałyby podjęte stosowne środki zaradcze. Poza tym w tej chwili jedyne informacje, jakimi dysponujemy, pochodzą od przeciwnika.

— Z całym szacunkiem, towarzyszu przewodniczący, ale to nieważne, czy te informacje są w pełni zgodne z prawdą. Problem byłby znacznie mniej poważny, gdyby Urząd Bezpieczeństwa poinformował flotę zaraz po otrzymaniu meldunku od towarzysza generała Chernocka — oznajmiła Esther McQueen. — Co prawda nie zdołalibyśmy zapobiec temu, co stało się w systemie Cerberus, ani też przechwycić Harrington przed osiągnięciem przez nią Trevor Star. Ale przynajmniej nasze pierwszoliniowe jednostki dowiedziałyby się o wszystkim od nas, a nie od przeciwnika czy dziennikarzy Ligi Solarnej. Nie jestem w stanie w tej chwili ocenić wpływu tego faktu na morale floty i lojalność ludności niektórych systemów planetarnych, ale na pewno nie będzie on korzystny.

— Wiem — westchnął Pierre i palcami prawej dłoni przeczesał włosy. — Niestety tym razem załatwiła nas odległość i związane z nią opóźnienia w łączności. Nie ulega wątpliwości, że popełniłem błąd, utajniając raport Chernocka, ale powiedzmy sobie szczerze: nawet gdybym ci go przekazał, co moglibyśmy zrobić bez potwierdzenia, czy miał rację, czy nie? Odpowiedź brzmi: nic. Teraz odpowiedz sobie uczciwie na inne pytanie. Czy bez wysłania choćby kuriera do systemu Cerberus uwierzyłabyś, że pozbawiona broni i urządzeń bardziej zaawansowanych technologicznie niż pompa wiatrakowa grupa więźniów oddalona od siedziby garnizonu o co najmniej tysiąc pięćset kilometrów oceanu, na planecie o całkowicie niespożywczej florze i faunie, zdołała przejąć kontrolę nie tylko nad garnizonem, ale nad całym systemem planetarnym? Obaj z Oscarem doszliśmy do wniosku, że Chernock zwariował, a nawet gdyby tak nie było, dysponuje wystarczającymi siłami, by poradzić sobie ze wszystkim, co mogli mieć więźniowie.

Spojrzał jej prosto w oczy i McQueen niechętnie kiwnęła potakująco głową. Żadna z fragmentarycznych informacji, jakimi dysponowali, nie wyjaśniała, jak stało się możliwe przejęcie przez więźniów kontroli nad planetą ani tym bardziej pokonanie sił, które zebrał Chernock, by ją odbić. Na dodatek ten ostatni miał dość rozsądku, by poprosić oficera Ludowej Marynarki o dowodzenie tym, co miał do dyspozycji, więc nie można było zwalić winy na niekompetencję i brak doświadczenia ubeków.

Pomasowała nasadę nosa i zachowała milczenie. Dopóki nie wróci kurier, którego wysłała do systemu Cerberus, albo dopóki ekipa Saint-Justa nie przyśle meldunku, jedyne co mieli to fragmentaryczna wersja, której Huertes użyła, by dowiedzieć się czegoś od Boardmana. Było całkiem możliwe, że przesadziła, chcąc go podpuścić, tak samo jak prawdopodobne było, że Boardman stworzył zbyt czarny obraz na podstawie tego, co usłyszał, i taki przekazał dalej. Tyle tylko że jakoś nie bardzo mogła uwierzyć w którąkolwiek z tych możliwości. Już dawno temu nauczyła się wierzyć instynktowi, a ten podpowiadał jej, że nie zna jeszcze całej prawdy. Co i tak niewiele zmieniało, gdyż jeśli choć dziesiąta część tego, co wiedzieli w tej chwili, było prawdą, to nie była to porażka, tylko katastrofa propagandowa.

Nadal ogarniała ją wściekłość, gdy o tym myślała, tyle że tego nie okazywała. Nigdy co prawda nie poznała admirała Yearmana, ale zapoznała się z przebiegiem jego służby natychmiast po tym, jak Saint-Just poinformował ją o raporcie Chernocka. Yearman nie był dobrym strategiem, ale jego zdolnościom taktycznym trudno było cokolwiek zarzucić. A skoro Chernock zrozumiał, że potrzebuje fachowca do dowodzenia zbieraniną regularnych i ubeckich okrętów, to najprawdopodobniej powierzył mu także dowództwo samej akcji, gdy dotarli do celu. A Yearman, choć daleko mu było do wybitnego taktyka, był na tyle dobry i doświadczony, by poradzić sobie ze stacjonarnym systemem obrony chroniącym Hades. Zwłaszcza iż Chernock poinformował go o wszystkich technicznych szczegółach, o czym zameldował Saint-Justowi.

A mimo to…

— Większych szkód niż sama ucieczka może nam przysporzyć fakt, że Harrington nadal żyje — zauważył Turner, przerywając ciszę. McQueen ponownie skinęła głową, nie dając po sobie poznać, że jest pod wrażeniem. To, co właśnie stwierdził, było oczywiste, ale powiedzenie tego głośno dwóm najpotężniejszym osobom w Ludowej Republice, które zdecydowały się sfałszować nagranie z egzekucji Harrington, wymagało jaj. Zwłaszcza od najmłodszego stażem z obecnych. Z drugiej strony ona sama już wcześniej udowodniła, że zakres władzy nie zależy od długości członkostwa w Komitecie. Rob Pierre wybrał Turnera na sekretarza skarbu nieco ponad standardowy rok temu, gdy zdecydował się wprowadzić wreszcie w życie od dawna obiecywane reformy ekonomiczne, i Turner z energią i agresywnością, o które, obserwując jego zachowanie, trudno było go podejrzewać, wybitnie mu w tym pomógł. Dzięki temu miał teraz bardzo silną pozycję.

Podobnie jak ona, tyle że ona miała świadomość, iż Saint-Just każe ją rozstrzelać natychmiast, gdy tylko nabierze pewności, że może się bez niej obejść. Wiedziała też, że i bez tego zrobiłby to już dawno w ramach szeroko rozwiniętej profilaktyki, gdyby nie Pierre, który aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że gdyby jej zabrakło, zakończyłyby się zwycięstwa Ludowej Marynarki. Z nich dwóch to Saint-Just miał lepiej rozwinięty instynkt samozachowawczy i był świadom, że McQueen zastrzeliłaby ich obu natychmiast, gdyby wiedziała, że ujdzie jej to bezkarnie. Czyli że ma realną szansę na przejęcie władzy.

— Ponownie zmuszony jestem zgodzić się z tą oceną — westchnął Pierre, po czym potarł czoło zmęczonym gestem. — Wtedy wydawało się to proste… wiedzieliśmy, że Harrington nie żyje, i wiedzieliśmy, że czego byśmy nie powiedzieli, ani Sojusz, ani Liga nie uwierzą, że to nie my ją zabiliśmy. W ten sposób nadaliśmy jej śmierci pozory legalności, zamiast wywrzeć wrażenie, że strzeliliśmy jej w tył głowy, by uniknąć dalszych problemów. A nasza pozycja w tym czasie, zbyt niepewna, by ryzykować utratę społecznego zaufania przez ogłoszenie, co naprawdę zdarzyło się na pokładzie Tepesa, oraz przyznanie, że Cordelia zginęła, więc…

Kończyć nie musiał — wszyscy obecni orientowali się, do czego jeszcze Pierre i Saint-Just potrzebowali zwłoki w ogłoszeniu śmierci Ransom. Nikt z obecnych nie należał do jej zwolenników, gdyż inaczej nie byłoby ich już wśród żywych, ale o tym, że miała ich sporo w Komitecie, wiedzieli wszyscy.

— I to właśnie najtrudniej mi zrozumieć — Turner mówił jak ktoś, kto głośno myśli. — Jakim cudem Harrington zdołała przeżyć zniszczenie Tepesa… i dlaczego nic nie podejrzewaliśmy…

— Esther? — spytał Pierre. — Możesz spróbować to wyjaśnić?

I w ten sposób Esther McQueen znalazła się na polu minowym.

— Wielokrotnie się nad tym zastanawiałam, towarzyszu przewodniczący — powiedziała zgodnie z prawdą. — Zapoznałam się też z odczytami sensorów i zapisami z mostka Count Tilly. Moi analitycy w Octagonie też poświęcili im dużo czasu i uwagi. Na tym chipie są wyniki wszystkich analiz oraz nagrania i odczyty samej eksplozji. Ujmując rzecz w skrócie: żaden z moich ludzi nie był w stanie znaleźć niczego, co tłumaczyłoby, w jaki sposób Harrington i jej podkomendni zdołali wydostać się z okrętu przed wybuchem i dotrzeć niezauważenie na planetę. Ani także jakim cudem garnizon przeoczył coś takiego. Oczywiste jest, że musieli użyć którejś z pokładowych jednostek: pinasy albo promu, których znajdowało się na okręcie prawie trzydzieści. Jednakże pojęcia nie mam, jak zdołali przedostać się z bloku więziennego na pokład hangarowy. Poza tym jedyną dostrzeżoną małą jednostką, która opuściła Tepesa przed eksplozją, był prom szturmowy zniszczony przez obronę orbitalną.

Pchnęła chip po stole, tak iż zatrzymał się przed Pierre’em, i zrobiła przerwę, obserwując najspokojniej jak mogła jego i Saint-Justa. Chip zawierał dokładnie to, co powiedziała, natomiast nie było na nim sceny z mostka bezpośrednio po wybuchu Tepesa. A nie było dlatego, że po obejrzeniu całego nagrania bardzo precyzyjnie określiła ramy czasowe materiału, który miał zostać skopiowany i który otrzymali eksperci do analizy. Pojęcia nie miała, co skłoniło kontradmirała Tourville’a do tak energicznego pochylenia się nad ramieniem oficera taktycznego, ale nie miała zamiaru pozwolić, by inni zaczęli się nad tym zastanawiać. Lester Tourville był zbyt dobrym oficerem liniowym, by oddać go w łapy ubeków. A poza tym fakt, że ryzykowała, by go osłonić, może okazać się niezwykle pomocny w pozyskaniu jego lojalności, gdy tylko dyskretnie mu to uświadomi…

— Jedyne sensowne wytłumaczenie jest takie — podjęła po chwili — że Harrington wykorzystała czasowe oślepienie części sensorów obrony orbitalnej wywołane zniszczeniem promu, by prześliznąć się innym na powierzchnię planety.

— Oślepienie? — powtórzył Turner, unosząc pytająco brew i spoglądając na Pierre’a.

Ten skinął prawie niedostrzegalnie głową, toteż McQueen wyjaśniła:

— By zniszczyć zauważony prom, którym, jak sądzono, mogą uciekać jeńcy, obrona planetarna użyła miny o wielomegatonowym ładunku. Zaraz potem eksplodował Tepes i oba te wybuchy dały tak potężny impuls elektromagnetyczny, że przez krótki czas sensory w sąsiedztwie miejsca wybuchu działały w tak minimalnym zakresie, że określenie „oślepły” najlepiej to oddaje. Tylko wtedy Harrington i jej ludzie mogli niezauważeni dostać się na powierzchnię planety.

— To by sugerowało, że zaplanowali całą ucieczkę i postanowili wykorzystać reakcję obrony planetarnej!

— Przecież to oczywiste! — oznajmiła nieco zniecierpliwiona McQueen. — Mówimy o Honor Harrington, jak byś zapomniał Avram.

— Harrington nie jest wszechmocnym upiorem — odezwał się lodowato Saint-Just.

Większość obecnych wyraźnie się skurczyła, a McQueen spojrzała mu w oczy i powiedziała spokojnie:

— Nie uważam, że nim jest, ale z jej dotychczasowych dokonań jasno wynika, że to doskonały strateg i nadzwyczajny taktyk. Jest jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym oficerem swojej kategorii wiekowej w Royal Manticoran Navy. Jeżeli nie liczyć tego, co miało miejsce w systemie Adler, a pamiętać należy, że choć wpadła w zasadzkę i miała do czynienia z olbrzymią przewagą sił, wykonała jednak najważniejsze zadanie, jakim była ochrona konwoju. Jeśli więc nie liczyć tego jednego razu, to pokonała każdego dowódcę, z jakim się zetknęła, tak z Ludowej Marynarki, jak i z Urzędu Bezpieczeństwa. I wygrała wszystkie starcia czy bitwy. Ja ją po prostu doceniam i to, co przedstawiłam jako jedyną sensowną hipotezę, to dokładnie taki manewr, jakiego bym się spodziewała. Moment, jeśli można: nie mówię, że się spodziewałam, bo tak nie było. Zostałabym zaskoczona tak samo jak wszyscy, ale wcale mnie nie dziwi, że ona przewidziała taką właśnie reakcję obrony planetarnej. Była logiczna i ona doskonale ją wykorzystała. Dokładnie tak postępowała przez ostatnie dwanaście lat standardowych.

— I dlatego jest upiorem — westchnął Pierre. — Przysłowiowym naturalnie, ale zbyt wielu naszych ludzi uważa ją za niepokonaną i po prostu się jej boi. Nic dziwnego, że RMN i jej sojusznicy tak się cieszą z jej powrotu. W sumie nie to jest ważne, czy ona jest półboginią czy nie, tylko że uważa ją za nią przeciwnik i podkomendni.

— Niezupełnie bym się z tym zgodziła, towarzyszu przewodniczący — powiedziała z namysłem McQueen. — Należy pamiętać, że jej zwycięstwa są prawdziwe, nie wymyślone przez propagandę. Natomiast w tej chwili rzeczywiście jest dla nas znacznie groźniejsza jako symbol niż jako oficer.

— Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie wyszła z tego bez szwanku — dodał Turner.

— Te rany nie wyłączą jej z akcji — sprzeciwiła się McQueen. — Nie wpłynęły na jej zdolność myślenia czy dowodzenia, i to gdy były świeższe. Jeżeli sytuacja Królewskiej Marynarki stanie się wystarczająco zła, poślą ją na front bez ręki i bez oka, nie ma obawy.

— Właśnie, jeśli chodzi o sytuację na froncie — wtrącił Pierre. — Teraz my mamy inicjatywę. Jak sądzisz, Esther, uda ci się ją utrzymać?

— Jeśli nic się nagle nie zmieni to tak. Ale proszę pamiętać, że tak jak już mówiłam, ta ocena oparta jest na istniejącym obecnie układzie sił, a ten będzie się zmieniał. Wiemy z meldunków po operacji „Ikar”, że zetknęliśmy się z nowymi rodzajami uzbrojenia tak w systemie Hancock, jak i Basilisk. I nie mamy pojęcia, co to dokładnie było w obu wypadkach.

— Nadal uważam, że doszukujesz się w tych meldunkach czegoś, czego w nich nie ma — głos Saint-Justa był odrobinę zbyt spokojny. — Wiemy, że w Hancock użyli kutrów rakietowych. Już od nieszczęsnego rajdu na obszarze Konfederacji było wiadomo, że mają do dyspozycji znacznie ulepszone kutry. Jak rozumiem, analitycy zgodnie doszli do wniosku, że w systemie Hancock mieliśmy do czynienia właśnie z takimi zmodyfikowanymi kutrami.

Zielone oczy Esther McQueen pociemniały.

— Do takiego wniosku doszli cywilni analitycy — odparła tak zimno, że większość obecnych skurczyła się w fotelach jeszcze bardziej.

Oboje spierali się w tej kwestii od chwili zakończenia operacji „Ikar” i choć w starciach tych zachowywali wszelkie pozory uprzejmości i ograniczania się do kwestii merytorycznych, stawały się one coraz ostrzejsze. McQueen chciała przywrócenia poprzedniego stanu rzeczy, gdy wywiad floty podlegał Ludowej Marynarce i obsadzali go jej oficerowie. Oficjalnym powodem była konieczność posiadania wywiadu znającego się na kwestiach militarnych, niezależnego od innych agencji wywiadowczych i zatrudniającego ludzi orientujących się w realiach operacyjnych. Saint-Just był naturalnie zdecydowany utrzymać obecny stan rzeczy, w którym wywiad floty stanowił jedynie sekcję wywiadu UB. Jego oficjalna argumentacja głosiła, iż scentralizowana kontrola zapewniała wszystkim gałęziom wywiadu dostęp do wszystkich istotnych informacji i zapobiegała zwłoce w ich przepływie, jak też wojnom podjazdowym o zakres kompetencji. Prawdziwy zaś powód był prosty — podejrzewał, że McQueen chce uzyskać niezależny kanał, którego mogłaby użyć, by spiskować przeciw Komitetowi.

— Chciałabym dysponować konkretniejszymi danymi z Hancock — dodała już normalniejszym tonem — ale tylko jeden z krążowników towarzyszki admirał Kellet zdołał wydostać się z systemu, a każdy z sześciu ocalałych pancerników ma tak poważne uszkodzenia, że to, co udało się odzyskać z ich baz danych, jest mniej niż fragmentaryczne.

I zrobiła kolejną przerwę, by do obecnych dotarły liczby i ich wymowa.

Zdecydowała, że tym razem nie wspomni o towarzyszu admirale Porterze — powiedziała już wystarczająco jasno i to nie raz Pierre’owi i Saint-Justowi, co myśli o tym idiocie. Gdyby kretyn nie spanikował, gdy dotarło do niego, że objął dowodzenie, bo starszych stopniem już nie ma wśród żywych, i gdyby po prostu przez pół godziny nie wydał żadnego rozkazu, to nie dość, że znacznie więcej pancerników uciekłoby z Hancock, to na dodatek wiedziałaby, na co dokładnie natknęła się grupa uderzeniowa. Kellet i Hall zdołali oderwać się od wrogich superdreadnoughtów i nawet z tak niekompletnych danych jak te, do których miała dostęp, wynikało niezbicie, że kutry rakietowe były na najlepszej drodze do wycofania się z walki. I w takiej sytuacji ten głupi tchórz rozkazał rozproszenie szyku i polecił, by każdy okręt niezależnie kierował się ku granicy wejścia w nadprzestrzeń! Prościej byłoby, gdyby się po prostu zastrzelił i kazał to zrobić pozostałym, bo dopiero wtedy zaczęła się prawdziwa masakra. Wszyscy o tym wiedzieli: ona, sztab w Octagonie, Pierre, Saint-Just, ale kutas miał za dobre plecy i Pierre pozwolił Saint-Justowi zmienić proces przed sądem wojennym w farsę. W efekcie tej farsy nie była w stanie poinformować podkomendnych, co w jej opinii naprawdę się stało. Tak ona, jak i jej najbliżsi, znający prawdę współpracownicy bardziej bali się nowej, tajnej broni Królewskiej Marynarki, niż miałoby to miejsce, gdyby mogli uprzedzić dowódców liniowych, czego mogą się spodziewać. Jedyną pociechę stanowiło to, że Diamato przeżył, ale i tak dopiero po przeszło dwóch miesiącach standardowych medycy poskładali go na tyle, że był w stanie zacząć mówić z sensem.

— Z powodu tych strat i uszkodzeń — podjęła — nadal nie zdołaliśmy odtworzyć prawdziwszego i pełniejszego przebiegu bitwy w systemie Hancock, niż zrobiono to na posiedzeniu sądu natychmiast po zakończeniu operacji. Mam sporo teorii i hipotez, ale bardzo mało konkretnych danych.

— Jestem tego świadom — ocenił złośliwie łaskawym tonem. — Ale mimo to nie ulega wątpliwości, że Kellet dała się zaskoczyć kutrom rakietowym. Nieprawdaż?

— Można by to tak ująć — warknęła, pokazując zęby w grymasie, którego nawet przy maksimum dobrej woli nie sposób było nazwać uśmiechem.

— Więc nie widzę problemu — Saint-Just wzruszył ramionami. — Od lat wiedzieliśmy, że mają lepsze kutry od naszych, ale to nadal są tylko kutry. Gdyby nie niezwykle sprzyjające warunki, dzięki którym pozwolono im dotrzeć na tak małą odległość, nie stanowiłyby realnego zagrożenia dla naszych celów.

— Nikt nie pozwolił im się zbliżyć. Po prostu nikt ich nie zauważył, gdyż wyposażone zostały w systemy maskowania elektronicznego, nieporównywalnie wyprzedzające wszystko, czym dysponujemy — poprawiła go z lodowatą precyzją McQueen. — Teoretycznie żaden kuter nie powinien takich posiadać, ale to dzięki nim dotarły tak blisko nie zarejestrowane przez żadne sensory. A kiedy się tam znalazły, użyły dział energetycznych o mocy wystarczającej, by wiązki przebiły osłony burtowe pancerników.

— Nie neguję, że maskowania użyły naprawdę skutecznie — Saint-Just uśmiechnął się równie zimno jak ona. — Ale jak już powiedziałem, od lat wiemy, że przeciwnik modyfikuje i udoskonala kutry rakietowe, z czego sami zrezygnowaliśmy z uwagi na ich małą przydatność w rozstrzygających starciach. Poza tym jak sama powiedziałaś, nie dysponujemy wiarygodnymi danymi. Moi analitycy, fakt, że cywile, ale co do jednego zatrudnieni przed zamachem na Harrisa jako konsultanci w departamencie konstrukcyjnym floty, są zgodni, że informacje dotyczące mocy dział zainstalowanych na tych kutrach są przesadzone, ponieważ opierają się na złych danych pochodzących z uszkodzonych sensorów. Fakt, miały większą moc niż jakiekolwiek dotąd instalowane na jednostkach tej klasy, ale ostrzał nastąpił z minimalnej odległości. Z normalnego dystansu te działa nie byłyby w stanie przebić osłony burtowej krążownika liniowego, o czymś większym nie wspominając. Moi analitycy są też zgodni co do innej kwestii: niemożliwe jest umieszczenie grasera na pokładzie kutra, gdyż wraz ze stosownym źródłem energii oraz liczbą wyrzutni rakietowych, jakie ponoć miały, nie da się tego upchnąć w cokolwiek mniejszego niż okręt o masie pięćdziesięciu tysięcy ton.

— Niemożliwe dla nas — zgodziła się McQueen. — Gwiezdne Królestwo jednakże uporczywie robi rzeczy uważane przez nas za niemożliwe i konstruuje systemy broni stojące na takim poziomie, że gdy nawet którąś zdobędziemy, nie możemy jej zbudować z przyczyn technicznych. Nawet ich zasobniki holowane są lepsze, więc próbujemy braki techniczne nadrobić wielkością i liczbą rakiet, gdyż nie potrafimy osiągnąć tego samego stopnia miniaturyzacji. Nie widzę powodów, by zakładać, że podobnie sprawa nie wygląda z kutrami i ich uzbrojeniem.

— A ja nie widzę powodu, by automatycznie zakładać, że musi to być prawda także w przypadku kutrów — odciął się Saint-Just. — Tym bardziej że kutry, których użyli i nadal używają na obszarze Konfederacji, nie są żadną superbronią o niespotykanych dotąd możliwościach. Przyznaję, że błędem jest niedocenianie przeciwnika i że dobry dowódca powinien być raczej pesymistą niż optymistą, oceniając jego siły, ale w tym gronie musimy patrzeć na sprawę z szerszej perspektywy i pamiętać, że dowództwo Ludowej Marynarki to tylko doradcy. Decyzję podejmujemy my i nie możemy zbyt długo pozostać bierni, bo zbyt wiele mamy do stracenia. Poza tym, jak słusznie powiedziałaś, proponując zatwierdzenie operacji „Ikar”, jeśli mamy wygrać tę wojnę, musimy ryzykować.

— I nie zmieniłam zdania. Nie proponuję też bezczynności dlatego, że się boję, ale dlatego, że sytuacja jest wysoce niepewna. A kutry nie są jedyną nową bronią, której powinniśmy się obawiać. Towarzysz komandor Diamato nader dokładnie określił zasięg rakiet użytych przeciwko okrętom towarzyszki admirał Kellet. Nic, czym dysponujemy, nie ma choćby zbliżonego zasięgu. A to, co wydarzyło się w Hancock, i to, co nastąpiło w systemie Basilisk, to dwie odrębne sprawy. Jeżeli Królewska Marynarka nie zdołała jakimś cudem dokonać tranzytu całej Home Fleet albo jeśli dane wywiadu dotyczące fortów broniących terminalu nie były całkowicie błędne, to towarzysz admirał Darlington zetknął się z jeszcze jednym rodzajem nowej broni. A jedyne, co moglibyśmy stwierdzić z całą pewnością na podstawie zeznań i baz danych niedobitków, to że wystrzelono przeciwko nim olbrzymią liczbę rakiet.

— Co jest zupełnie zrozumiałe, jako że obie strony używają zasobników. Dane wywiadu co do liczby fortów okazały się prawdziwe, natomiast musiały być zaniżone, jeśli chodzi o liczbę zasobników, które im dostarczono. Poza tym właśnie otrzymałem od jednego z naszych źródeł osobowych w Królestwie Manticore informacje sugerujące, iż prawdopodobnie nie była to Home Fleet, ale 8. Flota earla White Haven.

— Tak? — spytała uprzejmie McQueen z błyskiem w oczach. — To dlaczego ta informacja nie została przekazana dowództwu floty i ja nic o tym nie wiem?

— Ponieważ nadeszła dziś rano cywilnym kanałem. Przekazałem ci ją przed tym spotkaniem i sądzę, że gdy wrócisz do gabinetu, będzie na ciebie czekać wraz z resztą korespondencji — odparł spokojnie Saint-Just.

Nikt z obecnych nie dał się jednak zwieść tej pozornej rzeczowości. Dla wszystkich było oczywiste, że zorganizował wszystko tak, by McQueen nie zdążyła się wcześniej z tym zapoznać, bo chciał użyć tego argumentu osobiście i w obecności Pierre’a.

— Naszym źródłem jest cywilny pracownik Służby AstroKontrolnej. Według niego White Haven dokonał alarmowego tranzytu całej swojej floty z Trevor Star. Nie znam się na technicznych aspektach takich operacji, ale te zostały dość dokładnie opisane i sądzę, że dla ciebie i twoich analityków raport będzie zarówno zrozumiały, jak i sensowny. I to wyjaśnia, jaki los spotkał siły Darlingtona: dostały się pod skoncentrowany ostrzał kilkudziesięciu superdreadnoughtów, których nie powinno tam być, i na dodatek obrały je za cel zasobniki, których, jak sądziliśmy, nie dostarczano jeszcze do fortów.

I wzruszył ramionami na zakończenie.

McQueen ugryzła się w język po raz kolejny. Zdążyła poznać Pierre’a na tyle, by wiedzieć, że ten doskonale rozumiał, co Saint-Just właśnie zrobił i dlaczego, ale nie zmieniało to faktu, że posunięcie było skuteczne. Nie wątpiła, że wszystko, co powiedział, było zgodne z treścią meldunku, a sam meldunek z prawdą. Rozwiązanie to brzmiało sensownie i sama brała je pod uwagę, ale przeciwnik trzymał w tak ścisłej tajemnicy to, jak zdołał dokonać niemożliwego w systemie Basilisk, że nie miała żadnej szansy tego sprawdzić. Obecnie jednak to, że Saint-Just przedstawił prawidłowe rozwiązanie jednej zagadki, powodowało, iż jego argumenty odnośnie do innych zyskiwały na wiarygodności. Co naturalnie natychmiast wykorzystał:

— Sądzę, że moi analitycy mają rację także jeśli chodzi o to, co wydarzyło się w Hancock — zabrzmiało to tak, jakby jego analitycy wysunęli hipotezę alarmowego tranzytu 8. Floty sami z siebie. — Kutry, na które się natknęliśmy, odbywały ćwiczenia w tym systemie. Na pewno były to nowsze jednostki od używanych w Konfederacji i dlatego testowano je potajemnie przed wprowadzeniem do użycia bojowego. System Hancock doskonale się do takiego celu nadaje. Ich szczęście, a nasz pech polegały na tym, że znalazły się w doskonałej pozycji do przeprowadzenia ataku z małej odległości. Natomiast jeśli odrzucimy założenie, że inżynierowie Królestwa Manticore zawarli pakt z diabłem, to należałoby przyjąć, że oceniono ich możliwości zbyt wysoko, najprawdopodobniej dlatego że było ich znacznie więcej, niż sądził którykolwiek z niedobitków zespołu Kellet. Stąd ilość przeszła w ich meldunkach w jakość. Co się zaś tyczy danych rakiet, towarzysz komandor Diamato jest jedynym oficerem taktycznym, który o nich wspomniał, żadne dane taktyczne nie przetrwały zniszczenia Schaumberga, więc nie ma sposobu, by zweryfikować jego ocenę ich możliwości. Znacznie prawdopodobniejsze jest założenie, iż w manewrach brały udział okręty liniowe, których nie zauważono, gdyż użyły maskowania elektronicznego. Wystrzeliły klasyczne rakiety ze znacznie mniejszej odległości i w całym tym zamieszaniu nikt tego nie zauważył, stąd też fałszywe wnioski o wielkim zasięgu nowych rakiet. Na dodatek od czasu tej bitwy nikt nie natknął się na choćby ślad użycia superkutrów czy superrakiet przez przeciwnika. Dopóki nie będziemy mieli jakichś dowodów, teoria pozostaje jedynie teorią…

I kolejny raz wymownie wzruszył ramionami.

McQueen zaś odparła najbardziej rzeczowym tonem, na jaki mogła się zdobyć:

— Brzmi to całkiem rozsądnie, ale istnieje także inne logiczne wytłumaczenie. To, że nie użyli żadnej z nowych broni, może oznaczać, że czekają, aż będą mieli ich wystarczająco dużo, by niespodziewane ich wykorzystanie na dużą skalę zaważyło na dalszych losach wojny.

— Albo też nie będą mieli innego wyjścia, niż ich użyć, bo będą przyparci do muru — odbił piłeczkę Saint-Just. — Załóżmy, że masz rację i te bronie istnieją. Od operacji „Ikar” minął ponad rok standardowy. W tym czasie przeprowadziliśmy z pół tuzina mniejszych ataków i nigdzie nie użyli przeciwko nam niczego nowego. Przypuśćmy, że mają nowe kutry i nowe rakiety o parametrach będących wypadkową ocen twoich i moich analityków. Fakt, że ich później nie użyli, może świadczyć o tym, że ich po prostu nie mają. Mieliśmy pecha i natknęliśmy się na próbne serie podczas testowania, natomiast okazało się, że prototypy nie spełniają pokładanych w nich nadziei albo też mają tyle defektów, że ich usuwanie trwa do tej pory i Królewska Marynarka nie wprowadzi ich do użycia przez wiele miesięcy. I dlatego tym ważniejsze jest kontynuowanie ataków. Musimy uderzać często, twardo i tak szybko, jak to możliwe, bo wtedy nie zdążą wyprodukować tylu tych nowych broni, by miało to jakiekolwiek strategiczne znaczenie.

— To możliwe — przyznała McQueen. — Nie należy jednak zapominać, że miało to miejsce ponad rok temu. Nawet jeśli to były egzemplarze próbne, specjalistom tej klasy ten czas wystarczył na usunięcie wad. Może nie wszystkich, ale najważniejszych na pewno. A to oznacza skierowanie nowych wzorów do produkcji, bo ostatnio to my zachowywaliśmy inicjatywę. Przeciwnik zdaje sobie sprawę równie dobrze jak my, że używając dotychczasowych metod, nieprędko zdoła nam ją odebrać. Podobnie jak i z tego, że z każdym udanym atakiem jego sytuacja się pogarsza, a nasza polepsza. Skoro dotąd nie użył choćby ograniczonej liczby nowych rakiet czy kutrów, by przejąć tę inicjatywę lub choćby powstrzymać nas przed kolejnymi atakami, to dlatego że postanowił poczekać, aż będzie miał ich tyle, by zaatakować w wybranym przez siebie czasie i miejscu. I to tak, że przerwie front. A wtedy będziemy mieli poważne problemy. Jak dotąd odbiliśmy dziewięć systemów planetarnych, z których żaden nie ma istotnego znaczenia strategicznego, więc sytuacja wroga nie jest dramatyczna. I choć przykro mi to mówić, nadal jest tak, że atakujemy te cele, które możemy, a nie te, które byśmy chcieli zaatakować, bo na to jesteśmy jeszcze za słabi.

Zrobiła krótką przerwę, niby to przyglądając się rozmówcy, ale kątem oka uważnie obserwując Pierre’a. Ten zmarszczył brwi, ale równocześnie prawie niedostrzegalnie skinął głową. Najprawdopodobniej nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, ale dla McQueen był to dowód, że co najmniej czytał jej sprawozdania i wyciągał z nich właściwe wnioski. A co ważniejsze, że nawet jeśli podzielał w jakimś stopniu podejrzenia Saint-Justa, iż ona celowo hamuje tempo ataków, by dłużej pozostać niezastąpioną, miał świadomość, że nie jest to ani jedyny, ani główny motyw jej postępowania.

— Nie przeczę, że takie czekanie jest ryzykownym posunięciem — dodała. — Ale ja na ich miejscu tak właśnie bym postąpiła. I zrobiłabym wszystko, by utrzymać przeciwnika w przekonaniu, nie mam żadnej cudownej broni. Wyprodukowanie każdej nowej broni można zrównoważyć stworzeniem innej albo zmianą doktryny, toteż jej przedwczesne użycie dałoby nam czas na opracowanie środków zaradczych.

— Oboje zwróciliście uwagę na niezwykle istotne kwestie — oznajmił Pierre, nim Saint-Just zdążył zareplikować, zamykając tym samym dalszą dyskusję w tej sprawie.

Wiedział, że Oscar jest coraz bardziej zaniepokojony rosnącą popularnością McQueen wśród załóg Ludowej Marynarki, a nawet wśród części komisarzy ludowych, ale wiedział też, że jest on zbyt zdyscyplinowany i lojalny, by podjąć samowolnie jakiekolwiek kroki przeciwko niej. Zdawał sobie także sprawę z tego, że szef Urzędu Bezpieczeństwa jest znacznie bardziej wyczulony na zagrożenia wewnętrzne. Zgadzał się z jego oceną McQueen, ale nabierał coraz większego przekonania, że troska o wewnętrzne bezpieczeństwo powodowała, iż Oscar lekceważył lub wręcz ignorował zagrożenie, jakie stanowiły siły zbrojne Sojuszu. Od operacji „Ikar” siły te pozostawały w defensywie, ale Pierre był świadom, że to nie będzie trwało wiecznie i że do pokonania Sojuszu wiedzie jeszcze daleka droga.

— W tej jednakże chwili najważniejsze jest uzgodnienie, w jaki sposób zareagujemy na skutki ucieczki Harrington — dodał. — Operacje wojskowe zostały zaplanowane i przygotowania trwają, tak że w tej chwili nie ma sensu zaprzątać sobie nimi głowy. Za to Huertes nie popuści: będzie chciała uzyskać od nas odpowiedź i jeśli jej nie otrzyma, skomentuje nasze milczenie tak, jak jej się spodoba. Nie możemy na to pozwolić, podobnie jak i na to, by do ludzi w Lidze Solarnej docierała jedynie wersja przedstawiona przez Królestwo Manticore.

— Obawiam się, że nie bardzo będziemy w stanie temu przeciwdziałać, towarzyszu przewodniczący — powiedział Boardman z wahaniem, ale nie wlazł pod stół, gdy Pierre spojrzał na niego ostro.

— Proszę to wyjaśnić! — polecił zwięźle.

— Huertes zgłosiła się do mnie, kiedy usłyszała tę historię. A jej źródłem był komunikat wydany przez rządy Królestwa Manticore i Protektoratu Grayson. Do nas dotarła ona znacznie później niż poprzez Beowulf do całej Ligi Solarnej.

Pierre kiwnął głową prawie wbrew własnej woli. Gwiezdne Królestwo dysponowało olbrzymią przewagą czasu, ponieważ kontrolowało wszystkie terminale Manticore Wormhole Junction. I z całą pewnością wykorzystało to w kampanii propagandowej na obszarze Ligi Solarnej.

— A to oznacza, że wszystko co zrobimy w Lidze, będzie już tylko reakcją, a nie przedstawieniem swojej wersji — dodał nieco pewniej Boardman. — U siebie jesteśmy w stanie stworzyć wiarygodną wersję, ale w Lidze Solarnej będziemy mieli do czynienia z wersją przeciwnika uznaną już za prawdę. Poza tym obawiam się, że jest jeszcze coś, o czym my nie mamy pojęcia, a o czym Huertes czyli wszyscy w Lidze — już wie.

— Co? — zapytał krótko Saint-Just.

Esther McQueen skrzywiła się w duchu — bezsensem było żądanie informacji na ten temat, skoro Boardman właśnie przyznał się do ignorancji.

— Nie próbuję się nawet domyślać, towarzyszu sekretarzu — oświadczył Boardman. — Natomiast z jej tonu i sposobu zadawania pytań wnoszę, że wie więcej, niż powiedziała. Wyglądało to tak, jakby chciała, żebyśmy złożyli oświadczenie, które mogłaby następnie zdemaskować jako kłamliwe.

— Przecież wie, że zełgaliśmy w sprawie śmierci Harrington! — burknęła Wanda Farley, sekretarz do spraw technologii.

Przez całą dyskusję o nowych broniach siedziała jak mysz pod miotłą, a teraz nagle nabrała energii.

— Poza tym nie podoba mi się to — dodała. — Kim ona, do cholery, jest, żeby sobie tak z nami pogrywać.

McQueen w ostatnim momencie ugryzła się w język, by nie palnąć, że pierwszą prawdziwą dziennikarką, z jaką obecni mieli do czynienia od czasu wyrzucenia z Republiki UFI. I to na dodatek dziennikarką świadomą, że chodzi o najlepszy materiał w całej tej wojnie. Jak dotąd zagraniczni reporterzy pozwalali sobą manipulować propagandzie i wszyscy obecni w tej sali przywykli do tego. Teraz przyszło przebudzenie, ale jeszcze nie nadeszła świadomość konsekwencji. A te będą niemiłe, bo zostali złapani na kłamstwie na najwyższym szczeblu. Ba, dostarczyli spreparowane nagranie potwierdzające to kłamstwo. Urażona duma zawodowa, bo wśród akredytowanych dziennikarzy było paru uważających się za uczciwych i dobrych, i obawa utraty wiarygodności spowodowały, że wszyscy co do jednego reporterzy byli wkurzeni na Komitet. A poza tym musieli coś zrobić, by odzyskać twarz w oczach odbiorców, więc należało się spodziewać, że po raz pierwszy od ponad pół wieku Komitet będzie miał do czynienia z dociekliwymi dziennikarzami chcącymi dojść prawdy, którzy będą prześladować jego członków na każdym kroku i szukać własnych źródeł informacji. Jedynym sposobem, by tego uniknąć, było wyrzucić ich wszystkich poza granice Republiki, tak jak postąpiono z United Faxes Intergalactic. Byłby to jednak równocześnie najlepszy sposób na przekonanie wszystkich, nawet najgłupszych w Lidze Solarnej, że władze Ludowej Republiki mają coś do ukrycia, łżą i będą łgały nadal. A na to nie mogli sobie pozwolić.

Tyle że próba wyjaśnienia komuś takiemu jak Farley, jak działają media w społeczeństwie pozbawionym oficjalnej cenzury, była stratą czasu i wysiłkiem z góry skazanym na niepowodzenie.

— To tak naprawdę jest nieistotne, Wando — westchnął Pierre. — Istotne są konsekwencje.

— Myślę, towarzyszu przewodniczący, że najbezpieczniej będzie zachować w komunikatach jak najdalej posuniętą ostrożność, ale nie odmawiać odpowiedzi — odezwał się Boardman. — Nie ma sensu zaprzeczać, że w systemie Cerberus coś się wydarzyło i że jakaś grupa więźniów zdołała uciec. Natomiast należy przyznać, co zresztą będzie zgodne z prawdą, że nie mamy jeszcze wiadomości od sił wysłanych do tego systemu w związku z podejrzeniami Urzędu Bezpieczeństwa. Będzie to sugerowało, że wiedzieliśmy o sprawie, zanim Huertes się z nami skontaktowała, a co ważniejsze zyskamy w ten sposób na czasie. O zwłoce komunikacyjnej związanej z odległością wszyscy wiedzą, bo to dla nich codzienność. Logiczne też jest, że nim cokolwiek oficjalnie ogłosimy, musimy wpierw ocenić fakty. Dlatego możemy uprzejmie, ale stanowczo odmówić brania udziału w jakichkolwiek spekulacjach, jak długo nie poznamy i nie ocenimy faktów. To wszystko dotyczy naturalnie wyłącznie wersji dla Ligi Solarnej i reszty zagranicy.

— A potem? — spytał Saint-Just.

— To zależy od tego, jakie się te fakty okażą, towarzyszu sekretarzu — odparł szczerze Boardman. — i od tego, jak będziemy chcieli na nie zareagować. Jestem przekonany, że do tego czasu dowiemy się też, czego nie chciała powiedzieć Huertes, jeśli nie od niej samej, to od naszych źródeł w Królestwie. Wiedząc to, możemy wybrać najlepszy sposób przedstawienia naszej wersji.

— A na użytek wewnętrzny? — spytał Pierre.

— Tu możemy przedstawić taką wersję, jaką chcemy, przynajmniej na krótko. Niezależnie od tego, co przekażą swoim, wątpię, by którakolwiek z agencji ryzykowała wydalenie z Ludowej Republiki za zaprzeczanie oficjalnej wersji podanej przez nas na użytek lokalnych odbiorców. A jeśli któraś spróbuje, to mamy sprawdzone metody, by temu przeszkodzić. Natomiast na dłuższą metę należy się liczyć z tym, że wersja przeciwnika — i to prawdopodobnie wyolbrzymiona — dotrze tu, ale dopiero za kilka miesięcy. Sprawa przestanie być więc czymś świeżym i nie spodziewam się, by te rewelacje miały zauważalny oddźwięk. Problemem są reakcje Ligi, nie naszych obywateli. Tylko to mnie martwi.

— I mnie też — dodała cicho McQueen — bo tylko dzięki przemytowi z Ligi utrzymujemy poziom w miarę pozwalający nawiązać równorzędną walkę z Królewską Marynarką. Bez tych rozwiązań technologicznych możemy od razu się poddać, bo nie utrzymamy tej tak zwanej równowagi.

— Chyba że wcześniej pokonamy Sojusz — skomentował z zimnym uśmiechem Saint-Just.

— Z całym szacunkiem, towarzyszu sekretarzu, ale na to nie mamy żadnych szans — odpaliła rzeczowo. — Jeśli nie liczyć na jakiś nieprawdopodobny przypadek albo nagłą utratę ochoty do dalszej walki u naszych przeciwników. Siły Sojuszu zajmują zbyt dobre pozycje i przyjęły takie ugrupowanie obronne, że nie mamy możliwości zdobycia żadnego z ich macierzystych systemów. Możemy jedynie odbijać systemy, które oni nam zabrali. Owszem, jeśli utrzymamy inicjatywę, w końcu wykruszymy ich siły na tyle, by przejść do ataków na poważniejsze cele, ale to wymaga czasu, i to długiego. Rajdy na takie systemy jak Zanzibar czy Alizon są doskonałe propagandowo i pięknie budują morale, ale powodują niewielkie straty. A drugi raz takiego rajdu jak na Basilisk nie uda nam się przeprowadzić. Manticore, Yeltsin, Erewhon czy Grendlesbane są zbyt silnie bronione, byśmy byli w stanie cokolwiek tam zdziałać bez poniesienia olbrzymich strat.

Saint-Just bynajmniej nie wyglądał na przekonanego, ale nie odezwał się.

Widząc to, Pierre stłumił westchnienie, pomasował nasadę nosa i usiadł prosto. Po czym oznajmił:

— Dobrze, Leonardzie: nie podoba mi się to, ale sądzę, że masz rację. Przygotuj mi oświadczenie w oparciu o to, co tu powiedziałeś. Potem skontaktuj się z Huertes i zaproponuj jej prawo wyłączności do wywiadu ze mną. Uprzedź ją, że pewne pytania nie będą wchodziły w grę z powodu konieczności zachowania tajemnicy wojskowej, ale ogólnie chcę zrobić wrażenie szczerego i chętnego do rozmowy. Może w ten sposób uda mi się sprowokować ją, by powiedziała coś, czego powiedzieć nie chce, albo spróbowała postawić mnie pod ścianą. Naturalnie na twojej głowie będzie uzgodnienie tematów i przygotowanie dla mnie informacji niezbędnych do udzielania sensownych odpowiedzi. Celem ma być przypomnienie jej i jej kolegom po fachu, jak cenne jest bezpośrednie dojście do mnie. Może wtedy zastanowią się, ile mogą stracić, publikując od ręki coś, co nas wkurzy. Jeśli zaś chodzi o ciebie, Esther, to chciałbym, żebyś przyspieszyła przygotowania do planowanych operacji, zwłaszcza do operacji „Scylla”. Jeśli sprawa Harrington rzeczywiście będzie miała takie konsekwencje, jak się spodziewamy, jedynym sposobem zrównoważenia ich choćby w jakimś stopniu będzie zwycięstwo w jakiejś bitwie.

— Towarzyszu przewodniczący, jak mówiłam wczoraj…

— Wiem, że nie jesteśmy gotowi — dokończył lekko zniecierpliwiony Pierre. — Dlatego nie spodziewam się cudów. Powiedziałem, żebyś przyspieszyła przygotowania, a nie przystąpiła do wykonania. Udowodniłaś, że potrafisz pokonać Sojusz, i dlatego uprzedzam cię na tyle wcześnie, na ile mogę, że musisz zrobić to ponownie tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.

Z jego oczu wyczytała prostą wiadomość — był skłonny brać jej stronę w kwestiach militarnych przeciwko Saint-Justowi. Przynajmniej w większości z nich i na razie. Ale potrzebował cudu, i to szybko. I jeśli cud nie nastąpi, może zmienić zdanie zarówno co do tego, czy słusznie tak dalece jej ufał, jak i co do tego, jak poważne zagrożenie już stanowi. A to oznaczało danie wolnej ręki Oscarowi…

— Rozumiem, towarzyszu przewodniczący — powiedziała spokojnie. — Skoro życzy pan sobie, żebyśmy skopali Sojuszowi tyłek, to skopiemy. W końcu od tego jesteśmy, prawda?

Rozdział V

— I jak to jest czuć się ponownie żywym?

Pytanie zostało zadane gardłowym niemalże kontraltem. Honor uśmiechnęła się, unosząc głowę znad czytnika. Siedziała sobie wygodnie w skórzanym fotelu w nieprawdopodobnie przestronnej kabinie na pokładzie ciężkiego krążownika HMS Edward Saganami, którego kapitan zadała to właśnie pytanie, a teraz błysnęła bielą zębów ostro kontrastującą z jej ciemną karnacją — w szerokim uśmiechu.

Honor potrząsnęła głową i przyznała:

— Czasami mam tego serdecznie dość. Przestań się szczerzyć; to nie ty masz do czynienia z ludźmi, którzy na twoją cześć ochrzcili twoim imieniem i nazwiskiem superdreadnoughta, a kiedy się okazało, że jesteś nie całkiem martwa, zaparli się i nie zmienili nazwy. A to jeszcze nie jest najgorsze.

— Tak? — Michelle Henke przekrzywiła głowę. — Nie wiedziałam, że nie chcą zmienić nazwy.

— Bo nie chcą i jak ich znam, nie zmienią. Zmowa i tyle — burknęła Honor i wstała.

Projektanci zapewnili nie tylko kapitanom okrętów tej najnowszej klasy ciężkich krążowników niewiarygodną wręcz przestrzeń życiową, reszcie załogi też. Kabina dorównywała kabinom kapitańskim dużych krążowników liniowych, można więc w niej było spacerować, co Honor właśnie zaczęła robić, sadzając wpierw Nimitza na oparciu fotela.

Samantha natychmiast też się tam wdrapała i objęła swego towarzysza ogonem. Honor przyglądała się im z ulgą — strach, żal i poczucie osamotnienia Nimitza zmalały na tyle, że wszyscy troje mogli z nimi żyć.

Po czym spojrzała na Henke i podjęła marsz w tę i z powrotem ze zdwojoną energią.

— Prawie zachrypłam, a i tak wszystko odbijało się od nich jak groch od ściany — poskarżyła się. — Benjamin twierdził, że to kwestia wojskowa i nie może się wtrącać, dowództwo floty twierdziło, że taka zmiana wprowadzi zamieszanie w dokumentacji, wielebny Sullivan oznajmił, że okręt został pobłogosławiony pod nadanym imieniem i zmiana może urazić co bardziej religijnych. Matthews oświadczył, że coś takiego przynosi pecha i będzie stanowiło obelgę dla całej załogi. Mówię ci: to była zmowa od początku do końca. Gdy tylko spróbowałam któregoś przydusić, odsyłał mnie natychmiast do kogoś innego. Nader uprzejmie naturalnie, więc nawet nie mogłam go opieprzyć. A teraz wszyscy są zachwyceni i śmieją się w kułak nad piwem, jak konkursowo mnie załatwili.

Henke uśmiechała się coraz szerzej, słuchając tej tyrady, aż w końcu parsknęła śmiechem. Należała do tych nielicznych, którzy od dawna wiedzieli o dodatkowych możliwościach empatycznych posiadanych przez Honor dzięki więzi z Nimitzem, była więc świadoma, że jej przyjaciółka wie, co mówi. To musiał być spisek, a wszyscy jego uczestnicy z pewnością dobrze się bawili i godnie uczcili zwycięstwo.

— Cóż… — sapnęła, gdy się trochę uspokoiła. — Przynajmniej Admiralicja wycofała się z nazwy klasy.

— Dlatego że w Królestwie Manticore obowiązuje subtelniejsze poczucie humoru — warknęła Honor. — A poza tym Caparelli i Cortez wiedzieli, że nie żartuję i rzeczywiście zrezygnuję ze służby, jeśli klasa nie będzie nazywała się Medusa, tak jak pierwotnie planowano. Szkoda, że nie mogłam tym zagrozić Matthewsowi: i tak by mi nie uwierzył.

Nimitz i Samantha bleeknęli rozbawieni, więc pogroziła im pięścią, ale prawy kącik jej ust drgnął podejrzanie.

— Po mojemu to dowodzi, że oni wszyscy się o ciebie martwią i chcieli okazać, jak bardzo im na tobie zależy i jak wysoko cię cenią — odezwała się Henke. — Nie patrz tak na mnie, wiesz, że jestem odporna na nieme wyrzuty i inne takie. Poza tym powiedzmy sobie szczerze: Benjamin może być na Graysonie uznawany za liberała, o ile nie za rewolucjonistę, ale według standardów Królestwa największy graysoński liberał to zakamieniały tradycjonalista bez szans na reedukację. A na dodatek jakoś tak ani Sullivana, ani Matthewsa nie nazwałabym liberałami nawet według graysońskich standardów. Żeby nie było: lubię obu, podziwiam i na dodatek nieźle się czuję w ich towarzystwie. Przyznaję też, że obaj wspierają jak mogą reformy Benjamina, ale dorastali na Graysonie w czasach, gdy nie należał on do Sojuszu. Matthews doskonale przystosował się do konieczności dopuszczenia do służby kobiet spoza planety i nauczył się traktować je jak mężczyzn. Ale w głębi duszy i on, i Sullivan, i nawet Benjamin nie wyzbyli się przekonania, że kobiety trzeba chronić i hołubić. Więc skoro tym razem tak się uparli, wiedząc, że tego nie chcesz, musiało im naprawdę na tym zależeć. A to oznacza, że naprawdę, ale to naprawdę bardzo cię lubią i szanują.

Honor wytrzeszczyła na nią zdrowe oko.

— Czy ty może przypadkiem zdajesz sobie sprawę, jakie bzdury wygadujesz? — spytała uprzejmie. — To, że doprowadzili mnie do szewskiej pasji, ma oznaczać, że mnie lubią?

— Oczywiście. I nie ma, tylko oznacza. I wiesz o tym równie dobrze jak ja.

Honor spojrzała na nią bykiem.

Henke uśmiechnęła się niczym ucieleśnienie niewinności i poczekała, aż Honor odpowie równie ironicznym uśmiechem na znak kapitulacji.

— Ano wiem — przyznała niechętnie i przestała się uśmiechać. — Co i tak nie zmienia mojego samopoczucia! Dawno się tak głupio nie czułam… I nie chodzi o to, że znajdą się tacy, którzy będą przekonani, że nalegałam, by ta nazwa została utrzymana, tylko o to że… to naprawdę niezręcznie! Rozumiem tradycję nazywania okrętów nazwiskami zabitych oficerów floty i uważam ją za słuszną, ale ja, do cholery, żyję!

— I chwała Bogu! — oświadczyła niespodziewanie cicho i zupełnie poważnie Henke.

Honor odwróciła się, by spojrzeć jej w twarz, czując emocje rozmówczyni, ale ta potrząsnęła głową, uśmiechnęła się ironicznie i dodała już normalniejszym głosem:

— Tak przy okazji, chciałam ci coś powiedzieć. Oglądałaś nagranie z pogrzebu na Manticore?

— Przeglądałam — przyznała niechętnie Honor. — Na obejrzenie całego nie mogłam się zdobyć: za bardzo przypominało naprawdę tandetny holodramat historyczny. A kiedy sobie pomyślałam o krypcie w katedrze, w ogóle wszystkiego mi się odechciało. Rozumiem, że to był oficjalny państwowy pogrzeb, że stałam się symbolem i ofiarą martyrologii, ale…

Potrząsnęła bezradnie głową.

A Henke prychnęła cicho.

— Na pewno to, o czym mówisz, miało wpływ na całą ceremonię i pewne przyjęte rozwiązania, ale nie aż taki, jak sobie wyobrażasz — oceniła. — Natomiast chodzi mi o coś innego. O mój osobisty udział w tej uroczystości. Zwróciłaś może na to uwagę?

— Zwróciłam — przyznała miękko Honor, mając przed oczyma Henke maszerującą za lawetą z trumną w takt powolnych uderzeń werbla, z kamienną twarzą i obnażonym Mieczem Harrington w dłoni.

I ze łzami w oczach, którym nie pozwoliła popłynąć.

— Tak, zwróciłam na to uwagę — przyznała.

— Więc bądź uprzejma dobrze to sobie zapamiętać, bo powiem to tylko raz — oznajmiła cicho, ale stanowczo Henke. — Nie waż się stawiać mnie ponownie w takiej sytuacji, bo nie wiem, co ci zrobię! Nie chcę nigdy więcej iść na twój pogrzeb!

— Spróbuję wziąć to pod uwagę, choć nie bardzo pojmuję, co mogłabyś mi zrobić, gdybym rzeczywiście była martwa.

— Nie doceniasz mojej pomysłowości — ostrzegła Henke.

— Fakt — przyznała Honor.

I przez długą chwilę spoglądała w oczy przyjaciółki w milczeniu.

— Cóż, słowa pewnie z ciebie nie wyduszę — uznała Henke z westchnieniem. — Więc niech tak zostanie. Wspominałaś, że twoi przyjaciele z Graysona mieli też inny pomysł, który, jak rozumiem, podniósł ci adrenalinę i zniszczył na dłużej chwiejną równowagę wewnętrzną tak subtelnej i wrażliwej osoby jak ty.

— A mieli, żeby ich nagła krew zalała! — warknęła ponownie rozzłoszczona Honor i obróciła się tak gwałtownie, że jej graysońska spódnica zawirowała.

— Przestań wydeptywać mi dywan, siadaj i mów, co wymyślili — poleciła Henke, wskazując jej fotel, z którego przed chwilą wstała.

— Aye, aye, ma’am — wyrecytowała Honor.

I usiadła na brzeżku fotela, trzymając brodę wysoko, nogi razem i rękę na kolanie. Po czym pochyliła się lekko do przodu, przyjmując pełną szacunku pozycję, i spytała gorliwie:

— Tak lepiej, ma’am?

— Jeśli chcesz zasłużyć na manto, to tak — prychnęła Henke. — A biorąc pod uwagę twoją obecną kondycję fizyczną, mam szansę ci wtłuc.

— Ha! — prychnęła Honor z wielkopańską pogardą. — Sny o potędze!

I usiadła normalnie, zakładając nogę na nogę.

— Tak lepiej — oceniła Henke. — Teraz mów, o co chodzi.

— O rzeźbę — westchnęła Honor.

— O rzeźbę?! — powtórzyła uprzejmie Henke.

— Właśnie. Choć w zasadzie powinnam powiedzieć RZEŹBĘ — drukowanymi literami, z ozdobnikami i pewnie jeszcze z kwiatkiem zamiast wykrzyknika.

— Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, iż bełkoczesz bez sensu i nie mam pojęcia, o co ci chodzi? — upewniła się Henke.

— Co?! Aha, czyli nie byłaś w Austin od chwili ogłoszenia — nieco przedwczesnego — mojego zejścia?

— Nie licząc przylotu po ciebie pinasą, na lądowisku, nie byłam.

— Aha, czyli w Siedzibie Patronów też nie byłaś! To wszystko wyjaśnia.

— Co wyjaśnia, do cholery?! — Mike Henke w końcu straciła cierpliwość.

— Wyjaśnia, dlaczego nie widziałaś skromnej rzeźby z brązu, czterometrowej wysokości, ustawionej na ośmiometrowej kolumnie z obsydianu i stojącej na placu przy głównych schodach Północnego Portyku Sali Patronów, bo i tak to gmaszysko nazywają. Żeby nie było wątpliwości: rzeźba przedstawia mnie, a Portyk Północny jest wejściem głównym, więc każdy, kto ma coś do załatwienia w gmaszysku, musi dostać się tam którymś z kompleksu wejść i przejść koło tego drobiażdżku, mając rzeźbę na wysokości oczu.

Tym razem elokwentna z natury Michelle Henke straciła głos i gapiła się na nią wytrzeszczonymi oczyma. Honor patrzyła na nią znaczniej spokojniej, choć wcale spokoju nie czuła. Zdążyła się już nieco przyzwyczaić do myśli o posiadaniu własnego pomnika, ale doskonale pamiętała, co nią targnęło, gdy pierwszy raz go zobaczyła. Była to kolejna z zafundowanych jej przez Benjamina niespodzianek, choć w tym akurat wypadku była skłonna mu wierzyć, gdy się zaklinał, że na pomysł wpadło Konklawe Patronów, a nie on. On jedynie nie wspomniał jej o istnieniu posągu, bo chciał zobaczyć jej reakcję, gdy znajdzie się z nim twarzą w twarz. A raczej twarzą w kolumnę, biorąc pod uwagę wysokość paskudztwa.

Choć uczciwość nakazywała przyznać, że określenie „paskudztwo” nie było sprawiedliwe. Honor nigdy nie miała upodobania do brązowych pomników bohaterów, ale musiała przyznać, że rzeźbiarz naprawdę się postarał. Naturalnie było ją na to stać jedynie w tych krótkich momentach, gdy nie zgrzytała zębami z bezsilnej wściekłości.

Uwiecznił ją, gdy wsparta na Mieczu Stanu czekała, aż patronowi Burdette przyniosą jego miecz. Nie ulegało wątpliwości, że starannie obejrzał nagranie całego wydarzenia, jak też hologramy jej i Nimitza, oddał bowiem wszystko naprawdę wiernie, jeśli nie liczyć dwóch szczegółów. Pierwszym był właśnie Nimitz, który siedział na jej ramieniu, podczas gdy naprawdę usadowił się wtedy na jej miejscu w Komnacie Konklawe, ale to akurat była w stanie zrozumieć i darować artyście. Drugiego darować nie była w stanie. Pomnikowa Honor miała szlachetny, skupiony i spokojny wyraz twarzy, ona zaś zbyt dobrze pamiętała ten dzień i to oczekiwanie, by uwierzyć, że tak właśnie wtedy wyglądała.

Widząc, że Henke dalej się na nią gapi, dotknięta niemotą przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się ze złośliwą satysfakcją.

To najwyraźniej pomogło Henke wyjść z szoku, bo spytała niepewnym, ale już słyszalnym głosem:

— Czterometrowy?

— Na ośmiometrowej kolumnie — powtórzyła Honor. — Robi cholerne wrażenie, muszę przyznać. Gdy go zobaczyłam, miałam ochotę się zastrzelić. Wtedy byłabym przynajmniej uczciwie martwa.

— Cholera! — Henke potrząsnęła głową, nadal nie mogąc wyjść z podziwu, i zachichotała złośliwie. — Zawsze uważałam cię za drągala, ale dwanaście metrów to trochę za dużo nawet jak na ciebie.

— Poczucie humoru ci się wyostrzyło! — warknęła Honor. — Jak byś się czuła, przechodząc koło… koło tego czegoś za każdym razem, gdy musisz wziąć udział w obradach?

— Normalnie. W końcu to nie mój pomnik. Natomiast mogę zrozumieć, że na tobie wywiera nieco przytłaczające wrażenie.

— Ładnie to ujęłaś! — prychnęła Honor.

Henke zachichotała z nieco większą sympatią, ale w oczach błysnęły jej diabelskie ogniki — wyobraziła sobie minę Honor na widok tej „niespodzianki” Protektora.

— I nie rozbiorą go? — upewniła się.

— Nie rozbiorą — potwierdziła ponuro Honor. — Zagroziłam, że jeśli toto zostanie, nigdy nie użyję głównego wejścia. Usłyszałam, że jest im przykro z tego powodu, ale istnieje prywatne wejście dla patronów. Gdy usłyszeli, że nie odbiorę Klucza, poinformowali mnie, że nie mogę tak postąpić, bo byłoby to bezprawne. W końcu oznajmiłam, że każę moim gwardzistom wysadzić to coś którejś nocy. Zapewnili mnie, że rzeźba jest ubezpieczona, a rzeźbiarz zostawił sobie formę i będzie bardziej niż szczęśliwy, mogąc ją odlać ponownie, byle mu zapłacili. Oświadczyli, że zapłacą.

— Oj, nie mogę! — jęknęła Henke, trzymając się za brzuch i płacząc ze śmiechu.

Honor starała się wytłumaczyć samej sobie, iż ma zbyt mało przyjaciół, by któregoś własnoręcznie ukatrupić tylko dlatego, że przejawia chore poczucie humoru. Po parunastu sekundach udało się. Głównie dlatego, iż uświadomiła sobie, że oni wszyscy mają tę niezrozumiałą cechę.

— No proszę — Henke otarła łzy. — Okazuje się, że zmartwychwstanie jest nieco bardziej skomplikowane, niż można by sądzić. A co z naruszeniem przez ciebie konstytucji?

— Nawet o tym nie wspominaj! — jęknęła Honor.

— Co proszę?! Słyszałam, że to już załatwione, co się stało?

— Załatwione to to jest — burknęła Honor. — Benjamin zdecydował, że najprościej będzie włączyć Flotę Elizium w skład sił zbrojnych Graysona, i tak też zrobił.

— No to w czym problem?

— A w tym, że stworzył specjalną formację. Nawet ładnie ją nazwał: Jego Własna Protektora Eskadra. Uszy więdną, jak się to słyszy, prawda? Dlatego wszyscy określają ją mianem „Protector’s Own”. Kupił wszystkie zdobyczne okręty, oznajmił, że będzie jednostkę rozbudowywał, i zrobił mnie jej oficjalnym dowódcą, a kadrze zaproponował wstąpienie do niej.

— Przepraszam, jakiej znowu „kadrze”? — spytała łagodnie Henke. — Choć podejrzewam, że będę żałowała własnej ciekawości…

— Benjamin zaproponował wstąpienie do jednostki wszystkim zbiegłym jeńcom i stworzył specjalną organizację tej formacji. Nazwa „eskadra” nie odzwierciedla rzeczywistości, bo okrętów ma już na co najmniej grupę wydzieloną. A jeżeli choć część z tych, których o to podejrzewam, skorzysta z propozycji, będzie dysponował załogami dla całej floty. Ma zamiar zaprzysiąc ich jako swoich osobistych wasali, po czym oficjalnie mianować mnie dowódcą całości, ponieważ jestem Championem Protektora. Planuje dodać do istniejących jednostek superdreadnoughty wraz ze stosowną osłoną, a Matthews już zaciera ręce na samą myśl o tym.

— Benjamin może to zrobić? — zdziwiła się Henke. — Włos mi się jeży na myśl, jaki wrzask podniósłby się w parlamencie, gdyby Betty choć wspomniała o podobnym pomyśle.

— Może. Konstytucja daje Protektorowi jako jedynemu na całej planecie prawo do organizowania nowych jednostek wojskowych złożonych z osobistych wasali. To jedno z zabezpieczeń wpisanych w nią przez Benjamina Wielkiego. Zabezpieczeń i symboli władzy Miecza. Naturalnie jednostka taka musi wejść w skład regularnych sił zbrojnych, ale na specjalnych zasadach. Dlatego też przynajmniej nominalnie będzie pod rozkazami Wesleya Matthewsa jako głównodowodzącego Marynarki Graysona. Tylko należy pamiętać, że na Graysonie niezwykle poważnie traktuje się przysięgę osobistej wierności i gdyby kiedykolwiek doszło do konfliktu między flotą a Protektorem, „Protector’s Own” stanie po jego stronie. Poza tym jest jeszcze jeden aspekt całej sprawy: praktycznie cały personel to obcokrajowcy, a dowódcą została „ta obca baba”, czyli ja. Konserwatywni patroni zostali tym tak zaskoczeni, że nie bardzo wiedzieli, czy paść trupem z wrażenia, czy podnieść wrzask pod niebiosa. W sumie nie zrobili nic, bo po pierwsze im się nie opłacało, po drugie nie mogli, biorąc pod uwagę wielki festiwal z okazji mojego powrotu. I na to właśnie liczył ten cwaniak.

— Masz na myśli Benjamina? — upewniła się Henke.

— Tak.

— Dlaczego cwaniak? I dlaczego przewidujesz problemy?

— Ano dlatego, że służba w szeregach Marynarki Graysona daje po sześciu latach automatyczne obywatelstwo każdemu. Benjamin przepchnął tę poprawkę zaraz po przyłączeniu się Graysona do Sojuszu, bo jako pierwszy zdał sobie sprawę, że bez obcokrajowców nie zdoła stworzyć i obsadzić floty, której Grayson potrzebował. Był zdeterminowany — i całkiem słusznie — by dać stosowną motywację takim ludziom i uniknąć zwyczajowych problemów z najemnikami. Wiadomo, że broniąc swojej planety, będą lepiej walczyć. Naturalnie nie obeszło się bez oporu, no bo kto to słyszał, żeby heretykom proponować ot tak obywatelstwo, ale poparł go Hanks, a głosowanie odbyło się krótko po groźbie przewrotu Machabeusza, więc patroni nie byli w stanie stworzyć zorganizowanej opozycji. Prawo to nie ma zastosowania wobec ludzi oddelegowanych do służby z Royal Manticoran Navy czy innych flot, nawet jeśli mają wysokie rangi w Marynarce Graysona, ale byli jeńcy w przeważającej większości nie są obywatelami żadnego państwa należącego do Sojuszu ani żadnej nadal istniejącej floty, z wyjątkiem Ludowej Marynarki, a takich jest niewielu. Co oznacza, że każdy, kto wstąpi do „Protector’s Own”, stanie się obywatelem Graysona, jeśli przeżyje sześć lat. Czyli będzie miał nowy dom. A jest ich prawie pół miliona! Zakładając, że choć jedna trzecia skorzysta z oferty, za sześć lat liczba obywateli zwiększy się za jednym zamachem o jakieś sto pięćdziesiąt tysięcy pogan czy heretyków. Nazwa do wyboru.

Nie wspomniała o Caslecie, choć wiedziała, że Benjamin osobiście złoży mu taką propozycję, bo nie miała pewności, czy Warner ją przyjmie. Podejrzewała jednak, że tak, gdyż musiał zdawać sobie sprawę, że przyjęcie go w szeregi korpusu oficerskiego RMN stanowiłoby spory problem. A wracać nie miał dokąd. A w Marynarce Graysona służył już wcześniej co najmniej jeden były oficer Ludowej Marynarki i nikt mu jakoś tego nie wypominał.

Uśmiechnęła się na wspomnienie Alfreda Yu, ale jej uśmiech szybko zniknął. Caslet także znajdował się na pokładzie Saganami, a załoga, biorąc przykład z Mike Henke, traktowała go jak honorowego gościa, mimo że uparł się nadal nosić mundur Ludowej Marynarki. Wiedziała jednak, że nie cieszył się na myśl o przybyciu do Królestwa Manticore, i nie dziwiła mu się — sama na jego miejscu czułaby się podobnie. Naturalnie wszyscy będą wobec niego nienagannie uprzejmi, zwłaszcza gdy usłyszą od niej i od McKeona, jak zachowywał się tak na pokładzie Tepesa, jak i w Piekle, ale oficerowie wywiadu floty musieli już przytupywać z niecierpliwością. Będą chcieli dostać go w swoje ręce, w końcu wcześniej był oficerem operacyjnym Thomasa Theismana i stacjonował w systemie Barnett. Choć jego informacje pochodziły sprzed ponad dwóch lat standardowych, i tak był bezcennym źródłem. Nie ulegało wątpliwości, że wycisną z niego wszystko choć bez użycia jakiegokolwiek przymusu i wiedziała, że będzie to dlań bolesne i trudne. Warner bowiem był z natury uczciwy i choć podjął już decyzję, Ludowa Marynarka zbyt długo była jego miejscem we wszechświecie, by „zdrada” jej tajemnic przyszła mu łatwo i bez oporów.

A kiedy to się skończy, i tak nikt do końca nie uwierzy w szczerość jego intencji, mimo że będzie nosił królewski mundur. I trudno będzie się ludziom dziwić; poza nią i Nimitzem nikt nie był w stanie poznać jego emocji. Inaczej natomiast rzecz się miała w Marynarce Graysona i to nie dlatego, by należący do niej byli łatwowierni czy naiwni. Po prostu zgodnie z zasadami wiary głoszonymi przez Kościół Ludzkości Uwolnionej każdy miał szansę sprawdzić się podczas testu, czyli udowodnić własnym postępowaniem, ile jest wart. I to w sumie była najbardziej fundamentalna różnica między mieszkańcami Graysona a znacznie bardziej cynicznymi poddanymi Korony.

Głos Mike wyrwał ją z rozmyślań:

— No dobra, nawet gdyby wszyscy się zgłosili, populacja Graysona liczy tak coś ze trzy miliardy ludzi, więc i tak będą stanowić tylko drobny ułamek.

— Zgadza się, ale to będzie dopiero początek, jak znam Benjamina. Poza tym wszyscy byli więźniowie zostali poddani prolongowi, będą popularni, no i mają własne zdanie na temat kobiet i miejsca religii w społeczeństwie. A ponieważ staną się pełnoprawnymi obywatelami, nawet najbardziej zatwardziały konserwatysta nie będzie mógł udawać, że nie istnieją. Tak na marginesie, sądzę, że przytłaczająca większość zamieszka w mojej domenie, podobnie jak ci, którzy nie służyli w wojsku albo z rozmaitych powodów nie zechcą teraz w nim służyć. Benjamin zgodził się na to, zanim uszczęśliwił mnie dowództwem swojej floty.

— Hmm. — Henke potarła dolną wargę i przyznała: Nie wzięłam tego pod uwagę. Ale nadal nie sądzę, żeby to miał być koniec świata dla dotychczasowych mieszkańców Graysona.

— Gdyby na to się zanosiło, Sullivan nie poszedłby w ślady Hanksa i nie popierałby tego pomysłu, a przynajmniej nie robiłby tego tak energicznie, jak robi. Natomiast dla Benjamina to kolejny sposób na wzmocnienie stronników reform i przyspieszenie ich tempa. A na dodatek świadomy policzek wymierzony najgłośniej narzekającym na obce wpływy patronom. Narzekania naturalnie zaczęły się po pierwszym kontrataku McQueen.

— I nie tylko na Graysonie — przyznała kwaśno Henke. — Od czasu ataku na Basilisk opozycja zarzuca rządowi „niewybaczalne błędy w prowadzeniu wojny” i inne bzdury. Ale nie o tym rozmawiamy. Jak zareagowali na ten policzek?

— Tak jak można się było spodziewać. Tylko widzisz, istnieje podstawowa różnica między Graysonem a Manticore. Patroni przeciwni Protektorowi muszą postępować znacznie ostrożniej niż opozycja w Gwiezdnym Królestwie, ponieważ konstytucja daje Protektorowi znacznie większą władzę, niż ma nasza królowa. I jeżeli za bardzo go zirytują, ma do dyspozycji rozmaite środki, by ich ukarać, wszystkie w pełni legalne, odkąd ponownie podstawą prawną stała się spisana konstytucja. Dlatego nauczyli się subtelności i nie atakują ani jego, ani jego polityki otwarcie czy w istotnych kwestiach. Za to kroczek po kroczku starają się, gdy tylko się da, podważać jego autorytet w drobniejszych kwestiach albo w ważnych wyrażać zaniepokojenie w imieniu mieszkańców domen jako strażnicy graysońskich interesów i stylu życia. Naturalnie żadnemu nigdy się nie wyrwało, że powodem są ich własne ambicje. Po pierwszym rajdzie McQueen skupili się wokół Muellera i zaczęli twierdzić, że ta seria porażek stanowi dowód na to, iż stało się to możliwe dzięki nieudolnemu, obcemu dowodzeniu połączonymi siłami Sojuszu. I w związku z tym obywatele Graysona powinni zastanowić się, czy chcą, by Marynarka Graysona pozostawała pod tymże nieudolnym dowództwem i ponosiła dalsze straty. W praktyce nawołują więc do wyjścia z Sojuszu i wycofania okrętów z sojuszniczych sił zbrojnych, ale otwarcie żaden tego nie powiedział. Najodważniejsze sformułowanie brzmiało, że „Grayson powinien zostać, przyjaznym państwem w przeciwieństwie do pełnego sojusznika”.

— Cholera! — Henke wyglądała na zaniepokojoną. — Nic o tym nie słyszałam! Jest jakaś szansa, że może im się to udać?

— Nie ma — oznajmiła zwięźle Honor. — Benjamin nigdy nie da się do tego zmusić, a w praktyce jego wola jest wolą Graysona. Wątpię, aby ktokolwiek w Królestwie Manticore naprawdę zdawał sobie sprawę z tego, że tak jest w rzeczywistości. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na każde państwo przez pryzmat tego, co mamy u siebie, a prawda jest taka, że władzy posiadanej przez Elżbietę ani autorytetu, jakim się cieszy, nie można nawet porównać z władzą i autorytetem Benjamina na Graysonie. Nikt nie zdoła narzucić Benjaminowi posunięć w kwestiach polityki zagranicznej czy militarnych i oni nawet tego nie próbują. Nie podoba im się to, ale mają świadomość, że to on jest górą i w dodatku jest u szczytu popularności. Wiedzą też, że jeszcze przez długi czas nie będą w stanie otwarcie przeciwko niemu wystąpić w jakiejkolwiek poważnej sprawie. Więc przyjęli taktykę długoterminową. Chcą stopniowo osłabiać poparcie, jakim cieszy się w społeczeństwie, zasiać w ludziach zwątpienie i niepokój, bo równie dobrze jak on zdają sobie sprawę, że autorytet Protektora buduje zaufanie obywateli. Starają się to zaufanie osłabić i wymusić na Benjaminie posunięcia działające pośrednio na jego niekorzyść. Uważają, że jeśli im się to uda, będzie to pierwszy krok do zdobycia celu, ponieważ każda sytuacja, gdy Protektor ostro i bezpośrednio nie zareaguje na ich prowokacje, sprawi, że tym trudniej będzie mu to zrobić następnym razem. W tej chwili to wszystko, co chcą osiągnąć.

— Rozumiem… — Henke potrząsnęła głową. — I pomyśleć, że pamiętam czasy, kiedy nic a nic nie znałaś się na polityce i nie cierpiałaś jej serdecznie.

— Nadal nie cierpię. Niestety jako patronka nie miałam wyjścia i musiałam nie tylko ją poznać, ale i zrozumieć, by nauczyć się walczyć za jej pomocą. Przynajmniej w graysońskim stylu. Na szczęście miałam najlepszych możliwych nauczycieli: Howarda Clinkscalesa i Benjamina Mayhewa.

— W to nie wątpię. Ale przyznam, że nadal nie do końca rozumiem, dlaczego przyznanie obywatelstwa byłym jeńcom ma stanowić policzek dla przeciwników.

— Bezpośrednio nie stanowi. Benjamin nie może nic podobnego zrobić, jak długo nie wystąpią bezpośrednio przeciwko niemu. Natomiast jest to posunięcie dla wszystkich, można by rzec, brutalnie oczywiste i potwierdza, że jest zdecydowany otworzyć Graysona na inne niż dotychczas zasady i podejście do podstawowych kwestii. I to bez podsuwania przeciwnikom celu do ataków innego niż własna osoba. To skomplikowana sieć niedomówień, intryg i podchodów, a ja trafiłam w sam jej środek jako dowódca Protector’s Own. Pojęcia nie mam, kto tak naprawdę będzie nią dowodził, ale nie zdziwiłabym się, gdyby wybór padł na Alfreda Yu. Natomiast oficjalnym, nominalnym i stałym dowódcą jestem ja. I to jest kolejny średnio subtelny policzek wymierzony przez Benjamina przeciwnikom. Nie dość, że im pomieszałam szyki, a niektórych solidnie wkurzyłam, zmartwychwstając, to zostałam mianowana dowódcą prywatnej floty Protektora. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że żaden nie mógł się nawet skrzywić na wieść o tym, gdyż reakcja obywateli Graysona na mój powrót nie pozostawiała wątpliwości co do tego, że jakikolwiek sprzeciw zostałby uznany za zniewagę wobec mojej skromnej osoby. A na Graysonie za coś takiego płaci się krwią.

— Cholera! — powtórzyła z uczuciem Michelle Henke. — A mnie się wydawało, że to u nas wszystko kipi od intryg i politycy idą na noże. Przyznaję, że jestem pod wrażeniem twej znajomości rzeczy i przeciwnika.

— No pewnie — prychnęła Honor. — Mogłabyś choć uczciwie przyznać, że cieszy cię, iż sama nie musisz się w tym babrać.

— A cieszy — przyznała bezwstydnie Henke. — Skoro mowa o komplikacjach, wyprostowałaś już swoje finanse?

— Można tak powiedzieć — zaczęła Honor, po czym musiała zająć się obydwoma treecatami, które zdecydowały się usadowić na jej kolanach.

Odkąd Nimitz zdał sobie sprawę ze swego telepatycznego kalectwa, i on, i Samantha odczuwali silniejszą niż dotąd potrzebę fizycznego kontaktu zarówno ze sobą nawzajem, jak i z Honor. Podrapała go więc uczciwie za uszami i dopiero po dłuższej chwili zaczęła mówić dalej.

— Kompletne ich wyprostowanie potrwa znacznie dłużej. Willard i tak dokonał cudów w tak krótkim czasie, jaki miał do dyspozycji, ale półtora miesiąca to zdecydowanie za mało, żeby wyjaśnić tak skomplikowaną sytuację. Niestety twoja kuzynka uparła się raczej kategorycznie, że mam wrócić natychmiast, gdy tylko znajdę chwilę czasu, jak to zgrabnie ujęła. Nie wspominając o wcześniejszych, mniej natarczywych ponagleniach. Na szczęście wygląda na to, że kwestie finansowe uda się z grubsza załatwić.

— Z grubsza? Ładnie to brzmi, gdy mówi to ktoś mający trzydzieści albo czterdzieści miliardów.

— Tylko dwadzieścia dziewięć — poprawiła ją Honor. — A jak niby mam mówić? Pamiętasz mój stan posiadania w akademii? Teraz mam więcej pieniędzy, niż mogłabym potrzebować do końca życia, uwzględniając prolong. Oczywiście, że jest to nieporównanie lepsze od bycia biedną, ale po przekroczeniu pewnej granicy są to już tylko abstrakcyjne cyfry. Nie przeczę, że duże pieniądze są nader użytecznym narzędziem, dzięki któremu już mogłam zrobić parę rzeczy, których w innych okolicznościach nigdy bym nie zrobiła, ale prawdę mówiąc, wolałabym zostawić wszystko tak, jak rozporządziłam w testamencie. Ja ich nie potrzebuję, a Willard, Howard i Sky Domes robili z nich doskonały użytek, zanim nie wróciłam.

— Wiesz, jesteś nienormalna — oceniła poważnie Henke. — Ktoś tak lekceważąco odnoszący się do takiej góry pieniędzy powinien zostać zamknięty i pilnie strzeżony, żeby sobie przypadkiem krzywdy nie zrobił!

— Willard powiedział mniej więcej to samo — przyznała Honor z westchnieniem. — Ale nie miałam wyjścia, kiedy mi pokazał, co sama kazałam zrobić. A kazałam większość fortuny pozostawić do dyspozycji w formie funduszu następnemu patronowi Harrington. Którym jestem ja sama. Można też uznać, że skoro nie umarłam, testament jest nieważny. To ostatnie oczywiście nie wchodzi w grę, bo niby jak miałabym postąpić? Powiedzieć Macowi i pozostałym: słuchajcie, strasznie was przepraszam, ale musicie oddać to, co wam zapisałam, bo tak się złożyło, że żyję, co jest chamstwem z mojej strony, ale tak wyszło?

— Ale ty rzeczywiście nie umarłaś — zauważyła przytomnie Henke, myśląc równocześnie o ukochanym dziesięciometrowym slupie znajdującym się na Sphinksie, który Honor zapisała jej.

— No to co z tego? Tyle się nakombinowałam, żeby każdy miał jakąś miłą niespodziankę, kiedy mnie szlag trafi, i teraz mam zacząć od nowa? Poza tym zawsze uważałam odbieranie prezentów za szczyt chamstwa. A na dodatek mimo tych zapisów moja fortuna i tak solidnie wzrosła podczas mojej nieobecności. Skoro więc przetrwała bez tych darowizn, niech zostaną tam, gdzie są. Kiedy w końcu naprawdę zejdę z tego świata, wykonawca mojej nowej ostatniej woli będzie miał znacznie mniej roboty.

— Hmm… — mruknęła Henke.

Michelle była kuzynką Elżbiety III ze strony matki jej ojcem był earl Gold Peak, minister spraw zagranicznych w rządzie Cromarty’ego i jeden z zamożniejszych parów Królestwa. Nigdy nie musiała martwić się o pieniądze, choć kwoty, które miała do dyspozycji do momentu ukończenia akademii, były nieporównywalnie niższe niż te, które otrzymywali jej rówieśnicy z najwyższego szczebla arystokracji. Patrząc na to z perspektywy czasu, przyznawała ojcu rację, choć jako dziewczyna miała doń o to czasami pretensje. Potem jednakże miała aż za dużo okazji, by zobaczyć, co stało się z jej kolegami, których rodzice nie dopilnowali, by w porę uświadomili sobie, że pieniądze nie rosną na drzewach.

I dlatego właśnie mogła obiektywnie ocenić, że naprawdę niewielu zamożnych ludzi mogło równać się z Honor, jeśli chodziło o stosunek do pieniędzy. Najprawdopodobniej dlatego, że dla nich pieniądze i władza, jaką dawały, były sensem życia: to dzięki nim byli tym, kim byli, i mogli kształtować świat, w którym żyli. Logiczne więc było, że troszczyli się, i to czasami bardzo, o własny stan posiadania.Zupełnie inaczej rzecz miała się z Honor, ponieważ pieniądze nie miały wpływu na to, kim była, co robiła i jak podchodziła do obowiązków. Owszem, ułatwiały jej życie i zwiększały możliwości działania, ale stanowiły tylko pomoc w wypełnianiu tego, co uznała za swój obowiązek, nie kształtowały ani jej sukcesu, ani też jej osobistego życia.

— I całe szczęście, że jesteś nienormalna — dodała po chwili. — Jak się zastanowić, to przydałoby się więcej takich jak ty. Tylko się nie nadymaj, bo i tak nie polecisz.

— Ale mogę się zarumienić, a wiesz, że tego nie cierpię.

Obie się roześmiały. Ten sekret Honor znało niewielu.

— No dobrze — odezwała się Henke, zmieniając temat. — A co planują wobec ciebie nasi panowie i władcy, kiedy wreszcie znajdziesz się w Królestwie?

— To ty nie wiesz? — zdziwiła się Honor.

Henke wzruszyła ramionami.

— Wiem, że mam cię przywieźć, i jestem prawie pewna, że Beth osobiście poleciła, żebym to ja po ciebie poleciała. Wyjątkowo nie oprotestowałam tego przejawu czystego nepotyzmu, ale nie mam pojęcia o treści tych wszystkich rozkazów, raportów i całej reszty makulatury, którą mi dla ciebie dali. Nie żeby mnie ciekawość zżerała, rozumiesz, ale gdybyś była na tyle uprzejma, by mnie oświecić…

I zamilkła wyczekująco.

— I to ja jestem nienormalna? — upewniła się uprzejmie Honor.

— Jesteś. Teraz do rzeczy: wiesz czy nie wiesz?

— Tak do końca to nie wiem. Twoja kuzynka była poirytowana, sądząc ze sformułowań, ale nie zła, więc chyba nic mi nie grozi. Natomiast mam poważne podejrzenia, że są z Benjaminem po jednych pieniądzach i że też przygotowała dla mnie parę niespodzianek. I to mnie martwi, bo ma znacznie więcej zabawek od niego.

— Nie dramatyzuj. Przeżyjesz, a jeszcze przypadkiem coś może sprawić ci przyjemność.

— W to ostatnie wątpię, a o tym pierwszym wiem. Odkryłam niedawno, że nie da się paść trupem z zawstydzenia i zakłopotania. Mam niejasne podejrzenia, że wszyscy wokół wiedzieli to już wcześniej i teraz tylko im bezpieczniki puściły w stosunku do mojej osoby. Choć istnieje też druga możliwość: mogą sprawdzić, przy jakiej dawce krew mnie zaleje.

— Przestań użalać się nad sobą i mów, co wiesz, bo to mnie krew zaleje.

— Aye, aye, ma’am — Honor usiadła wygodniej. Głaskając Nimitza, dokonała równocześnie błyskawicznej selekcji tematów.

— I tak dość szybko wróciłabym na Manticore — powiedziała zupełnie poważnie. — Chcą nas wszystkich zbadać w Bassingford, tak na wszelki wypadek, a ojciec zjawi się za dwa tygodnie, żeby nadzorować „naprawy” mojej skromnej osoby. Widzisz, graysońskie szpitale błyskawicznie doganiają poziom naszych, a klinika neurologiczna stworzona przez ojca i Willarda jest naprawdę świetna, ale na Graysonie nie ma firm, które mogłyby wykonać protezy równie dobre jak te dostępne na Manticore. Zamierzam zająć się tą kwestią przy pierwszej okazji, ale póki co Królestwo Manticore jest najlepszym miejscem, nie licząc Ligi Solarnej, na przeprowadzenie tak rozległej terapii i osiągnięcie najlepszych możliwych efektów. Poza tym nie uniknę wizyty w Admiralicji, nie ma co marzyć.

Mike starannie ukryła uśmiech, słysząc, jak swobodnie, by nie rzec lekceważąco, Honor wyraża się o naczelnym dowództwie Royal Manticoran Navy i jego siedzibie, czyli Sanctum Sancorum. Dziesięć lat temu byłoby to dla niej psychiczną niemożliwością, poza tym Honor nadal miała w RMN stopień komodora, czyli nie była jeszcze oficerem flagowym, ale myślała i mówiła jak pełny admirał, którym zresztą od lat była w Marynarce Graysona. I robiła to tak naturalnie, że nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.

— Między innymi dokumentami, które przywiozłaś — dodała — jest też nader uprzejma prośba, żebym, gdy tylko będzie to możliwe, zjawiła się na rozmowę w wywiadzie floty. Poza tym chcę uzgodnić z admirałem Cortezem, jak najlepiej mógłby wykorzystać byłych jeńców nie należących do flot Sojuszu, a mających za sobą służbę wojskową. Naturalnie myślę o tych, których nie skusi propozycja Benjamina. No i mam przygnębiającą pewność, że zmarnuję masę czasu na gadanie z dziennikarzami. Będę starała się ograniczyć ten czas do minimum, ale wiem, że nie uda mi się pozostać w cieniu. Mój powrót to zbyt ważne zwycięstwo w wojnie propagandowej i nie ma żadnych szans, by dano mi spokój.

— Żadnych szans — zgodziła się Henke.

— Poza tym nim wrócę do czynnej służby liniowej, spędzę jakiś czas na Manticore w związku z doborem i wszczepianiem protez, a potem rehabilitacją. Naturalnie nie zamierzam tam występować jako graysoński admirał. Gdy znów stanę się panią komodor Królewskiej Marynarki, Admiralicja planuje wykorzystać mnie w roli wykładowcy na wyspie Saganami. Uważam to za dobry pomysł choćby dlatego, że będę miała sensowne zajęcie i mniej czasu na rozmyślania o kolejnym zabiegu. Nie wiem, co dokładnie zamierzają Ich Lordowskie Moście, ale wolę nadmiar obowiązków od bezczynności w tej sytuacji. Aż za dobrze pamiętam pierwszy wszczep neuroprotezy. Wtedy nie miałam nic do roboty pomiędzy zabiegami i terapią. Dostawałam szału z nudów i od zamartwiania się, co następnym razem pójdzie nie tak.

— Pamiętam. I pamiętam też, jak to wyglądało, gdy wreszcie wróciłaś do służby liniowej i dali ci Nike.

Obie uśmiechnęły się do wspomnień, choć w uśmiechu Honor poza radością był także i smutek, gdyż ten okres wiązał się z Paulem Tankersleyem. I choć już dawno pogodziła się z jego śmiercią, nie oznaczało to, że nie czuje żalu czy że go jej nie brakuje.

— No dobra, dość gadania. — Henke spojrzała na chronometr i wstała. — Do obiadu zostały dwie godziny, a ja obiecałam ci wycieczkę z przewodnikiem. Chyba że przeszła ci ochota na zwiedzanie?

— Skądże znowu. — Honor również wstała.

Mike pomogła jej umieścić Nimitza w nosidle, a całość na plecach, czemu bacznie przyglądała się Samantha. Następnie Henke wzięła ją na rękę i cała czwórka skierowała się ku wyjściu.

— Myślę, że spodoba ci się to, co zobaczysz — powiedziała, odsalutowując stojącemu na warcie pod drzwiami jej kabiny Marine.

I poprowadziła Honor ku windzie, uśmiechając się z miną zadowolonej właścicielki.

— Wiem, że znasz podstawowe parametry i założenia, jakie miały spełniać okręty tej klasy — dodała. — Ale modyfikacje wprowadzano praktycznie aż do chwili rozpoczęcia budowy. Sporo rozwiązań opracowanych dla klasy Har… to jest Medusa zostało zastosowanych i na tym okręcie. I nie chodzi tylko o stopień automatyzacji umożliwiający redukcję liczebności załogi. Eddy ma masę nowej elektroniki włącznie z systemem kierowania ogniem nowej generacji, podobnie jak nowe ECM-y i systemy elektronicznego maskowania. No i niespodziankę dla tego, kto spróbuje przelecieć mu przed dziobem i ostrzelać, licząc na bezkarność i sukces.

Przy ostatnich słowach uśmiechnęła się złośliwie.

Honor spojrzała na nią wyczekująco i Mike zdecydowała:

— Chyba zaczniemy od mostka, a potem…

Rozdział VI

Kamienna wieża króla Michaela była stara i wydała się Honor równie niepozorna jak przy pierwszej wizycie na dworze. Tyle że tym razem zdawała sobie sprawę, że pozory mylą, gdyż właśnie w tej niepozornej budowli mieszczą się prywatne apartamenty Elżbiety III. I dlatego zbliżając się do niej w towarzystwie przewodnika, Michelle Henke, LaFolleta i Simona Matingiyego, czuła lekki co prawda, lecz rosnący niepokój. W nosidle na plecach miała Nimitza, Samantha zaś podróżowała na ramieniu Henke. Dla kogoś patrzącego z boku ich grupa musiała wyglądać co najmniej dziwnie.

Ponieważ znajdowali się na terenie pałacu Mount Royal, wokół roiło się od wartowników z Queen’s Own Regiment i ze Straży Pałacowej. Wszyscy mijani salutowali im z kamiennymi minami, bo zostali uprzedzeni, kto przybędzie. Dlatego tak w ich zachowaniu, jak i w umysłach nie było zaskoczenia czy burzy mieszanych uczuć, jakie powitały ją na Graysonie, za co była losowi wdzięczna. Co prawda tamto doświadczenie nauczyło ją osłabiać natężenie odbieranych uczuć, ale mimo wszystko podobne tornado nie było miłym przeżyciem.

Uśmiechnęła się w duchu, przypominając sobie celne powiedzenie którejś z ziemskich postaci historycznych, chyba Samuela Jacksona, iż świadomość, że zostanie się powieszonym, wpływa doskonale na zdolność koncentracji. Sama odkryła, że sytuacje stresowe wpływają na pogłębienie i rozwój łączącej ją z Nimitzem więzi. Tak było, gdy siedziała w celi bloku więziennego Tepesa i po dwóch burzach emocjonalnych, które przeżyła po powrocie. Po tych ostatnich skupiła się na więzi oraz stworzonych dzięki niej własnych zdolnościach empatycznych jak nigdy dotąd. Nie miała pojęcia, jak jej się to udało — podejrzewała, że znaczny wpływ miał instynkt samozachowawczy, ale z ulgą stwierdziła, że potrafi to zrobić. Z początku szło ciężko, potem coraz łatwiej, aż stało się odruchowe i tak naturalne jak chodzenie czy oddychanie.

To, co udało jej się osiągnąć, u treecatów musiało być albo wrodzone, albo też wykształcone w najwcześniejszym okresie dzieciństwa, gdyż inaczej wszystkie by zwariowały. Ona nie potrafiła całkowicie wyłączyć odbioru emocji otaczających ją ludzi, gdyż Nimitz nie był do tego zdolny, ale potrafiła sprowadzić ich natężenie do poziomu, w którym stanowiły tylko tło — słyszalne, ale nie natarczywe. Była pewna, że zdolność ta przyda się jej, i to bardzo, w przyszłości, jak choćby przy najbliższym spotkaniu z Hamishem.

Żałowała jedynie, że ujawniła się ona dopiero po tak ogłuszającym doświadczeniu. Teraz problem prawie nie istniał, ponieważ napotykani co parę kroków wartownicy byli przyzwyczajeni do niespodziewanych wizyt i fanaberii rozmaitych osobistości. A Honor, choć nadal wydawało jej się to nienaturalne, po publicznej egzekucji i równie publicznym pogrzebie była znaną osobistością. Przynajmniej chwilowo. To, że ochrona przyjmuje jej obecność jako coś mniej więcej normalnego, stanowiło dla niej ulgę i ukojenie.

Celowo zjawiła się w cywilnym graysońskim stroju ozdobionym jak zawsze Kluczem Harrington i Star of Grayson. Powodów było kilka, zaczynając od tego, że inny posiadany obecnie przez nią cywilny przyodziewek nadawał się na wycieczkę do lasu, ale do królewskiego pałacu zdecydowanie nie pasował, a poza tym parę ładnych lat temu doszła do wniosku, że podoba się sobie w niepraktycznej długiej sukni. Ale były też inne, znacznie poważniejszej natury. Otóż królowa zaprosiła ją, choć w raczej zdecydowanej formie, a nie poleciła przybyć, choć miała pełne prawo to zrobić zarówno wobec oficera Royal Manticoran Navy, jak i wobec para Królestwa. Ta powściągliwość nie uszła uwagi Honor i wzbudziła w niej podejrzenia, iż tym razem Elżbieta III, powodowana czy to taktem, czy złośliwością (co było znacznie prawdopodobniejsze), zdecydowała się potraktować ją z oficjalną uprzejmością i zgodnie z protokołem. Honor dotąd udawało się uniknąć tej wątpliwej przyjemności, toteż na wszelki wypadek postanowiła się zabezpieczyć jak mogła i przybyła jako patronka Harrington na zaproszenie głowy sprzymierzonego państwa, a nie jako poddana Korony. Naturalnie mogła zjawić się w mundurze admirała Marynarki Graysona, ale to już nie byłoby tak zgrabnym posunięciem. A istniały skuteczniejsze sposoby dania do zrozumienia sukinsynom, którzy opóźniali jej awans do stopnia flagowego w Royal Manticoran Navy, że jest świadoma tego faktu, jak i tożsamości, jego sprawców. Nie było w tym żadnej winy ze strony Elżbiety III, którą ta sytuacja także irytowała, więc nie miało sensu przypominanie jej o tym i dolewanie oliwy do ognia. No a poza tym gdyby była w mundurze, musiałaby odsalutowywać każdemu wartownikowi, a tak wystarczyło kiwnąć głową…

Na tych rozmyślaniach minęła jej droga do drzwi wieży, a dalej była winda, w której towarzyszył im kapitan Queen’s Own sztywny i poprawny w każdym calu. I stanowczo nie aprobujący tego, co kazano mu zrobić, o czym wiedziały wyłącznie treecaty i Honor. Powód jego dezaprobaty był prosty i nawet zrozumiały, gdy spojrzało się nań z jego punktu widzenia. Otóż graysońskie prawo wymagało, by patronowi zawsze i wszędzie towarzyszyli gwardziści należący do jego osobistej ochrony. Naturalnie uzbrojeni. Ludzie odpowiedzialni za bezpieczeństwo królowej Elżbiety III byli zaś, łagodnie mówiąc, niezadowoleni z faktu, że w jej obecności znajdą się obcy posiadający broń. Naturalnie nie mieli najmniejszych podstaw, by nie ufać komukolwiek pozostającemu w służbie Honor, ale to był odruch nieomalże bezwarunkowy i objaw dobrze rozwiniętej zawodowej paranoi. Bez której osobista obstawa kogokolwiek byłaby nieporównanie mniej skuteczna.

Była w stanie to zrozumieć, w końcu znała dobrze podejście do tych kwestii na przykład LaFolleta. Jej samej zresztą też średnio podobał się pomysł zjawienia się przed królową z uzbrojoną ochroną, ale mogła jedynie zredukować obstawę do minimum, czyli do dwóch ludzi. Gdyby spróbowała ich nie zabrać, decydując się na złamanie graysońskiego prawa, byłoby to zarazem dowodem braku zaufania do LaFolleta i Mattingly’ego, a na to niczym sobie nie zasłużyli i nie miała zamiaru nawet tego sugerować.

Poza tym Elżbiecie najwyraźniej to nie przeszkadzało, bo inaczej nie poinformowałaby tak jej, jak i własnej ochrony, że Andrew i Simon mogą zatrzymać broń.

Winda stanęła i wszyscy wysiedli. Honor rozpoznała krótki korytarz — prowadził do tego samego salonu, w którym odbyła się poprzednia prywatna audiencja. Przed jego rzeźbionymi drzwiami Simon Mattingly zatrzymał się, wykonał przepisowy w tył zwrot i po daniu kroku w bok stanął po ich lewej stronie. Kapitan będący dotąd ich przewodnikiem wyprężył się po prawej, natomiast LaFollet wszedł wraz z Honor i Henke do środka.

Elisabeth Adrienne Samantha Annette Winton, czyli Elżbieta III, władczyni Manticore, siedziała w wygodnym fotelu ustawionym na grubym, rdzawej barwy dywanie, a na oparciu fotela leżał sobie wygodnie Ariel. Uniósł głowę, widząc gości, i Honor odebrała jego milczące powitanie i nagłą troskę, gdy tylko Samantha na nie odpowiedziała. Wstał, przyjrzał się uważnie Nimitzowi i nagle zrozumiał, co się stało, sądząc po nagłej fali sympatii i serdeczności, jaką od niego poczuła.

Oprócz królowej w pokoju były jeszcze dwie osoby. Na widok pierwszej w oku Honor błysnęły diabelskie ogniki, był to bowiem jej rodzony kuzyn Devon, drugi earl Harrington. Wyglądał i czuł się nadzwyczaj niezręcznie i nie na miejscu — by to wiedzieć, nie trzeba było zdolności empatycznych: biło to z każdego jego ruchu. Honor doskonale pamiętała, że sama czuła się dokładnie tak samo poprzednim razem. A przecież miała wówczas ten komfort, że była już oficerem Królewskiej Marynarki i wcześniej poznała królową. Sądząc z jego miny i emocji, Devon nadal nie do końca akceptował fakt, że jest parem Królestwa, a teraz na dodatek zastanawiał się, czy celem tego spotkania nie jest odebranie mu tego niechcianego zaszczytu.

Honor uśmiechnęła się krzywo, co nijak nie mogło zostać uznane za podtrzymujące na duchu, ale inaczej chwilowo nie była w stanie, po czym przeniosła spojrzenie na drugiego z obecnych. Był to mężczyzna drobnej budowy, całkowicie siwy, o twarzy poważnej i zatroskanej. Jego rysy były dziwnie podobne do tych, które widziała ostatni raz przez zgraną ze szczerbinką muszkę na honorowym polu Landing. Tyle że Denver Summervale był zdegradowanym pułkownikiem Marine Corps, renegatem i zawodowym rewolwerowcem trudniącym się zabójstwami na zlecenie pod pozorem pojedynków. A obecny tu Allen Summervale, książę Cromarty, był premierem Gwiezdnego Królestwa Manticore.

— Damo Honor!!! — Elżbieta III wstała z szerokim uśmiechem i Honor z ulgą poczuła, że jej radość jest szczera.

Mimo to poczuła nagłą niepewność na widok wyciągniętej dłoni monarchini — dało o sobie znać pochodzenie… Ale tylko na moment, była bowiem już nie tylko córką wolnych posiadaczy ziemskich, ale i patronką Harrington. Ujęła więc dłoń królowej i spojrzała w ciemne oczy Elżbiety III. Było to trudniejsze, niż się spodziewała, ale udało jej się nie spuścić wzroku. A to najdobitniej świadczyło o tym, jak zmieniła się przez te dziewięć lat standardowych, które minęły od poprzedniego spotkania. Nie była pewna, czy wszystkie te zmiany jej się podobają, ale stojąc teraz twarzą w twarz z monarchinią, nie mogła dłużej sama siebie oszukiwać — zmieniła się.

— Wasza Wysokość — powiedziała cicho i skłoniła głowę w płytkim, ale pełnym szacunku ukłonie.

— Dziękuję za tak szybkie przybycie. — Elżbieta wskazała jej fotel ustawiony naprzeciw swego po drugiej stronie stolika.

Po czym kiwnęła głową kuzynce. Ta bez zaproszenia i ceregieli zajęła ostatni wolny fotel, zostawiając obu mężczyznom kanapę.

— Wiem, że na Graysonie musiała zostać masa niezałatwionych spraw — dodała Elżbieta, siadając, gdy Honor usiadła — toteż jestem tym bardziej wdzięczna za przybycie.

— Wasza Wysokość, byłam poddaną Korony znacznie wcześniej, nim zostałam patronką Harrington — odparła Honor, rozpinając uprząż i przesuwając nosidło do przodu.

Nimitz wygramolił się z niego i usiadł na jej kolanach, a po chwili dołączyła do niego Samantha, która przemaszerowała tam z fotela Henke.

— Zdaję sobie z tego sprawę. Podobnie jak jestem w pełni świadoma, że Korona zawiodła swą poddaną i nie ochroniła jej, choć ta w pełni sobie na to zasłużyła, przed karygodnym potraktowaniem po pojedynku z Youngiem.

Honor potrząsnęła głową — to także było dziewięć standardowych lat temu.

— Wasza Wysokość, wyzywając go, zdawałam sobie sprawę z konsekwencji i wiedziałam, że ani Wasza Wysokość, ani obecny tu książę Cromarty nie będziecie mieli wyboru. Nigdy was o nic nie obwiniałam. Nie licząc Younga, wszystko było winą osobników przewodzących partiom opozycyjnym.

— To bardzo wspaniałomyślne podejście, milady — powiedział cicho Cromarty.

— Nie wspaniałomyślne, tylko uczciwe. Poza tym raczej trudno byłoby uznać nawet mnie samej, że spowodowany przez tę całą sprawę wyjazd na Grayson był końcem świata i serią nieszczęść — uśmiechnęła się ironicznie Honor, dotykając złotego Klucza Harrington zawieszonego na szyi.

— Ale bynajmniej nie dlatego, że ci osobnicy nie robili wszystkiego, co mogli, by tak się nie stało — zauważyła ponuro Elżbieta. — Przyciąga pani nienawiść zbyt wielu fanatyków, damo Honor. Jako pani królowa byłabym wdzięczna, gdyby w przyszłości spróbowała pani to zmienić.

— Dołożę starań, by zdecydowanie zmniejszyć ich liczbę, Wasza Wysokość — zapewniła z kamienną twarzą Honor.

Od strony fotela zajmowanego przez Henke dobiegło coś w rodzaju zduszonego westchnienia, które wszyscy obecni zgodnie zignorowali.

— To dobrze. — Elżbieta uznała, że lepiej nie dociekać, jak Honor ma zamiar spełnić jej prośbę.

Zdarzały się sytuacje, w których nadmiar informacji mógł okazać się szkodliwy. Przyjrzała się za to badawczo Honor i zadowolona z tego, że ta wygląda lepiej, niż się spodziewała, odwróciła głowę ku kuzynce.

— Dzień dobry, kapitan Henke. Dziękuję za dostarczenie damy Honor w jednym kawałku.

— Staraliśmy się, Wasza Miłość, usłużyć jak najlepiej — oznajmiła bez śladu szacunku Henke.

— Jak zwykle z głębokim i z serca płynącym szacunkiem — dodała Elżbieta.

— Naturalnie — zgodziła się Mike.

I obie uśmiechnęły się tak samo złośliwie i z pełnym zrozumieniem.

Dopiero teraz widać było, jak bardzo są podobne, pomijając rzecz jasna kolor skóry. Honor przypomniała sobie niejasne uwagi matki na temat genotypu rodu Wintonów i tego, że taki zestaw dominujących cech nie mógł powstać przypadkiem. Czy tak było w istocie, czy też stanowiły one efekt poprawek genetycznych, nikt dokładnie nie wiedział, gdyż dane te nigdy nie stały się dostępne. Nie tyle były utajnione, ile po prostu nie mówiło się o tym i mało kogo to interesowało. A ci, którzy zaczynali się interesować, napotykali albo milczenie, albo labirynt półprawd i niedomówień. Honor podejrzewała, że genotyp był wynikiem modyfikacji genetycznych, na podstawie paru uwag Mike z okresu, gdy mieszkały razem w akademii. Mike bowiem wiedziała od przyjaciółki, że ta jest mutantką. Patrząc teraz na królową i jej kuzynkę, Honor uświadomiła sobie jeszcze coś — że obie kobiety dzielą ledwie trzy lata.

— Jak sądzę, zna pani earla Harrington, damo Honor — stwierdziła królowa, spoglądając ponownie na nią.

Tym razem Honor się uśmiechnęła.

— Oczywiście, Wasza Wysokość, choć nie widzieliśmy się ładny szmat czasu. Witaj, Devon.

— Dzień dobry, Honor. — Devon był o dziesięć lat standardowych starszy, choć jego matką była młodsza siostra Alfreda Harringtona i wyglądał zdecydowanie niewyraźnie. — Mam nadzieję, że wiesz, że nigdy nie spodziewałem się…

— Doskonale wiem, że nigdy nie chciałeś zostać earlem — przerwała mu Honor. — To pewnie u nas rodzinne, bo ja też nie chciałam zostać hrabiną. Tyle że Jej Wysokość nie zostawiła mi większego wyboru w tej materii. I wątpię, by z tobą rzecz miała się inaczej.

— Miał znacznie mniejszą — potwierdziła Elżbieta, nim Devon zdążył cokolwiek powiedzieć. — I to z paru różnych powodów. Jednym była, przyznaję uczciwie, szansa odbudowania poparcia dla dalszego prowadzenia wojny poprzez wykorzystanie ogólnonarodowej wściekłości wywołanej pani egzekucją. Dzięki publicznemu zaaprobowaniu praw do dziedziczenia pani kuzyna zdołałam to osiągnąć. Oczywiście miałam też inne powody, może mniej szlachetne, ale bynajmniej nie bezinteresowne.

— Tak? — spytała uprzejmie Honor tak skoncentrowana na twarzy Elżbiety, że nie zauważyła wymiany porozumiewawczych uśmiechów między Henke a premierem.

Elżbieta także z trudem stłumiła uśmiech: w całym Królestwie było może ze dwadzieścia osób, nie licząc najbliższej rodziny, czujących się w jej towarzystwie na tyle swobodnie, by zażądać wyjaśnień w tak zwięzły sposób jak jedno słowo i uniesienie brwi.

— W rzeczy samej — odparła. — Jednym z nich była ochota do wyrównania choćby w pewnym stopniu rachunków z, jak to pani ładnie ujęła, pewnymi osobnikami z opozycji.

Nagle jej oczy stały się twarde i zimne, a Honor przypomniała sobie to, co kilkakrotnie słyszała już od innych osób. Elżbieta III wyrównywała rachunki zawsze, mogła nawet poczekać, aż umrą ze starości, i wysłać je do preparatora, ale wyrównywała. Miała też temperament co się zowie i choć jej wybuchy wściekłości zdarzały się rzadko, były tak imponujące, że przechodziły do historii.

Tym razem nic podobnego im nie groziło — królowa odprężyła się i powiedziała prawie spokojnie:

— Decyzja o wykluczeniu pani z Izby Lordów po zastrzeleniu Younga zirytowała mnie z paru powodów. Po pierwsze była to zniewaga wobec pani… Tak się bowiem składa, że rozumiem lepiej, niż może to pani sobie wyobrazić, co pani czuła, decydując się na osobiste załatwienie sprawy z tym wszarzem.

Honor nie miała pojęcia, o co chodzi, ale zauważyła wymianę spojrzeń między kuzynkami i wyraźnie poczuła lodowatą wściekłość i smutek towarzyszące ostatnim słowom królowej.

— Może mniej publiczne miejsce do rzucenia wyzwania byłoby lepsze — dodała po chwili Elżbieta — ale wiem, dlaczego musiała pani to zrobić tam i wtedy. I choć tak oficjalne stanowisko Korony, jak i moje prywatne zdanie jest takie, że pojedynki to zwyczaj, bez którego moglibyśmy się obejść, miała pani do tego pełne prawo. A wyrok śmierci Young wydał na siebie sam, zarówno z prawnego, jak i z moralnego punktu widzenia, gdy złamał reguły pojedynku i strzelił pani w plecy. Użycie pretekstu, że „zastrzeliła pani bezbronnego”, gdy właśnie opróżnił w panią magazynek, do wyrzucenia pani z Izby Lordów wkurzyło mnie tak jako królową, jak i jako człowieka. Zwłaszcza że wszyscy wiedzieli, że przynajmniej w połowie było to posunięcie skierowane przeciwko rządowi i przeciwko mnie. Chamskie odegranie się za zmuszenie ich do wyrażenia zgody na wypowiedzenie wojny. Uczciwość nakazuje przy tym przyznać, że to ostatnie miało dla mnie znacznie większe znaczenie niż wyrządzone pani zło, damo Honor. Jako patronka Harrington musiała pani już dość dawno odkryć, że podobnych rzeczy nie można puszczać płazem, bo każdy taki incydent powoduje utratę części autorytetu. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że konstytucja jest swoistym symbolem równowagi pomiędzy odmiennymi tendencjami istniejącymi zawsze i w każdym państwie, również i w naszym. To, co przytłaczająca większość ludzi uważa za nienaruszalne prawa i zasady, jest w rzeczywistości podatne na zmiany poprzez precedensy i zwyczaje… W ten właśnie sposób Wintonowie zdołali odebrać Izbie Lordów władzę nad Królestwem Manticore. Twórcy konstytucji zaplanowali sobie zgrabny i całkowicie statyczny system rządów zdominowany przez Izbę Lordów, której nadrzędnym celem była ochrona władzy i statusu pierwszych kolonistów i ich potomków. Na szczęście nie przyszło im do głowy, że ktoś może stworzyć prawdziwą, silną i scentralizowaną władzę wykonawczą, gdyż monarcha miał pełnić tylko funkcję reprezentacyjną. Ani też, że ten ktoś zdoła pozyskać do tego celu pomoc Izby Gmin. A to właśnie zrobiła Elżbieta I. Wintonowie mają na szczęście dobrą pamięć i nie mają zamiaru dać się załatwić w podobny sposób. Zagrożenie ze strony Republiki, a potem Ludowej Republiki istniejące od siedemdziesięciu lat standardowych jedynie wzmocniło naszą determinację, i nie przewiduję, by uległo to zmianie w najbliższym czasie. I to jest jeden z głównych powodów, dla których od samego początku nie miałam zamiaru pogodzić się z tym, co zrobiła Izba Lordów. Niestety, zanim byłam w stanie zająć się naprawieniem tej niegodziwości, została pani zabita. A raczej tak wszyscy sądziliśmy. Dlatego też zdecydowałam się dopilnować, by pani prawowity spadkobierca został najszybciej, jak tylko było to możliwe, uznany earlem Harrington, otrzymał stosowne do tytułu ziemie i zasiadł w Izbie Lordów. Co więcej, dopilnowałam też, by ci osobnicy, czyli przywódcy partii opozycyjnych, wiedzieli dokładnie, co robię i dlaczego. Uroku dodawało sprawie to, że żaden nie ośmielił się w najmniejszy nawet sposób okazać swych prawdziwych uczuć czy wyrazić stanowiska, bo doskonale wiedzieli, jak osądziłaby ich opinia publiczna. Mam nadzieję, że nie poczuła się pani urażona tak niskimi pobudkami moich działań, damo Honor.

I Elżbieta III uśmiechnęła się z satysfakcją najedzonego wilka.

— Wręcz przeciwnie, Wasza Wysokość! Świadomość, że zaczęłaś, Pani, wyrównywać rachunki ze wzmiankowanymi osobnikami, daje mi dziwne zadowolenie. I obie uśmiechnęły się do siebie z pełnym zrozumieniem.

A potem Elżbieta wzięła głęboki oddech i dodała:

— Natomiast pani zmartwychwstanie raczej radykalnie zmieniło sytuację. Można by rzec, że zapędziłam się sama w kozi róg, dążąc do tak szybkiego zatwierdzenia Devona jako earla Harrington, ponieważ nie mam teraz wyboru i musi on nim zostać. W ten sposób pozbawiłam panią prawa do zasiadania w Izbie Lordów. Naturalnie mogłabym wszcząć procedurę pozbawienia Devona tytułu i nie byłaby ona ani długotrwała, ani niezgodna z prawem, jako że jest pani jak najbardziej żywa, damo Honor, i istnieje aż za dużo precedensów pozwalających w podobnej sytuacji na szybkie odzyskanie tytułu i majątku. Byłoby to jednak niezręczne posunięcie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że to ja i książę Cromarty cicho, ale… hm, zdecydowanie doprowadziliśmy do uznania go earlem Harrington nie tak dawno temu.

— Rozumiem… — Honor pogłaskała Nimitza i dodała spokojnie: — I podejrzewam, że cały ten wstęp zmierza do jakiegoś konkretnego rozwiązania, które Wasza Wysokość już znalazła.

— Mówiłam ci, że jest bystra — zachichotała Henke.

— Tego akurat nie musiałaś mi mówić — prychnęła królowa, nie spuszczając wzroku z Honor. — Niestety jest także uparta. Mogę spytać, czy przypadkiem nie zmieniła pani zdania w kwestii Medal of Valor, damo Honor?

Kątem oka Honor dostrzegła, że Henke nagle siadła prosto, ale sama nie spuściła wzroku z twarzy Elżbiety.

— Nie, Wasza Wysokość, nie zmieniłam — odparła z nutką żalu, ale twardo.

Elżbieta III westchnęła ciężko.

— Wolałabym, by pani to dobrze przemyślała. W świetle pani dokonań…

— Przepraszam, Wasza Wysokość — przerwała jej uprzejmie, lecz stanowczo Honor — z całym szacunkiem, ale wszystkie powody, które podała mi Wasza Wysokość czy książę Cromarty, były niewłaściwe.

— Damo Honor — odezwał się głębokim, miłym dla ucha barytonem Cromarty. — Nie będę udawał, że za tą propozycją nie stoją racje natury politycznej, bo nie wstyd mi, że tak jest, a nawet gdybym twierdził, że jest inaczej, i tak by mi pani nie uwierzyła. Ludowa Republika użyła pani egzekucji jako broni psychologicznej i politycznej, i to właśnie był główny powód, dla którego ogłoszono ją w tak dramatyczny sposób, a potem sfałszowano nagranie. To, że Ransom, a później Boardman źle przewidzieli reakcję obywateli planet sojuszniczych, o wojskowych nie wspominając, niczego nie zmienia. Tak na marginesie to lepiej im się udaje w Lidze Solarnej, gdzie pewne segmenty społeczności uwierzyły, że jest pani masową morderczynią, bez zadania sobie trudu, by cokolwiek sprawdzić czy zażądać wyjaśnień. Naturalnie to już się zemściło na Ludowej Republice i będzie się mścić dalej, w miarę jak wieść o pani ucieczce będzie się roznosić. Wszystko wskazuje na to, że czeka ich naprawdę pierwszorzędna katastrofa propagandowa i dyplomatyczna dokładnie wszędzie.

Moim obowiązkiem jako premiera Królestwa Manticore jest dopilnowanie, by katastrofa ta była jak największa. Odznaczenie pani Parliamentary Medal of Valor — i publicznie ogłoszone, właściwie skomponowane uzasadnienie — byłoby nader w tym pomocne. Proszę mi pozwolić dokończyć, dobrze?

Ostatnie zdanie spowodowała reakcja Honor już otwierającej usta do protestu. Słysząc prośbę, zamknęła je i niechętnie skinęła głową.

— Dziękuję, damo Honor. Otóż jak już powiedziałem, uważam, że względy polityczne są w tej sytuacji jak najbardziej wystarczające, ale zarazem i nieistotne, ponieważ obojętne, czy to pani głośno przyzna czy nie, zasłużyła pani na to odznaczenie już kilkakrotnie, co władze i ludność Graysona już dawno uznały. I gdyby nie, jak to pani określiła, pewni osobnicy mający wpływy w opozycji i przepełnieni nienawiścią do pani, parlament przyznałby pani to odznaczenie jeśli nie po pierwszej bitwie o Hancock, to na pewno po czwartej bitwie o Yeltsin. Zresztą nieważne, czy zasłużyła pani na nie wcześniej: bezapelacyjnie zrobiła to pani teraz, planując, organizując i dokonując ucieczki na czele prawie pół miliona jeńców z najbardziej strzeżonego więzienia w całej Ludowej Republice Haven!

— Obawiam się, że nie mogę się z panem zgodzić, milordzie — oznajmiła spokojnie, ale i stanowczo Honor. — Medal of Valor nadawany jest za odwagę i podjęcie działań przekraczających granice żołnierskiego obowiązku, a niczego, co zrobiłam, nie można uznać za działanie spełniające to kryterium. Obowiązkiem każdego oficera w królewskiej służbie jest uciec z niewoli, jeśli tylko okaże się to możliwe. Obowiązkiem każdego oficera jest też zachęcać, koordynować i przewodzić wszelkim wysiłkom podjętym w tym celu przez któregokolwiek z podkomendnych, jak również dowodzenie podkomendnymi w czasie walki. Niczego więcej nie zrobiłam, a co więcej, należy pamiętać, że osobiście nie miałam nic do stracenia, bo zostałam skazana na śmierć. Dlatego podjęcie decyzji, czy zaryzykuję życie, próbując ucieczki, było raczej proste.

— Damo Honor… — zaczął Cromarty, ale umilkł, widząc jej zdecydowany gest.

— Jeżeli chcecie nagrodzić kogoś, kto naprawdę wykazał nadzwyczajną odwagę i podjął działania przekraczające granice żołnierskiego obowiązku, powinniście dać Medal za Dzielność Harknessowi — oznajmiła rzeczowo Honor. — W przeciwieństwie do mnie groziło mu jedynie uwięzienie po dotarciu do Piekła, o czym doskonale wiedział. A zdecydował się podjąć bez rozkazu działania, za które zapłaciłby głową, gdyby zostały odkryte. Udał zdradę, uzyskując w ten sposób zaufanie funkcjonariuszy UB, i zdołał włamać się do systemu komputerowego Tepesa. Zaplanował uwolnienie nas i dokonał tego, a dalsza ucieczka była możliwa tylko dzięki informacjom uzyskanym przez niego. On także doprowadził do całkowitego zniszczenia okrętu Cordelii Ransom, co już samo w sobie jest prawdziwym wyczynem. Horace Harkness jest tym, kto naprawdę zasłużył na Medal za Dzielność.

— Ale… — zaczął ponownie Cromarty.

Honor potrząsnęła głową z jeszcze większym niż poprzednio zdecydowaniem.

— Nie! — oznajmiła stanowczo. — Nie przyjmę Medalu za Dzielność za to, co zrobiłam.

— Honor, zwariowałaś?! — Henke dotąd gryzła się w język, ale dłużej już nie mogła. — Dlaczego mi o tym nie wspomniałaś przez całą drogę?!

— Bo to nie było ważne.

— Że jak?! Chodzi o Medal of Valor, na litość boską! Nie odmawia się parlamentowi, kiedy chce nadać najwyższe w państwie odznaczenie za odwagę!

— Obawiam się, że nasz gość ma w tej sprawie odmienne zdanie, Mike — zauważyła kwaśno, ale i z szacunkiem królowa, przyglądając się badawczo Honor, mimo iż zwracała się do Henke. — Prawdę mówiąc, gdy pierwszy raz zawiadomiliśmy ją o naszym pomyśle, odrzuciła go jeszcze bardziej zdecydowanie.

— Co proszę? — Henke spojrzała na nią, nie bardzo rozumiejąc. — Jak bardziej?

— Oznajmiła, że jeśli się uprę, złoży rezygnację ze służby — poinformowała ją Elżbieta.

Henke zaniemówiła, a Honor zaczerwieniła się, słysząc ton królowej.

Ta jednak po chwili dodała z uśmiechem:

— Mówi się, że na Sphinksie rodzą się prawdziwe uparciuchy. To samo słyszałam o mieszkańcach Graysona. Powinnam wiedzieć, że połączenie obu da osobnika, przy którym muł pancerny będzie łatwo poddawał się perswazji.

— Wasza Wysokość, nie chciałam okazać braku szacunku — zapewniła Honor. — I jestem zaszczycona tym, że oboje z księciem Cromartym uważacie, że zasłużyłam na to odznaczenie, ale ono naprawdę mi się nie należy. A jest dla mnie zbyt ważne, bym mogła pozwolić, przepraszam za określenie, aby staniało. Nie bardzo wiem, jak to inaczej powiedzieć, ale… to po prostu nie byłoby właściwe.

— Jest pani nienormalną kobietą, damo Honor — oświadczyła Elżbieta III nieświadoma, że powtarza słowa kuzynki. — Choć może nie… może to ja zbyt wiele czasu spędziłam wśród polityków. Ale i tak wątpię, by znalazła się w Gwiezdnym Królestwie druga osoba, która odmówiłaby przyjęcia tego medalu, gdy naciskaliby na to i królowa, i premier. Choć z drugiej strony nie będę się o to zakładała: miesiąc temu powiedziałabym, że nie ma takiej osoby.

— Wasza Wy…

— No dobrze, damo Honor — przerwała jej z westchnieniem królowa. — Wygrała pani, bo nie sposób siłą zmusić kogoś do przyjęcia odznaczenia. To dopiero byłaby propagandowa klapa! Niech będzie, stanęło na tym, co pani chciała, ale zapewniam, że od realizacji pozostałych planów nie zdoła nas pani odwieść.

— Pozostałych planów? — spytała ostrożnie Honor.

Elżbieta uśmiechnęła się zupełnie jak treecat, który dorwał się do grządki selera.

— To nic skomplikowanego, proszę się nie obawiać — zapewniła radośnie. — Jak już wyjaśniłam, moja nauczka znacznie straciła na wartości, gdy okazało się, że pani żyje. A skoro to ja zabrałam pani tytuł, pomyślałam, że najwłaściwiej będzie, jeśli to również ja zastąpię go innym. A przy okazji tak dokopię tej bandzie sukinsynów, że przez lata się nie pozbierają!

Ostatnie zdanie wygłosiła z czarującym uśmiechem i błyskiem dzikiej satysfakcji w oczach.

— Chyba nie rozumiem, Wasza Wysokość — przyznała Honor.

I pierwszy raz od chwili przekroczenia progu poczuła autentyczne zaniepokojenie — w oczach królowej i w jej emocjach było zdecydowanie za dużo zadowolenia z siebie. Najwyraźniej była pewna, że znalazła sposób na równoczesne danie nauczki opozycji i zmuszenie jej do przyjęcia czegoś, co się jej należało, przynajmniej w opinii Jej Wysokości Elżbiety III.

— Jak już powiedziałam, to nic skomplikowanego. — Elżbieta uśmiechnęła się jeszcze radośniej. — Nie jest już pani hrabiną Harrington, ja zaś w międzyczasie zapoznałam się dokładniej z Graysonem i zrozumiałam, że uczynienie pani hrabiną było nieco nie na miejscu, biorąc pod uwagę różnicę statusu hrabiny i patronki. Protektor Benjamin co prawda nigdy słowem się nie odezwał na temat tej niezamierzonej zniewagi uczynionej jednej z przedstawicielek najwyższej graysońskiej arystokracji, ale byłabym zaskoczona, gdyby mu się ta sytuacja podobała. Ponieważ niedobrze jest, gdy podobne urazy istnieją między sojusznikami w czasie wojny, postanowiłam swój błąd naprawić.

— Naprawić…? — Honor zaczęła się naprawdę bać.

— Jak najbardziej. I dlatego Korona zwróciła się do Izby Gmin, a ta uznała prośbę za jak najbardziej zasadną i w efekcie zaaprobowała utworzenie nowego tytułu dla pani, damo Honor. Obecnie jest pani księżną Harrington.

— Księżną?! — wychrypiała Honor.

— Księżną — powtórzyła z satysfakcją Elżbieta III. Całkiem sympatyczne księstwo związane z tym tytułem wydzieliliśmy z Rezerwy Korony Westmount na Gryphonie. Nikt tam jeszcze nie mieszka, co jest zrozumiałe, ale z ziemią tą związane są spore prawa górnicze i leśne, a poza tym znajduje się tam kilka miejsc doskonałych na luksusowe ośrodki narciarskie. Prawdę mówiąc, parę poważnych firm z tej branży od kilku lat pyta o możliwość zbudowania tam tego typu ośrodków, toteż sądzę, że odezwą się niebawem i da się wynegocjować całkiem przyzwoitą cenę za użytkowanie tych obszarów. Zwłaszcza kiedy przypomną sobie, jaką rolę odegrała pani w czasie akcji ratunkowej po zejściu lawiny Attica.

Ponieważ wiem, że lubi pani żeglować, granice wyznaczyliśmy tak, by teren obejmował uczciwy kawałek wybrzeża podobny do Copper Walls na Sphinksie. Jestem pewna, że znajdzie się tam miejsce na sympatyczną, choć niewielką przystań jachtową. Naturalnie pogoda na Gryphonie bywa nieco ekstremalna, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

— A… ale… Wasza Wysokość, ja nie mogę… to jest nie mam czasu ani doświadczenia potrzebnych do…

— Wystarczy, Mości Księżno — przerwała jej Elżbieta i Honor pierwszy raz miała okazję usłyszeć jej zdecydowany, monarszy ton.

I zamknęła usta.

Elżbieta III pokiwała z uznaniem głową.

— Tak już lepiej — oceniła. — Nie lubię, gdy ktoś kłamie, choćby wynikało to z błędu w myśleniu, a nie ze złej woli. A ty jesteś w błędzie, Honor, bo masz więcej doświadczenia niż przeważająca większość książąt obojga płci w Królestwie Manticore!

Pierwszy raz zwróciła się do Honor po imieniu, ale ta była zbyt zaskoczona, by zwrócić na to uwagę.

— W całym państwie nie ma ani jednego arystokraty, który pod względem zakresu władzy czy odpowiedzialności mógłby się równać z graysońskim patronem — dodała królowa. — Dopilnowała tego sto lat temu Elżbieta I. A ty jesteś patronką od dziesięciu lat standardowych i doskonale sobie radzisz. W porównaniu z tamtymi obowiązkami to będzie dziecinada.

— Może przesadziłam z brakiem doświadczenia — przyznała Honor — ale na pewno nie z brakiem czasu. Miałam dużo szczęścia, że na Graysonie mogłam większość obowiązków zwalić na barki Howarda Clinkscalesa, ale teraz w grę wchodzi drugi zestaw takich samych obowiązków. Żaden oficer liniowy nie jest w stanie dysponować wystarczającym czasem, by właściwie wywiązać się z kierowania tak wielką majętnością.

— Doprawdy? — spytała uprzejmie Elżbieta. — To znaczy, że powinnam poważnie porozmawiać o jego zaniedbaniach z earlem White Haven na przykład. Tak?

— Nie! Nie miałam na myśli… — Honor ugryzła się w język i wzięła głęboki oddech.

Argument był nieuczciwy, ale Elżbieta nie miała o tym pojęcia, a ona sama nie zamierzała jej tego uświadamiać.

— Wiem, co miałaś na myśli — powiedziała cicho królowa. — I szczerze mówiąc, nie dziwi mnie, że tak uważasz. To jedna z cech, które naprawdę w tobie lubię. Zwyczajowo wielcy posiadacze ziemscy poświęcają wiele uwagi administrowaniu tymiż posiadłościami, ale od tej reguły zawsze istniały i będą istnieć wyjątki. Jednym z nich jest earl White Haven, który jest zbyt cenny dla Royal Manticoran Navy i dla całego Królestwa, by mógł siedzieć w swoim hrabstwie i macać kury. Dlatego ma zastępcę równie skutecznego jak twój Clinkscales, który zarządza wszystkim podczas jego nieobecności. Dokładnie tak samo powinno być w twoim przypadku. Tak sobie nawet myślałam, że dobrze powinien sprawdzić się w tej roli twój przyjaciel Willard Neufsteiler. O ile naturalnie Sky Domes nie splajtują bez niego.

Honor zamrugała gwałtownie zaskoczona, że królowa zna aż tak dobrze szczegóły i orientuje się, że z Willardem łączy ją przyjaźń, a nie tylko interesy. Elżbieta natomiast kontynuowała najspokojniej w świecie:

— Znajdziemy jakieś rozwiązanie. A fakt, że przez dobry rok standardowy będziesz tu uwiązana z powodów medycznych, na pewno sprawie nie zaszkodzi. Dopilnujesz fazy organizacyjnej, a to zawsze jest najtrudniejsze, choć sądzę, że doświadczenia z organizacji Domeny Harrington będą ci wielce pomocne. Podobnie jak i to, że tereny te nie są jak dotąd zamieszkane. Czas w tych okolicznościach nie jest aż tak istotny. A potem… cóż, jesteś podobnie jak Hamish Alexander zbyt cenna dla floty i dla Korony, byś mogła nudzić się w domu — królowa uśmiechnęła się krzywo. — Z pewnością nadejdzie taki czas, i to raczej szybciej, niżbym sobie tego życzyła, kiedy będę musiała ponownie wysłać cię na wojnę. I tym razem możesz nie mieć tyle szczęścia, więc skoro nie chcesz moich medali, to, do cholery, pozwól, bym dała ci co innego, póki jeszcze mam ku temu okazję. Czy wyraziłam się jasno, lady Harrington?

— Tak, Wasza Wysokość — odparła Honor, nie kryjąc wzruszenia.

— To dobrze — rzekła cicho królowa.

Po czym rozsiadła się wygodniej, wyciągnęła nogi i posadziła na kolanach Ariela. A potem uśmiechnęła się szeroko i oznajmiła:

— Skoro mamy już za sobą część oficjalną, przejdziemy do następnej. Doskonale wiem, że zrobisz, co będziesz mogła, żeby uniknąć dziennikarzy, ale nie sądzę, by ci się to udało. Równie dobrze zdaję sobie sprawę, że poprzekręcają twoją opowieść, bo niechlujstwo i ignorancja są w tym fachu powszechne, na co istnieją niezliczone dowody. Tak więc teraz chciałabym usłyszeć całą historię ze wszystkimi szczegółami i bez przekłamań.

Rozdział VII

— I co pan o nim sądzi, komandorze?

Komandor Prescott David Tremaine odwrócił się w stronę, z której dobiegał głos, i odruchowo wyprostował, rozpoznając kontradmirał Eskadry Czerwonej, damę Alice Truman. Spodziewał się, że przyśle po niego kogoś, gdy będzie chciała go zobaczyć, a tymczasem zjawiła się osobiście i stała w otwartych drzwiach prywatnej sali odpraw HMSS Weland. Była taka, jaką ją zapamiętał: złotowłosa, zielonooka i nie do zdarcia. Nim zdążył zrobić krok w jej stronę, powstrzymała go gestem.

— Proszę zostać i podziwiać widok — poleciła i podeszła do imponującego okna, przy którym stał.

Okna takie stanowiły prawdziwą rzadkość na stacjach kosmicznych, których zewnętrzne kadłuby zawsze znajdowały ważniejsze wykorzystanie. Dlatego też większość przebywających na nich musiała zadowolić się widokiem ekranów, o ile nie gołych ścian. Tęsknota do okien była zresztą całkowicie nielogiczna, gdyż obraz na ekranach można było przybliżyć, widząc szczegóły niemożliwe do zobaczenia gołym okiem, ale była także bardzo ludzka. W świadomości, że widzi się coś na własne oczy, a nie poprzez elektroniczne przekaźniki, było coś głęboko zadowalającego i uspokajającego. Nawet dla doświadczonych oficerów wiedzących, że każdy obraz widziany przez nich na mostku jest elektroniczny, a mimo to prawdziwy. To, że Truman zdołała dostać przydział pomieszczeń, z których jedno miało okno widokowe, świadczyło, że cieszyła się względami dowództwa. Czego po jej zachowaniu absolutnie nie było widać. Wielu oficerów jej rangi znacznie formalniej potraktowałoby meldującego się do służby świeżo mianowanego komandora nie mającego na dodatek jeszcze trzydziestu siedmiu lat standardowych. To, że tak nie postąpiła, było miłe, ale nie musiało niczego więcej oznaczać. Podobnie jak i to, że oboje służyli razem, i to dwukrotnie pod rozkazami lady Harrington. Prawdę mówiąc zresztą, nie spodziewał się, by go zapamiętała. Za pierwszym razem Truman w randze komandora dowodziła lekkim krążownikiem Apollo, podczas gdy on był młodszym oficerem na niszczycielu Troubadour, a Honor dowodziła ciężkim krążownikiem Fearless będącym jednostką flagową tej niewielkiej eskadry. Mimo to wszyscy, którzy wtedy pod nią służyli, mieli to dziwne podejście „my kontra świat”, choć zostawało ich coraz mniej…

Za drugim razem, a było to ledwie cztery lata standardowe temu, był oficerem na pokładzie krążownika pomocniczego Wayfarer dowodzonego przez Honor, Truman zaś była jej zastępczynią i mianowanym kapitanem, ale dowodziła innym krążownikiem pomocniczym. Wtedy nie spotkali się ani razu, mimo iż służyli w tej samej eskadrze.

A teraz Truman była kontradmirałem, czyli ledwie trzy stopnie dzieliły ją od Pana Boga: wiceadmirałowie i admirałowie też musieli gdzieś się zmieścić. No i po tym, co osiągnęła rok temu w systemie Hancock, należała już do szlachetnie urodzonych, toteż nierozsądne z jego strony byłoby żywienie jakichś złudnych nadziei.

— Bardzo mi się podoba, ma’am — przyznał. — Jest… jest cudowny!

Truman uśmiechnęła się, słysząc w jego głosie szczerość i entuzjazm.

— Dokładnie to samo czułam, widząc pierwszy raz Minotaura — przyznała, pamiętając aż za dobrze te uczucia i ceniąc je sobie, jako że po awansie na stopień flagowy nie miała już szans na dowodzenie jakimkolwiek królewskim okrętem.

Stanęła obok niego i w milczeniu wpatrzyła się w rozciągający się za oknem widok. Ponieważ okno nie miało właściwości powiększających, zasięg widoczności był ograniczony, ale próżnia dawała niezwykle ostry obraz wszystkiego, co w tym zasięgu się znajdowało. A najbliższy dok był oddalony ledwie o trzydzieści kilometrów, a więc mieścił się wystarczająco blisko, by mogli całkiem wyraźnie zobaczyć wypełniający go, mierzący dwa kilometry długości kadłub. Dalej dostrzec można było pięć kolejnych doków, a w każdym podobne kadłuby, tyle że w rozmaitych stadiach budowy.

Najbliższy był prawie gotów do odbioru — kończono malowanie, a na pokłady towarowe wlatywały praktycznie nieprzerwanym strumieniem promy transportowe, zwożąc wszystko co niezbędne do funkcjonowania okrętu, od rakiet zaczynając, na zapasach do kantyny kończąc.

Pozostałe doki tworzyły fragment krzywej, jako że znajdowały się na tej samej orbicie stacjonarnej Gryphona. A jeśli ktoś miał naprawdę dobry wzrok, za ostatnim z nich był w stanie dostrzec kolejne zgrupowanie doków — już tylko jako błyszczących odbitym blaskiem Manticore-B punkcików.

— Niezły widoczek, prawda? — mruknęła Truman.

Tremaine tylko kiwnął głową. Nie mógł wyjść z podziwu.

— Zwłaszcza że wszystkie doki Waylanda pracują pełną mocą, ma’am — dodał.

— Vulcana i Hephaestusa także — zgodziła się Truman. — Spodziewał się pan kiedyś zobaczyć stocznie graysońskiego typu w systemie Manticore, komandorze?

— Nie, ma’am, nie spodziewałem się.

— Ja też nie — przyznała. — Ale też nigdy nie sądziłam, że będę świadkiem takiego tempa rozbudowy floty. Nie wydawało mi się możliwe, że zdołamy zapełnić wszystkie doki na wszystkich stacjach RMN i okaże się to za małą mocą przerobową. Obawiam się też, że już w najbliższych latach stoczni tego typu zobaczymy więcej, bo biorąc pod uwagę nasilenie ataków Ludowej Marynarki, będziemy potrzebowali wszystkich możliwych okrętów, i to szybko. A strata dwóch nowiutkich stoczni w systemach Alizon i Zanzibar raczej nam w tym nie pomoże.

Tremaine spojrzał na nią z namysłem — z centrum medycznego Bassingford wypuszczono go z doskonałymi co prawda wynikami, ale mniej niż dwa miesiące temu. Na dodatek przysługiwał mu urlop w pełnym wymiarze, gdyż wszystkich jeńców z Piekła potraktowano jak rozbitków. Wykorzystał z niego tylko trzy tygodnie, bo choć miło spędzał czas z matką i dwiema siostrami, a podziw okazywany mu przez starszego brata miał cudowny wręcz wpływ na jego ego, dłużej nie wytrzymał bezczynności.

Sporo z tego, co się wydarzyło, odkąd Esther McQueen została sekretarzem wojny, nadal pozostawało utajnione, ale wystarczająco wiele informacji było dostępnych, by w połączeniu z tym, co wyciągnęli z banku pamięci na Hadesie i z baz danych zdobytych okrętów, dało mu w miarę kompletny obraz sytuacji. I nie był to miły obraz. Pomógł mu on ostatecznie przekonać samego siebie, że Królewska Marynarka potrzebuje każdego zdolnego do służby, a ponieważ był organicznie niezdolny do bezczynności, po dojściu do tego wniosku zakończył urlop wcześniej. Gdy służyło się pod takimi oficerami jak Honor Harrington czy Alistair McKeon, człowiek wyrabiał w sobie specyficzne poczucie obowiązku i potem nie potrafił już tego zmienić, choć często utrudniało to życie.

A poza tym lepiej sypiał, odkąd wrócił do służby.

Truman przyglądała mu się przez długą chwilę, a potem uśmiechnęła się i powiedziała: — Nie straciliśmy żadnego ważnego systemu, ale sytuacja nie jest dobra, Scotty.

Tremaine nie okazał tego, ale zrobiło mu się miło, że przeszła na „ty” i użyła właściwej formy imienia. Tym bardziej że nawet nie wiedział, iż ją znała.

— Nastąpiło to, czego większość myślących oficerów RMN obawiała się od początku wojny — ciągnęła tymczasem Truman. — Było oczywiste, że w końcu w Ludowej Marynarce znajdzie się ktoś znający swój fach i na tyle dobry, że skończy jako jej dowódca. I tak UB nader długo było uprzejme odstrzeliwać takich oficerów, jako że każdy kompetentny admirał automatycznie musiał w ich oczach stanowić zagrożenie dla Komitetu. Niestety okazało się, że McQueen jest lepsza, niż sądziliśmy, i ma na dodatek lepiej rozwinięty instynkt samozachowawczy, bo umacnia swoją pozycję zwycięstwami i nadal żyje. A jej działania drogo nas kosztują: w ostatnim roku standardowym straciliśmy więcej okrętów niż w poprzednich dwóch łącznie. Nie wspominając już o zniszczeniach infrastruktury w systemach Basilisk, Zanzibar, Alizon i Seaford, choć w tym ostatnim było to najmniej ważne. Znacznie poważniejsza była klęska propagandowa po odbiciu przez nich tego systemu. Praktycznie można by uznać, że nic nas to nie kosztowało, gdyby ten idiota Santino nie doprowadził do zniszczenia stacjonujących tam okrętów i to na dodatek nie będąc w stanie zadać przeciwnikowi żadnych strat. Szczęśliwie sam też dał się zabić i nie spowoduje następnych nieszczęść. Już sam fakt, że McQueen jest tak dobrym strategiem, byłby dla nas niekorzystny, ale sytuację znacznie pogorszyło to, że zdołała zebrać naprawdę dobrych podkomendnych, którzy są w stanie zmienić jej plany w rzeczywistość. Miałeś okazję poznać admirała Tourville’a, jeśli się nie mylę?

— Miałem, ma’am. Udaje narwańca, ale jest naprawdę dobry. Równie dobry jak nasi oficerowie, ma’am.

— Jest lepszy, Scotty. Lepszy niż większość. A Giscard może być jeszcze lepszy niż on. A jak dobry jest Thomas Theisman, oboje wiemy od dość dawna. Wątpię, by byli w Ludowej Marynarce inni ich kalibru, ale ta trójka wystarczy. McQueen powierzyła im dowodzenie na froncie i przydzieliła na dowódców eskadr i grup wydzielonych najlepszych ludzi, jakich mogła znaleźć. Nawet jeśli z początku nie mieli doświadczenia, to nabierają go z każdą operacją. Jeśli ta wojna potrwa dłużej…

Wzruszyła wymownie ramionami, a Tremaine powoli skinął potakująco głową.

Musiał mieć przy tym bardziej zamyśloną minę, niż sądził, Truman bowiem uśmiechnęła się lekko.

— Bez paniki, komandorze Tremaine. Nadal mamy paru dowódców takich jak earl White Haven czy księżna Harrington… — w tym momencie oboje uśmiechnęli się ze złośliwą satysfakcją — którzy potrafią dokopać Ludowej Marynarce. Zresztą jak się głębiej zastanowić, to admirałowie Webster, Kuzak czy D’Orville też nie są tacy najgorsi. Natomiast nie ma sensu ukrywać, że przeciwnik zaczyna mieć lepszych dowódców, co w połączeniu z przewagą liczebną i przemytem technologii z Ligi, dzięki któremu powoli nas doganiają, nie napawa przesadnym optymizmem. Jak dotąd wróg nie próbuje zaatakować któregoś z naszych głównych systemów ani nawet odebrać któregoś z ważniejszych ze zdobytych przez nas. Ogranicza się do rajdów i wojny podjazdowej: tu odbije jakiś mało ważny system, tam zniszczy kilka naszych okrętów. Atakuje zawsze tam, gdzie, jak uważa, jesteśmy słabsi. A niestety jesteśmy słabsi w zbyt wielu miejscach. Głównie dzięki cytadelowej obronie, na jaką uparli się nasi durni politycy.

— Cytadelowej, ma’am? — spytał Scotty niepewnie.

— To moje prywatne określenie, ale sądzę, że właściwie opisuje problem. Faktem jest, że kontratak McQueen nastąpił w najgorszym możliwym dla nas momencie. Aby utrzymać tempo natarcia, zużyliśmy zbyt wiele okrętów, przeciągając ich przeglądy i remonty okresowe. W końcu nie mieliśmy innego wyjścia, jak zatrzymać się na zdobytych pozycjach i zająć doprowadzaniem jednostek do stanu gotowości bojowej. Ponieważ zbyt wiele okrętów równocześnie musiało trafić do stoczni, nasze siły uległy poważnemu osłabieniu. Można by powiedzieć, że sami się nadstawiliśmy, żeby dostać lanie. No i dostaliśmy. Patrząc z perspektywy czasu, należało wcześniej zacząć wycofywać jednostki z linii i kierować je do remontu w mniejszych grupach. Spowolniłoby to tempo natarcia, ale nie wystawiło nas na większe niebezpieczeństwo. Ale tak to już jest, że człowiek przeważnie bywa mądry po szkodzie. Postąpiliśmy tak, jak wydawało się wtedy najrozsądniej… McQueen musiała zdać sobie sprawę z naszej sytuacji i założyła, że zrobiliśmy to co najlogiczniejsze: zredukowaliśmy siły przede wszystkim w rejonach, które uznaliśmy za najbezpieczniejsze, by nie osłabiać linii frontu. Natomiast u nas nikomu do głowy nie przyszło, że zdoła ona przekonać Pierre’a i jego rzeźników do tak ryzykownego posunięcia jak rajd na nasze głębokie tyły. Dzięki temu złapała nas z opuszczonymi portkami i skopała nam dupę, aż gwizdało. Fakt, że Ludowa Marynarka poniosła spore straty, ale mogła stracić wszystkie okręty biorące udział w wojnie, a i tak lepiej by na tym wyszła, biorąc pod uwagę zniszczenia, jakie Giscard wyrządził w systemie Basilisk. Pomijając już konsekwencje polityczne zarówno w Królestwie, jak i poza nim. Sądzę, że sporo się o tym nasłuchałeś od cywilów w czasie urlopu?

— Więcej niżbym chciał — przyznał ponuro Tremaine, aż za dobrze pamiętając najgorszy moment całego odpoczynku.

Ojciec zabrał pewnego dnia całą rodzinę na obiad i uparł się, by Scotty włożył mundur — być może w głębi ducha liczył, że ktoś w lokalu go rozpozna, w końcu pokazywano go w wiadomościach czy relacjach z rozmaitych uroczystości na cześć Honor. Czego się nie spodziewał, to tego, że przy sąsiednim stoliku będzie siedział ktoś, kto stracił oszczędności całego życia, a na dodatek i brata, gdy Giscard zaatakował Basilisk. Brat za długo sprawdzał, czy wszyscy pracownicy opuścili orbitalny magazyn, i przestał istnieć wraz z nim. A sąsiad Scotty’ego wypił za dużo i zrobiło się nieprzyjemnie. Najpierw mamrotał pod nosem inwektywy, potem coraz głośniej wypłakiwał żale, w końcu pełnym głosem sklął go od ostatnich, płacząc przy tym równocześnie. Zabrała go policja, ale Tremaine poczuł się winny i czuł się tak do tej pory. Wiedział, że to głupie, ale nic nie był w stanie na to poradzić.

— Tak też myślałam — westchnęła Truman. — I tak naprawdę trudno się ludziom dziwić: Giscard przekreślił sześćdziesiąt lat inwestycji i jedyną pociechą była naprawdę niewielka liczba ofiar. A to wyłącznie dzięki postępowaniu Giscarda, który czekał do ostatniej chwili z otwarciem ognia. Gdyby miał ochotę na masakrę, nie zapobieglibyśmy jej. Za to zniszczenia byłyby wręcz katastrofalne. White Haven uniemożliwił mu dokończenie dzieła i zniszczenie fortów oraz stacji Astro tudzież zdobycie systemu, ale wątpię, by to ostatnie było jego celem.

Sądzę, że był to rajd na wielką skalę, który miał zniszczyć wszystko, co się da. Tak on, jak i McQueen zdawali sobie sprawę, że ten system odbilibyśmy za wszelką cenę, a Home Fleet znajdowała się cały czas ledwie o jeden tranzyt. Natomiast dzieło zniszczenia wyszło mu konkursowo: wszyscy w Królestwie doznali szoku, gdy jego skala dotarła do ludzi. No i świadomość, że to my powinniśmy zadawać podobne straty przeciwnikowi, a nie on nam. Wstrząsnęło to opinią publiczną naprawdę porządnie. Nie nazwałabym tego paniką, ale było parszywie, naprawdę parszywie, i po raz pierwszy od rozpoczęcia tej wojny cele polityczne wymusiły działania militarne, co jeszcze nigdy nikomu nie wyszło na zdrowie.

— Słyszałem wersję opozycji — ton Tremaine’a pasował do jego pełnej niesmaku miny. — I tego skur… to jest chciałem powiedzieć tego dupka Housemana z Instytutu Palmera.

— Chciałeś powiedzieć „skurwysynka” — poprawiła go Truman z błyskiem w oku. — I jest to słuszne określenie, choć osobiście preferuję: „nadętego, tępego, wrednego i egoistycznego kutasa złamanego”!

— Skoro pani tak uważa, ma’am, nie będę protestował. W końcu nie należy sprzeciwiać się oficerowi flagowemu.

— Rozsądne podejście, komandorze. Bardzo — rozsądne pochwaliła i dodała poważnym już tonem: — W takim razie orientujesz się, z czym miał do czynienia rząd. Ludzie się bali, a opozycja wykorzystała ten strach. Podejrzewam, że część z nich rzeczywiście wierzyła w to, co mówiła, ale tacy jak High Ridge czy Descroix jak zwykle łgali, wykorzystując okazję do zdobycia kolejnych punktów i chcąc wymusić określony wpływ na prowadzenie wojny. A bali się wszyscy, co do jednego, tego jestem pewna. No i mamy konsekwencje, jakie mamy.

— Czyli, ma’am? — spytał cicho Tremaine.

— Obronę cytadelową — wyjaśniła ponuro. — Rząd nie odważył się zaryzykować osłabienia obrony któregoś z pozostałych głównych systemów w obawie przed kolejnym rajdem, więc nie było skąd wziąć sił do przeciwuderzenia. Co gorsza wymusił na Admiralicji wzmocnienie obrony tych systemów, całkowicie pozbawiając nas tym samym możliwości ofensywnych choćby na skalę taktyczną. Nie zrozum mnie źle, najprawdopodobniej i tak postąpilibyśmy w ten sposób, gdyż było to sensowne posunięcie przynajmniej w pierwszym okresie, dopóki nie przeanalizujemy strat i nie zorientujemy się, co McQueen planuje dalej. Ale na pewno nie byłoby to na taką skalę i nie na tak długo. Bo od tego czasu nadal nie odzyskaliśmy zdolności ofensywnych, tyle okrętów wycofano do zadań czysto obronnych.

— Ale… — zaczął Scotty i ugryzł się w język: jak dotąd Truman była z nim bardziej szczera, niż wcześniej śmiałby marzyć, i nie należało tego nadużywać.

Dała mu jednak znak, by mówił dalej, więc wziął głęboki oddech i spytał:

— Rozumiem, ma’am, ale co z 8. Flotą? Przecież to formacja czysto ofensywna, a admirał White Haven był prawie gotów, gdy przebywaliśmy w Trevor Star.

— Wiem, że był. A 8. Flota rzeczywiście jest naszą główną siłą uderzeniową… oficjalnie. I choć jestem pewna, że tak on sam, jak i admirał Caparelli czy premier chcieliby jej użyć w tej roli, w najbliższym czasie tego nie zrobią.

— Nie zrobią? — powtórzył zaskoczony Tremaine.

Truman wzruszyła ramionami.

— Nikt mi tego oficjalnie nie powiedział, ale pewne rzeczy są oczywiste, a na dodatek mam dostęp do informacji, do których ty nie masz, więc łatwiej mi wyciągać generalne wnioski. Pomyśl nad tym, co ci powiem. Home Fleet nie została wzmocniona, ale Eskadra Gryphon to w tej chwili równowartość zespołu wydzielonego. Wszystkie forty w systemie Basilisk zostały ukończone, zmodernizowane i w pełni wyposażone. Ale to wszystkie zmiany, jakie zaszły na terenie Gwiezdnego Królestwa, ponieważ pozostałe okręty musieliśmy wysłać, by wzmocniły obronę sojuszniczych systemów. Rajdy na Alizon i Zanzibar wstrząsnęły nimi solidnie, a jedynym sposobem, w jaki rząd mógł przywrócić wiarę w siły i możliwości Sojuszu, było wzmocnienie obrony wchodzących w jego skład systemów okrętami liniowymi. Dużą liczbą okrętów liniowych, dokładniej rzecz ujmując.

Równocześnie jednak musimy być gotowi do odparcia każdego uderzenia na nasz własny obszar, i to tak naprawdę jest zadaniem Ósmej Floty. White Haven udowodnił, jaka jest strategiczna przewaga Manticore Junction, zjawiając się z Trevor Star w systemie Basilisk na czas, by obronić terminal i zniszczyć atakujące go siły Ludowej Marynarki. I podczas gdy nadal będziemy oficjalnie twierdzić, że 8. Flota szykuje się do ataku na Barnett, będzie to w istocie tylko straszak, bo stanowi ona strategiczną rezerwę Królestwa Manticore.

— Hmm… — Tremaine podrapał się w ciemię i kiwnął głową. — To ma sens… no i oczywiste jest, że nie możemy powiedzieć ludziom: śpijcie spokojnie, 8. Flota czuwa, bo tym samym powiedzielibyśmy przeciwnikowi, że może przestać brać ją pod uwagę jako siłę ofensywną.

— Właśnie. Naturalnie McQueen się tego domyśliła, ale nie ma pewności, więc musi zabezpieczyć się na wypadek, gdyby się pomyliła, co wiąże znaczne siły Ludowej Marynarki do działań czysto obronnych. Natomiast mniej niepokoi mnie to, że oddaliśmy przeciwnikowi inicjatywę, dzięki czemu może atakować, gdzie i kiedy chce, z zasady odnosząc w ten sposób sukcesy, a bardziej to, że opozycja doskonale wie o wszystkim, bo cała strategia rządu została przedstawiona jej przywódcom na tajnych spotkaniach — widząc minę Scotty’ego, Truman wyjaśniła: — Zwyczajem jest, że w okresie kryzysu takiego jak wojna przywódcy opozycji informowani są na bieżąco przez rząd o sytuacji i o zamierzeniach. Teoretycznie rzecz biorąc, rząd Cromarty’ego może upaść w każdej chwili, co by oznaczało, że nowy będzie tworzyć opozycja. By uniknąć zamieszania i straty czasu, które musiałyby mieć miejsce przy zapoznawaniu się nowych władz z sytuacją, a które mogłyby okazać się fatalne w skutkach, regularnie odbywają się spotkania przy drzwiach zamkniętych, gdzie są oni informowani o tym, co najważniejsze.

— Rozumiem, ma’am. Nie podoba mi się to, ale rozumiem powody takiego postępowania. Tylko nie do końca pojmuję, co panią w tym, tak niepokoi.

— Bo nikt by tego nie odgadł, słuchając ich wystąpień czy czytając rozmaite komentarze albo wypowiedzi. Przeglądałeś może którąś?

— Przyznam, że nie. Pewnie powinienem, ale…

Tym razem Tremaine wzruszył wymownie ramionami.

Truman prychnęła pogardliwie.

— Nie dziwię się, że je omijałeś, bo też mam ten zwyczaj. Natomiast co jakiś czas je przeglądam i jest to bez przerwy to samo. Nie można powiedzieć, że biją na trwogę, ale żerują na ludzkim strachu i poczuciu zagrożenia na wszelkie sposoby, po trochu podkopując zaufanie do rządu, wiedząc, że ten nie może publicznie odeprzeć zarzutów i wyjaśnić, jaka jest prawdziwa rola 8. Floty, z powodów, o których już mówiliśmy.

— Przecież muszą zdawać sobie sprawę, że w ten sposób osłabiają morale, a to odbije się na podejściu społeczeństwa do wojny i na samej wojnie!

— Część z nich na pewno zdaje sobie z tego sprawę. Tylko widzisz, przywódcy opozycji to polityczne ścierwa najgorszego gatunku. Oni mają to gdzieś, bo jedyne, co się dla nich liczy, to przejęcie władzy. Wojna jest dla nich całkowicie drugorzędną kwestią. A poza tym odpowiedzialność za to, co się dzieje na froncie, nie spada na nich, tylko na rząd księcia Cromarty’ego i Admiralicję.

— Obrzydliwe — ocenił Tremaine.

— Poza tym także niemoralne, głupie, krótkowzroczne i mogłabym jeszcze długo wymieniać. Niestety niekaralne. I bardzo ludzkie. I nie chodzi o to, że ktokolwiek z nich chce przegrać tę wojnę czy jest z natury zły. Tych ostatnich jest paru, ale głównie to przerażająco głupi egoiści, dla których liczy się tylko to, czego chcą, a chcą władzy. Nic więcej, a więc i wojna ich nie obchodzi. A reszta to typki w rodzaju Housemana, tylko nie aż tak wredne i tępe: pojęcia nie mają o kwestiach wojskowych, ale są przekonani, że wiedzą wszystko, a nikt z ich tak zwanych doradców nie ma dość odwagi czy też wiadomości, by ich z tego błędu wyprowadzić. Gdyby nasze role się odwróciły, zapewne oni uznaliby mnie za ignorantkę, ale chodzi mi o to, że sama głupota nie jest równoznaczna ze złą wolą. Najmniej liczną grupę stanowią idioci w stylu New Kiev, przekonani, że upieranie się wyłącznie przy militarnym rozstrzygnięciu problemu z takim mocarstwem jak Ludowa Republika musi doprowadzić do nieszczęścia. Oni są przynajmniej uczciwi, bo próbują przejąć władzę, by — w swoim mniemaniu — zapobiec katastrofie, używając naturalnie wszystkich możliwych sposobów, bo cel uświęca środki. Włos mi się jeży na głowie na myśl, że ta banda mogłaby dojść do władzy w trakcie działań wojennych!

— Mnie też, ma’am — przyznał Tremaine. — Na szczęście to naprawdę mało prawdopodobne.

Truman potrząsnęła głową i powiedziała już innym tonem:

— W każdym razie naszym zadaniem jest wygrać tę wojnę, a nie narzekać na polityków, co właśnie robiliśmy.

Tremaine przytaknął — gdy admirałowie decydowali się zmienić temat, niżsi stopniem nie sprzeciwiali się temu, o ile nie byli pozbawieni instynktu samozachowawczego.

On nie był.

— Mamy nadzieję, że McQueen będzie robiła to co dotąd, czyli odbierała nam peryferyjne systemy jeszcze przez wystarczająco długi czas, byśmy zdołali przygotować nasze siły do podjęcia dalszej ofensywy — dodała Truman. Znacznie skróciliśmy czas przeglądów i modernizacji, o czym przeciwnik nie powinien wiedzieć. A pikiety w istotnych systemach są wzmacniane, tyle że stopniowo, więc to także nie rzuca się w oczy. Grayson buduje okręty w maniackim zgoła tempie, a my robimy, co możemy, by mu dorównać.

Wspólnymi siłami zdołaliśmy stworzyć już całkiem sympatyczną, choć na razie jeszcze niewystarczającą liczbę Harrin… to jest Medus, o których przeciwnik nie ma prawa mieć pojęcia. Na dodatek Admiralicja przyspieszyła wycofywanie z linii fortów chroniących nexusa i resztę systemu Manticore, co jest sensownym posunięciem, skoro wszystkie terminale znajdują się w naszych rękach i są wystarczająco silnie bronione. Dzięki temu kilkaset tysięcy wyszkolonych członków załóg trafi z Fortress Command do floty. Mają przed sobą co prawda kursy przeszkalające, ale poważne różnice dotyczą wyłącznie załóg maszynowych, nauka reszty będzie naprawdę krótka. A my w tym czasie zbudujemy okręty, które oni obsadzą. Ponieważ kursy są przyspieszone, a jeden ich rodzaj przeznaczony jest dla załóg zupełnie nowych jednostek, nie obędzie się bez problemów, gdy kursanci trafią na okręty. Załogi będą mieszane, a ludzie niedoświadczeni. I dlatego tak mnie ucieszyła wiadomość, że nie masz jeszcze przydziału; w efekcie ściągnęłam cię tutaj.

Tremaine wyprostował się odruchowo. Zabrzmiało to bowiem tak, jakby jej na nim specjalnie zależało, a jeżeli tak było, to właśnie usłyszał jeden z największych komplementów zawodowych w życiu.

— Zostałeś poinformowany o lotniskowcach? — spytała Truman.

— Tylko o tym, że istnieją i że się sprawdziły, ma’am. Powiedziano mi, że szczegółowe informacje uzyskam, gdy zamelduję się na okręcie. Wiem akurat tyle, by z niecierpliwością czekać na resztę, ma’am.

— Czyli tak jak się spodziewałam — oceniła z uśmiechem. — Pamiętam, jak lady Harrington opowiadała o pewnym narwańcu pilotującym pinasy wbrew rozkazom, gdy dowodziłam Parnassusem. Wiem, że współpracowałeś blisko z Jackie Harmon.

Jej oczy pociemniały, a Scotty zacisnął usta. Współpracował z komandor Harmon i bardzo ją lubił, toteż wieść, że zginęła w systemie Hancock, służąc na okręcie Truman, ugodziła go boleśnie.

— W każdym razie znasz kutry rakietowe nowej generacji, toteż znalazłeś się na pierwszym miejscu nader krótkiej listy kandydatów. Co prawda masz trochę niski stopień jak na stanowisko, na którym chcę cię widzieć, ale nabrałeś sporo doświadczenia w dowodzeniu, towarzysząc lady Harrington do Piekła i z powrotem, więc nie sądzę, żeby powstały problemy.

— Dziękuję, ma’am… do Piekła i z powrotem. Ładnie to pani ujęła.

— Prawda? Co do podziękowań, to zobaczymy za jakieś dwa miesiące, czy nadal będziesz mi wdzięczny… Ten okręt — wskazała na najbliższy ze znajdujących się w dokach — w przyszłym tygodniu ma być gotów do prób odbiorczych. Jeśli stoczniowcy się nie mylą, będziesz na jego pokładzie w ich trakcie. A kiedy zostanie uznany za gotowy do służby, osobiście zajmę się szkoleniem całej załogi i obiecuję, że będziecie wszyscy podpierać się nosami, a ja tempa nie zwolnię. A to z tego prostego powodu, że będziemy stanowili główną siłę uderzeniową planowanej ofensywy.

— Będziemy, ma’am? Chodzi mi o…

— Wiem dokładnie, o co ci chodzi, i nie musisz się tym martwić. Jesteś inteligentnym młodym człowiekiem i wiem z doświadczenia, że przy odpowiedniej motywacji nie przestraszysz się wyzwań ani ciężkiej pracy, no i jesteś nieco bardziej zdyscyplinowany, niż to zwykle okazujesz. Tak po prawdzie jesteś całkiem podobny do Lestera Tourville’a… z pozoru narwaniec, ale umiejętności i zdolność planowania bez zarzutu.

Tremaine nie odezwał się, bo nie bardzo mógł jej odpowiedzieć cokolwiek sensownego.

Truman uśmiechnęła się i dodała:

— Mam nadzieję, że właśnie taki jesteś, bo kogoś takiego potrzebuję. Jackie nazwała ich myśliwcami i tacy są niezbędni do pilotowania moich kutrów… a twoim zadaniem jako nowego dowódcy skrzydła HMS Hydra będzie zrobić z nich właśnie takich wyszkolonych i zdolnych do wszystkiego narwańców.

Rozdział VIII

— Księżna Harrington, sir — zameldował adiutant i zrobił dwa kroki w bok, nie puszczając przy tym skrzydła drzwi.

Honor przestąpiła próg, mając nadzieję, że dobrze maskuje zaniepokojenie na widok gospodarza wstającego zza biurka o rozmiarach lądowiska dla promów szturmowych.

— Witam, księżno — Caparelli wyciągnął ku niej dłoń.

A Honor starannie ukryła uśmiech, podchodząc do biurka i zastanawiając się, czy zasięgał opinii specjalistów od protokołu, czy też działał na wyczucie. Sytuacja bowiem była, można by rzec, nieco skomplikowana.

Pod każdym względem poza dwoma wyjątkami to ona miała wyższą pozycję. Na Graysonie jako patronka Harrington była do tego przyzwyczajona, natomiast tu, w Królestwie Manticore, nagły awans społeczny nadal ją zaskakiwał, a czasami sprawiał miłe niespodzianki. Z prawdziwą przyjemnością i satysfakcją przypominała sobie miny wielu spośród tych, którzy wyrzucili ją z Izby Lordów, a teraz musieli cierpieć jej ponowną obecność jako najmłodszej księżnej w Gwiezdnym Królestwie… A równocześnie persony, której pozycja i tytuł przewyższały pozycję i tytuły ponad dziewięćdziesięciu procent parów Korony. Miny Stefana Younga, dwunastego earla North Hollow, i Michaela Janviera, dziewiątego barona High Ridge, były warte każdych pieniędzy i wiedziała, że nie zapomni ich aż do śmierci. Nawet w sędziwym wieku (jeśli naturalnie go dożyje) będą stanowiły jedno z najprzyjemniejszych wspomnień.

Podobnie jak przemowy powitalne liderów opozycji. Słuchała uważnie i nie potrzebowała więzi z Nimitzem, by zorientować się, że słowa z trudem przechodzą im przez gardła. Z drugiej strony miło było wiedzieć, jak bardzo jej nienawidzą, a równocześnie pod niebiosa wychwalają „bohaterstwo, odwagę i determinację połączoną z nieograniczoną pomysłowością”. Była to naturalnie najczystszej wody hipokryzja i obłuda, ale dzięki Nimitzowi znała dokładnie uczucia przemawiających. I była mocno zdumiona, że High Ridge’a w pewnym momencie nie trafiła apopleksja, a hrabiny New Kiev nagła krew nie zalała. Choć w jej przypadku przyznać należało, że wściekłość powodowała przeszkoda, jaką Honor stanowiła dla jej planów, a nie sama jej osoba. Była to miła odmiana po falach osobistej i czysto prywatnej nienawiści emanujących od Younga i High Ridge’a.

Natomiast zaskoczyło ją, że przynajmniej połowa Izby Gmin, i to skromnie licząc, była szczerze zadowolona z jej obecności. Co akurat nie miało najmniejszego wpływu na problemy wynikające ze złego samopoczucia w nowej roli, do której nie zdążyła się jeszcze przyzwyczaić, jako że księżną była od zaledwie trzech tygodni.

Stwarzało to problemy nie tylko jej, ale także osobom, które się z nią nie stykały w tym okresie, i do nich właśnie należał sir Thomas Caparelli. Od pierwszego dnia wojny zajmował stanowisko Pierwszego Lorda Przestrzeni, podczas gdy ona była wówczas świeżo mianowanym kapitanem. Nawet teraz była zwykłym komodorem, a ostatnim razem, gdy się widzieli, miała dowodzić eskadrą ciężkich krążowników… która jeszcze nie została sformowana. Mimo to nie wyczuwała u niego niechęci, jedynie zakłopotanie, jakby nadal nie do końca wiedział, jak ją traktować po tym ostatnim awansie społecznym.

Natomiast w jego uczuciach na pierwszy plan wybijało się szczere zadowolenie, że przeżyła, a uścisk jego dłoni był zdecydowany. Uścisk dłoni w tej sytuacji był jak najbardziej na miejscu, choć co większe snoby kurczowo trzymające się protokołu (jak dajmy na to High Ridge) uznałyby to za impertynencję. Najwłaściwszym bowiem powitaniem byłby lekki ukłon z pełnym szacunku strzeleniem obcasami. W końcu Caparelli był zwykłym prostakiem, który szlachectwo uzyskał dzięki służbie Koronie, a nie dziedziczeniu jak na prawdziwie szlachetnie urodzonego przystało.

Dla Honor nie miało to znaczenia. Istnienie arystokratów tego typu było w jej opinii najpoważniejszym mankamentem, ogólnie rzecz biorąc, całkiem dobrego ustroju społeczno-politycznego. Ich poglądy obchodziły ją mniej niż zeszłoroczny śnieg, podczas gdy zdanie Caparellego wysoko sobie ceniła. A dwa wyjątki, w których nadal był od niej wyższy rangą, były co najmniej równie ważne jak jej nagłe wywyższenie.

Pierwszym wyjątkiem było to, iż podobnie jak ona był Rycerzem Króla Rogera, ale podczas gdy ona po pierwszej bitwie o Hancock otrzymała Komandorię, on był Rycerzem Wielkiego Krzyża. Drugim i znacznie ważniejszym było to, że każdy służący w Królewskiej Marynarce był jego podkomendnym. Komodor Honor Harrington także.

— Miło znów panią widzieć — odezwał się Caparelli, przyglądając jej się uważnie. — Jak rozumiem, po badaniach w Bassingford uznano panią za zdolną do służby wojskowej w ograniczonym zakresie, czyli z wyłączeniem służby liniowej.

— Może nie całkiem dobrowolnie, ale uznano — potwierdziła z lekkim uśmiechem. — Sądzę, że bardziej, niż byli skłonni to przyznać, martwi ich fakt, iż mój organizm nie poddaje się procesowi regeneracji i odrzuca przeszczepy nerwów. Tak naprawdę chcieliby mnie trzymać aż do zainstalowania nowych protez i nerwów… i są, łagodnie rzecz ujmując, nieszczęśliwi, że nie mam zamiaru zostawić tego w ich rękach zgodnie z przyjętymi we flocie procedurami.

— Nie dziwi mnie zbytnio ich podejście — prychnął Caparelli.

Honor z przyjemnością zauważyła, że ocenił jej stan obiektywnie i spokojnie. Fakt, że w czasach, gdy był kapitanem, raz zbierano go nieomalże łyżką z pokładu, ale jego organizm bez problemu poddawał się regeneracji. Tyle że spędził naprawdę długi czas pod opieką lekarzy i terapeutów. I najwyraźniej nie zapomniał tego, co wówczas przeżył, a co wywarło znaczny wpływ na jego podejście do lekarzy.

— Centrum medyczne Bassingford to najprawdopodobniej najlepszy szpital w całym Królestwie — rzekł spokojnie gospodarz, prowadząc ją ku fotelom ustawionym wokół kryształowego stoliczka z boku biurka. — A na pewno największym. Co może być zarówno zaletą, jak i wadą. Tym ostatnim, gdy personel nie chce przyznać, że nie we wszystkim jest najlepszy. Poza tym podejrzewam, że nadal są sami na siebie źli, że pani ojciec zrezygnował z pozostania u nich na rzecz prywatnej praktyki. Ale kiedy się wreszcie uspokoją, zrozumieją, że tylko ostatnia ofiara zrezygnowałaby z jego opieki, mając taką możliwość.

Zabrzmiało to nieco dziwnie, toteż Honor spytała, ledwie usiedli:

— Przepraszam, ale zabrzmiało to jak uwaga wynikająca z osobistych doświadczeń.

— Bo tak jest — uśmiechnął się Pierwszy Lord Przestrzeni. — Pani ojciec był naczelnym neurochirurgiem w Bassingford, gdy spotkała mnie ta pechowa przygoda na obszarze Konfederacji, i poskładał mnie lepiej, niż ktokolwiek sądził, że to możliwe. Na dodatek znacznie skrócił okres potrzebny na regenerację. Nie sądzę, by jego umiejętności od tamtej pory się pogorszyły, więc naprawdę szczerze radzę ignorować każdego, kto będzie próbował przekonać panią, by to lekarze z Bassingford zajęli się pani protezami. Są dobrzy, nie mówię że nie, ale to żadna alternatywa, jeśli można mieć najlepszego.

— Dziękuję, admirale, nie wiedziałam, że ojciec się panem zajmował, ale przy pierwszej okazji powtórzę mu pańskie słowa. Jestem pewna, że będą dla niego wiele znaczyły.

— To najczystsza prawda, milady. I sam mu to wówczas powiedziałem — uśmiechnął się Caparelli. — Naturalnie wątpię, bym był pierwszym czy ostatnim, od którego to słyszał.

Po czym zamilkł na kilkanaście sekund, wpatrując się w jakiś punkt na ścianie niewidzącym wzrokiem. Po chwili otrząsnął się, spojrzał przytomnie i powiedział energiczniej:

— Nie o tym wszakże chciałem z panią rozmawiać. A przynajmniej nie tylko o tym, gdyż najpierw musiałem się upewnić, że stan pani zdrowia pozwala na zaproponowanie pani zajęcia. A raczej dwóch zajęć. Chciałem równocześnie uprzedzić, że mamy zamiar wycisnąć z pani to co najlepsze, jak długo jest pani uziemiona w Królestwie. Wiem, że to brzmi groźnie i nieco dziwnie, ale zaraz wytłumaczę, o co konkretnie chodzi.

Usiadł wygodniej, założył nogę na nogę, a Honor miała czas, by opanować zaskoczenie. Thomas Caparelli bowiem nie cieszył się reputacją myśliciela. Nikt nie oskarżał go o głupotę, ale powszechnie uważano, że ma zwyczaj zmierzać najkrótszą i najprostszą drogą z punktu A do punktu B, rozwalając napotkane przeszkody, a nie obchodząc je. Pasował do tego jego wygląd — bary zapaśnika i korpus ciężarowca. Natomiast często słyszało się opinię, iż brak mu finezji, którą powinien mieć admirał, zwłaszcza na takim jak jego stanowisku.

Teraz czując jego emocje, gdy porządkował myśli, i rejestrując raczej okrężny sposób, w jaki przystąpił do rzeczy, zrozumiała, że opinie te były błędne. Być może było tak od początku, a być może Caparelli zmienił się od momentu zostania Pierwszym Lordem Przestrzeni i przekonania się, co w praktyce oznacza kierowanie wszystkimi działaniami nie tylko Królewskiej Marynarki, ale całych sił zbrojnych Sojuszu. Przysłowiowy słoń w składzie porcelany niewiele by tu zdziałał i niedługo pozostał na tym stanowisku. Caparelli nie lubił podchodów, do uprawiania których zmusiło go życie, ale opanował tę sztukę. Nie osiągnął też intelektualnego poziomu Hamisha Alexandra, ale był niesamowicie zdyscyplinowany, zdeterminowany i twardy — połączenie tych cech mogło budzić niemal lęk, ale równocześnie powodowało, iż był idealnym kandydatem na zajmowane stanowisko.

— Chodzi o to, by wykorzystać pani wiedzę i doświadczenie w akademii — podjął Caparelli. — Zdaję sobie sprawę, że wyspa Saganami leży dość daleko od szpitala pani ojca na Sphinksie, ale z drugiej strony to tylko parę godzin lotu, a będzie pani miała do dyspozycji środki transportu Królewskiej Marynarki. No i plan zajęć dostosowany do rozkładu leczenia.

Przerwał i spojrzał na nią pytająco.

Honor podrapała Nimitza za uszami i leciutko wzruszyła ramionami.

— Jestem pewna, że to się da zgrać. Ojciec może być cywilem, ale ma za sobą ponad dwadzieścia lat standardowych służby i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak nawet „ograniczona zdolność do służby” może kolidować z długotrwałą terapią — oceniła trzeźwo. — Powiedział mi już zresztą, że zrobi wszystko, by te dwie rzeczy dało się połączyć w miarę bezkolizyjnie. Rozmawiał też ze swoim kolegą, doktorem Heinrichem, o możliwości wykorzystania jego szpitala znajdującego się na Manticore. Zaoszczędziłoby mi to konieczności przelotów na Sphinksa i z powrotem.

— Byłoby to idealne rozwiązanie z punktu widzenia Królewskiej Marynarki, ale proszę mnie dobrze zrozumieć, milady: pani zdrowie jest najważniejsze. Jeżeli okaże się, że musi pani przebywać nawet dłuższy czas na Sphinksie, by je odzyskać i móc wrócić do służby, spodziewam się, że niezwłocznie mi to pani powie. Mam nadzieję, że rozumie to pani.

— Oczywiście, że rozumiem, sir — zapewniła Honor.

Ku jej zaskoczeniu Caparelli prychnął niedowierzająco.

— Rozmawiałem z kilkoma pani dowódcami: Markiem Sarnowem, earlem White Haven, a nawet Yanceyem Parksem — wyjaśnił spokojnie. — I każdy z nich ostrzegł mnie, że jeśli naprawdę chcę, by stawiała pani zdrowie ponad to, co uzna pani za swój obowiązek, muszę wynająć godnego zaufania nadzorcę z pałą. A najlepiej paru.

— To lekka przesada, sir. — Honor poczuła, że się rumieni. — Jestem córką lekarzy i starczy mi rozumu, by nie ignorować opinii lekarza, zwłaszcza tego, który mnie aktualnie leczy.

Caparelli uśmiechnął się złośliwie.

— Kapitan chirurg Montoya nie ujął tego w ten sposób — oznajmił i uśmiechnął się szerzej, widząc, jak jej rumieniec zmienia barwę na ciemniejszą. — No dobrze… skończymy z tym tematem… Jeśli da mi pani słowo, że poinformuje mnie pani natychmiast, gdy zajdzie potrzeba zmniejszenia czasu poświęcanego akademii ze względów medycznych.

— Daję słowo, sir! — wykrztusiła Honor.

— Doskonale! W takim razie wyjaśnię szczegółowo, co wymyśliliśmy razem z admirałem Cortezem.

Zaskoczenie Honor było tak duże, że uniosła brwi, nim zdołała nad tym odruchem zapanować. Sir Lucien Cortez był Piątym Lordem Przestrzeni odpowiedzialnym za personel Królewskiej Marynarki. Okazał się geniuszem w kwestii organizowania załóg na nowe okręty. Akademia naturalnie podlegała jemu i zrozumiałe było, iż szczególnie się nią interesował, ale zaskoczyło ją, że aż do tego stopnia, by zająć się tym, w jaki sposób zostanie wykorzystany zwykły komodor czasowo przydzielony do jej kadry.

Zaskoczenie to szybko minęło, gdy uświadomiła sobie, że czy się jej to podoba czy nie, nie jest już „zwykłym komodorem”.

Z rozmyślań wyrwał ją głos Caparellego:

— Jak pani wiadomo, systematycznie powiększaliśmy liczebność roczników przyjmowanych do akademii, ale wątpię, by ktoś, kto się w niej nie znalazł na krótki choćby czas, zdał sobie w pełni sprawę ze skali zmian. Choćby z tego, że nieco ponad połowa kształconych tam midszypmenów nie pochodzi z Królestwa Manticore, lecz z państw sojuszniczych, a około trzydziestu procent z Graysona. Odkąd Grayson przyłączył się do Sojuszu, akademię ukończyło ponad dziewięć tysięcy oficerów ich marynarki.

— Wiedziałam, że jest ich wielu, ale nie, że tak wielu przyznała.

— Nie pani jedna. Ostatni rocznik liczył osiem i pół tysiąca ludzi, z czego tysiąc stu pochodziło z Graysona. Poza tym zmodyfikowaliśmy program, tak by nauka trwała trzy lata standardowe, a rocznik zaczynający ją w tym roku będzie liczył jedenaście tysięcy.

Honor wytrzeszczyła zdrowe oko — jej rocznik, kończąc akademię, składał się z dwustu czterdziestu jeden midszypmenów… ale było to trzydzieści pięć lat temu. Akademia stale się rozbudowywała, zwłaszcza od wybuchu wojny, ale jedenaście tysięcy…

— Nigdy nie sądziłam, że jest ich aż tylu — przyznała.

Caparelli pokiwał głową.

— Chciałbym, by było ich dwukrotnie więcej — oznajmił. — Ale nie da się tego osiągnąć bez strat jakościowych, a jednym z ważniejszych powodów, dla których jak dotąd nie najgorzej radzimy sobie z prowadzeniem tej wojny mimo liczebnej przewagi wroga, jest różnica w wyszkoleniu oficerów i tradycje wpajane im od pierwszego dnia. Nie chcąc pozbywać się tej przewagi, nie możemy bardziej skrócić okresu nauki. Powołaliśmy do służby wielu rezerwistów i zorganizowaliśmy kursy dla znacznie większej niż dotąd liczby mustangów, ale i to nie załatwia sprawy. Większość rezerwistów potrzebuje trzy-, czteromiesięcznego kursu odświeżającego, a mustangi dłuższego, choć wszyscy są podoficerami z dużym doświadczeniem bojowym. Nieco obniżyliśmy kryteria, które trzeba spełnić, by zostać oficerem, ale poza naprawdę wyjątkowymi przypadkami muszą mieć za sobą co najmniej pięć lat standardowych służby liniowej w stopniu podoficerskim.

Honor skinęła głową na znak zrozumienia. Mimo arystokratycznych pozorów Royal Manticoran Navy od samego początku miała w swych szeregach sporo mustangów, jak potocznie nazywano oficerów, którzy karierę rozpoczęli nie od ukończenia akademii, ale szkoły podoficerskiej albo też od zaciągnięcia się jako zwykli członkowie załóg i stopniowego awansowania aż do starszych stopni podoficerskich. Część zdecydowała się sama, części proponowano kurs kandydacki na oficerów. Trwał on krócej niż połowa nauki w akademii, a zdobyte wcześniej doświadczenia dawały świeżo upieczonym oficerom nietypowy punkt widzenia, zaskakująco często potrzebny młodszym oficerom wykształconym w normalnym trybie.

— Natomiast przytłaczająca większość naszego korpusu oficerskiego to nadal absolwenci akademii — dodał Caparelli. — I mamy zamiar utrzymać ten stan rzeczy. Co więcej, sensowne jest, by kończyło ją jak najwięcej oficerów sojuszniczych flot, bo tylko to gwarantuje dobre i pełne zrozumienie w trakcie działań czy też ich planowania. Niestety utrzymywanie jakości przy stale zwiększającej się liczebności roczników powoduje chroniczne braki kadry, zwłaszcza jeśli chodzi o wykładowców taktyki. Królestwo ma wielu dobrych nauczycieli, od fizyki nadprzestrzennej zaczynając, na grawitacji kończąc, ale jest tylko jeden sposób na to, by stać się dobrym taktykiem. I tylko jedno miejsce, gdzie tego uczą.

— Zdaję sobie z tego sprawę, sir.

— Więc podejrzewam, że zaczyna pani rozumieć, w jaki sposób chcemy panią wykorzystać. Udowodniła pani wielokrotnie, że jest jednym z naszych najlepszych taktyków, i nie jest to komplement bez pokrycia. A jak mi powiedział Lucien, dobrze szło pani także podnoszenie kwalifikacji młodszych oficerów. Na moją prośbę sprawdził przebieg służby kilkunastu służących pod pani rozkazami. Przyznaję, że jestem pod wrażeniem profesjonalizmu, umiejętności i podejścia do obowiązków zawodowych, jakie ci młodzi wykazują. Największe wrażenie wywarły na mnie dokonania kapitana Cardonesa i komandora Tremaine’a.

— Rafe i Scotty, to jest chciałam powiedzieć: kapitan Cardoness i komandor Tremaine byli naprawdę młodymi oficerami, gdy po raz pierwszy znaleźli się pod moim dowództwem, sir — zaprotestowała Honor. — Żaden nie miał okazji w pełni pokazać swych możliwości, toteż nieuczciwe jest twierdzenie, że gdy taką okazję otrzymali i udowodnili, na co ich stać, jest to moją zasługą.

— Powiedziałem, że ich przykłady wywarły na mnie największe wrażenie, a nie że są jedynymi, z których aktami się zapoznałem, milady. Obaj z Lucienem przeprowadziliśmy pewną analizę, z której jasno wynika związek pomiędzy czasem, przez który oficerowie pozostają pod pani dowództwem, a poprawą w ocenie ich osiągnięć. Nie chcę pani wprawiać w zakłopotanie, więc proponuję nie rozwodzić się nad tą kwestią. Proszę po prostu przyjąć do wiadomości, że zarówno Lucien, jak i ja uważamy, że pani obecność na wydziale taktyki wywrze nader korzystny wpływ na wszystkich zainteresowanych. Dobrze?

Mogła jedynie przytaknąć, a on uśmiechnął się z sympatią, którą dzięki Nimitzowi wyraźnie czuła w jego emocjach.

— Innym powodem, dla którego uważamy, że będzie pani miała duży wpływ na midszypmenów, jest fakt, że w akademii kształci się obecnie duża liczba midszypmenów z Graysona — dodał Caparelli. — I choć większość z nich dobrze sobie radzi z przejściem z realiów państwa tak tradycyjnego jak Grayson do realiów Królestwa, zdarzają się wypadki, z których jeden czy dwa mogły mieć naprawdę niemiłe konsekwencje. Sprowadziliśmy z Graysona tylu instruktorów, ilu się dało, ale sama pani wie, że liczba wykwalifikowanych oficerów dostępnych do innej niż liniowa służby jest ściśle określona. Dlatego pani obecność jako patronki, czyli wzorca, z jednej strony, a admirała Marynarki Graysona z drugiej będzie miała na nich olbrzymi wpływ.

Z tym akurat Honor mogła się zgodzić bez żadnych zastrzeżeń, toteż po prostu kiwnęła głową.

— Doskonale! W takim razie chcielibyśmy, by poprowadziła pani dwie grupy na wstępnym kursie taktyki. Chodzi naturalnie o wykłady, ale ponieważ są to liczne grupy, przydzielimy pani trzech, czterech asystentów, co powinno pozwolić pani nie ugrzęznąć w akademii. Przynajmniej mamy taką nadzieję, bo korzystając z okazji, chcielibyśmy panią wykorzystać także do innych zadań.

— Aha — mruknęła podejrzliwie, gdyż nawet dzięki więzi z Nimitzem nie była w stanie zorientować się, co mu chodzi po głowie.

— Właśnie. Jedną z nich będą konferencje z Alice Truman. Nie będzie ich wiele, ale podejrzewam, że mogą być przydługie. Słyszała pani o udziale Truman w bitwie o Hancock?

— Słyszałam.

— Cóż, już była przewidziana do awansu, a to jedynie przyspieszyło ten proces. Teraz jest kontradmirałem Eskadry Czerwonej i Rycerzem Króla Rogera, damą Alice Truman. Miałem zaszczyt wprowadzić ją na prośbę Jej Wysokości.

— Doskonale — ucieszyła się Honor.

— I zasłużenie — dodał Caparelli. — Wspomniałem o tym dlatego, że do jej nowych obowiązków należy wyszkolenie załóg i przygotowanie do walki naszych nowych lotniskowców. Obie z kapitan Harmon dokonały cudów, mając jeden lotniskowiec i jedno skrzydło, ale śmierć kapitan Harmon miała szersze skutki, gdyż pozbawiła nas jej doświadczenia i wizji użycia kutrów, co jest tym boleśniejsze, że dokonano pewnych modyfikacji w oparciu o doświadczenia wyniesione z tej bitwy. Nadal opracowujemy zmiany w doktrynie ich użycia, toteż pomyśleliśmy, że skoro była pani autorką parametrów taktyczno-technicznych dla klasy Shrike i ma pani doświadczenie z wykorzystywaniem kutrów poprzedniej generacji, może pani okazać się pomocna dla damy Alice choćby w roli osoby oceniającej jej pomysły. Ona co prawda głównie będzie przebywała na stacji Wayland, ale od czasu do czasu przyleci na Manticore.

— Nie jestem pewna, czy rzeczywiście na coś się przydam w tej roli, ale zrobię, co będę mogła, sir.

— Doskonale. Bardzo pani pomoże, gdyż będzie pani najłatwiej wypróbować i ocenić nową doktrynę — obojętny ton stanowił rażącą sprzeczność z nagłym wzrostem oczekiwania, toteż Honor przyjrzała mu się podejrzliwie.

— Jest pan pewien, sir? — spytała.

Przytaknął.

Kiedy nie powiedział nic więcej, westchnęła i spytała:

— A mogę się dowiedzieć, dlaczego jest pan tego taki pewien, admirale?

— Naturalnie, milady. A dlatego, że będzie pani miała dostęp do symulatorów Zaawansowanego Kursu Taktycznego.

— Dostęp? — zdziwiła się Honor.

Zaawansowany Kurs Taktyczny, potocznie zwany Młynem, stanowił „być albo nie być” dla każdego oficera RMN chcącego uzyskać wyższy stopień niż komandor porucznik albo też dowodzić okrętem większym niż niszczyciel. Zdarzały się wyjątki — a Honor do nich należała — które otrzymywały dowództwo niszczyciela bez zaliczenia Młyna, ale nie zdarzało się, by którykolwiek z tych, którzy nie zaliczyli kursu, kiedykolwiek dowodził większą jednostką. Nie oznaczało to, że musieli rezygnować z noszenia munduru, natomiast z zasady oznaczało brak dalszej służby liniowej. Zapotrzebowanie na nich było duże, zwłaszcza po rozpoczęciu wojny; w nowych specjalnościach często wykazywali się dużymi talentami i awansowali wysoko, ale żaden nie nałożył już białego beretu. Przydział na kurs stanowił dowód, iż oficera uznano za nadającego się do dowodzenia okrętem i że przełożeni pokładali w nim wystarczające nadzieje i mieli doń dość stosowne zaufanie, aby mógł on zostać osobistym, bezpośrednim reprezentantem Korony w sytuacjach, w których miesiące dzieliły go od wyższego stopniem i sam musiał podejmować wszystkie decyzje.

I dlatego właśnie Młyn został pomyślany jako najcięższy i najbardziej wymagający kurs, jaki zdołali wymyślić przez cztery stulecia standardowe prób i udoskonaleń najlepsi taktycy i stratedzy Royal Manticoran Navy. Usytuowano go także na wyspie Saganami i graniczył z akademią, ale równocześnie kurs stanowił odrębną całość i posiadał własnego komendanta. Honor wspominała swoją naukę na tymże kursie jako najbardziej wyczerpującą i ogłupiającą w karierze, ale zarazem jako najciekawszą, bo zawsze lubiła wyzwania. Fakt, iż przez tych sześć miesięcy komendantem kursu był jej instruktor taktyki z akademii, Raoul Courvoisier, jedynie to wyzwanie powiększył.

Natomiast nie bardzo wiedziała, o co chodziło rozmówcy — każdy instruktor taktyki z akademii mógł poprosić o udostępnienie któregoś z mniejszych symulatorów kursu i z reguły prośbę tę szybko spełniano, ale akademia posiadała własny sprzęt, prawie równie dobry, w skrzydle Ellen D’Orville. A jeśli RMN podobnie drastycznie zwiększyła tempo i liczebność szkolonych dowódców co midszypmenów, istniała minimalna szansa, by ktokolwiek spoza Kolegium Marynarki i samego Młyna miał dostęp do dużych, pełnowymiarowych symulatorów bojowych.

— Cóż, może powinienem powiedzieć, że spodziewam się, iż będzie pani miała do nich dostęp — dodał Caparelli, widząc jej minę. — W końcu szczytem nieuprzejmości byłoby, gdyby instruktorzy odmówili prawa do korzystania z jakiegokolwiek symulatora własnemu komendantowi.

— Własnemu co…?

Caparelli uśmiechnął się niczym wyjątkowo niesforny urwis.

Zaraz jednak spoważniał i uniósł dłoń na znak, że przemowa może być dłuższa.

— Już, zdaje się, powiedziałem, że jest pani, mości księżno, jednym z najlepszych taktyków, a zorganizowanie tej ucieczki wskazuje jasno także na wybitnego stratega. Gdyby nie to, że bardzo potrzebowaliśmy pani na froncie i że polityczne skutki zastrzelenia tego gnojka były parszywe, lata temu trafiłaby pani za katedrę, ucząc taktyki. Dopiero teraz mamy okazję, choć przyznaję, że wolałbym, aby porzuciła pani długoletni nawyk robienia za ruchomy cel. Skoro jednak będzie pani uziemiona przez dłuższy czas w Królestwie, mamy zamiar wykorzystać tę okazję do maksimum.

— W życiu nie będę miała na to czasu! — zaprotestowała Honor. — Nie zdołam właściwie kierować Młynem, mając wykłady w akademii!

— Gdyby brać pod uwagę przedwojenne realia, rzeczywiście nie miałaby pani czasu. Natomiast zmiany zaszły i tam, bo musiały zajść. Kadra jest liczniejsza, a zamiast jednego zastępcy komendant ma ich paru, i to o wąskich specjalnościach. A pani głównym zadaniem będzie dogłębna ocena i zaproponowanie wszelkich zmian, jakie uzna pani za potrzebne, tak w konkretnych ćwiczeniach, jak i w całym systemie. Skróciliśmy też czas tego przydziału służbowego do dwóch lat standardowych, chcąc wykorzystać w tej roli jak najwięcej oficerów z doświadczeniem bojowym, ale zdajemy sobie sprawę, że pani leczenie nie powinno potrwać dłużej niż rok. I dlatego znajdziemy następcę, gdy tylko lekarze uznają panią za w pełni zdolną do służby liniowej. Natomiast ma pani olbrzymi zasób doświadczenia, za który zapłaciła pani krwią. Nie możemy pozwolić sobie na to, by te doświadczenia umknęły nam…

Jest to pani winna wszystkim, którzy będą uczestniczyć w kursie, a potem dowodzić królewskimi okrętami. Wszyscy powinniśmy dołożyć starań, by wyszkolić ich jak najlepiej, a więc w jak najtrudniejszych warunkach, jakie zdołamy wymyślić.

— Nie… — zaczęła i umilkła, bo Caparelli miał rację.

Mogła nie zgodzić się z tym, że jest najwłaściwszą osobą do tego zadania, ale co do wagi samego zadania i starań miał rację. — Może pan mieć słuszność, sir — powiedziała spokojnie — ale stanowisko komendanta kursu zawsze było zarezerwowane dla admirała. Skoro liczba kursantów została zwiększona, a to wynika z pańskich słów, tym bardziej powinien nim być admirał. A ja co prawda jestem pełnym admirałem Marynarki Graysona, ale Zaawansowany Kurs Taktyczny jest częścią Royal Manticoran Navy i jeśli będzie nim kierował graysoński oficer, nasili to problemy i pretensje nie tylko wśród polityków.

Caparelli wysłuchał wywodu z ponurą miną, pokiwał głową i oznajmił:

— To mogłaby być prawda, gdyby w grę wchodził jakikolwiek inny graysoński oficer, milady. W tym wypadku nie oczekujemy problemów, ale jeśli uważa pani, że mogą wyniknąć, zawsze możemy mianować panią na to stanowisko jako oficera Królewskiej Marynarki.

— Ależ o to właśnie mi chodzi, sir. Nie mam odpowiedniego stopnia jako królewski oficer, tylko jako graysoński. W Royal Manticoran Navy jestem tylko komodorem.

— A, o to chodzi — kolejny raz ton i przewrotna satysfakcja stały w rażącej sprzeczności ze sobą. — To rzeczywiście mogłoby spowodować jakieś drobne tarcia, ale na szczęście podjęliśmy pewne środki zaradcze, o których jeszcze pani nie wie.

— Zaradcze? — spytała Honor, nie kryjąc podejrzliwości.

Poważna mina rozmówcy zniknęła zastąpiona szerokim uśmiechem. Nic jednak nie powiedział, ale z kieszeni kurtki mundurowej wyjął małe jubilerskie pudełeczko.

— Mówiłem, że chcę z panią porozmawiać o paru sprawach, milady, i sądzę, że teraz jest najlepsza pora do poruszenia jednej z nich — powiedział, podając jej pudełeczko. — Myślę, że wewnątrz znajdzie pani wystarczający dowód, by uznać, że środki zaradcze, o których wspomniałem, okażą się wystarczające.

Honor wzięła je ostrożnie i napotkała niedogodność, z której nie zdają sobie sprawy osoby dwuręczne — pudełeczko miało zamek magnetyczny zwalniany naciskiem obu kciuków.

A ona miała tylko jeden. Problem byłby poważniejszy, gdyby Nimitz nie wyciągnął chwytnej łapy. Oddała mu pudełko i po paru sekundach jego wieczko odskoczyło.

Nimitz zajrzał do środka i bleeknął z prawdziwą czystą satysfakcją. Honor jednak nie była w stanie dostrzec zawartości, dopóki nie podsunął jej pudełka.

Zajrzała… i straciła oddech.

Na czarnym jedwabiu znajdowały się dwa małe trójkąty. Każdy składał się z trzech dziewięcioramiennych gwiazd. Były to insygnia pełnego admirała Royal Manticoran Navy.

Uniosła głowę z tak oszołomioną miną, że Caparelli zachichotał, nie mogąc się powstrzymać.

— Sir, to… chodzi o to, że się nie spodziewałam… — słowa uwięzły jej w gardle.

Caparelli zaś pokiwał głową ze zrozumieniem.

— Tak po prawdzie, milady, to sądzę, że jest to pierwszy podobny wypadek w historii Gwiezdnego Królestwa Manticore, by oficer z komodora został mianowany pełnym admirałem. Jednakże oficer ten od lat jest admirałem sojuszniczej floty i doskonale sobie radzi, a komodorem był przez dwa lata standardowe… choć jak rozumiem, zdecydował się przez większość tego czasu działać jako graysoński admirał, by uniknąć pewnych problemów wynikających ze starszeństwa.

Ostatnie zdanie powiedział już bez śladu wesołości, co Honor doskonale rozumiała. Kontradmirałowi Haroldowi Stylesowi pozwolono zrezygnować ze służby z powodu wpływu na morale rozprawy, w której skazano by go za niesubordynację i tchórzostwo, a o to go oskarżyła, ale nie wszyscy oficerowie uważali, że był to właściwy wybór. Albo stosowna kara.

— Zdecydowaliśmy, że w przyszłości nie powinna pani stawać przed podobnym problemem. Poza tym oboje wiemy, że tylko względy polityczne wymusiły tak długą zwłokę w pani awansie na komodora. Te względy przestały mieć znaczenie, a potrzebujemy takich jak pani oficerów flagowych.

— Ale o trzy stopnie…!

— Gdyby nie kaliber wrogów politycznych, sądzę, że dostałaby się pani do niewoli jako wiceadmirał — przerwał jej Caparelli i tym razem nie potrzebowała więzi z Nimitzem, by wiedzieć, że mówi szczerze. — A po powrocie, biorąc pod uwagę to, czego pani dokonała i ile starć stoczyła, awans byłby z pewnością zasłużony. Nie będę ukrywał, że na ostateczną decyzję takiego właśnie skokowego awansu miały wpływ względy polityczne, bo oboje wiemy, że tak było. Baronowa Morncreek podała mi powody, dla których odmówiła pani przyjęcia Medalu za Dzielność. Szanuję pani decyzję, milady, choć uważam, że aż nadto udowodniła pani, że zasługuje na to odznaczenie. Ten awans daje nam za jednym posunięciem kilka rzeczy. Przynosi polityczne korzyści rządowi i MSZ, uszczęśliwia Graysona, a to już jest ważki powód sam w sobie, i pokazuje wszystkim, jak traktujemy postawione pani przez Ludową Republikę zarzuty. Ale jest to równocześnie coś, na co pani całkowicie i bezapelacyjnie zasłużyła, tak nosząc królewski mundur, jak i inny, w którym wygrała pani czwartą bitwę o Yeltsin i batalię o Cerberus.

— Ale, sir…

— Ta dyskusja jest skończona, admirał Harrington — oznajmił sir Thomas Caparelli tonem nie znoszącym sprzeciwu. — Rada Awansów, Rada Generalna Admiralicji, Pierwszy Lord Przestrzeni, Pierwszy Lord Admiralicji, premier Gwiezdnego Królestwa Manticore i Królowa Elżbieta III doszli do tego samego wniosku, a przewodniczący komisji wojskowej zapewnił księcia Cromarty’ego, że promocja zostanie niezwłocznie zatwierdzona. A pani nie wolno się z nami spierać. Czy wyraziłem się jasno?

— Aye, aye, sir — szczeknęła Honor nieco tylko drżącym głosem.

Caparelli uśmiechnął się.

— Tak już lepiej! — pochwalił. — W takim razie pozwolę sobie zabrać panią do „Cosmo” na lunch, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu. Jak rozumiem, czeka tam już kilkunastu pani przyjaciół, by uczcić wraz z panią awans, choć pojęcia nie mam, kto im o tym powiedział. A potem możemy polecieć na wyspę Saganami, gdzie przedstawię panią nowym podkomendnym.

Rozdział IX

— To się robi coraz gorsze! — westchnął Rob S. Pierre, przeglądając przygotowane przez Boardmana podsumowanie z ostatniego flekowania, jakie zafundowali władzom Ludowej Republiki akredytowani dziennikarze z Ligi Solarnej.

Określenie „flekowanie” było jedynym adekwatnym do ich tonu i treści: to było wzięcie pod obcasy i kopanie leżącego.

— Jak jedna osoba, jedna osoba, powtarzam, może wyrządzić tyle szkód!? — jęknął Pierre. — Ona jest jak jakiś cholerny żywioł!

— Harrington? — spytał uprzejmie Oscar Saint-Just.

— A kto?!

— Po prostu była we właściwym czasie we właściwym miejscu przez ostatnie dziesięć lat. A raczej z naszego punktu widzenia w niewłaściwym miejscu w najgorszym z możliwych dla nas momencie. Tak przynajmniej twierdzą analitycy. Druga teoria, zyskująca ostatnio coraz więcej zwolenników, głosi, że zawarła pakt z diabłem. I to którymś z tych ważniejszych.

Jakby wbrew sobie Pierre uśmiechnął się. Żart był ponury, ale celny, zwłaszcza że powiedział go ktoś nader rzadko okazujący poczucie humoru. Przestał się uśmiechać i potrząsnął głową.

— Bądźmy szczerzy: udało jej się w znacznej mierze dlatego, że my tak konkursowo spieprzyliśmy różne rzeczy, a głównie jedną — oznajmił. — Żeby nie było wątpliwości: nie twierdzę, że nie jest tak dobra, jak trąbi o tym przeciwnik, ale jej wpływ na przebieg tej wojny był czysto lokalny albo przynajmniej ograniczony do tak odległych i mało ważnych miejsc jak Konfederacja, dopóki nie zdecydowaliśmy się wszem i wobec ogłosić, że ją powiesiliśmy.

Do tego momentu mało kto w całej Lidze Solarnej wiedział o jej istnieniu. Teraz dla odmiany wiedzą wszyscy, nie licząc paru prymitywów, którzy zapomnieli, jak się czyta i włącza radio. I wiedzą nie tylko, kim ona jest, ale też czego dokonała i jaki numer na koniec nam wycięła.

— Ano wiedzą — przyznał Saint-Just. — A uczciwość nakazuje dodać, że jeśli idzie o to ostatnie, najwięcej spieprzyli moi ludzie. Treski, kretyna, już nie możemy ukarać, ale Thornegrave przeżył.

Pierre skinął głową. Znał te nazwiska aż nazbyt dobrze z ostatnich raportów. Towarzysz brygadier Dennis Tresca był komendantem planety więziennej Hades z ramienia Urzędu Bezpieczeństwa, a towarzysz generał major Prestwick Thornegrave, także z UB, stracił cały konwój transportowców i eskortę na rzecz Harrington. Co dało jej okręty niezbędne, by zniszczyć siły Setha Chernocka i zdobyć jego transportowce. Dzięki czemu miała dość jednostek, by zabrać z Hadesu wszystkich, którzy tego chcieli.

— Możemy go rozstrzelać za to, że pozwolił jej uciec — dodał Saint-Just. — Politycznie jest godny zaufania, bo inaczej nie zajmowałby tego stanowiska, a jego poprzedni przebieg służby był bez zarzutu, natomiast na kulę w łeb zasłużył. Podejrzewam też, że moim ludziom nie zaszkodziłaby świadomość, że spotka ich to samo co innych, jeżeli wystarczająco spektakularnie spieprzą robotę.

— Tego właśnie nie jestem taki pewien. — Pierre potarł nasadę nosa. — Zgadzam się, że przyczynił się do jej ucieczki, ale też nie miał podstaw, by cokolwiek podejrzewać, nim pułapka się nie zamknęła. Wiem, że McQueen nie jest twoją ulubienicą, ale ma rację w kilku kwestiach. Jedną z nich jest pogląd na rozstrzeliwanie ludzi, którzy mieli pecha i dali się pokonać. Gdyby Thornegrave w jakikolwiek sposób zlekceważył procedury albo też miał informacje pozwalające podejrzewać bunt, sprawa byłaby jasna, ale tego nie zrobił i ich nie miał. Śmiem twierdzić, że każdy na jego miejscu zachowałby się tak samo, więc jeśli go rozstrzelamy, dla każdego oficera UB będzie to jasny sygnał, że zapłaci głową za każdą klęskę, choćby wywołaną przyczynami, na które nie miał, bo nie mógł mieć, żadnego wpływu.

— Zdaję sobie z tego sprawę — przyznał ciężko Saint-Just. — A to w najlepszej sytuacji będzie prowadziło do myślenia przede wszystkim o tym, jak chronić własny tyłek, na co nie możemy sobie pozwolić. W najgorszym zaś do bierności, fałszowania raportów albo i spiskowania, żeby stworzyć spójne dupochrony. W ten sposób mogą nas wykończyć problemy, o których istnieniu nawet nie będziemy wiedzieć do momentu, aż staną się zbyt poważne, by móc je rozwiązać.

— Właśnie — zgodził się Pierre.

Uznał, że nie ma sensu zwracać mu uwagi, iż przeprowadził doskonałą analizę i wyciągnął właściwe wnioski, do czego doprowadzą rządy terroru w UB, podczas gdy wysiłki podjęte przez McQueen, by takowe rządy wyeliminować z Ludowej Marynarki, jedynie podsycały jego podejrzenia w stosunku do niej.

— Tylko że musimy go jakoś ukarać — dodał Oscar. — Nie mogę inaczej postąpić po tym, co zaszło.

— Też fakt. Można zrobić tak… Skoro nie ma sensu udawać, że przeciwnik nie wie, gdzie znajduje się system Cerberus, a uzgodniliśmy, że nie ma, możemy oficjalnie poinformować o tym naszą własną flotę. Na planecie nadal jest zbyt wielu więźniów, by ich przenosić, a Harrington, odlatując, zniszczyła system obronny, ale zostawiła i obozy, i bazę na Styksie w pełni sprawne. Możemy więc wysłać tam normalną pikietę Ludowej Marynarki, ale podlegającą komendantowi planety należącemu do UB i nadal korzystać z Hadesu jako planety więziennej. Thornegrave’a zaś ześlemy do któregoś z obozów pod fałszywym nazwiskiem, żeby go nie zlinczowali od razu. Jeśli będzie miał pecha, i tak w ten sposób skończy, ale to nie my go zabijemy. Ukarzemy go więc, wysyłając stosowny sygnał do twoich ludzi, i równocześnie okażemy łaskę.

— Perfidne i doskonałe — ocenił Saint-Just. — Może powinieneś także zająć się tym, co ja robię na co dzień.

— Serdeczne dzięki, mam już dość problemów. Poza tym nie jestem na tyle głupi, by sądzić, że osiągnę choćby połowę twojej skuteczności.

— To chyba był komplement… — Saint-Just potarł z namysłem podbródek. — W takim razie dziękuję. Pomysł mi się podoba. Naturalnie istnieje szansa, że Harrington wróci po resztę, a nie sądzę, by McQueen zgodziła się na stacjonowanie w systemie wystarczająco dużych sił do odparcia takiego rajdu, ale przyznaję, że to raczej mało prawdopodobne.

— Harrington osobiście na pewno nie wróci, a nie widzę żadnego powodu, dla którego Sojusz miałby tam kogokolwiek posyłać. Przecież wszyscy, którzy chcieli, odlecieli z nią, toteż ryzyko „oswobodzenia” reszty nie jest warte propagandowego sukcesu. Mają ich dość, więc po co ryzykować.

— A mają — przyznał kwaśno Saint-Just. — Choć z analiz sytuacji wewnętrznej w Królestwie Manticore, które kończą moi analitycy, wynika, że rządowi przyda się wszystko, co da się propagandowo wykorzystać.

Pierre spojrzał na niego, nie kryjąc niedowierzania. Oscar wzruszył wymownie ramionami i dodał:

— Och, wiem, że to przestarzałe analizy, bo opracowując je, nie mieli żadnych informacji o tym, co nastąpiło w systemie Cerberus, ale to nie zmienia pewnych stałych tendencji, zauważalnych i nasilających się od pewnego czasu. A wszystko wskazuje na to, że osiągnięcia Harrington i sukces propagandowy Parnella w Lidze oznaczają krótkotrwałe wzrosty morale, jeśli chodzi o ludność Królestwa Manticore. Nie lekceważę tego, ile nas to będzie kosztowało, ani tego, że rząd Cromartyego wykorzysta w maksymalny sposób te prezenty, ale pewnych długotrwałych nastrojów nie da się zmienić. Przypomnij sobie nasze własne problemy i to w czasach, gdy Cordelia była w stanie zmienić klęskę w wiekopomne zwycięstwo. A oni nie mają nawet cenzury! Za to mają opinię publiczną niezadowoloną ze strat tak w ludziach, jak i sprzęcie, z utraty systemów planetarnych, wysokich podatków i przekonaną, że to my przejęliśmy w tej wojnie inicjatywę.

Pierre kiwnął głową, ale jego twarz niczego nie wyrażała, toteż Saint-Just postanowił nie poruszać tematu McQueen… na razie.

— Moi analitycy uważają, że możemy mieć w tej chwili i przez dłuższy czas przewagę w morale floty i społeczeństwa, ale zwłaszcza społeczeństwa — zakończył.

— A w jakim stopniu na ich opinie wpływa fakt, iż wiedzą, że obaj chcielibyśmy coś podobnego usłyszeć? — spytał sceptycznie Pierre.

— W pewnym, ale niewielkim. Większość z nich pracuje u mnie wystarczająco długo, by się orientować, że wolę znać prawdę, choćby najgorszą… i że nie mszczę się na ludziach za to, że mi ją mówią, tylko dlatego że mi się ona nie podoba.

Pierre wiedział, że tak jest i że Oscar bardzo się stara, by tak pozostało, dlatego tak go niepokoiła możliwość asekuranctwa wśród wyższych dowódców formacji zbrojnych Urzędu Bezpieczeństwa. Natomiast dobre chęci współpracowników nie musiały gwarantować prawdziwości ich analiz, gdyż mogli otrzymywać fałszywe dane od podwładnych wolących na wszelki wypadek „dosładzać” meldunki, uznając przełożonych za mniej wyrozumiałych, a z Saint-Justem nie mając kontaktu. Niemniej jednak w tym, co mówił Oscar, mogło być sporo prawdy.

— No dobrze, zgadzam się, że twoi analitycy nie kłamią, by poprawić nam humor — ustąpił Pierre. — Ale jakoś nie rozumiem, skąd bierze się ich przekonanie, że mamy lepsze morale.

— Nie powiedziałem, że są o tym przekonani, ale że istnieje taka możliwość na dłuższą metę — powtórzył cierpliwie Saint-Just i poczekał, aż rozmówca kiwnie głową na znak, że zrozumiał różnicę. — Chodzi o to, że nasze morale startowało z poziomu dna i przez cały czas to przeciwnik miał inicjatywę. Tak było przez prawie pięć lat standardowych i choć ludzie nie byli zachwyceni działaniami Urzędu Bezpieczeństwa czy obciążeniami finansowymi, a morale nie pogorszyło się mimo wszystko.

Było to stwierdzenie faktu bez śladu przeprosin i Pierre ponownie pokiwał głową. Wojnę rozpoczęto, gdyż rząd Harrisa nie mógł podnieść w przewidzianym terminie Doli, a by tego nie robić, potrzebne było zewnętrzne zagrożenie. Komitet także nie znalazł na to pieniędzy i przy tej okazji Cordelia Ransom tak naprawdę okazała swoją przydatność.

Bodajże jeden jedyny raz, ale na długo. Zdołała bowiem wmówić Dolistom, że to imperialiści z Królestwa Manticore są winni tej agresywnej wojnie i pustkom w skarbie państwa. Natomiast to, że Prole jej uwierzyli, nie poprawiło ich sytuacji życiowej, pogorszonej dodatkowo późniejszymi reformami ekonomicznymi, bez których nie byłoby Ludowej Republiki. Prywatnie podejrzewał, że do sporej ich części dotarła nieuchronność tych reform i choć niechętnie, ale się z nią zgodzili. Reszta po prostu bała się UB…

— Można byłoby powiedzieć, że pod tym względem byliśmy w lepszej sytuacji, bo morale mogło się tylko poprawić — kontynuował Saint-Just. — Społeczeństwo Królestwa Manticore natomiast na początku wojny było przerażone, ale seria zwycięstw doprowadziła do stałego wzrostu i poczucia bezpieczeństwa, i morale jako takiego. Przez ponad trzy lata standardowe zwyciężali, gdzie chcieli i jak chcieli, a my nie mogliśmy nic na to poradzić: tak to przynajmniej wyglądało dla przeciętnego obywatela z Królestwa. Tyle że wbrew ich oczekiwaniom wojna się nie skończyła, a pamiętać należy, że od dobrych dwóch, trzech stuleci nikt w galaktyce tak długo nie toczył wojny. Obaj wiemy, że w Lidze Solarnej panuje przekonanie, że powodem jest wyłącznie to, że zarówno my, jak i Gwiezdne Królestwo jesteśmy rzadką bandą niekompetentnych durniów, ale ty i ja wiemy, że to nieprawda.

Przyczyny tak naprawdę są dwie: olbrzymi teatr działań i skala użytych sił oraz przewaga techniczna przeciwnika tak wielka, że zdołała zrównoważyć naszą przewagę liczebną. To drugie jest nader przygnębiające z naszego punktu widzenia, ale również z ich, ponieważ społeczeństwo o tym wie, a mimo to i mimo wszystkich wygranych bitew ostatecznego zwycięstwa w tej wojnie nie było nawet widać. Budżet floty rósł z roku na rok, a efektów jak nie było, tak nie było. Nasze wydatki także rosły, ale ich gospodarka, choć nieporównanie silniejsza i skuteczniejsza od naszej, jest też znacznie mniejsza, a każde wiadro ma dno.

Podatnicy Królestwa musieliby nie być ludźmi, by nie zacząć się martwić, czy to dno lada chwila się nie ukaże, bo skutki wojny odczuwali coraz dotkliwiej. Nie tak jak my, ale oni dotąd nie czuli żadnych skutków. Należy też pamiętać, że choć straty w ludziach Królewskiej Marynarki były i są bardzo niskie w porównaniu z naszymi, stanowią wysoki procent w stosunku do liczby ludności. Mówiąc krótko, oni chcą końca tej wojny, i to chyba bardziej niż nasze społeczeństwo, bo u nas poziom życia zaczął się stabilizować po ostatniej kilkuletniej karuzeli. A potem nastąpiła operacja „Ikar” i seria porażek, która dodatkowo wstrząsnęła ich morale. Nie twierdzę, że są na skraju załamania czy że w Królestwie szerzy się defetyzm.

Natomiast uważam, że poparcie dla prowadzenia wojny nie jest aż tak powszechne i spójne, jak sądziliśmy, i że rząd Cromarty’ego znajduje się pod większą presją i w trudniejszych warunkach, niż dotąd wskazywały analizy i prognozy. Do tego sprowadza się ostatnia ocena moich analityków.

— Hmm… — Pierre odchylił fotel i odruchowo zaczął bawić się zabytkowym nożem do listów, niegdyś własnością Sidneya Harrisa.

To, co usłyszał, miało sens i prawdopodobnie gdyby nie ciągłe problemy wewnętrzne lęgnące się z rozmaitych powodów w najmniej oczekiwanych miejscach, zwróciłby na to uwagę wcześniej. Albo też zwrócono by mu na to uwagę, co było znacznie bardziej prawdopodobne. Mimo to jednak…

— Przyznaję, że brzmi to rozsądnie — odezwał się po chwili. — Ale nie sądzę, by mogło mieć wpływ na naszą sytuację w najbliższej przyszłości czy też na podjęte działania. Zmęczenie wojną nie spowoduje załamania w krótkim czasie, a to oznacza, że Cromarty pozostanie bez władzy i do spółki z królową nadal będą kontynuować walkę. A kiedy złapią oddech, zaczną znów łoić nam skórę, choć może nie aż tak dotkliwie jak dotąd. Poza tym morale w Królestwie to jedno, a rewelacje Parnella najbardziej odczujemy u siebie i w Lidze Solarnej.

— Wiem o tym i jest to jeden z powodów, dla których chciałbym wznowić ataki na zajęte przez Sojusz systemy tak szybko, jak tylko się da, i ciągnąć je jak najdłużej. Prosiłbym cię też, abyś ponownie zastanowił się nad decyzją w sprawie operacji „Hassan”.

Pierre stłumił przekleństwo.

Udało mu się nie zmienić wyrazu twarzy, ale nie przyszło mu to łatwo. Nie licząc McQueen, operacja „Hassan” była powodem fundamentalnej wręcz niezgody między nim a Oscarem. I to nie dlatego, że nie podobał mu się pomysł operacji, ale dlatego że wątpił w szansę jej powodzenia, równocześnie obawiając się skutków porażki. A prawdę mówiąc, nawet sukces nie gwarantował efektów, jakich spodziewali się jej autorzy, w tym i sam Saint-Just.

— Nadal mi się to nie podoba — oznajmił twardo. — Zbyt wiele może się nie udać, a nawet jeśli operacja przebiegnie dokładnie tak, jak planujecie, konsekwencje mogą być wręcz przeciwne do oczekiwanych. Przypomnij sobie, co bezpieka wymyśliła trzydzieści trzy standardowe lata temu. I wykonała bezbłędnie. I co nam z tego przyszło? A pomyśl o skutkach propagandowych, jeżeli rzecz się wyda: staniemy się pariasem zasiedlonej części galaktyki. I to nie jest przesada.

— To nie to samo i obaj o tym wiemy — zaoponował spokojnie Oscar. — Pomysł jest w zasadzie ten sam, ale teraz toczy się wojna i skutki powinny być znacznie poważniejsze. A nawet jeśli zostaniemy o to obwinieni, co jest mało prawdopodobne, acz możliwe, to z tym pariasem przesadziłeś, i to ostro. Nikt nie będzie mógł mieć do nas pretensji, że zaatakowaliśmy jak najbardziej legalny cel militarny.

Pierre jedynie prychnął pogardliwie.

Saint-Just wzruszył ramionami.

— No dobra, niech ci będzie — skapitulował. — Ale trzydzieści trzy lata temu nikt nie był w stanie nam niczego zarzucić i gwarantuję ci, że teraz byłoby tak samo. Żaden z wykonawców nie będzie wiedział, dla kogo naprawdę pracuje, a wszyscy będą podejrzewali zupełnie kogoś innego, i to równie prawdopodobnego. Moi planiści przewidzieli możliwość odcięcia na każdym poziomie. A nawet jeśli nie przyniesie to przewidywanych skutków, na pewno wpłynie poważnie na ich koordynację i zdeterminowanie. Jeżeli zaś się powiedzie, to durnie w stylu High Ridge’a, Descroix czy New Kiev zmienią parlament Królestwa Manticore w dom wariatów skrzyżowany z cyrkiem. Będą tak zajęci skakaniem sobie do gardeł w walce o władzę, że na coś tak nieważnego jak wojna zabraknie im czasu.

Argumenty były rzeczowe i przekonujące, natomiast Pierre czuł instynktownie niechęć do całego pomysłu. Prawdopodobnie dlatego, że Oscar w głębi ducha był szpiegiem uwielbiającym tajne operacje i jeszcze tajniejszych agentów. Natomiast on sam nie miał zaufania do podobnych środków. Jednakże należało wziąć pod uwagę, że gdyby operacja się powiodła, mogła zakończyć wojnę albo dać zwycięstwo przy niewielkich kosztach. A to było coś, o czym jak dotąd nie mogła marzyć cała Ludowa Marynarka…

— Naprawdę sądzisz, że to się może udać? — spytał Pierre po długiej chwili.

Saint-Just zmarszczył brwi, słysząc powagę, z jaką to pytanie zostało zadane.

— Tak — oświadczył po chwili namysłu. — Szansę zależą głównie od miejsca jej przeprowadzenia, ale nawet jeśli nie będzie ono optymalne, powinno się udać. A w najgorszym razie stracimy trochę pionków, których nie da się z nami powiązać.

— Hmm… — Pierre potarł podbródek.

A potem westchnął ciężko.

— No dobrze. Możesz uruchomić przygotowania do akcji, ale pod jednym warunkiem: chcę twojego zapewnienia, że nie dojdzie do niej bez mojego wyraźnego rozkazu. Nie rób takiej zbolałej miny, Nie boję się, że ty to zrobisz, ale jak sam powiedziałeś, używamy pionków i pośredników. Muszę mieć pewność, że żaden z tych narwańców nie wciągnie nas w coś, w czym nie chcielibyśmy się znaleźć.

Saint-Just zastanowił się dłuższą chwilę.

— Mogę dać ci słowo — stwierdził w końcu. — Trudniej co prawda będzie kontrolować wykonawców „Hassana 2”, ale tam z kolei mamy pewniejszych pośredników. Zresztą prawdę mówiąc, wiążę z tym większe nadzieje, bo „Hassan 1” ma niewielkie szanse. biorąc pod uwagę stan bezpieczeństwa w Królestwie. Gdybyśmy byli gotowi, „Hassan 2” mógłby zostać wykonany dwa lata temu; niestety nie podjęliśmy stosownych kroków.

— Niech będzie — zgodził się Pierre z kolejnym westchnieniem. — Weź się za przygotowania, ale pamiętaj, że muszę osobiście wyrazić zgodę na rozpoczęcie działań. I ufam, że dopilnujesz, żeby nie było żadnych przypadków czy wypadków ani też wykorzystywania okazji przez któregoś z pośredników tylko dlatego, że cel znalazł się w zasięgu. Żadnej oddolnej inicjatywy, rozumiesz?

— Dopilnuję tego osobiście — przyrzekł Saint-Just.

Pierre kiwnął głową bez słowa: kiedy Saint-Just dawał mu słowo, mógł sprawę uznać za załatwioną. Oscar nigdy dotąd tego słowa nie złamał.

— Ale „Hassan” to operacja długoplanowa i niepewna. Nie sposób przewidzieć, kiedy po zakończeniu przygotowań zajdą warunki umożliwiające jej przeprowadzenie podjął szef Urzędu Bezpieczeństwa. — Jeśli się powiedzie, powinna mieć decydujące znaczenie, ale tych warunków w żaden sposób nie da się stworzyć ani też ich kontrolować. W przeciwieństwie do operacji czysto militarnych.

Pierre westchnął kolejny raz i to ciężko, co zaczynało mu już wchodzić w nałóg.

Wiedział, że temat wypłynie, ale naiwnie sądził, że poruszone już problemy mogą chwilowo na tyle zaabsorbować Saint-Justa, że rzecz się odwlecze. Jakby istniała we wszechświecie siła mogąca to sprawić, gdy Oscar się na coś uprze.

— No dobra, wiem, że jesteś nieszczęśliwy z powodu McQueen, ale sądziłem, że przynajmniej chwilowo tę sprawę mamy uzgodnioną. Wyszło coś nowego czy konkretnego, o czym chcesz porozmawiać, czy też wracamy do starych kwestii?

Saint-Just miał zawstydzoną minę. Takiego wyrazu twarzy nikt poza Pierre’em nigdy nie widział na jego obliczu, ale zarówno ton Roba, jak i świadomość, ile razy wałkowali już tę kwestię, tłumaczyły ten fakt wystarczająco. Niemniej jednak odezwał się spokojnym i rzeczowym tonem:

— Tak i nie. Chcę omówić stare wątpliwości w świetle nowych raportów z Ligi.

Pierre kiwnął głową z rezygnacją — to, że miał serdecznie dość wysłuchiwania zastrzeżeń odnośnie Esther McQueen, nie oznaczało, że był skłonny je ignorować. Już choćby dlatego, że Saint-Just miał zbyt imponujące osiągnięcia w wykrywaniu wrogów nowego ładu i Komitetu, czyli ich osobiście.

— Sądzę, że Parnell i pozostali będą nas w ostatecznym rozrachunku kosztowali znacznie drożej niż powrót Harrington — wyjaśnił Saint-Just. — Genialnym posunięciem było wysłanie go na Beowulfa bez żadnej kuracji medycznej w Gwiezdnym Królestwie. A wyjątkowym idiotyzmem ze strony Treski było nagrywanie przesłuchań, zwłaszcza jego.

Pierre przytaknął z rezygnacją, słysząc ton Oscara uprzejmego, obojętnego i całkowicie nie poruszonego tym, o czym mówił, a przesłuchania były najczystszej wody torturami, i to z gatunku tych najmniej wyrafinowanych. Pierre doskonale zdawał sobie sprawę, że ostateczna odpowiedzialność za poczynania Saint-Justa i jego podkomendnych spadała na niego. To on doprowadził do upadku rządu legislatorów i on był przewodniczącym Komitetu, a co więcej dobrze wiedział od samego początku, co i jakimi metodami robi Urząd Bezpieczeństwa. I ta świadomość nie raz wywoływała koszmary, także na jawie. A najbardziej przerażające było nie to, że desperacko potrzebował Saint-Justa, ale że był to jego przyjaciel. I w przeciwieństwie do Cordelii Ransom nie robił tego dla przyjemności, ale wyłącznie dlatego, że na tym polegała jego praca.

— Zgadzam się całkowicie, że był to z jego strony idiotyzm — powiedział Pierre, starannie pilnując, by nic z jego przemyśleń nie odbiło się w tonie. — Ale przyznać też należy, że nasza… nie, że moja decyzja pozostawienia Parnella przy życiu także nie była genialna. Powinienem kazać zastrzelić go wraz z pozostałymi.

— Może. Natomiast poparłem ją wtedy, i biorąc pod uwagę, ile wówczas wiedzieliśmy, nadal uważam, że była słuszna. On orientował się w masie rzeczy, o których nie miał pojęcia nikt inny, zwłaszcza dotyczących Ludowej Marynarki, ale także wewnętrznych powiązań legislatorskich rodzin. Czystki dopiero się rozpoczęły, a w zbyt wielu miejscach napotykaliśmy zbyt silny opór… Jego wiedza mogła okazać się bezcenna i bylibyśmy durniami, rezygnując z niej.

— Ale to było lata temu, a nigdy nam wiele nie powiedział mimo metod, jakie wobec niego stosowaliśmy. Gdy sytuacja się uspokoiła, powinniśmy posprzątać to, co zostało, i zabić go wraz z innymi. Wtedy nie mielibyśmy tych problemów.

— Łatwo to oceniać z perspektywy czasu, Rob. Pewnie: gdybyśmy zastrzelili go, dajmy na to, dwa albo trzy lata temu, nie byłoby kłopotu. Ale kto mógł przewidzieć, że zdoła uciec z najbezpieczniejszego więzienia, jakie mieliśmy, i przysporzyć nam problemów?! Powinien spokojnie tam zdechnąć albo nadal gnić.

— Czego niestety nie był uprzejmy zrobić — zauważył Pierre, nie kryjąc złośliwości.

— Ano nie był — przyznał Saint-Just.

Był zaskakująco spokojny, biorąc pod uwagę burzę, jaką wywołały w Lidze zeznania uwolnionych i nagrania z banku pamięci obozu Charon, w które zaopatrzyła ich Harrington.

Żeby ich pogrążyć, wystarczyłoby już publiczne i oficjalne kłamstwo o zabiciu Harrington wsparte sfałszowanym nagraniem. Zeznania ostatniego legislatorskiego dowódcy Ludowej Marynarki, potwierdzone przez pomniejszych świadków, oskarżające o zamach i masakrę poprzedniej władzy Komitet Bezpieczeństwa Publicznego, a Pierre’a i Saint-Justa czyniące głównymi winnymi, były katastrofą. Do tego medycy z Beowulfa potwierdzili, że Parnell był po wielekroć torturowany, a na poparcie swoich słów miał nagrania z przesłuchań, na których Dennis Tresca chwalił się prawdziwym przebiegiem zdarzeń. A fakt, że jego pojawieniu się na Ziemi towarzyszyła nie do końca wyjaśniona strzelanina w ambasadzie Ludowej Republiki, w której od pocisków najemników z Manpower Inc zginął szef stacji UB, stanowił gwóźdź do trumny, gdyż natychmiast pojawiły się plotki, że to Parnell miał być celem, tylko coś poszło nie tak i wynajęte zbiry obróciły się przeciwko zleceniodawcy.

Naturalnie nikt nie był w stanie niczego udowodnić, ale to akurat dziennikarzom i opinii publicznej nie było w tym momencie potrzebne — uwierzyliby we wszystko, co rzucało cień na Ludową Republikę Haven i Urząd Bezpieczeństwa, bo pasowałoby to do ogólnego obrazu i nastrojów potężnego rozczarowania.

Straty będą katastrofalne i nowy obraz morale społeczeństwa Królestwa Manticore w żaden sposób nie był w stanie choćby w części tego zrównoważyć.

Wojna ta była ważna dla jej uczestników, ale dla obywateli Ligi Solarnej to, co działo się w sektorze Haven, bo tak nadal określano ten rejon galaktyki, stanowiło lokalny i drugorzędny konflikt. Znacznie ważniejsze były kwestie polityki wewnętrznej i problemy istniejące w samej Lidze — największym, najbogatszym i najpotężniejszym państwie w historii ludzkości. Tak z punktu widzenia Haven, jak i Królestwa, rząd Ligi był za słaby, za to wewnętrzne podziały i problemy olbrzymie, ale dla obywatela Ligi to, co działo się na obrzeżu zasiedlonego wszechświata, było mało ważne. Dlatego też prawie nic o sektorze i jego historii nie wiedział. Wyjątek stanowili ci, których łączyły z tym obszarem jakieś interesy: kupcy, towarzystwa transportowe, firmy zbrojeniowe czy szukające dogodnego miejsca dla nowych inwestycji.

Haven ten stan odpowiadał, ponieważ władze potrafiły ignorancję doskonale wykorzystać. W Lidze żyło wielu arystokratów i oligarchów, ale oficjalnie była ona demokracją i większość planet, zwłaszcza centralnych, gorąco opowiadała się przynajmniej za fasadą, jaką stanowiła. A to było idealne dla propagandy Ludowej Republiki Haven, gdyż Gwiezdne Królestwo Manticore i połowa jego sojuszników, jak Protektorat Grayson, Kalifat Zanzibar czy Księstwo Alizon, były monarchiami.

To, że w praktyce były znacznie bliższe demokracji niż większość planet Ligi, o Ludowej Republice nie wspominając, nie miało znaczenia, gdyż społeczeństwo Ligi nie miało o tym pojęcia. I dlatego spece propagandowi Republiki, a potem Ludowej Republiki, przekonali opinię publiczną, że takie jak ich państwo (zwące się Republiką) walczy z agresją despotycznej i reakcyjnej monarchini. Czyli ujmując rzecz skrótowo, że Haven to ci dobrzy, a Manticore to ci źli. Fakt, że większość planet członkowskich Ligi w którymś momencie swej historii także była monarchiami, gdyż potrzebne były silne rządy, nie grał roli, bo mało kto o tym pamiętał. W końcu większość planet centralnych zasiedlona była przez prawie dwa tysiąclecia, a system Manticore od pięciu stuleci. O czym też prawie nikt nie pamiętał.

To samo dotyczyło innych w tym rejonie galaktyki, a warunki panujące na planetach takich systemów jak Yeltsin czy Zanzibar wymagały bezpardonowej walki o przetrwanie, którą mogła zapewnić jedynie silna władza. Z drugiej strony szalała demokracja, czyli totalne bezhołowie i bezkarność dawały skutki widoczne doskonale w Konfederacji Silesiańskiej, gdzie despotyzm, bezprawie i przekupstwo były codziennością. Ale o tym opinia publiczna Ligi także nie wiedziała, a propaganda Ludowej Republiki nie miała zamiaru jej informować.

Zaiste cały dotychczasowy przebieg wojny propagandowej toczonej głównie na obszarze Ligi Solarnej przez Ludową Republikę i Gwiezdne Królestwo Manticore udowadniał, że bardziej opłacało się stawiać na ignorancję i lenistwo umysłowe.

Przez to wszystko przebiły się natomiast z hukiem zeznania takich ofiar Ludowej Republiki jak Parnell oraz nagrania posiedzeń sądu zorganizowanego przez Harrington nad ubekami, przeprowadzonych zgodnie z prawem tejże Ludowej Republiki Haven. Plus wszystkie dowody zgrane z banku pamięci obozu Charon. Sprawę pogarszała jeszcze zwłoka w przepływie wiadomości między Ligą a Ludową Republiką. Mało kto we władzach tej ostatniej zdawał sobie tak naprawdę sprawę, jak wielkie już są szkody i jak błyskawicznie się powiększają.

Sojusz kontrolował zarówno Manticore Junction, jak i Erewhon Junction, co oznaczało, że podróż z Manticore na Beowulfa trwała godziny, a na samą Ziemię tydzień. Droga z Haven na Ziemię zajmowała sześć miesięcy, i to jednostce kurierskiej, a więc jedynym źródłem informacji w miarę świeżych były te, które znajdowały się na pokładach statków neutralnych, mogących korzystać z któregoś z wormholi. Wszystko inne było dawno nieaktualne, nim dotarło do Pierre’a lub Saint-Justa.

Większość informacji o obecnych problemach pochodziła od agencji prasowych Ligi lub z zawartości poczty dyplomatycznej któregoś z państw nie biorących udziału w konflikcie, którego dyplomaci byli przekupni. Jednostki dyplomatyczne i prasowe korzystały bowiem z wormholi bez przeszkód. Tyle tylko że dziennikarze zrobili się strasznie bezczelni i dowiedzieć się czegoś od nich można było, tylko odpowiadając konkretnie na zadawane pytania, lub w zamian za przyznanie się do czegoś. To, że wiedzieli, jak bardzo Pierre potrzebuje posiadanych przez nich informacji, tylko zwiększało ich tupet i wymagania.

Na szczęście znalazło się kilka planet, głównie należących do Ligi, z którymi dogadano się w kwestii korzystania z ich poczty dyplomatycznej czy jednostek kurierskich do przesyłania danych, a czasami przewozu ludzi. Bez tego można było spokojnie zlikwidować całą siatkę wywiadowczą w Lidze. Niestety informacje przesyłane tą drogą docierały później niż uzyskiwane przez dziennikarzy; dotąd nie stanowiło to problemu, teraz zaś stało się poważnym mankamentem. A co gorsza nie wiadomo było, jak długo te nieoficjalne uzgodnienia będą respektowane przez władze planet członkowskich Ligi. Dwie już się wycofały po rewelacjach Parnella, stosunki z kilkoma innymi znacznie się ochłodziły, a kolejne z pewnością pójdą w ich ślady, im dłużej i obszerniej Parnell i reszta będą zeznawali przed Komitetem Praw Człowieka rady Ligi Solarnej.

Jedynym pocieszeniem była świadomość, że twór tak powolny i niezorganizowany jak Liga nie zmobilizuje się tak szybko, by ogłosić Ludową Republikę Haven państwem wyjętym spod prawa. Choć z drugiej strony nie było w tej kwestii pewności, gdyż im więcej uwagi media poświęcały Parnellowi i omawianiu jego zeznań, tym bardziej zmieniało się podejście opinii publicznej do Ludowej Republiki. A opinii publicznej nie ignorował żaden rząd planetarny, było to bowiem zbyt ryzykowne.

A to co gorsza zagrażało czemuś znacznie ważniejszemu — przemytowi nowych rozwiązań technicznych z dziedziny uzbrojenia, dzięki którym Ludowa Marynarka mogła nawiązać jako tako równą walkę z posiadającą w początkowym okresie olbrzymią przewagę techniczną Royal Manticoran Navy. Co prawda rząd Cromarty’ego wymusił na władzach Ligi embargo z chwilą rozpoczęcia walk, ale była to częściowo fikcja. Oficjalnie nikt nie handlował bronią z Ludową Republiką, a w praktyce nie reagowano, jeśli zainteresowani dogadali się po cichu i sprzedawane były plany i pojedyncze egzemplarze, a nie konwoje.

Liga nie bardzo miała środki, by ten przemyt skutecznie zwalczyć, a wiele rządów i instytucji w istocie go popierało, wielu było bowiem wściekłych na Królestwo Manticore, że ośmieliło się grozić zamknięciem Manticore Junction dla ruchu statków z Ligi, jeśli nie zostanie ogłoszone embargo.

Zainteresowanych zaś było sporo — ryzyko było niewielkie, a zyski dla handlarzy i koncernów zbrojeniowych olbrzymie. Poza tym nie tylko im i Ludowej Republice na tym zależało, ale także towarzystwom przewozowym. Powód był prosty — terminale wormhola, którego nexus znajdował się w systemie Manticore, obejmowały połowę sfery granicznej Ligi i prowadziły do takich bogatych handlowo rejonów jak Konfederacja, no i naturalnie sektor Haven. A transport towarów do tych dwóch obszarów zmonopolizowały firmy z Królestwa Manticore dzięki krótszym i tańszym tranzytom. W skali całej Ligi Solarnej był to drobiazg, natomiast jeśli chodziło o zarobki poszczególnych przewoźników, były to olbrzymie kwoty. Nic więc dziwnego, że byli oni zainteresowani stworzeniem jak największych problemów Królestwu Manticore i znalezieniem zajęcia okrętom RMN poza trasami handlowymi. Pozbawioną ochrony państwa i floty konkurencję dałoby się łatwo wymieść z rynków.

Dzięki temu przemyt kwitł, choć jego początki były niezwykle uciążliwe ze względu na odległości dzielące dogadujące się strony i związaną z nimi zwłokę w uzgodnieniach. Potem jednak najpierw strumyczek, a potem strumyk nowych lub modernizowanych komponentów czy też systemów uzbrojenia albo napędu zaczął płynąć do Ludowej Republiki.

Powody były dwa: po sprawdzeniu bezkarności parę firm, które początkowo bały się zająć przemytem, nabrało odwagi, a kilka innych sprowadziła nie chęć zarobienia gotówki, ale uzyskania nowych rozwiązań w drodze wymiany. Choć bowiem w Lidze panowało powszechne przekonanie, że ich poziom techniczny jest znacznie wyższy niż wszystkich pozostałych państw razem wziętych, nie było ono do końca słuszne. Istotny wyjątek od tej reguły stanowiło Gwiezdne Królestwo Manticore, w którym rozwój nauki i techniki w pewnych dziedzinach, zwłaszcza tych związanych z wojskowością, mógł konkurować z techniką solarną, niezależnie od tego, czy Liga była tego świadoma czy nie. Ludowa Marynarka była świadoma tego, jak dalece jej sprzęt był zdeklasowany, toteż nie omieszkała poinformować o tym dostawców i uaktualniać tej wiedzy przy każdej okazji. Część z nich nie uwierzyła, wszyscy zaś byli przekonani, że ten sam sprzęt w rękach wykwalifikowanego personelu (np. ich własnej floty) sprawowałby się nieporównanie lepiej niż obsługiwany przez bandę nieuków. Tym niemniej pewnych kwestii nie dało się zignorować — jak choćby tego, że to Królewska Marynarka jako pierwsza w historii ludzkości dysponowała działającym systemem krótkodystansowej łączności szybszej niż światło. Ponieważ nie udało się przekonać dowództwa Marynarki Ligi, by wysłało kompetentnych obserwatorów na teren wojny uważanej ciągle za ruchawkę między trzeciorzędnymi państewkami, pozostało kupowanie informacji, odczytów sensorów i fragmentów zniszczonych urządzeń od przedstawicieli Ludowej Republiki. Miało to miejsce nie tylko w tym wypadku, choć ten system najbardziej interesował koncerny zbrojeniowe Ligi, które dowiedziały się o jego istnieniu.

Teraz to wszystko przestawało sprawnie działać przez Parnella i jego zeznania. Nikt się jeszcze co prawda nie wycofał, ale pierwsze oznaki paniki już się pojawiły. Sprawa była prosta: jeżeli opinia publiczna uwierzy we wszystko, co Parnell powie, a na to się zanosiło, Ludowa Republika przestanie być uznawana za „tych dobrych”. Mając w dodatku świadomość, że Republika ich oszukała, ludzie mogli nawet zacząć popierać Królestwo. Było to mało prawdopodobne, ale najlepsze, na co można było liczyć, to podejście typu „a niech diabli wezmą jednych i drugich”. Utrata publicznego poparcia była jednakże pewna, a to oznaczało wzrost poparcia dla embarga. A to z kolei musiało prowadzić do wycofania się większych firm, a wymuszenia tego na mniejszych, biurokracja Ligi miała bowiem doskonały sposób, by to osiągnąć. Tyle że dotąd nikomu na tym nie zależało. Wystarczył chwilowy lub całkowity zakaz brania udziału w przetargach na dostawy wojskowe dla paru przedsiębiorstw, by pozostałe przestraszyły się samej groźby zastosowania takiej kary. A pod presją opinii publicznej i mediów biurokracja ustąpi szybko, zwłaszcza jeśli dostanie takie polecenie od władz planetarnych.

A to zdecydowanie niedobrze wpłynie na zdolności bojowe Ludowej Marynarki.

— Cóż — odezwał się Pierre, przerywając przeciągające się milczenie. — Na sytuację w Lidze niewiele możemy poradzić. Pozostaje nam tylko przeczekać. I tu Boardman akurat ma rację: zwłoka komunikacyjna tak naprawdę działa obecnie na naszą korzyść.

— Chwilowo działa, ale nie oszukujmy się: możemy odwlec udzielenie oficjalnej odpowiedzi, twierdząc, że musimy wysłać ją okrężną drogą z braku możliwości korzystania z wormhola, ale to nie dotyczy pytań dziennikarzy. Oni tego problemu nie mają i wszystko, co powiemy, dotrze na Ziemię niewiele później niż to, co powie Królestwo.

— Serdeczne dzięki za przypomnienie — burknął Pierre, ale z lekkim błyskiem w oczach, którego nie pokazałby nikomu innemu.

— Proszę bardzo, wszystko w ramach obowiązków służbowych, nawet jeśli złych wieści jest więcej niż dobrych. Dlatego zresztą połączyłem sprawy Parnella i McQueen.

I zamilkł, grzecznie czekając.

— Mów, o co chodzi — polecił Pierre, wiedząc z doświadczenia, że nie weźmie go na przeczekanie.

— Nie będziemy w stanie całkowicie zneutralizować wersji dziennikarzy Ligi nawet tutaj. Jak dotąd cenzura ją wstrzymała i pismaki wiedzą, że zastosujemy ustawę o kontroli informacji, jeśli się nie podporządkują, ale to się szybko zmieni. A pirackie wersje już zaczynają krążyć, nie wspominając o materiałach przemycanych z obszaru Sojuszu, które pojawiły się pierwsze.

— Wiem, ale podzielam stanowisko Boardmana, że będziemy w stanie poważnie ograniczyć szkody. Pirackie niepotwierdzone wersje zawsze istniały i nigdy nie zdołały wygrać z oficjalną propagandą. Nawet ci, którzy odruchowo nie ufają oficjalnej wersji, są podatni na częstotliwość powtarzania tego samego przez długi czas. Mogą odrzucić naszą wersję co do szczegółów, ale ogólne naświetlenie pozostanie i przez nie będą patrzyli na każdą sprawę tak, jak patrzą na cały wszechświat.

— To akurat jest prawda, ale uważam, że tym razem Boardmanowi nie uda się obrócić kota ogonem tak skutecznie jak zwykle. Tylko że mnie nie chodzi o opinię publiczną, tylko o reakcję floty, gdy pełen zestaw oskarżeń Parnella dotrze do załóg, a zwłaszcza do kadry.

— Aha… — mruknął Pierre, przeczesując palcami włosy.

— Właśnie. Wiesz, jak popularny był Parnell w starym korpusie oficerskim — dodał Saint-Just. — Fakt: oficerów z rodzin legislatorskich wykończyliśmy, ale wszyscy obecni wyżsi stopniem byli wtedy młodymi oficerami, a Parnell był popularny także wśród zawodowych podoficerów, z których większość jest teraz oficerami. Jak długo był martwy w wyniku udziału w spisku, tak długo nie był groźny. Ba, napiętnowanie go jako współspiskowca pomagało nam w zwalczaniu lojalności wobec starej władzy, no bo skoro ktoś, kogo tak szanowali, okazał się takim łotrem, to wszystko, w co dotąd wierzyli, stawało się nagle niepewne. Natomiast teraz okazało się, że Parnell żyje, co już samo w sobie dowodzi, że przynajmniej część z tego, co im tyle lat wmawialiśmy, było kłamstwem. A co więcej, mówi światu, że to my wyrżnęliśmy rząd Harrisa wraz z rodzinami. Co oznacza, że wszystko, co osiągnęliśmy, robiąc z niego parszywą owcę, teraz obróci się przeciwko nam.

— Chcesz mi powiedzieć, że możemy się spodziewać spontanicznej rewolty wojskowej? — w tonie Pierre’a było mniej niedowierzania, niżby sobie życzył.

— Spontanicznej nie: w końcu są w wojsku, a Republika walczy o przetrwanie. Mogą nas nienawidzić, bo taka jest prawda, ale wiedzą, że jeśli obalą Komitet i pozbawią państwo jednolitego przywództwa, przegramy tę wojnę, i to błyskawicznie. Widzieli, jak kończą się walki o władzę, gdy sami ją umacnialiśmy, i ile systemów wtedy straciliśmy. Natomiast zupełnie inaczej rzecz będzie się miała, jeśli ktoś zacznie taką rewoltę przygotowywać. Po pierwsze, utracimy w ich oczach jakiekolwiek prawo do władzy. Bynajmniej nie dlatego, żeby tęsknili za Legislatorami, ale wszyscy pamiętają, że poprzednia władza była lepsza, choćby dlatego że nie rozstrzeliwała za przegraną. W ten sposób utracimy resztki ich lojalności, a ich nienawiść z pasywnej zmieni się w aktywną. Podejrzewam, że na naszą korzyść zadziała bezwład: w końcu rządzimy ponad dziesięć lat standardowych, a wszyscy dobrze pamiętają chaos po próbie Lewelerów. Natomiast jeśli będą wiedzieć, że ktoś dobrze zorganizuje próbę i zastąpi nas bez chaosu i walki o władzę, pójdą za nim. I dlatego tak mnie niepokoi McQueen i stopień lojalności, jaki zyskała, wygrywając bitwy.

— Ten problem będziemy mieli z każdym, kto wygrywa bitwy.

— Wiem o tym i wiem też, choć zdajesz się w to czasem wątpić, że musimy mieć kogoś, kto będzie zwyciężał, bo dla nas obu i dla Komitetu równie fatalne skutki co udany przewrót będzie miała przegrana wojna. Problem w tym, że teraz wygrywa je dla nas Esther McQueen, a ona jest ambitna, inteligentna i przebiegła. Co gorsza jest też członkiem rządu, i to od tak niedawna, że nie sposób jej wplątać w nic, o co Parnell nas oskarża. Jest więc w idealnej pozycji do przejęcia władzy, a równocześnie może zabić nas wszystkich bez wszczynania wojny domowej. Jest na miejscu, ma bezpośredni dostęp do ciebie, do mnie i każdego z nas. I na dodatek jest cywilnym przełożonym Ludowej Marynarki, a w praktyce jej głównodowodzącą. Jeśli flota za nią pójdzie, nie będzie miała problemów: wszyscy posłuchają jej rozkazów. Z początku będzie miała za sobą monolit bez wewnętrznych tarć o władzę i możesz się założyć, o co chcesz, że jest na tyle sprytna, by im wszystkim to uzmysłowić.

— Ale nie ma żadnych dowodów, że zrobiła cokolwiek z tego, o co ją podejrzewasz — zauważył rozsądnie Pierre.

— Nie ma. Gdybym miał choć cień dowodu, już byś o tym wiedział. Problem w tym, że nie było także żadnych dowodów czy choćby podejrzeń, że zrobiła cokolwiek przed próbą przewrotu Lewelerów. Prawda, Rob?

Zapytany pokiwał głową z niechęcią — co prawda żyli tylko dzięki tym przygotowaniom, ponieważ Lewelerzy sparaliżowali łączność. McQueen była jedynym wyższym oficerem marynarki, który zorientował się, co się dzieje, i miała dość odwagi, by podjąć stosowne działania. Ale mogła to zrobić tylko dlatego, że cała załoga jej okrętu flagowego była gotowa wykonać każdy jej rozkaz mimo świadomości, że taki przejaw inicjatywy może oznaczać wyrok śmierci za zdradę. A co więcej, była przygotowana do podobnej akcji, co oznaczało staranne planowanie działań, o których nie miał pojęcia jej komisarz ani żaden z ubeckich szpiegów na pokładzie.

No i plany te nie zostały opracowane z myślą o Lewelerach…

— Co więc sugerujesz? — spytał. — Naprawdę sądzisz, że możemy się jej pozbyć?

— Bez poważniejszego ryzyka nie, bo ktoś musi wygrywać nasze bitwy. Ale potem jej przydatność się skończy i ona doskonale o tym wie. Dlatego jestem taki drażliwy na punkcie opóźnień w rozpoczęciu operacji „Scylla”. I jej obsesji w kwestii nowych broni. Uważam, że po prostu gra na zwłokę, przygotowując własny plan usunięcia nas.

— Nie jestem pewien, czy się z tobą zgadzam. Informuje nas o stanie przygotowań znacznie dokładniej, niż robił to Kline. Fakt, może to robić, byśmy dali jej spokój, co umożliwi dopracowanie planu pozbycia się nas, ale ma rację, przedstawiając obiektywne problemy związane z odległościami i koordynacją. Sam o nich przed chwilą mówiłeś! Potrzeba miesięcy, by skoncentrować w odpowiednich miejscach odpowiednie siły, zgrać je i rozpocząć symultanicznie atak na obszarze stu lat świetlnych. I to jeszcze z zachowaniem tajemnicy, żeby przeciwnik się o tym nie dowiedział.

— Wiem, że to wymaga czasu i jest skomplikowane, ale uważam, że ona wyolbrzymia problemy. Zaraz, poczekaj, daj mi skończyć. Nie twierdzę, że wiem więcej od niej o prowadzeniu wojny czy że mam lepszych analityków. Ale dobrze wiem, jak specjalista potrafi zaciemnić obraz, zwłaszcza gdy jest pewien, że nikt z tych, którym podlega, nie ma większego doświadczenia w tej dziedzinie czy choćby stosownego przygotowania teoretycznego. I jeszcze jedno: sprawdziłem dokładnie, co moi analitycy sądzą o tych „superkutrach”, i rozmawiałem z naszymi ludźmi z działu badawczego oraz z paroma inżynierami z Ligi, którzy są tu w związku z jednym z kontraktów zbrojeniowych. Wszyscy są zgodni co do tego, że reaktor fuzyjny o wystarczającej mocy, by zasilić napęd i graser o parametrach, które podała McQueen, ma zbyt wielką masę, by zmieścić się w kadłubie jednostki o zaobserwowanej wielkości. A McQueen jest zawodowym oficerem i ma dostęp do przynajmniej tak dobrych specjalistów jak ja. I to jest główny powód, dla którego podejrzewam, że celowo wyolbrzymia ryzyko, jakie stanowią te nowe kutry i inne wynalazki, by zyskać więcej czasu na organizację siatki i przygotowanie ataku na nas.

Pierre pokiwał głową, analizując to, co usłyszał. Wiedział od dawna, co podejrzewa Oscar, ale pierwszy raz ten powiedział to głośno i wyraźnie, w zwięzłej i logicznej formie. I choć chciałby się z nim nie zgodzić, niestety jakoś nie mógł…

— Masz jakieś konkretne dowody? — spytał. — Nie na to, że spiskuje, bo o tym już rozmawialiśmy, ale na to, że wyolbrzymia zagrożenie i gra na zwłokę?

— Nie takie, o jakich myślisz — przyznał Saint-Just. — Muszę bardzo uważać, kogo i o co pytać, bo jeżeli mam rację, to pytanie kogokolwiek z jej bezpośrednich podwładnych zaalarmuje ją, bo jej o tym doniosą. Natomiast moi ludzie dokładnie sprawdzają zarówno analizy, które ona nam przedstawia, jak i dane, na których są oparte. I ich wnioski są zdecydowanie odmienne od tych, które słyszymy od niej.

— To o niczym nie świadczy — zaoponował Rob. — Każda grupa analityków będzie się różniła w ocenie od innej; obaj znamy to do bólu z różnych dziedzin. To się zdarza, nawet jeśli obie grupy boją się nas panicznie i wiedzą, co chcemy usłyszeć.

— Zgadza się, dlatego przyznałem, że nie mam niepodważalnego dowodu. Ale niepokoi mnie ta jej fiksacja na punkcie nowych broni, na które natknęliśmy się w czasie operacji „Ikar”. Znam oficjalne uzasadnienie, dlaczego jej nie użyto, ale fakty są takie, że od czasu tej operacji przeciwnik nie przeprowadził żadnej ofensywy, nie licząc paru lokalnych kontrataków, w których niczego nowego nie użyto. A to oznacza, że Sojusz przeszedł do obrony. Dlaczego więc tak szybko odrzuciła argument, że powinniśmy zwiększyć tempo natarcia, żeby wyeliminować przeciwnika całkowicie, zanim będzie dysponować tymi hipotetycznymi superbroniami w wystarczającej liczbie? A jeżeli Sojusz nie przeszedł do obrony, bo boi się nas zaatakować, co należy jak najszybciej wykorzystać, to dlaczego cała 8. Flota, którą organizowano przez prawie rok, po czym genialnie użyto do obrony terminalu Basilisk, kolejny rok siedzi na dupie w Trevor Star? Wszyscy wiedzą, że to ich główna siła uderzeniowa i dlatego jej dowódcą został White Haven. To się kupy nie trzyma, Rob: albo jedno, albo drugie.

— Zapytałeś ją o to?

— Nie w takiej formie, jak ci to przedstawiłem, i nie w takiej serii. Byłeś obecny na posiedzeniach Komitetu i pamiętasz, jak odpowiadała na pytania. Zwłaszcza na to, dlaczego White Haven siedzi na tyłku, a pytałem parę razy przy różnych okazjach. Wyciągała jedynie stare argumenty, mówiła, jak krytyczne znaczenie ma ten terminal dla Królestwa i dla całego Sojuszu. Ale nawet ona musiała przyznać, że w końcu zorganizowano tam kompletną sieć fortyfikacji stałych i 8. Flota bazuje w tym systemie na stałe z zadaniem jego obrony. Musi istnieć inny powód bezczynności White Havena, a jedyny logiczny jest taki, że Sojusz się nas boi. No dobrze, jej się boi, bo to jej zasługa. A to oznacza, że powinniśmy atakować jak najszybciej i jak najmocniej. Nie robimy tego dlatego, że ona gra na zwłokę.

— No nie wiem… — powiedział powoli Pierre. — To wszystko to czysta spekulacja, musisz przyznać.

Saint-Just przytaknął bez słowa, a Pierre zamyślił się jeszcze bardziej. W końcu do obowiązków Oscara należały spekulacje, inaczej nie wykryłby połowy rzeczywistych zagrożeń, których celem był Komitet.

— Nawet jeśli masz rację — powiedział w końcu — nie możemy w tej chwili nic zrobić. Choćby dlatego, że w świetle całej sprawy Parnella będzie to wyglądało na kolejne wrobienie niewinnej osoby, zwłaszcza dla tych, którzy już są skłonni ją poprzeć.

Saint-Just kiwnął głową, kolejny raz nie kryjąc ponurej miny, a Pierre uśmiechnął się gorzko na wspomnienie wysiłku, jaki obaj włożyli w stosowne podrasowanie akt McQueen znajdujących się w Urzędzie Bezpieczeństwa. Wykonali naprawdę dobrą robotę. W aktach była między innymi pełna dokumentacja udowadniająca jej spiskowanie i zdradę z samym arcyzdrajcą ludu Amosem Parnellem. A teraz cała ta misterna robota była do niczego nieprzydatna, a już najmniej do przekonania wojskowych, że nie mieli innego wyjścia, jak tylko ją rozstrzelać. A w tym właśnie celu została przygotowana.

— Nie mówię, żeby coś zrobić natychmiast — odezwał się Saint-Just. — Obaj jesteśmy zgodni, że doskonale wykonuje swoje zadanie. Jeśli się mylę, byłoby głupotą z naszej strony pozbawiać się kogoś takiego. Ja co prawda wolałbym nie ryzykować i obyć się bez niej, ale taka już moja praca: najważniejsze są zagrożenia wewnętrzne. Zdaję sobie z tego sprawę i staram się, żeby mnie nie ponosiło.

— Wiem, że się starasz — przyznał zgodnie z prawdą Pierre, woląc nie dodawać, że to równocześnie dodaje wagi podejrzeniom Oscara.

— Jedyne, co można zrobić, to zostawić ją tam, gdzie jest, i przycisnąć, by jak najszybciej rozpoczęła operację „Scylla”. Zgodziła się, że to logiczne posunięcie i że powinniśmy wykonać je najszybciej, jak tylko się da, więc nie może się wycofać, a jeśli nagle zacznie mnożyć problemy, byle odwlec jej wykonanie, będzie to znaczyło, że moje podejrzenia są słuszne. I na dodatek może nam dostarczyć jak najprawdziwszego powodu do usunięcia jej ze stanowiska. Jeżeli tak nie postąpi, a operacja zakończy się takim sukcesem, jak przewidują moi analitycy, będziemy mieli dowód, że należy działać agresywniej, i możemy zażądać, by się tego trzymała. Przez cały czas będę miał na nią oko i prędzej czy później złapię ją na czymś, jeśli tak jak przypuszczam, spiskuje przeciw nam.

— Wtedy wyeliminujemy ją tak szybko, jak tylko się da — oznajmił rzeczowo Saint-Just.

— Nie będziemy mieli wyboru, niezależnie od konsekwencji. Zamordowana bohaterka jest znacznie mniej groźna od żywej McQueen organizującej własne plutony egzekucyjne.

— To fakt. Ale jeśli będziemy musieli czy to zdjąć ją ze stanowiska, czy to wyeliminować, trzeba znaleźć kogoś na jej miejsce. Kogoś, kto zdoła kontynuować to, co ona zaczęła, ale przeciwko Sojuszowi, a nie przeciwko nam. Czyli kogoś, kto według nas nie należy do spisku, który jak podejrzewamy, oby niesłusznie, ona organizuje.

— Masz całkowitą rację. A to wyklucza Giscarda, Tourville’a i wszystkich z ich sztabów. Rozmawialiśmy już o nich i cały czas jestem przekonany, że są bardziej lojalni wobec niej niż wobec nas. Zwłaszcza po sukcesie „Ikara”. Problem w tym, że nie dość że mogę być pewien lojalności ledwie paru admirałów, to żaden z nich do pięt jej nie dorasta. Na dodatek jeśli ja uważam ich za lojalnych, to flota będzie miała dokładnie przeciwne o nich zdanie i zostaną uznani za naszych pomagierów, podczas gdy ją kadra uznaje za swoją. Mnie to akurat nie przeszkadza, ale odbije się na sprawności działań, bo podkomendni nie będą mieli zaufania do jej ewentualnego następcy. Mogą nawet posunąć się do biernej nielojalności, co będzie miało jeszcze gorsze skutki. — Saint-Just uśmiechnął się bez śladu wesołości. — Mówiąc krótko, potrzebujemy nadzwyczajnego admirała, nie związanego w żaden sposób z McQueen, pozbawionego prywatnych ambicji i nienachalnie lojalnego wobec nas.

— A Diogenes sądził, że ma problemy, szukając uczciwego człowieka! — prychnął Pierre. — Gdzie masz zamiar znaleźć ten wzór cnót wszelakich?

— Pojęcia nie mam — przyznał Saint-Just. — Ale już zacząłem szukać, Rob. I jeżeli znajdę, to coś mi się wydaje, że mój pogląd o niezbędności towarzyszki sekretarz McQueen ulegnie drobnej zmianie.

Rozdział X

— Wygląda w porządku, Scotty — powiedział pochylony nad ramieniem Tremaine’a kapitan Steward Ashford. — Byłem pewien, że się uda, gdy omawialiśmy twój plan ataku, więc co się stało?

Obaj przyglądali się ekranowi symulatora ukazującemu nie sam atak, ale jego efekt, czyli wprawiającą ich w depresję liczbę „zniszczonych” kutrów.

— Zrobiłem się zbyt pewny siebie, Stew — westchnął Scotty. — To się stało.

— Jakim cudem? — spytał Ashford prawie oskarżycielsko.

Po czym nacisnął serię klawiszy, zmieniając obraz na stan tuż przed rozpoczęciem samego ataku.

— Aż do tego momentu nie mieli pojęcia o twoim istnieniu, inaczej eskorta już otworzyłaby ogień. Byłeś o jakieś sto osiemdziesiąt tysięcy kilometrów, mając prędkość dziesięciu tysięcy kilometrów na sekundę i przyspieszenie prawie o pięćset g większe od frachtowców. To powinna być egzekucja!

— No — mruknął Tremaine i uśmiechnął się krzywo.

Dzieliło ich ledwie kilka lat standardowych, ale Ashford należał do pilotów oryginalnego skrzydła Minotaura, a teraz był dowódcą skrzydła HMS Incubus i nie dość, że miał za sobą misję bojową, to jeszcze rok szkolenia na kutrach. Incubus mający oficjalny numer C-05 posiadał prawie identyczną konstrukcję co Minotaur. Lotniskowiec Hydra zaś, mający numer C-19, miał być gotowy za miesiąc i przy jego budowie uwzględniono już modyfikacje będące wynikiem doświadczeń z bitwy o Hancock. Zewnętrznie nie były one wielkie, ale istotne: okręt był nieco mniejszy, za to miał na pokładzie dwanaście kutrów więcej kosztem zmniejszenia pojemności magazynów artyleryjskich dla wyrzutni pokładowych. Uznano bowiem, że lotniskowce nie powinny znajdować się na tyle blisko wrogich okrętów, by móc je ostrzelać rakietami, gdyż w ten sposób same stawały się ich celem. Ponieważ jednak okręt nie był jeszcze ukończony, kutry dopiero zaczęto dostarczać i Tremaine wraz z pozostałymi załogami skrzydła zmuszony był prawie wyłącznie ćwiczyć w symulatorach.

Dostawy kutrów dla Hydry opóźniły się także dlatego, że wszystkie zmodyfikowane jednostki trafiły na pokłady pierwszych sześciu lotniskowców. Co było zrozumiałe, gdyż dowódcami bazujących na nich skrzydeł byli, podobnie jak Ashford, podkomendni Jackie Harmon, którzy w Hancock dowodzili dywizjonami i przeżyli. Skrzydło Minotaura drogo zapłaciło za zwycięstwo — więcej niż połowa zginęła. Ale zmasakrowali pancerniki Ludowej Marynarki w niewiarygodny sposób: dywizjon Ashforda zniszczył pięć, a on sam (z załogą ma się rozumieć) trzy. I były to potwierdzone zwycięstwa.

A poza tym, jak Scotty pocieszał się od chwili otrzymania tej wiadomości, i on, i Stew mieli równocześnie dostać Ferrety, no i Ashford na dodatek pomagał mu jak mógł opanować nowe obowiązki i równocześnie zdobyć potrzebne w walce doświadczenie.

— I byłaby, gdyby nie jeden drobny szczegół, o którym nikt nam nie wspomniał — wyjaśnił z tym samym krzywym uśmiechem i nacisnął klawisz uruchamiający nagranie.

Wszystko przebiegało idealnie aż do momentu, w którym kutry znalazły się w zasięgu graserów i rozpoczęły atak. W tym momencie cztery z ośmiu frachtowców wyłączyły ECM-y i otworzyły ogień. Przed ostrzałem dział trzech superdreadnoughtów i jednego dreadnoughta z takiej odległości nie były w stanie ochronić żadne osłony i sześćdziesiąt trzy kutry zostały zniszczone w wyniku pierwszej salwy. Pozostałe czterdzieści pięć rozprysnęło się na wszystkie strony, tracąc jakąkolwiek spójność formacji i ratując się każdy na własną rękę. Trzydziestu udało się obrócić i ustawić tak, by znaleźć się ekranami do przeciwnika, tyle że jeden z superdreadnoughtów należał do klasy Medusa i zaczął stawiać zasobniki w chwili oddania salwy burtowej. Nawet wyposażone w rufowe sprzężone działka laserowe i wyrzutnie antyrakiet kutry typu Shrike B nie były w stanie zneutralizować takiej liczby rakiet. W efekcie jedynie trzynaście zdołało uciec, w tym siedem było tak poważnie uszkodzonych, że po powrocie na pokład zostałyby przeznaczone do kasacji.

— Nooo tak! — Ashford potrząsnął głową. — Stara zawsze była cwana, ale taki numer wykręciła pierwszy raz. Bez żadnego ostrzeżenia?

— Bez — potwierdził Tremaine prawie chorobliwą dumą. — Oczywiście na odprawie po ataku radośnie nas poinformowała, że nikt, w tym także i ja, nie zadał sobie trudu wizualnej identyfikacji celów. Wszyscy zaufaliśmy sensorom, mimo że na odprawie przed atakiem ostrzegła nas, że będą to nasze frachtowce, więc komuś powinno przyjść do głowy, co to oznacza w kwestii środków wojny radioelektronicznej eskorty. Nie przyszło. Zanim zapytasz: dostałem jej zgodę na pokazanie ci tego, co, przyznam, przyjąłem z mieszanymi uczuciami.

— A czemuż to? — spytał uprzejmie Ashford.

— Bo ofiary lubią mieć towarzystwo. Nie powiem, żeby mi było miło, że dałem się tak załatwić i na dodatek jeszcze muszę się tym chwalić. Znacznie lepiej bym się czuł, gdyby podobna przyjemność spotkała też was wszystkich.

Ashford zachichotał.

Tremaine zaś poczekał parę sekund i dodał:

— A potem coś przyszło mi do głowy. Skoro zadała sobie tyle trudu, by dać mi nauczkę, i nie miała nic przeciwko temu, żebym was ostrzegł, to co wymyśliła dla was? Skoro jesteście uprzedzeni, musi to być coś naprawdę parszywego. Nie sądzisz?

I uśmiechnął się promiennie.

Za to uśmiech Ashforda zniknął jak zdmuchnięty.

Przez dłuższą chwilę przyglądał się Scottyemu z twarzą absolutnie pozbawioną wyrazu, po czym oznajmił:

— Jesteś zbokol. Tremaine.

— Święta prawda, ale z niecierpliwością czekam, żeby się przekonać, jak wam pójdzie.

— Taak? Dlaczego ja się dziwię: to przecież wszystko twoja wina.

— Moja? A to niby jakim cudem?! Ode mnie zaczęła, jakbyś zapomniał!

— Ale nie zachowywała się tak, zanim nie poleciała w zeszłym tygodniu na Saganami. A obaj wiemy, z kim spędzała tam czas, nieprawdaż? Gdyby nie ty i reszta radosnej gromadki z Piekła, księżna Harrington nie byłaby pod ręką, żeby pomóc jej obmyślać, jak nam utrudnić życie. To czyja to jest wina?

— Hmm… — Scotty podrapał się w ciemię z namysłem. — I to ja mam zboczoną wyobraźnię?! Natomiast przyznaję, że o tym nie pomyślałem, a to jest dokładnie w jej stylu. Cholera, sam widziałem, jak coś takiego zrobiła… i wiem, dlaczego obie zaczęły utrudniać nam życie.

— Wrodzone skłonności sadystyczne? — zasugerował Ashford.

Tremaine zachichotał złośliwie.

— Będę musiał jej to sprzedać przy pierwszej okazji. A poważnie, to chciały mi przypomnieć, a raczej nam wszystkim, jak podatne na zniszczenia są kutry. Ciąg dalszy nastąpi, nie bój się. Problem w tym, że dotąd na ćwiczeniach za dobrze nam szło i zapomnieliśmy o jednym oczywistym fakcie. Możemy załatwić dowolny zestaw okrętów do krążowników liniowych włącznie z dowolnej odległości. Możemy w sprzyjających okolicznościach rozprawić się z pancernikami, ale w spotkaniu z normalnymi okrętami liniowymi nie mamy szans… Prawdopodobnie przy olbrzymiej przewadze bylibyśmy w stanie zniszczyć samotnego dreadnoughta, no może nawet superdreadnoughta, ale ponosząc przy tym straszliwe straty. I to właśnie była jedna z rzeczy, które chciały nam uświadomić.

— Jedna z rzeczy?

Tremaine wzruszył ramionami.

— O paru innych usłyszymy na odprawie, ale mogę ci powiedzieć o przynajmniej jeszcze jednej… Lady Harrington powtarzała to wielokrotnie. W walce zdarza się naprawdę niewiele autentycznych niespodzianek. Przeważnie niespodzianka ma miejsce wtedy, gdy jedna strona jest przekonana, że widzi co innego, niż jest w rzeczywistości. A to dokładny opis tego, w czym miałem wątpliwą przyjemność brać udział, prawda?

— Prawda — zgodził się Ashford. — Ale powiedz mi: jaka jest szansa, żeby przeciwnik był w stanie oszukać nasze sensory przy tak małej odległości?

— Nie wiem. Prawdopodobnie niewielka… ale teraz będzie znacznie mniejsza, bo weźmiemy to pod uwagę. A tak na marginesie, znam przynajmniej jedną technowiedźmę taktyka w Ludowej Marynarce, której ten numer by się udał.

Ashford spojrzał na niego, nie kryjąc ciekawości, ale ugryzł się w język. Tremaine prawie czuł, jak bardzo chce zapytać, który oficer taktyczny strony przeciwnej zdołał wywrzeć na nim takie wrażenie, i to na dodatek pogłębione znajomością osobistą, ale tego nie zrobił. A on wolał mu nie mówić. W sumie żałował, że mu się to wyrwało, gdyż podobnie jak pozostali z załogi Prince Adriana, którzy przeżyli, wolał w ogóle nie wspominać Lestera Tourville’a i Shannon Foraker z uwagi na ich wysiłki podjęte w celu uczciwego traktowania jeńców.

Co prawda teraz, gdy wywiad floty ustalił, że Tourville był jednym z dowódców, którzy spuścili Sojuszowi lanie w ostatniej ofensywie, sensownym posunięciem byłoby napuścić na niego Urząd Bezpieczeństwa. Gdyby go rozstrzelali, byłoby o jednego dobrego admirała mniej, a że Shannon Foraker najprawdopodobniej pozostała w jego sztabie, UB i nią by się zajęło. Może i było to sensowne, ale choć o tym nie rozmawiali, nikt z nich słowem się na ten temat nie odezwał. Ba, nie padły w ogóle ich nazwiska, co biorąc pod uwagę nachalność dziennikarzy, mówiło samo za siebie. Jeśli chodziło o maniery pismaków, to Tremaine prywatnie był szczerze zdziwiony, że LaFollet czy Nimitz nie uszkodzili któregoś, jako że Honor była głównym obiektem ich całodobowych polowań. On sam jedynie z najwyższym trudem powstrzymał się przed wybiciem paru zębów.

— W każdym razie dobrze będzie o podobnych ewentualnościach pamiętać — podjął, wskazując głową ekran. — A tak prawdę mówiąc, sądzę, że nasze przełożone postanowiły wypróbować kilka pomysłów obrony przeciw atakom kutrów nowej generacji.

— Myślisz, że Ludowa Marynarka może dysponować czymś podobnym?! — Ashford był prawie zszokowany.

Scotty uśmiechnął się odruchowo, słysząc jego ton.

— Na pewno nie wkrótce — wyjaśnił. — Ale w końcu się domyślą albo zdobędą kuter w na tyle dobrym stanie, że zobaczą, jaki ma reaktor, a wtedy szybko zbudują własne. Widzisz, nie należy zbytnio ufać naszej przewadze technologicznej, bo ona wcale nie jest taka wielka. Miałem okazję obejrzeć sobie z bliska całkiem sporo sprzętu Ludowej Marynarki. Wcale nie jest taki zły, jak myślisz. W większości gorszy od naszego, ale lepszy, niż sądzi większość ludzi. Sam zresztą tak uważałem wcześniej i wątpię, żebym był wyjątkiem.

— To dlaczego cały czas biorą lanie?

— Powiedziałem, że ich sprzęt nie jest tak dobry jak nasz… Powiedziałbym, że jest równie dobry jak wszystkich pozostałych flot w okolicy. Ich główny problem polega na tym, że nie są w stanie go w pełni wykorzystać. Poza tym oprogramowanie mają rzeczywiście do kitu, a większość przeglądów i napraw dokonywana jest przez oficerów i starszych podoficerów, bo reszta jest na to za głupia. Nie mają naturalnie naszego systemu łączności szybszej od prędkości światła, nie rozgryźli nowych kompensatorów czy węzłów beta, ale to nie jest pełny obraz. Weź choćby zasobniki holowane: nie mogli nam dorównać jakością, to poszli na ilość i zwiększyli liczbę rakiet w każdym. Efekt? Praktycznie wyrównali skuteczność salw. A teraz rozważmy Ghost Ridera. Lata upłyną, nim będą w stanie osiągnąć nasze możliwości w zdalnie sterowanej wojnie radioelektronicznej, ale jeśli przyjmą podobne rozwiązanie co przy zasobnikach, czyli większe wyrzutnie i mniejszą liczbę rakiet, szybko dorównają naszym, jeśli chodzi o zasięg. I to bez większych kłopotów, bo jeśli zdecydują się na odpowiednio duże rakiety, będą mogli budować je z gotowych części.

— To musiałyby być cholernie wielkie rakiety — mruknął Ashford. — Zbyt duże, by mogły stanowić broń pokładową i by okręt miał ich dość do rozsądnego pojedynku artyleryjskiego.

— A gdyby wystrzeliwać je z zasobników dotąd używanych w obronie systemowej? Albo zrobić pojedyncze wyrzutnie, które mogą holować nawet niszczyciele czy lekkie krążowniki? Niech będzie, że zamiast jednego zasobnika dotychczasowych wezmą jedną wyrzutnię nowych, a i tak będą mieli sensowną siłę ognia pierwszej salwy. Nie twierdzę, że są nam w stanie dorównać na naszych warunkach, ale że admirał czy oficer taktyczny Ludowej Republiki wiedzący, jak wykorzystać możliwości swojego sprzętu, może spowodować naprawdę duże straty po naszej stronie, jak dobrzy byśmy nie byli. Albo nie sądzilibyśmy, że jesteśmy.

— Masz prawdopodobnie rację… a poza tym oni mogą sobie pozwolić na znacznie większe straty niż my, co też trzeba brać pod uwagę.

— Na razie mogą, ale to się zmieni, kiedy…

Tremaine urwał, słysząc dźwięk otwierających się drzwi do symulatora, i odwrócił się ku nim. Po czym uśmiechnął się szeroko na widok wchodzącego podoficera o figurze boksera i twarzy świadczącej o dużym doświadczeniu w mordobiciu.

— Bosman…! — zaczął Tremaine, zrywając się z fotela, i umilkł, widząc że przybysz powstrzymuje go gestem i wskazuje drugą ręką na kołnierz kurtki mundurowej.

— Noo! Chciałem powiedzieć: bosmanie Harkness! — dokończył Tremaine, nadal uśmiechając się szeroko. I czym prędzej złapał przybysza w objęcia.

Ten wyszczerzył się równie radośnie i odpowiedział niedźwiedzim uściskiem.

Steward Ashford zamrugał gwałtownie, z trudem opanowując wytrzeszcz oczu, jako że oficerowie nie mieli w zwyczaju witać tak radośnie nawet najstarszych rangą podoficerów. A potem przestał się dziwić, bo dotarło doń nazwisko nowo przybyłego, toteż przyjrzał mu się równocześnie uważnie i z podziwem.

Tremaine właśnie odsunął gościa na długość ramion i Ashford pokiwał głową: czerwono-błękitno-białą baretkę Parlimentary Medal of Valor rozpoznał bez trudu, choć widział ją na czyjejś kurtce mundurowej ledwie trzeci raz. Natomiast zły był na siebie, że nie rozpoznał natychmiast tego, kto ją nosił, jako że poobijane oblicze Harknessa było pokazywane wszędzie od momentu, gdy dziennikarze poznali szczegóły zniszczenia krążownika liniowego UB Tepes.

— Kapitanie Ashford — zaczął Tremaine, puszczając Harknessa i odwracając się — to jest…

— …bosman sir Horace Harkness, jak sądzę — dokończył Ashford.

Harkness wyprężył się na baczność i zaczął salutować, ale Ashford był szybszy.

Zgodnie z tradycją Royal Manticoran Navy każdy, kto nie miał Medalu za Dzielność, powinien pierwszy oddać honory temu, kto go zdobył, i stopnie w tym wypadku nie miały znaczenia.

— Bardzo miło mi pana poznać, panie Harkness — oświadczył Ashford, gdy bosman mu odsalutował. — Nie będę mówił dlaczego, bo wyobrażam sobie, że jest już pan zmęczony wysłuchiwaniem ciągle tych samych wywodów. Natomiast mam pewną prośbę.

— Prośbę, sir? — powtórzył Harkness ostrożnie.

— Niewielką prośbę, sir Horace. Otóż widzi pan, jakiś czas temu ktoś pomajstrował w komputerze mojego kutra. Był to całkowicie legalny i niegroźny numer, po którym jednak najadłem się wstydu. Celem było nauczenie, nie tylko mnie zresztą, że należy oczekiwać nieoczekiwanego. Komandor Tremaine właśnie przypomniał mi o tej zasadzie, podobnie zresztą jak i o tym, że ofiary lubią towarzystwo. Toteż przyszło mi do głowy, że majstrowanie przy komputerach pokładowych mogłoby stać się czymś w rodzaju tradycji, którą dobrze byłoby zapoczątkować. Mam nawet na oku jednego skur… to jest zasłużonego kandydata w moim skrzydle, a ponieważ, jak rozumiem, ma pan podejście do komputerów…?

I spojrzał wyczekująco, nie kończąc.

Harkness uśmiechnął się złośliwie.

— Byłoby miło, sir, ale obiecałem, że przestanę majstrować w komputerach Królewskiej Marynarki w zamian za pewne uprzejmości związane z dalszymi przydziałami i z niesprawdzaniem poprzednich… no i zdaje się, że przy okazji uzgodniliśmy też nieruszanie mojej teczki w JAG-u. Tak więc jak pan widzi, nie powinienem w ogóle wysłuchiwać podobnych propozycji.

— Ależ chodzi o jak najszczytniejszy cel — dodał przekonująco Ashford.

— No — zgodził się bez przekonania Harkness. — A mnie się coś wydaje, że po prostu chce się pan na kimś odegrać albo zwyczajnie mieć towarzystwo, sir.

— To też — przyznał radośnie Ashford, po czym dodał już zupełnie poważnie: — Ale poza tym, jak właśnie sprawdził doświadczalnie komandor Tremaine, zaskoczenie jest naprawdę skuteczną metodą nauczenia się czegoś. A ja wolałbym, żeby moi ludzie najedli się dzięki mnie trochę wstydu na ćwiczeniach, zamiast przekonać się w walce, ile kosztuje nadmierna pewność siebie.

— W tym jest dużo prawdy — dodał Tremaine.

— Cóż… — Harkness wzruszył ramionami. — Skoro obaj tak twierdzicie, to mogę spróbować pomóc panu kapitanowi… Pod warunkiem że pan się na to zgodzi, sir.

Ostatnie zdanie skierowane było do Scotty’ego.

— Ja? — zdumiał się tenże i uniósł pytająco brew.

— Pan, sir — potwierdził Harkness. — Wygląda na to, że jestem pańskim nowym pierwszym mechanikiem, sir. Wiem, że to oficerskie stanowisko, ale w kadrach zdecydowali, że skoro poświęciłem tyle lat na pilnowanie pana i całą resztę, to pan to przeżyje, sir. Chyba że woli pan kogoś innego…

— Kogoś innego?! — Tremaine pokiwał głową. — Czy ja wyglądam na durnia?!

Harkness uśmiechnął się szeroko i otwierał już usta, ale Scotty był szybszy:

— To było pytanie retoryczne, bosmanie Harkness! Czyli nie wymagające odpowiedzi — dodał na wszelki wypadek, gdyby Harkness wolał udać głupiego. — Natomiast żeby nie było wątpliwości: nie wolę nikogo innego.

— A to dobrze — odetchnął bosman sir Horace Harkness, PMV, CGM i DSO. — Bo wygląda na to, że się pan mnie tak łatwo nie pozbędzie, sir. Teraz to już nawet profos by nie poradził.

Rozdział XI

Honor była tak zakopana w papierkowej robocie związanej z prowadzeniem Zaawansowanego Kursu Taktycznego, że nie usłyszała pukania do drzwi gabinetu. Dotarło do niej dopiero drugie pukanie, a raczej towarzyszące mu znaczące chrząknięcie.

Uniosła głowę znad ekranu i spojrzała pytająco na MacGuinessa.

— Przyszła komandor Jaruwalski, ma’am — oznajmił James MacGuiness tonem zarezerwowanym wyłącznie na okazje, gdy byli sami i gdy uznał, że podopiecznej należy się reprymenda.

Honor uśmiechnęła się.

A w jego oczach coś błysnęło, ale mina pozostała poważna i pełna wyrzutu. Toteż Honor czym prędzej udała skruszoną.

— Tak jest, Mac — przytaknęła grzecznie. — Mógłbyś ją wprowadzić?

— Za moment, ma’am — odparł już nieco normalniejszym tonem i podszedł do biurka.

Panował na nim nieład twórczy składający się z: papierów, chipów, elektrokart, pozostałości lunchu, zaschniętych resztek po placku cytrynowym na talerzyku, w trzech czwartej opróżnionej miski selera, nie pierwszej czystości kubka po kakao i pustego kufla po piwie. Honor jak zawsze z rozbawionym podziwem obserwowała, jak Mac „zniknął” wszystko poza papierami i chipami, które teleportowały się uporządkowane do odpowiednich pojemników podobnie jak elektrokarty, które ułożyły się w zgrabny stosik. To nie miało prawa być takie szybkie i proste jak wyglądało, a Mac zdążył jeszcze poprawić kwiatki w wazonie i obrzucić krytycznym spojrzeniem jej uniform. Zmarszczył brwi, widząc pyłek na jej prawym ramieniu, zdmuchnął go i oznajmił:

— Teraz mogę wprowadzić gościa, ma’am.

Po czym oddalił się majestatycznie z pełną tacą, na której jednakże nic nie brzęknęło, zostawiając za sobą gabinet czysty i uporządkowany jakby za sprawą magii.

Nimitz bleeknął radośnie, a wyciągnięta obok niego na podłodze Samantha zawtórowała mu.

Honor nie była pewna, czy rozweselił ich magiczny zgoła sposób, w jaki Mac stworzył porządek z chaosu czy też spokojne zdecydowanie, z jakim zorganizował ją samą, ale w sumie było to bez znaczenia.

— Nie — oświadczyła, wybierając pierwsze wyjaśnienie. — Ja też nie mam pojęcia, jak on to robi.

Odpowiedzią były kolejne dwa bleeknięcia i bezgłośny telepatyczny śmiech obojga.

Pogroziła im pięścią i odchyliła fotel, czekając na zapowiedzianego gościa.

Najdziwniejsze w tym wszystkim było to, że James MacGuiness był najbogatszym stewardem w dziejach Royal Manticoran Navy, o ile w ogóle w niej służył. Honor zapisała mu w testamencie czterdzieści milionów dolarów, a Mac zbyt dobrze ją znał, by próbować je oddać, gdy powróciła z martwych. Większość ludzi dysponujących taką gotówką sama najęłaby sobie służbę. MacGuiness nie dość, że tego nie zrobił, to stanowczo dał do zrozumienia (bo nigdy słowa na ten temat nie powiedział), że zamierza pozostać stewardem Honor.

Próbowała go przekonać, by pozostał na Graysonie jako majordom Harrington House, jako że okazał nadzwyczajny talent do kierowania służbą. Która zresztą w opinii Honor była zdecydowanie zbyt liczna, ale jej o to akurat nikt nie pytał. Nie włożyła w to serca, choć wiedziała, że Clinkscalesowi i rodzicom będzie brakowało wszechobecnej a niezauważalnej skuteczności Maca oraz że Samantha pozostawiła tam młode. Kociaki były już w odpowiednim wieku do chwilowej adopcji, a dorosłych treecatów było dość, by ich przypilnować mimo wybitnego talentu całej trójki do psot. Wśród treecatów była to normalna procedura w stosunku do matek, które adoptowały ludzi, gdy młode osiągnęły wiek 2-3 lat standardowych. Samantha była bardziej potrzebna Nimitzowi, nadal mającemu problemy w wyniku utraty telepatycznego głosu, i dlatego proces uległ przyspieszeniu.

Ale MacGuiness był przybranym ludzkim rodzicem kociaków przez ponad dwa lata standardowe i Honor wiedziała, jak ciężko było mu zostawić te puszyste rozrabiaki mające wrodzony talent do tworzenia wokół chaosu. Czuła też ich żal z powodu jego odejścia, a przecież nie musiał jej towarzyszyć. Na jej własne „pośmiertne” życzenie Admiralicja zgodziła się na jego odejście ze służby, by na stałe pozostał w Harrington House. Honor zrobiła to nie dlatego, że uznała, iż jest na Graysonie niezbędny, ale dlatego, że dzięki niej wziął udział w zbyt wielu bitwach, i chciała, by choć po jej śmierci był bezpieczny.

Tylko że gdy się okazało, że zmartwychwstała, nic z tego nie wyszło. Nadal zresztą nie do końca miała świadomość, jak Mac postawił na swoim. Nigdy na ten temat nie dyskutowali — nie było potrzeby. Dzięki jakiejś odmianie umysłowego judo jak zwykle osiągnął to, co chciał, unikając jakiejkolwiek rozmowy, i zjawił się na pokładzie Paula Tankersleya przed odlotem, zachowując się jak właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Królewskiej Marynarce też nie powiodła się próba wprowadzenia zwyczajowego porządku. MacGuiness nigdy się ponownie nie zaciągnął i nie wykazywał ku temu skłonności… a wyglądało na to, że nikt w RMN nie był tego świadom. Jako cywil nie miał prawa przebywać w roli stewarda na pokładzie okrętu Jej Królewskiej Mości czy jakiegokolwiek innego obiektu wchodzącego w skład Królewskiej Marynarki. A fakt, że miał dostęp do supertajnych materiałów, powinien doprowadzić kontrwywiad floty do zbiorowego stanu przedzawałowego.

A tymczasem wszędzie wokół panowały cisza i spokój.

Zupełnie jakby nikt nie miał odwagi powiedzieć mu, że łamie przepisy.

Co prawdę mówiąc, było stanem, który idealnie wręcz Honor odpowiadał. Pamiętała czasy, gdy sama myśl o posiadaniu osobistego służącego była niedorzecznością i szczytem głupoty. I pod wieloma względami nadal tak było… tylko że MacGuiness był w takim samym stopniu jej służącym co Nimitz maskotką. Nie do końca wiedziała, jak scharakteryzować ich wzajemny stosunek, ale było to nieważne. Ważne było tylko to, że nadal była kapitanem Jamesa MacGuinessa, a on nadal był jej przyjacielem i opiekunem.

I najmniejszego znaczenia nie miało ani to, że ona jest admirałem, patronką i księżną, a on multimilionerem i cywilem.

Przestała się uśmiechać, widząc go w drzwiach.

Mac wprowadził ciemnowłosą kobietę o ostrych rysach twarzy i ciemnej karnacji, noszącą uniform komandora Royal Manticoran Navy. Pani komandor miała twarz pozbawioną wyrazu, ale w jej uczuciach dominowały ostrożność, obawa i żal rozjaśnione jedynie odrobiną ciekawości. Honor mało co się nie skrzywiła — to, co podejrzewała, zaczynało okazywać się prawdą.

— Komandor Jaruwalski, Wasza Książęca Mość — zaanonsował z nienaganną poprawnością MacGuiness.

— Dzięki, Mac — Honor kiwnęła mu głową i wstała, wyciągając dłoń. — Dobry wieczór, pani komandor. Dziękuję za tak szybkie przybycie po zaproszeniu praktycznie bez uprzedzenia.

— Nie było tak całkiem bez uprzedzenia, milady — sopran Jaruwalski brzmiał dziwnie podobnie do jej własnego, tylko był dziwnie zmęczony… jakby pokonany. — Poza tym prawdę mówiąc, nie cierpię na nadmiar zajęć.

I spróbowała się uśmiechnąć, co jej jednak nie bardzo wyszło.

— Rozumiem… — Honor uścisnęła jej dłoń, po czym wskazała fotel stojący przed biurkiem. — Proszę usiąść wygodnie i przyznać się uczciwie, czy przypadkiem nie jest pani miłośniczką piwa?

— Jestem, milady — zapytana nawet nie próbowała ukryć zaskoczenia.

— To dobrze! — ucieszyła się Honor i dodała, spoglądając na MacGuinessa: — W takim razie, Mac, przynieś nam dwa Old Tilmany, dobrze?

— Oczywiście, milady — steward spojrzał na gościa i spytał: — Czy pani komandor życzy sobie czegoś do piwa?

— Nie, dziękuję. Wystarczy samo piwo… panie MacGuiness.

Sekundowa przerwa świadczyła o tym, że jest świadoma niesprecyzowanego statusu MacGuinessa, ale cała wypowiedź o tym, że jest zdezorientowana rozwojem wydarzeń. Czemu trudno było się dziwić, jako że od roku standardowego żaden oficer flagowy nie miał zwyczaju zapraszać jej na piwo.

— Jak pani sobie życzy, ma’am — zgodził się MacGuiness i wyszedł równie bezszelestnie jak uczciwy treecat.

Jaruwalski odprowadziła go wzrokiem, po czym spojrzała na Honor. W całej mowie jej ciała widać było mimo wszystko niezłamaną dumę i Honor stłumiła kolejne przekleństwo.

— Z pewnością zastanawia się pani nad powodami mego zaproszenia — zagaiła.

— Zgadza się, milady — odparła matowym głosem Jaruwalski. — Jest pani pierwszym oficerem flagowym, który chciał się ze mną spotkać, odkąd sąd zakończył deliberację w sprawie Seaford. Prawdę mówiąc, jest pani pierwszym starszym rangą oficerem, który nie zrobił wszystkiego, by się ze mną nie spotkać, jeśli wybaczy mi pani szczerość.

— Nie mam czego wybaczać i nie dziwi mnie to — odparła spokojnie Honor. — Biorąc pod uwagę okoliczności, byłabym zaskoczona, gdyby było inaczej. Od zarania dziejów skłonność do obwiniania posłańca przynoszącego złe wieści jest silnie zakorzeniona, nawet wśród ludzi, którzy powinni wiedzieć, że posłaniec nie jest niczemu winien. A raczej którzy po rozprawie wiedzą, że nie jest winien.

Jaruwalski nie wytrzeszczyła oczu, ale widać wręcz było, jak się najeżyła. I nie trzeba było Nimitza ani żadnych zdolności empatycznych, by wiedzieć, co czuje. Przybyła tu niechętnie, ale nie mogła odmówić. Była pewna, że Honor chce rozdrapać stare rany, i ukryła się za bezsilną dumą, natomiast to, co usłyszała, świadczyło o tym, że gospodyni nie ma takiego zamiaru. Nie wiedziała już więc, czego ma się spodziewać, i odruchowo przyjęła postawę obronną. Pogardę, z jaką ją dotąd traktowano, była w stanie zrozumieć, teraz zaś nie miała pojęcia, co przyniesie to spotkanie.

A na nadzieję nie chciała sobie pozwolić, bo rozczarowanie byłoby zbyt bolesne.

W tym momencie zjawił się MacGuiness z dwoma oszronionymi kuflami ciemnobursztynowego płynu i talerzykiem z pokrojonym serem i warzywami. Postawił tacę na rogu biurka, zmaterializował skądś dwie śnieżnobiałe serwetki i położył po jednej przed każdą z nich.

— Zbyt dobrze wychodzi ci rozpieszczanie ludzi, Mac — oceniła z naganą Honor.

— Nie powiedziałbym tego, milady — odparł spokojnie, stawiając kufle na serwetkach.

— W każdym razie nie przy gościu — dokończyła.

Mac potrząsnął głową, dostawił talerzyk z przekąskami na blat i zniknął bezszelestnie wraz z tacą.

Honor spojrzała na Jaruwalski — ta wbrew sobie uśmiechnęła się, słysząc tę wymianę przycinków. Teraz spoważniała, ale była już znacznie mniej spięta.

— Proszę się częstować. — Honor wskazała jej gestem kufel i zajęła się swoim.

Po naprawdę solidnym łyku z największym tylko trudem powstrzymała się, by nie westchnąć z rozkoszą. Piwo było naprawdę znakomite. Często myślała, że najbardziej na Hadesie brak jej było właśnie Old Tilmana. Naturalnie w magazynach obozu Charon znaleźli piwo, nawet kilka różnych gatunków. Wszystkie produkcji Ludowej Republiki i według opinii Harknessa przypominające do złudzenia końskie szczyny. Harkness nie zdawał sobie sprawy ani z tego, że usłyszała jego wypowiedź ani też z tego, że całkowicie się z nim zgadzała. Podjęte przez byłych jeńców próby uwarzenia własnego piwa miały równie żałosny skutek, choć wyłącznie w opinii osób pochodzących z systemu Manticore. Reszcie jakoś i zdobyczne, i własnoręcznie uwarzone piwo smakowały.

Prywatnie Honor podejrzewała, że chmiel na Sphinksie musiał ulec jakiejś subtelnej mutacji, co zaowocowało niepowtarzalnością wyrobów browaru Tilmana.

Jaruwałski jakby usłyszała to nie wydane westchnienie, gdyż prawie się uśmiechnęła, nim sięgnęła po kufel. Usiadła wygodniej i upiła wolno pierwszy łyk.

Honor starała się, by satysfakcja z powodu częściowego odprężenia się gościa nie odmalowała się na jej twarzy. Rzadko się zdarzało, by oficer flagowy częstował podkomendnego piwem czy innym alkoholem w czasie służbowego spotkania. Ale okoliczności tego spotkania także były dość niezwykłe, a Jaruwałski nie była jej podkomendną w dosłownym znaczeniu tego słowa. No i od drugiej bitwy o Seaford miała z pewnością serdecznie dość formalnych spotkań.

Honor dała jej jeszcze parę sekund na rozkoszowanie się piwem, a potem odstawiła kufel i powiedziała cicho:

— Jak już powiedziałam, z pewnością zastanawia się pani, dlaczego chciałam się z panią zobaczyć.

Jaruwalski zesztywniała, ale mniej niż poprzednio, i nic nie odrzekła. Przyglądała się tylko wyczekująco gospodyni.

— Najprawdopodobniej ma pani kilka hipotez i żadna z nich nie jest przyjemna, jak sądzę, ale nie bardzo pani wie, która może okazać się prawdziwa — dodała Honor. — Najprawdopodobniejsza jest ta, że zamierzam uczynić z pani przykład dla kandydatów na Młyn. Przykład negatywny. Powód: jest dla pani oczywiste, że nie ma pani żadnych szans na awans po drugiej bitwie o Seaford.

Honor powiedziała to spokojnie i dlatego zabolało to gościa szczególnie mocno; w tonie Honor nie było śladu potępienia czy złości, którą musiała słyszeć w głowie wielu innych starszych rangą.

— Zastanawiałam się nad tym, milady — przyznała po chwili, próbując nie okazać goryczy i bólu. — I wątpię, by miała pani zamiar zaproponować mi stanowisko instruktora na Młynie.

— Fakt, nie mam takiego zamiaru. Ale być może będę w stanie zaproponować coś, co okaże się równie interesujące.

— Naprawdę? — Zaskoczenie spowodowało, że Jaruwalski popełniła kardynalny błąd, czyli przerwała admirałowi.

Ledwie zdała sobie z tego sprawę, zarumieniła się po cebulki włosów.

— Być może będę — powtórzyła Honor, siadając wygodniej. — Zanim do tego przejdę, powinnam wyjaśnić pani, że zdarzyło mi się służyć pod Elvisem Santino.

I umilkła. Tym razem było oczywiste, że czekała na reakcję; Jaruwalski przekrzywiła głowę i przyjrzała jej się zmrużonymi oczyma.

— Nie wiedziałam o tym, milady — powiedziała ostrożnie, nie wiedząc, do czego Honor zmierza.

— Spotkałam go na pierwszym patrolu po ukończeniu akademii. Na War Maiden mającym przydział antypiracki do Konfederacji. Był pomocnikiem oficera taktycznego — wyjaśniła Honor i uśmiechnęła się bez śladu wesołości, widząc, jak Jaruwalski drgnęła. — Sądzę, że zaczyna pani się domyślać, dlaczego jestem mniej niż większość pani rozmówców zaskoczona tym, co stało się w Seaford.

— Jak sądzę można by powiedzieć, że… nie był świetlanym wzorem do naśladowania dla midszypmenów, milady? — starała się mówić spokojnie, ale w jej głosie słychać było nienawiść.

— Można by tak powiedzieć — przyznała Honor. — Albo też można by powiedzieć, że jako oficer taktyczny potrzebował czterech namiarów astro, logu nadprzestrzennego, radiolatarni i dyżurnego oficera z pełnym wsparciem komputerowym, żeby znaleźć własną dupę, używając obu rąk. Jeśli miał dobry dzień, ma się rozumieć.

Tym razem Jaruwalski wytrzeszczyła oczy i znieruchomiała z otwartymi ustami. Powody były dwa: treść wypowiedzi i ton Honor, również pełen nienawiści i pogardy.

— Czytałam wniosek sądu wraz z uzasadnieniem — dodała Honor normalniejszym już tonem. — Znając Santino, podejrzewam, że lepiej rozumiem, o czym myślał, albo raczej o czym nie myślał, bo w jego przypadku to pierwsze zawsze było rzadkością. Pojęcia nie mam, jakim cudem przeszedł przez Młyn, nigdy też nie byłam w stanie zrozumieć, jak zdołał zdobyć stopień flagowy. Wiem, jakie miał plecy i koneksje rodzinne, ale przy jego przebiegu służby to i tak nie powinno być możliwe. Natomiast absolutnie nie zaskoczyło mnie to, że spanikował, gdy zrobiło się gorąco, bo to u niego naturalna reakcja.

— Przepraszam, milady, ale odniosłam wrażenie, że wielu starszych rangą oficerów uważało, że powinien „spanikować” i tego nie zrobił. Albo że powinien wykazać większą ostrożność i nie dążyć do boju spotkaniowego z przeciwnikiem, który tak bardzo go przewyższał i liczebnością, i siłą ognia.

— To wrażenie należy odnieść z powrotem — uśmiechnęła się lekko Honor. — Istnieją bowiem różne rodzaje paniki. Strach przed przeważającymi siłami, przed przeciwnikiem czy przed śmiercią to jedno. Każdy z nas go odczuwa; to normalna reakcja. Ale uczymy się, że ten strach nie może dyktować naszych zachowań, bo inaczej nie będziemy w stanie wykonywać naszych obowiązków. To jest normalny rodzaj paniki i to mają na myśli oficerowie, używając tego słowa. Natomiast jest też drugi: przerażenie wywołane myślą o przegranej, o tym, że zostanie się obwinionym o klęskę czy inne nieszczęście, albo tym, że trzeba wziąć na siebie odpowiedzialność. Nie należy tego mylić ze strachem przed śmiercią; to strach przed życiem po czymś takim jak druga bitwa o Seaford, gdy wszyscy będą śmiali się po kątach i mówili, jakim to trzeba być idiotą, by dać przeciwnikowi tak kompletnie się zaskoczyć. Fakt, że Elvis Santino był takim idiotą, jedynie powiększył jego panikę. Bo w przypadku takich jak on w grę wchodzi wyłącznie ten drugi rodzaj strachu. A z tego nie zda sobie sprawy nikt, kto nie miał nieprzyjemności poznania takiego ktosia w sytuacji choćby zbliżonej do kryzysowej.

Umilkła i przyglądała się Jaruwalski uważnie. Ta nie spuściła wzroku, ale widać było, że czuje się nieswojo. Zgadzała się całkowicie z oceną, którą właśnie usłyszała, ale była tylko komandorem… i to na dodatek o złamanej karierze. A komandor nie powinien krytykować oficjalnie żadnego admirała. Na dodatek wszystko, co by powiedziała, mogło zabrzmieć jak wybielanie samej siebie.

— W raporcie uderzyły mnie zwłaszcza trzy kwestie — podjęła rzeczowo Honor. — Wszystkie w mniejszym lub większym stopniu związane z panią, komandor Jaruwalski. Po pierwsze fakt, że oficer dowodzący, mając do czynienia z przeważającymi siłami wroga, przed rozpoczęciem bitwy pozbawił się oficera taktycznego. I to doświadczonego oficera taktycznego, stacjonującego na placówce dłużej niż on sam, a więc mającego lepsze rozeznanie lokalnej sytuacji i warunków. Po drugie fakt, że tenże oficer dowodzący zadał sobie trud usunięcia rzeczonego oficera taktycznego z pokładu okrętu flagowego i tracił czas na dyktowanie wiadomości uzasadniającej tę decyzję. Jeśli dobrze pamiętam, było tam coś o „braku ofensywnego ducha, braku przygotowania i niemożności właściwego wypełniania obowiązków”. A po trzecie zastanowiło mnie, że nigdy nie próbowała pani obronić się przed tymi zarzutami. Czy zechciałaby pani skomentować którąkolwiek z tych kwestii?

— Ma’am… milady… ja nie mogę ich skomentować — odparła zapytana lekko załamującym się głosem i z trudem przełknęła ślinę. — Admirał Santino nie żyje, podobnie jak członkowie jego sztabu i wszyscy, którzy mogli słyszeć lub widzieć to, co zaszło. Byłoby… jak mogłabym oczekiwać, że ktokolwiek uwierzy…

Głos jej się załamał i jedynie bezradnie wzruszyła ramionami. W tym momencie maska opanowania opadła i na jej twarzy wyraźnie widać było poczucie krzywdy i żalu z powodu niesprawiedliwości, jakie ją spotkały. Ale trwało to tylko moment — potem wzięła głęboki oddech i maska wróciła na miejsce.

— Zdarzyło się kiedyś, komandor Jaruwalski — powiedziała Honor tonem, jakim zwykle rozmawia się o pogodzie — że ja również byłam przekonana, że nikt nie uwierzy w moją wersję wydarzeń. Winny pochodził z wysoko postawionej arystokratycznej rodziny, miał wpływowych przyjaciół i dłuższe starszeństwo. Ja byłam córką wolnych posiadaczy ziemskich ze Sphinksa, bez pleców i koneksji rodzinnych czy pieniędzy. Więc nie powiedziałam, co próbował zrobić… a to w efekcie bardzo zaszkodziło mojej karierze. I to nie raz, a kilka razy, dopóki nie spotkaliśmy się w końcu na honorowym polu Landing.

Jaruwalski powtórnie zamarła z otwartymi ustami, gdy dotarło do niej, o kim Honor mówi. Ta zaś kontynuowała równie spokojnie:

— Patrząc z perspektywy czasu, wiem, że każdy, kto go znał, rozpoznałby, że mówię prawdę, gdybym tylko miała dość zaufania do przełożonych, by to zrobić. Albo raczej nie tyle zaufania do przełożonych, ile pewności siebie i wiary w to, że Królewska Marynarka może naprawdę cenić mnie równie wysoko jak aroganckie tchórzliwe zero, które jest synem earla. I prawdę mówiąc, było jeszcze coś: takie dziwne wrażenie, że w jakiś sposób musiałam przyczynić się do tego, co zaszło, a więc jestem współwinna. I to także zdecydowało o tym, że milczałam.

Honor uśmiechnęła się krzywo i spytała naprawdę cicho:

— Czy coś nie zabrzmiało dziwnie znajomo?

— Ja… — zaczęła Jaruwalski i zamilkła.

Honor westchnęła ciężko.

— No dobrze. W takim razie ja opowiem, co moim zdaniem zaszło na pomoście flagowym Hadriana, gdy Lester Tourville wyszedł z nadprzestrzeni. Jestem pewna, że Santino nie zadał sobie trudu zapoznania się z planami taktycznymi, które odziedziczył po admirale Hennesym. Został całkowicie zaskoczony, a ponieważ nie znał planów przygotowanych przez swojego poprzednika i przez panią, nie miał też pojęcia, co powinien zrobić. Spanikował, bo zdał sobie sprawę, że każdy z przełożonych, który przeczyta jego raport z bitwy, będzie wiedział, że zawalił sprawę, bo nie zapoznał się z tymi planami. Sądzę, że wydał jakieś głupie polecenie, któremu pani się sprzeciwiła, więc wyładował na pani strach i gniew. A ponieważ z natury było to mściwe bydlę, już po podjęciu decyzji, jaką uznał za najlepiej chroniącą jego tyłek, włożył tyle wysiłku w takie sformułowanie raportu na temat zdjęcia pani ze stanowiska i wyrzucenia z okrętu, by nie było w nim nic konkretnego, a jedynie same ogólniki, którym nie sposób rzeczowo zaprzeczyć. W ten sposób miał satysfakcję, że złamał pani karierę, a równocześnie zrobił z pani chłopca do bicia winnego wszystkiemu, co nastąpiło po opuszczeniu przez panią okrętu flagowego. No bo skoro jednym z powodów zwolnienia pani był brak przygotowania, to znaczy, że musiał improwizować, gdyż to pani nie przedstawiła stosownych planów. Czy to się zgadza, komandor Jaruwalski?

W gabinecie zapadła cisza. I trwała, stając się coraz cięższa.

Jaruwalski spoglądała prosto w zdrowe oko Honor i milczała… aż w końcu zapadła się w sobie i powiedziała tak cicho, że ledwie było ją słychać:

— Tak, ma’am. Prawie wszystko się zgadza.

Honor nie dała tego po sobie poznać, ale oboje z Nimitzem szczególnie uważnie badali w tym momencie emocje gościa, bo Jaruwalski, gdyby była winna zarzutów postawionych przez Santino, teraz właśnie miała idealną okazję, by przyznając Honor rację, oczyścić się choćby w jej oczach. Ale w emocjach Andrei Jaruwalski nie było radości czy satysfakcji. Były za to ból i żal, że nikt przed Honor nie zadał sobie trudu, by dojść do tych wniosków, które były całkowicie zgodne z prawdą. Honor odetchnęła z ulgą i pokiwała głową z satysfakcją.

— Tak też sobie myślałam — powiedziała prawie równie cicho jak przed chwilą Jaruwalski. — Sprawdziłam pani wyniki z oficerskiego kursu taktycznego i nie znalazłam niczego, co mogłoby wskazywać na brak skłonności ofensywnych czyli woli walki. Podobnie zresztą jak w przebiegu pani służby — ma pani prawie same doskonałe oceny umiejętności taktycznych. Druga strona medalu jest taka, że ktoś musiał być winien, a prawdziwy winowajca był martwy. No i nawet ci, którzy go znali, musieli mieć wątpliwości, czy przypadkiem nie miał trochę racji, no bo przecież nawet kompletny idiota nie pozbawiłby się bez powodu oficera, którego najbardziej potrzebował. Tyle że Elvis Santino nie był kompletnym idiotą: był klasą bezdennego kretyna samą w sobie. Ale to pani już wie, prawda?

Jaruwalski przytaknęła bez słowa.

— Oczywiście, że pani wie. A nie broniła się pani, mówiąc, co naprawdę zaszło, bo czuła pani, że nikt jej nie uwierzy, że wszyscy uznają to za rozpaczliwą próbę odparcia zarzutów, które postawił przełożony zabity na posterunku.

— Nie sądziłam, by ktokolwiek mi uwierzył — potwierdziła zmęczonym głosem Jaruwalski. — A nawet gdyby ktoś taki się znalazł, to jak pani powiedziała, byłoby to tylko moje słowo przeciwko zarzutom oficera dowodzącego, którego moje tchórzostwo i niekompetencja zirytowały wystarczająco, by idąc do samobójczego ataku, poświęcił sporo czasu na pisanie raportu, abym nie uniknęła sprawiedliwości. Próba obrony z mojej strony byłaby żałosna i…

Zamiast kończyć, wzruszyła tylko wymownie ramionami.

— Tak sądziłam — Honor pokiwała głową. — Nikt, kto nie służył pod jego rozkazami, nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak tchórzliwe, bezgranicznie głupie, leniwe i przekonane o własnej wyższości było to bydlę. I tego, że zawsze obijał sobie dupę blachą, a zwalanie winy na innych było jego drugą naturą, oprócz tego że sprawiało mu satysfakcję.

I też wzruszyła wymownie ramionami, po czym sięgnęła po kufel.

W gabinecie ponownie zapadła cisza, ale był to inny rodzaj ciszy — pełnej zrozumienia i uspokajającej. Bez trudu można było wyczuć olbrzymią ulgę Jaruwalski, gdy zrozumiała, że jest we wszechświecie ktoś, kto pojął, co się stało, i kto naprawdę jest przekonany, że w tym, co nastąpiło, nie było śladu jej winy.

Opróżniła połowę swego kufla duszkiem, po czym odetchnęła głęboko. Z jej twarzy spadła maska i teraz była to twarz kogoś bardzo zmęczonego, prawie zaszczutego, kto przygląda się rozmówcy uważnie i z prawdziwą wdzięcznością.

— Milady, nigdy nie zdołam wyrazić, jak wiele znaczy dla mnie to, co pani przed chwilą powiedziała — odezwała się Jaruwalski z uczuciem. — Pewnie i tak jest już za późno, by cokolwiek mogło uratować moją karierę, ale sam fakt, że jest ktoś, kto rozumie, co naprawdę się wydarzyło… to dla mnie bardzo ważne. I jestem pani naprawdę głęboko wdzięczna. Natomiast przyznam, że nie wiem, dlaczego zadała sobie pani tyle trudu, by mi to powiedzieć.

— Bo mam do pani pytanie, komandor Jaruwalski. Bardzo ważne pytanie.

— Proszę pytać, milady — nic w głosie Jaruwalski nie wskazywało na to, że wrócił strach.

Honor wiedziała o tym tylko dzięki więzi z Nimitzem. I wiedziała też, że nie jest to wielki strach, ale niebezpieczny, bo mogący zniszczyć świeżo odzyskaną wiarę w siebie.

— Jaką radę dała pani Santino? — spytała.

— Poradziłam mu natychmiastowe opuszczenie systemu wraz z konwojem ewakuacyjnym, ma’am — odparła natychmiast Jaruwalski.

Widać było, że odpowiedź jest uczciwa, choć Jaruwalski miała świadomość, że może ją to kosztować utratę sympatii jedynej od standardowego roku osoby, która nie odnosiła się do niej z pogardą. Znała bowiem reputację Honor: fakt, że ona też uważała Elvisa Santina za kretyna i tchórza, nie oznaczał, iż decyzję o ucieczce uznałaby za słuszną. Mogła mieć inną koncepcję, na przykład inteligentnie przeprowadzonego kontrataku przed wycofaniem się z systemu, i jeśli tak właśnie było, mogła teraz dojść do wniosku, że jej gość także spanikował, choć w „normalnym” znaczeniu tego słowa. Ponieważ jednak pytanie padło, odpowiedziała na nie uczciwie.

— To dobrze — oceniła Honor z krzywym uśmiechem. — Cieszę się, że to właśnie mu pani doradziła, bo była to słuszna decyzja, biorąc pod uwagę bezużyteczność infrastruktury w Seaford 9 i przewagę atakujących sił Ludowej Marynarki. I cieszę się, że nie wahała się pani przed odpowiedzią na pytanie. Ktoś taki mógł nadepnąć na odcisk Santino na tyle mocno, by chęć zemsty przeważyła na chwilę panikę. Tak podejrzewałam, a teraz mam pewność, i cieszę się, że ją mam.

— Przepraszam, ma’am? — Jaruwalski przeżyła kolejny szok, ponownie nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.

Honor pokiwała głową i powiedziała łagodnie:

— Zakładamy, że królewscy oficerowie będą mieli pewien poziom fizycznej odwagi, Andrea. I generalnie się nie mylimy. Być może to, że wolą do końca zachowywać się zgodnie z tradycjami wpojonymi im w akademii, niż przeżyć, nie najlepiej świadczy o nich z punktu widzenia generalnej oceny inteligencji, ale jest wysoce użyteczne, jeśli chce się wygrywać wojny. Natomiast znacznie cenniejszą u oficera cechą jest moralna odwaga stawienia czoła wszystkim obowiązkom. A do nich należy przełamanie tej tradycji, jeśli jego śmierć czy zniszczenie jego okrętu byłoby pustym, nic nie dającym gestem. Albo jeśli musi zrobić coś innego, co może zakończyć jego karierę czy też narazić go na pogardę innych, których opinię ceni, ale których tam nie było i w związku z tym nie znali sytuacji i możliwych rozwiązań.

Prawdziwego oficera poznaje się po tym, czy potrafi zdać sobie sprawę z tego, co jest ważniejsze, i czy ma dość odwagi, by postąpić zgodnie z tą świadomością. Wydałam kiedyś rozkaz poddania okrętu jednemu z moich najlepszych przyjaciół, mimo że był gotów walczyć do końca, tak jak sądzę, ja bym była gotowa na jego miejscu. Ale moim ważniejszym obowiązkiem w tamtej sytuacji było dopilnowanie, by jego ludzie przeżyli, zamiast ginąć niepotrzebnie w walce, której nie można było wygrać, a zadanie strat nieprzyjacielowi nie uzasadniało takiego poświęcenia. Była to trudna decyzja. Jedna z najtrudniejszych, jakie w życiu podjęłam, i omal nie skończyła się dla mnie śmiercią przez powieszenie. Ale nawet pewność, że skończę na sznurze, nie zmieniłaby moich priorytetów i wydałabym taki sam rozkaz. Wierzę, że doradziłaś Elvisowi Santino, by się wycofał, i powodem był nie strach, lecz zdrowy rozsądek i słuszna ocena sytuacji. I na pewno nie przyszło ci to łatwiej niż mnie rozkazanie McKeonowi, by poddał okręt, bo obie te decyzje są sprzeczne z tradycjami Królewskiej Marynarki. Ale tradycje nie są świętością i trzeba zdać sobie sprawę, skąd się wzięły i dlaczego takie, a nie inne zachowania zostały za tradycje uznane. Marnowanie okrętu, a tym bardziej większej liczby okrętów, nie jest czymś, co zrobiłby Edward Saganami i jego następcy. Ani czymś, co by pochwalił. Gdyby istniała choć niewielka szansa zwycięstwa lub gdyby w grę wchodziły inne ważne powody, jak honor królowej czy ryzyko utraty zaufania sojusznika, sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej. Ale obrona systemu planetarnego nie przedstawiającego dla nas prawie żadnej wartości z pewnością nie jest wystarczającym powodem do poświęcenia ludzi i okrętów w samobójczej szarży na przeważające siły wroga. Ty to pojęłaś i dobrze doradziłaś swemu dowódcy. On nie był w stanie tego zrozumieć, bo był tchórzem. I dlatego zginął, zabijając przy okazji wszystkich na okręcie flagowym i większość pozostałych będących pod jego rozkazami. Dla mnie nie ulega wątpliwości, które z was wykazało cechy godne królewskiego oficera. I dlatego właśnie cię tu zaprosiłam.

Jaruwalski uniosła brwi w niemym pytaniu. Honor zaś uśmiechnęła się jak zwykle krzywo i wyjaśniła:

— Od niecałych dwóch tygodni jestem komendantem Zaawansowanego Kursu Taktycznego i mam trzech doświadczonych zastępców. Pomimo obowiązków wykładowcy taktyki w akademii, bo i tym uznała za stosowne obarczyć mnie Admiralicja, już zauważyłam pewne rzeczy, które chciałabym zmienić. Nieco przerobić program tu, położyć większy nacisk tam… i chcę, żebyś pomogła mi to zrobić.

— Ja, ma’am?! — Jaruwalski była pewna, że się przesłyszała.

Honor roześmiała się, widząc jej minę.

— Ty. Potrzebuję adiutanta, Andrea. Kogoś, czyjemu osądowi mogłabym ufać, kto zrozumiałby, co chcę osiągnąć, i dopilnował, by te wysiłki nabrały zorganizowanego charakteru. I kogoś, kto mógłby mnie zastąpić od czasu do czasu na wykładzie. Ten ktoś musi też być żywym przykładem tego, jak należy postępować… pomimo ceny, jaką być może przyjdzie potem za to zapłacić.

Jaruwalski pobladła, oczy się jej zaszkliły, a dolna warga zadrżała.

— Poza tym mam jeszcze jeden, znacznie mniej szlachetny powód, by zaproponować ci to zajęcie — dodała nieco innym tonem Honor.

— Mma pani, ma’am? — spytała, stłumionym głosem Jaruwalski.

Honor udała, że tego nie słyszy, podobnie jak lekkiego zająknięcia się na początku.

— Oczywiście, że mam! — Honor uśmiechnęła się złośliwie. — Sama pomyśl: napluję komuś, kto jest martwy, prosto w kaprawe ślepka, rehabilitując oficera, którego karierę próbował złamać, i była to ostatnia rzecz, którą w swoim wszawym życiu próbował zrobić. Santino w grobie by się przewracał, gdyby go miał! Takiej okazji po prostu nie mogłam przepuścić!

Rozdział XII

— Kim mówili, że są? — spytał Samuel Mueller.

— Mówili, że są inwestorami szukającymi miejsca pod nowe kopuły do hodowli bydła, milordzie — odparł Crawford Buckeridge, osobisty służący patrona.

Znali się od ponad trzydziestu lat, więc nie musiał mówić nic więcej — wystarczyła intonacja, z jaką wypowiedział pierwsze słowo. Buckeridge’owie od pokoleń służyli Muellerom, toteż patron miał do niego zaufanie, aczkolwiek ograniczone. Przed pełnym powstrzymywała go jedna kwestia — otóż Crawford był głęboko religijny. Zabójstwo wielebnego Juliusa Hanksa poważnie nim wstrząsnęło. Jeszcze poważniej zaś to, iż zorganizował je William Fitzclarence, podobnie jak zamach na dzieci w domenie Mueller.

Crawford nie popierał reform Mayhewa, ale gdyby wiedział, że jego patron był wspólnikiem Fitzclarence’a, zapewne nie zachowałby tej wiedzy wyłącznie dla siebie. I to, że Samuel Mueller nie miał pojęcia o planowanym zamachu, niczego by nie zmieniło, bo po prostu by mu nie uwierzył. Ponieważ nie wiedział, nadal wiernie mu służył.

Sam Mueller wielokrotnie zastanawiał się, co mogło pchnąć Fitzclarence’a i Marchanta, bo ten drugi z pewnością maczał w tym palce, do zorganizowania zamachu na wielebnego Hanksa. I nie znalazł odpowiedzi. Było to zresztą pytanie zupełnie nieważne, jako że obaj od dawna nie żyli, a nikt go z nimi nie powiązał. Poza tym ich pomysły i metody były niewiarygodnie prostackie i był szczęśliwy, że pozbył się tak niekompetentnych sojuszników.

Nauczył się, że przemoc zarówno jawna, jak i skryta nie jest rozwiązaniem. Bynajmniej nie z powodów moralnych, jako że jednym z jego milszych marzeń sennych było wysadzenie promu, na którym zginęli zarówno Honor Harrington, jak i Benjamin Mayhew, ale dlatego że była bezproduktywna. Zwłaszcza odkąd Harrington zmartwychwstała. Kolejny zamach byłby tylko następnym powodem do chwały, a gdyby się udał, zostałaby męczenniczką. Przedsmak tego, do czego to prowadziło, miał przez ostatnie dwa lata. A wtedy winna była Ludowa Republika, a nie przeciwnicy reform. Na zmianę jego stanowiska wpłynęła świadomość, że jest już zbyt wielu zwolenników reform gotowych kontynuować je w razie śmierci Harrington czy Protektora. Po głębokim zastanowieniu doszedł do wniosku, że jedynym sposobem, by temu przeciwdziałać, jest stworzenie legalnej organizacji mającej na celu spowolnienie reform, ale wyłącznie przy użyciu zgodnych z prawem i konstytucyjnych metod. Ponieważ Mayhewowi udało się zinstytucjonalizować proces reformatorski, podobnie należało działać, by bieg wydarzeń odwrócić. A więc stworzenie instytucji, która by to umożliwiała, stało się celem Muellera.

Nie oznaczało to, że zerwał wszystkie swoje nielegalne kontakty. Większość wykorzystywał jedynie do zbierania informacji, ale nadal dysponował ludźmi gotowymi do działania. Tyle że byli dobrze ukryci i nie było ich wielu. Utrzymywał te kontakty ze szczególną ostrożnością, ale w końcu był patronem, a na dodatek przywódcą legalnej opozycji, toteż czuł się w miarę bezpieczny. Mayhew musiał zachowywać szczególną delikatność, podejmując jakiekolwiek kroki przeciwko niemu, żeby nie wyglądało na to, że próbuje oczernić czy mścić się na kimś tylko dlatego, że ten ktoś się z nim nie zgadza i głośno to mówi.

Uśmiechnął się pogardliwie przy tej ostatniej myśli jedenaście standardowych lat temu nikt na Graysonie nie miał żadnych doświadczeń w systemie rządów opartych na podziale władzy. Gdyby było inaczej, zdołaliby powstrzymać Mayhewa, nim ten zaczął szaleć. Ponieważ nie mieli doświadczenia, nie zdołali, a gdy ten przywrócił moc konstytucji spisanej w czasie wojny z Masadą, udało mu się też przywrócić autokratyczną władzę Protektora. Patroni nie byli w stanie temu zapobiec.

Musieli więc nauczyć się, jak działać w nowym systemie, a to wymagało czasu. Tym dłuższego, że Protektorowi można było zarzucić różne rzeczy, ale historię znał dobrze, a politykiem był bystrym. Skutecznie wykorzystał chwilową niemoc patronów, by maksymalnie ograniczyć zakres ich władzy i prawie zapewnić dziedziczność tytułu Protektora. W końcu nauczyli się, jak mu się przeciwstawiać, w czym pomogła autonomia, jaką cieszyli się w domenach. Tam właśnie mieli solidne poparcie ludności oraz kontrolę nad organami administracji i służbami porządkowymi.

A Mueller okazał się najlepszym taktykiem w parlamentarnych potyczkach. Co prawda i on, i jego sojusznicy mogli posuwać się do celu jedynie drobnymi kroczkami tu coś skubnąć, tam coś uszczknąć z pozycji Protektora, gdyż była zbyt silna na poważniejsze posunięcia, ale Mueller był cierpliwy. Uwagę Benjamina IX coraz bardziej pochłaniała wojna, a nikt nie jest w stanie równocześnie bacznie pilnować polityki zagranicznej i wewnętrznej. Po prostu zabraknie mu czasu i energii. Dlatego przekonał współopozycjonistów, by działali cicho i ostrożnie, nie zwracając na siebie uwagi. Może nie przynosiło to szybkich rezultatów czy poklasku, ale z czasem powinno przynieść to, czego dotąd nie udało im się w inny sposób osiągnąć.

Mimo takiego podejścia on sam jako przywódca opozycji znalazł się na świeczniku i stał się powszechnie znany jako przeciwnik reform. Oprócz korzyści przynosiło to także niemiłe konsekwencje — każdy niezadowolony z reform, jeśli tylko postanowił działać, udawał się do niego. Najdziwniejsi ludzie chcieli się z nim spotkać, by zapoznać go ze swymi planami, nieproszonymi radami czy zgoła genialnymi pomysłami, legalnymi bądź nie. Dlatego słysząc ton Crawforda, wiedział, że teraz będzie miał do czynienia z takimi, łagodnie rzecz ujmując, dziwakami.

Z drugiej strony nigdy nie było wiadomo, kiedy jakieś narzędzie z pozoru dziwaczne może okazać się przydatne. Dlatego nikogo nie odsyłał bez osobistego spotkania i krótkiej choćby rozmowy.

— Zaprowadź ich do mojego gabinetu… — oficjalnego. I niech ktoś ma na nich oko… hmm… najlepiej Hughes.

— Rozumiem, milordzie. — Buckeridge skłonił głowę i oddalił się majestatycznie.

Patrząc w ślad za nim, Mueller uśmiechnął się — Buckeridge nie lubił sierżanta Steve’a Hughesa nie z jakiegoś konkretnego powodu, ale z założenia, ponieważ ten był świeżym nabytkiem i nie pochodził z domeny. Crawford Buckeridge uważał, że do patrona powinni mieć dojście jedynie zaufani ludzie, a godni zaufania byli wyłącznie ci, których rodziny od pokoleń wiernie służyły rodowi Muellerów. Sam Mueller częściowo podzielał to zdanie i dlatego najdyskretniejsze zadania zlecał właśnie im, ponieważ ich wierności i milczenia mógł być pewien. Natomiast miał świadomość, iż musi iść z duchem czasu, choćby mu się to prywatnie nie podobało. A Hughes był właśnie żywym symbolem nowych czasów i całkiem dobrze radził sobie z nową techniką zalewającą Graysona. I lepiej niż ktokolwiek w domenie potrafił programować komputery. Poza tym był wysoki, chudy i nie przywiązany do rodzinnych stron. I już parokrotnie udowodnił swą użyteczność zarówno dla Gwardii Muellera jako takiej, jak i dla samego patrona.

Na dodatek był zatwardziałym konserwatystą i osobą prawie nazbyt religijną, co było dużym osiągnięciem w tak teokratycznym środowisku jak graysońskie. I prawdziwą rzadkością. Najwyraźniej religijność nie przeszkadzała mu jednak w opanowaniu techniki sprowadzonej do jego świata przez heretyków, których nienawidził.

Muellerowi to dziwne połączenie zupełnie nie wadziło. Był zadowolony z cennego nabytku, jako że Hughes okazał się godny zaufania i inteligentny, a te dwie cechy nie zawsze szły w parze u gwardzistów z rodów od pokoleń służących jego rodzinie.

Hughes zjawił się jakieś pięć lat temu i Mueller z początku traktował go bardzo nieufnie, ale im bardziej ten udowadniał, że jest odpowiedzialny i konserwatywny, tym bardziej podejście patrona ulegało zmianie. W efekcie Hughes zaczął dostawać stopniowo coraz delikatniejsze zadania. Naturalnie nie te zupełnie nielegalne — Mueller podobnymi rzeczami zajmował się rzadko, a jeśli już, to wykorzystywał gwardzistów, których wierności był całkowicie pewien. Hughes jednak udowodnił wystarczająco, że w podstawowym zakresie jest godzien zaufania, i Mueller od pewnego czasu używał go do zadań, które mogły okazać się będącymi na pograniczu prawa.

Takich jak to spotkanie w oficjalnym gabinecie.

Pracował w zupełnie innym — mniejszym i wygodniejszym, ale nie wywierającym stosownego wrażenia, za to wyposażonym w pewne ciekawostki. Dlatego też nie miał najmniejszego zamiaru wpuszczać do niego kogokolwiek. Na wszelki wypadek zgarnął z blatu biurka kilka chipów i parę kartek odręcznych notatek. Włożył je do szuflady i przekręcił stary, ale nadal skuteczny zamek szyfrowy.

Potem nałożył marynarkę, poprawił krawat i powoli wyszedł z pomieszczenia.

* * *

Dwaj mężczyźni grzecznie siedzieli na wskazanych przez Buckeridge’a fotelach. Między nimi stał stolik z filiżankami z kawą i Mueller pochwalił w duchu służącego — filiżanki należały do zwykłej, codziennej zastawy. Najwyraźniej Crawford uznał, że goście mogą się przydać, toteż należy zachować zasady gościnności, ale nie sądził, by byli bardzo użyteczni (a na pewno uznał ich za nieuczciwych), toteż nie wyjął specjalnej zastawy.

Naturalnie żadna z tych myśli nie znalazła odzwierciedlenia na twarzy Muellera, gdy szedł energicznie w stronę gości pilnowanych przez stojącego tuż za progiem sierżanta Hughesa. Mijając go, patron kiwnął głową, ale nie zatrzymał się. Słysząc jego kroki, obaj mężczyźni wstali i odwrócili się z uprzejmymi minami.

— Dzień dobry panom — powitał ich Mueller, usiłując stworzyć wrażenie pewnego siebie, zapracowanego i uczciwego człowieka. — Jestem patron Mueller. Co mogę dla panów zrobić w tak miły i słoneczny ranek?

Goście spojrzeli po sobie, zaskoczeni jego radosnym nastrojem i Mueller z trudem stłumił uśmiech. Nie musiał tego robić, ale lubił wprowadzać ludzi w błąd co do własnej osoby.

— Dzień dobry, milordzie — odezwał się starszy. — Nazywam się Anthony Baird, a mój przyjaciel to Brian Kennedy. Reprezentujemy pewną korporację zainteresowaną inwestowaniem w rolnictwo i chcielibyśmy zająć panu chwilę.

Po czym rzucił wymowne spojrzenie na postać w czerwono-żółtym uniformie stojącą przy drzwiach.

Mueller pozwolił sobie na leciutki uśmiech i potrząsnął głową ze smutkiem.

— To wystarczyło, by uzyskać spotkanie ze mną, panie Baird — oznajmił radośnie — ale wątpię, czy pan i pan… Kennedy macie jakieś pojęcie o rolnictwie. Proponuję przejść do rzeczy, czyli do prawdziwego powodu waszej wizyty. Szkoda marnować czas.

Tym razem zaskoczył ich bardziej. Spojrzeli najpierw na siebie, potem na Hughesa.

— Sierżant należy do mojej osobistej gwardii — dodał chłodniej Mueller.

Obaj natychmiast przestali się gapić na podoficera — podawanie w wątpliwość lojalności gwardzistów zawsze było ryzykowne. Co prawda obecnie nie musiało oznaczać nieprzyjemnej śmierci, ale nikt przewidujący tak nie postępował w obecności tegoż gwardzisty. Wypadki w końcu mogą się zawsze zdarzyć.

— Rozumiem, lordzie Mueller, i przepraszam — powiedział pospiesznie Baird. — Chodzi o to, że cóż… nie byliśmy przygotowani… to jest chciałem rzec…

— Że spodziewaliście się panowie półgodzinnego macania słownego i stopniowego przechodzenia do tematu — podpowiedział uprzejmie Mueller. I parsknął śmiechem, widząc minę Bairda.

— Przepraszam, panie Baird, nie powinienem być tak bezpośredni, ale pozycja lidera opozycji wśród patronów spowodowała, że stałem się logicznym celem wszystkich niezadowolonych z postępowania Protektora Benjamina. Sporo z nich uznało za stosowne dołożyć starań, by nie zwrócić oficjalnej uwagi Miecza, co, przyznaję, napawa mnie smutkiem. Osobiście uważam, że uczciwy człowiek nie musi się niczego obawiać tylko dlatego, że otwarcie wyraża swoje niezadowolenie z postępowania władz. Religia nakazuje nam postępowanie zgodne z tym, co uważamy za prawe i słuszne. Mogę jednakże zrozumieć, dlaczego nie wszyscy tak uważają, toteż moje słowa nie wynikały z braku szacunku dla panów, lecz z braku czasu. Wolę krótkie i jasne postawienie sprawy zamiast tracenia czasu na wzajemne obwąchiwanie się i używanie półsłówek, niedomówień et cetera.

— Rozumiem… — mruknął Baird, po czym odchrząknął i powiedział: — W takim razie przejdziemy do rzeczy, za pana pozwoleniem.

Obaj usiedli wygodnie, Baird, zaś założył nogę na nogę i sięgnął po filiżankę z kawą, starając się sprawiać wrażenie odprężonego.

— Jak pan przed chwilą zauważył, lordzie Mueller, pańska pozycja wśród przeciwników zmian jest dobrze znana. Ja i moi koledzy podzielamy pańską niechęć wobec reform i dokładamy wysiłków, by osiągnąć ten sam co pan skutek. Tak się jednakże składa, że podczas gdy mamy wielu przyjaciół i fundusze, których wielkość mogłaby pana zdziwić, brak nam pozycji i możliwości, by nasze działania przyniosły takie skutki, jakich byśmy chcieli. Pan zaś posiada stosowną pozycję i jest szanowany jako przywódca. Chcielibyśmy zatem zaproponować panu połączenie sił i możliwości naszej organizacji i pańskich.

— Waszej organizacji… — powtórzył Mueller, kołysząc się leciutko wraz z fotelem. — A jak duża jest ta organizacja, panie Baird?

— Duża — odparł zwięźle zapytany.

Mueller nadal przyglądał mu się pytająco, więc gość po chwili wzruszył ramionami i dodał:

— Nie chciałbym wdawać się w szczegóły dotyczące liczby członków. Jak pan powiedział, większość z nas wolałaby, aby władze nie znały naszych prawdziwych tożsamości. Nie krytykuję naturalnie pańskiej wiary w bezpieczeństwo uczciwych ludzi, ale widziałem, ile naszych odwiecznych praw Protektor zdołał w ciągu ostatnich jedenastu lat zlekceważyć albo i zmienić. Miecz nigdy nie był tak silny, a obawiamy się, że chce stać się jeszcze potężniejszy. Jeśli nasze obawy się potwierdzą, to dla zajmujących mniej eksponowane i mniej ważne stanowiska lepiej będzie wykazać już teraz większą ostrożność w otwartym krytykowaniu reform. Mniej ważni ludzie bowiem znacznie łatwiej znikają.

Mueller milczał przez chwilę.

— Nie zgadzam się z pańskimi wnioskami — powiedział w końcu. — Ale jak już powiedziałem, mogę zrozumieć pana punkt widzenia i wynikające z niego decyzje. No dobrze, to co konkretnie proponuje ta pańska duża i anonimowa organizacja?

— Połączenie możliwości, by osiągnąć wspólne cele. Można by to nazwać sojuszem. Wielu z nas bierze aktywny udział w protestach i mamy przyjaciół wśród członków założycieli takich ruchów. Uzyskujemy od nich informacje, które mogą okazać się użyteczne dla kogoś o takiej jak pańska pozycji. Oni z kolei mogą stanowić widoczny i silny środek na przekazanie pańskiego stanowiska szerokiej opinii publicznej. Możemy służyć cennym wzmocnieniem kadry przed następnymi wyborami, a mamy ludzi doświadczonych w tej materii. Nasi członkowie nie szczędzą czasu i pieniędzy, naturalnie każdy w miarę możliwości, jako że większość z nas nie zalicza się do bogatych. Są i tacy, ale niewielu…

Zdaję sobie sprawę, że tym razem pochodzenie środków na prowadzenie kampanii wyborczych będzie dokładniej niż dotąd sprawdzane, ale jestem pewien, że znajdziemy… dyskretny sposób zasilenia pańskiego funduszu wyborczego w kwocie dziesięciu-jedenastu milionów austenów. Na początek.

Mueller zdołał zapanować nad zaskoczeniem i nie okazać go, ale szok był duży. Kwota, która padła, odpowiadała siedmiu i pół do ośmiu milionów dolarów Królestwa Manticore, a to już były naprawdę konkretne pieniądze…

Był zbyt doświadczonym konspiratorem, by nie rozpoznać zręczności, z jaką Baird pokazał mu przynętę. Tym niemniej początkowe wrażenie, iż rozmówca wyolbrzymia możliwości i liczebność swej organizacji, zostało poddane poważnej próbie — bo jeśli zdoła dostarczyć mu takie pieniądze, będzie to znaczyło, że organizacja, którą reprezentuje, jest naprawdę liczna i prężna. Zwłaszcza jeśli, jak to sugerował, jej członkowie rekrutują się z członków klas średniej i niższej.

Najbardziej nęcące było to, że pieniądze mogą znaleźć się w jego dyspozycji dyskretnie… Co prawda nie istniał prawny zakaz dotyczący pochodzenia dotacji na cele wyborcze, jako że zostałoby to uznane za sprzeczne z zasadą wolności słowa. Istniała natomiast nader silna tradycja pełnego ujawniania źródeł tychże datków. Skorzystał z niej Protektor, wymagając takiego ujawniania w przypadku wyborów obejmujących więcej niż jedną domenę. Co oznaczało, że każde wybory do izby niższej parlamentu były nią objęte. A takie właśnie się zbliżały…

I tu tkwił problem, powstająca opozycja była bowiem silniejsza w izbie wyższej, w której patroni broniący swych przywilejów i władzy wzmacniali ją, czasami nawet bezwiednie. Izba niższa, zwana Izbą Mieszkańców, została zredukowana do czysto teoretycznego tworu, gdyż jej głos w zasadzie się nie liczył i dopiero w wyniku reform Mayhewa odzyskała dawną władzę, a nawet zyskała nową. Obecnie była równorzędna w stosunku do izby wyższej pod względem ważności, toteż logiczne było, że przytłaczająca większość jej członków, nawet ci niezbyt szczęśliwi z części reform, byli niewzruszonymi zwolennikami Miecza. I tu właśnie opozycja musiała w najbliższych wyborach zdobyć jak najwięcej miejsc… ale tu także ujawnienie, że fundusze na kampanię wyborczą pochodzą z konserwatywnych źródeł, najbardziej zaszkodziłoby kandydatowi… Gdyby jednak nikt nie wiedział, że pochodzą z takiego źródła…

— To wysoce interesująca propozycja, panie Baird — odezwał się Mueller, przerywając milczenie. — Jest bowiem smutną prawdą, że nawet boska sprawa wymaga stałego dopływu gotówki. Każda wpłata byłaby przyjęta z wdzięcznością i podobnie jak pan sądzę, że uda się znaleźć dyskretne sposoby zrealizowania pańskiej wspaniałomyślnej oferty. Ale wspomniał pan też o źródłach informacji i ludziach z doświadczeniem w organizacji wyborów?

Baird skinął głową.

Mueller usiadł wygodnie i stwierdził:

— W takim razie proponuję przejść do szczegółów. Na przykład…

* * *

Kilka godzin później sierżant Samuel Hughes wyprowadził Bairda i Kennedy’ego z gabinetu patrona i towarzyszył im w drodze ku wyjściu z kamiennej, miejscami przypominającej labirynt rezydencji. Przez całe spotkanie milczał, teraz także nie odezwał się słowem, ale mikrokamera ukryta w najwyższym guziku jego kurtki mundurowej zarejestrowała wszystko.

Patron Mueller nie miał o tym pojęcia. I nie powinien mieć, aż nie nadejdzie stosowny moment. Niestety nic z tego, o czym rozmawiano, nie było tak do końca nielegalne, przynajmniej na tym etapie. Kiedy pieniądze zostaną przekazane bez ujawniania źródła ich pochodzenia, przestępstwo zostanie popełnione, ale nawet wówczas będzie można oskarżyć Muellera jedynie o drobną w sumie malwersację. O udział w spisku przeciwko Mieczowi trudno byłoby go oskarżyć, a szansę na uzyskanie skazującego wyroku w sądzie przy tak słabych dowodach praktycznie nie istniały.

Hughes nie czuł jednak rozczarowania, gdyż zdawał sobie sprawę, że jest to dopiero początek nowych kontaktów. I to niecodziennych, bo pierwszy raz nie pojedyncza osoba czy grupka narwańców, lecz spora organizacja zainicjowała kontakt z Muellerem. Dotąd regułą była odwrotna kolejność — to Mueller ostrożnie rozpoczynał rozmowy z wybranymi ewentualnymi sojusznikami. To zresztą było jego mocną stroną, gdyż budował sojusze podobnie jak pająk pajęczynę — ostrożnie, dokładnie i zawsze w ten sposób, by sojusznik robił dokładnie to, czego od niego chciał, nie stawiając wymagań.

Jeśli jednak przyjmie złożoną tego dnia ofertę, to tym razem dopuści nieznanego partnera do współpracy, a to może być początek zmian w jego organizacji, które dadzą się wykorzystać do jej spenetrowania. I uzyskania dowodów i świadków, które okażą się wystarczające w sądzie. Albo pewności, która nie będzie wymagała sądu…

A to nader by odpowiadało Samuelowi Hughesowi, w rzeczywistości kapitanowi planetarnej służby bezpieczeństwa, który poświęcił pięć lat, zyskując krok po kroku zaufanie Muellera, i nadal nie dysponował niczym, co by to poświęcenie usprawiedliwiało.

Natomiast jeśli dzisiejsze spotkanie było zapowiedzią tego, co podejrzewał, sytuacja ta powinna się zmienić, i to całkiem szybko.

Rozdział XIII

— Najwyższy czas… jak sądzę — ocenił towarzysz kontradmirał Lester Tourville, obserwując holomapę wyświetloną nad stołem sali odpraw.

Widział ją już wielokrotnie w trakcie planowania, ale wtedy była to nadal teoria, a teraz zaczynała się praktyka, gdyż czekali jedynie na przybycie wszystkich wyznaczonych okrętów, by rozpocząć operację.

— Kiedy używasz trybu warunkowego, robię się nerwowy — warknął komisarz ludowy towarzysz Everard Honeker.

Tourville parsknął śmiechem, słysząc jego narzekanie.

Ostatnimi czasy wielokrotnie się zastanawiał, dlaczego Urząd Bezpieczeństwa nie zmienił mu anioła stróża. Bo to, że przełożeni Honekera nie zorientowali się w zmianie jego światopoglądu, byłoby zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Proces przemiany zaczął się dawno temu, ale haniebna sprawa z Harrington wybitnie go przyspieszyła i teraz towarzysz komisarz znajdował się ledwie o krok od tego, co UB uznawało za zdradę interesów ludu. Tourville co prawda nie czytał raportów, które Everard regularnie słał Saint-Justowi, ale mógł założyć się o każde pieniądze, że jedynie z grubsza pokrywały się z rzeczywistością.

Przez pewien czas tak on, jak i Honeker bardzo starali się udawać, że nic w ich wzajemnych stosunkach nie uległo zmianie. Tak nakazywał instynkt samozachowawczy, jako że nie mieli pojęcia, kto na pokładzie jest ubeckim szpiclem. Od czasu operacji „Ikar” jednakże było inaczej. I nie chodziło tylko o nich — Tourville zauważył ogólne ocieplenie stosunków między oficerami 12. Floty a pilnującymi ich prawomyślnymi komisarzami ludowymi. Wątpił, by podobne zjawisko wystąpiło gdzie indziej, ale Dwunasta Flota dokonała czegoś, co nie udało się dotąd żadnemu związkowi taktycznemu Ludowej Marynarki, być może z wyjątkiem sił dowodzonych przez Thomasa Theismana w systemie Barnett. Nie tylko pokonała w walce Royal Manticoran Navy, ale w dodatku ją upokorzyła i niejako przy okazji wstrząsnęła całym Sojuszem, o czym świadczył kompletny brak akcji ofensywnych od zakończenia „Ikara”. No i równocześnie spowodowała pierwszy prawdziwy wzrost morale ludności i sił zbrojnych Ludowej Republiki.

Zdawali sobie z tego sprawę zarówno członkowie załóg, oficerowie, jak i komisarze. I z tej świadomości, a także z faktu wspólnie przeżytego śmiertelnego zagrożenia, jakim jest każda bitwa, zrodziły się duma i poczucie solidarności, których po tylu latach klęsk i upokorzeń nie sposób było przecenić. Człowiek uczciwy, taki jak Honeker, po prostu musiał się temu poddać, skoro nawet takie indywiduum jak Eloise Pritchart pilnująca admirała Giscarda okazała się nie całkiem odporna.

W kwaterze głównej Urzędu Bezpieczeństwa powinni liczyć się z takimi konsekwencjami albo przynajmniej domyślić się po fakcie, że zaistniały. Najwyraźniej jednak było inaczej albo też zmieniły się sposoby reagowania UB. Owszem, dokonano pewnych zmian personalnych, ale można by je określić mianem kosmetycznych — z naprawdę ważnych komisarzy nie został odwołany żaden. I według oceny Tourville’a nie przysłano też żadnego archanioła, by miał na nich oko, a on sam na miejscu Saint-Justa takie posunięcie uznałby za rutynowy środek ostrożności. Wzmocniono za to 12. Flotę jednostkami z prywatnej marynarki wojennej Urzędu Bezpieczeństwa, co samo w sobie wzbudzało poważne podejrzenia.

Naturalnie istniała możliwość, że archanioł został przysłany, tylko on o tym nie wiedział. UB miało do dyspozycji praktycznie nieograniczone zasoby ludzkie, a Saint-Just budował swoją sieć szpiclów od dziesięcioleci — najpierw dla bezpieki i legislatorów, potem dla ubecji i Roba Pierre’a. Mógł stworzyć niezauważalną pajęczynę także w 12. Flocie. Tyle że Tourville w to nie wierzył. A to z kolei prowadziło do innego wniosku: stosunek sił między Saint-Justem a McQueen uległ znaczącej zmianie. Nie wiedział tylko, ile osób zdało sobie z tego sprawę…

Jednym z wyraźniejszych i milszych skutków tych zmian we wzajemnych relacjach było generalne zelżenie wymogów formalnej uprzejmości i zmniejszenie dystansu, jaki dotąd utrzymywali komisarze w stosunku do podopiecznych. Honeker zainicjował ten proces i posunął się dalej niż inni, ale rok temu nawet on nie wygłosiłby podobnego komentarza, jako że uznawał za swój obowiązek dopilnowanie, by oficer, którego miał pod opieką, zrobił wszystko, by nawet głupi czy zbyt ryzykowny plan doprowadzić do końca bez względu na wszystko.

Oczywiście rzecz miała się inaczej z Lesterem Tourville’em, który dawno temu stworzył swój wizerunek żądnego krwi, radosnego narwańca, który doczekać się nie może następnej walki. Jako jego anioł stróż Honeker niejednokrotnie powstrzymywał go przed rozmaitymi szaleństwami. Co, jak też odkrył sporo czasu temu, dawało mu i jego kapitanowi flagowemu Bogdanovichowi olbrzymią przewagę, gdy chcieli wmanewrować komisarza w zrobienie czegoś, na czym im zależało.

Ta świadomość stanowiła podtekst wygłoszonej przed chwilą przez Honekera złośliwości i prawdopodobnie oznaczała nowy sposób zadania całkiem poważnego pytania. Tourville postanowił wypróbować tę teorię i odparł:

— Przyznaję, że mnie samego czasami dziwi używanie tego trybu, Everardzie. — Przed operacją „Ikar” żaden z nich nie odważyłby się zwrócić do drugiego po imieniu w warunkach innych niż gwarantujące pełną prywatność, teraz była to codzienność. — Tym razem nie chodzi mi o to, że wreszcie kończymy przygotowania do „Scylli”, tylko o to, że nadal nie wiemy, na co natrafiła w Hancock Jane Kellet. Wywiad wciąż regularnie sam sobie zaprzecza, próbując to wyjaśnić, i przyznam, że nawet się temu nie dziwię, biorąc pod uwagę brak konkretnych danych, które dałoby się przeanalizować, i absolutnie sprzeczne zeznania zszokowanych niedobitków. Tylko że dla mnie jest oczywiste, że powodem było użycie przez Królewską Marynarkę czegoś, o czym nie mamy pojęcia.

— Superkutrów? — spytał nieco ironicznie, ale z powagą na twarzy Honeker.

— Czytałem raport komandora Diamato… nie, teraz już kapitana. Cholernie trudny sposób znalazł chłop na awans, ale należało mu się. Cieszę się, że to przeżył! — Tourville wyjął z kieszeni cygaro i zaczął się nim bawić, nie rozpakowując go jednak. — W każdym razie żałuję, że nie był w stanie napisać go przed zakończeniem oficjalnego dochodzenia w tej sprawie.

— Ja też — przyznał Honeker. — Choćby z powodu danych techniczno-taktycznych, które zawierał.

Tourville uniósł pytająco brwi, na co komisarz uśmiechnął się smutno i wyjaśnił:

— Ja też go czytałem i jestem pewien, że nie dotarła do nas pełna wersja. Na przykład zaskakująco mało jest w nim na temat o struktury dowodzenia całej formacji, nie sądzisz?

— Sądzę — skwitował zwięźle Lester.

Nawet teraz żaden z nich wolał otwarcie nie komentować faktu, iż tak dochodzenie, jak i werdykt komisji dobitnie udowodniły, że mimo wszelkich zmian Esther McQueen nie w pełni i nie do końca samodzielnie dowodziła Ludową Marynarką. Idiotyzm i całkowity brak kompetencji towarzysza admirała Portera wręcz biły po oczach każdego mającego choćby blade pojęcie o taktyce, a mimo to nikt ze składu komisji nie zaprotestował. Nie pozwolili na to jego patroni polityczni, jako że nic nie mogło oficjalnie skalać reputacji oficera tak lojalnego wobec Komitetu i tak oddanego zaprowadzaniu nowego ładu. Co znaczyło, że zamiast obiektywnej analizy zdarzeń, której potrzebowała flota, dochodzenie zakończyło się wybieleniem durnia odpowiedzialnego za masakrę.

— O tym samym myślałem — dodał po chwili Tourville. — Szkoda, że te dane nie dotarły do członków komisji przed zakończeniem dochodzenia. Nie żebym wierzył w cuda: pewnych osób nie da się przekonać, ale może choć wzbudziłyby wątpliwości. Widzisz, ja sam nie jestem do końca pewien, czy McQueen ma rację, bo nie wydaje mi się możliwe, żeby nawet czarodzieje z RMN zdołali wcisnąć w kadłub kutra reaktor, pełen zestaw węzłów beta i graser o mocy opisywanej przez Diamato.

— Tego tak do końca nie zrozumiałem — przyznał szczerze Honeker, co „uczciwemu” towarzyszowi komisarzowi nigdy by przez gardło nie przeszło: mógł być technicznym ignorantem, ale nie miał prawa tego powiedzieć. — Przecież pinasy mają reaktory pokładowe, a kuter jest większy od pinasy, prawda?

— Hmm… — Tourville podrapał się po brodzie, szukając najprostszego sposobu wyjaśnienia. — Rozumiem, dlaczego możesz tak myśleć, ale to nie jest kwestia wielkości. A raczej to jest kwestia wielkości, ale nie tylko i nie przede wszystkim. Pinasa posiada nieporównanie słabszy ekran niż jakakolwiek inna jednostka. Ma on nie więcej niż kilometr szerokości i to jest wszystko, na co stać pokładowy reaktor fuzyjny. Pinasa to na dobrą sprawę reaktor plus kadłub przeznaczone do przewozu określonej liczby ludzi na stosunkowo niewielkich odległościach, względnie do ostrzelania słabego celu, jak frachtowiec czy wojska naziemne bez wsparcia myśliwskiego. To nie był i nie jest okręt wojenny, choćby miniaturowy, z prawdziwego zdarzenia, tylko uzbrojony środek transportu. Kuter rakietowy z kolei to najmniejszy istniejący okręt wojenny, tyle że bez możliwości wejścia w nadprzestrzeń. Stąd podstawowa różnica wielkości: największa pinasa nie przekroczy tysiąca ton, podczas gdy najmniejszy kuter będzie miał trzydzieści tysięcy ton. Inaczej nie zmieści się w nim reaktor odpowiedniej mocy i sensowne uzbrojenie. Problem z reaktorami fuzyjnymi sprowadza się do tego, że praktycznie osiągnęliśmy już dawno granice ich miniaturyzacji.

Jeżeli zmniejszyć je bardziej, traci się za dużo na ich możliwościach i całość przestaje mieć sens. Dlatego nie sposób porównać reaktor pinasy i kutra. Zresztą weź pod uwagę jednostki kurierskie: są wielkości kutrów, nie mają w ogóle uzbrojenia, a i tak ledwie dało się w nie wcisnąć reaktor i hipernapęd. Kuter jest mały, ale musi być w stanie osiągać duże przyspieszenia. A to oznacza konieczność stosowania kompensatora bezwładnościowego wojskowego typu. Żeby mieć szansę na przetrwanie, kuter musi dysponować osłonami burtowymi, czyli musi mieć miejsce na ich generatory. I kilka innych rzeczy, które mają normalne okręty wojenne, bo inaczej nie będzie, choćby w niewielkim zakresie, skuteczną bronią. Czyli jak każdy okręt musi mieć nowoczesny reaktor fuzyjno-grawitacyjny, by móc dysponować sensowną energią. A są określone granice, do których, jak już mówiłem, można je zmniejszać. Naturalnie projektanci poszli na skróty i nie próbowali zbudować normalnego reaktora spełniającego wszystkie wymogi stawiane przed normalnymi reaktorami pokładowymi. Kutry mają za to olbrzymie kondensatory; biorąc pod uwagę stosunek wielkości do pojemności, i to potężniejsze niż superdreadnoughty. Służą one do zasilania dział energetycznych, jeżeli kuter jest w nie wyposażony, i do stawiania ekranu. Tego ostatniego bez kondensatorów nie zdołałby szybko dokonać żaden okręt, bo nie ma wystarczająco wydajnego źródła energii. Samo utrzymanie ekranu wymaga jej sporo, dlatego nawet znajdujące się na orbicie parkingowej okręty mają czynny przynajmniej jeden reaktor, który doładowuje kondensatory. A kuter ma tylko jeden reaktor, którego utrzymywanie w ciągłym ruchu też wymaga energii. I dlatego każdy konstruktor, projektant czy choćby technik stoczniowy powie ci, że coś takiego jak superkuter Diamato po prostu nie może istnieć. Albo musi być znacznie większy, niż on twierdzi. Albo też mieć znacznie mniejszą siłę rażenia, niż napisał w raporcie.

— Chyba się pogubiłem, Lester. Twierdzisz w końcu, że Diamato ma rację czy że musiał się pomylić?!

— Mówię, że zgodnie z każdą przeprowadzoną przeze mnie analizą musiał się pomylić… ale to, co stało się z okrętami Jane Kellet, przemawia za tym, że miał rację. I to właśnie najbardziej mnie niepokoi. Javier Giscard jest dobrym taktykiem, ja, bez fałszywej skromności, też nie najgorszym. Na dodatek mam Shannon i Jurija do pomocy… I żadne z nas nie zdołało wymyślić sposobu obrony przed tymi superkutrami, bo żadne z nas nie potrafi określić, jakie mogą być ich parametry, a więc ich możliwości. I coś jeszcze ci powiem: prawie równie bardzo niepokoi mnie to, co Diamato napisał o zasięgu i przyspieszeniu tych cholernych rakiet, którymi ktoś ich ostrzelał od tyłu w czasie walki z kutrami, czy czym tam były te drobnoustroje. Jeśli te dane są choćby zbliżone do rzeczywistości, ten, kto nimi dysponuje, ma taką przewagę, że od samego myślenia o tym można zacząć cierpieć na bezsenność.

— Uważasz więc, że McQueen ma rację, postępując ostrożnie? — spytał poważnie Honeker.

— Uważam — odparł równie poważnie Tourville. — Równocześnie jednak rozumiem, dlaczego niektórzy ciągle pytają, gdzie są te superbronie, skoro od czasu „Ikara” atakowaliśmy, na mniejszą co prawda skalę, ale wzdłuż całego północnego odcinka frontu, i nie spotkaliśmy się z niczym, o czym byśmy wcześniej nie wiedzieli. Skoro przeciwnik je ma, to powinien ich użyć, tak dyktuje logika… a jeśli ich nie użył, to znaczy, że ich nie ma, więc powinniśmy zmobilizować, co się da, i atakować bez przerwy, zaczynając od zaraz.

— Rozumiem… — Honeker przyjrzał się rozmówcy z pewnym współczuciem.

Choć Tourville nie wymienił nazwiska Saint-Justa, obaj wiedzieli, że właśnie o nim mówił per „niektórzy”. A znając Lestera, Honeker wiedział, jak ciężko przyszło mu przyznać Oscarowi rację w czymkolwiek. Nie miał mu tego zresztą za złe, bo im lepiej poznawał praktyczną stronę toczenia wojny, tym bardziej podzielał zastrzeżenia oficerów liniowych co do znajomości żołnierskiego fachu i taktyki dowództwa sił UB.

Honeker pojął przez te lata jeszcze coś — że Tourville jest naprawdę inteligentnym oficerem i doskonałym taktykiem. Skoro Lester Tourville czegoś się obawiał — jak choćby niemożności rozwiązania sprzeczności występujących w raporcie Diamato — to nie należało tego lekceważyć.

Obojętne czy rozumiałoby się techniczną stronę problemu czy nie.

— Czyli podstawowe założenia operacji „Scylla” pochwalasz — odezwał się po chwili Honeker. — Zwłaszcza biorąc pod uwagę ochotę do lania przeciwnika zaraz i jak najmocniej.

— Oczywiście, że pochwalam. Fakt, możemy ponieść straty, ale to dotyczy każdego natarcia, które warto przeprowadzić. A naprawdę poważne straty moglibyśmy ponieść tylko w sytuacji, gdyby przeciwnik domyślił się, gdzie uderzymy, i skoncentrował tam wszystko, co będzie w stanie wyskrobać z defensywnej dyslokacji sił, jaką przyjął. Nic na to nie wskazuje, a na dodatek wymagałoby to znacznie odważniejszego podejścia do rozmieszczenia sił niż to, które obowiązuje w ostatnim czasie. Co naturalnie potwierdza, że należy atakować teraz, zanim wróg odzyska strategiczną równowagę. Ale McQueen także ma rację w kwestii tego, że najpierw sami musimy skoncentrować niezbędne do tego siły i zgrać je. Sam wiesz, jak rozrosła się 12. Flota od zakończenia operacji „Ikar”, a przecież jeszcze nie przybyły wszystkie przydzielone do tej akcji okręty. I zaskakująca liczba członków załóg jest zielona jak szczypiorek na wiosnę, zwłaszcza w świeżo utworzonych związkach. Część z nich nie zgrała się nawet na poziomie eskadr czy flotylli. Poza tym im więcej okrętów budujemy, tym mniej jest na każdym doświadczonej załogi maszynowej i techników… Od samego początku było ich za mało, ale teraz to już błędne koło. Zdołaliśmy wreszcie jako tako wyszkolić tylu, ilu było potrzebnych, by stocznie nasiliły produkcję, więc żeby obsadzić nowe jednostki, pozabieraliśmy kogo się dało ze starych i teraz wszędzie odczuwamy większe niż dotąd braki wyszkolonego personelu. I tak będzie, dopóki stocznie nie zwolnią tempa, a nie zwolnią, bo potrzebujemy większej liczby okrętów. Zgadzam się, że to lepsza sytuacja od posiadania zbyt małej liczby okrętów i zbyt małej liczby wyszkolonych ludzi, ale lepsza nie znaczy dobra.

Dlatego upór McQueen w kwestii czasu potrzebnego na zgranie i inne stosowne przygotowania ma sens. Prawdę mówiąc, sądzę nawet, że za bardzo się spieszy, jeżeli rzeczywiście chce rozpocząć działania w dniu, który nam ostatnio podała. Ale to wszystko wymaga czasu już choćby z uwagi na olbrzymie odległości, które muszą pokonać przybywające tu jednostki, a potem z uwagi na ćwiczenia niezbędne, by stworzyć z nich spójne i zgrane związki taktyczne.

Nie dodał, bo nie musiał, że dotyczy to zwłaszcza bandy ignorantów stanowiących załogi okrętów ubeckich, którymi uszczęśliwił ich Oscar Saint-Just. A nie musiał, bo Honeker słyszał to już wystarczająco często.

Sam Honeker podobnie jak Tourville był zresztą zaskoczony brakiem radykalnych zmian wśród komisarzy ludowych 12. Floty. Wiedział, że w części należy to zawdzięczać kompletnemu zaufaniu Saint-Justa do oceny i beznamiętnie analitycznej inteligencji Eloise Pritchart. Ale to nie tłumaczyło wszystkiego. Saint-Just był zbyt podejrzliwy, by zignorować coraz wyraźniejsze oznaki życia oficerów i komisarzy. A mógł je uznać wyłącznie za przejaw wzmocnienia pozycji McQueen, toteż brak zmian personalnych w połączeniu z przybyciem niespodziewanych posiłków z prywatnej floty Urzędu Bezpieczeństwa był bardzo niepokojący…

Oficjalnym powodem była chęć wsparcia ich w przezwyciężeniu trudności ze zdobyciem odpowiedniej liczby okrętów. To był warunek skuteczności operacji „Scylla”. Tak więc Urząd Bezpieczeństwa spełnił swój obowiązek jako obrońca sprawy ludu i zorganizował stosowną liczbę okrętów.

Tak głosiła wersja oficjalna, w którą nikt w 12. Flocie nie uwierzył.

Honekera znacznie bardziej od faktu przybycia posiłków zszokowało to, że Urząd Bezpieczeństwa posiada dreadnoughty i superdreadnoughty, gdyż tylko takie jednostki przysłano. Nigdy nie podejrzewał, że UB dysponuje okrętami liniowymi, a sądząc z miny Lestera, dla niego było to jeszcze większym i jeszcze gorszym zaskoczeniem.

Okrętów UB nie było wiele, bo ledwie nieco ponad eskadra, ale znając Saint-Justa, można się było domyślać, że nie są to wszystkie okręty tych klas, jakimi dysponuje.

Ich pojawienie się z jednej strony ucieszyło Giscarda i Tourville’a, bo każdy dowódca by się ucieszył z przybycia jednostek, na które w ogóle nie liczył. Z drugiej strony stanowiło to poważny problem, jako że obsadzali je zagorzali zwolennicy Saint-Justa i nowego ładu organicznie nie ufający oficerom Ludowej Marynarki, czego zresztą nie ukrywali. Zagrażało to poczuciu wyjątkowości i jedności, które zrodziło się wśród załóg i kadry Dwunastej Floty i w znacznej mierze przyczyniło do jej sukcesów. No, a poza tym to właśnie załogi ubeckich okrętów wymagały znacznie więcej ćwiczeń, gdyż były nieporównanie gorzej wyszkolone od załóg Ludowej Marynarki. Udowodniły to wszystkim wyniki pierwszych ćwiczeń, co nie przyczyniło się do poprawy stosunków między załogami należącymi do Ludowej Marynarki a nowo przybyłymi.

Honeker miał także pewność, że Esther McQueen nie była szczęśliwa z powodu tego niespodziewanego prezentu dziwnie przypominającego bombonierkę zegarową ale nic nie mogła na to poradzić. Choć wszyscy wiedzieli, jaki jest prawdziwy cel obecności tych okrętów, nie mogła wyrazić głośno niezadowolenia, nie potwierdzając podejrzeń Saint-Justa dotyczących jej lojalności. Poza tym gdyby zaczęła narzekać, że je dostała, tym trudniej byłoby uzasadnić jej zwłokę w rozpoczęciu operacji brakiem stosownych sił. Gdyby bowiem był to jedyny powód, powinna być zachwycona tak silnym a nieoczekiwanym wsparciem. Protest oznaczałby więc przyznanie się, że brak sił był jedynie pretekstem do przeciągania przygotowań. A prawdziwym motywem były jakieś jej prywatne i podejrzane machinacje — przynajmniej w opinii Urzędu Bezpieczeństwa.

I był gotów też założyć się, że to nie od niej pochodził pomysł przydzielenia tych okrętów wyłącznie do dwóch eskadr — dowodzonych przez Giscarda i Tourville’a. Jeśli ktoś wcześniej żywił wątpliwości co do prawdziwego celu obecności posiłków, ten jeden drobiazg powinien do reszty je rozwiać. A oni obaj choć nie mieli w tej kwestii złudzeń. I mieli związane ręce dokładnie z tych samych powodów co Esther McQueen.

Westchnął ciężko — w idealnym wszechświecie rewolucjoniści już dawno by wygrali, natomiast w rzeczywistości ludziom, których lubił i podziwiał, takim jak Lester czy Shannon, zagrażało co najmniej takie samo niebezpieczeństwo ze strony rządzących Ludową Republiką jak ze strony jej wrogów. Gdyby ludzie ci byli wrogami ludu, byłoby to logiczne, ale nimi nie byli. I dlatego Honeker stracił dotychczasową pewność, że on sam, Rob Pierre lub Oscar Saint-Just naprawdę wiedzą, czego lud chce, i kierują się jego dobrem.

I dlatego został zmuszony do wyboru między ludźmi, których znał — uczciwymi, honorowymi i odważnymi, ryzykującymi życie w imię niewdzięcznego obowiązku obrony Ludowej Republiki, a ludźmi, do których stracił zaufanie, a na dodatek o których zaczął słyszeć co najmniej podejrzane historie od uciekinierów z systemu Cerberus.

Dokonał tego wyboru, choć wiedział, że w ten sposób również naraził się na śmiertelne niebezpieczeństwo, natomiast nie powiedział o tym Lesterowi. Jakoś nie mógł… jeszcze. Natomiast był pewien, że Lester Tourville domyślił się prawdy.

Pozostało jedynie mieć nadzieję, że Oscar Saint-Just nie!

Rozdział XIV

— Aleś ty sprytna, energiczna i obrzydliwa — poinformowała trzymaną na kolanach córkę Allison. — Gdybyś tylko nie robiła wokół siebie takiego bajzlu, byłabyś naprawdę idealnym dzieckiem. A tak jesteś prawie idealnym.

I pocałowała ją w goły brzuch, co wywołało pisk radości i próbę złapania jej za włosy, czego z łatwością uniknęła. Faith pisnęła ponownie, opluwając się przy tym podobnie jak za pierwszym razem, który spowodował komplement. Allison sięgnęła po chusteczkę, gdy ponad jej ramieniem pojawiła się ręka w zielonym rękawie i podała jej poszukiwany przedmiot.

Allison uniosła głowę i uśmiechnęła się w podzięce. Odpowiedział jej znacznie chłodniejszy uśmiech — kapral Jeremiah Tennard wyznaczony wbrew jej protestom na osobistego ochroniarza Faith nie pochwalał tego, co zrobiła, i nawet nie próbował tego ukryć. Dlatego Allison uśmiechnęła się jeszcze bardziej niewinnie i zabrała za czyszczenia córki. Skończyła prawie dokładnie w tym momencie, gdy przed dworcem, na przewidzianym dla VIP-ów miejscu, nieco energiczniej niż powinien zaparkował pierwszy wóz ze znajomym herbem na drzwiach. Rozległ się rustykalny dźwięk i rozbłysło zielone światło oznaczające równoczesne pobranie opłaty z konta właściciela i uszczelnienie korytarza prowadzącego od drzwi śluzy w prawym boku do śluzy w ścianie budynku. Chwilę później drzwi śluzy otworzyły się i stanął w nich inny gwardzista w zielonkawo-zielonym uniformie Gwardii Harrington.

— Witaj, Simon! — powitała go radośnie Allison.

Simon Mattingly został awansowany na porucznika, gdy nastąpił wzrost liczebny sekcji Gwardii Harrington odpowiedzialnej za ochronę osobistą członów rodziny patrona. Wiązało się to z koniecznością zapewnienia osobnych zespołów chroniących Faith i Jamesa. Co nie przeszkadzało mu pozostać zastępcą dowódcy ochrony osobistej Honor, gdy tylko okazało się, że ona i LaFollet żyją i wrócili na Grayson.

Allison w zasadzie cieszyła się z jego awansu. Radość byłaby niczym nie zmącona, gdyby nie powód tegoż. Według jej opinii, łagodnie rzecz ujmując, przesadą było przydzielanie dziesięciomiesięcznemu brzdącowi czterech doskonale wyszkolonych i uzbrojonych członków osobistej ochrony z rozkazem, by nie odstępowali tegoż brzdąca na krok przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na szczęście nie wszyscy — generalnie wystarczał jeden. James miał więcej szczęścia — jako młodszemu, czyli „zapasowemu” spadkobiercy przysługiwała mu dwuosobowa ochrona.

Pierwszy raz w życiu Allison przekonała się, że jej upór na nic się nie zda — skoro tylko konklawe patronów zaakceptowało Faith jako dziedziczkę Honor i formalnie wyznaczyło Howarda Clinkscalesa na zarządcę domeny do czasu osiągnięcia przez nią pełnoletności oraz ustaliło skład rady regencyjnej, klamka zapadła. W radzie regencyjnej zasiadła zresztą matka patronki, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Wszystkie te uzgodnienia diabli wzięli, gdy Honor wróciła, ale Faith pozostała jej legalną spadkobierczynią. Choć Allison doskonale zdawała sobie sprawę, że większość patronów, nawet tych liberalnych, wolałaby, żeby wykazała choć elementarną przyzwoitość i ogłosiła, że pierwszy urodził się James. Ponieważ o tym nie pomyślała, a Protektor się uparł, niechętnie, ale zgodzili się na poprawkę zezwalającą córkom dziedziczyć tytuł po ojcach, jeżeli to one są pierworodnymi dziećmi. Zabezpieczyli się oczywiście zapisem, że nie dotyczy to patronów, którzy w chwili głosowania mieli już męskich potomków. No i kategorycznie wykluczyli z tej zasady dziedziczenie stanowiska Protektora mimo wysiłków Benjamina. Niemniej jednak udało mu się przeprowadzić kolejną reformę.

Nikt też specjalnie publicznie nie sarkał i nie odezwał się ani jeden głos zwalający winę na „te obce baby”. Było to zrozumiałe, gdyż wszystko działo się krótko po śmierci Honor i żaden patron nie miał ochoty ryzykować gniewu ludzi, którzy niechybnie uznaliby, że sprzeciwił się przede wszystkim rozsądnemu prawu do sukcesji po Honor Harrington, a tego mógłby nie przeżyć, niekoniecznie w politycznym znaczeniu tego słowa. Poza tym co rozsądniejsi doszli do wniosku, że mają dwadzieścia lat, nim Faith osiągnie wiek umożliwiający jej oficjalne noszenie Klucza Harrington, a to wystarczająco długi okres, by coś wymyślić. Ich założenia wzięły w łeb, gdy Honor wróciła, i znalazło się paru gotowych przysiąc, że dała się pojmać do niewoli i okaleczyć tylko po to, by skłonić ich w ten przewrotny sposób do przyjęcia poprawki o prawie kobiet do dziedziczenia tytułu. Publicznie co prawda żaden tego nie powiedział, ale kilku głośno wyraziło podobny pogląd, bo dotarł on do Allison. Ta zresztą podejrzewała, że ci sami patroni musieli także znaleźć powód, dla którego ona i Alfred zamierzali rzekomo trzymać domenę Harrington w swej despotycznej władzy, jako że pod naciskiem Benjamina oboje znaleźli się w składzie rady regencyjnej.

Sama takiego powodu nie potrafiła wymyślić, ale znając ludzką psychikę, nie wątpiła, że w końcu dowie się, co podłego uknuła wraz z mężem.

Potrząsnęła głową — decyzja patronów nie była żadną łaską czy uprzejmością z punktu widzenia jej i jej męża. I jak długo będzie miała coś do powiedzenia w tej kwestii, nie będzie też z punktu widzenia bliźniąt. Wystarczająco złe było zwalenie obowiązków patrona na jedno z jej dzieci. Mueller i cała reszta tych nadętych dupków mogli sobie myśleć, jacy to okazali się wspaniałomyślni wobec Faith, bo żadnemu do głupiego, dotkniętego atrofią móżdżku nie przyszło, że nie wszyscy we wszechświecie pragną rządzić życiem innych.

Mueller irytował ją do tego stopnia, że skłonna była przyznać, iż okazała mu lekką nieuprzejmość na oficjalnym przyjęciu po ogłoszeniu sukcesji Faith, ale gdy zaczął łgać w żywe oczy o „tragicznym mordzie na jej heroicznej córce”, puściły jej bezpieczniki. Istniała też teoretyczna możliwość, że gdyby Hera nie wyczuła jej emocji, nie wdrapałaby mu się na kark, a Nelson nie wlazł pod nogi dokładnie w momencie, w którym pan patron narobił dzikiego wrzasku, czując obcy ciężar na plecach i ukłucia ostrych jak szpilki pazurów przebijających materiał wędrujące po krzyżu. Hera zresztą wykazała się niesamowitym wyczuciem, bo nie skaleczyła go ani razu, przerabiając „przypadkowo” wieczorową marynarkę na szmaty.

Jego wygłaszane później uwagi na temat obcych zwierząt, którymi Honor zapaskudziła Grayson, były balsamem dla jej duszy — natychmiast mu wytknęła, że po obcych zwierzętach trudno oczekiwać, że zrozumieją wszystkie niuanse cywilizowanego zachowania. Szlag go trafił albo dlatego, że powiedziała to z niewinnym uśmiechem, albo dlatego, że widząc, co z niego zrobiły treecaty, jako jedyna parsknęła śmiechem. Reszta gości wykazała się znacznie lepszym treningiem w maskowaniu parsknięć atakami kaszlu, zduszonym charkotem i podobnymi manewrami.

Poza tym cokolwiek by Mueller i jego przydupasy wygadywali, i tak wszyscy na Graysonie wiedzieli, że treecaty czym jak czym, ale głupimi zwierzakami, przypadkowo zachowującymi się niewłaściwie na uroczystym przyjęciu z pewnością nie są.

Potem dotarły do niej słuchy, iż Mueller rozpuścił wśród zaufanych ludzi wieści, jakoby celowo napuściła nań drapieżniki, a jej frywolne zachowanie, gdy wymknęły się jej spod kontroli, przypisać należy skutkom depresji post partum, co wybaczyć musi każdy gentleman. Było nawet możliwe, że paru najgłupszych konserwatystów w to uwierzyło, natomiast z innych źródeł Allison wiedziała, że toczy się zażarta, choć całkowicie nieoficjalna, ma się rozumieć, debata, dlaczego treecaty podzielają jej niechęć i odrazę do Muellera. Snuto dziesiątki, jeśli nie setki domysłów, ale panowała powszechna zgodność co do jednego: Allison musiała mieć naprawdę poważny powód. A rozważania, co też konkretnie zrobił jej (lub Honor) pan patron, by zasłużyć na publiczne upokorzenie, trwały nadal.

Naturalnie nikomu nawet się nie śniło zapytać o to jej samej, a gdyby nawet ktoś się ośmielił, i tak by nie powiedziała. A to dlatego, że to, co było wiadome jej, nie miało prawa przedostać się do publicznej wiadomości, bo utrudniłoby jedynie sprawę. Otóż wiedziała, że w przeciwieństwie do większości mieszkańców Graysona ani Howard Clinkscales, ani Benjamin Mayhew nie uwierzyli, że William Fitzclarence działał sam i że wyłącznie on odpowiadał za próbę zamordowania Honor, w wyniku której zginął wielebny Hanks i dziewięćdziesięciu pięciu mieszkańców Domeny Harrington. Każdy z nich, nie wspominając o swych podejrzeniach drugiemu ani też Honor, wszczął śledztwo. Oba jak na razie wykazały, że Mueller był cichym wspólnikiem Fitzclarence’a, ale nie zdobyto w ich trakcie żadnych dowodów. Ponieważ trwały długo, Mueller zdążył zostać przywódcą opozycji parlamentarnej, co znacznie utrudniło stosowanie pozaprawnych metod. Clinkscales i tak był gotów je zastosować, ale wtedy właśnie wróciła Honor. Benjamin zaś wolał nie ryzykować, a oficjalnie bez dowodów oskarżyć go nie mógł, bo jedynie przysporzyłby mu popularności. Dowody zaś były tylko poszlakowe i nie miały prawa wystarczyć w sądzie. Wszystko zaś dlatego, że Mueller za fasadą napuszonego bufona krył sprytny i wysoce rozwinięty instynkt samozachowawczy oraz inteligencję, o którą przy pierwszym spotkaniu trudno go było podejrzewać.

Allison rozumiała, dlaczego Benjamin i Clinkscales postąpili tak, a nie inaczej i traktowali Muellera, jakby nigdy go o nic nie podejrzewali. Ani jeden, ani drugi nie zaprzestali wysiłków mających na celu uzyskanie dowodów jego zdrady, choć niekoniecznie w związku z zamachem na życie Honor. Ona sama nie musiała bawić się w uprzejmość, acz nierozsądne byłoby wysyłanie plutonu egzekucyjnego, toteż skorzystała z okazji, by go upokorzyć.

Wiedziała, że druga raczej jej się nie trafi, natomiast nie miała pojęcia, czy Mueller zorientował się, ile miał szczęścia, że treecaty nie wszystko odkryły i wyłgał się jedynie zniszczeniem przyodziewku.

To, co zrobiła, przyniosło jej satysfakcję i było równocześnie wypowiedzeniem wojny, a smaczku temu ostatniemu dodawał fakt, że zgodnie z graysońskim obyczajem Mueller musiał traktować ją z największą uprzejmością i publicznie nie wolno było mu powiedzieć na jej temat jednego złego słowa. Pierwszy raz tak sztywne normy zachowania sprawiły jej prawdziwą przyjemność, choć nie liczyła, że któregoś razu krew go zaleje do tego stopnia, że rzeczywiście dostanie wylewu albo się zapomni. Korzystała jednakże z przewagi, jaką na Graysonie dawała jej płeć i związane z nią przywileje towarzyskie, bez żenady przy każdej okazji.

Mueller nie pozostał jej dłużny i wymiana ognia trwała. Ostatnie starcie dotyczyło właśnie ochrony osobistej. Wszyscy znali opinię Allison na ten temat, toteż Mueller stał się najgorętszym orędownikiem skrupulatnego przestrzegania prawa odnośnie liczebności ochrony osobistej spadkobierców Honor. Jego koronnym argumentem było to, że wszyscy na Graysonie ponieśli osobistą stratę po brutalnym zamordowaniu patronki Harrington, toteż cały Grayson był odpowiedzialny za zapewnienie jak najlepszej ochrony tej, na którą spadły obowiązki i tytuł i z którą wiązano tak wielkie nadzieje, mimo iż chwilowo była jeszcze niemowlakiem.

Allison doskonale zdawała sobie sprawę, że bez obstawy się nie obędzie, ale gdyby nie Mueller, skończyłoby się pewnikiem na dwuosobowym zespole. Mueller uparł się, a jego stronę wzięło zaskakująco wielu, nawet ci, którzy byli przyjaciółmi Honor, choć z zupełnie innych powodów.

A potem ku zaskoczeniu Allison okazało się, że nader łatwo przyszło jej przyzwyczajenie się do obecności sześciu uzbrojonych chłopa tam, gdzie od rzekomej śmierci Honor była sama z mężem. Nie oznaczało to, że akceptowała ten stan rzeczy, ale nie miała innego wyjścia, jak go tolerować.

Szczęśliwie zarówno Jeremiah, jak i Luke Blacket, czyli dowódcy zespołów, byli sympatycznymi młodzieńcami cichymi, nienagannie uprzejmymi, pomocnymi i szczerze przywiązanymi do podopiecznych. I bardzo niebezpiecznymi. Allison zbyt wiele czasu spędziła z Honor, by nie rozpoznać, co kryje się za tymi miłymi fasadami. Zabiliby każdego, kto zagroziłby powierzonym ich pieczy dzieciom czy ich matce. Nikt, nawet ona, nie mógł całkowicie zignorować świadomości, że ci ludzie bez wahania mordowaliby i zginęli w obronie jej bliźniąt lub jej samej. Co prawda nadal z trudem docierało do niej, że ktoś mógłby chcieć wyrządzić jej krzywdę. To znaczy intelektualnie zdawała sobie z tego sprawę, ale była to tylko teoria, a nie praktyka. I to dopiero po tym, gdy Howard Clinkscales podzielił się z nią wynikami swego śledztwa dotyczącego Muellera i zamachu na Honor.

Dzięki temu przestała tak zaciekle protestować, a Samuel Mueller zajął pierwsze miejsce na liście jej prywatnych wrogów. Restrykcje wprowadzone w codziennym stylu życia przez stałą obecność i wymogi ochrony niechętnie tolerowała. Niedogodności nie były wielkie, ale dokuczliwe. Na przykład: nie mogła udać się na zakupy, gdy nagle napadła ją taka ochota, albo niespodziewanie zmienić planów wyjazdowych bez wcześniejszego uprzedzenia umożliwiającego podjęcie niezbędnych środków ostrożności. Zazwyczaj potrojonych w stosunku do rutynowych. Nie podawała w wątpliwość konieczności istnienia ochrony i związanych z nią ograniczeń. Wiedziała, ilu ludzi próbowało przez lata zabić Honor, zwykle z powodów, które dla nich były bardziej niż wystarczające. Zdawała też sobie sprawę, ilu wariatów, psychopatów i żądnych sławy narwańców było na Graysonie. I to niekoniecznie religijnych, choć ci byli najgroźniejsi, bo gotowi bez wahania oddać życie, byle osiągnąć cel, wskazany ich chorym umysłom przez Boga (obojętne zresztą jakiego). Innych mogła ciągnąć sława zabójcy pierwszej spadkobierczyni pierwszej patronki w dziejach Graysona…

Dlatego rozumiała wymogi bezpieczeństwa i nawet się na nie godziła. Z zasady, bo istniały granice, za które nie dała się wepchnąć. By nie zwariować, musiała wszystkim przypomnieć, że nie będzie zawsze i w każdych warunkach więźniem członków swej ochrony czy ochrony dzieci. Dlatego też dobrze zinterpretowała miny otaczających ją gwardzistów, gdyż to właśnie była tego rodzaju okazja.

Mina Mattingly’ego zresztą mówiła sama za siebie była bardziej zrezygnowana niż zła, no ale Allison nie była pierwszą przedstawicielką rodziny Harrington, z którą miał do czynienia. Zdawał sobie zresztą sprawę, że po kimś Honor musiała odziedziczyć upór. Od niedawna miał pewność po kim…

— Witam, milady — odparł spokojnie i uprzejmie, po czym dodał nieco ostrzej: — Widzę, że prawie zdążyłem.

— „Prawie” to właściwe słowo, choć i tak jesteś szybciej, niż się spodziewałam — przyznała z radosnym uśmiechem i poklepała go matczynym gestem po ramieniu.

Nie zrobiło to na nim takiego wrażenia, jakie wywierało na większości graysońskich mężczyzn, bo w przeciwieństwie do nich Simon bez trudu pogodził się z faktem, iż ta młoda, piękna kobieta w rzeczywistości jest starsza od jego babki. No, ale spędził wiele lat, towarzysząc Honor poza Graysonem, a Honor wyglądała jeszcze młodziej.

— Duży ruch dzisiaj? — spytała uprzejmie Allison.

— Taki, jakiego się pani spodziewała — odparł spokojnie.

Obok wozu, którym przybył Mattingly, zaparkował następny, tym razem bez herbu. Wysiadło z niego czterech kolejnych gwardzistów w zieleni Domeny Harrington. Ukłonili się jej z szacunkiem i rozstawili wokół, wzmacniając kordon składający się z Blacketa, czterech członków ochrony bliźniąt i trzech ludzi, którzy przybyli wraz z Mattinglym.

Poczekalnia w opinii Allison stała się zdecydowanie zbyt zatłoczona sympatycznymi młodzieńcami w zieleni i z bronią przy boku. Znajdujące się najbliżej dostatnio ubrane małżeństwo pochodzące najprawdopodobniej z Manticore odsunęło się odruchowo, odpowiadając na uprzejmą niechęć uzbrojonej ochrony do zbytniej bliskości obcych.

— Zabrałeś ich ze sobą, żeby naocznie dać mi coś do zrozumienia? — spytała bez złości.

— Dać do zrozumienia co, milady? — spytał uprzejmie Mattingly. — Dlaczego miałbym to robić i co miałbym nadzieję osiągnąć?

— Może to, że w końcu czegoś się nauczę i zacznę was słuchać?

— Przepraszam, milady, ale tak naiwny to ja już od dawna nie jestem. Nie brak pani zdrowego rozsądku, więc wie pani, że powinna nas wcześniej uprzedzić o zamiarze podróży. A przynajmniej wysłać zawiadomienie, gdy Tankersley wyszedł z nadprzestrzeni. Na szczęście zawiadomił nas pilot kutra, ledwie znalazła się pani na pokładzie. Tylko dlatego prawie zdążyliśmy, bo gdyby poszło tak, jak pani to sobie zaplanowała, bylibyśmy jeszcze w drodze. Pomysł zawiadomienia nas, dopiero gdy znajdzie się pani w publicznej poczekalni portu kosmicznego, mając jedynie standardową ochronę dzieci, jest nieodpowiedzialnością i głupotą i doskonale pani o tym wie, milady. Mogę tylko zapewnić, że coś takiego ponownie się nie przydarzy, bo wydałem już stosowne rozkazy.

— Chyba naprawdę cię zirytowałam — przyznała ze skruchą. — Wiem, że bywam uciążliwa, ale ciągła obecność tych uzbrojonych młodzieńców bez chwili prywatności… to trochę za dużo jak dla prostej dziewczyny z Beowulfa.

— Nie jestem zirytowany, milady — powiedział spokojnie Mattingly. — Byłbym, gdybym uznał, że moja złość jakoś na panią zadziała, albo gdybym liczył, że istnieje choćby teoretyczna możliwość nauczenia pani dbania o własne bezpieczeństwo. Obaj z LaFolletem nabraliśmy zbyt dużego doświadczenia, zmuszając pani córkę, by stała się tego świadoma, by żywić podobne złudzenia. Z nią do pewnego stopnia się powiodło, gdyż zaczęliśmy, kiedy była znacznie młodsza, ale postęp, przyznaję, nie był zbyt duży. Z osobą znacznie hm… dojrzalszą i to tą, po której odziedziczyła pewne cechy, jak choćby upór, jest to raczej niemożliwe, więc się nie łudzimy. Ale to nie oznacza, że przestaniemy próbować. I szukać innych sposobów dotrzymania przysięgi, którą złożyliśmy.

— Byłabym rozczarowana, gdybyście przestali — zapewniła go Allison.

— Wiem, wtedy robienie nam takich numerów jak ten przestałoby mieć sens, prawda? — Mattingly uśmiechnął się, nie kryjąc złośliwości, i spytał Tennarda: — Co z bagażami, Jeve?

— Właśnie przechodzą przez sekcję dyplomatyczną. Policja i ochrona portu posłały tam na wszelki wypadek ludzi. Dostarczą go bezpośrednio nam.

— Doskonale. W takim razie, milady, wóz czeka — oznajmił Mattingly. — Patronka jest na wyspie Saganami. Gdyby wiedziała wcześniej, zjawiłaby się osobiście, a tak prosiła, bym przekazał, że zjawi się w domu na późny lunch. Pani mąż także jest w tej chwili na planecie i jak rozumiem, będzie w domu wieczorem, najprawdopodobniej na kolacji.

— Doskonale! — ucieszyła się Allison.

Niezależnie od zastrzeżeń co do posiadania ochrony osobistej musiała przyznać obiektywnie, że od kiedy to nastąpiło, jej życie stało się znacznie bardziej uporządkowane, ponieważ ktoś inny pilnował jej rozkładu zajęć. Głównie dlatego, by móc skuteczniej wykonywać obowiązki, ale jej to przy okazji ułatwiało życie. Dzięki temu na przykład rozmaite irytujące, a związane dotąd z podróżą drobiazgi wyskakujące w ostatnim momencie tym razem w ogóle się nie pojawiły.

— W takim razie ruszamy! — oznajmiła, biorąc nosidło z Faith. — Jesteś gotowa, Jenny?

— Tak, milady — odparła Jennifer LaFollet, wstając z nosidłem, w którym smacznie spał James.

Ponieważ rozgrywało się to w warunkach prywatnych, Allison zdecydowanie ostrzej niż obecności ochrony sprzeciwiła się posiadaniu zgodnie z tutejszą tradycją osobistej służącej. Walka była zażarta, acz z góry skazana na niepowodzenie, co stało się oczywiste, gdy zaszła w ciążę. Kiedy nawet Katherine i Elaine Mayhew zaczęły mówić, jak taka służąca przydaje się w roli niańki, zwłaszcza przy bliźniakach i w sytuacji, gdy jest się jedyną żoną, wiedziała ostatecznie, że przegrała.

Znając stosunki panujące między Honor a Mirandą LaFollet, zdecydowała się wybrać jej kuzynkę Jennifer do tej roli. Jenny była o ponad dziesięć lat młodsza od Mirandy — miała dwadzieścia sześć lat standardowych, czyli była odpowiednio młoda, by poddać się prolongowi pierwszej generacji, gdy Grayson wstąpił do Sojuszu. Mirandę to ominęło z powodu wieku, ale była to jedyna różnica. Obie miały cichą i zdeterminowaną kompetencję jako najważniejszą cechę charakteru. Jennifer była podobna do rodzeństwa LaFolletów, choć miała zielone, nie szare oczy i nieco wyższy wzrost od Mirandy.

I rzeczywiście okazała się wybawieniem przy bliźniakach, zwłaszcza od momentu, gdy Alfred udał się wraz z Honor na Manticore.

Teraz Jenny rozejrzała się odruchowo po poczekalni, sprawdzając, czy czegoś nie zapomniano zabrać, zupełnie jakby to było możliwe przy tak czujnej i licznej ochronie, i dołączyła do Allison w korytarzu prowadzącym do drzwi limuzyny.

Siedzący za sterami gwardzista powitał je uśmiechem, a Allison z ulgą opadła na fotel i pozwoliła pozostałym zorganizować się wewnątrz zupełnie samodzielnie. Zawsze była wdzięczna losowi, że to Honor była głównym obiektem uwagi Gwardii Harrington. Teraz mając wokół ponad pół tuzina członków osobistej ochrony, parsknęła śmiechem, gdy to sobie przypomniała. Nie ulegało wątpliwości, że los (albo Pan Bóg, do wyboru) miał złośliwe poczucie humoru.

Słysząc jej śmiech, Mattingly spojrzał pytająco, więc potrząsnęła głową, dając znać, że to nic ważnego. Po czym, gdy wszyscy zapakowali się do dwóch pojazdów, minikawalkada ruszyła do skromnego, liczącego ledwie z pół setki pokoi domku, który Korona uznała za stosowne podarować w dowód uznania księżnej Harrington.

Rozdział XV

— Wasza Wysokość, premier pyta, czy mogłaby mu pani poświęcić chwilę.

— Poważnie? — Elżbieta III uniosła głowę znad trzymanych w ręku kart. — A to dobre! To jest chciałam powiedzieć: szkoda, ale wygląda na to, że będę zmuszona zająć się interesami. Mam nadzieję, że to rozumiecie.

— Doprawdy? — Justin Zyrr-Winton, książę małżonek władczyni Gwiezdnego Królestwa Manticore, przyjrzał się żonie podejrzliwie. — Muszę stwierdzić, że ta nagła sprawa wagi państwowej… bo zakładam, że to jest nagła sprawa wagi państwowej, Edwardzie?

Pytanie skierowane było do dystyngowanego służącego, który właśnie z grobową miną wszedł do pokoju karcianego i zameldował o obecności księcia Cromartyego. Zapytany, nie zmieniając ani na jotę wyrazu twarzy, skinął głową.

— Dziękuję — książę małżonek przeniósł spojrzenie na Elżbietę i dokończył: — Muszę stwierdzić, że ta nagła sprawa wagi państwowej wydaje mi się nieco podejrzana. Nie sądzisz, Roger?

— Nie wiem, tato — ocenił z namysłem liczący siedemnaście lat standardowych książę Roger z równie grobową co Edward miną. — To może być rzeczywiście nagła sprawa wagi państwowej. One czasami się zdarzają, tak przynajmniej słyszałem. Natomiast to zgranie czasowe jest zaiste podejrzane.

— Daj spokój! — Księżniczka Joanna uniosła głowę znad książki i spojrzała na starszego brata z wyrzutem. — Przyznaję, że mama jest wyjątkowo przebiegła nawet jak na kobietę z rodu Wintonów. Przyznaję, że nie lubi przegrywać. Mogę nawet przyznać, że co niektórzy mają rację, określając ją mianem złośliwej. Ale skąd, na litość boską, miała z wyprzedzeniem wiedzieć, kiedy będzie potrzebowała takiej wymówki, by odejść od stołu?! Musiałaby czytać przyszłość z fusów od kawy czy z czego tam się czyta, by wiedzieć, jaką rakietę ojciec dostanie w ostatnim rozdaniu!

— Ha! — Pogardliwe prychnięcie przyniosłoby zaszczyt najbardziej rozpaskudzonemu przedstawicielowi arystokracji, mimo że Elżbieta zgodnie z konstytucją musiała wyjść za kogoś z „gminu”. — Zapominasz o systemie bezpieczeństwa, Jo. Myślisz, że ktoś tak pozbawiony skrupułów jak twoja rodzicielka nie użyje go przy tak gardłowej kwestii jak przegrana w bezika?! Pewnie ma w uchu zamaskowany głośniczek, żeby pomagierzy z pałacowej ochrony mogli jej przekazać po zajrzeniu nam w karty ukrytą kamerą, co mamy. I pewnie umówiła się z nimi, na jaki znak mają tu ściągnąć premiera, zanim zostanie pokonana.

— Mój drogi, nawet podejrzliwość i paranoja mają swoje granice! — oznajmiła z potępieniem w głosie Elżbieta. — Poza tym gdyby aż tak zależało mi na wygranej, a wiesz, że dążenie do zwycięstwa za wszelką cenę jest zgoła obce mojej spolegliwej i miłej naturze, nie trudziłabym Allena, tylko po prostu kazała cię aresztować pod zarzutem zdrady czy innym poręcznym a zmyślonym i wsadziła do Cytadeli, gdzie gniłbyś marnie w jakiejś zimnej, ciemnej i wilgotnej celi!

— Bardzo w to wątpię! — odparł z godnością Justin. — Po pierwsze, Cytadela jest klimatyzowana, więc nie znajdziesz tam zimnej, ciemnej i wilgotnej celi. Po drugie, nawet gdyby była, to konstytucja dokładnie określa granice niegodziwości, jakie monarcha tyran może wyrządzić swoim poddanym.

— Oczywiście, że określa — zgodziła się uprzejmie jego żona, wywołując radosne bleeknięcie treecata siedzącego na oparciu jej fotela. — Problem w tym, mój drogi pierwszy naiwny, że aby twój adwokat mógł oprotestować moje tyranizujące zachowanie, musiałby wiedzieć, że gnijesz w lochu. A my, Wintonowie, choć doskonale udajemy wyrozumiałych i praworządnych, tak naprawdę od wieków trzymamy w lochach tajnych więźniów, którzy nam z różnych względów podpadli prywatnie, aż nie sczezną w zapomnieniu i samotności w całkiem pozbawionych klimatyzacji ciemnicach.

— To było naprawdę dobre, Beth! — przyznał z podziwem Justin. — Ale wątpię, żebyś zdołała to powtórzyć bez zająknienia.

— Nie muszę — oznajmiła, zadzierając nosa. — Jestem królową, a to znaczy, że mogę robić, co chcę! Wiesz, fajnie jest być królową!

I uśmiechnęła się szeroko.

— Lepiej jest być księciem-małżonkiem — odparł z przekonaniem Justin i podrapał za uszami treecata siedzącego na oparciu jego fotela.

Monroe zamruczał zadowolony i zeskoczył mu na kolana, domagając się ciągu dalszego.

— A dlaczegóż to? — spytała podejrzliwie Elżbieta.

— Bo zakładając, że Allen faktycznie ma do ciebie jakąś sprawę, będziesz się musiała nią zająć, podczas gdy ja zostanę tu i pławiąc się w szacunku naszych oddanych pociech i wiernego treecata, ułożę odpowiednio karty do następnego rozdania.

— Pławiąc się w… — powtórzyła słabo Elżbieta. — Mnie by to chyba przez gardło nie przeszło!

Po czym wstała, wzięła z oparcia Ariela i dodała:

— Poza tym informuję cię, że jeżeli spróbujesz poukładać karty, wykorzystam zeznania tej dwójki… oddanych pociech, tak to brzmiało? A jeżeli zajmiecie się tym wspólnie, nagrania z kamer bezpieczeństwa będą stanowiły dowód spiskowania przeciwko prawowicie panującej wam miłościwie, ma się rozumieć, monarchini. Co będzie miało dla spiskowców opłakane skutki!

— Znaczy się lody na podwieczorek poszły się gwizdać — podsumował smętnie i zgoła niearystokratycznie Justin.

Elżbieta cmoknęła go w czoło i poleciła obserwującemu to wszystko z kamienną miną Edwardowi:

— Prowadź do księcia.

— Naturalnie, Wasza Wysokość. Czeka w apartamentach królowej Caitrin.

* * *

Przed drzwiami prowadzącymi do apartamentów królowej Caitrin stał śniady mężczyzna o starannie przystrzyżonej brodzie i nieco krępej budowie. Ubrany był w mundur majora Gwardii Pałacowej, a biało-czerwony akselbant świadczył, że jest przydzielony do ochrony premiera. Na piersiach miał tabliczkę „New Francis”, a na twarzy wyraz zdecydowanie zniechęcający do zawierania bliższej znajomości. Trudno było powiedzieć, czy wyraz ten stworzyła natura, czy też wyrobił go sobie, tak że stał się odruchowy, choć istnieli wśród jego podkomendnych tacy, którzy uważali, że znają prawdę. Na Elżbiecie III wyraz ten nie zrobił najmniejszego wrażenia — uśmiechnęła się i powiedziała wesoło:

— Witaj, Frank.

Ariel zaś zastrzygł uszami i bleeknął powitalnie.

W oczach majora coś radośnie błysnęło, ale wyraz jego twarzy pozostał dokładnie taki sam. Królowej to nie przeszkadzało — znała go od najmłodszych lat i nigdy nie nazwałaby aspołecznym. Owszem, bywał drażliwy i uparty niczym muł pancerny, ale pochodził z masywu Olympus na Gryphonie, którego mieszkańcy charakteryzowali się niezwykłym wręcz uporem i długoletnią wojną z lokalną arystokracją. Co doskonale tłumaczyło tak jego czarującą osobowość, jak i generalny brak zaufania do wszystkich sprawujących władzę z jednym jedynym wyjątkiem. Dlatego też każdemu, kto go dobrze nie znał, dziwny, musiał wydać się fakt, iż pięćdziesiąt lat temu zgłosił się na ochotnika do osobistej ochrony królowej i najważniejszych członków jej rządu. Dla tych, którzy go znali, było to całkowicie logiczne, gdyż owym wyjątkiem była właśnie królowa. Powód był prosty — Korona od dawna popierała górali z Gryphona w ich walce z arystokracją, co owocowało absolutną lojalnością mieszkańców gór wobec władcy. Skutkiem niejako ubocznym było to, iż połowa arystokracji z planety Gryphon należała do Zjednoczenia Konserwatywnego. Tylko połowa, bo dla pozostałych partia była zbyt liberalna i za mało stanowcza.

Elżbieta wiedziała więc z doświadczenia, że Ney nie był aspołecznym typem. Upartym, prostolinijnym, nieprzejednanym i doprowadzającym do szału każdego, kogo punkt widzenia nie zgadzał się z jego zasadami, i owszem. Ale nie aspołecznym. Był też naprawdę dobry w tym, co robił, i dlatego z zadowoleniem przyjęła decyzję Cromartyego, pragnącego, by został on szefem jego osobistej ochrony.

— Witam Waszą Wysokość — odparł major i uśmiechnął się leciutko a przelotnie.

— Zdaje się, że masz dzięki temu pełne ręce roboty? — spytała, wskazując głową zamknięte drzwi.

Tym razem Ney uśmiechnął się szerzej i złośliwiej:

— Nie tak pełne, jak staram się, by myślał, że mam, Wasza Wysokość. Dzięki temu choć od czasu do czasu wymuszam na nim zwolnienie tempa. Najlepiej wychodzi mi wpędzanie go w poczucie winy z tego powodu, że wszyscy musimy przez niego tyrać. Szkoda że tak rzadko się udaje i najkrócej skutkuje wobec niego samego.

— Wiem — westchnęła królowa i poklepała go po ramieniu. — Ale próbuj dalej. Mam nadzieję, że zdaje sobie sprawę, jakim jest szczęściarzem, mając w pobliżu kogoś, kto mu marudzi.

— Wasza Wysokość! — Ney skrzywił się boleśnie. — Tylko nie „marudzi”. „Bezpośrednio zachęca” to znacznie bardziej sympatyczne określenie.

— Przecież mówiłam, że marudzisz — zgodziła się Elżbieta.

Ariel bleeknął radośnie.

A Ney pokręcił bezradnie głową i otworzył drzwi.

Allen Summervale, książę Cromarty i premier Królestwa Manticore, wstał uprzejmie, widząc w progu królową z treecatem w objęciach.

— Witaj, Allen — Elżbieta uśmiechnęła się ciepło i uściskała go, ledwie znalazł się wystarczająco blisko.

Nie było to naturalnie zgodne z protokołem, jak prawie nic w czasie ich prywatnych spotkań, ponieważ znali się naprawdę długo i dobrze. Cromarty był członkiem rady regencyjnej, gdy po śmierci ojca nie będąca jeszcze w wymaganym wieku nastolatka została Elżbietą III, królową Gwiezdnego Królestwa Manticore. I pod wieloma względami starał się jej go zastąpić, nie licząc tego, że w jej imieniu rządził Królestwem. Wspólnymi siłami przekonali, przekupili lub zaszantażowali wystarczającą liczbę członków opozycji, by dokończyć rozbudowę Królewskiej Marynarki rozpoczętą przez ojca Elżbiety. Która dzięki temu miała szansę zapobiec podbojowi Królestwa Manticore. Jak dotąd przynajmniej.

— I cóż cię sprowadza w tak miłe i spokojne niedzielne popołudnie? — spytała, wypuszczając go z objęć i wskazując fotel. — Nie sądzę, żeby to było naprawdę pilne, bo skontaktowałbyś się ze mną, nie tracąc czasu na osobiste przybycie. Musi to jednak być coś nietypowego, bo inaczej poczekałbyś do jutra.

— Prawdę mówiąc, jest to trochę pilne, choć nie chodzi o jak najszybsze podjęcie decyzji, ale o to, że może to skomplikować nam życie, i to raczej poważnie. Zwłaszcza gdy opozycja zwącha, co się święci… naturalnie o ile już im ktoś nie doniósł.

— Ładny wstęp — oceniła królowa, siadając. — Dlaczego uparłeś się zawsze w ten sam sposób zwalać mi na głowę problemy? Nie mógłbyś choć raz przyjechać i powiedzieć: „Tak tylko wpadłem, nic nowego się nie wydarzyło i nie ma się czym martwić. Miłego dnia życzę!”

— To mogłoby się źle odbić na kondycji psychicznej Waszej Wysokości — zauważył ze złośliwym uśmieszkiem premier. — Taki szok… Poza tym nie ma się czego bać: w najbliższym czasie brak wydarzeń nam nie grozi.

— Wiem — przyznała spokojnie Elżbieta, po czym uśmiechnęła się i poleciła: — No to mów, co złego się wydarzyło.

— Nie jestem pewien, czy złego. To może być nawet bardzo dobra wiadomość, jeśli wziąć pod uwagę dłuższą perspektywę.

— Jeżeli nie przejdziesz do rzeczy, nawet major Ney nie zdoła zmienić tego, że patrząc z normalnej perspektywy, będzie to wieść o złych konsekwencjach dla ciebie prywatnie — ostrzegła.

Summervale roześmiał się.

— No dobrze — skapitulował. — Najkrócej rzecz ujmując, właśnie otrzymaliśmy oficjalną prośbę od prezydenta San Martin.

— Formalną prośbę? — zdziwiła się królowa. — Jaką formalną prośbę?

— A to już jest trochę bardziej skomplikowane…

— Jak zawsze, gdy chodzi o San Martin — oceniła kwaśno Elżbieta.

Cromarty uśmiechnął się i lekkim skinieniem głowy przyznał jej rację.

Planeta San Martin była jednym ze światów o największej sile przyciągania zasiedlonych przez ludzi. Jej grawitacja wynosiła 2,7 ziemskiej i najprawdopodobniej była największa ze wszystkich planet skolonizowanych przez człowieka. San Martin była tak masywna, że kolonizację ograniczono do górskich płaskowyżów i szczytów, mimo iż wszyscy osiedleńcy byli potomkami mutantów przystosowanych do życia w zwiększonej sile grawitacji. Planeta była duża i posiadała mnóstwo łańcuchów górskich — przy niektórych ziemskie Himalaje czy nowokorsykańskie Palermo ledwie zasługiwały na miano gór.

Mieszkanie w górach musiało się jakoś odbijać na psychice, bo choćby w Królestwie górale z Olympusa czy Copperwalls byli bardziej uparci i mieli sztywniejsze karki od krewnych i przyjaciół z nizin. Ponieważ na San Martin znajdowały się najwyższe zasiedlone przez człowieka góry, nie należało się dziwić, że ich mieszkańcy należeli do największych uparciuchów i najzajadlejszych wojowników w historii ludzkości.

Przy nich major Ney wyglądał na ugodowo nastawionego pacyfistę. I dlatego gdy Ludowa Republika Haven trzydzieści trzy standardowe lata temu podbiła system Trevor Star, był to początek, a nie koniec walki mieszkańców San Martin.

Naturalnie nie wszyscy walczyli — część stała się kolaborantami, część wręcz zdrajcami, bo wstąpiła w szeregi wojsk wroga, ale przeważająca większość traktowała takie zachowania jako haniebne i nie wstydziła się tego okazywać. Dla nich Ludowa Republika była i pozostała zdradzieckim, napadającym znienacka wrogiem, z którym trzeba walczyć w każdy możliwy sposób.

W rezultacie najpierw bezpieka, potem UB utrzymywały na planecie naprawdę duże siły. Dla społeczeństwa poddanego procesowi prolongu trzydzieści trzy lata to wcale nie tak długi okres — zbyt wielu mieszkańców San Martin dobrze pamiętało, jak wyglądało ich życie, nim zjawili się ci, którzy zwali się wyzwolicielami. A którzy „wyzwolili” ich z dobrobytu i niepodległości.

Odkąd admirał White Haven odbił system, Sojusz miał do czynienia z upartymi góralami i był to proces w pełni zasługujący na miano interesującego. Największe problemy napotkał rząd tymczasowy stworzony pod egidą Sojuszu, gdyż po wieloletniej okupacji przez Ludową Republikę mieszkańcy San Martin nie mieli ochoty być sterowani, nawet delikatnie, przez nikogo, w tym także autentycznych wyzwolicieli. Chcieli znów sami kształtować swój los i samodzielnie rządzić swoją planetą, co w opinii Elżbiety III było jak najbardziej zrozumiałe. Sojuszowi takie podejście w niczym nie przeszkadzało, za to okazało się, że mieszkańcom San Martin i owszem, ponieważ wybuchały między nimi nie kończące się spory. Obserwatorzy z Alizon nie mogli wyjść z szoku, przysłuchując się wymianie poglądów na planecie, tak z uwagi na treść, jak i formę wypowiedzi, a po pewnym czasie nawet pochodzący z Graysona zaczęli mieć opory przed oddaniem planety jej prawowitym właścicielom. Komisja doszła do zgodnego, choć nieoficjalnego wniosku, że jakim cudem przed inwazją Ludowej Republiki San Martin uniknął wojny domowej, tego nikt z jej członków nie wie. Wyglądało na to, że przeważającej większości mieszkańców San Martin trzeba bronić przed nimi samymi.

Najmniej martwili się tym komisarze z Królestwa i z Erewhon, przyzwyczajeni do energicznych elektoratów, choć i oni byli zaskoczeni energią, entuzjazmem i słownictwem używanym przez polityków z San Martin. Natomiast jak długo nikt do nikogo nie strzelał, przyjęli politykę wyczekiwania i wywożenia z planety niedobitków sympatyków Ludowej Republiki. A było ich niewielu, bo po zdobyciu systemu, a przed kapitulacją ubeckiego garnizonu przetoczyła się przez nich prawdziwa fala nieszczęśliwych wypadków i samobójstw.

Jak się okazało, polityka wyczekiwania była najrozsądniejszym podejściem, choć może niedokładnie z tych powodów, dla których komisarze ją przyjęli. Członkowie Rządu Tymczasowego bowiem wzięli się właśnie na serio za łby w związku ze szczegółami pierwszych wolnych wyborów, gdy Honor Harrington powstała z martwych. A wraz z nią powrócił komodor Jesus Ramirez.

I ku ciężkiemu zdumieniu obserwatorów nie kończące się debaty, pyskówki, obelgi, a okazjonalnie i mordobicia stanowiące nieodłączny element życia politycznego na San Martin skończyły się jak nożem uciął. Nikt, zaczynając od samego Ramireza, nie był w stanie przewidzieć, że jego powrót będzie miał takie właśnie konsekwencje. Z pewnych względów wieść o egzekucji Honor rozwścieczyła jego rodaków bardziej niż obywateli planet sojuszniczych. Być może powodem były bolesne wspomnienia rządów Urzędu Bezpieczeństwa, być może pamięć o własnych zabitych w egzekucjach, a być może coś głębiej ukrytego w ich naturze. W każdym razie na wieść o tym, że Harrington żyje i uciekła z niewoli, San Martin stał się sceną spontanicznego świętowania, które objęło całą planetę. Radości nie zdołała stłumić nawet świadomość, że chwilowo będą musieli pomieścić i wyżywić prawie pół miliona obcych.

A potem odkryli, kim jest zastępca Harrington, czyli komodor Ramirez. Okazało się, że Jesus Ramirez był bratankiem ostatniego prezydenta i ostatnim dowódcą floty systemowej, który zmusił Ludową Marynarkę do zapłacenia trzema okrętami za każdy zniszczony swój i dzięki któremu możliwa była ewakuacja ostatniego konwoju do systemu Manticore. Osłaniał ucieczkę i wszyscy byli przekonani, że zginął w tym ostatnim starciu.

Ród Ramirezów został przez okres okupacji nie tyle zdziesiątkowany, ile wycięty w pień. Prezydent Hector Ramirez w miesiąc po przymusowym podpisaniu kapitulacji planety został „zastrzelony w czasie próby ucieczki”. Jego brata Manuela, ojca Jesusa, skazano za „działalność terrorystyczną” i wywieziono na Haven. Bezpieka najwyraźniej planowała użyć go jako zakładnika, wykorzystując jego olbrzymią popularność, by powstrzymać jego rodaków przed wysadzaniem kolejnych koszar i sztabów jednostek interwencyjnych. Plan spalił na panewce, gdyż Manuel zmarł, nim upłynęły dwa lata. Ponieważ bezpiece martwy zakładnik nie był do niczego potrzebny, a innego pożytku z niego mieć nie mogli, należało sądzić, że naturalne przyczyny śmierci podane w oficjalnym komunikacie wyjątkowo były zgodne z prawdą.

Tyle że absolutnie nikt na San Martin, a już na pewno nie jego stryjowie, kuzyni, siostrzeńcy, szwagrowie i dalsi krewni, w to nie uwierzyli. Manuel i Hector stali się martwymi bohaterami, a żywi członkowie rodziny sercem i duszą członkami ruchu oporu.

I zapłacili za to drogo.

Majątek i pieniądze stracili od razu, podobnie jak reszta zamożniejszych obywateli, w ramach rabowania gospodarki planety w celu podreperowania finansów Ludowej Republiki. Potem bezpieka zaczęła polowanie na nich, które następnie kontynuowało UB. Część członków rodziny obojga płci została zabita w walkach z oddziałami partyzanckimi, część aresztowana. Ci drudzy po prostu zniknęli. Inni padli w rajdach na partyzanckie bazy. Gdy Sojusz odbił planetę, przy życiu nie pozostał nikt z Ramirezów, a w oczach wszystkich mieszkańców nie kolaborujących z okupantem rodzina zyskała status symbolu.

A potem Ramirezowie wrócili.

Jako pierwszy wrócił brygadier Royal Manticoran Marine Corps Tomas Ramirez, który nie wiedzieć jakim cudem został przydzielony wprost idealnie, bo na dowódcę sojuszniczych sił okupacyjnych. Taka zbieżność kwalifikacji i stanowiska w siłach zbrojnych dowolnej nacji zdarza się niezwykle rzadko, więc musiało to być dzieło przypadku.

Już to stanowiło emocjonujące przeżycie, zwłaszcza dla tych, którzy pamiętali jego rodzinę albo i jego samego. A potem wrócił ojciec, i to dosłownie z Piekła, toteż efekt na całym San Martin był wręcz piorunujący. Kult bohatera nie był nigdy bliski sercom mieszkańców planety, ale prawie udało im się w niego popaść, gdy zdali sobie sprawę, że nadal żyje jeden ze wzorów ruchu oporu.

W ciągu jednej nocy zakończyły się kłótnie o wybory, bo jednogłośnie i prawie nie pytając zainteresowanego o zgodę, wysunięto kandydaturę Jesusa Ramireza na prezydenta. Pozostali kandydaci poza jednym na wieść o tym wycofali się czym prędzej. Uparta kobieta dotrwała do dnia głosowania i uzyskała 1,4% głosów. Uznała swą porażkę publicznie jeszcze przed zamknięciem lokali wyborczych. I w ten sposób pierwszym prezydentem nowej Republiki San Martin został Jesus Ramirez. Co tak mieszkańcy planety, jak i Sojusz, a zwłaszcza Królestwo Manticore przyjęli z prawdziwą ulgą, jako że wszystkim zależało na stabilności San Martin.

Przyglądając się minie Cromarty’ego, Elżbieta doszła do wniosku, że ulga ta być może nastąpiła nieco przedwcześnie.

— No dobrze — przerwała przedłużające się milczenie. — Co dokładnie teraz wymyślili?

— Cóż… — Cromarty podrapał się za uchem i wzruszył ramionami. — Ujmując rzecz najprościej, prezydent Ramirez polecił swemu ambasadorowi wybadać, jak byśmy zareagowali, gdyby San Martin poprosiło o przyłączenie jako czwarta planeta do Gwiezdnego Królestwa Manticore.

— Że co proszę?!

Widząc jej minę, premier pokiwał głową.

— Generalnie rzecz biorąc, moja reakcja była taka sama, gdy ambasador Asencio wyłuszczył, z czym przychodzi — powiedział współczująco. — Wyskoczyli z tym jak diabeł z pudełka, bez żadnego uprzedzenia.

— On mówi poważnie? — Elżbieta doszła już do siebie. — A jeśli tak, to skąd mu to przyszło do głowy i jakim cudem chce postawić na swoim?! Jest popularny, fakt, ale nie jest Bogiem, a jego rodacy cenią sobie niepodległość, co udowadniali przez ostatnich ponad trzydzieści standardowych lat. Coś mi się wydaje, że niedługo pobędzie prezydentem.

— Jeśli chodzi o pierwszą kwestię, to jestem przekonany, że mówi jak najbardziej poważnie — odparł spokojnie Cromarty. — Dowodzi tego list przekazany przez ambasadora, a powody takiej decyzji i analiza sytuacji są jak najbardziej logiczne. Podaje korzyści zarówno dla San Martin, jak i dla nas, z których główną jest zabezpieczenie terminalu Trevor Star. Poza tym zbadał kwestię zaskakująco dokładnie pod względem precedensów prawnych, opierając się na tych stworzonych przy przyłączeniu systemu Basilisk. Co prawda twój stryj spędza weekend na Gryphonie, ale zagoniłem prawników z MSZ-u, by sprawdzili wnioski Ramireza, i dostałem od nich wstępną analizę. Są zgodni co do tego, że ma rację: Korona przy zgodzie parlamentu ma prawo włączyć do Gwiezdnego Królestwa planety całkowicie legalnie.

— A co z jego rodakami? Powieszą go, a jeśli nie, to przynajmniej pozbawią urzędu za to, że chce ich sprzedać.

— Wątpię, by tak uważał, a jeszcze bardziej wątpię, by obawiał się, że poczują się sprzedani. Najwyraźniej to wcale nie jest jego pomysł. Wpadło na to kilku prominentnych członków senatu, i to niezależnie od siebie, tylko nikt nie miał odwagi, by oficjalnie to zaproponować. Z przypadkowej rozmowy wyszło, że podziela ich punkt widzenia, co skłoniło ich do podjęcia działań. W efekcie otrzymał ich zgodę na oficjalne zbadanie tej możliwości. Debata na ten temat odbyła się niespełna dwa tygodnie temu przy drzwiach zamkniętych.

— Chcesz powiedzieć, że to oficjalny krok zaakceptowany przez senat?

— Tak napisał w liście. A jeśli to prawda, to istnieje realna szansa na realizację bez oporu mieszkańców San Martin. I przyznam, że nie widzę powodu, dla którego Ramirez miałby nas w tej kwestii okłamywać.

— Mój Boże! — Elżbieta III przytuliła Ariela i zamilkła pogrążona w analizowaniu możliwości, o których się właśnie dowiedziała.

Problem, co zrobić z zaanektowanymi przez Ludową Republikę Haven, a zdobytymi przez Sojusz planetami, istniał od dość dawna, konkretnie od zdobycia pierwszej z nich. Wiedziała, że część członków parlamentu, zwłaszcza centrystów i lojalistów, chciałaby przyłączyć je do Gwiezdnego Królestwa. Byłoby to rozwiązanie najprostsze, a równocześnie zwiększające zarówno wielkość, jak i populację państwa, a w perspektywie napędzające jego gospodarkę. Wszystko to były ważkie argumenty, biorąc pod uwagę fakt, że toczyli wojnę z najpotężniejszym sąsiadem w okolicy. Z drugiej strony wiadomo było, że na oficjalną wieść o tym pomyśle przywódcy opozycyjnych partii stratują się nawzajem w wyścigu do mównicy, by zdusić pomysł w zarodku.

Liberałowie dostaliby spazmów na samą myśl, że Królestwo Manticore chce stać się brutalnym imperialistycznym mocarstwem. Wrzawa, jaką podnieśli, gdy wypłynęła kwestia przyłączenia systemu Basilisk, którego jedyna planeta zamieszkana była przez bandę dzikusów z epoki kamiennej, byłaby niczym w porównaniu z awanturą na wieść o planach przyłączenia do Manticore planety zamieszkanej przez ludzi.

Zjednoczenie Konserwatywne byłoby przerażone raz dlatego, że tworzyli je izolacjoniści do szpiku kości, dwa że oznaczałoby to przyjęcie wielu nowych obywateli nie mających doświadczeń w funkcjonowaniu w arystokratycznym społeczeństwie. Czyli takich, po których trudno spodziewać się stosownego szacunku dla lepszych z urodzenia, a gdy taki lepszy zacząłby się tego zbyt nachalnie domagać, mógłby wziąć po pysku. Była to więc dla nich perspektywa nie do przyjęcia.

Postępowcy zachowaliby się spokojniej, jak długo mogliby na nowych terenach bez przeszkód działać i organizować swoją machinę wyborczą. Natomiast to, że istnieją tam już rozmaite partie, co nieuchronnie zmniejszyłoby ich zdolność do pozyskania nowych wyborców, stałoby im kością w gardle.

Natomiast część obywateli nie ogłupiona ideologią czy wyliczeniami wyborczymi obawiałaby się czegoś innego. Tego mianowicie, że spora rzesza obcokrajowców mogłaby zniszczyć ten specyficzny społeczny amalgamat, dzięki któremu Gwiezdne Królestwo było tym, czym było, i tak wiele osiągnęło mimo relatywnie niewielkiej populacji.

To ostatnie doskonale rozumiała, ale wiedziała też o czymś, o czym zapominał przeciętny obywatel lub z czego nie zdawał sobie sprawy. Otóż unikalność i osiągnięcia Królestwa w znacznym stopniu spowodowane były stałym napływem imigrantów. Nigdy nie była to fala, toteż trudno to było zauważyć, ale zawsze przybywali nowi i ten napływ umacniał państwo. Ona sama była przekonana, że ten właśnie stały dopływ świeżych sił i pomysłów był kluczowy dla dobrobytu i rozwoju Królestwa Manticore, i dlatego pomysł dodania doń nowych, zaludnionych planet napawał ją zadowoleniem, nie obawą. Natomiast wiedziała też, że przekonanie do niego parlamentu nie będzie łatwe.

— Myślisz, że powinniśmy poprzeć pomysł Ramireza, Allen? — spytała.

Premier przytaknął.

— Potrzebujemy ludzi, to po pierwsze. Po drugie, system Trevor Star jest nam niezbędny ze strategicznego punktu widzenia. A po trzecie, uważam, że naszemu społeczeństwu bardzo się przyda hm… nazwijmy to energiczność mieszkańców San Martin. Po czwarte, stworzy to precedens, z którego mogą skorzystać wszystkie inne planety, których ludność i władze będą tego chciały. A równocześnie da to nam wytłumaczenie, by nie anektować tych, które o to nie poproszą. No i po piąte, podniesie to znacznie morale społeczeństwa. Niespodziewany powrót zza grobu księżnej Harrington powoli przestaje działać, za to zaczyna docierać nowe obciążenie podatkowe na rzecz rozwoju floty, o czym na prawo i lewo trąbi opozycja. W takich warunkach świadomość, że mieszkańcy całej planety dobrowolnie zdecydowali się wstąpić do Gwiezdnego Królestwa i dzielić ryzyko oraz obciążenia związane z dalszym prowadzeniem wojny, może zdziałać cuda. Przecież nikt nie przyłączyłby się do przegrywającego, prawda? Jeśli społeczeństwo samo na to nie wpadnie, to mu się to uświadomi. Nie tylko opozycja potrafi wygrywać opinię publiczną dla swoich celów.

— Podoba mi się twoja argumentacja — oceniła Elżbieta, drapiąc Ariela za uszami. — Naturalnie to wszystko są wstępne rozważania, być może trochę zbyt pospieszne, ale jeżeli to by wypaliło…

Urwała i wpatrzyła się w przestrzeń, w coś, co tylko ona mogła dostrzec. Cromarty uśmiechnął się — znał to zachowanie i wiedział, że Elżbieta już zdecydowała. I to, że były to przedwczesne spekulacje, że trzeba było przekonać opinię publiczną i parlament, nim podejmie się odpowiednie kroki, było już tylko szczegółami technicznymi.

Bo kiedy Elżbieta III była na coś naprawdę zdecydowana, najrozsądniejsze, co mogła zrobić reszta wszechświata, to pogodzić się z nieuniknionym i usunąć z drogi. Jeśli bowiem tego nie zrobiła, zostawała regularnie poobijana.

Rozdział XVI

— Coś mi się wydaje, że twoi graysońscy podkomendni uważają, że mam na ciebie zły wpływ — oznajmiła Allison, gdy wraz z Honor schodziły z trzeciego piętra do znajdującej się na parterze jadalni.

Znalazły się akurat na wysokości otwartych drzwi salonu na piętrze, gdzie Allison stanęła, by z należytym szacunkiem przyjrzeć się dywanowi pokrywającemu całą podłogę, aż do ściany z krystoplastu, za którą rozciągał się zapierający dech w piersiach widok na Zatokę Jasona. Był to czwarty z rzędu tego typu salon — każdy urządzono w innej tonacji i dobrano meble oraz wykończenia w innym stylu. No i naturalnie każdy miał unikalny dywan.

— Nie najgorszy gust — oceniła zblazowanym tonem — ale na twoim miejscu kazałabym przyciemnić zatokę. Woda jest za błękitna.

— Co ty powiesz? — zdziwiła się Honor i zdecydowanym gestem zamknęła drzwi.

Po czym odwróciła się z groźną miną do matki i spytała:

— A można się dowiedzieć, czym znowu uprzykrzasz życie tym biedakom?

— Niczym, kochanie — zapewniła solennie Allison, spoglądając niewinnie spod skromnie opuszczonych powiek. — Zapewniam cię, że niczym. Tyle że oni mają jakąś fiksację na punkcie punktualności i ciągłego zawiadamiania się nawzajem. Chociaż nie, fiksacja to nie jest najwłaściwsze określenie… zdecydowanie lepiej pasuje obsesja. Nie jestem do końca pewna, czy to nie jest stan patologiczny. Hmm… co prawda w graysońskim genotypie nie znalazłam niczego, co by mogło to powodować, ale mogłam to pominąć, bo dolegliwość jest tak uniwersalna. Każdy dorosły, którego spotkałam, zdaje się na to cierpieć i…

— Jesteś zboczona — oceniła Honor z przekonaniem. — Nie wszystko sprowadza się do genetyki i mutacji, czy to celowych czy przypadkowych. Poza tym twój słowotok nie zbije mnie z tropu. Wiem, że narozrabiałaś jak pijany zając, bo Andrew i Miranda bardzo starannie omijają temat twego przybycia dziś po południu. Ponieważ jestem spryciulec, wydedukowałam z twoich generalnie niezrozumiałych komentarzy, że byłaś łaskawa celowo nie zawiadomić ani LaFolleta, ani Simona o przewidywanym czasie przylotu i skontaktowałaś się z nimi dopiero z poczekalni dworca. Czy przypadkiem tak nie było?

— Musisz to mieć po ojcu — westchnęła z rozczarowaniem Allison. — Po mnie tak plebejskiej i prymitywnej logiki nie mogłaś odziedziczyć! Na Beowulfie szczycimy się poleganiem na instynktach twórczych i intuicyjnej manipulacji pomysłami bez czegoś takiego jak powody i skutki. Toż to obrzydliwe! Wiesz, jak można zepsuć całkiem dobrą wymówkę czy uprzedzenie, upierając się myśleć na ten temat logicznie? Dlatego właśnie nigdy nie poddawałam się takim zboczeniom.

— Naturalnie że nie. I nadal rozpaczliwie unikasz udzielenia odpowiedzi. Nie ma tak dobrze: nigdy mi na to nie pozwalałaś, gdy byłam mała.

— Oczywiście, że nie pozwalałam. To bardzo zły zwyczaj u dobrze wychowanego dziecka.

— Aha! A u dobrze wychowanej matki może być?

— Naturalnie — przyznała z kamienną twarzą Allison.

I nagle parsknęła śmiechem.

— Przepraszam. Musiałam odreagować po spędzeniu całej drogi z Graysona na pokładzie Tankersleya z obstawą bliźniąt, Jennifer, panią Thorn i taką ilością bagażu, że wystarczyłoby na sześć miesięcy samodzielnego pobytu w którymś z rezerwatów na Sphinksie. To bardzo mili ludzie i naprawdę ich lubię, ale masz pojęcie, jak mały jest ten statek? Ja nie miałam, dopóki nie odkryłam, że nie ma tam miejsca, gdzie mogłabym być sama i nie musieć zachowywać się nienagannie.

— Ty nigdy nie zachowujesz się nienagannie, chyba że chcesz zauroczyć jakiegoś nic nie podejrzewającego jegomościa dołeczkami i urokiem osobistym.

— Przesadzasz. Poza tym parę razy zdarzyło mi się zauroczyć jakieś jejmości — obruszyła się Allison. — Ale to oczywiście było przed twoim urodzeniem.

— Jejmości?! Jesteś pewna, że było ich kilka? Uważam, że to przesada, biorąc pod uwagę, jak konsekwentnie heteroseksualne masz upodobania. Poza tym nie przekroczyłaś jeszcze setki.

— Jestem pewna, że było ich dwie, a może trzy. — Allison zmarszczyła brwi. — Nauczycielka gramatyki w drugiej klasie była kobietą, a pamiętam, że przed końcem roku naprawdę od niej czegoś chciałam.

— Rozumiem! — Honor oparła się o zamknięte drzwi i spytała z uśmiechem: — Ulżyło ci?

— I to jak! — roześmiała się Allison. — Wyobrażasz sobie, jak zareagowałby ktoś z Graysona, gdybym spróbowała tak z nim porozmawiać?

— Myślę, że Miranda mogłaby cię zaskoczyć. A Howard i Andrew na pewno by cię zaskoczyli.

— Nieuczciwy wybór! Od lat przyuczasz ich do normalnych ludzkich zachowań.

— Fakt — zgodziła się Honor. — Ale z drugiej strony to prawdopodobnie zbawienne, że miałam gdzieś z dwadzieścia lat, żeby przygotować planetę na twój pobyt.

I obie ruszyły w dalszą drogę imponującymi schodami wychodzącymi na jeszcze bardziej imponujący korytarz wejściowy domostwa.

— To faktycznie pomogło — przyznała Allison i dodała: — To wygląda chyba gorzej od Harrington House! Poza tym pani Thorn już przedyskutowała ze mną odległość dzielącą kuchnię od jadalni. Nie jest z niej zadowolona. Zdecydowanie nie jest.

— Absolutnie mnie to nie dziwi. Jakoś tak ludzie zaczynają mieć przykry zwyczaj dawania mi zdecydowanie za dużych domów jak na mój gust. A co gorsza wcale nie uważają, że te domy są za duże, tylko że mam gust za mały. Zwłaszcza biorąc pod uwagę mój półboski status — prychnęła pogardliwie Honor i dodała radośnie: — A tak w ogóle to wszystko twoja wina. Trzeba było mnie nauczyć, by żądać od życia zbytku i luksusu. Powiedziałam Mike, że gdyby jej kuzynka nie była Królową Manticore, oddałabym jej ten hangar natychmiast. Na Graysonie do utrzymania tego czegoś w jakim takim porządku potrzebny byłby batalion służących! I tak mimo robotów i domowego systemu komputerowego jest ich tu ponad trzydziestu! Żeby przejść z jednego końca na drugi, trzeba pół godziny, a żeby trafić z biblioteki do łazienki, niezbędne są drogowskazy! Harrington House mieści choć centrum administracyjne domeny, więc przynajmniej w części jest sensownie wykorzystany. A to jest wyłącznie ostentacyjne marnotrawstwo miejsca!

— Uspokój się, kochanie, bo jeszcze się wpędzisz w atak cholery albo zgoła pośliźniesz — poradziła Allison. — Jej Wysokość po prostu chciała ci dać nową zabawkę i to taką, żeby wszyscy widzieli, jak cię lubi. I musisz przyznać, że wymyśliła coś, czego sama nigdy byś sobie nie kupiła.

— A, co do tego masz całkowitą rację! — przyznała Honor z uczuciem. — Mac jest nim zachwycony: uważa, że stanowi wreszcie właściwą siedzibę dla kogoś o mojej pozycji. Nimitz i Sam są w nim zakochani, bo przez lata nie zwiedzą wszystkich zakamarków tej nadętej potworności. Mnie, przyznaję, podobają się ze dwa, trzy pokoje, bo więcej i tak nigdy nie będę używać. No i widok jest rzeczywiście wspaniały! Dobrze, cofam potworność, tylko to jest takie olbrzymie! Kwatera admiralska na superdreadnoughcie zmieściłaby się w jadalni! Toż to grzech marnować tyle miejsca na jedną osobę… Wiem, za długo przebywałam na pokładach różnych okrętów i zaczyna mi odbijać.

— Dlaczego zaraz odbijać?! — zdziwiła się Allison. — To rzeczywiście jest duże…

Akurat dotarły do końca schodów i znalazły się na olbrzymiej na pierwszy rzut oka powierzchni wyłożonej czarno-zielonym marmurem. Ściany zdobiły holotapety, a na środku korytarza stała rzeźba wodna. W jej granitowym basenie pływały czarne, złote i zielone koi rodem ze Sphinksa. Jeśli nie liczyć braku łusek, obecności dodatkowych płetw i napędu strumieniowego w ogonie, wyglądały zupełnie jak ziemskie rybki tej nazwy. Śmigały między artystycznie ułożonymi kamieniami i wśród starannie zaaranżowanego lasu wodorostów.

— Co się tyczy marnotrawstwa — podjęła Allison. — Nie ty to zbudowałaś i nie ty zmarnowałaś pieniądze na powierzchnię mieszkalną, której nie potrzebujesz. A na fakt, że kto inny to zrobił, nie miałaś żadnego wpływu. Poza tym przeludnienie tej planecie za naszego życia na pewno nie grozi. A tak poważnie, to królowa zdecydowała się na ten właśnie prezent, by pokazać wszystkim, jak bardzo cię ceni, a nie dlatego, że sądziła, abyś go potrzebowała. Można by powiedzieć, że było to podobne posunięcie z jej strony jak wystawienie ci pomnika ze strony Benjamina, ale to nie znaczy, że tak naprawdę nie chciała dać ci czegoś specjalnego, czegoś, co sprawiłoby ci przyjemność.

Honor poruszyła się niespokojnie, ale nic nie powiedziała. Za to Allison uśmiechnęła się szeroko.

— A, więc o to chodzi! — ucieszyła się. — Pieklisz się, bo znów czujesz się zawstydzona.

— Nieprawda — zaprotestowała energicznie Honor. — Ja tylko…

Allison zatrzymała się i ujęła ją pod ramię, nie puszczając, dopóki Honor nie odwróciła się twarzą ku niej.

— Bardzo cię kocham — powiedziała niespodziewanie poważnie. — Wiesz, że tak jest, mimo że prawdopodobnie nie powtarzałam ci tego tak często, jak powinnam. Jestem też twoją matką, która zmieniała ci pieluchy, patrzyła, jak uczysz się mówić i chodzić, opatrywała podrapane kolana, ściągała cię wraz z Nimitzem z drzewa i sprzątała bajzel, jaki dwunastolatka i treecat tworzą całkowicie bez wysiłku i odruchowo. Nie wspomnę o takich drobiazgach jak pogawędki z nauczycielami, zwłaszcza w piątej klasie po tej pierwszej bójce na pięści. Znam cię, kochanie. Nie twój propagandowy wizerunek, tylko ciebie, i doskonale rozumiem, dlaczego nieswojo się czujesz na samą myśl, że ludzie traktują cię jak bohaterkę.

Ale prawda jest taka, że to nie Elżbieta czy Benjamin zrobili ją z ciebie. Nie zrobiła tego też propaganda ani dziennikarze. Zrobiłaś to sama. Wiem, wiem: nie chodziło ci o to, żeby ludzie cię podziwiali, a przez większość czasu, gdy dokonywałaś bohaterskich czynów, śmiertelnie się bałaś. Powiedziałam przecież, że cię znam. Wiem, że zgrzytasz zębami, gdy jakiś pismak albo inna świnia polityk nazywa cię Salamandrą, i wiem o koszmarach po śmierci Paula. Ale czy nie uważasz, że ci wszyscy ludzie, którzy przyszli na twój pogrzeb, także nie byli tego świadomi? Może nie znali cię tak dobrze jak ojciec czy ja, ale wystarczająco, by domyślić się prawdy. I dlatego, jak sądzę, tak wielu z nich traktuje cię jak bohaterkę. Nie dlatego, że spodziewają się, byś była na tyle głupia czy arogancka, by sądzić, że jesteś niezniszczalna, czy dlatego, że nigdy się nie boisz, ale właśnie dlatego, że wiesz, że możesz zginąć, bo zostałaś wielokrotnie zraniona… i wiedzą, że się boisz, a mimo to nadal wykonujesz to, co do ciebie należy.

Honor poczuła, że się czerwieni, ale Allison tylko uśmiechnęła się i ścisnęła jej łokieć.

— Dopiero gdy sądziłam, że nie żyjesz, zrozumiałam, że nigdy tak do końca nie powiedziałam ci, jak jestem z ciebie dumna — dodała cicho. — Wiem, że głupio się czujesz, gdy ktoś chwali cię za zrobienie czegoś, co uważasz za swoją pracę czy obowiązek, i jako twoja matka nie raz żałowałam, że nie wybrałaś innego zajęcia, więc pewnie drugi raz ci tego nie powtórzę. Ale jestem z ciebie naprawdę dumna, Honor.

Honor zamrugała gwałtownie zdrowym okiem, które ją podejrzanie zapiekło. Chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie wykrztusić słowa. Allison uśmiechnęła się normalniej i potrząsnęła ją delikatnie za ramię.

— A co do rozmiarów tej chałupki, to furda! — oświadczyła z werwą. — Jeśli Królowa Manticore chciała dać ci prezent, to nie waż mi się go nie przyjąć. Skoro ja musiałam zachowywać się na Graysonie, to ty urządzisz tu przyjęcie i będziesz czarująca. Rozumiesz, młoda damo?

— Tak, mamusiu.

— I to mi się podoba — oceniła Allison.

Po czym uśmiechnęła się promiennie do Jamesa MacGuinnesa otwierającego przed nimi drzwi jadalni.

Rozdział XVII

Kilka godzin później Honor i Allison siedziały sobie wygodnie na jednym z kilku tarasów. Posiadłość usytuowano bowiem na jednym z nadbrzeżnych klifów Eastern Shore i w jej skład wchodził ponad dwukilometrowej długości prywatny kawał wybrzeża. To znaczy tyle miał w linii prostej, bo biorąc pod uwagę poszarpane ukształtowanie linii brzegowej pełne zatoczek i półwyspów, w ocenie Honor było to ze trzy i pół kilometra. W porównaniu z Haven, Ziemią czy innymi dawno temu skolonizowanymi planetami wszystkie należące do Gwiezdnego Królestwa światy były słabo zaludnione. Populacja wszystkich trzech znajdujących się w systemie Manticore nie stanowiła nawet połowy liczby ludzi zamieszkujących Ziemię w ostatnim stuleciu Przed Diasporą. Dlatego też właścicielami ziemskimi mogli być nie tylko superbogacze jak na tamtych planetach. Ta zaś posiadłość była mniejsza niż ziemie rodziny Harrington na Sphinksie. Ale znajdowała się mniej niż dwadzieścia kilometrów od serca Landing, a obszar Eastern Shore należał do dwóch lub trzech najbardziej prestiżowych na całej planecie. Dlatego też ceny ziemi w tym rejonie nawet jak na Gwiezdne Królestwo były na wolnym rynku fantastyczne. Na to, by postawić tu dom, zwłaszcza z oknami wychodzącymi na tak spektakularny widok, mogli sobie pozwolić jedynie naprawdę najbogatsi.

Na zachodnim skraju zatoki balansowała zachodząca Manticore A, na wschodnim zaś wyraźnie widać było Manticore B, mimo iż zaczynało zmierzchać. Bryza powoli przybierała na sile, a na północy zaczynały gromadzić się chmury, z których zgodnie z planem specjalistów od kontroli pogody nocą miał spaść deszcz. Stado mew przeleciało nad zboczami i poza tym, że były szaro-zielone, nie dało się zauważyć różnic, tak szybko zanurkowały nad wodę. W rzeczywistości miały rozdwojone ogony i łuski, gdyż nie były to ptaki, lecz jaszczurki. Powietrze wypełniły ich wysokie, melodyjne głosy, gdy kolejno opadały na wodę za linią raf, po czym unosiły się na falach jak korki. Zapach ziemskich róż, którymi obsadzony był taras, dopełniał całości.

— Przypuszczam, że bez trudu przyzwyczaiłabym się do takich dekadenckich luksusów, gdybym się postarała — zauważyła zza olbrzymich okularów przeciwsłonecznych Allison. — Byłoby to trudne dla kogoś lubiącego purytańską prostotę, ale możliwe. Całkiem możliwe.

— Pewnie — prychnęła Honor, biorąc następne ciastko czekoladowe ze stojącego na stole talerza.

Musiała przyznać matce rację, bo sama łatwo się do pewnych rzeczy przyzwyczajała i wiedziała, że nader niechętnie by się z nimi rozstała. Jedną z nich był fakt posiadania pochodzącej z Graysona kucharki, Susan Thorn, nazywanej przez wszystkich „panią Thorn”.

Pani Thorn także należała do klanu LaFolletów, choć przez małżeństwo. Była ciotką Mirandy czy kimś podobnym — Honor zawsze miała problemy ze skomplikowaną strukturą klanową rodzin graysońskich. Jako osoba starej daty preferowała tradycyjne formy towarzyskie, toteż zwracanie się do niej przez patronkę po imieniu w ogóle nie wchodziło w grę. Poza tym była zwolenniczką teorii, że kuchnia nie została właściwie sprawdzona, dopóki nie upieczono w niej pierwszych ciasteczek i karmelków. Biorąc pod uwagę, jakie ciasteczka piekła, Honor całkowicie się z nią zgadzała. Podejrzewała też, że kucharce nader odpowiadał pracodawca, który dzięki podwyższonemu metabolizmowi był w stanie wypychać się po uszy słodkościami, nie musząc martwić się o nadwagę i figurę. Czyli dwa stałe problemy niezwykłej wręcz wagi dla każdej szanującej się graysońskiej damy.

Co nie zmieniało faktu, że pani Thorn mowę odebrało, gdy Alfred Harrington pierwszy raz zawędrował do kuchni Harrington House. Gdy odzyskała głos, donośnie i wyraźnie oznajmiła, że kuchnia to kobieca domena i żaden chłop nie ma tam niczego do szukania. Bo nawet ci, którzy twierdzą, że lubią gotować, tak naprawdę tylko się bawią, a jeśli któryś przypadkiem coś potrafi, to zostawia taki bałagan, że się go potem godzinami sprząta.

Ponieważ perora nie wywarła na Alfredzie najmniejszego wrażenia, zostały jej dwie możliwości — zgrzytać zębami albo złożyć wymówienie. Zanim dojrzała do tego drugiego, okazało się, że Alfred Harrington jest naprawdę dobrym kucharzem, a sprząta po sobie odruchowo. Ona była lepsza w pasztetach, ciastach i pieczywach, on w zupach i mięsach, a w przyrządzaniu warzyw byli równie dobrzy. Po tygodniu Alfred był jedynym domownikiem (wliczając Honor), który nie tylko był mile widziany w kuchni, ale mógł też zwracać się do niej po imieniu. Pozwoliła mu nawet by ją nauczył jak zrobić patentowaną sałatkę szpinakową, co nigdy dotąd w stosunku do nikogo nie miało miejsca.

Honor, która nigdy nie zamierzała zostać członkiem Stowarzyszenia Snobów Kucharskich i Winnych, z radością zostawiła ojcu układanie zestawów posiłków i dyskusje na temat różnic między potrawami graysońskimi a innymi (najczęściej z tradycyjnej kuchni Sphinksa). Matka nie miała nigdy nic przeciwko temu, że ojciec rządził w kuchni, a ponieważ dla Honor liczył się tak naprawdę produkt końcowy, dała ojcu wolną rękę. Okazało się to słuszną decyzją gdyż jego współpraca z panią Thorn zaczęła przynosić zgoła doskonałe efekty.

Honor skończyła ciastko i spojrzała na wygodną grzędę zainstalowaną na niskim, kamiennym murku ograniczającym taras od strony morza. Pochrapywały na niej dwa treecaty, a jej zainstalowania dopilnował osobiście Mac. Grzęda była luksusowa, rozgałęziona i zarówno Nimitz, jak i Samantha polubili ją od pierwszego razu.

— Pamiętasz to okropne poparzenie słoneczne, jakiego się nabawiłaś w pierwszym tygodniu pobytu na Saganami? — spytała nieco sennie Allison.

— Oczywiście, że pamiętam! Nimitz zresztą też. Mam nadzieję, że to nie jest wstęp do kolejnego wykładu z cyklu: „A przecież ci mówiłam”.

— Skądże znowu. Zawsze uważałam, że gdy ktoś się oparzy, prawda ta najskuteczniej do niego dotrze, więc nie ma sensu w kółko powtarzać ostrzeżeń. Nawet do ciebie dotarło, prawda, kochanie? — zakończyła z anielskim uśmiechem.

Honor zachichotała, choć wtedy nie było jej do śmiechu.

Beowulf był planetą suchą i piaszczystą — posiadał duże kontynenty i niewielkie, choć głębokie morza. Nie miał zaś gór i silnego odchylenia osi, co powodowało na przykład na Gryphonie ekstremalne warunki pogodowe o każdej porze roku. Brak dużych akwenów morskich sprawiał, że nie istniał łagodzący klimat czynnik. Allison wychowała się w klimacie kontynentalnym charakteryzującym się długimi i gorącymi latami i równie długimi, mroźnymi zimami. Honor zaś wychowała się na Sphinksie, gdzie pory roku były długie, ale chłodne — wiosny deszczowe, lata niezbyt upalne, jesienie niezbyt różniące się od lata i majestatyczne zimy. Dlatego też była całkowicie nieprzygotowana na klimat panujący na wyspie Saganami i na całej planecie Manticore znajdującej się znacznie bliżej słońca niż Sphinx. Wyspa Saganami leżała kilkadziesiąt kilometrów od równika. Allison ostrzegała ją, co to oznacza, ale Honor miała ledwie siedemnaście standardowych lat, pierwszy raz pełną samodzielność (a przynajmniej tak jej się wtedy wydawało) i zbyt wielką przyjemność sprawiały jej ciepło i zmniejszona grawitacja, by pamiętała o matczynych ostrzeżeniach.

Efektem, jak należało się spodziewać, było jedno z bardziej spektakularnych poparzeń słonecznych w dziejach ludzkości.

— A dlaczegóż to, szlachetna rodzicielko, poruszyłaś ten temat? Zazwyczaj coś takiego jest wstępem do homilii na temat nieszczęść, jakie czekają córki nie słuchające ze stosowną rewerencją rodziców, a zwłaszcza rodzicielek. Czyżbyś odkurzała umiejętności z myślą o młodym pokoleniu?

— Skądże znowu! Na to jest zdecydowanie za wcześnie, a sama wiesz, że jeśli zacznie się za wcześnie trenować, to szczyt możliwości osiągnie się przedwcześnie. Poczekam, aż nauczą się chodzić, zanim zacznę na nich ćwiczyć rodzicielskie judo. W końcu z tobą nie najgorzej mi poszło, prawda?

— Tak mi się wydaje — oceniła Honor, częstując się kolejnym ciasteczkiem i zapraszając matkę gestem.

Allison potrząsnęła przecząco głową — nie miała przyspieszonego metabolizmu, toteż wielokrotnie z zazdrością obserwowała męża i córkę z zapałem pałaszujących wszystko, co im się pod rękę nawinie, bez zwracania uwagi na takie drobiazgi jak kalorie. Pocieszała się tym, że bez problemu znosiła dłuższe przerwy między posiłkami, o czym nie omieszkała informować ich słodko, gdy któreś za długo się zasiedziało i w środku nocy zaczynało robić remanent w lodówce i w szafkach.

— Oczywiście trudno wymagać od ciebie obiektywizmu w ocenie skuteczności moich metod wychowawczych — dodała.

— Naturalnie, że trudno. Ale oczywiście jestem obiektywna — uspokoiła ją Honor.

— Naturalnie, że jesteś, jakże mogłoby być inaczej?!

Obie parsknęły śmiechem. A potem Allison obróciła się na bok, zdjęła okulary i przyjrzała się córce poważnie.

— Tak prawdę mówiąc, to poruszyłam ten temat celowo — przyznała. — Ale bardziej w kontekście Nimitza niż ciebie.

Honor uniosła brwi.

— Nimitza? — upewniła się.

— Owszem. Przypomniało mi się, jaki był wtedy nieszczęśliwy, i zaczęłam myśleć o waszej więzi. Honor przekrzywiła głowę.

Allison zaś wzruszyła ramionami i wyjaśniła:

— Zdążyłam tylko skontaktować się z twoim ojcem i powiedzieć mu, na co wpadłam. Jeszcze nie przedyskutowaliśmy problemu, ale już nie muszę dyskutować z nim, bo widzę, że Nimitz kuleje jak dotąd. Zdaje się, że po konsultacji z weterynarzami postanowili podejść do sprawy z większą niż zwykle ostrożnością w związku z utratą telepatycznego głosu?

— W ogólnych zarysach masz rację — powiedziała cicho Honor zadowolona, że oba treecaty spały, bo wtedy ich zdolności empatyczne były prawie wyłączone.

I tak Nimitz poruszył się niespokojnie, gdy wyczuł jej wściekłość — zawsze ją ogarniała, gdy myślała o tym, dlaczego został okaleczony. I jedyną pociechę stanowiło to, że wszyscy za to odpowiedzialni zapłacili życiem. Żałowała tylko, iż nie zabiła ich własnoręcznie…

— Praktycznie są gotowi, żeby zacząć operację na nim i na mnie — dodała spokojniej. — Sprawdzili uszkodzenia mojej twarzy: są tak duże, jak oceniał Fritz, więc trzeba zastąpić całą protezę i uszkodzony interface elektroniczno-organiczny. Na dodatek nerwy zostały przepalone zbyt dużą dawką prądu. Nie wygląda to aż tak źle, jak tata się obawiał, ale też nie za dobrze, zwłaszcza biorąc pod uwagę moją skłonność do odrzucania implantów. Teraz ocenia, że zajmie to ze cztery miesiące, zakładając, że implant i przeszczepy nie zostaną w całości odrzucone. Natomiast terapia i szkolenie powinny potrwać znacznie krócej, bo będę sobie przypominała coś, co umiałam i wykorzystywałam przez lata. Twarz powinna być gotowa po około siedmiu miesiącach. Z okiem sprawa jest prostsza, bo nerwy nie zostały uszkodzone, a ładunek, którym je przepalili, był słabszy, więc zniszczył elektroniczną część interface’u, ale bezpieczniki zapobiegły uszkodzeniu części organicznej. Chodzi więc o prostą wymianę oraz podłączenie nowego urządzenia i to właściwie można było już zrobić, ale tata stwierdził, że skoro i tak będę pod ręką tak długo, wyposaży oko w kilka dodatkowych możliwości. Będę się więc musiała nauczyć, jak je kontrolować. Zresztą będę musiała nauczyć się chyba wszystkiego, bo tak długo nie miałam sztucznego oka, że wszystko zapomniałam. Ale przekonał mnie, że te poprawki mogą mi się przydać, choć przyznaję, że nie poszło mu łatwo. Już się spodziewałam, że użyje argumentu w stylu: „Jestem twoim ojcem i masz robić, co ci mówię”.

— Niby dlaczego miałby go użyć?! — zdziwiła się Allison. — Nie skutkował, gdy miałaś dziesięć lat, to dlaczego miałby poskutkować teraz?

— Nie poskutkowałby, ale tata raz był chyba blisko, tak mu ręce opadły.

— A ręka?

— Z ręką jest tak, że równocześnie będzie to łatwiejsze i trudniejsze niż twarz. Zdecydowanie dobrą wiadomością jest to, że Fritz mimo polowych warunków wykonał kawał doskonałej roboty, amputując resztki.

Allison przytaknęła, ale Honor nie dała się zwieść spokojnemu wyrazowi twarzy matki. Może byłoby inaczej, gdyby jej tak dobrze nie znała albo nie czuła dzięki Nimitzowi jej emocji za każdym razem, gdy poruszały ten temat.

— Zadbał szczególnie o nerwy — dodała Honor głosem równie spokojnym jak twarz matki. — I tata twierdzi, że nie powinno być żadnych problemów z interface’em. To dobra wiadomość, zła jest taka, że będę musiała nauczyć się nią posługiwać, nie mając żadnego doświadczenia, czyli zaczynając od zera.

Allison pokiwała z sympatią głową. Pomimo rozwoju techniki proteza kończyny nadal pozostawała sztuczną kończyną. Nawet w Lidze Solarnej nie udało się nikomu jak dotąd skonstruować takiej protezy, która słuchałaby dokładnie tych samych impulsów nerwowych w dokładnie ten sam sposób co kończyna organiczna, którą zastępowała. Powodem były zbyt wielkie, a jednocześnie zbyt drobne różnice pomiędzy poszczególnymi ludźmi. Owszem, teoretycznie można było dla każdej osoby sporządzić mapę impulsów neuronowych, używając drugiej kończyny poprzez wykonanie wszystkich możliwych ruchów i stosowne zaprogramowanie protezy. Tyle że trwałoby to miesiącami i nie dawało gwarancji niewystąpienia całkowitej blokady protezy przy jakimś niespotykanym poruszeniu, którego normalnie się nie wykonuje, ale które może zaistnieć. Prostszą metodą było wyposażyć protezę w zestaw standardowy i oprogramowanie samouczące. W ten sposób użytkownik i proteza dostosowywali się do siebie równocześnie. Nawet jednak po zakończeniu tego procesu pozostawało uczucie obcości, delikatnej, ale zawsze obecnej i dlatego protezy nigdy nie stały się neutralną częścią ludzkiego organizmu, a jedynie nieodłączną koniecznością.

Honor przyzwyczaiła się już do tego, że sztuczne nerwy twarzy nie informują o różnych zjawiskach w ten sam sposób co żywe. W tej chwili lewa połowa twarzy była zupełnie pozbawiona czucia, ale gdyby implant był sprawny, czułaby wiejący wiatr… inaczej na każdym z policzków. I nawet po tylu latach odczucie z lewego byłoby sztuczne. Być może łatwiej byłoby się przyzwyczaić, gdyby w obu policzkach znajdowały się implanty, ale nie miała najmniejszego zamiaru tego próbować.

Z tych właśnie powodów w większości państw, w tym także w Gwiezdnym Królestwie, istniało niewielkie zapotrzebowanie na elektroniczne wzmocnienia zastępujące całkiem zdrowe organy czy kończyny. Najpotężniejsze były one na planecie Mesa, ale tam były w użytku wszelkie nowinki genetyczno-elektroniczne, oraz na Beowulfie, gdzie były bardziej wynikiem mody niż potrzeby. W pewien sposób Honor rozumiała pokusę ich posiadania — jej samej brakowało najczęściej używanych funkcji protezy oka: noktowizji, lornetki i mikroskopu. Ale z drugiej strony wiedziała z doświadczenia, że nawet przy normalnym widzeniu obraz nigdy nie był tak żywy czy prawdziwy jak widziany naturalnym okiem. Różnice były subtelne i prawdopodobnie niemożliwe do opisania w pełni komuś, kto ich nie doświadczył. Mogły też być czysto psychologicznej natury, choć podobne doznania mieli praktycznie wszyscy posiadający podobne protezy. Najbliższa prawdy była różnica między obszarem rzeczywiście trójwymiarowym a doskonałym obszarem trójwymiarowym, ale pokazanym na płaskim ekranie. Podejrzewała, że podobnie jak w przypadku nerwów posiadanie obu sztucznych oczu spowodowałoby zniknięcie tego problemu. I podobnie jak w tej pierwszej kwestii nie miała najmniejszego zamiaru próbować.

Istnieli jednak ludzie uważający dokładnie na odwrót. W pewnych odległych kulturach, jak na przykład istniejącej na planecie Sharpton, cyborg był czymś w rodzaju kultowego ideału. Dla jej mieszkańców zastępowanie kończyn czy oczu protezami o znacznie wzmocnionych możliwościach było normalne, tak jak dla obywatela Królestwa Manticore normalne było prostowanie, wybielanie i uzupełnianie zębów. Honor uważała to za nienormalne — być może dlatego, że tak wiele czasu spędziła w przestrzeni, w sztucznym środowisku zewnętrznym. Ostatnią rzeczą, której mogłaby pragnąć, była zmiana swego ciała w sztuczne środowisko wewnętrzne.

Charakterystyczne też było, że poza indywidualnymi przypadkami nawet ci, którzy dobrowolnie poprawiali swój organizm protezami, robili to tak, by jak najmniej rzucało się to w oczy. Nawet posiadająca niesamowite właściwości proteza nie powinna niczym różnić się od części ciała, którą zastąpiła. Tak samo zresztą postępowali ci, których organizmy nie poddawały się procesowi regeneracji i zmuszeni byli używać protez.

Wiedziała, że wizualnie jej ręka będzie do złudzenia przypominać naturalną — odwiedziła z ojcem firmę, w której powstawały, by zamówić dodatkowe wyposażenie, które miało zostać w nią wbudowane, oraz parametry poprawek, do których miała zostać przystosowana. Projektant otrzymał pełne dane medyczne z jej akt personalnych, toteż miała pewność, że dostanie idealną replikę swojej ręki łącznie z pieprzykiem na wewnętrznej stronie łokcia, dokładnie dobraną pigmentacją i fakturą sztucznej skóry. Będzie się ona nawet w stanie opalać dokładnie tak, jak jej naturalna skóra, i utrzymywać tę samą temperaturę co prawa ręka.

Nie licząc dodatkowego wyposażenia, proteza będzie znacznie silniejsza i wytrzymalsza od naturalnej ręki, ale jak długo nie nauczy się jej używać, będzie to martwy i bezwładny dodatek zwisający z kikuta jej ramienia. A używać go będzie musiała uczyć się od zera, niczym niemowlęta. Tyle że będzie w gorszej od nich sytuacji, gdyż będzie musiała równocześnie zapomnieć, jak przez tyle lat działała organiczna kończyna, gdyż te same impulsy nerwowe nie będą oznaczały takich samych reakcji. A przynajmniej nie wszystkie.

Tego kłopotu nigdy nie miała z nerwami twarzy — sprowadzało się to głównie do nauczenia się interpretacji nowych danych i dopasowania ich do starych wiadomości. Problem sprawił jedynie fragment ust, ale rzecz polegała na zgraniu części organicznej i elektronicznej w jedną całość, a to było łatwiejsze. Podobnie wyglądała sprawa z okiem, gdyż mięśnie nim poruszające pozostały te same, więc wykonywały te same czynności. Musiała jedynie opanować obsługę nowych funkcji, w które zostało wyposażone. Oprogramowanie dobrano tak, by automatycznie dostosowywało ostrość widzenia do oświetlenia, więc z tym też nie było problemu.

Natomiast z ręką tak łatwo nie pójdzie. Przyznawała sama przed sobą, że się tego obawia — tego i całej terapii. Miała też świadomość, że lata spędzone na doskonaleniu umiejętności w coup de uitesse pogarszają sprawę, bowiem starannie zaprogramowane reakcje mięśni, które tak pilnie ćwiczyła, muszą zostać zmienione, a to nie będzie proces ani łatwy, ani szybki. Sądziła, że w miarę szybko zdoła osiągnąć poziom pozwalający sprawiać wrażenie, że w pełni opanowała poruszanie protezą — oceniała, że potrwa to dziewięć do dziesięciu standardowych miesięcy. Lecz wiedziała też, że uzyskanie kompletnej kontroli będzie trwało lata, i to lata ciężkiej pracy, a i tak nie osiągnie dawnej perfekcji.

— I dlatego obaj z doktorem Brewsterem uznali, że nie muszą spieszyć się z operowaniem Nimitza — podjęła Honor głośno. — Nimitz i Sam też doszli do tego, że pośpiech nie jest niezbędny. Jak dotąd wyprostowali mu żebra i złożyli ponownie środkową łapę, natomiast nie ruszali samego biodra, dlatego nadal widać, że kuleje. Ciągle go boli, ale nie jest to ból dojmujący, choć prawie ciągły. Wiem, że chciałby już normalnie się poruszać, ale zgadzam się z ojcem, że nie ma sensu ryzykować dodatkowych uszkodzeń nadajnika telepatycznego i lepiej poczekać, aż tata i Brewster będą wiedzieli, z czym mają do czynienia. Nimitz, Sam i paręnaście innych treecatów pomagają, jak mogą, więc postępy są duże i szybkie, zwłaszcza że teraz wiemy, czego szukamy. Treecaty też zachowują się zupełnie inaczej i reagują na testy Brewstera znacznie lepiej niż na testy kogokolwiek dotąd.

— No, no, tylko bez bajek, dobrze? — obruszyła się Allison. — Ty to wiedziałaś i ja podejrzewałam, ale teraz nie ulega już żadnej wątpliwości, że treecaty udawały głupsze, niż były, we wszystkich testach na inteligencję, jakie z nimi przeprowadzono. Nie patrz na mnie tak podejrzliwie: nie poruszałam z tobą tego tematu, bo nie było po co. I nigdy nie miałam o to do nich pretensji. Gdybym była taka mała jak one i gdyby w moim świecie nagle pojawili się olbrzymi obcy dysponujący techniką, o której nawet nie mogłabym marzyć, na pewno zrobiłabym wszystko, by wyglądać na tak głupią, niegroźną i kochaną, jak to tylko możliwe. Nawet jeśli jakiś człowiek widział, co potrafią zrobić z grządką selera czy przeciwnikiem, i tak uważał je za głupie i kochane. Tyle że już nie niegroźne. Maskowanie wyszło im naprawdę dobrze, to musisz przyznać.

— No cóż… w sumie to też od niedawna mam tę pewność, ale podejrzewałam już od lat, że po prostu chcą, żeby je zostawić w spokoju. Nie badać, nie zmuszać do niczego, a przede wszystkim do zmiany stylu życia. A to byłoby nie do uniknięcia, gdyby pokazały, że są inteligentne w pełnym znaczeniu tego słowa. Nie wiem, dlaczego tak postanowiły, choć sądzę, że trafnie ujęłaś pierwotne powody. I w sumie nie ma to dla mnie znaczenia: skoro chciały, by tak było, nie widziałam żadnego powodu, by to zmieniać.

— Naturalnie, że nie widziałaś. Bardzo wątpię, by Nimitz czy jakikolwiek inny treecat adoptował człowieka, który chciałby go zmienić wbrew jego woli. Może dlatego, że się tu nie urodziłam i nie miałam żadnych uprzedzeń co do ich intencji, zauważyłam więcej niż urodzeni i wychowani zwłaszcza na Manticore i Gryphonie. Jak choćby to, że wszyscy adoptowani, czy to oficerowie RMN tak jak ty, czy rangersi nie opuszczający Sphinksa, robią, co mogą, by ukręcić łeb każdemu rodzajowi badań, które zbytnio naruszają prywatność treecatów albo które im się po prostu nie podobają.

— Co do tego masz całkowitą rację i przyznam, że po części żałuję, że ten stan rzeczy nie utrzymał się. Pewnie coś podobnego czują rodzice, widząc, jak ich dzieci dorastają… Z jednej strony są z nich dumni i chcieliby, aby stały się samodzielne i zaszły daleko, z drugiej z nostalgią wspominają czasy, gdy były małe i wymagały stałej opieki. Co prawda nigdy nie uważałam, że Nimitz wymaga mojej opieki lub jest ode mnie zależny; wiesz, o co mi chodzi. I to, że wcale nie są i nie były takie młode, jak sądziliśmy, niczego tu nie zmienia.

— To dlatego, że od samego początku nie traktowałaś go jak maskotki czy domowego zwierzątka, tylko widziałaś w nim autonomiczną istotę. Byłam tego świadoma od pierwszego dnia i sądzę, że choć zaskoczyły cię jego możliwości, dostosowałaś się do nich bez żalu, że tracisz pozycję ważniejszej w tym związku. Bo to jest związek partnerski: zawsze nim był, więc obie strony są sobie nawzajem potrzebne. Poza tym Nimitz potrzebuje opiekuna, jeśli ma przeżyć w ludzkim środowisku, tak z uwagi na nie znane mu zagrożenia mechaniczne, jak i na emocje innych. Wtedy go uspokajasz, a kiedy masz problemy, pretensje do samej siebie, najczęściej zresztą niesłuszne, on działa na ciebie uspokajająco. To jest związek partnerski, w którym obie strony mają równy status i pomagają sobie wzajemnie. Tak jak matka i dorosła córka.

I uśmiechnęła się łagodnie.

— Chyba masz rację — przyznała Honor po chwili. — Jesteś wcale domyślna jak na zgrzybiałą rodzicielkę, nie sądzisz?

— Przyszło mi to do głowy, przyznaję. Podobnie jak wniosek, że za mało cię biłam za młodu i teraz mam za swoje. Prawdopodobnie zresztą była to wina Nimitza, jeśli się nad tym głębiej zastanowić. Parę klapsów nie było wartych trwałych uszkodzeń ciała w rewanżu.

— Skąd ci to przyszło do głowy?! Było parę takich sytuacji, kiedy z pewnością pomógłby wam mnie stłuc. Na szczęście nie był w stanie wam o tym powiedzieć.

— Taaak?! — spytała Allison tonem, który spowodował, że Honor przyjrzała się jej z nową uwagą. — Dziwne, że o tym wspomniałaś, ale to dobrze. Ładnie łączy się z tym, do czego zmierzałam, zaczynając tę rozmowę.

— Przepraszam, że co?! — zdziwiła się Honor.

Allison zachichotała i doradziła:

— Weź ciasteczko i wytęż uwagę.

Honor przyjrzała się jej podejrzliwie, po czym wzięła posłusznie ciasteczko i czekała.

— Żebyś ty była taka posłuszna jako dziecko! — westchnęła Allison.

Po czym usiadła prosto i powiedziała zupełnie poważnym tonem:

— Nigdy o tym nie rozmawiałyśmy, ponieważ nie było takiej potrzeby. Teraz uważam, że jest. Jak już wspomniałam, obserwowałam ciebie i Nimitza od pierwszego dnia i dlatego lata temu zrozumiałam, że wasz związek zaczął się zmieniać. Widziałam wystarczająco wiele par po adopcji, by zrozumieć, że łącząca was więź jest nieco inna. Ponieważ, jak sama zauważyłaś, jestem nienormalna i wszędzie doszukuję się czynników genetycznych, sprawdziłam akta medyczne rodziny Harrington i doszłam do wniosku, że istnieje całkiem konkretny powód, dla którego tylu Harringtonów zostało przez te parę stuleci adoptowanych przez treecaty.

— Tak? — spytała bez śladu ironii Honor.

— Ano tak. Sprawdziłam dokładnie, na czym polegały modyfikacje genetyczne przyszłych kolonistów Meyerdahla. Okazało się, że istniały cztery rodzaje w ramach jednego projektu, ale od tego czasu solidnie się ze sobą wymieszały. Natomiast większość cech pozostała dominująca przez pokolenia. Nie będę wdawała się w szczegóły, bo i tak niewiele z nich zrozumiesz, w każdym razie istotne jest to, że ojciec i ty jesteście bezpośrednimi potomkami odmiany Beta. O większości zmian wiesz: szybszy refleks, lepsze muskuły, silniejsze kości, wzmocniony system oddechowy i przyspieszony metabolizm, żeby wymienić najważniejsze. Natomiast jest jeszcze coś: Betom próbowano wzmocnić inteligencję. Od tego czasu medycyna poczyniła znaczne postępy i nauczyliśmy się dość o ludzkim umyśle, by wiedzieć, że grzebanie w nim, by coś poprawić, nie ma prawa się powieść, o ile naturalnie nie chodzi o usunięcie defektów odbiegających od normy. Powód jest prosty: wzmocnienie jednego aspektu, dajmy na to inteligencji, odbije się kosztem innego, a tego nie chciano, pracując na przykład nad wzrostem ilorazu inteligencji przy okazji osiągnięto osłabienie blokad powstrzymujących agresję na przeciętnym poziomie. Nie jest to bezwzględna reguła, ale przeważnie tak to wygląda. Zresztą inne próby, których celem głównym była poprawa poziomu inteligencji, skończyły się totalną klapą i były jednym z powodów, dla których Ostateczna Wojna miała tak krwawy przebieg. Dlatego też ludzkość zarzuciła machinacje przy genotypie, poza naprawdę drobnymi korektami w wyjątkowych okolicznościach. Mówię oczywiście o szanujących się genetykach, nie o rzeźnikach z Mesy. W przypadku Bet, czyli waszym, próba się udała. Mam zresztą poważne podejrzenia, że podobnie rzecz się miała z Wintonami, tyle że tu chodziło o konkretne cechy psychiczne, nie fizyczne. To tłumaczyłoby też, dlaczego tylu Wintonów również zostało adoptowanych przez treecaty. Ale to dygresja, bo miałam zbyt mało danych, by w kwestii rodu królewskiego dojść do jakichkolwiek jednoznacznych konkluzji. W każdym razie jeśli chodzi o was, mam prawie pewność, że sukces był nie tyle spowodowany geniuszem genetyków pracujących przy projekcie Meyerdahl, bo wtedy zrozumienie zasad genetyki było bardzo powierzchowne, ile po prostu szczęściem. Żebyś miała wyobrażenie, do czego prowadzą nieudane próby, podam ci przykład, o którym może słyszałaś, ale bez wyjaśnienia. Przed Ostateczną Wojną w wielu miejscach próbowano stworzyć super żołnierzy. Cechą niezbędną był wzrost inteligencji, gdyż ona dawałaby im olbrzymią przewagę w walce. Praktycznie zawsze efektem ubocznym wzrostu inteligencji był wzrost agresywności. Czasami tak duży, że otrzymywano w efekcie socjopatów zupełnie pozbawionych zahamowań czy tego, co nazywamy potocznie moralnością. W najbardziej spektakularnym przypadku zwiększona agresja połączona ze świadomością, że są inteligentniejsi od większości, dawała poczucie wyższości: uznali się za nadludzi, co doprowadziło do ludobójstwa. Próby łagodniejszego podwyższenia inteligencji, które nie dawały tak silnych skutków ubocznych, przynosiły efekt niewielki albo też krótkotrwały — po paru pokoleniach cecha ta rozmywała się, czyli poziom inteligencji potomków niczym nie różnił się od przeciętnej. Czasami tak nie było i osoby o podwyższonym poziomie IQ skutecznie uczyły się, jak to wykorzystać, by zrównoważyć utratę innych zdolności, w związku z czym nikt nie zwracał na nie uwagi i po krótkim czasie traktowano je jak trochę mądrzejszych dziwaków. W waszym przypadku udało się najbardziej, ale należy pamiętać, że ewolucja też ma coś do powiedzenia i zawsze w końcu wygra. W procesie ewolucji zawsze zwyciężają te rozwiązania, które dają gwarancję przetrwania, a nie te, których ktoś by sobie życzył, więc mówienie o „postępie ewolucji” jest swoistym nonsensem. Wydaje nam się, że są to zmiany na lepsze, ale tak naprawdę powód jest prosty: statystycznie przeżywa więcej osobników z mutacją B niż z mutacją A czy C, dlatego ewolucja zapewnia przetrwanie mutacji B, która po pewnym czasie staje się normą.

Wracając do przykładu zwiększonej agresji. Generalnie uważamy ją za wadę i w społeczeństwie, które produkuje potężne bronie mogące zabić tysiące ludzi, jest to wada, gdyż niesie za sobą zbyt wielkie ryzyko. Ale w przypadku kolonizacji planety o środowisku nieprzyjaznym czy wręcz groźnym dla człowieka będzie to zaleta, gdyż dzięki niej kolonia zdoła przetrwać. Bez niej zaś by wymarła. Logiczne więc, że wśród tych kolonistów cecha ta zostanie w procesie ewolucji zachowana, natomiast w innych, nazwijmy to „normalnych” warunkach nie. Takie rzeczy zresztą zdarzają się niezwykle rzadko. A na dodatek jeszcze rzadziej ktoś zadaje sobie trud, by to sprawdzić. Natomiast w przypadku twoich przodków uważam, że taki właśnie wyjątek miał miejsce. Sprawdziłam wyniki testów na inteligencję wszystkich przedstawicieli rodziny Harrington, jakie zdołałam znaleźć, używając jako normy średniej społeczeństwa, w którym żyli, czyli średniej Sphinksa i Meyerdahla. Znalazłam trzy przypadki, które plasowały się poniżej dziewięćdziesięciu procent średniej, a ponad osiemdziesiąt pięć procent sprawdzonych mieściło się w przedziale od dziewięćdziesięciu dziewięciu procent IQ do grubo powyżej średniej. Macie zwyczaj być wybitnie inteligentni. Gdybym nie znajdowała się w tym samym przedziale, pewnie wpadłabym w depresję albo w coś.

— Już to widzę — mruknęła Honor.

— W każdym razie to był wstęp, gdybyś zaczęła się zastanawiać, co to ma wspólnego z Nimitzem — podjęła Allison. — Podejrzewam, że ten właśnie podwyższony poziom inteligencji jakoś zwiększa waszą atrakcyjność dla treecatów. Można by to opisać w ten sposób, że wasze umysły są dla nich jako empatów „jaśniejsze” czy „smaczniejsze”. A może po prostu bardziej stabilne czy milsze. Nie bardzo potrafię to lepiej wytłumaczyć, bo to obszar, co do którego nie istnieją żadne konkretne dane, przynajmniej ja o nich nie wiem. Ba, nie mamy nawet urządzeń, które pozwoliłyby te dane uzyskać, nie mówiąc już o ich wyjaśnianiu. Prawdę mówiąc, czuję się tak, jakbym próbowała wytłumaczyć, jak pachną dźwięki czy jak się czuje kolory. Podejrzewam też, że to, co w całej rodzinie jest tak atrakcyjne dla treecatów, u ciebie jest jeszcze wyraźniejsze. Być może Nimitz też ma jakieś unikalne zdolności jak na treecata. W każdym razie jestem pewna, że w ciągu ostatnich kilku lat wasza relacja zaczęła się zmieniać i że jako pierwsi w historii zdołaliście stworzyć prawdziwą więź umożliwiającą dwustronną wymianę. Chyba jako pierwsi, bo na ten temat także jest przeraźliwie mało informacji. Naturalnie nie można wykluczyć, że mogło to lub może przydarzyć się jakiemuś człowiekowi, którego przodków nie modyfikowano genetycznie, a który posiada podobne cechy. Natomiast jeśli chodzi o ciebie i Nimitza, nie mylę się. I przyznaję, że ci zazdroszczę. Natomiast powiedz mi jedną rzecz, bo tego nie jestem pewna. Wasza więź nie ucierpiała w wyniku jego zranienia, tak? Samantha go nie słyszy, ale ty z tym nie miałaś i nie masz problemów, podobnie jak on z łącznością z tobą. Nie mylę się?

— Nie mylisz się — przyznała Honor zwięźle.

— I czujecie tylko swoje emocje? Czy też jesteście w stanie przekazywać sobie coś więcej niż uczucia i ogólne wrażenia?

— Jesteśmy — przyznała cicho Honor. — To się cały czas zmienia, a największe zmiany zachodzą, gdy oboje znajdujemy się w silnym stresie. Nie ma co się więc dziwić, że przez ostatnich dziesięć czy dwanaście lat zmiany były gwałtowne.

— Jak to ładnie zabrzmiało: silny stres… — burknęła Allison.

— Zaczęło się od zwykłych emocji — dodała Honor, ignorując jej uwagę. — Potem nauczyliśmy się używać ich jako nośnika dla bardziej skomplikowanych przekazów. Do poziomu, na którym treecaty porozumiewają się między sobą, jeszcze wiele nam brakuje. Wiem o tym, bo jestem w stanie wyczuć jakby echo takiej rozmowy… gdy Nimitz mógł mówić telepatycznie, zanim ten… No dobrze: jest martwy, więc już nic mu nie mogę zrobić. Po emocjach przyszła kolej na obrazy, najpierw tego, co któreś z nas widzi, potem, jak by to powiedzieć… wyobrażenie wymyślone, przekazujące konkretne treści. Nadal nad tym pracujemy, ale wiem już z praktyki, że w ten sposób znacznie skuteczniej informujemy się o swoich pragnieniach i lepiej się rozumiemy.

— Aha! — ucieszyła się Allison. — To właśnie chciałam usłyszeć. Wydaje mi się, że znalazłam sposób, by Nimitz był w stanie przekazywać Samancie znacznie więcej niż tylko emocje.

— Znalazłaś?! — Honor usiadła prosto i spojrzała na matkę zaskoczona.

Wiedziała, że ta nigdy nie powiedziałaby tego, gdyby nie była przekonana, że ma receptę, ale to przekonanie nie musiało okazać się słuszne. A Allison miała pełną świadomość, jak bolesne okazałoby się rozbudzenie nadziei córki, gdyby nie dało się zastosować teorii, którą wymyśliła.

— Znalazłam — powiedziała z przekonaniem. — Zanim nauczyliśmy się leczyć głuchotę czy krótkowzroczność w młodym wieku i na stałe, a nawet nim zaczęliśmy opuszczać Ziemię, istniało coś takiego jak język migowy. Był to język znaków, którym posługiwali się głusi. Istniało kilka odmian, ale jeszcze nie wiem dokładnie ile. To właśnie jest główny powód mojego powrotu do Królestwa: muszę przejrzeć archiwa, może znajdę kompletny słownik. Wiadomo, że trzeba go będzie zmodyfikować, bo treecaty mają o jeden palec mniej niż my, a od czasów, kiedy używano ostatni raz tego języka, przybyło sporo nowych pojęć, ale to da się zrobić. W ten sposób opracujemy system odpowiadający potrzebom Nimitza.

— Ale… — zaczęła Honor i ugryzła się w język, by nie zdradzić, jak wielkie czuje rozczarowanie.

— Ale nikt nigdy nie nauczył treecatów czytać — dokończyła Allison. — Prawdopodobnie dlatego, że one nie chciały się tego nauczyć; rozmawiałyśmy o tym przed chwilą. Poza tym nie sądzę, żeby to był jedyny problem. Na przykład nie mogę sobie wyobrazić rasy telepatów używających języka w taki sam sposób jak my, toteż sam pomysł uporządkowanej, spisanej jego wersji nie będzie miał dla nich zbyt wiele sensu. Ponieważ nie jesteśmy telepatami, są tylko dwie możliwości: nauczyć je języka migowego albo czytać i pisać. Inaczej nie zdołamy z nimi rozmawiać, a sądzę, że migowy będzie łatwiejszy. Choć od ponad dwustu lat standardowych nikt nie próbował nauczyć treecata czytać, dlatego że jak sama to ładnie ujęłaś, wszyscy uważają, że się nie da. To zresztą był i jest koronny argument mniejszości uważającej, że treecaty nie są naprawdę inteligentne. Teraz może to wyglądać inaczej, bo mogą zechcieć się tego nauczyć, a poza tym nie próbował tego nikt z taką więzią jak twoja. Poza tym jeśli nie odniosłam całkowicie błędnego wrażenia, ich zrozumienie mówionego angielskiego zwiększyło się raczej drastycznie od czasów Stephanie Harrington. W przeciwnym razie nic, co do nich mówimy, nie byłoby niczym więcej jak niezrozumiałymi dźwiękami, a tak nie jest. Prawda?

— Prawda.

— Skoro więc wzrosło, i to poważnie, ich zrozumienie naszego języka mówionego, to równocześnie wzrosła ich zdolność do zrozumienia idei istnienia czegoś takiego jak język mówiony. A twoja unikalna więź z Nimitzem daje ci możliwość wytłumaczenia mu tego wszystkiego tak, by zrozumiał, czego i dlaczego chcemy go nauczyć.

Na tarasie zapadła cisza.

— Nie wiem… — przyznała powoli Honor. — Brzmi to logicznie… zakładając, że proces będzie tak właśnie przebiegał. Natomiast nawet jeśli masz rację, będę musiała być w stanie nauczyć także Sam, żeby Nimitz miał z kim rozmawiać.

— Zgadza się, ale pamiętaj, że żadne z nich nie jest głupie, a wydaje mi się, że mogą być nawet mądrzejsze, niż my w tej chwili jesteśmy zdolne zauważyć. Co więcej, są parą i nie trzeba być empatą, by wiedzieć, jak bardzo Sam boli to, że nie może go usłyszeć. Poza tym znają cię, i to dobrze, i kiedy zrozumieją, co próbujemy osiągnąć, dołożą wszelkich starań, by nam pomóc. To oczywiście nie gwarantuje sukcesu, ale poważnie zwiększa szansę na niego. Jeżeli tylko Sam zrozumie, o co chodzi, będziesz miała równie pilną uczennicę co ucznia.

— Byłoby wspaniale, gdyby mogły znów rozmawiać — powiedziała z rozmarzeniem Honor.

— Coś dziś jesteś wyjątkowo tępa, córeczko! — oznajmiła z politowaniem Allison.

Honor spojrzała na nią zaskoczona.

— Nie patrz tak na mnie: nie dość, że nie myślisz, to jeszcze słyszałaś to, co chciałaś, a nie to, co przed chwilą powiedziałam. Naturalnie, że Nimitz będzie w stanie rozmawiać z Samanthą, jeśli nauczą się języka migowego, ale żeby ich tego nauczyć, sama musisz najpierw to zrobić. A skoro będą mogli porozumiewać się ze sobą, to dlaczego nie mogliby rozmawiać też i z tobą?

Honor wytrzeszczyła zdrowe oko i zamarła z otwartymi ustami. Allison roześmiała się radośnie i oceniła:

— Twój hologram w tym momencie byłby wart każde pieniądze, kochanie!

Honor z trzaskiem zamknęła usta.

— Tak już lepiej — pochwaliła Allison. — Jeszcze drobiazg, jakbyś nie zwróciła na to uwagi: treecaty są telepatami, a Samantha jest, że się tak wyrażę, w pełni sprawna. Jeżeli nauczysz ją, ona zrobi to z całą resztą treecatów już bez żadnego twego udziału. Jeżeli z drugiej strony my nauczymy języka migowego adoptowanych ludzi…

Nie dokończyła, tylko spojrzała ponownie na córkę.

Manticore A zaczęła chować się za horyzontem.

Rozdział XVIII

— Dzień dobry, lordzie Mueller.

— Witam, panie Baird. — Mueller skinął głową ciemnowłosemu i ciemnookiemu mężczyźnie i wskazał mu fotel. — Proszę usiąść — zaproponował uprzejmiej niż przytłaczającej większości niespodziewanych gości o północy.

No ale żaden z tych gości nie wpompował dziewięciu milionów austenów do funduszy wyborczych opozycji. I to dziewięciu milionów, których pochodzenia nie da się wyśledzić. Teraz należało rozważnie je rozdysponować, żeby nigdzie nie pojawiło się ich zbyt dużo, bo to zrodziłoby niepotrzebne pytania, ale to już był jego problem. Chwilowo jeszcze trudno było przewidzieć, jaki kwota ta wywrze wpływ na wynik głosowania, ale nie ulegało wątpliwości, że znacznie ułatwi życie opozycji. Choćby umożliwiając przeprowadzenie skoordynowanej kampanii, którą właśnie zaczęli planować.

— Dziękuję. — Baird usiadł i założył nogę na nogę.

Czuł się znacznie pewnej niż w czasie pierwszego spotkania i nawet jednym gestem nie zareagował na obecność sierżanta Hughesa.

— Powiedział pan, że to ważne — zagaił Mueller.

Baird skinął głową.

— Bo jest ważne, lordzie Mueller. Po pierwsze, chciałem omówić kwestię dodatkowego wsparcia finansowego. Niespodziewanie weszliśmy w posiadanie kwoty, którą możemy panu przekazać, o ile uda się to zrobić bez wzbudzania uwagi Miecza. Nie jest wielka: trzy czwarte miliona austenów.

— Trzy czwarte miliona… — Mueller podrapał się po brodzie, za wszelką cenę nie chcąc okazać radości. — Sądzę, że damy sobie z tym radę. W przyszłym tygodniu organizujemy piknik w Domenie Coleman. Spodziewamy się kilkunastu tysięcy ludzi i żaden z nich na pewno nie będzie w stanie dać więcej niż kilka austenów, ale znajdzie się wśród nich dość zaufanych, by dało się przepuścić tę kwotę oficjalnie. Jak długo będzie to gotówka, zawsze mogą powiedzieć, że trzymali ją w domu, bo nie mają zaufania do banków, i nikt nie zdoła im udowodnić, że tak nie było. Elektroniczne wpłaty i przelewy trudniej jest ukryć.

— Sądzę, że da się dostarczyć gotówkę. Właściwie to ta forma nam też jest na rękę, bo jak pan słusznie zauważył, nie pozostawia śladów.

— Doskonale! — uśmiechnął się Mueller.

Gość odpowiedział uśmiechem, lecz przelotnym. Szybko spoważniał, usiadł prosto i pochylił się lekko w fotelu.

— Jest jeszcze jedna kwestia wymagająca rozważenia, lordzie Mueller. Wie pan, że na następnym Konklawe Patronów Protektor zamierza zainicjować nowy pakiet reform?

— Słyszałem o tym — przyznał ostrożnie Mueller — ale obawiam się, że nie znam szczegółów. Protektor zbyt dobrze jak na mój gust nauczył się strzec swych tajemnic. Niestety wraz z Prestwickiem wymienili prawie wszystkich urzędników i z mianowanych przez patronów przed reformami pozostało naprawdę niewielu. Są nadal wierni, ale jedynie z rzadka udaje im się dowiedzieć czegoś istotnego o planach rady czy samego Protektora…

— Rozumiem… — Baird pokiwał głową współczująco. — My nigdy nie posiadaliśmy tak dobrych dojść, ale dlatego też od chwili rozpoczęcia reform straciliśmy znacznie mniej źródeł informacji, bo nikt nie wymienia młodszych urzędników, kierując się podejrzeniami o brak lojalności. Zbierając fragmenty uzyskanych przez każdego z nich danych w całość, dysponujemy w miarę prawdopodobnym obrazem tego, co Benjamin planuje. A to, co zaplanował tym razem, jest wysoce niepokojące.

— Tak? — Mueller wyprostował się odruchowo w fotelu.

Baird zaś uśmiechnął się smętnie.

— Słyszał pan o petycji władz San Martin z prośbą o przyłączenie planety do Gwiezdnego Królestwa?

— Oczywiście, że słyszałem. Od tygodni trąbią o tym we wszystkich wiadomościach.

— Wiem, że trąbią, toteż nie miałem zamiaru sugerować, że pan o tym nie wie, lordzie Mueller. Było to pytanie retoryczne i wprowadzenie do tematu. — Baird powiedział to prawie przepraszająco.

Mueller chrząknął i dał mu znak, by kontynuował.

— Jak pan wie, obie izby parlamentu San Martin zgodnie poprosiły o przyjęcie San Martin w skład Gwiezdnego Królestwa Manticore jako czwartej planety członkowskiej. Jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, jak stanowczo wcześniej domagano się przywrócenia pełnej autonomii, ale jeśli dokładnie wczytać się w tekst prośby, okaże się, że San Martin wcale nie pozbywa się autonomii. Ma zostać czwartą planetą Królestwa, rządzoną przez gubernatora mianowanego przez królową, ale zatwierdzonego przez parlament. Będzie miał do pomocy radę, której członków w połowie desygnuje królowa, w połowie parlament.

Prezydent zostanie automatycznie jej przewodniczącym, czyli de facto będzie premierem San Martin z ramienia królowej. Obywatele zaś wybierać będą dwa zestawy deputowanych: jeden do parlamentu planetarnego, drugi do Izby Gmin Królestwa Manticore. Pewne kwestie nadal jeszcze pozostają niejasne, jak na przykład to, czy na San Martin powstanie arystokracja, ale jedno, co widać już w tej chwili, to że San Martin ma stać się częścią Królestwa, ale przy kilkunastowarstwowym zabezpieczeniu istniejących instytucji, co umożliwi rozmycie się jego autonomii w strukturze całego Królestwa Manticore.

Mueller przytaknął ruchem głowy — wiedział o tym wszystkim, ale nie okazywał zniecierpliwienia. Po pierwsze był pod wrażeniem skrótowej i równocześnie pełnej analizy, którą usłyszał, po drugie chciał poznać tok myślowy gościa. Większość dotychczasowych sojuszników z grona patronów z zasady nie spoglądała dalej niż na kwestię polityki wewnętrznej Graysona. Ci, którym się to zdarzało, koncentrowali się na sprawach mających związek z pozycją Graysona i jego zobowiązaniami wobec Sojuszu oraz naturalnie prowadzeniem wojny z Ludową Republiką. Bardziej odległymi problemami nie interesował się prawie nikt. Dlatego też sporym zaskoczeniem było to, iż reprezentant organizacji złożonej z przedstawicieli klas średniej i niższej tak dobrze i dokładnie przeanalizował problem San Martin.

— Przepraszam, że zacząłem od spraw, które pan zna, lordzie Mueller, ale jest ku temu powód. Otóż według naszych źródeł kwestia San Martin ma bliski związek z projektami zmian, które Protektor chce przedstawić na Konklawe. Kanclerz Prestwick i pewni inni członkowie rady nakłaniają go mianowicie, by Grayson postąpił dokładnie tak samo jak San Martin.

— Co?! — Muellera podniosło prawie do pionu i tak zamarł, przyglądając się Bairdowi wytrzeszczonymi oczyma.

Baird pokiwał smętnie głową.

— Dostaliśmy podobne ostrzeżenia z kilku źródeł — powiedział cicho. — Różnią się jedynie drobiazgami, co do najważniejszego są zgodne. Najwyraźniej kanclerz i jego poplecznicy uważają, że skoro San Martin może zostać przyłączony do Królestwa Manticore, zachowując prawie nienaruszone instytucje wewnętrzne i ich autonomię, to tak samo może być z Graysonem.

— Przecież to niedorzeczność! Idiotyzm! — Muellerem dosłownie zatrzęsło. — Przymusowy udział w Sojuszu już zagraża naszym najświętszym instytucjom i obyczajom! Nawet ten cymbał Prestwick powinien zrozumieć, że bliższy związek oznacza koniec naszego sposobu życia! Stalibyśmy się państwem świeckim wciągniętym w tę samą degenerację i brak zasad moralnych co Królestwo!

No i naturalnie władza i samodzielność patronów zostałyby drastycznie ograniczone — ale tego wolał głośno nie mówić. Już dotychczasowe reformy Mayhewa niezwykle wzmocniły pozycję Protektora, pozwalając mu wtrącać się w sprawy, które powinny pozostać w gestii patronów. W oficjalne powody zmian ani Mueller, ani nikt z grona patronów nie wierzył nawet przez moment — chodziło o stopniowe pozbawienie ich historycznie należnej autonomii. Natomiast to była kwestia wewnętrzna, z którą radzili sobie, jak mogli. Zupełnie czym innym było to, co teraz usłyszał, bo dawało okazję heretykom z Królestwa do wtrącania się w te wewnętrzne sprawy. A nawet nie tyle dawało okazję, ile wręcz było otwartym zaproszeniem do mieszania się w nie swoje sprawy. Gdyby do tego doszło, sprawy przybrałyby jeszcze gorszy obrót. A wymuszone kontakty graysońskiej młodzieży z pochodzącą z Królestwa, zamożniejszą i niemoralną, musiałyby mieć katastrofalne skutki dla porządku społecznego.

— Zarówno ja, jak i moi przyjaciele w zupełności się z panem zgadzamy — oznajmił spokojnie Baird. — Ale nie w tym rzecz. Kanclerz musi zdawać sobie sprawę, jakie będą konsekwencje dla Kościoła czy naszego stylu życia, i sam fakt, iż wysunął podobny pomysł, oznacza, że dąży właśnie do radykalnych zmian. Zapewnienia o zachowaniu wewnętrznej autonomii i nienaruszalności religii będą jedynie maskowaniem prawdziwych intencji: przekształcenia naszego świata w niewolniczy duplikat Gwiezdnego Królestwa Manticore.

— Żeby go cholera! — Mueller zgrzytnął zębami. — Żeby się w piekle smażył!

— Rozumiem, że to jest dla pana szok, lordzie Mueller. Ja podchodzę do tego spokojniej, bo nie jest to dla mnie nowość. Pański gniew jest słuszny, ale proszę pamiętać słowa Pocieszyciela i Testera, iż nie możemy zatracać się w nienawiści.

Mueller spojrzał na niego wściekle, po czym zamknął oczy i wziął głęboki oddech. Przetrzymał powietrze w płucach przez dobrych pięć sekund, nim je głośno wypuścił. Otworzył oczy i kiwnął głową.

— Ma pan rację w tej ostatniej sprawie i postaram się pamiętać, by czyjeś postępowanie nie prowokowało mnie do przeklinania jego nieśmiertelnej duszy. W końcu też jest bożym dzieckiem, tyle że błądzącym. Ale to nie będzie łatwe. Nie tym razem!

— Wiem, bo moja pierwsza reakcja była bardzo podobna do pańskiej. Nie możemy sobie jednak pozwolić na to, by złość, nawet usprawiedliwiona utrudniała nam logiczne myślenie. Znacznie ważniejsze jest uniemożliwienie realizacji takich knowań niż zwalczanie ich skutków, a uniemożliwić to możemy, tylko postępując racjonalnie, a nie kierując się emocjami.

— Ma pan rację — przyznał uczciwie Mueller, będąc pod wrażeniem spokoju i opanowania gościa, mimo złości pamiętającego, co jest jego obowiązkiem.

Im bardziej go poznawał, tym wdzięczniejszy był losowi za to, że organizacja, którą Baird reprezentował, zdecydowała się nawiązać z nim współpracę.

— Ponieważ dowiedzieliśmy się o tym wcześniej, nim poprosiłem pana o spotkanie, dokładnie przeanalizowaliśmy cały problem — podjął spokojnie Baird. — Uznaliśmy, że najważniejsze jest jak najszybsze potwierdzenie prawdziwości tych informacji. Kiedy będziemy mieli pewność, co kanclerz planuje, możemy publicznie ostrzec ludzi i odkryć jego prawdziwe zamiary. Ale jest też druga możliwość: że Protektor i jego doradcy celowo rozpuścili fałszywe pogłoski, chcąc nas sprowokować do wysunięcia fałszywych oskarżeń, podczas gdy nie zamierzają niczego podobnego przedsiębrać. A przynajmniej nie w najbliższej przyszłości i nie tak otwarcie.

— W ten sposób zdyskredytowaliby nas jako bandę histeryków widzących spiski, których w rzeczywistości nie ma — powiedział cicho Mueller. — Tak, to całkiem prawdopodobne. Z drugiej strony wątpię, by chcieli aż tak zaryzykować. Dotąd ich wysiłki skupiały się na manipulowaniu opinią publiczną, by wsparła ich reformy, a nie na manipulowaniu nami, byśmy publicznie wyszli na durniów. W sumie nie musieli tego robić, jak długo skutecznie okłamywali ludzi i utwierdzali ich w przekonaniu, że Protektor naprawdę troszczy się o ich los i ich dusze.

— To byłaby faktycznie nowa strategia propagandowa, ale nie można od ręki jej wykluczyć. Musimy mieć pewność, nim wystąpimy publicznie. A jeśli uda nam się zdobyć dowód na to, jak cynicznie tym razem chcieli wszystkich oszukać, sytuacja się odwróci. Im konkretniejsze będą nasze ostrzeżenia, tym trudniej będzie Protektorowi uniknąć słusznego gniewu poddanych i wyłgać się niewiedzą czy czymś innym. Potrzebny nam dowód, że Protektor o wszystkim wie i zamierza zdradzić zaufanie, jakim obdarzyli go ludzie, gdy rozpoczął tak zwane reformy Mayhewa.

— Ma pan rację — powtórzył po raz trzeci Mueller.

I nawet mu przez myśl nie przeszło, że jakimś cudem Baird, który miał być narzędziem i źródłem gotówki, stał się dominującą stroną tego spotkania.

— Tylko jak takie potwierdzenie uzyskać? — zastanowił się głośno patron. — Jak już panu powiedziałem, Protektor i jego ministrowie nauczyli się za dobrze pilnować swoich sekretów.

— Pracujemy nad tym, ale właśnie w tej sprawie chciałem z panem porozmawiać, w nadziei że może pan znaleźć inny sposób. Więcej umysłów pracujących nad rozwiązaniem z pewnością nie zaszkodzi.

— Fakt, nie zaszkodzi. — Mueller opadł na fotel i potarł brodę. — Pomyślę i uruchomię źródła, które mogą coś wiedzieć na ten temat. Natomiast sądzę też, że dobrze by było zastanowić się nad reakcją, gdy taki dowód uzyskamy. Albo też co zrobimy, jeśli go nie znajdziemy, ale potwierdzimy prawdziwość tych planów.

— Zgadza się — przytaknął Baird. — Jak zawsze uwypuklił pan to co najważniejsze, lordzie Mueller. Chciałbym w związku z zaistniałą sytuacją zaproponować, byśmy w najbliższej przyszłości pozostawali w bliższym kontakcie. Naturalnie musimy zachować dyskrecję, ale to ostatnie możliwe posunięcie wykazało, że należy dokładniej koordynować plany i przekazywać informacje szybciej, niż sądziliśmy dotąd, jako że Konklawe ma odbyć się za pięć miesięcy. Jeżeli planuje to, co podejrzewamy, będzie to idealny moment na ogłoszenie tego.

I wstał.

— Fakt — zgodził się Mueller, także wstał i odprowadził gościa do drzwi gabinetu, jakby byli sobie równi. — Nasze dotychczasowe sposoby łączności są zbyt wolne… Niech pan jutro po południu skontaktuje się z Buckeridge’em. Do tej pory sierżant Hughes opracuje bezpieczny i niemożliwy do podsłuchania sposób.

— Nie jestem pewien, czy coś takiego w ogóle istnieje. — Baird uśmiechnął się lekko i spojrzał pierwszy raz tej nocy na Hughesa.

— Ja też nie, ale ma być jedynie metodą dwustronnego kontaktu do ustalenia spotkania. Nie będę go używał do przekazywania żadnych informacji i proszę pana o to samo — wyjaśnił Mueller. — Zabezpieczenia zabezpieczeniami, a ostrożność ostrożnością.

— W takim wypadku cofam zastrzeżenie, lordzie Mueller. Proszę to zorganizować, a ja odezwę się jutro przed wieczorem. Może już z jakimiś konkretniejszymi informacjami; wtedy zobaczylibyśmy się wkrótce.

— Byłoby miło. — Mueller stanął w korytarzu za drzwiami swego gabinetu i wyciągnął na pożegnanie rękę. — Dziękuję panu, panie Baird.

Tamten uścisnął ją mocno, a patron Mueller dodał:

— Ten test może być trudny, ale na pewno nie spotkaliśmy się przypadkiem. Nie możemy Go zawieść.

— Nie możemy — zgodził się Baird. — I nie zawiedziemy. Nie tym razem.

Rozdział XIX

Wiceadmirał Eskadry Zielonej Patricia Givens spojrzała na chronometr, uniosła głowę i uśmiechnęła się lekko, widząc wchodzącego do Dziupli Pierwszego Lorda Przestrzeni.

Dla reszty wszechświata Dziupla nazywała się Centrum Operacji Royal Manticoran Navy, ale nikt, kto tu pracował, nigdy tak jej nie nazywał. W Dziupli zawsze było trochę chłodnawo i nieco ciemnawo, bo to ponoć pomagało utrzymywać uwagę i zwiększało wyrazistość obrazów na ekranach. Przez większość czasu panowały tu spokój i porządek, a nigdy nie było gorączkowej krzątaniny, jaka musiała panować na przykład w sekcji dowodzenia Zachodniego Sojuszu znajdującej się w górze Cheyenne na Ziemi w czasie Ostatecznej Wojny. No ale żaden przeciwnik nigdy nie znalazł się fizycznie w obszarze podwójnego systemu Manticore, nawet by dokonać błyskawicznego rajdu, więc nikt z mających dyżur nigdy nie zaznał wątpliwej przyjemności bycia celem 250-megatonowej głowicy.

Nikt także tego nie żałował ani tego nie pragnął.

Ale też do niedawna nikt nie liczył się z możliwością zaatakowania systemu Basilisk. I jak długo coś podobnego (choć przewidzianego) nie nastąpi, tak długo w Dziupli nie zajdzie konieczność podejmowania błyskawicznych decyzji, ponieważ tak naprawdę czas odgrywał w ich podejmowaniu niewielką rolę. Wielkość teatru działań tej wojny po prostu to wykluczała, gdyż na pokonanie odległości dzielących poszczególne systemy mimo rozwijanych w nadprzestrzeni prędkości potrzebne były tygodnie czy nawet miesiące. I jakkolwiek błyskawicznie zapadałyby decyzje, do wykonawców docierały z takimi właśnie opóźnieniami.

Warunki te powodowały inne, czasami bardziej destrukcyjne napięcie niż konieczność szybkiego decydowania. Wszyscy bowiem, od zwykłych dyżurnych zaczynając, wiedzieli, że tak na dobrą sprawę są w pewien sposób bezradni właśnie z powodu zwłoki czasowej. Wszystkie dane, jakie do nich docierały, były przestarzałe. Mieli na ich podstawie stworzyć spójny obraz sytuacji, ustalić prawdopodobne zamiary wroga i wszystkie możliwe jego opcje, a tymczasem wrogie (czy własne) floty, których symbole widać było na olbrzymiej holomapie, mogły już nie istnieć. Ba, mogły w przypadku bardziej oddalonych systemów nie istnieć od tygodni.

Co gorsza, wszyscy wiedzieli też, że informacje o rozmieszczeniu sił wroga, jego inicjatywach dyplomatycznych, wydajności przemysłu czy zamieszkach są jeszcze bardziej przestarzałe niż te o ruchach własnych okrętów. Było to nieuniknione, gdyż dane ze zwiadu musiały najpierw dotrzeć do sztabu związku taktycznego, który tenże zwiad wysłał, a dopiero potem mogły być przekazane kurierem do Dziupli. Informacje z innych źródeł, zwłaszcza od agentów wywiadu, docierały z jeszcze większym opóźnieniem z uwagi na konieczność zachowania tajemnicy i niezdekonspirowanie źródła. Jeszcze więcej czasu potrzeba było na dotarcie informacji z neutralnej prasy i innych źródeł nie znajdujących się na terenie Ludowej Republiki, a częstokroć to one właśnie okazywały się kluczowe.

I dlatego właśnie członkowie personelu Dziupli czuli się jak kierowcy prowadzący wóz po lodzie — w danym momencie sytuacja mogła wyglądać jasno i uporządkowanie, w następnym mógł zapanować chaos, a oni byli bezsilni. To właśnie nastąpiło, gdy Esther McQueen przeprowadziła atak na głębokie tyły Sojuszu. Wtedy sytuacja była nawet gorsza, gdyż wszyscy od dawna żywili przekonanie, że nic podobnego nie może nastąpić, i takie też analizy otrzymywali od nich przełożeni.

Czyli Pat Givens, która zresztą w pełni podzielała ich opinię, i sir Thomas Caparelli, na którego szerokich barkach spoczywała największa odpowiedzialność — podejmowania decyzji w oparciu o dane, analizy i prognozy opracowane w Dziupli. Givens nie zazdrościła mu tego; w skrytości ducha bała się tej odpowiedzialności. Była bowiem szefem wywiadu floty i Drugim Lordem Przestrzeni, a więc gdyby coś przydarzyło się Caparellemu, musiałaby przejąć jego obowiązki do czasu mianowania nowego Pierwszego Lorda. Miała szczerą nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie.

W dawno minionych czasach pokoju na widok Caparellego wszyscy obecni zerwaliby się i zamarli w pozycji zasadniczej, ale zwyczaj ten stał się jedną z pierwszych ofiar wojny. Co Givens w pełni aprobowała — ani jej, ani jego autorytet nie były tak chwiejne, by trzeba je było podbudowywać ciągłym strzelaniem obcasami i salutowaniem. A oboje od dawna pracowali z dyżurnymi wachtami Dziupli i wiedzieli, że jest z nich większy pożytek, gdy mogą spokojnie myśleć, zamiast martwić się takimi duperelami jak oddanie na czas honorów.

Caparelli uważał podobnie, gdyż wydał oficjalny rozkaz zabraniający przerywania wykonywania obowiązków wyłącznie dlatego, że ktoś wyższy stopniem wszedł do pomieszczenia. Co naturalnie nie przeszkadzało dowodzącemu obecną wachtą kontradmirałowi Eskadry Zielonej Bryce’owi Hodgkinsowi pospieszyć na jego spotkanie, ledwie go dostrzegł.

Givens poszła jego śladem znacznie spokojniej i po wymianie kurtuazyjnych ukłonów z Caparellim omal nie uśmiechnęła się złośliwie, patrząc na tę grę pozorów. Caparelli nie był w stanie przeczytać wszystkich meldunków i analiz opracowywanych przez wywiad floty i przedstawianych mu każdego ranka. Nikt nie byłby w stanie tego zrobić, bo doby nie wystarczało na zapoznanie się z takim ogromem materiału. Givens wiedziała natomiast, że czytał, i to starannie, skrót tych informacji i zestawienie tych uznanych za najważniejsze. Zdołał też jakimś cudem znaleźć w ciągu dnia czas, by przejrzeć pełne meldunki lub analizy uznane przez nią i dwie inne osoby za najistotniejsze. Cały ten proces opierał się na osobistych ocenach, ale w końcu ktoś musiał zdecydować, co jest pierwszoplanowe, by można było podjąć jakąś decyzję. I jak by to nie wyglądało oficjalnie, w praktyce tym kimś był właśnie sir Thomas Caparelli, dopóki był Pierwszym Lordem Przestrzeni.

Nie było to miłe zajęcie, ale wbrew przedwojennym krytykom niezbyt chwalebnie wyrażającym się o intelektualnych możliwościach Caparellego, od momentu rozpoczęcia walk udowodnił on, że posiada kilka bezcennych cech i jest w pełnym znaczeniu tego słowa właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Jedną z nich i to ważniejszą była zdolność polegania na opinii tych, którzy przygotowywali podsumowania wywiadowcze, bez próby przeczytania wszystkich meldunków. Z pewnością byli tacy, którzy uważali, że postępował tak, bo był pozbawiony wyobraźni, ale Givens wiedziała, że gdyby dobrze poszukała, znalazłaby też ludzi uważających, że Gryphon ma miły i łagodny klimat.

Była zdania, że Caparelli osiągnął to wyłącznie dzięki żelaznej samodyscyplinie będącej podstawą jego solidnej osobowości, natomiast wyobraźni, a nawet przebłysków geniuszu od początku wojny wykazał dość, by udowodnić, że je posiada. Nauczył się także zlecać podkomendnym zadania i ufać im, o ile się sprawdzili. A jeśli zawodzili, natychmiast wymieniał ich na innych. Podkomendni nauczyli się zaś, że gdy mógł im ufać, mogli być pewni, że będzie ich bronił przed konsekwencjami dobrze wykonanych obowiązków. A to z kolei doprowadziło do zrodzenia się lojalności, dbałości o szczegóły i skuteczności. Ludzie wiedzieli, że zostaną one docenione. W efekcie powstała sprawnie działająca maszyna, która dawno temu wyeliminowała wszelkie zgrzyty ze swego mechanizmu.

A przy okazji stworzyła pewne zwyczaje. Jednym z nich było to, że w każdy wtorek i czwartek dokładnie o dziesiątej zero zero sir Thomas zjawiał się w Dziupli, w której czystym przypadkiem znajdowała się również Pat Givens. Działo się tak od lat, ale nigdy nie było uwzględniane w oficjalnych rozkładach zajęć żadnego z nich, i to nie dlatego, by chcieli to utrzymać w tajemnicy. Po prostu była to jedna z rzeczy tak naturalnych, że nie było żadnej potrzeby, by stała się oficjalna.

— Dzień dobry, Pat — powitał ją cicho Caparelli, gdy Hodgkins wrócił na swoje stanowisko, a ona zajęła jego miejsce.

— Dzień dobry, sir.

I zaprosiła go gestem do pulpitu zarezerwowanego na ten czas do jego wyłącznej dyspozycji. Caparelli usiadł, a ona stanęła z jego prawej strony. Jej stanowisko znajdowało się ledwie parę metrów dalej, ale rzadko go używała podczas tych spotkań. Prościej było wyjaśnić wzbudzające wątpliwości kwestie, stojąc obok, dlatego w milczeniu obserwowała, jak Caparelli wstukuje polecenia i analizuje rezultaty rozkazów wykonywanych od swej ostatniej wizyty. Od ataku na Basilisk regularnie sprawdzał ruchy nieprzyjaciela i rozmieszczenie własnych sił, podejmując decyzje, na których opierała się cała strategia Królewskiej Marynarki. Chwilowo obronna strategia, co żadnemu z nich się nie podobało.

— Coś specjalnego zdarzyło się w nocy? — spytał, przecierając oczy i siadając wygodniej, gdy skończył.

— Kilka rzeczy — odparła, jako że to właśnie był prawdziwy powód ich „przypadkowych” spotkań.

Caparelli nauczył się bowiem ufać jej ocenie i wyczuciu tego, co rzeczywiście mogło być najważniejsze. Czym innym było bowiem czytanie suchych streszczeń i podsumowań, a czym innym wysłuchanie opinii osoby, której wyraz twarzy czy ton wiele mogły powiedzieć. Poza tym oboje wiedzieli, że wywiad był zbiurokratyzowaną instytucją i choć Givens rządziła nim żelazną ręką, materiały, które dostawał, nie ona pisała, toteż oceny analityków i jej samej mogły być różne. Osobiste spotkania dawały pewność, że będzie znał jej punkt widzenia i usłyszy o tym, co ona uważała za ważne.

A na dodatek nie wywoła to żadnych reperkusji, bo nikt z jej zastępców nie poczuje się urażony brakiem zaufania, co miałoby miejsce, gdyby oficjalnie poprosił ją o opinię w jakiejś sprawie. Spowodowałoby to niesnaski, bo każdy uważał, że dowódca może krytykować czy mieć inne zdanie, ale musi robić to otwarcie. Takie działanie za plecami bez oficjalnej reprymendy powodowałoby jedynie zgrzyty w płynnie funkcjonującym systemie. A Givens nie miała powodów, by krytykować podkomendnych czy tym bardziej zwracać im uwagę tylko dlatego, że miała przeczucia i inaczej oceniała ważność pewnych informacji niż oni.

W sumie był to drobiazg, ale zdolność zwracania uwagi na szczegóły i docenianie ich wagi były kolejną zaletą Caparellego. Nie pozwalał przy tym, by odwracały jego uwagę od rzeczy naprawdę ważnych.

— Tak? — spytał Caparelli, unosząc brwi.

— Otóż dostaliśmy kolejne meldunki o wycofywaniu przez przeciwnika okrętów z drugoplanowych systemów w pobliżu frontu. Wiem, że takich meldunków otrzymujemy sporo, szczególnie od rajdu na Basilisk, i wiem też, że w każdej flocie ciągle odbywają się drobne przegrupowania. Zdaję sobie też sprawę, że analitycy mają skłonność, by raczej pesymistycznie oceniać takie rutynowe przemieszczenia okrętów, zwłaszcza po niespodziewanym, a dotkliwym ataku. A tym bardziej jeśli wcześniej byli przekonani, że wróg do takiego ataku jest niezdolny. Natomiast uważam, że chęć obicia sobie tyłka blachą, bo wtedy się pomyliłam, nie ma wpływu na moją obecną ocenę sytuacji.

— Też tak sądzę — zgodził się uprzejmie sir Thomas. — Poza tym nie byłaś odosobniona, nie wierząc, że Pierre zaryzykuje danie jej wystarczającej władzy, by mogła zrobić coś po swojemu. Sam tak uważałem gwoli ścisłości, choć White Haven miał inne zdanie i na dodatek ostrzegał mnie, jakie mogą być konsekwencje. On ma zresztą taki brzydki zwyczaj, że przeważnie się nie myli.

— Raz czy dwa się pomylił, sir — zauważyła Givens.

Lubiła i szanowała admirała White Havena, ale obserwując przez te lata, jak Caparelli zmaga się z ciężarem obowiązków, doszła do wniosku, że Hamish Alexander mimo swego geniuszu strategicznego i bystrości umysłu spisałby się gorzej jako Pierwszy Lord Przestrzeni w czasie tak długiego konfliktu.

Samą ją to zaskoczyło, ale gdy się zastanowiła, przekonanie to jedynie się wzmocniło. Hamish Alexander miał charyzmę i przenikliwy umysł, ale nie miał cierpliwości do durniów, nie był przyzwyczajony do zlecania podkomendnym odpowiedzialnych zadań, a czasami padał ofiarą własnego geniuszu, gdyż nie tylko on był przekonany, że zawsze ma rację, inni też. Najczęściej zresztą faktycznie ją miał, ale po części był to skutek pewności siebie. A ponieważ do dyskusji podchodził z pasją i miał zwyczaj tak długo zajmować się problemem, aż znalazł rozwiązanie, tego samego oczekiwał po podwładnych, nie biorąc pod uwagę, że nie każdy umysł działa na tej samej zasadzie. Dlatego sporo osób czuło się stłamszonych czy przytłoczonych wigorem, z jakim żądał od nich obrony stanowisk odmiennych od jego własnego. Nie powinni tak się czuć, byli dorosłymi, doświadczonymi oficerami, ale tak właśnie było. I to mimo świadomości, że nie grozi im kara za to, że się z nim nie zgadzają. Dlatego członkowie jego sztabu rzadko sprzeciwiali się jego stanowisku, co w połączeniu z jego pewnością siebie czasami wypaczało punkt widzenia czy ocenę sytuacji admirała.

Najlepszym tego przykładem był jego początkowy sprzeciw wobec budowy lotniskowców i nowych superdreadnoughtów rakietowych. Ponieważ nikt młodszy stopniem nie miał odwagi mu tego powiedzieć, nawet nie zdawał sobie sprawy, że zachował się jak ograniczony doktryner (co zawsze zarzucał Sonji Hemphill). A ujmując rzecz bardziej dosadnie, jako główny strateg Royal Manticoran Navy zachował się jak idiota.

Nikt nie obawiał się przedstawić odmiennego punktu widzenia Caparellemu, który mógł się z nim nie zgodzić, ale na pewno by go nie zignorował. Brak mu było co prawda geniuszu White Havena, ale nie miał także jego niecierpliwości i dominującej osobowości. W połączeniu z uczciwością, samodyscypliną i determinacją był w opinii Givens idealną osobą na to stanowisko.

— Wiem, że zdarzało mu się mylić — zgodził się Caparelli — ale naprawdę rzadko. I nie tym razem.

— Tym razem rzeczywiście nie.

— No dobrze. — Caparelli odwrócił się wraz z fotelem twarzą ku niej i zapytał: — Powiedz mi, dlaczego te nowe przesunięcia okrętów Ludowej Republiki wydają ci się tak ważne.

— Z kilku powodów. Po pierwsze, chodzi o okręty liniowe, nie o pancerniki, i to z systemów, które są narażone na nasze rajdy i z których dotąd nie wycofali ani jednego okrętu. Są to drugorzędne systemy, ale dotąd były obsadzane większymi siłami niż kilka pancerników, by zniechęcić mieszkańców do nielojalności wobec nowego ładu. Po drugie, wycofano przynajmniej jedną eskadrę superdreadnoughtów z systemu Barnett, a biorąc pod uwagę, jak wytrwale McQueen wzmacniała siły tam stacjonujące, oznacza to poważną zmianę w ocenie sytuacji, a więc i w podjętych decyzjach na skalę strategiczną. Po trzecie, otrzymaliśmy informację o skierowaniu do regularnej służby liniowej okrętów Urzędu Bezpieczeństwa. Powodów może być kilka, najbardziej prawdopodobnym jest chęć posiadania całkowicie godnych zaufania dowódców w pobliżu admirałów, których zwycięstwa mogą zostać uznane przez Komitet za zagrożenie. Wtedy wystarczy takiemu wydać rozkaz i okręt flagowy danego admirała wraz z nim samym przestanie istnieć po jednej salwie burtowej. Ale jest też możliwe, że jest to krok ku koncentracji wszystkich sił niezależnie od ich oficjalnej przynależności, czyli przygotowanie do dużej ofensywy. To posunięcie powinni wykonać lata temu, ale w mojej opinii debilizmem jest to, że UB w ogóle ma prywatną flotę, więc mogę nie być najlepszym sędzią w tej sprawie. Natomiast niezależnie od powodów otrzymaliśmy informację z trzech źródeł, w tym od agenta znajdującego się dość wysoko w systemie łączności Ludowej Marynarki, o przydzieleniu Giscardowi i Tourville’owi okrętów liniowych UB. Ciekawostką jest, że żaden z nich nie wydał się uradowany tym niespodziewanym wzmocnieniem sił, którymi dowodzi. No i po czwarte, wczoraj dostaliśmy meldunek od jednego z naszych agentów pracującego w Proctor 3.

Caparelli zmarszczył brwi — Proctor 3 była jedną z trzech największych stoczni Ludowej Marynarki zlokalizowanych w systemie Haven. Czyli jedną z trzech największych w całej Ludowej Republice.

— Według niego właśnie udało się kosztem olbrzymiego wysiłku zwolnić miejsca w stoczni remontowej. Nasz agent nie posiada dostępu do informacji o tym, dlaczego taki wysiłek został podjęty, ale z jego obserwacji wynika, że w ciągu ostatnich kilku miesięcy naprawdę duża liczba okrętów liniowych przeszła przeglądy, remonty i modernizacje i wróciła do służby — wyjaśniła Givens, starannie unikając podawania jakichkolwiek informacji o tożsamości agenta. — To musiało wymagać olbrzymich środków, czasu i ludzi, co sugeruje, że gdzieś coś zawalili, ale nie to jest istotne. Skoro tyle okrętów wróciło do służby, a równocześnie wycofano inne z mniej ważnych systemów, uważam, że Ludowa Marynarka koncentruje gdzieś duże siły do nowego poważnego ataku. Oboje aż za dobrze pamiętamy, jakie skutki miało zebranie takich sił ostatnim razem.

— Hmm… — Caparelli pomasował podbródek. — Dobrze… Na ile wiarygodne są te informacje?

Mogłoby to zabrzmieć jak wyzwanie lub sygnał braku zaufania. Zabrzmiało po prostu jak pytanie.

— Wszystkie są stare — przyznała, wzruszając ramionami Givens. — Niektóre pochodzą sprzed tygodni, inne miesięcy. Nic na to nie poradzimy przy tych odległościach i konieczności zachowania tajemnicy. Oczywiście istnieje ryzyko dezinformacji — sami skutecznie ją stosujemy, ale ci, którzy teraz rządzą wywiadem floty, czyli Urząd Bezpieczeństwa, mają w tej kwestii niewielkie doświadczenie. Znacznie lepiej niż z łapaniem szpiegów radzą sobie z likwidacją wewnętrznych zagrożeń, więc ta możliwość jest według mnie mało prawdopodobna. Uważam, że są to wiarygodne informacje. Mogą być nieścisłe w szczegółach w tym czy innym meldunku, ale to wszystko. A łącznie dają zupełnie jednoznaczny obraz sytuacji.

— Dobrze — sir Thomas kiwnął głową. — W takim razie jak myślisz, co McQueen chce zrobić z tymi okrętami?

— Właśnie — westchnęła zapytana. — Prawdę mówiąc nie wiem. To znaczy wiem, że chce nas zaatakować, ale nie wiem jak i gdzie. Przed rajdem na Basilisk uważałabym, że będzie to próba przełamania frontu, ale teraz…

Ponownie wzruszyła ramionami. Caparelli prychnął i pokręcił głową.

— Nie pozwólmy wątpliwościom wpędzić się w bezczynność, Pat. Przeprowadziła udany rajd na nasze głębokie tyły i zaskoczyła nas kompletnie. I nie będzie w stanie tego powtórnie osiągnąć. A tak prawdę mówiąc, Ludowa Marynarka poniosła przy tym całkiem duże straty i gdyby nie zniszczenia w systemie Basilisk, nie bardzo miałaby się czym pochwalić poza propagandowym wydźwiękiem naturalnie. Nie próbuję minimalizować skutków dyplomatycznych czy spadku morale, ale trzeba także pamiętać, jak to wygląda ze strony przeciwnika, nie tylko z naszej. A ten musi być nerwowy po tym, co spotkało go w Hancock, a poza tym doskonale wiesz o naszym raczej drastycznym przegrupowaniu sił, a to z kolei oznacza, że każdy kolejny głęboki rajd będzie przedsięwzięciem znacznie bardziej ryzykownym.

— Logicznie rzecz biorąc, zgadzam się z tym, sir. Ale sądzę, że niezależnie od ryzyka McQueen może spróbować podobnej operacji i należy brać to pod uwagę.

— Oczywiście, że może. — Caparelli obrócił się wraz z fotelem i wskazał wymownym gestem holomapę. — Ale ma też do wyboru naprawdę duży obszar, a im dalej od naszych systemów centralnych zaatakuje, tym mniejsze będzie prawdopodobieństwo porażki i tym większa ich swoboda operacyjna. Jeśli zdecyduje się na najbezpieczniejszy dla wszystkich wariant, zaatakuje któryś z przygranicznych systemów, na przykład Lowell czy Cascabel. W ten sposób utrzymają inicjatywę, ale zetrą się z niewielkimi naszymi siłami. Żadna ze stron nie poniesie dużych strat, ale załogi McQueen nabiorą doświadczenia i wiary we własne siły bez szoku wywołanego ciężką bitwą. A my znów stracimy kilka okrętów. Przy nieco bardziej awanturniczym podejściu, ale nadal bez skłonności do dużego ryzyka, powinna uderzyć na systemy w pobliżu Trevor Star, na przykład Thetis, Nightingale czy Solon. Byłoby to odwrócenie naszej taktyki, która, jak się okazało, jest skuteczna w przypadku zdobywania tak mocno bronionego systemu. Siły, które przeprowadziłyby taki atak, stoczyłyby poważniejsze bitwy z naszymi stacjonującymi w tych układach, ale nie groziłoby im ryzyko odcięcia. A ponieważ McQueen musi wiedzieć, jak czuli jesteśmy na punkcie Trevor Star, może założyć, że takie uderzenie jeszcze umocniłoby nas w przekonaniu o konieczności wzmocnienia obrony zamiast przeprowadzenia jakiegoś choćby lokalnego ataku w wybranym miejscu. Albo też może iść na całość i zaatakować gdzieś pomiędzy Trevor Star a Manticore.

Najlogiczniejszym celem byłby system Yeltsin, ale wątpię, by to on został wybrany, biorąc pod uwagę, co stało się z każdymi siłami wysłanymi dotąd, by go zdobyć. Nie sądzę, by McQueen była specjalnie przesądna, ale dla każdego jest raczej oczywiste, że Ludowa Marynarka ma w tym systemie planetarnym wybitnego pecha. Może więc zdecydować się na atak na skrzydło, czyli Solway lub Grendelsbane. Utrata stoczni w Grendelsbane byłaby dla nas poważnym ciosem, niewiele słabszym od tego, jakim były zniszczenia w systemie Basilisk. Natomiast gdyby brać pod uwagę skutki czysto militarne, byłyby znacznie poważniejsze niż te po rajdzie na Basilisk. I ponieślibyśmy kolejną poważną porażkę, którą dałoby się wykorzystać propagandowo jako dowód, że przegrywamy wojnę. Poza tym w ten sposób, gdyby utrzymała Grendelsbane czy Solway, znalazłaby się między nami a systemem Erewhon. A Erewhon jest dla Sojuszu prawie tak ważny jak Grayson. Mogę ci powiedzieć, czego na pewno nie zrobi: nie zaatakuje żadnego systemu, którego obronę najbardziej wzmocniliśmy. Niestety Esther McQueen jest na to za sprytna. Zaatakuje cel, który będzie w stanie zdobyć przy rozsądnym ryzyku i akceptowalnych stratach. A jeśli nadal nie wie, co zdziesiątkowało jej okręty w Hancock, tak jak podejrzewamy, powinna uderzyć z dużą ostrożnością.

— Albo też dokładnie na odwrót — sprzeciwiła się Givens. — Może nie wiedzieć dokładnie, co to było, ale zdaje sobie sprawę, że natknęła się na coś nowego. Gdybym była na jej miejscu, chciałabym jak najszybciej dowiedzieć się, co to takiego, i byłabym gotowa rozproszyć siły, by objąć atakami większy obszar, mając nadzieję, że sprowokuje to wroga do użycia tej nowej broni. Zdecydowałabym się nawet ponieść spore straty, bo celem tej operacji nie byłyby żadne zdobycze terytorialne czy zniszczenia, lecz uzyskanie danych o możliwościach tej niespodzianki. Dopiero będąc w ich posiadaniu, zaplanowałabym i przeprowadziła atak na dużą skalę.

— Brałem to pod uwagę. Możesz mieć rację. Ale skoro chodziłoby o rozpoznanie walką, powinna to zrobić już dawno, a jak dotąd ograniczała się do atakowania celów na tyle nieistotnych, że szansa, byśmy, chcąc je ratować, użyli nowej broni, była minimalna. Dlatego postanowiłem nie wykorzystywać lotniskowców ani klasy Har… znaczy Medusa, dopóki nie będę naprawdę do tego zmuszony. Im więcej niepewności stworzymy, tym lepiej, bo zgadzam się w zupełności z Hamishem: potrzebujemy obu klas okrętów w wystarczającej liczbie, by miały decydujące znaczenie, gdy ich użyjemy.

— I dlatego martwi mnie możliwość, że to będzie rozpoznanie walką na dużą skalę. McQueen musi podejrzewać, że gramy na zwłokę, czekając, aż będziemy mieli dość nowych jednostek.

— Zgadza się — mruknął Caparelli i przez długą chwilę przyglądał się w zadumie holomapie. — Zaryzykowała, dzieląc siły, w pierwszym ataku, ale opłaciło jej się to, bo zdołała zaatakować nas równocześnie w kilku miejscach. I tylko w jednym jej się nie udało… Nawet bez rajdu na Basilisk sam rozrzut tych ataków wprawiłby nas w taką konsternację, że straty, jakie poniosła, były tego warte. W najgorszym wypadku wygrałaby miesiące na spokojną budowę okrętów i szkolenie załóg. I to bez żadnych strat spowodowanych naszymi atakami, bo tych ataków by nie było. Wie, jak przegrupowaliśmy siły, i jeśli zadowoli się tym, czym zadowalała się dotychczas, czyli natarciami na słabo bronione cele, może jeszcze bardziej niż za pierwszym razem podzielić siły i zaatakować więcej celów na większym obszarze, nie ryzykując zbyt wiele. Natomiast jeśli będzie chciała uderzyć na coś ważniejszego, musi przeznaczyć do tego znacznie większe siły, a więc zmniejszyć liczbę celów. Prawdę mówiąc, uważam, że równie ważne jak to, gdzie zaatakuje, będzie to, którą opcję wybierze. Pierwsza bowiem będzie oznaczała, że nadal nie jest gotowa do poważnej ofensywy. Druga zaś, że albo nabrała wystarczającej pewności, albo Pierre i Saint-Just zmusili ją, by przygotowała się do uderzenia, które zaplanowali jako decydujące.

— A jeśli ją zmusili?

— To zaatakuje nas w dwóch, trzech miejscach — odparł zwięźle Caparelli. — Nie centralne systemy, ale na tyle ważne, by obsadzały je duże siły. To da jej możliwość zadania nam sporych strat, a być może zmusi nas do ich odbicia, jeżeli nie zdołamy odeprzeć ataków. A jeżeli nawet zdołamy, to i tak będziemy musieli wzmocnić stacjonujące w nich siły. A systemy te będą na tyle od siebie oddalone, że nie uda nam się temu przeciwdziałać, wysyłając jeden zespół wydzielony stacjonujący gdzieś w pobliżu. McQueen będzie szukać celów tak odległych, że nie będą w stanie wspierać się wzajemnie w przypadku kolejnego ataku. Tego typu posunięcie zmusi nas do brania pod uwagę w przyszłości zagrożenia, jakim jest równoczesny atak w kilku kierunkach, więc znajdziemy się między młotem a kowadłem, próbując tak rozlokować siły, by zablokować każdy możliwy kierunek uderzenia.

— To ma sens — przyznała po chwili Givens. — A co jest bardziej prawdopodobne, sir?

— Pojęcia nie mam — Caparelli potrząsnął głową. — Sądzę, że masz rację i chodzi o nową ofensywę, bo to jedyne wytłumaczenie wszystkich meldunków, o których mówiłaś. Chciałbym zobaczyć twoją ocenę ilości jednostek z poszczególnych klas, ale wychodzi mi, że McQueen wybrała opcję dwóch, trzech ataków dużymi siłami. Nie będę na podstawie przeczucia zmieniał rozmieszczenia naszych sił, a nie jestem w stanie przewidzieć przyszłości, więc nie znam celów. Natomiast jestem skłonny założyć, że głównym będzie Grendelsbane albo przynajmniej jego bezpośrednie sąsiedztwo. Samej bazy raczej nie zaatakuje, chyba że zdołała skoncentrować znacznie większe siły, niż nam się wydaje. Ale logiczne jest, że spróbuje posunięcia sugerującego, że chce nas odciąć od Erewhonu, bo wtedy zrobimy się nerwowi. Nawet jeśli planuje w bliskiej przyszłości atak z Barnett na Trevor Star, to skupienie naszej uwagi na południowym wschodzie wcześniejszym atakiem może jej tylko pomóc. A jeśli nie, to i tak będziemy odruchowo zwracali na zagrożony rejon większą niż dotąd uwagę — ponownie pomasował podbródek, kiwnął głową, jakby doszedł do ładu sam ze sobą, i dodał: — Atak w tym rejonie z naszego punktu widzenia jest najgroźniejszy. Możemy to wykorzystać, jeżeli zdołamy skłonić ją do skupienia wysiłków właśnie tam, ale póki co trzeba podjąć pewne środki ostrożności. Zobaczymy, czy nie da się gdzieś znaleźć eskadry czy dwóch Medus albo graysońskich Harringtonów, by wzmocnić tę flankę. We właściwym miejscu nawet tak małe siły mogą przeważyć szalę, ale niekoniecznie zdradzić swe możliwości, jeśli dowodzący nimi oficer wykaże stosowną pomysłowość w prowadzeniu ognia. Co powinno wystarczyć, by popsuć plany McQueen, ale nie powinno przestraszyć jej na tyle, by zaprzestała ofensywnego planowania.

— By nie zaprzestała… — Givens uśmiechnęła się i przekrzywiła głowę. — Wszyscy boją się, co też nowego wymyśli, a pan martwi się, żeby nie przestała atakować?

— Oczywiście, że się martwię. — Caparelli nieomal się zdziwił, jakby to powinno być oczywiste dla każdego, skoro było dla niego. — Gdyby to miało być rozpoznanie bojem spowodowane obawą przed naszymi nowymi broniami, musiałoby odbyć się na znacznie szerszym froncie, skoro skoncentrowała w tym celu aż tyle okrętów. Nie, to bardziej przypomina przygotowania do dwu — albo trójtorowego ataku niż do serii rozpoznawczych utarczek.

— I? — przynagliła go Givens.

— Jeśli się nie mylę i to będzie taki atak, Esther McQueen weźmie w dupę, aż będzie huczało — oznajmił z mściwą satysfakcją sir Thomas Caparelli, ignorując wieloletnią tradycję nieużywania na służbie słów niecenzuralnych. — Nie chcę jej przestraszyć bo powinna prowadzić rozpoznanie bojem tak długo, aż dowie się, na co Ludowa Marynarka nadziała się w Hancock. Jeżeli zamiast tego przeprowadzi normalny, silny atak, będzie to świadczyło o zbytniej pewności siebie — i do tego właśnie staram się ją zachęcić na tyle, na ile mogę bez wzbudzania podejrzeń. Czy zbyt pewna siebie jest ona sama, czy jej polityczni władcy, to bez znaczenia. Ważne jest to, że nasze lotniskowce i superdreadnoughty rakietowe są prawie gotowe. Jedyne, czego nam trzeba, to żeby McQueen zaangażowała się w poważne natarcie w jednym miejscu; straci wtedy elastyczność i naruszy równowagę sił wzdłuż całego frontu. A wtedy my zaatakujemy w innym miejscu. Och, pewnie: byłoby idealnie, gdyby zechciała poczekać, aż wszystkie skrzydła odbywające w tej chwili szkolenie je zakończą, a wszystkie okręty zostaną wyposażone w system Ghost Rider. Gdyby była tak uprzejma i uderzyła dopiero wtedy, umarłbym jako szczęśliwy człowiek, bo zdążyłbym skopać dupę Ludowej Marynarce aż do samego Haven!

Rozdział XX

— Przepraszam, milady, ale przybył prawnik, którego pani oczekuje.

— Przybył? — upewniła się Honor, unosząc głowę znad szachownicy i spoglądając na Jamesa MacGuinessa, który właśnie wszedł do biblioteki i oznajmił przybycie gościa. — Chwała Bogu!

W ślad za Jamesem w drzwiach pojawił się Andrew LaFollet.

Honor zaś przyjrzała się matce i oświadczyła z nienaganną uprzejmością:

— Obawiam się, że obowiązki wzywają. Szczerze żałuję, ale wygląda na to, że nie mam wyboru i muszę poddać partię. Choć wygrałabym ją, gdyby nie obowiązki.

— Tak? — Allison przekrzywiła głowę i spytała słodko: — A można wiedzieć, co natchnęło cię tą pewnością, biorąc pod uwagę, że od lat z moich rąk spotykają cię same porażki w szachach?

— Jako dorosła i rozsądna niewiasta nie zamierzam zniżać się do tak trywialnej dyskusji — oznajmiła Honor.

Nimitz bleeknął radośnie, podobnie jak Samantha, choć ona zrobiła to ciszej. Powód był prosty — Nimitz siedział na grzędzie, z której właśnie zdjęła go Honor, a Samantha leżała zwinięta w kłębek w kołysce Faith i mruczała ledwie słyszalnie, za to wyczuwalnie. Przez kilka stuleci istnienia adopcji ludzie odkryli, że treecaty są doskonałymi niańkami. Co prawda były za małe, by móc pielęgnować niemowlę, ale mogły choćby ukołysać je do snu, poza tym żaden człowiek nie był w stanie tak doskonale odbierać jego humorów i potrzeb. A na dodatek treecaty były doskonale uzbrojone i gotowe użyć wszystkiego, co mają, do obrony powierzonych ich opiece małych, które kochały niezależnie od tego, czy te miały sześć kończyn czy cztery. A dzieci z kolei zdawały się rozumieć treecaty znacznie lepiej niż dorośli.

Honor przystanęła, sprawdzając, czy Samantha przypadkiem nie zechce im towarzyszyć, ale ta jedynie zastrzygła uchem i zamknęła oczy.

— Święci pańscy! — westchnęła z nabożnym nieomalże podziwem Allison. — Nigdy nie udało mi się utrzymać jej tak długo tak cicho. I nie przypominam sobie, żeby Nimitzowi udało się zrobić to z tobą. Chociaż jemu najprawdopodobniej nie powiodło się tylko dlatego, że gdy cię spotkał, miałaś już bardzo wyrobione nawyki, może nie krzykliwości, ale na pewno niesforności.

— Aha, niesforności! Zapamiętam to sobie.

— Tylko nie przemęczaj pamięci, moja droga. Słabym umysłom to szkodzi.

— W rzeczy samej — zgodziła się Honor ze śmiertelną powagą.

Allison parsknęła śmiechem.

— Chcesz wziąć udział w nasiadówce? — spytała Honor normalnym głosem. — Nie wiem, czy będzie ciekawa, ale jeśli masz ochotę, to zapraszam.

— Nie, dzięki. Skoro Sam pilnuje Faith, to zostawię Jamesa z Jenny, wezmę kostium i pójdę na plażę.

— Kostium?! — zdziwiła się Honor i spojrzała na LaFolleta.

Ten odpowiedział równie zdumionym spojrzeniem, co dowodziło znacznych postępów w obyciu — jeszcze kilka lat temu czułby się co najmniej nieswojo, będąc świadkiem takiej jak ta pogawędki.

— Moja droga rodzicielko — oświadczyła Honor uroczyście. — Widziałam, jak pływasz, i nie przypominam sobie, by brał w tym udział jakikolwiek kostium. Poza tym dość dobrze pamiętam pewne komentarze wygłaszane przez ciebie przy takich okazjach na temat zacofanych, barbarzyńskich i represyjnych kultur.

— Jak to ładnie zabrzmiało! — zachwyciła się Allison. — Ten pełen szacunku wstęp! Ech, szkoda, że tylko wstęp. Natomiast co się tyczy kwestii kostiumu, to było tak, zanim zostałam zmuszona do współżycia z całym zestawem mieszkańców twojego domu na Graysonie, córeczko. Poza tym przyganiał kocioł garnkowi: kostiumy, które wprowadziłaś w modę na Graysonie, są znacznie obszerniejsze od tych, których używałaś w domu czy w akademii.

— Ale ja przynajmniej zawsze miałam coś na sobie!

— Ja też: to, w co wyposażył mnie dobry Pan Bóg. Skoro Jemu to wystarczało, powinno też wszystkim innym. Zwłaszcza skoro tak dobrze się prezentuje.

I wyprostowała się dumnie, podając pierś do przodu.

— Nie mogę zrozumieć, jakim cudem wytrzymali z tobą na Sphinksie — przyznała ponuro Honor. — A włos mi się jeży, gdy pomyślę, jaki wpływ wywarłaś na Graysona przez ten okres, gdy byłaś pozbawiona mego światłego przewodnictwa.

— Przeżyjemy i to, milady — zapewnił ją LaFollet. — Choć przyznaję, że od chwili przybycia pani matki lord Clinkscales upiera się, że każdy gość przed zjawieniem się w Harrington House musi przedstawić wyniki EKG. To przewidujący człowiek i, jak sądzę, chce się zabezpieczyć przed pozwami spadkobierców.

— Zawsze miło, gdy człowieka docenią, prawda? — spytała dumnie Allison.

LaFollet uśmiechnął się ze zrozumieniem, ale nic nie powiedział.

A obie kobiety roześmiały się.

— No dobrze, a teraz sio! — oznajmiła Allison. — Nieładnie jest kazać gościowi czekać, zwłaszcza jeśli gościem tym jest prawnik. Prawnicy nie dość, że mają pokrętny tok rozumowania, to zawsze posiadają przyjaciół w dziwnych i niestosownych miejscach.

— Tak jest, mamusiu — oświadczyła pokornie Honor.

I wyszła w ślad za MacGuinessem.

* * *

Mężczyzna, który odwrócił się, gdy Honor i LaFollet weszli do gabinetu, miał twarz, którą przez uprzejmość można było określić jako grubo ciosaną, choć odruchowo cisnęły się na usta inne słowa. Był niewysoki — ledwie o kilka centymetrów wyższy od Allison — nienagannie ubrany i wypielęgnowany. Trochę przypominał dandysa, a po stroju sądząc, bez trudu mógłby pozwolić sobie na dowolną chirurgię plastyczną. To, że tego nie zrobił, wiele mówiło o jego charakterze. A to, co Honor wyczuła dzięki więzi z Nimitzem, tylko to wrażenie pogłębiało. Pewności siebie i świadomości własnej wartości mógł mu pozazdrościć nawet treecat, a każdy, kto wziął pozory za dobrą monetę i uznał go za próżnego lalusia, szybko tego żałował. Pod fasadą eleganta o nienagannych manierach kryła się bowiem twardość i siła. Ogólnie rzecz biorąc, Honor spodobało się to, co zobaczyła i wyczuła.

— Dobry wieczór, panie Maxwell — powitała go, podeszła do biurka, na którym posadziła Nimitza, i podała mu rękę. — Jestem Honor Harrington.

— Właśnie widzę — odparł, ściskając jej dłoń, i wyjaśnił, widząc jej uniesioną brew: — Widziałem panią wielokrotnie w wiadomościach czy innych programach od czasu pani powrotu, milady. Natomiast na żywo mam przyjemność pierwszy raz… hm, sądziłem, że jest pani wyższa.

— A nie mówiłam, że dziennikarze kłamią? — Honor uśmiechnęła się i usiadła za biurkiem, wskazując mu stojący naprzeciwko fotel. — Willard ostrzegał mnie przed pańskim poczuciem humoru.

— To miło z jego strony. — Maxwell też się uśmiechnął. — Mnie też trochę o pani opowiadał, ale zaręczam, że nic ważnego. Powiedziałbym, że wywarła pani na nim zdecydowanie pozytywne wrażenie. Zwłaszcza po spotkaniu w „Regiano”.

— To wrażenie wywarła na nim niewłaściwa osoba — wyjaśniła rzeczowo Honor. — Bo życie jemu i mnie uratowali obecny tu major LaFollet i inni moi gwardziści.

Twarz jej się ściągnęła na wspomnienie tamtego dnia, gdyż z trójki wtedy obecnych żył tylko Andrew.

— To także mi powiedział. Natomiast najbardziej ujęła go cała pani postawa i to, jak ostatecznie wyrównała pani rachunki. Nie jestem zwolennikiem pojedynków, milady, ale ten jeden uzasadnił sens istnienia tego zwyczaju. Kiedyś reprezentowałem pewną młodą kobietę, która… zresztą nieważne. Pavel Young był kimś, kto w pełni zasłużył na to, co go spotkało, a mnie nadal mierzi, że musiałem z kimś takim negocjować umowę pozasądową — powiedział to lekkim tonem, ale słowom towarzyszyły bynajmniej nie lekkie emocje.

Honor pokiwała głową — rozmówca był człowiekiem, który wierzył w to, co robił, a poza tym podobały jej się jego zdeterminowanie i pasja.

— Mam nadzieję, że nie zostanie pan dzięki mnie wplątany w coś równie dramatycznego, panie Maxwell — powiedziała mu, uśmiechając się krzywo. — Wiem, że Willard miał listownie wprowadzić pana w ogólnych zarysach w temat. Zrobił to?

— Zrobił, milady. I jestem zaszczycony, że pomyślał o mnie, choć wątpię, czy naprawdę jestem najlepszym kandydatem, jako że przez ostatnie dwadzieścia czy trzydzieści lat standardowych zajmowałem się prawie wyłącznie sprawami karnymi. Okazjonalnie jedynie miałem do czynienia z prawem handlowym i cywilnym; przeważnie pracowałem w tych wypadkach dla Willarda, gdy potrzebował kogoś, do kogo mógł mieć zaufanie i na czyją dyskrecję mógł liczyć. Prawdę mówiąc, moja znajomość prawa handlowego jest raczej nie najbieglejsza.

— Czy to znaczy, że nie jest pan zainteresowany?

— Nie, milady. Po prostu uważam, że należy poinformować potencjalnego klienta zarówno o swoich słabych, jak i mocnych stronach. Tak nakazuje uczciwość.

— Doskonale — oceniła Honor. — Bo to jest dokładnie to, czego potrzebuję.

— Pani potrzebuje kompletnego i własnego zespołu prawnego — poprawił ją spokojnie Maxwell. — A co najmniej wynajęcia na stałe jednej z większych kancelarii. Biorąc pod uwagę, że Willard przez większość czasu przebywa na Graysonie, oraz uwzględniając szczegóły i komplikacje spowodowane przez pani nowy tytuł, aż strach myśleć, w jakim stanie muszą się znajdować pani sprawy z prawnego punktu widzenia.

— Przyznaję, że brak mi Willarda — zgodziła się Honor. — Ale sytuacja nie musi być aż tak tragiczna, jak się pan obawia. Królowa była na tyle wspaniałomyślna, że poleciła swoim prawnikom prowadzić wszystkie kwestie dotyczące księstwa przynajmniej do chwili obecnej, a Klaus i Stacey Hauptmanowie mieli oko na moje interesy. Rozwiązanie problemów wynikających z uznania mnie za zmarłą będzie bardziej skomplikowane od utworzenia nowego księstwa.

— Miło słyszeć, że Korona pilnowała pani interesów, ale Willard naszkicował mi w ogólnych zarysach problemy związane z tą drugą kwestią. Przyznam, że zaskoczyło mnie pozytywnie, ile zdołał zdziałać, operując w myśl graysońskiego prawa, ale przyznam też, że jestem jeszcze milej zaskoczony, iż tu pani interesów pilnował Hauptman Cartel. To doskonały i silny sprzymierzeniec, milady.

— Wiem — skwitowała Honor, nie wdając się w wyjaśnienia, że Hauptman nie zawsze był jej sprzymierzeńcem. — Natomiast podtrzymuję to, co powiedziałam. Ma pan z pewnością rację, twierdząc, że będę potrzebowała własnego zespołu prawników, ale nie potrzebuję ich już teraz, a sytuacja nie jest aż tak zła, jak pan sądził. Zakładając, że przyjmie pan moją propozycję, spodziewam się, że dobierze pan sobie współpracowników według własnego uznania i potrzeb, które uzna pan za stosowne.

— Hmm… to podwójnie schlebiająca propozycja, milady. I nęcąca. Podejrzewam, że moje wahanie spowodowane jest głównie upodobaniem do spraw karnych. Trudno będzie mi się rozstać z salą sądową. Bardzo trudno.

— Mogę to sobie wyobrazić; wiem, jak trudno przyszło mi zrezygnować z kapitańskiego fotela, gdy awansowano mnie do rangi flagowej. Jeśli chodzi o kwestie militarne, panie Maxwell, to Willard opowiedział mi o przebiegu pańskiej służby i mam nadzieję, że nie poczuje się pan urażony faktem, że sprawdziłam to i owo w pańskich aktach, nim zaprosiłam tu pana.

— Byłbym zaskoczony i rozczarowany, gdyby pani tego nie zrobiła.

— Podejrzewałam, że pan tak zareaguje, ale dobrze jest mieć pewność. A interesujące było dowiedzieć się, że mamy ze sobą coś wspólnego. Przyznaję, że wywarła na mnie wrażenie wiadomość, za co dostał pan Manticore Cross. Niewielu podporuczników Korpusu zdobywa ten krzyż za odwagę na polu walki. I niewielu prawników ma podobną przeszłość.

— Więcej niż pani sądzi, milady. — Maxwell nie był świadom spojrzenia, jakim obrzucił go LaFollet. — A Krzyż Manticore nie musi być akurat tym, czego by pani najbardziej szukała u prawnika. Ale rozumiem, o co pani chodzi: w wielu aspektach zawód prawnika i oficera są do siebie podobne. Im większa odpowiedzialność, tym mniej czasu na zastanawianie się, co ja tu właściwie robię, i pretensje do samego siebie o wpakowanie się w bagno.

— Zgadza się. A poza tym w obu przypadkach słyszy się ten sam argument nie do odparcia: potrzebujemy cię. Zawsze uważałam to za nieuczciwy sposób, gdy stosowano go wobec mnie, ale teraz zamierzam zastosować go wobec pana, bo to prawda. Potrzebuję pana lub kogoś takiego jak pan, a rekomendacja Willarda powoduje, że wolałabym, aby to był właśnie pan.

— Ale nie mogę podjąć się tego natychmiast, milady. A przynajmniej nie mogę poświęcić temu pełnej uwagi i całego czasu. Mam dwie sprawy w toku plus apelację i będę potrzebował co najmniej dwóch miesięcy, a najprawdopodobniej czterech, nim będę w stanie oferować pani tyle czasu i uwagi, ile pani potrzebuje.

— Nie ma problemu. Nie spodziewałam się, że rzuci pan wszystko, by przyjąć moją propozycję, i prawdę mówiąc, gdyby pan tak postąpił, stanowiłoby to dowód, że jednak nie jest pan człowiekiem, którego poszukuję. Tym bardziej że czas nie nagli aż tak bardzo. Korona załatwiła wszystko na Gryphonie, więc może to w takim stanie poczekać kilka miesięcy, dopóki nie będzie pan wolny. Zgłosiły się już do mnie dwa konsorcja specjalizujące się w sportach narciarskich, ale Clarise Childers z Hauptman Cartel zgodziła się poprowadzić wstępne negocjacje w moim imieniu. Poza tym nie ma nic pilnego, gdyż nikt tam nie mieszka. W przewidywalnej przyszłości Księstwo Harrington pozostanie dużym, niezaludnionym kawałkiem gór i lasów. Ładnym kawałkiem, ale nie wymagającym natychmiastowej uwagi.

— Rozumiem. W takim razie, milady, sądzę, że nie mam innego wyboru, jak tylko przyjąć pani propozycję.

— A warunki, które sugerował w liście Willard, są do przyjęcia?

— Jak najbardziej, milady. Willard zawsze wiedział, jak tworzyć korzystne dla wszystkich stron interesy. Sądzę, że dlatego tak dobrze mu to idzie.

— Mnie także przyszło to do głowy — zgodziła się Honor.

— Tak… — Maxwell wpatrzył się niewidzącym wzrokiem w coś, co tylko on mógł dostrzec, po czym otrząsnął się i dodał: — Mimo tego, co pani powiedziała o braku pośpiechu, wolałbym zacząć sprawdzać stan spraw najszybciej, jak to będzie możliwe. Będzie pani miała od czasu do czasu godzinę lub dwie na spotkanie?

— Prawdopodobnie tak — odparła Honor ostrożnie. — Chwilowo mój rozkład zajęć jest zdecydowanie chaotyczny. Zajęcia w akademii i na Zaawansowanym Kursie Taktycznym pochłaniają więcej czasu, niż się spodziewałam, a pojutrze mam termin pierwszej operacji twarzy. Prawdopodobnie zostanie też wtedy zainstalowane nowe oko, a proteza ręki, którą właśnie testują, powinna być gotowa za miesiąc. Sądzę, że po każdej operacji około tygodnia nie będę się nadawała do myślenia. No a potem zacznie się terapia i ćwiczenia. Poza tym zbliża się czas operacji Nimitza i…

— Litości! Dość, milady! — Maxwell potrząsnął głową i roześmiał się. — Jak rozumiem, trzeba się z panią umówić z kilkudniowym wyprzedzeniem, by miała pani czas gdzieś wcisnąć to spotkanie, zgadza się?

— Obawiam się, że tak. Właściwie dopóki pan nie spytał, tak do końca nie zdawałam sobie sprawy, ile mam obecnie zajęć.

— I to ma być rekonwalescencja? — upewnił się Maxwell.

— Chyba tak. Widzi pan, miałam prawie dwa standardowe lata, żeby przyzwyczaić się do życia bez ręki i oka. Bardziej niż mnie spieszy się lekarzom. Ja uważam, że pilniejsza jest operacja Nimitza, i ona bardziej mnie martwi niż moja własna.

— Ludzie tak mają w stosunku do tych, których kochają — powiedział niespodziewanie miękko Maxwell.

Honor uniosła głowę i przyjrzała mu się uważnie. Coś kryło się na samym dnie jego uczuć, ale było tak zamaskowane, że nawet Nimitz nie był w stanie w pełni tego odkryć. Wiedziała jedynie, że jest to wspomnienie powodujące ból, który do końca nie zniknie nigdy.

Zapadła chwila dziwnej ciszy. Ale tylko chwila, gdyż Maxwell otrząsnął się z widocznym wysiłkiem.

— Willard wspomniał też o konieczności pani powrotu na Grayson — powiedział — ale nie wiem dokładnie, kiedy miałoby to nastąpić i na jak długo. Chodzi mi o to, że może zajść konieczność uzyskania pani podpisu czy osobistej autoryzacji i dobrze byłoby, żebym jak najszybciej wiedział, kiedy i jak długo będzie pani nieobecna i niedostępna.

— Rozumiem… — Honor spojrzała na kalendarz. — Na pewno nie wrócę do domu… to jest nie wrócę na Grayson przed końcem następnego semestru w akademii. Konklawe Patronów zbiera się w czasie długich wakacji, więc ten termin będzie pasować. Wyjadę na co najmniej trzy tygodnie, a prawdopodobnie na dwa miesiące.

— To będzie za jakieś pięć miesięcy, tak?

— Mniej więcej.

— I poleci pani Tankersleyem?

— Nie tym razem — uśmiechnęła się Honor, a widząc jego zdziwioną minę, wyjaśniła: — Będę miała spory drobiazg do przewiezienia, a Tankersley został zbudowany z myślą o prędkości, nie ładowności.

— Spory drobiazg? — powtórzył Maxwell.

— No cóż… — Honor zarumieniła się lekko — …zdecydowałam się na rozpustę. Dzięki Jej Wysokości nie musiałam kupować domu, bo jak widać, mam gdzie mieszkać, podobnie jak na Graysonie. Za to wszyscy mnie namawiają, żebym odpoczęła, zrelaksowała się, sprawiła sobie przyjemność. No to sobie sprawiłam.

— A można wiedzieć, co to za rozpusta, milady? — uśmiechnął się Maxwell.

— Dając mi ten dom, Jej Wysokość powiedziała, że wybrała prezent, którego nigdy sama bym sobie nie zrobiła. Ja pomyślałam więc o prezencie, który nikomu innemu nie przyszedłby do głowy. W końcu mogę mieć jakąś przyjemność z tych wszystkich pieniędzy, prawda?

— Oczywiście, że tak.

— No to kupiłam sobie nowy, dziesięciometrowy slup z przeznaczeniem dla przystani na Sphinksie należącej do rodziców, drugi, który będzie cumował tutaj, i trzeci do użytku na Gryphonie. Będzie cumował na publicznej przystani, dopóki nie wybuduję czegoś prywatnego. Natomiast na Graysonie na morze żaglówką wypłynąłby jedynie kompletny idiota albo samobójca. Postanowiłam więc kupić sobie stateczek.

— Stateczek?

— Coś, czym dałoby się polatać dla przyjemności. Trzy miesiące temu wyjaśniłam Silvermanowi, o co mi chodzi.

Maxwell odruchowo uniósł brwi — Silverman and Sons byli najstarszą i najlepszą firmą budującą prywatne jachty kosmiczne w Gwiezdnym Królestwie. HMS Queen Adrienne, jacht królewski, pochodził z tej właśnie firmy, podobnie jak i trzej jego poprzednicy.

Honor zauważyła wyraz twarzy Maxwella i parsknęła śmiechem.

— Nie aż tak duży, panie Maxwell. To jednostka bez napędu nadprzestrzennego, o masie około jedenastu tysięcy ton. Coś pośredniego między pinasą a kutrem rakietowym, ale bez uzbrojenia, za to z wszystkimi wygodami, jakie zdołałam wymyślić. Sądząc z symulacji, powinno to być dokładnie to, o co mi chodzi. Jacht mały, szybki i zwrotny, a równocześnie na tyle duży, by był wygodny, i posiadający odpowiedni zasięg, bym w granicach systemu planetarnego mogła dolecieć wszędzie.

— Rozumiem — Maxwell zastanowił się i pokiwał głową. — Faktycznie, o kupieniu pani czegoś takiego nikt by nie pomyślał, milady. A w pełni rozumiem, dlaczego chce go pani mieć. Mam nadzieję, że latanie nim sprawi pani tyle przyjemności, na ile ma pani nadzieję.

— Na pewno dołożę starań, by tak było, o ile tylko mi czas pozwoli — uśmiechnęła się Honor, a zaraz potem skrzywiła, gdy jej chronometr bipnął cicho. — Zdaje się, że o czasie powiedziałam w złą godzinę. Za dwadzieścia minut mam naradę na wyspie Saganami.

— Rozumiem, milady.

Maxwell wstał, a Honor z Nimitzem na ramieniu odprowadziła go do drzwi pilnowanych przez LaFolleta.

— Dziękuję za przybycie i przyjęcie propozycji — powiedziała Honor, gdy znaleźli się w olbrzymim korytarzu.

— Nie ma za co. Prawdę mówiąc, z niecierpliwością czekam na to wyzwanie i na możliwość pracy z panią i z Willardem. Pozwolę sobie sporządzić stosowny kontrakt i przesłać go Willardowi do oceny, a kopię pani do akceptacji.

— Bardzo dobrze — oceniła.

Dotarli do drzwi wejściowych, ale trzymająca Nimitza Honor nie miała wolnej ręki, by podać ją gościowi na pożegnanie.

— Teraz widzę, kto tu jest najważniejszy — ocenił ten, rozpoznając jej problem.

— Tak się panu tylko tak wydaje. Zmieni pan zdanie po poznaniu jego partnerki!

— Aż tak? — uśmiechnął się Maxwell. — Nie mogę się wręcz doczekać. Podobnie jak poznania młodego pokolenia. Muszę przyznać, milady, że to zajęcie może okazać się ciekawsze, niż podejrzewałem.

— Och, na pewno się takim okaże, panie Maxwell. Jestem o tym przekonana… przynajmniej w pewnym starochińskim sensie.

— Przepraszam?

— Jest takie stare chińskie przekleństwo — wyjaśniła Honor z uśmiechem. — Obyś żył w ciekawych czasach. Wyjątkowo skuteczne.

— Rzeczywiście skuteczne… Natomiast z całym szacunkiem, ale sądzę, że wyrażę uczucia sporej grupy ludzi, jeśli powiem, że mam nadzieję, że przynajmniej przez następną dekadę albo dwie znajdzie pani sobie zajęcie mające mniej ciekawe dla pani skutki.

— Spróbuję. Naprawdę. Tylko…

Zamiast skończyć, wzruszyła bezradnie ramionami. A Maxwell parsknął śmiechem.

— Myślę, że często będę od pani coś takiego słyszał, więc lepiej zacząć się przyzwyczajać — ocenił i skłonił się na pożegnanie.

MacGuiness otworzył mu drzwi i zamknął je za nim starannie. Andrew LaFollet dłuższą chwilę spoglądał na zamknięte drzwi, a potem cicho zachichotał. Honor odwróciła się ku niemu, nie kryjąc zaskoczenia, więc wzruszył ramionami i wyjaśnił:

— Właśnie sobie pomyślałem, że to miło z pani strony zatrudnić na doradcę finansowego proroka.

— Proroka? — powtórzyła zaskoczona Honor.

— Tak, milady. To oczywiste, że musi być prorokiem.

— Jestem dziwnie pewna, że będę tego żałować, ale możesz mnie oświecić, dlaczego tak uważasz?

— Bo przewidział, że będzie musiał przyzwyczaić się do wysłuchiwania od pani obietnic poprawy, milady — odparł z zadowoleniem LaFollet.

— Sugerujesz, że moje obietnice są nieszczere?

— Skądże znowu! Są jak najszczersze… w momencie, w którym pani je składa.

Honor spojrzała na niego bykiem, a on uśmiechnął się niewinnie. A z tyłu dobiegł ją stłumiony odgłos dziwnie przypominający zduszony śmiech. Nie trwał długo — James MacGuiness naprawdę dobrze nad sobą panował.

— W porządku, milady — dodał LaFollet pocieszająco. Wiemy, że pani próbuje.

Rozdział XXI

Towarzysz kapitan Oliver Diamato poprawił ustawienie kapitańskiego fotela na mostku nowiutkiego krążownika liniowego William T. Sherman. Oparcie przybrało kąt, którego domagały się jego plecy, obolałe po kolejnej sesji terapeutycznej, więc opadł nań z westchnieniem ulgi i rozejrzał się po swoim nowym królestwie.

Z pewnych powodów awans i nowa zabawka były mu nie na rękę, co bynajmniej nie oznaczało, że miał zamiar z nich zrezygnować. Pod jednym względem wszystkie floty wojenne, nawet rewolucyjne, niczym się nie różniły — jeśli oficer uważał, że jest niezdolny do samodzielnego dowodzenia, uznawano, że ma on bez wątpienia rację. Jego przełożeni nawet nie próbowali z nim dyskutować… ani też nie zamierzali nigdy więcej proponować mu czy to dowództwa, czy to jakiegokolwiek odpowiedzialnego przydziału. Być może istniały od tej reguły jakieś wyjątki, ale Diamato nie słyszał jak dotąd o żadnym. Poza tym wiedział, że ten przydział oznacza, że Ludowa Marynarka, a zwłaszcza towarzyszka sekretarz McQueen, są z niego zadowoleni, a był na tyle uczciwy, by przyznać, że mile połechtało to jego dumę. Natomiast doskonale pamiętał swoją ostatnią kapitan i był świadom, że jeszcze dużo mu brakuje, by móc porównać się do towarzyszki kapitan Hall.

Nie oszukiwał sam siebie: był dobry — miał lepsze wykształcenie techniczne niż większość korpusu oficerskiego Ludowej Marynarki i naturalny zmysł taktyczny. Oczywiście nie był jeszcze tak dobrym taktykiem jak Hall, ale ona swoje wrodzone zdolności doskonaliła przez lata. Pokazała mu, jak to robić, toteż wiedział, że kiedyś osiągnie jej poziom. Ale do tego prowadziła jeszcze długa droga.

Miał też świadomość innych swych braków, zwłaszcza w kwestii umiejętności stopienia grupy indywidualności w zgraną załogę i odpowiedniego motywowania jej, by stanowiła groźną broń. Powodem było głównie to, że podobnie jak większość oficerów Ludowej Marynarki awansował zbyt szybko, bo flota ponosiła straty i równocześnie była rozbudowywana. Nie miał kiedy nabrać doświadczenia, którym mogła szczycić się Joanne Hall, a jej z kolei zabrakło czasu, by przekazać mu tę wiedzę. Próbowała, ale nie zdążyła.

Poza tym wątpił jeszcze w coś: czy posiada dar, który ma każdy dobry dowódca, dar pozwalający na dotarcie do podkomendnych i zrozumienie ich, a równocześnie na wywarcie na nich odpowiedniego wrażenia. Ona go miała, co było widoczne, pomimo iż upierała się używać niewłaściwych przedrewolucyjnych form grzecznościowych. Dla niej poszliby w ogień.

I poszli.

Naturalnie formy te wcale nie musiały być przeżytkiem, ale tego oczywiście głośno nigdy nie powiedział. Zwłaszcza że od chwili objęcia okrętu miał własnego anioła stróża z UB. Towarzysz komisarz Rhodes co prawda mógł okazać się drugim towarzyszem komisarzem Addisonem, który wspierał kapitan Hall, ale mógł też okazać się zagorzałym formalistą zaciekle tropiącym najmniejsze ślady odchyleń kontrrewolucyjnych. A o tym, która możliwość okaże się prawdziwa, jak na razie Diamato nie miał pojęcia.

I to był właśnie główny powód, dla którego nie szalał ze szczęścia z powodu awansu i nowego okrętu. Żywił bowiem poważne wątpliwości, czy ktoś, kto stracił wiarę, jeśli nie w całą rewolucję, to na pewno w jej przywódców, powinien dowodzić krążownikiem liniowym, którego zadaniem była obrona tejże rewolucji.

Nader rzadko się nad tym zastanawiał, ale taka była prawda i to go martwiło, bo w sumie niby nie stało się nic takiego, co uzasadniałoby tę utratę wiary w idee głoszone przez Komitet Bezpieczeństwa Publicznego. Ale poznał zbyt dobrze kulisy walki o władzę, piekło wzajemnych podejrzeń i wrogości oraz partykularnych interesów tych, którzy powinni wspólnie działać dla dobra ludu. I zobaczył, ile ta wewnętrzna wojna podjazdowa kosztuje.

Często, gdy zamykał oczy, widział kolejny raz ostatnią fazę bitwy o Hancock i na samo wspomnienie trzęsło go z wściekłości. Po śmierci towarzyszki admirał Kellet okazało się, że jej zastępca, towarzysz kontradmirał Porter, był nie tylko niekompetentnym idiotą, o czym wszyscy wiedzieli, ale na dodatek tchórzem. A mimo że spowodował masakrę własnych okrętów, nie zapłacił za to, bo miał nienaganną opinię polityczną i cieszył się poparciem na najwyższym szczeblu władzy. Diamato nie zdołał tego potwierdzić, ale plotka głosiła, że popierał go sam Oscar Saint-Just — i to idealnie pasowałoby do faktów, które znał.

Popieranie przez konkretnych członków Komitetu konkretnych oficerów Ludowej Marynarki nie miało miejsca często, ale się zdarzało. Zwłaszcza w przypadku oficerów flagowych, o czym wszyscy wiedzieli. Przed operacją „Ikar” on sam przyznałby, że jest to słuszne, bo w końcu cywilni przywódcy rewolucji powinni wspierać kariery wojskowych, których uznali za najlepiej przygotowanych i najbardziej lojalnych, tak aby zbrojną walką o rewolucję dowodzili najlepsi. Dopilnowanie, by ktoś dobry i lojalny został jak najlepiej wykorzystany, było więc obowiązkiem członka Komitetu, który wiedział o jego zaletach.

Problem polegał na tym, że poza bezwzględną lojalnością wobec Komitetu (a przynajmniej wobec Oscara Saint-Justa) towarzysz kontradmirał Porter posiadał wyłącznie negatywne kwalifikacje. Był całkowicie niezdolny do dowodzenia czymkolwiek ważniejszym od śmieciarki, i to w drodze do stoczni złomowej. I była to opinia nie tylko jego własna, ale przede wszystkim towarzyszki admirał Kellet, towarzyszki kapitan Hall i towarzysza komisarza Addisona. Naturalnie żadne z nich tak tego nie ujęło ani nawet głośno nie podało w wątpliwość jego kompetencji, ale było to widać w całym ich postępowaniu. Inaczej po śmierci Kellet, Hall nie udawałaby, że wydaje rozkazy w jej imieniu, a Addison by jej w tym nie pomagał.

Tej informacji zresztą jako jedynej, którą posiadał, nie zawierał jego raport o bitwie. Ponieważ poza nim z załogi Schaumberga przeżyło tylko dwóch podoficerów, nikt nie mógł mu udowodnić kłamstwa czy raczej pominięcia fragmentu prawdy wyrażonej w prywatnej rozmowie.

Słyszał wcześniej o ambicjach McQueen i podejrzewał, że te pogłoski były zgodne z prawdą. Ale nawet ta świadomość nie uodporniła go na jej charyzmę, a gdyby nawet uodporniła, jej fachowość, jak i to, że była oczywistym głosem rozsądku, uciszyłyby jego wątpliwości. Zwłaszcza że żywił coraz silniejsze przekonanie, iż Esther McQueen jest odosobnionym głosem rozsądku w Komitecie Bezpieczeństwa Publicznego.

Bo miał pewność, że była jedynym jego członkiem, który uwierzył w to, co opowiadał o nowych kutrach rakietowych Royal Manticoran Navy i o tym, jak skutecznie zmasakrowały Zespół Wydzielony 12.3. A najgorsze było to, że fakt ten nie zaskoczył go tak, jak powinien. To prawda, że na jego niekorzyść przemawiał brak konkretnych danych, jak choćby odczytów sensorów, z których ocalały jedynie drobne, oderwane fragmenty, jak i to, że był jedynym potrafiącym złożyć jako tako spójny raport, i to przez naprawdę długi czas. Ale były też inne czynniki.

A zwłaszcza jeden.

To, że głupi tchórz pozbawiony jaj i instynktu samozachowawczego, czyli towarzysz kontradmirał Porter, zaprzepaścił wszystko, co osiągnęła i za co zapłaciła życiem kapitan Hall. I to jednym niewybaczalnie długim rozkazem. Kutry praktycznie skończyły atak — Diamato to widział i wiedział, obserwując rosnące straty wśród zwrotnych, ale nieopancerzonych jednostek. Sam w znacznym stopniu przyczynił się do tych strat i do odebrania przeciwnikowi ochoty do dalszych ataków. Zespól Wydzielony 12.3 stracił zdolność ofensywną i poniósł poważne straty, ale jego możliwości nadal pozostały prawie nienaruszone i dowodzący kutrami musiał zdać sobie sprawę, że nonsensem byłoby dalej wystawiać się na ostrzał tylko po to, by nękać uciekającego i pokonanego wroga. I to wroga, który utrzymując zwarty szyk, wspierał się ogniem, niszcząc coraz poważniej kutry.

A był to efekt dowodzenia kapitan Hall. To ona uratowała z zasadzki większość pancerników i doprowadziła je w prawie bezpieczne miejsce. Owszem, podziurawione, rozhermetyzowane, ale zdolne do lotu i do obrony. I z w większości żywymi załogami na pokładach. A potem ostatni atak kutrów przełamał obronę Schaumberga, celne trafienie wybiło prawie całą obsadę mostka i zabiło ją i komisarza Addisona.

Diamato nie miał wyjścia — musiał przekazać dowodzenie Porterowi. Prawdę mówiąc, nawet mu przez myśl nie przeszło, by tego nie zrobić. A powinno. Powinien sam wydawać rozkazy, bo nie miewałby teraz koszmarów, a to, za co Hall zapłaciła życiem, zostałoby doprowadzone do końca.

Zgrzytnął zębami, przypominając sobie niedowierzający i pełen paniki głos Portera, gdy ten dowiedział się, że teraz on dowodzi. A zacisnął zęby aż do bólu, gdy przypomniał sobie to, co nastąpiło zaraz potem: histeryczny głos Portera gorączkowo nakazujący rozproszenie wszystkich okrętów i niezależną ucieczkę do granicy wejścia w nadprzestrzeń.

Rozkaz ten był równoznaczny z samobójstwem. I spowodował oprócz śmierci politycznego pupilka-idioty, który zginął zasłużenie, śmierć tysięcy osób.

Diamato podejrzewał, że załogi kutrów, a zwłaszcza ich dowódca, z trudem w pierwszym momencie uwierzyły we własne szczęście, widząc, jak cały czas utrzymująca żelazną dyscyplinę i ciasny szyk wroga formacja nagle rozpryskuje się na pojedyncze okręty. Rozkaz Portera spowodował dwie rzeczy — zniszczenie szyku, w którym obrony przeciwlotnicze i antyrakietowe okrętów mogły się wzajemnie wspierać, oraz zniszczenie wiary w siebie kapitanów. Histeria w jego głosie i bezładny sposób wydania rozkazu przekonały nawet najbardziej zrównoważonych z nich, że nowy dowódca pojęcia nie ma, co robić, i jest tchórzem myślącym jedynie o ratowaniu własnej skóry, ale i tego nawet nie potrafi przeprowadzić. Wniosek był prosty — jedyna szansa ratunku dla każdego z nich leżała w jak najszybszym dotarciu do granicy wejścia w nadprzestrzeń bez oglądania się na pozostałych i bez żadnej taktyki. No i zaczęła się paniczna ucieczka każdego okrętu na własną rękę.

A ledwie formacja przestała istnieć, odlatujące już kutry zawróciły i zaczęły polowanie.

Dobrze pamiętał swą bezsilną wściekłość, gdy obserwował, jak pancernik po pancerniku ginie otoczony przez sforę zwrotnych drobnoustrojów uzbrojonych w potężne grasery. A potem stał się świadkiem czegoś jeszcze gorszego — kutry zmieniły taktykę i skoncentrowały ogień na pierścieniach napędu. Kiedy udało im się zniszczyć dwa lub trzy węzły alfa, zostawiały pancernik i atakowały następny. Sprawa była prosta — bez wszystkich sprawnych węzłów alfa nie można było skonfigurować napędu na żagle Warshawskiej, a Hancock znajdował się tuż obok fali grawitacyjnej, co oznaczało, że okręt pozbawiony żagli nie jest w stanie manewrować w nadprzestrzeni. A więc nie będzie mógł umknąć przed ścigającymi go superdreadnoughtami Królewskiej Marynarki, bo te będą mogły manewrować, a więc osiągną znacznie większe prędkości w nadprzestrzeni. A gdy pancernik znajdzie się w zasięgu ognia superdreadnoughta, wynik walki może być tylko jeden.

I w ten sposób kutry siały może nie śmierć, ale zniszczenie, a wszystko dzięki idiocie, który umożliwił im to kretyńskim rozkazem.

Diamato zrobił, co mógł, gdy przyszła kolej na Schaumberga — zniszczył dwa kutry, ale okręt już wcześniej został zbyt poważnie uszkodzony, by mógł się skutecznie bronić. Możliwość postawienia żagli zniknęła po pierwszym ataku, a drugi przelot kutrów zaowocował między innymi kolejnym trafieniem w mostek i zakończył udział komandora Olivera Diamato w drugiej bitwie o Hancock.

Przeżył tylko dlatego, iż poważnie uszkodzony ciężki krążownik Poignard był na tyle blisko i miał na tyle odważnego dowódcę, że podszedł i przejął najciężej rannych tuż przed granicą wejścia w nadprzestrzeń. Z krążownika niewiele zostało, ale napęd miał nieuszkodzony, co w połączeniu ze zdolnościami towarzysza kapitana Stevensa wystarczyło, by wszedł w nadprzestrzeń, umknął pogoni i dotarł do bazy.

Schaumberg pozbawiony trzech węzłów alfa nie miał na to szans. Gdy Poignard odlatywał, dowództwo objął towarzysz komandor porucznik Kantor z załogi maszynowej, bo nikt starszy stopniem nie pozostał przy życiu. I to była ostatnia informacja o pancerniku (pochodząca z raportu kapitana Stevensa).

Z trzydziestu trzech pancerników do bazy wróciło sześć. Nie było wśród nich Schaumberga ani Admiral Quinterry, okrętu flagowego Portera. Wszystkie sześć były tak podziurawione, że ich bazy danych zostały albo całkowicie zniszczone, albo tak zmasakrowane, że nie dało się z nich wydobyć żadnych sensownych danych i odczytów.

Mimo to komisja prowadząca dochodzenie powinna była dojść do jakichś sensownych wniosków odnośnie powodów zniszczenia praktycznie wszystkich sił, które znalazły się w systemie Hancock. Diamato był zbyt ciężko ranny, by zeznawać czy choćby sporządzić raport, ale nie wszyscy oficerowie taktyczni z ocalałych okrętów zginęli. Zostało paru i musieli widzieć, co się stało. Ich raporty i zeznania opisujące kutry i te upiorne rakiety, które nie wiadomo skąd się wzięły, powinny były przekonać dowództwo, że przeciwnik dysponował nowym, niezwykle groźnym uzbrojeniem.

I może by przekonały, gdyby polityczni patroni towarzysza kontradmirała Portera nie zażądali od komisji takiego orzeczenia, w którym słowa nie było na temat jego karygodnego i urągającego elementarnym zasadom taktyki postępowania. I dostali to, czego chcieli. A Diamato nie był już taki naiwny, by wierzyć, że zrobili to tylko dlatego, żeby ratować reputację Portera. Albo jak niektórzy uważali, by nie pomniejszyć sukcesu całej akcji, jako że mogłoby się to odbić na morale tak ludności, jak i sił zbrojnych. A morale to niepomiernie wzrosło na wieść o całkowitym sukcesie operacji „Ikar”. Zbyt wiele zdążył zobaczyć i usłyszeć, by miał jakiekolwiek wątpliwości co do prawdziwych powodów — chronili własne reputacje i pilnowali, by na jaw nie wyszedł ich błąd w ocenie oraz fakt, że wspierali niekompetentnego durnia, który w ogóle nie miał prawa zostać oficerem. A jedynym sposobem, by to osiągnąć, było ukręcenie łba całemu dochodzeniu, gdyż jakikolwiek zgodny z prawdą meldunek byłby równocześnie dowodem tchórzostwa i nieuctwa Portera.

I pozostali przy życiu oficerowie taktyczni zrozumieli subtelne wskazówki komisji — nie powiedzieli niczego, o co nie zostali zapytani, a odpowiedzi na pytania ograniczyli do absolutnego minimum podporządkowanego naczelnej zasadzie: chronienia siebie. Trudno było mieć o to do nich pretensje, tym bardziej że żaden nie był starszy rangą niż komandor porucznik, a najmłodszy stopniem członek komisji był kontradmirałem. Komisja zresztą dobrała pytania jeszcze staranniej niż przesłuchiwani odpowiedzi.

Całe dochodzenie zresztą zostało zakończone niezwykle szybko. Gdy wyszedł ze szpitala, było już po sprawie i nikt nie chciał słyszeć słowa na temat przebiegu bitwy. I tak próbował, co prawda nie pisać, lecz mówić, uważając, że to jego obowiązek, jak również chcąc choć w części zrehabilitować się we własnych oczach za niedotrzymanie słowa danego umierającej kapitan Hall. Obiecał, że doprowadzi jej ludzi bezpiecznie do domu, a ona mu zaufała… i nie dotrzymał słowa. Nie z własnej winy, ale to nie miało znaczenia, bo sumienie i podświadomość dręczyły go równo i dokładnie.

W końcu zaczął pisać raporty, wiedząc, że słowem niczego nie zdziała. Nikt ich nie czytał, jak się okazało. Oficjalnie żaden z przełożonych nie chciał z nim rozmawiać. W końcu napisał list do dowódcy Floty Systemowej… i dostał go z powrotem, nie przeczytany (oficjalnie), z informacją, że żadna dalsza korespondencja na ten temat nie jest wymagana i nie będzie czytana. Ostrzeżenie było jasne, ale nie pomogło. I gdyby nie towarzyszka sekretarz McQueen, poczucie winy doprowadziłoby go w końcu do zguby.

Nie miał pojęcia, skąd dowiedziała się o jego samotnej krucjacie, ale pewnego dnia otrzymał wezwanie do stawienia się w Octagonie. Został zaprowadzony do jej gabinetu, gdzie w obecności Ivana Bukato, najstarszego rangą oficera Ludowej Marynarki, wysłuchała jego relacji. I nie dość, że wysłuchała, to oboje z Bukato zadali mu masę konkretnych, rzeczowych pytań, dzięki czemu wyciągnęli z niego informacje, z których posiadania nawet nie zdawał sobie sprawy. Potem został posadzony w jakimś pustym pokoju z poleceniem napisania nowego raportu przeznaczonego wyłącznie do jej wiadomości.

W czasie rozmowy wyczuł, że McQueen go nie lubi, i dopiero później zdał sobie sprawę, że powodem była zawartość jego teczki personalnej, z którą bez wątpienia zapoznała się przed rozmową. Musiała natknąć się więc na opinię Urzędu Bezpieczeństwa podkreślającą jego lojalność wobec nowego ładu, toteż mogła dojść do wniosku, że jest kolejnym wcieleniem Portera, tyle że na wcześniejszym etapie. Co prawda jego postępowanie było odwrotnością rozsądnego wazeliniarstwa i taktyki wkradania się w łaski, ale mógł być zbyt głupi lub zbyt naiwny, by zdać sobie z tego sprawę. McQueen mogła nawet sądzić, iż uważał, że wybielenie Portera było pomysłem Ludowej Marynarki, więc zaatakowanie go zaskarbi mu uznanie UB pilnującego lojalności floty.

O tym, że jest w błędzie, przekonały ją jego złość i determinacja. Dało się to odczuć w końcowej fazie rozmowy, a gdyby miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, to przydział na dowódcę Shermana, nim jeszcze jego rehabilitacja dobiegła końca, rozwiał je ostatecznie. Poza tym wyraźnie i jednoznacznie dała mu do zrozumienia, by odpuścił sobie próby wyjaśnienia sprawy dochodzenia, bo to się dla niego dobrze nie skończy. Posłuchał jej rady i dopiero gdy po paru tygodniach odkrył prawdziwe powody takiego, a nie innego wyniku tegoż dochodzenia, pojął, że gdyby nie jej ostrzeżenie, skończyłby żywot jako wróg ludu.

Skoro bowiem opiekunowie Portera gotowi byli nie dopuścić do ujawnienia nader ważnych dla całej floty i dalszego przebiegu wojny danych taktyczno-technicznych, to fałszywe oskarżenie i egzekucja pojedynczego, upierdliwego towarzysza komandora nie byłyby dla nich żadnym problemem.

Dzięki temu zamiast „zniknąć”, siedział sobie na mostku swego pierwszego okrętu, obserwując na ekranie taktycznym koncentrację pozostałych jednostek zespołu uderzeniowego przygotowującego się do kolejnej ofensywy. Przepełniała go duma, co było dobre i słuszne, ale gdy sobie przypomniał drugą bitwę o Hancock, także i strach.

Przynajmniej towarzysz wiceadmirał Tourville wykazał zainteresowanie jego relacją z bitwy. Diamato nie wdawał się w takie szczegóły jak w rozmowie z McQueen, ale streścił mu to, co najważniejsze. A Tourville słuchał i choć nie powiedział, że mu wierzy, nie dał mu też w żaden sposób odczuć, iż jest inaczej. Nie miał pojęcia, czy Tourville przekazał te informacje dowódcy 12. Floty. Miał nadzieję że tak, ale nigdy nie kazano mu się stawić na pokładzie Salamis będącego jednostką flagową towarzysza admirała Giscarda, toteż nie miał pewności. Sam nie rwał się do wygłaszania opinii na żadnej z odpraw, w których uczestniczył, pomny ostrzeżenia McQueen. W końcu był świeżo mianowanym kapitanem, czyli jednym z najmłodszych oficerów dowodzących okrętami w całej Dwunastej Flocie. I nauczył się, że jeśli dowódcy będą chcieli usłyszeć jego opinię, to o nią zapytają. Pozostało mieć nadzieję, że Tourville mu uwierzył, a Giscard miał okazję przeczytać uważnie raport, który napisał dla towarzyszki sekretarz McQueen.

* * *

— No dobrze, panie i panowie — admirał Javier Giscard pomasował nasadę nosa w odruchowym geście i rozejrzał się po sali odpraw.

Obecnych było jedynie sześciu oficerów (no i naturalnie sześciu pilnujących ich komisarzy ludowych), wliczając w to jego samego. Uśmiechnął się zmęczonym uśmiechem i spytał:

— Czy są jakieś pytania albo wątpliwości, które powinniśmy rozważyć, zanim przejdziemy do głównego tematu odprawy?

— Jestem pewien, że są — odparł Lester Tourville, strosząc wąsa. — Niestety nie bardzo jakieś konkretne przychodzą mi do głowy. BJ?

I spojrzał pytająco na towarzysza wiceadmirała Johna Groenewolda, znanego potocznie jako „BJ”. Groenewold był najświeższym nabytkiem w zespole dowódców 12. Floty — zastąpił towarzysza wiceadmirała Shallusa odwołanego na Haven, gdzie objął stanowisko zastępcy admirała Bukato. Miał charakter nader zbliżony do charakteru Tourville’a, z którym znali się i lubili.

— Sądzę, że jedynym naprawdę poważnym pytaniem jest to, czy powinniśmy wierzyć w pogłoski o nowych, tajnych broniach Royal Manticoran Navy czy nie — oznajmił zapytany.

Tourville skrzywił się w duchu — BJ nigdy nie grzeszył nadmiarem taktu, ale można było mieć nadzieję, że zostały mu choć resztki instynktu samozachowawczego i nie wykona trójskoku po polu minowym. A przynajmniej nie przy świadkach.

Okazało się, że nadzieje były płonne.

Zerknął kątem oka na Honekera. Ten niczym nie dał po sobie poznać, by uważał pytanie za niewłaściwe. Anioł stróż Groenewolda, towarzyszka komisarz Lasrina O’Faolain, nie panowała tak dobrze nad sobą. Ledwie dostrzegalnie, ale zacisnęła usta, a jej oczy odruchowo skierowały się w stronę Eloise Pritchart. Ogólnie sprawiała jednak wrażenie bardziej zainteresowanej bezpieczeństwem podopiecznego niż złej, że ten nie wierzy ślepo w oficjalną wersję.

Tourville obrócił lekko głowę i przyjrzał się uważnie towarzyszce komisarz Pritchart, osobistemu aniołowi stróżowi Giscarda. Wiedział, że nie patyczkowała się z wrogami ludu, a wieść niosła, że jej obojętny wyraz twarzy i lodowaty spokój były jedynie maską, gdyż polowaniu na przeciwników nowego ładu oddawała się z pasją fanatyczki. Nie wiedział, czy plotki te były zgodne z prawdą, ale wiedział, że Oscar Saint-Just bardzo ceni sobie jej zdanie i że osobiście wybrał ją na klawisza Giscarda. A ponieważ znacznie bardziej wiarygodne plotki głosiły, że zmarły a nieopłakiwany towarzysz admirał Porter był protegowanym tegoż Oscara Saint-Justa…

— Nie bardzo rozumiem sens tego pytania — odparł Giscard spokojnie. — Uważam, że oczywiste jest, że Jane Kellet natknęła się na coś nietypowego. Jestem też pewien, że wszyscy znamy raport komisji dochodzeniowej. I choć jestem przekonany, że wzięła ona pod uwagę wszystkie dostępne materiały, należy pamiętać, że jej członkowie znajdowali się pod silną presją, by jak najszybciej sporządzić raport. Sytuacja strategiczna wymagała bowiem, aby najszybciej jak to tylko możliwe powiadomić zainteresowanych dowódców, ich sztaby i komisarzy. Jest więc całkiem prawdopodobnie, że szybkość, z jaką komisja wywiązała się ze swych obowiązków, choć generalnie godna pochwały, spowodowała przeoczenie czy niedocenienie jakiegoś fragmentu informacji, która w innych warunkach być może zostałaby uwzględniona.

Tourville był pod wrażeniem. Gdyby nie znał prawdy, dałby się przekonać, że Giscard wierzy w to, co mówi. Ledwie powstrzymał szeroki uśmiech, więc żeby na przyszłość mieć lepsze maskowanie, sięgnął do kieszeni po cygaro. Towarzyszka komisarz Pritchart nie oprotestowywała jego nałogu, ale dopilnowywała, by siedział zawsze pod którymś wyciągiem systemu klimatyzacyjnego. Tourville’a to rozbawiło, ale nie skomentował tego ani słowem, za to uznał za przyzwolenie do palenia w czasie odpraw. Poza tym starał się jej nie narażać, bo choć plotki nie musiały być prawdziwe, a z pewnością były przesadzone, z zasady tkwiło w nich ziarno prawdy. A on mógł być agresywny, nieobliczalny i narwany (przynajmniej z pozoru), ale na pewno nie był głupi. Tym razem Pritchart nie odezwała się słowem po wypowiedzi Giscarda, czemu trudno się było dziwić, bo nie miała się do czego przyczepić. Tyle że zdrowy rozsądek miał wpływ na postępowanie niewielu ludowych komisarzy.

Natomiast O’Faolain przyjęła jej milczenie z ulgą. A Groenewold zachował się normalnie, czyli tak, jakby w ogóle nie miał się czego obawiać, podejmując ten temat. To znaczy ciągnął go dalej:

— Wiem, że raport był pisany w pośpiechu, i podejrzewam, że to wyjaśnia brak ustosunkowania się w nim do kwestii, które mnie niepokoją. Od czasu jego powstania zresztą dotarły do mnie różne niepokojące wieści. Trudno dać im wiarę, ale nawet jeśli zawierają tylko drobną część prawdy, są wystarczająco groźne, by zwrócić na nie uwagę.

— Jak sądzę, chodzi o meldunki o nowych kutrach rakietowych RMN? — spytał spokojnie Giscard. Groenewold przytaknął ruchem głowy.

— Cóż, przyznaję, że istnieją takie meldunki, natomiast brak jest jakichkolwiek dowodów zarówno potwierdzających je, jak i wykluczających, ponieważ odczyty sensorów okrętów biorących udział w walce zostały zniszczone w wyniku trafień. To, co zdołano odczytać, nie jest jednoznaczne: część analityków floty uważa, że RMN rzeczywiście radykalnie poprawiła osiągi i zdolność bojową kutrów rakietowych, inni są zdania, że twierdzenia o osiągach tych kutrów są mocno przesadzone. Powodem tego miał być stan psychiczny oficerów, którzy napisali meldunki, wstrząśniętych tym, co przydarzyło się formacji, w której skład wchodziły ich okręty. Napisali to, co napisali, na pewno w dobrej wierze, ale jest według mnie całkiem możliwe, że to, co przeszli, wypaczyło ich ocenę uzbrojenia, którym dysponował przeciwnik.

Groenewold nie wyglądał na usatysfakcjonowanego.

Tourville zaś z trudem powstrzymał się przed kopnięciem go pod stołem: jeżeli BJ chciał usłyszeć prawdziwą opinię dowódcy o superkutrach, wystarczyło, by zwrócił się z tym do niego, Tourville’a, tyle że nieoficjalnie i bez świadków. Musiał zwrócić uwagę na fakt, że Tourville poprosił o przydzielenie do 12. Floty krążownika liniowego William T. Sherman, więc powinien zastanowić się dlaczego. Gdyby sprawdził, kto nim dowodzi, miałby odpowiedź na oba pytania. Po rozmowie z kapitanem Diamato Tourville był zadowolony, że ściągnął go pod swe rozkazy. A sam Diamato wywarł na nim spore wrażenie i należało tylko żałować, że nie mógł mu tego w tych warunkach powiedzieć. Natomiast w starannie dobranych słowach sporządził notatkę z tego, co usłyszał, i starając się, by wyglądało to rutynowo, wysłał wraz z inną korespondencją oficjalną na Salamis.

— Na wszelki jednak wypadek, wychodząc z założenia, że komisja niedokładnie oceniła zagrożenie, jakie stanowią nowe kutry, mój sztab spróbował opracować metody obrony przed ich atakiem — dodał Giscard. — Problem polega na tym, że trudno ułożyć sensowny plan obrony przed czymś, czego osiągów nie znamy, ale zapewniam, że poinformujemy wszystkich o pomysłach, na które wpadniemy, albo też o nowych danych, jeśli takowe uzyskamy przed zakończeniem ćwiczeń. Czy to pana zadowala, wiceadmirale Groenewold?

— Całkowicie, towarzyszu admirale. — Groenewold nie próbował ukryć satysfakcji ze świadomości, iż dowódca floty zdaje sobie sprawę z potencjalnego zagrożenia.

Jedynie Tourville omal się nie skrzywił — to, że dwaj oficerowie flagowi, w tym dowódca floty, rozmawiali ze sobą, owijając w bawełnę, o czymś, co mieli prawo otwarcie przedyskutować, tylko dlatego by nie narazić się cholernym politrukom, mówiło wiele o sytuacji. Coraz mniej podobało mu się szambo, w którym się znalazł, i fakt, że nauczył się pływać w tej gnojówce szybko i dobrze, niczego nie zmieniał.

— W takim razie przejdźmy do ostatecznej listy celów powiedział Giscard i skinął głową swemu szefowi sztabu.

Kapitan Macintosh nacisnął przycisk na klawiaturze wmontowanej w stół przed jego fotelem, a obecni ożywili się nieco. Yuri Bogdanovich włączył sprzężony z komputerem notes, komandor Bhadresa, szef sztabu Groenewolda, poprawiła mikrofon krtaniowy, najwyraźniej woląc dyktować, niż pisać uwagi.

Nad stołem pojawiła się holomapa i wszyscy znieruchomieli.

— Panie i panowie — oznajmił formalnie Giscard. — Oto nasze cele. Moim jest Treadway, wiceadmirała Groenewolda Elric, a wiceadmirała Tourville’a Solway. Mamy dwa miesiące na zakończenie koncentracji i szkolenia sił, więc atak będzie, że tak powiem, przeprowadzony z marszu. Żywię jednakże przekonanie, że przy waszych zdolnościach i wyszkoleniu załóg 12. Floty uda nam się zakończyć operację sukcesem. W pierwszym etapie ćwiczeń zamierzam zagonić do symulatorów was, dowódców grup i eskadr oraz ich sztaby. Kiedy skończymy z doszkalaniem oficerów flagowych, przyjdzie kolej na kapitanów okrętów. Ponieważ z wiceadmirałem Tourville’em już współpracowaliśmy, to on będzie dowódcą sił przeciwnika w symulacjach, podczas gdy pan, wiceadmirale Groenewold, będzie dowodził 12. Flotą, a kontradmirał Fawcett zastąpi wiceadmirała Tourville’a. Ufam, że nie będzie pan miał problemów z otrzymywaniem rozkazów od kontradmirała?

Pytanie skierowane było do Groenewolda.

— Żadnych, towarzyszu admirale — zapewnił zapytany. — Poza tym znam Sue Fawcett; jest doskonałym oficerem i już dawno należy jej się awans.

— Miło mi, że pan tak uważa. W takim razie przejdźmy do szczegółów. Najważniejsze jest jak zawsze pełne zrozumienie przez wszystkich starszych oficerów podstaw planu operacyjnego. Ponieważ mamy mało czasu, a sporo nowych dowódców eskadr, musimy zapoznać ich z doktryną bojową 12. Floty i zasadami tu obowiązującymi oraz zgrać z pozostałymi oficerami. Jest to o tyle istotne, że zasady i doktryna w tym związku taktycznym różnią się nieco od istniejących w reszcie Ludowej Marynarki. To jest druga sprawa. Trzecią jest…

Giscard mówił dalej, a otoczony wonnym dymem Tourville słuchał z aprobatą. Z podobną aprobatą — prawdziwą czy udawaną — słuchała Pritchart, którą obserwował spod oka. Po chwili doszedł do średnio budującego wniosku, że jeśli tylko przeciwnik będzie na tyle skłonny do współpracy co ona dzisiaj, cały ten z lekka wariacki plan może się nawet powieść.

Rozdział XXII

— To interesujące wyzwanie, milady. I podniecające, prawdę mówiąc. Ale zdaje sobie pani sprawę, że szansę na sukces mogą być niewielkie? — spytała doktor Adelina Arif siedząca w fotelu z filiżanką w dłoni.

Znajdowały się w prywatnym gabinecie Honor, a towarzyszyli im Nimitz i Samantha rozlokowani przed drzwiami na taras oraz Miranda i Farragut, których Honor zaprosiła do udziału w dyskusji. To jest zaprosiła Mirandę, a Farragut był po prostu nieodłącznym dodatkiem.

Miranda okazała się w Królestwie Manticore równie przydatna jak na Graysonie. I nie chodziło wyłącznie o opiekę nad garderobą i wyglądem Honor czy pilnowanie jej rozkładu zajęć. To ostatnie było o tyle ważne, że ku swemu niezadowoleniu Honor odkryła, iż ma dni tak wypełnione, że po prostu sama nie jest w stanie o wszystkim pamiętać. Podobne okresy zdarzały się na Graysonie, ale jedynie wtedy, gdy pojawiała się na krótko po długiej nieobecności. Teraz okazało się, że Admiralicja naprawdę się postarała, by świeżo upieczona księżna nie nudziła się w czasie rekonwalescencji. Wyszło na to, że aby zrobić wszystko, co powinna, i wszędzie być osobiście, musiałaby istnieć w dwóch osobach (a co najmniej w półtorej). Radę na to znaleźli MacGuiness i Miranda, podejmując decyzje w drobniejszych kwestiach, co do których byli pewni, jak sama by zareagowała, i uzyskując aprobatę po fakcie. Postępowali zupełnie jak dobrze wyszkolony pierwszy oficer na okręcie. I podobnie jak dobry kapitan, Honor ceniła ich inicjatywę i zdolności.

W tym przypadku jednak chodziło o coś innego — Miranda i Farragut byli osobiście tak samo zainteresowani powodzeniem całego przedsięwzięcia jak Honor i Nimitz. A Miranda już wielokrotnie udowodniła, że miewa dobre i oryginalne pomysły, toteż rozsądne było, aby od początku uczestniczyła w spotkaniach.

— Może pani, jak sądzę, spokojnie założyć, że zdaję sobie sprawę i z tego, że może się to nie udać, jak i z tego, że jest to wyzwanie, doktor Arif — odparła sucho Honor. — Nawet moja matka, która wpadła na ten pomysł, nie uważa, że będzie to łatwe. Ale mamy kilka atutów, których nikt przed nami nie miał, a poza tym wątpię, by spotkała pani wcześniej tak pilnych uczniów.

— Rozumiem to doskonale, milady, i przepraszam, jeśli to, co powiedziałam, zabrzmiało, jakbym sądziła, że nie przemyślała pani pomysłu. Chciałam się raczej zabezpieczyć, by nikt nie spodziewał się po mnie cudów.

— Nikt się ich po pani nie spodziewa. Natomiast oczekujemy, że naprawdę dołoży pani starań. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby pani nauczyła mnie języka migowego, a ja nauczyłabym Nimitza i Samanthę, wykorzystując fakt, że dobrze się rozumiemy. Niestety tego nie da się zrobić, a przynajmniej nie w rozsądnym czasie, bowiem to… — Honor uniosła protezę lewej ręki — jeszcze długo nie będzie w stanie wykonywać tak delikatnych i skoordynowanych ruchów, jakie są niezbędne, a z tego co wiem, nie da się sygnalizować wyłącznie jedną ręką. Ponadto wątpię, żebym miała wystarczająco dużo czasu na ćwiczenia. Dlatego zdecydowałyśmy, że będzie pani uczyła Mirandę. A wybrałyśmy panią z uwagi na rolę, jaką odegrała pani w nawiązaniu kontaktu z tubylcami zamieszkującymi Medusę. Doszłyśmy bowiem do wniosku, że same sobie nie poradzimy, gdyż zbyt mało wiemy. Potrzebny był specjalista, toteż znalazłyśmy najlepszego.

— Domyślałam się, że powodem jest Medusa. — Arif uśmiechnęła się i odstawiła filiżankę na spodek. — Wie pani, że byłam jedynie pomocnikiem doktora Sampsona? I młodszym pracownikiem naukowym zespołu kontaktowego?

— Wiem, ale czytałam też sprawozdanie z pierwszego kontaktu oraz relację barona Hightowera z pierwszych negocjacji z wodzami po nawiązaniu tego kontaktu. Proszę się nie dziwić: dama Matsuko to moja przyjaciółka, toteż gdy opisałam jej, co chcę osiągnąć, i poprosiłam o informację, jak udało się porozumieć z tubylcami, otrzymałam pełen dostęp do jej archiwum. Dlatego też wiem, że to właśnie pewna asystentka i młodszy pracownik naukowy zaproponowali przełomowy sposób, dzięki któremu misja doktora Sampsona zakończyła się sukcesem.

Arif zarumieniła się, ale nic nie powiedziała. A Honor uśmiechnęła się i dodała:

— Biorąc pod uwagę to oraz superlatywy, w jakich Hightower wyrażał się o pani w swoim sprawozdaniu, uważam, że naprawdę mamy najlepszą specjalistkę w branży. Ale to nie znaczy, że spodziewamy się cudów. Spodziewamy się natomiast uczciwej próby cudu.

— Mogę obiecać, że zrobię, co będę mogła, milady. I dziękuję za słowa uznania. Natomiast te dwa problemy: nawiązanie kontaktu z tubylcami i z treecatami są tylko pozornie do siebie podobne. Tubylcy porozumiewali się za pomocą metod, które byliśmy w stanie zaobserwować i przeanalizować. Konkretnie kombinacji dźwięków artykułowanych, mowy ciała i zapachów. Dźwięki dawało się zduplikować, choć częściowo sztucznie, gdyż wchodziły w zakres infradźwięków, pozostałe dwa elementy były znacznie trudniejsze choćby dlatego, że oni mają po sześć kończyn i są symetryczni gwiazdowo, nie płaszczyznowo jak my. Drugim poważnym problemem było to, że mają całkowicie nieruchome twarze, toteż nie mogą wykorzystywać tak jak my mimiki. Rekompensują to gestami i mową ciała, choć na szczęście większość gestykulacji ogranicza się do kończyn górnych. Za to gestykulują z wigorem i entuzjazmem… Dlatego w jednym ze swych pierwszych sprawozdań doktor Sampson nazwał ich semaforami, które dostają szału. Nie dość, że mają trzy ręce, to potrafią wykonywać nimi takie ruchy, które dla nas są niewyobrażalne.

— Wiem. — Honor skorzystała z tego, że gość zrobił przerwę na złapanie oddechu. — Dlatego takie wrażenie wywarł na mnie pomysł z holoprojekcją.

— Cóż, prawdę mówiąc, uważam go za jeden z lepszych w moim życiu — przyznała Arif, uśmiechając się lekko. — Naturalnie pierwsze jej pojawienie się przeraziło wodzów naprawdę solidnie. Jestem przekonana, że wzięli ją za demona, choć nigdy się do tego nie przyznali. No i stworzenie modelu trójrękiego człowieka okazało się trudniejsze, niż sądziłam. Wyglądało to zresztą naprawdę dziwacznie, ale przynajmniej z zaprogramowaniem całej gamy gestów nie było problemu. Potem na przykładzie stworzonego w ten sposób słownika opracowaliśmy uproszczoną wersję dla normalnego dwurękiego człowieka. I mieliśmy szczęście, że zapachów używali dla podkreślenia znaczenia, a nie do przenoszenia informacji.

— Jednym z głównych powodów naszego wyboru było właśnie stworzenie holoprojekcji i opracowanie uproszczonej wersji języka — przyznała Honor. — W przypadku treecatów powinno być o tyle łatwiej, że mają tylko dwie chwytne łapy, ale i tak istnieje spore podobieństwo między tym, co się pani udało, a tym, co chciałybyśmy osiągnąć w tym wypadku.

— Wiem i zgadzam się, że pod wieloma względami powinno to być prostsze zadanie. Sprawdziłam w archiwach rodzinę języków migowych. To, że treecaty mają o jeden palec mniej, nie powinno być problemem. Większym będzie to, że wszystkie te języki także wspomagają znaki mimiką i mową ciała, a tu trudno o tym mówić, gdyż ani ludzie, ani treecaty nie są w stanie choćby częściowo naśladować tych rzeczy występujących u drugiej rasy.

— To fakt, ale każdy adoptowany wie, że treecaty są równie ekspresyjne jak ludzie, tylko używają innych części ciała. Ich uszy na przykład grają w tym ważną rolę i ludzie szybko uczą się to rozpoznawać — odparła Honor.

— Liczę na to, że znacie panie ich mowę ciała, ale niestety ja jej nie znam, podobnie jak ich mimiki, więc najpierw będę musiała spędzić jakiś czas na obserwowaniu ich i wchodzeniu z nimi w interakcje, by stworzyć listę możliwych do wykorzystania technik ekspresyjnych. Potem będę musiała opracować system, w którym konkretny ich gest czy poruszenie będzie odpowiadało ludzkiemu wyrazowi twarzy czy gestowi i vice versa. I niestety to będzie ta łatwiejsza część zadania, ponieważ potem będziemy musieli sprawdzić, czy one mają prawdziwy język, a jeśli okaże się że nie, spowodować, by zrozumiały, co to takiego.

— Sądzę, że Nimitz i Samantha już to zrozumiały. — Honor wskazała przyglądającą i przysłuchującą im się pilnie parę. — Na pewno rozumieją przynajmniej to, że próbujemy dać im szansę ponownego porozumiewania się ze sobą.

— Nie wątpię w to, milady, a więź łącząca panią i Nimitza z pewnością jest pomocna — przyznała Arif.

Honor skinęła głową — nie lubiła chwalić się szczegółami więzi, ale Arif należała do osób, które po prostu musiały poznać je wszystkie, jeśli miała im pomóc. Na szczęście pani doktor poważnie podchodziła do odpowiedzialności zawodowej i bez oporu zgodziła się zachować je w tajemnicy.

— Pomimo to mogą zaistnieć pewne poważne problemy. Odkryłam niejako przy okazji, że już dwukrotnie próbowano nauczyć treecaty języka migowego.

— Nie wiedziałam o tym — przyznała Honor, spoglądając na Mirandę.

— Niewiele osób o tym wie — poinformowała je Arif. Pierwszą próbę przeprowadziła ksenobiolog Sanura Hobbard, jedna z pierwszych specjalistek spoza Królestwa, która podjęła badania nad treecatami. Trwały piętnaście lat standardowych. Hobbard nie nauczyła ich języka migowego. Drugą próbę podjęto w około sto standardowych lat później i ta także zakończyła się fiaskiem. Nie zdołałam znaleźć informacji, której konkretnie odmiany próbowano je nauczyć, ale nie byłabym zdziwiona, gdyby okazała się zbliżona do tego, o czym rozmawiamy. Fakt, że obie próby nie przyniosły żadnych rezultatów, nie wpłynął budująco na moje nastawienie do tej sprawy.

— Zauważyłam, że użyła pani czasu przeszłego — skomentowała Honor.

— Użyłam. Nadal nie jestem przesadną optymistką, ale po przeanalizowaniu otrzymanych od pani informacji stwierdziłam, że jest spora szansa na sukces, o ile uda nam się pokonać przeszkody, o których wspomniałam.

— O jakie konkretne przeszkody pani chodzi? — spytała Honor.

— Największą jest to, że telepaci nie używają języka mówionego, lecz obrazów, sygnałów i symboli wspartych w przypadku empatów emocjami. Czyli mówiąc inaczej: rozmawiają ze sobą, ale nie znają języka.

— Słucham? — zdziwiła się Miranda. — Zawsze uważałam, że to to samo.

— Wielu ludzi